Kolektyw Tłumaczy Literatury Fińskiej KIRJA - Antologia

Page 1

KIRJA


JESTEŚMY. I

ROŚNIEMY W

SIŁĘ.


in nascendi

Sebastian Musielak

2

statu


SPIS TREŚCI



HELSIŃSKA BIBLIOTEKA OODI


6


7


8



ARTO PAASILINNA „NIEPRZYZWOITY MŁYNEK MODLITEWNY” Przełożył Artur Bobotek Paasilinna, A., ​Rietas rukousmylly​, wyd. WSOY, Helsinki 2007, s. 5-12. Na horyzoncie zamglonego Morza Archipelagowego widać było dziwną boję, która nie została zaznaczona na mapach morskich. Wokół krzyczała gromada zaciekawionych mew. Tkwiąca na płyciźnie bryła o nieostrych kształtach była za krótka i za gruba na tyczkę wyznaczającą szlak morski. Po bliższym obejrzeniu okazała się człowiekiem, mężczyzną sterczącym po pas w spokojnym morzu. Z jego gardła co pewien czas wydobywało się stłumione wołanie o pomoc, którego nikt nie słyszał. Nieszczęśnikiem, który znalazł się w morzu, był Lauri Lonkonen, dyrektor do spraw rozwoju w agencji nieruchomości. Był to rosły czterdziestoletni mężczyzna. Miał na sobie zmoczony przez fale jasnoszary letni garnitur, na szyi niebieski jedwabny krawat i tego samego koloru poszetkę w kieszeni na piersi. Próbował odganiać od siebie krzyczące wokół ptaki. Na jego zmierzwionej czuprynie co i raz lądowała zuchwała mewa, by poczesać sobie pióra, zostawiając odchody na skroni biedaka. Lauri Lonkonen stał nieruchomo na podwodnej skale pośrodku otwartego morza. Nie śmiał zrobić nawet jednego kroku, bo pokryty glonami głaz był śliski. Ryzyko zsunięcia się do wody było duże, a Lonkonen wiedział, że z tego nie wyniknęłoby nic dobrego. Choć nadeszły już jasne czerwcowe wieczory, woda w morzu była zimna. Sytuacja zrobiła się nieprzyjemna. Z powodu mgły nie było widać ani żadnej wyspy, ani lądu. Pozostawała jedynie nadzieja na przejaśnienie, ale równocześnie z piersi wyrywała się bezsilna modlitwa: oby spokojna pogoda trwała dalej i woda się nie podnosiła. Nadchodząca co pewien czas z daleka łagodna i bezgłośna fala zalewała aż po pachy i szyję przemoczone już wcześniej ubranie. Lauri pomyślał, że oto zbliża się koniec jego żywota, śmierć przez utonięcie, w samotności, na otwartym morzu. Obecność zadziornych mew bynajmniej jego trudnego położenia nie poprawiała. Lauri Lonkonen nie zamierzał się poddawać. Miał rodzinę – stosunkowo sympatyczną żonę i dwóch dorastających synów. Nie można ich było jeszcze zostawić samych sobie w tym okrutnym świecie. Lauri troszczył się o nich w miarę swoich możliwości od początku małżeństwa. Był przyzwoitym człowiekiem, mieszkał na Olari w Espoo, chętnie zajmował się małym ogródkiem przy ich szeregowym domu, pielęgnował również liczne zainteresowania całej rodziny. Nie był też szczególnie zagorzałym pijakiem, nie był, choć pracował już nawet jako dziennikarz. Obecnie w jego życiu po raz kolejny otwierał się nowy rozdział, ponieważ praca w charakterze dyrektora do spraw rozwoju w agencji nieruchomości poprzedniego dnia dobiegła końca. Właśnie dlatego Lauri Lonkonen stał teraz w lodowatym morzu w kompletnie przemoczonym wyjściowym garniturze. Właściwie był to prawdziwy cud, że jego ciało nie

10


dryfowało jeszcze po niezmąconych wodach Zatoki Fińskiej lub ewentualnie nie opadło prościuteńko na dno, ponieważ Lauri znalazł się w morskiej głębi kilka godzin wcześniej – spadł ze schodów kąpielowych szybkobieżnego statku wycieczkowego. To przygnębiające, jak często zdarzają się na świecie wypadki, duże i małe, nigdy nie ma im końca. Lauri uczestniczył w wyjazdowym zebraniu swojej firmy, zorganizowanym w restauracji Casino w Hanko. Ponad dwudziestu pracowników agencji nieruchomości Świat Mieszkań pojechało wynajętym autokarem z Helsinek do Hanko, by zastanawiać się w spokoju nad przyszłością firmy i stojącymi przed nią wyzwaniami. Wszyscy mówili mądre rzeczy i emocjonowali się firmowymi sprawami. Lauri Lonkonen podczas dobrze przygotowanej prezentacji omówił nowe idee, których realizacja wyniosłaby ich małą agencję do kategorii półciężkiej w bezpardonowym świecie rynku mieszkań. Zamysłem Lauriego było stworzenie dla klientów ich własnej dewizy życiowej, ideologii, w ramach której zajmowano by się już nie tyle zwykłym zamieszkiwaniem w nudnych pomieszczeniach, ile nowym stylem życia: człowiek nabywałby nowe lokum, urządzałby je zgodnie z własnymi i rodziny upodobaniami i żył tak, jakby mieszkanie było przywdziewaną na noc piżamą i mówiło o mieszkańcu tyle, ile modna kreacja wraz ze wszystkimi ozdobami mówi o jej właścicielu. Pozostały personel i inni dyrektorzy agencji nie całkiem rozumieli, co nowego było w przesłaniu dyrektora do spraw rozwoju. Czyż ludzie i do tej pory nie urządzali mieszkań zgodnie ze swoimi upodobaniami? Czy w przyszłości powinni stać się wyznawcami jakiegoś mieszkanizmu, urządzającymi się w życiu zgodnie z wymaganiami świata mody? Jak takie myślenie miałoby podnosić wartość nieruchomości? Lauri Lonkonen próbował wyjaśnić, że kiedy już zgodne z modą zamieszkiwanie stałoby się powszechne, ludzie zaczęliby zmieniać mieszkania regularnie, a to oznaczałoby oczywiście ożywienie w branży. Znaki wskazujące ten kierunek były widoczne, chociaż na ogół mieszkaniowej mody nie dawało się jeszcze zauważyć. Człowiek mógłby więc w przyszłości zmieniać mieszkanie tak jak garderobę, czy może raczej jak samochód. Kiedy auto się starzeje, sylwetka wkrótce wychodzi z mody, blacha zaczyna rdzewieć i trzeba się zabrać za naprawy. Właściciel nie waha się ani chwili – maszeruje do salonu i wymienia swój stary złom na nowy. Podobnie powinno się działać w nieruchomościach. Remontowanie w nieskończoność starej nory byłoby niemodne. Wychodzi drogo, a i ostateczny rezultat najczęściej nie jest ani zachwycający, ani stylowy, ani interesujący. Nieustawny rozkład i te same stare ściany jakoś człowieka drażnią. A w nowej chacie można by intensywnie śledzić modne trendy i przy okazji luźną gotówką nabijać kabzę agencji nieruchomości. Lauri Lonkonen zdefiniował swój pomysł jako nową Filozofię Zamieszkiwania, ale przewidywał, że z łatwością opracuje zgrabniejszy i bardziej chwytliwy slogan, jeśli dostanie wystarczająco dużo czasu i jakieś fundusze na uszlachetnienie idei. Żywa prezentacja nie zainteresowała kolegów z firmy, a pozycja Lauriego jako dyrektora do spraw rozwoju – w szczególności dzięki nowym pomysłom – się nie wzmocniła.

11


Drugiego dnia wyjazdu pewien szwedzki bankowiec poprowadził prezentację jako niezależny ekspert i oznajmił, że u nich w Szwecji osiągnięto wspaniałe rezultaty dzięki rekrutacji młodych przebojowych profesjonalistów. W niektórych firmach zwolniono wszystkich pracowników powyżej czterdziestego roku życia, nie zważając na ich umiejętności zawodowe i motywację do pracy. Na ich miejsce zatrudniono młodszych, wielu nawet w wieku dwudziestu lat, częściej trzydziestu. W ten sposób stworzono warunki, w których można było uniknąć równoczesnego starzenia się pracowników. W rzeczy samej – czterdziestolatkowie w zastraszającym tempie robili się zupełnie za starzy. Wkrótce osiągnęliby wiek emerytalny i jakżeby wtedy wyglądały sprawy firmy, jeśli młodych nie przyjęto by w porę do pracy. Raport został entuzjastycznie oceniony przez władze Świata Mieszkań, a szczególnie przez

młodych

pracowników.

Pozytywne

doświadczenia

Szwedów

zachęcały

do wprowadzenia innowacji również w małej fińskiej agencji nieruchomości. Później, w nieformalnych okolicznościach, w parku restauracji Casino, dyrektor generalny firmy Ralf Soininen wspomniał Lonkonenowi, że ten powinien zacząć myśleć o jakimś innym miejscu na spędzanie emerytury niż agencja nieruchomości. Lauri zapytał, czy było to oficjalne wypowiedzenie, na co dyrektor przyznał, że chyba tak można by tę uwagę interpretować. Obiecał też szczodrze swojemu dyrektorowi do spraw rozwoju półroczną odprawę. Lauri zadumał się nad swoim wiekiem. Rzeczywiście skończył w zimie czterdzieści lat, ale nie czuł się jeszcze całkiem wyeksploatowany, a już na pewno nie myślał dotąd o emeryturze. Firmowy wyjazd zakończył się po południu ożywczą wycieczką w morze. Świat Mieszkań wynajął przestronny i szybki statek wycieczkowy, na którym pracownicy mieli spędzić wieczór w Parku Narodowym Morza Archipelagowego. W kambuzie kucharz uwijał się, przygotowując smakowitą kolację. Na obydwu pokładach serwowano szampana, wino i piwo. Nastrój był uroczysty i radosny – w czasie wyjazdu ludzie zdobyli sporo interesującej wiedzy, duch współpracy się umocnił, przynajmniej wśród młodych pracowników, pojawiły się też piękne plany na przyszłość i ogólnie wrażenia były bardzo przyjemne. Sielankowy nastrój nie ogarnął jednak wszystkich uczestników. Lauri Lonkonen i inni zaawansowani wiekiem pracownicy nie chcieli dołączyć do dobrej zabawy młodszych kolegów. Lauri skosztował szampana i pogrążony w melancholijnych myślach zszedł na dolny pokład, a potem na poziom kąpielowy na rufie. Zamknął drzwi prowadzące do mesy i usiadł samotnie, opierając się o reling. Miał poczucie, jakby został bez powodu skazany na surową karę gorszą od więzienia. Bezużyteczny do końca życia… A we własnym przekonaniu był jeszcze stosunkowo młodym człowiekiem. Wieczorem, o zachodzie słońca, nad morzem rozsnuła się niewiarygodnie piękna mgła. Metalowa podłoga na pomoście kąpielowym pokryła się wilgocią. Na górnym pokładzie reszta towarzystwa głośno się bawiła, w sterówce pytano kapitana, jak szybki jest właściwie ten statek i jakie ma przyśpieszenie. Dyrektor Soininen nalegał na skipera, by pozwolił mu przez chwilę popróbować mocy silników. Ten zgodził się niechętnie, podkreślił jednak, że nie należy

12


robić żadnych gwałtownych ruchów – jacht ma silniki o mocy ponad czterystu koni mechanicznych. Otrzymawszy zezwolenie, Soininen zasiadł w fotelu sternika i położył ręce na manetkach gazu. Pociągnął dźwignie ostro w tył i sam się zdumiał, kiedy statek wystrzelił z pełną prędkością do przodu. Przyśpieszenie było tak potężne, że siedzący sobie na dole na poziomie kąpielowym Lauri Lonkonen momentalnie ześlizgnął się z gładkiego aluminiowego pokładu do morza. Statek popruł dalej, zanim biedak zrzucony do wody zdążył się chwycić za stopień pomostu kąpielowego. Rozbawione towarzystwo nie słyszało wołania kolegi, który trafił w głębiny, gdyż na górnym pokładzie wszyscy krzyczeli na całe gardło, podekscytowani prędkością. Kapitan przejął na powrót kontrolę nad jachtem, ale ten był już daleko od młócącego rękami wodę Lonkonena. Wkrótce statek schował się za mgłą. Lauri Lonkonen kąpał się samotny w zimnym morzu, samotny i bardzo bliski śmierci. Nieszczęśliwy i bezrobotny dyrektor do spraw rozwoju popłynął w stronę północno-zachodniego, połyskującego ognistoczerwonymi barwami horyzontu. Zachód słońca był niewiarygodnie piękny. Utonięcie przy tak olśniewającym widoku wydawało się obrzydliwą złośliwością losu. Lauriemu stanęły przed oczami obrazy żony i dzieci oraz kolegów, a w końcu przyszły mu do głowy także nabożne myśli. Sytuacja stała się tak poważna, że i bogowie będą tu wkrótce mieli zajęcie. ☐

13


14


15


KAROL I I NA VI L L I T

J A

L UI S T I ME T

16



TUULA KALLIONIEMI „KAROLIINA I NIEPOSKROMIONE ŁYŻWY” Przełożyła Anna Homanowska Kallioniemi, T., ​Karoliina ja villit luistimet​, wyd. Otava, Keuruu 2009, s. 7-21. Nieposkromione łyżwy Nadeszła zima. Wreszcie ziemię okrył śnieżny puch. Na szkolne podwórko zawitało lodowisko. Dzisiaj grupa Dzwoneczków z zerówki będzie jeździć na łyżwach. Pan Erkki i pani Marjaleena pomagają dzieciom zawiązać sznurówki. Lśniące lodowisko czeka. Lin śmiga już na drugim końcu zamarzniętego boiska. Ma nowiusieńkie białe łyżwy i różowy kombinezon z białym futerkiem na brzegach. Wygląda jak lodowa księżniczka. A niech to! Karoliina zerka na czerwone łyżwy, które dostała po swojej kuzynce Olivii. Są już trochę wytarte i chyba coś jest z nimi nie tak. Nogi wykrzywiają się w nich pokracznie, kiedy Karoliina próbuje wejść na lód. Czyżby ktoś rzucił na nie urok? Karoliina stoi nieruchomo w śniegu, bo tylko tak może utrzymać równowagę. – A ty? – pyta pan Erkki. – Dlaczego nie wchodzisz na lód? – Moje łyżwy są zepsute – odburkuje Karoliina i patrzy na nie ze złością. W oddali Lin wykonuje piruet. – Łał! – krzyczy pani Marjaleena. – Phi!​ – ​Karoliina prycha z niezadowoleniem. Podczas gdy Kasperi wije się po lodzie na kolanach, a Tinka trzyma się kurczowo ramienia pani Marjaleeny, Lin popisuje się jazdą do tyłu. – Łał! – krzyczy pani Marjaleena. – No, chodź – ponagla pan Erkki i ciągnie Karoliinę na lód. Karoliina od razu ląduje na pupie. Ach! Jazda na łyżwach to najgłupsze zajęcie pod słońcem. Nigdy więcej nie da ich sobie założyć! Sprzeda je na targu staroci i już! Pani Marjaleena rozstawia pomarańczowe pachołki, których można się trzymać, żeby nie upaść. Lin wywija esy-floresy naokoło pachołków. Z łatwością sunie na jednej nodze. – Łał! – krzyczy pani Marjaleena. Dość tego! Karoliina bierze rozbieg i gna na wykoślawionych łyżwach w kierunku Lin. Za chwilę nasza lodowa księżniczka dostanie pstryczka w nos! Rozbawiona Lin robi unik. – Wyglądasz, jakbyś miała kacze płetwy zamiast nóg! – rechocze Werneri. Karoliina próbuje dopaść Werneriego, ale nic z tego. Ktoś naprawdę rzucił jakieś dziwne czary na jej łyżwy. Nie pozwalają Karoliinie ślizgać się z gracją po lodowisku. Z tego wszystkiego rozbolały ją kostki.

18


Karoliina pełznie po tafli lodu. Podjeżdża do niej Auroora i zaraz upada. Teraz strasznie boli ją kolano. – Zgadnij co​ ​– szepcze Karoliina. Wygląda tak tajemniczo, że Auroora zapomina się rozpłakać. – No? – pyta. Karoliina rozgląda się na boki i szepcze: – Moje łyżwy są zaczarowane. – Jesteś pewna? – Auroora spogląda na łyżwy Karoliiny z powątpiewaniem. – Chodź ze mną, to zobaczysz – mówi Karoliina. Auroora waha się przez chwilę. – Dam ci pojeździć – obiecuje Karoliina. W końcu Auroora kiwa głową. Nikt nie zauważa, że dziewczynki zaczynają wspinać się na wielką zaspę i już po chwili za nią znikają. Łyżwy pokazują, na co je stać. Sprawiają, że Karoliina podskakuje na śniegu. Każą jej robić fikołki ​i wbiegać na górkę, a następnie zjeżdżać z niej na stojaka. Auroora śmieje się na całe gardło. Nigdy nie widziała czegoś aż tak śmiesznego. Buzia Karoliiny jest już czerwona jak jej łyżwy. Łyżwy każą jej skakać w dal. Łyżwy kręcą Karoliiną jak bąkiem. Auroora chce je wypróbować, ale dziewczynki nie umieją zawiązać sznurowadeł. Nic się nie stało. Teraz dopiero szalonym łyżwom puszczają hamulce. Auroora ląduje raz na brzuchu, raz na plecach. Robi na miękkim śniegu aniołka łyżwiarza. Karoliina chichocze, stojąc w śnieżnej zaspie w samych skarpetkach. – Moja kolej! – wykrzykuje i już zakłada czerwone łyżwy na nogi. Niezawiązane sznurówki powiewają żwawo na wietrze. Karoliina brnie przez śnieg niezdarnie jak kaczka, która próbuje poderwać się do lotu. Nagle zza zaspy zaczynają dobiegać śmiechy. Okazuje się, że wszyscy podziwiają popisowy występ nieposkromionych łyżew. – Łał! – krzyczy pani Marjaleena. – Ratunku, pomocy! Dłużej już nie wytrzymam! – kwęka zgrzana Karoliina. Pan Erkki przynosi jej buty. Karoliina jest ledwie żywa. Burczy jej w brzuchu. Na szczęście to łyżwiarskie szaleństwo dobiegło już końca. – Następnym razem dam im coś na uspokojenie – mówi, wyszczerzając zęby w uśmiechu. – Grube, miękkie wkładki do butów i dwie pary wełnianych skarpet bez wątpienia utrzymają twoje nieposkromione łyżwy w ryzach – zgadza się pan Erkki. Niedźwiedź Zimą w lesie jest inaczej niż latem. Zimą w lesie nic się nie dzieje.

19


– Ależ można się dowiedzieć tego i owego, jeśli się poobserwuje ślady zwierząt – mówi pan Erkki. – Albo ich bobki! – wykrzykuje Werneri. – Bobki łosia są większe niż bobki królika! Chyba że łoś ma biegunkę. Wtedy nie ma bobków, tylko takie błotko. – Ślady lisa wyglądają jak sznur pereł! – Tinka to wie. Viljami pokazuje, jak podskakuje królik. – A ja widziałam ślady łuskowca! – dumnie oznajmia Lin i sprawdza, czy każdy usłyszał. Wszyscy wybuchają śmiechem. – Nie ma czegoś takiego! – krzyczy Karoliina. – A może to jakieś połączenie ryby i owcy? – zaczyna rechotać Kasperi. – Pływa w stawku czy mieszka w stadku? – Łuskowce istnieją! Sama widziałam, w Chinach! – przekrzykuje się Lin. – Mają łuski i wyglądają jak wielkie szyszki. Nie mają zębów, tylko silne pazury i lepki jęzor. I tym jęzorem wyłapują mrówki, jeśli chcecie wiedzieć! Łuskowce są ZA-GRO-ŻO-NE! – A ja widziałam w Grecji kupę żółwia! – Iinie też zebrało się na wspomnienia. – A ja widziałem w telewizji sorykotkę! – zawiadamia Kaapo. – Mówi się sorykatka, a nie sorykotka! – poprawia go Essi. – Chyba raczej surykotka – twierdzi Valtteri. – Mówi się surykatka. A teraz pójdziemy do lasu zapoznać się z naszymi fińskimi zwierzętami – mówi pani Marjaleena i popędza dzieci, żeby się raz-dwa ubierały. Karoliina uważa, że pani Marjaleena wygląda na nieco przemęczoną. Może przydałoby się jej więcej snu? Może powinna wziąć przykład z niedźwiedzi i zapaść w długi sen zimowy? W małym świerkowym zagajniku widać wiele śladów. – Tędy biegł wilk! – wykrzykuje Karoliina głosem pełnym grozy. Dolna warga Tinki zaczyna drżeć, ale pan Erkki mówi, że to mysz przedreptała po śniegu. Ktoś zachichotał za zasłoną gałęzi. – Uważajcie, to chochlik! Bu! – woła Karoliina. – Sikorka – poprawia pan Erkki. Śnieg zlatuje ze świerkowej gałęzi. – Wilk! Auuu! – wykrzykuje Karoliina. Auroora chwyta dłoń pani Marjaleeny. – To tylko wiewiórka szuka szyszek – uspokaja ją pan Erkki. A niech cię! Zimą w lesie nie dzieje się nic a nic ciekawego – myśli z żalem Karoliina. Przykłada rękę do czoła i rozgląda się bacznie. Za świerkami wznosi się pagórek. Na jego zboczu widać jakąś dziurę. Czyżby tam była gawra? Zimą niedźwiedzi nie trzeba się bać, bo podobno śpią w niej jak zabite aż do wiosny. Chyba można zajrzeć bez strachu do ich legowiska?

20


Ciekawe, jak może wyglądać dom niedźwiedzia. Ma dużo pokojów? Może niedźwiedź ogląda coś sobie co wieczór na małym telewizorku? Niewykluczone też, że ma jakiś fajny plakat na ścianie. Niepochowane naczynia suszą się na zlewie przez całą zimę. Pięć słojów miodu stoi dumnie w szafce. Przygotowane drewka czekają, żeby nimi rozgrzać saunę. Kiedy niedźwiedź się obudzi, jak nic najdzie go ochota, żeby się solidnie wygrzać. – Kapseli, pokażę ci coś ekstra – szepcze Karoliina. Kasperi czmycha za nią do zagajnika. – Legowisko niedźwiedzia! Ta-dam! – mówi Karoliina i prezentuje dziurę. Kasperi schyla się, żeby lepiej widzieć. – Łał! – chłopiec nie kryje zdziwienia. – Tam sobie poleguje w swoim zielonym śpiworze – szepcze Karoliina. Kasperi parska śmiechem i mówi, że niedźwiedź nie ma żadnego śpiwora. Niedźwiedzie gromadzą latem pod futrem tyle zapasów, ile się da, żeby potem nimi nie trzęsło. Zimą nie muszą wstawać nawet na jedzenie. Karolina udaje, że nie słyszy. Zsuwa się na czworakach i zagląda przez dziurę do środka. – Postawił swoje czerw​one​ filcowe buty na piecu, żeby się wysuszyły – mówi po cichu. Kasperi nie odpowiada. – Na regale ma elementarz i ​Kubusia Puchatka​ – ciągnie Karoliina. Kasperi wciąż milczy. – Nie wierzysz? – pyta Karoliina i odwraca wzrok w jego stronę. Kasperi leży na ziemi cichutko jak myszka. Obok niego człapie przeogromny niedźwiedź! – Udawaj trupa, to sobie pójdzie – wyszeptuje Kasperi zachrypniętym głosem. Karoliina gapi się na niedźwiedzia. Wygląda na szalenie grzecznego. Przechyla głowę na boki i wygląda, jakby się śmiał. – Dzień dobry – mówi Karoliina. – Był pan na zakupach? Ma pan fajny dom. Niedźwiedź macha ogonem. Zabawne. Jeśli Karoliina się nie myli, niedźwiedzie nie mają ogonów. W bajce było tak: lis powiedział niedźwiedziowi, że jeśli wsadzi swój ogon do zamarzniętego jeziora, to złapie na niego dużo ryb. Ale tak się nie stało, bo zamiast tego dziwaczna wędka zamarzła w przerębli i odpadła od niedźwiedziego siedzenia na zawsze! – Ma pan fajny ogon – mówi Karoliina. – Muffe! Do nogi, ale już! Niedobry pies! – woła ktoś od strony drogi wijącej się za lasem. – Pies! Ratuj się kto może! – wrzeszczy Karoliina i rzuca się na gałąź oblepioną żywicą. Muffe czmycha, gdzie pieprz rośnie. Pan Erkki przywołuje dzieci do siebie. – Zauważyliście coś ciekawego? – pyta pani Marjaleena. – Nic wielkiego – mamrocze Karoliina. – Tylko jednego niedźwiedzia o imieniu Muffe. Muffe czy niedźwiedź – jeden pies, myśli sobie Karoliina. Tak naprawdę wcale nie wyglądał na bardzo groźnego. Może któregoś dnia się obudzę i już nie będę się bała psów. Kto wie. ☐

21


22


23


24



ANNELI KANTO „KRWAWE RÓŻE” Przełożyła Marta Laskowska Kanto, A., ​Veriruusut​, wyd. Gummerus, Helsinki 2008, s. 56–61. Agitatorka przyglądała się słuchaczom od pierwszego rzędu do ostatniego, jakby sprawdzając, czy wszyscy zrozumieli, o jak poważną sprawę się rozchodzi. Poprawiła kartki, odgarnęła niesforny kosmyk włosów za ucho i z wdziękiem zwilżyła wargi, po czym kontynuowała wyraźnie, podnosząc i ściszając głos oraz robiąc wymowne pauzy: – Klasa robotnicza Finlandii stanęła przed historyczną szansą i wzięła swój los we własne ręce. Dopóki bowiem władzę będzie dzierżyć żądna krwi klasa burżuazyjna, dopóty ucisk nie ustanie, a łzy proletariatu nie wyschną. Jeśli warto było cierpieć, gnić bez godności, bez praw człowieka i bez zwykłych podstawowych szans, to na pewno takie życie warto też poświęcić w imię wolności. Proletariat nie ma nic do stracenia oprócz kajdan i nędzy, natomiast do zdobycia są wszystkie radości życia. Żadna rewolucja nie jest donioślejsza, wspanialsza w szlachetnej ofiarności i nieugiętym bohaterstwie niż ta rewolucja proletariatu Finlandii. A zatem: towarzysze, niech nikt nie odstępuje od tej walki, niech nikt ani chwili się nie waha! Na koniec przemowy powiedziała, że kobiety powinny być zaangażowane w walkę klas na równi z mężczyznami. W Helsinkach już utworzyły się kobiece oddziały zbrojne, a teraz oczekiwano, że towarzyszki z Häme zorganizują takie same. To zrozumieli wszyscy. Na sali zapadła cisza. Panna Elviira, stukając sznurowanymi trzewikami, zeszła z mównicy, usiadła w pierwszym rzędzie, zgrabnie skrzyżowała kostki i położyła ręce na kolanach. Edla od Vilanderów, na której barkach spoczywała organizacja ruchu kobiecego już od czasu wielkiego strajku, podniosła rękę i wmaszerowała na mównicę. Policzki miała purpurowe z emocji. Propozycja panny Elviiry niemalże ją rozjuszyła. – Do jasnej cholery, przecież to straszne, że kobieta łapie za broń! – głos Edli wręcz drżał z oburzenia. – Kobiecy ruch robotniczy jest ruchem pokojowym i takim pozostanie. To baby mają teraz awanturować się z pistoletami tak jak chłopy?! Przecież baby mają co robić, bo zajmują się dziećmi i mężami, i jeśli któraś teraz koniecznie chce bawić się w wojenki, to przecież Czerwona Gwardia ma Czerwony Krzyż, niech więc tam idzie pomagać rannym i chorym. Skąd to szaleństwo się wzięło?! Na pewno nie z ruchu kobiet! Jeśli takie studentki, co to nigdy w życiu nie pracowały ani nie były w socjaldemokratycznym ruchu kobiecym – jeśli one przyjdą was namawiać do takich głupot tych z Helsinek, to, drodzy towarzysze, nie słuchajcie ich! Edla dostała brawa. W głębi sali słychać było niepewne pomruki i szmery. Głowy poobracały się do siebie nawzajem, gdy słuchacze zaczęli zastanawiać się i szeptać do siebie,

26


która z nich ma rację. Do agitatorki wielu odnosiło się podejrzliwie już choćby z racji jej pańskiego wyglądu. – Czego ona tu przyjeżdża i przechwala się, że taka wykształcona – szeptano. – Myśli, że taka ważna. Z tyłu sali rozległ się odgłos ciężkich kroków. Siedzący na ławie robili miejsce, szeleściły spódnice, kolana odsuwały się na boki, żeby mogła ich minąć potężna kobieta. Przemawiać szła Saima z papierni. Dziewczęta z fabryki wyciągały szyje i patrzyły na Saimę z otwartymi ustami i pełne podziwu, że odważyła się zabrać głos, chociaż w pierwszych rzędach zasiadali członkowie komitetu rewolucyjnego i Estlin, a za nimi na ławach tłoczyły się inne chłopy. Saima nie miała żadnego stanowiska w stowarzyszeniu robotniczym ani w ruchu kobiecym – była po prostu zwykłą babą. Mimo jej energiczności do żadnego stowarzyszenia jej nie zapraszano, bo gębę miała niewyparzoną i potrafiła pokłócić się z każdym. Saima wtargnęła na mównicę, chwyciła za brzegi blatu i zaczęła szybko mówić, tak jakby całe życie stamtąd wygłaszała kazania: – Zgadzam się oczywiście z Edlą, że straszne by to było, gdybyśmy my, kobiety, ruszyły z bagnetem przeciwko naszym rosyjskim towarzyszom lub poszły na robotników innego kraju. – Dobrze gada! – krzyknęła Edla. – Ale teraz sytuacja jest wyjątkowa. My nikogo nie będziemy napadać, bo my bronimy robotniczej władzy, żeby rzeźniki jej nam nie zabrali. To jest decydująca chwila, gdy się wyjaśnia, jaki nasz kraj będzie i kto będzie nim rządził. Czy tu będą rządzić rzeźniki, czy robotnicy? Takiej chwili już nie będzie. I dostaniemy jeszcze pomoc z Rosji. Dlatego baby muszą iść do rewolucji tak samo, jak idą chłopy. Trzeba odpłacać krzywdą za krzywdę i do tego potrzeba każdej z nas. Edla Vilander wyglądała na wstrząśniętą, ale agitatorka Elviira z pierwszego rządu pokrzykiwała z aprobatą i klaskała miękkimi dłońmi tak, że kaszkiet maturzystki kołysał się na jej głowie. Działacze komitetu rewolucyjnego poszli za jej przykładem i także zaczęli klaskać. Dziewczęta z fabryki poprawiały się na swoich miejscach i wymieniały uśmiechy. – To jest taka jedna Saima z papierni. Moja znajoma z roboty – mówiły siedzącym obok i kiwały głowami. – Ta to jest mocna w gębie. Z przodu Saima kontynuowała podniesionym głosem: – Bo myśmy, baby, nadawały się do tej pory do tyrania w fabryce i na budowie, to czemu mamy nie być zdatne do noszenia karabinu?! Nosiłam gips na budowie, a karabin lżejszy niż wiadro gipsu. Albo wiadro ze zlewkami. W ich noszeniu my wszystkie mamy wprawę jak cholera. Na to rozległ się śmiech. Saima mówiła coraz odważniej: – A tak w ogóle, i powiem tutaj także to, papiernia jest zamknięta i my nie mamy roboty ani w Valkeakoski nikt już nie ma zarobku, więc jak my i nasze dzieciaki przeżyjemy? W kuchni Gwardii i w Czerwonym Krzyżu kobiety dostają siedem marek na dzień, i dobrze, jak dostają jeszcze to, ale tam nie biorą kobiet już więcej.

27


Słuchacze wiedzieli, że Heikki, mąż Saimy leży w domu sparaliżowany i mimo bezwładnych nóg próbuje zajmować się niemowlęciem w czasie, gdy Saima w fabryce zarabia do sakiewki na utrzymanie swoich. Heikkiego przygniotły kłody i ani nie mógł chodzić, ani nie otrzymywał renty, ponieważ rzekomo nie było jasne, dla kogo pracował w momencie wypadku. W fabryce papieru twierdzili, że kłody, które były przyczyną nieszczęścia, należały do tartaku i to on miał wypłacić odszkodowanie, ale ludzie z tartaku tłumaczyli, że mężczyzna figurował na liście płac w fabryce i to ona za niego odpowiadała. Saima zrobiła taką samą pauzę jak agitatorka i przyjrzała się publiczności od pierwszego do ostatniego rzędu, po czym wyrzuciła z siebie wiadomość: – Dniówka w Czerwonej Gwardii to piętnaście marek, a rodziny gwardzistów mogą brać jedzenie z kuchni Gwardii. I płacą jeszcze sto marek żonie i dwadzieścia pięć każdemu dzieciakowi na miesiąc. Bo jak kobiety pójdą do Gwardii i wezmą broń, to będą musieli płacić nam taką samą dniówkę, karmić nasze rodziny zapasami Gwardii i płacić na utrzymanie dzieci, bo tak samo się narażamy. I właśnie tego zdania jestem. Saima dostała gromkie brawa. Pomysł był dobry. Pracy nie było, a więc nie było i płacy. Z powodu braku pieniędzy do izb i komórek zaczął zaglądać głód. Czerwona Gwardia dawała zajęcie, jedzenie i dobrą pensję. Dzięki niej pracę mieli także szewcy, krawcy, piekarze i kowale. Pieniędzy przecież było dosyć, ponieważ Delegatura Ludowa drukowała własne w Wyborgu w takich ilościach, żeby się nie skończyły. Władza ludowa dbała o swoich. Niektóre baby były tak zaaferowane, że aż zaczęły się przekrzykiwać. – Brawo, Saima! – Dobrze gada! – Popieram! – Takiej samej płacy jak dla mężczyzn! – Piętnaście marek i dla nas! – Stworzyć kobiecą gwardię w Valkeakoski! ☐

28


29


30



SIMO MUIR ,,JUŻ NIE PRZYCHODZĄ LISTY Z POLSKI. TRAGICZNA HISTORIA PEWNEGO ŻYDOWSKIEGO RODU” Przełożyła Marta Laskowska Muir, S., ​Ei enää kirjeitä Puolasta. Erään juutalaissuvun kohtalonvuodet​, wyd. Tammi, Helsinki 2016, s. 48–50, 107–108, 250–251. s. 48–50 Helsinki, 30 listopada 1939 Rano w poniedziałek 30 listopada lekcja matematyki Hansu w Szwedzkim Liceum Dziewczęcym (szw. Svenska Flicklyceet) na Bulwarze (fiń. Bulevardi) właśnie się zaczynała, gdy nagle ogłoszono przez megafony alarm powietrzny. Twarz nauczyciela zrobiła się szara jak popiół. Po chwili dyrektor poinformował, że wszystkie uczennice mają iść schronić się w parku przy Starym Kościele (fiń. Vanha kirkko), ponieważ panowało przekonanie, że załogi bombowców nie będą strzelać do cywili w takim miejscu. Hansu jednak nie odważyła się zostać tam z innymi, ponieważ wcześniej słyszała plotki o ewakuowaniu dzieci na wieś w obawie przed bombardowaniami. Popędziła wprost do znajdującego się dwieście metrów dalej biura ojca na ulicy Centralnej (fiń. Keskuskatu). Gdy tam dotarła, na miejscu zastała już Pipsu. Wybuchła wojna radziecko-fińska. Wszystkich żydowskich żołnierzy rezerwy tak jak innych obywateli zobowiązanych do służby wojskowej wysłano na front. Także dawni koledzy z klasy Pipsu z Żydowskiej Szkoły Powszechnej zostali zmobilizowani, a wśród nich Ruben, syn Abrahama Stillera. Żydówkom nie wolno było wstępować do kobiecej organizacji pomocniczej Miecz Lotty (szw. Lotta Svärd), ponieważ jej członkiniami mogły być tylko chrześcijanki. W grudniu Helsinki znów doświadczyły nalotów i tym razem od bliskich eksplozji bomb wszystkie okna w mieszkaniu rodziny Bernharda wypadły na ulicę. Blaugrundowie nie mogli więc zostać dłużej w domu i natychmiast wyjechali z Helsinek. Bernhard, Vera, Nenne i Pupu pojechali samochodem do miasta Kauniainen, dokąd wcześniej został ewakuowany jeden z braci Very. Hansu i Pipsu natomiast udały się piechotą w tęgi mróz do rodziny Gröndahlów w mieście Kirkkonummi. Nie miały na sobie porządnych okryć, więc zmarznięta do szpiku kości Hansu chciała się poddać w połowie drogi. Pipsu jednak zmusiła ją do dalszej wędrówki. Na pół żywe dotarły w końcu do celu.

32


Bernhardowi udało się wynająć od Borisa Gindina, sprzedawcy tkanin i sąsiada z ulicy Cygnaeusa, letni dom w Kauniainenie i wkrótce rodzina znów była razem. Parter daczy dzielił się tylko na dwa pomieszczenia: w przedpokoju spali rodzice, a w sypialni – dzieci. Hansu i Pupu musieli spać razem na materacu rozłożonym na podłodze, ponieważ brakowało łóżek. Kucharka Blaugrundów spała w kuchni. Piętro zostało zajęte przez Walterów z Wiednia i ich córki. Na czas ewakuacji Bernhard zorganizował w Kauniainenie zakwaterowanie także dla rabina gminy żydowskiej w Helsinkach doktora Szymona Federbusza, jego żony Taube i ich synów: dziewięcioletniego Uriela i trzyletniego Emanuela. Wykształcony w Wiedniu Federbusz także pochodził z Polski, gdzie stał na czele religijnego ruchu syjonistycznego Mizrachi. Był również posłem na sejm. Helsińska społeczność żydowska długo szukała rabina, który miałby tytuł naukowy doktora, aż w końcu udało się sprowadzić Federbusza. Przybył on do Finlandii w 1931 roku i wtedy został także naczelnym rabinem kraju. Swoją gminą zarządzał ortodoksyjnie i szczególnie zagorzale sprzeciwiał się małżeństwom mieszanym. Na dworze panował wyjątkowo srogi mróz, więc wieczorami Hansu i Pupu kłócili się, kto wejdzie pierwszy do lodowatego łóżka, żeby je ogrzać. Wiedeńczycy w ogóle nie byli przyzwyczajeni do zimna, więc cierpieli katusze przy minus czterdziestu stopniach. W domu nie było bieżącej wody i trzeba było ją przynosić z dworu, ze studni skutej grubym lodem. Podczas alarmów powietrznych Vera gnała mieszkańców daczy na trzaskający mróz do lasu. Któregoś razu jednak dała za wygraną i powiedziała, że woli umrzeć od bomb niż z zimna. Kauniainen nie został jednak zbyt silnie zbombardowany, ponieważ mieszkali tam pracownicy ambasad różnych krajów. Bernhard jeździł codziennie do Helsinek pilnować interesu. Wracał z mięsem kupionym w jatce gminy żydowskiej, dlatego że członkowie rodziny, chociaż nie byli bardzo religijni, przestrzegali reguł koszerności. W siarczysty mróz po przytarganiu ciężkich siat z jedzeniem do stojącej na górce daczy Bernhard jednak postanowił, że ,,teraz to już dosyć!’’ – i Blaugrundowie

od

tego

momentu

przestali

zwracać uwagę na zasady wiary

przy przygotowywaniu jedzenia. s. 107–108 Helsinki – Warszawa, wczesna jesień 1942 Pewnego wczesnojesiennego dnia do biura Bernharda na ulicy Centralnej przyszedł list od zupełnie obcej nie-Żydówki z Warszawy. Uznał to za dziwne, że nieznajoma Polka kontaktuje się z nim. Nazwisko Stanisława Sadowska nic a nic mu nie mówiło, ale na podstawie szczegółów i aluzji zawartych w liście z przerażeniem uświadomił sobie, że nadawcą jest jednak Blanka, która ukrywała się z Adkiem i siostrzenicą Bianką w Warszawie. Blanka prosiła Bernharda o pomoc.

33


Po dotarciu do Warszawy Blanka skontaktowała się ze swoją polską przyjaciółką, która przyjęła ich do siebie i obiecała pomóc. Dzięki jej wsparciu Blanka i dzieci zdobyły fałszywe dokumenty na popularne w Polsce nazwisko Sadowski. Blance udało się znaleźć pracę w kawiarni w centrum Warszawy i u pewnej starszej polskiej pary wynajęła pokój niedaleko śródmieścia. Kobieta mieszkała z dziećmi po aryjskiej stronie i mogła sobie tylko wyobrażać, jak wygląda życie w getcie. Blanka zaczęła otrzymywać od krewnego z Finlandii paczki, które pozwoliły jej, Adkowi i Biance związać koniec z końcem. Bernhard zdawał sobie sprawę, że musi wystrzegać się aluzji do Żydów, i wpisywał na blankiecie pocztowym zmyślone polskie nazwisko nadawcy. s. 250-251 Epilog Łódź 2011 – Oświęcim 2014 Dwudziestego siódmego sierpnia 2011 roku znalazłem się z Neną ,,Natką” Kafką na lotnisku Helsinki-Vantaa. Stamtąd udaliśmy się rejsem LOT-u do Warszawy. Zamierzaliśmy dotrzeć do Łodzi, żeby obejrzeć miejsca, w których mieszkali Blaugrundowie: babka Neny Gitla-Basia i wuj Perec. Pomysł podróży narodził się, gdy przeprowadzałem z Neną wywiad do tej książki, a ona od czasu do czasu napomykała z żalem, że nigdy nie była w Łodzi, dokąd do szkoły miała wyjechać we wrześniu 1939 roku. Wojna jednak poprzewracała wszystko do góry nogami. W końcu postanowiliśmy, że pojedziemy tam razem. Zauważyliśmy, że w czasie naszego pobytu odbywa się w Warszawie festiwal kultury żydowskiej imienia Isaaka Bashevisa Singera. Dołączyła do nas bardzo zainteresowana wydarzeniem reżyserka teatralna Mikaela Hasán, która działała w popularyzującym język jidysz stowarzyszeniu Idishe vort. Współpracowałem z nią przy kilku projektach teatralnych w jidysz. Pochodząca z Kowna babka Mikaeli, Nuta, oraz Nena były kiedyś znajomymi. Wylądowaliśmy wieczorem na Lotnisku Chopina, skąd taksówką pojechaliśmy w kierunku centrum, na Aleje Jerozolimskie. Minęliśmy hotel Polonia, gdzie wuj Neny, Bernhard Blaugrund, mieszkał w 1946 roku, gdy prowadził negocjacje w sprawie sprowadzenia żydowskich sierot do Finlandii. W końcu zatrzymaliśmy się na rogu alei Jana Pawła II i ulicy Grzybowskiej, gdzie znajdował się nasz hotel Mercure. Następnego dnia przy śniadaniu przyjrzeliśmy się mapie i ustaliliśmy plan dnia. Udaliśmy się na Stare Miasto. Był piękny słoneczny dzień, więc spędziliśmy tam dużo czasu. Renesansowe i barokowe domy oraz kościoły wyglądały wspaniale. Trudno było pojąć, że one wszystkie zostały odbudowane po wojnie ze stert gruzu. Ze Starego Miasta poszliśmy na Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, gdzie był dużo sklepików i kawiarni. Drugiego dnia postanowiliśmy poznać bliżej historię warszawskich Żydów. Na dobrą sprawę nasz hotel znajdował się na obrzeżach Muranowa, dawnej dzielnicy żydowskiej,

34


oraz na terenie istniejącego w czasie wojny getta. Adres parceli obok hotelu to Grzybowska 32, skąd Bernhard otrzymywał listy od mieszkającej w getcie krewnej Heli Gutkin. W tym miejscu stał teraz budynek pochodzący z czasów powojennych. W pobliżu, obok zabudowań doby komunizmu, w ostatnich latach wyrosło wiele wieżowców i nasz hotel mieścił się w jednym z nich. Za nim, trochę jakby w ukryciu, znajdowała się synagoga Nożyków – jedyna w Warszawie, która się zachowała. Obok niej stał biurowiec Związku Gmin Żydowskich. Jego remont wsparła zaraz po wojnie gmina z Helsinek poprzez wysyłkę tapet. ☐

35


36


37


38



SAMI ALEKSI HAKKARAINEN „NESCITUS” Przełożyła Ida Matysek Hakkarainen, S.A., ​Nescitus​, wyd. Osuuskumma, Tampere 2018, s. 7-10, 188-189. s. 7-10 MIASTO JEST WIECZNE. MIASTO JEST BEZKRESNE. POZA MIASTEM NIE MA NIC. Miasto było obecne we wszystkim. Miasto było ulicami, Miasto było powietrzem, Miasto było niebem i jego granicami. Pośrodku Miasta znajdowało się miejsce zwane Kapitolem – wielkie centrum o kształcie okręgu, z którego rozchodziło się dwanaście sektorów miasta tak daleko, jak tylko wzrok sięgał. Nikt nie wiedział, jak daleko rozpościera się Miasto, nikt też nie widział jego początku. Budynki Miasta spoczywały jedne na drugich w taki sposób, że każde piętro tworzyło podstawę pod platformę ulicy następnego piętra. Pośrodku Miasta wznosiła się wieża, o której mówiło się, że jest jego najstarszym budynkiem – a ponieważ mówiło się też, że Miasto istniało od zawsze, nikt nie wiedział, kto właściwie ową wieżę zbudował. Nikt nigdy nie był na jej szczycie. Pomiędzy opuszczonymi a zamieszkanymi dzielnicami Miasta wznosiło się ogrodzenie, utrzymywane przez Urząd Bezpieczeństwa. Rozpościerające się za nim opustoszałe miasto znano jedynie pod nazwą Strefy Zewnętrznej. Ludzie przemilczali jej istnienie, a przechodząc obok jej bram, odwracali wzrok. Jedynie strażnicy Urzędu Bezpieczeństwa mieli stosowne pozwolenie na przebywanie w Strefie Zewnętrznej – a i to tylko po to, żeby wszystkich, którzy się tam zabłąkali, odprowadzać z powrotem do Miasta. Ludzie przemieszczali się do pracy samochodami, pociągami i metrem. Wraz z nadejściem pierwszej godziny pracy hologramy wyświetlane na ścianach wieży budziły się i zaczynały powtarzać hasła o wieczności Miasta. Wszędzie panował ciągły mrok, rozświetlany jedynie przez poświaty reklam i niegasnący blask ulicznych latarni. Nie było ranka, nie było południa ani wieczoru – obowiązywała jedynie umowna pierwsza godzina pracy. Białe hale Urzędu wypełnione były poustawianymi obok siebie biurkami, przy których siedzieli urzędnicy i stukali w klawiatury komputerów. Jednym z nich był Samuel Markham. Pan

Markham

był

sumiennym

pracownikiem,

którego

życie

było

zasadniczo

podporządkowane podobnym matematycznym zasadom jak jego praca. Niekiedy zastanawiał

40


się, czy byłby w stanie wyliczyć na podstawie statystyk, gdzie będzie o jakiej porze i co będzie robił. Przybity zgadywał, że najprawdopodobniej wyliczenia byłyby zgodne z prawdą. Wszystko się jednak zmieniło, gdy pewnego dnia pan Markham otrzymał faks od nieznanego nadawcy. W dokumencie znajdował się krótki ciąg liczb, ale brakło na nim imienia nadawcy czy polecenia. Markham gapił się na faks, nie wiedząc, co z nim począć. Rozejrzał się dookoła i zauważył, że szef zerka na niego. Markham westchnął, odłożył faks na bok i postanowił wrócić do sprawy po pracy. W drodze do domu Markham był przekonany, że pojął znaczenie faksu. Liczb było akurat tyle, że mogły składać się na współrzędne. Włączył komputer i wstukał cyfry do programu mapowego. Aplikacja wygenerowała bezkresną sieć alejek Miasta, rozciągającą się we wszystkich kierunkach niczym trójwymiarowa pajęczyna. Na ekranie komputera wyskoczyło powiadomienie o tym, że współrzędne znajdowały się w Strefie Zewnętrznej. Następnego dnia Markham wybrał się ze swoim współpracownikiem, panem Ulrichem, na partyjkę szachów i filiżankę kawy. Markham opowiedział o współrzędnych, które nie dawały mu spokoju. – Jeśli nie chcesz stracić pracy, zapomnij o nich – stwierdził lakonicznie Ulrich. – Jako twój najlepszy przyjaciel nie mogę dać ci lepszej rady. Markham wpatrywał się przez chwilę w szachownicę, po czym wykonał ruch. Ulrich się uśmiechnął. Odpowiedział i spojrzał na Markhama. – Szach – stwierdził. – Ale jeśli wiadomość przyszła z Strefy Zewnętrznej, to kto ją wysłał? – zapytał Markham, nie zauważając ruchu. - To jest wezwanie, Ulrichu. Ktoś chce, żebym tam poszedł. – Skup się na grze, Samuelu. Markham położył dłoń na królu, lecz go nie poruszył. – Dlaczego ktokolwiek z Miasta chciałby wysłać mi współrzędne do Strefy Zewnętrznej? – zapytał w zadumie. Ulrich westchnął i rozparł się w fotelu. – No, nie wiem. Może cała sprawa to tylko żart. Może ktoś chce zwabić cię do pułapki. Jakie to ma znaczenie? Markham pokiwał głową w milczeniu. Podniósł rękę z króla i wyjrzał przez okno kawiarni. – Czasami mam takie wrażenie, że Miasto samo w sobie to jedna wielka pułapka – powiedział. – Nie masz zamiaru użyć króla? Markham zerknął z roztargnieniem na szachownicę, po czym wykonał ruch beznamiętnie, jakby chciał odhaczyć sprawę z listy obowiązków dnia. – Wychodzisz z wprawy, Samuelu. – Wierzysz, że Miasto ciągnie się w nieskończoność? – A czy jest to rzeczywiście sprawa wiary? – odpowiedział Ulrich, nie odwracając wzroku od szachownicy. – Badania wykazały w sposób wystarczająco przekonujący, że jest

41


to najprawdopodobniejsza z teorii. Nikt nigdy nie był poza Miastem, tak więc nie ma powodu, by zakładać, że jest inaczej. Ulrich wykonał kolejny ruch i uśmiechnął się, dumny z siebie. – Szach-mat, jak mniemam. – Albo w każdym razie nie pozostał nikt, kto mógłby nam o tym powiedzieć – stwierdził cicho Markham. – Twierdzisz, że Urząd kłamie swoim obywatelom? – A przynajmniej nie mówi nam wszystkiego. Zastanów się chwilę: ile tak naprawdę wiemy o Strefie Zewnętrznej? Mówi się, że nie ma tam już życia, lecz jeśli nie ma tam nic do zobaczenia, to czemu trzeba jej tak strzec? – Daj spokój, Samuelu. – I mimo że trzymają nas tutaj za pilnie strzeżonym ogrodzeniem, mamy oczywiście wierzyć, że poza Miastem nic nie ma? – Nie inaczej. Obojętne. Zamierzasz wykonać jakiś ruch? Markham patrzył przez chwilę na szachownicę, lecz widział tylko ślepe zaułki. Szachownica dławiła go – rządziły nią żelazne zasady, których podważanie nie miało sensu, kiedy człowiek raz wstąpił w ich sferę. Markham przewrócił swojego króla szybkim ruchem palca, dopił kawę i wstał. s. 188-189 Zamarli pośrodku pola bitwy rewolucjoniści z Głębin stali z bronią w rękach. Pośrodku zaściełanego trupami placu niczym wypchane zwierzęta tkwili anarchiści i strażnicy. Mrok zapadł. Ponad tym wszystkim leciał Hibernatyk. Nescitus ujrzał go teraz w całej okazałości. Jego długie na kilometry skrzydła rozpościerały się ponad Miastem niby zaćmienie słońca. Hibernatyk, zauważywszy zbliżającego się Nescitusa, rozwarł szeroko paszczę. Nescitus podleciał do Hibernatyka i wbił w jego ciało miecz świetlny. Światło przebiło czarną skórę, a z ciała wytrysnęła smolistoczarna krew. Włochate członki próbowały sięgnąć białych skrzydeł i je rozerwać. Nescitus wymknął się długim palcom Hibernatyka i rzucił się do ucieczki. Przedarli się przez chmury i zostali wessani przez próżnię kosmiczną, pędząc ku rozpościerającemu się ponad Miastem bezkresnemu niebu. Członki Hibernatyka zwarły się wokół Nescitusa i zmiażdżyły mu skrzydła. Tubowata paszcza obrała sobie za cel twarz Nescitusa, ale ten mocno złapał ją jedną ręką. Trzecie oko zachrzęściło i się zdeformowało. Głos Hibernatyka rozgrzmiał w mózgu Nescitusa: – Przemierzyłem wzdłuż i wszerz psychikę ludzkości, przebrnąłem przez każde ich wspomnienie i każde uczucie, przetrawiłem ich koszmary i nadzieje. Doświadczyłem ciężkiego brzemienia ich myśli i dziś ów ciężar sięgnął granic. Jeśli tylko mógłbyś zobaczyć wszystko to, czym się karmiłem, nie sprzeciwiałbyś się już Mrokowi – albowiem wszystko,

42


co jest świadome, stara się zyskać władzę, a wszystko, co myśli, zamyka się na to, co poza nim. Jakże błahy jest umysł, jak niewielki sens w obliczu bezsensu. Spójrz i zobacz, oto świat w stanie czystym: marny zbiór pustych skorup pośród niemego świata. Nescitus zamknął oczy, łzy spłynęły mu po policzkach i wtedy przypomniał sobie, że jest również Hibernatykiem. Spojrzał Hibernatykowi w oczy i w tym momencie ich myśli pobiegły wspólnym torem, jakby przygotowując się do zjednoczenia: – Znam ten koszmar równie dobrze jak ty, ale odmawiam wyzbycia się tego, albowiem ja nie tylko obserwowałem te sny – ja ich doświadczałem. Rzucam w nie samego siebie, gdyż wiem, że od tego nie ma ucieczki. Świat może i jest jedynie walcem bycia i nicości, lecz mimo wszystko jest to piękny walc, warty tańczenia. Koniec ani początek nie istnieją, jest tylko środek – jak wahadło między chaosem a porządkiem, formą i jej brakiem, dalekim i bliskim, wiecznym i ulotnym. Spotkaliśmy się tutaj wcześniej już niezliczenie wiele razy i za każdym razem podejmujemy decyzje. Oto moja decyzja. Nescitus wbił świetlny miecz w paszczę Hibernatyka i rozdzierające wycie przeszyło przestrzeń. Hibernatyk z miażdżącą siłą ścisnął kości Nescitusa, lecz ten ponownie zaatakował, przebijając mieczem ciało stworzenia. Oczy Hibernatyka otworzyły się szeroko, po czym powoli się zamknęły. Nescistus przywarł mocno do miecza i pozwolił, by siła ciążenia przyspieszyła ich lot. Uniósł rękę i siłą swej woli stworzył czarną dziurę. Zwłoki Hibernatyka zdezintegrowały się pod wpływem grawitacji czarnej dziury, a nieskończona fala doświadczeń, wszystkie owe myśli, uczucia i wspomnienia, niegdyś pochłonięte przez Hibernatyka, ogarnęły teraz Nescitusa. Przymknął oczy i przyjął je z otwartymi ramionami. Przemienił się po raz ostatni i powrócił do swej pierwotnej formy. Stał się energią. Czas się zapadł i zaczął od początku. Grawitacja zgęstniała i przemieniła się w tarcie – materia rozpadła się na kwanty, kwanty stały się elektronami i atomami. Rzeczywistość się rozdrabniała w rozszerzający się kalejdoskop. Rodzące się spośród kwantów możliwości kruszyły się i mieszały jak kosmiczna pajęcza sieć, której jedynym frontem walki są aksjomaty matematyczne. I tak ciągnął się walc bycia i pustki. ☐

43


44


Â

45


„Akwarele to niewiarygodnie piękny, zapierający dech w piersi diament. Każde zdanie jest dokładnie przemyślane i pełne uczuć. (...) W powieści łączą się różne dziedziny sztuki: poezja, historia sztuki, architektura i muzyka. Razem tworzą one ducha i głos Helsinek. Swoim dziełem Viikilä pokazuje w mistrzowski sposób, że mniej znaczy więcej. Akwarele miasta Engela nie są towarem jednorazowego użytku. Chce się po nie sięgnąć ponownie. Nastrój oczekiwania powieści napełnia czytelnika spokojem. Nie ma w niej nic zbędnego i jest w niej wszystko”

46



JUKKA VIIKILÄ ,,AKWARELE MIASTA ENGELA” Przełożyła Natalia Nordling

Viikilä, J., ​Akvarelleja Engelin kaupungista​, wyd. Gummerus, Helsinki 2016, s. 11, 15, 55, 85, 130-131, 138-139, 202. 9 marca 1816 Obiecałem Charlotte, że pozostaniemy w Helsinkach sześć lat. Tyle, zakładam, potrwa odbudowa miasta i tyle też zostało zapisane w umowie. Nietrudno będzie obietnicy dotrzymać, gdyż jest to najbardziej odpychające miejsce, w jakie rzucił mnie los. Można by wręcz rzec, że jeśli coś spycha się na dalszy plan, spycha się to do Helsinek. Tylko sześć lat, zapewniam Charlotte. Bo czyż znalazłby się architekt, który nie przyjąłby propozycji zbudowania całego miasta, nawet jeśli miałoby ono powstać w tak ciemnym, zimnym i dalekim miejscu? Trudno mi teraz pisać, gdyż z zewnątrz dochodzą odgłosy wybuchów. Ehrenström chce widzieć każdego dnia kolejny wyrównany teren. Przenoszę się sprzed okna na brzeg łóżka. Spadające odłamki skał zabiły konie na podwórzach mieszkańców miasta. (...) 16 maja 1816 Nie mogłem zasnąć, więc otworzyłem na chwilę okno. W mieście nie jest bezgłośnie, jak można by sobie najpierw wyobrażać. Zawsze jest jakaś cisza mniej absolutna od drugiej, która łączy się z kolejną, może nawet już słyszalną dla ucha. Łańcuch odgłosów ciągnie się nieprzerwanie, jest tutaj od setek lat. W ten sposób, poprzez dźwięk zamykanego okna, jestem częścią życia, które było i które nadejdzie. 9 czerwca 1816 Pierwsze szkice budynku senatu są prawie gotowe. Przyznaję, iż poświęcam im więcej czasu, niż jest to konieczne. Zupełnie jakby były nie pośrednim etapem budowy, lecz czymś końcowym. To właśnie moje szkice natchnęły Ehrenströma, a później cara do powierzenia mi budowy miasta. Moje propozycje owalnego teatru w Petersburgu oraz gmachu giełdy w Helsinkach nie doczekały się jednakże realizacji. Zdaje się, iż moje plany były zbyt imponujące.

48


(…) 14 stycznia 1820 Nie wierzę ni krzty w tak zwane życie naturalne, o którym mówią ci wszyscy poeci przesiadujący w tawernach. Wierzę za to, że najlepszym sposobem na uniknięcie bólu istnienia jest skupienie się na pracy, wypełnianie obowiązków. Od zapłaty pieniężnej większym wynagrodzeniem jest odsuwanie się pytań zasadniczych na dalszy plan. Bo czymże jest, myślicie, codzienne poranne wstawanie i pędzenie do kantorów, jeśli nie ucieczką przed mądrością, życiem zmysłowym i naturalnością? (...) 17 marca 1823 – Jakimi słowami modlisz się, synu? – zapytał pastor. Zaprosił mnie do swojego biura, abym opowiedział o planach kościoła. Odrzekłem, że przed udaniem się na spoczynek powierzam siebie i swoje życie Bogu, wcześniej jednakże starannie przygotowuję wszystkie sprawy, o których On ma zadecydować. Innymi słowy, czynię wszystko, co w mojej mocy. Pastor powiedział, że powinienem zdać się na łaskę bożą. Nie trzeba zadawać sobie tak wiele trudu. Bóg jest wszechmogący. Odpowiedziałem pastorowi, że Bóg nie wybuduje kościoła – jest to zadanie człowieka. (...) 17 marca 1829 Cisza najpiękniejsza ze wszystkich słyszalnych – szmer pióra na papierze. Człowiek przy pracy, pies zalega obok na podłodze i wzdycha. Pióro kreśli słowo i zatrzymuje się przed kropką. Fragmenty myśli, nagłe znużenie, radość klarownego uczucia poruszają się po pokoju, jakby otwierały się i zamykały drzwi. Minęła ponad godzina, od kiedy przyniesiono mi herbaty. Przede mną jeszcze druga i trzecia godzina, dzień chyli się powoli ku końcowi. Emilia wchodzi po schodach, słychać, że przybrała na wadze. Zapach wieczerzy, który podążał za mną do pokoju, powrócił do kuchni. Wiele najważniejszych wydarzeń jest bezgłośnych. Gdy słońce z nagłą pewnością zalewa całą okolicę światłem. Błyskawica jest najpierw bezgłośna, a później słyszymy nasz strach. Gdy stuletnia ryba jest wyciągana z wody, walczy siłą wszystkich swoich wspomnień, a słychać przy tym tylko pluśnięcia. 6 kwietnia 1829 Znów sięgnąłem po starego Winckelmanna. Wynotowuję z książki tę oto mądrą myśl: „Piękno jest różnorodnością w prostocie. To kamień filozoficzny, którego artyści powinni poszukiwać, a który jedynie nieliczni znajdą. Słowa te zrozumieć może tylko ten, który sam z siebie stworzył to pojęcie. Linia obrazująca piękno ma kształt eliptyczny. Jest w niej zarówno

49


prostota, jak i ciągła zmiana – eliptycznej linii nie sposób zobrazować za pomocą okręgu, w każdym punkcie zmienia kierunek. Łatwo jest to powiedzieć, ale trudno sobie przyswoić”. (...) 15 lipca 1829 Obudziłem się dzisiaj razem ze słońcem. Żółte poranne światło padało na nagie plecy Charlotte. W nocy musiało być jej gorąco, skoro ściągnęła koszulę. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej patrzył na plecy mojej żony. Leżałem bez ruchu, bo czułem, że nie przynależę do tego poranka, poświęconego na odpoczynek człowieka i wczesną krzątaninę reszty dzieła stworzenia. Gdzie była wtedy Charlotte? Rozrzutne pasaże świergotu ptaków były niczym kolorowe wyszywanki. Pod lewą łopatką Charlotte ma odrobinę jaśniejszą od koloru skóry bliznę, której wcześniej nie zauważyłem. Skąd ona się wzięła? Czy Charlotte sama wiedziała? Łopatki Charlotte poruszyły się niczym namiastka skrzydeł od nagłego głębokiego westchnienia. Nie mógłbym o tym napisać, gdybym trudnił się pisaniem powieści. Tak wiele razy chwile podobne do tej były przekreślane żałosnymi próbami opisu. Jeszcze tylko chwila ciszy, nim rozbrzmią odgłosy ludzi. Poranne słońce jeszcze bardziej rozjaśniało. Stworzyło ten sam pałac miliony razy wcześniej, nim pierwsi ludzie pojęli i zaczęli podziwiać jego wyższość. Po zniknięciu człowieka będzie tak samo. Ptaki będą śpiewać dalej. To ja przywiozłem tutaj Charlotte. Gdybym zadecydował się pozostać w Tallinnie, bylibyśmy teraz tam. Jeśli odmówiłbym przyjęcia posady intendenta w urzędzie zabudowy Helsinek, bylibyśmy teraz w Berlinie. Chociaż trudno mi to sobie wyobrazić – żadne miejsce nie jest tak odległe jak Berlin. Jak żyłaby Charlotte, gdyby mnie nie poznała? Czy jej życie byłoby prostsze? Czy byłaby zadowolona? Czuję się źle, kiedy myślę, że Charlotte mogłaby chcieć być gdzie indziej niż tutaj, gdzie ją uwięziłem. Z tymi myślami wstałem z łóżka i postanowiłem przygotować żonie śniadanie. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Kiedy przyniosłem śniadanie do pokoju, ona nie chciała jeszcze zrezygnować ze snu, cicho tylko coś mruknęła. (...) 4 września 1839 Takiej koszmarnej chwili doczekałem! Zarządzeniem cara zaplanowany przeze mnie budynek wartowni przy katedrze zostanie zburzony, a w jego miejsce powstać mają szerokie monumentalne schody. A więc jednak zamierzają ingerować w plany mojego kościoła. I to w jaki sposób! Myśl o połączeniu schodów i placu jest dla mnie trudna do przyjęcia. Komitetowi tymczasem trudno jest zaakceptować obecność rzezimieszków w sąsiedztwie budynku kościoła. Powiedziałbym, że już lepsze okrzyki grzesznych niż wylegujący się na schodach próżniacy. ☐

50


51


Â

52



54



56


57


58



PAJTIM STATOVCI „MÓJ KOT JUGOSŁAWIA” Przełożył Adam Sandach Statovci, P., ​Kissani Jugoslavia​, wyd. Otava, Keuruu 2015, s. 11-15. 0:01 blackhetero-hki:​ coś fajnego????????/ 0:01 Chubby-Sub28:​ starszego konkreta, okolice Helsinek? 0:01 adiki jkl*:​ ... 0:02 ouHuniTOP:​ ...z Oulu raczej szczuply spotkanie? 0:02 Kalle42_hki:​ Z Turku mlodszego na przyszly tydzien? Do possania itp. 0:02 w jäke:​ järvenpää+okolice 0:02 przejazdem w Helsach:​ jest w Helsinkach jakis meski facet, ktory da teraz zrobic sobie laske? 0:02 Rauma BTM:​ okragly tyleczek pragnie sztywnego kutasa 0:02 tre facet dla mlodego:​ tampere 0:02 n_oulu:​ kolesia do trojkata na trzeciego? Oulu? 0:02 tre facet dla mlodego:​ tampere 0:02 Cam30:​ chetny do kamerki? 0:03 06e, btm24:​ FACETA?? MAM LOKUM! 0:03 VilleHKI:​ szczuply uni/akt koles 185/72/18/5 szuka szczuplego uni/pas kolesia w realu teraz Gdy na ekranie pojawiła się wiadomość od Villego, przestałem czytać. Po godzinie Ville był pod moimi drzwiami, powiedział „cześć”, odpowiedziałem „cześć”, przez chwilę lustrował mnie od stóp do głów. Dopiero potem zdobył się na odwagę, by wejść do środka. – Przystojny jesteś – stwierdziłem. Ville coś odburknął i zaczął wykonywać niezgrabne ruchy. Zrobił jeden krok do tyłu, prawą rękę trzymał raz za plecami, raz wspierał się na niej. Ale ja jestem dobry w te gierki i dlatego dodałem, że naprawdę dobrze wyglądasz, że zdziwiłem się, gdy tylko pojawiłeś się w drzwiach, bo spodziewałem się czegoś innego, że napisałeś o sobie same kłamstwa. ​Bo ​ja bym tak zrobił. – Mogę sobie pójść, jeśli chcesz. Głos miał delikatny i skromny, jak małe dziecko. Odwrócił wzrok i prychnął trochę ostentacyjnie, jakby próbował mnie o czymś zapewnić. Na przykład: ​Nie mam w zwyczaju robi​ć ​czego​ś ​takiego​. Albo: ​Wszedłem na chat w chwili słabości, nie wiem, co sobie myślałem. Jakby chciał, żebym wiedział, że przemyślał wcześniej wszystko, co może się wydarzyć. ​Może mieć chorobę weneryczną, nie wiadomo, co to za człowiek, może chcieć mnie skrzywdzić, nigdy nie wiadomo.

60


– Nie chcę, żebyś sobie poszedł – odpowiedziałem, próbując złapać go za rękę, ale szybko ją zabrał, chowając znów za plecami. Rozumiałem go lepiej niż ktokolwiek inny. Dlaczego ktoś taki jak on miałby robić coś takiego? Dlaczego nie miałby wrócić tam, skąd przyszedł? Był nieco po trzydziestce, wyglądał na człowieka sukcesu, włosy miał zaczesane do tyłu, zza szalika i kołnierza płaszcza wyzierała twarz o rysach tak szlachetnych, że mógłby mieć każdego, mógłby wejść wszędzie i wybrać ze wszystkich obecnych tego, kto mu się najbardziej spodoba. Ściągnął praktycznie nowe skórzane buty i drogi płaszcz, który powiesił na wieszaku. Jego ubrania pachniały czystością, prążkowana koszula była z grubego gładkiego materiału, a dżinsy nie zdążyły się jeszcze zagnieść na kolanach, mimo że opinały jego nogi jak rajstopy. Nic nie mówiąc, stał chwilę przede mną, dopóki cisza nie zaczęła go peszyć. Poprowadził rękę za moje plecy, mocno chwytając, przyparł mnie do ściany i szorstko pocałował. Zamknął moje nadgarstki w dłoniach i przydusił udem krocze, jakby się bał, że jeszcze coś powiem. Że się w nim zakochałem albo że wiem, jak bardzo mnie to złości i jak dobrze rozumiem jego i świat, z którego przychodzi: rodzice inżynierowie, tak, tak, nie mogłeś powiedzieć, że chcesz być z mężczyznami, oczywiście wiem, tak, tego się nie da tak zwyczajnie powiedzieć. Ja też czuję wstręt do tego, do tego wszystkiego – najchętniej bym mu powiedział, zapytał, jak do tego wszystkiego doszło i dlaczego to, co nam się przytrafiło, musi tak wyglądać. Ale tak nie wypada mówić do człowieka, który żałuje, gdyż wstręt jest o wiele gorszy niż złość. Złości można dać się ponieść, można się od niej uwolnić albo oddać jej swoje życie, ale wstręt działa w inny sposób. Wżera się pod paznokcie i nie zniknie, choćby odgryzło się palce. Nie powiedziałem więc mu nic, ponieważ między mężczyznami nie ma pytań, nie ma dręczenia, nie ma wyjaśnień. Jego długie paznokcie drapały mnie po plecach i barkach, jego równe zęby uderzały o moje, szyja pachniała mocną wodą po goleniu, a pod pachami czuć było jeszcze mokry dezodorant. Silnie naparł na mnie ciałem, nogi oplótł wokół moich, jego umięśnione uda ścisnęły mi boki, a dobrze zbudowane ramiona były świadome celu. Przez chwilę myślałem o tym, jaki jest piękny i jakie mam szczęście, że przyszedł. Jego nadgarstki rzadko porośnięte jasnymi włosami, wierzch dłoni z licznymi nabrzmiałymi żyłami, proste i równe palce i zadbane paznokcie, dopasowana koszula z rozpiętymi górnymi guzikami tak, że czułem jego zapach; obojczyki podtrzymujące twarde mięśnie klatki, elegancja zwężającego się torsu i ponętność okolicy pasa, obcisłe, ale dobrze leżące spodnie, tak mocno opinające uda, że włókna mięśni nóg przypominały ostrza łyżew – pomyślałem. Jakże doskonały może być drugi człowiek. Całował mnie w szyję w ciemnym przedpokoju i choć nikt nas nie widział, choć sami się dobrze nie widzieliśmy, zacząłem go postrzegać inaczej, gdy ciepłą i mocną dłoń wsunął mi pod koszulę. Chciałem wierzyć, że poddałem się dlatego, że ostatecznie jesteśmy tylko zwierzętami, nie możemy nic na to poradzić, to leży u podstaw naszej natury. I jego mocny uścisk i przyspieszony oddech wskazywały, że on uważał tak samo.

61


Energicznie rozpiął swoją koszulę jeszcze w przedpokoju, a moją gryzł tak, że czułem jego ciepły oddech przez materiał. Odepchnąłem go na chwilę i wyrwałem się z jego objęć. Uderzył najpierw o ścianę, a potem spojrzał na mnie wielkimi niebieskimi oczami. Pociągnąłem go za sobą do łóżka, pościel pachniała jeszcze praniem, spojrzałem na Villego i zmusiłem się, by pójść na całość. Teraz, gdy zaczyna coś się dziać. Rozebrał się do naga i uśmiechnął. – Weźmiesz? – zapytał, puścił do mnie oko, chwycił za ramiona i pchnął ku dołowi. – Wszystko w porządku? – zapytał, gdy skończyłem. – Wszystko w porządku – odpowiedziałem i pomyślałem o wszystkich tych wiadomościach, które Ville dostał na chacie po swoim wpisie. Z nich wszystkich wybrał moją, ponieważ moja wiadomość była najbardziej zauważalna, najbardziej pociągająca, a moje strategiczne wymiary najbardziej kuszące. Wszyscy go chcieli, a on chciał tylko mnie, i tym się upajałem. Odwrócił mnie, by mi się odwdzięczyć. – Jest ci dobrze? – spytał i częściowo wysunął szorstki język z ust. – Jest mi bardzo dobrze – odpowiedziałem i instynktownie przycisnąłem jego głowę niżej. – Przystojny jesteś – oznajmił. – Co powiedziałeś? – Jesteś przystojny – powtórzył. Potem w pokoju zaczęło cuchnąć. Ja i on. Cuchnęliśmy. To, co właśnie zrobiliśmy, nasze myśli. Nieprzyjemny zapach lateksu czuć było na skórze, pościeli, na każdej powierzchni, w całym pokoju. Pościel przemokła od potu. Gdy uniósł rękę za głowę, zauważyłem, że dezodorant go zawiódł. Jego oddech był teraz inny – cięższy, o przykrym zapachu cebuli i mięsa. – Dzięki – zaczął w końcu. – Nie ma za co. – Wszystko w porządku? – Tak. – To dobrze – powiedział i odkaszlnął. – Fajnie by było się kiedyś jeszcze spotkać. – No, może – zacząłem. – Chcesz kawy? – zapytałem szybko i wstałem jeszcze szybciej, otworzyłem okno, szarpiąc za klamkę, popchnąłem nogą jego ubranie w jedną stertę, podniosłem kołdrę, która zsunęła się pod łóżko, i zapaliłem światło. – O tej porze? – spytał. Usiadł niemal przestraszony, naciągając kołdrę na nogi. Ręką przycisnął podbrzusze, oczy zmrużył ze zdziwienia. Skóra mu błyszczała w jasnym świetle jak przed chwilą upieczona szynka. Podrapał się po barku i poprosił, bym zgasił światło. – Tak, o tej porze. To chcesz?

62


– Nie mogę – znów się oburzył. – Musisz już iść – oznajmiłem. – Co?! – Chcę, żebyś już wyszedł. Kiedy on zbierał swoje ubranie, poszedłem do kuchni zagrzać wodę w czajniku. Postawiłem na blacie kubek do kawy, do którego nasypałem dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej, dodałem dwie drażetki słodzika i odrobinę mleka. – Możesz już sobie pójść? – zapytałem. Zgasił światło i zdało mi się, że wzdrygnął się – albo z powodu pytania, albo głosu przełamującego ciszę, a może mojego nagłego pojawienia się w drzwiach sypialni. – Cały czas się zbieram – odpowiedział, naciągając dopiero drugą skarpetkę na palce u stopy. Wróciłem do kuchni, nalałem wody do kubka, porządnie wymieszałem kawę i spróbowałem. Następnie wylałem ją do zlewu. ☐

63


64


65


66


TERHI RANNELA „AMSTERDAM, ANNE F. I JA” Przełożyła Justyna Robak Rannela, T.,​ Amsterdam, Anne F. ja minä​, wyd. Otava, Keuruu 2008, s. 7-15. 1. Ja, pani pisarka i John Lennon Gapię się w sufit, zamykam oczy, wpatruję się w przyczepione do niego, świecące w ciemności gwiazdy, moje własne gwiaździste niebo, i przewracam się na brzuch. Spróbuję przespać przynajmniej kilka godzin, inaczej z jutra nic nie wyjdzie. Liczę owce. Jedna, druga, trzecia, dziesiąta, setna, wszystkie czarne i kudłate. Chowam pod łóżko budzik z Betty Boop, żeby nie zerkać cały czas na wskazówki. Taksówka przyjedzie po nas o skandalicznej porze – wpół do trzeciej. Mama zamówiła taryfę wcześniej, żebyśmy nie musiały łapać stopa w środku nocy. To dopiero byłby widok. Matka na wypasie z córką marnotrawną sterczące przy drodze z wystawionymi wymalowanymi kciukami. Mama zamknęła się u siebie. Słyszę miarowe stukanie w klawiaturę i Franka Sinatrę melancholijnie śpiewającego o Nowym Jorku: „​If I can make it there, I’ll make it anywhere. It’s up to you New York, New York​…”. Zawsze słucha Sinatry, gdy kończy swoje powieści. Edytuje ostatnie strony i stara się dokończyć ten śmieć (dosłownie śmieć, gdyby ktoś mnie zapytał) przed dobrze zasłużonym urlopem. Podobno redaktora z wydawnictwa już ręce świerzbią. Matka i córka. Gospodarstwo domowe składające się z dwóch kobiet. Jeśli mama jest żółta, ja jestem fioletowa. Jeśli ona jest niebieska, ja jestem pomarańczowa. Gość od plastyki myli się, mówiąc, że barwy przeciwstawne dobrze do siebie pasują. Pierwszy przykład: mama to odstawiona lady, która chodzi do fryzjera dwa razy w miesiącu. Ja sama sobie obcinam rozdwojone purpurowe końcówki przed lustrem w łazience, nie potrzebuję też kosmetyczki do wyciskania wągrów. Drugi przykład: mama chodzi na manikiur, ja namiętnie obgryzam paznokcie. Trzeci przykład: szafa mamy jest pełna fińskiego dizajnu, ja chodzę z dychą w portfelu po retrociuchy do lumpeksów. Czwarty przykład: etyka pracy. Jedna ją ma, druga nie. Gdyby ktoś mnie pytał, w nocy się śpi, a przynajmniej próbuje, a nie siedzi się do późna, pisząc nieistotne artykuły do prasy kobiecej, ani nie zmusza bohaterki powieści, by robiła słodkie oczy do mężczyzny swojego życia. Ja, Kerttu Koistinen, pierworodne i najmłodsze dziecko Kaariny Kataji, skończyłam wczoraj piętnaście lat i tak się też teraz czuję. Starzy Sissi pojechali na działkę, więc świętowaliśmy jednocześnie początek ferii jesiennych i moje urodziny. Sissi dała mi w prezencie własnoręcznie wydziergane na drutach czarno-białe skarpety w czaszki, mam je zresztą teraz na nogach, a Aram próbował mnie ucywilizować, dając mi komiks ​Persepolis​. Jimi wysłał mi wirtualny tort, uściski i całusa na Facebooku i z tego, co wiem, dostanę jeszcze pocztą paczkę, najprawdopodobniej po powrocie z wyjazdu. Babcia z dziadkiem wysłali

67


pięćdziesiąt euro, ciocia Riikka – kartkę urodzinową z przeklinającym jeżem, a wujek Matti – rysunek swojej pięcioletniej córki Heleny. Jak widać, jestem kochana. Pomimo dobrego początku wieczór skończył się moim płaczem i użalaniem się, ale na szczęście Sissi i Aram dali radę wysłuchać moich problemów sercowych, podnieść mnie na duchu i przytulić. Rano znalazłam w wysłanych wiadomościach trzy esemesy, które wymsknęły mi się do Miry. Nie odpowiedziała na żaden. Prawdopodobnie na liście kontaktów ma wpisane zamiast „Kerttu” – „Nie odbieraj!”. Sama tak zapisuję niechciane kontakty. Dostałam dwa porządne prezenty, bo również mama dała mi książkę – ​Dziennik Anne Frank. W ubiegłym roku dała mi pamiętnik do zapisania, ale jeszcze nie zaczęłam. Pewnie chciałaby, bym poszła w jej ślady, ale nic z tego. Jak byłam dzieckiem, kilka razy zaczynałam bazgranie w pamiętniku, ale nudziło mnie to już w trakcie pierwszego tygodnia. Chcę żyć, a nie pisać. Poza tym język fiński to najgorszy przedmiot w szkole. Nie znoszę nielogicznych regułek gramatycznych czy rozmnażających się z pasją przecinków. Jeśli ktoś naprawdę dostaje szału od anglicyzmów czy błędów w pisowni łącznej i rozdzielnej, to polecam znalezienie sobie jakiegoś rozwijającego hobby. Intuicja podpowiada, że są w życiu ważniejsze rzeczy. Zawsze z niechęcią podchodziłam do ludzi kategorii Trivial Pursuit. Znaczy nie zwolenników gry, ale takich mądralińskich, którzy zapamiętują żałosne ciekawostki tylko po to, by dobrze wypaść przed innymi. Wierzę w większe sprawy. Tak wielkie, że niezbyt często otwieram podręczniki, chociaż to wcale nie znaczy, że inne książki mnie nie interesują. Jakaś zawsze leży na stoliku przy moim łóżku. W tej chwili spoczywa tam rozłożona ​Nancy Deborah Spungen i jedna z powieści Mariki Uskali. Nie lubię pisać, ale mówienie to co innego. Gadam jak katarynka, w mojej najlepszej formie nauczycielka biologii wyprosiła mnie trzy razy z jednej lekcji. Mówienie jest o wiele bardziej naturalne i fajniejsze niż pisanie. Nawet takie wewnętrzne monologi mogą ciągnąć się godzinami. Bla, bla, bla. Powinnam spać. Chyba trzygodzinna drzemka to było za dużo. Wieczorem Sissi odstawiła mnie bezpiecznie do domu. Tak jak przystało na najlepszą przyjaciółkę, powiedziała: „Nie martw się. Wszystko się ułoży. Dasz radę. Jesteś dzielna”. Rano mama z pewnością widziała moje zaczerwienione i podkrążone oczy, ale nie zaczęła rutynowego przesłuchania. Oczywiście wie, że jestem wkurwiona. Mama tyle razy się rozstawała, że ma wyczucie sytuacji. Cierpiący na złamane serce zawsze pozna drugiego i wie, kiedy milczeć. Moje relacje z innymi ludźmi są pogmatwane. Czuję się rozdarta między dwiema osobami. A raczej czułam. Mira prawdopodobnie odetchnie z ulgą, że przez tydzień nie wpadnie na mnie na mieście. Przynajmniej chwilowo uda się uniknąć potencjalnego oskarżenia o morderstwo. Śniła mi się każdej nocy, chociaż wcale nie chciałam. Nagle wszystko w tej dziewczynie jest porażająco piękne i wspaniałe. Jej śmiech, spojrzenie i uściski, których nie potrafiłam docenić. Usta, które – choćby nie wiem co – zawsze są jaskrawoczerwone.

68


Jej styl, który może budzić albo podziw, albo odrazę. Pokaźna czarna torba, z której wystaje szkicownik. Ostatnio wydarzyło się wiele różnych rzeczy, zbyt wiele. Przyznaję, że byłam straszną suką, powinnam była dwa razy się zastanowić nad swoim postępowaniem. Powinnam była się zastanowić już dużo wcześniej. Na pewno można kogoś rzucić w bardziej przemyślany sposób niż esemesem. Mama tylko kręciła głową, gdy jej o tym opowiadałam. Nie wyglądała na zachwyconą, chociaż już wcześniej miała sporo do przełknięcia, gdy z hetero-Kerttu stałam się lesbijką, bi czy jak to się tam teraz nazywa, tak czy inaczej zdezorientowaną nastolatką. Ma jednak w zwyczaju zachowywać się podręcznikowo. Należy do tych ludzi, którzy zapisują sobie na kartce plusy i minusy, gdy w życiu pojawia się kryzys. Nie wiem, co zapisała na mój temat. Plus: Kerttu to moja jedyna córka. Minus: Kerttu to moja jedyna córka. Bądź tu mądra. Za to o Jimim jeszcze nie opowiadałam. Przesadna otwartość to jednak za dużo. Może jestem tak szaloną kochanką, że mama opisze mnie kiedyś w książce. Chociaż nie zamierzam tego sprawdzać, bo nie mam w zwyczaju zaglądać do wypocin pani Kataji. Mojej rodzicielce może się wydawać, że nasza więź matka–córka jest w jakiś sposób wyjątkowa, ale nic z tych rzeczy. Relacja piętnastolatki z matką nie może być w żaden sposób wyjątkowa, co na przykład scenarzyści Kochanych kłopotów mogliby załapać wcześniej. Być może każda matka Lorelai marzy o własnej uzdolnionej córce Rory, z którą mogłaby się wszystkim dzielić – szczęściem, smutkami, rozterkami sercowymi – i z którą mogłaby oglądać maratony filmowe, siedząc razem na kanapie i zajadając chipsy. Brzmi jak utopia, jeśli popatrzę na moje kumpele. Pokażcie mi szczęśliwą rodzinę, w której rozmawia się o wszystkim, a wtedy ja pokażę wam mój trwały związek. Za nic nie mogę zasnąć. Owce się rozszalały. Tańczą pogo w rytm punka, stukają pokrywkami od garnków, pokazują języki i wywijają salta w tył. Przy drzwiach do pokoju widać cień mojej walizki z Mary Poppins. Mam za dużo rzeczy, ale tak zawsze jest w podróży. Za każdym razem kończy się tym, że musimy dokupić dodatkową torbę na prezenty. Oprócz ​Dziennika Anne Frank rodzicielka dała mi nowe beżowe zamszowe buty wykończone białym futerkiem i wyjątkowo kiczowatą torbę z Johnem Lennonem. Niezależnie od problemów sercowych przynajmniej będę bardzo stylowa w moim weltszmercu. To pocieszające. Jutro o tej porze będziemy już w Amsterdamie. Oderwanie się od rutyny zdecydowanie pomoże, nawet jeśli Sissi superdorośle się upiera, że od problemów nie ma ucieczki. Może nie na stałe, ale nawet siedem dni to lepsze niż nic. Pukanie. – Jeszcze nie śpisz? Słyszę, jak wzdychasz. Mama uchyla drzwi. – W głowie mi się plącze – odpowiadam w sufit. – Na pewno wszystko się ułoży, uwierz mi. – Skąd ta pewność?

69


– Oczywiście, że się ułoży, wiem to z doświadczenia. Teraz zamknij oczy. Na szczęście możesz później spać w autobusie. – Tak przy okazji, czemu kupiłaś mi ​Dziennik ​Anne Frank? Przecież i tak mamy ich całą stertę. – Wszystko w swoim czasie. Odpowiem ci w drodze. – Jakieś to podejrzane. – Może tylko troszkę. – Mam kryzys! Nie możesz ode mnie niczego wymagać – jęczę. – Budzik zadzwoni za dwie godziny, więc spróbuj już zasnąć kochanie. – Powodzenia w pracy, mamo. Dość dużo podróżujemy. Podobno matka cierpi na chroniczny szał podróżniczy, co jest nieuleczalną chorobą. Latem byłyśmy z jej najnowszym (i wciąż aktualnym) gachem, Ogrodowym Gnomem, pięć dni w Paryżu. Dwa dni na piętrze autobusu turystycznego, gapienie się na wieżę Eiffla wśród tysięcy turystów. Jedzenie bagietki na parkowej ławce nad brzegiem Sekwany i załamanie nerwowe w Luwrze pośrodku absurdalnej masy ludzi. Na Wielkanoc wyskoczyłyśmy we dwie do Rygi i podziwiałyśmy tam kobiety, które chyba urodziły się w szpilkach. Jeszcze nie rozmawiałyśmy o następnej podróży, chociaż mama uwielbia przeglądać przewodniki. Na pewno ma już coś na oku. Moja stara i do tej podróży przygotowała się po swojemu, dopinając wszystko na ostatni guzik. Kupiła przewodnik po Amsterdamie i spakowała jeden ze swoich ​Dzienników (bo nie ma szans, żebym ja taszczyła swój prezent). Mama zbiera różne wydania tej książki. Nie słyszałam o kimś innym, kto kolekcjonowałby jak ona jeden jedyny tytuł. Dziwne? Właśnie. W naszej domowej bibliotece jest kilka półek z Anne Frank. W różnych językach. Niedługo matka pewnie zacznie umieszczać ją w moim pokoju. Mam na ten temat troszeczkę inne zdanie… Jest kompletnie oczywiste, że nie czytałam ​Dziennika i nie zamierzam go tknąć choćby palcem, nawet jeśli prezent był dany w dobrej wierze. Naprawdę nie zamierzam robić nic trącącego szkołą w trakcie podróży, wystarczy, że będę oddychać tym samym powietrzem co moja genialna (w cudzysłowie) matka pisarka. Demon, mój nauczyciel fińskiego, dostałby pewnie wylewu, gdyby mnie usłyszał, ale lepiej niech już ADHD-Ari wyśle go na zwolnienie. Kto wie, co się jeszcze wydarzy przed świętami. W szkole są już o to zakłady. Moja rodzicielka interesuje się literaturą w różnych formach, do córki bardziej przemawia muzyka. Wezmę do samolotu empetrójkę wypełnioną kawałkami Antic Cafe, DOREMIdanu i Moon Kany. Mama oczywiście nie słyszała o żadnym z tych zespołów, ale będzie się uśmiechać poufale, jeśli pożyczę jej na chwilę słuchawki. Jest tak cholernie tolerancyjna. Kiedyś w jakimś wywiadzie dla gazety zaliczyła między innymi ​taką megawtopę, że powiedziała: „Dzięki córce wiem, co jara dziś ziomali”. Że niby co? Nigdy nie zapomina wspomnieć, że też była młoda. Trzeba być buntownikiem, odważyć się przekraczać granice, bo na starość nie ma się na to siły ani ochoty. Zawsze jej się udaje rozsądnie podejść do sprawy i pójść na kompromis, podczas gdy ja chciałabym po prostu się pokłócić. Porządne przewietrzenie strun głosowych, tak od czasu do czasu, wychodzi na dobre. Po jednej

70


sprzeczce rzuciłam szklanką w podłogę, ale się nie stłukła. Kiedy przy trzecim rzucie nie zrobiła się nawet rysa, obie wybuchnęłyśmy niekontrolowanym śmiechem i było po sprawie. Przeciągam się i prostuję nogi. Ziewam szeroko, a moje usta wyglądają jak mała czarna dziura. Podnoszę się i wyglądam zza zasłony na podwórko, gdzie widać stół i cztery krzesła powoli wędrujące do komórki. Trochę kropi i wydaje się, jakby ktoś na niebie rozwiesił czarne płótno. Nic tak nie inspiruje jak mieszkanie w Finlandii o tej porze roku. Aż się ma ochotę skakać na skakance każdego ranka, tak z czystej radości. Wzdycham i z powrotem się kładę. Gdyby

mama

miała

jeszcze

jakieś

funkcjonujące

komórki

w

mózgu,

to zasponsorowałaby nam swoją Visą wyjazd w okolice równika albo jeszcze dalej na południe. Ale przecież wakacje w mieście są teraz bardzo modne, więc czego niby innego mogłybyśmy pragnąć? Jestem podekscytowana. Teraz wreszcie zamykam oczy i próbuję kimnąć się przez godzinkę czy dwie. Amsterdamie – strzeż się! Wkrótce już nie będziesz taki jak kiedyś. Jutro spotkasz dziewuchę z Tampere. A raczej poprawka: dziewuchy. ☐

71


72


73


74



PETRI TAMMINEN, „CZYM JEST SZCZĘŚCIE?” Przełożyła Agata Słabuszewska

Tamminen, P., ​Mitä onni on?​, wyd. Kustannusosakeyhtiö Otava, Keuruu 2008, s. 5-15. 1 Leżałem na kanapie i oglądałem sport. Daleko skakali w Zakopanem. Kiedy pewnego dnia odejdę, mam nadzieję, że organista zagra na fisharmonii czołówkę programu sportowego i żałobnicy będą wpatrywać się w dół, niczym sędziowie na zeskok. – Mam pomysł – powiedziała Liisa i usiadła na brzegu kanapy. Wyłączyłem dźwięk w telewizorze i przybrałem skupioną minę. Starałem się myśleć tylko o tym wyrazie twarzy. – Fińskie szczęście – uroczyście oświadczyła. – Ja zilustruję, a ty napiszesz. – Znowu książka... – powiedziałem i włączyłem dźwięk. Odczytywano właśnie wyniki koszykówki kobiet. Liisa cierpliwie czekała. Rozczuliło mnie to tak, że zupełnie wyłączyłem telewizor. – Książka o chwilach szczęścia Finów – ciągnęła Liisa. – Krótkie opowiadania i piękne zdjęcia, które od razu przypominają, ile też jest dobrego w życiu. Z pewnością dostałoby się na to dofinansowanie. – Całkiem pozytywny pomysł – przyznałem. Rano Liisa wyszła do pracy i zaprowadziła Veerę do szkoły, a Venlę do przedszkola. A ja włączyłem komputer. Wodziłem kursorem myszki po ikonie Worda i układałem przez parę godzin pasjansa. Po południu poszedłem na halę sportową. Zapachy gumy butów sportowych mieszał się z wonią płynu do czyszczenia rakietek. Wygrałem trzy pierwsze sety: serwis był niezły, spin był niezły, nadgarstek chodził nieźle. Hannu musiał się wycofywać i podnosił piłki, które wbijałem w stół. Chwaliłem go za obrony i podskakiwałem zadowolony po swoich atakach. Postanowiłem zaraz podczas pierwszej przerwy powiedzieć mu o pomyśle na książkę. Przyjemnie jest dyskutować z Hannu o nowych pomysłach. Ma dwadzieścia osiem lat. W jego towarzystwie czuję się, jakby coś wielkiego nadchodziło. Poznałem go na hali. Czterdziestolatkowie też mogą zyskiwać nowych znajomych, gdy nie myślą o innych jako o konkretnych osobach, lecz tylko jako o towarzyszach gry. Obecnie tylko tenis stołowy jest tematem, o którym nie rozmawiamy otwarcie z Hannu. Hannu pochodzi z Lumijoki, krainy wiatraków i wież obserwacyjnych, skąd do stolicy docierają jedynie krótkie notki o pchnięciach nożem i tacy jak Hannu. W Lumijoki był genialnym dzieckiem, w Helsinkach znudził się swoim geniuszem i zaczął malować. W jego rodzinnych stronach nie rozumieją decyzji o studiowaniu sztuki, ale jego obrazy i tak wiszą oprawione na ścianach pokoju rodziców. Chłopak

76


nie odwiedził nas ani razu. Porusza się między mieszkaniem, Akademią Sztuk Pięknych i halą sportową, a jedzenie kupuje w kiosku. – Co ty na to, żebyśmy zrobili książkę o szczęściu? – zapytałem, gdy siedzieliśmy na przerwie i siorbaliśmy sok. – Całkiem niezły pomysł do rozwinięcia – odpowiedział Hannu. Po przerwie przeszedł na rotację dolną i utrzymywał tak niskie odbicia, że nie dawałem rady ich atakować. Zgarnął ostatnie pięć setów. Podczas gry nie rozmawialiśmy o szczęściu, ale w szatni Hannu zaczął planować styl książki, jej duszę, jak to nazywał. – Teraz chyba dam spokój z Palsą i Lyytikäinenem i pochylę się nad Vionoją. Podumam, jak ten len właściwie spływa z brzegu stołu. Ja też zacząłem przypominać sobie obrazy Vionoji, a zwłaszcza jego stojące w izbach postacie kobiece, o których trudno stwierdzić, czy myślą może o przyjęciach, czy sercach rozbitych na tysiące kawałków. Z dzieł Vionoji pamiętałem także puste izby z bieżnikami oświetlonymi słońcem i powiedziałem, że w ten sposób powinno się obrazować szczęście. – Trzeba się odważyć być prostym. Hannu przytakiwał. Obiecał namalować proste akwarele i kwasoryty oraz zrobić małe, proste rysunki tuszem, tak jak w książkach o łowiectwie. Widziałem już w głowie naszkicowane winiety, kilkoma pociągnięciami namalowane nastrojowe motyle i ptasie pióra, i zacząłem czuć, że nadchodzi coś wielkiego. – Szum łanów zbóż i trzeszczenie igły gramofonu – powiedział Hannu. Im dłużej mówił o książce, tym bardziej byłem rozgorączkowany, a im bardziej byłem rozgorączkowany, tym trudniejsza stawała się moja sytuacja. Plan tworzenia był już daleko posunięty, ale nie było w nim miejsca dla Liisy. Zastanawiałem się, jaką miałaby minę, gdyby usłyszała tę dyskusję. Postanowiłem wyjawić, gdy tylko nadarzy się okazja, że pomysł na książkę jest jej. Wzięliśmy prysznic, wytarliśmy się, ubraliśmy, poszliśmy w stronę ulicy Mannerheima i rozstaliśmy się na przystanku. Odpowiednia okazja się nie nadarzyła. Tramwaj nie nadjeżdżał, samochody przemykały obok i lutowe popołudnie już zmierzchało. Myślami byłem w gminie Kustavi w latach siedemdziesiątych. Dostałem od wędkarza trzy błyszczące płotki. Na podwórzu ośrodka turystycznego dorośli zaczęli podziwiać moją zdobycz. Wszystko dzieje się tak nagle, milkniesz, pomijasz jeden niewygodny szczególik, i, ups, oszustwo staje się faktem. Dużym oszustwom początek dają niewinne chwile słabości. Przestałem odczuwać wyrzuty sumienia dopiero gdy wysiadłem z tramwaju na końcowym, przeszedłem przez dużą ulicę i dotarłem do znanych sobie ulic dzielnicy Etelä-Haaga. Pośrodku dwupiętrowych przytulnych domów także moje grzechy – to, że skradłem pomysł Liisy, i to, że wygrałem tamte zawody wędkarskie na obozie letnim – zaczęły wydawać się jak te domy: małe i przytulne. W trakcie przypadkowych spotkań łatwo

77


jest udawać dżentelmena, ale w domu i podczas turniejów pozłota zaczyna się łuszczyć. Takie jest prawo natury, na które nie ma mocnych. Uspokoiło mnie również to, że już od dłuższego czasu rozmawialiśmy z Hannu o wspólnej pracy, jak wystawy, ilustracje do książki oraz bajki. W pewnym momencie takie podniosłe mowy stają się irytujące. Ludzie zaczynają postrzegać człowieka jako pomnik niezrealizowanych planów. Przyjaźń więdnie, sprzęt pokrywa się kurzem, a ambitne projekty stają się ledwie punktami do odhaczenia na stronie kalendarza. Tym razem zamierzaliśmy dotrzymać słowa i przekuć je w czyny. Byłem gotów zabrać się do ciężkiej pracy, jakiej wymagała książka nawet aby poczuć radość dotrzymania danego słowa. Gdy Liisa położyła dziewczynki wieczorem spać i zaczęła wypełniać wniosek o bezpłatny urlop, ja leżałem na kanapie i oglądałem kanał sportowy. Zachęciłem ją do przemyślenia decyzji. – Czy nadajemy się do zrobienia czegoś takiego? – zapytałem. – I kto zajmie się dziećmi, gdy wyruszymy w tę podróż, by obrazować szczęście? Poza tym, czy szczęście jest tak naprawdę dobrym tematem do fotografii? Czy akwarela nie zobrazuje tego lepiej? Co, jeśli zrobiłbym tę książkę razem z Hannu? W małżeństwie jedno nierozważnie wypowiedziane zdanie prowadzi do trzygodzinnej awantury. Tego się człowiek nigdy nie nauczy. Chociaż obiecuje sobie, że już nigdy w życiu nie da się wpuścić na pole minowe, to po kilku tygodniach przyłapuje się na tym, że znów chlapnął coś głupiego. Jeszcze przed chwilą wszystko było w porządku, a teraz wszystko przepadło: ani litości, ani wybawienia. Nawet czuła i kochająca żona zmienia się czasami w śmierdzące jajko. A gdy już się skończy kłótnia, nie da się stwierdzić, kto powiedział o słowo za dużo. Ale nie ma to znaczenia, wystarczy, że można odpocząć. Wystarcza to obojgu: besztanie jest równie męczące jak bycie besztanym. Liisa padła zmęczona trochę przed północą. Nie potrafiła się dalej wkurzać po moich próbach pocieszania. Zachęciło mnie to. Tak mnie poniosło, że zapytałem, dlaczego się tak martwi tym rozczarowaniem. Dlaczego tak się tym przejmowała, skoro sama dobrze wiedziała, że po pewnym czasie humor jej się poprawi. Dlaczego nie wykorzystała tej wiedzy od razu, tu i teraz, natychmiast? – Rozczarowań nigdy się nie zapomina – powiedziała zapatrzona przed siebie. – Wszystkie rozczarowania na przestrzeni życia gromadzą się w sercu i gdy jest ich zbyt wiele, człowiek umiera. Po tych słowach zamilkłem i zacząłem myśleć, ile to już rozczarowań zgromadziło się w moim sercu. Później obserwowałem Liisę i próbowałem oszacować liczbę jej rozczarowań. Gdy patrzyłem na nią z tej perspektywy, wyglądała na całkiem zmęczoną i starą.

78


Rano obudziło mnie trzaśnięcie drzwiami. Wstałem, podszedłem do okna i zdążyłem zobaczyć, jak Liisa i dziewczynki wychodzą na ulicę. Zastanawiałem się, czy Liisa nadal jest rozczarowana

i

czy

dzieci

też

zebrały

już

w

sercach

tyle

rozczarowań,

które by przypieczętowały ich los. Chciałbym pocieszyć żonę, krzyknąć coś wspierającego, przypomnieć jej, że poza rozczarowaniami w ludzkich duszach gromadzi się również szczęście, ale nie potrafiłem nic zrobić. Patrzyłem, jak Liisa i dziewczynki idą, na ich ożywione kroki, i myślałem o tych codziennych zadaniach, które na nie też dzisiaj czekały. Kiedy w końcu zniknęły z pola widzenia, wciąż wpatrywałem się w pustą ulicę. To właśnie wtedy zdecydowałem, że zadedykuję książkę o szczęściu Liisie i że wynagrodzę jej te rozczarowania, których przeze mnie doświadczyła, i że opowiem jej, czym jest szczęście. 2 Siedzieliśmy w kafejce w budynku hali i świętowaliśmy rozpoczęcie projektu, Hannu colą, a ja – dużą kawą. Rozmawialiśmy o temacie książki. Według niego szczęście Finów jest zbyt obszernym pojęciem. Należało je ograniczyć do szczęścia mężczyzny, a szczególnie seksualności. Przyznałem mu rację, że wyszłoby to książce na dobre. Zasugerowałem, abyśmy byli jednak otwarci na szczęście, i zapewniłem, że podkreślimy seksualność. – Podkreślimy seksualność – powiedział. Hannu obiecał dać książce wszystko. Stwierdził, że nadszedł już czas, aby wydostać się z pokoju przepełnionego oparami terpentyny, rozważyć swoje możliwości i zabrać się za poważną pracę. Miałem ochotę go przytulić. Już za młodu zrozumiał to, co do mnie dotarło dopiero, kiedy miałem czterdziestkę na karku: życie to kilka pięknych letnich poranków i jeden pocałunek w nocy. – Trzeba to sobie uświadomić w porę – powiedziałem. – Nie można stanąć przed bramami niebios niczym przed sklepową ladą. Trzeba podsumować życie tu i teraz, natychmiast. – Za dwa lata będę już po trzydziestce – oznajmił Hannu dramatycznie. Młodzi rozumieją wszystko tak dosłownie. – Życiowe kamienie milowe niczego nie odmierzają – odpowiedziałem. – Po ich obu stronach jest to samo i takie samo życie. Kiedyś byłem dwudziestolatkiem, teraz jestem czterdziestolatkiem i pewnego dnia będę sześćdziesięciolatkiem. To tylko liczby. W życiu chodzi o te piękne dni i noce, a nie liczby. – Nie wiem, o co chodzi w życiu – powiedział Hannu – ale w ciągu ostatnich pięciu lat przygotowywałem obrazy na wystawę, a ani jeden z nich nie jest dobry. Hannu zwiesił na chwilę głowę, ale zaraz uniósł brodę i znacząco palec wskazujący i powiedział, że w każdym razie będzie miał wystawę.

79


– Opowiadam tę wystawę. Ściany galerii świecą pustkami, a ja tylko gadam. Opowiadam, jak para młodych całuje się na schodach petersburskiego metra i jak za nimi stoi tysiąc oniemiałych. Opowiadam, jak dłoń ojca zaciska się w pięść i jak syn gryzie wargę. Opowiadam, jak się rzeczy mają, i zabieram ludzi w tę otchłań między prawdziwym życiem a dobrym obrazem. Już nie owijam w bawełnę, tak jak wtedy w szatni, gdy spytałeś się, co u mnie słychać. Nic ciekawego! Nic ciekawego, chociaż Rada Kredytowa upomina się o długi, rozstałem się z Marią, a z powodu zmęczenia jestem w lesie z nauką. Wpatrywałem się w Hannu, w jego radosny wyraz twarzy i zaczesane do tyłu włosy. Tenis stołowy nie był jedynym tematem, o którym nie rozmawialiśmy otwarcie. Wiadomości Hannu były smutne, ale fascynował mnie sposób, w jaki je przedstawiał. Wydawało się, że stoi przed życiowymi wyzwaniami niczym młody porucznik, który przytakuje przełożonym i mówi, że przekaże rozkaz. Ta zuchwałość wyniosła nasz projekt na całkiem inny poziom. Człowiek widzi gwiazdę na niebie i ku niej skacze, skacze ku niej i opada z powrotem. To skakanie trwa przez całe życie, ale ostatecznie ważne jest tylko to, czy człowiek żyje własnym życiem, czy akceptuje zarówno szczęście, jak i zmartwienie, gwiazdy i piach. I Hannu przyznał mi rację. Chciałem go przytulić, sięgnąć przez stół i ścisnąć, ale nie zdążyłem, bo wstał po kolejną colę. ☐

80


Chcieliśmy razem zrobić coś jeszcze i dlatego powstał nasz Kolektyw Tłumaczy Literatury Fińskiej KIRJA

Finnish Stowarzyszeniu

Tłumaczy

Literature

Literatury Justynie Czechowskie

Merji Aho Sebastianowi

Musielakowi

Agacie Hąci Bożenie Kojro

Ryszardowi Turczynowi

Monice Mielke Adamowi Pluszce

81

Exchange


Jucce Kiljunenowi

Towarzystwu Polska-Finlandia

Muzeum Sztuki Nowoczesnej Biblioteka na Koszykowej Instytut Goethego

82

Duński Instytut Kultury


ZESPÓŁ PUBLIKACJI

83


KONTAKT ORAZ WIĘCEJ INFORMACJI O KOLEKTYWIE ,,KIRJA” I LITERATURZE FIŃSKIEJ:

84



Millions discover their favorite reads on issuu every month.

Give your content the digital home it deserves. Get it to any device in seconds.