Page 1

LISTOPAD NR 2 WWW.HIRO.PL

ISSN:368849

HOLLYWOOD

dozwolone do lat 13?

Co z tą empetrójką? piraci z internetu

Deskorolka czy Fidel Castro?

MARCIN DOROCIŃSKI lepsza strona kina, czyli rewers

80

NAGRÓD do wygrania


LISTOPAD NR 2 WWW.HIRO.PL

ISSN:368849

Hollywood

dozwoloNe do lat 18?

CO z tą empetRójKą? pIRacI z INteRNetu DeSkOrOLkA czy FIDeL cASTrO?

MArcIN DOROCIŃSKI 80 NAGrÓD

DO wyGrANIA

lepsza strona kina, czyli rewers

foto okładka | krzysztof wojciewski

INTRO HIRO 2 lok & roll

INFO

wszystko pomiĘdzy

RECENZJE

4 Kalambury Pustek 6 Ars Cameralis 12 Natalie Imbruglia

pukiel włosów, puzzle, duet z beyonce – tyle bonusów z zaplanowaną na grudzień premierą nowej wersji starej płyty lady gagi. kolejność prezentów i zachęt według hierarchii wartości, bo chyba jasne jest, że jakaś tam beyonce nijak się ma do kawałka platynowej grzywki. a specjaliści od showbizowego prognozowania wyliczyli właśnie, że marną sprzedaż muzyki mogą uratować wyłącznie pojedyncze single. ee tam. hiro trzyma z gagą i jej niehigiecznym marketingiem. kazik staszewski też powinien.

14 Marcin Dorociński

MIEJSCA, W KTÓRYCH JESTEŚMY

22 Kuba, wyspa deskorolki 26 Hollywood jest zepsute 30 Gossip Beth Ditto znów w Polsce 32 Tydzień Mody w Lizbonie. 34 44

Ile napsuł Napster?

Muzyka 40

46

Marek Oleksicki.

Film

Rysownik skromniacha

48 Książka / Komiks 51 Teatr 52

archiwum W LUBLINIE Klubokawiarnia mieszcząca się w podziemiach kina Bajka. W ciągu dnia żywi, wieczorami bawi cyklicznymi imprezami i koncertami. Dla wszystkich, bo bywa tu i popowo, i alternatywnie.

Gry

redaktor naczelna:

Angelika Kucińska angelika.kucinska@hiro.pl

redakcja strony internetowej:

redaktor prowadzący:

Piotr Dziewulski dziewul@hiro.pl

Filip Sarniak filip@hiro.pl Agnieszka Wróbel agnieszka.wrobel@hiro.pl Tomek Cegielski cegla@hiro.pl

KOREKTA:

promocja:

Ewa Kiedio SKŁAD:

Piotr Dziewulski dziewul@hiro.pl

Łukasz Kubacki lukasz.kubacki@hiro.pl dystrybucja:

Małgorzata Cholewa malgorzata.cholewa@hiro.pl

event manager:

Agnieszka Żygadło agnieszka@hiro.pl REKLAMA:

Krzysztof Grabań kris@hiro.pl Hania Olszewska hania@hiro.pl Michał Szwarga michal.szwarga@hiro.pl PROJEKT MAKIETY:

Paweł Brzeziński (Rytm.org // Defuso.com)

Współpracownicy:

Piotr Bartoszek (foto), Irmina Dąbrowska, Marcin Kamiński, Michal Karpa, Adam Kruk, Kacper Kwiatkowki (ilustracje) Ewa Leśniewska (stylizacje), Basia Marek (ilustracje), Jan Mirosław, Joanna Mroczkowska, Maciek Piasecki, Bartek Pulcyn, Jakub Rebelka (pasek komiksowy), Anna Serdiukow, Bartosz Sztybor, Patrycja Toczyńska (foto) FELIETONIŚCI:

Ryszard Kalisz Artur Pleskot

WYDAWCA:

Work Hard sp. z o. o. ul.Chmielna 7/14 00-021 Warszawa

CAFE SZAFA w gdańsku

Kameralna kawiarnia na gdańskiej starówce. Działa od dwóch lat i w tym czasie zdążyła przyzwyczaić stałych bywalców do nieoczywistej rozrywki – od wystaw prac młodych grafików po wieczory z jam sessions.

WWW.HIRO.PL MYSPACE.COM/HIROMAG e-mail:halo@hiro.pl Informacje o imprezach ślij tu: kalendarium@hiro.pl

ADRES REDAKCJI:

ul.Chmielna 7/14 00-021 Warszawa tel./fax (22) 8909855

HOSTING: www.progreso.pl

DRUKARNIA: LCL S.A. ul. Dąbrowskiego 247/249 93-231 Łódź www.lcl.com.pl


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

wena czy wenera? tekst | Maciek Piasecki

foto | filip styliński

Od lewej: Radek Łukasiewicz Basia Wrońska Grzesiek Śluz Szymon Tarkowski

Kiedy w zeszłym roku zapowiedzieli wydanie „Końca kryzysu”, media ogłosiły początek globalnej recesji. Na półki sklepów trafił właśnie nowy album Pustek – „Kalambury”. Chociaż wlicza się ich w poczet najlepszych polskich tekściarzy, tym razem postanowili zaśpiewać wiersze ulubionych poetów. Aż strach pomyśleć, co wywołają teraz. Przeczytaliście tony opracowań naukowych i biografii poetów przed nagraniem „Kalamburów”? Radek Łukasiewicz: Masz na myśli bryki? Basia Wrońska: Raczej w ogóle się nie przygotowywaliśmy. Wia-

rygodność śpiewania takich utworów polega na własnej interpretacji. Żeby tekst miał siłę emocjonalną i kleił się z muzyką, musi być przefiltrowany bezpośrednio przez ciebie. Chyba tylko w przypadku Broniewskiego wczytaliśmy się w okoliczności powstawania. Byliśmy mocno zaskoczeni, że tekst powstał jeszcze przed wojną. Radek: Przykład „Kalamburów” potwierdza to, co mówi Basia. Ludzie nieznający historii tekstu uważają, że wiersz opisuje zniszczoną Warszawę, spacer po gruzowiskach. My na początku też tak myśleliśmy. Tymczasem jest to opowieść z 1928 roku – o zachodzie słońca nad stolicą. Ta świadomość nie była nam jednak potrzebna, żeby zaśpiewać piosenkę. Wszyscy myślą, że „Jakżeż ja się uspokoję” Wyspiańskiego jest pełne wyrazów nie wiadomo jakich lęków egzystencjalnych. Dziwią się potem, że chodzi o lęk przed chorobami wenerycznymi. Basia: Czasami lepiej nie znać pewnych interpretacji. Czym się kierowaliście przy wyborze wierszy? Radek: Wybraliśmy teksty, które odpowiadały nam ze względu

na brzmienie, przekaz albo język. Często takie teksty, które sami chcielibyśmy napisać. Nie ma tu żadnego klucza historycznego ani matematycznego. Basia: Ta płyta narodziła się z trochę przypadkowych sytuacji. Zostaliśmy zaproszeni, żeby zrobić opracowanie muzyczne do tekstu na składankę „Wyspiański wyzwala” a wcześniej była jeszcze kompilacja „Broniewski”.

spójny, dlatego wszystkie utwory, które kiedyś nagraliśmy, teraz przygotowaliśmy na nowo. Chcieliśmy, żeby „Kalambury” były nową płytą. Jeśli chcieliśmy zachować coś starego, to chociaż przemiksowaliśmy instrumenty. Jestem pewien, że teraz wszystko brzmi lepiej. Proces produkcji był bardzo intensywny, nad nowym albumem spędziliśmy więcej czasu niż nad „Końcem kryzysu”. Basia: O zgrozo! Wśród tekstów poetów Radek ukrył jeden swojego autorstwa. Czułeś się jak młody artysta, który chyłkiem wiesza swój obraz w Muzeum Narodowym? Radek: Ja niczego nie ukrywałem! Na płycie będzie wyraźnie napisa-

ne, że to Radek Łukasiewicz jest autorem tekstu „Nieodwagi”!

Pewnie ktoś się będzie zastanawiał, co to za poeta ten Łukasiewicz... Basia: ...i o czym on w ogóle pisze? Czy był na coś chory? Radek: Pomyśleliśmy, że fajnie wyjdzie, jeśli jeden tekst będzie

naszego autorstwa. Mieliśmy piosenkę bez tekstu. Mogliśmy tam na siłę włożyć utwór Leśmiana albo Poświatowskiej, ale to by zmieniło melodię – a nie chcieliśmy jej ruszać. Jaki był wkład Artura Rojka w „Nieodwagę”? Radek: Przyjechał, zaśpiewał, spisał się świetnie, to wszystko. Basia: Tak naprawdę to, że Artur i Kasia Nosowska znaleźli się

na tej płycie, było dla nas porządnym zastrzykiem energii. Okazało się, że są ludzie, którzy wierzą w nasz zespół, że szanują nas i cenią za to, co robimy. To naprawdę bardzo miłe. Kiedy zapraszaliśmy ich do studia, to było trochę jakby smerfy startowały do kogoś większego... Radek: Do Gargamela?

I właśnie na nowo wykonane „Kalambury” z „Broniewskiego” są wizytówką płyty. Dlaczego to dla was ważny utwór? Radek: To była pierwsza piosenka, która powstała do nie naszego

tekstu. Trochę żałowaliśmy, że nagraliśmy go w godzinę w sali prób i nigdy tak naprawdę nie wyprodukowaliśmy. Ten album miał być

Graj i wygraj nowy album Pustek, „Kalambury” – str. 13

04

INFO

I


HIRO pRzedmioty

ipod Nano

iPod nano przeszedł solidny tuning. Przede wszystkim sprzęt został wyposażony w kamerę z matrycą o rozdzielczości 640 x 480 pikseli, która jak na tak niewielkie urządzenie bardzo dobrze sprawuje się nawet w zaciemnionych pomieszczeniach. Jednorazowo możemy nagrać 90 minut filmu. Co więcej, możemy obejrzeć go potem ze znajomymi, ponieważ nowy nano posiada wbudowany głośnik. Na pokładzie znajduje się również krokomierz, który może współpracować z butami Nike+. Wizualnie sprzęt uległ jedynie delikatnemu liftingowi. Obudowa ma teraz bardziej błyszczący kolor, a ekran został powiększony o 0,2 cala.

HIRO przedmioty

MOTOROLA Aura

Najbardziej luksusowy wśród luksusowych – tak można by krótko scharakteryzować nowy telefon AURA Diamond Edition od motoroli. Urządzenie zostało zbudowane z najszlachetniejszych materiałów. Okrągły ekranik zdobią 34 diamenty, zaś cała obudowa została pokryta 18-karatowym złotem. Wyświetlacz chroni soczewka, wykonana z wysokiej jakości szkła szafirowego, a całości dopełniają stylowe aluminiowe przyciski. Taka kombinacja materiałów sprawia, że urządzenie oprócz tego, że wygląda bardzo ekskluzywnie, jest również wytrzymałse. Prawdziwy Maybach wśród telefonów komórkowych.

VANS

HIRO przedmioty

Kolorowo i stylowo Zima zbliża się wielkimi krokami – na ulicach szaro, buro i ponuro. Nastaje znów ciemna część roku, która mało komu pasuje. Jedyne, co ratuje nas od równie ponurego nastroju to kolory, które możemy założyć na siebie. Z pomocą nadchodzi firma Vans, która przedstawia kolorowe buty, które dzięki wysokim cholewom nadają się do chodzenia również zimą. Kolorowe, optymistyczne i żywe obuwie to nasza propozycja na rozjaśnienie szarości i jesienno-zimowych smutków.


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

KIERUNEK: ŚLĄSK tekst | Adam Kruk

foto | materiaŁy promocyjne

Annie Clark, czyli niegdysiejsza koncertowa podpora Sufjana Stevensa, dziś znana z autorskiego projektu St. Vincent

Spędzić miesiąc na Śląsku? kuszące, zwłaszcza w listopadzie. W tym czasie odbywa się tu bowiem festiwal Ars Cameralis, czyli cykl koncertów i spektakli dla wymagających.

yo la tengo, grizzly bear, matt elliot, andrew bird, st. vincent i david lynch na jednym festiwalu? takie rzeczy tylko na Śląsku

Jesienią to właśnie Górny Śląsk staje się kulturalnym centrum Polski, do którego ściąga śmietanka anglosaskiej muzyki niezależnej i gdzie cieszyć się można inspirującym teatrem, atrakcyjnymi wystawami oraz pokazami filmowymi. Wszystko pod szyldem festiwalu Ars Cameralis, w ramach którego od 6 listopada w różnych zakątkach Śląska codziennie odbywać się będzie ważne wydarzenie artystyczne. Repertuar jest na tyle szeroki, że można by z niego skomponować kilka odrębnych festiwali. Jak bowiem twierdzą organizatorzy – impreza ma także skłaniać uczestników do stawiania pytań o kryteria wyboru i sposób uczestnictwa w kulturze. Festiwal organizowany jest od 1992 roku. W jego ramach odbyły się przeglądy twórczości Rolanda Topora, Josepha Beuysa czy Zbigniewa Rybczyńskiego. Festiwal gościł muzyków tej klasy co Mercury Rev, Kronos Quartett czy John Zorn, a w zeszłym roku do wygłoszenia wykładu zaproszony został prorok nowych mediów, Derrick de Kerckhove. To wszystko najwyższa światowa półka. Nie inaczej ma być i tym razem. Najważniejszym wydarzeniem tegorocznej edycji imprezy będzie zmasowany najazd folkowych i okołorockowych muzyków. 7 listopada w katowickim klubie Hipnoza zagra Matt Elliot, wszechstronny Brytyjczyk, który efektownie sprawdził się w różnych estetykach,

od trip-hopu do akustyki. 19 listopada w Teatrze Rozrywki w Chorzowie wystąpi prawdziwy człowiek orkiestra, Andrew Bird. 22 listopada natomiast, znów w Hipnozie, wystąpią pupile krytyków muzycznych na całym świecie – nowojorski zespół Grizzly Bear i urocza Annie Clark, kryjąca się za pseudonimem St. Vincent. Trzy dni później w tym samym miejscu zobaczyć będzie można legendę undergroundu – Yo La Tengo, a dzień po nich w Kinoteatrze Rialto koncert da David Lynch. Właśnie tak, Lynch jest także muzykiem, ale w ramach festiwalu zorganizowano mu również przegląd filmów. A i to nie wszystko. Bo na Śląsk wybrać się można śladami przemysłu górniczego, ale także tropem sztuki najlepszego sortu. Ars Cameralis XVIII Górnośląski Festiwal Sztuki Kameralnej 6–30.11., Górny Śląsk

06

INFO

I


w turcji tańczą lepiej „Jestem romantycznym anarchistą i chcę namówić ludzi, by rozejrzeli się wokół, poszukali czegoś nowego i świeżego” – mówi Hiro Free disco partyzant Shantel chwilę po premierze albumu „Planet Paprika”. Halo, Sierżant Pieprz przy telefonie. O, słyszę, że humor dopisuje.

Jest fantastycznie, właśnie prowadzę samochód, jedziemy jakieś 160 km/h... To może zadzwonię później?

Nie trzeba, pytaj – ja będę odpowiadał, a w międzyczasie znajdę jakiś zjazd z autostrady. Okej, to zacznijmy od historyjki o celnikach, którą opisujesz na stronie internetowej swojej wytwórni, Essay Recordings. Zdarzyła się naprawdę?

A myślisz, że to fikcja? Nie ma mowy! Jeśli w naszej branży jest jakiś poważny problem, to właśnie dotyczy on europejskich muzyków podróżujących po Europie i robiących europejską muzykę. Takie rzeczy (nieprzyjemna trzepanka na granicy – przyp. red.) przytrafiają się nam regularnie. A kiedy chcemy na przykład zagrać gig na Wyspach, musimy uruchomić całą machinę biurokratyczną i załatwić masę pierdół, które pochłaniają mnóstwo czasu. Skoro o podróżowaniu mowa – często jeździsz na Bukowinę, z której pochodzą twoi przodkowie?

tekst | MICHAŁ KARPA

foto | materiaŁy promocyjne

Osiągnąłeś spory sukces, wydając kompilacje i organizując imprezy pod szyldem „Bucovina Club”. Co skłoniło cię do przygotowania autorskiego materiału?

Nagrałem pierwszą część „Bucovina Club”, potem drugą i zacząłem się zastanawiać, czy nagrywać trzecią, dwudziestą siódmą, trzydziestą piątą... Pomysł na „Disko Partizani” pojawił się w odpowiednim momencie, kiedy miałem ogromną potrzebę zmian. A w zasadzie kontynuowania spraw już rozpoczętych, ale bez powtarzania się. Uważam, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłem w swojej karierze – pokazała młodym ludziom w Europie Zachodniej, zafascynowanym angloamerykańską popkulturą, że istnieje dla niej ciekawa alternatywa. Naszym sukcesem jest wprowadzenie tej muzyki do mediów, na klubowe parkiety. Jestem romantycznym anarchistą i chcę namówić ludzi, by rozejrzeli się wokół, poszukali czegoś nowego i świeżego. „Disko Partizani” i „Planet Paprika” są albumami, które mogą pomóc osiągnąć ten cel.

Recenzji nowego albumu Shantela,

„Planet Paprika”,

szukaj na www.hiro.pl

Ten teren należy dzisiaj do Ukrainy, byłem tam kilka razy, ale już podczas pierwszej podróży zrozumiałem, że z przedwojennego splendoru, wieloetnicznego i kosmopolitycznego społeczeństwa nic tam nie zostało. Na Bukowinie kultura dawno przestała się rozwijać. Ty jednak na swoich płytach próbujesz wskrzesić jej ducha, a twój najnowszy album, „Planet Paprika”, brzmi bardziej korzennie i klasycznie niż parkietowo zorientowany poprzednik, „Disko Partizani”.

Trudno mi powiedzieć, czy brzmi tak czy inaczej. Po prostu wchodzę do studia, nagrywam przygotowany materiał, a potem przestaję się nim interesować. Powiedziałeś, że „Planet Paprika” to miejsce „ciągłych zmian, będące w nieprzerwanym ruchu”, a z drugiej strony „autonomiczna strefa, do której nie jest potrzebna wiza”.

W moim projekcie chodzi nie tylko o robienie muzyki, ale przede wszystkim o tożsamość. Na naszych koncertach pojawiają się bardzo różni ludzie. I nie ma znaczenia, czy gramy w Niemczech, Grecji czy krajach dawnej Jugosławii. Ja też nie reprezentuję ani Bałkanów, ani rumuńskiej tradycji. Chcę po prostu dać wszystkim do zrozumienia, że muzyka nie ma dla mnie żadnych granic. „Planet Paprika” symbolizuje miejsce pozbawione jednej dominującej kultury. Przez ostatnie tygodnie współpracowałem z różnymi artystami i naprawdę nieważne było to, czy ktoś jest żydem, muzułmaninem czy katolikiem. Rozumiem, że media lubią polaryzację, podział na czarne i białe, ale tak naprawdę jest on kompletnie bez znaczenia. W zeszłym roku zagraliście ponad 250 koncertów. Jak na waszą muzykę reaguje publiczność w różnych częściach Europy?

W sumie większych różnic nie zauważyłem. Ludzie nas wspierają i zawsze są entuzjastycznie nastawieni. Chociaż zaraz... Jest pewien mały detal – faceci w Turcji tańczą dużo lepiej niż Niemcy.

Romantyczny anarchista Shantel i jego świta

07

INFO

I


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

nike+

HIRO PROMUJE

SportBand

Komfort biegania niezależnie od okoliczności? Z wchodzącą właśnie na polski rynek nową, ulepszoną opaską Nike+ SportBand możesz mierzyć wysiłek zawsze i wszędzie. Gwarantujący idealną widoczność ekran z białym tłem i doskonale wodoszczelna technologia sprawdzają się, nawet gdy pogoda nie sprzyja. Opaska Nike+ SportBand działa podobnie jak jakikolwiek zestaw Nike+. Sensor przesyła informacje z butów do iPoda nano, iPoda touch drugiej generacji czy iPhone’a 3G S. Opaska monitoruje każdy krok biegacza, a czas biegu, jego tempo, przebyty dystans i ilość spalonych kalorii można sprawdzić szybko i łatwo – rzutem oka na nadgarstek. Nowa opaska Nike+ SportBand jest dostępna w trzech wersjach kolorystycznych i tej samej cenie co porzednia odsłona. Szukajcie w sklepach Nike w całym kraju.

CKOD w trasie

HIRO Free patronuje listopadowej trasie Cool Kids Of Death.

To trasa o podwójnym zastosowaniu. Bo listopadowe koncerty CKOD jednocześnie jeszcze promują wydane jakiś czas temu dwie płyty z remiksami – dostępne wyłącznie w wyselekcjonowanych klubach i na koncertach winylowe „Ytrapretfa” i jego kompaktową, dostępną w tradycyjnej dystrybucji, poszerzoną wersję, „Ytrapretfa 2” – i już zapowiadają kolejne premiery – przyszłoroczny album koncertowy i nowy materiał studyjny (na razie bez daty premiery, zespół intensywnie i ciężko pracuje). 6.11. Ampstrong, Zakopane | 7.11. Żaczek, Kraków 8.11. No Mercy, Warszawa | 25.11. Wytwórnia, Łódź 27.11. Lizard King, Toruń | 28.11. Ucho, Gdynia 29.11. Czarny Spichrz, Włocławek

foto |senor pablo

W HOŁDZIE TARKOWSKIEMU

Sputnik, rosyjskie słowo, które stało się synonimem sztucznego satelity, oznacza towarzysza podróży. Warto w tym miesiącu postawić na niezwykłego kompana filmowych poszukiwań – kino rosyjskie.

foto |materiały promocyjne

Kadr z filmu „Tlen” Iwana Wyrypajewa

III FESTIWAL FILMÓW ROSYJSKICH SPUTNIK 6-15.11. | Warszawa www.sputnikfestiwal.pl

Tegoroczny festiwal Sputnik to hołd dla twórczości Andrieja Tarkowskiego. Choć na wcześniejszych edycjach imprezy pokazywano jego filmy, w tym roku prócz znanych obrazów (m.in. „Solaris”, „Andriej Rublow”, „Zwierciadło” i „Ofiarowanie”) zobaczymy cykl dokumentów poświęconych Tarkowskiemu. Ponadto w programie przegląd najnowszych krótkich metraży i blok konkursowy. Zobaczymy najciekawsze rosyjskie produkcje, na przykład obecny na tegorocznym festiwalu w Karlowych Varach oraz uhonorowany trzema nagrodami na festiwalu w Soczi, przejmujący film Wasilija Sigarewa – „Wilczek”. W ramach spektakli konkursowych polecamy „Tlen” Iwana Wyrypajewa z rewelacyjną Karoliną Gruszką. Film urzeka hiphopową narracją i przewrotną tezą udowadniającą zależność między tytułowym słowem a miłością. Dlaczego niektórzy duszą się w związkach? Karolina Gruszka rapuje po rosyjsku odpowiedzi tak, jakby urodziła się gdzieś nad Wołgą. (as)

08

INFO

I


KSIĄŻĘ GROTESKI, KRÓL PLOTECZEK tekst | Maciek Piasecki

foto | materiaŁy promocyjne

Ile niewinnych zwierzątek zginęło podczas jego koncertów? Czy to oko naprawdę jest szklane? Co świńska grypa ma wspólnego z szatanem? I co o tym wszystkim myśli Frank Zappa? tuż przed polskim koncertem marilyna Mansona przyda się obalić parę mitów. Kilka dni przed sierpniowym występem tej satanistki Madonny jeden z mazowieckich polityków ostrzegał, że członkowie jej ekipy koncertowej mogą przywieźć do Polski wirusa świńskiej grypy. Według brytyjskiego tygodnika „New Musical Express” równie diaboliczny Marilyn Manson na swoim facebookowym profilu przyznał się parę tygodni temu do zakażenia H1N1. Czyżby epidemia wśród antychrystów? Raczej kolejny mit, jakich wokół Mansona narosło więcej, niż jest diabłów w piekle. Gwiazdor był już zresztą bohaterem lepszych historii. Pamiętacie serial „Cudowne lata”? Troskliwe mamy na całym świecie przeraziła informacja o tym, że okularnik Paul, grzeczny i nieco ciapowaty przyjaciel głównego bohatera, po latach stał się demonicznym Marilynem. W internecie krąży nawet animacja ilustrująca tę przemianę. Zapytany, czy rzeczywiście zagrał Paula, Manson podgrzał atmosferę mówiąc, że „to przecież nieważne”. Dla niego może nie, ale dla Josha Saviano (prawdziwego odtwórcy tej roli) ważne na pewno, bo co tydzień ktoś go pyta, czy to on jest tym mrocznym gościem, który wyciął sobie cztery żebra. Jak podają napaleni 13-latkowie z dostępem do internetu, Manson zrezygnował z kilku kości, żeby bez problemu zaspokajać się oralnie (muzyk zdementował te pogłoski, chociaż uznał je za całkiem zabawne). Aż strach myśleć, dlaczego w takim razie pozbył się gałki ocznej. Fani spekulują: może sprzedał ją szatanowi, może dał Trentowi Reznorowi do zjedzenia, a może chciał sobie wbijać strzykawkę prosto w oczodół? Tak naprawdę Manson dysponuje pokaźną kolekcją szkieł

Trupio blady dewiant czy tylko mistrz skutecznego PR-u?

kontaktowych na każdą okazję. Jak pisze w autobiografii, jego pies miał różnokolorowe tęczówki, stąd sympatia do podobnych zestawów (psa podobno zabił sąsiad). Manson miłośnik zwierząt? Ze swoją byłą żoną, Ditą Von Teese, miał się przy rozwodzie pokłócić o kolekcję wypchanych futrzaków (zawierającą między innymi pawiana, koguta i guźca). Ale to nic w porównaniu z tym, co ze zwierzakami robi rzekomo na scenie! Seks ze świnią, krową, kozą i kurczakami? Zaliczone! Picie krwi małych piesków? Też! Pożeranie żywcem przerażonych kociąt? A jakże! Te idiotyczne historie to scheda zostawiona przez dwóch legendarnych rockmanów, którzy tak jak Manson lubili szokować swoim wizerunkiem: Ozzy’ego Osbourne’a i Alice’a Coopera. Na jednym z występów Ozzy’ego ktoś z publiczności rzucił w swojego idola żywym nietoperzem. Ozzy był przekonany, że trzyma gumową zabawkę, więc odgryzł mu głowę. Przypłacił to serią bolesnych zastrzyków przeciwko wściekliźnie. Z kolei w kierunku Alice’a poleciał z tłumu kurczak. Cooper odrzucił go publiczności, a następnego dnia dowiedział się z gazet, że własnoręcznie urwał mu głowę i wypił jego krew. Od razu zadzwonił do niego Frank Zappa z pytaniem, czy naprawdę to zrobił. Kiedy Alice zaprzeczył, Zappa poradził mu: „Cokolwiek się stanie, nie mów nikomu, że tego nie zrobiłeś!”. Bo nawet najgłupsza plotka to świetny chwyt promocyjny. Marilyn Manson 17.11. Stodoła, Warszawa


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

tekst | Angelika Kucińska

foto | PIOTR BARTOSZEK

Teraz w dobrym tonie jest być eko. W Afryce są takie technologie, takie bardziej kosmiczne, że całe żarcie jest ekologiczne.

Jędrzej „Kodym” Kodymowski

Byłeś w Afryce? Byłem jako dzieciak, z rodzicami. Dużo świata zjechałem... Ostatnio jeździłeś po Ameryce Południowej? Lubię jeździć. W Północnej też byłem, ale tam nie zobaczyłem niczego fajnego. No to masz teraz o czym pisać. Mnie nie interesują problemy amerykańskie. Mam je w dupie, jestem stąd. Ameryka to ekonomiczne zaplecze Izraela. Jestesmy zwolennikami tych mudżahedinów, co się opasają kilogramami dynamitu i wsiadają do autobusu? Ale dobra, ja jestem daleki od politykowania, nie interesuje mnie polityka.

Polityczna niepoprawność i psychodeliczna poezja. 26 lat na scenie nie stępiło zapału. tuż przed premierą nowego albumu i urodzinowym koncertem w warszawskim Hard Rock Cafe rozmawiamy z liderem Apteki, Jędrzejem „Kodymem” Kodymowskim. Wywiad lekko absurdalny. Co to za urodzinowy koncert? To twoje prywatne urodziny? Tak, zbiegły się daty koncertu Apteki i moich urodzin – połowa z 88. Za chwilę też ukaże się nowa płyta Apteki. Materiał jest nagrany. Nie wiem, jaki jest dokładnie termin premiery, bo ciężko się połapać w działaniu tego wielkiego konglomeratu, którym jest Universal. A jaka to płyta? To płyta adekwatna do czasów, w jakich żyjemy. Czyli? Czyli do czasów dominacji wielkiej finansjery, globalizacji, tego, co jest najmniej pozytywne w naszym życiu. Chyba się z tym zgodzisz? Tak po prostu? A ty wyobrażasz sobie świat bez korporacji? Z korporacjami, ale nie w tych rękach, w których są teraz. Zapowiada się poważna płyta. Trochę poważna, troche niepoważna. Bo będzie też opowieść o Murzynku Bambo. Będzie wątek marynistyczny – naszą ziemią jest morze, które wita falą.

Muzyka i polityka to złe połączenie? Muzyka jest bardziej związana z takim życiem szarym, prozaicznym. Chcąc nie chcąc, polityka ma na nie wpływ. W tej chwili je dosyć znacznie pogarsza, to życie szarego człowieka. Bo mówimy o zwykłych ludziach, a nie o gwiazdach. Dla mnie takie pojęcia jak gwiazda, rock and roll to jest pełny obciach. Do czego jest ci dziś potrzebna Apteka? Do tego, żeby być zdrowym, żeby się od czasu do czasu podleczyć. Każda biografia Apteki zaczyna się od tego hasła, że kiedy graliście swój pierwszy koncert 26 lat temu w kinie w Gdańsku, to zespół w zamierzeniach był tylko żartem. Źartem to jest Big Cyc czy inna banda pajaców. Apteka to alternatywna forma spędzania czasu. Jeżeli ktoś coś lubi… No właśnie – narkotyki. Jesteś jednym z nielicznych polskich muzyków, który zapytany o to, czego próbował, otwarcie podaje pełną listę. Większość to są frajerzey, którzy się boją, nie wiem czego. Że sobie PR zepsują? Oczywiście to są ludzie, których jakoś tam szanuję, oni mogą sobie oddychać, tylko może w innym mieście. Segregacja? Nie jestem zwolennikiem segregacji, ale też nie jestem zwolennikiem robienia wszystkich na jedną modlę, bo nie da się zrobić z Rosjanina Niemca, a z Niemca Rosjanina, zwłaszcza takiego, który mieszka na wsi. Raz: bariera językowa, dwa: zupełnie inne traktowanie higieny, nawet osobistej. Wiesz, jak ktoś w Rosji na wsi mówi, że brał prysznic, to od razu go wszyscy pytają: a ty co, pedał jesteś?

Apteka zagra 10.11. w Hard Rock Cafe w Warszawie

10

INFO

I


Super Mario z chórem Kultowy cykl koncertów Video Games Live wreszcie w Polsce. Idea zrodziła się w Stanach Zjednoczonych, a jej inicjatorami są twórcy gier komputerowych i światowej klasy kompozytorzy, Tommy Tallarico i Jack Wall. Pomysł jest odważny i widowiskowy – najlepsze orkiestry symfoniczne i chóry z całego świata wykonują specjalnie na tę okazję zaaranżowane tematy muzyczne z kultowych gier wideo, od klasyków pokroju „Space Invaders”, „Tetris” i „Super Mario”, po rzeczy nowsze, jak „Tomb Rider” czy „World of Warcraft”. Koncerty z cyklu Video Games Live do tej pory odbywały się w USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy Brazylii, a w listopadzie będzie je mogła zobaczyć również polska publiczność. 16.11. Dom Muzyki i Tańca, Zabrze | 17.11. Wytwórnia, Łódź | 18.11. Torwar, Warszawa

foto |materiały promocyjne

fumo Na kolorowo

HIRO PROMUJE

FUMO to nowy butik przy ulicy Mokotowskiej w Warszawie, oferujacy kolekcje kilku marek europejskich – hiszpańskich Desigual i SkunkFunk i francuskiej Cop.Copine. Pierwsza wyróżnia się szalenstwem kolorów, wzorów, nadruków i haftów. SkunkFunk stawia na zróżnicowanie – szyld pogodzi eteryczne lolitki ze zwolennikami stanowczego stylu oficerskiego. Cop.Copine to z kolei pochwala klasyki i elegancji. Fumo Mokotowska 26 www.fumo.pl


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Odpuściłam kilka rzeczy,

ruszyłam naprzód tekst | Jan Mirosław

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Natalie Imbruglia najwyraźniej ma poczucie, że im częściej wspomni o współpracy z Chrisem Martinem, tym jej nowa płyta lepiej sobie poradzi. Niepotrzebnie. Na wyjście z cienia „Torn”, jednego z najlepszych singli lat 90., nie ma co liczyć, ale „Come To Life” przemyca wystarczająco dużo jej osobistego wdzięku w kompozycjach lidera Coldplay i nie tylko. Co tak długo? Codziennie zadaję sobie to pytanie! Mnie zawsze schodzi z każdą płytą, już tak mam. Tym razem nałożyło się wiele dodatkowych czynników. Kiedy po przerwie wzięłam się do nagrywania, moja poprzednia wytwórnia postanowiła wydać składankę hitów. To opóźniło sprawę o rok, bo musiałam zająć się promocją. Dopiero potem mogłam stamtąd odejść i poświęcić się pisaniu nowych rzeczy. Potem był rozwód, po którym potrzebowałam sześciu miesięcy, żeby dojść do siebie. Założyłam swój label płytowy, odezwał się Universal, a kiedy już mocno ruszyliśmy do przodu, zadzwonił Chris Martin. Której wersji płyty słuchamy? Czym się różniły między sobą? Na pierwszej w ogóle nie było tanecznych brzmień. Była dużo bardziej zachowawcza, wolniejsza, bez elektroniki. Cieszę się, że się nie ukazała, bo dopiero pod koniec prac napisałam te najlepsze kawałki. Praca nad bardziej popowym brzmieniem daje więcej frajdy? Nadszedł ten etap, w którym potrzebowałam czegoś, przy czym dałoby się skakać po scenie. Wchodziłam do studia i mówiłam moim producentom, że to, co nagrywamy, nie jest dość szybkie. Mnie naturalnie ciągnie do melancholii, więc musiałam wyjść poza swoje brzmienie. Ale pod koniec wydawało się równie organiczne, jak to, co robiłam wcześniej. Takie wycieczki podnoszą pewność siebie, bo musisz się sprawdzić jako twórca w zupełnie innym kontekście. To co, teraz mamy się spodziewać show z choreografią? Bez przesady. Koncerty – tak, taniec – nie. Kto wie, może przyjadę do Polski, kiedy ruszę w trasę. Ale nie wcześniej niż w lutym. Natalie Imbruglia wraca do żywych, ale się odgraża, że nie potańczy

Gdy nawiązujesz współpracę z kimś takim jak Chris Martin, to dlatego, że szukasz bardzo określonego brzmienia, czy masz nadzieję, że z kimś takim znajdziesz własne? To zbieg wielu okoliczności. On miał materiał, którego nie mógł nagrać z Coldplay. Nie wiem, skąd mu przyszłam do głowy, to mógł być klip w telewizji. Postanowił mi zagrać te piosenki, jak również posłuchać tego, co robię. Niektórzy powiedzą, że zadowalasz się odrzutami Coldplay. Nie uważam, że Chris dał mi coś, czego chciał się pozbyć. Po raz pierwszy słyszę coś takiego! Którą z piosenek Coldplay lubisz najbardziej? Uwielbiam „Lovers in Japan” z ich ostatniej płyty. Ale jestem fanką od początku. Poznałaś Gwyneth Paltrow? Spotkałam ją wiele razy. Jest wspaniała.

Kiedy zaczynałaś w latach 90., to był dobry czas dla bardzo kobiecego śpiewania. Co myślisz o nowej fali artystek, takich jak Florence + The Machine czy Bat For Lashes? Całe to gadanie o falach jest trochę bezsensowne. Kobiety nigdzie nie zniknęły w międzyczasie. Ani mężczyźni. Ja sama nie robię muzyki, żeby się wpisać w jakiś trend. Ale uwielbiam to, co się teraz dzieje, zwłaszcza na Wyspach. To, że akurat teraz robię trochę bardziej elektroniczne, taneczne kawałki, wynika jednak z mojej własnej potrzeby. Singiel „Want”, zanim dobrał się do niego Martin, był jeszcze bardziej taneczny? To praktycznie było disco w rodzaju Donny Summer. W toku prac zmieniła się cała intencja tego nagrania. Prosta, miłosna piosenka nabrała dużo więcej zadzioru. Tytuł płyty, „Come to Life”, to znak, że odżyłaś artystycznie czy życiowo? Tak i tak. Odpuściłam kilka rzeczy, ruszyłam naprzód. Zerwałam kontrakt płytowy, wzięłam rozwód – to wszystko pozwoliło mi na nowo się odnaleźć. Czy to tylko wrażenie, czy piosenka „Lukas” to nawiązanie do „Luki” Suzanne Vegi? To absolutnie celowe. Ale musiałbyś spytać Chrisa o szczegóły, to jego pomysł. To coś w rodzaju ukłonu w stronę tamtej fantastycznej piosenki. Z kolei „Fun” to wcale nie taki wesoły kawałek. Och, zauważyłeś... Sprytne, czyż nie? A zupełnie poważnie, to ja lubię takie zestawienia i sprzeczności. Na tej płycie są bity, ale i smutek. Czasem naraz. Takie kombinacje są możliwe, gdy pracujesz z takimi postaciami jak Ben Hillier (producent dwóch ostatnich płyt Depeche Mode i „Think Tank” Blur – przyp. red.) czy Chris. „Fun” to piosenka o rozstaniu, ale także celebracja tego, co było.

Recenzji „Come to Life” szukaj

na www.hiro.pl

12

INFO

I


GRAJ I WYGRAJ

KONKURSY

ZEGAREK

ZA WYJAZD

Tylko teraz, zapisując się na zimowy wyjazd ze SnowCampem, macie niepowtarzalną okazję zgarnąć odjechany zegarek kultowej marki VESTAL! Co więcej, kupując jeden z modeli zegarków Vestal, weźmiecie udział w losowaniu wyjazdu SnowCamp z oferty 2009/2010! szczegóły na www.snowcamp.pl

10

płyt CD Agnieszki Chylińskiej pt. „Modern Rocking” ufundowanych przez EMI Music Polska – SMS o treści: HIRO.1.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

5

płyt DVD z filmem pt. „Walc z Baszirem” ufundowanych przez Against Gravity – SMS o treści: HIRO.2.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

płyt CD California Stories Uncovered pt. „Confabulations” ufundowanych przez Kuka Records – SMS o treści: HIRO.5.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

15

płyt CD Pustek pt. „Kalambury” ufundowanych przez Agorę SA – SMS o treści: HIRO.7.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

5

komiksów pt. „Opowieści z Hrabstwa Essex” ufundowanych przez Timof Comics – SMS o treści: HIRO.4.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

płyt CD Robbiego Williamsa pt. „Reality Killed the Video Star” ufundowanych przez EMI Music Polska – SMS o treści: HIRO.8.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

Jak wygrywać?

15

płyt CD Joss Stone pt. „Colour Me Free” ufundowanych przez EMI Music Polska – SMS o treści: HIRO.6.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

płyt CD Nathalie And The Loners pt. „Go, Dare!” ufundowanych przez Isound Labels – SMS o treści: HIRO.3.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

Żeby wygrać wyślij SMS-a na nr 7238 w terminie 8 listopada od godziny 10:00 do 30 listopada do godziny 23:00. Koszt jednego SMS-a wynosi 2 zł netto (2,44 zł z VAT). Wygrywają co 30-te SMS-y nadesłane na dany kod do momentu wyczerpania puli nagród. Nagrody wyślemy pocztą na adres podany w zgłoszeniu do konkursu, o wygranej poinformujemy SMS-owo. Przykład SMS-a: HIRO.1.JAN NOWAK UL.PROSTA 1 00-000 WARSZAWA Uwaga! Udział w konkursach jest równoznaczny z akceptacją regulaminu konkursów SMS przeprowadzanych w magazynie HIRO. Regulamin dostępny na www.hiro.pl oraz w siedzibie redakcji.


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Postawny, MEGAHIRO

ogładny nie za dużo mówi? tekst | Anna Serdiukow

foto | Krzysztof Wojciewski

Lubi fajne akcje – na boisku i na ekranie. I jeśli mierzyć jego potęgę osiągnięciami w tej drugiej kategorii – w ostatniej pięciolatce nie miał sobie równych. We wchodzącym właśnie do kin, obsypanym nagrodami „Rewersie” Marcin Dorociński zagrał niedobrego amanta w burym prochowcu. bo brzydzi się szufladkami i działa na przekór. Borys Lankosz, debiutujący reżyser „Rewersu”, powiedział, że możliwość współpracy z gwiazdami, jak Krystyna Janda, Anna Polony i Pan, umożliwił mu świetny scenariusz Andrzeja Barta. To scenariusz przekonał Państwa do tego projektu? Tak właśnie było. Andrzej Bart napisał bardzo dobry scenariusz, który był z jednej strony precyzyjny, z drugiej rozwijał, przynajmniej moją, wyobraźnię. Gdy porozmawiałem sobie z Borysem, zobaczyłem młodego faceta, który wie, co chce zrobić. Dla mnie w tej historii najważniejszy jest ładunek gatunkowy, czyli konwencja czarnej komedii, kryminału, kina intrygi. Nie bolałoby mnie, gdyby nie było tej współczesnej ramy. A mnie się wydaje, że jest to rozszerzające o tyle, że dziecko, które się urodziło, chciał nie chciał, wzięło się z miłości do złego człowieka. Grany przeze mnie Bronek jest zły. Ale gdyby urodził się w innej kulturze i w domu z innymi tradycjami, byłby po innej stronie. Walczyłby w powstaniu albo w partyzantce. Tak czy tak jest dziecko, które narodziło się z miłości do złego człowieka. I to dziecko to jest coś cudownego. W tym jest i straszność, i piękno życia. Powiedzieć o Bronku, że jest zły, to mało. Jaki jeszcze jest? Z pozoru Bronisław jest idealnym kandydatem na męża. Fantastyczny facet. Postawny, ogładny, nie za dużo mówi…

skupiliśmy się na tym, aby to był bohater z tamtych lat – taki, który zainwestował w złote uzebięnie na przykład

Ogładny? No tak, nie je za dużo. Mnie się wydał szorstki. Ale nie od razu. Stara się chłopak.

To nie tylko dobry kandydat na męża, ale fantastyczna postać do grania, bo posiadająca jakąś tajemnicę, której nie można zdradzić, nie można od razu jej sprzedać w filmie. Dlatego nie chciałbym za dużo opowiadać o filmie, wolałbym, aby widzowie odkryli tę postać w kinie. Z Borysem skupiliśmy się tak naprawdę na tym, aby stworzyć na ekranie postać romantycznego kochanka z lat 50. Chcieliśmy stworzyć amanta – bo wydawało nam się, że to wynika z kontekstu tej historii. Udało się – ludzie porównują tę postać do Humphreya Bogarta, Jamesa Deana… I do postaci z książek Tyrmanda. Tak. Już samo pierwsze pojawienie się Bronka – on jest jak Zły Tyrmanda. Ale to wszystko było w scenariuszu. Dlatego skupiliśmy się na tym, aby to był bohater z tamtych lat – taki, który zainwestował w złote uzębienie na przykład. Tak nam się kojarzył. To się udało i z tego jestem dumny. Oddaliśmy atmosferę przeszłości, nakreśliliśmy również portret człowieka z tamtych czasów. Przykłady

Premiera filmu „Rewers” – 13.11.

14

MEGAHIRO


Ziewamy w kinie? Nie na „Rewersie”. Fabularny debiut Borysa Lankosza jest polskim kandydatem w walce o Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego

zagranicznych aktorów – Bogarta czy Deana – są miłe, ale widzowie widzą w tej postaci także bohaterów polskich filmów, na przykład „Kanału” Andrzeja Wajdy. Pojawiają się porównania do Tadeusza Janczara. Zgadza się. Dla mnie ta postać jest też trochę komiksowa. Ja myślę, że Pani sobie dopisuje. I bardzo dobrze. Ja też nie lubię takiego grania, żeby wszystko dopowiedzieć i dookreślić. Starałem się zagrać tę postać najlepiej, jak potrafiłem, i w sposób bardzo prawdziwy – ale tak to już jest, że jedni na scenie umierania płaczą, inni się śmieją. Wszystko jest kwestią interpretacji. Dodatkowym atutem Pana roli jest nawias ironii i dystans do granej przez siebie postaci. Bo opowiadamy o czasach, w których nie żyliśmy i których nie poznaliśmy. Tak naprawdę nie mamy pojęcia, jak straszne to były czasy. Bohaterowie z tamtych lat są trochę idealizowani. Więc to jest pewnego rodzaju cudzysłów. Myślę jednak, że widz i tak będzie sobie dopisywał więcej, niż my sobie założyliśmy – i to jest właśnie magia kina. Czy rzeczywiście brakuje dobrych polskich scenariuszy. Czy taki scenariusz jak „Rewers” to ewenement w życiu aktora? Dobry scenariusz jest ewenementem. Myślę, że ludzie, którzy dobrze piszą, gdzieś są – ale albo nie mają wiary w siebie, albo nie mają odpowiedniego parcia i dostępu do człowieka, który to przeczyta i skieruje do produkcji. Trzeba też odwagi. Dobry scenariusz to także taki, który uruchamia wyobraźnię. Jest precyzyjny, ale jednocześnie otwierający. Andrzej Bart i Borys Lankosz mieli swoje wizje postaci Bronka – to, co ja zrobiłem, było wypośrodkowanym rozwiązaniem.

Jak się pracuje z debiutantami? Przed Borysem Lankoszem pracował Pan z Kasią Adamik, Patrykiem Vegą. Jest różnica pomiędzy pracą z początkującym reżyserem a tą z doświadczonym? Nie ma żadnej różnicy. Nie ma większego zapału u młodych? Zaangażowania, chęci do pracy, inwencji, pokoleniowego porozumienia? Jak się wie, co chce się zrobić, to pokolenie ani doświadczenie nie mają znaczenia. I jak się ma dobry scenariusz. Ja miałem nietypową sytuację z Maciejem Wojtyszką, z którym pracowałem nad „Ogrodem Luizy”. Maciej po prawie 20 latach nierobienia filmów kinowych powracał właśnie „Ogrodem…”, trochę jak taki debiutant. Ja chciałem zrezygnować z tego filmu, ale nie zrobiłem tego, bo reżyser wiedział, co chce zrobić. Dlaczego chciał Pan zrezygnować? Nie podobał mi się scenariusz. Był zbyt infantylny, nie podobały mi się dialogi. Powiedziałem Maćkowi, że jest coś intrygującego w tej sytuacji, ale nie do końca wierzę w tę historię. I wtedy Maciek powiedział – „to zrobimy to po naszemu”. I tak się stało. No ale Maciej Wojtyszko jest niezwykłym erudytą, wie jak dobrać odpowiednie argumenty. Jest niezwykle inteligentny i wie, jak pracować z aktorem. I lubi aktorów. Ja ostatnio miałem wielkie szczęście do pracy z ludźmi, którzy lubią aktorów i rozumieją to, że aktor jest jak ostatni receptor, ostatni nerw w ciele reżysera, który wyrazi wszystko, co on ma w głowie i w sercu. Nie rozumiem reżyserów, którzy nie lubią aktorów. A są tacy? Oczywiście.

15

MEGAHIRO

M


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

tak ten świat zagalopował, że naiwne i niewiarygodne wydają nam się najprostsze słowa

W „Rewersie” spotkały się trzy pokolenia aktorek. Najmłodsze, podrywane przez Bronka, reprezentuje Agata Buzek

I czym ich niechęć się objawia? Uważają, że wszystko wiedzą najlepiej. A film to jest praca zespołowa. W „Ogrodzie Luizy” gra Pan Fabia – twardego gangstera, którego stać na czułe, ludzkie gesty. Tu też jednak widoczne są, jak w „Rewersie”, dystans i cudzysłów ironii. Wszyscy wokół uważają, że Fabio porwał tę dziewczynę, Luizę, żeby mieć panienkę. A on chciał się nią po prostu zaopiekować. I chciałem to grać jak najszczerzej. Może i to jest naiwne... Ale to też coś znaczy – tak ten świat zagalopował, że naiwne i niewiarygodne wydają nam się najprostsze słowa. Że ktoś chce się kimś zaopiekować bez żadnego interesu. A to jest bardzo piękne zachowanie, każdy słabszy człowiek potrzebuje pomocy. I powinien tę pomoc otrzymać. „Ogród Luizy” przyniósł Panu specjalną nagrodę aktorską w Gdyni. W tym roku na tym samym festiwalu otrzymał Pan nagrodę – już nie specjalną – za najlepszą drugoplanową rolę męską w „Rewersie”. Czy jest jakieś przełożenie – nagroda w Gdyni: wyższe gaże, więcej propozycji? Każda nagroda ma znaczenie. Ale zawsze po takiej nagrodzie ma się trochę mniej propozycji. W 2005 roku odebrał Pan nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Ta nagroda miała na pewno jakieś przełożenie – może nie tak oczywiste, ale według mnie to bardzo ważny dowód na istnienie pomostu pomiędzy aktorskimi pokoleniami. Im jestem starszy, tym bardziej doceniam znaczenie tej nagrody. Kiedy ją otrzymałem, nie wiedziałem, co ona dla mnie znaczy.

Teraz myślę, że gdybym dostał tę nagrodę za „Rewers” – chociaż już chyba wymknąłem się z tej kategorii ze względu na wiek – to byłoby to jeszcze bardziej śmieszne właśnie przez czasy i pokolenie. Jestem bardzo dumny z tej nagrody. Piękny patron, piękna nagroda. Lampka się w niej jeszcze świeci – włączam ją sobie czasami albo mój synek włącza i się świeci. Po filmie „Rewers” ta nagroda stała się dla mnie jeszcze bardziej czarno-biała. Przez te porównania do polskich czy zagranicznych aktorów łączę się z nimi w marzeniach. Mam nadzieję, że nie daję ciała, że kontynuuję coś fajnego w polskim kinie. I jestem z tego bardzo dumny. Jakie to marzenia? Tak sobie powiedziałem, nawet nie wiem, co to do końca znaczy. Ale myślę, że odnosi się do tego, żeby być dobrym aktorem. Lub do dążenia, żeby być wielkim aktorem. A być jak Cybulski – co to znaczy dzisiaj? Nie wiem. Bo myślę, że w zawodowym życiu Zbyszka Cybulskiego było bardzo dużo plusów i bardzo dużo minusów. Zbyszek został ikoną i nie wiem, czy komukolwiek z nas będzie dane zmierzyć się z jego legendą, z tym kim on był w swoich czasach. Myślę też, że przez to, co się dzieje w mediach, era wyidealizowanych idoli odeszła. Nie ma takiego szacunku. Może to wróci? Ale nie wiem, co to znaczy być jak Cybulski. A więzi pokoleniowe? Wtedy filmowcy tworzyli jeden pokoleniowy głos. Nie tylko żyli w jednym czasie – tworzyli razem, bawili się wspólnie, myśleli podobnie. Niewątpliwie łączyło ich doświadczenie wojny, ale to był ideologiczny, światopoglądowy krąg ludzi. Ma Pan poczucie, że dziś należy do jakiejś pokoleniowej grupy aktorskiej, jakiegoś kręgu wtajemniczonych? Chciałbym uprawiać ten zawód do późnego wieku, bo ciągle mnie to rajcuje. Jak na razie mam szczęście spotykać bardzo wielu ciekawych aktorów i reżyserów – czuję, że mamy coś do powiedzenia wspólnie. Trzeba robić filmy z serca, z jakiejś potrzeby – czy to zasmucenia czy rozbawienia widzów. Trzeba robić różne filmy – byle ze szczerych chęci, a nie z musu. Przede wszystkim dla siebie, a nie pod publiczkę. Tak zrobił Borys, tak zrobiła Kasia, tak zrobili Maciek i Patryk. Ja mam ostatnio szczęście do ludzi. Jestem zadowolony, że żyję w takich, a nie innych czasach. Oczywiście, bywa też bardzo ciężko – w dobie łatwego

16

MEGAHIRO


Nowy, przekorny wizerunek Marcina Dorocińskiego, czyli Humphrey Bogart pół wieku później

krytykowania cieszy, że jednak ta krytyka coraz rzadziej kręci noskiem, a wyciąga konstruktywne wnioski. Jeszcze niedawno tego nie było – najłatwiej było zrugać. Wystarczy wejść na internet, czego nie robię, bo nienawidzę internetu. Nie zagląda Pan na Stopklatkę? Na Stopklatkę i Filmweb jeszcze czasami tak, ale na inne, bardziej plotkarskie strony już nie. Ale i na tych filmowych portalach zdarza się zbyt pochopna krytyka. Łatwo jest krytykować, trudno natomiast wyobrazić sobie, jak ciężko jest zrobić film. Potworna praca, nie tylko przez miesiąc, ale na długo wcześniej i później. To jest praca zbiorowa – i jak nie będzie drużyny, nie będzie nagród. Przeczytałam w „Gazecie Wyborczej”, że w Polsce nie powstają dobre filmy, bo nie nadeszli kolejni wielcy twórcy. Czekamy na nowego Kutza, Wajdę, Munka. Wie Pan, ja nie czekam. Tamto pokolenie opowiadało o swojej rzeczywistości, dziś reżyserzy powinni mówić o swoich czasach. Ale z drugiej strony może to pokolenie wojenne było bliskie w jakiś sposób autorowi tego tekstu. I też niekoniecznie musi zakładać kalkę. Najlepszym przykładem jest „Rewers”, który powstał w słynnym Kadrze i nawiązuje do filmów tych wszystkich wielkich reżyserów. Na szczęście nikt nie nazwał Borysa nowym Munkiem, Kutzem… Bo on nie imituje, tylko inspiruje się filmami mistrzów. I ja tak bym chciał czytać taką wypowiedź. Mam jednak wrażenie, że my cały czas żądamy od naszego kina, aby zabierało głos w jakiejś wielkiej sprawie. Róbmy filmy na miarę tamtych filmów, ale z potrzeby serca, po swojemu, w tych naszych czasach. Już raz tak było, że tylko krytykowano. Też nie rozumiem, po co pluć w swoje własne gniazdo. Robić po swojemu – sądząc po Pana aktorskich wyborach, Panu to się udaje. Tak się staram, często na przekór jednym albo drugim. Robię to specjalnie, żeby mnie nie zaszufladkowano. Niektórzy lubią mnie w takich rolach, kolejni cenią mój inny wizerunek – ja staram się nie zamykać w jednym repertuarze. Jesteśmy narodem, który uwielbia dookreślenia. Ten to jest taki, a ten taki. Każdy aktor zagra najpiękniej,

co chce reżyser, tylko reżyser musi w niego uwierzyć. Mnie takie określanie w zawodach, które są niezmierzalne – bo każdy odbiór jest inny – wnerwia. Robię na przekór. Dlatego teraz chcę grać amantów. Przyzwyczaja nas Pan do jakiegoś swojego wizerunku i potem następuje wolta – zmiana emploi. Ja nawet nie myślę o emploi. Nie myślę o tym, jak wyglądam. Ja wiem, jak wyglądam – a nie chciałbym, żeby mieszały mi się rzeczywistości. Ja wiem, kto ja jestem, natomiast w filmach jestem kimś zupełnie innym. To mi się też podoba w tym zawodzie, że mogę być, kim zechcę. Teraz Pan gra amantów, bo… I proszę – chce Pani mnie sklasyfikować. No przecież sam Pan powiedział, że teraz gra amantów, na przekór i świadomie. Chciałam jedynie zauważyć, że choć teraz gra Pan amantów, Pana różnorodne role mają jednak wspólny mianownik. Niewątpliwie są to silne postaci, temperamentne. Ale dla mnie najważniejsze w nich jest to, że każda z nich to taki everyman – każdy przecież może zostać bezdomnym (nawiązanie do filmu Kasi Adamik, „Boisko bezdomnych” – przyp. red.). To jest o normalnych ludziach. Lubię, kiedy scenariusz jest o ludziach, a nie z dupy wzięty. No, chyba że jest taka konwencja. Jak w „Idealnym chłopaku dla mojej dziewczyny”? Tu też gra Pan amanta, ale… …trochę dziwny ten amant, to prawda… Powiem tak – nie zawsze da się zagrać dobry mecz. Czasami piłkarz ma stuprocentową sytuację i przestrzeli. Jesteśmy tylko ludźmi – czasem gra się lepiej, czasem gorzej i określać, że o, tu ktoś się skończył, a tu zaczął, jest przesadą. Nie ma się co napinać. Nie mam wielkich zawodowych marzeń – chcę robić fajne filmy. Gra Pan w Teatrze Dramatycznym. Teatr nakręca film czy odwrotnie? Teatr jest bardzo ważny, on daje podstawę. Teatr to jest warsztat, ale też ważne jest, aby w tym warsztacie się nie zagubić, nie zasnąć w nim.

17

megahiro


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Ogładny Bronek nie je za dużo

ostatnio więcej robilem w filmie, teatr zszedl na drugi plan. teatr to tez jest inny rodzaj eskpresji. mnie troche przeraża, że trzeba mówić głośno. czasami w teatrze dudni mi w głowie, bo ktoś kłamie

Czyli to teatr pracuje na film? Teatr daje cierpliwość w budowaniu. W filmie tego nie ma – szczególnie w polskim. Nie ma tego czasu. Ja chciałbym doprowadzić do takiej sytuacji, żeby robić jeden film w roku. Żeby móc się przygotowywać pół roku do filmu, ale żeby też tego nie przenosić. I żeby jeszcze móc za to normalnie egzystować, móc utrzymać rodzinę – a ja mam dużo dzieci. Nie chcę robić pięciu filmów rocznie – jeden, góra dwa. Nie zapominając o teatrze? Ostatnio więcej robiłem w filmie, teatr zszedł na drugi plan. Teatr to też jest inny rodzaj ekspresji. Mnie trochę przeraża, że trzeba mówić głośno. Czasami w teatrze dudni mi w głowie, bo ktoś kłamie. W filmie można przerwać ujęcie, ze sceny się nie zejdzie. Choć w teatrze też lubię takie granie, że można nie trafić w klawisz, jeśli nie jest się skupionym. I można zawrócić. Można, tylko to jest jakiś taki etap bardzo wysoki. Ma też znaczenie, z kim się pracuje, żeby się nie zdenerwować. Bo zawsze można zawrócić i nic się nie stanie. Kilka razy byłem tego świadkiem w teatrze. Mówię o aktorze, który oddziaływał na mnie najbardziej, z którym miałem przyjemność grać i od którego nauczyłem się najwięcej – Marku Walczewskim. Gdy patrzyłem na niego, kiedy był na scenie, zapominałem o sobie i o tym, co mam grać. A co on miał takiego w sobie? Wdzięk, szyk, szarm, styl, słowo. Energię, skupienie. Kiedy był już chory, grał na słuchawce (suflerka cały czas mówiła aktorowi jego kwestie do ucha – przyp. red.). To było strasznie trudne dla kolegów i dla niego samego. Ja raz spróbowałem tak pracować i to jest nie do zagrania. A on, człowiek chory, nie poddawał się i grał. To był niesamowity aktor, niesamowity człowiek. Byłem świadkiem, kiedy on dwa razy ze względu na chorobę zawrócił – dwa razy przerwał, bo nie słyszał, co mówi mu suflerka – zawrócił i zaczął od początku. I słuchałem tego samego dwa razy z rzędu i za każdym razem to było ciekawe. W tym przypadku znaczenie miała osobowość aktora. W teatrze jest jeszcze coś ważnego, czego nie ma w filmie – okres prób, kiedy można eksperymentować z najdziwniejszymi rozwiązaniami. Nie wstydzić się i mieć odwagę, żeby wydobyć z siebie jakiś taki dźwięk, o który człowiek siebie nawet nie posądzał. To staram się przenosić do filmu – aby mieć w sobie odwagę i dezynwolturę. Zagrał Pan ponad 60 ról filmowych i telewizyjnych. To sporo. Czy któreś z tych zawodowych doświadczeń wyróżnia się jakoś szczególnie na tle innych? Nie chciałbym generalizować. Wszyscy ludzie, których spotkałem, coś dla mnie znaczyli. Dali mi dobrą energię, rzadziej tę złą. Jeśli tak się działo, po prostu nie spotkaliśmy się już nigdy więcej. Wszystkim ludziom, z którymi pracowałem, coś zawdzięczam i to nie jest gadanie

głupot, tylko taka jest prawda. Budujemy naszą wrażliwość często w pracy – bo spędzamy ze sobą wiele godzin. 12 lat temu trafiłem do Teatru Dramatycznego, gdzie na początku swojego życia aktorskiego spotkałem takich reżyserów jak Warlikowski, Jarzyna czy Lupa. Potem nie zawsze było już tak różowo, ale ciągle wierzyłem, że będzie dobrze. Także dzięki filmowi i takim osobom jak Wojtek Nowak, u którego zagrałem w filmie „Krugerandy”. W tym samym 1999 roku zagrał Pan też w filmie „Torowisko”. To prawda. To wszystko na pewno miało znaczenie, jednak gdy teraz się nad tym zastanawiam, muszę przyznać, że tak naprawdę moje myślenie o filmie zmieniło się pod wpływem „Pitbulla”. Przez to, że miałem trzy miesiące przygotowań. Spotkania, rozmowy, świetny scenariusz. To było jedno z pierwszych tak silnych wrażeń – przeczytałem scenariusz i ręce mi się trzęsły, tak chciałem w tym zagrać. Miało znaczenie również to, co przeżyliśmy razem na planie – chwile bardzo ciężkie, bardzo trudne – wtedy przestałem się pewnych rzeczy bać. Że jak się zafałszuje, to nic nie szkodzi. Można powtórzyć. Coś wtedy we mnie pękło. Myślę, że dużo zawdzięczam Patrykowi Vedze. Wszyscy, którzy u niego wtedy zagraliśmy, sporo mu zawdzięczamy. Myślę też, że Patryk Vega wiele zawdzięcza nam. Miewa Pan czasami takie myśli, że jednak aktorom filmowym najlepsze możliwości i warunki stwarza kino amerykańskie? Że tylko w USA można zrobić prawdziwą karierę? Nie biadolę. Kariery zagraniczne to wciąż pobożne życzenie dla większości z nas. Jest bariera językowa. Myślę, że idealizujemy wielu zagranicznych aktorów, ponieważ nie rozumiemy niuansów. Gdyby kilku z wielkich polskich aktorów znało bardzo dobrze angielski, zrobiłoby oszołamiającą karierę. Ale nie mamy się czego wstydzić. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia naszej mentalności. Polscy operatorzy robią karierę za granicą. Robią karierę, bo nie kłapią na ekranie. Pan lubi piłkę nożną… Tak, właśnie wróciłem z treningów i tak stękam co chwila, bo skręciłem nogę. Tak na zakończenie chciałabym zapytać, czy czuje Pan, że strzelił już swojego aktorskiego gola. Ja w piłce im jestem starszy, tym bardziej doceniam fajne akcje. Na treningu i na meczu. To znaczy, jeśli akcja składa się z wielu podań, to ja w tej akcji wolę być tym, który daje to ostatnie podanie niż strzelającym. Jak byłem młodszy, to wolałem strzelać, dziś wolę podawać. Tak samo jest w filmie. Czyli jednak ta praca zespołowa… Oczywiście. W pojedynkę to można sobie monodram zrobić. Co nie znaczy, że mam coś przeciwko monodramom. Może kiedyś zrobię.

18

megahiro


Ale nadrabia manierami

19

megahiro


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

tekst |Adam Kruk

foto |MATERIAŁY PROMOCYJNE

Przemierzając rodzime kluby jako wokalistka Pl.otek, Happy Pills czy Orchid, nabrała odwagi, by wreszcie wystartować solo. I to jak! Wydany właśnie debiutancki album Nathalie and the Loners, autorskiego projektu Natalii Fiedorczuk, będzie się bił w podsumowaniach o tytuł krajowej płyty roku. Nie do końca jesteś debiutantką, bo śpiewałaś już w niejednym zespole. Projektu Nathalie And The Loners nie byłoby bez grania w innych zespołach. Dzięki temu nabrałam śmiałości i przekonałam się, że potrafię jednak pisać piosenki. Pierwszy solowy koncert dałam dokładnie rok temu w Poznaniu. Wtedy też na scenie dołączył do mnie Piotr Maciejewski, by zagrać ze mną jeden utwór. I wtedy też zapadła decyzja, że będę tę płytę robić właśnie z nim. Muzyka jest twoja, teksty są twoje – jak to było wpuścić kogoś obcego do własnego muzycznego świata? Jak tylko usłyszałam dźwięki Drivealone (autorski projekt Maciejewskiego – przyp. red.), wiedziałam, że to coś wyjątkowego i że właśnie z nim chciałabym współpracować. Spędziliśmy tydzień na nagrywaniu moich piosenek w dość ekstremalnych warunkach, a potem Piotr zajął się miksami i produkcją. Wiedziałam, że mogę mu powierzyć moją muzykę i że wyciągnie z niej to, co najlepsze. Piotr jest introwertykiem, ale muzycznie ufam mu w stu procentach.

szukaj natalii na innych płytach. Natalia fiedorczuk zaśpiewała gościnnie i napisała kilka tekstów na wydany właśnie albumu włoskiego postrockowego zespołu port-royal

Wszystkie piosenki z płyty zaśpiewałaś po angielsku. Język angielski jest kolebką songwritingu, choć oczywiście był i Wysocki, i Nohavica... Ale przekaz tej płyty nie znajduje się tylko w sferze tekstowej, to też melodia, określony klimat – tam też są emocje. Jestem dosyć wstydliwą osobą i dzięki temu nie czuję przymusu walenia między oczy. Teksty są oczywiście bardzo osobiste, ale nie zawsze o mnie, często to po pro-

stu obserwacje. Ta płyta w ogóle stanowi rodzaj walki z moimi demonami. Stąd też nazwa projektu – Nathalie And The Loners, zrodzona z frustracji, niespełnienia, samotności i prób przepracowania tego wszystkiego. Mimo wszystko, to jednak muzyka przystępna. Introwertyczny pop. Ale pop niegłupi i wyrosły z alternatywnych korzeni. Cat Power czy PJ Harvey też są popowymi wokalistkami, czego dowodem jest to, że koncert tej ostatniej wypełnił w Polsce Salę Kongresową. Ale żeby pisać dobre piosenki, trzeba mieć o czym. Ja nie do końca czuję się życiowo bezpiecznie, miewałam pogmatwane życie osobiste, które przekłada się na moją muzykę. Ale niezależnie od tego, czy uciekałam z domu, rzucałam studia czy wplątywałam się w destrukcyjne romanse, zawsze wiedziałam, że mogę wrócić i napisać o tym piosenkę. To rodzaj schronienia. Które z polskich piosenkarek miały na ciebie największy wpływ? Wielka trójca początku lat 90.: Bartosiewicz, Kowalska, Nosowska? Wychowałam się na ich muzyce. Wtedy nie miałam dostępu na przykład do Jeffa Buckleya, więc zapośredniczyłam te brzmienia dzięki Bartosiewicz, która jest wielką osobowością muzyczną. Także dwie pozostałe tworzyły kawał dobrej muzyki. Ciekawe też, jak ich losy potoczyły się potem. Najbliższa jest mi jednak Nosowska, która wypracowała sobie image, który nie jest wizerunkiem, a jej osobowością. Moją płytę wypuścił Ampersand, wydawca Hatifnats czy George Dorn Screams, więc i nowa scena jest mi bliska. Marzenia zawodowe? Ostatnio odczuwam wzrost zainteresowania swoimi umiejętnościami, co owocuje rozmaitymi propozycjami współpracy. I to z muzykami, którzy byli do tej pory po drugiej stronie lustra. A marzenia? Gdyby udało się kiedyś zaśpiewać z Nosowską, byłoby pięknie. Przede wszystkim jednak – nagrywać kolejne płyty i dalej poszukiwać. Graj i wygraj debiutancki album Nathalie And The Loners, „Go, Dare” – str. 13

18 20

muzyka

M K


Żeby pisać dobre piosenki, trzeba też mieć o czym. ja nie czuję się życiowo bezpiecznie, miewałam pogmatwane życie osobiste, które przekłada się na moją muzykę

21

muzyka

m


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

tekst |ruth morgan

tłumaczenie |Marek Serdiukow

foto |Jody Morris/Red Bull Photofiles

Używając ręcznie robionych desek, daleko od domu i jeszcze dalej od swojego codziennego życia, mistrz stanów zjednoczonych w jeździe na deskorolce, Ryan Sheckler, przekonał się, że deskarze zawsze przekraczali granice – niezależnie od okoliczności. Skąpany w hawańskim zachodzie słońca tłum jak zwykle tłoczy się wzdłuż Malecón. Starzy znajomi spotykają się, aby nadrobić stracony czas i powspominać przy butelce rumu. Spośród dziesiątek ludzkich głosów przedzierają się co jakiś czas ryki nieśmiertelnych amerykańskich krążowników włóczących się między starymi budynkami miasta – jedynymi chyba milczącymi świadkami historii Kuby. Jednak w całej kakofonii dźwięków można usłyszeć coś jeszcze. Klekot małych kół i szuranie desek po betonowych powierzchniach – choć ledwo słyszalne, unoszą się gdzieś w oddali, nad główną ulicą Prado. Po nich następują kolektywne okrzyki zwycięstwa lub jęki porażki. Kubańscy deskorolkarze jak zwykle szykują się na wieczór rywalizacji. Jednak dziś tłum jest znacznie większy. A to za sprawą zawodowego skateboardera, Ryana Shecklera. Obecność amerykańskiego mistrza świata w kraju tak odizolowanym od reszty globu uzmysławia determinację kubańskich deskorolkarzy w dążeniu do zmiany takiego stanu rzeczy. Wszelkiego rodzaju magazyny skateboardowe czy filmiki instruktażowe są na Kubie nieosiągalne. O ile jakiś życzliwy turysta nie zechce się nimi podzielić, deskorolkarze będą skazani na nielegalne połączenia internetowe – nieliczne i ograniczone. Na Kubie młodzież nie ma możliwości swobodnego rozwijania swojej pasji – dzieciaki, aby móc jeździć na desce, muszą o to zawalczyć.

18 22

sport

K s


magazyny skateboardowe czy filmiki instruktażowe są na kubie nieosiągalne. młodzież nie ma możliwości swobodnego rozwijania swojej pasji – dzieciaki, aby móc jeździć na desce, muszą o to zawalczyć

23

sport

s


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Na zdjęciu po lewej: Ryan Sheckler i jedno z ulubionych miejsc hawańskich deskarzy – wyłączony z użytku basen

Na zdjęciu po prawej: Reinaldo Jorge Vicet Reyers,14-letni członek grupy 23 y G, jeździ na desce od pięciu lat

Wraz z Shecklerem rozgrywkę sędziuje mężczyzna imieniem Che. Ma 36 lat, jeździ na desce od dziesiątego roku życia i stał się na Kubie kimś w rodzaju nieoficjalnego idola. Jako zawodowy tatuażysta i pasjonat deski Che nie do końca wpisuje się w schematy kubańskiego społeczeństwa. „Ludzie nie patrzą przychylnie na tatuaże oraz jazdę na desce. Zwłaszcza w oczach mojego ojca zawsze wyglądało to gorzej niż w rzeczywistości” – wspomina Che. Jego ojciec brał udział w rewolucji i nazwał syna Che Alejandro Pando Napoles na cześć wielkich przywódców – Che Guevary i Fidela Alejandro Castro. Z biegiem lat ojciec Che nauczył się żyć z szaleństwami juniora, a nawet zgodził użyczyć swego ramienia na pierwszy tatuaż w wykonaniu potomka – portret Fidela Castro. Kiedy Che po raz pierwszy wspomniał o wizycie Ryana parę miesięcy wcześniej, każdy deskarz pukał się w czoło. „Wielu skaterów czuje na Kubie odizolowanie – tłumaczy ich przywódca. – Nikt nie może przyjechać, nikt nie może wyjechać. Ściągnięcie Ryana wydawało się więc niemożliwe, zwłaszcza wtedy, gdy zdobył tytuł”. Skateboarding pojawił się na Kubie w latach 80. – kiedy na całym świecie zdążył się już mocno spopularyzować. Mniej więcej w tamtym czasie na wyspę trafiło parę amerykańskich magazynów skateboardowych, inspirując pierwszych deskarzy amatorów do stworzenia własnych desek (niemalże dosłownie – przymocowania rosyjskich kauczukowych kółek do drewnianych desek). Od tamtej pory w Hawanie kształtować się zaczęło skaterowe podziemie, które dzisiaj daje swoim nowym członkom więcej możliwości niż 20 lat temu. Dotacje w postaci prawdziwego sprzętu docierają na Kubę od zagranicznej skate’owskiej braci, a ostatecznie, w przypadku konieczności własnoręcznego skręcenia deski, można sięgnąć po części ze zużytego oryginalnego sprzętu. Dzisiejszej nocy jednak skaterzy chcą czegoś więcej. Wyjeżdżają więc ze swego stałego placu na ulice Hawany. Młodzi emo wspinają się na uliczne posągi i z góry spoglądają na trwające popisy – dwudziestoparolatkowie w spranych podkoszulkach z Michaelem Jacksonem, poszarpanych dżinsach, ze skatowanymi deskami, w trampkach poklejonych taśmą w miejscach, gdzie znajdowała się niegdyś guma. Ryan Sheckler obserwuje otaczające go tłumy, uśmiechając się pod nosem.

Dzięki międzynarodowemu sponsorowi i występom w MTV Sheckler zdobył status gwiazdy deskorolkarstwa w wieku 19 lat. Zwiedził cały świat, imprezował z największymi ze świata muzyki i sportu, a nawet wybudował w Kalifornii kryty skatepark. Ale gdy zaczyna jeździć po hawańskich ulicach, jedyną rzeczą, która wyróżnia go spośród tłumu, są ewentualnie jego buty. Skateboarding jest na tyle uniwersalnym językiem, że po pięciu minutach Sheckler śmieje się i przybija piątki z kubańskimi deskarzami, jakby znali się od lat. Jazda po ulicach to tyle samo triumfów, ile porażek. Poobijane kolana i zdarta skóra, opatrunki, by jak najszybciej opanować następny trik. Deskorolkarze o różnym zakresie umiejętności ustawiają się w oczekiwaniu na swoją kolej. Z licznej grupy można wyłonić paru deskarzy o ponadprzęciętnych umiejętnościach – z zamkniętymi oczami wykonują kickflipy i inne akrobacje, efektownie przeplatając je z jazdą na krawędziach. Okazuje się, że nie jest to przypadek. Wszyscy bowiem są członkami grupy 23 y G, której nazwa pochodzi od skateparku położonego właśnie między ulicami 23. i G – miejsca w Hawanie, w którym po raz pierwszy jeżdżono na desce. Brak porządnych miejsc do nauki uczynił z tych deskorolkarzy prawdziwych ekspertów i choć konkurencja jest duża, to przebiega w przyjaznej atmosferze. „Tutaj jest zupełnie inaczej – śmieje się Sheckler. – Kiedy jakiś dzieciak w Kalifornii efektownie wywija orła podczas nauki jakiegoś triku, inni się z niego śmieją. Tutaj z kolei, jak ci się uda wylądować, wszyscy się nakręcają, a kiedy upadasz, mówią: Jak to? Przecież prawie ci się udało! Taka atmosfera kumpelstwa i deskarskiego braterstwa tutaj panuje. Te dzieciaki są naprawdę szurnięte”. Ekipa tutejszych deskarzy spędza tydzień na oprowadzeniu Shecklera po ich ulubionych miejscach do jazdy. Podróż po wyspie organizuje były argentyński mistrz surfowania i filmowiec, Tomas Crowder. To właśnie on niemal od początku pojawienia się tego sportu na Kubie jest jego największym zwolennikiem. Od niemal czterech lat pracuje nad filmem dokumentalnym o skate’owskiej stronie Kuby, jest organizatorem i sponsorem wszystkich oficjalnych mistrzostw i turniejów, a oprócz tego nieustannie zatruwa życie państwowym urzędnikom, apelując o zwiększenie dotacji na promocję tego sportu. Choć Crowder został zaproszony przez rząd do współpracy nad rozwijaniem sportów ekstremalnych na terenie Republiki, brak funduszy, ciągłe zmiany w ministerstwach oraz mieszane opinie na temat jego poczynań stanowią trudne do pokonania przeszkody. Stąd wziął się pomysł na film „The Other Che” („Inny Che”), którego

18 24

sport

K S


Na zdjęciu po lewej: Ryan Sheckler, idol Na zdjęciu po prawej: młody skateboarder, fan

celem miałoby być uświadomienie reszty świata, w jak ciężkiej sytuacji są kubańscy deskorolkarze (przeciętnie miesięczne zarobki wynoszą tu 13 dolarów), a mieszkańców Republiki – jak duży potencjał drzemie w tej dyscyplinie sportu. „Sporty ekstremalne wymagają systematyczności, ale za to budują pewność siebie – tłumaczy Crowder. – Jeśli uda ci się pokonać lęk i wykonać naprawdę trudny manewr czy trik, to nikt nie będzie ci mógł wmówić, że coś jest niemożliwe. W społeczeństwach z problemami i o zaniżonej samoocenie taki sport mógłby naprawdę pomóc. Pozwala on spojrzeć na życie z innej perspektywy”. Ostatnia runda dobiega końca. Sheckler wręcza zwycięzcom pudła z trampkami Etnies. Skaterzy odbierają nagrodę z niedowierzaniem i szybko chowają ją pod pachę, jakby za chwilę ktoś miał im je zabrać. Z pewnością to obuwie starczy im na dłużej niż połączenie halówek z taśmą izolacyjną. Poza tym nowe trampki ufundował sam Ryan Sheckler, a to nadaje im pewien dodatkowy urok, któremu nikt nie będzie w stanie zaprzeczyć. Na Kubie deskorolkarz jest postrzegany niewiele lepiej niż vagabond (tramp, tułacz, bezdomny). Czyli warto popracować nad wizerunkiem. „W przeszłości, ludzie na Kubie umierali z głodu – mówi Che. – To był czas podobny do wojny, tyle że bez dział. Ale pamiętam, że nawet wtedy potrafiliśmy się świetnie bawić. Kiedy jeździsz na desce z kumplami, nie potrzebujesz więcej. No, może odrobina wody i chleba nie zaszkodzi, ale nie potrzebujesz pieniędzy. Rząd powinien zrozumieć, że skateboarding trzyma dzieciaki z dala od kłopotów i jest dla nich dobry! Szczęśliwe dziecko to skate’owskie dziecko”. Wraz z końcem konkursu przychodzi istne pandemonium. Tłum okrąża Shecklera, który w jednej chwili tłumaczy zainteresowanym swój popisowy trik, by w następnej pozować do zdjęć z grupką chichoczących dziewczyn. W pewnym momencie podkłada rytm Robertowi Ponsowi, deskarzowi z 23 y G, który ochoczo improwizuje niezrozumiały dla Amerykanina rap. „Jest zajebiście! – krzyczy Sheckler. – Nic nie rozumiem, ale podoba mi się tu!”. „W porównaniu z życiem w Stanach Kuba to obrót o 180 stopni – komentuje Sheckler. – Tam masz furę desek w każdym wzorze. Tutaj masz tydzień na zrobienie jednej. Dzieciaki robią wszystko, co mogą, by być częścią tego sportu, i to pokazuje ich pasję. A ja postaram się już nigdy nie połamać żadnej

deski – co do tej pory zdarzało mi się dość często. Widząc, jak to wygląda tutaj, mam wyrzuty. Choć z drugiej strony, nigdy nie widziałem tak szczęśliwego miejsca. Nie mają tu prawie niczego, ale wszyscy trzymają się razem. W Ameryce łatwo o tym zapomnieć”. 13 członków 23 y G zrobiło zrzutkę na wyszywany podkoszulek z logo grupy dla Shecklera. Kiedy wreszcie pod koniec dnia wręczają mu prezent, głównie przepraszają za plamy na koszulce, tłumacząc, że to była jedyna, jaką mieli. Amerykanin ma garderobę wielkości niejednego mieszkania, więc pewnie minęło trochę czasu, od kiedy miał na sobie brudny T-shirt – ale i tak nie jest w stanie ukryć wzruszenia. Całkiem możliwe, że pomimo światowego życia Sheckler zapamięta wizytę na Kubie równie długo, jak i deskarze, którzy go przyjęli. Nie wiadomo, jak dalej będą wyglądać losy Che i członków 23 y G. Wszyscy mają nadzieję na łatwiejszy dostęp do sprzętu, skateparków i możliwość zobaczenia innych krajów. Młodsi deskarze marzą o sponsorach i światowej karierze, podczas gdy Che boi się zbyt nagłych i wielkich zmian. „Przyjezdni oraz darmowy sprzęt to tylko tymczasowe rozwiązanie – mówi. – Nie chciałbym jednak, by Kuba stała się rozreklamowana, bo to by oznaczało koniec wielu rzeczy, do których się tutaj przyzwyczailiśmy”. Jedynym pewnikiem pozostaje fakt, że o deskorolkarstwo na Kubie wciąż trzeba będzie walczyć. „Gdybym nie musiał pracować, cały swój wolny czas poświęcałbym desce, desce i jeszcze raz desce – mówi 17-letni członek 23 y G, Fernando Vardecia Maseda. – Ona należy do nas. Jest naszym celem. Sensem życia”.

kiedy jeździsz na desce z kumplami, nie potrzebujesz więcej. no, może odrobina wody i chleba nie zaszkodzi, ale nie potrzebujesz pieniędzy. sketboarding trzyma dzieciaki z dala od kłopotów

25

sport

s


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

tekst | Anna Serdiukow

ilustracje | Krzysiek Ostrowski

Od pamiętnego spotkania Romana Polańskiego z Samanthą Geimer minęły 32 lata. Oskarżony o zgwałcenie 13-latki polski reżyser zbiegł z USA przed ogłoszeniem wyroku. Jego niedawne aresztowanie w Szwajcarii przywróciło bieg przerwanemu przed laty procesowi – uruchomiło też publiczną debatę na temat słuszności jego zatrzymania. Bo wszyscy jesteśmy równi wobec wymiaru sprawiedliwości… tak, oczywiście, szczególnie w Hollywood. Rudolf Valentino miał w swym 30-pokojowym pałacu wanny z czarnego marmuru i pokrowce ze skóry kobry na chłodnice do swych trzech wozów, Gloria Swanson jeździła lancią, w której tapicerka była zrobiona ze skóry lamparta, Pola Negri miała w salonie sadzawkę rzymską, a w ogrodzie wykładany karraryjskim marmurem basen kąpielowy, nad którym wznosił się wenecki most. Dodatkowo Barbara Apolonia Chałupiec w swej posiadłości w Beverly Hills posadziła drzewostan za 27 tysięcy dolarów. „Tak lubię szum wiatru w gałęziach drzew…” – zwykła mawiać. Człowiek zarabia, może sobie pozwolić – chciałoby się rzec. Jednak ekstrawagancje gwiazd nie ograniczają się tylko do umiłowania przepychu i bezmyślnej rozrzutności. Nim wtrącimy polskiego reżysera do lochu i poddamy go kastracji, pamiętajmy, że przedstawiciele show-biznesu zawsze posiadali uprzywilejowaną pozycję względem prawa oraz tego co dopuszczalne, normalne, właściwe. Publiczne przyzwolenie na ich zachcianki, nałogi, dziwaczne zachowania i przyzwyczajenia było od początku niezwykle wysokie. Cóż, gwiazdy świecą po prostu takim blaskiem, że często trzeba przymykać… hm, po prostu mrużyć oczy.

Początki Hollywood naznaczyły to miejsce piętnem zakazanych uciech. Tylko tutaj możliwe były naprawdę wielkie kariery – niektórym zrujnowały one nie tylko reputację, ale i zdrowie. Nierzadko akrobaci życiowych uciech wykonywali to ostatnie salto mortale – jazda bez trzymanki kończyła się spektakularną śmiercią. James Dean zginął 30 września 1955 roku podczas jazdy z maksymalną prędkością swoim porsche. Koroner odnotował, że tors aktora pokryty był wieloma bliznami. Jak głosi legenda, James Dean był częstym gościem położonego we wschodnim Hollywood baru. W miejscu nazywanym „Ludzką popielniczką” często błagał ludzi, by gasili na jego odsłoniętej klatce piersiowej papierosy.

Spieszmy się kochać małe dziewczynki, tak szybko dorastają? Zabawy z nieletnimi zawsze wchodziły w skład niedozwolonych przyjemności Hollywood. Już giganci kina niemego, producenci i reżyserzy, Mark Sennett i D.W. Griffith – dali się poznać jako koneserzy uciech z małoletnimi gwiazdami. Charlie Chaplin dwa razy uniknął skandalu – załamania kariery, łatki pedofila i długoletniej odsiadki – tylko dlatego, że swoje nastoletnie przyjaciółki decydował się poślubić. Jego kumpel po fachu, Roscoe „Fatty” Arbuckle, podczas miłosnego szału w czasie trwającej dwa dni imprezy – można się zapomnieć w zabawie, przyznajcie sami – przebił początkującej aktorce, Virginii Rappe, pęcherz moczowy. Dziewczyna zmarła z powodu zapalenia otrzewnej, Tłuściocha uniewinniono z powodu… braku dowodów. Z kolei Rudolf Valentino, choć gustował w trochę starszych pięknościach, został oskarżony o bigamię – musiał udowodnić przed sądem, że jedno z jego małżeństw nigdy nie zostało skonsumowane. Przykłady można by mnożyć – a to dopiero lata 20.

26

zjawisko

z


27

ZJAWISKO

Z


Przygwiazdorzyć chciało wielu – tylko nielicznym udawało się wytrzymać hollywoodzkie tempo. Stałym elementem diabolicznego stylu życia były alkohol i narkotyki. Dopiero w 1919 roku uznano za niezgodne z prawem przepisywanie przez amerykańskich lekarzy heroiny na receptę. Lata 20. w Hollywood to dekada opium, które z czasem zostało wyparte przez haszysz. Nie bez powodu wiosną 1966 roku Bob Dylan śpiewał „Everybody Must Get Stoned”. Dennis Hopper dość jednoznacznie potraktował przesłanie tego utworu. Zapytany na początku lat 70. o swoich najlepszych przyjaciół bez zastanowienia odpowiedział: „LSD, nasiona powoju, grzyby halucynogenne, meskalina”. Były lata, kiedy aktor w ogóle nie trzeźwiał. Kilka produkcji z jego udziałem przerwano, z paru go wyrzucono – po tym, jak w spektakularnym stylu demolował przygotowane scenografie, niszczył kostiumy czy uwodził żony producentów. Ale to Dennis – recydywista i pyszałek oraz jedna z najznamienitszych postaci kina amerykańskiego. Roman Polański w swojej biografii dość nieprzyjemnie wspomina swój pierwszy kontakt z LSD. Drugie podejście, które zaliczył wraz z Sharon Tate, uznaje za dużo bardziej udane. Koniec lat 60. to czas, kiedy polski reżyser wrastał w świat filmowej bohemy USA. Do grona jego znajomych należeli: Steve McQueen, Danny Kaye, Mike Nichols, Britt Ekland, Michelle Phillips z zespołu The Mamas And The Papas. A także Jimmy Mitchum – syn Roberta Mitchuma, gwiazdora kina noir, który zresztą został złapany za posiadanie narkotyków. Niedaleko pada jabłko. Mitchum junior palił tyle, że Polański zaproponował mu rolę instruktora w filmie szkoleniowym. Po realizacji „Dziecka Rosemary” grono najbliższych przyjaciół Polańskiego powiększyła Mia Farrow. Po rozwodzie z Frankiem Sinatrą Farrow związała się z Peterem Sellersem, który podobnie jak ona wierzył w hipisowskie ideały. Dla Sellersa liczyła się przede wszystkim dobra karma – potrafił zejść z planu, gdy zobaczył kogoś ubranego w fiolet. Ten kolor uważał bowiem za przynoszący pecha. Tak samo znikał z knajpy, gdy poczuł złe fluidy – często po złożeniu zamówienia. Z kolei Mia Farrow po zakończonym rozwodem związku z Sinatrą – z którym dzieliło ją niemal wszystko, począwszy od wieku, a skończywszy na poglądach politycznych, na przykład tych dotyczących wojny w Wietnamie – szukała kogoś, kto podzielałby jej zainteresowania kosmosem, dobrocią, światowym pokojem i losem bezpańskich zwierząt. Ogólnie peace and love, choć przede wszystkim: fun, fun, fun! A Peter Sellers potrafił się bawić bez końca – gdy raz poczęstował Romana Polańskiego miodem przywiezionym z Rzymu, zapomniał nadmienić, iż jego głównym składnikiem jest haszysz. Polański, gdy wreszcie doszedł do siebie, spytał Sellersa, gdzie się znajdują. Po otrzymaniu odpowiedzi z nazwą ulicy uściślił swoje wątpliwości: „Nie pytam o ulicę. W jakim jesteśmy mieście?”.

Najbliżsi znajomi Romana Polańskiego w owym czasie to także Warren Beatty oraz, po realizacji „Chinatown”, Jack Nicholson, u którego Polański nawet pomieszkiwał. Jak pisze w swojej biografii reżyser: „Beverly Hills zmieniło się od czasów zabójstwa Mansona, które niejako przypieczętowało hipisowską epokę dzieci kwiatów. Względnie niewinne środki psychodeliczne i palenie trawki zastąpiły kokaina i metakwalon”. „Black Jack” Nicholson z palenia trawki nie zrezygnował ponoć nigdy – życiowe ustatkowanie też jakoś mu nie przystoi. Z kolei Warren Beatty, nim poślubił Annette Bening w 1992 roku, preferował zupełnie inne używki niż barbecue z sąsiadami. To on zasypywał pogrążonego w impasie Polańskiego całą masą anegdot dotyczących swojego intensywnego życia erotycznego. A było co referować. Jak przyznała siostra aktora, Shirley MacLaine: „Jako trzylatka huśtałam Warrena na nodze i już wtedy wiedziałam, że jest ładniejszy ode mnie”. To ponoć ostatni wielki playboy kultywujący hedonistyczne tradycje Hollywood. Do grona wtajemniczonych zaliczają się Diane Ladd, Jane Fonda, Joan Collins, Natalie Wood, Vivian Leigh, Susan Strasberg, Leslie Caron, Faye Dunaway, Judy Carne, Britt Ekland, Julie Christie, Goldie Hawn, Madonna… Nie wiem, czy warto wymieniać dalej. Podobnie jak Warren nie zapamiętamy nawet połowy z tych nazwisk. Choć warto może na koniec wspomnieć o jednej osobie, która łączy cztery nazwiska wymienione w tym tekście: Polańskiego, Nicholsona, Beatty’ego i Hoppera. Chodzi o Michelle Phillips z zespołu The Mamas And The Papas. Mająca na koncie ośmiodniowe małżeństwo z Dennisem Hopperem aktorka i piosenkarka zdołała uwieść Romana Polańskiego podczas nieobecności Sharon Tate. Po rozstaniu z Hopperem związała się z Jackiem Nicholsonem, który zadzwonił do Dennisa, by mu o tym powiedzieć. Reakcja Hoppera była zachowawcza: „Powodzenia. Nadal ją kocham, ale to już koniec”. Michelle zdecydowała się jednak rzucić Jacka i zamieszkać u Beatty’ego. Ten postanowił do nikogo nie dzwonić, tylko cieszyć się tym faktem – jak się później okazało, na krótko. Rotacja partnerów to norma w Hollywood, społeczne konwenanse tu po prostu nie obowiązują. Przynależność do bohemy, jakiejkolwiek, zobowiązuje. Zanim sprawdzisz, czy już naprawdę jesteś famous, wykonaj parę prób. Zamów tapicerkę do samochodu ze skóry rysia, w swojej ursynowskiej kawalerce wybuduj sadzawkę na środku pokoju, uwiedź żonę przyjacielowi – ale koniecznie do niego zadzwoń i podpytaj, jak się z tym czuje. Możesz też dać się złapać policji z niedozwoloną substancją, pić na umór podczas trwającej kilka dni imprezy lub posłużyć za ludzką popielniczkę. Nie rekomendujemy jedynie uwodzenia nieletnich – aby to uszło na sucho, trzeba być już sławnym. A po szum wiatru w gałęziach drzew zapraszamy do Łazienek Królewskich. Nic tak nie podnosi libido jak zalotne pohukiwania pawi.

roman polański w swojej biografii dość nieprzyjemnie wspomina swój pierwszy kontakt z lsd. drugie podejście uznaje za dużo bardziej udane. koniec lat 60. to czas, kiedy polski reżyser wrastał w świat filmowej bohemy usa

28

zjawisko

z


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

nowa ikona tęczowej rewolucji? potęga beth bynajmniej nie sprowadza się do kontrowersyjnego rozmiaru, wokalnych możliwości, a nawet znajomości z modnymi celebrytami. beth „the coolest” ditto wojuje

30

MUZYKA Komiks

K


tekst | michał karpa

Kiedy na zakończenie open’erowego koncertu zaintonowała „Ain’t No Place Like Poland!”, nikt nie przypuszczał, że niespełna pięć miesięcy później znów się u nas pojawi. Beth Ditto z zespołem Gossip już 21 listopada zagrają w warszawskim Palladium. To już licząca się formacja czy tylko beniaminek show-biznesu, który wydawanie płyt traktuje jako bonus do pozamuzycznej aktywności? A sama Beth Ditto – bardziej charyzmatyczna discopunkowa diwa czy może ogrzewająca się w świetle reflektorów przyjaciółka Kate Moss i Karla Lagerfelda? Na pytania, które zrodził sukces przełomowego singla „Standing in the Way of Control”, miała odpowiedzieć wydana z początkiem lata płyta „Music for Men”. „To zaskakujące, jak słaby jest każdy moment tego albumu” – pisał recenzent magazynu „Mojo”, z kolei „Rolling Stone” przekonywał, że co prawda „punkowi puryści znienawidzą Music for Men, ale dancefloorowi stachanowcy i tak ich zagłuszą”. Prasa się podzieliła, jednak ogólny bilans zysków i strat wychodzi na plus. Bo Gossip tą płytą zyskał bezcenną w muzycznym biznesie pewność siebie – z niewielką pomocą Ricka Rubina. Architekt brzmieniowego sukcesu między innymi Beastie Boys, Johnny’ego Casha i Slayera, okazał się tyleż idealnym producentem, co skutecznym psychologiem: przekonał Ditto, że materiał napisany na „Music for Men” to rzecz, którą bez chwili wahania powinna podzielić się ze światem. Zresztą nie tylko na liderce wywarł piorunujące wrażenie. „Ten facet jest bardzo cool. Dla niego liczy się wyłącznie muzyka. Zdobył Grammy i nawet nie chciał o tym gadać – mówi rozbawiony gitarzysta, Nathan Howdeshell, a po chwili zupełnie serio dodaje: – W przemyśle muzycznym trudno zachować długowieczność i nieprzerwanie tworzyć coś świeżego, ważnego. Tylko garstka ludzi to potrafi”. Trzeba jednak pamiętać, że nowa płyta nie tylko brzmieniem długowłosego weganina, buddysty i surfera w jednej osobie stoi. „Na początku nagrywaliśmy z Jamesem Fordem z Simian Mobile Disco – przypomina perkusistka Hannah Blilie. – To właśnie z nim podczas nocy wyborczej, którą spędziliśmy w San Francisco, napisaliśmy Pop Goes the World. Z tej piosenki po prostu bije pozytywna energia! Koniec ciemnej ery Busha także nas poniósł na fali optymizmu”. Koniunkturalna zagrywka tylko na pierwszy rzut oka ociera się o bezpieczny banał. O ile cała popierająca Obamę celebrycka świta, reprezentowana przez „zasłużonych weteranów” w osobach

foto | maTERIAŁY PROMOCYJNE

Bruce’a Springsteena czy Bono, zaczęła snuć wizje nowego światowego ładu, o tyle Gossip sprawy wielkiej polityki od razu skonfrontowali z codziennością. Kiedy Beth w tekście do wspomnianego kawałka napisała, że „w końcu będziemy mogli ostatecznie pożegnać wczorajszy dzień”, trudno było oprzeć się wrażeniu, że bardziej niż obietnica wycofania wojsk z Afganistanu ekscytuje ją pozytywny klimat otwartości na odmienność. Liderka Gossip, przed trzema laty uznana przez magazyn „NME” za najfajniejszą postać rocka, na najnowszym krążku kontynuuje więc swą krucjatę pod tęczowym sztandarem, której hymnem wciąż pozostaje hit „Standing in the Way of Control”. Afirmacja syntezy poważnego z przebojowym (zaangażowana krytyka rządu USA zakazującego gejom zawierania związków małżeńskich osadzona na ciągnącym ku parkietowi taneczno-rebelianckim bicie) to nadal jeden ze znaków jakości rezydującej w Portland grupy. „Dobrze wiedzieć, że napakowane heteromięśniaki potrafią się bezmyślnie zatracić przy takiej piosence. Myślę, że na tym polega piękno muzyki: dla każdego znaczy ona coś innego” – komentuje Ditto. „Music for Men” to zatem przede wszystkim żelazny dowód, że w ciągu dziesięciu lat istnienia zespół ani na moment nie odwrócił się od swojej najwierniejszej publiczności. To dzięki niej zajmuje dziś wyeksponowane miejsce pośród najważniejszych artystów współczesnej kultury queer, a najpotężniejsza (nie tylko głosem) ambasadorka ruchu LGBT i rozmiaru 42 plus może cieszyć się uznaniem postaci formatu Germaine Greer. Na tym tle dyskusja o jakości muzyki Gossip musi tracić koloryt. Bo czy powoływanie się na inspiracje Birthday Party albo Siouxsie And The Banshees ma szansę zaistnieć w masowych mediach, kiedy tuż za rogiem czai się sensacyjny news, że roznegliżowana Beth Ditto pojawiła się na okładce kolejnego magazynu, że dla znanej firmy odzieżowej zaprojektowała autorską „kolekcję dla puszystych”, że – uwaga! – pisze autobiografię? Wynik tej konfrontacji jest z góry przesądzony. Z drugiej strony – sami odpowiedzcie sobie na pytanie, czy wzbudziłaby wasze zainteresowanie, gdyby regularnie nie deklarowała, że jest „grubą lesbijką i feministką”. Albo gdyby w kusym stroju z mikrofonem wciśniętym między potężne uda nie zachęcała do szaleńczej zabawy pod sceną. Beth leczy kompleksy – nie tylko swoje. I za to ją kochamy.

dobrze wiedzieć, że napakowane heteromięśniaki potrafią się bezmyślnie zatracić przy takiej piosence. myślę, że na tym polega piękno muzyki: dla każdego znaczy ona coś innego

31

muzyka


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Relacja z Lisbon Fashion Week tekst | Joanna Mroczkowska

zdjęcia | Joanna Mroczkowska i Rui Vasco / Moda Lisboa / Estoril

Fashion Week to męczące godziny pokazów, a wieczorami bankiety i imprezy. Opóźnienia, tłumy i hałas. Moda to lekka profesja? Akurat. Dziennikarze z całego świata, którzy znają się od lat, wygłupiają się jak dzieci. Wszyscy przyjechali tutaj po jedno. By spędzić kilka dni w rodzinnej atmosferze ze świetną modą w tle. Jednak po czwartym pokazie z rzędu bardziej zwraca się uwagę na przystojnych modeli niż na to, co mają na sobie. W końcu pakiet zdjęć z Tygodnia i tak czeka w press roomie. Będąc zagranicznym dziennikarzem, masz przepustkę, by zajrzeć wszędzie. Backstage, VIP room, możesz porozmawiać z projektantami, a wieczorem napić się z nimi drinka. Lisbon Fashion Week, o którym mowa, odbywa się nad samym oceanem, pod skwierczącym słońcem – więc tydzień to za mało. Oprócz miliona zabawnych zakulisowych sytuacji podziwiasz świetne kolekcje, wyłapujesz nowe trendy, obserwujesz ludzi, style i zachowania. Każdy szanujący się fashionista musi tam być. Po czterech dniach modowej uczty i zaledwie kilku godzinach snu powoli zbierasz się do domu. Pakujesz się i opuszczasz pokój pięciogwiazdkowego hotelu. Wizytówki różnych ludzi znajdujesz w najdziwniejszych miejscach jeszcze jakiś czas po powrocie. Jedyne, co ci zostało, to godziny spędzone nad tysiącami zdjęć. Byle do następnego Tygodnia. Vitor Przeuroczy Brazylijczyk zainspirowany ateńskimi zamieszkami z grudnia zeszłego roku stworzył ciekawą kolekcję dryfującą między konceptualizmem a formalizmem. Między symboliką rewolucji, strojami starożytnych Greków a… koktajlami Mołotowa. Mieszanka wybuchowa?

32

moda

m


Adidas Originals Kolekcja Adidasa to miks kilku różnych tendencji. Gra odwołaniami do lat 90. czy ikonicznymi symbolami (jak chociażby kultowe vespy) sprawia, że dziś Adidasa traktuje się również jako pełnoprawną markę modową, a nie tylko sportową.

Adidas Originals sportowy luz zgodnie z trendami

Lara Torres Poszukiwanie trójwymiarowych struktur, kawałków, które tworzą przestrzeń dookoła ciała. Ta kolekcja określa zależności między człowiekiem, ubraniem a otaczającym go światem. Totalna interakcja.

33

moda

m


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Piraci z

internetu tekst | Maciek Piasecki

ilustracje | BASIA MAREK

Nicolas Sarkozy postanowił ukrócić bezczelne harce empetrójki. Brytyjski parlament ograniczył internetową anarchię ustawą. Kazik Staszewski wydał oświadczenie, że piractwo to zbrodnia. Zwolennicy demokratycznego dostępu do kultury rosną w polityczną siłę. Korporacje nie dają za wygraną. Podziel się muzyką w internecie? I kto dziś, dziesięć lat po Napsterze, naprawdę okrada muzyków? Węszymy spiski.

„Gry, programy, muzyka!” – mogliśmy jeszcze nie tak dawno temu usłyszeć na każdym bazarku. Pod prowizoryczną ladą, przykryte warstwą majtek i skarpetek chińskiego pochodzenia, leżały przeboje Michaela Jacksona, 2Unlimited oraz De Mono – i wszystko za 15 złotych! Straganiarka Bożena odeszła jednak z branży muzycznej, kiedy naród wyposażony w stałe łącza i nagrywarki zaczął zajmować się piractwem na własną rękę. Wyrzuty sumienia czy odpowiednie przepisy nie istniały, a sześciogigabajtowe dyski twarde zapełniały się plikami w najnowszym formacie o tajemniczej nazwie mp3. Na początku był Napster, ale załatwił go perkusista Metalliki. Dwaj informatycy chcieli w prosty i szybki sposób wymieniać się muzyką. Stare sposoby – grupy dyskusyjne na Ircu i Usenecie – dawały co prawda możliwość wymiany, ale określenia „prosty” i „szybki” raczej do nich nie pasowały. Studenci stworzyli zatem pierwszą sieć opartą na przesyłaniu plików między pojedynczymi użytkownikami (p2p albo peer to peer, czyli „między kolegami”). Świat wielkiej muzyki traktował wówczas internet jako zabawkę dla pryszczatych nastolatków, takie bardziej skomplikowane Super Nintendo. Wytwórnie nawet nie zauważyły, kiedy Napster odpowiadał za ponad połowę wykorzystywanego w światowej sieci transferu. Ale kiedy Lars Ulrich usłyszał w radiu najnowszy singiel Metalliki na kilka tygodni przed premierą (oczywiście didżeje ściągnęli go z Napstera), rozpoczął się trwający do dziś konflikt artystów z piratami. Sam Ulrich przyznał, że gdy wytaczał proces sądowy Napsterowi, nie wiedział zbyt wiele o internecie. Historia zachichotała, gdy w marcu tego roku perkusista ściągnął nielegalnie z sieci „Death Magnetic”, ostatni album swojego zespołu.

34

ZJAWISKO

Z


startuje sklep itunes. światowa sprzedaż płyt cd zaczyna się stopniowo kurczyć. ale mimo sukcesu itunes i goniącego go amazona legalna cyfrowa dystrybucja muzyki to tylko pięć procent ściągnięć, reszta to wciąż piractwo

A co z Polską? Jest rok 2000. Andrzej Wajda dostaje Oscara, Aleksander Kwaśniewski wygrywa wybory, kończy się produkcja Fiata 126p. Do prawników Metalliki dołączyli właśnie radcy Madonny i Dr. Dre. Napster nie miał z nimi szans, ale wytyczył drogę kolejnym serwisom opartym na modelu p2p. Kazaa, eDonkey, Bearshare – nielegalne serwisy wyrastały jak grzyby po deszczu. Dziś mało kto o nich pamięta, chyba że za sprawą zjedzonych przez wirusy danych. Oprócz upragnionej muzyki, na twardych dyskach lądowało mnóstwo koni trojańskich (rodzaj wirusa) i programów szpiegowskich. A ile to razy najnowszy odcinek „South Parku” okazywał się być w rzeczywistości filmem z serii „Sekretarka i jej czterech szefów” (niektórym to nie przeszkadzało...)! A Napster? Zabiła go kara w wysokości 36 milionów dolarów. Marka i logo zostały sprzedane, a wskrzeszony pionier internetowego piractwa działa do dzisiaj, już jako płatny i w pełni legalny serwis. Podobnie skończyła zresztą Kazaa. I dalej. Rok 2003, Polska wchodzi do Unii Europejskiej, Amerykanie atakują Irak, rusza serwis The Pirate Bay. Na serwerach Zatoki Piratów nie ma żadnego nielegalnego pliku. Serwis pomaga łączyć się użytkownikom między sobą przez sieć BitTorrent, za pomocą której wymieniają się plikami. Czyli w teorii jego twórcy mają czyste ręce. Ale internetowy horyzont prezentuje się zupełnie inaczej niż parę lat wcześniej. Nagle okazało się, że przez sieć można sprzedawać legalną muzykę. Startuje sklep iTunes (obecnie odpowiedzialny za połowę legalnego rynku muzycznego w sieci), w którym za dolara można zaopatrzyć się w dowolny kawałek z obszernego

katalogu. Od tego momentu światowa sprzedaż płyt CD zaczyna się stopniowo kurczyć. Ale mimo sukcesu iTunes i goniącego go Amazona legalna cyfrowa dystrybucja muzyki to tylko pięć procent ściągnięć, reszta to wciąż piractwo. Przełom lat 2008/2009. Media trąbią o kryzysie gospodarczym, Grzegorz Lato zostaje prezesem PZPN, upadają kolejne sklepy muzyczne, somalijscy piraci panoszą się bezkarnie u brzegów Afryki. Ich koledzy z internetu mają się za to coraz gorzej. Włodarze europejskich państw zaczynają reagować na sygnały z rynku muzycznego. W Anglii wchodzi w życie ustawa Digital Britain (Cyfrowa Brytania), z zamiarami wprowadzenia podobnego prawa nosi się francuski prezydent, Nicolas Sarkozy. Co to oznacza dla przeciętnego ściągacza pirackich piosenek? Dostawcy internetu mogliby na przykład zablokować mu natychmiast dostęp do sieci. Zdania wśród samych muzyków są na ten temat podzielone. Trudno nie zgodzić się z Paulem McCartneyem: „Kiedy wsiadasz do autobusu, powinieneś zapłacić za bilet. Młode kapele z jednym hitem mogą wyżyć tylko dzięki niemu. Trochę szkoda, gdyby nigdy nie zobaczyły za niego pieniędzy”. Innego zdania są muzycy występującej u nas niedawno formacji Groove Armada: „Muzyka jest darmowa. Nie ma co z tym walczyć, dżin dawno uciekł z butelki. Żyjemy w bardzo ekscytujących czasach, trzeba się z tego cieszyć i umieć przystosować. My zaczęliśmy traktować nagrania jako promocję dla koncertów, nie na odwrót”. Parę miesięcy wcześniej Groove Armada udostępnili swoją EP-kę w sieci za darmo, dołączając do grup takich jak Radiohead czy Nine Inch Nails.

35

ZJAWISKO

Z


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Ale nieodpłatne udostępnianie swojej muzyki to jedno, piractwo to drugie. A korsarska łajba przyjęła właśnie na burtę kolejną salwę ze strony wielkich koncernów muzycznych. Tegoroczny finał procesu twórców The Pirate Bay budził wypieki na twarzach nie tylko wiernych użytkowników serwisu. Werdykt szwedzkiego sądu miał określić przyszłość samej Zatoki Piratów, a do tego także stosunek Temidy do łamania prawa autorskiego w internecie. Serwis wydawał się niezatapialny – w 2006 roku po najeździe policji na główną siedzibę, pozbawiony serwerów i sprzętu, wrócił do normalnego działania w ciągu zaledwie paru godzin. Spektakularne akcje, takie jak próba zakupu prywatnego mikropaństwa – Sealandii – tylko dowodziły zuchwałości jego właścicieli. Czwórka przyjaciół do ostatnich chwil była pewna zwycięstwa. Zrzedły im miny, gdy usłyszeli wyrok – trzy miliony dolarów odszkodowania i po roku więzienia na głowę.

Kiedy piszę te słowa, pół roku po wydaniu wyroku, The Pirate Bay już nie funkcjonuje. Ale czy 22 miliony użytkowników od teraz zaczną masowo kupować muzykę? Prędzej przestaną jej słuchać w ogóle, bo stary system dostępu do kultury im nie odpowiada. W wyniku procesu szwedzka frakcja domagającej się wolnego dostępu do dóbr kultury, międzynarodowej Partii Piratów podwoiła liczbę członków, stając się trzecią (!) największą siłą polityczną w kraju (w wyborach do Europarlamentu zyskała siedem procent głosów, zatem jeden z eurodeputowanych jest najprawdziwszym piratem). Nadzieja na dogadanie się internautów z wytwórniami i artystami może leżeć w serwisach oferujących darmową muzykę w zamian za odsłuchiwanie reklam – jak Spotify, Deezer albo Grooveshark. Ten pierwszy dostał nawet od brytyjskiego „Guardiana” etykietkę „muzycznego Fair Trade” (produkty Fair Trade są dystrybuowane z poszanowaniem interesu producentów). W świetle ostatnich doniesień (wielkiej czwórce firm płytowych – Sony, EMI, Warner Bros. i Universal – udało się za bezcen kupić spore udziały w firmie i to one, a nie wykonawcy, będą czerpać większość zysków z reklam) może się jednak okazać, że okradaniem artystów zajmą się nie George, Sven i Jurek, ale międzynarodowe korporacje. Wtedy będzie już potrzebny bunt na pokładzie.

itunes już nadszarpnął sprzedaŻ fizycznych nośników z muzyką. czy spotify pogrąży ją zupełnie? serwis – do tej pory oferujący jedynie darmowy, ale przerywany reklamami odsłuch muzyki – od niedawna proponuje swoim użytkownikom odpłatną możliwość pobrania określonej liczby nagrań. ci, którzy wykupią taką subskrypcję, mogą ściągać muzykę na dyski twarde i ipody i słuchać jej (już bez reklam) offline. dostęp do nagrań wygasa wraz z upłynięciem subskryppcji

36

ZJAWISKO

Z


PRZEPIĘKNA KOBIETA O WSPANIAŁYM GŁOSIE


Wylęgarnia

socjopatów tekst | Tomek Cegielski

ilustracje | www.4chan.org

Są w internecie miejsca, których żadna osoba z przeciętnym poczuciem człowieczeństwa i wrażliwości nie chciałaby odwiedzać. Konsekwencją może być zwrócenie obiadu, skok ciśnienia, a w najgorszym wypadku utrata wiary w ludzkość. Jednym z takich miejsc jest forum obrazkowe o niewiele mówiącej nazwie 4Chan – bijące rekordy odwiedzin.

Czym się różni zwykły internauta od 4Chanowca? Odpowiedź na obrazkach obok

4Chan to zwykłe forum obrazkowe typu imageboard o bardzo prostej strukturze. Użytkownicy anonimowo umieszczają na nim zdjęcia i komentują je. 4Chan został założony w 2003 roku przez Christophera „Moota” Poole’a, wówczas zaledwie 15-latka. Początkowo forum miało służyć do wymiany poglądów na temat anime – na wzór 2chan.net (stąd obecna nazwa). Z czasem 4Chan zaczął przybierać na objętości i po krótkim czasie ze swoimi pierwotnymi założeniami miał już niewiele wspólnego. Portal podzielony został na poszczególne kategorie, z których zdecydowanie najpopularniejszą stał się dział o nazwie /b/. /b/, czyli random – przypadkowe. Forum to zgromadziło bardzo specyficzną grupę ludzi, którzy odrzucając jakiekolwiek wartości moralne, religijne czy etyczne, zaczęli na przykład wymieniać się ostrą pornografią, działać na szkodę innych (akcje spamerskie i hakerskie), przy okazji komentując rzeczywistość. Żarty z ludzi kalekich, głodujących, niedorozwiniętych, z Żydów, czarnoskórych, z kleru, homoseksualistów, Arabów, ataków terrorystycznych to chleb powszedni 4chanowców. Forum przerodziło się w najgorszy internetowy śmietnik, na którym można znaleźć zarówno zdjęcie zamordowanej i zgwałconej sześciolatki, jak i kopulujące ze sobą pokemony. Mimo że zamieszczana treść dla każdej nawet mocno zdystansowanej osoby była bulwersująca, to specyfika 4Chana sprawiła, że swoim totalnym zezwierzęceniem zaraża nowych użytkowników, wchłaniając

ich w swoje wielkie ciało. Osoby protestujące przeciw 4Chanowym zwyczajom nie są akceptowane przez forumową społeczność, normalność jest tutaj karana. Wypływając na wody tego forum, ryzykujemy totalne wyjałowienie emocjonalne i dołączenie do grona tak zwanych „/b/tardów” (parafraza angielskiego słowa „retard” – niedorozwój) – czyli użytkowników /b/. Mimo że 4Chan kojarzy się głównie ze zdjęciami fekaliów i hard porno, jego użytkownicy są autorami prawdopodobnie największej ilości memów (motywy wymieniane między internautami) w internecie. Do tych najbardziej popularnych możemy zaliczyć Pedobeara – misia pedofila, który doczekał się wielu fanowskich stron. Lolcaty – czyli zdjęcia kotów ze śmiesznymi podpisami – na 4Chanie pojawiły się w 2005 roku, dwa lata później powstała strona icanhascheezburger.com w całości poświęcona lolcatom.

38

niesmaczne i głupie czy może jednak – tak jak widzi to brytysjki dziennik „the guardian” – błyskotliwe, ale niepokojące? nieetyczny dowcip, na który należy jak najszybciej znaleźć odpowiedni paragraf? a może zdrowy dystans w czasach wymuszonej poprawności? tu nie ma zgodności, bo o ile kotki śmieszą powszechnie, o tyle seksualne dewiacje wymagają humoru raczej ekskluzywnego. 4chan podzielił nie tylko internet

zjawisko

z


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Miś pedofil, czyli wymyślony przez 4Chanowców Pedobear

Dziennie odwiedza ją półtora miliona użytkowników, a jej pierwszy właściciel odsprzedał ją za dwa miliony dolarów. Równie popularnym memem stała się gra we wpychanie znajomym linków z YouTube z piosenką Ricka Astleya – „Never Gonna Give You Up”. Do tej pory nabrało się już ponad 20 milionów osób. Podobnie było z inną spopularyzowaną przez 4Chan piosenką – „Chocolate Rain”, którą odsłuchano już 42 miliony razy. Liczby te uzmysławiają, jak potężną machiną jest forum, jakie pieniądze już wygenerowało i jaki potencjał w nim siedzi. /b/tardzi nie są zamkniętą społecznością, która kisi się we własnym chorym sosie – mają ogromny wpływ na popkulturę, nawet tę pozainternetową. Dowodem może być plebiscyt magazynu „Time” na najbardziej wpływową osobę roku 2008. 4Chanowcy złamali wszystkie zabezpieczenia i sfingowali wyniki. W ten sposób według magazynu „Time” najbardziej wpływowym człowiekiem roku 2008 został założyciel 4Chana, Moot, wyprzedzając Baracka Obamę, Władimira Putina czy Nicolasa Sarkozy’ego. Tego typu hakerskie ataki zdarzają się użytkownikom /b/ bardzo często. Te najbardziej znane to pornday – dzień, w którym zaspamowano YouTube filmami pornograficznymi, atak na Twittera nazwany „operation shitter” czy też akcja wykradania haseł na katolickich portalach randkowych. 4Chanowcy wykradali hasła użytkownikom, po czym wstawiali na ich konta zdjęcia pornograficzne, pisali do znajomych wiadomości, w których na przykład rozważali samobójstwo. Za największe osiągniecie uważa się jednak incydent, w którym /b/tardzi wykradli hasło do skrzynki pocztowej znanej amerykańskiej polityk, Sary Palin, w której Palin trzymała wiele służbowych informacji. Wówczas całą sprawą zainteresowało się FBI. Wszystkie te akcje sprawiły, że portale internetowe boją się maniaków z /b/, ponieważ nie mają oni skrupułów, są bardzo liczni, a do tego posiadają rozległą wiedzę dotyczącą komputerów i sieci. I lubią z tej wiedzy korzystać w destrukcyjny sposób. Lista szkód wyrządzonych przez użytkowników 4Chan z pewnością jest bardzo długa. Odarli niejedną osobę z godności, przyczynili się do sporych strat finansowych wielu korporacji, namawiali wiele załamanych osób do popełnienia samobójstwa. Może powinno się ich po prostu zamknąć? Gdy Moot w rozmowie z „New York Timesem” został zapytany, dlaczego na 4Chanie panuje tak duża akceptacja dla treści pedofilskich, odpowiedział: „To społeczność ustala swoje własne standardy”. Forum jest skrajnie liberalne i prawdopodobnie stąd wynika jego popularność. Skoro forumowicze tolerują siebie nawzajem, dlaczego my mamy nie tolerować ich społeczności, jak bardzo skrzywiona by się nam nie wydawała? Można tego zakazać, tylko co to zmieni? Zresztą 4Chan to doskonały materiał badawczy pod względem socjologicznym. Anonimowość i brak zasad sprawiają, że ludzie zapominają o jakichkolwiek ograniczeniach obyczajowych czy etycznych. 4Chan nie jest jednak społecznością jednolitą, skonsolidowaną. Dochodzi tu do ciągłych sporów międzynarodowych czy światopoglądowych. Niektórzy wypowiadają się na nim jedynie, by zdobyć darmowe porno, inni piszą, żaląc się na życie, jeszcze inni po prostu spamują. 4Chan można porównać do tykającej bomby zegarowej, która co jakiś czas wybucha, wyrządzając mniejsze lub większe szkody. Ale i – powiedzmy sobie szczerze – dając sporo rozrywki.

mamy takich internautów, na jakich zasługujemy? gdy moot w rozmowie z „new york timesem” został zapytany, dlaczego na 4chanie panuje taka duża akceptacja dla treści pedofilskich, odpowiedział: „to społeczność ustala swoje własne standardy”

Czytaj też na www.hiro.pl

39

zjawisko

Z


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

40

komiks

k


tekst | Bartosz Sztybor

ilustracje | Marek Oleksicki

W 2004 roku zadebiutował na polskim rynku albumem „Odmieniec”. Pięć lat później doczekał się drugiego debiutu, tym razem na rynku amerykańskim. To tam narysował komiks „Frankenstein’s Womb” do scenariusza słynnego Warrena Ellisa. Jest jednym z najlepszych polskich rysowników i jednym z niewielu, którzy zrobili karierę w kraju dziwnej polityki wizowej i prezydentów niesłusznie dostających Nagrodę Nobla. Przede wszystkim jednak Marek Oleksicki jest jedynym tak niesamowicie skromnym twórcą, choć być nie powinien. Niedawno zadebiutowałeś na amerykańskim rynku komiksem „Frankenstein’s Womb” do scenariusza Warrena Ellisa. Marzenia się spełniły? Cieszę się, że to debiut z Warrenem Ellisem. To na pewno ma duże znaczenie. Praca nad komiksem trwała dość długo. Emocje opadły. Jakoś nie odczuwam czegoś szczególnego w związku z tym. Może dlatego, że ja jestem tutaj, wydawca i scenarzysta – tam, miałem z nimi jedynie kontakt mailowy. Poza tym mam kolejne komiksy na głowie, trzeba brać się za robotę. Mówisz, że emocje opadły, że nie odczuwasz niczego szczególnego. Ale przecież awansowałeś jako twórca. Wydajesz w Ameryce. Każdy komiksiarz o tym marzy. Wiesz, ja naprawdę się cieszę. Tylko to dopiero początek. Ja sam chciałbym być zadowolony z tego, co zrobię, a niestety rzadko tak bywa. Jest tak, że dopiero po jakimś czasie potrafię docenić swoje rysunki.

Odnośnie zadowolenia – „Frankenstein’s Womb” zbiera w Stanach mieszane recenzje. Ty we wszystkich jesteś wychwalany, za to scenarzysta głównie krytykowany. Uważasz, że słusznie go krytykują, czy będziesz bronił Ellisa? Będę bronił Ellisa. Bo wszyscy oczekiwali po tym komiksie hardkorowej, pokręconej jatki w stylu Ellisa. Wyszło coś zupełnie innego. Ja na początku miałem mieszane uczucia. Scenariusz dostawałem partiami i nie wiedziałem, jak się skończy komiks. Ale po kilkukrotnym przeczytaniu wczułem się w ten klimat. To coś kameralnego, subtelnego, łatwo przeoczyć ten komiks w nawale superbohaterskich historii.

marek oleksicki – rysownik, autor „odmieńca”, współtwórca „ursynowskiej specgrupy od rozwałki”. swoje prace pokazywał na wystawach na całym świecie

41

komiks

k


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Albumem „Frankenstein’s Womb” Marek Oleksicki debiutuje na amerykańskim rynku

Ellis skomentował jakoś twoją pracę? Wysłał ci laurkę: „Marek, jesteś zajebisty”? Nie. Pewnie się boi kontaktować z dzikusem ze Wschodu. Ale przecież zagraniczna kariera tego dzikusa ze Wschodu nabrała rozpędu. Robisz teraz kolejne komiksy dla Amerykanów, prawda? Prawda. Następny komiks dla Avatar Press to „Skin Trade” na podstawie opowiadania George’a R.R. Martina oraz „28 dni później” dla Boom! Studios. „Skin Trade” to taki noir z wilkołakami. Są tam elementy i horroru, i kryminału. Ma to być czteroczęściowa miniseria. Natomiast „28 dni później” to – jak pewnie wszystkim wiadomo – komiksowa adaptacja słynnego horroru pod tym samym tytułem. Jeśli chodzi o fabułę, to będzie to kontynuacja historii Seleny z filmu Danny’ego Boyle’a. Czyli idziesz jak burza. Będziesz wkrótce tamtejszą gwiazdą? A może już jesteś? Ja tylko rysuję. Nie ma co przesadzać, to dopiero pierwszy komiks. To olbrzymi rynek, jest tam naprawdę mnóstwo utalentowanych twórców... Ale jesteś typem twórcy, któremu marzą się wielkie plakaty ze swoim nazwiskiem, setki fanów przychodzących po autografy na konwentach, długie czerwone dywany? Czy może takim, który chciałby mieszkać w skromnej chatce w lesie i czasami zapolować sobie na jastrzębia? Nie wiem. Raczej chciałbym robić jeden komiks na rok i żyć z tego przez trzy lata w tej chatce w lesie. No właśnie, chciałbyś utrzymywać się z robienia komiksów. Wydawanie w Stanach daje ci taką możliwość? Na razie nie, ale to i tak o wiele lepsze pieniądze, niż dostałbym za komiks w Polsce. Ja w tej chwili rysuję dla małych amerykańskich wydawnictw. Mam nadzieję, że uda mi się zrobić coś dla tych kolosów, czyli Marvela albo DC. Ale jednak robisz dla Amerykanów, do czego dąży wielu polskich twórców. Jak myślisz, dlaczego tak mało Polaków pracuje dla amerykańskich wydawnictw? W czyim podejściu tkwi problem? Nie wiem, mamy mnóstwo świetnych artystów. Naprawdę ciężko powiedzieć, może ludzie nie wierzą we własne możliwości? Może im się nie chce próbować? Może to też kwestia specyficznego rynku amerykańskiego. Specyficznego? Nie każdy styl zostanie zauważony czy doceniony. Twój został, więc może opowiedz, jak u ciebie wyglądała ta droga do kontraktu z wydawnictwem Avatar? Po prostu rozesłałem maila z cyfrowym portfolio do kilku wydawnictw, które akceptowały takie portfolia. Te większe – jak DC, Marvel,

Vertigo, Dark Horse – akceptują tylko portfolia na żywo, to znaczy wydruki plansz. Tak więc wysłałem do kilku mniejszych wydawnictw plik PDF z pracami i po jakimś czasie dostałem odpowiedź, a zaraz potem propozycję współpracy od wydawnictwa Avatar. Na co dzień robisz rzeczy dla agencji reklamowych. Czy robienie komiksów dla Amerykanów – przynajmniej na tym etapie – też jest takim zleceniem? To twórcza praca czy jednak odtwórcze rzemiosło? To zależy od projektu. Przy „Frankenstein’s Womb” miałem dużo swobody, mogłem pokombinować. Generalnie jest to zlecenie, ale nie jestem ograniczony twórczo. Wszystko zależy od artysty, jak on sam podejdzie do tematu. Wydawca decyduje się na rysownika po obejrzeniu jego twórczości, więc wie mniej więcej, czego się spodziewać. A masz cały czas ochotę zrobić coś swojego? Coś autorskiego? Tak, oczywiście. Ale potrzebuję scenarzysty. Nie boisz się, że praca dla Avatar Press, dla agencji tak cię pochłonie, że obudzisz się za 20 lat i zobaczysz, że jedyna rzecz, do jakiej czujesz szczery sentyment, to twój debiutancki „Odmieniec”? Ja nie czuję się jakimś wielkim artystą. Nie wiem, co miałbym jeszcze w życiu zrobić niesamowitego. Mam nadzieję, że wyjdzie tak spontanicznie... że ja nawet się nie zorientuję, że to, co właśnie zrobiłem, to coś naprawdę wielkiego... Marek, jesteś taki spokojny, stonowany. Skromny. Powiedz szczerze, jesteś zajebisty? Miałem niedawno propozycję z Tokyopop, chodziło o komiks na podstawie filmu, który powstał na podstawie komiksu „The Priest”. To w oryginale była amerykańska manga, ale wydawca chciał zrobić z tego taki mainstreamowy realistyczny komiks. Niestety, byłem już umówiony z Avatar Press i Boom! Studios, a terminy były ciasne, musiałem odmówić. Nie uciekaj od pytania. Jesteś czy nie jesteś? Jak udzielałem wywiadu do portalu Kult24, to coś tam wspomniałem, że mógłbym rysować wszystko. W sensie, że do każdego scenariusza albo na każdy temat. A koleś umieścił to w tytule wywiadu: „Wywiad z rysownikiem Markiem Oleksickim – Mogę narysować wszystko”. A ja do niego: „Stary, zmień to, ja tak nie mówiłem!”. A poważnie, to jestem dobry, ale nie najlepszy. No i co? Chcesz, żebym zatytułował ten wywiad: „Jestem dobry, ale nie najlepszy”? To się nie sprzeda. No to może, że chcę być najlepszy?

Czytaj też na www.hiro.pl

42

komiks

k


Wszyscy oczekiwali hardkorowej, pokręconej jatki

43

komiks

k


RECENZJE MUZYka

PŁYTY HIRO

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

HIRO

Świeże

Kucz / Kulka „Sleepwalk” Jazzboy 8/10

Przywiązany do elektronicznej tradycji specjalista od abstrakcyjnych przestrzeni i dziewczyna, która bezczelnie zaciera granice między tym co popowe, a tym co offowe, wprowadzając na schematyczny polski rynek szeroko pojętą piosenkę autorską? Tu się tylko pozornie kłócą jakieś wizje i postawy. Para nie do pary to koniec końców duet doskonały. Bo jeśli drażni nadmiernie obciążająca popową piosenkę teatralna, manieryczna ekspresja solowych płyt Gaby Kulki – na „Sleepwalk” idealnie uzupełnia ją ilustracyjna, niemal filmowa muzyka Konrada Kucza, w świetnych proporcjach, więc znika niewygodne poczucie nadmiaru. Jeśli Kucz to twórca zbyt hermetyczny – Kulka przyda konkretu, bo świetnie czuje melodie. On plastycznie komponuje, ona plastycznie śpiewa. Spod trzasków i szumów słychać klasyków Motown, tu i tam puszczą oko pstrokatym wodewilem. W potencjalne przeboje przekuwa to wszystko dopieszczona, miękka produkcja. Duszno od wrażeń? To prawda, że na „Sleepwalk” dzieje się dużo, ale dzieje się konsekwentnie i tak, by nie zmęczyć. To pop, ale niegłupi, przemyślany, zaplanowany – daleki od taśmowej produkcji pod playlisty. Do tego przebojowy w ten rzadki, kulturalny, nienatarczywy sposób. Pogodzi tych, co w muzyce szukają złożonych historii, i tych, co myślą singlami. Angelika Kucińska

Pytanie w dzisiejszym konkursie brzmi: jaki zespół udają Editors na trzeciej płycie? Dla ułatwienia dodam, że na dwóch poprzednich pozowali albo na mniej ponure Joy Division, albo na bardziej artystowski Interpol. Kolejna podpowiedź: tym razem Editorsi niemal zupełnie zrezygnowali z brzmienia gitar na rzecz instrumentów klawiszowych – i nie mam tu na myśli nastrojowego pianinka przewijającego się przez „An End Has a Start”. Zgodnie z nowym trendem (poddała mu się nawet rodzima Chylińska!), proste rockowe brzmienie z wcześniejszych albumów musiało ustąpić miejsca muzyce obliczonej przez procesory. Ten materiał mogłoby nagrać a-ha, gdyby tylko ich wokalista dostał ciężkiej chrypy. To miała być najbardziej surowa płyta Editorsów – w konsekwencji bije od niej emocjonalny chłód. „The EDITORS Racing Rats” i „Smokers Outside the Hospital Doors” mimo całej „Is This Light and On This Evening” pretensjonalności potrafiły wywołać ciarki, sterylne kompozycje PIAS / ISOUND z „Is This Light...” nie budzą prawie żadnych uczuć. Maciek Piasecki 4/10

MAYER HAWTHORNE „A Strange Arrangement” Stones Throw / Sonic 5/10

Gdyby karnacja Mayera Hawthorne’a była o kilka tonów ciemniejsza, to nawet Mark Ronson nie zwróciłby uwagi na jego debiutancki album, „A Strange Arrangement”. Pochodzący z okolic Detroit Hawthorne nigdy nie ukrywał, że pierwsze kroki stawiał przy dźwiękach r’n’b, a Curtis Mayfield to dla niego legenda. Mayer jako wytrawny producent sam zatroszczył się o soulową estetykę materiału. Efekt? Płyta równie dobrze mogłaby powstać ćwierć wieku temu pod szyldem Motown albo Stax. Urocze melodie, banalne teksty i arsenał żywych instrumentów – to wszystko świetnie wyprodukowane i opakowane w stylowy vintage. Choć nie sposób odmówić Hawthorne’owi umiejętności technicznych, byłoby wielce nie w porządku darować mu brak klasy i twórczy oportunizm. Zamiast tracić czas na lśniące fałszywki, sięgnijcie po zakurzoną klasykę. Agnieszka Wróbel

64,99 PLN

Pete Yorn / Scarlett Johansson „Break Up” Warner 7/10 Zeszłorocznemu debiutowi fonograficznemu Scarlett Johansson nie pomogła nawet opieka dwóch Davidów – Sitka z TV On The Radio i samego Bowiego. Pospieszyli się jednak ci, którzy wtedy zwątpili w muzyczny potencjał aktorki. Na nowej płycie towarzyszy jej amerykański songwriter, Pete Yorn. Bo co z tego, że Scarlett nie ma głosu? Historia muzyki zna co najmniej kilkoro ważnych artystów bez talentu. Dużo zależy od repertuaru i pomysłu, który na „Break Up” jest prosty, ale działa: zamiast przykrywać niedostatki głosu syntezatorem, wystarczą gitara i drugi głos, z którym można dyskutować (jak niegdyś u Gainsbourga). Plus: dobre kompozycje i radość śpiewania. Skromne, ale urocze. Adam Kruk

44

recenzje

R


36,99 PLN

MIKA „The Boy Who Knew Too Much” Universal 3/10

INDIGO TREE „Lullabies of Love and Death” Ampersand 9/10

SIMIAN MOBILE DISCO „Temporary Pleasure” Wichita / Universal 6/10

Kiedy debiutował, wydawało się, że wyrósł nam Freddie Mercury w krótkich portkach. Mika eksplodował przebojami i energią wynikającą ze skrzyżowania kultur (pochodzi z Libanu, dorastał w Paryżu, karierę zrobił w Wielkiej Brytanii). Co stało się zatem, że jego nowa płyta tylko irytuje, i to nawet tych, którym tolerancja na kicz pozwoliła cieszyć się pierwszą? Na „The Boy Who Knew Too Much” Mika po prostu przedobrzył – to istne wesołe miasteczko. Tak wesołe, że aż smutne, tak słodkie, że mdli. Strawne są może jedynie „Rain” i „Toy Boy”. Choć album ten pozostaje jedynie podarować 12-letniej siostrze, nie należy jeszcze skreślać Miki. Bo chłopak ma autentyczny talent, który kiedyś może jeszcze wykorzystać gdzie indziej niż w cyrku. Adam Kruk

Chodziliście swego czasu na koncerty Pustek tylko/głównie dla eksbasisty i jego konferansjerki? No to piątka, bo ja też. Ale dopiero debiutancki album Indigo Tree uświadamia, jak smutny dla krajowej muzyki był ten dzień, kiedy Filip Zawada wziął i sobie poszedł (bądźmy precyzyjni – poświęcił się fotografii, rodzinie i niezmordowanej animacji życia kulturalnego Wrocławia). Ale jednak szczęście – bo chyłkiem i z dwoma równie zdolnymi kolegami przygotował płytę, która podważa sens rodzimego alternatywnego songwritingu. Nie umiesz tak dobrze, nie próbuj w ogóle. Indigo Tree to naturalna, bezpretensjonalna melodyka. To niewymuszone inspiracje klasycznie folkowymi kołysankami i nową psychodelią. I kameralny urok niedoskonałego lo-fi. Nic nowego, a coś innego. Angelika Kucińska

Kiedy jeden z dziennikarzy zapytał Peaches o powody producenckiego werbunku dwóch Jamesów do nagrywania „I Feel Cream”, Kanadyjka odparowała, że „zwarte i mocne brzmienie” Anglików po prostu idealnie pasowało jej do koncepcji nowej płyty. O ile trudno polemizować z Brzoskwinką, że mało kto robi tak wypaśne remiksy jak chłopaki z SMD, o tyle z tymi „masywnymi” przymiotnikami w kontekście „Temporary Pleasure” bym nie przesadzał. Wystarczy wsłuchać się w napakowane gęstym bitem „Tits & Acid” czy „Hustler” z debiutanckiego „Attack Decay Sustain Release”, przy których nowy album jawi się dość mięciutko. Ale sofciarstwo to w sumie żaden zarzut. Problem w tym, że odciążenie brzmienia nie przełożyło się na choćby jeden electropopowy hit. Trzecie oczko tylko za udane spożytkowanie potencjału Beth Ditto i Alexisa Taylora. Michał Karpa

tymon & the transistors „Bigos Heart” Biodro Records 6/10

MARIAH CAREY

„Memoirs of an Imperfect Angel” Island / Universal 7/10

Złe wieści dla amatorów weselnych przysmaków. Na „Bigos Heart” ciężko bowiem o przysłowiowe jaja. Brakuje muzycznych udziwnień, a teksty nie drążą pasjonujących zagadnień z zakresu elementarnych czynności fizjologicznych. Album ukazuje nowe, refleksyjne oblicze Tymona Tymańskiego – wspieranego przez Grzegorza Halamę i Leszka Możdżera. Choć panowie reprezentują skrajne opcje estetyczne, tworzą całkiem zgrany, wokalno-kompozytorski kolektyw i (o ironio) są przy tym śmiertelnie poważni. Dlaczego tak? Jak celnie zauważył sam zainteresowany: „Nie zawsze należy się prężyć, kołysać jajami i udawać stuprocentowego rockandrollowca”. Agnieszka Wróbel

Płyty Mariah z grubsza dzielą się na te, na których bezwstydnie goni za przebojowością, i takie, na których jej to wychodzi. Autorskie ambicje diwy, która nigdy nie kryła fascynacji klasycznym soulowym feelingiem, często przegrywały z jej jasno sprecyzowaną, komercyjną misją. Bo po pierwsze, Mariah Carey musi sprzedawać. Na szczęście raz na jakiś czas dziewczyna odpuszcza i nagrywa całość tak, jak chce. „Memoirs...” to ten trzeci przypadek. Choć produkcją zajęli się The-Dream i Tricky Stewart (ci od „Umbrelli”), to więcej tu Minnie Riperton niż Rihanny. Wypełniony zrelaksowanym, oldschoolowym r’n’b album ujawnia ciekawsze oblicze Marychy: już nie dmuchanej lali, a dojrzewającej kobiety, która nie musi za wiele udowadniać. Słucha się tego z przyjemnością, choć bez większej ekscytacji, bo siłą jest tu nastrój, a nie poszczególne kawałki. Singlowe „Obsessed” i fatalny cover „I Want to Know What Love Is” mają się nijak do reszty, która snuje się leniwie i powoli, powoli rośnie. Jan Mirosław

45

Kupuj z OneStep! Dzięki naszej współpracy z OneStep, już teraz możesz kupić prezentowane przez nas płyty, filmy, książki przez SMS -a. OneStep to innowacyjny system kupowania za pomocą SMS-a, obecny na polskim rynku od września. Wystarczy wysłać SMS z odpowiednim kodem zamieszczonym przy recenzji pod numer 70500. Przy pierwszym zamówieniu OneStep oddzwoni do ciebie, by potwierdzić szczegóły zamówienia i zarejestrować twoje dane. Przy każdym kolejnym zamówieniu otrzymasz SMS zwrotny z nazwą produktu i jego ceną. Poprawność zamówienia potwierdzasz SMS-em. Koszt dostawy to tylko 7 zł. Przy zamówieniu co najmniej dwóch produktów dostawa gratis. Za całość zapłacisz przy odbiorze przesyłki. OneStep – kupujesz SMS-em! Więcej informacji na www.one-step.pl

recenzje

R


RECENZJE FILM

HIRO FILMY HIRO

Świeże

DOM ZŁY

reż. Wojtek Smarzowski Premiera: 27 listopada 8/10 1982 rok, stan wojenny, zima, jakieś polskie zadupie. Porucznik Mróz prowadzi wizję lokalną w wiejskim gospodarstwie. Cztery lata wcześniej doszło tu do tragedii. Podejrzany o dokonanie wielokrotnego morderstwa Środoń bełkotliwie relacjonuje przebieg wydarzeń z feralnej nocy. Policjanci raz po raz wdają się w burdy, żłopią wódę, prokurator leży pijany w milicyjnej nysce, za oknem trzaska mróz. Nikt nie słucha zeznań – nikt prócz zahipnotyzowanych tą wizją widzów. Wojtek Smarzowski prowadzi akcję „Domu złego” dwutorowo. Przeplata wątek dochodzenia z retrospektywą libacji w przyszłym miejscu zbrodni – co chwilę dochodzi tu do narracyjnego salta. Chropowate to kino, pełne dziwnego napięcia. Nikt inny nie potrafi w tak bezwzględny sposób ukazywać prawdy o czasach przez pryzmat jednostek i ich połamanych życiorysów. Tutaj nie tylko PGR-owskie obejście utaplane jest w ohydnym błocku. W tym domu panuje bezprawie – nie ma dobra. Polska Ludowa to my – tacy byliśmy, jacy jesteśmy?

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Zrealizowane w 2004 roku „Wesele” porażało wspaniałą obsadą, świetną historią, społeczną alegorią. „Dom zły” jest niestety już nieco mniej udany. Apoteoza okrucieństwa wbija w fotel. Z drugiej strony, rodzi się pytanie, czemu ma to służyć. Zawodzą zdjęcia, doskwiera również brak konsekwencji w prowadzonej z offu narracji, która w pewnym momencie milknie. Co nie zmienia faktu, że film i tak robi wrażenie. Nie tylko na widzach. Na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni „Dom zły” zdobył nagrody za reżyserię, scenariusz i montaż. Pojawiły się porównania do „Ładunku 200” Bałabanowa i „Fargo” braci Coen. Słusznie – pod względem warsztatu, budowania klimatu i psychologicznej głębi Smarzowski to już klasa światowa. Zdawało się, że chaos królował u von Triera. Nie, tam to był zaledwie lekki nieporządek. Prawdziwy chaos rządzi u Smarzowskiego. Z tą różnicą, że zwierzęta zastąpiono ludźmi. Anna Serdiukow

Rewers

„Rewers” Borysa Lankosza przywraca wiarę nie tylko w polskie kino, ale również w rodzime scenariopisarstwo. Film, zrealizowany na podstawie tekstu Andrzeja Barta (autora głośnej „Fabryki muchołapek”), zachwyca precyzyjnie skonstruowaną, łączącą czarną komedię z dreszczowcem fabułą oraz błyskotliwymi dialogami. Film Lankosza to nie tylko dobra rozrywka, ale również udany portret czasu terroru stalinowskiego w Polsce – brawurowo opowiedziany, świetnie zagrany oraz zilustrowany wspaniałą jazzową muzyką Włodzimierza Pawlika.

foto | materiały promocyjne

reż. Borys Lankosz Premiera: 13 listopada 10/10 „Rewers” zrobił furorę na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie zdobył aż 11 nagród – w tym Złote Lwy. Wniosek jest prosty: tego tytułu nie można przegapić. Bohaterkami filmu, którego akcja rozgrywa się współcześnie i na początku lat 50., są trzy kobiety: Sabina (Agata Buzek) – niepewna siebie redaktorka działu poezji w dużym wydawnictwie, jej matka (Krystyna Janda) i babka (Anna Polony). Dwie ostatnie robią wszystko, by najmłodszą wydać za mąż, tyle że każdy z potencjalnych kandydatów do ręki Sabiny okazuje się niewypałem. Pewnego dnia w życiu Sabiny pojawia się zabójczo przystojny Bronisław (Marcin Dorociński). Mężczyzna ma wobec młodej kobiety poważne, a nawet bardzo poważne plany, ale ujawnienie tych zamiarów zmieni życie bohaterów.

Marcin Kamiński / Plejada.pl

46

RECENZJE

R


YES-MENI NAPRAWIAJĄ ŚWIAT

BIAŁA WSTĄŻKA

reż. Michael Haneke Premiera: 13 listopada 7/10 Michael Haneke jest nie tylko jednym z najwybitniejszych żyjących obecnie reżyserów, ale również jednym z największych intelektualistów współczesnego kina, który w swoich filmach szuka odpowiedzi na pytania godne filozofów. Jego uhonorowana w tym roku Złotą Palmą „Biała wstążka” to rozgrywająca się na początku ubiegłego wieku opowieść o mieszkańcach niemieckiej wsi. Ich spokój burzy seria niewyjaśnionych wypadków, których ofiarami padają między innymi lekarz i syn dziedzica. Sprawę bada miejscowy nauczyciel, a prywatne śledztwo prowadzi go do odkrycia przerażającej prawdy. W swoim najnowszym filmie Haneke pokazuje, jak niemiecki system edukacji przyczynił się do narodzin nazizmu. „Biała wstążka” to surowa w formie opowieść o tym, jak w imię lęku przed Bogiem i grzechem wychowano w Niemczech pokolenie ludzi, którzy doprowadzili do wybuchu II wojny światowej. Haneke łączy w swoim filmie elementy typowe dla kryminału, dramatu obyczajowego, a nawet melodramatu. Jednak mimo tej stylistycznej ekwilibrystyki „Biała wstążka” nie wywołuje u widzów takich emocji jak pamiętne „Funny Games”. To film ważny, udany i świetnie zagrany, ale w karierze Hanekego wcale nie najlepszy. Marcin Kamiński / Plejada.pl

BIAŁE SZALEŃSTWO

reż. Rune Denstad Langlo Premiera: 6 listopada 6/10

Skandynawowie słyną z dwóch rzeczy: trudności komunikacyjnych z resztą świata i umiejętności opowiadania o tych problemach w ciepły sposób. „Nord” (polski tytuł: „Białe szaleństwo”) doskonale to obrazuje. Jomar jest wyjątkowym ponurakiem cierpiącym na depresję. Kiedyś był sportowcem, teraz zaszył się na pustkowiu i odmawia kontaktu z otoczeniem. Pewnego dnia w jego kryjówce pojawia się duch z przeszłości, były najlepszy przyjaciel, który ukradł Jomarowi dziewczynę. Najpierw dają sobie po mordzie, potem siadają do wódki. A chwilę później okazuje się, że Jomar ma najprawdopodobniej syna na dalekiej północy. Ponurak wsiada na skuter śnieżny i z nieodłącznym zestawem: wódka i papierosy wyrusza w podróż w okolice bieguna. Na swojej drodze spotka takich jak on – wyrzuconych poza nawias, samotnych, pragnących kontaktu. Jeżeli ktoś jest miłośnikiem skandynawskiej kinematografii, wie, że historia zawarta w filmie Rune’a Denstada Langlo przerabiana była na różne sposoby już wielokrotnie. Ale obejrzeć i tak warto, bo filmy takie jak „Nord” ładują baterie na długo. Irmina Dąbrowska

walc z baszirem

Reż. Ari

Folman

Dokument animowany, DVD

foto | materiały promocyjne

10/10

26 wściekle ujadających psów stanowi klucz do zagadki, którą stara się rozwikłać bohater, a zarazem twórca filmu „Walc z Baszirem”, Ari Folman. Horda czworonogów nawiedza go nocą w koszmarach. Po przebudzeniu niepokój nie mija – mężczyznę dręczy przeczucie, że sen ma związek z jego wojenną przeszłością. Postanawia dotrzeć do tego, co być może wyparł z pamięci. Cofa się więc do wydarzeń, których był uczestnikiem 25 lat wcześniej, podczas pierwszej wojny w Libanie. „Walc z Baszirem” to zapis bardzo osobliwej podróży. Nie tylko w głąb intymnych przeżyć – to antywojenny manifest mówiący o bezsensie każdych działań zbrojnych. Z wojennej traumy nie

reż. Andy Bichlbaum, Mike Bonanno Premiera: 20 listopada 7/10 „Yes-Meni naprawiają świat” to zapis akcji, które przeprowadziło dwóch alterglobalistów – Andy Bichlbaum i Mike Bonanno. Podszywają się oni pod firmy i rządy i w ten sposób szukają moralności u kolosów przemysłowych oraz sprzeciwu w zwykłych ludziach. Tak jest w przypadku koncernu Dow Chemicals. Jego fabryki wiele lat temu doprowadziły do katastrofy ekologicznej w Indiach, na skutek której ucierpiały tysiące obywateli. Jeden z Yes-Menów podaje się za ich rzecznika i ogłasza na antenie BBC, że firma wypłaci wysokie odszkodowania ofiarom. Zrobienie w konia gigantów przemysłowych prowokuje śmiech, ale przede wszystkim każe się zastanowić, czy aby swoją obojętnością nie przyczyniamy się do akceptacji rozbuchanego kapitalizmu. Bichlbaum i Bonanno mnożą przykłady takich postępowań. Tak było w Nowym Orleanie po huraganie Katrina. Władze nie pozwalały wrócić ludziom do ocalałych domów. Najpierw trzeba było przecież wymyślić sposób na przyniesienie korzyści deweloperom z całego kraju. „Yes-Meni...” to nie tylko kino dla zagorzałych ekologów i alterglobalistów. To inny punkt widzenia, który powinniśmy przyjmować raz na jakiś czas – w odpowiednich proporcjach. Żeby widzieć wyraźniej. Irmina Dąbrowska

49,99 PLN

można się wydostać – bolesne wspomnienia wcześniej czy później powrócą. Na przykład takie: Ari Folman pewnej wrześniowej nocy 1982 roku jako żołnierz izraelskiej armii pomógł wymordować chrześcijańskiej milicji libańskiej trzy tysiące Palestyńczyków. Do dziś nie istniały materiały świadczące o tej rzezi. Folman udokumentował ją jako pierwszy, używając ryzykownych środków. Jednak mimo nadania autentycznym wydarzeniom animowanej oprawy, nie spłycił ani ich wymowy, ani wiarygodności czy siły rażenia. Oblicze wojny nabrało nowego, sugestywnego wymiaru. Bo choć bohater rozwikłał tajemnicę swojej przeszłości, 26 psów długo nie przestanie ujadać – przede wszystkim w głowach widzów. Anna Serdiukow

47

RECENZJE

R


RECENZJE KOMIks I KSIĄŻKA

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

HIRO książka komiks

HIRO

OPOWIEŚCI Z HRABSTWA ESSEX

Jeff Lemire

Timof Comics 10/10

Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy komiks może być dziełem sztuki, powinien sięgnąć po „Opowieści z hrabstwa Essex”. Nominowana do nagród Harveya i Eisnera monumentalna powieść graficzna Jeffa Lemire’a nikogo nie pozostawi obojętnym. Akcja komiksu rozgrywa się w fikcyjnym, aczkolwiek wzorowanym na kanadyjskim Ontario hrabstwie i opowiada historię jego mieszkańców, których losy splatają się na przestrzeni kilkudziesięciu lat (fabuła cofa się aż do 1917 roku). Bohaterami „Opowieści z hrabstwa Essex” są między innymi: zafascynowany komiksowymi superbohaterami chłopiec wychowywany przez samotnego wujka, dwaj bracia – niegdyś najlepsi przyjaciele – od 25 lat nieutrzymujący ze sobą kontaktu oraz samotna pielęgniarka, której praca sprawia, że na jaw wychodzą skrywane od dawna sekrety i tajemnice.

„Opowieści z hrabstwa Essex” to wspaniała i przemyślana historia o rodzinie, dojrzewaniu, a przede wszystkim samotności, z którą zmaga się każdy z bohaterów. Jeff Lemire precyzyjnie łączy ze sobą poszczególne wątki i postaci, tworząc wyjątkową sagę, w której rzeczywistość miesza się z fantazją. Komiks zwraca uwagę również stroną graficzną. Świadomie niedbałe i nieprzeładowane detalami rysunki Lemire’a doskonale współgrają z nostalgiczną i niewesołą fabułą. Wydany przez Timof Comics, liczący 512 stron album zbiera wszystkie historie składające się na „Opowieści z hrabstwa Essex”. Obok trzech rozbudowanych historii znalazły się w nim dwie krótsze oraz ciekawostki z szuflady autora. Rzecz nie jest tania, ale dla miłośników niebanalnych komiksów to pozycja obowiązkowa. Marcin Kamiński / Plejada.pl

99,00 PLN

WYŚLIJ SMS I KUP

TELEZNOWELA

Rafał Skarżycki

Wydawnictwo Prozami 7/10

„Co dalej?” – głowi się Miłosz, główny bohater debiutanckiej książki Rafała Skarżyckiego, wymyślając serialowe życiorysy i zapominając o własnym. Wymieszanie realu z telewizyjną fikcją implikuje szereg problemów w życiu scenarzysty. Ale w świecie współczesnych 30-latków nikt nie jest doskonały. Agata, dziewczyna Miłosza, po pierwszej kłótni odejdzie. Z kolei Julita i Andrzej będą trwać w spazmatycznym wysiłku zaplanowanej co do godziny prokreacji – miłość na akord to echo serialowej rzeczywistości, nad którą można zapanować, włączając i wyłączając telewizor. Dziecko jest silną potrzebą – ale przede wszystkim nosi znamiona egzystencjalnego remedium. Skarżycki pisze prostym, komunikatywnym językiem. „Teleznowela” ma niewymuszony klimat, miejscami poważny, ale nad całością dominują przewrotny humor i trafność życiowych spostrzeżeń. „Masz. Possij” – mówi ksiądz chodzący po kolędzie. Ha, mali dewianci – chodzi wyłącznie o pastylkę na ból gardła. Nim pohuśtam autorowi na koniec jajka już tak w zupełności (to też cytat z książki), napiszę tylko, że choć „Teleznowelę” czyta się jednym tchem, miejscami drażni jej dygresyjność, trudno się też pogodzić z finałową, serialową woltą. Choć z drugiej strony, to opowieść o życiu inspirowanym telewizją, więc niby jak ma być? Anna Serdiukow

48

RECENZJE

R


MĘŻCZYZNA, PRZEDMIOT POŻĄDANIA

Ralf König

Abiekt.pl 10/10

Ralf König od prawie 20 lat tworzy komiksy o gejach, które cieszą się ogromną popularnością u wszystkich czytelników, niezależnie od ich orientacji seksualnej, a w swoich rodzinnych Niemczech autor uchodzi niemal za wyrocznię w tej tematyce. Jego humorystyczne opowieści o dolach i niedolach homoseksualistów zostały przetłumaczone na 14 języków i na całym świecie sprzedały się do tej pory w nakładzie ponad pięciu milionów egzemplarzy. Album „Mężczyzna, przedmiot pożądania” należy do najpopularniejszych w karierze Königa, a w Niemczech doczekał się nawet ekranizacji z Tilem Schweigerem w roli głównej.

Bohaterem komiksu jest Axel – porzucony przez dziewczynę heteryk i niedoszły samobójca, który chcąc zapomnieć o dawnej miłości, trafia do środowiska gejów. Szybko przekonuje się, że na mężczyznach robi równie mocne wrażenie, co na kobietach, i nie może narzekać na brak zainteresowania swoją osobą. Wszyscy, którym do gustu przypadł wydany w ubiegłym roku „Konrad i Paul”, będą „Mężczyzną, przedmiotem pożądania” zachwyceni. Odnajdą tu bowiem wysokiej próby humor oraz charakterystyczne, karykaturalne rysunki czyniące albumy Königa jedynymi w swoim rodzaju. Marcin Kamiński / Plejada.pl

Torpedo

Enrique Sanchez Abuli / Alex Toth, Jordi Bernet

Taurus Media 8/10

„Moja praca polega na uciszaniu braci, dlatego nie wierzę w przypadki” – mawia Luca Torpedo, bohater jednej z najpopularniejszych hiszpańskich serii komiksowych, która niedawno trafiła do Polski. Luca jest zawodowym zabójcą. Jako nastolatek w latach 20. przybył z rodzinnej Sycylii do Stanów w poszukiwaniu lepszego życia. Jednak praca pucybuta, jaką mu zaoferowano, nie przypadła mu do gustu. Kiedy zabił pierwszego człowieka, zrozumiał, w czym jest dobry i z czego chce żyć. Historie o perypetiach Torpedo są brutalne, niekiedy okrutne, ale przede wszystkim trzymające w napięciu. Każda jest świetnie spuentowana i pełna czarnego humoru, a w scenariuszach Enrique Sancheza Abuli bez problemu można dostrzec nawiązania do twórczości takich mistrzów, jak Raymond Chandler czy Ross Macdonald. W tych mrocznych klimatach doskonale odnalazł się rysownik Jordi Bernet, współtwórca zdecydowanej większości opowieści o Torpedo. Jego surowa, minimalistyczna kreska, wyraźnie inspirowana kinem noir, to jeden z największych atutów serii. Marcin Kamiński / Plejada.pl

IBIKUS

Pascal Rabate

Egmont 7/10

Epicki komiks Pascala Rabate został oparty na książce Aleksieja Tołstoja, „Przygody Niewzorowa, czyli Ibikus”, rozliczającej się z emigracją rosyjską. Francuski twórca w swojej adaptacji nie skupił się jednak na społecznym i historycznym komentarzu, a na pierwszy plan wysunął opowieść o moralności i ciemnej stronie człowieka. „Ibikus” traktuje o ogromnej sile samospełniającego się proroctwa, o nieświadomym kreowaniu własnego losu i wyższości (wbrew temu, co uważa główna postać) zbiegu okoliczności nad przeznaczeniem. Powieść graficzna Rabate robi wrażenie przede wszystkim stroną wizualną (cudowne, ekspresyjne akwarelowe grafiki) oraz wielkim rozmachem, bo i ogromem postaci, i różnorodnością plenerów, i samą objętością komiksu. Czasami tylko brakuje płynności w narracji, przez co „Ibikus” wygląda jak zbiór niezwiązanych ze sobą epizodów z życia Symeona Niewzorowa. Jednak te zgrzyty i kilka fabularnych luk nie zmieniają faktu, że „Ibikus” to kawał świetnej historii. Bartosz Sztybor

99,00 PLN


RECENZJE teatr

HIRO TEATR

HIRO tekst | anna serdiukow

LIPIEC

Karolina Gruszka po rocznej separacji od tego, co oferował jej rodzimy rynek sztuki i kultury, powraca w wielkiej chwale i mistrzowskiej aktorskiej kreacji. Brzmi to dość obcesowo, ale takie są fakty. Nie dajcie się zwieść zgrzebnej sukni w kolorze kurtyny i zaczesanym włosom. Tak bez fajerwerków, tak bez makijażu? Tak. Gruszka wygrywa prostotą, ale wszystko to mało wobec jej zawodowej formy. W swoim aktorskim pokoleniu nie ma sobie równych. I tyle. „Lipiec” nie jest monologiem starszego mężczyzny. To monolog kobiety, która wykonuje tekst o 60-letnim mężczyźnie. Bardzo radykalny i bezkompromisowy. Brzmiący jak pośmiertne pożegnanie, jednak to epitafium zagrzewa do walki. O samego siebie, o każdego z nas – o to, co jeszcze gdzieś tam pozostało dobrego. Gruszka w swym wykonaniu imponuje niesłabnącą precyzją i rosyjskim zaśpiewem. Pokazuje emocje aktora, to, co się z nim dzieje podczas spektaklu. Taki dialog z publicznością mogą prowadzić tylko bardzo świadomi twórcy. Iwana Wyrypajewa tytułuje się nowym Dostojewskim, zaś o jego autorskich tekstach napisano, że są okrutne. „Lipiec” to jego pierwsza sztuka, która doczekała się polskiej premiery. I nie bez powodu pewnie w Teatrze na Woli, któremu przyświeca hasło „Wolna Wola”. „Niech będzie przeklęty parszywy lipiec, niech będzie przeklęty na wieki miesiąc lipiec” – padają w pewnym momencie słowa na scenie. Jest w tej formule coś magicznego, niczym zaklęcie. Niech będzie przeklęty zatem – odkąd raz zobaczy się ten spektakl, nie można się od niego uwolnić. Jego rytm, jego puls, jego szarlatańska melodyka zostają na zawsze. Po prostu trans. Teatr na Woli: 20.11., 21.11., 22.11., 23.11. godz. 19

foto | Jan Smaga

Tekst i reż. Iwan Wyrypajew 10/10

IWAN WYRYPAJEW o spektaklu „LIPIEC” Długo rozmawialiśmy z Karoliną Gruszką o tym, jak powinien wyglądać ten spektakl. W rezultacie postanowiliśmy, że główną rolę odegra w nim sam tekst. „Lipiec” zatem jest najważniejszym bohaterem tego przedstawienia. Ale nie chcę zbyt wiele mówić o tym, co jest ważne, na co należy zwrócić uwagę. To zawsze rodzi niepotrzebne oczekiwania. A interpretacja leży po stronie publiczności. Zrozumienie lub jego brak również. Zależy mi na teatrze, który rozmawia z widzem. Jeśli muszę już wystawić jakąś etykietkę, to powiem, że dialog z publicznością, możliwość zadawania jej pytań jest według mnie najważniejszą wartością płynącą z pracy w teatrze. Odbiór sztuki za każdym razem jest inny – przychodzą inni widzowie, w innych nastrojach są aktorzy, którzy pracują na scenie. Co wieczór budujemy coś od początku.

SOLARIS. RAPORT

Reż. Natalia Korczakowska 6/10

foto | stefan okołowicz

„Solaris. Raport” niewątpliwie intryguje. Ale i zawodzi. Brakuje w nim emocji. A wydaje się, że to właśnie na ludzką emocjonalność postawili twórcy. Korczakowska potrafi zajrzeć głęboko w człowieka i nie boi się pokazać tego, co tam zobaczy. W jej lekturze Lema na pierwszy plan wysuwa się relacja przybyłego na Solaris Krisa Kelvina i jego zmarłej żony. Harley ukazuje się mężczyźnie w boleśnie realnych wizjach – fenomenalna gra Kasi Warnke niesie ten spektakl. Wątek przedziwnej sytuacji wśród załogantów schodzi na drugi plan. Nie zadziałało również obsadzenie publiczności w roli inteligentnego Oceanu. Nie ma tu żadnego dialogu widza z twórcą. Szkoda. „Solaris. Raport” jest ciekawy plastycznie, pulsuje też podskórnie wyczuwalnym rytmem. Trochę mało tu Lema – intrygujące za to wydają się inspiracje i nawiązania reżyserki, widoczne na wielu płaszczyznach spektaklu. TR Warszawa: 06.11., 07.11., 08.11., 12.11., 13.11. godz. 19

51

RECENZJE

R


RECENZJE Gry HALO3: ODST Xbox 360

9/10

Czwarty FPS wydany w uniwersum legendarnego „HALO” nareszcie ujrzał światło dzienne. Ma on status jedynie dodatku do części trzeciej, niemniej zapewnia kilka godzin świetnej zabawy. Tym razem wcielimy się w żołnierzy z oddziału „Orbital Drop Shock Troopers” – tytułowego ODST, a fabuła przeniesie nas do afrykańskiego miasta Mombasa. Podczas zrzutu nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem i cały oddział został rozsypany po terenie metropolii. Naszym zadaniem jest zebrać skład i ulotnić się z miejsca zdarzeń, przy okazji masakrując setki alienów okupujących miasto. W wielu aspektach „ODST” powraca do korzeni, czyli pierwszego „HALO”. Skasowano tak zwany dualing, czyli używanie dwóch broni naraz. Nie możemy też korzystać

HIRO

tekst |Tomek Cegielski

ze wszystkich gadżetów znanych z części trzeciej, czyli tarcz czy kul wysysających energię z przeciwników. Na pole bitwy powróciły także apteczki, a odnawialny shield zlikwidowano. W zamian za to wprowadzono tryb względnego free roamingu, czyli swobodnego poruszania się po mieście. Za jego sprawą gra stała się znacznie mniej liniowa, niż miało to miejsce w poprzednich częściach. Możemy teraz wybierać różne ścieżki, pokonując przeciwnika na różne sposoby. Znaczącą zmianą jest również wprowadzenie mapy oraz nowy HUD, którego używamy w ciemnościach. Odpowiednio różnymi kolorami podświetla przeciwników, sprzymierzeńców oraz leżący na ziemi sprzęt, co ułatwia walkę. W paru miejscach levele są jednak mimo wszystko zbyt ciemne. Momentami nie widać praktycznie nic i chodzimy prawie po omacku, co niezwykle irytuje. Tryb multiplayer praktycznie żywcem został przeniesiony z części trzeciej, dodano jedynie parę nowych map – co jednak wiadome było przed premierą, więc nie można tu mówić o rozczarowaniu. Innymi słowy: tryb online jest rewelacyjny, ale już go znamy. Wprowadzone w „ODST” zmiany z pewnością przypadną do gustu wielu graczom, a innych totalnie zniechęcą. Charakter epickich batalii, za które kochamy tę serię, nie zmienił się i to jest najistotniejsze. Cudowna muzyka Martina O’Donnella w dalszym ciągu sprawia, że ciarki chodzą po plecach, a symfonia wybuchów na ekranie przyprawia o bananowy uśmiech na twarzy. Czego chcieć więcej?

NEED FOR SPEED SHIFT Electronic Arts Inc

Xbox 360, PS3, PC, PSP

Świeże

Microsoft Game Studios

GRY HIRO

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

FIFA:10

Electronic Arts Inc

Xbox 360, PS3, WII, PC, DS, PSP

8/10

10/10

„Need for Speed” jest kolejną po „FIF-ie” serią gier wydawaną przez Electronic Arts, która odchodzi od arcadowych założeń, starając się naśladować symulator. Koniec z jeżdżeniem po mieście i nielegalnymi wyścigami na 3/4 mili. W „NFS: Shift” przenosimy się na profesjonalne tory wyścigowe, takie jak Silverstone czy Nürburgring. Zdobywając punkty za różnego rodzaju zadania, odblokowujemy kolejne wyścigi. Zadania te bywają jednak dosyć dziwne – polegają na przykład na wypychaniu przeciwników z toru, co kłóci się z założeniami poważnej gry wyścigowej. Model jazdy z pewnością zbliżył się do symulatora, możemy tu jednak mówić jedynie o połowicznym sukcesie. Mimo że sterowanie jest bardzo grywalne, to w konfrontacji z konkurencyjną „Forzą Motorsport” nadal pozostaje w tyle. Na pochwałę jednak zasługuje tryb modyfikacji pojazdu, w którym pozostawiono nam naprawdę spore pole do popisu. Electronic Arts umie trafić w gusta graczy i na pewno nie inaczej będzie tym razem. Gra jest bardzo ładnie oprawiona i można się przy niej świetnie bawić, niemniej adresowana jest do wszystkich i zarazem do nikogo, co sprawia, że – choć warta uwagi – nie plasuje się w tej chwili na podium najlepszych gier wyścigowych.

„FIFA 9” zdetronizowała serię „Pro Evolution Soccer” i uzyskała wśród graczy miano najlepszej wydanej gry piłkarskiej. Jej następna część z numerkiem 10 oferuje jeszcze bardziej grywalny gameplay, jeszcze mniej błędów i jeszcze więcej opcji. Piłkarze, którzy już do tej pory zachowywali się niezwykle realistycznie, zostali wzbogaceni o nowe animacje. Dodany również został tryb, który pozwala wyznaczać pozycje, na których wystawiać się mają nasi zawodnicy podczas stałych fragmentów gry. Rozbudowano także tryb menedżerski, który sam w sobie mógłby stanowić materiał na osobną grę. Mógłbym tak sypać superlatywami w nieskończoność, ponieważ trudno się do czegokolwiek przyczepić. Powiem krótko: sięgnij po to.

52

recenzje

R


ilustracje |kacper kwiatkowski

Równy

tekst |ryszard kalisz

Wszyscy wobec prawa są równi. Jest to piękna i wspaniała zasada, która mimo amerykańskiej konstytucji i francuskiej rewolucji bardzo powoli torowała sobie drogę do pełnego zastosowania.

Ryszard Kalisz – adwokat, poseł, były minister. Nasz łącznik z poważnym światem

Współczesny świat kultury europejsko-atlantyckiej co do tej zasady nie ma wątpliwości. Amerykanie, nawet po 32 latach, wysłali do Szwajcarii list gończy za Romanem Polańskim, a Szwajcarzy go zatrzymali. Od razu środowiska filmowe z Polski, Francji, w zasadzie z całej Europy, a także z Hollywood wystąpiły z apelami o jego uwolnienie. Polski minister spraw zagranicznych wraz ze swoim francuskim kolegą oficjalnie wystąpili do sekretarz stanu USA, Hillary Clinton, z prośbą o odstąpienie od ekstradycji. Podniosła się wrzawa domorosłych krytyków. A to, że jest to obrona swojego przez korporacyjne środowisko, a to, że minister Radosław Sikorski i minister Bogdan Zdrojewski, broniąc Polańskiego, złamali

Polański zasadę równości wszystkich obywateli. Dla podkreślenia swojego oburzenia przypominali, iż jest on oskarżony o gwałt na 13-letniej dziewczynie. To dawało im w ich przekonaniu wyższość moralną nad osobami mającymi inny pogląd w tej sprawie. To na czym polega ta zasada równości? Odnosi się ona do traktowania ludzi przez władzę. Sąd, prokurator, wszelkie urzędy i władze publiczne w swoich decyzjach władczych lub wynikających z wolności i praw obywateli nie mogą nikogo dyskryminować w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiegokolwiek powodu. To nie znaczy, że różne środowiska nie mogą bronić ludzi ze względu na ich zasługi. Polański jest wybitnym reżyserem, jednym z największych w historii kinematografii. Zrozumiałe jest wielkie uznanie dla jego dokonań w tej dziedzinie i naturalne jest podkreślanie tego przez wielu, w szczególności przez filmowców. Chociaż już nazwanie tej wtedy 13-letniej dziewczyny prostytutką lub bagatelizowanie zdarzenia sprzed 32 lat było dysonansem.

Inaczej jest z listem Radosława Sikorskiego do amerykańskiego rządu. Przecież zrobił to jako minister konstytucyjny, czyli władza jak najbardziej. No tak, ale list ten nie miał charakteru władczego. Odnosił się bardziej do świadomości dużej części Polaków i Francuzów, że to nagłe zatrzymanie Polańskiego w Zurychu tuż przed otrzymaniem prestiżowej nagrody filmowej było atakiem na naszą dumę z dokonań artysty. Zresztą nie przyniósł żadnego rezultatu. Hillary Clinton odpowiedziała, że to jest sprawa kalifornijskiego wymiaru sprawiedliwości. Swoją drogą, stosując zasadę równości w ochronie polskich obywateli za granicą, taką samą staranność nasza dyplomacja powinna wykazywać w każdej podobnej sytuacji. Sprawa ekstradycyjna Polańskiego toczy się rytmem zgodnym z prawem szwajcarskim. Polański przebywa w areszcie. Sąd szwajcarski zgodził się na ekstradycję. Przysługuje mu jeszcze odwołanie. A na końcu decyzję podejmie szwajcarska minister sprawiedliwości i policji. Bardzo mądra kobieta.

– myśląc, że jest fajny. Roland, to błędne koło, proszę cię, zostań przy kolportażu darmowej prasy! Daj już sobie spokój. O Joli Rutowicz nie będę wspominał, bo ona swoją głupotą zrobiła całkiem niezłą medialną karierę. Świat polityki też miał swojego Krzysztofa Kononowicza, który dzięki internetowi stał się jednym z najpopularniejszych polityków nikomu nieznanej partii Podlasie XXI wieku. Zapraszali go do talk-show, Michał Wiśniewski robił sobie z nim zdjęcia. Małpka była szczęśliwa z zainteresowania, a inni z niej szydzili. Wystawianie takich ludzi na widok publiczny robi im krzywdę. W internecie aż roi się od ciekawych przypadków. Warto wspomnieć o dwóch najgorszych internetowych polskich raperach

– zabawnym, przerysowanym, hardkorowym, ulicznym Waszce G i psycho freestylerze, Lechu Rochu Pawlaku, który nawinął między innymi: „Widzę tylko benzynę na drzewie”. Respekt. Ich filmiki mają wielotysięczne wejścia, a komentarze są pełne obelg. Jednak cel osiągnęli, masy zainteresowały się ich osobami! Powstaje pytanie, do czego prowadzi cała ta kultura podglądactwa, popularności za wszelką cenę. Czy ludzie nie czują już żenady, nie mają już żadnych zahamowań? Najgorsze, że znajdą się odbiorcy i dzięki temu proceder trwa. Wiem, że to wszystko, co napisałem, brzmi naiwnie. Mnie, drodzy czytelnicy, kierunek, w którym podąża dzisiejszy świat i społeczeństwo, bardzo się nie podoba. Ja już dziękuję. Wysiadam. Jadę do lasu.

tekst |artur pleskot

Andy Warhol powiedział kiedyś, że każdy będzie miał swoje 15 minut sławy. Niestety, niektórzy wzięli to za bardzo do siebie, próbując na siłę zrobić karierę i pokazać światu swoją ułomność.

Artur Pleskot – nasz ekspert od degeneracji i dewiacji

Media kochają dziwolągi – a to gawiedź przed telewizorem się pośmieje i oglądalność przy okazji wzrośnie. W końcu prawie każdy z nas lubił kiedyś chodzić do cyrku. Nie tak dawno w talk-show Michała Figurskiego pojawił się osobnik, który desperacko od co najmniej dekady pragnie zrobić karierę w przemyśle rozrywkowym. Nazywa się Roland, nie potrafi śpiewać, nie potrafi tańczyć, nie potrafi nic! A jest zapraszany do programów i robi z siebie idiotę

53

FELIETON

F


HIRO FREE Promo Party

Klub 55 Warszawa


www.hiro.pl


HIRO 2  

New Polish free magazine

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you