Issuu on Google+

GRUDZIEŃ/STYCZEŃ NR 3 www.hiro.pl

ISSN:368849

Szninkiel

dorastaj z komiksem

Pisarz Rafał Skarżycki

LADY GAGA

Czego nauczył się od koleżanek?

Mikołaj i inni nieświęci

100 nagród

w hiro free i na hiro.pl

CKg SHO n G-ig ba b

Ponad

Pierś i dama. Pierwsza dama.


GRUDZIEŃ/STYCZEŃ nr 3 www.hiro.pl

ISSN:368849

SZnInkIEL

dorastaj z komiksem

PISARZ RAfAł SkARżYCkI

LADY GAGA

Czego nauCzył się od koleżanek?

MIkołAj I InnI nIEśwIęCI

100 nAGród

Ck ho nG G-SG bA bi

PonAd

w hIRo fREE I nA hIRo.PL

Pierś i dama. Pierwsza dama.

foto okładka | materiały promocyjne

INTRO HIRO 3 lady hiro

INFO

wszystko pomiĘdzy

RECENZJE

4 Rozmawiamy z Fever Ray 7 Mikołajek w kinach 12 Wąsacze z Monotonix

16 Alfabet Lady Gagi

grypa, grypa, grypa. i zima. PASKUDZTWA DOpadŁY NAWET tych NIEZNISZCZALNYCH – i oczywiście, ŻE TAK DOBRZE MÓWIMY TYLKO O SOBIE. plusy? są. radośĆ NIEZMIENNIE PRZYNOSZĄ nam teledyski robbiego williamsa (sprawdźcie paRĘ STRON DALEJ, WSZYSTKO BĘDZIE JASNE) I PĄCZKI ZJADANE W ILOŚCIACH HURTOWYCH (NOWA ŚWIECKA TRADYCJA – CO PIĄTEK TŁUSTY CZWARTEK). i wizja odpoczynku. hiro free z pierwszą damą na okładce to hiro podwójne, ale strzeżcie się – w lutym wracamy. i przy okazji – wszystkiego lepszego w nowym roku. MIEJSCA, W KTÓRYCH JESTEŚMY

28 „Szninkiel”. Twój pierwszy raz z komiksem 30 Święty Mikołaj. Walczymy z monopolem 38 Kucz i Kulka. Razem 40 Rafał Skarżycki został pisarzem 44

48

Helena Lumelsky.

Muzyka

Moda bez koloru

50

50

Film

Bruce Nauman.

52

Niezła sztuka

Książka / Komiks 54 Teatr 56 Gry redaktor naczelna:

Angelika Kucińska angelika.kucinska@hiro.pl redaktor prowadzący:

Piotr Dziewulski dziewul@hiro.pl KOREKTA:

Ewa Kiedio SKŁAD:

Piotr Dziewulski dziewul@hiro.pl

redakcja strony internetowej:

Agnieszka Wróbel agnieszka.w robel@hiro.pl Tomek Cegielski cegla@hiro.pl promocja:

Łukasz Kubacki lukasz.kubacki@hiro.pl event manager:

Agnieszka Żygadło agnieszka@hiro.pl

REKLAMA:

Małgorzata Cholewa malgorzata.cholewa@hiro.pl Hania Olszewska hania@hiro.pl Michał Szwarga michal.szwarga@hiro.pl dystrybucja:

Małgorzata Cholewa malgorzata.cholewa@hiro.pl PROJEKT MAKIETY:

Paweł Brzeziński (Rytm.org // Defuso.com)

coffee heaven Kawiarni na zdjęciu wyżej szukajcie przy ul. Floriańskiej 57, w centrum Krakowa. Ma ona wyjątkowe, odrestaurowane XIV-wieczne piwnice. Najlepsza kawa i świetne jedzenie? Mamy dowody. Naczelna kupuje kanapki, które wydawca notorycznie podjada. Współpracownicy:

Piotrek Anuszewski, Piotr Bartoszek (foto), Irmina Dąbrowska, Marcin Kamiński, Michal Karpa, Adam Kruk, Kamila Kurkus (foto), Kacper Kwiatkowki (ilustracje), Jan Mirosław, Joanna Mroczkowska, Marla Nowakówna (ilustracje), Rafał Pawłowski, Maciek Piasecki, Jakub Rebelka (pasek komiksowy), Anna Serdiukow, Bartosz Sztybor, Patrycja Toczyńska (foto) FELIETONIŚCI:

Ryszard Kalisz, Artur Pleskot

WYDAWCA:

Work Hard sp. z o. o. ul.Chmielna 7/14 00-021 Warszawa prezes wydawnictwa:

Krzysztof Grabań kris@hiro.pl

ADRES REDAKCJI:

ul.Chmielna 7/14 00-021 Warszawa tel./fax (22) 8909855

mleczarnia we wrocławiu Najbardziej stylowe miejsce Wrocławia. Wystrój jest retro, żeby nie powiedzieć country. Lubimy, kiedy krzesła trzeszczą, ciastka i koktajle.

WWW.HIRO.PL MYSPACE.COM/HIROMAG e-mail:halo@hiro.pl Informacje o imprezach ślij tu: kalendarium@hiro.pl

HOSTING: www.progreso.pl

DRUKARNIA: LCL S.A. ul. Dąbrowskiego 247/249 93-231 Łódź www.lcl.com.pl


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Nóż w operze

tekst | Maciek piasecki

foto | Materiały promocyjne

A co z The Knife?

Przez dwa lata pracowaliśmy z bratem nad muzyką do opery, która we wrześniu miała premierę w Kopenhadze. W tej chwili kończymy nagrywanie jej studyjnej wersji. Opera?

Duńska grupa teatralna, Hotel Pro Forma, przygotowała z nami operę o życiu Karola Darwina od momentu publikacji „O pochodzeniu gatunków”. Opera opowiada o ewolucji, ale unika teoretycznego podejścia do tematu. W muzyce wykorzystaliśmy dużo elektroniki, lecz wspomagaliśmy się też wieloma żywymi instrumentami. Partie wokalne wykonuje trójka śpiewaków – jeden klasyczny śpiewak operowy, jeden wokalista pop i jedna aktorka. W tej chwili przedstawienie jeździ po Europie i mam nadzieję, że zawita także do Polski. Wasze koncerty czerpią wiele z teatru. Strona wizualna jest tak samo ważna jak muzyka czy jest tylko kosmetycznym dodatkiem?

Traktuję występy jako całościowe doświadczenie. Obraz i muzyka oddziałują wspólnie, wykorzystujemy także kadzidła. To przeżycie ma wiele wspólnego z filmem. Czuję pustkę, kiedy idę na koncert i tam nie ma nic do zobaczenia. Równie dobrze mogłabym słuchać radia. Sama przygotowałaś oprawę koncertów Fever Ray?

Za oprawę odpowiada Andreas Nielsen, mój przyjaciel. Pracuję z nim od wielu, wielu lat. Zawsze konsultujemy nasze pomysły, ale chyba w tym momencie rozumiemy się już bez słów. Występujecie w maskach i skomplikowanych kostiumach. Czy na scenie stajesz się kimś innym – jak aktor, który odgrywa swoją rolę?

Fever Ray nie oszczędza na make-upie

Chociaż na koncertach występuje w czarnych szatach i makijażu kościotrupa, Karin Dreijer Andersson – głos The Knife i Fever Ray, którego debiut wreszcie wychodzi w Polsce – okazuje się bardzo miłą rozmówczynią. Brytyjski akcent też ma całkiem niezły, a jednak śpiewa bardziej po szwedzku niż angielsku. Wykalkulowana poza? Raczej teatr. Albo nawet opera. Ogłosiłaś, że grudniowy koncert Fever Ray w Londynie będzie ostatnim występem w krótkiej historii projektu. Czemu zdecydowałaś się skończyć z nim tak wcześnie?

Od marca bez przerwy koncertujemy, już ponad rok nie byłam w studiu nagraniowym. Chcę wrócić do pracy – wolę pisać i nagrywać muzykę, niż występować na żywo. Ale nie mamy co liczyć na drugi album Fever Ray?

Jeszcze nic nie jest przesądzone. Muszę porozmawiać z Olofem (bratem Karin i drugą połową zespołu The Knife – przyp. red.), potem zobaczymy. Nie wiem, czy jeszcze potrafię zrobić coś ciekawego z Fever Ray. Mam trochę nowych pomysłów, ale wszystko się okaże, kiedy zacznę nagrywać.

Praca z muzyką zawsze polega na opowiadaniu historii i odgrywaniu ról. Muzyka pozwala zgłębiać różne postaci. Dla mnie najważniejsze jest opowiadanie. Jaką historię opowiada wydany właśnie w Polsce album „Fever Ray”?

Nie ma określonego tematu ani klarownej idei. Album odkrywa i zgłębia kolejne warstwy emocjonalne. Na koncertach chcę nazywać i wizualizować uczucia, tworzyć z nich osobne postaci. Każdy z moich muzyków i członków publiczności powinien stworzyć własną interpretację. Nie zależy mi na precyzji, nie będę zdradzać zbyt wiele. „Fever Ray” odniósł na świecie wielki sukces. Szwedzki model eksportu muzycznego może być wzorem dla Polski. Jak to się dzieje, że zespołami ze Szwecji interesuje się cały świat? Kto macza w tym palce?

Do zeszłorocznych wyborów mieliśmy dobry socjaldemokratyczny rząd. Atmosfera sprzyjała małym wytwórniom muzycznym – mogły się ubiegać o dofinansowanie z Rady Kultury, żeby wydawać płyty. Młode zespoły otrzymywały pomoc na trasy koncertowe za granicą. Pierwszy album The Knife nagraliśmy dzięki państwowemu wsparciu. Ale od kiedy władzę przejęła prawica, już nie jest tak różowo. fever ray, czyli szwedzka gorączka „piosenki wzięły się ze śnienia na jawie. zawsze tworzę w tym stanie – śnię, ale nie śpię” autorski projekt wokalistki the knife zrodził sięw 2007 roku – kiedy macierzysty duet zafundował sobie wakacje po wyczerpującej trasie koncertowej. Graj i wygraj debiutancki album Fever Ray – str. 15

04

INFO

I


PROWINCJONALIA 2010 tekst | Anna serdiukow

Festiwale filmowe w Polsce odbywają się już niemal przez okrągły rok. Prowincjonalia udowadniają, że mniejsze, regionalne imprezy mogą stanowić konkurencyjną propozycję dla bywalców większych filmowych spotkań. XVII Ogólnopolski Festiwal Sztuki Filmowej Prowincjonalia 2010 odbędzie się na początku przyszłego roku, między 27 a 30 stycznia. W programie imprezy znajdzie się ponad 50 filmów fabularnych, dokumentalnych i animowanych – połowa z nich ma być pokazywana w Polsce po raz pierwszy. Organizatorzy już zapowiedzieli przedpremierowy pokaz filmu „Lourdes”, zwycięzcy XXV Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego oraz laureata nagrody FIPRESCI w Wenecji. Ze znanych polskiej publiczności filmów nie zabraknie „Rewersu” Borysa Lankosza i „Mniejszego zła” Janusza Morgensterna. 87-letniemu reżyserowi zostanie przyznana nagroda honorowa za dorobek artystyczny życia i nagroda spe-

cjalna Telewizji Polskiej. Dużą atrakcję stanowić będzie retrospektywa filmów artysty – to hołd złożony nie tylko ich autorowi, ale również najwspanialszym filmowym momentom w historii polskiego kina. Ponadto krótkie metraże pokażą studenci szkół filmowych: PWSFTViT w Łodzi, Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy i Warszawskiej Szkoły Filmowej. Po projekcjach zaplanowano spotkania publiczności z twórcami etiud. Ale to nie jedyne atrakcje Prowincjonaliów. Cykl „Prowincje świata” w tym roku będzie dotyczył „Przewodników życia” – pokazane w ramach tego bloku filmy będą opowiadać o postaciach niezwykłych, słynących z niecodziennej działalności. W związku z tą propozycją tematyczną zaplanowano spotkanie z Janiną Ochojską, szefową Polskiej Akcji Humanitarnej. Prócz tych wydarzeń odbędą się również koncerty, wystawy oraz spotkania literackie. Festiwal Prowincjonalia udowadnia, że nie trzeba leżeć na głównym szlaku kulturalnych wydarzeń, by przyciągać dobrym repertuarem. To propozycja nie tylko dla tych, którzy pragną nadrobić kinowe zaległości – to miejsce, w którym bez wielkomiejskiego zadęcia i napuszonej oprawy sztuka wychodzi naprzeciw oczekiwaniom widzów. Moje zostały podkręcone już w momencie, gdy dowiedziałam się, że jeden z tutejszych

foto | materiaŁy promocyjne

Prowincjonalne Prowincjonalia pozwalają wierzyć w kino poza metropolią

pomników natury, dąb szypułkowy, nazywa się… Stefan. To bardzo filmowe imię, by wspomnieć o kilku jego słynnych imiennikach: Stefan Seagal, Stefan Spielberg, Stefan Soderbergh… Miłośnicy natury i sztuki – do zobaczenia zatem w styczniu we Wrześni, mieście z filmowymi korzeniami. Prowincjonalia 2010 27–30.11. kino Trójka, Września

nike Grasz w czerwone?

HIRO PROMUJE

Didier Drogba

Sznurówki, które rozwiązują problemy? Nike w ramach sojuszu z wymyślonym przez Bono projektem RED wypuściło przy okazji przyszłorocznych Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej serię czerwonych sznurówek – dochód z ich sprzedaży zostanie przeznaczony na walkę z AIDS. Tym samym Nike przyłącza się do ogólnoświatowej inicjatywy Buy RED, Save Lives (Kupuj czerowne, ratuj życia), w której biorą udział największe międzynarodowe marki. Twarzą akcji jest piłkarz Didier Drogba, zawodnik futbolowej reprezentacji RPA (gdzie odbędą się mistrzostwa). „Dzięki tak prostej czynności, jak noszenie sznurówek, można pomóc ratować życie w Afryce” – mówi Drogba. Sznurówki trafiły do sprzedaży 1 grudnia. Szukajcie w sklepach Nike w całym kraju. Para kosztuje 16 pln.

05

INFO

I


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Na 100 procent tekst | Michał Karpa

foto | materiaŁy promocyjne

Z czym kojarzy się Nowa Zelandia? Jeśli wciąż tylko z rugby i nielotami – czas nadrobić zaległości i poznać lokalną gwiazdę, Fat Freddy’s Drop

„Słońce znów zaświeci, dobrze o tym wiem. Słońce znów zaświeci, kiedy skończy się zima” – śpiewa wokalista Fat Freddy’s Drop. Na zimową deprechę nie ma lepszego antidotum niż muzyka soulowo-jazzowo-dubowo-reagge’owego septetu. Pewnej nocy (12 godzin różnicy między Warszawą a Wellington) na pytania HIRO Free odpowiedział współzałożyciel zespołu i jego trębacz – Toby Laing a.k.a. Tony Chang. Byliście jednym z najbardziej oczekiwanych składów na tegorocznym Open’erze. Dlaczego odwołaliście koncert?

Tuż przed wakacjami, kiedy szykowaliśmy drugi album, stanęliśmy przed wyborem – albo kończymy trwające od dwóch lat prace, albo jedziemy z trasą do Europy. Więcej ludzi chciało usłyszeć nową płytę, niż zobaczyć nas na żywo – stąd decyzja o odwołaniu występów. Jest jakaś szansa, że wkrótce zobaczymy was w Polsce?

Może spotkamy się w Gdyni.

Czyli tam, gdzie już kiedyś, przy okazji innego festiwalu, promowaliście wasz debiutancki krążek, który ukazał się u nas... w tym roku. Prawie cztery lata po premierze w Nowej Zelandii.

Nie wiem, dlaczego tyle to trwało – pewnie chodziło o dystrybucję, licencje i podobne sprawy.

Przede wszystkim chyba jednak z „Władcą pierścieni”, chociaż coraz większą euforię wywołuje serial „Flight of the Conchords”.

No jasne, jak mogłem o nim zapomnieć! Conchordsi są w tej chwili naszymi najważniejszymi ambasadorami!

Wasi muzycy faktycznie mają takie problemy jak Conchordsi? Żyją snem o sławie i wyprzedanych koncertach w nowojorskich salach?

Możecie sobie myśleć, że „Flight of the Conchords” to tylko komedia, ale tak to u nas naprawdę wygląda. Jesteśmy raczej spokojni, lubimy sobie mamrotać... To bardzo mały kraj, niewielka populacja – jeśli chcesz osiągnąć sukces w muzyce, musisz się jej poświecić w stu procentach.

Wasz wokalista, Joe Dukie, powiedział kiedyś, że mainstreamowi artyści z Nowej Zelandii starają się za wszelką cenę naśladować tych amerykańskich – imitują amerykański akcent, opowiadają amerykańskie historie. Wszystko po to, by dostać się na szczyty list przebojów.

Jeśli jesteś w samym środku mainstreamu, gdzie karty rozdają duże wytwórnie, licz się z tym, że będziesz zarządzany i programowany na robienie określonego typu muzyki. Ale to chyba nie jest cecha wyłącznie naszego kraju, wszędzie przecież istnieją komercyjne radiostacje nastawione na granie takich piosenek.

Zaczynaliście pod koniec lat 90. Jak w ciągu ostatniej dekady, dzięki międzynarodowym sukcesom takich zespołów jak wasz, zmieniła się scena w Nowej Zelandii?

Z wydanym niedawno albumem „Dr Boondigga and the Big BW” nie było już takich problemów.

Najbardziej zauważalne jest chyba to, że coraz więcej grup tworzy – w swoich własnych studiach czy nawet domach – i niezależnie wydaje płyty. A to w dużym stopniu przekłada się na wzrost zainteresowania muzyką jako taką – przede wszystkim widać to na koncertach. Ludzie postanowili wziąć sprawy w swoje ręce, bez oglądania się na majorsów!

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że wspaniale jest koncertować w takich miejscach jak Polska, gdzie ludzie niewiele wiedzą o Nowej Zelandii. Jak myślisz – z czym Polakom kojarzy się twoja ojczyzna?

Tak jak kiedyś Fat Freddy’s Drop, bo też nie podpisaliście kontraktu z dużym labelem, ale osiągnęliście sukces, sprzedając ponad sto tysięcy egzemplarzy „Based on a True Story”. Z kolei „Dr Boondigga and the Big BW”, mimo że zawiera same antyradiowe piosenki – najkrótsza trwa grubo ponad pięć minut – zaledwie w cztery dni od premiery pokrył się platyną.

Na szczęście. No ale prawda jest też taka, że wsparcie ze strony polskich fanów mamy od dawna. Ci, którzy chcieli poznać naszą muzykę, jakoś do niej dotarli.

Ciągle się nad tym zastanawiam. Z rugby? A może z turystyką, która jest najważniejszą gałęzią naszej gospodarki?

możecie myśleć, że „flight of the conchords” to komedia, ale tak to u nas naprawdę wygląda. jesteśmy spokojni, lubimy sobie mamrotać.

Zbyt długie piosenki – to był właśnie powód odrzucenia naszego debiutu przez jedną z dużych wytwórni. I pomyśleć, że my mieliśmy w repertuarze nawet dziesięciominutowe kompozycje... Recenzji płyty „Dr Boondiga and the Big BW” szukaj na www.hiro.pl

06

INFO

I


Urok

dzieciństwa tekst | rafał pawłowski

foto | materiaŁy promocyjne

Choć w marcu skończył 50 lat, mikołajek pozostaje najbardziej rezolutnym dzieckiem na świecie. postać Stworzona przez René Goscinnego i Jeana-Jacquesa Sempé to towarzysz z dzieciństwa wielu pokoleń Europejczyków. W grudniu do polskich kin trafia filmowa wersja jego przygód. Wszystko zaczęło się od satyrycznych pasków o przygodach niesfornego malca, które zamieszczono w magazynie „Le Moustique”. Dopiero z nich wykształciły się krótkie, ilustrowane opowiadania publikowane początkowo na łamach „Sud-Ouest Dimanche”. Ich twórcy nie wie-rzyli do końca w sukces tych historii. Goscinny, pochłonięty tworzeniem przygód Asterixa i Obelixa oraz Lucky Luke’a, opowieści o Mikołajku podpisywał pseudonimem. Szybko jednak okazało się, że pełna humoru i ciepła historia dziesięcioletniego chłopca, mającego podobne problemy jak rzesze jego francuskich kolegów, stały się czymś w rodzaju narodowej lektury, a czytelnicy zasypywali redakcję listami z prośbą o kontynuację. Ostatecznie w ciągu sześciu lat Goscinny i Sempé stworzyli ponad 200 opowiadań, które następnie ukazały się drukiem w pięciu tomach. W ostatnich latach seria powiększyła się o niepublikowane wcześniej historyjki odnalezione przez córkę pisarza już po jego śmierci. Książki o Mikołajku to także największy bestseller literatury francuskiej na polskim rynku. Wydane w 2005 roku dwie części „Nieznanych przygód Mikołajka” sprzedały się w łącznym nakładzie ponad pół miliona egzemplarzy. Fenomen Mikołajka da się wytłumaczyć głębokim uniwersalizmem opowiadań, w których każdy – zarówno dziecko, jak i dorosły – jest w stanie odnaleźć część siebie. To także najbardziej osobista z opowieści stworzonych przez Goscinnego. „Z całej twórczości ojca Mikołajek był mu najbliższy. Nigdy nie żył w starożytnej Galii, nie był kowbojem na Dzikim Zachodzie ani dworzaninem u perskiego szacha, był jednak dzieckiem” – mówi Anna Goscinny. Córka autora „Mikołajka” przez długi czas odrzucała propozycje ekranizacji opowieści, czekając na scenariusz, który przypadłby jej do gustu. „Mikołajek składa się z krótkich opowiadań. Tworzenie filmu zbudowanego z tych epizodów mijało się z celem. Od początku uważałam, że ekranowa historia powinna mieć jeden główny wątek”. Jej wymagania spełnił dopiero Laurent Tirard, twórca „Zakochanego Moliera”. W fabule napisanej przez Tiranda wspólnie z Grégoirem Vigneronem wiodący dotąd szczęśliwe życie jedynaka Mikołajek pewnego dnia podsłuchuje rozmowę rodziców, z której dowiaduje się, że jego mama jest w ciąży. Przerażony chłopiec wyobraża sobie, że oczekiwany braciszek zajmie jego miejsce, zaś on sam zostanie... porzucony w lesie przez rodziców. Będąca konsultantką scenariusza Anne Goscinny jest zachwycona gotowym filmem. „Myślę, że Laurent Tirard to jeden z najbardziej uzdolnionych reżyserów swojego pokolenia. Jego kino jest bardzo precyzyjne, a jednocześnie pełne szacunku dla wyobraźni widza. Maxime Godart, który gra Mikołajka, jest idealny, ponieważ stanowi esencję tego, czym jest mały chłopiec” – mówi. W rodziców Mikołajka wcielili się Valérie Lemercier i Kad Merad. W polskiej wersji dubbingują ich Agata Kulesza i Tomasz Kot.

Francuska premiera „Mikołajka” miała miejsce 30 września. W ciągu pierwszego miesiąca wyświetlania film obejrzało prawie cztery i pół miliona widzów. I choć wielu z nich zapewne podziela moje zdanie, że będąc przyzwyczajonym do kreski Sempé, trudno przyswoić sobie wizualność opowieści Tiranda, to jednak pojawienie się obrazu, którego nastoletni bohater nie posługuje się nadprzyrodzonymi mocami i nie walczy o uratowanie świata, wywołuje uczucie ulgi. No bo co w końcu, kurczę blade, kino dla małych i dużych nie musi być oderwane od rzeczywistości.

Mikołajek ma także swój niewielki udział w obaleniu w Polsce komunizmu. W 1986 roku nakładem podziemnego wydawnictwa Rytm ukazała się, inspirowana twórczością Goscinnego i Sempé, książka „Mikołajek w szkole PRL” wyśmiewająca absurdy ówczesnego ustroju. Autorem fabuły była Maryna Miklaszewska, zaś tekst zilustrował jej dziesięcioletni syn, Mikołaj. Bohaterowie książeczki wystąpili na plakacie „Głosuj na Solidarność” użytym w pierwszych wolnych wyborach w 1989 roku. „Mikołajek w szkole PRL” doczekał się sześciu wydań, w tym dwóch oficjalnych w wolnej Polsce.

07

Filmowy Mikołajek (czyli Maxime Godart) i filmowa mama (czyli Valerie Lemercier)

Mikołajek – w wersji oryginalnej, rysowanej

INFO

I


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Steez znaczy stylowo tekst | Piotrek Anuszewski

cjalnie nie chciałem ich śledzić. Praktycznie nie słucham radia, nie mam też w domu telewizora. Po inspiracje zaglądam na blogi muzyczne i MySpace. Tworząc ten mixtape, starałem się pokazać ludziom coś nowego, coś naprawdę świeżego i oryginalnego, przy czym mogą się jednocześnie świetnie bawić. To jest muzyka zorientowana na hip-hop, wyrastająca z jego tradycji, ale zawierająca w sobie sporo dobrej elektroniki.

Szerokie horyzonty deklaruje niemal każdy didżej. DJ Steez, współodpowiedzialny za cykl imprez Squeeze That! w warszawskim klubie Karmel, wydał materiał, który przełamuje schemat hiphopowych mixtape’ów. Twoja najnowsza produkcja – mixtape „Steezmatic 1” – opiera się w znacznej mierze na połączeniu klasycznych rapowych acappelli i nowoczesnych klubowych rytmów z gatunku baltimore i electro. Skąd takie zestawienia?

Ten mixtape jest w dużej mierze odzwierciedleniem moich aktualnych zainteresowań muzycznych, które wychodzą poza ramy hip-hopu. Rytmy, które możesz usłyszeć na płycie, są dominującym elementem setów, które gram na imprezach. Nigdy nie starałem się podążać za mainstreamowymi trendami, nigdy też spe-

Mimo fascynacji nową falą, nadal grywasz mnóstwo imprez ze starym rapem i funkiem. W twoich setach znajdziemy oldschool hip-hop, deep funk i klasyczne breaki. Znajomość korzeni jest konieczna do bycia dobrym didżejem?

Pionier didżejingu, Grand Wizard Theodore, powiedział kiedyś, że aby wiedzieć, dokąd zmierza hip-hop, trzeba wiedzieć, skąd przychodzi. Ta wiedza nie jest może konieczna, aby grać imprezy, ale na pewno niesamowicie poszerza horyzonty. Znajomość historii danego gatunku muzycznego bywa na maksa inspirująca, szczególnie w perspektywie produkcji muzycznej. Zauważyłem, że didżeje posiadający solidną wiedzę na temat muzycznego backgroundu potrafią prezentować znacznie ciekawszą selekcję muzyki współczesnej. A poza tym, jeżeli uważasz się za hiphopowego didżeja, powinieneś chyba coś

foto | materiaŁy promocyjne

wiedzieć na temat kultury, którą reprezentujesz. Ta wiedza nie jest trudna do zdobycia, szczególnie w dobie internetu. A jak oceniłbyś, z punktu widzenia didżeja, świadomość ludzi, którzy bawią się na twoich imprezach?

Trudno to jakoś zmierzyć, ale moje refleksje w tym temacie nie są za wesołe. Generalnie jest taka sytuacja, że większość ludzi potrafi się bawić jedynie przy muzyce, którą zna z radia lub z telewizji. Bardzo chciałbym przełamać tę tendencję, dlatego staram się przemycać w swoich setach dużo dobrej muzyki. Chcę pokazać ludziom, że można przyjść na imprezę, usłyszeć jakiś kawałek po raz pierwszy i mimo to świetnie się przy nim bawić. Co w takim razie poleciłbyś osobom, które chcą poszerzyć swoje muzyczne horyzonty? Jacy producenci i didżeje są twoimi faworytami?

Przede wszystkim rewelacyjny francuski producent Digikid84 (jeden z jego sztosów można usłyszeć na „Steezmatic 1” – przyp. red.). Polecam też bardzo Sammy’ego Bananasa z Fool’s Gold – robi rewelacyjne, taneczne remiksy. A dla wszystkich fanów didżejingu połączonego z turntablizmem koniecznie do obejrzenia set DJ-a Craze’a z zeszłego roku z Manchesteru.

VANS

HIRO przedmioty

Jamie Lynn

HIRO przedmioty

ARMADA

Zima w kolorze? Taką tendencję można zauważyć w propozycjach sportowych produktów na ten sezon. Mnogość barw i rozbudowanych wzorów widać w niemal wszystkich kolekcjach. Buty snowboardowe Jamie Lynn, wprowadzone na rynek przez firmę Vans, są doskonałym przykładem na to, jak można zabrać na stok odrobinę wariacji. (pd)

ARW

Kobiety są prawie takie same jak mężczyźni, jednak kilka różnic da się zauważyć. Po pierwsze – nie narzekają tak dużo; po drugie – mają w sobie więcej gracji. Te różnice na uwadze miała Armada, kiedy projektowała nowe narty ARW. Poprzez przerobienie rdzenia AR Core 2 zredukowana została ich masa, dzięki czemu bardziej odpowiadają potrzebom kobiet. ARW posiadają wszystkie najlepsze cechy modelu AR6, czyli sprężystość i elastyczność, ale wyróżnia je grafika, która jest łagodniejsza i przyjemniejsza dla oka... tak jak kobieta. (pd)

08

INFO

I


NIE PORWĘ TŁUMÓW tekst | Angelika Kucińska

foto | materiaŁy promocyjne

Jak nieśmiałość śmiało zawojowała parkiety? Wstydzi się wyjść na scenę, choć to ona dała twarz i nazwę najważniejszemu duetowi nowego disco. Za skromna na diwę. Sally Shapiro mówi nawet ciszej, niż śpiewa.

Sally Skromniacha rumieni się już na samą myśl o śpiewaniu

Co jest twoją muzyczną wstydliwą przyjemnością?

Konkursy Eurowizji! To co, nowy album nazwaliście „My Guilty Pleasure” tak w hołdzie?

Pierwsza płyta Sally Shapiro („Disco Romance” sprzed dwóch lat – przyp. red.) przypominała klasyków italo disco, ale i ten album, i wcześniejsze single ukazały się, zanim inni wykonawcy wskrzesili tę estetykę i dyskoteka znowu stała się cool. Dlatego wiele osób nazywało Sally Shapiro swoim guilty pleasure. Postanowiliśmy odwdzięczyć się naszym. Tytuł jest aluzją do sytuacji po debiucie. Lubisz być czyimś guilty pleasure?

O tak, taka sympatia jest na pewnym poziomie bardzo prawdziwa. A skoro zaczęłyśmy do przyjemności – scena wciąż ci jej nie daje?

Nie czuję się komfortowo ani na scenie, ani w trasie – to dlatego nie gramy koncertów i dlatego nie będzie też promocji live nowego albumu. Podejmowaliśmy jakieś próby koncertowania, ale źle się z tym czułam. Z czasem nabierałam świadomości, że to kompletnie nie jest tryb życia, jaki mnie interesuje. Nie lubię podróżować. Albo inaczej – lubię podróżować, ale tourbus to męczarnie i nuda.

Sety didżejskie, z którymi niedawno objechaliście parę klubów, też nie są rozwiązaniem?

Nieszczególnie. Cieszę się, że spróbowałam. Generalnie zawsze się cieszę, kiedy czegoś próbuję. Nabrałam trochę pewności siebie dzięki tym setom, zwłaszcza gdy ludziom się podobało. Ale byli też tacy, którzy spodziewali się po naszych imprezach nie wiadomo jakiego show, a tego nie dostaną od Sally Shapiro. To co cię napędza w robieniu muzyki, jeśli nie bezpośrednie reakcje fanów?

Komentarze na blogach mogą cieszyć tak samo mocno, jak reakcje po koncertach. Jestem skromną amatorką, nie porwę tłumów, nie łudzę się nawet. Mnie naprawdę wystarcza po prostu nagrywanie płyt – moglibyśmy ich nawet nie wydawać. Wiem, że wszyscy tak mówią, ale my z Johanem (Agebjörnem, producentem, kompozytorem i mózgiem projektu – przyp. red.) robimy muzykę dla siebie, poważnie. Jasne, było nam niesamowicie przyjemnie, kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy Sally Shapiro w szwedzkim radiu – ale gdybyśmy nie usłyszeli, niczego by to nie zmieniło.


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

IRONII ZERO,

ROZWODÓW DUŻO tekst | Angelika Kucińska

foto | Materiały promocyjne

Pink Martini w mocnym 11-osobowym składzie. Thomas Lauderdale, lider – na fotelu po prawej. China Forbes, kolejna w hierarchii – na fotelu po lewej

Nowożeńcom nie robią dobrze, Ameryce – przeciwnie, wykorzystując dyskretne swingi starych musicali w międzynarodowej dyplomacji. przepych inspiracji, 11 osób w zespole – tę różnorodność zainteresowań i doświadczeń słychać wyraźnie na nowym albumie Pink Martini, „Splendor in the Grass”. Nie tylko o płycie opowiada lider grupy, Thomas Lauderdale. Ponoć mocno się wyluzowaliście, nagrywając nowy album?

A nie zanosiło się. China (Forbes, pierwszy głos formacji – przyp. red.) zaszła w ciążę i przez większość nagrań była nieobecna, więc praktycznie całość obowiązków automatycznie przeszła na mnie. To z bezstresowego podejścia wychodzi taka rekreacyjna muzyka jak na „Splendor in the Grass”?

My się zawsze tak bardzo staraliśmy, tak ciężko pracowaliśmy. I jak

sobie słucham poprzednich płyt, to mi się rzuca właśnie to napięcie, ten stres. Wiadomo, że trzeba się przykładać do tego, co się robi, ale i tu łatwo przedobrzyć. Czasem nie można się starać za bardzo. To ma sens? Nie starać się za bardzo? Zawsze. Ale myślałam, że dla ciebie to było jasne od początku – przecież nie chciałeś być muzykiem.

Chciałem zostać burmistrzem Portland! Może jeszcze kiedyś zgłoszę swoją kandydaturę, kto wie. Z zainteresowania polityką wzięły się studia historyczne?

Historyczne i dziennikarskie na Harvardzie. Od dziecka brałem lekcje muzyki i gdzieś tam pojawił się pomysł konserwatorium, ale uznałem, że na historii na Harvardzie będę się lepiej bawił. Poza tym zawsze chciałem być wszechstronnie wyedukowany. Oczytany. Godziny ćwiczeń na akademiach muzycznych ci tego nie gwarantują. To dopiero musi być nuda! I te superzabawne studia sprawiły, że zdarzało ci się zaspać na zajęcia, bo całe noce spędzaliście z Chiną na graniu.

Najtrudniejszą rzeczą na Harvardzie jest dostanie się tam. Potem nie trzeba się już tak bardzo angażować.

10

INFO

I


To co graliście?

China śpiewała arie operowe, ja akompaniowałem. Pierwszy autorski materiał napisaliśmy jakieś 13 lat temu – wtedy powstała piosenka „Je Ne Veux Pas Travailler”. Od razu hit.

Tak, nigdy później nie napisaliśmy niczego równie dobrego. Równie popularnego.

Najlepsze, że właśnie wtedy też się jakoś niespecjalnie staraliśmy. To jest recepta!

A kogo tak u was ciągnie do musicalu i starych filmów?

Mnie, to ja jestem ten sentymentalny. U nas w zespole każdy interesuje się czymś trochę innym, ale do piosenek retro, do klasycznego jazzu na przykład, ciągnie najbardziej mnie. Jak się tak każdy interesuje czymś innym, to chyba potrzebujecie mocnego lidera?

Tak – mnie.

Mimo że tymczasowo porzuciłeś polityczne ambicje, Pink Martini jest zespołem zaangażowanym. Bierzecie udział w akcjach charytatywnych…

I ten nieznoszący sprzeciwu lider zaraził resztę uwielbieniem dla Barbry Streisand?

Jesteśmy zespołem amerykańskim. Jeździmy z koncertami po całym świecie i śpiewamy piosenki w różnych językach. Tytułujemy się muzycznymi ambasadorami. Ameryka w tej chwili podnosi się z traumy okropnego, ohydnego prezydenta. W czasie rządów Busha nasza działalność była nawet ważniejsza. Robiliśmy wszystko, żeby pokazać inne, powszechnie nieznane oblicze Stanów Zjednoczonych.

Nie musiałem nikogo przekonywać. Czy można nie kochać Barbry?

I nawet to wasze kosmopolityczne brzmienie paradoksalnie sprawia, że jesteście jeszcze bardziej amerykańscy.

Dokładnie. Nienawidzę tego stwierdzenia, że Ameryka to tygiel kulturowy, ale tak właśnie jest. Tu się krzyżują nacje i doświadczenia. Uważam, że więcej amerykańskich zespołów powinno śpiewać w obcych językach. Dobrze by nam to zrobiło na międzynarodowy PR. A jak robi na PR granie na weselach?

Nam zrobiło chyba nie najlepiej. Już nie gramy na weselach, bo 99 procent par, u których graliśmy, rozwiodło się. Niedobra statystyka. Pink Martini na weselu to jak klątwa, pamiętaj o tym. Ale wesela? To tak z premedytacją?

Łatwo szydzić. Że wesela to obciach z zasady. Że nam nie przystoi. Odpowiem ci tak: obecne u nas inspiracje musicalem też niektórzy postrzegają jako pastisz, chociaż to pastisz nie jest. Bo najtrudniej napisać piosenkę, jednocześnie wchodząc w jakąś konwencję i wyzbywając się ironii. To największe wyzwanie.

Można. Ale spróbuj mnie przekonać, że jednak nie.

Oj, przestań, Barbra jest wspaniała, ma cudowny, cudowny głos. Oczywiście muzyka Chopina jest dla nas większą inspiracją… Chopin urodził się w Polsce, prawda? Prawda.

Jeszcze Lech Wałęsa jest – ze znanych muzyków. Czy nie?

Polakiem

Lech Wałęsa jest Polakiem, ale nic mi nie wiadomo, żeby grał na jakimś instrumencie.

Poważnie? Byłem niemal pewien, że przyjechał swego czasu do Stanów z serią koncertów fortepianowych. No nic, możesz mu przekazać, że gdyby potrzebował oprawy muzycznej do jakiejś kampanii wyborczej, to niech się śmiało zgłasza. Graj i wygraj album PInk Martini - str. 15

Dyplomacja wymaga uniformu? Muzyczni ambasadorzy Ameryki dbają o scenografię. Choć nawet bardziej – o wokalistkę


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

BEZ MONOTONII tekst | angelika kucińska

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Striptiz, demolka, popisy pirotechniczne, cyrkowa akrobatyka – wszystko w programie. Monotonix na żywo to rock and roll w najczystszej postaci – nieobliczalny, spocony i dziki. Izraelskie trio zagrało najszerzej komentowany koncert tegorocznego Off Festivalu. W grudniu wracają do Polski, dubeltowo – wystąpią w ramach Off Clubu, czyli klubowej przybudówki do mysłowickiej imprezy. Tak nudne sceny jak ta na zdjęciu obok to prawdziwa rzadkość na koncertach Monotonix

Nie ma sceny, nie ma żadnych reguł. Klasyczny stagediving to też za mało jak na ich standardy – w Mysłowicach wokalista wskoczył na bęben trzymany przez publiczność. To jego popisowy numer, choć kokietuje, że takie wybryki to nic w porównaniu z przeszłością w izraelskiej armii, gdzie był dowódcą czołgu. Zresztą, bardzo sobie to doświadczenie chwali, mimo męczących konsekwencji – ponoć dziś nie może opędzić się od wielbicielek. „Nie mogę spokojnie przejść ulicą. Noszę ze sobą kij bejsbolowy, żeby je odganiać, ale problem polega na tym, że niektóre to zachęca”. Figlarz! Na czym polega ten egzotyczny fenomen? Muzyka jest prosta – oldschoolowy rock and roll spod znaku Motörhead i Thin Lizzy. Dress code tym bardziej – krótkie spodenki (albo nawet krótsze, a jak dziewczynki ładnie poproszą, to może być i pełen negliż), skarpety z froty i bujny wąs. Retro w pełni. Dowcip sytuacyjny czasem nie tyle prosty, co prostacki. Ale o to właśnie chodzi, by znieść

pretensjonalny i sztywny podział na gwiazdy i publiczność. Podstawą koncertów Monotonix jest intensywny współudział. W Mysłowicach zagrali na zaaranżowanej specjalnie na potrzeby festiwalu miniplaży. Nie wchodzą do klubów, w których nie mogą zorganizować przestrzeni zupełnie liberalnie, tak jak chcą. Zresztą to właśnie to niekonwencjonalne podejście pchnęło ich w świat. Bo szybko przerąbali sobie u lokalnych animatorów życia klubowego – tu zniszczone mienie, tam ofiary w ludziach. Skończyło się permanentnym zakazem wstępu do wszystkich knajp w Tel Avivie. Pojechali więc do Stanów (część koncertów zagrali z Silver Jews), potem objechali Europę. W grudniu zagrają dwa koncerty w Polsce – w Katowicach i w Warszawie. Sprawdźcie koniecznie. I uważajcie na siebie. Monotonix: 17.12. CBA, Warszawa 18.12. Cogitatur, Katowice

Robbie williams

grizzly bear

Reż. Diamond Dogs

reż. Allison Schulnik

„you know me” 9/10

Taki stumilowy las to ja rozumiem. Robbie Williams fika salta i piruety – przebrany za bardzo eleganckie i puszyste zwierzątko. A chórki podrzuca grządka kapusty. Świetny pomysł, duży dystans. Dla takich króliczków mogłabym przejść na drugą stronę lustra. Albo nawet zostać tym starym, zepsutym bankrutem, Hugh Hefnerem.

tekst | angelika kucińska

WideoNarkomania Czyli teledyski, które lubimy. „Ready, able” 8/10

Trend leśny trzyma się ostatnio mocno – bo świerki i jodły? Grizzly Bear, tegoroczni faworyci w przedziale ekscentrycznego folku, doprowadzili podjętą przez Robbiego Williamsa przyrodniczą psychodelię do formy skrajnej. I to biorąc Plastusia jako zakładnika, bo w klipie do „Ready, Able” wszystko jest ulepione. I dziwne. I działa na wyobraźnię.

12

INFO

I


prorok miłości? tekst | Bartosz Sztybor

foto | materiaŁy promocyjne

Od lewej: plansze z „Uzbrojonego ogrodu”, debiutu Davida B. na polskim rynku, i sam autor

Pierre-Francois Beauchard, używający pseudonimu David B., to jeden z najsłynniejszych francuskich twórców komiksu. Międzynarodową sławę przyniosła mu autobiograficzna powieść graficzna „L’Ascension du Haut Mal”, za która zdobył prestiżową nagrodę Ignatza i wyróżnienie na festiwalu w Angouleme. W Polsce debiutuje innym świetnym komiksem – pełnym historycznych postaci, mitów i religii – wydanym przez Kulturę Gniewu „Uzbrojonym ogrodem”. Czy jesteś człowiekiem religijnym? Muszę przyznać, że nie. Jestem ateistą, ale interesuje mnie religia, a dokładniej fenomen jej wpływu na człowieka. Zapytałem o to, bo głównym tematem „Uzbrojonego ogrodu” jest właśnie religia. Pomyślałeś, że to po prostu dobry temat na komiks czy jednak chciałeś opowiedzieć o swoim prywatnym stosunku do religii? W poszczególnych historiach z „Uzbrojonego ogrodu” mówię o buncie i władzy. O tym, jak ludzie używają właśnie religii, by móc sprawować władzę nad innymi, albo jak stwarzają kolejne religie, oczywiście lepsze i piękniejsze, a przy tym nie zwracają uwagi, że miliony ludzi oddają za to życie. Chciałem opowiedzieć o tym, co w religii mnie boli. O tym, że władza często usprawiedliwiana jest duchowością i wiarą. W „Uzbrojonym ogrodzie” religia jest właśnie pełna fałszywych proroków i pychy. Nie masz wiary w ludzi, w wierzących? Nie aż tak bardzo, jak to przedstawiłem w komiksie. Zawsze jest coś prawdziwego w słowach tych rewolucyjnych proroków, ale oni używają tej swojej prawdy, by zdominować ludzi i zbudować swoją potęgę. Co jest piękne w twoim komiksie, to fakt, że mówisz i pokazujesz, że najlepszą religią jest tak naprawdę miłość. Uważasz się za proroka miłości? Nie, w ogóle nie uważam się za proroka. Ale rzeczywiście uważam, że miłość to najlepszy aspekt każdej religii. Miłość do boskości, ale przede wszystkim miłość do drugiego człowieka. Niestety, często są to tylko puste słowa. Poza tym ja jestem człowiekiem, który lubi samotność i spokój, lubi być z dala od tłumów. Dlatego też nie dla mnie te wszystkie wspólnoty, nawet te wysuwające miłość na pierwszy plan.

Wracając jeszcze na chwilę do samej treści „Uzbrojonego ogrodu” – dlaczego o religii postanowiłeś opowiedzieć głównie przez pryzmat historii Czech? Zawsze fascynowałem się historią Husytów, a Jan Žižka – z opaską na oku i umiejętnością wygrywania bitew przeciwko ogromnym armiom jedynie z grupką wieśniaków i robotników po swojej stronie – to absolutnie niesamowita postać. No i jeszcze Adamici, którzy poszli bardzo daleko w swoim buncie przeciw Kościołowi. To bardzo interesujące rzeczy, które aż chce się rysować. Dlatego też wybrałem te tematy, te historie. To gotowe obrazy. Skoro już jesteśmy przy obrazach, to w „Uzbrojonym ogrodzie” widać twój charakterystyczny styl rysunku, lecz jednak delikatnie zmieniony. Ja dostrzegłem wpływ średniowiecznych rycin, ale czym jeszcze się inspirowałeś? Fakt, głównie średniowiecznymi rycinami, a poza tym już tylko komiksami. Inspirowała mnie przede wszystkim szkoła czarno-białego rysunku lat 70., którego przedstawicielami byli Tardi, Munoz, Crepax oraz Pratt. „Uzbrojony ogród” to twój pierwszy komiks wydany w Polsce. Myślisz, że to dobry wybór na debiut, czy jednak wolałbyś zapoznawać się z czytelnikami przez swoje najsłynniejsze dzieło, „Epileptic”? „Epileptic” to historia o mnie i o mojej rodzinie, dlatego ten komiks jest dla mnie najważniejszy. Co nie zmienia faktu, że bardzo lubię „Uzbrojony ogród”, który jest jakby inną stroną mojej twórczości, rzeźbieniem w pewnego rodzaju fikcji. Ale w moich komiksach najważniejsza jest sama miłość do tworzenia. Ja po prostu uwielbiam opowiadać historie i myślę, że to widać tak samo w „Epileptic”, jak i w „Uzbrojonym ogrodzie”.

Czytaj też na www.hiro.pl

13

INFO

I


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Skandalistka tekst | Maciek Piasecki

bez powodu

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Heroina, transwestyci, seks w różnych konfiguracjach płciowych i rozebrane dzieci – to tematy Nan Goldin. W czasach, w których trudno jeszcze czymkolwiek zszokować, jej się udaje. Tym razem afirmacją beztroski i zdrowia w sesji Dla Reeboka. Większość bohaterów zdjęć Nan Goldin już nie żyje. Kogo nie wykończyło AIDS, ten umarł z powodu narkotyków. Lub odwrotnie. Ale to nieważne. Goldin nie portretuje osób, nie rejestruje pojedynczych zdarzeń. Jej zdjęcia pokazują tragiczny, lecz pociągający styl życia – ślepy zaułek, w którym pod ścianą przesiadują piękni przegrani. To ona nieświadomie wykreowała styl heroin chic. Z początkiem lat 90. heroina przestała być używką marginesu. Tańsza i czystsza niż kiedyś, w rękach klasy średniej zamieniła się w niebezpieczną zabawkę. Świat mody też palił (strzykawki były rzadkością z powodu paniki wywołanej przez HIV). Śniade i dobrze odżywione modelki w typie Cindy Crawford musiały ustąpić miejsca szkieletowatym naśladowczyniom Twiggy. Moda czerpała garściami z zyskujących międzynarodową sławę zdjęć Goldin. Chociaż podkrążone oczy dziewczyn z kampanii Calvina Kleina (była wśród nich między innymi Kate Moss) to niekoniecznie dzieło charakteryzatorów. Heroinistów i wyrzutków wszelkiej maści Nan uwieczniała dużo wcześniej, niż stali się modni. „W szkole artystycznej mówili nam,

że nigdy nie zarobimy pieniędzy na naszych pracach. Nie uczyliśmy się o rynku sztuki, tylko o rosyjskiej literaturze, historii filmu. Dziś studenci chcą wiedzieć tylko to, która galeria wystawi ich prace. My o pieniądzach nie myśleliśmy” – wspomina Nan. Do szkoły w Bostonie trafiła po ucieczce z domu, gdy jej chora psychicznie siostra popełniła samobójstwo na torach kolejowych. W czasie studiów mieszkała w Provincetown, gejowskim miasteczku trzy godziny drogi od Bostonu. Ze zdjęć dokumentujących wycinki życia enklawy złożyła swoją pierwszą wystawę. Kilka lat później, już po studiach, trafiła w sam środek nowojorskiego tygla gejów, transwestytów, artystów i narkomanów – w otoczenie Leigh Bowery’ego. To wtedy uzależniła się od heroiny, ale i wtedy powstał jej najsłynniejszy cykl „Ballada o uzależnieniu płciowym” („Ballad of Sexual Dependency”). Ujęcia nagich ciał w łóżku (zarówno w miłosnych uściskach, jak i w przedśmiertnych konwulsjach), całujących się drag queen, własnej twarzy pobitej przez byłego – wokół prac Goldin co rusz wybuchały skandale, potępił je nawet Bill Clinton. Jedna z brytyjskich galerii wezwała policję, aby skonfiskowała fotografię, na której nagie dziecko tańczy między nogami starszej siostry. „To galeria chciała się wypromować przez skandal. Nienawidzę pornografii i nigdy nie zrobiłabym pornograficznego zdjęcia dziecku. Pokazałam tylko relacje między dwiema siostrami” – tłumaczy Goldin, wskazując, że czasami szukamy skandalu tam, gdzie go nie ma. Nie chce być wciąż utożsamiana z zepsuciem i śmiercią. W najnowszej sesji Nan dla Reeboka króluje spontaniczna radość – to czego w jej życiu brakowało najbardziej.

Nadszedł czas aby żądać lepszego sexu! Powstańcie, domagajcie się zmian i dołączcie do rewolucji na www.skynrewolucja.pl!

Nadchodzi rewolucja! Zostań częścią ruchu, dołącz teraz!

Gotowy na wyjątkowe doświadczenie z prezerwatywą nowej generacji? Unimil® wprowadził na polski rynek pierwsze nielateksowe prezerwatywy wykonane w rewolucyjnej technologii Sensoprene™, z ledwie wyczuwalnego materiału, który sprawi, że wasze doznania będą naturalne jak nigdy dotąd. Z prezerwatywą Unimil® SKYN™ odkryjesz niepowtarzalne uczucie, JAKBYŚ NIE MIAŁ NIC NA SOBIE.

10 pierwszych osób, które wyśle mejla o treści „Żądam lepszego sexu” na adres halo@hiro.pl otrzyma 12 sztukowe opakowanie prezerwatyw Unimil® SKYN™ do testów!”

KONKURS

14

INFO

I


GRAJ I WYGRAJ ZEGAREK

KONKURSY

gshock 3

zegarki G-shock big bang ufundowanych przez G-shock Polska, www.g-shock.pl – SMS o treści: HIRO.1.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

podwójnych wejść na mistrzostwa świata DJ-ów „IDA World Final” ufundowanych przez Agencję Zooteka – SMS o treści: HIRO.2.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

2

płyty DVD pt. „Oblicza Rosji” ufundowanych przez Against Gravity – SMS o treści: HIRO.3.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

płyty CD 50 Centa pt. „Before Self Destruct” ufundowanych przez Universal – SMS o treści: HIRO.6.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

płyty CD Lady Gagi pt. „The Fame Monster” ufundowanych przez Universal Music Polska – SMS o treści: HIRO.8.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

5

książek „Design Management” ufundowanych przez Wydawnictwo Naukowe PWN, www.ksiegarnia.pwn.pl – SMS o treści: HIRO.4.IMIE NAZWISKO, ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

płyty CD 30 Seconds To Mars pt. „This Is War” ufundowanych przez EMI Music Poland – SMS o treści: HIRO.9.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

Jak wygrywać?

10

płyty CD Fever Ray pt. „Fever Ray” ufundowanych przez Isound Labels – SMS o treści: HIRO.5.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

płyty CD Pink Martini pt. „Splendor in the Grass” ufundowanych przez Dream Music – SMS o treści: HIRO.7.IMIE NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

Żeby wygrać wyślij SMS-a na nr 7238 w terminie 8 listopada od godziny 10:00 do 30 listopada do godziny 23:00. Koszt jednego SMS-a wynosi 2 zł netto (2,44 zł z VAT). Wygrywają co 30-te SMS-y nadesłane na dany kod do momentu wyczerpania puli nagród. Nagrody wyślemy pocztą na adres podany w zgłoszeniu do konkursu, o wygranej poinformujemy SMS-owo. Przykład SMS-a: HIRO.1.JAN NOWAK UL.PROSTA 1 00-000 WARSZAWA Uwaga! Udział w konkursach jest równoznaczny z akceptacją regulaminu konkursów SMS przeprowadzanych w magazynie HIRO. Regulamin dostępny na www.hiro.pl oraz w siedzibie redakcji.


gaga od A do Z

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

MEGAHIRO

tekst | Angelika Kucińska

foto |Materiały promocyjne

Rok temu usłyszała, że nie ma szans, że to nie pop, że ludzie tego nie kupią. Dziś wiadomo, że to ona była najbardziej elektryzującą postacią ostatnich 12 miesięcy. Sprzedała najwięcej, sprowokowała najtwardszych. Kiedy rynek muzyczny pogrążył się w zapaści, ona przybyła z odsieczą w postaci bestsellerowych singli. HIRO Free docenia – poniżej Lady Gaga alfabetycznie.

A jak ambicja. Blond ambicja (okej, czasem farbowana). Czyli taka o skuteczności stuprocentowej i masowej. Historia popu zna jeden taki przypadek. No niech będzie – dwa. Tak się jednak złożyło, że pierwszy w mijającym roku wstydził się za niesmacznie landrynkową płytę, drugi wydawał ostatnie oszczędności na prawników czyszczących kartotekę z grzeszków popełnianych w imprezowym amoku. I nawet jeśli optymistycznie przyjąć, że pozycja Madonny jest niezagrożona, i obiektywnie odnotować spektakularny powrót Britney Spears – nie da się ukryć, że w ostatnich 12 miesiącach żadna z powyższych nie namieszała tak jak Lady Gaga. I niech ktoś powie, że to jedynie pierwsza lepsza panna wyciągnięta z lokalu podejrzanej reputacji, która swój sukces zawdzięcza sztabowi specjalistów i magii Photoshopa. 23 lata w metryce, cztery miliony sprzedanych płyt, cztery singlowe numery jeden z rzędu. Sukces strategii? Potęga tupetu.

lubię chłopaków, którzy słuchają ac/dc i piją piwo. jestem jak groupie w dobrym starym stylu

B jak Bowie. David Bowie. Cesarz metamorfozy i autokreacji. Gaga regularnie się na niego powołuje, ale punkty styczne nie sprowadzają się tu wyłącznie do deklarowanej inspiracji. 37 lat temu David Bowie wdał się w najważniejszą w dziejach muzyki polemikę z symbolem i ikoną. Płytą „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and Spiders from Mars” bezczelnie zadrwił z magnetyzującej instytucji, jaką jest gwiazda rocka. Wymyślił sobie alter ego – kosmitę, który z fikcyjnym zespołem robi karierę na Ziemi, wspomniany koncept-album to narracyjnie konsekwentny przejazd przez kolejne stadia tej kariery, upadki i wzloty. 37 lat później bardzo błyskotliwa Panna Szydera zakpi z destrukcyjnego blichtru, pozerki, niezdrowych obsesji i terroru kolorowych magazynów. Żeby sprawę skomplikować – zrobi to ultraprzebojową płytą. „The Fame”, debiutancki album Lady Gagi, to „Ziggy Stardust...”

naszych czasów. Coś jeszcze? Ziggy nie miał płci. A ponoć z Gagi też bardziej dżentelmen niż dama... (Patrz H jak Hilton). C jak chłopcy. Czyli Motley Crue i feminizm według Gagi. Buzujący testosteronem pudelmetalowcy nagrali swego czasu kawałek „Girls, Girls, Girls” – pochwałę patriarchatu rozpisaną na wyścigowe gitary. Gaga odpowiedziała im w „Boys, Boys, Boys” – przeboju równie heteroseksualnym, tyle że tym razem narrator spogląda na przeciwnika z wysokości trzynastocentymetrowego obcasa. Chociaż nie ma w tym specjalnie zideologizowanego wojowania. „Lubię chłopaków, którzy słuchają AC/DC i piją piwo. Jestem trochę jak groupie w dobrym starym stylu. Śpiewam o samochodach i knajpach, bo to bardzo amerykańskie. Bo dorastałam, słuchając Springsteena. Ludzie lubią wpadać w skrajności. Dziewczynom wydaje się, że feminizm polega na zachowywaniu się jak facet. Pieprzyć operacje plastyczne! I nie będę ci gotować – to jest ich podejście. A ja jestem zupełnie inna. Gotowałam mojemu chłopakowi obiady w samej bieliźnie i szpilkach. On mówił: Kochanie, jesteś taka sexy. A ja mu na to: Zjedz pulpecika”.

16

MEGAHIRO


weźmy taką jennifer aniston – uważam, że jest prześliczna. ale ja wolę być interesująca niż ładna

D jak disco. Historyczny i geograficzny (bo N jak Nowy Jork) punkt odniesienia. Lady Gaga jest retro i nawiązuje do nielegalnej rewolucji, która w połowie lat 70. eksplodowała na falach radia WPXI-FM i na parkiecie Studia 54. Tamte dzikie tańce były wyzwoleńczym manifestem mniejszości rasowych i seksualnych. Rockandrollowe damy trzymają z marginesem. E jak Europa. „Początkowo Just Dance nie chciało grać żadne amerykańskie radio, bo w Stanach electro pop to cholerny underground – a w Europie to osobny, szanowany gatunek”. Otóż to, w USA Gaga nie miała lekkiego startu. Nawet wydawca asekuracyjnie prosił, żeby nie liczyła na zbyt wiele z przebojami za trudnymi dla mas. Ale prawdziwą damę też poznaje się bardziej po tym, jak kończy. Wspomniany debiutancki singiel musiał odczekać swoje i do europejskiej premiery pełnej płyty wlókł się w ogonach tematycznych notowań „Billboardu”. Prawie pięć miesięcy na ławce rezerwowych – czasem nie pomagają nawet gościnne jęki Akona. Cierpliwości. W styczniu 2009 roku nagranie zdobyło już wszystkie liczące się szczyty. Wniosek naciągany, za to jak poprawia samopoczucie: to Europa dała Gagę Ameryce, nie odwrotnie. F jak fantazja. Bo wiadomo, od czego jest – w myśl nieśmiertelnego klasyka polskiej piosenki. A co innego robi Lady Gaga, jeśli nie bawi się, bawi się na całego?

17

MEGAHIRO

M


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

ludzie mówią: gaga jest słodka albo gaga ssie. najważniejsze, że mnie zapamiętują

18

MEGAHIRO


G jak grzeczna dziewczynka. Rodzice, włoscy imigranci, posłali Gagę do prywatnego żeńskiego liceum, nowojorskiego Convent of the Sacred Heart. „To szkoła dla grzecznych dziewczynek, które nie uprawiają seksu” – wspomina Gaga. Życie w czystości wszelkiej porzuciła jednak szybko. Wyprowadziła się z domu i utrzymywała z koncertów i burleski w klubach gejowskich (patrz R jak rewia). Co rodzice niespecjalnie pochwalali. „Kiedy tata pierwszy raz przyszedł zobaczyć mój występ, wyszłam na scenę w bikini w leopardzie centki, cekinowym pasku i wielkich, babcinych majtach – to było tak ohydne, że aż cudowne. Ojciec pogratulował mi występu, choć widziałam, że był mocno zszokowany. Mama później wyznała, że się kompletnie załamał i uznał, że zwariowałam. Przeprowadzili ze mną poważną rozmowę: Dziecko, wydaje nam się, że postradałaś zmysły, nie wiemy, co robić”. H jak Hilton. Perez, nie Paris – choć Gaga kończyła to samo liceum, co swawolna dziedziczka i jej młodsza siostra. Ale właśnie – Perez, najsłynniejszy bloger od celebrytów. Arogancki, bezwzględny, perfidny, przezabawny. Nie oszczędza nikogo – na przykład zdjęciom hollywoodzkich balangowiczek regularnie dorysowuje w pobliżu nosów kokainowe ścieżki. Kibicuje nielicznym – w tym Gadze. Ze szczerej sympatii zdobył się na przewrotny hołd – na tegorocznej halloweenowej imprezie w kalifornijskiej willi modelki Heidi Klum pojawił się przebrany za Lady Gagę. Showbiznesową pozycję w równym stopniu określają dłonie, które składają się do oklasków na koncertach, i te, które z aprobatą głaszczą po głowie i poklepują po ramieniu na backstage’u. Perez Hilton, Marilyn Manson, Madonna – wszyscy tytułują się fanami Lady Gagi. Nie przyznała się tylko Christina Aguilera, więc dziennikarze musieli zrobić to za nią. Kiedy Aguilera kilka miesięcy temu pokazała się publicznie jako platynowa femme fatale w ciuszkach dla fetyszystów, bulwarówki zwęszyły gruby podstęp – Aguilera chce być Gagą. Xtina odcięła się głupio: „Nie mam pojęcia, kim jest Lady Gaga. Nie jestem w stanie nawet powiedzieć, czy to kobieta, czy mężczyzna”. Gaga zripostowała z właściwym sobie wdziękiem: „Rozumiem, że Christina Aguilera może nie wiedzieć, kim jestem, nie mam jej tego za złe. A co do płci – to, co powiedziała, to gigantyczny komplement. Wiem, że wyglądam jak gej, ale taki był cel, to bardzo warholowskie” (patrz W jak Warhol). I jak ikona społeczności gejowskich. W przyjaznym mniejszościom nowojorskich klubach grała pierwsze koncerty i rozdawała pierwsze autografy. „Nigdy nie wyprę się środowiska, które wspierało mnie od samego początku”. Takimi ikonami są też chociażby Grace Jones i Kylie, dobre wzory. J jak Jay-Z. Pewnie pluje sobie w brodę, że tak się pomylił. Zanim upolował Gagę Interscope, label należący do koncernu Universal, jako pierwsza zakontraktowała wokalistkę wytwórnia należąca do hiphopowego rockefellera. W ramach umowy powstała jedna, nigdy niewydana EP-ka i Def Jam wyparł się zobowiązań. Niesmak niechlubnego epizodu wynagradza dziś żona potentata. Beyoncé zaprosiła Gagę do teledysku („Video Phone”), Gaga wpuściła Beyoncé do studia (śpiewa gościnnie w „Telephone” z najnowszego albumu Lady, „The Fame Monster”). K jak kompozytorka do wynajęcia. Bo skąd w ogóle ta Gaga się wzięła? Czy łowcy talentów naprawdę biegają po klubach dla transwestytów z ofertami lukratywnych kontraktów płytowych? Choć wiek tego nie sugeruje, Gaga może się pochwalić całkiem imponującym branżowym doświadczeniem. Zanim nagrała autorski album, pisała piosenki dla Britney Spears, Fergie i Pussycat Dolls. L jak legenda. „Dziś wiele gwiazd muzyki, w której przede wszystkim chodzi o zabawę, nie ma w sobie potencjału długowieczności. W muzyce rozrywkowej chodzi o bieliznę, pornografię i pieniądze. A ja nie chcę być gwiazdką jednego przeboju. Chcę być całym ćwierćwieczem muzyki pop”. Skoro chce, to trzymamy kciuki.

ojciec pogratulował mi występu, choć widziałam, że był mocno zszokowany. mama później wyznała, że się kompletnie załamał i uznał, że zwariowałam

M jak moda. „Kiedy piszę piosenkę, myślę o ciuchach, które będę miała na sobie, śpiewając ją”. Każde publiczne wystąpienie jest odzieżową prowokacją. Geometryczne sukienki, dziwaczne kapelusze, lateksowe kombinezony, fajerwerki ze stanika (strzela na koncertach). Gaga nie kryje inspiracji niegrzeczną częścią wybiegu, nie bez powodu stała się ulubionym wieszakiem odważnych projektantów: Thierry’ego Muglera, Alexandra McQueena, Matthew Williamsa. „Ważne, żeby wyglądać wyjątkowo, oryginalnie. Weźmy taką Jennifer Aniston – uważam, że jest prześliczna. Ale ja wolę być interesująca niż ładna”. Brawura w garderobie zrobiła z niej niekwestionowaną ikonę stylu, docenioną przez największe modowe magazyny świata, w tym dwie najważniejsze i najbardziej opiniotwórcze edycje „Vogue’a” – włoską i francuską. N jak Nowy Jork. Przystań dziwaków i artystów, stolica emancypacji, rozpusty i bohemiarstwa. Trochę luksusu, trochę dekadenckich sentymentów. Ten najlepszy, legendarny, bezsprzecznie kojarzy się z uwielbianymi przez Gagę Grace Jones i Andym Warholem (patrz W jak Warhol), bananowy zbytek tego współczesnego doskonale uchwycono w najbardziej trendogennym serialu mijającej dekady – „Gossip Girl”. Lady Gaga pojawiła się gościnnie w jednym z niedawnych odcinków telenoweli o dzieciakach z Upper East Side. O jak opera. Lubi w ten sposób mówić o trasie koncertowej promującej wydany właśnie „The Fame Monster” – The Monster Ball Tour. Bo jej już nie przystoją zwykłe koncerty. The Monster Ball Tour to gigantyczne multimedialne widowisko. „Wyobraź sobie, że elementy charakterystyczne dla teatru czy opery – dostojne, wielkie i piękne – wmontowujesz w electropopowy show z nowatorską scenografią. To prawdziwie artystyczne doświadczenie w formie postapokaliptycznej house’owej imprezy”. Premierę początkowo zaplanowano na przyszły rok, ale w związku z odwołaniem wspólnej jesiennej trasy Gagi i Kanye Westa The Monster Ball Tour wystartowała 27 listopada. P jak „Paparazzi”. Czwarty singiel z pierwszego albumu, czwarty numer jeden z rzędu w amerykańskim notowaniu najlepiej sprzedających się nagrań – pierwszy raz w dziejach, nie było wcześniej tak doskonale celnego debiutanta. Geniusz numeru to również, a może przede wszystkim geniusz zrealizowanego przez Jonasa Åkerlunda teledysku. Stylizacja na brazylijski tasiemiec, piękni, zepsuci, bogaci, tragedia, zemsta, fenomenalna choreografia z wózkiem inwalidzkim. Sztuka umiejętnego przejazdu po bandzie i ryzyko notorycznego puszczania oka – opanowane na pięć z plusem.

19

megahiro


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Nikt w tym roku nie mierzył tak wysoko jak Gaga

I nikt nie świecił tak jasno

Rynek najwyraźniej lubi przekorę – kiedy sprzedaż płyt osiągnęła marne poziomy, wszystkie prognozy zgodnie mówiły, że tylko pojedyncze single mogą naprawić sytuację. Nikt w mijającym roku nie miał więc tak dużego udziału w akcji ratunkowej jak Lady Gaga. R jak rewia. Bez podstępu i metafory, rewia dosłownie. Debiutanckie przedstawienie Gaga przygotowała dwa lata temu, do spółki z niejakim Lady Starlight, transeksualną gwiazdą didżejingu, perfomance’u i stylizacji. Starlight doradzał Gadze wizerunkowo w jej estradowych początkach, potem wspólnie wymyślili okrutnie niskobudżetowe, ale inspirująco nieobliczalne show na przecięciu burleski i dyskoteki. Z cekinami, brokatem i go-go wygibasami duet wystąpił nawet na słynnym amerykańskim festiwalu objazdowym Lollapalooza. S jak sława. „Mogę wyjść na ulicę w spodniach za dwa dolce i zwykłym T-shircie, a i tak będę wyglądać jak gwiazda. To po prostu trzeba mieć w sobie. Musisz ludziom uświadomić, że jesteś ważny”. „The Fame” nie jest o sławie mierzonej natężeniem żenujących newsów w serwisach plotkarskich. To sława powszechna, demokratyczna, dostępna. Z premedytacją projektowana. „The Fame Monster” to w treści już demoniczny ekshibicjonizm, ale w formie wciąż sława pół żartem, pół serio. Pukiel włosów, papierowe laleczki, plakaty i limitowane serie okładki, która będzie się zmieniać na przestrzeni przyszłego roku. Tyle dodała do nowych piosenek przy okazji grudniowej premiery ekskluzywnej, poszerzonej wersji debiutu. Dla kolekcjonerów, fanatyków i wariatów. T jak Tokyo Love. Takim tytułem Nabuyoshi Araki, cesarz japońskiej fotografii, opatrzył sesję zdjęciową z Gagą w roli głównej – można ją było oglądać w japońskim „Vogue Homme”. I co z tego? To, że Lady Gaga jest pierwszą Amerykanką sfotografowaną przez kontrowersyjnego mistrza obiektywu i jedną z dwóch zachodnich gwiazd, z którymi Araki kiedykolwiek zechciał pracować. Drugą jest Björk.

U jak ubranie. Albo bardziej: jego brak. Czyli nic nie podnosi sprzedaży tak jak negliż? Nie odpowiada się na pytania retoryczne. Przewaga Gagi bierze się z obnażenia świadomego i celowego. Wspomnienie jako dowód: „Pamiętam taki jeden koncert, trochę się upiłam… Miałam nowy materiał i wspaniały ciuch na sobie. Usiadłam na scenie, przepłukałam gardło i czekałam, aż wszyscy się uciszą. Było tam mnóstwo chamskich dzieciaków z West Village, nie wiedziałam, co zrobić, żeby się wreszcie zamknęli. Nie chciałam zaczynać śpiewać, dopóki nie przestaną gadać – więc się rozebrałam. Siedziałam przy fortepianie w bieliźnie. Uciszyli się. Zrobiłam to, bo seks się sprzedaje? Może z dzisiejszej perspektywy tak to wygląda, ale w kontekście tamtej chwili i tamtej publiczności robiłam coś społecznie radykalnego”. W jak Warhol. Andy Warhol. Wyrocznia, wzór, ideał. Popkulturowy wizjoner. „Chciałabym być takim Warholem w spódnicy. Robić filmy, muzykę, zdjęcia, instalacje, malować. Projektować modę”. Na wzór niegdysiejszej Warholowskiej Fabryki Gaga powołała Haus of Gaga – zespół multimedialnych artystów, z którymi między innymi kręci krótkometrażowe filmy i projektuje oprawę wizualną swoich koncertów. Z jak znaczenie. „Uświadomiłam sobie niedawno, że to, co robię, musi być jednocześnie płytkie i głębokie. Wszystkie moje piosenki są o czymś, wszystkie moje stroje są ikoniczne. Nie tracą znaczenia, nawet gdy potraktuje się je bardzo powierzchownie. Miniaturowy fragment melodii, piękna sukienka. Ludzie mówią: Gaga jest słodka albo Gaga ssie. Ale najważniejsze jest, że mnie zapamiętują. Sprawić, żeby ludzie traktowali komercję jako sztukę – to gigantyczne wyzwanie. Wiele osób mnie po prostu nie rozumie, wiele zwyczajnie nie wie, co ma ze mną zrobić. I wiecie co? Jest mi z tym zupełnie dobrze”. Graj i wygraj album Lady Gagi – str. 15

20

megahiro


Ale nadrabia manierami

19

megahiro


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

HIRO PROMUJE

jak powstał najbardziej wytrzymały zegarek na świecie? oj, lata pracy na wysokościach...

Twórcy G-shocka: Kikuo Ibe (po lewej) i Yuichi Masuda (po prawej). A na pozostałych obrazkach tajne notatki z burzy mózgów

Był rok 1982. Młody inżynier pracujący w firmie Casio, w samym centrym Tokio, upuścił przypadkiem cenny zegarek, który otrzymał od swojego ojca. W tamtych czasach zegarek to było coś wartościowego i wyjątkowego. Prezent od ojca miał dodatkowo wartość sentymentalną. Niestety to, co zostało po podniesieniu, nie nadawało się do naprawy. „To nie jest w porządku” – pomyślał Kikuo Ibe. „Ludzie potrzebują zegarków, które są niezniszczalne. Przecież to proste zadanie. Trzeba wymylić taki produkt” – powiedział zarządowi korporacji Casio. Prace inżynierskie rozpoczeły się. Pierwsze prototypy zrzucane były przez okno w łazience wieżowca Casio. Dochodziły kolejne warstwy ochrony, ale mechanizm wciąż nie wytrzymywał uderzenia podczas upadku. Po wielu próbach znaleziona została optymalna liczba osłon, które wystarczały, aby zegarek mógł przetrwać upadek na twardą powierzchnię z wysokości dziesięciu metrów. Jednak prototyp wygladał bardziej jak budzik niż naręczny zegarek. Zadanie okazało się trudniejsze, niż Kikuo Ibe przypuszczał. Po roku prób i budowie kolejnych prototypów Ibe-san zaczął wątpić w możliwość zrealizowania swojej wizji. Wizji, która miała niedługo zrewolucjnizować rynek zegarków i zmienić ich wizerunek jako delikatnych i kruchych przedmiotów wymagających du-

żej dbałości. Kikuo odłożył swoje prototypy do szuflady i podjął decyzję, że jeżeli w ciągu tygodnia nie znajdzie rozwiązania, popełni zawodowe harakiri i odejdzie bez honoru z Casio. Ten tydzień zmienił wszystko. Kikuo podczas rozmyślań nad popełnionymi błędami inżynierskimi usiadł na ławce w parku i zamyślił się. Eureka! Olśnienie nastąpiło, gdy Ibe-san patrzył na małą dziewczynkę odbijającą piłkę. W momencie uderzenia o ziemię piłka odkształcała się, a zaraz potem wracała bez uszczerbku do swojego normalnego kształtu. Ojciec G-Shocka zdał sobie sprawę, że diabeł tkwi nie w ilości obudowy, ale jej odkształcalności. W ciagu paru dni Team Tough zbudował prototyp zegarka, który miał dwie koperty i w którym wewnętrzny mechanizm mógł wykonywać mikroruchy podczas wstrząsu zewnętrznej koperty. Tak powstał G-Shock. Yuichi Masuda, który był liderem projektu i ściśle współpracował z Ibe, rozpoczął batalię o nadanie G-Shockowi odpowiedniej rangi w firmie zdominowanej technologią a nie wytrzymałością jej produktów. W 1983 roku na rynku pojawił się pierwszy G-Shock o oznaczeniu DW-5000C. Produkt, który narodził się z pasji, uporu i nowatorskiego myślenia rzeczywiście zmienił sposób postrzegania zegarków. Graj i wygraj zegarek – str. 15

22

promujemy

P


KAMIENIE

MILOWE nie od razu g-shock osiągnął dzisiejszą doskonałość, rozwój marki to prawie trzy dekady ulepsznia kolejnych modeli. poniżej najważniejsze punkty w historii.

1 1983 DW-5000C pierwszy G-Shock

3 1987 DW-5600C Nowa wersja pierwszego G-Shocka i najlepiej sprzedający się model w historii produkowany do dziś

2 1985 DW-5500C Pierwszy G-Shock odporny na błoto

5 1993 DW-6300 Pierwszy Frogman z przeznaczeniem do nurkowania. Wodoszczelność 20 ATM

4 1989 AW-500 Pierwszy analogowo-cyfrowy G-Shock

7 1994 DW-6600 Pierwszy G-Shock z podświetleniem Illuminator

6 1993 DW-6200G Pierwszy G-Shock ze stoperem o dokładności 1/1000 sekundy

9 1998 DW-9300 Pierwszy G-Shock zasilany światłem (Tough Solar)

8 1996 MRG-100 Pierwszy G-Shock z kopertą stalową

11 2002 GW-300 Pierwszy G-Shock wykorzystujący naraz Wave Ceptor i Tough Solar

10 2000 GW-100 Pierwszy G-Shock z synchronizacją radiową z zegarem atomowym

23

13 2008 GW-9200 Pierwszy zegarek na świecie wykorzystujący wszystkie sześć nadajników: Wave Ceptor Multiband 6

12 2005 GS-1000 Pierwszy chronograf wielofunkcyjny wykorzystujący koncepcję pięciu silników

promujemy


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

JASTRZĄB

HIRO PROMUJE

WYLĄDOWAŁ tekst |Piotr Gatys

foto |quiksilver

Każda dyscyplina sportowa ma swojego bohatera. Sztandarowego reprezentanta, który głównie dzięki nadzwyczajnym lub pionierskim osiągnięciom staje się najbardziej rozpoznawalną postacią w swojej dziedzinie. Koszykówka ma Michaela Jordana, golf – Tigera Woodsa, skoki narciarskie – Adama Małysza. Nawet ci, którzy spędzili ostatnie lata w piwnicy, są świadomi, że najlepszym deskorolkarzem, jakiego kiedykolwiek nosiła matka ziemia, jest nie kto inny jak Tony Hawk. Tony był bardzo ambitnym dzieciakiem. Jego determinacja do osiągnięcia sukcesu w jakiejkolwiek dziedzinie spowodowała, że w wieku dziewięciu lat mały blondynek miał już za sobą próby zostania profesjonalnym pływakiem i baseballistą. Dopiero interwencja brata, Steve’a, pomogła wprowadzić go na odpowiednie tory ścieżki sukcesu. Wąska deska typu banan, należąca do wspomnianego Stevena, zmieniła całkowicie życie młodego mieszkańca San Diego. Można śmiało powiedzieć, że korzyści z tego związku były obustronne, ponieważ wpływ Hawka na rozwój i popularność światowej

deskorolki jest niezaprzeczalny. Anthony to bardzo mądry chłop, który znalazł niszę z dużym potencjałem i wykorzystując swój niezwykły talent, postanowił promować dyscyplinę stawianą wówczas na równi z hula-hoop. Oczywiście, że pionierami w dziedzinie zmiany tego wizerunku byli chłopcy z Dogtown, jednak podjęli oni parę nieprzemyślanych decyzji i ich era się skończyła. Ciekawostką może być fakt, że pierwszymi sponsorami, którzy dostrzegli talent Hawka, byli właśnie deskorolkarze z psiego miasta. Wolny od irracjonalnych posunięć Tony wszedł w świat skateboardingu

18 24

sport

s K


tony hawk 21 listopada widowiskowo przejechał się po największej rampie w europie. na dwudniowej imprezie w paryskim grand palais połączono promocję skateboardingu z promocją muzyki i sztuki. swoje prace pokazał andre – pierwsza liga francuskiego graffiti – a premierową płytę zaprezentował nowy zespół chestera benningtona z linkin park


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Tony Hawk swoją niepodważalną pozycję budował, uprawiając niepopularny odłam skateboardingu – vert, czyli jazdę na wysokich rampach

pełniąc funkcję ambasadora deskorolki, udało mu się nie tylko wypromować skateboarding, ale także rozszerzyć grono miłośników sportów freestyle’owych

z nowym, świeżym spojrzeniem i wykonał kawał dobrej roboty w dziedzinie globalnej promocji. Zwycięstwa w zawodach, udziały w filmach deskorolkowych, zdjęcia w magazynach – wszystko to powodowało, że o Tonym zaczęło być głośno. Tym, co odróżniało go od innych gwiazd skateboardingu, była umiejętność wykorzystania swojej popularności nie tylko do zarabiania pieniędzy, ale także do promowania całej dyscypliny. W proces ten włączył się także jego ojciec, który od zawsze wspierał deskorolkowe inicjatywy swojego syna. Frank Hawk, weteran z II wojny światowej, został założycielem California Amateur Skateboard League, a następnie National Skateboard Association. Celem obu stowarzyszeń była organizacja profesjonalnych zawodów deskorolkowych z porządnymi przeszkodami i najlepszymi zawodnikami z całego kraju. To właśnie na tego typu zawodach Tony zwyciężał i udowadniał, że jest najlepszy w swojej dziedzinie. Najzabawniejsze w przypadku Hawka jest to, że jego główną specjalizacją jest jazda w mało popularnym vercie. Vertical skateboarding zakłada głównie jazdę po dużych rampach i zwykle kojarzony jest z duchem współzawodnictwa. A świat deskorolki jest obecnie zdominowany przez uliczny styl jazdy, w którym brak elementów większej rywalizacji. Gdzie zatem tkwi sekret Jastrzębia? Jak udało mu się zostać ikoną dyscypliny, reprezentując jej najmniej popularny odłam? Sukcesu należy upatrywać głównie w jego poziomie jazdy. Nikt wcześniej nie wykonywał podobnych rotacji i trików, wzbijając się na kilka metrów ponad powierzchnię ziemi. Tony zmienił sposób postrzegania możliwości wykonywania trików na kawałku drewna z kółkami. Największym przełomem była dziewięćsetka, czyli dwa i pół obrotu wykonane na deskorolkowej rampie. To właśnie wtedy rozpoczął się okres jego największej popularności. Cały świat dowiedział się, kim jest Tony Hawk i jak wiele ma do powiedzenia

w kwestii poruszania się na desce. Zainteresowanie skateboardingiem zaczęło rosnąć w gigantycznym tempie, powodując wpompowanie w dyscyplinę milionów dolarów. Fakt ten wykorzystał także Tony. Odziedziczony po ojcu zmysł organizatorski zdołał przekuć na takie inicjatywy jak tour sportów ekstremalnych Boom Boom Huck Jam, założenie nowego brandu deskorolkowego Hawk Clothing (jego pierwszą firmą deskorolkową jest założony w 1992 roku Birdhouse), a także założenie specjalnej fundacji skupiającej się na budowie darmowych skateparków w USA. Gigantycznej popularności dostarczyła mu także seria gier „Tony Hawk’s Pro Skater”. Chyba każdy miłośnik gier komputerowych próbował swoich sił w którejkolwiek z części wielkiej sagi. Spory rozdział młodości wielu dzieciaków została spożytkowana na duszeniu trików tej gry. Największą niespodzianką związaną z tym fenomenem jest gigantyczne grono wielbicieli tej gry wśród subkultur, które nigdy z deskorolką nie miały do czynienia, a nawet gardziły wszystkim ze słowem skate w nazwie. Shaun White, obecna ikona snowboardingu, wiele ze swojej popularności w świecie deskorolki zawdzięcza właśnie Jastrzębiowi. Gdyby nie jego zaangażowanie w rozwój rudego małolata, White nigdy nie byłby w stanie zdobyć brązowego medalu podczas letniej edycji X Games. Tony nie tylko uczył go swoich trików, ale także podpowiadał mu, jak może je wykorzystać w jeździe na snowboardzie. Czym obecnie zajmuje się legenda deskorolki, pan Antony Hawk? Najlepszym sposobem, aby się o tym przekonać, jest regularne sprawdzanie jego konta twitterowego, jednak oprócz ciągłego wymyślania nowych konkursów nie znajdziecie tam zbyt wielu cennych informacji. Po dość burzliwej karierze, udziale w różnego rodzaju programach typu „Jackass”, przejechaniu milionów kilometrów na deskorolce, Jastrząb postanowił wylądować. Tony to obecnie 41-letni człowiek, który skupia się głównie na swojej rodzinie i wspomnianej wcześniej fundacji budującej skateparki w biednych dzielnicach miast Stanów Zjednoczonych. Można to uznać za inwestycję w przyszłość dyscypliny, która pozwoliła mu osiągnąć niewątpliwy sukces. Pełniąc niejako funkcję ambasadora deskorolki, udało mu się nie tylko wypromować skateboarding, ale także rozszerzyć grono miłośników sportów freestyle’owych. Zobaczymy, co jeszcze wymyśli Tony Hawk, bo jak sam zapowiada, jego misja nie została zakończona.

18 26

SPORT

S K


Pierwszy

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

dojrzałykomiks tekst | bartosz sztybor

ilustracje | grzegorz rosiński

Sceny nagości i brutalność, a także niebanalna tematyka sprawiły, że – wydany w Polsce po raz pierwszy w 1988 roku – „Szninkiel” pozostał dziełem kultowym w oczach niejednego czytelnika, miłośnika gatunku czy przyszłego twórcy komiksów. Przy okazji reedycji oryginalnego wydania ci ostatni postanowili podzielić się swoimi wspomnieniami dotyczącymi przełomowej lektury ich młodości. Nazwiska twórców, Grzegorza Rosińskiego oraz Jeana Van Hamme’a, których legendarny „Thorgal” publikowany był w popularnym „Relaksie”, bez wątpienia elektryzowały polskich czytelników. Choć popularność „Szninkiela” to nie renoma autorów, a w głównej mierze sytuacja ówczesnego rynku. Pod koniec lat 80. zagraniczne historie obrazkowe nie krzyczały do odbiorców ze sklepowych półek, a jedyną furtką (i to delikatnie uchyloną, by przeciągu nie było) na światową twórczość były magazyny komiksowe. Skromna liczba wydawanych tytułów i jakość poszczególnych wydań sprawiły, że kilkusetstronicowy „Szninkiel” kusił już samym wyglądem okładki i gabarytami. No a poza tym – niech już będzie – także kusili wspomniani Van Hamme oraz Rosiński, czyli nasz człowiek we Francji.

kultowy, ponownie wydany w oryginalnej czarno-białej wersji komiks Śledzi losy j’ona, niewolnika i jednocześnie wybrańca boga, który ma przywrócić pokój targanemu wojną daarowi. czyli niby fantastyka i metafizyka, ale popularność „szninkiel” zawdzięcza głównie realistycznym scenom erotycznym

Komiks wzbudził zainteresowanie głównie wśród dość młodych czytelników, co zresztą nie powinno dziwić, bo przecież – uwaga, cynizm – według przeważającej części społeczeństwa historie obrazkowe są rozrywką dla dzieci. No i właśnie te dzieci starały się za wszelką cenę zdobyć „Szninkiela”, co nie zawsze należało do najłatwiejszych zadań. Oczywiście dla jednych – jak dla Piotra Nowackiego, współautora „Mutującej teczki” – wiązało się to po prostu z prozaiczną wycieczką do kiosku. Inni jednak musieli się bardziej natrudzić, czego najlepszym przykładem jest sytuacja Krzysztofa Ostrowskiego, twórcy „Plasteliny”: „Pamiętam, że Szninkiel kosztował 1500 złotych i że nie było mnie na niego stać. Tak więc wymieniłem się z kole-

gą z podwórka za kilkanaście oryginalnych Conanów. Igor, jeżeli to czytasz, to chciałbym się odmienić“. Życzliwy kolega był nieocenionym wsparciem także w przypadku Tomasza Leśniaka, współautora „Jeża Jerzego“, lecz akurat tutaj problemem nie były pieniądze: „Byłem gdzieś w połowie podstawówki, kiedy w księgarni zobaczyłem opasły komiks z czerwoną okładką. Od razu zacząłem namawiać mamę na zakup tego tomiska. Rodzicielka już była skłonna spełnić moją zachciankę, ale jako odpowiedzialny rodzic zajrzała najpierw do środka. Ku mojemu zdziwieniu szybko odłożyła komiks na półkę i poinformowała mnie, że to komiks nie dla dzieci. Tym samym pragnienie posiadania tego komiksu wzrosło o sto procent, bo do wyobrażeń związanych z objętością doszedł jeszcze smak zakazanego owocu. Nieocenieni w tej sytuacji okazali się koledzy z klasy, których rodzice nie byli na tyle przewidujący, żeby zapoznać się z zawartością”. I właśnie ta zawartość sprawiła, że dla ówczesnej latorośli była to pierwsza styczność z poważną i dojrzałą twórczością. „Szninkiel” rozdziewiczył młodych czytelników rysunkami pełnymi krwi, nagich kobiecych ciał i seksu. Wrażenie robiła też oczywiście warstwa fabularna, w której za fasadą przygodowego fantasy skrywała się opowieść o poświęceniu, przeznaczeniu, filozoficznym aspekcie boskości i człowieczeństwie, a wszystko to wsparte dodatkowo bogatymi odniesieniami do Nowego Testamentu. Bez wątpienia była to świeża jakość, ponowne odkrycie medium, wręcz pierwsze komiksowe

28

komiks

K


dzieło sztuki i moment, w którym – jak wspomina Ostrowski – „poczułem, że mnie, czytelnika komiksów, traktuje się bardzo poważnie“. I choć dużo osób doceniło ten niebanalny całokształt, to nie da się ukryć, że dla większości najbardziej poruszające i emocjonujące były sceny erotyczne. Tym bardziej że Grzegorz Rosiński perfekcyjnie narysował wszystkie te lubieżności, a jego graficzna dbałość o każdą cielesną wypukłość i wklęsłość była doskonała. Jednak realistyczna nagość z jednej strony, a chęć spróbowania zakazanego owocu z drugiej. Dyskwalifikowany przez niektórych rodziców „Szninkiel“ stał się pożądanym towarem, który ciężko było zdobyć, a jego posiadanie wiązało się z ogromnym ryzykiem (klaps w tyłek to jeszcze nic w porównaniu z wykładem rodziców na temat narządów płciowych, seksu i – o zgrozo – gwałtu, który na stronach komiksu też się pojawiał). O czasach konspiracji opowiada zresztą Piotr Nowacki: „Po przeczytaniu komiksu pobiegłem do kina, gdzie byłem umówiony z kolegą. Kumpel również kolekcjonował komiksy, więc zapytałem, czy kupił może Szninkiela. W tym momencie kolega zza pazuchy wyjął powyrywane kartki, na których znajdowały się sceny erotyczne z komiksu Van Hamme’a i Rosińskiego. Wyrwał je, bo bał się, że rodzice zabiorą mu komiks, kiedy zobaczą te fragmenty. Ja ograniczyłem się do trzymania Szninkiela na dnie mojej kolekcji, żeby nie rzucał się w oczy”. W późniejszych latach małolaty rozmawiały na przerwach o tym, ile razy ich tamagotchi zrobiło kupę, natomiast niecałą dekadę wcześniej tematem przewodnim był właśnie „Szninkiel“. Oczywiście wszystko za sprawą wiadomych scen, w których główny bohater dobierał się na przykład do swej ukochanej G’wel albo uprawiał całkiem widowiskowy – bo z użyciem magii – seks z Volgą Jasnowidzącą. Z klasowych rozmów wylewał się więc testosteron, a sufity szkół pękały od nadmiernego libido. Poza tym – co wspomina Tomasz Leśniak – „egzemplarze Szninkiela szybko zaczęły krążyć z rąk do rąk, a dyskusje o kilkustronicowych scenach erotycznych zdominowały na jakiś czas rozmowy na przerwach”. Koleżeństwo górą! Każdy chciał przeczytać komiks Van Hamme’a i Rosińskiego, więc posiadający go wybrańcy dzielili się z resztą. Zdarzało się jednak, że właściciel otrzymywał z powrotem dzieło w dość nadszarpniętym stanie, nad czym ubolewa Piotr Nowacki: „Bardzo szybko po osiedlu poszła fama o posiadanym przeze mnie rarytasie i mój egzemplarz przechodził z rąk do rąk. Kiedy do mnie wrócił, był już w fatalnym stanie, a najbardziej zużyta była strona z Volgą”. Te pierwsze, mocno wyeksploatowane egzemplarze po jakimś czasie ustąpiły miejsca nowym, gdy w 2001 roku wydawnictwo Egmont wypuściło kolorową reedycję (pierwowzór był w pięknej czerni i bieli). Komiks

Główni bohaterowie: szninkiel J’on i trzech nieśmiertelnych, Jargot, Zambria i Barr-Finda

znalazł nowych nabywców, lecz rynek był już inny – czyli fanów nie przybyło. Poza tym starzy weterani uznali barwną wersję za niegodną, bo ta kłóciła się z ich wspomnieniami i sentymentem. Na szczęście wychodząca właśnie najnowsza reedycja „Szninkiela“ powraca do korzeni i zachwyca poziomem wydania. Twarda oprawa, mnóstwo dodatków i edycyjnych fajerwerków sprawia, że to komiksowe dzieło wreszcie doczekało się odpowiedniej oprawy. I choć sama treść i te niegdyś szokujące obrazy nie robią

już dzisiaj takiego wrażenia, to „Szninkiel“ w dalszym ciągu zachwyca warstwą graficzną, przeraża kilkoma aktualnymi prawdami o człowieku i ekscytuje doskonale budowanym napięciem erotycznym pomiędzy głównymi bohaterami. Jednak przede wszystkim sprawia, że wracają wspomnienia i emocje, które towarzyszyły temu pierwszemu spotkaniu. Spotkaniu, po którym nie tylko wielu młodych ludzi poczuło się dojrzale, ale i dojrzałe – w ich oczach – stało się medium komiksowe.

29

komiks

K


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

to co? tekst |ADAM KRUK

Jak kultura konsumpcyjna obrzydza święta? Boże Narodzenie poddano terrorowi logotypów

w ramach ruchu oporu musieli narodzić się antymikołajowie. mało tego: tacy obecni byli zawsze. trudniej im tylko się przebić. hiro free wyzwala z opresji tłuściocha w czerwonym futrze. wspieramy świąteczną opozycję!

ilustracje |marla nowakówna

Wchłonięcie świąt Bożego Narodzenia przez kulturę konsumpcyjną upowszechniło jeden dominujący wizerunek Świętego Mikołaja przynoszącego prezenty – to stary, gruby dziad z długą siwą brodą i wiecznym uśmiechem na twarzy. Ale walka o obrazy trwa, a popkultura jest usposobiona demokratycznie, zostawia więc miejsce i dla innych świątecznych stworów.

Jeśli nawet Świętego Mikołaja nie obrzydziło rozczarowanie jego nieistnieniem ani cukierkowaci rodzice przebierający się w śmieszne czerwone ciuchy i doklejający sobie sztuczne brody, to skutecznie zrobiła to Coca-Cola. Koncern ten już niemal po Wielkanocy zaczyna lansować wizerunek Santa Clausa, gdzie tylko się da: w telewizji, na plakatach i plastikowych butelkach rozkładających się przez tysiące lat. Takie butelki w zamiejskich sklepach o mniejszych obrotach straszą zresztą okrągły rok. Nic tak nie drażni jak narzucanie wzorców uniwersalnych – bez względu na to, czy mowa o modelu urody, stylu życia czy promowaniu nachalnych ikon. Jak jednak bronić się przed przemocą symboliczną? W ramach ruchu oporu (czy też prostych praktyk antymonopolistycznych) musieli narodzić się antymikołajowie. Mało tego: tacy obecni byli zawsze, jeszcze zanim dziad w brodzie i czerwonej czapce zaczął straszyć na każdym rogu. Trudniej im tylko przebić się w przestrzeni medialnej. Jako że HIRO Free chce stać na straży wartości demokratycznych, nie pozwolimy, by jeden syty typ zdominował całe święta. Dlatego prezentujemy alternatywne symbole świąt.

ZAWSZE NIECH BĘDZIE SŁOŃCE Przed erą świętego Mikołaja, przed erą Chrystusa nawet, czczono po prostu przyrodę, a pod koniec grudnia, w czasie zimowego przesilenia, świętowano na cześć Słońca, które od tego momentu wydłuża swoją obecność. Symbolika chrześcijańska została nałożona na ten czas wiele później, podobnie jak na inne momenty zmian pór roku (powitanie lata stało się nocą świętojańską, a na wiosnę nałożono Wielkanoc). Starożytny kult Słońca zachował się do dziś w formie choinki (pogańskie drzewko Yule), na której umieszczane są symbolizujące je lampki. Wypatrywanie pierwszej gwiazdki, sylwestrowe iluminacje czy zapalanie świec na wigilijnym stole – wszystko to odsyła do druidycznych rytuałów na cześć Słońca. W mitologii nordyckiej koniec grudnia należał do Thora – boga światła i piorunów, w starożytnym Rzymie odbywały się w tym czasie Saturnalia, podczas których nawet niewolnicy nie musieli pracować, a głowom rodzin składało się woskowe świece i gliniane figurki. Różne ludy czciły przesilenie inaczej, ale sens pozostawał jeden – od tego momentu dzień będzie się wydłużał, a Słońce świecić będzie jaśniej. ROSYJSKI GWIAZDOR W XX wieku, gdy zapadła żelazna kurtyna, głównym konkurentem dla wyobrażeń chrześcijańskich i kapitalistycznych stał się Dziadek Mróz – komunistyczny pupil, który wciąż cieszy się niezagrożoną pozycją u naszych wschodnich sąsiadów. Jego żoną jest Starucha Zima,

30

zjawisko

K Z


Święty Mikołaj ma przerąbane. Wszędzie renifery i śnieżynki

alternatywą dla cukierkowatego dziada jest wredna baba. kobiety jednak mniej kojarzą się ze świętami. jedyną damą, która siłą swojego chłodu mogłaby zmieść śmiejącego się do rozpuku dziada jest królowa śniegu

a wnuczką – Śnieżynka. Dziadek Mróz miał oswajać nie tylko ludy tundry i tajgi, ale i te zamieszkujące tereny przed Uralem, z nieludzkimi temperaturami i srogimi warunkami życia. Jednocześnie miał być bardziej demokratyczny, nie odwołując się do symboliki opresyjnej religii. System, który hołubił Dziadka Mroza, okazał się jednak równie opresyjny, więc wiele narodów, gdy tylko mogły wybierać, odrzuciło go na rzecz kuzyna z Ameryki. ZŁY MIKOŁAJ W dobie mediokracji dystans geograficzny nie ma już znaczenia i trzeba stanąć do otwartej walki – jak Obcy z Predatorem, Batman z Jokerem czy Luc Skywalker z Darthem Vaderem. Najbardziej znanym antagonistą Mikołaja jest Grinch. Zielony, owłosiony potwór, który wiecznie chce komuś popsuć zabawę, zapowiedział: „Świąt nie będzie!”. Choć dzielnie walczy od 1957 roku, kiedy to pojawił się po raz pierwszy w książeczce dla

dzieci Dr. Seussa, a niedawno wizerunku użyczył mu nawet Jim Carrey, wciąż nie może wygrać walki z armią zadowolonych z siebie Santa Clausów. Należy pochwalić go jednak już za samo rzucenie rękawicy monopoliście. Mikołaj też potrafi być złośliwy. W filmie „Zły Mikołaj” Billy Bob Thorton chlał na umór, kradł i generalnie nie wpisywał się w bożonarodzeniowy klimat. Szczęśliwych świąt nie miał też corocznie przypominany w polskiej telewizji Kevin (Macaulay Culkin) z filmu Chrisa Columbusa. Nie dość, że został sam w domu, to jeszcze bandziorzy próbowali zrobić mu krzywdę i obrabować. Wyszło inaczej. Tradycja złych świąt jest długa. Anglosasi mają Dickensowską „Opowieść wigilijną”, gdzie trzy duchy świąt nawiedzają oziębłego Scrooge’a, by przyprawić go o wyrzuty sumienia. Skandynawowie, wydając Hansa Christiana Andersena, dostali przy okazji „Dziewczynkę z zapałkami”. Tytułowa postać – sierota marznąca podczas sprzedaży świecących kawałków drewna – zagląda szczęśliwym rodzinom w okna, w których iskrzą się wybujałe choinki, i na koniec umiera z zimna. Okrutne, prawda?

31

zjawisko

Z


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

zielony, owłosiony potwór, który wiecznie chce popsuć komuś zabawę, zapowiedział: „świąt nie będzie!”. należy pochwalić go za rzucenie rękawicy monopoliście

Walka trwa. Dobro kontra zło, Batman kontra Joker, Luc Skywalker kontra Darth Vader, Mikołaj kontra Grinch. Obstawiamy?

ŚNIEGOWE KULE Większe od Grincha szanse w nierównej walce o świąteczną symbolikę ma już Bałwanek. Śniegowy stwór jest może nieco głupkowaty, ale pozostaje największym konkurentem Mikołaja w liczbie reprodukcji na papierach do pakowania prezentów, świecach i bzdurnych figurkach. Bałwanków jest cała masa: swego czasu popularna była kreskówka o Boulim, a w sklepach spożywczych zalegają tony bałwanków z czekolady. Najfajniejszy jest jednak taki, którego można ulepić ze śniegu samodzielnie, wcisnąć mu marchewę i nałożyć dziurawy garnek. Smutną właściwością takiego bałwana jest jednak to, że później się topi, a także narażony bywa na atak wrednych dzieciaków, gotowych dla zabawy zniweczyć efekt naszej pacy. Ale gra jest warta świeczki, bo można przez chwilę poczuć się artystą. Bałwan ma też tę przewagę nad Mikołajem, że jest bliżej natury i promuje metodę „zrób to sam” (DIY – esencja punk rocka). Ale kibicować należy nawet jego rysunkowym czy czekoladowym wersjom, choćby nie wiem jak nas wkurzały głupawym wyrazem twarzy i nędzą w imitowaniu człowieka. Dokładnie tak, jak kibicujemy Yahoo w beznadziejnej konkurencji z monopolistycznymi praktykami Windowsa. BABY JAGI Inną alternatywą dla cukierkowatego dziada jest wredna baba. We Włoszech tradycja mówi, że prezenty przynosi nie Mikołaj, a Befana – dobra wiedźma, która gubiąc się, nie zdążyła na powitanie Chrystusa (dotarło

tylko trzech króli). Od tego czasu Befana lata na miotle, zostawiając dzieciom prezenty, na wypadek gdyby dziecko okazało się Jezusem. We Francji podobną funkcję spełnia dobra wróżka Abonde, która przynosi prezenty w Nowy Rok. Jednak już w Niemczech, gdzie klimat jest surowszy, a ludzie mniej ogorzali i naiwni, w święta przylatuje Berta – wiedźma z wielkim nosem i jeszcze większymi stopami, którą w imię pruskiego wychowania straszy się niegrzeczne dzieci. Kobiety wciąż jednak mniej kojarzą się ze świętami niż Mikołaj, ale może robią to z premedytacją, bo co to za przyjemność przemierzać tysiące kilometrów, przeciskać się przez kominy i lać dzieciaki rózgą. Jedyną damą, która siłą swojego chłodu mogłaby zmieść z powierzchni ziemi śmiejącego się do rozpuku dziada, jest – by wrócić jeszcze do Andersena – Królowa Śniegu. Tajemnicza, majętna kobieta uprowadzająca dzieci do swego lodowego pałacu roztacza wszeteczny urok niepozbawiony seksapilu. Gdyby w wersji filmowej zagrała ją Catherine Deneuve, na pewno symbolika świąt stałaby się bardziej równościowa, a jeśli pomysł ten przechwyciłaby Pepsi.Co, historia świątecznej popkultury mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.

32

zjawisko

K Z


Cicha noc, śnięta noc tekst | Jan Mirosław

foto | Materiały promocyjne

Dojna krowa przemysłu płytowego, Boże Narodzenie. Taśmowy ubój świątecznych melodii to masowa zbrodnia, która rok w rok odbywa się na naszych uszach. A jednak czasem trafi się prawdziwie krwisty kawałek, który zamienia Wigilię w sytą ucztę. Oto Top 10 alternatywnego świętowania. James Brown „Santa Claus, Go Straight to the Ghetto” Ojciec chrzestny soulu nie dał się poznać jako szczególnie moralny chrześcijanin. Dwukrotnie skazany na trzyletnie odsiadki, oskarżany o gwałt, napaść i przemoc domową. Zbir, jakich mało. Także w muzyce. Nic dziwnego, że jego wersja kolędowania to czysty funk podszyty politycznym przesłaniem. Sufjan Stevens „That Was the Worst Christmas Ever” Kim byłby Sufjan, gdyby Bożego Narodzenia nie zamienił w kolejny festiwal neurotyzmu? (Damienem Rice’em, ale mniejsza o to.) Zamiast z uśmiechem dopychać karpika makowcem, wrażliwiec woli rozpamiętywać nieprzyjemne strony rodzinnych zgromadzeń. Tata krzyczy? Siostra ma dosyć? Wszyscy udają? Gratulacje, twoja rodzina nie różni się od innych. The Knife „Christmas Reindeer” Szwedzkie rodzeństwo Anderssonów najwyraźniej dość szybko przestało wierzyć w świętego Mikołaja: wspomnienie o świętach jest mroczną fantasmagorią ze szczekającym reniferem w roli głównej. Północny sceptycyzm naznaczony niedopowiedzianą traumą tworzy podkład jednego z najbardziej niepokojących nagrań The Knife. Te dzieci nie dorastały w Bullerbyn. Miara psychodelii: Warszawa występuje w tekście jako odległe miejsce na południu! The Waitresses „Christmas Wrapping” Nowofalowy klasyk pouczający o korzyściach z samotnego dekowania się z pustą lodówką. Nigdy nie wiesz, kogo spotkasz w kolejce, gdy głód zagna cię w końcu do nocnego. Oryginalną intencję hymnu wypaczyła nieco okropna wersja nagrana przez Spice Girls do reklamy Tesco, ale to było zanim zamknięto hipermarkety na święta. Saint-Étienne feat. Chris Burgess „I Was Born on Christmas Day” Patroni tanecznego indie popu pamiętali, że 25 grudnia to urodziny. Pomylili tylko jubilata. Żeby tak się wepchać przed Jezusa, trzeba mieć naprawdę dobre samopoczucie, ale to akurat niezbyt trudne, gdy ma się na podorędziu durnowato pozytywną muzykę.

Run D.M.C. „Christmas in Hollis” Kto nawet na pasterkę zakłada oldschoolowe adiki, ten zagustuje w pierwszej hiphopowej kolędzie. Legendarny skład rymuje o świętach w Queens: to taki specjalny wieczór, kiedy nie kradniesz portfela Sancie. „Wigilijna opowieść” w wersji getto? To mogło się udać tylko mistrzom.

The Killers „Don’t Shoot Me Santa” Chłopcy wychowani w Las Vegas musieli wynieść z domu osobliwą wizję świątecznego patosu. Mikołaj jako szeryf mściciel przychodzący po małego mordercę? Proszę bardzo. Pierwszy z serii przewrotnych, charytatywnych singli, którymi Brandon Flowers i spółka co roku potwierdzają swoje miejsce w panteonie tragikomicznych błaznów popkultury.

My Chemical Romance „All I Want for Christmas Is You” Bogowie emo sięgający po Świętego Graala hipermarketowych radiowęzłów? To było do przewidzenia. W końcu Mariah Carey to w głębi duszy prawdziwa punkówa, nie? No, może nie. Co nie znaczy, że nie udało jej się napisać energetycznego kawałka, który odarty z plastikowej produkcji zachowuje moc muzycznej bateryjki. Oryginał z powodzeniem napędza ruch między półkami z majonezem. Cover stawia na nogi, gdy przedawkujecie sałatkę.

Bing Crosby & David Bowie „Little Drummer Boy” Jeśli ktoś chce wierzyć w zasypującą podziały moc świątecznej aury, to doszuka się jej w surrealistycznym duecie idola konserwy z Ziggym Stardustem. Crosby, znany z nieśmiertelnego „White Christmas”, wyciągnął rękę do Bowiego, gdy ten szukał ucieczki od wizerunku androginicznego kosmity. Bowie odwdzięczył się słabo, pomstując na wybór piosenki i wymagając dopisania do niej osobnej partii. Na Marsie nie uczą dobrych manier.

The Pogues „Fairytale of New York” Matka wszystkich alternatywnych piosenek świątecznych to gorzka opowieść aresztowanego w Nowym Jorku Irlandczyka, który w celi rozpamiętuje swoje życiowe przegrane. Picie, ćpanie, związek w rozsypce – i jeszcze ten irytujący Sinatra atakujący z każdego głośnika! Pamięć o utraconym szczęściu nigdy nie boli bardziej, niż kiedy śpiewa o nim wygnaniec z Zielonej Wyspy. Byle nie Bono.

33

Sufjan Stevens bardzo lubi Boże Narodzenie – co widać na zdjęciu wyżej i słychać w dyskografii. Stevens nagrał aż pięć świątecznych EP-ek, które trafiły do ekskluzywnego boxu „Songs for Christmas”. Bo przecież święta polegają na dzieleniu się. Oraz na sprzedaży płyt, zwłaszcza tych elegancko wydanych

MUZYKA


20 lat Reebok Pump

HIRO PROMUJE

pumpy 20 lat temu wymyślił strażak, paul litchfield. pomysł zrodził się z prostej i oczywistej prawdy: nikt nie jest doskonały. a dokładniej: na pewno nie człowiek, bo co innego to technologicznie innowacyjne obuwie. stopa stopie nierówna, a komfort to podstawa. buty reebok pump miały być antidotum na asymetrię ludzkiego ciała. okazały się marketingowym strzałem w dziesiątkę, dyktując warunki w modzie sportowej przez kolejne dwie dekady


hej, hej, tu nba. pumpy pod strzechy wprowadzili koszykarze. ale dziś szaleństwo na buty z pompką w języku to szaleństwo globalne. i elitarne, bo reebok lubi wypuszczać modele limitowane, w tym takie modowo prestiżowe jak pumpy pod szyldem chanel z 1994 roku. z kolei w ramach akcji urodzinowej i we współpracy z 20 kultowymi butikami przygotowano pierwszą wersję pumpa. w polsce pojawi się reebok pump aerobic lite mid, kobiecy i retro. 100 lat od hiro free!


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

PARA

NIE DO PARY? tekst |Angelika Kucińska

foto |Materiały promocyjne

Duet inspirowany. Bo sugerowany przez wydawcę. I duet inspirujący – bo na przecięciu dwóch światów, którym tylko pozornie nie po drodze, powstała jedna z najlepszych krajowych popowych produkcji tego roku. Gaba Kulka i Konrad Kucz opowiadają o ich „Sleepwalk”.

Kulka, Kucz i konik, z drzewa koń na biegunach

Skąd pomysł na duet? Konrad Kucz: Miałem przygotowany materiał – typowy ambient, stojące dźwięki, minimal. Wydawca poprosił mnie, żebym tę gotową muzykę czymś okrasił, ożywił. Stopniowo dodawałem instrumenty, urytmiczniłem to trochę, pojawiła się melodia. W pewnym momencie wydawca zasugerował dodanie wokalu w wybranych utworach, może przynajmniej w jednym. Znalazłem stronę internetową Gaby, gdzie było napisane, że Gaba chętnie nawiąże współpracę z różnymi muzykami… Gaba Kulka: A to jest akurat bardzo zabawne. Wiesz, jak to było, Konrad? Ja chętnie nawiążę współpracę, ale chodziło mi o koncerty – o moje własne koncerty. Ale to dobrze, że zinterpretowałeś to tak, jak zinterpretowałeś. Co potem? Konrad: Pierwsze kontakty z Gabą odbywały się drogą mailową, po czym okazało się, że mieszkamy blisko siebie. Gaba: To prawda, mieszkamy niedaleko, ale materiał na płytę i tak robiliśmy osobno, bo każde z nas było od zawsze przyzwyczajone do pracy samotnie. Ja jeszcze wtedy nie nagrywałam z zespołem. Mimo tych czterech przystanków tramwajem, które nas dzielą, pracowaliśmy osobno i przesyłaliśmy piosenki mailem.

A ty się tak łatwo dałeś przekonać, żeby ambient zamienić w piosenki? Konrad: W zasadzie, kiedy dostałam pierwszą piosenkę, w której Gaba umieściła wszystkie warstwy wokalu po chórek, postanowiłem, że chcę jeszcze. Gaba: Zresztą działalność Konrada zawsze była dwutorowa. Konrad przecież pisał piosenki dla innych wokalistek. To nie jest jakieś wyjątkowe odstępstwo. Nie było zderzenia dwóch kompletnie różnych pomysłów na robienie muzyki? Gaba: Nie było takich dyskusji, że ja ciągnęłam na przykład bardziej w stronę piosenek, bo to jest to, co znam. Doskonale się rozumieliśmy i w tych bardziej transowych numerach, bardzo mi na nich zależało. Konrad: Świetnie nam się pracowało. Ja coś czasem sugerowałem, Gaba się do tych moich sugestii odnosiła. Gaba ma dar przekonywania, więc jeśli nie miałem racji, umiała mi ten zły pomysł wyperswadować. Gaba: I nawzajem. My nie jesteśmy może bardzo szybcy w podejmowaniu decyzji, ale to ma też pozytywne strony. Każde z nas miało czas na zastanowienie się, więc wszystko jest na tej płycie przemyślane. Nie było szybkich, więc też radykalnych decyzji – to mi się podoba, a to na pewno nie. Może dlatego ten album powstawał wieczność. Konrad: Ze dwa lata chyba? Gaba: Półtora roku. I nie cały czas pracowaliśmy w tym samym tempie. Na początku zrobiliśmy takie wersje, które nam się wydawały prawie skończone. Ale okazało się, że na ostatnim etapie, kiedy pojawił się Bogdan Kondracki, materiał wykonał jeszcze gigantyczny skok naprzód. I to skok stylistyczny. Konrad: Tak, materiał nabrał niezmiernie dużo życia. Nie był taki elektroniczny, nie był taki w stylu 4AD.

38

muzyka


Bo do tanga trzeba dwojga? Ta nauka w las nie poszła, Kucz i Kulka to znakomicie dobrany duet

Gaba: Bogdan dodał dużo ciepła, dużo akustycznych brzmień. Tu też była dyskusja. Już kończyliśmy, więc wiadomo, że iskry leciały. Ale teraz widzimy, że wszystko było po coś. I wyszła filmowa, plastyczna płyta. Gaba: Filmowa, plastyczna – wszystko się zgadza. Bo my plastycy jesteśmy. Konrad: Z tej samej uczelni. Czyli dźwięk inspirowany obrazem – jak najbardziej tak? Konrad: Zależało nam, żeby złapać oryginalny sound. Dzisiaj trudno wymyślić coś nowego, ale chcieliśmy, żeby ten nasz materiał miał jakiś charakter. Gaba: Wydaje mi się, że nie powinniśmy przeć na oryginalność. Nigdy nie zdarzały się momenty, że mówiliśmy: „Zróbmy to jak…” i tu pojawiał się jakiś wykonawca, którego lubimy. Nie było takiego klimatu. Zawsze wszystko było skoncentrowane tylko na dźwiękach, które mieliśmy. Wiadomo, że ostateczny efekt można porównywać. Dla mnie tam jest trochę Amona Tobina. Ale fakt jest taki, że nazwisko Tobin nie padło między nami nawet raz przez te półtora roku nagrań. Konrad: A ja tak często mam, że zrobię jakiś projekt i ktoś mi mówi: „Słuchaj, to mi przypomina jakiegoś artystę”. I wymienia imię i nazwisko, które nic mi nie mówi. I ja nie wiem, o czym to świadczy. Ale potem słucham i jednak się okazuje, że faktycznie. A kto wprowadził wodewil? Wy, Bogdan? Konrad: Chciałem wniknąć w charakter Gaby. Gaba: No to dobrze odczytałeś, bo mnie kręcą takie klimaty. Wydaje mi się, że nawet wybierając podkłady, czułam, że mi to podsuwasz, bo będę wiedziała, co z tym zrobić. To takie wzajemne uzupełnianie się. Konrad: Największym przekleństwem współczesności jest sytuacja, w której jakiś producent jest odpowiedzialny za całość. On sobie wymyśli formę muzyczną i próbuje ją narzucić artystce, mimo że nie pasuje to do jej charakteru. Trzeba wnikać w osobowość. Gaba: Tylko wtedy jest komunikacja. W tych piosenkach było sporo tematów, których wcześniej nie próbowałam śpiewać. Nawet nie myślałam, że bym mogła. Fajnie, że przerzucamy się pomysłami, które mogłyby być dla nas obce.

Czyli jeszcze trochę edukacji? Konrad: Coś w tym jest. Ja się przyznam, że nie słucham za dużo z tych rzeczy, których słucha Gaba, nie kupiłbym tych płyt… Gaba: …więcej ci nie przegram! Konrad: Lubię nudy, ambient, elektronikę, ale pewnie ktoś powie, że w nie najlepszym guście, bo tę starą. Ale może to jest właśnie jakiś warunek, żeby tworzyć coś z dwóch przeciwnych biegunów. Gaba: Dla mnie ta współpraca była nowością też pod tym względem, że ja wcześniej nie dogrywałam wokali do gotowych podkładów niewymyślonych przeze mnie, więc dla mnie to było bardzo rozciągające muzycznie i umysłowo. Konrad: Ja miałem podobną sytuację z Futrem. Kasia Nowicka była dla mnie zupełnie innym światem, ona jest osobą zorientowaną na nowości. Ja jestem konserwatystą z natury i zamiłowania, lubię stare rzeczy. Ale dzięki kontaktom z takimi ludźmi jak Novika otworzyłem się na nową scenę. A jak projekt Kucz/Kulka zafunkcjonuje wśród rzeczy, które robicie regularnie? To jednorazowy wyskok? Myślicie o kontynuacji? Gaba: Nie zakładamy z góry ani jednego, ani drugiego. Jeśli nie będzie pomysłu, nie będziemy się zmuszać, bo koncepcja jest najważniejsza. Trzeba mieć pomysł na płytę.

ona – pianistka, wokalistka, kompozytorka. przed „sleepwalk” wydała trzy solowe płyty, pomagała też reni jusis przy jej „Iluzjonie” on – kompozytor i grafik. przed „sleepwalk” wydał kilkanaście płyt pod szyldami konrad kucz, futro i nemezis. jako plastyk pokazywał się w galeriach w całym kraju

39

muzyka


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Rafał

Skarżycki Huśtania jajek nauczyła mnie koleżanka tekst |anna serdiukow

foto |KAMILA kurkus

Ojciec „Jeża Jerzego” postanowił przyjrzeć się z bliska człowiekowi. W literackim debiucie portretuje współczesnych 30-latków – życiowych rozbitków. „Teleznowela” Rafała Skarżyckiego to satyra na serialową rzeczywistość oraz żartobliwa odsłona środowiska polskich komiksiarzy. Rafał, jesteś znany przede wszystkim jako współautor serii komiksowych „Jeż Jerzy” oraz „Tymek & Mistrz”. A tu nagle przeprowadzasz desant na terytorium wroga, czyli poważnej literatury, i debiutujesz powieścią „Teleznowela”! To jest dosyć pokrętna historia. Ja nie zacząłem pisać scenariuszy komiksowych ot, tak sobie, wcześniej miałem jakieś prozatorskie próby. Publikowałem opowiadania, na przykład w literackim magazynie „Fraza” czy w do-

datkach do gazet codziennych. Tak więc ta literatura zawsze gdzieś była, nie wzięła się znikąd. Ponieważ w pewnym momencie komiks stał się podstawową dziedziną mojej twórczości, nie miałem czasu, by porządnie o nią zadbać. A teraz pojawił się taki moment w związku z filmem, że paradoksalnie przestrzeni zrobiło się więcej. Gdy napisałem scenariusz do filmu „Jeż Jerzy”, naniosłem wszystkie niezbędne poprawki i ostateczna wersja została zaakceptowana, moja robota przy ekranizacji

18 40

książka

K


praktycznie się skończyła. Czas do premiery postanowiłem wykorzystać na powrót do literatury. Poza tym moje własne doświadczenia scenariuszowe nałożyły się na tę książkę – świat scenarzystów, o których piszę w „Teleznoweli”, to świat, który znam. Miłosz, główny bohater książki i scenarzysta telenowel, centralizuje wszystkie postaci. Ale on nie jest twoim alter ego? Miłosz z racji uprawianego zawodu tę rzeczywistość kreuje, przynajmniej chce kreować, nie tylko tę serialową, dlatego powiązany jest z każdym z trzech pozostałych bohaterów książki: Agatą, Julitą i Andrzejem. I fakt, nie jest moim alter ego. Ja mam inne priorytety życiowe i inne doświadczenia. W książce opisujesz problemy swoich rówieśników, którzy są kompletnie zagubieni i życiowo niepoukładani. To nie jest książka biograficzna, która spełniałaby funkcje terapeutyczne. Nie leczę się nią z żadnych kompleksów, dlatego postanowiłem nie pisać o sobie. Chciałem opisać zmagania człowieka w moim wieku, który czuje presję na wielu polach. 30-latek to nie jest monolit, cały czas ściera się ze światem. A poza tym pisanie o bohaterach, którzy są ułożeni, jest nudne – ile stron można przeczytać o kimś, komu wszystko się udaje i kto nie ma rozterek, wątpliwości? A w ogóle lubisz Miłosza? W jakiś sposób autor musi lubić wszystkie postaci. Gdybym ich nie lubił, miałbym ich za figurantów – żeby stali się czymś więcej, musiałem w każdym odnaleźć coś pozytywnego. Na pewno trudno jest lubić Julitę i Andrzeja, którzy są strasznie sterylni, ale pisząc o nich, zawiesiłem swoją niechęć. Ale oni bardziej wzbudzają współczucie i politowanie niż niechęć czy antypatię. Bo są strasznie dziecięcy i nieporadni w tym, co chcą zrobić. Tak bardzo chcą, że widać, że tu chodzi o coś więcej niż zwykłe posiadanie

dziecka. Uważam, że bez względu na wszystko trzeba lubić swoich bohaterów, przynajmniej jakiś aspekt ich osobowości. Nawet jeśli koniec końców to kanalie. Łatwo jest prawić morały, pastwić się nad postaciami – to jest proste, ale mało ciekawe. Jest w tym jakaś nieprzyjemna powierzchowność. Gdy jednak w takiej postaci znajdzie się coś dobrego i pozytywnego, łatwiej oraz lepiej można się do niej zbliżyć. Ona jest wtedy też prawdziwsza i pełniejsza, nie jest jednowymiarowa. Powiedziałeś, że dobrze poznałeś środowisko scenarzystów i producentów. Portretujesz ten świat – ktoś się rozpozna? Nie, raczej nie – wykorzystałem zdarzenia, które sam przeżyłem, jako rodzaj dokumentacji, ale raczej kompilując kilka w jedno, niż odwołując się do konkretnego. Każdy jednak może wyrobić sobie zdanie, jak to mniej więcej wygląda, na podstawie tego, co napisałem. Ale moja ambicją nie było pisanie całej prawdy o tym świecie. „Teleznowela” nie jest książką o serialach, tylko o współczesnych 30-latkach. Czyli obleśny i cyniczny – ale na swój przewrotny sposób także inteligentny oraz zabawny – producent Dżabba tak naprawdę nie istnieje? Dżabba jest wypadkową moich kontaktów z wieloma producentami. Ale ta postać jest taka, a nie inna nie tylko dlatego, że ukształtowałem ją z wielu bytów. Bardzo łatwo byłoby przecież zrobić takiego prostego, jednowymiarowego bohatera, który jest tylko cyniczny – głupka z kasą, który trzepie pieniądze na głupawych serialach – tylko że to nie będzie bohater, a marionetka. Dżabba choć zarabia pieniądze na rzeczach mało ambitnych, nie jest człowiekiem, który nie wie niczego o świecie. To jest istotna sprawa – patrząc na seriale, można dojść do wniosku, że robią je głupi ludzie. A to nieprawda. Często robią je z rozmysłem ludzie bardzo inteligentni, po prostu pieniądze są tutaj ważnym motywem. Chciałem więc pokazać, że inteligencję można wykorzystać w różny sposób. Bo nie jest ona ściśle związana z etyką – już tak górnolotnie mówiąc. Rozmowy Dżabby, a w zasadzie jego monologi, to są takie złote sentencje. Oczywiście obnażają charakter jego pracy, zmysł do manipulowania ludźmi, ale na pewno nie jest to człowiek głupi, tylko raczej pozbawiony skrupułów. Dżabba ładnie wpasował się nie tylko w mentora serialowego, ale też w mentora życia. Miłosz przejmuje wiele od niego, patrzy z dystansem, choć widzi również pozytywy życiowej postawy Dżabby. I znowu, daleko jestem od akceptacji świata według Dżabby, ale nie mogę nie zauważyć cynicznej błyskotliwości niektórych jego spostrzeżeń. A ciebie nie korci posada scenarzysty na stałe? Mam za sobą epizod pisania scenariuszy do serialu. Wiem, że serial też można zrobić w sposób niebanalny. Też może być ciekawym wyzwaniem dla pisarza. Nie miałbym oporów, żeby wejść w taką serialową strukturę.

rafał skarźycki, rocznik '77. znany przede wszystkim jako współtwórca serii komiksowych „Jeż jerzy” – o jeżu degeneracie – i „tymek & mistrz” – o nastoletnim czarodzieju (wszystko do spółki z rysownikiem tomaszem „lwem” leśniakiem). pisuje scenariusze filmowe i telewizyjne. właśnie zadebiutował pełnowymiarową powieścią „Teleznowela”

41

książka

K


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Rałał Skarżycki lubi opowiadać

To co sprawiło, że bycie scenarzystą stanowiło tylko epizod w twoim życiu? Serial nie miał oglądalności i został zdjęty z ramówki telewizyjnej. Tak się też złożyło, że potem przyszło pisanie scenariusza filmu i nie miałem czasu, żeby za pisaniem serialowym zatęsknić. Zrezygnowałbyś tak łatwo z komiksu na rzecz serialu? Miałam wrażenie, że komiks jest ci bliższy, tym bardziej że jesteś dużo łagodniejszy w opisywaniu środowiska komiksiarzy. Choć swoją drogą zastanawiałam się, czy… …wyprzedzając pytanie – nikt się nie obraził. Komiksiarze się rozpoznają i ten zabieg bardzo świadomie zastosowałem w książce. To jest taki wątek, w którym mogłem u każdej z postaci skupić się na charakterystycznych cechach, nawet nieco je wyolbrzymiając. Ponadto stwierdziłem, że jest to ciekawe środowisko. Chciałem na nie wskazać także dlatego, że komiks wiele mi dał. Ileś lat publikowania komiksów to było też ileś lat doświadczeń i spotykania tych ludzi. Chciałem pokazać ich nie ze złośliwością, ale z dużą dozą sympatii, ukazując ich wielobarwność. Co cię w tym wielobarwnym środowisku najbardziej pociągało, kiedy zaczynałeś tworzyć komiksy? Na pewno nie samo środowisko, którego jeszcze nie znałem. Po prostu narysowałem komiks – ale zrobiłem to, nie wiedząc, że rysowanie jest moim powołaniem. Miałem to szczęście, że znałem Tomka Leśniaka. On mi ten komiks przerysował – to był „Jeż Jerzy”. Robiąc kolejne komiksy, poznawałem kolejnych ludzi – którzy zawsze mieli coś ciekawego do powiedzenia, nie tylko o komiksie. pierwsze infomacje o animowanej ekranizacji przygód jeża jerzego, beztroskiego hulaki i notorycznego playboya, pojawiły się już rok temu. prace trwają. na razie wiadomo, że głosu głównej postaci użyczy borys szyc, a obok niego będzie można usłyszeć marię peszek i sokoła. premiera filmu jesienią 2010 roku

I nie tylko o broni – dokładnie tak jak w „Teleznoweli”? Nie tylko, choć dla mnie akurat to jest niezwykle fascynujące, bo ja na broni czy na samochodach się nie znam. A tu są osoby, które potrafią to z detalami narysować i z pasją o tych detalach opowiadać. Ta scena w windzie, kiedy przy Miłoszu dwóch komiksiarzy wyciąga broń, wydarzyła się naprawdę. Tak jak Miłosz jechałem windą i nagle dwóch współtowarzyszy podróży wyciągnęło swoje pukawki.

Zareagowałeś tak jak Miłosz? Nie, bo ich znałem. Ale zastanawiałem się, co by było, gdyby jechał z nami ktoś, kto ich nie zna. Język „Teleznoweli” jest żywy i dowcipny, nie szeleści papierem. Swoich bohaterów zaopatrzyłeś w całą masę fajnych stwierdzeń – poczynając od mojego ulubionego huśtania jajek. Jest bezpretensjonalnie i śmiesznie, ale nie wulgarnie. Zasłyszane czy wymyślone? Różnie bywa. Elementem niezbędnym w mojej pracy jest notatnik, z którym się nie rozstaję. Przysłuchuję się uważnie temu, jak ludzie mówią. Czasem jest tak, że powiedzenia, które wykorzystuję w książce, to są hybrydy, które powstały ze sformułowań kilku osób. Akurat huśtania jajek nauczyła mnie koleżanka. „Teleznowelę” możemy od października kupić w księgarni. Kiedy zobaczymy filmową wersję „Jeża Jerzego”? Będzie trzeba jeszcze trochę poczekać – rok. Rok? Jak to rok, dlaczego rok? Co z nami, co z fanami, dlaczego tak długo? Animowanie strasznie długo trwa – zespół animatorów tworzy minutę filmu w tydzień. Film będzie miał 90 minut. W tym momencie jest gotowa ponad połowa filmu, obraz powinien być skończony do czerwca, potem nastąpi postprodukcja – udźwiękowienie, montaż. Premiera w październiku 2010 roku. Ekranizacja „Jeża Jerzego” to nie jest twój pierwszy kontakt z filmem. Był epizod z serialem, ale napisałeś także nagrodzony na Festiwalu Interscenario 2008 scenariusz „Złe nowiny”. Od dłuższego czasu pracuję w telewizji, wspólnie z Tomkiem robiliśmy także krótkie filmiki dla HBO. Zrobiliśmy ich sporo. Jeśli chodzi o scenariusz „Złych nowin” – wciąż leży u mnie na biurku. Droga od nagrody do ewentualnej realizacji jest długa. Wciąż go zmieniam, teraz nie podoba mi się tak bardzo jak rok temu. Za jakiś czas postaram się kogoś nim zainteresować. Film, komiks, literatura – co jest ci najbliższe? Literatura. Słowa są narzędziem, na którym wszystko się zaczyna i kończy. Pisząc scenariusz czy komiks, trzeba pamiętać, że słowa są po to, by powstał obraz albo rysunek. Podoba mi się, jak działalność na różnych polach łączy Neil Gaiman (scenarzysta, pisarz, publicysta, współautor „Sandmana” – przyp. red.). Z mojego punktu widzenia opowiadanie historii jest najważniejsze. Szukam więc sposobów, by robić to jak najlepiej. Fabuła wybiera formę – dlatego patrzę, w czym to, co chcę opowiedzieć, sprawdzi się najlepiej. Na pewno nie chcę się ograniczać wyłącznie do literatury, komiksu czy filmu. Po prostu chcę opowiadać historie.

Pełnej wersji rozmowy z Rafałem Skarźyckim

szukaj na www.hiro.pl

18 42 34

książka ZJAWISKO

K Z


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

COŚ

WŁASNEGO tekst | Angelika Kucińska

asymetrię interpretuję w zmysłowy, kobiecy sposób, przywołując surrealistyczną modę z lat 20., 30. i 40. ubiegłego wieku

foto | zeb daemen

Stylowe, wyraziste, trochę surrealne retro inspirowane klasyką kina. Taką kolekcją Helena Lumelsky, znana do tej pory jako połowa designerskiego duetu stojącego za odzieżowym szyldem Stereotypes, rozpoczyna działalność w pojedynkę.

„Moja nowa kolekcja to modowy wehikuł czasu – do epoki surowego kina noir. Bawię się estetyką ubrań z czarno-białych filmów, kiedy to nie kolor był głównym narzędziem eksponowania sylwetki, a kontrast. Stąd w moich projektach elementy ewidentnie wybijające się – kołnierze uformowane na kształt ludzkich dłoni, poduszki na ramiona widoczne spod przezroczystej bluzki. To one przydają sylwetce charakteru, ale spokojnie – ubrania są wykonane tak, żeby nie torturować noszącego. Asymetrię interpretuję w zmysłowy, kobiecy sposób, przywołując tym samym surrealistyczną modę z lat 20., 30. i 40. ubiegłego wieku” – mówi HIRO Free Helena Lumelsky, najgorętsze w tej chwili nazwisko europejskiej mody. Lumelsky jest absolwentką wydziału projektowania ubioru na Royal Academy w Antwerpii i współautorką obsypanej prestiżowymi branżowymi nagrodami marki Stereotypes. Jesienno-zimową kolekcją debiutuje jako niezależna, samodzielna projektantka. Skąd zainteresowanie modą po drugiej, smutniejszej stronie żelaznej kurtyny? Choć dziś Lumelsky mieszka w Belgii, urodziła się i dorastała w byłym Związku Radzieckim. „Dokładnie w Sewastopolu. Modą zainteresowała mnie dziergająca i wiecznie szyjąca coś mama. Lubiłam, jak się wtedy ubierała, doskonale pamiętam te ciuchy. I stare magazyny modowe z lat 40., 50., 60. – zbierała je latami. Ja zaczęłam szyć dla siebie, mając 14 lat. Poza tym chodziłam do szkoły plastycznej i byłam stażystką w teatrze, gdzie pomagałam garderobianej” – wspomina. Wyjazd do szkoły w Belgii katapultował karierę Lumelsky, zresztą ona sama niespecjalnie entuzjastycznie przygląda się współczesnej moskiewskiej modzie. „Tamtejszym projektantom wciąż daleko do kreowania trendów na międzynarodowych wybiegach. Ich kolekcje są jedynie odpowiedzą na potrzeby i wymagania lokalnych celebrytów. Pewnie upłynie jeszcze sporo czasu, zanim stworzą coś na tyle wiarygodnego i własnego, by wstrząsnęło światową branżą – jak niegdyś udało się to Japończykom i Belgom”. I Helenie Lumelsky.

44

moda

M


kolekcja lumelsky to hołd dla demonicznych ikon kina noir


rosyjskim projektantom wciąż daleko do kreowania trendów na międzynarodowych wybiegach. ich kolekcje są jedynie odpowiedzią na potrzeby i wymagania lokalnych celebrytów. ta rosyjska estetyka jest dziwacznym miksem europejskich i azjatyckich gustów – co można naturalnie wytłumaczyć położeniem geograficznym. pewnie upłynie jeszcze sporo czasu, zanim rosjanie stworzą coś na tyle wiarygodnego i własnego, by wstrząsnęło światową branżą – jak niegdyś udało się to japończykom i belgom

Helena Lumelsky dla HIRO Free: Pierwsze doświadczenie modowe: odkrycie „Burdy Modern” Ikona stylu: Annie Lennox, Marlena Dietrich, Skin Ulubiony(-a) projektant(ka): Azzedine Alaia Rzecz, której nigdy nie mogłabym mieć na sobie: tatuaż

Gdybym nie robiła tego, co robię, to: reżyserowałabym filmy lub pisała scenariusze

46

moda

M


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

tekst |Michał Karpa

mijający rok w młodym polskim kinie należał do niej. Z Gdyni wróciła z wyróżnieniem za „ambitny i bardzo udany portret trzech pokoleń współczesnej Polski”, a z Koszalina – z Małym Jantarem za najlepszą fabułę w Konkursie Filmów Krótkometrażowych. A to dopiero początek. Jeśli chcecie trzymać rękę na filmowym pulsie, musicie wiedzieć, kim jest Barbara Białowąs. Jak oceniasz produkcje, które pojawiły się w polskim kinie w ostatnim roku? Czy patrząc na nagrodzone w Gdyni obrazy, możemy mówić o przełamaniu jakiegoś fatum? Krzysztof Krauze, przewodniczący jury, zachwycał się poziomem konkursowych filmów. „Rewers” Lankosza, „Dom zły” Smarzowskiego, „Wojna polsko-ruska” Żuławskiego... Myślę, że nad polskim kinem nie wisi żadne fatum. Od lat produkujemy rewelacyjne filmy, ale brak spektakularnych sukcesów międzynarodowych powoduje, że polski widz rości sobie niczym nieuzasadnione prawo do stwierdzania, że jest źle. A najczęściej tych filmów nawet nie ogląda, bo polska krytyka skutecznie go do tego zniechęca. Ja uważam, że jest dobrze, zawodzą nasi dystrybutorzy, którym – z bardzo różnych powodów – nie zależy na sprzedaży filmu za granicą. Trzy lata temu na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych wszyscy też mówili, że to wyjątkowa rok, że polskie kino się odrodziło. A jak potem zabrakło prestiżowych zagranicznych nagród, ci sami ludzie narzekali, że „nasza kinematografia to jednak gniot”. W jednym z felietonów Bronisław Wildstein napisał: „W kinie zespół starych reżyserów, których polityczno-biznesowe układy sięgają PRL-u, zablokował szanse młodym, którym z rzadka udaje się przebić. Można się obawiać, że Polski Instytut Sztuki Filmowej będzie służył utrwaleniu obecnego, chorego kształtu polskiego kina”. Jak to skomentujesz? Zawód artysty jest o tyle specyficzny, że nie ma określonego wieku emerytalnego. Jeśli starsi twórcy ciągle mają coś do powiedzenia, nie widzę powodu, żeby spychać ich na margines. Wyobrażasz sobie, że nagle zakazujemy Wajdzie kręcić filmy i nie powstaje doskonały „Tatarak”? W normalnym kraju sztukę robią różne pokolenia artystów. I zyskuje na tym nie tylko ona sama, ale też jej odbiorcy, bo jest różnorodność. A dziwne układy i kumoterstwo nie powinny na to wpływać. Wolny rynek prędzej czy później wyeliminuje takie przypadki. Taką mam przynajmniej nadzieję...

foto |jolanta laitl

W „Rewersie” Lankosza zagrała Agata Buzek, która pięć lat temu wystąpiła w twojej etiudzie „Ewka, skacz!”. Jak oceniasz jej aktorski rozwój? Nawet nie ośmielam się tego robić. Kiedy Agata grała w „Ewce...”, to ja mogłam się od niej uczyć, a nie odwrotnie. Ona już wtedy miała olbrzymie doświadczenie zawodowe, ja byłam studentką zachwyconą jej umiejętnościami. A to, co pokazała w „Rewersie”, jest po prostu mistrzostwem świata. Gratuluję jej totalnie. Uwielbiam aktorki, które nie boją się dla roli zbrzydzić – jak zrobiła to właśnie Agata. Bo często jest tak, że w teorii dziewczyny mają wielkie chęci, ale jak przychodzi co do czego, pojawiają się problemy. Moim zdaniem to oznacza, że minęły się z powołaniem. Zostańmy jeszcze przez chwilę przy twoich starszych projektach. W ramach programu „Rosja – Polska. Nowe spojrzenie” nakręciłaś „Moskiewską żonę”. Zamierzasz w przyszłości wrócić do dokumentu? Uwielbiam pracę nad dokumentem. To zupełnie inna robota niż przy fabule. Jednak jakoś tak się w branży przyjęło, że to fabuła jest tym high level w pracy reżyserskiej, więc wielu twórców często porzuca dokument. W tej chwili podobnie jest w moim przypadku, ale marzę, chcę i na pewno zrobię film dokumentalny, bo dobrze się w tej formie czuję i mam już parę pomysłów. Na razie pracujesz nad swoim nowym pełnometrażowym debiutem. Możesz zdradzić jakieś szczegóły? Mogę powiedzieć tylko, że scenariusz jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami z lat 90. i dotyczy brutalnego morderstwa. Ma to być film sensacyjno-psychologiczny, mocne kino dla osób silnych psychicznie. Ta historia tkwiła we mnie kilka lat, ale dopiero teraz czuję, że potrafię ją opowiedzieć językiem filmu. Zrobiłam już dokładny research, czytałam akta sprawy. Więcej na razie nie zdradzę. To opowiedz o festiwalu w Cannes. Uczestniczyłaś tam w warsztatach, które miały na celu pomóc w nawiązaniu współpracy z producentami i twórcami filmowymi z innych krajów. Wybrałam się tam z czystej ciekawości, chociaż miałam konkretny projekt, bo taki był wymóg. Wymieniałam się stosem wizytówek, sto razy powiedziałam i usłyszałam: „good luck” i wyciągnęłam wnioski na... kolejne tego typu spotkania. Następnym razem będę mądrzejsza o tę wiedzę. A już na pewno ze stu metrów rozpoznam producenta z USA i Europy, bo różnią się oni wszystkim. A już najbardziej kolorem zębów.

48

film

f


BARBARA BIAŁOWĄS rocznik '78. Absolwentka kulturoznawstwa i reżyserii na Uniwersytecie Śląskim. Autorka dobrze przyjętej przez krytykę i widzów „Mojej nowej drogi” – filmu zrealizowanego w ramach programu „30 minut” (w obsadzie: Roma Gąsiorowska, Dorota Pomykała, Maciej Damięcki i Michał Sitarski), nagrodzonego na wielu tegorocznych festiwalach. Przygotowuje pełnometrażowy debiut

Po intensywnej pracy nad „Moją nową drogą” postanowiłaś wrócić do rodzinnego Opola. Jak ci się żyje z dala od epicentrum filmowych wydarzeń? Teraz, kiedy pracuję nad scenariuszem pełnometrażowego debiutu, nie ma najmniejszego znaczenia, gdzie mieszkam, bo pisać można wszędzie. Ważne, by mieć miejsce, gdzie można się skoncentrować. Oczywiście, wolałabym siedzieć w Honolulu, bo cieplej i bardziej egzotycznie. A w Warszawie pewnie ominie mnie parę bankietów, ale przeżyję. Na brak zajęć w Opolu nie możesz jednak narzekać. Pod koniec września twój kryminał, „Czarny pies”, zadebiutował na falach Radia Opole. Jak się czujesz w roli radiopisarki? Specyfika pracy nad słuchowiskiem była megaciekawą przygodą. Tekst powstał specjalnie na zamówienie radia, a ja musiałam się wcielić w opolską Agathę Christie. Samo reżyserowanie aktorów było też inne, bo musiałam bazować wyłącznie na ich głosie. Brak obrazu uświadomił mi, że moim żywiołem zdecydowanie jest film. „Czarnego psa” czytają między innymi Roma Gąsiorowska i Weronika Rosati, a cały projekt opieką literacką otoczył Wojciech Kuczok. Mocna obsada jak na debiut. Roma Gąsiorowska grała u mnie w „Mojej nowej drodze” i chciałam kontynuować współpracę z nią. Rolę postmodernistycznej opolskiej femme fatale napisałam specjalnie

z myślą o niej. Chciałam zobaczyć ją w zupełnie innym wcieleniu niż dotychczas. I chyba udało nam się stworzyć dziwny popkulturowy miks takich ikon, jak Marlena Dietrich, Lauren Bacall i Rita Hayworth, a na dodatek wrzucić tę postać w opolskie realia 2009 roku. Takie fikcyjne szaleństwo. Dodatkowo Roma w „Czarnym psie” pięknie zaśpiewała kilka standardów – jak na prawdziwą femme fatale przystało. Z kolei rola agentki specjalnej, Sonii, też powstała właśnie z myślą o Weronice Rosati, i to z przekorną myślą, aby Weronika zagrała postać totalnie niepasującą do jej warunków fizycznych. W „Czarnym psie” jest twardą feministką, bokserką sprawnie posługującą się bronią palną. Obie dziewczyny nieźle się odnalazły w kryminale radiowym, podobnie zresztą jak grający warszawskiego detektywa, nieznany szerzej opolski aktor, Łukasz Bugowski. Prawda jest jednak taka, że nic by z tego nie wyszło, gdyby nie Wojtek Kuczok. Jego aktywność zdecydowanie wykraczała poza zwykłą opiekę literacką. On po prostu spowodował, że mój tekst zaczął brzmieć jak prawdziwy kryminał z dreszczykiem i surrealistyczną grą słowną. A próbowałaś może zainteresować „Czarnym psem” jakieś wydawnictwo? Radio ma zrobić z tego audiobook, a jeśli chodzi o inne pola dystrybucji, trudno mi powiedzieć – tekst był pisany specjalnie dla Radia Opole i to oni nim rozporządzają. Ale nawet nie wiem, czy sprawdziłby się jako tradycyjna książka, wymagałby pewnie sporych przeróbek. Dzikie przygody warszawskiego detektywa Karola Kani w Opolu już na zawsze pozostaną chyba historią do słuchania.

49

film

F


ADWENT

KRÓLA tekst | Jan Mirosław

foto | Materiały promocyjne

Sztuka nie jest hierarchiczna. Podobno. Czymże jednak byłby świat bez naturalnego odruchu katalogowania i ustawiania według wielkości? Jak inaczej wytłumaczyć poruszenie, gdy Sasnala wymienią w którymś ze światowych rankingów? O wartości podobnych zestawień będziemy mogli dyskutować po 14 grudnia. Tego dnia do Centrum Sztuki Współczesnej zawita wystawa najważniejszego żyjącego artysty, Bruce’a Naumana. Kurz nie zdążył pokryć jeszcze Złotego Lwa weneckiego Biennale, a tegoroczny zwycięzca nagrody za najlepszy pawilon przyjeżdża do Warszawy z przeglądem swoich prac. Tym samym Zamek Ujazdowski kontynuuje chlubną tradycję sprowadzania nazwisk z absolutnej światowej czołówki, które u nas nazbyt często funkcjonują jedynie wśród wtajemniczonych. A przecież Nauman to nie tylko dwukrotny triumfator Wenecji i numer jeden niemal każdej listy najważniejszych żyjących artystów, ale także twórca, który potrafi się podobać. Jego przepustką do sławy stały się inteligentne neony – tyleż ironiczne, co kolorowe. Ładne, bardzo ładne. Ale ta atrakcyjna bezpośredniość nie daje odpowiedzi, dlaczego Naumana uważa się za postać tak wpływową.

NAUMAN KONSTRUUJE INSTALACJE, W KTÓRYCH ZAREJESTROWANE, POWTARZALNE CZYNNOŚCI MAJĄ WCIĄGNĄĆ ODBIORCĘ W PRZEWROTNĄ GRĘ (BRAKU) ZNACZEŃ

Długa droga na światowe salony wiodła wprost z amerykańskiego Midwestu. Urodzony w Indianie w rodzinie przerzucanego po kraju inżyniera Bruce zaczynał studia w Wisconsin, a kończył w Kalifornii. Jego pierwsze kroki wiodły w kierunku matematyki i muzyki, dopiero potem zmienił przedmiot na sztukę. Miał szczęście. Na University Of California w Davis spotkał mentorów o wyrobionej sławie: malarzy Wayne’a Thiebauda i Williama T. Wileya oraz ceramika, Roberta Arnesona. Nic dziwnego, że galerie biły się o jego prace jeszcze przed dyplomem. W rezultacie już pierwsza wystawa u Nicholasa Wildera w Los Angeles uczyniła z debiutanta prawdziwą gwiazdę. Prace z włókna szklanego i styropianu stanowiły w tym czasie ekscytującą alternatywę dla tradycji, a neon głoszący, że „Prawdziwy artysta pomaga światu, rozwijając mistyczne prawdy” zachwycał połączeniem zjadliwej współczesnej ironii z tęsknotą, do której trudno się

przyznać. Sam artysta wspomina, że do wykorzystania tej techniki zainspirował go neon reklamujący piwo w okolicznym barze. „Spodobała mi się możliwość wykorzystania znaku, który byłby czytany z zewnątrz, a jednocześnie widoczny od środka” – tłumaczył w „Art Newspaper”. Po zaledwie kilku latach kariery retrospektywę jego twórczości zaprezentowała LACMA, najważniejsza galeria Zachodniego Wybrzeża USA. Nauman był już jednak zainteresowany czymś zupełnie nowym. Jego uwaga skierowała się ku sztuce wideo. W tym okresie dała znać o sobie fascynacja ciągami i powtarzalnością. Ta datowała się jeszcze od studiów matematycznych, a wzmacniało ją umiłowanie eksperymentów muzycznych Johna Cage’a, filozofii Ludwika Wittgensteina i poetyki Samuela Becketta. Nauman zaczął konstruować instalacje, w których zarejestrowane, powtarzalne czynności miały wciągnąć odbiorcę w przewrotną grę (braku) znaczeń. Kwestionowanie przyzwyczajeń widowni, straszenie jej zdeformowaną przestrzenią, nagrywanie reakcji – tym bawił się, zanim bawili się tym wszyscy inni. Uznawany za duchowe dziecko dadaisty Man Raya był jednocześnie chwalony i atakowany za rozbrajającą głupkowatość i pustkę swoich dzieł. Krytycy do dziś pozostają bezbronni. „Nie można przeciw niemu powiedzieć niczego, czego nie powiedziano by już, chwaląc go” – pisał jeden z tuzów, Jed Perl, zastanawiając się, „dlaczego ludzie pozwalają się zanudzić na tak wielką skalę”. Tam, gdzie jedni widzieli tylko nudę, inni dostrzegli smoliście czarny humor, a powtarzający się motyw klauna tylko utwierdził wiarę w przewrotne założenia artysty, którego sztuka z wiekiem nabrała coraz bardziej antyspołecznego wydźwięku.

50

sztuka

S


On sam pozostaje enigmą. Od lat mieszka na ranczu w Nowym Meksyku razem z żoną, malarką Susan Rothenberg i niezmiernie rzadko pojawia się publicznie. Gdy ogląda się dzieło bezpośrednio zainspirowane życiem na amerykańskim pograniczu – głośne „Stawianie dobrego kąta”, czyli rzeczywisty zapis naciągania metalowej siatki na ogrodzenie działki – można się zastanawiać, czy strategia działania poprzez nudę zawsze działa. Jednak uwaga Naumana od lat koncentruje się na czymś innym. Artysta od lat komunikuje się głównie poprzez ciało – od fizycznej obecności we własnych wideoartach aż po woskowe odlewy głów i ręce z brązu. „Pomysł polega na tym, by używać ciała jako narzędzia lub obiektu, którym można manipulować” – wyjaśniał podczas Biennale. Jego asystentka, Juliet, której głowa posłużyła jako wzorzec odlewu do jednej z weneckich instalacji, precyzuje, że Nauman robi odlewy własnych rąk, ale nigdy głowy. Częsta pomyłka bierze się z tego, że model Andrew

jest bardzo podobny do Bruce’a. W Wenecji nie zabrakło jednak mocniejszych atrakcji. „Wisząca karuzela” to podwieszone w kole manekiny służące do naciągania skóry zwierząt przed ich wypchaniem. Całość uzupełnia nagranie patroszenia lisa przez jednego z przyjaciół artysty. Zgodnie z założeniem, że sztuka „ma być niczym uderzenie kija bejsbolowego w twarz”.

WYSTAWA BRUCE’A NAUMANA W WARSZAWSKIM CENTRUM SZTUKI WSPÓŁCZESNEJ POKAZUJE ROZWÓJ ARTYSTY PRZEZ PRYZMAT PRAC Z KOLEKCJI Z LONDYŃSKIEGO TATE I ASTRUP FEARNLEY MUSEUM W OSLO. GŁÓWNYM PUNKTEM PROGRAMU BĘDZIE INSTALACJA WIDEO „mAPPING tHE STUDIO ii”. WYSTAWA POTRWA OD 14.12. DO 31.01.

Wśród prac, które przyjeżdżają do Warszawy na wystawę pod wymownym tytułem „Nie/No”, znajduje się najważniejsza realizacja ostatnich lat, zatytułowana „Mapping the Studio II (Fat Chance John Cage)”. Jest to wielogodzinny zapis tego, co dzieje się pod nieobecność artysty w jego studiu, ze szczególnym uwzględnieniem działań kota i myszy. Artysta rozstawił siedem kamer, by odtworzyć mapę nocnych wędrówek nieproszonych gości wśród stert niedokończonych projektów. Czy to najlepsza droga, by odkryć jakąś nieznaną dotąd prawdę? „Niezwykłe jest nie to, że Nauman krzyczy, ale to, że ludzie słuchają” – pisał Perl. W grudniu mamy najlepszą okazję, by przekonać się dlaczego.

„POMYSŁ POLEGA NA TYM, ABY UŻYWAĆ CIAŁA JAKO NARZĘDZIA LUB OBIekTU, KTÓRYM MOŻNA MANIPULOWAĆ” – WYJAŚNIAŁ PODCZAS BIENNALE. NAUMAN ROBI ODLEWY WŁASNYCH RĄK, ALE NIGDY GŁOWY

Tu i po lewej: instalacja „Fontanny weneckie” z kolekcji Astrup Fearnley Museum of Modern Art w Oslo

51

SZTUKA

S


RECENZJE MUZYka

PŁYTY HIRO

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

HIRO

„What We Will Be” Warner 8/10

Świeże

DEVENDRA BANHART

Kiedy po raz pierwszy pokazał się publicznie z Natalie Portman, nie rozpoznały go serwisy plotkarskie – i w internetowych bulwarówkach funkcjonował jako zarośnięty chłopak popularnej aktorki. Prestiżowa narzeczona poszła w odstawkę, a Devendra Banhart poprosił o własny kawałek sławy. Stąd debiut w barwach fonograficznego giganta? Skąd. „What We Will Be” to pewnie najbardziej przejrzysta, logiczna i konwencjonalna płyta ekscentrycznego barda – w końcu polerowana przez wyrobionego producenta, Paula Butlera. Nie na darmo jednak, bo wyczyszczone z psychfolkowych dziwactw melodie tylko eksponują kompozytorski geniusz Banharta. W minimalnie ucywilizowanym kolażu inspiracji słychać to, do czego przyzwyczaja nowoczesnego słuchacza od sześciu płyt – sentymentalne bossa novy, kolorową tropicalię, folkową gawędę i rockandrollowy luz. Nic tu nie ginie w chaosie nieczytelnych aluzji i szamańskich prowokacji – porządkiem „What We Will Be” wygrywa chociażby z „Cripple Crow” sprzed czterech lat. Dziecięca naiwność tekstów równa się czystej radości słuchania. Miłość, taniec, tęcza. Absolutne nieskrępowanie. Niedostępny większości cudowny bewstyd w banale. Harmonia. Spokój. Światło – nosisz je w sobie. Devendra Banhart to niezmiennie jedyny hipis, którego nie trzeba się wstydzić. Angelika Kucińska

BORYS SZYC „Feelin’ Good”

EMI 3/10

Cold Cave „Love Comes Close” Matador 6/10

Korzystając z fali popularności, zachęcony ciepłym przyjęciem swoich piosenek w Opolu, Borys Szyc postanowił wyjść ze swoją twórczością spod prysznica. Repertuar pozostawił jednak łazienkowy: najbardziej znane i ograne kawałki Prince’a lub Jamesa Browna (Brown nagrał w życiu niemal tysiąc utworów – dlaczego wszędzie słychać tylko jedno i to samo „I Feel Good”?!) plus kilka własnych kompozycji i polskich coverów. Wspierają go gwiazdy i gwiazdeczki rodzimej sceny, wśród nich Ewa Bem i Kasia Cerekwicka. Wsparcie jest potrzebne, bo głos Szyca do najciekawszych nie należy (chyba że lubicie wczesnego Rynkowskiego). Nawet interesujące kompozycje, podobne do „Supermenki” Kayah i zahaczające o klimaty r’n’b, nie mogą już pomóc. Bo kiedy Borys śpiewa, to jakby się męczył. I my się męczymy z nim. Poprawianie własnego samopoczucia poprzez spełnianie marzeń o karierze piosenkarskiej – tak, ale nie kosztem słuchaczy! Maciek Piasecki

W przypadku debiutantów z Cold Cave destrukcja idzie w parze z talentem. Zespół sięgnął do sprawdzonych trików i postawił na mroczne melodie z pogranicza synth popu i new wave. Przy charakterystycznej dla nich dołerskiej manierze i tendencji do grzebania się w muzycznej geriatrii, Cold Cave wciąż wydają się najciekawszym zespołem mijającego roku. Album może jednak rozczarować amatorów nieco odważniejszych brzmień. Mimo rozmaitości kolektywów (Xiu Xiu, Give Up The Ghost, Some Girls) przez które przewinęli się członkowie Cold Cave, nie ma co liczyć na muzyczne eksperymenty. Dominuje nostalgia i cholerny Ian Curtis. Tytułowy „Love Comes Close” i końcowy „Youth and Lust” to alfa i omega twórczości tego obiecującego bandu. Aż chce się wyć z zachwytu. Szkoda, że ten majstersztyk trwa zaledwie dziesięć minut, bo reszta płyty to już tylko tępe wciskanie kilku klawiszy. Agnieszka Wróbel

Jamie T „Kings & Queens” Virgin/EMI 7/10 Drugą płytą pod szyldem wydawcy kolosa chłopak z gitarą zabija ćwieka wszystkim, którzy od czasów świetnego debiutanckiego „Panic Prevention” zastanawiają się, dlaczego towarzystwo doznając przy Mike’u Skinnerze i Arctic Monkeys, jakoś bokiem obeszło zaledwie 23-letniego reprezentanta południowolondyńskiego Wimbledonu. „Kings & Queens” to płyta na wskroś brytyjska – pełnymi garściami czerpiąca z wyspiarskiej alternatywy. I tej pod szyldem hardcore continuum, i tej spod znaku rewolucji ’77, i tej opartej na gitarowych harmoniach (choć tytuł „Earth, Wind and Fire” może być mylący). To prawdziwy amalgamat hiphopowo-grime’owych nawijek, punkowej abnegacji, indie refrenów oraz iście popowego zacięcia, chwilami nawet ocierającego się o mięciutkie akustyczne brzdąkanie. Nie szczędźcie grosza i zainwestujcie w „Kings & Queens” zanim – cytując wers wyjęty z jednego z najlepszych kawałków w zestawie – „Castro zejdzie z tego świata”. Michał Karpa

52

recenzje

R


39,99 PLN

Ian Brown „My Way” Universal 7/10

Echo & The Bunnymen „The Fountain” Ocean Rain 8/10

Ian Brown zasłużył na kredyt zaufania. To on był odpowiedzialny za jedną z najlepszych płyt rockowych, jakie kiedykolwiek powstały – debiut The Stone Roses, których był liderem. Tyleże sam odnosił sukcesy raczej umiarkowane. Do wyżyn zaliczyć należy współpracę z UNKLE, Sinead O’Connor i kilka udanych singli. Ale podczas gdy wcześniejsze solowe albumy Browna (było ich już pięć!) raczej irytowały, zamiast cieszyć, „My Way” można słuchać bez obaw – od pierwszych taktów rewelacyjnego singlowego „Stellify” do zamykającej płytę kolysanki „So High” materiał jest równy i mocny. Brown nie przedobrzył tym razem ani z eksperymentami elektronicznymi, ani z wiarą we własny geniusz. „My Way” to 12 piosenek, których słucha się z poczuciem, że ikona madchesteru nie próbuje już przegonić życia – i potrafi o tym opowiedzieć. Kredyt został spłacony. Adam Kruk

Robbie Williams „Reality Killed the Video Star” EMI 7/10

Legendarni i zasłużeni Echo and the Bunnymen nagrali album utrzymany w najlepszym postpunkowym stylu, co brzmi dziś dość staroświecko. Podobnie jak na płycie „Echo and the Bunnyman” z 1987 roku jest tu zdecydowanie pogodniej niż w ich wczesnych, zimnofalowych dokonaniach w stylu „Villers Terrace”. Na „The Fountain” znalazło się też miejsce dla cudzych doświadczeń – grupa z Liverpoolu przypomina niekiedy kolegów z The Waterboys, innym razem The Verve z najlepszych czasów. Ale pożyczają tylko to, co wcześniej dali innym, i tylko tyle, ile może zmieścić się w doskonałej samej w sobie formule Echo And The Bunnymen (obyło się więc bez bitów Timbalanda). Nieważne zresztą, kto komu i co wziął – pewne przepisy funkcjonują w powszechnym obiegu i są nieśmiertelne. Dzięki jednemu z nich powstać mogła ta znakomita, trochę niedzisiejsza płyta. Adam Kruk

Rihanna „Rated R” Universal 2/10 Barbadoska piękność w piosence promującej ten krążek śpiewa o rosyjskiej ruletce. Niestety, na tej żałosnej płycie nie zaryzykowała ani razu. Nie znaczy to, że kontynuuje linię przyjętą na „Good Girl Gone Bad”. Gdyby tylko. Podczas gdy tamtą płytą zmusiła konkurencję (czytaj: Beyoncé) do udanych stylistycznych wygibasów, sama uczyniła krok wstecz i utopiła cały kapitał w drogo brzmiącym,

ale jednostajnym r’n’b. Słysząc zewsząd, że jest nową ikoną, musiała wyguglować to słowo i przeczytać, że chodzi o stare obrazy porażające statycznością. Płycie towarzyszy podobne wrażenie: nieruchawe melodie i drobiazgowa produkcja przytłoczona konwencją. Tylko piękna ani śladu. W „Fire Bomb” uszy więdną, gdy dziewczyna próbuje wokalnych wywijasów, a przy niemal plażowym „Rude Boy” przypominają się tropikalne początki dzisiejszej diwy. Ciężkie ballady ciągną płytę na muliste dno, z którego na chwilę wydobywa ją napisana przez Justina Timberlake’a „Cold Case Love”, mająca wdzięk jego najlepszych solowych kawałków. Pozostałe numery w tej grze okazały się puste. Pistolet nie wypalił, a szkoda. Jan Mirosław

Różni wykonawcy „Five Years of Hyperdub” Hyperdub 10/10

Nie będzie żartów o E.T. Bo jedyne, co łączy Robbiego Williamsa z kosmosem, to fakt, że jego ego widać z Marsa. Nadworny łobuz brytyjskiej mainstreamowej piosenki miał odwagę pozbierać się w niezłym stylu. Szczerze i bezceremonialnie, a o dziwactwach, z których drwiliśmy przez ostatnie dwa lata, po prostu zaśpiewał. Świetny numer. Jak wszystkie tutaj. Nieważne, czy to sentymentalna ballada, zgrywa z macho solówek, błyskotliwa noworomantyczna aluzja czy parkietowy refren z electro połyskiem – przeboje ścielą się gęsto. Robbie po raz kolejny dowodzi, że wysokobudżetowy pop nie musi stać produkcją i fajerwerkami – bo najważniejsza jest kompozycja, bo liczy się treść. Tytuł sugeruje obnażenie i on tu sobie pozwala na daleko posunięty ekshibicjonizm, brnąc w smutki i neurozy uciemiężonej gwiazdy. I pewnie szelmowsko puszczając oko. Tęskniliśmy. Angelika Kucińska

Zapytacie, czy wytwórnia mogąca się wylegitymować zaledwie trzema albumami (w drodze masywny „Waiting for You” King Midas Sound), może mieć jakiekolwiek powody do świętowania? Otóż owszem, może. Dwupłytowe resume przy okazji pięciolatki pokazuje, że Hyperdub od zarania swego nie ilością, a jakością stoi. Wytwórnia, która sukces zbudowała w oparciu o cieszące się didżejsko-imprezową estymą single i EP-ki, zawsze funkcjonowała gdzieś na obrzeżach najciekawszego zjawiska w brytyjskiej elektronice ostatnich lat. Można kruszyć kopie o zawartość dubstepu w dubstepie spod

Kupuj z OneStep! Dzięki naszej współpracy z OneStep już teraz możesz kupić prezentowane przez nas płyty, filmy, książki – przez SMS-a. OneStep to nowy sposób kupowania. Wygodny i bezpieczny. Wystarczy wysłać SMS z kodem zamieszczonym przy recenzji pod numer 70500. Przy pierwszym zamówieniu OneStep oddzwoni do Ciebie, by potwierdzić szczegóły zamówienia. Przy każdym kolejnym zamówieniu otrzymasz SMS zwrotny z nazwą produktu i jego ceną. Poprawność zamówienia potwierdzasz SMS-em. Koszt dostawy to tylko 7 zł. Przy zamówieniu co najmniej dwóch produktów dostawa gratis. Za całość zapłacisz przy odbiorze przesyłki. OneStep kupujesz SMS-em! Więcej propozycji znajdziesz na www.one-step.pl

znaku Hyperdub, ale trudno kwestionować siłę rażenia płyt Buriala czy duetu Kode9 & The Spaceape. „Five Years of Hyperdub” to barwna paleta elektronicznych metafor, uzmysławiająca ponadprzeciętny stopień dźwiękowej otwartości producentów skupionych wokół londyńskiej oficyny Steve’a Goodmana a.k.a. Kode9. Poza kanonicznymi wpływami z obszarów dubu, reggae czy garage czuć tu wyraźnie próbę (skądinąd wyjątkowo udaną) rzucenia pomostu na urwiska pionierskiego techno, trip-hopu, future soulu, a nawet estetyki chiptune. Wypadkowa znanych już basowych mocy („9 Samurai” Kode9, „Distant Lights” Buriala czy „Digidesign” Jokera), wyczekiwanych miesiącami hitów („Aidy’s Girl’s a Computer” Darkstara czy „Fostercare” Buriala) i udziału szacownych gości (między innymi Flying Lotus i Mala) kształtuje tracklistę kompilacji marzeń AD 2009. Dycha! I ani pół punktu mniej! MIchał Karpa


RECENZJE FILM

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

HIRO

FILMY HIRO

Świeże

500 DNI MIŁOŚCI

reż. Marc Webb Premiera: 4 grudnia 8/10

symetrii, skrojonej pod pracowników korporacji. Sztuki tej nie opanowali jeszcze polscy twórcy komedii romantycznych osadzonych w podobnej scenerii, gdzie wciąż tym czy innym Zakościelnym jakoś nie sposób uwierzyć. „500 dni miłości” spodoba się tym, którzy kochają dobrą muzykę, bo tak jak w „Przebojach i podbojach” Stephena Frearsa bohaterowie włóczą się po sklepach z płytami, czczą ikony popkultury i w alkoholowym upojeniu śpiewają piosenki Pixies. Na ścieżce dźwiękowej znajdziemy The Temper Trap, Carlę Bruni, Reginę Spektor i sporo The Smiths, bo właśnie przy „There Is a Light That Never Goes Out” Tom poznaje wymarzoną Summer. Zaklnie ją w „She’s Like the Wind” z „Dirty Dancing”. Choć nie wszystko układa się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, muzyka pomaga zmagać się z niepowodzeniami – jak w życiu. Kiedy jest dobrze, można pójść w tandetę, a gdy źle – pogrążyć się depresyjną melodią. Straszny banał, ale kto tego nie robi? Adam Kruk

WROTA do PIEKIEŁ reż. Sam Raimi Premiera: 4 grudnia 9/10

Wysypowi ulepszonych wersji „Teksańskiej masakry”, „Piątku trzynastego”, „Halloween” i „Ostatniego domu po lewej” amerykański reżyser Sam Raimi przeciwstawia oryginalną historię, która nie próbuje bić rekordów w ilości krwi i odrąbanych kończyn. To dla niego powrót do początków reżyserskiego rzemiosła, gdy brawurowo zaistniał niskobudżetową serią „Martwe zło”. „Wrota do piekieł” to horror wzięty w nawias, a do tego zrealizowany w nieśmiertelnej estetyce kina lat 80. Granica między widzem a ekranową historią jest jasno nakreślona, bohaterowie emanują ciepłem i humorem charakterystycznym dla postaci kina nowej przygody, a piekielny przeciwnik straszy, mimo że wydaje się być do pokonania. Nowy film Raimiego to papierek lakmusowy przed ewentualną realizacją czwartej odsłony „Martwego zła”, o której mówi się od lat. Miejmy nadzieję, że producencki test wypadł pomyślnie. Rafał Pawłowski

Wojna polsko-ruska reż. Xawery Żuławski epelpol, dvd 9/10 Najbardziej intrygujący eksperyment formalny w polskim kinie ostatnich lat. A że przerost formy nad treścią? Co z tego! Paplanina nakoksowanego drecha (Borys Szyc okupił przygotowania do roli Silnego trzema miesiącami kulinarnych wyrzeczeń i intensywnych ćwiczeń) w blokerskim świecie antywartości (czy braku wartości) jest wartością samą w sobie. W takim samym stopniu jak „twórcze wykorzystanie języka pospolitego” w książce Masłowskiej – jak uzasadniało swój werdykt jury Paszportów Polityki. Siła zekranizowanej „Wojny polsko-ruskiej” bardziej niż w obśmianiu festyniarskiej mentalności czy aspiracji przeciętniaków z nowej klasy średniej tkwi właśnie w udanej próbie przełożenia owego powieściowego przerysowania na język filmu. Z metadosłowności (sceny walki żywcem wyjęte z „Matriksa”) reżyser zrobił najważniejszy atut swojego filmu. Polemizowałbym z producentem Jackiem Samojłowiczem, który twierdzi, że Żuławski i Ma-

49,99 PLN słowska to jedno pokolenie – i nie chodzi nawet o 12 lat różnicy w biogramach młodych twórców, ale o odmienny kontekst artystycznego doświadczenia. Zgadzam się za to z samym Żuławskim, akcentującym znaczenie reżysersko-pisarskiej współpracy na planie filmowym, która wykracza znacznie poza obsadzenie Masłowskiej w jednej z ról. A skoro o obsadzie mowa – punktacja nie byłaby tak wysoka, gdyby nie genialna Sonia Bohosiewicz. Michał Karpa

54

RECENZJE

R

foto | materiały promocyjne

Narrację tego czarującego filmu wyznacza tytułowe 500 dni, ale kartki z kalendarza przewracać można w dowolny sposób: do przodu, w tył i po wielokroć. „500 dni miłości” nie trzyma się rygorystycznie chronologii, tylko, podobnie jak ludzka pamięć, swobodnie lawiruje między ważniymi życiowymi momentami. Chodzi tu w głównej mierze o istotę pamięci i walkę z własnymi obsesjami. W oryginalnej wersji tytuł brzmi zresztą „500 Days of Summer” (Summer to imię głównej bohaterki) i oddaje właściwy sens filmu – nie tak ważna jest miłość, jak odpowiednia osoba. Gorzej, gdy zakochamy się w nieodpowiedniej. Film rozpisany jest właściwie na dwie role. Joseph Gordon-Levitt, etatowy dzieciak Hollywood („Dr. Quinn”, „Trzecia planeta od słońca”, „Szkarłatna litera”), pierwszy krok ku dojrzałej karierze postawił w odważnej roli u Grega Araki w „Mystyrious Skin” – „500 dni miłości” jest kolejnym. Zooey Deschanel jest wystarczająco urocza, by unieść rolę beztroskiej heroiny w tej prostej historii o braku miłosnej


TEMPLARIUSZE. MIŁOŚĆ I KREW

Wszystko, co kocham

reż. Jacek Borcuch Premiera: 15 stycznia 10/10

reż. Peter Flinth Premiera: 25 grudnia 7/10 Trafiający do polskich kin wraz z niespodziewaną jesienną falą filmów z krainy fiordów obraz Petera Flintha „Templariusze. Miłość i krew” to pierwsza część filmowego dyptyku o przygodach rycerza Arna de Gothii, będąca adaptacją bestsellerowej trylogii „Krzyżowcy” Jana Gillou. Odwołująca się do literackiej tradycji rycerskiego eposu historia opisuje życie Arna – od dzieciństwa przez nauki w katolickim zakonie, oskarżenie o sprzeniewierzenie się Bogu i będącą tego konsekwencją pokutną służbę w Ziemi Świętej. Śledząc jego zawiłe losy, poznajemy jednocześnie historię początków Królestwa Szwecji, na której cieniem kładą się bratobójcze walki o tron. Jeśli uświadomić sobie, że w tym samym czasie Bolesław Krzywousty walczył o sukcesję ze swoim bratem Zbigniewem (któremu ostatecznie wyłupił oczy), to pozostaje pozazdrościć Szwedom 30 milionów dolarów, za jakie zrealizowano „Templariuszy”. Budżet wykorzystano na szczęście nie na tysiące statystów, lecz na rzetelne odtworzenie realiów epoki i zgromadzenie wyśmienitej obsady. Kreującemu Arna Joakimowi Nätterqvistowi partnerują Stellan Skarsgård, Vincent Perez i muza Bergmana – Bibi Andersson. Reżyser Peter Flinth stworzył mroczną, a zarazem piękną opowieść o rycerskim honorze i historii swojego kraju. Jej zwieńczenie przynosi drugi z filmów – „Królestwo na końcu drogi”. Miejmy nadzieję, że polski dystrybutor nie będzie zwlekał z zaprezentowaniem go widzom. Rafał Pawłowski

Oblicza Rosji

foto | materiały promocyjne

reż. Różni twórcy against gravity, dvd 10/10

„Nie bój się Rosji” głosi tytuł wstępu zamieszczony w książeczce tego unikatowego wydawnictwa. Jednak strach w kontekście rosyjskiego mocarstwa to jedno z wielu odczuć, jakie rodzą się w trakcie seansu wydanych przez Against Gravity dokumentów. Fascynacja, ciekawość, nostalgia, zdziwienie – podlane osobistym resentymentem Polaków wynikającym z trudnych relacji Polski i Rosji tworzą z tej kolekcji jedno z najciekawszych filmowych zestawień ostatnich lat. Na zbiór składają się cztery dokumenty: „Durakowo, wioska głupców” Nino Kirtadze, „W czterech ścianach” Aleksandry Westmeier, „Borys Ryży – historia

Kiedy pokazywał „Tulipany”, mówił, że czuje się starym człowiekiem. Kilka lat później Jacek Borcuch powraca obrazem „Wszystko, co kocham” – opowieścią o młodości, miłości i punk rocku. Akcja filmu rozgrywa się na początku lat 80. na Wybrzeżu. Janek (Mateusz Kościukiewicz) wspólnie z kolegami ze szkoły zakłada zespół punkrockowy. W tle przetacza się Wielka Historia – manifestacje, strajki, stan wojenny, a na pierwszym planie – gwałtowna pierwsza miłość, głód życia, radość młodości, muzyka, seks… wszystko, co najpiękniejsze. Jednak młodzieńczy, idealistyczny świat w pewnym momencie zderza się z bezwzględną rzeczywistością. Po ciepłych i sentymentalnych „Tulipanach” Jacek Borcuch zrealizował dynamiczny, pełen energii film o młodości i muzyce. Punk rock jest jednym z głównych bohaterów obrazu, a przedstawiane na ekranie wydarzenia ilustrowane są utworami filarów polskiego punku: Dezertera, Deutera oraz formacji WC. Największym atutem „Wszystkiego, co kocham” są aktorzy. Borcuch postawił na młodych, w większości nieznanych szerokiej publiczności artystów i nie pomylił się. Mateusz Kościukiewicz oraz debiutujący w kinie Jakub Gierszał tworzą na ekranie wspaniały duet, a Olga Frycz udowadnia, że odziedziczony talent znaczy niekiedy więcej niż studia w szkole aktorskiej. Premiera „Wszystkiego, co kocham” odbyła się podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie obraz zdobył m.in. nagrodę publiczności. Niech ten fakt przekona niezdecydowanych, że najnowsze dzieło Borcucha należy do tych, które zobaczyć po prostu trzeba. Marcin Kamiński / Plejada.pl

Kadry z filmu „Borys Ryży...”

poety” Aliony van der Horst i „Rublowka” Irene Langemann. Box wzbogacono o dwa polskie filmy: „Elektryczkę” Macieja Cuske i „7 x Moskwa” Piotra Stasika. Powstał złożony portret Rosji – wiele twarzy ma ten świat, wiele jego różnych odsłon zobaczymy w zebranych filmach. Przerażające „W czterech ścianach” opowiada o dzieciach z uralskiego więzienia – 120 przestępców poniżej 14. roku życia ma na koncie ciężkie zbrodnie, obok napadów i rozbojów – zabójstwa, okaleczenia. Inną propozycję stanowi film „Borys Ryży…” – siedem lat po samobójczej śmierci siostra poety odbywa podróż w przeszłość, starając się poznać prawdziwe motywy decyzji brata. To wzruszające wspomnienie naznaczonego pierestrojką rozbitego pokolenia Rosjan. Z kolei „Rublowka” opowiada o ulicy łączącej dwie krainy – centrum Moskwy z przedmieściem. Autostrada na Kreml, 30 kilometrów drogi do nieba. Dziś rewir służb specjalnych, do lat 80. miejsce wypoczynku zasłużonych Sowietów. Warto zobaczyć wszystkie sześć filmów. Pełno tu sprzeczności, skrajności, blichtru, nędzy i patologii. Nie bójcie się jednak – Matka Rosja kocha wszystkie swoje dzieci. Anna Serdiukow

99,99 PLN 55

RECENZJE

R


RECENZJE KOMIks I KSIĄŻKA WRONIEC

Jacek Dukaj

Wydawnictwo Literackie

9/10 Jacek Dukaj odbywa mroczną, baśniową podróż w przeszłość. Wraz z nim przenosimy się do krainy dzieciństwa bez dzieciństwa – dla małego Adasia kończy się względna beztroska pewnego mroźnego dnia 1981 roku. Nie ma „Teleranka”, a tytułowy Wroniec porywa rodzinę chłopca. Alternatywną wersję wydarzeń tamtego okresu malutki bohater przeżywa za sprawą choroby i wysokiej gorączki. Ale ten wariant późnego PRL-u – nierzeczywisty, bogaty w dziwaczne stwory, przerażające fantasmagorie i nierealne zdarzenia – jest

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

komiks książka HIRO

HIRO

bardzo sugestywny. Adaś rusza z ratunkową krucjatą – wyobraźnia dziecka wobec politycznych przemian, którym musi stawić czoła, by odnaleźć najbliższych, znosi granice tego, co możliwe i prawdopodobne. Nietuzinkowy język, igrający z rytmem, rymem i wierszem, dodatkowo nadbudowuje nową płaszczyznę znaczeń. U kogoś innego mogłoby się skończyć infantylizacją treści – nie u Dukaja. Słowotwórcze zabawy (na przykład Miłypanci, MOMO, Bubecy...) stanowią kolejny etap wtajemniczenia w tej niesamowitej, choć mało bajkowej opowieści. Fantastyczne ilustracje Jakuba Jabłońskiego dopełniają niepokojącej dziecięcej wizji świata. Gdy w latach 80. jako dziecko wdrapywałam się nocą na parapet, by popatrzeć na ogromne, zastygłe w bezruchu żurawie albo przejeżdżające z rzadka samochody, przytłaczała mnie cisza spowitego śniegiem i mrokiem szarego, uśpionego za oknem świata. Teraz już wiem, że był jeszcze mały chłopiec, który podobnie jak ja, mimo strachu, wypatrywał czegoś w ciemności. Anna Serdiukow

Rocznica urodzin Asteriksa i Obeliksa. Złota księga

Albert Uderzo, René Goscinny / Albert Uderzo

Egmont 7/10

Wystąpili w kilkunastu filmach i kilkudziesięciu grach wideo, a komiksy o ich przygodach zostały przetłumaczone na ponad sto języków. W tym roku Asteriks i Obeliks skończyli 50 lat, co jeden z ich ojców – rysownik Albert Uderzo – uczcił jubileuszowym albumem „Rocznica urodzin Asteriksa i Obeliksa. Złota księga”. Na 56 stronach komiksu spotykamy bohaterów znanych z wcześniejszych części. Są wśród nich Juliusz Cezar i Kleopatra, architekt Numernabis, piękna Falbala, w której skrycie podkochuje się Obeliks, wiecznie zatapiani przez Galów piraci oraz ważący niezwykłe napoje druidzi. Jednak ich spotkanie nie ma na celu wspominania dawnych dziejów, a jest pretekstem do snucia projektów na przyszłość. Dobromina wieszczy, że Asteriks i Obeliks wreszcie znajdą sobie żony, egipski architekt tworzy plany wielkiego tematycznego parku rozrywki (wybudowano taki w 1989 roku pod Paryżem), a radykalny reżyser Eleonardus widzi ich jako bohaterów „teatru, jakiego w życiu nie widziano”, czyli filmu. Galowie najwyraźniej nie myślą jeszcze o emeryturze, co potwierdza również sam Albert Uderzo, który „Złotą księgą” pożegnał się z serią, ale swoje obowiązki przekazał braciom Frédérikowi i Thierry’emu Mébarki. 35. album „Asteriksa” będzie już ich autorstwa. „Rocznica urodzin Asteriksa i Obeliksa. Złota księga” to album adresowany głównie do miłośników serii, ponieważ tylko oni bez problemu odnajdą się w gąszczu bohaterów, nawiązań i cytatów z wcześniejszych przygód Galów. Pozostali mogą się w tym kontrolowanym chaosie poczuć zagubieni. Marcin Kamiński / Plejada.pl

39,90 PLN

Świat się bawi. Podróże z pasją.

200 najlepszych zabaw, festiwali, świąt Wydawnictwo Global PWN

Jedyny w swoim rodzaju przewodnik dla tych, którzy są ciekawi świata i kochają zabawę. Prezentuje najbardziej widowiskowe i najsłynniejsze święta oraz imprezy z całego świata: od karnawału w Rio de Janeiro przez Halloween w USA i La Tomatina w Hiszpanii po niezwykle barwne hinduskie święto Holi czy doroczny targ wielbłądów w radżastańskim mieście Puszkar. Przeczytaj o historii wielu niezwykłych świąt i związanych z nimi tradycjach - o sieneńskim Palio, meksykańskim Święcie Zmarłych oraz japońskim Gion Matsuri. Wybierz swoją imprezę spośród ponad 200 opisanych w naszej książce! Skorzystaj ze wskazówek doświadczonych podróżników, którzy podpowiadają, gdzie się zatrzymać i jak najlepiej spędzić czas, uczestnicząc w świętach i imprezach. D O B R E J HIRO PROMUJE ZABAWY!

56

RECENZJE

R


CUKIERECZEK, CZYLI ROK Z ŻYCIA NIETYPOWEJ STRIPTIZERKI

Diablo Cody

Sonia Draga 7/10

Nim laureatka Oscara za scenariusz do filmu „Juno” odebrała swoją nagrodę, nabierała życiowego doświadczenia, pracując na tak zwanej rurce. Jeśli myślicie, że bycie striptizerką nie może stanowić powodu do dumy, jesteście w błędzie. Diablo Cody wkroczyła w świat literatury z podniesiona głową – wręcz mitologizuje uprawiany zawód. Striptizerki są jak roznegliżowane doktorzyce – leczą starganą męską duszę uzdrawiającą mocą rozebranego ciała. To sztuka wymagająca powołania i odpowiedniej motywacji – figura ma znaczenie, ale drugorzędne. Cody nadaje striptizowi

rangę terapeutyczną i emancypacyjną. Droga do wyzwolenia z kompleksów i kajdan obowiązujących norm oraz purytańskiej obyczajowości wiedzie przez publiczne obnażenie. To wyzwanie, nie tyle moralne, ile po prostu ciężka harówa. Dziewczyn nikt nie oszczędza – kilkunastogodzinny taniec to spuchnięte łydki, połykane garściami dopalacze oraz nieprzespane noce. Instrumentalne traktowanie i uprzedmiotowienie przychodzą w pakiecie, ale na to Cody zwraca już mniejszą uwagę. Nagi pląs zaspokaja męskie żądze, łagodzi stres – nie wiadomo jednak nic o remedium na bolączki striptizerek. Jak na razie tylko jedna z nich dostała Oscara, i to po tym, jak już skończyła z zawodem. Dlatego gloryfikacja striptizu jest tu nieco przesadzona – władza, jaką ma striptizerka nad samczymi popędami, jest iluzoryczna. Pomijając hołd, który Diablo Cody złożyła byłym koleżankom, „Cukiereczek…” stanowi ciekawy i wiarygodny obraz hermetycznego świata – szczerze i bez ogródek opowiada o intymnym świecie striptizerek, ich codzienności i problemach. Może mało tu głębi psychologicznej, ale sprawnie i dowcipnie napisana książka wciąga. Seksualny ekshibicjonizm wreszcie obnażył swój literacki potencjał. Anna Serdiukow

32 PLN

ŚWIATŁO, CIEŃ I RUCH. MOJE ŻYCIE I MOJE FILMY Volker Schlöndorff

Propaganda 10/10

Początkowo biografię urodzonego w 1939 roku Volkera Schlöndorffa miał napisać wynajęty przez wydawcę dziennikarz lub ghost writer. Reżyser rozważał taką możliwość, w rezultacie jednak nie zgodził się na to rozwiązanie. Dobrze się stało – „Światło, cień i ruch” to bardzo osobista relacja, wspomnienie opatrzone wewnętrzną nostalgią i sentymentem autora, jego emocjami i poglądami. Dzięki temu czyta się ten zapis niczym pamiętnik, wzbogacony kolekcją zdjęć. Mamy poczucie,

Pamiętam, jak... Flix

Timof Comics 7/10

Zaczęło się od krótkiego komiksu w jednym z niemieckich dzienników, a skończyło na kilkunastu epizodach, które weszły w skład albumu „Pamiętam, jak...”, będącego zbiorem wspomnień dotyczących – jak zresztą głosi sam podtytuł – tej i tamtej strony muru berlińskiego. Flix przepytał kilkunastu swoich znajomych (mieszkańców dawnych NRD i RFN), a ich reminiscencje przedstawił w formie różnokolorowych historyjek obrazkowych. Różnokolorowych pod dwoma względami, bo po pierwsze każdy z epizodów został pokazany w innej dominancie barwnej, a po drugie każda z historii daleka jest od powielania czarno-białych podziałów. Dlatego też smutne

jakbyśmy zaglądali na karty intymnego niemal dziennika i wraz z reżyserem przedzierali się przez kolejne rozdziały upływającego czasu. Schlöndorff pisze o swoim dzieciństwie i młodości, dojrzewaniu, pracy w Niemczech i w USA, przyjaźniach, miłościach, otrzymanych nagrodach (Oscar w 1980 roku), głośnych filmach, takich jak „Blaszany bębenek”, który powstał inspirowany książką Güntera Grassa. Jest tu i niemiecka precyzja w opisie życia i mitologizacja zdarzeń oraz uczuć – jednak to zrozumiały zabieg, daleko mu do grafomańskiej zapalczywości. Mająca wydźwięk nieco podsumowujący książka dodaje, doprecyzowuje, dookreśla to, czego Volker Schlöndorff nie zawarł w swoich filmach. Anna Serdiukow

i wesołe oraz pozytywne i negatywne wspomnienia dotyczą zarówno zachodniej, jak i wschodniej strony ówczesnych Niemiec. Zresztą sam mur staje się w pewnym momencie wyłącznie tłem, punktem wiążącym tych kilkanaście różnych historii, których największą siłą nie jest wartość historyczna, a szczerość wyznań i prawdziwe emocje. Owszem, można mówić, że „Pamiętam, jak...” to opowieść o jakimś wyimaginowanym pokoleniu muru berlińskiego, ale to głównie komiks o tym, że wszyscy ludzie skrywają w głębi siebie niesamowite historie. Że nawet najbardziej błahe wspomnienia mają wpływ na charakter i dalsze życie każdego człowieka. To więc przede wszystkim bardzo dobry album o ludziach i sile ich wspomnień, a dopiero później o kilkunastu subiektywnych spojrzeniach na mur berliński. Najważniejsze i najbardziej uderzające są tu emocje tych wszystkich postaci i dlatego też szkoda, że niekiedy styl graficzny Flixa tłumi część wzruszeń. Na szczęście – dla komiksu i czytelników – tylko część. Bartosz Sztybor

57

RECENZJE

R


RECENZJE teatr

TEATR hiro

HIRO tekst | anna serdiukow

IDIOTA

Waldemar Raźniak aktorów. Obraz Rosji i Rosjan drugiej połowy XIX wieku naznaczony jest dziejowym katastrofizmem. Apokaliptyczna wizja politowania godnej ludzkiej egzystencji ma silną nadbudowę w postaci licznych literacko-filozoficznych inspiracji. W chaosie znaczeń, słów i gestów aktorzy tworzą barwną galerię postaci przegranych – choć trud szukania sensu życia i śmierci okazuje się daremny. Pogubili się nieco wykonawcy, pogubił się reżyser. Gdzieś ten spektakl i zawarte w nim treści nie wybrzmiewają tak, jak powinny. Jednak budzą sympatię – starania aktorów, ich zapał, nieśmiałe pierwsze kroki sceniczne. Niczym bohaterowie tego spektaklu studenci AT grają ze świadomością tragicznego położenia wobec materii, z jaką się mierzą. Lecz gdzie indziej, jeśli nie w szkole właśnie, jest miejsce na eksperyment? Teatr Collegium Nobilium w Warszawie Spektakle: 8–11.12, godz. 10

2. Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Boska Komedia”

Kraków, 7–14.12. Jest naprawdę wiele powodów, dla których warto odwiedzić Kraków. Pomijając pijanych turystów z Irlandii, wabią i nęcą Planty, kawa w Dymie, wystawy w Pauzie, kolory w Kolorach czy nocne zapiekanki, naleśniki i kaszanki na placu Wolnica. Do tych dobrodziejstw dołącza Festiwal Teatralny „Boska Komedia”. Strawy duchowej szukajcie właśnie w propozycjach tegorocznej edycji imprezy. W konkursie na najlepszy polski spektakl sezonu znalazły się przedstawienia wyselekcjonowane przez 12 gniewnych ludzi – polskich krytyków teatralnych. Zobaczymy m.in. „(A)pollonię” Warlikowskiego, „Król umiera, czyli ceremonie” Cieplaka, „Personę. Marilyn” Lupy, „Trylogię” Klaty oraz dwa spektakle Grzegorza Jarzyny: „Między nami dobrze jest” i „T.E.O.R.E.M.A.T.”. Statuetka Boskiego Komedianta czeka – kto ją zdobędzie, dowiemy się już wkrótce.

foto | stanisław legus

Skomplikowana sprawa z tym przedstawieniem. „Idiota” Waldemara Raźniaka to spektakl nie do końca udany, budzący jednak pozytywne odczucia. A to już dużo, bowiem porywanie się na jedno z najważniejszych literackich osiągnięć mogło skończyć się tragicznie. Zawodzi adaptacja tekstu, ale propozycja studentów warszawskiej Akademii Teatralnej broni się trudem poszukiwania – chwalebne to błądzenie. Świeże twarze na scenie Collegium Nobilium (świetna Wiktoria Gorodeckaja) to przyszłe aktorskie odkrycia. Zaczyna się wspaniale. Mateusz Rusin w roli Hipolita balansuje na krawędzi bycia na scenie i bycia poza nią. Nie wiadomo, co tu zostało zagrane, a co wplecione w spektakl w wyniku spóźnienia widzów i szukania kolejnej poduszki. Spontaniczna, naturalna, śmieszna, nieśpieszna narracja. Jednak „Idiota” Fiodora Dostojewskiego wymaga czegoś więcej niż umiejętności skupiania na sobie uwagi przez

TOMASZ MAN o spektaklu „Ostatni tatuś”

Tomek Man, tatuś, z córką, Łucją

To już czwarta sztuka Michała Walczaka, którą reżyseruję, ale pierwsza, którą realizuję z myślą o dzieciach, z lalkami zamiast aktorów i w konwencji komiksu. W naszym spektaklu występują planszetki: lalki z ruchomymi częściami ciała – ruchomą głową, rękoma, nogami. Przestrzeń jest wyrysowana, mamy komiksowe projekcje – „Ostatni tatuś” to właściwie manga. Spektakl jest również po części musicalem: mamy siedem piosenek, które zawierają elementy popu, heavy metalu i disco. Zgodnie z tytułem sztuka opowiada o opuszczonych przez swoich

tatusiów dzieciach. Przetrzymuje je Czarownica Blada ze swoim pomocnikiem, Wielkim Czarnym Ptaszyskiem. Tatusiowie zostali zamknięci, bo nie mogli sprostać rodzicielskim powinnościom, jednak główna bohaterka, Ania, wraz z Misiem i Barbie, postanawia wyswobodzić swojego ojca. Idą przez miasto, spotykając wiele różnych postaci: Trzech Pijanych Tenorów, Syrenkę Warszawską, Gadającą Kałużę, Wróżkę, Siny Tramwaj, Bezrobotną Prostytutkę (odkąd wszyscy tatusiowie zostali zamknięci, ta pozostaje bez pracy). Co charakteryzuje projekt przygotowywany z myślą o dzieciach? W takim spektaklu jest mniej gry na podtekstach, a więcej zabawy na scenie. Postaci muszą być bardziej wyraziste, prócz magii i wyobraźni musi być czytelny przekaz. Także ten skierowany do dorosłych: tatusiowie – zajmijcie się swoimi dziećmi! „Ostatni tatuś” Tekst: Michał Walczak Reżyseria: Tomek Man Scena Teatru PWST we Wrocławiu Premiera: 6.12. Spektakle: 8–11.12., godz. 10

58

RECENZJE

R

foto | materiały promocyjne / archiwum prywatne

Tekst: Fiodor Dostojewski adaptacja: Helena Radzikowska, reż. Waldemar Raźniak 7/10


RECENZJE Gry

GRY HIRO

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

HIRO

Call of Duty: Modern Warfare 2

tekst |Tomek Cegielski

PC, Xbox 360, PS3

9/10

„Call of Duty: Modern Warfare 2” przez wielu uważany był za najbardziej wyczekiwany FPS (first person shooter) roku 2009. Infinity Ward, developer gry, swoim nowym produktem miał zatrzeć nie najlepsze wrażenie, jakie na wielu pozostawiła poprzedni część „CoD-a”, osadzona w realiach II wojny światowej. W „Modern Warfare 2” powracamy do czasów teraźniejszych, by wziąć udział w fikcyjnym konflikcie pomiędzy USA a Rosją. Pierwsze, co się rzuca w oczy, to klimat rodem z filmów o Jamesie Bondzie. Pościgi skuterami śnieżnymi, motorówkami, wspinaczki górskie, efektowne cut-scenki, zabijanie batalionów w pojedynkę. Świetnie zrealizowano pola walki, od których wreszcie nie wieje sztampą. Miasteczko z Burger Kingiem na środku, pogorzelisko przed białym domem albo chociażby brazylijskie

slumsy stanowią ciekawe i oryginalne areny zmagań wojennych, bo chyba wszyscy mają już dosyć tłuczenia się w ruinach miasta. Na duży plus trzeba też zaliczyć pojawienie się cywili, o których twórcy gier wojennych do tej pory zdawali się zapominać. Sam single player jest dosyć krótki, fabułę udało mi się ukończyć w jeden długi wieczór. Gdyby ktoś jednak nie miał dość wrażeń, do dyspozycji ma jeszcze tryb Special Ops, w którym wykonujemy pojedyncze zadania, na przykład bronimy wieży przed napierającym przeciwnikiem lub czyścimy las z patrolujących go Sowietów. Seria „Call of Duty” nie słynie jednak z doskonałego trybu kampanii, tylko z ultragrywalnego trybu multiplayer. Tryb wieloosobowy zaspokaja najbardziej wygórowane oczekiwania. Nowe mapy pozwalają na setki różnych zagrań taktycznych, nasze wsparcie z powietrza, z trzech opcji do wyboru wzrosło aż do 15. W dalszym ciągu rozwijamy swoją postać, tocząc kolejne walki i zdobywając punkty. Im wyższy poziom naszego doświadczenia, tym lepsze dostępne wyposażenie. Nowy „Call of Duty: Modern Warfare” z pewnością wkrótce znajdzie się w czołówce najczęściej granych gier w sieci i właśnie przez pryzmat gry wieloosobowej trzeba na niego patrzeć. W offlinie dobry, w onlinie rewelacyjny.

Świeże

Activision

Dragon Age: Początek Electronic Arts

PC, PS3, Xbox 360

8/10 „Dragon Age” zapowiadany był jako duchowy następca głośnego pecetowego RPG – „Baldur’s Gate”. Ci sami twórcy, podobny system walki, podobny klimat. Wydawać by się mogło, że sukces murowany. Gra przenosi nas do krainy Ferelden, gdzie jako krasnolud, człowiek bądź elf wstępujemy w szeregi elitarnej szarej straży, by stawić czoła pladze różnego rodzaju pomiotów, które zaczęły zalewać wspomniany Ferelden. Podczas drogi do stoczenia ostatecznej walki ze złem do naszej drużyny wcielać będziemy nowych bohaterów, rozwiązując z nimi kolejne zagadki. Dużo zadań pobocznych oraz możliwość opowiadania się po dobrej lub złej stronie sprawiły, że gra jest nieliniowa i zarazem żywotna. Zwiedzenie całego świata i wykonanie wszystkich zadań może zająć nawet około stu godzin. Starcia z przeciwnikami oraz system rozwoju postaci są dobre, ale nie rewelacyjne. Zabrakło innowacji, od czasu pierwszego „Baldur’s Gate” minęło już 11 lat, a ten sam model walki został jedynie nieco usprawniony i przeniesiony w pełne 3D. Mimo że wymaga od nas sporych umiejętności taktycznych, to wieje od niego nudą. Walki są zupełnie nieefektowne i toporne. Wszystkim przyszłym nabywcom tego tytułu sugeruję zdecydować się na wersję PC, która jest nieco lepsza niż jej konsolowy odpowiednik, oraz na wersję anglojęzyczną. Chyba że lubicie, gdy główni bohaterowie w świecie mrocznych potworów mówią głosem policjanta z „Rodziny zastępczej” lub też kogoś z klanu Złotopolskich czy innych Lubiczów.

Forza Motorsport 3 Microsoft Game Studios

Xbox 360

10/10 Na rynku gier symulujących wyścigi samochodowe liczą się tylko dwie pozycje – „Gran Turismo” i „Forza Motorsport”. W nowej odsłonie „Forzy…” twórcy uzupełnili grę o wszystko, czego zabrakło w części drugiej, oddając nam w ręce produkt niemalże idealny. Przy okazji kopiąc tyłek konkurencyjnego „GT”. Mamy tutaj ponad 400 licencjonowanych samochodów, każdy z widokiem z kokpitu. Realistycznie zrealizowane wizualizacje uszkodzeń. Usprawnioną sztuczną inteligencję przeciwników. Realne trasy. Bardzo szeroki wachlarz możliwości tuningowania pojazdów. Najbardziej dopracowany model jazdy. Gra została też tak zmodyfikowana, by była przystępna dla osób, które nie mają pojęcia o grzebaniu we flakach samochodu – konsola może automatycznie za nas dostosowywać auto do następnej trasy. „Forza Motorsport 3” to w tej chwili najlepsza gra wyścigowa na rynku. Jeżeli posiadasz Xboxa, musisz ją mieć. Czekamy na odpowiedź Sony. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko.

60

recenzje

R


ilustracje |kacper kwiatkowski

Marzy mi się świat

bez manipulacji

tekst |ryszard kalisz

„Marzy mi się świat, w którym ludzie osiągną taki wymiar świadomości, że wykluczy on możliwość manipulowania nimi przeciwko innym ludziom w imię jakichkolwiek ideologii”.

Ryszard Kalisz – adwokat, poseł, były minister. Nasz łącznik z poważnym światem

Cytowane wyżej słowa napisał profesor Kazimierz Imieliński, bardzo mądre słowa. Odnoszą się one do manipulowania ludźmi przeciwko innym. Taka manipulacja dzisiaj zachodzi nie tyle w sferze ideologii, co publicznego wizerunku ludzi lub rzeczy. W reklamie setki tysięcy ludzi pracuje i zarabia pieniądze tylko i aż po to, żeby rzeczy przedstawiać tak, jak życzą sobie ich zleceniodawcy. W swojej istocie mają skłonić konsumentów do kupienia określonego produktu. Metoda nie jest ważna. Ważny jest efekt w postaci zakupu. W tym samym celu sklepy mają wygląd stwarzający wrażenie, że jest to najlepsze miejsce do refleksji nad potrzebą posiadania rzeczy lub zrobienia prezentu. I najlepszy czas, chociażby świąteczny.

Podobnie jest z tabloidami. Ludzie tam pracujący co do zasady przedstawiają ludzi i związane z nimi zdarzenia w sposób przerysowany, epatujący skandalem, mający jednocześnie dać poczucie czytelnikom, że ci z wielkiego świata są w swoich słabościach tacy sami lub gorsi od nich. Po co? Żeby ludzie potrzebujący chwilowego dowartościowania kupowali te gazety. Zdjęcia robione z ukrycia, bzdurne komentarze i teksty. Wszystko po to, by zarobili wydawcy. W ostatnich latach powstało wiele plotkarskich portali internetowych. Świadczy to o opłacalności takiej działalności. Korzystają one z jeszcze innej formy dostawy – można powiedzieć prywatnej. Wielu tak zwanych normalnych ludzi, pracujących w swoich zawodach, dla własnej przyjemności podglądania lub zysku, mając małe cyfrowe aparaty fotograficzne lub po prostu telefony komórkowe i widząc ludzi znanych, z ukrycia robią zdjęcia lub filmy wideo. Później sprzedają je plotkarskim portalom i tabloidom.

Manipulowanie informacją polegającą na przyczynkarskim, bardzo zbanalizowanym przedstawianiu informacji, przez co dochodzi do licznych przeinaczeń i prostych kłamstw, uprawiają też zdawałoby się poważne gazety i stacje telewizyjne. Prawa mediów, ale czy też prawo do manipulacji? W Polsce funkcjonuje teraz wiele całodobowych kanałów telewizyjnych i radiowych. Kreują one bohaterów, ale że bohaterów jest za mało, z niektórych robią antybohaterów i mają zapełniony czas antenowy i wpływy za reklamy. Niestety, politycy też zauważyli, iż w medialnym świecie polityka wizerunkowa polegająca na prezentacji poglądów nie dla ich merytorycznej wartości, ale dla przykrycia innych spraw, sprowadzenia debaty na nieistotne tematy czy też by ludzi straszyć dla swoich partyjnych celów. To jest też manipulacja. Marzę o świecie prawdziwym. Ale czy to marzenie nie jest naiwnością?

Flanelowa inwazja albo

flanela kontratakuje tekst |artur pleskot

Grunge powrócił, i to powrócił w wielkim stylu! Monika Brodka, kiedyś bardziej znana jako piosenkarka, obecnie specjalistka od mody w Warszawce, najlepiej ubrana celebrytka według pism kobiecych, obwieszcza: „Powraca grunge, krata znowu będzie modna!”.

Artur Pleskot – nasz ekspert od degeneracji i dewiacji

Słowo ciałem się stało. W wielu sklepach można ostatnio dostać koszule w kratę. Sam złapałem się ostatnio na tym, że przeszukuję eBay i Allegro w poszukiwaniu flanelowych koszul. Uwierzcie mi, nie jestem żadnym fashion victim. Wrzesień, dwie świetne premiery płytowe Pearl Jam i Alice In Chains. Wszystkie media

pieją z zachwytu, owszem są to bardzo dobre płyty i trafiły w dobrym momencie na rynek. Zalewa nas obecnie papka: miałki indie rock z Wysp Brytyjskich, lukrowany emo bunt z centrum handlowego czy pseudopunk w stylu Green Day – starzy wyjadacze przypomnieli światu o swoim istnieniu w idealnym momencie. Można powiedzieć, że przybyli muzyce rockowej na ratunek. W październiku trafiam na koncert absolutnej legendy grunge’u, grupy Mudhoney. Stołeczna Proxima szczelnie wypełniona ludźmi, spory przekrój wiekowy, od nastolatków do 40-latków, masa flanelowych koszul, T-shirtów z Soundgarden, Pearl Jam… Poza tym pełen energii i entuzjazmu koncert. Czułem się, jakbym cofnął się do 1992 roku. Istny wehikuł czasu.

Listopad – na DVD i CD wychodzi legendarny koncert Nirvany z festiwalu Reading z 1992 roku. Kurt i spółka w szczytowej formie. W mediach pojawiły się ostatnio plotki, że prawdopodobnie w 2010 roku dojdzie do reaktywacji Soundgarden. Na pewno niejeden fan rocka czeka na to wydarzenie. Młody czytelnik spyta, a co to jest ten grunge. Dla obecnego pokolenia 30-latków i nie tylko to styl oraz gatunek muzyczny, który był ścieżką dźwiękową ich dorastania. Może się starzeję, może ta muzyka łączy się z moim okresem nastoletnim, z wieloma miłymi i niefajnymi wspomnieniami. Jedno jest pewne – był to ostatni tak spontaniczny, prawdziwy powiew świeżości i oryginalności w muzyce rockowej. Amen.

61

FELIETON

F


Š Mark Welch

Paulina Ligocka

Shop online roxy.com


HIRO 3