Issuu on Google+

CURIER

[gratis w środku]

Maturzyści o przeszłości Co z naszą szkołą? O Wielkanocy


10 kwietnia roku pańskiego 2007. Godzina 13:06. Do zakończenia roku 17 dni. Do pierwszej matury - 24. Do ostatniej mej - 42. Jeśli chodzi o odliczanie, to bardziej odhaczam godziny do soboty wieczór koncert Lao Che w Poznaniu. Stan mentalny, jak przed randką życia, przyrzekam! Chyba mi się p r i o r y t e t y p o p r z e s t a w i a ł y. Właściwie to chyba nigdy nie były na miejscach uznawanych przez społeczeństwo za odpowiednie. Zadaniem szkoły średniej było, zdaje się, doprowadzenie ich do pionu. Doprowadzenie mnie do pionu. Nie udało się. I chwała Bozi! Może fakt, że coraz mniej dni, godzin, minut, sekund do koncertu, może Lao z głośników, a może obżarstwo świąteczne (tak, zadaje się, że jakieś nie-odżywcze bezwartościowości zapchały mi neurony, czy co tam jest do zapchania. Jestem grubasem mentalnym!) sprawiają, że pisemne opracowywanie tematów na maturę ustną z angielskiego nie idzie mi ani ani. Przez trzy lata nie udało mi się zaakceptować robienia rzeczy bezsensownych. Chyba sobie nie poradzę w „dorosłym” życiu. Z obserwacji wynika jasno, iż większość czynności podejmowanych przez tzw. „dorosłych”, jest bez sensu. Nie wiem, gdzie chcę iść na studia. Co chcę robić w życiu? Zasadniczo, to być szczęśliwym człowiekiem. Podobne założenia miałam trzy lata temu. Miałam nadzieję, że jakoś się sprecyzują. W tej kwestii za dużo oczekiwałam od II LO. W innych zaś, dostałam więcej, niż mogłam się spodziewać. Poznałam wielu wspaniałych ludzi. Chciałabym, żeby choć część z nich pozostała przyjaciółmi na te „dorosłe” lata. Miałam też do czynienia z dorosłymi, którzy pokazali mi zupełnie inny aspekt dorosłości, no i nauczania. Niestety, zarówno

uczniowska brać, jak i grono pedagogiczne, mają w sobie „ e l e m e n t y ”, k t ó r y c h zaakceptować nie jestem w stanie. Cóż. W każdym razie, moim Dobrym Ludziom, z tego miejsca, życzę jak najlepiej. Najpiękniej wspominam trzeci trymestr II klasy. 1.POL 107R TP, 2.WF PG, 3.ANG 205 TK, 4.POL 203 AC, 5.HIS 202 BK, 6.POL 205 WS. Rewelacja to była. Lektur mnóstwo, przeczytane wszystkie, nawet „Nad Niemnem”! Pierwszy i ostatni raz uczyłam się historii z p r z y j e m n o ś c i ą . Te r a z t o abstrakt. Ang 205, który był wielkim kopem w pupę dla mojej ambicji. Dałam radę. Chociaż był płacz i zgrzytanie zębów. Pol 205, czyli pierwsze spotkanie z dominantą kompozycyjną. Piękna, spokojna wiosna. Sezon osiemnastkowy w pełni. Piękne wakacje. A potem było już tylko gorzej. Najlepiej (i najmilej) zapamiętam wydarzenia okołoszkolne. Koncert Raz, Dwa, Trzy. Cmentarze Końca Wieków. Noce filmowe. Spływy. P-22. Fajfy. Orkiestrę Jednej Kolędy. Ciałko Pe śpiewające M a n u C h a o . Ka b a r e t o n y. Coroczne wyprawy do Zielonej na etap okręgowy olimpiady z historii sztuki. Kataklizmy Kinowe, w tym moją (naszą!) walkę z tym ostatnim. Kusi mnie strasznie, by w tym miejscu zacząć wymieniać. Potrwałoby. Szkoda, że te sprawy okołoszkolne, które w połączeniu z nastawieniem uczniów, należałoby chyba nazwać ów tajemniczym „klimatem”, zdają się z roku na rok tracić na wyjątkowości. A p e l u d o t y c h młodszych, co to mają jeszcze trochę czasu, nie będzie. Bo przecież ponoć POŁOWA ludzi żałuje, że trafiła do tej szkoły. Nie wiem, jaki wydźwięk ma ta

moja ostatnia curierowa pisanina. Zasadniczo, powinna być melancholijna. Kocham tą szkołę, mimo wszystko. Pamiętam dobrze brak szacunku, pamiętam okrutne końce trymestru i brak punktu do oceny, pamiętam poczucie beznadziei nad zeszytem z chemii 102 i enki nie wiadomo skąd. Ale pamiętam też małe punktowe zwycięstwa, pamiętam 20/20 ze sprawdzianu z fizyki, pamiętam wsparcie i dużo ciepłych słów. I pamiętam też lekcje ciekawe, porywające, zabawne. Pomimo okropnej trzeciej klasy, gdy traciłam wiarę we wszystko, łącznie z używkami, i co by się tam na maturze nie wydarzyło, będę tęsknić za tą szkołą. Będę tu sobie wpadać czasem. Przejdę się po łączniku, wspominając różne wariactwa i puszczanie baniek - istny cud. Wpadnę do pani Ani na nieśmiertelną kawę z dwoma śmietankami i cukrem. Wstąpię do prof. Czai pogadać trochę o sztuce, ale więcej o filmach. I do prof. Jaroszewicza też, choć najlepiej jest przy ognisku nad Drawą albo na koncercie Lao Che. Posłucham jak prof. Szymczak kolejne roczniki wprawia w konsternację pytaniem o dominantę kompozycyjną. Się zrobiło okropnie sentymentalnie, nawet nie wiem kiedy! To może skończę tym, od czego zaczęłam. Zaraz wejdę na stronę i sprawdzę, czy koncertu nie odwołali. Nie może być. Ten wieczór zapewni mi jakże pożądaną higienę psychiczną na dłuższy czas, może nawet do matur. Tak jak parę miesięcy temu zdrowie psychiczne ratował mi Kurt Vonnegut Jr., tak teraz jedyna nadzieja w Lao Che!

Ola Migacz PS. Koncert baaardzo udany! PS2. Jeśli chodzi o artykuły „pożegnalne”, to polecam felieton Filipa Praskiego w numerze z 2005 roku.


Klękam przed areligijnym konfesjonałem z kratą naniesioną wprost z zeszytu, w którym to skrobię trzyletnie wyznania. Przed padnięciem na kolana i szepnięciem wam na ucho o niegodziwie szczęśliwych, motylich niezapominajkach zasuszonych gdzieś między trymestralnymi wydrukami osiągnięć, gdybałam i dumałam, jak by to opasać słowem, w którą formę wlać i w jakiej podpiec temperaturze. Na nic to, spełzło iście geograficznie na niczym. Znów rozczytam się w swoich stanowczo zbyt spasionych księgach symboli, pachnących pożółkłym papierem, o czym wie tylko moja maturalnie dwujęzyczna poetka. Strona jedenasta. Ponumerowany z matematyczną starannością spis treści. Indeks nazw wszelakich. A jak Alina oraz (Jacek i) Agatka, C jak Celina i D jak Drzwi. Drzwi z klamką początków i końców. Na gumowych wycieraczkach, w które wplątują się obcasy, witamy i żegnamy, na „ d o j u t ra ” i „ n a z a w s z e ”, zostawiając zdjęcie z nazwiskiem, numerek w szatni i chusteczkę w klozecie - bo nie było papieru. W każdej szczelinie wypolerowanych sosnową pastą płytek PCV rozsialiśmy ziarno miłorzębu - na pamięć dobrą i niezapominanie. Na zaś, gdy zabraknie już trzech kółeczek truchtem o poranku, co by mózg dotlenić, by myśleć, refleksjom dogłębnym poddać treści zawarte na stronie czwartej o tym, jak prawą ręką wykręcać w powietrzu żarówkę, wygładzać przedziałki dziennikom kursu i kamizelki na krzesłach wieszać. „Ha! Dobre!” - rzecze przyczajony za igrającym z grawitacją telewizorem sąsiad z naprzeciwka, fukając nosem z

rozbawienia i zakasując rękawy to u swetra, to u koszuli. Łokciem łysym szturcha Prawie-ŻeŚwiętego Mikołaja Codzienności, który spod śliskiej tablicy rozdaje uśmiechy, ciągutkowe krówki i żabowe kawały. Spod tej samej tablicy, pod którą się leżało noc całą na materacach sprowadzonych z salki śmierdzącej rozdeptaną skarpetką. Leżało się w śpiworku, głową na brzuchu, ręką na głowie, nogą na nodze, z o k r u s z k a m i p ra ż y n e k p o d plecami i zapachem kawy parzonej naprędce w kantorku w przerwie między filmem a filmem, by napisy nie zezowały się już nigdy więcej. Łapało się obrazy i w ustach rozpuszczało powoli, zajadało kadry palcami, za talerz mając zmarszczoną latami mapę, malowaną trzema drewnianymi kredkami. Zasypiało się gromadnie, by chłód poranka pchnął nas ze schodów na wyduszonym snem materacu. Porzucało się własne, miękkie pościele, by księżycowe chwile spędzać w nietypowych dla drzemania miejscach. Klasa z ascetycznym pniem, ciasne fotele kinowe, podłoga dzielona z fortepianem i miękkie krzesełka, na których wspominało się spod półprzymkniętych powiek migocące gwiazdki światła, akordeon, złoty Landsberg i dobre, pocieszne aniołki fruwające pod niebem pełnym cudów. I to na naszej własnej auli, i to tak jakby wczoraj, na wyciągnięcie ręki, na półce między filmami z gazet. Przesadą jednak niemałą byłoby stwierdzić, że najpiękniejsze chwile zawdzięczam naszej nietypowej szkole. Marii zbytnio pochlebiać

nie będę, bo złe kontakty zawarła. Ale, ale. Czasy licealne były latami oddychania marzeniami i urzeczywistniania snów. W rzeczy samej, absolutnie. I choć ocierały się one nie raz o łańcuszki ostrych przekleństw, o bezradności zawarte między rozłożonymi rękoma, o „szlag by to trafił” i „mam to dokładnie tam, właśnie tam”, to, jakby nie było, wszystko nam przecież z czasem ulega mityzacji, zwłaszcza w tak pięknych okolicznościach przyrody, na grubej gałęzi wierzby i na trawce zielonej, koszonej superbryką. Dlatego pogwizdując sobie frywolnie już od czerwca, wzdychać pewnie będę, że wróciłoby się kiedyś, byle bez torby pełnej zobowiązań. Byle bez którejś z gałek ocznych, by nie widzieć tego wielkiego upadku, co następuje lub nastąpić ma zamiar, skoro, według danych statystycznych z kwiatka wyjętych, przynajmniej połowie wnuków Marii liceum nasze nie przypadło do gustu wcale (sic!) ... Może ta księga wcale nie ma końca, może zakończenie będzie się ciągnąć przez pięć kolejnych rozdziałów. Może Maria zgada się z Pimkiem i jeszcze po mnie zadzwoni. Już by chciała, tylko jej telefon z dłoni wypadł. Ino się przypatrz.

Ania Szulc PS. Korzystając z ostatniej okazji i wychwyconej czytelniczej uwagi, wykrzyknąć chcę całemu światu, że dziękuję niezmiernie wszystkim tym, którzy w ciągu dziewięciu trymestrów wzięli choć raz różdżkę w swoje ręce i kreowali naszą wspólną rzeczywistość po swojemu. Tym zza biurka i tym z ławki, tym, co odchodzą i tym, co już poszli, dziękuję po stokroć czekoladką Merci.


Przyznam się od razu, że siła perswazji profesora Czaji i jeszcze większa od niej, siła jego argumentów, zmusiły mnie do popełnienia tego artykułu. Co nie jest zadaniem prostym. Mam duże wątpliwości co do moich możliwości stworzenia czegokolwiek. Nie wiem o czym są artykuły w takich specjalnych wydaniach Curiera? Może trochę takie sentymentalne, może pożegnania, podsumowania, zestawy najzabawniejszych wspomnień. Każdy z NAS mógłby nakreślić tego trochę. Najważniejszy jest pomysł. Ja go nie mam. Nie wiem za bardzo, jak ująć trzy lata w kilku słowach. Jak najpiękniej podziękować. Jak najmilej powspominać. Jak słowem rozbawić i przypomnieć. Nie wpadając w osobiste przeżycia, niezrozumiałe. Możesz tu wyliczyć setki dni niebanalnych. Biwaki: buty Łowiego w lodówce, lub brak lodówki, stołu, krzeseł, telewizora. Cudowne zniknięcia przedmiotów, powodowane przez świętego Menia. Jeśli z kimś mieszkałeś przez te trzy lata (i nie chodzi mi o rodziców) na pewno było wiele zdarzeń w waszym mieszkaniu, o których się nie pisze, a nawet nie mówi (u mnie paliła się instalacja elektryczna, spadały lampy, karnisze, z różnych przyczyn, więc nauczyłam się radzić sobie w trudnych sytuacjach życiowych). Szkołę lubisz za to, że jest wyjątkowa, że nie ma TAKICH imprez w innych szkołach, a u NAS są(!), że ludzie na ogół są bardzo otwarci i sympatyczni. Bywa u NAS telewizja i w gazetach piszą. Obejmują nas troskliwie programem ZERO TOLERANCJI DLA PRZEMOCY. Z przemocą, jako taką, nie spotkałam się tu nigdy jeszcze. Ale, ale, ale (!) strzeżonego Pan Bóg strzeże, więc lepiej dmuchajmy na zimne, bo przezorni zawsze ubezpieczeni. Z a p a m i ę t a m y pojedynczych ludzi, o których za dziesięć lat nie będziemy pytać: "jak się nazywał, no ten no wiesz no.. ten..". Tylko popijając kawę, systematyczną lub sporadyczną, z przyjaciółmi ze szkolnej ławki, będziemy uśmiechać się na wspomnienie o MALINIE. To właśnie ON najpiękniej na świecie

się rumieni i używa lirycznych wulgaryzmów najsprawniej chyba. O KRZAKACH pisać pewnie nie wolno, ale napomknę tylko (tyci tyci tak), że wiosną pachnie tam jak nigdzie i nigdy. Pięknie jest mimo drogi dojścia usianej niedogodnościami. Doprawdy, najzabawniejsze rozmowy i biegi przez zburzone kamienice, spowodowane chęcią sprawdzenia obecności w MALINOWYM CHRUŚNIAKU przez któregoś z historyków na przykład. Nikt NAM nie odbierze nocy nieprzespanych, 9 sprawdzianów przez 7 lekcji (:D:D:D), co wydaje się być niemożliwe... a jednak! Przecież w życiu chodzi o to, by być troszeczkę niemożliwym. Jak każdy rocznik mamy sporo tajemnic, spraw których nie nagrały nawet kamery lub nikt ich nie obejrzał, bo był zajęty pracą lub gonił właśnie uczniów na sam stryszek, cichuteńko po schodkach, bo film na lekcji kręcili, z powodu BELFRA ROKU. Więc (od tego słowa nie można ponoć zaczynać zdania) o pewnych rzeczach nikt się nie dowie, bo wiadomo, że szkołę pamięta się przede wszystkim z tego, co poza szkołą. Doskonale też zapadają w głowie tragedie trymestralne, jak niezaliczone sprawdziany u profesor Marcinkiewicz, czy dziwnie niskie wyniki problemówek historycznych, okraszonych przypomnieniem o "abolicji maturalnej" bądź wyprawą do Meksyku. Wtedy strach może mieć oczy któregoś z nauczycieli i męczyć koszmarami w te krótkie noce pod koniec trymestru. Mimo to wszyscy mamy poczucie, że właściwie jesteśmy bierni wobec matury (brr), to ona strasznie aktywna się zrobiła i zbliża się do NAS wielkimi krokami w szybkim tempie. Pewnie zaskoczy licealistów mimo swojej przewidywalności. A ja tu o tysiącu spraw zapomniałam napisać, ale one będą przypominać mi się cicho, czasami, kiedy (jeśli się dostanę) będę zmierzać na zajęcia, spacerować, myć naczynia, albo zasypiać. Będą śnić mi się historie różne z 2 LO. Wiem, że będą to DOBRE HISTORIE, ze szczęśliwymi zakończeniami i mnóstwem pozytywnych BOHATERÓW. Dziękuję WAM.

Martyna Noga


W momencie, kiedy okazuje się, że na zawarcie pizzy nie dowożą nawet za dopłatą, pod oknami internatu biega ekshibicjonista, śmieci przyrosły do kosza i należy zabrać kosz z piętra niżej, a tamten pod osłoną nocy wyrzucić, nie może być dobrze. A jednak. Kiedy nocne hałasy przywołują panią kierownik, która następnie zostaje poproszona przez leżących facetów o zgaszenie światła, gdy wynikiem zakładu przeciskasz się kilka razy przez małe okienko w dyżurce, gdy poznajesz tajniki bezszelestnego poruszania się po schodach, gdy uczysz się, że wrażenie porządku utworzysz poprzez ustawienie przedmiotów pod kątem prostym, kiedy jako cel wyjścia podajesz wojnę, a dwa tygodnie przed maturą zdajesz sobie sprawę z tego, że jeszcze nie zacząłeś powtórek, najbardziej wartościowymi chwilami są te spędzone właśnie na SRWTNTCT*. Kiedy codziennie rano przychodzi przyjaciel katar i marzną kwiaty, bo okazuje się, że koleżanka z pokoju ma klaustrofobię i otwiera okno obok mojego łóżka, nasze Gniazdo wspiera swoje pisklęta i wypadnięcie lub celowe wyskoczenie z czwartego piętra uniemożliwia nam pozioma rama. Wszechobecne jaja zapewniają nam stały napływ nowych piskląt. I w szkole, gdy okazuje się, że przyjaciel zwalnia się z PO z powodu braku lewego jądra, wszystkie drukarki szkolne padają w dniu deadline'u na konspekt, na przedstawieniu dostaje się zaszczytną rolę rzepy, koleżanka podczas długiej przerwy strzela ketchupem z pizzerki na kilka metrów, a ktoś inny gardzi, nie może być dobrze. A jednak. Gdy ktoś potrafi niemal zabić się na prostej drodze i nie ma takich schodów, na których nie znalazłoby się niespodziewanie w pozycji horyzontalnej z nagłym załamaniem kierunków, można powiedzieć, że szkołę poznało się od podstaw. Gdy ćwiczyło się w b ł ęk i t nyc h , w ł o c h atyc h kapciach na wfie i szło w nich przez kałuże do netto, gdy w pierwszej klasie na przerwach widywało się hulajnogi i zawody

na czas w chowaniu się do małej szafki w nowym skrzydle, gdy w szkole tańczyło się taniec arabski, grało w rpg, medytowało i trzymało drewniany miecz po godzinach, przywiązać się nietrudno. Gdy wierzba ostatecznie potwierdziła swoją przyjaźń, przemawiając w końcu, a Elahne rośnie z dnia na dzień, kiedy wydaje się, że zawarciańskie dzieci nie mają szans przez dobre kilka miesięcy rzucać śniegowymi kulkami wchodzących do internatu, gdy z nudów wstaję o 7, zamiast spać jeszcze trzy godziny, to znak zapowiadający koniec. W niektórych mądrych książkach zawsze są epilogi, jakieś błyskotliwe myśli, ale obiecuję wam, że tutaj tego nie uświadczycie. Gdy "the end" Morrisona, śpiewane przed, po i w trakcie prysznica, przychodzi wreszcie - nie chce się ruszyć tyłka. Chciałoby się ten czwarty rok, panie Jimie, nawet z perspektywą bycia kopanym, co? Trzysetki lecą jednak, widocznie rama w oknie nie jest wystarczającą przeszkodą, czy konsekwencją znowu będzie złamana noga? Smutny chomik zastyga w bezruchu.

Izabela Pogiernicka _________________________ * Syndrom Robienia Wszystkiego Tylko Nie Tego Co Trzeba; wszelkie prawa zastrzeżone.


Kasia Raginia: Zacznijmy może od spraw bieżących i tych, które z pewnością bardzo interesują uczniów naszej szkoły… Mundurki będą, czy nie? P. Dyrektor Alina Nowak: To czy w naszej szkole będzie jednolity strój obowiązujący wszystkich, zależy od uczniów. Pomysł Ministra Edukacji dotyczy szkół podstawowych i gimnazjalnych, natomiast na szkołach p o n a d g i m n a z j a l n y c h rozporządzenie nie wymusza takiego obowiązku. Uważam, że to od nas zależy, czy będziemy chcieli wypracować sobie jednolite stroje. K.: Na początku roku była przeprowadzana ankieta na ten temat i mundurki wygrały… A.N.: Wygrały… Ja rozumiem to w ten sposób, że nasza młodzież identyfikuje się ze szkołą. Uczniom zależy, żeby się wyróżniać w Gorzowie, żeby się w jakiś pozytywny sposób odznaczać jesteśmy przecież dumni z tego, że uczymy się i pracujemy w takiej szkole i nie mamy powodu do wstydu, wręcz przeciwnie. Sądzę, że kolejnej ankiety na ten temat nie trzeba przeprowadzać, natomiast wiem, że samorząd uczniowski myśli o jednolitym stroju. Może nie nazywajmy go mundurkami, bo kojarzy się to z Gomulickim i trochę negatywnie. Uważam, że warto by się zastanowić nad jakąś koszulką, bluzką lub formą ubioru, która odróżni naszych uczniów, i być może nauczycieli, od społeczności innych szkół. K.: Co natomiast z planowanym w naszej szkole gimnazjum? A.N.: Niestety w tym roku nie uda nam się założyć szkoły dla gimnazjalistów. Nasz pomysł napotkał na opór społeczny. Dyrektorzy gimnazjów gorzowskich nieprzychylnie ustosunkowali się do niego. Być może, dlatego, że nie do końca znają ideę, która przyświeca utworzeniu gimnazjum w I i II Liceum. W założeniu ma być to szkoła dla uczniów wybranych, o szczególnych zdolnościach i

ambicjach, dla takich, którzy zasługują na obserwację swoich postępów przez sześć lat. Taka młodzież w Gorzowie jest i zależy nam na tym, żeby się nie pogubiła. Trzy lata liceum to stanowczo za mało, aby uczniowi zaproponować indywidualny tok nauki z określonym efektami, żeby go też efektywnie przygotować go do olimpiady przedmiotowej, żeby praca z uczniem miała charakter programowy. Sądzę, że od przyszłego roku wrócimy do tego pomysłu. Przedstawimy spójną koncepcję kształcenia „młodych nieprzeciętnych”. Potraktujemy Nasz pomysł jako eksperyment lub jako innowację pedagogiczną. K.: A jak wyobraża sobie Pani relację pomiędzy gimnazjalistami a licealistami? Niektórzy uczniowie są przecież niechętnie nastawieni do tego pomysłu. A.N.: Zaskoczyło mnie to, że licealiści niechętnie widzą młodszych kolegów w szkole. Wydaję mi się, że kilkuletnia bariera nie powinna stanowić przeszkody w kontaktach i porozumieniu. Poza tym, nasi uczniowie to ludzie dojrzali, mądrze myślący. To, że uczniów szkole pojawiła się pięćdziesiątka uczniów w wieku 13 lat, powinno wyzwolić w licealistach wolę opiekowania się, troszczenia o młodszych kolegów. W naszych planach są dwa odziały gimnazjum, oddziałów w liceum mielibyśmy pięć lub sześć - przewaga liczebna zostaje więc po stronie licealistów.. Przypomnę, że p o t e n c j a l n i gimnazjaliści to ludzie ambitni, o szczególnych predyspozycjach, uzdolnieniach. Tacy u c z n i o w i e s ą skoncentrowani przede wszystkim na nauce,

mądrej rozrywce i myślę, że te sprawy powinny jednoczyć gimnazjalistów i licealistów. K.: Jak w ogóle odnosi się Pani do pomysłów Ministerstwa Edukacji. Jest Pani bardziej na tak, czy na nie? A.N.: Ja jestem bardziej na tak, zwłaszcza, że część pomysłów wcale nie jest nowa. Dyskutować można jedynie z formą realizacji niektórych zamierzeń i sposobem wprowadzenia. Również zgadzam się ze zmianami w zasadach przeprowadzania egzaminu maturalnego. Nie potrafię jednak zaakceptować maturalnej amnestii. K.: Przejdźmy może do bardziej prywatnych pytań. Czy była Pani uczniem tej szkoły, tak jak niektórzy nauczyciele? A.N.: Owszem. Okres licealny wspominam z dużym sentymentem Dobrze mi się kojarzą lata 19731977. Część moich nauczycieli pracowała również wtedy, kiedy przyszłam do liceum jako nauczyciel języka polskiego. Zostałam


wówczas ciepło przyjęta przez swoje starsze koleżanki. Podejrzewam, że gdyby szkoła źle mi się kojarzyła, nie przyszłabym tutaj do pracy. Zawsze ciągnęło mnie coś na Zawarcie… K.: A czy ta szkoła zmieniła się dużo od tamtego czasu? A.N.: Dość dużo. Nie zmienił się na pewno duch tej szkoły, gdyż są nie ci sami, ale ciągle tacy sami nauczyciele, tacy sami uczniowie i tacy sami rodzice, którzy stawiają wysokie wymagania, mają jasno określone cele. Nauczyciele wiedzą, że muszą przygotować uczniów do dorosłego życia, w taki sposób, aby młodzież znalazła swoje dobre miejsce. Mówimy często, że przygotowujemy elity społeczne… Faktycznie tak jest, absolwenci naszej szkoły to w dużej mierze prawnicy, lekarza, ludzie świata polityki, biznesu, świetni ekonomiści. Rozrzuceni są po całym świecie, nie tylko po Europie. Szkoła w dużej mierze jest taka sama, mimo że zmienili się w niej ludzie. Aczkolwiek stuletni gmach zmienił swój wystrój. Uczniowie nie spacerują już po korytarzu parami, tak jak to było w latach 70, młodzież inaczej się ubiera, inaczej się zachowuje. Ale są to przecież znaki czasu. Szkoła zmieniła się bardzo na przełomie drugiego i trzeciego tysiąclecia. W życie weszła nie tylko reforma oświatowy, lecz nastąpiła również zmiana mentalna. Zmieniły się metody pracy, podejście nauczycieli do uczniów i tym samym ich relacje. K.: Jakim jednym słowem mogłaby Pani opisać tę szkołę? A.N.: II Liceum to szkoła, która wyróżnia się w mieście. Trafia do niej określony typ młodzieży, która potrafi nazywać swoje plany i jasno określać perspektywy. Są to w większości mądrzy, młodzi

ludzie. To szkoła ma dziś i jutro. K.: Jak więc Pani oceni rocznik '88? A.N.: Jest to rocznik z temperamentem. Uczniowie ci chętnie pokazują się na zewnątrz, biorą udział w konkursach, olimpiadach. Myślę, że dotrą do upragnionych celów. K.: Co mogłaby Pani powiedzieć temu rocznikowi na koniec? A.N.: Życzę, aby zdali maturę na jeszcze wyższym poziomie niż rocznik 2006, a należy pamiętać, że wtedy uzyskaliśmy najwyższy wynik w Gorzowie. Życzę im takich ocen, aby mogli dostać się na upragnione kierunki studiów, gdyż jest to ich najbliższa przyszłość, na tym więc powinno im najbardziej zależeć. Życzę im również, aby znaleźli swoje szczęście,, żeby otaczali ich rozważni i przyjaźni ludzie. Żeby na ich studenckiej drodze nie było żadnych problemów i kłopotów…Chociaż przeciwności hartują człowieka. Muszą więc umieć je pokonywać godnie, tak jak przystało na absolwenta II Liceum. K.: Ostatnie pytanie: Co lubi Pani robić po powrocie do domu po ciężkim dniu? A.N.: Jeśli uda mi się wrócić do domu przed 17:00 to włączam telewizor na 'Teleekspress', a później przeglądam sobie gazety. Do nałogu robienia zakupów nawet się nie przyznaję. Gdy jestem szczególnie zmęczona, po drodze zahaczam o Panoramę. Niekoniecznie po to, żeby coś kupić, ale żeby pooglądać, co nowego pojawiło się na wieszakach.

Czekoladowe baranki, lukrowane babki, bazie, kurczaczki, jajeczka, mazurki… STOP. Postaw Zmartwychwstałego na pierwszym miejscu, możesz nawet to zrobić kilkakrotnie. Przeczytaj jeszcze raz. Teraz lepiej. Wchodzę na wielkoczwartkową liturgię. Ślizgam wzrokiem po ławkach. Dziś nasze pokolenie nie będzie stanowiło większości. Jeszcze kilka dyskretnych spojrzeń, odnajduję gdzieniegdzie rówieśników. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mają w kieszeniach indeksy. Historia lubi się powtarzać, więc robi to co lubi przez dwa kolejne dni. Na rezurekcji jest lepiej, ale to nie pasterka. Pytanie tylko, która msza wiąże się z

obchodami największego święta chrześcijańskiego? Nie odpowiadaj głośno. Dobra, to jeszcze jedno pytanie dlaczego tak jest?! Po pierwsze dlatego, że radość z narodzenia jest beztroska i lekka, a całe wydarzenie bliższe. Każdy z nas to przeżył, nawet jeśli tego nie pamięta (jeśli ktoś ma wątpliwości proszę się udać do rodziców na

Kasia Raginia


poważną rozmowę, uprzednio anulując wszystkie prezenty urodzinowe). Nic dziwnego, że Jezus się urodził. Radość z Jego zmartwychwstania jest trudna. W pakiecie z nią, nieodłącznie dostajemy zadumę. I wdzięczność za coś, czego nigdy do końca nie zrozumiemy. Kiedy mały Jezusek przychodzi na świat, nie zastanawiamy się, po co to robi. Po prostu cieszymy się, że jest. Ale kiedy umiera, a po trzech dniach ożywa… chciałoby się powiedzieć: „szok, nie?” Jakoś nikt nie wygląda na zdziwionego. Na ulicach jest normalnie. Nie ma tej życzliwości, która pojawia się okazjonalnie w okolicach Gwiazdki. Reklamy nie są tak nachalne, a kolejki w Tesco tak długie. Wprawdzie w witrynach sklepowych zamieszkały kurczaczki na sztucznie zielonej trawce, ale ewidentnie widać, że to święto nie sprzedaje się dobrze. Przyczyną jest jego głębia, moc, która nadaje sens naszej egzystencji. Życie wieczne. Nie da się go kupić. Ma wysoką cenę, ale nie warto czekać na wyprzedaż. Promocji też nie będzie. Nie znaczy to

Podobno zmiana czasu z zimowego na czas letni jest podyktowana oszczędnością wynikającą z efektywniejszego wykorzystywania światła słonecznego. Na całym świecie trwają dyskusje nad wadami i zaletami wprowadzenia czasu letniego. Główną zaletą jest oczywiście oszczędność energii, związana ze zmniejszeniem kosztów oświetlenia. Zaleta finansowa… Ludzie dla pieniędzy, dla zysku, są w stanie zrobić wiele. Zgodnie z ideą - skoro można zaoszczędzić, po co tracić? Ktoś kiedyś stwierdził, że taki wariant się przydaje, że to jest dobre… Ale czy na pewno? Czy na pewno zyskując pieniądze, nie tracimy czegoś o wiele cenniejszego? Czy godzina życia, którą odbieramy sobie bezpowrotnie przestawiając zegarki w nocy z 24 na 25 marca nie ma żadnego znaczenia? Dlaczego tak łatwo ją oddajemy? Czy przez tą godzinę nie mogłoby wydarzyć się coś pięknego? Pozwalamy na to i ona gdzieś umyka. Co z tego, że zimą znów przestawimy zegarki, że wtedy dodamy godzinę. To już nie będzie to samo! To już nie będzie ta wiosenna godzina, ta noc… Można by pokusić się o stwierdzenie, że czas to to, co mamy najcenniejszego. Określony czas to przecież pula życia. Czas, w zależności od indywidualnych zachcianek, marnujemy lub wykorzystujemy. Czas nie dla wszystkich płynie tak samo szybko. Zazwyczaj to czas decyduje o tym, co się wydarzy. Miałam kiedyś koleżankę, która, gdyby nie czas, dziś byłaby wśród żywych… Ale czas, niefartowne sekundy, zadecydowały. I to przez ten cholerny czas ona nie żyje… Mówisz: „Czym jest godzina w stosunku do wieczności?” Jest niczym. Ale godzina w stosunku do życia człowieka, który cierpi na permanentny brak czasu może stanowić bardzo wiele. Zwykła

jednak, że jest nieosiągalne. Trzeba tylko od siebie wymagać. Nawet, jeśli inni od Ciebie nie wymagają (poznajecie, czyje to słowa?). Mieć te święta bardziej w sercu niż na liście zakupów. Przygotować się i głęboko przeżyć. Nie pozwolić, by zostały do końca skomercjalizowane, a przez to spłycone. Pomyśleć od czasu do czasu, że jajko to symbol nowego życia, do którego furtkę otworzył nam Chrystus. „On przez swoją śmierć zniweczył śmierć naszą i zmartwychwstając przywrócił nam życie.” (Prefacja wielkanocna). Pomyśli ktoś, że zwariowałam. Przemądrzała. Święta. O sednie „tych świąt” (dlaczego nie świąt Zmartwychwstania Pańskiego?) się nie mówi. Po prostu się obchodzi. Bo jest wolne. Bo to taka tradycja. Bo jest okazja, żeby dostać prezenty i porządnie się najeść. Może ktoś pomyśli. Przetrawi. Do następnego zmartwychwstania prawie rok.

Marta Góralczyk

godzina, która może dać lub odebrać życie… I teraz czytasz to, zupełnie nieświadomy, że wykonałeś odgórny rozkaz społeczny skrócenia sobie życia, posłusznie przestawiając zegarek, tracąc całe 3600 sekund. Zastanów się - a może ona miała być najpiękniejszą godziną Twojego życia? Zmianę czasu stosuje się w około 70 krajach na całym świecie. Wbrew pozorom, wcale nie mam zamiaru rzucać się z pięściami na mur państwowych postanowień. Chcę tylko powiedzieć cichym krzykiem druku, że czasami warto zastanowić się nad rzeczami „ogólnie dobrymi”, nad sprawami, na które przystajemy przez nieświadomość, milczenie lub lenistwo. Może czasem, gdy wszyscy krzyczą „tak!”, warto zadać sobie pytanie „a właściwie dlaczego tak?”. Nie krzyczę, nie biję, subtelnie apeluję, uważajmy… bo kiedyś, brak indywidualizmu może z uśmiechem na twarzy zapędzić nas na pastwę prohibicji.

Natalia Białobrzeska


„Jesteśmy uwikłani w niekończącą się walkę z przemijaniem. Ponieważ ta walka skazana jest na klęskę, wypełnia nas lęk. Szukamy bezpieczeństwa u innych ludzi i na koncie w banku. Szukamy bezpieczeństwa w pracy i myślimy, że powinniśmy pozostawić po sobie coś wielkiego. Szukamy bezpieczeństwa w fałszywej pobożności. Wierzymy, że istnieje Bóg, który zagwarantuje temu małemu „ja” trwałość i wieczność. To „ja”- chociaż czasem śmiejemy się z tego- chciałoby żyć wiecznie. Mistyka natomiast powiada: Umrzyj i stań się!” Willigis Jäger „Tu i teraz. Myśli na każdy dzień”

Po przeczytaniu tego tekstu byłam zbulwersowana prawdziwością słów autora. Zaczęłam rozmyślać o ich s e n s i e . P o w o l i dopasowywałam je do rzeczywistości. Do świata Waszego, nas otaczającego, mojego. Niewątpliwie przemijamy. Jest to temat szerszy, nieco filozoficzny, natury egzystencjalnej. Ale ja chcę się skupić na 3 latach liceum. Aż trzech. Tylko trzech (niepotrzebne skreślić). Czy nie będziemy żałować tego, co nas tu spotkało? Oczywiście, mam na myśli sprawy, na które mięliśmy jakikolwiek wpływ. Tego, że nie zawiązaliśmy trwalszych więzi, przyjaźni? A może, że nasze świadectwo maturalne nie będzie wyglądało najpiękniej? Że nasze ambicje pozostały niespełnionymi, a marzenia legły w gruzach przez słaby charakter, osobowość. Ja osobiście chciałabym dostać drugą szansę, by

moc zdążyć nauczyć się na błędach, a dopiero potem nauczyć się żyć. Aby łatwiej, bardziej świadomie móc ponosić konsekwencje. I myślę, że nie jestem sama. Ale za późno. Trudno. Żyje się dalej, a z bagażem doświadczeń może być ciężej lub wręcz odwrotnie. Paradoks?! Skądże znowu. Im więcej przeżyjemy, tym więcej wiemy. Im więcej wiemy, tym jesteśmy mądrzejsi. Oczywiście, z drugiej strony, może on zostawić piętno, które jak blizna, będzie „zdobić” nasze serca, umysły. Blizna chwały, lub wręcz odwrotnie - świadectwo bólu i cierpienia. Jesteśmy u progu życia, od nas zależy, czy nie zmarnujemy szansy, jaką daje nam ta szkoła. Mam tu na myśli kwestie przyszłych studiów, ale także przyjaźni, która jest jedną z najważniejszych wartości w naszym życiu. Natomiast dla wielu z nas, młodych, życie trwa wiecznie. Nie dbamy o nie zbytnio. Nie chcę wystawiać laurki Babci Marii. Mam świadomość, że to stres z nią związany, po części doprowadza uczniów naszej szkoły do nałogów, chwilowych załamań nerwowych. Ale w życiu nie ma czasu na takie „błahostki”. Ono nie zatrzyma się, bo zachce nam się płakać. I tak samo ta szkoła. Ma swoje zalety, ma swoje wady. Nam pozostaje podporządkować się, albo wyjść przed szereg. A 2LO jest to miejsce, gdzie szanowane będzie nasze zdanie. Więc uważam, że akurat decyzji, o wybiciu się, nikt nie pożałuje. A skoro przemijamy (o czym raczył nas poinformować autor wyżej zamieszczonego tekstu), może warto byłoby zastanowić się jeszcze raz: co tak naprawdę jest dla nas ważne. Czy jest to może przyjaźń? Rozwijanie własnych zainteresowań? Kształcenie się? Ja jedynie apeluję, by wybór był słuszny. Nie możemy zapomnieć (wybierając jedną z tych możliwości) o innych, niemniej ważnych sprawach. I byśmy zawsze pamiętali, że przy pomocy naszej ciężkiej pracy marzenia się spełniają. A tylko one pozostawią po nas ślad w głowach, sercach współludzi.

Nina Popielec


Nie polecam czytania ludziom, którzy mają tylko jeden punkt widzenia. Ani tym, którzy płytko nazwą mnie pesymistą. Wyobraźcie sobie taką sytuację: zwykły, szary dzień, jak co dzień. Z każdej strony spieszą się ludzie. Do szkół, do pracy, wszędzie. A ja idę powoli w tym szarym, nijakim tłumie. To jest jak labirynt, ale chyba jednak za dużo do tłumaczenia. Idę tak mijając beznadziejnie szarych ludzi. Wszystko wokoło mnie jest szablonowe, niekolorowe. Nawet sklepy, samochody, domy, przystanki, drzewa, niebo… Niebo zawsze jest tak optymistycznie niebieskie, ale nie dziś. Patrzę na swe dłonie, patrzę na resztę ciała, ubranie wszystko szare. Jestem zamknięty w zwykłym szablonie, bloku. Lecz w jednej chwili cały ten świat się zmienia, bo oto daleko przed mymi oczami błyszczy napis. Błyszczy i jest kolorowy. Biegnę tam szybko popychając i przewracając tych beznadziejnych szaraków z nadzieją, że tamto miejsce odmieni mnie. Że będę inny.

[Tekst zawiera poglądy autora, nie zaś prawdę objawioną.] Jadąc pewnego dnia samochodem słuchałem „<tu wpisz tytuł>” Blue Cafe. Myślę: Boże, kolejna beznadziejnie nudna piosenka o miłości, w której nie liczy się tekst, tylko to jak brzmi. A brzmi i tak średnio. Dzisiejsze podejście artystów do odbirców jest prawidłowe (niezależnie od tego czy świadome czy nie). Mianowicie, serwują nam kolejny szary, powtarzalny chłam, którego treść można wyrecytować ani razu go nie słysząc. Bardziej jednak chciałem się skupić na tym, że jest to piosenka o miłości właśnie. Ja nie doświadczyłem jeszcze szczęścia z odwzajemnionego uczucia, jednak domyślam się, że jest ono wielkie. Znudziło już się ludziom podzielanie tego szczęścia z artystą. Po co więc, pytam się, pisać kolejny utwór nie wnoszący nic nowego do kultury? Wszyscy chyba kojarzą maglowaną w radiu piosenkę Gosi Andrzejewicz. Proponuję jednak, bardziej dla zorientowania się w temacie, niż dla przyjemności, zapoznać się z całą jej płytą. Co tu

Po tym biegu, nawet nie potrafię powiedzieć, ile on trwał, staję wreszcie przed owym budynkiem. Jest to piękna restauracja. Wykwintna. Popycham drzwi, które otwierają się bez żadnego szelestu i natychmiast. Elegancko ubrani kelnerzy prowadzą mnie do stolika. Oznajmiają, że za chwilę zostanie mi podane danie specjalne restauracji. Rozglądam się dookoła widzę wielu ludzi, nie wszyscy ubrani wykwintnie jak kelnerzy, i ja też. Patrzę znów na swe dłonie, ubranie oraz resztę ciała. Przenikają kolory przez tę szarość. Czuję wewnętrzną radość. Po chwili obsługa przynosi pięknie przyozdobione srebrne półmiski. Wszystko zostaje rozłożone. Stosy sztućców, złocista świeca się pali na wprost mnie, a na kolanach mam czystą, białą serwetkę. Wszystko wokoło jest piękne i eleganckie. I moje danie też zostało tak elegancko podane i zaserwowane. W momencie, gdy jeden z kelnerów podnosi pokrywę półmiska, orientuję się, że tak pięknie zostało mi zaserwowane gówno. Jak reszta mojego życia. Wtedy obudziłem się. Lecz to życie jest wciąż takie samo.

Kuba Markiewicz

kryć. Porażka. Ogólny schenat polega na obracaniu się wokół motywu „Ja jestem tu, Ty jesteś tam, ciężko mi żyć bez Ciebie.” Autorka albo nie zdaje sobie z tego sprawy, albo robi to specjalnie. Chłam. Ludzie lubią chłam. A jak już jest o tak szlachetnym uczuciu, jakim jest miłość, to doświadczamy pełni szczęścia (Tak! Dokładnie! Razem z autorem, a jakże!).Z podobną sytuacją mamy doczynienia, jeśli chodzi o Hip-Hop (ale o tym kiedy indziej). Pragnę jednak pozostać przy temacie, deficytowej dziś, miłości. Koleżanki się kochają, koledzy kochają koleżanki i nawet koledzy kochają kolegów (tylko sobie o tym nie mówią). Męczy mnie już nadużywanie tego tematu. Wszędzie miłość, uczucie, przywiązanie. Seriale, piosenki, zycie codzienne a nawet święta. Żyjemy w erze tandety. J e s t e ś my p o ko l e n i e m t a n d e t n e j , t a n i e j , komercyjnej miłości. Wspomnę tylko, że Kościół ma w tym swój udział (bo ma!). Chociaż nic mu nie zarzucam w tym momencie, bo propaguje właśnie to niepowtarzalne czyste w swojej formie uczucie. Jednak szare masy przychodzące co niedzielę, nie rozumieją tak skomplikowanej rzeczy. To tak jakby tłumaczyć


mnożenie komuś, kto nie zna dodawania. Sprowadza wtedy mnożenie do dodawania. Upłyca, banalizuje.Wychodzimy więc, z rozbrzmiewającymi echem w naszej głowie, słowami: „Kochajmy bliźnich i Boga, i zwierzątka i roślinki.” No i co robimy? Kochamy. Obdarzamy wszystkich i wszystko dookoła „uczuciem”, które tak naprawdę nim nie jest. Ale Kościół to tylko niewielka część, kształtująca naszą świadomość. Telewizja, gazety, historia (tak ta współczesna jak i wcześniejsza). Każdy normalny (mam na myśli przeciętny) człowiek jest zdegustowany i znudzony ciągłymi aferami, wojnami i wydarzeniami dnia codziennego. Każdy chce być ponad to wszystko. A co jest ponad? Sami możecie sobie odpowiedzieć. Ale czemu ona? Pewnie dlatego, że jest najpopularniejszą i najbardziej przeciwstawiającą się aspektom wymienionym wcześniej, wartością. Stąd wspomniana już jej rzadkość. Wszystko jest do niej upodobnione, nic nie jest prawdziwe. W dzisiejszych czasach nie jest już sztuką powiedzieć „Kocham Cię” (w ostateczności powiemy, że jednak się pomyliliśmy). O wiele trudniej powiedzieć „Nie kocham Cię.” Albo nie mówić nic. Uczestniczymy w ciągłym pościgu, na mecie którego jest związek z osobnikiem przeciwnej płci. Uczestniczymy w nim nie wiedząc dlaczego i mamy

tylko dość prymitywne poczucie, że musimy wygrać, niezależnie od tego, co będzie nagrodą. Pragnę zwrócić uwagę, że nie chodzi mi o element rywalizacji (choć on także występuje) ale o instynkt rodzaju ludzkiego. Miłość traci znaczenie. Grozi nam zezwierzęcenie. Stawiamy sobie cele. Pokochanie kogoś jest jednym z nich. Bardzo popularnym w moim wieku. Dopóki nie uświadomimy sobie, że trzeba podejmować wysiłek, by nie ulec chęci, będziemy brnąć. Słabnąć. Rozmieniać się na drobne. Staniemy się ckliwi. A wszystko dlatego, że chcemy ulec niedoznanej jeszcze rozkoszy miłości. Nawet jeśli to nie miłość. Nasz komfort psychiczny jest przecież najważniejszy. Gdy go nie ma ,odczuwamy smutek, przygnębienie, melancholię w r ę c z . P ra g n i e n i e u n i k n i ę c i a t e g o j e s t bezpośrednim źródłem wyżej wymienionej chęci. Oczywiście nie wytłumaczę tego nikomu. Ciągle będą dwie grupy: jedna myśląca, że kocha i druga kochająca. Gdyby wszyscy przyjęli do siebie moje słowa, mielibyśmy mniej chłamu wspomnianego przeze mnie na początku. Mniej ckliwości. Wszechobecnego sztucznego szczęścia. Byłbym zadowolony. Jednak niedoczekanie moje.

Błażej Huzarski

Stopka redakcyjna redaktor naczelny: Kasia Raginia, redakcja: Natalia Bialobrzeska, Marta Góralczyk, Blazej Huzarski, Kuba Markiewicz, Ola Migacz, Martyna Noga, Izabela Pogiernicka, Nina Popielec, Kasia Raginia, Ania Szulc, rysunki: Kasia Kaczynska, Kornelia Sobczynska i ten chlopak, fotografia: Daniel Kozar, sklad: Pawel Milota, korekta: Monika Tylman.


Curier 04/2007