Page 1

Kamil Kwidziński

ROZŁĄKA

1


2


Ludzieńkowie

Nie widzieli się długo z czyjejś woli i winy, A czas ciągle upływał — bezpowrotny, jedyny.

,,Dwoje ludzieńków” – ze zbioru ,,Łąka”, Bolesław Leśmian

3


Apollinaire zepsute pokrętła od radia i zimna. a po szybie szedł pająk tutaj nie, powiedziałaś, tutaj nas znają. pojedźmy dalej miasto w wodzie i twoja twarz w kolorach Francji. zamarłem w najlepsze, z każdej strony zawrócony w ciało, pod lasek sosnowy skąd przyjaciel ubolewał w ostatnim smsie. nad brakiem miłości w zamyśle chodziło o więcej, ziemia nie była tak czarna w zamyśle dwa złożone palce wzbudzały strach na gwiazdach tu dobrze. i poczęliśmy rozkładać na trawie dwa mokre płaszcze

4


Rozpacz Uważajmy na rozpacz – krzyknąłem z jej kolan na ciemnej trawie – rozpacz, która układa dłonie, otwarcie w nas klęczy i mówi do krwi. To tylko kelner, odpowiedziała. I do diabła, to nie ja zabiłam ptaki. Były martwe, gdy spojrzałam na ciebie. Ale ja wiem; kiedy spojrzałem na ciebie, przystań nie była ciemna i ptaki jeszcze żyły.

5


Ludzieńkowie Justynie piszę do ciebie spod skrzydeł fontanny. dobrze zbudowany i z rozwiązanym butem. nie przyjechałem do twojego miasta szukać pokoju, a jedynie wnieść w twoje dłonie legendarne przetwory z porzeczek, jakieś odległe niebo. twoja znajoma pomogła mi rozstawić na ulicach miniatury pingwina, w zamian miałem posiedzieć nad jej ciemnymi wodami, podarować jej imię, zapisane szminką na szybie, wydeptywane w śniegu nad ranem, imię barbarzyńskie, imię ogrom i imię bajkę, więc dałem twoje wargi, do diabła, dałem twoje oczy, zrobione na bóstwo dłonie, które nie tańczyły po kwiatach, oddałem poczucie, że mogliśmy być bogami. wyprowadzałem ciosy bez wiary. na brzuch, na głowę, na piersi śliwki. mówić o deszczu i się nie mylić. to właśnie uczucie. wylizywać krople spod skrzydeł fontanny, dla samej tylko ciągłości bólu.

6


Blizna Jest taki wiersz Nerudy, który napisałem przy tobie. Zaczyna się ranką zadaną przy wkrajaniu łososia do drewnianej miski; przebiega blizną, którą ledwo pamiętam, przez puste miasteczka, strumyk włosów na moim podbrzuszu, wpada w morze twoich włosów przy stopach innego mężczyzny. Jest taki wiersz Nerudy. Najgorszy wiersz świata i nic go nie obroni. Zaczyna się interwencją boską w krajach trzeciego świata, a kończy czarnym lądem i głodem pokoju w trzeciej osobie. Wiersz jak dziesięć butelek ustawionych między naszymi łóżkami, jak więzy krwi lub człowiek krwawiący na dwie plamy. Jest w końcu wiersz, kiedy siadamy po czterdziestu latach w budce telefonicznej, jemy z jednego garnka, nie brzydzimy się śliny. Pokazuję bliznę, która zaczęła się na tobie, a skończyła na mnie. Wymawiasz imiona dzieci. Kocham cię. Przesuwasz w moją stronę kolejne słoiki, resztkę morza twoich włosów.

7


Sedna Marceli Wiem, kogo zapytam o północy – czy pamiętała o świetle. Z kim się zestarzeję, na kogo wejdę wysoko – będzie domem, z którego wyniosę rozkosz. Dom jak środek wiersza, gdzie zawlokę ją za włosy. Wiem, kogo zapytam: jak to było kochać, jak się przesuwało smutek po poduszce, siniaczyło gwiazdy z miłości. Komu dać wiarę, że choć słoik puścił, to w środku pozostało smaczne; kogo ustrzec – choć było zamknięte – przed słowem pozbawionym pulsu, z nagle zapadającym się akcentem. Wiem, kogo zapytam o świcie – jak się czuwało przy wannie wypełnionej człowiekiem z przyszłości. Komu i co przyniosę w siateczce z H&M'u – bo była już na zawsze z kim innym, który ją pytał o północy, zaciągał w światło za włosy.

8


Suska twoja spinka w kształcie świerszcza. i ja także kopałem na myśl o śmierci rodziców, upadku domu na drzewie (tych z piątej C nie odstraszał deszcz) rozbity kubek I LOVE DAKOTA. grunt to ułożyć się w pożar, pozwolić bezdomnym topić się w smole. nieodgadnione są karki pochylone ku sobie, niepojęty finisz czytanki o psie i sokole. jak pies tak mógł i jak mógł sokół. jak mogli, jak mogli, jak mogli szczotkować skórę czarną na błysk, dojeżdżać kredką na sam styk żeby się rozstało co miało iść razem. żeby nie stało już przy mnie to przed snem kopanie w ścianę nośną domu, to domu łagodne opuszczanie z wiarą, że bliskość też upchnę w słoik, zatrzymam na wieki, wyrwę tylne nogi.

9


Kredens Kasi Kredens ten stary, wiśniowy i nie dbam o niego. Śpię wokół ciebie, będziesz spać dość spokojnie; gdziekolwiek się przechylisz, zacznę się. Nie myśl o przyszłości, powtarzam: morze gęste i czerwone, ustępuje rybom i zawraca przy kratach, choć nie istnieją dla niego. Ten wiśniowy kredens, stary; przyjrzyjmy się dokładniej za tydzień szufladom, gdzie, rozkochani w postaci, złożyli nici, zdjęcia, rękawice. Być może kochali się lepiej w czasach wojny, długi warkocz w windzie stanowił powód do życia długo i szczęśliwie. Być może bajka pisana. Ten kredens stary i wiśniowy i nie dbam o niego! Być może bajka pisana do maszyn rozkołysze w nas dawno, nieprawdę i wojnę. A ten niedopałek rzucony na dywan nie zawrze pokoju, podejmie prośbę. Śpij dość spokojnie, bym nie istniał dla ciebie. Wiśniowy, stary, nie dbam o siebie, lecz podejmę wojnę. Złożę w szufladce nici, zdjęcia, rękawice. Nie zawrócę przy kratach, rozkochany w postaci gęstej i do kości. Ty, pełna przyszłości, być może pisana.

10


Odmiany Dalej nie wierzysz, że ktoś z czystej ciemności prosi o wyznanie, przyświeca dłońmi słabnącą pamięć, opływa twój ból o zmierzchu. Że masz te godziny, numer mieszkania, fajkę spaloną do połowy za domem nauczyciela, kasety z niemieckim wrestlingiem. Jej krew z nosa, lewą stronę ulicy (bo ona chodzi tylko prawą), garść włosów po kłótniach z bratem, masz przesrane na mieście, na jej kontynencie, pod jej gwiazdami. Tylko nie myśl skakać w ten ból. Między wami wszystko będzie wierszem współczesnym. Chociaż spokojni – drżyjcie na pamięć. Z pochylonych karków polecą czereśnie. To już skowyt. Strumień snów trębaczy.

11


Sonet światła, mleka i chleba Cięłaś ulice w czerwonych bucikach rozpędzona; Cobain na twojej koszulce z głową nabitą gwiazdami, a noc tonęła, miękka jak chleb w mleku. Ssaliśmy różowy sutek świtu, wysunięty bezwiednie spod tafty portowej. mężczyzna z laptopem na kolanach robił prezentację najładniejszych sutków świata. Spękany na brzegach, nabrzmiały – Hawana 1959, Paryż 1994 – odcień śliwki, twardy, ledwie widoczny postrzał. Nie znam ciebie teraz – pachnąca prochem, zbombardowana aż po katedry, przegryzasz nitki światła na przedramieniu, a lwy twoich łopatek, dźwignięte z gruzów, obracają się w światło. Nie znam ciebie rano, klęczącej przy niedomkniętej lodówce (niedźwiedzie mleka muszą chodzić wolno): Neruda! Neruda, Neruda musi umrzeć. Zbyt zręcznie uciska moją samotność. Niech twoi ludzie odejdą, sam zapewnię temu miasteczku bezpieczeństwo. Twojemu światu, światłu, spiszę mechanizm na stratę, przewrót wojsk na lewą stronę; moje światło jest tutaj święte, niepodważalne.

12


Kołysanka wojny dla Kaisu dam wojnę światu który zapragnął nas martwych ukołyszę przemoc rzeź zwierząt które kochamy i pożeramy z miłości ukołyszę w ringu gdzie świat padł przede mną z prośbą o stworzenie ukołyszę w pokoju na który cię nie stać i w mieście wszelkich porażek ukołyszę cię w miejscach spojeń i pęknięć na linii brzegu i na linii lasu kiedy oszalejesz ukołyszę głośno i cicho kiedy powiesz ZAMKNIJ MORDĘ na słowa DALEJ NIE MOGĘ ukołyszę dalej i z daleka na słowo ODEJDŹ wkołyszę w ciebie porażki walecznych wykołyszę zwycięstwa tchórzliwych kiedy stary świat umrze na dźwięk twojego imienia wejdę do twojej kołyski z nowymi bogami u palców lewej nogi i roślinnością w nodze prawej z rozkładem tramwajów w brzuchu i grafikiem pracy na kolanach z piosenką której nie znasz we włosach i zapasem jedzenia w głosie z układem nieba na plecach i marszem pingwinów na powiekach

13


Kelner z hotelu harris może jeszcze tej nocy ułożymy się nago. jak kładą się cienie obok swoich rzeczy. błogosławieni, którzy pozostaną w hotelu, powiedział kelner, wędrówki świateł po niebie to norma w moim małym ciele. istotnie, był drobnej budowy i drżał. to nieistotne, albowiem błogosławieni i istotni ci, którzy nie drżą na terenie hotelu. może jeszcze tej nocy ułożymy się nadzy. nie do wiary jak wiele zjadamy owoców. po zmroku podobno zabraknie wody, zdradził kelner. wargi bosko mu drżały.

14


Listy do przesiedleńców Mieliśmy dla siebie paryskie schody. Ja, szesnastoletni oraz wkurwiony, wyobrażałem sobie, że jesteśmy niewolnikami uczuć, i że wyleje się nasza krew spod gilotyn Concordy, a ciała – dalej butne i zdolne do wystąpień – poczłapią, trzymając się za dłonie, ku ogrodom Tuileries. Mogli nazwać nas romantykami, bezdomnymi, mogli zadzwonić na policję i wysapać z satysfakcją do słuchawki, że ,,OTO leżą, rozebrani, w świetle państwowych latarni. Oto leżą! Ohydni żebracy o dziecięcych ciałach! Leżą i gryzą się jak zwierzęta, OCH, co za ohyda, zabierzcie ich z naszych pięknych, państwowych stopni, natychmiast!”. Mógł to podpatrzeć malarz, mogli nas oklaskać taksówkarze, którzy chętnie śpiewają sprośne rymy każdej sprośnej parze. ,,Ja też się jeszcze kiedyś tak zabawię”, wołał brudny paryżanin, kopiąc puszkę w dół ulicy, aby w końcu wejść w swój karton, przestać liczyć.

15


Auden zasypcie ocean zmiećcie wszystkie drzewa pisał Hugh Auden. właściwie to do dzisiaj pociąga mnie grecka tragedia zapleciona ciasno na jej plecach albo blizna po morzu i górach i ogniu. zupełnie jakby w kształcie Roberta krzyczącego o trzeciej pod moim domem że ją kocha i nie odejdzie dopóki nie zapolujemy wreszcie na smoki (nie doczytamy smutku w trzecim tomie). gwiazdy są chciane teraz i do końca; nie zmiatajcie drzew proszę. katarzyna czyta Audena w moim tłumaczeniu. jej zasypany ocean mój zasypany ocean.

16


Alberti mógłbym cię teraz zostawić zaognioną bez pomocy ze strony miasta strącając w korytarzu zdjęcia dzieci i ciebie u podnóża gór zabarykadować się w motelu przy kolejowym dworcu i pisać długie listy do czasopism bokserskich z siedzibą w Londynie wschodnim z prośbą o prędki druk trzech niesygnalizowanych ciosów w nerki z nadzieją że nikt tam nie pamięta wierszy wolnych spodziewanych o tobie za nasze oszczędności kupić tramwaj łódź choćby paralotnię rozdać pijanym świętym wynaleźć lepszy smutek lub rozbić się u podnóża gór porzucić twój kark chłopięcy pochylony nad Albertim nie zaczesując więcej blizn po kleszczach porodowych niczego już nie tłumacząc z jego żałosnych wierszy

17


Simic to moja kobieta żuje gumę w deszczu a Siwczyk i Podgórnik romansują na końcu martwego języka i nie męczą się odczytem nie uczulają nie wołają o pomoc to moja kobieta dłubie oczko w pełnym słońcu a Siwczyk i Podgórnik nie przejdą na czerwonym bez okularów języki ich narodów nie splotą się na tyłach tramwaju to moja kobieta odkręca kran kiedy sika a Siwczyk i Podgórnik sprawdzają pogłos zanim zaczną czytać nie zamienią się krzesłami czy kolorem podbrzusza

18


Wdowa jej plecy nocą spalona skórka chleba nasłuchujący dzwonnik słonie zgniotły paryskie przedmieścia i wszystko będzie prostsze rozwiązana kokarda tramwaje stają lubią ten moment musiała być kimś wielkim bez wątpienia pewnie świerkiem

19


Joy Division Siada na brzegu łóżka i niemo ujada jej warkocz, dzwoniła do matki, strzepnęła czołgi z dłoni. Bok – fałdowany, ciepły, przebity wieżyczką kościoła; kościół jej pleców – rozłąka napięta do bólu w przestrzeni bez loga.

20


Rozgrzeb pół nocy broniłem przed światem jej pleców czy wypada mówić że płakała ludzie wchodzili w siebie wychodzili ze skrętu jej ciała wróżył ten i każdy inny pół nocy nad jej ciałem trzymałem większość ciała gdzie tylko była kładłem dłonie tygrysy rozrywały ją z wolna i pogardzałem nimi żaden nie wyczuł którędy umarła

21


Książę ślimaków Gwiazdy to smutek przelotnie wzniesiony, sińce na czyimś brudnym kolanie, każdy chłopiec pragnie zebrać się w jednym miejscu na fioletowo, twardnieć z kosmicznym wygłosem, rozstąpieniem się morza; opuśćmy się na włosach olbrzyma w inną bajkę, oświadczył książę ślimaków i zasnął. Wszystko co na gwiazdach, będzie wybaczone, bo to właśnie jest nieludzkie traktowanie smutku - dziecko wysłane na kolonię z agresywną ministranturą, z księżmi, którzy czują Boga, modlą się grupowo i grają w piłkę coraz ostrzej. Gdyż to właśnie stanowi odejście od siebie. Nie pisz do rodziców, nie wołaj; na gwiazdach nic się nie dzieje. Każdy pragnąłby zebrać się w jednym miejscu na jeden kolor i twardnieć. Nie wołaj, nie wysyłaj smutku; rozgłos na gwiazdach będzie niesłyszalny.

22


Miłość Meleks wlókł się całą wieczność, zmierzając ku dziurze w ziemi, a ja zdrapywałem z twojego płaszcza srebrne ryby i cyfrę cztery. S. O' Connor, puszczona z youtuba, chciała dobrze dla śmierci, odkładanej w jedno miejsce z czystej dobroci, jak piloty i cukier. Kilkoro wybuchło śmiechem, ale coś sprzed wybuchu śmieszyło dłużej. To, że wrócimy w deszczu. Dłużej. I zaczniemy powoli odcinać się od rzeczy, które zdobywał – szmatek, wzorem Magi podnoszonych z Długiej. Uznamy, że rozeszły się po kościach wspólne zabawy. Uznamy Sinead za będącą w formie – od czasu do czasu.

23


22:22 Marceli Nieludzko traktuję ten smutek, kiedy zasypiamy – przez wzgląd na czułość – plecami do siebie, kiedy, świeżo po operacji, pachniesz czymś świeżym, jak gatunki drzew, których nie znamy. Tak będzie na starość – odwracamy się, by wierzyć, że za tym co nami – przez wzgląd na życie – już teraz tęsknimy, krzyczymy do siebie. Już teraz tęsknijmy, bo nie poczujesz mnie potem. I ja nie poczuję ciebie, nie przyniosę herbaty – po ludzku. Nie będzie krzyku, wzgardy nad czynem. Nie będzie czynu. Ktoś po nas umyje naczynie, wymyje ściany wanny, po ludzku traktując smutek jeden z drugim, strzepie okruchy chipsów z pościeli. Ktoś usiądzie w Zaćmieniu, by stwierdzić, przy jednym piwie na dwoje, że całkiem tam przyjemnie. I nie będzie mnie przy żadnym stoliku. Przy stoliku nie będzie już ciebie.

24


25


26


Topielec

Przewędrował świat cały z obłoków w obłoki, Aż nagle w niecierpliwej zapragnął żałobie Zwiedzić duchem na przełaj zieleń samą w sobie.

,,Topielec” – ze zbioru ,,Łąka”, Bolesław Leśmian

27


Topielec Użyłem tej nocy, słyszysz? Kiedy wyłowiono mnie z brzucha; począłem przeciwników i przejąłem obóz skoncentrowany na mojej bolesnej winie. Leżałem, kiedy mnie ciągnęli za nogę prawą, moją gorszą nogę, nogę lewą, moją gorszą nogę. Użyłem tej nocy, słyszysz? Kiedy, pełny nadziei, ciekłem z fiuta. Gdy rosła moja róża w dłoniach doktora. Będę również kochał brzuchy innych kobiet, doliny krwią i mlekiem płynące. Użyłem nocy, gdy wypchnięto mnie w mocarnym spazmie na Długą, pod niebo z jednym pomnikiem i jedną gwiazdą.

28


29


30


Ballada bezludna

A dech łąki wrzał od wrzawy, wrzał i żywcem w słońce dyszał, I nie było nikogo, kto by to widział, kto by to słyszał.

,,Ballada bezludna” – ze zbioru ,,Łąka”, Bolesław Leśmian

31


Rozstępy Nikt nie woła – nie ma czułości po Foksie, Sosnowskim i kozach na youtubie. Puszka piwa na dwoje, owoc gnijący w trawie – nie będzie sprawniej nikt mówił o czułości. Nikt nie napisze, jak gdyby podawał herbatę. Nikt nie napisze, jakby całował rozstęp. Nie ma czułości po Foksie. Po tej śmierci wywietrzono pokoje. Nie ma czułości po Sosnowskim. Nie ma śmierci na trawie. Tylko jej cień w trzeciej osobie.

32


Ballada bezludna Jeki bud, jeki nabud. odgłosy stóp schodzących po mleko dałbym głowę to zaczęło się we mnie nie wierzę już bo nie ma takich bogów żebyś przyszła wzywana nadaremno KOCHAM KRUKI na nocnej koszuli dałbym głowę to dom smutku i zabawy KOCHAM KRUKI gdzie chodzisz tej nocy pytam z czystej ciemności nagości nagość mojej lewej ręki będę pisał o domu który mnie opuścił nagość mojej prawej ręki i ścisnę twój sutek pod koszulą KOCHAM KRUKI dotykajmy rozgrzanych cegieł póki nie patrzą mistrzowie naszego zawodu odgłosy stóp schodzących po mleko nieusłyszane wciąż w domach bogów śpię bez koszuli ale niech wybrzmi napis POŻARŁEM WSZYSTKIE KRUKI i teraz wyświecę moje imię przez wiersz prawej dłoni i teraz wyświecę moje imię przez wiersz lewej dłoni KAMIL JAK TE STARE KOTWICE póki nie patrzy mistrz mojego smutku

33


Erwin Kruk Nie przywodzę na myśl odejścia; ta gwiazda nie chce już ranić. Nie rozkołyszę więcej ramion i nie złożę na kolanach głowy. Cicho przeżyje i umrze moje serce. Którzy mieli trwać – przetrwają, którzy we mnie umarli, zostaną tam pochowani. Jest we mnie naga ziemia, nad którą nie płaczą żadni bogowie, są płonące dawniej sezony i noce pełne zmiażdżonych ptaków. Mieli żyć we mnie – ci żyją, którzy we własnej osobie zechcieli mnie ranić.

34


35


LUDZIEŃKOWIE Apollinaire Rozpacz Ludzieńkowie Blizna Sedna Suska Kredens Odmiany Sonet światła, mleka i chleba Kołysanka wojny Kelner z hotelu harris Listy do przesiedleńców Auden Alberti Simic Wdowa Joy Division Rozgrzeb Książę ślimaków Miłość 22:22

TOPIELEC Topielec

BALLADA BEZLUDNA Rozstępy Ballada bezludna Erwin Kruk

36


kontakt: korien89@interia.pl facebook: https://www.facebook.com/kamil.kwidzinski.31 Jeżeli chcesz, by ta książka ukazała się na papierze w nakładzie większym niż dwadzieścia dwa egzemplarze, przelej dowolną kwotę na konto: 94 1160 2202 0000 0002 1750 7644

I podaj dalej.

37

Rozłąka  

Kamil Kwidziński

Rozłąka  

Kamil Kwidziński

Advertisement