Skip to main content

101054657

Page 1


Spis treści

WSTĘP 7

CZĘŚĆ I. PRZEMYSŁOWY WSTYD 21

ROZDZIAŁ 1. Przechylając szale 23

ROZDZIAŁ 2. Zrzucając winę 41

ROZDZIAŁ 3. Pokrzywdzona biedota 62

ROZDZIAŁ 4. Z waszymi waginami wszystko jest w porządku 83

CZĘŚĆ II. SIECI WSTYDU 99

ROZDZIAŁ 5. Kliknij „konflikt” 101

ROZDZIAŁ 6. Upokorzenie i nieposłuszeństwo 116

ROZDZIAŁ 7. Odrzucenie i odmowa 142

CZĘŚĆ III. ZDROWY WSTYD 157

ROZDZIAŁ 8. Dobro wspólne 159

ROZDZIAŁ 9. Oddawanie 173

ROZDZIAŁ 10. Pod nożem 197

ZAKOŃCZENIE 209

PODZIĘKOWANIA 223

NOTATKI 224

O AUTORCE 242

ROZDZIAŁ 4

Z waszymi waginami wszystko jest w

porządku

Amerykańskie kobiety miały powód do niepokoju. Jak pisały czytane przez nie czasopisma, był to problem tak intymny i wstydliwy, że samo wspominanie o nim było prawie niemożliwe. Jeśli jednak nie poradzą sobie z nim natychmiast, mogą stracić mężów! „Chyba faktycznie to ja ponosiłam odpowiedzialność za to, że Stan zaczął się oglądać za innymi kobietami”, wyznała fikcyjna żona w znalezionej przez Kristę Torres z BuzzFeed.com reklamie z 1954 roku. „To nie tak, że nie wiedziałam nic o damskiej higienie osobistej. Stałam się… cóż… zapominalska”

Osoba ta bała się – mimo że nigdy nie użyłaby tego słowa – że jej mąż brzydził się zapachem jej waginy. Sposobem na to, by namiętność odżyła, było wyszorowanie jej sromu substancją tak toksyczną, że niszczącą każdą aktywność biologiczną zdolną wyprodukować odór. W trosce o los wiszącego na włosku małżeństwa miałaby użyć na sobie tego samego trującego środka dezynfekcyjnego, którego używała do czyszczenia toalet: lizolu.

Wykonawszy ten dramatyczny krok, miała odzyskać męża.

Te zawstydzające działania znalazły swoją niszę. Wiele kobiet w pierwszej połowie dwudziestego wieku natryskiwało się lizolem. Pierwotny producent – nowojorska firma Lehn & Fink – upewnił kobiety, że dezynfekcja ich krocza nie tylko złagodzi obrzydzenie ich mężów naturalnymi procesami kobiecego ciała, ale będzie również zupełnie bezpieczna.

Było to oczywiście kłamstwo. Aż do lat pięćdziesiątych lizol zawierał krezol, silny metylofenol szkodzący ludzkiej skórze i szkodliwy zwłaszcza dla

wrażliwych błon śluzowych – oczu, ust i genitaliów. Mimo to w celu ochrony małżeństw zachęcano kobiety do traktowania sromów jak brudnych umywalek. „Sięga głęboko do zmarszczek i szczelin, poszukując zarazków”, chwalono w ogłoszeniu. (To akurat była prawda. Wiele kobiet stosowało lizol w próżnej nadziei, że zabójca zarazków zadziała także antykoncepcyjnie).

Strategia marketingowa lizolu obarczyła połowę ludzkości odpowiedzialnością za skutki zdrowego funkcjonowania jej systemu reprodukcyjnego. Kobiety cierpiały od bolesnych przypaleń i bąbli, niektóre umarły, a mimo to pozwanie producenta i publiczne przedyskutowanie tych intymnych kwestii miało się nigdy nie wydarzyć.

Dlatego właśnie nasze organy płciowe to pierwszorzędne cele dla machin wstydu. Generują w nas głębokie lęki i niepewność. Nawet w bardziej wyzwolonych seksualnie czasach jesteśmy skłonni trzymać je w tajemnicy. Prywatnie odczuwany wstyd sprawia, że ludzie są podatni na kampanie budowane na sugestii i insynuacjach. Wspomniane stare reklamy lizolu jedynie wskazywały na możliwość występowania braku i że inni mogą o tym braku po kątach szeptać, może żartować. Było w nich jasne, że Stan nie powiedział swojej żonie, że go brzydziła – przestał po prostu na nią zwracać uwagę. Ile kobiet było w podobnym położeniu? Ile smarowało się lizolem patyczkami higienicznymi i raniło, próbując rozwiązać problem, który tylko sobie wyobrażały?

Może się to wydawać odległą historią, ale ten sam oparty na wstydzie rynek, na którym skupiał się lizol – kłopotliwe niedoskonałości naszych własnych ciał – jest bardziej dochodowy niż kiedykolwiek. Amerykanie wydają 40 miliardów rocznie na suplementy zdrowia, od pigułek do proszków, by powiększyć bicepsy, wyglądać świeżo albo zachować męskość bądź kobiecość (w zależności które się akurat sprzedaje). Podaż wynosi teraz pięćdziesiąt tysięcy produktów; dziesięć razy tyle co jeszcze dwie dekady temu.

Suplementy to tylko jeden segment rosnącego przemysłu zdrowia i dobrego samopoczucia stanowiącego system naczyń połączonych, których

waszymi waginami wszystko jest w porządku

każdy rodzaj – od żeli zapachowych do podcastów samopomocowych –odwołuje się do tych aspektów naszego życia, których działanie nie jest optymalne. Te naprawy mogą być fizyczne, kosmetyczne, emocjonalne, finansowe albo duchowe, ale wszystkie opierają się na prostym założeniu, że większość z nas jest poniżej normy: brzydka, chora, cuchnąca, niedoskonała seksualnie, za stara czy rozrzutna. Musi być coś, czego w sobie nienawidzimy, a te firmy zrobią wszystko, byśmy dowiedzieli się, czym to jest. Komercyjne możliwości są nieograniczone i podobnie do innych domen wstydu, o których mówiliśmy, sektor zdrowia i dobrego samopoczucia pełen jest zakłamanej nauki, oszukańczych statystyk i fałszywych obietnic. Niektórzy gracze tego ogromnego przemysłu aktualizują po prostu toksyczną komunikację z przeszłości. Weźmy Vagisil. Jak wskazuje nazwa, firma skupia się na tym samym rynku higieny intymnej, który prawie sto lat wcześniej wziął na cel lizol. Założony przez kobiety Vagisil promuje się wprost jako walczący z tabu rzecznik kobiecych ciał. Misja, którą wyznaje firma, w sposób bezpośredni konfrontuje się ze wstydem minionych dekad: „Od 1973 roku dajemy kobietom siłę do bycia bardziej otwartymi na temat zdrowia intymnego i poszukiwania rozwiązań, których potrzebują. Bez przepraszania. Bez piętna. Bez wstydu”. A jednak lukratywna i rosnąca gałąź branży Vagisilu idzie śladem lizolu, sugerując kobietom, że brzydko pachną i potrzebują się natychmiast chemicznie wyszorować. Jak pisze Jen Gunter, ginekolog-położnik i autorka The Vagina Bible, opisana powyżej linia higieny kobiecej „odwołuje się do pierwotnego lęku o czystość ścieżki reprodukcyjnej i okazała się żyłą złota”.

Jednym z niezwykle obiecujących rynków tej kampanii strachu jest nastolatka, która dopiero odkrywa swoje dorastające ciało i często pełna jest niepewności. Jeśli ktokolwiek uzna, że potrzebuje perfum w miejscach intymnych, będzie to właśnie nastolatka. Latem 2020 roku Vagisil wypuścił nową linię produktów dla nastolatków, OMV!, i wsparł ją energiczną kampanią w mediach społecznościowych. Przesłanie było takie, że dziewczynki

powinny być dumne ze swoich ciał, z wagin również. Jest to prawda. Ale był to tylko początek ostrzeżeń przed potencjalnymi problemami, z jakimi mierzą się nastoletnie dziewczynki. Czy te bardzo młode kobiety zdawały sobie sprawę z istnienia „menstruacyjnego zapaszku”, specyficznego zapachu występującego po menstruacji? Ktoś mógłby wydzielać ten zapach i nie zdawać sobie z tego sprawy, my, ludzie, słyniemy przecież z braku wrażliwości na własny zapach i nawet nasi bliscy przyjaciele często za bardzo się wstydzą, by poruszać z nami ten temat. Mówi się więc dziewczynkom, że jeśli pozwolą na to, by w ich majtkach pozostał choćby ślad brzydkiego zapachu, to ludzie mogą to zauważyć i naśmiewać się po kątach. Trzymaj głowę wysoko, brzmi przyjazna rada Vagisilu: „zapach waginalny to problem nas wszystkich, ale nie powinien cię powstrzymywać przed dbaniem o siebie. Więc następnym razem, jeśli będziesz się zastanawiać, czy jesteś jedyną kobietą na pilatesie, od której go czuć, wiedz, że nie i że nie masz się czego wstydzić”. Firma twierdzi, że pracowała z nastolatkami, by opracować wszelkiego rodzaju tampony i żele, „delikatne, wygodne i bardzo miło pachnące”. Młode klientki Vagisilu mogą otulić swoje sromy zapachem dojrzewającej brzoskwini, białego jaśminu czy magnolii drzewiastej. Wyposażone w spray osuszający o nazwie Odor Block mogą nawet pozbyć się nieprzyjemnego zapachu, zanim ten wystąpi.

Na zdjęciach na Instagramie kampania subtelnie łączy wyzywające anty-stygmatyzujące przesłanie z implikacją, że dziewczyny mają dobry powód, by każdego miesiąca się martwić. „Miesiączki są piękne, potężne i nigdy nie powinny być stygmatyzowane… KONIEC I KROPKA1. Skorzystaj z szansy zgarnięcia torby z produktami OMV! dla siebie i przyjaciółki, żebyście obie mogły czuć się świeżo i pewnie przez cały miesiąc…”.

1 W oryginale występuje gra słów, wykorzystująca podwójne znaczenie słowa „period”, tłumaczonego jako „kropka”, ale i jako „okres” w znaczeniu miesiączki. Dodatkowo w celu przyciągnięcia uwagi nastolatków słowo to jest wykorzystywane w slangowej postaci „periodt”, co jest celowym błędem ortograficznym [przyp. red.].

ROZDZIAŁ 6

Upokorzenie

i nieposłuszeństwo

Pewnego słonecznego Dnia Pamięci w 2020 roku czterdziestoletnia Amy Cooper, analityk finansowy, zabrała swojego cocker spaniela, Henry’ego, na spacer po nowojorskim Central Parku. Spuściła go ze smyczy w dzikiej części parku znanej jako The Ramble, popularnym wśród ornitologów rezerwacie natury. Kiedy jeden z nich poprosił ją, żeby wzięła psa na smycz, odmówiła. Wywołało to incydent na tle rasowym, który wkrótce rozniósł się po całym internecie.

Ornitologiem był pięćdziesięciosiedmioletni Christian Cooper, niespokrewniony z właścicielką psa. Nie za bardzo pasował do stereotypu groźnego mężczyzny – na szyi nosił lornetkę i miał ze sobą przewodnik po ptactwie. Miał miękki głos i podkreślił słowo „proszę”, gdy poprosił Amy o to, by nie spuszczała Henry’ego ze smyczy. Ale mimo łagodnego sposobu bycia i obycia w wyższych sferach, włącznie z dyplomem Harvardu i członkostwem w radzie New York City Audubon Society (nowojorskiego Towarzystwa Przyrodniczego), Christian Cooper posiadał jedną cechę wywołującą poczucie zagrożenia: był czarny. Amy Cooper powiedziała, że poczuła się niepewnie i wezwała policję. Ornitolog wyciągnął z kieszeni smartfon i nagrał to, jak fałszywie zeznała, że ją zaatakował.

Później tego samego dnia Christian Cooper zamieścił filmik na Facebooku wraz z opisem rozmowy, która miała miejsce, zanim Amy Cooper wezwała policję. W tym opisie nazwał ją „Karen”.

Mem z Karen – wówczas istniejący w przestrzeni internetowej dopiero od dwóch lat – odnosi się do białych kobiet obnoszących się przed czarnoskórymi ze swoimi przywilejami i władzą, zwykle przez proszenie w sporach z nimi o interwencję ich przełożonych lub policji. W 2018 roku jedną z takich „Karen” nagrano w Oakland w stanie Kalifornia, jak powiadamiała policję o pikniku rodziny Afroamerykanów, która wydała jej się nielegalnym barbecue w parku. Stała się znana jako „BBQ Becky”. W czerwcu 2020 roku w liberalnej dzielnicy New Jersey o nazwie Montclair kobieta imieniem Susan Schulz wykręciła 911, by powiadomić o tym, że jej czarnoskórzy sąsiedzi budują patio bez pozwolenia. Nazwano ją „Zezwoleniową Karen”.

Bycie nazwaną „Karen” i zostanie wyśmianą w sieci za nadużywanie przywilejów białej rasy to potężne i głęboko sięgające zawstydzenie. W ciągu paru godzin od telefonu Susan Schulz na policję dziesiątki sąsiadów i aktywistów w Montclair demonstrowało przed jej domem, wznosząc okrzyki i trzymając transparenty z napisami „Nie tutaj!”, „Czarne życia mają znaczenie” i „Białe przywileje to przemoc”.

Amy Cooper, psia spacerowiczka z Central Parku, zmierzyła się ze znacznie większą falą zawstydzania w telewizji i w mediach społecznościowych. Wyraziła skruchę i przeprosiła, ale już było za późno. Następnego dnia jej pracodawca, Franklin Templeton, zwolnił ją ze skutkiem natychmiastowym1: „We Franklin Templeton nie tolerujemy żadnego rodzaju rasizmu”, oświadczyła firma na Twitterze. Powiązanie z Karen, jak się wydawało, mogło zniszczyć reputację całego przedsiębiorstwa.

Jest to nowy smak wstydu. Jeszcze parę lat temu doniesienie białej kobiety na policję na, teoretycznie, groźnego czarnoskórego mężczyznę nie spotkałoby się z żadną reakcją. Właściwie mogła spodziewać się wyrazów

1 W momencie pisania tego tekstu pozywa swojego byłego pracodawcę za dyskryminację ze względu na rasę i płeć.

wsparcia ze strony policjantów, a nawet docenienia za zwrócenie im uwagi na potencjalny problem. Sugestia, że mogła być rasistką, wydawała się w jej grupie niedorzeczna. Rasistą mógł być jej wujek używający „słowa na n”2 podczas kolacji na Święto Dziękczynienia albo glina z Minneapolis, Derek Chauvin, który przyklęknął na szyi George’a Floyda i udusił go – co, tak się złożyło, miało miejsce tego samego dnia, co incydent z ornitologiem w Central Parku. Oni byli rasistami. Ale osoba donosząca na groźnego mężczyznę? Kiedyś uważano to za dopuszczalne zachowanie3. Jednak teraz, na skutek zmieniających się norm, to samo zachowanie zmieniło ją w potwora, a wstyd wylewał się na nią ze wszystkich stron.

Usieciowione machiny wstydu podsycają te konflikty i przyspieszają ich rozprzestrzenianie. Współczesna błyskawiczna komunikacja sprawia, że ludzie mają mniej czasu, by nadążyć za nowymi standardami i dostosować do nich poglądy i zachowania. Skutkiem są ogromne nieszczęścia i tarcia społeczne. Wstyd, zgodnie z przewidywaniami, wzmacnia ten dyskomfort. Jest siłą wymuszającą adaptację do oczekiwań społecznych.

Patrząc z perspektywy historycznej, zmiany tego rodzaju dokonywały się stopniowo. Przez większość XX wieku na przykład w wielu miejscach pracy powszechnie żartowano z gejów i odrzucano ich. Homofobia była normalnym zachowaniem. Jednakże wraz z rosnącą liczbą wychodzących z szafy osób – synów, córek i współpracowników – rosła też liczba osób i instytucji patrzących na otwartą homofobię krytycznym okiem. Nie tolerowano jej już. Stała się nienawistna. Norma się zmieniła i w wielu zakątkach kraju to homofobia stała się wstydliwa, a nie homoseksualność. Ewolucja postaw przeszła przez gospodarkę; branże takie jak moda czy rozrywka wskazały drogę, którą stopniowo obierali inni.

2 Chodzi o słowo nigger, czyli „czarnuch”, które ma bardzo pejoratywne znaczenie [przyp. red.].

3 Przypomnijcie sobie, jeśli możecie, aplikację SketchFactor z 2014 roku zachęcającą do zgłaszania takich potencjalnych niebezpieczeństw.

ROZDZIAŁ 8

Dobro wspólne

W akcie obywatelskiego nieposłuszeństwa do placówki Target w Ford Lauderdale na Florydzie wlał się rozdygotany z podniecenia tłum. Był wrzesień 2020 roku, pół roku po wybuchu pandemii COVID-19 w Stanach Zjednoczonych. Zgodnie z wymogami sklepu wszyscy w tłumie nosili maseczki. Krzycząc i wiwatując, uformowali koło, a następnie wyciągnęli telefony komórkowe i zaczęli nagrywać filmiki. Potem rozpoczął się protest. Zerwali maseczki i krążąc po sklepie, krzyczeli: „Zdejmijcie swoje maseczki! Jesteśmy Amerykanami!”.

Rozentuzjazmowana grupa buntowników otoczyła zamaskowanych sprzedawców, zachęcając ich do zerwania zasłon z twarzy. Niektórzy wycofali się, próbując uniknąć konfrontacji (i zagrożenia zdrowia). Inni ulegli zawstydzeniu, posłusznie zdejmując maseczki. Każdy taki przypadek wywoływał zachwyt wśród protestujących. Kolejny nawrócony na ich sprawę. Podczas pandemii maseczka znalazła się w centrum wstydu. Protestujący w tamtym sklepie na Florydzie występowali w imieniu swoich przyjaciół i followersów z sieci wstydu, a tym występem udało im się zawstydzić noszących maseczki za bierne uleganie autorytetom, za bycie idącą za stadem owcą. Inni tymczasem zawstydzali ludzi za nienoszenie maseczek. Jak stwierdził sędzia Sądu Najwyższego Clarence Thomas: „ w pewnych kontekstach istnieje ryzyko bycia potępionym, jeśli nie założy się maseczki”.

Każdy z konkurujących ze sobą strumieni wstydu kierowano na pewną kluczową wartość społeczną. Dla demonstrantów ze sklepu była nią obrona wolności: ci, którzy zastosowali się do nakazów – by rozciągnąć argument działaczy antymaseczkowych do hiperbolicznego ekstremum – kwestionowali prawo do samostanowienia, o które na przestrzeni wieków walczyło i umierało tysiące amerykańskich żołnierzy, nie wspominając o wizji, którą nasi praojcowie zawarli w Konstytucji.

Ten argument, oczywiście, brzmiał bezsensownie dla ludzi mieszkających w strefach zakażeń. Podczas pierwszego niszczącego wybuchu COVID-19 ci z nas, którzy mieszkali w Nowym Jorku, nie mogli zmrużyć oka, noc w noc nasłuchując dźwięków jadących przez ciemność karetek. Pandemia zabrała przyjaciół i krewnych wielu ludzi, a kolejne tysiące ryzykowały życiem w szpitalach i klinikach, ciężko pracując, by ratować innych. Konsensus był wyraźny: misją była ochrona zdrowia społeczności, szczególnie tych bardziej podatnych. Dlatego większość stosowała się w tym celu do tego, co naukowcy z rosnącą natarczywością wciąż powtarzali: maseczki chronią ludzi przed wirusem, zwłaszcza ratowników wykorzystywanych na pierwszej linii frontu. Nośmy je! Z perspektywy mojego osiedla noszenie maseczki było jak zatrzymywanie się na czerwonym świetle. Była to niewygoda zmniejszająca ryzyko, że się nawzajem pozabijamy. Nasza odpowiedzialność za siebie nawzajem przeważyła nad małym uszczerbkiem na naszej wolności reprezentowanym przez maseczki. Wymusiliśmy przestrzeganie tej zasady poprzez wstyd.

Miesiąc albo dwa po wybuchu pandemii mój mąż wyszedł na ulicę bez maseczki. Zapomniał o niej. Idąc chodnikiem, trzymał się od innych na dystans, ale czuł zawstydzające spojrzenia. Ktoś nawet powiedział mu coś nieprzyjemnego. Wrócił do domu wściekły i w widoczny sposób zraniony. Pracowałam już nad niniejszą książką i byłam ciekawa, jak wstyd na niego wpłynął. Jego rezultat był istotny – od tamtej pory nie wychodził z domu, póki nie był pewien, że ma na sobie maseczkę. W społeczności wspólnie

wyznawanych wartości, od zgromadzenia Pueblo w Nowym Meksyku do nowojorskiego Upper West Side, nie ma większej siły niż wstyd, by postawić ludzi do pionu.

Ale w sieciach społecznościowych zawstydzanie sceptyków maseczkowych może się wydawać zadufane, ostentacyjnie wystawiające prawość na widok. Widziałam to na feedach moich mediów społecznościowych. Oburzeni ludzie zamieszczali zdjęcia studentów na feriach wiosennych, balujących bez maseczek w barach i na plażach Florydy. „Marzymy o tym, by mieć własne miejsce, w którym moglibyśmy wyrażać poglądy, a robienie tego z bezpiecznego komfortu swojego salonu jest jednym z niewielu hobby wciąż dostępnych dla tych, co rzadko wychodzą z domu,” napisała Amanda Hess, felietonistka „The New York Times”.

To niezadowolone cmokanie wywołało drwiące zaczepki ze strony antymaseczkowców. Nie podzielali podobnych norm i zdawali się niewrażliwi na zawstydzanie. W swoim nieposłuszeństwie byli podbudowywani przez Trumpa w Białym Domu i jego stronników, którzy upolitycznili tę kwestię, utożsamiając noszenie maseczek z tchórzostwem. Zmienili je w ksenofobiczny mem, nazywając COVID-19 „chińskim” wirusem. Użytkowniczka Twittera pisząca jako @soniapatriot dorzuciła swoje trzy grosze: „Owce szaleją na punkcie maseczek zupełnie tak, jakby to MASKI były lekarstwem na chińskiego wirusa!! Najpierw Chiny wysyłają wirusa, a potem my kupujemy maseczki zrobione w Chinach. Wszystkie owieczki mają wybór. Zostańcie w domu albo załóżcie kaganiec”. Od tamtej pory twit usunięto. W oczach @soniapatriot noszenie maseczek stanowiło fizyczny sygnał poddania się strachowi, hipochondrii i obcym najeźdźcom.

Tymczasem w całym kraju, od ulicznych kafejek do rozgrywek softballa, nastapiły mniejsze dramaty. Robert Klitzman, profesor psychiatrii na Uniwersytecie Columbia, opisał niezręczność bycia jedyną osobą z maseczką na całej imprezie: „Parę metrów ode mnie przeszło dwoje ludzi pijących piwo bez maseczek. Zdawali się odrobinę niespokojni, jakby winni swoich

odsłoniętych twarzy i poczułem, jakby się zastanawiali, czy w związku z tym poddaję ich jakiejś ocenie albo nie do końca im ufam albo może po prostu jestem nietowarzyski”.

Gdy wirus zaczął zabijać w Mitchell w Dakocie Południowej, dyskusja na temat nakazów maseczkowych zdawała się dzielić miasteczko na pół. Wedle „The Washington Post” na pełnym kłótni spotkaniu przeciwnicy maseczek argumentowali, że cały zestaw pseudonaukowych osłon utrzyma wirus z daleka. Wahały się one od diet z dziko żyjących sardynek i wątrób z hodowanych na pastwiskach wołów do czystej kombuchy. Jedna kobieta porównała plemię antymaseczkowców do Żydów pod rządami Adolfa Hitlera: „Odsłonięta twarz jest nową gwiazdą Dawida nazistowskich Niemiec”. Tę linijkę w kolejnym roku podchwyciła Marjorie Taylor Greene, republikańska kongresmenka z Georgii, kojarzona także z popieraniem grupy QAnon. W miarę jak się wirus rozprzestrzeniał, konfliktowy punkt widzenia stawał się w coraz większym stopniu schronieniem dla politycznie zindoktrynowanych. Okazało się, że jeden z nich pracował z doktorem Anthonym Faucim, kierownikiem do spraw rządowych prób przeciwdziałania pandemii. Bill Crews, pijarowiec w National Institute of Allergy and Infections (Narodowym Instytucie Alergii i Chorób Zakaźnych), odzierał ze skóry swoich kolegów w internecie. Pisząc pod pseudonimem na prawicowej stronie RedState, Crews mieszał z błotem ludzi wymuszających noszenie maseczek i zamykanie placówek. „Gdyby była sprawiedliwość, wysłalibyśmy parę tuzinów tych faszystów na szubienicę i powiesilibyśmy ich usmolone ciała na łańcuchach, aż by im kończyny poodpadały”, napisał w czerwcu tamtego roku. Było to, oczywiście, szaleństwo. A trzy miesiące później, gdy został zdemaskowany i zwolniony, wielu jego zwolenników prawdopodobnie nosiło już – choć niechętnie – maseczki.

Gdyby chodziło o noszenie parasoli w ulewę albo kapeluszy do ochrony przed rakiem skóry, to nie byłoby mowy o konflikcie w takiej skali. Ale maseczki to co innego – w przeciwieństwie do parasoli czy kapeluszy chronią

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook