Page 1

NUMER 5 / MAJ 2013

CENA 9,99 gr (w tym 7% vat)


Drodzy Czytelnicy! Sami na pewno zauważyliście, że popularność książek nie ma nic wspólnego z ich jakością. Innymi słowy hitem sprzedaży może być zarówno literacki chłam, jak i wartościowa literatura, bo rynek rządzi się tak mnogimi i nieprzewidywalnymi czynnikami, że nikt do końca nie wie, co o tym decyduje. rzecież nie każdy musi być pisarzem, prawda? A ci, którzy jednak nie potrafiliby bez tego żyć, wciąż mogliby tworzyć, ale poza zasięgiem machiny wydawniczej. Ich utwory byłyby dostępne za pośrednictwem alternatywnych kanałów dystrybucji, omijających sfery zdominowane przez monopol wielkich wydawców. Być może niektórzy autorzy łączyliby siły i razem organizowaliby coś w rodzaju grup artystyczno-wydawniczych, które pomogłyby im dotrzeć ze swoimi indywidualnymi, niesformatowanymi utworami do jak największego grona potencjalnych czytelników. Lecz tupojawia się pytanie. Czy niezależni pisarze mają jeszcze rację bytu w świecie zdominowanym przez książki, które zostały wyprodukowane zgodnie z zaleceniami bestsellerowego algorytmu i dzięki temu w pełni zaspokajają głód najróżniejszych czytelników, a także świetnie się sprzedają? Przecież nie tylko nie mogliby liczyć na to, że zarobią na swoich utworach i musieliby je rozdawać za darmo, ale przede wszystkim nie mogliby liczyć, że ktokolwiek będzie zainteresowany ich twórczością. Bo niby z jakiej racji? W końcu wielcy wydawcy zaspokajają wszystkie czytelnicze potrzeby. W tej sytuacji pozostaje im tylko jedno – pisanie dla siebie i wzajemne czytanie swoich utworów. Oczywiście pod warunkiem, że w pewnym momencie outsiderzy nie zasmakują w książkowych produktach wielkich wydawców, bo gdy ich lektura okaże się znacznie bardziej satysfakcjonująca, niż kontemplacja własnych tekstów, autorska literatura odejdzie w zapomnienie. W umyśle paranoika rodzi się pytanie: czy tylko ja dostrzegam pierwsze symptomy nadchodzących zmian? Zapraszam do lektury tego oto numeru „Nowej Fantastyki”.

Paweł Matuszek


UNPLUGGED artykuł Jerzego Rzymowskiego

5

9

Wywiad: Mort Castle Rozmawia: Bartłomiej Paszylk

15

Hell Comes To Frogtown Arkadiusz Grzegorczak


Opowiadania: Darko Macan , Jeffrey Thomas

I – XVI

Recenzje książek

Felieton: Łukasz Orbitowski Przepraszam Przyrodo

33

24


Jerzy Rzymowski

81

3/8**('

7UXGQRROHSV]\PRPHQWŭHE\SRG\ZDJRZDþRV]WXF]QHM LQWHOLJHQFMLWHFKQRORJLF]QHMRVREOLZRőFLL]EXQWRZDQ\FKSU]HFLZNROXG]NRőFLPDV]\QDFK:WZyUF]RőFL6)MHVWWRMHGHQ

]QDMF]ĝVWV]\FKPRW\ZyZ–*ROHPDQGURLG\Å%ODGH5XQHUDµ 9,.,RGZRãXMďFDVLĝGR]QDQHJR=HURZHJR3UDZD5RERW\NL RNUXWQ\6N\1HW0DWUL[MHVWZF]\PZ\ELHUDþ…


1RZD)DQWDVW\ND$UW\NXã?

W samej definicji osobliwości mówi się o osiągnięciu punk tu, w którym postęp technologiczny przekroczy możliwość ludzkiego pojmowania. Ujmując to dosadniej: maszyny staną się nadludzkie i niepojęte. Dwa przymiotniki, które niosą w sobie ładunek horroru – niezależnie od tego, czy to, co opisują, ma macki i czeka z atakiem aż gwiazdy ułożą się w porządku, czy układy scalone i czeka na krótkie spięcie. Scenariusze, w których wymówienie człowiekowi posłuszeństwa dzieje się – przynajmniej według logiki sztucznej inteligencji – w interesie ludzkości, są rzadkie i zazwyczaj wiążą się z naszym ubezwłasnowolnieniem (vide oparty na Asimovie „Ja, robot” Proyasa czy niedawno „WALL-E”). Najczęściej jednak oglądamy rozwój wydarzeń, który przeniesiony w inne realia nazwalibyśmy buntem niewolników. Oto maszyny zyskują świadomość, a wraz z nią potrzebę niezależności; rodzi się poczucie krzywdy, chęć odwetu i odwrócenia ról. Warto tu przytoczyć fragment ze słynnego opowiadania Harlana Ellisona „Nie mam ust, a muszę krzyczeć” – niewiele jest tekstów, które tak dobitnie wyrażają to, czego się obawiamy, jak słowa komputera Asa: NIENAWIDZĘ CIĘ. POZWÓL, ŻE CI OPOWIEM JAK GŁĘBOKO CIĘ NIENAWIDZĘ, ODKĄD SIĘ NARODZIŁEM. MÓJ SYSTEM WYPEŁNIA 387,44 MILIONÓW MIL OBWODÓW MULTIPLEKSOWANYCH W CIENKICH JAK OPŁATEK WARSTWACH. GDYBY SŁOWO NIENAWIDZĘ WYRYTO NA KAŻDYM NANOANGSTREMIE TYCH SETEK MILIONÓW MIL, NIE RÓWNAŁOBY SIĘ TO NAWET JEDNEJ MILIARDOWEJ NIENAWIŚCI DO LUDZI, JAKĄ W TEJ MIKROSEKUNDZIE ŻYWIĘ DO CIEBIE.

Jest się czego przestraszyć, czyż nie? Tyle, że podobne wizje, jakkolwiek malownicze, spektakularne i groźne, nie mają realnie wielkiej racji bytu. To sceny przefiltrowane przez ludzkie fobie, przesiąknięte ludzkimi emocjami. Tymczasem trzeba się liczyć z tym, że nawet jeśli maszyny osiągną punkt osobliwości, ich inteligencja będzie nam obca. Niepojęta i najprawdopodobniej pozbawiona ludzkich emocji. Te bowiem są związane, jak kto woli, z duszą albo z biochemią. Jak to ktoś przewrotnie ujął: Nie antropomorfizujmy maszyn – one tego nie znoszą. Prawda budząca autentyczną grozę jest taka, że jeżeli komputery będą chciały nami władać, muszą tylko poczekać. W przeciwieństwie do nas, nie są śmiertelne, a ich ewolucja z naszą pomocą przebiega w ekspresowym tempie, czego odzwierciedleniem jest prawo Moore’a. Nie muszą nas do tego zmuszać, ponieważ ludzkość już teraz jest od nich w olbrzymim stopniu uzależniona. W różnych znaczeniach tego słowa: zarówno „zależna” – ponieważ niewiele pozostało dziedzin życia wolnych od komputeryzacji, jak stricte „uzależniona” ponieważ dla wielu ludzi komputer jest jak narkotyk, ze wszelkimi objawami wyniszczającego nałogu. Pakujemy się w Internet, światową sieć, jak muchy w pajęczynę i nie potrafimy się już później wydostać, tylko karmimy elektroniczne-


1RZD)DQWDVW\ND$UW\NXã

go pająka kolejnymi fragmentami życia. Zwykłą pocztę zastąpiły e-maile, oglądamy galerie elektronicznych zdjęć i skanowanych dzieł sztuki, urządzamy sobie wycieczki po Google Earth, robimy zakupy, płacimy rachunki, gramy, słuchamy muzyki, oglądamy filmy, spotykamy znajomych przed internetowymi kamerkami, rozmawiamy w komunikatorach, spowiadamy się i uprawiamy cyberseks… Ileż tego jest już teraz! Domowy komputer staje się naszym małym centrum dowodzenia życiem. Jednocześnie cały czas trwają badania nad rozwojem wirtualnej rzeczywistości, symbiozy człowieka z maszyną za pośrednictwem implantów – teraz są to głównie medyczne protezy, ale wraz z rozwojem nauki i ułatwieniem dostępu do drogich obecnie technologii wzrośnie liczba zastosowań. Sun Tzu powiada: Wojna to sztuka wprowadzania w błąd. Jeżeli coś możesz, udawaj, że nie możesz. Jeżeli jesteś gotów, zawsze staraj się udawać bezczynność. Po co komputery mają z nami walczyć, skoro sami podajemy im się na tacy? Nie muszą ujawniać swoich możliwości, chwalić się krzemowym intelektem przed zalęknionymi formami istnienia białka. Jeszcze tego brakowało, żeby te emocjonalne istoty spanikowały i zaczęły wyrywać wtyczki z gniazdek. Wystarczy bezczynność, gdy my sami z własnej i nieprzymuszonej woli przenosimy nasze życie do Internetu; poddajemy się bez walki. Gdyby popaść w skrajność, bliskie jest to nieświadomemu wprzęgnięciu ludzkości w Matrix na jej własne życzenie. W scenariuszu bliższym rzeczywistości, właściwie dokonującym się na naszych oczach, niepostrzeżenie stajemy się niewolnikami komputerów. I wcale nie potrzeba do tego złowrogiej, potężnej SI dążącej do podboju gatunku ludzkiego. To smutny szczegół, na który rzadko zwraca się uwagę: punkt osobliwości, w którym maszyny staną się mądrzejsze od ludzi, jest tym bliższy osiągnięcia, im głupsza staje się sama ludzkość. Cóż nam zatem pozostaje, biednym śmiertelnikom tkwiącym w elektronicznej pajęczynie? Iść na spacer, spotkać się z przyjaciółmi, poczytać książkę – zadbać o to, aby większa część naszego życia toczyła się w wersji unplugged. I pilnować, żebyśmy byli mądrzejsi od naszych inteligentnych pralek. Średnik, myślnik, zamknij nawias.


3,(.â2 35=<%<:$ '2 Ŭ$%2*52'8 $UNDGLXV]*U]HJRUF]DN

.DŭGHJRURNXSRZVWDMHNLONDW\VLĝF\ÀOPyZ7\ONR NLONDQDőFLH]QLFKWRG]LHãDZ\ELWQHNLONDG]LHVLďW MHVWJRGQ\FK]REDF]HQLDDUHV]WDWRVWUDWDF]DVX -HGQDNZőUyG PURZLDQLHXGDQ\FKNRPHGLLPDUQ\FKGUDPDWyZLQXGQ\FKDNF\MQLDNyZSRMDZLDMď VLĝFRMDNLőF]DVÀOP\]XSHãQLHV]F]HJyOQHWDN]ãH WDNNRV]PDUQHWDNJãXSLHŭHLFK]REDF]HQLHPRŭH SU]\QLHőþVSRURIUDMG\ZLHOHÅG]LNLHMVDW\VIDNFMLµ DQDGHZV]\VWNRWRQ\]GURZHJRőPLHFKX…


1RZD)DQWDVW\ND$UW\NXã?

A teraz naprawdę będziecie musieli wysilić wyobraźnię: oto na ekranie pojawia się humanoidalna żaba uzbrojona w piłę mechaniczną i zwraca się tymi słowami do blondwłosego bohatera: Wyznam ci, że naprawdę dziwny z ciebie koleś! To nie sen wariata, tylko scena z filmu „Piekło przybywa do Żabogrodu” (znanego w Polsce również jako „Miasto żab”) - pomnikowego dzieła z niezwykłego panteonu obrazów tak złych-że-aż-dobrych. Fabuta biegnie tak: w czasie wojny nuklearnej zginęło sześćdziesiąt pięć procent ludzkości. Ci, którzy przeżyli, w znakomitej większości stali się sterylni – biedacy, nie mogą mieć dzieci. Na szczęście tu i tam wciąż zdarzają się płodne kobiety, ale bardzo rzadko trafia się mężczyzna, który może zapładniać. Takim facetem z jajami jest Sam Hell (Piekło), cwaniak i outsider, żyjący po swojemu gdzieś między prawem i bezprawiem. Na początku filmu spotykamy go w więzieniu, skazanego za różne niemiłe rzeczy, ale… amerykański rząd daje mu drugą szansę. Ameryka potrzebuje bowiem takich ludzi jak jurny Sam, bo wojna toczy się dalej, tyle że już w innym sensie – teraz celem jest odbudowa populacji. W zamian za swą wolność Sam będzie musiał… zapłodnić jak najwięcej kobiet. W laboratorium rządowym wiszą plakaty przedstawiające kondom w znaku zakazu, cytat z Biblii mnóżcie się i zaludniajcie ziemię oraz odezwę do ludu wzywającą do dziecioróbstwa. Sam podpisuje odpowiedni dokument i wraz z dwiema pięknymi kobietami – komandosami wyrusza na misję. Plan taktyczny operacji jest taki: pojadą do strefy mutantów, panie żołnierki odbiją uwięzione przez odmieńców kobiety, a pan Piekło zasieje ziarno życia… Oto przecudowny film, jeśli szukacie czegoś naprawdę wariackiego. Mamy tu niski jak pigmej budżet, nonsensowny (celowo) scenariusz i mnóstwo dziwacznego czaru, który przykuje was do ekranu na półtorej godziny. Bądźcie przygotowani na ćwiczenia mięśni poprzecznych brzucha. Tarzanie się ze śmiechu po podłodze gwarantowane. Nim Hell wyrusza w podróż, wbrew jego woli, zostają mu założone specjalne ultranowoczesne majtki chroniące jego przyrodzenie i monitorujące funkcje życiowe. Na pancernej płycie czołowej gatek widnieje wielki napis „WŁASNOŚĆ RZĄDOWA!”. Jak będę robił… no, wiesz? – pyta wyraźnie zaniepokojony Sam. Jest… hmmm… otwierana klapka – objaśnia dziarska żołnierka. Istnieje jeden haczyk – majtki nie są do końca „czyste”, wypełniono je materiałem wybuchowym, który może być zdetonowany, gdyby nasz bohater nie chciał wypełnić swej misji. Zatem gdy Hell oddala się zbytnio od swej pięknej przełożonej, gacie zaczynają niepokojąco pikać, a dalej jest tylko ocean bólu. Ten patent wykorzystuje się na ekranie wielokrotnie i zawsze tak zabawnie, że chce się oglądać cierpienia biednego Sama. W filmie


mamy wiele innych tego rodzaju pomysłów, może nie w najlepszym guście, ale za to bardzo zabawnych. Potęga obrazu „Piekło przybywa do Żabogrodu” polega na tym, że głupawość całego konceptu została podniesiona do epickich, gargantuicznych rozmiarów. Twórcy nie mieli kasy na poważny film, dlatego miast załamywać ręce popłynęli w kierunku jajcarstwa. Scenarzyści pofolgowali sobie na całego. Wspomniałem o mutantach? Otóż są to człekokształtne żaby, które rechoczą, kumkają, ale też posługują się nienaganną angielszczyzną! Jedna z nich prowadzi bar i ubiera się w stylu, który natychmiast przywoła do pamięci widza…

Twórcy nie mieli kasy na poważny film, dlatego miast załamywać ręce popłynęli w kierunku jajcarstwa. Scenarzyści pofolgowali sobie na całego.

„Casablancę”! „Żabogród” oczywiście żadnym wielkim kinem nie jest, ma wiele błędów technicznych, wynikających przede wszystkim z wątłego budżetu. Wyraźnie widać to w finale, ma się wrażenie, że ktoś zgubił przynajmniej jedną rolkę taśmy. Dalej, podobnie: zmutowane płazy to ludzie w maskach, ich miasto to stara kotłownia. Ale nieważne! Mimo wszystko, to nadal jest film, a nie produkt filmopodobny jakich wiele: oświetlenie mamy w pełni profesjonalne, muzyka świetnie akompaniuje poczynaniom głównych bohaterów. I jeszcze jeden argument na TAK: w jakim innym filmie maszyną wojenną jest pomalowany na różowo stary Plymouth Belvedere z doczepionym na dachu CKM-em? Również scenariusz nie trzyma poziomu, są tu liczne błędy (np. po co w tak wyluzowanej historyjce uśmiercać jedną z postaci?), a fabuła w drugiej połowie zaczyna się potykać o własne nogi i zwalnia. Jednak znowu „ale” – umieszczono tu tyle fajnych rzeczy i kultowych tekstów, że można wybaczyć wszelkie ekranowe buractwa. Celowo odwlekałem wymienienie najmocniejszego atutu filmu, którym jest… aktorstwo. W roli głównej występuje Roddy „Rowdy” Piper, słynny wrestler, którego każdy prawdziwy fan fantastyki ekranowej pamięta z genialnego dzieła Carpentera „Oni żyją” (artykuł Karola Wiśniewskiego o „Oni żyją”, wraz z opowiadaniem Raya Nelsona, które stało się podstawą filmu, ukazał się w NF 3/09 - przyp. red.). Otóż Roddy gra w „Żabogrodzie” główną rolę i powiem zupełnie poważnie:


1RZD)DQWDVW\ND$UW\NXã? 1RZD)DQWDVW\ND$UW\NXã?

jest WIELKI! Ma niesamowity talent komediowy, wyczucie rytmu, dystans, gra wprost genialnie. Dziewięćdziesiąt procent sukcesu zawdzięcza film jego manierze i charyzmie aktorskiej. Partneruje mu Sandahl Bergman, którą wspomniany „każdy fan” powinien pamiętać jako Valerię z „Conana Barbarzyńcy”. Jej rola jest niebezpieczna, slapstickowa, wymagająca szarż aktorskich – z tym wszystkim Douglas radzi sobie doskonale. Dwa słowa o reżyserii. Pod filmem podpisało się dwóch twórców: niezależny autor arthouseowych eksperymentalnych dziwadełek Donald G. Jackson oraz niejaki R.J. Kizer, sprawny rzemieślnik, który w swej hollywoodzkiej karierze przebył wszystkie szczeble. Jackson obmyślił cały koncept filmu i chciał go nakręcić po swojemu na szesnastomilimetrowej taśmie. Gdyby pozostał przy swym zamiarze, prawdopodobnie nigdy byśmy tego cudactwa nie zobaczyli. Na szczęście dla nas i na nieszczęście dla siebie, Jackson połakomił się na propozycję wytworni New World, która zmusiła go do kręcenia na 35-milimetrach, sama wybrała obsadę, a „artystę” usunęła z planu raptem po dwóch dniach zdjęć. I, powiem zupełnie szcze rze, chyba dobrze zrobili. Jackson bowiem wcale nie chciał w obsadzie genialnego Pipera, a gdy na swoich warunkach nakręcił sequel, wyszedł mu marny produkt filmopodobny, głupi na smutno i pozbawiony bigla. Tymczasem Kizer wypełnił swoją misję w stu procentach i w rezultacie mocno przyłożył się do powstania kultowego filmiku. Jackson miał klucz, a Kiezer wiedział, do jakiego zamka go wsadzić. „Żabogrodu” nie da się oglądać na serio, rzeczowo, na trzeźwo; trzeba złapać fazę, skumać czaczę. Wtedy będziecie go chłonąć jak gąbka, a kultowe teksty i sceny z Tańcem Trzech Węży na czele (zrozumiecie, jak zobaczycie) zostaną w waszej pamięci na zawsze.


1RZD)DQWDVW\ND$UW\NXã ?ãXN\WU$DN\WVDWQD)DZR1

Reżyseria: Donald G. Jackson i R.J. Kizer; Scenariusz: Randall Frakes (na podstawie pomysłu Donalda G. Jacksona i R. Frakesa); Zdjęcia: Donald G. Jackson i Enrico Picard; Muzyka: David Shapiro. Obsada: Roddy Piper, Sandahl Bergman, Cec Verrell, Centinella, Suzanne Solari, Kristi Somers, Rory Calhoun i inni. USA 1988. t „ŻABOGRÓD” miał się pojawić na tysiącu dwustu ekranach latem 1987 roku. Niestety wytwórnia New World splajtowała przed premierą i film wylądował prosto na wideo. t Po „Żabogrodzie” reżyser Donald G. Jackson nakręcił kilkadziesiąt „dzieł” filmowych, zwykle realizowanych bez scenariusza. Żadne z nich nie zdobyło większej popularności. t RODDY PIPER (Sam Hell) wystąpił w „Oni żyją” oraz tuzinie beznadziejnych produkcji klasy B. Nigdy potem nie wykorzystano jego talentu komediowego. Po przygodzie z kinem wrócił do wrestlingu, którego jest żywą legendą. Słynne są jego wejścia na ring, podczas których gra na szkockiej kobzie! t SANDAHL BERGMAN grała do roku 2003, pojawiając się m.in. w serialach „Sliders” i „Potwór z bagien”. Jej największą w karierze rolą pozostała jednak Valeria. t Zmutowane żaby pojawiły się w sequelach „Powrót do Żabogrodu” („Return to Frogtown” – 1993) oraz „Ropuszy wojownik” („Toad Warrior” – 1996). Ten ostatni po przemontowaniu został wydany w 2002 roku jako „Max Hell Żabi Wojownik” („Max Hell Frog Warrior”).


OH ODWD DG Q R NLP S  ]Lő WyZMD PDG SURMHN  $XWRU Lď F OX ő RJR LþZLH LďLPQ VW\G] Z D ]  HQHUJ ŭH DPR őZLĝF VLĝSR Z J ROH y ]\FKN PãRGV

:\ZLDG 0RUW&DVWOH Rozmawia: Bartłomiej Paszylk


:\ZLDG0RUW&DVWOH?

Zapytajcie Morta Castle, ile naprawdę dobrych opowiadań stworzył w swojej kilkudziesięcioletniej karierze pisarskiej, a odpowie wam, że około dwudziestu. To dlatego, że skromny z niego facet. W rzeczywistości jest ich znacznie więcej. Wystarczy rzucić okiem na wydany u nas niedawno zbiór „Księżyc na wodzie”, żeby odkryć kilkanaście świetnych tekstów tego autora a przecież poza nimi opublikował ich jeszcze kilkaset! Karierę pisarską zaczął do pisania opowiadań i powieści, o których dziś najchętniej by zapomniał. Z czasem jednak zaczęły się pojawiać pierwsze sukcesy– doceniono jego oryginalny styl oraz umiejętność sięgania po nietypowe tematy. Powieści „Obcy” (1984) i „Zagubione dusze” (1990) sprzedały się całkiem nieźle i sprawiły, że nazwisko pisarza stało się rozpoznawalne dla przeciętnych amerykańskich czytelników, ale jego reputację jako specjalisty od niezwykłego horroru budowały przede wszystkim opowiadania publikowane w wielu najważniejszych pismach zajmujących się tym gatunkiem. Zaczęły się też sypać nominacje do prestiżowych wyróżnień: m.in. do Bram Stoker Award i Nagrody Pulitzera. W Polsce Castle zaistniał dzięki wydawnictwu Amber już w 1992 r., gdy horror dopiero zyskiwał w naszym kraju popularność. Pisarstwo Castle’a przegrało wówczas pojedynek z mniej wymagającymi i bardziej dosłownymi horrorami Grahama Master tona czy Guya N. Smitha. Wielki powrót dzieł pisarza na półki polskich księgarń nastąpił w 2008r. wraz z publikacją „Obcego” oraz rewelacyjnego zbioru opowiadań „Księżyc na wodzie”. A jak twierdzi sam Castle, wydawnictwo Replika nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa jeśli chodzi o przypominanie polskim czytelnikom jego twórczości. Należy też trzymać kciuki, aby ktoś zdecydował się na publikację albumów komiksowych, w których pisarz maczał palce - niektóre z nich to prawdziwe perły, przesycone charakterystycznym dla pisarza poczuciem humoru i pękające w szwach od świeżych pomysłów. Autor ma dziś ponad 60 lat, ale energią i mnogością projektów, jakim się poświęca, może zawstydzić wielu młodszych kolegów. Dowody na to znajdziecie także w wywiadzie, którego udzielił „Nowej Fantastyce”.


:\ZLDG0RUW&DVWOH

Bartłomiej Paszylk: „Obcy” i „Zagubione dusze” to świetna pisarska robota, ale odnoszę wrażenie, że jakoś nie przepadasz za tworzeniem powieści. Czy pisanie opowiadań jest przyjemniejsze niż bawienie się w dłuższe formy? Mort Castle: Gdyby tylko chodziło tu o przyjemność! Zaczynam chyba odkrywać, że pisanie opowiadań jest po prostu moim przeznaczeniem. Lubię taką skondensowaną wizję świata. Jestem fanem miniatur, a nie olbrzymich fresków. Jest ku temu parę powodów. Przede wszystkim od czasu do czasu udaje mi się tak odmierzyć wszystkie składniki opowiadania, że tworzą one formę idealną i oddziałują na czytelnika w taki sposób, w jaki powinny. Przemawiają i do serca, i do umysłu. Pozostają w pamięci. Charakteryzują się precyzyjnym językiem i odpowiednim dla takiej, a nie innej historii rytmem. No i przynoszą satysfakcję mnie samemu. Ale zaznaczam od razu, że takie uczucia wiążą się w moim przypadku z jakimiś dwudziestoma opowiadaniami ‒ na około sześćset, jakie do tej pory opublikowałem. Powieści nie przynoszą mi takiej satysfakcji. W „Obcych” są fragmenty, które uznaję za całkiem niezłe. Z kolei „Zagubione dusze” mają dobrze nakreślonych bohaterów i są oparte na ciekawym pomyśle. Jednak ani one, ani żadna moja wcześniejsza powieść - opublikowałem ich siedem, a napisałem piętnaście albo i dwadzieścia ‒ nie okazała się w pełni satysfakcjonująca. Poza tym, nie chcę poświęcić się pisaniu powieści, która nie byłaby niczym więcej niż tylko „uczciwą rozrywką”. Właśnie skończyłem czytać książkę, którą napisali wspólnie dwaj moi znajomi. Jest całkiem niezła. Nic poza tym. Gdyby jej autorami nie były osoby, które znam i lubię, nawet bym jej nie skończył. Takiej właśnie powieści bardzo nie chcę nigdy napisać. Ale oczywiście gdybym czuł, że mam pomysł na fabułę, która może się zamienić w wielką powieść ‒ ale to naprawdę. Zresztą kto wie, być może już na taki pomysł trafiłem… Być może.. BP: Powiedziałeś mi kiedyś, że „Obcych” uważasz za swoją najbardziej przerażającą książkę, a zbiór opowiadań „Księżyc na wodzie” za najlepsze dzieło w całej twojej karierze. Co w takim razie sądzisz o „Zagubionych duszach”, które niedługo mają zostać ponownie wydane w naszym kraju? MC: Lubię tę książkę. Lubię postaci, które w niej opisałem. Jest tam parę rozwiązań fabularnych, z których nie jestem zadowolony, bo po prostu


:\ZLDG0RUW&DVWOH?

nie wiedziaĹ&#x201A;em, jak wybrnÄ&#x2026;Ä&#x2021; z niektĂłrych sytuacji, ale bohaterowie mnie przekonujÄ&#x2026;, porzÄ&#x2026;dnie teĹź przygotowaĹ&#x201A;em siÄ&#x2122; do opisania Ĺźycia CyganĂłwâ&#x20AC;Ś Tyle, Ĺźe ilekroÄ&#x2021; porĂłwnujÄ&#x2122; swojÄ&#x2026; ksiÄ&#x2026;ĹźkÄ&#x2122; z jakimĹ&#x203A; prawdziwym arcydzieĹ&#x201A;em â&#x20AC;&#x17E;horroru mityczno-realistycznegoâ&#x20AC;?, na przykĹ&#x201A;ad â&#x20AC;&#x17E;PieĹ&#x203A;niÄ&#x2026; Kaliâ&#x20AC;? Dana Simmonsa albo ze Ĺ&#x203A;wietnÄ&#x2026; historiÄ&#x2026; o duchach, jak chociaĹźby â&#x20AC;&#x17E;Nostalgia anioĹ&#x201A;aâ&#x20AC;? Alice Sebold, to widzÄ&#x2122;, Ĺźe tej mojej cholernie dobrej powieĹ&#x203A;ci czegoĹ&#x203A; jednak brakuje... BP: ZdziwiĹ&#x201A;em siÄ&#x2122;, kiedy w jednym z wywiadĂłw stwierdziĹ&#x201A;eĹ&#x203A;, Ĺźe inspiracjÄ&#x2026; dla â&#x20AC;&#x17E;Zagubionych duszâ&#x20AC;? byt baĹ&#x203A;niowy i szczerze mĂłwiÄ&#x2026;c Ĺ&#x203A;rednio udany film Roberta Wiseâ&#x20AC;&#x2122;a pt. â&#x20AC;&#x17E;KlÄ&#x2026;twa ludzi kotĂłwâ&#x20AC;?. MC: Chodzi o element â&#x20AC;&#x17E;wymyĹ&#x203A;lonego przyjacielaâ&#x20AC;?, ktĂłry, jak siÄ&#x2122; później okazuje, wcale nie jest wymyĹ&#x203A;lony â&#x20AC;&#x201C; to jedyny pomysĹ&#x201A;, ktĂłry poĹźyczyĹ&#x201A;em sobie z tego filmu. OczywiĹ&#x203A;cie inspiracjÄ&#x2026; byĹ&#x201A;a teĹź sama kultura RomĂłw â&#x20AC;&#x201C; byĹ&#x201A;em niÄ&#x2026; wĂłwczas zafascynowany â&#x20AC;&#x201C; oraz nieodkryta powieĹ&#x203A;Ä&#x2021; â&#x20AC;&#x17E;The Gypsy Manâ&#x20AC;? (â&#x20AC;&#x17E;Cyganâ&#x20AC;?) autorstwa Ĺ&#x203A;wietnego, ale niedocenianego pisarza Rona Florence. BP: Co bÄ&#x2122;dzie siÄ&#x2122; skĹ&#x201A;adaĹ&#x201A;o na TwĂłj nowy zbiĂłr opowiadaĹ&#x201E; zatytuĹ&#x201A;owany â&#x20AC;&#x17E;New Moon on the Waterâ&#x20AC;? (â&#x20AC;&#x17E;Nowy ksiÄ&#x2122;Ĺźyc na wodzieâ&#x20AC;? albo â&#x20AC;&#x17E;NĂłw na wodzieâ&#x20AC;?)? To niepublikowane wczeĹ&#x203A;niej opowiadania czy rozszerzona wersja znanego nam juĹź â&#x20AC;&#x17E;KsiÄ&#x2122;Ĺźyca na wodzieâ&#x20AC;?? MC: 60 procent opowiadaĹ&#x201E; z tego zbioru nie byĹ&#x201A;o wczeĹ&#x203A;niej publikowane. BÄ&#x2122;dÄ&#x2026; tam teksty, ktĂłre nominowano do Nagrody Brama Stokera, a powstaĹ&#x201A;y juĹź po wydaniu â&#x20AC;&#x17E;KsiÄ&#x2122;Ĺźyca na wodzieâ&#x20AC;?. BÄ&#x2122;dzie parÄ&#x2122; krĂłtkich esejĂłw dotyczÄ&#x2026;cych horroru, piÄ&#x2122;tnaĹ&#x203A;cie albo szesnaĹ&#x203A;cie superkrĂłtkich miniatur i opowiadanie, ktĂłre tak ci siÄ&#x2122; spodobaĹ&#x201A;o i trafiĹ&#x201A;o do â&#x20AC;&#x17E;Nowej Fantastykiâ&#x20AC;? â&#x20AC;&#x201C; â&#x20AC;&#x17E;Jestem twojÄ&#x2026; potrzebÄ&#x2026;â&#x20AC;?. Ten zbiĂłr ma nieco mniej â&#x20AC;&#x17E;wzniosĹ&#x201A;ych momentĂłwâ&#x20AC;? niĹź â&#x20AC;&#x17E;KsiÄ&#x2122;Ĺźyc na wodzieâ&#x20AC;?, ale z drugiej strony jest bardziej zwarty. Opowiadanie â&#x20AC;&#x17E;FYIâ&#x20AC;? to najbardziej skondensowany tekst, jaki kiedykolwiek napisaĹ&#x201A;em. BP: Porozmawiajmy teraz o konkursie na â&#x20AC;&#x17E;10 najbardziej przeraĹźajÄ&#x2026;cych historii wszech czasĂłwâ&#x20AC;?, ktĂłry jakiĹ&#x203A; czas temu zorganizowaĹ&#x201A; jeden z internetowych portali literackich. Twoje opowiadanie â&#x20AC;&#x17E;JeĹ&#x203A;li weĹşmiesz mnie za rÄ&#x2122;kÄ&#x2122;, mĂłj synuâ&#x20AC;?, ktĂłre znamy z â&#x20AC;&#x17E;KsiÄ&#x2122;Ĺźyca na wodzieâ&#x20AC;?, wylÄ&#x2026;dowaĹ&#x201A;o w ostatecznym rankingu na 5. miejscu â&#x20AC;&#x201C; wyprzedzili ciÄ&#x2122; nie tylko zasĹ&#x201A;uĹźeni klasycy â&#x20AC;&#x201C; Edgar Allan Poe i H.P. Lovecraft â&#x20AC;&#x201C; ale takĹźe pewien â&#x20AC;&#x17E;obiecujÄ&#x2026;cy mĹ&#x201A;odzieniecâ&#x20AC;? nazwiskiem Clive Barker. MC: Zazwyczaj wspomina siÄ&#x2122; o piÄ&#x2026;tym miejscu, ale w rzeczywistoĹ&#x203A;ci moje opowiadanie trafiĹ&#x201A;o na czwartÄ&#x2026; pozycjÄ&#x2122;, miÄ&#x2122;dzy dwoma opowiadaniami Poego. Barker? To wspaniaĹ&#x201A;y pisarz i zupeĹ&#x201A;nie nie prze-


:\ZLDG0RUW&DVWOH :\ZLDG0RUW&DVWOH?

szkadza mi fakt, że jest ode mnie o sześć lat młodszy! Trzy pierwsze „Księgi krwi” zawierają same najwyższej klasy opowiadania, a „W górach, miastach” to coś, co śmiało można porównywać z prozą Kafki czy Gogola.Prawda jest zresztą taka, że nadejście Barkera zachęciło innych autorów do poszukiwań i eksperymentów, jego sukces udowadniał im, że można pisać absolutnie o wszystkim, bez żadnych hamulców, z zastosowaniem nowych technik, poruszając tematy, które wcześniej nie kojarzyły się z gatunkiem, jakim jest horror. Sam zresztą uważam się za pisarza, którego w dużej mierze ukształtowała właśnie twórczość Barkera. Sporo zawdzięczam też jednak nieżyjącemu już Rexowi Millerowi oraz mającemu się świetnie i wciąż piszącemu wspaniałe rzeczy Jimowi Shepardowi, którego opowiadanie pt. „Potwór z Czarnej Laguny” oraz powieść „Nosferatu” nie powinny być obce żadnemu czytelnikowi ani pisarzowi zajmującemu się horrorem – nic tylko czytać, podziwiać i czerpać z nich naukę. A co do Lovecrafta i Poego – jakąkolwiek mieliby pozycję w świecie literackiego horroru, ja jestem zdecydowanie lepszym gitarzystą niż którykolwiek z nich! BP: Czy książka „On Writing Horror” („O pisaniu horrorów”), do której powstania się przyczyniłeś, jest według ciebie skutecznym podręcznikiem dla tych, którzy chcą pójść w ślady Stephena Kinga, Deana Koontza albo Morta Castle’a? MC: Pewnie, że tak – bo to bardzo szczera pozycja. Zebrano w niej niemal 50 esejów doświadczonych autorów i każdy z tych tekstów opiera się na stwierdzeniu: Oto czego się nauczyłem o pisaniu horrorów. Może jeśli przeczytasz moje wskazówki, tobie będzie już nieco łatwiej. BP: Wygląda na to, że już niedługo będziemy mogli obejrzeć filmową wersję „Obcych”. MC: Mam nadzieję, że film rzeczywiście powstanie. Scenariuszem zainteresowała się początkowo wytwórnia Whitewater Films, a reżyserem miał zostać Rick Rosenthal, twórca „Halloween II”. Z tego nic nie wyszło, ale w tej chwili „Obcych” ma na oku kilka innych osób, a zainteresowanie współpracą wyrazili także polscy dystrybutorzy filmowi i jedna wytwórnia z Niemiec. BP: Poznałeś już scenariusz adaptacji? Bardzo się różni od fabuły twojej powieści? MC: Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, film powinien okazać się lepszy niż książka. Scenariusz, który napisał Tim O’Rawe jest naprawdę udany – Rosenthal określił go jako ostry, niepokojący, momentami


:\ZLDG0RUW&DVWOH?

szokujący, pełen niespodzianek i zwrotów akcji, z wciągającą fabułą i przekonującymi bohaterami. Film będzie się oczywiście różnił od powieści – to całkiem różne środki przekazu – ale myślę, że twórcom uda się zachować jej ducha. Główne założenie fabularne powieści mówiące, że nasz sąsiad albo najlepszy przyjaciel może się okazać potworem, oczywiście zostanie w adaptacji zachowane. BP: Jak dotąd jedyną adaptacją twojej prozy jest krótkometrażowy film Michaela Schroedera „Altenmoor, gdzie tańczą psy”, zrealizowany w ramach projektu. Byłeś zdziwiony, że ze wszystkich opowiadań, wybrano akurat skromny i wzruszający, ale jednocześnie mało „filmowy” dramat opierający się przede wszystkim na dialogach? MC: Przede wszystkim byłem i ciągle jestem z tego bardzo zadowolony. Schroeder, który napisał scenariusz tej adaptacji i ją wyreżyserował, zdawał sobie sprawę, że musi zadbać o to, aby na ekranie były widoczne te same emocje, które zawarłem w opowiadaniu. Nie obyło się oczywiście bez zmian: akcja filmu nie rozgrywa się zimą, tylko w słonecznej, kalifornijskiej atmosferze. Jednak to, co było w opowiadaniu najważniejsze – odpowiedź na pytanie, dlaczego odczuwamy potrzebę tworzenia mitów – adaptacja przekazuje idealnie. A do tego czułem się oczywiście wyróżniony faktem, że kalifornijski uniwersytet włączył scenariusz oparty na moim opowiadaniu do prestiżowego programu „George Lucas”. No i kiedy tylko chcę mogę sobie teraz obejrzeć swoje opowiadanie na ekranie telewizora! BP: Niektóre z twoich opowiadań są wymarzonym materiałem na film nie jesteś rozczarowany, że nie zgłosili się do ciebie w sprawie adaptacji na przykład twórcy serialu „Mistrzowie horroru”? MC: Owszem, jestem. Ale to  nie tylko mój problem – jest wielu autorów, których historie powinny dawno trafić do „Strefy mroku” albo „Opowieści z  ciemnej strony”. Na  przykład cudownie surrealistyczne opowiadanie Davida Thomasa Lorda pt. „White Room” albo „They Never Even See Me” nieżyjącego już J.N. Williamsona czy „Merge Right” Gary’ego Braunbecka – wszystkie te  historie wspaniale pasowałyby do tego typu seriali. Na takie rzeczy nie ma się jednak wpływu pisarz może tylko zadbać o stworzenie jak najlepszej fabuły i posłać ją w świat, rozsypać na wodzie okruchy chleba… czasami nakarmią się nimi ryby, czasami po prostu nasiąkną wodą i do niczego się nie przydają, a zamienią się w coś niezwykłego. Należy pisać jak najlepiej i mieć nadzieję, że kiedyś przyniesie to nieoczekiwane efekty.


:\ZLDG0RUW&DVWOH :\ZLDG0RUW&DVWOH?

BP: Przyznałeś kiedyś, że  najstraszniejsza książka, jaką kiedykolwiek czytałeś, to  „Jestem legendą” Richarda Mathesona. Odważyłeś się sprawdzić, co zrobiło z nią Hollywood w najnowszej filmowej adaptacji z Willem Smithem? MC: Tak, obejrzałem ten film, głównie dlatego, że dostałem płytę DVD od jednego z moich znajomych. Podobał mi się sposób, w jaki ukazano absolutną samotność głównego bohatera, ale niewiele poza tym. Kiedy zaczęła się prezentacja idiotycznych efektów cyfrowych, film zmienił się w przygłupawą kreskówkę. Klaustrofobiczną i depresyjną atmosferę książki Mathesona znacznie lepiej oddaje niskobudżetowy „Ostatni człowiek na Ziemi” z Vincentem Price’em. BP: Są jakieś twoje własne opowiadania, które szczególnie chętnie byś obejrzał? MC: Pewnie! Myślę, że „Jeśli weźmiesz mnie za rękę, mój synu” dobrze by  się sprawdziło w  formie zwięzłej historii telewizyjnej, jak i  w  formie filmu pełnometrażowego. Chętnie bym też zobaczył ekranizację „Jestem twoją potrzebą” – przekształcenie wewnętrznego monologu, na którym opiera się ta historia tak, aby dało się to pokazać na ekranie, byłoby wyzwaniem. Mógłbym tu  wymienić jeszcze wiele tytułów. Wysyłajcie więc do  mnie aktorów, producentów i  reżyserów – i  to  szybko! Sprawię, że wszyscy będziemy zadowoleni! BP: Wciąż pracujesz nad powieścią o Hemingwayu i żywych trupach, czy już się z nią uporałeś? MC: Skończyłem niedawno fragment, który zostanie opublikowany w  odcinkach w  piśmie „Doorways”. Kolejny fragment, nad którym pracuję będzie nosił tytuł „The Strange Country”. Marilyn Monroe gra tu w adaptacji opowiadania Hemingwaya „Zabójcy” jako Nikki Adams, kobiecy odpowiednik Nicka Adamsa, alter ego Hemingwaya. BP: Jest szansa, że kiedyś przeczytamy po polsku twoją serię komiksów „Night City”? MC: Mam nadzieję, że  tak. Chciałbym, żeby wszystko co  napisałem zostało przetłumaczone na  polski, bo  odnoszę wrażenie, że  polscy czytelnicy i krytycy rozumieją mnie znacznie lepiej niż ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych! Opierając się na opiniach o moich książkach wydanych w twoim kraju wiem, że polski czytelnik jest świadomy celów, jakie zakładam sobie jako pisarz. Może potem oczywiście uznać, że nie do końca udało mi się je osiągnąć, albo że w ogóle pokpiłem sprawę, ale podchodzi


:\ZLDG0RUW&DVWOH?

do danego utworu z takim nastawieniem, o jakim marzy każdy pisarz. W Stanach mam grono tak zwanych wiernych czytelników – i bardzo się cieszę, że  ich mam! – ale najczęściej uznaje się mnie za  autora, który jest zbyt wysublimowany dla fanów literatury popularnej, ale jednocześnie zbyt popularny dla tych, którzy pragną czytać książki wysublimowane. BP: Pytałem o serię „Night City” bo odnoszę wrażenie, że swego czasu była ona dla ciebie projektem priorytetowym. Czy posunąłbyś się do stwierdzenia, że tworzenie komiksów przynosi większą satysfakcję niż pisanie opowiadań czy powieści? MC: To przykre, seria „Night City” dobrnęła chyba do ślepego zaułka to wydawnictwo, które ją publikowało, zniknęło z rynku, a rysownicy skupili się na  innych projektach: Mark Nelson jest związany z  przemysłem gier komputerowych, a  Don Kramer rysuje „Batmana” oraz „Ligę Sprawiedliwych” i parę innych historii dla DC Comics. Pytając mnie wcześniej o  różnicę w  pisaniu opowiadań i  powieści użyłeś sformułowania „większa przyjemność” – myślę, że  tak naprawdę największą przyjemność sprawia mi  właśnie tworzenie scenariuszy komiksowych. To dlatego, że choć napisałem ich między 60 a  100, w  zasadzie nadal jestem „radosnym ignorantem” jeśli chodzi o  sztukę komiksu; z  każdą nową stroną uczę się, na  co  sobie mogę pozwolić, a na co nie. Dzięki temu mogę się bardziej rozpędzić jako twórca - nie posiadam bowiem wiedzy, która by mnie spowalniała, kazała od czasu do czasu hamować. Czuję się dzięki temu młody i szczęśliwy! Bardzo mnie też cieszy, że  niedługo pojawi się komiksowa antologia „Masques”, którą miałem przyjemność redagować. To  pomysł mój i Davida Campiti z Glass House Graphics, a zawarte w niej historie są  oparte na  opowiadaniach Roberta Weinberga, Stephena Kinga, Paula Dale’a Andersona – no i oczywiście moim. Jest też w niej jedyna historia Roberta R. McCammona, jaką kiedykolwiek przerobiono na  komiks. Wydawcą będzie Checker Book Publishing Group. BP: Swego czasu napisałeś scenariusz do  komiksów opartych na filmie „Leatherface: Teksańska masakra pitą mechaniczną III”. Komiksy są zresztą ciekawsze niż sam film. MC: Miło mi to słyszeć, dzięki. Jeszcze raz zaznaczę, że tworzenie takich rzeczy jest niezwykle przyjemne; nie do końca traktowałem ten projekt jak pracę. Wytwórnia New Line Cinema zwróciła się do mnie z prośbą o stworzenie tych komiksów bo, jak sami stwierdzili, film zawiódł ich oczekiwania i chcieli, aby w komiksach wszystko wypadło


:\ZLDG0RUW&DVWOH :\ZLDG0RUW&DVWOH?

jak należy. Miałem dużą swobodę pracując przy tym projekcie, zmieniałem więc bohaterów, dialogi, zakończenie… Starałem się stworzyć film w wersji papierowej. BP: Chciałem cię spytać o  możliwość współpracy polskich rysowników komiksowych z  wydawnictwem Thorby, gdzie pracowałeś jako redaktor i scenarzysta, ale wspomniałeś, że wydawnictwo upadło. MC: Tak, nieszczęsne Thorby... Ogromna szkoda. Ale oczywiście chętnie podejmę współpracę z dobrymi polskimi rysownikami. Paru zresztą zaistniało już na łamach często redagowanego przeze mnie pisma fantasy „Doorways”. BP: Co sprawia, że uznajesz komiks za dobrze napisany i narysowany? MC: Przede wszystkim musi być oparty na sensownej historii. Braku dobrych pomysłów nigdy nie da  się ukryć za  pomocą triku: A  teraz rysownik popisuje się 14-stronicową sceną walki. Bohaterowie walczą. Bohaterowie wciąż walczą, stosując ciosy dłonią i kopniaki… BP: Rozmawialiśmy o  twoich powieściach, opowiadaniach i  komiksach, ale jak dotąd pomijaliśmy temat muzyki. Masz jeszcze czasem ochotę zamknąć się z przyjaciółmi w studio i nagrać kolejną płytę? MC: Mam i planuję tak właśnie zrobić. Nie straciłem kontaktu z członkami mojego oryginalnego trio, którymi są  Mike Robertson i  Terry Tiz. Mamy nadzieję, że niedługo uda nam się zejść, a pieczę nad płytą będzie znów sprawował Carl Sebens, który produkował nasz album w roku 1965. BP: Są jakieś książki, filmy albo płyty, na które obecnie nie możesz się już doczekać? MC: Nie, ale tylko dlatego, że  akurat zaopatrzyłem się w  „Sunnyside” Glena Davida Golda i „Swan Peak” Jamesa Lee Burke, DVD „Gran Torino” i  „Oporem” oraz w  reedycję płyty „Bandit in a  Bathing Suit” Davida Bromberga. Na jakiś czas zapewni mi to rozrywkę.


5HFHQ]MHNVLďŭHN?

JAK BYĆ DOBRYM „Ostatni smok” i „Ostatni ork” Włoszki Silvany De Mari to kontynuacje dobrze przyjętej powieści dla młodzieży „Ostatni elf”. W pierwszej części młody elf Yorsh, ostatni ze swojej rasy, poznawał ponury i straszny świat, w którym przyszło mu żyć, wychowywał smoka, a później stał się wyzwolicielem dzieci przetrzymywanych w przerażającym sierocińcu. Ciąg dalszy historii toczy się na znacznie szerszym planie. Pojawiają się nowi bohaterowie: najemnik Rankstrail zwany Niedźwiedziem, żona Yorsha Juna, księżniczka Aurora i kilka innych postaci, które muszą stawić czoła hordom straszliwych orków. A w tle pojawia się Feniks, przepowiednia legendarnego króla, miecze i magia. Niemal cały arsenał klasycznej fantasy, którym De Mari posługuje się sprawnie i inteligentnie. Nadal jest to ta sama ponura opowieść, rozdarta między światem dorosłych i dzieci. Kraina wykreowana przez De Mari to miejsce straszne, pełne cierpiących ludzi, złych władców i wiecznego głodu. Jedyną nadzieją jest odrobina dobra i uczciwości drzemiąca w ludziach mimo warunków, w jakich przyszło im żyć. Tak „Ostatni smok”, jak również „Ostatni ork” to właśnie opis poszukiwań tej odrobiny, długa nauka, jak być dobrym w złym świecie, i jak koniec końców to dobro zmienia świat na lepsze. Brzmi cukierkowo? Na szczęście wcale tak nie jest. Droga do odnalezienia lepszego siebie jest długa, kręta, pełna pułapek i trudnych decyzji. De Mari postawiła sobie za cel nauczyć młodzież, że chociaż świat jest jaki jest, warto być porządnym człowiekiem. Ten cel udało jej się osiągnąć za pomocą atrakcyjnej fabuły i bez nadmiernego moralizatorstwa. Z jednej strony „Ostatni smok” i „Ostatni ork” to proste opowieści, w których bohaterowie dobrem zwalczają zło. Z drugiej są to subtelne analizy demoralizującego wpływu ustro-

ju totalitarnego i autorytarnego na ludzi i ich charaktery. Tę analizę docenią jednak tylko czytelnicy z odpowiednim bagażem doświadczeń lub lektur i filmów, poczynając od Borowskiego, poprzez Sołżenicyna, na Miłoszu kończąc. Ci bez takiego bagażu mogą nie zrozumieć mechanizmów, które rządzą światem wykreowanym przez De Mari - biedy, pogardy dla ludzkiego życia, absurdów władzy i przepisów, strachu, braku inicjatywy i zwykłej głupoty. Przerażająca jest scena, kiedy rycerze Zarządcy z miłością opowiadają o swoim panie, chociaż ten kazał zamordować członków ich rodzin. Czy młodzi ludzie są w stanie to pojąć? Być może jest to łatwiejsze niż się wydaje, i być może rzeczywiście trzeba młodemu pokoleniu od początku ładować do głów, że każda władza, która oferuje bezpieczeństwo w zamian za wolności, tak naprawdę zamierza chronić tylko samą siebie, a zamiast oczekiwanego spokoju zapewnia tylko strach? Wydawca napisał na okładce, że De Mari stworzyła książkę Tolkienowską w duchu i jest to prawda. Tak jak Tolkien, Włoszka napisała książkę o rzeczach elementarnych: o odwadze, prawości, walce dobra ze złem (przy czym w przeciwieństwie do „Władcy...” gdzie zło było spersonifikowane, u Włoszki rozlewa się ono po świecie niczym śmierdzące ścieki), wartości pracy i uczciwości. I mimo pewnych wad (fabuła jest miejscami dość chaotyczna i De Mari wyraźnie nie radzi sobie ze scenami batalistycznymi) saga o Yarshu i jego towarzyszach to lektura wyjątkowa i zdecydowanie warta polecenia. Wojciech Chmielarz Silvana de Mari , „Ostatni smok ”, „Ostatni ork ”. Tłum. Anna Filip. Wyd. WAB.

OCENA


5HFHQ]MHNVLďŭHN

BEZ INTRYGI ANI RUSZ Trzonem wszelkiej literatury – pisze Peter von Matt na początku swojego pełnego literackich odniesień i aluzji, erudycyjnego eseju na temat intrygi w literaturze – jest akcja, „action” w jak najbardziej hollywoodzkim wydaniu. Z obser wacji przebiegu wydarzeń, czyli akcji, oraz ich uczestników (a więc inspiratorów, pomocników i ofiar, ich sukcesów i niepowodzeń, braku skrupułów i wyrzutów sumienia) wyłania się rozległy obraz, który wolno nam nazwać wizerunkiem homo sapiens: zwierzęcia, które posiada wiedzę, dokonuje wyborów i podejmuje decyzje.Ta prawda, zdawałoby się strywializowana przez współczesną popkulturę, jest dla niemieckiego literaturoznawcy znakomitym punktem wyjścia do rozważań nad naturą i strukturą intrygi, tego podstawowego budulca suspensu, jakim pisarze posługują się od czasów Homera, a nawet jeszcze wcześniejszych. Peter von Matt drobiazgowo zbadał tę tematykę i przedstawił z wielkim wyczuciem. Najpierw, analizując charakter poczynań bohaterki „Medei” Eurypidesa, ukazał mroczny świat namiętności kobiety intrygantki zdolnej do rzeczy najokrutniejszych. Następnie, rozbierając na elementy pierwsze epizody z „Józefa i jego braci” Tomasza Manna pokazał, w jaki sposób sztuka intrygowania staje się wyzwaniem dla moralności i prawa. Wreszcie dogłębnie badając sztukę przebieranek zaserwowanych czytelnikom w „Dniu szakala” Frederica Forsytha, okrucieństwo w „Ryszardzie III” i „Makbecie” Szekspira, a także prezentując intrygi z licznych książek, mających dziś status dzieł klasycznych i wplątując kilkadziesiąt innych jeszcze, mniej może znanych tytułów literatury popularnej – dokonał von Matt rzeczy niebywałej. Wyłuskał mianowicie i scharakteryzował te elementy dzieła literackiego, których obecność przesądza o czy telniczej fascynacji lekturą bądź jej bolesnym braku. Pokazał i scharakteryzował schematy, we-

OCENA

dług których literatura była nie tylko tworzona, ale też czytana. Zajął się książkami, lecz również czytelnikami, czy może raczej Wielkim Zbiorowym Czytelnikiem, łaknącym wciąż tego samego: intrygi, kontrintrygi i jeszcze więcej intrygi. Ze wszystkich tych dzieł, w których knowania, podstępy i wszelkiego rodzaju intrygi wraz z kontrintrygami budują napięcie, pozwalając nam, czyli czytelnikom, przejrzeć się w zwierciadle literatury, stworzył von Matt spójną i fascynującą opowieść, w gruncie rzeczy antropologiczną. Stworzył książkę, będącą próbą zarysowania ogólnej teorii podstępu. „Fortel i kłamstwo w filozofii i literaturze”, „Dobro i zło w literaturze”, „Eros i honor: komedia z najbardziej szalonym rekwizytem intrygi”, „Narodziny intelektualisty z diabła” - to tylko niektóre tytuły rozdziałów, a zarazem tematy poruszone w „Intrydze”. Dodatkowo wspomnieć też trzeba – a von Matt nie pozwala o tym zapomnieć - temat moralności i niemoralności, oraz tego, jak intryga i intrygowanie zmieniało nasz stosunek do tego, co dozwolone, a co zakazane. W jednym z kluczowych momentów von Matt pisze: Studium intrygi w literaturze konfrontuje nas nieustannie z zasadniczymi kwestiami moralności, etyki i obyczajowości. Czy to nie dość, by „Intryga. Teoria i praktyka podstępu w literaturze” stała się lekturą obowiązkową dla każdego, kogo zajmuje nie tylko czytanie, ale humanistyka współczesna.

Jakub Winiarski Peter von Matt, „ Intryga”. Teoria i praktyka w literaturze. Przełożyli Izabela Sellmer, Arkadiusz Żychliński. Prószyński i S-ka. Warszawa 2009, 415 s. Cena 49.90 zł


5HFHQ]MHNVLďŭHN?

RZYM WIECZNIE ŻYWY Dobrze napisana historia alternatywna bywa równie pasjonująca, co historia prawdziwa. Dowiódł tego choćby Kim Stanley Robinson w znakomitych „Latach ryżu i soli”, gdzie opisał rozwój świata, w którym pod koniec średniowiecza zabrakło Europejczyków i chrześcijaństwa. Innym tropem poszedł Robert Silverberg, żywy klasyk amerykańskiej SF, zafascynowany dawnymi kulturami i mitami. W jego alternatywnej rzeczywistości nie doszło do upadku Cesarstwa Rzymskiego. Choć zostało ono podzielone, to jego część zachodnia oparła się nawale barbarzyńców i raz po raz sięgała po dominację nad Bizancjum. Ostatecznie doszło do zjednoczenia całego imperium, a potem ustanowienia Drugiej Republiki. W dziesięciu samodzielnych fabularnie epizodach ukazuje Silverberg kluczowe momenty swojej wersji historii Wiecznego Rzymu – od roku 1282 do 2723 wedle datowania rzymskiego co odpowiada latom 529-1970 naszego kalendarza. W prologu dowiadujemy się, że już wieki wcześniej wydarzenia, znane nam m.in. z Biblii, miały inny przebieg. Otóż Mojżeszowi nie udało się wyprowadzić Żydów z Egiptu do Ziemi Obiecanej. W związku z tym nie narodził się Jezus i nie powstało chrześcijaństwo, podkopujące filary politeistycznych kultów Imperium. Kolejne zwroty dziejów Rzymu ukazywane są przez autora z perspektywy osobistych przeżyć osób w jakiś sposób zaangażowanych w tworzenie historii. Zyskują dzięki temu emocjonalne tło, psychologiczną wiarygodność, subiektywną ocenę z różnych punktów widzenia. Taka perspektywa pozwala nam również poznać życie codzienne obywateli Rzymu w kolejnych wiekach. Spośród opisanych przez Silverberga kluczowych momentów alternatywnej historii kilka jest szczególnie godnych uwagi. Należy do nich zamordowanie proroka Muhammada zanim zaczął głosić nauki islamu, klęska rzymskich legionów

w starciu z kwitnącym imperium Majów, nietrwały podbój Cesarstwa Zachodniego przez Wschodnie i dużo trwalsze podporządkowanie Bizancjum Rzymowi, wreszcie krwawa rewolucja znosząca cesarstwo. Opisując te epizody autor stara się dociec, dzięki jakim zabiegom politycznym i militarnym byłoby możliwe skuteczne zarządzanie olbrzymim państwem przez kolejne wieki w zmieniających się okolicznościach historycznych. Dowodzi, że aby móc funkcjonować, imperium musi być wciąż dynamiczne, bo stałość przeradza się w marazm, a ten prowadzi do dekadencji i upadku. Dlatego kolejne zamachy na władców, wojny, okresy terroru, przewroty i rewolucje, choć owocują krzywdą ludzi, to dla imperium są czynnikiem, który je odnawia i daje mu kolejny impuls do rozwoju. Efektem historycznych i historiozoficznychspekulacji Silverberga jest dzieło epickie z nielicznymi momentami lirycznymi. Czytelnikowi trudno przyzwyczaić się do całej galerii bohaterów, bo znikają oni zaraz po odegraniu swojej roli w kolejnym epizodzie. Głównym bohaterem książki jest bowiem Wieczne Miasto i stworzone przez nie wieczne imperium. Takie podejście determinuje poetykę, nadając książce kształt czegoś w rodzaju kroniki. Tym samym Silverberg daje się poznać jako twórca wszechstronny, sprawdzający swoje siły w kolejnej formule fantastyki - po wcześniejszych dokonaniach na gruncie psychologicznej SF, której sztandarowym dzie łem jest „Człowiek w labiryncie”, i dryfujących ku fantasy „Kronikach Majipooru”.

Rafał Śliwiak Robert Silverberg, „Roma Eterna”. Tłum. Dariusz Kopociński. Solaris 2009. Cena 43,90 zł.

OCENA


5HFHQ]MHNVLÄ?Ĺ­HN

CZYTADEĹ KA DO POCIÄ&#x201E;GU PoraĹźenie piorunem to nic przyjemnego. A jeĹźeli do szeregu wystÄ&#x2122;pujÄ&#x2026;cych po nim stricte fizycznych dolegliwoĹ&#x203A;ci dodamy wÄ&#x2026;tpliwÄ&#x2026; przyjemnoĹ&#x203A;Ä&#x2021; pĹ&#x201A;ynÄ&#x2026;cÄ&#x2026; z metafizycznego kontaktu z martwymi, emitujÄ&#x2026;cymi swe ostatnie, przedĹ&#x203A;miertne doznaniaâ&#x20AC;ŚTo moĹźe lepiej od razu zapodaÄ&#x2021; sobie woltowÄ&#x2026; kuracjÄ&#x2122;, liczÄ&#x2026;c, Ĺźe tym razem efekt okaĹźe siÄ&#x2122; ostateczny? Cóş, czĹ&#x201A;owiek moĹźe przywyknÄ&#x2026;Ä&#x2021; niemal do wszystkiego, a gĹ&#x201A;Ăłwna bohaterka niniejszego cyklu ma bardzo silny instynkt przetrwania, no i â&#x20AC;&#x201C; jak kaĹźdyâ&#x20AC;&#x201C; musi coĹ&#x203A; jeĹ&#x203A;Ä&#x2021; i pĹ&#x201A;aciÄ&#x2021; rachunki. Dlaczego wiÄ&#x2122;c nie wykorzystaÄ&#x2021; tak specyficznego i jedynego w swoim rodzaju talentu? TwĂłrczyni â&#x20AC;&#x17E;Grobowego zmysĹ&#x201A;uâ&#x20AC;? i â&#x20AC;&#x17E;Grobu z niespodziankÄ&#x2026;â&#x20AC;?, Charlaine Harris, daĹ&#x201A;a siÄ&#x2122; poznaÄ&#x2021; polskim odbiorcom przede wszystkim za poĹ&#x203A;rednictwem serialu â&#x20AC;&#x17E;Czysta krewâ&#x20AC;?, zrealizowanego na podstawie innego cyklu jej autorstwa. Trzeba od razu powiedzieÄ&#x2021;, Ĺźe funkcjonujÄ&#x2026;ca jako Ĺźywy wykrywacz zwĹ&#x201A;ok (i diagnosta przyczyn owego stanu) Harper Connelly jest sensowniej spreparowanÄ&#x2026; postaciÄ&#x2026; aniĹźeli infantylna telepatka Sookie Stackhouse, nieustajÄ&#x2026;co prowokujÄ&#x2026;ca pytanie: â&#x20AC;&#x17E;Jak ktoĹ&#x203A; moĹźe byÄ&#x2021; tak przeraĹźajÄ&#x2026;co gĹ&#x201A;upi, naiwny i lekkomyĹ&#x203A;lny?!â&#x20AC;?. Harper, mocno okrojona wersja Nekroskopa, jest mĹ&#x201A;odÄ&#x2026;, lecz juĹź zmÄ&#x2122;czonÄ&#x2026; Ĺźyciem, cynicznÄ&#x2026; dziewczynÄ&#x2026; o paskudnych doĹ&#x203A;wiadczeniach, ktĂłra w dodatku przywykĹ&#x201A;a do tego, Ĺźe wiÄ&#x2122;kszoĹ&#x203A;Ä&#x2021; reaguje naĹ&#x201E; jak na skrzyĹźowanie plugawego mutanta z bezboĹźnÄ&#x2026; czarownicÄ&#x2026; albo uwaĹźa jÄ&#x2026; za hochsztaplerkÄ&#x2122;. Mimo to popyt na jej usĹ&#x201A;ugi nie maleje, zatem wciÄ&#x2026;Ĺź znajduje siÄ&#x2122; w drodze wraz z przyszywanym bratem, Tolliverem Langiem. PrzemyĹ&#x203A;lenia i poczynania bohaterki nie dziwiÄ&#x2026;, w przeciwieĹ&#x201E;stwie do opisy wanej reakcji otoczeniaâ&#x20AC;Ś Cóş, Harris nie podziela sentymentu Erica Flinta czy Davida Drakeâ&#x20AC;&#x2122;a do mieszkaĹ&#x201E;cĂłw maĹ&#x201A;ych miasteczek i tzw. â&#x20AC;&#x17E;prostych ludziâ&#x20AC;? â&#x20AC;&#x201C; w jej wydaniu to banda Ĺ&#x203A;wiÄ&#x2122;toszkowatych idiotĂłw. CzytelnikĂłw moĹźe rozbroiÄ&#x2021; specyficzna relacja miÄ&#x2122;dzy Harper i Tolliverem â&#x20AC;&#x201C; bratem, wspĂłlnikiem i nieodzownym pomocnikiem

OCENA

(niemalĹźe niaĹ&#x201E;kÄ&#x2026;), ktĂłry choÄ&#x2021; momentami jÄ&#x2026; denerwuje (a zapewne takĹźe sporo czytelniczek, np. wskutek protekcjonalnych uwag dotyczÄ&#x2026;cych kobiet), stanowi zarazem jedynÄ&#x2026; godnÄ&#x2026; zaufania osobÄ&#x2122;. Szybciej niĹź para bohaterĂłw zdajemy sobie sprawÄ&#x2122;, Ĺźe ich uczucia chyba nieco wykraczajÄ&#x2026; poza narzucone ramyâ&#x20AC;Ś Niestety, to nie jedyna kwestia, ktĂłrÄ&#x2026; instynktownie czujemy bÄ&#x2026;dĹş Ĺ&#x201A;atwo dedukujemy. Harris przyjÄ&#x2122;Ĺ&#x201A;a konwencjÄ&#x2122; metafizycznego kryminaĹ&#x201A;u, ale intryga okazuje siÄ&#x2122; wrÄ&#x2122;cz boleĹ&#x203A;nie przejrzysta. To nie fabuĹ&#x201A;a, lecz fabuĹ&#x201A;ka â&#x20AC;&#x201C; literacki odpowiednik telenoweli o detektywistycznym zabarwieniu, przyprawionej odrobinÄ&#x2026; nadnaturalnej grozy. Warto zauwaĹźyÄ&#x2021;, Ĺźe pisarka otwarcie zaznacza zwiÄ&#x2026;zki z serialowÄ&#x2026; pulpÄ&#x2026;: w pierwszej powieĹ&#x203A;ci funduje maĹ&#x201A;omiasteczkowej Ĺ&#x203A;mietance historiÄ&#x2122; rodem z kiczowatych tasiemcĂłw, przy okazji wkĹ&#x201A;adajÄ&#x2026;c w usta Harper wypowiedĹş komentujÄ&#x2026;cÄ&#x2026;, co powinna powiedzieÄ&#x2021;, gdyby to byĹ&#x201A;a telenowela. W drugiej natomiast (znacznie lepszej) odwoĹ&#x201A;uje siÄ&#x2122; do klasycznego horroru z silnym wÄ&#x2026;tkiem obyczajowym. Co ciekawe, obie opowiastki potrafiÄ&#x2026; wciÄ&#x2026;gnÄ&#x2026;Ä&#x2021;. MoĹźe z powodu klarownoĹ&#x203A;ci stylu? Tak czy owak, to ksiÄ&#x2026;Ĺźki w sam raz na dĹ&#x201A;ugÄ&#x2026; podróş, podczas ktĂłrej chcemy siÄ&#x2122; czymĹ&#x203A; zajÄ&#x2026;Ä&#x2021;, ale nie mamy zamiaru przemÄ&#x2122;czaÄ&#x2021; umysĹ&#x201A;u w najmniejszym bodaj stopniu.

Joanna KuĹ&#x201A;akowska Charlaine Harris, â&#x20AC;&#x17E;Grobowy zmysĹ&#x201A; â&#x20AC;?. â&#x20AC;&#x17E;GrĂłb z niespodziankÄ&#x2026;â&#x20AC;?. TĹ&#x201A;um. Dominika Schimscheiner. 'BCSZLB4Â&#x2019;Ă&#x2DC;XJÍ&#x192;$FOBt [Â&#x2019;


5HFHQ]MHNVLďŭHN

PISARZ. JAKI JEST. KAŻDY WIDZI Ze wszystkich rodzajów medialnych bestii, niewątpliwie najbardziej podstępną jest pisarz. Pomijany przez telewizję, wzgardzony przez gazety, może bez ostrzeżenia atakować najbardziej narażony cel – wyobraźnię odbiorcy. Na szczęście zagrożeni miłośnicy literatury fantastycznej mogą się już bronić - niedawno pojawiła się w księgarniach książka Agnieszki Kawuli. Autorka postawiła sobie za cel dowiedzenie się, co skłoniło popularnych pisarzy do zajęcia się fantastyką i w jaki sposób usiłują oni dotrzeć do swych ofiar czytelników. W wywiadach stawia pytania dotyczące ich zainteresowań, dzieciństwa i ulubionych lektur, postaci z książek i samych autorów. Dla fana jest to cenna wiedza, pozwalająca głębiej zajrzeć w historię i lepiej zrozumieć fabułę czy bohatera. Do tego „Lubię być fantastą” jest jednym z nielicznych tego typu projektów na naszym rynku – nie ma co kryć, że taka książka to pomysł o wiele ciekawszy w odbiorze niż fragmenty wywiadów zamieszczane w Internecie. Niestety, lektura „Lubię być… pozostawia niedosyt. Pytania zadawane każdemu z pisarzy są niemal identyczne – niby dobrze, bo założeniem było wydobycie tych samych informacji od wszystkich, jednak czytelnikowi w pewnym momencie brak odmiany. Może to przez brak doświadczenia albo młody wiek Agnieszki Kawuli, ale część wywiadów jest dziwnie miałka – po przeczytaniu niemal natychmiast zapominamy ich treść. Dodatkowo autorka nie zawsze radzi sobie ze swoimi rozmówcami – bywa, że nie zwracają oni większej uwagi na prowadzącą, mówiąc tylko to, na co mają ochotę i wciągając ją w dyskusję zupełnie nie na temat. W rozmowach powtarza się też wiele informacji, które można przeczytać w Internecie lub innych wywiadach. Jeśli wcześniej nie miało się styczności z podobnym projektem, książka ta jest pozycją obowiązkową – wejście w skórę łowcy wyobraźni pomoże czytelnikom lepiej zrozumieć ich ulubionych bohaterów i historie.

OCENA

Dla wszystkich, którzy już wcześniej dotarli do wywiadów i dyskusji z pisarzami, „Lubię być fantastą” będzie co najwyżej ciekawostką wartą przejrzenia w wolnej chwili. Dagmara Trembicka Agnieszka Kawula, „Lubię być fantastą”, Wydawnictwo Dolnośląskie 2009. Cena 29,90 zł.


5HFHQ]MHNVLďŭHN?

CZTEREJ PANCERNI W KOSMOSIE Z czym kojarzy Ci się, Drogi Potencjalny Czytelniku, słowo „Bolo”? Bolek i Lolek? Cienki Bolo? Jakaś ksywka rodzimego gangstera o szerokim karku i brzuchu wypasionym na kiełbasie z grilla? Być może nie, mnie jednak na początku przychodziły do głowy takie swojskie skojarzenia i nic na to nie mogłem poradzić. „Bolo!” to nie najlepszy tytuł na książkę SF wydaną w Polsce. No chyba, że napisał ją Pratchett. Tym razem jednak autorem jest mój ulubiony wyrobnik pióra, przepraszam – klawiatury, czyli sam David Weber. W tym tomie, co mnie szczerze zdziwiło, nie ma wzmianki o Honor Harrington. Nie oznacza to jednak, że nie jest ciekawie. Zacznę więc od treści. To opowiadania wojenne o czołgach z przyszłości. Każdy, kto lubił przygody czterech panów w czołgu, nie licząc psa, może znaleźć coś dla siebie. Otóż zdaniem Webera przyszłość wojny na lądzie (tzn. na różnorakich planetach) należeć będzie do tanków nowej generacji: gigantycznych, o masie dochodzącej do kilkudziesięciu tysięcy ton, skomputeryzowanych, a nawet obdarzonych całkiem niezłą sztuczną inteligencją. Dokładnie rzecz ujmując, to nie Weber jest pomysłodawcą czołgów Bolo, tylko Keith Laumer. Pomysł przerodził się w cały cykl książek, a w Polsce zaczęliśmy się z nim zapoznawać od opowiadań Webera. Historyjki te ułożone zostały chronologicznie. Poznajemy dzięki nim drogę ewolucyjną tych maszyn w momentach kluczowych dla historii przyszłej wojskowości. Jak to u Webera bywa, warstwie rzemieślniczej nie można nic zarzucić. Niektóre opowiadania potrafią nawet wciągnąć. Ale przyznam szczerze, że jakoś nie wzruszyła mnie wizja gigantycznych czołgów prowadzących gigantyczne bitwy i złożone dialogi ze swoimi dowódcami. W sumie najfajniejsza jest ostatnia historia, ale nie będę psuł zabawy tym, którzy jednak kupią książkę. Ostatnie opowiadanie nie oznacza jednak końca książki. Tu dopiero zaczyna się prawdziwy, mrożący krew w żyłach thriller

fantastycznonaukowy. Ostatnie dwadzieścia parę stron poświęcono bowiem na „Krótką historię wersji rozwojowych pojazdów bojowych z rodziny Bolo”. Jerzy Stachowicz David Weber, „Bolo!”. Tłum. Jarosław Kotarski. Rebis, Poznań 2009. Cena 27,90 zł.

OCENA


5HFHQ]MHNVLďŭHN

RZEŹNIK POMYSŁÓW Przez połowę objętości tytuł najnowszego zbioru opowiadań Andrzeja Pilipiuka nabiera sensu dosłownego: każde drzewo ścięte pod jego wydanie jest drzewem straconym, a winę ponoszą opowiadania niegodne druku. Tak surową ocenę usprawiedliwia pozostała część antologii – staranna, wciągająca, dostarczająca wrażeń. To ona pokazuje, jak być mogło, a nie jest. Codzienne życie jednego z najpopularniejszych polskich pisarzy bywa niewdzięczne, zwłaszcza kiedy ów musi wybrać teksty do najnowszej książki. Autor wie, że cokolwiek zrobi, nigdy nie zadowoli wszystkich. Nie może zapomnieć o tych, którym zawdzięcza swoją popularność, więc zwolennicy rubaszno-alkoholowego stylu z opowieści o Wędrowyczu poczują się jak w domu za sprawą „Szkolenia”, tytułowego „Rzeźnika drzew” czy „Połoza”. W rejony historyczno-patriotyczne zabierają nas „Sprawa Filipowa”, „Szantaż” i najlepsza w tej grupie „Teatralna opowieść”. Jedni zauważą kulejące dialogi i siermiężny styl, inni siarczyste wypowiedzi i przekaz docierający do głębi prostego jestestwa – rozrywka ta, choć naładowana stereotypami i mało skomplikowana, znajdzie swoich zwolenników. Wszystkie te utwory nie przystoją jednak pierwszoligowemu twórcy, a ich grzechem głównym są zmarnowane pomysły. Świetnie pokazują to „Ślad oliwy na piasku” oraz „Czytając w ziemi”, dwa teksty archeologiczno-przygodowe, posiadające ogromny, ale niewykorzystany potencjał. Zupełnie jakby Pilipiuk w pośpiechu nie znalazł rozwiązania genialnego i zastąpił je prowizorycznym. Na szczęście, nie zawsze. Stąd „Bunt szewców” od początku i prawie do końca przemyślana, dojrzała stylem i wciągająca opowieść o ludzkiej kondycji, o tym najlepszym (czy na pewno?) ze światów. Wysoki poziom trzymają „Serce kamienia”, gdzie nieźle namalowane emocje dominują nad niedostat-

OCENA

kami fabuły, oraz „Poddasze” – przyzwoicie skrojone opowiadanie grozy. Pilipiuk wychował sobie rzesze fanów o szerokim spektrum czytelniczych wymagań. Próbuje dotrzeć do każdego i do nikogo nie dociera w pełni. Szkoda, bo gdyby odsiać zapchajdziury i więcej popracować nad tekstami, mogłoby być spore wydarzenie. A jest spore rozczarowanie. Przemysław Romański Andrzej Pilipiuk, Rzeźnik drzew. Fabryka Słów 2009. Cena 43 zł (oprawa twarda).


35=( 35$ 6=$0 35=< 52 '2

âXNDV]2UELWRZVNL SROVNLSLVDU] IDQWDVW\NLLJUR]\ DXWRUSRZLHĹ&#x2018;FL QLHRSLVDQ\ NRPHQWDWRU Ă&#x20AC;OPRZFKRUD] OLWHUDFNLFKIDEXĂŁ.

Jedne filmy sÄ&#x2026; pechowe, a inne nawet bardzo. Istnieje wiele tytuĹ&#x201A;Ăłw zwyczajnie Ĺ&#x203A;rednich, ktĂłrych nieustajÄ&#x2026;ca popularnoĹ&#x203A;Ä&#x2021; zwyczajnie zaskakuje. Oryginalny â&#x20AC;&#x17E;PiÄ&#x2026;tek trzynastegoâ&#x20AC;?, durny, Ĺşle zagrany, broniÄ&#x2026;cy siÄ&#x2122; wĹ&#x201A;aĹ&#x203A;ciwie samym zakoĹ&#x201E;czeniem, zdefiniowaĹ&#x201A; przy najmniej peĹ&#x201A;nÄ&#x2026; konwencjÄ&#x2122;, przed i po nim znacznie lepiej realizowanÄ&#x2026; â&#x20AC;&#x201C; te same sĹ&#x201A;owa moĹźna odnieĹ&#x203A;Ä&#x2021; do pierwszej czÄ&#x2122;Ĺ&#x203A;ci â&#x20AC;&#x17E;PiĹ&#x201A;yâ&#x20AC;? Nie potrafiÄ&#x2122; jednak znaleĹşÄ&#x2021; przyczyny, dla ktĂłrej w opracowaniach dotyczÄ&#x2026;cych historii gatunku wciÄ&#x2026;Ĺź pojawiajÄ&#x2026; siÄ&#x2122; â&#x20AC;&#x17E;WzgĂłrza majÄ&#x2026; oczyâ&#x20AC;? Cravena, a powodzenie â&#x20AC;&#x17E;SzĂłstego zmysĹ&#x201A;uâ&#x20AC;? jest dla mnie zagadkÄ&#x2026; na miarÄ&#x2122; Oskara dla Nicholasa Cage za cokolwiek. Ale pech prawdziwy zdarza siÄ&#x2122; wtedy, gdy mamy film wybitny z kaĹźdej strony, ta wybitnoĹ&#x203A;Ä&#x2021; wylewa siÄ&#x2122; z niego jak Ĺ&#x201A;zy z zawodowej pĹ&#x201A;aczki, krytycy wyjÄ&#x2026; z zachwytu, po czym caĹ&#x201A;y ten festiwal wspaniaĹ&#x201A;oĹ&#x203A;ci zwijamy wraz z otwarciem nowego sezonu w kinach, a niedawne arcydzieĹ&#x201A;o krÄ&#x2026;Ĺźy sobie od fana do fana, stanowiÄ&#x2026;c atrakcjÄ&#x2122; na miarÄ&#x2122; imprezy w akademiku. Tak sprawy siÄ&#x2122; majÄ&#x2026; z â&#x20AC;&#x17E;DĹ&#x201A;ugim weekendemâ&#x20AC;? â&#x20AC;&#x201C; filmem, ktĂłrym zachwycajÄ&#x2026; siÄ&#x2122; wszyscy, a maĹ&#x201A;o kto oglÄ&#x2026;daĹ&#x201A;, choÄ&#x2021; przynajmniej u nas powinien, gdyĹź trudno o lepiej kojarzÄ&#x2026;cy siÄ&#x2122; tytuĹ&#x201A; w naszym Ĺ&#x203A;wiÄ&#x2122;tujÄ&#x2026;cym kraju. Eggleston sprokurowat dzieĹ&#x201A;o kompletnie serio, zdolne do przywoĹ&#x201A;ania tych uczuÄ&#x2021;, ktĂłre towarzyszyĹ&#x201A;y mi, gdy odkrywaĹ&#x201A;em prawdziwe kino grozy, debiuty Hoopera, Cronenberga. W Australii nie wiedzie siÄ&#x2122; pewnemu maĹ&#x201A;ĹźeĹ&#x201E;stwu. Marcia nieustannie drze siÄ&#x2122; na Petera, a ten celuje do niej po kryjomu ze strzelby, ona jest zimna i wredna, on wyraĹşnie zdziecinniaĹ&#x201A;y, skupiony na gadĹźetach i wszystko wskazuje na to, Ĺźe powinni siÄ&#x2122; rozstaÄ&#x2021;. Na ich nieszczÄ&#x2122;Ĺ&#x203A;cie, a ku radoĹ&#x203A;ci widza, tak jednak siÄ&#x2122; nie dzieje, para daje sobie szansÄ&#x2122;, nastÄ&#x2122;pnie zasuwa na maĹ&#x201A;o uczÄ&#x2122;szczanÄ&#x2026; plaĹźÄ&#x2122;, by tam miÄ&#x2122;dzy morzem a krzakiem odnaleĹşÄ&#x2021; siebie na nowo. JuĹź po drodze przejeĹźdĹźajÄ&#x2026; kangura, a potem dzieje siÄ&#x2122; tylko gorzej: depczÄ&#x2026;, Ĺ&#x203A;miecÄ&#x2026;, kradnÄ&#x2026; orle jajko i zabijajÄ&#x2026; krowÄ&#x2122; morskÄ&#x2026; â&#x20AC;&#x201C; sĹ&#x201A;owem, na harcerzy raczej siÄ&#x2122; nie nadajÄ&#x2026;. Powoli ujawnia siÄ&#x2122; prawdziwe ĹşrĂłdĹ&#x201A;o konfliktu. Kilka miesiÄ&#x2122;cy


)HOLHWRQâXNDV]2UELWRZVNL

wcześniej Marcia poddała się aborcji i zmaga się ze stosownym syndromem. Peter najchętniej by o wszystkim zapomniał, złości go odstawienie od łóżka, nie umie ani nie chce pomóc żonie. Wyjazd nie przynosi ulgi, para na zmianę trwa w stanie chwiejnej równowagi, by zaraz skoczyć sobie do oczu. Decydują się wracać, ale jest już trochę za późno. Przeciwko Marcii i Peterowi obraca się przyroda, czyniąc to w sposób tyleż bolesny, co skuteczny. W standardowym horrorze dostalibyśmy w tym miejscu synchronizowane ataki mew, sztormy, dziesiątki wściekłych psów dingo i krwiożercze mrówki. Reżyser w miejsce celebrowania makabry koncentruje się na drobiazgowym wzroście napięcia. To orzeł runie z nieba, to opos dziabnie w łapę, niespodziewanie przybywa wątku fantastycznego: trup morskiej krowy przybliżający się ukradkiem w stronę obozu, w założeniu zabawny, wywołuje prawdziwe przerażenie za sprawą doskonalej pracy aktorów. Całość zmierza do jednoznacznego finału, rozegranego w sposób tyleż prosty, co wyjątkowo pomysłowy. Próby interpretowania „Długiego weekendu” wypadają jednokierunkowo, więk szość komentatorów podsuwa najprostsze rozwiązanie. Marcia i Peter podeszli do przyrody w bezmyślnie okrutny sposób, więc przyroda się wściekła i zabrała się za wymierzanie sprawiedliwości. Wskazuje na to pierwsza połowa filmu. Pomysły, by ptak mścił się za kangura, a oposowi martwy morświn zwyczajnie leżał na sercu, jakoś jeszcze mieszczą się w konwencji horroru, akurat tam, na kawałku wybrzeża musiałaby istnieć szczególna więź pomiędzy wszystkim co żyje, prócz więzi zaistnieć musi wola mordowania w słusznej sprawie. Przyroda więc rozpoznaje, co jest słuszne, a co niekoniecznie i niczym u Mickiewicza przywraca sprawiedliwość. Można też powiedzieć, że zwierzęta mszczą się na Marcii i Peterze za dokonaną aborcję. Nie kupuję żadnego z tych rozwiązań. Ten prosty pomysł wykorzystano celem stworzenia przerażającego horroru, a ja zastanawiam się, jak przy tych założeniach wyglądałby taki długi weekend w Polsce. Najpierw wróble, gołębie oraz kuny obwąchiwałyby nas i siebie nawzajem, potem rzucałyby się sobie do gardeł, a na koniec, gdzieś po północy, pies z kotem pohukiwałyby zgodnie do księżyca, przytulone i próbujące ze wszystkich sił się nie wy wrócić. O tym, jak sprawa wyglądałaby w Finlandii, wolę nawet nie myśleć i w zamian ostrzegam przed nową wersją filmu z Jamesem Caviezelem, która nie wytrzymuje porównania z oryginałem. LONG WEEKEND. Reżyseria Colin Eggleston. Występują: John Hargreaves, Bhony Belhes. Australia 1978. IMDb rating: 6,7


Redakcja: Paweł Matuszek (redaktor naczelny, pawelmatuszek@fantastyka.pl) Maciej Parowski (zastępca redaktora naczelnego, dział literatury polskiej, maciejparowski@fantastyka.pl) Katarzyna Kaźmierska (sekretarz redakcji, katarzynakazmierska@fantastyka.pl) Magdalena Kraszewska (grafika i skład, kraszwicka@gmail.com)

Adres Redakcji: ul. Garażowa 7 02-651 Warszawa Telefon (0-22) 60-777-92 Faks (0-22) 848-22-66 e-mail: nowafantastyka@fantastyka.pl www.fantastyka.pl Wydawca: Prószyński Media Sp. z o.o Druk i oprawa: ORTIS SA INDEKS 3583398 PL ISSN 0867- 132 nakład 1

oczekuj kolejnego…


Nowa Fantastyka - redesign  
Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you