Page 1

nr 23 (74) WIOSNA 2017

cena 15 zł

USA

(w tym 5% vat)

W NUMERZE M.IN.:

THOMAS FRANK O TRUMPIE BOGACI ZASŁUGUJĄ NA WYSOKIE PODATKI PGR-OWCY WYKLĘCI KONIEC POSTĘPOWEGO NEOLIBERALIZMU RELIGIA – AMFETAMINA LUDU


Jarosław Tomasiewicz

Jan Wolski

Po dwakroć niepokorni.

WYZWOLENIE. Wybór pism spółdzielczych z lat 1923–1956

Szkice z dziejów polskiej lewicy patriotycznej Żaden z nich nie był ortodoksem, niewolniczo odtwarzającym zapożyczone idee. Każdy szukał własnej drogi. Niepokorność, niedostosowanie, niezgoda – to łączy wszystkich. Wiele jednak ich dzieli. Spotkali się w tym tomie demokraci, socjaliści, syndykaliści, anarchiści, komuniści… Różnił ich stopień radykalizmu społecznego, stosunek do demokracji, preferowana taktyka. Jedni czerpali natchnienie z Ewangelii, drudzy wojowali z chrześcijaństwem. Rozmaicie rozumieli patriotyzm. Wszyscy nasi bohaterowie łączą „lewicową” walkę o postęp, równość, wolność i sprawiedliwość z ideami klasyfikowanymi dziś na ogół jako „prawicowe” – z patriotyzmem lub religijnością. Te heterodoksyjne elementy ich dziedzictwa na ogół zbywane są pełnym zakłopotania milczeniem. (fragment wstępu)

Wybór i opracowanie Remigiusz Okraska i Adam Benon Duszyk W 40-lecie śmierci Jana Wolskiego ukazuje się pierwszy wybór jego tekstów poświęconych kooperacji pracy, spółdzielczości, samorządowi pracowniczemu, alternatywom wobec kapitalizmu i „centralnemu planowaniu”. Prawie 700 stron i najważniejsze rozprawy Wolskiego: broszury wydane w latach 20. i 30., nigdy dotychczas niepublikowany rękopis z początku lat 20., maszynopisy z czasów okupacji hitlerowskiej, teksty zablokowane przez komunistyczną cenzurę. Całość opatrzona obszernym posłowiem prezentującym życie i dorobek Wolskiego. Cena: 49 zł · ebook 25 zł

Cena: 22 zł   · ebook 14,99 zł

Książki dostępne w naszym sklepie internetowym: nowyobywatel.pl/sklep Zamówienia można składać również mailowo: sklep@nowyobywatel.pl Konto Stowarzyszenia „Obywatele Obywatelom” nr 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001


EDYTORIAL

1

Baza jest najważniejsza Remigiusz Okraska

D

awno, dawno temu osią polityki oraz podziałów partyjnych i ideologicznych był stosunek do gospodarki, własności, dochodu narodowego i jego podziału. Czyli do tego, co niemodna dziś ideologia marksowska określała hasłowo mianem „bazy”, w kontrze do „nadbudowy”. Oczywiście inne kwestie również wpływały na identyfikacje polityczne. Jednak o tym, kto jest lewicą, kto prawicą, kto centrum, kto opcją umiarkowaną, a kto skrajną, decydował głównie zestaw postulatów i wartości odnoszących się do gospodarki i podziału jej owoców. Z czasem to wszystko się zagmatwało, skomplikowało, nierzadko zostało postawione na głowie. Wydawałoby się, że nie ma nic ważniejszego. Że kluczowe powinno być to, czy mamy co jeść, w co się ubrać, gdzie i w jakich warunkach mieszkać, za co się leczyć, kształcić. Czy mamy pracę, dochody, czy możemy coś odłożyć na czarną godzinę lub czy w przypadku nastania czarnej godziny możemy się gdzieś zwrócić o pewną i bezwarunkową pomoc. Czy stać nas na wypoczynek, rozrywki intelektualne i kulturalne. I tak dalej. Jednak sprawy takie są dziś w debacie politycznej albo słabo obecne, albo dyskutowane jednostronnie. W ostatnich dekadach mieliśmy dominację ideologii neoliberalnej. Prawie cała narracja o gospodarce polegała na powtarzaniu kilku zaklęć: własność prywatna to jedyne słuszne rozwiązanie, wolny rynek wszystko sprawiedliwie wyreguluje, podatki powinny być niskie, a państwo – ograniczone i tanie. Pół biedy, gdy w ogóle dyskutowano takie kwestie. Ogromna część sporu i propozycji pozytywnych dotyczy zupełnie innych spraw. Głównie „tożsamości” – systemu wartości, postaw, wyborów moralnych, a w polskim przypadku także stosunku wobec przeszłości. Nietrudno zgadnąć, że taki obrót sprawy jest na rękę jednostkom i grupom uprzywilejowanym ekonomicznie. Znane powiedzonko mówi, że dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Nie rozmawiają, bo nie muszą – gdyż pieniędzy mają pod dostatkiem. Łatwo być idealistą lub idealistę

udawać, jeśli posiadamy pełny portfel. Natomiast brak pieniędzy na żywność lub czynsz musi owocować materializmem. Materializm mógłby być jednak niebezpieczny dla tych, którzy pieniądze mają. Bo ci, którym ich brakuje, mogliby się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje i czy to sprawiedliwe, że jeden ma prywatny odrzutowiec, choć niekoniecznie pracował, a inny ma zdezelowane dwudziestoletnie auto, choć ciężko pracował. Żeby zatem jedni nie zajmowali się zbytnio myśleniem o pieniądzach, inni podsuwają im odmienne tematy. Nie mają chleba? Niech się kłócą o aborcję, związki partnerskie, wyklętych itd. To oczywiście nie jest żaden spisek ani całościowo zaplanowana operacja odwracania uwagi. Nie jest również tak, że sprawy „tożsamości” nie mają żadnego związku ze sprawami „chleba”. Ale niezależnie od tego, czy jesteśmy hetero- czy homoseksualni, czy jesteśmy za czy przeciw aborcji, czy wolimy wyklętych od komunistów lub odwrotnie – mamy podobne żołądki i resztę podstawowych potrzeb materialnych. Dlatego „baza” powinna być jednym z kluczowych tematów naszych zainteresowań i refleksji. W bieżącym numerze kładziemy na to szczególny nacisk, choć „od zawsze” był dla nas kluczowy. Zaczynamy od wywiadu z Thomasem Frankiem, który pokazuje, jak kwestie ekonomiczne zepchnęły na margines pozostałe wątki w kampanii wyborczej w USA. Nancy Fraser obwieszcza koniec „postępowości” realizowanej w sojuszu z bogaczami. Postulujemy wysokie podatki dla zamożnych. Przyglądamy się nierównościom społecznym. Rozmawiamy o losach mieszkańców dawnych PGR-ów. Przedstawiamy robotników, którzy przejęli fabryki od właścicieli. Zastanawiamy się, jak zorganizować w związki zawodowe pracowników „niestabilnych” sektorów. Właściwie w niemal każdym tekście tego numeru, nie wyłączając tych o postaciach z przeszłości czy o sztuce, zastanawiamy się nad „bazą”. Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach? My rozmawiamy, bo – podobnie jak nasi czytelnicy i czytelniczki – musimy. Zapraszam do lektury!


2

SPIS TREŚCI 6 Co z tą Ameryką?

wywiad

Z THOMASEM FRANKIEM ROZMAWIA MAURYCY GOCŁAWSKI

6

18 Koniec postępowego neoliberalizmu NANCY FRASER

22 Bogaci zasługują na wysokie podatki DR TOMASZ MARKIEWKA

Podatki nie cieszą się w Polsce zbytnim poważaniem. Propozycja ich podwyżki, nawet jeśli dotyczy tylko najbogatszej części społeczeństwa, jest traktowana jako zło konieczne i symptom nieciekawej sytuacji ekonomicznej państwa. Od razu spotyka się też z gwałtownym sprzeciwem. Atakujecie najbardziej zaradnych członków społeczeństwa! Szykujecie powrót do czasów komunizmu! Państwo rabuje obywateli! Na Zachodzie standardem są zaś podatki progresywne – i to zazwyczaj wyższe niż obowiązujące dziś w naszym kraju.

Trump jest zupełnie inny niż republikańscy politycy lat 90. Jego kampania wyborcza zajmowała się kwestiami gospodarczymi w sposób bardzo otwarty, nie bał się mówić o interesach klasy pracującej. Kiedy gospodarka amerykańska załamała się za sprawą machlojek na rynku mieszkaniowym i w finansach, reguły gry uległy zmianie. Ludzi przestały obchodzić wojny kulturowe, sprawy ekonomiczne znów stały się najważniejsze.

18

30 Ekonomia nierówności dochodowych JAKUB BARTAK

W ciągu ostatnich kilkunastu lat fenomen nierówności dochodowych wdarł się na salony badań ekonomicznych. Kwestie podziału dochodu badane są już nie tylko w katedrach ekonomii keynesowskiej i marksistowskiej, lecz także w ramach jej tzw. głównego nurtu. Co wynika z tych intensywnych badań? Co już wiemy na temat nierówności, a co wciąż pozostaje w sferze domysłów i intuicji?

38 Ludzie bez głosu

Zwycięstwo Trumpa nie jest jedynie rewoltą przeciwko globalnemu kapitalizmowi. Jego wyborcy odrzucili postępowy neoliberalizm, perwersyjny sojusz, którego zrozumienie jest kluczem do pojęcia wyniku wyborów w USA. Postępowy neoliberalizm jest połączeniem głównych prądów obowiązujących w nowych ruchach społecznych (feminizmu, antyrasizmu, wielokulturowości, praw osób LGBTQ) z „odwiecznymi”, opartymi na usługach sektorami biznesu z najwyższej półki (Wall Street, Silicon Valley, Hollywood).

wywiad

Z DR. PIOTREM BINDEREM ROZMAWIA KRZYSZTOF WOŁODŹKO

38

52 Bankructwa krajów i przejmowanie fabryk KRZYSZTOF MOLENDA

Pomimo życia w jednych z najbardziej zasobnych w urodzajną ziemię krajów na świecie ludzie nie mieli co jeść. Ani co robić. Całkiem liczni robotnicy po prostu przychodzili do swoich zakładów pracy. Czasem było tam coś do zrobienia, częściej nie. W tym miejscu rozpoczyna się historia „odzyskanych przedsiębiorstw”. Sytuacje, gdy kontakt z właścicielem lub zarządem nagle się urywał, a pracownicy przychodzili do pracy, w naturalny sposób prowadziły do przejęcia opuszczonej firmy. Robotnicy już bez właściciela starali się podtrzymać jej działanie.

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

Drażniło mnie, że społeczności popegeerowskie są tak schematycznie opisywane. Pierwsze pokolenie, które wyrosło w PGR-ach, które później straciło tam pracę i przestawiło się na tory regularnych wyjazdów za granicę, zarabiało nie tylko na bieżącą konsumpcję. Ludzie z pegeerów wyremontowali swoje domy, później płacili za edukację dzieci na niepublicznych uczelniach w wielkim mieście, a jeszcze później zaczęli spłacać kredyt swoich dzieci na mieszkanie w tymże dużym mieście. To byli ludzie, którzy pracowali niegdyś w PGR-ze: bez wielkiego kapitału kulturowego, bez wielkomiejskiego doświadczenia zawodowego. I to właśnie im w III RP doprawiono gębę.


3

64 Organizowanie nieorganizowalnych TOMASZ FRYMORGEN

Dzikie strajki w sektorach pracy dorywczej są wyzwaniem dla panujących w związkach zawodowych wizji tego, gdzie i kogo organizować. Walki sprzątaczek i kurierów to tylko rzadkie przypadki pracowniczej bojowości, a nie szerokie odrodzenie ruchu. Jednak już to czyni je interesującymi. Ponieważ akcje te pojawiły się w sektorze pracy prekaryjnej, który tradycyjnie jest uważany za niemożliwy do zorganizowania, a w konsekwencji – zaniedbany przez związki zawodowe głównego nurtu, lewica powinna przyglądać się tym strajkom uważnie i uczyć się od biorących w nich udział.

86 Amfetamina ludu, czyli Trzecie Królestwo DR HAB. JAROSŁAW TOMASIEWICZ

„Religia to opium dla ludu”. Któż z lewicowców nie znałby tej, niedokładnie cytowanej, frazy Karola Marksa? Niektórzy wręcz sprawiają wrażenie, jakby z całego dorobku myśliciela z Trewiru zapamiętali tylko to jedno zdanie. Twórca materializmu historycznego zauważa wszak, że religia może być też „protestem przeciw nędzy rzeczywistej”, motywacją do walki. Trzymając się medycznej analogii: ­„amfetaminą ludu”.

94 Ks. Eugeniusz Okoń – radykał w sutannie

z polski rodem

DR HAB. RAFAŁ ŁĘTOCHA

W swoim czasie stał się on w niektórych okolicach naszego kraju bożyszczem biedoty chłopskiej, a równocześnie postrachem i zmorą dziedziców, wiejskich bogaczy, plebanów. Chwalili go i darzyli sentymentem ludzie prości „z rękami czarnymi od pługa”, a ganili i obrzucali złymi słowami wszelkiego rodzaju posesjonaci, czerpiący zyski z cudzej pracy.

102 Niezgoda buduje. Historyczne meandry polskich mobilizacji PIOTR KULIGOWSKI

68 Dlaczego harcerstwo?

wywiad

Z VICTORIĄ KAMASĄ ROZMAWIA KRZYSZTOF WOŁODŹKO

Harcerstwo wychowuje ludzi, którzy bardzo dobrze potrafią się odnaleźć w naprawdę różnych miejscach. I niezależnie od tego, co robią w życiu, wnoszą wiele dobrego w środowiska, w których funkcjonują. Harcerze są uczeni nie tylko pracy nad sobą, lecz także pracy dla innych. Dla mnie właśnie to jest najważniejsze: że są to ludzie nauczeni myślenia również o potrzebach innych.

80 Keep it complex – malezyjskie zmagania z politycznym islamem DR KRZYSZTOF NAWRATEK

Islam, podobnie jak inne religie, nie jest zagrożeniem – tym, co jest groźne, jest redukcja złożoności, której dokonuje planistyczny, rynkowy czy religijny fundamentalizm. Różnorodność otwiera drzwi do nowych światów, pozwala na testowanie różnych rozwiązań i pomysłów. Malezja wciąż jest pluralistyczna, warto się jej walce w obronie swojej różnorodności przyglądać.

Hasło „Tu jest Polska!”, skandowane na wielu nacjonalistycznych marszach, jawi się jako powrót do wzorców znanych przed wieloma dekadami. Zasianie twórczych ziaren niezgody i rozerwanie tej narracji wzdłuż szwów klasowych to zadanie tym trudniejsze, że w czasach kryzysu naturalnym zjawiskiem jest rozpaczliwe poszukiwanie przyczółków wspólnotowości. Skoro jednak udział w ulicznych mobilizacjach przestał być „obciachem”, to być może budująca niezgoda jest bliżej, niż mogłoby się wydawać.


NOWY

BYWATEL  NR 23 (74) · WIOSNA 2017

Redakcja, zespół i stali współpracownicy Remigiusz Okraska (redaktor naczelny) Krzysztof Wołodźko (zastępca redaktora naczelnego) Rafał Bakalarczyk, Mateusz Batelt, Joanna Duda-Gwiazda, Bartłomiej Grubich, Katarzyna Górzyńska-Herbich, dr hab. Rafał Łętocha, Bartłomiej Mortas, Krzysztof Mroczkowski, Magdalena Okraska, dr Jan Przybylski, Marceli Sommer, Szymon Surmacz, dr Joanna Szalacha-Jarmużek, Piotr Świderek, dr hab. Jarosław Tomasiewicz, Karol Trammer, Piotr Wójcik Rada Honorowa dr hab. Ryszard Bugaj, Jadwiga Chmielowska, prof. Mieczysław Chorąży, Piotr Ciompa, prof. Leszek Gilejko , Andrzej Gwiazda, dr Zbigniew Hałat, Grzegorz Ilka, Bogusław Kaczmarek, Jan Koziar, Marek Kryda, Bernard Margueritte, Mariusz Muskat, dr hab. Włodzimierz Pańków, dr Adam Piechowski, Zofia Romaszewska, dr Zbigniew Romaszewski , dr Adam Sandauer, dr hab. Paweł Soroka, prof. Jacek Tittenbrun, Krzysztof Wyszkowski, Marian Zagórny , Jerzy Zalewski, dr Andrzej Zybała, dr hab. Andrzej Zybertowicz

SPIS TREŚCI 112 Sztuka a rzeczywistość MIECZYSŁAW SZCZUKA

Uświadomienie sobie faktu, że sztuka XIX w. była właściwie bez życiowego zastosowania, przebija się w takich hasłach wysuwanych w ostatnich latach kilkunastu przez artystów: „sztuka na ulicę”, „sztuka dla wszystkich”. Hasła te głoszone przez tzw. nową sztukę łatwiej było wygłosić niż w czyn wprowadzić. Zdemoralizowane przez dotychczasową praktykę środowisko konsumentów, nie widziało w tym nic innego ponad niewinne skądinąd poszukiwanie „nowego dreszczu”, w najlepszym razie odbicie pewnych fermentów nurtujących sfery inteligencji.

Nowy Obywatel ul. Zielona 27, 90-602 Łódź, tel. 530 058 740 propozycje tekstów: redakcja@nowyobywatel.pl reklama, kolportaż: biuro@nowyobywatel.pl

nowyobywatel.pl

ISSN 2082–7644 Nakład 1600 szt. Wydawca Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” ul. Zielona 27, 90-602 Łódź Redakcja zastrzega sobie prawo skracania, zmian stylistycznych i opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do druku. Materiałów niezamówionych nie zwracamy. Nie wszystkie publikowane teksty odzwierciedlają poglądy redakcji i stałych współpracowników. Przedruk materiałów z „Nowego Obywatela” dozwolony wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody redakcji, a także pod warunkiem umieszczenia pod danym artykułem informacji, że jest on przedrukiem z kwartalnika „Nowy Obywatel” (z podaniem konkretnego numeru pisma), zamieszczenia adresu naszej strony internetowej (nowyobywatel.pl) oraz przesłania na adres redakcji 2 egz. gazety z przedrukowanym tekstem. Sprzedaż „Nowy Obywatel” jest dostępny w prenumeracie zwykłej i elektronicznej (nowyobywatel.pl/prenumerata), można go również kupić w sieciach salonów prasowych Empik i RUCH oraz w sprzedaży wysyłkowej. skład, opracowanie graficzne Bartłomiej Mortas okłaDKa Bartłomiej Mortas, Remigiusz Okraska Kooperatywa.org Druk i oprawa Drukarnia READ ME w Łodzi 92–403 Łódź, Olechowska 83 druk.readme.pl

113 Rejterada ANDRZEJ MUSZYŃSKI

Gdzie dziś jest sztuka, a gdzie rzeczywistość? Sztuka przyjęła postawę krytyczną i przez długie lata wychodziło jej to przekonująco. Tyle że dalsza krytyka już nic nie wnosi, bo ten świat potrzebuje teraz nadziei, wiary i lepszej pogody. Więc pasowałoby się znów nauczyć go afirmować. Zachwycać się tym, co jest, co pozostało. Wyjść do ludzi. Jak? Ironia i szydera są narzędziami krytyki. W jaki sposób się zachwycać, nie odwołując się do patosu, komunikując się z ludźmi w ich nowym języku, który formy zachwytu wyparł albo oskubał do nagich „wow”, „omg”?


5

120 Za skrzyżowaniem

134 Czarna księga III RP. Rozdział: reprywatyzacja

JACEK ŻEBROWSKI

Takie było życie w Battersea: ciężka praca, romanse, niechciane ciąże, rozwody, aborcje, imprezy w sobotnią noc, bójki między chłopakami, przygodny seks, skromne pensje, wypady do fryzjera i do pralni, przejażdżka motocyklem, czasem i rasizm wobec przybyszów z Karaibów. Wielką zaletą książki Dunn jest to, że autorka nie ocenia swoich bohaterów, nie wartościuje ich wyborów i zachowań, pokazuje życie takim, jakie jest.

recenzja

KRZYSZTOF WOŁODŹKO

Ta smutna prawda czytelnie i rzeczowo została przedstawiona na kartach książki, której okładkę zdobi graffiti z podobizną Jolanty Brzeskiej. Po części gorzka, po części pokrzepiająca myśl: jak w najbardziej barbarzyńskich czasach książka o małym nakładzie, której przydałaby się solidna korekta, jest jednym ze znaków nadziei, głosem sprawiedliwości i niewygodnych prawd, głosem lewicy, która jest wierna swoim zasadom i swoim społecznym zobowiązaniom.

Sprostowanie

124 Historyk obywatelski – to brzmi dumnie OLGA DRENDA

Słowo „amator” wydaje się dzisiaj obciążone trochę lekceważącym tonem. Nikt nie chciałby, aby o jego pracy mówiono „amatorszczyzna”. Jeśli jednak chcemy brać na poważnie postulaty demokratyzacji dostępu do wiedzy, a nawet zasady równości w ogóle, warto schować tę kategorię do kieszeni albo zrewidować swoje poglądy na temat granicy między zawodowstwem a hobbystycznym czy niedzielnym uprawianiem nauki.

128 Odzyskać zarządzanie

recenzja

DR HAB. ANDRZEJ W. NOWAK

Lewica i ruchy emancypacyjne też mogą promować przedsiębiorczość, wydajność, skuteczność, sprawność, zmysł organizacyjny. Nie bójmy się tych słów i praktyk. Wiem, że dziś są one często przechwytywane przez neoliberalną nowomowę, ale tak nie musi być. Możemy mówić i myśleć inaczej.

W poprzednim numerze „Nowego Obywatela” w artykule Jarosława Tomasiewicza pt. „Narodziny, wzlot i upadek Anteusza. W piątą rocznicę śmierci Andrzeja Leppera” z powodu niedopatrzenia w trakcie składu publikacji popełniliśmy błąd. Pod tekstem nie pojawił się pierwszy przypis, oznaczony w tekście głównym. Miał on brzmieć następująco: „Na ogół rygorystycznie oddzielam swoje publikacje obiektywno-naukowe od subiektywno-publicystycznych, tu jednak postanowiłem połączyć oba ujęcia. Dlatego wyróżniłem czcionką dwa rodzaje tekstu: naukowy (normalna czcionka) i publicystyczny (kursywa)”. W miejsce treści przypisu numer 1 pojawiła się treść przypisu nr 2, podobnie przesunęły się wszystkie kolejne przypisy, w związku z czym ich treść odnosi się do niewłaściwym miejsc w tekście. Za zaistniały błąd serdecznie przepraszamy Autora oraz Czytelników i Czytelniczki. Wersję tekstu z poprawnym oznaczeniem przypisów i ich pełną treścią można znaleźć na naszej stronie internetowej pod adresem http://nowyobywatel.pl/category/kwartalnik/zima2016/ po wybraniu odpowiedniego artykułu. Remigiusz Okraska


22

rys. Anna Bearne

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017


23

Bogaci zasługują na wysokie podatki dr Tomasz S. Markiewka

Podatki nie cieszą się w Polsce zbytnim poważaniem. W każdej kampanii wyborczej do Sejmu pojawia się jakaś partia zapewniająca, że je obniży. Z kolei propozycja ich podwyżki, nawet jeśli dotyczy tylko najbogatszej części społeczeństwa, jest traktowana jako zło konieczne i symptom nieciekawej sytuacji ekonomicznej państwa. Od razu spotyka się też z gwałtownym sprzeciwem. Atakujecie najbardziej zaradnych członków społeczeństwa! Szykujecie powrót do czasów komunizmu! Państwo rabuje obywateli! Tego typu oskarżenia słychać za każdym razem, gdy w sferze publicznej pada propozycja podwyżki opodatkowania.

W

wyścigu na obniżanie progów podatkowych (czy raczej na obietnice, że taki ruch zostanie wykonany) przodują partie stylizujące się na nowoczesne i „zachodnie”. Kiedyś niską stawkę podatku liniowego proponowała PO (słynne 3x15), dziś w jej ślady idzie Nowoczesna (3x16). Jest to o tyle ciekawe, że podatek liniowy obowiązuje raczej na wschód od Polski (np. w Rosji, Estonii i na Białorusi), na Zachodzie standardem są zaś podatki progresywne – i to zazwyczaj wyższe niż obowiązujące dziś w naszym kraju. Za progresywnymi oraz wysokimi stawkami podatkowymi przemawia jednak coś więcej niż prosty argument „tak jest na Zachodzie”, choć warto go przypomnieć, gdy rzekomo prozachodnie partie proponują „wschodnie” rozwiązania. Wielu ekonomistów i badaczy społecznych wyjaśnia, że istnieją liczne przesłanki o charakterze etycznym, ekonomicznym i socjologicznym, pokazujące, dlaczego zamożne osoby powinny płacić zdecydowanie wyższe podatki.

Kto rano wstaje… Bogaci ludzie lubią mówić, że wszystko, co osiągnęli, zawdzięczają sobie – pracowitości, talentowi czy odwadze. Jan Kulczyk, krytykując pomysł

nałożenia na najzamożniejszą część społeczeństwa wysokich podatków, utyskiwał, że byłby to atak na tych, którzy wcześniej wstają, więcej się uczą, więcej ryzykują. Gerard Depardieu po wprowadzeniu we Francji 75-procentowej stawki podatkowej dla bogaczy oskarżył tamtejszy rząd o nakładanie kary za sukces, talent i kreatywność. Za tymi narzekaniami kryje się w gruncie rzeczy filozoficzne przekonanie, że wszystkie najważniejsze składniki decydujące o naszym powodzeniu lub porażce znajdują się w nas, w poszczególnych jednostkach. Dlatego ktoś, kto odniósł sukces, nie ma żadnego obowiązku dzielić się nim z innymi za pośrednictwem podatków. A przynajmniej nie w znaczącym stopniu. Z kolei ludzie, którym się nie powiodło, nie mają podstaw, aby oczekiwać wsparcia ze strony państwa. Muszą bowiem ponieść konsekwencje swoich błędnych decyzji. Ten skrajnie indywidualistyczny światopogląd nie ogranicza się tylko do najbogatszych przedstawicieli społeczeństwa. Przedostał się do niemal każdego zakamarka naszego języka. Jednym z  wielu świadectw jego sukcesu jest zawrotna popularność słowa „przedsiębiorczość”. Nie ma wolności bez przedsiębiorczości, nie ma wolności bez ludzi przedsiębiorczych, nie ma wolności bez zaradności i bez pracowitości – mówił


24

na Gali Pracodawców RP ówczesny prezydent Bronisław Komorowski. Przedsiębiorczość jest traktowana jako jedna z największych cnót współczesnego obywatela i niemal zawsze rozumie się ją jako coś, co człowiek nosi w sobie. Przedsiębiorczość mamy we krwi – głosi mem Nowoczesnej. Do wspierania przedsiębiorczości oraz do nauki zarządzania swoim życiem nawołuje też ksiądz Jacek Stryczek, znany ze Szlachetnej Paczki oraz z krytyki „katomarksizmu”. Entuzjaści przedsiębiorczości mogą nie być pewni, czy się ją po prostu ma (we krwi), czy też trzeba się wyuczyć (np. kupując poradniki księdza Stryczka), wiedzą za to, że znajduje się ona w poszczególnych jednostkach. I ci, którzy mają jej najwięcej, powinni być stawiani za wzór jako współczesne odpowiedniki przodowników pracy. Największym wrogiem ludzi przedsiębiorczych jest w takiej wizji zawsze państwo. Prezydent Komorowski we wspomnianym przemówieniu dowodził, że po 1989 roku Polacy musieli nauczyć się, że nie można liczyć na państwo, a  każdy obywatel powinien zostać kowalem swojego losu. Ludzie przedsiębiorczy, czytaj: ludzie, którzy odnieśli sukces, tak właśnie zdaniem byłego prezydenta zrobili. Ci, którym się nie powiodło, muszą zaś porzucić roszczeniową postawę, wziąć przykład z wielkich tego świata i zacząć pracować na własny sukces. Komorowski przekonywał, że ludzie mają obowiązek myślenia o  własnym bezpieczeństwie, o  własnym wysiłku, o  własnej pracy, o własnej odwadze brania własnego losu we własne ręce. To obsesyjne powtarzanie słowa „własny” nie jest przypadkowe. Jest ono naturalną konsekwencją poglądu, że państwo to zbiór zatomizowanych jednostek, a każda z nich ma obowiązek dbać przede wszystkim o siebie. Wiele osób zajmujących się na co dzień ekonomią i naukami społecznymi ma jednak poważne wątpliwości, czy taka indywidualistyczna wizja człowieka jest słuszna. Ha-Joon Chang, znany koreański ekonomista, twierdzi na przykład, że przedsiębiorczość nie jest cechą poszczególnych ludzi, lecz społeczeństw. Nawet tak wyjątkowe jednostki, jak Edison i Gates zdobyły swoją pozycję tylko dlatego, że wspierał ich cały szereg instytucji zbiorowych – pisze w „23 rzeczach, których nie mówią ci o kapitalizmie”. Do tych instytucji zalicza m.in.: infrastrukturę naukową, przepisy prawa handlowego, system edukacji (dzięki któremu ludzie tacy jak Gates i Edison mogą korzystać z wiedzy i umiejętności swoich pracowników) oraz prawa patentowe. Przedsiębiorczość staje się w krajach bogatych, nawet na poziomie firm, przedsięwzięciem wysoce zbiorowym – podsumowuje swoje wywody na ten temat Chang. Innymi słowy, nie ma przedsiębiorczości bez zbiorowości, nie ma ludzi przedsiębiorczych bez państwa tworzącego instytucje pozwalające jej

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

kwitnąć i bez społeczeństwa nauczonego ze sobą współpracować, a nie tylko rywalizować. Wystarczy chwila zastanowienia, aby uznać, że koreański ekonomista mówi o rzeczach oczywistych. Być może są one aż nazbyt oczywiste, dlatego tak łatwo umykają, gdy rozmawiamy o zasługach ludzi bogatych. A nie powinny. Choćby dlatego, że nie każdy ma równy dostęp do wymienionych udogodnień. Dorobienie się miliardów dolarów na firmie komputerowej dla kogoś, kto urodził się i żyje na Łotwie, a  nie w  Stanach Zjednoczonych, jest o  wiele trudniejsze, niezależnie od umiejętności i wysiłków tej osoby. Zbyt szybko zapominamy, że drogi, którymi ludzie przedsiębiorczy wożą swoje produkty, nie spadły z nieba, lecz zostały ufundowane z podatków; że pracownicy, bez których ludzie przedsiębiorczy nie mogliby się obejść, w większości zdobyli wykształcenie w publicznych placówkach; że łatwiej sprzedawać produkowane dobra w społeczeństwie, które może sobie pozwolić na ich zakup, niż w społeczeństwie ludzi żyjących z miesiąca na miesiąc, od jednej umowy śmieciowej do następnej. Nie trzeba zresztą dokonywać porównań między państwami na różnym poziomie rozwoju, aby dostrzec, jak duża część przedsiębiorczości i zamożności bierze się nie z wybitnych jednostek, lecz z okoliczności, w których się poruszamy. Zazwyczaj wystarczy rozejrzeć się wokół.

Wybierz sobie rodziców Nierówności w dostępie do zasobów społecznych istnieją nie tylko między poszczególnymi krajami czy regionami świata, lecz także wewnątrz rozwiniętych społeczeństw zachodnich. Joseph Stiglitz, zdobywca ekonomicznego odpowiednika Nobla, lubi powtarzać z ironią, że dzieci w USA mają przed sobą tylko jeden istotny wybór: jakich rodziców chcą mieć. Autor „Globalizacji” zauważa, że jakość wykształcenia młodych obywateli zależy w dużej mierze od zasobności portfelów ich matek i ojców. W jednej ze swoich książek przytacza statystyki, według których tylko 9% studentów elitarnych amerykańskich uczelni pochodzi z najuboższej połowy populacji – natomiast aż 74% stanowią przedstawiciele najbogatszej ćwierci społeczeństwa. Wskazuje także na dane świadczące o tym, że młodzi ludzie z biedniejszych rodzin mają statystycznie mniejsze szanse na ukończenie studiów wyższych, nawet gdy na wstępnych etapach nauki osiągają lepsze wyniki niż ich bogaci rówieśnicy. Ale czy wykształcenie jest takie ważne? – spyta ktoś. Czy mało mamy przykładów bezrobotnych po studiach? Mimo że takie przykłady rzeczywiście istnieją i są bardzo efektowne, to znowu, statystycznie rzecz biorąc, a więc skupiając się na całości społeczeństwa, a nie na wybranych osobach – nie oddają


25

rys. Anna Bearne

relacji między wykształceniem a sytuacją zawodową. Richard Wilkinson i Kate Pickett, autorzy głośnego „Ducha równości” (w Polsce niestety słabo znanego), podają następujące dane dla USA: osoby chodzące do szkoły średniej, lecz kończące ją bez dyplomu, zarabiały tygodniowo przeciętnie 419 dolarów, z dyplomem – 595, po uzyskaniu licencjatu w college’u – 1039, z co najmniej tytułem magistra – ponad 1200. Puenta jest prosta. Im jesteś bogatszy (albo raczej: im bogatsi są twoi rodzice), tym większe masz szanse na uzyskanie lepszego wykształcenia. Im lepsze masz wykształcenie, tym większe prawdopodobieństwo, że będziesz dobrze zarabiał. Warto dodać, że analizy statystyczne przeprowadzone w Polsce przez Instytut Badań Edukacyjnych także wskazują na istnienie zależności między pochodzeniem rodzinnym danej osoby a  tym, jak najprawdopodobniej będzie wyglądała jej ścieżka edukacyjna. W Polsce osiągane wykształcenie zależy w znacznym stopniu od wykształcenia rodziców – piszą autorzy raportu.

– Gdy przynajmniej jedno z rodziców skończyło wyższą uczelnię, to szanse uzyskania wykształcenia wyższego wynoszą 73%. Szanse te maleją, gdy rodzice nie mają wykształcenia wyższego. Dane zebrane przez IBE pokazują też, że osoby lepiej wykształcone mają mniejszy problem ze znalezieniem pracy. Wniosek jest podobny jak w przypadku badań z USA: na osiągnięcia dzieci i młodzieży w szkole, a następnie w pracy, duży wpływ ma to, z jakich rodzin pochodzą. Wygląda na to, że Stiglitz ma rację. Wybór rodziców jest istotny – oczywiście mamy tu do czynienia z czymś na wzór błędnego koła, ponieważ ci rodzice sami mieli utrudnione albo ułatwione możliwości odniesienia sukcesu. Chang, Stiglitz, Wilkinson i Pickett dowodzą jednego: nikt nie ma prawa powiedzieć o sobie, że osiągnął sukces oraz bogactwo wyłącznie własną pracą. Tak, duża część ludzi, którym się udało, musiała na to zapracować. Ale to tylko połowa historii. Druga jest taka, że powiodło im się, gdyż na ich rzecz


26

działały określone warunki społeczne. I – w wielu przypadkach – szczęście. Wpływem tego ostatniego na sukces zajął się ostatnio Robert H. Frank, profesor ekonomii z Cornell University, w książce „Success and Luck: Good Fortune and the Myth of Meritocracy”. Zauważa on, że żyjemy obecnie w czasach, gdy mała różnica w jakości wykonanej pracy może przełożyć się na ogromne różnice w wynagrodzeniu. Stało się tak głównie dlatego, że osoby uznawane za największych fachowców w danej dziedzinie mogą obsługiwać szersze rynki niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Ich wpływy oraz pensje uległy zatem zwiększeniu ze szkodą dla ludzi ocenianych jako odrobinę gorsi. Co decyduje o  byciu postrzeganym jako „ten najlepszy” lub „ten gorszy”? Wiele rzeczy oczywiście, ale jedną z nich są zwykłe zbiegi okoliczności. Zdaniem Franka w  sytuacji, gdy społeczeństwo jest dobrze wykształcone, różnice między osobami

rywalizującymi o najwyższe nagrody są tak małe, że szczęście staje się nieodłącznym elementem ich sukcesów. Ktoś spotkał odpowiednią osobę, która pomogła mu popchnąć karierę do przodu (Frank pisze, że tak właśnie zdarzyło się w jego przypadku). Ktoś inny miał wyjątkowo dobry dzień w czasie rozmowy o pracę i wyprzedził kontrkandydatkę mającą minimalnie gorszy dzień. Jeszcze inny trafił na dobry humor swojego szefa. Te „małe” zdarzenia przekładają się następnie na ogromne różnice w wynagrodzeniach między tymi, którzy mieli szczęście, a tymi, którym go zabrakło. Frank opisuje symulację rywalizacji rynkowej ze 100 tysiącami uczestników, w  której zwycięstwo w 98% zależy od talentu i włożonego wysiłku, a w 2% od szczęścia. W każdej z tych kategorii przyznawano jednostkom biorącym udział w zmaganiach losowy wynik na skali od 0 do 100. Następnie zaś sprawdzano, kto zwycięży. Okazało się, że wśród wygranych

rys. Anna Bearne

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017


27

średni wynik szczęścia wynosił aż 90,23. Dodatkowo 78,1% zwycięzców nie posiadało najwyższego wyniku w kategorii talent i wysiłki. Innymi słowy, szczęście odgrywało ważną rolę w determinowaniu ostatecznych rezultatów – pomimo tego, że odpowiadało za nie tylko w 2%. Dlaczego? Dwa czynniki wpływają na taki stan rzeczy – tłumaczy Frank. Po pierwsze, ze względu na to, że szczęście z samej istoty jest czymś przypadkowym, najbardziej uzdolnione osoby mają taką samą szansę na posiadanie go jak pozostali. Po drugie, przy dużej liczbie uczestników rywalizacji wielu z nich będzie znajdowało się blisko najwyższego poziomu umiejętności, a dodatkowo kilku uzyska wysoki wynik w kategorii „szczęście”. W takiej sytuacji prawie zawsze znajdzie się ktoś, kto jest niemal tak samo uzdolniony jak najlepsza z rywalizujących osób, ale ma znacznie więcej szczęścia. Tak więc nawet kiedy szczęście odpowiada tylko w minimalnym stopniu za sukces, zwycięzca rywalizacji, w której bierze udział duża liczba uczestników, rzadko będzie najzdolniejszy, za to często znajdzie się w grupie największych szczęściarzy. Okazuje się zatem, że nawet jeśli pominiemy takie kwestie jak nierówny dostęp do edukacji czy innych zasobów społecznych, to najwięksi wygrani rynkowych zmagań i tak powinni z ostrożnością wysuwać twierdzenia, że wszystko zawdzięczają sobie i swojej ciężkiej pracy. Gdy zaś uwzględnimy wszystkie wspomniane czynniki zewnętrze wpływające na nasz sukces, staje się jasne, że ci, którym powiodło się najbardziej, powinni czuć się w moralnym obowiązku, aby dzielić się swoim majątkiem z  resztą społeczeństwa. A już na pewno taki obowiązek powinien być prawną częścią struktury nowoczesnego państwa.

Podatki dobre dla gospodarki i dla społeczeństwa Względy etyczne i zwykłe poczucie sprawiedliwości to niejedyne argumenty na rzecz wyższych stawek podatkowych dla najbogatszych. Istnieją także powody społeczno-ekonomiczne. Mówiąc najprościej, większe podatki mogą oznaczać zarówno wydajniejszą gospodarkę, jak i szczęśliwsze, lepiej funkcjonujące społeczeństwo. Wspomniany Frank napisał wraz z Philipem Cookiem w połowie lat 90. książkę pt. „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko”. Jej teza była prosta: obserwujemy znaczące rozpowszechnienie się rynków dla zwycięzców, to znaczy rynków, na których rywalizuje bardzo wiele osób, choć tylko niewielka ich część może się uważać za prawdziwych wygranych. Ta garstka zarabia zazwyczaj bajońskie sumy. Obrazowym przykładem tego zjawiska jest zawód aktorski w  USA. Mała grupa największych

gwiazd zarabia krocie, ale cała masa osób próbujących szczęścia w tej profesji nie jest w stanie się nawet z niej utrzymać. Dlatego próbują dorabiać na utrzymanie w branżach takich jak gastronomia i taksówkarstwo. Zdaniem Franka i Cooka mechanizm „zwycięzca bierze wszystko” przeniósł się na inne, „zwyczajniejsze” prace: od handlu, przez stomatologię, po prawo. I stanowi nie lada problem dla gospodarki. Z dwóch powodów. Po pierwsze, ogromne zarobki, jakimi cieszą się wygrani, przyciągają na rynki dla zwycięzców rzesze uzdolnionych i dobrze wykształconych ludzi. A to źle, ponieważ potencjał większość z nich się zmarnuje. Niezależnie od tego, jak wielu wybitnych specjalistów będzie brało udział w zmaganiach, wygra tylko kilku, czasem dzięki zwykłemu łutowi szczęścia. Po drugie, rywalizacja na tych rynkach prowadzi do marnotrawnego „wyścigu zbrojeń”. Ludzie robią wszystko, aby zwyciężyć, bo stawka jest wysoka, ale z perspektywy gospodarki i społeczeństwa jako całości ich inwestycje bywają średnio korzystne. Kłopot polega na tym, że podczas gdy ze społecznego punktu widzenia chcemy, aby inwestycje były prowadzone na podstawie ich wpływu na wartość ostatecznego produktu, z perspektywy pojedynczego uczestnika liczy się przede wszystkim to, jak zwiększają jego szanse na zwycięstwo – piszą autorzy książki. Gdzie leży rozwiązanie tych problemów? Raczej nie w mechanizmach wolnorynkowych. Nie możemy oczekiwać, że niewidzialna ręka zaradzi ekonomicznym i  społecznym dolegliwościom wywoływanym przez rynki dla zwycięzców – piszą Frank i  Cook. – Przeciwnie, jako że siły prowadzące do powstania tych rynków są coraz większe, najprawdopodobniejszym scenariuszem jest to, że nasze problemy staną się jeszcze gorsze, jeśli je zaniedbamy. Zresztą, jak wynika z  innych fragmentów „Społeczeństwa, w  którym zwycięzca bierze wszystko”, to właśnie wolny rynek, w połączeniu z rozwojem technicznym i postępującą globalizacją, wytworzył rynki dla zwycięzców z ich wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Gdzie należy zatem szukać ratunku? Autorzy omawianej książki wskazują dwa rozwiązania. Pomocne są odgórne regulacje rządowe w niektórych sferach życia gospodarczego. Na przykład wprowadzenie ustawowych dni wolnych od pracy sprawia, że nie zarzynamy się od rana do wieczora siedem dni w tygodniu w celu prześcignięcia innych uczestników rywalizacji. A nadmierna liczba godzin spędzanych w pracy jest problemem zarówno w USA, jak i w Polsce. Dane z 2015 roku wskazują, że spośród krajów Unii Europejskiej należących do OECD wyprzedzają nas pod tym względem tylko… Grecy. Jednak podstawowym sposobem na rozwiązanie problemów generowanych przez rynki dla zwycięzców


28

rys. Anna Bearne

są zdaniem Franka i Cooka wysokie, progresywne podatki. Jak twierdzą, najlepiej byłoby w ten sposób opodatkować konsumpcję, ale przyznają, że także wprowadzenie dużej progresji w podatkach dochodowych byłoby korzystne. Tak czy inaczej pozytywny efekt tych zmian miałby polegać na tym, że po prostu zmniejszyłyby one atrakcyjność najwyższych wynagrodzeń, a tym samym zredukowały zarówno problem przepełnienia rynków dla zwycięzców, jak i wyścigu zbrojeń. W konsekwencji gospodarka funkcjonowałaby lepiej. To jest właśnie główne przesłanie książki Franka i  Cooka. Podwyższając podatki, nie tylko podejmujemy decyzję słuszną z etycznego punktu widzenia, ale także poprawiamy ekonomiczny stan naszych społeczeństw. Autorzy twierdzą, że znany argument „albo mamy wydajną gospodarkę, albo dbamy o zmniejszanie nierówności – nie da się mieć jednego i drugiego”, jest wydumany w świetle obowiązującej wiedzy na temat funkcjonowania mechanizmów wolnorynkowych w krajach rozwiniętych.

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

Podobnie myśli Stiglitz. W swoich ostatnich publikacjach często podkreśla, że problemy amerykańskiej, a  w konsekwencji światowej gospodarki polegają na tym, że zbyt duża ilość pieniędzy idzie do kieszeni najbogatszych. Klasa średnia i  niższa mają to do siebie, że większość dochodów wydają na podstawowe, namacalne dobra, jak jedzenie, mieszkania, meble i tym podobne, napędzając tym samym popyt. Z kolei bogacze dużą część pieniędzy trzymają na kontach. Dlatego gdy w wyniku obniżenia podatków większa część korzyści z wzrostu PKB jest kierowana w ich stronę, zostają zakłócone prawa popytu i podaży, do których tak lubią odwoływać się wolnorynkowi ekonomiści. Transferowanie pieniędzy od najuboższych do najbogatszych osłabia konsumpcję – pisze Stiglitz – ponieważ jednostki o  wyższych dochodach przeznaczają na nią mniejszą część swoich dochodów niż jednostki o niższym dochodzie (bogaci oszczędzają od 15 do 25 procent swojego dochodu, podczas gdy ubodzy wydają cały). Oczywiście powstaje pytanie, czy pomysł napędzania gospodarki poprzez zwiększanie konsumpcji jest dobrym rozwiązaniem w dobie globalnego ocieplenia oraz różnorakich problemów ekologicznych. Z pewnością potrzebna jest nam także refleksja nad tym, jak ta konsumpcja ma wyglądać. Zresztą Stiglitz ma tego pełną świadomość. Rzecz po prostu w tym, że amerykański ekonomista pokazuje, iż niskie podatki dla najbogatszych nie muszą automatycznie przekładać się na poprawę sytuacji ekonomicznej danego kraju, a wręcz przeciwnie. Tym samym podważa słynną teorię skapywania, która sprowadza się do zasady „stwórzcie bogatym cieplarniane warunki, a oni dzięki temu, że będą mieli szansę wzbogacić się jeszcze bardziej, rozruszają całą gospodarkę i pomogą reszcie społeczeństwa”. Jak mówi Stiglitz, z tej teorii sprawdziła się tylko jedna rzecz: bogaci rzeczywiście stali się jeszcze bogatsi w wyniku neoliberalnych reform, które polegały m.in. na obniżaniu podatków dla najzamożniejszych obywateli. Cała reszta opowieści o powszechnym bogaceniu się nie znajduje zaś potwierdzania w dostępnych danych. O  ogólnych korzyściach płynących dla społeczeństwa z polityki na rzecz równości piszą także Wilkinson i Pickett. Po przeanalizowaniu setek danych z publikacji ONZ zauważyli, że choć do pewnego poziomu dobrostan społeczeństwa (zdrowie, poczucie szczęścia, zaufanie) zależy od rozwoju gospodarczego, to w przypadku krajów zamożnych liczy się już nie to, który z nich ma większe PKB, lecz panujący w danym państwie stopień nierówności. Im mniejszy, tym lepiej. Dla wszystkich, nie tylko dla najuboższych. Z  badań niewątpliwie wynika – zauważają Pickett i  Wilkinson w  „Duchu równości” – że każda dodatkowa doza równości przynosi


29

istotne korzyści nawet ludziom z najwyższych kategorii zawodowych oraz najzamożniejszej czy najlepiej wykształconej jednej trzeciej populacji. Dzieje się tak m.in. dlatego, że życie w społeczeństwie o niewielkich nierównościach wiąże się z  mniejszym stresem – nawet jeśli komuś powinie się noga, nie musi się obawiać trwałego bezrobocia czy biedy. Istnieją także mniejsze napięcia klasowe, a więcej ludzi ma możliwość świadomego i aktywnego uczestnictwa w życiu publicznym. Wszystko to składa się na co prawda wciąż niedoskonałe, ale z pewnością lepsze społeczeństwo w porównaniu z tymi, w których istnieje ogromna przepaść majątkowa między ludźmi. Dlatego państwa z rozbudowaną pomocą socjalną i wysokimi, progresywnymi podatkami, jak np. Dania i Szwecja, przewodzą na liście krajów, w których żyje się najlepiej. Argument Wilkinsona i Pickett, że nie sam wzrost PKB jest ważny, ale to, jak w danym społeczeństwie są dzielone płynące z niego zyski, powinien dawać do myślenia szczególnie dziś. Wspominanie wcześniej problemy z globalnym ociepleniem sprawiają, że szukanie „dobrobytu bez wzrostu” – by odwołać się do tytułu książki Tima Jacksona recenzowanej w  jednym z  poprzednich numerów „Nowego Obywatela” – wydaje się pilnym zadaniem. Szczególnie jeśli ten wzrost sprzyja głównie bogatym (patrz: Stiglitz), a sposób, w jaki jest obecnie osiągany, wiąże się z marnotrawstwem środków oraz energii (patrz: Frank i Cook).

Poza neoliberalne mantry Dyskusja o podatkach zbyt często sprowadza się do powtarzania wyuczonych formułek. Obniżmy podatki i  uwolnijmy energię ludzi. Nie karzmy za sukces. Dajmy bogatym spokój. Ewentualnie: jeśli będziemy ich denerwować, to uciekną z kraju. Tak naprawdę jednak nie ma ani etycznych, ani społecznych, ani nawet ekonomicznych dowodów na to, że dobre podatki to niskie podatki. Wręcz przeciwnie. Jeśli chcemy porządnego państwa, porządnego społeczeństwa, porządnej polityki, to nie możemy pozwolić sobie na to, aby grupa i tak mających się już całkiem nieźle osób znajdowała się pod specjalną ochroną neoliberalnych przesądów oraz ogólnego poczucia ich wyjątkowości, a także bezkarności. Spoglądanie na liczbę zmiennych, które trzeba wziąć pod uwagę przy projektowaniu sensownego systemu podatkowego, może onieśmielać. Nie powinniśmy jednak zapominać, że choć opracowanie szczegółów stanowi zadanie dla specjalistów, to sam wybór ogólnego kształtu tego systemu jest sprawą polityczną. Nie tylko w takim sensie, że odpowiadają za niego partie polityczne. Chodzi o  bardziej podstawowe rozumienie polityki – rozumienie, o które

upominał się m.in. Tony Judt, brytyjski historyk, w swojej głośnej książce „Źle ma się kraj” i o którym często zapominamy. Polityka w państwie demokratycznym to przestrzeń pozwalająca obywatelkom i obywatelom zdecydować, w jakiego rodzaju społeczeństwie chcą żyć – jakie idee mają stać u jego podstaw. Na końcu łańcuszka bardziej lub mniej skomplikowanych danych, liczb i  wykresów dotyczących podatków nie stoją niewzruszone prawa natury, lecz ludzkie decyzje o tym, czy lepsze jest społeczeństwo, w którym garstka zwycięzców bierze niemal wszystko, czy może takie, które nikogo nie zostawia na lodzie i nie skazuje na porażkę już na starcie. Obecnie duża część z nas przegrywa. Nie chodzi tylko o klasę niższą. Nawet przedstawiciele klasy średniej, którym jako tako się powodzi, osiągają względny dobrobyt za wysoką cenę nieustannego przepracowania, stresu i poczucia braku stabilności. Czy to jest społeczeństwo naszych marzeń? Nie istnieje uniwersalna i optymalna stawka podatkowa dla najbogatszych. Także rodzaj podatków – dochodowe, konsumpcyjne, majątkowe, od luksusu – jest kwestią do namysłu i do negocjacji. Trudno o rozwiązania sprawdzające się zawsze i wszędzie. W tej kwestii warto wsłuchiwać się w głosy ekonomistów, szczególnie tych, dla których punktem dojścia nie jest zwiększenie tego czy innego wskaźnika gospodarczego, lecz poprawa sytuacji ludzi (co nam po wzroście PKB, jeśli dla większości osób jego najbardziej namacalnym efektem jest niszczenie środowiska?). Pierwszy krok musi być jednak krokiem politycznym. Aby go wykonać, trzeba przebić się przez jeden z największych mitów neoliberalnego społeczeństwa – że próba wysokiego opodatkowania najzamożniejszych osób nie ma sensu. Ma. Dla dobra nas wszystkich. Bibliografia: »» Chang H.-J., 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, tłum. B. Szelewa, Warszawa 2013. »» Frank R., Cook P., The Winner-Take-All Society: Why the Few at the Top Get So Much More Than the Rest of us, New York 1995. »» Frank R., Success and Luck. Good Fortune and the Myth of Meritocracy, Princeton 2016. »» Jackson T., Dobrobyt bez wzrostu, tłum. M. Polakowski, Toruń 2015. »» Judt T., Źle ma się kraj. Rozmowa o naszych współczesnych bolączkach, tłum. P. Lipszyc, Wołowiec 2011. »» Raport o stanie Edukacji 2010, red. M. Federowicz, M. Sitek, Warszawa 2011. »» Stiglitz J., Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały zagrażają naszej przyszłości?, tłum. R. Mitoraj, Warszawa 2015. »» Stiglitz J., The Great Divide. Unequal Societies and What We Can Do About Them, New York 2015. »» Wilkinson R., Pickett K., Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, tłum. P. Listwan, Warszawa 2011.


38

Ludzie bez głosu z dr. Piotrem Binderem

rozmawia Krzysztof Wołodźko

–Jest – Pan autorem książki „Młodzi a bieda. Strategie radzenia sobie w doświadczeniu młodego pokolenia wsi pokołchozowych i popegeerowskich”. Skąd taka, a nie inna tematyka pracy? –Piotr – Binder: Tematyka była reakcją na sposób, w jaki polska socjologia zajmuje się wsią – a robi to nieproporcjonalnie rzadko. Sama tematyka pegeerowska jest i była niszowa, w pewien sposób także to mnie do niej przyciągało. Wydawała mi się ważna z wielu powodów, przede wszystkim ze względu na los ludzi ze społeczności popegeerowskich. Punktem

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

wyjścia była socjologia biedy, problematyka ubóstwa – to, jak ludzie sobie z tym radzą. Wydawało mi się, że jest to bijący po oczach przykład egzemplifikacji tego zagadnienia. Były też inne motywacje. Choćby to, w jaki sposób opisywano tych ludzi w literaturze przedmiotu. Ciekawostką jest, że PGR-y zostały przez socjologów „odkryte” dopiero po przełomie ustrojowym. Jako młodego adepta socjologii drażniło mnie, że te społeczności pegeerowskie i popegeerowskie są tak schematycznie opisywane. Już na etapie


39

różnorodnych danych (od statystyk i danych urzędowych po wywiady i obserwacje). Dzięki temu wiemy znacznie więcej o badanych miejscach, ale też możliwość uogólnień jest mniejsza. –Analizuje – Pan choćby sposoby używania terminu „wyuczona bezradność”, do których zresztą bardzo krytycznie się Pan odnosi. –To – naprawdę ciekawa historia... Na ostatnim Zjeździe Socjologicznym PTS w Gdańsku była nawet cała grupa poświęcona „wędrującym pojęciom”. „Wyuczona bezradność” to dobry przykład takiego terminu, który zupełnie niezasadnie został zaczerpnięty z innej dyscypliny, nie zoperacjonalizowano go należycie, a pomimo to po przełomie ustrojowym zrobił sporą karierę, funkcjonując raczej jako etykieta niż pojęcie naukowe. Inaczej niż w psychologii nie było żadnej socjologicznej teorii wyuczonej bezradności. Niestety, szczególnie w latach 90. chętnie odwoływano się do tego pojęcia, zwłaszcza w odniesieniu do społeczności zamieszkujących tereny, na których wcześniej funkcjonowały Państwowe Gospodarstwa Rolne. Miało to nierzadko luźny związek z empirią i niewiele wnosiło do dyskusji. Podczas prac nad doktoratem spędziłem dużo czasu w  Bibliotece Narodowej, starając się czytać wszystko, co ukazało się na ten temat. Zaobserwowałem następujący schemat: naukowcy, którzy rzeczywiście prowadzili badania terenowe, na etapie opisywania zgromadzonych danych wskazywali, że choć ludziom żyło się trudno, to często sobie radzili i byli kreatywni. Ale gdy przychodziło do wniosków końcowych, zaczynali powielać klisze utrwalone w literaturze i niejako ignorowali własne doświadczenia. Nie zamierzałem robić czegoś podobnego.

fot. Krzysztof Wołodźko

pracy magisterskiej zajmowałem się tematyką wiejską i miałem wrażenie, że wielu dostępnym badaniom i  analizom brakuje zakorzenienia w  empirii albo że jest ono niewystarczające. Uważałem, że różnego rodzaju odważne tezy wymagają ponownej konfrontacji z  rzeczywistością badawczą. Miałem przy tym świadomość, że ze względu na znaczne rozproszenie tych społeczności narzędzia ilościowe będą miały tutaj ograniczone zastosowanie, co zbliżało mnie do socjologii jakościowej. Ta orientacja metodologiczna oferuje możliwość uwzględnienia

–Jeżeli – fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów? –Jest – niestety tak, że badacze i badaczki często nie lubią wniosków, które ich zaskakują. Trudno czasami iść pod prąd. Gdy przygotowywałem rozprawę i jej wydanie, była to tematyka niemal zapomniana. Badacze właściwie nie zajmują się takimi kwestiami jak młodzi z popegeerowskich wsi, to nie funkcjonuje ani jako temat w socjologii, ani jako grupa, którą się bada. Owszem, od czasu do czasu ukazuje się jakaś książka i zaczynamy odkrywać coś, co po wielokroć było już opisywane, ale nie jest głośne. Florian Znaniecki zwracał na to uwagę – jeżeli komuś się wydaje, że dokonał wiekopomnych odkryć w socjologii, to znaczy, że słabo szukał w bibliotece. Rzecz w tym, że Znaniecki stwierdził to ponad sto lat temu, a jego maksyma wciąż zachowuje aktualność. Reportażystka Marta Szarejko napisała udaną książkę „Zaduch. Reportaże o obcości”, poświęconą młodym ludziom,


40

fot. Krzysztof Wołodźko

którzy z szeroko rozumianej prowincji przeprowadzili się do Warszawy. Opisywała tam m.in. takie zjawiska jak awans społeczny czy wykorzenienie. To są kanoniczne tematy w polskiej socjologii, właściwie stanowią jej esencję. Po publikacji tej książki przez moment był to żywo dyskutowany temat, mówiono, że to zupełnie nowe spojrzenie na sprawę, bo wcześniej mówiliśmy o tych ludziach jedynie jako o „słoikach”. Nic z tych rzeczy! Wspominam o „Zaduchu”, ponieważ ludzie, z którymi rozmawiałem na potrzeby mojej rozprawy, stanowią to samo pokolenie. Dorastali już na gruzach państwowej gospodarki rolnej i nie zostaną tam na stałe – nie ma tam dla nich i nie będzie przyszłości. Jeśli jeszcze nie wyjechali, to wkrótce wyjadą, a pozostaną naprawdę nieliczni. To przez krótkowzroczność widzimy jedynie „słoiki” – a  zapominamy o zbiorowej biografii kolejnego pokolenia, opartej na szukaniu awansu społeczno-ekonomicznego. –Na – potrzeby swojej pracy prowadził Pan badania empiryczne. Proszę nakreślić: kiedy i gdzie? –Moje – badania miały charakter porównawczy. Interesował mnie bowiem jeszcze jeden problem: zderzenie rzeczywistości sprywatyzowanego

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

i zlikwidowanego dawnego państwowego gospodarstwa rolnego w Polsce i w Rosji. Większość badań terenowych prowadziłem za naszą wschodnią granicą, w trzech regionach Rosji. Nie miałem zespołu badaczy, grant był skromny, więc musiałem odpowiednio skalibrować tę „badawczą przestrzeń empiryczną”. Po wielu konsultacjach z rosyjskimi kolegami zdecydowałem, że będą to trzy miejsca w europejskiej części Rosji. Po pierwsze, wieś Siewiernaja, na północ od Kostromy, położona na terenach nazywanych przez Rosjan nie-Czarnoziemem, po drugie wieś Centralnaja w obwiedzie lipieckim. I po trzecie: wieś Jużnaja, czyli żyzne rosyjskie południe na Kubaniu. U nas z kolei były to Grabowo i Borki położone na ziemiach północnych. W książce nie podawałem rzeczywistych nazw tych miejscowości, co wpisuje się w tradycje tego typu badań. W każdym razie był to jeden z powiatów przygranicznych na Warmii. –A czas? – –Badania – prowadziłem kilka lat temu, wracałem do tych miejscowości w  różnych porach roku. Zmieniała się także sytuacja osób badanych, z którymi miałem kontakt. Przyznam zresztą, że na początku, w swojej naiwności, byłem przekonany, że uda mi się


41

skoncentrować na losie tego dorastającego pokolenia, młodych dorosłych i tylko poprzez kontakt z nimi będę mógł zrozumieć i opisać ich sytuację. To była z mojej strony naiwność badawcza, szybko zweryfikowana podczas pierwszych rozmów. –Na – czym polegała ta naiwność? –Przekonałem – się, że nie jest możliwy rzetelny opis tego, jak oni funkcjonują, jak radzą sobie z  sytuacją, bez uwzględnienia perspektywy ich rodziców i dziadków – ludzi, którzy żyli w tych rodzinach i społecznościach, dźwigali ubóstwo wtedy, gdy było ono najbardziej dotkliwe. Często to właśnie tym starszym już dziś ludziom, którzy w latach 90. najczęściej byli opisywani jako bezradni i roszczeniowi (nie wspominając najbardziej dosadnych określeń), udało się sprostać sytuacji. Uratowali dzieciństwo swojego potomstwa, bo byli zaradni, bo sobie radzili. Nie odbywało się bez poświęceń, szczególnie w przypadku matek małych dzieci, które decydowały się na wyjazdy zagraniczne – koszty psychologiczne były ogromne. Te kobiety musiały przeboleć rozstanie z dziećmi, zorganizować tutaj opiekę nad nimi, całe logistyczne zaplecze, przygotować swój wyjazd, i to bez wcześniejszego doświadczeń długotrwałych wyjazdów czy kontaktów z innymi kulturami. To wszystko pozwala uświadomić sobie, jak olbrzymia musiała być determinacja tych ludzi, żeby zapewnić ekonomiczne przetrwanie swoich rodzin, zapewnić im byt, opłacić podstawowe rachunki. Ci ludzie tego dokonywali w  czasie, gdy wsparcie ze strony instytucji publicznych było mizerne. Pomoc instytucji centralnych była niewielka, samorządy właściwie dopiero się kształtowały. Raczkował też trzeci sektor, szczególnie na tych terenach Polski, które były zasiedlane po II wojnie światowej, na zachodzie i północy, to były bardzo słabo zakorzenione społeczności, pustynia instytucjonalna. A nawet jeśli tworzyły się inicjatywy pomocowe, ich możliwości były więcej niż ograniczone. Poza tym Agencja Nieruchomości Rolnych (wówczas Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa) w jej pierwszym wydaniu była instytucją, która zajmowała się głównie sobą. Tak skonstruowano ustawę: instytucja miała sobie zapewnić finansowanie i skutecznie to robiła, lecz przez pierwsze dziesięć lat jej pomoc dla mieszkańców dawnych PGR-ów była bardzo ograniczona lub żadna. Z czasem dopiero pojawiły się stypendia, bilety miesięczne itp. Ale – powtarzam to często – w czasach, gdy pomoc była najpotrzebniejsza, zabrakło jej. Ludzie zostali pozostawieni sami sobie. –Pamiętam – z początku lat 90. charakterystyczny obrazek z moich popegeerowskich rodzinnych stron:

bin der Piotr Binder – socjolog, filolog rosyjski, doktor nauk społecznych, adiunkt w Zespole Socjologii i Antropologii Kultury IFiS PAN, wiceprzewodniczący Oddziału Warszawskiego PTS, autor monografii „Młodzi a bieda. Strategie radzenia sobie w doświadczeniu młodego pokolenia wsi pokołchozowych i popegeerowskich”, redaktor tomu „Lokalne, narodowe i inne...”, współredaktor (wraz z Hanną Palską i Wojciechem Pawlikiem) książki „Emocje a kultura i życie społeczne”.

młodzież i dorosłych podróżujących na rowerach za pracą w promieniu kilkunastu, kilkudziesięciu kilometrów. Działo się to w  tym samym czasie, gdy bardzo mocno zmieniał się rynek pracy i gdy poważnie ograniczano transport publiczny. Myślę, że ten fenomen początków transformacji właściwie nie istnieje jako obraz zbiorowy w polskiej pamięci. Myślę, że takich przeoczonych rytuałów tamtych czasów jest więcej. To zbyt wstydliwe, a przy tym przeczy stereotypom o biernych, leniwych popegeerowskich masach. –Często – na seminariach wchodziłem w polemiki z moimi bardziej doświadczonymi koleżankami i kolegami, którzy prezentowali tezę, że Polki i Polacy są mało mobilni, a ci z Polski wiejskiej to już w ogóle, popegeerowska wieś to zaś zupełna stagnacja. To były po prostu stereotypy: roszczeniowość, bezczynne oczekiwanie na pomoc ze strony państwa, uzależnienie od socjalu itd. Niestety jest tak, że pewne przekazy głęboko się wryły w polską świadomość. Był ten nieszczęśliwy paradokument… –„Arizona” – Ewy Borzęckiej. –Był – to bardzo sugestywny obraz, który w społecznej wyobraźni mocno się zakorzenił i stał się fatalnym punktem odniesienia. W pewnym momencie chyba nawet zaczął funkcjonować jako pewien synonim tego typu społeczności. –Zachowania – autorki filmu budziły zastrzeżenia także w środowisku filmowym. Kupowała alkohol bohaterom swojego filmu: to nie tylko zachowanie


42

nieetyczne, ale także noszące znamiona manipulacji rzeczywistością dla osiągnięcia konkretnego celu. –Trzeba – podkreślić, że te społeczności nie są wolne od wszelkich problemów. Pamiętam, że jeszcze przed publikacją swojej książki konsultowałem się z prof. Arkadiuszem Karwackim z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. On też pisał swoją rozprawę doktorską o tych społecznościach i zwrócił moją uwagę m.in. na to, że mało wspominam o problemie uzależnienia od alkoholu. Starałem się wyjaśnić, że skupiłem się na problemie radzenia sobie z ubóstwem. Rzeczywiście było tak, że jeżeli w rodzinach był wyraźny problem alkoholowy, to traktowałem go jako odrębne zagadnienie. Jednak społeczności, z którymi miałem kontakt, były albo bardzo nietypowe, albo daleko odbiegały od obrazu ukazanego w paradokumencie „Arizona”. Stosunkowo dużo czasu spędziłem na wsi rosyjskiej. Gdy spotykałem się w trakcie seminariów ze swoimi kolegami i koleżankami, choćby po to, żeby omówić i przedyskutować wstępne wyniki prowadzonych przeze mnie badań, to zwykle towarzyszyły temu nieco ironiczne pytania o moje samopoczucie i  zdrowie z  sugestią że pewnie wymagało to ode mnie sporo wytrwałości, „bo w Rosji się pije”. Tymczasem nie zdarzyło mi się, żeby ktoś wpisywał się w ten schemat nachalnego i namolnego namawiania do wspólnego biesiadowania. Raz czy drugi ktoś – starając się mnie ugościć – sugerował, że można by się napić. Ale też z zupełnym zrozumienie przyjmowali odmowę. Raz jeszcze podkreślam, nie oznacza to, że problem alkoholowy nie istniał na popegeerowskiej czy pokołchozowej wsi, bądź co bądź są to problemy społeczne – ale rzecz w proporcjach. –To – słowo chyba jeszcze nie padło: „stygmatyzacja”. Mam wrażenie, że dobrze ono oddaje to, co uczyniono uboższym Polakom ze wsi popegeerowskiej w początkach lat 90. XX wieku. –Nie – chciałem zbyt łatwo odpowiadać jedną zbitką słowną na drugą, ale uważam, że termin „wymuszona zaradność” jest dobrą kontrą wobec „wyuczonej bezradności”. To pierwsze określenie jest zaczerpnięte z języka moich rozmówców: „Musieliśmy sobie radzić, ponieważ nie mieliśmy innego wyjścia, nie mieliśmy tego komfortu, żeby siedzieć i czekać na pomoc”. Mówił pan o rowerowych podróżach – znaczna część ludzi z tych społeczności szukała dorywczej pracy choćby w okolicznych lasach. Las o różnych porach roku wiele oferuje. Ludzie chwytali się wszystkiego: od zbieractwa po drobne prace dorywcze. Zresztą niedaleko od miejsca moich badań – w Giżycku i jego okolicach – własne badania prowadził socjolog prof. Wojciech Łukowski z Uniwersytetu Warszawskiego.

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

To teren przygraniczny. Ludzie żyli też z drobnego przemytu – przywozili, co się dało, z Obwodu Kaliningradzkiego. Na miejscu nie było pracy. Najwięcej PGR-ów było na ziemiach północnych i  zachodnich, ponieważ w  tych miejscach najłatwiej było je utworzyć. Były to tereny przyłączone do Polski po wojnie, pod wieloma względami była to swoista pustynia. Tam, gdzie przeprowadzałem badania, wcześniej istniały pruskie, junkierskie majątki. Po przejściu frontu nie zostawało tam zupełnie nic, wszystko było zniszczone. Na tych terenach osiedlała się ludność napływowa, instytucjonalnie i strukturalnie panowały tu bardzo trudne warunki. Pierwsze pokolenie, urodzone tuż po wojnie, wspomina dotkliwą biedę. Choć mieli dach nad głową, to w domach brakowało podstawowych sprzętów, a przetrwanie zapewniał sprawny piec i przydomowa hodowla z uprawą. W dodatku, w odróżnieniu od popularnego wizerunku PGR-ów, było tam mnóstwo ciężkiej pracy fizycznej. Jest taki schemat, podobny jak w przypadku stereotypów dotyczących braku mobilności, czyli niezrozumienie elementarnej specyfiki miejsca. A były


43

one położone na głębokich peryferiach, bo taka była specyfika gospodarstw rolnych. To nie przypadek, przeciwnie – zamysł gospodarczy władz PRL. Nie budowano ich również w atrakcyjnych częściach np. Mazur, tam powstawały ośrodki wypoczynkowe choćby dla górników. Natomiast pegeerowskie zaplecze – chlewnie, obory – to były tereny położone głęboko na uboczu. Dopóki były one w jakikolwiek sposób skomunikowane, to dało się „być mobilnym”. Wraz z upadkiem PGR-ów połączenia zaczęto likwidować. Stąd np. dobre rady, że „ludzie powinni sobie znaleźć pracę gdzieś dalej” niezbyt korespondowały z rzeczywistością. Załóżmy, że w pobliżu jest powiatowe miasto, od obszaru popegeerowskiego położone w odległości dwudziestu kilku kilometrów. Łatwo sobie wyobrazić dzień człowieka z byłego pegeeru, który najpierw szuka pracy w tym powiatowym mieście, a później ją znajduje i próbuje codziennie dojeżdżać. Wariantów jest kilka: jeśli mamy komunikację publiczną, to problem niemal rozwiązany. Jeśli nie mamy, to czym dojedziemy? Jest początek lat 90. Czy mamy samochód? Jeśli mamy, to ile wydamy na paliwo? Jakie będą miesięczne koszty podróży? Jeśli nie

mamy, co dalej? Czy stać nas na jego kupno? Czy ktoś nas będzie codziennie podwoził? Jak będziemy podróżować? Może częściowo piechotą albo rowerem? Ale doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. W dodatku, to były i są rejony wysokiego bezrobocia, płace są niskie – czy zatem ewentualne zarobki będą się nam kalkulować z wydatkami na dojazdy? Pomijam już warunki pracy, na jakich ci ludzie mieli szanse być zatrudnieni – np. umowy o pracę były mrzonką pośród tych, którzy i które próbowali ratować swoje budżety w każdy możliwy sposób. Z taką rzeczywistością mierzyli się ludzie z popegeerowskich wsi, które badałem. Oni naprawdę nie mogli się zniechęcić, usiąść w domu i oglądać telewizję – to była często ciężka walka o przetrwanie. –Pytanie, – na ile skuteczna. –Wspomniałem – już o  drobnym przemycie. Ale dodajmy do tego emigrację zarobkową. Przecież ludzie z terenów popegeerowskich, choćby ze ściany wschodniej, byli w krajach unijnych znacznie wcześniej niż nasi pozostali rodacy – wyjeżdżali tam do pracy jeszcze przed 2004 rokiem. fot. Krzysztof Wołodźko


44

–Gdy – słucham Pana opowieści, przypomina mi się termin „menedżerki ubóstwa”, używany przez świętej pamięci prof. Elżbietę Tarkowską. Termin opisywał niesamowicie zaradne ubogie kobiety, które muszą wykarmić rodziny, zapewnić im byt, bazując na bardzo skromnych środkach. Gdy czytałem Pana książkę, miałem wrażenie, że jej bohaterowie również byli „menedżerami ubóstwa” – musieli podejmować szereg różnorakich decyzji, które pomogłyby im przetrwać. I chyba większości się udało, choć niektórzy i niektóre przypłacali to załamaniami psychicznymi, samobójstwami… –Przez – lata byłem seminarzystą zmarłej w ubiegłym roku Pani Profesor, miałem przyjemność i zaszczyt z nią współpracować. Pojęcie „menedżerki ubóstwa” jest celne i bardzo dobrze, że zostało ukute, ponieważ w wielu aspektach polskiej rzeczywistości społecznej rola kobiet była i wciąż bywa skutecznie pomijana albo sprowadzana jest do roli „usługowej”, co jest zupełną aberracją. Co do „menedżerów ubóstwa” z popegeerowskich wsi, to mam przed oczyma rodziny, które poznałem w trakcie swoich badań. Tak, to byli ludzie skuteczni w zarządzaniu biedą – brak formalnych kompetencji nadrabiali determinacją i uporem. Szybko uczyli się nowych rzeczy, świat popegeerowski przeobrażał się błyskawicznie. Droga od pełnego zatrudnienia do wszechobecnego bezrobocia nie była wcale taka długa, dlatego też adaptacja musiała być szybka. Czasem zdarzało się, że przemiany własnościowe poszczególnych państwowych gospodarstwach rolnych były rozciągnięte w czasie i - trzeba tu dodać - na szczęście. Wówczas w obrębie rodzin i całych społeczności zatrudnienie tracono stopniowo. Zwalniani mogli szukać nowych możliwości, ale zwykle ktoś w rodzinie zachowywał zatrudnienie albo przynajmniej miał prawo do stałych świadczeń. Zwykle na początku rezygnowano z produkcji zwierzęcej, bo była energochłonna. Praca w cielętnikach, świniarniach, oborach itp. to było zajęcie kobiet. One pierwsze traciły pracę. Ale nie mogły siedzieć w domu z założonymi rękoma. Zarządzały tymi zasobami, które były w domu, i pozyskiwały nowe środki do życia. Zdarzało się jednak, że zmiany następowały szybko – zakład był przejmowany przez nową prywatną spółkę i np. skupiano się tylko na produkcji roślinnej, wykorzystując nowe maszyny. Wtedy ze starej załogi mogło w zakładzie zostać 10% ludzi albo i mniej: doświadczeni kombajniści, kilka osób z ochrony i z nadzoru. Okazało się, że rolnictwo można robić z garstką osób, że społeczności, które wyrosły „przy byłym PGR-ze”, są zupełnie zbędne. W takiej sytuacji ludzie budowali swoje życie na nowo: inspirowali się wzajemnie, informowali o możliwościach, ktoś pierwszy przecierał szlaki, dawał znać rodzinie, sąsiadom.

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

–Na – przykład? –Sławny – jest przykład Starych Juch – to okolice Giżycka, ta ładna część Mazur. Znaczna część tamtejszej populacji pracuje obecnie w Islandii. Polacy są zresztą największą mniejszością na tej wyspie. W islandzkich dyskontach przy kasie można często wszystko załatwić w naszym języku, bo pracuje tam wiele Polek. –Wróćmy – do mieszkańców popegeerowskich wsi na ścianie wschodniej. –Są – to z  jednej strony okolice głęboko zapomniane, kompletna prowincja, a z drugiej strony ludzie stamtąd masowo wyjeżdżali do pracy do Włoch, do Norwegii, do Islandii właśnie. Niemcy i Holandia to też częste kierunki emigracji zarobkowej. Powiem więcej: niezależnie od popegeerowskiego kontekstu warto sobie uzmysłowić, jak mobilne było pokolenie osób wówczas będących w wieku średnim. To naprawdę ma tak niewiele wspólnego ze sposobem, w jaki ci ludzie byli opisywani pod koniec lat 90., że aż trudno uwierzyć, iż doświadczeni badacze byli


45

fot. Krzysztof Wołodźko

w stanie dojść do takich wniosków – tym bardziej, że już wówczas odbywały się wyjazdy zarobkowe, o których mówimy. To było i jest istotne również dlatego, że pokazywano warstwę ludności, która de facto pochodziła z obszarów wiejskich, ale całkowicie już oderwała się od rolnictwa. –Swego – czasu przeprowadzałem dla „Nowego Obywatela” wywiad z Sylwią Urbańską, autorką książki „Matka Polka na odległość. Z doświadczeń migracyjnych robotnic 1989–2010”. Wiele mówi o współczesnej Polsce to, że dość powszechne doświadczenie społeczne było niemal nieobecne w  debacie publicznej. Mam wrażenie, że młodszemu pokoleniu badaczek i  badaczy udało się z  większą empatią spojrzeć na szeroko rozumianą klasę ludową, że dystans ułatwia im nieuprzedzone spojrzenie choćby na społeczności popegeerowskie z pierwszych lat transformacji. –Znamy – się z Sylwią, w podobnym czasie przygotowywaliśmy swoje rozprawy, rozmawialiśmy o sprawach, które dziś poruszamy w  rozmowie. Myślę,

że faktycznie kluczowa jest kwestia pokoleniowa. Może jestem więźniem tej optyki, ale wydaje mi się dość oczywiste, że spojrzenie młodszego pokolenia badaczy na pierwsze lata transformacji jest fundamentalnie różne od oglądu naszych nauczycieli akademickich. Różniliśmy się zarówno w podejściu do tematu, jak i w jego ocenach. Różniło nas również to, z jakimi pytaniami badawczymi chcieliśmy się mierzyć. Mamy całe pokolenie socjologów, których szczyt kariery przypadał na lata 90. XX wieku. To był cały nurt badań skoncentrowany na transformacji ustrojowej i jej konsekwencjach. Bilanse tego okresu na gruncie naszej dyscypliny są jednak trudne. W  wielu obszarach udało się zainicjować systematyczne gromadzenie danych, rozwinęły się techniki badawcze, ale niestety nie stworzono żadnej teorii polskiej transformacji. Nie neguję wysiłku badaczy, którzy funkcjonowali w zupełnie innej rzeczywistości badawczej niż obecna (zmieniła się literatura, upowszechnił się internet), zaczynali w czasach, gdy studentów na pierwszym roku studiów uczono z „Elementarnych pojęć socjologii” Jana


46

Szczepańskiego napisanych jeszcze w latach 60. XX wieku. Raz jeszcze podkreślam: nie winię badaczy, wskazuję tylko na różnicę pokoleniową, która rzutuje również na to, jak oceniamy przemiany po 1989 roku. Trzeba pamiętać, że polskie środowisko socjologiczne jest duże: są w nim więc ludzie, których interesują poruszane tu przez nas tematy, są i bliżsi mainstreamowi. –Co – Pan w tym kontekście rozumie przez to pojęcie? –Myślę – o badaczkach i badaczach zainteresowanych powielaniem tematów podejmowanych najczęściej w literaturze zachodniej, niezależnie od tego, na ile wyraźnie zakorzenione są one w polskim kontekście. Nie mówię tego wartościująco: sam zdecydowałem się na tematykę niszową, ale nie oczekuję, że inni badacze będą postępowali podobnie. Gdy podejmowałem się swoich badań, miałem poczucie pewnego osamotnienia. Później odkryłem jednak, że są badacze i badaczki, którzy obserwują rzeczywistość w podobny sposób, podobnie o niej myślą. Notabene, także wspomniana prof. Tarkowska zajmowała się problematyką wiejską w kontekście ubóstwa, co więcej, osobiście uczestniczyła w badaniach terenowych, a to w przypadku badaczy z dużym dorobkiem naukowym nie jest już tak oczywiste. –Mam – pewną hipotezę roboczą: kolejne pokolenia żyjące na wsi wciąż doznawały różnych form strukturalnej opresji. Zostawiając zamierzchłą pańszczyźnianą przeszłość, widzimy wyraźnie, jak bardzo wciąż eksperymentowano na wsi, również tej pegeerowskiej. A później przyszła transformacja, która także była formą trudnego eksperymentu społecznego. Czy którakolwiek z upływających dekad była bezpieczna, spokojna dla tych społeczności? –Skupiając – się tylko na wsi pegeerowskiej można wnioskować, że okresem stabilizacji był przełom lat 70. i 80., gdy wciąż płynęły tam spore dotacje, inwestowano nie tylko w sprzęt, lecz także w infrastrukturę. To są czasy, które na popegeerowskiej wsi wspomina się jako okres, gdy była praca, były sklepy, można było pójść do lekarza, był klub, działała drużyna piłkarska. No i oczywiście szkoła. Do tego były stałe pensje i dodatki. Co ciekawe – przynajmniej taka jest moja obserwacja – na gruncie socjologii często stawiany jest znak równości między tym najlepszy okresem funkcjonowania PGR-ów a pozostałymi latami – tak jakby zawsze tak tam było. Często również stosowało się łatwe przeciwstawienie: rolnik to ten, który ciężko haruje od zmierzchu do świtu przez cały rok, jest przywiązany do wartości, a  w PGR-ach jest sielanka i  pełne zatrudnienie, chodzi się do pracy od–do, jest urlop itd. Ale to wszystko wynika

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

z niedoinformowania. Gdy ktoś zejdzie na ziemię z tych obłoków, to uświadomi sobie, że np. kobiety pracowały w cielętnikach, i to nie tylko od poniedziałku do piątku, lecz także w weekendy, w święta, we wszystkie pory roku. Co więcej, pracownicy PGR-ów mieli jeszcze swoje działki czy ogródki, zajmowali się też drobną hodowlą. A to także było czasochłonne – zatem z wyobrażonej rzekomej sielanki nieróbstwa naprawdę niewiele zostaje. –Jakie – są główne elementy transformacyjnej zmiany, która dokonywała się w badanych przez Pana okolicach? Zapewne i w tym przypadku znaczną rolę odgrywały sposoby urynkowienia przetwarzającej się rzeczywistości? –Socjologowie – będą tu udzielali różnych odpowiedzi. Najprościej można powiedzieć, że zmieniło się wszystko. Po pierwsze, zmieniło się otoczenie instytucjonalne ze wszystkimi tego konsekwencjami, ze


47

fot. Krzysztof Wołodźko

luki w kapitale kulturowym, które utrudniają awans społeczny. To są trudności, z którymi ci ludzie muszą się mierzyć. –Może – zatem lepiej mówić nie o „wyuczonej bezradności”, lecz o strukturalnej niemożności? W różnych miejscach struktury społecznej ludzie dysponują różnymi możliwościami. Tym, co wydaje się w wielu przypadkach przemawiać za tym, że ludzie z terenów popegeerowskich są mimo wszystko skuteczni, jest fakt, że pomimo różnorakich deficytów możliwości są w stanie osiągać to, co osiągają ich rówieśnicy i rówieśnicy z innych miejsc. –Pytanie, – za jaką cenę osobistą... –Prędzej – czy później pojawi się też pytanie, czy to jest sprawiedliwe, czy nie. Wówczas musielibyśmy sobie również poradzić z pojęciem sprawiedliwości. Mnie osobiście jako socjologa intryguje, że to jedno z tych zagadnień, które są dobrze znane, a które od czasu do czasu odkrywamy (jak u Znanieckiego, o którym wspomniałem wcześniej). Na początku XXI wieku, może nawet wcześniej, prof. Barbara Fatyga prowadziła w Warszawie badania nad młodzieżą licealną i studiującą. Okazało się, że młodzież wielkomiejska odczuwa dyskomfort w kontaktach instytucjonalnych z rówieśnikami, którzy nie pochodzą z dużych ośrodków, ale przyjeżdżają, nazwijmy to umownie, z prowincji.

zmianą reguł gry. Po drugie, była to ogromna zmiana kulturowa, która przyszła niejako z zewnątrz, ludzie nie mieli wyboru, musieli się dostosować. Przeobrażeniu uległ świat, w którym funkcjonowali, ale także świat wartości. Tego typu zmiana z kolei zawsze wymaga czasu. Wątek, który uważam za ważny, dotyczył tego, jak bardzo perspektywa młodych dorosłych ze wsi, którymi interesowałem się najbardziej, jest zbliżona do tego, co znamy z  badań na temat młodzieży z miast. To nie jest tak, że ich świat jest zupełnie inny – on jest po prostu położony dalej. Arkadiusz Karwacki powiedział kiedyś, że ludzie z byłych PGR-ów urodzili się w złych miejscach na mapie. Geograficznie pod wieloma względami były one znaczniej mniej korzystne i wymagały od tych ludzi ogromnej determinacji, żeby w życiu wypracować to, co osiągnęli ich rówieśnicy i rówieśnice z miast. W miastach możliwości było zawsze więcej, mają one więcej do zaoferowania. Z tego rodzą się

–Skąd – ten dyskomfort? –Młodzi – wielkomiejscy odczuwali presję, ponieważ ich „prowincjonalni rówieśnicy” byli bardziej zdeterminowani, ciężko pracowali i nawet jeżeli na pierwszy etapie studiów jeszcze reprezentowali niższy poziom, mieli niższe kompetencje, to najwyraźniej lepiej wykorzystywali dostępne na uniwersytecie możliwości, bo z czasem „przeganiali” swoje koleżanki i kolegów. To były relacje typu: „przyjeżdżają, zajmują miejsca na studiach, a później zabierają nam pracę i przez nich jest nam trudniej o dobrze płatne zatrudnienie”. Ale to prawda: młodzi z prowincji muszą włożyć w swój awans więcej wysiłku. To naprawdę dobrze zostało udokumentowane we wspomnianej książce „Zaduch” Marty Szarejko, traktującej o trzydziestolatkach, którzy przyjechali do metropolii. To są ludzie zdeterminowani, ponieważ nie mają właściwie żadnej alternatywy. –Mam – wrażenie, że to kolejna duża, lecz niewidoczna grupa społeczna, która w dyskusji publicznej funkcjonuje jako dość protekcjonalnie czy wręcz pogardliwie opisywane „słoiki”. A to przecież ludzie, którzy przyjeżdżają do wielu większych miast w Polsce i często – przy mniej lub bardziej ograniczonym


48

wsparciu ze strony rodziny, która została na prowincji – zaciskają zęby, płacą przeróżną cenę za awans społeczny i starają się zajść jak najdalej, jak to możliwe. Czasem te ściany przesuwa im się bardzo ciężko, nawet gdy w oczach osób postronnych robią mniej lub bardziej błyskotliwe kariery. –To – hipoteza robocza: być może o wielu takich karierach myślimy jako o karierach po prostu, bez świadomości tego, że osoby, o których mowa, są z prowincji – bo one zachowują to dla siebie. Nie zapominajmy też o tym, że każdy awans społeczny łączy się z wykorzenieniem.. –Wiejskie – czy prowincjonalne pochodzenie wciąż jest powodem wstydu? –Młodzi, – z którymi miałem kontakt jako badacz, podkreślali na przykład, że choć mieszkają na wsi, to nie mają nic wspólnego z rolnictwem. A gdy pytałem wprost, odpowiadali, że nie widzą powodu, by wstydzić się wiejskiego pochodzenia. Smutne było

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

natomiast to, że mieli pełną świadomość tego, jak są postrzegani na zewnątrz. To w pełni wpisywało się w socjologiczne pojęcie jaźni odzwierciedlonej: wiedzieli dobrze, jak się ich widzi. Mówili: „wiem, że o nas się myśli, że my jesteśmy taka Arizona”. –Co – właściwie charakteryzuje życie młodych dorosłych na popegeerowskich terenach? –Jeżeli – pokusić się o  opisanie sedna ich tamtejszej egzystencji, to postawiłbym na tymczasowość. Powiedziałbym wręcz, że oni tam jeszcze są. Miałem kontakt z ludźmi z miejscowości, w których prowadziłem badania, również po ich zakończeniu. Część tych miejscowości odwiedziłem także później. I wtedy okazywało się, że ci, którzy zapowiadali, że wyjadą, to właśnie robili. To bardzo smutne, ale powiem brutalnie: to są miejsca bez przyszłości. Czy one znikną? Administracyjnie nie muszą: w jakiejś drobnej formie niewielkich miejsc o  ograniczonej liczbie pracowników pewnie przetrwają – w końcu


49

jeśli jest to po prostu matka, która w dramatyczny okolicznościach musi zdecydować, czy wyjechać za granicę, żeby zarobić na rodzinę, to narusza ważne społeczne normy, bo przecież „to matka powinna być z dzieckiem”. Problemem tych ludzi często było to, że doświadczali biedy powracającej – tak to przynajmniej z prof. Tarkowską nazywaliśmy. Oni potrafili skutecznie poprawić swój los, zacząć w miarę dobrze funkcjonować, osiągnąć stan, gdy już się nie trzeba martwić się, czy wystarczy na jedzenie i bieżące rachunki. Ale nierzadko wystarczyła choćby choroba, utrata źródła dochodu, wypadek losowy itp., a okazywało się, że nie ma żadnego zaplecza, które umożliwia bezpieczne przetrwanie trudnego okresu. I znów przychodziło znaczne pogorszenie sytuacji. Póki zdrowie dopisywało, mężczyźni i kobiety mogli pracować choćby za granicą, np. co trzy miesiące wyjeżdżając na zarobek. Ale gdy pojawiały się choroby, ci ludzie byli unieruchomieni. W przypadku byłych pracowników PGR-ów istotnym punktem był moment, w  którym uzyskiwali prawo do stałych świadczeń, nabywali stały zasiłek przedemerytalny, renty, emerytury – jakikolwiek stały dochód. To bardzo dużo zmieniało w ich sytuacji.

fot. Krzysztof Wołodźko

produkcja żywności jest opłacalna, nauczyliśmy się funkcjonować w ramach wspólnej polityki rolnej. Okres ich rozkwitu to już tylko wspomnienie, bezpowrotnie miniony obraz przeszłości. –Czym – w takim razie jest ich „radzenie sobie” w tym świecie, który właściwie nie ma przyszłości? –Ja – skupiałem się na tym, jak młodzi radzą sobie z doświadczeniem ubóstwa, w jaki sposób starają się zostać na powierzchni. Przyglądałem się, jak wyglądają ich relacje z lokalnym instytucjami, jakiego rodzaju działalność zarobkową podejmują. Wszystko zależało od tego, w  jakim momencie cyklu ubóstwa znajdowali się moi rozmówcy. Jeżeli było to ubóstwo dotkliwe, skrajne, to łączyło się to z wieloma trudnymi kwestiami: byli to ludzie bardzo zdesperowani, skłonni do tego, żeby łamać prawo, czy też szerzej – normy społeczne. Jeżeli ktoś okrada sąsiada i zakłóca jego spokój, to narusza prawo oraz pewne zasady współżycia społecznego. Ale

–Ale – młodsi nie mogli na to liczyć. –W ich – przypadku brak stabilności, brak możliwości uzyskania stałej pracy, stanowił ogromną barierę na drodze do dorosłości i samodzielności, do tego, żeby wyprowadzić się z domu od rodziców i zacząć samodzielnie funkcjonować. Nie mówiąc już o pozostałych sprawach życiowych i rodzinnych. Dlatego bardzo cenili sobie wszelką stałą pracę. Synonimem dobrej pracy było stałe zatrudnienie z umową o pracę. Na terenach przygranicznych wymarzony pracodawca to Straż Graniczna. Praca tam była postrzegana jako bardzo atrakcyjna: niedaleko od domu, dobre warunki oraz płaca. Bardzo korzystnie prezentowała się też perspektywa stosunkowo szybkiego uzyskania uprawnień emerytalnych. Część badanych podkreślała swoje oczekiwanie na kolejny nabór do Straży Granicznej. To, jak często podkreślano potrzebę stabilności zatrudnienia, uświadamia bardzo dobitnie, jak poważnym problemem jest niestabilność ich sytuacji życiowej. –To, – co Pan mówi, jest uderzające, szczególnie w porównaniu z  całą masą bardzo przecież w  Polsce popularnych sloganów zwolenników liberalizmu gospodarczego. Wskazuje Pan i na znaczną wagę stałej pracy, i na fakt, że czasem jedynym cywilizowanym pracodawcą okazuje się instytucja publiczna. –To – temat na dłuższą dyskusję o wizji państwa i tego, co może skutecznie rozwiązać rynek. Niezależnie od czyichkolwiek sympatii politycznych i ideowych,


50

myślę, że poza zatwardziałymi liberałami stosunkowo niewielu uczestników debaty publicznej będzie doszukiwało się w wolnym rynku regulatora, który sam z siebie zdoła rozwiązać całą masę problemów społecznych. Nawet w krajach o stosunkowo liberalnych regułach gospodarczych za szereg zadań odpowiadają instytucje, w  tym powołane do tego instytucje państwowe. Nie ma w tym nic dziwnego i nie oznacza to, że tam panuje socjalizm. –Pierwsze – lata transformacji wspominam jako z jednej strony stopniowe odcinanie moich rodzinnych okolic od różnorakiej infrastruktury publicznej, z  drugiej – bardzo agresywny medialny atak na popegeerowską wieś. Czy Pana zdaniem przeanalizowano już antywiejską propagandę medialną z pierwszej połowy lat 90.? Troszkę się boję, że to pytanie retoryczne, że najkrótsza Pana odpowiedź będzie brzmiała: nie… –Właściwie – mnie pan wyręczył. Jako zjawisko – taka była moja obserwacja – te popegeerowskie społeczności zaczęły funkcjonować jako swego rodzaju kozioł ofiarny, łącznie z tym, że potrafiłem w publikacjach szanowanych socjologów przeczytać, iż te społeczności w pewnym sensie ponoszą zasłużoną karę za „tłuste lata” dobrobytu w PRL-u, kiedy była bieda, a komunistyczny reżim dopieszczał PGR-y, dokarmiał je i utrzymywał w luksusowych warunkach. Dziś brzmi to dość dziwacznie, zwłaszcza gdy zderzyć ten sąd z tym, co wiemy na temat pegeerowskich realiów. Ale w latach 90. XX wieku te społeczności były opisywane również i takim językiem, jakim dziś nie wypadałoby opisywać żadnej grupy społecznej…

nie mówiąc już o wsi pegeerowskiej postrzeganej jako produkt opresyjnego reżimu politycznego. To jednak tylko część problemu. Istotniejsze wydaje mi się to, że zdarzali się autorzy, którzy w jakiś sposób potrafili postawić znak równości między ludźmi tworzącymi te społeczności a  ustrojem, który animował projekt rolnictwa państwowego. Zatem gdy reżim upadł, uznali, że mieszkańcy PGR-ów ponoszą zasłużoną karę. To było zupełnie nieuprawnione uproszczenie, ponieważ ci ludzie, szczególnie ze starszego pokolenia, zostali dwukrotnie, jeżeli nie oszukani, to poddani ogromnej życiowej próbie charakteru.

–Dlaczego? – –Skoro – dziś nie możemy opisywać w tak deprecjonujący sposób żadnej grupy społecznej, którą dotykają różnorakie deficyty, to podobnie nie dałoby się tak mówić o tych społecznościach popegeerowskich – ponieważ na etapie recenzji czy wniosku grantowego zostałoby to zauważone i skrytykowane. To widoczna zmiana na lepsze – wówczas jednak taka stygmatyzacja była możliwa. I to w tekstach o charakterze naukowym.

–Dwukrotnie? – Mówi Pan o powstaniu i upadku PGR-ów? –Tak, – przecież system państwowych gospodarstw rolnych nie powstał z woli tych ludzi: oni nie zakładali tych przedsiębiorstw – to był potężny wysiłek ówczesnego państwa, żeby ten ideologiczny projekt zrealizować. Te społeczności zostały utworzone sztucznie, ci ludzie zostali w nie wtłoczeni – przecież bardzo różne były losy osób, które tam trafiały. Wiele z nich znalazło się tam z braku alternatywy, pochodzili z biednych, wielodzietnych chłopskich rodzin i  chcieli po prostu usamodzielnić się, a  w PGR-ze można było znaleźć pracę i lepsze lub gorsze mieszkanie. Dalej, często to byli przesiedleńcy, ludzie, którzy dosłownie padli ofiarą wielkiej historii i geopolityki. Kilka dekad później, znów bez woli tych społeczności, bez jakichkolwiek pytań, nad ich głowami zostały podjęte decyzje, że państwo się z tego projektu wycofuje. A ich pozostawiono samym sobie. Jest też niestety tak – to stała cecha ubóstwa – że gdy go doświadczamy, zaczynamy być osamotnieni. Rodziny doświadczające ubóstwa zamykały się w sobie, bo bieda była wstydliwa, głęboko intymna, narażała na szwank poczucie godności tych rodzin – a przecież historycznie był to już moment, gdy choćby za sprawą mediów te rodziny mogły zobaczyć, jak świetnie powodzi się innym, to już nie był ten świat, w którym da się żyć zupełnie na uboczu i nie wiedzieć, czy innym jest dobrze, czy źle. Oni wiedzieli, że innym jest lepiej i to pogłębiało przeróżne negatywne emocje.

–To, – co Pan mówi, trochę psuje mój wizerunek polskiej socjologii. –Jest – taka cecha nie tyle dyscypliny, ile co części środowiska, o której czasami się zapomina. Socjologowie, zwłaszcza ci, którzy nadawali ton powojennej socjologii polskiej, rekrutowali się ze środowisk inteligenckich. Inteligencję charakteryzował określony etos, ale miała ona też swoje ograniczenia. Jednym z nich była tradycyjna niechęć do wsi jako takiej,

–Mówiliśmy – o tym, że na poziomie naukowym pewien negatywny sposób opisu społeczności popegeerowskich dziś nie mógłby mieć miejsca. Czy Pana zdaniem – o ile śledzi Pan te kwestie w bardziej publicystycznym wydaniu – zmieniło się również medialne widzenie tego tematu? –Moim – zdaniem ten temat właściwie nie istnieje w mediach. Nie był ważny w socjologii, a tym bardziej nie funkcjonuje w debacie publicznej. Oczywiście ktoś

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017


51

sobie czasami, dość rzadko, przypomni o tych terenach, o ludziach stamtąd, ale trwa to krótką chwilę i kwestia gaśnie. Powiem więcej: na terenach pozamiejskich żyje ponad 40% populacji Polski. I te 40% ludności potrafi nam umykać w debacie publicznej! A  co dopiero mówić o  niegdysiejszych PGR-ach, rozsianych po prowincjonalnej Polsce. W dodatku mieszkańcy tych społeczności nigdy nie mieli żadnej reprezentacji, nie byli w stanie powalczyć o swój los w zorganizowany sposób, tak jak robiły to np. branżowe związki zawodowe. To byli typowi ludzie bez głosu. –To, – że popegeerowska wieś głosowała lub podobno głosowała na postkomunistów, było jeszcze jednym elementem wzbudzającym wobec niej niechęć szeroko rozumianej prawicy: to są ci, którzy chcą powrotu do PRL, a my przecież budujemy kapitalizm i wiemy, że najwspanialszy jest wolny rynek. Chyba nikt wtedy nie opowiadał tej historii tak, jak Pan to robi dzisiaj w naszej rozmowie. –Nawet – jeśli popegeerowska wieś faktycznie głosowałaby na SLD, to byłoby to zrozumiałe. Ludzie, którzy doświadczyli bardzo niekorzystnej dla siebie zmiany, będą bardziej skłonni głosować na tych, którzy – nawet tylko w warstwie retorycznej – upominają się o nich, zgłaszają chęć poprawy ich losu. Trudno oczekiwać, żeby przedstawiciele popegeerowskich społeczności głosowali na autorów niekorzystnych dla siebie przemian: Unię Demokratyczną czy Kongres Liberalno-Demokratyczny. –Zapytam – o podmiot z przeciwległego krańca spektrum ideowopolitycznego. Jak Pan postrzega rolę Kościoła w tych społecznościach popegeerowskich? –Kościół – po pierwsze funkcjonował jako instytucja, w czasie gdy wiele innych znikało lub się przeobrażało. Po drugie, stanowił źródło wsparcia. I to w najbardziej dosłowny sposób. W szczególnie trudnych okresach jednym z podstawowych źródeł wsparcia były paczki żywnościowe dystrybuowane przez parafie. Była to pomoc z Caritasu, która okazała się wyjątkowo skuteczna w momentach, gdy niedostatek był najbardziej dojmujący. Trudno byłoby jednak powiedzieć, że Kościół odgrywał kluczową rolę. I  to nie dlatego, że robił za mało, ale dlatego, że jedną z  podstawowych cech skutecznego radzenia sobie z ubóstwem jest, mówiąc niezręcznym językiem technokratów, dywersyfikacja. Jest to wniosek nie tylko z moich badań. Była ona konieczna, bo bardzo rzadko jedno źródło pomocy skutecznie chroni przed biedą. Stąd konieczność łączenia różnych form wsparcia z chwytaniem się każdego dostępnego zajęcia zarobkowego. Skuteczni w wychodzeniu z ubóstwa byli ci, którzy faktycznie

potrafili połączyć te różne formy działania. Szczególnie w pierwszej dekadzie polskich przemian te społeczności same siebie musiały uratować. Moim zdaniem zrobiły to skutecznie. –Nikt – im nie bije brawa... –...to – jest niestety tak, że przemyślanych strategii pomocowych wówczas nie było. Owszem, mieszkańcy społeczności popegeerowskich po utracie pracy otrzymywali jakieś odprawy, mieli przez jakiś czas zasiłki, ale z wielu względów, które już poruszyliśmy (charakterystyka regionów, położenie gospodarstw, brak zaplecza finansowego tych rodzin), trudno im było błyskawicznie przestawić się na inną branżę czy zmienić miejsce zamieszkania. –Choć – trzeba też dodać, że za odprawy mieszkańcy PGR-owskich wsi kupowali anteny satelitarne i odtwarzacze video. –Nikt – nie odmówi ludziom prawa do tego, aby podejmować – z jakiejś perspektywy – nieracjonalne decyzje. Czy tego rodzaju konsumpcja była zachowaniem racjonalnym? Z  pewnością odpowiadała na jakieś potrzeby tych ludzi, na jakieś deficyty. Trzeba też pamiętać, że była to zupełnie nowa rzeczywistość, której oni wszyscy się uczyli. Mieli prawo do błędów, za które sami przecież płacili. Podkreślam: udźwignęli swój los, przecząc większości stereotypów, jakie panowały na ich temat. Co więcej: przecząc socjologicznym diagnozom na temat ich świata. Proszę pamiętać, że dość powszechnie pisano, że młode pokolenia będą powielały losy starszych, że to będą kolejne pokolenia żyjące na zasiłku. Mało kto chce pamiętać, jak nietrafne były te generalizacje. –Tym – bardziej, że część tych ludzi z młodszych pokoleń jest dziś na emigracji zarobkowej i nierzadko jeszcze przesyła pieniądze do Polski. –Pan – mówi o młodszych, a ja lubię powoływać się na taki oto przykład: pierwsze pokolenie, które wyrosło w PGR-ach, które później straciło tam pracę i przestawiło się na tory regularnych wyjazdów za granicę, zarabiało nie tylko na bieżącą konsumpcję. Ci ludzie z pegeerów wyremontowali swoje domy, później płacili za edukację swoich dzieci na niepublicznych uczelniach w wielkim mieście, a jeszcze później zaczęli spłacać kredyt swoich dzieci na mieszkanie w tymże dużym mieście. To byli ludzie, którzy pracowali niegdyś w PGR-ze: bez wielkiego kapitału kulturowego, bez wielkomiejskiego doświadczenia zawodowego. I to właśnie im w III RP doprawiono gębę. –Dziękuję – za rozmowę. Warszawa, 24 lutego 2017 roku


86

fot. Krzysztof Wołodźko

Amfetamina ludu, czyli Trzecie Królestwo dr hab. Jarosław Tomasiewicz

„R

eligia to opium dla ludu”. Któż z lewicowców nie znałby tej, niedokładnie cytowanej, frazy Karola Marksa? Niektórzy wręcz sprawiają wrażenie, jakby z całego dorobku myśliciela z Trewiru zapamiętali tylko to jedno zdanie. Pełny cytat nie jest już wszakże tak jednoznaczny. Nędza religijna – pisze Marks – jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu. Opium w XIX wieku było jednak używane nie jako środek halucynogenny, lecz znieczulający. Twórca

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

materializmu historycznego zauważa wszak, że religia może być też „protestem przeciw nędzy rzeczywistej”, motywacją do walki. Trzymając się medycznej analogii: „amfetaminą ludu”. Historia dostarcza niezliczonych przykładów owego swoistego dżihadu w imię sprawiedliwości społecznej. Także w  chrześcijaństwie. Niektórzy wyznawcy Chrystusa nie tylko gorąco pragnęli urzeczywistnienia ideałów ewangelicznego braterstwa, ale też – zamiast nadstawiać drugi policzek – przypominali inne, niepokojące słowa Jezusa: „Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (Mt 10, 34–36).


87

U schyłku imperium rzymskiego ośrodkiem chrześcijańskiego radykalizmu była Afryka Północna. W Kartaginie i w Numidii bujnie rozkwitł kult męczenników, którzy stracili życie w czasie Wielkich Prześladowań za cesarza Dioklecjana, propagowany przez wpływową chrześcijankę Lucyllę. Jego rewersem była pogarda wobec lapsi (upadłych), czyli odstępców od wiary oraz traditores (zdrajców) – biskupów uległych wobec państwa. Gdy w 312 roku na stolicę biskupią w  Kartaginie powołany został Cecylian ze stronnictwa umiarkowanych, radykałowie zwołali synod, odwołali go z urzędu i wybrali swym przywódcą Majoryna, a  potem Donata. Donat, świetny mówca i organizator, stworzył prężną strukturę, która po dwudziestu latach liczyła już 270 biskupstw. Istotą jego doktryny było twierdzenie, że Kościół składa się tylko ze świętych, a więc gotowych do męczeństwa, grzesznicy zaś są zeń wykluczeni; co więcej, sakramenty udzielane przez grzeszników są nieważne. Ponieważ cesarz wsparł w  tym sporze cecylian, donatyści przeszli do opozycji. W 317 roku administracja cesarska przystąpiła do odbierania schizmatykom ich kościołów siłą, co spotkało się z czynnym oporem. Pod wodzą Makida i Fasera powstały grupy agonistów (bojowników) Chrystusa, uzbrojone początkowo w laski (gdyż w Księdze Wyjścia napisano: „Biodra wasze będą przepasane, sandały na waszych nogach i  laska w  waszym ręku”), potem – w miecze. Na skutek represji agoniści musieli prowadzić walkę typu partyzanckiego, krążąc w pobliżu miast, dlatego nazwano ich circumcelliones. Rygoryzm donatystów największy odzew zyskał wśród tych, którzy mieli najmniej do stracenia – wśród biedoty i  ludności autochtonicznej. Nic dziwnego, że zbrojne ramię „kościoła świętych” łączyło fanatyzm religijny z postulatem zaprowadzenia równości wśród ludzi. Circumcelliones wyzwalali niewolników, unieważniali długi biedaków, doraźnie wymierzali sprawiedliwość. Przekazy głoszą, że gdy napotykali pana jadącego powozem i sługę biegnącego za nim, zmuszali ich do zamiany miejsc. Pogarda dla śmierci i pragnienie męczeństwa (aż do samobójstwa włącznie) sprawiały, że agoniści byli wyjątkowo trudnym przeciwnikiem dla sił Imperium. Wytępieni zostali dopiero przez barbarzyńskich Wandalów, którzy najechali Afrykę w 429 roku. W odróżnieniu od donatystów, późniejsi o pięćset lat bułgarscy bogomili reprezentowali odmienny, bo pacyfistyczny nurt herezji. Bogomilizm stał się wyznaniem słowiańskiego chłopstwa, okrutnie uciśnionego przez bizantyjskie państwo i zhellenizowaną arystokrację. Ortodoksyjny teolog Kosmas uskarżał się, że bogomili uczą swych współwyznawców nieposłuszeństwa panom, potępiają bogatych, nienawidzą

fot. archiwum

cara, wyśmiewają starszych, gardzą wysoko urodzonymi, tych, którzy służą carowi, uważają za znienawidzonych przez Boga, i podburzają niewolników, by nie wykonywali poleceń właścicieli. Zarazem podkreślał ich kwietyzm i pokorę: „Są jak owieczki”. U podłoża bogomilizmu legła zapożyczona od azjatyckich manichejczyków idea immanentnej grzeszności materii – świat doczesny z całą jego nędzą i krzywdą miał być dziełem szatana. Koncepcja ta wywarła przemożny wpływ na większość średniowiecznych herezji, ostro akcentujących dualizm dobra i zła, ducha i materii. Zasada prymatu ducha nad materią prowadziła nie tylko do kultu ascezy i dobrowolnego ubóstwa, ale też – niekiedy – do czynnego potępienia bogaczy. Istniał też nurt odmienny, zakorzeniony w panteizmie Szkota Eriugeny (IX wiek), a rozwinięty przez Amalryka (zm. w 1204 roku). Jego zwolennicy, zwani „braćmi wolnego ducha”, uważali się za przepełnionych duchem świętym; jako tacy stawiali się ponad wszelkim prawem, poza dobrem i złem. Głosili, że człowiek, który osiągnął świadomość swej jedności z  Bogiem, nie grzeszy, cokolwiek by czynił, gdyż czego człowiek chce, tego chce Bóg. Amalrycjanie nie byli wszakże rewolucjonistami. Ta anarchoindywidualistyczna tendencja odrzucała własność


88

prywatną, ale nie na rzecz wspólnego posiadania, lecz w imię prawa „wolnych duchów” do korzystania ze wszystkiego. Braci wolnego ducha cechowała też nieskrępowana swoboda obyczajowa (w tym wolna miłość), dlatego socjalistyczny historyk M. Beer skomentował: przekonani o tym, że są w posiadaniu świętego ducha, lekceważyli sobie wszelką moralność, przez co przynieśli wiele szkody ruchowi komunistycznego kacerstwa. Religia i rewolucja spotkały się natomiast w XII wieku w  stolicy chrześcijaństwa – Rzymie. Bogacące się mieszczaństwo dążyło do decydowania o własnych sprawach, do samorządu, a ideologiczne uzasadnienie tych dążeń odnajdywało zarówno w rzymskiej tradycji republikańskiej, jak i w ruchu ewangelicznym. Rzecznikiem tego ruchu stał się Arnold z Brescii, uczeń słynnego filozofa Abelarda (znanego również z miłości do Heloizy). Jako przeor klasztoru kanoników regularnych w Brescii postulował powrót Kościoła do życia z  czasów apostolskich, głosząc dobrowolne ubóstwo duchowieństwa i występując przeciw świeckiej władzy kleru, za co został potępiony na synodzie w Sens (1140 rok). Po pewnym czasie trafił do Rzymu, gdzie współorganizował Republikę opartą na wzorcach starorzymskich, ale też inspirowaną przykładem pierwszych gmin chrześcijańskich; papież Eugeniusz III musiał opuścić Wieczne Miasto (1146 rok). W 1154 roku

nowy papież Hadrian IV obłożył Rzym interdyktem, co doprowadziło do konfliktu Arnolda z senatem. Zdaniem Karola Kautsky’ego rzymskie kupiectwo obawiało się radykalnej idei „Kościoła ubogiego”, gdyż czerpało korzyści z wyjątkowego statusu Rzymu jako Stolicy Apostolskiej: nie należy zbyt bezwzględnie obchodzić się z papiestwem, jeśli nie chce się zarżnąć kury znoszącej złote jajka. Wypędzony Arnold wpadł w ręce cesarza Fryderyka I Barbarossy, który wydał zbiega papiestwu i w 1155 roku ideolog Republiki został powieszony. Jego koncepcje powrotu do ewangelicznego ubóstwa jednak przetrwały. W  1173 roku Piotr Waldo, bogaty kupiec z Lyonu, w czasie panującego głodu rozdał – ponoć pod wpływem „Legendy o św. Aleksym” – swój majątek biednym, a  sam podjął działalność wędrownego kaznodziei. Rychło pozyskał licznych uczniów (głównie spośród tkaczy i  szewców), którzy tworzyli wspólnoty na wzór wczesnochrześcijański. Gdy w  1184 roku waldensi zostali ekskomunikowani przez synod w Weronie, stworzyli własny kościół, który zyskał zwolenników zwłaszcza w południowej Francji, ale także we Włoszech, Niemczech i Czechach. Waldensi dzielili się na dwie klasy: „doskonałych” (perfecti), żyjących we wspólnocie majątkowej i stanie bezżennym, oraz „uczniów” (discipuli), którym pozwalano na małżeństwa i  zachowanie prywatnej własności; „uczniowie” mieli p Long Thiên, flickr.com/photos/136682034@N03/26060344456

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017


89

obowiązek utrzymywania „doskonałych”. Cechą charakterystyczną waldensów było równouprawnienie płci – kobiety głosiły kazania na równi z mężczyznami. Pomimo krucjat i prześladowań ciągnących się aż po XVII wieku, waldensi przetrwali w alpejskich dolinach do naszych czasów. Podobny charakter mieli begardzi w Niderlandach i bracia apostolscy w Italii. Z tymi ostatnimi wiąże się wydarzenie, które marksistowscy historycy uważają za pierwsze powstanie komunistyczne na Zachodzie. Ruch braci apostolskich powstał jako zakon żebrzący, założony około 1260 roku przez Lombardczyka Gerarda Segarellego. W 1286 roku zakon został zakazany, co sprawiło, że bracia zeszli do podziemia. Po straceniu Segarellego (w 1294 lub 1300 roku) na czele sekty stanął były nowicjusz franciszkański Dolcino (Dulcyn). Czytelnicy „Imienia róży” pamiętają zapewne postać mnicha Remigiusza z Varagine, który walczył pod komendą Dulcyna. Umberto Eco wkłada mu w usta idee dulcynian: wynieśliśmy ubóstwo do powszechnego przykazania, i mieliśmy prawo zawładnąć bezprawnymi bogactwami innych [...] Chcieliśmy świata lepszego, pokoju i dworności, i szczęścia dla wszystkich, chcieliśmy zabić wojnę, którą wy niesiecie razem z waszą chciwością. Zimą 1303/1304 roku Dolcino pojawił się na czele zbrojnego oddziału w  Piemoncie, zdobywając zamek Gattinara. Pod jego sztandar tłumnie zbiegali się zarówno bracia apostolscy, jak i okoliczni chłopi, a także zwykli awanturnicy. Wkrótce miał pod swymi rozkazami 5000 ludzi i był panem doliny Sesji. Było to jednak apogeum potęgi ruchu. Chłopstwo Valsesji zadowoliło się doraźnymi ustępstwami feudałów, obce były mu komunistyczne projekty i plan marszu na Rzym. Miasta przerażone łupiestwem dulcynian były wrogie powstaniu. Ruch nie rozwinął się, pozostając lokalną ruchawką o charakterze na poły rozbójniczym. Zimą 1306/1307 roku walczący z braćmi apostolskimi krzyżowcy otoczyli obóz buntowników na górze Rubello, starając się wziąć go głodem. Po długotrwałym oblężeniu 23 marca 1307 roku doszło do szturmu, który zakończył się rzezią dulcynian. Sam Dolcino i jego towarzyszka, piękna Małgorzata di Trenk, zostali skazani na męki (obdzieranie ze skóry i darcie z nich pasów, rwanie ciała obcęgami i żganie pikami), a potem spaleni na stosie. Herezji nie wyrzekli się do końca. Dolcino pozostawał pod wpływem proroctw Apokalipsy, a zwłaszcza koncepcji Trzeciego Królestwa stworzonej przez Joachima de Fiore (1145–1201), opata klasztoru cystersów w Corazzo. Według tego kalabryjskiego mistyka dzieje ludzkości dzielą się na trzy epoki: starotestamentową Boga Ojca, trwającą Syna Bożego i nadchodzącą Ducha Świętego: Najpierw był czas, w którym ludzie służyli ciału; zaczął się on od

Adama, a skończył z Chrystusem. Potem nadszedł czas, gdy służyli obu, zarówno ciału jak duchowi; ten czas trwa po dziś dzień. Ale nadejdzie inny wiek, w którym ludzie żyć będą tylko dla ducha. W tym tysiącletnim trzecim królestwie stan mniszy (status monachorum), zasadzający się na wspólnocie majątkowej, obejmie całą ludzkość. Jest rzeczą konieczną, żebyśmy doszli do prawdziwego naśladowania życia apostołów, nie dążyli do posiadania dóbr doczesnych, lecz raczej ich się wyrzekli – pisał Joachim od Kwiatów. Pisma proroka z  Kalabrii wywierały wpływ na radykalnych reformatorów jeszcze w XVI wieku, a pisarz Andrzej Kuśniewicz odnajdywał ich echa nawet w młodzieżowej kontestacji 1968 roku. Kolejnym ogniwem w łańcuchu „lewicowych herezji” stali się angielscy lollardowie – „ubodzy księża” pozostający pod wpływem begardów z Flandrii. Ich czołowym przedstawicielem był John Wycliffe (1320–1384), który głosił, że wszystko należy do Boga, a grzech śmiertelny znosi prawo własności. Bardziej radykalny był John Ball, prawdopodobnie franciszkanin z Kent, który miał głosić w swych kazaniach: w Anglii nie będzie lepiej, dopóki wszystko nie stanie się wspólną własnością, dopóki nie zniknie podział na poddanych i szlachtę, dopóki wszyscy nie będziemy równi. [...] Wszak wszyscy pochodzimy od tych samych rodziców, od Adama i Ewy. [...] my pracujemy i wytwarzamy to, co oni [szlachta – J.T.] przejadają. A buntownicza pieśń lollardów niosła słowa: When Adam delved and Eve span, Who was then the gentleman? [Gdy Ewa len przędła, a Adam orał łan Gdzie wtenczas się podziewał nasz jaśnie pan?] To lollardowie przyczynili się do tego, że powstanie Wata Tylera było najdojrzalszym, najlepiej zorganizowanym powstaniem chłopskim w średniowiecznej Europie. Wybuchło 10 czerwca 1381 roku równocześnie w  kilku punktach, m.in. w  ośrodku tkackim w  Norfolk i  w hrabstwie Kent. Kilkudziesięciotysięczna armia chłopska pod wodzą byłego żołnierza Tylera i duchownego Jacka Strawa pomaszerowała na Londyn (uwalniając po drodze uwięzionego Balla), a następnie wdarła się do stolicy, której bramy otwarli ich sympatycy spośród uboższych mieszczan. Powstańcy spalili pałac księcia Lancaster i siedzibę gildii prawników, ale – rzecz w  tych czasach niespotykana! – nie rabowali, a skoro kogo schwycili na kradzieży, tego ścinali, jako ludzie, którzy najbardziej nienawidzą złodziejstwa. Zdradzieckie zabójstwo Tylera doprowadziło do rozgromienia ruchu – 1500 powstańców ukarano śmiercią, w tym Balla i Strawa. Chrześcijański radykalizm społeczny rozkwitł w całej swej mocy w następnym stuleciu pod postacią


90

husytyzmu, obecnego w popkulturze za sprawą choćby pisarstwa Andrzeja Sapkowskiego czy piosenek Daniela Landy. Ojczyzną tego rewolucyjno-religijnego ruchu nieprzypadkowo stały się Czechy. W XIV wieku kraj ten przeżywał niezwykle dynamiczny rozwój gospodarczy, który zawdzięczał głównie kopalniom srebra w Kutnej Horze. Owoce tego rozwoju były jednak dzielone bardzo nierównomiernie. Korzyści z czeskich bogactw czerpali przede wszystkim cesarz, duchowieństwo, zniemczeni możnowładcy i napływowa niemiecka ludność miast. Rdzenni Czesi spychani byli natomiast na margines, ubodzy cierpieli na skutek towarzyszącej rozwojowi „rewolucji cen”. W rezultacie doszło do szczególnego splotu antagonizmów społecznych, narodowych i religijnych. W XV-wiecznym piśmie „Krátké sebranie z kronik českých k výstraze věrných Čechů” czytamy: Czesi powinni pilnie baczyć [...], aby się nie dostali pod panowanie niemieckie; bo [...] naród ów jest najstraszniejszym wrogiem Czechów i Słowian. Ideologiem niezadowolonych stał się Jan Hus, profesor uniwersytetu praskiego, proboszcz Kaplicy Betlejemskiej, spowiednik królowej Zofii. Ten pochodzący z ubogiej rodziny duchowny, zainspirowany pismami Wycliffe’a, stworzył własną doktrynę. Twierdził, że jedynym autorytetem jest Pismo Święte (Lepiej słuchać Boga niż ludzi); że Kościół jako ciało mistyczne tworzą wyłącznie sprawiedliwi z Jezusem Chrystusem na czele, a rola papieża i duchowieństwa jest podrzędna; że grzech śmiertelny pozbawia panującego władzy. Głosił powrót Kościoła do „prostoty ewangelicznej”. Popierał też postulat udzielania świeckim komunii pod dwoma postaciami (chleba i wina), symbolicznie zrównujący laikat z klerem. Poglądy te sprawiły, że Hus został przez sobór w Konstancji uznany za winnego herezji i spalony na stosie 6 lipca 1415 roku. Śmierć Husa zainicjowała rewolucję husycką. Przez kraj zaczęła przetaczać się fala tumultów wzniecanych przez oburzonych zwolenników męczennika. 30 lipca 1419 roku wybuchł bunt w Pradze: husyci opanowali ratusz, król Wacław IV schronił się na Hradczanach, gdzie niebawem zmarł. Władzę w mieście przejęło zgromadzenie Wielkiej Gminy, w którym prawo głosu miał każdy posesjonat. W 1421 roku husycki sejm wybrał 20-osobowy dyrektoriat, sprawujący rządy w kraju. Ruch husycki od początku był jednak rozdwojony. Jego skrzydło umiarkowane – utrakwiści, reprezentujące szlachtę i praskie mieszczaństwo, nie dążyło do zmiany ustroju społecznego, zadowalało się postulatami religijnymi i  narodowymi. Ich program zawierały tzw. artykuły praskie głoszące m.in. komunię pod dwoma postaciami dla wszystkich chrześcijan, swobodę głoszenia Słowa Bożego (a co za tym

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

idzie uznanie języka narodowego w Kościele) i zakaz posiadania majątków ziemskich przez duchownych (co pozwalało na ich przejęcie przez szlachtę i patrycjat). Ale objawiło się też skrzydło radykalne, złożone z chłopów i miejskiej biedoty. W marcu 1420 roku radykałowie założyli na wzgórzu nad rzeką Łużnicą miasto nazwane Tabor na pamiątkę palestyńskiej góry, na której dokonać miało się Przemienienie Jezusa Chrystusa. Tak pojawił się w Europie ośrodek rewolucyjny, przez XX-wiecznego historyka porównany do Moskwy lat dwudziestych. Taboryci byli millenarystami wierzącymi, iż żyją w czasach ostatecznych. Głosili bliski powrót Chrystusa, który ustanowi tysiącletnie królestwo wolności, równości i sprawiedliwości; paruzja w ich ujęciu była równoznaczna ze światowym przewrotem społecznym oznaczającym ostateczne zwycięstwo Dobra nad Złem. Co istotne, przewrót ów miał być wprawdzie dziełem Boga, ale dokonanym rękami ludzi, „bożych wojowników”. Wzywali więc wiernych, by osobiście przelewali krew przeciwników prawa Chrystusowego i umyli ręce w krwi Jego wrogów. Boskiej proście pomocy i uwierzcie Niego. Z Nim zawsze w końcu zwyciężycie! Chrystus umarł za wasze winy, obiecuje stokroć więcej. Ten kto umrze z Jego imieniem, żyć będzie wiecznie. Pobłogosławi każdego, kto umrze za prawdę – głosił hymn taborytów „Ktož jsú boží bojovníci”. Ich wizja Królestwa Bożego przypominała republikę socjalistyczną: na ziemi nie będzie króla albo panującego ani też poddanego i ustanie płacenie wszelkich podatków i ceł. Nikt nikogo do niczego zmuszać nie będzie, wszyscy bowiem będą równi sobie, jak bracia i siostry. Jak w mieście Taborze nie ma różnicy między moim a twoim, lecz wszystko jest wspólne, tak wszystko ma być wspólne na zawsze, nikt nie ma posiadać własności osobistej, a kto ją ma, popełnia grzech śmiertelny. W  praktyce taboryci musieli iść na kompromisy z realiami. Wojenne warunki wymusiły podział ich zbiorowości na gminę polową i gminę domową: pierwsza zajmowała się wojowaniem, druga swą pracą utrzymywała całą społeczność. W  ramach gminy domowej każda rodzina pracowała dla siebie i  oddawała do wspólnej kasy tylko wypracowaną nadwyżkę. Ten stan rzeczy wywołał opór skrajnej lewicy, domagającej się konsekwentnego zniesienia zarówno własności osobistej, jak i rodziny, będącej jej ostoją. Pod wpływem „braci i sióstr wolnego ducha”, którzy do Taboru dotarli aż z Flandrii, narodził się ruch adamitów (nazwany tak od stanu rajskiej niewinności, w jakim żyć miał biblijny Adam). Adamici wierzyli, że Bóg mieszka w  sercach dobrych


91

fot. Remigiusz Okraska

ludzi, a szatan – w sercach złych, siebie zaś uważali za równych Jezusowi. W życiu codziennym odrzucali nie tylko własność i małżeństwo, ale też chodzili nago. Anarchistyczne skłonności adamitów były nie do pogodzenia z  militarną organizacją taborycką. W marcu 1421 roku dowódca wojskowy Taboru, Jan Žižka, wypędził sekciarzy z miasta, a w październiku zaatakował zbudowane przez nich opodal Przibienic osiedle. Pokonanych spalono na stosie. Podobno na śmierć szli ze śmiechem. Ustrój Taboru można nazwać teodemokratycznym – jego struktura religijna pokrywała się z  administracyjną. Każdy wierny mógł zostać księdzem, gdyż taboryci z pogardą odnosili się do uczoności (uczeni w Taborze musieli zająć się rzemiosłem), a Pismo Święte miało być ich zdaniem wyryte w sercach ludzi. Księży wybierała gmina, a  księża wybierali biskupów. Duchowni byli utrzymywani przez gminę i pełnili w niej funkcje urzędników publicznych: pisarzy, sędziów, nauczycieli. Istotna była rola czynnika militarnego, wyodrębnionego w gminę polową i dowodzonego przez obieralnych hetmanów, będących czasem zawodowymi żołnierzami (jak Žižka), czasem duchownymi (jak Prokop).

Armia taborycka nie miała sobie równych w Europie. Była to pierwsza nowożytna formacja zbrojna: zdyscyplinowana, jednolicie ćwiczona, walcząca w  zwartych szykach. Znakomicie posługiwała się nowymi technologiami, takimi jak artyleria czy sprzężone wozy (osławione „tabory”). Pozwoliło to husytom nie tylko odeprzeć pięć kolejnych krucjat, ale też przeprowadzić najazdy na Niemcy oraz wspomagać Polskę w jej zmaganiach z Krzyżakami. W 1433 roku czeskie oddziały dotarły aż do Bałtyku, w Tczewie spaliły na stosie swych służących Zakonowi rodaków za to, że przeciw własnemu narodowi dawali pomoc Niemcom i przyszli [...] najemniczym orężem wojować z [...] Polakami, którzy dla wspólnego języka zawsze byli Czechom przychylni. W ruchu husyckim dokonywały się jednak przemiany. Kraj był wyniszczony wojnami i  anarchią. Czescy wieśniacy coraz mniej chętnie garnęli się pod sztandar z czerwonym Kielichem, za to coraz liczniej w szeregi „bożych wojowników” napływali zubożali rycerze i pospolici awanturnicy, także z ościennych krajów. Wojsko taboryckie ulegało profesjonalizacji nieuchronnej w warunkach niekończącej się wojny, a nawet demoralizacji związanej z grabieżami. Nic


92

dziwnego, że po śmierci Žižki (1424) z jego oddziałów uformowało się odrębne stronnictwo „sierotek” (sirotci) – to ono brało udział w wyprawie na Pomorze. Natomiast utrakwiści zainteresowani byli zawarciem pokoju, dążyli więc do kompromisu z katolikami. W listopadzie 1433 roku pełnomocnicy Kurii rzymskiej i przywódcy utrakwistów podpisali „kompakty bazylejskie”, stanowiące złagodzoną wersję artykułów praskich. Taboryci odrzucili porozumienie jako zdradę. 30 maja 1434 roku pod Lipanami spotkały się dwie armie: połączone siły katolicko-utrakwistyczne z  jednej strony, taboryci Prokopa Wielkiego i  „sierotki” Jana Čapka z drugiej. Tym razem taboryci musieli walczyć przeciwko nieprzyjacielowi, który nie tylko przewyższał ich liczebnie, ale też stosował taką samą taktykę. Bitwa skończyła się rzezią radykałów – Prokop poległ, Čapek uciekł z pola. Przez pewien czas stawiał jeszcze opór w zamku Syjon oddział Jana Roháča, który został rozbity w 1437 roku. Tabor jako osiedle rzemieślnicze zachował autonomię do 1452 roku, jednak z jego komunistycznego ustroju nic już nie zostało. Resztki taborytów przyjęły pacyfistyczną doktrynę Petra Chelčický’ego, tworząc ruch „braci czeskich”, którego kontynuacją jest Herrnhut. Echa husytyzmu rozbrzmiewały jednak nadal. Taborytom nieobce były ambicje rozszerzenia swej wiary na całe chrześcijaństwo, prowadzili więc intensywną propagandę w  innych krajach. Pod jej wpływem w południowych i środkowych Niemczech ukształtował się silny prąd socjalistyczny, ujawniający się zwłaszcza wśród niższych warstw ludności miejskiej i zagrażający, poza Żydami, przede wszystkim bogatej hierarchii kościelnej – pisał XIX-wieczny niemiecki historyk. Na tym podłożu wyrósł ruch anabaptystów – nowochrzczeńców, domagających się powrotu do pierwotnego chrześcijaństwa. Jeden z anabaptystów oświadczał: Najwyższym przykazaniem Boskim jest miłość. [...] A miłość ta daje się poznać we wspólności dóbr doczesnych. Praktykowanie przez nich chrztu dorosłych stanowiło wyzwanie rzucane kościołom państwowym. O  ile anabaptyści szwajcarscy odrzucali wszelką przemoc, o tyle wśród niemieckich panowały nastroje rewolucyjne. Do ruchu tego należała m.in. gmina w Zwickau, z którą związany był Tomasz Münzer. Münzer, doktor teologii, wikary w  rzemieślniczym kościele św. Katarzyny w  Zwickau, początkowo współpracował z Marcinem Lutrem, inicjując m.in. liturgię w języku niemieckim. Szybko jednak jego poglądy uległy radykalizacji. Pod wpływem lektury Joachima de Fiore zwrócił się w kierunku mistycyzmu. Wbrew Lutrowi, postulującemu literalne rozumienie Biblii (sola scriptura), Münzer uważał, że Pismo Święte musi być poparte głosem

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

wewnętrznego objawienia, natchnieniem ducha Bożego: Choćbyś zjadł całą Biblię, nic ci to nie pomoże. To nie uczoność (wtedy dostępna wszak nielicznym) wiodła do zbawienia, ale asceza (Ażeby zaś człowiek usłyszał i odczuł Słowo, Bóg musi mu odjąć jego chuć cielesną). Ascezie sprzyjało wyrzeczenie się własności prywatnej: wszystko jest wspólne (omnia sunt communia) i wszystko powinno być każdemu wydzielone według potrzeby – pisał, powołując się na Platona. Z  kolei panteistyczna idea wszechobecności Ducha Świętego (niebo i ziemia pełne są Boga) skłaniała Münzera do koncepcji demokratycznych. Z woli Boga, podkreślał, cała gmina ma władzę miecza [...], książęta nie są panami, lecz sługami miecza. Mistycyzm, jak widzimy, nie kierował marzyciela z Zwickau w  zaświaty. Odrodzone społeczeństwo miało być bramą do Królestwa Bożego na Ziemi, w którym my, ludzie cieleśni, ziemscy, staniemy się bogami przez wcielenie Chrystusa. Gdy w Niemczech wybuchła wojna chłopska, Münzer, człowiek czynu, mógł spróbować zrealizować swój program. Spotkał się z przywódcami powstania szwabskiego, którym pomógł sformułować program („Dwanaście Artykułów”): wolność osobista, ograniczenie świadczeń na rzecz dworu, podatek ograniczony do dziesięciny ze zboża, a przeznaczany na potrzeby gminy, gminna własność lasów i części gruntów, sądzenie tylko „według prawa pisanego”, wybór proboszcza przez gminę, nauczanie wyłącznie Ewangelii „bez żadnych ludzkich dodatków”. 17 marca 1525 roku Münzer opanował miasto Mühlhausen, z którego starał się uczynić bazę rewolucji. Wierząc, że bezbożni nie mają prawa do życia, chyba o tyle, o ile pozwolą im wybrani, wzywał do rewolucyjnego terroru wobec panów: Nie dopuśćcie do siebie litości, jak to Bóg przykazał przez Mojżesza. [...] Niech miecz wasz nie ostygnie z krwi; [...] Dopóki oni żyją, nie możecie się pozbyć strachu ludzkiego. Wezwania do powszechnego buntu trafiały jednak w próżnię, poszczególne gromady chłopskie zainteresowane były tylko lokalnymi sprawami. 14–15 maja 1525 roku doszło do bitwy pod Frankenhausen, w której siły Münzera poniosły druzgocącą klęskę. On sam dostał się do niewoli i po okrutnych torturach został stracony 27 maja. Anabaptyści jeszcze raz zerwali się do walki. Pod wpływem krwawych prześladowań w Niderlandach pojawiła się frakcja, której przywódcy – Jan Mathys (piekarz z Haarlemu) i Jan Bockelson (krawiec z Lejdy) – gotowi byli odpowiedzieć przemocą na przemoc. Uchodzący przed represjami anabaptyści skupiali się w Münster, mieście próbującym wyzwolić się spod władzy biskupa katolickiego. Gdy w lutym 1534 roku biskup próbował zbrojnie zająć miasto, anabaptyści stawili najenergiczniejszy opór, a  wkrótce potem wygrali wybory do rady miejskiej. Niebawem jednak


93

radę zastąpił „wydział dobra publicznego”, tworzony przez dwunastu „starszych [sędziów] pokoleń Izraela”, czyli anabaptystowskich kaznodziejów wybieranych w poszczególnych parafiach. Faktycznie jednak dyktatorską władzę pełnił – tu znów biblijna terminologia – „król Syjonu” (najpierw Mathys, a po jego rychłej śmierci Bockelson), który mianował dwunastu komendantów bram. Münster zostało proklamowane Nową Jerozolimą. Szlachetne kruszce uległy uspołecznieniu, handel zastąpiono wymianą barterową. W parafiach została stworzona instytucja diakonów, którzy początkowo opiekowali się chorymi i biednymi, organizowali wspólne wieczerze, w końcu zaś wzięli na siebie aprowizację ludności. Część rzemieślników została zobowiązana do produkcji na rzecz gminy. Rewolucja anabaptystowska budziła wiele kontrowersji. Przywódcom Nowej Jerozolimy zarzucano stosowanie krwawego terroru, pławienie się w zbytku (co kontrastowało z  nędzą oblężonego miasta), rozpustę. W Münster oficjalnie wprowadzono – powołując się na starotestamentowe wzory – poligamię; Bockelson miał piętnaście żon. Kautsky wyjaśnia to jednak koniecznością ekonomiczną: w mieście było dwa-trzy razy więcej kobiet niż mężczyzn, obowiązek dołączenia samotnych kobiet do kierowanych przez mężczyzn gospodarstw domowych miał pomóc im przetrwać. Pośrednim na to dowodem ma być udział kobiecych oddziałów w obronie Nowej Jerozolimy. Ale i on przyznaje, że Anabaptyści münsterscy [...] wcale nie byli zwolennikami emancypacji kobiety. Ustanowienie wielożeństwa wywołało opór rodowitych münsterczyków, którzy w lipcu 1534 roku podnieśli bunt. Choć stłumiony, osłabił siły Nowej Jerozolimy. Próby wzniecenia anabaptystowskiej rewolucji w Niderlandach na Wielkanoc 1535 roku zostały zdławione w zarodku. W czerwcu tego roku, po wielomiesięcznym oblężeniu, wojska biskupie zdobyły Münster. W  styczniu 1536 roku „króla Syjonu” i jego towarzyszy stracono. W anabaptyzmie ostatecznie wygrał kierunek pacyfistyczny, który przetrwał do naszych czasów pod postacią wspólnot amiszów i huterytów w USA. ...Donatyści, bogomili, waldensi, dulcynianie, lollardowie, taboryci, anabaptyści. Gąszcz dziwnie brzmiących, zapomnianych nazw. Czy może to jeszcze zainteresować kogoś poza garstką hobbystów? Chyba tak. Myśl postsekularna poszukuje w religii rewolucyjnego żaru wciąż tlącego się pod warstwą instytucjonalno-dogmatycznego popiołu. Amerykański pisarz anarchistyczny Peter Lamborn Wilson, znany pod pseudonimem Hakim Bey, w swym eseju „Religia i Rewolucja” głosi: „Lud-mesjasz” nie wstępuje w homogeniczną identyczność ani w piekielną separację entropicznego kapitalizmu, lecz w różnorodność

i obecność rewolucji – w walkę, „świętą wojnę”. Na samym tym fundamencie możemy zacząć pracę nad teorią pojednania pozytywnych sił religii i sprawy oporu. Próbę rehabilitacji religii jako przejawu ludzkiej woli utopijnej podjął dysydencki filozof marksistowski Ernst Bloch. Jak napisał Leszek Kołakowski: Cała filozofia Blocha okazuje się w końcu teogonią, fantastyczną projekcją Boga, który się stanie. Tym tropem podąża lewicowy socjolog meksykański Luis Martinez Andrade, który w swej książce „Ameryka Łacińska: Religia bez odkupienia” doszukuje się tkwiącego w religii potencjału rewolucyjnego. Wierzy, że teologia powinna służyć uciskanym, ponieważ [...] może przywrócić materializmowi historycznemu jego ładunek [...] mesjanistyczny i rewolucyjny [...] doprowadzić do emancypacji ludzkiej [...], która ostatecznie nie będzie dziełem boskim, lecz wynikiem współpracy Boga i istot ludzkich.

fot. Krzysztof Wołodźko


bnd Chiara Baldassarri, flickr.com/photos/sullen_snowflakes/12323280503

134 RECENZJA

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017


135

RECENZJA

Czarna księga III RP. Rozdział: reprywatyzacja

Krzysztof Wołodźko

Po prawie trzech dekadach istnienia III Rzeczpospolitej można z całą pewnością stwierdzić, że zasługuje ona na swoją „czarną księgę”. Znalazłoby się tam miejsce na przeróżne opowieści: o prywatyzacji systemu emerytalnego, o pacyfikacji przez policję protestów robotniczych, o osiedlach kontenerowych i o braku polityki komunalnej państwa, o ciężkim losie Mariana Zagórnego, który walczył z mafią zbożową i płacił za to wyrokami sądowymi, o zmowie pogardy wobec popegeerowskiej wsi. A także, oczywiście, musiałoby się tam znaleźć miejsce na historię rodzimej reprywatyzacji. I jeszcze jedno: dzieje III RP to również historia walki klasowej. Napiszę to mocno: zamordowana kilka lat temu działaczka lokatorska Jolanta Brzeska jest również – najdosłowniej w świecie – ofiarą walki klas.

K

siążka „Wszystkich nas nie spalicie”, autorstwa Piotra Ciszewskiego i Roberta Nowaka, może stanowić część „czarnej księgi” III RP, choćby jako istotny element wstępu. Tym bardziej, że autorzy dobrze wiedzą, o  czym piszą: Ciszewski to dziennikarz, publicysta i aktywista społeczny, działacz kampanii „Mieszkanie Prawem, Nie Towarem”, a następnie współtwórca Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i uczestnik blokad eksmisji na bruk. Z kolei Robert Nowak to społecznik, bloger, od kilku lat związany z WSL, redaktor portalu lokatorzy.pl. Ich praca pisana jest z jasno określonej perspektywy: aktywistów stołecznego środowiska lokatorskiego. Dla niektórych powyższa kwestia stanowi mankament tej książki, ale moim zdaniem warto przypominać i pokazywać opinii publicznej tę dość nieliczną grupę działaczek i  działaczy lokatorskich, którzy przez lata mieli odwagę zaangażować się po stronie

przegranych, po stronie wyszydzonej sprawiedliwości. I nie mogli liczyć na niczyje oklaski, więcej nawet: nie mogli nawet liczyć na życzliwość czy chociażby uczciwe traktowanie ze strony przeróżnych instytucji publicznych. Gdy niemal wszyscy stali odwróceni – oni toczyli nierówną walkę z reprywatyzacyjnym, bezwzględnym, wpływowym, potężnym finansowo i politycznie reprywatyzacyjnym układem. Rzućmy najpierw szersze światło na sprawę. Ostatnie dekady w naszym kraju upłynęły na dyskusjach dotyczących rozliczeń z  epoką PRL, ukarania winnych zbrodni, potępienia ludzi i struktur odpowiedzialnych za patologie tamtych czasów. Ale najwyższa pora, żebyśmy solidnie zaczęli mówić o rozliczaniu III RP z jej przewin, bo nagromadziło się tego brudu już dość: jedni go nie widzą, ponieważ z niego świetnie żyją, drudzy przeoczyli teraźniejszość zajęci spoglądaniem w przeszłość, trzeci tak


136

bardzo uwierzyli w ultraliberalną doktrynę gospodarczą, że krzywdę mnóstwa obywatelek i obywateli Polski pojmują jako nową dziejową sprawiedliwość i konieczność. Jeszcze jedno: wyobrażenia społeczne wydają się czymś efemerycznym, ale w znacznej mierze to atmosfera dogmatycznego ultraliberalizmu gospodarczego, zapewne nierzadko podpartego własnym zyskiem jego piewców, odpowiada za zaniechania państwa i znieczulicę społeczną wobec ofiar dzikiej reprywatyzacji. Być może za kilka dekad dzika reprywatyzacja zostanie w pełni opisana jako historia koncesjonowanej przez państwo i długo społecznie tolerowanej nikczemności. Pozwolę sobie na pewne smutne wspomnienie. Tuż po śmierci Jolanty Brzeskiej, na początku marca 2011 roku, byłem aktywnym użytkownikiem bardzo wówczas popularnego portalu blogowego salon24.pl. Blogosfera dawała wówczas mocno niezapośredniczony głos zwykłym użytkownikom internetu, głos – jak często przekonywano – daleki od zapatrywań mainstreamu. Pod kilkoma dość istotnymi kwestiami były to jednak nierzadko głosy bardzo typowe. Opublikowałem tam wówczas kilka okolicznościowych tekstów poświęconych tragicznie zmarłej działaczce lokatorskiej. Najbardziej przygnębiające, choć dość oczywiste w polskich realiach, było to, że najaktywniejszymi komentatorami byli miłośnicy „najświętszej własności”, którzy wprost pisali, że Brzeska najpewniej miała problemy psychiczne i dokonała samospalenia, że nie sprowokowałaby agresywnych działań ze strony czyścicieli kamienic, gdyby wyprowadziła się z cudzego mieszkania, że ruchy lokatorskie pasożytują na legalnie zdobytej/odzyskanej własności. Wreszcie padały sugestie, że jeśli ktoś tak bardzo współczuje wyrzucanym z mieszkań, to niech przyjmie ich pod swój dach. Ten przykład jak w soczewce pokazywał, w jaki sposób przemoc symboliczna legitymizuje we współczesnej Polsce przemoc instytucjonalno-rynkową. Uderzało coś jeszcze: częsty brak kontrargumentów blogerek i blogerów, którzy przeciwstawiali się tej logice, ale nie wiedzieli, jakim językiem wyrazić swój sprzeciw wobec dogmatycznego lumpenliberalizmu. I milkli. Dziś na szczęście sytuacja przedstawia się choć trochę inaczej. Zwolennicy „najświętszej własności”, owszem, nierzadko nie zmienili zdania ani o jotę, ale po pierwsze, za sprawą sprawnych i konsekwentnych działań stowarzyszenia Miasto Jest Nasze patologie reprywatyzacji zostały nagłośnione medialnie i weszły na dobre do masowego obiegu informacji. Po drugie – zmiana władzy politycznej w październiku 2015 roku w tej akurat materii okazała się dobra, a przynajmniej - niezgorsza. Zarówno prace nad powstaniem komisji weryfikacyjnej, jak i  zdecydowane działania Ministerstwa Sprawiedliwości oraz

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

Prokuratury pomogły wielu osobom uświadomić sobie, że reprywatyzacja po polsku była zalegalizowanym szwindlem. Stołeczny Ratusz, niegdyś traktujący głos lokatorów z absolutną dezynwolturą, sporo stracił pod względem wizerunkowym, w kwestiach reprywatyzacji przestał być wiarygodny dla dużej części opinii publicznej, a niektórzy jego urzędnicy stali się obiektem większego zainteresowania odpowiednich organów państwa. Patrząc z  dzisiejszej perspektywy, „Wszystkich nas nie spalicie” Ciszewskiego i Nowaka, przynosi wiele oczywistości, szczególnie osobom nieźle już w  sprawie zorientowanym. Jestem jednak przekonany, że to absolutna lektura obowiązkowa dla tych, którzy dopiero chcieliby poznać skandaliczną historię reprywatyzacji pisaną z perspektywy działaczy lokatorskich, historię ich walki o respektowanie praw ludzi, którzy stali się obywatelami drugiej kategorii. Co istotne, w znacznej mierze książka ta jest pracą z zakresu rodzimej historii ludowej. To jej ważny rys, ponieważ wciąż brak lewicy istotnych społecznie


137

ludowych mitów, nie tylko oddziałujących na wyobraźnię lewicowych środowisk, lecz zdolnych zainteresować także tzw. zwykłych ludzi. Żywy dziś mit Jolanty Brzeskiej ogniskuje wiele elementów istotnych z punktu widzenia lewicy: i  tych odnoszących się do katalogu lewicowych wartości oraz aktywności i wrażliwości społecznej, i tych, które wiążą się z wizją i standardami polityki społecznej, mieszkaniowej, ładu społeczno-gospodarczego i legislacyjnego. Czy nie jest znamienne, że jedną z najgłośniejszych ofiar III Rzeczpospolitej jest samotna, starsza kobieta? W kraju oficjalnego kultu chrześcijańskich wartości, państwo i mafia zjednoczyły się przeciw niezamożnej lokatorce. Bo ośmieliła się walczyć o sprawiedliwość dla siebie i grupki podobnych sobie „życiowych nieudaczników”, którzy i które mieli pecha stanąć na drodze budującemu się właśnie kapitalizmowi „po polsku”. Wiele o sytuacji ruchu lokatorskiego i fatalnym losie wypędzonych lokatorów jeszcze kilka lat temu mówi taki oto cytat: Pierwsze blokady eksmisji oraz

b Kuba Bożanowski, flickr.com/photos/jbozanowski/4267439320

akcje organizacji lokatorskich w tej sprawie nie spotkały się z większym zrozumieniem mediów. Jeszcze w latach 2008–2009 dziennikarze pisali o biednych kamienicznikach niemogących się pozbyć mieszkańców z należących do nich budynków. Właściciel więc może robić, co mu się podoba, nawet jeśli działa na granicy prawa – sugerowali, a reprywatyzacyjna patologia narastała. Nie bez znaczenia jest fakt, że przez blisko trzy dekady III RP nie udało się stworzyć integralnej ustawy reprywatyzacyjnej. Ostatni jej duży projekt, zresztą autorstwa niechlubnej pamięci rządu Jerzego Buzka, zawetował ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski. Tłumaczył to ochroną „zasad sprawiedliwości społecznej i równością obywateli wobec prawa”. Notabene autorzy „Wszystkich nas nie spalicie” przypominają, że już w 1995 roku Piotr Ikonowicz, wówczas poseł, proponował uchwalenie ustawy o wygaszeniu roszczeń reprywatyzacyjnych. Trudno jednak wyobrazić sobie jej realizację, szczególnie w klimacie pierwszych lat transformacji. Reprywatyzację w III Rzeczpospolitej często czyta się i ogląda przez pryzmat stolicy. Tylko w Warszawie władze wypłaciły w ramach roszczeń reprywatyzacyjnych 1,4 mld złotych – pomińmy tu wartość działek i  budynków oddanych w  Warszawie. Autorzy pracy podkreślają jednak, że reprywatyzacja ma zasięg ogólnopolski. Tym bardziej, że podwyżki czynszów dają kamienicznikom szansę na szybki zarobek bez ponoszenia wielkich kosztów. Stąd jeden z rozdziałów książki nosi wymowny tytuł: „Poznań, Łódź, Kraków, Warszawa – wspólna sprawa!”. To o tyle istotny wątek, że skoncentrowane na sprawach stołecznych tzw. ogólnopolskie media rzadko pokazują bolączki naszej rzeczywistości, która otwiera się poza rogatkami Warszawy. Ciszewski i  Nowak skrótowo (może nawet zbyt skrótowo) opisują realia pozawarszawskiej reprywatyzacji, ale już tylko to, co pokazują, pozwala zobaczyć, że różnorakie skandaliczne aspekty społecznej niesprawiedliwości III RP nie dotyczą jedynie stolicy. Są niestety wspólną cechą polskich przemian. Przykładowo, w  Poznaniu władze miasta postawiły na szybkie pozbycie się ponad 150 kamienic o nieuregulowanym statusie własnościowym, pozostających pod zarządem Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej. Nie przykładano należytej wagi do sprawdzania zasadności roszczeń, nie próbowano podważać ich w sądzie, nie dbano o to, żeby dawni właściciele lub ich spadkobiercy wzięli na siebie część kosztów wieloletniego utrzymania budynków przez państwo. Na ogół urzędnicy nie chcieli też komunalizować tych budynków. Na lokalną strategię miejską nałożyły się całościowe rozwiązania prawne. W ramach jeszcze skuteczniejszego budowania kapitalizmu w 2006 roku uwolniono czynsze


138

w budynkach prywatnych, wcześniej regulowane w ustawie o ochronie praw lokatorów. To jeszcze bardziej pogorszyło sytuację wypędzanych lokatorów. Walki klas nie prowadzi się dziś wyłącznie w białych rękawiczkach, wcale nie. Nie toczy się jej jedynie w telewizyjnych studiach, drogich restauracjach, gabinetach prawodawców, na przyjęciach dla wielkiego biznesu, potężnych mediów, wpływowych polityków. Walka klas wciąż toczy się na ulicach, na klatkach schodowych, przed drzwiami domów, do których próbują się wedrzeć odzyskiwacze kamienic. Tyle że po jednej stronie są ludzie bezwzględni i zmotywowani dużym zarobkiem, korzystający nierzadko ze wsparcia albo cichego przyzwolenia państwa, a po drugiej – zmęczeni i zestresowani, zagrożeni w swoim bycie kobiety i mężczyźni i ludzie dobrej woli, nierzadko otrzaskani z różnorakimi aspektami walki na każdym możliwym froncie, ale nie dość liczni, przeciążeni pracą i zobowiązaniami. Spójrzmy z  bliska na to, czego na ogół nie chcą pokazywać kamery mediów zaprzyjaźnionych z realnym liberalizmem: przy ulicy Stolarskiej 2 w Poznaniu [lokatorzy – przyp. K.W.] zabili deskami główne wejście do budynku. Zostało ono dodatkowo zabezpieczone kontenerem na śmieci, a bramy pilnowało kilka osób. Mieszkańcy szykowali się na atak czyściciela kamienic. Nie chcieli dopuścić go do budynku, aby nie zaczął ponownie psuć instalacji, odłączać prądu ani wprowadzać ludzi prowadzących remont, będący w rzeczywistości dewastacją kamienicy. Wszystko to działo się na oczach niereagującej policji: gdy 17 sierpnia 2012 roku [Piotr Ś. – jedna z prominentnych postaci poznańskiego rynku nieruchomości – przyp. K.W.] przybył na Stolarską z robotnikami i próbował rozbić blokadę, funkcjonariusze zachowywali się biernie. Obserwowali zdarzenie nawet w momencie, gdy zbiry szarpały lokatorów i dochodziło do rękoczynów. Dopiero zgromadzenie się na miejscu sporego tłumu gapiów z okolicznych budynków oraz przybycie obrońców praw lokatorów domagających się interwencji skłoniło policję do wkroczenia i zablokowania pomocnikom Ś. dostępu do bramy. Pomimo ewidentnego łamania prawa nikt nie został jednak nawet zatrzymany. Roman Kuster, w tamtym czasie komendant policji w Poznaniu, tak odpowiedział na prośby lokatorów o pomoc: Mamy wolny rynek i jeśli chcą państwo mieć całodobową ochronę, można skorzystać z usług firm ochroniarskich. To jeden z bardzo licznych przykładów na to, że urzędnicy publiczni w III RP byli/są tak naprawdę mniej lub bardziej jawnymi „funkcjonariuszami rynku”. W stolicy Wielkopolski na ratunek lokatorom ruszyli anarchiści z Kolektywu Rozbrat. W lutym 2012 roku doszło do powstania Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Ostatecznie jednak nowy właściciel doprowadził do wyprowadzki

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

niechcianych przez siebie mieszkańców z kamienicy przy Stolarskiej. Obywatelski opór sprawił jednak, że lokatorom udało się uzyskać od miasta mieszkania komunalne. Historia reprywatyzacji to, chyba bardziej dosłownie niż w  przenośni, dzieje współpracy państwa, biznesu i mafii – ta prawda uwidacznia się z całą jaskrawością na kartach książki Ciszewskiego i Nowaka. Być może konkretni lokalni i centralni politycy nigdy nie podawali ręki bandytom zastraszającym ludzi, ale bliższe przyjrzenie się sprawie pokazuje, kto z czyjej brudnej roboty miał korzyść. Niekoniecznie korzyścią osobistą – władze samorządowe i centralne po prostu „miały kłopot z głowy”. Różne mechanizmy – polityczne, legislacyjne, rynkowe i bandyckie – pracowały na to, żeby pozbyć się lokatorów – obywateli gorszej kategorii. Ludzkie cierpienie i tragedie, całe życie starszych już ludzi podsumowane nagle wyrokiem eksmisji, bo byli zwykłymi obywatelami gwałtownie przeobrażającego się kraju. To wszystko nie było interesujące – zresztą, reprywatyzacyjna wizja rzeczywistości nosi wszelkie znamiona nowej sprawiedliwości dziejowej, i to w niemal magiczny sposób: samo pozyskanie „świętej własności” gwarantowało i gwarantuje nieledwie nietykalność w oczach nie tak małej części elit III RP. W pewnym sensie, co warto sobie uświadomić przy okazji wydania właśnie tej książki, w podobno katolickiej (przynajmniej co do publicznej moralności) Polsce duży pieniądz stał się funkcją etycznej słuszności, a  ubóstwo stało się etycznie podejrzane. To dlatego właśnie tak łatwo było budować obraz ofiar reprywatyzacji jako roszczeniowej grupki z marginesu społecznego, a nowi właściciele chodzili w nimbie ludzi, którzy wreszcie sięgnęli po to, co im się należało. Nic też dziwnego, że ruchy lokatorskie miały naprawdę znaczne trudności, żeby przebić się ze swoim wołaniem przez tak silną i szeroko akceptowaną narrację. W polskich warunkach sporym wzięciem cieszy się hasło o braku alternatywy wobec przyjętego modelu przemian ustrojowych i własnościowych. Skoro „nie było alternatywy” dla terapii szokowej, to nic dziwnego, że „nie ma alternatywy” dla licznych zjawisk stanowiących jej logiczne następstwo, w  tym dla reprywatyzacji. Istnieją jednak przykłady negujące takie neoliberalne „oczywiste oczywistości”. Prawda jest taka, że istnieje alternatywa. Najlepszym przykładem Łódź, gdzie prywatne osoby próbowały odzyskać kamienicę gruntownie odrestaurowaną za publiczne pieniądze (mowa o  ponad 10 milionach złotych). Władze miasta toczyły spór sądowy o zabytkowy budynek i wygrały. Co więcej, w 2012 roku w celu obrony miejskich nieruchomości lokalny samorząd powołał do życia Zespół ds. Ochrony


139

Własności: składa się on z siedmiu ekspertów, między innymi od dokumentów archiwalnych oraz historii zabytkowych budynków. Praca tej grupy ma charakter śledczo-historyczny. Przyczyniła się do skierowania do prokuratury podejrzenia o próbie wyłudzenia 35 nieruchomości, a pod koniec sierpnia 2016 roku przygotowywanych było kolejnych 10 wniosków. Jest to jedyny przypadek tak szerokiego działania miasta przeciwko roszczeniom reprywatyzacyjnym. Co istotne, z  dużym prawdopodobieństwem można ocenić, że część łódzkich roszczeń zgłaszanych jest z premedytacją już po zakończeniu remontu kamienic. Urzędnicy tamtejszego Wydziału Organizacyjno-Prawnego wprost stwierdzają, że część wniosków o zwrot opiera się na sfałszowanych dokumentach notarialnych oraz księgach wieczystych. Jak widać, instytucje mogą starać się o dobro publiczne – potrzeba jednak do tego woli politycznej lokalnej władzy, potrzeba odpowiednich struktur/instytucji i przeznaczenia środków na ich utrzymanie. Alternatywa istnieje, ale opłaca się nie tym, którym na ogół powinna się opłacać – to również wiele mówi o determinantach naszej rzeczywistości. Ktoś powie, że mało w tej recenzji poświęciłem miejsca Jolancie Brzeskiej. To prawda, to celowy zabieg. Z całą pewnością jest dziś tak, że stała się ona postacią, wokół której ogniskuje się pamięć nie tylko ruchu lokatorskiego, ale bodaj wszystkich osób dobrej woli krytycznie podchodzących do spraw reprywatyzacji. Jej historia jest już dość dobrze znana, łatwo się z nią zapoznać, choćby sięgając do różnorodnych źródeł internetowych, tekstów prasowych, coraz większej liczby audiowizualnych materiałów dokumentalnych. Z całą pewnością jest też bardzo dobrze znana znakomitej większości czytelniczek i czytelników „Nowego Obywatela” – byłbym przykro zaskoczony, gdyby było inaczej. Dodajmy, że na początku marca 2017 roku przekroczony został kolejny kamień milowy: sprawę morderstwa Brzeskiej i  stołecznej reprywatyzacji przedstawiło w  materiale reportażowym BBC. Na naszych oczach powtarza się dobrze znany, choć tragiczny schemat: okrutne zabójstwo, wbrew pragnieniom morderców i ewentualnych zleceniodawców, nie zamyka sprawy. Staje się kamieniem węgielnym. Mieszkanka z Nabielaka 9 zasługuje na równie dobry film fabularny co Veronica Guerin, irlandzka dziennikarka walcząca piórem z mafią narkotykową. Choć może lepiej, gdyby nie kręcili go polscy specjaliści od koturnowych i laurkowych obrazów oraz historycznych rekonstrukcji. Z  całą pewnością książka Ciszewskiego i Nowaka dostarczy obfitego materiału scenarzystkom i scenarzystom zainteresowanym patologiami reprywatyzacji, historią tej hańby. O ile kiedyś faktycznie zaczniemy bardziej interesować się

krzywdami wyrządzonymi najzwyklejszym ludziom w naszych czasach. Powiem jeszcze jedną rzecz: nawet jeżeli winni śmierci stołecznej działaczki lokatorskiej zostaną ukarani, to sprawiedliwości wciąż nie stanie się zadość. Ponieważ sprawiedliwość dla Brzeskiej oznacza coś więcej – sprawiedliwość dla wszystkich. A ta wiąże się z przywróceniem państwu polskiemu elementarnej efektywności w dziedzinie polityki społecznej i mieszkaniowej. Znamienny jest fragment z książki Ciszewskiego i Nowaka: na początku każdego roku odbywa się Dzień Lokatora. Przy tej okazji opracowano raport pokazujący, ile miasto powinno wydać na budowę nowych lokali dla osób z zasobu reprywatyzowanego i innych potrzebujących. Z danych zebranych na początku 2015 roku przez WSL wynikało, że aby rozwiązać problem, wystarczyłoby przeznaczyć na ten cel jedynie nieco ponad 1,5 proc. budżetu m.st. Warszawy, czyli około 7 proc. wydatków przewidzianych na inwestycje. Ale ruchy lokatorskie wciąż nie są dla stołecznych samorządowców partnerem – są uciążliwym petentem. Przy okazji, co z jednej strony zrozumiałe, z drugiej pomniejsza nieco wartość książki, w znacznej mierze skupia się ona na działalności Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, a niemal pomija inne organizacje lokatorskie. Z jednej strony da się to wyjaśnić faktem, że autorom najłatwiej było opisać ten fragment ruchu lokatorskiego, który najlepiej znają, z drugiej – pokazuje podziały także w obrębie tego, dość przecież nielicznego, środowiska. Państwo zwane III Rzeczpospolitą nie jest nawet nocnym stróżem, jest wspólnikiem oprawców. Ta smutna prawda czytelnie i rzeczowo została przedstawiona na kartach książki, której okładkę zdobi graffiti z podobizną Jolanty Brzeskiej. Po części gorzka, po części pokrzepiająca myśl: jak w najbardziej barbarzyńskich czasach książka o małym nakładzie, której przydałaby się solidna korekta, jest jednym ze znaków nadziei, głosem sprawiedliwości i niewygodnych prawd, głosem lewicy, która jest wierna swoim zasadom i swoim społecznym zobowiązaniom. Piotr Ciszewski, Robert Nowak, Wszystkich nas nie spalicie, Wydawnictwo Trzecia Strona, Warszawa 2016.


140

AUTORZY NUMERU Jakub Bartak (ur. 1988) – ab-

solwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, pracuje w Katedrze Mikroekonomii Uniwersytetu Rzeszowskiego, gdzie zajmuje się zależnościami między rozwojem gospodarczym a nierównościami ekonomicznymi.

Piotr Kuligowski – historyk

Olga Drenda – dziennikarka i tłumaczka. Prowadzi stronę Duchologia (facebook.com/duchologia). Autorka książki „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji” (2016).

myśli politycznej, dziewiętnastowiecznik, doktorant w Zakładzie Myśli i Kultury Politycznej IH UAM. Zainteresowania badawcze oscylują wokół historii polskiej myśli lewicowej, historii ruchów rewolucyjnych, historii pojęć, peryferyjnej nowoczesności oraz metodologii historii. Publikował m.in. w „Klio: czasopismo poświęcone dziejom Polski i powszechnym”, „Sensus Historiae”, „Historia i Polityka”, „Historia Slavorum Occidentis”. Redaktor afiliowany „Praktyki Teoretycznej”.

Nancy Fraser (ur. 1947) – jest

Rafał Łętocha (ur. 1973) – poli-

amerykańską feministką, wyznawczynią teorii krytycznej w naukach społecznych. Wykłada nauki polityczne oraz filozofię na The New School w Nowym Jorku. Znana ze swojej krytyki polityki tożsamościowej oraz z pracy filozoficznej nad koncepcją sprawiedliwości. Krytykuje współczesny liberalny feminizm za porzucenie tematyki sprawiedliwości społecznej. W 2010 r. zdobyła Nagrodę Alfreda Schultza, przyznawaną przez Amerykańskie Towarzystwo Filozoficzne.

Tomasz Frymorgen – akty-

wista, dziennikarz polityczny, piszący o niezależnych związkach zawodowych i kwestiach ekonomicznych. Współpracował z radiem BBC 3 i magazynem „Jacobin”. Zajmuje się także technikami video.

Maurycy Gocławski – wy-

znawca dziejowego pesymizmu, okazjonalny bloger i publicysta. Pieniactwo toczy w nim nieustanną walkę ze skłonnością do wewnętrznej emigracji, a towarzyskość z mizantropią.

NOWY

BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017

tolog i religioznawca. Doktor habilitowany nauk humanistycznych, zastępca dyrektora w Instytucie Religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor w Instytucie Politologii Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Oświęcimiu. Autor książek „Katolicyzm a idea narodowa. Miejsce religii w myśli obozu narodowego lat okupacji” (2002), „Oportet vos nasci denuo. Myśl społeczno-polityczna Jerzego Brauna” (2006), „O dobro wspólne. Szkice z katolicyzmu społecznego” (2010) i „Ekonomia współdziałania. Katolicka nauka społeczna wobec wyzwań globalnego kapitalizmu” (2016). Od urodzenia mieszka w Myślenicach i bardzo jest z tego zadowolony. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

Tomasz S. Markiewka – doktor

nauk humanistycznych, obecnie tłumaczy książkę Roberta Franka i Philipa Cooka „The Winner-Take-All Society”.

Krzysztof Molenda – w Polsce

radca prawny, od kilku lat na emigracji, w czasie której przez Kalifornię i Buenos Aires trafił do Urugwaju, gdzie mieszka na

stałe. Obecnie, oprócz zawodowego wspierania polskich firm i obywateli  w dorzeczu La Platy, w ramach działalności społecznej uczestniczy prowadzi bloga RewolucjaEnergetyczna.wordpress. com oraz uczestniczy w procesie modernizacji urbanistyki i transportu w Montevideo.

Andrzej Muszyński (ur. 1984) – pochodzi z Krzykawy. Pisarz, reportażysta, eseista. Autor „Południa” nominowanego do Nagrody im. B. Pawlak (2013), prozatorskiej „Miedzy” (2013) nominowanej do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii proza, reportażowej książki o Birmie pt. „Cyklon” (wszystkie w Wydawnictwie Czarne) oraz powieści „Podkrzywdzie” nominowanej do Paszportów „Polityki”. Prowadzi gospodarstwo na Jurze. Na łamach „Obywatela” publikuje od roku 2006. Krzysztof Nawratek – dy-

rektor studiów magisterskich w szkole architektury w Plymouth University (UK), pracował jako Principal Urban Designer w firmie Colin Buchanan w Dublinie oraz w National Institute for Regional and Spatial Analyses na Uniwersytecie w Maynooth w Irlandii; teoretyk miasta. Autor książek „Ideologie w przestrzeni. Próby demistyfikacji” (Kraków 2005), „Miasto jako idea polityczna” (Kraków 2008, wydanie angielskie Plymouth 2011), Dziury w całym. Wstęp do miejskich rewolucji” (Warszawa 2012, wydanie angielskie Waszyngton 2012), „Re-industrialisation and progressive urbanism” (Nowy Jork 2015), „[Architecture and Urbanism of] Radical Inclusivity” (Barcelona 2015) oraz w przygotowaniu „Autonomia, terytorium i ekonomia mocy. Studia nad miastem po-kapitalistycznym”.


141

Andrzej W. Nowak – pracownik

Instytutu Filozofii Uniwersytetu Adama Mickiewicza, doktor habilitowany filozofii w specjalności filozofia społeczna. Interesuje się problematyką z zakresu ontologii społecznej, społecznych studiów nad nauką oraz socjologią wiedzy. Popularyzator na gruncie polskim teorii nowoczesnego systemu-świata Immanuela Wallersteina, szczególnie zainteresowany studiami nad półperyferyjnością. Ważną częścią jego zainteresowań jest badanie kontrowersji naukowo-społecznych. Autor książek „Wyobraźnia ontologiczna” i „Podmiot, system, nowoczesność” oraz współautor wraz z K. Abriszewskim i M. Wróblewskim książki „Czyje lęki? Czyja nauka? Struktury wiedzy wobec kontrowersji naukowo-społecznych”, a także kilkudziesięciu artykułów naukowych. Aktywny uczestnik życia naukowego i publicznego, okazjonalnie publicysta, obecny także w blogosferze.

Remigiusz Okraska (ur. 1976)

– w roku 2000 współzałożyciel, a następnie redaktor naczelny „Obywatela”/”Nowego Obywatela”. Twórca koncepcji i redaktor portalu www.lewicowo.pl, funkcjonującego od roku 2009. W latach 2001–2005 redaktor naczelny ekologicznego miesięcznika „Dzikie Życie”, do dzisiaj jego stały

współpracownik. Socjolog, społecznik. Od roku 1997 publicysta, autor kilkuset tekstów prasowych. Redaktor i pomysłodawca około 20 książek, w tym polskich wydań „kanonicznych” książek Aldo Leopolda, Davida C. Kortena i Dave’a Foremana, a także wyborów tekstów zapomnianych lub mało znanych polskich myślicieli społeczno-politycznych, m.in. Edwarda Abramowskiego, Romualda Mielczarskiego, Jana Wolskiego, Jana Gwalberta Pawlikowskiego i Franciszka Stefczyka. Od 17. roku życia związany z działalnością społeczną. W wolnych chwilach pije wino (i pisze o nim na blogu http://literkibutelkikilometry. blogspot.com/), zbiera zioła i włóczy się po węgierskiej, czeskiej i słowackiej prowincji.

Jarosław Tomasiewicz (ur. 1962) – doktor habilitowany nauk humanistycznych, politolog, adiunkt Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego, publicysta, autor książek „Terroryzm na tle przemocy politycznej (zarys encyklopedyczny)” (2000), „Między faszyzmem a anarchizmem. Nowe idee dla nowej ery” (2000), „Ugrupowania neoendeckie w III Rzeczypospolitej” (2003), „Zło w imię dobra. Zjawisko przemocy w polityce” (2009), „Rewolucja narodowa. Nacjonalistyczne koncepcje rewolucji społecznej

w Drugiej Rzeczypospolitej” (2012), „Naprawa czy zniszczenie demokracji? Tendencje autorytarne i profaszystowskie w polskiej myśli politycznej 1921–1935” (2012), „Po dwakroć niepokorni. Szkice z dziejów polskiej lewicy patriotycznej”, a także wielu tekstów publicystycznych i naukowych. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

Krzysztof Wołodźko (ur. 1977) – zastępca redaktora naczelnego „Nowego Obywatela”, dziennikarz i publicysta, ekspert Narodowego Centrum Kultury w Zespole ds. Polityki Lokalnej, felietonista „Gazety Polskiej Codziennie”, felietonista radiowy Polskiego Radia 24. Pisze lub pisał m.in. do „Znaku”, „Ha!artu”, „Frondy Lux”, portalu internetowego TV Republika, „W Sieci”, „Nowej Konfederacji”, „Rzeczpospolitej”, „Pressji”, „Kontaktu”. Jacek Żebrowski (ur. w 1979

roku w Olsztynie) – współpracuje z pismami „Inny Świat”, „Rita Baum”, „A-Tak”, „2Miesięcznik”. 1/2 redakcji zine’a literackiego „Papier w dole”. Autor opowiadań, dramatów, poezji, esejów krytycznych i krótkich filmów. Aktywista kolektywów wolnościowych i anarchistycznych.


SPRAWDŹ, CZY NIE BRAKUJE CIĘ NA MAPIE PRENUMERATORÓW NOWEGO OBYWATELA.

ZAPRASZAMY JELENIĄ GÓRĘ, KALISZ, KROSNO, NOWY TARG, ZABRZE. nowyobywatel.pl/prenumerata


143

50 zł

1 2 3 4 5

Zapłacisz aż 10 zł taniej za kolejne cztery numery – prenumerata roczna to koszt 50 zł, zaś cena 4 numerów pisma wynosi 60 zł. Wesprzesz finansowo nasze inicjatywy (pośrednicy pobierają nawet do 50% ceny pisma!). Będziesz mieć pełny dostęp do internetowego archiwum kwartalnika. Masz szansę otrzymania ciekawych upominków. Prenumerata to wygoda – „Nowy Obywatel” w Twojej skrzynce pocztowej.

6 7 8

W formatach epub i mobi.

25 zł

Bez zabezpieczeń DRM. Najtaniej.

Więcej o prenumeracie można przeczytać tutaj: nowyobywatel.pl/prenumerata Opłać prenumeratę w banku lub na poczcie i czekaj, aż „Nowy Obywatel” sam do Ciebie przywędruje :). Możesz też skorzystać z naszego sklepu wysyłkowego, dostępnego na stronie nowyobywatel.pl/sklep Wpłat należy dokonywać na rachunek: Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” Bank Spółdzielczy Rzemiosła ul. Moniuszki 6, 90–111 Łódź Numer konta: 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001 Prenumeratę można rozpocząć od dowolnego numeru.

W tym kwartale do prenumeratorów trafi książka Marie-Monique Robin „Świat według Monsanto”. Nagrodę otrzymują: Lucyna Krokay, Wrocław Andrzej Radniecki, Golina Maria Żegarska, Oświęcim


Przyświecają nam następujące wartości: Samorządność, czyli faktyczny udział obywateli w procesach decyzyjnych we wszelkich możliwych sferach życia publicznego. (Re)animacja społeczeństwa. Sprzeciwiając się zarówno omnipotentnemu państwu, jak i liberalnemu egoizmowi, dążymy do odtworzenia tkanki inicjatyw społecznych, kulturalnych, religijnych itp., dzięki którym zamiast biernych konsumentów zyskamy aktywnych obywateli. „Demokracja przemysłowa”. Dążymy do zwiększenia wpływu obywateli na gospodarkę, poprzez np. akcjonariat pracowniczy, ruch związkowy, rady pracowników. ⅓ życia spędzamy w pracy – to zbyt wiele, aby nie mieć na nią wpływu. Sprawiedliwe prawo i praktyka jego egzekwowania, aby służyło społeczeństwu, nie zaś interesom najsilniejszych grup. Media obywatelskie, czyli takie, które w wyborze tematów i sposobów ich prezentowania kierują się interesem społecznym zamiast oczekiwaniami swoich sponsorów. Wolna kultura. Chcemy takiej ochrony własności intelektualnej, która nie będzie ograniczała dostępu do kultury i dorobku ludzkości. Rozwój autentyczny, nie pozorny. Kultowi wskaźników ekonomicznych i wzrostu konsumpcji, przeciwstawiamy dążenie do podniesienia jakości życia, na którą składa się m.in. sprawna publiczna służba zdrowia, powszechna edukacja na dobrym poziomie, wartościowa żywność i czyste powietrze. Ochrona dzikiej przyrody, która obecnie jest niszczona i lekceważona w imię indywidualnych zysków i prymitywnie pojmowanego postępu. Jeśli mamy do wyboru nową autostradę i nowy park narodowy – wybieramy park.

b n a Tamurello, http://www.flickr.com/photos/travellingwithoutmoving/56088286/

Solidarne społeczeństwo. Egoizmowi i uznaniowej filantropii przeciwstawiamy społeczeństwo gotowe do wyrzeczeń w imię systemowej pomocy słabszym i wykluczonym oraz stwarzania im realnych możliwości poprawy własnego losu. Sprawiedliwe państwo, czyli takie, w którym zróżnicowanie majątkowe obywateli jest możliwie najmniejsze (m.in. dzięki prospołecznej polityce podatkowej) i wynika z różnicy talentów i pracowitości, skromne dochody nie stanowią bariery w dostępie do edukacji, pomocy prawnej czy opieki zdrowotnej. Gospodarka trójsektorowa. Mechanizmom rynkowym i własności prywatnej powinna towarzyszyć kontrola państwa nad strategicznymi sektorami gospodarki, sprawna własność publiczna (ogólnokrajowa i komunalna) oraz prężny sektor spółdzielczy. Nie zawsze prywatne jest najlepsze z punktu widzenia kondycji społeczeństwa. Gospodarka dla człowieka – nie odwrotnie. Zamiast pochwał „globalnego wolnego handlu”, postulujemy dbałość o regionalne i lokalne systemy ekonomiczne oraz domagamy się, by państwo chroniło interesy swoich obywateli, nie zaś ponadnarodowych korporacji i „zagranicznych inwestorów”. Przeszłość i  różnorodność dla przyszłości. Odrzucamy jałowy konserwatyzm i sentymenty za „starymi dobrymi czasami”, ale wierzymy w mądrość gromadzoną przez pokolenia. Każdy kraj ma swoją specyfikę – mówimy „tak” dla wymiany kulturowej, lecz „nie” dla NOWY BYWATEL · NR 23 (74) · WIOSNA 2017 ślepego naśladownictwa.


„Nowy Obywatel” 23(74) Wiosna 2017 - zajawka  

Pismo na rzecz sprawiedliwości społecznej.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you