Issuu on Google+


fot.

Bogdan Sozoniuk r. Agnieszka1984 Kliczka

fot.


Drogi Czytelniku!

OFENSYWA NUMER 1(5)

>> 4 >> 6 >> 9 >> 12 14 17 18 19

>> >> >> >> >>

>> 21 >>

Tak pamiętamy

Skaczące autorytety - Żaneta Grzywacz Szklane lata - Sylwia Hejno Ogromny kleks na kartach mojego dzieciństwa - Adrian Szary W komunistycznych gaciach - Elżbieta Pyda Czas rekinów - Karolina Przesmycka Konik dzieciństwa - Przemek Kaliszuk Puchatek konta Uszatek - Emilia Gulkowska Wróg Cię kusi Coca Colą - Karolina Ożdżyńska Tak żyjemy

Szczypta zapału, szklanka parafiny i kilogram szaleństwa, czyli jak zrobić spore zamieszanie w małym mieście - Anna Fit

>> >> >> >> >>

Tak piszemy

>> 34 >>

Tak sądzimy

23 26 27 30

28 36 38 39

>> >> >> >> >>

40 >> 44 >> 46 >> 48 >>

luty 2007

Stopem po Europie cz. II - Kinga Nieczaja Zapach kobiety - Michał Janczura Sztuka przetrwania - Kinga Nieczaja Oczy pani Rozalii - Marika Bannach Oswajanie potwora - Arkadiusz Ostrowski Tak tworzymy

Wernisaż - Oliwia Węgrzynowicz Pora Prozy 2 w Lublinie - Dorota Niedziałkowska Poezja - Wojciech Be. Spontaniczny obserwator - rozmowa z Michałem Domagalskim - Leszek Onak Psycho Show - Michał Domagalski Lubię malarstwo jak grawerstwo - rozmowa z Piotrem Fąfrowiczem - Dorota Niedziałkowska (Nie)zbędna sztuka - Izabela Kamińska Lokalni emigranci - rozmowa z twórcami strony szpinacz.blog.pl - Leszek Onak

51 >>

Aktualności

>> 53 >> 54 >>

Felieton

Dwa kotki - Sylwia Hejno „Kochana mamo, gdy będę duży…” - Karolina Ożdżyńska

OFENSYWA

Studencki Dwumiesięcznik Społeczno-Kulturalny Adres redakcji: Studenckie Koło Medialne UMCS Wydział Politologii UMCS Pl. Litewski 3, 20-080 Lublin http://www.ofensywa.umcs.lublin.pl e-mail: ofensywa@umcs.lublin.pl Redaktor naczelna: Karolina Przesmycka, tel. 509 228 170 Zastępcy redaktor naczelnej: Jakub Jakubowski, Leszek Onak Sekretarz redakcji: Elżbieta Pyda Zespół redakcyjny: Publicystyka: Karolina Przesmycka (kprzesmycka@o2.pl), Literatura i teatr: Leszek Onak (jonwajn@poczta.onet.pl), Plastyka: Jakub Jakubowski (drawer@poczta.onet.pl), Aktualności: Elżbieta Pyda (elzbieta_pyda@gazeta.pl), Michał Domagalski (m_domagalski@gazeta.pl) Współpraca: Ł. Libiszewski, K. Herdyński, S. Sękowski, A. Szczyglewska, K. Nieczaja, A. Fit, K. Ożdżyńska, J. Jakubowska, A. Świderska, M. Mierzejewski, A. Darmochwał, A. Delor, A. Magiera, M. Tarkawian. Łamanie i skład: Jakub Jakubowski - www.3jstudio.pl Opieka nad projektem: red. Franciszek Piątkowski Druk i oprawa: "Rapida" s.c., 20-306 Lublin, ul. Firlejowska 32

<<

W

hen I’m a  kid I’ll go back to my good old toys (Kiedy znów będę dzieckiem, wrócę do moich starych dobrych zabawek) – to fragment utworu Demisa Roussosa. Oczywiście nazwisko to mało któremu młodemu człowiekowi coś powie. Greckiego piosenkarza, jedną z zagranicznych gwiazd festiwali w Sopocie, jakie odbywały się w latach 70. i 80., pamiętają dziś tylko nieliczni. A ja pamiętam, za sprawą patefonu mojej babci. Uwielbiała „grać” na nim tzw. pocztówki dźwiękowe, z których moją ulubioną była taka z kolorowym rysunkiem rycerza na koniu i wspomnianą piosenką Roussosa. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałam utwór właśnie o dzieciństwie. Każdy z nas zapamiętał jednak co innego. Gdy ja wsłuchiwałam się w śpiew puszystego Greka, Żaneta Grzywacz dowodziła właśnie w przedszkolu swego politycznego rozeznania, Sylwia Hejno rozkładała na trawniku kocyk, dokuczając pewnej starszej pani, Adrian Szary zachwycał się Panem Kleksem, a Przemek Kaliszuk „katował” Braci Mario na antycznej konsoli Pegasus. Ela Pyda (co prawda miała wtedy jakieś pięć lat, ale już od dziecka wykazywała niecodzienne zdolności publicystyczne) pisała właśnie wypracowanie na temat „O wyższości wychowania socjalistycznego nad kapitalistycznym”. Emilii Gulkowskiej, z kolei, wyryły się w pamięci dziwaczne czasy transformacyjnego „miksera”. Niektórzy mieli jednak dzieciństwo inne od naszego. O tej inności przesądził czas – i to jest opowieść pani Rozalii, albo przestrzeń geopolityczna – i to jest opowieść Aleksego, naszego rówieśnika z Ukrainy. Możemy też pozwiedzać z Kingą Nieczają miasto, które w dzieciństwie naszych rodziców było przystanią „dzieci-kwiatów” z całego świata – Amsterdam. A Piotr Fąfrowicz, ceniony ilustrator książek dla dzieci opowie, dlaczego nie chciałby się znaleźć w krainie własnych rysunków. Ponadto, w tym numerze, przyjrzymy się bezdomnym na lubelskich dworcach i pewnej grupie młodych ludzi z Lubartowa. Jak zwykle, jest też kilka kąsków dla koneserów literatury – w tym, po raz pierwszy publikujemy na naszych łamach DRAMAT, jak najbardziej sceniczny. Coś z nas jednak wyrosło. Pewnie przez te stare dobre zabawki, do których w tym numerze wracamy, a Was zapraszamy ze sobą O

Redakcja miesięcznika OFENSYWA nie ingeruje w poglądy autorów i zastrzega sobie prawo do skracania tekstów

OFENSYWA - luty 2007




>> Tak pamiętamy - Ty będziesz Kenem, ja Barbie, a  Kasia naszym dzieckiem. Tylko nie wykrzywiaj mu nogi! Z  tobą to tak zawsze. - Sama taka jesteś. Nie będę się bawił lalkami, idę do samochodów.

Siedzieć cicho i  nie wychylać się? Nie, wstydu człowiek uczy się trochę później. Podniosłam palec - bo przecież wiedziałam. - Jaruzelski. - Do dziś nie mam po-

Poważne rozmowy przedszkolaków - takie „o  życiu” - nie mniej pouczające zabawy, które sprytnie miały przygotować nas do pełnienia ról, które każdy Polak podjąć powinien. Ktoś był mamą, ktoś tatą, obowiązkowa była pani z  biura, kierowca, czasem strażak - zabawy kształtujące są.

jęcia, skąd o  nim wiedziałam; tematy spoza sfery bajek, wyobraźni i  świata, w  którym lalki żyją własnym życiem, w  ogóle mnie nie interesowały. - Nie, nie Jaruzelski. - Ups, pomyłka. - A  właśnie, że tak. - Zaczęła się moja pierwsza w  życiu kłótnia z  „autorytetem”; czym skorupka za młodu nasiąknie… Nie było więcej chętnych, żaden grzeczny przedszkolaczek nie podniósł już paluszka. Widać, nie było innego wyjścia - odpowiedź padła z  ust mojej oponentki: - Od dziś prezydentem Polski jest Lech Wałęsa. Chyba wypiłam za dużo herbatki, moja ręka znowu musiała wykonać ruch w  górę. - Słucham, chcesz powiedzieć coś o  tej postaci? - Proszę pani, mogę siku? - W  oczach błyskawice; dzieci przysparzają tyle trosk i  rozczarowań… - Nie mówi się siku, tylko iść do toalety. - Proszę pani, mogę iść do toalety? Wychodząc słyszałam jak „nasza pani” wyjaśnia dzieciom znaczenie tego wydarzenia i  opowiada o  „panu Wałęsie”. Ja jednak miałam na głowie pilniejszą potrzebę. Tak pojawił się w  moim życiu człowiek, który nie chciał, ale musiał. Później, w  trakcie przedszkolnych posiłków, często bawiliśmy się w  wymyślanie wierszyków o  Wałęsie. Nasza inwencja była zadziwiająca; najlepszy był Marcin: „Wałęsa po lesie się wałęsa”, „Wałęsa ma portki z  mięsa” itp. Może gdybym wtedy nie wyszła do toalety i  wysłuchała opowieści

Ot,

taki zwykły dzień w  przedszkolu. Trochę mroźny - był grudzień, ale dzieciństwo to jeszcze nie pora, aby narzekać na pogodę. Zjedliśmy śniadanie - jedzenie, jak zwykle, pyszne; pierwsza placówka oświatowa w  moim życiu wiedziała, jak zwabić przyszłość narodu w  swe progi. Potem obowiązkowe były klocki, ewentualnie lalki bądź samochody. Tym razem, chowanie innym zabawek lub rzucanie w  siebie kawałkami zbudowanych zamków, trwało jednak dość krótko. - Usiądźcie w  kole na dywanie. O  „naszej pani” mówiliśmy, że jest miła i  ładna. Czasem uchylała przykry obowiązek leżakowania - czuliśmy się dzięki temu prawie jak dorośli (kto z  nas mógł wiedzieć, że bycie dorosłym wcale nie jest takie fajne); wzbudzało to zazdrość młodszych grup. Nie lubiliśmy tylko tego siedzenia cicho i  prosto na dywanie i  odpowiadania na pytania. - Powiedźcie mi, kto to jest prezydent. - Nie pamiętam odpowiedzi, ale pewnie było to coś w  stylu ostatniego programu Manna. Błyskotliwie i  zabawnie. Może któreś z  nas miałoby szansę na nagrodę ulubieńca TV? - A  kto jest prezydentem naszego kraju?



OFENSYWA - luty 2007


Tak pamiętamy <<

»Co sześciolatka

mogły obchodzić wielkie przemiany w kraju? Liczyło się to, że „Wałęsa” rymuje się z „mięsa”.«

K

ilka lat później wiedziałam już więcej. Wytłumaczono mi znaczenie tamtych wydarzeń, nauczono je interpretować. Postać z  wąsami starano się wykreować na nasz autorytet. Tyle, że pan z  Matką Boską w  klapie jakoś nie wzbudzał mojego podziwu… Nie zmienia to jednak faktu, że był ważny - skakał przez ogrodzenie - a  Disney stworzył nawet niedawno film „Skok przez płot”. Cały czas obecny, ale raczej nieszkodliwy - regularnie pojawia się w  mediach, bo autorytety należy cały czas o  coś pytać, np. czy uznany pisarz nadal zasługuje na honorowe obywatelstwo Gdańska… - Ma przyjść Aśka. I  Mirek też, ale później. - Tomek będzie? No bo jak bez niego? To się tak nie da - on ma dostęp do najlepszych napojów. Normalna zabawa - tylko już nie taka, jak w  przedszkolu. Studencka - inne zabawki, inni ludzie i  nie ma „naszej pani”, która każe usiąść grzecznie na dywanie i  odpowiadać na pytania. Te, gdyby się dziś pojawiły, pewnie wcale nie byłyby łatwiejsze. Jaki jest stan naszego kraju? Kto jest dla nas autorytetem? Jaka przyszłość? Nie, w  to nie będziemy się bawić. Jest wódka, jest muzyka i  są ludzie. Młodzi, fajni - bo z  innymi nikt się bawić nie chce. No to się bawimy - nie wdawajmy się w  szczegóły jak, raczej każdy wie.

Rys. Oliwia Węgrzynowicz

o  tym panu, nie brałabym udziału w  profanacyjnych zabawach? Pewnie nic by to nie zmieniło, bo co sześciolatka mogły obchodzić wielkie przemiany w  kraju? Liczyło się to, że Wałęsa rymuje się z  mięsa.

- To teraz zdrowie wszystkich niepijących. - Cicho, włączcie na moment radio; mają podać wyniki. - Czego? Wyborów… Ten toast nie byłby za mnie; było dużo i  kolorowo - bo akurat ten rynek jest bogaty, a  studenci umieją to wykorzystać. Biegłam więc do łazienki wcale nie dlatego, że wypiłam za dużo herbaty, a  za sobą słyszałam radiowy komunikat… Po kilku minutach pukanie, to Magda: - Już lepiej? Jeśli tak, to wyłaź, trzeba rozruszać co niektórych. Trochę im się nastroje popsuły. - Polityka miewa więc wejściówki na imprezy. - A  kto wygrał? Disney 1 czy Disney 2? - O, jesteś - Tomek, jak zwykle troskliwy - Reakcję wtórną wywołała zbyt duża ilość trunków, czy to, co przed chwilą słyszeliśmy? Najgorsze jest to, że odpowiedź wcale nie była taka oczywista. Fizjologia znów dała o  sobie znać, ponownie w  tak ważnym momencie dziejowym naszej drogiej Ojczyzny. Tylko, że w  tym, co dzieje się teraz, uczestniczę, niestety, już bardziej świadomie i  raczej bez uśmiechu na twarzy. Po powrocie z  toalety nie mogłam też wrócić do zabawy lalkami, jak było kilka lat temu. Dwa podobne do siebie dni, dwie podobne reakcje, dwóch mężczyzn obejmujących ważne stanowiska państwowe. Czas jednego już minął, drugi jest ciągle obecny - tylko czy, tak jak tamten, byłby zdolny do skoku? Czy któryś jest dla nas skaczącym autorytetem, dokonującym heroicznego wyczynu, zapierającego nam dech w  piersiach i  budzącego podziw? Drugi z  tych panów zapowiada się całkiem nieźle i  nie można powiedzieć, że go nie lubimy, bo przecież szanuje obywateli, bo nie powie do człowieka źle, bo ładnie śpiewa hymn, bo wysyła żołnierzy na wojnę, bo nie lubi układów, bo… O

Żaneta Grzywacz

OFENSYWA - luty 2007




Il. Anna Darmochwał

>> Tak pamiętamy

„Gdyby przy domach i blokach zebrać ziemię na grubości około 20 cm to, w skorupkach

szkiełek, pojawiłby się

odbity obraz tego,

jak dzieci potrafiły ubarwić najbardziej

bezbarwną rzeczywistość.”

Kiedyś, kiedy byłam znacznie młodsza i  zasłyszałam gdzieś tytuł „Rok 1984”, nie mogłam zrozumieć, dlaczego ktoś wybrał właśnie rok moim urodzin, ale, jak to dziecko, byłam przekonana, że ta zbieżność musi mieć związek ze mną. Jakieś dziesięć lat później, okazało się, że nie: nie było wzmianki o  mleku w  szklanych butelkach, o  czeszkach, wywrotkach, grubych rajstopach, o  zapinanych na plastikowe klamry kombinezonach, o  horrorze przymusowego leżakowania w  przedszkolach, kiedy dzieci leżały na materacykach w  równych odstępach jak jajka w  przegródkach, ani o  choinkach – gwiazdkowych zabawach, organizowanych w  szkołach, zakładach pracy i  spółdzielniach. Nie przypominam sobie, abym wówczas miała świadomość specyfiki tamtych warunków – dzieci należą do tego rodzaju stworzonek, że, o  ile mają pełny brzuch, dostateczną dozę beztroski i  możliwość zabawy, to warunki są zawsze dobre.

Baza wypadowa w  odcieniach brązu

P

Rys. Paulina Pacler

ewne kontrasty, jak na przykład brak dziecięcych kocyków na trawnikach, widzę dopiero teraz. Tego lata widziałam zaledwie jeden, który zajmowały dwie dziewczynki przez około tydzień. To zdumiewające, że nie ma już kocykowej społeczności – kolorowe dziecięce ciałka miotają się bez ładu i  składu, wrzeszczą pod balkonami jak zawsze, ale nie tworzą już regularnych grupek. Być może, było to zasługą ograniczonej ilości zabawek, że kiedyś trzeba było się zwyczajnie organizować: jedna dziewczynka była lalką Barbie, druga była Kenem, a  trzecia, przypuśćmy, pluszowym słonikiem. Zadowolenie poszczególnych uczestniczek zabawy było, rzecz jasna, różne. Chłopcy z  kolei, którym doskwierał znacznie gorszy problem z  techniczno-chłopięcymi zabawkami (ileż



OFENSYWA - luty 2007

można układać klocki lego, a  to i  tak przyszło później), mieli dwa wyjścia – albo rozrabiać, albo się przyłączyć do dziewczynek. Samotne rozrabiactwo jest na dłuższą metę nudne, wiadomo przecież, że musi istnieć jakaś ofiara, najlepiej taka, która da świadectwo okrucieństwa swojego oprawcy, będzie się szarpać, piszczeć i  brzydko przezywać. Ponieważ samotne dziewczynki zdarzały się rzadko, nie mogło być też mowy o  pojedynczych, nigdzie nie zrzeszonych chłopcach, stąd obie płcie dążyły do przynależenia do jakiejś hordy (teraz sobie myślę, że może podskórnie czuliśmy, że nie-przynależenie nigdzie jest niewłaściwe). Schemat wzajemnych podchodów był następujący: początkowo, oba młodociane stadła zdawały się być sobą nie zainteresowane, jednak, stopniowo, prędzej czy później, musiało dojść do jednoczącego konfliktu, aby chłopcy mogli podokuczać dziewczynkom, a  one, owładnięte wulkaniczną nienawiścią, pójść z  płaczem na skargę. Potem, kiedy pojawiła się jakaś rozjemcza mama i, wśród protestów, pomieszanych z  nieartykułowanymi wrzaskami, kazała się pogodzić i  bawić razem, obie hordy, jeszcze wzdragając się przed sobą, znosiły piłki, rakietki, kocyki i,  uszczęśliwione, bawiły się razem, o  co przecież od samego początku chodziło. Kocyki, gęsto rozsiane przy ładnej pogodzie, były symbolem dziecięcej społeczności, bazą wypadową – zabawa mogła się toczyć gdzieś dalej, ale jej teren był zawsze zaznaczony obecnością tego kwadracika materiału, zazwyczaj w  odcieniach brązów i  szarości, chociaż czasem, zwłaszcza w  dobie Peweksów, zdarzały się i  róże, morele, beże, a  nawet błękity. Jeżeli grupka się przemieszczała, na przykład szła na łąkę, zabierała cały dobytek ze sobą, tak jak to robiły niegdyś wędrownicze plemiona. Nasze rozrywki miały często charakter zbieractwa i  były ściśle związane z  praporządkiem pór roku: jesienią zbieraliśmy liście i  kasztany, pod koniec zimy szukaliśmy przebiśniegów i  bazi-kotków, a  od wiosny - kiedy wszystko rozkwitło – kwiatów i  co ładniejszych traw.


Tak pamiętamy <<

Pobawmy się w  pijaków!

H

ałaśliwość zawsze towarzyszy udanej zabawie. Właśnie wrzask jest taką formą ekspresji, że, ściślej mówiąc, towarzyszy zabawie w  każdym wieku, różnica dotyczy jedynie pory dnia, w  jakiej się rozlega: do zmroku wrzeszczą dzieci, po zmroku wrzeszczą osiedlowi pijaczkowie. Nie wiem, czy to była kwestia nieuświadomienia (wiadomo – nie widzi się tego, o  czym się nie wie) czy sprawności milicji, a  może tego, że alkohol był sprzedawany od godziny trzynastej, dosyć na tym, że dla mnie nie było wrzeszczących pijaczków. Chociaż gdzieś z  pewnością byli. Beatka, moja przyjaciółka, kiedy pewnego dnia było szczególnie nudno, zaproponowała : - Pobawmy się w  pijaków! Żywo poinstruowała mnie, co robić – miałyśmy zarzucić sobie ręce wzdłuż karków i,  depcząc jedna drugą, posuwać się

po krzywej chodnika, od krawężnika do krawężnika. Niebawem zostałyśmy dostrzeżone i  zabawa stała się bardzo popularna – w  krótkim czasie również inne dzieci poczęły, naszym przykładem, toczyć się radosnym slalomem po osiedlu. Sprawa przybrała jednak mniej fortunny obrót, kiedy pewnego dnia, będąc u  Beatki, powiedziałam coś chyba całkiem niepotrzebnego: - Beatko, pobawmy się u  ciebie w  pijaków! Tata Beatki, który na co dzień skrywał pod koszulą zielonkawy tatuaż na ramieniu, gwałtownie poczerwieniał, a  mama Beatki, która paliła jednego papierosa za drugim, okrutnie się poruszyła, była w  jakiejś podomce w  cętki, jakby ją ktoś posypał pie-

– z  bielutką figurką Matki Boskiej, wielkości małego oleju. Pod wpływem obecności figurki pocichły głosy, zapanowała skupiona atmosfera. Ale nurtowało nas, co to za Matka Boska z  RFN i  co ona robi innego niż nasza. Wtedy Krysia powiedziała, że zaraz pokaże, co się z  tym robi. - Ale wam nie dam, bo to nie dla dzieci – dodała z  bardzo ważną miną. Zaczęła manipulować paluszkami wzdłuż korony, odkręciła czubek główki i  pociągnęła z  Matki Boskiej zdrowego chausta czegoś, co tajemnie pływało w  środku. Następnie odniosła ją równie szybko, jak ją wzięła. Właśnie to cudo Włoskowie mieli u  siebie.

„Dzieci należą do

tego rodzaju stworzonek, że, o ile mają

pełny brzuch,

dostateczną dozę beztroski i możliwość zabawy, to warunki

są zawsze dobre.” przem, i, niestety, przyjaźń z  Beatką na długo zamarzła. A  zabawa w  pijaków umarła bezpowrotnie. Wspomniana Beatka była zagorzałą przeciwniczką Krysi Włosek, z  którą mieszkała na tym samym piętrze. Krysia Włosek jest o  tyle godna uwagi, że jej tata, czym się ogólnie pyszniła, jeździł do RFN i  NRD i  przywoził, wedle jej opowiadań, całe wory niemożliwych do wyobrażenia niesamowitości. Te słowa: „RFN” i  „NRD” wymawiała wydymając usteczka, jakby poznała jakąś nieprzeniknioną tajemnicę, a  dla mnie one znaczyły dokładnie tyle, co dwa zupełnie obce kraje, gdzie, nie wiedzieć czemu, były lepsze zabawki. Opowieści Krysi Włosek zrażały do niej inne dzieci, nie tyle przez zazdrość, co przez fakt, że lgnęła do nich nieproporcjonalnie bardziej niż one do niej; była natrętna, a  w  miarę jak bardziej od niej uciekano, ona tym usilniej wabiła do siebie cudami przywiezionymi przez tatę. Kiedyś, podczas jednego z  nielicznych spotkań u  niej, Krysia zaanonsowała, że niebawem objawi jeden z  tych cudów, po czym zniknęła na chwilę w  ciemnobrązowej głębi mieszkania, tak jak większość naszych mieszkań była ciemnobrązowa. Wróciła – ku ogólnemu zdziwieniu

Gargamel zza pelargonii

Pomimo takich, niezrozumiałych przecież wtedy incydentów, dziecięcość w  ogólnym zarysie miała się dobrze. Przede wszystkim – dzieci było bardzo dużo. A  ponieważ kwitły gry ruchowozespołowe – w  ganianego, w  chowanego, w  dwa ognie, w  kozła, w  króla, w  piekło-niebo - było je przy tym zawsze słychać. O  ile pamiętam, nikt za to nie krzyczał. Z  jednym może, niechlubnym wyjątkiem, jaki stanowiła pani Zofia. yła to kobieta samotna, dokuczliwa, zgorzkniała, o  wyjątkowo wyczulonym słuchu, która metodycznie zakręcała i  odkręcała sobie papiloty, bo tego, co miała na głowie, natura z  pewnością sama by nie stworzyła. Gromiła, pouczała, przestrzegała, groziła, wiecznie w  szlafroku, z  wyżyn drugiego piętra zza doniczek pelargonii – bo tylko pelargonie i  kaktusy były w  oknach, nic innego - głosiła ze swojego balkonu prawdziwe tyrady, nigdy nie docenione przez ich małych, hałaśliwych adresatów. Pełniła, przy tym wszystkim, nader pozytywną rolę – była naszym żeńskim Gargamelem, a  dzieci potrzebują swojego potwora, mrocznego straszydła,

Il. Anna Darmochwał

Dzieci, a  zwłaszcza dziewczynki, wiedziały, co to jaskier, kaczeniec, mlecz – a  zdmuchiwanie ich stanowiło odrębny sezon zabawowy - chaber, wrzos, mak, rumianek, szczaw, dzika róża, babka, skrzyp, czy dzwonki. Te ostanie, obficie oplatały kościelne ogrodzenie i  miały najintensywniejszy zapach ze wszystkich dostępnych nam pospolitych kwiatów. W  tej mikrokulturze łazęgostwa (której granice były ściśle ograniczone przez wszechwładną mamę) nie można było nosić zbyt wielu przedmiotów ze sobą - było to zbyt uciążliwe. Ponieważ dzieci - jak to dzieci – bystre, były doskonale poinformowane o  swoim wzajemnym stanie posiadania, w  konsekwencji wykształciła się zabawkowa specjalizacja: wiadomo było, kto posiada zestaw do badmintona, piłkę czy meble dla lalek. Nie przyniesienie owej rzeczy, gdy grupa jej potrzebowała, równało się byciu egoistą, toteż opór zdarzał się niezwykle rzadko. Niektórych wspaniałości, takich jak dom dla lalek chociażby, nie dało się albo nie było wolno wynosić, więc grupka hałaśliwie wlewała się do mieszkania szczęśliwego posiadacza i  pozostawała tam aż do nieuchronnego rozpędzenia przez rodziców, co zazwyczaj miało miejsce przed dobranocką. Trzeba zauważyć, że dzieci przesiadywały u  siebie całymi godzinami i  były w  tym czasie pojone i  karmione przez gospodarzy, słowem - stanowiły dobro wspólne; zresztą, tak jak wszystko inne było z  założenia wspólne w  tym ustroju.

B

OFENSYWA - luty 2007




Il. Anna Darmochwał

>> Tak pamiętamy które dostarcza dreszczyku strachu; nie ma przecież niczego tak przyjemnego, jak celowe podrażnienie owej istoty, aby w  ostatniej chwili jej uciec sprzed nosa, jeszcze świeżo pod wrażeniem własnego wyczynu. Panią Zofię dzieci doprowadzały przez to do szału: przechodziła samą siebie w  chodzeniu na skargi do sąsiadów, było to nieznośne. Miała ucho osoby spędzającej życie w  domu, w  brudnym szlafroku - nie potrzebowała się przebierać, przeszkadzał jej każdy odgłos, a  dokładność, z  jaką je rejestrowała, pozwalała przypuszczać, że wyczekuje tych odgłosów specjalnie. O  przykrości jej usposobienia świadczy najdobitniej fakt, że moja babka, należąca do nielicznych kobiet, które siwieją na biało i  nigdy nie podnoszą głosu, zatrzasnęła Zofii drzwi, może ze dwa centymetry od twarzy, kiedy doszło do tego, że kazała jej ciszej stawiać kroki. Pani Zofia do końca swych dni straszyła dzieci, nasłuchiwała ich, coraz nieszczęśliwsza, bo one coraz mniej jej się bały. Umarła samotnie, w  wannie, co odkryli sąsiedzi zupełnym przypadkiem.

wa, to wystarczyło obrać dzieci na wykonawców, aby skutki pomysłu uległy przeobrażeniu w  stosunku do motywów: pozawiązywały się autentyczne korespondencyjne przyjaźnie, obie granice przekraczały prezenty. Pokrewną tendencją było to, że, ogólnie, modnie było „z  kimś pisać”. W  owym okresie dzieci uprawiały magię listu – to, co podlegało zapisowi, musiało być warte utrwalenia, można więc powiedzieć, że to, co było bezbarwne i  bez znaczenia, nabierało, w  toku korespondencji, kolorytu i  ważności. Pisało się do kogokolwiek, były specjalne rubryki „napisz do mnie” w  pismach dziecięcych typu „Płomyk”, a  w  razie braku znajomości

Jak proletariusze już napisałam, wszystko było wspólne, także dzieci, a  wśród dzieci – zabawki. Tamte czasy dosięgły dziecięcego świata także w  taki sposób, że, w  ogólnym ferworze umacniania tożsamości klasowych, nie zaniechano umacniania tożsamości dziecięcych. Tak jak proletariusze mieli się łączyć, tak miały łączyć się i  dzieci. Ale to było odrobinę wcześniej, zanim ja się pojawiłam, albo - w  najlepszym razie - kiedy leżałam owinięta w  pieluchy tetrowe. Kinga i  Ada, dwie trzydziestolatki, z  którymi jestem zaznajomiona, opowiadały mi, że wtedy rosyjski był językiem obowiązkowym, a  bardzo lubianym obowiązkiem było korespondowanie z  dziećmi rosyjskimi, bo dzieci mogły przecież być rosyjskie, nawet jeśli cała Rosja była wtedy radziecka. W  kopertach z  pięknie wykaligrafowanym „cccp” przychodziły do polskich dzieci odprasowywane kolorowanki, a  w  przeciwnym kierunku – do dzieci rosyjskich - wędrowały polskie gumy do żucia. Jeżeli nawet sama idea była na wskroś sztuczna i  pokazo-

na odległość, można było pisać do koleżanki z  ławki i  codziennie się wymieniać najświeższymi nowinami.

Jak



OFENSYWA - luty 2007

Aby stworzyć widoczek należało znaleźć odłamek szkła: białego, rdzawego, zielonego, byle niezbyt grubego, tak, aby było mocno przezroczyste. Najbardziej wskazane były kształty lekko wypukłe, odpowiadające środkowi butelki czy słoika, im większe, tym lepsze. Pod szkiełkiem powstawały fantazyjne kompozycje z  listków, kwiatów, pazłotek, papierków, gałązek, malutkich kamyków, innych szkiełek czy wszelkich drobnych, połyskujących, kolorowych znalezisk. Całość misternie ułożona, podtrzymana listkiem babki, zawerniksowana szkiełkiem, spoczywała w  wykopanym dołku. Dołek musiał być mocno ugnieciony, żeby ni grudka nie dostała się do widocz-

„Tamte czasy dosięgły

dziecięcego świata także w taki sposób, że w ogólnym ferworze umacniania tożsamości klasowych, nie zaniechano umacniania tożsamości dziecięcych.

Tak jak proletariusze mieli się łączyć, tak miały łączyć się i dzieci.”

Kolorowa kronika bezbarwnych czasów

M

ogłoby się wydawać, że czas się ciągnął jak brudne sznurowadło, że dzieci niepomne ubóstwa piękna w  tamtym świecie, najspokojniej tworzyły skomplikowane konfiguracje na poszarzałych, rozciągniętych gumach pod klatkami (a  o  gumy było niełatwo - ta sama guma była do skakania i  do majtek); ale nie – dziecięcy światek reagował tym samym pragnieniem posiadania na własność czegoś pięknego, odróżnialnego, trwałego, które trawiło resztę dorosłej społeczności, wyczekującej westernów w  telewizji, czy ubraniowych nowości w  „ Burdzie”. Ale domy ze szkła zamieniły się w  coś innego - najbardziej specyficzną dziecięcą pasją w  tamtym okresie było robienie widoczków. Była to podwórkowa sztuka, na miarę wieku artystów i  pospolitych środków, która niosła cień jakiejś wyższej potrzeby.

ka, który następnie trzeba było zakopać, ziemię przyklepać i  przykryć trawą. Najwspanialszy był moment odkopywania widoczków, kiedy spod brązowych zbitków wyłaniał się kolorowy skrawek, uwięziony za przezroczystą szybką. Miejsce zakopania było sekretem i  tylko wtajemniczeni potrafili rozszyfrować znaki, które doń prowadziły. Był to wyraz głębokiej przyjaźni, wspólnej tajemnicy, dotyczącej posiadania czegoś innego, wyjątkowego, na własność. Jedynie zima była martwą porą dla tej rozrywki, ale za to jesień, lato, wiosna… Podejrzewam, że gdyby przy domach i  blokach zebrać ziemię na grubości około 20 cm plus to, co się mogło przez te wszystkie lata nagromadzić, to w  skorupkach szkiełek pojawiłby się odbity obraz tego, jak dzieci potrafiły ubarwić najbardziej bezbarwną rzeczywistość O

Sylwia Hejno


Tak pamiętamy <<

Ogromny kleks

na kartach mojego dzieciństwa Pan Kleks na starym projektorze i  poczciwym winylu

B

„Młodzi ludzie, przesiąknięci

zalewającą nas masowo

pornografią, widzą dziś

w prof. Kleksie pedofila,

nękającego młodych chłopców, a w scenie kąpieli

uczniów Akademii

„pod deszczowym

drzewem”

- dopatrują się wątków pornografii dziecięcej.”

Rys. Wojtek Matuszewski

ohater powieści Brunona Schulza Sanatorium pod klepsydrą miał swoją Księgę, która stała się swoistym symbolem jego dzieciństwa. Pamiętam, że i  ja posiadałem taką książkę. Była to trylogia Jana Brzechwy Pan Kleks. Pierwsze z  nią zetknięcie ograniczyło się do przejrzenia pięknych, kolorowych ilustracji Jana Marcina Szancera. Jakiś czas potem, otrzymałem w  prezencie od rodziców analogową płytę z  piosenkami do filmu Akademia Pana Kleksa i  slajdy z  adaptacji Podróży… Były to fotografie - opatrzone krótkimi komentarzami dotyczącymi filmowej fabuły - rzucane na ekran przy pomocy projektora. Zrobiły na mnie ogromne wrażenie i  pozostały na długo w  mej pamięci, podobnie jak wspaniałe piosenki, z  muzyką Andrzeja Korzyńskiego, płynące z  maksymalnie eksploatowanego winylu. Z  wielkim upodobaniem słuchałem: Jak rozmawiać trzeba z  psem czy Księżyc raz odwiedził staw. Samą zaś ekranizację powieści, z  których pochodziły wymienione utwory, zobaczyłem dużo później. Byłem już wówczas uczniem szkoły podstawowej i, tak naprawdę, dopiero pod wpływem filmu Krzysztofa Gradowskiego z  1983 roku, sięgnąłem po lekturę powieści Jana Brzechwy. Początkowo była to tylko Akademia, która, notabene, stanowiła i  stanowi do dziś zresztą, mimo licznych reform w  dziedzinie edukacji, lekturę szkolną. Zainteresowany dalszym ciągiem przygód charyzmatycznego profesora Ambrożego Kleksa, przeczytałem też

Podróże i  Tryumf. W  owym czasie, filmy nakręcone na podstawie dwóch pierwszych części trylogii, dość często gościły na ekranach telewizorów, zwłaszcza w  okresie Świąt Bożego Narodzenia. Bez trudu więc można je było skompletować na kasetach VHS. W  trzy lata po nakręceniu Podróży…, pojawił się film zatytułowany Pan Kleks w  Kosmosie. Pamiętam, że jako dziecko oburzałem się bardzo na tę produkcję. Przede wszystkim dlatego, że jej scenariusz był wyłącznie efektem fantazji Krzysztofa Gradowskiego i, poza postacią głównego bohatera, z  utworem Jana Brzechwy nie miał nic wspólnego. Uważam, że reżyser powinien w  tamtym okresie - idąc za ogromnym sukcesem poprzednich adaptacji - sfilmować raczej, napisaną przez Brzechwę, ostatnią część przygód Kleksa - Tryumf. Dokonał tego w  roku 2001. Jednakże jego decyzja o  zrobieniu filmu animowanego była zupełnie nietrafiona. O  ile bowiem Akademię i  Podróże Pana Kleksa, jako filmy fabularne ze wspaniałą obsadą aktorską i  doskonałymi kreacjami chociażby Piotra Fronczewskiego, Leona Niemczyka, czy Zbigniewa Buczkowskiego, oglądane były całymi rodzinami, o  tyle Tryumf - w  związku z  tym, iż jest animowany - sprowadzony został do dziecięcej kreskówki, przeznaczonej wyłącznie dla najmłodszych widzów. Zapewne z  tego właśnie powodu recenzje krytyków po premierze nie były zbyt pochlebne, a  ja nie wybrałem się na projekcję filmu do kina - choć muszę przyznać - miałem taką ochotę, mimo że byłem już w  owym czasie uczniem szkoły średniej. Te nieprzychylne opinie krytyków nie przeszkodziły w  zjawisku, które określiłbym jako swego rodzaju renesans Pana Kleksa.

OFENSYWA - luty 2007




>> Tak pamiętamy

J. Brzechwa a  J. Rowling, czyli Kleks kontra Potter »W artykule „Jeszcze raz witajcie w naszej bajce”, pani Karolina Kosińska

przejawów narkomanii

dopatruje się w łykanych przez

Ambrożego Kleksa

piegach,

które mają działać na rozum i

pamięć.«

10

OFENSYWA - luty 2007

W

  tym samym roku, w  którym na ekrany polskich kin wszedł Tryumf, firma Sony Music wydała specjalny Box z  piosenkami, pochodzącymi ze wszystkich filmów o  Panu Kleksie. W  ten sposób, płyty CD wyparły poczciwe winyle z  okresu mego wczesnego dzieciństwa, które do dziś wspominam z  ogromnym sentymentem. Stare slajdy, projektor i  kasety VHS także poszły w  zapomnienie… Akademia, Podróże i  Tryumf doczekały się wydań na DVD, a  książka - na podstawie której powstały - kolejnych wydań. W  tej reinterpretacji Jana Brzechwy pomogła, w  dużej mierze, pojawiająca się moda na literaturę fantastyczną i  niesamowita popularność cyklu powieści o  Harrym Potterze, autorstwa J. K. Rowling. W  mediach szybko zaczęły się dyskusje na temat zaskakująco dużej ilości podobieństw pomiędzy dwoma utworami. Sam badałem je nieco i  rzeczywiście - chociaż to materiał na oddzielny artykuł - myślę, że warto w  tym miejscu zwrócić uwagę na kilka zbieżnych elementów. W  obu utworach chłopcy, będący głównymi bohaterami, są w  jednakowym wieku - jedenastu lat i  trafiają do szkoły czarów, których założycielami są obdarzeni tytułami profesorskimi, brodaci mędrcy, noszący okulary. Jeśliby przyjrzeć się bliżej warstwie onomastycznej tych powieści, można zauważyć, że pierwszą - Jana Brzechwy - w  kwestii nazewnictwa rządzi litera A, drugą - H. Oto mamy bowiem z  jednej strony: Akademię, Adasia (Niezgódkę), czy Ambrożego (Kleksa) - z  drugiej zaś: Hogward, Harryego, Hermionę, Hagrida, czy Hedwigę. Ta ostatnia to sowa, wykorzystywana do przekazywania korespondencji. U  Brzechwy funkcję tę pełni inny ptak - szpak Mateusz. Interesującą sprawą jest też fakt podobnego brzmienia określeń: Paj – Chi – Wo i Sam – Wiesz – Kto. Zarówno w  jednej, jak i  w  drugiej powieści, główne postacie posiadają znaki szczególne: piegi uczniów (w  Panu Kleksie) i  blizna w  kształcie błyskawicy na twarzy Harryego Pottera. Takie analogie można mnożyć. By je wykryć, trzeba zapoznać się nie tylko z  będącymi na topie utworami o  Harrym, ale sięgnąć też po starą, wysłużoną powieść Jana Brze-

chwy, a  to sprawia, że twórczość ta jest nadal żywa w  świadomości młodych czytelników.

Guru sekty, narkoman i  pedofil, czyli prof. Kleks w  oczach młodych internautów

K

iedy, jakiś czas temu, ponownie sięgnąłem po „Księgę”, która tak silnie zrosła się z  obrazem mojego dzieciństwa, i, podejmując pracę magisterską na jej temat, znów zacząłem śledzić i  kolekcjonować wszelkie możliwe wydawnictwa związane z  Panem Kleksem, stwierdziłem, z  pewnym wręcz zażenowaniem, że postać ta jest przez współczesnych, młodych czytelników konceptualizowana zupełnie inaczej niż była przeze mnie i  moich rówieśników. Czasem zdarza mi się zahaczyć o  ten temat w  rozmowie z  koleżankami i  kolegami, a  wtedy z  nostalgią wspominamy, kojarzącą się z  dniami naszego dzieciństwa, lekturę, i,  śmieszący może już dzisiaj nieco, ale sympatyczny, cykl filmów korporacji polsko - radzieckiej o  przygodach Ambrożego Kleksa. Tymczasem młodzi ludzie, przesiąknięci zalewającą nas masowo pornografią, widzą dziś w  prof. Kleksie nie kogo innego jak tylko pedofila, nękającego młodych chłopców, a  w  scenie kąpieli uczniów Akademii „pod deszczowym drzewem” - dopatrują się wątków pornografii dziecięcej i  wcale nie zdziwiłbym się, gdyby została ona wycięta przy kolejnej emisji filmu. Ogarnia mnie gorzka refleksja, jak bardzo zmienia się świadomość młodych czytelników i  widzów. Gdy byłem małym chłopcem powieść ta niosła dla mnie, przede wszystkim, określony system wartości. Na szczycie tej hierarchii znajdowało się wykształcenie. Tytułowy Kleks posiada przecież stopień naukowy profesora i  wykłada w  założonej przez siebie Akademii. Jest zatem także archetypem doskonałego pedagoga, który proponuje swoim uczniom niekonwencjonalne rozwiązania metodyczne, uwrażliwiając ich na świat przyrody, na drugiego człowieka, a  wreszcie na literaturę, którą sam także tworzy. Dowodem na to są liczne wierszyki i  piosenki, które wplata w  autorski program edukacji. Być może stąd jego ekscentryczny wygląd (długa broda, kolorowe włosy), którym charakteryzują się często ludzie sztuki. Jak powszechnie wiadomo, wielu z  nich nie jest pozbawio-


Tak pamiętamy << nych także nałogów. Fakt ten wykorzystuje wiele współczesnych interpretacji.

W

Il. Justyna Jakubowska

  bardzo, skądinąd, ciekawym artykule Jeszcze raz witajcie w  naszej bajce, zamieszczonym w  Internecie, pani Karolina Kosińska, przejawów narkomanii dopatruje się w  łykanych przez Ambrożego Kleksa piegach, które mają działać na rozum i  pamięć, a  także w  pastylkach podawanych uczniom, by mieli coraz piękniejsze sny. Apogeum wizji narkotycznych stanowi dla niej Sen o  siedmiu szklankach Adasia Niezgódki. Stąd już tylko krok do przypisania Panu Kleksowi etykietki guru sekty, który manipuluje młodymi chłopcami, by wykorzystać ich potem chociażby w  celach seksualnych. W  kwestii inicjacji seksualnej, jaka dokonuje się w  głównym bohaterze Adasiu – spotykającym w  dziupli (w  filmowej wersji) smutną księżniczkę, Pani Kosińska jak najbardziej mnie przekonuje. Utwór ten skłonny byłbym odczytywać dziś jako powieść o  inicjacji młodego bohatera (więc także tej seksualnej) i  odwołanie się do freudowskich symboli, jak czyni to autorka artykułu, przekonuje mnie, że księżniczka z  innej bajki staje się dla młodego chłopca „symboliczną kobietą”, z  którą wchodzi on w  kontakt. Podobnie jak pani Karolina, w  postaci Alojzego Bąbla (filmowego Adolfa) i  inwazji wilków, dopatruję się wątków wojny (pamiętajmy, że Akademia Pana Kleksa powstała w  latach 1941-1943). Zastanawiałem się niejednokrotnie nawet nad kwestią wspomnianej rzekomej narkomanii, ale porównywanie Akademii do sekty i  określanie prof. Kleksa pedofilem, mogę traktować jedynie jako żart i  to dość niesmaczny… Równie dobrze można żartować (jak czyniliśmy to kiedyś z  kolegą – także wychowanym na powieściach Brzechwy), że Kleks jest rozwodnikiem, a  dzieci ma z  pierwszego małżeństwa. Ale czy o  to chodzi? Myślę, że nie można przykładać dzisiejszych realiów do czasów, w  których Brzechwa pisał swoją powieść. Wówczas nie było przecież szkół koedukacyjnych. Pamiętajmy o  tym, zanim zdziwi nas, że do Akademii Pana Kleksa trafiali sami chłopcy! Tego typu żarty internautów, jakie można przeczytać na temat Kleksa, deprecjonują bardzo wymowę tej książki. W  konsekwencji mogą doprowadzić do tego, że zniknie ona ze spisu lektur

szkolnych lub, co gorsza (o  zgrozo) - dostanie się na indeks ksiąg zakazanych, a myślę, że żal by było, gdyby nasze dzieci nie wychowywały się na takich samych lekturach i  filmach jak my. Zatem to dobrze, że wciąż o  nich słychać. Kiedyś przeczytałem, iż Teatr Muzyczny Roma

w  Warszawie przygotowuje musical Akademia Pana Kleksa. Będzie to okazja do powtórnego sięgnięcia po lekturę powieści i  przypomnienia sobie piosenek z  naszego dzieciństwa. Wspominana przeze mnie Karolina Kosińska, swój artykuł kończy pięknym porównaniem. Otóż utwór Jana Brzechwy nazywa „proustowską magdalenką”, której smak może cofnąć nas do słodkiego dzieciństwa… Częstujmy się nią zatem jak najczęściej i  nie pozwólmy na różnego typu nadinterpretacje, bo wówczas owa „magdalenka” może stracić swój niepow tarza lny smak… O

Adrian Szary OFENSYWA - luty 2007

11


>> Tak pamiętamy Chcemy czy nie, wyrośliśmy z  peerelowskiego becika. Karmili nas szklaną butelką z  gumowym smoczkiem, z  odstępem koniecznie co dwie godziny. Zgodnie z  pewnymi teoriami, tak drastyczne dawkowanie matczynych dóbr mogło w  nas wyrobić ograniczone zaufanie do ludzi. Podobno charakter dziecka kształtuje się przez pierwszych pięć lat jego życia. Nam się trafiło przeżyć to jeszcze przed rokiem ‘89. Czy ciasny komunistyczny becik nadal krępuje nam ruchy?

„Dlaczego,

Świadomie raczej na to nie pozwalamy. My, dzieci stanu wojennego, nie pamiętamy z  tego czasu nic. Wiedza o  kolejkach, kartkach i  occie na półkach jest wtórna i  pochodzi od Barei. Ze spraw praktycznych, nie posiedliśmy nawet umiejętności rozpoznawania, który kolor kapsla na butelce oznacza, że krowa dała tłuste mleko. Pojawiają się zgrzyty komunikacyjne w  rozmowach ze starszym pokoleniem. Zwłaszcza w  kwestiach geograficznych. No bo na jaki targ idzie mama, jak idzie na Gomułki? To nie można powiedzieć po ludzku, że na Podzamcze…

jeszcze niektórych rzeczy przyzwydziesięć lat temu, czailiśmy się, bo kultywują zbrodnią było zapalić je nasi rodzice. Weźmy na przykład taki

papierosa,

a teraz kręci się

porno w szkolnej toalecie?

Odpowiedź na to pytanie może tkwić w naszym

Rys. Paulina Pacler

peerelowskim wychowaniu.”

12

OFENSYWA - luty 2007

Do

dzień kobiet. Niby nie ma rajstop i  goździków, ale na feministki łamiące tulipany - co im rzeczywiście są potrzebne, jak rybie rower - nikt nie patrzy dobrze. Albo pierwszego maja. Na pochody się nie chodzi, ale do pracy też nie. I  sklepy pozamykane, przynajmniej te polskie. No i  jeszcze jedna sprawa - strach przed urzędnikiem, któremu ślemy w  pismach uprzejme prośby i  służalcze pozdrowienia. Kilka lat od nas młodsi ludzie też nie wiedza, co zrobić z  oczami w  sklepie. Też się buntują, chodzą na koncerty i  popalają papierosy. Ale to nie to samo: nasze młodsze wersje różniły się bardzo od współczesnych gimnazjalistów. Jako dzieci, nie pomylilibyśmy w  ćwiczeniach od biologii liścia kasztana z  marihuaną. Dla nas dziecko z  gwiazdy oznacza kosmitę, a  w  dalszym skojarzeniu Małego Księcia. Na zdrowy rozum nie istnieje. Dla ludzi urodzonych kilka lat później, dziecko z  gwiazdy to dziecko, którego ojciec jest nieznany.

I  to nie jest żadna metafora; gwiazda to taka seksualna zabawa, podobno popularna na imprezach. Jej nazwa pochodzi od ułożenia ciał dziewczynek na podłodze; chłopcy poruszają się wokół nich, a  na czym polega zabawa, to już nietrudno się domyśleć. Dlaczego, jeszcze dziesięć lat temu, zbrodnią było zapalić papierosa, a  teraz kręci się porno w  szkolnej toalecie? Odpowiedź na to pytanie może tkwić w  naszym peerelowskim wychowaniu. Przyjrzyjmy się czemuś, co miało najintymniejszy kontakt z  naszym przedszkolnym mózgiem. Poszperajmy w  dobranockach. Przez dwadzieścia trzy lata serwowano dzieciom wzór męskiej przyjaźni. Bolek i Lolek, mimo że w  maju tego roku zachęcali niemieckich turystów do przyjechania na warszawską Paradę Równości, gejami nie byli. Po dziesięciu latach, kiedy już objechali cały świat, w  ich życie wkroczyła kobieta. Tola była miła, skromna i  nie chodziła z  gołym brzuchem. Dawała ludziom, absurdalną dzisiaj, wiarę w  przyjaźń pomiędzy kobietą a  mężczyznami. PLASTUŚ to typowy przykład braku asertywności. Nie ma co ukrywać, był miękki. Być może dlatego, że aktu kreacyjnego dokonała kobieta; Tosia mu zrobiła ołówkiem oczy i  zaraz zaczął patrzeć na wszystkie strony. Mimo traumatycznych wydarzeń, takich jak przefarbowanie atramentem na niebiesko, rozpłaszczenie przez żelazko, pokłucie kaktusami i  porzucenie na rzecz chorego Witka, był zawsze miły i  uczynny jak jego właścicielka. Oswajał się ze szkołą i  przyjaciółmi z  piórnika. Cyrkiel i  temperówka przestały być groźne i  człowiek miał wyrzuty sumienia, jak je niszczył. Z  miłośników Plastusia


Tak pamiętamy << wyrośli dzisiejsi pedantyczni lalusie i  gadżeciarze doczepiający zabawki do komórek. Miś Uszatek też był miękki. Miał defekt w  postaci opadającego uszka, co, w  ostatecznym rozrachunku, i  tak jest lepsze niż mały rozumek. Mały, gruby, śmieszny miś (bo tak o  sobie śpiewał) jest dobrze sprzedającym się produktem TVP. Jest, a  nie był, bo Słowenia i  Finlandia odnawiają licencję na emisję filmu co dwa lata. Swoją drogą ciekawe, jak fińskie dzieci przyswajają takie epizody jak Piasek Sahary. Chodziło w  nim o  to, że ciocia Chrum-chrum kupiła nowe auto, Fiata 126p, o  wiele mówiącym kolorze piasku Sahary. Niestety, małe niesforne zwierzątka rozładowały w  nim akumulator nieodpowiedzialną zabawą. I, jak to powiedział Miś Uszatek, z  wycieczki wyszły nici… To była bajka o  konsekwencjach; małe psocą, duże dają karę, małe się uczą. Ale na końcu zawsze można było usłyszeć, że dzieci lubią misie, misie lubią dzieci. Coralgol, w  przeciwieństwie do Uszatka, miał temperamencik. Nie kochał się uczyć, notorycznie spóźniał się do szkoły i  zdaje się, że był lekko nadpobudliwy. Nadmiar energii spożytkował w  Egipcie, na Syberii, w  Indiach, Ameryce, Meksyku, Anglii i  w  kosmosie. Wszędzie wpadał w  tarapaty, ale i  wszędzie poznawał coś nowego. Niejaka Karolina, dzisiaj doktor medycyny, lat dwadzieścia siedem, niegdyś widz dobranocek, przyznaje się do odczuwania nienawiści do tej bajki. Bo była taka nieładnie zrobiona, bura. Ja dodam od siebie, że Coralgol wydawał mi się jakiś taki miękki, mało męski. Być może dlatego, że strasznie chciał śpiewać i  piszczał cienkim głosem. Być może sprowokował wielu chłopców do odrzucenia postawy macho. No, ale w  końcu był tylko małym misiem, a  takie są poczciwe i  naiwne. Brak męskości w  polskich bajkach zrekompensowała produkcja zagraniczna. Rumcajs to taka czechosłowacka wersja Janosika z  syndromem nadmężczyzny. Znudziło mu się bycie szewcem, więc nadmiar testosteronu wyrównywał wymachiwaniem strzelbą w  stronę Księcia Pana i  jego żony. Miał dom, syna, cały las drzew i babę, czyli pełen zestaw jaskiniowca. Moim skromnym zdaniem, dał przykład młodzieżówkom niektórych prawicowych partii.

Wilk i Zając to też była bajka oparta na najsilniejszych, wręcz zwierzęcych instynktach. ZSRR pozazdrościł Zachodowi Toma i  Jerrego i  tak powstała wiecznie ganiająca się para. Nie mogli się powstrzymać, szczególnie w  miejscach publicznych. Zły Wilk, o  wschodnim temperamencie, prześladował dobrego Zająca na ulicy, na stadionie, na budowie, w  cyrku i  w  telewizji. W  zasadzie, to nie wiadomo, dlaczego. Jednym z  motywów przewodnich była wieczna nadzieja cholerycznego drapieżnika: - Nu, Zajec! Nu, pogodi! Jaki z  tego morał? Powinien być taki, że trzeba było od razu Wilkowi asertywnie dać w  mordę. Ale nie dałabym głowy za to, czy więcej dzieci było za Wilkiem, czy za Zającem. Wszyscy chcieli wiedzieć, co też ten Wilk mu w  końcu pokaże…

P

olskie bajki były zdecydowanie spokojniejsze. Zaczarowany ołówek to reakcja na rzeczywistość wybrakowaną. Remedium na puste półki. Rysujesz i  masz - kredki, piłkę, latawiec, sprzęt do nurkowania. Coś dla niepoprawnych marzycieli, którzy po latach grają w  totka co sobotę i  przy większych kumulacjach. I  tych, co wierzą w  antykoncepcję naturalną. Reksio, za to, biegał twardo po ziemi. Większość swojego pieskiego życia spędził daleko od budy, pełniąc doniosłe funkcje społeczne. Był między innymi policjantem, strażakiem, aktorem, śpiewakiem, pielęgniarzem i  racjonalizatorem. Miał wielu przyjaciół i  wiele przygód. Jak na kundla, zrobił niezłą karierę. Dzisiaj miałby trzy fakultety i  jadłby tylko Pedigree Pal. Krecik to typowy przykład mało asertywnego osobnika ze słabymi zdolnościami komunikacyjnymi. Jego przygody były pouczające. Jeden z  epizodów przestrzega przed zgubnymi skutkami stosowania zachodniego wymysłu, jakim jest guma do żucia. Krecik znalazł w  lesie tajemniczy przedmiot, który przykleił mu się do ręki. Całe szczęście, z  opresji wyprowadziła go krowa, która, z  wrodzoną sobie delikatnością i  precyzją, odkleiła wstrętną gumę. Aż dziw, że Krecik to przeżył. Po takich historiach dzieci miały zapewne zdrowsze szczęki. Pamiętajmy, że było to krótko przed tym, jak pojawiły się pogłoski, że gumy Turbo są rakotwórcze. Był jeszcze jeden bohater, a  w  zasadzie antybohater. Trzeba przyznać, że

ani przydomek Koziołka Matołka, ani nazwa miasta Pacanów nie kojarzą się z  niczym dobrym. Ale w  bajkach wszystko dobrze się kończy. Pomimo niskiego IQ, Matołek został patronem Europejskiego Centrum Bajki. Dla mnie jest kozłem z  prowincji, ale niektórzy dopatrują się w  tej postaci czegoś więcej. Sympatyczny koziołek należy do naszych najpopularniejszych bohaterów narodowych. Nosi przecież narodowe barwy (biały kolor sierści i  czerwone spodenki), odbywa służbę w  wojsku, kocha polskie dzieci, podróżuje po świecie, ale zawsze wraca do stron ojczystych. Po całym świecie szuka serca polskości, którym dla niego jest Pacanów1. No cóż; zastanawiam się, czy to nie jest lekkie nadużycie. Gołota też się na walki ubierał w  białe lub czerwone gacie, ale słabo wyobrażam sobie Polskę z  jego twarzą. Tak samo, jak z  twarzą Matołka. Był jeszcze Miś z  okienka. To on pokazał widzom, że ciepłe, klusiowate dialogi o  książeczkach to tylko jedna strona mocy. Takie możliwości mogła dać tylko peerelowska telewizja na żywo. To Bronisław Pawlik, przyjaciel Misia, był rewelatorem wielkiej prawdy o  mediach. Kiedyś, po zejściu z  wizji, pożegnał młodych widzów w  ten oto sposób: A  teraz, kochane dzieci, pocałujcie misia w  dupę! Okazało się jednak, że wcale nie zszedł z  wizji. Tysiące, może miliony oczu nadal się w  niego wpatrywały. Tak czy owak, zdanie, które wypowiedział Pawlik, ma w  sobie coś kapitalistycznego. Takie były bajki. Jak ludzie. Czasem trochę przerysowane, ale na pewno nie w  kierunku półtorametrowych nóg Barbie. Śmiem twierdzić, że Studio Filmów Rysunkowych z  Bielska – Białej lepiej wychowywało Polaków niż niejeden Giertych. Jeszcze trochę i  nikt nie będzie wiedział, że Lolek to nie skręt, tylko przyjaciel Bolka. Chłopcy zaczną wyglądać jak angielski listonosz Pat, a  dziewczynki wymrą od anoreksji i  bulimii O 1

Elżbieta Pyda

http://www.vulcan.edu.pl /biblioteka/inne/gazetki/gazetki027.html

OFENSYWA - luty 2007

13


Il. Alicja Magiera

Rys. Kuba Trzeciak

>> Tak pamiętamy

Rok

1993. Mam lat dziesięć, w  porywach do jedenastu (jestem z  grudnia). W  telewizorze marki Grundig (który przypomina wielkie plastikowe pudło, ale i  tak wciąż jeszcze pozostaje zachodnim rarytasem) oglądam serial zatytułowany „Czterdziestolatek – 20 lat później”. Ponieważ to serial komediowy, śmieję się z  zabawnych sytuacji (rzecz jasna z  tych, których sens potrafię ogarnąć swym dziecięcym umysłem), niczego więcej z  owej produkcji nie wynosząc. Rok 2006. Mam lat dwadzieścia trzy, w  porywach do dwudziestu czterech. W  telewizorze marki Sony leci powtórka „Czterdziestolatka…”. Z  perspektywy czasu widzę, że ten serial to coś więcej niż tylko mniej lub bardziej udana komedia.

Chociaż inżyniera Karwowskiego zna każdy Polak, słynny „Czterdziestolatek” w  zasadzie odszedł już do lamusa, pozostając w  pamięci narodu jako jedna z  tzw. „kultowych komedii”, którą i  tak przebijają wszelkie „Misie”, „Rozmowy Kontrolowane” i  „Rejsy”. Tymczasem, tak jak „Misie” i  „Rejsy” stanowiły raczej komedie absurdu, tak kręcony od 1974 roku „Czterdziestolatek”, jak i  wyprodukowany w  latach dziewięćdziesiątych „Czterdziestolatek – 20 lat później”, są, jak dla mnie, przede wszystkim filmami obyczajowymi, co dodatkowo potęguje ich walory dokumentalne. Tak jak pierwsza część losów rodziny Karwowskich dokumentuje epokę Gierkowską (w  tym okres wielkich państwowych inwestycji budowlanych), tak druga stanowi arcytrafną satyrę na czasy tzw. „transformacji ustrojowej”. I  właśnie druga część interesuje mnie szczególnie, ponieważ to na te lata przypadło moje dzieciństwo. W  jakich warunkach społeczno-ekonomicznych przyszło mi poznawać świat? Zapraszam do Warszawy pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych.

„Jak świeże wiśnie trzeba życie rwać”

I

nżynier Stefan Karwowski (Andrzej Kopiczyński), wraz z  małżonką Madzią (Anna Seniuk), żyją skromnie w  niewielkim mieszkaniu M4 na jednym z  warszawskich blokowisk. Chociaż po 1989 roku otworzyły się szerokie możliwości awansu i  pojawiły się alternatywne źródła zarob-

14

OFENSYWA - luty 2007

ku, Karwowski dalej pracuje na „państwowym”, budując Teatr Narodowy, na ukończenie którego wiecznie brakuje pieniędzy, a  Madzia „dobija” do emerytury pracując w  laboratorium hydrologicznym. Syn Karwowskich, Marek (Wojciech Malajkat), wykłada (jako adiunkt) na uczelni. W  wolnym czasie dorabia sobie jednak w  agencji ochrony mienia, gdyż uniwersyteckie zarobki nie wystarczają na utrzymanie rodziny. W  dzień urodzin swojego ojca nie może spędzić z  rodzicami nawet chwili, ponieważ, jak wyjaśnia, „dostał atrakcyjną robotę, pięćdziesiąt tysięcy za godzinę, biżut, fu-

tra – będzie czego pilnować”. Ale problemy finansowe dotykają również pracowników naukowych wyższych szczebli i  nie tylko. Kierownik katedry, w  której pracuje Marek (jeden z  profesorów uniwersytetu) nie ma, jak mówi Karwowski, „głowy do badań”, ponieważ ciągle chodzi „na zebrania jakiejś rady nadzorczej”. Kelnerzy zatrudnieni w  pizzerii „Angelo”, prowadzonej przez przyjaciół Karwowskich, okazują się artystami - aktorami Teatru Narodowego – „Nie ma gdzie grać, nie ma komu płacić, a  tu sobie spokojnie uzbieramy na cinquecento” – tłumaczą Stefanowi.


Tak pamiętamy << Najlepiej z  całej rodziny ułożyło się córce państwa Karwowskich, Jagodzie (Joanna Kurowska), która, nie skończywszy studiów, wyszła za mąż za francuskiego biznesmena (Wojciech Mann) i  wraz z  nim zarządza polską filią firmy „Mega Investment”. Jak widać, w  nowej rzeczywistości wyższe wykształcenie nie ma już żadnego znaczenia. Nawet jeżeli jest potrzebne do objęcia jakiejś funkcji urzędniczej. Oto bowiem kierownik laboratorium, w  którym pracuje

nawia rozpocząć strajk głodowy, jego przewodniczący namawia Stefana do wzięcia udziału w  głodówce. Kiedy Karwowskiego nachodzą głębokie wątpliwości, niemal natychmiast zostają mu „przypomniane” jego rzekome związki z  „nomenklaturą”.

Manicurem w  rekiny

M

ariaż polityki z  biznesem zostaje wspaniale obnażony przy okazji konkursu na „Businesswoman Roku”.

również Gajny (Wojciech Pokora), lecz nie wynikają one z  dylematów moralnych. Poseł oznajmia Madzi, że „ma teczkę na trucicieli z  Mega Investment”. Zgadza się poprzeć kandydaturę Jagody dopiero wtedy, gdy Madzia obiecuje (z  polecenia swojej córki), że akcje jego klubu parlamentarnego „mogą liczyć na wsparcie Mega”. W  odpowiedzi, Magda słyszy wyszeptywany numer konta bankowego. I  termin wpłaty (dwa dni przed konkursem!).

»Czasy transformacji,

Il. Alicja Magiera

pełne nadziei i niepoprawnego optymizmu spod znaku „no problem”, okazały się tylko kolejną

„propagandą sukcesu”.« Madzia, wyznaje swojej podwładnej, że „filtry miejskie to specjalnie go nie interesują”. Nic dziwnego - skończył socjologię. Wizyty dyrektora Dudka (w  tej roli Marek Kondrat) we własnym instytucie należą więc do rzadkości.

Ezoteryczna nomenklatura „Czterdziestolatek - 20 lat później” to, przede wszystkim, wspaniała satyra na polski „boom” kapitalistyczny. W  filmie zostały przedstawione różne modele uprawiania biznesu i  „robienia pieniędzy”. Wszystko to z  uwzględnieniem polskiej specyfiki. Świat biznesu jest tu ściśle związany z  polityką. Przykładem postać Mietka Powroźnego, znajomego Karwowskich, dawnego ministra, a  obecnie szanowanego biznesmena, dopatrującego się wszędzie kombinacji. Na urodzinach Stefana wyznaje mu, że córka nieźle go (Stefana) „ustawiła” wychodząc za bogatego Francuza. Okazuje się, że w  dzisiejszych czasach lepiej pracować w  sektorze prywatnym. Tam łatwiej się zakamuflować. Inaczej można się źle kojarzyć: „Dziadku, słyszałem, że dziadek jest nomenklatura” – oznajmia Stefanowi jeden z  synów Marka. „Ty głupi, gdyby dziadek był nomenklatura, to miałby dzisiaj fabrykę albo joint-venture” – kwituje drugi. Ale Stefan pozostaje „nomenklaturą” również dla swoich podwładnych. Gdy związek zawodowy, zrzeszający robotników pracujących przy budowie Teatru Narodowego, posta-

Odcinek jemu poświęcony jest już totalną, bezlitosną kpiną z  całego światka ówczesnych polskich biznesmenów. Do Jagody Karwowskiej-Bonnet przychodzi dwóch panów z  mało znanej firmy „New Media Entertainment International”, którzy ogłaszają, że pani Bonnet została nominowana do organizowanego przez nich konkursu na „Businesswoman Roku”. Do konkursu zgłaszają się wkrótce inne, znane nam „businesswomen”, takie jak żona Mietka Powroźnego, Celina (Alina Janowska), właścicielka „Fitness Center”, czy pani Zosia (Zofia Czerwińska) z  pizzerii „Angelo” (która dochodzi do wniosku, że skoro zatrudnia u  siebie aktorów, to znaczy, że „sponsoruje sztukę”, co powinno szczególnie zainteresować jury). Stefan zgłasza również do konkursu swoją koleżankę z  budowy – inżynier Małecką-Klecką (Emilia Krakowska). Problem tylko w  tym, że ta ostatnia zupełnie nie uświadamia sobie, iż konkursy urządzane w  tym środowisku nie mają nic wspólnego z  czystym konkurowaniem. Pierwszym, co robi Jagoda, jest zasięgnięcie języka, kto zasiada w  jury i  jaką sumą można go skorumpować. Gdy dowiaduje się, że członkami jury są m.in. dwaj politycy - poseł Gajny (znajomy matki) i  „Przewodniczący” Maliniak (znajomy ojca), nie ma żadnych oporów, aby wysłać do nich rodziców z  prośbą o  protekcję. Rodzice, co prawda, opory mają, ale dla córci zrobią wszystko. Jak się okazuje, opory posiada

Jagoda Karwowska-Bonnet wie również, jak się wypromować. Ponieważ w  modzie jest akurat ekologia, na każdym kroku podkreśla troskę swojej firmy o  środowisko, o  czym świadczyć ma akcja „zalesiania Zalesia”. Celina Powroźna do korupcji się, co prawda, nie posuwa (a  przynajmniej nic nam o  tym nie wiadomo), ale też wie, co podniesie jej szanse na wygraną. Do swojego salonu odnowy biologicznej zaprasza telewizję i  ogłasza specjalną promocję dla emerytów, którzy przez miesiąc mogą korzystać za darmo z  masaży (jak wtrąca masażysta, dr Maj-Majewski, „z  wyjątkiem czwartków”, bo „w  czwartki ma prywatną praktykę na Chożej 6, mieszkanie 20, III piętro”). Celina zdolna jest również do prowadzenia tzw. „kampanii negatywnej”. Ogłaszając przed kamerą swoją promocję, stwierdza z  ironicznym uśmiechem, że pomoc „starszym schorowanym ludziom” jest przecież o  wiele bardziej wartościowa niż „zalesianie Zalesia”. Niestety, o  tych wszystkich brudnych chwytach nie ma pojęcia uczciwa aż do bólu inżynier Małecka-Klecka. Gdy Stefan wymienia nazwiska jej kontrkandydatek, pani inżynier wzdycha tylko: „Ja z  tymi rekinami to nie wygram. Musiałabym iść do fryzjera, zrobić manicure...”. Wreszcie przychodzi dzień rozstrzygnięcia konkursu i, w  wynajętym na imprezę lokalu, odbywa się próba generalna. Po żenującej, ale wspaniale symbolizującej agresywną rynOFENSYWA - luty 2007

15


>> Tak pamiętamy kową walkę, kłótni między kandydatkami (przedmiotem sporu jest kolejność ustawienia się na scenie), okazuje się, że impreza się nie odbędzie, bo organizatorzy z  „New Media Entertainment International” uciekli z  pieniędzmi za granicę i  są, od dawna poszukiwanymi przez polskie służby specjalne, malwersantami.

Polski biznes z  second handu

P

Il. Alicja Magiera

rzedsiębiorstwo „Mega Investment” symbolizuje potężny zachodni kapitał, który napłynął do Polski od razu w  formie rynkowego potentata (Jagoda, w  ciągu kilku minut, decyduje się na kupno Teatru Narodowego!). Ale serial Gruzy ukazuje również rodzimy „small business”. Przykładem jest tutaj pizzeria „Angelo”. Pani Zosia pyta swojego męża: „Czy ty pamiętasz, jak zaczynaliśmy trzy lata temu? Maszynka do gofrów, przyczepa turystyczna – a  teraz proszę, cała pizzeria!”. Osobiście żałuję, że

ten wątek nie został rozwinięty, bo dobrze pokazuje on sposób i  tempo formowania się polskiego kapitalizmu. Kiedy ludzie zaczynali dosłownie od zera (od maszynki do gofrów, albo „szczęk” czy łóżek polowych rozstawianych na bazarach), aby dorobić się wkrótce własnych restauracji, sklepów itd. Pizzeria „Angelo” to jednak wyjątek, gdy analizujemy moralny aspekt polskiego „small businessu”. Z  drugiej strony mamy bowiem postać dawnego znajomego Stefana, Władka (Stefan Friedman), prowadzącego dziś biznes o  nazwie „Second Hand Marketing”. Pod tym pięknym anglojęzycznym szyldem kryją się m.in. przemyt i  sprzedaż kradzionych samochodów (jeden z  nich „wciska” właśnie Stefanowi jako „prawie nówkę”).

Jest okej „Czterdziestolatek – 20 lat później” ukazuje również w  krzywym zwierciadle charakterystyczne dla tamtych czasów zauroczenie Zachodem. Przejawia się to m.in. w  języku używanym przez bohaterów i  w  nazewnictwie firm. Wciąż słyszymy słowa „okej”, czy arcymodne wtedy „no problem”. Dla oszustów od konkursu na „Businesswomen Roku” wszystko jest za-

16

OFENSYWA - luty 2007

wsze „under control”. Maliniak żegna się ze Stefanem głośnym: „God bless you!”. Przewodniczący związku zawodowego urządza „briefing przedstrajkowy”, a  Madzia przedstawia swoją córkę jako „general manager”. Jeśli zaś chodzi o  firmy, nie ma wśród nich żadnej o  rodzimej nazwie (pani Zosia wyjaśnia, że najpierw jej pizzeria nazywała się „Sofia”, ale gdy zmienili nazwę na „Angelo” sprzedaż wzrosła o  połowę). Mamy więc „Angelo”, „Fitness Center”, „New Media Entertainment International”, „Włodek Second Hand Marketing”, „Antex” (od imienia właściciela firmy-brata Madzi) i  inne. Innym przejawem zauroczenia Zachodem jest ciągłe napomykanie (szczególnie przez Madzię) o  „wejściu do Europy”. Gdy Stefan podkrada ciastka ze świątecznego stołu, żona bije go po rękach i  upomina: „Stefciu, zachowuj się – jesteśmy w  Europie”. „Dlaczego nie kupujesz już jogurtów naturalnych, tylko te bananowe, owoco-

we, kiwi?” – wygarnia małżonce inżynier Karwowski. „Jesteśmy w  Europie” – słyszy w  odpowiedzi, po czym pozostaje mu tylko zapytać: „A  od kiedy to kiwi rośnie w  Europie?”.

Policja bez pałek

Ś

wiatem przedstawionym w  komedii Jerzego Gruzy rządzi, tak naprawdę, przestępczość. Jest nią zainfekowany zarówno biznes, jak i  polityka. Na przestępców nie ma w  dodatku rady. Gdy Karwowskim złodzieje kradną „Audi – prawie nówkę”, małżeństwo postanawia natychmiast zgłosić kradzież samochodu na najbliższym komisariacie. Zastają tam jednak tylko jedną osobę – znaną im dobrze „kobietę pracującą” (Irena Kwiatkowska), która, tym razem, „pracuje na pół etatu jako automatyczna sekretarka”, bo ta prawdziwa się zepsuła, a  policja jest tak biedna, że nie ma pieniędzy na kupienie nowych telefonów. Okazuje się, że złodzieje, których opisują Karwowscy, są bardzo dobrze znani policji. Jednak „kobieta pracująca” szybko gasi radość Madzi i  Stefana, informując ich, że na „Napiórkowskiego i  Ślepego nie ma rady”. Po pierwsze dlatego, że sierżant Dudek (akurat nieobecny) ma „tylko jedną parę kajdanek i  pałkę”, a  po

drugie - jeszcze nikt nie odważył się złożyć na tych przestępców oficjalnego oskarżenia. Kiedy więc Madzia, uniesiona gniewem, informuje, że ona będzie pierwsza, „kobieta pracująca” ogłasza, że nie może przyjąć tego oskarżenia, bo pracuje jako „automatyczna sekretarka”.

Gierek wiecznie żywy „Czterdziestolatek – 20 lat później” obfituje też w  rozmaite odniesienia do polityki (których przykładem jest „Przewodniczący” Maliniak, ewidentnie stylizowany na Lecha Wałęsę). Jednak ówczesny świat polityki jest niczym w  porównaniu z  tym, co dzieje się dzisiaj. No właśnie – dlaczego Jerzy Gruza nie nakręci „Czterdziestolatka – 30 lat później”? Państwo Karwowscy żyliby sobie dalej w  swoim niewielkim mieszkaniu M4, od czasu do czasu korzystając z  darmowych masaży u  Celiny Powroźnej. Marek rzu-

ciłby pracę w  agencji ochrony mienia i  zatrudnił się jako wykładowca w  kilku nowopowstałych uczelniach prywatnych. Miałby teraz na to czas, bo wszyscy trzej synowie wyjechali do Irlandii. Odżyłoby patriotyczne hasło wyborcze proekologicznego ugrupowania posła Gajnego „Zdrowa Woda tak – obcy kapitał nie!”. Jagoda z  mężem zwinęliby swój „obcy kapitał” i  przenieśli go do Uzbekistanu, bo już chyba tam bardziej opłaca się inwestować niż w  Polsce. Napiórkowski i  Ślepy zostaliby prezesami „PZU Życie”. A  Polska znalazłaby się w  rękach Romana Maliniaka, który z  przewodniczącego przedzierzgnąłby się w  wicepremiera. Wiem, dlaczego Jerzy Gruza nie nakręci dalszej części „Czterdziestolatka”. Jak na komedię, byłaby za smutna. Czasy transformacji, pełne nadziei i  niepoprawnego optymizmu spod znaku „no problem”, okazały się tylko kolejną „propagandą sukcesu” O

Karolina Przesmycka


Tak pamiętamy << Z czym kojarzy się wam nazwa PEGAZUS? Pewnie część odpowie „ A to ten mitologiczny koń”, ale reszta bez namysłu rzeknie „Zabawka mojego dzieciństwa” albo „Jak byłem mały, spędzałem dużo czasu przy tej grze”. No właśnie, chyba wśród pokolenia dzisiejszych dwudziestokilkulatków nie ma osoby, która nie wiedziałaby, czym jest ów PEGAZUS. Ale po kolei.

Po

upadku komunizmu w naszym pięknym, choć pełnym paradoksów, kraju pojawia się wolny rynek i powoli powraca stan normalności, polegający na tym, że jeśli masz pieniądze, możesz kupić to, czego potrzebujesz. W nowej, już nie ludowej, Rzeczypospolitej nie zmienia się jedno - dalej są dzieci, które potrzebują zabawek. Nie pamiętamy „Balton” i „Pewexów”, gdzie za ciężko „zarobione” dolary, tudzież inną walutę obcą, nasi rodzice mogli kupić nam upragnione klocki Lego czy lalki Barbie. Tylko co z tego, skoro niewiele osób było stać, by podarować swej pociesze zabawki, drogie jak członkostwo w Samoobronie (zresztą do dziś nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o ich cenę). Zabawką, która dawała i do dziś daje wielką frajdę - kto wie czy nie większą niż wspomniane klocki Lego i lalka Barbie - okazała się konsola do gier video (telewizyjnych), wyprodukowana przez firmę o swojsko brzmiącej nazwie Nintendo. Rodzice znaleźli coś w sam raz dla swych szkrabów i nie musieli wydawać góry pieniędzy, żeby nas uszczęśliwić. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych Nintendo „wypuściło” na rynek NESa – Nintendo Entertainment System - i od chwili premiery, konsola ta zaczęła cieszyć się dużą popularnością. Niewątpliwy wpływ na to miała duża liczba gier i łatwość obsługi. Wystarczyło podłączyć kabelek do gniazda antenowego, włączyć i ustawić odpowiedni kanał w telewizorze. Proste, prawda? Tylko nie jak się ma siedem lat, bo wtedy trzeba poprosić kogoś starszego - każdy z niegdysiejszych posiadaczy Pegazusa zna ten problem. Wreszcie, na początku lat dziewięćdziesiątych i do Polski dotarł NES, ale kto wtedy wiedział, że to małe pudełko tak się nazywa? Wydaje mi się, że większość z nas miała swojego Pegazusa z bazaru (tak było w moim przypadku). Były to podróbki oryginalnego sprzętu Nintendo, bebechy

te same, tylko opakowanie inne, no i inna nazwa - zamiast NES - Pegazus. Z okazji Bożego Narodzenia, urodzin czy pierwszej komunii, bywaliśmy obdarowani przez tatę, mamę, wujka czy inną ciocię tym, jakże wspaniałym, urządzeniem. Pegazus szybko stawał się dla nas pierścieniem Saurona, a rodzina zapewne potem żałowała, bo spędzaliśmy długie godziny grając, zamiast się uczyć. Trzeba przyznać, że gry na Pegazusa

„W Pegazusie tkwi jakaś magia, której nie ma dziś

w żadnej innej nowoczesnej konsoli czy najnowszym pececie.”

są ponadczasowe, do dziś można je wspominać z łezką w oku. Ach, ten romantyczny Mario ratujący Księżniczkę. Ciekawe, że po drodze łapał grzybki. Czyżby utajone zamiłowanie twórców do środków halucynogennych? Któż z posiadaczy Pegazusa nie grał w Contra? Czy też mieliście skojarzenie, że to Arnold Schwarzenegger i Sylwester Stallone? Zawsze wolałem być niebieskim, ale do tej pory nie za bardzo rozumiem fabułę tej gry. Pamiętam, jak kwitł handel „dyskietkami” i „kartridżami”(ang. cartridge) z grami. Każdy miał kilka i wymienialiśmy się między sobą, a jeśli któryś miał coś nowego, to reszta koniecznie chciała pożyczyć. Śmiesznie zdobywało się „coś nowego” – kartridże można było kupić na bazarze, czy w sklepie, albo wymienić za drobną opłatą, jeśli gra się nam znudziła lub była kiepska. adą Pegazusa była mała wytrzymałość. Po intensywnym użytkowaniu (czyt. kilkugodzinnym graniu z kolegami), zasilacz często ulegał przegrzaniu i, w rezultacie, spalał się. „Dżojstiki” (dziś joypady czy gamepady) zużywały się w tempie ekspresowym, niczym lampy w solarium pewnego Andrzeja, i trzeba było kupować nowe. Kiedy nastąpiła era komputerów i konsoli Playstation, jako głównych narzędzi grania, Pegazusy były już przestarzałe. Posiadacze pozbyli się ich, woleli coś nowszego. Ilu z nas ma jeszcze swój sprzęt? Mój stoi

W

schowany w szafie (cóż, chomik ze mnie) i czasem wyciągam go, by przenieść swą duszę utęsknioną w dzieciństwo sielskie, anielskie. Z dzisiejszego punktu widzenia, gry były dość prymitywne, ale dawały niesamowitą frajdę. Dlaczego? W nasze ręce, nie mające w większości przypadków styczności z nowinkami technicznymi, wpadło, jak na tamten okres, cudo techniki. Nie było wcześniej czegoś takiego, komputery Bajtek się chowały. Nagle, w postkomunistycznym kraju pojawia się konsola do gier, deklasująca swą jakością dostępne dotychczas elektroniczne zabawki i, w dodatku, ma przystępną cenę. Pegazusie tkwi jakaś magia, której nie ma dziś w żadnej innej nowoczesnej konsoli, czy najnowszym pececie. Ulegali jej nawet czasem nasi rodzice, przysiadając z nami przed telewizorem i łapiąc za dżojstik. Wielu ludzi tęskni za swym Pegazusem, dlatego w sieci jest wiele stron z grami na NESa. Można je pobrać i poprzez emulator - program, który „udaje” konsolkę – „odpalić” na swoim komputerze. Oczywiście nie ma telewizora, tylko monitor, do sterowania służy klawiatura (choć można kupić gamepad do peceta i jest prawie jak dawniej), ale to już nie to samo, co kiedyś. Pegazus – konsolka ma jednak coś wspólnego z mitologicznym koniem; była naszym konikiem z okresu dzieciństwa. Dlatego do dziś wspominamy tę pasję z sentymentem O

W

Przemek Kaliszuk

OFENSYWA - luty 2007

17


>> Tak pamiętamy Rys. Oliwia Węgrzynowicz

Heraklit ukochałby ten czas. Dziecięce ,,lubię..”, ,,chcę..”, ,,podziwiam..”, ,,podoba mi się..” wrzucone zostało pod koniec lat osiemdziesiątych do garnka, do którego włożono dwa pokrętła miksera i przyciśnięto guzik z napisem ,,start”.

Co

Rys. Jakub Jakubowski

było wcześniej? Wcześniej chodziło tylko o to, żeby gołąbek miał równe kontury. Za szablon służył gołąbek z lat poprzednich. Po obrysowaniu kształtu, należało bardzo uważnie wyciąć gołąbka. Zaznaczyć jeszcze silną kreską skrzydło i gotowe. Pewnego wiosennego dnia, gołąbki przylepiano do szkolnych szyb. Na każdej z nich tkwiły dwie skrzyżowane flagi, a po obu stronach – gołąbki. Gołąbków było zatrzęsienie, dlatego znaczyłam, sobie tylko wiadomym sposobem, swojego gołąbka. Żeby wiedzieć, gdzie jest. Wcześniej mama przynosiła z poczty duże paczki. Nierozpakowana paczka wzbudzała silne emocje. Paczce przypisywano atrybuty wręcz boskie. Paczka mogła wszystko zmienić. Po rozcięciu sznurka, niecierpliwym rozerwaniu brunatnego papieru i rozchyleniu skrzydeł kartonu, mogły wystrzelić z niego nagle siły zupełnie magiczne, mające moc przenoszenia się – nie, nie w czasie – w przestrzeni. Ale tak było tylko wówczas, gdy paczkę nadał Norweski Czerwony Krzyż. A nadał ją tylko raz. Każda inna paczka kryła rozczarowanie, czyli papier toaletowy i kilka konserw.

18

OFENSYWA - luty 2007

Już wcześniej pojawił się Obcokrajowiec. Obcokrajowiec był to pewien rodzaj bytu, chyba niezupełnie osobowego i na pewno nie indywidualnego. Byt ów rozbudzał w dziecięcym umyśle niezmierną ciekawość, jeśli nie fascynację. Obcokrajowca można było kontemplować przeglądając, setny raz z rzędu, ten sam niemiecki katalog sprzedaży wysyłkowej lub analizując zebrany materiał badawczy: niemieckie pudełko po kakao, wyprasowane paznokciem złotka po norweskich czekoladkach i pocztówkę z Berlina. Później nic już nie było takie samo. Nie tylko nie było takie, jak wcześniej. Było też inne od wszystkiego, co było później. Jutro wszystko było inne niż dzisiaj. Dzisiaj wszystko było inne niż wczoraj. Zaczęło się niewinnie: od lalki Barbie. Pierwszy raz zobaczyłam ją na szkolnej przerwie. Reakcja była dość rzeczowa: Jak jej na imię? Madeinchina – usłyszałam w odpowiedzi – ma tak na plecach napisane. Któż mógł wówczas przewidzieć, że dwadzieścia lat później „imię” to zyska sobie tak wielką popularność w świecie rzeczy martwych! I wycieczka do Niemiec Zachodnich. Zwiedzanie Supermarketu. Piętnaście rodzajów dezodorantów, pięć odmian keczupu, dwanaście kolorów dywaników łazienkowych. Niedługo później potop wezbrał i zalał polski rynek niezliczoną ilością produktów. Lista zakupów: 10 jaj, mleko, chleb – odeszła w zapomnienie. Jajka z fermy ekologiczej? A mleko z iloma

procentami tłuszczu? Chleb słonecznikowy czy pełnoziarnisty? Transformacja przypominała wyglądem obrazki we wciąż obracającym się kalejdoskopie. Nieuchwytne konfiguracje okazji, szans, perspektyw, które po chwili nie były już niczego warte. ,,Trzeba”, ,,nie trzeba”, ,,można”, ,,nie można”, ,,wolno”, ,,nie wolno”, ,,fajne”, ,,nie fajne” - co? - za każdym razem coś innego. Przecieraliśmy szlaki. Karczowaliśmy dżunglę. Bo nie było ustalonych dróg. Nie było wzorów, do których można by się było dopasować. W telewizji: ideał amerykańskiego nastolatka pokonującego trudności wieku dorastania – nie do zrealizowania z powodu braku infrastruktury, m.in. boiska do baseballu, osiedlowej szkoły karate i prywatnych szafek na szkolnym korytarzu; jeszcze niedawno: wzorowy uczeń w służbie ojczyny – śmiechu warte. Oglądałam walkę Puchatka z Uszatkiem, nie stojąc po żadnej z walczących stron. Ani przykładny, przemawiający mentorskim tonem Uszatek nie był mój, ani disneyowski, liberalny - a co za tym idzie - dociekliwy Puchatek. Mój był i moim pozostał ,,Miś” O

Emilia Gulkowska


Tak pamiętamy <<

C

zerwień połączona z  metalicznym błękitem. Paprotka stojąca na radiu, jakby żywcem wyjętym z  lat 50-tych. W  telewizorze kronika filmowa. Powietrze przesiąknięte historią. Ludzie wokół siedzą, rozmawiają, sączą jasne pełne. Przyjemna, ale trochę nierealna atmosfera. Chciałbym, żeby dzieciństwo moich dzieci było takie samo jak moje, ale w  wolnym kraju – stwierdza Aleksy. Płynie w  nim polska i  ukraińska krew. W  Lublinie pracuje i  studiuje politologię na UMCS. Mówi z  lekkim wschodnim akcentem.

Z  rodzinnego albumu

Jego babcia jest historykiem. To dzięki niej ma polskie korzenie. Zawsze też miała swoje poglądy na historię i  bierzące wydarzenia. Aleksy przyznaje, że odkąd pamięta, społeczeństwo ukraińskie niewiele wiedziało o  prawdziwej historii. Tak jak jego matka, którą uczono innych ideałów niż babcię. Mamie wpajano, że nie ma podziałów narodowych. Kazano wierzyć, że wszyscy są równi. Zahaczało to o  nacjonalizm, a  nawet szowinizm - stwierdza Aleksy. Babcia nigdy nie dała się omamić radzieckim ideałom, myślała nawet o  wyjeździe do Polski. Inaczej dziadek, który był w  owym czasie kierownikiem jednej z  fabryk. Należał do partii. Między dziadkami nigdy nie było, mimo tego, sporów politycznych – komentuje Aleksy.

Jak równy z  równym

Aleksy bardzo ciepło wspomina dzieciństwo. Nie narzeka, nie skarży się, nie żałuje. Mówi uśmiechnięty, gestykuluje. Mieliśmy wszystko, jak za granicą żyliśmy. Nigdy nie czułem się gorszy z  powodu miejsca, gdzie się urodziłem i  wychowywałem – stwierdza. Jeżeli czegoś nie można było dostać w  rodzinnym Żytomierzu, zaopatrywano się w  Odessie. Oczywiście było wszystko, ale na czarnym rynku. Wystarczyło odpowiednio się do kogoś odezwać, a  dostawało się upragniony towar. Na Zachodzie myślą, że u  nas było źle, że niczego nie było, chodziliśmy brudni i  obdarci – kontynuuje – Zawsze miałem czyste i  nowe ubranie. Oczywiście nie miałem komputera w  wieku siedmiu lat. Dopiero w  wieku czternastu. Ale były inne rzeczy.

Smaki dzieciństwa

Jak każde dziecko, uwielbiał słodycze. Często dostawał je od swojego dziadka w  nagrodę za oceny w  szkole. Wracając

ze szkoły wybierał ciastka w  kiosku cukierniczym. Koło mojej szkoły była taka kafejka dla dzieci, „Buratino”; sprzedawali w  niej soczki, herbatki, ciastka. Najbardziej lubiłem taką galaretkę zrobioną chyba ze śmietany. Nazywała się „Tęcza”. Uwielbiały ją wszystkie dzieciaki w  ZSRR. Wolałem ją od zagranicznych batonów. Nawet teraz oddałbym pól stypendium za kawałek tego ciastka – mówi, patrząc na ściany spod przymrużonych powiek. Aleksy ma sentyment do lizaków sprzedawanych na drewnianych patyczkach. Dokładnie rysuje na stole, jakie miały kształty. Kilka razy sprawdza, czy wiem na pewno, o  co mu chodzi. Śmieje się na głos opowiadając o  lizakach w  kształcie zajączka, które ukraińskie dzieci dostawały z  okazji Sylwestra. Były jeszcze choinki i  koguciki. Wszystkie kolorowe.

„Chciałbym, żeby

dzieciństwo moich dzieci było takie samo

jak moje.”

Największa miłość

Ulubioną porą roku tego niewysokiego Ukraińca jest zima. Jednym z  powodów są jego urodziny, innym - coroczne utrienniki organizowane w  szkołach dla dzieci z  okazji świąt Bożego Narodzenia. Do tej listy Aleksy dopisuje Sylwester i  Boże Narodzenie. Tak jak wszystkie dzieci na Ukrainie, tak i  on z  niecierpliwością czekał na ferie zimowe. Od 22 grudnia wszystkie szkoły miały wolne. Rodzice przygotowywali dla dzieci „choinkę” z  okazji nadchodzących świąt. Były zabawy i  słodycze robione przez rodziców. Wszystkie dzieci na Ukrainie dostawały bilety od władz miasta na choinkę. U  mnie w  Żytomierzu na Placu Katedralnym (kiedyś Lenina) stała największa choinka w  mieście. Za nią, w  Teatrze Dramatycznym, odbywały się przedstawienia dla dzieci. Przychodził Dziadek Mróz z  wnuczką Snigureczką i  Bałwanem – swoim kierowcą – wspomina Aleksy – Potem dzieci dostawały paczki ze słodyczami. Wszystko było za darmo. Dziwi się kiedy pytam, czy za takie imprezy naprawdę OFENSYWA - luty 2007

19


>> Tak pamiętamy

„Na Zachodzie myślą, że u nas było Rys. Agata Matuszewska

źle, że niczego nie było,

chodziliśmy brudni i obdarci.” płaciło państwo. Patrzy na mnie i  kiwa głową. Uważa, że dla dzieci, w  tamtych czasach było wszystko.

ki grały w  gumę, w  klasy, chłopcy w  piłkę. Gałęzie wierzby służyły za huśtawkę. Siedząc na ławce koło bloku, dzieci bawiły się w  „pierścioneczek”. Wszyscy musieli zgadnąć, komu jedna osoba, mająca wspomniany pierścionek, przekaże go w  bardzo dyskretny sposób. Trzepaki to były najlepsze urządzenia. Służyły za bramki, wieszaliśmy się na nich – wspomina Aleksy.

Przeminęło z  podwórkami

Puszystość choinki

Miłość do zimy i  świąt wyniósł z  domu, gdzie bardzo uroczyście obchodzono Boże Narodzenie. Zawsze mieliśmy prawdziwą choinkę od podłogi do sufitu – mówi. Drzewkiem wigilijnym była sosna, bo babcia twierdziła, że jest najbardziej „puszysta” ze wszystkich drzew iglastych. Do dzisiaj zachowało się kilka bombek, które szczególnie utkwiły mu w  pamięci – Miałem swoją ulubioną bombkę – grzyba. Był wielki i  szklany. Wieszałem go na grubej gałęzi, żeby nic mu się nie stało. Na wierzchołku nie stawiał ani gwiazdy, ani aniołka, tylko długą bombkę, której nazwy oboje nie umiemy sobie przypomnieć. Prezenty pod choinkę wkładał Dziadek Mróz. Kiedy to mówi, śmieje się, aż błyszczą mu oczy od łez radości. Na Sylwestra, obowiązkowo czyszczono u  niego w  domu dywany na śniegu. Dziadek w  czapce uszance z  małym Aleksym, pod nadzorem babci, prali dywan na białym puchu.

Zagrajmy w  to jeszcze raz

Mówi coraz szybciej. Momentami wtrąca rosyjskie słowa. Śmieje się i  całym sobą opowiada o  dziecięcych zabawach. Zimowe zjazdy na sankach, nartach, lepienie bałwana. Dziewczyn-

20

OFENSYWA - luty 2007

Wyrósł na podwórku. Kiedy sobie o  nim przypomina, mówi wolniej. Częściej robi pauzy. Patrząc na stół, opowiada - Starzy siadali, rozmawiali, dzieci bawiły się dookoła. Wspólnie wiele rzeczy się robiło. Ludzie liczyli na siebie nawzajem. Zerka na ścianę, z  namalowanymi radzieckimi żołnierzami. Na jego twarzy widać tęsknotę. Zamyśla się. Chwilę milczymy.

Szcze ne wmerła Ukrajina („Jeszcze Ukraina nie umarła”)

Zmieniamy nastrój, kiedy pytam o  niepodległość Ukrainy. 24 sierpnia 1991 roku Pierwszy Program Ukraińskiego Radia witał rodaków w  wolnym kraju. Wtedy, po raz pierwszy, większość Ukraińców usłyszała swój hymn narodowy. Ja też pierwszy raz go słyszałem. Moi dziadkowie zrobili wtedy ukraińską flagę, zszywając kawałki materiału. Jako pierwsi na naszym podwórku wywiesili ją. Pamiętam, że wtedy różni oficjele dzwonili do nas i  pytali co się dzieje, co robimy. Po chwili wszystkie balkony zostały ozdobione flagami. Dziadek spalił legitymację partyjną – wspomina Aleksy. Przypomina sobie, że zapanowała wtedy ogólna radość. Ludzie cieszyli się, świętowali na ulicach. Wszyscy wierzyli, że teraz będzie im się żyło lepiej.

Bolesna zmiana

Rodzina Aleksego, zmianę systemu odczuła najbardziej na swoim portfelu. Trzeba było zrzec się służbowych samochodów, mieszkań, a,  zamiast kawioru, na kolację jadać śledzie i  ziemniaki.

Zmiana bardzo dotknęła dziadka Aleksego. Oprócz utraty przywilejów i  prestiżu, stracił wysoką pensję. Długo nie mógł się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. Dziadek powtarzał, że nic się nie zmieniło. Zostali ci sami ludzie, tylko zmienili kolor na żółto – niebieski – niemalże cytuje go Aleksy – babcia patrzyła na wszystko okiem historyka. Widziała więcej pozytywnych rzeczy w  transformacji, patrzyła perspektywicznie.

Obywatele do urn!

Zapytany o  udział w  życiu politycznym jego rodziny uśmiecha się i  zaraz opowiada – Gdzieś do 1998 roku większość w  parlamencie mieli komuniści. Sąsiadka, zawsze przed wyborami, agitowała mieszkańców bloku, żeby głosowali tak jak ona – na partię komunistyczną (KPU). Kiedy dziadkowie wracali z  lokalu wyborczego, czekała na nich i  pytała, na kogo oddali swój głos. Odpowiadali, że na Zielonych, dla świętego spokoju.

Rzeczywistość

Milknie po tym stwierdzeniu. Przeciąga rękę po krótko obciętych włosach. W  tle słychać Marka Grechutę. Aleksy podchodzi do dziwnie wyglądającego sprzętu, wiszącego na ścianie. Przypomina to trochę telefon, ale też centralę telefoniczną. Siadając stwierdza – Najbardziej jest mi szkoda pokolenia naszych dziadków. Za dużo przeżyli. Wojna, komunizm. Nie zobaczyli nic dobrego w  demokracji. Jego dziadkowie więcej spodziewali się po zmianie ustroju. Piętnaście lat nie przyniosło realizacji ich marzeń. Rówieśnicy Aleksego wyjeżdżają za granicę w  poszukiwaniu szczęścia i  pieniędzy. On sam studiuje w  Polsce. Nie gloryfikuje komunizmu, ale ludzie byli wówczas bardziej ludzcy. Ewa Demarczyk śpiewa o  Czarnych Madonnach. Lokal zapełnia się głównie studentami. Rozmowy, śmiechy. Towarzysze partyjni spoglądają na zgromadzonych. Trybuna Ludu wzywa proletariuszy do zjednoczenia i  budowania lepszej przyszłości O

Karolina Ożdżyńska


Tak żyjemy << Rys. Kuba Trzeciak

Program „Młodzież”, którego hasłem przewodnim jest „edukacja i  kultura” umożliwia współpracę z  takimi organizacjami, jak domy kultury. - Dyrektor naszego domu kultury jest na tyle „kumaty” i  wyrozumiały, że wie, że kiedy przychodzą do niego młodzi ludzie, którzy chcą

„Według niektórych osób, konwent fantastyki to

zlot satanistów,

ćpunów, dziwnie ubranej młodzieży w dziwnych czapkach, która nieustannie pije,

narkotyzuje się i pali firanki” Był październik. Lubartów zamienił się wtedy w  oazę miłośników fantastyki, gier RPG i  różnych dziwnych zjawisk, związanych z  wszelkiego rodzaju konwentami. Odbyły się turnieje i  sesje RPG, liczne prelekcje związane z  grami i  fantastyką, spotkania z  autorami książek i  gier, pokaz fire show oraz różne konkursy, które często bawiły publiczność i  uczestników do łez. Pojawił się też jeden element grozy, zakończony na izbie przyjęć – przypadkowe wypicie parafiny przez jednego z  tancerzy ognia, który, po płukaniu żołądka, wrócił na imprezę cały i  zdrów. Konwent „Mantikora III – nowe horyzonty” był daniem głównym projektu „Lubartowska jesień z  fantastyką”, który zaistniał w  Lubartowie za sprawą grupy młodych zapaleńców, którzy przedarli się przez meandry podań o  unijne dotacje i  ... udowodnili, że można w  małym mieście zorganizować ogólnopolską imprezę na wysokim poziomie.

Na początku była pasja

Z

nalazła się w  Lubartowie grupa ludzi, których pasją stało się fire show. W  2004 roku założyli grupę Antares, w  ramach której spotykali się regularnie i  doskonalili swoje umiejętności w  tworzeniu ognistych przedstawień. Tak wciągnęły ich te działania, że postanowili rozwinąć się jako tancerze ognia i  znaleźć sobie akompaniament bębniarzy – wspomina Magnez, jeden z  założycieli grupy, absolwent ochrony środowiska UMCS. Tak właśnie grupa zajmująca się fire show, natknęła się na stowarzyszenie Dla Ziemi, którego członkowie zajmują się m.in. robieniem bębnów. Członkowie tej organizacji podsunęli Lubartowiakom pomysł zrobienia w  ich mieście festiwalu. - Doszliśmy do wniosku, że chcemy zrobić coś fajnego – coś dla miasta, coś dla ludzi. Najpierw miało to być spotkanie żonglerów, ale spotkania żonglerów odbywają się w  całej Polsce. Postanowiliśmy zrobić coś więcej - festiwal teatrów ulicznych, który z  czasem przerodził się

w  Spotkanie Kultur Alternatywnych, w  skrócie S.K.A. - tak początki lubartowskich kulturalnych przedsięwzięć wspomina Magnez. Ale od pomysłu do realizacji długa droga. Magnez przekonał się o  tym na własnej skórze. S.K.A., które odbyło się w  maju 2006 roku, było pierwszym tak dużym wydarzeniem tego typu w  Lubartowie. Odbyły się wtedy koncerty różnych zespołów, występy żonglerów, teatrów ulicznych, szczudlarzy i  oczywiście pokazy fire show. Organizacja takiej imprezy nie była łatwa. Ciężko było nakłonić do działania nawet miejscową młodzież – większość twierdziła, że nie warto, że to się nie uda, że nie ma sensu. Jednak miało. Po pieniądze, organizatorzy festiwalu zgłosili się do Narodowej Agencji Programu Młodzież, która przyznaje dotacje na kulturalną i  edukacyjną działalność młodych ludzi. Trzeba było napisać projekt, zaplanować wszystkie wydarzenia, które miały wpisać się w  jego ramy i  obliczyć budżet. Otrzymanie dotacji nie jest rzeczą prostą, ale ekipie Magneza udało się – i  to za pierwszym razem.

coś robić, to nie należy ich blokować – mówi Magnez. W  Lubartowskim Ośrodku Kultury znalazła się także pani Małgorzata, która już na wstępie nastawiła się do wszystkiego pozytywnie i  zadeklarowała swoją pomoc. Tak powstał S.K.A. Festiwal, który w  2007 roku będzie miał swoją drugą edycję.

Zróbmy sobie konwent!

Od

dość dawna, w  Lubartowie działała grupa młodocianych (choć nie tylko) wielbicieli gier RPG. Zrzeszali się w  klubach, odbywały się cotygodniowe sesje w  ich domach, spotkania, aż w  końcu udało im się znaleźć swoje miejsce w  Lubartowskim Ośrodku Kultury. Pewnego dnia, do głów RPGowców uderzył pomysł zrobienia konwentu w  Lubartowie. Sami, od jakiegoś czasu, odwiedzali lubelski (znany w  całej Polsce) konwent Falkon, z  którego ekipą są zaprzyjaźnieni. - Stwierdziliśmy, że skoro Międzyrzec Podlaski może zrobić swój konwent, na który przyjeż-

OFENSYWA - luty 2007

21


>>Tak żyjemy dża rocznie około 300 osób, to my też możemy – wspomina Magnez, który, w  tym przypadku, również był jednym ze sprawców popełnienia konwentu. Znowu postanowili zgłosić się do programu Młodzież. Tu już główną odpowiedzialność wziął na siebie Kowal – uczeń klasy maturalnej w  jednym z  lubartowskich liceów. Projekt „Lubartowska jesień z  fantastyką”

obejmował nie tylko konwent, ale także Dzień Rycerski (na który zjechały bractwa odtwarzające średniowieczne bitwy), konkurs literacki i  plastyczny oraz spotkania z  różnymi ludźmi (m.in. z  przedstawicielami Amnesty International, autorami książek fantasy) oraz koncert.

Blaski i cienie Nie obyło się bez problemów. Najwięcej było ich ze strony „organów” takich jak dyrekcja szkoły, w  której miał się odbyć konwent. To się nazywa niezdecydowanie – najpierw wynajmujemy szkołę, później, dwa tygodnie przed imprezą, wycofujemy się i  niech sobie młodzi robią, co chcą. - W  końcu – mówi Magnez - według niektórych osób, konwent fantastyki to zlot satanistów, ćpunów, dziwnie ubranej młodzieży w  dziwnych czapkach, która nieustannie pije, narkotyzuje się i  pali firanki. Za chwilę dodaje: są ludzie, którzy cię ciągną w  górę, ale są też ludzie, którzy cię ciągną w  dół. Z  perspektywy czasu wiem, że niektórzy patrzyli na mnie jak na idiotę, który się wychyla przed szereg. Refleksja nasuwa się sama: sfera kultury i  aktywności młodych ludzi nie jest szczególnie popierana przez społeczeństwo, ponieważ nie daje wymiernych (finansowych) rezultatów. Nie można stwierdzenia tego uogólniać, ale - niestety – dzieje się tak w  wielu przypadkach. Często ciekawe pomysły (jak np. zbudowanie skate parku) traktowane są jako niedorzeczne i  pozbawione sensu wymysły. Natomiast chęć współpracy i  działania przejawiana przez młodych pozostaje bez echa. - Jeżeli robisz cokolwiek dla innych (tym bardziej za darmo), to trąci to albo symptoma-

22

OFENSYWA - luty 2007

mi choroby psychicznej, albo frajerstwa – tak, według Magneza, aktywność funkcjonuje w  umysłach większości ludzi. Jednak upór organizatorów konwentu wziął górę nad sceptycyzmem decydentów i  udało się znaleźć inną szkołę i  innego dyrektora – bardziej chętnego do współpracy. Organizatorzy zadbali o  ubezpieczenia - w  razie wypadków czy szkód materialnych - oraz o  profesjonalną ochronę. - Nie spaliliśmy żadnych firanek, nie zdewastowaliśmy mienia i  w  ogóle wszystko było dobrze – wspomina Kowal. Nie było też łatwo znaleźć sponsorów z  uwagi na ustawę, która nakazuje firmom płacić podatek za każdą oddaną na jakiś cel złotówkę, co, w  zdecydowany sposób, hamuje chęć pomocy. Zdarzało się też tak, że ludzie zaangażowani w  projekty zawiedli – np. zapominali o  obowiązku rozsyłania informacji o  imprezach czy o  tym, że została ustalona godzina sprzątania po konwencie. Często to na Kowala i  Magneza spadała lwia część roboty, ale i  tak - według nich - „ci, którzy harowali najwięcej, mieli na końcu najszersze uśmiechy”.

...ale co dalej?

M

imo przykrych czasem doświadczeń i  problemów, aktywność działa jak narkotyk. Chłopaki nie są w  stanie tego przerwać, chcą ciągle robić coś dla ludzi, co jednocześnie przynosi satysfakcję im samym. Udowodnili, że mimo problemów można coś robić. Nie przeraża ich ani perspektywa ciężkiej pracy, ani niechęć czy ignorancja ze strony innych. Są tacy, którzy przychodzą na imprezy jak na cyrk, bo po prostu coś się dzieje, ale są

także tacy, którzy po jednym czy drugim festiwalu zainteresują się bractwami rycerskimi, zespołami muzycznymi, albo przestaną przechodzić obojętnie wobec ulicznych happeningów. Każda z  imprez, w  jakiś sposób odbiła swe piętno na lokalnej społeczności. Wiadomo, nie wszystko do wszystkich trafia. - Po S.K.A. Festiwalu pojawiały się komentarze pozytywne, ale byli też malkontenci. Zapewne najlepiej by było zrobić koncert disco polo, połączony ze zrzucaniem banknotów studolarowych, piwem i  kiełbaskami za darmo. Wtedy wszyscy byliby zadowoleni. – twiedzi Magnez. Władzom trudno spojrzeć na działania młodych jako na coś pożytecznego. Nie zwraca się uwagi na to, że promocja takich małych miast poprzez wydarzenia kulturalne może mieć pozytywne skutki, jak na przykład przyciągnięcie nowych inwestorów. Abstrahując od tego, na pewno ciekawiej żyje się w  mieście, w  którym coś się dzieje, niż w  takim, gdzie jedyną rozrywką jest siedzenie w  pubach. Według Magneza, w  tego typu poczynaniach, jeżeli nie trafi się na życzliwych ludzi – nic z  tego. Trzeba mieć naprawdę dużo samozaparcia, prawdziwej chęci zrobienia czegoś, nerwów i  sporej siły przebicia.

- Chcemy coś organizować, może to zainspiruje też innych – podsumowuje Kowal. Jest masa organizacji, z  pomocy których możemy skorzystać. Będziemy działać! O

Anna Fit

RPG – z  ang. Role Playing Games – gry fabularne, w  których gracze wcielają się w  role fikcyjnych postaci. Ich działania polegają na dążeniu do osiągnięcia pewnych, określonych w  scenariuszu gry, celów.


Tak piszemy <<

Z

aciągnęłam się dymem, który wypełniał równomiernie moje płuca i powoli pochłaniał mózg. Wyłowiłam z tłumu przy barze dwóch chłopaków. Podawali sobie skręta i całowali się namiętnie po każdym „buchu”. Później przestali mnie interesować, bo całą swoją uwagę poświęciłam Pawłowi. Właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że przez całą drogę traktowałam

na którym można kupić wszystko, to znaczy wszelkie rodzaje narkotyków, od LSD zaczynając, na heroinie i jeszcze Bóg wie czym kończąc. Szczerze mówiąc, wyobrażałam sobie ten most inaczej, nie jakoś konkretnie, inaczej po prostu. Okazało się, że to podrzędny bazarek narkotykowy. O poręcze opierali się mężczyźni, przeważnie czarnoskórzy, o zmęczonych twarzach, byle jak ubrani. W rękach trzymali

STOPEM PO EUROPIE

Z

reklamówki i mówili stłumionym gło- „Amsterdam, sem do przechodniów, co mają do sprzea na pewno jego dania. Pierwsze skojarzenie to - „ruscy” na lubelskim podzamczu, którzy, jak centrum, nie wymacienie, przewijają się z takimi samymi gają przewodnika reklamówkami i szepczą „cigarety, wod- - turystów prowaka”. Nie zauważyłam, żeby holenderscy dzą uliczki, kanadealerzy od siedmiu boleści mieli choły no i trochę ciaż jednego klienta. „Czerwoną Ulicę” też inaczej sobie marihuana.” wyobrażałam - myślałam, że to bardziej wyszukane miejsce. Szliśmy wąska uliczką, wzdłuż której rozciągały się pasy witryn. Większość zajmowały „żywe”, prawie nagie wystawy. Najzwyczajniej w świecie prezentowały się tam panie najstarszej profesji świata, do wyboru, do koloru, dosłownie. Za wielką szybą siedziała kobieta postury hipopotama, ubrana w przeźroczysty szlafrok, obszyty boa, i zalotnie nakręcała na paluszek jeden z tysiąca loków. Ten widok był, niewątpliwie, oznaką profesjonalizmu tamtejszego seks biznesu. Ulica roiła się też od pań w samej bieliznie, które pełniły rolę naganiaczek, podobną do tej, jaką mają ludzie stojący u nas pod „Buchmanem”. No, może były odrobinę subtelniejsze… Najbardziej raziły mnie deklaracje na domach uciech, że wszystkie dziewczyny mają aktualne badania. Ale w końcu to towar i klient ma prawo wiedzieć, co kupuje. Spacer pośród burdeli i seks szopów podziałał na mnie przygnębiająco. Nie byłam zdegustowana, ani zszokowana, myślałam tylko, że to wszystko odbywa się bardziej ludzko, że jest miło, przytulnie, bardziej ekskluzywnie jakoś, ale cóż, biznes jest biznes. Spaliliśmy skręta. Po drodze do hotelu usłyszeliśmy muzykę z „Trainspottingu”. To mój ulubiony film, więc uparłam się, żeby wejść do lokalu, z którego się dobywała. Usiedliśmy przy barze i zamówiliśmy dwa piwa, które podała nam roztańczona barmanka. Na ścianie wisiała ogromna podświetlona gablota, w której były zobrazowane i opisane różne odmiany konopi. Zauważyłam, że piwo nie jest chodliwym napojem, większość klientów raczyła się „Red Bullami” OFENSYWA - luty 2007

Il. Adam Delor

go jak dodatek do podróży. Musiał czuć się podle, kiedy wydawałam polecenia, a jak któryś z moich „cudownych” pomysłów nie wypalił, to wysłuchiwał moich przekleństw, często pod swoim adresem. Zaczęliśmy się śmiać i układać scenariusze z udziałem klientów baru. Po dwóch, czy trzech piwach, któreś z nas zaproponowało, żeby pójść coś zjeść i przy okazji pozwiedzać. Mijaliśmy kolejne bary i restauracje, ale jakoś żadne z tych miejsc nas nie kusiło. W pewnym momencie spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo: „o to nam chodziło”. Na rogu ulicy stała budka z pizzą. Była oblegana, ale w końcu dostaliśmy dwa kawałki wegetariańskiej. Przystanęliśmy, żeby zjeść. Ludzie przewijali się, tworząc kolorowe smugi, już w głowie mi się kręciło od tego ruchu. Wodziłam wzrokiem w poszukiwaniu czegoś, co tkwi w miejscu. Wyłowiłam wtedy z tłumu dwóch policjantów na rowerach. Byli jak klony, o bardzo wysokim wzroście, ubrani w bladoniebieskie koszule i czarne spodnie. Wydawało mi się, że mają po ponad dwa metry, a do tego byli zbudowani jak atleci. Stali tak oparci o swoje nieproporcjonalnie malutkie rowery i podawali sobie papierosa, a może skręta? Byli uśmiechnięci. Widziałam jeszcze kilka razy holenderskich policjantów, wszyscy byli tej samej postury. Może to tam najważniejsze kryterium weryfikacji, a wzrost ma być czymś w rodzaju prewencji, bo tylko zupełny świr porwałby się na takiego stróża prawa. Poszliśmy dalej, wzdłuż kanału. Nad wodą powietrze było rześkie i trochę odetchnęliśmy. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, ale nie byliśmy zgubieni, zresztą tam nie dało się zgubić; centrum to przecinające się uliczki, tworzące coś w rodzaju pajęczej sieci. Zauważyłam, że Amsterdam, a na pewno jego centrum, nie wymagają przewodnika - turystów prowadzą uliczki, kanały, no i trochę marihuana. W każdym razie my nie mieliśmy żadnej mapy miasta, nie pytaliśmy też o drogę. Sami byliśmy sobie sterami i, o dziwo, nasza łódeczka ciekawości dobijała do wszystkich miejsc, o których pomyśleliśmy. awsze byłam ciekawa jak wygląda ten słynny most,

23


>> Tak piszemy i innymi napojami energetyzującymi. Holendrzy nauczyli się korzystać z fazy, jaką daje im marihuana, palą ją jak tytoń i nie jest to używka tylko na imprezy, gdzie ładuje się w siebie wszystko, byleby tylko stracić świadomość na jakiś czas. Do hotelu wróciliśmy nad ranem. Okazało się, że nie tylko my zostaliśmy uraczeni miejscem na pseudokanapach barowych - obok nas spali młodzi Włosi (w barze, z Małgosią, pracował Paulo z Italii), a na sole bilardowym rozłożyło się dwóch podstarzałych Turków (pewnie od właściciela. Przypuszczam, że koczowali tam każdej nocy). Owinęliśmy się w śpiwory i zasnęliśmy jak niemowlęta. ano byliśmy nadzwyczaj wypoczęci. Barmanka dała nam ręczniki i zaprowadziła krętymi schodami na górę, do łazienki. Marmurów, ani muszli z kości słoniowej, co prawda tam nie było, ale nie potrzebowaliśmy niczego więcej od obskurnego prysznica, który tam zastaliśmy. „Dzięki Ci Boże za tę rdzawą wodę i papier toaletowy”. Zeszliśmy na kawę, smakowała wyśmienicie, zwłaszcza w połączeniu ze skrętem. Nagle zrobił się harmider straszny, na schodach było słychać dziki śmiech, krzyki, klaskanie i systematyczne odgłosy upadków i obijania się o ściany. Traf chciał, że ta szczęśliwa (pijana i upalona) załoga Francuzów upatrzyła sobie nasz stolik. Pierwsze słowa, wypowiedziane przez najbardziej „dowcipnego”, tlenionego blondyna, kiedy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, to: „Where is vodka?”. Utwierdziłam się w przekonaniu, że ludzie z zachodniej Europy mają problemy z rozróżnieniem Polski od Rosji, a takie kraje jak Białoruś, Ukraina, czy Łotwa to dla nich czarna magia. Francuzi szturchali się ze zdziwieniem, kiedy wypowiadaliśmy kolejne zdania po angielsku. Po śniadaniu, czyli kilku kanapkach z polskim pasztetem sojowym, poszliśmy nad zatokę. Widoki były piękne, jakby w środku miasta ktoś, przez pomyłkę, rozlał hektolitry wody. Wszędzie zatoczki, wyszczerbione brzegi z betonu, falujące razem z wodą. Wiał chłodny wiatr, który dawał wytchnienie od duchoty panującej na ulicach miasta. Usiedliśmy na skraju betonowej płyty. Właściwie to był przystanek dla pasażerów promu, który robił kursy na drugi brzeg i z powrotem i na drugi i z powrotem i już mi się w głowie zaczęło kręcić, ale tak przyjemnie - czułam się, jakbym była uczestniczką Dionizji, co najmniej. Łyk browaru, prom, mach trawy, prom... Obok nas stał starszy facet. Tępo patrzył w toń, nie wsiadł na pokład żadnego promu. „Skoczy”, pomyślałam, „czeka, aż wszyscy odejdą”. To była pierwsza przygnębiona osoba, którą widziałam w Amsterdamie. Zdaję sobie jednak sprawę, że pod tą grubą warstwą narkotykowej euforii, kryje się piekło - zwie się ono rzeczywistością. Z doświadczenia (bliskich mi osób) wiem, że marihuana, po pewnym czasie przestaje działać, a powrót do codzienności to makabra, codzienność jest makabrą. Ktoś, kogo ona przeraża, jest gotów powierzyć swoją psychikę najtwardszym narkotykom. Wszystko, tylko nie rzeczywistość. A kiedy stajesz się szmatą, która nie ma już nic do sprzedania... Odwrócony plecami do społeczności stajesz nad zatoką, rzeką, przepaścią i chcesz rzucić się za swoją, zatopioną już dawno, godnością, ale nabyte tchórzostwo ci nie pozwala. Facet odszedł, zostaliśmy sami na skraju betonowej płyty.

R

24

OFENSYWA - luty 2007

MILI HOLENDRZY (czyli jak Kuba Bogu...)

W

ieczorem wsiedliśmy do pociągu, który zawiózł nas do przygranicznej miejscowości Hengelo Ost. Z momentem, kiedy drzwi pociągu zamknęły się i zaczął powoli ruszać, poczułam, że kończy się nie tylko przygoda. Oto kolejny mit legł w gruzach. Zawsze byłam idealistką, mam kilka swoich miejsc na świecie, miejsc, gdzie nie byłam jeszcze, ale wymarzyłam w nich każdy szczegół. Amsterdam figurował na liście moich marzeń jako ostoja wolności i szaleństwa, miasto, którego mieszkańcom obce są problemy nietolerancji, bólu, biedy, chamstwa i wszelkich innych zaraz ludzkości. Idealnie pasowało mi do Amsterdamu hasło: „żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo” (w pełnym wymiarze). Rzeczywiście, turyści żyją w zabójczym tempie, ale oni przyjeżdżają na kilka dni i są gotowi zapłacić każdą sumę, żeby chodzić przez cały ten czas w stanach odmiennych, żeby palić skręty „na legalu” na środku ulicy i dmuchać policjantom w nos. Człowiek, który mieszka tam od wielu lat, albo ma centralnie dosyć naćpanych tłumów, albo wkręca się w pozorną wolność i, w pewnym momencie, orientuje się, że jest osaczony przez atrybuty wolności, które przestały dodawać skrzydeł i ułożyły się w kraty. Miłość amsterdamska jest okrutna, rodzą się tu związki na jedną noc - za pieniądze, albo za resztki ludzkich serc. Najgorsze jest to, że oni wiedzą - ci kochankowie - że nic z tego nie będzie i udają, że chodzi tylko o seks, a podświadomie zachowują się jak bezdomne kundle skamlające o odrobinę ciepła. „Umieraj młodo” - tam wszyscy umierają młodo; nawet jeśli ktoś ma sto lat, to jest młody duchem, ale zdarzają się zupełnie wypruci przez życie dwudziestolatkowie, i to częściej niż w innych miastach. Tacy zombie społeczni są ukrywani przed turystami, żeby nie psuć im zabawy. Chciałam zapamiętać taki Amsterdam, jaki zobaczyłam wtedy, na dworcu i w hasz-barach, tę pierwszą, oficjalną warstwę. Milczeliśmy przez całą drogę, nie chciało mi się jeszcze wracać do pracy i codziennych obowiązków. Hengelo Ost byliśmy po północy. Rozbiliśmy namiot przy ogródkach działkowych, obok torów. Powietrze było świeże, jakby wcześniej padał deszcz, świerszcze hałasowały i, swoim graniem, tworzyły spokojny klimat prowincji. Leżeliśmy na plecach, z głowami wysuniętymi z namiotu i parzyliśmy na gwiazdy. Dym papierosowy powoli unosił się do góry, tworząc magiczne smugi. Byliśmy w tym dymie. Nie wiem, kiedy zasnęłam.. Rano zbudził nas pies, który biegał wkoło namiotu, aż w końcu go obsikał. Cóż, zdarza się, zwłaszcza nam się zdarzały takie rzeczy. Kiedy jedliśmy śniadanie na trawie, przyszedł starszy pan z czarnym wilczurem. Przywitał się wesoło, pożyczył smacznego, spytał jak się nam spało, czy zostajemy na dłużej i, w ogóle, jak się nam powodzi. Tak nas nakręcił, że, kiedy szliśmy przez miasteczko, uśmiechaliśmy się do mijanych przechodniów i rowerzystów i mówiliśmy wszystkim „good morning”, na co oni też się wyszczerzali i z entuzjazmem odpowiadali „good morning”, „hello”, „hy” i inne takie. Najlepsze było to, że nie mieliśmy mapy, ani zegarka. Nie wiedzieliśmy też, jaki jest dzień tygodnia, bo wszystko nam się pozlewało w jedną spójną podróż do Holandii. Na

W


Tak piszemy << dworcu w Amsterdamie widzieliśmy mapę i wiedzieliśmy tyle, że mamy kierować się na autostradę A1. Po kilku godzinach byliśmy na miejscu i łapaliśmy powrotnego stopa. Zadziałało dopiero, kiedy napisaliśmy tabliczkę „Osenbruck, Please”. Zatrzymało się dwóch czarnoskórych gości. Jak dla nas, była to niezwykła atrakcja, w końcu nie na co dzień jedzie się stopem z Murzynami. Pędziliśmy po autostradzie 180 km/h. Też atrakcja. Muzyka w samochodzie grała bardzo głośno, a oni zachowywali się jakoś dziwnie: co chwila, to jeden to drugi odwracał się do tyłu i wyszczerzał swoje białe zęby.

PRZYGODY Z POLICJĄ

Po

około godzinie byliśmy koło Osenbrucku, wysadzili nas na środku niemieckiej autostrady. Słońce prażyło niesamowicie, a w dodatku byłam wściekła, że jesteśmy w Niemczech. Planowałam, żeby wysiąść na parkingu obok przejścia granicznego i poprosić jakiegoś kierowcę, żeby nas zabrał do Polski, a tu znaleźliśmy się na jakiejś popieprzonej autostradzie niemieckiej, bez żadnych opcji. Pawłowi też się dostało, że nie patrzył na mapę i że jest sierotą, bo czeka, aż ja coś załatwię, a sam czuje się zwolniony od myślenia i tak dalej. Myślałam, że gorzej nie mogliśmy wdepnąć, ale nie - mogliśmy. Z mostu, zawieszonego nad autostradą, facet krzyczał „Polizei” i machał, żebyśmy weszli na górę. Paweł miał w kieszeni kostkę haszyszu, wyrzucił ją pod mostem, ale tamci zauważyli. Jeden policjant nas legitymował, a drugi poszedł na dół po hasz. Mało się nie posraliśmy ze strachu, niemieckie przepisy antynarkotykowe są bardzo ostre. Przeszukali plecak Pawła, powiedzieli, że na autostradzie stać nie wolno, kazali nam iść do miasteczka i odjechali z naszym haszyszem. Byliśmy lekko zdezorientowani, bo łapaliśmy przed chwilą stopa w Holandii, gdzie wolno stać na autostradach i „posiadać”, a zatrzymała nas niemiecka policja, bo te dwie wolności nie obowiązują już z momentem przekroczenia granicy. Szliśmy w milczeniu, aż zastał nas zmrok.Zatrzymaliśmy się na spokojnej polance na przedmieściu i zasnęliśmy, znużeni dniem. Wcześnie rano, mimo zakazu, wróciliśmy na autostradę. Na bocznych ulicach nie było szans na złapanie stopa. Nie musieliśmy długo czekać na stróżów prawa. Po dziesięciu minutach wyciągaliśmy dowody. Na szczęście, każdy policjant niemiecki zna język angielski i uprosiłam ich, żeby zawieźli nas na stację paliwową, gdzie zatrzymywały się polskie ciężarówki. Byliśmy wniebowzięci.

PRAWIE W DOMU

Cz

S

Kinga Nieczaja

Il. Adam Delor

ekaliśmy na tira z polskimi „blachami”. W międzyczasie wzięłam prysznic i zjedliśmy ostatnie kanapki z naszym krajowym pasztetem sojowym. Ku naszej radości, szybko pojawiła się ciężarówka na warszawskich numerach. Kierowca miał na imię Mariusz, był po czterdziestce, i chyba nawet się ucieszył, że będzie miał z kim porozmawiać. Szczerze mówiąc, trochę nas skatował swoimi opowieściami, żaden temat nie był mu obcy. Mariusz jechał „chłodnią” i wiózł „snickersy”, nie miał CB radia, bo nie mógł słuchać ciągłych przekleństw, nie zatrzymywał też tacho. Opowiedział nam mnóstwo historii. Nie pamiętam, kiedy się tak uśmiałam. Droga mijała szybko.

Tej samej nocy byliśmy w Polsce. Zatrzymaliśmy się na ogromnej stacji CPN i spiliśmy się do nieprzytomności w barze obok. Wlewaliśmy w siebie kolejne browary z ogromnym apetytem, gadaliśmy przy tym jak najęci. We trójkę robiliśmy większy hałas, niż wszyscy inni klienci razem. Jeszcze nigdy piwo mi tak nie smakowało. Po północy, jakimś cudem, rozbiliśmy namiot na pasie zieleni obok stacji. Mariusz spał w kabinie. Rano myślałam, że umrę. Paweł też nie czuł się dobrze, za to kierowca był rozchichotany jak młody skowronek. Nawet nie zorientowaliśmy się, kiedy dotarliśmy do Swarzędza. Mariusz wyrzucił nas na stacji CPN i pojechał do domu. topa do Warszawy złapaliśmy w ciągu paru sekund. Było już bardzo późno, pojechaliśmy więc na noc do znajomych na Bemowo. Wreszcie uraczyliśmy się prysznicem, ciepłym jedzeniem z grilla i pościelą. Wstaliśmy około czternastej, wybieraliśmy się do osiemnastej i znowu na stopa. Staliśmy długo, było gorąco, słońce świeciło prosto w oczy, ale cóż to dla nas, byliśmy prawie w domu. Opanowało mnie specyficzne uczucie, które pojawia się po powrocie do kraju. Nawet, jeśli wracam z pięknego, bezpiecznego miejsca, to i tak czuję się pewnie w najbardziej nawet niebezpiecznej okolicy. Mogłam nocować na tej wylotówce i wcale by mi to nie przeszkadzało. Stałam na ulicy uśmiechnięta, skakałam i wymachiwałam rękami jak nienormalna. Po dwóch godzinach zlitował się kierowca citroena. Młody facet rozpromienił się, kiedy powiedzieliśmy, skąd wracamy. Powiedział, że on nie miałby odwagi zrobić czegoś takiego. Byłam dumna, że ja miałam, chociaż nie myślałam wcześniej o naszej podróży jak o jakimś dokonaniu. W Lublinie zdążyliśmy jeszcze na „osiemnastkę” i pojechaliśmy do Pawła na noc. Rano wyszliśmy na Krakowskie Przedmieście, żeby wypić kilka piw i powspominać podróż. Tak niewiele dzieli teraźniejszość od wspomnień. W takich chwilach zawsze postanawiam żyć chwilą. Nie ma się co oszczędzać. Dzisiaj palisz skręta na holenderskiej ulicy, jutro siedzisz na dołku bez sznurowadeł, bo zapomniałeś o dwóch tysiącach kilometrów i paliłeś skręta na polskiej ulicy. Żeby wspomnienia nie były czymś zupełnie ulotnym i abstrakcyjnym, zrobiłam sobie kolczyka w brwi. Takie małe szaleństwo w kraju, gdzie wszelkie zmiany spotykają się z oporem lepszej reszty. Chociaż... ma to swój urok. To tak, jak z paleniem papierosów w podstawówce. Wtedy poznałam najlepszych przyjaciół, zjednoczyło nas kombinowanie na wszystkie sposoby, żeby nas nie złapali. Poza tym, papierosy wtedy lepiej smakowały... O

OFENSYWA - luty 2007

25


>> Tak piszemy „Powiedz mi coś o  narkotykach” – poprosiłem o  to dwóch znajomych. Z  pozoru różne osoby łączy historia o… O  czym? Właściwie to o  miłości do siebie, do zabawy, do kobiety i  wreszcie – o miłości do swobody.

Nie szukałem, przyszedłem, usiadłem obok niej i  zrobiło mi się gorąco – tyle Darek jest w  stanie sobie przypomnieć z  pierwszego spotkania z  Agnieszką. Ideał był tak blisko, a  on nie miał nic do stracenia. Mówi, że oddałby

Ważne jest, jak się w życie wchodzi

Sprawiają, że stajemy się inni. Sprawiają, że potrafimy zmienić siebie. Sprawiają, że świat wywraca się do góry nogami.

To

był maj, pachniała… marihuana - tak na moją prośbę reaguje Mateusz. Trochę satyrycznie akcentuje ostatnie słowo - marihuana. Śmieje się. - Mało pamiętam, ale to był pojebany okres – mówi – Chciałem się zabawić. Pochodzi z  dobrego domu. Rodzice pracują w  teatrze. Nigdy niczego mu nie brakowało. Miał szesnaście lat, kiedy dragi trafiły w  jego ręce. Brał, bawił się. Skończył ogólniak - brał coraz więcej. Dostał się na studia i  ciągle nie przestawał. Próbował amfy, kwasu - wszystko mu pomagało. Raz nie wziął, po prostu nie miał kasy. Wtedy poznał Gosię. Darek musiał myśleć o  sobie. Rodzice zaganiani za groszem, którego i  tak zawsze brakowało, nie byli w  stanie zapewnić lepszej przyszłości piątce dzieci. Młody chłopak pracował, uczył się, nie licząc na nikogo. Ale też nikt nie liczył na niego. Studia były spełnieniem marzeń człowieka z  prowincji. Przyjechał do wielkiego miasta. Wszedł na salę. Rozejrzał się, usiadł i  zobaczył Agnieszkę.

Ważne są tylko chwile

Il. Maciej Ignaciuk

To

26

był najpiękniejszy okres w  moim życiu – mówi Mateusz – kiedy byłem z  Gosią i  nie brałem, a  jeszcze piękniej było, kiedy znowu brałem, a  ona nic o  tym nie wiedziała. Z  nostalgią opowiada o  jej rudych loczkach i  pięknej buzi. Przypomina sobie długie spacery i  rozmowy całymi godzinami. Wrócił do narkotyków. Zaproponowali mu heroinę. Nie odmówił. - Nie wiedziałem, co mam robić, ale inni tak dobrze o  tym mówili – opowiada. Pierwszym razem Gosia się nie zorientowała, drugim razem zaczęła coś podejrzewać, w  końcu się dowiedziała. Ze smutkiem opowiada, jak go prosiła, żeby z  tym skończył, żeby pomyślał już nie o  niej, ale o  sobie. Mówi, że nie chciał. OFENSYWA - luty 2007

Te narkotyki – te kobiety. Te kobiety – te narkotyki. wszystko, żeby wrócić w  tamte czasy. Przyznaje, że to dzięki niej przeżył raj; w  tym, że później trafił do piekła, nie widzi jej winy. Kupił kwiaty, właśnie mijało pół roku od kiedy byli razem. Wszedł do akademika, otworzył drzwi do pokoju i  jego ideał dość solidnie wyrżnął o  bruk. Ona całuje innego. Prozaiczny powód, żeby sięgnąć po narkotyki? Nie, kiedy się widzi, jak on to opowiada. Znowu nie miał nic do stracenia - spróbował i  mu się spodobało. W  zasadzie stara śpiewka, marihuana, czasem amfa, czasem kwas - dalej, na szczęście, nie poszedł.

Ważne jest umieć powiedzieć dość

Albo

ja albo to świństwo” - te słowa Mateusz powtarza dwa razy. Mówi, że pamięta wyraz twarzy Gosi, ton głosu, wszystko z  tamtej chwili. Był zdziwiony, ale zrozumiał o  co chodzi, gdy zaczęła wy-

machiwać zużyta strzykawką. Nic nie powiedział. - Chyba bym dla niej zrobił wszystko, ale jak nagle, po pięciu latach, żyć zupełnie „bez gazu”? – chyba i  ode mnie oczekiwał odpowiedzi. W  każdym teleturnieju jest czas na odpowiedź, on tego czasu nie miał. Gosia rzuciła strzykawką, powiedziała „rozumiem” i  odeszła. Czy był załamany? Nie mówi o  tym. Zaczął myśleć o  swoim życiu. Wiedział, że musiał wybrać między narkotykiem i  czymś o  wiele silniejszym, ale i  trudniejszym. Gosia poszła, a  amfetamina została na szafie. Wziął i  to był jego ostatni raz. Wszystko się popsuło. Darek też nie wiedział, co wybrać. Stare życie - porządnego chłopca - pachniało szarością; nowe - zepsutego hulaki – nieszczęściem. Jechał pociągiem. Wszedł do przedziału dla palących i  znowu to gorąco. Skądś to znał. Niewysoka blondynka o  piwnych oczach siedziała przy oknie i  z  wejścia strzeliła: - Tu nie palimy. Nie palili, ale rozmawiali.

Ważne jest być z  kimś obok czegoś Mateusz wrócił do Gosi. Prosi, żeby tylko tak ją nazywać. Nie bierze i  mówi, że nie musi. Wyglądają na szczęśliwych. Na koniec powtarza z  uśmiechem że „to był pojebany okres.” - Popadam z  nałogu w  nałóg – mówi Darek, śmiejąc się szeroko. Ania, czyli niewysoka blondynka z  pociągu, pomogła nie tyle zerwać z  nałogiem, co pomogła zapomnieć, że taki w  ogóle istniał. Darek podkreśla jedno, że sam jest sobie winien, ale ile razy czuje narkotyki, tyle razy widzi Agnieszkę. Ile razy widzi Agnieszkę, tyle razy czuje narkotyki. Zawsze marihuana będzie dla niego zapachem kobiety O

Michał Janczura


Tak piszemy << „Przepraszam, poczęstuje pani papierosem? Ja bardzo panią przepraszam. Dziękuję bardzo. Dziękuję. Jeszcze jakby pani dała ognia, to byłbym cały szczęśliwy. Bo ja mam tylko duszę do sprzedania, ale nikt nie kupuje. Kiedyś Czechow kupował. Była taka sztuka. Dziękuję. Przepraszam panią. Dziękuję”. Sęp odpala papierosa i  już ma odchodzić, ale odwraca się ponownie do ofiary (skoro fajkę dała to z  pewnością...): „A  nie miałaby pani złotówki? Zbieramy z  kolegą na zupę. Tutaj, niedaleko, ogórkową sprzedają. Trzy złote kosztuje, z  chlebem. Brakuje nam. Przepraszam, że tak się narzucam, ale zimno. Mam tylko duszę do sprzedania. Za zupę bym sprzedał. Nikt nie kupuje. Przepraszam. Dziękuję”. Jedna z  zasad Sępa brzmi - nie narzucaj się. Jak ktoś powie „nie” - podziękuj i  odejdź. Ale dobry Sęp nie da okazji, żeby

wości co do podanej kwoty i  żeby kwota ta była skromna, tak jak i  osoba Sępa. Zawsze kwotę podać trzeba, żeby nie pozostawiać Ofierze niepotrzebnych wątpliwości, mówiąc np. „parę groszy”. Tak, z  grubsza, wygląda niepisany, uniwersalny i  codziennie weryfikowany poradnik Sępa.

powiedzieć „nie”. Gadka musi być wstawiona. Gdy Ofiara nie chce słuchać i  wyciąga paczkę papierosów, kieruje ją w  stronę Sępa. On wyciąga rękę, chwyta papierosa, a  jego ręka zamiera. Ofiara stoi z  wyciągniętą paczką, na paczce ręka Sępa. Sęp unieruchamia Ofiarę i  może zacząć wywód. Czasami nawet Sęp mówi, że nie chce, że dziękuje za papierosa, że wolałby na bułkę, albo na słynną na „pekapie” zupę. Gdy Ofiara mówi, że nie ma ani grosza, wtedy Sęp powraca do tematu papierosa, który miał mu być ofiarowany na początku.

D

worzec PKP, Wschodni Dworzec PKS, postoje taksówek i  obleganych busów, końcowe przystanki 13, 1,34, 150, tłumy Ofiar i  Sępów, pomiędzy nimi przemykających. Starają się nie rzucać w  oczy. Obserwują przez chwilę potencjalnego „dawcę”. Jedno wokół niego okrążenie i  atak. Najczęściej podchodzą do palących papierosy- jest od czego zacząć:

Fot. Dawid Nejman

Lubelski Dworzec PKP i  okolice. Tutaj bezdomni rozgrywają każdy dzień. Tutaj ludzie dzielą się na wkomponowanych w  panoramę dworca i  na przejezdnych. Na sępy i  ich ofiary. Tutaj, w  tym obskurnym miejscu, pośród dworcowej wrzawy, rodzą się coraz doskonalsze metody „pozyskiwania funduszy na przetrwanie”, czyli sępienia, po prostu. Bo czasy się zmieniają, bo szacunku każdy oczekuje, bo kultura się liczy. Żaden Sęp do ofiary już nie powie „rzuć parę groszy na wino”. Przepity głos i  lekceważący ton na dobre ustąpiły miejsca prawdziwej sztuce przekonywania. „Szkoła życia tworzy nowe klasy” – powiedział obszarpany bezdomny z  grobową miną, „Ja już nie nadążam. Przed panią cały świat. Ma pani z  pięćdziesiąt groszy? Od wczoraj nie jadłem” – dodał i  spuścił pokornie głowę. Bezdomni ludzie są wiernym odbiciem zmian społecznych. Jeśli chcą przetrwać, muszą być elastyczni, dostosować się do każdej sytuacji. Muszą robić tysiące symulacji zachowań ofiary. W  minimalnym czasie wykombinować, jak ją podejść, jak wyczuć upodobania, wreszcie – jaką gadkę wstawić, żeby pozyskać fundusz. Studentkę widzą, ewentualnie parę jakąś zakochaną, to o  poetach (z  cytatami włącznie). Faceta z  teczką - to o  tym, jaki on elegancki i  mądry, no i  obowiązkowo porównanie ze sobą­ – brudnym pechowcem życiowym, który nawet się do Pana nie umywa i  nie ma co z  Nim dyskutować, a  jedynie o  jakiś mamy grosz prosi.

Do studenta - na luzie, ale z  szacunkiem i  zawsze swoją prostotę Sęp uwypuklić musi i  beznadziejną sytuację życiową nakreślić, z  tej prostoty i  niefarta wynikającą. Na koniec, roztoczyć przed młodym człowiekiem perspektywę podboju świata, na który bezdomny już szans nie ma i  nie myśli o  tym nawet, a  jedyne, co mu do życia potrzebne, to złotówka, którą właśnie ON-ofiara może mu podarować. Do kobiet w  średnim wieku nawet nie ma co podchodzić, bo jedyne, co można dostać, to wiązanka jakaś nieprzyjemna. W  najlepszym wypadku, taka pani to do minuty straconego czasu. Minuta to dużo. Za pięćdziesiąt groszy, czy złotówkę trzeba czasem i  z  dziesięć minut się produkować. Oczywiście, kwestie finansowe poruszać należy na końcu wywodu i  w  taki sposób, żeby wkradły się niepostrzeżenie, ale żeby Ofiara nie miała wątpli-

N

iektórzy bezdomni z  dworca zapadają w  pamięć Ofiar na długi czas. Powodują, że człowiek zaczyna się zastanadokończenie na str. 30

OFENSYWA - luty 2007

27


Rys. Oliwia WÄ&#x2122;grzynowicz


>> Tak piszemy wiać nad swoim losem. Zaczyna wierzyć, że mu się poszczęściło i  postanawia w  duchu, że będzie zawsze pomagał innym. Tym, którym się nie udało. Serce przecież ściska na widok obszarpanego i  brudnego intelektualisty, człowieka, który, nie dosyć, że jest oczytany, to jeszcze mądrość życiowa przez niego przemawia. „Co mu się nie udało?”, „W  którym momencie się potknął?” - zadręcza się Ofiara, po obsępieniu przez brodacza w  niebieskiej kurtce. Nazywa sam siebie Tadeusz (może Pan Tadeusz?). Wkręca najlepiej na całym dworcu. Staje obok Ofiary i  zaczyna z  powagą starego mędrca: „Też kiedyś paliłem. To były piękne czasy.” - mówi ochrypłym głosem, bardzo powoli„Eh! Chciało się żyć. Niedawno widziałem na dworcu swoją przyjaciółkę. Teraz jest znakomitą poetką. Moja miłość. Wielkie uczucie. Kto wie, co bym teraz robił, jakby nam się udało.” - patrzy w  niebo i  powoli kieruje spojrzenie zbitego psa na Ofiarę – „Kochała pani kiedyś? Eee, pani jest młoda. Wszystko przed panią” - chwila milczenia – „Przede mną tylko grób” - milczenie – „Widzi pani tamto drzewo?” - brodacz wskazuje ogromny kasztanowiec – „W  nocy, jak nas sokiści z  wagonów przegonią, kładę się pod nim i  oglądam gwiazdy. Myślę o  Zofii. Ależ ja byłem głupi” - wkłada głowę w  ręce. – „Wczoraj tak nas sokiści pobili, jak z  tych wagonów nas przepędzali, że chodzić nie mogę. Koledze rękę złamali. Jesteśmy tacy głodni. Ja nie piję od pięciu lat. Próbowałem do rodziny, rodzina mnie nie chce. Po kawiarniach kiedyś grałem. Ostatnio r e c i t a l Zofia miała, ale mnie nie wpuścili. Nie dziwię się, śmierdzę. Tak mi wstyd.” - pojawiają się łzy! – „Da mi pani na bułkę? Tu w  kiosku są dobre. Jak mi pani nie wierzy, to pójdzie pani, z  jagodami mi weźmie. Proszę.” - Łzy ciekną po policzkach, psychika Ofiary też płakać nakazuje. Wydaje się, że czegoś takiego powtórzyć się nie da. Otóż nie. Brodaty Sęp ociera łzy i  uderza, tym razem, do pary jakiejś, z  identycznym tekstem. Łzy zaczynają płynąć dokładnie w  tym samym momencie. Nagle brodacz znika, a  za dwie godziny ciągnie go kolega. Ze starych ust, które tak o  miłości i  nieszczęściu rozprawiały, kurwy lecą niemiłosiernie. O, i  papierosa pali. Dworzec PKP nie śpi. Po godzinie 23 rozpierzchły się pijane (bo zimno?) Sępy. Trzeba pokiwać się z  policją i  sokistami, żeby przespać kilka godzin w  wagonie, bo z  budynku dworca wyganiają. A  przy winku to pewnie straszny ubaw jest z  tych Ofiar wszystkich O

Kinga Nieczaja 30

OFENSYWA - luty 2007

Wiedziałam, że ten czerwony, niewykończony dom kryje w  sobie wspaniałych ludzi. Drzewa czują, gdzie mogą rozwinąć swe tajemnice, gdzie mogą zdradzić człowiekowi swoje ukryte piękno. U  pani Rozalii czuły się bezpiecznie, dlatego cudowność jesieni skupiła się wokół tego domu i,  z  każdym otwarciem drzwi, wślizgiwała się do niego. Rozglądała. Zadomawiała. I  oswajała z  innymi cudownościami, które pachniały rosołem, pierogami, ciastem, żarem z  pieca. A  te największe cudowności ukryły się w  twarzach zebranych tu osób. Ich śmiech i  spojrzenia zdawały się odbijać w  oczach pani Rozalii. - Mamo, nie wstawaj proszę. Już wszystko niesiemy. - Babciu, dla wszystkich starczy miejsca. Damy sobie radę. Nie przejmuj się. - Babciu, czy ty możesz wreszcie usiąść i  porozmawiać ze swoim gościem? Prosimy! - Mamuś, to może część opowiedz teraz, a  my zawołamy później na obiad. W  pokoju, który wyremontował jej syn, tłumaczyła, że głupio się czuje, jak ludzie skaczą wokół niej i  nie pozwalają sobie pomóc. A  jeszcze gorzej, jak trzeba opowiadać o  sobie. Denerwowała się. Często, w  przypływie emocji, gubiły się zasady gramatyki. Ale nie można było nie słuchać. Ciepły ton głosu hipnotyzował, jednak najbardziej intrygujące były oczy… Jakby odgrywały znaną sobie sztukę, ale już nie dla samych siebie; miały widza… - Wszędzie mnie było pełno. Pchałam się do wszystkiego: prania, sprzątania… uwielbiałam myć podłogę. Musiałam wpierw ją skropić wodą. Zawsze za dużo lałam. Dziadek wołał – „Rózalciu, przestań”, a  ja gdzie tam. Albo lubiłam sobie mlaskać. Raz to nie mogłam się opanować, aż dziadek przyszedł (zmęczony był, bo pomagał przy cieleniu) i  dał mi dwa sznurki w  dupę; lekko, dla zapamiętania. O  płot, na którym wisiały babci garnki, zaczepiłam sukienkę i  rozdarłam przy zabawie w  chowanego. Takie dziecinne rozrabiaki zapadają w  pamięć. W  domu schludnie i  tradycyjnie. Babcia rozkładała piękny obrus do obiadu. Dziadek prowadził modlitwę. A  na Wielkanoc to z  moimi braćmi kolorowaliśmy jajka - do cebuli i  na talerz. Dom pamiętam dokładnie. Mieliśmy ogrodzone podwórko. Tu była studnia, tu szopka. Tak stała stodoła. Tu miał stać przy oborze nowy budynek na świnie. Jedno wejście do obory, jedno do mieszkania. Południowe okno, tu wschodnie, a  tu się wchodziło. Tu była ogromna kuchnia, tam zaplecze, gdzie był


Tak piszemy << piec chlebowy, i  tam spaliśmy. Jedyne ciepłe miejsce. Dziadek zrobił nam ławkę drewnianą. W  kuchni był ogromny stół – przy nim siadaliśmy. Babcia go szorowała. Dziadki nas wychowywali: mnie i  moich dwóch starszych braci. Rodziców nie pamiętam. Mama zmarła jak miałam trzy latka. Z  opowieści wiem, że przy trumnie ciągnęłam ją za sukienkę i  wołałam: „Mama, wstaj! Mama, wstaj!” Mój tata uciekł do partyzantki. Spotkałam go, jak już miałam swoje dorosłe dzieci. On był drugim mężem mojej matki. Był bardzo młody i  chyba zakochany, bo wziął kobietę starszą z  dwójką dzieci. Moi bracia są od tego pierwszego. Dziadek wymusił na starszym, abym i  ja nosiła takie, jak oni, nazwisko. Dla bezpieczeństwa. …zmieniały się z  każdym innym wspomnieniem. Raz skupione, przymknięte patrzyły to w  podłogę, to gdzieś w  dal…drżały ręce, głos… - Babcia nie chciała zabrać mnie pewnej niedzieli do kościoła. Poszła sama. Pod płot podjechali Ukraińcy na koniach i  na pięknym, dużym wozie. Dziadek kazał polecieć mi po bańkę z  mlekiem. Chciały pić. Mieli czarne twarze. Dopytywałam się, co to byli za ludzie, tacy wymazani. Milczał. Był bardzo zmartwiony. Później przyjechał od strony kościoła inny wóz. Na nim leżała i  moja babcia. Miała podcięte piersi i  przekłute serce. Czarne twarze urządziły rzeź w  kościele. Zabiły księdza przy ołtarzu i  wszystkich modlących się. Zamordowały bez litości bagnetami. Opowiedziała mi o  tym, czternastoletnia wtedy, siostra mojego ojca. Przeżyła, bo była blisko schodków na chór i  na wieżyczkę. Tam ukryła się z  innymi, ale kiedy oni podpalili kościół, ogień szybko zajął drewniane schody. Byli w  pułapce. Niespodziewanie spadł ogromny deszcz, ugasił pożar. Wtenczas nadjechały Niemcy. Chciały się z  Ukraińcami rozprawić, ale tamci już uciekli. Jak zobaczyły ludzi na wieży, zaczęły rzucać granatami. A  że tam były mężczyźni, to oni odrzucały. Wybuchy były, ale na dole. Kazały im schodzić, obiecały darować życie. Ściągali z  siebie wszystkie ubrania i  wiązali razem. Po takiej linie schodzili golutcy. Niemcy się śmiały, ale ta ciotka moja mówiła, że nie czuła wtedy ziemi pod nogami ze szczęścia i, bez oglądania, biegła do domu. Po śmierci babci zaczęło się piekło. Dziadek nie wiedział, co robić. Czy już uciekać z  trójką dzieci? Dokąd? W  dzień robiło się to, co zwykle, aby nie wzbudzać podejrzeń. W  nocy zaś, z  paroma jajkami, chodziło się nocować w  pole. Ukraińcy mordowały po domach nocą. To trwało około tygodnia po pochówku babci (tak brat opowiadał). Jednego dnia, kiedy dziadek szykował ziemniaki na obiad, wpadła nasza sąsiadka (jej dwóch synów uciekło do partyzantki) i  krzyczała,

że trzeba już uciekać, że już koniec wsi palą. Dziadek wylał ziemniaki na podłogę, ja wzięłam jajka. Wóz od dawna czekał przygotowany. Przywiązał konia i  zaczęliśmy uciekać. Uciekaliśmy w  tę stronę za stodołą, zbożami, do rzeczki, popod lasem. Jak się odwróciłam – (nigdy tego nie zapomnę) – to widziałam wielki dym i  ogromny tłum ludzi. Wszyscy zostawiali w  popłochu swe gospodarstwa. Ludzie szli piechotą, jechali na wozach. W  paru walizkach mieli dorobek swojego życia. Biednie to wyglądało. Był lipiec czterdziestego czwartego roku. Miałam sześć lat. Opuszczałam mój Wołyń. …raz pełne smutku ogromniały i  zdawały się na nowo przeżywać tamte dni… - Nie pamiętam, jak długo jechaliśmy. Pierwszy postój – Białystok. Spędziliśmy na ogromnej łące około dwóch tygodni. Morze, morze ludzi rozbiło koło OFENSYWA - luty 2007

31


>> Tak piszemy nas swoje „oboziki”. Dziadek znalazł miejsce pod drzewem i  zrobił nam z  wozu taki domek. Wyścielił ziemię pościelą i  tak koczowaliśmy i  noc i  dzień, czekając na jakiś pociąg. Na początku była zabawa ja będę spała tu, ty tu - później osamotnienie. Noce były bardzo okropne – jakieś płacze, krzyki. Cały czas brat trzymał mnie kurczowo za rękę. Starszy chodził z  dziadkiem i  szukał jedzenia. Przynosili surowe mięso i  piekli nad ogniskiem w  kociołkach. Dziecko nie może takich rzeczy jeść. Raz przyniósł trochę mąki i  zrobił mi kluski. Musiały być na wpół surowe. Zachorowałam na dur brzuszny. Najstraszniejsza była podróż pociągiem. Pamiętam, siedziałam na pościeli i  to wszystko leciało ze mnie. Dziadek prosił o  noc-

nik, ale nie dali, bo ktoś inny też był chory. Przeznaczył więc nasz garnek. Obwiązał mnie i  posadził na nim. Jednego razu kazał mi zejść. Otworzyli na chwilkę ten nasz wagon bydlęcy i  mógł wreszcie to wszystko wylać. Był szczęśliwy. Już mniejszy smród. I  tak dojechałam do Lublina. W  Lublinie zaprowadzili nas na Krochmalną. Spędziły nas Niemcy w  jedno miejsce. Tam był taki obóz. Do dziś nie szukam tego miejsca. Odbywał się tam rodzaj selekcji. Kto nadawał się do pracy, to wywozili na roboty do Niemiec, kto nie - starzy, dzieci – na Majdanek. W  tym czasie, Polski Czerwony Krzyż starał się o  ludzi. Tak teraz to rozumiem, wtedy nic nie rozumiałam. Brat opowiadał, że wystarali się wtedy o  cztery tysiące ludzi. Byliśmy wśród tych szczęśliwców. Czekaliśmy w  baraku, przy takim murze, na tej brudnej pierzynie, a  niektórzy spali na pryczach. Jaki ja miałam wtedy żal, że tamci śpią na łóżkach, a  my się poniewieramy na ziemi. To był taki dziecinny żal. Stamtąd wyszliśmy z  dziadkiem i  braćmi, i  szliśmy ulicą z  tłumem ludzi. Koło nas chodzili Niemcy. Każdy z  ogromnym psem. Te zęby, ten skowyt. Do dziś boję

32

OFENSYWA - luty 2007

się śmiertelnie psów. Dziadek prosił każdego przechodnia, żeby mnie ktoś wziął. Byłam ciągle chora, nie mogłam iść. Brudziłam jego i  siebie. Zlitował się nade mną jeden pan J. i  wziął do siebie, i  leczył mnie. Dziadka i  braci znowu osadzili – w  jakiejś szkole – (to wiem z  opowieści pana J.). Jak mnie wyleczyli i  dali nowe ubrania, to odwiedzałam ich. Ale tylko przez siatkę... A, nigdy nie zapomnę twarzy pewnego chłopca. Jeszcze na Krochmalnej, ktoś rzucił nam zza siatki bochenek chleba. Podbiegł po niego mały chłopak. Niemiec to zauważył, zabrał go ze sobą i  strasznie pobił. Skatowanego wyrzucił jak psa. Boję się Niemców. - Mamo, zróbcie sobie przerwę. Już wszystko na stole. Rosół i  pierogi – pycha! Jeszcze pyszniejsza była atmosfera przy stole. Trzy córki pani Rozalii z  dziećmi, syn D., złota rączka, i  lekko wypłoszony chłopak najstarszej wnuczki. Same wesołe opowieści, małe sprzeczki, kto lepiej pamięta i  kto ma więcej w  danej sprawie do powiedzenia. Najlepsza była historia z  podpaleniem stodoły i  zakopaniem spalonego garnka. Typowy niedzielny, wspólny obiad. Poznałyśmy się w  szpitalu. Panią Rozalię sprowadziła tam stara śmietana, mnie zagraniczne przysmaki. Przysłuchiwałam się rozmowom starszych pań. Pani Rozalia przykuła moją uwagę swoim milczeniem, bądź zdawkowymi odpowiedziami. Coś ukrywa – myślałam. Czy mogę z  panią porozmawiać? - Odratowanych rozsyłali do ludzi z  większym domem. Trafiłam do rodziny W. w  Krasieninie. Nie byłam zżyta z  moimi przyszłymi rodzicami. Ciągle się kłócili, bili, nożami przed sobą migali. Ona prosta kobieta, wykorzystywali ją. Nawet nie jadła ze wszystkimi, tylko później sama jakieś resztki. Wujek (nie chciał, żebym mówiła tato) nie umiał gospodarzyć. Matka wszystko robiła. Kochała mnie. I  on też mnie polubił. Wołał na mnie Ziutka. Cała wieś wie, że ja Ziutka. Zawsze byłam dzieckiem posłusznym. Wszystko robiłam, żeby tylko na mnie nie krzyczeli. Ale mam ogromny żal, że mnie dalej do szkół nie puścili. Mówili, że to niepotrzebne. Wystarczy, żeby umieć szyld przeczytać i  pieniądze policzyć. Mam tylko siedem lat podstawówki. Często gęsto nie miałam na książki. Często gęsto kierownik szkoły odsyłał mnie z  tego powodu, że nie miałam w  co się ubrać. Źle wyglądałam. Sam organizował mi pieniądze. Mój ojciec miał dużo ziemi, ale nie umiał nic wyprodukować. Raz kierownik odesłał mnie na leczenie, ale trafiłam do domu dziecka. Byłam tam dwa miesiące. W  jednym domu mieszkały dziewczynki, w  drugim chłopcy. Byliśmy otoczeni czerwonymi wstążkami, bo


Tak piszemy << raz chłopak wszedł na pole za domem i  go rozerwało. Jakaś mina. To był wstrząs. Rozerwało go na naszych oczach. Ciągle słyszałam - to ta nowa, to ta nowa. Bałam się nawet odezwać na lekcjach.. Przestałam na nie chodzić. Powiedziałam kucharkom o  tym. Potem już było normalnie. Do domu dziecka nie poszłam od razu. Byłam w  czwartej klasie – 12 lat. Jak wróciłam to dopiero mnie adoptowali, bo wstyd był we wsi. - Szkoła? Hm... Bardzo źle. Tak jak mówię, nie miałam ubrania. A  jak coś dostałam, to wyglądałam na Żydówkę. Kupili mi raz buty – dwa razy za duże. Na początku ciągle stałam pod ścianą. Wyśmiewali się, że mam krzywe oczy. Teraz to bym im powiedziała, że ludzie o  niesymetrycznej twarzy są szlachetni, mili, dobrzy. Tak przeczytałam w  książce. Najbardziej bolesne było, jak mieliśmy z  klasą jechać na wycieczkę i  pan powiedział, że kto jest chory to niech nie jedzie. I  jedna dziewczyna podniosła tą swoją diabelską rękę, i  powiedziała, że Ziutka jest chora. Nie pojechałam. Do dziś tkwi mi to w  pamięci. A  ona do dziś za pieniądze, to wesz dopchałaby do Warszawy. Ale często było wesoło. Mimo że głód był, że boso się chodziło do szkoły, tylko na jesień był jakiś but, to umieliśmy się cieszyć. I  ludzie się uśmiechali. Cieszyliśmy się, że wojna się skończyła, że żyjemy.

nowała, abyśmy spisywali w  swoim dzienniczku cały nasz dzień. Uczyłam się dopiero pisać, ale spodobał mi się pomysł. Były tam wszystkie głupotki dziecinne. W  wielkiej tajemnicy chowałam ten mój dzienniczek na strychu, w  dziurze w  dachu. Wypadł przy zmianie strzechy i  się zniszczył. Później, na tym strychu, gdzie szyłam i  przerabiałam różne rzeczy, bo chciałam być krawcową, w  każdej wolnej chwili pisałam nowy. Pisałam do końca szkoły podstawowej, przez cały pobyt ojca w  więzieniu, pierwsze spotkania z  przyszłym mężem, później – w  pierwszych latach małżeństwa. Wszystkie żale, wszystkie radości. Mąż zawsze był ciekaw, co ja tak ciągle piszę, kiedy on w  polu. Z  dzienniczkiem trzymałam razem moje rysunki ze szkoły. I  raz, kiedy już dzieci moje umiały malować, matka moja znalazła te wszystkie kartki na strychu, a  że się nie znała, dała im do zabawy. Zanim przyszłam, już wszystko było w  strzępach. Rozpłakałam się. Tyle lat pisania. Żeby nie poszło to w  ręce mojego męża – spaliłam w  piecu. Wolność i  poczucie bezpieczeństwa odzyskałam dopiero pięć lat temu, jak on zmarł.

…to znów wpatrywały się we mnie… upewniały czy wierzę… czy słucham…

- Błagałam ich na kolanach, żeby tego nie robili. Nic nie wiedziałam o  małżeństwie. Nie byłam przygotowana. Nie umiałam chleba piec. „On cię wszystkiego nauczy” – mówili. Ale przecież on chodzi za innymi dziewczynami. Trzeba tak robić, żeby do ciebie przyszedł. Miałam tylko siedemnaście lat. Był z  ich rodziny. Kazał mi samej kupować sobie sukienkę. Podporządkował sobie wszystkich. Wszyscy się go bali – nie, że tylko ja. Później ojciec, przed śmiercią, powiedział, abym nie skrzywdziła dzieci swoich, tak jak on mnie. Po co on mnie za niego wydał? Chyba nie dałam dzieciom rodzinnego ciepła. Jak były malutkie, to umiałam je całować i  przytulać. Później... było mi trudno... Teraz są już za duże. Są moim jedynym szczęściem. I  wnuki. - Mamusiu, spisz wszystkie swoje wspomnienia. Musimy pamiętać o  tobie.

- W  niebezpieczeństwie byłam nie raz. Nosiłam jedzenia dla tych, którzy kryli się u  nas w  stodole. Były tam takie pięterka zrobione i  tam spali. Rodzice mieli swoje ludzkie strony, tylko nie umieli się dogadać. Ale innym to by wszystko dali. Chleb piekli dla wojaków, co za lasem ćwiczyli. Niemcy u  nas ciągle kogoś szukały. Raz była zima okropna i  jeden uciekał przed nimi, i  ukrył się u  nas pod koniem w  stajni. Zebrali wszystkich chłopów ze wsi, postawili pod stodołą. Jak tamtego nie znajdą, to rozstrzelają wszystkich i  wieś podpalą. Szukali go nawet pod obrazkiem u  nas w  domu. Jeden go zobaczył i  zaczął krzyczeć o  tym do tego Niemca. On walnął go karabinem, bo nie rozumiał. Zakrwawiony taki pokazał go wreszcie, złapali. Ludzie wołali na mnie: „Żydówka”. Raz to wpadł sołtys z  Niemcem i  do ojca z  gniewem, że trzyma żydowskie dziecko. Ten strach, jak spojrzałam na Niemca, przypomniał, że dziadek mówił – „Ciebie, dziecko, to tylko pacierz uratuje.” Klęknęłam, zaczęłam się modlić. Ten to zobaczył i  powiedział, że to nie Żydówka, poszli. Pacierz uratował mnie przed Majdankiem. Nie, dziękuję. Już naprawdę nie mogę pani Rozalio. Te ciasto jest wspaniałe, ale jeszcze jeden kawałek i  na pewno znowu wyląduję w  szpitalu. Dziękuję z  całego serca za zaproszenie i  wszystkie te historie. Wiem, wiem, że jeszcze nie koniec… - Byłam zdolnym dzieckiem. Ładnie rysowałam. Nauczyciele mnie chwalili i  innym pomagałam. Może byłabym architektem. Pani, na lekcji, zapropo-

…znowu się zmieniają…ogromnieją…te malutkie oczka napełniają się…złością?... żalem?...

...oczy znowu nabierają blasku... odbijają się w  nich spojrzenia trzech córek, syna, wnuków... Sztuka dla jednego widza... Przeżyjesz ją, o  ile zagłębisz się w  świecie oczu pani Rozalii, o  ile pozwolą ci do niego wejść, o  ile twoje oczy zaczną współodgrywać tę sztukę... O

Marika Bannach OFENSYWA - luty 2007

33


>> Tak sądzimy

Il. Anna Świderska

K

„Zastanawiając się nad ostatnią dekadą panowania systemu komunistycznego w naszym kraju, warto powrócić myślami także do samego początku powstawania tamtego ustroju, do lat 1949 1956, kiedy to w Polsce

kształtowała się nowa forma sztuki, zwana socrealizmem.”

34

OFENSYWA - luty 2007

ultura realizmu socjalistycznego nie pozostawiła po sobie dzieł znaczących, wybitnych, które byłyby odporne na próbę czasu. Szczególnie działo się tak z poezją, która została skazana na zapomnienie. Z drugiej jednak strony, twórczość tych artystów, stanowi ważny dokument, ukazujący jak silne było powiązanie propagandy z ideologią totalitarną. Zastanawiając się, jakie było główne zamierzenie tej poezji, odpowiedź nasuwa się sama – było nim wychowanie nowego człowieka, człowieka socrealizmu, a zatem zafałszowanie prawdy i ukazanie idylli, jaką miał być komunizm w oczach odbiorców i twórców. Poezja socrealistyczna jest dziś odbierana z dozą humoru, głównie przez swoją płytkość i monotonność, jednakże wówczas była traktowana jako główna broń w rękach partii. Miała charakter jak najbardziej polityczny. Wynikała z teoretyczno – ideowych stwierdzeń doktryny marksistowskiej. To partia często zwracała się do artystów o zaangażowanie w przekształcenia światopoglądu i kultury społecznej, wytworzenie nowego porządku, życia kulturalnego kraju. Sztuka stała się wówczas językiem dialektyki historii, atakując największego wroga – kapitalizm, a koloryzowała i zachwalała swoją matkę – socjalizm. Zapoznając się z poezją „inżynierów ludzkich dusz”, jak zwykł nazywać ich Stalin, wielokrotnie starałem się znaleźć odpowiedź na pytanie dotyczące mechanizmów, które zdecydowały, że tak znaczna część polskich pisarzy, intelektualistów oddała swe pióra służbie komunistycznej. Dlaczego te postawy, fałszywe i hańbiące, unicestwiające piękno poezji, literatury, stały się udziałem tak wielu wybitnych jednostek? I dotychczas nie mogę na nie znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Wiadomo, iż ludzie, którzy stawali się za-

kładnikami nowego systemu, starali się urządzić w nowym świecie, „oswoić tego potwora”. Władza potrzebowała legitymizacji i legitymizacja wyszła od strony literatów, takich jak: Jerzy Andrzejewski, Wisława Szymborska, Julian Przyboś, Julian Tuwim, Konstanty Ildefons Gałczyński, Jarosław Iwaszkiewicz, Adam Ważyk, Władysław Broniewski i wielu innych. Ale, z drugiej strony muru, znajdowała się opozycja – inteligencja, która nie dała zakuć sobie rąk kajdanami niewoli, która, w swej sztuce, starała się podążać drogą zmierzającą do prawdy, autentyczności, a nie zakłamania i kariery. Widać więc, że nie wszyscy zagubili się w wyborach swojej drogi. Możemy przyjąć, iż część Polaków szczerze wierzyła propagandzie komunistycznej, szukając spokoju po zawieruchach wojennych, jednak, w zderzeniu z realiami wprowadzania tego systemu, powinna przejrzeć na oczy i uzmysłowić sobie zakłamanie podstawowych zasad tej idealistycznej doktryny totalitarnej. Poeci ci wybrali drogę hańby, uginając się pod ciężarem nowej władzy, despotycznej i kłamliwej tylko dlatego, że zewsząd ich atakowała. Trafnie skonstatował to Jacek Trznadel w „Hańbie domowej”, która była jego próbą odpowiedzi na wytyczone przeze mnie wyżej pytanie: „Los prawdziwego intelektualisty przynosi poniekąd tortury moralne. Ale jest jednocześnie radością wyzwalania się, procesu nieustannego i stanowiącego pociechę intelektualnego dążenia do prawdy”. Dlatego kwestię tutaj przeze mnie poruszoną, pozostawiam otwartą; każdy z nas może sam osądzić, usprawiedliwić bądź potępić tych artystów, którzy w pewnym momencie stali się zakładnikami tamtego systemu O

Arkadiusz Ostrowski


Tak sądzimy <<

Wisława S zymborska NOC

 

Władysław B DO DOMU

roniewski

 

ć, pora Pora powraca y mogilne, ib sk ć wzruszy ba przeorać, ca łe życie trze silne. a nasze ręce są   piastow y pług Zaprzężmy w naftą. Konie pędzone e sług! łopa! Nie będzi Ziemia d la ch ! iata! Tra ktor Równość! Ośw napisany    Wiersz został . przez poetę w

1945 roku

Co ta k iego zrobił Izaa k, proszę księ dza katech ety? Może pił ką w ybił szyb ę u sąsiada Może rozd ? arł nowe sp odnie, gdy przech od z Kradł ołów ił przez sztachety? k i? Płoszył ku ry? Podpowiad a ł?   Ta noc mil czy, a le milczy przeciw m nie i jest czarn a ja k gorliwo sć katechety .   Wiersz uka zał się w to miku pt. „WO ŁA NIE DO YET I” w 1957 roku .

Julian Przyboś DO ROBOTNICY   W hali fabrycznej, aleją z rąk do rąk rosnącego żelaza, rosnącego do ostrego szczytu: do pocisku, szedłem, jakbym rozstrzyga ł, spawając marzenie i siłę, jak nadać im wspólny kształt broni.   Liczyłem: pięć młotów, ciężkich jak pię ć lat, w jednej chwili dokona ło na mnie zamachu czasu: sprawdzał y moje dzieło poetyc kie ręce robotników i robotn ic.   Rytmem tysiąca ramion najszy bciej obrotnych jak wzruszę swoje ramię? Pęd maszy n moją wolę przesil ił.   Pozdrawiam cię, palaczko, sza ra gwiazdo isk ier! Twoja dłoń odjęta od żaru mo ją od pióra zna lazła, aby m pisał wszyst kimi uściśn ięty mi rękami. Wiersz ukazał się w tomiku poezji robotnicze j pt. „SŁOWO O WIELKIM BRA TERSTWIE” w 1950 roku.

Wisława Szymborska TEN DZIEŃ   (...) wzrok. Oto Partia - ludzkości i sumienie. Oto Partia - siła ludów cia w zapomnienie. ży Nic nie pójdzie z Jego mrok. Jego partia rozgarnia iku   Wiersz ukazał się w tom

NE SOBIE” pt. „PY TANIA ZADAWA w 1954 roku.

Adam Ważyk WIDOKÓWK A Z MIASTA SOCJALISTYC Z NEGO   O świcie niecierp liwa, niesyta swego pi ęk na, syczała lokomot ywa nad dziewczyną, która uk lękła.   Ktoś, kto przelo tnie zobaczył pogański prof il dziewczyny, opacznie sobie tł umaczył, że mod li się do maszy ny.   A jej tylko drga ła warga, gdy ranną racją oliw y, maściła, czuła ko lejarka, tłoki lokomot yw y.

OFENSYWA - luty 2007

35


>> Tak tworzymy 4 Pory Książki

P

aździernikowa Pora Prozy, wraz z  lutową Porą Poezji, kwietniowym Festiwalem Literatury Popularnej POPLIT oraz listopadową Porą Kryminału, składa się na Festiwal 4 Pory Książki, organizowany od 2004 r. przez Instytut Książki. Jest to coroczny projekt promocji czytelnictwa i  współczesnej literatury. Głównymi jego elementami są spotkania autorskie i imprezy okołoliterackie. Ubiegłoroczna Pora Prozy 2 odbywała się w Bytomiu, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Warszawie i  Wrocławiu.

Instytut Książki, narodowa instytucja kultury powołana przez ministra, istnieje od 2004 r. w  Krakowie. Działa w  kraju i  za granicą, kształtuje postawy czytelnicze przez działania edukacyjne i  wydawnicze, promuje najlepsze polskie książki i  ich autorów, przygotowuje programy translatorskie. Więcej o  tym: www.instytutksiazki.pl. Tam też znaleźć można szczegółowy program festiwalu, zdjęcia z  lubelskiej odsłony Prognoz Prozy i  Wokół nowości.

Prognozy Prozy

P

ierwszą edycję Pory Prozy w  Lublinie rozpoczęło spotkanie z  zeszłorocznymi debiutantami: Jackiem Dehnelem, Zbigniewem Masternakiem i  Dariuszem Matuszakiem, prowadzone przez Piotra Mareckiego, redaktora „Ha!artu”. Pierwszy z  autorów, poeta, laureat nagrody Kościelskich, próbował już swoich sił w  prozie. W  1999 r. wydał tom opowiadań Kolekcja. Zgromadzona w  Trybunale Koronnym publiczność, jako pierwsza w  Polsce, wysłuchała dwóch fragmentów jego najnowszej powieści. Ogólnopolska premiera Lali miała miejsce trzy dni później. Autor Żywotów równoległych, w  konwencji sagi rodzinnej, facecji, opowiada dzieje życia swojej babci. Historię, której ona sama, obdarzona talentem gawędziarskim i  reżyserską fantazją, nie zdążyła spisać. Od narodzin, dzieciństwa w  Kijowie, po dramat starości, stopniowe tracenie pamięci - biografii, rozrywającej się jak świadomość. Lala zainteresuje zarówno tropicieli wątków autobiograficznych,

36

OFENSYWA - luty 2007

jak i  amatorów kunsztownego opowiadania. W  tym roku, także w wydawnictwie Wab, ukazać się ma druga powieść autora Pochwały przemijania pod tytułem Dni Hojności. Pozostali dwaj goście Prognoz Prozy mają już debiut za sobą. W  lutym ubiegłego roku ukazała się Brzytwa Ockhama Dariusza Matuszaka, zaś w  marcu Zbigniew Masternak, nakładem Zysku, i spółki, wydał Niech żyje wolność.

Pierwsza publikacja to – zgodnie z  podtytułem usuniętym przez wydawcę – Nieregularna powieść obsceniczno-filozoficzna. Autor nie zgadza się, by szufladkować ją jako kryminał, choć dotyczy ona zagadki serii morderstw młodych dziewcząt w  małym miasteczku. Co więcej, wszyscy bohaterowie umierają, niektórzy w  dość wyrafinowany sposób. Matuszak, zafascynowany splotem kiczu, grozy i  wnikliwości analizy psychologicznej u  Kinga, postanowił opisać śmierć. Przewrotnie odwraca zapisaną w  tytule zasadę średniowiecznego filozofa i teologa, iż nie należy mnożyć bytów bez potrzeby. Mnoży, a  raczej nadaje postaciom kreowanego przez siebie świata pośmiertne życie. Jeden z  nich nawet zmartwychwstaje. Kolejnym zamierzeniem pisarskim Matuszaka będzie powieść o  kompozycji szkatułkowej, o badaczu IBL’u, który, poprzez napisanie książki, ratuje świat. Niech żyje wolność Masternaka traktuje o  kontuzjowanym piłkarzu, próbującym szczęścia w  dziedzinie poezji. Ta autobiograficzna powieść pisana jest gwarą, która, według słów twórcy, zachwyciła profesora Jana Miodka. Pochodzący z  Piórkowa pod Świętym Krzyżem Masternak, gwary musiał jednak uczyć się od początku, bo w  domu się nią nie posługiwano. Autor Niech żyje wolność powinien być szczególnie bliski lubelskim czytelnikom, ponieważ studiował m.in. prawo na UMCS i  mieszka pod Nałęczowem. Krytycy uznali jego debiut za próbę wskrzeszenia nurtu pisarstwa chłopskiego w  stylu Redlińskiego czy Myśliwskiego. Niezwykle szeroko zakrojone plany pisarskie Masternaka mają przybrać postać pięcioksięgu młodzieńczego -

promowany tytuł jest częścią drugą. Autor zwierzył się też z  chęci napisania, pod koniec życia, księgi proroczej. Słowami Dehnela, Masternak zamierza ścigać się z sobą i  siebie przegonić.

Dwa razy Huelle – Ostatnia Wieczerza i  Złota dwunastka Dwa spotkania, dwa razy Paweł Huelle, dwa razy Paweł Próchniak jako prowadzący, raz Zbigniew Mentzel. Po

kolei. Wokół nowości, czyli drugie spotkanie festiwalowe, dotyczyło najnowszej powieści pióra gdańskiego prozaika. Zaczęło się od tego, iż autor Weisera Dawidka pozował do obrazu Ostatnia Wieczerza, malowanego przez Macieja Świeszewskiego. To niezwykłe i  głośne dzieło, przedstawiające trójmiejskich ludzi kultury i  nauki jako apostołów, w listopadzie 2005 r. wystawiono w  Kościele Św. Jana w  Gdańsku. Do napisania powieści zainspirowało Huellego to, że, zamiast czasochłonnego portretowania na żywo, malarz odtwarzał rysy modeli z  fotografii. Autor Castorpa postanowił opisać jeden dzień z  życia czterech pozujących osób, ponieważ „daje to pewien obraz


Tak tworzymy << Rys. Kuba Trzeciak

współczesności”. Publiczność, zebrana w  żydowskiej Mandragorze, wysłuchała „ludycznego” fragmentu nowej książki, dotyczącego sporu o  realizm i  współczesność, jaki mistrz, autor Ostatniej Wieczerzy, toczy z  awangardystą, zwolennikiem malarstwa nieprzedstawiającego. Z  właściwą sobie skłonnością gawędziarską, Huelle opowiadał o  okolicznościach powstawania powieści, o  nauce greki na potrzeby książki. O  tym, jak przez popsuty samochód i  zwiedzanie ukraińskiej synagogi, pojechał do Jerozolimy, jak odkrył tam znakomitego angielskiego grafika z  XIX w. i  wymyślił, by spotkać go ze Słowackim... Ostatnia Wieczerza ukaże się nakładem krakowskiego Znaku. Pokaz prozy, dwugłos Zbigniew Mentzel – Paweł Huelle, odbył się z  okazji promocji najnowszego zbioru opowiadań wydanych przez Wydawnictwo Literackie. Pokaz Prozy. Złota Dwunastka zawiera najlepsze teksty cenionych i  nagradzanych autorów średniego pokolenia, m.in. Chwina, Maja, Pilcha, Rylskiego, Tokarczuk, Zagajewskiego. Zamieszczone w  antologii opowiadania łączy podejmowana tematyka – kwestie historyczne, obyczajowe, polityczne i psychologiczne PRL. Huelliści znajdą tam Winniczki, kałuże, deszcz oraz Stół, amatorzy pisarstwa autora Wszystkich języków świata – Torpedę i  Tramwaj na Kubę. Autorzy rozmawiali o  inspiracjach artystycznych i  cenionych dziełach, m.in. krótkich formach Bunina, Schulza, Babla. Autor Laufra, mottem z  Nabokova opatrzył tom prozy pt.: Niebezpieczne narzędzie w  ustach, z  którego pochodzi Tramwaj. Słuchacze dowiedzieli się, że np.: Iwaszkiewiczowski pochówek w  mundurze górnika był nie tyle hołdem wobec władzy, co wyrazem uczuć wobec pewnego młodzieńca. Poruszano kwestie opozycyjności, prawdy, problem braku kryteriów. Huelle zwierzył się czytelnikom z  napisania w  stanie wojennym „ziejącej nienawiścią powieści sensacyjno-politycznej”, której, na szczęście, według słów autora, żadne podziemne wydawnictwo nie chciało drukować. Menztel dzielił się myślami o „niemożności otwarcia klasycznymi humanizmami zamka współczesności”. Pisarze zgodzili się, iż jednym z  powodów jest niesłuszne nałożenie miary postępu na sztukę.

Minimalizm

M

inifestiwal literacki Minimalizm, zorganizowany przez Korporację Ha!art, rozpoczął miniwykład krytyka Michała Tabaczyńskiego, autora Antologii współczesnej amerykańskiej poezji gejowskiej i  lesbijskiej. Nurt minimalizmu pojawił się w  amerykańskiej literaturze w  latach 40., wyrósł w  latach 60. i  70. jako odpowiedź na metafikcję. Jego znani przedstawiciele to m.in.: Raymond Carver, Chuck Palahniuk, Bret Easton Ellis, Ernest Hemingway. Klasycznym tekstem teoretycznym jest esej Johna Bartha A  Few Words About Minimalism z  1986 r. Określając minimalizm w  literaturze, mówić należy o  ekonomii słów i  powierzchowności przekazu, krótkich, niewielkich fabułach, wycinkach rzeczywistości, ironicznych podtekstach,

Z Szymonem Kloską, pracownikiem Instytutu Książki, rozmawia Dorota Niedziałkowska • Jak ocenia pan pierwszą edycję Pory Prozy w Lublinie? Jak wypadamy na tle innych miast? - Bardzo, bardzo dobrze. I mówię to absolutnie szczerze, bo mamy problemy z festiwalami w dużych miastach. Oczywiście nie ma reguły, że w miastach większych jest trudniej przyciągnąć publiczność, a w mniejszych łatwiej... To jest już kolejna edycja festiwalu, który odbywa się cztery razy do roku. Mamy doświadczenie, jesteśmy w stanie powiedzieć, gdzie jakie gatunki literatury najlepiej się sprzedają. Najtrudniejsza zawsze jest Warszawa. W Krakowie udaje się i poezja i kryminał; obecne Pory Prozy też tam się udały. Liczyliśmy, że Katowice będą hitem tej edycji, okazuje się, że nie do końca. Zwycięzcą tej edycji Pór Prozy jest Lublin. Bez dwóch zdań. Nigdzie nie było aż tak dobrej frekwencji, aż tak żywych reakcji, a jestem w kontakcie z ludźmi przebywającymi w pozostałych pięciu miastach. Ciekawe było to, że przychodzili bardzo różni czytelnicy. Spotkanie, które zainaugurowało festiwal w Lublinie, Prognozy Prozy z młodymi pisarzami oraz Minimalizm, które w innych miastach znajdują odbiorców wśród studentów i młodzieży, tutaj zgromadziły mieszaną publiczność, także osoby starsze. Rozmowa przebiega między pokoleniami, to ożywia dyskusję. • Które ze spotkań było, według pana, najlepsze? - Trudno powiedzieć... Mam wrażenie, że spotkania tej edycji były równe. Przynajmniej w Lublinie. Słyszałem, że warszawskie spotkanie z cyklu Pisarze Podola nie udało się, nie było tak ciekawe jak to tutaj i we Wrocławiu. Bałem się, że dwa razy Huelle... • To za dużo? - Tak, ale okazało się inaczej. Obecność Mentzela i świetne prowadzenie Pawła Próch-

niaka sprawiły, że te dwa spotkania były różne. Obawiałem się spotkań organizowanych przez „Ha!art”, bo z nimi nigdy nic nie wiadomo... ale Minimalizm wypadł dobrze i Jakub Żulczyk nie przeklinał tyle, co zwykle. Myślę, że publiczność była zadowolona. • Czy w innych miastach z minimalizmem wiązały się jakieś ekscesy? - Nie było żadnych tego typu wydarzeń. Wiadomo, że autorzy, którzy pochodzą z Krakowa i Warszawy, tam czują się bardziej „u siebie”. Przychodzi do nich ich własna publiczność, dyskusje są luźniejsze, bardziej przegadane. To ważne, żeby prezentować debiutujących, młodych autorów, którzy są literackimi łącznikami ze współczesnością. Nie tylko przy Porach Prozy, ale przy każdym wydarzeniu, staramy się zwrócić uwagę na najmłodszą polską literaturę. • A plany na dalszą współpracę, o których usłyszeliśmy na spotkaniu z Linsem? Co jeszcze w Lublinie zorganizuje Instytut Książki? - Najbliższa edycja Pór Książki to Kryminał; festiwal jest już dopięty, nie przyjedzie do Lublina. Z pewnością natomiast przyjedzie poezja. Roboczo ma być to impreza poświęcona poetom „małych języków europejskich”. Czy to będzie ważny element festiwalu, czy nuta przewodnia – zobaczymy. Chcemy, żeby w kwietniu przyjechał tu POPLIT, fantastyka stanowi pięćdziesiąt procent jego programu. Środowisko lubelskie jest prężne, żywe. POPLIT ma charakter interdyscyplinarny, promujemy literaturę, pokazujemy, co dzieje się wokół niej – filmy, koncerty, wystawy, instalacje i happeningi. Będzie to wymagało od nas rozszerzenia bazy partnerskiej w Lublinie, będziemy współpracować z Miejską Biblioteką Publiczną i innymi. Kto wie, może 4 Pory Książki po prostu się tu zadomowią. • Mam taką nadzieję. Dziękuję za rozmowę. Dorota Niedziałkowska

OFENSYWA - luty 2007

37


>> Tak tworzymy

Rys. Ania Zaniewicz

pozwalających budować epicką całość. Minimaliści dążą do najbardziej dokładnego ujęcia rzeczywistości. Bohaterowie to ludzie przeciętni, „z  sąsiedztwa”. W  Polsce, termin ten zaproponował Igor Stokfiszewski w  szkicu Fikcje, opublikowanym w  „Ha!arcie”. Jego zdaniem, jest to termin przydatny do opisu najnowszej literatury, „różnej od metafikcji lat 90. i  zaangażowanej prozy początku XXI wieku”. Minidyskusja i  miniprezentacje stanowiły całość. Krytycy: Piotr Marecki, Tomasz Charnas i  Łukasz Andrzejewski rozmawiali z  obecnymi w  Miejskiej Bibliotece Publicznej autorami; starali się przedstawić cechy minimalistyczne na przykładach konkretnych utworów. Wskazywano np. na zbieżności języka i  materii prozy Jakuba Żulczyka i  Palahniuka, którego zresztą autor Zrób mi jakąś krzywdę bardzo ceni. Ponadto, główny bohater jego romansu drogi, znudzony student Dawid, obawiający się dorosłości, podobny nam wielu, wpisuje się w koncepcję „chłopaka z  sąsiedztwa”. Dla Ewy Schelling - znanej amatorom prozy lesbijskiej z  Akacji, Głupca, tomu opowiadań Lustro - być pisarzem minimalistycznym to znaczy napisać tak mało, jak tylko można dla uzyskania pożądanego efektu. To zresztą cecha dobrej prozy w  ogóle. Krytyk i  poeta, Piotr Czerniawski, dostrzegł w  poezji Filipa Zawady minimalistyczny system budowania wiersza opartego na jednej metaforze. Autor 30 łatwych utworów i  Poprawek do snów sprzeciwiał się jednak zaliczeniu do tego nurtu narracyjnej poezji Jasia Kapeli. Padały argumenty przeciw minimalizmowi, rozumianemu jako skrajna redukcja i obniżenie poziomu artystycznego realizacji. Tabaczyński przytoczył anegdotę o  redaktorze wykreślającym co drugie zdanie, który stał się prawdziwym twórcą cenionego stylu Carvera. Na pytanie Mareckiego, po co w  ogóle wprowadzać pojęcie minimalizmu, zareagowała Marta Dzido. Zdaniem autorki Małża, przeszczepiany na polski grunt termin nie jest potrzebny czytelnikom, szufladkuje autora, a  dzieło upraszcza. Lubelska odsłona „tour de minimalizm” – określenie z  blogu Jakuba Żulczyka – mimo nieograniczonego czasu

38

OFENSYWA - luty 2007

debaty, nie doprowadziła zgromadzonych do żadnych konkretnych rozstrzygnięć; pozwoliła jednak lubelskiej publiczności zapoznać się z  najmłodszą literaturą, promowaną przez Korporację.

Pisarze Podola

B

ohaterem spotkania z  serii Pisarze Podola był, w  Lublinie, Zygmunt Haupt. O  jego twórczość i  biografii rozmawiali miłośnicy jego talentu – Andrzej Stasiuk oraz Aleksander Madyda. Jedną z  pierwszych książek, wydanych przez Wydawnictwo Czarne Stasiuka, było wznowienie Pierścienia z  papieru. Madyda, autor opublikowanej w  1998 r. monografii, pracuje obecnie nad pełną, kilkusetstronicową edycją dzieł Haupta, w  której znajdą się niepublikowane dotąd opowiadania. Zygmunt Haupt studiował we Lwowie, należał do grupy poetów Rybałci; wyjeżdżał do Paryża, malował. Walczył w  1939 r., służył jako oficer w  Szkocji i w Londynie. Po wojnie osiadł w Stanach Zjednoczonych, publikował, zajmował się malarstwem, pracował w  radiu oraz jako redaktor miesięcznika „Ameryka”. W  1963 r. wydał tom wspomnień Pierścień z  papieru, natomiast pośmiertnie, w  1989 r., ukazał się zbiór opowiadań, wariantów, szkiców pt.: Szpica. To fakty. Madyda nakreślił barwny wizerunek artysty zajętego wyłącznie tworzeniem, człowieka głęboko niepraktycznego, który za pierwsze zarobione pieniądze kupił konia i  miejsce w  stajni, potem adapter i  kolekcję płyt. Zgłębiający tajniki spuścizny literackiej Haupta, przechowywanej w Kalifornii, Madyda dzielił się najnowszymi odkryciami – „Jeszcze nikt o  tym nie wie poza nami, odnieśli państwo niebywałe korzyści przychodząc tutaj, na państwa miejscu od razu popadłbym w  zachwyt!” Zdaniem Madydy, pisarstwo Haupta, jeżeli już się je pozna, otrzymuje zawsze niezwykle wysokie noty. To dzięki stylowi, który budują plastyczne opisy, konstrukcje oparte na poetyce fragmentu, autobiografizm i  autotematyzm. Równie entuzjastycznie o  twórczości urodzonego w Ułaszkowcach pisarza wypowiadał się Stasiuk. W  nim literatura ta wywołuje wrażenia metafizyczne. Fascynacja obu

panów widoczna była w  doborze i  lekturze fragmentów na życzenie publiczności. Według autora Jadąc do Babadag, prozę Haupta cechuje naturalne mistrzostwo, pozbawione pozy i  autokreacji, pokorne wobec świata i  języka. Warto było przyjść do galerii Ośrodka Praktyk Teatralnych Gardzienice nie tylko ze względu na aspekty poznawcze czy niewątpliwy talent autora Szpicy, ale też dla niezwykłego klimatu, jaki udało się stworzyć Madydzie i  Stasiukowi.

Paulo Lins

G

ośćmi specjalnymi tej edycji festiwalu, przygotowanej pod hasłem „Kraje dalekie”, byli prozaicy z  różnych stron świata. Do Lublina przyjechał z  Brazylii pisarz Paulo Lins, autor Miasta Boga, przedstawiającego obraz życia w  fawelach Rio de Janeiro. Rio to rodzinne miasto Linsa; tam, na Uniwersytecie Federalnym, studiował literaturę, czytał Dostojewskiego i  Prousta; stawiał pierwsze kroki jako poeta. W  latach 1986-1993, przyszły pisarz brał udział w  badaniach antropologicznych na temat przestępczości. Te doświadczenia, obok wspomnień z  własnego dzieciństwa i  młodości spędzonej w  środowisku slumsów Rio, biedy, przestępczości, narkotyków, złożyły się na książkę. Na jej podstawie, Fernando Mereilles nakręcił film, nagrodzony m.in. w  2003 r. Złotą Żabą Camerimage i  Złotym Globem. Lins jest dla mieszkańców faweli symbolem sukcesu, jest czytany, a  jego książka, czy jej ekranizacja, wywołują tam skrajne emocje. Opowiedział, jak kiedyś zabrał Pedro Almodòvara na wycieczkę do Miasta Boga, jednak zgubił go w  tłumie i  martwił się. Potem jednak pomyślał: „Niech on też coś sobie przeżyje”. Reżyser odnalazł się po dwóch dniach, z  dwójką dzieci, które postanowił utrzymywać. Szkoda jedynie, że publiczność lubelska nie była zainteresowana socjologicznym ani politycznym wymiarem Miasta Boga, a  jedynie tym, jak brazylijski pisarz odbiera naszą kulturę. Lins podkreślał zauroczenie kobietami, zwłaszcza że obecnie pracuje nad książką o  sambie, pisaną z  perspektywy kobiety O

Dorota Niedziałkowska


Tak tworzymy << mecz Polska : Polska Prawdopodobny wynik Zero do Zera

Sprawa dominacji Cała prawda o zimie wychodzi na jaw gdy topnieje śnieg Nie potrzeba mieszać Boga z piwem piwa z winem wina z wódką Przewagę zdobędzie każdy ten który to pierwszy zapisze Przewagę ma dzięki temu tylko że istnieją tacy którzy nie zapisują Jest to nieporównywalnie mniejsza przewaga od tej zdobytej bez pomocy pióra Taka jest przewaga życia żyjących nad pismem zapisujących nie musieli pisać ci z przewagą bezwzględną ale musieli żyć taka jest przewaga tego że cię nie ma nad tym że jesteś skoro już jesteś coś tam zawsze musisz ale skoro już jesteś to bądź przeważnie ci którzy mają przewagę są bo ich nie ma i na odwrót.

Szałe Maleństwo, Małe Szaleństwo dzień kropla Wody, powoli, z góry na dół. rozprzestrzenia się. lecą wolno dwie, trzy, cztery, pięć, dwanaście. mgła. chwila przerwy. uderzenie. słup Wody, od dołu, do góry. miliardy kropelek. mokry pył. - wiatr, bryza, twarz. kropla Wody z góry na dół, wszerz, wzdłuż. uniesiona ciepłym powietrzem, oddechem, podmuchem. sukienka, dekolt, stopa. Twoja ulubiona fontanna w Warszawie. ławka, słońce, śmiech. dziecko ziemi „Woda”, góra dół, klaśnięcie o beton. Krople, dłonie, biją brawo, stopom które tańczą

Urodzony w 1981r. w Niemczech. Obecnie student trzeciego roku filozofii na Wydziale Filozofii i Socjologii UMCS. Wcześniej studiował zaocznie informatykę i teologię, jednak żadnego z tych kierunków nie skończył. Interesuje się: myślą ludzką, kulturą, sztuką, muzyką. Od maja 2006 r. uczestniczy w warsztatach literackich prowadzonych przez Arkadiusza Bagłajewskiego. Pomaga również przy organizacji „Koziołków Poetyckich.” O

wieczór szklista, strużka Wody, srebrny wąż, wbity w ścianę kran. porcelana, umywalka. lustro, szkło układasz ręce, do modlitwy, nabierasz Wody. świat obrazów biegnie w tył, pochylasz się. zanurzasz twarz, podnosisz się. świat biegnie, modlitwa jest trwaniem. przecierasz wilgotne rzęsy. noc kropla, kropli, pod poduszką.

OFENSYWA - luty 2007

39


>> Tak tworzymy O „Psycho Show” i innych rzeczach z Michałem Domagalskim rozmawia Leszek Onak

• Pierwszy raz publikujemy dramat w  „Ofensywie”. Wybraliśmy twój, gdyż posiada on potencjał teatralny, który można wykorzystać na scenie. Kiedy zacząłeś pisać dramaty? - Niedawno. Jakoś w  lipcu czy sierpniu powstał „Geniusz”, czyli moja pierwsza jednoaktówka, a  później kolejne teksty. Właściwie nosiłem się z  zamiarem napisania sztuki już od dawna, ale jakoś nie mogłem się za to zabrać. Decyzja o  wzięciu się za pierwszy dramat powstała, właściwie, bardzo spontanicznie, choć sam pomysł na temat tej sztuki pojawił się dużo wcześniej. • Powiedz po kilka słów o  każdym swoim dramacie. - „Geniusz” podejmuje kilka problemów. Główny wątek to opozycja literatur: pięknej i  „potocznej”, widziana przez pryzmat środowiska uniwersyteckiego, reprezentowanego przez dwie groteskowe postaci: szalonego profesora i  studenta-wierszokletę. Jest to też paszkwil na poezję studencką. „Gibot” to historia człowieka, który pod wpływem własnej religijności popada w  coraz głębszą chorobę psychiczną. „Psycho show” można przeczytać poniżej, więc nic o  nim nie powiem (he, he!). • Napisałeś zatem już trzy dramaty; ten, który prezentujemy w  „Ofensywie”, jest drugim. Masz już jakieś plany na kolejny utwór? - Mam dwa pomysły, ale są na razie w  fazie szkicu i  pierwszy prawdopodobnie nigdy z  tej fazy nie wyjdzie, dlatego że tematycznie wiąże się z  jednym z  moich wcześniejszych tekstów, a  ileż można pisać o  tym samym? (he, he!). Drugi za to jest strasznie kontrowersyjny, a  zrealizowanie go będzie bardzo czasochłonne, o  ile w  ogóle wykonalne. Na razie to tylko szkic, zobaczymy. • Twoje dramaty są statyczne, są gadane. Czy bardziej się w  takiej formie odnajdujesz, czy po prostu kilka pierwszych tekstów ci tak wyszło? - Odnajduję się, przede wszystkim, w  tekstach krótkich. Wszystkie moje dramaty to jednoaktówki, bardzo skondensowane i  zawierające dokładnie tyle treści, ile potrzeba.

40

OFENSYWA - luty 2007

Nie sądzę, żeby były bardzo statyczne, czy też zbytnio przegadane. Skoro jednak tak uważasz, to pewnie coś w  tym jest, ja nie jestem obiektywny (he, he!). Wydaje mi się, że czyta się je dość dobrze i  szybko. • W  pierwszym twoim dramacie („Geniusz”) widać było zapożyczenia od Witkacego, w  „Psycho Show” już nie ma tak wyrazistych nawiązań stylistyczno-tematycznych, ale czy masz jakichś dramatopisarzy, pisarzy, poetów, których z  radością czytasz? - Z  dramaturgów lubię oczywiście Witkacego, Gombrowicza, uwielbiam Mrożka. Z  autorów zagranicznych bardzo lubię Ionesco. Poezji prawie nie czytuję – przez pięć lat filologii polskiej przerobiłem mnóstwo wierszy i  to mi wystarczy. Gdybym musiał wymienić jakieś nazwisko, to pewnie byłby to Andrzej Bursa. Jeśli chodzi o  prozę, to jest wielu autorów, których lubię i  to zarówno pisarzy z  kręgu literatury pięknej jak i  popularnej. Żeby nie wymieniać, powiem krótko: Stanisław Lem. • Dramat „Psycho Show” dzieje się w  psychiatryku. Nie sądzisz, że jest to temat trochę ograny? - Nie. • Często oglądasz telewizję? Jakie programy uważasz za respekta, a  jakie za chłodzenie szamba kurom? - Czasem coś tam obejrzę. Podoba mi się „Teraz my” Sekielskiego i  Morozowskiego, niezły jest „Tok2shok” Najsztuba i  Żakowskiego. Z  programów typowo rozrywkowych lubię oglądać błazenady Majewskiego. Natomiast kompletną żenadą jest dla mnie „Familiada” i  wszelkiego rodzaju programy prowadzone przez Ibisza i  Chajzera. A  jeśli w  pytaniu nie ograniczamy się tylko do aktualnych produkcji, to najlepszym obecnie programem emitowanym w  TV jest, oczywiście, „Latający cyrk Monty Pythona”. Absolutnie genialny program telewizyjny i  klasyka humoru absurdalnego. • Czy jesteś przeciwko mediom i  ich wkraczaniu w  życie pojedynczych ludzi?

- Absolutnie nie jestem przeciwko mediom. Nie mogę też jednoznacznie powiedzieć, że jestem przeciwnikiem wkraczania w  życie jednostek, bo wszystko zależy od okoliczności. Są sytuacje, kiedy dziennikarz musi wybrać co jest ważniejsze – dobro jednostki czy dobro ogółu. W  tej kwestii nie można stwierdzić ogólnikowo: „jestem za” lub „jestem przeciw”, bo świat nie jest czarno-białym westernem. Przeciwny jestem natomiast konkretnym typom tej ingerencji, nastawionym wyłącznie na rozrywkę, produkowanym ku uciesze masowego odbiorcy. • Twój dramat mógłby nieźle wpisywać się w  nurt antyglobalistyczny, czy masz coś przeciwko temu? Co w  ogóle sądzisz o  bojówkach antyglobalistycznych? - Chyba trochę nadinterpretowujesz. „Psycho Show” nie jest sztuką przeciw globalizacji. Pokazuje tylko, że w  obrębie kultury masowej coraz trudniej dziś ustalić jakiekolwiek granice. Natomiast rozwoju świata nie da się powstrzymać i  bardzo dobrze, bo gdyby nie to, żylibyśmy do dziś w  epoce kamienia łupanego. Z  drugiej strony, nie można budować jednego, niszcząc drugie. Wydaje mi się, że w  tej sprawie powinno się znaleźć jakiś kompromis. A  ja będę stał pośrodku i  obserwował. • Czy kiedykolwiek chodziłeś po mieszkaniu nago? - A  co, chcesz mnie podglądać z  dachu po drugiej stronie ulicy? • Ty, swoim tekstem, pokazujesz pewną prawidłowość medialną i  to należy do literatury, ona zadaje pytanie, ale ja chciałbym teraz, żebyś odpowiedział na pytanie, które zadałeś w  swoim tekście – to znaczy co zrobić, żeby tak nie było? Masz jakiś pomysł? - Gdybym go miał, pojawiłby się w  tekście w  postaci jakiejś osoby. Mało tego, uważam, że nic nie da się zrobić. Granice będą przesuwane coraz dalej i  dalej, co może kiedyś doprowadzić do sytuacji podobnej do tej z  „Psycho Show”. • Czy chcesz coś powiedzieć ludziom przed przeczytaniem twojego tekstu; to znaczy trzy słowa od pana prowadzącego… - Dzięki za nudny wywiad. Trzy słowa: przeczytajcie „Psycho Show” O

Rozmawiał: Leszek Onak


Tak tworzymy <<

SCENA PIERWSZA

Pokój na planie kwadratu, o  białych ścianach obitych pluszem, bez okien. Z prawej strony, pod ścianą, łóżko; na środku stolik i  biała pufa. Na łóżku leży mężczyzna, związany kaftanem bezpieczeństwa. Śpi. Za ścianą słychać jakiś hałas. Mężczyzna budzi się, przez chwilę porusza głową, otrząsając z  siebie resztki snu. Po chwili zdaje sobie sprawę z  tego, że jest skrępowany, podnosi się na łóżku i  siedzi jakiś czas z  tępą miną, nie rozumiejąc, co się dzieje. Tymczasem, otwierają się drzwi z  lewej strony i  wchodzą Dr Dahmer i  Dr Pawulon. DR DAHMER (patrząc na Mężczyznę) Aaa, obudził się pan wreszcie. No i  co, jak się panu tu u  nas podoba? Może być? (Mężczyzna patrzy oniemiały na obydwoje lekarzy). DR PAWULON Proszę pana, niegrzecznie jest nie odpowiadać, kiedy kobieta pyta. A  kiedy ta kobieta jest również lekarzem, to wręcz niedopuszczalne. Chcemy, żeby pan wiedział, że wszyscy tutaj troszczymy się o  pana i  chcemy dla pana jak najlepiej. Może więc dowiemy się wreszcie, jak się pan czuje? MĘŻCZYZNA (niepewnie, powoli, z  pewnego rodzaju otępieniem) Przepraszam, ale kim wy jesteście i  co się tutaj w  ogóle dzieje? DR DAHMER Ach, rzeczywiście, nie przedstawiliśmy się. Jestem Dr Dahmer, a  to Dr Pawulon. Jesteśmy pańskimi lekarzami i, jak każdy lekarz, mamy za zadanie czuwać nad pańskim zdrowiem oraz samopoczuciem. DR PAWULON Oraz pilnować, by pan już nigdy więcej tego nie zrobił. MĘŻCZYZNA (jak wyżej) Nie rozumiem... DR DAHMER (do Pawulona) Och, Stefan, daj spokój. Pacjent dopiero się obudził, a  ty już... (przerywa i  patrzy na Mężczyznę, który bez powodzenia usiłuje stanąć na nogi). DR PAWULON (do Mężczyzny) Proszę się nie forsować, dostał pan bardzo silne leki, kończyny mogą odmawiać panu posłuszeństwa jeszcze przez kilka godzin. MĘŻCZYZNA (powoli odzyskując świadomość) Czy ja jestem na coś chory? DR PAWULON Na razie nie mogę panu jeszcze nic powiedzieć, musimy zrobić panu kompleksowe badania i  testy. MĘŻCZYZNA (dużo bardziej pewnie, rozglądając się wokół) Ale skąd ja się tu wziąłem? Cóż to w  ogóle za szpital i  dlaczego jestem związany? DR DAHMER (do Pawulona) Zaczyna odzyskiwać świadomość. DR PAWULON Kaftan jest dla pańskiego dobra, podobnie zresztą jak leki, które pan dostał. Znajduje się pan w  zamkniętym zakładzie dla osób nerwowo chorych na oddziale o, że tak powiem, zaostrzonym rygorze. Więcej, na razie, nie mogę panu powiedzieć.

MĘŻCZYZNA Osoby: (jakby dopiero teraz ocknął się zupełnie) Jestem MĘŻCZYZNA, lat 39, w... zakładzie psychia- wysoki, inteligentny, dobrze zbudowany. trycznym? Ale... co się DR JANINA DAHMER, lekarka, lat 50, dość tłusta. stało, jak się tu znalaDR STEFAN PAWULON, lekarz, lat 50, złem? Ja nic nie pamię- również o sporej tuszy. tam, to musi być jakaś PIELĘGNIARZ, lat 28, koszmarna pomyłka! niezbyt rozgarnięty, za to potężnie zbudowany. DR PAWULON MATKA (Mężczyzny), lat 62, (do Dr Dahmer, sarka- wysoka, sucha jak wiór, zimna jak lód. stycznie, tak, by pacjent ZYGMUNT GEJZER, lat 55, wysoki, w dobrze skrojonym garniturze, był w  stanie to usłyszeć) z brylantyną na włosach, zaczesanych do tyłu. Przez pomyłkę zadźgał Żona mężczyzny, jego trzy córki, żonę i  trójkę dzieci... dwaj kamerzyści i dźwiękowiec. DR DAHMER (stanowczo) Znalazł się pan tutaj, ponieważ... MĘŻCZYZNA (zwracając gwałtownie głowę ku Pawulonowi) Co? Coś ty powiedział?! DR DAHMER (kontynuuje, nie zważając na pacjenta)...ma pan problem z  nerwami i  emocjami i  my postaramy się pana z  tego wyleczyć. Najlepiej jak potrafimy. Nie wiemy, ile to potrwa, więc pozostanie pan tutaj pod naszą opieką tyle, ile będzie trzeba. (Do Pawulona, z  wyrzutem) Stefan... MĘŻCZYZNA (wzburzony) Ale...! DR PAWULON (przerywa mu) Żadne „ale” . Jak będzie pan grzeczny, to przyślę tutaj kogoś, żeby zdjął panu kaftan. A  na razie musimy iść na obchód. Przyjdziemy pod wieczór. Do zobaczenia. Mężczyzna stara się coś powiedzieć, jednak Dr Dahmer i  Dr Pawulon odwracają się i  pospiesznie wychodzą z  pomieszczenia. Słychać odgłos zamykanego od zewnątrz zamka. Kurtyna.

SCENA DRUGA

Ten sam pokój, Mężczyzna siedzi na pufie przy stoliku i  patrzy tępo w  ścianę. Słychać odgłos otwieranego zamka. Mężczyzna wstaje i  patrzy z  oczekiwaniem na drzwi. Te, w  końcu, otwierają się i  do pokoju wchodzi wielki, barczysty pielęgniarz. PIELĘGNIARZ Przyszłem zdjąć kaftan. MĘŻCZYZNA (podchodzi do Pielęgniarza) Doskonale, rąk już nie czuję. PIELĘGNIARZ (beznamiętnie) Odwrócić się. Mężczyzna odwraca się tyłem do Pielęgniarza, ten starannie odpina sprzączki rękawów na plecach pacjenta. Przez dłuższą chwilę panuje cisza, wreszcie przerywa ją Mężczyzna. OFENSYWA - luty 2007

41


>> Tak tworzymy MĘŻCZYZNA Skąd wiedzieliście, że już jestem grzeczny? PIELĘGNIARZ (zaskoczony) Co? MĘŻCZYZNA Mieliście mi zdjąć kaftan, jeśli będę grzeczny. Skąd wiedzieliście, że już jestem? PIELĘGNIARZ Od dwóch godzin siedzisz pan bez ruchu, dlatego doktorzy uznali, że nie będzie kłopotów i  kazali mi to ściągnąć. MĘŻCZYZNA Hm, zgadza się, ale też od dwóch godzin nikogo tutaj nie było, jak mogliście więc wiedzieć, że siedzę spokojnie i  bez ruchu? (Pielęgniarz odpina ostatnią sprzączkę, obchodzi pacjenta, staje przed nim i  ściąga mu kaftan. Mężczyzna patrzy na niego wyczekująco). PIELĘGNIARZ (wyraźnie zmieszany) No tak... bo... bo... (robi długą pauzę, namyślając się. Nagle zaczyna mówić bardzo szybko, jakby pod wpływem raptownego olśnienia) Te pomieszczenia są tak zrobione, że po tamtej stronie słychać każdy hałas. Z  tego pokoju nie słyszeliśmy żadnych krzyków czy... czy demolowania mebli (Pielęgniarz wskazuje ruchem głowy na stolik i  pufę) i  pewnie dlatego doktorzy pomyśleli, że pan jesteś spokojny. MĘŻCZYZNA (udając, że się zgadza) No tak, to rozsądne wyjaśnienie, dziękuję panu. (Pielęgniarz oddycha z  ulgą i  zabiera się do wyjścia. Czyni to jednak bardzo powoli, zerkając co chwilę w  stronę pacjenta, jak gdyby na coś oczekiwał. Kiedy jest już przy samych drzwiach, Mężczyzna wreszcie zastępuje mu drogę) Ale proszę mi powiedzieć, skąd ja się tu wziąłem? Widzi pan, siedzę tu już dwie godziny i  myślę, ale nic nie mogę wymyślić. Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, to to, że położyłem się wieczorem do łóżka u  siebie w  domu, a  obudziłem się tutaj. Pielęgniarz patrzy na Mężczyznę przez dłuższą chwilę, jakby się wahając. Wreszcie wyciąga zza pazuchy zmiętą gazetę, podaje ją pacjentowi i  wychodzi. Mężczyzna rozwija rulon i  wpatruje się długo w  pierwszą stronę. Kurtyna.

SCENA TRZECIA

42

Tylko kto chce mnie wrobić? (nagle, z  wielkim przestrachem) A  jeżeli to prawda? Jeżeli naprawdę zabiłem żonę i  dzieci? Jeżeli mam podwójną osobowość czy coś w  tym rodzaju? Jeżeli jestem potworem, który, jak Jack Nicholson w  „Wilku”, nocą zabija, a  rano o  niczym nie pamięta? (siedzi przez chwilę, nerwowo oddychając, zaraz uspokaja się jednak) Spokojnie, spokojnie... Myślmy logicznie, to nie film. Skoro niczego takiego nie pamiętam, to znaczy, że nie mogło się to zdarzyć. Zresztą, trafiłbym najpierw do więzienia, a  nie do psychiatryka. (siedzi chwilę w  skupieniu) Dlaczego więc zamknięto mnie tutaj? (wstaje, zaczyna chodzić po pokoju i  mówić coraz szybciej i  bardziej nerwowo) Nie, to się w  głowie nie mieści. Jestem tutaj dlatego, że zabiłem żonę i  dzieci. Skoro to jednak nieprawda to są dwie możliwości: albo ktoś ma jakiś cel w  tym, bym tu był i  urządza tę całą farsę, albo stałem się kozłem ofiarnym. (staje na środku, otwiera szeroko oczy) A  może oni naprawdę... naprawdę nie żyją... (otwiera usta i  tak z  szeroko rozwartymi oczami i  ustami stoi na środku, kołysząc się lekko do przodu i  do tyłu. Trwa to przez dłuższą chwilę, po czym Mężczyzna otrząsa się z  tego stanu odrętwienia) Nie, to niemożliwe. Nie uwierzę, dopóki sam nie zobaczę. Muszę się stąd jakoś wydostać. (zaczyna się nerwowo kręcić po pokoju, zerkając niepewnie na ściany, sufit i  podłogę, zagląda pod łóżko) Gdzieś macie kamery... Tylko gdzie? Wiem, że mnie widzicie, do cholery. Kręcąc się dalej po pokoju, Mężczyzna zaczyna śmiać się głośno i  machać do ścian. Wchodzą Dr Dahmer i  Dr Pawulon, prowadząc jakąś starszą kobietę. Pacjent nie zauważa ich, zajęty machaniem do przeciwległej wejściu ściany. Przybyli stoją przez chwilę, obserwując jego wygłupy, po czym Dr Pawulon głośno zamyka za sobą drzwi. Mężczyzna odwraca się gwałtownie i  z  wielkim zaskoczeniem patrzy na przybyłą z  lekarzami kobietę. DR DAHMER Witamy ponowie. MĘŻCZYZNA (podbiega do kobiety i  obejmuje ją) Mamo! MATKA (chłodno) Witaj, synku. DR DAHMER Zostawimy państwa samych.

Pokój taki sam, jak w  scenach pierwszej i  drugiej. Mężczyzna siedzi na łóżku ze zwieszoną głową i  opuszczonymi rękami, pod jego nogami leży gazeta.

Dahmer i  Pawulon wychodzą, zamykając dokładnie drzwi. Mężczyzna ujmuje Matkę za rękę, prowadzi do stolika i  sadza na pufie. Sam siada na łóżku.

MĘŻCZYZNA (monotonnym, zawodzącym głosem) Zwyrodnialec zadźgał żonę i  trójkę dzieci nożem do krojenia mięsa... zwyrodnialec zadźgał żonę i  trójkę dzieci nożem do krojenia mięsa... (podnosi głowę i  patrzy w  jakiś punkt na przeciwległej ścianie) Jak to możliwe? Nic nie pamiętam! Nie, to nie może być prawda! To nieprawda... (wstaje i  zaczyna krzyczeć) Ja?! Ja miałbym zabić żonę i  dzieci? Ja?! Niemożliwe! (stoi przez chwilę w  ciszy, ciężko oddychając, po czym podchodzi do łóżka i  siada na nim powoli, uspokoiwszy się nieco) Ktoś mnie wrabia... na pewno ktoś mnie wrabia. Żebym tylko cokolwiek pamiętał... a  tu nic - zupełna pustka. To pewnie wina tych leków, którymi mnie nafaszerowali.

MĘŻCZYZNA Mamo, jak dobrze że jesteś. Musisz mnie stąd wydostać. Wiesz przecież, że nikogo nie zabiłem. (Matka milczy, Mężczyzna patrzy na nią przeciągle, podnosi z  podłogi gazetę i  podaje ją kobiecie) Powiedz mi tylko, że to nieprawda, że oni żyją. (Matka nadal milczy, Mężczyzna upada przed nią na kolana, krzyczy desperacko) Powiedz, że oni żyją! Przecież nie mogli umrzeć! Kto chciałby ich zabić?! MATKA (zimno) Ty. MĘŻCZYZNA (jak wyżej) Ja?! Zabić własną żonę i  dzieci?! To niemożliwe, niczego nie pamiętam, ja... MATKA (przerywa mu, zaczyna mówić dość szybko, unikając przy tym wzroku syna) Coś cię opętało. Przy-

OFENSYWA - luty 2007


Tak tworzymy << szłam właśnie do was pożyczyć trochę cukru – chciałam zrobić ciasto dla dziewczynek na rano. Drzwi były otwarte, więc weszłam do środka. Kiedy weszłam do kuchni, zobaczyłam ciebie... stałeś pośrodku z  nożem w  ręku, w  pidżamie, a  na podłodze leżały zakrwawione zwłoki twojej żony i  dziewczynek... MĘŻCZYZNA (kładzie się na ziemi i  rozpacza, krzycząc spazmatycznie) A  więc jednak! Więc to ja! Więc słusznie się tu znalazłem. Nie ma żadnego spisku! Zabiłem moją rodzinę! Zabiłem! Jestem potworem! MATKA (wstaje, nie patrzy nadal na syna) Musisz się leczyć. Nie martw się, zaopiekuję się dziewczynkami. MĘŻCZYZNA (podnosi głowę) Dziewczynkami? Przecież one nie żyją... MATKA (zmieszana) To tak... z  przyzwyczajenia. Miałam na myśli... pogrzeb. Tak, pogrzeb. Zajmę się wszystkim. Mężczyzna zwiesza głowę z  powrotem i  leży nieruchomo na ziemi. Matka natomiast podchodzi do jednej ze ścian i  macha do niej ręką, po czym podchodzi do drzwi. Te otwierają się i  wchodzą lekarze. Dr Pawulon wyciąga zza pazuchy kopertę i  podaje ją Matce; ta otwiera ją i  przelicza pieniądze, po czym porozumiewawczo kiwa głową do Pawulona i  wychodzi. Lekarze podążają za nią. Kurtyna.

SCENA CZWARTA

Sceneria jak w  scenach poprzednich. Mężczyzna, z  rozczochraną fryzurą i  w  podartym ubraniu, biega po pokoju, wywraca łóżko, niszczy stolik, kopie w  ściany i  drzwi. Wykrzykuje przy tym liczne obelgi i  przekleństwa. Wchodzą Dr Dahmer i  Dr Pawulon. Lekarze zamykają drzwi i  stają pod ścianą, obserwując zachowanie pacjenta. DR DAHMER Przez dwa tygodnie przetestowaliśmy na nim wszystkie ciekawsze leki. Wyczerpaliśmy już całą gamę zachowań – od spokojnego autystycznego flegmatyka po agresywnego psychola. Trzeba go wypuścić. DR PAWULON Tak... Ludzie są już nieco znudzeni. MĘŻCZYZNA (który przez cały czas biega po pokoju, podbiega do lekarzy, krzyczy histerycznie) Kurwa! Kurwa! DR PAWULON (do Dr Dahmer) Pójdę po Zygmunta, trzeba się przygotować. DR DAHMER Ja zawołam Pielęgniarza, żeby go trochę uspokoił przed finałem. MĘŻCZYZNA (podbiega do Dr Dahmer i  łapie ją za rękaw kitla) Gówno! Gówno! Dr Dahmer wyszarpuje rękaw z  dłoni Mężczyzny, lekarze wychodzą. Pacjent zostaje sam, przykłada ucho do drzwi, nasłuchując. Po chwili odskakuje od nich, podnosi szybko z  podłogi wywróconą pufę i  siada na niej, zakładając nogę na nogę. Drzwi otwierają się i  wchodzi Pielęgniarz.

MĘŻCZYZNA (z  udawanym stoickim spokojem, patrząc na Pielęgniarza) Witam pana, właśnie o  panu myślałem. Mam do pana wielką prośbę. PIELĘGNIARZ (patrzy tępo na Mężczyznę) Przyszłem pana uspokoić. MĘŻCZYZNA (zaczynając się lekko trząść, ze sztucznym uśmiechem na ustach) Ależ ja jestem całkowicie spokojny, widzi pan przecież. Sam się uspokoiłem, oszczędzając panu tym samym obowiązków. Dzięki mnie, może pan teraz w  spokoju zjeść sobie drugie śniadanie. PIELĘGNIARZ (podejrzliwie) Trzeba tu posprzątać... MĘŻCZYZNA (trzęsąc się coraz bardziej) Ja posprzątam, proszę się tym nie przejmować, mam jedynie małą prośbę. Czy mógłby mi pan pożyczyć swój ołówek? PIELĘGNIARZ Ołówek? MĘŻCZYZNA (wskazując nerwowo na klatkę piersiową Pielęgniarza) Tak, ten który zawsze pan nosi w  kieszonce na piersi. (Pielęgniarz waha się przez chwilę, jednak w  końcu decyduje się i  wyciąga ołówek z  kieszonki). MĘŻCZYZNA (zachłannie zabiera ołówek z  rąk Pielęgniarza) Dziękuję uprzejmie. PIELĘGNIARZ (wyciąga z  kieszeni złożoną na kilka części kartkę papieru) Pewnie chcesz pan jeszcze kawałek kartki? MĘŻCZYZNA (nerwowo, zdziwiony) Kartki?... A, tak, tak. Kartki. Dziękuję. (śmieje się nerwowo) Ja posprzątam, może pan iść. Dziękuję. Pielęgniarz stoi przez moment, nie wiedząc, co robić, jednak widząc, że pacjent siedzi spokojnie, wychodzi. Mężczyzna pozostaje na pufie, wpatrując się w  ołówek. Kurtyna.

SCENA PIĄTA - FINAŁOWA

W  pokoju panuje zupełna ciemność. Słychać odgłos otwieranych zamków, szepty oraz kroki kilku osób, wchodzących do środka. Nagle światło się zapala, w  pokoju stoją: Dr Dahmer, Dr Pawulon, Pielęgniarz oraz dwóch kamerzystów i  dźwiękowiec – wszyscy w  koszulkach z  wielkim napisem PSYCHO SHOW. Z  przodu żona Mężczyzny, jego matka i  trzy córeczki. Na czele wszystkich, z  bukietem wielkich kwiatów, Zygmunt Gejzer. Obok łóżka leży zakrwawiony Mężczyzna, z  ołówkiem sterczącym z  tętnicy szyjnej. Równocześnie z  zapaleniem światła wszyscy (nie zauważywszy jeszcze Mężczyzny) krzyczą. WSZYSCY Uśmiechnij się!!! Jesteś w  ukrytej... (najstarsza z  córek bohatera, zauważywszy tatę, przerywa im głośnym krzykiem) ZYGMUNT GEJZER (cicho, machinalnie, z  szeroko otwartymi oczami i  wielkim przestrachem na twarzy) ...kamerze... Kurtyna O

Michał Domagalski

Autor jest studentem V roku filologii polskiej UMCS, specjalności redaktorsko-medialnej.

OFENSYWA - luty 2007

43


>> Tak tworzymy sor Lechosław Lameński był wtedy młodym magistrem. • U  kogo i  o  czym napisał pan magisterium? Zacząłem u  Chrzanowskiego. Czarniecki w  ikonografii. Nie obroniłem pracy. Byłem zajęty malowaniem. • Uczestniczył pan w  zajęciach z  konserwacji dzieł sztuki? Miałem dobry układ z  magister Leokadią Struczyńską, nawet jak jej nie było, mogłem wchodzić do zakładu. Na KUL zawsze były świetne materiały plastyczne. Malowałem na desce, trochę złociłem... malarstwo ścienne. Dużo się nauczyłem. • Jaki okres, nurt, malarz są panu najbliższe?

się swoimi prawami, niekoniecznie będzie nią nawet najpiękniejszy obrazek. Tajemnicą jest to, by obraz nie przeszkadzał tekstowi, który na ogół jest pierwszy. Kiedyś miałem pomysł na odwrotną kolejność. Z  Agnieszką Osiecką mieliśmy zrobić coś takiego... Po co powielać piękny opis literacki lasu czy deszczu? Można go wzbogacić, dodać np.: jak pada, to co dzieje się z  wodą... Ilustracja jako przedłużenie tekstu albo pokazanie samego klimatu opowieści. • Co trudniej ilustrować książki dla dzieci czy dla dorosłych? Dla dzieci. Dziecko jest precyzyjnym obserwatorem. Trzeba zachować czujność, być wiarygodnym i  nie psuć zabawy. • A  poezja i  proza? Myślę, że nie tyle trudniej, co bardziej cie-

Z Piotrem Fąfrowiczem, lubelskim malarzem i ilustratorem książek rozmawia Dorota Niedziałkowska. • Artysta, którego prace są tak pogodne, jakie miał dzieciństwo? Wspaniałe. Spędziłem całe dzieciństwo w  Szczecinie, w  dzielnicy Pogodno, szczeciński Żoliborz. Stara, niemiecka, urzędnicza dzielnica. To było miasto jak z  Chłopców z  placu broni. Kamienice, jakieś podwórka, cmentarz żydowski z  bunkrami. Port, marynarze... Nigdy nie było tam makabrycznej szarości komunistycznej. • Co wskazałby pan jako symbol dzieciństwa? Dom rodzinny i  wolność, taka podwórkowa beztroska. I  miasto, po którym z  przyjemnością włóczyłem się z  kumplami. Niekoniecznie boisko szkolne i  piłka nożna. • Jak doszło do skrystalizowania się pańskiej pasji malarskiej? Liceum plastyczne? Chodziłem do zwykłej szkoły ale byłem w  kręgu sztuki od dzieciństwa. W  mojej rodzinie interesowano się sztukami plastycznymi, muzyką, teatrem... Zainteresowanie szeroko pojętą kulturą było dla mnie oczywiste. • Pod wpływem tego zdecydował się pan na historię sztuki na KUL? Chciałem zdawać na akademię, historia sztuki miała być tak w  międzyczasie. Po latach uważam, że nigdy w  życiu nie spotkałbym takich ludzi w żadnej akademii. Myślę o profesorze Jacku Woźniakowskim, o  Tadeuszu Chrzanowskim, Andrzeju Ryszkiewiczu, Wiesławie Juszczaku. To był świetny okres. Zaczynałem w  1976 r. Profe-

44

OFENSYWA - luty 2007

Piotr Fąfrowicz (ur. 1958),

artysta malarz. Absolwent historii sztuki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Oprócz malarstwa, zajmuje się projektowaniem kalendarzy i kart świątecznych. W 2003 r., ilustrowana przez niego książka dla dzieci „Leon i kotka, czyli jak rozumieć mowę zegara” Grażyny Ruszewskiej, zdobyła tytuł Najpiękniejszej Książki Roku 2003 na 49. Międzynarodowych Targach Książki

Cenię i  lubię malarzy z  różnych epok. Średniowiecznych iluminatorów, malarzy tablicowych, prymitywów i  wybitnych. Lubię też eksperymentatorów, tych z  Paryża, Picassa. • Po studiach ukończył pan kurs animacji filmowej, czy na tym polu także pan działał? Bardzo krótko. Pracowałem u  Lutczyna, ojca Edwarda. Jeździłem dwa, trzy razy w  tygodniu do studia do Warszawy. To było uciążliwe. Zająłem się ilustracją... • Pańską pierwszą książką była Mnisia Góra wydana w  1992 roku? Tak, w  wydawnictwie ECO. Pierwsze moje ilustracje były rysunkowe, proste. • Jak rozpoczęło się ilustrowanie literatury dziecięcej? Kiedyś Józef Wilkoń zobaczył w  galerii moje obrazy. „Powinieneś ilustrować książki. Przywieź mi próbkę, chcę zobaczyć, czy potrafisz kadrować jak ilustrator”. Ilustracja rządzi

kawie, jest ilustrować poezję. Moje obrazy towarzyszyły wierszom Szymona Muchy. Bardzo mnie korci, żeby zrobić Singera, np. Rodzinę Muszkatów. Książki dla dzieci to czysty świat. Robota, może to zabrzmi pompatycznie, misyjna. Mamy ułamek przestrzeni, w  której kształtujemy dziecko, dajemy mu coś dobrego. • Jakich autorów ilustracji pan ceni? Jakie książki z  dzieciństwa? Nasze pokolenie wychowało się na Szancerze, echu Andriollego. Pamiętam Żochowskiego, ilustrował Zegadłowicza. Z  mojego dzieciństwa – Butenko, grafik na poziomie światowym, Józef Wilkoń doceniony na świecie. Z  działających teraz, lubię Marysię Ekier, Ewę Kozyrę-Pawlak, Agnieszkę Żelewską. • Porozmawiajmy o  stronie technicznej pańskich prac: rysunki to tempera, obrazy maluje pan olejami? Teraz głównie tempera, wcześniej olej. Oprócz tego akwarela, gwasz, rysunek.


Tak tworzymy << Rzadko pastel. Tempera to farba, która daje nieprawdopodobne możliwości, ja na papierze robię laserunki, czasami osiem warstw. Mam swoje sposoby. Żółć wołowa inaczej ścina farbę, mogę kłaść następną warstwę, nie burząc poprzedniej. • Jak pan zabiera się do ilustrowania? Proszę opowiedzieć o  procesie twórczym. Na ogół jest on bardzo techniczny. Dostaję tekst i  dzielę go. Przeciętna książka liczy dwadzieścia cztery strony, mam dwanaście rozkładówek. Muszę do każdego fragmentu dopasować ilustrację. Kombinuję i  czytam, czasami raz, czasem muszę wrócić. Do partii tekstu pojawiają mi się dwa, trzy kadry – wybieram najlepszy. Robię makietę z  zaznaczeniem, ile tekstu wychodzi na jaki obrazek. To moja wstępna praca. Jak już wszystko jest ułożone, zaczynam malować. Na ogół nie robię szkiców. Często po trzy, cztery realizacje do każdego fragmentu, z  nich wybieram. Przez szereg lat pracowałem dla firmy Endo produkującej ubranka dla dzieci, tam z  kolei szybkie – rysunki z  konturem. • Czy nadal malarstwo dominuje w  pana twórczości? Tak, procentowo więcej maluję. Nasze wydawnictwo nie ma jakichś potwornych pieniędzy, musimy sprzedać towar, żeby zrobić następną książkę. FRO9 ma dopiero cztery tytuły. Zawsze mogę pracować dla Media Rodziny. Trudno jest zdobyć dobry tekst... Znakomita jest Małgosia Strzałkowska. • Czy jej książka z  wierszykami dla dzieci pt. Zielony, żółty, rudy, brązowy! to pierwsza wspólna praca państwa? Od czasu do czasu ilustruję jej wiersze w  „Świerszczyku”. Nasza współpraca zaczęła się w Endo, ona pisała teksty na koszulki. Namówiliśmy się, powstała książka Zielony i  nikt. O takim kimś, kto mieszkał w  studni, właściwie powiastka archetypiczna. • Krytycy piszą o  panu: „malarz kazimiersko-nowojorski zamieszkały w  Lublinie”. Co wiąże pana z  tymi miastami?

Dowcip z  tekstu Janusza Jaremowicza. Nowy Jork to miejsce, gdzie od dziesięciu lat mam przyjaciela-marszanda, urządzającego mi wystawy. Związek z  Kazimierzem jest ważniejszy. Brat mojej babci, przed wojną wybudował tam dom na lato, jeździliśmy od zawsze. Jeszcze jak mieszkałem w  Szczecinie, to była wielka wyprawa... Wakacje jak przed wojną, świat dorosłych i  dzieci, zabawy w  wąwozach, budowanie szałasów, chodzenie nad Wisłę. Lublin, z kolei, to fajne, małe, spokojne miasto. Lubię jego architekturę, Stare Miasto, kongresowe śródmieście. Parę osób też lubię.

• Z  pewnością do nich należy dziennikarka Grażyna Ruszewska, autorka Leona i  kotki oraz Wielkich zmian w  dużym lesie. Jak przebiegała Państwa współpraca? Dogadujemy się bardzo dobrze. Ona jest z  wykształcenia filozofem, ma dyscyplinę, syntetyczną myśl, dowcip i  wyobraźnię. Uważam, że Grażyna robi interesującą literaturę. • Która książka jest panu bliższa? Leon i  kotka jako najbardziej emocjonalna i  jeżeli chodzi o  robotę, i  całą historię. Reklamowano nasze pierwsze kroki, promocje, spotkania, wywiady, rozmowy.

• Dwie ważne nagrody... Najważniejsza jest jednak trzecia. Lista „Białe Kruki” Międzynarodowej Biblioteki Książek dla Dzieci z  Monachium. Jesteśmy, jako wydawcy, drugą albo trzecią ekipą polską, która została w  ten sposób wyróżniona w  dziejach tych nagród. To jest miłe, oni sami nas wynaleźli. • Jaka jest pańska koncepcja sztuki? Cenię kunszt, dobre rzemiosło. Lubię grafików i  malarzy świadomych swojej pracy. Bardzo lubię wyobraźnię M. C. Eschera, jego Wstęgę Mobiusa. On rysuje światy niemożliwe. Lubię grawerstwo, zapomnienie, oddanie się pracy do końca, jak w  zegarmistrzostwie. Mam podobny temperament. Cenię wyobraźnię, niezależność, ale i  ludzi, którzy potrafią się skrzyknąć i  przemówić podobnym głosem, jak w  ekspresjonizmie. Generalnie, człowiek w swej twórczości jest jednak samotny i  nie ma innego wyjścia. • Czy to przekłada się na los bohaterów pańskich prac, którzy nie do końca odnajdują się w  rzeczywistości? Kiedyś Jaremowicz napisał czy powiedział, że świat jest przez mnie cyzelowany, postacie zaś są jakby malowane gestem. To dowodzi istnienia mojej duszy – tam jestem inżynierem, a tutaj kimś, kto się nie kontroluje. • Pańskie malarstwo kojarzy mi się z  dzieciństwem, spojrzeniem dziecka...

Mam dwie myśli na ten temat. Pierwsza: powierzchownie patrząc – to, co zrobiłem, natychmiast kojarzy mi się z  bajką dla dzieci, dobrą i  pogodną. Druga: gdybym fizycznie mógł wejść do mojego malarskiego świata, nie chciałbym w  nim być. Z  pozoru tylko świat ten wydaje się bezpieczny, kolorowy. Proszę żyć całe życie w  różowym domku z  turkusowym okienkiem, z  pomarańczowym słońcem... • Proszę opowiedzieć o  najbliższych planach wystawienniczych. Będę miał wystawę na początku roku, w  siedzibie Konfederacji Pracodawców Polskich w Warszawie. Następna –  Fundacji Kościuszkowskiej w  Nowym Jorku. Natychmiast po wystawie warszawskiej będę robić ilustracje do tekstu Małgosi Strzałkowskiej o  psach. Potem książkę z  Grażyną Ruszewską, niekoniecznie dla dzieci. Następna rzecz to autorski komiks. Rysunek w  konwencji takiej jak np.: plakacik Towarzystwa Przyjaciół Miasta Kazimierza Dolnego. To będzie jeden dzień człowieka, upadłego menela, trochę troglodyty, jednak z piękną duszą i  wielką wrażliwością. Mam już scenariusz. Pewne przemyślenia na temat kondycji ludzkiej. • Co poradziłby pan młodym początkującym? Po pierwsze, żeby byli sobą, żeby odnaleźli w  sobie pasję. Trzeba dużo pracować, znaleźć w tym przyjemność i  rozwijać się. • Dziękuję za rozmowę O Rozmawiała: Dorota Niedziałkowska Wystawy 1993 - Martin Sumers Graphics, Nowy Jork 1994 - Expo 94, Monthey, Szwajcaria 1994 - The Framing Gallery, Hawthorne, Nowy Jork 1995 - Fundacja Kościuszkowska, Nowy Jork 1996 - Teatr Polski, Warszawa 1996 - Galeria Zabbeni, Vevey, Szwajcaria 1996 - Institute Internationale, Filadelfia 1998 - Konsulat Generalny R.P., Sztrasburg 2001 - Galeria Dom Michalaków, Kazimierz Dolny 2003, 2004 - Galeria Autorska Michałowski, Lublin 2006 - Galeria LSW Wirydarz, Lublin Nagrody 2001 - II miejsce na Biennale Ilustracji Dziecięcej w Aki Town w Japonii. 2003 - wyróżnienie polskiej sekcji IBBY za ilustracje do Zielony, żółty, rudy, brązowy! Małgorzaty Strzałkowskiej wydawnictwa Media Rodzina. 2003 - wyróżnienie Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek dla Zielonego, żółtego... jako najpiękniejszej książki roku. 2004 - I nagroda w konkursie „Najpiękniejsze Książki Roku 2003/2004” PTWK za Leon i kotka, czyli jak rozumieć mowę zegara Grażyny Ruszewskiej wydawnictwa FRO9. 2004 - wyróżnienie na Biennale Ilustracji Dziecięcej w Aki Town w Japonii. 2004 - wyróżnienie IBBY za ilustracje i opracowanie graficzne książki Leon i kotka. 2005 - Leon i kotka na liście „Białe Kruki 2005” Międzynarodowej Biblioteki Książek dla Dzieci w Monachium. 2006 - wyróżnienie PTWK dla Wielkich zmian w dużym lesie Grażyny Ruszewskiej wydawnictwa FRO9 jako najpiękniejszej książki roku W internecie: www.fro9.com, www.endo.pl

OFENSYWA - luty 2007

45


>> Tak tworzymy

„Współcześni twórcy pokazują stany i rzeczy, od których uciekamy, których się boimy, bo dążą, przede wszystkim, do

Rys. Paulina Pacler

ukazania prawdy.”

46

OFENSYWA - luty 2007

Badanie przeszłości sztuki nie jest zajęciem prostym. Ale chyba łatwiej jest zmierzyć się z  tym, co już było, aniżeli gdybać nad kierunkiem, w  którym świat artystyczny będzie podążał. Pytanie o  przyszłość sztuki wydaje się stare jak świat – wciąż jest

dzisiejsza, walcząca z  dyskryminacją mniejszości seksualnych, budzi niechęć władz i  agresję wandali. Oczywiście rzeźby Mitoraja nie pozostały bez echa, przeciw nim skandowali przeciwnicy męskiej nagości, którzy dopatrzyli się w  nich czystej pornografii,

powielane i  wciąż jest aktualne. Co będzie w  przyszłości głównym przedmiotem działań artystów? Czy wystarczy zapytać o  to narybek uczelni artystycznych? I  najważniejsze: jak sprawdzić, czy przeczucia młodych twórców okażą się trafne? jak wyglądać będzie świat sztuki, nie zależy od niej samej. Była, jest i  pewnie będzie przedmiotem gier politycznych i  komercyjnych. I, chociaż artyści wciąż walczą o  to, by uciec od wpływów zewnętrznych, właściwie nigdy nie są (i  raczej nie będą) zupełnie wolni. Cofnijmy się o  kilka lat. Mam tu na myśli przełom 2003/2004 r., a  właściwie społeczno-artystyczną akcję Niech nas zobaczą (autorstwa Kampanii Przeciw Homofonii i  Karoliny Breguły) oraz rzeźby Igora Mitoraja, pokazywane w  Krakowie, Warszawie i  Poznaniu. Chociaż obie ekspozycje, na gruncie polskim, były swoistym skandalem, to odebrane zostały w  zupełnie inny sposób. Gdy prezydenci miast nie chcieli zgodzić się na to, by portrety trzydziestu par gejów i  lesbijek, trzymających się za ręce, uśmiechały się z  bilbordów Krakowa i  Warszawy - o  męskie genitalia, dłuta Mitoraja, „biły” się najważniejsze galerie, a  patronat nad wystawą objęła pierwsza para prezydencka: Jolanta i  Aleksander Kwaśniewscy. Mimo że za granicą styl Mitoraja wprost uznawany jest za gejowski, w  ojczyźnie artysty nie ma na ten temat mowy; podkreśla się zaś bardzo nastrojową erotyczność i  ukazanie czystego piękna. Okazuje się, że sztuka ukazująca homoseksualizm - tzw. tradycjonalistyczny, wywodzący się z  klasycyzmu - jest jak najbardziej wskazana (a  nawet pożądana), a  ta

oraz środowiska artystyczne, widzące w  twórczości wybitnego artysty tandetę i  bezguście. Dzięki sławie Mitoraja, wszelkie komentarze zostały jednak zduszone w  zarodku, natomiast zdjęcia Karoliny Breguły znikły z  miast już po kilku dniach, choć ich ekspozycja miała trwać trzy miesiące. Reakcja na te przedsięwzięcia pokazuje zależność artysty od rzeczywistości. Ta więź sztuki i  świata polega często na ostrej walce, ponieważ zadaniem sztuki jest obnażanie tego, co skrywane i  odrzucane. Przeczucia związane z  przyszłością sztuki nie wróżą jakiegoś rozkładu, kresu, dna. Z  pewnością czeka nas jeszcze niejedno rozczarowanie, aczkolwiek na przyszłe losy świata artystycznego patrzę z  wielką nadzieją. Zastanawia mnie wysoce coraz powszechniejsza obecność technik medialnych, fotografii, wideo, sztuki komputerowej; wprost zachłysnęliśmy się interaktywnymi instalacjami komputerowymi. Czy niebawem ktoś powie – STOP? Być może. Z  pewnością wielu artystów postanowi znów sięgnąć do korzeni i  to, co teraz uznawane jest za przestarzałe – odrodzi się na nowo. Komputer, sam w  sobie, dla artysty nie jest żadnym zagrożeniem; to tylko narzędzie, maszyna pozwalająca rozwiązywać problemy. To, co robi, wzorowane jest przecież na jakimś modelu i  bez duszy artystycznej ani rusz. Czy więc pozycja artysty w  przyszłym świecie jest taka pewna? Czy nie zostanie on wyparty przez jakieś komputerowe monstrum, które nigdy się nie myli i  zawsze ma rację? Szukam odpowiedzi na to pytanie, wertując wywiady ze sławnymi artystami. Ciekawa jestem, jak oni to widzą, czy nie boją się jutra. Najbardziej satysfakcjonująca wydaje

To,


Tak tworzymy << niechęć lub są, po prostu, inne. A  może za niestosowny należałoby uznać fakt, że o  wiele bardziej fascynujące, w  przypadku sztuki, są rzeczy przez ogół społeczeństwa uznawane za brzydkie? Piękno, o  którym mówił Lutosławski, chyba niekoniecznie rozumiał jako wizualność. Współcześni twórcy pokazują stany i  rzeczy, od których uciekamy, których się boimy, bo dążą, przede wszystkim, do ukazania prawdy. Wydaje mi się, że wraz z  upływem lat, potrzeba odnalezienia prawdy wśród artystów i  odbiorców wzrasta. Myślę, że to będzie też wyznacznikiem sztuki przyszłości. Wszyscy chcemy prawdy, która, niestety, często bywa gorzka. pytanie o  przyszłość sztuki ma w  ogóle sens? Przecież młodych, czyli tych, od których ma zależeć jej być albo nie być, nie interesuje przyszłość. Oni wolą pławić się w��� teraźniejszości i  nie zastanawiają się nad niepewnym jutrem. Istnieje przekonanie, że większość społeczeństwa nie potrzebuje, a  wręcz nie znosi sztuki współczesnej. Ciekawa jestem wyników referendum, w  którym padłoby pytanie: „Czy sztuka w  ogóle jest potrzeb-

Czy

na?”. Z  drugiej zaś strony, po co pytać o  zdanie przeciętnych „szaraczków”, przecież to elity powinny wyznaczać kierunek sztuce. Kolejne pokolenia artystów mają poczucie swej wyjątkowości, a  tym samym potrzebę stworzenia czegoś zupełnie nowego, co przewróciłoby świat do góry nogami. I  chociaż bardzo się starają, tak naprawdę robią właściwie to samo, co ich poprzednicy, chociaż „na nowo”. Tę prawidłowość doskonale komentuje Donald Kuspit na łamach Wprost i  trudno się z  nim nie zgodzić. „Mamy dzisiaj do czynienia z  powstawaniem nadmiaru nowości. Nowość zaś jest postrzegana jako świadectwo ciągłej witalności i  rozwoju sztuki, zamiast zostać uznaną za znak jej dekadencji, przejawiającej się w  niedojrzałości, która sama się utrwala (…)”. Czy więc sztuka powinna zatrzymać się w  miejscu, bo wszystko już było? Nie sądzę. Nasza generacja, tak czy owak, nie ma wyjścia: musi zmierzyć się z  rzeczywistością i  dać tego wyraz w  swojej twórczości. Nieważne, czy będzie to przełom w  historii sztuki, czy wielki niewypał O Izabela Kamińska

Il. Anna Świderska

mi się wypowiedź jednego z  czołowych twórców sztuki współczesnej, Artura Żmijewskiego, który widzi ratunek dla świata globalnego, społeczeństwa masowego, w  wyposażaniu - przez artystów - rzeczy w  uczucia, w  nadawaniu im perspektywy egzystencjalnej. Podpisuję się pod tym i  mam nadzieję, że właśnie na tym polegać będzie „misja” artysty i  jego działań w  przyszłości. „Najważniejszym celem sztuki jest piękno, tak jak największym celem nauki jest prawda”. To myśl Witolda Lutosławskiego - polskiego kompozytora współczesnego i  dyrygenta - jaką wygłosił na Kongresie Kultury Polskiej. Obserwując jednak współczesną scenę artystyczną, niejednokrotnie z  trudem dostrzegamy piękno. Czy aż tak bardzo pogubiliśmy się, że nie potrafimy wyznaczyć wyraźnej granicy między tym, co ładne, a  co brzydkie? Tym, co złe a  co dobre, wyklęte a  święte? Kultura wykształciła w  nas potrzebę przebywania w  atrakcyjnej optycznie przestrzeni. Sztuka współczesna natomiast, próbuje przełamywać tabu: pokazuje te elementy otaczającego nas świata, które budzą niesmak, wywołują

OFENSYWA - luty 2007 47 fot. Agnieszka Kliczka


>> Tak tworzymy Z  twórcami i  głównymi prowadzącymi szpinacz.blog.pl, strony informacyjnej o  imprezach kulturalnych w  Lublinie, rozmawia Leszek Onak.

„Jeśli wstydzisz się

za polski rząd,

możesz uciec za granicę, ale

gdzie uciekniesz jeśli zawstydzisz się

polskiej emigracji?”

Renata Kołaczek Obroniła licencjat na kierunku Animator i  Menedżer Kultury na UMCS. Aktualnie robi zdalnie magisterkę. Swoje zaangażowanie w  kulturę lubelską rozpoczęła od wolontariatu przy festiwalu teatralnym „Konfrontacje”, działań w  Kinoteatrze Projekt i  jako zagorzały fan festiwalu „ZdaErzenia”. W  tym samym czasie, pracowała przy kilku edycjach „Fringe Festival”, festiwalu teatralnego w  Edynburgu, co zaowocowało miłością do tego miasta. Spędzając jednak większość czasu w  Lublinie, uczęszczała na różnego rodzaju warsztaty – taneczne, fotograficzne, filmowe. Ostatnio działała jako organizator i  współorganizator imprez kulturalnych („ZdaErzenia”, „Wieczór AudioVideo”, „Dni Animacji”, wystawy fotograficzne w  herbaciarni „3 Księżyce”). Pojawia się także na „alternatywnych potańcówkach” z  cyklu Śmierć Disko Sound System jako DJ Disko. Wzięła również udział w  projekcie Deadly Water Duck Ensemble.

Marcin Kamola Jest absolwentem tego samego kierunku na UMCS. Pracę magisterską obronił na UJ. Gdy zamieszkał w  Lublinie, wmieszał się w  tutejszą tzw. kulturę alternatywną spod znaku festiwalu „ZdaErzenia”. Początkowo jako widz, potem jako artysta, następnie jako asystent, a  w  tym roku już jako jeden z  organizatorów. Zaangażowany w  kilka projektów lubelskiego kina offowego (m.in. serial S.O.S. grupy Grillersi). Występuje jako stały gość na koncertach zespołu Stodoła, gitarzysta w  quasi-artystowskim Deadly Water Duck Ensemble oraz jako DJ Śmierć w  kolektywie Śmierć Disko Sound System. Czasami wciela się w  rolę poety pretensjonalisty (wiersze publikował w  pismach „Lampa i  Iskra Boża” oraz „Lampa”). Przez ostatnie kilka lat współtworzył redakcję „Spinacza”, ale – jak mówi - jest już za stary, by wciąż udawać studenta.

48

OFENSYWA - luty 2007

Nie mając środków do życia, wyjechali do Dublina i  stamtąd, z  oddali, wprowadzają newsy o  wydarzeniach w  naszym mieście. Dlaczego wyjechali, kim są i  czym jest ich strona internetowa ­– o  tym zaraz. Jest to druga część cyklu, który zamierzam zrealizować z  ludźmi z  Lublina, którzy musieli albo chcieli z  niego wyjechać. • Kiedy powstał „Szpinacz”? Marcin: „Szpinacz” założyłem wraz z  Karolem Grzywaczewskim - który też wyjechał do pracy, tyle że bliżej, bo do Warszawy w  marcu 2004 roku. • Dlaczego powstał i  czym miał być na początku? Marcin: Na początku miał być nieoficjalną stroną internetową miesięcznika „Spinacz”, a  właściwie jego części informacyjnej. Blog dawał możliwość łatwego aktualizowania informacji bez zgłębiania tajników HTML. Poszliśmy na łatwiznę. Nazwa „Spinacz” była już zajęta - zdaje się, że bloga o  takiej samej nazwie prowadził w  tym czasie poeta Jarosław Lipszyc - więc zmieniliśmy ją na „Szpinacz”. Potem wpadliśmy na to, że brak oficjalnych odniesień do „Spinacza” i  Chatki Żaka daje nam większą autonomię. • Czy od początku był taki sam skład? Renata: Karol, po jakimś czasie, zajął się innymi sprawami, a  ja dołączyłam niedługo po powstaniu bloga. Stał się on bardziej różnorodny, gdyż często zamieszczałam informacje dotyczące teatru i  innych sfer kultury, którymi chłopaki się mniej interesowali. Teraz już na tyle wymieszały się nasze gusta, że bez problemu wiemy o  czym pisać. • Jak zdobywacie informacje o  imprezach kulturalnych? Renata: Sprawdzamy regularnie lubelskie portale oraz strony internetowe lubelskich instytucji kulturalnych, teatrów, kin, pubów i  klubów. Często jednak, informacje w  tamtych miejscach pojawiają się w  ostatniej chwili, lub w  ogóle nie są zamieszczane, a  czasem zamieszczane są z  rażącymi błędami rzeczowymi. Na szczęście, dostajemy dużą ilość maili od organizatorów imprez i  artystów. Marcin: Oczywiście, wszystko filtrujemy przez nasze snobistyczne gusta i  rościmy sobie

prawo do tego, jakie informacje są na „Szpinaczu”, a  jakie nigdy się tam nie pojawią. • Oprócz publikacji czysto informacyjnych, przeprowadziliście kilka wywiadów z  twórcami z  regionu lubelskiego; zatem - oprócz informowania - promowaliście. Jakie były, a  jakie są cele „Szpinacza”? Jaka idea wam przyświeca? Marcin: Wywiady zamieszczane w  „Szpinaczu” ukazywały się jednocześnie w  miesięczniku „Spinacz” i  były przeprowadzane przez jego redaktorów. Teraz ich trochę zabrakło, ale mamy zamiar do nich wrócić. Faktycznie, ich ideą było promowanie lokalnych artystów, ale też tych z  zewnątrz, którzy akurat odwiedzają Lublin, a  niekoniecznie są szerzej znani. Czasem trzeba uświadomić ludziom, jak ważni artyści pojawiają się w  ich mieście. Renata: Wszelkie inne linki na blogu są, z  kolei, promocją nie tylko artystów, ale także miejsc i  inicjatyw z  lubelskiego „podwórka”. Można znaleźć strony osób prezentujących swoje prace plastyczne, fotograficzne i  kreacje odzieżowe. Marcin: Nie da się ukryć, że promujemy głównie swoich znajomych, ale w  tym mieście trudno kogoś nie znać, obracając się w  twórczych środowiskach. Nie twierdzę, że niczego nie jesteśmy w  stanie przeoczyć, ale pozostajemy otwarci i  wystarczy do nas napisać. Jeśli wiadomość wyda nam się interesująca, na pewno zamieścimy ją na blogu. • Co sądzicie o  „Zoomie”? Czymś się od niego różnicie? Czy tylko tym, że wy istniejecie w  necie, a  on na papierze? Renata: Wydaje mi się, że nie ma sensu porównywać nas do „Zooma”. Jest to zupełnie inna bajka. „Szpinacz” jest bardziej indywidualny i  dlatego nie chcemy, żeby oczekiwano od nas umieszczania newsów, które nas w  żaden sposób nie interesują. Jest adresowany do osób, które kumają tę samą czaczę, co my (śmiech). „Zoom” natomiast, jest informatorem wydawanym przez instytucję państwową, za pieniądze miasta i  ludzie mają prawo wymagać szerokiej i  rzetelnej informacji o  tym, co się dzieje w  Lublinie i  jego okolicach. Marcin: Mamy zupełnie inny target i  inną misję. Psim obowiązkiem „Zooma” jest informowanie o  wszystkim, co się w  mie-


Tak tworzymy << ście dzieje, tym bardziej, że jest finansowany z  pieniędzy podatników. Niestety, często tak się nie dzieje. Zbyszek Sobczuk z  Galerii KONT - w  liście otwartym do „Zooma” - właśnie to wydawnictwo nazywa „wybiórczym informatorem kulturalnym”. Redaktorzy zawinili mu regularnym ignorowaniem KONT’a. My ze swojego ignorowania robimy atut, bo możemy (śmiech). Renata: Poza tym „Zoom”, niestety, nie ma szans na umieszczenie najświeższych informacji ze względu na swój cykl wydawniczy - żelazny termin osiemnastego, o  ile pamiętam. Jest to jednak zrozumiałe, bo, zazwyczaj, organizatorzy imprez wysyłają info promocyjne w  ostatniej chwili. Na promocję Lublina i  na promujących miasto można wiele ponarzekać, nie chcę jednak tej kwestii rozwijać. Plusy „Zooma” to przede wszystkim atrakcyjna i  adekwatna szata graficzna oraz felietony Haponiuka i  Koziary. Muszę przyznać, że głównie dla ich tekstów zachodzę do CK po „Zooma”. • Czy otrzymujecie jakieś dotacje na prowadzenie swojego bloga informacyjnego? Czy kiedyś otrzymywaliście? Marcin: „Szpinacz” jest, oczywiście, bezbudżetowy, jak prawdziwe kino niezależne. Po pierwsze: kto chciałby płacić za prowadzenie prywatnego bloga? A  po drugie, „Szpinacz” nie generuje żadnych kosztów. Na bloga wydałem 10,98 PLN, bo tyle kosztował sms aktywujący. Były to czasy studenckie, ale jakoś udało mi się na to odłożyć. • Czy istnieją organizacje w  Lublinie, która wspierałyby undergroundowe działania lubelskich artystów? Czy znacie jakieś pozauczelniane organizacje tego typu? Renata: Na wstępie należałoby wyjaśnić, co kto rozumie pod pojęciem „underground”. Przyglądając się działaniom, które osobiście uznaję za undergroundowe, zauważam, że są bardzo małe szanse na jakiekolwiek wsparcie, a  szczególnie finansowe. Chociaż znam takich, którzy mają talent do zdobywania funduszy na swoje przedsięwzięcia. Do niszowej TEKTURY dołożyło się miasto i  fundacja Palikota. Marcin: Czy znamy jakieś pozauczelniane organizacje? A  sugerujesz, że istnieją jakieś uczelniane organizacje? Jeśli tak, to może Chatka Żaka jako instytucja. Mam wrażenie, że samorządy studenckie zajmują się głównie integracyjnymi dyskotekami i  festyniarskimi „-analiami”. Jeśli nawet w  ubiegłym roku zaproszono do zagrania na Kozienaliach dwa lubelskie niezależne zespoły (Naczynia i  Stodoła), to i  tak pomijano je we wszystkich promocyjnych notkach.

Prezenterzy Radia Centrum zachowywali się jak gdyby nakazano im milczeć o  lubelskich supportach zespołu Hey. Rozumiem, że należy chwalić się gwiazdą, ale dlaczego wstydzić się zespołów z  własnego podwórka, które osobiście się zaprasza? Renata: Wsparcia promocyjnego i  „sprzętowego” należy szukać w  kręgu swoich znajomych. Im większy krąg, tym większe szanse. Jest to, w  sumie, naturalna kolej rzeczy w  mieście, które jest mniejsze niż mogłoby się wydawać. Marcin: Jeśli chcesz promocji w  radiu, zadzwoń do znajomego prezentera. Jeśli w  gazecie przyciśnij tam swojego człowieka. Jeśli możesz się bez tego obejść, nie pisz podań i  nie wysyłaj oficjalnych próśb, bo najprawdopodobniej nikt nic z  tym nie zrobi. • Wiele osób uważa, że w  Lublinie nic się nie dzieje. Co sądzicie na ten temat? Marcin: Myślę, że dzieje się mniej więcej tyle samo, co w  innych miastach. Oczywiście, mam na myśli stosunek „dziania się” do ilości mieszkańców. Uważam, że dzieje się całkiem sporo i  nieraz miałem problem z  wyborem pomiędzy wydarzeniami z  jednego wieczora. Gdybym chciał brać udział we wszystkim, co mnie w  jakiś sposób zainteresowało, nie wystarczyłoby mi czasu i  pieniędzy. Ludzie, którzy najwięcej narzekają, że w  Lublinie nic się nie dzieje, tak naprawdę się tym nie interesują. Niemal każdego wieczora można wybrać się na dobry film (Chatka Żaka, ABC) lecz nikt nie gwarantuje, że będzie wystarczająca ilość widzów, by „odpalić” projekcję. Gdzie wtedy są ci ludzie? Na wernisażach w  galerii KONT pojawia się garstka ludzi. Renata: Uważam ten przypadek za fenomen. Lokalizacja KONT’a wydawałaby się raczej niedogodna, jednak Galeria mieści się w  akademiku razem z  instytutem kulturoznawstwa, a  niedaleko jest przecież wydział artystyczny. Czy mała frekwencja świadczy o  tym, że sztuka współczesna jest zbyt trudna czy nudna? Taki sam problem był w  przypadku koncertów, odbywających się w  Chatce Żaka pod hasłem CDN Non Stop Festiwal. Pojawiali się artyści ważni i  interesujący nie tylko z  Polski (Sieben, Donna Regina, Kammerflimmer Kollektief). Tu też można postawić pytanie: gdzie ci ludzie? Marcin: Można by podawać jeszcze wiele przykładów. Należy również zapytać o  to, jakie potrzeby mają ci narzekający i  czy są to rzeczywiste potrzeby, czy snobistyczny, owczy pęd. Ludzie nie interesują się niczym nowym, chcą gwiazd. Nie szukają sami, a  czekają, aż coś im pokażą kolorowe tygodniki. Oddolna inicjatywa lubelskich środowisk rzadko zapełnia sale.

Renata: Można zaobserwować niepokojące lenistwo, przede wszystkim wśród lubelskich studentów. Przejawia się ono w  tym, że nie starają się śledzić wydarzeń kulturalnych lub ich to wcale nie interesuje. Pozostaje garstka pasjonatów, których można spotkać prawie na każdej imprezie. Oni mają prawo narzekać. Ci, którzy się nie pojawiają, nie mają takiego prawa. Zastanawia mnie, co by ich skłoniło do wyjścia z  domów, akademików i  barów.

„Lublin nie

prowincjonalnym miastem jest

- prowincjonalny jest sposób

myślenia wielu

Lublinian.”

Marcin: Koniec z  narzekaniem na publiczność. Czas na przypomnienie- dla niektórych odkrycie - kilku ciekawych projektów i  zjawisk z  Lublina. Kolejność nie ma znaczenia. Zacznijmy od, chyba najbardziej aktywnego, środowiska reggae’owego z  LSM Sound System na czele (najstarszy polski sound system). Są odpowiedzialni za serię imprez i  koncertów, na których regularnie pojawiają się najważniejsi twórcy tego nurtu z  Polski i  wielu zagranicznych artystów. Więcej szczegółów na temat lubelskiego reggae znajdziecie na: www.forumreggae.info Renata: Lublin jest też siedzibą sceny ekstremalnej i  eksperymentalnej elektroniki, za sprawą ludzi związanych z  ekipą Redekonstrukcji. Regularnie organizują oni „potańcówki” w  Klubie Centrala (wieczory z  cyklu „I  Hate Mondays”, „Dub 2 Dub”). W  tym samym miejscu działał kolektyw Elektropunkz.net (lubelscy prekursorzy i  promotorzy elektro-kultury), który, oprócz grania swoich imprez, zapraszał do Lublina najważniejszych przedstawicieli polskiej sceny elektro, jak Super Girl and Romantic Boys, Procesor Plus, Skinny Patrini, Dick4Dick, Mass Kotki. Marcin: Mamy prężne podziemie hardcore’owo-punkowe i hiphopowe (tu w  szczegółach nie jestem zbyt zorientowany, więc nie będę ściemniał). Interesująca jest też scena alternatywnego rocka z  zespołami takimi jak Londyn, Suicide Hotline, Naczynia (niedawno jako jeden z  nielicznych lubelskich zespołów wydali oficjalną płytę) i  Stodoła. Nie można pominąć ambitnych projektów okołojazzowych: Burak Cukrowy, U  z  kreską, MeM, ZuBrad i  Koloor Squad (bardziej

OFENSYWA - luty 2007

49


>> Tak tworzymy popowy). Z  Lublina wywodzi się też zespół Ślepcy, który od lat wydaje swoją muzykę w  zachodnich wytwórniach, ale w  Lublinie mało kto o  tym wie. Renata: Lista lubelskich inicjatyw jest długa. Samych corocznych festiwali teatralnych jest w  naszym mieście aż pięć. Z  każdym rokiem powstają nowe, jak „Kontestacje” i  „Sąsiedzi”. W  tym roku także pojawił się nowy Międzynarodowy Festiwal Młodego Filmu „Pełny Metraż”. Jest on kolejnym przedsięwzięciem Kinoteatru Projekt, który, od kilku lat, organi-

„Nie ma sensu porównywać nas do

»Zooma«. »Szpinacz« jest

bardziej indywidualny i dlatego nie chcemy, żeby oczekiwano od nas umieszczania newsów, które nas w żaden sposób

nie interesują.”

zuje pokazy filmowe w  CK. Marcin: W  Lublinie działa kilkanaście amatorskich grup filmowych m.in. Lubelska Grupa Filmowa, Fabryczna Art, Diamond Testicle Entertainment, Baba Jadzia Production, Kosmata Lepianka Studios i  Wytwórnia Filmowa Kurde. Cztery ostatnie podpisały w  czerwcu wspólny manifest z  inicjatywy niejakiego Maćka Misztala. A  poza tym, mamy amatorskie teatry, happenerów, performerów, poetów, malarzy, wlepkarzy. Wystarczy bardziej uważnie się rozejrzeć. Renata: Naturalnie, wymieniliśmy tylko niewielką część i  to głównie niszowych zjawisk. Aby się o  nich dowiedzieć, wystarczy wybrać się do takich miejsc jak CK, Centrala, Chatka Żaka, Tektura i  uważnie czytać plakaty. • Czy uważacie, że Lublin jest prowincją? Marcin: Jest tygrysem ściany wschodniej (śmiech). Renata: Przeprowadzałam kiedyś wywiady na ten temat z  osobami związanymi z  lubelską kulturą - m.in. Ryszardem Kalinowskim, Grzegorzem Józefczukiem, Januszem Opryńskim, Andrzejem Rusinem - i  częstą odpowiedzią było to, że Lublin nie jest prowincjonalnym miastem; prowincjonalny jest sposób myślenia wielu Lublinian. Mogę się pod tym również podpisać. • Słyszałem, że wyjechaliście do Dublina? Co was skłoniło do tego wyjazdu? Marcin: Różne rzeczy. Też to, że od czasu do czasu trzeba gdzieś wyjechać. Ale też bardziej przyziemne kwestie, takie jak bezrobo-

50

OFENSYWA - luty 2007

cie po studiach. Po skończeniu studiów, przez ponad pół roku nie miałem pracy, a  przez następne, pracowałem w  trzech różnych miejscach za mniej lub bardziej niewystarczające pieniądze. Oczywiście nielegalnie. By mieć ubezpieczenie, oszukiwałem urząd pracy. A  urząd nawet nie oszukiwał, że szuka mi pracy. Przez rok nie dostałem ani jednej oferty zatrudnienia, a  wniosek o  dotację działalności gospodarczej od razu odrzucono. Gdy rejestrowałem się, pani za biurkiem zapytała skonsternowana: „Uniwersytet Jagielloński? To w  jakim mieście ta pańska uczelnia była?” Polska nie dała mi szansy nawet na minimum. Renata: Ja mam trochę inną sytuację, bo jeszcze studiuję. Po licencjacie z  animacji kultury następują dwa lata studiów uzupełniających, pedagogicznych, które nie mają w  zasadzie nic wspólnego z  tym, co studiowałam przez ostatnie trzy lata. Trzeba je „odbębnić”, jeśli starasz się o  wykształcenie wyższe. Szkoda mi po prostu aż dwóch lat na to, więc postanowiłam nie tracić czasu i  wyjechać. Jedyne, w  co się angażuję na studiach, to pisanie pracy magisterskiej, bo na tym mi zależy. Skusiła mnie możliwość podróżowania. Odłożenie pieniędzy na weekend w  Lizbonie albo Barcelonie, jeśli tu pracujesz, nie jest czymś nierealnym. • Na jak długo postanowiliście wyjechać? Renata: Na rok. Dublin jednak nie był naszym pierwotnym planem. Przez dłuższy czas planowaliśmy Edynburg. Muszę przyznać, że ta zamiana to był mój pomysł, bo chciałam odkryć uroki innego miasta, który może nam dostarczyć podobnych pozytywnych przeżyć do tych, które dostarcza Edynburg. Myliłam się. Marcin: Tak naprawdę nie zdążyliśmy się dobrze rozejrzeć. Ale miasto wydaje się mieć mentalność zbliżoną do warszawskiej, co niekoniecznie mi odpowiada. • Jaka jest tam rzeczywistość? Czy różni się od tej lubelskiej? Marcin: Tutejsza rzeczywistość wydaje się nam rozwarstwiona na polską i  irlandzką. Oczywiście, żyjemy w  Irlandii zdominowanej przez kulturę anglosaską, ale jeśli chcesz, to możesz pójść na piwo z  tymi samymi znajomymi, z  którymi chodziłeś w  Lublinie, możesz chodzić na polskie koncerty, do polskiego kościoła, polskiego sklepu. Jeśli ktoś chce czuć się jak w  Polsce, to nie widzę przeszkód. My staramy się zachować równowagę. Renata: Nie będę ukrywać, że drażni mnie ta ogromna ilość Polaków. Naturalnie, miło jest spotkać rodaka, będąc na emigracji, ale tu przestaje mieć to swój urok, bo jest to nagminne i  nieraz staje na przeszkodzie

do integracji z  Irlandczykami i  innymi nacjami. Nie jestem też wielką fanką kultury irlandzkiej, ale w  każdej narodowości odnajduję coś fascynującego. W  Lublinie żyliśmy w  kręgu podobnych – pod względem wykształcenia, zainteresowań, wrażliwości - ludzi. Tu sytuacja się zmienia, bo przychodzi ci żyć z  osobami z  różnych środowisk i  trzeba mieć trochę dystansu. Szczególnie do wszechobecnego „polactwa”, które psuje nam wizerunek na zachodzie. Marcin: Jeśli wstydzisz się za polski rząd, możesz uciec za granicę, ale gdzie uciekniesz, jeśli zawstydzisz się polskiej emigracji? Renata: Oczywiście, oprócz wstydu, odczuwam też nieraz współczucie. Przykładowo w  takich momentach, gdy przechodząc obok pubu wieczorem słyszę, jak ochroniarz pyta swoją córeczkę, która została w  Polsce, o  to, czy odrobiła pracę domową. • Dlaczego ludzie wyjeżdżają z  Lublina? Marcin: Myślę, że z  Lublina nie wyjeżdża nas więcej niż z  innych miast. Należałoby zapytać, dlaczego ludzie wyjeżdżają z  kraju. Głównie chyba z  powodów ekonomicznych, ale na pewno też dlatego, by po prostu doświadczyć życia poza Polską. Renata: Lublin nie jest wyjątkiem spośród innych polskich miast. Może się różnić ewentualnie pod tym względem, że jest studenckim miastem, które produkuje tysiące magistrów każdego roku i  nie jest w  stanie zapewnić pracę znaczącej ich części. Nie przesadzę, jeśli powiem, że totalnej większości. Jest też miastem, do którego łatwo się przywiązać ze względu na jego urok. Po prostu „ma w  sobie to coś” i  dlatego ci, którzy wyjechali, zawsze chętnie do niego wracają. Jednak szybko sobie przypominają, czemu postanowili opuścić Lublin i  wtedy boli fakt, że nieprędko się zmieni na lepsze. • Co należałoby zrobić, żeby ludzie jednak nie opuszczali naszego miasta? Macie jakieś pomysły? Marcin: Ja nie mam w  tej chwili żadnej recepty. Trzeba czekać na lepszy zbieg okoliczności - ekonomicznych i  politycznych – gdy nie trzeba będzie szukać pracy za granicą, lub gorszy - gdy znów wyjechać nie będzie tak łatwo. Renata: Pomysłów to ja mam całkiem sporo! Nie leży to jednak w  mojej mocy, żeby zmieniać, naprawiać, tworzyć. Można robić drobne - choć odrobinę znaczące - rzeczy, ale ulepszanie należy do władz miasta i  innych ludzi na wysokich stanowiskach w  różnych instytucjach. To oni decydują o  kierunku rozwoju tego miasta. W  Lublinie niewątpliwie przydałoby się „przewietrzenie gabinetów”. • Dzięki za rozmowę O


Aktualności <<

Przedstawic ie lubelsk ich uczel le ni w yższy ch podpisali porozumien ie w sprawie Lubelsk ich Dn i Kultury Stu den razem Juwen ck iej. Ty m alia, Kozien alia i  Medyk alia nie będ ą oddzielny m i imprezami, tylko poszcz ególny mi tu rami festiwalu . Dzięk i tem u studenci nie będą musiel i w ybierać po mię zami pok ry dzy imprewający mi się w  czasie. Prezydent L ublina Adam Wasilewsk i obieca ł dod atkowe sto tysięcy złoty ch na w ydarze nie kultura lne, które podnie sie rangę fest iwalu. Nie w yk lucza się, że za te pieniąd ze zostanie zaproszona ja k aś zagraniczn a g wiazda. Teg oroczny fest iwal rozpocz nie się 10 m aja tradycy jny m korowodem od miasteczk a akademick iego do ratusz a i  przejęcie m przez studen tów k luczy do bram miasta.

Na terenie parku akad emick iego prz y ul. Głębok iej tr wają pra ce porząd kowe. Wycięci e części drz ew i  k rzewów m a ułatwić m onitorowanie terenu, któ ry – do tej pory – był jedny m z  n ajn ie b ez pie cz n ie js zy ch miejsc w  Lu blinie. Od roku mia steczko akademick ie mo nitorowane je st przez czterd zieści osiem k amer. Od tam tej pory licz ba przestępst w w  jego obrę b ie znacznie zm alała.

Już od noweg o roku a kademick iego studenci UM CS będą w y posa żeni w  now e, elektroniczn e legitymac je . Dokument ma kosztow ać 17 zł i  zast ępować kar tę biblioteczną. Trwają rozmow y nad zastosowanie m nowej legit y macji ja ko b iletu miesięczn ego. To jedn ak w y magałoby zamontowania specja ln ych czy tnik ów w  pojazdac h MPK. Na razie wiadomo , że nie będ zie możliwe uży wanie ich ja ko kar ty do ban komatu.

Fot. Jakub Jakubowski

OFENSYWA - luty 2007

51


>> Aktualności

Lubelska Politechnika kt o  now y obie wzbogaci się ićdziesięciu m war tości sześ m u tych. Centr lionów zło waso n a aw i  Za Innowacji ie ologii zostan nych Techn szy e z  fundu sf inansowan im ajdą się w  n unijnych. Zn laboratoria, nowoczesne nie ce prowadze umożliwiają jaczych, spec prac badaw h pomiarow yc list ycznych, fi y awanie cert oraz przyzn ch kt o  powierz katów. Obie w ró tysięcy met ni szesnastu sąh stanie w  kwadratow yc ah ydziału Mec siedzt wie W yb rzy ul. Nad nicznego p strzyck iej. o arciu noweg Dzięk i otw e zi ożliwe będ centrum m w ó k w ych k ierun otwarcie no zai  przeprowad studiów ni el Władze ucz nie szkoleń. ośr o ę, że now y mają nadziej ść o jn y atra kcy dek zwiększ westorów. miasta d la in

Fot. Dawid Nejman

52

OFENSYWA - luty 2007

roku, PoliPod koniec upi ubelska za k technika L sela skaner nowoczesny o eg w ójw y miaro row y do tr ek it wania arch odwzorow y j łe ca ków. W  tury budy n h ic k lko pięć ta Polsce jest ty cji oszt inwesty urządzeń. K zo , sięcy euro war tej 100 ty z  funduszy ty stanie pok ry Rozwoju Rea Ministerstw gionalnego. twi architek Skaner uła ia ab przy przer tom pracę o k sz u wianiu niu i  napra i af tr o P nków. dzeń budy eel   o ć dane szybko zebra nić je na ob ie wacji i  zam a Z . lm et na fi razy, a  naw st je e możliw jego pomocą jw y miarowej ó tr st worzenie miasta. mapy ca łego

u złego rok Od przys S C go, na UM a kademick ie e w ło dzy w ydzia ruszą Mię aM e Studia Indy widualn y rodnicze. -Prz temat yczno jest eznaczona Oferta prz w, tó ych studen d la ambitn ć ra yb mogli w którzy będą , ia en ę kszta łc swoją ścieżk a n ty przedmio dobierając auk Biologii i  N w ydziałach: aem emii, Mat o  Ziemi, Ch i. yk at i  Inform tyk i, Fizyk i ł ia m e t będzi Każdy studen a (tutora), kun swojego opie łnego za kszta al odpowiedzi o eg w o filu nauk towanie pro ą aw st d nia. Po swojego ucz eg i ik ędą w y n rek rutacji b z ra o i jrza łośc zaminu do a. jn y alif ikac rozmowa kw


Felieton <<

P

odobno brak konsekwencji jest cechą straszliwą oraz widoczną już od najniższego szczebla. Przykładowo – człowiek, który jednego dnia twierdzi, że uwielbia zupę ogórkową, a  drugiego jej nie cierpi, nie ma szans na opinię osoby zrównoważonej i  rozsądnej. Ale, jak się okazuje, zmienność może być także kluczem do powodzenia. Jedyna trudność to przekonać innych o  swojej szczerości. Najłatwiejszym sposobem jest udowodnić, że samemu jest się o  niej przekonanym. Były dwa kotki: Jeden ładny, lecz z  szafki wyjadał łakotki, Drugi brzydki, bury, Ale łowił szczury. Którego wolicie, powiedzcież mi dzieci? (i  tutaj aż prosi się dopisać :) Były i  dwie Renaty: Jedna babię cudne, ale z  wyrokiem i  bez matury Druga gładsza, wykształcona, Ale w  szachrajstwach niewprawiona. Rzecz pozornie nie do pogodzenia: tu – krzepkie i  bezpośrednie do obcesowości babiszcze, które bez cienia krępacji wartko żartuje na temat tego, na czym siada Maryna; tam – płacząca z  wysokości mównicy sejmowej, skrzywdzona niewinność, która następnie, cała w  bielach, niczym kłosowłosa Jagienka, pędzi na odsiecz narodowi w  niebezpieczeństwie. Jest więcej losów uwikłanych w  tę opowieść z  przemianą pośrodku: Mąż Renaty Beger, o  którego niedoli cała Polska wie, że jest dla swojej żony niczym owies, całkiem popadł w  zapomnienie. Znacznie gorzej jednak sprawa, ma się z  tym, który dopiero niedawno medialnie zaistniał - z  Adamem

Lipińskim1. Ten z  kolei, już raz przecież przez panią Renatę odprawiony, przyszedł ponownie, w  lepszym garniturze, kolejny raz pod te same drzwi i  nic. Nie tylko doznał, typowej w  takim przypadku, porażki, ale ona tę porażkę jeszcze zaniosła do telewizji. Dzięki temu, wszyscy mogli zobaczyć pana Adama - ach te śmiechy, ach te chichy, ach te błyski w  oczach, jak się zachwyca serwetkami pani Renaty i  obiecuje gruszki na wierzbie. „Bo to była propozycja niemoralna i  to bez pokrycia” – włączył się prezydent. I  wtedy cała Polska ogniem stoi, bo to się nie godzi podwójnie. Sprawa ujrzała światło dzienne i  dobrze, a  wręcz znakomicie – kiedy jakiś kolejny pan zechce bezbronną, uczciwą kobietę czarować posadami, żeby wystrychnąć na dudka, to się zastanowi. Może powstrzyma go myśl, że trafi na taką Cesię. A  czemu Cesię, to już Boy wyjaśni tym, jak się rozprawiła z  kotkami:

Rozsądna Cesia z  poważną minką Tak rzecze, pomyślawszy przez chwilę maleńką: „Oba są potrzebne, nieprawdaż mateńko?” Tak odpowie Cesia mała, A  mama ją uściskała Mówiąc: „Spokojnam, Cesiu, o  twoje zamęście, Sama będziesz szczęśliwa i  drugim dasz szczęście.” Wniosek jest następujący: gdy Cesia wnioskuje, rozum truchleje, miast płakać, niech się każdy śmieje O

Sylwia Hejno Przypisy: 1 Dział felietonów nie jest z  gumy, wszyscy absztyfikanci się nie pomieszczą, Wojciech Mojzesowicz funkcjonuje jako podmiot domyślny.

Rys. Agata Matuszewska

OFENSYWA - luty 2007

53


>> Felieton

Budzik nastawiony na 6.13. Jak zwypewno więcej. Widzieli, doświadczyli, „Nie jestem dorosła. byli tam. Mówią o  sobie, że dojrzewali kle, nie jest w  stanie podnieść mnie Nie wyrosłam z  łóżka. Leżę i  zastanawiam się, czy w  PRL. Dzięki niemu szybciej wkroczymam ochotę wychodzić spod ciepłej z krótkich spódnic. li w  dorosłość. Ale to ludzie urodzeni kołdry. Za oknem jesień trwa w  najw  latach osiemdziesiątych nazywani Nie wyrosłam są pokoleniem transformacji, nie ich lepsze. Ciecz kapiąca z  nieba nie z buntu.” napawa mnie entuzjazmem. starsi koledzy. Budzik nastawiony na 7.43. Może na kolejne zajęJacek Kaczmarski porusza temat dorastania w  swojej cia zdążę. Ale czy na pewno mam ochotę ruszać się piosence „Nasza klasa”. Pisze o  młodości, która szybko się zabliźnia. Ludzie wyjeżdżają, zakładają rodziny, orz  domu? Szkoła nie knajpa, nie muszę bywać codziennie. O, nawet śnieg się pojawił. ganizują sobie życie. Byle jakoś przetrwać. Wszyscy są Budzik nastawiony na 10.23. Chyba wypada wstać. odpowiedzialni, Wszyscy mają w  życiu cele, Wszyscy Pora wyściubić nos z  ciepłej kryjówki. Coś trzeba w  miarę są - normalni, Ale przecież - to niewiele... – śpiewa hymn swojego pokolenia. Urodziłam się za późno, w  życiu robić. Jakoś organizować sobie kolejne dni. żeby znaleźć się w  grupie opisywanej przez „barda Soliseudośniadanie, gorzka kawa, wypita w  podarności”. Obywatel GC w  „Umarłej klasie” przedstawia śpiechu. I  zaczynamy kolejny dzień. Jak śpiewa moment przełomowy w  życiu człowieka – opuszczenie Muniek Staszczyk - „kolejny dzień życia”. Wypada szkolnych ław. Sprawdzian z  życia, pisany przez doronawet powiedzieć, że dorosłego życia. Takiego słych ludzi, nie wypada pomyślnie. Niby mają rodziny, odpowiedzialnego. Życia, w  którym regularzorganizowane życia, ale nie wszystko jest w  porządku. nie płaci się rachunki, odprowadza składkę na Nie radząc sobie z  teraźniejszością, wolą patrzeć wstecz ubezpieczenie i  wypełnia zeznania podatkoi  wspominać piękne czasy beztroski. we. Życia, odmierzanego sobotnimi spotkaCzy tak naprawdę dorośliśmy? Staliśmy się odpowiedzialni? Usłyszałam, że stanę się dorosła, kiedy unieniami przy piwie z  przyjaciółmi i  niedzielnymi zależnię się finansowo od rodziców. Z  tym może być obiadami u  rodziców. Gdzieś wypadnie niezobowiązująca impreza, jakieś inne święto. problem, bo studiuję i  pomoc rodziny jest mi jak najKażde dziecko chce szybko stać się dobardziej potrzebna. Nie pracuję, a  mieszkanie trzeba opłacić. Ktoś inny zarabia na mnie. Nie szukam pracy, rosłym. Ubierać się jak rodzice i  robić takie bo mogę powiedzieć, że jej nie ma. Usprawiedliwię same rzeczy jak oni. Dziewczynki w  tym celu swoje lenistwo i  zadzwonię po kolejną porcję gotówki. przymierzają za duże sukienki, a  chłopcy doNie zamierzam na razie zakładać rodziny, co można wodzą armią żołnierzyków. W  najlepsze trwają tłumaczyć chęcią nauki. Czy, wobec tego, moi kolezabawy „w  dom”, a  z  klocków powstają miasta przyszłości. Dzieci uczą się ról, obserwując dzy, zarabiający na siebie za granicą są dojrzalsi ode dorosłych, i  marzą. Na złość mamie odmrażamnie? Wybrali inną drogę i  próbują układać swoje żyją sobie uszy, żeby pokazać jacy są już duzi. cie gdzieś za granicami kraju. Pojechali „za chlebem”, Podobno szybciej dojrzewa się w  trudnych z  potrzeby nowych wrażeń, żeby zdobywać doświadwarunkach. Trudnych, czyli jakich? Kiedy nie czenie. Ale czy nie uciekli od odpowiedzialności? Tego mamy najnowszej lalki Barbie? Kiedy rodzice nie da się określić jednoznacznie. Rodzice powtarzają, że dla nich zawsze będziemy rozstają się z  powodu niezgodności charakterów, albo gdy sytuacja polityczna ogranidziećmi. Wiek nie ma znaczenia. Oni i  tak patrzą na nas cza wolności obywatelskie? jak na kilkuletnie maleństwa, potrzebujące ich pomocy chociażby przy przejściu przez ulicę. Dla nich nie doeorge Orwell napisał „Rok 1984”. W  1985 rastamy nigdy. Oceniają nasze zachowanie ze swojej przyszłam na świat. Nie pamiętam „Wielkiego perspektywy i  przez to są bardziej krytyczni. Brata”, decydującego o  ilości chleba w  sklepach. Nie jestem dorosła. Nie wyrosłam z  krótkich spódnic. Nie widziałam oddziałów ZOMO, pacyfikujących Nie wyrosłam z  buntu. Nadal przymierzam szpilki mamy studentów. Stan wojenny ominął mnie. Nie stałam po w  nadziei, że będą za duże. Wkładam „dorosłe” sukienżadnej stronie barykady. Nie kolportowałam broszur, ki, ale teraz leżą jak ulał. Kiedy w  telewizji pokazują bajki nie miałam swojego zdania. Pamiętam ogromnego Disneya, oglądam je z  uśmiechem na ustach. Dziecko w  ciele dorosłej kobiety? Dziewczyna pluszowego słonia, którego dostałam w  prezencie gwiazdkowym. Wielka historia działa się obok mnie, przebrana za kobietę? Podlotek uwięziony z  skórze dorosłego? Schizofrenia… O a  ja kompletnie nie miałam o  niej pojęcia. Pokolenie trzydziestokilkulatków wie na ten temat na Karolina Ożdżyńska

P

Il. Mariusz Tarkawian

G

54

OFENSYWA - luty 2007


fot.

Bogdan Sozoniuk 1984r.


fot.

Stanisław Zajączkowski 1985r.


Ofensywa nr 5