Page 1

KIRJA


JESTEŚMY. I

ROŚNIEMY W

SIŁĘ.


in nascendi

Sebastian Musielak

2

statu


SPIS TREŚCI


HELSIŃSKA BIBLIOTEKA OODI


6


7


8


ARTO PAASILINNA „NIEPRZYZWOITY MŁYNEK MODLITEWNY”  Przełożył Artur Bobotek    Paasilinna, A., ​Rietas rukousmylly​, wyd. WSOY, Helsinki 2007, s. 5-12.     Na  horyzoncie  zamglonego  Morza  Archipelagowego  widać  było  dziwną  boję,  która  nie została  zaznaczona  na  mapach  morskich.  Wokół  krzyczała gromada zaciekawionych mew.  Tkwiąca  na  płyciźnie  bryła  o  nieostrych  kształtach  była  za  krótka  i  za  gruba  na  tyczkę  wyznaczającą  szlak  morski.  Po  bliższym  obejrzeniu  okazała  się  człowiekiem,  mężczyzną  sterczącym  po  pas  w  spokojnym  morzu.  Z  jego  gardła  co  pewien  czas  wydobywało  się  stłumione wołanie o pomoc, którego nikt nie słyszał.   Nieszczęśnikiem,  który  znalazł  się  w  morzu,  był  Lauri  Lonkonen,  dyrektor  do  spraw  rozwoju  w  agencji  nieruchomości.  Był  to  rosły  czterdziestoletni  mężczyzna.  Miał  na  sobie  zmoczony  przez fale jasnoszary letni garnitur, na szyi niebieski jedwabny krawat i tego samego  koloru  poszetkę  w  kieszeni  na  piersi.  Próbował  odganiać  od  siebie  krzyczące  wokół  ptaki.  Na jego  zmierzwionej  czuprynie  co  i  raz  lądowała  zuchwała  mewa,  by  poczesać  sobie  pióra,  zostawiając odchody na skroni biedaka.   Lauri  Lonkonen  stał  nieruchomo  na  podwodnej  skale  pośrodku  otwartego  morza.  Nie śmiał  zrobić  nawet  jednego  kroku,  bo  pokryty  glonami  głaz  był  śliski.  Ryzyko zsunięcia się  do wody  było  duże,  a  Lonkonen  wiedział,  że  z  tego  nie  wyniknęłoby  nic  dobrego.  Choć  nadeszły  już  jasne  czerwcowe  wieczory,  woda  w  morzu  była  zimna.  Sytuacja  zrobiła  się  nieprzyjemna.  Z powodu  mgły  nie  było  widać  ani  żadnej  wyspy,  ani  lądu. Pozostawała jedynie  nadzieja  na przejaśnienie,  ale  równocześnie  z  piersi  wyrywała  się  bezsilna  modlitwa:  oby  spokojna  pogoda  trwała  dalej  i  woda  się  nie  podnosiła.  Nadchodząca  co  pewien  czas z daleka  łagodna  i  bezgłośna fala zalewała aż po pachy i szyję przemoczone już wcześniej ubranie. Lauri  pomyślał,  że  oto  zbliża  się  koniec  jego  żywota,  śmierć  przez  utonięcie,  w samotności,  na otwartym  morzu.  Obecność  zadziornych  mew  bynajmniej  jego  trudnego  położenia  nie  poprawiała.   Lauri  Lonkonen  nie  zamierzał  się  poddawać.  Miał  rodzinę  –  stosunkowo  sympatyczną  żonę  i  dwóch  dorastających  synów.  Nie  można  ich  było  jeszcze  zostawić  samych  sobie  w  tym  okrutnym  świecie.  Lauri  troszczył  się  o  nich  w  miarę  swoich  możliwości  od  początku  małżeństwa.  Był  przyzwoitym  człowiekiem,  mieszkał  na  Olari  w  Espoo,  chętnie  zajmował  się  małym  ogródkiem  przy  ich  szeregowym  domu,  pielęgnował  również  liczne  zainteresowania  całej  rodziny.  Nie  był  też  szczególnie  zagorzałym  pijakiem,  nie  był,  choć  pracował  już  nawet  jako  dziennikarz.  Obecnie  w  jego  życiu  po  raz  kolejny  otwierał  się  nowy  rozdział,  ponieważ  praca  w  charakterze  dyrektora  do  spraw  rozwoju w agencji nieruchomości poprzedniego dnia  dobiegła  końca.  Właśnie  dlatego  Lauri  Lonkonen stał teraz w lodowatym morzu w kompletnie  przemoczonym  wyjściowym  garniturze.  Właściwie  był  to  prawdziwy  cud,  że  jego  ciało  nie 

10


dryfowało jeszcze  po niezmąconych  wodach  Zatoki  Fińskiej  lub  ewentualnie  nie  opadło  prościuteńko  na  dno,  ponieważ  Lauri  znalazł  się  w morskiej  głębi  kilka  godzin  wcześniej  –  spadł  ze  schodów  kąpielowych  szybkobieżnego  statku wycieczkowego. To przygnębiające, jak  często zdarzają się na świecie wypadki, duże i małe, nigdy nie ma im końca.   Lauri  uczestniczył  w  wyjazdowym zebraniu swojej firmy, zorganizowanym w restauracji  Casino  w  Hanko.  Ponad  dwudziestu  pracowników  agencji  nieruchomości  Świat  Mieszkań  pojechało  wynajętym  autokarem  z  Helsinek  do  Hanko,  by  zastanawiać  się  w spokoju  nad przyszłością  firmy  i  stojącymi  przed  nią  wyzwaniami.  Wszyscy  mówili  mądre  rzeczy  i emocjonowali  się  firmowymi  sprawami.  Lauri  Lonkonen  podczas  dobrze  przygotowanej  prezentacji  omówił  nowe  idee,  których  realizacja  wyniosłaby  ich  małą  agencję  do  kategorii  półciężkiej  w  bezpardonowym  świecie  rynku  mieszkań.  Zamysłem  Lauriego  było  stworzenie  dla klientów  ich  własnej  dewizy  życiowej,  ideologii,  w  ramach  której  zajmowano  by  się  już  nie  tyle zwykłym zamieszkiwaniem w nudnych pomieszczeniach, ile nowym stylem życia: człowiek  nabywałby  nowe  lokum,  urządzałby  je zgodnie  z  własnymi  i  rodziny  upodobaniami  i  żył  tak,  jakby  mieszkanie  było  przywdziewaną  na  noc  piżamą  i  mówiło  o  mieszkańcu  tyle,  ile  modna  kreacja wraz ze wszystkimi ozdobami mówi o jej właścicielu.   Pozostały  personel  i  inni  dyrektorzy  agencji  nie  całkiem  rozumieli,  co  nowego  było  w przesłaniu  dyrektora  do  spraw  rozwoju.  Czyż  ludzie  i  do  tej  pory  nie  urządzali  mieszkań  zgodnie  ze  swoimi  upodobaniami?  Czy  w  przyszłości  powinni  stać  się  wyznawcami  jakiegoś  mieszkanizmu,  urządzającymi  się  w  życiu  zgodnie  z  wymaganiami  świata  mody?  Jak  takie  myślenie miałoby podnosić wartość nieruchomości?   Lauri  Lonkonen próbował wyjaśnić, że kiedy już zgodne z modą zamieszkiwanie stałoby  się  powszechne,  ludzie  zaczęliby  zmieniać  mieszkania  regularnie,  a  to  oznaczałoby oczywiście  ożywienie  w  branży.  Znaki  wskazujące  ten  kierunek  były  widoczne,  chociaż  na  ogół  mieszkaniowej  mody  nie  dawało  się  jeszcze  zauważyć.  Człowiek  mógłby  więc  w przyszłości  zmieniać  mieszkanie  tak  jak  garderobę,  czy może raczej jak samochód. Kiedy auto się starzeje,  sylwetka  wkrótce  wychodzi  z  mody,  blacha  zaczyna  rdzewieć  i  trzeba  się  zabrać  za  naprawy.  Właściciel  nie  waha  się  ani  chwili  –  maszeruje  do  salonu  i  wymienia  swój  stary  złom  na  nowy.  Podobnie  powinno  się  działać  w  nieruchomościach.  Remontowanie  w nieskończoność  starej  nory  byłoby  niemodne.  Wychodzi  drogo,  a  i  ostateczny  rezultat  najczęściej  nie  jest  ani  zachwycający,  ani  stylowy,  ani  interesujący.  Nieustawny  rozkład  i te same  stare  ściany  jakoś  człowieka  drażnią.  A  w  nowej  chacie  można  by  intensywnie śledzić modne trendy i przy okazji  luźną gotówką nabijać kabzę agencji nieruchomości.    Lauri  Lonkonen  zdefiniował  swój  pomysł  jako  nową  Filozofię  Zamieszkiwania,  ale przewidywał,  że  z  łatwością  opracuje  zgrabniejszy  i  bardziej  chwytliwy  slogan,  jeśli  dostanie wystarczająco dużo czasu i jakieś fundusze na uszlachetnienie idei.      Żywa  prezentacja  nie  zainteresowała  kolegów  z  firmy,  a  pozycja  Lauriego  jako  dyrektora do spraw rozwoju – w szczególności dzięki nowym pomysłom – się nie wzmocniła. 

11


Drugiego dnia  wyjazdu  pewien  szwedzki  bankowiec  poprowadził  prezentację  jako  niezależny  ekspert  i  oznajmił,  że  u  nich  w  Szwecji  osiągnięto  wspaniałe  rezultaty  dzięki  rekrutacji  młodych  przebojowych  profesjonalistów.  W  niektórych  firmach  zwolniono  wszystkich  pracowników  powyżej  czterdziestego  roku  życia,  nie  zważając  na  ich  umiejętności  zawodowe  i motywację  do  pracy. Na ich miejsce zatrudniono młodszych, wielu nawet w wieku  dwudziestu  lat,  częściej  trzydziestu.  W  ten  sposób  stworzono  warunki,  w  których  można  było  uniknąć  równoczesnego  starzenia  się  pracowników.  W  rzeczy  samej  –  czterdziestolatkowie  w zastraszającym  tempie  robili  się  zupełnie  za  starzy.  Wkrótce  osiągnęliby  wiek  emerytalny  i jakżeby wtedy wyglądały sprawy firmy, jeśli młodych nie przyjęto by w porę do pracy.   Raport  został  entuzjastycznie  oceniony  przez  władze  Świata  Mieszkań,  a  szczególnie  przez 

młodych

pracowników.

Pozytywne

doświadczenia

Szwedów

zachęcały

do wprowadzenia  innowacji  również  w  małej  fińskiej  agencji  nieruchomości.  Później,  w nieformalnych  okolicznościach,  w  parku  restauracji  Casino,  dyrektor  generalny  firmy  Ralf  Soininen  wspomniał  Lonkonenowi,  że  ten  powinien  zacząć  myśleć  o  jakimś innym miejscu na  spędzanie  emerytury  niż  agencja  nieruchomości.  Lauri  zapytał,  czy  było  to  oficjalne  wypowiedzenie,  na  co  dyrektor  przyznał,  że  chyba  tak  można  by  tę  uwagę  interpretować.  Obiecał też szczodrze swojemu dyrektorowi do spraw rozwoju półroczną odprawę.  Lauri  zadumał  się  nad  swoim  wiekiem.  Rzeczywiście  skończył  w  zimie  czterdzieści  lat,  ale nie  czuł  się  jeszcze  całkiem  wyeksploatowany,  a  już  na  pewno  nie  myślał  dotąd  o emeryturze.  Firmowy  wyjazd  zakończył  się  po  południu  ożywczą  wycieczką  w  morze.  Świat  Mieszkań  wynajął  przestronny  i  szybki  statek  wycieczkowy,  na  którym  pracownicy  mieli  spędzić wieczór w Parku Narodowym Morza Archipelagowego. W kambuzie kucharz uwijał się,  przygotowując  smakowitą  kolację.  Na  obydwu  pokładach  serwowano  szampana,  wino  i piwo.  Nastrój  był  uroczysty  i  radosny  –  w  czasie  wyjazdu  ludzie  zdobyli  sporo  interesującej  wiedzy,  duch  współpracy  się  umocnił,  przynajmniej  wśród  młodych  pracowników,  pojawiły  się  też  piękne  plany  na  przyszłość  i  ogólnie  wrażenia  były  bardzo  przyjemne.  Sielankowy  nastrój  nie  ogarnął  jednak  wszystkich  uczestników.  Lauri  Lonkonen  i  inni  zaawansowani  wiekiem  pracownicy nie chcieli dołączyć do dobrej zabawy młodszych kolegów.   Lauri  skosztował  szampana  i  pogrążony  w  melancholijnych  myślach  zszedł  na  dolny  pokład,  a  potem  na  poziom  kąpielowy  na  rufie.  Zamknął  drzwi  prowadzące  do  mesy  i  usiadł  samotnie,  opierając  się  o  reling.  Miał  poczucie,  jakby  został  bez  powodu  skazany  na  surową  karę  gorszą  od  więzienia.  Bezużyteczny  do  końca  życia…  A  we  własnym  przekonaniu  był  jeszcze stosunkowo młodym człowiekiem.   Wieczorem,  o  zachodzie  słońca,  nad  morzem  rozsnuła się niewiarygodnie piękna mgła.  Metalowa  podłoga  na  pomoście  kąpielowym  pokryła  się  wilgocią. Na górnym pokładzie reszta  towarzystwa  głośno  się  bawiła,  w  sterówce  pytano  kapitana,  jak  szybki  jest  właściwie  ten  statek  i jakie  ma  przyśpieszenie.  Dyrektor  Soininen  nalegał  na  skipera,  by pozwolił  mu  przez  chwilę  popróbować  mocy  silników.  Ten  zgodził  się  niechętnie,  podkreślił  jednak,  że  nie należy 

12


robić żadnych  gwałtownych  ruchów  –  jacht  ma  silniki  o mocy  ponad  czterystu  koni  mechanicznych.   Otrzymawszy  zezwolenie,  Soininen  zasiadł  w  fotelu  sternika  i  położył  ręce  na manetkach  gazu.  Pociągnął  dźwignie  ostro  w  tył  i  sam  się  zdumiał,  kiedy  statek  wystrzelił  z pełną  prędkością  do  przodu.  Przyśpieszenie  było  tak  potężne,  że  siedzący  sobie  na  dole  na poziomie  kąpielowym  Lauri  Lonkonen  momentalnie  ześlizgnął  się  z  gładkiego  aluminiowego  pokładu  do  morza.  Statek  popruł  dalej,  zanim  biedak  zrzucony  do  wody  zdążył  się  chwycić  za  stopień  pomostu  kąpielowego.  Rozbawione  towarzystwo  nie  słyszało  wołania  kolegi,  który  trafił  w  głębiny,  gdyż  na górnym  pokładzie  wszyscy  krzyczeli  na  całe  gardło,  podekscytowani  prędkością.  Kapitan  przejął  na  powrót  kontrolę  nad  jachtem,  ale ten  był  już  daleko  od  młócącego  rękami  wodę  Lonkonena.  Wkrótce  statek  schował  się  za  mgłą.  Lauri  Lonkonen kąpał się samotny w zimnym morzu, samotny i bardzo bliski śmierci.   Nieszczęśliwy  i  bezrobotny  dyrektor  do  spraw  rozwoju  popłynął  w  stronę  północno-zachodniego,  połyskującego ognistoczerwonymi barwami horyzontu. Zachód słońca  był  niewiarygodnie  piękny.  Utonięcie  przy tak olśniewającym widoku wydawało się obrzydliwą  złośliwością  losu.  Lauriemu  stanęły  przed  oczami  obrazy  żony i dzieci oraz kolegów, a w końcu  przyszły  mu  do  głowy  także  nabożne  myśli.  Sytuacja  stała  się  tak poważna,  że  i bogowie będą  tu wkrótce mieli zajęcie. ☐   

13


14


15


KAROL I I NA VI L L I T

J A

L UI S T I ME T

16


TUULA KALLIONIEMI „KAROLIINA I NIEPOSKROMIONE ŁYŻWY”  Przełożyła Anna Homanowska    Kallioniemi, T., ​Karoliina ja villit luistimet​, wyd. Otava, Keuruu 2009, s. 7-21.    Nieposkromione łyżwy  Nadeszła zima. Wreszcie ziemię okrył śnieżny puch.  Na szkolne podwórko zawitało lodowisko.  Dzisiaj  grupa  Dzwoneczków  z  zerówki  będzie  jeździć  na  łyżwach.  Pan  Erkki  i  pani  Marjaleena pomagają dzieciom zawiązać sznurówki. Lśniące lodowisko czeka.  Lin  śmiga  już  na  drugim  końcu  zamarzniętego  boiska.  Ma  nowiusieńkie  białe  łyżwy  i różowy kombinezon z białym futerkiem na brzegach. Wygląda jak lodowa księżniczka.  A  niech  to!  Karoliina  zerka  na  czerwone  łyżwy,  które  dostała  po  swojej  kuzynce  Olivii.  Są już  trochę  wytarte  i  chyba  coś  jest  z  nimi  nie  tak.  Nogi  wykrzywiają  się  w  nich  pokracznie,  kiedy Karoliina próbuje wejść na lód. Czyżby ktoś rzucił na nie urok?  Karoliina stoi nieruchomo w śniegu, bo tylko tak może utrzymać równowagę.  – A ty? – pyta pan Erkki. – Dlaczego nie wchodzisz na lód?  – Moje łyżwy są zepsute – odburkuje Karoliina i patrzy na nie ze złością.  W oddali Lin wykonuje piruet.  – Łał! – krzyczy pani Marjaleena.   – Phi!​ – ​Karoliina prycha z niezadowoleniem.  Podczas  gdy  Kasperi  wije  się  po  lodzie  na  kolanach,  a  Tinka  trzyma  się  kurczowo ramienia pani Marjaleeny, Lin popisuje się jazdą do tyłu.  – Łał! – krzyczy pani Marjaleena.  – No, chodź – ponagla pan Erkki i ciągnie Karoliinę na lód.   Karoliina  od  razu  ląduje  na  pupie.  Ach!  Jazda  na  łyżwach  to  najgłupsze  zajęcie  pod słońcem. Nigdy więcej nie da ich sobie założyć! Sprzeda je na targu staroci i już!  Pani  Marjaleena  rozstawia  pomarańczowe  pachołki,  których  można  się  trzymać,  żeby  nie upaść.  Lin wywija esy-floresy naokoło pachołków. Z łatwością sunie na jednej nodze.  – Łał! – krzyczy pani Marjaleena.  Dość  tego!  Karoliina  bierze  rozbieg  i  gna  na  wykoślawionych  łyżwach  w  kierunku  Lin.  Za chwilę nasza lodowa księżniczka dostanie pstryczka w nos!  Rozbawiona Lin robi unik.   – Wyglądasz, jakbyś miała kacze płetwy zamiast nóg! – rechocze Werneri.  Karoliina  próbuje  dopaść Werneriego, ale nic z tego. Ktoś naprawdę rzucił jakieś dziwne  czary  na  jej  łyżwy.  Nie  pozwalają  Karoliinie  ślizgać  się  z  gracją  po  lodowisku.  Z  tego  wszystkiego rozbolały ją kostki. 

18


Karoliina pełznie  po  tafli  lodu.  Podjeżdża  do  niej  Auroora  i  zaraz  upada.  Teraz  strasznie  boli ją kolano.  – Zgadnij co​ ​– szepcze Karoliina.   Wygląda tak tajemniczo, że Auroora zapomina się rozpłakać.  – No? – pyta.  Karoliina rozgląda się na boki i szepcze:  – Moje łyżwy są zaczarowane.  – Jesteś pewna? – Auroora spogląda na łyżwy Karoliiny z powątpiewaniem.  – Chodź ze mną, to zobaczysz – mówi Karoliina.  Auroora waha się przez chwilę.  – Dam ci pojeździć – obiecuje Karoliina.  W końcu Auroora kiwa głową.  Nikt  nie  zauważa,  że  dziewczynki  zaczynają  wspinać  się  na  wielką  zaspę  i  już  po  chwili  za nią znikają.  Łyżwy  pokazują,  na  co  je  stać.  Sprawiają,  że  Karoliina  podskakuje  na  śniegu.  Każą  jej  robić  fikołki  ​i  wbiegać  na  górkę,  a  następnie  zjeżdżać  z  niej  na  stojaka.  Auroora  śmieje  się  na całe  gardło.  Nigdy  nie  widziała  czegoś  aż  tak  śmiesznego.  Buzia  Karoliiny jest już czerwona  jak jej łyżwy.  Łyżwy każą jej skakać w dal. Łyżwy kręcą Karoliiną jak bąkiem.  Auroora  chce  je  wypróbować,  ale dziewczynki nie umieją zawiązać sznurowadeł. Nic się  nie  stało.  Teraz  dopiero  szalonym  łyżwom  puszczają  hamulce.  Auroora  ląduje  raz  na  brzuchu,  raz  na  plecach.  Robi  na  miękkim  śniegu  aniołka  łyżwiarza.  Karoliina  chichocze,  stojąc  w śnieżnej zaspie w samych skarpetkach.  – Moja kolej! – wykrzykuje i już zakłada czerwone łyżwy na nogi.   Niezawiązane  sznurówki  powiewają  żwawo  na  wietrze.  Karoliina  brnie  przez  śnieg  niezdarnie  jak  kaczka,  która próbuje poderwać się do lotu. Nagle zza zaspy zaczynają dobiegać  śmiechy. Okazuje się, że wszyscy podziwiają popisowy występ nieposkromionych łyżew.  – Łał! – krzyczy pani Marjaleena.  – Ratunku, pomocy! Dłużej już nie wytrzymam! – kwęka zgrzana Karoliina.  Pan Erkki przynosi jej buty.   Karoliina  jest  ledwie  żywa.  Burczy  jej  w  brzuchu.  Na szczęście to łyżwiarskie szaleństwo  dobiegło już końca.  – Następnym  razem  dam  im  coś  na  uspokojenie  –  mówi,  wyszczerzając  zęby  w uśmiechu.  – Grube,  miękkie  wkładki  do  butów  i  dwie  pary  wełnianych  skarpet  bez  wątpienia  utrzymają twoje nieposkromione łyżwy w ryzach – zgadza się pan Erkki.    Niedźwiedź  Zimą w lesie jest inaczej niż latem. Zimą w lesie nic się nie dzieje. 

19


– Ależ  można  się  dowiedzieć  tego  i  owego,  jeśli  się  poobserwuje  ślady  zwierząt  –  mówi  pan Erkki.  – Albo  ich  bobki!  –  wykrzykuje Werneri. – Bobki łosia są większe niż bobki królika! Chyba  że łoś ma biegunkę. Wtedy nie ma bobków, tylko takie błotko.  – Ślady lisa wyglądają jak sznur pereł! – Tinka to wie.  Viljami pokazuje, jak podskakuje królik.  – A ja widziałam ślady łuskowca! – dumnie oznajmia Lin i sprawdza, czy każdy usłyszał.   Wszyscy wybuchają śmiechem.  – Nie ma czegoś takiego! – krzyczy Karoliina.  – A  może  to  jakieś  połączenie  ryby  i  owcy?  –  zaczyna  rechotać  Kasperi.  –  Pływa  w stawku czy mieszka w stadku?  – Łuskowce  istnieją!  Sama  widziałam,  w  Chinach!  –  przekrzykuje  się  Lin.  –  Mają  łuski  i wyglądają  jak  wielkie  szyszki.  Nie  mają  zębów,  tylko  silne  pazury  i  lepki  jęzor.  I  tym  jęzorem  wyłapują mrówki, jeśli chcecie wiedzieć! Łuskowce są ZA-GRO-ŻO-NE!  – A ja widziałam w Grecji kupę żółwia! – Iinie też zebrało się na wspomnienia.  – A ja widziałem w telewizji sorykotkę! – zawiadamia Kaapo.  – Mówi się sorykatka, a nie sorykotka! – poprawia go Essi.  – Chyba raczej surykotka – twierdzi Valtteri.  – Mówi  się  surykatka.  A  teraz  pójdziemy  do  lasu  zapoznać  się  z  naszymi  fińskimi  zwierzętami – mówi pani Marjaleena i popędza dzieci, żeby się raz-dwa ubierały.  Karoliina  uważa,  że  pani  Marjaleena  wygląda  na  nieco  przemęczoną.  Może  przydałoby  się jej więcej snu? Może powinna wziąć przykład z niedźwiedzi i zapaść w długi sen zimowy?    W małym świerkowym zagajniku widać wiele śladów.  – Tędy biegł wilk! – wykrzykuje Karoliina głosem pełnym grozy.   Dolna  warga  Tinki  zaczyna  drżeć,  ale  pan  Erkki  mówi,  że  to  mysz  przedreptała  po śniegu.  Ktoś zachichotał za zasłoną gałęzi.  – Uważajcie, to chochlik! Bu! – woła Karoliina.  – Sikorka – poprawia pan Erkki.  Śnieg zlatuje ze świerkowej gałęzi.   – Wilk! Auuu! – wykrzykuje Karoliina.   Auroora chwyta dłoń pani Marjaleeny.  – To tylko wiewiórka szuka szyszek – uspokaja ją pan Erkki.   A  niech  cię!  Zimą  w  lesie  nie  dzieje  się  nic  a  nic  ciekawego  –  myśli  z  żalem  Karoliina.  Przykłada  rękę  do  czoła  i  rozgląda  się  bacznie.  Za  świerkami  wznosi  się  pagórek.  Na  jego  zboczu  widać  jakąś  dziurę.  Czyżby  tam  była  gawra?  Zimą  niedźwiedzi  nie  trzeba  się  bać,  bo podobno  śpią  w  niej  jak  zabite  aż  do  wiosny.  Chyba  można  zajrzeć  bez  strachu  do  ich  legowiska? 

20


Ciekawe, jak  może  wyglądać  dom  niedźwiedzia.  Ma  dużo  pokojów?  Może  niedźwiedź  ogląda  coś  sobie  co  wieczór  na  małym  telewizorku?  Niewykluczone  też,  że  ma  jakiś  fajny  plakat  na  ścianie.  Niepochowane  naczynia  suszą  się  na  zlewie  przez  całą  zimę.  Pięć  słojów  miodu  stoi  dumnie  w  szafce.  Przygotowane  drewka  czekają,  żeby  nimi  rozgrzać  saunę.  Kiedy  niedźwiedź się obudzi, jak nic najdzie go ochota, żeby się solidnie wygrzać.  – Kapseli, pokażę ci coś ekstra – szepcze Karoliina.   Kasperi czmycha za nią do zagajnika.  – Legowisko niedźwiedzia! Ta-dam! – mówi Karoliina i prezentuje dziurę.   Kasperi schyla się, żeby lepiej widzieć.  – Łał! – chłopiec nie kryje zdziwienia.  – Tam sobie poleguje w swoim zielonym śpiworze – szepcze Karoliina.   Kasperi  parska  śmiechem  i mówi, że niedźwiedź nie ma żadnego śpiwora. Niedźwiedzie  gromadzą  latem  pod  futrem  tyle  zapasów,  ile  się  da,  żeby  potem  nimi  nie  trzęsło.  Zimą  nie muszą wstawać nawet na jedzenie.  Karolina udaje, że nie słyszy. Zsuwa się na czworakach i zagląda przez dziurę do środka.  – Postawił swoje czerw​one​ filcowe buty na piecu, żeby się wysuszyły – mówi po cichu.  Kasperi nie odpowiada.  – Na regale ma elementarz i ​Kubusia Puchatka​ – ciągnie Karoliina.   Kasperi wciąż milczy.  – Nie wierzysz? – pyta Karoliina i odwraca wzrok w jego stronę.  Kasperi  leży  na  ziemi  cichutko  jak  myszka.  Obok  niego  człapie  przeogromny  niedźwiedź!  – Udawaj trupa, to sobie pójdzie – wyszeptuje Kasperi zachrypniętym głosem.  Karoliina  gapi  się  na  niedźwiedzia.  Wygląda  na  szalenie  grzecznego.  Przechyla  głowę  na boki i wygląda, jakby się śmiał.  – Dzień dobry – mówi Karoliina. – Był pan na zakupach? Ma pan fajny dom.  Niedźwiedź macha ogonem. Zabawne. Jeśli Karoliina się nie myli, niedźwiedzie nie mają  ogonów.  W  bajce  było  tak:  lis  powiedział  niedźwiedziowi,  że  jeśli  wsadzi  swój  ogon  do zamarzniętego  jeziora,  to  złapie  na  niego  dużo  ryb.  Ale  tak  się  nie  stało,  bo  zamiast  tego  dziwaczna wędka zamarzła w przerębli i odpadła od niedźwiedziego siedzenia na zawsze!  – Ma pan fajny ogon – mówi Karoliina.  – Muffe! Do nogi, ale już! Niedobry pies! – woła ktoś od strony drogi wijącej się za lasem.  – Pies! Ratuj się kto może! – wrzeszczy Karoliina i rzuca się na gałąź oblepioną żywicą.   Muffe czmycha, gdzie pieprz rośnie.  Pan Erkki przywołuje dzieci do siebie.   – Zauważyliście coś ciekawego? – pyta pani Marjaleena.  – Nic wielkiego – mamrocze Karoliina. – Tylko jednego niedźwiedzia o imieniu Muffe.   Muffe  czy  niedźwiedź  –  jeden  pies,  myśli  sobie  Karoliina.  Tak  naprawdę  wcale  nie wyglądał  na  bardzo  groźnego.  Może  któregoś  dnia  się  obudzę  i już nie będę się bała psów.  Kto wie. ☐

21


22


23


24


ANNELI KANTO „KRWAWE RÓŻE”  Przełożyła Marta Laskowska    Kanto, A., ​Veriruusut​, wyd. Gummerus, Helsinki 2008, s. 56–61.     Agitatorka  przyglądała  się  słuchaczom  od  pierwszego  rzędu  do  ostatniego,  jakby  sprawdzając,  czy  wszyscy  zrozumieli,  o  jak  poważną  sprawę  się  rozchodzi.  Poprawiła  kartki,  odgarnęła  niesforny  kosmyk  włosów  za  ucho  i  z  wdziękiem  zwilżyła  wargi,  po  czym  kontynuowała wyraźnie, podnosząc i ściszając głos oraz robiąc wymowne pauzy:  – Klasa robotnicza Finlandii stanęła przed historyczną szansą i wzięła swój los we własne  ręce.  Dopóki  bowiem  władzę  będzie  dzierżyć  żądna  krwi  klasa  burżuazyjna,  dopóty  ucisk  nie ustanie,  a  łzy  proletariatu  nie  wyschną.  Jeśli  warto  było  cierpieć,  gnić  bez  godności,  bez praw  człowieka  i  bez  zwykłych  podstawowych  szans,  to  na  pewno  takie  życie  warto  też  poświęcić  w imię  wolności.  Proletariat  nie  ma  nic  do  stracenia  oprócz  kajdan  i nędzy,  natomiast  do  zdobycia  są  wszystkie  radości  życia.  Żadna  rewolucja  nie  jest  donioślejsza,  wspanialsza  w  szlachetnej  ofiarności  i  nieugiętym  bohaterstwie  niż  ta rewolucja  proletariatu  Finlandii.  A  zatem:  towarzysze,  niech  nikt  nie  odstępuje  od  tej  walki,  niech  nikt  ani  chwili  się  nie waha!  Na  koniec  przemowy  powiedziała,  że  kobiety  powinny  być zaangażowane w walkę klas  na równi  z  mężczyznami.  W  Helsinkach  już  utworzyły  się  kobiece  oddziały  zbrojne,  a teraz  oczekiwano, że towarzyszki z Häme zorganizują takie same.  To zrozumieli wszyscy. Na sali zapadła cisza.  Panna  Elviira,  stukając  sznurowanymi  trzewikami,  zeszła  z  mównicy,  usiadła  w pierwszym  rzędzie,  zgrabnie  skrzyżowała  kostki  i  położyła  ręce  na  kolanach.  Edla  od Vilanderów,  na  której  barkach  spoczywała  organizacja  ruchu  kobiecego  już  od  czasu  wielkiego  strajku,  podniosła  rękę  i wmaszerowała  na  mównicę.  Policzki  miała  purpurowe  z emocji. Propozycja panny Elviiry niemalże ją rozjuszyła.  – Do  jasnej  cholery,  przecież  to  straszne,  że kobieta łapie za broń! – głos Edli wręcz drżał  z oburzenia.  –  Kobiecy  ruch  robotniczy  jest  ruchem  pokojowym  i  takim  pozostanie.  To baby  mają  teraz  awanturować  się  z  pistoletami  tak  jak  chłopy?!  Przecież  baby  mają  co robić,  bo zajmują  się  dziećmi  i  mężami,  i  jeśli  któraś  teraz  koniecznie  chce  bawić  się  w wojenki,  to przecież  Czerwona  Gwardia  ma  Czerwony  Krzyż,  niech  więc  tam  idzie  pomagać  rannym  i chorym.  Skąd  to szaleństwo  się  wzięło?!  Na  pewno  nie  z  ruchu  kobiet!  Jeśli  takie  studentki,  co to  nigdy  w  życiu nie pracowały ani nie były w socjaldemokratycznym ruchu kobiecym – jeśli  one  przyjdą  was  namawiać  do  takich  głupot  tych  z  Helsinek,  to,  drodzy  towarzysze,  nie słuchajcie ich!  Edla  dostała  brawa.  W  głębi  sali  słychać  było  niepewne  pomruki  i  szmery.  Głowy  poobracały  się  do  siebie  nawzajem,  gdy  słuchacze  zaczęli  zastanawiać  się  i  szeptać  do siebie, 

26


która z  nich  ma  rację.  Do  agitatorki  wielu  odnosiło  się  podejrzliwie  już  choćby  z  racji  jej  pańskiego wyglądu.  – Czego  ona  tu  przyjeżdża  i  przechwala  się,  że  taka  wykształcona  –  szeptano.  –  Myśli,  że taka ważna.  Z  tyłu  sali  rozległ  się  odgłos  ciężkich  kroków.  Siedzący na ławie robili miejsce, szeleściły  spódnice,  kolana  odsuwały  się  na  boki,  żeby  mogła  ich  minąć  potężna  kobieta.  Przemawiać  szła Saima z papierni.  Dziewczęta  z  fabryki  wyciągały  szyje  i  patrzyły  na  Saimę  z  otwartymi  ustami  i  pełne  podziwu,  że  odważyła  się  zabrać  głos,  chociaż  w  pierwszych  rzędach  zasiadali  członkowie  komitetu  rewolucyjnego  i  Estlin,  a  za  nimi  na  ławach  tłoczyły  się  inne  chłopy.  Saima nie miała  żadnego  stanowiska  w  stowarzyszeniu  robotniczym  ani  w  ruchu  kobiecym  –  była  po  prostu  zwykłą  babą.  Mimo  jej  energiczności  do  żadnego  stowarzyszenia  jej  nie zapraszano,  bo  gębę  miała niewyparzoną i potrafiła pokłócić się z każdym.  Saima  wtargnęła  na  mównicę,  chwyciła  za  brzegi  blatu  i  zaczęła  szybko  mówić,  tak jakby całe życie stamtąd wygłaszała kazania:  – Zgadzam  się  oczywiście  z  Edlą,  że  straszne  by  to  było,  gdybyśmy  my,  kobiety,  ruszyły  z bagnetem przeciwko naszym rosyjskim towarzyszom lub poszły na robotników innego kraju.  – Dobrze gada! – krzyknęła Edla.  – Ale  teraz  sytuacja  jest  wyjątkowa.  My  nikogo  nie  będziemy  napadać,  bo  my  bronimy  robotniczej  władzy,  żeby  rzeźniki  jej  nam  nie  zabrali.  To  jest  decydująca  chwila,  gdy  się  wyjaśnia,  jaki  nasz  kraj  będzie  i  kto  będzie  nim  rządził.  Czy  tu  będą  rządzić  rzeźniki,  czy robotnicy?  Takiej  chwili  już  nie  będzie.  I  dostaniemy  jeszcze  pomoc  z  Rosji.  Dlatego  baby  muszą  iść  do rewolucji tak samo, jak idą chłopy. Trzeba odpłacać krzywdą za krzywdę i do tego  potrzeba każdej z nas.  Edla  Vilander  wyglądała  na  wstrząśniętą,  ale  agitatorka  Elviira  z  pierwszego  rządu  pokrzykiwała  z  aprobatą  i  klaskała  miękkimi  dłońmi  tak,  że  kaszkiet  maturzystki  kołysał  się  na jej  głowie.  Działacze  komitetu  rewolucyjnego  poszli  za  jej  przykładem  i  także  zaczęli  klaskać. Dziewczęta z fabryki poprawiały się na swoich miejscach i wymieniały uśmiechy.  – To  jest  taka  jedna  Saima  z  papierni.  Moja  znajoma  z  roboty  –  mówiły  siedzącym  obok  i kiwały głowami. – Ta to jest mocna w gębie.  Z przodu Saima kontynuowała podniesionym głosem:  – Bo myśmy, baby, nadawały się do tej pory do tyrania w fabryce i na budowie, to czemu  mamy  nie  być  zdatne  do  noszenia  karabinu?!  Nosiłam  gips  na  budowie,  a  karabin  lżejszy  niż wiadro  gipsu.  Albo  wiadro  ze  zlewkami.  W  ich  noszeniu  my  wszystkie  mamy  wprawę  jak cholera.  Na to rozległ się śmiech. Saima mówiła coraz odważniej:  – A  tak  w  ogóle,  i powiem tutaj także to, papiernia jest zamknięta i my nie mamy roboty  ani  w  Valkeakoski  nikt już nie ma zarobku, więc jak my i nasze dzieciaki przeżyjemy? W kuchni  Gwardii  i  w  Czerwonym  Krzyżu  kobiety  dostają  siedem  marek  na  dzień,  i  dobrze,  jak  dostają  jeszcze to, ale tam nie biorą kobiet już więcej. 

27


Słuchacze wiedzieli,  że  Heikki,  mąż  Saimy  leży  w  domu  sparaliżowany  i  mimo  bezwładnych nóg  próbuje  zajmować  się  niemowlęciem  w  czasie, gdy Saima w fabryce zarabia  do sakiewki  na  utrzymanie  swoich.  Heikkiego  przygniotły  kłody  i  ani  nie  mógł  chodzić,  ani nie otrzymywał  renty,  ponieważ  rzekomo  nie  było  jasne,  dla  kogo  pracował  w momencie  wypadku.  W  fabryce  papieru  twierdzili,  że  kłody,  które  były  przyczyną  nieszczęścia,  należały  do tartaku  i to  on  miał  wypłacić  odszkodowanie,  ale  ludzie  z  tartaku  tłumaczyli,  że mężczyzna  figurował na liście płac w fabryce i to ona za niego odpowiadała.  Saima zrobiła taką samą pauzę jak agitatorka i przyjrzała się publiczności od pierwszego  do ostatniego rzędu, po czym wyrzuciła z siebie wiadomość:  – Dniówka  w  Czerwonej  Gwardii  to piętnaście marek, a rodziny gwardzistów mogą brać  jedzenie  z  kuchni  Gwardii.  I  płacą  jeszcze  sto  marek  żonie  i  dwadzieścia  pięć  każdemu  dzieciakowi  na  miesiąc.  Bo  jak  kobiety  pójdą  do  Gwardii  i  wezmą  broń,  to  będą  musieli płacić  nam  taką  samą  dniówkę, karmić nasze rodziny zapasami Gwardii i płacić na utrzymanie dzieci,  bo tak samo się narażamy. I właśnie tego zdania jestem.  Saima  dostała  gromkie  brawa.  Pomysł  był  dobry.  Pracy  nie  było,  a  więc nie było i płacy.  Z powodu  braku  pieniędzy  do  izb  i  komórek  zaczął  zaglądać  głód.  Czerwona  Gwardia  dawała  zajęcie,  jedzenie  i  dobrą pensję. Dzięki niej pracę mieli także szewcy, krawcy, piekarze i kowale.  Pieniędzy  przecież  było  dosyć,  ponieważ  Delegatura  Ludowa  drukowała  własne  w  Wyborgu  w takich  ilościach,  żeby  się  nie  skończyły.  Władza  ludowa  dbała  o  swoich.  Niektóre  baby  były  tak zaaferowane, że aż zaczęły się przekrzykiwać.  – Brawo, Saima!  – Dobrze gada!  – Popieram!  – Takiej samej płacy jak dla mężczyzn!  – Piętnaście marek i dla nas!  – Stworzyć kobiecą gwardię w Valkeakoski! ☐   

28


29


30


SIMO MUIR ,,JUŻ NIE PRZYCHODZĄ LISTY Z POLSKI.  TRAGICZNA HISTORIA PEWNEGO  ŻYDOWSKIEGO RODU”  Przełożyła Marta Laskowska    Muir,  S.,  ​Ei  enää  kirjeitä  Puolasta.  Erään  juutalaissuvun  kohtalonvuodet​,  wyd. Tammi, Helsinki 2016, s. 48–50, 107–108, 250–251.    s. 48–50      Helsinki, 30 listopada 1939    Rano  w  poniedziałek  30  listopada  lekcja  matematyki  Hansu  w  Szwedzkim  Liceum  Dziewczęcym  (szw.  Svenska  Flicklyceet)  na  Bulwarze  (fiń.  Bulevardi)  właśnie  się  zaczynała,  gdy nagle  ogłoszono  przez  megafony  alarm powietrzny. Twarz nauczyciela zrobiła się szara jak  popiół.  Po  chwili  dyrektor  poinformował,  że  wszystkie uczennice mają iść schronić się w parku  przy  Starym  Kościele  (fiń.  Vanha  kirkko),  ponieważ  panowało  przekonanie,  że  załogi  bombowców  nie będą  strzelać  do  cywili  w  takim  miejscu.  Hansu  jednak  nie  odważyła  się  zostać  tam  z  innymi,  ponieważ  wcześniej  słyszała  plotki  o  ewakuowaniu  dzieci  na  wieś  w obawie  przed  bombardowaniami.  Popędziła  wprost  do  znajdującego  się  dwieście  metrów  dalej  biura  ojca  na ulicy  Centralnej  (fiń.  Keskuskatu).  Gdy  tam  dotarła,  na  miejscu  zastała  już  Pipsu.  Wybuchła  wojna  radziecko-fińska.  Wszystkich  żydowskich  żołnierzy  rezerwy  tak  jak  innych  obywateli  zobowiązanych  do  służby  wojskowej  wysłano  na  front.  Także  dawni  koledzy  z klasy  Pipsu  z  Żydowskiej  Szkoły  Powszechnej  zostali zmobilizowani, a wśród nich Ruben, syn  Abrahama  Stillera.  Żydówkom  nie  wolno było wstępować do kobiecej organizacji pomocniczej  Miecz Lotty (szw. Lotta Svärd), ponieważ jej członkiniami mogły być tylko chrześcijanki.  W  grudniu  Helsinki  znów  doświadczyły nalotów i tym razem od bliskich eksplozji bomb  wszystkie  okna  w  mieszkaniu  rodziny  Bernharda  wypadły  na  ulicę.  Blaugrundowie  nie  mogli  więc  zostać  dłużej  w  domu  i  natychmiast  wyjechali  z  Helsinek.  Bernhard,  Vera,  Nenne  i  Pupu  pojechali  samochodem  do  miasta  Kauniainen,  dokąd  wcześniej  został  ewakuowany  jeden  z braci  Very.  Hansu  i  Pipsu  natomiast  udały  się  piechotą  w  tęgi  mróz  do rodziny  Gröndahlów  w mieście  Kirkkonummi.  Nie  miały  na  sobie  porządnych  okryć,  więc  zmarznięta  do  szpiku  kości  Hansu  chciała  się  poddać  w  połowie  drogi.  Pipsu  jednak zmusiła ją do dalszej wędrówki.  Na pół żywe dotarły w końcu do celu. 

32


Bernhardowi udało  się  wynająć  od  Borisa  Gindina,  sprzedawcy  tkanin  i  sąsiada  z ulicy  Cygnaeusa,  letni  dom  w  Kauniainenie  i  wkrótce  rodzina  znów  była  razem.  Parter  daczy  dzielił  się  tylko  na  dwa  pomieszczenia:  w  przedpokoju  spali  rodzice,  a  w  sypialni  –  dzieci.  Hansu  i Pupu  musieli  spać  razem  na  materacu  rozłożonym  na  podłodze,  ponieważ  brakowało  łóżek.  Kucharka  Blaugrundów  spała  w  kuchni.  Piętro  zostało  zajęte  przez  Walterów  z  Wiednia  i  ich  córki.  Na  czas  ewakuacji  Bernhard  zorganizował  w  Kauniainenie  zakwaterowanie  także  dla rabina  gminy żydowskiej w Helsinkach doktora Szymona Federbusza, jego żony Taube i ich  synów:  dziewięcioletniego  Uriela  i  trzyletniego Emanuela. Wykształcony w Wiedniu Federbusz  także  pochodził  z  Polski,  gdzie  stał  na  czele  religijnego  ruchu  syjonistycznego  Mizrachi.  Był  również  posłem  na  sejm.  Helsińska  społeczność  żydowska  długo  szukała  rabina,  który  miałby  tytuł  naukowy  doktora,  aż  w  końcu  udało  się  sprowadzić  Federbusza.  Przybył  on  do  Finlandii  w 1931  roku  i  wtedy  został  także  naczelnym  rabinem  kraju.  Swoją  gminą  zarządzał  ortodoksyjnie i szczególnie zagorzale sprzeciwiał się małżeństwom mieszanym.  Na  dworze  panował  wyjątkowo  srogi  mróz,  więc  wieczorami  Hansu  i  Pupu  kłócili  się,  kto  wejdzie  pierwszy  do  lodowatego  łóżka,  żeby  je  ogrzać.  Wiedeńczycy  w  ogóle  nie  byli  przyzwyczajeni  do  zimna,  więc  cierpieli  katusze  przy  minus  czterdziestu  stopniach.  W  domu  nie  było  bieżącej  wody  i  trzeba  było  ją  przynosić  z  dworu,  ze  studni  skutej  grubym  lodem.  Podczas  alarmów  powietrznych  Vera  gnała  mieszkańców  daczy  na  trzaskający  mróz  do lasu.  Któregoś  razu  jednak  dała  za  wygraną  i  powiedziała,  że  woli  umrzeć  od  bomb  niż  z zimna.  Kauniainen  nie  został  jednak  zbyt  silnie  zbombardowany, ponieważ mieszkali tam pracownicy  ambasad różnych krajów.  Bernhard  jeździł  codziennie  do Helsinek pilnować interesu. Wracał z mięsem kupionym  w  jatce  gminy  żydowskiej,  dlatego  że  członkowie  rodziny,  chociaż  nie  byli  bardzo  religijni,  przestrzegali  reguł  koszerności.  W  siarczysty  mróz  po  przytarganiu  ciężkich  siat  z jedzeniem  do stojącej  na  górce  daczy  Bernhard  jednak  postanowił,  że  ,,teraz  to  już  dosyć!’’  –  i Blaugrundowie 

od

tego

momentu

przestali

zwracać uwagę  na  zasady  wiary 

przy przygotowywaniu jedzenia.      s. 107–108      Helsinki – Warszawa, wczesna jesień 1942     Pewnego  wczesnojesiennego  dnia  do  biura Bernharda na ulicy Centralnej przyszedł list  od zupełnie  obcej  nie-Żydówki  z  Warszawy.  Uznał  to  za  dziwne,  że  nieznajoma  Polka  kontaktuje  się  z  nim.  Nazwisko  Stanisława  Sadowska  nic  a  nic  mu  nie  mówiło,  ale  na podstawie  szczegółów  i  aluzji  zawartych  w  liście  z  przerażeniem  uświadomił  sobie,  że nadawcą  jest  jednak  Blanka,  która  ukrywała  się  z  Adkiem  i  siostrzenicą  Bianką  w Warszawie. Blanka prosiła Bernharda o pomoc. 

33


Po dotarciu  do  Warszawy  Blanka  skontaktowała  się  ze  swoją  polską  przyjaciółką,  która  przyjęła  ich  do  siebie  i  obiecała  pomóc.  Dzięki  jej  wsparciu  Blanka  i  dzieci  zdobyły  fałszywe  dokumenty  na  popularne  w  Polsce  nazwisko  Sadowski.  Blance  udało  się  znaleźć  pracę  w kawiarni  w  centrum  Warszawy  i  u  pewnej  starszej  polskiej  pary  wynajęła  pokój  niedaleko  śródmieścia.  Kobieta  mieszkała  z  dziećmi  po  aryjskiej  stronie  i  mogła  sobie  tylko  wyobrażać,  jak wygląda życie w getcie.  Blanka  zaczęła  otrzymywać  od  krewnego  z  Finlandii  paczki,  które  pozwoliły jej, Adkowi  i Biance  związać  koniec  z  końcem.  Bernhard  zdawał  sobie  sprawę,  że  musi  wystrzegać  się  aluzji do Żydów, i wpisywał na blankiecie pocztowym zmyślone polskie nazwisko nadawcy.    s. 250-251      Epilog  Łódź 2011 – Oświęcim 2014    Dwudziestego  siódmego  sierpnia  2011  roku  znalazłem  się  z  Neną  ,,Natką”  Kafką  na lotnisku  Helsinki-Vantaa.  Stamtąd  udaliśmy  się  rejsem  LOT-u  do  Warszawy.  Zamierzaliśmy  dotrzeć  do  Łodzi,  żeby  obejrzeć  miejsca,  w  których  mieszkali  Blaugrundowie:  babka  Neny  Gitla-Basia  i  wuj  Perec.  Pomysł  podróży  narodził  się,  gdy  przeprowadzałem  z  Neną  wywiad  do tej  książki,  a  ona  od  czasu  do  czasu  napomykała  z żalem,  że  nigdy  nie  była  w  Łodzi,  dokąd  do  szkoły  miała  wyjechać  we  wrześniu  1939  roku.  Wojna  jednak  poprzewracała  wszystko  do góry nogami. W końcu postanowiliśmy, że pojedziemy tam razem.    Zauważyliśmy,  że  w  czasie  naszego  pobytu  odbywa  się  w  Warszawie  festiwal  kultury  żydowskiej  imienia  Isaaka  Bashevisa  Singera.  Dołączyła  do  nas  bardzo  zainteresowana  wydarzeniem  reżyserka  teatralna Mikaela Hasán, która działała w popularyzującym język jidysz  stowarzyszeniu  Idishe  vort.  Współpracowałem  z  nią  przy  kilku projektach teatralnych w jidysz.  Pochodząca z Kowna babka Mikaeli, Nuta, oraz Nena były kiedyś znajomymi.  Wylądowaliśmy  wieczorem  na  Lotnisku  Chopina,  skąd  taksówką  pojechaliśmy  w kierunku  centrum,  na  Aleje  Jerozolimskie.  Minęliśmy  hotel  Polonia,  gdzie  wuj  Neny,  Bernhard  Blaugrund, mieszkał w 1946 roku, gdy prowadził negocjacje w sprawie sprowadzenia  żydowskich  sierot  do Finlandii.  W  końcu  zatrzymaliśmy  się  na  rogu  alei  Jana  Pawła  II  i  ulicy  Grzybowskiej, gdzie znajdował się nasz hotel Mercure.  Następnego  dnia  przy  śniadaniu  przyjrzeliśmy  się  mapie  i  ustaliliśmy  plan  dnia.  Udaliśmy  się  na  Stare  Miasto.  Był  piękny  słoneczny  dzień,  więc  spędziliśmy  tam  dużo  czasu.  Renesansowe  i barokowe  domy  oraz  kościoły  wyglądały  wspaniale.  Trudno  było  pojąć,  że one  wszystkie  zostały  odbudowane  po  wojnie  ze  stert  gruzu.  Ze  Starego  Miasta  poszliśmy  na Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, gdzie był dużo sklepików i kawiarni.  Drugiego  dnia  postanowiliśmy  poznać  bliżej  historię  warszawskich  Żydów.  Na  dobrą  sprawę  nasz  hotel  znajdował  się  na  obrzeżach  Muranowa,  dawnej  dzielnicy  żydowskiej, 

34


oraz na terenie  istniejącego  w  czasie  wojny  getta. Adres parceli obok hotelu to Grzybowska 32,  skąd  Bernhard  otrzymywał  listy  od  mieszkającej  w  getcie  krewnej  Heli Gutkin. W tym miejscu  stał  teraz  budynek  pochodzący  z  czasów  powojennych.  W  pobliżu,  obok  zabudowań  doby  komunizmu,  w  ostatnich  latach  wyrosło  wiele  wieżowców  i  nasz  hotel  mieścił  się  w  jednym  z nich.  Za  nim,  trochę  jakby  w  ukryciu,  znajdowała  się  synagoga  Nożyków  –  jedyna  w Warszawie,  która  się  zachowała.  Obok  niej  stał  biurowiec  Związku  Gmin  Żydowskich.  Jego  remont wsparła zaraz po wojnie gmina z Helsinek poprzez wysyłkę tapet. ☐ 

35


36


37


38


SAMI ALEKSI HAKKARAINEN „NESCITUS”  Przełożyła Ida Matysek    Hakkarainen, S.A., ​Nescitus​, wyd. Osuuskumma, Tampere 2018, s. 7-10, 188-189.    s. 7-10    MIASTO JEST WIECZNE.  MIASTO JEST BEZKRESNE.  POZA MIASTEM NIE MA NIC.    Miasto  było  obecne  we  wszystkim.  Miasto  było ulicami, Miasto było powietrzem, Miasto  było  niebem  i  jego  granicami.  Pośrodku  Miasta  znajdowało  się  miejsce  zwane  Kapitolem  –  wielkie  centrum  o  kształcie  okręgu,  z  którego  rozchodziło  się  dwanaście  sektorów  miasta  tak  daleko, jak tylko wzrok sięgał.   Nikt  nie  wiedział,  jak  daleko  rozpościera  się  Miasto,  nikt  też  nie  widział  jego  początku.  Budynki  Miasta  spoczywały  jedne  na  drugich  w  taki  sposób,  że  każde  piętro  tworzyło  podstawę  pod  platformę  ulicy  następnego  piętra.  Pośrodku Miasta wznosiła się wieża, o której  mówiło  się,  że  jest  jego  najstarszym  budynkiem – a ponieważ mówiło się też, że Miasto istniało  od zawsze,  nikt  nie  wiedział,  kto  właściwie  ową  wieżę  zbudował.  Nikt  nigdy  nie  był  na  jej  szczycie.  Pomiędzy  opuszczonymi  a  zamieszkanymi  dzielnicami  Miasta  wznosiło  się  ogrodzenie,  utrzymywane  przez  Urząd  Bezpieczeństwa.  Rozpościerające  się  za  nim  opustoszałe  miasto  znano  jedynie  pod  nazwą  Strefy  Zewnętrznej.  Ludzie  przemilczali  jej  istnienie,  a  przechodząc  obok  jej  bram,  odwracali  wzrok.  Jedynie  strażnicy  Urzędu  Bezpieczeństwa  mieli  stosowne  pozwolenie  na przebywanie  w  Strefie  Zewnętrznej  –  a  i  to  tylko  po  to,  żeby  wszystkich,  którzy  się tam zabłąkali, odprowadzać z powrotem do Miasta.  Ludzie  przemieszczali  się  do  pracy  samochodami,  pociągami  i  metrem.  Wraz  z nadejściem  pierwszej  godziny  pracy  hologramy  wyświetlane  na  ścianach  wieży  budziły  się  i zaczynały  powtarzać  hasła  o  wieczności  Miasta.  Wszędzie  panował  ciągły  mrok,  rozświetlany  jedynie  przez  poświaty  reklam  i  niegasnący  blask  ulicznych  latarni.  Nie  było  ranka,  nie  było  południa ani wieczoru – obowiązywała jedynie umowna pierwsza godzina pracy.   Białe  hale  Urzędu  wypełnione  były  poustawianymi  obok  siebie  biurkami,  przy  których  siedzieli  urzędnicy  i  stukali  w  klawiatury  komputerów.  Jednym  z  nich  był  Samuel  Markham.  Pan 

Markham

był

sumiennym

pracownikiem,

którego

życie

było

zasadniczo

podporządkowane podobnym  matematycznym  zasadom  jak  jego praca. Niekiedy zastanawiał 

40


się, czy  byłby  w stanie  wyliczyć  na  podstawie  statystyk,  gdzie  będzie  o  jakiej  porze  i  co będzie  robił. Przybity zgadywał, że najprawdopodobniej wyliczenia byłyby zgodne z prawdą.  Wszystko  się  jednak  zmieniło,  gdy  pewnego  dnia  pan  Markham  otrzymał  faks  od nieznanego  nadawcy.  W  dokumencie  znajdował  się  krótki  ciąg  liczb,  ale  brakło  na  nim  imienia  nadawcy  czy  polecenia.  Markham  gapił  się  na  faks,  nie  wiedząc,  co  z  nim  począć.  Rozejrzał  się  dookoła  i  zauważył,  że  szef  zerka  na  niego.  Markham  westchnął,  odłożył  faks  na bok i postanowił wrócić do sprawy po pracy.   W  drodze  do  domu  Markham  był  przekonany,  że  pojął  znaczenie  faksu.  Liczb  było  akurat  tyle,  że  mogły  składać  się  na  współrzędne.  Włączył  komputer  i  wstukał  cyfry  do programu  mapowego.  Aplikacja  wygenerowała  bezkresną  sieć  alejek  Miasta,  rozciągającą  się  we  wszystkich  kierunkach  niczym  trójwymiarowa  pajęczyna.  Na  ekranie  komputera  wyskoczyło powiadomienie o tym, że współrzędne znajdowały się w Strefie Zewnętrznej.  Następnego  dnia  Markham  wybrał  się  ze  swoim współpracownikiem, panem Ulrichem,  na partyjkę  szachów  i  filiżankę kawy. Markham opowiedział o współrzędnych, które nie dawały  mu spokoju.  – Jeśli  nie  chcesz  stracić  pracy,  zapomnij  o  nich  –  stwierdził  lakonicznie  Ulrich.  –  Jako  twój najlepszy przyjaciel nie mogę dać ci lepszej rady.  Markham  wpatrywał  się  przez  chwilę  w  szachownicę,  po  czym  wykonał  ruch. Ulrich się  uśmiechnął. Odpowiedział i spojrzał na Markhama.  – Szach – stwierdził.  – Ale  jeśli  wiadomość przyszła z Strefy Zewnętrznej, to kto ją wysłał? – zapytał Markham,  nie zauważając ruchu. - To jest wezwanie, Ulrichu. Ktoś chce, żebym tam poszedł.  – Skup się na grze, Samuelu.  Markham położył dłoń na królu, lecz go nie poruszył.  – Dlaczego  ktokolwiek  z  Miasta chciałby wysłać mi współrzędne do Strefy Zewnętrznej?  – zapytał w zadumie.  Ulrich westchnął i rozparł się w fotelu.  – No,  nie  wiem.  Może  cała  sprawa  to  tylko  żart.  Może  ktoś  chce  zwabić  cię  do pułapki.  Jakie to ma znaczenie?  Markham  pokiwał  głową  w  milczeniu.  Podniósł  rękę  z  króla  i  wyjrzał  przez  okno  kawiarni.    – Czasami  mam  takie  wrażenie,  że  Miasto  samo  w  sobie  to  jedna  wielka  pułapka  –  powiedział.  – Nie masz zamiaru użyć króla?  Markham  zerknął  z  roztargnieniem  na  szachownicę,  po  czym  wykonał  ruch  beznamiętnie, jakby chciał odhaczyć sprawę z listy obowiązków dnia.  – Wychodzisz z wprawy, Samuelu.  – Wierzysz, że Miasto ciągnie się w nieskończoność?  – A  czy  jest  to  rzeczywiście  sprawa wiary? – odpowiedział Ulrich, nie odwracając wzroku  od szachownicy.  –  Badania  wykazały  w  sposób  wystarczająco  przekonujący,  że  jest 

41


to najprawdopodobniejsza  z  teorii.  Nikt  nigdy  nie  był  poza  Miastem,  tak  więc  nie  ma powodu,  by zakładać, że jest inaczej.  Ulrich wykonał kolejny ruch i uśmiechnął się, dumny z siebie.  – Szach-mat, jak mniemam.  – Albo  w  każdym  razie  nie  pozostał  nikt,  kto  mógłby  nam o tym powiedzieć – stwierdził  cicho Markham.  – Twierdzisz, że Urząd kłamie swoim obywatelom?  – A  przynajmniej  nie  mówi  nam  wszystkiego.  Zastanów  się  chwilę:  ile  tak  naprawdę  wiemy  o  Strefie  Zewnętrznej?  Mówi  się,  że  nie  ma  tam  już  życia,  lecz  jeśli  nie  ma  tam  nic  do zobaczenia, to czemu trzeba jej tak strzec?  – Daj spokój, Samuelu.  – I  mimo  że  trzymają  nas  tutaj  za  pilnie  strzeżonym  ogrodzeniem,  mamy  oczywiście  wierzyć, że poza Miastem nic nie ma?  – Nie inaczej. Obojętne. Zamierzasz wykonać jakiś ruch?  Markham  patrzył  przez  chwilę  na  szachownicę,  lecz  widział  tylko  ślepe  zaułki.  Szachownica  dławiła  go  –  rządziły  nią  żelazne  zasady,  których  podważanie  nie  miało  sensu,  kiedy  człowiek  raz  wstąpił  w  ich  sferę.  Markham  przewrócił  swojego  króla  szybkim  ruchem  palca, dopił kawę i wstał.    s. 188-189    Zamarli  pośrodku  pola  bitwy  rewolucjoniści  z  Głębin  stali  z  bronią  w  rękach.  Pośrodku  zaściełanego trupami placu niczym wypchane zwierzęta tkwili anarchiści i strażnicy.  Mrok zapadł.  Ponad tym wszystkim leciał Hibernatyk. Nescitus ujrzał go teraz w całej okazałości. Jego  długie  na  kilometry  skrzydła  rozpościerały  się  ponad  Miastem  niby  zaćmienie  słońca.  Hibernatyk, zauważywszy zbliżającego się Nescitusa, rozwarł szeroko paszczę.  Nescitus  podleciał  do  Hibernatyka  i  wbił  w  jego  ciało  miecz  świetlny.  Światło  przebiło  czarną  skórę,  a  z  ciała  wytrysnęła  smolistoczarna  krew.  Włochate  członki  próbowały  sięgnąć  białych  skrzydeł  i  je  rozerwać.  Nescitus  wymknął  się  długim  palcom  Hibernatyka  i rzucił  się  do ucieczki.  Przedarli  się  przez  chmury  i  zostali  wessani  przez  próżnię  kosmiczną,  pędząc  ku rozpościerającemu  się  ponad  Miastem  bezkresnemu  niebu.  Członki  Hibernatyka  zwarły  się  wokół  Nescitusa  i  zmiażdżyły  mu  skrzydła.  Tubowata  paszcza  obrała  sobie  za  cel  twarz  Nescitusa,  ale  ten  mocno  złapał  ją  jedną  ręką.  Trzecie  oko  zachrzęściło  i  się  zdeformowało.  Głos Hibernatyka rozgrzmiał w mózgu Nescitusa:   – Przemierzyłem  wzdłuż  i  wszerz  psychikę  ludzkości,  przebrnąłem  przez  każde  ich wspomnienie  i  każde  uczucie,  przetrawiłem  ich  koszmary  i  nadzieje.  Doświadczyłem  ciężkiego  brzemienia  ich  myśli  i  dziś  ów  ciężar  sięgnął  granic.  Jeśli  tylko  mógłbyś  zobaczyć  wszystko  to,  czym  się  karmiłem,  nie  sprzeciwiałbyś  się  już  Mrokowi  –  albowiem  wszystko, 

42


co jest  świadome,  stara  się  zyskać  władzę,  a  wszystko,  co  myśli,  zamyka  się  na  to,  co  poza  nim.  Jakże  błahy  jest  umysł,  jak  niewielki  sens  w  obliczu  bezsensu.  Spójrz  i  zobacz,  oto  świat  w stanie czystym: marny zbiór pustych skorup pośród niemego świata.  Nescitus  zamknął  oczy, łzy spłynęły mu po policzkach i wtedy przypomniał sobie, że jest  również  Hibernatykiem.  Spojrzał  Hibernatykowi  w  oczy  i  w  tym  momencie  ich  myśli  pobiegły  wspólnym torem, jakby przygotowując się do zjednoczenia:  – Znam  ten  koszmar  równie dobrze jak ty, ale odmawiam wyzbycia się tego, albowiem  ja nie  tylko  obserwowałem  te  sny  –  ja  ich  doświadczałem. Rzucam w nie samego siebie, gdyż  wiem,  że  od  tego  nie  ma  ucieczki.  Świat  może  i jest jedynie walcem bycia i nicości, lecz mimo  wszystko  jest  to  piękny  walc,  warty  tańczenia.  Koniec  ani  początek  nie  istnieją,  jest  tylko  środek  –  jak  wahadło  między  chaosem  a  porządkiem,  formą  i  jej  brakiem,  dalekim  i  bliskim,  wiecznym  i ulotnym.  Spotkaliśmy  się  tutaj  wcześniej  już  niezliczenie  wiele  razy  i  za  każdym  razem podejmujemy decyzje. Oto moja decyzja.  Nescitus  wbił  świetlny  miecz  w  paszczę  Hibernatyka  i  rozdzierające  wycie  przeszyło  przestrzeń.  Hibernatyk  z  miażdżącą  siłą  ścisnął kości Nescitusa, lecz ten ponownie zaatakował,  przebijając  mieczem  ciało  stworzenia. Oczy Hibernatyka otworzyły się szeroko, po czym powoli  się  zamknęły.  Nescistus  przywarł  mocno do miecza i pozwolił, by siła ciążenia przyspieszyła ich  lot. Uniósł rękę i siłą swej woli stworzył czarną dziurę.  Zwłoki  Hibernatyka  zdezintegrowały  się  pod  wpływem  grawitacji  czarnej  dziury,  a nieskończona  fala  doświadczeń,  wszystkie  owe  myśli,  uczucia  i  wspomnienia,  niegdyś  pochłonięte  przez  Hibernatyka,  ogarnęły  teraz  Nescitusa.  Przymknął  oczy  i  przyjął  je z otwartymi ramionami. Przemienił się po raz ostatni i powrócił do swej pierwotnej formy.  Stał  się energią. Czas się zapadł i zaczął od początku. Grawitacja zgęstniała i przemieniła  się  w  tarcie  –  materia  rozpadła  się  na  kwanty,  kwanty  stały  się  elektronami  i atomami.  Rzeczywistość  się  rozdrabniała  w  rozszerzający  się  kalejdoskop.  Rodzące się spośród kwantów  możliwości  kruszyły  się  i  mieszały  jak  kosmiczna  pajęcza  sieć,  której  jedynym  frontem  walki  są aksjomaty matematyczne.  I tak ciągnął się walc bycia i pustki. ☐ 

43


44


Â

45


„Akwarele to niewiarygodnie piękny, zapierający dech w piersi diament. Każde zdanie jest dokładnie przemyślane i pełne uczuć. (...) W powieści łączą się różne dziedziny sztuki: poezja, historia sztuki, architektura i muzyka. Razem tworzą one ducha i głos Helsinek. Swoim dziełem Viikilä pokazuje w mistrzowski sposób, że mniej znaczy więcej. Akwarele miasta Engela nie są towarem jednorazowego użytku. Chce się po nie sięgnąć ponownie. Nastrój oczekiwania powieści napełnia czytelnika spokojem. Nie ma w niej nic zbędnego i jest w niej wszystko”

46


JUKKA VIIKILÄ   ,,AKWARELE MIASTA ENGELA”  Przełożyła Natalia Nordling   

Viikilä, J.,  ​Akvarelleja  Engelin  kaupungista​,  wyd.  Gummerus,  Helsinki  2016,  s.  11,  15, 55, 85, 130-131, 138-139, 202.      9 marca 1816  Obiecałem  Charlotte,  że  pozostaniemy  w  Helsinkach  sześć  lat.  Tyle,  zakładam,  potrwa  odbudowa miasta i tyle też zostało zapisane w umowie. Nietrudno będzie obietnicy dotrzymać,  gdyż  jest  to  najbardziej  odpychające  miejsce,  w  jakie  rzucił  mnie  los.  Można  by  wręcz  rzec,  że jeśli coś spycha się na dalszy plan, spycha się to do Helsinek.   Tylko  sześć  lat,  zapewniam  Charlotte.  Bo czyż znalazłby się architekt, który nie przyjąłby  propozycji  zbudowania  całego  miasta,  nawet  jeśli  miałoby  ono  powstać  w  tak  ciemnym,  zimnym i dalekim miejscu?  Trudno  mi  teraz  pisać,  gdyż  z  zewnątrz dochodzą odgłosy wybuchów. Ehrenström chce  widzieć  każdego  dnia  kolejny  wyrównany  teren.  Przenoszę  się  sprzed  okna  na  brzeg  łóżka.  Spadające odłamki skał zabiły konie na podwórzach mieszkańców miasta.    (...)  16 maja 1816  Nie  mogłem  zasnąć,  więc  otworzyłem  na  chwilę  okno.  W  mieście  nie  jest  bezgłośnie,  jak można  by  sobie  najpierw  wyobrażać.  Zawsze  jest  jakaś  cisza  mniej  absolutna  od  drugiej,  która  łączy  się  z  kolejną,  może  nawet  już  słyszalną  dla  ucha.  Łańcuch  odgłosów  ciągnie  się  nieprzerwanie,  jest  tutaj  od setek lat. W ten sposób, poprzez dźwięk zamykanego okna, jestem  częścią życia, które było i które nadejdzie.    9 czerwca 1816  Pierwsze  szkice  budynku  senatu  są  prawie  gotowe.  Przyznaję,  iż  poświęcam  im  więcej  czasu,  niż  jest  to  konieczne.  Zupełnie  jakby  były  nie  pośrednim  etapem  budowy,  lecz  czymś  końcowym.  To  właśnie  moje  szkice  natchnęły  Ehrenströma,  a  później  cara  do  powierzenia  mi budowy  miasta.  Moje  propozycje  owalnego  teatru  w  Petersburgu  oraz  gmachu  giełdy  w Helsinkach  nie  doczekały  się  jednakże  realizacji.  Zdaje  się,  iż  moje  plany  były  zbyt  imponujące.     

48


(…) 14 stycznia 1820  Nie  wierzę  ni  krzty  w  tak  zwane  życie  naturalne,  o  którym  mówią  ci  wszyscy  poeci  przesiadujący  w  tawernach. Wierzę za to, że najlepszym sposobem na uniknięcie bólu istnienia  jest  skupienie  się  na  pracy,  wypełnianie  obowiązków.  Od  zapłaty  pieniężnej  większym  wynagrodzeniem  jest  odsuwanie  się  pytań  zasadniczych  na  dalszy  plan.  Bo  czymże  jest,  myślicie,  codzienne  poranne  wstawanie  i  pędzenie  do  kantorów,  jeśli  nie  ucieczką  przed  mądrością, życiem zmysłowym i naturalnością?    (...)  17 marca 1823  – Jakimi słowami modlisz się, synu? – zapytał pastor.   Zaprosił  mnie  do  swojego  biura,  abym  opowiedział  o  planach  kościoła.  Odrzekłem,  że przed  udaniem  się  na  spoczynek  powierzam  siebie  i  swoje  życie  Bogu,  wcześniej  jednakże  starannie  przygotowuję  wszystkie  sprawy,  o  których  On  ma  zadecydować.  Innymi  słowy,  czynię  wszystko,  co  w  mojej  mocy.  Pastor  powiedział,  że  powinienem  zdać  się  na  łaskę  bożą.  Nie trzeba  zadawać  sobie  tak  wiele  trudu.  Bóg  jest  wszechmogący.  Odpowiedziałem  pastorowi, że Bóg nie wybuduje kościoła – jest to zadanie człowieka.    (...)  17 marca 1829  Cisza  najpiękniejsza  ze  wszystkich  słyszalnych  –  szmer  pióra  na papierze. Człowiek przy  pracy,  pies  zalega  obok  na  podłodze  i  wzdycha.  Pióro  kreśli  słowo  i  zatrzymuje  się  przed  kropką.  Fragmenty  myśli,  nagłe  znużenie,  radość  klarownego  uczucia poruszają się po pokoju,  jakby  otwierały  się  i  zamykały  drzwi.  Minęła  ponad  godzina,  od kiedy przyniesiono mi herbaty.  Przede  mną  jeszcze  druga  i  trzecia  godzina,  dzień  chyli  się powoli ku końcowi. Emilia wchodzi  po schodach,  słychać,  że  przybrała  na  wadze.  Zapach  wieczerzy,  który  podążał  za  mną  do pokoju, powrócił do kuchni.   Wiele  najważniejszych  wydarzeń  jest  bezgłośnych.  Gdy  słońce  z  nagłą  pewnością  zalewa  całą  okolicę  światłem.  Błyskawica  jest  najpierw  bezgłośna,  a  później  słyszymy  nasz  strach.  Gdy  stuletnia  ryba  jest  wyciągana  z  wody,  walczy  siłą  wszystkich  swoich  wspomnień,  a słychać przy tym tylko pluśnięcia.    6 kwietnia 1829  Znów  sięgnąłem  po  starego  Winckelmanna.  Wynotowuję  z  książki  tę  oto  mądrą  myśl:  „Piękno  jest  różnorodnością  w  prostocie.  To  kamień  filozoficzny,  którego  artyści  powinni  poszukiwać,  a  który  jedynie  nieliczni  znajdą.  Słowa  te  zrozumieć  może  tylko  ten,  który  sam  z siebie  stworzył  to  pojęcie.  Linia  obrazująca  piękno  ma  kształt  eliptyczny. Jest w niej zarówno 

49


prostota, jak  i  ciągła  zmiana  –  eliptycznej  linii  nie  sposób  zobrazować  za  pomocą  okręgu,  w każdym punkcie zmienia kierunek. Łatwo jest to powiedzieć, ale trudno sobie przyswoić”.    (...)  15 lipca 1829  Obudziłem  się  dzisiaj  razem  ze  słońcem.  Żółte  poranne  światło  padało  na  nagie  plecy  Charlotte.  W  nocy  musiało  być  jej  gorąco,  skoro  ściągnęła  koszulę.  Nie  pamiętam,  bym kiedykolwiek  wcześniej  patrzył  na  plecy mojej żony. Leżałem bez ruchu, bo czułem, że nie  przynależę  do  tego  poranka,  poświęconego  na  odpoczynek  człowieka  i  wczesną  krzątaninę  reszty  dzieła  stworzenia.  Gdzie była wtedy Charlotte? Rozrzutne pasaże świergotu ptaków były  niczym kolorowe wyszywanki.   Pod  lewą  łopatką  Charlotte  ma  odrobinę  jaśniejszą  od  koloru  skóry  bliznę,  której  wcześniej  nie  zauważyłem.  Skąd  ona  się  wzięła?  Czy  Charlotte  sama  wiedziała?  Łopatki  Charlotte  poruszyły  się  niczym  namiastka  skrzydeł  od  nagłego  głębokiego  westchnienia.  Nie mógłbym  o  tym  napisać,  gdybym  trudnił  się  pisaniem  powieści.  Tak  wiele  razy  chwile  podobne do tej były przekreślane żałosnymi próbami opisu.  Jeszcze  tylko  chwila  ciszy,  nim rozbrzmią odgłosy ludzi. Poranne słońce jeszcze bardziej  rozjaśniało.  Stworzyło  ten  sam  pałac  miliony  razy  wcześniej,  nim  pierwsi  ludzie  pojęli  i  zaczęli  podziwiać jego wyższość. Po zniknięciu człowieka będzie tak samo. Ptaki będą śpiewać dalej.  To  ja  przywiozłem  tutaj  Charlotte.  Gdybym  zadecydował  się  pozostać  w  Tallinnie,  bylibyśmy  teraz  tam.  Jeśli  odmówiłbym  przyjęcia  posady  intendenta  w  urzędzie  zabudowy  Helsinek,  bylibyśmy  teraz  w  Berlinie. Chociaż trudno mi to sobie wyobrazić – żadne miejsce nie  jest tak odległe jak Berlin.  Jak  żyłaby  Charlotte,  gdyby  mnie  nie poznała? Czy jej życie byłoby prostsze? Czy byłaby  zadowolona?  Czuję  się źle, kiedy myślę, że Charlotte mogłaby chcieć być gdzie indziej niż tutaj,  gdzie  ją  uwięziłem.  Z  tymi  myślami  wstałem  z  łóżka  i  postanowiłem  przygotować  żonie  śniadanie.  Nigdy  wcześniej  tego  nie  robiłem.  Kiedy  przyniosłem  śniadanie  do  pokoju,  ona  nie  chciała jeszcze zrezygnować ze snu, cicho tylko coś mruknęła.    (...)  4 września 1839  Takiej  koszmarnej  chwili  doczekałem!  Zarządzeniem  cara  zaplanowany  przeze  mnie  budynek  wartowni  przy  katedrze  zostanie  zburzony,  a  w  jego  miejsce  powstać  mają  szerokie  monumentalne  schody.  A  więc  jednak  zamierzają  ingerować  w  plany  mojego  kościoła.  I to w jaki  sposób!  Myśl  o  połączeniu  schodów  i  placu  jest  dla  mnie  trudna  do  przyjęcia.  Komitetowi  tymczasem  trudno  jest  zaakceptować  obecność  rzezimieszków  w  sąsiedztwie  budynku  kościoła.  Powiedziałbym,  że  już  lepsze  okrzyki  grzesznych  niż  wylegujący  się  na schodach próżniacy. ☐ 

50


51


Â

52


54


56


57


58


PAJTIM STATOVCI   „MÓJ KOT JUGOSŁAWIA”  Przełożył Adam Sandach    Statovci, P., ​Kissani Jugoslavia​, wyd. Otava, Keuruu 2015, s. 11-15.    0:01 blackhetero-hki:​ coś fajnego????????/  0:01 Chubby-Sub28:​ starszego konkreta, okolice Helsinek?  0:01 adiki jkl*:​ ...  0:02 ouHuniTOP:​ ...z Oulu raczej szczuply spotkanie?  0:02 Kalle42_hki:​ Z Turku mlodszego na przyszly tydzien? Do possania itp.  0:02 w jäke:​ järvenpää+okolice  0:02 przejazdem w Helsach:​ jest w Helsinkach jakis meski facet, ktory da teraz zrobic sobie  laske?  0:02 Rauma BTM:​ okragly tyleczek pragnie sztywnego kutasa  0:02 tre facet dla mlodego:​ tampere  0:02 n_oulu:​ kolesia do trojkata na trzeciego? Oulu?  0:02 tre facet dla mlodego:​ tampere  0:02 Cam30:​ chetny do kamerki?  0:03 06e, btm24:​ FACETA?? MAM LOKUM!  0:03 VilleHKI:​ szczuply uni/akt koles 185/72/18/5 szuka szczuplego uni/pas kolesia w realu teraz     Gdy  na  ekranie  pojawiła  się  wiadomość  od  Villego,  przestałem  czytać.  Po godzinie Ville  był  pod  moimi  drzwiami,  powiedział  „cześć”,  odpowiedziałem  „cześć”,  przez  chwilę  lustrował  mnie od stóp do głów. Dopiero potem zdobył się na odwagę, by wejść do środka.   – Przystojny jesteś – stwierdziłem.   Ville  coś  odburknął  i  zaczął  wykonywać  niezgrabne  ruchy.  Zrobił  jeden  krok  do  tyłu,  prawą  rękę  trzymał  raz  za  plecami,  raz  wspierał  się  na  niej.  Ale  ja  jestem  dobry  w  te  gierki  i dlatego  dodałem,  że  naprawdę  dobrze  wyglądasz,  że  zdziwiłem  się,  gdy  tylko  pojawiłeś  się  w drzwiach,  bo spodziewałem  się  czegoś  innego,  że  napisałeś  o  sobie  same  kłamstwa.  ​Bo  ​ja  bym tak zrobił.   – Mogę sobie pójść, jeśli chcesz.   Głos  miał  delikatny  i  skromny,  jak  małe  dziecko.  Odwrócił  wzrok  i  prychnął  trochę  ostentacyjnie,  jakby  próbował  mnie  o  czymś  zapewnić.  Na  przykład:  ​Nie  mam  w  zwyczaju  robi​ć  ​czego​ś  ​takiego​.  Albo:  ​Wszedłem  na  chat w chwili słabości, nie wiem, co sobie myślałem.  Jakby  chciał,  żebym  wiedział,  że  przemyślał  wcześniej  wszystko,  co  może  się  wydarzyć.  ​Może  mieć  chorobę  weneryczną,  nie  wiadomo,  co  to  za  człowiek,  może  chcieć  mnie  skrzywdzić,  nigdy nie wiadomo.  

60


– Nie  chcę,  żebyś  sobie  poszedł  –  odpowiedziałem,  próbując  złapać  go  za  rękę,  ale szybko ją zabrał, chowając znów za plecami.   Rozumiałem  go  lepiej  niż  ktokolwiek  inny.  Dlaczego  ktoś  taki  jak  on  miałby  robić  coś  takiego?  Dlaczego  nie  miałby  wrócić  tam,  skąd  przyszedł?  Był  nieco  po trzydziestce, wyglądał  na człowieka  sukcesu,  włosy  miał  zaczesane  do  tyłu,  zza  szalika  i  kołnierza  płaszcza  wyzierała  twarz  o  rysach  tak  szlachetnych,  że  mógłby  mieć  każdego,  mógłby  wejść  wszędzie  i  wybrać  ze wszystkich  obecnych  tego,  kto  mu  się  najbardziej  spodoba.  Ściągnął  praktycznie  nowe  skórzane  buty  i  drogi  płaszcz,  który  powiesił na  wieszaku.  Jego  ubrania  pachniały  czystością,  prążkowana  koszula  była  z  grubego  gładkiego  materiału,  a  dżinsy  nie  zdążyły  się  jeszcze  zagnieść na kolanach, mimo że opinały jego nogi jak rajstopy.   Nic  nie  mówiąc,  stał  chwilę  przede  mną,  dopóki  cisza  nie  zaczęła  go  peszyć.  Poprowadził  rękę  za  moje  plecy,  mocno  chwytając,  przyparł  mnie  do  ściany  i  szorstko  pocałował.  Zamknął  moje  nadgarstki  w  dłoniach  i  przydusił  udem  krocze,  jakby  się  bał,  że jeszcze  coś  powiem.  Że  się  w  nim  zakochałem  albo  że  wiem,  jak  bardzo  mnie  to  złości i jak  dobrze  rozumiem  jego  i  świat,  z którego  przychodzi:  rodzice  inżynierowie,  tak,  tak, nie mogłeś  powiedzieć,  że  chcesz  być  z mężczyznami, oczywiście wiem, tak, tego się nie da tak zwyczajnie  powiedzieć.   Ja  też  czuję  wstręt  do  tego,  do  tego  wszystkiego  –  najchętniej  bym  mu  powiedział,  zapytał,  jak  do  tego  wszystkiego  doszło  i  dlaczego  to,  co  nam  się  przytrafiło,  musi  tak  wyglądać.  Ale  tak  nie wypada mówić do człowieka, który żałuje, gdyż wstręt jest o wiele gorszy  niż  złość.  Złości  można  dać  się  ponieść,  można  się  od  niej  uwolnić  albo  oddać  jej  swoje  życie,  ale  wstręt  działa  w inny  sposób.  Wżera  się  pod  paznokcie  i  nie  zniknie,  choćby  odgryzło  się  palce.  Nie powiedziałem  więc  mu  nic,  ponieważ  między  mężczyznami  nie  ma  pytań,  nie  ma  dręczenia, nie ma wyjaśnień.  Jego  długie  paznokcie  drapały  mnie  po  plecach  i  barkach,  jego  równe  zęby  uderzały  o moje,  szyja  pachniała  mocną  wodą  po  goleniu,  a  pod  pachami  czuć  było  jeszcze  mokry  dezodorant.  Silnie  naparł  na  mnie  ciałem,  nogi  oplótł  wokół  moich,  jego  umięśnione  uda  ścisnęły  mi  boki,  a  dobrze  zbudowane  ramiona  były  świadome  celu.  Przez  chwilę  myślałem  o tym,  jaki  jest  piękny  i  jakie  mam  szczęście,  że  przyszedł.  Jego  nadgarstki  rzadko  porośnięte  jasnymi  włosami,  wierzch  dłoni z licznymi nabrzmiałymi żyłami, proste i równe palce i zadbane  paznokcie,  dopasowana  koszula  z rozpiętymi  górnymi  guzikami  tak,  że  czułem  jego  zapach;  obojczyki  podtrzymujące  twarde  mięśnie  klatki,  elegancja  zwężającego  się  torsu  i  ponętność  okolicy  pasa,  obcisłe,  ale  dobrze  leżące  spodnie,  tak  mocno  opinające  uda,  że  włókna  mięśni  nóg przypominały ostrza łyżew – pomyślałem. Jakże doskonały może być drugi człowiek.   Całował  mnie  w  szyję  w ciemnym przedpokoju i choć nikt nas nie widział, choć sami się  dobrze  nie  widzieliśmy,  zacząłem  go  postrzegać  inaczej,  gdy  ciepłą  i  mocną  dłoń  wsunął  mi pod koszulę.  Chciałem  wierzyć,  że  poddałem  się  dlatego,  że  ostatecznie  jesteśmy  tylko  zwierzętami,  nie  możemy  nic  na  to  poradzić,  to  leży  u  podstaw  naszej  natury.  I  jego  mocny  uścisk i przyspieszony oddech wskazywały, że on uważał tak samo.  

61


Energicznie rozpiął  swoją  koszulę  jeszcze  w  przedpokoju,  a  moją  gryzł  tak,  że  czułem  jego  ciepły  oddech  przez  materiał.  Odepchnąłem  go  na  chwilę  i  wyrwałem  się  z  jego  objęć.  Uderzył  najpierw  o  ścianę,  a  potem  spojrzał  na  mnie  wielkimi  niebieskimi  oczami.  Pociągnąłem  go  za sobą  do  łóżka,  pościel  pachniała  jeszcze  praniem,  spojrzałem  na  Villego  i zmusiłem się, by pójść na całość. Teraz, gdy zaczyna coś się dziać.   Rozebrał się do naga i uśmiechnął.   – Weźmiesz? – zapytał, puścił do mnie oko, chwycił za ramiona i pchnął ku dołowi.   – Wszystko w porządku? – zapytał, gdy skończyłem.   – Wszystko  w  porządku  –  odpowiedziałem  i  pomyślałem  o  wszystkich  tych  wiadomościach,  które  Ville  dostał  na  chacie  po  swoim  wpisie.  Z  nich  wszystkich  wybrał  moją,  ponieważ  moja  wiadomość  była  najbardziej  zauważalna,  najbardziej  pociągająca,  a  moje  strategiczne  wymiary  najbardziej  kuszące.  Wszyscy  go  chcieli,  a  on  chciał tylko mnie, i tym się  upajałem.   Odwrócił mnie, by mi się odwdzięczyć.  – Jest ci dobrze? – spytał i częściowo wysunął szorstki język z ust.  – Jest  mi  bardzo  dobrze  –  odpowiedziałem  i  instynktownie  przycisnąłem  jego  głowę  niżej.   – Przystojny jesteś – oznajmił.  – Co powiedziałeś?  – Jesteś przystojny – powtórzył.     Potem  w  pokoju  zaczęło  cuchnąć. Ja i on. Cuchnęliśmy. To, co właśnie zrobiliśmy, nasze  myśli.  Nieprzyjemny  zapach  lateksu  czuć  było  na  skórze,  pościeli,  na  każdej  powierzchni,  w  całym  pokoju.  Pościel  przemokła  od  potu.  Gdy  uniósł  rękę  za  głowę,  zauważyłem,  że dezodorant  go zawiódł.  Jego  oddech  był  teraz  inny  –  cięższy,  o  przykrym  zapachu  cebuli  i mięsa.   – Dzięki – zaczął w końcu.  – Nie ma za co.  – Wszystko w porządku?  – Tak.  – To dobrze – powiedział i odkaszlnął. – Fajnie by było się kiedyś jeszcze spotkać.  – No,  może  –  zacząłem.  –  Chcesz  kawy?  –  zapytałem  szybko  i  wstałem  jeszcze  szybciej,  otworzyłem  okno,  szarpiąc  za  klamkę,  popchnąłem  nogą  jego  ubranie  w  jedną  stertę,  podniosłem kołdrę, która zsunęła się pod łóżko, i zapaliłem światło.  – O tej porze? – spytał.   Usiadł  niemal  przestraszony,  naciągając  kołdrę  na  nogi.  Ręką  przycisnął  podbrzusze,  oczy zmrużył ze zdziwienia.   Skóra  mu  błyszczała  w  jasnym  świetle  jak  przed  chwilą  upieczona  szynka.  Podrapał się  po barku i poprosił, bym zgasił światło.  – Tak, o tej porze. To chcesz? 

62


– Nie mogę – znów się oburzył.  – Musisz już iść – oznajmiłem.  – Co?!  – Chcę, żebyś już wyszedł.  Kiedy  on  zbierał  swoje  ubranie,  poszedłem  do  kuchni  zagrzać  wodę  w  czajniku.  Postawiłem  na  blacie  kubek  do  kawy,  do  którego  nasypałem  dwie  łyżeczki  kawy  rozpuszczalnej, dodałem dwie drażetki słodzika i odrobinę mleka.  – Możesz już sobie pójść? – zapytałem.  Zgasił  światło  i  zdało  mi  się,  że  wzdrygnął  się  –  albo  z  powodu  pytania,  albo  głosu  przełamującego ciszę, a może mojego nagłego pojawienia się w drzwiach sypialni.  – Cały  czas  się  zbieram  –  odpowiedział,  naciągając  dopiero  drugą  skarpetkę  na  palce  u stopy.  Wróciłem  do  kuchni,  nalałem  wody  do  kubka,  porządnie  wymieszałem  kawę  i spróbowałem. Następnie wylałem ją do zlewu.  ☐   

63


64


65


66


TERHI RANNELA „AMSTERDAM, ANNE F. I JA”  Przełożyła Justyna Robak    Rannela, T.,​ Amsterdam, Anne F. ja minä​, wyd. Otava, Keuruu 2008, s. 7-15.    1. Ja, pani pisarka i John Lennon  Gapię  się  w  sufit,  zamykam  oczy,  wpatruję  się  w  przyczepione  do  niego,  świecące  w ciemności  gwiazdy,  moje  własne  gwiaździste  niebo,  i  przewracam  się  na  brzuch.  Spróbuję  przespać  przynajmniej  kilka  godzin,  inaczej  z  jutra  nic  nie  wyjdzie.  Liczę  owce.  Jedna,  druga,  trzecia,  dziesiąta,  setna,  wszystkie  czarne  i  kudłate.  Chowam  pod  łóżko  budzik  z  Betty  Boop,  żeby  nie  zerkać  cały  czas  na  wskazówki.  Taksówka  przyjedzie  po  nas  o skandalicznej  porze  –  wpół  do trzeciej.  Mama  zamówiła  taryfę  wcześniej,  żebyśmy  nie  musiały  łapać stopa w środku  nocy.  To dopiero  byłby  widok.  Matka  na  wypasie  z  córką  marnotrawną  sterczące  przy  drodze  z wystawionymi wymalowanymi kciukami.   Mama  zamknęła  się  u  siebie.  Słyszę  miarowe  stukanie  w  klawiaturę  i  Franka  Sinatrę  melancholijnie  śpiewającego  o  Nowym  Jorku:  „​If  I  can make it there, I’ll make it anywhere. It’s  up  to  you  New  York,  New  York​…”.  Zawsze  słucha  Sinatry,  gdy  kończy  swoje  powieści.  Edytuje  ostatnie  strony  i  stara  się  dokończyć  ten  śmieć  (dosłownie  śmieć,  gdyby  ktoś  mnie  zapytał)  przed dobrze zasłużonym urlopem. Podobno redaktora z wydawnictwa już ręce świerzbią.  Matka  i  córka.  Gospodarstwo  domowe  składające  się  z  dwóch  kobiet.  Jeśli  mama  jest  żółta,  ja  jestem  fioletowa.  Jeśli  ona  jest  niebieska,  ja  jestem  pomarańczowa.  Gość  od plastyki  myli się, mówiąc, że barwy przeciwstawne dobrze do siebie pasują.   Pierwszy  przykład:  mama  to  odstawiona  lady,  która  chodzi  do  fryzjera  dwa  razy  w miesiącu.  Ja  sama  sobie  obcinam  rozdwojone  purpurowe  końcówki  przed  lustrem  w łazience,  nie  potrzebuję  też  kosmetyczki  do  wyciskania  wągrów.  Drugi  przykład:  mama  chodzi  na manikiur,  ja  namiętnie  obgryzam  paznokcie.  Trzeci  przykład:  szafa  mamy  jest pełna  fińskiego dizajnu, ja chodzę z dychą w portfelu po retrociuchy do lumpeksów.    Czwarty  przykład:  etyka  pracy.  Jedna  ją  ma,  druga  nie.  Gdyby  ktoś  mnie  pytał,  w nocy  się  śpi,  a  przynajmniej  próbuje,  a  nie  siedzi  się  do  późna,  pisząc  nieistotne  artykuły  do  prasy  kobiecej,  ani  nie  zmusza  bohaterki  powieści,  by  robiła  słodkie  oczy  do  mężczyzny  swojego  życia.   Ja,  Kerttu  Koistinen,  pierworodne  i  najmłodsze  dziecko  Kaariny  Kataji,  skończyłam  wczoraj  piętnaście  lat  i  tak  się  też  teraz  czuję.  Starzy  Sissi  pojechali  na  działkę,  więc świętowaliśmy  jednocześnie  początek  ferii  jesiennych  i  moje  urodziny.  Sissi  dała  mi w prezencie  własnoręcznie  wydziergane  na  drutach  czarno-białe  skarpety  w  czaszki,  mam  je  zresztą  teraz  na  nogach,  a  Aram  próbował  mnie  ucywilizować,  dając  mi  komiks  ​Persepolis​.  Jimi  wysłał  mi  wirtualny  tort,  uściski  i całusa  na  Facebooku  i  z  tego,  co  wiem,  dostanę  jeszcze  pocztą  paczkę,  najprawdopodobniej  po powrocie  z  wyjazdu.  Babcia  z dziadkiem  wysłali 

67


pięćdziesiąt euro,  ciocia  Riikka  –  kartkę  urodzinową  z  przeklinającym  jeżem,  a  wujek  Matti  –  rysunek swojej pięcioletniej córki Heleny. Jak widać, jestem kochana.   Pomimo  dobrego  początku  wieczór  skończył  się  moim  płaczem  i  użalaniem  się,  ale na szczęście  Sissi  i  Aram  dali  radę  wysłuchać moich problemów sercowych, podnieść mnie  na duchu  i  przytulić.  Rano  znalazłam  w  wysłanych  wiadomościach  trzy  esemesy,  które wymsknęły  mi  się  do  Miry.  Nie  odpowiedziała  na  żaden.  Prawdopodobnie  na  liście  kontaktów  ma wpisane  zamiast  „Kerttu”  –  „Nie  odbieraj!”.  Sama  tak  zapisuję  niechciane  kontakty.  Dostałam  dwa  porządne  prezenty,  bo  również  mama  dała  mi  książkę  –  ​Dziennik  Anne  Frank.  W  ubiegłym  roku  dała  mi  pamiętnik  do  zapisania,  ale  jeszcze  nie  zaczęłam.  Pewnie  chciałaby,  bym  poszła  w  jej  ślady,  ale  nic  z  tego.  Jak  byłam  dzieckiem,  kilka  razy  zaczynałam  bazgranie  w  pamiętniku,  ale  nudziło  mnie  to  już  w  trakcie  pierwszego  tygodnia.  Chcę  żyć,  a nie pisać.  Poza tym język fiński to najgorszy przedmiot w szkole. Nie znoszę nielogicznych regułek  gramatycznych  czy  rozmnażających  się  z  pasją  przecinków.  Jeśli  ktoś  naprawdę  dostaje  szału  od anglicyzmów  czy  błędów  w  pisowni  łącznej  i  rozdzielnej,  to  polecam  znalezienie  sobie  jakiegoś  rozwijającego  hobby.  Intuicja  podpowiada,  że  są  w  życiu  ważniejsze  rzeczy.  Zawsze  z niechęcią  podchodziłam  do  ludzi  kategorii  Trivial  Pursuit.  Znaczy  nie  zwolenników  gry,  ale takich  mądralińskich,  którzy  zapamiętują  żałosne  ciekawostki  tylko  po  to,  by  dobrze  wypaść  przed  innymi.  Wierzę  w  większe  sprawy.  Tak wielkie,  że  niezbyt  często  otwieram  podręczniki,  chociaż  to wcale  nie  znaczy,  że inne książki mnie nie interesują. Jakaś zawsze leży  na  stoliku  przy  moim  łóżku.  W  tej  chwili  spoczywa  tam  rozłożona  ​Nancy  Deborah  Spungen  i jedna  z powieści  Mariki  Uskali.  Nie lubię  pisać,  ale  mówienie  to  co  innego.  Gadam  jak  katarynka,  w mojej  najlepszej  formie  nauczycielka  biologii  wyprosiła  mnie  trzy  razy  z  jednej  lekcji.  Mówienie  jest  o wiele bardziej naturalne i fajniejsze niż pisanie. Nawet takie wewnętrzne  monologi mogą ciągnąć się godzinami. Bla, bla, bla.   Powinnam  spać.  Chyba  trzygodzinna  drzemka  to  było  za  dużo.  Wieczorem  Sissi  odstawiła  mnie  bezpiecznie  do  domu.  Tak  jak  przystało na najlepszą przyjaciółkę, powiedziała:  „Nie martw się. Wszystko się ułoży. Dasz radę. Jesteś dzielna”.  Rano  mama  z  pewnością  widziała  moje  zaczerwienione  i  podkrążone  oczy,  ale nie zaczęła  rutynowego  przesłuchania.  Oczywiście  wie,  że  jestem  wkurwiona.  Mama  tyle  razy  się  rozstawała,  że  ma  wyczucie  sytuacji.  Cierpiący  na  złamane  serce  zawsze  pozna  drugiego i wie, kiedy milczeć.   Moje  relacje  z  innymi  ludźmi  są  pogmatwane.  Czuję  się  rozdarta  między  dwiema  osobami.  A  raczej  czułam.  Mira  prawdopodobnie  odetchnie  z  ulgą,  że  przez  tydzień  nie wpadnie  na  mnie  na  mieście.  Przynajmniej  chwilowo  uda  się  uniknąć  potencjalnego  oskarżenia  o morderstwo. Śniła mi się każdej nocy, chociaż wcale nie chciałam. Nagle wszystko  w  tej  dziewczynie  jest  porażająco  piękne  i  wspaniałe.  Jej  śmiech,  spojrzenie  i uściski,  których  nie potrafiłam  docenić.  Usta,  które  –  choćby  nie  wiem  co  –  zawsze  są jaskrawoczerwone. 

68


Jej styl,  który  może  budzić  albo  podziw,  albo  odrazę.  Pokaźna  czarna  torba,  z  której  wystaje  szkicownik.  Ostatnio  wydarzyło  się  wiele  różnych  rzeczy,  zbyt  wiele.  Przyznaję,  że  byłam  straszną  suką,  powinnam  była  dwa  razy  się  zastanowić nad swoim postępowaniem. Powinnam była się  zastanowić już dużo wcześniej.  Na  pewno  można  kogoś  rzucić  w  bardziej  przemyślany  sposób  niż  esemesem.  Mama  tylko  kręciła  głową,  gdy  jej  o  tym  opowiadałam.  Nie  wyglądała  na  zachwyconą,  chociaż  już  wcześniej  miała  sporo  do  przełknięcia,  gdy  z  hetero-Kerttu  stałam  się  lesbijką,  bi  czy jak to się  tam  teraz  nazywa,  tak  czy  inaczej  zdezorientowaną  nastolatką.  Ma  jednak  w zwyczaju  zachowywać  się  podręcznikowo.  Należy  do  tych  ludzi,  którzy  zapisują  sobie  na kartce  plusy  i minusy,  gdy  w  życiu  pojawia  się  kryzys.  Nie  wiem,  co  zapisała  na  mój  temat.  Plus:  Kerttu  to moja  jedyna  córka.  Minus:  Kerttu  to  moja  jedyna  córka.  Bądź  tu mądra.  Za to o  Jimim  jeszcze  nie  opowiadałam.  Przesadna  otwartość  to  jednak  za  dużo.  Może  jestem  tak  szaloną  kochanką,  że  mama  opisze  mnie  kiedyś  w książce.  Chociaż  nie zamierzam  tego  sprawdzać,  bo nie  mam  w zwyczaju  zaglądać  do wypocin pani Kataji. Mojej rodzicielce może się wydawać,  że nasza  więź  matka–córka  jest  w  jakiś  sposób  wyjątkowa,  ale  nic  z  tych  rzeczy.  Relacja  piętnastolatki  z matką  nie  może  być  w  żaden  sposób  wyjątkowa,  co  na  przykład  scenarzyści  Kochanych  kłopotów  mogliby  załapać  wcześniej.  Być może  każda  matka  Lorelai  marzy  o własnej  uzdolnionej  córce  Rory,  z  którą  mogłaby  się  wszystkim  dzielić  –  szczęściem,  smutkami,  rozterkami  sercowymi  –  i  z  którą  mogłaby  oglądać  maratony  filmowe,  siedząc  razem  na kanapie  i  zajadając  chipsy.  Brzmi  jak  utopia,  jeśli  popatrzę  na  moje  kumpele.  Pokażcie  mi  szczęśliwą  rodzinę,  w  której  rozmawia  się  o  wszystkim,  a  wtedy  ja pokażę  wam  mój trwały związek.   Za  nic  nie  mogę  zasnąć.  Owce  się  rozszalały.  Tańczą  pogo  w  rytm  punka,  stukają  pokrywkami od garnków, pokazują języki i wywijają salta w tył.  Przy  drzwiach  do  pokoju  widać  cień  mojej  walizki  z Mary Poppins. Mam za dużo rzeczy,  ale  tak  zawsze  jest  w  podróży.  Za  każdym  razem  kończy  się  tym,  że  musimy  dokupić  dodatkową  torbę  na  prezenty. Oprócz ​Dziennika Anne Frank rodzicielka dała mi nowe beżowe  zamszowe  buty  wykończone  białym  futerkiem  i  wyjątkowo  kiczowatą  torbę  z Johnem  Lennonem.  Niezależnie  od  problemów  sercowych  przynajmniej  będę  bardzo  stylowa  w moim  weltszmercu. To pocieszające.   Jutro  o  tej  porze  będziemy  już  w Amsterdamie. Oderwanie się od rutyny zdecydowanie  pomoże,  nawet  jeśli  Sissi  superdorośle  się  upiera,  że  od  problemów  nie  ma  ucieczki.  Może  nie na stałe, ale nawet siedem dni to lepsze niż nic.   Pukanie.  – Jeszcze nie śpisz? Słyszę, jak wzdychasz.   Mama uchyla drzwi.  – W głowie mi się plącze – odpowiadam w sufit.  – Na pewno wszystko się ułoży, uwierz mi.  – Skąd ta pewność? 

69


– Oczywiście,  że  się  ułoży,  wiem  to  z  doświadczenia.  Teraz  zamknij  oczy.  Na  szczęście  możesz później spać w autobusie.   – Tak  przy  okazji,  czemu  kupiłaś  mi  ​Dziennik  ​Anne  Frank?  Przecież  i  tak mamy ich całą  stertę.  – Wszystko w swoim czasie. Odpowiem ci w drodze.  – Jakieś to podejrzane.  – Może tylko troszkę.   – Mam kryzys! Nie możesz ode mnie niczego wymagać – jęczę.   – Budzik zadzwoni za dwie godziny, więc spróbuj już zasnąć kochanie.   – Powodzenia w pracy, mamo.  Dość  dużo  podróżujemy.  Podobno  matka  cierpi  na  chroniczny  szał  podróżniczy, co jest  nieuleczalną  chorobą.  Latem  byłyśmy  z  jej  najnowszym  (i  wciąż  aktualnym)  gachem,  Ogrodowym  Gnomem,  pięć  dni  w  Paryżu.  Dwa  dni  na  piętrze  autobusu  turystycznego,  gapienie  się  na  wieżę  Eiffla  wśród  tysięcy  turystów.  Jedzenie  bagietki  na  parkowej  ławce  nad brzegiem  Sekwany  i załamanie  nerwowe  w  Luwrze  pośrodku  absurdalnej  masy  ludzi.  Na Wielkanoc  wyskoczyłyśmy  we  dwie  do  Rygi  i  podziwiałyśmy  tam  kobiety,  które  chyba  urodziły  się  w  szpilkach.  Jeszcze  nie  rozmawiałyśmy  o  następnej  podróży,  chociaż  mama  uwielbia przeglądać przewodniki. Na pewno ma już coś na oku.   Moja  stara  i do tej podróży przygotowała się po swojemu, dopinając wszystko na ostatni  guzik. Kupiła przewodnik po Amsterdamie i spakowała jeden ze swoich ​Dzienników (bo nie ma  szans,  żebym  ja  taszczyła  swój  prezent).  Mama  zbiera  różne  wydania  tej  książki.  Nie słyszałam  o kimś  innym,  kto  kolekcjonowałby  jak  ona  jeden  jedyny  tytuł.  Dziwne?  Właśnie.  W  naszej  domowej  bibliotece  jest  kilka  półek  z  Anne  Frank.  W różnych  językach.  Niedługo  matka  pewnie zacznie umieszczać ją w moim pokoju. Mam na ten temat troszeczkę inne zdanie…  Jest  kompletnie  oczywiste,  że  nie  czytałam  ​Dziennika i nie zamierzam go tknąć choćby  palcem,  nawet  jeśli  prezent  był  dany  w  dobrej  wierze.  Naprawdę  nie  zamierzam  robić  nic  trącącego  szkołą  w  trakcie  podróży,  wystarczy,  że  będę  oddychać  tym  samym  powietrzem  co moja  genialna  (w  cudzysłowie)  matka  pisarka.  Demon,  mój  nauczyciel  fińskiego,  dostałby  pewnie  wylewu,  gdyby  mnie  usłyszał,  ale  lepiej  niech  już  ADHD-Ari  wyśle  go  na  zwolnienie.  Kto wie, co się jeszcze wydarzy przed świętami. W szkole są już o to zakłady.  Moja  rodzicielka  interesuje  się  literaturą  w  różnych  formach,  do  córki  bardziej  przemawia  muzyka.  Wezmę  do  samolotu  empetrójkę  wypełnioną  kawałkami  Antic  Cafe,  DOREMIdanu  i Moon Kany. Mama oczywiście nie słyszała o żadnym z tych zespołów, ale będzie  się  uśmiechać  poufale,  jeśli  pożyczę  jej  na  chwilę  słuchawki.  Jest  tak  cholernie  tolerancyjna.  Kiedyś  w  jakimś  wywiadzie  dla  gazety  zaliczyła  między  innymi  ​taką  megawtopę,  że powiedziała:  „Dzięki  córce  wiem,  co  jara  dziś  ziomali”.  Że  niby  co?  Nigdy  nie zapomina  wspomnieć,  że  też  była  młoda.  Trzeba  być  buntownikiem,  odważyć  się  przekraczać  granice,  bo na  starość  nie  ma się na to siły ani ochoty. Zawsze jej się udaje rozsądnie podejść do sprawy  i  pójść  na  kompromis,  podczas  gdy  ja  chciałabym  po  prostu  się  pokłócić.  Porządne  przewietrzenie  strun  głosowych,  tak  od  czasu  do czasu,  wychodzi  na dobre.  Po  jednej 

70


sprzeczce rzuciłam  szklanką  w podłogę, ale się nie stłukła. Kiedy przy trzecim rzucie nie zrobiła  się nawet rysa, obie wybuchnęłyśmy niekontrolowanym śmiechem i było po sprawie.   Przeciągam  się  i  prostuję  nogi.  Ziewam  szeroko, a moje usta wyglądają jak mała czarna  dziura.  Podnoszę  się  i  wyglądam  zza  zasłony  na  podwórko,  gdzie  widać  stół  i  cztery  krzesła  powoli  wędrujące  do  komórki.  Trochę  kropi  i  wydaje  się,  jakby  ktoś  na  niebie  rozwiesił  czarne  płótno.  Nic tak  nie  inspiruje  jak  mieszkanie  w  Finlandii  o  tej  porze  roku.  Aż się  ma  ochotę  skakać na skakance każdego ranka, tak z czystej radości. Wzdycham i z powrotem się kładę.  Gdyby 

mama

miała

jeszcze

jakieś

funkcjonujące

komórki

w

mózgu,

to zasponsorowałaby  nam  swoją  Visą  wyjazd  w okolice równika albo jeszcze dalej na południe.  Ale  przecież  wakacje  w mieście  są  teraz  bardzo  modne,  więc  czego  niby  innego  mogłybyśmy  pragnąć?  Jestem  podekscytowana.  Teraz  wreszcie  zamykam  oczy  i  próbuję  kimnąć  się  przez  godzinkę  czy  dwie.  Amsterdamie  –  strzeż  się!  Wkrótce  już  nie  będziesz  taki  jak  kiedyś.  Jutro  spotkasz dziewuchę z Tampere. A raczej poprawka: dziewuchy. ☐ 

71


72


73


74


PETRI TAMMINEN,   „CZYM JEST SZCZĘŚCIE?”  Przełożyła Agata Słabuszewska   

Tamminen, P., ​Mitä onni on?​, wyd. Kustannusosakeyhtiö Otava, Keuruu 2008, s. 5-15.     1  Leżałem  na  kanapie  i  oglądałem  sport.  Daleko  skakali  w  Zakopanem.  Kiedy  pewnego  dnia  odejdę,  mam nadzieję, że organista zagra na fisharmonii czołówkę programu sportowego  i żałobnicy będą wpatrywać się w dół, niczym sędziowie na zeskok.  – Mam pomysł – powiedziała Liisa i usiadła na brzegu kanapy.   Wyłączyłem  dźwięk  w  telewizorze  i  przybrałem  skupioną  minę.  Starałem  się  myśleć  tylko o tym wyrazie twarzy.  – Fińskie szczęście – uroczyście oświadczyła. – Ja zilustruję, a ty napiszesz.  – Znowu książka... – powiedziałem i włączyłem dźwięk.  Odczytywano  właśnie  wyniki  koszykówki  kobiet.  Liisa  cierpliwie  czekała.  Rozczuliło  mnie to tak, że zupełnie wyłączyłem telewizor.  – Książka  o  chwilach  szczęścia  Finów  –  ciągnęła  Liisa.  –  Krótkie  opowiadania  i piękne  zdjęcia,  które  od  razu  przypominają,  ile  też  jest  dobrego  w  życiu.  Z  pewnością  dostałoby  się  na to dofinansowanie.  – Całkiem pozytywny pomysł – przyznałem.     Rano  Liisa  wyszła  do  pracy  i  zaprowadziła  Veerę  do  szkoły,  a  Venlę  do  przedszkola.  A ja włączyłem komputer. Wodziłem kursorem myszki po ikonie Worda i układałem przez parę  godzin  pasjansa.  Po  południu  poszedłem  na halę sportową. Zapachy gumy butów sportowych  mieszał  się  z  wonią  płynu  do  czyszczenia  rakietek.  Wygrałem  trzy  pierwsze  sety:  serwis  był  niezły,  spin  był  niezły,  nadgarstek  chodził  nieźle.  Hannu  musiał  się  wycofywać  i podnosił  piłki,  które  wbijałem  w  stół.  Chwaliłem  go  za  obrony  i  podskakiwałem  zadowolony  po  swoich  atakach. Postanowiłem zaraz podczas pierwszej przerwy powiedzieć mu o pomyśle na książkę.  Przyjemnie  jest  dyskutować  z  Hannu  o  nowych  pomysłach.  Ma  dwadzieścia  osiem  lat.  W jego  towarzystwie  czuję  się,  jakby  coś  wielkiego  nadchodziło.  Poznałem  go  na  hali.  Czterdziestolatkowie  też  mogą  zyskiwać  nowych  znajomych,  gdy  nie  myślą  o  innych  jako  o konkretnych  osobach,  lecz  tylko  jako  o  towarzyszach  gry.  Obecnie  tylko  tenis  stołowy  jest  tematem,  o  którym  nie  rozmawiamy  otwarcie  z  Hannu.  Hannu  pochodzi  z  Lumijoki,  krainy  wiatraków  i  wież obserwacyjnych, skąd do stolicy docierają jedynie krótkie notki o pchnięciach  nożem  i  tacy  jak  Hannu.  W Lumijoki był genialnym dzieckiem, w Helsinkach znudził się swoim  geniuszem  i  zaczął  malować.  W  jego rodzinnych stronach nie rozumieją decyzji o studiowaniu  sztuki,  ale  jego  obrazy  i  tak  wiszą  oprawione  na  ścianach  pokoju  rodziców.  Chłopak 

76


nie odwiedził  nas  ani  razu.  Porusza  się  między  mieszkaniem,  Akademią  Sztuk  Pięknych  i  halą  sportową, a jedzenie kupuje w kiosku.  – Co  ty  na  to,  żebyśmy  zrobili  książkę  o  szczęściu?  –  zapytałem,  gdy  siedzieliśmy  na przerwie i siorbaliśmy sok.  – Całkiem niezły pomysł do rozwinięcia – odpowiedział Hannu.  Po  przerwie  przeszedł  na  rotację  dolną  i  utrzymywał tak niskie odbicia, że nie dawałem  rady  ich  atakować.  Zgarnął  ostatnie  pięć  setów.  Podczas  gry  nie rozmawialiśmy  o  szczęściu,  ale w szatni Hannu zaczął planować styl książki, jej duszę, jak to nazywał.  – Teraz  chyba  dam  spokój  z  Palsą  i Lyytikäinenem i pochylę się nad Vionoją. Podumam,  jak ten len właściwie spływa z brzegu stołu.  Ja  też  zacząłem  przypominać  sobie  obrazy  Vionoji,  a  zwłaszcza  jego  stojące  w  izbach  postacie  kobiece,  o  których  trudno  stwierdzić,  czy  myślą  może  o  przyjęciach,  czy  sercach  rozbitych  na  tysiące  kawałków.  Z  dzieł  Vionoji  pamiętałem  także  puste  izby  z  bieżnikami  oświetlonymi słońcem i powiedziałem, że w ten sposób powinno się obrazować szczęście.  – Trzeba się odważyć być prostym.  Hannu  przytakiwał.  Obiecał  namalować  proste  akwarele  i  kwasoryty  oraz  zrobić  małe,  proste  rysunki  tuszem,  tak  jak  w  książkach  o  łowiectwie.  Widziałem  już  w  głowie  naszkicowane  winiety,  kilkoma  pociągnięciami  namalowane  nastrojowe  motyle  i ptasie  pióra,  i zacząłem czuć, że nadchodzi coś wielkiego.  – Szum łanów zbóż i trzeszczenie igły gramofonu – powiedział Hannu.  Im  dłużej  mówił  o  książce,  tym  bardziej  byłem  rozgorączkowany,  a  im  bardziej  byłem  rozgorączkowany,  tym  trudniejsza  stawała  się  moja  sytuacja.  Plan  tworzenia  był  już  daleko  posunięty,  ale  nie  było  w  nim  miejsca  dla  Liisy.  Zastanawiałem  się,  jaką  miałaby  minę,  gdyby  usłyszała  tę  dyskusję.  Postanowiłem  wyjawić,  gdy  tylko  nadarzy  się  okazja,  że  pomysł  na książkę jest jej.  Wzięliśmy  prysznic,  wytarliśmy  się,  ubraliśmy,  poszliśmy  w  stronę  ulicy  Mannerheima  i rozstaliśmy się na przystanku. Odpowiednia okazja się nie nadarzyła.     Tramwaj  nie  nadjeżdżał,  samochody  przemykały  obok  i  lutowe  popołudnie  już  zmierzchało.  Myślami  byłem  w  gminie  Kustavi  w  latach  siedemdziesiątych.  Dostałem  od wędkarza  trzy  błyszczące  płotki.  Na  podwórzu  ośrodka  turystycznego  dorośli  zaczęli  podziwiać  moją  zdobycz.  Wszystko  dzieje się tak nagle, milkniesz, pomijasz jeden niewygodny  szczególik,  i, ups, oszustwo staje się faktem. Dużym oszustwom początek dają niewinne chwile  słabości.  Przestałem  odczuwać  wyrzuty  sumienia  dopiero  gdy  wysiadłem  z  tramwaju  na końcowym,  przeszedłem  przez  dużą  ulicę  i  dotarłem  do  znanych  sobie  ulic  dzielnicy  Etelä-Haaga.  Pośrodku  dwupiętrowych  przytulnych  domów  także  moje  grzechy  –  to, że skradłem  pomysł  Liisy,  i  to,  że  wygrałem  tamte  zawody  wędkarskie  na  obozie  letnim  –  zaczęły  wydawać  się  jak  te  domy:  małe  i  przytulne.  W  trakcie  przypadkowych  spotkań  łatwo 

77


jest udawać  dżentelmena,  ale  w  domu  i  podczas  turniejów  pozłota zaczyna się łuszczyć. Takie  jest prawo natury, na które nie ma mocnych.  Uspokoiło  mnie  również  to,  że  już  od  dłuższego  czasu  rozmawialiśmy  z  Hannu  o wspólnej  pracy,  jak  wystawy,  ilustracje  do  książki  oraz  bajki.  W  pewnym  momencie  takie  podniosłe  mowy  stają  się  irytujące.  Ludzie  zaczynają  postrzegać  człowieka  jako  pomnik  niezrealizowanych  planów.  Przyjaźń  więdnie,  sprzęt  pokrywa  się  kurzem,  a  ambitne  projekty  stają się ledwie punktami do odhaczenia na stronie kalendarza.  Tym  razem  zamierzaliśmy  dotrzymać  słowa  i  przekuć  je  w  czyny.  Byłem  gotów  zabrać  się  do  ciężkiej  pracy,  jakiej  wymagała  książka  nawet  aby  poczuć  radość  dotrzymania  danego  słowa.     Gdy  Liisa  położyła  dziewczynki  wieczorem  spać  i  zaczęła  wypełniać  wniosek  o bezpłatny  urlop,  ja  leżałem  na  kanapie  i  oglądałem  kanał  sportowy.  Zachęciłem  ją do przemyślenia decyzji.  – Czy  nadajemy  się  do  zrobienia  czegoś takiego? – zapytałem. – I kto zajmie się dziećmi,  gdy  wyruszymy  w  tę  podróż,  by  obrazować  szczęście?  Poza  tym,  czy  szczęście  jest  tak  naprawdę  dobrym  tematem  do  fotografii?  Czy  akwarela  nie  zobrazuje  tego  lepiej?  Co, jeśli  zrobiłbym tę książkę razem z Hannu?  W  małżeństwie  jedno  nierozważnie  wypowiedziane  zdanie  prowadzi  do trzygodzinnej  awantury.  Tego  się  człowiek  nigdy  nie  nauczy.  Chociaż  obiecuje  sobie,  że już  nigdy  w  życiu  nie da  się  wpuścić  na  pole  minowe,  to  po  kilku  tygodniach  przyłapuje  się  na  tym,  że  znów  chlapnął  coś  głupiego.  Jeszcze  przed  chwilą  wszystko  było  w  porządku,  a  teraz  wszystko  przepadło:  ani  litości,  ani  wybawienia.  Nawet  czuła  i  kochająca  żona  zmienia  się  czasami  w śmierdzące jajko.  A  gdy  już  się  skończy  kłótnia,  nie  da  się  stwierdzić,  kto  powiedział  o  słowo  za  dużo.  Ale nie  ma  to  znaczenia,  wystarczy,  że  można  odpocząć.  Wystarcza  to  obojgu:  besztanie  jest  równie męczące jak bycie besztanym.  Liisa  padła  zmęczona  trochę  przed  północą.  Nie  potrafiła  się  dalej  wkurzać  po  moich  próbach  pocieszania.  Zachęciło  mnie  to.  Tak  mnie  poniosło,  że  zapytałem,  dlaczego  się  tak martwi  tym  rozczarowaniem.  Dlaczego  tak  się  tym  przejmowała,  skoro  sama  dobrze  wiedziała,  że  po  pewnym  czasie  humor  jej  się  poprawi.  Dlaczego  nie  wykorzystała  tej wiedzy  od razu, tu i teraz, natychmiast?  – Rozczarowań  nigdy  się  nie  zapomina  –  powiedziała  zapatrzona  przed  siebie.  –  Wszystkie  rozczarowania  na  przestrzeni  życia  gromadzą  się  w  sercu  i  gdy  jest  ich  zbyt  wiele,  człowiek umiera.  Po  tych  słowach  zamilkłem  i  zacząłem  myśleć,  ile  to  już  rozczarowań  zgromadziło  się  w moim  sercu.  Później  obserwowałem  Liisę  i  próbowałem  oszacować  liczbę  jej rozczarowań.  Gdy patrzyłem na nią z tej perspektywy, wyglądała na całkiem zmęczoną i starą.    

78


Rano obudziło  mnie  trzaśnięcie  drzwiami.  Wstałem,  podszedłem  do  okna  i  zdążyłem  zobaczyć,  jak  Liisa  i  dziewczynki  wychodzą  na  ulicę.  Zastanawiałem  się,  czy  Liisa  nadal  jest  rozczarowana 

i

czy

dzieci

też

zebrały

już

w

sercach

tyle

rozczarowań,

które by przypieczętowały ich los.  Chciałbym  pocieszyć  żonę,  krzyknąć  coś  wspierającego,  przypomnieć  jej,  że  poza  rozczarowaniami  w  ludzkich  duszach  gromadzi  się  również  szczęście,  ale  nie  potrafiłem  nic zrobić.  Patrzyłem,  jak  Liisa  i  dziewczynki  idą,  na  ich  ożywione  kroki,  i  myślałem  o  tych  codziennych  zadaniach,  które  na  nie  też  dzisiaj  czekały.  Kiedy  w  końcu  zniknęły  z  pola  widzenia,  wciąż  wpatrywałem  się  w  pustą  ulicę.  To  właśnie  wtedy  zdecydowałem,  że zadedykuję  książkę  o szczęściu  Liisie  i  że  wynagrodzę  jej  te  rozczarowania,  których  przeze  mnie doświadczyła, i że opowiem jej, czym jest szczęście.       2  Siedzieliśmy  w  kafejce  w  budynku  hali  i  świętowaliśmy  rozpoczęcie  projektu,  Hannu  colą,  a  ja  –  dużą  kawą.  Rozmawialiśmy  o  temacie  książki.  Według  niego  szczęście  Finów  jest  zbyt  obszernym  pojęciem.  Należało  je  ograniczyć  do  szczęścia  mężczyzny,  a  szczególnie  seksualności.  Przyznałem  mu  rację,  że  wyszłoby  to  książce  na dobre. Zasugerowałem, abyśmy  byli jednak otwarci na szczęście, i zapewniłem, że podkreślimy seksualność.  – Podkreślimy seksualność – powiedział.  Hannu  obiecał  dać  książce  wszystko.  Stwierdził,  że  nadszedł  już  czas,  aby  wydostać  się z pokoju  przepełnionego  oparami  terpentyny,  rozważyć  swoje  możliwości  i  zabrać  się  za poważną pracę.  Miałem  ochotę  go  przytulić.  Już  za  młodu  zrozumiał  to,  co  do  mnie  dotarło  dopiero,  kiedy  miałem  czterdziestkę  na  karku:  życie  to  kilka  pięknych  letnich  poranków  i  jeden  pocałunek w nocy.  – Trzeba  to  sobie  uświadomić  w  porę   –  powiedziałem.  –  Nie  można  stanąć  przed bramami  niebios  niczym  przed  sklepową  ladą.  Trzeba  podsumować  życie  tu  i  teraz,  natychmiast.  – Za dwa lata będę już po trzydziestce – oznajmił Hannu dramatycznie.  Młodzi rozumieją wszystko tak dosłownie.  – Życiowe  kamienie  milowe  niczego  nie  odmierzają  –  odpowiedziałem.  –  Po  ich  obu  stronach  jest  to  samo  i  takie  samo  życie.  Kiedyś  byłem  dwudziestolatkiem,  teraz  jestem  czterdziestolatkiem  i  pewnego  dnia  będę  sześćdziesięciolatkiem.  To  tylko  liczby.  W  życiu  chodzi o te piękne dni i noce, a nie liczby.  – Nie  wiem,  o  co  chodzi  w  życiu  –  powiedział  Hannu  –  ale  w  ciągu  ostatnich  pięciu  lat  przygotowywałem obrazy na wystawę, a ani jeden z nich nie jest dobry.  Hannu  zwiesił  na  chwilę  głowę,  ale  zaraz  uniósł  brodę  i  znacząco  palec  wskazujący  i powiedział, że w każdym razie będzie miał wystawę. 

79


– Opowiadam  tę  wystawę.  Ściany  galerii  świecą  pustkami,  a  ja  tylko  gadam.  Opowiadam,  jak  para  młodych  całuje  się  na  schodach petersburskiego metra i jak za nimi stoi  tysiąc  oniemiałych.  Opowiadam,  jak  dłoń  ojca  zaciska  się  w  pięść  i  jak  syn  gryzie  wargę.  Opowiadam,  jak  się  rzeczy  mają,  i  zabieram  ludzi  w  tę  otchłań  między  prawdziwym  życiem  a dobrym  obrazem.  Już  nie  owijam  w  bawełnę,  tak  jak  wtedy  w  szatni,  gdy  spytałeś  się,  co u mnie  słychać.  Nic ciekawego!  Nic  ciekawego,  chociaż  Rada  Kredytowa  upomina  się o długi, rozstałem się z Marią, a z powodu zmęczenia jestem w lesie z nauką.  Wpatrywałem  się  w  Hannu,  w  jego  radosny  wyraz  twarzy  i  zaczesane  do  tyłu  włosy.  Tenis  stołowy  nie  był  jedynym  tematem,  o  którym  nie  rozmawialiśmy  otwarcie.  Wiadomości  Hannu  były  smutne,  ale  fascynował  mnie  sposób,  w  jaki  je  przedstawiał. Wydawało się, że stoi  przed  życiowymi  wyzwaniami  niczym  młody  porucznik,  który  przytakuje  przełożonym i mówi,  że przekaże rozkaz. Ta zuchwałość wyniosła nasz projekt na całkiem inny poziom.  Człowiek  widzi  gwiazdę  na  niebie  i  ku  niej  skacze,  skacze  ku  niej  i  opada  z powrotem.  To skakanie  trwa  przez  całe  życie,  ale  ostatecznie  ważne  jest  tylko  to,  czy  człowiek  żyje  własnym  życiem,  czy  akceptuje  zarówno  szczęście,  jak  i zmartwienie, gwiazdy i piach. I Hannu  przyznał mi rację.  Chciałem  go  przytulić, sięgnąć przez stół i ścisnąć, ale nie zdążyłem, bo wstał po kolejną  colę. ☐   

80


Chcieliśmy razem zrobić coś jeszcze i dlatego powstał nasz Kolektyw Tłumaczy Literatury Fińskiej KIRJA

Finnish Stowarzyszeniu

Tłumaczy

Literature

Literatury Justynie Czechowskie

Merji Aho Sebastianowi

Musielakowi

Agacie Hąci Bożenie Kojro

Ryszardowi Turczynowi

Monice Mielke Adamowi Pluszce

81

Exchange


Jucce Kiljunenowi

Towarzystwu Polska-Finlandia

Muzeum Sztuki Nowoczesnej Biblioteka na Koszykowej Instytut Goethego

82

Duński Instytut Kultury


ZESPÓŁ PUBLIKACJI

83


KONTAKT ORAZ WIĘCEJ INFORMACJI O KOLEKTYWIE ,,KIRJA” I LITERATURZE FIŃSKIEJ:

84


Profile for Kolektyw Tłumaczy Literatury Fińskiej KIRJA

Kolektyw Tłumaczy Literatury Fińskiej KIRJA - Antologia  

Kolektyw Tłumaczy Literatury Fińskiej KIRJA - Antologia