Issuu on Google+

37

ISSN:368849


okładka: foto | ŁUKASZ DZIEWIC stylizacja | MARTA WOLNIAK & JAN KRYSZCZAK modelka | ZUZANNA KOŁODZIEJCZYK @D’VISION

WWW.HIRO.PL e-mail: halo@hiro.pl

Wydawca: Agencja HIRO Sp. z o.o. ul. Chmielna 7/14 00-021 Warszawa tel. (22) 403 88 08

INTRO

Prezes wydawnictwa: KRZYSZTOF GRABAŃ kris@hiro.pl

Dyrektor zarządzająca: DOMINIKA ROKOSZ dominika.rokosz@hiro.pl

Redaktor naczelny: PIOTR DOBRY

piotr.dobry@hiro.pl

Dyrektor artystyczny: ŁUKASZ MAJEWSKI lukasz.majewski@hiro.pl

Promocja, internet: ALEKSANDRA CZAJKOWSKA internet@hiro.pl

Reklama: ANNA POCENTA – DYREKTOR anna.pocenta@hiro.pl

DAMIAN BORECKI

damian.borecki@hiro.pl

MAGDALENA DUDEK magdalena.dudek@hiro.pl

MAŁGORZATA DYONIZIAK malgorzata.dyoniziak@hiro.pl

PR:

Za nami połowa wakacji i prawdopodobnie najgorętszy dzień w roku, z temperaturą sięgającą blisko 40 stopni w cieniu. Za nami też festiwalowy półmetek, między innymi ósmy Audioriver, który okazał się imprezą ze wszech miar udaną – muzycznie, organizacyjnie, towarzysko, jakkolwiek. Do jesiennej deprechy jednak jeszcze bardzo daleko; zabawowo-kulturalny sierpień zapowiada się równie ciekawie, z Transatlantykiem i Tauronem Nową Muzyką na czele. Na tym pierwszym zobaczymy m.in. retrospektywę odrestaurowanych filmów Stanleya Kubricka – o których pisze u nas Piotr Pluciński. Gwiazdą tego drugiego będzie natomiast Jamie Lidell, którego przepytała Dominika Węcławek. Poza tym w numerze: podróże w czasie, przemoc w kinie, porno w mainstreamie. Lato w mieście? Tylko z „HIRO”!

OLGA CHMIEL

olga.chmiel@hiro.pl

Społeczność:

FACEBOOK.COM/HIROFREE.FB Projekt graficzny magazynu: TIN BOY y communications Group Sp. z o.o. skr. poczt. nr 64, 03-996 Warszawa 131 www.tby.com.pl

Współpracownicy: KATE APPELT, JACEK BALIŃSKI, KAROL BANACH, JERZY BARTOSZEWICZ, JĘDRZEJ BURSZTA, ANDRZEJ CAŁA, PATRYK CHILEWICZ, BARTOSZ CZARTORYSKI, PIOTR CZERKAWSKI, BORYS DEJNAROWICZ, KAMIL DOWNAROWICZ, EWA DRAB, JACEK DZIDUSZKO, MAREK FALL, MARCIN FLINT, SEBASTIAN FRĄCKIEWICZ, JAKUB GAŁKA, MICHAŁ HERNES, JOANNA JAKUBIK, KAJA KLIMEK, ŁUKASZ KNAP, ŁUKASZ KONATOWICZ, DAWID KORNAGA, URSZULA LIPIŃSKA, BARTŁOMIEJ LUZAK, PIOTR METZ, SONIA MINIEWICZ, MACIEK PIASECKI, PIOTR PLUCIŃSKI, JAN PROCIAK, SEBASTIAN RERAK, JACEK SOBCZYŃSKI, BARTOSZ SZTYBOR, MACIEJ SZUMNY, TOMASZ TERESA, PAWEŁ WALIŃSKI, KONRAD WĄGROWSKI, DOMINIKA WĘCŁAWEK, MARTYNA WÓJCIK-ŚMIERSKA, ARTUR ZABORSKI

20. 38. 42. 44. 50. 52. 54. 58.

lacrosse: to nie kij na motyle stratosfera: zaginione piosenki mama selita: z garażową energią jamie lidell: nie tracę czasu na granie według cudzych reguł kick-ass: ręka, noga, mózg na ścianie michael bay: człowiek demolka stanley kubrick: sześć (nie)łatwych utworów annie leibovitz: erotyzm, śmierć i dziewczyna


TECHNOKRACJA

Metza sprzęt tekst | PIOTR METZ

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

OD KILKUNASTU MIESIĘCY NAJLEPSZYM PODOBNO DOSTĘPNYM W, POWIEDZMY, „DOMOWYCH” WARUNKACH AUDIOFILSKICH ŹRÓDŁEM DŻWIĘKU JEST… ANALOGOWA TAŚMA MAGNETOFONOWA. TYLE ŻE SKOPIOWANA „JEDEN-DO-JEDEN” Z TAK ZWANEJ TAŚMY-MATKI, CZYLI STUDYJNEGO ORYGINAŁU, Z KTÓREGO WYTWARZANE SĄ WINYLE, KOMPAKTY I WSZYSTKO INNE Ilość dostępnych tytułów na razie śladowa, cena – zaporowa (kilkaset dolarów). Ale brak jakiejkolwiek kompresji i processingu zapewnia przy wystarczająco klasowym i, co ważniejsze, dobrze skalibrowanym i wysterowanym magnetofonie wraźenia jak z reżyserki Abbey Road. Mało kto wie, że w latach 60. i 70. analogowa taśma była komercyjnie rozprowadzanym nośnikiem wydawanym równolegle z płytą winylową i kasetą (plus w USA tzw. 8-trackiem) w pudełku odzwierciedlającym oryginalną okładkę i z bardzo dobrej jakości taśmą kopiowaną w niskiej prędkości, często też 1:1. Wydawano je w bardzo ograniczonych nakładach w Wielkiej Brytanii, USA i Japonii, łącznie ukazało się kilkadziesiąt tysiecy pozycji, w tym np. pełna dyskografia The Beatles, a w Japonii „Meddle” i „Atom Heart Mother” Pink Floyd. Edycje brytyjskie wydawano w plastikowym pudełku do złudzenia przypominającym opakowanie płyty kompaktowej, amerykańskie i japońskie – w eleganckim kartonie. Dziś są absolutnym rarytasem. Wyprodukowany pod koniec lat 70. magnetofon szpulowy Technicsa RS-1500 plus jego odmiany jest do dziś uważany obok Otari za najsolidniejszy mechanizm do

6 felieton

współczesnego podrasowania. Jego wybujała militarna stylistyka do dziś robi wrażenie nawet na kulturystach. Kiedy taśma powoli zdychała wraz z nadejściem kompaktu, rzutem na, nomen omen, taśmę wyprodukowano też nowoczesne stylistycznie magnetofony mieszczące wyłącznie małe, o 19-centymetrowej średnicy szpule, akurat takie jak katalogowe odpowiedniki znanych płyt. Osłonięty stylową klapką Akai GX-77 i imponujący przemyślną konstrukcją pozwalającą na montaż w racku (!) Pioneer RT-707 wyposażone były w auto reverse, czyli odtwarzanie całej taśmy bez konieczności jej odwracania. Wisienką na torcie były metalowe szpulki, których można by zebrać też całą kolekcję, w zależności od fantazji producenta.

WWW.HIRO.PL


FEMIPLEASURE SURF FESTIVAL

FASHION

Pierwsze w Polsce zawody surfingowe to impreza, w ramach której odbyły się dwa wydarzenia. Pierwsze z nich – Girls Polish Surf Champs – to zawody na prognozę. Natomiast Surf Picnic to całodniowe warsztaty surf, SUP i skim. Pierwsza edycja festiwalu odbyła się 27 lipca. Na uczestników, zgromadzonych na Półwyspie Helskim, Solar – Chałupy 4, na plaźy od strony morza, czekała cała masa atrakcji i nagród. Więcej info na: femipleasure.com.

DG 3157 – 742 zł

TRZY SZEŚĆ / WARSAW CUSTOM

Jedyne takie miejsce w Europie, w którym możesz zamówić trampki CONVERSE z indywidualnym nadrukiem wykonanym według Twojego projektu. Możemy wykonać małe logo, napis, ale także pokryć grafiką cały but: zewnętrzną, jak i wewnętrzną stronę oraz cały język! Drukujemy ze zdjęć, skanów, ilustracji, projektów graficznych. Jedyne Twoje ograniczenie to wyobraźnia.

UBRANIA DO ZAKOCHANIA

Jeżeli szukasz czegoś bardzo kobiecego, lubisz małe kołnierzyki, tiulowe spódnice i zabawne nadruki na T-shirtach, koniecznie zajrzyj na stronę colclaudine.pl – raju dla lubiących miejską elegancję. Trochę tu motywów paryskiej ulicy, biele i czernie ożywione soczystą, jaskrawą zielenią, kratki i paski. Odrobina nonszalancji w kobiecym wydaniu. Grzecznie, z wdziękiem… ale i przekorą. Wygodnie, ale sexi!

MESSO

OKULARY D&G PRZEZ INTERNET W wirtualnym salonie optycznym luxokulary.pl można kupić okulary nie tylko przeciwsłoneczne, ale i korekcyjne, m.in. kultowej marki D&G. Model DG 3157 to

Polska marka skierowana do osób szukających dobrej jakościowo alternatywy dla sklepów sieciowych. Inspiracją dla projektów Messo jest otaczająca rzeczywistość miejska – architektura, moda ulicy, ale także sama tkanina, której rodzaj, splot, wzór „podpowiadają” sposób wykorzystania. Ubrania, z pozoru klasyczne, zawierają w sobie duży ładunek interpretacyjny, umożliwiający kreowanie rozmaitych wariantów stylizacyjnych oraz zabawę formami. Więcej info na: www.messo.pl.

coś dla osób ceniących klasykę i prostotę. Co ciekawe, przez internet jest taniej o 60% w stosunku do tradycyjnego salonu, więc luxokulary.pl oferują szkła w cenie oprawki. Nie wierzysz? Przekonaj się sam! Na hasło HIRO otrzymasz 50 zł zniżki.


REEBOK CLASSIC Z GWIAZDAMI GRAFFITI – KOLEKCJA THE CITY CLASSICS Grafficiarz, artysta, którego limitowane kolekcje butów od lat podbijają świat, dołączył do drużyny Reebok Classic i zwerbował bardzo ciekawą ekipę. Każdy z 12 wybranych przez Stasha artystów zaprojektował własny rocznicowy model ikon Reeboka, z charakterystycznymi elementami dla miasta, z którego pochodzą. Premiera kolekcji nastąpi 1 sierpnia. Współpraca Reebok Classic ze Stashem to kolejny projekt powstały z okazji 30. rocznicy Classic Leather. Kolekcja The City Classsics została stworzona przez 12 najważniejszych grafficiarzy z całego świata. Artystami, którzy wzięli udział w projekcie są: Wane (Nowy Jork), Eklips (Los Angeles), Pose (Chicago), Mad (Filadelfia), Tati (Miami), Totem (Atlanta), DA Flow (Mexico City), Sick Systems (Moskwa), Rae Martini (Mediolan), Rimo (Tokyo), Monster (Paryż) i Swifty (Londyn).

„Jestem dumny, że stałem się częścią trwającej 30. rocznicy Reebok Classic Leather” – mówi Stash. „Dla uczczenia tej wyjątkowej okazji, zebrałem 12 artystów, którzy stanowią autentyczny element miejskiej kultury. Każde miasto ma własną historie, a każda historia niesie ze sobą inny obraz i tą różnorodność pokazuje kolekcja The City Classics”. Artyści byli zgodni co do faktu, że buty i graffiti od zawsze są nierozłączne. Dzięki temu powiązaniu udało się przenieść ogromną dawkę sztuki inspirowanej miejskim dziedzictwem na ikony Reeboka. Marka już wcześniej czerpała ze street artu, a kolekcje stworzone we współpracy z fundacjami legend Nowego Joku – Keitha Haringa czy Jeana-Michela Basquiata – idealnie oddawały kolorowy, miejski charakter. The City Classics to wolna przestrzeń dla tych, których inspiruje niezwykle bogata miejska kultura, która od lat wkrada się w obszar mody, sztuki, muzyki i sportu. W Polsce kolekcja będzie dostępna na wyłączność w salonach Sizzer.

KOTURNY ADIDAS ORIGINALS, MODEL BASKET PROFI

adidas Originals nie odpuszcza tematu retro-sneakerów. Hitem nadchodzącego sezonu będą koturny wzorowane na koszykarskich butach, w których kilka dekad wcześniej grali zawodowcy. W najnowszej jesienno-zimowej kolekcji adidas Originals znajdziemy modele z wyeksponowanym obcasem oraz koturny, w których podwyższenie nie jest widoczne gołym okiem. Intensywne kolory oraz ciekawy design ożywią każdą stylizację. Pełna kolekcja jest dostępna w sklepie internetowym adidas: www.adidas.pl/shop Produkty z kolekcji są również dostępne w wybranych salonach adidas Originals: * Warszawa, CH Złote Tarasy * Warszawa, CH Galeria Mokotów * Poznań, Stary Browar


DO-IT-YOURSELF

kariera ręcznie robiona tekst | KAROLINA BŁASZKIEWICZ

foto | PSIMADETHIS.COM

„ZRÓB TO SAM” JEST HASŁEM, KTÓRE W CZASACH KRYZYSU I WIECZNEGO DEBETU NA KONCIE ROBI FURORĘ. DLACZEGO? BO JAK POWIEDZIANO W REKLAMIE PEWNEGO PROSZKU DO PRANIA – JEŚLI NIE WIDZISZ RÓŻNICY, TO NIE PRZEPŁACAJ Kiedy Amerykanka Erika Domesek w 2009 roku zakładała stronę P.S. I made this…, nie spodziewała się, że stanie się symbolem kreatywnej oszczędności. Mówi, że wszystko zaczęło się od wiadomości. „Któregoś dnia moja przyjaciółka Eleanor przesłała mi mailem zdjęcie naszyjnika za 600 dolarów. Odpowiedziałam, że nie pozwolę jej wydać tyle pieniędzy i zmusiłam, by do mnie przyszła, abym mogła pokazać, jak zrobić tańszą wersję tego dodatku”. Domesek zaprosiła wtedy jeszcze kilkoro znajomych, których grono zaczęło się szybko powiększać. Impulsem do stworzenia strony nie był jednak Klub Rękodzieła, ale przypadkowe spotkanie za kulisami pokazu mody. Ktoś zaczepił ją z pytaniem o autorską kolekcję, widząc ręcznie robiony naszyjnik. Dzisiaj Erika Domesek ma niemal 90 tysięcy fanów na Facebooku, świetnie sprzedającą się książkę, przetłumaczoną na kilka języków, występy w takich programach jak „The Today Show” i wyróżnienia przyznane przez „Vogue” czy „Elle”. Od 2009 roku Do-It-Yourself stało się szerokim pojęciem – obejmuje niemal każdą dziedzinę życia: od ciuchów przez jedzenie po projektowanie wnętrz. Najwięcej szumu wywołuje w modzie, udowadniając, że każdy może być projektantem. Podobno wystarczą do tego trzy kroki: „zobaczyć, polubić, zrobić”. Fenomen polskich młodych marek, takich jak Local Heroes czy MSBHV, nie do końca to potwierdza, bo twórcy nie dzielą się swoim know-how. Dlatego poddaje się w wątpliwość nazywanie ich projektantami, szczególnie w świetle tego, co dzieje się na blogach DIY. Blogi te pojawiają się jak grzyby po deszczu, ale tylko niewielki procent z nich odnosi sukces, niezależnie od pozycji w Google. W marcu 2013 roku jedna z modowych redakcji do najlepszych zaliczyła wspomniane P.S. I made this, Love Aescethis i polskie Trashion by Sookie. Ostatniego bloga prowadzi początkująca stylistka, która pracą na blogu zyskuje zlecenia przy sesjach w magazynach. Być może wkrótce pójdzie w ślady Eriki Domesek i wyda książkę, bo przyciąga uwagę zwykłych dziewczyn niewielkim nakładem finansowym, prostotą graficzną strony czy nie do końca profesjonalnymi zdjęciami. Patrząc na Domesek czy Sookie, wydaje się, że amatorskość nie zawsze żenuje i śmieszy, ale daje multum możliwości albo kilkadziesiąt tysięcy lajków, prowadzących do wielkiej kariery. Kariery przy użyciu kleju, nożyczek i… wyobraźni. WWW.HIRO.PL


JUŻ W SOBOTĘ 3.08 LECH ZAPRASZA

KONCERT

NA KAMERALNY CZESŁAW ŚPIEWA W BROWARZE

Wpisz kod z Lecha i oglądaj live streaming w jakości HD z koncertu na www.lech.pl

KOLEJNY KONCERT

NA ŻYWO Z BROWARU JUŻ

21.09

HURTS


miastotwory tekst | REDAKCJA

Więcej informacji: www.kopernik.org.pl

LATO W MIEŚCIE? TYLKO W CENTRUM NAUKI KOPERNIK! PRZEZ CAŁY SIERPIEŃ MOC ATRAKCJI – KONCERTY POD GWIAZDAMI, WEEKENDY ECO, COŚ DLA STARSZYCH I COŚ DLA CAŁYCH RODZIN

Eco weekendy w parku odkrywców UZIEMIENI soboty, godz. 11.00 – 15.00 Cykl warsztatów z pogranicza ogrodnictwa i projektowania, promujących tzw. zrównoważone myślenie o życiu w mieście. W każdą letnią sobotę postaramy się wypracować nowe zielone standardy dla Warszawy. Zaprojektujemy m.in. makietę idealnego miasta, zbudujemy „string gardens” (kwiatowe kule), mini-ogródek warzywny, samonawadniające się doniczki i basen z roślinami wodnymi. MIASTOTWORY niedziele, godz. 11.00 – 13.00 Jak wyglądałoby miasto marzeń? Z czego można zbudować dom? Czy na Księżycu powinny powstać wieżowce? Zapraszamy dzieci do zaprojektowania i zbudowania eksperymentalnych miastotworów! Wspólnie tworzymy inne miasto, badamy jego problemy i wspólnymi siłami staramy się je rozwiązać. Coś dla starszych KONSTELACJA: MIŁOŚĆ w każdą sobotę, godz. 19.00 Czy jest cos piękniejszego niż randka pod gwiazdami? Przyjdźcie na specjalny pokaz dla zakochanych! W każdą wakacyjną sobotę zapraszamy na „Konstelację: Miłość”. Zabierzemy Was w najbardziej romantyczne zakątki Drogi Mlecznej, opowiemy, dlaczego w kosmosie single są w mniejszości i czemu lepiej pochodzić z Marsa niż z Wenus. Sprawdzimy też gdzie w kosmosie bije czarne serce. Pokaz prowadzony jest na żywo i przeznaczony wyłącznie dla widzów powyżej 15. roku życia.

12 miejsce

KONCERTY POD GWIAZDAMI w każdy piątek, godz. 19.00 Dlaczego nokturny to pieśni nocy, a najsłynniejsza sonata Beethovena nazywana jest księżycową? Jaki związek ma muzyka z astronomią? Melomanom i miłośnikom astronomii proponujemy wyjątkowe „Koncerty pod gwiazdami”. Wyobraźmy sobie, że zasiadamy w wygodnym fotelu, gasną światła, a na otaczającym widownię półsferycznym ekranie pojawiają się gwiazdy, Księżyc, Mleczna Droga. Jednocześnie tym niezwykłym, pobudzającym wyobraźnię widokom zaczyna towarzyszyć muzyka wykonywana na żywo przez świetnych artystów. Podczas koncertów wysłuchać można utworów F. Chopina, J. S. Bacha, L. van Beethovena w wykonaniu Marii Gabryś, Ryszarda Alzina i Jakuba Sokołowskiego. Rodzinne lato w Koperniku WARSZTATY FAMILIJNE soboty i niedziele, 10.30 – 12.00, 13.00 – 14.30 Dlaczego cebula nie pozwala się obrać, a cytryna zjeść? Czy kwaśny smak owoców można rozpoznać tylko w czasie ich jedzenia? Jak warzywa mogą być przydatne w laboratorium? Dlaczego ukąszenie mrówki tak bardzo piecze? Na warsztatach familijnych dzieciaki (w wieku 5-8 lat) i rodzice wspólnie znajdują rozwiązania wielu naukowych zagadek. MINILABY codziennie oprócz pon., godz. 11.30, 12.45, 14.00 Zajęcia w laboratoriach to świetna zabawa połączona z nauką dla całych rodzin. Patrzymy na świat okiem robota, budujemy żarówkę i tropimy złodzieja niczym prawdziwi detektywi. Eksperymenty trwają 45 minut i mogą w nich wziąć udział już 9-latki. WWW.HIRO.PL


AUTOKRACJA

mini paceman tekst | REDAKCJA

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

MINI PACEMAN JEST SIÓDMYM MODELEM W RODZINIE MARKI I OFERUJE INNOWACYJNĄ KOMBINACJĘ SPORTOWEGO, EKSTRAWERTYCZNEGO DESIGNU, CHARAKTERYSTYCZNEJ DLA MINI RADOŚCI Z JAZDY ORAZ WYJĄTKOWĄ ATMOSFERĘ WNĘTRZA. ZAMYSŁ POJAZDU, NIBY WCIĄŻ TYPOWY MINI, OTWIERA NOWE GRUPY DOCELOWE DLA NIEPODRABIANEGO STYLU MARKI: DWOJE DRZWI, DUŻA TYLNA KLAPA, TYLNY PRZEDZIAŁ Z DWOMA INDYWIDUALNYMI SIEDZENIAMI Z TYŁU Wyrazisty, potężnie emocjonalny projekt nadwozia z rzucającymi się w oczy horyzontalnymi liniami i mocno zakrzywionymi powierzchniami; dynamiczne proporcje w charakterystycznym stylu projektowania MINI tworzą bardzo sportowe wrażenie; sportowy i elegancki wygląd oraz potężna postawa MINI Paceman symbolizuje innowacyjną kombinację odczuć na drodze, jak z gokartów, i ulepszonej wszechstronności dzięki opcjonalnemu napędowi na cztery koła. Pionowy przód emanuje mocą i prezencją; sześciokątna osłona chłodnicy z szeroką chromowaną otoczką, czarna obramówka na dolnej krawędzi nadwozia i inne typowe dla MINI elementy projektu z indywidualnymi detalami; styl coupé wyciągnął profil boczny za pomocą długich drzwi, dynamicznie opadającej linii dachu i przeszkleniu zwężającemu się ku tyłowi; muskularnie rozszerzone nadkola; charakterystyczny „kask” dachu dostosowany do linii samochodu coupé ze zintegrowanym tylnym spojlerem; dach może zostać wybrany w kolorze nadwozia, białym lub biało-czarnym; pochyła tylna szyba, tylne światła w układzie poziomym po raz pierwszy w MINI. Szyte na miarę wnętrze tworzy typowe dla MINI wrażenie, ułożony poziomo panel przyrządów z nowo zaprojektowanym otoczeniem otworów wentylacyjnych, duży okrągły prędkościomierz, również z nową czarną otoczką i dekoracyjnymi pierścieniami wewnętrznymi w wysokim połysku, czarnymi lub chromowanymi; otoczka centralnego panelu sterowania w kontrastującym kolorze, przyciski sterowania okna ułożone w panelu na drzwiach, trójwymiarowe elipsy drzwi sięgające do tylnego przedziału (oświetlenie opcjonalne). Pełnowymiarowe indywidualne tylne siedzenia oferują wysoki poziom komfortu i bocznego wsparcia oraz dużo przestrzeni dla ramion i głowy, zoptymalizowane miejsce na nogi poprzez wycięcia w oparciach przednich siedzeń; zintegrowane podłokietniki w tylnym wykończeniu boków; dwuczęściowy system schowków i dodatków w szynie centralnej MINI Centre Rail w wyposażeniu standardowym, wariant dla całej długości dostępny jako opcja, różnorodne wykorzystanie przestrzeni możliwe poprzez indywidualnie składane oparcia tylnych siedzeń; ładowność: 330-1080 litrów.

14 moto

Szczególnie mocne silniki i standardowo obniżone sportowe zawieszenie podkreślają charakterystyczne dla MINI uczucie jazdy gokartem; standardowa wysokość zawieszenia dostępna jako bezpłatna opcja. Od chwili premiery oferowane dwa benzynowe i dwa wysokoprężne silniki o zakresie mocy od 82 kW/112 KM do 135 kW/184 KM. Wersja MINI John Cooper Works Paceman jest obecnie przygotowywana; wszystkie warianty oferowane są z sześciobiegową manualną skrzynią biegów lub sześciobiegową automatyczną skrzynią biegową jako opcja. System napędu na wszystkie koła MINI All4 dostępny jest dla MINI Cooper S Paceman, MINI Cooper SD Paceman i MINI Cooper D Paceman; wybitna wydajność dzięki najnowocześniejszej technologii układu napędowego oraz rozległe zastosowanie technologii MINIMALISM w standardzie; przycisk dostępny jako opcja. Wyszukana technologia podwozia z kolumnami MacPhersona oraz kutymi belkami poprzecznymi na przedniej osi, wielowahaczowa oś tylna oraz elektrycznie wspomaganie układu kierowniczego EPS z funkcją Servotronic; Dynamiczną Kontrolą Stabilności (DSC) w wyposażeniu standardowym, Dynamiczną Kontrolą Trakcji (DTC) wraz z elektronicznym sterowaniem blokady mechanizmu różnicowego (EDLC) w wyposażeniu opcjonalnym (standard MINI Cooper S Paceman, MINI Cooper SD Paceman i MINI Cooper D Paceman ALL4); 16-calowe koła ze stopów lekkich w standardzie (MINI Cooper S Paceman i MINI Cooper SD Paceman: 17-calowe); 18” i 19” koła ze stopów lekkich dostępne jako opcja. Wybitna ochrona pasażerów zapewniona dzięki konstrukcji nadwozia zoptymalizowanej na wypadek zderzenia oraz szerokiemu wachlarzowi wyposażenia bezpieczeństwa; przednie i boczne poduszki powietrzne, boczne kurtyny powietrzne, trzy punktowe bezwładnościowe pasy bezpieczeństwa dla wszystkich siedzeń, napinacze pasów oraz ograniczniki siły napięcia z przodu, mocowanie fotelika ISOFIX z tyłu oraz wskaźnikiem braku ciśnienia w oponach jako standard. W tym nowym cudnym MINI zaporowa jest tylko cena: 97 800 zł. WWW.HIRO.PL


FITNESS

układ idealny, ty i trener personalny tekst | KRZYSZTOF KUBIAK / REGIONAL FITNESS MANAGER, HOLMES PLACE POLAND

ZACZNIJMY OD FAKTÓW. ŻYJEMY W CIĄGŁYM BIEGU. CHYBA KAŻDEMU Z NAS ZDARZYŁO SIĘ NIE MIEĆ CZASU NA PRZERWĘ NA LUNCH W PRACY CZY CHOCIAŻBY NA SPACER PO POBLISKIM PARKU. ŻYJEMY CORAZ SZYBCIEJ, BIEGAMY PO MIEŚCIE Z KUBKIEM KAWY NA WYNOS W JEDNEJ RĘCE, ODCZYTUJĄC E-MAILE NA SMARTFONIE DRUGĄ Prawda jest taka, szalone tempo pracy, stres, nieodpowiednie odżywianie, brak ruchu prowadzą do zmian w naszym organizmie, które z pewnością nie wpływają pozytywnie na nasze samopoczucie, zdrowie i wygląd. Zadaj sobie pytanie: czy chociaż przez minutę w ciągu dnia zastanawiasz się nad swoim samopoczuciem, wsłuchujesz się w swoje ciało? Odpowiedź większości z nas będzie brzmiała „nie”. Niestety o swoim zdrowiu myślimy dopiero wtedy, kiedy pojawiają się problemy, chociażby gdy zauważymy nadprogramowe 5 kilogramów na wadze. I wtedy wpadamy w panikę. Oczywiście każdy impuls jest dobry, aby wprowadzić zmiany w stylu życia. W stylu! A nie na miesiąc czy dwa. Tak jak w każdej dziedzinie, najlepsze rezultaty osiągniemy, korzystając z wiedzy i umiejętności profesjonalistów. W przypadku klubu fitness, twoim drogowskazem może stać się trener personalny. Przy jego wsparciu pierwsze zauważalne rezultaty pojawią się szybciej, a i twoja motywacja na pewno będzie rosła w siłę! Gdy już wybierzesz trenera, z którym chcesz dążyć do wymarzonej sylwetki, czas na pierwsze spotkanie. Czego się spodziewać? Sprawdzenia aktualnego stanu twojego organizmu, wskaźnika BMI, pomiaru tkanki tłuszczowej, tętna oraz ciśnienia. Zostaniesz poproszony o wypełnienie kwestionariusza medycznego, gdzie szczerze powinieneś napisać

16 sport

o przebytych chorobach, przyjmowanych lekach. Cała brutalna prawda wyjdzie na jaw. Ale teraz będzie już „z górki”. Na pewno w głowie masz obraz swojej wymarzonej sylwetki. Rozbudowana klatka piersiowa, płaski brzuch, jędrne pośladki. Razem z twoim trenerem wyznaczycie cele treningowe i plan działania, który będziecie systematycznie realizować. Czas na trening próbny. Pozwoli on ocenić obecny poziom kondycji fizycznej oraz ukierunkować cykl treningowy. Każdy trening rozpoczyna się 10-15 minutową rozgrzewką, po czym następuje 40-minutowa część główna treningu oraz 10-minutowe rozciąganie. Nowością w treningu personalnym jest trening w małych grupach, stworzony specjalnie dla osób, które potrzebują dodatkowej motywacji (usługa dostępna już od sierpnia w klubie Holmes Place w C.H. Arkadia). Trening z przyjaciółmi, znajomymi z pracy to nie tylko forma przyjemnego spędzania czasu, ale także droga do wymarzonych kształtów. Trening w grupie jest także krótszy – 30-40 minut intensywnego wysiłku; jest to idealne rozwiazanie dla tych osób, których kalendarz pęka w szwach. Potem pozostaje tylko szybki prysznic i można odhaczyć „siłownię” z listy „rzeczy do zrobienia”. Więc do dzieła! Gwarantujemy taką ilość energii, jakiej nie dostarczy ci nawet kubek ulubionej latte. WWW.HIRO.PL


FOTORELACJA

adidas ride the sky to było coś! tekst | HANNA RUTKOWSKA

foto | MAKSYM RUDNIK

MIŁOŚNICY SPORTÓW EKSTREMALNYCH, A KONKRETNIE DIRT JUMPINGU Z PEWNOŚCIĄ ZAPAMIĘTAJĄ TEGOROCZNY EVENT, KTÓRY MIAŁ MIEJSCE 15 CZERWCA POD KATOWICKIM SPODKIEM Zawody adidas Ride The Sky były eventem organizowanym w ramach Pucharu Świata FMB World Tour. Organizatorem imprezy była firma Radical.sm oraz Sport Event Tomasz Gagat, która dzięki oryginalnej koncepcji eventu zdobyła zainteresowanie marki adidas, Original Source oraz Monster Energy Drink. Wsparcie wymienionych firm oraz grupy doświadczonych pasjonatów kolarstwa grawitacyjnego pozwoliło na przygotowanie doskonałego toru o długości niemal 100 m, na którym rozegrano zawody w Dirt Jumpingu – jak dotąd największe w Polsce! W dniu imprezy podniebne ewolucje oglądało ok. 12 tysięcy widzów, co jest rekordem w historii polskich imprez tego typu. Sukces adidas Ride The Sky jest bezsprzeczny, o czym świadczy fakt, że w oczach zagranicznych organizatorów podobnych imprez ten event stał się wzorem do naśladowania. Zawody wygrał nasz rodak Szymon Godziek, natomiast tytuł Original Source Best Trick przypadł Samowi Reynoldsowi z UK, za sztuczkę o nazwie Bikeflip pierwszy raz wykonaną na zawodach na świecie! Doskonały scenariusz imprezy, organizacja, świetna pogoda i udział 60 najlepszych polskich i zagranicznych riderów zagwarantowały widzon mnóstwo emocji i świetną zabawę. Zachęcamy do sprawdzenia relacji z imprezy na fanpage’u adidas Ride The Sky na FB: */adidasRideTheSky*

18 sport

WWW.HIRO.PL


LACROSSE

to nie kij na motyle tekst | EWA RUBASZEWSKA

20 sport

foto | MACIEJ KRUPNIEWSKI

WWW.HIRO.PL


CI, KTÓRZY UPRAWIAJĄ LACROSSE, MAJĄ POCZUCIE SATYSFAKCJI Z POWODU ROBIENIA CZEGOŚ NOWEGO I INNEGO. TWORZĄ NOWY ROZDZIAŁ W HISTORII POLSKIEGO SPORTU, A KTÓŻ NIE CHCIAŁBY ZAPISAĆ SIĘ NA KARTACH HISTORII? Choć lacrosse rozwija się bardzo prężnie, jest sportem znacznie starszym nim większość współczesnych gier zespołowych. Wywodzi się z Ameryki Północnej, gdzie – być może już na początku XIV wieku – mecze rozgrywały plemiona indiańskie. Nie było wyznaczonego boiska i – ponieważ każdy mógł biec dokąd chciał – trwały one nawet po kilka dni. Nazwa dyscypliny pochodzi od kija do gry, którym posługiwali się Indianie. Kiedy pojawili się francuscy jezuiccy misjonarze, przyrząd ten skojarzył im się z pastorałem – po francusku la crosse. Dyscyplinę tę określa się często „najszybszym sportem na dwóch nogach”. Każda drużyna składa się z dziesięciu zawodników (bramkarz i po trzech obrońców, pomocników i napastników). Ich celem jest umieszczenie w bramce przeciwnika gumowej piłki za pomocą specjalnej rakiety. Próbują tego dokonać ludzie ze wszystkich kontynentów, ale zdecydowanie najwięcej goli zdobywają Amerykanie i Kanadyjczycy. Reprezentacja Irokezów w lacrosse to jedyna narodowa indiańska drużyna. Lacrosse to w Polsce dyscyplina bardzo młoda. Wszystko zaczęło się w 2007 roku w Poznaniu. Studenci ówczesnej Akademii Ekonomicznej założyli drużynę do dzisiaj znaną jako Poznań Hussars. W marcu 2008 roku powstał klub Kosynierzy Wrocław. Aktualnie funkcjonuje siedem polskich drużyn, które walczą w Polskiej Lidze Lacrosse. Polska Reprezentacja Lacrosse powstała w 2008 roku. Już w 2010 roku zadebiutowała na mistrzostwach świata w Manchesterze. Drużyna w żaden sposób nie została dofinansowana przez oficjalne organy. Zawodnicy sami musieli opłacić koszty podróży i pobytu w Anglii. Ponieważ powstanie reprezentacji było ściśle związane z działaniem Amerykanów polskiego pochodzenia (managerem został Robert Bieschke Jr., a trenerem Christian Zwickert), część pieniędzy udało się zebrać wśród polonii amerykańskiej. Polacy zajęli czternaste miejsce na dwadzieścia dziewięć zespołów, a jednocześnie pierwsze wśród debiutantów. Finał rozstrzygnęły między sobą Stany Zjednoczone i Kanada, tytuł po raz dziewiąty zdobyli Amerykanie. Szerokim echem odbiła się informacja o zakazie wstępu do Anglii reprezentacji Irokezów, którzy – dbając o zachowanie własnej tożsamości narodowej – nie chcieli użyć paszportów amerykańskich. Ostatecznie drużyna została wykluczona z rozgrywek. Temat podjęły polskie media, jednocześnie poświęcając udziałowi polskiej reprezentacji niewspółmiernie mało uwagi. Lacrosse ma także swoje kobiece oblicze. Żeńska odmiana różni się jednak sporo od męskiej. Najistotniejszą różnicą jest zakaz kontaktu fizycznego między zawodniczkami, co czyni grę znacznie mniej brutalną. Z tego względu zawodniczki noszą niewiele ochraniaczy (poza bramkarkami). Wprowadzono jeszcze jedną zmianę w strojach – zawodniczki grają w… spódniczkach. W ten właśnie sposób przystosowano dyscyplinę do warunków fizycznych kobiet. Same amatorki lacrosse nie są za bardzo zadowolone z modyfikacji wprowadzonych w oryginalnych regułach. Często w ferworze walki ciężko się powstrzymać przed wyładowaniem agresji poprzez kontakt fizyczny z rywalkami. I choć pozwolono płci pięknej bawić się piłką, uznano widocznie, że nie odczuwa ona tego rodzaju niestosownych emocji. Wrocław to szczególne miejsce na lacrossowej mapie Polski. To tutaj powstał jeden z pierwszych klubów. Również w tym mieście 17 kwietnia 2008 roku rozegrano pierwszy w historii mecz lacrosse w Polsce. Kosynierzy zdobyli wicemistrzostwo WWW.HIRO.PL

w sezonie inaugurującym Polską Ligę Lacrosse, a rok później sięgnęli po mistrzostwo kraju. W sezonie 2012/2013 udało im się obronić tytuł. Wielu reprezentantów Polski gra właśnie w tym klubie. Podobnie jak drużyna narodowa, Kosynierzy utrzymują się sami. Zawodnicy sami finansują sobie sprzęt, wyjazdy, treningi. Poza rozgrywkami krajowymi wrocławscy zawodnicy występują także w czeskiej lidze boxlacrosse. Jest to halowa odmiana tej dyscypliny, którą rozgrywa się na boisku do hokeja bez lodu. Drużyna składa się z sześciu zawodników, a gra jest o wiele bardziej agresywna. Zawodnicy Kosynierów realizują swoją pasję również poprzez wcielanie w życie projektu „Intercross”. Prowadzą w podwrocławskich szkołach zajęcia z lacrosse w ramach WF-u i zajęć pozalekcyjnych. W efekcie powstała nawet drużyna gimnazjalna, składająca się z chłopców z Chrząstawy Małej i Chrząstawy Wielkiej. Na fali entuzjazmu i sukcesów Kosynierów w 2009 roku powstała również żeńska sekcja klubu. Kosynierki zostały pierwszą kobiecą drużyną lacrosse w Polsce. Do tej pory, ze względu na istnienie w kraju jedynie trzech zespołów żeńskich, rozgrywano Puchar Polski. Od nowego sezonu do gry wchodzi czwarta drużyna i tym samym planowana jest inauguracja kobiecej ligi. Poza rozgrywkami krajowymi, wrocławianki – podobnie jak ich koledzy z klubu – korzystają z bardzo dużej popularności dyscypliny w Czechach. Występują w czeskiej zimowej lidze halowej, a tym samym jako jedyna żeńska drużyna występują we własnym składzie za granicą. Nie liczą na wielkie sukcesy sportowe – po prostu chcą uprawiać ulubioną dyscyplinę. Ciężko zdobywać trofea bez profesjonalnego trenera. Po wielu zmianach trenerskich, nastąpiła konieczność powołania na tę funkcję… kogoś z grona Kosynierek. W efekcie zawodniczki nie mają możliwości uczenia się od trenerki, której wiedza na temat tego sportu jest zbliżona do tego, co już same wiedzą. Wrocławianki radzą sobie we własnym gronie we wszystkich aspektach uprawiania lacrosse. Nie mając sponsora, tak samo jak Kosynierzy same finansują sobie sprzęt oraz wszelkie inne potrzeby. Żeby przyciągnąć sponsorów do nowej dyscypliny, trzeba najpierw przekonać do niej potencjalnych kibiców. – Lacrosse w Polsce zdecydowanie się rozwija. Tempo może nie jest takie, jakiego wszyscy by sobie życzyli, ale można zaobserwować, że popularność tego sportu i świadomość tego, czym jest lacrosse, coraz bardziej wzrasta – twierdzi Katarzyna Książek, zawodniczka Kosynierek. Jednocześnie zwraca uwagę na małe zainteresowanie mediów, podkreślając, że te regionalne mogłyby bardziej przysłużyć się promowaniu niszowych dyscyplin. W kwestii podejścia do uprawiania lacrosse nie ma złudzeń: – Drużyn powstaje coraz więcej, popularność rośnie. Potencjał ludzki jest, ale niestety kiepsko jest z finansami. Trudno jest zbudować coś, co chociaż zbliżałoby się do zawodowstwa, jeśli nie ma na to funduszy. Tak naprawdę cały sprzęt, wszystkie koszty związane z wyjazdami na mecze, turnieje pokrywamy sami. Także koszty wynajęcia boisk i tak dalej. Wszystko idzie z naszej kieszeni. Gdyby to zliczyć, nie są to nie wiadomo jak duże kwoty, ale są. Żeby zrobić karierę, trzeba wyjechać z Polski. Nasza generacja raczej już nic wielkiego nie osiągnie. Może nasze dzieci będą mogły bardziej powalczyć. My to traktujemy tylko hobbystycznie – podsumowuje wrocławska zawodniczka. Reprezentantka Kosynierów opowiada również o niezwykłej atmosferze, która panuje we wrocławskich zespołach lacrosse: – O sile naszej drużyny stanowi atmosfera, zżycie się tych osób, fajny klimat. Kiedy przychodzi moment zwątpienia, czynnikiem najbardziej motywującym jest czynnik ludzki. W niewielu klubach jest taka świetna atmosfera jak u nas. O tym, że lacrosse w Polsce zyskuje na popularności, świadczy z pewnością zwycięstwo w głosowaniu wrocławskiego Budżetu Obywatelskiego projektu zakładającego przystosowanie MOSiR-u przy ulicy Lotniczej do potrzeb futbolu amerykańskiego, rugby, ultimate frisbee, lacrosse i piłki. Chętni do nauki lacrosse w stolicy Dolnego Śląska mogliby więc liczyć na coraz lepsze warunki. Ci, którzy ten sport już uprawiają, mają poczucie satysfakcji z powodu robienia czegoś nowego, innego. Tworzą nowy rozdział w historii polskiego sportu – a któż nie chciałby zapisać się na kartach historii?

sport 21


Czesław (za)Śpiewa w Browarze Lecha tekst | REDAKCJA

30 muza

foto | KATARZYNA WIDMAŃSKA


CZESŁAW ŚPIEWA

13 lipca koncertowe lato w Polsce zyskało nowy wymiar, gdy dla wybranego grona fanów w autentycznych wnętrzach browaru Lecha w Poznaniu zagrał zespół Myslovitz. Już w sierpniu, na tej specjalnie zaaranżowanej scenie, wystąpi muzyczna armia Czesława Mozila. Całość rejestrować będą zainstalowane w Browarze kamery. Miłośnicy muzyki i dobrej zabawy będą mogli oglądać koncert w jakości HD poprzez live streaming, a nawet sterować kamerą! NOWE DOŚWIADCZENIE RÓWNIEŻ DLA MUZYKÓW Za porywającym wokalistą – Czesławem Mozilem, znanym polskiej publiczności nie tylko jako chłopiec z akordeonem, ale i juror popularnego talent show, stoją absolwenci Royal Danish Music Academy i Rhythmic Music Conservatory. Wszyscy oni tworzą niepowtarzalny skład zespołu Czesław Śpiewa. Ich muzyka jest wypadkową nietuzinkowych żartów i biograficznych anegdot każdego z nich. Wszystkie one wybrzmią już 3 sierpnia w Browarze Lecha w Poznaniu. – Przygotowaliśmy projekt pionierski, którego do tej pory w Polsce nie było. Zapraszamy wielbicieli muzyki i nowatorskich wrażeń do serca naszej marki, do miejsca, w którym Lech Premium jest warzony. Jest to wyjątkowe doświadczenie zarówno dla fanów, jak i dla samych muzyków – mówi Aleksandra Zarychta-Kuzalska, kierownik ds. PR marek w Kompanii Piwowarskiej. – Reakcje uczestników pierwszego koncertu to dla nas najlepszy dowód, że takich imprez brakowało. Charyzmatyczny i nieprzewidywalny skład grupy Czesław Śpiewa doskonale wpisuje się w ideę naszych kameralnych koncertów. MUZYCZNA WYPRAWA Z DĘCIAKAMI I DZWONECZKAMI W koncertowym repertuarze Czesław Śpiewa poza piosenkami z najnowszej płyty znajdą się także przeboje z dwóch poprzednich krążków zespołu, „Debiut” i „Pop” oraz dorobek pierwszego zespołu Czesława Mozila – Tesco Value. Muzycy zabiorą swoich słuchaczy w zwariowaną podróż do krainy finezyjnych dźwięków tanga, popu, folku i awangardy, używając przy tym szerokiej gamy instrumentów. Szklane dzwoneczki, rozmaite dęciaki, akordeony i ukulele to tylko kilka elementów spośród wielu trybików tej muzycznej machiny. Koncert zespołu Myslovitz pokazał, że artyści dla publiczności zgromadzonej w Browarze przygotowują specjalne niespodzianki. Tak będzie i tym razem – Czesław Śpiewa muzycznie zaskoczy. CZESŁAW ŚPIEWA W TWOIM DOMU Bilety na koncert można zdobyć wyłącznie w konkursie Lecha Premium. Ich liczba jest ograniczona, aby zagwarantować kameralną atmosferę wydarzeń. W sprzedaży są promocyjne opakowania piwa Lech z kodami, które należy zbierać na internetowym koncie. Do zabawy można zaprosić znajomych, by zwiększyć swoje szanse na wygraną. Punkty można też zdobyć poprzez głosowanie na Facebooku. Ci, którym nie uda się wygrać biletów na koncerty, będą je mogli śledzić dzięki relacji na żywo, na stronie www.lech.pl. Kamery zainstalowane w Browarze pokażą wszystko to, co będzie się działo na scenie, a nawet poza nią. Tym samym również widzowie nie będący tego dnia w Poznaniu będą cieszyć się muzyczną ucztą w jakości HD, zafundowaną przez zespół Czesław Śpiewa. Streaming można będzie odtworzyć na wszystkich urządzeniach mobilnych. Live streaming to popularna wśród fanów muzyki forma uczestnictwa w koncercie bez wychodzenia z domu. To prosty i ciekawy pomysł na spędzenie soboty w gronie znajomych – w ulubionym miejscu, bez wielkich przygotowań i nakładów finansowych.

W BROWARZE W POZNANIU ZNÓW BĘDZIE GŁOŚNO. PO NIEZWYKŁYM KONCERCIE MYSLOVITZ, 3 SIERPNIA WYSTĄPI ZESPÓŁ CZESŁAW ŚPIEWA. TO DRUGI Z CYKLU TRZECH KAMERALNYCH KONCERTÓW ORGANIZOWANYCH PRZEZ MARKĘ LECH. MIŁOŚNICY MUZYKI O BILETY NA TO WYDARZENIE MUSZĄ ZAWALCZYĆ W KONKURSIE

muza 31


KOPALNIA HITÓW

club tropicana tekst | JACEK SZYMCZYK

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

EFEKTOWNE SCENY Z GEORGE’EM MICHAELEM I ANDREW RIDGELEYEM WPADAJĄCYMI DO WODY PODCZAS GRY NA TRĄBKACH I PIERWSZYM Z NICH WYLEWAJĄCYM DRINKI DO BASENU. EGZOTYCZNY TAŃCZĄCY BARMAN. WZBUDZAJĄCE APETYT NA WAKACYJNY WYPAD ZDJĘCIA PEJZAŻY. ZASKAKUJĄCA FABUŁA. SĄ POWODY, BY PAMIĘTAĆ KLIP DO PIOSENKI „CLUB TROPICANA” I przez pryzmat obrazu nakręconego na Ibizie przez Duncana Gibbinsa kawałek duetu Wham! jest kojarzony przez większość słuchaczy. Ale są także argumenty, by wspominać samą piosenkę. I to nie tylko w kontekście kanikuły. „Po kilku minutach rozmowy byłem zdumiony. Choć miał dopiero 20 lat, znakomicie rozumiał każdy aspekt kariery estradowej. Po paru następnych, kiedy sprawdzał sprzęt nagraniowy, wiedziałem, że to geniusz. Mimo że wcześniej miał do czynienia, i to krótko, tylko z prostym przenośnym zestawem studyjnym, robił to tak, jakby urodził się w studiu” – opisuje swoje pierwsze spotkanie z George’em Michaelem Tony Taverner. Taverner był inżynierem dźwięku w Maison Rouge Studios, dokąd artysta przyszedł na początku 1983 roku, aby rozpoznać grunt przed sesją nagraniową do debiutanckiego albumu Wham! „Fantastic”. Podczas niej miała zostać zarejestrowana m.in. piosenka „Club Tropicana”. Kiedy zaczęły się nagrania, Michael, jak na człowieka sprawiającego wrażenie urodzonego w studiu przystało, zabrał się nie tylko za śpiewanie, ale także za aranżację i przede wszystkim za produkcję muzyczną, wspólnie z zawodowcem Steve’em Brownem kreując ostateczny kształt utworów. „Club Tropicana” to chyba najbardziej udany produkt, jakim zaowocowała sesja w studiu, w którym swoje superpiosenki zrealizowali także Marillion („Fugazi”), The Waterboys („The Thrill Is Gone”), Duran Duran („A View to a Kill”) i Blur („To the End”). Numer ma bardzo dynamiczny i bogaty funkowo-latynoski rytm, na który składa się gra perkusisty (Trevor Morell, który pracował też z Kim Wilde, The Bee Gees i Sade) i perkusjonisty (Andy Duncan – pracował także z Pet Shop Boys, Davidem Bowiem i Manic Street Preachers), basisty (Deon Estus – pracował również z Marvinem Gaye’em, Frankiem Zappą i Eltonem Johnem), gitarzysty (Andrew Ridgeley) oraz pianisty (Tommy Eyre – pracował ponadto z Joe’em Cockerem, Gerrym Raffertym i Tracy Chapman). Brzmi to bujnie i pulsuje ożywczo, dając kawałkowi walory taneczne i zalety odsłuchowe. Niemniej oczywiście większość tych drugich przynosi warstwa melodyczna wraz z dodatkami. Główna melodia jest niezwykle chwytliwa, a zarazem zaskakująco jak na popowy numer pokombinowana. Pisząc piosenkę, Michael z Ridgeleyem zadali śpiewakowi sporo trudnej wokalnej roboty, a pierwszy wykonał ją perfekcyjnie od strony technicznej i urzekająco w wymiarze estetycznym. Zrobił także tzw. chórki. Znakomite – melodyjne i momentami pieprzne – są również partie dęcistów (Ian Ritchie – pracował także z Rogerem Watersem, Laurie Anderson i The Big Dish, oraz Roddy Lorimer – pracował też z Jamiroquai, Michaelem McDonaldem i The Rolling Stones). Wszystko podane jest w dobrze rozłożonych planach i pozbawione taniego studyjnego efekciarstwa, które w tamtym okresie było zmorą wielu nagrań. W rezultacie tego trzydziestoletniego utworu wciąż słucha się dobrze. Na przełomie lipca i sierpnia 1983 roku, kiedy wydana na singlu piosenka zdobywała anteny radiowe i programy telewizyjne i była recenzowana w prasie, jej odbiór był rozmaity. Wielu potrafiącym docenić dobry pop przypadła do gustu. Do nich należał np. kojarzony przede wszystkim z muzyką indie John Peel. Legendarny dziennikarz BBC wprawdzie najbardziej lubił wcześniejszy singlowy numer Wham! „Young Guns (Go for It)”, ale kiedy przyszło mu zapowiedzieć „Club Tropicana” w bardzo wpływowym telewizyjnym show „Top of the Pops”, zrobił to z nieskrywaną radością, wyimprowizując nawet parę zabawnych kroków tanecznych. „Rozczarowani zarzucali nam, że po powodzeniu poprzednich trzech singli przekonaliśmy się, że możemy być bardzo popularni i bogaci, więc postanowiliśmy wykorzystać nasze pięć minut i pójść w totalny mainstream, żeby rozbić bank. Ale chyba nie posłuchali uważnie piosenki. Zgoda, to rzecz bardzo chwytliwa, mocno popowa (choć uważam, że »Young Guns [Go for It]« jest bardziej mainstreamowa), ale zarazem dość wyrafinowana muzycznie i satyryczna literacko. A w ogóle została napisana przez nas dawno temu i pierwszy raz nagrana w styczniu 1982 roku w rodzinnym domu Andrew przy pomocy przenośnego studia, które wypożyczyliśmy za 20 funtów” – opowiada Michael. Wtedy powstało demo, na którym znalazły się jeszcze kawałki „Wham Rap! (Enjoy What You Do?)”, „Come On!” i „Careless Whisper”. Michael z Ridgeleyem obeszli z taśmą wszystkie duże i ważne firmy fonograficzne i żadna nie chciała chłopaków. W końcu trafili do Marka Deana, współwłaściciela małego wydawnictwa Innervision. I on związał się z Wham! kontraktem, okazując się jedynym czujnym człowiekiem w tej branży. Opublikowany na początku lipca 1983 roku przez londyński label longplay „Fantastic” osiągnął szczyt brytyjskiej listy bestsellerów albumowych, a wypuszczona pod koniec tego miesiąca płytka „Club Tropicana” doszła do czwartego miejsca w rankingu singlowych hitów.


DOBRY GATUNEK

s o u e h tekst | LIFE IS MUSIC ENT.

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

„MUZYKA ODGRYWA BARDZO DUŻĄ ROLĘ W MOIM ŻYCIU. JEST TYM, CO SPRAWIA, ŻE CZEKAM NA PONIEDZIAŁEK RANO” – MÓWI MICHAEL GRAY, BRYTYJSKI DJ I PRODUCENT MUZYKI HOUSE Jak to się stało, że stanąłeś za konsoletą? Zacząłem didżejować w wieku dwunastu lat, grywałem w holu naszego lokalnego kościoła do szesnastego roku życia, a także na szkolnych imprezach. Kiedy miałem szesnaście lat, grywałem już w barach, a kiedy ukończyłem osiemnastkę, zacząłem grywać w londyńskich klubach. Tkwiło coś jednak we mnie głębiej, bo bardzo chciałem sam remiksować utwory, które grałem. Dlatego wstąpiłem do DMC (didżejski serwis subskrybcyjny – przyp. red.), gdzie zacząłem remiksować utwory. Od tamtej pory poszedłem w stronę komponowania i produkowania moich własnych piosenek. Pierwsza z nich nazywała się „Give Me” i wydałem ją pod pseudonimem Greed. Wtedy właśnie spotkałem Johna Pearna i zaczęliśmy produkować nagrania razem, co zresztą robimy po dziś dzień jako Full Intention. Oczywiście produkuję również pod własnym nazwiskiem. ☓ Kto był dla ciebie największą inspiracją? Cenię produkcje Arthura Bakera, Rockers Revenge, Wally Jump Junior, Afrika Bambaataa & Soulsonic Force. Uwielbiam Shepa Pettibone’a za wspaniałe remiksy na wielu albumach Salsoul Records, FK za jego wiele remiksów dla wydawnictwa Prelude Records, Daft Punk, Davida Moralesa… ☓ Muzyka house ewoluowała od czasu twojego światowego hitu „The Weekend” z 2004 roku. Chciałem stworzyć nagranie, które by podnosiło na duchu i do którego każdy by mógł się odnieść. Starałem się zrobić trochę inny „groove”, aby pasował do tego, co aktualnie było na czasie. Inspiracja przyszła z wczesnych lat 80. i francuskiej muzyki house. Kiedy wypuściłem „The Weekend”, „Borderline” i „Somewhere Beyond”, zaczął dominować electro house, co zmieniło kształt rynku na wiele lat. Jakkolwiek obecnie koło się zamyka i „stary” house wraca w wielkim stylu. ☓ Którzy twórcy z tych obecnie odnoszących największe sukcesy w muzyce house fascynują cię najbardziej? Jest wielu artystów i producentów, których podziwiam w tym momencie, lista się nie kończy. To ludzie tacy jak Disclosure, Duke Dumont, Hot Natured, Ali Love, Tensnake, Solomun, Flashmob, Joris Voorn, Dusky etc. Kocham prawdziwe brzmienie house, jakie oni robią – proste, rzeczywiste; uwielbiam motywy z dobrze przemyślanymi akordami i dopasowanym brzmieniem.

nić nieznany utwór w wielki hit? Pete jest wciąż bardzo wpływowy na rynku i myślę, że zawsze będzie. On naprawdę ogarnia nowe brzmienia, a jednocześnie nie podąża za tłumem. Nie ma znaczenia, kto nagrał utwór; jeśli on go polubi, zagra go! BBC Radio 1 także odgrywa w dalszym ciągu niebagatelną rolę w promocji muzyki house? Bez wątpienia. Jeśli twój utwór dostanie się na główną playlistę, to jest bardziej niż prawdopodobne, że stanie się hitem i to często światowym! House ma wciąż ogromny potencjał w klubach, ale w tej niszy coraz popularniejszy staje się również dubstep… Tak, dubstep sprawdza się w pewnych klubach, ale wielu producentów dubstepu w Wielkiej Brytanii odeszło od tego stylu, aby zacząć tworzyć czysty UK house. House jest popularny już od 1985 roku, co pokazuje, że z pewnością ma szansę utrzymywać tę popularność jeszcze przez długi czas. W tym momencie modną odmianą house’u stał się styl Deep House. Czego obecnie używasz do produkcji muzyki? Cubase 6 na Macbooku Pro Retina podlinkowanym do ekranu Mac Thunderbolt Retina. To oznacza, że mogę pracować nad utworami dosłownie wszędzie, potem tylko linkuję to na ekran, kiedy idę do swojego studia. ☓ Jest jakaś recepta na hit? Jaką miałbyś radę dla młodych producentów? Podstawa to mieć wyczucie melodii i tak zwanego groove’u. ☓ Ostatnio prawie nie wychodzisz ze studia. Najbliższe plany? Obecnie pracuję nad swoimi nowymi singlami, jak i nad nowymi ścieżkami dla Full Intention z Johnem Pearnem. Właśnie wydaliśmy świeżą EP-kę w Rebirth Records pt. „Icon/Mednes”. Możecie to sprawdzić na fullintention.com. Wierzysz, że jeszcze pojawią się takie house’owe megahity jak „Lady” Modjo, “Around the World” Daft Punk, „Music Sounds Better With You” Benjamina Diamonda czy „Jack Your Body” Silka Hurleya? Tak, zdecydowanie. Niestety, gatunek wykorzystali mizerni artyści pop, ale teraz wracamy. House egzystuje ponownie! Sprawdźcie Disclosure.

A najważniejsze obecnie labele wydające house? Hot Creations i Defected. Brytyjskie rozgłośnie pirackie miały swój duży udział w promocji muzyki house. Czy one ciągle działają? Kocham pirackie stacje radiowe, HOUSE FM jest wciąż moją ulubioną stacją. Grają tam najlepsze kawałki house’owe! ☓ Legendarny Pete Tong jest wciąż tak wpływową osobą, która może zamie-

34 muza

Michael Gray www.michaelgrayofficial.com www.facebook.com/michaelgrayofficial Materiał dostarczony przez: Life Is Music Entertainment www.facebook.com/LifeIsMusicEntertainment

WWW.HIRO.PL


JEŻELI ZACZNĘ OD TEGO, ŻE W SIERPNIU ZAGRA W POLSCE KONCERT KULTOWY COCK SPARRER, WIĘKSZOŚĆ OSÓB PARSKNIE ŚMIECHEM I PRZEWRÓCI STRONĘ. TO NATURALNY ODRUCH – PRZYMIOTNIKI „KULTOWY” ORAZ „LEGENDARNY” SĄ NAJBARDZIEJ RYZYKOWNYMI OKREŚLENIAMI DLA ZESPOŁU GRAJĄCEGO MUZYKĘ GITAROWĄ

COCK SPARRER

kultowi? legendarni? tekst | ŁUKASZ KOWALCZUK

Wszystko zaczęło się już w 1972 roku w gorszej części stolicy Anglii. Kilku dzieciaków z East Endu postanowiło założyć zespół, a główną motywacją była prawdopodobnie chęć zaimponowania dziewczynom. Przecież piłka to nie wszystko. Pierwszy skład tworzyli: Collin McFaull, Mick Beaufoy, Steve Burgess i Steve Bruce. Nie będzie tu wyliczanek, kto kogo zastąpił na jakim stanowisku, bo… skład wygląda dziś niemal identycznie, uzupełnił go prawie dwadzieścia lat temu Daryl Smith. Dla początkującej młodzieży nie brakowało wówczas inspiracji – kapel grających na tyle prostą muzykę, że każdy mógł spróbować pójść w ich ślady. Rythm and blues lat 60., glam, hard i pub rock. Kiedy Cock Sparrer koncertował już stosunkowo regularnie, punk był raczkujacym ruchem. Menedżerem grupy nieomal został wówczas Malcolm McLaren. Na szczęście nikt z zespołu nie chciał mieć z nim nic wspólnego. Z punkową bohemą ze szkół artystycznych też nie. Drzwi popularnych punkowych klubów były zamknięte dla Sparrera i wspierającej go załogi o wdzięcznej nazwie The Poplar Boys. Pierwszy singiel zatytułowany „Running Riot” ukazał się w magicznym 1977 roku – kwartał przed albumem Pistolsów, pół roku przed „White Riot” Clashów i długo przed wieloma innymi klasycznymi nagraniami tamtej ery. Trudno było zaszufladkować chłopaków, którym udało się idealnie połączyć rockowe inspiracje oraz punkowe tempo z robotniczym rodowodem i chuligańską zadziornością. W prasie pojawiały się tak karkołomne terminy jak „The Heavy Metal Skinheads” (NME). Od razu po podpisaniu kontraktu zaczęły się problemy z wytwórnią Decca, która chciała zrobić z zespołu punków z pocztówki. Potem nastąpiła bardzo

36 muza

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

nieudana wycieczka do Stanów i panowie na kilka lat przestali grać. Powrócili na początku kolejnej dekady, po części na fali popularności ulicznej odsłony punk rocka, w której czuli się jak ryba w wodzie. Oprócz niekończących się kłopotów z wytwórniami, pojawił się nowy problem – rosnący w siłę ruch neonazistowski. Bójki na koncertach nie były już tylko chuligańskimi wybrykami, ale demonstracją siły. Media nie pomagały. Mowa o okresie, w którym nawet kapele ska były posądzane o faszyzm. Patriotyczny ”England Belongs to Me” wydany w 1982 roku był wodą na młyn zarówno dla hajlujących odszczepieńców, jak i szukajacych sensacji pismaków. Z jednej strony Cock Sparrer nagrał dwa świetne albumy – „Shock Troops” i „Running Riot in 84” – z drugiej ciężko było cokolwiek zrobić w takich okolicznościach i ponownie przerwano działalność. Czasy się zmieniały i kolejna reaktywacja miała już miejsce w przyjemniejszych dla zespołu okolicznościach. Publika nie zapomniała o grupie, która jako jedna z niewielu sobie podobnych uniknęła żenujących romansów z metalem czy popem. Każdy ich występ jest prawdziwym świętem dla fanów punk rocka również dlatego, że Sparrer nie gra często. Najprostszy sposób, żeby nie rozmienić się na drobne. Warto puścić albumy Cock Sparrera każdemu, komu punk kojarzy się jedynie z agresywną, naćwiekowaną wersją. Poza tym liczba kapel grających piosenki Londyńczyków jest nieskończona. Agnostic Front, Tankard, Dropkick Murphys… Do tego cover bandy. Dwa z nich nazywają się Cunt Sparrer. Jeden jest z Warszawy i prezentuje tradycyjne podejście do tematu. Drugi to amerykańskie, akustyczne trio. Tak czy siak, sprawdźcie koniecznie oryginał.


STRATOSFERA

zaginione piosenki tekst | MAREK FALL

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

NIE WSZYSTKO, CO NAJLEPSZE, ZAWSZE TRAFIA NA DŁUGOGRAJĄCE PŁYTY. HISTORIA ZNA MNÓSTWO TAKICH PRZYPADKÓW. SPECAMI W TEJ DZIEDZINIE BYLI THE BEATLES, RED HOT CHILI PEPPERS MIELI SWOJE „SOUL TO SQUEEZE”, A TO, JAKIE SKARBY MOŻNA POUKRYWAĆ, NAJDOBITNIEJ POKAZYWAŁ SŁYNNY RANKING „Q” Z 2007 ROKU. STRONY „B” SINGLI, UTWORY ZNANE TYLKO Z KONCERTÓW, BONUSY WERSJI WINYLOWYCH… W POLSCE RÓWNIEŻ ICH NIE BRAKOWAŁO. OTO KRÓTKI PRZEGLĄD NASZYCH LOST TRACKS, KTÓRE PO PROSTU TRZEBA USŁYSZEĆ

NERWOWE WAKACJE – „NERWOWE WAKACJE” Debiut zespołu Jacka Szabrańskiego (The Car Is On Fire) i Michała Szturomskiego (Afro Kolektyw) jest jednym z najważniejszych albumów ostatnich kilkunastu lat na polskiej scenie rockowej. Z tym że to również płyta wakacyjna, harcerska, nieoczywista, a do tego jeszcze wydana w młodej, niedużej wytwórni, więc też przeszła bez szczególnego echa. Jest to rodzaj dziejowej niesprawiedliwości, bo „Polish Rock” rzeczywiście uchwycił moment czystego geniuszu Szabrańskiego w dziedzinie pisania zwiewnych, chłopackich szlagierów inspirowanych latami 80. oraz nostalgicznych tekstów w estetyce krajowego kina drogi. Taki jest też samodzielny utwór „Nerwowe Wakacje”, który trafił do sieci już jakiś czas po premierze debiutu. Dwuczęściowa piosenka o smutnej miłości i przemijającym czasie to kwintesencja stylu zespołu. Jak pozostałe szlagiery Nerwowych Wakacji łamie serce w sposób najdalszy od egzaltacji, patosu i tanich wzruszeń. O taką Polskę walczyliśmy.

38 muza

ARTUR ROJEK – „LATO ’76” „Lato ’76” to pierwszy solowy utwór Artura Rojka, jaki ujrzał światło dziennie. Muzyk zaprezentował go na żywo w radiowej Trójce na początku 2007 roku. Kilka miesięcy później opowiadał mi w wywiadzie: „Często sięgałem do okresu dzieciństwa podczas pisania tekstów na płytę Lenny Valentino, a ostatnio w piosence „Lato ’76”. Ta historia dotyczy czasu, gdy moi dziadkowie pracowali i wtedy opiekowała się mną ciocia. Nazywała się Ela Miś. Kiedyś dziadek poszedł do parku, żeby spotkać się z kolegami, a ciocia chciała mnie zabrać w inną stronę. Wyrwałem się jej i poleciałem za dziadkiem. Wybiegłem na ulicę i mało brakowało, a przejechałby mnie samochód”. To wydarzenie zainspirowało skromny, akustyczny utwór z urzekająca partią skrzypiec w refrenie oraz pięknym w swojej prostocie tekstem („Lato ’76/ Mówisz: «W życiu trzeba być kimś»/ Czy odejdziesz, gdy będę nikim?/ Powiedz mi”). Dzieło na miarę „Uwaga! Jedzie tramwaj”.

THE CAR IS ON FIRE – „EASY ON THE EYE” Multiinstrumentalista Michał Pruszkowski dołączył do TCIOF w miejsce Borysa Dejnarowicza i przez długi czas wydawało się, że to jego autorski, znany z koncertów utwór „Easy On The Eye” pociągnie trzecią płytę warszawiaków. Jacek Szabrański opowiadał mi niedawno o kulisach powstania tego tracku. Otóż Michał Pruszkowski to muzyk z korzeniami hardrockowymi czy nu metalowymi, prywatnie fan grupy Korn. Pod względem upodobań muzycznych niezbyt pasował więc do TCIOF. Członkowie grupy postanowili wyciągnąć z niego „carsową” wrażliwość i koniec końców Pruszkowski zaprezentował im dwa utwory, w tym właśnie „Easy On The Eye”. Michał od początku jednak podchodził do tej piosenki z lekceważeniem i deprecjonował swoje dokonanie, co również wiele mówi o powodach późniejszego rozstania z zespołem. Ostatecznie opuścił zespół, by poświęcić się pisaniu muzyki do reklam. To jego autorstwa są jingle z reklamówek Liberty Direct, Praktikera, Alior Banku czy Volkswagena. WWW.HIRO.PL


COOL KIDS OF DEATH – „CHŁOPIEC Z PLASTELINY” Zakamarki dyskografii CKOD pełne są utworów, które mogłyby się tutaj znaleźć. Najlepsze przykłady – spoken word „Do widzenia, skurwysynu” czy „Słońce nad miastem”. Jednak kiedy łodzianie coverują Lenny Valentino, dzieją się rzeczy na skalę astralną. Jeżeli w wersji oryginalnej mieliśmy do czynienia z poetyką niepokojącego, dziecięcego snu, to tu obcujemy z majakami małolata, który wkrótce dokona jatki, jak Eric Harris i Dylan Klebold w Columbine. Utwór Lenny Valentino w interpretacji CKOD nabiera zimnofalowego, niemalże industrialnego charakteru. Krzysiek Ostrowski podaje tekst z wątroby, co robi piorunujące wrażenie w zestawieniu z zagospodarowanymi gęsto planami. Epicentrum tej wersji stanowią pełniące funkcje refrenu wersy „Widziałem diabła w moich snach/ Wtedy byłem sam/ Spałem kilka lat”, poprzedzone krzykiem. To jest hardkor, kochanie. Zamieszczono go na singlu „Uważaj”. KOMBAJN DO ZBIERANIA KUR PO WIOSKACH – „JANUSZ REAKTOR I KRYSTYNA ZMROK” „Hidden track” z pierwszej składanki „Offensywa”. Rok po drugiej płycie, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach właśnie na kompilacji audycji Piotra Stelmacha umieszcza swój najdoskonalszy utwór. „Janusz Reaktor i Krystyna Zmrok” powstało gdzieś na skrzyżowaniu późnych Beatlesów z „Black Hole Sun”. Dzisiaj coś takiego mogliby nagrać chłopcy z Tame Impala, choć piosenkę KDZKPW cechuje znacznie większy ciężar gatunkowy. To jeden z najchwalebniejszych w naszym kraju przykładów psychodelicznego, surrealistycznego grania, które zachwyca intensywnością, ale również perfekcją i doskonałymi proporcjami kompozycji. Szkoda tylko, że zespół nie był w stanie utrzymać takiej formy chociażby na jedną płytę – od początku do końca.

W.E.N.A. I RASMENTALISM – „KOSTKA JUMANJI” Gdyby układać ranking najlepszych polskich „nielegali” rapowych, „Duże Rzeczy”, owoc kolaboracji Wudoe oraz Rasa i Menta, bez wątpienia zasługują na najwyższe miejsca. Opracowana tam forma łącząca laidback absolutny, amerykańską przewózkę, gęste struktury sampli i mocne bębny, optymalną postać przyjęła w utworze „Kostka Jumanji”, nagranym z okazji urodzin DJ-a DBT. Fenomenalne bragga w zwrotkach („Gdy nas spotkasz, proś Boga, by spojrzał wyżej”) przechodzące w refren działający jak kroplówka z Red Bulla („Pytają nas, jakie mamy plany/ „Duże rzeczy, nie małe zmiany”), sprawiają, że gdy Ras rzuca „Znowu rapuję, jakbym wznosił toast”, nie pozostaje nic innego, jak: a) uwierzyć mu, b) polać.

ŁONA I WEBBER FEAT. AFROJAX – „RZUĆ TO” „Absurd i nonsens” to najchłodniej przyjęta płyta szczecińskiego duetu. Nie do wszystkich przemówiły minimalistyczne produkcje Webbera, którymi swoją drogą wyprzedził swój czas. Kontrowersje budziły również liczne odniesienia do sytuacji politycznej w Polsce, przez co album bywa postrzegany w kategoriach płyty-gazety. Główny problem „Absurdu i nonsensu” polega jednak na tym, że najlepszy utwór artyści zdecydowali się umieścić jako bonus na winylowej edycji. Jest nim „Rzuć to”, czyli długo wyczekiwana i dość oczywista kooperacja Łony i Afrojaxa z Afro Kolektywu. W tym przewrotnym utworze o tematyce antynikotynowej znalazło się miejsce na tyle błyskotliwości, punchline’ów i bon motów, że niektórzy mogliby obdzielić nimi całe albumy. Tu skondensowano je w czterech minutach z hakiem. Porywająca konfrontacja na intelektualnych szczytach w polskim rapie.

ŚCIANKA – „JEZU, JAK MAM SIEBIE DOŚĆ” „Utwór powstał jeszcze kiedy grał z nami basista-współzałożyciel, Wojtek Michałowski, czyli pewnie w 1997 roku. Grywaliśmy go co jakiś czas na koncertach, ale na żadną płytę nie wszedł, bo były inne priorytety. Na pewno znajdzie miejsce na którymś przyszłym albumie. Może na 50-lecie działalności estradowej?” – mówi Maciej Cieślak. Oczekiwanie na nową płytę Ścianki, „Come November”, przypomina czekanie na „Duke Nukem Forever” albo „Chinese Democracy” (dopóki się nie ukazały). W ciągu siedmiu lat, które minęły od czasu premiery „Pana Planety”, Maciej Cieślak zaprezentował całe mnóstwo premierowych numerów, poddawanych skrupulatnemu remanentowi przez die-hard fanów. W dalszym ciągu jednak „Jezu, jak mam siebie dość” pozostaje najlepszą piosenką grupy spoza oficjalnego obiegu. To potężny i brudny rockowy szlagier w stylu The Stooges (bardziej) czy Kinksów (mniej) z riffem na poziomie najlepszych tego rodzaju dokonań Cieślaka. WWW.HIRO.PL

muza 39


MAMA SELITA

z garażową energią tekst | MARCIN FLINT

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Zaczniemy od zgromienia mitu telewizyjnego talent show jako wydarzenia, które wszystko w życiu zespołu zmienia. Ale moment, może u was rzeczywiście odmieniło się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Mikołaj: I dlatego właśnie rozmawiamy w penthousie w centrum Warszawy. Wydaje mi się, że żeby zmiana była odczuwalna, to taki konkurs trzeba co najmniej wygrać. Dla nas ta cała akcja to była chwila. Rzeczywiście mieliśmy moment, w którym otrzymaliśmy bardzo dużo propozycji koncertowych, na pewno zyskaliśmy nowych fanów. Podejrzewam jednak, że bez zamieszania związanego z programem bylibyśmy teraz w podobnym punkcie, w jakim jesteśmy dzisiaj. Mnie rozpoznał pan od sushi, naszego basistę Herberta – windziarz, i tyle. Koniec sławy.

KWARTET MAMA SELITA, WARSZAWSKA FUNKCOROWA PETARDA KONCERTOWA I AUTORZY CZERPIĄCEJ Z WIELU ŹRÓDEŁ PŁYTY „3,2,1…!”, ZASZYWA SIĘ WŁAŚNIE W KNIEI, BY NAGRAĆ SWÓJ DRUGI ALBUM. SINGIEL JUŻ ZNAMY, ALE NIE ODPOWIADA NA WSZYSTKIE KWESTIE. DLATEGO CZAS ZAPYTAĆ O SŁAWĘ, ROCK’N’ROLL, FLANELOWE KOSZULE I BOBA MARLEYA

Ironicznie zabrzmiało. Mikołaj: Pamiętaj, że show telewizyjny, o którym mówisz, to nie jest program muzyczny. Artyści mają pasować do scenariusza. Musi być pan, który zagra na harmoszce, pani, która zrobi z siebie idiotkę, obcokrajowiec nieznający polskiego. To wszystko jest ustalone wcześniej, trzeba mieć szczęście, wpasować się w koncept i nie wypaść na kretyna. Nam się chyba udało, choć były zakusy, by zrobić z nas rozbijających przystanki autobusowe rozbójników. Uuu, to na co dzień nie jesteście źli? Igor: Wiesz co, rock’n’roll jako formuła w swojej klasycznej formie staje się pastiszem. To już nie jest czas pijanego Axla Rose’a leżącego w hotelowym holu nad ranem. Realia są takie, że każdy z nas pracuje poza muzyką. Jeżeli nie chcemy się zajebać przed trzydziestką, musimy o siebie dbać. A że melanż jest fundamentem, który scala scenę muzyczną w Polsce, często zdarza nam się popłynąć. Nie jesteśmy przecież jakimiś mnichami. Niby ten rock’n’roll minął, a relacja Czesława Mozila pokazuje, że przetrwał w mieszance wódki i formaliny zalatującej zza kulis festiwalu w Opolu. Mikołaj: Nie trzeba być muzykiem, żeby się nachlać i porzygać. Pewnie znacznie gorzej jest na spotkaniach firmowych wielkich korporacji. Wiadomo, że dla pani w banku czy za sklepową kasą jesteśmy strasznymi łobuziakami. Muzyka idzie u nas w parze z chęcią uzewnętrznienia się, niemniej to muzyka jest priorytetem. To, że mamy przesterowaną gitarę, nie oznacza, że będziemy robić rewolucję. Nie każcie nam podpalać budynków! Przy waszym debiucie było jednak to ukierunkowanie na czad, album miał być możliwie żywy, kopać dupę, oddawać koncertowy szał. Teraz jest inaczej? Mikołaj: Mniej myślimy o energii koncertowej. Za to zależy nam, żeby ograniczyć do minimum sztuczność, którą wymusza studio. Nie chcemy czegokolwiek odtwarzać, raczej stworzyć sobie własną przestrzeń pasującą do tego, co chcemy powiedzieć. Przede wszystkim grać muzykę, a rejestrować niejako przy okazji. Również dlatego bierzemy urlopy i jedziemy nagrywać do lasu, na koniec świata. Być cały czas ze sobą, zatracić poczucie czasu. Poznając was, odniosłem wrażenie, że każdy ma na tę Mamę Selitę inny pomysł, co innego go kręci. Jak jest w tej chwili – suma indywidualności czy mówiący jednym głosem kolektyw? Igor: Po wydaniu „3,2,1…!” spojrzeliśmy w tył. Nowe kawałki zaczęły ciążyć w kierunku z czasów, gdy słuchaliśmy muzyki jako gówniarze. Przestaliśmy udawać, że jesteśmy zespołem sidemanów, wirtuozów. Po prawdzie nigdy nimi nie byliśmy. Dlatego wróciliśmy do tego, co jarało nas w czasach pryszczatej cery, flanelowych koszul i wytartych dżinsów. Został charakterny groove, tym niemniej zbudowaliśmy od nowa nasze brzmienie, zwracając się w kierunku garażowej energii.

42 muza

WWW.HIRO.PL


A w sumie kto w tej chwili chwyta za mikrofon w zespole? Jeszcze raper czy już wokalista? Igor: Gdzieś pomiędzy. Rap jest dla mnie cały czas środkiem wyrazu, tyle że minął w Selicie czas tekstów mieszczących się w estetyce hiphopowej. Rzeczywiście coraz częściej podejmuję się wyczynów wokalnych, poszedłem nawet na lekcję śpiewu, żeby lepiej kontrolować swój głos i jego emisję. Muzyka zespołu się zmieniła, stała się impulsywna i emocjonalna, co znalazło swoje odbicie w tekstach. Dużo w nowej Selicie wkładania palca w rany, zadawania niewygodnych pytań i szukania na nie odpowiedzi. Będzie emo. Kto przynosi na próby kawałki? Grzegorz: Dużą część motywów przynoszę na próby ja, ale potem to buzuje w mamaselitowym kotle, każdy dodaje swój czynnik „x” i powstaje cały nasz pierdolnik. Mikołaj: Grzesiek podpala, my dmuchamy w ogień, żeby się rozpaliło. Bywa tak, że się wkurwia, bo coś wychodzi inaczej niż sobie zaplanował, za to potem okazuje się, że zaproponowanych wcześniej rozwiązań starcza na dwie piosenki. Igor: Materiał na drugą płytę powstał w niecały rok. To oznacza, że będzie ona bardzo aktualna, jeśli chodzi o to, jak brzmimy. Poligonem doświadczalnym jest dla nas scena, to tu testujemy nowe patenty. Herbert wykręca chore basy, eksperymentując z dwoma wzmacniaczami, Mikołaj gra na ultra-grubym hi-hacie, Grzesiek ściąga z całego świata graty, wywołujące erekcję u niejednego gitarzysty. Ktoś powie, że to smaczki, ale decydują o fakturze całości, finalnym rezultacie. Jak myślicie, uda wam się w końcu uwolnić od etykietki polskiego Rage Against The Machine?

Grzegorz: Ciężko przewidzieć. U niektórych zakorzeniło się to w głowach zbyt mocno, żeby przestali nas tym karmić. Pojawia się chyba dość nowych rzeczy, by skoncentrować się na walorach muzycznych, nie porównaniach. Przejmowaliście się w ogóle tym gadaniem? Grzegorz: Nie. Uwielbiam grać riffy. Mikołaj: Ludzie znają trzy zespoły z takim składem jak nasz: Rage’ów wymieniłeś, zostaje jeszcze Red Hot Chili Peppers i Kazik Na Żywo. I te trzy nazwy padają w kółko. A mogłyby ich padać tysiące. Igor: Zespół grający rockową muzę z rapującym wokalem łatwo wrzucić do tej szuflady. Już nie mogę się doczekać, jaka metka przyklei się do nas po drugiej płycie. Żeby było jasne – nie ułatwimy nikomu zadania. To bardzo eklektyczny materiał. Pomoże wam w tym producent Mothashipp. Ciekawy wybór, bo facet wywodzi się ze środowiska reggae’owego, a ostatnio robił na przykład płytę soulująco-rapującej Lilu. Mikołaj: Olo wydaje się być otwartym zawodnikiem. Odpowiada za sporo dobrych rzeczy, którym nie zawsze udawało się przebić, ale nam zależy najbardziej na wspomnianej otwartości. Przy okazji pracy nad singlem okazało się, że do tego jest bardzo miłym człowiekiem, bez zamiarów zrobienia z nas Mariki-bis. Można mu zaufać. Igor: Świetnie słyszy, co w dobie domorosłych, forsujących swoją wizję, wpychających estetyczną bułę bandowi producentów jest rzadkie. My mamy na tyle silną identyfikację brzmieniową, że potrzebujemy jedynie kogoś, by wcielić ją w życie. Poprzednio współpracowaliście z Marcinem Borsem, na polskim tle gwiazdą w swoim fachu. Mikołaj: Prawda jest taka, że nie ma w Polsce gościa, o którym powiedzielibyśmy: „O, działał z tymi i z tymi, i tak właśnie chcemy brzmieć”. Rick Rubin jest taką osobą, tyle że nie ma go tutaj. Ponoć Kanye West zwrócił się do Rubina parę minut przed godziną zero, nieco zdesperowany, żeby ten jakoś mu ten bałagan zwany „Yeezusem” jakoś poukładał. Jak rozumiem, nie tego przy drugiej płycie potrzebuje Mama Selita? Igor: My też mamy nasz bałagan, ale nie szukamy producenta-sprzątaczki. Chaotyczność to nasz walor. Olo potrafi słuchać i zrozumieć, o co chodzi artystom, z którymi pracuje. Jesteśmy dla niego wyzwaniem. Ma swoje studio, gdzie z całego świata zjeżdżają reggae’owe głowy, neo-soulowcy. Współpraca z nami to w dużej mierze obustronna ciekawość. Pamiętam, że w tych najbardziej pionierskich czasach reggae było jednym ze słów używanych przez was do określenia gatunkowej przynależności. Igor: Taaaak. To nadal wychodzi przy niektórych zapowiedziach koncertów czy, co gorsza, relacjach z nich. Mikołaj: Mieliśmy wtedy po dziewiętnaście lat. I Bob Marley był w waszym życiu kimś bardzo ważnym, tak? Mikołaj: Nasze wyobrażenie o świecie i muzyce, w tym reggae, było rozczulająco naiwne. Myślę, że niewielu jest muzyków, którzy przeszli w zespole taką drogę, jak my. Rozwijamy się muzycznie i artystycznie. Jak wiele waszego rozwoju i klimatu nadchodzącej drugiej płyty można wywnioskować na podstawie pokazanego singla, „Godzilove”? Będzie bardzo gitarowo i z popowymi refrenami? Igor: Album będzie mocny lirycznie i muzycznie. Nie mamy żadnych kompleksów, nie musimy nikomu nic udowadniać. Utwory są rozbujane, ale już nie funkowo. Raczej tak… przerażająco. „Godzilove” jest reprezentatywny jeśli chodzi o emocje i klimat, ale na pewno zaskoczymy mocno naszych fanów. Jednym zdaniem daliście gitarzyście poszaleć. Grzegorz: Wcale nie miałem do powiedzenia więcej niż przy pierwszej płycie, bo tworzenie harmonijnie nam wychodzi. Ale wszyscy mocno poszaleliśmy (śmiech).

WWW.HIRO.PL

muza 43


JAMIE LIDELL

nie tracę czasu na granie według cudzych reguł tekst | DOMINIKA WĘCŁAWEK

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

O ZNACZENIU NASHVILLE DLA NOWEJ PŁYTY, MAGII W ŻYCIU I NA SCENIE, WRESZCIE O ZWIĄZKU MUZYKI Z GOTOWANIEM ROZMAWIAMY Z JAMIE LIDELLEM, GWIAZDĄ TEGOROCZNEJ EDYCJI FESTIWALU TAURON NOWA MUZYKA Zacznę może nietypowo, ale powiedz, czy granie na żywo materiału z najnowszej płyty różni się od występów ze starszymi kompozycjami? Zdecydowanie. Jest inaczej, bo na płycie „Jamie Lidell” poszedłem mocniej w stronę elektroniki. Więcej jest tu skakania między różnymi automatami, samplerami, niż przestrzeni dla muzyków grających na typowych instrumentach. Wciąż mam w pamięci twoją ostatnią wizytę w Polsce. Nie sposób zapomnieć głosu, piosenek, ale też ekipy, która towarzyszyła ci na scenie. Twoi muzycy wyglądali jak kosmiczni piraci. Chcesz mi powiedzieć, że teraz nie zabierasz ich w rejsy? Teraz stawiam na trio. Na scenie jestem więc w towarzystwie klawiszowca i perkusisty. Trzy to liczba magiczna. I o tym właśnie myślałem, że czemu by nie rozsiać trochę tej magii, występując na żywo. Najlepsze jest to, że w tym układzie nadal możemy grać także i starsze utwory, zadbaliśmy o to, by wszystko brzmiało jeszcze inaczej. A faktycznie, moja ekipa to właśnie tacy trochę bardziej odjechani piraci (śmiech). A ty jesteś typem wygłodniałego wilka morskiego na falach dźwięków, kogoś, kto wciąż szuka przygody i chce odnajdywać nowe muzyczne lądy? Tak! Zawsze chciałem pielęgnować w sobie tę ekscytację z robienia muzyki. Dla mnie najważniejsza jest różnorodność. Gdybym miał porównać muzykę do jedzenia, nigdy nie chciałbym dopuścić do sytuacji, w której jem to samo danie każdego dnia, aż do usranej śmierci (śmiech)! Ja nie zamierzam grać tej samej muzyki każdego dnia. Zamierzam więc szaleć w mojej muzycznej kuchni, tak jakbym za każdym razem miał przygotowywać dania na wystawny bankiet. Z drugiej strony jest chyba cienka granica między ekscytacją a zaburzeniami uwagi, nie masz chyba czegoś w rodzaju muzycznej nadaktywności, nieustannej potrzeby dodawania, zmieniania, przekształcania nowych kompozycji?

44 muza

Nie, nie zauważam tego syndromu u siebie. Kiedy przyjrzeć się całemu mojemu dorobkowi muzycznemu, chyba łatwiej dostrzec powtarzalność. Lubię wracać do pewnych motywów. Lubię elektronikę, wreszcie kontrakt podpisałem z takim, a nie innym wydawcą; Warp przecież nie wziął się w moim życiu znikąd. Grałem ponad dekadę solo, śpiewałem do elektroniki. Zawsze chciałem robić elektroniczny soul – staram się być w tym konsekwentny, choć mam świadomość, że najwięcej osób kojarzyć mnie może dzięki płytom takim jak „Multiply”. Dla mnie głos jest łącznikiem, jest jak główna oś wydarzeń, lubię się zatracać w śpiewaniu, ale wolę przede wszystkim zmieniać wszystko, co dzieje się wokół niego. Ale staram się też nie przesadzać, nie zderzać polirytmii, afrobeatu i pieśni gregoriańskich. A niektórzy i tak będą narzekać, bo mówi się, że na twojej nowej płycie panuje przesyt pomysłów. Zamierzasz się bronić przed takimi ocenami? To ciekawa sytuacja, bo ja sam chciałem stworzyć przede wszystkim bardzo skondensowane piosenki. Dużo przyjemności dawało mi nagrywanie utworów z wyrazistymi refrenami, przejściami, złożonym brzmieniem. Pracowałem nad tym, żeby każdy moment kompozycji się wyróżniał. Nie czuję przesytu. Co w takim razie było największym wyzwaniem? Nagranie wszystkiego w domu. Miałem spore ambicje związane z tą płytą, a kiedy nagrywa się w domu, okazuje się, że najłatwiej jest wszystko zepsuć „sypialnianym dźwiękiem”, czyli słuchasz potem nagrania i jednak słyszysz, że to było robione w pokoju, wiesz to. A ja chciałem, żeby to brzmiało jak drogie studio (śmiech). Niesamowite jest to, że udowodniłem sobie, że mogę to zrobić sam. Że nagram swoją płytę i ostatecznie zadbam o to, by brzmiała jak należy! W takim razie pewnie miejsce, w którym żyjesz, ma przełożenie na twoją muzykę?

WWW.HIRO.PL


Tak. Teraz mieszkam w Nashville i wiem, że to miejsce miało ogromny wpływ na to, jaka jest moja ostatnia płyta. Najbardziej zaś inspirowała mnie otwarta przestrzeń. Wcześniej mieszkaliśmy w Nowym Jorku i to było totalne zaprzeczenie tej przestrzeni. Żyliśmy jak w małej, ciasnej szufladce bardzo stylowego kredensu. Teraz mam z żoną piękny dom, wychodzę sobie do ogrodu i widzę przed sobą olbrzymie pola. Mam też takie poczucie spełnienia, że tu jest studio, tu jest mój port, że wreszcie po dwudziestu latach grania na scenie wiem, że mam ochotę wracać do domu. Łatwo odnaleźć nagrania, na których piętno odcisnęły twoje berlińskie doświadczenia, a już z Paryżem jest trudniej, okazał się być mniej inspirujący? Czasami to po prostu nie jest tak wyraźne w estetyce grania. W Berlinie wszystko toczyło się powoli, był relaks, śniadanie jedzone o 11:00. Z takiego świata trafiłem prosto do Nowego Jorku, gdzie trwa nieustanna gonitwa, wszystko musi być teraz, teraz, teraz! W mentalności nowojorczyków już zakodowane jest, że trzeba działać szybko, nagranie musi być gotowe już, w tej sekundzie. Kontrast był potężny. Nashville za to jest bardzo naturalne, wiodę tu bardzo zdrowy żywot, jem tylko naturalne produkty, biegam. Tu czuję, że mam przestrzeń do myślenia. Środowisko, w jakim dorastałeś, też miało duży wpływ na to, kim jesteś? Jasne. Moja mama jest muzykiem, wciąż śpiewa w chórze. I to ona miała chyba największy wpływ na to, że zostałem twórcą. Po prostu muzyka była w moim życiu czymś zupełnie normalnym, ot, kolejnym elementem codzienności. Mama zawsze śpiewała albo dośpiewywała coś do tego, co grali w radiu. Ja zawsze mogłem robić hałas, grać na różnych przedmiotach i to nigdy jej nie denerwowało, ona się wtedy nawet cieszyła. Zachęcała mnie, by coś robić. A ja myślałem, że to właśnie jest to, co lubią dorośli, że lubią jak gram, podoba im się, kiedy śpiewam, więc ćwiczyłem, szukałem różnych sposobów na to, by zawsze czymś zaskoczyć. To niesamowite, że rodzice mają taką moc sprawczą! Faktycznie, ale słuchaj, twoja nowa płyta nosi tytuł, jaki zazwyczaj jest udziałem debiutów, względnie drugich krążków. Dlaczego? E tam, ktoś spisał jakieś zasady odnośnie tego (śmiech)? Muzyka powinna być wolna! Beż żadnych „powinieneś to” czy „musisz zrobić tamto”. Nazwałem nową płytę „Jamie Lidell”, bo mogłem. No bo dlaczego nie? Chrzanić to. Poza tym wielu ludzi wciąż nie wie, kim ja właściwie jestem. WWW.HIRO.PL

Niesamowite, że każdy kolejny krążek jest w stanie przysporzyć ci nowych słuchaczy… Tak, to prawda. Też bardzo to lubię. A jaki był najbardziej magiczny moment w twojej karierze? Kiedy spotkałem osobiście Quincy’ego Jonesa podczas Montreal Jazz Festivalu. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w takim zwariowanym momencie, było całe mnóstwo ludzi. Quincy był w świetnym nastroju, widać, że już troszeczkę wypił, ale to po prostu sprawiło, że stał się otwarty. Mówił głośno, trochę żartował, ale przede wszystkim mogliśmy ze sobą pogadać jak starzy znajomi, choć dopiero co się poznaliśmy. Kiedy byłem dzieciakiem, nie marzyłem nawet o tym, że spotkam osobiście kogoś takiego jak Quincy, a co dopiero, że będę z nim na jednej imprezie, że będziemy grać na tym samym festiwalu i że ja też będę tam jakąś gwiazdą, że moje nazwisko pojawi się także obok Eltona Johna, Björk. Życie jest po prostu magiczne. W takim razie jestem ciekawa, czy ktoś taki jak ty wie jeszcze cokolwiek o tym, jak wygląda normalne życie. Wiesz, że wstaje się rano, sprząta, gotuje, jeździ do sklepu po zakupy… Masz na to czas? Mam czas na gotowanie. Kocham pichcić, to moja największa pasja. Zanim jednak wejdę do kuchni, zawsze idę sam na zakupy, mogę długo dobierać właściwe produkty, szukać idealnych warzyw, ziół, nowych produktów. Ale wiesz co ci powiem? Muzyka i gotowanie mają bardzo dużo wspólnego, pewnie dlatego tak mnie to kręci. W kuchni też dużo eksperymentujesz? Pewnie! To jedna z tych czynności, którym bardzo lubię poświęcać swój czas i energię, po cholerę więc mam zajmować się robieniem czegoś ściśle według cudzego planu?! Największą przyjemnością jest kombinowanie, łączenie nietypowych składników, a potem patrzenie, jak bardzo to wszystko smakuje moim gościom. Rany, jak ja kocham gotować dla innych ludzi! No to w takim razie trzymam kciuki za to, żebyś upichcił i dla nas coś wspaniałego, oczywiście muzycznie, podczas występu na Tauronie. Dobra! Umowa stoi. Zapraszam wszystkich na moją kolację z dźwiękiem.

muza 45


„NIE DLA MNIE PORNO. OD PORNO CHCĘ MIEĆ GŁOWĘ WOLNĄ” – ZARZEKAŁ SIĘ W JEDNEJ Z PIOSENEK MACIEJ MALEŃCZUK. GDYBY LIDER HOMO TWISTA CHCIAŁ POZOSTAĆ WIERNY DAWNEJ DEKLARACJI, NAJPEWNIEJ MUSIAŁBY ZREZYGNOWAĆ DZIŚ Z CHODZENIA DO KINA

PORNSTREAM

stosunki przerywane tekst | PIOTR CZERKAWSKI

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Mainstreamowi twórcy dawno już utracili niewinność tytułowego bohatera „Big Lebowskiego”. W jednej ze scen kultowego filmu braci Coenów podstarzały hipis oglądał w telewizji fabułę o jednoznacznej proweniencji gatunkowej. Oto monter telewizji kablowej został wezwany do mieszkania dwóch półnagich dziewczyn. Na prowokacyjne pytanie towarzyszki: „Jak myślisz, co stanie się dalej?”, Lebowski odpowiadał po namyśle: „Hm, facet naprawi kablówkę?”. Bohater Coenów musi pogodzić się z tym, że współczesne kino coraz bardziej otwarcie flirtuje z branżą XXX. Pierwsze umizgi zaczęły się już jednak znacznie dawniej. Wiele osób byłoby skłonnych stwierdzić, że główny nurt stracił dziewictwo w roku 1972. Wtedy to właśnie do kinowej dystrybucji w Stanach Zjednoczonych dopuszczono jawnie pornograficzne „Głębokie gardło”. Film Gerarda Damiano w krótkim czasie zrobił się modny na salonach i zwabił do kina postacie pokroju Jacka Nicholsona czy Trumana Capote. Seksualna rewolucja w świecie filmu dopiero się jednak rozpoczynała. Ponad 20 lat później do pęknięcia kolejnej bariery, z perwersyjną przyjemnością, doprowadził Lars von Trier. W „Idiotach” duński reżyser zszokował snobistyczną publiczność festiwalu w Cannes za sprawą – wypełniającego cały ekran – obrazu penisa w stanie wzwodu. Branża porno nie pozostaje głucha na podobne zaloty i odpowiada na nie z nawiązką. Ważną gałąź przemysłu XXX od lat stanowią parodie popularnych filmów: „Womb Rider”, „Whore of the Rings” czy „Raiders of the Lost Arse”. Podobna praktyka budzi zazdrość i pozwala postawić pytanie: kiedy w Polsce doczekamy się „Członka na torze” bądź „Ewa chce dać”? EKSTREMIŚCI I WSTYDNISIE Porno od dawna wzbudza fascynację awangardy. Jednym z najbardziej znanych produktów Fabryki Andy’ego Warhola pozostaje filmowy żart o wszystko mówiącym tytule „Blow Job”. Dziś tamte tradycje kontynuuje chociażby Isabella Rossellini, która objeżdża światowe festiwale z kolejnymi odsłonami projektu „Green Porno”. Fascynujący cykl opowieści o zachowaniach seksualnych zwierząt przypomina owoc współpracy Krystyny Czubówny z Hugh Hefnerem. Pozór artystycznych ambicji często bywa jednak traktowany jako alibi dla twórców epatujących estetyką szoku. Skandalizujący „Serbski film” bywa opisywany jako nihilistyczny komentarz na temat kondycji moralnej społeczeństwa doświadczonego przez wojnę i reżim Miloševicia. W rzeczywistości jednak – obfitujące w sceny kazirodztwa, nekrofilii i pedofilii – dzieło Srdjana Spasojevicia wydaje się po prostu gwałtem zadanym wrażliwości widza. Z podobnymi ekstremami sąsiadują dziś filmy mainstreamowe, które pozornie trudno byłoby podejrzewać o fascynację pornografią. Perwersyjna próba pożenienia dwóch odmiennych wrażliwości prowadzi często do zaskakujących wniosków. Twórcy kina hollywoodzkiego bardzo przypominają jednego z bohaterów znanej z naszych kin „Dziewczyny z Monako” Anne Fontaine. Paryski adwokat grany przez Fabrice’a Luchiniego nigdy nie wziął sobie do serca słów Leszka Millera o tym, że „prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy”. Choć bohater bez trudu uwodził kolejne kobiety, nigdy nie był w stanie zapewnić im erotycznego spełnienia. Zafascynowani porno twórcy głównego nurtu także w końcu oblewają się rumieńcem wstydu, poddają się tremie i ukradkiem powracają na bezpieczne pozycje drwiny bądź moralizatorstwa.

46 film

WWW.HIRO.PL


RÓŻOWE ARCYDZIEŁA Hollywoodzkiemu kinu czasem udaje się jednak uczynić porno czymś więcej niż pieprznym ozdobnikiem konwencjonalnej fabuły. Niedościgłym wzorem opowieści o branży XXX na długo pozostanie „Boogie Nights”. W filmie Paula Thomasa Andersona mitologiczny „American Dream” zamienia się w mokry sen napalonego naiwniaka. Historia Dirka Digglera, chłopaka o małym rozumku i wielkim penisie, stanowi gorzką parodię opowieści z cyklu „od pucybuta do milionera”. Mimo początkowych sukcesów bohater okazuje się ostatecznie ponurą ofiarą swoich czasów. Podszyty swoistą niewinnością entuzjazm Digglera i spółki przestaje być potrzebny, gdy przemysł porno odkrywa potencjał rynku VHS. Różowa landrynka zamienia się tym samym w niezwykle gorzką pigułkę. Z charakterystycznej dla siebie perspektywy ironicznego outsidera przemysłowi porno przyjrzał się także Miloš Forman. W tytułowym bohaterze „Skandalisty Larry’ego Flynta” reżyser dostrzega kogoś w rodzaju mimowolnego bojownika o podstawowe swobody demokratyczne. Walka naczelnego „Hustlera” o możliwość bezkarnego prezentowania pornografii oznacza w rzeczywistości batalię w obronie wolności słowa. Nie przeszkadza w tym kontekście fakt, że Flyntowi chodzi akurat o wyjękiwane z rozkoszy monosylaby. SFLACZAŁE FALSYFIKATY Poprzeczka postawiona przez Andersona i Formana wydaje się niezwykle trudna do przeskoczenia. Mimo

wszystko reżyserzy nie ustają w skazanych na niepowodzenie próbach dorównania mistrzom. Na ostatnim festiwalu w Berlinie pojawiły się dwa filmy stanowiące niewprawne kopie arcydzieł sprzed kilkunastu lat. „Lovelace” – biografia gwiazdy „Głębokiego gardła” – opisuje światek porno lat 70. bez finezji „Boogie Nights”. Film Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana zbyt natrętnie skupia się na uczynieniu z bohaterki seksualnej męczennicy. Niestroniąca od melodramatycznych klisz „Lovelace” przypomina odcinek serialu „Trudne sprawy” zrealizowany według scenariusza Kazimiery Szczuki. Równie duży zawód przyniosła premiera „Prawdziwej historii króla skandali”. Choć tytułowy bohater – Paul Raymond – bywał nazywany angielskim Larrym Flyntem, reżyser Michael Winterbottom nie miał pomysłu na wykorzystanie tej analogii. „Prawdziwa historia…” budzi skojarzenia z egzemplarzem „Playboya” bojaźliwie kartkowanym pod stołem na eleganckim przyjęciu. ŚWIŃSKA SŁODYCZ Na największy mezalians zakrawałby z pozoru związek pornografii z niekryjącą swego konserwatyzmu komedią romantyczną. Filmy, dla których horyzont obyczajowej śmiałości przez lata wyznaczały jęki Meg Ryan udającej orgazm w „Kiedy Harry poznał Sally”, coraz chętniej opowiadają o seksie i nagości. Bynajmniej nie stanowi to jednak zwiastunu światopoglądowej rewolucji. Kontakt z ekstremum nie wodzi na pokuszenie, lecz – przeciwnie – służy umocnieniu tożsamości gatunku. Twórcy z reguły dbają zresztą o to,

by w odpowiednim momencie odciąć się od niewłaściwych skojarzeń i mylnie przypisywanych intencji. Joseph Gordon-Levitt zdecydował się na zmianę tytułu swojego reżyserskiego debiutu z – sugerującego obsesję na punkcie seksu – „Don Jon’s Addiction” na prostsze „Don Jon”. W jednym z wywiadów aktor z właściwym sobie wdziękiem tłumaczył: „Poprzedni tytuł wprowadzał niektórych widzów w błąd. Sugerował, że główny temat opowieści stanowi uzależnienie od seksu bądź pornografii, co nie do końca byłoby prawdą. To trochę tak, jakby powiedzieć, że «Sokół maltański» to film o statuetce sokoła”. Zademonstrowany przez Levitta brak odwagi wcale nie musi jednak przekreślać artystycznego potencjału „Don Jona”. Reżyserski debiut znanego aktora wciąż ma szansę stać się humorystyczną repliką na nieznośnie kaznodziejski „Wstyd” Steve’a McQueena. Zachowawczość Kevina Smitha bynajmniej nie umniejsza także radości z obcowania z „Zack i Miri kręcą porno”. Tytułowi bohaterowie decydują się grać w – jak to mówią – jebanych filmach z pobudek finansowych, ale dzięki wspólnej pracy odkrywają łączące ich uczucie. „Zack i Miri…” zasadza się na – właściwym najlepszym filmom Smitha – połączeniu wulgarności i ckliwości, które sam twórca celnie nazywa „świńską słodyczą”. Czynienie reżyserowi zarzutu z nazbyt romantycznego traktowania pornografii nie miałoby w tym przypadku żadnego sensu. Od czasu do czasu zamiast namiętnym seksem lubimy przecież zadowolić się czułym pocałunkiem.


SAM NA SAM

bliskie spotkania I stopnia Z PODRÓŻAMI W CZASIE JEST JAK Z APOKALIPSĄ ZOMBIE. JEŚLI SIĘ WYDARZĄ, TO WŁAŚNIE POPKULTURA POMOŻE ODPOWIEDZIEĆ NA PYTANIE, JAK ŻYĆ, GDY SF WŁAŚNIE STAŁO SIĘ REALNE

tekst | KAJA KLIMEK

Podobno fajnie opowiedziana fizyka jest ciekawsza niż science fiction. Istnieje jakaś jej odmiana dotycząca podróży w czasie, ale to temat rzeka. Tunele i paradoksy, spoilery życia, uniwersa czasowe, światy możliwe… Pełne zanurzenie w zdroju nauki to cały dzień układania poglądowych diagramów ze słomek. Lato jest, szkoda czasu, lepiej pooglądać filmy i seriale. Tam ci, którzy zajmują się praktyką teoretyczną, jak Dr Emmet Brown, objaśnią, co czyha na śmiałków. Choć są

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

i tacy Doktorzy (że niby Kto?), którzy Czasem po prostu władają i tyle. Pewnie dopiero Christopher Nolan w „Interstellar” ostatecznie opowie, jak to będzie wszystko wyglądało. Do tej pory jest tak, że zwykli podróżnicy po prostu mierzą się z tym, co ich tam/wtedy spotyka, żeby jak Slidersi z serialu przy odrobinie farta wrócić do domu. Tak jak zawsze, najlepiej jest działać jak Bruce Willis: mimo bólu głowy po wyjściu z wehikułu czasu, zawinąć rękawy i ingerować. Jemu gdzieś się

NIGDY NIE RÓB WCZORAJ TEGO, CO MASZ ZROBIĆ JUTRO” Taką prawdę głosi Regulamin Czasu w opowiadaniu „Wszyscy wy zmartwychwstali” Roberta A. Heinleina. Klasyka, więc ma mocną legitę. Czyli w sumie, w przeszłości będąc, faktów nie należy uprzedzać, a sobie samemu zdradzać tego, co się wydarzy. Najlepiej trzymać się od siebie z daleka albo nie patrzeć sobie w oczy, jak Doc Brown z roku 1985 temu z roku 1955. Można ewentualnie podać sobie śrubokręt ze skrzynki z narzędziami i pogwarzyć o pogodzie, ale nic więcej. Albo jak Hermiona w „HP i Więzień Azkabanu” (odc. 4), w przeszłości schodzić sobie z drogi i przemykać chyłkiem na jeszcze więcej zajęć w Hogwarcie. No, ewentualnie można rzucić okiem, jak z tyłu prezentuje się własna fryzura. Gdy jednak dojdzie do spotkania, możliwe są co najmniej omdlenia albo – jeśli jakieś szalone pomysły o wspólnej podróży w czasie powstaną w głowie – to, co dzieje się z tym złym kolesiem w „Strażniku czasu”. Ogólnie wesoło może nie być.

48 popkultura

zgubił „Przewodnik dla podróżników w czasie”, więc działa jakby jutra, wczoraj i dzisiaj nie było. I fajnie, bo zawsze są przy tym wybuchy i strzelaniny. Ale on też wie, że problemy nie do przejścia pojawiają się dopiero, gdy wojażer gdzieś tam na trasie spotka samego siebie. Od poradników, jak przetrwać zombie apokalipsę, aż półki jęczą. Ale jak przetrwać urocze tête-à-tête z samym sobą? Jak spotkać samego siebie tu, tam i siam, i przeżyć?

„WŁASNE JA NIGDY NIE MOGĄ SIĘ SPOTKAĆ” Wszechświat jest w stanie dopuścić do współistnienia dwóch identycznych egzemplarzy w jednym czasie, ale ich spotkanie może przynieść katastrofalne skutki – oto rozwinięcie powyższego prawidła. Wybaczcie patos, ale wychodzi na to, że dwie Weroniki nigdy nie staną oko w oko na krakowskim Rynku. Ale co by było, gdyby? Odpowiedź podsuwa, nomen omen „Koniec świata” (2006, R. Kelly). Tu Serpentine (Bai Ling) rozważa konsekwencje, a niedaleko dwóch Tavernerów wznosi dłonie, by zaraz przybić sobie piątkę… Tymczasem niezawodny Boxer Santaros (Dwight „The Rock” Johnson) odpowiada bez ogródek, że w chwili gdy ja i ja się spotkają, czwarty wymiar (czyli czas) zapadnie się w sobie. Okrasza swą odpowiedź soczystym przekleństwem, którego nie wypada cytować w żadnym z wymiarów. Czyli ustawka ja+ja, tu i teraz wcale nie skończy się lepiej niż jej wersja w przeszłości.

WWW.HIRO.PL


„JUŻ JEST WCZEŚNIEJ, KIEDY MYŚLISZ” Podobno dobrze wyjść za założenia, że jutra nie będzie. W sumie to zależy dla kogo. Dla starszej wersji wędrującej ku przeszłości to już „wczoraj”. I tak już jest wcześniej, kiedy myślisz – znowu (i to nie jest błąd składniowy) podsuwa Heinlein. Może lepiej wcześniej niż później? W „Looperze” dwóch Joe zamawia na obiad dokładnie to samo, ale nie jest to wstęp do wymiany anegdotek. Stary Joe (Willis) nazywa młodszego (Gordon-Levitt) „smarkaczem”, a ten w odpowiedzi doradza, by starszy zrobił to, co robią starzy ludzie, i po prostu wziął i umarł. Choć obaj są cali, nie ma czasu na sentymenty. Nie wiadomo, o co zapytać tę wersję z przyszłości, bo samo jej przybycie to już największy z możliwych spoilerów w życiu. To lista wszystkich przegapionych okazji w załączniku. To spełnienie najskrytszych… rozczarowań, bo żadna z możliwych wersji nie będzie tą, którą sobie teraz wyobrażamy. Poza tym nikt nie ma ochoty na wykład motywowany tekstem: „Jestem z przyszłości, więc się mnie słuchaj, gówniarzu”. Reasumując: jest to kolejna wersja ogólnej masakry.

LONG LIVE AND PROSPER Wizja Smitha jest całkiem zabawna, ale gdyby zmienić perspektywę i zapytać, czym byłaby wizyta starszego Kevina dla tego jedenastoletniego (oby nie samego w domu)? To mógłby być koszmar niczym wejście Saxegaarda. Okej, to geektalk, więc wyjaśnijmy, kto zacz. To postać z komiksu duetu Rosiński-Van Hamme, kultowy klasyk w serii o Thorgalu Aegirssonie. Ważne, że spotkanie z nim oznacza szok i przerażenie, i może sprawić, że wąż Uroboros (odpowiedzialny za zapętlanie czasu) połknie własny ogon. Morał z historii o Saxegaardzie jest taki, że ujrzenie własnego odbicia w lustrze czasu może sprawić, że pętla czasu się domknie. A to zazwyczaj nie oznacza happy endu. No, chyba że chodzi spotkanie dwóch Spocków w różnym wieku (jak w „Star Treku” J.J. Abramsa). Ci z wrodzonym sobie spokojem konfrontację przyjmą na zimno i wymienią tylko te niezbędne informacje. A potem nawzajem życzyć sobie będą długiego życia w dostatku.

WSZYSTKO WOLNO! Fizyk Igor Nowikow postawił niegdyś tezę, która stanowi, że paradoksy podróży w czasie w ogóle nie mają racji bytu. Linia czasu jest jedna, a ingerencja w przeszłość nie zmienia teraźniejszości i przyszłości, bo nie otwiera równoległych uniwersów. Więc w sumie bliskie spotkanie I stopnia w przeszłości żadnemu „ja” nie przynosi szkody, bo zmieści się w sekwencji wydarzeń. Czyli mówiąc krótko: można wszystko. Konfrontacja z młodszym sobą może co najwyżej być nieprzyjemnym zaskoczeniem dla jednego z ja. Tak jak w hipotetycznej sytuacji, którą w „Comic-Con. Epizod V: Fani kontratakują” przytacza Kevin Smith. Cytat długi, ale wart czasu i kursywy: Poszedłem dziś na panel o Batmanie. Za kulisami nagle słyszę: „Cześć, pajęczy przyjacielu!”. Ja pier***, to Stan Lee! Gdybym mógł cofnąć się w czasie i powiedzieć 11-letniemu sobie, że pewnego dnia nie dość że będzie jeździł na Comic-Con, to będzie to robił co roku, aż zacznie go witać sam Stan Lee… 11-letni ja odparłby pewnie: „Dlaczego tak się roztyliśmy? Co się stało? Przestań jeść. Przecież widać, że coś tu nie gra. Co mnie obchodzi Stan Lee? Co ty jesz? To straszne. Cofnąłeś się w czasie, żeby pokazać mi coś takiego?”. A potem próbuje mnie zabić, zresztą skutecznie, wyrasta na szczupłego Kevina Smitha i zostaje prezydentem. Słodko, co?

UMIESZ LICZYĆ, LICZ NA SIEBIE Pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłości czeka ktoś taki jak dorosły Jolan Thorgalson (tym razem z odcinka „Korona Ogotaia”, również z serii Thorgalu). Nie wdając się w szczegóły, ów Jolan z przyszłości to taka starsza wersja, która przybędzie na wezwanie młodziaka z teraźniejszości w sytuacji, która wymaga interwencji w czasoprzestrzenne kontinuum. Nie zawaha się, lecz stanie w bloku startowym i wyruszy z pomocą „młodszemu bratu”. Powie, że z tego, co się dzieje, nic nie rozumie, ale to żaden problem. I nie będzie pouczał. Obieca, że naprawi problemy z przeszłości i zrobi to. Przy okazji sprawi również, że teraźniejszość wskoczy na właściwe tory. A na nasze „Liczę na ciebie!” odpowie: „To dobrze, bo zawsze najlepiej liczyć tylko i wyłącznie na siebie”.

WWW.HIRO.PL

Trochę paradoksalnie rysują te zasady, bo ostatecznie nie wiadomo, czy lepiej przybijać ze sobą samym piątkę, czy trzymać się z daleka na kilometr. Jedno jest pewne: bohater tu, tam i siam może liczyć tylko na siebie. I tak oto znowu wychodzi na to, że trzeba być jak Bruce Willis. Czyli, dziś jest pierwszy dzień reszty twojego życia, pamiętaj. Remake’u ani wersji drugiej poprawionej życia raczej nie będzie, i tak dalej. No właśnie: właściwie to co z ciągiem dalszym?

popkultura 49


KICK-ASS

ręka, noga, mózg na ścianie

WCHODZĄCY NA NASZE EKRANY 23 SIERPNIA „KICK-ASS 2” JUŻ NA STARCIE NAROBIŁ SPORO SZUMU PRZEDE WSZYSTKIM JEDNYM – OSKARŻENIAMI O GLORYFIKACJĘ PRZEMOCY. NIE BYŁOBY W TYM NIC DZIWNEGO – WSZAK RAZ NA JAKIŚ CZAS OBRYWA SIĘ ZA TO CO PONIEKTÓRYM PRODUKCJOM KOMIKSOWYM – GDYBY NIE TO, ŻE OSKARŻENIA PADŁY Z UST JEDNEJ Z GWIAZD FILMU

tekst | RADOSŁAW SPIAK

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Prawdopodobnie nie byłoby tego całego zamieszania, gdyby nie listopadowa masakra w szkole podstawowej w stanie Connecticut. Z rąk napastnika zginęło w niej dwadzieścioro dzieci i sześcioro nauczycieli. To właśnie po niej Jim Carrey grający w filmie rolę Sala Bertoliniego stwierdził na Twitterze, że odcina się od przemocy pokazanej na ekranie i nie może zaakceptować takiego poziomu brutalności. Studio Universal odmówiło komentarza, ale głos w tej sprawie zabrał Mark Millar, twórca komiksu. Odpowiedział Carreyowi: „Moje książki są bardzo hardcore’owe, ale filmy na ich podstawie są dopasowane do mainstreamowej publiczności. Jeśli odpowiadał ci styl pierwszej części, powinieneś docenić i drugą. «Kick-Ass 2» to nie dokument! To tylko fikcja. Na dodatek unikamy typowego masowego liczenia ciał, jak inne letnie hity filmowe, a koncentrujemy się na pokazywaniu konsekwencji przemocy”. Trudno odmówić Millarowi racji, jednak głos Carreya narobił tyle szumu, że Amerykanie po raz kolejny zaczęli się zastanawiać nad skutkami pokazywania przemocy na ekranie. Nie jest to oczywiście pierwszy taki przypadek w historii Hollywood, ale jeden z nielicznych, kiedy współtwórca filmu tak otwarcie opowiada się przeciw brutalności własnego dzieła. Najbardziej ironiczne jest to, że głos Carreya poszedł w świat i chcąc, nie chcąc, stał się jednym z elementów napędzających machinę promocyjną filmu. W której sam Carrey nie chce się udzielać z wyżej wymienionych powodów. O gloryfikowanie przemocy oskarżani byli najwięksi – Tarantino, Peckinpah, Eastwood, Scorsese, Stone czy Park Chan-wook. Trudno było im jednak udowodnić nakłanianie do jej stosowania. Tym bardziej trudno o to mieć pretensje do ekranizacji komiksów z superbohaterami w rolach głównych. Jednak to właśnie po premierze ostatniej części „Batmana” Harvey Weinstein, jeden z najbardziej cenionych producentów w Hollywood, wezwał twórców, aby w końcu wzięli odpowiedzialność za wpływ brutalnych filmów na ludzi. To wynik masakry w Kolorado na premierze ostatniej części trylogii Christophera Nolana. „Z tym problemem zmagam się od dawna, bo sam produkowałem filmy pełne przemocy, ale też zdarzało się wielokrotnie, że mówiłem: «Dłużej tego nie zniosę, wytnijcie to». Ale wiecie, trzeba szanować reżysera. To naprawdę trudny temat. Myślę, że wszyscy uznani reżyserzy, a także producenci, łącznie ze mną, powinni usiąść przy jednym stole i przedyskutować tę kwestię, a także

50 film

WWW.HIRO.PL


naszą rolę w przedstawianiu przemocy na ekranie. Nie możemy uchylać się od odpowiedzialności”. Oczywiście Weinsteinowi z miejsca zarzucono hipokryzję. Nie zmienia to jednak faktu, że kolejne masakry w USA co jakiś czas wzywają hollywoodzkich decydentów do publicznego odniesienia się do wpływu ich filmów na społeczeństwo. To właśnie po strzelaninie w Connecticut przełożono premierę choćby „Jacka Reachera” z Tomem Cruise’em. Wtedy też głos zabrał, zresztą nie po raz pierwszy, Quentin Tarantino. „Jestem już zmęczony, broniąc każdego swojego filmu i przemocy w nich zawartej. Tragedie się zdarzają. Winni są przestępcy, nie filmowcy”. Według statystyk, w aż 90 procentach kinowych premier znajdziemy jakieś sportretowanie przemocy. Nie musi to być od razu przemoc fizyczna, coraz częściej zdarzają się i stadia przemocy psychicznej. Ważne, by podejść do nich refleksyjnie, co też po premierze „Django” sugerowali grający w nim Jamie Foxx i Kerry Washington. Jak daleko można posunąć się w pokazywaniu przemocy na ekranie, najlepiej udowodnili chyba jednak twórcy kultowej już kreskówki „Happy Tree Friends”. Mimo że przemoc jest tam przedstawiana w sposób karykaturalny, nie sposób nie otworzyć szeroko oczu w niedowierzaniu, że właśnie zobaczyliśmy coś takiego na ekranie. Owszem, po pewnym czasie człowiek przyzwyczaja się do ścinania głów, odrąbywania kończyn czy wypruwania flaków, ale pierwsze wrażenie zazwyczaj jest piorunujące, szczególnie jeśli ktoś nie jest przygotowany na taką dawkę przemocy. Na dodatek fakt, że jest to tylko produkcja animowana, w niczym nie umniejsza

WWW.HIRO.PL

(a może właśnie potęguje) jej siły rażenia. Kto niewtajemniczony by się bowiem spodziewał, że urocze postacie, w tym przecież dziecko, mogą mordować się nawzajem z taką siłą, i fakt, że czynią to przypadkiem, niczego tu nie zmienia. W „Happy Tree Friends” najbardziej niesamowite jest to, że widzowie, nie tylko zatwardziali fani, zazwyczaj mają swoje ulubione odcinki czy sposoby uśmiercania bohaterów. W tym zestawieniu przoduje chyba odcinek z łosiem, któremu drzewo przygniotło nogę, a ten, odcinając ją sobie w męczarniach różnymi przedmiotami, próbuje się wydostać spod konaru. Zatwardziałym wrogom serialu, którzy obwiniają go o bezsensowne pokazywanie przemocy, twórcy odpowiedzieli niegdyś w dość zaskakujący sposób: „Przecież w animacjach o Króliku Bugsie czy Tomie i Jerrym przemoc też jest wszechobecna. I jest pokazywana w sposób jeszcze gorszy, bo bez żadnych konsekwencji. My tylko pokazujemy, co by było, gdyby Elmer Fudd wziął strzelbę i faktycznie strzelił królikowi w łeb”. Nie da się ukryć, że jest to dość sensowna argumentacja, ale dla wielu graficzna przemoc w „Happy Tree Friends” nigdy nie będzie do zaakceptowania. Czasami jednak poziom przemocy jest tak duży i/lub tak realistyczny, że dany film nie dostaje zgody na dystrybucję i, co oczywiste, z miejsca staje się tematem gorących rozmów, z których większość kończy się stwierdzeniem: „W takim razie muszę go zobaczyć”. Mniejsza o to, czy jest tego wart; ważne, że „będzie rzeźnia”. Do klasycznych przykładów tego typu można zaliczyć „Serbski film” i „Ludzką stonogę”. A konkretnie jej drugą część. W Wielkiej Brytanii początkowo została zakazana, gdyż British

Board of Film Classification odmówiło nadania mu jakiejkolwiek kategorii wiekowej. W uzasadnieniu napisano, że choć pierwsza część była „niewątpliwie beznadziejnym i obrzydliwym filmem”, to jednak sposób przedstawienia stonogi jako „medycznego eksperymentu” był dopuszczalny. Sequel z kolei został uznany za „seksualnie okrutny i obsceniczny”. Ostatecznie, po wycięciu z filmu 2 minut i 37 sekund najbrutalniejszych scen, BBFC wyraziło zgodę na zaklasyfikowanie go do kategorii +18, chociaż skrytykowało za temat, który określiło jako „seksualne podniecenie wywołane degradacją, poniżeniem i torturowaniem”. Podobnie miała się sprawa w Australii, z tym że tam najpierw nadano mu klasyfikację „tylko dla dorosłych”, by po ponownej recenzji odmówić wystawienia oceny. Z powodu poziomu brutalności w USA film pokazywano tylko podczas nocnych, limitowanych pokazów. Podobnie miała się sprawa z „Serbskim filmem”, który został zakazany w Hiszpanii, Australii, Nowej Zelandii, Malezji, Singapurze i Norwegii. Niektórzy zaliczają go nawet do kategorii „snuff films”, czyli przedstawienia na ekranie prawdziwej zbrodni. Filmy z tego gatunku często brane są w obronę jako klasyczne przykłady przerysowania aspektów przemocy, wręcz wyśmiewające jej poziom. Nie da się jednak ukryć, że realistyczne przedstawienie brutalności jest doskonałym argumentem wszelkich komisji klasyfikujących filmy do dystrybucji za zakazem ich rozpowszechniania. Są jednak marginesem tego, co możemy na co dzień zobaczyć na kinowych ekranach, a tam przemoc jest na porządku dziennym.

film 51


w stylu godnym autora najbardziej wybuchowych produkcji ostatnich lat. Z hukiem.

MICHAEL BAY

człowiek demolka tekst | URSZULA LIPIŃSKA

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

NA POLSKIE EKRANY 30 SIERPNIA WCHODZI „SZTANGA I CASH”. TO NIE JEST KOLEJNY FILM, KTÓRY MICHAEL BAY ZROBIŁ TYLKO PO TO, ŻEBY ZAROBIĆ MILIONY. ALE GLORII TEŻ MU NIE PRZYNIESIE Szalejąca rewolucja w kinie rozrywkowym zdawała się omijać go szerokim łukiem. Bay wytrwale trzyma się schematu, który zapewnił mu sukces piętnaście lat temu. Gdy Christopher Nolan i Paul Greengrass z precyzją psychoterapeuty zapuszczają się w umysły mrocznych rycerzy walczących z bezprawiem, u niego bohaterem zostaje frajer z sąsiedztwa, właściciel samochodu zmieniającego się w robota. W sztafażu olśniewających efektów specjalnych Batman i James Bond przeżywają rozterki, kwestionując sens swojego postępowania. On zaś rozpoczyna film widowiskowym wybuchem (potem kolejnym i jeszcze jednym…), wystawia Ziemię na śmiertelne niebezpieczeństwo i kończy eksplozją większą niż wszystkie wcześniejsze razem wzięte. W dobie mody na coraz inteligentniejsze wersje „cierpień młodego superbohatera”, Michael Bay bezwstydnie przyznawał: ogłupianie widzów to nie zbrodnia. FACET, KTÓRY ROBI DUŻO HAŁASU Encyklopedie podają jego nazwisko jako synonim reżyserskiego beztalencia. Krytycy w ogóle nie tytułują go reżyserem, tylko „facetem, który robi w kinie dużo hałasu”. Obarcza się go winą za obniżenie poziomu ekranowej rozrywki. Ale jemu nie przeszkadzają ani nominacje do Złotych Malin, ani złe recenzje. – Za to mam świetne recenzje od Amerykańskiego Banku – przekonuje. I ma rację. Drogę artystyczną Baya najcelniej zilustrowałby wykres rosnących notowań giełdowych. Zadebiutował w 1995 roku przebojowymi „Bad Boys” i stał się najmłodszym reżyserem, który przebił barierę 100 milionów wpływów z filmu. Żadna z jego późniejszych ośmiu produkcji nie zarobiła mniej. „Twierdza” przyniosła 335 milionów dolarów, „Armaggedon” – prawie dwa razy tyle. Rekordem na liście pozostają „Transformers: Zemsta upadłych” z 838 milionami dolarów na koncie. Imponujące wpływy z produkcji Baya nieźle namieszały w kinie w połowie lat dziewięćdziesiątych. Dzięki nim subiektywna wartość artystyczna przestała klasyfikować film jako sukces, porażkę czy wydarzenie. Zaczęto to mierzyć wysokością box office’owych słupków. W górę poszły kwoty inwestowane w reklamę. „Pearl Harbor” wprowadzono do kin z pompą za dziewięćdziesiąt milionów dolarów, czyli trzy razy wyższą niż wówczas wydawano na premierę przeciętnej superprodukcji. W świecie Baya się nie oszczędza. Do legendy przeszła jego ofiarność podczas kręcenia „Bad Boys”. Z własnej gaży oddał 25 tysięcy dolarów na powtórzenie eksplozji, która z powodu deszczu nie wyszła za pierwszym razem. Do „Pearl Harbor” dołożył sześć milionów, bo budżet wysokości 134 milionów dolarów wydał mu się zbyt skromny. Pracujący z nim aktorzy narzekają, że na planie reżyser nie zwraca na nich uwagi. Najbardziej pochłania go praca nad efektami specjalnymi i widowiskowymi wybuchami. Pociąg do eksplozji towarzyszy mu zresztą od dziecka. Mając trzynaście lat, podłożył petardy pod zestaw kolejowy, który dostał na gwiazdkę i nakręcił wszystko kamerą ukradzioną mamie. Zabawa zakończyła się przyjazdem straży pożarnej, spaleniem dywanu i szlabanem. Bay wszedł więc na szlak hollywoodzkiej kariery

52 film

AKCJA MAKSYMALNIE PODKRĘCONA Dwa lata później trafił do najlepszej szkoły kręcenia superprodukcji, jaką można sobie wyobrazić: na plan „Poszukiwaczy zaginionej arki”. Codziennie podpatrywał Stevena Spielberga i George’a Lucasa. – Koledzy strasznie zazdrościli mi tej pracy. A ja nie odczuwałem zachwytu. Patrzyłem na to, co robi Spielberg i wydawało mi się, że kręci kompletnie pomylony film – wspominał ten epizod Bay. Paradoksalnie, to właśnie praca przy „Poszukiwaczach zaginionej arki” była przełomem w jego życiu. „Kompletna pomyłka”, obserwowana od strony kulis, na ekranie okazała się porywającym widowiskiem w oprawie oszałamiających efektów komputerowych. Oglądając ten film, Bay zrozumiał, na czym polega magia kina. Zapragnął zostać takim czarodziejem. Karierę filmowca rozpoczął w wieku 24 lat od kręcenia teledysków m.in. dla Meat Loafa, Tiny Turner i Lionela Richiego. Jego klip do piosenki „Sacred Emotion” uratował nawet więdnącą karierę Donny’ego Osmonda. W czasach raczkującego MTV teledyski Baya wyróżniały się nadspodziewanym profesjonalizmem realizacji i zdolnego twórcę szybko przechwycił rynek reklamowy. Jeszcze zanim zaczął mordować szare komórki swoimi superprodukcjami, poprawił stan wapnia w naszych organizmach. Zrobił słynną reklamówkę o Aaronie Burrze z kampanii „Got Milk?”. Niepozorny filmik podniósł sprzedaż mleka w USA o blisko dziewięćdziesiąt procent i dał początek jednej z najefektowniejszych akcji społecznych w historii. „Aaron Burr” rozsławił Baya w branży reklamowej, przynosząc mu nagrodę Srebrnego Lwa na festiwalu w Cannes. Posypały się propozycje. W ciągu pięciu lat młody reżyser wszedł na szczyt, z którego nie było widać żadnych celów do osiągnięcia. Przynajmniej nie w świecie teledysków i reklam. Wtedy w jego życiu pojawił się Jerry Bruckheimer, producent przebojowych „Top Gun” i „Gliniarza z Beverly Hills”. To on zaproponował Bayowi spróbowanie sił w Hollywood i umożliwił mu wyreżyserowanie „Bad Boys”. Panowie stanowili nadzwyczaj dopasowaną parę. Mieli podobne spojrzenie na kręcenie superprodukcji i prostą receptę na sukces. Po prostu rozmontowali schemat filmu akcji na czynniki pierwsze, każdy z nich maksymalnie podkręcili i poskładali z powrotem w – mniej więcej – spójną całość. Nikt nie wiedział, jak i dlaczego ten przepis na kino działa. Ale skoro odnosił imponujący sukces, uznano go za dobry wzór do naśladowania. Rozpoczęła się inwazja scenariuszy kserujących zaproponowany przez Baya model: „Dzień niepodległości” i „Godzilla” Rolanda Emmericha, „Air Force One” Wolfganga Petersena, „Dzień zagłady” Mimi Leder. Filmy akcji sięgały osiemdziesięciu procent wszystkich kręconych w Hollywood produkcji i stanowiły najbardziej dochodową gałąź przemysłu. Machina gnała coraz szybciej i nie wiadomo dokąd ten szał by zawędrował, gdyby nie zamach na World Trade Center. EMOCJE ROBOTA Tragedia z 11 września 2001 roku skutecznie przegoniła masy z sal kinowych wyświetlających widowiska katastroficzne. Niedługo później Bay rozstał się z Bruckheimerem. Po tym spektakularnym rozwodzie, reżyser porwał się na kino utopijne z ambicjami i nakręcił „Wyspę”. Finansowo film utonął, zarabiając 40 milionów dolarów więcej niż kosztował. Wtedy z ust Baya padła sakramentalna obietnica: kolejny film zrobię bez efektów specjalnych. Ale zaraz dostał od Spielberga propozycję wyreżyserowania „Transformersów”. Marzenie o współpracy ze Spielbergiem było silniejsze niż inne deklaracje. Przy „Transformersach” Bay kompletnie stracił umiar. Nakręcił setki metrów taśmy, które montowały aż dwadzieścia cztery osoby. Krytycy w żartach uznali bajkę o robotach za pełnometrażową reklamę zabawek – symboliczny powrót reżysera do korzeni. A Bay mógł dopisać do życiorysu kolejny sukces, bo tym filmem wszedł na nową falę wznoszącą. Dlatego ledwie miesiąc po zakończeniu zdjęć do „Transformersów” był już na planie drugiej części. Ale już kręcąc „Transformers 3”, opowiadał, że najbliższy urlop spędzi na planie kameralnej mrocznej komedii w klimacie „Pulp Fiction” i „Fargo”. Tak właśnie widział „Sztangę i cash” – historię dwóch mięśniaków, którzy zostają kryminalistami. Czy ten krok coś oznacza w karierze Baya? Przerwę od superprodukcji? A może faktycznie jakiś poważniejszy od nich odwrót? Czas pokaże. Wiadomo jednak, że „Sztanga i cash” to kino dla Baya wręcz kameralne: podobno w tym filmie pojawia się tylko… jedna stłuczka. WWW.HIRO.PL


KUBRICK

sześć (nie)łatwych utworów tekst | PIOTR PLUCIŃSKI

GDY OGŁASZANO TEGOROCZNY PROGRAM FESTIWALU TRANSATLANTYK, NA WIEŚĆ O RETROSPEKTYWIE TWÓRCZOŚCI STANLEYA KUBRICKA ROZPĘTAŁA SIĘ MAŁA BURZA. „GDZIE «DR STRANGELOVE»?”, „PRZEGLĄD KUBRICKA BEZ «SPARTAKUSA»?!”, „ZABRAKŁO «BARRY’EGO LYNDONA»” – INTERNETOWE FORA PRZEKRZYKIWAŁY SIĘ W ZARZUTACH, PRZYPOMINAJĄC, ŻE PO 14 LATACH OD ŚMIERCI KUBRICKA JEGO TWÓRCZOŚĆ WCIĄŻ WZBUDZA ŻYWĄ DYSKUSJĘ – NAWET W TAK BANALNEJ KWESTII Na Transatlantyku wyświetlonych zostanie sześć filmów mistrza: „Zabójstwo” (1956), „2001: Odyseja kosmiczna” (1968), „Mechaniczna pomarańcza” (1971), „Lśnienie” (1980), „Full Metal Jacket” (1987) i „Oczy szeroko zamknięte” (1999). Wybór wydaje się tyleż oczywisty, co konieczny – prawa do aż pięciu z nich są w posiadaniu jednej firmy, a o wypożyczenie ładnej, cyfrowo odnowionej kopii wcale nietrudno. I choć brak wystawnego „Spartakusa”, wciąż nienależycie docenianego „Barry’ego Lyndona” czy hołubionego przez widzów „Dr Strangelove” faktycznie może wydawać się dotkliwy, to tytuły, które w retrospektywie się znalazły, układają się w tematycznie zwięzłą całość – zbudowane z monumentalnych, łatwo zapadających w pamięć obrazów, stanowią sześć precyzyjnych pociągnięć pędzla wybitnego artysty. Nieważne, czy będzie to otwarta walizka z tańczącymi na wietrze banknotami, onieśmielająca panorama kosmosu, wpatrujący się w nas obłąkaniec z umalowanym okiem, chłopczyk przemierzający hotelowe korytarze na swym trójkołowym rowerku, improwizowana musztra czy nocny rytuał z maskami – każda z tych scen jest czytelnym, wyprzedzającym swoje czasy, natychmiast rozpoznawalnym symbolem twórczości Kubricka, na którą z perspektywy czasu nauczyliśmy się spoglądać z należnym uznaniem. Paradoksalnie, dziś – 50, 30, 15 lat od ich powstania – docenia się je bardziej niż w dniu premiery. UTWÓR PIERWSZY „Zabójstwo”, pierwszy „poważny” (bo zrealizowany dla dużego studia po kilku niskobudżetowych, pół-amatorskich próbach) film Kubricka przepadł w kinach – pomimo przychylnych recenzji w prasie, przyrównujących go do nowatorskich dokonań Orsona Wellesa, kryminał o nieudanym skoku przyniósł

54 film

foto | STANLEY KUBRICK

studiu United Artists straty w wysokości blisko jednej trzeciej ustalonego budżetu. Patrząc nań dzisiaj, jest to zupełnie zrozumiałe: pozbawiony typowej chronologii, świadomy swojej przynależności do nurtu noir, film Kubricka sprzeciwiał się ogranej formule gatunkowej, próbując wyraźnie zakreślić jej ramy. „Ten gatunek przypomina walkę z bykiem; to rytuał, wzór dający do zrozumienia, że bohater-kryminalista nie skończy dobrze” – powiedział sam Kubrick. – „Świadomość ta uprzedza fakt, że mu się nie uda, przez co samo zakończenie jest łatwiejsze do zaakceptowania”. Celowo prześwietlając fabularny schemat „Asfaltowej dżungli”, Stanley mruga do nas za sprawą skrupulatnie dobranych ujęć, szablonowych postaci i łatwych do skojarzenia twarzy aktorów. „Zabójstwo” to rodzaj meta-kina czy wręcz filmowego eseju – pasjonująca układanka dla osób obeznanych w gatunku. UTWÓR DRUGI Dziś trudno w to uwierzyć, ale zrealizowana przeszło dekadę później „2001: Odyseja kosmiczna” początkowo zapowiadała się na spektakularną, zarówno pod względem artystycznym, jak i finansowym, klapę. Filozoficzna epopeja science fiction, będąca próbą naukowego określenia przyszłości jako pewnej wiadomej, spotkała się z niezwykle surowym przyjęciem ze strony krytyków, publiczność niechętnie dawała jej szansę na dużym ekranie, zaś w trakcie ceremonii oscarowej film uhonorowano jedynie statuetką za efekty wizualne (to jedyny Oscar, jakiego kiedykolwiek otrzymał Stanley Kubrick). Sam Woody Allen powiedział: „Gdy widziałem «Odyseję» po raz pierwszy, nie spodobała mi się. Ale nie wiedziałem wówczas, że mam do czynienia z dziełem artysty, który wyprzedza mnie o całe lata”. I choć należyte docenienie skomplikowanego traktatu Kubricka było kwestią czasu, to sukcesem finansowym okazał się on dość przypadkowo, głównie dzięki poczcie pantoflowej. Upaleni pejotlem lub będący pod wpływem LSD młodzi ludzi ochoczo doświadczali kosmicznej wizji Kubricka na dużym ekranie, oglądając go nawet kilka razy w tygodniu. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Redystrybucja „Odysei…” przyniosła łączne zyski sięgające blisko 200 milionów dolarów, a sam film regularnie trafia na czołowe miejsca list najlepszych i najważniejszych dokonań kinematografii. Co odróżnia go od dzisiejszych produkcji sci-fi? To, że oprócz zobaczenia kosmosu, możemy go także poczuć – doświadczyć nieuchronnego upływu czasu, przepływu świadomości. UTWÓR TRZECI Premierze „Mechanicznej pomarańczy”, adaptacji anarchistycznej powieści Anthony’ego Burgessa, towarzyszyło sporo kontrowersji. Jako pierwsi szturm

WWW.HIRO.PL


przypuścili najbardziej wpływowi krytycy, m.in. Roger Ebert i Pauline Kael, pisząc, że jest to „bezmyślny”, „wulgarny i niepotrzebnie brutalny” „ideologiczny bałagan”. W rzeczywistości, pod płaszczykiem dosłowności Kubrick przemycał na ekran śmiałą wizję ostatecznego upadku mieszczańskiej cywilizacji, która za sprawą postępujących represji doprowadziła do zaniku wrażliwości. Cierpką ironią jest w tym kontekście fakt, że ówczesna widownia, nieprzygotowana na tak drastyczny, pełen przemocy i seksualności przekaz, całkowicie się nim zachłysnęła. Spory sukces finansowy „Mechanicznej pomarańczy” uzależniony był w dużym stopniu od niepohamowanej, bezrefleksyjnej żądzy doświadczenia filmowego ekstremum. Znane są nawet przypadki, kiedy film Kubricka zainspirował prawdziwą przemoc – po jednym z takich incydentów reżyser wycofał film z dystrybucji w Wielkiej Brytanii, gdzie wówczas mieszkał i zakazał publicznego wyświetlania go tam do czasu jego śmierci. „Niewielu wtedy zrozumiało ten film” – powiedział po latach autor literackiego pierwowzoru. „Ja sam go nie rozumiałem; wykraczał daleko poza założenia mojej książki, znacząco je pogłębiając”. UTWÓR CZWARTY Takiego szczęścia Kubrick nie miał przy adaptowaniu „Lśnienia” Stephena Kinga. Pisarz, pomimo wyjątkowo swobodnego stosunku do filmowych wersji swoich powieści, nigdy nie krył rozczarowania i złości związanych z filmem Kubricka, pewnego razu nazywając go nawet jedyną adaptacją swojej książki, której kiedykolwiek nienawidził. Także pierwsze opinie widzów i krytyki nie były zbyt przychylne – film otrzymał dwie nominacje do Złotych Malin (za reżyserię i główną rolę kobiecą), a przed premierą w Europie został przez Kubricka skrócony o 25 minut (co akurat wyszło filmowi na dobre, ale wynikało przede wszystkim z artystycznej kapitulacji po nieprzychylnych reakcjach widzów w Stanach). Także tym razem czas pozwolił w końcu należycie docenić „Lśnienie” – przeszło trzy dekady od powstania uważany jest on za jeden z najbardziej przerażających, skomplikowanych i wielowarstwowych filmów wszech czasów. Swoistym potwierdzeniem jego maestrii i niedoścignionej precyzji są narosłe wokół filmu mity, interpretacje i teorie spiskowe. Na przestrzeni lat kolejni historycy, fachowcy, krytycy i – po prostu – fascynaci rozłożyli film Kubricka na czynniki pierwsze, doszukując się w kolejnych scenach rozmaitych znaczeń, od cierpkiego głosu w sprawie losu rdzennych Indian, po… przyznanie się Kubricka do rzekomego nakręcenia lądowania Apollo 11 na Księżycu. W roku 2012 na temat mnogich znaczeń filmu powstał nawet specjalny dokument – „Pokój 237”. UTWÓR PIĄTY „Full Metal Jacket” to film ze wszech miar spóźniony. Pomysł nakręcenia filmu o Wietnamie przyszedł Kubrickowi do głowy jeszcze pod koniec lat 70., ale ze względu na długi okres produkcyjny na ekrany trafił dopiero w roku 1987, już WWW.HIRO.PL

po najważniejszych dla tego zagadnienia dokonaniach, a tuż przed całą falą naśladowniczych produkcji. Pomimo odrębnego podejścia, film spotkał się z wyjątkową rezerwą ze strony publiczności i okazał się znacznie mniejszym sukcesem, niż początkowo zakładano. Także fachowe opinie, pomimo na ogół przychylnego tonu, cechowały się rezerwą – pisano m.in., że „Full Metal Jacket” jest ciekawym, ale zdecydowaniem najsłabszym z dotychczasowych osiągnięć Kubricka. Do tego wytykano mu antypatriotyczne, „zdradzieckie” podejście, bowiem reżyser zdecydował się ukazać tyleż piekło wojny, co dysfunkcyjny aparat wojskowy, który do udziału w niej przygotowuje. Publiczność tymczasem wychwyciła z filmu to, co wydało jej się w danej chwili najbardziej atrakcyjne. Olbrzymią popularnością cieszyła się pierwsza połowa, pokazująca dehumanizujący proces szkolenia w amerykańskiej armii. Miast surowego społecznego komentarza dostrzegano tam jednak przede wszystkim postać nieubłaganego sierżanta Hartmana, nieustannie poniżającego swoich podopiecznych – rola zagrana przez R. Lee Ermeya, wówczas prawdziwego instruktora z wojskowych obozów przygotowawczych, stała się przedmiotem kultu, a część widzów otwarcie przyznawała, że w trakcie ponownej wizyty w kinie obejrzała tylko tę część, w której jego postać się pojawia. „Zupełnie nie o to nam chodziło” – wspominał po latach aktor. „Mojej roli nie da się w pełni zrozumieć, jeśli nie zobaczy się tej połowy, w której już się nie pojawiam”. UTWÓR SZÓSTY Ostatni film Kubricka, „Oczy szeroko zamknięte”, uważa się często za ten najmniej idealny, daleki od doskonałości i przenikliwości pozostałych. Tymczasem sam Kubrick na krótko przed śmiercią, jeszcze przed premierą kinową zdążył powiedzieć, że to właśnie z niego w całej swojej twórczości jest najbardziej zadowolony. Czy dlatego, że kręcił „Oczy…” rekordowo długo (łącznie 46 tygodni bez przerwy, rekord Guinnessa!), a zwykłe ujęcie uścisku dłoni potrafił powtórzyć kilkadziesiąt razy, zanim był zadowolony z końcowego efektu? Film spotkał się z pozytywnymi recenzjami, ale jego sukces wynikał przede wszystkim z przedwczesnej śmierci Kubricka i udziału gwiazdorskiej pary – Toma Cruise’a i Nicole Kidman. W poczynionej przez niego chirurgicznej wiwisekcji rozpadu związku doszukiwano się analogii do kryzysu w małżeństwie odtwórców głównych ról, a intrygującą symbolikę zredukowano do roli pretensjonalnej mistyki. Tymczasem, jeśli spojrzeć na ów film między wierszami, można w nim dostrzec wnikliwą, przemyślaną do ostatniego kadru obserwację na temat współczesnej, kruchej obyczajowości. „Po premierze w 1999 «Oczy szeroko zamknięte» spotkały się z powszechnym niezrozumieniem” – napisał w przedmowie książki poświęconej jego twórczości Martin Scorsese. „Jeśli spojrzeć w przeszłość, nie powinno to dziwić. Pierwsze reakcje na każdy z jego filmów (nie licząc tych najwcześniejszych) pełne były niezrozumienia”.

film 55


NEONY

rewolucja tekst | JAN PROCIAK

Widoczne ze sporych odległości mogą służyć jako punkty odniesienia. Dzięki nim budynki stają się rozpoznawalnymi i znanymi, jak np. The Pleyel na przedmieściach Paryża z czasem nazywano „Bayer”, a następnie „wieżą Philipsa” – od znaków neonowych umieszczanych na jego dachu. Ich prostota i świetlisty kształt sprawiły, że szybko stały się środkiem artystycznej ekspresji. W końcu mało jest rzeczy tak wyraźnych i czytelnych jak neon. Odpowiednio wykorzystane potrafią być bardziej dosadne niż jakikolwiek manifest. Z drugiej strony ich reklamowy kontekst sprawia, że bardzo łatwo ulegają manipulacjom wszelkiego rodzaju. Stąd niewielka liczba neonów, które na trwałe zapisały się w historii sztuki. Z tego też powodu artyści tak chętnie sięgają po tę formę wypowiedzi. Popularny jest pogląd, że każdy artysta wizualny choć raz w swojej karierze musi spróbować neonu. Sam neon po raz pierwszy zapłonął na paryskiej ulicy ponad 100 lat temu. Ich twórca Georges Claude nie spodziewał się chyba, jakie zastosowania może mieć jego wynalazek. Szklane rurki wypełnione szlachetnymi gazami, które można dowolnie formować i zabarwiać różnymi kolorami (kolor świecenia może zależeć od składu gazu wewnątrz rury, koloru szkła lub zastosowania odpowiedniego luminoforu) zostały zaanektowane przez sztukę już w latach 40. XX wieku, np. neony Gyuli Kosice i argentyńskiej grupy MADI. Za pionierską pracę na Starym Kontynencie uznaje się „Ambiente Spaziale” Lucia Fontany z 1951 roku. Jednak prawdziwa eksplozja popularności tego medium przyszła wraz z pop-artem, w którego strategie idealnie się wpisywał. Z czasem do swoich realizacji zaczęli go włączać artyści związani z kolejnymi nurtami, a po chwilowym przestoju ostatnio znów przeżywa sporą popularność. Neony mimo ograniczonej formy dają szerokie pole do popisu. Od pojedynczych słów po skomplikowane rysunki światłem. Mogą zarówno oślepiać, jak i olśniewać, oscylując między poezją a deklara-

56 design

NEONY SĄ NIEODŁĄCZNYM ELEMENTEM WSPÓŁCZESNYCH MIAST. OD WARSZAWSKICH SŁOIKÓW PO PRL-OWSKIE REKLAMY ROZŚWIETLAJĄ NOC I OZDABIAJĄ KOLEJNE BUDYNKI. ODZWIERCIEDLAJĄ EKONOMICZNĄ SIŁĘ I PRESTIŻ METROPOLII

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

tywnością. Dobrym przykładem jest praca Barnetta Newsmana „Who’s afraid of red, yellow and blue?”, w której poszczególne słowa pisane są kolorami, które opisują. Minimum formy, maksimum treści i szerokie pole do interpretacji. Podobną strategię wykorzystywał Joseph Kosuth, tworząc neony głoszące, że są tym, czym są. Właśnie ci artyści wytyczali szlaki neonowego medium i tworzyli grunt pod kolejne realizacje. Z czasem zaczęły być one wpisywane w większe projekty, choćby obrazy-obiekty Martiala Raysse. Ikoniczne stały się projekty autorstwa Dana Flavina, który niemal w pełni poświęcił się tworzeniu neonów. Najczęściej korzystał on ze standardowych neonów przemysłowych, dążąc do maksymalnej prostoty formy, i często odnosił się do ikonicznych dzieł sztuki, wchodząc z nimi w specyficzny dialog. Bardziej plastyczne wykorzystanie tego medium mamy u Keitha Sonniera, który używał neonu jako kreski i tworzył z nich różnorodne kształty i kompozycje. Zwolennicy neonów powinni wybrać się do warszawskiego Muzeum Neonu, które zajmuje się dokumentacją i ochroną polskich reklam świetlnych powstałych w okresie po II wojnie światowej. Szczególnie zaś tymi neonami, które były odpowiedzią na szarzyznę PRL-u. W tamtych czasach nie były one produkowane masowo, ale dzięki temu, że tworzyli je artyści tacy jak Eryk Lipiński i Tadeusz Gronowski, do dziś zachwycają unikatowym wzornictwem i estetyką. W komunistycznej Polsce produkcja neonów objęta była rygorystycznymi zasadami. Monopol w dziedzinie reklamy zewnętrznej na terenie całego kraju miało Przedsiębiorstwo Usług Reklamowych „Reklama”, powołane przez Ministerstwo Handlu Wewnętrznego, a same neony dostosowywano do architektury określonych budynków. W Muzeum można zobaczyć kilkadziesiąt z tych realizacji, a także przekonać się, że dzięki wykorzystaniu światła i barwy neony są wciąż niewyczerpalnym źródłem inspiracji.


ANNIE LEIBOVITZ

erotyzm, śmierć i dziewczyna tekst | MICHAŁ HERNES

foto | ANNIE LEIBOVITZ

OD SŁAWY BARDZIEJ INTERESUJE JĄ BYCIE DOBRĄ W SWOIM FACHU. NIE BOI SIĘ ZAKOCHAĆ W LUDZIACH, KTÓRYCH FOTOGRAFUJE. ZASŁYNĘŁA ZDJĘCIAMI NAGIEJ DEMI MOORE, BĘDĄCEJ W ZAAWANSOWANEJ CIĄŻY, I NAGIEGO JOHNA LENNONA, WRAZ Z YOKO ONO, NA CHWILĘ PRZED ŚMIERCIĄ SŁYNNEGO MUZYKA. ANNIE LEIBOVITZ JEST ARTYSTKĄ WYJĄTKOWĄ I BEZKOMPROMISOWĄ. TO PRAWDZIWY FOTOGRAFICZNY HEROS

Wielu fotografów zapewne z zazdrością patrzy na „modelów”, których udało się jej uwiecznić – od pisarza Huntera S. Thompsona począwszy, przez boską Angelinę Jolie, na koszykarzu LeBronie Jamesie skończywszy. Fotografie autorstwa Annie Leibovitz przedstawiają zarówno wielkich celebrytów, jak i portrety bez ludzi czy urywki z jej prywatnego życia. Amerykanka portretowała nie tylko swoją rodzinę, ale też wielką przyjaciółkę, pisarkę Susan Sontag.

portretujące zmagania tej pisarki z chorobą. Na cztery intymne i przejmujące zdjęcia składa się chociażby to, na kt��rym widać, jak przykrywa dłonią amputowaną pierś, gdy leży w wannie. Nie brakuje też fotografii z chemioterapii i jej ciała, kiedy odeszła już z tego świata. Jakby tego było mało, kilka tygodni później na raka umarł ojciec Annie Leibovitz. Jego odchodzenie także zostało uwiecznione. Oglądanie tych przejmujących dzieł porusza i prowokuje do refleksji.

Zdjęcia rodzinne charakteryzuje przeważnie mały format i czarno-biały kolor. Co ciekawe, to Sontag jest autorką fotografii przedstawiającej nagą i ciężarną Annie Leibovitz. To prawdziwy rarytas. Przejmujące są natomiast fotograficzne arcydzieła

Co ciekawe, w jej pracach erotyzm bardzo często spotyka się ze śmiercią. Można to zaobserwować przykładowo na słynnym portrecie Cindy Crawford z 1993 roku. Modelka pozuje na nim nago z wężem, który oplótł jej ciało. Arcydziełem jest nato-

58 foto

WWW.HIRO.PL


miast fotografia przedstawiająca nagich Yoko Ono i Johna Lennona, wykonana na chwilę przed tym, jak słynny muzyk został zamordowany. Wiele osób znających tę parę powiedziało, że Leibovitz perfekcyjnie i z wyczuciem uchwyciła istotę ich związku. Mówiąc szczerze, trudno się z tym nie zgodzić. Słynna fotograf zaczynała w magazynie „Rolling Stone”, gdzie jej redakcyjnym kolegą był między innymi kontrowersyjny amerykański pisarz, Hunter S. Thompson. Po latach Leibovitz wspominała, że narkotyki były w redakcji na porządku dziennym, a jako że mocno weszła w to środowisko, nie udało się jej ich uniknąć. Później przyznała, że ciężka praca połączona z intensywnym imprezowaniem mocno odbiła się na jej zdrowiu. Swoją drogą, narkotyczne odjazdy z autorem „Las Vegas Parano” to kolejna rzecz, której wiele osób zapewne jej zazdrości. Kiedy zyskała duże uznanie, rozpoczęła współpracę z innymi czasopismami, na przykład z „Vanity Fair”. Chociaż lubi prowokować i cechuje ją wielka odwaga, jednocześnie robi to z wyczuciem, czułością i smakiem. Dlatego nie odmawiają jej największe osobistości tego świata, łącznie z prezydentem Obamą i jego małżonką. Absolutnie nie jest przesadą stwierdzenie, że czego by się nie dotknęła, zamienia w fotograficzne złoto. W związku z tym, to właśnie jej powierzono fuchę oficjalnego fotografa igrzysk olimpijskich w Atlancie. Nie można też nie wspomnieć o wystawie „Kobiety”, portretującej pełen przekrój pań – od dziewczyn do towarzystwa w Vegas, po te pracujące w kopalniach czy nawet farmerki. Bajecznym pomysłem jest sesja, w ramach której największe światowe gwiazdy wystylizowano na postacie z bajek Disneya. Poza tym Leibovitz uwieczniła między innymi aktualnego Jamesa Bonda, czyli Daniela Craiga. Listę jej modeli można by wymieniać długo i zastanawiać się, czy przypadkiem nie ma końca. W 1975 roku członkowie zespołu muzycznego The Rolling Stones zaproponowali fotografce, by towarzyszyła im z aparatem w czasie ich trasy koncertowej po świecie. Dzięki temu powstało mnóstwo fantastycznych fotograficznych dzieł, chociażby ikoniczne fotografie przedstawiające Micka Jaggera i Keitha Richardsa. W intrygujący sposób uwieczniła również innych legendarnych muzyków, na przykład Boba Dylana i Patti Smith. Zupełnie inny klimat towarzyszy jej wystawie i albumowi „Pilgrimages”, będącym odpoczynkiem od zleceń i powrotem do pełnej artystycznej wolności. Minimalizm tych prac staje się ich największym atutem. Leibovitz miała już dość faktu, że musi się koncentrować na fotografowaniu tego, co jej zlecą. Postanowiła więc zaszaleć, wykonując portrety… bez ludzi. Wyruszyła w podróż po Ameryce, odwiedzając domy sław z przeszłości, takich jak Abraham Lincoln, Virginia Woolf, Elvis Presley czy Emily Dickinson. Te prace dowodzą wielkiej wrażliwości, spostrzegawczości i wyczucia na detale. Coś pozornie banalnego, na co często nie zwraca się uwagi, urasta w nich do rangi arcydzieła. Intrygującym „modelem” uczyniła również Niagarę. W jej zdjęciach często nie sposób się nie zakochać. Analogicznie, Annie Leibovitz zakochuje się w fotografowanych przez nią, ludziach i miejscach. W rękach Amerykanki aparat fotograficzny staje się afrodyzjakiem dającym wielką przyjemność ludziom na całym świecie.

WWW.HIRO.PL

foto 59


poolside foto | ŁUKASZ DZIEWIC, stylizacja | MARTA WOLNIAK & JAN KRYSZCZAK, asystentka stylistów | WIKTORIA WOLNIAK, make-up | ELA PRZYGODA, włosy | MICHAŁ „MALINA”

STRÓJ KĄPIELOWY: WŁASNOŚĆ STYLISTY, SPÓDNICA: MMC, OKULARY: PRADA

MALISZEWSKI, modelka | ZUZANNA KOŁODZIEJCZYK / D’VISION


SUKIENKA: ADIDAS ORIGINALS BY JEREMY SCOTT, CZEPEK: WŁASNOŚĆ STYLISTY


TOP: H&M MAINLINE, BIKINI: WŁASNOŚĆ STYLISTY


SPODNIE: MMC, TOP & BUTY: REEBOK


SUKIENKA: ADIDAS ORIGINALS BY JEREMY SCOTT, CZEPEK: WŁASNOŚĆ STYLISTY


Specjalne podziękowania dla ISKRA i D’VISION

SPODNIE: H&M, BIKINI TOP: ADIDAS, OKULARY: MIU MIU


SUKIENKA: ADIDAS ORIGINALS BY JEREMY SCOTT, CZEPEK: WŁASNOŚĆ STYLISTY


JAY-Z

MAGNA CARTA HOLY GRAIL ROC-A-FELLA 8/10

Shawn Carter wraca najlepszym krążkiem od czasu klasycznego „Black Album”. „Leonardo Da Vinci flows/ Riccardo Tisci Givenchy clothes” i co jeszcze? Niezłe bity, pośród których umie się odnaleźć. Błyszczy w napędzanym żywym basem, gniewnym „Picasso Baby”, pośród blipów „Toma Forda”, obok chrapliwego dęciaka i retro pianinka „Somewhere in America”, czy też w latynoskiej mieszance wybuchowej, jaką jest niesamowite „BBC”. Ba, jest nawet w stanie dorzucić swoje do tej pięknej chemii, która kolejny raz wytwarza się między Pharrellem a Frankiem Oceanem w nierzeczywistym, niby ilustracyjnym, jednak intensywnym „Oceans”. Carterowe przechwałki mają wdzięk, przebijają się przez szklane sufity i zamknięte drzwi dokładnie tak jak chce. W towarzystwie Beyoncé i Timberlake’a robi się za słodko, Timbaland w życiowej formie wciąż nie jest, ale to Jay jest na swojej płycie panem i władcą. Stylowe, wolne od bieda-dubstepów, eurodance’u i Kanyego Westa „MCHG” to duża frajda. MARCIN FLINT

PHOENIX

MS MR

BANKRUPT!

SECONDHAND RAPTURE

LOYAUTÉ 7/10

Przed pierwszym odsłuchem „Bankrupt!” bałem się, że Phoenix znów nagrali taką samą płytę. Francuski zespół nazywany czasami soft-rockowymi The Strokes (mimo że debiutowali rok wcześniej niż kapela z Nowego Jorku, a zaczynali grać już w latach 90.) nigdy nie zmieniał drastycznie swojej muzyki z albumu na album. Ba, każdy z nich ma nawet mniej więcej tyle samo utworów i prawie identyczny czas trwania. Po „Wolfgang Amadeus Phoenix” do złudzenia przypominającym wcześniejsze „It’s Never Been Like That” wcale nie czekałem na kolejne dziesięć piosenek i czterdzieści minut z Phoenix. Zostałem mile zaskoczony – „Bankrupt!” to pomysłowa płyta i najrówniejsza w dorobku wersalskiego kwartetu. Tym razem kawałki są do siebie mniej podobne, chociaż brak tu singla na miarę największych przebojów (najbliżej „Trying to be Cool”). Jest za to świetna słodko-gorzka konfekcja. Album ocieka przepychem w stylu superprodukcji z lat 80., ale w skompresowanej wersji. Jest tu taki tekst – „jak to jest, że wszyscy cię znają, zanim cię spotkają?”. No, macie mnie. ŁUKASZ KONATOWICZ

68 recenzje

QUEENS OF THE FURIA STONE AGE FUTRZAKÓW

COLUMBIA 8/10

…LIKE CLOCKWORK

KALEJDOSKOP EP

Duet MS MR wszedł na rynek dopracowanym materiałem, który broni się wyłącznie muzyką. „Secondhand Rapture” to płyta bezprecedensowa i niekonwencjonalna. Głos Lizzy Plapinger nie pozwala przełączyć na następną piosenkę, nie mówiąc o wyłączeniu odtwarzacza. Barwa przepełniona kobiecą delikatnością urzeka w melodramatycznych utworach, jak na przykład w „Dark Doo Wop”. Trudno uwierzyć, że to ta sama osoba śpiewa w „Bones” w sposób stanowczy i władczy. Równie zaskakujące są zabiegi artystyczne Maxa Hershenowa. Producent z pewnością imponuje swoimi manewrami na polach wielu gatunków, które połączył w dwunastu utworach. Według krytyków styl mieści się w granicach vintage, ale trudno się z tym zgodzić. Hershenow żongluje muzyką elektroniczną, rockiem, popem oraz klasyką. Całość finalnie zmiksowana przez znakomitego Toma Elmhirsta. Mimo tak szerokiego spektrum gatunkowego brak tu bałaganu i przypadkowości. Pod względem estetycznym to płyta elitarna i nieprzeciętna. MARZENA PODGÓRSKA

Dawno nie czekałem na żadną płytę tak długo. Sześć lat: odejście Joeya Castillo, przyjęcie Jona Theodore z Mars Volty, a po drodze mająca istotny wpływ na album wizyta Josha w szpitalu. Działo się wiele i oczekiwania były duże, jednak nie znam osoby, której przeszłoby przez myśl, że „…Like Clockwork” może okazać się słabe. No i wszyscy mieli rację. Nie zgadzam się jednak z panującą opinią, że płyta jest przystępna i wręcz popowa. QOTSA nigdy nie było tak mroczne. Mamy oczywiście bardziej przebojowe „I Sat By The Ocean” czy „Smooth Sailing” albo singlowe i energetyczne „My God Is The Sun”, jednak nawet te utwory wpisują się w mistyczny klimat tej rock’n’rollowo-pustynnej, muzycznej podróży. Płyta jest kompletna, a jej nastrój od początku do końca trzyma w napięciu, jakby utwory były częścią najlepszego scenariusza filmu noir. Jego główny bohater prawie zszedł na stole operacyjnym w 2010 roku, jednak wrócił do świata żywych i nagrał z zespołem jedną z najlepszych płyt tej dekady. BARTŁOMIEJ LUZAK

Przez trzy długie lata, które upłynęły od wydania debiutanckiej płyty Furii Futrzaków, zdążyłem już przestać czekać na kolejne wydawnictwa. Tegoroczna EP-ka przypomniała mi, że ten duet to jedno z najciekawszych zjawisk w popie ostatnich lat. Ich muzyka to synth-pop XXI wieku, bez retro-stylizacji na lata 80. Na longplayu brzmieli czasami jak cieplejsza i przystępniejsza wersja The Knife, teraz zaprezentowali bardziej taneczne oblicze. Piosenka tytułowa i „Centrum” to chyba najbardziej nadające się na parkiet utwory w dorobku Furii, ale to jest też muzyka na słuchawki. Koronkowo dopracowane produkcje Andrzeja Pieszaka, zwłaszcza przypominające trochę Luomo „Noc wystarczyć ma na dłużej”, są pełne szczegółów, nad którymi warto się pochylić. Dla większości słuchaczy magnesem pewnie będzie jednak obdarzona charakterystycznie ciepłym i trochę dziewczęcym głosem Kinga Miśkiewicz. No i tylko szkoda, że „Kalejdoskop” trwa zaledwie kwadrans. ŁUKASZ KONATOWICZ

MATADOR 9/10

WYTWÓRNIA KRAJOWA 8/10

WWW.HIRO.PL


EDITORS

THE WEIGHT OF YOUR LOVE PIAS 7/10

Dotychczasowe dokonania Editors były dla mnie spójne i utrzymane w idealnie nostalgicznej atmosferze. Czwarta płyta wraz z odejściem Chrisa Urbanowicza niesie za sobą zmiany. Trudno jednoznacznie określić, czy na lepsze. Muzycznie momentami wydaje się być mroczniej. Mamy więcej przesterowanego basu, delikatne sekcje smyków czy ciemne dźwięki syntezatorów. Zupełnie w inną stronę podąża za to wokal Thomasa Smitha. Niska barwa, będąca do tej pory wizytówką zespołu i powodem licznych porównań do Joy Division lub do Interpolu, chwilami wędruje w wyjątkowo wysokie rejestry („What is This Thing Called Love”), a czasem przywodzi na myśl… U2 (Smith naprawdę brzmi jak Bono, wyśpiewując refrenowe „desire” w singlowym „A Ton of Love”). „The Weight Of Your Love” jest odejściem zespołu w nieco lżejszą stronę, co z pewnością mogło mieć wpływ na decyzję Urbanowicza o opuszczeniu grupy. Płyta, mimo że nie trzyma równego klimatu, jest jednak przyjemna w odbiorze i z każdym kolejnym przesłuchaniem przyswaja się ją coraz lepiej. Przyznaję jednak, że w moim osobistym odczuciu jest to chyba najsłabszy album Editors. BARTŁOMIEJ LUZAK

DEVICE

TEN TYP MES

DEVICE

TEN TYP MES I LEPSZE ŻBIKI

Był sobie kiedyś taki gatunek muzyczny zwany nu metalem, który pod koniec lat 90. zjednoczył zdołowanych freaków z całego świata. Pewnie sami macie znajomych, którzy z rumieńcem na twarzy przyznają się do słuchania w latach młodości takich rzeczy jak Korn, Slipknot czy Disturbed. Właśnie z tej ostatniej kapeli pochodzi David Draiman, który wraz z Geno Lenardo (eks Filter) powołał do życia Device. Obaj Panowie czują się najlepiej w ciężkim łojeniu, dlatego ich debiutancki krążek wypełniony jest piłującymi, energetycznymi riffami. Co ciekawe, wchodzą one w zaskakująco udany dialog z elektronicznymi, zimnymi rytmami, tworząc tym samym przemyślaną i spójną industrialną całość. A żeby nie było za nudno, pojawiają się także utwory spokojniejsze, melodyjne, wpadające szybko w ucho. Za pierwszym razem słucha się „Device” nawet z umiarkowaną przyjemnością, później wszystko wydaje się aż nazbyt znane. Nu metal, co prawda, jeszcze nie umarł, ale lata młodości ma już dawno za sobą i słychać to momentami bardzo wyraźnie. KAMIL DOWNAROWICZ

Zawód: raper. Wykształcenie: tekściarz. Stan cywilny: producent. Tyle Ten Typ Mes o sobie. Istotnie coś w tym jest, bo „Lepsze Żbiki” to kolejny pieczołowicie dopracowany album w jego dorobku. Bardziej spójny i bardziej przemyślany od nieidealnych pod tymi względami dwóch poprzednich płyt. Sztuka to nie lada, zważywszy na całą plejadę gości – czyli tytułowych Żbików. Na szczęście w większości spisali się oni lepiej niż poprawnie – wisienką na i tak smacznym torcie okazała się krzyżówka stylów Mesa, Ciecha, fantastycznie zapowiadającego się Kuby Knapa i wokalistki Moniki Borzym. Muzycznie jest dość sprawiedliwie – z jednej strony nostalgiczne produkcje pod wywody o „zjebanym mieście”, z drugiej – wyjątkowo melodyjne „Nie umiem tańczyć” czy „Na dnie”. Chwała, że wszystkie bity zaaranżował Szogun, i szkoda, że nie wszystkie stworzył od zera – zdarzają się niestety momenty, kiedy można przysnąć. Nie zmienia to jednak faktu, że z najnowszą płytą faceta operującego najlepszym flow w Polsce należy się zapoznać. JACEK BALIŃSKI

WARNER BROS. 5/10

ALKOPOLIGAMIA 7/10

SPEEDY ORTIZ

WOJCIECH BĄKOWSKI SZTIGAR BONKO

MAJOR ARCANA

KSZTAŁT

JO! SZNUPIA

Carpark wyrasta na ulubioną wytwórnię wszystkich dzieciaków żyjących nostalgią za latami 90. Nostalgią własną lub przeszczepioną od rodziców albo starszych braci czy sióstr. W zeszłym roku mieliśmy Cloud Nothings, którzy nagrali wyśmienity materiał z pogranicza Nirvany i Superchunk. W tym do gry wkraczają ujmujący debiutanci ze Speedy Ortiz, slackerzy odwołujący się wprost do wczesnego Pavementu i Liz Phair. Frontmanka grupy, Sadie Dupuis (modelowa „dziewczyna z sąsiedztwa”) jest zapatrzona w Malkmusa i słychać to w zasadzie na całym albumie „Major Arcana”. To fenomenalny materiał, pełen przybrudzonych, minimalistycznych, często „popsutych” piosenek, które naszpikowane są mistrzowskimi hookami i genialnymi w swojej prostocie riffami. Takie utwory jak „Casper (1995)” czy „No Below” to przecież ścisła gitarowa czołówka tego roku. Nie spuszczajcie oka ze Speedy Ortiz. Na razie mają niewiele ponad 4 tysiące fanów na Facebooku, ale nie brakuje im niczego, żeby zostać najbardziej hołubionym młodym zespołem. MAREK FALL

Nie ma co dać się zwieść pozie na antymuzykę w dwóch pierwszych utworach tej płyty. Dominujące, irytujące dźwięki niczym z alarmu samochodowego w „Kształcie” i te odczapowo wcinające się w kawałek, dziecięce partie syntezatora w aż nazbyt jadących Niweą „Najazdach podłogowych” są pułapką na niecierpliwych. Bo potem czeka Bąkowski mniej zeschizowany, bardziej ludzki. Sam sobie komponuje, przez co jest skromniej, mniej kontrastowo, ale chyba adekwatniej niż za czasów Szczęsnego. W podśpiewywanych, warczących basem, sześciominutowych „Berlin Hauptbahnhof” artysta wyciąga z siebie wyrazy, jakby były na sznurku. W pełnym napięcia, zwieńczonym gitarą „No disc” rzuca nimi twardo. Królem jest w chwili, gdy mówi „mam jeszcze drugie pół poduszki, boli” do odbijającej się pogłosami, szczątkowej, jadowitej melancholii albo stwierdza „Świat mi wali sercem, pneumatycznie”, wyprzedzając nadejście perkusji. Bo „Kształt” to coś więcej niż porcjowane słowa i dźwięki katowane tak długo, aż obrastają w znaczenia. Zaraża nadwrażliwością. MARCIN FLINT

DJ Eprom, jeszcze zanim zdobył Mistrzostwo Świata IDA i seryjnie triumfował w Mistrzostwach Polski, pracował w kopalni Borynia w Jastrzębiu. To właśnie tam narodził się pomysł na projekt, który teraz doczekał się realizacji. „Żeby szychty szybciej leciały, zająłem się Sztigarem Bonko. A że przy okazji wychowałem się na taśmach Cypress Hill, to szybko znalazłem cechy wspólne dla braci górniczej i hiphopowej” – opowiadał autor. „Jo! Sznupia” to szalony conceptalbum. Eprom nawija do uberklasycznych beatów jak B-Real, tyle że robi to… po śląsku. Przeprowadza przy tym brawurową destrukcję opinii, że w hip-hopie chodzi o przekaz, bo można Sztigara nie rozumieć i wciąż świetnie się bawić. Specjalnie na potrzeby recenzji poprosiłem o komentarz Miuosha. Napisał mi: „To chyba jedyny album, gdzie śląska gwara jest ozdobą muzyki. Wielu wykonawców na Śląsku uważa, że stosuje gwarę, jednak źle z niej korzysta – kaleczy i sprowadza ją do roli «wulcowskiego» slangu. Większość tych «artystów» po prostu nie wie, czym się posługuje i w jaki sposób to robić – Sztigar wie”. MAREK FALL

CARPARK 8/10

WWW.HIRO.PL

BOCIAN 8/10

ASFALT RECORDS 7/10

recenzje 69


KONESER REŻ. GIUSEPPE TORNATORE PREMIERA: 2 SIERPNIA 7/10

Trudno się nie zgodzić z tagline’em z plakatu, że „kobieta jest jak dzieło sztuki”. Bohater nowego filmu Giuseppe Tornatore, dyrektor domu aukcyjnego Virgil Oldman (tradycyjnie znakomity Geoffrey Rush) traktuje zresztą tę światłą myśl bardzo dosłownie. Oldman kolekcjonuje bowiem portrety kobiet z różnych epok i wykonane rozmaitymi technikami. Pozyskuje te obrazy nieuczciwie, wykorzystując swoją pozycję i podstawionego przyjaciela (Donald Sutherland). Intryga zawiązuje się w momencie, gdy bohater poznaje młodą dziedziczkę Claire Ibbetson (zjawiskowa Sylvia Hoeks) zainteresowaną sprzedażą zgromadzonych dzieł sztuki. Jak się okazuje, dziewczyna cierpi na agorafobię i z początku kontakt z nią jest możliwy jedynie przez telefon, następnie zaś relacja obojga przeradza się w coś w rodzaju obopólnego voyeuryzmu. Jaką tajemnicę skrywa Claire? Nowy film twórcy „Cinema Paradiso” jest nastrojowy, prowadzony z właściwym Włochowi wyrafinowaniem i koniec końców satysfakcjonujący, choć po drodze można się kilka razy żachnąć na nazbyt przewidywalne zwroty akcji. Gdyby scenariusz równał tu poziomem do innych składowych, z reżyserią i aktorstwem na czele, byłaby pełnia szczęścia. PIOTR DOBRY

RUSSENDISKO

W KRĘGU MIŁOŚCI

REŻ. OLIVER ZIEGENBALG

REŻ. FELIX VAN GROENINGEN

PREMIERA: 19 LIPCA 4/10

PREMIERA: 30 SIERPNIA 8/10

Reżyser i scenarzysta „Russendisko” musi chyba być fanem antycznej zasady decorum. Jego film jest bowiem znakomitym przykładem dostosowania formy do treści. Tematem obrazu jest tutaj boom na rosyjskie disco w zachodnich Niemczech na początku lat 90. ubiegłego wieku, słowem – kicz. I taki właśnie jest też film: kiczowaty i nieudolny i w próbie analizy zjawiska, i w wykorzystaniu go jako tła opowiadanej historii. Bohaterami tej są trzej nastoletni rosyjscy Żydzi, którzy dostali szansę od losu w postaci biletu na Zachód. Chociaż scenariusz miał potencjał na przyzwoity buddy movie, w filmie ślad po nim zaginął. Ziegenbalg tematy męskiej przyjaźni i niedoli emigranta potraktował pobieżnie i bez polotu, całość okraszając żywiołową, rosyjską muzyką, dobraną niestety wedle stereotypowych wyobrażeń Zachodu o Rosji. Tym sposobem Ziegenbalg zamiast opowiadać o czasach sprzed 20 lat, próbuje nam wmówić, żeśmy się w nich zatrzymali. My nie, ale co z twórcą? ARTUR ZABORSKI

„W kręgu miłości” pozwala van Groeningenowi na celujące zdanie egzaminu twórczej dojrzałości. Poprzedni film reżysera – „Boso, ale na rowerze” – stanowił zapowiedź talentu, który dopiero teraz eksplodował. W swoim debiucie twórca opowiedział historię familii Strobbe, której członkowie z powodzeniem mogli rywalizować z bohaterami „Różowych flamingów” o tytuł „najobrzydliwszych ludzi świata”. Choć belgijski twórca wciąż pozostaje wierny tematyce rodzinnej, tym razem porusza się w zupełnie innych rejestrach emocjonalnych. W kameralnym filmie osiąga to, do czego Terrence Malick w „Drzewie życia” potrzebował dinozaurów i filozoficznych traktatów. „W kręgu miłości” w zajmujący sposób opowiada o skomplikowanej ewolucji związku dwojga ludzi. W filmie znajduje się miejsce na gniew i radość, rozpacz i euforię. Jednakową intensywność wszystkich tych emocji zapewnia rozbrzmiewająca w tle muzyka, która pozwala na powrót odkryć zapomniane piękno bluegrassu. PIOTR CZERKAWSKI

70 recenzje

WWW.HIRO.PL


KRÓLOWIE LATA

SZYBKI CASH 2

REŻ. JORDAN VOGT-ROBERTS

REŻ. BABAK NAJAFI

„Królowie lata” są trochę jak letnia wersja „Kevina samego w domu”. Bohaterowie filmu wypowiadają magiczne życzenie: chcę, aby rodzice zniknęli z mojego życia i przestali się wtrącać. A potem muszą się borykać z tego życzenia spełnieniem. Uciekają od rodzin i cywilizacji, budują sobie domek w lesie i mają zamiar być wolni i beztroscy. Są wakacje, słońce świeci, trawa się zieleni, woda się mieni. Ale ich samodzielność to nie tylko sielanka. W ujęciu Jordana Vogta-Robertsa to także pierwsze rozczarowania, ciężary wynikające z wchodzenia w dorosłość, eksperymenty z własnymi możliwościami i egzaminy z męskości. Dzięki talentowi reżysera dochodzą one jednak do głosu później, nie burząc zabawnego i ciepłego seansu gorzkimi spostrzeżeniami. „Królowie lata” konsekwentnie trzymają się tonu relaksującego, wakacyjnego kina, którego nie należy zanadto przygniatać powagą, by nie zabić w nim młodzieńczego ducha i tego krótkotrwałego, pięknego poczucia, że życie to niekończąca się przygoda. URSZULA LIPIŃSKA

Bohaterowie „Szybkiego Cashu” nigdy się nie nauczą. Chociaż Daniel Espinosa, reżyser pierwszej części, zakończył ją w konwencji klasycznego filmu gangsterskiego, serwując widzom lekcję moralności, Babak Najafi, odpowiedzialny za sequel, nie dziedziczy po nim. Zakończenie „jedynki”, skazujące członków bandy na sankcje karne, bierze w łeb już w początkowych partiach „dwójki”. Więzienna resocjalizacja okazuje się mrzonką, a próba wyjścia na prostą tak samo nierealna jak klasowy i społeczny awans we współczesnej Szwecji – o czym opowiadała „jedynka”. Pesymizm i niewiara Najafiego objawiają się nie tylko w treści, ale też w formie. Pełno tu zaskakujących wolt i śmiertelnych pojedynków, ale nie pchają one filmu w stronę thrillera, tylko… survival horroru. Reżyser, z urodzenia Irańczyk, zdaje się podzielać punkt widzenia bohaterów, również imigrantów, którzy patrzą na Szwedów oczami pełnymi strachu i zazdrości. Tym samym ten niepokojący film o nieudanej asymilacji staje się ważnym głosem w dyskusji o polityce multikulturowej nadbałtyckiego kraju. ARTUR ZABORSKI

PREMIERA: 30 SIERPNIA 7/10

PREMIERA: 30 SIERPNIA 7/10

© 2013 ARTRAMA. WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE˚ONE.

Wydanie zawiera teledysk do utworu „Pieʃ o szcz´Êciu” w wykonaniu Czesława Mozila i Meli Koteluk.

MOJE FILMY NA DVD I BLU-RAY

PARTNERZY MEDIALNI:


tekst

DAOGOPAK – ANATOLIJSKIE TOURNÉE

| BARTOSZ SZTYBOR

scen.: Maksym Prasołow; rys.: Oleksij Czebykin wyd.: Nebeskey 6/10

Wydawnictwo Nebeskey weszło na polski rynek bez uprzedzenia, zaatakowało z zaskoczenia, a ich atak w dużym stopniu się powiódł. To grupa ludzi z Ukrainy, która postanowiła nie tyle wskrzesić, co wręcz od początku zbudować u siebie komiksowy rynek. I udało im się to wzorowo. Wystarczyły spore pieniądze (no tak, zawsze rozchodzi się o to samo) na zatrudnienie bardzo dobrych twórców, wydanie dużego nakładu i zadbanie o reklamę, by nasi wschodni sąsiedzi sprzedali kilka tysięcy egzemplarzy i odnieśli w swoim kraju sukces. Po podbiciu Ukrainy przyszedł czas na Polskę. I choć pierwszy tom „Daogopak” bestsellerem się u nas raczej nie stanie i na pewno nie odbierze „Thorgalowi” tytułu najlepiej sprzedającego się komiksu, to bez wątpienia znajdzie spore grono zadowolonych odbiorców. Bo to bezpretensjonalny komiks awanturniczy o zwariowanych czy wręcz – trzeba tu użyć mocniejszego słowa – ostro pierdolniętych Kozakach, których przygody to nieskrępowane szaleństwo. Ta fantazyjność jest o tyle większa, że scenariusz nie został oparty na wydarzeniach historycznych, a kozackich legendach (kozackich, bo Kozacy, i kozackich, bo fajnych – taki suchar językowy…). Wszystko to zostało wsparte profesjonalnym rysunkiem, który w ciekawy sposób łączy cartoonową mimikę z realistycznym przedstawieniem postaci i architektury. Zdarza się jednak czasami, że ta kreska drażni, bo staje się zbyt przerysowana. I ten sam zarzut dotyczy samego scenariusza, niekiedy zbyt absurdalnego. Mimo to – całość na poziomie.

PORTUGALIA

scen. i rys.: Cyril Pedrosa wyd.: Timof Comics 9/10

Cyril Pedrosa to jeden z tych twórców, który potrafi zaskakiwać, bo umiejętnie, co ja mówię?!, perfekcyjnie porusza się w różnych stylistykach. Wydane parę lat temu „Trzy cienie” były czarno-białym komiksem, który ekspresyjny rysunek zestawiał z oniryczną treścią. Teraz autor powraca z „Portugalią”, w której atakuje feerią barw, semi-realistycznym rysunkiem i obyczajową fabułą. Już ten kontrast pokazuje, jak świetnym Pedrosa jest twórcą, a pieczętuje to lektura jego najnowszego wydawnictwa. To opowieść o autorze komiksów cierpiącym na kryzys twórczy, dla którego remedium jest wyjazd do obcej mu Portugalii, gdzie szuka swojej tożsamości. Widać tu autotematyczne echa, przez co w komiksie czuć wagę wydarzeń i moc osobistych przeżyć. Poza tym forma całości i mnóstwo umieszczonych w treści obserwacji pokazują niesamowite, bo autentyczne (a jednocześnie autentyczne, bo niesamowite) oblicze przepięknego kraju z Półwyspu Iberyjskiego. „Portugalia” to ujmujący komiks o wspomnianym kryzysie twórczym, a jednocześnie perfekcyjny dokument na temat tytułowego państwa. Jedyne co psuje efekt tej formalno-treściowej perełki, to momentami wręcz paskudne liternictwo. Zrozumiała jest duża ilość fontów (bo odzwierciedlają różne rodzaje narracji), ale drażni fakt, że kilka z nich po prostu psuje kompozycję kadrów. Ale poza tym „Portugalia” to już w tej chwili jeden z najlepszych komiksów 2013 roku.

TECZKA

scen.: Tom Taylor; rys.: Colin Wilson wyd.: Wydawnictwo Komiksowe 8/10

Osiemnaście stron komiksu? Przecież to się nie opłaca. Ale w sumie cena to tylko osiem złotych, więc może jednak warto? Na pewno warto, bo choć treści (biorąc za przelicznik ilość stron) jest mało, to fabuły (biorąc za przelicznik wagę scenariusza) jest mnóstwo. Ta pełnoletnia liczba stronic jest tak naprawdę po brzegi wypełniona intrygującą historią. „Teczka” to komiksowa adaptacja krótkiej sztuki teatralnej, która – według amerykańskich krytyków – była bardzo udana. Można w to uwierzyć, gdy czyta się komiks, bo choć to opowieść oparta wyłącznie na dialogu, to jest to dialog niezwykle wciągający. Dwie postacie, dworzec kolejowy i tajemnicza teczka, a później masa słów, które tę teatralną sytuację zamieniają w trzymający w napięciu thriller. I jedyne czego brakuje, to większej ilości tak dobrze skonstruowanych i narysowanych stron. Obowiązkowy komiks dla wszystkich tych, którzy lubią dobrze napisane intrygi, a którzy jednocześnie poradzą sobie z ogromnym niedosytem po lekturze. WWW.HIRO.PL


tekst | JĘDRZEJ BURSZTA

SUBKULTURY W PRL

Mirosław Pęczak

wyd.: Narodowe Centrum Kultury 7/10

Mirosław Pęczak od lat publikuje na łamach „Polityki” artykuły szeroko omawiające różnorodne zagadnienia polskiej kultury okołomuzycznej. Jego najnowsza książka „Subkultury w PRL” prezentuje kulturoznawczą analizę ostatnich kilkudziesięciu lat historii Polski widzianej z perspektywy ruchów subkulturowych. Pęczak to znawca jakich mało, nie tyle biurkowy teoretyk, co zaprawiony w boju praktyk, uczestnik wielu opisywanych zjawisk. Książka ma wartość zarówno jako solidne historyczne opracowanie takich peerelowskich subkultur jak gitowcy, skinheadzi, hipisi czy punkowcy, ale również jako empatyczna opowieść o sile młodzieżowej kontestacji minionego ustroju. Ciekawie opisuje też immanentną skazę wielu subkultur – podatność na przejęcie przez rynek komercyjny, który przemiela nawet te najbardziej buntownicze ideologie na postsubkulturowe formy istniejące przecież po dziś dzień. „Subkultury w PRL” to świetne studium polskiej kultury, przyczynek do dalszych rozważań nad współczesnymi emanacjami ruchów podążających wbrew mainstreamowi – choćby i tych postironicznych.

KONIEC PUNKU W HELSINKACH

Jaroslav Rudiš

wyd.: Czeskie Klimaty 8/10 O buncie, tyle że czechosłowackim, traktuje też rewelacyjna powieść „Koniec punku w Helsinkach”. Jaroslav Rudiš, autor m.in. „Nieba pod Berlinem”, to utalentowany i utytułowany czeski pisarz i scenarzysta, w naszym kraju rozpropagowany m.in. przez Mariusza Szczygła. Najnowsza powieść autora to bezlitosna rozprawa z czasem, ukazująca losy Olego, czterdziestoletniego punka z trudem odnajdującego się w postkomunistycznej rzeczywistości, która naturalnie pozostaje dla niego stałym (i zapewne po wsze czasy) punktem odniesienia. Prowadzony przez niego tytułowy bar Helsinki gromadzi barwną mozaikę postaci, niedopasowanych ciem barowych ciągle zmagających się z echami przeszłości tęskno pobrzmiewającymi pośród czterech okopconych papierosowym dymem ścian. „Koniec punku w Helsinkach” kontestuje samą ideę kontestacji, z przekorą starając się przekonać czytelnika, że bunt nie ma już racji bytu – irokezy linieją, dawni idole upadają, a świat zdaje się nie przejmować drobnymi trzęsieniami ziemi. Szkoda, że nikt w Polsce – póki co, kciuki należy trzymać – nie potrafi w takim stylu pisać o pokoleniowych przeżyciach, łącząc gorzki namysł nad wszechotaczającą beznadzieją z absurdalnym humorem hamującym wszelkie zanadto panoszące się egzaltacje.

NIEWIDZIALNE MIASTA

Italo Calvino wyd.: W.A.B. 10/10

Nowe wydanie klasycznej pozycji z nurtu realizmu magicznego. Na łamach tej niewielkiej objętościowo książeczki włoski pisarz prezentuje pięćdziesiąt pięć poetyckich opisów-impresji nieistniejących miast. Mocą wyobraźni i erudycji Italo Calvino powołuje do istnienia niestworzone krainy, egzotyczne, fantasmagoryczne, przypominające oniryczne bajania niby-rzeczywistości, które pojawiają się w wielkim atlasie Kubłaj-chana, wnuka Czyngis-chana, mierzącego się w dialogu z przybyłym na jego dwór podróżnikiem znanym jako Marco Polo. „Niewidzialne miasta” zachwycą miłośników piętrowej metaforyki, rokokowego majestatu wielokrotnie złożonych zdań i galopujących odwołań do kanonów – to literatura stylistycznie wysmakowana, a przy tym kompletnie wsobna, nieinteresująca się ani ramami gatunkowymi, ani oczekiwaniami czytających. Koniec końców to rzecz o języku – ukochanym metatemacie europejskich pisarzy – języku demiurgicznym, zdolnym do kreowania sensów samą tylko potęgą słowa. Słowem, literatura przez wielkie „L” – na plażę pewnie lepiej zabrać znośny thriller, ale pozostają jeszcze letnie wieczory…

WWW.HIRO.PL


SONY COMPUTER ENTERTAINMENT PS3 8/10

REMEMBER ME CAPCOM PC, PS3, X360 8/10

DEADPOOL ACTIVISION PC, PS3, X360 6/10

Wonderbook to specjalna książka przeznaczona do gier opartych na rozszerzonej rzeczywistości, współpracująca z kamerką PlayStation Eye i kontrolerem PlayStation Move. Na rynku pojawiła się jesienią zeszłego roku, wraz z grą „Księga Czarów”, opartą na licencji książek o Harrym Potterze. Najnowsza gra wykorzystująca Wonderbook, zatytułowana „Detektyw Diggs”, to interaktywna opowieść kryminalna z przymrużeniem oka, czerpiąca z klasyków kina noir. Główny bohater, robak Diggs, zostaje wrobiony w zabójstwo przyjaciela, znanego dzieciom jajka Humpty’ego Dumpty’ego. O przestępstwo oskarżają Diggsa trzy świnki pracujące w policji, którym zdecydowanie daleko jest do profesjonalizmu. Świat gry nakładany jest na ekranie telewizora na otwarte strony Wonderbook i to właśnie książka gra tutaj pierwsze skrzypce. Np. machnięcie ręką we wskazanym punkcie pozwala na zgaszenie światła lub włączenie radia, zaś obracanie książką pozwala na oglądanie lokacji z różnych stron, wskazywanie Diggsowi kierunku podczas pościgu lub przechylanie wiszącą lampy, by lepiej naświetlić miejsce zbrodni. Gra jest całkowicie spolonizowana – z tytułową rolą bardzo dobrze poradził sobie Artur Żmijewski. „Detektyw Diggs” to zabawna opowieść, nie tylko dla najmłodszych graczy.

Akcja gry toczy się w 2084 roku w Neo-Paryżu, w dystopijnym świecie przyszłości, który obraca się wokół jednego wynalazku – implantu mózgowego Sensation Engine, pozwalającego na dowolne wymazywanie, dodawanie i modyfikowanie wspomnień użytkownika, a także dzielenie się nimi przez sieć. W efekcie korporacja Memorize pociąga za wszystkie sznurki w mieście – przestępcom czyści się pamięć, zamiast zamykać ich w więzieniach, a w rozległych slumsach Neo-Paryża gnieżdżą się agresywni, zdziczali wyrzutkowie, którym implanty uszkodziły mózgi. Do walki z systemem staje organizacja tzw. Errorystów, którym przewodzi tajemniczy haker Edge. Należy do niej główna bohaterka gry Nilin, będąca najlepszą w historii Łowczynią Pamięci – osobą obdarzoną możliwością wykradania i modyfikowania wspomnień innych poprzez swój Sensen. Rozgrywka w „Remember Me” stanowi połączenie gry platformowej, bijatyki typu beat’em up oraz scen, w kórych Nilin modyfikuje ludziom wspomnienia. Gra wyróżnia się ciekawym scenariuszem i unikalną oprawą audiowizualną, na którą składa się znakomita elektroniczna ścieżka dźwiękowa oraz projekt futurystycznego Paryża, w którym zabytkowa architektura łączy się z wszechobecnymi reklamami na wyświetlaczach LCD, hologramami i górującymi w tle korporacyjnymi wieżowcami. Deadpool to zdecydowanie najbardziej zwariowany superbohater komiksowy wszech czasów. Powstał w pracowniach Marvela, jako parodia Deathstroke’a, czyli jednego z przeciwników Batmana, z konkurencyjnego wydawnictwa DC Comics. Cierpiący na raka najemnik zgodził się na poddanie eksperymentom genetycznym. W rezultacie uzyskał zdolność błyskawicznej regeneracji ran. Efektem ubocznym procesu okazała się jednak schizofrenia – bohater słyszy głosy, które zachęcają go do szalonych akcji. Komiksy z Deadpoolem charakteryzowały się ciągłym naśmiewaniem z konwencji – bohater nierzadko „odwracał się” w kadrze w stronę czytelnika, komentując głupotę przeciwników i nieudolność scenarzystów. W podobnym duchu utrzymana jest gra, której fabuła na bieżąco „zmyślana jest” przez herosa, który postanowił nieco zmodyfikować oryginalny scenariusz. Pod kątem rozgrywki, „Deadpool” zalicza się do gatunku slasherów – przemy do przodu, masakrując dziesiątki wrogów przy pomocy mieczy i broni palnej. Znakomitemu humorowi nie dotrzymuje niestety kroku wykonanie gry – w późniejsze etapy wkrada się lekka monotonia, zaś ukończenie całości zajmuje zaledwie 7 godzin. Miłośnicy Deadpoola mogą się jednak śmiało grą zainteresować – nie zawiodą się.

tekst | JERZY BARTOSZEWICZ

DETEKTYW DIGGS


MUSIC COMPOSED, CASTING ISABELLA COCUZZA AND ARTURO PAGLIA PRESENT A FILM BY GIUSEPPE TORNATORE ‘THE BEST OFFER’ GEOFFREY RUSH JIM STURGESS SYLVIA HOEKS DONALD SUTHERLAND PHILIP JACKSON DERMOT CROWLEY ARRANGED AND CONDUCTED BY ENNIO MORRICONE BY REG POERSCOUT-EDGERTON CSA DIRECTOR OF PRODUCTION COSTUME LINE PHOTOGRAPHY FABIO ZAMARION DESIGNER MAURIZIO SABATINI DESIGNER MAURIZIO MILLENOTTI EDITOR MASSIMO QUAGLIA PRODUCER GUIDO DE LAURENTIIS (A.P.A.I.) A PACO CINEMATOGRAFICA PRODUCTION IN ASSOCIATION WITH WARNER BROS. ENTERTAINMENT ITALIA PURSUANT TO TAX CREDIT LAWS PRODUCED WRITTEN AND BY ISABELLA COCUZZA AND ARTURO PAGLIA DIRECTED BY GIUSEPPE TORNATORE WARNER BROS. ENTERTAINMENT

ITALIA


DAWID VS. GOLIAT o wojnie, którą wiodę z szatanem, światem i ciałem

25 jeuro tekst | DAWID KORNAGA

JEDNI WIDZĄ ŚWIAT PRZEZ PRYZMAT POLITYKI. DRUDZY SEKSU. SĄ TACY, URODZONE CWANIACZKI, CO NIE UKRYWAJĄ MATERIALISTYCZNEGO DRAJWU NA OKAZJE. PRZECIWNI IM PATRZĄ NA WSZYSTKO TEOLOGICZNIE. ZNAJDĄ SIĘ I FANI RÓŻOWYCH OKULARÓW. I EMO DOŁÓW. NIEDAWNO PIERWSZY RAZ SPOTKAŁEM KOGOŚ, KTO PATRZY PRZEZ EURO. WYŁĄCZNIE Człowiek ma w sobie wrodzoną ciekawość cen. Jako jaskiniowiec walił maczugą i brał, co jego. Dziś to jego walą maczugą – paragonu. Biedny czy bogaty, nikt nie pozostaje obojętny na wysokość rachunku. Czy za najnowsze bugatti, czy za kajzerkę w dyskoncie. Nawet żebrak liczy skrupulatnie wpadające do pudełka monety. Menu restauracyjne to najpopularniejsza lektura świata, nie tylko ze względu na skład potraw. Żadne odkrycie, ale tak, jesteśmy otoczeni przez drogi, bloki, drzewa, kościoły (zwłaszcza w Polsce), a najgęściej przez ceny. Owszem, zdarzają się wzruszające serce wujka Sknerusa McKwacza hojne gratisy, lecz już dawno temu noblista Milton Friedman rzekł: Nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch. Śmiem twierdzić, że nawet matczyna miłość, bezinteresowna jak piszą z rozpędu domorośli psycholodzy i rozanielone katechetki, żąda zapłaty od dziecka, żeby było grzeczne, lojalne, słodkie. Bez obaw, nie brniemy w minitraktat filozoficzno-ekonomiczny. To wprawka przed poznaniem Saszy. Test dla naszej wrodzonej chciwości, którą chowamy pod fartuszkiem weekendowej rozrzutności. Albo na odwrót, odgrywamy wyluzowanych utracjuszy, umierając za każdym razem, kiedy kolejny banknot czy transakcja kartą pustoszy nam konto, a my, narauszowani, niby to wzruszamy ramionami. Żeby zrozumieć Saszę, którego poznałem gdzieś pod Syrakuzami, trzeba pokrótce poznać przyczyny jego euro-, fonetycznie po ukraińsku jeurooptymizmu. Sasza jest pięćdziesięcioczteroletnim lwowianinem, który dosłownie poczuł na karku upadek Związku Radzieckiego i przytłaczający portfel ciężar trans-

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

formacji. Miał prostą opcję: albo będzie dziadem, albo kimś. Bez opcji hamletyzowania. Lata dziewięćdziesiąte, opowiadał całkiem sprawną polszczyzną, to nieustanne wyjazdy. Biznesowe, jeśli można je tak eufemistycznie podsumować. Sasza był w Polsce więcej niż… Polak. Praktycznie w każdym województwie. Handlował mięsem. Brzmi niewinnie. W praktyce oznaczało masowy przemyt. Bo nasze mięso, jak się okazuje, wyśmienitej jakości, cieszy się niezwykłą popularnością zarówno na stoliczkach maluczkich, jak i stołach oligarchów pod Kijowem czy Donieckiem. Sasza i spółka działali sprawnie. Bez przelewu krwi. Jedynie broczyli łapówkami dla polskiej i ukraińskiej straży granicznej. Tiry, które nie istniały w rejestrach. Tony wołowiny, która rozpłynęła się przed przejściem granicznym w Hrebenne. Wędliny, które nie miały prawa ujść uwadze celników. Sasza i spółka tak kombinowali, że dosłownie farma zwierząt przez granicę przechodziła, a po niej ani widu, ani słychu. Ni śladu ko-

pytka polskiej świnki. Sasza zawsze był i jest ostrożny. Wręcz ponad miarę. Po latach walk przemytniczych pozostała mu w spadku chorobliwa punktualność. I patrzenie na cokolwiek poprzez kantorowy przelicznik hrywny na złotówkę, złotówki na ukochaną walutę Saszy – jeuro. Według niego wszystko da się przeliczyć lub wymaga przeliczenia na jeuro. Sasza przyleciał na Sycylię. Na wakacje. Dla niego jednak wypoczynek oznacza zakupy w ogromnym outlecie gdzieś pośrodku wyspy. Torebka

Gucci za 600 jeuro na handlowej ulicy w Mediolanie, tutaj uświadczysz ją za „jedyne” 200 jeuro. Kobieta Saszy karnie przy nim kroczy, kupuje, co Sasza namierzy. Sasza wie, Sasza czuje jeuro każdą komórką swojego ciała. Co ciekawe, każda suma jest dla niego istotna. Co kosztuje 2 jeuro, jest równie ważne jak to, co kosztuje dwa tysiące razy więcej. Gdyż wszystko w oczach Saszy przepoczwarza się w pewną sumę. Hrywnami czy rublami już nie operuje, za dużo przeliczników, pośredników. Najlepsze jest jeuro. Tacy ludzie jak on są za wspólną Europą z prostego powodu. Wiedzą, że inaczej nie da rady, że ostatecznie all-you-need zostanie przeliczone na jeuro, łącznie z cenami spławików, rybek akwariowych i kaloszy wędkarza. Nie ma zmiłuj, jeuro jest przyszłością mimo kryzysu, Grecji, Srecji i te de, mówi Sasza. Jesteśmy w Taorminie, sycylijskiej perełce na wschodnim wybrzeżu. Niedaleko słynny teatr grecki, gdzie do dziś odbywają się przedstawienia i koncerty. Miasto położone jest schodkowo jak osady na Santorini. Zapewnia to zapierający dech w piersiach widok na morze. Patrzymy z Saszą na malutką z tej wysokości plażę. Ledwo dostrzegamy mikroskopijne leżaki i parasole. Słońce liże promieniami niemrawe fale. Ciepła bryza bawi się w przekładańca z moimi włosami, muska łysą głowę Saszy. Jest po prostu cudownie, świat idealny jak z przewodnika Pascala. Tylko patrzeć i roztkliwiać się nad pięknem natury – choćby przez chwilę. Ale nie, Sasza widzi to inaczej. Wskazuje na leżaki. Jak myślisz, pyta mnie. Ile za komplet? U nas pod Syrakuzami 15 jeuro. A tutaj na pewno 25 jeuro!, ogłasza z triumfem dobrze zrobionego interesu. Nie wiem, co odpowiedzieć. Polemizować, że może mniej? Nie, Sasza nie pozwoli. On patrzy i natychmiast przelicza. Czy tak mu zostało po karierze handlowca? Teraz jest na legalu, wyrabia i sprzedaje protezy dentystyczne. Dobra kasa, przepraszam, jeuro. Podziwiam jego konsekwencję. Nie ma zdarzenia, zawodu, czynności, których by nie przeliczył na jeuro. Drink nie smakuje, drink jeuruje. Pizza, spaghetti, risotto też. Wyobrażam sobie epitafium na grobie Saszy. „Za ile jeuro?”. W wolnej chwili przeliczam je w moim portfelu. Resztki. Jak dobrze, że płacąc kartą nie myśli się o konkretnym jeuro. Sasza wyznaje, że dotąd, nie ufając instytucjom, nie wyrobił sobie konta ani karty. Teraz zmienił zdanie. Może zmniejszy to ilość jego obliczeń. Powodzenia!

DAWID KORNAGA – PROZAIK, AUTOR OPOWIADAŃ I POWIEŚCI, M.IN. „GANGRENY”, „SINGLI+” I „CIĘĆ”. STYPENDYSTA MIĘDZYNARODOWEGO PROGRAMU LITERACKIEGO DAGNY ORAZ INSTYTUTU GOETHEGO. POSZUKIWACZ I INICJATOR FABUŁ. UZALEŻNIONY OD MIEJSKIEGO HAŁASU. MIESZKA W WARSZAWIE.

76 felieton

WWW.HIRO.PL



Hiro 37