Issuu on Google+

Żałoba


Seria publicystyczna „Krytyki Politycznej” trzyma rękę na pulsie polskiej debaty publicznej. Publikowane w niej książki w prosty i bezpośredni sposób odnoszą się do najważniejszych wydarzeń polskiego życia politycznego i społecznego. Autorzy to znani i cenieni komentatorzy życia publicznego, których cechą rozpoznawczą jest nieszablonowe podejście do polskich sporów.


Żałoba

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

seria publicystyczna

IV


Od redakcji Postanowiliśmy zebrać i utrwalić na papierze publikowane na witrynie „Krytyki Politycznej” relacje z dziesięciu pierwszych dni po katastrofie pod Smoleńskiem oraz wydarzeń związanych z narodową żałobą po śmierci prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Jesteśmy przekonani, że idee demokracji, wolności słowa i krytycznego myślenia należy wcielać w życie nie tylko w okresie politycznej codzienności, ale także, a może przede wszystkim, w tych chwilach szczególnych, gdy dochodzi do wielkiej tragedii i wielkich zbiorowych emocji. Czy to oznacza – jak wielokrotnie nam zarzucano – że boimy się polskiego społeczeństwa, nie ufamy mu? Czy przeszkadza nam, że Polacy się zjednoczyli? Owszem, obawiamy się wielkich emocji, bo wiemy, że mogą prowadzić nie tylko do wielkich rozczarowań, ale także do wielkich błędów. Zanim uwierzymy w dalszy ciąga zdania, że „Wszyscy Polacy...”, wolimy przekonać się, czy jego początek jest w ogóle prawdziwy. Dlatego w tych szczególnych chwilach nie kontestowaliśmy uniesień, ale pragnęliśmy też posłuchać, co mają do powiedzenia ci, którzy bezrefleksyjnie im nie ulegli. Otwarcie przeciwstawialiśmy się tym, którzy zaczęli wzywać do zemsty na politycznych przeciwnikach albo zmuszać do ciszy wykraczającej poza dobry obyczaj oddania czci tragicznie zmarłym. Nie godziliśmy się na uleganie pozorom, że symboliczne miejsce i rocznica czynią przypadkową katastrofę ofiarą złożoną w jakimś celu. Nie godziliśmy się na to, że ten rzekomy cel po-


Wstęp

5

każą nam i zrealizują w imieniu zjednoczonego społeczeństwa przedstawiciele jednej opcji politycznej. Jako posłowie zamieszczamy trzy teksty, które powstały już po okresie żałoby. Dają one wyraz woli znalezienia wspólnego mianownika dla całej wspólnoty politycznej wstrząśniętej tragedią, a jednocześnie ostrzegają przed pojawiającymi się niebezpieczeństwami. Polskę z okresu żałoby pokazujemy także na zdjęciach Artura Żmijewskiego i Zofii Waślickiej. Oddając książkę w ręce naszych czytelników, jesteśmy przekonani, że przekazujemy coś więcej, niż pamiątkę wspólnego przeżywania tragedii i żałoby. W tym okresie nawet krótkie komentarze nabierały charakteru obrachunku z polskością. O tym, że czas żałoby ujawnił jej cechy szczególne, byliśmy w Polsce przekonani niemal wszyscy, choć w ocenach się różnimy. Oceny nasze i naszych autorów przedstawiamy poniżej.


DZIEŃ PIERWSZY, 10 KWIETNIA 2010, SOBOTA Delegacja przedstawicieli instytucji państwowych – m.in. Sejmu, Senatu, Kancelarii Prezydenta, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Narodowego Banku Polskiego, Sztabu Generalnego WP, a także szef Instytutu Pamięci Narodowej i Rzecznik Praw Obywatelskich – leciała na uroczystości rocznicowe do Katynia. Na pokładzie prezydenckiego samolotu było 96 osób, w tym prezydent RP, Lech Kaczyński wraz z żoną, Izabela Jaruga-Nowacka, Grażyna Gęsicka, Anna Walentynowicz, Jolanta Szymanek-Deresz, Tomasz Merta, Andrzej Przewoźnik. Samolot rozbił się podczas podchodzenia do lądowania w gęstej mgle. Nikt nie przeżył.


DZIEŃ drugi, 11 KWIETNIA 2010, NIEDZIELA


DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK


„ Śmierć to jedyna rzecz, której nie udało nam się całkowicie zwulgaryzować” Sławomir Sierakowski Wielu z nas wie, czym jest śmierć bliskiej osoby i wiemy, czym jest tragedia wielu ludzi naraz – media co dzień informują nas o jakiejś zbiorowej katastrofie gdzieś na świecie. Śledząc takie dramatyczne informacje, zdarzało nam się czuć dwuznacznie, gdy zdawaliśmy sobie sprawę, że hekatomba jest zawsze abstrakcyjna. Jakby ginęły liczby, a nie ludzie. Ale nigdy całe społeczeństwo nie mierzyło się ze śmiercią tylu osób, które w taki czy inny sposób znało z twarzy, imienia i nazwiska. Znów historia uczy nas szczególnej wiedzy o cierpieniu. Wiedzy, od której trudno zmądrzeć. Współczucie przerywają chwile irytacji. Jak naprawdę czujemy się, gdy teraz uświęcamy jeszcze niedawno krytykowanych i odwracamy symbole? Dlaczego stać nas dziś na pojednanie narodowe, a nie potrafiliśmy odpowiednio zachować się wczoraj? I czy nie powinniśmy dziś już wstydzić się za to, jak zachowamy się jutro? Czy musimy być zawsze narodem, którym rządzą trumny? Czy nie dlatego właśnie, że trzeba tragedii, abyśmy umieli wyjść na ulicę? Gdy otwieramy kościoły, dlaczego musimy zamykać teatry? Ale miał rację Aldous Huxley: „Śmierć to jedyna rzecz, której nie da się całkowicie zwulgaryzować”. W godzinie zbiorowych emocji narodu, który stracił swojego Prezydenta, staramy się uczcić śmierć każdego z tragicznie zmarłych. Od siebie chciałbym pomóc zapisać w zbiorowej pamięci osobę Tomasza Merty.


DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

13

Był nauczycielem uniwersyteckim moim i moich najbliższych przyjaciół, z którymi na jego seminarium przeglądaliśmy świeżo odebrane z drukarni próbne wydruki pierwszego numeru „Krytyki Politycznej”. Założyliśmy pismo o ideach, bo też chcieliśmy być tacy, jak ci, których książki czytaliśmy razem z Mertą i jego przyjacielem Dariuszem Gawinem. Chcieliśmy rozmawiać o wielkich postaciach polskiej historii, tak jak oni, którzy przez lata w poniedziałki wieczorami dla kilku, kilkunastu osób prowadzili półprywatne seminarium „Polskie zmagania z historią”. To tam czuliśmy się wyróżnieni, że możemy czytać i rozmawiać o najważniejszych tekstach polskiej inteligencji, jakby były napisane wczoraj i dla nas. Tomasz Merta chciał, żeby jego studenci znali i rozumieli nie tylko Miłosza, Herberta, Cywińskiego, Michnika, Tischnera, Janion, ale także Słonimskiego i Dmowskiego, Borowskiego i Wasiutyńskiego, Gombrowicza i Wyszyńskiego, Kuronia i Moczulskiego. Ale uczyliśmy się jeszcze czegoś więcej: ambicji i skromności, nieunikania konfliktu, ale szanowania przeciwnika, zajmowania wyraźnego stanowiska, ale szczerego zainteresowania poglądami drugiej strony. Umiejętności uczenia się od adwersarza. Nie za cenę letniości. I nie tylko pośmiertnie. Merta był zbyt skromną osobą, by szukać go na pierwszych stronach gazet. I zbyt charyzmatyczną, by został kiedykolwiek zapomniany. Jemu udało się „być jak oni”. Był urzędnikiem intelektualistą przypominającym bardzo przedwojennego Jerzego Giedroycia, państwowcem konserwatystą trochę na kształt Adolfa Bocheńskiego, człowiekiem instytucji jak Adam Skwarczyński. Zrealizował swój cel, wybrał drogę „człowieka pracy państwowej”. Wyznawaliśmy od początku inne poglądy, ale mieliśmy wrażenie, że nas to uprzywilejowuje, bo więcej możemy się nauczyć, częściej dyskutować, bardziej się sprawdzić. Dziś opła-


14

Ż ałoba

kują go wszyscy, których uczył, i którzy z nim współpracowali. Nie sposób rozpoznać ich po poglądach, ale łatwo po postawach. Tomasz Merta idee wcielał w życie. Także w nasze życia. Ostatni raz rozmawiałem z nim, prosząc, by w ramach „Uniwersytetu Krytycznego”, który Krytyka Polityczna organizuje w Centrum Kultury Nowy Wspaniały Świat w Warszawie, poprowadził seminarium o sporach ideowych w dwudziestoleciu międzywojennym. Zgodził się od razu, choć było jasne, że jest jednym z najbardziej zapracowanych ludzi w Polsce. Zajęcia miały zacząć się w tym roku. Princeton, 12 kwietnia 2010


Polityka śmierci Cezary Michalski Szanuję ludzi, nie szanuję symbolu. Szanuję każdą ofiarę Katynia, wtedy i teraz, każdego człowieka, który tam zginął. Nie szanuję Katynia jako symbolu polityki historycznej, polityki śmierci. Polityki historycznej, znów nie jako zwyczajnego obowiązku pamiętania – w programach nauczania, w badaniach historycznych, w historycznych i beletrystycznych książkach – ale jako metody politycznej zbudowanej na fascynacji śmiercią, a na poziomie strategii i taktyki polegającej na szantażowaniu się wzajemnie, budowaniu „hierarchii ofiar”, czynieniu z odpowiednio wymodelowanej pamięci historycznej maczugi w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Pamiętam, jak Dawid Warszawski, w jednej z niekończących się dyskusji o cierpieniu Żydów i cierpieniu Polaków, napisał straszne zdanie, że na szczycie hierarchii ofiar jest miejsce tylko dla jednego narodu. Pisał to z fatalizmem, ze smutkiem – jak to teraz rozumiem, bo wtedy krew mnie zalewała – a jednak była to formuła, która podpowiedziana Polakom musiała ich niszczyć. Mieliśmy wystarczającą liczbę ofiar, by bić się o jedno z najwyższych miejsc na tej egipskiej piramidzie śmierci. I traktować każdy stopień niżej jako realną klęskę polityczną, „despekt” wymagający „pomszczenia”. I znowu, są sytuacje, w których „polityka historyczna”, „polityka pamięci” jest mniej chora albo przynajmniej bardziej „nie-


16

Ż ałoba

unikniona”. W latach 70. i 80. ubiegłego wieku każdy spiskujący chłopak czy dziewczyna jechali w jakimś momencie na Powązki, na groby powstańców, na grób Rydza Śmigłego, na symboliczną kwaterę katyńską, na groby przegranych..., bo angażowali się przecież politycznie głównie po to, żeby ich „pomścić” zgodnie z benjaminowską zasadą polityki jako oddawania głosu „niemym ofiarom”, tym, którym aktualni zwycięscy, aktualni rządzący, nawet aktualni historycy, „odebrali głos”. Ale po roku 1989, 1997, 2005 – wraz z przywróceniem rocznic, wiedzy, dokumentów – powód do fascynowania się śmiercią powinien był ustać. Jeśli nie od razu, po roku 1989 – tym, dla wielu, wątpliwym zwycięstwie – to kult śmierci powinien się skończyć wraz z kolejnymi zwycięstwami partii i polityków wciąż budujących swoją legitymizację na tej benjaminowskiej zasadzie. Skoro jednak kolejne formacje w polskiej polityce wygrywały już „w imieniu ofiar przeszłości”, skoro w imieniu ofiar wsiedli już do swoich czarnych lancii, powinni byli zostawić ofiary w spokoju. Tak się jednak nie działo, przez całe minione dwadzieścia lat każde podniesienie temperatury politycznej walki, każda nieudolność rządzenia albo zarządzania politycznym konfliktem znowu wymagała przywołania w samym środku międzypartyjnego politycznego piekła powstańców warszawskich, oficerów z Katynia lub choćby bitych przez ZOMO stoczniowców i studentów. Ze mnie pasja do „polityki historycznej” opadła jednego dnia. Kiedy zobaczyłem widowisko historyczne, zorganizowane przez jakichś „muzealników”, chyba w 2006 roku, gdzie młodzi ludzie przebrani za ZOMO okładali pałkami młodych ludzi udających manifestantów z lat 80. Robiono sobie przy tym zdjęcia do albumów, w kadrze pojawiali się dorośli politycy… Rzygać mi się chciało i nic więcej. Nic nie mogę wiedzieć o tym, co przeżywali powstańcy warszawscy czy ludzie w barakach Starobielska, ale


DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

17

lata 80. pamiętam: upokorzenie, bezsilność, poniżenie… I to wszystko miałoby być zakłamane, wyniesione na ołtarz, przedstawione jako ostatnie piękne heroiczne chwile polskiej historii, które powinniśmy powtarzać w obleśnym historycznym widowisku z użyciem młodzieży? Ani estetyka, ani etyka. Nie potrafiłem już też oglądać polityków, postaci publicznych, ludzi, którzy przeżyli, którym się w życiu powiodło, misteryjnie pozujących na grobach. Z każdym kolejnym rokiem zaczynało mnie też coraz bardziej zdumiewać to, że zamiast wspominać z szacunkiem ofiary Powstania Warszawskiego jako ofiary błędu, wydarzenia, którego należy unikać, unikać okoliczności politycznych, w których popełnienie takiego błędu będzie możliwe, zaczęło się przywoływanie Powstania Warszawskiego jako najlepszego, najszlachetniejszego, najpiękniejszego, co się Polakom przydarzyło, co wręcz trzeba cyklicznie powtarzać (Rymkiewicz), żeby Polska nie przestała być Polską. Polityka historyczna miała się sprawdzić jako narzędzie polityki zagranicznej. Też się nie sprawdziła. Chcieliśmy za pomocą polityki historycznej odbudować sarmackie imperium, upokorzyć Niemcy i Rosję, tymczasem to nas zaczęli upokarzać Ukraińcy i Litwini. Bo w sarmackim imperium były i polskie ofiary, i ofiary Polaków. Nie byliśmy aż tak w swojej historii bezsilni (całe szczęście, bo idealna ofiara, doskonale bezsilna i bierna, to hipostaza chyba najobrzydliwsza spośród tych, które człowiek zdołał sobie wymyślić: nawet Chrystus, zanim jeszcze został opakowany w lament naszych babć, wcale taki nie był, on był fajnym, agresywnym bluźniercą, który „sam się prosił”). Nie byliśmy tak bezsilni, żeby się nie dało znaleźć narodów i ludzi, którzy i przeciwko Polakom chcieli uprawiać politykę historyczną. Od samego początku można się było spodziewać, można było


18

Ż ałoba

być pewnym, że to się tak skończy. Nawet dziecko powinno to wiedzieć, ale paru dorosłych, z tytułami profesorskimi, nie miało o tym pojęcia. Prezydencki samolot nie powinien był podchodzić do lądowania w Smoleńsku, powinien był polecieć na lotnisko bez mgły. Ale najbliższe takie lotniska były w Mińsku i w Moskwie. Samolot nie poleciał ani do Mińska, ani do Moskwy, bo stamtąd jego pasażerowie nie dojechaliby na uroczystości. Spóźniliby się na obchody. Żal mi dwustu tysięcy cywilów, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim w potrzasku pomiędzy Hitlerem, Stalinem i własną elitą, niepamiętającą, że jej podstawowym zadaniem jest ochronienie tych ludzi, utrzymanie ich przy życiu. Żal mi kilkunastu tysięcy dzieciaków z opaskami, którym ich dowódcy powiedzieli, że wychodzą na kilka godzin, maksymalnie na kilka dni heroicznej, estetycznej zabawy, w swoich długich butach, panterkach i z jednym pistoletem na pluton, a w rzeczywistości wychodzili do rzeźni i pozostali w tej rzeźni przez 63 dni, choć ofiary każdego z tych dni przesądzają wyrok historii na niekorzyść politycznego i wojskowego kierownictwa Powstania Warszawskiego. Dlatego najbardziej żal mi tych, którzy lecieli do Katynia w imię nie swojej sprawy, jako zakładnicy nie swojej doktryny polityki historycznej, jako zakładnicy nie swojej fascynacji śmiercią, jako zakładnicy nie swojej wojny PO z PiS. Żal mi Izabeli Jarugi-Nowackiej, która nie była wyznawczynią polityki historycznej, polityki śmierci, ale leciała tam jako jej zakładnik, jako przedstawicielka parlamentu. Żal mi Tomasza Merty, który został tam wysłany z rozdzielnika, jako ofiara nie tylko polityki historycznej, której wcale nie był bezrefleksyjnym wyznawcą, ale także jako zakładnik wojny PO-PiS, w której nigdy nie chciał uczestniczyć. Gdyby nie


DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

19

wojna PO-PiS, razem z prezydentem lecieliby przecież ministrowie z PO, szefowie resortów, a tak, chodziło o niepomaganie „Kaczorowi” w kampanii prezydenckiej, nieinwestowanie w „te drugie”, „nie tuskowe, ale pisowskie” obchody katyńskie, więc polecieli wiceministrowie: obrony, spraw zagranicznych i kultury. I dlatego zginął Tomasz Merta, współpracownik Kazimierza Ujazdowskiego z „autorytarnego PiS-u”, który jednak pozostał w ministerstwie kultury także pod Bogdanem Zdrojewskim ze „zdradzieckiego PO”. W ogólnym czyszczeniu personalnym „do kości”, jakie w Polsce towarzyszy każdej zmianie władzy, jego nie wyczyszczono, bo wszyscy wiedzieli, że jest dobrym urzędnikiem państwowym, który ponad histerię PO-PiS-owej wojny przedkłada kontynuację o wiele ważniejszych projektów, instytucji, procedur. We wszystkich pokłóconych śmiertelnie towarzystwach (sam należę do kilku takich) on usiłował być normalny, kooperować, organizować dotacje zarówno na „Frondę”, jak i na „Krytykę Polityczną”, zarówno na książki o „lewicowym”, jak i „prawicowym” wydźwięku. Był państwowcem bardziej niż ci, którzy go do samolotu wysłali, i bardziej niż ci, którzy go w samolocie przyjęli. Miał zadatki na urzędnika państwowego, a nie partyjnego. Żal mi Grzegorza Dolniaka, który próbował zachować człowieczeństwo w PO-PiS-owej wojnie na górze. Nie przepraszał za swoją partię, nie giął twarzy w pełnym hipokryzji ubolewaniu za „zbyt brutalne zachowanie swoich partyjnych kolegów”, szczególnie nie czynił tego przed dziennikarzami, a jednak nie lubił być rzeźnikiem, źle się w tym czuł, to było po nim po prostu widać. Dlatego poleciał z Lechem Kaczyńskim, bo PO-wiaków do tego samolotu szukano z łapanki. Nikt z nich nie chciał być w samolocie z prezydentem, bo każdy wiedział, że atmosfera może być nieprzyjemna, jak zwykle. Nie polecieli zatem ci, którzy najbardziej lubią się pokazać w świetle jupiterów, a poleciał Dolniak.


20

Ż ałoba

Żal mi załogi samolotu, żal mi BOR-owców… Żal mi wszystkich na pokładzie tego samolotu, którzy nie wyznawali doktryny polityki historycznej, a jednak na jej ołtarzu zostali złożeni. Ich żal mi najbardziej. Na 24 godziny przed drugą katyńską tragedią w radiu usłyszałem jednego z kustoszy, który mówił o najbardziej szokującym katyńskim odkryciu ostatnich dwudziestu lat. Wiele lat temu, tuż po 1989 roku, jakiś Rosjanin, może Białorusin, może Ukrainiec, sprzedawał na bazarze, mocno jeszcze przerażony ewentualnymi konsekwencjami, przedmioty, które dziadek znalazł przy drodze, którą dzień za dniem, w jedną tylko stronę, prowadzono kolejne grupy polskich oficerów. Idąc, rzucali do rowu osobiste przedmioty, chcąc, żeby ktoś je znalazł, chyba już wiedzieli o losie swoich poprzedników. Wśród rzeczy znalezionych w tym rowie, a potem przemyconych i sprzedanych naszemu muzealnikowi przez anonimowego szmuglera zza wschodniej granicy, był kawałek sztandaru i listy do rodzin. Muzealnik powiedział w radiu, że najcenniejszy jest kawałek sztandaru, że to jest „relikwia”, „centralny eksponat naszej nowej wystawy”. Nie rozumiał, że jedyną katyńską relikwią są te listy. Konkretnych ludzi, którzy zaraz przestaną istnieć, do żon, dzieci, przyjaciół. Przecież nawet chrześcijaństwo to była inwestycja Boga w człowieka, w każdą konkretną jednostkę, inwestycja potwornie optymistyczna (wszyscy apokaliptycy do dziś uważają, że była to inwestycja nieudana, zbyt optymistyczna). Nie w sztandar, nie w totem, nie w hipostazę, nie w ideę, ale w realne ludzkie biografie (jeśli gdziekolwiek jeszcze chrześcijaństwo czy katolicyzm nie stały się ponownie magią, jacyś chrześcijanie czy jacyś katolicy muszą przecież jeszcze o tym pamiętać). Relikwia sztandaru, relikwie polityki historycznej – to stara, przedjudeochrześcijańska magia. To tylko totemy. Relikwią jest każde pojedyncze życie, każda


DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

21

pojedyncza biografia, choćby najbardziej pokręcona. Polityka po Chrystusie i po Oświeceniu musi służyć życiu, a nie magicznemu totemowi śmierci. Czy dwa Katynie przybliżą nas do tej wiedzy? Czy pomogą wyjść Polakom z „samozawinionej niedojrzałości”? Czy też jeszcze głębiej nas w to wpakują?


Polska katastrofa David Ost Czy to, co się dzisiaj zdarzyło, zdarzyło się naprawdę? Czy prezydent Polski zginął w katastrofie samolotu wraz z małżonką, dziesiątkami parlamentarzystów, dostojników państwowych, działaczy partyjnych i przywódców wojskowych? Do wypadku doszło w Rosji – kraju, do którego polscy politycy, o ile w ogóle podróżują, nie udają się tak liczną grupą. Dziś jednak wybrali się tam, by w lesie katyńskim uczcić 70. rocznicę masowego mordu tysięcy polskich oficerów dokonanego przez stalinowską Rosję. Miałem okazję poznać Lecha Kaczyńskiego, zmarłego prezydenta. Spotkaliśmy się w 1999 roku, w drodze do Ann Arbor na konferencję zorganizowaną w 10. rocznicę okrągłego stołu. Zaskoczyło mnie, że sprawiał wrażenie człowieka nieśmiałego, małomównego, niepewnego siebie. Nie są to cechy, których się spodziewamy u przyszłego prezydenta państwa. Kaczyński jednak wolał chyba być cichym, skromnym reprezentantem grup marginalizowanych niż wielkim politycznym liderem. Był gwiazdą filmową jako dziecko, potem twardym antykomunistycznym opozycjonistą, w latach 80. został członkiem „Solidarności”. Gdy w 1990 roku inni związkowcy zaangażowali się w politykę, pełnił de facto funkcję przewodniczącego „Solidarności”. Później jednak dał się wciągnąć w politykę, być może pod naciskiem Jarosława Kaczyńskiego – samotnika, który poświęcił całe życie polityce, ale do szczęścia potrzebował wsparcia swojego brata bliźniaka.


DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

23

Jeśli prezydent Kaczyński rzeczywiście wszedł do polityki dla swojego brata, to decyzja ta współgrała z jego charakterem. Przez całe życie przejawiał wrażliwość społeczną. Opiekował się ludźmi, którzy nie zawsze sami umieli sobie pomóc. Równie dobrze mógł być jednym z nich. Gdy poznałem Lecha, trzymał się z dala od barwnych polityków, którzy wraz z nim przybyli na konferencję. Pamiętam, jak po wieczornej dyskusji panelowej udaliśmy się grupą do baru. Lech szedł sam, jakieś pięć kroków za nami. Gdy grupa – Adam Michnik, supergwiazdor i dysydencki teoretyk, Dawid Warszawski, sławny dziennikarz podziemia, i Mieczysław Rakowski, były premier – wchodziła do środka, jeden z nich odwrócił się do Kaczyńskiego i zrobił gest zapraszający do środka. „Mogę?” – nieśmiało zapytał przyszły prezydent. Sympatia Kaczyńskiego wobec maluczkich mogła brać się z faktu, że sam czuł się jednym z nich. Nic więc dziwnego, że gdy już został prezydentem, zdawało się, że niespecjalnie lubi swoją pracę. Jego język ciała mówił, że obowiązki głowy państwa, wizyty zagraniczne czy występy w telewizji sprawiają mu dyskomfort. Z tego powodu nie cieszył się dobrą opinią na Zachodzie: zagranicznym politykom zdawało się, że w ten sposób wysyła im komunikaty, do których nie przyznałby się otwarcie. Kaczyński czuł się nieswojo w kontaktach z członkami rządu, rozluźniając się jedynie w prywatnych rozmowach z ludźmi spoza elity. Pamiętam, jak rozmawialiśmy w 1999 roku w kawiarni w parlamencie. Pamiętam jego szeroki uśmiech i żartobliwość, które natychmiast znikały, gdy tylko którykolwiek członek rządu podchodził, by zamienić z nim parę zdań. Dlaczego ubiegał się o fotel prezydenta? Możliwe, że też w ramach braterskiej przysługi. W sztabie wyborczym, na wieść o zwycięstwie, nowy prezydent swoje pierwsze swoje słowa skie-


24

Ż ałoba

rował do brata: „Panie prezesie, melduję wykonanie zadania”. Przez półtora roku, gdy jego brat pełnił funkcję premiera, Lech był cichym prezydentem. Kiedy opozycyjna Platforma Obywatelska wygrała wybory w 2007 roku, prezydent Kaczyński stał się bardziej aktywny, zbyt często w sposób ostry i hałaśliwy. To również zdawało się wynikać z pewnego niedopasowania, z niemożności pełnego wejścia w przydzieloną rolę. Sprawiał wrażenie, że naprawdę nie zależy mu na elitach – nawet gdy sam stał się ich członkiem. To prawda, że poza kilkoma celnymi wetami niewiele uczynił dla zwykłych ludzi w czasie swej prezydentury. Potrafił też być złośliwy i lekceważący dla tych, którzy nie zgadzali się z jego wizją polskości, czego dowiodła jego polityka wobec gejów. A jednak, podobnie jak w przypadku Lecha Wałęsy, było coś zaskakująco radykalnego – populistycznego w najlepszym tego słowa znaczeniu – w objęciu przez kogoś tak nieporadnego w oficjalnych sytuacjach stanowiska prezydenta. Prawdopodobnie przegrałby zaplanowane na jesień tego roku wybory prezydenckie. Introwertyczna osobowość i niezgrabna publiczna prezencja nie wzbudziłyby zaufania wyborców ery medialnej, a jego kłótnie z popularnym premierem zraziły wiele, szczególnie młodych osób. W obecnej sytuacji wybory odbędą się w ciągu dwóch miesięcy i wszystko może się wydarzyć. Główny rywal Kaczyńskiego, marszałek sejmu Bronisław Komorowski, zgodnie z konstytucją pełni obecnie obowiązki prezydenta. Kto będzie jego przeciwnikiem w wyborach? W PiS-ie nie ma „naturalnego” następcy Lecha Kaczyńskiego. Jego brat jest osobowością zbyt zniechęcającą, aby zostać wybrany, drugi pod względem popularności lider partii może jeszcze bardziej zrazić wyborców. Natomiast wiceprezes PiS-u również zginęła w katastrofie samolotowej.


DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

25

Cóż za tragiczna ironia, że wypadek ten zdarzył się w Rosji! Jedyną „dobrą” rzeczą, która może z tego wszystkiego wyniknąć, jest odmrożenie stosunków polsko-rosyjskich, które zaczęły się ocieplać już parę dni wcześniej, gdy premier Donald Tusk i Władimir Putin spotkali się w Katyniu, by uczcić ofiary masakry. Kaczyński miał przylecieć dzisiaj, ponieważ nie chciał się spotkać z Putinem, pragnął natomiast uczcić rocznicę wydarzeń z 1940 roku wyłącznie w gronie Polaków. Putin zadeklarował, że będzie osobiście przewodził oficjalnemu śledztwu mającemu zbadać okoliczności katastrofy. Prawdopodobnie będzie ono jawne dla obserwatorów, zwłaszcza że wszystko wskazuje na to, że Rosjanie faktycznie próbowali zapobiec tragedii: samolot z prezydentem na pokładzie próbował wylądować wbrew zaleceniom rosyjskiej kontroli lotów, która zawracała inne samoloty, jednak nie miała prawa uczynić tego w przypadku polskiego samolotu prezydenckiego. Mieszkańcy Moskwy składają kwiaty pod ambasadą RP w Moskwie, polscy politycy i rodziny ofiar przybywają na miejsce wypadku. Możliwe, że odczują niespodziewaną więź z rosyjskimi urzędnikami wspierającymi ich w chwili rozpaczy czy ratownikami wydobywającymi wrak samolotu z lasu. Polacy, którzy nieczęsto mieli do czynienia z opiekuńczą stroną rosyjskiej natury, teraz staną z nią twarzą w twarz. Można wymyślić wiele zaskakujących scenariuszy, ale jakże niewyobrażalne wydaje się to, że w miejscu przerażającej zbrodni wojennej z 1940 roku może dziś rozpocząć się pojednanie. Wstrząsające śmiertelne żniwo tego wypadku jest trudne do wyobrażenia. Dopiero z trzeciego artykułu, jaki przeczytałem, dowiedziałem się o śmierci Izabeli Jarugi-Nowackiej, czołowej feministki w polskim parlamencie. A dopiero w czwartym odkryłem, że zginęła prawdziwie legendarna postać, o czym pra-


26

Ż ałoba

sa światowa prawie nie wspomina: osiemdziesięcioletnia Anna Walentynowicz, skromna pracownica Stoczni Gdańskiej, której zwolnienie doprowadziło do powstania „Solidarności” w 1980 roku. Śmierć jej samej spowodowałaby w Polsce ogólnonarodową żałobę. Teraz dowiadujemy się o tym przy okazji, czytając o członkach klasy politycznej, którzy zginęli wraz z nią. przeł. Agata Tomaszewska Tekst ukazał się również w amerykańskim tygodniku „The Nation”.


Wspomnienie o Izabeli Jarudze-Nowackiej Magdalena Środa Zadzwoniła do mnie w sierpniu 2004 roku. „Magda, zostaniesz ministrem do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn? Przyjedź na rozmowę z premierem”. „Jezu – pomyślałam – po co mi taka funkcja? Po co tyle bałaganu?”. Z drugiej strony, byłam świeżo po obronie habilitacji. Jak przedziurawiony balonik. Przez ostatnich siedem lat wyłącznie czytałam. Byłam niezłym teoretykiem. Może więc sprawdzę się jako praktyk? Zjechałam z wakacji do jej biura. Znałam je doskonale, od wielu lat współpracowałam z Izą, która była wtedy Pełnomocnikiem Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn. Przygotowywałam teksty, projekty, jeździłam na konferencje. Właściwie robiłam to dla niej. Nie miałam wtedy specjalnej wiary, że w tym konserwatywnym kraju coś naprawdę się zmieni. Nie miałam poczucia władzy ani żadnych możliwości politycznego działania. To Iza nadawała polityczny kształt wszelkim kobiecym inicjatywom. Nigdy nie traktowała ich jako narzędzia własnej kariery. Zabrzmi to naiwnie, ale to, co robiła, naprawdę robiła dla kobiet. Mnóstwo mnie nauczyła, potrafiła bowiem doskonale poruszać się po świecie, który ja uważałam za obcy. Po „podziemnym” świecie polityki. Świecie pełnym agresji, ambicji, chamstwa. Była jak te kobiety, które porywały Erynie do podziemnego księstwa bogini Hekate, by je nauczyć poruszania się


28

Ż ałoba

w świecie ciemności. W świecie męskiej polityki. Choć nie była z tego świata. I nie chciała być. Było w niej mnóstwo idealizmu, jakiejś silnej wiary, że trzeba o coś walczyć, coś robić, czemuś być wiernym. Że polityka to miejsce skutecznego działania o jakieś dobro wspólne. Gdy mogła, była niesłychanie aktywna i skuteczna, gdy nie mogła, była jak skała: trwała przy pryncypiach, przy niewygodnych ustawach, które tkwiły w przepastnych czeluściach „zamrażarek” kolejnych marszałków. Walczyła o sprawy trudne, mało spektakularne, marginalizujące polityków. No bo przecież ktoś, kto zajmuje się prawami reprodukcyjnymi kobiet, ich statusem społecznym, miejscami na rynkach pracy – nie może być w dzisiejszym parlamencie uważany za poważnego polityka. Władzę i prestiż buduje się na sporcie, biznesie, polityce zagranicznej, ewentualnie walce z korupcją, nie na prawach kobiet. Iza szła pod prąd, wbrew politycznemu mainstreamowi. Zawsze sobie myślałam: to cud, że w tym oszalałym parlamencie jest ktoś taki. Silna, odważna, niedbała o własną karierę, z zawsze włączonym telefonem, zawsze gotowa pomóc. Pamiętam jakąś debatę w Sejmie. Na moje wystąpienie zeszły się wszystkie parlamentarne dziwadła. Nic tak nie pociąga posłów prawicy, jak kobieta, która mówi o prawach kobiet. Można wtedy zabłysnąć jako polityk, jako miłośnik Jezusa i jako obrońca wiecznego porządku. Toteż obecność z prawej strony sceny była ogromna. Poseł zwany „Plemnikiem” brylował, poseł Cymański, który myśli, że jest myślący i nie wie, jak bardzo się myli – rozkwitał. Powiedziałam swoje i nie chciało mi się reagować na komentarze. Iza wzięła to na siebie. Była świetna w bezpośrednich ripostach. Zadziorna, szybka, bezkompromisowa. A jednocześnie – wielka dama. Często ratowała mnie z opresji, była jak przewodnik po piekle. Siedząc wtedy w ławach rządowych,


DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

29

pomyślałam: nie każdemu to dane, żeby być politykiem w polskim parlamencie. Jakie to cudowne, że jest Iza! Jest zrobiona z innego materiału. Jak skała. A jaka piękna! Bo była piękna… W ciągu ostatnich miesięcy wiele razy dzwoniłyśmy do siebie. „Chodźmy na kolację – mówiła. – Pogadamy”, „Tak, tak – odpowiadałam. – Jak tylko wrócę z konferencji, sprawdzę prace, przeczytam….”. Potem ja dzwoniłam: „Zaprośmy Hanię Bakułę, Zbyszka Izdebskiego, wypijmy wino”. Iza mówiła: „Wiesz, mam Gdańsk, potem parlament…”. Miałyśmy się spotkać w tym tygodniu… Brak mi będzie jej uśmiechu, pewności siebie, wiedzy, wsparcia, ciepła, mądrości, serdeczności. „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Dodajmy: „Starajmy się pokochać politykę bez tych, którzy odeszli i którzy czynili ją godną zaangażowania”. Trudne to zadanie.


 spomnienie o Annie Walentynowicz i Marii W i Lechu Kaczyńskich Henryka Krzywonos Nie znajduję słów, by wyrazić to, co czuję po katastrofie w Smoleńsku. Anna Walentynowicz była bardzo bliską mi osobą i na zawsze zostanie w moim sercu. Wiele razem przeżyłyśmy. Była starsza, pozwalałam jej mówić różne rzeczy – uważałam, że ma do tego prawo. Zawsze stałam za nią murem. Będę ją pamiętać za strajki w 1980 roku, za tamtą walkę, przede wszystkim jednak za to, jaką była osobą. Mało kto wie, że Ania pomagała chorym, nosiła im na przykład obiady do domów. Lech i Maria Kaczyńscy również byli moimi znajomymi. Spotykaliśmy się przy różnych okazjach, jeszcze przed prezydenturą Leszka i w jej trakcie. Marię widziałam ostatni raz w czerwcu zeszłego roku na Kongresie Kobiet. Miałam też zaproszenie na opłatek z okazji ostatnich świąt Bożego Narodzenia, lecz ze względu na pogodę nie dojechałam. Rozmawialiśmy potem przez telefon. Zastanawiam się teraz: może gdybym dojechała na ten opłatek, tobym siedziała z nimi w tym samolocie? Z Leszkiem rozmawialiśmy na różne tematy. Był fantastycznym facetem: dowcipnym, wesołym, można się było z nim dogadać. Byli z Marią wspaniałym małżeństwem. To najsmutniejszy dzień w moim życiu. not. JS


Zginęły bardzo ważne kobiety Joanna Kluzik-Rostkowska W katastrofie w Smoleńsku zginęły bardzo ważne kobiety: dla mnie, dla mojej partii i dla polskiej polityki. Z Grażyną Gęsicką, szefową klubu parlamentarnego PiS, i Aleksandrą Natalli-Świat, wiceszefową partii, połączyła mnie wspólna zeszłoroczna kampania wizerunkowa PiS-u. To wtedy zaczęłyśmy blisko współpracować. Grażyna przyciągnęła do wspólnego działania także inne posłanki PiS-u: Elżbietę Jakubiak, Elżbietę Kruk i Elżbietę Rafalską. Łączyła nas też czysto ludzka zażyłość, pomagałyśmy sobie. Zawsze, kiedy miałam coś do obgadania, jakiś pomysł czy koncepcję, dzwoniłam do Grażyny, żeby to skonsultować. Jej śmierć to dla mnie bardzo duża strata z wielu powodów. Przede wszystkim była mi bardzo bliska poglądami, gdyż tak jak ja reprezentowała liberalne centrum PiS-u. Do tego dobrze się rozumiałyśmy i bardzo lubiłyśmy. Grażyna była człowiekiem pracy, takiej „u podstaw”. Przypominam sobie teraz taką sytuację: przygotowywałyśmy wspólnie konferencję na temat informatyzacji Polski. Opracowywałyśmy materiały, zastanawiałyśmy się nad koncepcjami i doborem współpracowników. Dla mnie, byłej dziennikarki, punktem kulminacyjnym całego przedsięwzięcia była sama ta konferencja prasowa. Dla Grażyny to był zaledwie początek. Zaraz po niej poprosiła mnie o szybkie przygotowanie założeń do ustawy. Dla niej praca kończyła się w momencie przeprowadzenia ustawy przez Sejm, cała ta medialna otoczka różnych przedsięwzięć nie była istotna.


32

Ż ałoba

Podobne cechy miała Ola. Śmiałam się z niej, że w szkole na pewno zawsze była przygotowana do lekcji i miała zatemperowane ołówki. Poukładana, skrupulatna, obowiązkowa. Potrafiła nawet kilka razy w ciągu tygodnia pokonać trasę między Warszawą i Wrocławiem, jeżeli była taka potrzeba. Bardzo zabiegałam o to, żeby Ola została wiceszefową partii, zależało mi na obecności kobiet w PiS-ie i w ogóle polskiej polityce. Tak się tragicznie złożyło, że w tej katastrofie zginęły kobiety z pierwszych sejmowych rzędów. Jak wiadomo, o znaczeniu i randze polityka świadczy między innymi to, w którym rzędzie siedzi w Sejmie. Kobiet w polskiej polityce jest w ogóle mało, a tych znaczących – jeszcze mniej. I niestety odeszły właśnie takie nieliczne ważne postacie: Grażyna, Ola, ale też Jolanta Szymanek-Deresz czy Izabela Jaruga-Nowacka, z którą się dobrze znałyśmy i bardzo lubiłyśmy ponad politycznymi podziałami. Tutaj chciałabym też wspomnieć o innej bardzo istotnej dla mnie osobie – Izie Tomaszewskiej, szefowej protokołu z Kancelarii Prezydenta, bliskiej współpracowniczce Marii Kaczyńskiej. Zastanawiając się nad tym, jakie znaczenie ma śmierć tych postaci dla obecności kobiet i „kobiecych” tematów w polskiej polityce, nie sposób nie wspomnieć właśnie o Marii Kaczyńskiej. Jej niezależny głos, choćby w sprawie in vitro, był bardzo istotny. Wprawdzie sama zrezygnowała z pracy zawodowej po urodzeniu córki, ale była to jej własna decyzja. Lech Kaczyński mówił, że nigdy nie przyszłoby mu do głowy, żeby tego od niej wymagać. Prezydent zresztą zawsze w swojej działalności publicznej otoczony był kobietami. Przychylny stosunek obu braci Kaczyńskich do kobiet w polityce i w PiS-ie był bardzo ważny, wiele ułatwiał, otwierał drzwi. Sama zawdzięczam temu swoją karierę polityczną: zaczynałam ją przecież od funkcji Pełnomocnika Prezydenta Warszawy ds. Kobiet i Rodziny. not. MB


Wspomnienie o Grażynie Gęsickiej Adam Ostolski Nie znałem Grażyny Gęsickiej, ale mogła być moją koleżanką z zakładu socjologii ogólnej. Osoby, z którymi pracuję, były jej przyjaciółkami. Ze skrawków ich opowieści wiem, że w 1980 roku zapisała się do „Solidarności”, podobno z lewicowych motywów. Uczestniczyła w badaniach Alaina Touraine’a nad ruchem Solidarności. Później działała w solidarnościowym podziemiu, była członkinią redakcji „Tygodnika Mazowsze”. Pod koniec lat 80. brała udział w badaniach nad stosunkiem Polaków do „obcych”. Pozostał z nich m.in. napisany przez nią artykuł o stereotypach Rosjan i Związku Radzieckiego w prasie drugiego obiegu. Przez cały ten czas łączyła głębokie zaangażowanie ze zdolnością do krytycznego dystansu. W ostatnich latach widzieliśmy inną Grażynę Gęsicką – bardziej polityka niż socjologa. Widzieliśmy kobietę, której udało się, dzięki charakterowi i kompetencji, zdobyć znaczącą pozycję w dość konserwatywnej i zdominowanej przez mężczyzn partii. Była ministrem rozwoju regionalnego w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, a ostatnio przewodniczącą Klubu Parlamentarnego PiS. Należała do tych osób, które dawały nadzieję, że w Polsce możliwa jest polityka na poziomie: oparta na kompetencjach, ale zarazem zaangażowana, bez popadania w technokrację; zaangażowana, ale bez zacietrzewienia.


34

Ż ałoba

Jej znajomi w Instytucie Socjologii zastanawiali się nad jej zaangażowaniem w Prawo i Sprawiedliwość. Dla niektórych było ono zagadką. Przed wyborami w 2005 roku Grażyna Gęsicka była związana z Platformą Obywatelską, szykowano dla niej stanowisko ministra rozwoju regionalnego w koalicyjnym rządzie PO-PiS. Po fiasku rozmów koalicyjnych przyjęła to stanowisko w rządzie PiS. Z czasem coraz bardziej zaczęła utożsamiać się z tą partią. Jako minister przygotowała rozbudowany projekt inwestycji mających służyć rozwojowi „Polski B”. Jej plany zostały zarzucone przez nowy rząd niedługo po przejęciu władzy przez PO wskutek przedterminowych wyborów w 2007 roku, wkrótce gazety zaczęły rozpisywać się o tym, że w zacofane regiony w ogóle nie warto inwestować, a w końcu rząd podniósł to przekonanie do rangi głównego dogmatu w nowej doktrynie rozwoju Polski. Grażyna Gęsicka nie godziła się z taką wizją modernizacji; jej miejsce było w ławach opozycji. Chyba mogła być następczynią Jarosława Kaczyńskiego w partii. Pytania o jej ewentualną kandydaturę w wyborach prezydenckich nie wyglądały jak żart. Dwa tygodnie temu zapytał ją o to dziennikarz: „W tych wyborach nie, a za pięć lat będę już staruszką” – odpowiedziała. Trafiłem teraz na te słowa i zrobiło mi się smutno.


Wspomnienie o Jerzym Szmajdzińskim Bartosz Machalica W katastrofie pod Smoleńskiem śmiercią tragiczną zginęło troje posłów lewicy: Izabela Jaruga-Nowacka, Jolanta Szymanek-Deresz i Jerzy Szmajdziński. Młoda lewica miała do nich zróżnicowany stosunek. Od niemal powszechnego uznawania Jarugi-Nowackiej „za swoją”, poprzez neutralny stosunek do Szymanek-Deresz, po rezerwę, dystans czy nawet niechęć wobec Szmajdzińskiego. Znałem wszystkie te osoby, wszystkie darzyłem szacunkiem i sympatią. O Izabeli Jarudze-Nowackiej pięknie napisała Magdalena Środa. O Jolancie Szymanek-Deresz z pewnością niejedno wspomnienie napisze ktoś z kręgów feministycznych i prawniczych. O Szmajdzińskim, którego znałem z tej trójki najlepiej, napiszę ja. We wspomnieniach o Lechu Kaczyńskim przewija się jedna opinia: przed kamerami sztywny, za to gdy gasła czerwona kontrolka, zamieniał się w ciepłego, sympatycznego człowieka. Nigdy nie poznałem tragicznie zmarłego prezydenta, doskonale wiem jednak, o co chodzi. Mam podobne doświadczenia z relacji ze Szmajdzińskim, chociaż zamiast wylewności Kaczyńskiego mieliśmy tu raczej do czynienia z oszczędnością formy i „angielskim” dowcipem. Gdy spotkałem Szmajdzińskiego pierwszy raz, patrzyłem na niego jak na faceta, który „wysłał wojska do Iraku”. Do końca


36

Ż ałoba

uważał, że była to decyzja słuszna. Ja również nie zmieniłem swojego jednoznacznie negatywnego stanowiska wobec irackiej awantury. Mogliśmy spisać protokół rozbieżności. Co ciekawe, po stronie antywojennej znalazłoby się wiele podpisów osób z jego otoczenia. Akceptował to. Nie będę pisał politycznej apologii Szmajdzińskiego. Na pewno nie w tych okolicznościach. Jego doświadczenie i charakter sprawiły, że umiarkowanie było jego drugą naturą. Nie zaakceptuję jednak pośmiertnego wypychania go z pola centrolewicy. Szczególnie że sam definiował ją pluralistycznie. Widział w niej również młodych, z którymi dzieliło go bardzo wiele. Jeśli jednak po roku 2005 zaczęły się pojawiać nici porozumienia między SLD a młodą lewicą intelektualną, to dla każdego, kto znał stosunki wewnątrz Sojuszu, musiało być jasne, że nie działo się to bez wiedzy i akceptacji Szmajdzińskiego. Od kilku tygodni pytany, w jakich sytuacjach wetowałby ustawy, nie opowiadał nic o „zagrożeniach dla budżetu”. Odpowiadał, że po weto sięgałby wówczas, gdy nowe prawo uderzałoby w mniejszości i osoby wykluczone – w najsłabszych. Bardzo chciałbym, aby przyszły prezydent kierował się właśnie tą zasadą.


Prasa niemiecka: Wystarczy tych polskich ofiar „Süddeutsche Zeitung” Niebezpieczna mitologizacja W tekście pt. Polska tragedia, opublikowanym na łamach liberalnej „Süddeutsche Zeitung”, Stefan Kornelius wskazuje na wyzwania i zagrożenia, jakie stoją przed Polską w kontekście smoleńskiej katastrofy. Autor, przypominając powtarzającą się sytuację przedmiotowego traktowania Polski przez historię, wskazuje, dlaczego pozycja ofiary stała się główną przesłanką polityki otoczenia prezydenta Kaczyńskiego. Jak pisze, polski prezydent na swój tragiczny sposób padł ofiarą własnej „polityki ofiary”. To ona kazała mu jechać „do Katynia, aby szukać mocy w przeszłości, zamiast w Moskwie rozpoznawać współczesność”. W efekcie, wraz z jego śmiercią, ekstremalną, pełną „sytuacji granicznych” historię Polski dopełnił kolejny wątek. Wiąże się z tym duże niebezpieczeństwo – lotniczej katastrofie grozi bowiem mitologizacja. W świadomości zbiorowej może ona stać się kolejnym rozdziałem dziejów polskiej martyrologii, umacniając i tak silnie obecną nieufność, lęk przed utratą suwerenności czy nieprzejednanie w stosunkach z niegdyś wrogimi państwami. Jednocześnie – paradoksalnie – tragedia stać się może impulsem do zmiany. „Być może wreszcie powiedzie się to, co od początku III RP ginęło pośród ideologiczno-partyjnych sporów: pojednanie narodu z własną przeszłością, porozumienie społeczeństwa wokół jednego obrazu historii, wreszcie jej od-


38

Ż ałoba

politycznienie”. Czerpanie siły z dawnych mitów spychało nasz kraj w izolacjonizm i napędzało niechęć do sąsiadów, z Rosją na czele. Otwierają się jednak nowe perspektywy. Jak pisze Kornelius, „Polska nie musi już więcej składać ofiar. Odnalazła swoje miejsce w Europie. A któregoś dnia zadecyduje o tym, czy i Rosja może zawrzeć swój pokój z Europą. Właśnie w Katyniu”. „Frankfurter Rundschau” Prezydent zorientowany na przeszłość Obszerny wybór tekstów na temat sobotniej katastrofy zamieścił „Frankfurter Rundschau”. „Przeciwnik Rosji Lech Kaczyński ginie tragicznie w Rosji na pokładzie rosyjskiego samolotu: okoliczności śmierci polskiego prezydenta wydawać się muszą gorzką ironią” – tak swój szkic (Antykomunista przez całe życie) rozpoczyna Andreas Mix. Pisze dalej: „Kaczyński, jak mało który polityk swojego pokolenia, reprezentował Polskę powojenną, która tak w komunizmie, jak i w czasie zmiany systemowej, orientowała się głównie na przeszłość, aby przezwyciężyć teraźniejszość”. Autor szkicuje biografię prezydenta jako zdominowaną przez problematykę historyczną – zwalczanie „białych plam” stało się jednym z głównych celów jego politycznej kariery od czasów opozycji demokratycznej w PRL. W III RP bracia Kaczyńscy, zdaniem Miksa, inspirowali kluczowe spory polityczne. Wojna na górze na wiele lat miała podzielić ruch solidarnościowy na „obóz liberalno-konserwatywny i narodowokonserwatywny”, czego skutki trwają po części do dziś. Powrót do polityki w roku 2000 („po okresie politycznej abstynencji”) oznaczał też rewitalizację martyrologicznej i antykomunistycznej polityki historycznej (przykładem Muzeum Powstania Warszawskiego). I choć była ona świetnym instrumentem mobilizacji masowego poparcia, to w stosunkach zagranicznych po 2005 zagroziła Polsce izolacją i pogorszeniem stosunków z sąsiadami.


DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

39

Ten aspekt przywołuje również w wywiadzie Gesine Schwan. Była rektor uniwersytetu Viadrina wskazuje na instrumentalny raczej charakter polityki antyniemieckiej prezydenta Kaczyńskiego („jego sceptycyzm wobec Niemiec miał swe źródła w historii oraz polityce wewnętrznej, współczesnych Niemiec praktycznie nie znał”). O Marii Kaczyńskiej wspomina jako o prezydenckim „moście do świata”, osobie wykształconej i bardzo zaangażowanej w budowanie porozumienia między narodami. Obok bilansu prezydentury frankfurcki dziennik rozważa również przyczyny samej katastrofy. Wśród rozważanych opcji nie wyklucza tego, że na pilota – wbrew zaleceniom rosyjskiej wieży kontrolnej i warunkom pogodowym – wywarto presję, aby lądował. Gazeta powołuje się na opinię polskiego naukowca: „Ekspert lotniczy z Politechniki Wrocławskiej Tomasz Szulc stwierdził, że pilotowi zabrakło prawdopodobnie «niezbędnej zdolności decyzyjnej». I przypomina wypadki z sierpnia 2008. Wówczas to prezydent Kaczyński, pomimo obowiązującego w Gruzji stanu wojennego, nakazał pilotowi wylądować w Tbilisi. Ten się sprzeciwił i wylądował ostatecznie w Azerbejdżanie. Prezydent – zgodnie z ówczesnymi doniesieniami mediów – miał być tak zirytowany długą podróżą samochodem, że chciał ponoć pilota zwolnić”. W artykule wskazuje się również na problematyczną debatę na temat zakupu samolotów – zarówno koszty, jak i bezpieczeństwo stają się przedmiotem populistycznych przetargów. „Tageszeitung” Kaczyński – populistyczny i bezkompromisowy „Polskę czeka nowy początek” – pisze na łamach „Tageszeitung” ekspertka ds. polskich, Gabrielle Lesser. Wskazuje na znaczne przesunięcie na polskiej scenie politycznej: „W katastrofie zginęło wielu prominentnych działaczy Prawa i Sprawiedli-


40

Ż ałoba

wości. Co dalej stanie się z partią, pozostaje kwestią całkowicie otwartą. Oczywiste jest jednak, że musi się szybko przeorganizować, jeśli chce jeszcze odgrywać jakąkolwiek rolę w polityce”. Autorka mówi o spekulacjach na temat ewentualnej kandydatury Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta, wskazując zarazem na nikłość jego szans – miał zrazić do siebie wyborców koalicją z partiami skrajnymi oraz zbyt radykalnym, nawet jak na polskie warunki, eurosceptycyzmem. Dla lewicy z kolei znalezienie nowego kandydata jest kwestią instynktu samozachowawczego – niewystawienie nikogo grozi zupełną marginalizacją formacji postkomunistycznej. Obok analizy politycznej autorka rysuje portret prezydenta. Odnosi się krytycznie do wątków konserwatywno-narodowych oraz populistycznych w jego aktywności politycznej (zakaz Parady Równości, hasło przywrócenia kary śmierci, później „karta antyniemiecka” i eurosceptycyzm), wskazuje jednak na wymiar ludzkiej sympatii, jaką mieli go darzyć Polacy. „Spontaniczna i masowa żałoba Polaków jest autentyczna, te kwiaty, świece i głośne modlitwy”, pisze Lesser. Śmierć w drodze na uroczystości, których przesłanką było bezkompromisowe dążenie do prawdy, czyni go „tragicznym bohaterem” – jakkolwiek ta bezkompromisowość bywała, zwłaszcza w polityce zagranicznej, niesłychanie kłopotliwa. „Die Zeit” Nieszczęsny kraj, który potrzebuje bohaterów Najważniejszy niemiecki tygodnik opinii, „Die Zeit”, zamieszcza krytyczny tekst o prezydenturze Lecha Kaczyńskiego. „Ten, który zginął, był człowiekiem dnia wczorajszego. Jednym z tych, których schematy myślenia tkwiły w epoce zimnej wojny. Tych, którzy polityczny sukces obiecywali sobie raczej po przy-


DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

41

wołaniu polskiego mitu ofiarnego niż wizji europejskiego zrywu ku przyszłości”. Autorzy dostrzegają jeden sukces w jego dorobku – prezydent miał doprowadzić do kresu formacji postkomunistycznej. Wzmocniona tożsamość narodowa i przepracowanie przeszłości – „jeśli to jest spadek po Kaczyńskim, to zarówno Polska, jak i Europa wyjdą na tym dobrze”, ocenia redakcja liberalnego tygodnika. Także na jego łamach pisze Christoph von Marschall: Jeszcze Polska nie zginęła. „Śmierć polskiego prezydenta jest ogromną tragedią, ale nie zagraża strukturom państwa”. Autor pokazuje dwie tendencje w ewolucji polskiego systemu politycznego po 1989 roku: konstytucyjne przesunięcia ośrodka władzy z Pałacu Prezydenckiego do Kancelarii Premiera oraz zanik potrzeby silnej osobowości na stanowisku głowy państwa. Niegdyś stanowiła ona konieczne uzupełnienie chwiejnych instytucji – dziś stanowi przeżytek, kraj nie jest już zdany na „silnego” prezydenta. Niczym u Brechta ze sztuki o Galileuszu: „Nieszczęsny to kraj, co nie ma bohaterów! Ależ nie! Nieszczęsny jest kraj, który bohaterów potrzebuje!”. Z kolei Felix Ackermann (Polska w szoku, ale zdolna do działania) podkreśla wartość głosów solidarności z całego świata. Szczególnie ciepło przyjęte zostają spontaniczne gesty ze strony Rosjan, u których „katastrofa TU-154 zmienia wyobrażenie o tym, czym jest narodowa katastrofa”. Autor wskazuje, że pod ambasadą polską w Moskwie leżą stosy kwiatów, a władze ogłaszają w Rosji dzień żałoby narodowej. oprac. Michał Sutowski


DZIEŃ CZWARTY, 13 KWIETNIA 2010, WTOREK


Trzy żałoby Maciej Gdula Podobno w ten weekend wszyscy byliśmy razem. Jest w tym sporo racji, bo wielu z nas przeżywało katastrofę pod Smoleńskiem, ale powtarzanie, że jesteśmy razem, solidarni i zjednoczeni, służy też zakryciu ważnej prawdy, że już w sobotę i niedzielę pojawiły się odmienne sposoby celebrowania żałoby narodowej. Ja doświadczyłem przynajmniej trzech, ale nie wykluczam, że było ich więcej. Pierwsi żałobnicy opłakiwali prezydenta, który poległ w Katyniu. Nie chodziło tu o podkreślenie, że pełnił państwową służbę, ale oddał życie za ojczyznę tak jak oficerowie w 1940 roku. Tak katastrofę relacjonowała publiczna telewizja, pokazując obok siebie zdjęcia przestrzelonych czaszek i wrak samolotu. Dawano do zrozumienia, że śmierć prezydenta i polskich elit na rosyjskiej ziemi to część przeklętych relacji z Moskwą, które zawsze dla Polaków naznaczone są krwią i cierpieniem. Katastrofa to kolejny symbol tych relacji, powtórzenie odwiecznego schematu. Drudzy żałobnicy opłakiwali prezydenta i polskich oficjeli, którzy zginęli pod Smoleńskiem. Koncentrowali się na szoku wywołanym rozmiarami katastrofy, jej bezprecedensowym charakterem i sposobach przeżywania dramatu. Obok powtarzanego bez przerwy sformułowania „brak słów” cały czas trwała rozmowa na temat bólu, wspomnień i tego, czego możemy nauczyć się z tragedii. Wypytywane były osoby publiczne i zwykli


DZIEŃ CZWARTY, 13 KWIETNIA 2010, WTOREK

45

ludzie uczestniczący w żałobie przed Pałacem Prezydenckim. Ten sposób przeżywania żałoby najwyraźniej obecny był w TVN. Gdybym nie wychodził z domu, mógłbym pomyśleć, że podział PO/PiS odtworzył się także podczas żałoby, nawet pomimo tego, że tylu uśmiechniętych zdjęć Kaczyńskiego w TVN24 nie było chyba od momentu powstania tej stacji. Wyszedłem jednak i zobaczyłem trzecią żałobę. Ulica miała swój własny rytm przeżywania śmierci w roztrzaskanym samolocie. Nie było podniosłego nastroju i łez „zwykłych ludzi” widzianych w telewizorze. Było natomiast napięcie, presja, by zająć dobre miejsce przy przejeździe konduktu z trumną prezydenta, a potem jak najszybciej się rozejść. Ludzie nie byli dla siebie szczególnie mili i wcale nie miałem poczucia solidarności. Kilka razy usłyszałem, że nie powinienem pchać się tu z wózkiem. Omal nie rozjechał mnie motor ze spontanicznej kawalkady podążającej za konduktem, kiedy właściciel choppera z rykiem silnika slalomem jechał przez tłum. Lepiej było już na placu Piłsudskiego, gdzie stały stragany z narodowymi flagami, zniczami i można było kupić watę cukrową. Panowała atmosfera niedzielnego spaceru. Miało się wrażenie, że ludzie znaleźli się na ulicy jakby z nieznanego sobie powodu. Przecież większość nie lubiła prezydenta Kaczyńskiego i czekała tylko do jesieni, żeby pozbawić go urzędu. A jednak przyszli, kupowali flagi, znicze, a czasem watę cukrową, jakby zdziwieni tym, co się dzieje. Żałoby po katastrofie pod Smoleńskiem uzmysławiają, że śmierć jest podstawowym kodem, w jakim Polacy rozumieją swoją wspólnotę narodową. Wobec śmierci są blisko siebie, nawet jeśli nie mają do tego przekonania. Śmierć przeżywamy wspólnie, ale nie mamy kodów, które pozwoliłyby nam razem żyć. Niedługo wszyscy wrócą do indywidualnego organizowania sobie życia.


Katastrofa polityczna Roman Kurkiewicz Rozdzielam radykalnie dwa wymiary tragedii pod Smoleńskiem: ludzki, osobisty, człowieczy i polityczny, bo i taki jest. I o politycznym chcę powiedzieć. Ale żeby zamknąć ludzki wymiar: współczuję rodzinom, bliskim, przyjaciołom, zwolennikom, sąsiadom, wszystkim, którzy stracili bliskich. I choć nie jesteśmy panami czy władcami śmierci, to jednak o niektórych śmierciach możemy powiedzieć ze sporym prawdopodobieństwem, że można było ich w konkretnym momencie uniknąć. I że być może ktoś w większym niż inni oraz los stopniu odpowiada za taki obrót spraw. Tragiczny i ostateczny. Nie waham się powiedzieć, że wypadek rządowego czy prezydenckiego tupolewa jest wydarzeniem politycznym, jest śmiercią polityczną. I symboliczną. A właściwie jej symboliczność ustanawia jej perspektywę polityczną. Nie uważam, że ofiary tego wypadku (za chwilę z całą pewnością pojawią się wątki spisku, zamachu, podejrzeń) są ofiarami wysłużonego, zjełczałego samolotu, tajemniczej mgły czy fatalnego lotniska. Wydaje mi się, że są ofiarami polityki historycznej, która kazała (komu? kto wydał ostateczny rozkaz poczwórnego lądowania? no kto?) podejmować kilkukrotne próby lądowania wbrew wiedzy, kompetencji, doświadczeniu pilotów. Żeby zdążyć na uroczystości. Żeby zdążyć na mszę. Żeby zdążyć być.


DZIEŃ CZWARTY, 13 KWIETNIA 2010, WTOREK

47

Przypomnijmy, że kłopoty z politycznymi lądowaniami już przechodziliśmy. Była historia gruzińska, z groźbami wobec pilota. Była historia z wojskową casą, kiedy kwiat lotnictwa śmiertelnie się zapomniał. I co? I nic. A właściwie z tego to wszystko. Śmierć na własne życzenie. Ale ktoś decyzję o poczwórnym lądowaniu podjął. Chciałbym wiedzieć kto. Prezydent? Szef Sztabu Generalnego? Szef wojsk lotniczych? Szef kancelarii? Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego? Jeszcze ktoś inny? Grupa osób? A może ktoś nie podjął decyzji, żeby nie lądować w takich warunkach? Ogłoszono Żałobę. Narodową. Ale ja chciałbym przede wszystkim dowiedzieć się, dlaczego tupolew nie poleciał lądować do Mińska. Premier rządu w emocjonalnym wystąpieniu powiedział, że była to największa tragedia, jaką zna współczesny świat. To po prostu ocena, bardzo subiektywna. Nieprawda. Nie minęło 100 dni od dramatu Haiti, gdzie zginęło 300 tysięcy ludzi. Gorszych, bo nieznanych? Bo nie z rządu? Bo nie z rządu naszego? W ciągu dwóch tygodni na polskich drogach ginie więcej osób. Znajmy miarę. A raczej umiar. Może trzeba przyjrzeć się tym przyczynom ideowym, wymyślonym, kultywowanym, które zaciemniają najzwyklejszy zdrowy rozsądek. A może zamiast słów o jednoczeniu się narodu należy głośno powiedzieć, że katastrofa pod Smoleńskiem była kolejną odsłoną z wielowiekowej historii głupoty polskiej? No to mówię. Pisane 10 kwietnia 2010. Tekst ukazał się również w tygodniku „Przekroju” z 13 kwietnia 2010.


Cierplarnia Tomasz Piątek Najpierw dwa cytaty: Sławomir Sierakowski: „Współczucie przerywają chwile irytacji. Jak naprawdę czujemy się, gdy teraz uświęcamy jeszcze niedawno krytykowanych i odwracamy symbole? Dlaczego stać nas dziś na pojednanie narodowe, a nie potrafiliśmy odpowiednio zachować się wczoraj? I czy nie powinniśmy dziś już wstydzić się za to, jak zachowamy się jutro? Czy musimy być zawsze narodem, którym rządzą trumny? Czy nie dlatego właśnie, że trzeba tragedii, abyśmy umieli wyjść na ulicę? Gdy otwieramy kościoły, dlaczego musimy zamykać teatry?” [„Śmierć to jedyna rzecz, której nie udało nam się całkowicie zwulgaryzować”, w niniejszym tomie] Cezary Michalski: „Szanuję ludzi, nie szanuję symbolu. Szanuję każdą ofiarę Katynia, wtedy i teraz, każdego człowieka, który tam zginął. Nie szanuję Katynia jako symbolu polityki historycznej, polityki śmierci (…) Na 24 godziny przed drugą katyńską tragedią w radiu usłyszałem jednego z kustoszy, który mówił o najbardziej szokującym katyńskim odkryciu ostatnich dwudziestu lat. (…) Wśród rzeczy znalezionych w tym [katyńskim – T.P.] rowie, a potem przemyconych i sprzedanych naszemu muzealnikowi przez anonimowego szmuglera zza wschodniej granicy, był kawałek sztandaru i listy do rodzin. Muzealnik


DZIEŃ CZWARTY, 13 KWIETNIA 2010, WTOREK

49

powiedział w radiu, że najcenniejszy jest kawałek sztandaru, że to jest relikwia, centralny eksponat naszej nowej wystawy. Nie rozumiał, że jedyną katyńską relikwią są te listy. Konkretnych ludzi, którzy zaraz przestaną istnieć, do żon, dzieci, przyjaciół” [Polityka śmierci, w niniejszym tomie]. Ulga i wdzięczność dla autorów – to właśnie poczułem, gdy przeczytałem ich słowa. Chociaż nie zgadzam się z Cezarym Michalskim – a w każdym razie nie zawsze – co do absolutnej świętości ludzkiej biografii, to zawsze zgadzam się z nim co do świętości ludzkiego życia. Cieszę się, że nie jestem z tym przeświadczeniem sam i że ktoś wyraził ten dyskomfort, który czuję. Tak samo jestem wdzięczny mediom, które teraz przypominają po kolei twarze i dokonania zmarłych. Dzięki temu ich ratują przed roztopieniem się w bałwochwalczym ogniu całopalnej ofiary na ołtarzu narodu. Ofiary, w której nie liczy się już Leszek, Marysia czy Ania, którzy zginęli, tylko Bohaterowie – Bezimienny Byt, Bezosobowy i Bezpłciowy, Bo Bez Skazy. Polska jest smokiem: szczególnie lubi pożerać dziewice. Na szczęście media teraz jakoś przywracają tym dziewicom życie, ich świętą i nieświętą, prawdziwą – i może przez to rzeczywiście jakoś świętą, drogi Czarku, biografię. Bo z początku było z tym gorzej. Na pierwszej liście ofiar Anna Walentynowicz została przedstawiona jako „osoba towarzysząca”. I tyle. Jakiś dupek od PR-u czy z dyplomacji zobaczył nazwisko kobiety. Najwyraźniej mu nieznane. Bez oficjalnych tytułów. Kim może być ktoś taki? Żoną. Albo pielęgniarką, skoro w samolocie są też osoby starsze. „Osoba towarzysząca” nabazgrał pewnie na marginesie wydruku listy, nie wiedząc, że bazgrze słowa okrutne i prorocze. Osoba towarzysząca narodzinom, wzlotowi i gniciu „Solidarności”. Osoba towarzysząca niepodległej Polsce, w której to Polsce niczym innym być nie mogła, jak tylko


50

Ż ałoba

osobą towarzyszącą. Skazana na margines Polski i na margines listy, nieważna, programowo ignorowana przez kolegów płci męskiej robiących wielkie kariery i wielkie kompromisy, spychana w śmieszność i w końcu sama się w śmieszność osuwająca. Teraz to naprawiono. Przywrócono pani Annie bohaterstwo, i to – o, łaskawe media – bohaterstwo kontrowersyjne. Nie naprawiono natomiast źródła zła, jego korzenia. W zbiorowej emocjonalnej CIERPLARNI (proszę nie poprawiać, właśnie tak ma brzmieć to słowo) z tego korzenia natychmiast musiały wyrosnąć kwiatki nekrofilii i seksizmu. Ten korzeń to uświęcona głupota, to automatyzm, to ulga, z jaką wita się kolejną żałobę narodową. Bo żałoba pozwala na wskoczenie w koleiny starego romantycznego myślenia, w stare sarmackie buty, w wygodnie i przytulnie przepocone archetypy kato-męczenno-plemiennego antymyślenia. Ta głupota ma różne oblicza. Na przykład, wezwania – jakie pojawiły się zaraz po tragedii – aby nie myśleć, nie analizować, nie szukać przyczyn, tylko modlić się za ojczyznę. Nawet nie za zmarłych, tylko za ojczyznę. Jak na to reaguje „prosty umysł”, który mimo zakazu nadal jakoś tam niezgrabnie analizuje? „Prosty umysł” dochodzi do wniosku: najwyraźniej bardzo źle jest z tą ojczyzną, straszny cios jej zadali, jeśli ma się ona jeszcze gorzej niż biedny nieboszczyk prezydent. Widać, nie był on taki zły dla ojczyzny, jeżeli jego strata jest dla niej jeszcze gorsza niż dla niego samego… Ta głupota to zakaz wystawiania spektakli teatralnych (także i tych poważnych, które mówią na przykład o śmierci). Nie wiem, czy chodzi tu tylko o prostackie utożsamienie „widowisko-to-zabawa”, „kultura-to-rozrywka”. Obawiam się, że nie. Gdyby Sarmaci chcieli walczyć z rozrywką, zamknęliby Polsat. Ale Polsatu nie zamykają, zamykają teatry. Obawiam się, że walczą – tradycyjnie, po sarmacku – z myśleniem.


DZIEŃ CZWARTY, 13 KWIETNIA 2010, WTOREK

51

Efektem jest więc nie Żałoba, a Zagłoba Narodowa. Oficjalnie tężejemy w łatwej, odruchowej, przetrenowanej od wieków pozie bólu i męczeństwa. Nieoficjalnie i podskórnie jednak nadal myślimy. Skoro myśleć oficjalnie nie wolno, myślimy półoficjalnie, rynsztokowo, szczurzo, ulicznie – intensywnie, ale prymitywnie i nietrzeźwo. Skoro nie wolno myśleć, kombinujemy. Oczywiście, powaga, honor, narodowy obowiązek nakazuje przemilczeć to kombinowanie, zarówno swoje, jak i cudze. Ukryć, że krążą pogłoski, że krążą pogłoski! Ale ja mam gdzieś tę powagę, która zabrania kombinować. Bo to jest ta sama powaga, która zabrania myśleć. Tak to widzę – tym bardziej że niedawno w felietonie pt. Bractwo Trumiennego Przydechu (www.krytykapolityczna.pl, 9 kwietnia 2010) broniłem prawa człowieka do spiskowych hipotez. Powtórzę: zakładanie, że nigdy i nigdzie nie było żadnego spisku, jest równie szalone, jak zakładanie, że spisek jest zawsze i wszędzie. Szczególnie w naszych czasach, które są orgią manipulacji marketingowo-medialno-lobbystycznej. Dlatego trudno mi potępić ulicę, że kombinuje. Tym bardziej, gdy elita rezygnuje z myślenia i pozostawia luki do wypełnienia. Oczywiście, ulica bardzo często kombinuje źle – ale właśnie dlatego elita nie powinna z myślenia rezygnować. Nie może być tak, że społeczeństwo dostaje do myślenia tylko myśl uliczną. Jak tym razem kombinuje ulica? A no tak: „Co powiedział Putin Tuskowi? Panie premierze, melduję wykonanie zadania”. Cicho rośnie męczeńska legenda PiS i cicho szerzy się przeświadczenie, że wypadek nie był wypadkiem. I nic dziwnego, że ulica tak kombinuje, skoro nawet sama „Gazeta Wyborcza” cytuje Marka Matraszka, szefa CEC Government Relations (cokolwiek by to było): „Ta tragedia scementuje dominację Platformy Obywatelskiej”.


52

Ż ałoba

I nic dziwnego, skoro nagle – chciałoby się powiedzieć, za jednym zamachem – widzimy martwych wszystkich najważniejszych polskich oponentów Putina. I nic dziwnego, skoro pojawia się tyle wersji i przecieków na temat katastrofy. To prezydent wymusił decyzję o lądowaniu w Smoleńsku… Nie, prezydent sam był pod presją… W Smoleńsku wcale nie było takich mgieł… Samolot remontowali Rosjanie… Samolot z dziennikarzami został uratowany przed podobną katastrofą, jakby ktoś zadecydował, że dwa samoloty martwych Polaków to jednak za dużo… Nic więc dziwnego, że wielu ludzi, na razie jeszcze zachowujących godną ciszę i spokój, widzi jednak tę tragedię jako kolejną potworność czerwonego-czarno Cara. Domagacie się przeprosin za rzeź waszych elit sprzed lat? Już ja was przeproszę. Zrobię wam drugi Katyń. Ta wizja, w tej chwili wyciszana, będzie kiełkować, pączkować i rodzić kolczaste owoce. Być może, tym więcej będzie ich rodzić, im bardziej teraz jest wyciszana. Ja osobiście nie podzielam tej wizji. Nie wierzę w winę Putina. Uważam, że smoleńska tragedia była ostatnią rzeczą, jakiej mógł pragnąć. Niepotrzebne mu podejrzenia, choćby nie wiem jak wyciszane. Niepotrzebna mu męczeńska legenda PiS w Polsce, potencjalnie wzmacniająca polską rusofobię na wiele, wiele nadchodzących lat. Jeżeli, jako rzecznik myśli spiskowej, mam sam podążyć jej ścieżką, to w całej tej smoleńskiej mgle widzę tylko jedną poszlakę – i tylko poszlakę, nie trop, nie ślad, nie dowód. Rosyjskie „organa” broniły się na wszelkie sposoby przed przyznaniem się do winy za Katyń. Czytaliśmy o kruczkach tamtejszego wymiaru sprawiedliwości, który na różne sposoby bronił się przed kwalifikacją prawną mordu katyńskiego. Czytaliśmy o rosyjskich „służbowych historykach”, zaprzeczających


DZIEŃ CZWARTY, 13 KWIETNIA 2010, WTOREK

53

radzieckiej odpowiedzialności za Katyń. Jasne jest, że służby tak wpływowe i tak długo bezkarne bronią się przed przyznaniem do jakiegokolwiek błędu. Można jednak odnieść wrażenie, że przed Katyniem bronią się szczególnie. Być może dlatego, że chodzi tu o czasy i sytuacje, w których Związek Radziecki przeciwko Polsce (i nie tylko Polsce) współpracował z Hitlerem. A przecież pokonanie Hitlera ma być tą zasługą, która legitymizuje historycznie obecność Rosji wśród dzisiejszych „wielkich państw demokratycznych”. Pokazanie w rosyjskiej telewizji filmu Katyń (gdzie widać „przyjazną współpracę” hitlerowsko-radziecką) mogło być odczytane przez te służby jako publiczny atak. Jeszcze bardziej za taki atak mogła być uznana katyńska mowa Putina. I jeszcze bardziej jego słowa, w których za winnego mordu uznał szefa NKWD Ławrientija Berię – Berię, którego w tym roku kręgi służbowo-mundurowe chciały publicznie lansować jako współarchitekta zwycięstwa nad Hitlerem. Wreszcie, last but not least, służby specjalne rzadko kiedy promują odprężenie i pojednanie. Wolą podejrzliwość, zimną wojnę czy zimny pokój – razem z zagrożeniem rośnie przecież znaczenie tych służb. I budżet. Dlatego, gdybym chciał kombinować, kombinowałbym tak: Wołodia, ty niby jesteś nasz i z nas, ale pamiętaj, jeszcze żaden czekista nie był ważniejszy niż samo Czeka. Ty się za bardzo nie jednaj z nimi, bo inaczej już my tobie i im zrobimy pojednanie. A poza kombinowaniem, gdy bardziej jednak próbuję myśleć niż chytrzyć – wtedy pojawia się inna wizja spisku. Spisku pisarzy, obłąkanych i wszechwładnych. Ci pisarze znają dobrze opowieść, jaką o sobie opowiada naród – męczącą, jałową hagiografię. Pisarze znają tę opowieść i nie przestają jej opowiadać. Wciąż fundują społeczeństwu kolejne odcinki tej narracji, jakby ze złośliwego uporu, albo z zemsty – zamiast wpuścić na kartki książki trochę życia.


Smoleńsk albo odpowiedź Realnego Jakub Majmurek Gerhard Gnauck w analizującym polską żałobę po katastrofie w Smoleńsku artykule w „Die Welt” napisał, że była to tragedia, „jakiej nie wymyśliłby lepiej żaden poeta: przywódcy państwa wlatują w mgłę, by rozbić się na ziemi katyńskiej i wypełnić polskie losy”. Ten język przywodzi na myśl język polityki historycznej naszej prawicy, która organizowała narodową pamięć i polską wspólnotę polityczną przede wszystkim wokół tych wszystkich miejsc i wydarzeń, w których w podobny sposób „wypełniały się polskie losy”: Powstania Warszawskiego, Katynia. Smoleńsk staje się kolejnym takim miejscem. Wbrew temu, co z Paryża widzi Jérôme Heurtaux [„«Tragedia w Smoleńsku», jak nazywają ją media, a niektórzy obserwatorzy nazywają nawet drugim Katyniem, jest tragedią ludzką, ale z uwagi na swój absurdalny charakter wydaje się farsą”, „Le Monde”, 11 kwietnia 2010], w Polsce nikt nie ma poczucia farsy. Prezydent umiera w pobliżu miejsca narodowej tragedii, tuż przed wyborami, w których wyborcy osądziliby go raczej dość surowo. Z polityka zmierzającego do smutnej wyborczej klęski zmienia się w symbol narodowego panteonu, z osoby wyśmiewanej i brutalnie atakowanej – w postać prawdziwie tragiczną. Za każdym razem, gdy wydawało się, że obóz braci Kaczyńskich ma wszystko – wszystko tracił. Tak jakby jego przywódcy bali się wygrywać, jakby bali się odpowiedzialności, jaką za rzeczywistość muszą zawsze wziąć zwycięzcy, przekłada-


DZIEŃ CZWARTY, 13 KWIETNIA 2010, WTOREK

55

jąc nad zwycięstwa mit szlachetnej, romantycznej klęski. W tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego prawica otrzymuje potężny mit, który prawdopodobnie nic nie zmieni politycznie (od soboty żyjemy w zasadzie w państwie jednopartyjnym), ale na pewno stanie się potężnym, integrującym ją symbolem. Kiedy patrzy się na katastrofę, trudno uciec od makabrycznego wrażenia, że była ona swoistą odpowiedzią Realnego na pragnienie, które przenikało całą politykę historyczną prawicy, również obozu tragicznie zmarłego prezydenta. Piotr Semka twierdzi na blogu „Rzeczpospolitej” (Spłacony dług Lecha Kaczyńskiego, 10 kwietnia 2010), że prezydent pragnął przede wszystkim „sprostać legendzie II Rzeczypospolitej”. Czy rzeczywiście? Czy polityka obozu prezydenckiego (i większej części polskiej prawicy) rzeczywiście odwoływała się do „legendy II Rzeczpospolitej”, czy raczej do legendy jej klęski? Czy skupiała nas wokół takich symboli jak konstytucja marcowa, udane powstania (śląskie, wielkopolskie) czy choćby Centralny Okręg Przemysłowy? Czy raczej wokół Powstania Warszawskiego i Katynia, symboli tragizmu polskiego losu, związanych z nimi sytuacji granicznych, w której każdy musi potwierdzić swoją wierność ojczyźnie, nawet za cenę życia? To tej legendzie, w imieniu całej naszej wspólnoty politycznej, zaprzysięgła wierność polska prawica. Tylko że tragiczna legenda w posttragicznych i postpolitycznych czasach brzmiała w dużej mierze jak farsa. Nie odrzucam mitu Powstania Warszawskiego, uważam, że mimo wszystko jest w nim pewien emancypacyjny, rewolucyjny potencjał. Był to poniekąd wspaniały bunt wobec przemocy zasady rzeczywistości. Jednak z autentycznej tragedii zostało dziś tylko jego symulakrum – muzeum. I nagle wydarza się katastrofa, która przywraca naszej wspólnocie politycznej tragedię, a polskiej historii – po raz pierwszy od czasów stanu wojennego – tragiczny wymiar. A obozowi politycz-


56

Ż ałoba

nemu, który buduje wspólnotę wokół pamiątek (czy właściwie symulakrów) narodowej martyrologii, przywraca prawdziwego męczennika. I nie można się pozbyć niesamowitego wrażenia, że spadający samolot to jakby odpowiedź samej rzeczywistości na zapewnienia polityków o wierności ofiarom Powstania czy Katynia („oczodoły ich przestrzelonych czaszek czekają”, jak wyraził się w Katyniu premier Donald Tusk). Wierności ich widmom, z którymi nasza wspólnota zostaje, bo nie umie odżałować swoich ofiar, nie pozwala im odejść i spoczywać w pokoju. Gdy patrzyłem na zdjęcie wraku samolotu, miałem wrażenie, że same te widma powiedziały „sprawdzam”. A przy tym zakładnikami tych widm jesteśmy wszyscy. Także ci, którzy nie zawierali z nimi paktu, którzy nie chcieli „sprostać ich legendzie”, „dać im świadectwa”, jak cała załoga samolotu, jak ludzie tak odlegli od takiego „paktu z umarłymi” jak Izabela Jaruga-Nowacka. Jednocześnie ta śmierć polskich polityków we wraku płonącego samolotu jest naprawdę absurdalna, nie świadczy sama przez się o niczym, poza swoim własnym nonsensem (jak większość ludzkich śmierci). A jednak, wbrew temu, co twierdzi Heurtaux, nic nie wskazuje na to, by wydarzenie to miało ostatecznie wywrócić wizję wspólnoty zbudowanej wokół ofiary i „wierności ofiarom”, by pomogło zrewidować naszą „tanatyczną ekonomię pragnienia”. Wręcz przeciwnie, wzmocni ją jeszcze, dostarczając jej kolejnej tragicznej narracji i kolejnego potężnego symbolu. Tragedia, choć powtarza się po raz kolejny, nie chce się zmienić w farsę, za to już zmienia się w mit.


 stosunkach polsko-rosyjskich O i polsko-polskich Sławomir Sierakowski w rozmowie z Janem Opielką (tygodnik „Freitag”) Jan Opielka, „Freitag”: Jak ocenia pan tę tragedię na tle polskiej historii, w której zarówno cierpienie i straty, jak też rola Rosji/ ZSSR, mają kluczowe znaczenie dla tożsamości Polaków? Sławomir Sierakowski: Tragedia ma wymiar symboliczny z powodu miejsca i naturalnych skojarzeń. Wciąż nie jest jasne, jakie będą tego społeczne konsekwencje. Polacy czasem stają się zakładnikami symboli i zakładnikami cierpień, które na nich spadły. W Polskiej tradycji istnieje przekonanie o tym, że tragedie nas uszlachetniają, ale prawda jest taka, że tragedie nie przynoszą niczego dobrego, także w sensie psychologicznym. Dzisiejsze pojednanie narodowe jutro może być zwykłym paliwem do jeszcze bardziej agresywnego sporu politycznego. Przy czym jest to niemal pewne w stosunkach polsko-polskich i już chyba niemożliwe w kolejnym etapie stosunków polsko-rosyjskich. Czy katastrofa może przysłużyć się do polepszenia relacji między Polską a Rosją? Od czego byłoby to uzależnione? Rosyjskie władze i społeczeństwo okazały Polakom w tych trudnych chwilach wielkie serce. To może nie tylko rozpocząć – niewyobrażalny jeszcze niedawno – proces pojednania polsko-rosyjskiego, ale nie wykluczałbym nawet jakiejś zmia-


58

Ż ałoba

ny w stosunkach rosyjsko-rosyjskich. Konsekwencją może być głęboki rozrachunek z własną historią ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ostatnia decyzja władz Rosji o emisji Katynia Wajdy w głównym kanale państwowej telewizji może świadczyć o dojrzewającej woli zrobienia poważnego kroku w tym kierunku. Jak interpretuje pan nasuwającą się symbolikę? To najbardziej ryzykowna strona polskiej formy narodowej – przesada w symbolizowaniu towarzyszy nam od zawsze i prowadzi do ambiwalentnych skutków. Uważać należy szczególnie teraz, gdy katastrofa samolotu miała miejsce w okolicy Katynia i w związku z rocznicową wizytą elit polskich w Rosji. W czasie żałoby z pewnością należy przypominać zasługi prezydenta i jego przyjazną i nieszablonową osobowość. Ale byłoby niedobrze, gdyby wczorajszy głęboki podział w społeczeństwie jednych skłonił do uświęcenia tragicznie zmarłego prezydenta, a drugich zmusił do hipokryzji albo wyrzucił poza formę, która stanie się jeszcze bardziej narodowo-katolicka. Jak ocenia pan rolę i działanie Władimira Putina zarówno podczas wystąpienia z premierem Tuskiem, jak i po katastrofie? Bez zarzutu. Putin już przed katastrofą wykonał wiele pozytywnych gestów w stronę Polaków. Z powodów pragmatycznych czy nie, to nie ma znaczenia. Gotowość do pomocy i opieka, jaką władze rosyjskie roztoczyły nad polskimi delegacjami i nad rodzinami, zasługują na wdzięczność i szacunek. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Poczucie solidarności, jakie zrodziło się między oboma narodami, dziś jest dla Polaków ukojeniem, a jutro może przynieść prawdziwe polityczne i moralne porozumienie.


DZIEŃ CZWARTY, 13 KWIETNIA 2010, WTOREK

59

Czy jest to dla pana (dobry) znak, że mało kto nawiązuje do śmierci gen. Sikorskiego lub śmierci Bieruta (który także powrócił w trumnie z ZSSR)? Każda tragedia – szczególnie na tle polskiej historii – wywołuje wiele skojarzeń. Pojawiające się analogie z tragiczną śmiercią premiera i generała Sikorskiego pojawiają się na szczęście poza kontekstem antyrosyjskim. Jakie scenariusze są według pana możliwe w kontekście wyborów prezydenckich? Jak katastrofa odbije się na PiS lub kandydacie tej partii, zarówno w wyborach prezydenckich, jak i długofalowo, na całym ugrupowaniu? Jesteśmy w bardzo nieprzewidywalnej sytuacji, a nie tylko to zniechęca do spekulacji. Mówiąc najogólniej, wydaje się, że wszyscy główni aktorzy sceny politycznej są w kłopocie. Paradoksalnie obie główne partie znalazły się w sytuacji hegemonicznej. PO formalnie, PiS symbolicznie. Ale jedna i druga partia mogą sobie bardzo zaszkodzić, bo nawet najdrobniejsza wpadka może zostać zinterpretowana w kontekście szargania pamięci tragicznie zmarłych. Jak prawdopodobna jest kandydatura Jarosława Kaczyńskiego? Nikt nie ma prawa tego wiedzieć. Śmierć rodzonego brata, ciężka choroba matki mogą załamać nawet najtwardszego człowieka i nie zdziwiłbym się, gdyby Kaczyński odszedł z polityki. Ale cały symbolizm tej tragedii i poruszenie społeczne mogą wywołać u niego poczucie specjalnej misji i skłonić go do ubiegania się o urząd prezydenta. Jak ustawi się SLD i w ogóle lewica? Jaki kandydat jest możliwy i prawdopodobny? Czy będzie nim Włodzimierz Cimoszewicz?


60

Ż ałoba

SLD z pewnością będzie o to zabiegał. Ale Cimoszewicz mógłby się zgodzić tylko wtedy, gdyby marszałek Komorowski popełnił rażące błędy. Cimoszewicz deklarował start wyłącznie wtedy, gdyby prawdopodobny był sukces Lecha Kaczyńskiego… Myślę, że ta reguła wcześniej obejmowała także brata. Jeśli nie zwycięży idea kandydata ponadpartyjnego, SLD będzie miało poważny problem ze znalezieniem odpowiedniego kandydata w wyjątkowo krótkim czasie. Ale to jest także problem dla Komorowskiego, który przecież nie może startować jako jedyny poważny kandydat i to jeszcze pełniący już obowiązki prezydenta. Czego możemy się spodziewać dla polskiego społeczeństwa? Obawiam się, że kształt polskiej polityki warunkowały w większym stopniu mechanizmy, a nie ludzie. Dlatego jest tylko kwestią czasu, aż polska polityka wróci do swojej formy, dość nieciekawej w ostatnich latach. W katastrofie zginęły kobiety o różnych poglądach, ale bardzo wpływowe... Zginęło wyjątkowo wiele liderek politycznych. Wszystkie przed tragedią miały duży autorytet w społeczeństwie i wszystkie wyróżniały się kompetencją, uczciwością i klasą. Wywiad przeprowadzono we wtorek, 13 kwietnia, w Princeton; ukazał się on na łamach niemieckiego tygodnika „Freitag”.


Wspomnienie o Lechu Kaczyńskim Ryszard Bugaj Lech Kaczyński różnił się od prawie wszystkich polskich polityków. Różnił się stosunkiem do polityki. Nie chciał się podporządkować jej współczesnym „prawom”. Z tych praw wynika, że trzeba być elastycznym, że swoje poglądy można wyrażać o tyle tylko, o ile będą dobrze ocenione przez wyborców. Więcej, przez tych, którzy są wpływowymi pośrednikami między politykiem a wyborcami. Kaczyński nie miał też serca do „snucia opowieści”. Był – jeżeli chodzi o metodę politykowania – całkowicie anachroniczny i przez to mało skuteczny. Docierał do tych nielicznych, którzy rozumieli jego pomysł na Polskę i go popierali. Do jego zwolenników zaliczała się też pewna grupa tych, którzy w zasadzie kontestowali klasę polityczną. To nie była w sumie wielka część elektoratu. Jego szanse na reelekcję nie wyglądały dobrze. Oczywiście, Kaczyński rozumiał, jakie są źródła jego ograniczonej politycznej wydajności. Był zresztą pod presją swojego politycznego środowiska, by się zmienić. Trochę ulegał. Trochę nie. Oczekiwano od niego więcej elastyczności, więcej uśmiechów i więcej ogólnie słusznych formułek. Uznawano, że uwyraźnienie jego pomysłu na Polskę przyniesie porażkę. Faktycznie, przywiązanie do suwerennego państwa narodowego, skłonność do egalitaryzmu, pewien antyelitaryzm i moralny rygoryzm to prawie kompletny spis spraw postrzeganych przez liberalny establishment jako zagrożenie dla Polski.


62

Ż ałoba

Proste idee Kaczyńskiego były nośne w 2005 roku, gdy świeża była pamięć łajdactw, których dopuściło się SLD. Potem były jednak rządy PiS-u pod pachę z Lepperem. Ludzie dostrzegli, że PiS dla utrzymania się u władzy jest gotów na wiele. I choć to wiele, to nie było tak wiele, to jednak dość, by cynicy mogli sprzedać ludziom tezę o zagrożeniu demokracji. A Lech Kaczyński był postrzegany – nie bez powodów – jako część PiS-u. Zresztą nigdy się wyraźnie nie zdystansował. Nigdy nie podjął próby skupienia wokół siebie ludzi ideowo i mentalnie mu bliskich, odmieńców skłonnych nie szanować „praw” współczesnej polityki. Być może Lech Kaczyński w zbliżających się wyborach wpisałby się do obozu „nowoczesnej polityki”. Być może, ale nie na pewno. Jego śmierć oznacza natomiast, że nikt ważny nie będzie zabiegał o suwerenne, a zarazem opiekuńcze państwo. Wyborcy będą mogli wybrać jakąś wersję programu „nowoczesnego” (federalna Europa, małżeństwa gejów i „płaskie” podatki). Śmierć Kaczyńskiego jest uszczerbkiem dla pluralizmu, a więc dla demokracji.


Wspomnienie o Izabeli Jarudze Nowackiej Kazimiera Szczuka „Ciągle myślę o Jarudze Nowackiej. Była najbardziej przeze mnie cenioną polityczką. Bardzo, bardzo ją podziwiałam, szanowałam, lubiłam. Nie mogę się pogodzić z jej odejściem” – mówi profesor Maria Janion. Jak każda niezwykła osoba, Iza łączyła w sobie rozmaite sprzeczności. „Krucha i niezłomna”, waleczna i wykwintna, lojalna i niesterowalna. Jaruga – tak na nią mówiły feministki – nie narzucała żadnego dystansu, ale nieodmiennie wzbudzała szacunek. W trakcie swojej kariery była pełnomocniczką do spraw równego statusu kobiet w rządzie Leszka Millera, wicepremierem w rządzie Marka Belki, posłanką kilku kadencji. Nigdy nie była ani chłopakiem z partyjnej ferajny, ani szyją, która kręci męską głową. Dla niezależnych, obywatelskich środowisk feministycznych i LGBT (z ang. Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders) na pewno była bardziej nasza niż „ich” – rządu i Sejmu. Trudno to pojąć, ale ta osoba niezdolna do przemocy czy poniżenia kogokolwiek, wzbudzała szczerą agresję politycznych wrogów. Pamiętne to słowa, w których lubiany przez inteligenckie środowiska biskup nazwał pełnomocniczkę rządu feministycznym betonem, na który nie pomoże nawet kwas solny! Dlaczego? Bo mówiła o potrzebie złagodzenia antyaborcyjnego prawa. Zawarty ponad głowami kobiet układ między ówczesnym lewicowym rządem a episkopatem polegać miał


64

Ż ałoba

na milczeniu o aborcji w zamian za poparcie hierarchów dla unijnej akcesji. Janion, poruszona i hipokryzją tych tajnych ustaleń i – przede wszystkim – skalą symbolicznej przemocy zawartej w słowach biskupa, napisała protest, znany wkrótce jako List stu kobiet. Opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 7 marca 2002 roku, wyrażał sprzeciw wobec „handlowania prawami kobiet” i znieważania Izabeli Jarugi-Nowackiej. List podpisały zasłużone dla życia publicznego autorytety, począwszy od noblistki Wisławy Szymborskiej, Agnieszki Holland, Olgi Tokarczuk, Magdaleny Abakanowicz, a skończywszy na młodych działaczkach ruchów alternatywnych takich jak Sylwia Chutnik czy Claudia Snochowska-Gonzalez. Sto nazwisk. Był to jeden z rzadkich momentów połączenia odległych – jeszcze wówczas – środowisk. Helena Łuczywo napisała wtedy w „Gazecie” krótki i nieoczekiwanie śmiały komentarz. Jej słowa – „więcej feminizmu, mniej kwasu solnego!” znalazły się natychmiast na tiszertach krakowskiej EfKi. Z perspektywy czasu trudno nie zdumiewać się, jak łatwo stara lewica uległa pół-jawnemu szantażowi, którego kościelna hierarchia nie miała prawa stosować. Izabela Jaruga-Nowacka była bodaj jedyną polityczką, która bardzo jasno widziała płynące z tego zagrożenia. Liderki Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych wspominają Izę kochającą i kochaną. Była z nami od lat – mówi Dorota Gardias. Nawet kiedy w kodeksie pracy nie było jeszcze zapisów zakazujących mobbingu i molestowania, Iza pomagała pielęgniarkom bronić się przed tym. Kiedy rozpoczął się protest przed kancelarią premiera, Białe Miasteczko, pierwszy telefon, jaki udało mi się odebrać wewnątrz budynku, był właśnie od niej, od Izy – mówi Gardias.


DZIEŃ CZWARTY, 13 KWIETNIA 2010, WTOREK

65

Jaruga zawsze pojawiała się, żeby pomóc. Żeby wesprzeć. Żeby załatwić ważne sprawy. Janina Zaraś z OZZPiP wspomina – nie wstydźmy się uczuć! – jak często Iza mówiła „kochanie, kochana, kocham was, kocham cię”. „Ja też cię kocham” – brzmiała jedyna odpowiedź. Która z nas nie kochała Izy? Głos miała piękny, lekko schrypnięty, wibrujący, podobnie jak śmiech, którym łatwo wybuchała. „Była dobra” – tak mówi się o każdej zmarłej kobiecie. Ale Iza Jaruga była naprawdę dobra. Niektórzy sądzili, że aż za bardzo, bo pewien poziom cynizmu, to konieczny element kariery. Iza nie znała cynizmu. Zawsze miałyśmy ją po swojej stronie. Przychodziła na wiece, pikiety, marsze. Marznąc pod Sejmem, a to w sprawie legalności in vitro, a to 14-latki w ciąży, mogłyśmy być pewne, że wkrótce się pojawi. Że roztoczy swoje jarugowe światło, które – jak się teraz okazało – dostrzegał nawet premier Tusk. Na manifach po prostu była, szła sobie jako zupełnie zwyczajna uczestniczka, nie szukała kamer ani mikrofonów. To organizatorki wołały ją na platformę i wyciągały przed tłum. A manifowy tłum jest wierny i wierność ceni. Czy wiedziała, że stoimy za nią murem, że jest tak ważna dla tak wielu? Czasami na pewno. Czasami dawałyśmy jej poczucie, że warto użerać się z sejmowym patriarchatem, że warto walczyć od lat o te same oczywistości i przegrywać. Nie widać było po niej goryczy. Może czasem zmęczenie. Zapytana w telewizji, już w czasie żałoby, czy Izabela Jaruga-Nowacka była moją przyjaciółką, ochoczo odpowiedziałam: „Tak!”. Potem dopiero poczułam się zakłopotana. Czy można określić mianem przyjaciółki kogoś, u kogo nie było się w domu, czyjego męża się nie zna, o kim wiadomo, że kocha córki i wnuka, ale nigdy się o nich dłużej nie rozmawiało? Gdyby jednak przyjaźń liczona była w gorących uściskach, padaniu sobie w ob-


66

Ż ałoba

jęcia, mówieniu „jesteś boska” i radości wypełniającej nas na czyjś widok – Jaruga należała do najcudowniejszych przyjaciółek. Nie wiem, kim była dla kolegów z Sejmu. Na pewno stawała się powoli klasykiem. Nienaganna, nieugięta, pełna coraz szlachetniejszego blasku. Dla feministek była czymś więcej niż koleżanką. I może czymś więcej niż przyjaciółką. Była naszą sister. Wielki jest po niej płacz wśród gejów, lesbijek, działaczek i działaczy choćby najmniejszych lokalnych organizacji, o których ja nawet nie słyszałam, ale ona tak. Wielkie jest nasze współczucie dla jej najbliższych. Wielka nadzieja, że praca Izy pod koniec dnia jednak nie pójdzie na marne. Tekst ukazał się również w „Gazecie Wyborczej” i na portalu Feminoteka.


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA


Witajcie w niebezpiecznych czasach Cezary Michalski Gdybym chciał pomyśleć w czasie, w którym nie wolno myśleć, jeśli spróbowałbym analizy politycznej w czasie, w którym nie wolno jej uprawiać, wyglądałaby ona następująco. W najbliższych miesiącach czeka nas wojna. Nasza mała apokalipsa, oby jak najmniejsza. Armageddon (Tomasz Piątek mnie zrozumie). Polityka śmierci kontra polityka życia. Polityka życia, jak to zwykle w Polsce, niezbyt ładna, przeciętna, mała, hazardowa. Polityka śmierci, patetyczna, wawelska. Jeśli jest jakikolwiek moment, żeby nie ulec szantażowi naszych rodziców, więcej, naszych przodków, ten moment właśnie nadszedł. Zjednoczyliśmy się wokół czego? Czy się zjednoczyliśmy? Nie sądzę. Pod hasłem wydarzenia, które ponoć przekracza wszelką politykę, będzie uprawiana polityka bezwzględna. Rozegra się walka o władzę. Brutalna. Może jej ofiarą paść nawet subtelna gra, jaka rozpoczęła się w polityce polsko-rosyjskiej, od czasu, kiedy Rosjanie, zamiast opiewać Stalina w rocznicę 9 maja, postanowili się od niego zdystansować, wykorzystując w tym celu Katyń i wykorzystując własne zdystansowanie się wobec Stalina do realnej ofensywy w stosunkach polsko-rosyjskich, które są dla nich jednym z frontów trwającej już od jakiegoś czasu ofensywy w stosunkach z Zachodem. Nie możemy sobie pozwolić na klęskę w tej grze, na pomieszanie naszej polityki zagranicznej z naszym wewnętrznym konfliktem. Rosjanie pokazali


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

69

w telewizji film o Katyniu, a Polacy nadal wietrzą spisek? Putin dwoił się i troił pomiędzy Smoleńskiem i Moskwą, a Polakom jeszcze mało? Przecież Polacy żądają w polityce wyłącznie symboli i emocji, a Kreml zarówno symboli, jak i emocji dostarczył im teraz z nadwyżką, więc czemu Polacy, choćby ich istotna część, ciągle są niezadowoleni, wciąż nie lubią Rosjan? Jeśli subtelna gra, jaka toczy się w stosunkach Rosji i Polski, zostanie użyta w naszym wewnętrznym politycznym konflikcie, w kampanii prezydenckiej, każdego niemieckiego, francuskiego, angielskiego i amerykańskiego komentatora i polityka łatwo będzie przekonać, że od czasów konfederacji barskiej nie staliśmy się krajem zdrowszym ani normalniejszym. Śmierć i Bóg nie powinny obsługiwać partyjnej polityki. Jednak w Polsce obsługują ją szczególnie często. W ciągu najbliższych dni i miesięcy będą ją obsługiwać z wyjątkową intensywnością. Jarosława Kaczyńskiego, który nie zasługiwał na większość epitetów, jakie były formułowane pod jego adresem w latach 2005–2007, który jest jednym z najciekawszych i najmocniejszych polskich polityków, jeśli wytrzyma psychicznie sobotnią tragedię, nic nie powstrzyma przed startem w wyborach. Wystąpi jako mściciel, obrońca spuścizny, jedyny legalny kontynuator. Znowu stanie się politykiem skutecznym. Praktycznie jedynym interesującym pytaniem w polskiej polityce jest teraz pytanie o to, czy Kaczyński wytrzyma. Moim zdaniem tak. „Umarł” już przecież parę razy: kiedy będąc „żoliborskim konserwatystą” został wepchnięty, dał się wepchnąć, a w końcu zaczął z tego wepchnięcia czerpać siłę i zawziętość, do jednego narożnika z Rydzykiem, Giertychem, „antyinteligenckim ciemnogrodem”. Nauczył się nosić gębę antyinteligenckiego demona, on, którego największym marzeniem było to, żeby


70

Ż ałoba

pokonać Michnika, Mazowieckiego, Kuronia, Geremka… i stać się autorytetem dla polskiej inteligencji, politykiem przez polską inteligencję rozumianym. Podwójnie wygrał wybory, a jednak kwestionowano jego prawo do rządzenia, a z kolei on sam nie potrafił zgromadzić siły politycznej wystarczającej do rządzenia. Ponieważ potrafił przetrwać wtedy, dlatego sądzę, że potrafi przetrwać również dzisiaj. A jeśli powróci, znajdzie się naprzeciw Bronisława Komorowskiego, słabego kandydata, który w dodatku będzie się zachowywał niezgrabnie, już się tak zachowuje. Jako człowiek PO będzie obsadzał stanowiska, które nie do PO należą, robiąc wszystko w zgodzie z Konstytucją, będzie jednak prowokował łatwe ataki. Bo stanowiska w Kancelarii Prezydenta (i nie tylko tam) albo powinny pozostać p.o., albo powinny być obsadzone w konsultacji ze wszystkimi siłami politycznymi. Konstytucja tego nie wymaga, wymaga tego sytuacja. Nawet jeśli PO, PiS, SLD i PSL nie potrafiłyby ze sobą współpracować, nawet gdyby się przy tej okazji pożarły, Komorowski byłby osłonięty. Ogłaszając pierwsze nominacje w Kancelarii Prezydenta, zapowiadając kolejne, popełnia błąd, który zostanie przeciwko niemu wykorzystany w kampanii wyborczej przez Jarosława Kaczyńskiego. Chcąc nie chcąc, Komorowski zamienia fatum w partyjny pucz. Powtarzam, łatwo mógłby się z tego wywinąć, wciągając PiS, SLD, PSL… do współpracy i współodpowiedzialności. Choćby deklarując, tworząc nieformalne ciało konsultacyjne, działające do momentu wyborów prezydenckich, opóźniające zmianę, ale czyniące ją bardziej legalną. Jeśli zatem Jarosław Kaczyński wytrzyma emocjonalnie, a sądzę, że wytrzyma, zostanie kandydatem prezydenckim. W najgorszym – z punktu widzenia PiS – razie, otrzyma więcej głosów, niż sondaże dawały tej formacji przed sobotnią tragedią, zarówno w wyborach prezydenckich, jak też prowadząc swoją


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

71

partię w wyborach parlamentarnych. W najlepszym – z punktu widzenia PiS – wygra wybory prezydenckie i wybory parlamentarne. Przyłożą się do tego także „liberalne media”, które dzisiejszym patosem – obiektywnie pracującym politycznie dla PiS-u – pokrywają własne złe sumienie wynikające z ich wcześniejszej antypisowskiej stronniczości. Nawet jeśli ta fałszywa jedność skończy się wraz z końcem żałoby, będzie za późno, bo „masa bezkrytyczna” na rzecz polityki śmierci, na rzecz patosu śmierci, została uruchomiona. Pojawia się w tym miejscu pytanie, na które taka, a nie inna odpowiedź sprawiła, że kiedyś określiłem siebie jako zwolennika „konserwatywnej modernizacji”, a nie rewolucji w Polsce, kraju skrajnie zachowawczym (nawet jeśli nigdy nie miałem nerwów, żeby naprawdę być konserwatystą). To pytanie, czy drażnić, czy też wyciszać emocje, których nie można spacyfikować? Przestrzeganie obecnej żałoby tak, jak została ona zdefiniowana, jest nakręcaniem polityki śmierci. Łamanie jej jest mobilizowaniem drugiej strony. Nie wiem, czy politycznie rozsądniej zachowuje się Monika Olejnik niepotrafiąca ukryć swojego wzruszenia, czy autorzy Krytyki Politycznej, łącznie ze mną, którzy swoje wzruszenie potrafimy ukryć. Nie wiem też, co zrobi lewica. Cimoszewicz, po przemyśleniu tego, jak będzie wyglądać kampania wyborcza, która może się okazać najbrutalniejszą w historii III RP, może kolejny raz nie wystartować. Zresztą jeśli nawet wystartuje, nie odbierze głosów Kaczyńskiemu, ale Komorowskiemu. Zastanawiam się, w jaki sposób można zatrzymać i zmienić logikę nadciągającego politycznego konfliktu. I nie widzę sposobu. Jeśli Jarosław Kaczyński zostanie powstrzymany, też nastąpi to w sposób brutalny. Młodzieżowa manifestacja przeciwko złożeniu prezydenckiej pary na Wawelu to tylko przedsmak, pierw-


72

Ż ałoba

szy łagodny podmuch nadchodzącej burzy. Po tej manifestacji muszą przecież przyjść kontrmanifestacje, takie czy inne. Potrzebna jest koalicja środowisk, instytucji, głosów, tekstów… które nie dadzą się zwariować. Które będą umiały oddać hołd Lechowi Kaczyńskiemu, jednocześnie będą w stanie powiedzieć, że nie był to przywódca miary wawelskiej, nawet jeśli na Wawelu będzie spoczywał. Które nie wierząc w wyzwiska pod adresem Jarosława Kaczyńskiego – które powrócą i znowu będą nietrafione, jak w 2006 czy 2007 roku – jednocześnie nie dadzą się zaszantażować atmosferą żałoby i nie oddadzą władzy w jego ręce. Tak czy inaczej, do kolejnej fazy politycznego konfliktu w Polsce muszą się przygotować wszyscy. Witajcie w niebezpiecznych czasach.


Kwestie polityczne Andrzej Mencwel Jest to doświadczenie, którego niepodobna oddalić, ale o którym mówić nie sposób. Jak mówić, mając przed oczami ludzkie szczątki, bliskich wobec identyfikacji, twarze osieroconych córek i synów, żon i mężów, sióstr i braci, matek i ojców? Dlatego mówię tylko o tym, co polityczne i dotyczy dobra wspólnego. Straciliśmy nagle, przez zły przypadek, Prezydenta oraz reprezentatywną część elity politycznej – pozostających w czynnej służbie państwowej i mających jeszcze przed sobą lata takiej służby. Rzeczpospolita jednak ani na chwilę się nie zachwiała: władze stają na wysokości zadania, obywatele zachowują się rozważnie i poważnie, instytucje i zakłady pracują normalnie. Jutro rano, jak zwykle, kupię bułki i gazety… Otóż tego w Polsce nie tylko przez kilkadziesiąt, ale i przez kilkaset lat nie było, a w przypadkach podobnych nieszczęść pokolenia zadawały sobie pytanie: „co z nami będzie?”. Pewność naszego bytu zbiorowego jest dziś jak powietrze, nie pytamy o nią, bo nią oddychamy. Otóż ci, którzy zginęli, wnieśli walny wkład w osiągnięcie i ustanowienie tej pewności. Nie tylko oni, rzecz jasna, ale, jak na wszystkich cmentarzach, polegli stanowią doborową reprezentację zasłużonych. I to przejrzyste powietrze, którym oddychamy, stanowi niewidzialny pomnik ich chwały. Czy Polska się zmieni po tym wstrząsie? Polska to jest za wielka rzecz, zbyt wewnętrznie złożona i rozczłonkowana, aby można


74

Ż ałoba

krótko i prosto odpowiedzieć na takie pytanie. Czy zmieni się polska, tak zwana, scena polityczna? To jest pytanie selekcjonujące jeden z wykrojów tej wielkiej rzeczy i można na nie odpowiadać dorzecznie. W swojej strukturze scena ta na pewno się nie zmieni, a przesunięcia, które będą na niej następować, mają inny, nie doraźny rytm czasowy. Czy zmieni się panująca stylistyka tej sceny, która nie tylko pośród widzów, ale i wśród aktorów budzi już głównie niesmak i abominację? Nie wiem, ale nie jest to kwestia nagłej konwersji, wstrząsu moralnego, rachunku sumienia, spowiedzi powszechnej, jak się zdaje ministrantom i mediantom. Jest to kwestia polityczna, a najprościej ma się ona tak: w demokracji parlamentarnej warunkiem wystarczającym i koniecznym legitymizacji politycznej jest zaświadczenie wyborcze. Wszyscy jej uczestnicy winni więc wzajemnie uznawać tę legitymizację i konkurować politycznie: w ideach i projektach, debatach i praktykach, realiach i promocjach. Wiemy dobrze, że takie rozumienie demokracji politycznej jest w Polsce głównie przesłoną, za nią toczy się, sięgająca wszystkich możliwych środków (łącznie z zawłaszczaniem instytucji państwowych i majątku narodowego) nieubłagana walka o delegitymizację, czyli eliminację politycznych konkurentów. Obłudne zapewnienia, estradowe występki, słowne obelgi stanowią tylko wyraziste oznaki tych ukrytych, lecz przemożnych intencji. Temu, oczywiście, nie zaradzą uchwały Rady Etyki Mediów ani Rady Języka Polskiego, ale wstrząs emocjonalny może to zmienić. Czy już, w tych przejmujących, sąsiadujących ze sobą nekrologach, zrobiono jakiś krok ku wzajemnemu uznaniu na scenie politycznej? Chciałbym wierzyć, że to jest ten krok, po którym w demokracji politycznej dominować będą polityczni demokraci, a rywalizacja będzie debatą. Demokracja polityczna nie jest końcem historii, ale niczego lepszego, w tym przekroju naszej wielkiej rzeczy, nie mamy.


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

75

Czy zmienią się nasze polityczne stosunki z Rosją? Wiele na to wskazuje, zwłaszcza zdumiewające właściwie zachowanie przywódców państwa rosyjskiego. Tradycje tego państwa znamy głównie ze złej strony i trzeba zdawać sobie sprawę, że przywódcy ci mieli i mają szeroki repertuar politycznych zachowań we wszelkich sytuacjach. Wybrali jednak taki, jaki widzimy i odczuwamy, a wcale nie jest łatwo odczytać jego sens, gdyż przekracza standardy i łamie stereotypy. Czy Putin i Miedwiediew, korzystając niejako z tej tragicznej okazji, podjęli dwie fundamentalne decyzje naraz, których wdrożenie w polityczną praktykę zmieni nie tylko relacje Rosji z Polską, ale i z całym światem? Tego nie wiem, ale można tak myśleć. Jakie to mogą być decyzje? Pierwsza dotyczy Polski i wyrażam ją tak – oczyścimy i uwolnimy zarazem nasze (rosyjskie) stosunki z Polską od całego bagażu przeszłości, jaki symbolizuje zbrodnia katyńska. Tego się nie da zrobić jednym gestem, ale tym razem jasno i zdecydowanie rozpoczniemy takie oczyszczanie i uwalnianie, dlatego musimy tu i teraz pokazać się najlepiej. Druga z tych decyzji jest konsekwencją pierwszej, dotyczy jednak przede wszystkim Rosji, ale tym samym całego świata, ponieważ Rosja pozostaje mocarstwem światowym. Czy Putin i Miedwiediew zrozumieli, że Katyń jest także symbolem zbrodni stalinowskich i że jeśli chcą się uwolnić od klątw przeszłości, trzeba rozrachować się również ze wszystkimi zbrodniami stalinowskimi? Co oznacza także symboliczną i realną zarazem, bo dotyczącą nie tylko całkiem współczesnej ideologizacji, lecz i instytucjonalizacji, ostateczną destalinizację państwa rosyjskiego? Są takie oznaki i, zdaje się, Miedwiediew powiedział, że bez prawdy o Katyniu nie da się zmienić Rosji. Jeśli tak, oznacza to początek przełomu w historii Rosji, ponieważ będzie ona budować, mające niewątpliwie osobliwe znamiona, „normalne” jednak państwo demokratyczne. Z normalnym pań-


76

Ż ałoba

stwem demokratycznym można mieć normalne również stosunki polityczne, niekoniecznie sentymentalne, raczej realne i obliczalne, jak mamy je z Francją czy z Niemcami. Jeśli tak, to z kolei Polskę czeka teraz nie odświętne pojednanie, lecz długa droga powszedniego sprzyjania, wspierania i współdziałania. To będzie nasz wkład nie tylko w poprawę stosunków polsko-rosyjskich, ale i w poprawę Rosji oraz świata. PS Kiedy nastąpi przełom w Rosjanach, taki, który zmieni Rosję i jej stosunki z sąsiadami oraz resztą świata? Wtedy, kiedy Rosjanie odsłonią ofiary wszystkich stalinowskich zbrodni i sprawią im należyte pogrzeby, w imiennych miejscach spoczynku. Mogą zacząć już teraz – obywatele Smoleńska, w lesie katyńskim. Jak długo to może potrwać? Co najmniej jedno pokolenie. 20 kwietnia 2010


Koniec polityki ofiary Michał Sutowski „Katyń – to miejsce przeklęte” – mówi były prezydent. Jego poprzednik: „Tak jak kiedyś, również teraz ginie tam polska elita”. Pokusa analogii jest silna – na rosyjskiej ziemi po raz kolejny giną najważniejsi ludzie w państwie, do tego w rosyjskim samolocie, niektórzy z nich lecieli z wyraźnie antyrosyjską misją. Sobotniej tragedii pod Smoleńskiem grozi przez to wielka i groźna mistyfikacja. Mistyfikacji sprzyjają media – niedługo po katastrofie pokazywano żałobników oczekujących na prezydencki samolot w Katyniu; obok zrozpaczonych ludzi prezentowano przebitki rozbitego wraku i… przestrzelonych czaszek. Przesłanie? Oni nie zginęli „po prostu” w służbie polskiemu państwu, oni zginęli – tak, tak – niczym polscy oficerowie w 1940, na tej, w domyśle, „nieludzkiej ziemi”. Nikt nie mówi tego wprost, ale obrazy telewizyjne mówią same za siebie – znów padliśmy ofiarą niewyrażalnego Zła, znów, w domyśle, ze Wschodu. Nie miejsce to ani czas, aby rozważać konkretne przyczyny katastrofy – choć wiele wskazuje, że wina nie leży po stronie rosyjskiej. Czarne skrzynki odnaleziono, są zapisy rozmów w kabinie – jest zatem szansa, że wyjaśnienia będą jednoznaczne. Że nie będzie wojen o przekazanie dokumentów ani niedomówień. Że dowiemy się z całą pewnością, kto i dlaczego podjął tragiczną w skutkach decyzję o lądowaniu pomimo wyraźnych sugestii ze strony obsługi lotniska, aby lecieć gdzie indziej.


78

Ż ałoba

Pytaniem najważniejszym, przed jakim dziś stajemy, jest to – czy ten „przeklęty” Katyń (Smoleńsk) może nas wreszcie z Rosjanami pojednać? Polacy oczekiwali gestów ze strony Władimira Putina, pokajania się, przeprosin. Żebyśmy wiedzieli, że „nie tylko nam zależy na pojednaniu”. Wydaje się, że od sobotniego poranka nie tylko władze rosyjskie wykonały całą serię gestów. Nie mają sensu dywagacje, czy premier Putin „wzruszył się autentycznie” czy nie – można podejrzewać, że lata kariery w resortach siłowych nauczyły go w razie potrzeby „wzruszać się” tak intensywnie, że sam już nie odróżnia, czy gra, czy jest szczery. Nie o to tu jednak chodzi. Istotne jest, że dwaj przywódcy niespecjalnie dotąd przyjaznego nam państwa wykazali wolę polityczną, by wyrazić solidarność z Polakami: Miedwiediew wygłosił ciepłe orędzie, Putin poleciał na miejsce katastrofy, ogłoszono żałobę narodową. Państwowy kanał informacyjny Wiesti 24 relacjonował katastrofę na żywo, a sylwetkę prezydenta Kaczyńskiego omówiono w nim bardzo rzetelnie i zarazem życzliwie – ani słowa o antyrosyjskim nastawieniu, za to dużo o działalności opozycyjnej w KOR i „Solidarności”. Można rzec – wszystko to na pokaz, czysto instrumentalne. Oczywiście, że tak! Ale w ramach tej „instrumentalnej” logiki polskie ofiary okazały się ważniejsze nawet od rosyjskich – po niedawnych zamachach w Moskwie żałoby nie ogłoszono. Oczywisty cynizm władz rosyjskich nie wyklucza wcale chęci zbliżenia. Rosję mocno dotknął kryzys, chińskie zagrożenie narasta, a wielkie plany współpracy energetycznej z USA (wspólne wydobycie złóż gazu na Morzu Barentsa) prawdopodobnie spaliły na panewce (i amerykańskich pokładach gazu łupkowego). Moskwie może zacząć się spieszyć do Europy – i dlatego po smoleńskiej tragedii Putin wykazał tyle ciepła i empatii. Miał w tym interes – powiedzą sceptycy, ja dopowiem: miejmy nadzieję, że


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

79

to interes, a nie chwilowy prywatny sentyment doświadczonego kagiebisty. Pojednawcze gesty Rosjan to wyraz świadomości, że dobre stosunki z Polską – także te symboliczne – są konieczne, aby ich kraj „zmieścił się” w Europie. Inna kwestia to postawa samych Rosjan i ich niezależnych mediów. Żal i współczucie, a nawet swoiste przeprosiny za ten „polski los w Rosji” wyrażali tak różni ludzie, jak narodowy bolszewik Eduard Limonow czy publicyści liberalnego radia Echo Moskwy. Niezwykle szczere – choć czasem podszyte pansłowiańską ideologią jedności Polaków i Rosjan – były reakcje zwykłych obywateli, którzy tłumnie składali kwiaty pod polską ambasadą. Składając hołd ofiarom, musimy pamiętać, jak wielką bolączką Polaków była niezdolność uczenia się nie tylko na cudzych, ale nawet na własnych błędach. I nie chodzi bynajmniej o stan naszej floty powietrznej – choć i ten należy poddać weryfikacji. Uczestnicy tragicznego lotu do Katynia padli ofiarą – o, gorzka ironio – „ofiarniczej” polityki historycznej, w której kultywowanie pamięci o dawnej traumie miało być źródłem narodowej siły. Doznaną krzywdę próbowano nie tylko zamienić na cnotę, ale i przeliczyć na twardą walutę – z raczej miernym skutkiem. Co gorsza, zakładnikami tej polityki stali się ludzie na co dzień od niej dalecy i przeciwni ostentacyjnej martyrologii. Czy będziemy potrafili wyciągnąć wnioski i przyjąć – choćby i były cyniczne – rosyjskie gesty pojednawcze? Dylemat ten dobrze podsumował publicysta niemieckiego dziennika „Frankfurter Rundschau”: „Polska nie musi już więcej składać ofiar. Odnalazła swoje miejsce w Europie. A któregoś dnia zadecyduje o tym, czy i Rosja może zawrzeć swój pokój z Europą. Właśnie w Katyniu”. Tekst ukazał się również na portalu Wirtualna Polska.


Poza histerię, poza cynizm Krzysztof Nawratek Zacznę od spraw oczywistych: zdarzyła się tragedia. Zginęli – w straszny sposób – ludzie. Wśród tych ludzi był jeden człowiek, którego kiedyś dobrze znałem: szef NBP Sławek Skrzypek. Lata temu był szefem odradzającego się NZS-u na Politechnice Śląskiej. Potem przez chwilę współpracowaliśmy w sztabie wyborczym Lecha Wałęsy, a później nasze drogi się rozeszły. Od wielu lat nie miałem ze Sławkiem żadnego kontaktu. Ponieważ jednak kiedyś go znałem, mogę powiedzieć, że w jakiś sposób ta tragedia dotyka mnie osobiście. Sławek był świetnym organizatorem oraz, jak pokazała jego kariera, lojalnym przyjacielem i współpracownikiem. Stał przy Lechu Kaczyńskim w dobrych i złych chwilach. Aż do końca. Przy tej okazji przypomina mi się początek lat dziewięćdziesiątych, gdy Sławek uczynił mnie redaktorem naczelnym pisemka NZS „Informacje”. Pamiętam spotkanie z człowiekiem z NSZZ „Solidarność”, który miał wziąć makietę pisma do druku. Pamiętam jego plugawe słowa i nienawiść, jaką żywił do Sławka – tylko dlatego, że już wtedy nie był on „swój”, nie był człowiekiem „salonu”. Gdy Cezary Michalski napisał kiedyś, że ludzie z okolic „Gazety Wyborczej” traktowali jego i jego kolegów gorzej niż zwierzęta, przypomniał mi się Sławek i człowiek, którego nazwisko chcę zapomnieć. Na portalu Krytyki Politycznej Michalski opublikował tekst Polityka śmierci [czytaj w niniejszym tomie]. Pisze w nim między


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

81

innymi o polityce historycznej, która zmusiła wielu pasażerów samolotu, by grali w nie swojej sztuce. Myślę, że Michalski dotyka czegoś znacznie głębszego i bardziej fundamentalnego – dotyka procesu kształtowania formy, która nas więzi. Wiem, że nie piszę nic odkrywczego, ale Lech i Maria Kaczyńscy, Sławek Skrzypek i, jak wierzę, wielu innych w tym samolocie ugrzęzło w formie, która nie była ich formą. Mówiąc językiem z Innych pieśni Jacka Dukaja: pozwolili narzucić sobie formę/morfę, którą wielu z nas, czytelników tego bloga, odrzucało. Sławka znałem osobiście, pozostałe ofiary znałem – tak jak większość Polaków – jako bohaterów mediów, rodzinnych rozmów i sporów ze znajomymi. Można rzec, że to trochę tak, jakby zginęli moi sąsiedzi: nikt naprawdę bliski, ale ktoś, o kim dużo wiem. Każda śmierć jest bolesna, i w takim ludzkim wymiarze dzisiejsza tragedia jest oczywista. Niestety to, co się dzieje w Polsce (a co obserwuję, czytając sieciowe serwisy, blogi i rozmawiając ze znajomymi i rodziną), to nie jest zaduma nad kruchością ludzkiego losu, współczucie dla ofiar i ich rodzin czy w końcu racjonalna analiza politycznych skutków tej tragedii. To, co się w Polsce dzieje, to – po raz kolejny – histeria. Momentami, szczególnie w wykonaniu funkcjonariuszy Kościoła katolickiego, histeria pełna nienawiści. Czy to jest jeszcze morfa, którą Kościół z dziwnych powodów wybrał, czy to już jest jego esencja – nie mnie oceniać. Wybuch histerii (podobny do tego po śmierci Jana Pawła II) wiele mówi o polskim społeczeństwie, lecz niestety nic pocieszającego. Polskiego społeczeństwa nie ma. Są tylko egoistyczne jednostki goniące za indywidualnymi interesami, które od czasu do czasu, czy to przy okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, czy tragedii, dokonują symbolicznej emocjonalnej komunii.


82

Ż ałoba

Polacy nie zbudowali instytucji, którym mogliby zaufać, nie zbudowali wspólnoty. Ponieważ jednak ludzie są istotami społecznymi, potrzeba dzielenia emocji, potrzeba „bycia razem” od czasu do czasu się ujawnia. Wystarczy tylko impuls – najlepiej jakaś tragedia. Najbardziej przerażający jest histeryczny ton tych przeżywanych emocji oraz to, że struktury symboliczne całkowicie zastępują rzeczywistość. Polacy jawią się jako naród przesiąknięty myśleniem magicznym („nie zasłużyliśmy na coś takiego”, „przeklęty Katyń”), niezdolny do racjonalnej refleksji nad samym sobą czy światem. Wciąż delektują się figurą ofiary. Kościół ze swą mitologią tylko podsyca te niebezpieczne tendencje. Wydaje się dziś pewne, że rządzić Polakami, to manipulować ich emocjami. Wystarczy zarządzać ich histerią. Co gorsze jednak, alternatywą dla histerii jest cynizm („nie płakałem po papieżu”, „nie płakałem po Kaczyńskim”). Cynizm to zrozumiała reakcja obronna, lecz ta obrona zabija w nas człowieczeństwo. Rytuał i instytucja pozwalają ubrać emocje w formy. Nie negują emocji, nie ośmieszają ich, wręcz przeciwnie – nadają im powagę i strukturę. Pozwalają im stać się elementem wiązania społecznego, wiązania, które jest trwałe, które nie ulatuje po kilku tygodniach czy miesiącach (pamiętacie te wszystkie deklaracje i postanowienia po śmierci Jana Pawła II?). Histeria i cynizm nie budują niczego. Emocje – współczucie, miłość, troska, a nawet gniew – odpowiednio użyte, mogą być bezcennym budulcem narodowego bytu. Najnowsza tragedia jest szansą (która prawdopodobnie nie zostanie wykorzystana), by wyrwać się z morfy histerii i myślenia magicznego, by odrzucić formy, które polskie społeczeństwo coraz bardziej krępują, prowadząc w piekło nienawiści i wzajemnych podejrzeń. Bardzo wiele zależy od polityków PiS-u,


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

83

a szczególnie od Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli zwyciężą w nim ból i wściekłość, nic się nie zmieni. Ale może stać się inaczej. Jarosław Kaczyński może wybaczyć. Już od dawna jeden człowiek nie miał tak wielkiej władzy – władzy zmiany formy własnej i formy narodu. Tylko Jarosław Kaczyński może dziś dać impuls do zmiany, tylko on może zacząć budować nową Polskę. Zawsze o tym marzył – ale czy dziś podoła? Niech ci, którzy wierzą w Boga, modlą się dziś za niego… Reszta niech po prostu ma nadzieję. Tekst ukazał się również na blogu krzysztofnawratek.blox.pl.


Po katastrofie w Smoleńsku doktryna szoku? Michał Syska W poniedziałek, zamiast prowadzić zaplanowaną na ten dzień dyskusję przed prapremierowym pokazem Doktryny szoku, oddałem hołd ofiarom smoleńskiej katastrofy w siedzibie wrocławskiego SLD. Poszedłem tam uczcić przede wszystkim pamięć Izabeli Jarugi-Nowackiej, niezłomnej bojowniczki o sprawy ważne dla lewicy. Poznałem ją ponad dziesięć lat temu, gdy organizowała w Warszawie Klub Dialogu Politycznego im. Zofii Kuratowskiej. To tam miałem okazję poznać osobiście Jacka Kuronia czy zapomnianego, również już nieżyjącego Krzysztofa Wolickiego. Dziś nie żyje także ona… Wrocławska prapremiera Doktryny szoku nie odbyła się. Wszystko jednak wskazuje na to, że będziemy mieć doktrynę szoku. Bez cudzysłowu. W całej Polsce. Sobotnia katastrofa, w której zginęło wielu czołowych polskich polityków i szefów instytucji publicznych, może diametralnie zmienić sytuację gospodarczą i polityczną kraju. Najprawdopodobniej wzmocni ona pozycję Platformy Obywatelskiej, a także ustali bardziej liberalny kierunek zmian w Polsce – już zapowiada specjalizująca się w sprawach gospodarczych agencja Bloomberg, którą cytuje portal TVN 24. Bloomberg przypomina też w swej analizie, że prezydent Lech Kaczyński blokował rządowe zmiany w ochronie zdrowia i systemie emerytalnym. „Inwestorzy postrzegali prezydenta Kaczyńskiego i prezesa


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

85

Skrzypka jako wrogie postacie. W czasie spotkań z klientami wielu z nich uważało, że były to główne siły blokujące reformy rynkowe w Polsce” – komentuje Preston Keat, dyrektor Eurasia Group, londyńskiej firmy konsultingowej zajmującej się kalkulowaniem ryzyka. Peter Attard Montallo z Nomury dodaje z kolei, że „zakładając zwycięstwo Komorowskiego w wyborach prezydenckich – bardzo prawdopodobne jest, że władza skupi się całkowicie w ręku Platformy Obywatelskiej co najmniej do wyborów parlamentarnych w 2011 roku. – To powinno przyspieszyć program prywatyzacji, a także wspomóc uchwalenie ustaw i reformy fiskalnej przed rozpoczęciem kampanii wyborczej w przyszłym roku” – mówi Bloombergowi Montallo. Według rynkowych analityków przeszkodą dla liberalnych, „koniecznych reform” był też Sławomir Skrzypek, szef NBP, który także zginął pod Smoleńskiem. Już kilka godzin po katastrofie Witold Gadomski na łamach internetowego wydania „Gazety Wyborczej” domagał się od Bronisława Komorowskiego szybkiej nominacji nowego prezesa banku centralnego. Rozpoczęły się już spekulacje dotyczące ewentualnego następcy Skrzypka. Pojawiają się nazwiska m.in. Jana Krzysztofa Bieleckiego, Dariusza Rosatiego, Jerzego Hausnera, a nawet Leszka Balcerowicza. Izabela Jaruga-Nowacka powiedziała kiedyś: „Czas zdefiniować lewicę prosto: ma stanąć po stronie mrówek, a nie mrówkojadów”. Wszystko wskazuje na to, że mrówkojady będą chciały wykorzystać szok, jakiego doświadczyło mrowisko. Kto stanie w obronie mrówek?


Czy ulica ma prawo do żałoby? Joanna Erbel Od sobotniego ranka na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim gromadzi się tłum, który ustawia się w kolejki, żeby jak najbliżej wejścia do Pałacu postawić znicz i złożyć kwiaty, wpisać się do księgi pamiątkowej. Część przyszła z dziećmi zrobić sobie zdjęcie w momencie, który rozpoznają jako historyczny, żeby zespolić swoje indywidualne biografie z historią Polski. Sporo również obcokrajowców z kwiatami, zaznaczających solidarność z Polakami w dniu żałoby narodowej. Jak pisał Maciej Gdula [Trzy żałoby, w niniejszym tomie], ulica ma własny rytm przeżywania śmierci, „nie ma napięcia i łez «zwykłych ludzi» widzianych w telewizorze”. Atmosfera nie jest podniosła, ale poza krótkimi momentami mobilizacji do walki o miejsce w szeregu, żeby obejrzeć kondukt żałobny z trumną Lecha Kaczyńskiego, a dwa dni później jego żony, nie ma tu napięcia ani podekscytowania z poczucia uczestniczenia w medialnym wydarzeniu. Tłum zebrany na Krakowskim Przedmieściu nie jest pełen zadumy, nie wykazuje solidarności, a wiele osób przyszło tam z nie do końca wiadomego sobie powodu, a jednak tłum ten jest oznaką potrzeby zbiorowego doświadczenia w obliczu żałoby narodowej. Bycie na ulicy albo uczestniczenie w Marszu Milczenia, jaki w poniedziałek wieczorem przeszedł Traktem Królewskim, jest jedyną alternatywą wobec mszy albo zapośredniczonego


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

87

uczestnictwa poprzez różnego rodzaju media. Kupowanie flag, zapalanie zniczy i układanie czerwonych i białych kwiatów we flagę narodową jest świecką metodą zaznaczenia solidarności z rodzinami zmarłych. Na Krakowskim nie ma atmosfery pikniku ani festynu, chyba że za takie uznamy fakt, że ktoś pije gazowane napoje. W tłumie jest cicho, obco i smutno, ale jest to smutek inny niż podczas żałoby po śmierci Jana Pawła II, bo smutek nieukierunkowany. Nie wszyscy przyszli po to, żeby żałować Lecha Kaczyńskiego, ale również po to, by uczcić innych pasażerów samolotu – przedstawicieli inteligencji, profesorów, rodziny znajomych, lewicowe sojuszniczki. Obecność na ulicy jest próbą przepracowania żałoby. Zbyt łatwo deprecjonujemy te starania jako fałszywe gesty, przeciwstawiamy im formy intelektualnego opisu albo zapośredniczonego przepracowania za pomocą sztuki. Dla wielu osób przejście z przestrzeni prywatnej do publicznej nie jest zwykłym spacerem. Jest to próba odnalezienia świeckiej, a często nawet lewicowej formy uczczenia i emocjonalnego włączenia się w zbiorowe doświadczenie żałoby. Niechętnie jednak patrzymy na ten tłum inaczej niż jako na kolejny przykład zbiorowej hipokryzji. To odcinanie się od emocji obecnych na ulicy odbiera nam możliwość współodczuwania i rozumienia doświadczenia, które wykracza poza polityczne i naukowe kategorie. Bez instrukcji obsługi w postaci lewicowej teorii nie potrafimy włączać nowego doświadczenia, tracimy lewicową wrażliwość. I zamiast być zaczynem nowych schematów interpretacyjnych ta nasza wrażliwość jest przez nie umniejszana. Zamiast poszukać własnej formy zbiorowego doświadczenia, piętnujemy tłum sięgający do znanego mu repertuaru żałobnych gestów z braku alternatywnych form przeżywania, a samych siebie skazujemy na cynizm albo indywidualne formy zadumy.


 statnie wystąpienie w Sejmie posłanki O Izabeli Jarugi-Nowackiej Pani Marszałek! Panie Ministrze! Wysoka Izbo! Przede wszystkim na ręce pani marszałek chciałabym złożyć podziękowania za to, że w tej dyskusji są 10-minutowe oświadczenia, bo rzeczywiście zderzyły się tutaj dwie wizje rodziny, sposoby rozumienia, czym jest dobro rodziny. Myślę, że powinniśmy także poinformować posłów, którzy nie pracowali w komisji polityki społecznej, bo być może nie wiedzą, czego te kontrowersje dotyczą. Chcę także bardzo wyraźnie powiedzieć, że nie mogę zgodzić się z opinią przedstawioną przez moją poprzedniczkę panią poseł Wargocką, że prace podkomisji prowadzonej przez panią poseł Kochan były prowadzone w trybie „nie, bo nie”. Jako wieloletnia posłanka, pani poseł, chcę bardzo wyraźnie powiedzieć, że to chyba jeden z nielicznych przypadków, gdy przy otwartej kurtynie, przy udziale organizacji pozarządowych mających naprawdę diametralnie różne poglądy i różne opinie, pracowaliśmy bardzo sumiennie, na chyba siedemnastu posiedzeniach podkomisji, więc zarzucanie tutaj złej woli jest podług mnie nie na miejscu. (Oklaski) Pani Marszałek! Wysoka Izbo! Ja oczywiście także myślę, że ten projekt – biorąc pod uwagę, że chciałabym, aby był on najlepszy, najbardziej skuteczny – ma jeszcze wiele mankamentów w świetle poglądów mojego klubu. Ale chcę powiedzieć, że to


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

89

jest dobry projekt, Wysoka Izbo. My w gruncie rzeczy dzisiaj powinniśmy mieć poczucie, że robimy coś dobrego, żeby w polskim społeczeństwie było mniej przemocy, dramatów, rozpaczy, poczucia klęski, mniej przypadków zniszczenia całego życia, bo tego dotyczy ten projekt. Jeżeli miałabym powiedzieć, jaka to jest ustawa, tobym powiedziała: to jest właśnie, pani poseł, ustawa prorodzinna. Rodziny są różne, a dobrze by było, żeby wszystkim słowo rodzina się kojarzyło tak, jak się kojarzy większości z nas – z miejscem pełnym miłości, bezpieczeństwa i dobra. Ale przecież mówimy o sytuacjach szczególnych, kiedy rodzina kojarzy się z lękiem, z trwogą, z poczuciem ogromnego rozdarcia pomiędzy miłością jej członków: dzieci, kobiet, dziadków, którzy tej przemocy doznają, a tym potwornym lękiem, który im towarzyszy w miejscu, gdzie powinno się mieć spokój i poczucie bezpieczeństwa. Tak więc rzeczywiście mówimy o dwóch wizjach. Pani poseł mówi, że przemoc zasługuje na potępienie. Niewątpliwe tak. Ale to nie wystarczy, dlatego dzisiaj musimy także podjąć takie działania, które, po pierwsze, zapobiegną eskalacji przemocy, a po drugie, jednak pozwolą ze sprawcami postępować inaczej. Dlaczego zdaniem mojego klubu jest to dobra ustawa? Wymienię cztery punkty. Po pierwsze, dlatego że zaproponowany w poselskim projekcie nakaz opuszczenia mieszkania przez sprawcę przemocy został nareszcie tutaj umieszczony. Tak jak mówię, nie jest to zapis taki, jaki miałam zaszczyt w imieniu klubu przedkładać, który, jak mnie się wydaje, był znacznie korzystniejszy, a mianowicie przewidywał, że w czasie interwencji policja może wręczyć nakaz opuszczenia mieszkania. Zgodziłam się, żeby to był środek zapobiegawczy wydany przez prokuratora podczas prowadzenia postępowania, tak jak zaproponowało Ministerstwo Sprawiedliwości. Dlaczego to jest takie ważne? Chyba


90

Ż ałoba

nie ma nikogo na tej sali, kto by uznał, że to jest sprawiedliwe, że ktoś, kto doznaje przemocy, musi uciekać ze swojego domu, a pozostaje w nim ten, kto jest oprawcą. Ucieczka z domu bardzo często oznacza popadnięcie w bezdomność, utratę właściwie wszystkiego. Jak już mówiła pani poseł, przemoc to jest zjawisko, które najczęściej dotyka kobiet, następnie dzieci, a potem starszych. Dotyka też mężczyzn. No ale powiedzmy sobie, jak dramatyczną sytuację mają ci, którzy, pobici, muszą uciekać, szukać jakiegoś schronienia, przytułku. To jeden z najskuteczniejszych instrumentów – ów nakaz opuszczenia mieszkania. I już choćby dlatego warto tę ustawę przyjąć. Druga rzecz to jest moim zdaniem bardzo ważne rozwiązanie, które znalazło się w rządowym projekcie, a mianowicie zapis o natychmiastowym powrocie do więzienia sprawcy przemocy w rodzinie, który po otrzymaniu wyroku w zawieszeniu lub skorzystaniu z warunkowego zwolnienia ponownie dopuścił się przemocy wobec bliskich. Moim zdaniem niewątpliwie konieczny jest taki zapis, bo przemoc w rodzinie traktowana była cały czas z przymrużeniem oka, na ogół wyroki w tych sprawach były w zawieszeniu, no i w końcu oprawca nawet nie poczuwał się do winy, robił to, co chciał. Wreszcie, Wysoka Izbo, rzecz, która nas na tej sali dzieli, ale chcę powiedzieć, że to wstyd, że nas dzieli. Chodzi mianowicie o zwiększoną ochronę dzieci przed przemocą, w tym zakaz kar fizycznych. Myślę, że naprawdę już wstydem jest dzisiaj, jeżeli ktoś nie chce przyznać dzieciom podstawowych praw należnych człowiekowi. Przecież prawo do nietykalności cielesnej, ochrony przed poniżaniem i przemocą jest podstawowym prawem człowieka. (Oklaski) Czy my chcemy dzieciom odmawiać tego podstawowego prawa? W Polsce zakaz karania biciem dzieci nadal budzi opór. To jest dla mnie niezrozumiałe. Czy państwo


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

91

naprawdę uważacie, że można kogoś w ten sposób wychować na człowieka pełnego godności, z poczuciem własnej wartości, jeżeli go się poniża? Przecież to nie jest, na miły Bóg, jak państwo mówicie i co jest naprawdę dla mnie kompletnie niezrozumiałe, zamachem na prawa rodzicielskie. Każdy rodzic, który uderzy własne dziecko, wie, że to jego porażka. Proszę bardzo, przecież tu nie ma żadnych sankcji. Tak jak już cały świat zrozumiał, zrozummy i my, że nie można dziecka wychowywać poprzez bicie. To jest metoda niedopuszczalna. (Oklaski) Dlatego bardzo się cieszę, że ten zapis się tu znalazł. I czwarta rzecz, dla której także na pewno warto mimo zastrzeżeń przyjąć tę ustawę, to jest to, że wreszcie w przygotowywaniu i wdrażaniu „Krajowego programu przeciwdziałania przemocy w rodzinie” będą odgrywały większą rolę i miały silniejszy głos podmioty, które są tu od lat, zanim rząd, zanim parlament cokolwiek w sprawie przemocy zrobił, a mianowicie organizacje pozarządowe. One są i na prawo, i na lewo, i świeckie, i kościelne, i feministyczne, i Bóg wie jeszcze jakie. Wysoka Izbo, dobrze, żeby ci ludzie mówili, co trzeba zrobić, bo oni pracują u samych podstaw i dobrze wiedzą, na co trzeba zwrócić uwagę. Myślę, że to będzie świetna pomoc dla ministra polityki społecznej. Oczywiście są też porażki. Nie udało się choćby w preambule podkreślić tego, że przemoc nie jest neutralna płciowo, że ona przede wszystkim dotyczy kobiet. Ale zaakceptowaliśmy to, co moim zdaniem jest także bardzo ważne, że przemoc w rodzinie to naruszanie praw człowieka. Wreszcie, Wysoka Izbo, chcę się odnieść do jednej bardzo ważnej kwestii poruszonej przez panią poseł Wargocką także – i w tej sprawie jest wniosek mniejszości, któremu muszę być, pani poseł, przeciwna – a mianowicie chodzi o to, żeby dzieci nie były odbierane z powodu biedy. Oczywiście jest hańbą polskich


92

Ż ałoba

przemian to, że dzieci odbierane są jedynie z powodu biedy. I nie będzie między mną i panią tu kontrowersji, choć dane znam inne. Chodzi o ok. 20 procent dzieci, które są odbierane do różnych ośrodków wychowawczych z powodu biedy rodziców, ale tam czasami występują też różne inne dysfunkcje. Wysoka Izbo, nie wytykajmy sobie tego palcem, bo ten system, w którym ludzi nie stać na mieszkanie, bo w gruncie rzeczy mieszkanie miało być towarem, budowały wszystkie ekipy po kolei. I w tym układzie nie zmienimy tego tą ustawą, tylko musimy zastanowić się, co zrobić w Polsce, żeby na mieszkanie było stać tych, którzy zarabiają mało, co zrobić, żeby zamiast dawać ok. 4 tys. na dziecko w ośrodku opiekuńczym, część tych pieniędzy przekazywać rodzinie. Popatrzmy jednak na nasze działania. Przecież myśmy waloryzacji podstawowych świadczeń społecznych nie przeprowadzili już od kilku lat. Jeżeli tak, to może przestańmy mówić tylko o budownictwie komercyjnym, przestańmy może też budować tylko noclegownie i schroniska, a zacznijmy budować domy i mieszkania komunalne. Tego się nie załatwi, pani poseł, przez zapis taki, jak pani proponuje – żeby nie czynić tego z powodu biedy, bo tu jest bardzo wyraźnie napisane, że dziecko zabezpieczyć może pracownik socjalny w wypadku bezpośredniego zagrożenia zdrowia i życia. Tak więc to biedę wyklucza. Przecież pani poseł doskonale wie, że to, co się dzisiaj dzieje, nie dzieje się pod rządami tej ustawy, bo jej nie ma. Dzieje się tak dlatego, że myśleliśmy o mieszkaniu jako towarze, co jest moim zdaniem jednym z większych błędów 20-letnich przemian. Wreszcie, Wysoka Izbo, na zakończenie chcę powiedzieć tak. Nie bardzo mogę zrozumieć, jak można podważać już tak uszczegółowiony, że aż, powiedziałabym, zniekształcony zapis co do tego (Dzwonek), w jakiej sytuacji pracownik socjalny może zabezpieczyć dziecko przed utratą zdrowia i życia. Albo państwo


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA

93

nie chcecie przyjąć do wiadomości, że istnieje ta bardzo ciemna strona w życiu niektórych polskich rodzin i tego, co się tam dzieje, albo nie wiecie, że tak jest. Ale trudno nie wiedzieć, jeżeli co jakiś czas, niestety, pokazywane jest w telewizji skatowane dziecko, które w szpitalu walczy o życie. Jeżeli więc państwo protestujecie i mówicie, że w takiej sytuacji, tak dramatycznej sytuacji, sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia, nie potrzebna jest ingerencja w tego typu rodzinie, to chcę powiedzieć, że to jest dla mnie nie tylko niezrozumiałe, ale wręcz gorszące. Wysoka Izbo! Klub Lewica uważa, że to jest dobra ustawa. Będziemy głosowali za jej przyjęciem. Myślę, że to jest bardzo dobra wiadomość dla wszystkich ofiar przemocy. Dziękuję bardzo. (Oklaski) 7 kwietnia 2010


DZIEŃ SZÓSTY, 15 KWIETNIA 2010, CZWARTEK


Przerwany poród sensu Małgorzata Kowalska Na początku był absurd. Absurdalna, nawet jeśli wywołana subiektywnie szlachetnymi pobudkami, była przecież potrzeba drugiego i „lepszego” uczczenia ofiar katyńskiego mordu, jakby uroczystość z udziałem premierów Tuska i Putina była tylko mało znaczącą (jeśli nie podejrzaną lub wprost niecną) przygrywką do Prawdziwej Celebracji Rocznicy. Absurdalna – widoczna chęć przebicia pierwszej uroczystości przez drugą, czemu służyć miała w szczególności ilość i ranga uczestniczących w tej drugiej przedstawicieli Państwa i Narodu Polskiego. Ten martyrologiczno-patriotyczny wyścig, który Prezydent postanowił uruchomić i wygrać, był słusznie krytykowany, gdy tylko się rozpoczął. Zwłaszcza że skłaniał do dość naturalnego podejrzenia, iż chodzi w nim nie tylko i nie tyle o oddanie hołdu ofiarom, ile o uzyskanie punktów w walce politycznej, która nie tylko w Polsce, ale w Polsce zwłaszcza, wciąż jest w ogromnej mierze walką o ustanowienie i zawłaszczenie symboli. Absurdalna do kwadratu była sama katastrofa. Absurdalność w niczym nie umniejsza tragizmu, raczej go potęguje – przynajmniej dla nas współczesnych, którym bliższe jest poczucie tragizmu à la Camus lub Becket niż à la Sofokles. Katastrofa była z gruntu bezsensowna, bo spowodowana przez koszmarny przypadek, fatalne nieporozumienie, błąd w orientacji, w ocenie


DZIEŃ SZÓSTY, 15 KWIETNIA 2010, CZWARTEK

97

możliwości, bez śladu czyjejkolwiek intencji. W podejmowanych tu i ówdzie próbach odkrycia w tym przypadku sensu – czy to zbrodniczego, czy opatrznościowego – można widzieć tylko rozpaczliwą reakcję na jego ewidentny brak. Zdarzyło się – po prostu, bez motywu i bez celu, po nic. Na przekór wszelkim projektom. Można też ująć to inaczej. Tragiczny bezsens samej katastrofy był tylko konsekwencją absurdalnego wyścigu. Bo przecież gdyby nie ten wyścig, piloci, jak wolno sądzić, zachowaliby się rozważniej, nie próbowaliby lądować w tak niesprzyjających warunkach. Gdyby nie wyścig, gdyby nie presja, którą musieli odczuwać, nawet jeśli przy podchodzeniu do lądowania nikt bezpośrednio jej nie wywierał, polecieliby na zapasowe lotnisko, i chociaż planowana uroczystość zostałaby tym samym „zepsuta”, do tragedii by nie doszło. Ale fakt, że katastrofy można było uniknąć, zwielokrotnia absurdalność sytuacji. Oto absurd zrodził absurd i to, co na początku mogło wydawać się tylko głupie, stało się napędem prawdziwej absurdalnej tragedii. Absurdalna i tragiczna do n-tej potęgi była śmierć tych, którzy w samolocie znaleźli się – jak celnie ujął to Cezary Michalski – jako zakładnicy prezydenckiej polityki historycznej, z którą sami się nie utożsamiali. A jednak z tego spiętrzenia absurdów w kilkanaście godzin po katastrofie zaczął wyrastać sens. Nie mam oczywiście na myśli prób racjonalizacji przez dopatrywanie się w katastrofie czy to tajemnych planów Bożych, czy to ruskiego spisku. Sens zaczął się rodzić nie z katastrofy, lecz z ludzkich reakcji na nią, nie jako emanacja „istoty” tragedii, lecz jako jej niezamierzony efekt, jej rezonans w zbiorowych emocjach, choć nie (jeszcze nie) w zbiorowym myśleniu. Szok myśleniu nie służy i próżno się tym gorszyć albo temu się dziwić. Ale sens może płynąć również,


98

Ż ałoba

a nawet przede wszystkim, z „trzewi”, z mrocznej gry – jak pewnie ujęliby to psychoanalitycy – między popędem i „superego”, między infantylnymi odruchami a nierefleksyjnym moralnym zakazem i nakazem. W obliczu potężnego absurdu, kiedy „normalne” pojęcia zawodzą, kiedy myślenie traci dotychczasowe punkty oparcia, ta podziemna gra, zwłaszcza w skali zbiorowej, „statystycznej”, musi dokonywać się ze szczególną siłą. I poza towarzyszącą temu histerią albo na jej tle z tej gry powstają, mogą powstać trwałe efekty sensu. Sensotwórcze zbiorowe emocje były co najmniej dwie. Po pierwsze, pod wpływem szoku i w obliczu śmierci nawet najbardziej zajadli krytycy „polityki historycznej” realizowanej przez Prezydenta nie tylko z grzeczności umilkli, ale też nierzadko zdobyli się na wspaniałomyślność, a nawet na perspektywę, w której to, co do tej pory jawiło się jako oczywiste słabości i błędy tej polityki, zaczęło odsłaniać się od innej strony – przynajmniej jako subiektywna szlachetność intencji (a nie tylko jako małostkowa polityczna gra). Stara to prawda, że często tylko wobec śmierci stać nas na taką korektę, jeśli nie rewizję własnej perspektywy. Nie należy tego procesu mylić z obłudnym zaleceniem: „o umarłych tylko dobrze lub wcale”. Nawet jeśli to sformułowanie stanowi zwulgaryzowaną postać pracy żałoby. W fakcie, że po śmierci ludzi, o których za ich życia mówiliśmy prawie wyłącznie źle, jesteśmy w stanie powiedzieć coś dobrego, nie należy dopatrywać się tylko obłudy. A jeśli już – to „obłudy wzniosłej”, która pozwala wyjść poza powszednią małostkową „szczerość”. Pierwszym efektem katastrofy było więc wywołanie powszechnego odruchu „wzniosłej obłudy”, pozwalającej dotychczasowym przeciwnikom prezydentury Lecha Kaczyńskiego i realizowanej przezeń „polityki historycznej” zestroić się emo-


DZIEŃ SZÓSTY, 15 KWIETNIA 2010, CZWARTEK

99

cjonalnie z jego zwolennikami. Proszę mnie dobrze zrozumieć: sensotwórczy potencjał tego fenomenu polega nie na tym, że faktycznie zaciera on polityczne i ideowe podziały (co ani faktycznie nie miało i nigdy nie ma miejsca, ani nie byłoby stanem pożądanym), lecz na tym, że odsłania najbardziej elementarny wymiar międzyludzkich relacji – wszystko jedno, czy nazwiemy go eschatologicznym, etycznym czy egzystencjalnym. A odsłonięcie tego wymiaru jest w życiu społecznym i politycznym tak rzadkie, że zasługuje na miano wydarzenia. Po drugie, w efekcie katastrofy doszło do niespodziewanego i wręcz niesamowitego ocieplenia stosunków polsko-rosyjskich. Klasa rosyjskich przywódców (pomijając niewątpliwie obecny w ich postępowaniu element racjonalnej kalkulacji) oraz serdeczność wielu zwykłych Rosjan w obliczu tragedii zaskoczyły i wzruszyły Polaków, dla niektórych stały się wręcz okazją do quasi-obajwienia: Eureka! okazuje się, że Rosjanie nie są tylko oprawcami i burakami, lecz również wrażliwymi ludźmi i „braćmi Słowianami”…! Na forach internetowych wielką popularnością cieszyły się wątki z hasłem: „Dziękujemy wam, Rosjanie”. W kontekście tych nowych odkryć i wzruszeń paradoksalnie (jak zauważyło już wielu komentatorów nie tylko w Polsce) tragedia pod Smoleńskiem, choćby nazwać ją „Katyń 2”, zaczynała jawić się jako bezprecedensowa okazja do przezwyciężenia polskorosyjskich waśni, zarówno na poziomie oficjalnej obustronnej polityki, jak i na poziomie wzajemnej społecznej percepcji. Do tego stopnia, że w którymś momencie można było niemal odnieść wrażenie, iż cały absurd tej tragedii rozwiązuje się właśnie w ten sposób: w niewyobrażalnym jeszcze parę dni wcześniej polsko-rosyjskim uścisku. Czytając polskie i rosyjskie media oraz fora internetowe, w których pełno było wzajemnych deklaracji dobrych uczuć (poza obowiązkowymi, ale mniejszościowymi


100

Ż ałoba

po obu stronach wyrazami niechęci, podejrzliwości i pogardy), można było mieć poczucie, że dzieje się coś przełomowego, że spoza zwałów złej pamięci i złogów uprzedzeń przebija się – zaiste – „wydarzenie”. Eh, krótki to był czas. Zarówno praca żałoby, jak i towarzysząca jej praca sensu zostały szybko zakłócone, by nie rzec nieodwołalnie przerwane, przez znajomą naziemną rzeczywistość. Trudno powiedzieć, co zostanie z lirycznych uniesień polsko-rosyjskich, ale wiadomo już na pewno, że bezpowrotnie zniknął efekt „wzniosłej obłudy” i eschatologiczno-etyczno-egzystencjalnego pojednania między przeciwnikami i zwolennikami prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Zdumiewająca decyzja o pochowaniu Prezydenta na Wawelu sprawiła, że wspaniałomyślne odruchy przeciwników błyskawicznie utknęły im w gardle, a nierzadko zamieniły się w gniew. Ci, którzy zadecydowali o pompatycznym miejscu pochówku, podbili bębenka żałoby tak bardzo, że go przekłuli. Niezależnie od tego, ile osób przyjdzie na pogrzeb prezydenckiej pary, niezależnie od tego, ile jeszcze dobrych słów poświęci się w mediach tej prezydenturze, z balonu narodowej wzniosłości uciekło już powietrze. Wszystko powraca do normy. To znaczy znów do absurdu – tyle że tym razem w swojskiej wersji farsy. Jeżeli nie chcemy pozostać na tym etapie, pracę sensu trzeba będzie podjąć na własny rachunek. I teraz już przy użyciu głowy. Zostaliśmy wystarczająco otrzeźwieni.


Spektakl z odrobiną metafizyki Z Magdaleną Łazarkiewicz rozmawia Jan Smoleński Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Jak pani odbiera żałobę po katastrofie w Smoleńsku? Przemawiają do pani proponowane nam sposoby jej przeżywania? Magdalena Łazarkiewicz: Wychowałam się na Gombrowiczu, nie na Sienkiewiczu. Ludziom o światopoglądzie zbliżonym do mojego jest chyba trudniej radzić sobie z takimi zbiorowymi emocjami. U mnie – niemal automatycznie – włącza się mechanizm samokontroli: żeby nie popaść w zbytnią patetyzację uczuć. A jednak… Jeszcze kilka dni temu nie przyszłoby mi do głowy, że uronię łzę po prezydencie Lechu Kaczyńskim, a teraz muszę przyznać, że kilka razy oczy mi się zaszkliły. To jest normalny ludzki odruch, bo wiemy, że życie tych, którzy zginęli, zostało nagle przerwane. Chyba wszyscy stracili kogoś bliskiego, więc to też jest odruch zwykłej ludzkiej solidarności w bólu. Poza tym działa wyobraźnia: to straszny zbieg okoliczności, że w tym samolocie było wielu ludzi w kwiecie swojej działalności, niektórych nawet znałam osobiście i darzyłam szczerym szacunkiem. Zresztą podobnym szokiem reagowaliśmy na 11 września. Dla mnie najbardziej poruszające jest to, co się dzieje na linii relacji z Rosją. Kaczyński, który nie krył się z niechęcią wobec Rosji – paradoksalnie – może się przyczynić do znaczącego przełomu w stosunkach z tym krajem. Ja patrzę na rzeczywistość trochę jak na spektakl, taki paradoks szalenie zapładnia moją wyobraźnię.


102

Ż ałoba

W Ekipie, serialu, który pani współtworzyła, też rozbił się samolot z prezydentem. Tak. Wczoraj obejrzałam ten odcinek jeszcze raz. W wielu miejscach jest niemalże profetyczny. Żałuję, że nie zrobiłyśmy kolejnego sezonu, który miał pokazać wybory po śmierci prezydenta w katastrofie samolotowej pod Kabulem. Może to byłby jakiś instruktaż dla naszych polityków, jak powinni się teraz zachowywać, bo przecież oni też są w szoku. Żaden poważny scenarzysta nie odważyłby się jednak na taki ładunek symboliki, wręcz na pograniczu kiczu: Katyń, 70. rocznica. Ten moment symboliczny jest przytłaczający – a filmowiec uświadamia sobie w takim momencie, że Wielki Scenarzysta nie ma żadnych problemów z sięganiem po kicz. Czy katastrofa pod Smoleńskiem to jest wydarzenie bez precedensu, jeśli idzie o natężenie zbiorowych emocji? Dobrze pamiętam atak na WTC: to też było takie nagłe zatrzymanie, kompletny szok. I teraz chyba przeżywamy coś podobnego. Bezradność, uczepienie się ekranów telewizorów, wysłuchiwanie w kółko tych samych informacji – to są objawy zbiorowej traumy, która się udziela. Trudno od tego uciec, skoro chłonie się to każdym porem. Wydaje mi się, że ludziom wierzącym łatwiej jest pokonywać takie traumy, bo mają oparcie w swoim światopoglądzie, ale także w instytucji kościoła, w przyjętej obrzędowości. Oczywiście pytanie brzmi, jak bardzo ta wiara jest głęboka. Mam bardzo krytyczny stosunek do polskiego katolicyzmu, który jest na ogół płytki, odpustowy. Ale znam ludzi, którzy wierzą bardzo głęboko i potrafią przeżywać takie sytuacje w sposób, który budzi moją zazdrość i najgłębszy szacunek. Wobec takiej wiary chylę czoło.


DZIEŃ SZÓSTY, 15 KWIETNIA 2010, CZWARTEK

103

Powiedziała pani o czepianiu się ekranów telewizorów. Czy mamy do czynienia ze spektaklem? Z jednej strony tak, bo media muszą z siebie wypluwać tę całą informacyjną papkę. Zastanawiam się, dlaczego tak rzadko pozwalają sobie na milczenie – przecież mogą zamiast ciągłego międlenia puszczać piękną muzykę, która budzi emocje. Dla wielu widzów to by była prawdziwa ulga. Generalnie trochę uciekam od tego potoku słów, który nas zalewa. Skąd się bierze w ludziach potrzeba, żeby tyle gadać… Ale jak na to patrzę z drugiej strony, to wydaje mi się, że media w niespodziewany i nadzwyczajny sposób zaczęły się zachowywać po prostu przyzwoicie. Chodzi mi o tych dziennikarzy, którzy znani byli z pewnej gruboskórności. Teraz ta pogoń za sensacją została złagodzona i wygląda to na świadomy proces. Dla mnie wiadomość, że pewna znana prywatna stacja telewizyjna wstrzymywała się z nadaniem informacji o katastrofie przez pół godziny po to, żeby sprawdzić wszelkie źródła, jest przejawem tej głębszej odpowiedzialności. To jest krzepiące. To znaczy, że tak zupełnie nie zdziczeliśmy. Ale żeby była pełna jasność: nie wierzę w żaden trwały przewrót moralny w naszym narodzie. Chociaż z pewnością są wśród nas ludzie, którzy przeżywają głęboki przełom. Dla mnie osobiście wielką ulgę stanowi sam fakt, że przynajmniej przez jakiś czas nie rozmawia się w mediach o tym, jaką sukienkę założyła ostatnio na siebie Doda i kto zgrabniej fiknął nóżką. Że nareszcie płynie do nas stamtąd odrobina choćby metafizyki! Czy pani zdaniem te oglądane na ekranach przeżycia są autentyczne? Myślę, że tak. Smutek i łzy są prawdziwe, zresztą sama temu ulegam. To poruszające, jak się widzi polityków czy dziennikarzy, którzy publicznie płaczą. Ta śmierć i żałoba to wydarzenia


104

Ż ałoba

publiczne. Osoby, które zginęły, pojawiały się w telewizorach, traktujemy więc ich śmierć jak odejście naszych bliskich. To jest naturalne. Jednocześnie towarzyszy temu folklor religijny, który też jest w pewnym sensie autentyczny. Nie mam nic przeciwko temu. Boję się w takich sytuacjach tylko tego, żeby ktoś nie wsiadł na tego narodowego konia i nie zaczął wywijać sztandarem. Obawiam się zbiorowych uniesień, intuicyjnie odczuwam lęk, że to może przerodzić się w coś niedobrego. Trzeba być bardzo czujnym, żeby umieć rozpoznać, gdzie zaczyna się fałsz. Dla mnie taki niebezpieczny sygnał pojawił się w momencie, gdy ogłoszono, że miejscem pochówku prezydenta i jego żony będzie katedra na Wawelu, wolałabym, żeby zachowano tu skromną, ludzką miarę. A czy jest możliwe, żeby taką publiczną żałobę przeżywać inaczej? Chyba nie. Społeczeństwa dzielą się na takie, które pod wpływem traumy się jednoczą, i takie, które się dzielą. My należymy do tych pierwszych – potrafimy w piękny sposób celebrować żałobę. Najpiękniejszym polskim świętem jest Święto Zmarłych. Myślę, że to scheda romantyzmu, związana do tego z całą silnie zakorzenioną w Polsce katolicką obrzędowością. To ewenement, że tak pięknie potrafimy przeżywać żałobę, a przy tym na ogól nie rozumiemy śmierci najbliższych nam ludzi, zupełnie nie umiemy jej przeżywać, nie umiemy się z nią skonfrontować.


Historyczne barwy tragedii Ivan Krastev Tragedia dotknęła i Rosję, i Polskę. Pod koniec marca w terrorystycznym zamachu bombowym w Rosji zginęło 39 niewinnych osób, a bardzo wielu odniosło rany. Na początku kwietnia, w pierwszą sobotę po Wielkanocy, w katastrofie samolotu zginęła czołówka polskiej elity politycznej: prezydent Lech Kaczyński, szef sztabu generalnego, wysocy przedstawiciele rządu, członkowie parlamentu, generałowie, intelektualiści. Prezydencka delegacja zmierzała do Katynia, gdzie 70 lat temu Stalin, próbując złamać polski naród, zamordował ponad 20 tys. najlepszych, światłych polskich oficerów, profesorów, lekarzy. Katastrofa w Smoleńsku należy do takich wydarzeń, o których najlepiej piszą poeci, a nie dziennikarze. Odmienne reakcje opinii publicznej na obie tragedie stanowią natomiast wymowny znak sytuacji obu narodów. Reakcja Rosjan pokazała, że społeczeństwo rosyjskie ukształtowane jest przez nieufność i brak solidarności; polska reakcja była tryumfem jedności narodowej. W dzień zamachu w Moskwie premier Putin i prezydent Rosji potępili taksówkarzy, którzy postanowili zarobić na ludzkiej tragedii. „Właśnie się dowiedziałem”, powiedział prezydent, „że taksówkarze wielokrotnie podnieśli ceny tylko dlatego, że ludzie nie mogą korzystać z metra. Te pieniądze nie przyniosą wam niczego dobrego”. W dzień po tragedii w Smoleńsku Polska udowodniła, że jest narodem solidarnym. Chociaż za życia prezy-


106

Ż ałoba

dent Kaczyński dzielił scenę polityczną, w momencie katastrofy naród zjednoczył się w żałobie. Wieczny duch Polski wypełnił ulice Warszawy, by pożegnać trumnę Kaczyńskiego. Trudno obecnie przewidzieć, jak śmierć prezydenta wpłynie na polską politykę i na relacje polsko-rosyjskie. Symbolika tych śmierci jest tak wielka, że bez wątpienia mnożyć się będą teorie spiskowe. Jeden z najostrzejszych krytyków Rosji i jego najzdolniejszy generał zginęli w tym samym miejscu, gdzie 70 lat wcześniej wymordowano elitę Polski. KGB czai się w narodowej wyobraźni Polaków i trudno będzie wyciszyć podobne podejrzenia. Ale nie każda katastrofa jest zbrodnią i nie każda śmierć jest morderstwem. Tragedia w Smoleńsku jest wielką szansą dla Rosji i Polski na nowy początek, na podjęcie wysiłku prawdziwego i głębokiego pojednania. To jeden z tych kluczowych momentów, w których przywódcy narodu mogą pokazać swoją najlepszą albo najgorszą stronę. W tej chwili tylko dwóch ludzi może urzeczywistnić pojednanie rosyjsko-polskie: premier Rosji, Władimir Putin (były pułkownik KGB, który nie tylko powinien odważyć się ujawnić całą prawdę o Katyniu, ale też przeprosić naród polski) i Jarosław Kaczyński (brat zmarłego prezydenta i jego polityczny następca, który powinien zdobyć się na mądrość akceptacji przeprosin). Relacje rosyjsko-polskie mogą zostać ocalone lub pogrzebane w Katyniu – wszystko w rękach tych dwóch przywódców. Trudno wyobrazić sobie Putina w roli podobnej do tej, jaką odegrał Willy Brandt w powojennym pojednaniu w Europie, ale właśnie nadszedł moment, by spróbował. przeł. Agata Tomaszewska Tekst pochodzi ze strony „World Affairs. Journal of Ideas and Debate”.


DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK


Tusk w objęciach Putina mnie nie dziwi Andrzej Walicki w rozmowie z Michałem Sutowskim Michał Sutowski, Krytyka Polityczna: Politykę historyczną zorientowaną antyrosyjsko kojarzy się potocznie z projektem IV RP. Czy faktycznie to prawica ma monopol na polityczną rusofobię? Andrzej Walicki: Jest to problem nie tylko prawicy i nie tylko IV RP, ponieważ niestety nawet w „Gazecie Wyborczej” stanowisko wobec Rosji, jeśliby je porównać w skali europejskiej czy szerzej, zachodniej, musi być zaklasyfikowane jako skrajnie nieufne i wręcz skrajnie nieżyczliwe. To może się oczywiście łączyć z sympatią wobec kultury rosyjskiej, bo można być, jak mówił Michnik, antyradzieckim rusofilem czy antyputinowskim rusofilem. Wydaje mi się, że stanowczo nie jest to tylko problem prawicy, powiem więcej: niektóre kierunki prawicy, zwłaszcza tej postendeckiej – nieco się nawet z tego wyłamują. I nawet nasz symboliczny Giertych pisał kiedyś w książce Kontrrewolucja młodych, że jedynym zbawieniem dla Polski jest sojusz z postradziecką Rosją. [...] A zatem – to absolutnie nie jest monopol prawicy, a najlepszym na to dowodem jest fakt, że tak zacny i nieprawicowy historyk jak Andrzej Friszke powiedział niedawno na łamach „Gazety Wyborczej”, że nie może doczekać się, kiedy Rosja zacznie się rozliczać ze stalinizmem i zerwie ciągłość ze Związkiem Radzieckim. Bez żadnej wzmianki o tym, że to Rosja wystąpiła ze związku Radzieckiego i to prezydent Rosji


DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK

109

dokonał aktu likwidacji Związku Radzieckiego! […] Łatwo zapominamy o tym, że Rosjanie na początku okresu przemian odnosili się do nas entuzjastycznie! […] Wówczas Polska uchodziła za wzór, między innymi jako kraj Okrągłego Stołu, który – o czym nie możemy zapominać przy jego ocenach – pokazywał takim krajom jak Rosja, że przejście do innego ustroju może się dokonać bezkrwawo, że niekoniecznie musi to pociągać za sobą radykalne rozliczenia. Co więcej, było jeszcze przekonanie: „wy, Polacy, jesteście narodem kulturalniejszym, bliższym Zachodu, my chętnie przyjmiemy nawet wasze przewodnictwo w jakimś bardzo ogólnym sensie”. Ich uznanie naszej niepodległości było bezapelacyjne. Jak to wyglądało z naszej strony? Zacznijmy od tego, że obietnice udzielone Gorbaczowowi przez Kohla, dotyczące stacjonowania wojsk NATO poza terytorium byłego NRD, nie zostały spełnione [...] Wtedy od razu – i Rosjanie to zauważyli – zaostrzyła się bardzo dotąd rozsądna polityka rządu Mazowieckiego wobec Rosji. „Rozsądna” nie oznaczała bynajmniej stanowiska potulnego czy lękliwego wobec zmian zachodzących na Wschodzie. Dla przykładu – minister Skubiszewski utrzymywał stosunki z Litwą jako niepodległym państwem już wówczas, kiedy ono nie było jeszcze niepodległe! W Rosji nie zwracano już na to specjalnej uwagi, przymykano oczy – ale z punktu widzenia formalności międzynarodowych to był krok śmiały i znaczący. Zarazem jednak Mazowiecki uważał, że dopóki nie będzie pewna sprawa zachodniej granicy, dopóty wojska radzieckie w Polsce są gwarantem, że żadna zmiana drastyczna nie nastąpi. To zostało przyjęte przez Rosjan bardzo dobrze, ponieważ dawało alibi, że te wojska znajdują się tutaj w imię zachowania rezulta-


110

Ż ałoba

tów II wojny światowej, a nie kontynuacji imperialnych celów ZSRR przez nowe państwo. [...] Wszystko to zaczęło się walić przy okazji wyprowadzania z Polski wojsk radzieckich pod dow. generała Dubynina. Widziałem wyraźnie osłupienie wszystkich tych ludzi, którzy się sprawą polsko-rosyjską interesowali – zaskoczenie wygórowanymi żądaniami olbrzymich odszkodowań od Armii Czerwonej, a zwłaszcza ogromnym lękiem przed jej wycofaniem się drogą lądową. Były propozycje, że Rosjanie mają się wycofać w zaplombowanych wagonach pod strażą polskiej policji, „tak jak międzynarodowi przestępcy”, jak to Dubynin powiedział. I dodał od razu, że jest na tyle silny, że potrafi z rozwiniętymi sztandarami przejść przez terytorium Polski […]. Tymczasem w Niemczech urządzono uroczyste pożegnanie wojsk radzieckich opuszczających NRD, kontrast był zdumiewający. Potem był oczywiście realny spór o wejście Polski do NATO i rozszerzenie Sojuszu na Wschód. Wydaje się jednak, że wiele problemów w naszych stosunkach wiązało się także z polityką symboliczną. Co zatem z kwestią katyńską? I kolejnymi obchodami Dnia Zwycięstwa? Oskarżaliśmy Rosjan, że nie chcą się przyznać do winy za zbrodnię z 1940, z drugiej strony zaś doszukiwaliśmy się triumfalizmu w ich celebracji rocznic zakończenia wojny. Podejście Rosjan zmieniało się w czasie. Obchody 50. rocznicy zwycięstwa nie mogły być triumfalistyczne, Rosja bowiem przeżywała wówczas okres upokorzenia i upadku. Mimo to Polska odmówiła udziału w uroczystości, chcąc zademonstrować w ten sposób, że dla Polaków koniec wojny z Niemcami był tylko początkiem nowej okupacji. Prezydent Wałęsa oświadczył wówczas, że premier Oleksy będzie reprezentował w Mo-


DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK

111

skwie wyłącznie siebie i bliskie sobie siły polityczne oraz że jego decyzja jest w istocie aktem zdrady narodowej podobnym do Targowicy i zasługującym na osądzenie przez Trybunał Stanu. Tym samym Rosja potraktowana została jako formalny wróg Polski, a rocznica zwycięstwa zbojkotowana […]. Aby zrozumieć, jak odebrano to w Rosji, trzeba zdać sobie sprawę, że zwycięstwo nad hitlerowskimi Niemcami zawsze było dla Rosjan jednym z głównych źródeł dumy narodowej, a po upadku komunizmu stało się źródłem najważniejszym, niemal jedynym. W latach 90. olbrzymia większość Rosjan pogodziła się z utratą wszystkich zdobyczy tej wojny; transformacja ustrojowa przyniosła Rosji drastyczne skrócenie średniej życia, zatrważającą depopulację i katastrofalne obniżenie poziomu życia większości; ale właśnie dlatego oczekiwanie od Rosjan, że wyrzekną się również pamięci o dniach swojej chwały, było nie tylko obraźliwą arogancją, ale również zdumiewającym brakiem realizmu. Dlaczego zabrakło przedstawicieli władz Rosji na otwarciu polskiego cmentarza w Katyniu? W okresie omawianych wyżej wydarzeń trwały jeszcze rozmowy o obecności Jelcyna, pierwszego prezydenta Rosji, i Sołżenicyna, największego demaskatora zbrodni stalinowskich, na ceremonii otwarcia katyńskiego cmentarza. […] Zbojkotowanie przez Polskę moskiewskich uroczystości na pięćdziesięciolecie przesądziło sprawę. Ceremonia otwarcia cmentarza katyńskiego nie przekształciła się w symbol polsko-rosyjskiego pojednania. Sołżenicyn zaproponował w zamian prywatne spotkanie się z Wałęsą, ale polski prezydent propozycję tę odrzucił. Rok przedtem zaś, dodajmy, udaremniono udział Jelcyna w obchodach 50. rocznicy Powstania Warszawskiego, usiłując wymusić


112

Ż ałoba

na nim stwierdzenie, że żołnierze radzieccy byli takimi samymi katami Warszawy jak hitlerowcy. Czy to znaczy, że nasze stanowisko było „pryncypialnie” nieżyczliwe wobec Rosji? Jedyną sprawą, w której nowe elity polskie wspierały Jelcyna, była niefortunna „terapia szokowa”, którą później nawet jej amerykański współtwórca Jeffrey Sachs uznał ze skruchą za poważny błąd. Steven Cohen – człowiek, któremu prezydent Reagan powierzył główną rolę w przyjeździe do USA Gorbaczowa z Raisą – opisał ją w książce Failed Crusade. America and the Tragedy of Post-Communist Russia jako największą depresję gospodarczą, która przekształciła połowę mieszkańców Rosji w nędzarzy wegetujących poniżej życiowego minimum. Wpływowi politycy i publicyści polscy głosili jednak zbawienność rosyjskiej „terapii szokowej”, i to nie tylko ze względu na swoje neoliberalne doktrynerstwo. Niektórzy z nich nie ukrywali radości, że rosyjski kapitalizm nie wzmacnia rosyjskiego państwa, lecz je rujnuje, widząc w tym zjawisko korzystne dla Polski. A w czasie obchodów rocznicy zwycięstwa dziesięć lat później? Wówczas Rosjanie naprawdę zachowali się w sposób ostentacyjnie wrogi. To prawda, pominięcie wkładu Polaków było niesłychanym błędem i bardzo bolesnym dla nas gestem – Putin, jak pamiętamy, w swym oficjalnym przemówieniu nie wymienił nas w ogóle jako członków koalicji antyhitlerowskiej, a prezydent Kwaśniewski stał na trybunie honorowej w jednym z dalszych rzędów. Warto jednak pamiętać o atmosferze, jaka towarzyszyła podróży prezydenta, padały bowiem podobne argumenty jak dziesięć lat wcześniej. Ton prasowej kampanii w naszym kraju


DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK

113

wskazywał, że wielu środowiskom zależy nieomal na tym, żeby prezydent Putin zachował się właśnie w taki sposób. Rozważano u nas, czy aby nie przyłączyć się do państw bałtyckich bojkotujących te uroczystości – tylko że Bałtowie faktycznie mają niewielkie powody i niewielki tytuł, by brać w nich udział. O tak skandalicznym podejściu części polskich elit bardzo celnie pisał Jerzy Giedroyc już w 1998 roku na łamach „Kultury”: „Wszyscy ci politycy i dziennikarze polscy, którzy potępiają w czambuł Jałtę i Poczdam, którzy wypowiadają się tak, jak gdyby chcieli retroaktywnie wyprowadzić Polskę z koalicji antyhitlerowskiej, którzy zapominają albo nie wiedzą, że udział w tej koalicji jest jedynym tytułem Polski do jej obecnych granic […] wszyscy oni działają na szkodę Polski i oddalają perspektywę pełnej normalizacji stosunków między opinią polską a opinią sąsiadów ze wschodu i zachodu, gdyż tworzą wrażenie, że nie uznają powojennego porządku europejskiego […]”. Nie zawsze się z Giedroyciem zgadzam, ale w tym akurat wypadku mogę się pod jego słowami podpisać. Niektórzy nasi politycy i publicyści istotnie zachowywali się tak, jak gdyby chcieli zakwestionować fakt, że Polska była w zwycięskiej koalicji. Nie rozumiem tylko, jakie korzyści mogłoby nam to przynieść – jeśli nie liczyć korzyści „moralnej”, mającej upokorzyć Rosjan potraktowaniem zwycięskich żołnierzy nie jak wyzwolicieli, lecz jako „nowych okupantów”. Czy w pana opinii nastąpiła ostatnio jakaś poważna zmiana, jeśli chodzi o „nieżyczliwy” paradygmat relacji polsko-rosyjskich? Czy katastrofa lotnicza pod Smoleńskiem może nas – to znaczy obie strony – czegoś nauczyć? Zmiany oceniam jako pozytywne. Po katastrofie samolotu i śmierci naszego Prezydenta wykonano – a zwłaszcza Rosjanie wykonali – mnóstwo pozytywnych gestów. Dotyczy to zarówno


114

Ż ałoba

zwykłych ludzi, jak i polityków, urzędników państwowych. Co ważne – one zostały w Polsce dostrzeżone. To wygląda zresztą dość osobliwie, bo Polacy cieszą się z życzliwości Rosjan, ale jednocześnie się jej dziwią. A tym czasem podejście takie nie ma podstaw w realnych nastrojach – wśród Rosjan głęboka niechęć do Polaków występuje bardzo rzadko, dużo częściej mamy do czynienia z niechęcią Polaków do Rosjan. Ich wrogość jest najczęściej reaktywna. Przykładem może być choćby Stanisław Kuniajew, piszący w Sowriemienniku, autentyczny polonofob, który przyznaje się do fascynacji polską kulturą, ale nie może znieść powszechnej – w jego mniemaniu – postawy „pańskiego” lekceważenia Rosjan przez Polaków. […] Mnie w ogóle nie dziwi widok Donalda Tuska w objęciach z Władimirem Putinem, przecież łączy ich tak naprawdę bardzo wiele. Obaj mają głęboko wbudowany pewien zasadniczy odruch antykomunistyczny, choć oczywiście Putin funkcjonuje w bardziej złożonej rzeczywistości. Obaj wyraźnie odróżniają totalitaryzm od autorytaryzmu: Tusk, który proponował niegdyś ograniczenie mechanizmów demokracji parlamentarnej w interesie reform, nauczył się tego od Hayeka, Putin zaś od Sołżenicyna, ale w obu wypadkach ważny był element wspólny. Było to przekonanie, że w pewnych okolicznościach samoograniczający się autorytaryzm może być lepszym instrumentem do wykorzenienia pozostałości totalitaryzmu niż rozbuchana demokracja polityczna. Czy zatem mamy jakieś przesłanki do optymizmu? Warto w tym miejscu powiedzieć słowo o polskich elitach – odnoszę wrażenie, że coś pozytywnego w nich drgnęło, jeśli chodzi o stosunek do Rosji. Kardynał Dziwisz stwierdził, że być może należy powtórzyć gest biskupów z roku 1965 – tym razem w stosunku do „braci Rosjan”. Nawet Lech Wałęsa sugerował,


DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK

115

że może nam Pan Bóg pogroził palcem – mając na myśli drugi, w domyśle – czy aby na pewno potrzebny?, wyjazd polskiej delegacji do Katynia. Nie jestem pewny, jak mam rozumieć jego słowa, ale wydaje mi się, że można w nich widzieć wyraz krytycznej refleksji nad instrumentalnym wykorzystywaniem tragedii katyńskiej przez polskich polityków.


Polski triumf Tanatosa Agata Bielik-Robson Już kilka razy w swojej karierze publicystycznej, przy różnych okazjach, namawiałam Polaków, by poddali się zbiorowej psychoanalizie, nigdy jednak postulat ten nie wydał mi się równie naglący, co dziś. Oczywiście, nie sposób położyć całego narodu na kozetce, a zwłaszcza tej jego najbardziej rozwierzganej części, która w tej chwili dostała zastrzyk wielkiej energii. A jest to energia wyjątkowo zła i toksyczna. Zły wiatr dmący w czarne żagle, jak mawiał Kafka, „wiejący z lodowatych rejonów śmierci”. Ten triumf Tanatosa, którym teraz upaja się polska prawica, wprost woła o psychoanalityczną interwencję. Po kilku dniach szoku i autentycznego smutku, co mądrzejsi już trzeźwieją, widząc, co – dosłownie – się święci: śmierć się święci. Oto mail jednego z moich znajomych, z którym jeszcze w poniedziałek spierałam się co do kształtu naszej narodowej żałoby. On twierdził, że to tylko chwilowa zbiorowa psychoza, której tuman szybko opadnie, nie pozostawiając śladów w polskim życiu politycznym; fałszywe pojednanie wkrótce znów ustąpi codziennej normie politycznych sporów. Ja również sądziłam, że atmosfera pojednania, deklarowana przez media, jest całkowicie obłudna, ale że hipokryzja ta skrywa ogromną agresję strony pokrzywdzonej, która straciła „ojca” i za chwilę zacznie poszukiwać kozła ofiarnego, na jakiego będzie można zwalić winę za tę śmierć. Obawiałam się, że nastąpi nieuchron-


DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK

117

na eskalacja martyrologii na skalę, jakiej dotąd nie widzieliśmy, gdzie „pojednanie” zachodzi zawsze kosztem wykluczenia wroga: Polacy, owszem, zaczną się jednać, ale wyrzucając z siebie „część przeklętą”, czyli – jak to wczoraj określił jeden z prawicowych żałobników, czyniąc magiczne aluzje do śmierci Narutowicza – „morderców prezydenta”. Mówiłam, że jesteśmy w samym środku makabrycznego karnawału w stylu René Girarda i że wyzwolony przezeń rodzaj złej społecznej energii nie znajdzie ujścia, dopóki nie polecą głowy ofiarnych kozłów: tych, którzy Lecha Kaczyńskiego krytykowali za czasów jego nieudolnej prezydentury i których teraz girardowska czarna magia wyasygnuje na odpowiedzialnych za całą katastrofę. Wczoraj rano mój znajomy odpisał: „Odwołuję część moich poniedziałkowych zarzutów. Wawel mnie powalił! To dopiero początek tego funeralnego widowiska. Mam wrażenie, że niektórzy chcieliby upchać nas wszystkich do wielkiego sarkofagu, zabetonować i wystawić na centralnym placu stolicy na wieczną chwałę i ku wstydowi świata. Wczoraj słuchałem audycji w publicznym radiu, gdzie jacyś faceci dosłownie szczytowali, mówiąc o narodowej tragedii, o dwustu latach niedoceniania, prześladowań, walk i klęsk. I teraz taki cud: spadł samolot i świat doceni, ukorzy się, przeprosi, przytuli, przyklęknie. To już nie polityka grobowa, to polityka z grobowca, z wnętrza megatrumny”. Trudno o lepszy opis tego, co się dzieje, a co nazwać by należało polskim triumfem Tanatosa: cudownym spełnieniem zbiorowego popędu śmierci. Śmierć Lecha Kaczyńskiego, prezydenta, który w wyjątkowo konsekwentny sposób realizował polską tanatopolitykę, opierając ją w całości na martyrologicznej pamięci, stała się magicznym symbolem, będącym w oczach jego wyznawców pełnym uwiarygodnieniem tej strategii. Consummatum est: tragiczna śmierć Lecha Kaczyńskiego działa tu,


118

Ż ałoba

podobnie jak ukrzyżowanie Jezusa, jako znak prawdy, nadający nowe znaczenie całej jego działalności za życia. Z czegoś nie całkiem poważnego, co raczej przypominało dziecinne pobrzękiwanie szabelką (przypomnijmy sobie, jak komicznie wyglądał Lech Kaczyński, dumnie przechadzając się pod rosyjskim obstrzałem na granicy w Osetii), przekształciła się ona w święty plan, sakralną misję, której celem – jak zawsze – było uświadomienie światu, temu złemu obojętnemu światu, zajętemu tylko swoimi interesami, że Polska jest „Chrystusem narodów”. Credo quia absurdum, powiedział Tertulian à propos niezrozumiałej dla pogan śmierci Jezusa, i taka też pozostaje logika polskiego mesjanizmu, która prawdziwe wywyższenie rezerwuje tylko dla śmierci absolutnie bezsensownej. Tylko taka śmierć, która nie znajduje żadnego uzasadnienia w pragmatycznym planie świeckim i pociąga za sobą hekatombę ofiar (jak choćby wychwalana przez Lecha Kaczyńskiego wielka zbiorowa śmierć czynnych i biernych uczestników Powstania Warszawskiego), zasługuje na miano tragicznej i męczeńskiej. Absolutna wielkość prezydenta Kaczyńskiego ujawniła się więc dopiero teraz: za sprawą jego śmierci. Otoczony tanatyczną apoteozą może wreszcie zatriumfować w chwale; on, upokarzany za życia, wywyższony po śmierci. On, za życia bezsilny wobec swoich wrogów, którzy czynili zeń postać groteskową – po śmierci przemieniony, dający nową siłę do walki swym szeregom: Gloria victis! Komedia uwiarygodniona i zniesiona przez tragedię. Wszelka niepowaga, śmieszność i nieporadność Lecha Kaczyńskiego jako żywego prezydenta – całkowicie rozgrzeszona i unieważniona przez Kaczyńskiego jako prezydenta tragicznie zmarłego. Ostatni będą pierwszymi, a ci najbardziej znieważani ostatecznie zatriumfują; wywrotka ta, której jak najbardziej logiczną konsekwencją jest wawelska apoteoza Lecha Kaczyń-


DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK

119

skiego, należy do stałego, od wieków niezmiennego repertuaru polskiego mesjanizmu i jego wewnętrznej gry resentymentów. Śmierć służy tu za ostateczny argument. Tak jak Jezus „udowodnił”, że jest Bogiem, umierając na krzyżu – tak Lech Kaczyński „udowodnił”, że był opatrznościowym ojcem polskiego narodu, umierając w Smoleńsku. Rzecz jasna, logika ta pozostaje zupełnie niedostępną „czarną magią” dla kogoś, kto nie wyznaje polskiego tanato-mesjanizmu. Ten z zupełnym niedowierzaniem czyta teksty publikowane w „Rzeczpospolitej”, które w całości opierają się na jej rzekomych dowodach (najbardziej kuriozalnym dokumentem jest tu artykuł Zdzisława Krasnodębskiego): „Teraz widzicie! Śmialiście się z naszego prezydenta, a on się w końcu okazał wielkim mężem stanu. Teraz musicie za to zapłacić!”. To nie cytat, tylko coś w rodzaju emocjonalnej esencji, jadowicie się z tych wszystkich artykułów sączącej, ale chyba dobrze streszcza istotę tej histerycznej agresji, która w tej chwili opanowała prawicę. Wobec tej oczywistej prawdy o wielkości Lecha Kaczyńskiego, która teraz się „objawiła”, wszyscy, którzy byli złego zdania o jego prezydenturze, muszą zamilknąć, ukorzyć się, a najlepiej posypać sobie głowę popiołem i umrzeć ze wstydu. Tymczasem, raz jeszcze to powtarzam, dla ludzi w miarę trzeźwo myślących, pozostających poza kręgiem mrocznych wyziewów polskiego pseudomesjanizmu, nic tu się kupy nie trzyma. Kaczyński nadal pozostaje kiepskim prezydentem, a jego śmierć budzi ogromne wątpliwości natury moralnej. Bo jeśli istotnie chciał on dotrzeć do Katynia za wszelką cenę, to wówczas staje się on współodpowiedzialny za śmierć reszty pasażerów. I to rzeczywiście jest tragiczne – tyle że tragiczne po prostu, zwyczajnie, po ludzku. Bez żadnych magii, mitologii i tanich pseudowzniosłości.


Wieża Wawel Tomasz Piątek Dosyć tego dobrego. Albo złego. Wychodzi na to jednak, że dobrego. Bo wszyscy, albo prawie wszyscy, przeżywają to, jako coś dobrego. Media z zachwytem celebrują czerń nagłówków, demonstrując różne odcienie szykownej powagi i elegancko stonowanego podniecenia. Jeden, tylko jeden powszechny wszechobecny temat, wczoraj i przedwczoraj, jutro i pojutrze, dzień w dzień. Żałoba narodowa. Żałoba narodowa po tragicznej śmierci głowy państwa – OK, niech to będzie jeden dzień, dwa dni. Żałoba po wielu zdolnych i zasłużonych (w złym i w dobrym) osobach – trzy dni. Ale co takiego mieli w sobie ci, co zginęli, żeby konieczna była żałoba tygodniowa? Albo zamykanie teatrów na miesiąc? Przecież codziennie giną setki tysięcy ludzi, zapewne równie wartościowych, jak prezydent Kaczyński. Codziennie giną dziesiątki ciężko pracujących, uczciwych Polaków – pewnie z wielu punktów widzenia bardziej zasłużonych niż prezydent Kaczyński. Ich jakoś nie czcimy. I pewnie nie dałoby się ich wszystkich uczcić – musielibyśmy uprawiać żałobę narodową codziennie. Ale okropny i brzydki jest rozziew pomiędzy cichym, anonimowym bytowaniem tych a groteskowym lansowaniem polityków przez media – włącznie z monstrualnie rozdętą żałobą tygodniowo-miesięczną. Czy aż tak poddańczym jesteśmy społeczeństwem? Czy aż tak czcimy polityków?


DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK

121

Wręcz przeciwnie, mamy o nich jak najniższe mniemanie, uważamy ich za złodziei i psychopatów. Dlatego uważam – a nawet więcej, jestem pewien, czuję, widzę – że wielodniowe rozkoszowanie się żałobą narodową nie ma żadnego związku z politykami. Polacy nie przeżywają żałoby narodowej po to, żeby przeżywać śmierć polityków. Polacy przeżywają żałobę narodową po to, żeby przeżywać Polaków. Żeby przeżywać siebie. To do pewnego stopnia można zrozumieć. Żyjąc przez kilkaset lat w stanie nędzy, rozpieprzu i niewoli (sarmacki feudalizm, saska anarchia, rozbiory, sanacyjny autorytaryzm, okupacja hitlerowska, PRL), społeczeństwo polskie nauczyło się, że to nieszczęścia wyznaczają rytm wspólnotowego życia i historii. I że szczególnie wielkie nieszczęścia („potop szwedzki”, przegrane powstania i wojny, spacyfikowane rozruchy, stan wojenny) mają jeszcze tę magiczną moc, że ponadklasowo integrują ludność, zazwyczaj rozwarstwioną, zdezintegrowaną i pomiażdżoną. Nic więc dziwnego, że na wieść o katastrofie Polacy zaczynają odruchowo przeczuwać falę zbliżającego się międzyludzkiego ciepła i nagle garną się do siebie, zamiast odpychać. Ale w tej celebracji nieszczęścia jest jeszcze jeden aspekt, mniej sympatyczny. Odkąd naszą wyobraźnią zawładnęły masowe media, nasze odczucia stały się mniej spontaniczne. W telewizji przeglądamy się jak w lusterku. I nagle nad grobami czterdziestomilionowa masa mizdrzy się do kamer na ponuro. „Co o nas mówi ta uroczystość… ta żałoba… ten sposób przeżywania…” – pytają Tomasze Lisy i inni solenni celebranci Our Big Fat Polish Mourning. Co o nas mówi? Ach, jacy jesteśmy uduchowieni! Jak przeżywamy! W jakim sacrum zbiorowym przebywamy! Profesor Małgorzata Kowalska w całej tej żałobie widzi elementy sensowne i ubolewa nad tym, że została ona sprowadzona do absurdu. W tekście: Przerwany poród sensu [w niniejszym


122

Ż ałoba

tomie] pisze tak: „Zarówno praca żałoby, jak i towarzysząca jej praca sensu zostały szybko zakłócone, by nie rzec nieodwołalnie przerwane, przez znajomą naziemną rzeczywistość. Trudno powiedzieć, co zostanie z lirycznych uniesień polsko-rosyjskich, ale wiadomo już na pewno, że bezpowrotnie zniknął efekt «wzniosłej obłudy» i eschatologiczno-etyczno-egzystencjalnego pojednania między przeciwnikami i zwolennikami prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Zdumiewająca decyzja o pochowaniu Prezydenta na Wawelu sprawiła, że wspaniałomyślne odruchy przeciwników błyskawicznie utknęły im w gardle, a nierzadko zamieniły się w gniew. Ci, którzy zadecydowali o pompatycznym miejscu pochówku, podbili bębenka żałoby tak bardzo, że go przekłuli. Niezależnie od tego, ile osób przyjdzie na pogrzeb prezydenckiej pary, niezależnie od tego, ile jeszcze dobrych słów poświęci się w mediach tej prezydenturze, z balonu narodowej wzniosłości uciekło już powietrze. Wszystko powraca do normy. To znaczy znów do absurdu”. Ja nad upadkiem, nad powrotem do absurdu – nie boleję. Bo nie widziałem w tej żałobie specjalnych oznak prawdziwego pojednania, czy to polsko-rosyjskiego, czy też PO-wsko-PiS-owskiego. Widziałem tylko samozachwyt: „Ach, jak my się jednamy. Ach, jak w obliczu śmierci wybaczamy. Ach, jak jesteśmy wyważeni, nawet wobec Kaczyńskiego”. Tak samo jak w przypadku Matki Wszystkich Żałób, czyli żałoby po papieżu. Właściciele spektakularnie zamykali wtedy agencje towarzyskie, a kibice wrogich klubów deklarowali wieczny pokój. Ile było w tych deklaracjach prawdy, a ile egzaltacji? Mijały trzy dni i agencje znowu były otwarte, a kibice łamali sobie ręce i nogi. Ze słów, ze wspólnie wymienianych i nakładających się na siebie frazesów – budujemy sobie znowu świątynię własnej pychy. Nie ma znaczenia, że w formie grobowca. Jeżeli wieża Wawel za-


DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK

123

kłóciła nam tę wymianę frazesów, jeżeli wieża Wawel pomieszała nam języki – to ja nie ubolewam, tylko szukam w tym Bożej interwencji. Być może, nie dla wszystkich będzie ona zbawienna, nie wszyscy ją zrozumieją – ale dla wielu może być otrzeźwiająca.


Płacz i rób cokolwiek Jan Smoleński „Oczodoły ich przestrzelonych czaszek patrzą i czekają, czy jesteśmy zdolni, żeby przemoc i kłamstwo zamienić w pojednanie” – podczas katyńskich uroczystości powiedział do Władimira Putina premier Donald Tusk. W obecnej sytuacji wydaje się jednak, że te słowa kierowane są przede wszystkim do Polaków. Są najlepszym wyrazem szantażu ofiarą, jakiemu uległa cała polska polityka. Kiedy słyszę komentarze o jedności narodowej, a przede wszystkim o wystawieniu jednego ponadpartyjnego kandydata, to czuję, że upiór Katynia nie przestaje krążyć nad nami. Czuję jednak, że nie jest on najstraszniejszą rzeczą, która się do nas zbliża. Jak groźny jest ten upiór, przekonaliśmy się w sobotę. Przemoc sytuacji, jaką była 70. rocznica mordu w Katyniu, połączona z przemocą polityki historycznej opartej na kulcie ofiar, spowodowała wyścig o to, kto lepiej wypadnie podczas uroczystości. W efekcie 96 osób zginęło. Wbrew temu, co można przeczytać i usłyszeć w wielu mediach, nie uważam, by była to śmierć na służbie, lecz śmierć z powodu szantażu upiorów przeszłości. Ci ludzie – którzy i w wymiarze ludzkim i politycznym są nie do zastąpienia – zginęli bez sensu. Sam fakt, że doszło do tej katastrofy w takim miejscu i takim czasie, nie nadaje jej wzniosłości, to skoncentrowanie symboli ociera się wręcz o kicz. Jednak śmierć prezydenta Kaczyńskiego, również pod wpływem szantażu upiorów, została wpisana w polską narrację o Katyniu.


DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK

125

Brakuje nam innych form i wzorów przeżywania śmierci. W mediach narzucana jest atmosfera smutku i cichej zadumy (nad czym? po co? czy nie mamy zbyt wielu pytań, które cisną się na usta, a które za chwilę stracą na aktualności? czy nie mamy prawa wyrażać swej wściekłości na bezsensowną śmierć 96 osób? dlaczego nikt tych pytań publicznie nie zadał?). Bez ostentacyjnych emocji, krzyków, jedynie łzy i rozważania w cichości ducha. W tym nieznośnym nakazie milczenia kryje się zarazem nakaz działania. Zróbmy cokolwiek, by uczcić śmierć. Za tym żądaniem stoi widmo polityki historycznej, uprawianej pod ciężarem spojrzeń z „oczodołów przestrzelonych czaszek”. Dlatego temu „cokolwiek” nie da się sprostać, dlatego, pod wpływem szantażu śmiercią, przybiera on karykaturalną wręcz formę licytacji na lepszy patriotyzm, na lepsze oddanie uczuć „zrozpaczonego narodu”, na większą „odpowiedzialność w obliczu tragedii”. Dziennikarze i parlamentarzyści odmawiali rozmowy o polityce – rezygnowali ze sporu z szacunku dla ofiar. Katarzyna Kolenda-Zaleska poszła o krok dalej, zaproponowała, by w imię jedności narodowej klasa polityczna wybrała jednego ponadpartyjnego kandydata. To miałby być sprawdzian jej dojrzałości. Chcemy czcić tragicznie zmarłych w katastrofie samolotowej czy – po raz kolejny, tym razem na Wawelu – Katyń? Lech Kaczyński był Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. Został na ten urząd wybrany w demokratycznych wyborach przez polskich obywateli. Przez szacunek dla demokratycznych procedur i dla woli obywateli (a nie dla miejsca i czasu, w którym zginął prezydent) pogrzeb powinien się odbyć z odpowiednimi honorami. Jednak nie można zapominać, że w imię mogił złożono ofiarę z wielu ważnych urzędników państwowych, wielu dobrych polityczek i polityków. I dlatego nie chcę składać ofiary, również w imię mogił, z samej demokracji, odbierając obywatelom możliwość zadecydowania o tym, kto będzie ich reprezentował.


126

Ż ałoba

Smoleńska tragedia jest najlepszym dowodem, że „jedności narodowej” nie było przed weekendem, a ciągłe powtarzanie tego, „byśmy wynieśli coś z tej tragedii” świadczy raczej o tym, że ta jedność jest pozorna i jest wytworem chwili uniesienia. Kolejne wezwania do jedności zasłaniają tylko tę prawdę. Nakaz milczenia i nakaz działania – „robienia czegokolwiek” pod spojrzeniem z „oczodołów przestrzelonych czaszek” – mają stłumić wszelką krytykę (choćby formy żałoby czy wychwalania Lecha Kaczyńskiego) i odwrócić uwagę od podstawowych pytań: zakazują myślenia. O ile rozumiem pokusę uderzenia w patriotyczne, zjednoczeniowe tony pod wpływem takiego natężenia emocji zbiorowych, o tyle nie mogę uwierzyć w tę jedność. Czy w imię jedności minister Ewa Kopacz podniesie pielęgniarkom i położnym pensje? Czy w imię jedności narodowej wielkie sieci handlowe zaczną działać tak, by ich mniejsi konkurenci mieli szansę funkcjonować? Pracodawcy przestaną wyzyskiwać pracowników i zmniejszą gigantyczne wręcz nierówności dochodowe, zaczną realizować postulaty związków zawodowych? A może – jak to ujmuje zachodnia prasa ekonomiczna – chodzi jednak o jedność wobec „koniecznych reform gospodarczych”, dla których „szansą” jest śmierć prezydenta Kaczyńskiego? Sfera gospodarki jest wyłączona spod nakazu jedności. Konfliktu klasowego szantażem się nie usunie. Można go tylko stłumić, zasłonić. Jednak on powróci pod postacią konfliktu politycznego. Pojawiły się głosy, że śmierć prezydenta Kaczyńskiego, a wraz z nim i 95 innych osób, jest zwieńczeniem jego polityki historycznej. Uważam jednak, że nie jest to ani zwieńczenie, ani jego polityki historycznej. Jest to pewien etap uprawiania polityki pod dyktando upiorów. Ale upiory historii można egzorcyzmować. Jak jednak poradzić sobie z wciąż odradzającym się monstrum, wampirem, jakim jest kapitał?


DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA


A kcje polityczne Jarosława Kaczyńskiego niesamowicie wzrosły Bronisław Łagowski w rozmowie z Michałem Sutowskim Michał Sutowski, Krytyka Polityczna: Panie profesorze, jak ocenia pan najbardziej kontrowersyjne wydarzenie ostatnich dni – decyzję o pochówku tragicznie zmarłej pary prezydenckiej na Wawelu? I co pan sądzi o tym, w jaki sposób tę decyzję podjęto? Prof. Bronisław Łagowski: Decyzję kardynała Dziwisza oceniam negatywnie, podjął ją pod naciskiem środowiska związanego z braćmi Kaczyńskimi i przy poparciu niektórych hierarchów kościelnych. Kardynał już nieraz pokazał, że nie ma własnego zdania i jest bezradny w ważnych sprawach, wykraczających poza rutynę kościelną. Środowisko, które wywierało na niego nacisk, uważa się za konserwatywne. I oto widzimy, czym jest polski konserwatyzm: nie ma on szacunku dla tradycyjnych konwencji, z błahych powodów zmienia przeznaczenie narodowego sanktuarium, umieszczając wśród królów i wieszczów zwłoki prezydenta, który niczym się nie zasłużył. Nie mają też ci rzekomi konserwatyści wyczucia form obowiązujących w sferze symbolicznej. Żałoba i cała atmosfera wokół niej jest u nas instrumentalizowana politycznie. W jaki sposób wpłynie to na układ sił politycznych? Kto tu może zyskać, a kto stracić?


DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA

129

Żałoba ma swoją treść polityczną, która całkowicie została jej nadana przez media i polityków. I ta treść wybitnie sprzyja sukcesowi wyborczemu Jarosława Kaczyńskiego. Byłby on przecież najbardziej naturalnym kontynuatorem owego „wielkiego człowieka”, który został pochowany aż na Wawelu. Akcje polityczne Jarosława Kaczyńskiego niesamowicie wzrosły. Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom rysuje się na horyzoncie możliwość powrotu IV RP w nowym wydaniu, być może bardziej zradykalizowanym, z różnymi wariantami, których nie można obecnie przewidzieć. W każdym razie długotrwała żałoba posłużyła wygaszeniu wszelkiego rozumowania, trzeźwej myśli. I możliwe, że naturalny następca – Kaczyński, mówię to z pewną przesadą, a może i bez przesady, bo to zależy od jego aktywności, może dostać szansę bycia okrzykniętym prezydentem Polski niemal przez aklamację. Nie widzę na razie żadnej siły, która byłaby zdolna do odwrócenia tej tendencji. Jednomyślność nie jest naturalnie aż taka wielka, jak przedstawiają to media. Ale głos ludu, nastrój ludu, sprzyja takiemu rozwiązaniu politycznemu – wyniesieniu naturalnego następcy Lecha Kaczyńskiego na najwyższe stanowisko. Panie profesorze, czy poza tym wymiarem bezpośrednio politycznym nie zaczyna się odradzać i utrwalać nowy mit fundujący polską wspólnotę narodową, który nawet nie jest mitem heroicznym, tylko wprost martyrologicznym? Pamiętamy, że najważniejsze daty i rocznice dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego to był 17 września, to był Katyń i Powstanie Warszawskie. Katastrofa pod Smoleńskiem w jakimś sensie tę opowieść dopełnia. Może powstała teraz opowieść, która będzie w przyszłości organizować zbiorową wyobraźnię Polaków?


130

Ż ałoba

Rzeczywiście, ostatnie wypadki zostały zinterpretowane w ten sposób, że ton martyrologiczny powrócił z całą siłą. Ale na tę martyrologię Polska była przygotowywana od dawna i stopniowo. Cała III RP również była wychowywana w tym duchu. Zresztą etosu heroicznego i martyrologicznego nie da się rozdzielić. Jednym z głównych animatorów tej edukacji heroiczno-martyrologicznej był zmarły prezydent. Ale złożyło się na to również wiele innych sił i czynników. Papież zostawił nam przekaz heroicznej walki polskiego Kościoła. W grę wchodzi jeszcze inna kwestia. Zwróciło moją uwagę to, co Donald Tusk powiedział w trakcie uroczystości katyńskich. Mianowicie, że PRL, Polska komunistyczna były oparte na fałszu katyńskim i to był właściwie mit założycielski Polski komunistycznej. Oczywiście mitem założycielskim Polski niepodległej jest prawda o Katyniu. Proszę zwrócić uwagę na to, że polityka jest umieszczana wewnątrz mitu, gdzie rozróżnienie na prawdę i na fałsz jest trudne do przeprowadzenia, niemalże całkowicie dowolne i realizowane na partyjne potrzeby. Te umysły, które nie mają gwiazdy przewodniej w postaci interesu partyjnego, w ogóle nie potrafią się odnaleźć wewnątrz tego mitu. Wąsko pojęty interes partyjny jest jedynym drogowskazem w tych mitycznych ciemnościach w Polsce. Polski nacjonalizm nabiera charakteru cierpiętniczego, niemal nekrofilskiego. Co jakiś czas materializuje się tendencja do ekshumowania tego czy owego dramatu, tej czy owej katastrofy. Jest to oczywisty, skrajny wyraz modelu martyrologicznego. Czy pana zdaniem w Polsce brakuje rytuałów i silnie zakorzenionych sposobów na to, żeby odnosić się do państwa w sposób czysto świecki? Żeby żal po prezydencie, niezależnie od


DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA

131

jego afiliacji partyjnej, móc przeżywać w sposób oderwany od całego tego rytuału związanego z Kościołem katolickim? Czy nie jest tak, że nie mamy naprawdę świeckiego patriotyzmu? Niewątpliwie tak jest, ale proszę zwrócić uwagę na to, że również obóz religijno-narodowy nie czuje ani żadnych powinności w tym zakresie, ani nie ma kultury rytuału, nie ma też ustalonych, dostojnych form chowania swoich bohaterów. Przecież wawelski skandal świadczy również o tym, że tradycja religijna nie ma żadnego poczucia smaku, poczucia formy w tym zakresie. Nie tylko jesteśmy więc pozbawieni jakiejkolwiek świeckiej kultury żałowania, ale nawet tam, gdzie byśmy się jej spodziewali, to znaczy w Kościele – nawet tam jest ona niewyraźna, tam też jej nie ma. W Polsce panuje pod tym względem zupełne bezhołowie – zarówno w wymiarze kościelno-religijnym, jak i świeckim. Ja do samego pochówku nie przywiązuję zresztą wielkiego znaczenia. Moje uczucia nie zostały dotknięte. Jeśli w ogóle umiem docenić doniosłość tego problemu, to tylko dlatego, że wczuwam się w sytuację osób religijnie bardzo zaangażowanych. Jak oni zniosą to posunięcie, które ma cechy profanacji świętości? Chciałbym być pod tym względem obojętny, ale chyba nie jestem, bo jednak w człowieku tkwią pewne elementy solidarności również z tą Polską, do której nie chciałoby się należeć.


Martwy Polak opłakuje sam siebie Manuela Gretkowska w rozmowie z Janem Smoleńskim Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Jak pani postrzega tę żałobę? Manuela Gretkowska: Taki wybuch uczuć, nadmierne, teatralne okazywanie żalu z punktu widzenia psychologii może kryć w sobie poczucie winy. Pokutę za niedocenianie pary prezydenckiej. Jednocześnie pod odsłoną żałoby łatwiej dać upust swojemu narcyzmowi: JA jestem ważny, JA składam hołd – o czym często mówią przepytywani w kolejce do pałacu prezydenckiego. Ale ten narcyzm jest też rekompensatą za poczucie wykluczenia. Polacy nie czują się obywatelami, nie mają udziału w rządzeniu, dbaniu o siebie jako społeczeństwo. Narodowa żałoba jest wyjątkowym momentem, gdy mogą poczuć się ważni i zjednoczeni. Nie wspólnotą rozumu, ale serc. Przypomina to trochę sceny z Avatara, gdy kosmici, łącząc się warkoczykami, nawiązywali pozasłowny kontakt z mieszkańcami swojej planety. Polacy też są mistrzami w tworzeniu emocjonalnego łańcucha serc i przeżyć. Potrafią stać w nim nawet 18 godzin – w kolejkach wijących się warkoczem wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia. Zresztą samo stanie, tak długie, że aż męczeńskie, jest udziałem we wspólnotowym pojęciu stania-powstania. Wreszcie udanego. Powstanie na ulicach Warszawy. Lacaniści powiedzieliby, że to skojarzenie z działalnością prezydenta. Przecież zostanie po nim głównie Muzeum Powstania Warszawskiego.


DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA

133

W tych żałobnych uniesieniach jest pozasłowne porozumienie charakterystyczne dla „polskiej wspólnoty serc”. Przewaga emocji, braku racjonalizmu (nie wiemy, jak mądrze, sensownie żyć, za to potrafimy umierać) wzięła się z polskich ograniczeń językowych. Historyczną logiczność Polaków, rozumne argumentowanie za wspólnotowymi celami zniszczyły zabory, a przyczynił się do tego Kościół. Zabory – bo musieliśmy szyfrować sprawy narodowe, używać aluzji, alegorii, nie mogąc wypowiedzieć się wprost. Kościół katolicki – bo proponował pocieszenie, ucieczkę przed historią. W przeciwieństwie do protestanckiego Kościół katolicki narzuca swoją wykładnię wiary, zabiera wyznawcom możliwość interpretacji i bronienia poglądów. W skrócie podsumował to biskup Głódź, zamykając spór o pochówek prezydenta na Wawelu: „Roma locuta causa finita” („Rzym przemówił, sprawa zakończona”). Upraszczając: zabory zabrały nam słownictwo, wiara przetrąciła kręgosłup logicznego myślenia. Być może to jeden z powodów, dla których nie potrafimy jak cywilizowane kraje Europy zdobyć się na wspólny wysiłek pragmatycznego udoskonalania państwa. Zamiast szukać wspólnoty myśli, pragniemy wspólnoty serc. Polacy posługują się metaforami, symbolami rozmywającymi sens politycznego dyskursu. A nawet jeśli uda się po polsku sformułować państwowe cele, trzeba z nich rezygnować, gdy są niezgodne z wykładnią Watykanu. Literacką ilustracją tego jest Wielka improwizacja. Myśl Improwizacji zostaje przerwana, gdy płynące z niej wnioski wydają się logiczne, a przez to szalone. Bezcelowość buntu w celi Konrada jest oczywista. Cela nawiązuje językowo do celów jako zadań (tak zinterpretowaliby to lacaniści). Rozum i jego logiczne cele muszą więc milczeć wobec prawd wiary. W psychologii taki brak poczucia sprawczości, powtarzanie sytuacji klęski nazywa się stanem wyuczonej bez-


134

Ż ałoba

radności będącej często maską depresji. Żałoba, poczucie utraty jest królestwem depresji, stanem najbardziej do niej adekwatnym. Wydaje się, że śmierć prezydenta Kaczyńskiego została wpisana w narrację o Katyniu. Czy obecna „jedność narodowa w obliczu tragedii” nie jest wynikiem szantażu upiorami przeszłości? Nawoływanie do jedności Polaków, tworzenie komitetów do spraw jedności to fascynujący wysiłek intelektualny. Jak Polacy mogą tworzyć jedność, skoro pojedynczy Polak nie tworzy jedności z sobą samym? Jeśli jest w miarę wrażliwy, nie może dojść do ładu sam ze sobą. Co naprawdę myśli? Po czyjej stronie jest racja? Teczki, gruba kreska – to wymuszona zgoda czy moralny szantaż? Nie dość, że nie mamy racjonalnego języka do wyrażenia swojej historii i jej planowania, to jeszcze nie mamy jednoznacznych przesłanek logicznych, w jakim państwie żyjemy. Fundamenty nowej Polski są zamulone. Jaruzelski to zdrajca czy bohater? Wałęsa agent czy przywódca? Okrągły stół sukces czy przekręt? Nie wyjaśniono żadnych afer. Katastrofa prezydenckiego samolotu też będzie prawdopodobnie wyjaśnieniem niewyjaśniającym. Polak pozbawiony przez historię języka, a przez politykę logiki, nie zmienił się od czasów baroku. Jest nadal „wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie” niby z wiersza Sępa Szarzyńskiego. Rozdwojenie Polaków tworzy napięcie. Wielkim pochlebstwem było hasło reklamujące Polskę wymyślone przez zagranicznych copyrighterów: „Twórcze napięcie”. W rzeczywistości jest to chorobliwe napięcie między prostolinijnym, religijnym oglądem świata, czystością serca gołąbka i umysłem na jego poziomie, a groteskowym pociągiem do spiskowych teorii. W tym zamęcie łatwiej wyrobić sobie wariackie papiery niż sensowne poglądy. Jak zjednoczyć siebie z samym sobą, racjonalność z podejrzeniami? Jeśli nie chce się zwa-


DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA

135

riować, zostaje albo silna wiara religijna, przenosząca nas ponad rozum i dająca łaskę ukojenia, albo spiski zaspokajające racjonalny głód przyczynowo-skutkowej logiki. Wyobcowani z siebie, pozbawieni języka jesteśmy zdani na ironiczny śmiech lub łzy. Tragedia albo groteska. Wesele albo Dziady. Pogrążeni w wyuczonej depresji szukamy pocieszenia w żałobie, po nas samych. Zmarły prezydent wyciska łzy, nie tylko jako osoba, ale symbol: Czy może być coś smutniejszego od trupa? Od nas samych, depresyjnie martwych opłakujących martwych? Kaczyński osierocił Polaków szukających wsparcia w zrozumieniu historii i siebie samych. Nie był rozwiązaniem, ale jej ofiarą tak jak my. Przez tydzień żałoby celebrujemy siebie. Chrystus powiedział jasno: „Zostawcie umarłym grzebanie umarłych”. Nie był konserwatystą. Był rebeliantem, nie zajmował się polityką historyczną, bo miał wizję lepszej przyszłości. Apogeum rozdwojenia Polaków, nie tylko zewnętrznego – na modernistów i konserwatystów, ale i wewnętrznego, dotykającego osobowości, przypadło na rządy braci Kaczyńskich, a później prezydenturę Lecha. Interpretując jungowsko tę sytuację, można by powiedzieć, że reprezentowali oni fizyczny obraz tego rozdwojenia odczuwanego wewnętrznie przez Polaków. Bliźnięta są identyczne, tak jak każdy czuje się identyczny i niepowtarzalny z sobą samym. I jednocześnie rozdwojony na dwie postaci. Ja i nie-ja. Polak może skłócić się ze sobą samym, wypowiadać sprzeczne, nielogiczne poglądy, ale nie zachwieje to jego poczuciem tożsamości, a nawet megalomańskiej wyższości. Wpisuje się w to powiedzenie Wałęsy przekraczające ramy rozumu, ale nie sarmackiej logiki: „Jestem za, a nawet przeciw”. Wydaje mi się, że polskość, z jej poczuciem wyjątkowości i misji, znalazła w romantyzmie słowną oprawę, ale jej treść bierze się z XVII wieku. Czy był naród równie zamożny, który


136

Ż ałoba

na własne życzenie znalazł się w potrzasku, rozdwojony między wschodnią, niepojętą dziczą a tworzącą się, niezrozumiałą cywilizacją Zachodu? Wychowana wtedy na klasykach starożytności szlachta uważała za Homerem, że godny miana mężczyzny jest ten, kto umie dyskutować na agorze i walczyć na polu bitwy. Możliwości racjonalnej dyskusji zniknęły dla Polaków w wieku XVIII, gdy w Europie panował rozum. Została waleczność i patriotyzm biorący się z poczucia opresji – rozbiorów. Patriotyzm jest istotą polskości, tym, co ją stworzyło. „Uczenie go” jest więc poronionym pomysłem. Polaków należy wręcz hamować przed przejawami patriotyzmu, gdy sami się pakujemy w opresję, by go podsycać. Któryś z filozofów powiedział: „Myśl idzie na Zachód”. Szkoda, że nas coraz bardziej opuszcza, zostawiając z pustym mózgiem i sercem pełnym łez. Czy spór o pochówek na Wawelu ma sens? I o czym on właściwie świadczy? Protesty nie mają sensu. Biskup Dziwisz powiedział prawdę: o tym pochówku zadecydował naród. Skoro ponad 90 procent Polaków uznaje się za katolików, to Kościół mówi w imieniu narodu. Poza tym jest „właścicielem lokalu”, a świecki naród nie jest nawet jego najemcą. Tragikomiczne wydają się więc pomysły na referendum czy próby dyskusji. Kościół nie jest instytucją demokratyczną. Część Polaków, tak miłujących wolność, obudziła się nagle w kraju, gdzie rządzi autorytarna władza wspierana przez nich datkami na tacę. O czym to świadczy? Na pewno nie o Kościele, on głosi swoją autorytarną nieomylność od 2000 lat. Pochowani na Wawelu to nie tylko bohaterowie, ale i symbole swojej epoki. Dlaczego nasza miałaby być inna? Prawdopodobnie spocznie tam kiedyś Wałęsa. Dwóch Lechów, prezydentów lechickiego kraju, którzy nie zdążyli się za życia pogodzić.


DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA

137

Ustalić wspólnej wersji historii. A kto między nimi? Nawrócony Kwaśniewski? Jaruzelski, gdy historia przyzna mu rację? Albo Tusk, mający zadatki na wiecznie rządzącego Franciszka Józefa, ukochanego cesarza krakowiaków? W tym całym politycznym zamieszaniu, które z biegiem czasu się wyciszy, szukałabym raczej tego, co pozostanie, czegoś ludzkiego. Wspólny sarkofag pary prezydenckiej przypomina etruskie sarkofagi małżeńskie. Maria Kaczyńska, tak jak za życia, poprawi mężowi wizerunek, dodając bardziej prywatnego, czułego wymiaru w zimnej krypcie historii. Czy można przewidzieć scenariusz po żałobie? Na swój użytek definiuję Polaka jako istotę symboliczną, nastawioną źle do bliźnich. Symbolizm bierze się chyba z przymusowego pogrążenia w symbolicznych szyfrach i narzuconej niemocie. Złe nastawienie do innych z sarmackiej izolacji. Jarosław Kaczyński jest w wyjątkowej sytuacji, może wpisać się w symbolikę tak działającą na Polaków. Nikt tak sprawnie jak on nie wykorzystywał dotychczas „złego nastawienia do bliźnich”. Czy to się zmieni? Tragedia, jak mówi, złamała mu życie, ale nie sądzę, żeby złamała mu też charakter.


Boję się takiej żałoby Małgorzata Szumowska Żałoba nie powinna wyglądać, żałoba jest. Żałoba jest różna, a najczęściej jej nie ma, bo przychodzi znacznie później, po fakcie, całkiem spóźniona. Żałoba nie jest adekwatna do sytuacji, bo wtedy staje się tylko smutną manifestacją. Ja nigdy żałoby nie przeżyłam, może tylko w małym stopniu, robiąc film 33 sceny z życia, ale i to nie jest pewne, może to zwykła iluzja. Patrząc na ten cały cyrk, który nazywamy w Polsce żałobą narodową, mam jednoznaczne uczucia. Jestem za granicą, widzę to, co się dzieje, w internecie, nie dotykam tego bezpośrednio, to daje dystans. Już od soboty mam głębokie przekonanie, że to, co widzę, to absurdalne zachowanie stadne, a nie żałoba. Żałoba, jaką spotkałam na polskiej wsi, ma wymiar oswajania śmierci, nie ma nic wspólnego z rozhisteryzowanym zachowaniem, z uniesieniem. Żałoba, którą widzę w telewizji, relacje z polskich ulic to nie jest oswajanie śmierci. To zbiorowa histeria, akt wspólnotowy, którego Polacy potrzebują jak powietrza. Jesteśmy chyba jedynym narodem w Europie, który jest w stanie zrobić coś takiego w imię własnej egzaltacji, w imię przeżywania czegoś wielkiego, w imię patriotyzmu. To straszne, ale i pociągające, zwłaszcza dla tych, którzy tak chętnie uczestniczą, machają, rzucają kwiaty, robią zdjęcia przejeżdżających trumien, walczą o miejsce w kolejce na


DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA

139

Krakowskim Przedmieściu. Dla mnie to jednak straszne i tyle. Niesie ze sobą groźne konsekwencje, zafałszowanie rzeczywistości, narodowościowe wzloty. Boję się takiej żałoby. Boję się rozszlochanego narodu nad trumnami, oszalałych haseł „Polska Chrystusem Narodów” i ludzi w bejsbolówkach owiniętych biało-czerwoną flagą. Najbardziej żal rodzin ofiar, powinni mieć wokół siebie ciszę, mają zgiełk. Im chyba najtrudniej o żałobę.


Żałoba, czyli niezrozumiały obowiązek Izabella Cywińska w rozmowie z Janem Smoleńskim Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Czy podziela pani opinię, że żałoba narodowa zmienia się w spektakl medialny? Izabela Cywińska: Raczej w generalną histerię. Spektakl to jest coś wymyślonego, wyreżyserowanego. To jest absolutnie niewyreżyserowane. Mieszkam obok Krakowskiego Przedmieścia i przechodzę kilka razy dziennie przez ten tłum ludzi. W pierwszych dniach ludzie byli autentycznie wzruszeni, przejęci, to było coś niezwykłego. Dzisiaj jedzą bułki, śpiewają, kłócą się. Teraz to już raczej jest sensacja, naśladownictwo, jakiś niezrozumiały dla mnie obowiązek. Mam wrażenie, że jest to podsycane przez media. Media zachowują się moim zdaniem bardzo niedobrze, jedynie grają na emocjach. W Smoleńsku w większości przypadków zginęli politycy – możemy ich podziwiać lub patrzeć na nich krytycznie, jednak pojechali tam właśnie z powodu swojego zawodu bądź postawy. A z telewizji możemy się dowiedzieć czegoś tylko o ich życiu rodzinnym. Gdybym miała coś powiedzieć o prezydencie Kaczyńskim na podstawie tego, co widzę w mediach, tobym stwierdziła, że bardzo kochał swoją żonę. Być może nie oglądałam wszystkich dzienników telewizyjnych, ale od czasu katastrofy nie słyszałam informacji, że Lech Kaczyński podpisał traktat lizboński, że był w Gruzji… Mogę się z tym zgadzać bądź nie, oceniać dobrze lub


DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA

141

źle, ale on był prezydentem i jakoś wypełniał swoje obowiązki, a nie tylko kochał swoją żonę. Robimy się do bólu sentymentalni i to jest oczywiście nakręcane przez media. Ja z kolei odnoszę wrażenie, że w tej żałobie opłakuje się prezydenta Kaczyńskiego nie dlatego, że był mężem stanu, ale ze względu na Katyń, dlatego, że zginął w takim miejscu i w takim czasie. Na ten temat nie chciałabym mówić. To jest coś, co będziemy umieli ocenić dopiero po pewnym czasie. To jest coś tak niezwykle symbolicznego, że ja, jako człowiek teatru, nie potrafię tego w tej chwili ocenić. Oczywiście, śmierć w katastrofie samolotowej nie jest śmiercią bohaterską. Natomiast śmierć w drodze na obchody 70. rocznicy mordu katyńskiego zmusza mnie do myślenia symbolicznego, a nie racjonalnego. Jak pani ocenia decyzję o pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu? Gdyby przed podjęciem tej decyzji zapytano mnie, czy Kaczyński powinien spocząć na Wawelu, to oczywiście powiedziałabym, że nie. Ale teraz, gdy decyzja została podjęta, można się z nią pogodzić tylko tłumacząc sobie, że oddajemy w ten sposób honor Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Powiedzmy sobie szczerze, na Wawelu na pewno leżą jacyś książęta, którzy dla Polski zasłużyli się zdecydowanie mniej niż Lech Kaczyński. Wszyscy ci goście, którzy przyjadą na pogrzeb, będą oddawać honor Najjaśniejszej Rzeczpospolitej i narodowi polskiemu, narodowi, który kiedyś został oszukany, jeśli chodzi o Katyń. Tylko tak potrafię się z tym zgodzić. W innych kategoriach to jest nie do zaakceptowania. A decyzja zapadła, więc protesty na nic się nie zdadzą. Nie powinniśmy z tego powodu brać się za łby.


142

Ż ałoba

Katyń ciąży na wszystkich decyzjach związanych z ostatnimi wydarzeniami – nawet poprzedzających żałobę, począwszy od tego, żeby lądować mimo mgły. Tak. Nie ma znaczenia, kto podjął decyzję o lądowaniu, kto zawinił. Istotne jest, że była presja wagi obchodów, tego, że ludzie czekali na uroczystości. Ta presja była tak silna, że zapadła decyzja całkiem nieodpowiedzialna, w jej wyniku 96 osób poniosło tragiczną i niepotrzebną śmierć, której można było uniknąć. To wszystko jest jednym ciągiem nieodpowiedzialności. Jak słusznie mówi Andrzej Wajda, pochówek na Wawelu spowoduje jeszcze większy podział tego społeczeństwa. Chciałabym, abyśmy mieli możliwość zadecydowania o tym, kto leży na Wawelu. Czy ludzie mają prawo czuć się rozczarowani tą decyzją? Oczywiście, że tak. Wiele osób, które szczerze i ciężko przeżywały śmieć prezydenta Kaczyńskiego, jest zawiedziona. Pewien taksówkarz powiedział mi, że po informacji o pochówku na Wawelu natychmiast się otrząsnął, bo go krew zalała. Myślę, że ta decyzja, nieodpowiedzialna i nierozważna, spowoduje, że w poniedziałek ludzie skoczą sobie do gardeł tak, jak jeszcze tego nie widzieliśmy. Spór polityczny to nie zawsze coś złego. Nie zawsze. Dyskutujmy na tematy gospodarcze, socjalne, jak dzielić pieniądze. Są tysiące ważnych problemów do rozwiązania – choćby w kulturze czy edukacji – i każda partia polityczna powinna mieć możliwość wypowiedzenia swojego zdania. Ale ten spór nie będzie dotyczył takich kwestii. Będzie kłótnia o Wawel i o ocenę Lecha Kaczyńskiego.


Śmierć PREZYDENTA? Kaja Malanowska Miałam nie pisać felietonu, bo się nie nadaję, bo nie lubię i dlatego też, że wolę beletrystykę od polityki. W obecnej sytuacji jednak nie wypada chyba opisywać piękna rozkwitającej wiosny? Wczoraj spotkałam się ze znajomymi. Siedzieliśmy stłoczeni w rogu kawiarni. Niskie fotele, kolana wystawały nam ponad blat stolika. Między kolanami stały szklanki z piwem, w szklankach plastikowe słomki. Piliśmy szybko, rozmawiali nerwowo. Musieliśmy się śpieszyć, knajpę zamykano o dwunastej, pogrzeb, żałoba narodowa. Kłóciliśmy się. Od tygodnia wszystkie rozmowy obracają się wokół ostatnich wydarzeń. Wspólnie przechodziliśmy przez kolejne etapy: niedowierzania, przerażenia, żalu i frustracji. W sobotę, 10 kwietnia przestały działać telefony, wszystkie linie były zajęte, sieci przeciążone. Ludzie pytali, czy to prawda, nie mogli uwierzyć, potem płakali. Obudził mnie telefon od brata, natychmiast włączyłam telewizor, byłam przerażona. Jeszcze tego samego dnia Warszawa zgodna i wzruszona pobiegła wspólnie pod Pałac Prezydencki złożyć hołd ofiarom. Nie poszłam, nie lubię zbiorowych wzruszeń. Przez kilka dni mijałam ludzi ze zniczami i naręczami kwiatów i miałam wyrzuty sumienia, że idę w przeciwnym kierunku. Znajomi z przejęciem mówili o tych, którzy zginęli. Potem jednak wynikła sprawa pogrzebu i awantura o Wawel. Moi przyjaciele podzielili się zdecydowanie na dwie zwalczające się frakcje. Siedzieliśmy więc w kawiarni, napięci


144

Ż ałoba

i zdenerwowani, patrzyliśmy sobie wrogo w oczy i dyskutowaliśmy zacięcie. – Naprawdę, jest mi wszystko jedno – powiedziałam. – Jest mi najzupełniej obojętne, gdzie go pochowają. Nie mam najmniejszego szacunku dla symboli narodowych ani do urzędu prezydenta jako takiego. – Jak to, nic cię to nie obchodzi? – krzyknął Bartek. Pochylił się gwałtownie do przodu i przewrócił szklankę. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na kapiące ze stołu piwo. – Rozumiem, że możesz nie chcieć dyskutować na temat Wawelu, ale mimo wszystko ta historia powinna chyba wstrząsnąć tobą bardziej niż zwyczajny wypadek. Zginął przecież prezydent Polski. PREZYDENT. Wtedy pomyślałam o tym, że zbyt wiele nas różni, żebym mogła wytłumaczyć mu swój punkt widzenia, moje uczucia, i przypomniałam sobie pewną historię, która zdarzyła mi się siedem lat temu, na samym początku mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych. W Stanach spędziłam pięć lat. Przyjechałam naszpikowana stereotypami, najeżona, pełna wrogich uczuć w stosunku do tego społeczeństwa pozbawionego kultury, wychowania i szacunku dla historii. Amerykanie, wiadomo, chamy, buce, nadęte głupki. Wysiadłam na lotnisku w Chicago wprost w objęcia nieznośnego, przepojonego wilgocią midwestowego upału, ciągnęłam za sobą walizki, ciągnęłam za sobą dziecko i z rozpaczą myślałam o tym, że właśnie stanęłam obiema nogami na tej dzikiej ziemi i że muszę na niej pozostać jeszcze parę długich lat, zanim uda mi się wrócić do domu. Z pogardą spojrzałam na urzędnika celnego, trzymałam wysoko głowę, kiedy robił mi zdjęcie, odciskał linie papilarne kciuka. Chamy, myślałam, chamy, skurwysyny, jak oni śmieją mnie tak traktować? Pierwszy rok minął mi na walce z Amerykanami, na nieustannym okazywaniu im wyższości, potem dostałam nauczkę,


DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA

145

którą zapamiętam, mam nadzieję, do końca życia. Nie będę się rozpisywać na temat wszystkich moich konfrontacji z kulturą amerykańską, chciałabym napisać tylko o jednej historii, która przypomniała mi się w momencie, kiedy pełen oburzenia Bartek krzyknął: „Przecież zginał prezydent Polski. PREZYDENT”. Pisałam doktorat z mikrobiologii na Uniwersytecie Illinois w Urbana-Champaign. Niestety, wszyscy doktoranci, nawet ci zagraniczni, nawet bardzo kiepsko mówiący po angielsku, mieli obowiązek uczenia studentów przez co najmniej dwa semestry. W wyniku tego rozporządzenia dochodziło do stałych konfliktów na linii amerykańscy studenci – obcokrajowi wykładowcy. Obrazek czerwonego na twarzy Chińczyka, który oburzony stoi nad rozwalonym na krześle, żującym gumę Amerykaninem, był nieodmiennym elementem uczelnianego życia. Ja też czułam się obrażona, że studenci, zwłaszcza mężczyźni, nie wstają, kiedy do nich mówię, stoję koło nich i poświęcam swój czas, żeby coś wytłumaczyć. Złościło mnie, że nie okazują mi cienia szacunku z powodu tego, że jestem starsza, więcej wiem i znajduję się wyżej w akademickiej hierarchii. Zupełnie mnie jednak zatykało, kiedy te dzieci, te osiemnastoletnie szczyle, które dopiero co zaczęły wchodzić w dorosłe życie i niczego, ale to zupełnie niczego, nie rozumiały ani z mikrobiologii, ani z genetyki, w ten sam sposób traktowały swoich profesorów, wzruszały ramionami i wychodziły z sali, jeżeli wykład był nudny. W połowie semestru sytuacja zaczęła się nieco polepszać. Odnalazłam kontakt ze studentami, słuchali mnie, uważali na zajęciach. Nie rozumiałam, skąd wzięła się ta nagła zmiana. Wtedy właśnie zorganizowano kursy dla obcokrajowców. Poszliśmy na nie niechętnie, były obowiązkowe. Kolorową, rozgadaną w różnych językach grupką weszliśmy do sali i usiedliśmy naprzeciwko psychologa. Jak się potem okazało, była to jedna z ciekawszych i ważniejszych dla mnie lekcji kultury


146

Ż ałoba

amerykańskiej, a pierwszą rzeczą, jaką wtedy usłyszałam, było to, że żaden Amerykanin nie będzie szanował mnie tylko i wyłącznie z powodu stanowiska, jakie zajmuję. Na szacunek musicie sobie zasłużyć, powiedział psycholog, pokazując, ile umiecie i kim jesteście jako naukowcy. Zginął prezydent – mówią znajomi. PREZYDENT, głowa państwa. No dobrze, odpowiadam, ale czy ja muszę szanować kogoś za to tylko, że piastuje jakiś urząd? Czy muszę być wstrząśnięta katastrofą bardziej, dlatego, że zginął prezydent, a nie dlatego, że zginął człowiek? Parę dni temu w Tybecie doszło do straszliwej tragedii. W trzęsieniu ziemi zginęło ponad tysiąc osób. Gazety zamieściły tę informację gdzieś z boku, za kolejnymi zdjęciami pary prezydenckiej, przedrukiem apelu Wajdy i dyskusjami na temat tego, gdzie chować tragicznie zmarłych. Nikt z moich znajomych nie zająknął się na ten temat, wszyscy z przejęciem omawiają nadal skutki smoleńskiej katastrofy.


Opatrzność spadła nam z nieba Wiktor Marzec Ktoś obliczył, że między 11 listopada 1918 i 17 września 1939 upłynęło tyle samo dni, ile między wyborami czerwcowymi 1989 a dniem smoleńskiej katastrofy. O czym rozmawiał były oficer FSB z wnukiem żołnierza Wehrmachtu na sopockim molo i czy to czasem nie nowy pakt Ribbentrop-Mołotow, moskiewsko-platformerski szósty (?) rozbiór? Jeśli świadkowie widzieli kołujący samolot, to znaczy, że mgła nie była tak silna, by uniemożliwić lądowanie, coś innego spowodowało katastrofę. Na pokładzie lecieli i zginęli duchowni katoliccy, prawosławni i ewangeliccy. Rabin przezornie poleciał jednak z Tuskiem. Polski Prezydent zginął w Katyniu! Magia języka ma swoje nieubłagalne prawa. Kołowrót narodowego mitu, spiskowego czarnoksięstwa i martyrologicznej obsesji ruszył i nic nie wskazuje na to, by szybko miał się zatrzymać. Czekał przyczajony przez lata, a polska dusza narodowa nie mogła dać upustu swoim pragnieniom. Teraz nareszcie może to zrobić, powrócić do wyczekiwanego dziejowego cierpiętnictwa, wreszcie wrócić na ofiarniczy piedestał. Nie ma już konfliktu w Kirgistanie, trzęsienia ziemi w Tybecie, znów jesteśmy w Centrum świata. Ten podejrzliwy, węszący, pansemiotyczny dyskurs nie jest już tylko językiem magla i warzywnego straganu. Wkrada się niepostrzeżenie, w mniej lub bardziej wyrafinowanych postaciach, na salony: te spontaniczne spotkania towarzy-


148

Ż ałoba

skie i te w TVN24. Łatwo się tu ześlizgnąć w zamglone rejony. Przyznanie, że Ci, którym pamięć Katynia była najdroższa, nie mogli przysłużyć się lepiej tej sprawie, to retrospektywne usensowianie tragedii. Niemal tak samo nieodzowne, jak roztrząsanie niezamierzonych konsekwencji wszystkich składowych decyzji przybliżających do przerażającej kulminacji. Ale to nie jest tylko nadzieja na benjaminowskie podjęcie intencji tych wyrzuconych z historii, to też mityczne wpisywanie okrutnego przypadku w opatrznościowy plan. W tej magmie fantazmatu nie ma też specjalnie pola manewru. Wyjście ku horyzontowi spraw publicznych i rzeczywistych politycznych konsekwencji tych zdarzeń zatarasowane jest żałobną wzniosłością i kneblem upamiętnienia. Przyjdzie jeszcze czas na ocenę prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Opadną emocje tych, którzy nadrabiają miną nie zawsze sensowne zarzuty, jakie stawiali jej w przeszłości. Pochówek tu czy tam nie odwróci historii, nie uczyni tej prezydentury bardziej dopasowaną do wyzwań współczesności, mniej zamkniętej w kręgu problemów właściwych czasom minionym: umacnianiu tożsamości narodowej czy rozliczeniowej pamiętliwości. Nie zmieni sensu polityki uprawianej przez tego Prezydenta na ukierunkowany na rozwiązywanie wspólnych problemów, choćby Europy. Będzie to już zawsze polityka rozumiana strategicznie w duchu Machiavellego czy Clausewitza, prowadzona „wojennie”, by podejść drugą stronę. Nadszedł złowrogi epilog, tylko tak można usensownić „bojowe” strategiczno-polityczne warunki, w jakich stery samolotu przejmuje „zwierzchnik sił zbrojnych”. Nie nad Smoleńskiem, to nad Tbilisi. Zaś sama tragiczna śmierć nie może zmieniać oceny czynów podejmowanych za życia. Anulowałoby to prawomocność jakiejkolwiek etyki. Symbolika Wawelu, choć złożona, sprowadza się jednak do podobnego symbolicznego uniwersum, w jakim obracała


DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA

149

się polityka Prezydenta. Właściwie skórka warta jest wyprawki i można co najwyżej ubolewać nad tym, że nie dorobiliśmy się narodowego panteonu o świeckim charakterze, a pochówki głów państwa przyzwyczaiły już nas do swoistych sporów o inwestyturę. Pochówek Marii Kaczyńskiej w wawelskiej krypcie przełamie zaś męski monopol, co może jest jej najważniejszym osiągnięciem w kwestii praw kobiet, o które jeśli walczyła, to przeciw własnemu szwagrowi. Nie wiem wprawdzie, czy Krypta Srebrnych Dzwonów godnie upamiętni również inne ofiary, niekiedy poległe w imię nieswojej sprawy. Teraz dziwnym sposobem żal i żałoba jest całościowo organizowana wokół postaci prezydenckiej pary, na każdy gest solidarności nadpisywany jest żal za Głową Państwa. Właściwie dobrze się stało, że zapadła decyzja o pochówku na Wawelu. Obiektywnie może to wyjść tylko na dobre. Obiektywnie w sensie niemal leninowskim. Gdyby na miejsce spoczynku wybrano miejsce mniej problematyczne, jeszcze długo nie moglibyśmy wyplątać się z symbolicznych sieci hagiografii. Nieprędko o zmarłych mówiono by nie tylko dobrze, a wokół prezydentasymbolu narastałyby coraz to nowe warstwy „narodowej jedności”. Niezależnie od tego, jak oceniamy niekiedy niezręczny krakowski protest, to jest on symptomem istotnego przesunięcia. Jeśli kilkaset osób spontanicznie w deszczowy wieczór wyszło na ulicę w tak problematycznej i delikatnej sprawie, to jest to niechybnie oznaka odblokowania możliwości zaistnienia dyskusji, sporu, agonu. To zawsze lepiej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę nieuniknioną kampanię wyborczą. Z narodową jednością i symboliką bożej opatrzności niepodobna dyskutować. Zaraz po katastrofie byłem pewien, że Jarosław Kaczyński w cuglach zostanie nowym prezydentem, symboliczną substytucją utraconego brata, nowym ojcem narodu


150

Ż ałoba

w sam raz na trudne czasy. Teraz nie mam już takiej pewności. Ale nie wiem, czy to dobrze. Lech Kaczyński nie był prezydentem dobrym, ale stanowił realną alternatywę dla technokratycznego, PO-politycznego liberalizmu absolutnego, niepowstrzymywanego już wetem z Pałacu Prezydenckiego. Spustoszenia, jakie może poczynić w samym rozumieniu polityczności i zakresie zadań podejmowanych przez państwo, byłyby trudne do odwrócenia, reelekcja byłaby więc może mniejszym złem formy przetrwalnikowej. Jarosław natomiast z pewnością będzie prezydentem złym i zabsolutyzuje właśnie te cechy, które psuły prezydenturę Lecha. I tak źle, i tak niedobrze. Już teraz dzieją się rzeczy śmieszne i straszne. Zaraz pojawią się głosy, by w imię pamięci Lecha Kaczyńskiego odwołać nieprawomyślną wystawę w Zachęcie czy zakazać lipcowej Euro Pride. Symboliczna doktryna szoku zacznie zbierać swe żniwo. Poczucie tragizmu sytuacji, niepomiernego wyzwania, wyczekiwania na opatrznościowego męża zręcznie replikują głównonurtowe media. Poważny, ponadpartyjny, jednoczący kandydat, który wyprowadzi zranioną Polskę z opresji, poszukiwany. Próbką smakowitych majstersztyków może być tekst Katarzyny Kolendy-Zalewskiej [Kto z nas chce kampanii?, „Gazeta Wyborcza”, 13 kwietnia 2010]. Na horyzoncie widać tylko jednego kandydata. Pasuje on do opisu ponadpartyjnego przywódcy wyłonionego w imię jedności narodowej: „osoba spoza politycznego sporu, która godnie będzie reprezentować kraj i da mu szansę na wyjście z wielkiej traumy (…), ostatecznie dla państwa, dla demokracji [sic!], dla jakości życia publicznego mogłoby [to] okazać się zbawienne”. Gdy w imię pamięci Lecha Kaczyńskiego i jego zasług wszyscy kandydaci zrezygnują z ubiegania się o prezydencki fotel, można będzie wreszcie zrealizować dziejowe marzenie polskiej Prawicy. Oficjalnie intronizować Chrystusa na króla Polski.


DZIEŃ DZIEWIĄTY, 18 KWIETNIA 2010, NIEDZIELA


Po pierwsze… Janusz Rudnicki Po pierwsze… …wypełnianie obowiązków jest obowiązkiem, nie zaś tytułem do chwały. Po drugie… …bycie patriotą już od posłów w górę, a co dopiero dla prezydenta państwa, powinno rozumiane być samo przez się, nie zaś traktowane jako tytuł do chwały. Podobnie jak bycie dobrym mężem, ojcem i dziadkiem. Po trzecie… …śmierć w wyniku tragicznego wypadku nie jest śmiercią bohaterską. Śmiercią bohaterską jest na przykład śmierć policjanta sprzed paru miesięcy, który w ostatni dzień swego urlopu, w cywilu, próbował na przystanku tramwajowym zatrzymać bandytów, w wyniku czego pchnięty został śmiertelne nożem i osierocił dzieci. Po czwarte… …jest czymś niewyobrażalnym, żeby prezenterka telewizji państwowej popełniała „refleksje” w rodzaju: „A może jest tak, że Bóg wziął ich dlatego, że lubi otaczać się najlepszymi?”.


DZIEŃ DZIEWIĄTY, 18 KWIETNIA 2010, NIEDZIELA

153

Jest rzeczą niepojętą, aby telewizja państwowa w roku 2010 wpadała w amok anachronicznego patriotyzmu, i to do takiego stopnia, że otumanieni nią przechodnie mówią do kamery: „Kto teraz będzie bronił Polski?”. Nikt nie będzie bronił, nie ma takiej potrzeby. Brońmy się sami przed sobą. Po piąte… …dwa razy Katyń to rzecz tragiczna, ale trudno, stało się. Dlaczego jednak przeżywać mamy dwa razy kult jednostki?


Umiarkowany optymizm w granicach pesymizmu Kinga Dunin Jak zauważyło wielu komentatorów na naszej stronie: kiedy dużo mówi się o pokoju, trzeba sposobić się do wojny. I, niestety, nikt nie dodawał: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Sytuacja lewicy przed żałobą narodową nie była lepsza, niż będzie po niej. Tym bardziej możemy sobie pozwolić na dystans. A w ramach ogólnego pesymizmu na odrobinę przewrotnego optymizmu. Czy zatem naprawdę musimy obawiać się powrotu PiS-owskiej prawicy? Wyboru Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta? Wzbierającej fali groźnego nacjonalizmu? Konserwatywnego zwrotu? Kiedy liberalne media zaczęły pracować na legendę sympatycznego prezydenta i wielkiego patrioty jednoczącego naród (chociaż wszyscy wiemy, że gdyby samolot wylądował w Moskwie, Lech Kaczyński, z woli tych samych mediów, żyłby dziś jako safanduła i wieczny nieudacznik), prawica na szczęście natychmiast zaczęła podcinać gałąź, na której mogłaby usiąść. Domagając się posypywania głowy popiołem przez przeciwników prezydenta, snując paranoiczne rozważania o przyczynach katastrofy, podbijając bębenka patosu, decydując się na awanturę o Wawel, zwierają szeregi, stają się znowu widoczni. Może to zaowocować doraźną koniunkturą, ale jednocześnie odnawia konflikt, który został już opracowany i skończył się klęską PiS. Sama kilka lat temu pisałam, że wyborczy sukces PiS był zdyskontowaniem zbiorowych uniesień po śmierci papieża, jednak kapitał ten został bardzo szybko


DZIEŃ DZIEWIĄTY, 18 KWIETNIA 2010, NIEDZIELA

155

roztrwoniony. I teraz też tak będzie. Mityczni „wszyscy Polacy” natrętnie wytwarzani przez media, nie są w swoich poglądach aż tak radykalni, jak marzyłoby się to prawicy. Wolą rozwodniony, nawet jeśli wyraża się on w symbolach religijnych i nacjonalistycznych, konserwatyzm TVN i PO. PiS miałby większe szanse, gdyby nie radykalizował tego przekazu, nie niszczył zbiorowego „kochajmy się w tych trudnych chwilach”, tylko próbował go zawłaszczyć. Na szczęście tego nie potrafi. Na szczęście też nie czekają nas wybory parlamentarne, tylko prezydenckie, a prezydent ma niewielkie prerogatywy. Jeżeli Jarosław Kaczyński zdecyduje się na start w wyborach, a chyba tylko on ma jakieś szanse, i nawet, w co chyba nie wierzę, je wygra, to nie będzie to nieszczęście większe od innych. A nawet dostrzegam pewne zalety takiego rozwiązania. Po pierwsze. Prezydentem nie zostanie pan Jowialski z dwururką i wąsami, a mówiąc poważnie: pozwoli to uniknąć – przynajmniej na parę lat – monowładzy PO. Po drugie. Kaczyński będzie wetował, i to zapewne w sprawach ekonomicznych, bo w innych PO jest tak samo konserwatywna jak on. Może to powstrzymać różne zapędy prywatyzacyjne, na przykład w służbie zdrowia. Po trzecie. W trzy miesiące po wyborach straci sympatię społeczną i stanie się symbolem negatywnym. Jako przegrany może dłużej mógłby utrzymywać poparcie. Zadbają o to te same media, dzięki którym dziś zyskuje wyborczą szansę. Po czwarte. Będzie musiał odejść z PiS. Pozbawiona twardej ręki partia zapewne pogrąży się wówczas w przetasowaniach i grach o sukcesję. Nie sądzę, abyśmy powinni przykładać do tego scenariusza rękę, ale też nie widzę powodu do paniki. Umiarkowany optymizm w granicach pesymizmu.


Czas żałoby jako czas idealny Jaś Kapela W radiu wysłuchałem uroczystości pogrzebowej zorganizowanej na pl. Piłsudskiego. Nie byłem dość odważny, żeby się tam wybrać. Tłumy i uroczystości mnie przerażają, choć jednocześnie ciekawią. Uznałem, że uczestnictwo zapośredniczone przez niezbyt nowoczesne medium, jakim jest radio, będzie najlepiej odpowiadało mojej potrzebie zrozumienia tego wydarzenia. Odprawiający mszę kapłan (myślę, że to był kapłan, bo w radiu nie podawali, kto akurat mówi, ale charakterystyczna intonacja wskazywała właśnie na księdza; nie jestem też do końca pewien, czy to już była msza, ale cała uroczystość miała bardzo kościelny charakter, więc myślę, że można ją rozpatrywać jako jedną wielką mszę) powiedział w którymś momencie o katastrofie, która miała miejsce przed miesiącem. A przecież minął zaledwie tydzień. Skąd ta utrata poczucia czasu? Czy czas żałoby jest czasem na tyle specjalnym, że dni trwają w nim jak tygodnie? A może tak bardzo się do niej przyzwyczailiśmy, że już nie wyobrażamy sobie życia poza żałobą? Miesiące, lata, wieki nie mają tu znaczenia. Tę intuicję zdawał się potwierdzać premier Tusk w swoim wcześniejszym przemówieniu nawołującym do wczucia się w marzenia zmarłych i ich realizowania. Bardzo to przewrotny – i zdaje się również obłudny – apel. Działanie w imię zmarłych może być oczywiście bardzo wygodne. Zmarli nie powstaną z grobu, żeby powiedzieć, że ich intencje były inne. Jak bardzo może być szcze-


DZIEŃ DZIEWIĄTY, 18 KWIETNIA 2010, NIEDZIELA

157

ry polityk nawołujący do realizacji marzeń swoich adwersarzy? Z pewnością nic takiego nie powiedziałby, gdyby oni wciąż żyli. Ale śmierć sprawia, że jest w wygodniejszej sytuacji. Marzenia przeciwników spłonęły razem z ich ciałami. Pozostały z nich jedynie zwęglone szczątki, z których możemy budować takie konstrukcje, jakie nam pasują. Polityk nawołujący do spełniania marzeń zmarłych przeciwników w istocie walczy o realizację własnych celów. To oddanie pola marzeniom przeciwników można przeciwstawić pragnieniu, aby zmarły prezydent został pochowany na Wawelu. Tusk, ukrywając się w cieniu zmarłych, uwidacznia próby ich uwznioślenia, tym samym je dyskontując. Stojąc w cieniu, zdaje się schodzić z linii sporu, gdy bardziej buńczuczna prawica po raz kolejny nadstawia policzki na ciosy. Czyż cień nie jest ulubioną pozycją Tuska? Czy żałoba w ogóle nie jest idealną sytuacją dla neoliberalnej, technokratycznej prawicy, która stara się tworzyć wrażenie, że wcale nie rządzi, a jedynie zarządza? W czasie żałoby nie trzeba się spierać, bo nasi (martwi) przeciwnicy są po naszej stronie. Ktoś jeszcze inny (zapewne również ksiądz) powoływał się na słowa jakiejś kobiety (zapewne świętej), których dokładnie przytoczyć nie jestem w stanie, ale sens był taki, że wobec wspaniałości, jakie na nas czekają (gdzie?), życie ziemskie jest wieczną żałobą. Jeśli się z tym zgodzić, to może nie należy rezygnować z rozporządzeń wydanych specjalnie na czas żałoby. Czy świat, w którym komunikacja miejska jest darmowa, nie byłby lepszym światem? Całkowitej prohibicji, co prawda, nigdzie nie udało się osiągnąć, ale może należy próbować? Wiarę w to, że należy, pokazują choćby działania Ministerstwa Zdrowia w kwestii dopalaczy. Bezwzględna walka jest tu jedynym pomysłem. Gdy rząd rozprawi się z narkotykami z dopalaczy, może powinien zabrać się za te z monopoli?


158

Ż ałoba

Widać jeszcze inne drobne przesunięcia w codziennym życiu. Handel obnośny nagle przestał być wykroczeniem piętnowanym przez Straż Miejską. O ile strażnicy zawsze bezwzględnie ścigali sprzedawców sznurówek, o tyle handlarzy zniczami i flagami zostawiają w spokoju. Handel nagle stał się wyrazem wspólnych emocji, więc nie należy go regulować? Wczoraj większość sklepów była otwarta jak zwykle, ale dziś już byłem bardzo zdziwiony, jak wiele stoisk w CH Warszawa Wileńska zostało zamkniętych. Żałoba pozwoliła spełnić kolejne istotne marzenia – o sklepach czasami nieczynnych. Można mieć pewne wątpliwości, co dalej z kulturą i sportem, które to dziedziny odpowiedni ministrowie uznali za zbędne. Ale niewykluczone, że nie wynika to z ich faktycznej zbędności, a jedynie z błędnych decyzji urzędników. Urzędnicy mogą się przecież mylić również w czasie żałoby. A może kultura i sport nie powinny być tworzone instytucjonalnie, ale bardziej zależeć od ludzkiej aktywności? Przecież sport i kultura nie przestały istnieć, a jedynie zostały zamknięte niektóre instytucje. Może nie potrzebujemy instytucji, lecz społecznej aktywizacji. Która jest chyba największym wyróżnikiem polskiej żałoby. Czas żałoby jako czas idealny? W pewnym sensie tak. Jeśli marzymy o społeczeństwie aktywnym i obywatelskim, to społeczeństwo czasu żałoby jest w jakimś stopniu odzwierciedleniem tych marzeń. Ludzie wychodzą na ulice i pragną uczestniczyć. Media przeżywają swój złoty okres. Dawno żadna sprawa nie była tak szeroko komentowana, nie wzbudzała takiego zainteresowania. Prawdę mówiąc, bardzo podoba mi się to odrodzenie ducha uczestnictwa. W połączeniu z wiosną robi bardzo przyjemne wrażenie. Podobne zresztą odczucia zdają się mieć cytowani państwowi i kościelni dygnitarze. Może więc zamiast kończyć żałobę, pozostawmy ją na zawsze? Skoro w żałobie żyje nam się lepiej.


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK


Totem i tabu. Polskiej tanatologii ciąg dalszy Agata Bielik-Robson Wszystkim, którzy uparcie twierdzą, że tylko „awanturnicy” protestujący pod Wawelem zakłócili jedność narodowej żałoby (w tym zwłaszcza dziennikarzom TVN 24), polecam dla otrzeźwienia ostatni tekst Tomasza Terlikowskiego, który w dwóch lekko się różniących wersjach został opublikowany w „Gazecie Polskiej”, a następnie na portalu Salon24. Nosi on biblijny tytuł Bojaźń i drżenie i jest napisany z apokaliptycznym zapałem polskiego świętego Jana: przynosi gotową religijną wykładnię tragedii pod Smoleńskiem, przez którą przemówił sam Bóg, dając wyraźny znak swoim wiernym. Dziwny to Bóg, okrutny i mściwy, jak zresztą wszyscy fundamentalistyczni bogowie, te smętne i bezmyślne karykatury Jahwe ze Starego Testamentu, zdolne tylko do imitacji jego gniewu, a zupełnie nieczułe na głębsze, uniwersalistyczne aspekty żydowskiego mesjanizmu. „Jeśli Bóg dopuszcza taki dramat – pisze Terlikowski – to nie robi tego po nic, ale po to, by niezwykle mocno wezwać nas do działania, przemiany i zaangażowania… Odczytanie tego zadania – w perspektywie symboliki smoleńskiej tragedii – jest dla nas zadaniem. Z odrzucenia go, z odmowy zaangażowania będziemy rozliczeni na Sądzie Ostatecznym. I biada nam, jeśli – po takim znaku – udamy, że nic się nie stało. Wtedy pozostanie nam tylko bojaźń i drżenie”. Bóg dał Polsce kolejny znak, będący jednocześnie ostrzeżeniem: jeśli Polacy, mój naród wybrany, nadal


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

161

będzie zadawać się z tą bezbożną zachodnią zgnilizną i porzuci misję ponownej ewangelizacji świata, to mnie popamięta. Tragedia pod Smoleńskiem to tylko pierwszy z sygnałów czekającej nas apokalipsy: „Trudno nie zadać sobie pytania – ciągnie prorok Terlikowski – czy nie próbowaliśmy uciec od misji, jaką stawiał przed nami Bóg, w «normalność» Zachodu. Jeśli tak było, to ta tragedia jest wyraźnym przypomnieniem, że nie będzie nam dane bycie «normalnym» narodem, który może żyć w świętym spokoju, że od nas Pan Bóg wymaga co jakiś czas daniny krwi, ofiary (czasem boleśnie absurdalnej) z najlepszych synów”. Na poparcie swoich mesjańskich tez Terlikowski wzywa objawienia dwóch polskich wizjonerek: Marii Franciszki Kozłowskiej i siostry Faustyny Kowalskiej. Ta pierwsza, co lojalnie przypomina, stała się po odstąpieniu od Kościoła założycielką heretyckiej sekty mariawitów, która w najdoskonalszy sposób zrealizowała religijne założenia polskiego mesjanizmu: zdetronizowała Żydów jako naród wybrany, na ich miejsce kładąc Polaków i czyniąc z ewangelii przesłanie ściśle narodowe (do dziś Kościół mariawicki ma swoich zwolenników wśród Polonii z okolic Chicago). Na miejscu polskiej hierarchii katolickiej zatroskałabym się nieco o „mariawickie odchylenie” doktora Terlikowskiego, bo – jak już wiadomo od czasów Mickiewicza – relacje między polskim mesjanizmem a powszechnym Kościołem katolickim wcale nie układają się tak dobrze, jak by to wynikało z powyższego entuzjastycznego credo. To zresztą zdumiewające, jak topos polskiego męczeństwa ustalony przez Adama Mickiewicza w Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego utrzymuje się bez żadnych korekt i rewizji po dziś dzień, wołając nadal czystym głosem z głębi narodowej nieświadomości. Oto co – w luźnej parafrazie – mówi nam Mickiewicz: „Polska znalazła się w niewoli, bo nastała szatańska trójca: król Prus Fryderyk II, caryca Rosji Katarzyna II i cesarzowa


162

Ż ałoba

Austrii Maria Teresa. Oni sami to trzy bluźnierstwa, ich życia to trzy zbrodnie, a pamięć ich – trzy przekleństwa. Trójca ta wzniosła nowego bożka, i nazwała go Interesem. Jeden jedyny człowiek się jej przeciwstawił: Lafayette. I tylko naród polski nigdy nie miał bożka, nie czcił obcych bogów, zawsze był wierny Panu i nie znał słowa «egoizm». Nigdy nie napastował innych narodów, a jeśli brał udział w wojnie, to tylko w obronie chrześcijaństwa. Dlatego Pan nagrodził go Litwą, Litwa i Polska pięknie się połączyły, dając wzór powszechnego jednoczenia się narodów, które kiedyś nastąpi”. Istotę tego religijno-politycznego przesłania streszcza utożsamienie Polski z Chrystusem: „Naród polski nie umarł, trzeciego dnia zmartwychwstanie i oswobodzi wszystkie zniewolone ludy”. Oto polska historiozofia, widomy dowód na to, że Hegel się mylił, wykluczając Słowiańszczyznę, w tym Polaków, ze światowego obiegu Ducha! Trzy Epoki Joachima de Fiore, na kanwie których Hegel zbudował swój system historii, mają też swojską, ładniejszą i bardziej poetycką wersję, gdzie miejsce faryzejskiej „pracy dziejowej” zajmują rdzenne polskie cnoty chrześcijańskiej miłości, walki i cierpienia. „Anglia i Francja są jako Izrael i Juda, parlamentaryzm nie różni się od zgromadzenia faryzeuszy i sadyceuszy, którzy nie wiedzą, co to miłość i co znaczy umrzeć za prawdę”. Polacy zaś wiedzą – i wiedza ta najwyraźniej nie opuszcza ich do dziś, kiedy z równym przekonaniem „prześladowanego wśród narodów” wygłaszają androny pod adresem zachodniej „cywilizacji śmierci”. Terlikowski dodaje do tej mesjańskiej historiozofii swoje trzy grosze, całkowicie jednak zgodne z mickiewiczowską logiką: Polska zmartwychwstała, odzyskała wolność, lecz zamiast dać wzór chrześcijańskiej cnoty całemu światu, sprzeniewierzyła swoją misję i poddała się faryzejskiej „tyranii Interesu”. I za to też została ukarana.


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

163

Ja jednak nie całkiem o tym. Choć bowiem losy polskiej herezji pseudomesjańskiej są bardzo interesujące, to znacznie ważniejszy jest wpływ emocji, która myśl tę obsługuje, na bieżącą politykę. Emocję, jaką wyraża tekst Terlikowskiego, można by zinterpretować jako, zgodnie z tytułem, „bojaźń i drżenie” wobec gniewnych wyroków bożych, ale także jako nadzieję na to, że dzięki smoleńskiej tragedii Polacy się opamiętają i odstąpią od uczestnictwa w zachodnim projekcie demokracji liberalnej. Że zamkną się w swojej polskiej swoistości i samowsobnie, tylko dzięki wsparciu tradycji i Kościoła, wypracują własną „demokrację nieliberalną” (tamże!), w istocie będącą formułą narodowo-katolickiej teokracji (co od lat chodzi już po głowie redaktorom „Teologii Politycznej”). Dlatego kluczem do „analizy” Terlikowskiego jest zdanie, które raz jeszcze in extenso przytoczę: „Trudno nie zadać sobie pytania, czy nie próbowaliśmy uciec od misji, jaką stawiał przed nami Bóg, w «normalność» Zachodu”. W ujęciu Terlikowskiego masowa żałoba, w której Polacy, dotąd raczej niechętni prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, spontanicznie wyrażają swój żal i rozpacz, jest widomym znakiem równie masowego nawrócenia. Polacy otrząsają się z fałszywych uroków „cywilizacji śmierci” i zbiorowo wracają do pieleszy, do narodowo-katolickiego źródła, którego symbolem (dość nieoczywistym zresztą) staje się Lech Kaczyński, a raczej Prezydencka Para, w której miłość i śmierć, te dwie cnoty opiewane przez Mickiewicza, znalazły swe mistyczne spełnienie. Tymczasem wydaje się, że ten masowy rytuał żałobny można zinterpretować nieco inaczej. Masowa żałoba, w której uczestniczą, na swój sposób szczerze, także ludzie prezydenturze Kaczyńskiego niegdyś niechętni, nie świadczy bynajmniej o opamiętaniu, w którym naród polski, przez chwilę uwiedziony przez mamidło zachodniej „normalności”, budzi się do swej porzuconej misji narodu wybranego. Świadczy – na pozór paradoksalnie


164

Ż ałoba

– o tym, że Polacy tę normalność wybrali, zaakceptowali, a to, co się teraz dzieje, to jedynie przejaw wielkiego poczucia winy, które nieuchronnie wiąże się z porzuceniem przez nich martyrologicznej tradycji. „Normalność”, wybór życia, jest bowiem na gruncie polskiej tradycji tak właśnie nienormalny, że ci, którzy go dokonują, sami siebie – mniej lub bardziej nieświadomie – obwiniają o zdradę i niewierność. Wielu, zwłaszcza młodszych Polaków dokonało tego wyboru, mówiąc mimo wszystko TAK zachodniej cywilizacji liberalnej, zwykle po cichu i półgębkiem, zachowując jednocześnie związek z tradycją i Kościołem. Wiedzą, że hierarchowie nazywają ją „cywilizacją śmierci”, choć dla większości z nich to istna brama do życia, droga ewakuacji ze zbiorowego polskiego sarkofagu. Dokonało tego wyboru indywidualnie, nie wzmacniając go żadnym publicznym rytuałem przejścia. Pierwszym zbiorowym festiwalem poczucia winy, związanego z wyborem „normalnego życia”, była wielka żałoba po Janie Pawle II, która w podobny sposób podzieliła żałobników: na mniejszość, która postanowiła się „nawrócić” i do końca realizować program antyliberalnej krucjaty JP II, oraz na większość, która okazała polskiemu patriarsze rytualne maksimum miłości i szacunku, by następnie pójść własną drogą. Śmierć Lecha Kaczyńskiego, w doskonały sposób ucieleśniającego polski syndrom kultu śmierci i pogardy dla życia, stała się dla tej drugiej grupy kolejnym, jeszcze silniejszym pretekstem do tego, by rytualnie uzewnętrznić głęboko tłumione poczucie winy – nie po to jednak, by w nim trwać i dokonać regresu na pozycje „antyliberalne”, lecz by się z niego raz na zawsze oczyścić. Dla tego drugiego typu żałobników, który wydaje się w Polsce stanowić większość, Lech Kaczyński stał się uosobieniem totemicznego Ojca, a zarazem symbolem przeszłości, którą Polacy zdecydowali się odesłać do lamusa, by wreszcie móc zacząć


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

165

uczestniczyć w normalnym życiu zachodniej cywilizacji. W eseju poświęconym analizie prymitywnych form religijności, Totem i tabu, Freud mówi o zbiorowych rytuałach poczucia winy, wynikłych z aktu zabicia ojca: aktu jednocześnie strasznego i koniecznego. Ojciec reprezentuje archaiczny typ władzy suwerennej, tłumiący wszelki odruch wolności u swych dzieci. Synowie, aby wkroczyć na drogę emancypacji i cywilizacji, muszą dokonać „mordu na Ojcu”, zarazem jednak pozostaje w nich nieusuwalne poczucie winy związane z tym aktem. Rytualna remisja wyrzutów sumienia, jakiej się czasowo oddają, nie oznacza jednak żadnej woli powrotu do archaicznej sytuacji, w której Ojciec mógłby odzyskać swą autorytarną władzę; jest tylko oddaniem niezbędnego hołdu wielkiemu Cieniowi, któremu przysługuje odtąd symboliczny status totemu. Dokładnie to samo dzieje się teraz z Polakami: pochówek na Wawelu ma znaczenie totemiczne, ale nie polityczne. Wstępne sondaże nie dają Jarosławowi Kaczyńskiemu, jako mistycznemu następcy Ojca, żadnych szans. Poczucie winy, podobnie jak w przypadku opisanych przez Freuda synów, nie odwraca kierunku, jaki przybrał ich bunt. Polacy wybrali „normalność”, choć wybór ten oznaczał dla wielu z nich zerwanie z polskim kultem śmierci i cierpiętniczym pomazaństwem, okupiony nieświadomym poczuciem winy, które teraz – być może już po raz ostatni – wydobywa się na powierzchnię. Właśnie siła tej rytualnej żałoby świadczy o tym, że nie będzie politycznego nawrotu do archaicznego polskiego modelu „rządu dusz”. Im mocniej Polacy manifestują swoje poczucie winy, tym jaśniejsze się staje, że większość z nich już dokonała zerwania – i w duchu, symbolicznie, rzeczywiście „zabiła Ojca”, który nie pozwalał im żyć. Niech umarli grzebią swoich umarłych – Polacy tymczasem wybrali życie.


Znowu zaczynamy przypominać plemię Olga Tokarczuk Po katastrofie samolotu, gdy media podały już tę informację, miałam wrażenie, że na długą chwilę zapanowała totalna cisza. Niedowierzanie i szok – jak to się mogło stać? Prawie sto osób, w tym wielu przedstawicieli władzy, leciało na obchody uroczystości upamiętniającej zbrodnię w Katyniu i zginęło w katastrofie lotniczej. Trudno się pogodzić ze śmiercią tak wielu ludzi, zwłaszcza kiedy jest przypadkowa, niespodziewana. Wielu ludziom ta zbieżność miejsca wydała się niesamowita. Po chwili oszołomienia ludzie rzucili się do telefonów, Internetu, włączyli telewizory, bo żadne wydarzenie, nawet najtragiczniejsze, nie istnieje poza mediami. Czuję się bezradna wobec tych 96 śmierci, ale jeszcze bardziej bezradna czuję się wobec tego, co dzieje się wokół tej katastrofy. Dzień po tragedii, w niedzielę, w porze, gdy ludzie w Polsce wychodzą z kościoła, dostałam anonimowy SMS, zapewne rozsyłany do wielu, podobnie jak inne, które podawały miejsce palenia świeczek i namawiały do umieszczenia czarnej wstążki na samochodzie. Ten brzmiał następująco: „Historia zatacza koło. Powraca Mickiewicza Polska Chrystusem Narodów. Zjednoczmy się tą od Boga Miłością. Braterstwem umocnijmy Ojczyznę”. Prawdę mówiąc, przeszedł mnie dreszcz przerażenia i właściwie do tej chwili mnie nie opuszcza. Włączając telewizję, uświadomiłam sobie, że ów SMS powoli staje się kwintesencją tego, co nadają państwowe stacje


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

167

telewizyjne. Im bliżej wieczoru, tym więcej pojawiało się słów takich, jak: naród, ofiara, mistyczna koincydencja, znak, przeklęte miejsce, Polska, prawdziwy patriotyzm, Katyń, prawda. W polskiej historii powraca bowiem jak refren wątek zapoczątkowany blisko dwieście lat temu przez polskich romantyków, kiedy to Polska utraciła swoją niezależność i została w rozbiorach podzielona przez Rosję, Prusy i Austrię. Stąd wzięło się przekonanie o konieczności ofiary prowadzącej do ostatecznego odzyskania niepodległości. Ten sposób myślenia był potem wielokrotnie nadużywany w decyzjach politycznych. Najbardziej wstrząsającym działaniem tego mitu w konkretnej historii jest Powstanie Warszawskie, racjonalnie rzecz biorąc z góry skazane na niepowodzenie, które kosztowało 200 tysięcy ofiar. Teraz w kontekście katastrofy lotniczej ta retoryka powraca. Mit ofiary wciąż jednoczy Polaków. Politycy, którzy jeszcze kilka dni temu rzucali się sobie do gardeł, teraz obracają na wszystkie strony pojęcia i frazy: „Katyń 2” „metafizyczny”, „głęboki sens”, nie zauważając w tym medialnym lamencie, jak groteskowo to wszystko brzmi na przykład w ustach polityka postkomunisty, który z drżeniem w głosie mówi o „metafizyce Katynia” i „przeklętej ziemi”. Jego formacja polityczna jeszcze niewiele ponad 20 lat temu aktywnie zatajała prawdę o Katyniu. Przypomina mi się, że w sytuacji wielkiej traumy, tej indywidualnej, jak i zbiorowej, następuje coś, co psychologia określa abaissment du niveau mental – obniżenie poziomu świadomości. Słabną racjonalne mechanizmy obronne, intelekt ustępuje miejsca mrokom zbiorowej psychiki. Wyłażą cienie, pokryte pajęczyną dawne strachy i upiory, powracają kompulsywnie uporczywe i niewyleczone obsesje. Przerażony umysł próbuje doszukać się sensu, daje się uwodzić i podpuszczać. Odgrzebuje stare inter-


168

Ż ałoba

pretacje, oddaje się w niewolę wdrukowanym poglądom, rezygnuje z refleksji. Słabnie jego zdolność do przeciwstawiania się perswazji i manipulacji. Próbuję więc zrozumieć, jak bardzo tkwimy we władzy starego mitu. Tego samego, który potrafi nas zjednoczyć tylko przy ciałach ofiar, przy trumnach i na cmentarzach. Mitu, który w krwiożerczy i bezwzględny sposób każe ruszyć kolejnym pokoleniom do beznadziejnej walki i który celebrując pozycję ofiary, zaraża smakiem przegranej, zanim jeszcze zacznie się walka czy gra. Ten sposób myślenia potrzebuje ofiar – on właściwie karmi się krwią. Znowu zaczynamy przypominać plemię, które tańczy wokół starych totemów, ignoruje żywych, a jest w stanie docenić tylko martwych. To, co widzę wokół, obnaża dojmujący brak alternatywnych, świeckich, ludzkich rytuałów zbiorowych, które pozwoliłyby przeżyć wspólną traumę katastrofy w kojącej bliskości innych, w pełnej współodczuwania ludzkiej wspólnocie i nie popadać przy tym w neurotyczny teatr katolickiego nacjonalizmu. Kościół katolicki, który jest kustoszem tej anachronicznej mitologicznej mentalności, ma niejako monopol na wszelkie steatralizowane formy rytuałów wspólnotowych. Zagarnia przestrzeń zbiorowego przeżycia, sprowadzając je do religii i polsko-katolickiej retoryki, takiej jak ten wspomniany na początku SMS. W takiej sytuacji standard państwa neutralnego światopoglądowo jest tak samo realistyczny, jak życie na Księżycu. Wszyscy już przyzwyczailiśmy się do widoku modlącego się na klęczkach rządu. Patrzę na to wszystko i moja bezradność powoli zamienia się w złość. Mam dość budowania naszej wspólnej tożsamości wokół pogrzebów, marszów żałobnych, celebrowania ofiar, martwych ciał, nieudanych powstań i śmierci.


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

169

Marzy mi się, żebyśmy byli nowoczesnym społeczeństwem, kulturową wspólnotą, którą określają nie narodowe traumy i poczucie historycznego okaleczenia, ale osiągnięcia, poczucie własnej wartości i pomysły na przyszłość. Współczuję rodzinom ofiar. Nieustannie myślę o ludziach, którzy zginęli i próbuję odegnać od siebie myśl o ich lęku i strachu w momencie śmierci. Z perspektywy śmierci nie ma różnic między ludźmi, nie ma prezydentów i stewardes, nie ma wyznań i narodów. Jest człowiek, w obliczu tragicznej śmierci zawsze bliski. Skrócona wersja tekstu ukazała się w dzienniku „The New York Times”.


Przyczynek do fenomenologii roju Zygmunt Bauman Dziw człowieka bierze… Socjologowie i psychologowie wypisali nieprzeliczone tomy o rodzinach i sąsiedztwach, grupach przyjacielskich i koleżeńskich, klikach, bandach, tłumach, stadach – a o rojach ani mru-mru. Dziw bierze, bo wszak to roje właśnie obnażają najdosadniej zasady kierujące zbiorowościami ludzkimi na co dzień; najdosadniej, bo przez zdumienie i szok powodowane ich pogwałceniem. Jest wszak rój zaprzeczeniem tych a priori przyjmowanych zasad. Rój się bez nich obchodzi. Dla wszystkich wymienionych powyżej odmian zgrupowania czy „bytu zbiorowego” rój jest alternatywą. I w tym jego moc uwodzicielska. I jego rosnąca popularność. I – kto wie? – jego szansa na awans z imprezy karnawałowej na normalną, codzienną, rutynową w gruncie rzeczy formę ludzkiego współżycia… Ugrupowania zaprzątające jak dotąd uwagę socjologów i psychologów tym się od roju różnią, że posiadają strukturę. A więc hierarchię – „górę”, która wydaje polecenia, i „dół”, który je wykonuje lub karcony jest i karany za niedopełnienie obowiązku. A zatem każde z tych ugrupowań ma swych zwierzchników i podwładnych, dowódców i dowodzonych, rządców i rządzonych, nadzorców i nadzorowanych, przewodników i prowadzonych, prowodyrów i tych, co w nich się zapatrzywszy, starają się, jak mogą, za nimi podążać i dotrzymywać im kroku. Niczego takiego w roju nie uświadczysz – nie znajdziesz w nim majstrów


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

171

i kaprali, policjantów i wykidajłów czy strażników pilnujących wejścia i zagradzających wyjścia. W roju wszyscy są równi. To nie znaczy, że są jednakowi: ale w roju każdy może, z własnej woli czy z czystego przypadku, losowo czy przez aklamację tych w pobliżu, podjąć się na chwilę czynności, które w zbiorowościach „ustrukturalizowanych” przypadają z nominacji kapralom czy stójkowym – a nawet funkcji sprawowanych z urzędu przez nadzorców czy przewodników. I w tym to właśnie roju urok – szczególnie doceniany przez tych umęczonych wieczną dyscypliną, znużonych wykonywaniem cudzych zachcianek i czapkowaniem przed tymi, którzy wykonania swych zachcianek się domagają; i znudzonych robieniem rzeczy, na jakie nie mają ochoty i których sensu trudno im się dopatrzyć – a jak się już dopatrzą, to docenić. W roju wszyscy jesteśmy podmiotami, inicjatorami i decydentami. Że nasze poczynania są do siebie do złudzenia podobne? Że nasze postępki niczym się nie różnią od tego, co czynią, w tej samej co my chwili, ci na przedzie i z tyłu, z prawa i z lewa? Ba – o żadnym uchybieniu to nie świadczy, a już tym bardziej nas nie upokarza; nie dowodzi wszak obrabowania nas z woli, ani jej stłamszenia za sprawą cudzej przemocy i naszego tchórzostwa czy niechęci do zwady, braku animuszu do stawiania na swoim i obawy przed zabłądzeniem. Nie musi się gwoli samostanowienia, zachowania godności własnej i samorespektu wyróżniać w roju od innych, ryzykując potępienie, czy (o zgrozo!) wydalenie z towarzystwa. Choćbyś swoim zachowaniem ani na jotę od reszty mrowia nie odbiegł, nikt tu z ciebie nie zadrwi, żeś marionetką za sznurki pociąganą, ani nie pomówi o małpowanie. Kto, jak ja, socjologią ładu opartego na strukturze był za młodu karmiony, nie oprze się tu kolejnemu zadziwieniu. Jak to możliwe, by pod nieobecność struktury (a ściślej mówiąc przy


172

Ż ałoba

strukturach kalejdoskopowo zmiennych, a opornych zastyganiu i rozpływających się równie szybko, jak się scaliły) obdarzone wolą podmioty zachowywały się w sposób równie (a może i bardziej jeszcze) identyczny i skoordynowany, jak ten, który wedle orzeczenia ekspertów od ludzkich zachowań byłby nie do pomyślenia bez partytury, dyrygenta i żmudnych ćwiczeń? Miał być powszechny rozgardiasz, rejwach i anarchia – a tu ich ani śladu! Przeciwnie: elizeum i nirwana jak rzadko albo i nigdzie indziej nie spotykana – wszyscy robią to samo, bez wahania, a z pobożnym niemal namaszczeniem, wokół cisza i spokój, na twarzach (wszystkich) uśmiechy albo (na tychże wszystkich, tyle że przy innej okazji) skupienie i powaga; a odgłosy niesnasek, jeśli już uszu dobiegają, przypominają raczej zamierające pomruki oddalającej się burzy niż wrzawę nadciągających na pole bitewne armii… Całkiem jak na polu żytem zasianym: każde źdźbło z odrębnego ziarna się ku niebu wspina, a na każdym identyczne kolanka tego samego dnia się zawiązują… Rój jest mutantem zbiorowości ludzkich znanych z podręczników socjologii pod gatunkowym mianem „grupy”. Rój to grupa w stanie deinstytucjonalizacji; grupa, z której wypreparowano stos pacierzowy i którą oskrobano z łusek ochronnych lub odarto z ochronnego pancerza. Jest więc rój tworem w porównaniu z grupą nieporównanie miększym, bardziej wiotkim i ugniotliwym, zgoła bezkształtnym lub o zmiennej wciąż, rozmazanej sylwetce. Ale nade wszystko jest rój tworem krótkotrwałym. Nie jest on zdolny do wytworzenia mechanizmów homeostatycznych ani procedur samo-się-odtwarzania, które nadają grupie substancję wobec poczynań jej członków autonomiczną i zapewniają jej takąsamość mimo wybycia z niej wszystkich istot, jakie się na nią dawniej składały (Wisła Kraków, jak i liczne inne polskie i nie polskie zespoły piłkarskie, świętowała ostatnio stulecie swego


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

173

istnienia, choć skład jej jedenastki, jak i wszystkich innych, wymieniał się bez reszty średnio co pięć lat, a jej widowni co dwadzieścia-trzydzieści). Jedynym spoiwem roju jest zogniskowana na jednym i tym samym przedmiocie uwaga składających się nań podmiotów – a ta znów jest notorycznie eteryczna i niezdolna do skupienia na jednym przedmiocie przez czas dłuższy. Szybko się ta uwaga nuży – i jeśli nie ma się poddać śmiertelnie wycieńczającej chorobie nudą zwanej, musi powędrować niezwłocznie w poszukiwaniu nowych pastwisk i pokarmów. Stanowczo nie są roje strukturotwórczymi bytami. Dziwić się, dlaczego rozpadają się nazajutrz po swoim narodzeniu, to tak jak zdumiewać się, że woda nie jest sucha lub cukier nie kwaśny. Spełnieniem roju nie jest przemiana rzeczywistości, ale jej chwilowe wywrócenie na nice, by tym łacniej można było do niej, i do wszystkich jej urokliwych i szkaradnych aspektów, powrócić po krótkiej chwili wytchnienia i z nimi się, znów na czas jakiś, pogodzić. Rój niczego w rzeczywistości nie zmienia; jak wentyl bezpieczeństwa zapobiega on tylko rozsadzeniu jej struktur przez napięcia na co dzień przez nią wytwarzane. Rój jest zjawiskiem opisanym przez antropologa Victora Turnera pod nazwą communitas – alternatywnego niejako, a na co dzień ukrytego lub relegowanego na margines, układu międzyludzkich relacji, którego współobecności struktury societas, z ich sztywnymi hierarchiami zwierzchnictwa i podległości oraz regułami „pecking order” (w dosłownym tłumaczeniu „kolejności dziobania”) potrzebują jak powietrza, by się we własnych trujących wyziewach nie podusić. Communitas utrzymuje societas przy życiu. Zapobiega ona wyradzaniu się podziałów społecznych w rozłamy, ciemiężenia w unicestwienie, tłumienia dialogu w zerwanie komunikacji, upokorzenia w bunt. Czyni znośnym


174

Ż ałoba

to, co inaczej byłoby nie do zniesienia. Wedle Turnera żadna societas, żadna odmiana względnie trwałego ładu społecznego nie może się bez communitas obejść – choć nie może też istnieć bez trzymania communitas w ryzach, w bezpiecznej of rutyn societas odległości i bez wyraźnego tych dwu sfer od siebie odgraniczenia: czasowego, przestrzennego, albo jednego i drugiego naraz. Jeden ze sposobów takiego rozgraniczenia sfer opisał barwnie Michaił Bachtin w jego studium karnawału – owej dorocznej „przerwy w codzienności”, w której to przerwie skodyfikowane i zakrzepłe reguły i struktury societas są dla odmiany, na dni parę, zawieszane czy zapędzane w podziemie. Nauki społeczne mogły sobie pozwolić na ignorowanie zjawiska roju, jak długo trzymano owo zjawisko w rezerwacie, z dala od głównych traktów ludzkich peregrynacji i głównych siedzib międzyludzkich interakcji; w takich warunkach można łatwo owo milczenie socjologów zrozumieć, choć znacznie trudniej ich z niego rozgrzeszyć. Dziś jednak zasieki drutu kolczastego usunięto, a odsłonięte mury rezerwatów skruszały. Roje wydostały się na światło dzienne, rozpanoszyły, zagnieździły na dobre w codzienności i przeoczyć już ich nie sposób. Wędrując po portalach Internetu, wszyscy podłączamy się co dzień ochoczo do paru przynajmniej rojów i od tyluż się bez żalu odłączamy. Po godzinach spędzonych w biurach, szkołach, urzędach i innych placówkach societas, a coraz częściej i w toku tych godzin, przymierzamy się do rojów jak do nowych modeli zbiorowego życia, eksperymentujemy z różnymi ich zastosowaniami, wprawiamy się w ich uprawianiu. Z przedmiotów przedzierzgamy się w podmioty – a przynajmniej doznajemy tego, co w erze przerostu informacji, natychmiastowego jej przekazu i dryfującej uwagi za znamię podmiotowości uchodzi. Zaś z wyzbyciem się napięć nagminnie a masowo przez societas rodzonych nie musimy zwle-


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

175

kać do przyszłorocznego karnawału. Klapę bezpieczeństwa chroniącą struktury społeczne przed rozsadzeniem, a nasze zdrowie psychiczne przed załamaniem, nosimy w kieszeni czy torebce – przemyślnie zamontowaną w schludnym i poręcznym pudełeczku komórkowego telefonu czy kieszonkowego komputera; i nie rozstajemy się z nią ani na chwilę. Communitas jest zawsze pod ręką, nawet gdy nie ma jej przy boku. By się dostać do roju, nie trzeba drążyć tuneli czy kruszyć ścian, by się wpierw z przyciasnych oków struktury wydostać. Rój i „ustrukturalizowana” grupa w jednym stoją dziś domu – i sobie nawzajem, o dziwo, nie wadzą… Ba, może się i ze sobą czasami powaśnią i poprztykają po starej pamięci, ale z nieproszonego i psotnego nieraz, anarchicznego ponoć intruza, przeobraża się dziś rój (communitas), i to szybko, w ducha opiekuńczego societas – zorganizowanej społecznej zbiorowości. Czemu już wątlejąca i dziur pełna struktura podołać nie zdoła, chętnie do wykonania rojom przekazuje: grupa rojem się wyręcza. Wyobrażane „całości społeczne” czasów nowożytnych, państwa-narody, musiały uciekać się do konstruowania i obsługiwania ogromnej ilości zakładów wychowania i pouczania, tresury, nadzoru, opieki, leczenia, nawracania i karania (nazwanych łącznie przez Michela Foucault z inspiracji Jeremy Benthama „instytucjami panoptycznymi”), by z fantomu przeistoczyć się w widoczną i odczuwalną, namacalnie doświadczaną a przemożną quasi-rzeczywistość. Dzięki arteriom komunikacyjnym umożliwiającym koordynowanie przeżyć na odległość oraz synchronizację współprzeżywań w „realnym czasie” mogą się „wyobrażane całości” bez całej tej ociężałej a ogromnie kosztownej maszynerii po części, jeśli już nie całkowicie, obejść; no i na szczęście, bo coraz trudniej byłoby im jej całkowity ciężar udźwignąć i jej koszta ponosić.


176

Ż ałoba

Zaprawieni drobnymi stosunkowo, lecz nieustannymi wprawkami internetowymi do uprawiania rojowych obyczajów, i w sposobie życia roju zadomowieni, dojrzeliśmy do ery megarojów, rojów na całkiem inną, gigantyczną skalę, współmierną ze skalą takich „całości wyobrażanych”, jak społeczeństwo, naród czy państwo. Owe megaroje tym się różnią zasadniczo od stosunkowo szczupłych rozmiarami rojów z online’u, licznych, rozproszonych i krzyżujących się czy zderzających ze sobą w locie, że wypełniają po brzegi, od skraju do skraju, całą przestrzeń widoczności i wyobraźni – nie pozostawiając niczego „na zewnątrz”. Wszyscyśmy w tym roju, jeden rój dla nas wszystkich. Solidarność rozpostarta wszechwładnie stąd do samego horyzontu. Wszyscyśmy tu jednacy, wszyscyśmy sobie równi i równie cenni, wszyscyśmy tą samą myślą przejęci i w tej samej radości czy smutku pogrążeni. Przynajmniej do jutra… Ale jutro, jak zwykli się pocieszać współcześni nam Amerykanie, will be another day…


Latając nad frontem Cezary Michalski Obejrzałem właśnie na Cyfrze+ wyciskacz łez, Czerwonego Barona, o szlachetnych niemieckich (i brytyjskich, i kanadyjskich) pilotach, którzy latając nad frontem podczas pierwszej wojny światowej, wykańczają się na sposób rycerski, a potem zrzucają sobie na groby z samolotu, za liniami wroga, wieńce z napisem na szarfie: „Mojemu przyjacielowi i wrogowi”. Polityczna jatka, która zaczęła się przed tygodniem (niektórzy nazywają to narodową żałobą) jest realniejsza niż wszystkie „zwroty polityczne” ogłaszane do tej pory w teatrze, teorii literatury itp. Nieomylnie czując tym razem krew, a nie atrament, postanowiłem polatać moim trójpłatowcem nad linią frontu i przywieźć parę cytatów. Ks. prałat Zbigniew Suchy w archikatedrze w Przemyślu: „Ci, którzy mieli ręce związane kolczastym drutem, do którego przywiązano sznur oplatający ich szyje, za każdym ruchem dusili się. Byli jak niemowlęta aborcyjne. Pamięć pod Smoleńskiem uratuje pamięć Katynia, którą libertyni chcieli już posprzątać”. Robert Mazurek w „Rzeczpospolitej”: „To prawda, czasem myślę, że istotnie wiele nas dzieli. Waszych «ludzi honoru» z generalskimi epoletami my uważamy raczej za opresorów. Wasze autorytety budzą nasz śmiech, a nasi bohaterowie – wasze politowanie. Nasze książki uznajecie za grafomanię, my nie potrafimy


178

Ż ałoba

zrozumieć, jak można czytać ten wasz bełkot. Pewnie nawet sushi lubimy inne, bo, i to was zaskoczy, nie jadamy wyłącznie bigosu”. Zdzisław Krasnodębski w „Rzeczpospolitej”: „To pisze pisowiec, lizus, oszołom od ojca Rydzyka, wyrzucony z UW za głupotę, ideolog IV RP, któremu szkoda sutych apanaży, członek Honorowego Komitetu Wyborczego Lecha Kaczyńskiego w 2005 roku. Także tego ostatniego określenia używano jako obelgi. Od paru lat spadały na nas wyzwiska – na tych wszystkich, którzy nie chcieli przyłączyć się do chóru wylewających pomyje na głowę Prezydenta, przystąpić do walki z kaczyzmem, dołączyć się do zbożnego czynu dorzynania watah. Tak jakby nie było o wiele łatwiej płynąć z głównym nurtem, pisać do «GW» i odcinać kupony od poglądów wytartych w powszechnym obrocie. Nie, wcale się nie skarżę. Te obelgi były zaszczytem. Dzisiaj wiem, że są największym zaszczytem, jaki mnie spotkał w życiu (…) Naszym obowiązkiem wobec Niego jest mówić. Grubej kreski tym razem nie będzie”. Tomasz Terlikowski na Salonie24: „Większość mediów zachowała się godnie, ale nie brakowało takich, które postanowiły odstawać od narodowego dramatu. Zajmować się psychoanalizą narodową, potępieniami mesjanizmu czy wyśmiewaniem (delikatnym wprawdzie) narodowego dramatu. I nie ma co ukrywać, że w ten sposób tworzy się swoista lista hańby. Lista ludzi, z którymi nie warto nawet gadać, którzy sami pokazują, kim są”. Rafał Ziemkiewicz w „Gazecie Polskiej”: „Nie mam wielkich złudzeń co do ludzi, którzy teraz, po krótszym lub dłuższym czasie (zależnie od tego, do jakiego stopnia każą im się liczyć z pozorami sondaże i interpretujący je pijarowcy) zajmą ostatnie brakujące im do pełnego zawłaszczenia kraju gabinety. Nie mam złudzeń co do ich systemów wartości, celów i braku skrupułów w ich osiąganiu. Nadchodzi czas drobnych cwaniaczków,


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

179

«Rysiów» i «Grzesiów», gardzących «dzikim krajem», ale nie na tyle, żeby gardzić forsą, jaką da się w nim ukręcić. Drobnych cwaniaczków, gdzieś tam z dala sterowanych przez zagraniczne potęgi, bo przecież geopolityka próżni nie znosi”. Magda Gawin w „Teologii Politycznej”: „Nie czas na przywoływanie obelg, jakimi z rechotliwą uciechą i pogardą od kilku lat obrzucano Prezydenta i jego otoczenie, bo zwyczajnie nie chce się nimi brukać czasu żałoby. Tysiące warszawiaków i przyjezdnych tłumnie zgromadzonych przed Pałacem Prezydenckim czują, że Lech Kaczyński padł ofiarą fanatycznej krytyki i nagonki urągającej wszelkim demokratycznym standardom. Tak odczuwają zwykli polscy obywatele”. Widząc tę jawną, nieskrępowaną i bezrefleksyjną politykę śmierci i resentymentu (Krasnodębski rozpoczynający tekst o Kaczyńskim od wymienienia krzywd, jakie jemu samemu wyrządziły „elity”, Robert Mazurek, pierwszy w historii „skrzywdzony i poniżony”, który jada sushi), po naszej stronie frontu demolujemy im tę politykę Freudem i Lacanem. Kładziemy rozwierzganych pisowców na psychoanalityczne kozetki (szkoda, że zabrakło nam paru barczystych pielęgniarzy). Używamy rozumu, ale oczywiście jako krwawej broni. Objaśniamy, terapeutyzujemy, uprzedmiotawiamy Magdę Gawin, Ziemkiewicza, Terlikowskiego… Zgodnie z formułą Sloterdijka z Krytyki cynicznego rozumu: „Oponent staje się nieuchronnie pewnym przypadkiem, a jego świadomość przedmiotem, o przeciwniku nie myślimy wówczas jako o podmiocie, lecz jako maszynie, w której działa jakiś mechanizm oporu, który go zniewala i wiedzie do błędów oraz iluzji”. Kinga Dunin, może ostatnia już sanitariuszka, biega między okopami, próbując powstrzymać chłopców i dziewczęta, którzy i które już piorą się po mordach. Pisze z nadzieją: „Jeżeli Jarosław


180

Ż ałoba

Kaczyński zdecyduje się na start w wyborach, a chyba tylko on ma jakieś szanse, i nawet, w co chyba nie wierzę, je wygra, to nie będzie to nieszczęście większe od innych. A nawet dostrzegam pewne zalety takiego rozwiązania. Po pierwsze. Prezydentem nie zostanie pan Jowialski z dwururką i wąsami, a mówiąc poważnie: pozwoli to uniknąć – przynajmniej na parę lat – monowładzy PO. Po drugie, Kaczyński będzie wetował i to zapewne w sprawach ekonomicznych (…). Może to powstrzymać różne zapędy prywatyzacyjne, na przykład w służbie zdrowia…” [Umiarkowany optymizm w granicach pesymizmu, w niniejszym tomie]. Skoro już jednak musimy się zabijać (w najlepszym razie rzucę potem na grób Ziemkiewiczowi czy Krasnodębskiemu wieniec z szarfą „Mojemu przyjacielowi i wrogowi”), nie mogę udawać, że nadaję się, jak Kinga Dunin, na sanitariusza. Maluję sobie na twarzy barwy wojenne polityki życia, rozumu, modernizacji, tolerancji („barwy wojenne tolerancji”, radzę wam zapamiętać ten zwrot, będzie także waszym znakiem rozpoznawczym)… i ruszam do boju. Czyli do politycznej analizy, która, jak każda wiedza, próbuje być także władzą. Zgadzam się z Kingą Dunin, że Jarosław Kaczyński ma ciekawsze poglądy niż Terlikowski, Ziemkiewicz, Magda Gawin, Zdzisław Krasnodębski… Był np. „klausistą”, próbującym raczej „pracować” ludźmi PZPR, niż ich likwidować. Ludwik Dorn opowiadał kiedyś, jak podczas pierwszego zjazdu PC postulat dekomunizacji został Kaczyńskiemu podrzucony z sali, przyjął go i użył, bo zrozumiał, jaką polityczną energią musiałby pogardzić, odrzucając go. Zawsze jednak uważał, że ludzie dawnego aparatu władzy mają więcej wiedzy o kierowaniu państwem i więcej dyscypliny niż dawni opozycjoniści. Stąd nominacje Jasińskiego, Wassermanna, Karskiego, Kryżego… Był też „żoliborskim konserwatystą” szydzącym z ZChN-u i tradycjonalizmu.


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

181

Dzisiaj pozostał mu wyłącznie elektorat i język polityki śmierci i resentymentu, rozciągający się od prałata Suchego, poprzez Terlikowskiego i Mazurka, po Krasnodębskiego. A Jarosław Kaczyński umie pracować politycznie wszystkim, co mu wpadnie w ręce. Zarówno Bugajem, jak i Rydzykiem (choć wolałby samym Bugajem). Tak jak w dwa lata po wyrzuceniu Marka Jurka, potrafił wytworzyć projekt konstytucji pod wezwaniem Boga Wszechmogącego, bardziej radykalny od propozycji Jurka, tak samo teraz będzie umiał i musiał obsługiwać Mazurka, Ziemkiewicza, prałata Suchego, Magdę Gawin, Zdzisława Krasnodębskiego i Terlikowskiego – nawet jeśli ich ani nie lubi, ani nie poważa. A naprawdę nie sądzę, by obsługując ich, ich polityczną energią się żywiąc, wetował akurat, jak ma na to nadzieję Kinga Dunin, „w sprawach ekonomicznych”. Nie przypuszczam, by dla Ziemkiewicza, Terlikowskiego, Magdy Gawin czy prałata Suchego… Jarosław Kaczyński „powstrzymywał zapędy prywatyzacyjne, np. w służbie zdrowia”. Ich to w ogóle nie interesuje. Ich interesuje polityka śmierci i resentymentu. Ziemkiewicz, zmuszający Kaczyńskiego do wetowania prowadzonej przez PO prywatyzacji, to obraz, w który nawet Kinga Dunin przecież nie może wierzyć na serio. Mazurek, Terlikowski, ks. Suchy, Ziemkiewicz… nakłaniający Kaczyńskiego do podnoszenia poziomu redystrybucji, do obrony prawa pracy, do walki o prawa związkowe, o emancypację? Wizja równie surrealistyczna. Oni naprawdę mają inne priorytety. I będą wymuszać na Kaczyńskim wetowanie zupełnie innych ustaw, a zgłaszanie takich, które Kindze Dunin się nie spodobają. Dlatego pójdę głosować na Komorowskiego, na „pana Jowialskiego z dwururką”, którego nawet nie lubię. Przepraszam, że subtelną hermeneutyczną krytykę, która została zaprezentowana w innych tekstach na portalu KP, przepisuję na tak grube


182

Ż ałoba

kategorie polityczne. Ale żałoba jeszcze raz przypomniała, że coś się w Polsce dzieje. I dzieje się na poważnie, politycznie, prawdziwa Schmittiańska jatka. Chcę, żeby Terlikowski, Krasnodębski, Ziemkiewicz, Magda Gawin, prałat Suchy… ją przegrali, żeby „katyńska ofiara” już nigdy, do niczego, nikomu w polskiej polityce się nie przydała. To wyjdzie na zdrowie także młodej lewicy. W krótkim nawet okresie hegemonii Platforma (Kinga Dunin słusznie się go boi, bo ten okres może nie wyglądać najpiękniej) będzie musiała jednak wziąć odpowiedzialność albo za prowadzenie polityki liberalnej, albo za nieprowadzenie polityki żadnej. I w tym okresie młoda polska lewica albo zdoła stworzyć dla prawicy jakąś alternatywę i politycznie urośnie, albo też młoda polska lewica nie urośnie nigdy. Natomiast jeśli Kaczyński zostanie politycznie nagrodzony za Katyń i wojna pomiędzy PO i PiS-em rozgorzeje w najlepsze, lewica nie rozwinie się tutaj nigdy. Ponieważ bardzo niewielki, wręcz żałośnie słaby, potencjał polskiej „polityczności” zostanie w całości wchłonięty przez wojnę „ciemnogrodu” z „łże elitami”, „smarkaczy, których rodzice nie wychowali” (Legutko) z „moherowymi babciami, którym należy odebrać dowód” (vox populi młodej klasy średniej). Ja tu miejsca na lewicę żadnego nie widzę, bo lewica to jednak jakaś odmiana humanizmu, a wojna PO z PiS-em to, niestety, wyłącznie biologia.


Akwarium z piraniami czy zupa rybna? Kinga Dunin Nie dam głowy, czy dobrze pamiętam, ale wydaje mi się, że w Kandydzie znajdujemy scenę, w której ma on do wyboru, czy zostanie zasieczony kijami, czy ścięty, i Wolter pisze: „A on, chociaż miał wolną wolę, nie chciał ani tego, ani tego”. I ja, chociaż mam wolną wolę, nie chcę ani PiS, ani PO. Nie zamierzam zatem wybierać między „Komorowskim” a „Kaczyńskim”. (Niech tym razem pozostaną oni symbolami w cudzysłowie, bo nie o szczegóły personalne tu chodzi). Zresztą wcale nie stajemy przed takim wyborem. Wybór jest taki: jeden wielki „Komorowski”, czyli jednowładza PO, albo PO, której będzie przeszkadzał „Kaczyński”, stan wojny. To także nie jest dobry wybór i do niego osobiście też nie zamierzam przyłożyć ręki, ale protestowałam i będę protestować przeciwko szantażowaniu grozą „Kaczyńskiego”, grozą tak potworną, że wymusza na nas wybór „Komorowskiego”. Wolałabym, żeby „Komorowski”, gdyby miał wygrać, wygrał głosami tych, którzy go popierają, a nie tych, którzy nienawidzą „Kaczyńskiego”. Szczególnie że dokonując wyboru przeciw, ludzie i tak zaczynają projektować swoje pragnienia na coś, co uważają za mniejsze zło, a moim zdaniem jest tylko złem innym. I tak Cezary Michalski „maluje sobie na twarzy barwy wojenne polityki życia, rozumu, modernizacji, tolerancji i rusza do boju” i... zamierza zagłosować na „Komorowskiego” [Latając nad


184

Ż ałoba

frontem, w niniejszym tomie]. W imię rozumu, modernizacji i tolerancji zagłosuje na krzyże i religię w szkołach, uległość wobec Kościoła katolickiego, pogardę dla kobiet, zakaz aborcji, ograniczenia, jeśli chodzi o in vitro, państwo pomiatające imigrantami i mniejszościami narodowymi, gadki o świętej rodzinie, w której bez klapsa ani rusz, brak praw dla mniejszości seksualnych, narodowe i patriotyczne slogany. Tej prawdy nie zmienią inne retoryczne zabiegi, mające zadowolić wszystkich. Jakąż to tolerancję i modernizację proponuje nam PO? Formalnie rzecz biorąc, taką samą jak PiS, chociaż realnie większą. Bo główny przekaz PO brzmi: my jakoś to z grubsza urządzimy, tak naprawdę nic nas nie obchodzi, co sobie myślicie i robicie, my się nie wtrącamy. Wszystko sprywatyzujemy, zajmiemy się sobą, a wy też zajmijcie się sobą. A jak komuś się nie uda albo czuje się skrzywdzony, to trudno, to nie nasza sprawa. Jak lubił mawiać nieoceniony, jeśli chodzi o mawianie, Lech Wałęsa: łatwo jest przerobić akwarium na zupę rybną, ale z zupy rybnej nie da się już zrobić akwarium. Dla mnie działania PO są właśnie takim przerabianiem społeczeństwa na zupę rybną, a nie żadną jego modernizacją. Nie ma w tym żadnego projektu: laickiego państwa, sensownej edukacji, włączania obywateli do wspólnoty skonstruowanej inaczej niż na zasadach narodowo-religijnych. Będzie tylko zupa rybna, z której PO będzie wybierać co tłustsze kąski. Zdaję sobie sprawę, że chociaż PiS na to miejsce proponuje akwarium, to jest to akwarium z piraniami – resentymentu, martyrologicznej polityki historycznej, nacjonalizmu, fundamentalizmu, i jedną jedyną zaletą: wezwaniem do politycznego zaangażowania. Jak pokazały dotychczasowe losy PiS, wezwanie to równie silnie działa na zwolenników tej formacji, jak i na przeciwników. I naprawdę szkoda, żeby ta energia, kontrreakcja,


DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK

185

została skanalizowana w głosowaniu na „Komorowskiego”. Nie wierzę w konserwatywne polskie społeczeństwo, bo nie wierzę, że żyjemy tylko w świecie symulakrów. Podejrzewam, że poza telewizorem, w ogóle poza publicznym wyświechtanym dyskursem, jest jeszcze jakiś świat, inne życie, oraz potrafię liczyć, wiem więc, że na uroczystościach żałobnych w Warszawie było mniej ludzi niż na koncercie Madonny. Wolałabym pokonać piranie, wsadzić je do jakiegoś rezerwatu, niż zamienić w zupę rybną, z której lewica nigdy nie będzie miała pożytku. Bo to właśnie zupa rybna daje się tak łatwo podgrzać do temperatury żałoby i więcej tego widziałam w ostatnich dniach na ulicach niż propisowskiego narodu.


POSŁOWIE


Polski mesjanizm i nowa lewica Sebastian Duda Stało się. Nastąpiła kolejna odsłona polskiego mesjanizmu. Kilka lat po śmierci Jana Pawła II niewielu już wierzyło, że stare klisze znów staną się użyteczne w ogólnonarodowych celebracjach. Być może są i tacy, którzy dalej w to nie chcą wierzyć. Zbyt pobożne to jednak życzenie. Półtora roku temu poproszono mnie o tekst o mesjanizmie do zbioru pod redakcją Marii Janion, Moniki Rudaś-Grodzkiej i Agnieszki Zawadowskiej (książka ta ukazała się właśnie pt. Żebro Mesjasza wraz z towarzyszącym jej tomem Honor, Bóg, Ojczyzna). Dziś mnie samego dziwią zapisane wtedy przeze mnie słowa: Mesjanizm w Polsce po roku 1989 (do niedawna przynajmniej) nie miał dobrej prasy. Powszechnie odżegnywano się od romantycznej spuścizny. Nastały czasy, w których zbiorowe podnoszenie ducha przez mesjanistyczne prawdy zdawało się już zbędne. Twierdzenia, iż w historii nic nie dzieje się bez wyższego celu, że narody noszą w sobie transcendentne powołania, że krzywdy cierpiących narodów zawsze liczą się w bożym rachunku, mało kogo w III Rzeczpospolitej obchodziły. Mesjanizm kojarzył się nie tylko z nacjonalizmem i martyrologią, ale także z celebracją pustego cierpiętnictwa, które nijak się miało do retoryki modernizacji, pragmatyzmu, radosnego bogacenia się przy okazji budowy nowej Polski w postnarodowej Europie. Do czasu. U progu nowego wieku mesjanizmem na nowo


posłowie

189

zaczęli się w Polsce interesować młodzi inteligenci, szczególnie o prawicowej proweniencji. Pojawiły się hasła „odrodzenia mesjanizmu” i „neomesjanizmu”, których – dość mgliste – formy zaczęto pod koniec pierwszej dekady XXI stulecia głosić i opisywać na łamach „Teologii Politycznej” oraz „Czterdzieści i Cztery”. Czy owo ponowne pojawienie się mesjanistycznej refleksji powinno dziwić? Raczej nie. Mesjanizm to bowiem jeden z najtrwalszych tropów europejskiej myśli. Ma tendencję do nagłego odradzania się w najróżniejszych czasowych i społecznych kontekstach. I pewnie nawet powszechna sekularyzacja nie jest w stanie utrącić mu mocy. Co nie znaczy, że mesjanizmy postsekularne wolne będą od znanych nam z historii szczególnych mesjanistycznych perwersji. [...] Mesjanizm jest zatem być może bardziej trwałą formą mentalną polskości niż się to wielu wydaje. Pytanie tylko, jaka będzie jego następna historyczna odsłona. Nie mogłem przewidzieć, że mesjanizm po raz kolejny odsłoni się w polskich dziejach w sposób tak spektakularny. Po katastrofie samolotu prezydenckiego i najdłuższej żałobie narodowej w historii nowoczesnej Polski jego formy nie wydają się już tak mgliste jak jeszcze miesiąc temu. Weszliśmy ponownie w stare, dobrze wyżłobione koleiny. Kaczyński męczennikiem? Pisałem w tekście w Żebrze Mesjasza: W popularnym dyskursie w Polsce mesjanizm przyjęło się łączyć z narodową egzaltacją. Przekonanie o szczególnej misji – wyznaczonej przez Opatrzność – jaką pełnić ma naród polski pośród narodów świata, organicznie splecione jest z kultem polskiego męczeństwa,


190

Ż ałoba

z apologią hekatomby krwi. Kult ten ma oczywiście charakter quasi -religijny. Maria Janion w rozmowie z Jarosławem Kurskim ujęła to w następujący sposób: „Ma się interesy do Boga. To mogą być interesy bardzo wzniosłe, interesy narodowe, ale jednak Bóg nie jest od załatwiania interesów. To właśnie staje się podstawą naszego mesjanizmu, polskiej teodycei narodowej. Dlaczego takie nieszczęścia nas spotykają? Dlatego, że Bóg nas wybrał na ofiarę. To jest swoista angelizacja Polski.” Tak pojmowany mesjanizm często spotykał się od końca wieku XIX z krytyką w środowiskach inteligencji radykalnej. Nie tylko dlatego, że był silnie nacechowany religijnie. Nie dlatego też, iż, jak twierdził Czesław Miłosz, była to szpetna chrześcijańska herezja, w której unikalną ofiarę jedynego prawdziwego Mesjasza – Jezusa Chrystusa zastępowano wiarą w powołanie i ofiarę polskiego Mesjasza zbiorowego. Dla inteligencji radykalnej, gdy o mesjanizmie myślała, ważne były przede wszystkim jego odniesienia do idei narodowej. Zdawał się on nie tylko usypiać zdrowy rozsądek Polaków, ale prowadził ich bezwiednie w stronę ideologii nowożytnego nacjonalizmu – co pewnie było słusznym domniemaniem, choć Dmowski i inni prominentni endecy często od mesjanicznych polskich egzaltacji się odżegnywali. Dziś współcześni spadkobiercy Dmowskiego nacjonalizmu radykalnego z mesjanistycznymi tropami nie mają oczywiście już żadnego problemu. Zginął prezydent wraz z towarzyszącymi mu pasażerami, których szybko uznano z reprezentantów „Polski w pigułce”. Czyż w ten sposób wszyscy raz jeszcze nie uzyskaliśmy potwierdzenia, iż Bóg nas wybrał na ofiarę? Dlatego śmierć Lecha Kaczyńskiego trudno byłoby odczytywać przez pryzmat jego życia czy nieudolnej prezydentury. Chcąc nie chcąc, w ujawnionym właśnie na nowo schemacie mesjanistycznej historiozofii


posłowie

191

zyskuje ona treść symboliczną podobną do tej, którą nadawano cierpieniom chrześcijańskich męczenników. Nie twierdzę, że prezydent Kaczyński był męczennikiem. Sądzę tylko, że powinniśmy pamiętać, iż wielu chrześcijańskich męczenników nigdy nie ogłoszono by świętymi, gdyby umarli w naturalny sposób. Taka jest już natura chrześcijańskiego męczeństwa. Tę zaś natomiast dość łatwo można wszczepić, jak się wielokrotnie w historii okazywało, w polski mesjanizm narodowy. Tym bardziej pamiętać teraz trzeba, iż temu mesjanizmowi niekoniecznie z chrześcijaństwem zawsze jest po drodze. Bezgrzeszni i niewinni Polacy? Co może z mesjanistycznym przekazem zrobić chrześcijanin, który nie chce popadać w quasi-heretyckie pięknosłowia, od jakich zaroiło się ostatnio nie tylko w tekstach Tomasza Terlikowskiego? Moim zdaniem powinien przede wszystkim pamiętać o perwersji wszelkich świeckich mesjanizmów. A jest nią ukazywanie bezgrzeszności i niewinności tam, gdzie jej nie ma. Dlatego traktujący poważnie swą wiarę chrześcijanie mają obowiązek zastanawiania się nad zdaniami typu: „ich śmierć nie może pójść na marne”, które w dniach po katastrofie prezydenckiego samolotu powtarzano jak mantrę. Trzeba tu powiedzieć wyraźnie, że męczeństwo rozumiane jako „ofiara dla Chrystusa” nie jest tym samym, co śmierć przybrana w cierpiętniczo-mesjanistyczne rysy. Nie bez powodu Chrystus mówił, co znamiennie przypomniała w swym tekście Totem i tabu. Polskiej tanatologii ciąg dalszy Agata Bielik-Robson, by „grzebanie umarłych pozostawiać ich umarłym” (por. Łk 9,60). Trudno jednak zapomnieć, że refleksja nad śmiercią stoi w centrum chrześcijańskiej teologii. Wedle niej jednak tylko


192

Ż ałoba

śmierć Chrystusa ma wartość zbawczą, bo tylko On był bez grzechu. Wszyscy inni, jak mówi św. Paweł, „zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rz 3,23). Wśród ludzi nie ma zatem takich, których można by nazwać ofiarami absolutnie bezgrzesznymi. Dlatego mówienie o Polakach jako wybranych przez Boga do bycia niewinnie skrzywdzonymi może się stawać (i w istocie – bardzo często się staje) karykaturą jednej z najbardziej podstawowych prawd chrześcijańskiej wiary. Co może tedy powiedzieć chrześcijanin o śmierci nagłej, która w szczególny sposób poruszyła narodową zbiorowość, by nie popaść od razu w taką mesjanistyczną perwersję? W tych dniach w opiniach hierarchów polskiego Kościoła dawał się przecież od czasu do czasu (czy dziwi to kogokolwiek?) zauważyć charakterystyczny patos. Polscy katoliccy biskupi wciąż ze wszystkich teologicznych szkół największe upodobanie mają w „teologii narodu” prymasa Wyszyńskiego, która raz jeszcze okazała się nie tak znów poczciwa, jak się niektórym zdawało. Zamiast więc mówić radośnie o zmartwychwstaniu Chrystusa (jego wspomnieniu jest bowiem poświęcony aktualny liturgiczny okres Kościoła), snuto często refleksje na temat sensu „narodowej ofiary”, nieporadnie próbując łączyć ją czasem z wezwaniami do wzajemnego przebaczenia z narodem rosyjskim. Jednak zaskoczyło mnie bardzo, iż na mszę pogrzebową w Bazylice Mariackiej wybrano lekcję z Wigilii Paschalnej – najważniejszej liturgii w katolickim roku kościelnym. Nie zdziwiło mnie przy tym wcale, iż nie dodano do niej żadnego aktualizującego komentarza. Były to następujące słowa św. Pawła z Listu do Rzymian: My wszyscy, którzy otrzymaliśmy chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć. Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrze-


posłowie

193

bani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie, jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie. To wiecie, że dla zniszczenia grzesznego ciała dawny nasz człowiek został razem z Nim ukrzyżowany po to, byśmy już więcej nie byli w niewoli grzechu. Kto bowiem umarł, stał się wolny od grzechu. Otóż jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy. Bo to, że umarł, umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie (Rz 6, 3–11). Dla św. Pawła ludzka śmierć – przez analogię ze śmiercią Chrystusa – oznacza również „śmierć dla grzechu”. Należy to rozumieć i dosłownie, i metaforycznie (człowiek doświadcza śmierci fizycznej; wciąż żyjący chrześcijanin doświadcza natomiast „śmierci dla grzechu”, gdyż jego wiara wyznaczona jest przez perspektywę zmartwychwstania). Nieco wcześniej, w tym samym Liście do Rzymian, mówi św. Paweł, że „zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć jego Syna” (Rz 5,10). Tak właśnie Apostoł przedstawił wartość ludzkiej śmierci, jeśli ma ona znaleźć sens w zmartwychwstaniu Chrystusa. Śmierć dla grzechu i pojednanie. Jedno i drugie możliwe jest do spełnienia już tu – na ziemi: przez wyznanie win własnych i nieustanne próby otwierania się na innych. Tylko wtedy, wedle Apostoła, śmierć zyskać może tak pożądany przez cierpiętniczych mesjanistów wszelkiej maści transcendentny wymiar. Słowa Pawła, gdyby potraktować je naprawdę serio, mogłyby stanowić antidotum na mesjanistyczne polskie perwersje. Jeśli już


194

Ż ałoba

ten nasz mesjanizm objawiać się musi, dobrze byłoby go nieustannie, autentycznie, wciąż na nowo chrystianizować. Inaczej nie będziemy w stanie uniknąć pułapki angelizacji, o której wspominała Maria Janion. Wiecznego trwania w okowach wieszczącego polską bezgrzeszność i niewinność martyrologium, w którym chrześcijaństwo instrumentalizowane jest w imię egzaltowanych narodowych bajań oraz bieżących politycznych interesów. Misjonizm amerykański a mesjanizm polski Co jednak ma zrobić ten z kolei, kto wierzącym chrześcijaninem nie jest, a z perwersją polskiego mesjanizmu – czy chce, czy nie – mierzyć się teraz musi? Czy można zaklinać wciąż rzeczywistość i mówić, że to wszystko zaraz wygaśnie? Że nic z tego nie zostanie? Przecież gołym okiem widać, że w znanej od epoki porozbiorowej formie ujawnił się raz jeszcze podskórny a trwały nurt życia polskiego. Nie można zatem mierzyć się sensownie z mesjanistycznym idiomem, mówiąc, że go po prostu nie ma albo że lada moment się wypali, bo Polacy ponoć „już wybrali «normalność»”. Dziwi mnie, że inteligentni skądinąd ludzie głoszą dziś coś z takiego z pewnością, która za nic ma fakty. Chociaż z drugiej strony dobrze rozumiem „bojaźń i drżenie” przed kolejną erupcją polskiego nacjonalizmu; lęk przed tym, że powielając archaiczne wzory, przestalibyśmy się modernizować. Tyle że naprawdę nie o pochówek prezydenckiej pary w wawelskiej krypcie tu chodzi. Pytanie jest poważniejsze: czy opartą na mesjanistycznych wzorcach więź wolno dziś w poczuciu bezsiły zostawiać do wyłącznej interpretacyjnej obróbki tym, którzy mienić się chcą jedynymi słusznymi strażnikami rodzimego etosu? W tych dniach kontaktowałem się z moim przyjacielem, który na kilka tygodni udał się do Waszyngtonu i nie mógł


posłowie

195

z bliska obserwować tego, co się dzieje w Polsce. Przyjaciel wierzącym chrześcijaninem nie jest. Deklaruje się jako zwolennik społecznej modernizacji w duchu lewicowym. Nie tak dawno jeszcze rozmawialiśmy o neomesjanistycznym programie grupy skupionej wokół pisma „Czterdzieści i Cztery”. Ich głos zdawał się wtedy dobiegać do nas obu, choć z różnych powodów, jakby z innego świata. Teraz to się zmieniło. Zapytałem przyjaciela, czy modernizację można łączyć z mesjanizmem. Napisał mi coś takiego: Powiedziałbym, że mesjanizmu nie można wprząść w modernizację. Modernizacja w klasycznym sensie słowa zakłada przejście od tradycji, wiary i autorytetów moralnych w stronę nauki, rozumu i autorytetów epistemicznych. W tym sensie wiara w przyrodzoną misję narodu nie mieści się w scenariuszu: bo nie da się jej wywieść z żadnych racjonalnych przesłanek. Czemu właściwie narody mają mieć przeznaczenie? Nie sposób tego uzasadnić, musisz w to uwierzyć. Z drugiej jednak strony można to poczucie misji traktować utylitarnie: np. „misją Polaków jest mieć najlepiej wykształconych obywateli na świecie”. Wtedy ma to jakiś sens. Ale w przypadku polskiego posłannictwa – jakieś mętne jęczenie o cierpieniu i przedmurzu – uważam, że to wybitnie antymodernizacyjne. Zaprząta ludziom głowę i odwraca uwagę od realnych problemów nowoczesności: podatków, dróg, szkół, handlu itd. Potem tak to się kończy – zbierają się do kupy tylko wtedy, kiedy ktoś umiera, a i wtedy to wygląda groteskowo, przynajmniej z pewnego dystansu. Amerykanie mają poczucie misji. I bardzo mnie to w nich przeraża. Tyle że u nich jest imperialno-racjonalistyczno-demokratyczne (z zastrzeżeniem, że demokracja obejmuje tylko swoich). „Shining city on the hill”. Spadek po purytanach, dość paskudny i ciążący: patrz Irak.


196

Ż ałoba

Pomyślałem, że misjonizm amerykański zwykle bywa nacechowany religijnie i staje się wtedy mesjanizmem, który, podobnie jak polski, od prawdziwej chrześcijańskiej chrystologii znów stoi daleko. Ale mimo to amerykański mesjanizm modernizacji nie wyklucza – czyli, wbrew temu, co sądzi mój przyjaciel, w jakiś sposób wprzęgnięta weń została oświeceniowa racjonalność. Czy tak samo nie mogłoby być w Polsce? Propozycja dla lewicy Od lat marzy mi się w moim kraju sprzężenie chrześcijańskiej postsekularnej teologii z nową, lewicową myślą. Póki co jednak coraz bardziej okopujemy się na swoich szańcach. Czy słusznie? Przyszła mi właśnie do głowy szaleńcza myśl, że narodowa żałoba po katastrofie prezydenckiego samolotu mogłaby stać się dla nowych lewicowców wydarzeniem w takim sensie, w jakim o „wydarzeniach” pisał w swej książce o św. Pawle Alain Badiou. By tak się jednak stało, uznać by trzeba, iż mesjanizm wciąż jest trwałym, choć zwykle podskórnym nurtem polskiego życia zbiorowego. Że nic tak naprawdę nie dają gniewliwe nad nim lamentacje. Że proste odwrócenie się do niego plecami jest wyrazem niedojrzałości. Jedyne, co można w takiej sytuacji sensownie zrobić, to próbować polski mesjanizm kształtować, by wyzbył on się swoich stałych perwersji: wiecznej wiktymizacji, poczucia bezgrzeszności i niewinności, zamknięcia na pojednanie z innymi w imię kompensacji za realne czy wyimaginowane krzywdy. Właśnie tych perwersji, bo nie wierzę, by mesjanizm polski przyczyniał się do wstrzymywania modernizacji mego kraju. By takie „wydarzenie” jednak w Polsce zaistniało, potrzebna jest również refleksja oparta na chrześcijańskiej teologii. Nigdy dość przypominania, że dla wierzących chrześcijan tylko Chry-


posłowie

197

stus uznany być może za ofiarę bezgrzeszną. Męczeństwo i ofiara powinny być zatem wpisywane w chrześcijańską perspektywę jedynie w kontekście śmierci dla grzechu i pojednania. Nacjonalistyczny solidaryzm, szczególnie gdy powiązać go z ideą wykluczenia innych, niewiele z jednym i drugim ma wspólnego. O tym nieustannie przypominać trzeba. Bez sensu jednak wydaje mi się – szczególnie teraz! – wołanie „ciszej nad tą trumną!”. Czyż poza wszystkim nie słychać w nim ironicznego a przeraźliwego chichotu historii? Mówić w takich warunkach o „wiecznopolskim kulcie trumien” nie tylko jest nieprzystojne. Jest głupotą. Nie usprawiedliwia jej przecież strach przed nacjonalizmem czy rzekomym wstrzymywaniem modernizacji. Doprawdy – słownym postponowaniem polskiego mesjanizmu zmienić go niepodobna. Wiadomo to nie od dziś. Rzecz w tym, powtarzam raz jeszcze, by go sensownie kształtować na nowo. Nie miałbym nic przeciwko temu, by Polacy mogli stać się – i to w imię bliskiej im, zbiorowej, mesjanistycznej skłonności – świadkami pojednania, w którym nie tylko poczucie krzywdy, ale i wyznanie własnych win znajdzie swoje miejsce. I by mając poczucie swego wybrania, potrafili „bronią sprawiedliwości” (znów ten św. Paweł! – por. Rz 6,15) uczynić ten kraj nowocześniejszym, lepszym i sprawiedliwszym. Mesjanizm polski, w którym stare, perwersyjne formy dekonstruowane byłyby pospołu przez chrześcijańską teologię i lewicową modernizacyjną refleksję, jest w stanie, moim zdaniem, Polskę przemienić. Dlatego nie warto go zostawiać prawicowym radykałom.


Protest Bronisław Świderski Śmierć prezydenta Polski w katastrofie pod Smoleńskiem, przewiezienie jego ciała do Warszawy i ułożenie na lit-de-parade w Pałacu Prezydenckim (a może właściwszym określeniem byłoby castrum doloris, skoro trumna była zamknięta?), wielotysięczne, po raz ostatni pragnące zobaczyć go – a w istocie trumnę – tłumy, czekające nawet trzynaście godzin (nierzadkie były wypadki zasłabnięć), następnie msza żałobna w krakowskim kościele Mariackim i pogrzeb wawelski – to wszystko zostało obszernie przedstawione i obficie komentowane przez duńskie media. Polska stała się krajem szczególnie ważnym; w ciągu dwóch dni przewinęło się przez oglądany przeze mnie kanał telewizyjny aż dziesięciu ekspertów, z których tylko jeden znał polski, ale wszyscy chcieli komentować słowa i zachowania Polaków. Duńscy komentatorzy przyznali, że kłopot sprawiają im dwa rodzaje informacji o prezydencie: jedna, dobrze znana z europejskich mediów głosiła, iż Kaczyński był politykiem konserwatywnym, nacjonalistycznym i antyeuropejskim, częściej hamulcem niż inspiratorem, w sumie prezydentem nieudanym i coraz bardziej niepopularnym. Skoro jedynie „słuszną dla Polski polityką była jak najściślejsza integracja z Unią Europejską, to eurosceptycyzm Kaczyńskiego był czynem szkodzącym także Polakom”, powiedział jeden z duńskich komentatorów. Jak mogli zatem tak bardzo – i za co? za co? – pokochać tego polityka? O tym


posłowie

199

właśnie powiadamia nas informacja druga: o masowym zrywie Polaków, przybywających do Warszawy i Krakowa często z małych miejscowości i wsi, aby obejrzeć trumnę i opłakać „swojego” prezydenta, bowiem, jak mówili reporterom telewizji: „on był nasz”, „wskazywał Polakom drogę”, „złączył nas”… Co się stało z Polakami? – pytali sceptyczni Duńczycy. – Przecież śmierć nie jest działaniem politycznym, nie może być „zasługą” polityka, zmazującą wszystkie poprzednie błędy. Ten dysonans próbowano wyjaśnić już to niedojrzałością polskiej demokracji, a zatem „tradycyjnie polską tęsknotą do silnych autorytetów” (podkreślano, że wzorem dla Kaczyńskich był Piłsudski), już to wpływem Kościoła katolickiego (co z reguły wzbudza w luterańskiej Danii pobłażliwy uśmiech: „jak można być katolikiem!”). Inni komentatorzy skorzystali z pojęcia „hipokryzja”, aby wytłumaczyć zadziwiającą rozbieżność między coraz mniejszą popularnością „żywego” Kaczyńskiego a tak powszechnym powtarzaniem jego nazwiska przez miliony Polaków po tragicznej śmierci. Z racjonalnie-konwencjonalnego punktu widzenia przypadkowa śmierć demokratycznego polityka nie ma żadnego pozytywnego znaczenia (inaczej jest ze śmiercią tyrana), ba, jest jego porażką, skoro uniemożliwia wypowiadanie i realizowanie nowych koncepcji politycznych. Z mitycznego zaś – bo jesteśmy chyba świadkami dziwnej przygody, mianowicie rodzenia się nowego polskiego mitu – niechciana śmierć Kaczyńskiego stała się jego największym osiągnięciem politycznym. Według słów jego zwolenników bowiem ta śmierć nie miała nic wspólnego z przypadkiem, przeciwnie: była Koniecznością dopełniającą wspólny, polski los, skoro „dzięki tej śmierci zbrodnia katyńska została ocalona od zapomnienia”, jak napisał pewien dziennikarz. Wydarzenie ujawniło sens, który był zasłonięty dla ludzi


200

Ż ałoba

„trzeźwych”, myślących krytyczno-analitycznie, abstrakcyjnie. Ten sens ujawnił się w obrazach i symbolach, w połączeniu tego, co widzialne, z siłami niewidocznymi dla „mędrców” posługujących się tylko „szkiełkiem i okiem”. Tak, to stara historia… Ale czy to, co się stało, oznacza powstanie mitu – czy może narodowej baśni? Pamiętam, że Stanisław Lem odróżnił mit od baśni (w Markizie w grafie, „Teksty” nr 43 z 1979 roku; tak, to stary tekst, ale dobrze jest sięgnąć głęboko w przeszłość, gdy mówimy o mitach), twierdząc, że bohater baśni zwycięży wtedy, gdy pognębi swoich ciemiężycieli. Mit zaś bardziej przypomina rzeczywistość: zwycięstwo bohatera nie musi oznaczać porażki innych. Posługując się tym rozróżnieniem, możemy stwierdzić, że budowniczowie pośmiertnego kultu Kaczyńskiego korzystają zarówno z materiału baśni, jak i mitu. Ci pierwsi, bajarze, podkreślają motyw polityczny: tragiczna śmierć okazała się tryumfem nad przeciwnikami, którzy mieli bielmo na oku i nie widzieli dotąd „prawdziwej” wielkości prezydenta. Baśniowa jest także aktualizacja katyńskiego mitu: dzięki śmierci Kaczyńskiego wzbogacony został zbiór katyńskich ofiar (pisano przecież: „Jego śmierć to drugi Katyń”) i z jeszcze większą mocą przeciwstawiony stalinowskim katom. Ci drudzy, mitotwórcy, traktują ową śmierć jako wydarzenie dotyczące i łączące wszystkich Polaków, ba, wszystkich mieszkańców Polski, nawet tych należących do mniejszości („Żydzi modlą się za prezydenta”, doniosła jedna z gazet). Podkreślają, że także Rosjanie się zmienili i że nie należy już współczesnych mieszkańców tego ogromnego kraju identyfikować z budowniczymi Związku Radzieckiego. Baśń jest stronnicza; pomaga jednej postaci i zapewne dlatego kończy się morałem. Mit nie chce opowiedzieć się za żadną ze stron, a jeżeli czerpiemy z niego jakąś lekcję, to przychodzi ona od


posłowie

201

czytelnika, żaden bowiem morał nie kończy mitu. Śmierć zmienia życie, które przestaje być zbiorem znanych, charakteryzujących danego człowieka faktów, i staje się symbolicznym przekazem unicestwiającym fakty, gdyż „w istocie” sensem tej zwykłej biografii był ruch ku znaczącej śmierci. Egzystencja Kaczyńskiego uległa zatem niezwykłej przemianie: dowiedzieliśmy się, że prozaika jego życia „od początku” zmierzała ku poetyce śmierci, odtąd budującej biogram prezydenta od chwili narodzin. Stało się tak dlatego, że jego biografia przestała należeć do pojedynczego człowieka, a stała się figurą, symbolem tęsknoty… a może nawet znakiem protestu? (Za chwilę powrócę do tego wątku). Dzięki popularności pogrzebu zmazana została niepopularność jego czynów, bowiem – a tak czyni mit – została ujawniona ukryta dotąd, „najgłębsza” istota losu człowieka, który właśnie dlatego m u s i a ł być niezrozumiany i wyszydzany za życia, aby teraz – niczym w parafrazie Jezusowej biografii – zostać oczyszczony i wyniesiony ponad swoich wrogów. W przekonaniu milionów Polaków, jego życie s t a ł o s i ę inne w chwili śmierci. Co zapewne oznacza, że dla milionów rzeczywistość nie jest jednoznaczna i ustalona, że wymyka się formułom polityków, statystyków, ekonomistów i socjologów, a jej sens – bo wierzą, że posiada ona sens – jest ukryty i odsłania się w szczególnych momentach. Postacie oficjalne nie mają dostępu do tego „najgłębszego sensu” (nie darmo Chrystus był człowiekiem z marginesu) i zapewne także Kaczyński nie przeczuwał istnienia tego sensu, gdy był politykiem. Dopiero jego śmierć odsłoniła „prawdziwą”, nie zewnętrzną jedynie warstwę bytu – a tę p r a w d ę l u d b e z p o ś r e d n i o odczuwa: cztery ostatnie wyrazy zostały wyjęte wprost ze słownika romantyków. Sądzę, że ci, którzy widzą w kulcie Kaczyńskiego kontynuację mitu romantycznego, mają pewną rację… ale, ale – wszak


202

Ż ałoba

mit romantyczny był protestem przeciwko zaborcom, likwidatorom polskości, wrogom Kościoła katolickiego itd. A przeciw czemu powinniśmy dzisiaj protestować, skoro Polska jest demokratyczna i wolna, ubezpieczona sojuszami, bogacąca się ekonomicznie i z powodzeniem uczestnicząca w zwycięskich, jak słychać, wojnach? Powiada Eliade w Le mythe de l’eternel retour, że intelektualna wiedza, ułożona w abstrakcyjne wzory (i często wyrażana przez polityków, ideologów, statystyków i socjologów), znajduje się w radykalnej opozycji do symbolu i mitu – ta pierwsza redukuje i symplifikuje rzeczywistość, gdy te ostatnie wyrażają złożoność naszego bytu. Urazę, a nawet pogardę wobec tłumów oblegających zamknięte trumny można zatem odczytać jako obronę świata redukcji i abstrakcji, jako niechęć do symbolu i mitu. A może również niechęć do dialektycznego oglądu rzeczywistości. Wzniosły pogrzeb podzielił polskich intelektualistów. Jedni (na przykład piszący w „Gazecie Wyborczej” i „Krytyce Politycznej”) uznali go za dowód zacofania i religijnego zacietrzewienia, inni (choćby komentatorzy „Rzeczpospolitej”) widzą w tym żywy palec Opatrzności, mocno szturchający opornych Polaków. Już dawniej, pisząc w książce Gdańsk i Ateny o „Solidarności”, protestowałem przeciwko Le Bonowskiej, elitarystycznej tradycji (aktywowanej teraz z okazji pogrzebu Kaczyńskiego) widzenia w tłumach „kolektywnych, bezdusznych automatów”, bezrefleksyjnie poddanych irracjonalnym normom duszącej tradycji. Bo moje doświadczenie jest inne: w Polsce lat 60. w kręgu przedmarcowych dysydentów bezskutecznie szukaliśmy Proletariusza – oczywiście nie potrafiliśmy go znaleźć, zapewne zbyt dużo czasu poświęciliśmy szukaniu tej wielkiej litery. Gdy chwilę potem dostałem porządnie w dupę, gdy wyrzucono mnie z uniwersytetu i wyemigrowałem do Danii, szybko napotkałem prole-


posłowie

203

tariusza; był moim kolegą, pracował tuż obok mnie w zakładach produkujących śruby do lodówek i samochodów, a potem w szpitalnej kuchni, gdzie, jak powiedział mój znajomy, pracowałem jako „zlewozmywak”. Gdy otrzymałem posadę pracownika naukowego na uniwersytecie w Kopenhadze, również i tam spotkałem robotników; jeden z nich wydrukował moją pierwszą duńską książkę w uniwersyteckiej drukarni. Na emigracji nauczyłem się cenić i robotników, i farmerów, i ludzi innych zawodów. Dlatego razi mnie i wydaje się nieprawdziwe lekceważenie owych tłumów zgromadzonych w Warszawie i Krakowie, lekceważenie widoczne również w tekstach osób związanych z lewicową tradycją. Ja wsłuchuję się w głosy tych ludzi… i oto co – jak sądzę – usłyszałem: ich działania i słowa były także p r o t e s t e m. Przede wszystkim przeciwko miałkości demokracji i łapczywości kapitalizmu. Kaczyński był uważany za przeciwnika kapitalizmu w jego najbardziej abstrakcyjnej, globalistycznej formie (ale nie polskiego kapitalizmu). Jego „polskość” miała być zaporą przeciwko „obcemu” kapitałowi, jego tradycjonalizm zapewniał Polaków, że mają rację, kultywując historię. Ponadto jako polityk nierzadko uchylający się od uczestnictwa w tłumnych zgromadzeniach, pozostawił wiele rzeczy niedopowiedzianych i przemilczanych. Zapewne dlatego doskonale nadawał się do mitycznego wykorzystania. Sądzę, że w świadomości społecznej istnieje teraz d w ó c h Lechów Kaczyńskich: ten drugi został powołany do życia d z i ę k i rytuałom pogrzebowym. Dla wielu, może nawet dla większości płaczących Polaków zmarły Kaczyński miał niewiele wspólnego z żywym; ta hipoteza wyjaśnia, dlaczego można było „pierwszego” krytykować „za życia” i płakać po śmierci „drugiego”; te reakcje dotyczyły przecież różnych figur. Sądzę, że polski płacz, kwiaty złożone w pobliżu trumny, wytrwałe stanie przed


204

Ż ałoba

Pałacem i kościołem Mariackim w niewielkim stopniu dotyczyły prawdziwego Lecha Kaczyńskiego, złożyć się bowiem miały na opowieść o mitycznym Lechu – polityku, jakiego Polacy pragną: o takim przewodniku, który nie tylko żyje, ale i umiera dla swoich obywateli, który nie boi się spełniać swojego obowiązku, który jest lojalny wobec tragicznie zmarłych żołnierzy RP… Jest to wizja odległa od potocznej wiedzy o politykach jako cynikach, graczach, myślących przede wszystkim o sobie i często – o własnej kieszeni. Porównajcie to pospolite ruszenie ku jego trumnie z niechętnym „wybieraniem się” na prezydenckie i sejmowe wybory, zapytajcie, dlaczego tak trudno jest nam rozmawiać z politykami, a tak chętnie korzystamy z ich milczenia? Sądzę, że skoro Polacy nie potrafili? nie mogli? wpaść prezydentowi – ani żadnemu innemu demokratycznie wybranemu politykowi – w słowo, to zapragnęli wyrazić swój protest, wykorzystując jego śmierć-milczenie… Jest to klęska demokracji (czy tylko polskiej?), która przestała być dialogiem wielu stron, a została zredukowana do prostej arytmetyki, do chęci osiągnięcia 50 procent głosów wyborców; wszak wtedy władza już nikogo nie musi pytać o zdanie… Jesteśmy także świadkami – i ofiarami – kapitalizmu zredukowanego do chęci osiągnięcia jak największego profitu, choćby prowadziło to – co ironicznie pokazał kryzys finansowy w USA – do zniszczenia własnej firmy. Reakcja Polaków w kwietniu 2010 roku była skierowana przeciwko takiej rzeczywistości. Oto pozytywny, według mnie, sens poruszenia milionów ludzi po śmierci prezydenta. W tę ciszę każdy mógł wpisać własne uczucia i zdania: sądzę, że właśnie pojemne pośmiertne milczenie Kaczyńskiego złączyło ze sobą Polaków, a nie jego głośno wyjawiane plany i działania. Ponadto kult śmierci Kaczyńskiego był także protestem prze-


posłowie

205

ciwko rażącej symplifikacji naszego życia, jaką jest odebranie śmierci jej znaczenia. Zarówno komunizm, jak i kapitalizm, stawiając na wiecznie aktywne, zapracowane życie, na ciągłe tworzenie i usprawnianie ludzkich zachowań (także podczas wojen), uczyniły ze śmierci fenomen wręcz niepotrzebny, a na pewno przeszkadzający ludziom zaabsorbowanym działaniami konstruktywnymi (także produkcją coraz silniejszej broni). Śmierć stała się oznaką słabości, niepotrzebności, nieprzydatności do aktywnego życia, utraciła sens. I oto pogrzeb Kaczyńskiego – tak imponujący dzięki uczestnictwu tysięcy żywych – mówi, że cierpienie i śmierć mają sens, że nie są absurdalne. Mit i symbol nadal bronią zatem złożoności naszej egzystencji. Mogą także ujawnić wizję polityki bliskiej obywatelowi i dlatego skutecznej.


Tanato-mesjano-faszyzm. O ostatnich odsłonach polskiej symboliki mesjańskiej Agata Bielik-Robson W tekście pt. Polski mesjanizm i nowa lewica, opublikowanym na stronie „Krytyki Politycznej” [w niniejszym tomie], Sebastian Duda wyraża – jak sądzę, nadmiernie optymistyczną – nadzieję, że polski mesjanizm, który znów ożył wobec wydarzeń w Smoleńsku, będzie można podjąć i przepracować z lewej strony: tak by służył nie narodowej prawicy, lecz lewicy dążącej do modernizacji Polski. Całkiem przytomnie w swoim felietonie odpowiedział Dudzie Tomasz Piątek [Ornaty Zdorte z Ziemkiewicza, www.krytykapolityczna.pl, 22 kwietnia 2010], formułując absolutnie słuszną tezę, pod którą podpisuję się obiema rękami, że mesjanizm jest albo od początku uniwersalistyczny – albo nie ma go wcale. Albo już u swojego źródła nie czyni rozróżnienia na Żyda ani Greka – albo jest tylko wyrazem lokalnej megalomanii upokorzonego narodu. Polski mesjanizm, z wielkim i nieustannym naciskiem na „polski”, nie może więc stać się podstawą dla jakichkolwiek przepracowań, których ideałem jest powszechna sprawiedliwość, ponieważ od początku wprowadza podział na My i Oni, wykluczając tych ostatnich z historii zbawienia. Od zarania na mesjanizmie polskim, który swym potomnym pozostawił Adam Mickiewicz, kreśląc w Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego wizję Polski jako „Chrystusa narodów”,


posłowie

207

ciąży grzech założycielski, wynikający z niezrozumienia tego, czym był mesjanizm żydowski, potraktowany przez Mickiewicza jako wzorzec dla jego historiozoficznych, quasi-kabalistycznych rozważań. Nieporozumienie to miało i ma do dziś fatalne konsekwencje, ustanowiło bowiem coś w rodzaju rywalizacji martyrologicznej między Żydami a Polakami, którzy konkurują o palmę męczeństwa. Polacy, wychowani na romantycznym uwzniośleniu „polskiej ofiary”, nie mogą wybaczyć Żydom, że ci, zwłaszcza po Zagładzie, uzurpują sobie prawo do najwyższego cierpienia. W konkurencji tej jest bez wątpienia coś chorego, i to po obu stronach, a patologia ta tym dobitniej pokazuje, co dzieje się z ideą mesjańską, jeśli pozbawić ją jej uniwersalnego sensu i ograniczyć do narodowego kontekstu. A w ten właśnie sposób zinterpretował ideę mesjańską Mickiewicz, przenosząc ją z „narodu żydowskiego” na „naród polski”; odtąd to nie prześladowania Żydów w diasporze, lecz upadek niewinnej Polski, szarpanej przez państwa ościenne, miał stać się wcieleniem „chrystusowego cierpienia” o odkupieńczym walorze. Owszem, z tego odkupienia miała także płynąć nauka dla całego świata, który, ujrzawszy niewinną ofiarę wojen i absolutystycznych ambicji, miał się otrząsnąć się ze swego kultu władzy i przemocy; był to wszak jedyny „uniwersalistyczny” moment w nauczaniu Mickiewicza, który jako taki ginął w oceanie polskiego męczeńskiego narcyzmu, bez końca rozkoszującego się własnym nieszczęściem. Wbrew temu, co się zwykle uważa, odsądzając Andrzeja Towiańskiego od czci i wiary, ten późny mistrz duchowy Mickiewicza usiłował odwieść „brata Adama” od nacjonalizmu i wyprowadzić jego mesjańskie koncepcje z powrotem na uniwersalne tory, gdzie nie masz Rosjanina ani Polaka. To się jednak nie udało, Mickiewicz okazał się, co nie dziwi, poetą silniejszym – i zamiast gnozy towiańskiej obowiązuje do


208

Ż ałoba

dziś, jako cokolwiek kłopotliwy dodatek do katolicyzmu, polski pseudomesjanizm, będący w istocie wariantem „martyrologicznego narcyzmu”. (Nawiasem mówiąc, polecam do dalszej analizy polskiego syndromu niedawno u nas wydaną, świetną powieść Gyorgy Spiro o relacji Mickiewicza i Towiańskiego pt. Mesjasze, gdzie cały ten węzeł polityczno-religijno-psychologiczny jest doskonale opisany). Powtórzmy więc raz jeszcze: mesjanizm jest albo uniwersalistyczny – albo nie ma go wcale. Mesjanizm ograniczony do jednego etnosu natychmiast zamienia się w swoje przeciwieństwo – narodowy narcyzm. Żydowski zaś mesjanizm, który miał stać u podstaw Mickiewiczowskiej interpretacji jako paradygmat mesjańskiego nacjonalizmu, nigdy nie był w swym zamyśle po prostu „etniczny” – nawet jeśli bywał w ten sposób wykładany, także przez samych Żydów. Idea mesjańska, niosąca naukę o „wyjściu z domu niewoli”, miała od początku potencjał powszechny, adresowany do wszystkich uciśnionych. Chrześcijaństwo było tylko jednym z mesjańskich fermentów, w jakie obfitowała starożytna Judea; kolejnym uniwersalistycznym zrywem w łonie judaizmu, któremu udało się ustanowić nową religię dzięki organizacyjnemu geniuszowi Pawła. Kiedy więc Paweł mówi o tym, że odtąd nie masz Żyda ani Greka i wszyscy ludzie stają się równi w obliczu Boga, nie wypowiada on na gruncie judaizmu żadnej herezji: przeciwnie, przemawia przezeń stara logika żydowskiego mesjanizmu, którego echa z łatwością odnaleźć można w pismach proroków. Domyślam się, że nadziei Sebastiana Dudy przyświeca podobne rozumowanie: skoro żydowski mesjanizm tylko z pozoru jest narodowy, w istocie jednak posiada przesłanie uniwersalne – to może podobną operację da się wykonać na mesjanizmie polskim? Obawiam się jednak, że analogia ta zawodzi. Jeśli pewne,


posłowie

209

i wcale nie tak rzadkie, reakcje na ostatnie wydarzenia pod Smoleńskiem potraktować jako kolejny etap rozwoju polskiej koncepcji mesjańskiej, to powodów do „uniwersalistycznego” optymizmu raczej nie ma. Nie tylko syndrom męczeńskiego narcyzmu uległ wzmocnieniu; dokonała się także jego dechrystianizacja. Być może dechrystianizacja ta – jakkolwiek paradoksalnie to brzmi – jest w ogóle cechą charakterystyczną ostatnich przemian religii chrześcijańskiej, która, także w Polsce, przybiera formę bezlitosnego fundamentalizmu, gdzie Chrystus nie jest już niewinnie cierpiącą ofiarą, nadstawiającą wrogom drugi policzek, lecz „Chrystusem wojującym”, mściwym Bogiem rzucającym ogień na ziemię i mobilizującym armię gotowych na wszystko wyznawców. Polski mesjanizm w pierwotnym wydaniu Mickiewiczowskim był raczej łzawy i sentymentalny; miał jednak tę zaletę, że otwarcie odżegnywał się od przemocy, podtrzymując chrześcijański ideał życia w świecie, gdzie rządzi tylko przykazanie miłości bliźniego. Tymczasem dzisiejsza odsłona polskiego mesjanizmu nosi gwałtowne piętno „zemsty Boga” (jak to określa Gilles Kepel w swojej książce poświęconej karierze światowych fundamentalizmów); nie odwołuje się już do owej „siły bezsilnych”, czyli potęgi nakazu moralnego wobec przemocy możnych tego świata, lecz do realnej siły samozwańczej „moralnej większości”, mającej swoją równie realną reprezentację polityczną. To już nie sytuacja narodu bez państwa, bez własnej polityki, bez możliwości realizowania się w świecie doczesnych interesów. Tym razem mesjańskich symboli używa się w konkretnej walce politycznej, w poczuciu rosnącej siły, wręcz w upojeniu tą siłą, którą rozmaici „trybuni ludowi” czują za swymi plecami, udzielając jej głosu. Kiedy czyta się teksty publikowane teraz w „Gazecie Polskiej” albo „Rzeczpospolitej” (nie mówiąc już o licznych forach internetowych), nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszystkie pisane


210

Ż ałoba

są one nie w liczbie pojedynczej, lecz w liczbie mnogiej, rozwibrowane energią tłumu, który wyległ na ulice, by uczcić męczeńską śmierć prezydenta. To wielkie MY, zawłaszczone przez publicystów (bo przecież nic nie wskazuje na to, że masy te rzeczywiście udowodniły, iż wbrew mediom i wbrew propagandzie „kochały Lecha Kaczyńskiego”), udziela im siły, której nie posiadają jako jednostki. Siła ta pozwala im gromić rozproszonych przeciwników, którzy teraz „chowają się ze strachu po kątach”; Robert Mazurek obiecuje, że MY „nakryjemy was czapkami”, a Marcin Wolski w swym słynnym już wierszyku okolicznościowym zapowiada zemstę na tych, co to dzisiaj „lekko pobledli i trochę strapieni” cofają się przed naporem narodu, wreszcie przebudzonego ku prawdzie z koszmarnego snu propagandowego kłamstwa: „Karlejecie pętaki, rośnie zaś jego cień!”. Jarosław Marek Rymkiewicz w równie już osławionej odzie do Jarosława Kaczyńskiego buduje wzniosłą aurę stanu wyjątkowego, wymagającego natychmiastowej interwencji wodza obdarzonego charyzmą: „Ojczyzna jest w potrzebie – to znaczy: łajdacy/Znów wzięli się do swojej odwiecznej tu pracy”. I dalej, otwarcie już „jadąc Mickiewiczem”, pisze: I znowu są dwie Polski – są dwa jej oblicza Jakub Jasiński wstaje z książki Mickiewicza Polska go nie pytała czy ma chęć umierać A on wiedział – że tego nie wolno wybierać Dwie Polski – ta o której wiedzieli prorocy I ta którą w objęcia bierze car północy Dwie Polski – jedna chce się podobać na świecie I ta druga – ta którą wiozą na lawecie.


posłowie

211

Ale cały ten sztafaż mesjański służy temu, by raz wreszcie zemścić się na wrogach – z Bogiem albo i mimo Boga: Co zrobicie? – pytają nas teraz przodkowie I nikt na to pytanie za nas nie odpowie To co nas podzieliło – to się już nie sklei Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei Którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu! Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo? O to nas teraz pyta to spalone ciało I jest tak że Pan musi coś zrobić w tej sprawie Niech się Pan trzyma – Drogi Panie Jarosławie Wiem, że jestem tylko „skarlałym pętakiem”, „zimnym umysłem, który pogardza własnym narodem”, „łajdakiem” zaprzęgniętym do „odwiecznej pracy” podmywania zdrowych fundamentów mojej wspólnoty itp., ale z nizin mego skarlenia powiem mimo wszystko, że retoryka tego wiersza jest nie tyle mesjańska, ile wprost – faszystowska. Zresztą, o dechrystianizacji – i faszyzacji – polskiej formuły mesjańskiej pisałam już raz przy okazji Kinderszenen, książki tego samego autora, a jego ostatni utwór diagnozę tę tylko potwierdza. Atmosfera stanu wyjątkowego; poczucie niemej siły powstającego i budzącego się narodu; wiara w osobistą charyzmę wodza; kult śmierci, której nadaje się cechy wzniosło-tragiczne; pragnienie „sprawiedliwej” zemsty – wszystko to należy do dobrze znanego kanonu. Jest to zupełnie oczywi-


212

Ż ałoba

sta oczywistość – Polacy zaś, którzy się oburzają, gdy im o tym przypomnieć, zachowują się zupełnie jak pan Jourdain z Moliera, bardzo się dziwiący, że „mówi prozą”. Naprawdę, przykłady można mnożyć i mnożyć. Oto zdanie otwierające manifest żałobny filozoficznego pisma „Kronos”, stworzony przez Wawrzyńca Rymkiewicza i Piotra Nowaka, pod tytułem Wawelska skała. Tu dechrystianizacja motywu mesjańskiego stała się już jawnym faktem, a polskie przeznaczenie narodowe występuje w kostiumie antyczno-pogańskim, szczególnie ulubionym przez faszystowską inteligencję: Dla Starożytnych żałoba była w takim samym stopniu zjawiskiem politycznym, co wojna. Ktoś, kogo nie interesowały sprawy państwa – w czasach jego tryumfu, a także w czasach żałoby – uznawany był za „idiotę”, osobę niepolityczną, stojącą, jak bóg czy dzikie zwierzę, poza wspólnotą miasta. Żałoba po prezydencie nie może więc być aktem prywatnym, dlatego: Trzeba je [ciało Lecha Kaczyńskiego] wynieść na Wawel i złożyć pośród królów i bohaterów. Dopiero z tej wysokości – z wysokości Wawelu – widać, kto jest kim, gdzie przebiega granica między swoim a obcym. Nie jest to polityka śmierci. Przeciwnie: to polityka mocy, afirmacji życia, decyzji. To polityka, która stara się sprostać wzniosłości Wydarzenia – sytuacji, która pozbawia wszystkie dotychczasowe sensy aktualności i która nadaje także inne znaczenie samej żałobie. Nie wszyscy to rozumieją. Rozumieją to jedynie ci, dla których polityka, a więc sfera czynów skutecznych, ma sens istnieniowy albo metafizyczny.


posłowie

213

A teraz, kiedy już wiemy, kto jest swój, a kto obcy, i kto rozumie – czuje – wielkość decyzji bezpośrednio, a kto nie, i kto naprawdę sięgnął do najgłębszych źródeł życia, możemy raz jeszcze umocnić się w jedności polskiej misji mesjańskiej, której „symbolem jest Lech Kaczyński”: Być dzisiaj Polakiem to trwać przy formie szlacheckiej – która ma greckie i rzymskie korzenie. Ta forma nie jest wcale sprawą minioną. Być dzisiaj Polakiem to walczyć z nową postacią niewolnictwa, jaką narzucają nam media masowe, zamieniając człowieka w zwierzę konsumpcyjne i obracając wniwecz wysiłki naszych przodków. Być Polakiem to brać stronę słabszych przeciwko władcom tego świata. To bronić suwerenności państwa przeciwko bezosobowym rządom biurokracji i kapitału, które stoją dziś nad planetą, pozbawiając wszystko stabilności i oparcia. Tego wszystkiego symbolem jest Lech Kaczyński. Proszę zauważyć: przez chwilę znów migocze tu płomyk przesłania uniwersalnego, kiedy słyszymy, że „być Polakiem to brać stronę słabszych przeciwko władcom tego świata”. Migocze – i zaraz zagasa, bo za chwilę się okazuje, że jedynym celem Polaka winna być polityka ściśle narodowa i suwerenna, broniąca lokalnej tożsamości przeciw globalnemu kosmopolityzmowi, zawsze mająca na oku „granicę między swoim a obcym”. Realizująca się nie w pokoju i dobrobycie (a fe, te mieszczańskie, nieszlacheckie, nowoczesne przesądy) – lecz w wojnie i żałobie. W duchu twardych i męskich Kriegstugende, czyli „wojennych cnót”. Wracając do nadziei Sebastiana Dudy: czy da się pracować na takim materiale? Da się przekuć „wawelską skałę” w opokę dla mesjańskiej lewicy, która na dodatek miałaby charakter promodernizacyjny? No nie wiem. Podobno wiara góry przenosi, ale tej „skały” to już chyba nic nie ruszy.


NOTY O AUTORACH Zygmunt Bauman – socjolog, filozof, eseista, emerytowany profesor uniwersytetu w Leeds dr hab. Agata Bielik-Robson – filozofka, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN dr hab. Ryszard Bugaj – ekonomista, był doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego do spraw ekonomicznych Izabella Cywińska – reżyserka teatralna i filmowa, dyrektor artystyczny Teatru Ateneum w Warszawie Sebastian Duda – filozof, teolog, publicysta Kinga Dunin – krytyczka literacka, publicystka, felietonistka, członkini zespołu „Krytyki Politycznej” Joanna Erbel – socjolożka, fotografka, członkini zespołu „Krytyki Politycznej” Maciej Gdula – socjolog, pracuje w Instytucie Socjologii UW, członek zespołu „Krytyki Politycznej” Manuela Gretkowska – pisarka, scenarzystka filmowa, felietonistka, założycielka Partii Kobiet Jaś Kapela – pisarz i bloger, członek zespołu „Krytyki Politycznej” Joanna Kluzik-Rostkowska – posłanka PiS, szefowa sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego prof. Małgorzata Kowalska – filozofka, pracuje na Uniwersytecie w Białymstoku, członkini zespołu „Krytyki Politycznej” Ivan Krastev – politolog, dyrektor Centrum Strategii Liberalnych w Sofii


NOTY O AUTORACH

215

Henryka Krzywonos – tramwajarka, sygnatariuszka Porozumień Sierpniowych, założycielka rodzinnego domu dziecka Roman Kurkiewicz – dziennikarz związany m.in. z „Przekrojem” i radiem Tok FM prof. Bronisław Łagowski – historyk idei, profesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie Magdalena Łazarkiewicz – reżyserka i scenarzystka, wraz z Agnieszką Holland i Kasią Adamik kręciła serial Ekipa Bartosz Machalica – historyk, politolog, publicysta tygodnika „Przegląd” Jakub Majmurek – filmoznawca, doktorant w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN, członek zespołu „Krytyki Politycznej” Kaja Malanowska – pracuje w 20. Społecznym Gimnazjum na ul. Raszyńskiej w Warszawie, autorka książki Drobne szaleństwa dnia codziennego (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010) Wiktor Marzec – socjolog, koordynator Klubu Krytyki Politycznej w Łodzi prof. Andrzej Mencwel – kulturoznawca, historyk idei, w Wydawnictwie Krytyki Politycznej wznowiliśmy jego Etos lewicy Cezary Michalski – pisarz, publicysta, współpracownik „Krytyki Politycznej” Krzysztof Nawratek – urbanista, wykłada architekturę w School of Architecture & Design w Plymouth David Ost – amerykański politolog, autor m.in. książki Klęska „Solidarności” Adam Ostolski – socjolog, tłumacz, członek zespołu „Krytyki Politycznej” Tomasz Piątek – pisarz, felietonista, członek zespołu „Krytyki Politycznej” Janusz Rudnicki – pisarz


216

Ż ałoba

Michał Sutowski – politolog, członek zespołu „Krytyki Politycznej” Sławomir Sierakowski – redaktor naczelny „Krytyki Politycznej”, w 2010 roku przebywa na Uniwersytecie w Princeton Jan Smoleński – dziennikarz, studiuje filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, członek zespołu „Krytyki Politycznej” Michał Syska – działacz społeczny i polityczny, publicysta, członek zespołu „Krytyki Politycznej” Małgorzata Szumowska – reżyserka filmowa, scenarzystka, producentka, członkini Europejskiej Akademii Filmowej prof. Magdalena Środa – filozofka, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim Bronisław Świderski – pisarz, eseista, tłumacz Olga Tokarczuk – pisarka, eseistka, laureatka literackiej Nagrody NIKE prof. Andrzej Walicki – historyk idei, emerytowany profesor Uniwersytetu Notre Dame (USA) i członek Polskiej Akademii Nauk


Spis rzeczy Od redakcji

_4

DZIEN PIERWSZY, 10 KWIETNIA 2010

_7

DZIEŃ DRUGI, 11 KWIETNIA 2010

_9

DZIEŃ TRZECI, 12 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK _11 Sławomir Sierakowski, „Śmierć to jedyna rzecz, której nie udało nam się całkowicie zwulgaryzować” _12 Cezary Michalski, Polityka śmierci _15 David Ost, Polska katastrofa _22 Magdalena Środa, Wspomnienie o Izabeli Jarudze-Nowackiej _27 Henryka Krzywonos, Wspomnienie o Annie Walentynowicz i Marii i Lechu Kaczyńskich _30 Joanna Kluzik-Rostkowska, Zginęły bardzo ważne kobiety _31 Adam Ostolski, Wspomnienie o Grażynie Gęsickiej _33 Bartosz Machalica, Wspomnienie o Jerzym Szmajdzińskim _35 Prasa niemiecka: Wystarczy tych polskich ofiar _37 DZIEŃ CZWARTY, 13 KWIETNIA 2010, WTOREK Maciej Gdula, Trzy żałoby Roman Kurkiewicz, Katastrofa polityczna Tomasz Piątek, Cierplarnia Jakub Majmurek, Smoleńsk albo odpowiedź Realnego Sławomir Sierakowski w rozmowie z Janem Opielką, O stosunkach polsko-rosyjskich i polsko-polskich Ryszard Bugaj, Wspomnienie o Lechu Kaczyńskim Kazimiera Szczuka, Wspomnienie o Izabeli Jarudze-Nowackiej

_43 _44 _46 _48 _54 _57 _60 _63


DZIEŃ PIĄTY, 14 KWIETNIA 2010, ŚRODA Cezary Michalski, Witajcie w niebezpiecznych czasach Andrzej Mencwel, Kwestie polityczne Michał Sutowski, Koniec polityki ofiary Krzysztof Nawratek, Poza histerię, poza cynizm Michał Syska, Po katastrofie w Smoleńsku doktryna szoku? Joanna Erbel, Czy ulica ma prawo do żałoby? Ostatnie wystąpienie w Sejmie posłanki Izabeli Jarugi-Nowackiej

_67 _68 _73 _77 _80 _84 _86 _88

DZIEŃ SZÓSTY, 15 KWIETNIA 2010, CZWARTEK Małgorzata Kowalska, Przerwany poród sensu Magdalena Łazarkiewicz w rozmowie z Janem Smoleńskim, Spektakl z odrobiną metafizyki Ivan Krastev, Historyczne barwy tragedii

_95 _96 _101 _105

DZIEŃ SIÓDMY, 16 KWIETNIA 2010, PIĄTEK Andrzej Walicki w rozmowie z Michałem Sutowskim, Tusk w objęciach Putina mnie nie dziwi Agata Bielik-Robson, Polski triumf Tanatosa Tomasz Piątek, Wieża Wawel Jan Smoleński, Płacz i rób cokolwiek

_107

DZIEŃ ÓSMY, 17 KWIETNIA 2010, SOBOTA Bronisław Łagowski w rozmowie z Michałem Sutowskim, Akcje polityczne Jarosława Kaczyńskiego niesamowicie wzrosły Manuela Gretkowska w rozmowie z Janem Smoleńskim, Martwy Polak opłakuje sam siebie Małgorzata Szumowska, Boję się takiej żałoby Izballea Cywińska w rozmowie z Janem Smoleńskim, Żałoba, czyli niezrozumiały obowiązek Kaja Malanowska, Śmierć PREZYDENTA? Wiktor Marzec, Opatrzność spadła nam z nieba

_127

_108 _116 _120 _124

_128 _132 _138 _140 _143 _147


DZIEŃ DZIEWIĄTY, 18 KWIETNIA 2010, NIEDZIELA Janusz Rudnicki, Po pierwsze… Kinga Dunin, Umiarkowany optymizm w granicach pesymizmu Jaś Kapela, Czas żałoby jako czas idealny

_151 _152 _154 _156

DZIEŃ DZIESIĄTY, 19 KWIETNIA 2010, PONIEDZIAŁEK Agata Bielik-Robson, Totem i tabu. Polskiej tanatologii ciąg dalszy Olga Tokarczuk, Znowu zaczynamy przypominać plemię Zygmunt Bauman, Przyczynek do fenomenologii roju Cezary Michalski, Latając nad frontem Kinga Dunin, Akwarium z piraniami czy zupa rybna?

_159 _160 _166 _170 _177 _183

Posłowie Sebastian Duda, Polski mesjanizm i nowa lewica Bronisław Świderski, Protest Agata Bielik-Robson, Tanato-mesjano-faszyzm O ostatnich odsłonach polskiej symboliki mesjańskiej

_187 _188 _198 _206

Noty o autorach

_214

Fotografie Zofii Waślickiej i Artura Żmijewskiego

_218


Żałoba Warszawa 2010 Copyright © by the Authors, 2010 © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010 Wydanie pierwsze Printed in Poland ISBN: 978-83-61006-86-2 Redakcja: Sławomir Sierakowski, Agata Szczęśniak Korekta: Anna Sidorek Współpraca: Magdalena Błędowska, Marcin Chałupka, Przemysław Hirniak, Maria Klaman, Agnieszka Kochanowska, Łukasz Tamkun Projekt okładki: Twożywo Projekt typograficzny i skład: rzeczyobrazkowe.pl Druk i oprawa:

www.opolgraf.com.pl

Wydawnictwo Krytyki Politycznej ul. Nowy Świat 63 00-042 Warszawa redakcja@krytykapolityczna.pl www.krytykapolityczna.pl W serii publicystycznej ukazały się: 1. Jacek Żakowski, Nauczka, Warszawa 2007 2. Krzysztof Tomasik, Homobiografie. Pisarki i pisarze polscy XIX i XX wieku, Warszawa 2008 3. Daniel Cohn-Bendit, Co robić? Mały traktat o wyobraźni politycznej na użytek Europejczyków, Warszawa 2010


Żałoba