Page 1

Mój życiorys532 Bądź skromną, będziesz lubioną, Od wszystkich wyżej cenioną. Naturalnej strzeż prostoty, Ona cechą wielkiej cnoty. Przesada w postępkach, w mowie, Oznacza pustotę w głowie533.

W rozdziale poniższym postanowiłam zupełnie nie stosować się do powyższego cytatu. Moja mama Teresa Demko urodziła mnie 7 sierpnia 1974 roku w Sanoku, w małym mieście na południowym wschodzie Polski. Miałam się urodzić pod koniec sierpnia, ale najwyraźniej nie mogłam się już doczekać przyjścia na świat. Była środa rano, a mama miała iść na zakupy, żeby kupić dla mnie ubranka. Nie zdążyła. Urodziłam się o 6.15. Do dzisiaj zupełnie nie wiem, dlaczego tak wcześnie. Nie znoszę wcześnie wstawać. Nikt z moich najbliższych nie lubi. To u nas rodzinne. Kiedy mnie rodziła, miała 21 lat. Mama Teresa z domu Toczek przez 20 lat pracowała jako księgowa w Sanockim Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej. Sumienna i oddana firmie. Zwolnili ją na tzw. pomostówkę. W wieku 54 lat została bez pracy. Była załamana. Jako niezwykle żywa osoba nie znosi bezruchu. Rok później była już pod Warszawą w pracy u słynnej Magdaleny. Przepracowała tam 12 lat. Namawiam ją, aby napisała o tym książkę i dobrze sprzedała. Na razie odmawia. Mama dała mi niekończące się pokłady miłości wszystko akceptującej. W dzieciństwie moim problemem było to, że mamie wszystko zawsze się podobało, a ja potrzebowałam obiektywnej opinii. Tato Antoni Demko pracował jako elektromonter urządzeń pomiarowych (czyli elektryk, jak nasz prezydent Lech Wałęsa). Pamiętam, że bardzo długo nie mogłam nauczyć się jako dziecko sformułowania „elektromonter urządzeń pomiarowych”. Kiedy w końcu mi się to udało, byłam z siebie bardzo dumna. Tato obecnie jest na emeryturze. Nauczył mnie, że wszystko mogę. Nigdy nie mówił, że jako dziewczynka do czegoś się nie nadaję. Tego dowiedziałam się później, w każdym razie nie w domu rodzinnym. Talent artystyczny prawdopodobnie odziedziczyłam po babci Irenie, mamie taty, która lubiła rysować konie. Nikt więcej takich upodobań nie przejawiał. O babciach i dziadkach nie będę się rozpisywała, bo to skróco-

532  Jest to niezwykle skrócona wersja mojego życiorysu.

533  Za: Małgorzata Stawiak­­-Ososińska, Ponętna, uległa, akuratna. Ideał i wizerunek kobiety polskiej pierwszej połowy XIX wieku (w świetle ówczesnych poradników), Kraków 2009, s. 446.

Z mamą Teresą w wieku 9 miesięcy.

191


1 marca 1979 r., Sanok.

534  Teraz ona ciągle jest ładna, a ja już nie taka mądra.

192

na wersja życiorysu. Powiem tylko jeszcze, że babcia od strony mamy miała na imię Zofia – bardzo ją kochałam. Kiedy się urodziłam, mieszkaliśmy na głównej ulicy Sanoka, w samym centrum miasta przy ulicy 22 lipca 23 (obecnie 3 Maja), na drugim piętrze (trzy pierwsze okna licząc od lewej, na samej górze) pod numerem 3. Kamienica zwana była Weinerówką bądź Bradrurą. Na samym dole był wtedy sklep spożywczy zwany szóstką. Niewiele pamiętam z dzieciństwa. Pamiętam za to doskonale zapach moczu na klatce schodowej. Mężczyźni, którzy kupowali sobie piwo w sklepie spożywczym, pili je w bramie, a potem sikali na naszej klatce schodowej. Kiedy mama zostawiała wózek (dziecięcy) na dole, żeby nie wnosić go na drugie piętro po drewnianych schodach, sikali czasami do tego wózka. Przeważnie jednak robili to na posadzkę. Często nie można było przejść suchą stopą. Do tego zapachu moczu dla kontrastu w wielkich oknach na klatce były piękne secesyjne witraże. Lubiłam zjeżdżać z drugiego piętra na dół po poręczy. I bawić się na dachu drewnianej komórki, która była między schodami i drzwiami wejściowymi do klatki. Trzymaliśmy tam różne rzeczy, m.in. moje relaxy, czyli supermodne wtedy buty zimowe. Nie chodziłam do przedszkola, bo ryczałam, a słyszącej ten ryk mojej mamie krajało się serce i nie miała sumienia mnie tam zostawić. Dlatego poszłam dopiero do zerówki. Pamiętam zupę o kolorze fioletowym, której nie chciałam zjeść. Chyba śliwkowa. Moja mama nigdy takiej nie robiła. Nie chciałam tknąć tego dziwadła. Pamiętam też leżakowanie, którego nie lubiłam, i pamiętam, że marzyłam o cienkich rajstopach. Nie mogłam się doczekać, aż takie dostanę. Rajstopy były dla mnie synonimem bycia dorosłą. Dlatego doskonale pamiętam pierwsze. Były białe i dostałam je z okazji zakończenia zerówki. Oczko poszło bardzo szybko. Zahaczyłam się o drzazgę w czasie huśtania w przedszkolu. Na dalszym etapie mojego życia oczka w rajstopach stały się stałym elementem. Nie pamiętam narodzin mojej trzy lata młodszej siostry Joanny. Pamiętam, że kiedy byłyśmy małe, bardzo się kochałyśmy, ale chyba jakoś w podstawówce to się diametralnie zmieniło. Pamiętam też, że naszą ulubioną zabawą było wyrzucanie zabawek z balkonu na ludzi wchodzących na dole do sklepu – w samym centrum miasta! Potem kiedy podrosłyśmy, zarysował się pewien podział – ona była ładna, a ja mądra534. W latach osiemdziesiątych naprzeciwko naszego domu w budynku przy Jagiellońskiej 2 był Pewex, gdzie za dewizy można było kupić gumy „Donald”. Wszystkie dzieci zbierały komiksy, tzw. bajeczki z gum. Zbierało się jeszcze niebieskie naklejki z bananów, które można było kupić jedynie w okolicach Bożego Narodzenia. Tak samo jak pomarańcze. Pamiętam też kolonię w Bardejowie (wtedy w Czechosłowacji) i to, jak kupiłam sobie banana. Usiadłam z tym bananem na ławce na rynku i tak, jak to było na bajeczkach w gumach „Donald”, obrałam go ze skórki do samego końca. Kiedy ugryzłam pierwszy kęs, banan złamał się i wpadł do piasku. Gdyby spadł na trawę, mogłabym go jeszcze uratować…


Pamiętam kolonię w Poroninie i moje urodziny. Rodzice przyjechali w odwiedziny na weekend i przywieźli mi tort, a ja martwiłam się, czy starczy dla wszystkich. Bardzo chciałam dać kawałek chłopakowi, który mi się podobał. Ale kompletnie nie pamiętam, czy mu dałam i kim był obiekt moich westchnień. Pamiętam również pierwsze oświadczyny. Było to po kolonii w Myczkowcach. Miałam kolonijny romans. Chłopak nazywał się Marek i był chyba z Rzeszowa. Pisał do mnie potem listy. Tradycyjne listy w kopertach. Koperta, w której przyszły oświadczyny, była niebieska. Napisał w liście, że pierścionki może nam zrobić jego tato. Byłam oburzona jego pomysłem. Nie pamiętam, czy pisemnie odrzuciłam oświadczyny, czy zwyczajnie już więcej mu nie odpisałam. Pewne jest to, że już wtedy miałam alergię na tego typu pomysły jak oświadczyny… Pamiętam wakacje u babci Zosi na wsi w Nozdrzcu. Razem z siostrą wyjeżdżałyśmy tam na całe dwa miesiące. Uwielbiałam tamtejszą wolność, która polegała na bieganiu po całej wsi bez żadnej kontroli. Jadło się wielkie pajdy chleba z masłem i cukrem, polane wodą. Smak tego niebywałego przysmaku był doskonały. Pamiętam też, jak wiejscy chłopcy wołali za mną: Iwonka-jabłonka. Nie lubiłam tego i złościłam się na nich. Uwielbiałam wspinać się po drzewach, skakać w stodole na sianie, bawić się w sklep, lepić pączki z błota i spać z babcią na strychu, kiedy padał deszcz i krople uderzały o blachę. Pamiętam historię o tym, jak postanowiłam ujeździć małego byczka, którego właśnie kupiła babcia. Wiedziałam, że nikt nie może się dowiedzieć o moich planach, bo nikt by mi na to nie pozwolił. Zamknęłam się z nim w stajni, tak żeby nikt nie widział. Do dzisiaj pamiętam jego przestraszony wzrok wlepiony we mnie i siebie zawziętą. Byk zrzucał mnie przy każdej najmniejszej próbie wskoczenia na niego. Nie usiedziałam na nim ani sekundy. Nie wiem, jak historia by się skończyła, gdyby nie znalazł mnie wujek Józek (brat mamy). W ramach ukarania wujek wystawił przed dom balię z wodą i kazał mi się tam wykąpać, mówiąc: „Niech cała wieś zobaczy, jaka głupia byłaś, myśląc, że ujeździsz byczka”. Byłam okropnie brudna od gnoju po niezliczonych upadkach. Jednak zupełnie mi to nie przeszkadzało, ponieważ najważniejszy był cel, czyli ujeżdżenie byczka. Pamiętam, że kara mycia na oczach całej wsi nie zrobiła na mnie wrażenia. Byłam zła na to, że wujek mnie nakrył, co uniemożliwiło mi wykonanie mojego planu. Dobrze pamiętam tę złość na niego. I moją pogardę w kwestii kary, która karą dla mnie nie była. Uwielbiałam jeść u babci wszystkie niedojrzałe owoce. Oprócz mojej siostry były u babci jeszcze dwie kuzynki, Iza i Justyna (córki ciotki Danki, żony wujka Józka), czasami przyjeżdżała kuzynka Agnieszka z Lublina (córka wujka Franka, brata mamy) – samo damskie towarzystwo. Babcia straszyła nas, że jak będziemy jadły niedojrzałe owoce, to będziemy miały w brzuchu żaby. Trochę w to wierzyłam, ale jadłam dalej, owoce były zbyt dobre. Było też jeżdżenie na wozie z sianem. Robienie lalek z kukurydzy. 193


535  Babcia robiła proziaki na blasze na kuchni. Teraz robię je w piekarniku. Swoją nazwę zawdzięczają prozie, czyli sodzie oczyszczonej, którą się dodaje do ciasta. Przepis: 1 kg mąki, 3 jajka, 2 kefiry, płaska łyżeczka soli, 2 łyżeczki sody oczyszczonej, 3–4 łyżki cukru. Rozrabiamy ciasto i formujemy placki o wielkości dłoni (bez palców), grubości ok. 1 cm. Pieczemy w piekarniku przez 15–20 minut w 200°C. 536  Metalowy pojemnik, w którym paliło się trociny, żeby było ciepło.

194

Wyjadanie sąsiadom zielonego groszku… Czasami babcia piekła proziaki535, bułkę z warkocza i moje ulubione kartoflaki. W zimie, żeby było ciepło, paliło się w piecach i w trociaku536. Babcia nagrzewała kołdrę na piecu kaflowym, a potem biegła, żeby mnie nią nakryć, póki była ciepła. Uwielbiałam jeździć do babci na wieś, bo to wiązało się z ogromną wolnością, i bardzo kochałam babcię. Babcia również wybrała dla mnie zawód. Twierdziła, że najlepiej być zakonnicą, bo nie trzeba się użerać z chłopem. Nie pomyślała, że przyjdą czasy, kiedy nie trzeba się będzie użerać z chłopem i nie będzie się musiało być przy tym zakonnicą. Wtedy też tego nie wiedziałam, dlatego chciałam być zakonnicą. Babcia pielęgnowała we mnie religijność. Potem w podstawówce zapragnęłam być baletnicą i chodziłam do Sanockiego Domu Kultury na lekcje baletu. Jednak moja kariera baletnicy skończyła się na jednym występie. Pamiętam, jak babcia opowiadała mi, że będę żyła wiecznie. Przerażało mnie to. Przerażało mnie pojęcie wieczności. To była dla mnie straszna wizja, potworna. Został mi strach przed tym, co wieczne i na zawsze. Nie pamiętam, ile dokładnie miałam lat, ale wiem, że bardzo bałam się obrazów Zdzisława Beksińskiego i ikon z wyobrażeniem piekła. Jedna z ikon została pod moimi powiekami na zawsze. Jako sanoczanka nie miałam zbyt dużego wyboru w dostępnie do sztuki. Wszystkich gości, którzy przyjeżdżali do moich rodziców, zabierało się przede wszystkim w te dwa miejsca – na Beksińskiego i do ikon. Poza tym był jeszcze skansen. Tam nie bałam się niczego. Kiedy skończyłam zerówkę, poszłam do szkoły podstawowej wówczas nr 4 (teraz nr 8) przy ulicy Sobieskiego 5 w Sanoku. Pamiętam, że za czasów mojej obecności szkoła w czasie uroczystych obchodów otrzymała patrona gen. Karola Świerczewskiego, tego, który się kulom nie kłaniał. Jako uczennica uczestniczyłam razem z innymi także w pochodach pierwszomajowych. Z niczego nie zdawałam sobie sprawy. Ze stanu wojennego pamiętam jedynie to, że mama dyscyplinowała mnie za pomocą widoku żołnierza stojącego pod naszymi oknami. Mówiła, że jeśli nie pójdę spać, to przyjdzie do nas ten żołnierz. Pamiętam też chwilę, w której zorientowałam się, że rosną mi piersi. Miałam wtedy na sobie białą podkoszulkę z Pszczółką Mają. Pamiętam dokładnie miejsce w Sanoku, gdzie zauważyłam, że coś zaczyna się dziać z moim ciałem. Nie byłam na to przygotowana, czego jaskrawym świadectwem był fakt, że miałam na sobie podkoszulkę z Pszczółką Mają. Wróciłam do domu zrozpaczona i powiedziałam mamie, że nie chcę mieć piersi. Mama popatrzyła na mnie i powiedziała: „Dziecko drogie, jeszcze będziesz marzyła o wielkich piersiach”. Sama była szczupła i jej piersi były proporcjonalne do budowy całego ciała, czyli nie nazbyt obfite. Jednak nie sprawdziła się przepowiednia mamy. Nigdy nie marzyłam o dużych piersiach. Tylko chwilowo miałam duże, wtedy kiedy zamieniły się w mleczarnię i były wypełnione mlekiem. Były tak duże, że stojąc, nie widziałam własnych stóp. Względnie duże piersi miałam jeszcze przez jakiś czas przed


porodem, bo wtedy moja waga wahała się między 56 a 59 kilogramami. Nie były wtedy tak olbrzymie jak przy karmieniu, może przeciętne. Potem, po porodzie, kiedy schudłam i ważyłam 50 kilogramów, moje piersi wysuszyły się, lekko opadły i pokryły rozstępami (biegną one promieniście od brodawek, dlatego wygląda to tak, jakbym miała tam słoneczka). I takie właśnie towarzyszą mi przez większą część mojego życia, bo już ponad 20 lat. Tak zwane lekkie wypryski na klatce piersiowej, które rozpływają się między żebrami, kiedy leżę na plecach. Jednak nigdy mi to nie przeszkadzało, nigdy nie marzyłam o większych piersiach i cały czas jestem z nich zadowolona. Może jedynie wolałabym, żeby były trochę bliżej szyi niż pasa. Kiedy odkryłam, że piersi mi rosną, zaczęłam się garbić. Wstydziłam się tego i chciałam ten fakt ukryć przed światem. Czy wstydziłam się tego, że będę, jestem kobietą? Teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że już wtedy czułam, że bycie kobietą jest czymś gorszym. Garbię się do dzisiaj, mimo tego, że przestałam się wstydzić piersi i bycia kobietą. Pamiętam też pierwszą miesiączkę. W siódmej klasie szkoły podstawowej. Wiedziałam, że coś takiego jak okres jest, ale nie wiedziałam o nim zbyt wiele. Moja mama powiedziała coś w stylu, że teraz poznam prawdziwe brzemię kobiety. Byłam zawstydzona i zła, że powiedziała o tym tacie. Myślałam, że to nasza babska tajemnica, no i przede wszystkim się wstydziłam. Pamiętam również watę wędrującą w kierunku pleców. Nigdy nie chciała zostać tam, gdzie powinna, zawsze się przemieszczała. Podpaski to przy wacie ogromny postęp. Teraz z perspektywy czasu myślę, że nie chciałabym, aby moja córka tak witała swoją menstruację. Urządziłabym dla niej bal, to byłoby święto, tak aby poczuła się dumna z tego, że jest kobietą… W szkole podstawowej miałam zawsze świadectwo z czerwonym paskiem. Byłam kujonką. Interesowało mnie wszystko, od fizyki poprzez matematykę aż po język polski. Uczyłam się więcej, niż trzeba. Mama wyganiała mnie na podwórko, zamiast zaganiać do lekcji. Zawsze byłam strasznie obowiązkowa. Uczyłam się też, żeby mama się cieszyła. Moja młodsza siostra nie przepadała za nauką, a ja obserwowałam, jak mama to przeżywała. Nie chciałam jej dostarczać tych samych emocji i nieprzyjemności. Mama uwielbiała chodzić do mnie na wywiadówki, bo zawsze wszyscy mnie chwalili. Mimo tego, że byłam kujonką, to nie miałam problemu z koleżankami i kolegami z klasy. Raczej wszyscy mnie lubili, może dlatego, że podpowiadałam, dawałam odpisywać lekcje i pożyczałam ściągi. Żałuję, że nie pamiętam tego wszystkiego, czego się wtedy uczyłam – byłabym dzisiaj bardzo mądra ;-) Właściwie zostało mi niewiele informacji. Natomiast nie przeminęła ciekawość. Kiedy teraz przygotowuję się do jakiegoś projektu artystycznego, lubię wcześniej poszukać książek na dany temat, pogrzebać, dowiedzieć się. A w przyszłym życiu chciałabym być naukowczynią. Zawsze byłam przewodniczącą, od szkoły podstawowej po studia. Głównie wynikało to z mojej niecierpliwości. Nie byłam w stanie czekać, aż ktoś coś załatwi. Robiłam to sama, żeby jak najszybciej było załatwio195


537  Szkoły walterowskie – placówki, których patronem był gen. Karol Świerczewski, pseud. Walter.

196

ne, i tym sposobem zostawałam przewodniczącą. Opiekunką samorządu była bardzo lubiana przeze mnie Ewa Szymkowiak, z którą byłam na zlocie szkół walterowskich537 w Legnicy. A wychowawczynią klasy Teresa Radwańska. A jedną z koleżanek (z którą przyjaźnię się do dzisiaj) Agata Padamczyk (teraz Padamczyk-Paternoga). Miałyśmy wiele przygód, których, jak obiecałam Agacie, nie opiszę ;-) Należałam też do zuchów, do zastępu wiewiórek, miałyśmy pomarańczowe chusty i berety. Pamiętam, jak trzeba było wyszyć wiewiórkę na chuście, a mama zachorowała. Za wyszywanie zabrał się tato, który tak się spiął przy tym szyciu, że wiewiórka była cała pomarszczona, bo za bardzo ściskał nitkę przy wykonywaniu tej czynności. Nie dało się potem tego wyprasować. W siódmej klasie przeżyłam pierwszą nieszczęśliwą, czyli nieodwzajemnioną miłość, która stała się potem dla mnie chlebem powszednim. Chłopak nazywał się Artur. Chodził do innej szkoły podstawowej i znałam go z widzenia. Wzdychałam i usiłowałam się umówić, ale on nie był szczególnie mną zainteresowany. Bardzo to wszystko przeżywałam. Chodziłam smutna i nieszczęśliwa. Kiedy byłam w siódmej klasie, przenieśliśmy się do bloku przy ulicy Kościuszki, gdzie nadal mieszkają moi rodzice. Dostaliśmy również w końcu telefon stacjonarny. To było bardzo duże wydarzenie. Marzyłam o telefonie stacjonarnym. Po ukończeniu szkoły podstawowej w 1989 roku postanowiłam zdawać do tzw. plastyka w Miejscu Piastowym. Przekonała mnie do tego pani z plastyki, Maria Kurnik, która patrząc na moje rysunki, zasugerowała właśnie to liceum. Zawsze miałam łatwość w przerysowywaniu, tzw. mimetyzmie. Nie byłam dobra w rysowaniu z wyobraźni. Jednym pociągnięciem potrafiłam narysować bardzo prostą kreskę. Ta sama pani z plastyki kiedyś obniżyła mi ocenę za to, że alejki w parku narysowałam od linijki, co nie było zgodne z prawdą oczywiście. Nie marzyłam o tym, aby zostać artystką, raczej nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Sugestia pani od plastyki była w moich oczach odkrywcza. Egzaminy do liceum plastycznego były wcześniej niż do liceum ogólnokształcącego. Zaczynały się o ósmej rano w sobotę, ale żeby dojechać do oddalonego od Sanoka Miejsca Piastowego, trzeba było wstać wcześnie rano. Obudziłam się o siódmej rano, spóźniona na jedyny autobus, który już odjechał. Nie mieliśmy wtedy własnego samochodu. Pamiętam, że siedziałam na stole w kuchni i tępym wzrokiem patrzyłam przed siebie, nie widząc żadnego rozwiązania. Wtedy moja mama podjęła decyzję, że zadzwoni na postój taksówek. Nie byliśmy bogaci, ale w takich chwilach nie liczyły się pieniądze, najważniejsze było spełnienie mojego pragnienia. Szczęście córek stało na pierwszym miejscu. Razem z siostrą zawsze wiedziałyśmy o tym. Ten wyznacznik jeszcze nieraz przydał mi się w życiu. Na postoju taksówek stał jeden jedyny taksówkarz. W małej mieścinie w sobotę nad ranem rzadko kto jeździł taksówką. Taksówkarz potem powiedział, że nigdy nie przyjeżdżał o tej porze na postój. Pominęłam fakt,


że taksówki zamawiało się, dzwoniąc na postój. Tam taksówkarz odbierał telefon stacjonarny i przyjeżdżał pod wskazany adres. Taksówkarz wyznał, że obudził się rano, nie mógł usnąć i postanowił wyjechać wyjątkowo wcześnie. Kiedy przyjechał na postój, zadzwonił telefon, a tam moja mama zamówiła kurs na 37 kilometrów w jedną stronę do Miejsca Piastowego. Nie pamiętam, ile kosztował. Taksówkarz powiedział, że zatrzyma się pod samymi drzwiami liceum, żeby wszyscy widzieli, że przyjechałam taksówką (że taka burżujka ze mnie). Gdyby mama nie zdecydowała się na taki wydatek, gdyby nie było taksówkarza, poszłabym pewnie do liceum ogólnokształcącego. Jednak dojechałam na czas, a egzaminy się udały, i dostałam się w 1989 roku do Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Miejscu Piastowym. Kiedy wracałam do domu z centrum, na przystanku czekały często dwie dziewczyny, dwie Agnieszki, które mieszkały na Dąbrówce (dzielnica Sanoka). Zatrzymywałam się i rozmawiałyśmy, dopóki nie przyjechał ich autobus (tzw. piątka). Zaraz po zakończeniu podstawówki zaproponowały mi wspólny wakacyjny wyjazd w Bieszczady. Nie znałyśmy się dobrze, one nie chodziły do mojej szkoły, ale zgodziłam się bez namysłu. A ponieważ nigdy nie miałam głowy do zapamiętywania szczegółów, po przyjściu do domu zakomunikowałam, że jadę jutro pod namiot do miejscowości na S do państwa na W. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego rodzice się awanturują. Wbrew ich zakazowi spakowałam się i pojechałam. Od tego czasu nie zabraniali mi niczego. Miałam bardzo dużą swobodę w domu. Co roku wyjeżdżałyśmy we trzy na wakacje, jeżdżąc stopem po Polsce, głównie nad morze. Po drodze wstępowałyśmy do Piaseczna po moją koleżankę Monikę Urbanowicz. U niej spałyśmy, a potem we cztery ruszałyśmy w dalszą drogę. Nie zabierałyśmy ze sobą facetów, bo za dużo jedli i wtedy zostawało mało pieniędzy. A od ilości pieniędzy był uzależniony czas trwania wyjazdu. Lubiłyśmy jeździć same. Nie było wtedy telefonów komórkowych. Wysyłałam do rodziców kartki pocztowe, które często przychodziły wtedy, jak już byłam w domu. Nie pamiętam też, żebym dzwoniła do nich na telefon stacjonarny. Rodzice nie bardzo wiedzieli, gdzie jestem i kiedy dokładnie wrócę. Wracałam, jak kończyły nam się pieniądze. Nie było wtedy również kart płatniczych i bankomatów. Pamiętam, jak w czasie jednego takiego wyjazdu miałyśmy ostatnie 4 złote i byłyśmy na drugim końcu Polski, nad morzem. Kupiłyśmy kalafiora i opracowałyśmy plan powrotu autostopem, wyznaczając na mapie Polski miejsca, w których któraś z nas miała rodzinę. W tych punktach mogłyśmy się umyć, zjeść i przenocować. Tak dojechałyśmy do domu, do Sanoka. Przez całe życie miałam świetne koleżanki. Zawsze z kimś się przyjaźniłam. Nie potrafiłabym żyć bez przyjaciółki. Bez zwierzania się, roztrząsania rozterek miłosnych i egzystencjalnych moje życie byłoby nie do zniesienia. Agnieszki były prawdziwymi przyjaciółkami. Spędziłyśmy razem całe liceum, mimo tego, że każda z nas chodziła do innej szkoły (ja do plastyka, Agnieszka Gój do szkoły pielęgniarskiej, a Agnieszka Jaklik do ogólniaka). 197


Zawsze mogłam na nie liczyć i nigdy żaden chłopak nie stanął nam na drodze. Byłyśmy umówione, że jeśli którejś z nas wpadnie w oko jakiś chłopak, to „zamawia go” pierwsza i wtedy reszta się wycofuje. Chyba że ten chłopak wybrał inaczej. Wtedy jego zdanie było ważne. Nigdy nie doszło do żadnego konfliktu na tym podłożu. Chłopcy generalnie byli na drugim planie, nasza przyjaźń była najważniejsza. Wiedziałyśmy, że chłopcy mogą się zmieniać, a my będziemy razem, bo łączy nas coś szczególnego. Wszystkie moje przyjaciółki zawsze takie były. Kiedyś jedna moja koleżanka (nie bardzo bliska) całowała się na imprezie z chłopakiem, w którym byłam śmiertelnie zakochana, a ona o tym wiedziała. Po prostu przestałam się do niej odzywać. I tak już zostało. Jedna z Agnieszek miała brata, który studiował w Katowicach, przywoził nam książki do czytania wcale nie takie wtedy łatwe do zdobycia. Pamiętam, jak przywiózł Folwark zwierzęcy albo Rok 1984 George’a Orwella. Pochłaniałam po kilka książek naraz. Dookoła łóżka rozłożone były różne książki, a ja wybierałam jakąś stosownie do nastroju. Wydzwaniałyśmy do siebie po nocach, żeby omówić wrażenia. Chodziłyśmy na filmy do DKF-u. I paliłyśmy papierosy. Pamiętam, że pierwszego papierosa (klubowego) ukradłam tacie i wypaliłam pod drzewem na placu św. Jana (w tzw. parku Pedała). Drzewo cały czas tam rośnie. To był też czas osiemnastek, mocno zakrapianych alkoholem. Pamiętam, że na drugi dzień bardzo dobrze szła mi nauka. Przeklinać zaczęłam wtedy, kiedy dowiedziałam się, że dziewczynom nie wypada tego robić. Zostało mi to do dzisiaj. Bardzo lubię przeklinać. Do kościoła przestałam chodzić w liceum. Zaczęłam nad wszystkim się zastanawiać i wszystko zaczęło się dla mnie robić podejrzane. Zastanawiałam się, dlaczego akurat mój Bóg, Bóg chrześcijański, ma być tym prawdziwym, a reszta nie? Przecież gdybym się urodziła w Indiach czy w Chinach, wierzyłabym w zupełnie innego Boga. Najbardziej ten fakt przeżyły babcia Zosia i ciocia Hania (moja chrzestna – siostra mamy). Były awantury w domu babci na wsi. Próbowano na mnie wymusić to, żebym dalej chodziła do kościoła. Moja mama przyjęła moją decyzję bez wyrzutów. Tato nigdy do kościoła nie chodził. Potem pamiętam, że kiedyś odwiedzili nas świadkowie Jehowy. Mama podziękowała, a ja powiedziałam, że chętnie z nimi porozmawiam, i zaczęłam dzielić się moimi wątpliwościami. Przyszli jeszcze drugi raz, a potem powiedzieli, że już więcej do mnie nie przyjdą. Miałam wrażenie, że sami zaczynali czuć zwątpienie. W liceum przestałam również jeść mięso. Nigdy za nim nie przepadałam. Chyba w trzeciej klasie obejrzałam filmy o hodowli zwierząt. Pamiętam zwłaszcza taki, w którym gęsi popełniały samobójstwo – stłoczone w klatkach, uderzały głowami o ściany. Niezwykle mnie to poruszyło. Wtedy bardzo niewiele osób stosowało dietę wegetariańską. Nie było takiej świadomości, nie było barów wegetariańskich ani odpowiednich produktów (oprócz kotletów sojowych). Przez większą część życia byłam przyzwyczajona, że należę pod tym względem do mniejszości, że muszę dopytywać, sprawdzać, a najczęściej rezygnować z jedzenia w miejscach żywienia zbio198


rowego. Nie myślałam, że doczekam do takich czasów jak teraz… Nigdy nie brakowało mi mięsa i nigdy za nim nie tęskniłam. To nie było z mojej strony żadne poświęcenie. Pamiętam pierwszy pocałunek z języczkiem. Był nieprzyjemny, ponieważ chłopak palił papierosy. Ja wtedy jeszcze nie paliłam. Za to były to ładne okoliczności przyrody – las w Sanoku na Białej Górze. Chłopak był z Pionek i przyjechał do mnie, poszliśmy na długi spacer nad San. Oczywiście pamiętam także pierwszy raz. Kierując się zdaniem: „Pamiętaj, zrób to z tym jedynym”, dożyłam jako dziewica do wieku 20 lat. Gdybym czekała na jedynego dalej, mogłabym jeszcze czekać długo. Denerwowała mnie sprawa dziewictwa. Denerwowało mnie to, że robi się tyle hałasu wokół tego. A najbardziej denerwowało mnie to, że ktoś miał mnie pozbawić dziewictwa. Moje dziewictwo należało tylko do mnie, nie chciałam, aby ktoś inny chwalił się tym, że mnie rozdziewiczył. Albo cieszył się, że był tym pierwszym. Nie widziałam również śmiertelnika godnego tego czynu. Dlatego w wieku 20 lat stwierdziłam, że nie ma co dłużej czekać na tego jedynego i trzeba mieć to z głowy. Umówiłam się z prawnikiem, którego poznałam w pociągu. Wszystko trwało krótko, szybko i bez bólu. On nawet nie zorientował się, że byłam dziewicą. Tym sposobem nikt nigdy nie mógł mówić, że mnie rozdziewiczył, co bardzo mnie cieszyło. Spadło poczucie jakiejś presji, która mi jedynie ciążyła. I nie była do niczego potrzebna. Poczułam się wolna. Jak już wspominałam, przeważnie kochałam się nieszczęśliwie. Największą moją miłością wieku młodzieńczego był Artur. Był duży, łysiejący i był geniuszem matematycznym. Zakochałam się w jego intelekcie. Tak się złożyło, że był również moim sąsiadem. Stałam po zmroku na balkonie (niezależnie od pory roku), wpatrując się w okno pokoju, w którym mieszkał, by dostrzec jego sylwetkę. To od niego dostałam nagrania grupy Marillion i to on puszczał mi jazz. U niego po raz pierwszy usłyszałam Milesa Davisa i zakochałam się w jazzie i trąbce na bardzo długie lata. W liceum plastycznym miałam do wyboru albo grupę ze specjalizacją rzeźba w drewnie, albo wyroby ze skóry. Wybrałam drewno, bo tam poszli wszyscy chłopcy. W naszej grupie były cztery dziewczyny i dziesięciu chłopaków. W drugiej grupie były same dziewczyny. Znowu miałam bardzo fajne koleżanki. Najlepsza była Gosia Żuk z mojej grupy. W drugiej grupie były Małgosia Kania, Kazia Żołna. Pamiętam, jak paliłyśmy papierosy w toalecie. Wydawało nam się, że nikt o tym nie wie. Wychowawczynią naszej klasy była Elżbieta Skóra. Liceum było 5-letnie. Przez pierwsze trzy lata chodziłam do Miejsca Piastowego, potem szkoła została przeniesiona do Krosna (i tam jest do dzisiaj). Na dyplom zrobiłam rzeźbę w drewnie poświęconą Camille Claudel. Byłam zafascynowana tą postacią. Tym, że w czasach, kiedy nosiło się długie spódnice i kapelusze, ona z taką determinacją wybrała rzeźbę, poświęcając jej swoje życie. Wtedy tak jak i ona postanowiłam wybrać rzeźbę. Po dyplomie chciałam zdawać na Akademię Sztuk Pięknych w Krako199


538  Zgodnie z mądrościami ludowymi: „Potwór nie potwór, byleby miał otwór”, do tego dane naukowe, które mówiły, że każdy facet myśli o seksie co 7 sekund.

200

wie. Oczywiście na rzeźbę. W 1994 roku na jedno miejsce było około trzech, czterech osób. Podczas egzaminu wstępnego w czasie zadania z kompozycji z wyobraźni wyrzeźbiłam parę, która uprawiała seks. Na rozmowę końcową (ostatni etap egzaminów) poszłam w seksownej sukience z gołymi plecami. Nie dostałam się. Byłam jakoś zaraz pod kreską. Nie wiedziałam, że można napisać odwołanie. Oczywiście przeżyłam to jako porażkę. Postanowiłam wyjechać do Francji do Paryża, aby tam poszukać śladów Camille Claudel i zobaczyć gotyckie katedry. W Paryżu mieszkała i pracowała koleżanka mamy. Pojechałam do niej. Oczywiście chciałam ponownie zdawać egzaminy na rzeźbę w przyszłym roku. Jednak mój plan się nie udał, bo zaszłam w ciążę. Nie lubiłam być w ciąży. Nie lubiłam to nawet chyba mało powiedziane. Nie lubiłam tego, co rosło mi w brzuchu. Nie znałam tego, nie potrafiłam tak z niczego, bez tej znajomości, tego kochać. Czułam się jak w filmie Obcy – decydujące starcie. Obcy rósł we mnie. W moim ciele, w moim własnym ciele, tak naprawdę nie pytając mnie o zdanie. Zawsze odczuwałam dyskomfort, myśląc o tym, w jaki sposób powstają dzieci. Uważałam, że dzieci powinny się rodzić z miłości, a nie z seksu. Dla mnie to była zawsze osobna kwestia. Zauważyłam to dość wcześnie. Chyba przy mojej wielkiej miłości w wieku 18 lat. Zakochana byłam na zabój, ale to nie było równoznaczne z odczuwaniem pożądania. Zakochana byłam w jego umyśle, w tym, jaki był. Tak dużo wiedział, nie znałam takich chłopaków. Było wystarczająco cudownie, kiedy rozmawialiśmy, nie potrzebowałam niczego więcej. Seks mógł to jedynie zaburzyć. Nawet o nim (o seksie) nie myślałam, bo było wystarczająco wspaniale. Nic więcej nie było mi potrzebne do szczęścia. Z kolei czasami zdarzało się, że ktoś podobał mi się fizycznie, tylko fizycznie. Czułam, że robi mi się gorąco. Potem zauważyłam, że w takich przypadkach bywało, że jeśli ktoś zaczynał mówić, moje pożądanie opadało. Im więcej mówił, tym bardziej traciłam na niego ochotę. A nieczęsto ktoś mnie podniecał czysto fizycznie. Nauczyłam się, że jeśli zdarzało się to drugie, to trzeba zminimalizować wypowiedź potencjalnego kochanka do minimum, żeby nie stracić na niego ochoty. Jednak kiedy kobieta chce tylko seksu, wtedy często się okazuje, że mężczyźni są ostrożni i bojaźliwi. Role się odwracają. A ja rosłam w przekonaniu, że każdy facet chce zawsze i wszędzie, i z każdą. Okazało się, że to nie była prawda. Byłam tym zaskoczona, bo dokoła krążyły opowieści, że mężczyzna to seksualne zwierzę…538 Wracając jednak do ciąży, nie czułam żadnego błogosławionego stanu. Nie czułam wewnętrznej radości. I źle czułam się z własnym ciałem, które się zmieniało. Nie przytyłam dużo, bo tylko 8 kilogramów. Ale i tak odczuwałam dyskomfort. Pod koniec ciąży nie mogłam sobie swobodnie obciąć paznokci u nóg. Denerwowało mnie to. Denerwowało mnie to, jak dziecko obracało się w moim brzuchu, zupełnie bez mojego pozwolenia. Wolałabym, żeby dziecko rozwijało się poza ciałem matki. Fenomen i piękno noszenia dziecka w brzuchu nie były dla mnie ani fenomenalne, ani piękne. Poród był szybki. Byłam w wieku rozrodczym. Nic nie wiedziałam,


miałam 21 lat. Było już po wyznaczonym terminie, był piątek, a w niedzielę miałam iść na kontrolę. Rano obudziły mnie lekkie skurcze. Nie bolały, tylko powtarzały się dość regularnie. Pomyślałam, że to pewnie te skurcze, o których tyle się mówi. Nie odeszły mi wody, ale byłam przygotowana na to, że tak może się stać, bo mojej mamie też nie odeszły. Postanowiliśmy, że pojedziemy do szpitala. Nie spieszyliśmy się. Dotarliśmy dopiero około siedemnastej–osiemnastej. Lekarz sprawdził rozwarcie i powiedział, że się zaczęło. Byłam zdziwiona, jak to się zaczęło? Przecież właściwie nic mnie nie bolało. Nie jechałam do szpitala na sygnale ani nikt nie pędził ze mną jak szalony na wózku do sali porodowej. Przyszłam tam sama, bez niczyjej pomocy, spokojnie. Leżałam, czekałam i nudziłam się. To leżenie nie było komfortowe. Miałam rozkraczone nogi i właściwie każdy mógł zobaczyć, jakie jest rozwarcie. Kompletny brak intymności. Takie sprowadzenie do samej cielesności. Totalna przedmiotowość. Lekarz zapytał, czy chcę znieczulenie w kręgosłup. Stwierdziłam, że skoro mnie nic nie boli, to po co. Jednak leżąc tak, zaczęłam się denerwować, że nic mnie nie boli. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak urodzę bez bólu. Ból wydaje się integralny z porodem. Nie potrafiłam sobie wyobrazić porodu bez cierpienia. Byłam przerażona. Zaczęłam być coraz bardziej przerażona i w końcu zaczęło mnie boleć. Poprosiłam o zastrzyk w kręgosłup. Potem wszystko przebiegło klasycznie, czyli z bólem. To doświadczenie oraz moje badania na temat kultu waginy każą mi myśleć o tym, że ból porodowy jest wyuczony. Wmówiony przez patriarchat, żeby odebrać kobiecie przyjemność rodzenia i poczucie dumy ze zdolności wydawania na świat nowego życia. Jednak jest to inna historia, której tutaj nie będę poruszała. Nigdy nie chciałam mieć dzieci. I świadomie nie podjęłabym tego wyzwania. To powoduje nieustanne wyrzuty sumienia. Jest frustrujące. Nigdy nie jesteś w stanie doskonale wypełnić swojej misji rodzica. A jeśli jest się osobą wymagającą w stosunku do siebie, to trudno jest się z tym pogodzić. Poza tym dziecko to zupełnie osobny, niezależny byt, który może być zupełnie niepodobny do nas. Na początku to taki mały klon, a potem zaczyna nasiąkać tym, co oferuje społeczeństwo. Ale wróćmy jeszcze do porodu. Chwila, w której przechodziła główka, była najgorsza. Przez sekundę pomyślałam, że teraz umrę. Jednak trwało to tak długo, jak wypowiedzenie tego zdania. Potem czułam, jak zszywają moje krocze. Czułam, jak pani podciąga nitkę. Bolało okropnie. Bolało przez całą noc. I ściekała krew. Czułam się jak kawał mięsa. Nie jak coś duchowego. Fizyczność dominowała i całkowicie przysłaniała ducha. Tak bardzo, że nie starczało miejsca na duchowość. A ja zwykle w swoim życiu żyję duchem. Mało czasu poświęcam mojemu ciału. Wiem, że to źle. Powinnam żyć w równowadze. Wiem to bardziej niż przeciętny śmiertelnik. Kiedy zastrzyk w kręgosłup przestał działać, ból był okropny. Obok pielęgniarka położyła tabletkę, ale nie wiedziałam, że jest to tabletka przeciwbólowa. A jako grzeczna dziewczynka nie chciałam wzywać (budzić) 201


539  Imię Claudel odziedziczył po rzeźbiarce Camille Claudel, przez którą przyjechałam do Francji.

202

nikogo w nocy, wolałam cierpieć, jak przystało na prawdziwą kobietę. Urodziłam Claudela 25 sierpnia 1995 roku o godz. 20.45 w piątek w paryskim szpitalu. Gdybym urodziła go w Polsce, nie mógłby nosić tego imienia539. Kiedy obudziłam się rano, przed moimi oczami ukazały się przeolbrzymie piersi wypełnione (przepełnione) mlekiem. To było nieprawdopodobne, że w ciągu jednej nocy tak bardzo się zmieniły. Karmiłam tylko trzy miesiące. Nie lubiłam tego. Nie lubiłam spontanicznych moczeń własnych piersi. Sytuacji, kiedy siedzisz, rozmawiasz z kimś i nagle orientujesz się, że masz mokrą bluzkę, bo wkładki, które masz w staniku, nie dały rady. Znowu moje ciało miało gdzieś to, co myślę. Nie pytało mnie o zgodę, panoszyło się, demonstracyjnie przypominając o swoim istnieniu. Na szczęście kiedy zobaczyłam Claudela, zakochałam się w nim na zabój. Był taki malutki i bezbronny. Gdybym się wtedy w nim nie zakochała, byłabym zgubiona, obydwoje bylibyśmy zgubieni. Pierwszy rok przeżyłam jak na haju, jak wszystkie matki wariatki, które szaleją na punkcie swoich dzieci. To mnie nie ominęło. Czasami zadziwia mnie, że do spłodzenia Claudela był ktoś jeszcze (oprócz mnie) potrzebny. Przyzwyczajona jestem do tego, że tylko ja z nim byłam. Chętnie rozpowiadałabym, że była to partenogeneza. Oczywiście odbyło się to tradycyjną drogą, z udziałem mężczyzny. Mężczyznę poznałam (żeby było zabawniej) pod polskim kościołem. Przyszłam tam, jak każdy Polak i każda Polka, w poszukiwaniu ogłoszeń o pracę i mieszkanie. Ja szukałam mieszkania. Trafiłam na niego. Miał do wynajęcia pokój we wspólnym mieszkaniu. Nie lubię opowiadać o nim, bo to świadectwo mojej skrajnej głupoty, a nikt nie lubi się chwalić swoją głupotą. W związku z tym skrócę moją historię do minimum. Właściwie nie miałam doświadczenia seksualnego, praktycznie nie wiedziałam nic. Bardzo łatwo było mnie zapłodnić, co mu się błyskawicznie udało. Zrobił to z premedytacją, wiedząc, że ja nie chcę mieć dzieci i że chcę jeszcze raz zdawać egzaminy na rzeźbę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. On, Polak, 13 lat starszy ode mnie, miał problem alkoholowy i cierpiał na samotność. Myślał, że jeśli mnie zapłodni, to nie będzie sam. Źle trafił niestety. Właściwie miał dużego pecha, ponieważ statystycznie rzecz biorąc, większość kobiet z tego właśnie powodu decyduje się zostać. Niestety nie ja. Nie kochałam go. Nie chciałam swojego życia spędzić z kimś, kto ma problem alkoholowy. Może gdybym go kochała, starałabym się mu pomóc. Właściwie to chyba dobrze, że go nie kochałam. Moi rodzice powiedzieli, że jeśli nie kocham, to nie powinnam wychodzić za mąż. Mieli całkowitą rację. Gdybym wyszła za mąż, byłoby potem trudniej. Wylewałam mu butelki z wódką do zlewu. Jeździł samochodem ze mną i świeżo narodzonym synem pijany. Mieszkaliśmy w fatalnych warunkach, w maleńkim pokoju bez kuchni i łazienki z dwoma psami. Wstydziłam się przyznać do porażki moim rodzicom. Udawałam, że wszystko jest w porządku. Chciałam pojechać do Sanoka do domu, pokazać syna moim rodzicom, ale on powiedział, że nigdzie nie pojadę. Tak


naprawdę właśnie ten zakaz ostatecznie wpłynął na moją decyzję o opuszczeniu go. Nie znoszę, jak ktoś czegoś mi zakazuje. Wtedy jestem w stanie stanąć na głowie, żeby postawić na swoim. Zawsze tak miałam. Nie lubię zakazów. Pisałam listy z moją koleżanką z podstawówki Agatą. W jednym z nich opowiedziałam jej o sytuacji, w jakiej jestem. Agata postanowiła mi pomóc i poszła wszystko powiedzieć mojej mamie. Rodzice jednogłośnie stwierdzili, że muszę wracać do domu. Zaczęłam się starać w ambasadzie polskiej o paszport dla Claudela, co nie było łatwe bez zgody ojca. Zadzwoniłam do jego byłej żony i poprosiłam ją o pomoc. Bez jej pomocy pewnie by się to nie udało, na pewno byłoby trudniejsze. W tym czasie on stracił pracę, ponieważ usiłował pracować nietrzeźwy. Straciliśmy pokój, w którym mieszkaliśmy, i wylądowaliśmy w domu pomocy dla rodzin z dzieckiem. Jednak ja już wiedziałam wtedy, że dostanę paszport dla Claudela. Paszport był ważny tylko przez 16 dni, w tym czasie musiałam opuścić Francję. Miałam niecałe 22 lata, Claudel miał 6 miesięcy, i byłam świadoma, że muszę wykorzystać tę szansę. Wszystko było zaplanowane w najdrobniejszym szczególe. Był 10 marca 1996 roku, on wyszedł, a ja jak co dzień miałam zaprowadzić Claudela do niańki540. Niańka była o wszystkim poinformowana, tak samo jak dyrekcja domu opieki. Zaraz po jego wyjściu przyszła moja mama z koleżanką. Koleżanka mamy zabrała Claudela, a my z mamą kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Każda jechała osobno, na wypadek gdyby któraś z nas trafiła na niego. Spotkałyśmy się w mieszkaniu mojej ciotki. Niestety najbliższy transport, jaki udało nam się załatwić, był dwa dni później. Wiedziałyśmy, że on mógł obdzwonić wszystkie przejścia graniczne (których nie było tak wiele) i powiedzieć, że nie mogą nas przepuścić. Jechałyśmy z mamą i Claudelem w małym busie. Na granicy nie wydarzyło się nic szczególnego. Zwykła rutynowa kontrola i po chwili byłyśmy już w Polsce. Wtedy widziałam go po raz ostatni. Nasz kontakt całkowicie się zerwał. On zadzwonił zaraz po moim przyjeździe do Sanoka, grożąc mi. Jednak drugi telefon odebrał mąż mojej koleżanki, który zagroził jemu. Od tego czasu była cisza. Chociaż ja nie przestałam się bać, że przyjedzie i porwie Claudela. Jednak w Sanoku czułam się bezpieczna. Nigdy nie starałam się o żadne alimenty. Chciałam mieć święty spokój. Teraz zrobiłabym inaczej. Nigdy nie wysłał ani złotówki, ani razu nie zadzwonił na Claudela urodziny. Claudel właściwie nigdy go nie poznał. Może trochę jak w społeczeństwie matriarchalnym, w którym nie ma instytucji ojca. Tak też wychowywałam Claudela. Nigdy nie dałam mu do zrozumienia, że brak ojca to jakaś tragedia. Wiedziałam, że jeśli będzie otoczony ludźmi, którzy go kochają, to będzie w porządku. Niedawno gdzieś przeczytałam, że w ostatnich badaniach naukowcy doszli do wniosku, że najważniejsza jest dla dziecka miłość, a nie to, czy rodzina jest złożona z mamy i taty. Ja to wiedziałam i bez tych badań. Claudel był jedynym wnukiem. Moi rodzice i moja siostra zakochali się w nim błyskawicznie. Był bardzo wesołym dzieckiem

540  Opieka socjalna we Francji jest na wysokim poziomie. W czasie kiedy każde z nas musiało szukać pracy (nie można było wtedy przebywać w domu pomocy), dziecko było oddawane pod opiekę niańki.

203


i bardzo kochanym. Ciekawe było za to pewne zjawisko, które zaobserwowałam po powrocie do domu. Kiedy 23 lata temu mówiłam, że opuściłam ojca swojego dziecka i podjęłam decyzję o samodzielnym macierzyństwie, nikt mi nie wierzył. Patrzyli na mnie z litością. Widać było, jak ludzie myślą: „Biedna! Nie dość, że ją zostawił, to jeszcze nie chce się do tego przyznać”. Byłam tym zaskoczona. Dla mnie było to jasne, że jeśli ja nie będę szczęśliwa, to moje dziecko również nie będzie szczęśliwe. To nie była dla mnie trudna decyzja. Tak samo podchodzili do tego moi rodzice. Moje szczęście było na pierwszym miejscu, a nie to, co ewentualnie powiedzą ludzie. U nas nigdy nie miało to znaczenia. Wtedy chyba nie wiedziałam, że jest to takie wyjątkowe, wydawało mi się naturalne. Przyjęłam strategię, że jeśli ktoś pytał mnie o moją historię, ale nie był to ktoś szczególnie bliski, to opowiadałam, że ojciec dziecka nas zostawił. Nie wprawiałam wtedy rozmówcy w zakłopotanie i wszystko było ok. Od tego czasu wiele się zmieniło. Teraz nikt nie wątpi w prawdziwą wersję wydarzeń. A kobiety coraz częściej odchodzą od ojców swoich dzieci. Chociaż domyślam się, że pewnie więcej jest takich, które tego nie robią. Jak wspomniałam, nigdy nie obciążyłam kosztami wychowania Claudela jego ojca. Początkowo uniosłam się ambicją, myśląc, że poradzę sobie sama. Teraz myślę, że takie udowadnianie to głupota kobiet, które biorą wszystko na siebie. Jest to jednocześnie sankcjonowanie bezkarności mężczyzny, który nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Cały koszt utrzymania Claudela spadał na mnie, zawsze też mogłam liczyć na moich rodziców, którzy nigdy nie szczędzili mi pomocy. Kiedy Claudel miał rok, postanowiłam jeszcze raz (ostatni raz, jak sobie powiedziałam) zdawać na studia. Był rok 1996, miałam 22 lata. Tym razem ubrałam się jak zakonnica. Nie pamiętam, co wyrzeźbiłam na kompozycję z wyobraźni. Na pewno coś bardzo konwencjonalnego. Wiem, że na rozmowie wylosowałam pytanie dotyczące Auguste’a Rodina. Lepiej trafić nie mogłam. Tym razem się dostałam. Postanowiłam przyjechać na studia z Claudelem, który skończył rok. Dostałam pokój w akademiku przy Kapelance. Okazało się po miesiącu, że nie dam rady chodzić na zajęcia i jednocześnie opiekować się małym dzieckiem. Zajęcia zaczynały się o dziesiątej rano (czasami wcześniej) i kończyły o dziewiętnastej (czasami później). Poza tym bałam się, że jeśli ojciec Claudela wpadnie na pomysł odzyskania syna, to nie będzie miał z tym żadnych problemów w Krakowie. Po miesiącu zawiozłam go do Sanoka do mojej mamy, która opiekowała się nim przez całe moje studia. Jeździłam do Sanoka co dwa tygodnie na weekend, do tego na całe wakacje (od czerwca do końca września). Gdyby nie pomoc mamy, nie wiem, czy skończyłabym studia. Mama chodziła do pracy, a Claudel najpierw do żłobka, potem do przedszkola. A ja w Krakowie byłam bardzo pilną studentką. Nie opuszczałam zajęć. Miałam poczucie, że muszę zrekompensować to, że Claudel jest z moją 204


mamą, a ja na studiach. Kiedy inni przynosili na przegląd semestralny 8 rysunków, ja miałam ich 30… Na czwartym roku pojechałam na stypendium do Francji do Tuluzy. Byłam tam trzy miesiące, kiedy zaproponowano mi przedłużenie stypendium, powiedziałam, że nie mogę, bo muszę wracać do syna. Chyba na czwartym roku poznałam asystenta z grafiki. Zostaliśmy parą. Był to mój najdłuższy związek w życiu. Trwał sześć lat. Z perspektywy czasu wiem, że o trzy lata za długo. Moja praca dyplomowa powstała w trzy miesiące. Zrobiłam rzeźbę o wymiarach 4,70 × 3,40 × 2,20 metra. Do sufitu pracowni brakowało 30 centymetrów. Zużyłam 400 kilogramów kleju do styropianu i 20 metrów sześciennych styropianu, i nie wiem, ile metrów sześciennych luster. Schudłam 3 kilogramy. Zrobiłam abstrakcyjną rzeźbę o erotycznym kształcie. Do rzeźby można było wejść. Środek był wyłożony lustrami, tak że tworzyła się iluzyjnie zdecydowanie większa przestrzeń, niż była w rzeczywistości. Wszystkie lusterka poprzycinałam do kształtu trójkątów. Wtedy jeszcze nie Podczas pracy nad rzeźbą dyplomową, ASP, Kraków, 2001 r. Montaż rzeźby u Haliny i Czesława Sawickich, Sielska Dolina, Nowe 35 (gmina Ożarów), 2001 r.

myślałam o tym, że trójkąt to symbol waginy. Nie bez znaczenia było również to, że do rzeźby można było wejść. Rzeźba była tak duża, że nie zmieściła się do Pałacu Sztuki, gdzie były organizowane wystawy najlepszych dyplomów. Stała przed pałacem, a ja nie spałam, bojąc się, że spadnie i kogoś zabije. To była pierwsza różowa rzeźba w mojej twórczości. Rzeźbę obroniłam w pracowni prof. Jerzego Nowakowskiego. Był rok 2001, a ja miałam 27 lat. I nie miałam pojęcia o istnieniu Marii Pinińskiej-Bereś. Praca teoretyczna była dziennikiem powstawania rzeźby. Był to mój bunt przeciw pracom, w których, jak twierdziłam, treść przerasta formę. Chciałam napisać prosty tekst. Tak prosty, jak to możliwe, a forma dziennika to do205


skonale umożliwiała. Kolor różowy był również wyrazem buntu. Wszystkie dyplomy wtedy były czarne, brązowe – dostojne. Kolor różowy był postrzegany jako kiczowaty i niegodny dyplomu. Dlatego zdecydowałam, że mój dyplom będzie właśnie różowy. Zaczynałam zakochiwać się w tym kolorze. Pamiętam, jak marzyłam o tym, żeby mieć różowe rajstopy. Jednak wtedy nic nie było różowego. Rajstopy w takim kolorze były jedynie w rozmiarze na małe dziewczynki. Różowy w wersji dla dorosłych nie istniał. Chyba dlatego, że nikt by się w taki kolor nie ubrał. Po studiach zostałam w Krakowie, przeprowadziłam się do wynajmowanej kawalerki mojego chłopaka. Postanowiłam z mamą, że nie będę brała na razie Claudela do Krakowa, aby ten skończył zerówkę w Sanoku. Tymczasem poszukaliśmy większego mieszkania w okolicy, gdzie niedaleko była szkoła podstawowa, i przeprowadziliśmy się. Do pierwszej klasy Claudel poszedł już w Krakowie. Po studiach nie miałam pojęcia, co mam robić i jak zarabiać. A wiedziałam, że muszę zarabiać. Nie chciałam dłużej być na utrzymaniu moich rodziców. Chłopak mojej koleżanki z roku otwierał firmę witrażową, zaproponował mi pracę. Nie widząc żadnej innej perspektywy, zaczęłam pracować u niego. Robiłam witrażowe kwiatki w lecie, w zimie aniołki (albo inne rzeczy) na akord. Trzy lata spędziłam w piwnicy z maską na twarzy i lutownicą w ręce. Moja koleżanka namówiła mnie też, żebym zrobiła kilka rzeźb z brązu i wstawiła do galerii. Mówiła mi, że jestem bardzo głupia, że tego nie robię. Całe studia zarzekałam się, że nie będę robiła brązów. Jednak zaczął mnie namawiać do tego również mój chłopak. Zrobiłam jeden brąz, wykorzystując silikonowy negatyw mojej twarzy, który zrobiłam na stypendium w Tuluzie. Rzeźba sprzedała się po 40 minutach stania w galerii. Zostałam bez argumentów. Oprócz pracy przy witrażowych kwiatkach robiłam brązy, które sprzedawały się bardzo nieregularnie. Po pierwszej (i jedynej) indywidualnej wystawie rzeźb z brązu siedziałam z moim chłopakiem w knajpie i… płakałam. Chciałam robić inne rzeźby. Po tej wystawie zdecydowałam, że muszę zrobić również takie, jak chcę, żeby nie zwariować. Wtedy kolega powiedział, że mogę przygotować rzeźby do nowo budowanego w Warszawie wieżowca. Inwestorzy planowali zrobić w budynku coś na kształt sali wystawienniczej, która miała być atrakcją dla potencjalnych firm wynajmujących pomieszczenia. Otwarcie miało być za pół roku. Zabrałam się do pracy. Po doświadczeniach z dyplomem nie chciałam robić kolejnych dużych i ciężkich rzeźb. Do transportu dyplomu potrzebowałam pięciu mężczyzn. Rzeźbę przecinałam na pięć plastrów o szerokości drzwi, przenosiłam, a potem sklejałam od nowa w całość. Miałam również problem z pozbyciem się dyplomu, a nie mogłam go zatrzymać w domu (był zbyt duży). Nie miałam pojęcia, co z nim zrobić. W końcu mój promotor znalazł gospodarstwo agroturystyczne w bardzo małej wiosce, które zgodziło się zabrać dyplom (stoi tam do dziś). Okazało się, że dużo łatwiej było zrobić taką 206


rzeźbę, niż potem jej się pozbyć. Denerwowało mnie proszenie o pomoc w transporcie, chciałam być niezależna. Znowu nie miałam pojęcia o tym, jak zbieżne są moje doświadczenia z doświadczeniami Pinińskiej-Bereś541. Pewnego dnia zauważyłam u moich sąsiadów wielki blok gąbki. Pomyślałam wtedy, że to jest moje wybawienie, ponieważ mogę zrobić dużą i jednocześnie lekką rzeźbę. Postanowiłam zrobić pięć abstrakcyjnych form o obłych kształtach, które nazwałam Przytulankami542. Nowe formy bardzo przypominały dyplom, tak jak i on były obłe, abstrakcyjne i różowe. Różowy był kolorem, którego nie tolerowałam przez 27 lat mojego życia. Przez te wszystkie lata wydawał mi się potwornie kiczowaty i infantylny. Minęło dużo czasu, zanim zrozumiałam, dlaczego tak się działo. Moja dezaprobata dla koloru różowego miała ścisły związek z podświadomym przekonaniem o niższości kobiecości. Nie identyfikowałam się z kolorem różowym, bo gardziłam tym, co było kobiece. I odcinałam się od tego. Dokładnie tak jak Zofia całe życie chciałam udowodnić, że mogę robić wszystko to, co mężczyzna, że nie jestem od niego gorsza (mimo tego, że mój tato zawsze chciał mieć córki). Jednak socjalizacja odrobiła swoje zadanie. Nie chciałam być postrzegana jako infantylna, słaba kobieta. Tym samym odrzucałam różowy. Początkowe użycie tego koloru wiązałam z buntem wobec panującego na akademii stylu. Nie postrzegałam tego jako osobistej rozgrywki, która wynika głęboko z moich kobiecych odczuć i przeżyć. Kiedy to zrozumiałam, postanowiłam uczynić różowy kolorem sztandarowym mojej twórczości. Przez epatowanie różowym chciałam afirmować kobiecość, chciałam nadać wartości cechom nieszanowanym, chciałam udowodnić, że kobieta niewyrzekająca się swojej kobiecości może osiągnąć wszystko, tak jak i mężczyzna, że kobiece nie znaczy gorsze. Kolor różowy stał się moim manifestem. Na początku tylko w twórczości, potem również w życiu. W czasie kiedy robiłam Przytulanki, nie stać mnie było na pracownię, robiłam więc Przytulanki w domu, kiedy Claudel był w szkole, a mój chłopak w pracy. Rozkładałam na meble w pokoju folię malarską i działałam. Zamawiałam prostopadłościany z gąbki o wielkości 1,60 × 1 × 1 metra. Najpierw ścinałam podstawowy kształt bardzo ostrym nożem, a potem obrabiałam go szlifierką i kółkiem z łańcuchem. Na końcu na szlifierkę zakładałam papier ścierny i doprowadzałam rzeźbę do właściwego kształtu. Za każdym razem składałam folię, porządkowałam i przywracałam pokój do jego pierwotnego stanu i użytkowania. Pół roku później Przytulanki były gotowe. Wtedy okazało się, że wystawy, na którą robiłam prace, nie będzie. Zostałam z Przytulankami w pokoju. Kiedy w końcu wyjechały na wystawę, zmieniła się akustyka w pokoju. Gąbka wygłuszała dźwięk. Pierwsza prezentacja Przytulanek miała miejsce w galerii, która już nie istnieje, Burzym & Wolff w Krakowie. Zwierzyłam się zrozpaczona właścicielce z problemu, ta obejrzała prace i od razu zaproponowała wystawę. Z tej wystawy Przytulanki pojechały na następną, a z tamtej na następną. W każdym miejscu pytałam, czy ktoś nie zna

541  „W 1965 roku, gdy zrywałam z rzeźbą warsztatową, intuicyjnie szukałam jakiegoś medium bliskiego aktywności kobiet. […] Pragnęłam rzeźbę wykonywać bezpośrednio, bez procesów technologicznych. Kreować rzeźbę środkami prostymi, dostępnymi, niedrogimi. Zaważył jeszcze jeden postulat, abym moje rzeźby mogła sama nosić, bez pomocy męskich bicepsów” – Maria Pinińska-Bereś, Jak to jest z tym feminizmem, [w:] Sztuka kobiet, red. Jolanta Ciesielska, Agata Smalcerz, Bielsko-Biała 2000, s. 194.

542  Link do dokumentacji fotograficznej prac: http:// www.iwonademko.art.pl/ rzezba/przytulanki/przytulanki.htm.

207


chętnych na kolejną wystawę, byleby nie wróciły do mojego pokoju. Kiedy wróciły do mnie z powrotem rok później, mogłam je już trzymać w blaszanym garażu, który był w ogrodzie wynajmowanego przez nas mieszkania. Podczas pracy nad Przytulanką (w dużym pokoju), Kraków 2003 r. Przytul mnie, z cyklu "Przytulanki", Kraków, 2004 r.

Przez kolejne osiem lat robiłam prace do tego garażu. Robiłam w domu i przenosiłam do niego. Ten czas w mojej twórczości nazywam okresem garażowym. Od czasu do czasu przychodziły propozycje wystaw. Starałam się też brać udział w różnych konkursach dla młodych artystów i artystek. Nigdy nie zdobyłam żadnej nagrody, ale kwalifikowałam się do grona 15–20 artystów, którzy np. razem wyjeżdżali, a tam mieli okazję zaprezentować się zaproszonym kuratorom i kuratorkom. W ten sposób byłam na Biennale Sztuki Młodych „Rybie Oko” w Słupsku, gdzie poznałam osoby, które teraz świetnie funkcjonują w świecie sztuki. Kilka razy chciałam rezygnować z robienia swoich prac. Myślałam o tym, że gdybym więcej czasu poświęcała grafice komputerowej, to mogłabym więcej (normalnie) zarabiać, mogłabym więcej czasu poświęcać Claudelowi. Zawsze wtedy, kiedy chciałam to zrobić, dostawałam propozycję jakiejś wystawy. I znowu budziła się nadzieja. Z zapałem robiłam nową pracę albo wyciągałam już zrobioną z blaszaka. Po trzech latach w piwnicy znalazłam pracę w agencji reklamowej jako graficzka komputerowa. Specjalizowałam się w druku soczewkowym. Bardzo lubiłam komputer i zawsze chciałam się nauczyć programów graficznych, których nie uczono wtedy, kiedy byłam na studiach. Pierwszy komputer kupiłam na spółkę z chłopakiem po dyplomie, jak zaczęłam zarabiać. Kiedy zaczęłam pracę w agencji, znałam tylko podstawy programów graficznych. Tak naprawdę nauczyłam się ich dopiero w praktyce. Od początku uczyłam się też przygotowania druku pod druk soczewkowy. Stąd 208


też moje charakterystyczne wizytówki artystyczne, które pozwalano mi wydrukować, jeśli zostawało miejsce na arkuszu. Prace artystyczne robiłam po pracy w agencji i w weekendy. Stopniowo miałam coraz więcej wystaw i coraz więcej pracy po nocach i w dni wolne. Rozstałam się też z chłopakiem. Nie była to łatwa decyzja, ponieważ bałam się, że sobie nie poradzę finansowo. Zostałam sama z dzieckiem z zarobkami, które starczały tylko na opłacenie mieszkania. Bałam się, że zginę. Ten strach odwlekał decyzję zakończenia związku. W końcu było już tak źle, że pomyślałam, że wolę mieszkać pod mostem niż z nim. Jednak on nie chciał się wyprowadzić. Przyjechał mój tato i przekonał go do tego. Po raz pierwszy mieszkałam sama, tylko z synem, który wtedy kończył szkołę podstawową. Przez trzy lata moje wynagrodzenie wynosiło tyle, ile opłaty za wynajmowane mieszkanie. Każdego miesiąca musiałam coś dorobić. Każdego miesiąca nie wiedziałam, czy mi się to uda. I każdego miesiąca jakimś cudem się udawało. Robiłam przeróżne fuchy: to rzeźbiłam murzynkę do knajpy, to maskę Dantego na promocję książki, to sprzedał się jakiś brąz. Obiekty, które szyłam, nie sprzedawały się. Rzadko kiedy otrzymywałam wynagrodzenie za udział w wystawie. Pamiętam, że takie wynagrodzenie dostałam z CSW Łaźnia w Gdańsku. Byłam tym faktem zszokowana. Mimo tego, że bardzo stresowała mnie (i psuła pozytywne nastawienie do życia) moja sytuacja finansowa, czułam się zdecydowanie lepiej, mieszkając sama. Przez kolejne 10 lat, kiedy budziłam się sama, cieszyłam się, że w łóżku leżę tylko ja. Zastanawiałam się też, dlaczego ludzie tak się boją samotności, skoro to jest takie cudowne. I dlaczego nie rozgłasza się tej dobrej nowiny. Przychodziłam do domu i odpoczywałam psychicznie. To było wspaniałe uczucie. Mogłam też zająć cały pokój, zamieniając go w pracownię. Ciągle nie było mnie stać na wynajmowanie osobnego pomieszczenia. A nawet gdyby było mnie stać, nie mogłam zostawiać Claudela samego w domu, a swoje prace robiłam wieczorami i w nocy. Claudel od dziecka potrafił zająć się sam sobą. Nie miał wyboru. Ja byłam przeważnie zajęta. W przypadku matki artystki nie ma sytuacji bez frustracji. Kiedy zajmowałam się pracą twórczą, miałam wyrzuty, że tego czasu nie poświęcam swojemu dziecku. Kiedy spędzałam czas z dzieckiem, martwiłam się o czas odebrany twórczości. Nie bez przyczyny jednym ze wspomnień Bettiny Bereś jest wyznanie jej matki, w którym Maria Pinińska-Bereś stwierdziła: „Poświęciłam ci trzy lata ze swojego życia. To były trzy lata odebrane sztuce”543. Niewiele jednak matek stać na tak bezkompromisowe wyznanie, większość żyje w nigdy niewypowiedzianym poczuciu winy lub rezygnuje ze swojej działalności. Ja rezygnować nie chciałam. Siedem lat po studiach ogłoszono konkurs na asystentkę na akademii. Postanowiłam spróbować. Udało się. Zostałam przyjęta w 2008 roku. Wróciłam na akademię po siedmiu latach nieobecności. Myślę, że ta przerwa dobrze mi zrobiła, i z perspektywy czasu cieszę się, że nie zostałam na akademii od razu po studiach. Dzięki tej przerwie zobaczyłam świat poza nią, poznałam innych ludzi. Zobaczyłam akademię z zewnątrz. To było

543  Dominika Buczak, Różowa rewolta, „Wysokie Obcasy” 2018, 3 października, http://www. wysokieobcasy.pl/wysokie -obcasy/1,96856,4972303. html?disableRedirects=true.

209


bardzo cenne. Zaczęłam pracę jako asystentka w pracowni rzeźby (do dzisiaj tam pracuję). Przed konkursem obiecałam sobie, że jeśli go wygram, to nigdy akademia nie będzie miała wpływu na moją twórczość – w znaczeniu blokowania moich pomysłów. Przez cały czas przypominałam sobie o tej obietnicy, kiedy realizowałam nowe pomysły. Kiedy przyszłam na akademię, zaczęłam od razu ubierać się w krótkie spódnice i szpilki. Chciałam przełamać wizerunek rzeźbiarki, chciałam również wprowadzić w ten wizerunek element kobiecości. Aby tym samym powiedzieć, że kobieta może być profesjonalną rzeźbiarką, choć w tej sytuacji powinnam powiedzieć: profesjonalnym rzeźbiarzem. Moje koleżanki pedagożki (myślę, że Iwona Demko, cykl Trofea, 2010 r., Sanok 1994. Iwona Demko, cykl Trofea, 2010 r., Kraków 1997.

nieświadomie) ubierały się w ciemne ubrania i najczęściej w spodnie, wtapiając się wyglądem w koloryt męskiego środowiska. Ja chciałam uzyskać efekt dokładnie odwrotny. Chciałam wyglądać jak kwintesencja kobiety, używając wszystkich atrybutów naraz, w jednym czasie. Przez pierwszy rok zwracano mi uwagę, gdyż uważano, że ubrałam się do pracy niestosownie. Po roku uwagi na temat mojego stroju się skończyły, a dzisiaj już nikt nie pamięta, że ktoś jakieś miał. Początkowo nie ubierałam się na różowo, etap ten przyszedł z czasem. Najpierw nieśmiało ubierałam się w jakiś jeden różowy element. Sama w sobie musiałam przełamać wewnętrzną obawę, a może poczucie wstydu. Potem dochodziły kolejne elementy, aż w końcu każdy element stał się różowy. Doszły również pomalowane w moim ulubionym kolorze paznokcie. Pamiętam doskonale moment, w którym wszystko, co miałam na sobie, było różowe. Kiedy teraz nie przychodzę ubrana na różowo, wszyscy pytają, co się stało. Kiedy rozstałam się z chłopakiem, nie zdecydowałam się już nigdy później na zamieszkanie z którymś z kolejnych. Było mi dobrze samej. Poczułam swoją siłę i to, że jestem w stanie sama sobie poradzić, nie muszę być od nikogo zależna. To było bardzo ważne doświadczenie. Kolejni moi mężczyźni mieli przez to gorzej. Nabrałam łatwości zrywania. Szybko też okazało się, że nie jestem typem długodystansowca. Nie wiem, jak ludzie 210


parują się na długie lata. Jest to dla mnie tajemnica. Mój normalny stan jest wtedy, kiedy jestem sama. Ten stan czasami jest przerwany krótkimi chwilami, kiedy jestem z kimś. Nie bez znaczenia na pewno jest mój paniczny strach przed wiecznością, przed przysięganiem „na zawsze”. Nie bez znaczenia jest również rozsmakowanie się w samotnym mieszkaniu. Swoje „podboje miłosne” uwieczniłam w jednej z prac pt. Trofea544, w której na autentycznych deskach myśliwskich na trofea umieściłam uszyte przeze mnie głowy moich kochanków. Pod głowami przymocowałam tabliczki z miejscem i datą. Zrobiłam tę pracę w 2010 roku. Policzyłam ich tylko wtedy, na potrzeby tej pracy. Żałuję, że w związku z przyjęciem zasady

544  Link do dokumentacji pracy: http://www.iwonademko.art.pl/rzezba/trofea/ trofea.html.

Iwona Demko, cykl Trofea, 2010 r., Kraków 2004. Iwona Demko, cykl Trofea, 2010 r., Kraków 2008.

skróconego życiorysu nie mogę ich tutaj wszystkich opisać. To bardzo różne i ciekawe historie… Nigdy też nie miałam problemu ze znalezieniem chłopaka jako samotna matka z dzieckiem. Pamiętam, jak moja koleżanka na studiach uświadamiała mi, że moje szanse są marne. Nie przejmowałam się tym. Wiedziałam, że ten, któremu będzie to przeszkadzało, automatycznie nie będzie leżał w obrębie moich zainteresowań. Sprawa była prosta. Naturalna selekcja. Nigdy też nie miałam chłopaków zazdrosnych o moją rzeźbę. Oni wszyscy wiedzieli, że w tym konkursie przegrają, dlatego nigdy nawet nie startowali. Co więcej, imponowała im moja pasja. W 2008 roku stwierdziłam pewnego dnia, że to bardzo dziwne (i niesprawiedliwe), że był kult penisa, a nie było kultu waginy. Kolejną motywacją do poszukiwań były moje kompleksy, a także uczucie dyskomfortu w temacie waginy. Czułam, że jest to dla mnie teraz niezbadany teren, temat tabu, obszar, gdzie nigdy się nie zapuszczałam, bo się wstydziłam. Chciałam przestać się wstydzić tego miejsca i tego tematu. Usiadłam do komputera i zaczęłam wpisywać hasło „kult waginy”. Trafiłam wtedy na książkę Catherine Blackledge Wagina. Kobieca seksualność w historii kultury. Przeczytałam 300 stron na temat waginy, co wywołało nieodwracalne skutki w mojej głowie i mojej twórczości. A książka stała się moją biblią. 211


545  W ten sposób odebrano życie 27-letniej Szkotce Eufame MacAlyane, która w 1591 roku przy narodzinach drugiego dziecka poprosiła akuszerkę o napój z kaczych jaj i mleka, aby złagodzić nim bóle porodowe. Był to grzech śmiertelny, za który pogrzebano ją żywcem; zob. Jürgen Thorwald, Ginekolodzy, tłum. Anna Wziątek, Warszawa 2016, s. 357. 546  Link do dokumentacji pracy: http://www.iwonademko.art.pl/rzezba/waginatyzm/ waginatyzm.html. 547  Link do dokumentacji pracy: http://www.iwonademko.art.pl/rzezba/28_dni/28_ dni.htm.

212

Muszę teraz trochę czasu poświęcić opisaniu informacji, które wtedy otrzymałam. Dowiedziałam się z niej, że kiedyś ludzie zupełnie nie kojarzyli aktu seksualnego z narodzinami dziecka. Jedno wydarzenie (akt seksualny) było zbyt bardzo oddalone w czasie od drugiego (narodziny). W związku z tym osobą, która była najważniejsza w kreacji nowego życia, była kobieta, ponieważ to przez jej waginę wychodziło dziecko, co do tego nikt nie miał wątpliwości. Rola mężczyzny wydawała się nieistotna. Ta dedukcja budowała funkcjonowanie świata na zupełnie innych zasadach niż te, które znamy dzisiaj. Powodowała, że kobiety odgrywały dużą rolę w życiu społecznym, politycznym czy religijnym. Kobieca zdolność wydawania na świat dziecka, zdolność kreacji nowego człowieka, miała boski charakter. Co za tym idzie boski charakter miała również brama, przez którą człowiek przybywał na świat, czyli wagina. Była symbolicznym początkiem świata, źródłem istnienia. W związku z tym następstwem był fakt, że należy ją szanować i czcić. Wszystko, co naturalne, było magiczne i otaczane poważaniem. A kobieta była uosobieniem natury. Władzę kobiet sankcjonowała przede wszystkim zdolność wydawania na świat nowego życia. Ważne było również wszystko, co się z tym wiązało: wagina, krew menstruacyjna, akt narodzin czy seks i seksualność. Wszystko zaczęło się zmieniać wraz z odkryciem udziału mężczyzn w akcie poczęcia dziecka. Kobiety stopniowo zaczęły tracić swoje znaczenie. Aby odebrać im ich prestiż, trzeba było pozbawić znaczenia wszystko, co nadawało im wartość. W ten sposób magiczny niegdyś akt narodzin stał się zwykłym aktem biologicznym, co więcej, obarczono go bólem. W Biblii zapisano: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą” (Rdz 3, 16). Przez długi czas uśmiercano kobiety, które starały się uśmierzyć ból porodowy545, ponieważ było to niezgodne z prawem boskim. W niełaskę popadła także krew menstruacyjna (bez której narodziny nie są możliwe), stała się nieczysta i wstydliwa. A seksualność kobiet niebezpieczna i grzeszna. Wagina rozpoczęła swoją drogę od sacrum do profanum. A kobieta przestała czuć się dobrze ze swoim ciałem, a co za tym idzie sama ze sobą. I ja dokładnie tak się czułam. Te wszystkie informacje były dla mnie rewolucyjne. Połączenie waginy z szacunkiem wydawało mi się niesamowite i genialne. Stopniowo przestawałam wstydzić się swojej waginy, co więcej, byłam coraz bardziej dumna z jej posiadania. Moją pierwszą pracą związaną z tą tematyką był Waginatyzm546 – wagina wielka na 1 metr z klęcznikiem. Kolejną 28 dni547, cykl 28 poduszek – serc. Każda poduszka na jeden dzień cyklu menstruacyjnego kobiety. Ta praca stała się najbardziej rozpoznawalna. Ona też najbardziej poruszyła inne kobiety. Dostawałam wtedy e-maile od różnych nieznanych mi kobiet. Oczywiście w Internecie przy okazji wystaw pojawiały się komentarze bardzo negatywne, w których zalecano mi niezwłoczne zgłoszenie się na leczenie. Większość mężczyzn natomiast była przekonana, że wreszcie spo-


tkali na swojej drodze nimfomankę, która otwarcie przyznaje się do swoich skłonności. Jedni byli tym faktem zachwyceni, inni przerażeni. Teraz temat waginy jest coraz bardziej popularny. Przez ten czas bardzo dużo zmieniło się w podejściu zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Kiedy ja zainteresowałam się waginą w 2008 roku, nie był to temat zbyt często poruszany w pracach artystycznych.

Kiedy Claudel był mały, był bardzo dumny ze mnie i z tego, co robię. Kiedy podrósł i zetknął się ze światem zewnętrznym, wiele się zmieniło. Zmiany te następowały bardzo powoli, prawie niezauważalnie. Pamiętam, że na samym początku szkoły podstawowej opowiedział na lekcji (na której każdy opowiadał o sobie i swojej rodzinie), że ten pan, z którym mieszkamy, to nie jest jego prawdziwy tato. Dzieci były wstrząśnięte. Dla niego było to normalne, ale szybko dostał komunikat, z którego było wiadomo, że to nie jest właściwe. Nie wiem, kiedy zaczął odczuwać, że jest inny, czyli gorszy. Wiem, że na pewno tak się nie czuł, dopóki nie zobaczył reakcji innych. Często się zastanawiam, jak wiele osobistych nieszczęść dałoby się uniknąć, gdyby nasza społeczna tolerancja miała szersze granice. Potem zorientował się, że nie jestem taka jak klasyczna mama. Dowiedział się, że wagina to nie jest temat, o którym się mówi w domu. Kiedyś, kiedy był już w liceum, wyznał mi, że nie przyprowadzał kolegów do domu, bo w jego domu na ścianach wisiały waginy. Zrobiłam wiele prac poświęconych waginie. Uwieńczeniem mojej „waginalnej twórczości” był mój doktorat Kaplica waginy548 i praca pisemna Waginatyzm549 w 2012 roku. Kaplicę urządziłam w wydziałowej galerii rzeźby na ASP w Krakowie. Najpierw wzięłam plany przestrzeni, a potem zaprojektowałam do tego swoją pracę. Realizując doktorat, zdawałam sobie sprawę z tego, że wszystko, co robiłam – robiłam nie tak, jak powinnam, przekraczając wymagania panujące wewnątrz akademii. Wiedziałam, że wybrałam niewłaściwy temat, że niewłaściwie go potraktowałam (nie w kontekście erotycznym), że pracy pisemnej nie napisałam naukowym językiem, że do skonstruowania pracy artystycznej użyłam nierzeźbiarskich materiałów (cekinów, koralików, włosów anielskich, ozdób choinkowych i maszyny do szycia). A także przygotowałam wszystko w nieodpowiedniej konwencji. Nie była to rzeźba, którą można obejść dookoła. Nie było ani

Iwona Demko, cykl 28 dni, Dzień 1 (okres), Dzień 11, Dzień 28 - Wagina Dentata, 2010 r.

548  Link do dokumentacji pracy: http://www.iwonademko.art.pl/rzezba/kaplica_waginy/kaplica_waginy.html.

549  Link do tekstu: http:// www.iwonademko.art.pl/ rzezba/kaplica_waginy/WAGINATYZM_Iwona_Demko. pdf.

213


Kaplica Waginy, Galeria Wydziału Rzeźby R, ASP, Kraków, 2011 r., fot. Krzysztof Król.

jednej rzeczy, którą zrobiłabym tak, jak trzeba. I chociaż wiedziałam, że na tle historii sztuki nie dokonałam przełomu i odkrycia, byłam świadoma, że moja akademia może mieć problem z przyjęciem mojego doktoratu. To, co się stało potem, przerosło moje domysły. Akademia podzieliła się na dwa obozy – zwolenników i przeciwników mojej pracy. Wieść o niej rozniosła się na wszystkie budynki akademii i z osoby anonimowej stałam się osobą rozpoznawalną. Nigdy nie wiedziałam, na kogo trafię, z którego obozu. Pojawiły się też listy protestacyjne. Rzadko kto wgłębił się w treść mojej pracy pisemnej. Każdy skupiał się jedynie na pracy artystycznej. Wiele osób odczytało ją jako bluźnierstwo wymierzone wobec religii katolickiej. Nikt nie dowiedział się, o co walczyłam, na co chciałam zwrócić uwagę. Bardzo mi zależało na zrozumieniu, bo chciałam wszystkim i wszędzie głosić dobrą nowinę o waginie. Dlatego napisałam pracę zwykłym, lekkim językiem. Potem umieściłam ją w Internecie, tak aby każdy mógł po nią sięgnąć, kiedy tylko będzie miał na to czas i ochotę. Nie myślałam wtedy o członkach rady wydziału. Myślałam bardziej o wszystkich kobietach, to na nich najbardziej mi zależało. Na radzie wydziału przeszłam jednym głosem. Mimo to byłam zadowolona. Podobnie było w przypadku habilitacji anioły.net, którą zrobiłam w 2016 roku. Byłam wtedy w zupełnie innym miejscu. Zaczęłam się zastanawiać, co się stało, że z pozycji bardzo szanowanej i czczonej wagina trafiła do sfery wstydu i tabu. Jak to się stało, że świątynna prostytucja stała się prostytucją taką, jaką znamy teraz. Postanowiłam zrobić pracę partycypacyjną, która miała polegać na zaprzyjaźnieniu się z kobietami pracującymi w agencjach towarzyskich. Potem chciałam razem z nimi przygotować wystawę. To, co miało być najważniejsze w tej pracy, to było nawiązanie relacji, nie sama wystawa. Jednak nawiązanie relacji nie było łatwe. Najpierw musiałam pokonać mój strach, a potem nieufność kobiet. Zajęło mi 214


Kaplica Waginy, Galeria Wydziału Rzeźby R, ASP, Kraków, 2011 r.

to dwa lata. Udało mi się zaprzyjaźnić z dwiema dziewczynami. Razem przygotowałyśmy wystawę i razem montowałyśmy ją w galerii, mieszkając we wspólnym hotelowym pokoju. Jedna z nich zrezygnowała z pracy zaraz po wernisażu, druga nieco później. Do dzisiaj się przyjaźnimy. Często zapominamy, w jakich okolicznościach się poznałyśmy. A ja czasami zadaję sobie pytanie, czego tak naprawdę bałam się na początku mojego projektu. Rada wydziału po raz kolejny nie zrozumiała moich intencji. Nie na miejscu było również to, że zaprzyjaźniłam się z prostytutkami. Mimo tego, że komisja zewnętrzna zagłosowała zdecydowanie na tak, rada wydziału była bardzo podzielona. Znowu ledwie przeszłam. A ja znowu byłam zadowolona, że to się jednak udało. Doktorat nie zmienił wiele w moim życiu, za to habilitacja zdecydowanie więcej. Stałam się członkinią rady wydziału z ważnym głosem w głosowaniach. Poza tym zyskałam możliwość recenzowania prac doktorskich. Od razu zaczęły się zgłaszać do mnie dziewczyny z całej Polski. A ja miałam sposobność pisania recenzji i odczytywania ich w różnych akademiach. Uwielbiam przyjeżdżać tam ubrana cała na różowo. Uwielbiam dłońmi z paznokciami pomalowanymi na różowo wyciągać z różowej torebki brokatoworóżowy piórnik, a z niego czarne pióro z różowym atramentem, którym podpisuję wszystkie dokumenty. Mogę też wygłaszać swoje przekonania głośno i wyraźnie, a inni muszą je brać pod uwagę. Nie mogą już bagatelizować różowej pani. Cudowne jest korzystanie z tego przywileju w wykreowanym misternie różowym entourage’u. Cieszę się, że nie wtopiłam się w tłum akademickiego ciała pedagogicznego i że zachowałam wartości, o które tak długo walczyłam. To duża satysfakcja. Do tego momentu wzięłam udział w 117 wystawach zbiorowych i 24 indywidualnych. Mam artystyczne ADHD. Praca artystyczna to praca przez 24 godziny na dobę. Praktycznie nie mam teraz swojego życia osobistego. Albo kuratoruję wystawę, albo robię 215


prace do wystawy, na którą zostałam zaproszona. Nie zlecam wykonania moich prac, wszystko robię sama. Od pomysłu poprzez wykonanie, opakowanie, przygotowanie do transportu, opisanie idei pracy. Poza tym znajduję sobie różne inne zajęcia, takie jak np. badanie losów pierwszych studentek krakowskiej akademii. Równolegle z tym wszystkim wykonuję obowiązki związane z moją funkcją na akademii. Nie mam wolnej chwili. Na pierwszej randce z ostatnim chłopakiem zapowiedziałam mu od razu, że mam bardzo mało czasu i że musi się z tym pogodzić. Znosił to dzielnie, ale ja wiedziałam, że ubolewał… Większa część pracy wykonywanej przeze mnie jest nieodpłatna. Nie potrafię też dbać o życie pozazawodowe, o swój byt. Od 16 lat mieszkam w wynajętym 44-metrowym dwupokojowym mieszkaniu. Nie mam osobnej pracowni. Swoje prace magazynuję w blaszaku. Te, które się tam już nie mieszczą, są poukładane w domu, na ścianach, na szafach, w każdym kącie. Coraz trudniej jest się po mieszkaniu poruszać. Rzadko kiedy ktoś kupuje moje prace. Nie są to obrazy. Nie są to również rzeźby z brązu. Takich obiektów, jakie tworzę, szczególnie uszytych, nie jest łatwo sprzedać. Nie docenia się tego rodzaju sztuki. Sztuka to przede wszystkim obraz. W dodatku jest to sztuka feministyczna, a ci, którzy kupują, czy zajmują się krytyką to zwykle mężczyźni. Jednak ja wiem, że tak jak różowy stał się modny, jak brokat i błyskotki przestały być kiczowate, jak wagina jest coraz bardziej popularna, tak sztuka feministyczna będzie miała swój renesans i będzie jeszcze ceniona w artystycznym świecie. Wystarczy, że na to poczekam. Mogłabym pisać jeszcze długo, ale to nie jest przecież książka o mnie ;-) Iwona Demko, Kraków, 2016 r.

216

Profile for Iwona Demko

Mój życiorys  

"Mój życiorys" stanowi fragment książki pt. „Zofia Baltarowicz-Dzielińska. Pierwsza studentka na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie”. Książk...

Mój życiorys  

"Mój życiorys" stanowi fragment książki pt. „Zofia Baltarowicz-Dzielińska. Pierwsza studentka na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie”. Książk...

Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded