Page 1

ISSN:368849

NR 23

fashion week poland fashion week poland

mdna, Ghost rider, Indie games


ISSN:368849

NR 23

okładka: foto | łukasz dziewic modelka | MARIA KONIECZNA

INTRO

FASHION WEEK POLAND FASHION WEEK POLAND

MDNA, GHOST RIDER, INDIE GAMES

www.hiro.pl e-mail: halo@hiro.pl

Wydawca: Agencja HIRO Sp. z o.o. ul. Chmielna 7/14 00-021 Warszawa tel. (22) 403 88 08

Zacznijmy jak przed rokiem... Wielu artystów zmierza dziś ścieżką przetartą przez mięsnego jeża. Ba, niektórzy nawet ją antycypowali, bo nie ma to jak dobre wykształcenie i dobre samopoczucie. „HIRO” zawsze skupiało wokół siebie ludzi niegłupich, a do tego pięknych i młodych. W tym miesiącu misję tę kontynuujemy m.in. w Łodzi. Dla uczczenia organizowanego tam po raz szósty święta mody w numerze znajdziecie spaśne rozkminy modowe i trochę białych kresek. W naturze mamy ciągły ruch, więc jest to ostatnie wydanie zrealizowane przez starą ekipę redaktorską. Dziękujemy chłopakom za rozpędzenie pociągu, ale nastał czas, by przestawić zwrotnicę. Nowe powitamy już za miesiąc!

Prezes wydawnictwa: krzysztof grabań kris@hiro.pl

Dyrektor zarządzająca: dominika rokosz dominika.rokosz@hiro.pl

Redaktor naczelny: Grzegorz czyż grzegorz.czyz@hiro.pl

Z-ca redaktora naczelnego: MATEUSZ JĘDRAS mateusz.jedras@hiro.pl

Asystentka naczelnych: ada banaszak ada.banaszak@hiro.pl

Dyrektor artystyczny: Łukasz majewski lukasz.majewski@hiro.pl

Reklama: Michał panków

michal.pankow@hiro.pl

małgorzata cholewa malgorzata.cholewa@hiro.pl

marcelina compel

06. 24. 38. 44. 50. 52. 54. 58.

niechęć: nieco inne menu komiks: cisza i szumy megahiro: przewodnik po off out of schedule madonna: wieczna dupera polski teatr: poszerzenie pola gry planete doc: rzeczywistość na gorącym uczynku indie games: cyfrowi marzyciele ghost rider: teraz ja jadę, do diabła!

marcelina.compel@hiro.pl

Projekt graficzny magazynu i strony internetowej: marla nowakówna

Współpracownicy:

piotrek anuszewski, jerzy bartoszewicz, karolina bielawska, KaROLIna błaszkiewicz, bartosz czartoryski, piotr czerkawski, piotr dobry, karolina dryps, małgorzata dumin, jacek dziduszko, marek fall, zdzisław furgał, marcin flint, piotr gatys, małgorzata halber, aleksander hudzik, kaja klimek, Piotr kowalczyk, łukasz knap, łukasz konatowicz, dawid kornaga, wiki królikowska, adam kruk, mateusz kubiak, Łukasz Łachecki, emil macherzyński, krzysztof michalak, sonia miniewicz, jan mirosław, karolina miszczak, anna mrzygłodzka, marcin r. nowicki, maciek piasecki, jan prociak, dagmara romanowska, marek j. sawicki, weronika siwiec, marta słomka, dorota smela, jacek sobczyński, filip szałasek, bartosz sztybor, maciej szumny, marek turek, dominika węcławek

miejsca, w których jesteśmy:

© ROBERT WYRZYKOWSKI, MARCIN PODOLEC

Społeczność: facebook.com/hirofree.fb

comernet sp. z o.o. ul. Głuska 6 20-439 Lublin

STARBUCKS LAJKONIK Zdeterytorializowane wnętrza to element polityki Starbucksa, który w nowym punkcie na warszawskim Pl. Trzech Krzyży ustąpił miejsca lokalnej tradycji. Kawowy gigant tym razem odnowił legendarną kawiarnię Lajkonik – łącznie z muralami i częścią oświetlenia, dzięki którym znów można podziwiać klasykę polskiego rysunku satyrycznego.

AMBASADA ŚLEDZIA Śledzik? Wódeczka? Ambasada ma to wszystko i jeszcze więcej! Stolarska 8/10 to lokal, w którym o każdej porze dnia i nocy można zapełnić żołądek kultowym zestawem wódka plus zakąska. Wszystko w przystępnych cenach (dominują wartości 4 i 8 zł), smacznie, blisko i w doskonałym (choć nie zawsze trzeźwym) towarzystwie.


NIECHĘĆ

nieco inne menu tekst | łukasz łachecki

foto | jan zamoyski/czułość

rafał błaszczak to świetny rozmówca. mógłby napisać przewodnik po warszawie, godzinami gadać o komedzie czy tyrmandzie... a że przy okazji jest gitarzystą oficjalnie debiutującej niechęci, porozmawialiśmy z nim o „śmierci w miękkim futerku”. Skąd wziąłeś ludzi do „nowej” Niechęci? Historia Niechęci trwa dłużej niż historia zespołu znanego z EP-ki i noweFundamentem, z którego zrodził się zespół, jest moja przyjaźń z perkusistą go albumu. Sam mówisz o dwóch okresach: partyzanckim, obejmującym nie Michałem Kaczorkiem, z którym znamy się od dziecka. Później doszedł Matylko działalność muzyczną, oraz dojrzałym, późnym. Mógłbyś powiedzieć ciek Zwierzchowski, który do dziś komponuje lwią część naszego repertuaru. kilka słów o tym wczesnym wcieleniu? Zderzyliśmy się z jazzmanami i choć nigdy nie interesowało mnie tłuczenie gam, Okres partyzancki postrzegam z perspektywy czasu jako niekoniecznie improwizowaliśmy z muzykami jazzowymi bardzo dużo. Później przewinął się cały wartościowy stricte muzycznie – byliśmy wtedy totalnymi gówniarzami i niewiele ten inspirujący, kolorowy pierdolnik sceniczny, ale stwierdziliśmy, że skupiamy się jeszcze potrafiliśmy. Przez zespół przewinęło się mnóstwo ludzi: teatry, mimowie, na muzyce. Wybrałem kilka osób, które są dla mnie autorytetami, czeszą te szkoły performerzy – zdarzały się koncerty Niechęci jako kwartetu, a bywało też, że na muzyczne, i zapytałem, kto jest najlepszym młodym pianistą w tym mieście. scenie było dwadzieścia pięć osób. To był cudowny czas, byliśmy dzieciakami, Dostałem cztery SMS-y o tej samej treści: Tomek Wielechowski. Od Zwierzaka eksperymentowaliśmy, wrzucaliśmy co popadnie – heroinę, amfetaminę, kokainę, dostałem też cynę, że istnieje raczkujący PCP czy LSD. Czas, który chyba dobrze, że się skończył, bo gdyby trwał dłużej, Zagraliśmy jeden, trwający grubo ponad trzy wtedy zespół Jazzpospolita, którego basista jest fajnym człowiekiem. Poszedłem, to obawiam się, że mógłby zaowocować czarnymi legendami. Ale bawiliśmy się kwadranse, schorowany, rzężący utwór, całkowitą zobaczyłem, pomyślałem: Znam tę gębę, mijamy się od lat! W ogóle nie było rozświetnie. improwizację. Publiczność zwariowała, ale była też mowy, bo wiedział, po co przyszedłem Jak to było z tą heroiną w Akwarium? i druga frakcja – muzycy, nie wiedzieć czemu obrażeni, i zaprzyjaźniliśmy się w pięć minut. Tego dnia menu było akurat nieco inne. Właśnie. Gra z wami Stefan, wydaOgłoszono ostatni koncert w Akwarium, też się darli, ale na akustyka, żeby wyłączył nam prąd. jecie płytę miesiąc po Jazzpo, więc też no i zwaliło się tam tego wieczora pół miamusisz być świadomy porównań czy linii podziału. Chicagowski post-rock sta. Byliśmy i my, nawciągani, ale wcale nie chcieliśmy grać, chcieliśmy słuchać vs. Komeda i Joy Division, a może akademizm vs. punk? Jak widzisz tę linię muzyki, a zastaliśmy nudną galę w wykonaniu emerytów czy też ich uczniów demarkacyjną? – paskudnie sączące się standardy gastronomiczne, kompletną pomyłkę. Pomysł Akademizm vs. punk może trochę tak, ale generalnie protestuję przeciwko zrodził się raz dwa: jak tak, to my wystąpimy! Po drodze przyłączył się do nas zestawianiu tych dwóch zespołów, bo przesłuchanie naszej płyty i płyty Jazzpo – jak się później okazało, wyśmienity – klarnecista, który muzycznie uratował całą właściwie kończy temat. To są dwa kompletnie inne bandy. My jesteśmy dużo sytuację. Zagraliśmy jeden, trwający grubo ponad trzy kwadranse, schorowany, bardziej intuicyjni, emocjonalni, stawiamy na nastrój i energię, podczas gdy oni rzężący utwór, całkowitą improwizację. Publiczność zwariowała, ale była też cudownie żonglują formą, są mocno intelektualni. Pewnie jakoś się wzajemnie ini druga frakcja – muzycy, nie wiedzieć czemu obrażeni, też się darli, ale na akustyspirujemy i przenikamy, ale najważniejsze, że siedzimy, pijemy piwo, palimy jointy ka, żeby wyłączył nam prąd. Z obecną Niechęcią łączył nas wtedy jedynie szyld i cieszymy się, że powstały dwie tak różne płyty. i dwie osoby: ja i perkusista.

06 info

www.hiro.pl


Siedzimy na Saskiej Kępie, więc poeksploatuję trochę kontekst tyrmandowszczyzny, warszawskości. Widziałem wcześniejsze projekty okładek płyty, które trochę ryzykownie ocierały się o taką łatkę. Najbardziej lubimy grać koncerty poza Warszawą, ale na pięciu członków Niechęci czterej to warszawiacy z dziada pradziada. Nie boimy się kontekstu lokalnego, Warszawa nas inspiruje, mamy tu poważny background kulturowy, do którego uczciwiej się odnieść niż do też uwielbianych przez nas np. Johna Zorna czy Erika Truffaza. „Dziennik 1954” znam prawie na pamięć, uwielbiam to przegięte poczucie humoru w tej w gruncie rzeczy strasznie smutnej książce i takie prawdziwie warszawskie „fuck you” w niej zawarte. Kocham Komedę, dziadek zarażał mnie tym wszystkim od dziecka, ale też, jak wszystkie ważne dla

nas rzeczy i to lubimy jakoś zanegować, wyśmiać, co to też słychać na albumie, gdzie kilka numerów, takich jak „Fecaliano”, stanowi rodzaj wentylu bezpieczeństwa dla tego ciążenia, powagi i łatwych szufladek. Mogliście wydać w Lado czy w Ampersand i kontekst byłby inny, a jednak Wytwórnia Krajowa ma swoje określone konotacje. Nie wiem, czy mogliśmy, nie przesyłaliśmy tam naszej płyty. Scena muzyki improwizowanej w Polsce jest mocno spolaryzowana – część warszawskiego środowiska bezmyślnie zrzyna z Johna Zorna i Tzadik, inni z kolei kopiują francuski, klubowy bit, wreszcie jest trzecie środowisko przedrukowujące Skandynawię. Lado wydaje tysiąc płyt rocznie, z czego jedna jest jakoś dyskutowana i dostępna szerzej. My po prostu lubimy przekraczać pewne rzeczy. Jeśli dla kogoś pierwszym impulsem do zainteresowania się nami jest jazz, to chcemy z drugiej strony grać na Openerze albo na scenie Trójki. Dlatego też Wytwórnia Krajowa, która wydawała do tej pory zupełnie inne granie, choć na pierwszy rzut oka wydaje się do nas nie pasować, pasuje idealnie. Choćby poprzez wspomniany przez ciebie kontekst lokalny. Tą jedną z tysiąca płyt Lado ABC był w tamtym roku Profesjonalizm. Jak oceniasz tę płytę? Nie chcę oceniać prac innych artystów, ale płyta Profesjonalizmu jako nudnawa, czysto konceptualna dekonstrukcja swingu do mnie na przykład nie trafia. Dla mnie to nie jest ciekawe. Z całym szacunkiem dla gigantycznego talentu Maseckiego, nie słyszę w tym emocji. Ale wiesz, wielu ludzi tę płytę uwielbia – to jest, jak zwykle, subiektywne. Na „Śmierci w miękkim futerku” są wszystkie kawałki z EP-ki oprócz „Etanolu” – każdy zresztą brzmi inaczej niż wcześniej, mniej klasycyzująco. „Etanol” był sercem EP-ki, jej najlepszym utworem – jego pojawienie się zdefiniowało pewne rzeczy, ale granie go po raz kolejny w taki sam sposób nie miało sensu. Wystarczy posłuchać sobie dwóch wersji „After You” i porównać drogę między EP-ką, nagraną kompletnie na wariata, po pięciu-sześciu próbach, a nowym albumem. Nerwowe Wakacje nie dały na płytę „Oli”, z „Etanolem” jest podobnie. A propos: Jacek Szabrański pisze najpiękniejsze polskie post-beatlesowskie piosenki, a dla nas napisał utwór tytułowy – kompletną, obłąkaną chorobę psychiczną, zupełnie nieprzypominającą nic innego, co stworzył. Tak właśnie miała wyglądać płyta – inaczej niż wszystko, co robiliśmy wcześniej. Chcemy grać muzykę bardziej nowoczesną, psychodeliczną, mroczną, mniej jazzową. Chcieliśmy też, żeby było mniej improwizacji pojedynczych muzyków, a więcej improwizacji całego, dotartego już zespołu. I myślę, że to się udało.

przejmij tron i j. edgara Lubicie grać? Lubicie trony? A FBI? Dystrybutor pierwszego sezonu „Gry o tron” i „J. Edgara”, firma Galapagos, ufundował dla was nagrody: Blu-ray, DVD oraz pięć albumów z fotosami z „Gry o tron”, a także trzy egzemplarze DVD „J. Edgar”. Aby wygrać którąś z nich, wyślijcie nam swoje zdjęcie na dowolnym tronie lub zdjęcie dowolnego kreta na: konkurs@hiro.pl

alt.ciuch Asortyment KXM ma stanowić alternatywę dla mody z centrów handlowych. Znajdziecie tu marki najlepszych niezależnych firm. Dostępne w sklepie są: Imaginary Foundation, Carhartt, Stussy, The Hundreds, LRG, Neff, Crooks & Castles, Alife, Undefeated, WESC, Keep, KR3W, Supra, Keep, Rebel 8, Sweet, Creative Recreation, a z polskich: Dziedzic Pruski i Projekt Mleko. Wkrótce więcej! Rondo Jazdy Polskiej, przejście podziemne, lokal 26, Warszawa

www.hiro.pl

info 07


IMPREZY

berlin - warszawa tekst | łukasz konatowicz

Organizatorzy przedsięwzięcia Berlin-Warszawa pragną edukować. – Jak to sie stało, że od Kraftwerku, przez eksperymenty z maszynami Detroit i nielegalną paradę w Berlinie, muzyka elektroniczna trafiła do studia nagraniowego Madonny czy P. Diddy i telewizji śniadaniowej? – pytają w materiałach promocyjnych. – Jaka jest różnica między panem puszczającym tanie bity w podrzędnej dyskotece, a tym, co grają w ukrytych klubach stolic świata? Dlaczego język muzyki elektronicznej jest uniwersalny i równie atrakcyjny w Europie zachodniej i wschodniej? I jak to jest, że kultura niezależna stała się przemysłem, który swoją kreatywnością inspiruje światowe molochy typu Universal czy EMI. Te wszystkie kwestie zamierzają wyjaśnić serią materiałów wideo o dwóch klubach:

warszawskim 1500m2 Do Wynajęcia i berlińskim Ritter Butzke. Praktyczną naukę będzie można odebrać podczas imprez, które tej wiosny odbędą się w 1500m2. W ramach tej serii, między 30.03 a 19.05, będzie można usłyszeć kanadyjskiego electro-amanta Tigę czy Jamie'ego Jonesa, najlepszego DJ-a zeszłego roku według Resident Advisor i oczywiście artystów z Berlina. Obowiązkowi przy tej okazji Niemcy to przede wszystkim wykonawcy kojarzeni z wytwórnią Mobilee – Sebo K, Marco Resmann i Pan Pot. Niebawem powinniśmy się przekonać, czy projekt wyjaśni tajemnice sceny klubowej i rzuci światło dzienne na to, jak Derrick May wpłynął na playlisty stacji radiowych. A jak ktoś nie chce chłonąć wiedzy, to może iść potańczyć.

foto | materiały promocyjne

off club tekst | zdzisław furgał

Na ratunek wszystkim oczekującym na OFF Festival rusza OFF Club. Organizatorzy zapraszają na trzy wieczory ekskluzywnych audiowizualnych wrażeń. W dniach 11-13.05 w kinie Światowid w Katowicach zobaczymy filmy, które zostaną na żywo udźwiękowione przez artystów wyspecjalizowanych w tworzeniu muzycznych pejzaży. Rozpocznie Barn Owl, psychodeliczny duet z San Fran, który gościł na zeszłorocznej edycji. Zagra oryginalną ścieżkę dźwiękową do „Oprócz tego nie ma nic” Anki i Wilhelma Sasnalów. Następnego dnia (pokazy zawsze

o 19:00!) zobaczymy „Cienie zapomnianych przodków” – mroczną miłosną historię Siergieja Paradżanowa z huculskimi legendami w tle. Reinterpretacji ścieżki dźwiękowej podjąła się amerykańska folkowa orkiestra z bałkańskim przegięciem, czyli A Hawk And A Hacksaw. Na koniec Werner Herzog i zapis jego afrykańskiej podróży sprzed 40 lat. Na stworzenie soundtracku do „Fata Morgany” porwał się z kolei kanadyjczyk Tim Hecker, autor ciepło przyjmowanego zeszłorocznego „Ravedeath 1972”. Spieszcie się – ilość miejsc ograniczona!

podróż po japońsku W najnowszej kolekcji marki Ozoshi, inspirującej się motoryzacją i modą japońską, miłośnicy sportowej elegancji na pewno znajdą coś dla siebie. TAKAMI to bluza typu rugby z kontrastowym kołnierzykiem. Na obu rękawach naszywki. Nawiązanie do klasyki przejawia się w połączeniu modnej w tym sezonie czerni i bieli. Dostępna na: www.thesigned.com

latające głośniki Skullcandy i Rocnation połączyli swoje siły aby stworzyć niepowtarzalny produkt – słuchawki ROC NATION AVIATOR. To pierwszy model słuchawek inspirowany kultowymi okularami Aviator. Transparentne muszle głośników wykonane z polikarbonu idealnie imitują szkła od okularów, jednocześnie ukazując całe wnętrze głośnika. www.facebook.com/ SkullcandyPolska Cena 649 zł


e e l

c

on c r t i bea t

s

tekst | łukasz konatowicz

28 kwietnia w gdańskim Centrum Stocznia Gdańska odbędzie się druga edycja polskiego wydania Electronic Beats Festival – imprezy związanej z międzynarodowym muzycznym projektem Deutsche Telekom, właściciela sieci T-Mobile. Wbrew temu, co mogłaby sugerować nazwa, nie jest to festwiwal dla hardcore'owego odbiorcy elektroniki. Wszyscy wykonawcy w jakiś sposób zakotwiczeni są w elektronice (to inaczej niż na poprzedniej, warszawskiej edycji, na której grali też czysto rockowi The Drums), ale jednocześnie w jakiś sposób przemawiają do odbiorców „żywej” muzyki. Główną gwiazdą imprezy będzie James Blake. Dwudziestoczteroletni Anglik przez chwilę wydawał się kandydatem na największą gwiazdę kojarzoną z dubstepem. No ale nią akurat został Skrillex. Po serii trzech EP-ek, z których każda proponowała inny kierunek rozwoju dla muzyki basowej (dubstep byłby tu zbyt wąskim terminem), Brytyjczyk nagrał album ze śpiewanymi utworami. Nie napiszę „piosenkami”, bo to w dużej mierze abstrakcyjne twory nie trzymające się konwencjonalnego formatu. W zeszłym roku o płytę „James Blake” spierano się bardzo żywo. Jedni przekreślili Blake’a, oskarżając go nawet o wpisanie się w kawiarniane nudziarstwo, którego symbolem w zeszłym roku była Adele. Inni doceniali wykonanie kolejnej wolty, niespełnianie oczekiwań fanów i zauważali, że dodanie wokalu nie czyniło muzyki londyńczyka łatwiejszą. Byli też i tacy, którzy po prostu w kółko słuchali coveru ballady „Limit To Your Love”, oryginalnie wykonywanej przez kanadyjską wokalistkę Feist – ten utwór faktycznie udało mi się usłyszeć w kawiarni. Niezależnie od intencji artysty, Blake po wydaniu debiutanckiego longplaya stał się gwiazdą. Oczywiście nie od rzeczy jest tu fakt, że to przystojny chłopak – na jego koncertach dziewczęta piszczą. Jako drugi w kolejności na plakatach wymieniany jest Squarepusher. Nagrywający pod tym pseudonimem Tom Jenkinson, nestor wytwórni Warp, twórca klasycznego albumu „Music Is Rotted One Note” (1998) od zawsze różnił się od kolegów z tej oficyny (choćby Aphex Twin czy Autechre) swoim zamiłowaniem do żywego instrumentarium. Szczególnie do gitary basowej, której jest wirtuozem. Jego dorobek ma tyle wspólnego z drum'n'bassem co z muzyką fusion w stylu Herbie'ego Hancocka z lat 70. Za to jego ostatni album, „Shobaleader One: d’Demonstrator”, opierał się niestety na mało ciekawym kopiowaniu Daft Punk. Nic to jednak, festiwal odbywa się zaraz przed premierą następnej płyty i to raczej nowy materiał będzie promowany, a Jenkinson na żywo zwykł wypadać zjawiskowo i wyprawiać na basie zdumiewające rzeczy przy akompaniamencie bitów z mini-disca. Ktoś jednak na tym festiwalu będzie chyba naśladował Daft Punk. Niemiecki duet Digitalism wypłynął, kiedy w drugiej połowie poprzedniej dekady powróciła moda na french touch i młodzi wykonawcy, skupieni głównie wokół labelów

www.hiro.pl

Ed Banger i Kitsuné, jak choćby Justice, próbowali szczęścia z fuzją house’u i rocka. Digitalism zawsze zdawało się szczególnie zależeć na tym rockowym elemencie – ich pierwszym wydawnictwem był remiks „Seven Nation Army” The White Stripes, na debiutanckim albumie przerabiali „Fire In Cairo” The Cure... – Grać jak prawdziwa kapela, to ich odwieczna dewiza – czytamy w materiałach organizatora. Niestety, ich muzyka jest zwyczajnie wtórna i mało interesująca. Zapewne będzie to jednak najbardziej taneczny koncert całego festiwalu. Najbardziej przystępny dla wszelkich grup wiekowych koncert festiwalu da prawdopodobnie Jazzanova. Nazwa tego berlińskiego kolektywu sugeruje, że tworzy on przaśne dźwiękowe tapety na potrzeby kawiarnianych składanek. Prawda jest taka, że Niemcy grają ekspercką muzykę, która faktycznie może służyć jako ścieżka dźwiękowa do kawy. Ich twórczość łączy jazz (oczywiście), funk i house w gładką całość, która nie urazi uszu niczyjej mamy ani żadnego fana Brand New Heavies. Członkowie Jazzanovy są przy tym utalentowani i produkują dobre numery. Żeby się o tym przekonać wystarczy posłuchać ich ostatniej jak dotąd płyty z nowym materiałem – nagranej z szeregiem gościnnych wokalistów, soulującej „Of All The Things” z 2008 roku. Ci didżeje i producenci zabierają na koncerty cały „żywy” skład, a w Gdańsku wystąpi z nimi też wokalista i basista Paul Randolph, postać znana na elektronicznej scenie Detroit (współpracował z szychami techno, takimi jak Carl Craig i Moodymann). Nie tylko Blake będzie śpiewał ballady na Electronic Beats. Dominique Dillon de Byington z Berlina, występująca jako Dillon, tworzy muzykę elektroniczną, bo elektroniczne są jej narzędzia. Jednak nie jest to techno, z którym kojarzy się należący do Ellen Allien label BPitch Control (to dla niego Dillon nagrała swój wydany w zeszłym roku, debiutancki album „This Silence Kills”). Wokalistka śpiewa dziecięcym głosem w stylu Joanny Newsom, a jej twórczość to konfesyjny, osobisty singer/songwriting. Pochylając się nad piosenkowością płyty Dominique, recenzent magazynu Resident Advisor zastanawiał się: Bity? Jakie bity?! Oczywiście elektroniczne bity na festiwalu się pojawią. Ale niekoniecznie one będą najważniejsze. Organizatorzy chyba nie chcą robić ezoterycznych, „edgy” imprez dla fanatycznych słuchaczy elektroniki, którzy ciągle pragną kolejnych mutacji, następnych „nowych brzmień”. Zamiast tego zorganizowali festiwal, który można umiejscowić gdzieś między ambitną Nową Muzyką, a komercyjnoimprezowym Selectorem. Do Gdańska zawita ciut konserwatywny, odrobinę populistyczny zestaw wykonawców. Ale stoi za tym programem jakaś myśl. Wszystkie występy powinny być równie strawne dla fanów elektroniki, co dla ich znajomych słuchających rocka. Program jest naprawdę zróżnicowany i żaden z artystów, którzy tego wieczora zagrają, nie powinien przypominać żadnego innego.

info 9


foto | Łukasz kamiński, BILL WALE

IMPREZY

sxsw tekst | grzegorz czyż

Promocja rodzimej kultury za granicą to wciąż działka, w której Polacy mają wiele do zrobienia. Po raz kolejny Instytut Adama Mickiewicza posłał wybranych przedstawicieli polskiej sceny niezależnej na festiwal South By Southwest w Austin w Teksasie, ale jak co roku na dobrym wyborze artystów się skończyło. Dobry wybór przedstawiał się następująco: Coldair, Moja Adrenalina, Paula i Karol oraz Twilite. SXSW nie roznieśli, ale co przeżyli, to ich. Choć teoretycznie impreza jest branżowa, a przynajmniej nadal podtrzymuje się ten jej pierwotny charakter (organizując setki paneli dyskusyjnych oraz udostępniając hale konferencyjne i targowe na potrzeby rozmaitych podmiotów, w tym także narodowych instytucji kultury), to według nieoficjalnych szacunków zsumowane wydarzenia tegorocznego SXSW miały zawrotną publiczność blisko pół miliona osób, czyli prawie drugie tyle, ilu mieszkańców liczy Austin! Każdy, kto boi się tłumów, powinien jednak pamiętać, że paradoksalnie to właśnie na tym festiwalu nadal można zobaczyć najbardziej kameralne występy swoich ulubionych artystów. Chyba że waszym największym ulubieńcem jest akurat Bruce Springsteen, autor mowy inauguracyjnej SXSW 2012, który wystąpił w ogromnym Moody Theater z The E Street Band oraz gośćmi: Tomem Morello, Jimmym Cliffem i grupą Arcade Fire. Większość festiwalowych koncertów ma jednak mniej oficjalny charakter, ba, do wielu dochodzi przypadkowo i nie ma ich w żadnych rozpiskach. Totalnie szalony festiwal, przytłacza cię absolutnie – mówi Tobiasz Biliński, który w ubiegłym roku występował na SXSW z Kyst, a w tym ze swoim solowym projektem Coldair. – Z jednej strony masz te wszystkie buzz bandy, z drugiej pijanych zadymiarzy, z których teoretycznie każdy może mieć broń, bo to przecież Teksas. Opinię podziela Adam Byczkowski, który wspiera swojego kolegę z Kyst w koncertowym wcieleniu Coldair: Tylu tam gra świetnych artystów, że trudno to ogarnąć. Dlatego przez większość czasu siedzieliśmy z chłopakami z Twilite na werandzie naszego domu. Nieco inaczej w realiach SXSW odnalazła się Paula Bialski: Ja znalazlam swe miejsce, mianowicie kościół St. David’s Historic Sanctuary, gdzie siedziałam dwa wieczory pod rząd i dokonałam chyba większej liczby muzycznych odkryć niż wcześniej przez całe życie. Amerykańska przygoda Pauli i Karola nie ograniczyła się zresztą do pobytu w Austin. Wcześniej grupa wystąpiła w legendarnym Webster Hall w ramach festiwalu New York Sound City, a po koncertach na SXSW poleciała do Toronto na Canadian Music Week. Na chwilkę do Austin wpadli również muzycy Mojej Adrenaliny, nagrywający obecnie w Los Angeles płytę ze znanym producentem. Dla nich SXSW, dokąd po odwołaniu lotu wybrali się samochodem z San Diego (bite 2000 km!), to jeden wielki chaos. – Organizatorzy skierowali nas do niewłaściwego klubu – wspomina Rafał Modliński. – Wcześniej United Airlines zgubiły moją gitarę i efekty, które nie znalazły się w trakcie naszego przejazdu, i na miejscu musiałem na gwałt wykombinować instrument na występ. A było to o tyle trudne, ze gram na gitarze siedmiostrunowej. Z kolei wycieczka duetu Twilite do parku Enchanted Rock zaowocowała innym typowym doświadczeniem dla SXSW. – Wracaliśmy o zmierzchu do Austin i zauważyliśmy taki fajny westernowy bar – opowiada Paweł Milewski. – Okazało się, że w środku jest scena, gitary, piece. I to był nasz bonusowy koncert! I co, słabo...? www.hiro.pl


foto | materiały promocyjne

WARTO ROZMAWIAĆ

sofa tekst | Wiki Królikowska

Sofy stoją w różnych miejscach: w salonach, garażach, czasem w sypialniach lub w klubach. Jakie jest twoje ulubione miejsce? Sofa: A ja stoję na ulicy i słucham bomb, Armagedon znów nadchodzi, czuć jego swąd. Ja jak świadek Jehowy: raz tu, raz tam. Przepowiadam koniec, ale nikt mnie nie słucha, bo wszyscy zapatrzeni w tańcu, zapatrzeni w siebie, disko napierdala i przez chwilę jest jak w niebie. A hardkor czai się tuż za rogiem. Trzeba przyznać, że nieźle rymujesz! Również po angielsku. Planujesz ekspansję na zachód czy tylko szpanujesz, że znasz język obcy? Raczej tylko szpanuję, chociaż dość prowincjonalny to szpan. Teraz każdy mówi po angielsku. Gdybym nauczyła się rymować po chińsku, to byłby dopiero full bayer. Wolisz jak ludzie na tobie siedzą i się relaksują czy jak skaczą po tobie i tańczą? Siadać to może luj na przystanku. W mojej obecności się stoi. Zdaje się, Permen na to pomaga. Niech patrzą i podziwiają. Za pieniądze oczywiście. Tylko dotykać nie wolno. To już sponsoring czy jeszcze chodzenie? W jakim stylu jesteś utrzymana? Chyba nie w wiktoriańskim? Planujesz ufundować sobie nowe obicie i nogi jak Panda? Oczywiście Bauhaus i to ten wczesny, z Dessau. Funkcjonalność w oparciu o potrzeby psychologiczne. To znaczy, jak masz jakiś hardkor, to mogę być ci i kozetką. A nowe obicie właśnie dostarczono. Wzbudza sporo kontrowersji. Jedni wpadają w zachwyt, drudzy mówią, że kompletny syf. Czy myślisz, że wzbudzasz takie sprzeczne emocje, bo łączysz w sobie fascynacje zarówno czarnym r’n’b jak i synth-popem z lat 80.? Brzmisz dość nietypowo jak na polskie standardy...

Polskie standardy są takie, że nie wolno robić nic ponad miarę. Mnie interesują standardy ponadnarodowe, czyli poszukiwanie nowej jakości, nowej ekspresji, co nie jest łatwe w XXI w. Purystyczne pojęcie gatunku się zdewaluowało. Szaleje postmodernizm, Fukuyama ogłosił koniec historii, a my grzęźniemy w sentymentach. Ile jeszcze będziemy powracać do lat 60., 70., 80.? Zjadamy własny ogon. Stąd potrzeba eksperymentu, nawet za cenę ośmieszenia. Po co nagrywać takie same płyty? Ludzie, nie ma zakazanych gatunków! To nie District 9! Poza bluesem i metalem istnieje coś jeszcze! Jesteś kojarzona głównie z hip-hopem, soulem, funkiem. Ale ucho mi podpowiada, że kiedyś stałaś gdzieś, gdzie nasiąkłaś nieco polską alternatywą. Na przykład w „Chłopcach” z twojego nowego albumu słyszę wyraźnir w melodii coś z Cool Kids Of Death i Negatywu… Bo miałam okazję stać w różnych miejscach, mam za sobą parę lat życia. Mieszam gatunki, stawiam się w różnych położeniach po to, żeby stworzyć nową jakość. Nie mogłam wrócić do tego, co było, bo te „czarne” gatunki się w naszym kraju mocno zdarły. Zostały z nich tylko strzępy czegoś, co było fajne. Teraz jest rok 2012 i świat jest inny, muzyka jest inna, Sofą jestem inną. Świat stał się hardkorem. Szaleje kryzys, a w telewizji do upadłego disko. Kto głośniej, kto z większym przytupem, kto głupiej! Przebija się tylko skrajny przekaz: 0-1, czarne-białe, hardkordisko. Teraz trzeba krzyczeć, żeby coś powiedzieć, dlatego stałam się ciut mniej przysiadalna. Jaką ilość osób jesteś w stanie pomieścić? 6, 10, 100, a może dasz radę 1.000? Może więcej? Na razie jest ponad 13.000 i jeszcze mi nie dość. Ale to zaledwie deklarowana na Facebooku liczba. Tak naprawdę to czuję, że mogę więcej, więcej i więcej! Myślisz, że to jakiś kompleks z dzieciństwa? Podświadoma kompensacja?

Często jesteś widywana z Pandą. Jaka łączy was relacja? Panda tylko na tobie śpi czy to coś więcej? Ta debilka w kółko śpi. Jakaś podrabiana jest. Z Chin chyba. Te nogi ma teraz nowe, bo stare z dupy miała powyrywane za życie w stylu summer sale i inne takie affairs. Mówiąc więcej, to było jak zarzygała nową narzutę z Ikei. Są plany, żeby Pandę odsprzedać do Berlina, bo stamtąd ciągle pustka po Knucie wyziera. No i w euro płacą. Czy to prawda, że to ty jej te nogi powyrywałaś? Stąd te wszystkie przeszczepy nóg, łap, a nawet skrzydeł? No to było wtedy z tą narzutą… Ale to dawno i nieprawda, nie ma o co bić piany. Te skrzydła to sobie sama wymyśliła jak na Wielkanoc na Polsacie pierwszy raz zobaczyła „Krzyżaków” po masteringu. Husaria na pierwszym planie, skrzydła w plazmie błysnęły, no i zaraz dostała zajoba. Kup i kup. No to jej kupiłam w necie, ale rozmiarówka była błędna i dlatego takie małe są. Czy w doborze nóg Pandy słusznie się upatruję fascynacji słynną nogą Angeliny? Mówię, weź chociaż taką w legginsie z lamparta, to będzie modniej, więcej płyt się sprzeda, ale nie. Ona mówi, że ma być właśnie taka żyrafia w typie Jolie, bo ona też chce mieć takiego Pitta. Ręce opadają. Kompletny chaos ADHD. Wiemy już wszystko o ciele Pandy. A jakie najdziwniejsze zajście miało na tobie miejsce? SOFA czyli Status Of Forces Agreement. Pozwolenie na stacjonowanie wojsk USA na terenie Polski. Czy ktoś mnie w ogóle pytał o zdanie? Hello! WTF?! [JAKO SOFA ODPOWIADAŁ TOMASZ ORGANEK]


plazmatikon the pryzmats tekst | marcin r. nowicki

Płyta „Muzak” to rodzaj manifestu? Kacper Salzman: Bezgłośnego krzyku. Konia trojańskiego. Napisaliśmy kilka bardzo poważnych tekstów – mam nadzieję, że ludzie będą zadawać sobie trud dotarcia do nich. Internet – bardziej przekleństwo czy szansa? Żyjemy w fascynujących czasach. Nie da się zawrócić rzeki kijem. Internet jest faktem – świat po prostu będzie się musiał zmienić i wierzę w to, że jednak nie pozwolimy muzykom umrzeć z głodu. Znajdą oni sposób na funkcjonowanie (koncerty, sprzedaż mp3). Nie jesteśmy już uzależnieni ani od radia, ani od telewizji. Dla człowieka XXI wieku język angielski jest naturalny, a internet to po prostu alternatywny świat, w którym funkcjonuje. W składzie pojawiły się nowe osoby. Jak bardzo wpłynęły na kształt płyty? Zaśpiewał Bartek Schmidt. Perfekcyjnie wpasował się w całość i nadał jej bardzo fajny, osobisty wymiar. Natomiast w odsłonie live wspiera nas perkusista – Sagan. Wniósł power! Już w 6 osób zaczęliśmy pracę nad nowym materiałem i mamy wspólnie niesamowitą energię. Nie wątpię, że dokonamy razem czegoś wielkiego (śmiech).

tekst | ada banaszak

Czym jest The Pryzmats? Krzysiek Jarosiewicz: The Pryzmats to bardzo utalentowany klawiszowiec, kreatywny gitarzysta i dwóch bystrych, lecz leniwych MC. Znaleźliśmy na polskim rynku muzycznym lukę. Jeszcze nigdy wcześniej tak bardzo niezorganizowany skład nie nagrał tak niespójnego materiału, w tydzień, tak daleko od domu. Gramy hip-hop, gdzie podkład muzyczny nie jest odtwarzany z nośnika czy pliku, ale grany na żywo za pomocą instrumentów. Możemy się mylić do woli, ilość wpadek jest nieskończona. To ma swój urok. Rok temu wydaliście EP-kę „Balon”, teraz nagrywacie dla Sony Music. Co się zdarzyło przez te 12 miesięcy? Przez ten okres udało nam się odwiedzić z naszą twórczością sporo ciekawych miejsc, spotkać na koncertach mnóstwo sympatycznych ludzi, zebrać za płytę kilka pochwał i ciepłych słów. Zrealizowaliśmy także trzy teledyski. Dzięki utworom z EP-ki dostaliśmy się do finału konkursu EMPiK – Make More Music, który jakimś trafem udało nam się wygrać. W konsekwencji podpisaliśmy kontrakt z dużą wytwórnią. W momencie podpisywania umowy mieliśmy już wyznaczoną datę premiery płyty, więc trzeba było zacząć ją wymyślać. Udało się nagrać materiał, z którego jesteśmy w pełni zadowoleni. Teraz czekamy na krążek w wersji fizycznej, odpoczywamy i jesteśmy ciekawi, co robi pozostałe sześć cudów świata. Premiera płyty „Coś z niczego” już 30 kwietnia.


HIPSHIT

centrum lotów kosmicznych tekst | MARCIN R. NOWICKI

foto | Olga Szymkowiak

W samym sercu gigatycznego kompleksu magaz y n o w o - fa b rycznego na łódzkim Widzewie Zupełnie znikąd wyłonił się „Bajknour”, czyli trzysta metrów kwad r at o w yc h , z których odbywają się loty w muzyczny kosmos.

Wschodnia część dawnej włókienniczej stolicy kraju do cji muzyków pokój oferuje niezwykle przytulny wystrój. Od niedawna była obszarem na bakier z cywilizowanymi prze- klimatycznych lampek, po zdjęcia na ścianach. – Mamy tu jawami życia kulturalnego. To melodia przeszłości. Na tej wszystko – mówią zgodnie muzycy Revlovers. – Łódź długo czekała na takie miejsce. Kompleksowe, przyjazne, twopustyni wyrosło niedawno miejsce niezwykłe nie tylko w skali rzone z pasją. Przejrzysty system rezerwacji zapełnia kalenŁodzi. Wybraliśmy się do Bajkonura z wizytą, pełni ciekawości darz, którego aktualizacje znajdziecie na stronie internetowej. wobec tej niecodziennej inicjatywy. Droga poprzez uliczki ob- Za niewielką opłatą może tu trenować i nagrywać każdy. szernego, dziś w znacznej mierze opuszczonego kompleksu Rezydentami są m. in. wspomniani CKOD czy Iza Lach. wiedzie do budynku, który na swoim najwyższym piętrze Opuszczając podwoje Bajkonura, stwierdzam, że rzekryje prawdziwe lądowisko promów międzyplanetarnych. czywiście wysyła on w kosmos. Bez wsparcia wielkich firm Przywitał nas jeden z ojców projektu – muzyk i aktywista czy uzależnienia od publicznych dotacji powstało miejsce, które z czystym sumieniem poleciłbym komuś z Londynu Paweł Olszewski. To inicjatywa oddolna – opowiada o genezie. – Zakasaliśmy czy Berlina. Znajdziecie tu coś więcej niż sumę wyposażenia. w kilka osób rękawy i postanowiliśmy, że będziemy ostat- Nawet w tak niepewnych czasach odważni wizjonerzy nadal nimi, którzy zgaszą tu światło. Z Łodzi uciekło już zbyt wiele potrafią sprowadzić na Ziemię trochę magii. wartościowych jednostek. Surowo, acz klimatycznie urządzona sala główna mieści niedużą scenę koncertową. Sącząc napój zakupiony w bufecie, spoglądam przez wielkie okna. Industrialne, wyjęte ze świata otoczenie od razu przypomina, dlaczego porównania do Manchesteru mają w Łodzi swoją historię. W powietrzu wisi coś nieziemskiego. Coś, co tak bardzo sprzyja tworzeniu, a czego nie można kupić za grube dolary. – Mamy tu szereg atrakcji – kontynuuje Olszewski. – Jedną z największych jest szkoła muzyczna Masywny, wodoszczelny, pomaMarka Kądzieli. To wybitny fachowiec i wraz rańczowy – taki właśnie jest męski z przyjaciółmi stworzył u nas regularny uniwerzegarek GUESS z wiosennej sytet, który kształci instrumentalistów. Tymczasem zmierzamy do pokoju, z któkolekcji. Perfekcyjne użycie rego dobiega muzyka. Zachwyca ilość i dokilku różnych materiałów bór sprzętu. Kamil Łazikowski, na co dzień sprawia, że zegarek charakw składzie Cool Kids Of Death, zebrał w swoteryzuje się niecodzienim Soyuz Studio cały arsenał analogowych nym designem. Sylikonowy urządzeń. – Jasne, że mam też komputer pasek, koperta ze stali szla– tłumaczy. – Władowałem tu wszystkie chetnej i wodoszczelność do oszczędności i chcę, by studio posiadało 100m pozwalają na swobodne charakter. Zaangażowałem się i po cichu liczę, że zrobimy naprawdę wartościowe rzeczy. pływanie w zegarku. Do tego poPośród dziesiątek urządzeń stoją takie cacka likarbonowy, grafitowy pierścień, jak Roland Space Echo czy klawisze Mooga. który dodaje drapieżnego Trafiliśmy akurat na wstępne miksy albumu wyglądu. Wyposażony w multidatę. grupy Revlovers. Cena: ok. 750zł Doskonale wygłuszony pokój oferu www.timetrend.pl je komfortowe warunki pracy. Oprócz wyposażenia w typie 24-kanałowego stołu mikserskiego do bezpośredniej dyspozy-

czas oranżu

www.hiro.pl


burial tekst | jan prOCIAk

foto| materiały promocyjne

W ciągu zaledwie siedmiu lat William Bevan przeszedł drogę od tajemniczego producenta do bohatera większości serwisów recenzenckich i współpracownika Thoma Yorke’a. Kiedy „FACT Magazine” uznał „Untrue” za najlepszy (najważniejszy) album pierwszej dekady lat zerowych, wielu pukało się w głowę. Dziś, kiedy więcej dzieciaków ma midi-controller niż gitarę, a obecność dubstepu na salonach nie dziwi nikogo, taka decyzja brytyjskich pismaków nabiera znamion profetyczności. Po ubiegłorocznej ofensywie, znaczonej remiksami dla Massive Attack, kolaboracją z liderem Radiohead i Four Tetem oraz dobrze przyjętą EP-ką „Street Halo” chudzielec z południowego Londynu nie przestaje zaskakiwać. Widać, że format małej płyty doskonale służy Bevanowi. Jego najnowsze dzieło to zaledwie trzy numery, jednak każdy z nich wnosi kolejne elementy do burialowego świata. Odczuwalna wielkość brzmienia, stopniowe odchodzenie od 2-stepowych wzorców rytmicznych i długość utworów, które spokojnie określić można mianem elektronicznych suit. Burial nie pieści się i konsekwentnie poszerza paletę swoich brzmień. Jednocześnie nie zapomina o tych elementach, które wyniosły go na szczyt. Dalej mamy do czynienia z londyńskim spleenem podkreślanym przez tajemnicze sample wokalne, szczękające beaty i klimat przejażdżki nocnym busem. W swojej kategorii Bevan już dawno osiągnął mistrzostwo świata, a teraz niczym Sergiej Bubka konsekwentnie podnosi poprzeczkę. Tutaj nie ma miejsca na przypadek. Każdy dźwięk jest istotny, a kolejne elementy wynikają z poprzednich. Bevan daje upust swojej fascynacji rave’em, co słychać szczególnie w numerze „Loner”. To chyba pierwszy przypadek w jego karierze, kiedy możemy mówić o parkietowym potencjale. Jednak w przeciwieństwie do Scuby Burial nie aspiruje do grania na stadionach. To ciągle muzyka, która klimat stawia na pierwszym miejscu. Soundtrack do postimprezowych rozmyślań. W końcu za to go pokochaliśmy.

viva la luksus Dawno temu w Los Angeles w Pacoima, dwie młode damy stworzyły zapach Juicy, który pachniał najdoskonalszą modą. Następnie stwierdziły: Chwileczkę, pragniemy więcej! Zapach powinien być wykwintny i luksusowy. Niezależnie jednak jaki będzie, musi pozostać soczysty. I tak powstał zapach VIVA LA JUICY, powiew luksusu! Rekomendowana cena detaliczna za 50 ml: 315 zł

foto | materiały promocyjne

HIPSHIT


HIPSHIT

out of print sangoplasmo tekst | MAREK J. SAWICKI

feedtime „The Aberrant Years” 4LP/4CD (Sub Pop)

Oto wydawnictwo zasługujące na przydomek „out of print”! Pierwsze trzy albumy feedtime wyszły z obiegu jeszcze w latach 90., a w obecnym tysiącleciu można było znaleźć jedynie używane kopie „Suction”. Określając feedtime jednym zdaniem, napisałbym: ciężki rock grany przez trzech australijczyków, którzy z takim samym brzmieniem atakowali standardy Stonesów, jak i adaptację wiersza e.e. cummingsa (być może to właśnie jego nazwisko skłoniło muzyków do zapisywania nazwy swego zespołu bez użycia kapitalików). 25 lat po ukazaniu się debiutu (i ponad 30 po rozpoczęciu kariery zespołu) otrzymujemy znakomity zestaw pierwszych czterech albmów wydanych wcześniej sumptem australijskiego labelu Aberrant. The Boats „Ballads Of The Research Department” CD (12k) Przepiękny, wieczorny drone/post-rock zagrany w tempie 10bpm. Tworzenie tej płyty zajęło muzykom trzy lata i słychać to wyraźnie. Wszystkie cztery „ballady” (minimum 9 minut długości) są w istocie zbiorem mniejszych części, co w oczywisty sposób przywołuje na myśl zawartość „Lift Yr Skinny Fists” GY!BE, zresztą jasny punkt odniesienia dla tej płyty. Zabawne jest słuchanie takiego grania, gdy ma się w pamięci przyśpieszoną ewolucję post-rocka, zmierzającą w kierunku żucia własnego ogona. The Boats nawiązują do tego „niewinnego” okresu minimalistycznego grania. Fantastyczna robota i niezwykle relaksująca płyta. Richard Papiercuts „A Sudden Shift” LP (Pena) Punk dla dorosłych, ale raczej dla fanów twórczości Doc Corbin Darta niż Joe Strummera. Jest to solowy album lidera Chinese Restaurants. Tutaj LF Restaurant (aktualny pseudonim) z noise-punku przeskakuje w czysto brzmiące, skupione granie z dość dramatycznymi wokalami. To wszystko to, co obiecuje się po wydawnictwach Springsteena: sumienie Ameryki i wywlekanie jej ciemnych plam. Obrazki z zapaści rynków światowych, Guantánamo i nowojorskich imprez. Niespokojny nastrój podkreśla cover „Working Hour” Tears For Fears na stronie B, zaraz potem jednak kontrowany głupawym kawałkiem „Let’s Make Love”, czerpiącym z najgorzej brzmiących bootlegów VU. Wobec istnienia takiej muzyki zaczynam skłaniać się ku tezie, że Lou Reed obecnymi czasy ma bardzo zachłannego agenta.

tekst | FILIP SZAŁASEK

Sangoplasmo to poznańska wytwórnia kasetowa, której katalog poszerza się CO MIESIĄC o interesujące taśmy z kręgów ambient, drone i psych. O początkach i ambicjach labela opowiada nam jego założyciel. Wydaje się, że na polskim rynku fonograficznym wydawanie kaset jest albo opłacaną przez rodziców fanaberią hipstera, albo wynikiem pozytywistycznej wytrwałości. Jakie były początki Sangoplasmo? Lubomir Grzelak: W czasach liceum prowadziłem netlabel Byłem Kobietą Records z darmowymi wydawnictwami. Wypuszczałem głównie własne albumy. Szymek, z którym grałem w Chłopomanii, założył z naszym tancerzem, Cocker Cockiem, świetny hypnagogic-popowy projekt, Damiano CZ. W Byłem Kobieta ukazała się ich EP-ka, „1996”. Sam nośnik zawsze był mi dość bliski – kolekcjonowałem wytwory świetnej wówczas polskiej sceny hip-hopowej, później od czasu do czasu wpadały mi w ręce kasety małych labeli blackmetalowych i sceny eksperymentalnej. Pod koniec 2010 roku zaproponowałem Aranosowi nagranie materiału. Robisz wszystko sam czy tak naprawdę Sangoplasmo to jakiś kolektyw anonimowych hobbystów? Właściwie robię wszystko sam, ale wielkim wsparciem jest moja dziewczyna. Często proszę ją o zdjęcia, które mógłbym użyć na okładki. Bardzo pomaga mi też mama, która czasem chodzi za mnie na pocztę. Podziel się swoimi fantazjami wydawniczymi. Masz wizję idealnej kasety w katalogu Sango? Staram się, żeby każda taśma wydana była najlepiej jak tylko potrafię, a okładka i opracowanie graficzne były spójne z zawartością dźwiękową. Coraz częściej wydajemy taśmy techniką tampondruku, który wygląda bardziej elegancko niż naklejki. Nie lubię, kiedy trafiają do mnie taśmy z innych labeli, gdzie okładka jest na przykład zadrukowana tylko na froncie. Uważam, że kaseta, oprócz zawartości muzycznej, powinna ukrywać także wizualną, dostępną tylko właścicielowi.

turek


HIPSHIT

tu zig, tam zag

uszy miasta Skandynawska marka słuchawek Urbanears promuje doskonały design, funkcjonalność i kolor. Dzięki czterem zaprojektowanym modelom słuchawek w szerokiej gamie kolorystycznej, każdy znajdzie coś dla siebie. Wizją twórców było dodanie dodatkowych elementów do samej funkcjonalności produktu – są tak zaprojektowane, aby traktować je jako element ubioru. Chesz je mieć? Polub fanpage facebook.com/ soundwear i wyślij listę swoich ulubionych kawałków-soundtracków do chodzenia po mieście na: konkurs@hiro.pl.

jak nowa płyta tekst | aleksander hudzik

Sepe i Chazme – zgrany zespół, którego nie trzeba przedstawiać – zaprezentuje cykl swoich nowych prac w MITO art café (wernisaż wystawy 20.04). Murale obu panów goszczą na wielu warszawskich, łódzkich, a nawet europejskich ścianach. Wystawa otwiera cykl prezentacji INsideOUT, promujących urban art. Chazme słynie z geometrycznych oszczędnych wzorów, Sepe zaś to miłośnik surrealizujących kształtów. Jak tym razem współbrzmieć będą te dwa streetartowe głosy? Sprawdźcie koniecznie!

retro konkwista

foto | materiały promocyjne

Urban City na wiosnę startuje z nową kolekcją spodni dresowych! Seria limitowana! Widzisz Zig Zag, czujesz Zig Zag, jesteś w Zig Zag! Unikalne wzory spodni znajdziesz oczywiście na UrbanCity.pl

Kultowe Cortezy w tym roku kończą 40 lat. Zaprojektowane jako buty dla biegaczy, szybko stały się nieodzownym elementem codziennego stylu i ikoną Nike. W tym sezonie dostępne są w wersji skórzanej lub nylonowej i w szerokiej gamie intensywnych kolorów. Nowy projekt nylonowej cholewki zwiększa ich trwałość i nadaje im jeszcze bardziej opływowy kształt.

www.hiro.pl


NA ŚWIECIE Nikt już nie wie, co jest grane pomiędzy Rihanną i Chrisem Brownem. Niby pojawiły się dwuznaczne kawałki, niby byłą parę widuje się razem, ale damski bokser podobno pozostaje w szczęśliwym związku z inną panną. Może to zabrzmi niedelikatnie, ale mamy nadzieję, że ktoś wybije RiRi z głowy tę całą hucpę.

W okolicach kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego ma się ukazać okolicznościowa składanka projektu Morowe Panny, w skład którego wchodzą m.in. Lilu, Marika i Paulina Przybysz z Sistars. Piosenki inspirowane historiami kobiet z tamtego okresu to dość ciężkostrawny koncept, więc trudno nam wierzyć, że skończy się lepiej niż w przypadku znanej płyty Lao Che.

Jak być ikoną młodych obrońców muzyki organicznej, doskonale wie lider Beach House, który ostatnio skrytykował taniość produkcji chartsowych. Podał za przykład Rihannę – jej piosenki to dla niego kwestia 15 minut. Geniusz! Zapowiedział też nagranie drugiego „Pet Sounds”.

Tatiana Okupnik udzieliła ciekawego wywiadu jednemu z popularnych tygodników. Pochwaliła się na przykład wspólnymi nagrywkami z ojcem Amy Winehouse oraz spotkaniem Jimmy’ego Page’a w drodze po bułki. Cóż, to bardzo ciekawe anegdoty, ale nadal trudno uznać jej ostatni album za pozycję mogącą konkurować z tym, co modne we współczesnym popie.

Madonna nie traci impetu. Po kolaboracji z Benny Benassim przeszła kolej na trzeci singiel z enigmatycznie zatytułowanego krążka „MDNA”. Fani zastanawiają się nad znaczeniem tej nazwy – czyżby nawet spółgłoski zostały naciągnięte za pomocą jadu kiełbasianego?

„Bitwa na głosy” – niby wiadomo, że leżącego się nie kopie, ale pochylmy się jednak nad tym, co tam się wyprawia. Freestyle zaprezentowany w pierwszym odcinku przez członka drużyny Mezo musiał być dla widzów TVP podobną traumą, co niedawna śmierć Ryszarda Lubicza. Tymczasem sam poznaniak wczuł się w misję TVP 2 i zdekonstruował stereotyp hip-hopowego macho: na swój występ przywdział opinające tyłek, srebrne legginsy i odsłaniający biceps podkoszulek. Widzimy Mejer, że chciałbyś być niezły plejer, ale weź, wyszło tak, jak nawinął kiedyś Eis.

Lady GaGa dojrzała do macierzyństwa. W wywiadzie dla Oprah Winfrey stwierdziła, że mogłaby urodzić nawet całą drużynę piłkarską. Potencjalnym pociechom gwiazdy życzymy jednego: oby ich matka trzymała się z daleka od projektu koszulek, w których przyjdzie im grać. Koncert A$AP Rocky’ego podczas SXSW skończył się bijatyką rapera z pijanym tłumem. Tak powinieneś był poradzić sobie z incydentem na Coachelli, Ariel!

Trwa wszechplebiscyt na przebój EURO 2012. W szranki stanęli m.in. Maryla, Püdelsi, Wilki oraz Red. Wszystko wskazuje na to, że w czerwcu zawiesimy działalność i udamy się na emigrację, a Kacper Bartosiak będzie oglądał mecze przez satelitę.

Gdy chyba nikt już nie traktował go poważnie, Usher zaskoczył wszystkich fanów współczesnego r’n’b. Wyprodukowany przez Diplo „Climax” to kawałek wyprzedzający swoje czasy, prawdopodobnie lepszy niż wszystkie jego dotychczasowe single razem wzięte. Oficjalnie wybaczamy mu „Yeah”.

Kinomaniacy pokazali czerwoną kartkę twórcom „Kac Wawy”. Multipleksy świecą pustkami, więc dystrybutorzy rozważają szybsze zdjęcie tego filmu z afisza. Radzimy po prostu oskarżyć widzów o niedopełnienie obowiązków i narażenie na straty finansowe. Jak to tak, nie pójść na film z naprawdę dobrym Milowiczem i najlepszym w Polsce Szycem?

Tymczasem tytułowy singiel z nadchodzącej EP-ki Diplo jest taką petardą, że aż przestrzelił Amerykaninowi obie stopy naraz. Koszmarny teledysk z fabułą opartą na trzęsących się, galaretowatych tyłkach potwierdza tezę, że te orgie basu są po prostu symulacją biegunki.

Szykuje się wywiad-rzeka z Dodą, który będzie w całości poświęcony kwestiom wiary i światopoglądu piosenkarki. Na pewno nie przeczytamy kolejnych rewelacji o naprutych winem autorach Biblii, ale po cichu liczymy, że artystka dostanie dożywocie za obrazę uczuć religijnych i wszyscy będą mieć święty spokój.

W POLSCE Nie chcemy kąsać konkurencji, ale w niedawnym przeglądzie dyskografii niemieckiej formacji Can w serwisie Screenagers trafiliśmy na stwierdzenie, które wprawiło nas w osłupienie. Otóż według jednego z autorów „Can i The Velvet Underground mają ze sobą wiele wspólnego (...) – dziś powoli stają się zapomnianymi ikonami, których twórczość wielbi topniejąca grupka fanatyków”. Screenagers, what planet u on? Nieza

leżny

Serwi

y s Muz

czny

Znany spór scenarzysty powyższego dzieła z Tomaszem Wołkiem jest jednak niczym przy dyskusji reżyserki „Big love” z recenzentem portalu Filmweb. Internauci nie zostawili na Barbarze Białowąs suchej nitki, więc my z przekory wyrazimy sympatię dla tej wszechstronnie wykształconej przedstawicielki postmodernizmu.

www.hiro.pl

NAPISALI: Kacper Bartosiak, Iwona Czekirda, Borys Dejnarowicz, Krzysztof Michalak, Wojciech Sawicki, Jakub Wencel

PORCYS KĄSA


 Aluminiowa  konstrukcja  odporna  na  korozję   Brak  brudzących  części  dzięki  napędowi  kevlarowym  paskiem   Błyskawiczne  składanie  i  rozkładanie   Elegancki  robiący  wrażenie  supernowoczesny dizajn  Poręczny kształt po  złożeniu: 114/116 x 51 x 23 cm  Waga 9,6 kg

 Ponadczasowa sportowa elegancja  Napęd paskiem Gates Carbon Drive™  (czysty,  lekki,  trwały  i  niezawodny)   Modele  Viktor  i Siegfried:  tylna  piasta  Flip-Flop  z  opcją  ostrego  koła   Dostępne modele: Viktor, Siegfried,  Ludwig, Lotte  Motto:  „jazda  rowerem ma być czystą przyjemnością”

 Awangardowe  rowery  miejskie  z Holandii  Klasyczne  proporcje   Skórzane  siodełka  kultowej  firmy  SYAD  Piasty  Shimano  jedno-,  trzy-  i  siedmiobiegowe   Ledowe oświetlenie  zabudowane  w  ramie  Zintegrowany  z  ramą  system  przypinania  roweru  (model  Nº 5)   Dostępne modele: Nº 3, Nº 5, Nº 6


KAROLINA KOZAK

trochę światła tekst | Marcin r. nowicki

foto | materiaŁy promocyjne

Czy była prezenterka MTV wypatruje w telewizji swoich nowych teledysków? O drugim solowym albumie opowiada Eks-WOKALISTKA DR.NO. „Homemade” – czy tytuł twojej płyty mówi o okolicznościach jej powstania? Okazał się najtrudniejszym elementem całego projektu. Znalezienie słowa, które wiele oddaje, niewiele ujmując, nie było wcale łatwe. Ostatecznie nie ja wpadłam na ten pomysł. Wymyśliła go przyjaciółka Kasi. Bardzo nam przypasował. Faktycznie większość materiału powstała w domu – oczywiście poza bębnami czy orkiestrą smyczkową. Powiesz, kim jest Kasia i skąd wzięła się na płycie Karoliny Kozak? Od czasu pierwszego albumu minęło pięć lat. Wena bywa kapryśna. Tym bardziej, że potrafię coś tam jednym palcem na klawiszu zagrać, na debiut nawet skomponowałam kilka numerów na gitarze, ale generalnie nie jestem instrumentalistką. Nie inspirują mnie też komputery i sample. Interesują mnie żywi ludzie. Kasia Piszek pojawiła się w idealnym momencie, kiedy straciłam cierpliwość do samodzielnego tworzenia. Pomogła mi wydobyć z siebie to, z czym się identyfikuję. Ma doświadczenie – grała koncerty z Anią Dąbrowską, Brodką, Noviką, a od niedawna jest nową wokalistką projektu Öszibarack. Pojawiła się w Jazzboyu trzy lata temu. Przychodziła wieczorami rejestrować swoje własne piosenki. Mój mężczyzna – Bogdan Kondracki – zasugerował, żebym się z nią spotkała. Szybko powstał pierwszy numer. Dalej było tylko lepiej. A finalnie, ze względu na mocno zarysowaną wizję utworów, została również producentką całości. Jednak tym razem na płycie nie pojawi się logo Jazzboy, bezpośrednim wydawcą jest Sony… Nie kryje się za tym faktem żaden skandal. Bogdan był w Jazzboyu głównym producentem muzycznym, ale i częścią spółki, biznesu. To na dłuższą metę nie najlepsze połączenie. Uziemiało zarówno jego, jak i wydawnictwo. Siłą rzeczy układ się wypalił i postanowiliśmy rozwiązać także mój kontrakt. Wtedy pojawiło się Sony, gdzie pracuje Marcin Russek – osoba na właściwym miejscu. Chcę jednak dodać, że z czasów Jazzboya mam bardzo dobre wspomnienia. Niedawno udzielałam wywiadu w Trójce i wywołany Paweł Jóźwicki stwierdził, że ma poczucie niedosytu względem mojego debiutu i podobny żal wyczuwa u mnie. Chcę to sprostować: zawsze podkreślałam, że byłam zadowolona z odzewu. Sprzedało się cztery razy więcej nośników niż wcześniej z dr.no. Było to pozytywne zaskoczenie. Masz ten komfort, że „Homemade” powstawała bez presji materialnej. Jak bardzo to pomaga w procesie twórczym? Żyję z pisania tekstów piosenek. Nie musiałam myśleć kategoriami „a co włożę do garnka, jeśli się nie uda?” Ten luz jest istotnym elementem. Przeżyłam już epizod z piosenką do filmu „Miłość na wybiegu”. Cenne doświadczenie, bo pouczające – otarłam się o dziedzinę, w której nie mam zamiaru bywać nigdy więcej. Pop w wydaniu z „Homemade” nie jest przelukrowany. Już pierwszy singiel emanuje naturalnością. Działasz wyłącznie intuicyjnie? Niczego nie robię na siłę. Zwróć uwagę, że niewiele z tych numerów ma tradycyjną piosenkową strukturę – zwrotka, refren, zwrotka... We wspomnianym singlu wokal wchodzi dopiero po minucie, a nie w regulaminowych piętnastu sekundach. Z punktu widzenia Sony i dużych mediów nie będzie to łatwa praca. Zależało mi też na określonym wideoklipie – szukaliśmy dobrze naświetlonego zewnętrznego planu. Styczniowa Polska zupełnie się do tego nie nadawała. Ten i jeszcze jeden obrazek powstał w Stanach Zjednoczonych. Spędziliśmy w Savannie tydzień i nie wydaliśmy wcale fortuny. Niesamowita przygoda, w trakcie której chęć pomocy i zaufanie ludzi stamtąd zrobiły na mnie gigantyczne wrażenie. Pracowałaś kiedyś jako prezenterka MTV Polska. Myślisz, że klip do „Mimochodem” ma jakąkolwiek szansę na obecność na tej antenie? Żyjemy w czasach internetu. I to tam poszukujemy obecnie wideoklipów. Kiedy odchodziłam z MTV w połowie poprzedniej dekady, proces, którego dziś widzimy finał, zaczynał się na dobre rozkręcać. Niewątpliwie nie należę już do „pokolenia MTV”, muzyka nie ma tam obecnie żadnego znaczenia. Można tylko zadawać sobie pytanie, czy stacja odpowiada na pewne zapotrzebowanie, czy sama je kreuje. www.hiro.pl


off out of schedule POLSKA MODA TO COŚ WIĘCEJ NIŻ „TOP MODEL” I MAGAZYNY, KTÓRE ZAWIERAJĄ MNIEJ ZNAKÓW NIŻ TEN TEKST. TO PASJA, POŚWIĘCENIE I MOZOLNE PRZEBIJANIE SIĘ NA dotychczas raczej mało SPRZYJAJĄCYm RYNKU. czasy się jednak zmieniają, choćby za sprawą tygodnia mody w Łodzi. CZY rodzimy FASHION WEEK, ZWANY PRZEZ ZŁOŚLIWYCH FASHION WEAKIEM, DAJe RADĘ? my bez wahania odTak! powiadamy: Przede wszystkim dzięki OFF OUT OF SCHEDULe. PONIŻEJ TRZYNASTKA PROJEKTANTÓW ZAPROSZONYCH NA TEGOROCZNĄ EDYCJĘ.

off out of schedule tekst | jan prociak

foto | MATERIAŁY promocyjne


ANNA DUDZIŃSKA Twórczyni marki DUD.ZIN.SKA wzbudza już zainteresowanie poza granicami kraju, o czym świadczą pokazy w Paryżu i Düsseldorfie. Projektantka w swoich pracach inspiruje się nowoczesną architekturą i designem, co dla osoby działającej na tym polu zdecydowanie nie jest takie oczywiste. Na szczęście jej świeże kreacje stanowią miłą odmianę na polskiej scenie modowej. Pojawiające się w ich kontekście określenie „użytkowa awangarda” przestaje dziwić, jeśli zna się ubiegłoroczne Arch.Tekt.Onik Collection. Bazujące na kontrastach i zdradzające fascynację geometrią stroje zwróciłyby uwagę na każdym pokazie. To czyni z projektantki niezły materiał na gwiazdę najbliższych sezonów.

www.Hiro.pl

megahiro 29


BOLA Kolejne działanie na granicy sztuki i mody. Tworząca markę bola Ola Bajer ma pomysły, których nie powstydziłby się niejeden artysta konceptualny. W końcu nie bez powodu kończyła malarstwo na katowickiej ASP. Jej najnowsza kolekcja ubiorów damskich i męskich ‎.røk. /dym/ zainspirowana została tak niemodową materią jak dym – w tym przypadku ujęty w geometryczne formy uzupełnione autorskimi nadrukami. W ubiegłym roku otrzymała drugą nagrodę w czasie konkursu Fashion Designer Awards.

MARTA ADAMIEC Tajemnicza projektantka podpisuje się jako mart. adamiec. Również jej projekty otacza aura sekretu i niedopowiedzenia. Zderzając ze sobą proste, surowe formy i świat niemal bajkowej wyobraźni osiąga zaskakujące efekty. Ulotna kobiecość podkreślana przez minimalistyczne formy i delikatne materiały kojarzy się z popularnymi w słowiańskich wierzeniach rusałkami. Kolekcja m.a.01 ma być odpowiedzią na „tajemniczą i zatrważającą część świata przyrody”. Warto jej posłuchać.

ALEXIS AND PONY Marta Mandla i Szymon Rychlik to rzadki przykład projektantów unikających blichtru. W dorobku mają jedną kolekcję i kilka wystaw, a każda z nich zaskakiwała oryginalnością. Podobnie jak Burial w muzyce, nie muszą świecić twarzą, żeby zdobyć poklask. Od lat budują swoją pozycję i zdobywają kolejne przyczółki na drodze do sławy. Pokaz na polu golfowym, Fashioner na Opennerze, a teraz OFF Out Of Schedule. Każdy rok dla nich kolejny krok do przodu. Ostatnim co można powiedzieć o Marcie i Szymonie jest to, że łagodne z nich kucyki. JAROSŁAW EWERT Jeśli za główne problemy mody uznamy kwestie formy i materii, to Jarosław Ewert udziela na nie ciekawych odpowiedzi. W obu dziedzinach stara się być oryginalny, łącząc ze sobą nietypowe materiały, które ciężko skojarzyć z odzieżą. Jego projektom bliżej do galerii sztuki niż popularnego butiku. W dobie coraz częstszych kolaboracji galerii z projektantami to może być hit, a w najgorszym zaś razie dostarczyciel najlepszych t-shirtów w klubie. Kandydat na gwiazdę tegorocznego OFF Out Of Schedule. Nazwa kolekcji („re-forma”) może być prorocza.

GREG GONSIOR W tym towarzystwie to prawdziwy zawodnik wagi ciężkiej. Od czasu mocnego uderzenia projektem „Buffo Buffalo Bombast” z 2008 roku, Greg działa z regularnością godną braci Kliczko. Każdy jego projekt to istny nokaut, niezależnie od tego, czy oglądamy go na wybiegu dla modelek, teatralnych deskach czy ścianie pobliskiego budynku. Na takich jak on mówi się człowiek-dynamit. Swobodnie lawiruje między różnymi formami wypowiedzi i estetykami, czując się równie dobrze w minimalizmie, jak i barokowym przepychu. Z tych zawodników, po których zawsze spodziewamy się położenia na deski.

30 megahiro

MONIKA GROMADZIŃSKA Mimo młodego wieku jej projekty uwodzą klasyczną elegancją. Przy realizacjach Anny Dudzińskiej czy Jarosława Ewerta można je uznać niemal za konserwatywne. Już w czasie konkursu New Look Design w 2009 roku Monika pokazała, że klasyczne nie musi znaczyć nudne. Wśród awangardowych odlotów innych uczestników OFF Out Of Schedule jej projekty są jak czyste akordy Chopina wśród atonalnych odjazdów Schönberga. Gromadzńska pokazuje, że dobrze znane materiały w sprawnych rękach i przy odpowiedniej dozie wyobraźni mogą ujawnić piękno, o jakie ich nie podejrzewaliśmy.

www.hiro.pl


IMA MAD Nowa marka na polskiej scenie modowej; mało kto ma okazję tak szybko po starcie pokazać się publiczności w takim miejscu jak łódzka impreza. Ima Mad to trójka projektantów, którzy pod jednym brandem starają się połączyć swoje fascynacje. Zajawki kolekcji „We Come To You Father” wyglądają intrygująco. O takich strojach filmowa dziewczyna z tatuażem mogłaby tylko pomarzyć. Połączenie minimalizmu z aurą tajemnicy i wszechobecną bielą robi piorunujące wrażenie. Sięgając do terminologii piłkarskiej: to może być debiut-marzenie.

JOANNA STARTEK Jeśli ktoś przyznaje się do inspiracji pracami Jima Naughtena, a tak jest w przypadku w kolekcji „Once Upon A Time” Joanny Starek, to samo w sobie nic nie znaczy. Jednak pomysł wyjścia od zdjęć artysty i stworzenia na ich podstawie „antyuniformów” wydaje się intrygujący. Projektantka szukając nowych rozwiązań dla chcących się wyróżniać mężczyzn, wyraźnie zaznacza swoje ambicje. Z racji niewielkiej liczby projektów sporo ryzykuje, ale do odważnych świat należy. Pozostaje nam zachować pokerową twarz i sprawdzić, czy Joanna Startek ma zadatki na wytrawnego gracza, czy może tylko blefuje.

MALDOROR Grzegorz Matląg od 2007 roku buduje markę Maldoror Low Couture. Jego nowa kolekcja ma być zaskoczeniem i przystępnym powrotem do recyklingu, który zawsze stanowił ważną część projektów sygnowanych marką Maldoror. Decyzja Grzegorza o porzuceniu ogrodnictwa SGGW w Warszawie była jedną z lepszych rzeczy, jakie zdarzyły się polskiej modzie w ostatnich latach. W przypadku jego projektów przerost formy nad treścią jest atutem, który sprawia, że projekty ze stajni Maldoror Low Couture to coś więcej niż chwilowa zajawka dla garstki fanów awangardowej mody. PAULINA PLIZGA Śląska siła na paryskich salonach. Mimo emigracji we wczesnych latach 90., najchętniej nawiązuje w swoich projektach do klasyków polskiej sztuki. Doświadczenie czyni ją prawdziwą weteranką wśród tegorocznych gości OFF Out Of Schedule. W środowisku uchodzi za prawdziwą specjalistkę w dziedzinie recyklingu tkanin. Dzięki benedyktyńskiej wręcz pracy tworzy ze skrawków materiału całkowicie nowy świat, gdzieś na granicy mody i sztuki współczesnej. Na szczęście przy całym tym artystycznym sztafażu Paulina nie zapomina o funkcjach użytkowych.

UDA-a Pod fascynującą nazwą kryją się ubrania unisex, które odsyłają gdzieś w daleką przyszłość. W projektach Mateusza Kołtunowicza i Sylwii Jankowskiej uni = sex. W ich pracach czuć młodzieńczą buntowniczość i chęć dekonstrukcji zastanych schematów. Działalność zgodna z nurtem upcyklingu sprawia, że na naszych oczach przeszłość przemienia się w futurystyczny outfit. Stonowana kolorystyka (czerń, biel i beże) kontrastuje z odważnymi kreacjami wykraczającymi daleko poza granice płci. Ramona Rey już im zaufała, a wy?

JAKUB PIECZARKOWSKI Z Krakowa przez Zakopane trafił na łódzką ASP. Mimo młodego wieku (rocznik ‘87) był już w finałach takich konkursów dla młodych projektantów, jak New Look Design i Re-Act Fashion Show. W swoich projektach porusza się między awangardą i prostotą, w twórczy sposób rozszerzając obowiązujące trendy. Pokaz w czasie Fashion Weeku jeszcze przed dyplomem to dla niego spora nobilitacja i okazja na mocny start. Najnowsza kolekcja, którą stworzył w kolaboracji z ODIO TEES, zwraca uwagę skupieniem na detalu, swoistą elegancją i zaskakującymi połączeniami znanych surowców.

www.hiro.pl

megahiro 31


fikcyjne domy mody

gust z ekranu tekst | jan mirosław

foto | materiaŁy promocyjne

Fikcyjna moda z filmów i seriali stawia przed nami pytanie: czy moda musi być naprawdę? im więcej oglądamy, tym mniej znamy odpowiedź. Moda nie musi mówić prawdy, żeby być prawdziwa. Ale choć sprzedaje nam upiększoną wersję rzeczywistości, na końcu najczęściej jest prawdziwy produkt ready-to-wear. Co jednak, gdy go nie ma? W przypadku zmyślonych domów mody, które znamy z kina i telewizji, nikt nam niby niczego nie chce sprzedać. Niczego – prócz fantazji o luksusowym życiu, które jest może dalekie, niedostępne i sztuczne, ale jednak możliwe. Dzięki temu fikcyjna moda może sobie pozwolić na więcej niż ta prawdziwa: nie musi schlebiać klientowi, nie musi być praktyczna, nie musi trzymać się normy. I, ku naszej uciesze, najczęściej tego nie robi. Nieistniejący projektanci są mistrzami przesady i królami wątpliwego gustu, ale dostarczają emocji, które na prawdziwych wybiegach są rzadkie. Oto nasz przegląd najbardziej wpływowych fikcyjnych marek modowych. Dom mody: Forrester Creations Główni projektanci: Eric Forrester, Ridge Forrester, Brooke Logan, Clarke Garrison Trend: zdecydowane kolory lub pastele, tafta, cekiny, drapowania Odpowiednik: Ewa Minge Styl „na królową studniówki” pozwolił rodzinie Forresterów zbudować najpotężniejszy dom mody w historii telewizji oglądanej przez babcie. „Moda na sukces” to w tym przypadku więcej niż tytuł – to cała filozofia. Ubrania obliczone na maksymalny efekt, podkreślające status i mające wzbudzić zazdrość to znak firmowy klanu z Los Angeles. Żadna utrata pamięci nie wymaże potężnych, watowanych ramion w kostiumach oraz koronkowych aplikacji w wieczorowych sukniach, których glamour tak samo podoba się w Brazylii, Polsce i Chinach. Dekady mijają, a ponadczasowy styl Forrester Creations trwa w niemal niezmienionej formie. Nie znaczy to jednak, że historia tej marki nie zna radykalnych

32 megahiro plus

zwrotów akcji. Niekończące się wojny o majątek sprawiły, że założyciele firmy, Stephanie i Eric, tracili i odzyskiwali udziały. W międzyczasie władzę przejmowały ich dzieci lub, co gorsza, blondwłosa manipulatorka Brooke. Dziesięcioletnie rządy tej ostatniej przyczyniły się zresztą do rozkwitu spółki, bowiem Brooke – z wykształcenia chemiczka – odkryła rewolucyjny środek zapobiegający mięciu się tkanin. Jego handlowy sukces zapewnił Forresterom zyski pozwalające inwestować w nowe linie. W 1998 roku miała premierę najodważniejsza z kolekcji FC – „Sypialnie Brooke”. Inspirowana osobowością pani prezes, zastępowała dotychczasową elegancję erotyzmem rodem z filmów Playboya. Na oficjalnej premierze Brooke prezentowała nowe projekty, tańcząc półnago na łóżku. Mimo odpływu tradycyjnej klienteli, firma zyskała nowy, seksowny wizerunek i przez pięć lat „Sypialnie Brooke” były sztandarowym produktem Forresterów. Powrót do klasyki nastąpił, gdy kontrolę nad przedsiębiorstwem odzyskała Stephanie. W pierwwszym odruchu zwolniła przeciwniczkę, ale szybko okazało się, że bez wyobraźni Brooke interesy idą dużo gorzej. „Sypialnie Brooke” powróciły i od tej pory miały regularnie odmładzać konserwatywne oblicze kolekcji głównej. Przejęcie FC przez szantażystę Nicka Marone’a, biologicznego brata Ridge’a, wywołuje kolejną wojnę. Pozbawieni dzieła swego życia, Forresterowie zakładają konkurencyjną markę Forrester Originals, której nazwa ma wskazać klienteli, które projekty są prawdziwe. Jakość wygrywa i Originals przejmują Creations z powrotem. Napięcia w małżeństwie Stephanie i Erica odbijają się na losach firmy: żona sabotuje pokazy, następuje www.hiro.pl


kolejny rozwód, Eric zwalnia byłą żonę, sprzedaż spada. Rodzina staje na progu bankructwa i zalega ze spłatą kredytu. Jednak najcięższym ciosem dla reputacji firmy okazuje się ujawnienie przez prasę zatrudniania nielegalnych imigrantów. Okazuje się, że moda w operze mydlanej niewiele różni się od współpracującego z mafią przemysłu odzieżowego, opisanego w dokumentalnej „Gomorze”. Dom mody: Spectra Fashions/Spectra Couture Główny projektant: Clarke Garrison Trend: cokolwiek wymyślą inni Odpowiednik: Zara Zanim prawdziwy rynek mody opanowały masowe marki kopiujące trendy proponowane przez drogich krawców, ten model biznesowy został już sprawdzony na ekranie. Wielka rywalka Forresterów, Sally Spectra, przez lata utrzymywała się z bezczelnego podkradania pomysłów i sprzedawania ich za ułamek ceny. W rubasznej grubasce o wściekle rudych włosach trudno dostrzec wyrachowaną bizneswoman. Czas dowiódł jednak, że Sally Spectra i jej kreatywne podejście do prawa własności intelektualnej wyprzedziło epokę modowego piractwa na wielką skalę. Choć w fikcyjnym wyścigu Spectra Fashions ostatecznie przegrała w konkurencji z Forresterami, to w rzeczywistym świecie identyczny model biznesowy przyniósł globalny sukces wielkim sieciom w rodzaju Zary i H&M. Wyspecjalizowały się one w przerabianiu pomysłów z wybiegów na masowy produkt w dużo niższej cenie. Dziś wprowadzenie nowej linii na rynek zajmuje Zarze zaledwie dwa tygodnie, dzięki czemu najnowsza moda trafia pod strzechy znacznie szybciej niż kiedyś. Dyrektor Louis Vuittona określił tanią konkurencję „najbardziej innowacyjnym i niszczycielskim zarazem sprzedawcą ubrań na świecie”. Gdzieś tam w telewizyjnym czyśćcu słychać rechot Sally Spectry, bo ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

Dom mody: Eleanor Waldorf Designs Projektanci: Eleanor Waldorf, Jenny Humphrey Trend: uczennica, groszki, miejski romantyzm Odpowiednik: Stella McCartney, Michael Kors Teresa i Weronika Rosati były pierwsze, ale scenarzyści serialu „Plotkara” mogą o tym nie wiedzieć. Wykreowana przez filmowców dynamika matki-projektantki i córki-celebrytki, choć fikcyjna, daje dużo lepszy wgląd w mechanizmy świata mody niż nadwiślański pierwowzór. U nas Teresa Rosati od lat proponuje ciężkie, falbaniaste projekty dla starszych pań, które jej piękna córka czuje się w obowiązku zakładać na wszelkie gale i przyjęcia. Efekt jest zazwyczaj druzgocący. W idealnym świecie „Gossip Girl” wygląda to dokładnie odwrotnie: Eleanor wie, że w modzie liczy się młodość i bezwstydnie podpatruje wszystko, co nosi Blair. Gdy na horyzoncie pojawia się utalentowana stażystka w osobie Jenny Humphrey, stara bez wahania wyciska z niej pomysły. Bezwzględność reguł obowiązujących w środowisku dotyczy każdego – Eleanor tak bardzo wierzy we współczesny kanon szczupłego piękna, że przyczynia się do rozwoju bulimii u własnej córki. Zanim ugryziesz kawałek ciasta, zastanów się, czy nie lepszy będzie jogurt 0% – podpowiada troskliwym tonem. Eleanor wie, że w Nowym Jorku wygrywają najtwardsi. Dom mody: Derelicte Projektant: Jacobim Mugatu Trend: ABBA, hobo-chic, lateks Odpowiednik: John Galliano, Karl Lagerfeld Jacobim Mugatu to projektant, który w „Zoolanderze” Bena Stillera dzierży władzę nad kompletnie zidiociałym światem mody. Jego pozycja nie jest przypadkowa – wszak to on zaprojektował słynny krawat we wzór klawiszy fortepianu. Nie słyszeliście? Tym gorzej dla was! Z wyrażenia „dyktator mody” Mugatu rozumie przede wszystkim pierwsze słowo. Jego metodą jest terror, jego celem jest dominacja nad światem (a zwłaszcza własnym asystentem). Właśnie wydał wojnę bezsensownej reformie w Malezji, która zakazuje niewolniczej pracy dzieci i skazuje przemysł mody na droższą robociznę. Jego szczytowym osiągnięciem ma być kolekcja inspirowana przez „bezdomnych, włóczęgów i zaćpane dziwki, które sprawiają, że Nowy Jork jest tak bardzo wyjątkowy”. Kreacje ze zużytych prezerwatyw, puszek, folii i przeróżnych śmieci mają zapewnić Mugatu nieśmiertelność. Na to samo liczył zapewne John Galliano, prezentując w 2000 roku swoją prawdziwą kolekcję haute couture, inspirowaną życiem miejskiej biedoty. Szukanie kontrowersji po kilku latach okrutnie się zemściło. Galliano zostanie zapamiętany nie za odważne projekty, ale za to, że wyleciał z Diora, kiedy ujawnił swoje hitlerowskie sympatie. Podobnie Mugatu, po którym potomność zapamięta kwestię: Czy nie wiesz, że po zbyt spienionym latte mam wzdęcia i pierdzę? Dom mody: Happy Berry Główny projektant: Mikako Kōda Trend: lolita, cyberpunk, pepitka Odpowiednik: Vivienne Westwood, L.A.M.B. Japońska manga jest wizualnym fajerwerkiem, który inspiruje nawet największych projektantów. W tym sezonie nawet Miuccia Prada wystylizowała swe modelki na nimfetki z tokijskiego metra. Świat mangi tworzy jednak własną hierarchię, a w niej na szczycie jest młoda Mikako z hitowej serii „Historia z sąsiedztwa”. Jej styl to odważny miks wszystkiego ze wszystkim, szalone kolory i brak jakichkolwiek zahamowań. Perwersyjny wdzięk stylu Harajuku nigdzie nie został lepiej skonkretyzowany niż na ilustracjach fikcyjnego domu mody Happy Berry. Dom mody: Crisp Główny projektant: Ben Epstein Trend: jeansy i t-shirty Odpowiednik: 7 For All Mankind, Billionnaire Boys Club Najciekawsze rzeczy w modzie nie zawsze powstają na samej górze. Małe, niezależne marki o wysokim współczynniku fajności od lat wyznaczają kierunki w modzie miejskiej. Tu nie liczy się perfekcja i przepych, lecz wystudiowana nonszalancja. „Jak to się robi w Ameryce?” pokazuje, że ta poza w rzeczywistości jest okupiona potężnym stresem. Okazuje się, że konkurencja próbuje cię zniechęcić, twój dostawca denimu jest w Japonii, a krawiec tnący wykrój kosztuje majątek. Nie tak łatwo przekonać ludzi, że to akurat twój t-shirt jest tym, za który warto zapłacić pięć razy więcej niż normalnie. Szukanie inwestorów, podlizywanie się sklepikarzom, bywanie na imprezach tak fajnych, że nikt o nich nie wie – ciężkie jest życie aspirującego hipster-projektanta. Morał? Whatever.

www.hiro.pl

megahiro plus 33


szafiarski punk

rebelia i fetysze tekst | rafał księżyk

foto | MICHAŁ wasążnik

wymuskaną stylistykę buntu brygady kryzys oraz reszty kapel roberta brylewskiego przeciw ograniczeniom i szarości prl-u jak nikt inny potrafił utrwalić Michał wasążnik. Dziś mieszka w norwegii i specjalizuje się w fotografowaniu budynków, co jest logiczną konsekwencją modernistycznej wystawności tamtych jego prac. ciekawe wnioski wyciąga z nich autor książkowego wywiadu-rzeki z Brylewskim. Ze zdjęciami przedstawiającymi Roberta Brylewskiego w ciągu minionego roku obcowałem bardzo intensywnie. Właśnie skończyliśmy przygotowywanie do druku jego autobiografii i przy zdjęciach chwilowo zostańmy. Michał Wasążnik jest autorem najlepszych fotografii Brygady Kryzys. Przekonują one, podobnie jak cała wizualna oprawa związana z Kryzysem, Brygadą, Izraelem i Armią, że te kluczowe nowofalowe zespoły swą siłę uderzenia zawdzięczały nie tylko dźwiękom, ale i wizerunkowi. Dziś to rzecz oczywista również na polskiej scenie, ale rzadko trafia się tu styl równie sugestywny. Styl wprowadzony przez Kryzys i Brygadę Kryzys – paradoksalnie – swą moc, która znokautowała krajowy pop, ujawnił służąc zespołowi Republika. Pomysł na całościową, spójną oprawę graficzną, łącznie z grzywką frontmana zaczerpnął Grześ Ciechowski z Brygady. Grzywkę macie przed oczami. Ów paradoks jest raczej ponury, bo Republika stała się gwiazdą w epoce halowych rockowych widowisk czasów stanu wojennego, z których Brylewski i Lipiński zrezygnowali po tym, jak odgórnie próbowano przemianować ich zespół na Brygadę K. Pierwsza fala polskiego punka miała niebywałą jak

34 megahiro plus

na dzieje polskiej muzyki estetyczną klasę i intuicję. Brylewski i Lipiński byli dziećmi z artystycznych rodzin. A przy tym ich rodzice-artyści dobrze funkcjonowali w PRL-owskim systemie. Byli rozwydrzonymi, zblazowanymi gówniarzami ze stolicy. Ze wspomnień Roberta zapadła mi w pamięć jakże obrazowa scena. Pierwsze miesiące stanu wojennego, samo centrum Warszawy, na dzisiejszym Rondzie Daszyńskiego, obok Rotundy, krąży demonstracja – dosłownie chodzi w kółko, bo oddziały ZOMO blokują wyjście na ulice. Za pochodem protestujących krąży również sportowe alfa romeo. W środku siedzą Brylewski i Lipiński. Chłopaki, z lekka nakwasowani, postanowili po prostu jechać za demonstracją. Pewnie był to jeden z niewielu wówczas w stolicy tak szałowych samochodów. Matka Roberta kupiła go we Włoszech. Ciekawe, że perspektywa oferowana przez niski, sportowy wóz w niczym nie stępiła rebelianckiej ekspresji Brygady Kryzys. Wręcz przeciwnie, wyostrzyła ją, przydając jej estetycznego szyku. Brylewski i Lipiński dobrze wiedzieli, czym jest styl, ten fetysz obecnych czasów. Ale w przeciwieństwie do dzisiejszych zblazowanych mistrzów stylu, u których bunt cieszy się wzięciem w granicach kokieterii, Brygada Kryzys potrafiła używać stylu jak broni. www.hiro.pl


www.hiro.pl

megahiro plus 35 Autobiografia Roberta Brylewskiego „Kryzys w Babilonie” ukaże się w ciągu najbliższych miesięcy nakładem Wydawnictwa Literackiego.


kino i moda

lepiej niż wybieg tekst | Dagmara Romanowska

foto | materiaŁy promocyjne

Trudno jednoznacznie ocenić, czy to moda, czy film zyskuje więcej na wzajemnej adoracji. Pewnym jest jednak, że związek ten kwitnie i opiera się równie mocno na pożądaniu, co na biznesie. Zdecydowanie wykracza też poza świat modelek, które zadebiutowały jako aktorki, modowej orgii w trakcie oscarowej gali, gwiazd przepytywanych ze stylu i projektantów romansujących z Hollywood.

36 megahiro plus

Choć trudno wyobrazić sobie kino bez modelek pokroju Moniki Bellucci, Kim Basinger, Umy Thurman, Famke Jannsen czy Saffron Burrows, a projektant Tom Ford pięknie wyreżyserował „Samotnego mężczyznę”, to jednak kinowo-modowa przyjaźń jest o wiele starsza i głębsza. Początki wyglądały skromnie. Owszem, czołowi dyktatorzy mody pojawiali się w Hollywood, niektórzy nawet dzięki niemu zaistnieli, ale ważniejsze okazało się oko i gust kostiumologów. Coco Chanel z USA wyjechała rozgoryczona, pomimo wartego milion dolarów kontraktu. Christian Dior zaprojektował stroje zaledwie do kilku europejskich produkcji. Hardy Amies współpracował ze Stanleyem Kubrickiem, a Hubert de Givenchy razem ze słynną Edith Head, laureatką 8 Oscarów, stworzył wielbiony do dziś styl Audrey Hepburn. Jednak to nie haute couture jest podstawą kinowo-modowego duetu. Wszystko zaczyna się od bohatera, aktora i marzeń widzów. Bo nic tak nie przemawia do wyobraźni jak identyfikacja. Gdy ta zadziała, może być spektakularnie. Obraz okazuje się większym kreatorem trendów niż paryskie wybiegi. Gdy w 1934 roku w „Ich nocach” Clark Gable zdarł z siebie biały podkoszulek, sprzedaż tej części garderoby spadła o 30 procent. Potrzeba było Jamesa Deana oraz „Buntownika bez powodu”, by powróciła do łask. Marlon Brando w „Dzikim” nadał charakter dżinsom i skórzanej kurtce, a Richard Gere w „Amerykańskim żigolaku” spopularyzował Armaniego. Katherine Hepburn w „Drapieżnym maleństwie”, pomimo sprzeciwu producentów, pokazała kobietom, że mogą chodzić w spodniach, a Grace Kelly udowodniła w „Oknie na podwórze”, że nawet w domowych pieleszach można być glamour. Gdyby nie spędzające sen z powiek ligom przyzwoitości Brigitte Bardot i Ursula Andress, bikini nie cieszyłoby się dziś taką popularnością. Dyktatorami ekranowej mody są też typowi intelektualiści. Quentin Tarantino we „Wściekłych psach” przysłużył się odnowieniu wizerunku czarnego garnituru, wąskiego krawata i białej męskiej koszuli; z kolei biała damska koszula, a przede wszystkim lakier i szminka Chanel Rouge Noir, stały się hitem sprzedaży po „Pulp Fiction”. Woody Allen natomiast zaproponował paniom unisexowy kostium w „Annie Hall”. Diane Keaton, ubrana przez Ruth Morley i Ralpha Laurena, uznana została za nośnik nowego kodu tekstylnego dla feministek. „The Annie Hall Look” to było to! Trudno nie zauważyć rosnącej roli telewizji w świecie mody. Największy fashion show wszech czasów, „Seks w wielkim mieście”, nie tylko wykreował Sarah Jessikę Parker, ale został praktycznym przewodnikiem po ekskluzywnych markach. Carrie Bradshaw powie wam o nich i o wielu innych wszystko, a także skusi do zaciągnięcia kredytu. Z kolei Sarah Lund (Sofie Gråbøl), twarda pani detektyw z „The Killing”, obiektem pożądania uczyniła prosty wełniany sweter (produkująca go firma Gudrun & Gudrun w pewnym momencie nie nadążała z realizacją zamówień). Ciekawy jest też również przypadek serialu “Mad Men” (nowy sezon od 6 maja na kanale FOX Life). Butiki retro może istnieją od dawna, ale nigdy nie były tak oblegane. Stroje zaproponowane przez Katherine Jane Bryant przekroczyły granice ekranu telewizora i zainspirowały przynajmniej kilka kolekcji, w tym Prady oraz Michaela Korsa. Biznes się kręci ku zadowoleniu wszystkich. Być jak Hepburn? Tak! Jedynym przegranym może być portfel.

www.hiro.pl


l dZ 18–22 04/12 out of

fot. Katarzyna Czarnecka

schedule

Sponsor główny:

Patroni medialni:

Partner strategiczny:

Partner:

Pokazy organizowane w ramach FashionPhilosophy Fashion Week Poland więcej informacji na: www.fashionweek.pl


DZIEWCZYNKA Z FIGURAMI foto | ŁUKASZ DZIEwIC


Łukasz Dziewic

modelka | maria koniecznA @ GAGAmodels, stylizacja | wojciech szymański, wizaż | magdalena marinkovic, fryzury | marcin het

Fotograf młodego pokolenia, ze względu na charakterystyczny kolor włosów zwany na mieście Rudym. Determinacja i odrobina szczęścia sprawiły, że posiada na swoim koncie liczne sesje zdjęciowe.


fot. Łukasz Brześkiewicz / Van Dorsen Talents

PARTNER STRATEGICZNY:

PATRONI mEDIAlNI:

YOUNG FASHION PHOTOGRAPHERS NOW ŁÓDŹ 19–22/04/12 ŁSSE, ul. Tymienieckiego 22/24

Wystawa organizowane w ramach FashionPhilosophy Fashion Week Poland więcej informacji na: www.fashionweek.pl


MADONNA

wieczna dupera tekst | jAN MIROSŁAW

foto | mert & marcus, Jeff Kravitz/Filmmagic

Amerykański kompleks Madonny blokuje jej kreatywność. Tym razem mniej niż ostatnio, ale popularna madge wciąż nie potrafi znaleźć na siebie pomysłu odpowiedniego dla swojego wieku.

44 muza

www.hiro.pl


Jest tylko jedna królowa i jest nią Madonna – rapuje Nicki Minaj w drugiej już wspólnej piosence obu gwiazd. Schowana w połowie nowej płyty królowej, raczej nie dołączy do jej singlowych przebojów. Dobrze jednak obrazuje, co z Madonną i jej karierą jest nie tak. Cofnijmy się na chwilę do poprzedniej płyty. Madonna zatrudnia Pharrella, Timbalanda, Kanye Westa i Justina Timberlake’a, mając na względzie jeden jedyny cel: odzyskać Amerykę. Z planu nic nie wychodzi – wykalkulowane pseudo-r’n’b nie nabiera nikogo, wyniki sprzedaży nie spełniają oczekiwań, recenzje są słabe. Obecna kampania musi odciąć się od tamtej wpadki. Królowa wraca do klubu, żeby udobruchać najwierniejszych fanów. Nagrywa płytę, która ma być tłem do szaleństw na imprezach z drinkiem Smirnoffa w dłoni. Na party z okazji premiery w warszawskim klubie Eve było widać, że kiedy nie próbuje zadowolić wszystkich, idzie jej całkiem nieźle. KRÓLOWA BEZ ZIEMI Jednym z najczęstszych błędów w pisaniu o Madonnie jest nadużywanie tytułu Królowej Popu. W Europie jeszcze daje się obronić, ale w Stanach zawsze miała mocniejszą konkurencję. W latach 80. ścigała się z nią niedoceniana u nas Janet Jackson, w 90. więcej płyt sprzedawała Mariah Carey, zaś pierwsza dekada XXI wieku to czas wpływów Britney, Beyoncé i Rihanny. Madonna na dobre straciła pozycję po erotycznych eskapadach swojego środkowego okresu – purytańska Ameryka tolerowała jej skandale, dopóki nie przybrały formy otwarcie prowokacyjnej płyty „Erotica” i książki „Sex”. Te dwa wydawnictwa oraz występ w talk show Davida Lettermana, któremu na wizji podarowała swoje używane majteczki, zamknęły przed dziewczyną z Detroit drzwi bogobojnych gospodarstw. Od tamtej pory, przy pomocy wielu różnych strategii, Madonna bezskutecznie ponawia próby zostania ulubienicą Ameryki. I choć czasem prowadzi to do ciekawych rezultatów, jej kariera ma się lepiej, gdy tę misję odpuszcza. Amerykańsko brzmiące „Bedtime Stories”, wydane zaraz po „Erotice” i przesiąknięte miękkim r’n’b, były komercyjną porażką. Amerykańskie w tytule i treści „American Life” – jeszcze większą. „Evitę”, mającą spełnić wielkie amerykańskie marzenie o Oscarze, łaskawie zbądźmy milczeniem. Sukcesy święciły natomiast naładowane europejską elektroniką „Ray Of Light”, „Music” i podlane szwedzką Abbą „Confessions On A Dance Floor”. Zwłaszcza ten ostatni album przywrócił fanom Madonnę-imprezowiczkę, porzucającą egzystencjalne troski i kabałę na rzecz beztroskiej balangi. Ale potem przyszło „Hard Candy” i amerykańska klątwa zatoczyła koło. TEN POWINIEN SIĘ UDAĆ Rachunek prawdopodobieństwa wskazuje, że tym razem powinno być dobrze. Na papierze nowy album prezentuje się obiecująco. Największym newsem jest powrót do współpracy z Williamem Orbitem, któremu zawdzięcza wszystkie te Grammy za „Ray Of Light”. Poza nim wśród producentów znaleźli się Martin Solveig i bracia Benassi, czyli mocna reprezentacja europejskiej sceny tanecznej. Oczekiwania są olbrzymie, ponieważ „MDNA” to pierwsza płyta, która powstała po odejściu z wytwórni Warner i podpisaniu wielkiego kontraktu z Live Nation. Największy promotor koncertowy świata podkupił gwiazdę, licząc na zyski z gigantycznych tras. Płyta to tylko pretekst, ale nawet on musi być wystarczająco dobry, by po wydaniu kilkudziesięciu złotych na CD mieć ochotę dorzucić kilkaset na bilet. – Ludzie cały czas wydają po 300 dolarów

na głupoty, jak np. torebki – Madonna odpowiedziała, zapytana o wysokie ceny. – Więc pracuj cały rok, odkładaj pieniądze i przyjdź na moje show. Jestem tego warta. Koncert na Stadionie Narodowym w Warszawie już 1 sierpnia! FALSTART Początek kampanii miał być okazją do wielkiego comebacku, ale zasiał raczej ziarno niepewności. Występ podczas przerwy w finale rozgrywek futbolu amerykańskiego to nie byle co: 100 milionów oglądających transmisję na żywo i szansa dotarcia do wielu widzów spoza dotychczasowego kręgu odbiorców. Dostosowując się do skali wydarzenia, Madonna postawiła na wielki spektakl z udziałem tancerzy-gladiatorów, ale końcowy efekt bardziej przypominał tandetną rewię z Las Vegas niż koncert gwiazdy dyktującej trendy w 2012 roku. Najgorsze jednak, że królowa dała dowód braku pewności siebie, zapraszając na scenę aż trójkę młodych, gorących dzisiaj wykonawców: LMFAO, Nicki Minaj i M.I.A. Odmładzanie przez kolegowanie było błędem: z całego wieczoru najdłużej komentowano środkowy palec, który do kamery wystawiła M.I.A. i który przyćmił premierę piosenki „Give Me All Your Luvin’”. Teledysk do niej, pełen odniesień do futbolu, przeszedł bez echa. Futbol był amerykański. SZPILKĄ W GAGĘ Pierwszy singiel dotarł do 1. miejsca, ale na Węgrzech (w USA do 10., w UK tylko do 37.). Czasu na przegrupowanie było mało, więc trzeba było sięgnąć po zestaw dobrze znanych trików. Drugi singiel musiał uderzać mocniej, teledysk – przywrócić pamięć o ikonicznych momentach z przeszłości. „Girl Gone Bad” odgrzewa więc modowo-erotyczne klimaty, znane z „Vogue” i „Justify My Love”: półnadzy modele w szpilkach, wijący się w naładowanych s e k s u a l n y m n a p i ę c i e m układach. Najtańszy sposób na kontrowersję nadal działa: oryginalna wersja klipu okazała się za odważna dla YouTube, który wymógł wycięcie kilku ujęć. Skandal? Raczej przypomnienie, że Lady Gaga nie wymyśliła tancerzy w damskich ciuszkach. Bo Madonna, która kiedyś witała nadejście Britney pocałunkiem, nowej konkurentki nie dzierży. – Jest wtórna – brzmiał jej wyrok, kiedy zapytano o podobieństwo „Born This Way” Gagi do jej własnego „Express Yourself” z 1989 roku. Zdaje się, że Britney też już nie lubi. Porównując młode wokalistki, wymierzyła przewrotny cios w obie: Gaga nie jest [tak silna jak] Britney. Nie jest zbudowana jak wychodek z cegieł. THE END Osobistym tłem dla nowej płyty jest bolesny rozwód z Guyem Ritchie’em. Może stanowiłam trochę za duże wyzwanie – śpiewa w nostalgicznym „Best Friend”. W innych momentach żal ustępuje złości i Madonna pozwala sobie na personalne ataki wobec eksa. Zapewne trudno znosi wielki sukces dwóch „Sherlocków Holmesów”, które dotychczasowego reżysera niskobudżetowych filmów uczyniły hollywoodzkim potentatem. Tymczasem jej własna reżyserska kariera znów znalazła się w martwym punkcie po chłodnym przyjęciu kostiumowego dramatu „WE”. Choć nagrodzono go Złotym Globem za piosenkę i nominacją do Oscara za kostiumy, przepadł u krytyków i nie zwrócił kosztów produkcji. Powrót do klubu wydaje się najbezpieczniejszą z opcji, ale czy przywróci Madonnie jej tron? Może jest tak, że dziś nie potrzebujemy przebrzmiałych hierarchii i zamiast tego wystarczy nam po prostu dobra płyta pewnej siebie artystki o nieograniczonych możliwościach? Madonnę stać na więcej, ale „MDMA” jest krokiem w dobrym kierunku.

20–29.04.2012 Ulice są nasze! murale / instalacje: Escif, Hyuro, Mark Jenkins, M-City, Olek, ROA, Truth muzyka: Cosmin TGR, Nawer vs Temporary Space Design, Young Fathers wystawy: Boogie filmy, debaty, warsztaty, sporty miejskie www.miastoogrodow.eu www.facebook.com/ KatowiceStreetArtFestival

Organizatorzy

Patroni medialni

Sponsorzy

www.hiro.pl

Współorganizator


potwory i spółka

nie lękajcie się! tekst | DOMINIKA WĘCŁAWEK

foto | materiaŁy promocyjne

Na nadchodzące miesiące cień rzucają bestie wielkie, potwory najrozmaitsze, skrzydlate, ogniem ziejące, wielogłowe i długoogoniaste. Skrybowie zacierają ręce, bo wreszcie dziać się będzie, a prosty człowiek jeno pytać może: Jak żyć panie dzieju, jak żyć? Na początku był chaos. Z niego zaś jęły wyłaniać się okropieństwa wszelakie, a na ich czele był on, najstraszniejszy ze strasznych – człowiek. Gdyby nie człowiek, wszelkie inne bestyje gargantuiczne sensu by nie miały, bo ileż można walczyć samemu ze sobą na zasadach równych? Ani to juchy w żyłach nie zagotuje, ani dechu w piersiach nie zaprze, a i kto wygrał powiedzieć trudno, skoro wszyscy sobie równi. I tak, ku uciesze gawiedzi, paradę maszkaron przerośniętych na dużym ekranie oglądać możemy, w wymiarach wielu. Ledwie nas dzicy, szablozębni, małpowaci gnębiciele Johna Cartera minęli, a już na horyzoncie majaczy nam barwny korowód potworów z mitologii różnych powyciąganych: wszelakich Cyklopów, Krabopająków i innych Gryfów. My zaś pokażemy wam cztery jeno, najstraszliwsze maszkarony, co byście respekt czuli i strawy ze strachu na marne nie rozsypywali. kraken – jest że li Kraken najpotworniejszą z morskich bestyj, statków pogromcą, fal poganiaczem i burz pasterzem wielonogim? Tako rzec trzeba. To bydlę olbrzymie, siedzące w mórz otchłaniach i postrach siejące. Dla jednych walenia przypomina, innym żółwiową gębę prezentuje. Najczęściej jednak z ośmiornicą się kojarzy z powodu macek posiadania. Kto jednak czelność miał Krakena, zwanego gdzieniegdzie też i Kejranem, do zwyczajowego morskiego bezeceństwa porównywać, przepadał bez wieści w głębokim oceanie, morzu, a nawet kanale podmiejskim. Bo Kraken świetnie odnajduje się w nordyckich głębinach, greckim wód bezmiarze, karaibskim morzu, na pograniczu Temerii i Aedirnu, ale też w Metropolu kanałach. Tam go dwóch śmiałków z Iberii, Jordim Bernetem i Antonio Segurą ochrzczonych, szukało, co by w komiksie uwięzić. Krakena niewielu śmiałków oswoić w stanie było, ale są tacy, co wręcz przyznają się do ojcostwa – tu mamy niesławne taśmy „Starcia Tytanów”, na których Hades najmroczniejszy, podziemia władca bezlitosny, wyraźnie o tym mówi. Innych, jak Davie’ego Jonesa, łączy z morskim tym gigantem więź szczególna, bo serca niewymagająca. Ci, którzy przetrwali spotkanie z nim i jego oddechem, wspominają, że Kraken wielkością przypomina solidną fregatę siedemdziesięcioczterodziałową, długość macek prezentuje odpowiednią, by opleść omasztowanie, a przy tym zgniata wszystko, co znajdzie się w jego zasięgu z siłą trzem Mayflowerom równą. Prawdą jest, jakoby trzeba było do pokonania tegoż bydlaka co najmniej greckiego herosa na miarę Perseusza, ale i dobrze wyszkolony Wiedźmin po złapaniu macek w Yrden może to morskie ścierwo wykończyć. Uwaga! Aby uniknąć konfrontacyji z tym morskim ścierwem, najlepiej nie szwendać się samotnie po jego legowisku i wrzasków „Uwolnić Krakena!” oszczędzić. („Wiedźmin 2: Zabójcy Królów”, premiera na XBOX 17 kwietnia 2012)

46 popkultura

Cerber – za najdoskonalszy jednoosobowy oddział przyboczny uważany, od niepamiętnych czasów w podziemiu w okolicach Styksu działał. Pilnował żywych, żeby się po świecie trupów nie pałętali, a zmarłych, co by nękać żyjących zaprzestali swym z Hadesu wypełzaniem. Bestii tej opisanie niełatwym było, dlatego że mając aż trzy pary szczęk, zdolna była jednocześnie rozszarpywać deskę, puncę, jak i drzeworytnika samego. Hezjod tak się zlękał, że ledwo uszedłszy z życiem nabajał swoim kolegom, iż Cerber głów miał pięćdziesiąt, a głos spiżowy. Z czasów greckich wiemy, iż był zdecydowanie większy niż wszystkie stworzenia po ziemi chodzące i zaiste głos miał jak dzwon, a zębate paszcze budziły respekt, jednak były trzy zdecydowanie. Do tego, jak mawiały polis, miał całkiem urokliwe rodzeństwo w postaci Sfinksa, Lwa Nemejskiego, Hydry Lernejskiej i Chimery. Aby bestię tę unicestwić, trzeba by mieć za towarzysza walki kogoś Perseuszowi podobnemu, widziano bowiem, jakoby w „Gniewie Tytanów” przyszło mu mierzyć się z taką kreaturą. Hipisi i inni herosi, co niczym Herakles guza szczególnych rozmiarów szukają, sugerowali jednak stosowanie ludowych metod otumaniania miast rzezi. W celu wyminięcia lub zmylenia cerbera należy placki z miodem i makiem podać, a efekt usypiania wzmocnić bardów chilloutowych bądź shoegaze’owych sprowadzając. Niestety, podobne praktyki sprawiły, że Cerber na psy był zszedł. Jakiś czas temu widziano go na strychu szkoły pewnej, dla latorośli ze skłonnościami do różdżkomachania i miotłolatania. („Gniew Tytanów”, premiera kinowa 30 marca 2012) Smaug – mądrale z Forbesa smoka tego na listę najbardziej zasobnych fikcyjnych postaci wciągnęli, miejsce siódme mu przyznając. Okazuje się być zdecydowanie najbardziej chciwym bydlakiem z jakim przyszło mierzyć się ludziom, hobbitom i rasom innym. Mieszkaniec Śródziemia, nieodrodny syn Wrzosowisk Zwiędłych, na pazerność taką pozwolić sobie może, do dyspozycji wielkie cielsko mając i ogniem z powietrza plując. Kreatura wszeteczna wielu pognębiła, ostatecznie krasnoludzi ród z Samotnej Góry wyganiając, krew mniej sprawnych uciekinierów przy tym przelewając i okolicę pustosząc. Zasiadł na skarbach we wnętrzu góry zgromadzonych i czekał na swe przeznaczenie, tarzając się w złocie i kosztownościach, www.hiro.pl


co jest zadaniem o tyle nieprzyjemnym, że powodującym odleżyny i odgniecenia oraz rany spowodowane wrzynaniem się kamieni szlachetnych i ozdób. Smaug jest duży, więc poza siłą ognia, co to jest w stanie spopielić wszystko, dysponuje też uderzeniem odpowiednio mocarnym – tak pazurzastych odnóg, jak i ogona masywnego. Niestety wszystkie misje mające na celu ustalenie obrażeń zadawanych przezeń poległy z kretesem. Są jednak tacy, którzy mają potencjał, by go pokonać. Idąc na walkę ze Smaugiem, warto zabrać ze sobą św. Jerzego, znanego katolickiego pogromcę smoków. Gdyby zajęty był, bo ze świętymi różnie bywa, proponuje się po nordyckiego herosa Sigurda posłać, bo wieść niesie, jakoby świetnie poradził sobie z innym pazernym smokiem, Fafnirem. Jeśli zaś chcielibyście jeno uszczknąć odrobiny z bogactw smaugowych, będzie już zaraz ktoś, kto pokaże wam, jak zrobić to należy. Ktoś kaprawy i nieoględny. A zwą go Bilbo Baggins i przekonać się przyjdzie, jaki to z niego hobbit. („Hobbit: Niezwykła podróż”, polska premiera kinowa 28 grudnia 2012) Lewiatan – jeden z siedmiu książąt piekielnych, morski gad skrzydlaty, na dwóch, trzech, a nawet i dwudziestu chłopa wysoki, z ogonem splątanym i mordą rogatą, ogniem ziejącą. Znany jest wszelkiemu stworzeniu od europejskich przyzb, przez fantazje Kraju Wiśni Kwitnącej, po ogarnięte wojną kosmiczne rubieże. Będąc nie raz mylonym z Zizem, Taninimem, a nawet Behemotem, jest okrutnikiem biblijnie legendarnym. Atakuje wszystkich i wszystko, niezależnie czy jesteś Mrocznym Rycerzem Cecilem Harveyem i na złodzieja kryształu polujesz, czy może poruszasz się po planecie Sera wojenną pożogą ogarniętej. Intencje jego są niejasne, nieprawdą jednak jest, że ma on na celu stworzenie sieci merkantylnej, ani że jest li tylko superbohaterem o imieniu Gim Allon czy Edvard Cobbert, podstępnie z przebrania korzystającym. Pokonać go można magią i mieczem, zbrojąc się w mechaniczny pancerz zespojony w okrutne karabiny maszynowe, choć i takich nie brak, co twierdzą ze przybędzie bóg i heros w jednym, Thor nordycki, biegle młotem władający i wraz z drużyną za Wielką Wodą The Avengers zwaną, poczwarę odeśle tam, skąd wyleźć raczyła. („Avengers”, polska premiera kinowa 11 maja 2012)

www.hiro.pl


the deadly syndrome

wilki w ogrodzie tekst | grzegorz czyż

foto | alan gastelum, archiwum zespołu

uczyniłeś swoje życie piekłem? umierasz po kawałku każdego dnia? wszystko poszło źle i nachętniej stałbyś się duchem? ci panowie nie powiedzą ci: „Odpierdol się i umrzyj”. zafundują ci terapię pięknem, które przez chwilę pozwoli odetchnąć twej zmaltretowanej duszy. Za chwilę trzeci seans odpędzania demonów. w samą porę... Jakże szczęśliwym miejscem na ziemi byłaby Polska, gdyby prawdą było to, co napisała kiedyś Weronika Makowska. Autorka bloga Nieprzerwana Lekcja Muzyki, publikując post o The Deadly Syndrome, stwierdziła, że w roku 2010 grupa wystąpiła w stołecznej Café Kulturalnej. Ale chociaż taki koncert nigdy się nie odbył, cieszy fakt, iż dociera do nas przynajmniej muzyka tego kalifornijskiego kwartetu. Co nie jest wcale takie oczywiste, gdyż nawet w społeczeństwach, w których siła nabywcza muzyki jest znacznie większa, a tradycja alternatywy znacznie bogatsza, The Deadly Syndrome pozostaje wciąż zespołem nieodkrytym, mimo że bez wątpienia należy do grona najwybitniejszych wykonawców, jacy zadebiutowali w nowym tysiącleciu. Górnolotne to stwierdzenie, nie dość że świetnie koresponduje z profilem zespołu, to jeszcze jest w pełni uzasadnione. nie ma w tym nic smutnego W przeciwieństwie do muzyki, często wprost przytłaczającej rozmachem formalnym kompozycji oraz bogactwem pomysłów aranżacyjnych, historia formacji nie obfituje w żadne spektakularne wydarzenia. Wszystko rozpoczyna się od spotkania gitarzysty Williama Etlinga i perkusisty Jesse’ego Hoya na uczelni w Santa Barbara, należącej do systemu Uniwersytetu Kalifornijskiego. Obaj komponowali piosenki, z których nie byli do końca zadowoleni, ale już kolektywna robota dała zaskakująco dobre efekty. Owocem pierwszych wspólnych wysiłków były chociażby kompozycje „I Hope I Become A Ghost” i „The Ship That Shot Its Selef”, stanowiące później jedne z najjaśniejszych punktów albumu „The Ortolan”. Po uzyskaniu dyplomów chłopcy osiedli w Silver Lake, pagórkowatym i pełnym krętych uliczek przedmieściu Los Angeles, zamieszkiwanym przez równie wykręconych ludzi, od gwiazd po wannabes amerykańskiego niezalu. Tutaj Jesse wpadł na wokalistę i basistę Christophera Richarda, grającego w punkowym zespole bez nazwy, oraz klawiszowca Michaela Hughesa, wówczas czołowego zawodnika rozgrywek lacrosse (starej indiańskiej gry sportowej, którą można opisać jako osobliwą krzyżówkę baseballu i hokeja, uznawanej za pierwszy amerykański sport narodowy). Nie mając żadnej poważnej pracy, młodzi artyści całymi dniami nagrywali demówki w garażu, a wieczorami występowali w okolicznych knajpach i na przyjęciach znajomych

48 muza

(po jednym z nich, zorganizowanym na dachu, trafili nawet do aresztu za zakłócanie porządku, niczym wielu słynnych rockersów przed nimi). Na początku 2007, po roku takiego muzykowania, udało im się zwrócić uwagę Steve’a Aoki, właściciela labela Dim Mak, który wyszedł z propozycją wydania debiutanckiej płyty The Deadly Syndrome. Datę premiery ustalono nieprzypadkowo na 11 września, chociaż materiał był gotowy dużo wcześniej, o czym świadczy chociażby koncert zarejestrowany 18 czerwca w nieistniejącym już dziś klubie Spaceland w Silver Lake i wydany miesiąc po studyjnym debiucie grupy staraniami oficyny Kufala. Słuchany z dzisiejszej perspektywy „The Ortolan” może wydawać się nieco chropawy i szorstki jak na obecne standardy produkcyjne The Deadly Syndrome (za jego produkcję odpowiadali Airin Older z Sugarcult oraz Nico Aglietti z Edward Sharpe And The Magnetic Zeros), pozostaje jednak ujmującym swą młodzieńczą energią świadectwem w pełni już dojrzałego stylu grupy. Obok dynamicznych „I Hope I Become A Ghost”, „Friends Who Don’t Go Out At Night” oraz „Heart”, w których słychać wpływy muzyki lat 60. z The Doors na czele, czy leciutkich, opartych na brzmieniu syntezatorów rodem z lat 80. i przesiąkniętych baśniowym klimatem „Eucalyptus”, „Emily Paints” oraz „The Ortolan” zaproponowała ona przede wszystkim rozbudowane kompozycje o podniosym i skrajnie dołującym nastroju w rodzaju „Animals Wearing Clothes” czy „I Release You”, a także piękne akustyczne ballady w typie „Wolves In The Garden” czy „This Old Home”, wyśpiewane płaczliwym głosem przez Richarda, w których efekt dojmującego smutku umiejętnie wzmocniono za pomocą takich instrumentów jak ksylofon lub wiolonczela. Album przyjęto bardzo dobrze, ale porównania do Arcade Fire, Cold War Kids czy Wolf Parade nie oddawały sprawiedliwości zespołowi, którego oryginalny styl rozpinał się między indie-folkiem a rockiem progresywnym. Sami muzycy, trochę dla żartu, nazywają go elite popem, ale w czasach szufladkowania muzyki, do której zmusza nas iTunes, jedyny pewny porządek, w którym funkcjonuje TDS, to porządek alfabetyczny. znowu kłopoty Już kilku nagraniom z pierwszej płyty towarzyszyły świetne amatorskie teledyski realizowane przez członków formacji i zamieszczane na ich kanale Vimeo. www.hiro.pl


Szczególnie udany okazał się filmik do „I Hope I Become A Ghost”, z animowanymi postaciami Mustachio i Robota, który po tym, jak utwór wykorzystano w komedii „Najlepszy ojciec świata” Bobcata Goldthwaita, muzycy postanowili nakręcić własnymi siłami. Nie należy się temu dziwić – Etling i Hoy studiowali sztuki filmowe, Richard wciąż uczy się aktorstwa, dodatkowo dwaj ostatni pracują na co dzień przy produkcji telewizyjnej, a po godzinach występują w teatrze. Jednak dopiero przy „Nolens Volens”, wydanym 23 marca 2010 drugim albumie grupy, komunikacja wizualna stała się nieodłączną częścią jej przekazu. Hipnagogiczne obrazy świetnie korespondowały z mniej dramatyczną, za to bardziej klimatyczną, momentami mocno transową muzyką, tym razem perfekcyjnie wyprodukowaną, o krystalicznie czystym brzmieniu. Rozrzut inspiracji był ogromy: od muzyki dawnej (barokowa partia trąbki Stewarta Cole’a w nokautującej „piosence” „Armrest”), przez wirtuozowskie rzemiosło gitarowe (migotliwe partie gitar w „Wingwalker” czy „Deer Trail Place” są efektem obsesji Etlinga na punkcie utworu „Sultans Of Swing” Dire Straits), aż po elektronikę spod znaku DJ-a Shadowa (na wczesnych koncertach TDS odnotowano nieliczne wykonania jego kawałka „Organ Grinder”; innym coverem, pochodzącym już z okresu „Nolens Volens”, był „Carried Away” zespołu Television z albumu „L’Aventure”, którego powstanie zainicjował popularny blog Aquarium Drunkard – to i kilka innych rzadkich nagrań TDS możecie usłyszeć na stronie internetowej mojej audycji „Odkrywamy Amerykę”). Jakościowej różnicy względem „The Ortolan” nie zanotowały teksty, nieodmiennie godne miana poezji i nieodmienne prezentujące skrajnie pesymistyczną filozofię istnienia jednostki ludzkiej, która będąc obdarzona prymarną wrażliwością, skazana jest na życie w pogardzie dla samej siebie (kapitalny akustyczny opener „Villain”). O wysokiej wrażliwości członków formacji świadczy fakt, że do zakupionego przeze mnie egzemplarza „Nolens Volens” dołączyli list z wyrazami współczucia jako Polakowi z powodu katastrofy smoleńskiej.

cokolwiek nas czeka... Jak można było się spodziewać, styl wypracowany na „Nolens Volens”, wraz z identyfikacją graficzną i zasadą self-publishingu, doczekał się kontynuacji w postaci nowego albumu „All In Time”, którego daty premiery muzycy nie podali do momentu zamknięcia niniejszego numeru „HIRO Free”. Za produkcję płyty znów odpowiedzialny jest Hughes, który obok wytwarzania mebli coraz częściej zajmuje się tym zawodowo. A jednak ujawniony 20 marca pierwszy utwór z tego krążka – „Demons”, którego główne składowe harmoniczne to ściana gitar i brzęk blach – mocno zmylił fanów, którzy na tej podstawie przewidują, że TDS zwrócili się na „All In Time” ku bardziej dusznemu, shoegaze’owemu graniu. Ale ostatecznie nic z tych rzeczy – proporcje znane z „Nolens Volens” zostały zachowane, a wszystkie nowe patenty brawurowo rozwinięte, co sprawia, że mamy do czynienia z dziełem bodaj jeszcze bardziej olśniewającym. Nowinką zwracającą uwagę są żeńskie wokale w kawałkach „Spirit Of The Stairs” i „Whatever Comes Our Way”, za które odpowiadają Angie Correa z grupy Correatown oraz Jenni Tarma – utalentowana basistka pochodzenia fińskiego, a prywatnie żona Hughesa. Rolę akustycznej perełki pełni na albumie „Fine On Your Own”, jeszcze bardziej przeszywające niż „Wolves In The Garden” i „Villain” z poprzednich. Ale największe wrażenie robią oczywiście pełne niepokoju, silnie zdynamizowane utwory z podniosłym śpiewem Richarda i zespołowymi chórkami, jak choćby „It’s A Mess” czy „Maine”, a także elegijne, rozmywające się kompozycje w rodzaju „All In Time”, „Heavy Foot” czy „Won’t Be Me”. Nim przy odrobinie szczęścia świat zachwyci się kiedyś dorobkiem TDS, na który składa się jeszcze winylowy singiel „Eucalyptus” (z „Raw War” na stronie B), panowie wiodą spokojne życie ze swymi żonami lub dziewczynami w okolicach Echo Park w Los Angeles. Jeśli ich twórczość wykaże cechy samosprawdzającej się przepowiedni, tak już zostanie. Wolelibyśmy jednak, by ciałem stały się słowa Weroniki Makowskiej...

digitally remastered

...fascynujący obraz rewolucji, która dokonała się na kartach komiksów

www.centrala.org.pl/sklep

www.hiro.pl


sceniczne inspiracje

poszerzenie pola gry tekst | agnieszka jakimiak

foto | materiaŁy promocyjne

Teatr coraz radykalniej zrywa swoje związki z literaturą. Działa już nie tylko jako maszyna dekonstruująca kanoniczne dzieła i rozsadzająca teksty – zawłaszcza nowe media, bierze na warsztat kultowe filmy, wchodzi z butami w polityczno-społeczne konflikty. Co teatr pożycza, od kogo kradnie, skąd czerpie tematy, jak przetwarza język innych mediów na sceniczne działanie? Pole inspiracji, źródeł i materiałów wykorzystywanych w teatrze ulega poszerzeniu. Wśród tych rozgałęzień można jednak wyznaczyć szlaki i prześledzić ścieżki poszczególnych reżyserów, których charakter pisma wyróżnia się na mapie teatralnych poszukiwań. SŁOWO, OBRAZ, TERYTORIUM Teatr w przestrzeniach nieteatralnych to zjawisko równie stare co teatr w przestrzeniach teatralnych. Widowiska uliczne, performance, aktorskie działania w przestrzeni publicznej, analiza ludzkich zachowań i rytuałów jako teatru życia codziennego... Teatralność z biegiem czasu rozpostarła swoje macki nad niemal każdą dziedziną życia. Większość działań może być rozpatrywane jako teatralne, ale jeśli wszystko miałoby być teatrem, sam teatr straciłby swoją identyfikację. Tymczasem zamiast rozpływać się w rzeczywistości, teatr zaczyna czerpać z niej garściami. Fundamenty naszego postrzegania są złudne, nasze oko bywa zawodne i daleko mu od obiektywizmu; nasza pamięć jest wybiórcza i wykrzywia obrazy zdarzeń; linearne narracje, które budujemy, są odpowiedzią na nasze tęsknoty za strukturą i porządkiem, a nie wyznacznikiem mechanizmów obowiązujących w świecie – dwudziestowieczny przewrót granic i reguł naszego rozumienia odnalazł odpowiedź w polu literatury (wystarczy wspomnieć Joyce’a, B.S. Johnsona, Pereca, Sebalda), kina (francuska Nowa Fala), muzyki (John Cage), musiał także wywrzeć wpływ na teatr. Na polskich scenach kamieniem milowym w procesie rozsadzania zwartej struktury widowiska okazały się spektakle Jerzego Grzegorzewskiego. Realizując na scenie teksty Lowry’ego, Joyce’a, Słowackiego i Różewicza, Grzegorzewski tworzył plątaninę sensów, migotliwych znaczeń, przebłyskujących na wielu planach. Partytury gestów zastępowały potoki słów, akcje teatralne rozgrywały się na wielu planach, często symultanicznie, słowa oddzielały się od narzucanych znaczeń, stawały się materialne, rytmiczne i sensualne. Grzegorzewski wskazał pewien kierunek w realizacji wielowątkowości i wieloplanowości na scenie, odważnie wprowadził myślenie abstrakcyjne, nadał nową rangę przedmiotom. Ale na przełomie XX i XXI wieku teatr musiał odpowiedzieć na

50 teatr

inny przewrót, który wkradł się do sztuki. Obecność nowych technologii, ekspansja video-artu, found footage, wszechobecność mediów nie mogły zostać zignorowane na scenie. Do tej pory jednym z najwyrazistszych i najbardziej udanych przykładów połączenia języka teatru ze sztukami wizualnymi jest kielecka „Samotność pól bawełnianych” w reżyserii Radka Rychcika. Spektakl, w którym przez cały czas aktorzy rywalizują z intensywną muzyką obecnego na scenie zespołu Natural Born Chillers, w pewnym momencie oddaje pole gry prawie półgodzinnej wizualizacji, autorstwa Marty Stoces MizBeware. Obraz, a raczej wizualny kolaż, połączony z pojawiającymi się na ułamek chwili hasłami, ma uderzeniową siłę rażenia. MizBeware, autorka oprawy wizualnej m.in. do spektakli „Łysek z pokładu Idy” w reżyserii Rychcika w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu i „Zbrodni” w reżyserii Eweliny Marciniak w Teatrze Dramatycznym w Bielsku-Białej, odżegnuje się od tradycji scenograficznej obecnej w polskim teatrze. Wprowadza trashową estetykę, odwołuje się do ikon muzycznych, glamu, romantic wave, punka – wtłacza w myślenie o przestrzeni scenicznej, kostiumach i scenografii oddech kontrastowego porządku. Równie charakterystyczne poszukiwania scenograficzne podjęła Aleksandra Wasilkowska w spektaklu „Życie seksualne dzikich” w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego w Nowym Teatrze w Warszawie. W olbrzymiej hali przestrzeń spektaklu stała się futurystyczną wyspą, zsynchronizowaną z publicznością – nad głowami widzów zawisła gigantyczna czarna chmura, oddychająca wraz z oglądającymi. Punktem centralnym na scenie jest basen, wypełniony wodą, ale pełniący też rolę szklanej tafli, gładkiej granicy między przestrzeniami. Oprawa wizualna spektaklu pełniła osobną rolę i zyskała jednostkowy charakter, funkcjonowała na równi z aktorami, pozwalała publiczności na wpisanie się w widowisko na innych, sensualnych zasadach. SIEĆ NACZYŃ POŁĄCZONYCH Mechanizmy marketingowe nie ominęły twórców teatralnych – w dobie walki o widza, reżyserzy, dramaturdzy, aktorzy musieli nauczyć się funkcjonowania w ramach rynku. Ale włączenie promocji w twórczość nie okazało się dla teatru zamykające – przyniosło wręcz przewartościowanie w zhierarchizowanej strukturze pracy teatralnej, zmusiło twórców do rezygnacji z mitu uduchowionego artysty, www.hiro.pl


a przede wszystkim – umożliwiło widzom wniknięcie w proces tworzenia. Najcenniejszym przejawem uczestnictwa twórców w mechanizmach promocyjnych są blogi teatralne, służące nie tylko jako źródło wiedzy o terminach spektakli, ale dające wgląd w pole inspiracji, przetasowania w procesie pracy, służące jako hipertekst. Po blogu Marcina Cecki do opolskiej „Odysei” w reżyserii Garbaczewskiego, pojawiło się „Jądro ciemności”, czyli internetowy dziennik z przygotowań do realizacji „W pustyni i w puszczy” w Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu, prowadzony przez Weronikę Szczawińską i Bartka Frąckowiaka. Dzięki niemu spektakl zaczął funkcjonować jak księga, po której otwarciu wpadamy w siatkę odnośników, skojarzeń, komentarzy, metatekstu. Blogi teatralne, strony facebookowe, profile na MySpace towarzyszą obecnie większości spektakli. To dzięki nim przedsięwzięcia teatralne mają dłuższy żywot, nie ograniczają się wyłącznie do scenicznego tu i teraz, ale wpisują się w mapę połączeń i odniesień, są na wyciągnięcie ręki i zawsze mogą zostać przywołane. KWADRATURA MONTAŻU To, co w filmie trzyma się mocno, w teatrze zaczyna tracić prawo bytu. Fabularność, linearna narracja, spójna historia nie sprawdzają się na scenie, atakującej kaskadą bodźców, dążącej do przesuwania akcentów, poszukującej nowych znaczeń starych nazw. Mimo to, a być może właśnie dlatego, film okazuje się idealnym materiałem dla działań teatralnych. Pozwala narzucić nową soczewkę na starą historię, wydobyć ze znanych obrazów odmienne znaczenia, przesunąć perspektywę. Pozwala również wydobyć poszczególne sceny z kultowych dzieł i wpleść je w teatralny patchwork. Trzy lata temu twórcy teatralni zachłysnęli się na nowo kinem Godarda – w jednym czasie sięgnął po niego Krzysztof Warlikowski i Radek Rychcik (w „(A)poloniii” pierwszego i „Fragmentach dyskursu miłosnego” drugiego pojawia się ten sam dialog, otwierający „Pogardę” Godarda), Weronika Szczawińska (w olsztyńskich „Nożach w kurach” widać wyraźny wpływ „Szalonego Piotrusia” Godarda), Krzysztof Garbaczewski (jego opolska „Odyseja” również pełna jest odwołań do „Pogardy”). Coraz więcej projektów korzysta ze scenariuszy filmowych i nawiązuje bezpośrednio do największych dzieł kinematografii. Z najnowszych przykładów wystarczy przywołać „Dwunastu gniewnych ludzi” Rychcika, których premiera odbyła się w marcu w Teatrze Nowym w Poznaniu. Ale w tym kontekście nie wolno pominąć jednego z najgłośniejszych sezonów na polskich scenach – „Znamy, znamy” z Teatru im. Szaniawskiego w Wałbrzychu. Na deski sceniczne trafił James Bond („James Bond: Świnie nie widzą gwiazd”), przerobiony i przepracowany przez Wiktora Rubina i Jolantę Janiczak, a Krzysztof Garbaczewski i Marcin Cecko zajęli się „Gwiezdnymi Wojnami” w spektaklu „Gwiazda śmierci”.

Obecność nowych technologii, ekspansja video-artu, found footage, wszechobecność mediów nie mogły zostać zignorowane na scenie.

PAMIĘCIOWY PATCHWORK Zadaniem teatru stało się nie przywracanie historii, ale ich wywracanie. W scenicznych mechanizmach, gdzie teraźniejszość i obcowanie z dziwną relacją między słowem a gestem, obecnością i nieobecnością, iluminacją i zanikaniem, odgrywają kluczowe znaczenie, najwyraźniej widać szwy i miejsca przecięć. Dlatego coraz częściej materiałem dla sceny stają się mechanizmy pamięci, mity zbiorowości, zasady kierujące dyskursem publicznym i determinujące nasze postrzeganie historii i przeszłości. To jeden z fundamentów teatru Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego – reżysersko-dramaturgicznego duetu, który wstrząsnął polskimi scenami. W ramach krytycznej konwencji, nasuwającej skojarzenia z kabaretem i pastiszem, Strzępka i Demirski rozprawiają się z utartymi schematami myślenia o narodowej przeszłości, elitaryzmem i egalitaryzmem, lewicą i prawicą, artystowską pozą, kapitalizmem i tworzeniem historycznych mitów. Nie obawiając się doraźności, w „Tęczowej Trybunie” w Teatrze Polskim we Wrocławiu wzięli na tapetę sprawę starań kibiców-gejów o wpuszczenie ich reprezentacji na stadiony w czasie Mistrzostw Europy, w „Był sobie Andrzej, Andrzej i Andrzej” w Wałbrzychu ostrze skierowali przeciwko polskiemu przemysłowi artystycznemu, ikonom teatru i filmu, sposobom postrzegania własnej twórczości. Środowiskowa autoanaliza to kolejny temat coraz wyraźniej obecny na polskich scenach. Niedawna premiera „Jacksona Pollescha” w reżyserii René Pollescha stanowi jeden z ciekawszych przykładów rozsadzania mitu o uświęconym artyście, obdarzonym weną i wykluczonym z ram społeczeństwa. U Pollescha postulat kreatywności jest kolejnym rynkowym wymogiem, łączącym twórców teatru i pracowników agencji reklamowych. Środki teatralne są w „Jacksonie” demistyfikowane, w scenariusz wdzierają się szerokie sceny improwizacji i osobistych wycieczek, iluzja teatralna wydaje się archaizmem. Ale metody czerpania ze współczesności nie muszą opierać się na nawiązywaniu do najbardziej aktualnych kwestii. Mogą polegać na sprawdzaniu, w jaki sposób nasza perspektywa determinuje rozumienie dawnych opowieści. Taką grę uprawia Wiktor Rubin w „Joannie Szalonej” w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach, Bartosz Frąckowiak w spektaklu „W pustyni i w puszczy” czy Weronika Szczawińska w „Kamasutrze”. Wszyscy zajmują się mitami zakorzenionymi w naszej świadomości – w tych trzech wypadkach mechanizmami, które doprowadziły do wykluczenia kobiecej narracji historycznej, schowały pod dywan polskie mrzonki o kolonizacji, stłumiły afirmację seksualności. Teatr coraz odważniej szuka swojego miejsca w punktach przecięć – prowadzi żywot na szwach, ale jego zadaniem przestało być scalanie i budowanie spójnej formy. Jego nastawienie jest coraz wyraźniej anarchistyczne, coraz chętniej rewolucyjne, coraz intensywniej dekonstruujące.

polecaj¹


pLANETE DOC

rzeczywistość na gorącym uczynku tekst | PIOTR CZERKAWSKI

foto | materiaŁy promocyjne

Planete Doc Film Festival wydobył dokument z getta i przesunął go w centrum zainteresowania. o jednej z najważniejszych imprez filmowych w kraju pisze autor jej oficjalnego bloga. Organizatorzy warszawskiego Planete Doc Film Festivalu dokonali prawdziwej rewolucji. Za sprawą trwającej od 2003 roku imprezy całkowicie zmienili stosunek Polaków do dokumentu. Dyrektor Artur Liebhart i spółka sprawili, że kino uznawane za niszowe i niemal nieobecne na rodzimych ekranach zaczęło pełnić rolę magnesu, który co roku przyciąga do stolicy tysiące ludzi. Towarzysząca imprezie specyficzna moda nie przysłoniła jednak głównych zalet Planete Doc. Sukces festiwalu wciąż stanowi wypadkową wyrażanej przez organizatorów artystycznej konsekwencji, nieprzemijającej pasji i dobrej orientacji w gustach publiczności. Bogaty program 9. edycji festiwalu pozwala mieć nadzieję, że ta wybuchowa mieszanka po raz kolejny zyska odpowiednią siłę rażenia. Z RĘKĄ NA PULSIE Spośród wszystkich festiwali filmowych, Planete Doc swoją atmosferą najbardziej przypomina mi wiecznie zbuntowane Berlinale. Chyba tylko w trakcie tych dwóch imprez niektóre filmy potrafią oddziaływać na widza niczym piosenki na rockowym koncercie. Inaczej niż zdarza się to czasem w Berlinie, dokumenty z Planete Doc nie miewają jednak nic wspólnego z propagandowymi agitkami. Choć festiwalowe filmy emanują często gniewem i wyrastają z niezgody na opisywaną rzeczywistość, wytworzona przez nie energia zawsze pociąga za sobą coś twórczego. Towarzyszące wielu seansom debaty, spotkania i panele dyskusyjne naświetlają społeczno-polityczny kontekst i przygotowują widzów do świadomego odbioru prezentowanych treści. W ten sposób organizatorzy dają stanowczy odpór sugestiom, że prezentowane przez nich dokumenty operują pustymi

52 film

sloganami i hasłami rodem z ulicznych barykad. Tego rodzaju zarzuty wciąż stanowią częsty oręż w rękach przeciwników festiwalu. W uciśniętej gorsetem konserwatywnych wartości Polsce filmy na poważnie zajmujące się tematyką nierówności społecznych, praw człowieka czy ochrony środowiska wciąż bywają traktowane z najwyższą podejrzliwością. Najgłośniejsze tytuły Planete Doc udowadniają jednak, że te obawy pozostają bezzasadne. Współczesne dokumenty mają w sobie moc, by pozorną publicystykę wznieść na poziom dzieła sztuki. Taka droga stała się udziałem chociażby znakomitej „Wideokracji” Erika Gandiniego. Prezentowany w ramach 7. edycji Planete Doc dokument w błyskotliwy sposób analizował fenomen ówczesnej popularności Silvio Berlusconiego. Gandini udowadniał, że włoski populista mógł sięgnąć po władzę dlatego, że wcześniej ukształtował całe pokolenie wyborców jako szef wpływowych kanałów telewizyjnych. Niezależnie od bogatego kontekstu lokalnego, „Wideokracja” stanowiła pretekst do uniwersalnej refleksji o brzemiennym w skutkach flircie mediów i polityki. Innego rodzaju emocji dostarczył seans prezentowanego na Planete Doc w 2009 roku filmu „Yes-Mani naprawiają świat”. Film Andy’ego Bichlbauma i Mike’a Bonano, którzy za pomocą humoru walczyli z absurdami korporacyjnej rzeczywistości, podbił serca festiwalowej widowni i wyjechał z Warszawy z Nagrodą Publiczności. „Yes-Mani” po dziś dzień pozostają dla mnie symbolem idei trwale wpisanej w specyfikę Planete Doc. Film Bichlbauma i Bonano nie ogranicza się do prostej krytyki zastanej rzeczywistości, lecz zachęca do aktywnego udziału w jej zmienianiu. Reżyserzy z przymrużeniem oka udowadniają, że nawet w skromnej, jedwww.hiro.pl


nostkowej skali taka postawa zawiera w sobie głęboki sens. W tym roku podobna konkluzja ma szansę oczarować publiczność w zapowiadanych jako jedno z najważniejszych wydarzeń festiwalu „Oburzonych” Tony’ego Gatlifa. Film prezentowany na tegorocznym Berlinale stanowi łączący dokument i fabułę esej pochylający się nad serią młodzieżowych protestów na madryckim placu Puerta del Sol. Gatlif przypatruje się „Oburzonym” z wyraźną sympatią. W jego ujęciu madryckie protesty mają w sobie czystość bezkrwawej rewolucji połączonej z radością ulicznego karnawału. Zainteresowanie problematyką „Oburzonych” udowadnia, że organizatorzy Planete Doc pragną wyjść naprzeciw zmieniającej się rzeczywistości, uchwycić świat „na gorącym uczynku”. Taki cel przyświeca zapewne wprowadzeniu do programu sekcji o wszystko mówiącym tytule „Oblicza rewolucji”. O szybkości reakcji organizatorów na geopolityczne procesy świadczy jednak przede wszystkim druga edycja towarzyszącego imprezie projektu „Planete Doc w Południowym Sudanie”. W ramach tej inicjatywy część festiwalowych filmów zostanie pokazana w stolicy najmłodszego kraju Afryki – Dżubie. DOKUMENT JEST SZTUKĄ O oryginalności Planete Doc świadczy jednak znacznie więcej niż tylko wyrazista orientacja społeczno-polityczna. Organizatorzy festiwalu idą z duchem czasu i odznaczają się znajomością trendów dominujących w światowej dokumentalistyce. W filmach prezentowanych na Planete Doc intelektualna dyscyplina koresponduje z atrakcyjnością formy. Warszawski festiwal udowadnia, że w dokumencie skończył się już czas niechlujnych ujęć kręconych kamerą z ręki. Najlepsze filmy na Planete Doc zachwycają profesjonalizmem i w coraz większym stopniu zacierają pod tym względem granice między dokumentem a fabułą. Staje się jasne, że filmy służące pierwotnie wyłącznie do rejestracji rzeczywistości, teraz stają się naturalnym obiektem zainteresowania dla twórców kina artystycznego. Planete Doc wydaje się mocno zdeterminowane do przybliżania publiczności dorobku największych mistrzów autorskiego dokumentu. Nie przez przypadek to właśnie temu festiwalowi udało się w 2010 roku ściągnąć do Polski samego Wernera Herzoga. Zeszłoroczne Planete Doc uświetniła natomiast polska wersja wyreżyserowanej przez niego „Jaskini zapomnianych snów”. Znakomity film łączący w sobie technologię 3D i prehistoryczne malowidła z francuskiej jaskini Chauvet objawia pełnię artystycznych możliwości sztuki dokumentu. Możliwości na dobrą sprawę nie podlegających ograniczeniom.

PATRONI MEDIALNI:

FESTIWAL A SPRAWA POLSKA Herzog, choć zdecydowanie najbardziej rozpoznawalny, nie był jedynym mistrzem kina, którego twórczość stanowiła ozdobę festiwalu. Coroczne retrospektywy uznanych reżyserów zagranicznych na stałe weszły już do programu Planete Doc. Poza wszystkimi innymi zaletami, możliwość zapoznawania się z dorobkiem światowych klasyków wzbogaca spojrzenie na rodzime kino. Stroniące od wielopiętrowych metafor, nieufnie podchodzące do metafizyki najsłynniejsze filmy festiwalowe wyraźnie stają w poprzek wobec uświęconej tradycji polskiego dokumentu. Dzięki temu Planete Doc wprowadza odrobinę świeżości do świata uwięzionego między „Gadającymi głowami” a „Muzykantami”, „szkołą Fidyka” a „szkołą Łozińskiego”. W tym wszystkim nie chodzi bynajmniej o to, by usuwać z dokumentalnego kanonu nazwiska Kieślowskiego czy Karabasza. Dzięki retrospektywom zagranicznych reżyserów Planete Doc przypomina jedynie, że między tamtymi reżyserami znajduje się ogromna przestrzeń, która wciąż czeka na zagospodarowanie. Nie ma przecież nic złego w tym, aby młodzi polscy dokumentaliści zamiast Łozińskim inspirowali się na przykład Raymondem Depardonem czy Jorgenem Lethem. Coraz bardziej zaangażowane w promocję polskiego dokumentu Planete Doc ma potencjał, żeby wykreować nowych mistrzów rodzimego dokumentu. Kimś takim z pewnością może stać się Tomasz Wolski. Młody, ale już utytułowany twórca zaprezentuje na tegorocznym festiwalu najambitniejszy projekt w swojej karierze. Próbujący zmierzyć się z fenomenem warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki „Pałac” ma pominąć oczywiste pokusy, by opowiedzieć o słynnym budynku przez pryzmat jego peerelowskiej przeszłości. Wolski deklaruje, że zamierzał pokazać na ekranie sposób w jaki dzisiejsze losy Pałacu odnoszą się do współczesnych stosunków międzyludzkich. Wygląda na to, że reżyser ma spore szanse, by przy zachowaniu własnego stylu wpisać się w sposób opisywania rzeczywistości charakterystyczny dla Planete Doc. „Pałac” stanowi jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tegorocznego festiwalu. Oprócz niego na Planete Doc z pewnością znajdzie się wiele dokumentów, które pomogą widzowi sformułować własny stosunek do rzeczywistości. Magnetyzm Planete Doc polega na tym, że przeważnie negatywne konkluzje bywają złagodzone przez wytworzone wśród widzów poczucie światopoglądowej wspólnoty. Dzięki temu seanse festiwalu można opuszczać z poczuciem, że Oburzeni stanowią taki sam składnik rzeczywistości, jak nieudolni politycy czy chciwi bankierzy. Teraz wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie po której jesteśmy stronie.


indie games

cyfrowi marzyciele tekst | jerzy bartoszewicz

foto | materiaŁy promocyjne

W świecie rządzonym przez wielkich producentów i wydawców realizują swoje pomysły w pojedynkę, odnoszą spektakularne sukcesy, wspierają działalność charytatywną i udowadniają, że gry wideo mogą być sztuką. Gdy dwa lata temu amerykański krytyk firmowy Roger Ebert opublikował felieton „Video games can never be an art”, nie podejrzewał chyba, że wywoła prawdziwą burzę wśród graczy z całego świata. Stwierdził w nim, iż żaden z żyjących obecnie graczy nie będzie żył dostatecznie długo, aby doświadczyć gier jako formy sztuki, co spotkało się z jednogłośnym sprzeciwem wyrażonym w ponad 4.500 internetowych komentarzach. Znakomita większość z nich skupiała się na wymienianiu i opisywaniu niezależnych, ambitnych produkcji posiadających wymierną wartość artystyczną. Ostatecznie Ebert przyznał się do błędu wyrażenia opinii bez dogłębnego zbadania tematu. Z tej historii można było wysnuć interesujący wniosek – podobnie jak w przypadku muzyki czy kinematografii, elektroniczna rozrywka posiada silną grupę odbiorców poszukujących w niej czegoś więcej. Branża gier wideo rządzi się podobnymi prawami co przemysł filmowy. Za sznurki pociągają wielcy wydawcy, gry tworzone są w taki sposób, by pasować do panujących na rynku trendów, a ich sprzedaży towarzyszą dziesiątki milionów dolarów wydanych na marketing. Pierwszoosobowa wojenna strzelanina „Call Of Duty: Modern Warfare 3” w ciągu 24 godzin od swojej premiery zyskała ponad 9,3 mln nabywców – to dotychczas największe otwarcie produktu w historii całej branży rozrywkowej. O takim wyniku mogliby pomarzyć nawet najwięksi producenci filmowi. Tak jak w kinematografii funkcjonuje kino offowe, wolne od wpływów wielkich wytwórni, istnieje grupa ludzi tworzących

54 gry

niezależne gry, zgoła odmienne od wysokobudżetowych produkcji. Na tym jednak podobieństwa się kończą – udając się do multipleksu, nie możemy zbytnio liczyć na pokaz filmu offowego, natomiast tzw. indie games biją rekordy sprzedaży, okupują nagłówki serwisów poświęconych grom i z powodzeniem konkurują z największymi wysokobudżetowymi hitami, przynosząc swoim twórcom milionowe zyski. Ich geneza jest ściśle powiązana z rozwojem całego przemysłu gier komputerowych. W latach 70. i 80., gdy światło dzienne ujrzały pierwsze legendarne tytuły, gry powstawały przeważnie jak książki czy obrazy – pisane jednoosobowo lub w małych, kilkuosobowych zespołach, pracujących w przysłowiowych garażach. Różnice w powstawaniu gier wykrystalizowały się w latach 90., gdy małe firmy zaczęły się rozrastać. Z roku na rok budżety stawały się coraz większe, a do realizowanych projektów angażowano dziesiątki wykwalifikowanych specjalistów. Outsiderzy nadal tworzyli gry w pojedynkę, dystrybuując swoje produkcje na licencji shareware – za darmo, lecz z nałożonymi ograniczeniami, które można było zdjąć wykupując dostęp do pełnej wersji. Tak powstawały produkcje, które dziś można określić mianem pierwszych indie games. Ponieważ elektroniczna rozrywka jest uzależniona od rozwoju przemysłu komputerowego, przez długie lata pojedynczy twórcy nie mieli możliwości konkurowania z dużymi firmami na polu oprawy audiowizualnej swoich tytułów. Potężne i drogie narzędzia były dla nich niedostępne, a gracze spragnieni byli wówczas głównie postępu technologicznego. Sytuacja zaczęła się diametralnie zmieniać w drugiej połowie ubiegłego dziesięciolecia. Chociaż najnowsze tytuły wyglądają coraz lepiej, ocierając się o fotorealizm, na rynku pojawiło się wiele darmowych programów, pozwalających na tworzenie gier o grafice na tyle estetycznej, by podobała się komuś więcej niż garstce zapaleńców. Co więcej, w wyniku wszechobecnej mody na powrót do klimatów retro, do łask powróciła oprawa w stylu 8 i 16 bitów. Silny wpływ na popularyzację produkcji niezależnych miał również rozwój Internetu i cyfrowej dystrybucji oprogramowania. Domorośli twórcy mogą dzięki nim konkurować z wielkimi studiami i wydawcami praktycznie na równych zasadach – o sukcesie ich pracy decyduje już bowiem nie ilość zer w budżecie, lecz przychylność odbiorców. A gracze przyjęli indie games z otwartymi ramionami. Wiosną 2009 roku, porzucając stanowisko programisty w jednej z firm zajmujących się produkcją gier, Szwed Markus „Notch” Persson nie spodziewał się, że niespełna dwa lata później będzie milionerem. „Minecraft”, czyli projekt któremu postanowił się poświęcić, sprzedał się w liczbie przekraczającej milion egzemplarzy 11 miesięcy przed premierą, będąc udostępnionym jeszcze w fazie produkcji. Z popularnej gry produkcja szybko zamieniła się w internetowy fenomen. Na początku gra, niczym wirtualna boska istota, losowo generuje przepastny świat – góry skrywające w sobie złoża węgla i różnorakich rud, wodospady i jeziora, drzewa, kwiaty i buszujące wśród nich zwierzęta. Podziwiana przez gracza z perspektywy pierwszej osoby, przyjazna kolorowa kraina, po zmroku zmienia się jednak w niebezpieczne miejsce, a na powierzchnię z licznych jaskiń wychodzą potwory. W realiach „Minecrafta”, by przeżyć, należy pracować – w dzień mozolnie wydobywać surowce i wznosić konstrukcje po to, by w nocy kryć się w nich przed nieproszonymi gośćmi. Produkcja Perssona podbiła serca graczy, pomimo że jej oprawa graficzna jest, przykładowo wręcz, brzydka. Podczas gdy najpopularniejsze gry oferują najczęściej pełne fajerwerków hiswww.hiro.pl


toryjki w stylu superprodukcji z Hollywood, niezależni twórcy potrafią zmuszać do myślenia, zaskakiwać czy wzruszać. To ostatnie udało się Kanowi Gao, który w produkcji zatytułowanej „To The Moon” przedstawił ujmującą opowieść o miłości, śmierci i marzeniach. W niedalekiej przyszłości, za pomocą specjalnej maszyny można przenieść się we wspomnienia człowieka, by zaszczepić w nich pomysł i umożliwić jego realizację. Do umierającego staruszka zostaje wysłana para naukowców, których zadaniem jest spełnić jego życzenie i wysłać go na Księżyc. Trafiają więc do 70 lat burzliwych wspomnień, od dzieciństwa aż do późnej starości – po to, by odnaleźć dogodny moment do zaszczepienia marzenia. „To The Moon” wykonano przy pomocy prostego programu RPG Maker, służącego do tworzenia gier fabularnych, nie wymagającego choćby najmniejszych umiejętności programistycznych. Tak przygotowano interaktywną opowieść, która wstrząsnęła krytykami i graczami do tego stopnia, że uzyskała nagrodę w kategorii Najlepsza Historia popularnego amerykańskiego serwisu GameSpot, pozostawiając w tyle wysokobudżetowe hity. Gra sprzedała się przy tym na tyle dobrze, że Kan Gao może całkowicie poświęcić się obecnie swojej pasji i tworzyć kolejne tytuły. Maszyna do spełniania marzeń naprawdę działa. Pomimo ograniczeń technologicznych, indie games potrafią ujmować odbiorcę również wrażeniami estetycznymi, jak tytuł „Flower”, w którym bohaterem staje się podmuch wiatru unoszący nad łąką płatki kwiatów. Feerii barw i kojącemu widokowi kołyszącej się trawy towarzyszy delikatna muzyka. Całość można określić jako interaktywny pejzaż malowany w czasie rzeczywistym przez gracza. Recenzenci, zachwyceni tą wyjątkową produkcją, mogli tylko bezradnie rozłożyć ręce i określić ją mianem sztuki. Nic więc dziwnego, że Je-

NOWY ALBUM

PREMIERA

27.03.2012

ZAWIERA HIT GIVE ME ALL YOUR LUVIN’

nova Chen – założyciel niewielkiego studia thatgamecompany, które stworzyło „Flower” – był silnie zaangażowany w polemikę z Rogerem Ebertem. Fenomen gier niezależnych zyskuje też na sile wraz z rosnącą popularnością smartfonów. Na rynku aplikacji mobilnych, to domorośli twórcy wiodą prym, a pośród nich znajdują się nawet dzieci. W ramach projektu szkolnego 14-letni Robert Nay wykonał w 2010 roku prostą logiczną grę „Bubble Ball” na urządzenia z systemem iOS firmy Apple. Gdy autor udostępnił ją za darmo na platformie App Store, w błyskawicznym tempie osiągnęła wynik 2 mln pobrań, co pozwoliło jej wówczas prześcignąć darmową wersję słynnego „Angry Birds”. Pomimo że indie games wciąż przybywa, ich popularność nie maleje. Wielu miłośników gier wideo, zachęconych historiami sukcesów domorosłych deweloperów, postanawia spróbować swoich sił, wnosząc do branży elektronicznej rozrywki kolejne świeże pomysły. Zadowoleni są również sami gracze, którzy za niewielkie pieniądze uzyskują setki godzin dobrej zabawy. Strzałem w dziesiątkę okazała się inicjatywa Humble Indie Bundle, zapoczątkowana w maju zeszłego roku. W kolejnych odsłonach umożliwia ona zakup całych zestawów gier niezależnych za dowolną kwotę przekraczającą 1 dolara. Zyski ze sprzedaży rozdzielane są wedle życzenia samego kupującego pośród twórców danych tytułów oraz wspieranych przez HIB organizacji charytatywnych. Choć produkcje wchodzące w skład paczek są pozbawiane wszelkich zabezpieczeń antypirackich, na znak zaufania do graczy, akcja odniosła sukces finansowy. Dotychczas zebrano w niej ponad 11 mln dolarów. Od niezależnych twórców gier wideo mogliby się więc uczyć nie tylko wielcy producenci i wydawcy...


chore rapy

nie musisz, więc nie słuchaj tekst | jacek sobczyński

foto | materiaŁy promocyjne

„Sięgnąłem dna. Po czym usłyszałem pukanie od dołu” – pisał Stanisław Jerzy Lec. Pomyślcie przez chwilę o najgorszym artyście, jakiego słyszeliście. Już? Mamy wiadomość: są gorsi. oto panteon najbardziej ekstremalnych postaci rodzimej sceny rapowej. O każdym można powiedzieć jedno: jest wyrazisty.

Formacja Cmentarz Powiedzieć, że Formacja Cmentarz portretuje ciemne strony ludzkiej egzystencji to nie powiedzieć nic – głównymi bohaterami ich tekstów są sadyści, mordercy, nekrofile i gwałciciele, a obdarzony niepowtarzalnym flow Szczudło (na co dzień pracujący w rzeźni) obrazowo przedstawia w nich m.in. kopulację analną podczas porodu tudzież oddawanie kału do tabernakulum. Fascynującym elementem twórczości Formacji Cmentarz jest muzyka – ich piosenki na dobrą sprawę składają się wyłącznie z prymitywnego beatu. A jeśli kolega z pracy wyjątkowo zalazł wam za skórę, proponujemy drobny wic w postaci wklejenia ich „Zboczeńca” na Facebookowego walla delikwenta, koniecznie z podpisem „To jest ta piosenka, którą mi polecałeś?”. Pamiętajcie, żeby najpierw upewnić się, czy szef też ma go w znajomych. Najsłynniejszy utwór: „Zboczeniec”

56 muza

Nagły Atak Spawacza Popularni „Spawacze” byli dla urodzonych w latach 80. tym, kim dla ich starszego rodzeństwa Dr. Huckenbush – inicjacyjną, pokoleniową kapelą i pierwszym powiewem muzycznego kampu. Ci kolesie jeszcze w erze pre-internetowej potrafili wprowadzić do języka potocznego szereg powszechnie zrozumiałych i używanych fraz. „Gdzie jest Roman, do chuja?” czy „Mielone, kurwa!” to tylko najsłynniejsze przykłady. Ale zanim zaczniecie się śmiać, przypomnijcie sobie, że to oni sprzedali lekką ręką kilkaset tysia kaset. To oni jako bodaj jedyni polscy hip-hopowcy trafili na pierwszą stronę „Gazety Wyborczej”. I to wreszcie im udało się najsilniej przeszczepić surrealistyczne wątki na rodzime poletko rapowe. Posłuchajcie choćby ich „Uwe kolarza”, a wasze życie już nigdy nie będzie takie samo. Najsłynniejszy utwór: „Pedał Roman”

The Syntetic Absolutny król muzycznego kampu, niestrudzony recykler staroszkolnego popu, śląski Harmony Korine z zacięciem do absurdalnego storytellingu. „Człowiek widmo” czy „Hollywood” to totalny kanon każdej studenckiej popijawy. Tylko garstka szczęśliwców miała okazję zobaczyć Syntetica na żywo – Miszcz Pawarotti (alternatywny pseudonim artysty) zagrał jedynie kilka koncertów, z których najsłynniejszy odbył się podczas drugiej edycji Off Festivalu. Stałem w trzecim rzędzie i przysięgam: owacja, z jaką przyjęto pojawienie się Syntetica na Offowej scenie była powalająca. To w zasadzie nie była owacja, a obłąkańczy ryk zachwytu, który rozległ się, gdy tylko zza głośnika nieśmiało wychylił się kawałek Syntetikowej głowy. Okazja do złapania Miszcza live nadarza się bardzo rzadko, więc jeśli tylko pojawi się w waszym mieście, rzućcie wszystko i idźcie na jego koncert – dla takich wydarzeń przesuwa się nawet daty ślubów. Najsłynniejszy utwór: „Człowiek widmo”

Wini Nagrana przez szczecińskiego potentata branży tekstylnej płyta „Bóg jest miłością” to bodaj największy tegoroczny obiekt kultu wielu poważnych dziennikarzy muzycznych. W sumie jest się czym zachwycać – płyta Winiego to absolutnie porażające studium ludzkiego szaleństwa, niesamowita w swojej antypiosenkowej strukturze, eklektyczna hybryda, bogato okraszona auto-tune’ami à la T-Pain. Na tym krążku znajdziecie wszystko: od dubstepu, przez punk po piosenkę harcerską. Tekstowo Wini nie uznaje żadnych granic – sprawdźcie choćby miłosne wyznanie rapera, schowane pod jakże plastycznym tytułem „Rucham kurwy z moją dziewczyną”. Jeśli myślicie, że pierwszy Kaliber 44 to narkotyczny rap, posłuchajcie Winiego – tu kokaina wysypuje się z głośników. Najsłynniejszy utwór: „Pokaż dupę”

www.hiro.pl


REKLAMA Karramba To on jest autorem najbardziej wstrząsającego dissu w historii polskiego rapu – początek jego lirycznej petardy, skierowanej w stronę Tedego, zaczynał się od słów „Tede, Tede, wsadź se w dupę kredę”. Na dobrą sprawę nic dziwnego, Karramba nagrywa bowiem od lat 90. i tylko tajemnicą pozostaje, jakim cudem udało mu się sprzedać w 1996 roku 80 tysięcy sztuk swojej debiutanckiej płyty „Boom! Bang!”. Od reszty bohaterów niniejszego zestawienia Karrambę różni nie tylko częsta obecność na Vivie – facet po prostu sprawia wrażenie, jakby naprawdę nagrywał ten cały szajs na poważnie. Najsłynniejszy utwór: „Pocałuj mnie w dupę”

Ostatni tom cyklu o zdegenerowanym Mieście Grzechu wybitnego amerykańskiego twórcy FRANKA MILLERA. ®

Radziu Tu wyróżnienie przyznaję trochę na wyrost, ale coś mi mówi, że o tym niepozornym okularniku internet usłyszy jeszcze nieraz. Radziu wsławił się jednym tylko hitem – opartym na krautrockowym bicie „Nie musisz, więc nie idź”, ostro uderzającym w system rodzimego szkolnictwa. Uwagę zwraca ciekawe flow rapera – znaczenie refrenu „Nie musisz, więc nie idź do tej brlłfnej szkoły” rozszyfrowywano na YouTube już wielokrotnie. Z kolei choreografia artysty zdradza fascynację starą szkoła imprezowego rapu spod znaku Jazzy Jeffa i Fresh Prince’a. Trzymamy kciuki. Najsłynniejszy utwór: „Nie musisz, więc nie idź”

Zdaniem krytyków najlepszy album w całej serii.

Kula Na Facebooku oficjalny profil Kuli polubiło ponad 7 tysięcy osób. Ilu jest wśród nich fanów nastolatka z Krynicy, a ilu marnych prześmiewców, bóg wie. Na razie pełen stan psychiczny Kuli obrazują głównie wideowywiady, ochoczo wrzucane przez młodego rapera do sieci. A ja słucham sobie prawd przekazywanych przez młodego artystę i zastanawiam się, czy postać Kuli jest wystarczającym argumentem za obowiązkowym wprowadzeniem filtru rodzicielskiego dla młodzieży poniżej 18. roku życia. Mamo Kulowa, tato Kulo – gdzie byliście, gdy wasz syn szalał ku uciesze milionów? Najsłynniejszy utwór: „Kula daje fula”

Dohtor Miód „Powodem przyjęcia pseudonimu była fascynacja Dr. Dre. Drugi trzon nawiązuje do woskowiny z uszu” – tak o genezie ksywki Dohtora Mioda pisze Wikipedia. Faktycznie, pochodzący z Piekar Śląskich artysta wie o ludzkich wydzielinach więcej niż niejeden gastrolog; w uniwersum tekstowym Dohtora znajdują się przede wszystkim wszelakiej maści smarki, wymioty czy stolce. Widzioł żech kakał łod świni, widzioł żech kakał łod krowy, ale żaden nie śmierdzi jak twój, żaden nie jest tak brązowy – to tylko próbka jego elektryzującej liryki. I jest przy tym lokalnym patriotą. Najsłynniejszy utwór: „Jadymy na kurwy”

Krwawe Drwale Nie ma w całej dziesiątce artystów ocierających się o poezję tak silnie, jak Krwawe Drwale. Raperzy ewidentnie czują się spadkobiercami Edgara Allana Poe, stąd w ich twórczości znajdziemy malownicze opisy opuszczonych cmentarzy pod chmurnym niebem, stąd świat Drwali zaludniają przerażające postacie rodem z gotyckiej literatury grozy. W ich przypadku też zastanawiałem się, czy to wszystko to tak serio, ale nie – nikt nie byłby chyba na tyle głupi, by na poważnie nagrać wersy: Pielęgniarki w spazmach wiją się jak te z Silent Hilla / Zaraza zżera szpital, została już tylko chwila. Najsłynniejszy utwór: „Krwawy świt”

Opowieść o miłości – prawdziwym uczuciu, które nie domaga się racjonalnego uzasadnienia i jest w stanie przezwyciężać wszelkie trudności.

Siódmy tom cyklu w twardej oprawie ju˝ w ksi´garniach. Seria tylko dla dorosłych. www.swiatkomiksu.pl


GHOST RIDER

teraz ja jadę, do diabła! tekst | KAJA KLIMEK

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Bez kasku jechał niejeden swobodny jeździec. Była też niejedna ostra jazda bez trzymanki po ekranie. Potem było jeżdżone (z angielska: drive) w zwyczajowo pisanej wielką literą Kurtce ze Skorpionem. Ale teraz jedzie nowe. i Jeszcze nikt tak nie jechał. z płonącą czaszką, zostawiając za sobą smród siarki, spalonej gumy i asfaltu. Teraz jedzie Ghost Rider. PO RAZ DRUGI. jako Duch Zemsty. W 3D. I jest to jazda jak jasna cholera. Piekło to podła ironia, którą szatan obdarza ludzkość z lubością, ale ci idioci nabierają się na nią za każdym razem – trafnie, złośliwie i bez ogródek stwierdzają w koleżeńskiej rozmowie Malachiasz i Daniel, gdzieś na kartach komiksu „Ghost Rider: Droga ku potępieniu”. Jak to anioły – sięgają tam, gdzie wzrok nie sięga. Pozazdrościć przenikliwości. Oni by w diaboliczne układy wmanewrować się nie dali. Ale Johnny Blaze, nim został Ghost Riderem (z ognia i kości), był tylko człowiekiem (z krwi i kości). Jako ten drugi w anielskiej skali oceniany jest na 9/10 („taką istotę drażni się na własną odpowiedzialność”). Jako Johnny Blaze, by ocalić kumpla tudzież ojca (w zależności od wersji), poszedł z diabłem na układ, a w efekcie dał się wpuścić szatanowi w maliny i poszedł z torbami. A konkretnie: stracił i bliską mu osobę, i duszę. Tak to jest, jak człowiek nie doczyta drobnego druczku i mu się zapomni, że diabeł tkwi w szczegółach. Potem się płaci jak za zboże. Albo pod przymusem gania się na motocyklu potępionych i piekielnych renegatów, bo to właśnie tym zajmuje się Ghost Rider. Jeździ tak, że nie zostaje kamień na kamieniu, asfalt się topi, a użytkownicy dróg i autostrad (rumuńskich albo tureckich w nowym filmie) narażeni są na wyziewy siarki i spalonej gumy. Ale musi jechać, bo goni tych, co zerwali się z szatańskiego łańcucha i na swój – płonący – łapie jak cielaki na lasso. Nawet to do niego pasuje, bo jest trochę i kowbojem, i piekielnym aniołem na etacie w diabelskiej korpo o siedmiu kręgach. Po godzinach zaś wysysa dusze z grzeszników, którzy mu się nawiną. Takich jak my zjadłby na szybkie śniadanie w biegu (w jeździe) do pracy. O ile można nazwać to pracą, bo dochodu raczej nie przynosi. Powyższe wprowadzenie jest o tyle przydatne, że „Ghost Rider: Spirit Of Vengeance” to nie sequel. To nowa jakość, która z pierwszą (uznaną za co najwyżej „pożal-się-boże”) adaptacją komiksu Marvela mało ma wspólnego. Ważne, że tamto z 2007 było kaszką z mleczkiem i skittelsami, które śniący koszmary po alko Blaze preferował nad trunki. Tu pozostaje hardkorowe jedzenie cukierka wraz z papierkiem. Uwaga, mini-spoilerek: oprócz spektakularnych cameos są tu i tacy, którym wszystko obumiera w rękach i tylko taka opcja zostaje. To jazda po bandzie, taka z wypadaniem z zakrętów. Akces zgłosił między innymi sam Idris Elba – rola pijanego mnicha jest dla niego skrojona. Za to Eva Mendes stwierdziła, że wysiada i nie dołączyła do obsady. Może dlatego, że Ghost Rider nie słucha już Abby, bo totalnie woli heavy metal. I jakoś bardziej mu z tym do twarzy. Sorry – do czaszki. No i Ghost Rider to też, a może przede wszystkim, Nicolas Cage – fan komiksów, wampir, niegdysiejszy ziomek Charlie’ego Sheena, postać z okładek serbskich podręczników. Aktor grający metodą „losing his shit” (do obejrzenia w „Wickermanie” Neila LaBute’a z kultowym: My eyes my eyes, not the bees,

58 film

arghhh!). Selekcja ról Cage’a to istny kalejdoskop, i to nie tylko fryzur (zresztą przecież superważnych przy kreowaniu postaci). Od poważanych na salonach i przez krytykę dramatów („Zostawić Las Vegas”) po wymagające maksimum dobrej woli nawet od ultrasów kunsztu Cage’a kurioza („Polowanie na czarownice”). Wiele wyjaśni animacja na YouTube, która pokazuje reakcję aktora na każdą ofertę: Cage podnosi słuchawkę, słucha i zwięźle odpowiada: Yes. Święte tak. Ale dopiero „Spirit Of Vengeance” to film prawdziwie wyjątkowy w karierze Cage’a. Przygotowując się do powrotu na płonące siodełko, opracował bowiem zupełnie nową metodę aktorską. Przy niej Actor’s Studio i Stanisławski mogą się schować. W wywiadach przed premierą filmu duetu Neveldine/Taylor (to ci od „Crank”, „Gamera” i „Jonaha Hexa” – dla pełnego obrazu) król filmów „tak złych, że aż dobrych” chętnie objaśnia jej tajniki. Inspirację stanowi tu voodoo i szamanizm (jak pisze Brian Bates w „The Way Of The Actor”, skąd Nick czerpał inspirację), które dały podwaliny dla aktorskiego fachu. Jako że Cage gra tu również Ridera z piekła rodem, potrzebował mocnych bodźców, by lepiej wczuć się w rolę płonącego kościotrupa w skórzanych spodniach i nadpalonej ramonesce. Na plan przychodził specjalnie ucharakteryzowany – z biało-czarnym makijażem à la afro-karaibska ikona Baron Samedi, z czarnymi soczewkami pokrywającymi całą gałkę oczną. Chciał, jak mówi, przypominać rekina szykującego się do ataku. Jak się wcielać w demona, to na całego. Podobno ekipa filmowa bała się na serio. Potem spece od CGI zamienili to w zwęgloną czaszkę (dla odmiany i bardziej trafnie niż w pierwszej części, gdzie była aż za bardzo biała). Nadpaloną kurtkę udekorował hieroglifami, naszył onyksy, a po kieszeniach poupychał amulety. To wszystko, jak zapewnia w wywiadach, poszerzało jego wyobraźnię i pozwalało przyzywać duchy voodoo, by pomogły lepiej odegrać opętanie, jakiemu podlega w końcu Jeździec. I tak oto Nicolas Cage dosłownie stawał się Ghost Riderem – a na pewno wierzył, że nim jest. Wierzysz, że można dostać drugą szansę? Czy jeśli popełniasz błąd, to musisz płacić do końca swoich dni? Te pytania dręczyły Johnny’ego Blaze’a AD 2007. Odświeżona wersja Jeźdźca, choć nadal stąpa po rozżarzonych węglach, a diabeł szczypie ją w pięty, takich wątpliwości nie ma. W anielskiej skali jest już na levelu 11/10 („nie dotykać, grozi zwęgleniem i trwałym kalectwem”). Cage też nie ma wątpliwości. Mówi, że godnym przeciwnikiem dla Ghost Ridera byłby Profesor X – jeden wysysa dusze, drugi może topić mózgi. Jeśli nie takie starcie tytanów, to widzi mu się japońska wersja „Wickermana” w wizji autorów „The Ring”. Czemu nie. On i Ghost Rider co do jednego są zgodni: na pytanie „Jedziemy z tym koksem?” odpowiadają zawsze „Hell, yes”.

www.hiro.pl


tekst | karolina stefanowicz

Są zabawni niczym Public Enemy, sprytni jak David Hasselhoff i bardziej cool od LL COOL J-a. Nazywają się 123Klan, są ikoną street artu, a ich grafiki wskoczyły właśnie na damskie i męskie t-shirty w specjalnej kolekcji marki CROPP. Podobno jeśli nie znasz 123Klanu, to albo nazywasz się Tom Cruise, albo nie wierzysz w marketing, albo po prostu pochodzisz z innej galaktyki. Członkowie tej francuskiej grupy street-artowej zaczynali od tradycyjnego graffiti, by z czasem przenieść je na grunt legalny, a nawet komercyjny i zająć się również designem i sztuką użytkową, mocno inspirowaną street-artem. Dziś pracują z takimi markami jak adidas, Nike czy Coca-Cola, a do sklepów marki CROPP właśnie wkroczyła specjalna kolekcja zdobiona ich pracami. Grupa wypracowała sobie bardzo charakterystyczny styl, na który składają się komiksowe postaci, superbohaterowie, przewrotne hasła i specyficzny, nieco szyderczy humor. Wszystko to, co w stylu 123Klanu najlepsze, znalazło się na CROPP-owych t-shirtach i tank topach w damskiej i męskiej wersji. Jednokolorowe koszulki zdobią znane z działalności grupy postaci i teksty, często odwołujące się wprost do graficiarskiej i hip-hopowej kultury. Niekiedy trochę bezczelne a nawet aroganckie, na pewno bezkompromisowe i nie zmienia tego nawet pozornie słodka estetyka nadruków na koszulkach dla dziewczyn. Kolekcja CROPP spodoba się tym, do których trafiają też prace 123Klanu – młodym ludziom, którzy lubią patrzeć na rzeczywistość z lekkim przymróżeniem oka, a siebie nie traktują przesadnie poważnie, oraz tym, którzy mogą podpisać się pod naczelnym hasłem 123Klanu: Nie żyj marzeniami, wymarz sobie życie! Więcej prac 123Klanu można znaleźć na stronie internetowej www.123klan.com, a po koszulki ze specjalnej kolekcji CROPP już teraz zaprasza do salonów marki.


afro kolektyw

ludzina tekst | marcin flint

foto | mariusz chibowski

Język ma nie tylko niewyparzony, ale i leniwy, nie pozwalający wymówić wszystkiego jak trzeba. Niby tworzy piosenki, niemniej hip-hopowym zwyczajem przeładowuje je wersami. Jego tekstów słucha się jednak z zapartym tchem i to właśnie z racji na nie Afro Kolektyw nie podzielił losu idoli blogosfery, zdolnych wymienić wszystkich swoich fanów z imienia. Mowa o Michale Hoffmannie znanym kiedyś jako Afrojax. W czym tkwi jego sekret? W DUPIE MA LUD Już w czasach Afro Kolektywu Michał miał pomysł na skromną formację new romantic. Po Surowej Karze Za Grzechy – tak się bowiem nazywała – pozostało krążące w odmętach internetu demo i jedno oficjalnie nagranie: opublikowany na składance „Co jest grane” numer „Wszyscy”, obdarzony wymownym podtytułem „W dupie mam lód”. Niestety, ów podtytuł po zapisaniu tracił całą swoją homonimiczną dwuznaczność, która to właśnie sprawia, że mógłby być artystycznym motto Hoffmanna. Ten miał bowiem w nosie panujące gusta. „Kiedy to usłyszałem jak rapuje Joka / Przez całą noc nie zmrużyłem oka / A teraz poszły za tym masy i tłuszcza szeroka / Oglądam zbiegowisko i zdegustowany jestem / Skoro wszyscy grają Philadelphia Disco, to ja nie chcę” – rapował w otwierającym debiutancką „Płytę pilśniową” kawałku. W pierwszym singlu zadawał zaś retoryczne pytanie: „Czy przystoi imponować byle komu, czy lepiej zostać w ciepłych kapciach przy kolacji w domu?”. Drugi krążek „Czarno widzę” i kolejna kwestia: „Czy bawicie się gorzej? To dobrze”. Trzecie w dyskografii „Połącz kropki”: „Jeżeli chcecie żebym poczuł się tu jak w domu / Wyrzućcie wszystkich, powinno pomóc”. Ostatnie „Piosenki po polsku”: „Jeszcze będziecie marzyć, bym obdarzył was pogardą”. Spięty niczym lider Lao Che artysta z dziką satysfakcją szargał dobrą opinię. Swoją i innych. Ale może po raz kolejny oddamy głos do studia: „Okoliczności zbiegiem, akcja była taka: / Kiedyś oplułem kolegę, a ten się rozpłakał / I widzicie – teraz jest sprawa / Chciałbym opluć jeszcze parę osób, chociaż nie wypada / Nie wolno jednak milczeć, w kwestiach ważnych dla życia / Słuszna agresja, gdy mówię, co mnie nie zachwyca”. Dlatego Michał Hoffmann nie pyta „co z nami będzie, gdy znajdziemy się na zakręcie?”. Pewnie skręci. Kark autorom takich tekstów. I nie można mu się odgryźć, nazwać typa „lamusem” albo chociaż „dziadem”, wrzasnąć, że „nie ma jaj”. On już to o sobie powiedział na samym początku. Poza tym wie, gdzie nas znaleźć, bo ma nas w dupie. PRZYNIÓSŁ TOREBKĘ MOCZU Podczas gdy jedni siedzą w oknie z Mefistofelesem, a drudzy „stoją na balkonie i mają zardzewiałe dłonie”, Afrojax od początku ma ręce pełne roboty. Cofnijmy się do pierwszego występu gościnnego. To zwyczajowo ważny moment – bo po pierwsze nie ma niczego lepiej potwierdzającego poziom artysty, niż zaproszenia od innych, a po drugie ma szansę usłyszeć cię ktoś, kto

60 muza

www.hiro.pl


w pięciu niesmakach zwykle po twoją płytę by nie sięgnął. Tymczasem panowie – wówczas z Hoffmanem w zespole jest jeszcze Wielesław X – pojawiają się w utworze po minucie, wraz ze słowami: „Robię wała, wie o tym Polska cała / Że przekładam jaja z kieszeni do kieszeni / Macam rurę, przesuwam po niej skórę / W dół oraz w górę”. Kawałek nazywa się „Zrób to sam”, pochodzi z płyty niejakiego Świntucha (alter ego wrocławskiego weterana hip-hopu, Tymona Smektały) i dotyczy masturbacji. Cóż, konkret zdominował abstrakt. Michał Hoffmann zawsze bliższy był nieprzyjemnej prozie życia niż metafizycznej poezji. Gdy zdarzy mu się powiedzieć „wypłyńmy na głębokie wody życia, w tę noc”, można mieć pewność, że zaraz doda „tak jak z cewki wypływa mocz...”. Na pytania „dlaczego śmierć, dlaczego wojny, dlaczego marketing” odpowiada prostym: „I dlatego wódka”. Jest w restauracji, gdy „rachunek jest szesnaście, ty dajesz dwadzieścia / i każesz wydać do osiemnastu i jesteś wieśniak”. Kiedy w supermarkecie dziewczyna prosi go o wsparcie dla biednych, „obok przebiega i się wzrusza”. O tym, gdzie Hoffmann potrafi znaleźć inspirację, najlepiej świadczy zresztą początek płyty „Czarno widzę”. A ta zaczyna się od dwuwersu: „Trener Szewczyk przyszedł do ciężarowców / I wyjął torebkę moczu, był obrzydliwy”. Artysta nie wyczytał tego w Bukowskim. Wyszperał tę kwestię z jakiejś, jak można mniemać niespecjalnie lotnej, gazety. WDROŻYŁ HIPERTEKST W PRAKTYCE „Piosenki po polsku” bywają już przesadnie wyrafinowane, lecz Hoffmann nie zwykł szantażować słuchacza erudycją. Co nie znaczy, że jej nie posiada. Sam by pewno zaprzeczył, więc może mówmy raczej o znacznym kulturowym obyciu na wszystkich polach. Gdy słucha się takiego VNM-a, człowiekowi wydaje się, że ów raper wie tyle, iż Leszek Kołakowski rymuje się do „mieszek na proszki”, a Pablo Neruda do „banknot i wóda”, a co więcej jest z tego stanu rzeczy niesamowicie zadowolony i następną rzeczą, jaką przeczyta, będzie jego nieautoryzowana autobiografia. Nie jest to fajne uczucie. Tymczasem tak jak przy pierwszej płycie Tymon Smektała zachwycał się aluzją do „Pickin’ Boogers” Biza Markiego, tak przy ostatniej Borys Dejnarowicz pochyla się nad „zmysłem fonetycznym, godnym takich kilku panów, których się przerabiało na polskim w ogólniaku”. „Połącz kropki” potrafiły iść szlakiem aluzji do historii polskiego hip-hopu, a jednak autor dał znać, że „hierarchia potrzeb Ericssona” nie ma nic wspólnego z tym, ile razy galerianka potrzebuje otworzyć usta, żeby wejść w posiadanie nowego modelu telefonu Sony Ericsson. „Piosenki po polsku” meandrują w swych odniesieniach od niemieckiej fizyki kwantowej po brytyjskie r’n’b. Od Teofila Lenartowicza po Bogdana Olewicza. Tu dialog z Kayah, tam parafraza Eldo. Ostatnio czytając Jasia Kapelę, zauważyłem, że „wysokość” kultury można postrzegać poprzez ilość zastosowanych kryptocytatów. W takim razie kultura Hoffmanna jest wysoka jak Małgorzata Dydek. Ale o wiele bardziej żywa.

www.hiro.pl

JEST ZABAWNY JAK DOM DZIECKA Polska stoi oczojebnym różem bądź nihilistyczną czernią. Albo frontalny blondynizm Białowąs, albo Smarzowski i te jego gwałty zbiorowe na mazurskich kobietach. I tu jest na szczęście Hoffmann, błazen w depresji, facet „(...) zabawny jak dom dziecka / Wielki jak Malta / Skończony jak ostatnia paróweczka hrabiego Barry White’a”, prawdopodobnie jedyny tekściarz na świecie, który sprawi, że się uśmiechniecie, gdy będzie wam mówił o dzieciach wkłuwających się w przedramiona. O czym mówi jeszcze? O tym, że nie staje nam szlachetności i odwagi, i że nie staje nam ot tak, po prostu, bo „w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”. Albo o tym, że powinniśmy się martwić tym, że Karl Malone szczeźnie bez tytułu mistrzowskiego, specjaliści wyjeżdżają za granicę, a benzyna jest droga. „Ja nie płaczę, ja szczerzę szczęki / Nie da się inaczej, gdzie moje leki?” – rymuje w jednym z tekstów. A odbiorca rechocze przy tej tragikomedii jak kark na teatrze telewizji albo uśmiecha się smutno niczym Gioconda. Bo rzeczywiście nie da się inaczej. Tam, gdzie jest „wolność szersza niż odbyt Eltona Johna”, są też „paznkocie obgryzione jak drzewa w Korei Północnej”. POCHODZI Z PLANETY ANUS I sam to przyznał. Gdzie leży ta planeta? Zapytajcie swoich starych. A tak na serio, to gdzieś między Marsem a Wenus. Nie wiem, czy największym sukcesem Hofmanna nie jest aby to, że jego teksty dostrajają się do optyki obu płci. A zarazem obie druzgocą. Oczywiście jest Afrojax w wersji krępująco ujmującej niczym „Katawa Shoujo”. Ot, facet z misiem pod łóżkiem, co najpierw „całuje za uszkiem w parku za krzaczkiem”, potem „przeklina ładnie” i „gwałci delikatnie”, wreszcie mówi, że zamiast syna wolałby mieć dziewczynkę, bo ta się może rozpłakać, załamać i nie ponieść tego konsekwencji. Czy są dziewczęta, których to nie rozklei? Jeśli tak, to chyba głównie w wersach Afro Kolektywu. Bo w nich rzeczywiście czają się laski oczekujące wdziania przez partnera metaforycznego munduru Gestapo, rozbudowanej oferty rozrywkowej i przy okazji sankcjonujące prostytucję wewnątrz własnych związków („Kolacja we dwoje w Hallenbergu za dwa pięćset / Potem fellatio w rewanżu za to, co więcej”). Równoważą je, rzecz jasna, romantycy piszący wiersze na kartkach z nagłówkiem „umowa”, jegomoście z obsesją własnych genitaliów („Foczki lubią moje krocze i jądra / Nigdy nie proszę, zawsze żądam”) czy stukilowi piwosze z wąsami. Michał Hoffmann może być czujnym satelitą szpiegowskim krążącym po orbitach Marsa i Wenus, ale na stałą łączność między planetami nie ma co liczyć. Pamiętacie singlowe „Przepraszam”? Ten zaczynający się od słów „Moja dziewczyna jest słodka i dobra / Ma dwa zwierzątka: kotka i bobra”? Niby o przeprosiny chodzi, niemniej małżonka autora ponoć się obraziła. Za to słuchacz nie obrazi się za tym, ani za żadnym z innych razów.


cała polska czyta z „hiro”

poczet pisarzy różnych

odcinek 16:

tekst | filip szałasek

ilustracja | tin boy studio

doceniony – nawet w rodzinnym chile – dopiero po śmierci, Roberto Bolaño to powiew świeżości w ramach dwóch skostniałych na pierwszy rzut oka stylistyk: literatury hispanoamerykańskiej i powieści detektywistycznej.

Od półwiecza autorzy Ameryki Łacińskiej cieszą się w Polsce laurem bestselleru i opinią literatów prostej, lecz opatrznościowej mądrości. Chwytliwa formuła „realizm magiczny” sprawiła, że literaturę iberoamerykańską poczęto gromadzić na osobnych półkach, sprzedawać w seriach – bez względu na gatunek czy tematykę. Pierwszy boom nastąpił w latach 60. i 70., drugi mniej więcej na przełomie dekad. Kryterium wydawniczym stał się modny adres zamieszkania, jak gdyby Meksyk czy Argentynę zaludniali wyłącznie mistrzowscy prozaicy. Lansowanie egzotycznego regionu na literackie El Dorado na dłuższą metę wyświadcza jego pisarzom niedźwiedzią przysługę – owszem, oddaje uwagę szerokiego audytorium do dyspozycji autorów dotychczas pomijanych, ale także zaciera różnice pomiędzy nimi, prowadząc do wykrystalizowania się stereotypów. Łatwo się domyślić po sceptycznym tonie powyższego akapitu, że padłem ofiarą jednego z takich schematów. Byłem „od zawsze” przekonany, że literaturze iberoamerykańskiej zależy najbardziej na sztucznym i pretensjonalnym „umagicznianiu” (Cortázar, Marquez) wydarzeń w gruncie rzeczy banalnych (śmierć i miłość, wzdłuż i wszerz przemierzone stopą Europejczyka). Nie spodobała mi się postmodernistyczna powieść Fuentesa, na dłuższą metę nie polubiłem Llosy, którego jako noblistę wydaje się obecnie na kilku kolorowych stroniczkach papieru kredowego w twardej oprawie, utwierdzając takich jak ja w przekonaniu o słuszności krzywdzących sądów. Cała ta irytacja skutecznie opóźniła radosne orzeźwienie, jakie czerpię obecnie z powieści Chilijczyka Roberto Bolaño.

Roberto Bolaño

tury. Szczęśliwy przypadek sprawił, że równolegle czytałem „Fałszerzy” André Gida – eksperymentalną powieść, której nietuzinkowa konstrukcja pomogła mi zrozumieć falsyfikaty prokurowane przez Bolaño. W innych swoich powieściach przedstawia obraz Chile i jego młodego narodu w barwach bezludnej wyspy i rozbitków. Zarówno w „Chilijskim nokturnie”, jak i w „Gwieździe dalekiej” oddaje głos poetom, pasjonatom pochłoniętym tworzeniem efemerycznych szkół, budowaniem języka krytyki literackiej i tym podobnym „nieżyciowym” czynnościom. Ale mimo to trudno o prozę bardziej mięsistą, lekką i barwną (nieprzypadkowo w jednej z powieści Bolaño przywołuje Brunona Schulza). Roberto nie epatuje czytelnika lokalnym folklorem Chile, lecz wciąga go w fascynację egzotycznymi wątkami kryminalnymi, reinterpretującymi klasykę konwencji detektywistycznej. Kryminał to podziemna rzeka powieści Bolaño – powolna, ale nieustępliwa, pełna wewnętrznych napięć intryga, przydająca ponowoczesnego rozmachu skromnym powieściom Agathy Christie. W „Trzeciej rzeszy” odnaleźć można dystans i spokój właściwe Herculesowi Poirot, ale tymi cechami odznacza się współczesny no-life, nie zaś charyzmatyczny śledczy. Swoją przenikliwość bohater zawdzięcza obsesyjnemu zamiłowaniu do planszowych war games, które dają możliwość odgrywania alternatywnych wersji historii. Pochłonięty rozgrywką nie zauważa wielu istotnych poszlak. Pomaganie mu staje się w toku powieści obowiązkiem czytelnika. Podobny protagonista występuje w „Monsieur Pain”. Uczeń Mesmera musi wyleczyć z czkawki ubogiego Latynosa, pozostawionego na łasce losu w jednym z paryskich szpitali. Pozornie nic złego nie może się stać, a jednak mesmerysta Pierre Pain zostaje zamieszany w intrygę osnutą wokół rytualnego mordu.

Swoją przenikliwość zawdzięcza obsesy jnemu zamiłowaniu do planszowych war games, które dają możliwość odgrywania alternatywnych wersji historii.

W ostatnie wakacje zabrałem się za rekomendacją znajomej za „Dzikich detektywów”. Gorące dni wolności od zobowiązań sprzyjały zachłannej lekturze powieści, której akcja toczy się w Meksyku, na pustyniach Sonory, w nerwowej atmosferze pościgu za zjawą. Bolaño oddaje głos 53 narratorom, którzy relacjonują w 95 opowieściach przygody przeżywane w różnych zakątkach globu przez dwóch artystów, Ulissesa Limę i Arturo Belano, podróżujących po wietrzejących śladach zaginionej legendy wiersza graficznego – poetki Ceasarei Tinajero. „Dzicy detektywi” to jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy podniosła nota wydawnicza na tylnej okładce nie mija się z prawdą. To rzeczywiście „powieść totalna”, epopeja, w której zawarło się wszystko – od diagnoz pokoleniowych, przez grę ze schematem (!) powieści postmodernistycznej i detektywistycznej, aż po poruszającą prozę poetycką. „Detektywi” na długie miesiące zdefiniowali dla mnie przyjemność lek-

62 książka

Przeczytałem jak dotychczas cztery powieści Bolaño i wiem, że sięgnę po kolejne. Zamówiłem już jego „Literaturę faszystowską w obu Amerykach” – encyklopedię nieistniejących pisarzy o niechlubnym dorobku. Potem sięgnę być może po „Amulet” – post-scriptum do „Dzikich detektywów” dopisane ręką niezrównoważonej wiecznej studentki. Na koniec przyjdzie czas na eseje Bolaño (jeden z nich nosi zachęcający tytuł „Mity z Chtulhu”) zamieszczone w „Literaturze na Świecie". Co dalej? Nie wiem, ale będę liczył na to, że pogłoski o jego śmierci są przesadzone i jednak coś jeszcze wyda! Sięgnij też po... „Fałszerze” André Gida lub „Wada ukryta” Thomasa Pynchona

www.hiro.pl


www.hiro.pl

książka 63


płyty NickI minaj Pink Friday: Roman Reloaded CASH MONEY

Początek tego albumu wróży niezły młyn – Roman Zolanski z buta wjeżdża i bezpardonowo zaprowadza nowe porządki w popie. To szalone wcielenie Oniki Maraj jest wypadkową wcześniejszych kreacji Lady Gagi, Peaches, Eminema oraz Weezy’ego, więc podobnie jak oni zmusza słuchaczy do przewartościowań fundamentalnych i ostatecznych. W misji konstruktywnego zniszczenia pomagają Trynidadce producenci, którzy prześcigają się w udziwnianiu prostych, agresywnych bangerów. Czy ktoś w historii muzyki tak znakomicie przedrzeźniał naćpanego Pharrella Williamsa, jak Kenoe w „Beez In A Trap”? Niestety, im dalej w las, tym mniej halucynogennych grzybków na polanie. Singlowe „Starships” jeszcze zakrzywiają czasoprzestrzeń, ale później RedOne wali już z automatu, ugruntowując swoją pozycję czołowego szkodnika popu. Rewolucji nie zapoczątkują też sympatyczne kawałki r’n’b, bo w swojej familiarności mogą konkurować z najbardziej zachowawczymi piosenkami z „4” Beyoncé. Nicki Minaj kolejny raz zdaje się mówić: Pokazałam wam swój potencjał, ale wiecie, branża rządzi się swoimi prawami. Szkoda, bo gdyby dała mocniejszego susa do krainy zwyrodniałej fantazji, rozniosłaby wszystkie króliczki na strzępy. A tak, tylko walczy na punkty z podstarzałą Lil’ Kim. KRZYSZTOF MICHALAK

7/10

7/10

mars volta

scuba

WARNER BROS.

HOTFLUSH Jak reaguje muzyka taneczna na czasy kryzysu? Okopuje się w sentymentach i w tęsknocie za nieskażoną naturą techno. Blawan, Joy O, Pariah czy jakakolwiek losowo wybrana postać z postdubstepowego kręgu musi mieć dziś na koncie numer kłaniający się chicagowskiej i berlińskiej scenie metalicznego 4/4. Scuba, dubstepowy pionier i niestrudzony animator gatunku, od swoich korzeni odchodził już od dłuższego czasu. Na „Personality” nie pozostał nawet cień synkopowanych dźwięków z początków kariery. „Personality” to płyta techno i hołd dla historii muzyki tanecznej, utrzymany w duchu wszechobecnej obsesji na punkcie retro. Zaznaczyć trzeba, że to pocztówka w iście nieskazitelnym guście: Scuba kłania się katalogowi wytwórni R&S z lat 90., sięga po electro, acid house, sprytnie żongluje trance’owymi kliszami i big beatem, który za sprawą Chemical Brothers wprowadzał muzykę taneczną na stadiony. „Personality” to wciąż niestety ewenement w producenckim świecie, który co i rusz przegrywa walkę z naturą płyty długogrającej. MARTA SŁOMKA

Noctourniquet

Gdy parę lat temu na koncercie Mars Volty, kiedy minęły już dawno przepisowe 2 godziny grania, a o kilka osób za duży zespół zanurzał się po raz kolejny w improwizacjach, miałem dość. Już od jakiegoś czasu śrubowali własne rekordy, podnosili poprzeczkę i bili się z cieniem. Zaczęli niemiłosiernie męczyć. Panaceum na to wszystko ma być „Noctourniquet”. Zmiany? Omar obiecał wyłączyć faszystowskie zapędy, zniknął klawisz Ikeya Owensa, nie ma gitary Frusciante. Wkradła się mocna struktura i zapanował konkret. Może to ta demokracja, może solidne wzięcie się do roboty, a może duch reaktywacji At The Drive-In (patrz: „Dyslexicon”). Ciężko powiedzieć. Ale przez takie numery jak poszarpany, agresywny i trochę jakby bluesowy „The Malkin Jewel” czy zajeżdżający delikatnie Muse „Aegis” płyta kręci się zaskakująco dobrze. Jest mocno, surowo i precyzyjnie. Dużo tu powciskanej elektroniki, gęsto od perkusji, duszno od gitar. Są co prawda jakieś przaśne, progresywne grzechy, ale trzeba wybaczyć. Bo koniec z wirtuozerią, bo wciąga, bo „Zed And Two Naughts”. ZDZISŁAW FURGAŁ

64 recenzje

personality

5/10 8/10

chairlift

8/10

Maki i Chłopaki

something

dni mrozów

Oglądający promujące nowy album Chairlift, interaktywne wideo do „Met Before”, mogą według własnego uznania sterować ekranową narracją, której główną bohaterką jest Caroline Polachek. Fajna zabawa. W sferze audio wokalistka – wraz z towarzyszącym jej Patrickiem Wimberly – jest już jednak dużo pewniejsza swojej roli. W spójnym repertuarze „Something” gra przede wszystkim mniej znane sztuki ejtisowego popu, adaptując je podobnie jak zaprzyjaźnieni nowojorczycy z Violens: zamaszystym, przestrzennym miksem, schowanym za kulisami tyleż wysmakowanych, co imponujących ciężarem hooków. Wydobywa to w pełni komercyjny potencjał uroczych melodii. Całości dopełnia charakterystyczny wokal Polachek – raz wycofany, jak w kojarzącym się z Cocteau Twins czy Portishead „Turning”, częściej jednak naturalnie brawurowy, jak w wybornym „I Belong In Your Arms”. Chyba niewielu spodziewało się, że sofomor niewyróżniającego się dotychczas duetu okaże się jedną z najlepszych – przynajmniej jak dotąd – płyt roku. karolina miszczak

Po 5 latach czekania na debiut nawet najwięksi fani Maków mieli prawo poczuć znudzenie, tymczasem „Dni Mrozów” ciężko wyjąć z odtwarzacza. Mowę pochwalną wypada zacząć od tekstów Marcina Biernata, indie-rockową odpowiedź na rapera Smarkiego. Krążą wokół tematu przemijania, niespełnienia i barowego życia na prowincji. Są gorzkie i brutalnie szczere. To studium męskich stanów depresyjnych, poparte błyskotliwymi wersami (Czemu te słowa nic nie są warte / Dla dziewczyn, chłopców obciętych na zapałkę / Lubisz wyzwania / To mnie wylansuj / Nie stój, dziewczyno / Tylko baunsuj, baunsuj, baunsuj). Jednak album nie byłby taką petardą, gdyby nie piosenki. Żaden to materiał dla koneserów – 10 prostych, gitarowych kawałków, czasem ocierających się o melancholię zagranego „po amerykańsku” emo-popu, wzbogaconych solówkami, garażowym brzmieniem i pełnym charyzmatycznej olewki wokalem Biernata. To nie jest najbardziej oryginalna płyta, jaka wyjdzie w tym roku, i ma na pewno wady. Ale mnie osobiście kopie we wszystkie możliwe czułe miejsca. Piotr Kowalczyk

YOUNG TURKS

Thin Man

www.hiro.pl


sofa

common

EMI

THINK COMMON

Magnetic fields

HARDKOR I DISKO

THE DREAMER/THE BELIEVER

LOVE AT THE BOTTOM OF THE SEA

Toruńska formacja Sofa swoim trzecim albumem zdecydowanie potwierdza pozycję czołowych kombinatorów polskiej sceny. Ko m b i n a t o r ó w w jak najbardziej pozytywnym sensie, bo wyjątkowo sprawnie udaje im się szmuglować do swojej muzyki najróżniejsze gatunki. Od disko do hardkoru – znajdziemy tutaj zarówno popowe ballady („On nie mówi”), taneczne rytmy („Clutter”), jak i brzmienia electroclashowe („Egzorcyzmy Emili Roze”), hip-hopowe („Bloodshed”), a nawet punkowe („Chłopcy”). Powstaje jednolita całość, bardziej porywająca do tańca niż „Many Stylz” i bardziej elektroniczna niż „Doremifasofa”, poprzednie albumy formacji. Mój sprzeciw budzi tylko „Headlights”. Wokale w refrenach przetworzone jak w podrzędnych hitach typu „Dragostea Din Tei” O-Zone, do tego toporne rapowanie, nie gra mi nawet pompatyczne zakończenie z rozbudowaną partią klawisza jak u Muse czy Hurts… Ale być może to po prostu kolejna prowokacja Sofy, która chce słuchaczom udowodnić, że nie ma gatunków, których nie da się wpleść w ich muzykę. WIKI KRÓLIKOWSKA

I chociaż czas pogania, śmiej się z tego drania / Ciebie na wiele jeszcze stać – śpiewał Andrzej Rosiewicz. Common, inżynier Karwowski z Chicago, ogarnia to i na „czterdziestkę” wydaje swój najlepszy album od ponad dekady. Duża w tym zasługa jego wieloletniego współpracownika, No I.D., który po latach przerwy znów machnął dla Commona komplet tłustych produkcji. W swoich bitach wraca do klasycznych, nasyconych soulem brzmień, jednak produkcja jest nowoczesna i przestrzenna. To i bogactwo ścieżek sprawia, że aż czuje się kapiące zewsząd złoto. Elegancja i przepych nie prowadzą jednak na manowce, bo rytm ulicy miarowo wybijają mocne bębny i równie mocne basy. Pod ten zestaw przebojów gwiazda wieczoru nawija jak Pan Bóg przykazał, bez zbędnych filozofii. Raz mówi o sobie, że jest Obamą rapu, potem dodaje, że jest też romantykiem, a to zobowiązuje. Jego bragga i biograficzne wersy trzymają więc poziom jak TVP Kultura. Jedyna wada tej płyty to data premiery – miesiąc wcześniej „Dreamer” podbijałby roczne toplisty. No i ten diss na Drake’a zupełnie absurdalny… Sam longplay wystarczająco kąsa konkurencję. MAREK FALL

Stephin Merritt albumem „Realism” z 2009 roku zakończył swoją bezsyntezatorową trylogię. Zatem „Love At The Bottom Of The Sea”, najnowsza płyta Magnetic Fields, jest pierwszą zawierającą te instrumenty od „69 Love Songs” (1999). Singiel „Andrew In Drag” mógł sugerować, że Merritt odżył po tym, jak przestał nakładać sobie ograniczenia. To piosenka, którą mógł napisać tylko on – opowieść o niespełnionej miłości do kumpla w damskich ciuchach osadzona na tle zgrzebnej, tandetnej elektroniki. Rozpoczynający „Love...” utwór „Your Girlfriend’s Face” jest niewiele mniej udany. Niestety dalej jest dużo gorzej. Na swoich płytach z lat 90. Merritt potrafił tworzyć przeszywającą serce fuzję Johnny’ego Casha i Pet Shop Boys. Teraz jest niewolnikiem swojej formuły (z syntezatorami czy bez). Prawie każdy numer z tegorocznego albumu Magnetic Fields przypomni fanom o jakimś starszym i lepszym utworze formacji. Większość obecnego tu materiału lokuje się gdzieś między mało znaczącymi dopiskami do dzieła życia wybitnego artysty a autoparodią. I niestety zwyczajnie nudzi. ŁUKASZ KONATOWICZ

lee ranaldo

MESHUGGAH

between the times and tides

KOLOSS

ETENSZYN: DRIMZ KAMYN TRU

Wydaje się, że starzejący się profesorowie indie-rocka postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i przywrócić gatunkowi dawną wagę. Ukazał się kolejny w tym sezonie znakomity album gitarowego seniora. Ranaldo pierwszy raz na solowej płycie tak jednoznacznie stawia na wdzięczne piosenki. Pełne dramaturgii, a jednocześnie melodyjne, zagrane z kunsztem godnym nazwiska podpory Sonic Youth. Dziesięć równiutkich co do poziomu numerów przywołuje ducha wczesnego R.E.M. czy, idąc dalej, przypomina dlaczego wciąż z taką estymą odnosimy się do dokonań grupy Big Star. Lee Ranaldo nie korzysta wcale z dziesięcioosobowej sekcji dętej, sampli i chóru gospel, przy czym piosenki aranżuje w taki sposób, że tylko prawdziwi malkontenci nie poddadzą się urokowi bogatych dźwiękowych tekstur, jakie sobie stworzył. Co warto podkreślić, okazuje się wokalistą wcale nie gorszym niż Thurston Moore, którego dwie ostatnie płyty z piosenkami cieszyły się takim uznaniem. Nie ma może mowy o wymyślaniu koła, jest za to pełnokrwista realizacja, która rzemiosło wynosi do poziomu sztuki. Jedna z płyt roku. MARCIN R. NOWICKI

Od scementowania swojego ekscentrycznego stylu na płycie „Nothing” z 2002 roku, łączącego ekwilibrystyczną wielokształtność rytmów z bucząco niskimi gitarami i skandowanymi wokalami, panowie kroczą jasno wyznaczoną, pełną polirytmii ścieżką. Nawet kiedy postanowiają swoje bębny zaprogramować, zamiast po prostu nagrać je na żywo, nie daje się tego w żaden sposób wyczuć. I tegoroczny „Koloss” stosuje w zasadzie ten sam zestaw „sztuczek”. Jednakowoż najważniejszą wartością Meshuggah nie jest to, ile razy werbel pojawi się znikąd, jak nisko będą im dyndać struny, czy jakie teksty wykrzyczy (wyryczy?) wokalista. Cała zabawa polega na tym, że obrane przez Szwedów środki wyrazu w żaden sposób nie definiują odbioru tworzonej przez nich muzyki. Nawet osoby nie interesujące się pogmatwaną ciężkością muzyki metalowej zauważą quasi-jazzowe rozwiązania melodyczne czy elementy awangardowe. Gdyby się uprzeć, dałoby się zebrać sporą grupę osób nie mających ze sobą zupełnie nic wspólnego, poza słabością do którejś z płyt tej grupy. Nie ma się czego bać. EMIL MACHERZYŃSKI

Dla wielu będę J. Cole’em, Drake’em / W podziemiu byłem Mesem, Pezetem, w ogóle to Eisem – rozpoczyna swój drugi legalny album VNM. Tak w dwóch wersach dokonuje syntezy przemiany, która dokonała się w jego twórczości na przestrzeni ostatnich lat. Na bitach SoDrumatica, uzupełnionych o produkcje od Mateo, Drumkidza i 7incha, nagrał świeży album, który niemal oddycha tym, co się dzieje obecnie na światowej scenie. Elbląski raper wchodzi na podkładzie bliźniaczym do „Runaway” Westa, by następnie wcielić się w rolę smutnego Murzyna, którą znamy z „Take Care” Drake’a, ale także podjąć rękawicę rzuconą przez Nicolasa Cage’a w „Zostawić Las Vegas”. Venom płynie, próbuje śpiewać, mnoży „podwójne” i charakterystycznie przeciąga wersy o używkach, toksycznych relacjach i zbawiennej miłości do muzyki. „E:DKT” jest dalekie od doskonałości i może zmierzić, ale głównie to nowoczesna, koncepcyjnie spójna i wiarygodna narracja chuligana, w którego żyłach tętni rap. Jeżeli w tym roku polskiej muzyce przytrafi się lepsza płyta, to szyję Jezusowi w Świebodzinie szal, jak kibice Falubazu. MAREK FALL

6/10

MATADOR

8/10

www.hiro.pl

8/10

NUCLEAR BLAST

7/10

MERGE

5/10

vnm PROSTO

8/10

recenzje 65


filmy Pewnego razu w Anatolii Reż. Nuri Blige Ceylan Premiera: 9 marca

8/10

„Pewnego razu w Anatolii” to posępna bajka o tureckiej prowincji. W dwuipółgodzinnym filmie Nuri Blige Ceylan zmieścił poezję i trywialność, melancholię i ironię, chłód Antonioniego i wrażliwość Czechowa. Choć fabuła skupia się wokół śledztwa dotyczącego pewnego morderstwa, reżysera nie interesuje proste wyjaśnienie kryminalnej zagadki. Ceylan co chwilę myli tropy, podważa zeznania i kwestionuje kolejne dowody nie tylko po to, by wzmocnić wrażenie suspensu. Jak przystało na prawdziwego autora kina, turecki reżyser traktuje gatunkowy sztafaż jako pretekst do wysnucia filozoficznej refleksji. „Pewnego razu...” z powodzeniem daje się odczytać jako medytacja o skomplikowanej naturze prawdy. Jednocześnie jednak uniwersalnej wymowie filmu towarzyszy osadzenie w ściśle określonych społecznych realiach. W długich dyskusjach między policjantami, prokuratorem i lekarzem Ceylan odnajduje własną prawdę o współczesnej Turcji. Z rozmów bohaterów wyłania się obraz kraju zawieszonego pomiędzy nieporadnie wprowadzanym postępem a hołdowaniem zabobonnej tradycji. Która z tych tendencji okaże się silniejsza? Nie wiadomo. W przeciwieństwie do klasycznej bajki, „Pewnego razu...” stroni od jednoznacznego morału. Po raz kolejny sugeruje za to, że prawda pozostanie ukryta gdzieś na bezdrożach Anatolii. PIOTR CZERKAWSKI

Wichrowe wzgórza reż. Andrea Arnold premiera: 20 kwietnia

2/10

Gdyby fabułę „Wichrowych wzgórz” Emily Brontë odrzeć z mrocznego romantyzmu, pozbawić wyrazistych bohaterów, wymazać jej oryginalną wymowę i porwać niechlujnie na strzępy, pojawiłby się niepokojący twór, do złudzenia przypominający najnowszą adaptację Andrei Arnold. Pretensjonalność i poprawność polityczna (którym reżyserka uparcie hołduje) skutecznie pogrążają produkcję, a porywającą historię Kathy i Heathcliffa przemieniają w nużący banał. Ciężko zrozumieć zasadność decyzji o kolejnej ekranizacji – tym bardziej, że Arnold wyraźnie nie „czuje” dziewiętnastowiecznej klasyki literatury i bawi się w szalonego doktora Frankensteina. To już nie jest opowieść o sile nienawiści i miłości, tylko banalna historia o ciężkim życiu Afroamerykanina na angielskich wrzosowiskach. W dodatku mało realna i nieprzekonująca, bo zdaje się być pustą agitką, kolejnym głosem w dyskusji o rasizmie. Zupełnie niepotrzebnym w swoim obecnym kształcie. SONIA MINIEWICZ

WSZYSTKO PŁYNIE reż. piotr ivan ivanov, krzysztof dziomdziora premiera: 6 kwietnia

7/10 66 recenzje

Ten film najlepiej zobaczyć przypadkiem, wejść do kina od niechcenia i dać się ponieść obrazom, a zwłaszcza muzyce. Bo „Wszystko płynie” to prawdopodobnie najlepszy polski film do słuchania tego roku. Muzycznym patronem tego projektu jest utalentowany songwriter Adam Repucha, którego dwa utwory: „Wieczne lato” oraz „Zabierz mnie do morza” idealnie wybrzmiewają w połączeniu z powolnymi obrazami nic-nie-dziania się i płynięcia nurtem Wisły z Warszawy na północ, do Gdańska. Autorów nastroju w tej filmowej impresji jest więcej: Paula & Karol, Mitch & Mitch, Filip Pokłosiewicz oraz inni wschodzący twórcy polskiej sceny muzycznej. Oglądając ten film, ma się ochotę zamknąć oczy i nie oglądać, bo piosenki chwilami kradną tu obraz, nie tylko dlatego, że są tak dobre. Doskwiera tu niekiedy brak fabuły lub może jakiejś estetycznej dominanty, chociaż trzeba oddać operatorowi, że zrobił dobrą robotę, dzięki czemu Wisła przypomina czasami dorzecze Amazonki. „Wszystko płynie” ma niewątpliwy urok. Skromny, zrealizowany poza głównym nurtem film Piotra Ivana Ivanova oraz Krzysztofa Dziomdziora zaskakuje jako nastrojowa pochwała powolności. Na pewno zacumuje w dobrych kinach studyjnych, nie dajcie mu szybko odpłynąć. Łukasz Knap

www.hiro.pl


6/10 Połów szczęścia w Jemenie reż. lasse hallstrÖm premiera: 20 kwietnia

Niech was nie odstrasza niefortunny tytuł, wszak to inteligentny komediodramat romantyczny z elementami satyry politycznej. Piszę tak, chociaż nie przepadam za występującym w głównej roli Ewanem McGregorem i nie tracę głowy dla partnerującej mu Emily Blunt. Uwielbiam za to brytyjskie poczucie humoru i angielską flegmę, a ten film to udane połączenie jednego i drugiego. Fabuła jest równie absurdalna jak tytuł („Salmon Fishing In The Yemen”), opowiada o spotkaniu zamkniętego w sobie naukowca na rządowej posadzie (McGregor) i wziętej managerki (Blunt), których połączy obłąkana idea jemeńskiego szejka, żeby sprowadzić ławicę łososi na pustynię. Mało? Dołączcie do tego wątek polityczny – brytyjskiego premiera, islamskich terrorystów, a otrzymacie przedziwny miks, który urzeka zabawnymi dialogami, ale jednocześnie rozczarowuje zbyt karkołomnymi zwrotami akcji i poprawnością polityczną. Poza wszystkim to komedia romantyczna, która nie obraża inteligencji widza. Reżyseruje twórca takich przebojów jak „Co gryzie Gilberta Grape’a” i „Czekolada”. Jeśli podobał się wam pierwszy albo drugi tytuł, możecie iść w ciemno na ten film. Łukasz Knap

7/10 LĘK WYSOKOŚCI reż. BARTOSZ KONOPKA premiera: 20 kwietnia

Bartosz Konopka zastanawia się w swoim pełnometrażowym debiucie, czy grzechy (i choroby) ojców muszą spaść na synów. Reporter Tomek, grany przez mającego świetną passę Marcina Dorocińskiego, zostaje wezwany do szpitala. Jego ojciec (wybitna rola Krzysztofa Stroińskiego) coraz mocniej odkleja się od rzeczywistości, staje się niebezpieczny. Syn musi się z tym zmierzyć, ale ma przecież własne życie – pracę, ciężarną żonę, swoją małą stabilizację. Oś emocjonalną filmu wyznacza odwrócenie relacji rodzicielskiej oraz napięcie między dojrzałością a zdziecinnieniem, będące doświadczeniem obu bohaterów. Pod tym względem „Lęk wysokości” przypomina „Erratum” Marka Lechkiego. Inaczej niż w tyleż politycznym, co zabawnym „Króliku po berlińsku”, Konopka dotyka tu spraw intymnych. Ale to, co prywatne, jest i polityczne. Można się zastanawiać, na ile stan ojca spowodowało złamane serce, a na ile niemożność dostosowania się do zmiany ustrojowej, w której pozostał sam w starym swetrze. Bezpieczne schronienie stanowią tylko książki i góry, gdzie nie trzeba mierzyć się z drapieżnym światem ani determinizmem więzów krwi. ADAM KRUK

www.hiro.pl


książki tekst

Finneganów tren James Joyce

Listy do rodziny, przyjaciół

Franz Kafka

Ha!art

Spójrzmy prawdzie w oczy – dzieła Joyce’a należą do najczęściej nieczytanych pozycji w kanonie światowej literatury. Kto wymiękł po dwóch stronach „Ulissesa”, wymięknie już po pierwszym zdaniu świeżo wydanego w Polsce dzieła, które Joyce pisał przez 17 lat. Mowa o „Finneganów trenie” (ang. „Finnegans Wake”), powieści, której akcja oparta jest na irlandzkiej balladzie ludowej. Język tego dzieła jest tak najeżony neologizmami, grami językowymi i zagwozdkami składniowymi, że powstaje z niego już nie tylko idiolekt, ale jakiś zupełnie nowy język. Niesamowite, że tak nieczytalne dzieło okazało się przetłumaczalne, choć dokonanie przekładu zajęło Krzysztofowi Bartnickiemu 10 lat. Identyczna po obu stronach okładka nawiązuje do niekończącej się powieści, której ostatnie zdanie ma kontynuację w pierwszym. Polecam literaturoznawcom i tym, którzy chcą na własne oczy zobaczyć przekład nieprzekładalnego.

9/10

Mateusz i Marcin Pakuła

5/10 Chyba nie jestem właściwą osobą do recenzowania dramatów, bo teatr od dawna zupełnie do mnie nie przemawia, wręcz zniechęca swoją tendencją do przeintelektualizowania i nadęcia. Ale dwa zbiorki dramatów autorstwa Mateusza i Marcina Pakułów są jakimś światełkiem w tunelu, bo ośmielają się być zabawne i drwiące (no bo kto na poważnie nazwałby bohatera Kowboj Parówka?). Miałam napisać „bezpretensjonalne”, ale ręka mi zadrżała nad klawiaturą, bo jednak w stylu autorów można wyczuć pewną manierę, która z tokiem czytania staje się nieco irytująca. Za pozorną lekkością formy i treści można też wyczuć jakąś gorycz i smutek, jak w każdej grotesce. No i nie można oprzeć się wrażeniu, że to wszystko już było i podobało nam się w liceum. Zawsze pozostaje jednak ciekawość, co z tego wyszłoby na scenie.

i w dobrych księgarniach.

Czytając pamiętniki czy dzienniki, można czuć się trochę nieswojo, jak podglądacz bezprawnie wdzierający się na teren czyjegoś życia. O ile jednak formy te są często świadomą autokreacją autorów, którzy piszą je z zamiarem publikacji, w przypadku listów to już czyste podglądactwo ze strony czytelników. Wydawnictwo WAB opublikowało właśnie niewydawane dotąd w Polsce listy Franza Kafki. W sporym tomie zawarto 24 lata z życia pisarza, jego listy do rodziny, ukochanych kobiet, przyjaciół, wydawców. Możemy więc popatrzeć na Kafkę w jego zmaganiach z chorobą, rozterkach miłosnych, codziennych problemach, starać się zrozumieć, dlaczego w wieku 31 lat nazywa siebie „starym człowiekiem”. Poprzez listy odkrywamy więcej niż dzięki biografiom i warto je czytać, bo – nie ma się co spierać – epistolografia jest gatunkiem literackim skazanym na wymarcie.

7/10

FORMA

Fundacja Splot

Powieść graficzna do kupienia na stronie wydawcy: http://sklep.timof.pl/ main.php?page=preord

W.A.B.

Dziennik berliński Kazimierz Brakoniecki

Kowboj Parówka

Alan Moore wraz z żoną Melindą Gebbie stworzyli niezwykłą, erotyczną opowieść o bohaterkach naszego dzieciństwa. Teraz możesz przeczytać ją po polsku!

| anna mrzygłodzka

6/10 Nie ufam pisarzom, którzy umieszczają na skrzydełkach książek swoje fotografie, na których marszczą czoło i trzymają palce pod brodą. Dziennik berliński zniechęca takim zdjęciem oraz swoim formatem, przypominającym raczej broszurę festiwalową, a nie poważną książkę. Co właściwie skłania do sięgnięcia po tę lekturę? Mamy tu do czynienia z niszowym wydawnictwem ze Szczecina wydającym niszowego pisarza z Olsztyna, który przedstawia swoje zapiski na temat Berlina, chyba najbardziej eklektycznego europejskiego miasta, o najbardziej niesamowitej historii. Lektura lekka nie jest, w zasadzie można by robić na wąziutkich marginesach notatki z historii przedstawianej czytelnikowi przez pisarza za pomocą długich, zawiłych zdań, zawierających dużą dozę subiektywizmu. Zamiast autoanalizy czy przewodnika, których moglibyśmy się spodziewać po tytule, czytamy raczej historyczno-społeczne rozważania intelektualisty.


komiksy tekst | bartosz sztybor

8/10

scen. i rys.: Judith Vanistendael wyd.: Timof Comics

6/10

scen.: Alan Moore rys.: Melinda Gebbie

wyd.: Timof Comics

4/10

scen.: Dariusz Rzontkowski rys.: Jerzy Ozga

wyd.: Kultura Gniewu

Dziewczyna i Murzyn

Zagubione Dziewczęta

Yorgi

Na pozór zwykła historia miłosna o uczuciu niemożliwym. On – uchodźca z Togo, ona – ułożona Belgijka z dobrego domu. Historii mezaliansów było wiele, ale „Dziewczyna i Murzyn” jest tak ciekawe opowiedziana i poprowadzona, że wchodzi na wyższy poziom nie tylko opowieści miłosnych, lecz także opowieści o relacjach, związkach i rodzinie w ogóle. Ciężko jest pisać o rozwiązaniach formalnych i narracyjnych, które czynią ten komiks tak wyjątkowym, by nie psuć jego późniejszego odbioru. Warto jednak naświetlić, że to komiks uciekający od schematu i pozbawiony prostych rozwiązań. Już pierwszy rozdział udowadnia, że czytelnik ma do czynienia z czymś wyjątkowym i przemyślanym. Związek tytułowej dziewczyny i Murzyna poznajemy bowiem z perspektywy rodziców. To oni są filtrem uczucia głównej pary, ich wątpliwości i wahań. To oni przedstawiają kolejne etapy ich zaangażowania i związku. To oni wysuwają się na pierwszy plan, by przedstawić główny wątek historii. A to dopiero pierwszy rozdział, który jest ledwie punktem wyjścia do dalszej, równie ciekawie opowiedzianej i – o czym wcześniej z niewytłumaczalnych powodów nie napisałem – świetnie narysowanej historii. „Dziewczyna i Murzyn” to bardzo oryginalne i angażujące love story, które udowadnia, że nawet jeśli wszystko już było, to można to opowiedzieć na nowo. I to nawet lepiej.

Alan Moore to geniusz. Co do tego nie powinno być wątpliwości. Scenarzysta perfekcyjnych „Strażników”, „V jak Vendetta” czy „Zabójczego żartu” od zawsze miał niesamowite pomysły i potrafił je doskonale przelać na papier. Oczywiście zdarzały mu się wypadki, zresztą w ostatnich latach jego kariery brakuje wyróżniających się tytułów i choć „Zagubionych dziewcząt” wpadką nazwać nie można, to ewidentnie nie da się zaliczyć tego komiksu do jego najważniejszych osiągnięć. Sam pomysł jest świetny: Alan Moore wziął trzy fikcyjne kobiece postaci ze słynnych dzieł literatury (Alicję z „Alicji w Krainie Czarów”, Dorotkę z „Czarownika z Krainy Oz” oraz Wendy z „Piotrusia Pana”) i skupił się na ich życiu erotycznym. Wiele jest więc tutaj ciekawych nawiązań do książek i umiejętnego bawienia się popkulturą. Niestety „Zagubione dziewczęta” poza ideą i treściowymi zabawami, nie są niczym nadzwyczajnym. I już nie chodzi nawet o prostotę samej linii fabularnej, ale o wysiloną kontrowersyjność. Alan Moore stara się bowiem łamać tu wszelkie tabu i oczywiście mu się to udaje, ale kosztem spójności i kreowania ciekawej historii. Jest tu bardzo dużo seksu, dziwnego i przesadzonego, który wydaje się być nie tyle elementem zbędnym, co o kilka penisów i cycków przesadzonym. „Zagubione dziewczęta” to taki papierek lakmusowy znanego scenarzysty, który testuje, ile jeszcze można pokazać.

Wyobraźmy sobie, że „Yorgi” zostaje wydany w latach 70. Kreska, scenariusz, wszystkie rozwiązania formalne i fabularne robią wrażenie, może nie zachwycają, ale stwarzają miłą atmosferę i klimat. Niestety mamy rok 2012 i „Yorgi” okazuje się być ramotką, którą ciężko uznać za coś wyjątkowego. Owszem, cieszy powrót Jerzego Ozgi do komiksu i jego realistyczna kreska, ale nawet on zamyka się w ramach schematu. Komiks Rzontkowskiego i Ozgi jest bowiem klasykiem, który oczywiście klasykiem nie jest. To wydawnictwo, w którym skrzypią zawiasy. Narracyjnie, scenariuszowo i rysunkowo to komiks sprzed kilkudziesięciu lat, który dawniej mógłby zrobić furorę, a teraz – w momencie swojej premiery – zbiera kurz. Pierwszy tom „Yorgiego” (ma być ich kilka) jest przesycony informacjami. Dużo jest tu tekstu, który opisuje świat, natomiast brakuje dialogów i narracji, które opisywałyby relacje i emocje. „Yorgi” to komiks zamknięty w ramach starocia, bo wiele jest tu znanych treści, rozwiązań i sytuacji. Dlatego też gdyby komiks Rzontkowskiego i Ozgi ukazał się kilkadziesiąt lat temu, mógłby być przełomem na rynku science-fiction. Aktualnie jest zbiorem znanych rozwiązań, opowiedzianych już treści i schematycznej grafiki. Jego popularność może jednak okazać się spora, jako że jest dystrybuowany w salonach prasowych i na stacjach paliw.

KRISS DE VALN V OR


gry foto | materiaŁy promocyjne

tekst | Jerzy Bartoszewicz

8/10

Mass Effect 3 Electronic Arts PC, PS3, X360

Podczas gdy wielu ludzi marzy o nieśmiertelności, Bryce Boltzman ma jej serdecznie dość. Łowca demonów przeklęty ponad 500 lat temu, dziś pracuje w agencji zajmującej się likwidowaniem potworów z piekła rodem. „NeverDead” to niezwykle oryginalna produkcja – bohater nie może zginąć, a jego nieśmiertelność wykorzystywana jest w trakcie rozgrywki na różne sposoby. W ferworze walki zdarza mu się dosłownie stracić głowę, a nawet ręce i nogi. Dzięki klątwie, w każdej chwili może jednak złożyć swoje ciało w całość. Bryce skwapliwie korzysta z tego „daru”, np. wysyłając głowę na zwiady, wrzucając ją do szybu wentylacyjnego. Poza takimi zagadkami zabawa polega na przemierzaniu kolejnych lokacji i likwidowaniu zastępów demonów przy pomocy broni palnej i rozkładanego miecza. Oprawa graficzna robi dobre wrażenie, a zwłaszcza ciekawie zaprojektowane otoczenie, którego wiele elementów można zniszczyć. Poza trybem fabularnym w grze zaimplementowano również sieciowe misje kooperacyjne dla 4 graczy. Pomimo świetnego pomysłu na bohatera – cynicznego, znudzonego życiem wojownika – rozgrywka potrafi jednak znudzić schematycznością i małą różnorodnością przeciwników. Tytuł mogę jednak polecić tym, którzy poszukują gry akcji o niecodziennej formule.

7/10 Tekken 3D: Prime Edition Namco Bandai 3DS

Ostatnia odsłona kultowej serii studia BioWare wieńczy epicką historię komandora Sheparda – bohatera, któremu udaje się pojednać zwaśnione rasy galaktyki i zmobilizować je do walki z bezwzględnym najeźdźcą. Gdy w 2186 roku Ziemia zostaje zaatakowana przez Żniwiarzy – inteligentne maszyny co 50 tysięcy lat „czyszczące” galaktykę ze wszystkich rozwiniętych form życia – Shepard wyrusza w misję, od której powodzenia zależą losy całego cywilizowanego świata. „Mass Effect 3” to kosmiczna opera, łącząca elementy trzecioosobowej taktycznej strzelaniny oraz gry fabularnej, z naciskiem na podejmowanie decyzji podczas licznych rozmów, co ma wpływ na rozwój wydarzeń. Fabuła, w której nie brak zwrotów akcji i momentów wzruszeń, ani na chwilę nie przestaje trzymać w napięciu. Niektóre wątki sprawiają jednak wrażenie zakończonych zbyt szybko. Jest to efekt tego, że twórcy, budując przez lata wielowątkową epicką historię, wpadli we własne sidła, próbując zakończyć ją w jednej grze – nawet jeśli jej ukończenie wymaga 50 godzin. Udaną nowością jest sieciowy tryb kooperacji, polegający na odpieraniu coraz groźniejszych fal przeciwników. „ME3” to świetna produkcja i „lektura obowiązkowa” dla każdego miłośnika sci-fi – przed jej rozpoczęciem zalecam jednak ukończyć poprzednie części.

NeverDead

6/10

Konami PS3, X360 Przenośna odsłona jednej z najpopularniejszych serii bijatyk trafiła na trójwymiarowy ekranik konsolki 3DS, znakomicie się na nim prezentując. W tym momencie jest to jedna z najładniejszych gier na przenośnym sprzęcie Nintendo. Oprawa graficzna zachwyca zarówno bogatymi w detale modelami zawodników, jak i arenami, które dzięki efektowi trójwymiarowej głębi wyglądają równie znakomicie – a wszystko wyświetlane jest z ultra-płynną prędkością 60 klatek animacji na sekundę. Gra oferuje wybór spośród 40 różnorodnych postaci, z których każda charakteryzuje się odmiennym stylem walki i bogatym wachlarzem ciosów. Pod względem systemu walki, przenośny „Tekken” w niczym nie ustępuje „dużym” kuzynom. Rozczarowuje jedynie ilość trybów dla pojedynczego gracza, ograniczona do trzech – Practice, Quick Battle i Super Survival, w którym za zwycięstwa odblokowujemy karty z trójwymiarowymi grafikami. Zabawa nabiera jednak rumieńców w trybie pozwalającym zmierzyć się z innymi graczami, lokalnie lub przez internet. Wymaga to jednak sporo cierpliwości, ze względu na często pojawiające się opóźnienie. Jako bonus, na nośniku z grą zawarto również film „Tekken: Blood Vengeance” w 3D. „Tekken 3D” to dobra przenośna bijatyka, która powinna zadowolić miłośników gatunku.


dawid vs. goliat o wojnie, którą wiodę z szatanem, światem i ciałem

dola hipstera

tekst | dawid kornaga

Gdyby na kozetce u Freuda wylądował hipster, chcąc podzielić się swoimi przemyśleniami o naturze świata, słynny mistrz analizy osobowości miałby poważny problem z rozgryzieniem psychiki swojego pacjenta. Nadmiar sprzeczności namieszałby mu w głowie. mącąc uprzednie ustalenia o triadzie psychicznej przedstawiciela homo sapiens. Nie ma co się dziwić, hipster wyprzedza swój gatunek, antycypując nieznane i odległe, a jednak za chwilę obecne i popularne. Dzieje się tak dlatego, że hipster nie jest oldskulowym i przewidywalnym w swoim podkręcaniu rzeczywistości trendsetterem. Jest trendkreatorem. On nie podąża, to inni podążają za nim. On nie odkrywa, odkrywanie jest nim samym. Hipster to taki, bez złośliwych skojarzeń, Chuck Norris lajfstajlu. On nie szuka, on nawet nie znajduje, to dokonuje się automatycznie, niejako poza nim samym. Robi wrażenie, prawda? Seksowne socjolożki aż drżą na myśl o wywiadzie środowiskowym z tak wpływowym osobnikiem. Co spojrzy, to wiadomo, że w odpowiednią stronę. Co powie, to wiadomo, że to, co powinno być powiedziane. Jak widać, fajnie być hipsterem. Fajnie wyprzedzać czas, realizując już teraz to, co spełni się lada chwila. Fajnie być zawsze przed, czy mimowolnie, czy w ramach ustawicznych poszukiwań. Fajnie być hipsterem, po prostu, gdyż hipster, choć wyśmiewany obłudnie przez demotywatory i kwejki tego świata, ostatecznie na swoje wychodzi, będąc wyrocznią w sprawach nie do końca ustalonych, w sprawach prawie-że-metafizycznych. Hipster spełnia rolę dyktatora „jak być, by być”. Nie, że gdzie się ubrać. Nie, że czego słuchać. Nie, że co oglądać, co palić czy pić. Przede wszystkim być. Aż doktor Freud dwa

72 felieton

razy się zastanowi, nim podsumuje, co nie tak z tym czołowym przedstawicielem generacji aplikacji na smartfony i tablety. Nawet magazyn „HIRO”, uważany powszechnie za biblię hipserstwa, nie może pomijać owego człowieka, który dzień za dniem, a zwłaszcza noc za nocą, wykonuje swoją pracę u podstaw. Co takiego robi? Po prostu jest. Bywa. Przychodzi. Wychodzi. Prorok jaki czy co? Zazdroszczą takiemu znajomi z Fejsa, publicyści, scenarzyści, wszelkiej maści kreatorzy. Ot, jest sobie koleś i ten koleś chcąc nie chcąc emanuje niesamowitością, którą próżno rozgryźć, można ją jedynie naśladować. Hipster jest jak plik, który można kopiować, nigdy zaś ingerować w jego zawartość. Hipster jest też niczym ośmiornica Paul – słynna, choć nieżyjąca prawie od dwóch lat medialna celebrytka z Oberhausen, która przewidywała wyniki meczów reprezentacji Niemiec w piłce nożnej. Zarówno podczas Euro 2008, jak i Mistrzostwach Świata 2010 Paul pomylił się jedynie dwukrotnie, poza tym był bezbłędny jak profesor Bralczyk, analizujący pułapki polszczyzny. W przeciwieństwie do ośmiornicy, hipster nie popełnia błędów, nie myli się, nie błądzi, każdy jego wybór jest tym właściwym wyborem. Jak to robi? Nie wiadomo. Wiadomo za to, jaką

foto | materiały promocyjne

cenę płaci. Żyje krótko. Nie dosłownie, żyje krótko życiem hipstera. Dar, którym może się poszczycić, stając się lanserem nad lanserami bez lanserskiego zadęcia, dany jest tylko na chwilę. Kiedy hipster słyszy od innych, że jest hipsterem, równocześnie przestaje nim być. Żyjąc bowiem w błogim poczuciu nie bycia hipsterem, właśnie wtedy jest się nim w pełni. Jak artysta malarz, który popełniwszy swoje pierwsze dzieło dowiaduje się tym samym, że dzięki temu jest artystą, ale automatycznie traci zdolność dalszego tworzenia. Znani mi kreatorzy lajstajlowego szyku nie potrafili znieść napięcia oraz poczuciu dalszego odgrywania swojej roli. Zaczynali koncentrować się na sobie, a nie na świecie, który przed chwilą tworzyli. Znajdowali sobie podobnych i choć na początku było dobrze, bo w grupie raźniej i ma się większe wpływy oraz poważanie, po krótkim czasie okazywało się, że każdy walczył o swoje i jeden hipster jest śmiertelnym zagrożeniem dla drugiego hipstera; oni nienawidzą się wzajemnie. Chociaż hipsterzy zdają się występować w stadach, w rzeczywistości zawsze jest ten pierwszy, ojciec-założyciel danego trendu. Inni, mimo przekonania o swojej innowacyjności, są wyłącznie naśladowcami. Stąd hipster-alfa skazany jest na ustawiczne próby podważenia jego autorytetu. Jednak to nie towarzyskie wojny wykańczają hipstera jako takiego. Spiesząc z odpowiedzią, dodam, że przyczyną jego upadku nie są również używki, ani nadmiar bywania w modnych miejscach. To, czego najbardziej obawia się hipster, można oddać tylko hasłowo. Otóż obawa, że lada chwila przestanę być tym, kim jestem, jest dla hipstera najstraszliwsza. Dzięki zaparciu i samookłamywaniu łatwo przetrwać miesiące zwątpienia. Pewnego dnia ląduje się w hotspocie uczęszczanym przez wypatrujących nowości. I co się widzi? Że nikt na ciebie nie patrzy. Że jest się powietrzem. Albo częścią większej całości, a na pewno nie atomem, który koncentruje na sobie uwagę innych. Przyczyną mogą być pierwsze kurze łapki pod oczami. Za krótka broda. A może za długa. Za wąskie spodnie. A może za szerokie. Nie sposób wyczuć i nie sposób się wpasować; jest się tym, kim się jest, lecz nie tym, kim się było nie tak dawno! Rozstrój, rozpacz, rozczarowanie samym sobą. Nienawiść do tych, co skupiają na sobie uwagę. Rozpaczliwe poszukiwanie inspiracji w virtualu. I nic, milion wskazówek, żadnej konkretnej drogi. W akcie desperacji jeden sięgnie po e-papierosa, drugi podratuje się kompulsywnym produkowaniem memów, które memami nie zostaną, trzeci zapije. Ciężki jest los hipstera! Przesterydowane chłopię w discopubie cieszy się bardziej życiem niż miejski producent lajfstajlu. Co robić, by nie popaść w hipsterski matrix? Uwierzyć, że się nim nigdy nie było? Jedyny taki przypadek, że brak oryginalności nie zaboli, a jeszcze pomoże. W sumie, hipsterskie to trochę…

dawid kornaga – pisarz. debiutując kilka lat temu, nazywał siebie poszukiwaczem opowieści. dziś potrafi je też nieźle kreować, co nie zawsze służy jego zdrowiu, jak również prowadzi go do nałogowego łamania większości z siedmiu grzechów głównych. mieszka w warszawie. www.hiro.pl


moje hiro czyli komu mógłbym nogi myć i wodę pić

wielki świat na małej wyspie tekst | maciej szumny

Dyplomacja. Ambasadorowie, Prezydenci, Królowie i Królowe oraz ja, u boku mojego kochanego. Kiedy go poznałem, wyobrażałem sobie, że życie będziemy spędzać na rautach i fetach, objadając się Ferrero Rocher ułożonymi w piramidy na srebrnych tacach, od czasu do czasu rozgryzając kawior, tak dla zmiany smaku.

74 felieton

foto | archiwum autora

Będziemy jeździć samochodem dookoła krakowskiego rynku i parkować, gdzie tylko dusza zapragnie, zaś same parkometry będę pamiętał jakby przez mgłę, lub oglądał tylko na filmach. Popołudniami spotykał się będę z żonami i mężami innych dyplomatów, dyskutując o kulturze i sztuce, recytując wiersze, wymieniając przepisy kulinarne z różnych krajów, delektując się wyborną herbatą podawaną w porcelanie i planując wszelkie akcje charytatywne, w które oczywiście wszyscy będziemy zaangażowani. Ale ja po prostu mam zbyt wybujałą wyobraźnię – mama zawsze mi mówiła. Ta sama mama na całe szczęście nauczyła mnie już w najwcześniejszym dzieciństwie jak jeść nożem i widelcem, jak składa się sztućce po skończonym posiłku oraz że filiżankę trzyma się za uszko. Myślicie, że każdy dyplomata to potrafi? To się ogromnie mylicie. Inną, wydawałoby się oczywistą umiejętnością, jest przedstawianie się. Dzień dobry, nazywam się tak i tak, bardzo miło mi pana poznać. Kiedy niedawno dotarła do nas żona jednego z kolegów z ambasady, ktoś podszedł z nią do mnie i powiedział: to jest Maciek. Na to ona wydała dziwny dźwięk, coś jakby „yyyjyyy”. Mimo to uśmiechnąłem się i odrzekłem: Ty musisz być (tu było imię), bardzo miło mi cię poznać. Ale ona znowu odpowiedziała tym drażniącym dźwiękiem, po czym odwróciła się i odeszła. Potem po kilku dniach spotkaliśmy się w drzwiach jednego ze sklepów i uwierzcie, nie trudno było mnie zauważyć, bo po pierwsze nie wyglądam, niestety, jak większość miejscowych (Kabowerdeńczycy to wyjątkowy piękny naród), a po drugie miałem na sobie moje nowe spodnie z wzorzystego materiału, który przywiozłem sobie z Senegalu i w tych spodniach widać mnie chyba nawet z drugiego końca wyspy. Ale ona nawet na mnie nie spojrzała i udała, że bardzo jej się gdzieś spieszy. Na uprzejmą uwagę, że jesteśmy z tej samej ambasady, nie odpowiedziała. No cóż, jest młoda i nowa i może jeszcze się nauczy. W każdym razie do tej pory nie zamieniliśmy ze sobą nawet jednego zdania. Bo „yyyjyyy” nie jest nawet choćby jego równoważnikiem. Oprócz tego nie chcę być kontrowersyjny, ani złośliwy, ani nie chcę generalizować, ale nie dziwi mnie, że często Amerykanie wybierają sobie za żony kobiety z Europy Wschodniej. Oni są zwykle przystojni, a one urodziwe i po pierwsze – zapamiętałem takie zdanie – pochodzą z miejsca, że kiedy zawiążą we włosach zwykłą wstążkę, widać, że ich babcia nosiła koronki, poza tym są zazwyczaj dobrze wyedukowane, miłe i będąc świadome założeń feminizmu, znajdują przyjemność w ugotowaniu obiadu dla męża. Amerykanki czasami bywają skupione wyłącznie na sobie, uważają się za ósmy cud świata, paradując w krótkich szortach odsłaniających kilogramy pomarańczowych skórek przyklejonych od kolan aż do pupy, traktują mężczyzn z góry, gdy mówią, że kolacja gotowa, oznacza to odgrzaną puszkę zupy w mikrofali, a kiedy już w końcu raz w roku idą na bal Marines, do długiej sukni zakładają adidasy. A jak poza tym wyglądają rauty? Jeden z kolegów na przyjazd rodziców ubił świniaka. Akurat mięsa, i to najwyższej jakości, na wyspach nie brakuje. Taki ubój kojarzy mi się raczej z weselem gdzieś na głębokiej wsi w końcu lat siedemdziesiątych. I tak też ta impreza mniej więcej wyglądała. A gdzie porcelana? Gdzie Ferrero Rocher? Całe szczęście, jest też druga strona medalu. Madame Ambasador jest mądra, taktowna, elegancka i mówi, że jestem jej sweetheart. Sekretarz Stanu Hillary Clinton w bardzo miłym tonie odpisała na mój list, w którym podziękowałem jej za wszystko, co zrobiła dla partnerów tej samej płci wśród amerykańskich dyplomatów. Bo to między dzięki niej mogę być, gdzie jestem i dzielić życie z osobą, którą kocham. Ten list oprawię w ramkę. A że czasem jestem zbyt wyrafinowany dla tego całego towarzystwa? Może po prostu jestem zwykłym europejskim snobem. Maciej „Ebo” szumny – bloger i poeta, wielbiciel starych citroËnów. wcześniej związany z markami nike oraz reebok, doprowadził do rozkwitu kultury sneakers w polsce. aktualnie mieszka na wyspach zielonego przylądka. www.hiro.pl


największe wydarzenie muzyczne

Krzysztof Penderecki oraz

Jonny Greenwood niesamowity materiał studyjny artystów reprezentujących różne światy i pokolenia już w sklepach

www.warnermusic.pl

szóste studyjne dzieło

THE MARS VOLTA NOCTOURNIQUET

Premiera płyty 26.03.2012

www.warnermusic.pl


SHOWROOM 19–22/04 ŁÓDŹ ŁSSE, ul. Tymienieckiego 22/24

PATRONI:

PARTNER STRATEGICZNY:

Projekt organizowany w ramach FashionPhilosophy Fashion Week Poland więcej informacji na: www.fashionweek.pl


ZNAKOMITA KOMEDIA TWÓRCY FILMU

Emily Blunt Ewan McGregor

W Kristin Scott Thomas

ZNAKOMITA KOMEDIA TW ZNAKOMITA KOMEDIA TWÓRCY FILMU „SLUMDOG. MILIONER Z ULICY” BBC FILMS LIONSGATE UK AND THE UK FILM COUNCIL PRESENT A KUDOS PICTURES PRODUCTION IN ASSOC ZNAKOMITA KOMEDIA FILMU MIBY DA FIONATWÓRCY WEIR MAKE UP & HAIR DESIGNER NAOMI DONNE„SLUMDOG. COSTUME DESIGNER JULIAN DAY ORIGINAL MUSIC BBC FILMS LIONSGATE UK AND THE UK FILM COUNCIL PRESENT A KUDOS PICTURES PRODUCTION IN ASSOCIATION WITH DAVIS FILMS PRODUCTIONS EWAN MCGREGOR EMILY BLUNT KRISTIN CASTING SCOTT BYTHOMAS A LASSE HALLSTRÖM FILM SALMON FISHING IN THE YEMEN AMR WAKED

EXECUTIVE PRODUCERS JAMIE LAURENSON PAULA JALFON ZYGI KAMASA GUY AVSHALOM STEPHEN CASTING BY FIONA WEIR MAKE UP & HAIR DESIGNER NAOMI DONNE COSTUME DESIGNER JULIAN DAY ORIGINAL MUSIC BY DARIO MARIANELLI EDITOR LISA GUNNING PRODUCTION DESIGNER MICHAEL CARLIN DIRECTOR OF PHOTOGRAPHY TERRY STACEY A.S.C. CO-EXECUTIVE PRODUCERS SAMUEL HADIDA AND VICTOR HADIDA DIS © 2011 BBC FILMS LIONSGATE UK AND THE UK FILM COUNCIL PRESENT A KUDOS PICTURES PRODUCTION IN ASSOCIATION WITH DAVIS FILMS PRODUCTIONS EWAN MCGREGOR EMILY BLUNTYEMEN KRISTIN SC EXECUTIVE PRODUCERS JAMIE LAURENSON PAULA JALFON ZYGI KAMASA GUY AVSHALOM STEPHEN GARRETT CO-PRODUCED BY NICKY KENTISH BARNES WRITTEN BY SIMON BEAUFOY BASED ON THE NOVEL BY PAUL TORDAY PRODUCED BY PAUL WEBSTER DIRECTED BY LASSE HALLSTRÖM CASTING BY FIONA WEIR & HAIR THE DESIGNER NAOMI FILM DONNEINSTITUTE. COSTUME DESIGNER DAYRESERVED. ORIGINAL MUSIC BY DARIO MARIANELLI EDITOR LISA GUNNING PRODUCTION DESIGNER MICHAEL CARLIN DIRECTOR © 2011 YEMEN DISTRIBUTIONS LTD.,MAKE BBCUP AND BRITISH ALLJULIAN RIGHTS EXECUTIVE PRODUCERS JAMIE LAURENSON PAULA JALFON ZYGI KAMASA GUY AVSHALOM STEPHEN GARRETT CO-PRODUCED BY NICKY KENTISH BARNES WRITTEN BY SIMON BEAUFOY BASED O

W KINACH OD 20 KWIETNIA

Polow szczescia w Jemenie_HIRO_210x128.indd 1

W

© 2011 YEMEN DISTRIBUTIONS LTD., BBC AND THE BRITISH FILM INSTITUTE. ALL RIGHTS R

W KINACH OD 20 KWIETNIA

12-03-16 15:00


WÓRCY FILMU „SLUMDOG. MILIONER Z ULICY”

DAVIS FILMS PRODUCTIONS EWAN MCGREGOR EMILY BLUNT KRISTIN SCOTT THOMAS LASSE HALLSTRÖM ILIONER Z GUNNING ULICY” MICHAEL ARIO MARIANELLI LISA CARLIN TERRY STACEY A.S.C. GARRETT NICKY KENTISH BARNES SIMON BEAUFOY PAUL TORDAY IATION WITH

EDITOR PRODUCTION DESIGNER DIRECTOR OF PHOTOGRAPHY CO-PRODUCED BY WRITTEN BY BASED ON THE NOVEL BY STRIBUTIONS AND THEFILM BRITISH INSTITUTE. ALL RIGHTS RESERVED. COTT THOMAS ALTD., LASSEBBC HALLSTRÖM SALMONFILM FISHING IN THE YEMEN AMR WAKED R OF PHOTOGRAPHY TERRY STACEY A.S.C. CO-EXECUTIVE PRODUCERS SAMUEL HADIDA AND VICTOR HADIDA ON THE NOVEL BY PAUL TORDAY PRODUCED BY PAUL WEBSTER DIRECTED BY LASSE HALLSTRÖM

W KINACH OD 20 KWIETNIA

RESERVED.

A

FILM SALMON FISHING IN THE YEMEN AMR WAKED CO-EXECUTIVE PRODUCERS SAMUEL HADIDA AND VICTOR HADIDA PRODUCED BY PAUL WEBSTER DIRECTED BY LASSE HALLSTRÖM


• DRUKARNIA OFFSETOWA • STUDIO GRAFICZNE

Comernet Sp. z o.o, ul. Głuska 6, 20-439 Lublin tel. +48 81 745 51 04, fax +48 81 745 38 94 w w w.comernet.pl


HIRO 23  

Polish free culture magazine

Advertisement