Issuu on Google+

MAJ NR 7 www.hiro.pl

ISSN:368849

maciej cieślak księżniczki poszły w las

nicholas hoult był sobie chłopiec

off festival

courtney love odliczanie

dziura po remoncie

70

i więcej na hiro.pl

rzeczy do wygrania


KWIECIEŃ NR 7 WWW.HIRO.PL

ISSN:368849

MACIEJ CIEŚLAK KSIĘŻNICZKI POSZŁY W LAS

NICHOLAS HOULT BYŁ SOBIE CHŁOPIEC

OFF FESTIVAL

COURTNEY LOVE ODLICZANIE

DZIURA PO REMONCIE

70

I WIĘCEJ NA HIRO.PL

RZECZY DO WYGRANIA

foto okładka | materiały promocyjne

INTRO HIRO 7 hiro zaprasza

INFO

wszystko pomiĘdzy

RECENZJE

6 BRMC. Przywiozą rock and rolla 15 Dinosaur Jr Też przywiozą 14 Planete Doc Review. Nic nie przywiozą, my pójdziemy do nich

20 Courtney Love. Wróciła. Serio

na kolejną najlepszą imprezę w mieście. data: 8 maja. miejsce: warszawa, przeznaczony do rozbiórki retrobiurowiec przedsiębiorstwa ciech, róg elbląskiej i powązkowskiej, naprzeciwko stacji benzynowej, co strategicznie okaże się ważne. bardzo ważne. warunki biwakowe, czyli alkohol organizujecie samodzielnie (powtarzamy: stacja benzynowa naprzeciwko). zagrają ulubieńcy hiro free: muchy i v/a team. między innymi, bo naczelna też się odgraża. więcej nie zdradzamy, szczegółowe informacje zdobywajcie, regularnie odwiedzając www.hiro.pl. MIEJSCA, W KTÓRYCH JESTEŚMY

28 Nicholas Hoult. Młody, zdolny, atrakcyjny 30 Maciej Cieślak. I księżniczki 34 Dora Abodi. All you need is love, ale nie Courtney 46 Elton John. Yes, sir 48 Muzyka 50 Film 52 Książka / Komiks 54 Teatr 56

friends cafe w Łodzi

Pół kawiarnia, pół galeria. Dla przyjemności ciała i ducha, bo łódzkie Friends Cafe serwuje nie tylko kawę i naleśniki, ale i dobrą sztukę młodych twórców. Chwali się.

szpilka w warszawie

Jedna z trzech kluczowych knajp przy warszawskim Placu Trzech Krzyży. Czynna całą dobę (to wbrew pozorom rzadkie). HIRO wpada na śniadania, pierogi i zupę serową.

Gry redaktor naczelna:

Angelika Kucińska angelika.kucinska@hiro.pl redaktor prowadzący:

Piotr Dziewulski dziewul@hiro.pl KOREKTA:

Ewa Kiedio SKŁAD:

Piotr Dziewulski dziewul@hiro.pl

redakcja strony internetowej:

Agnieszka Wróbel agnieszka.w robel@hiro.pl dYREKTOR ZARZĄDZAJĄCA:

Agnieszka Żygadło agnieszka@hiro.pl promocja:

Maciek Piasecki maciek.piasecki@hiro.pl

event manager:

Agnieszka Żygadło agnieszka@hiro.pl REKLAMA:

Małgorzata Cholewa malgorzata.cholewa@hiro.pl Hania Olszewska hania@hiro.pl Michał Szwarga michal.szwarga@hiro.pl dystrybucja:

Małgorzata Cholewa malgorzata.cholewa@hiro.pl

Współpracownicy:

Piotr Bartoszek, Anna Bielak, Tomek Cegielski, Irmina Dąbrowska, Jagoda Gawliczek, Agata Godlewska, Marcin Kamiński, Michał Karpa, Adam Kruk, Kamila Kurkus, Jan Mirosław, Joanna Mroczkowska, Marla Nowakówna, Rafał Pawłowski, Jakub Rebelka, Anna Serdiukow, Bartosz Sztybor, Patrycja Toczyńska FELIETONIŚCI:

Maciej Szumny

PROJEKT MAKIETY:

Paweł Brzeziński (Rytm.org // Defuso.com) WYDAWCA:

Agencja HIRO sp. z o. o. ul.Chmielna 7/14 00-021 Warszawa prezes wydawnictwa:

Krzysztof Grabań kris@hiro.pl

ADRES REDAKCJI:

ul.Chmielna 7/14 00-021 Warszawa tel./fax (22) 8909855

WWW.HIRO.PL MYSPACE.COM/HIROMAG e-mail:halo@hiro.pl Informacje o imprezach ślij tu: kalendarium@hiro.pl DRUKARNIA: LCL DYSTRYBUCJA ul. Dąbrowskiego 247/249 93-231 Łódź www.lcl.com.pl


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

BRMC w Polsce tekst |Agnieszka Wróbel

Czarne skóry, spojrzenia...

...easy rider

gniewne

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Matki, chrońcie swoje córki! Zawadiacy z Frisco już ostrzą zęby na słowiańskie dziewoje. Będą kusić skórzanymi ramoneskami, wąskimi porciętami i diabelskim tatuażem. Black Rebel Motorcycle Club w maju w Warszawie! Amerykańska formacja Black Rebel Motorcycle Club już po raz drugi wystąpi przed polską publicznością. Tym razem chłopaki będą promować swoj najnowszy album. „Beat the Devil’s Tattoo” to powrót do fascynacji brudnym country, zapoczątkowanym na eksperymentalnym albumie „Howl”. Szczęśliwie nie skończyło się tylko na ciągotkach w stronę Johnny’ego Casha i zamiast jednorazowego wzwodu jest permanentna uciecha. Chłopcy solidnie dają po uszach, a ich nostalgiczne gitary przypominają szczeniackie czasy, kiedy palenie za szkołą uchodziło za szczyt degeneracji. Po latach walk i kłótni między Peterem Hayesem i Nickiem Jago krnąbrny perkusista po raz drugi pożegnał się z zespołem. Zastąpił go Leah Shapiro – człowiek związany z duńską grupą The Raveonettes. Za co oberwało się ślicznemu Nickowi? „To syndrom Gallagherów – uspokajają znajomi muzyków. – Najpierw piorą się po pyskach, a potem padają sobie w ramiona”. Choć tytuły największych łajdaków w show-biznesie są już rozdane, to pamięć o wybrykach trójki z San Francisco wciąż żyje w czeluściach internetu. To dzięki byłemu bębniarzowi B.R.M.C znaleźli się w zaszczytnym plebiscycie 10 Awards Show Shockers. Na specjalne wyróżnienie zasłużył dziwaczny występ Nicka podczas rozdania nagród brytyjskiego magazynu „New Musical Express”. Kiedy Nick odbierał statuetkę za najlepszy teledysk, postanowił... zostać na scenie i w milczeniu gapić się w sufit. Przedstawienie trwało jakieś osiem minut, chwilę później na scenę wkroczyli ochroniarze. Sensacyjny incydent wywołał zainteresowanie mediów i natychmiastowy odzew Virgin Records, którym znudziły się ciągłe awantury o niezależność artystyczną. Wiedzieli też, że mają do czynienia z wariatami... Zerwany kontrakt i potężne uzależnienie od LSD dały się we znaki po jednym z europejskich koncertów. Polała się krew. Sesje nagraniowe do „Howl” odbyły się już bez Jago, który najbliższych kilka miesięcy miał spędzić na odwyku. Wrócił pod trzech latach. Zespół szybko wziął się w garść i rozpoczął prace nad nowym materiałem, który miał powtórzyć mainstreamowy sukces. Pewność siebie i garażowe niedbalstwo nie przekonały jednak krytyków, którzy zgodnie postawili krzyżyk na „Baby 81”. Kiedy muzycy dowiedzieli się, że „NME” dało im tylko naciąganą siódemkę, wpadli w szał i ostentacyjnie spalili pechowy egzemplarz. Gdyby wiedzieli, co spotka ich za kilka miesięcy, przyklękliby na kolanko i potulnie zmówili paciorek. Megalomania i wybujałe ego sprowokowały ich do założenia własnego labelu i samodzielnej produkcji awangardowego albumu „The Effects of 333”. No i co? Znakomita większość dziennikarzy machnęła ręką, grzebiąc żywcem niedawnych pupili. W tym miejscu historia zatoczyła koło. Chłopcy otrzepali się z zeszłorocznej mierzwy, a po burdach zostało tylko kilka siniaków. Powrót synów marnotrawnych będziemy celebrować już 23 maja w warszawskiej Stodole. Black Rebel Motorcycle Club: 23.05. Stodoła, Warszawa

06

INFO

I


technologic tekst | Angelika Kucińska

foto | materiaŁy promocyjne

Zdobyli miłośników dyskretnego, smutnego electro popu i przepadli. o nowej , nagranej po pięcioletniej przerwie płycie Lali Puny opowiada wokalistka zespołu, Valerie Trebeljahr. Pięciolatka w milczeniu

Przerwa w nagrywaniu nie była spowodowana czymś konkretnym chłopcy grają w innych zespołach. Czasem kalendarze nie pozwalają nam się zebrać. Trudno w takim natłoku obowiązków znaleźć kilka tygodni, które można poświęcić nagrywaniu nowej płyty. Ja w międzyczasie zostałam matką, więc organizacja czasu też jest dla mnie dużo trudniejsza. Przez te pięć lat głównia zajmowałam się swoją trzyletnią córką. I oczywiście pracowałam w radiu, jak wcześniej. Dopiero, kiedy posłałam dziecko do przedszkola, mogłam zacząć robić inne rzeczy. Tytuł płyty – „Our Inventions”

Za tytułem stoi ta bezgraniczna wiara człowieka w technologię. To nie jest jednoznacznie negatywne, ale bywa niezdrowe i zgubne. Na przykład telefony komórkowe wprowadzano w przekonaniu, że usprawnią komunikację między ludźmi. A prawda jest taka, że wszystkie technologiczne innowacje, które mają służyć kontaktom międzyludzkim, pozbawiają nas bezpośrednich interakcji. Okładka płyty

Obrazek jest trudny do rozpoznania. To sukienka. Mimo że wygląda dziwnie, mechanicznie. Moja przyjaciółka miała taką wizję, żeby zrobić czarną sukienką z papierowymi piramidami. Nie rozumiałam tej koncepcji, dopóki nie przysłała mi zdjęcia zrealizowanego projektu. Od razu wie-

działam, że będzie z tej fotografii świetna okładka albumu. Yukihiro Takahashi

Już ze sobą wcześniej pracowaliśmy – Yukihiro zaprosił mnie, żebym gościnnie zaśpiewała na jednej z jego płyt. Ale chciałam to nagranie zamieścić również na albumie Lali Puny. Yukihiro się zgodził, przygotowaliśmy własną wersję, spokojniejszą. Sama współpraca odbyła się mailowo, ale w czerwcu zostałam zaproszona do Tokio na koncert premierowy. Wspominamto bardzo miło, chociaż muszę przyznać, że wcześniej nie byłam fanką Yellow Magic Orchestra i dopiero kiedy Yukihiro zaprosił mnie do współpracy, spędziłam parę godzin w internecie, żeby się odpowiednio nastawić. Trasa

Kiedyś dużo koncertowaliśmy, teraz z wielu względów tych koncertów jest mniej. Nie planujemy wielkiej trasy, raczej kilkukoncertowe wypady w czerwcu i jesienią.

Valerie Trebeljahr już wygląda występu Lali Puny na tegorocznym OFF Festivalu

kelis

the xx

reż. Rankin i Chris Cottam

reż. Saam

„acapella” 8/10

Wydawało się, że nie można zrobić przestylizowanego klipu i nie być GaGą. O my ludzie małej wiary! Kelis swój najbardziej europejski singiel zilustrowała teledyskiem o żądzach i instynktach. Egzotyczne plenery, dzikie zwierzęta i dużo błyskotek. Co kadr, to sztuka.

tekst | angelika kucińska

WideoNarkomania HIRO Free tiwi. „islands” 6/10

Kolejny singlowy strzał z najważniejszej debiutanckiej płyty ubiegłego roku. The XX ewidentnie ponad wszystko cenią sobie prostotę i dyskretny brak zdarzeń. Tu tylko siedzą na kanapie z minami bez wyrazu, a tancerze przekładają tekst piosenki na dziwną choreografię. Wszystkie punkty zbiera pani po lewej.

07

INFO

I


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Dorosłe dzieciaki tekst | Agnieszka Wróbel

foto | materiaŁy promocyjne

Nie mają skończonych 20 lat, ale dojrzałością muzyczną prześcigają niejednego 40-latka. Skromni i grzecznie uczesani. Nie używają brzydkich wyrazów i stronią od używek. rozmawiamy z Filipem Majerowskim, gitarzystą i wokalistą debiutujących właśnie we call it a sound. Średnia wieku w zespole nie przekracza 20 lat. Czy na pewno nie chcecie zostać lekarzami? Jeszcze nie wszystko stracone.

Na razie nie musimy rzucać wszystkiego i jechać w trzymiesięczną trasę, ale zostawiamy sobie tak zwaną awaryjną furtkę. Przyda się, bo mało prawdopodobne, żebyśmy kiedykolwiek byli w stanie wyżyć z autorskiej muzyki. Są młode zespoły, które lubicie? Co macie na suficie?

Dlaczego gracie takie smutne piosenki?

Trudno mi odpowiedzieć, bo muzyki nie tworzymy z jakimikolwiek założeniami. Być może instrumentarium, jakiego używamy, narzuca nam właśnie taką estetykę grania. Pracujecie na dźwiękach, których nie słyszeliście nigdzie indziej. Boicie się porównań?

Mamy taki zwyczaj. Kiedy materiał wyraźnie nasuwa skojarzenia z innym zespołem, po prostu ucinamy zabawę i zaczynamy od nowa. Jednak trudno polemizować z faktem, że to czego słuchamy, ma spory wpływ na brzmienie zespołu.

Dla nas zajebistym zespołem, który już namieszał i mieszać będzie, jest Kamp! Chłopaki jak dotąd nie popełnili ani jednego słabego kawałka i chwała im za to. Zagraliście przed legendą ambientu – Epic 45. Według nieoficjalnych komentarzy rozłożyliście ich na łopatki. Siedzą w was sceniczne zwierzęta?

Mieliśmy dobrego dźwiękowca. Inna sprawa, że występowaliśmy tam z nowym materiałem z płyty „Animated”. To mógł być główny czynnik mobilizujący. Jeśli chodzi o koncert Epic, to byłem trochę rozczarowany, widziałem już bardzo dużo takich koncertów. Miał być ambientowy, a wyszedł postrockowy. Kiedy znów zobaczymy was na scenie?

Czego słuchacie najczęściej? Przyznawać się!

Słuchamy bardzo różnej muzyki, dlatego ciężko wskazać źródło z którego czerpiemy inspiracje. Jeśli chodzi o nazwy zespołów, to moglibyśmy wymieniać na przykład Animal Collective, Radiohead czy Flaming Lips ale równolegle przyznajemy się do fascynacji hip-hopem czy popem, nawet jego najbardziej komercyjną stroną.

plaża w Tęczę

Żadne okoliczności przyrody nie zwalniają od trzymania fasonu. Proponujemy takie zestawienie. Wakacyjny klapek od Vansa plus spódnica od dziewcząt z Femi Pleasure. Nieśmiertelne paski i feeria kolorów. Mewy zauważą z daleka.

HIRO promuje

Mamy nadzieję, że punkt kulminacyjny naszej kariery dopiero przed nami. Jak wiadomo, zagraniczne standardy nijak mają się do polskiej rzeczywistości. Wracając do koncertów, to myślę, że zobaczymy się w kilku większych miastach Polski. Na chwilę obecną więcej zdradzić nie mogę!

nie oceniaj książki

HIRO promuje

Dopóki się nie upewnisz, że to na pewno książka. Olympia Le Tran wypuściła serię kopertówek inspirowanych kluczowymi dziełami światowej literatury. Typu widoczny obok „Komu bije dzwon” czy niewidoczny „Moby Dick”. Czyli i ty możesz zostać intelektualistką. Stylowe kopertówki można kupić w fajnych butikach: paryskim Colette, londyńskim Browns, berlińskim Quartier 206 i paru innych.

08

INFO

I


Szkoła hip-hopu tekst | Piotrek Anuszewski

foto | materiaŁy promocyjne

Pierwsze koty za płoty! W stolicy ruszył cykl imprezowy Rap History Warsaw, poświęcony korzeniom i historii muzyki hip-hop. Do końca czerwca najlepsi polscy didżeje przenoszą nas w złotą dekadę lat 80. Wśród nich był także gość specjalny – Marc Hype, legenda niemieckich klubów. Marc, wystąpiłeś w Warszawie 23 kwietnia jako honorowy gość warszawskiego Rap History. Twój set zawierał jednak nie tylko hip-hop. Mogliśmy usłyszeć też sporo discofunkowych klasyków.

Specyfiką roku 1981, jak i całej pierwszej połowy lat 80., jest skromna liczba stricte rapowych utworów i trudno zapewnić całonocną zabawę dla gości zgromadzonych w klubie. Zdecydowałem więc grać także gatunki pokrewne. Na pewno nie zabrakło kawałków funkowych i discofunkowych, breakbeatów i wszelkich crossoverów, które w tamtych czasach zapełniały parkiety. Nie zjawiłeś się w Warszawie przypadkowo. Jesteś jednym z animatorów berlińskiego Rap History. Powiedz proszę, jakie były główne cele przyświecające tej inicjatywie?

Agencja bookingowa Subotage Entertainment zrekrutowała naszą drużynę, kiedy poznała Svena Huzra – jednego z animatorów pionierskiego Rap History Zurich – który akurat przeprowadził się do Berlina. Pomyśleliśmy wtedy, jak wspaniale byłoby zabawiać młodsze pokolenia hiphopowych zajawkowiczów, prezentując im muzyczną historię i dziedzictwo hip-hopu, mając z tego jednocześnie mnóstwo frajdy.

Marc Hype i kaganek rapowej oświaty

Jaka jest dzisiaj – twoim zdaniem – znajomość korzeni i historii hip-hopu wśród najmłodszych fanów gatunku?

Wstyd o tym mówić, ale wiele osób ma ogromne braki nawet w elementarnej wiedzy. Trzeba pamiętać o tym, że nigdy nie poznasz esencji danej kultury, jeśli nie zgłębisz wiedzy na temat jej przeszłości. Wiele z trendów wykorzystywanych na przestrzeni wieków zeszło na dalszy plan. Dziś, gdy znowu wysuwają się na czoło, wiele osób uważa, że to coś nowego, nieodkrytego, a tak przecież nie jest. Po prostu ich treść powraca w nowym wcieleniu. Oczywiście nie twierdzę, że młode pokolenia są pozbawione kreatywności i nie mają własnych pomysłów. To nie może być prawdą.


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

chaos! Viva

tekst | Angelika Kucińska

foto | materiały promocyjne

Dekadencki chaos i kolorowy komfort – umiesz to połączyć?

Ja mam dekadencję w sobie, nie zastanawiam się, z czym się łączy, a z czym nie. To jest dla mnie naturalny stan, nie analizuję go w taki sposób. Ale może ten kontrastowy miks jest konsekwencją mojego pochodzenia. Dorastałam w São Paulo, które z jednej strony jest tętniącą życiem metropolią, ale wielkomiejska architektura sąsiaduje bezpośrednio z dziką, nieujarzmioną naturą. Piękną, barwną.

To natura inspiruje koncept album pisany z perspektywy końca świata?

Apokaliptyczna wymowa „Las Venus Resort Palace Hotel” nie była planowana. Dopiero kiedy skończyłam pisać piosenki, zauważyłam w nich ten wspólny mianownik. Na początku wiedziałam tylko, że chcę na tej płycie dżungli i dzikich zwierząt wrzuconych w kabaretową formę – ta płyta jest przecież bardzo kabaretowa. To był punkt wyjścia. I tyle. Lubię sama siebie zaskakiwać, dlatego daję się ponieść inspiracji, dla mnie największą wartością tworzenia jest nieobliczalność i niewiadoma efektu końcowego. Poddaję się własnej fantazji. Kim jest Sonja Khalecallon?

To moje alter ego, do tej pory używałam tego nazwiska przy projektach pozamuzycznych, artystycznych. Sonja jest inna niż Cibelle, kiedy robię sztukę, pozwalam sobie na zachowania normalnie raczej mi obce – żeby wycisnąć z siebie jak najwięcej, czyli prawdę. Moi przyjaciele nauczyli się to rozpoznawać, mówią tylko: „O, masz Sonja moment”. Sonja jest gospodynią Las Venus i moją karykaturą. To prawdziwa showgirl, egzotyczny ptaszek. Godzisz w ten sposób aktorskie wykształcenie i fascynację muzyką? Pedantyczna, chaotyczna, egzotycza Cibelle

Niefrasobliwe podejście do subtelnej bossa novy zaprowadziło ją na listy przebojów. Ale nie dla niej łatwe cele. Cibelle skoczyła dwa poziomy wyżej, konstruując z prostych piosenek konceptualną opowieść o życiu po zagładzie galaktyki. W przerysowanej wodewilowej manierze. I w piórach! Przeniosłaś się z nową płytą na własną planetę?

Tytułowe Las Venus (pani używa portugalskiej nomenklatury, chodzi po prostu o Wenus – przyp. red.) to ostatnia z planet, które przetrwały zagładę galaktyki. Wiesz, jak jest w Brazylii o czwartej nad ranem? Już nie noc, jeszcze nie dzień. Powietrze zaczyna się nagrzewać. Las Venus ogarnął postapokaliptyczny chaos, ale czujesz się w nim komfortowo.

Oj tak, jestem dramatyczna. I w muzyce wykorzystuję to z dużo lepszym skutkiem niż w aktorstwie. Mieszkasz w Europie, ale to w rodzinnej Brazylii jesteś wielką gwiazdą. Nie kusi cię przeprowadzka? Tam mogłabyś się cieszyć zasłużonym splendorem.

Prawdę mówiąc, nie czuję, żebym mieszkała gdziekolwiek. Życie na walizkach. Permanentnie podróżuję, nie mam stałego adresu. Brazylię odwiedzam często, ale nie mogłabym tam mieszkać. Brazylia nie jest tak intensywna jak Europa, ja potrzebuję tego ognia, który ma na przykład Londyn. No właśnie, wybrałaś sobie wschodniolondyńskie Dalston, dzielnicę imigrantów.

Wschodni Londyn to etniczna mozaika i nieporządek. A ja kocham bałagan, uwielbiam chaos. Chociaż nigdy byś tak nie pomyślała, gdybyś zobaczyła moją sypialnię. We własnym domu jednak jestem pedantycznie wręcz porządnicka.

10

INFO

I


Domoteka

Design tekst | joanna Filiks

Days

foto | materiaŁy promocyjne

Kolekcja Peggy Pawłowski

Lubicie modę? A może wolicie rasowy design wnętrzarski? Przez cztery majowe weekendy będziemy mogli się rozkoszować nową jakością zakupów, bo wydawanie pieniędzy to też sztuka. Domoteka zaprasza na Domoteka Design Days. Domoteka dedykuje maj wszystkim maniakom designu, mody, aranżacji wnętrz i szeroko pojętej sztuki wizualnej. W każdy weekend zadzieje się inaczej. Będziemy mieli szansę zapoznać się z pracami mniej lub bardziej znanych twórców. Malarze, fotograficy, rzeźbiarze i projektanci mody dostaną szansę zaprezentowania swojej twórczości szerokiej publiczności. Ta publiczność z kolei otrzyma możliwość zakupu unikatowych, często pojedynczych egzemplarzy akcesoriów zarówno wnętrzarskich, jak i modowych. Również salony Domoteki zaoferują klientom niezwykłe zniżki, promocje i konkursy tematyczne. Przez cztery kolejne weekendy maja przez Centrum Wyposażenia Wnętrz Domoteka przewinie się kilkudziesięciu artystów. Cała impreza zaczyna się 8 maja. Malarka, Joanna Sarapata, rozwikła odwieczny dylemat: sztuka jako praca czy sztuka jako pasja. Dodatkowo, przez cały weekend będzie można spotkać się z grafikami, malarzami i fotografikami. Będzie również okazja do zakupu ich dzieł po wyjątkowo atrakcyjnych cenach. Tydzień później, 15 i 16 maja, Domoteka urządza targi modowe. Liczni projektanci, zarówno mody damskiej, jak i męskiej, przedstawią swoje najnowsze kolekcje, dając jednocześnie możliwość zakupu prezentowanych egzemplarzy. Łukasz Jemioł opowie o elegancji i trendach. Trzeci weekend (22–23 maja) upłynie pod znakiem modowych akcesoriów. Buty, torebki, biżuteria, kapelusze – po świecie dodatków oprowadzi nas projektantka biżuterii Karina Królak. Na zakończenie (29–30 maja) organizatorzy zaproponują rundę po wszystkich swoich salonach, gdzie będzie czekała cała masa konkursów, rabatów i promocji. A projektant Tomek Rygalik spróbuje zarazić swoją designerską pasją wszystkich przybyłych na specjalne spotkanie. Będzie się również można załapać na bezpłatne porady stylisty Domoteki, Tomasza Tarasiewicza. Szczegółowego rozkładu jazdy DDD szukaj na www.hiro.pl

11

INFO

I


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Za późno na światową karierę tekst | Angelika Kucińska

Wychowani na gitarowej alternatywie lat 90. pamiętają. Ale sympatia do Happy Pills nie musi się już opierać wyłącznie na sentymentach. Zainaugurowany zeszłorocznym koncertem w radiowej Trójce powrót przypieczętowali wydaną właśnie płytą. O „Retrosexual” opowiadają Natalia Fiedorczuk, nowa wokalistka, i Mariusz Szypura, lider.

Mariusz, po co ci powrót Happy Pills? Mariusz Szypura: Dla radości, do niczego

innego nie jest mi potrzebny. Każdy z nas ma co robić. Natalia ma milion projektów na głowie. Ja też się nie nudzę. Reaktywacja wynika z chęci przypomnienia sobie uczuć, wrażeń, które towarzyszyly temu kiedyś. To też mój powrót do korzeni, bo w produkcjach Silver Rocket zagoniłem się w takie precyzyjne cyzelowanie, a Happy Pills to po prostu bezpretensjonalne granie piosenek bez przejmowania się czymkolwiek, w tym również opinią innych. To wyluzowanie widać na koncertach, nie ma niezdrowego spinania się, jest czysta frajda. Mariusz: Ta muzyka nie jest wielkim wy-

zwaniem artystycznym, tu bardziej chodzi o to, żeby znaleźć swój sposób wyrazu, a nie żeby na siłę szukać innowacji. Happy Pills to esencja tego, co nas bawi w muzyce. Bez wyrachowania. Nie zastanawialiśmy się nad tymi piosenkami za długo. Nagraliśmy je i tyle. Samo przygotowanie materiału nie trwało długo, parę prób. Natalia, a jak wygląda zderzenie młodości z dojrzałością? Natalia Fiedorczuk: Już nie jestem taka

młoda.

Mariusz: A ja z kolei czuję się młodo. Natalia: Występowałam na scenie z różny-

mi muzykami i Happy Pills prezentują w tym gronie najbardziej młodzieńcze podejście do grania. Mariusz: Wiesz, my już nie mamy nic do stracenia. Nie mamy też nic do zyskania. Już za późno, żeby robić światową karierę. Natalia: Ja się czułam, jakbym trafiła do zespołu chłopaków z liceum, którzy mają mnóstwo frajdy z grania na gitarach. Nie ma mowy o przepaści pokoleniowej. A jak trafiłaś do zespołu? Natalia: Przyjechałam do Poznania na stuHappy Pills w pełnym składzie, rozmówcy HIRO Free w dwóch przeciwległych rogach, górnym lewym i dolnym prawym

dia, jako młody narybek z Białegostoku. Grałam chwilę w zespole częściowo złożonym

foto | materiaŁy promocyjne

z muzyków Happy Pills, jeszcze wtedy w uśpieniu. Poźniej gdzieś po drodze wyklarował się projekt okolicznościowy Dixies, który zajmował się wykonywaniem na urodzinach poszczególnych członków zespołu coverów Pixies. Bo to jest zespół, który chłopcy związani z tak zwaną sceną swarzędzką dażą szczególną atencją. Ale Pixies comeback nie wyszedł. Mariusz: Co ty mówisz? Zajebisty come-

back. Nie nagrali płyty i świetnie, bo jak wydadzą, to pewnie nastąpi straszny dysonans. Nie ma szansy, żeby 20 lat później robić to samo, a wszyscy chyba chcą tego samego. Za duża presja. Ale koncertowo świetnie – 23 kawałki w godzinę pięć minut. Byłem w pierwszym rzędzie, więc wiem. Natalia: Ale jak oglądaliśmy koncert akustyczny, to jednak ideały młodości upadły. Jak zobaczyłam te facjaty… I Franka Blacka, któremu brzuch przesłania gitarę. Mariusz: To już nie fałdy, to balkony. Natalia: Ale wracając do historii, dzięki pra-

cy z chłopakami w Dixies bardzo dużo dowiedziałam się na przykład o grze na tamburynie. Nawet powstawały konflikty na tym tle. W międzyczasie Mariusz przysłał mi kawałki, które robił poza Silver Rocket i poprosił, żebym dograła do tego wokale. Mariusz: To był zupełnie inny projekt, piosenki, które robiłem z Jackiem (Kąkolewskim, basistą – przyp. red.). Posłuchaliśmy tego, co zrobiła Natalia i okazało się, że to czyste Happy Pills. Kombinowaliśmy, co z tym zrobić, a potem zaprosiliśmy dobrze znanych chłopaków... Natalia, a ty znałaś muzykę Happy Pills wcześniej? Natali: Ja się zetknęłam z muzyką Hap-

py Pills jeszcze w liceum. Nie było sklepów internetowych, ale była taka instytucja jak Czad Giełda. Pamiętam, że kupiłam sobie

12

INFO

I


Ewę Braun, jakieś „Dni wiatru” i Happy Pills, to z aparatem na zęby, bo spodobała mi się okładka. Wybierałam kasety na chybił-trafił, nie miałam pojęcia o tych zespołach, a w jakiś dziwny spoób wyznaczyły one to, co dziś robię z muzyką. Trafiłaś do zespołu jako wokalistka i zostałaś tekściarką. Natalia: Nie wyobrażam sobie takiej sytu-

acji, że przychodzę do zespołu jako wokalistka i nie piszę tekstów. Ja się z tym wewnętrznie nie zgadzam. A dlaczego cytat akurat z „Casablanki” w tytułowym kawałku? Natalia: To film ikona, symbol myślenia

o romantycznej miłości w XX wieku, wychowały się na tym całe pokolenia. Ktoś kiedyś zarzucił tekstom Nathalie And The Loners (flagowy projekt Natalii – przyp. red.), że szafuję w nich pretensjonalnymi kliszami. To jest zabieg celowy. Wszystko się obraca wokół nieszczęśliwych, niespełnionych obietnic. „Casablanca” skojarzyła mi się z tytułem całej płyty, „Retrosexual”. Najpierw był tytuł, potem cytat. Wyobraziłam sobie postacie z filmu, wypacykowane, które obiecują sobie lukrowane historie. Dla Happy Pills pisało się inaczej niż dla Nathalie czy Orhid? Natalia: Każdy kto pisze teksty, ma taki

swój świat i w moim wszyscy są nieszczęśliwi i samotni. Dziś dużą wagę przykładamy do stosunków damsko-męskich, bo sami jesteśmy niekompletni. Teksty, które piszę dla wszystkich projektów są o tym samym, tylko może różnią się ciężarem gatunkowym.

Teraz skoncentrujecie się na Happy Pills i odstawicie na bok pozostałe rzeczy? Mariusz: Ciężko się tak wyłączyć z życia. Poza tym Happy Pills

nie jest zespołem najbardziej aktywnym koncertowo. Nie gramy dużo. Wiadomo, że wystąpimy na Offie. No ale wiesz, nowa płyta, duża wytwórnia. To zobowiązuje. Mariusz: Bez przesady, my cały czas wyznajemy zasady DIY,

jesteśmy po drugiej stronie. Wytwórnia nam niczego nie narzuca. Wzięli od nas muzykę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Zresztą wiedzieli, co biorą. To nie było tak, że oni mieli plany, które nie zgadzały się z naszymi. Wciąż pozostajemy w obiegu niezależnym, mimo że wydaje nas majors. W Polsce chyba ciężko mówić o granicach niezależności, jeśli naprawdę prężnie działają trzy niezależne wytwórnie na krzyż. Mariusz: To prawda, tu każdy jest niezależny. A im bardziej

jest niezależny, tym bardziej jest zależny od konieczności zarabiania pieniędzy. To jest pułapka. Natalia: Pamiętam, że brałam czasem płytę do ręki, na której było napisane Music by Warner albo Music by EMI. I na Happy Pills jest Music by EMI, a moje nagrywanie wokali wyglądało tak, że ustawiliśmy z Piotrem Maciejewskim (Muchy, Drivealone, producencki survival – przyp. red.) dwa materace przy ścianie w moim pokoju. Mariusz: W ogóle ta płyta powstawała z doskoku i dlatego, że chcieliśmy, a nie dlatego, że mieliśmy jakiś megaplan. Ale też dostaliście teraz narzędzia, żeby zrobić z tą płytą więcej, na przykład komercyjnie. Mariusz: My jesteśmy świadomi, na czym polega marketing.

Staramy się tę płytę promować, jak najlepiej, ale z drugiej strony wiemy, że nie sprzedamy miliona egzemplarzy. Na koncertach też nam specjalnie nie zależy, bo nie mamy na nie czasu… Zaraz powiesz, że nagraliście tę płytę po nic. Mariusz: Nie, nagraliśmy tę płytę dla radochy. Wydaliśmy ją

najlepiej, jak potrafiliśmy. I teraz mamy nadzieję, że nasza płyta dotrze do tych, którzy chcą nas słuchać.


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Bądź najlepszy tekst | kasia rogalska

Nie należy przechowywać Prodigy w miejscach łatwo dostępnych dla dzieci

To nie będzie ich pierwsza wizyta w Polsce. Byli już u nas na koncertach dokładnie sześć razy. Jakim cudem prodigy wciąż przyciągają tłumy? Choć trzy filary zespołu to panowie w okolicach czterdziestki, wyglądają tak, jakby czas się dla nich zatrzymał. Być może to zasługa ich image’u – kolorowych włosów, tatuaży, soczewek kontaktowych oraz przede wszystkim energii, którą potrafią z siebie wykrzesać w trakcie koncertów. Wciąż rozkręcają porządne taneczne imprezy. 22 maja do stolicy Polski przyjadą po raz pierwszy, bo wcześniej grali w Katowicach, Wrocławiu, Krakowie i Gdyni. W lipcu ubiegłego roku ich występ kończący festiwal Open’er połączył tych, którzy pamiętają, jak „Poison” i „Firestarter” szalały na listach przebojów, oraz tych, dla których „Invaders Must Die” jest pierwszą świadomie pamiętaną płytą Prodigy. Startowali na początku lat 90. – najpierw świetnie bawili się razem na imprezach rave’owych, a następnie sami zaczęli tworzyć na nie muzykę. Już ich pierwszy singiel, „What Evil Lurks”, zdobył w tamtych kręgach sporą popularność. Kawałki z drugiego albumu, „No Good (Start the Dance)”, „Poison” i „Voodoo People” stopniowo wbijały nazwę The Prodigy do masowej świadomości. Prawdziwa bomba wybuchła dopiero po tym, jak ukazały się dwa pierwsze single z płyty „The Fat of the Land” z 1997 roku: „Firestarter” i „Breathe”. Keith Flint – wykolczykowany dziwak z rogami na głowie – zwracał uwagę i hipnotyzował. Z kolei Maxim Reality straszył swoim spojrzeniem zza białych soczewek i rysunkami na twarzy przypominającymi tatuaże. Przerażał do tego stopnia, że w ich sprawie do telewizji muzycznych, które jeszcze wtedy pokazywały teledyski, zaczęły napływać listy protestacyjne od rodziców. Zapewne przyczyniło się to do faktu, że muzyka Brytyjczyków z dosyć niszowych imprez rave’owych trafiła na parkiety na całym świecie. Przy kolejnym singlu, „Smack My Bitch Up”, poszli o krok dalej. Klip wyreżyserował Jonas Åkerlund, któ-

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

ry ostatnio współpracuje między innymi z Lady GaGą. Pojawiło się w nim właściwie wszystko, co niedozwolone – seks, przemoc i narkotyki. Dzięki temu klip trafił na listę zakazanych, a w rankingu MTV na „Najbardziej kontrowersyjne wideo” zajął pierwsze miejsce. W rezultacie album „The Fat of the Land” w samych tylko Stanach Zjednoczonych rozszedł się w nakładzie ponad dwóch milionów egzemplarzy. To wystarczyło, aby przez kolejne trzy lata grupa mogła zagrać setki koncertów na całym świecie. W 2000 roku musieli odetchnąć od popularności i pracy – zakończyli trasy, zamknęli swoją stronę internetową i po prostu odpoczywali. Po dwóch latach ukazał się utwór „Baby’s Got a Temper”. Najwidoczniej dali sobie za mało czasu i zbyt intensywnie chcieli sprostać presji, bo do tej pory nazywają go największym błędem w swojej karierze. Na całą płytę fanom przyszło poczekać do 2004 roku – przygotowywany wcześniej materiał został odrzucony, a nad ostatecznym kształtem „Always Outnumbered, Never Outgunned” czuwał tylko Liam Howlett. Choć zaprosił do współpracy braci Gallagherów i Juliette Lewis, płyta nie odniosła sukcesu. Wydawało się, że The Prodigy pozostanie zespołem obiecującego początku i jednej bardzo dobrej płyty. „Invaders Must Die”, piąty album, dostaliśmy bowiem dopiero w 2009 roku. Liam, Keith i Flint ponownie pracowali nad nim wspólnie, z widoczną nową energią. Utwory „Warrior’s Dance” czy „Omen” sprawiły, że formacja ponownie zagościła na parkietach, a przede wszystkim nieustająco koncertuje. Recenzenci nie zawsze są przychylni, ale to nie ma dla nich znaczenia – w myśl zasady, o której Flint mówił w jednym z wywiadów dla magazynu „Clash”: „Chcemy rządzić każdym festiwalem. Myślimy, że jesteśmy najważniejszym zespołem na świecie”. Howlett mu wtóruje: „Chodzi nam o to, że każdy, kto działa w jakimś zespole, powinien tak myśleć. Powinieneś być najlepszy i mieć w dupie wszystkich innych”.

Prodigy: 22.05. Torwar, Warszawa

14

INFO

I


Dinozaur wiecznie żywy tekst | Angelika Kucińska

foto | materiaŁy promocyjne

Nie ma lekko z perkusistami, tu nawet wyświechtane „Drummers don’t talk” nie oddaje traumy sytuacji. Wierzymy, że na scenie mają do powiedzenia więcej niż w telefonicznej interakcji. Będziemy sprawdzać z pierwszego rzędu. O reaktywacji oryginalnego składu Dinosaur Jr, jednej z gwiazd tegorocznego Off Festivalu, opowiada perkusista, Murph. To dobry czas dla rock and rolla?

Tak. Dlaczego?

A czemu nie? A czemu tak?

Rock and roll obroni się zawsze. Kilka lat temu reaktywowaliście oryginalny skład Dinosaur Jr – i dokonaliście rzeczy prawie niebywałej. W natłoku nieudanych comebacków, wasz nie był rozczarowaniem. Dlaczego zadziałało?

Nie wiem, to się po prostu stało. Energia w zespole jest dobra, lepsza niż kiedykolwiek. Dogadujemy się. A od razu było założenie, że nie skończy się jednym koncertem? Że będą z tego światowe trasy i premierowe płyty?

Niczego nie planowaliśmy i nie mieliśmy pojęcia, co się stanie. Stały się rzeczy dobre.

To prawda. Jesteśmy starsi i mądrzejsi i pewnie dlatego wreszcie wiemy, jak się ze sobą porozumieć. Już bez wojen?

Nie, na szczęście nie. A co ten wskrzeszony Dinosaur oznacza na scenie? Dwa słowa reklamy, zanim polska publiczność zobaczy na własne oczy.

Hałas. Potężna dawka hałasu. Na to czekamy. A ty lubisz te nowe piosenki Dinosaur Jr?

Nawet więcej – „Farm” to moja ulubiona płyta Dinosaur Jr w ogóle. Co jest tak wyjątkowego w „Farm”?

Jest cięższa niż wszystko, co do tej pory nagraliśmy. Chyba najwięcej tu rock and rolla. A ty z wiekiem wolisz ciężej?

Zdecydowanie. Ale nie ciężej, czyli ostrzej, raczej odchodzę od chaosu i punk rocka. Kiedy mówię: ciężej, myślę: ociężale. Następna płyta będzie bardziej ociężała?

Przyszłość Dinosaur Jr jest zagadką nawet dla nas samych. Nie wiem,

jaka będzie następna płyta. Nie wiem, czy w ogóle będzie. Jeśli J (Mascis, nieprzejednany lider – przyp. red.) napisze nowe piosenki, to pewnie będzie. To wyłącznie jego decyzja?

W zasadzie tak. To on wyszedł z pomysłem powrotu i to on jest odpowiedzialny za kontynuację. Bez niego nic się nie wydarzy. Pozwoliliście się tak całkiem zniewolić?

Na to wygląda. O wow, twój przypadek ekstremalnie potwierdza tę obiegową teorię, że perkusiści nie mówią wiele.

Nie lubię za dużo gadać. Lubię proste, szybkie odpowiedzi. Raz, dwa. Ale było uroczo! OFF Festival: 5–8.08. Katowice

off festival

Najważniejszy alternatywny festiwal rośnie w siłę. Mimo kontrowersyjnej zmiany lokalizacji. Będziemy tęsknić za kameralną atmosferą Mysłowic. Niekoniecznie jakoś mocno, bo Artur Rojek, dyrektor artystyczny OFF Festivalu, zrekompensuje bóle przeprowadzki doskonałym line upem. Zresztą nie przenosi się daleko – do Katowic, co z kolei sprawia, że miasto powoli staję się najfajniejszą alternatywną miejscówką (tam też w końcu odbywa się Tauron Nowa Muzyka). Już zeszłoroczny OFF imponował natłokiem światowych nazw. Piąta edycja przynosi ich jeszcze więcej. Poza średnio rozmownymi Dinosaur Jr w Katowicach wystąpią: Flaming Lips (przygotujcie się na show z gatunku skrajnie psychodelicznych), The Horrors (przygotujcie się na natapirowany gotycki hałas), Toro y Moi (ten chłopiec jest smutny i trzeba wytężać słuch), The Fall (Marka E. Smitha akurat boimy się tak bardzo, że nie wiemy czego się spodziewać – poza tym, że pewnie jeszcze ze 37 płyt), Atlas Sound (ugrzęźniemy w gitarach) i paru innych. (ak)

15

INFO

I


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

tekst | Angelika Kucińska

foto | materiaŁy promocyjne

Najbardziej stylowy kolektyw warszawskich klubów. Kilka lat temu promowali gitarowe trendy na parkiecie nieistniejącej już Jadłodajni Filozoficznej. Naturalna ewolucja repertuaru nie odebrała im publiczności – przeciwnie. Można sprawdzać w każdy pierwszy piątek miesiąca w warszawskich Kamieniołomach. imprezom V/A team patronuje hiro free Jest coś takiego jak styl V/A Teamu? Można to jakoś precyzyjnie zdefiniować? Oskar „Boy Division” Stelągowski: Na początku naszym głównym

celem było granie muzyki, która nam się podoba. I to się nie zmieniło. Drugim naszym celem było wyszukiwanie ciekawych nowości. Chcieliśmy osadzać je w kontekście historycznym, pokazać skąd się wzięły. Jak jedne trendy się wyczerpały, stały się nudne i nieciekawe, to szukaliśmy czegoś nowego. Kuba, chcesz coś dodać? Kuba „Hoax” Kiewicz: Nie. Oskar: Ostatnio nawet zastanawialiśmy się, co gramy i stwierdziliśmy, że tym wspólnym mianownikiem jest house, chociaż ten termin się niesłusznie zdewaluował w ostatnich latach. Nadal mamy szerokie zainteresowania i nie ograniczamy się. Jeśli coś spełnia nasze jakościowe wymagania, to na pewno znajdzie się na to miejsce w naszych setach. Nie jesteście już indie? Kuba: Jesteśmy indie house. Możemy mówić, że gramy house, bo

takie są gatunkowe korzenie numerów, które puszczamy. Ale to nie jest radio i MTV. To dalej jest muzyka alternatywna. Oskar: Indie to nie tylko gatunek. To też pewien sposób myślenia, organizowania imprez. To nieuleganie naciskom, robienie rzeczy po swojemu. Miej kontrolę nad tym, co robisz i bierz za wszystko odpowiedzialność. Od przygotowania muzyki, przez napisanie notki prasowej, do rozwieszenia plakatów. Wasze pierwsze imprezy w Jadłodajni wyglądały tak, że Kuba grał Blur, a ty wyciągałeś rzeczy, których nikt nie zna i do których nie da się tańczyć. Oskar: Wiadomo, dobry i zły policjant. Umówiliśmy się kiedyś, że

ja biorę na siebie wszystkie nieprzyjemności, zarówno muzyczne, jak interpersonalne. Czyli potwierdza się moja teoria, że ty w tym duecie jesteś Brudnym Harrym, a Kuba to uprzejmość i człowiek spokój? Oskar: Teraz to już nie jest tak skrajne. W pewnym momencie to się

wyśrodkowało. Kuba: W relacjach zakulisowych dalej tak jest, że Oskar jest bardziej nerwowy, a ja jestem spokojny. Oskar: Ja jestem nerwowy, bo na mnie ciążą obowiązki organizacyjne i szeroko pojęty menedżment, a Kuba jest odpowiedzialny za dobrą atmosferę pracy. A wracając do grania rzeczy, których nikt nie zna – uważam, że warto przemycić czasem coś trudniejszego, mniej popularnego.

Bo wychowujesz sobie publiczność? Oskar: Oczywiście, że tak. Ale nikogo nie chcemy pouczać, raczej

wychowujemy się razem. A wy się ścigacie z innymi kolektywami? Oskar: Brakuje płaszczyzny, żeby się ścigać. Mamy swoją publikę,

od dwóch lat na naszych imprezach nie było mniej niż 500 osób, a zazwyczaj jest dużo więcej. Różnimy się na tyle od innych kolektywów, że ciężko, żebyśmy kogoś gonili. Myślę, że to bardziej z nami chce się konkurować. Kuba: To się też zmieniło, kiedy imprezy alternatywne zostały wyparte przez imprezy elektroniczne. Wcześniej wszyscy grali podobnie, niby można to było jakoś urozmaicać, ale to zawsze był ten sam wycinek gitarowej muzyki. W takiej sytuacji można mówić o konkurencji. Przejście do elektroniki poszerzyło pole działania, każdy może uprawiać własne poletko. Macie cały czas taką szczerą potrzebę szukania nowych rzeczy? Oskar: No pewnie! Dig through all of shit to get quality stuff

(lubimy dowolność tłumaczeń, a więc: Przez szambo do raju – przyp. red.) – to nasze hasło, nic się nie zmieniło. Może słuchamy mniej albumów, z 10-20 długogrająych płyt w ciągu roku. Raczej interesują nas dobre single i EP-ki. Ale szukanie to podstawa. My jesteśmy tak wychowani. Jesteśmy z pokolenia, które nie dostało wszystkiego na tacy. Bez przesady, też jesteś z pokolenia, które miało łatwiej. Generacja empetrójki i downloadu oznacza nieograniczony dostęp do muzyki. I to całej muzyki, bez podziału na gatunki. Oskar: No i dlatego wcale nie mamy łatwiej, mamy gorzej. Ściągasz

płytę, a potem na forach i blogach znajdujesz odnośniki do stu innych artystów, którzy grają podobnie. Internet to piekło wyborów. Kuba: Internet zmienił rynek. Możemy się zastanawiać, czy niektóre superkrótkie mody – jak new rave, który trwał niecały rok – bez internetu trwałyby dłużej. Bo miałyby trudniej z dotarciem do ludzi. Internet to pstryknięcie palcami. Każdy może znaleźć tam wszystko, wystarczy odrobina uporu. Oskar: Internet spowodował też wyścig nowości – jak coś ma dwa miesiące, to już jest stare. My się też złapaliśmy w tę pułapkę jakiś czas temu – praktycznie co miesiąc wymienialiśmy całą selekcję. Teraz staramy się już tego nie robić. Gramy dany kawałek tak długo, aż nam się nie znudzi i nie zacznie żenować. To, że niektórzy mogą w kółko słuchać „We Are Your Friends” czy innego gówna, uważam za normalne, ludzkie. Ale jeśli didżeje eksploatują takie hity przez kilka lat, to to nie są didżeje, to są dyskotekowi puszczacze muzyki.

16

INFO

I


Od lewej: Oskar Stelągowski i Kuba Kiewicz

A didżej to kto? Oskar: Osoba świadoma kultury i tradycji związanej

z muzyką, którą gra. To też szczerość w stosunku do ludzi. Jeśli mówisz, że jesteś didżejem – klubowym, alternatywnym – a robisz dyskotekę, to jest ściema. Jeśli robisz dyskotekę i mówisz, że robisz dyskotekę, to ściemy nie ma. Didżej to osoba, której najważniejszym zadaniem jest promocja muzyki. Przynajmniej ja tak uważam. Kuba: Ostatnio nawet rozmawialiśmy o tożsamości didżeja. O tym, czy didżej musi grać dla ludzi, czy może powinien to robić dla siebie. My mamy ten komfort, że możemy grać, co chcemy i naszej publice się to podoba. Nie muszę puszczać kawałka, którego nienawidzę tylko po to, żeby ktoś zatańczył. Oskar: A-Trak ostatnio powiedział w wywiadzie: „Znajdź to, co jest w tobie wyjątkowe i pojedź na tym”. Obserwuj innych, inspiruj się, ale nie naśladuj. Jak będziesz naśladował, zawsze będziesz drugi. Trzeba znaleźć własny patent. Bądź sobą to wyświechtane hasło, ale prawda jest taka, że w byciu sobą jest się zawsze najlepszym. A co z autorskością tego, co robi didżej? Oskar: A czy kolaż to sztuka? Dobry didżej potrafi

z dwóch utworów stworzyć coś zupełnie nowego. Didżejing to narracja, umiejętność opowiadania historii przy pomocy nagrań innych artystów. To autorskie łączenie harmonii, melodii, wokali, niekoniecznie tylko samo zgrywanie bitów. Chcemy dawać czyimś utworom drugie życie. Kuba: Każdy robi to po swojemu. To jest zaskakujące, kiedy na przykład jesteś na imprezie i słyszysz, że numer, który ty grasz o 12 jako superhit, który rokręca imprezę, niektórzy grają na początku, bo uważają, że jest na przykład za wolny. Ale wy nie chodzicie na imprezy. Oskar: Jak to nie? Tylko jak już chodzę na imprezy, to nie

te grane przez ludzi, którzy teoretycznie prezentują ten sam poziom co ja. Jak chcę sprawdzić trendy, to idę na imprezę w Londynie albo Berlinie, a nie w Warszawie.

Skupiacie się teraz na God Save the Queen, waszej flagowej imprezie, czy myślicie o jakimś tematycznym cyklu? Oskar: Jak okazuje się, że zebrało się ileśtam ma-

teriału, który nie mieści się na GSTQ, to wtedy gramy imprezę tematyczną. Nie rzucamy się z łapskami na pieniądze, gdy nie mamy nic naprawdę ciekawego do zaprezentowania. A jest coś, co się nie mieści w GSTQ? Kuba: W zasadzie z każdego gatunku, który pojawia się

na GSTQ, moglibyśmy ułożyć osobną imprezę, tyle że wtedy upadłaby nasza idea mieszania. Oskar: Nie chcemy się rozdrabniać na 60 mniejszych imprez, bo to szkodzi marce. V/A Team to marka? Oskar: Chyba bardziej GSTQ niż V/A Team. God Save

the Queen to już instytucja. Nie tylko my ją tworzymy, ale wszyscy, którzy przychodzą w pierwsze piątki miesiąca do Kamieniołomów, a wcześniej do Jadłodajni. Kuba: Co ciekawe, nawet nie jesteśmy kojarzeni jako V/A Team, tylko jako GSTQ. I macie groupies. Oskar: To nie są groupies, a dziewczęta – i chłopcy

– którzy doceniają ciężką didżejską pracę. To fajne, że niektórzy emocjonalnie reagują na naszą muzykę. I chcę wierzyć, że na muzykę. No dobra, nie będę też kłamał, że nie sprzyja nam pewna doza charyzmy. Ładnie się ubieracie i macie fajne fryzury. Oskar: Ja się ładnie ubieram nie tylko na imprezy. Powiedział, zaczesując grzywkę. Oskar: A grzywkę noszę od zawsze, bo mój tata uwa-

ża, że tak jest elegancko. Jesteśmy za skromni na groupies. Chociaż fakty są takie, że mamy chyba najwięcej wiernych fanek ze wszystkich warszawskich kolektywów. Kuba: A ja bym powiedział, że to nie są nasze groupies, to są groupies GSTQ.


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Planete Doc Review 7PDR Empik 40x60:Layout 1

7. edycja 3/1

tekst | irmina dąbrowska

foto | materiaŁy promocyjne

Ponad 150 filmów, 15 sekcji tematycznych i siedem konkursowych, pół setki gości z całego świata (zarówno twórców, jak i bohaterów filmów). Od 7 do 16 maja w Warszawie odbędzie się 7. edycja festiwalu Planete Doc Review. Doc Review w ciągu kilku lat wyrósł na jedno z najważniejszych wydarzeń filmowych w stolicy i w całym kraju. Początkowo był niewielkim przeglądem dokumentalnym, teraz to święto – kina, jego bohaterów i widzów, którzy tym razem mogą wybrać się do Kinoteki, Muranowa (projekcje festiwalowe) i Iluzjonu (przegląd najlepszych tytułów z ubiegłych edycji). Już 21 filmów, które startują w głównym konkursie o Nagrodę Millenium, przyprawia o zawrót głowy. Wśród nich są te nagrodzone na najważniejszych festiwalach, m.in. laureat tegorocznego Oscara – „Zatoka delfinów” (także nagroda publiczności w Sundance i na Hot Docs), dokument o byłym ochroniarzu i powierniku Osamy Bin Ladena – „Przysięga” (Sundance, Berlin), opowieść o ludzie Martu, australijskich Aborygenach – „Contact – australijska odyseja kosmiczna” czy opowiadający o chińskich pracownikach fabryk „Ostatni pociąg” (doceniony m.in. w Sundance i Amsterdamie). Obrazy festiwalowe wezmą udział w siedmiu konkursach – w zależności od tematyki i czasu trwania powalczą o Nagrodę Magicznej Godziny, Nagrodę Amnesty International, Green Award czy Dialogu Ekumenicznego. Nowością są nagrody Nos Chopina (dla najlepszego filmu muzycznego) i Warsaw Animation Winner (najlepszą animację wyłoni jury pod przewodnictwem Wojtka Wawszyczka, reżysera kinowej wersji „Jeża Jerzego”). Jak co roku będzie też można wziąć udział w cyklu Masterclass, gdzie spotkania z mistrzami prowadzą ludzie filmu i dziennikarze. Największą gwiazdą tegorocznych lekcji z mistrzem będzie Werner Herzog, jeden z najoryginalniejszych twórców kina. Organizatorzy dbają o światowy poziom imprezy, śledzą uważnie zagraniczne wydarzenia festiwalowe i sprowadzają obrazy na nich docenione. Trzymają rękę na pulsie, jednocześnie nie czyniąc programu tendencyjnym – każdy może znaleźć coś dla siebie, niezależnie od tego, czy chce obejrzeć dobry dokument muzyczny, czy przejąć się ciężkim losem ludzi lub zwierząt na drugim końcu świata. Za co najbardziej lubię ten festiwal? Za jego otwarto��ć i różnorodność, którą świetnie można zauważyć po widzach, którzy chodzą na Doc Review. Dużą część festiwalowego tłumu tworzy niezwykle barwna grupa alterglobalistów, lewaków, ekologów i ekofreaków. Na zeszłorocznym pokazie „Yes-meni naprawiają świat” stawiło się szerokie przedstawicielstwo naszego trzeciego sektora i organizacji okołoekolo, które reżyserowi zgotowało owację na stojąco. Zupełnie inny tłumek można było oglądać podczas oficjalnej premiery „Andrzej Wajda: róbmy zdjęcie!”. Panie w szpilkach i panowie w świetnie skrojonych garniturach, którzy podczas projekcji zaśmiewali się do rozpuku na widok mistrza rzucającego gromami podczas pracy na planie. Na Planete Doc Review udało się też organizatorom stworzyć niesamowitą atmosferę. Taki luz (odpukuję w niemalowane, żeby to się nie zmieniło) jest czasami na wagę złota. Przepełnione sale, tłumy siedzące na schodach. Mimo lekkiego chaosu całość pięknie się kręci i daje przyjemność oglądania kina z poczuciem uczestniczenia w czymś ważnym. HIRO Free tam będzie! Plakat siódmej edycji Planete Doc Review

Planete Doc Review: 7–16.05. Warszawa

18

INFO

I


GRAJ I WYGRAJ Więcej konkursów na hiro.pl

5

KONKURSY

zestawów trzech gier na PC: „Call of Juarez: Więzy Krwi”, „Drakensang” oraz „Hotel Giant 2” ufundowanye przez Techland – SMS o treści: HIRO.8.IMIĘ NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

płyt Lali Puna „Our Inventions” ufundowanych przez wytwórnię iSound – SMS o treści: HIRO.6.IMIĘ NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

5

płyt DVD z filmem „Fortepian” ufundowanych przez Best Film – SMS o treści: HIRO.7.IMIĘ NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

10

płyt Cypress Hill „Rise Up” ufundowanych przez wytwórnię EMI Music Polska – SMS o treści: HIRO.4.IMIĘ NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

płyt Placebo „Covers” ufundowanych przez wytwórnię EMI Music Polska - SMS o treści: HIRO.5.IMIĘ NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

płyt Planet LUC „Energocyrkulacje” ufundowanych przez wytwórnię EMI Music Polska – SMS o treści: HIRO.9.IMIĘ NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

Jak wygrywać?

10

płyt zespołu Muchy „Notoryczni Debiutanci” ufundowanych przez Sony Music Polska – SMS o treści: HIRO.1.IMIĘ NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

10

płyt Courntey Love z zespołem Hole „Nobody’s Daughter” ufundowanych przez wytwórnię Universal Music Polska – SMS o treści: HIRO.3.IMIĘ NAZWISKO ADRES ZAMIESZKANIA pod numer 7238

Żeby wygrać wyślij SMS-a na nr 7238 w terminie 1 maja od godziny 10:00 do 30 maja do godziny 23:00. Koszt jednego SMS-a wynosi 2 zł netto (2,44 zł z VAT). Wygrywają co 30-te SMS-y nadesłane na dany kod do momentu wyczerpania puli nagród. Nagrody wyślemy pocztą na adres podany w zgłoszeniu do konkursu, o wygranej poinformujemy SMS-owo. Przykład SMS-a: HIRO.1.JAN NOWAK UL.PROSTA 1 00-000 WARSZAWA Uwaga! Udział w konkursach jest równoznaczny z akceptacją regulaminu konkursów SMS przeprowadzanych w magazynie HIRO. Regulamin dostępny na www.hiro.pl oraz w siedzibie redakcji.


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

MEGAHIRO

a miłość niejedno ma oblicze tekst | Maciek Piasecki

foto | materiały promocyjne

Zagubiona owieczka czy wilk w owczej skórze? Bezkompromisowa artystka czy raczej żałosne beztalencie, które potrafi stworzyć jedynie szum bez pokrycia i znaczenia? Ofiara czy kat? A może wszystko naraz? Kobieta o stu osobowościach? A może... Wiemy jedno: Courtney Love wróciła i – tu wielka niespodzianka – jest to powrót z klasą! Jeszcze niedawno wywracała się na czerwonym dywanie. Kto spodziewał się takiego comebacku? Courtney Love wydawała się zupełnie przegrana – znienawidzona przez fanów Nirvany (którzy wciąż obwiniają ją o śmierć Kurta Cobaina), zniszczona fizycznie i psychicznie przez wszystkie nielegalne substancje znane człowiekowi, skompromitowana nieudolnym solowym albumem „America’s Sweetheart”. Jednak jej pierwszy od 11 lat występ z zespołem Hole zebrał niemal wyłącznie

pozytywne recenzje, a nowa płyta „Nobody’s Daughter” zawiera piosenki, których da się słuchać. Courtney nie stała się z dnia na dzień wzorem cnoty i przyzwoitości, ale od narkotycznych ekscesów w towarzystwie Paris Hilton dzieli ją już wiele. A może to tylko pozory – w końcu Courtney to mistrzyni pozorów. Courtney śpiewna „Nobody’s Daughter” ukazuje się pod szyldem zespołu Hole – nie dajcie się jednak zmylić! Z zespołu, z którym Love nagrała na początku lat 90. swój najgłośniejszy album „Live Through This”, ostała się jedy-

20

megahiro


nie nazwa. No i Courtney, oczywiście. Kiedy w czerwcu zeszłego roku świat usłyszał o reaktywacji Hole w całkowicie nowym składzie, dawni kompani nie kryli zaskoczenia. Współzałożyciel Hole, Eric Erlandson oznajmił wprost, że „bez niego nie ma Hole”. Z właściwą sobie swadą (choć nie unikając błędów ortograficznych) Courtney odpowiedziała szybko przez Twittera: „Hole to MÓJ zespół, MOJA nazwa i MÓJ patent”. Nie od dziś czuje się najważniejsza, a jak dziura w moście była jej potrzebna roszczeniowa banda obdartusów (o której mało kto by dziś pewnie pamiętał, gdyby nie obdarzona kiepskim głosem małżonka Kurta Cobaina, z którą występowali). Bez skrupułów stworzyła Hole od nowa, zrywając nawet z jego feministyczną przeszłością. Courtney idzie do celu po trupach. Courtney błyszcząca Courtney fascynuje postać brytyjskiej celebrytki Katie Price, wyspiarskiej odpowiedniczki Agnieszki „Frytki” Frykowskiej – a więc osoby znanej z bycia znaną. „Chciałabym się zająć stylem Katie. Lepiej mieć ją po swojej stronie. Ona nie zrobiła w życiu nic, a wpłynęła na siedem na dziesięć angielskich nastolatek”. Courtney nie wygląda z pozoru na kogoś, kogo interesuje życie tabloidowych bohaterów (w końcu to ona jest gwiazdą!), ale najwyraźniej pozory czasem mylą. Zresztą obie gwiazdorki mają coś wspólnego, z naciskiem na nierobienie niczego. Courtney bije Price (na szczęście nie dosłownie, choć i takie epizody zdarzały się w jej życiu) pod względem stylu i przeszłości, ale sława obu celebrytek zasadza się na równie niejasnych fundamentach. I jedna, i druga z zawodu jest osobowością. Courtney z Kurtem Mówi, że nie uważa się za dobry materiał na gwiazdę. Trudno uwierzyć jednak, że nigdy nie pragnęła sławy. Wręcz przeciwnie, marzyła o niej już wtedy, gdy jako 16-latka opuściła rodzinę i wyjechała do Anglii – niby to do szkoły, ale tak naprawdę, by włóczyć się za zespołami. Julian Cope wspomina w swoim pamiętniku, że Courtney gdziekolwiek się pojawiła, starała się zostać gwiazdą wieczoru. „Dziś prywatność jest dla Courtney jak odległa, fantastyczna kraina, do której mapę zgubiła dawno temu” – pisze aktorka Carrie Fisher (tak, księżniczka Leia z „Gwiezdnych wojen”) w przedmowie do wydanego przez Love autobiograficzego zbioru tekstów, „Dirty Blonde”. Gdy byli małżeństwem, Kurta Cobaina zawsze

na „nobody’s daughter”, płytę o podnoszeniu się, trafił materiał, który love stworzyła w klinice odwykowej. współautorką piosenek jest linda perry

17

film

m


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

22

megahiro


irytowała pogoń Courtney za rozgłosem. Z drugiej strony, kiedy to ją oświetlały flesze, on mógł bez stresu chować się w jej cieniu – mitygował więc tylko, kiedy zdarzało jej się przesadzić z blichtrem. Wprowadził się z nią co prawda do olbrzymiej willi nad jeziorem opodal Seattle, ale już Lexusa kupić nie pozwolił. Kiedy Nirvana odniosła rynkowy sukces, a Cobain z nostalgią wspominał czasy ubierania się w lumpeksach, ona chciała o nich zapomnieć i pławić się w luksusach, w towarzystwie projektantów mody i gwiazd filmowych. Małżeństwo Kurta i Courtney było bodaj najbardziej toksycznym związkiem od czasu romansu Sida Viciousa z Sex Pistols i striptizerki Nancy Spungen (swoją drogą aktorski debiut Courtney to rola w filmie opowiadającym historię tej pary, „Sid i Nancy”). Kiedy w 1992 roku Love przymierzała się do wejścia na ślubny kobierzec, Kim Gordon (gitarzystka Sonic Youth) ostrzegała ją, że Cobain może zniszczyć jej życie. Dwa lata później okazało się, kto tak naprawdę wyszedł z małżeństwa w gorszym stanie.

nowa, czysta courtney wróciła do praktyk buddyjskich, które kiedyś pomogły jej otrząsnąć się po śmierci kurta. chociaż od tego czasu nie wszystko wyglądało tak ładnie, jak pierwotnie miało wyglądać, to jednak zła passa się chyba odwróciła

Courtney krwiożercza 8 kwietnia 1994 roku niczego niespodziewający się elektryk odnalazł martwe ciało Cobaina. Rozpoczęły się trwające do dziś spekulacje – kto zabił Kurta? Miłośnicy grunge’u zawsze traktowali Courtney mniej więcej z taką sympatią, jaką fani Beatlesów okazują Yoko Ono, dlatego ich podejrzliwe spojrzenia od razu padły na młodą wdowę. Przekleństwem Courtney został prywatny detektyw Tom Grant, który poświęcił lata, aby udowodnić jej winę. Smaczku sprawie dodaje fakt, że Granta wynajęła wcześniej... sama Courtney – detektyw miał odnaleźć Kurta, który parę dni wcześniej uciekł z odwyku. Chociaż policja bez wahania uznała, że Kurt popełnił samobójstwo, Grant do dziś próbuje udowodnić winę Courtney. Znalazł prosty motyw zbrodni: gdyby Kurt i Courtney się rozwiedli (a chociaż ona zapewniała, że wciąż jest zakochana, to jednak na boku spotykała się między innymi z Billym Corganem ze Smashing Pumpkins), ona odeszłaby może z kilkunastoma procentami wartego setki milionów majątku. Jeśli Cobain popełniłby samobójstwo, prawa do całego katalogu piosenek Nirvany przeszłyby na nią. Czy to aby możliwe, że była aż tak wyrachowana? Jedna sprawa wykiwać swoich kumpli z zespołu (norma w rockandrollowym półświatku), ale zlecenie zabójstwa własnego męża to scenariusz z dreszczowca. A co powiecie na to, że mocno szurnięty muzyk El Duce zginął dwa dni po tym, jak wyznał przed kamerami BBC, iż Courtney oferowała mu 50 tysięcy dolarów za zabicie Kurta? Courtney zależna Roztrząsanie tajemnicy śmierci Kurta przypomina dziś trochę kłótnię o wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą lub studia na wydziale filozofii – jest to zawsze dyskusja bez konkluzji. Love nie lubi poruszać tego tematu w wywiadach, a dziennikarze zajmujący się sprawą mogą liczyć jedynie na jej słynne telefoniczne pogróżki. Nasuwałby się wniosek, że ona musi coś ukrywać – ale z drugiej strony, jakiej reakcji oczekiwalibyście od kogoś, kto od 16 lat słyszy, że zamordował członka własnej rodziny? Jej narkotyczno-alkoholowe ekscesy wydają się w tym świetle trochę usprawiedliwione. Jednak Courtney nie stroniła od używek nawet wtedy, gdy jej życie układało się jeszcze szczęśliwie (chociaż „szczęśliwie” to może nie do końca trafione określenie, zważywszy na to, że sporą część okresu przed poznaniem Kurta spędziła w poprawczakach, sierocińcach, na ulicy i – o zgrozo – w trasach z zespołami rockowymi). Pierwszą przygodę z używkami przeżyła w dzieciństwie – była to jeszcze narkomania w wersji społecznie akcep-

towanej, zwana dla niepoznaki kuracją antydepresantami. W tym czasie Kurt przyjmował dokładnie te same leki, a kilka lat później oboje ćpali razem heroinę. Po śmierci męża Courtney coraz mocniej wsiąkała w używki. Doszło do tego, że jej obiecująca kariera aktorska (Courtney otrzymała liczne pochwały za film „Skandalista Larry Flynt” Miloša Formana, w którym zagrała żonę pornomagnata) została zduszona, ponieważ koszty ubezpieczenia produkcji na wypadek „niedyspozycji” Courtney zaczęły przewyższać samo uposażenie aktorki. Dalej już tylko równia pochyła w kierunku dna. Zarządzane bez nadzoru pieniądze po Kurcie wypłynęły z konta (ktoś z otoczenia Courtney dokonywał sfingowanych transakcji, podając się za... nieżywego do kilku lat Kurta Cobaina), Love wpadła w problemy finansowe. W październiku 2003 roku została zatrzymana przez policję po tym, jak naćpana zdemolowała dom swojego ówczesnego chłopaka. Kilka dni później odebrano jej tymczasowo prawa do opieki nad 11-letnią wówczas córką, Frances Bean Cobain. Potrzebowała aż dwóch lat, żeby podjąć decyzję o pójściu na odwyk – a to i tak pod wpływem ultimatum sądu, bo inaczej trafiłaby do aresztu za posiadanie narkotyków. Courtney mówi o tamtym okresie „szalone pirackie życie”. Courtney odmiana Kiedy na sześć miesięcy zamknięto ją w klinice odwykowej, odwiedziła ją zaprzyjaźniona producentka muzyczna, Linda Perry (odpowiedzialna za sukcesy Gwen Stefani, Pink czy Jamesa Blunta). Przyniosła gitarę i zachęciła Courtney do pisania nowych piosenek. Nowa, czysta Courtney wróciła do praktyk buddyjskich, które kiedyś pomogły jej otrząsnąć się po śmierci Kurta, potem przyznała się publicznie do błędów i obiecała poprawę. Chociaż od tego czasu nie wszystko wyglądało tak ładnie, jak pierwotnie miało wyglądać (bo Courtney znów słania się na bankietach, po raz kolejny musi walczyć o córkę, z premierą albumu spóźnia się już kilka lat, a nawet zgubiła gdzieś prochy Cobaina), to jednak zła passa chyba się odwróciła. Courtney wciąż pozostaje antybohaterką, lecz jej historia zaczyna być wreszcie opowieścią o walce dobra ze złem, a nie relacją z niekończącej się imprezy w piekle. Jaki będzie morał? Jeszcze nie wiadomo, ale miejmy nadzieję, że zła królowa odnalazła w sobie światło i będzie żyła długo i szczęśliwie. Graj i wygraj płytę Hole – str. 19

23

megahiro

m


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

taki

Nicholas Hoult w „Samotnym mężczyźnie”

już

Nie

chłopiec czyli ciacho numer 1 tekst | Irmina Dąbrowska

Wielkie oczy, pięknie zarysowane kości policzkowe czy wzrost koszykarza. Powodów, żeby zainteresować się Nicholasem Houltem, jest wiele. HIRO free jest staromodne i stawia na talent. Syn Albionu metodycznie pnie się na aktorski Olimp. W tym miesiącu do polskich kin trafia długo oczekiwany „Samotny mężczyzna”, w którym hoult gra ambiwalentnego seksualnie studenta.

foto | materiały promocyjne

„Mam wszystko, czego mi trzeba. Przyjaciół, którzy mnie zabawiają, dziewczyny, które mnie pieprzą, i rodziców, którzy mnie karmią” – tak zaczyna swoją autoprezentację jedna z najsłynniejszych postaci zagranych przez Houlta, Tony Stonem, bohater kontrowersyjnego serialu „Skins”. Hoult nie ma jednak absolutnie nic wspólnego ze swoją rolą. Nie cierpi szumu wokół własnej osoby, który Tony wielbił ponad wszystko, w wywiadach opowiada o spędzaniu czasu przed telewizorem z babcią. Ten nieśmiały chłopak wyrósł już na jedną z najlepiej zapowiadających się młodych brytyjskich gwiazd. Potwierdza to nominacja do tegorocznych nagród BAFTA. Statuetki nie zdobył, ale ze spokojem zniósł przegraną z Kristen Stewart.

28

film


Był sobie chłopiec O Houlcie zrobiło się głośno, kiedy mając 12 lat, zagrał w „Był sobie chłopiec”. W filmie pojawiła się zjawiskowa Rachel Weisz i zabawna Toni Collette, ale całość ukradł kapitalny duet w wykonaniu Hoult – Hugh Grant. Markus, postać Houlta, przypadkiem wkrada się w życie Willa (Grant), współczesnego Piotrusia Pana, który czas poświęca na konsumpcję: dobrego jedzenia, kultury i pięknych kobiet. Malec żyje w skrajnie odmiennym świecie – w szkole jest gnębiony, w domu musi opiekować się matką, która nie potrafi poradzić sobie z samotnością i próbuje popełnić samobójstwo. Wyreżyserowany przez Weitzów (bracia są odpowiedzialni osobno lub w parze między innymi za „American Pie”, „Złoty kompas” czy „Księżyc w nowiu”) przebój podbił serca widzów na całym świecie. Nick przez następne pięć lat zagrał w kilku filmach. I mimo że wystąpił u boku Michaela Caine’a i Nicholasa Cage’a („Prognoza na życie”) oraz Gabriela Byrne’a i Julii Walters („Wah-Wah”) nie było o nim specjalnie głośno. Ale wtedy nastała era Tony’ego. Skins To produkcja, która nie pozostawia obojętnym. Już sama kampania zapowiadająca serię wywołała burzę, a jak wiemy, tamtejsze media z pewnych powodów dość trudno zaskoczyć czy zniesmaczyć (Droga Cocaine Kate, pozdrawiamy!). Spoty reklamujące „Skins” pokazywały szóstkę głównych bohaterów bawiących się na dzikiej imprezie. Wszyscy napruci, na narkotykach, w skomplikowanych i rozbudowanych konfiguracjach łóżkowych, demolujący dom i szalejący do piosenki Gossip. Jak się później okazało był to tylko delikatny przedsmak imprezowego i życiowego hardkoru, jaki czekał nas w czterech seriach. Dwie pierwsze skoncentrowane były wokół postaci Houlta, Tony’ego Stonema, wyjątkowego dupka i playboya, który z życia czerpie pełnymi garściami. Uczy się na samych piątkach, hurtowo zalicza panienki (i nie tylko), jednocześnie mając dziewczynę, eksperymentuje z narkotykami i manipuluje swoimi przyjaciółmi. Do momentu, kiedy nie zderzy się z czymś w życiu (w przenośni i dosłownie). Hoult śmiał się, że scenarzyści w jego postać wsadzili praktycznie wszystko, co może przeżyć człowiek, a aktor zagrać. Serial przyniósł mu rozpoznawalność, zwłaszcza wśród piszczących nastolatek. Raz nawet dostał ataku paniki – czekając w samochodzie na siostrę, został otoczony przez tłum fanów, którzy nie chcieli zostawić go w spokoju.

Samotny mężczyzna Reż. Tom Ford Premiera: 14 maja 9/10 Ekranizacja powieści Christophera Isherwooda i debiut reżyserski projektanta, Toma Forda. Dzień z życia angielskiego profesora wykładającego w Stanach, który cierpi po śmierci ukochanego. Porywająca opowieść o wielkich sprawach, o odnajdywaniu radości życia, kiedy machnęło się już na nią ręką. Całość zagrana koncertowo przez świetnego Colina Firtha (należał mu się ten Oscar), młodych zdolnych – Nicholasa Houlta i Matthew Godde’a i, jak zwykle zjawiskową, Julianne Moore. Film Forda jest tak wysmakowany wizualnie, że można by go pociąć na kadry i z każdego stworzyć piękny obraz. „Samotny mężczyzna” zdobył 14 różnych, choć porównywalnie prestiżowych nagród. I tak za mało! (id)

Nagie kąpiele z Colinem Firthem U Toma Forda zagrał swoją pierwszą dorosłą rolę. Idąc na casting, Hoult nie miał pojęcia, że Ford to znany projektant mody (a dziś jest twarzą jego najnowszej kampanii) i że to jego debiut reżyserski. Film został obsypany nominacjami do ważnych nagród filmowych na festiwalach na całym świecie i przyniósł pierwszą nominację do Oscara Colinowi Firthowi. Scenariusz na podstawie powieści Christophera Isherwooda napisał sam projektant. Na planie odegrała się prawdziwa aktorska symfonia – obok Firtha i Houlta możemy oglądać Julianne Moore i Ginnifer Goodwin. Hoult wciela się w postać Kenny’ego, studenta głównego bohatera, George’a. Jak sam lubi powtarzać w wywiadach – jest aniołem stróżem swojego profesora. Młody aktor prezentuje się w filmie zupełnie inaczej niż zazwyczaj: rozświetlona promieniami słońca fryzura, specjalnie przygotowana przez charakteryzatora złocista opalenizna i piękny… moherowy sweter. Do końca roku Nick będzie zajęty pracą na planie „Fury Road” – czwartej części „Mad Maxa”, gdzie zagra obok Toma Hardy’ego i Zoe Kravitz. Śliczny (okej, mimo że kości policzkowe to jeden z fetyszów Naczelnej, prosimy o umiar: śliczny i UTALENTOWANY – przyp. red.) angielski chłopcze, życzymy powodzenia!

29

Od lewej: 12-letni Hoult w „Był sobie chłopiec” i trochę starszy w „Skins”

film


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

CIEŚLAK

na wiosnę

tekst |Maciek Piasecki

foto |materiały promocyjne

Magazyny muzyczne, których nie lubimy, napisałyby o nim „legenda polskiej alternatywy”. Nie umniejszajmy zasług. Maciej Cieślak od lat przewodzi trójmiejskiej Ściance, wyprodukował tyle płyt, że straciliśmy rachubę, grał w Lenny Valentino, skomponował ścieżkę dźwiękową do nominowanego do Oscara filmu „Królik po berlińsku”, a 23 kwietnia ukazał się wiosenny debiut najmłodszego z jego projektów – Cieślak i Księżniczki.

Czy jesteś patriotą? Oczywiście. Od pokoleń. Ostatnio powiedziałeś o zespole Manescape, którego płytę produkowałeś, że „brzmi jak nie z Polski”. „Jak nie z Polski” to określenie używane przez moich znajomych, którzy słuchają raczej muzyki zza zachodniej granicy. Brzmienia zachodnie są lepsze od brzmień polskich – możemy się zgodzić? Polsound ma znaczenie raczej pejoratywne. Jeśli ktoś ci powie, że brzmisz jak z Polski, to nie jest to komplement, przeciwnie. Brzmienia polskie kojarzą się obciachowo. Rzeczy z Polski brzmiały fajnie w latach 60., kiedy nagrywano w Polskich Nagraniach na lampowym, starym sprzęcie – bo wtedy to brzmiało podobnie do zachodnich produkcji. Tak, jestem patriotą, zależy mi na niezawisłości, na prężnej gospodarce i rozwijającej się kulturze mojego kraju – ale to nie znaczy, że mam go chwalić tam, gdzie niestety na to nie zasługuje.

Czego w takim razie brakuje polsoundowi, aby był super? Zawsze brakowało klasy, rasowości. Trudno mi zdefiniować chujowe brzmienie, ale to jest takie, które nie brzmi fajnie. Dlaczego nie jest fajne? Przy pomocy bardzo prostego sprzętu można zrobić dobre brzmienie, tylko trzeba mieć cel, nie bać się. Dlatego mówiłem o latach 60., bo kiedyś można było nagrywać w jeden sposób – jeśli sprzęt był super, to brzmienie też było super. Potem pojawiło się coraz więcej możliwości, co wystawiało na próbę wizję producenta. Im więcej miał możliwości rozegrania sytuacji, tym więcej miejsc, w których mógł się pomylić. Jeśli nie miał klarownej wizji albo nie reagował bystro na zjawiska akustyczne, z którymi miał do czynienia, to robił wszystko nie najlepiej. Z kimkolwiek, kto w Polsce zajmuje się miksowaniem i produkowaniem muzyki, nie pogadasz, to jako przykład ulubionego brzmienia poda ci płyty z Zachodu, a nie z Polski. Do takiego stanu najbardziej przyczynił się PRL. Słyszałeś o jakichś prywatnych studiach nagraniowych podczas złotego 50-lecia powojennego?

30

muzyka


Nie bardzo. Wszystko było w rękach państwa. Zbigniew Hołdys chętnie się wypowiadał o absurdach związanych z nagrywaniem – że na przykład jakaś maszyna nie działa, bo nie ma jednej śrubki. Śrubkę należy sprowadzić za dewizy, a żeby zrobić to legalnie, trzeba odwiedzić ileśtam urzędów, w każdym zebbrać ileśtam pieczątek i podpisów. Wszystko po to, żeby państwo przeznaczyło dwa dolary na zakup śrubki. Blokowaniu rozwoju towarzyszyło blokowanie inicjatyw. Czesław Niemen sam kupował sobie sprzęt i w pewnym momencie zaczął nagrywać u siebie w chacie. W tym samym czasie za naszą zachodnią granicą powstawała masa studiów nagraniowych. Ludzie przeznaczali pieniądze na rozkręcenie biznesu, zatrudniali entuzjastów, którzy tam pracowali i wszystko się rozwijało. Od 20 lat żadne urzędy nie blokują zakupów. Dlaczego cały czas nas męczy to straszne polskie brzmienie? Teraz to się wyrównuje. Młodzi ludzie mają dobre wzorce, starają się wykumać, jak to wszystko jest zrobione. Sytuacja jest dużo lepsza niż kiedyś. Ale w roku 1990 nie pokonaliśmy przepaści tylko dlatego, że można było samemu kupić sprzęt. Ta przepaść urosła przez lata. Na razie, jak ktoś mówi „polski sound”, to skojarzenie jest nie najlepsze. Moi znajomi, kiedy słyszą fajną płytę, to mówią „zagraniczny sound”. Swoje płyty produkujesz sam, w studiu im. Adama Mickiewicza. To jest moje studio, które wcześniej mieściło się w Sopocie. Teraz przeniosło się do Warszawy, bo tu jestem ja i mój sprzęt. W Sopocie nadal mamy odwodowe pomieszczenie, gdzie robimy próby z Księżniczkami i Ścianką, kiedy przyjeżdżamy do Trójmiasta. W studiu stoi mnóstwo analogowego sprzętu, a twoja produkcja jest znana z tego, że nagrywasz materiał na taśmę. Niechęć do nowych technologii? Jeżeli jest taka możliwość, to fajniej nagrywać i miksować analogowo. Jest to mniej wygodne, bo niemożliwa jest edycja typu „cut & paste” albo „przesuń, jak ktoś się pomyli”, trzeba po prostu dobrze zagrać. Natomiast brzmieniowo to nie ma co gadać – jest dużo lepiej, jeśli się nagrywa od początku do końca na analogu, nie dotykając w ogóle komputera. Ja zazwyczaj łączę techniki – zespoły życzą sobie być nagrywane na komputerze właśnie ze względu na edycję, więc najpierw nagrywam je na taśmę, a potem przenoszę na komputer. Dźwięk dostaje analogowego szlifu, trochę traci potem przy konwersji, jak przy wszelkiego rodzaju operacjach cyfrowych, ale jeśli ktoś nie umie doskonale zagrać, to nie musi podchodzić milion razy do swojej partii. Komputer to jednak najwygodniejsza technologia. Nagrywanie we własnym studiu bardziej rozleniwia czy inspiruje? Nie goni was upływ czasu, który dla innych zespołów oznacza upływ gotówki. Trochę rozleniwia, ale rozdzieliłbym etap komponowania i aranżowania oraz nagrywania. Kiedy zaczynamy nagrywać, wszystko jest dopięte. Niczego nie wymyślamy w studiu. Ja się bardzo stresuję, nagrywając własną muzę, mam bardzo napięte standardy i paraliżuje mnie lęk, że następne podejście nie będzie tym docelowym. Presja czasu i pieniędzy czasem pomaga – we własnym studiu robi się przerwę na herbatkę, na pytania „co u was?”. Ja się do tego komfortu przyzwyczaiłem i cieszę się, jak ktoś przyjdzie do mnie porozmawiać albo pograć na komputerze, żeby tylko nie zabierać się za robotę. Jak się miewa Ścianka? Nagraliśmy w zeszłym tygodniu materiał na nową płytę. Myślę, że to będzie podwójny album, 23 piosenki. Co będzie się działo dalej? Nie wiem. Sądzę, że ta płyta ukaże się jesienią. A co z innymi projektami? Co z Wyjebanymi w Dobrej Wierze? Wyjebanych mieliśmy nagrywać dwa, trzy lata temu, ale jakoś nie mogliśmy się do tego zebrać. Ten projekt to miała być zabawa, żart, nabijanie się ze stylistyki, którą uwielbia masowy słuchacz. Udało nam się stworzyć trochę fajnych kompozycji, z tekstami, których nie powstydziłby się Jacek Cygan. Skoro nie nagraliśmy tego przez te kilka lat, to najwyraźniej dla nikogo z nas nie było to superważne.

Właśnie ukazuje się album twojej najmłodszej grupy – Cieślak i Księżniczki. Zbudowaliście ją wokół jakiegoś motywu przewodniego, tak jak płyty Ścianki? Sądząc po materiale, który słyszałem, takim motywem byłby las – zgadza się? W informacjach o płycie jest fragment o „leśnych dźwiękach”, a wśród pierwszych udostępnionych nagrań zespołu pojawiają się „Las”, „Groźny las” i „Leśne przygody”. Las jednym z metafizycznych tematów, które wzięliśmy na warsztat. Na płycie będą jednak tylko dwa takie utwory, reszta to normalne, osobiste piosenki. Zespół nazywał się na początku Tunes of Early Spring (Melodie przedwiośnia) i to jest główny temat tej płyty, taki temat emocjonalny. To jest bardzo charakterystyczny moment – przejście od zimy do wiosny, przednówek... Swoją drogą śmiesznie by było, gdybyśmy się nazywali Przednówek... Parę lat temu pomyślałem, żeby nagrać taką płytę. To miałyby być dźwiękowe pejzaże z bardzo delikatnie potraktowanymi kwestiami aranżacyjnymi. Brian Eno stworzył na własny użytek termin ambient, żeby określać muzykę, która tworzy atmosferę miejsca czy przestrzeni. Idąc tym tropem, pomyślałem o tym, żeby złapać i nagrać piękny moment przechodzenia zimy w wiosnę, kiedy pod powierzchnią czegoś zmarzniętego i martwego tworzy się ciepło, życie. Płyta opowiada o tym momencie widzianym przez pryzmat osobistych przeżyć, emocji, miłości. Natura ma dla was duże znaczenie? Kiedy gracie koncerty, na scenie stoi wazon z bukietem kwiatów. Kwiaty skojarzyły mi się z kobietami, z księżniczkowym klimatem. To przede wszystkim działa na treść emocjonalną i wyobrażeniową. Treść muzyki, jaką lubię, z wnętrzem klubu nie ma nic wspólnego, zupełnie. Szczególnie to, co gram z Księżniczkami – to jest bardzo delikatna muzyka, nie gramy głośno. Koncerty chcielibyśmy grać na otwartej przestrzeni, nie na wielkiej scenie sponsorowanej przez piwo, tylko na trawniku, w lesie, na polanie. Do wnętrza klubu ta muzyka ni chuja nie pasuje. A dlaczego nie nazywacie się już Tunes of Early Spring? Pojechaliśmy na pierwszy koncert, który zagraliśmy w Poznaniu w okolicach maja 2009 roku. Przechodziliśmy przez bramkę, ochroniarz zapytał, jak nazywa się nasz zespół, bo chciał nam dać identyfikatory. Powiedziałem „Tunes of Early Spring” i kiedy usłyszałem to, co wyszło z moich ust, to aż się zawstydziłem. Zmieniliśmy nazwę. Chociaż żałowałem tego, bo to była idea założycielska tego zespołu. To miał być jednostrzałowy projekt. Plany się zmieniły? Myślałem o złapaniu tej przestrzeni, nagraniu materiału i tyle. Nie chciałem ciągnąć dwóch zespołów naraz. Dobraliśmy się jednak tak fajnie, że szkoda było tego nie kontynuować. Widzę, że w tym składzie możemy zrobić dużo różnych ciekawych rzeczy. Moje koleżanki z zespołu zwycięsko wyszły z całego toku edukacji muzycznej, która zazwyczaj robi z ludzi osoby pozbawione własnego zdania i stylu. Są to na tyle silne osobowości, że nie dały się przerobić w konserwatorium. A do tego od dawna nie miałem okazji pracować z ludźmi, którzy potrafią czytać nuty. Moje koleżanki z zespołu zwracają uwagę na takie aspekty wykonawcze, o których muzycy rockowi zazwyczaj nie mają pojęcia: artykulację, bardzo precyzyjną dynamikę, różnicę między piano a mezzo piano. W muzyce młodzieżowej bogactwo dynamiki sprowadza się do tego, że jest głośno albo cicho. A tak naprawdę odcieni dynamicznych jest nieskończenie wiele i można na nich zbudować niesamowitą ilość bytów. Zapominałem już, że można.

wiemy, kim jest cieślak, ale kim są księżniczki? lider ścianki wyprowadził w las trzy klasycznie szkolone dziewczęta – dwie wiolonczelistki: karolinę rec (znaną również z innego projektu cieślaka, kings of caramel) i edytę czerniewicz oraz skrzypaczkę, julię ziętek. księżniczki grają i śpiewają, a po koncertach wnioskujemy, że bardzo lubią lilie.

31

muzyka


Dora

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

ABODI

all you need is love tekst |angelika kucińska

foto |materiały promocyjne

szyku nauczyli jej w paryźu, ekstrwagancję pielęgnowała, dorastając w budapeszcie. dora abodi, młoda węgierska projektantka, triumfalnie zadebiutowała na międzynarodowych wybiegach kolekcją o tym, że wiosna, łąka i weź się zakochaj.

kolekcję wiosna / lato 2010 abdoi zbudowała na kontraście. miłość jest dobra, miłość jest zła. delikatne tkaniny kontra trudne kroje

34

moda


ekoszyk według abodi dora abodi intesywnie pracuje na tytuł prjektantki proekologicznej. programowo nie używa futer ani żadnych egzotycznych skór. w swoich kolekcjach często wykorzstuje tkaniny z recyklingu

geometryczne sukienki i powyginane modelki mają symbolizować emocjonalne rozchwianie. muślinowa niewinność i duże miasta, natura i futura

39

KOMIKS


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

abodi nie jest minimalistką, mówi, że inspiruje ją wszystko. lubi przepych i komiksy. stąd wieniec na karku i dziwna torebka

36

moda


głęboka potrzeba eksperymentu przy przesadnej dbałości o szczegół. ta pani ma ręcznie wykańczane ramiona

dora abodi jeszcze przez chwilę pocieszy się świetną prasą swojej wiosenno-letniej kolekcji, by w przyszłym sezonie porzucić sercowe sentymenty na rzecz perwersji w wydaniu glamour. jej następną, jesienno-zimową kolekcję zainspirowały odzieżowe metamorfozy davida bowiego


Podziękowania dla:

zipp Skutery Sp. z o.o. www.zipp.pl W sesji wykorzystano: Motocykl Zipp Tracker 250 Motocykl Zipp Pro 125 Kask Zipp One

foto: Piotr Dębski www.piotrdebski.com stylizacja: Sylwia Błaszczyk make up: Magda Klaman modelki i modele: Jacqueline Szymczak Jan Słabek

carlings – www.carlings.no sizeer – www.sizeer.com

39

SESJA


41

SESJA


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

tekst |anna serdiukow

foto |materiały promocyjne

14 maja na ekrany polskich kin wchodzi najnowszy film Jane Campion, „Jaśniejsza od gwiazd”. Romans młodziutkiej Fanny Brawne i XIX-wiecznego poety Johna Keatsa to portret pierwszego ważnego uczucia podany w stylowej filmowej ramie. „Stworzyłam miłosną balladę” – przyznaje reżyserka. Mówi się, że „Jaśniejsza od gwiazd” to wielki powrót Jane Campion. Wysmakowany, pełen drobiazgowo odtworzonej atmosfery epoki, wspaniałej scenografii i elegancji film jest zdecydowanie najlepszym jej dziełem od czasów „Fortepianu”. Historia związku Keatsa z Fanny Brawne, który został ostatecznie przerwany przez przedwczesną śmierć poety, stała się dla reżyserki pretekstem do tego, by przyjrzeć się bliżej ówczesnym konwenansom. Fan-

ny Brawne to też kolejna filmowa bohaterka Campion, która wbrew obowiązującym normom i tradycji próbuje bronić swej niezależności oraz niełatwych wyborów. Reżyserka wielokrotnie podkreślała w wywiadach, że taka postawa wydaje się jej szalenie inspirująca. „Myślę, że romantyczne porywy drzemią w każdym z nas” – wyjaśniała ostatnio. „Od czasu do czasu dajemy się im ponieść, ale taka postawa nie jest sposobem na życie. To hero-

42

film


iczna ścieżka, niebezpieczna, związana najczęściej z wielkim bólem. Pielęgnuję w sobie takie odruchy, bo wierzę, że świadczą o ogromnej odwadze. Trzeba jednak umieć odróżniać przelotne, powierzchowne relacje od tych ważnych, nadających sens naszemu życiu. No i uważać – od ryzyka można się uzależnić”. Znana z konsekwencji reżyserka, ceni sobie niezależność i artystyczną wolność. Ale bilans, zarówno jej życiowej, jak i zawodowej drogi, to wypadkowa w większości głęboko przemyślanych i wyważonych decyzji. Campion, jak sama przyznaje, choć parę razy w życiu ryzykowała, zawsze czuła się mocniej niż inni impregnowana na spontaniczność.

romantyczne porywy drzemią w każdym z nas. pielegnuję w sobie takie odruchy, bo wierzę, że świadczą o ogromnej odwadze. trzeba jednak umieć odróżniać przelotne relacje od tych ważnych. no i uważać – od ryzyka można się uzależnić

Urodzona 30 kwietnia 1954 roku w Wellington w Nowej Zelandii reżyserka i scenarzystka pochodzi z artystycznej rodziny. Jej rodzice, Edith i Richard Campion, założyli pierwszy profesjonalny teatr w swoim kraju: New Zealand Players. Campion studiowała antropologię w swoim rodzinnym mieście oraz malarstwo i sztuki wizualne w Sydney. Filmem zajęła się na początku lat 80., wraz z rozpoczęciem kolejnego kierunku studiów w Australijskiej Szkole Filmu i Telewizji. Podobnie jak jej siostra, Anna Campion, postawiła na kino, bo było najbliższe temu, co wyniosła z domu. Choć jej krewni byli zaangażowani przede wszystkim w teatr, Campion zawsze podkreśla, że robiąc filmy, wykorzystuje techniki pracy z aktorem stosowane na scenie. Jako dziewczynka przypatrywała się pracy rodziców, imponowała jej precyzja teatru, konsekwencja i skrupulatność interpretacji tekstu, autentyczne, świadome emocje. Wyniesione z domu ideały szybko zaprocentowały. Pierwsze krótkie metraże zrealizowane przez Campion przyniosły jej nagrody i szacunek branży. Nakręcony w 1982 roku film „Ćwiczenia z dyscypliny – skórka” nagrodzono Złotą Palmą w Cannes w kategorii Krótkiego Metrażu, dwie następne krótkie formy: „Ulotne chwile” (1983) i „Historia pewnej dziewczynki” (1984) przyniosły jej w kolejnych latach wyróżnienia Australijskiego Instytutu Filmowego. „Bardzo lubiłam krótki metraż – wspomina dzisiaj. – To on daje filmowcom wolność, niezależność, o jakiej nie można pomarzyć przy pełnometrażowej fabule. Nie ma też takiej odpowiedzialności, jeśli chodzi o rozwijanie wątków czy sposób narracji. Krótki metraż może być stylowym portretem albo czymś w rodzaju wiersza. To bardzo otwarta forma, doskonale wpływająca na warsztat reżysera, kształtująca jego filmowy język”. Pod koniec lat 80. Campion pracowała trochę dla telewizji, kręciła reklamówki, seriale. Jej debiut pełnometrażowy, „Sweetie”, został na tyle dobrze przyjęty (nominacja do Złotej Palmy), że postanowiła zająć się wyłącznie filmem kinowym. Powstały w 1990 roku „Anioł przy moim stole”, opowiadający o słynnej nowozelandzkiej pisarce, Janet Frame, przyniósł jej około 15 nagród na międzynarodowych festiwalach, w tym wyróżnienia w Wenecji, Toronto, Chicago i Nowej Zelandii. To przedsmak wielkiego sukcesu – w 1993 roku Jane Campion tworzy swoje najważniejsze filmowe dzieło. „Fortepian” do dzisiaj pozostaje jej znakiem rozpoznawczym, wszystko, co później wyreżyseruje z automatu będzie przyrównywane do tego tytułu. Film triumfuje na całym świecie, reżyserka i jej aktorki, Holly Hunter i młodziutka Anna Paquin, zostają uhonorowane wieloma nagrodami. Campion jako pierwsza kobieta w historii francuskiego festiwalu otrzymuje główne trofeum, czyli Złotą Palmę w Cannes, jako druga kobieta w historii Oscarów otrzymuje nominację w kategorii Najlepsza Reżyseria. Ostatecznie „Fortepian” zostaje nagrodzony trzema amerykańskimi statuetkami (dla aktorek i reżyserki za scenariusz). Wszystkie oczy zwrócone są na Campion, wszyscy gratulują, ściskają dłonie, wypytują o kolejne plany, proponują współpracę. Jane Campion słynie z tego, że lubi pracować na własnych warunkach – jeśli historia lub pomysł na film jej nie przekonują, nie zrobią tego również wielomilionowe kontrakty. Ale to, że na jej kolejny po „Fortepianie”

jane campion – reżyserka i scenarzystka, urodziła się w nowej zelandii, mieszka i tworzy w australii. starsza pani, która lubi luzować gorsety młodym damom. rozważna i romantyczna. historyczne kiecki w jej filmach to najczęściej metafora społecznych ograniczeń. dostała dużo nagród.

43

film


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

seks w kinie nie jest aż tak bardzo porywającym tematem. dużo ciekawsza wydaje mi się sama miłość. seks to seks – jeśli związek był ważny, prędzej zapamiętamy wspólnie spędzone chwile niż chemię w łóżku

film, czyli „Portret damy”, przyszło nam czekać trzy lata, było spowodowane przede wszystkim tragedią osobistą. Urodzony w 1993 roku syn reżyserki, Jasper umiera po 12 dniach. Rok później przychodzi na świat jej córeczka Alice, ale Jane długo leczy rany związane z utratą dziecka. Wraz z rysą na szczęściu osobistym pojawiają się pęknięcia na dorobku artystycznym. W kolejnych latach Jane Campion tworzy filmy, które w najlepszym wypadku dzielą widzów i krytyków. „Święty dym” (1999) i „Tatuaż” (2003), bo o nich mowa, przynoszą nie najlepsze recenzje. Mimo kilku interesujących aspektów oraz ciekawych nazwisk w obsadach obydwie produkcje po prostu zawodzą – „Święty dym” jest mało wiarygodną historią, z kolei „Tatuaż”, mimo klimatycznych zdjęć Diona Beebe, drażni daleko posuniętym naturalizmem oraz pretensjonalnym finałem. Jane Campion często porusza w filmach temat kobiecej seksualności, w „Tatuażu” śmiała erotyka w zestawieniu z kryminalną intrygą zwyczajnie nie działa. Odtwórczyni głównej roli, Meg Ryan, długo broniła wyborów swojej bohaterki, w wielu wywiadach podkreślała, że chodziło o seksualne przebudzenie. W jednym z amerykańskich talk-show pokłóciła się nawet z prowadzącym, zaś uwagi uczestniczących w nagraniu programu gości zignorowała. Aktorkę krytykowano za wyniosłe zachowanie, jednak w jej postawie chodziło nie tylko o obronę powstałego filmu. Jane Campion jako pierwsza dostrzegła w Ryan potencjał aktorski wykraczający daleko poza jej ówczesne emploi. Meg Ryan nie wykorzystała do końca tej szansy, inne aktorki współpracujące wcześniej z reżyserką – wręcz przeciwnie. Campion ma swoisty dar, kino zawdzięcza jej kilka aktorskich odkryć, udział w jej filmach to dla wielu gwiazd – jeśli nawet nie początek wielkiej, ambitnej kariery – możliwość stworzenia niezapomnianych kreacji, ważnych kobiecych portretów. Holly Hunter, Anna Paquin, Nicole Kidman do dzisiaj wspominają pracę z nią jako jedno z najważniejszych doświadczeń swojego życia.

Pojawiająca się właśnie na naszych ekranach „Jaśniejsza od gwiazd” jest powrotem Campion do subtelnego, stylowego kina. Reżyserka chciała oddać realia ówczesnych czasów, skupiła się na uchwyceniu rzeczywistości w każdym detalu, nawet tym najbardziej codziennym, przyziemnym. To znów opowieść o kobiecie i jej ograniczeniach, wynikających nie tyle z jej własnych zahamowań, ile z trudnej obyczajowości. System zakazów i nakazów kontra pierwsze spontaniczne, ważne i, co często podkreśla sama autorka, czyste uczucie do poety Johna Keatsa. „Według mnie seks w kinie nie jest aż tak bardzo interesującym czy porywającym tematem – tłumaczy. – Dużo ciekawsza wydaje mi się sama miłość. Seks to seks – jeśli związek był ważny, prędzej zapamiętamy wspólnie spędzone chwile niż chemię w łóżku”. Jane Campion przyznaje, że dziś w jej twórczości cielesność schodzi z pierwszego planu. To, co najbardziej fascynuje, to duchowość, ukazanie prawdziwych kobiecych ambicji i pragnień ściśniętych gorsetem kulturowych norm. Wygląda na to, że Jane Campion wraca do gry. Nie na fortepianie tym razem… Reżyserka po raz kolejny będzie chciała zagrać na strunach naszych przyzwyczajeń i ograniczeń.

Graj i wygraj DVD z filmem „Fortepian” – str.19

44

film


34

telewizja


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

46

muzyka


Dziadzio

Cool

tekst | Jan Mirosław

foto | materiały promocyjne

Zamiana bombastycznych strojów na bombastyczne ballady nie wyszła mu na dobre. Gdy już zaczął się kojarzyć z piosenką żałobną księżnej Diany i ścieżką dźwiękową „Króla Lwa”, zrozumiał że musi coś z tym zrobić. Zagrał z Eminemem, gdy ten chlastał gejów. Zagrał z Lady GaGą, by pokazać, że on był tam, gdzie ona teraz – 30 lat temu. W tym roku Dzień Dziecka wypada całe dwa dni wcześniej. 30 maja sir Elton John wystąpi na warszawskiej Polonii. W ostatnim czasie Elton odnalazł się w nowej roli. Po wielu chudych latach, spędzonych na nagrywaniu koszmarnych radiowych konfekcji, zrozumiał wreszcie, że już wiele nie musi. Że status żywej legendy pozwala mu robić i mówić wszystko. Elton podszedł do swojej misji inaczej niż inni. Choć walczy o ważne sprawy, nie stroi się w piórka moralnego autorytetu, jak Bono, Sting czy Bob Geldof. Zamiast dołączyć do grona szacownych, nadętych bufonów, wybrał rolę zgryźliwego tetryka, komentującego rzeczywistość z dozą zjadliwej ironii. „Wciąż mógłbym cię wciągnąć jedną dziurką” – odparował Lily Allen, gdy ta wypomniała mu wiek podczas ceremonii GQ Awards dwa lata temu. Nie oszczędził nawet Madonny, której wypomniał śpiewanie z playbacku. „Wiem, że przez to wypadnę z jej listy bożonarodzeniowej, ale każdy, kto kasuje 75 funtów za koncert i nie śpiewa na żywo, powinien zostać zastrzelony” – ogłosił, gdy dowiedział się, że stara przyjaciółka jest nominowana do nagrody za najlepszą trasę koncertową. Przedstawiciele Madonny od razu zapewnili, że nawet po tej tyradzie otrzyma kartkę świąteczną. Dłużej trwała kłótnia z George’em Michaelem, którego Elton mocno krytykował za publiczne opowieści o dobrodziejstwach palenia trawy i anonimowego seksu. Jednak i ten spór skończył się po dobroci, bo przecież Elton miał czyste intencje. Wiek i doświadczenie zmieniły go w rodzaj wścibskiej matrony show-biznesu – starej kwoki natarczywie opiekującej się niesfornymi pisklętami. Ilekroć któraś z gwiazd popada w kłopoty z narkotykami, Elton jest na posterunku. Wspomagał radą Kate Moss, Britney Spears, a ostatnio także Eminema, z którym dał pamiętny występ na Grammy w 2001 roku. Ten krok wzbudził wtedy mieszane uczucia, bowiem biały król rapu nie oszczędzał gejów w swoich tekstach. Boy George uznał nawet, że równie dobrze on mógłby wystąpić z Pol Potem, ludobójcą z Kambodży. Elton przekonywał, że wroga trzeba nawracać. Najsłynniejszy prawiczek Swoje wojny i wojenki Elton toczy z pozycji kogoś, kto widział i przeżył wszystko. Narkotyki, bulimia, seks bez opamiętania. Legenda hedonistycznych lat 70. byłaby niczym bez faceta w połyskliwych kombinezonach i kosmicznych okularach. A wszystko przez chęć odreagowania – jakżeby inaczej – kompleksów z dzieciństwa. Artysta znany jako Elton John urodził się bowiem pod skromnym nazwiskiem Reginald Kenneth Dwight jako jedyny syn niezbyt dobranego małżeństwa. Rodzice rozwiedli się, gdy miał 15 lat, ale wtedy już od czterech lat przebywał na stypendium w prestiżowej Royal Academy of Music. Mimo talentu dorastał w osamotnieniu. Gdy osiągnął pełnoletność, zerwał się ze smyczy. Rzucił szkołę, założył zespół, zmienił nazwisko. Przełom nastąpił jednak dopiero wtedy, gdy Elton odpowiedział na ogłoszenie łowcy talentów z wytwórni Liberty. Ten skontaktował go z tekściarzem Berniem Taupinem... a reszta jest historią. Siedem kolejnych płyt na miejscu pierwszym, dziewięć hitów numer jeden i 16 w Top 10. Odłóżmy jednak statystyki. Wystarczy przypomnieć, co John Lennon powiedział, gdy usłyszał „Your Song”, pierwszy prawdziwy przebój Eltona: „To pierwsza ekscytująca rzecz, która zdarzyła się, odkąd zdarzyliśmy się my”. Lider Beatlesów zapomniał dodać, że to były już nowe czasy i bycie ekscytującym wymagało znacznie więcej wysiłku. Elton był jednak zdetermino-

potęga eltona? w notowaniu najbardziej spektakularnych sukcesów w dziejach muzyki przygotowanym przez amerykański „Billboard” przegonili go tylko the Beatles i madonna

wany, by dać publice zupełnie nową jakość. Wychodził na scenę w szortach i kozakach, stawał na rękach i skakał po fortepianie. Przebierał się za Statuę Wolności, Mozarta i Kaczora Donalda, nie oszczędzał na strusich piórach ani na legendarnych podświetlanych okularach z własnym imieniem. Bycie najbardziej połyskliwą z gwiazd w epoce glam rocka mimo łysiny, nadwagi i niskiego wzrostu samo w sobie zasługiwałoby na uwagę, ale Elton nagrał przy tym mnóstwo dobrej muzyki z „Goodbye Yellow Brick Road” i „Captain Fantastic” na czele. Wciągnęło go rockowe życie – ponieważ dziewictwo stracił, będąc już sławnym, w wieku 23 lat, postanowił nadrobić stracony czas. Britney nie była pionierką nawet w tym względzie. Z lwią grzywą W 1976 roku wyznał w „Rolling Stone”, że jest biseksualny. Osiem lat później był żonaty. Spirala kłamstw nakręcała uzależnienie od narkotyków i zakupów, a seksoholizm w dobie wybuchu AIDS nie pomagał. Lata 80. to także kreatywny i komercyjny zjazd, który zaprowadził rozrzutnego piosenkarza na skraj bankructwa i zlicytowania połowy majątku w 1988 roku. W końcu jednak Elton rozwiódł się, wyszedł z ukrycia, poszedł na odwyk i zrobił przeszczep włosów. Z bujną grzywą nagrał najlepiej sprzedający się album w karierze – ścieżkę dźwiękową „Króla Lwa”. I choć artystycznie nie wrócił na dawny poziom, to zarobił tyle, by na dobre rozkręcić swoją fundację do walki z chorobą, której uniknął tylko dzięki szczęściu. Dziś na dorocznym balu Elton John AIDS Foundation zbiera miliony, a o wejściówki biją się największe sławy. Noela Gallaghera nie wpuścili. Dziś Elton wciąż regularnie wydaje płyty, ale lepiej sprawdza się jako mentor. Oprócz Lady GaGi, z którą wystąpił na tegorocznych Grammy, do fascynacji jego starymi kawałkami otwarcie przyznają się Scissor Sisters i Mika, a on sam zdradza, że słucha Rufusa Wainwrighta, Ryana Adamsa i Antony’ego Hegarty’ego. Najwyższy hołd złożył mu Justin Timberlake, który w teledysku do „This Train Don’t Stop There Anymore” z 2001 roku zagrał przystojniejszą wersję młodego Eltona. I to mimo tego, że ten ledwie rok wcześniej porównał boysband Justina do… tanich płatków śniadaniowych. Wielkiej kontrowersji nie było. Inaczej niż po tym, jak chlapnął, że jego zdaniem Jezus musiał być „superinteligentnym gejem”. Krucjata przeciw bluźniercy trwała krótko, bo trudno zbyt serio podchodzić do faceta, który właśnie zapowiedział, że sfinansuje film będący skrzyżowaniem kostiumowego romansu w stylu Jane Austen z inwazją obcych. Zaraz po tym, jak nagra odkładany w nieskończoność album z Dr. Dre. Z Eltonem nigdy nie wiadomo. Elton John: 30.05. Stadion Polonii, Warszawa

47

muzyka


RECENZJE MUZYka

PŁYTY HIRO

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

HIRO

Blur

„Fool’s Day” Parlophone / Records Store Day 6/10

Rufus Wainwright „All Days Are Nights – Songs for Lulu” Decca 8/10 „All Days Are Nights” to droga przez mękę – gehennę artysty, który zmagał się z brakiem akceptacji swojego homoseksualizmu przez rodziców („Martha”), depresjami („So Sad With What I Have”) i nałogami. Niby tylko on i fortepian. Ale gratis dostajemy całą jego rodzinę i rozdrapy z przeszłości. Prócz matki, której dedykowana jest płyta, w tekstach pojawia się też ojciec, piosenkarz country Loudon Wainwright III, oraz siostra – Martha (także bardzo interesująca wokalistka), która jest tutaj bodaj jedyną jasną postacią. Nastrój albumu przywodzi na myśl nagrania Eltona Johna z lat 70. Czasem wibrujący głos Wainwirghta wkręca się w mózg niczym wiertarka, czasem porusza najczulsze struny melancholii. Nawet kiedy Rufus ociera się o kicz, potrafi zatrzymać się w odpowiednim momencie, by nie przeszarżować. Muzyk twierdzi, że po czasie demolowania pokoi hotelowych w narkotykowym amoku, wreszcie postanowił po sobie posprzątać. Adam Kruk

Graham Coxon, pijak, neurotyk i geniusz, został usunięty ze składu jeszcze przed premierą wspomnianego „Think Tank”, ostatniej studyjnej płyty Blur. Bo sprawiał problemy. „Fool’s Day” – mimo straszącego profetyzmem „plane crash” w jednej z pierwszych linijek tekstu (a nagrywali w początku kwietnia) – to krzepiąca rzecz o tym, że nie ma takiego damona, tfu, demona, którego nie da się spacyfikować. To wyznanie wiary w miłość, przyjaźń i muzykę – podparte mądrą pokorą a nie szczeniackim naiwniactwem, choć bez gospelowej hymnowości „Tender”. Okej, nieistotne. Ważne, żeby na tym jednym nie spoczęli. Głupio tak kończyć karierę piosenką z prima aprilisem w tytule, więc bez żartów, panowie. Angelika Kucińska

The Futurheads

„The Chaos” Nul 6/10 Choć krzykacze z The Futurheads zasłynęli jako twórcy jednego z najlepszych coverów wszech czasów („The Hounds of Love” Kate Bush), to nie są przykładem zespołu jednego, w dodatku cudzego, kawałka. Piątym albumem udowadniają, że niczego nie muszą już udowadniać. The Futurheads funkcjonują na scenie muzycznej jako dobra, choć może nie najbardziej ekskluzywna, marka. Ich styl trudno pomylić z innymi brytyjskimi wyrostkami wywindowanymi kilka lat temu. Lider The Futurheads nie wygląda jak Robert Pattison, ma jednak talent do chwytliwych, skocznych przyśpiewek (ten akcent!) jak mało kto, a zespół nie pozwala mu spuścić z tonu. Przepis pozostaje ten sam od debiutu – ostre tempo, proste teksty. Opery nigdy nie napiszą, „Kid A” też nie nagrają (to inna liga), ale z taką smykałką i energią mają szansę zarabiać na graniu do późnej starości. Jak dziadkowie z Madness, których coraz bardziej przypominają. Adam Kruk

Świeże

W fonograficznie cywilizowanych krajach obchodzi się Dzień Sklepu Płytowego na równi z Dniem Matki i Dniem Ziemi. Trzecia sobota kwietnia to coroczna celebracja alternatywnych wydawnictw i niezależnej dystrybucji płyt. W tym roku towarzyszyły jej ekskluzywne winylowe edycje płyt Rolling Stones i premierowy, nagrany po siedmiu latach ciszy utwór Blur. Na limitowanej siedmiocalówce, w zgrzebnej kopercie Parlophone. Czyli raczej nie przelewki. W obliczu powagi sytuacji nagięliśmy formułę stron z recenzjami. „Fool’s Day” to pojedynczy, okolicznościowy kawałek, nawet nie obietnica pełnowymiarowej płyty. Ale to też wydarzenie – choć bardziej medialne niż muzyczne. I, bądźmy szczerzy, bardziej pioseneczka niż piosenka, celująca w britpopowe sentymenty, bez pretensji i wyrachowania, tyle że próżno tu szukać metafizycznej potęgi „Think Tank”. Dziesięć lat temu Blur pokazali, że z grzywek i wesołkowatych refrenów można wyrosnąć z klasą, dziś pokazują, że w ogóle można. Też dobrze. „Fool’s Day” nie jest merytoryczną klęską. Dziwi jedynie odwrotem w przeszłość. I przegrywa z oczekiwaniami – a te srogo napuchły od czasu pierwszego newsa o powrocie marnotrawnego gitarzysty w zespołowe szeregi.

Ania „Movie” Sony Music 7/10

38,99 PLN

To sztuka wziąć cudze utwory, w dodatku nierozerwalnie kojarzące się z filmowymi historiami, i ułożyć z nich własną, osobną opowieść. Bo chodzi o to, że to pierwsza płyta Ani Dąbrowskiej bez nawet linijki tekstu wątpliwej jakości? Też. „Movie”, zbiór coverów piosenek z filmów, przewrotnie wieńczy okres facynacji przykurzonym retro i wyznacza nowy, ponoć ambitniejszy kierunek w działaniach. Można wierzyć. W tych niewymuszonych, czasem puszczonych samopas, ale zawsze przemyślanych aranżacjach udało się doprowadzić piosenki z soundtracków do tak różnych filmów jak „Był sobie chłopiec”, „Absolwent” czy „Głębokie gardło 2” do wspólnego emocjonalnego mianownika. Wyszło naturalnie i swobodnie. Chociaż może z tą spójnością w stylowych smutkach to nie takie wyzwanie, jak mogłoby się wydawać. W końcu każdy z trzech wskazanych wyżej filmów był jakośtam o miłości. Angelika Kucińska

48

RECENZJE

R


Kupuj z OneStep!

MGMT „Congratulations” Sony 7/10

W prasie na całym świecie nowy album MGMT streszcza się w dwóch słowach – komercyjne samobójstwo. Płyta idealnie wręcz nieistotna. Miejscami przypomina Of Montreal, miejscami skręca w stronę mocno lansowanego chillwave’u. „Cogratulations” to dziwaczna podróż przez muzyczne style i dekady – znajdziemy tu Beatlesów z czasu ich psychodelicznych odjazdów, bezpośrednie odniesienia do ikon elektroniki („Brian Eno”) czy dzisiejszej popkultury („Lady Dada’s Nightmare”). Każdy zresztą usłyszy, co będzie chciał – to siła tego albumu. Słucha się go niezmiernie łatwo, choć nie chwyta jak „Oracular Spectacular”, który urósł do rozmiarów płyty symbolizującej nastroje końca dekady. Ale MGMT pokazali tu, że nie są (nie chcą być?) maszynką do robienia przebojów. Najlepiej wyzbyć się złudzeń, że są czymś więcej niż podćpanymi, zepsutymi chłopakami z Brooklynu, którzy niechcący urośli do rangi współczesnego wyznacznika fajności. „Congratulations” prosi – wyluzuj! Zamiast się rzucać, cofnij się do tego, w czym jesteś dobry i co lubisz. W ich przypadku – do muzyki, która nie musi poruszać tłumów napalonych nastolatków, ale wciąż ma w sobie coś idealnie niezobowiązującego. Adam Kruk

Niwea „01” Qulturap 5/10

Nie ma, że „Kochany pamiętniczku…”, bo „01” nie dystrybuuje nostalgii w wydaniu słodkim i marzycielskim, tylko lękowo–paranoicznym. Projekcje lat 80. artysty performera Wojciecha Bąkowskiego i producenta Dawida Szczęsnego to ciężki egzystencjalizm, pierwsze porno na wideo, generał Hermaszewski i proletariackie steranie. Teksty poskładane chaotycznie ze strzępków zdań, mające ewokować miks Białoszewskiego i blokowe dziedzictwo, rzucane są hipermanierycznie na klaustrofobiczne, oszczędne podkłady. Wymyślono dla tej formy etykietę postrapu, ale to bardziej paranoidalne słuchowisko, gdzie narrator na opóźnioną modłę przedstawia swoje wykrzywione rejestracje wspomnień przy wtórze lodowatych analogowych syntezatorów. Nie zostawia się tu żadnej przestrzeni na przyjemność, zamiast tego generując poczucie niepewności i dyskomfortu. Niwea realizuje odważny i dość innowacyjny projekt, który jednak nie do końca przekonuje z uwagi na okrutną pretensjonalność, manieryzm i parcie na wyższą sztukę. Może okazać się, że ten album będzie czymś w rodzaju Lenny Valentino dla fanów Marii Peszek. Dla udawanych pojebów i pracowników agencji reklamowych. Marek Fall

Róźni wykonawcy „JuNouMi Rec. EP vol. 4” JuNouMi Records 8/10

Od zasłużonej wytwórni JuNouMi zajmującej się wyłącznie wydawaniem winyli do ograniczonej sprzedaży (nakład wynosi zaledwie 500 sztuk) trafia dziesiąty już album. Każdą z kolei EP-ką ekipa JNM udowadnia, że ma niesamowitego czuja do rejestrowania najciekawszych zjawisk na polskiej scenie hiphopowej – i tej legalnej, i drugoobiegowej. Wydana właśnie na żółtym wosku „EP vol. 4” jest najdoskonalszą z ich dotychczasowych składanek. Na wejście 2cztery7 z retro-synth-bangerem i dystansem w wersach. Ciągle niedoceniony Afront udowadnia, że dla dobra ludzkości powinien na zawsze związać swoje losy z Metro. Dinale na rozbujanym, reggae’owym podkładzie dystrybuują stylowy vibe na prześmiewczą nutę, a Ortega Cartel przypomina, za co pokochaliśmy „Lavoramę” i dlaczego patr00 jest najlepszym krajowym producentem. „Stąd Tam” to Rymek, który wyszedł w końcu z cienia Łony i z gościnnym udziałem Smarka daje najlepszy na płycie numer o melanżu, grze i życiu. Sam Łona pojawia się w „Drogie Junoumi”, tworząc storytelling o zgubionym tekście na elektrycznym beacie Webbera. Polski rap ma się świetnie – te 35 minut świadczy o tym najlepiej. Marek Fall

Dzięki naszej współpracy z OneStep już teraz możesz kupić prezentowane przez nas płyty, filmy, książki – przez SMS-a. OneStep to nowy sposób kupowania. Wygodny i bezpieczny. Wystarczy wysłać SMS z kodem zamieszczonym przy recenzji pod numer 70500. Przy pierwszym zamówieniu OneStep oddzwoni do Ciebie, by potwierdzić szczegóły zamówienia. Przy każdym kolejnym zamówieniu otrzymasz SMS zwrotny z nazwą produktu i jego ceną. Poprawność zamówienia potwierdzasz SMS-em. Za przesyłkę zapłacisz przy odbiorze. OneStep kupujesz SMS-em! Więcej propozycji znajdziesz na www.one-step.pl

Erykah Badu

„New Amerykah Part Two: Return Of The Ankh” tulania”. Autorka nakreśla tu dwie główne zmiany Universal w stosunku do poprzedniego wydawnictwa: politykę 8/10 Nie żebym wypominał wiek, ale ona nie przekroczyła jeszcze czterdziestki, a jest nie tyle pierwszą damą nowego soulu / r’n’b, co uosobieniem tych gatunków. Badu nie należy do specjalnie nadproduktywnych twórców. Swoje vibe i groove wyrosłe na Billie Holiday i korzeniach hip-hopu dystrybuuje z umiarem – w ciągu 13 lat od debiutu wydała zaledwie pięć płyt. Nad kontynuacją genialnej pierwszej części „New Amerykah” Badu pracowała w legendarnym Electric Lady Studios w latach 2006-2009. Wśród producentów zestaw sław, między innymi: 9th Wonder, James Poyser, Madlib, J Dilla. Erykah mówi o tej płycie: „Przy Part I z góry patrzyłam na to, co dzieje się wokół mnie politycznie, społecznie i ekonomicznie. Przy Part II skupiłam się na sobie, tym, co dzieje się w moim wnętrzu. Użyliśmy mnóstwa analogowych instrumentów – harf, smyczków, perkusji, fortepianu, a nawet thereminu, aby nadać albumowi specyficzne brzmienie. To uczucie podobne do przy-

zastąpiła miłość, a syntetyczne dźwięki – żywe instrumentarium. Pozornie bardziej konserwatywne podejście, ale tak naprawdę poszczególnym pętlom wcale nie ubyło tajemniczości i słodkiej psychodelii. Bezbłędności „Return of the Ankh” uwłacza jedynie koszmarna okładka, choć w kwestiach wizualnych Badu nadrabia to teledyskiem do „Window Seat” wartym pięciusetdolarowego mandatu. Marek Fall

35,99 PLN


RECENZJE FILM

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

HIRO

FILMY HIRO

Zapomnijcie o Paryżu Amelii, kawiarniach i francuskim winie. Zapomnijcie o nowofalowych rzezimieszkach w stylu Jeana Paula Belmondo i Alaina Delona. Prawdziwa Francja ma dziś kolor czarny i pachnie więzieniem. I jest nie mniej interesująca. Reżyser „Proroka”, Jacques Audiard, już wcześniej pokazał filmem „W rytmie serca”, że Francja ma dziś wiele barw i jeszcze więcej odcieni, ale też, że potrafi wejść wewnątrz nerwowego świata przestępczości i agresji. Potrafi też wyłuskać stamtąd najgłębsze dylematy człowieczeństwa. „Prorok” rzuca na kolana gwałtownie, więc uwaga, bo można je sobie poobijać. Kim jest Malik, tytułowy prorok? Poznajemy go na samym początku – to 19-letni Arab,

Zakochany Nowy Jork Różni twórcy

Premiera: 7 7/10

maja

Podobno miasta są pełne niespodzianek. Bohaterowie nowelowego filmu „Zakochany Nowy Jork” – drugiej części trylogii „Cities in Love” – uważają swoje za stolicę nieograniczonych możliwości. Wielkie Jabłko, pokazane w 11 krótkich odsłonach, jawi się w nim jako miejsce, w którym Natalie Portman może stać się Żydówką i ogolić głowę, John Lennon jest bogiem, a Orlando Bloom przesiaduje na ławce w Central Parku zaczytany w prozie Dostojewskiego. Młode aktorki przykute do wózków inwalidzkich spełniają pragnienia 17-letnich chłopców. Kiedy ludzie na ulicach wspominają erotyczne sceny z filmów Bertolucciego, Andy Garcia flirtuje z kobietami w chińskim dialekcie z okolic Hong Kongu. Mimo nieco teatralnej konwencji niektórych scen, niemal do perfekcji dopracowana została tutaj trudna sztuka małej formy. Film stanowi spójną całość, a nie mozaikę przypadkowych epizodów. Bohaterowie poszczególnych historii wpadają na siebie niczym postaci z filmów Alejandro Gonzáleza Iñárritu, ale reżyserzy nie przydają obrazowi gatunkowej ciężkości, nie konstruują dramatycznych splotów wydarzeń. W zamian chwila zatrzymuje się w czasie jej trwania, kiedy przyszłość rozpływa się w (nie)codzienności, a miłość czai za rogiem. I tylko na zasadzie kontrapunktu w tle rozbrzmiewa „No Surprises”. Anna Bielak

GREENBERG reż. Noah Baumbach Premiera: 7 maja 2/10

Roger, główny bohater tego filmu, pełen neuroz i obsesji wycofany samotnik, zamienia Nowy Jork na Los Angeles. Pod nieobecność brata i jego rodziny mieszka w ich luksusowej kalifornijskiej willi, opiekuje się psem właścicieli, wdaje w romans z pomocą domową oraz odwiedza długo niewidzianych znajomych. Wszyscy dorośli dojrzeli wewnętrznie – tylko tytułowy Greenberg pozostał skoncentrowany wyłącznie na sobie. Film Baumbacha ma swoje momenty, niekiedy nawet ujmująco komiczne. Mówi o tym, jak niedopasowani życiowo bywamy, pokazuje spory rozjazd pomiędzy naszymi intencjami, a tym jak w istocie odbiera je otoczenie. Jednak prosty i ciekawy przekaz gubi się w manierycznej grze Bena Stillera – choć kino uwielbia pełnych obsesji neurotyków, ten tutaj jest irytująco nieprawdziwy, przekombinowany. Nie ma żadnych powodów, dla których moglibyśmy lub chcielibyśmy identyfikować się z bohaterem. Zmarnowano ciekawą obsadę, aktorzy gubią się w tym, co i jak mają grać – Jennifer Jason Leigh pojawia się w jednej z drugoplanowych ról, ale chyba tylko dlatego, że jest współautorką scenariusza i producentką. Film jest przegadany, za długi, odwleczony finał nie działa. Patrzymy z boku na całą tę historię, nie mogąc przebić się przez na siłę budowaną barierę niedorzeczności. Miało powstać skromne, niezależne, artystyczne i intelektualne kino. Wyszło pompatycznie, patetycznie i pretensjonalnie. Anna Serdiukow

50

RECENZJE

R

foto | materiały promocyjne

reż. Jacques Audiard Premiera: 21 maja 10/10

który trafia do więzienia na sześć lat odsiadki za pobicie policjanta. Na tle zdemoralizowanego towarzystwa wieloletnich, pogrupowanych w mafie więźniarzy, wydaje się jakoś czysty i nieprzystosowany – przypomina figurę głupca z kart tarota. Ale stan ten jest nie do utrzymania w wymagającym środowisku. Co tak naprawdę obserwujemy? Czy to proces adaptacji? Demoralizacja zamiast mającej się dokonywać resocjalizacji? A może po prostu odnajdywanie swojej tożsamości – dojrzewanie, zapoczątkowane ceremonią inicjacji w morderstwo? Czy może wreszcie to wszystko tylko gra? Nie możemy nawet być pewni tego, co widzimy, bo rzeczywistość, której doznaje Malik, daleka jest od empirycznej wiarygodności. W chłodny, behawioralny przekaz daleki od psychologizmu, wkraczają projekcje i omamy. Demony? „Prorok” miał premierę na zeszłorocznym festiwalu w Cannes, gdzie zdobył Grand Prix. Potem przyszły Cezary, nagroda BAFTA, nominacja do Oscara. W Polsce pokazywany był na festiwalu w Kazimierzu w tej samej odsłonie, która podbiła Cannes – potem reżyser przemontował film i w kinach oglądać można właśnie tę wersję, która trwa dwie i pół godziny. Rezerwujcie więc sporo czasu, wybierając się do kina na „Proroka” (a wybrać się trzeba). Zwłaszcza że nastrój filmu trzyma w kleszczach i po seansie – infekuje umysł i każe mu odtwarzać się w głowie po wielokroć. Adam Kruk

Świeże

PROROK


Niech żyje Meksyk!

reż. Siergiej M. Eisenstein Film dokumentalny, DVD 10/10

W 1931 roku do Meksyku przyjechało trzech filmowców z Rosji: reżyser Siergiej M. Eisenstein i jego asystenci – reżyser i scenarzysta Grigorij Aleksandrow oraz operator Eduard Tisse. Eisenstein po sukcesie zrealizowanego w latach 20. filmu „Pancernik Potiomkin” miał ponoć szansę na współpracę z Hollywood. Nie mógł się jednak do końca porozumieć z tytanami tamtejszej kinematografii. Z pomocą Uptona Sinclaira, amerykańskiego pisarza miłującego socjalistyczne idee, zdecydował się nakręcić film w Meksyku. Filmowcy przemierzyli przez dwa miesiące tysiące kilometrów, za przewodników mając malarzy: Diego Riverę, Davida Alfaro Siqueirosa i José Orozca. Obrazu nie udało się ukończyć ani zmontować, taśmy przeleżały lata w Hollywood, by później trafić na półki Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Po długich negocjacjach materiały zwrócono Rosjanom – Siergiej M. Eisenstein i Eduard Tisse już nie żyli, Grigorij Aleksandrow podjął się próby rekonstrukcji filmu w 1979 roku. Dysponując oryginalnymi taśmami, planami, scenariuszem oraz rysunkami Eisensteina, starał się stworzyć wersję najbliższą założeniom przyjaciela. A jego wizja była porażająco prosta. Żadnych aktorów (niektóre Hiro_210x128_5.ai sceny zostały zainscenizowane), żadnych deko1 4/14/10 1:39 racji – kraj i jego mieszkańcy, w tle skomplikowana, wielka historia, która rozbiła Meksyk i poddała go

Piksele

bolesnym transformacjom. Film jest zbiorem sześciu epizodów, w których przeplata się daleka przeszłość i ówczesna teraźniejszość – urywki skromnej egzystencji, skrawki wielobarwnej kultury, dzika przyroda i monumentalna architektura. „Niech żyje Meksyk!” to filmowa mozaika, w której migoczą refleksy starożytnej cywilizacji Majów i Rewolucji Meksykańskiej, kolaż mitologii i złudzeń, ważnych momentów, PM małych radości, trudnej codzienności. Anna Serdiukow

reż. Jacek Lusiński Premiera: 28 maja 6/10 Jacek Lusiński do niedawna znany był jedynie jako współautor serialu dokumentalnego „Wrzesień ‘39” wyprodukowanego na zamówienie jednego z telewizyjnych kanałów tematycznych. W ubiegłym roku zadebiutował jako reżyser pełnometrażowej komedii „Piksele”, której pierwsze projekcje odbyły się podczas 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Na fabułę „Pikseli” składają się cztery historie, które łączy zmieniający nieustannie właściciela telefon komórkowy. Ich bohaterami są kolejno: gotowa na wszystko reporterka tabloidu (Anna Cieślak), spodziewający się narodzin syna, nierozgarnięty Filip (Mieszko Barglik), napadnięta we własnym mieszkaniu przez chuliganów starsza pani (Maria Klejdysz) oraz młoda dziewczyna (Olga Bołądź) przekonana, że nawiedza ją duch jej zmarłego niedawno dziadka. Film Lusińskiego ogląda się dobrze. Poszczególne historie są pełne humoru i opowiedziane na tyle sprawnie, że prawie sto minut projekcji mija bardzo szybko. Niestety, jako całość „Piksele” pozbawione są głębszego przesłania i do końca nie wiadomo, o czym albo o kim miał być ten film, a dobór i połączenie kolejnych epizodów wydają się zwyczajnie przypadkowe. Marcin Kamiński / Onet.pl


RECENZJE KOMIks I KSIĄŻKA

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

komiks książka HIRO

HIRO

Incognegro

Mat Johnson / Wereen Pleece

Egmont 7/10

Kryminał z obyczajowym i społecznym tłem, na dodatek dobry, to bez wątpienia towar rzadki i pożądany. Zamiast jednak dawać upust swej pożądliwości poprzez pisanie liścików miłosnych, lepiej sięgnąć po „Incognegro” i tym samym ukoić swe żądze. Zaspokojony powinien być każdy, tak miłośnik detektywistycznych opowieści spod pióra Dashiella Hammetta, jak i koneser literatury zaangażowanej społecznie spod znaku Zadie Smith. Komiks Johnsona i Pleece’a to bowiem historia rozgrywająca się na początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych, mocno zakorzeniona w ówczesnych problemach na tle rasowym. I właśnie to złożone zaplecze historyczne staje się świetnym tłem dla opowieści o afroamerykańskim dziennikarzu, który zaczyna prowadzić prywatne śledztwo dotyczące jego brata. Intryga rozwija się powoli, lecz zgrabne i bogate w inteligentny dowcip dialogi umilają czas do pierwszego zwrotu akcji, po którym atmosfera się zagęszcza. Wtedy też kolejne przewrotki fabularne pojawiają się ze zdwojoną częstotliwością, każda napotkana postać okazuje się kimś innym, a rozwikłanie tajemnicy staje się coraz trudniejsze. Całkowity efekt odrobinę psuje dość naciągany finał i nierówny styl rysunku. Ale nawet te wady Johnson amortyzuje kilkoma świetnymi zabiegami dramaturgicznymi i wstrzemięźliwością, by nawet na samym końcu nie wykładać przysłowiowej kawy na jeszcze bardziej przysłowiową ławę. Bartosz Sztybor

Avengers Disasembled Brian Michael Bendis / David Finch

Mucha Comics 6/10

„Avengers Disassembled” to wspólne dzieło uznanego scenarzysty Briana Michaela Bendisa (autora między innymi doskonałej serii „Powers”) i rysownika Davida Fincha. Album, który niedawno doczekał się również polskiego wydania, jest częścią większego wydarzenia, jakie kilka lat temu wstrząsnęło uniwersum Marvela. Akcja komiksu rozpoczyna się od ataku na siedzibę Avengers – drużyny superbohaterów dbających o pokój i sprawiedliwość. Niespodziewanie w ich posiadłości pojawia się uznany za zmarłego członek zespołu. Kiedy jednak superbohaterowie próbują nawiązać z nim kontakt, ten... wybucha, zabi-

Pod prąd

Sebastien Chrisostome

Wydawnictwo Post

8/10 Jedną z nagród przyznawanych podczas festiwalu komiksu w Angoulême jest organizowany z inicjatywy krakowskiego Instytutu Francuskiego „Polski wybór”. To wyjątkowe wyróżnienie przyznawane dla najlepszego francuskojęzycznego komiksu roku przez jury złożone z uczniów polskich liceów dwujęzycznych oraz francuskiego liceum im. René Goscinny’ego w Warszawie. Jego ostatnim laureatem jest skromny album „Pod prąd” Sebastiena Chrisostome’a.

jając jednego z dawnych towarzyszy i niszcząc większą część siedziby Avengers. To jednak zaledwie początek dramatycznych wydarzeń. Akcja „Avengers Disassembled” rozpoczyna się więc zgodnie z Hitchcockowską maksymą, że najpierw musi być trzęsienie ziemi, a później napięcie powinno powoli rosnąć. Niestety, w tym przypadku jej zastosowanie nie dało zachwycających rezultatów. Mimo wtłoczenia w historię kilkunastu superbohaterów, w tym takich gwiazd jak Kapitan Ameryka, Iron Man czy Thor, „Avengers Disassembled” pozostaje historią hermetyczną i adresowaną głównie do fanów serii. Marcin Kamiński / Onet.pl

Bohaterami komiksu są trzy łososie. Sympatyczne ryby postanawiają opuścić doskonale im znaną, ale nudną – jak uważają – okolicę i wyruszyć w podróż, najpierw w poszukiwaniu seksownych łososiczek („z szeroko rozłożonymi płetwami”), a później – oceanu. Tak rozpoczyna się przygoda, która na zawsze odmieni ich życie. Na pierwszy rzut oka „Pod prąd” sprawia wrażenie, jakby był adresowany do dzieci. Komiks jest bardzo kolorowy i narysowany prostą kreską, jednak jego scenariusz przeznaczony jest dla dorosłego czytelnika. Album Chrisostome’a to prosta, ale niebanalna opowieść o przyjaźni i życiowych rozterkach, które – choć dotyczą łososi – okazują się jak najbardziej ludzkie. Żywe dialogi (niewolne od wulgaryzmów) i spora dawka humoru czynią z „Pod prąd” komiks, który powinien znaleźć się w kolekcji każdego miłośnika sztuki rysunkowej. Marcin Kamiński / Onet.pl

52

RECENZJE

R


CANNES 2009 GRAND PRIX

OSCAR 2010 NAJLEPSZY FILM OBCOJĘZYCZNY NOMINACJA

ZŁOTE GLOBY 2010 NAJLEPSZY FILM OBCOJĘZYCZNY NOMINACJA

CEZARY 2009 NAJLEPSZY FILM 9 NAGRÓD

BEFTA 2009 NAJLEPSZY FILM OBCOJĘZYCZNY

www.syrenafilms.com

PRAWDA KTÓRA ZABIJA

W KINACH OD 21 MAJA


RECENZJE teatr

TEATR hiro

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

HIRO

tekst | anna serdiukow

Kiedy Harry poznał Sally Teatr Kwadrat Reż. Andrzej Rozhin Premiera: 15 maja 2/10

Podaję przepis na hiciora: 1. Trzeba wziąć na warsztat inny znany hit, najlepiej perłę kina światowego; 2. W głównych rolach należy zatrudnić przynajmniej jedną gwiazdę serialu, komedii romantycznej lub jakiegoś innego programu o pląsach (przykłady: Marcin „Jak oni śpiewają” Kwaśny lub Marta Żmuda-Trzebiatowska a.k.a. „Wkręcam narzeczonych do Tańca z gwiazdami”); 3. Ze słynnego klasyka należy wybrać najśmieszniejsze, charakterystyczne momenty; 4. Z tego zbioru warto ułożyć zestaw gagów i dowcipasów – sceny mogą się nie łączyć, publiczność i tak umrze ze śmiechu w myśl zasady, że najbardziej podoba nam się to, co już znamy; 5. Jak najmniej zmieniać względem pierwowzoru, zachować oryginalne ramy czasowe – świat mody ortalionowej będzie stanowić piękną, sentymentalną podróż; 6. Ewentualną inwencję należy ograniczyć do zatrudnienia reżysera światła, bądź kogoś od efektów wizualnych – tu proponujemy zastosować coś na kształt stereoskopii, ale bez odpowiednich okularów, żeby było innowacyjnie; 7. Didaskalia! Oglądający nie mogą mieć cienia wątpliwości: jak scena na siłowni, to z odpowiednią informacją o miejscu akcji gdzieś w tle, gdy koniec – to koniec; 8. Jasne postawy bohaterów: kobiety muszą być trzpiotowate, naiwne, zagubione i bezbronne, mężczyźni – wręcz przeciwnie; 9. Użycie szlagierów nie zaszkodzi, kto wie, może publiczność zechce poklaskać w rytm; 10. Nie przejmować się, wszystko przecież i tak tkwi w subtelnych podtekstach, na przykład udawanym orgazmie odegranym na wzór recytacji „Lokomotywy” Tuwima… Tu, tu tu, tu, tuuuu… ja przepraszam, ja wysiadam.

Teatralna odsłona filmowego klasyka straszy nawet plakatem, nie pokazujemy jej w trosce o poczucie estetyki czytelników HIRO Free

Kompleks Portnoya Teatr Konsekwentny SCEN. i Reż. Adam Sajnuk, Aleksandra Popławska Premiera: 27 kwietnia

Teatr Za Lustrem Ewy Wyskoczyl działa od 2004 roku przy Tarnowskim Centrum Kultury – nie ma regularnego repertuaru, stawia na swobodę twórczą. Kto wie, jak dużym zaskoczeniem okaże się inscenizacja powieści „Małż” Marty Dzido. To opowieść z debiutującymi aktorami w obsadzie o fasadowości dzisiejszych związków – i ten temat raczej nie zdziwi nikogo. Uwaga tutaj: spektakl z udziałem chóru emerytowanych górników i kolejarzy z Rept Śląskich.

Spektakl na motywach powieści Philipa Rotha. Kiedy książka ukazała się drukiem 1969 roku, wywołała skandal. Choć w wielu krajach objęta była zakazem dystrybucji, „Times” uznał ją za jedno z najważniejszych dzieł literatury anglojęzycznej po 1923 roku. Tytułowy Alex Portnoy prowadzi monolog u psychoanalityka. Dokonuje genezy nieudanego życia towarzyskiego (porywające opisy seksualnych fantazji), portretuje też środowisko amerykańskich Żydów, wpisując swe kompleksy w kulturalne i społeczne uwarunkowania. Spektakle 16, 17, 18, 19, 24 i 25 maja.

foto | materiały promocyjne

Małż – rzecz na 3 młodych Polaków, antypiosenki i chór męski Teatr ZL Tarnowskie Góry Reż. Ewa Wyskoczyl Premiera: 24 marca

54

RECENZJE

R


Targi designu w Domotece. Wyjątkowe projekty, wyjątkowi artyści, wyjątkowe ceny! 08–09 V 2010 15–16 V 2010 22–23 V 2010 29–30 V 2010

WEEKEND ZE SZTUKĄ WEEKEND Z MODĄ WEEKEND Z DODATKAMI MODOWYMI WEEKEND Z WYPOSAŻENIEM WNĘTRZ

Więcej szczegółów na: www.domotekadesigndays.pl Uwaga! Płatność tylko gotówką (nie dotyczy salonów Domoteki). Wstęp wolny!

Domoteka, Warszawa, Trasa Toruńska przy IKEA, www.domoteka.pl PATRONI MEDIALNI:

PARTNERZY:


RECENZJE Gry

GRY HIRO

HIRO

Tom Clancy’s Splinter Cell: Conviction PC, Xbox 360

7/10

Legendarna gra z czasów pierwszego Xbox-a firmowana nazwiskiem samego Toma Clancy’ego doczekała się już piątego sequela. W nowej części poczyniono wiele zmian zarówno w kwestii fabuły, jak i gameplayu. Przede wszystkim po raz pierwszy wątek political fiction został zepchnięty na drugi plan, ustępując miejsca dokładnemu opisowi osobistych przeżyć głównego bohatera. Jednostka specjalna, dla której pracowaliśmy do tej pory – Third Echelon – stanęła po drugiej, złej stronie barykady i postanowiła nas odstrzelić. Jako główny bohater, Sam Fisher, porzucamy więc kombinezon superkomandosa, zamieniając go na zwykłe dżinsy, i wespół z dawną koleżanką z oddziału szukamy sprawiedliwości na własną rękę. Pomysł rewelacyjny, niestety w kwestii realizacji obyło się bez cudów na patyku. „Splinter Cell” do tej pory uznawany był za najlepszą serię gier skradankowych, wymagał wykazania się sprytem, spostrzegawczością i zachowaniem zimnej krwi. Niestety nowa część finezyjne skrytobójstwo zamienia w średniego lotu strzelaninę z gatunku „cover to cover”. Innymi słowy zabawa polega na bieganiu od biurka do doniczki i strzelaniu zza winkla w głowy przeciwników. Zapomnijcie o otwieraniu zamków wytrychem, o setkach fajnych gadżetów, o ultrapłynnych animacjach postaci, o grze światłocienia, o interakcji z otoczeniem. Sam Fisher przeszedł metamorfozę z superszpiega z termogoglami na głowie w zwykłego trepa z granatami w ręku. To wszystko, co było domeną poprzednich części, zostało wykarczowane lub zubożone do granic przyzwoitości, co przede wszystkim tyczy się kluczowego elementu zakradania do wroga. W to miejsce dodano kilka nowych rozwiązań, które jednak nie do końca rekompensują straty. Między innymi jest to tuning gnatów, tryb egzekucji pozwalający sprzątnąć kilku przeciwników naraz czy też efektowny system przesłuchań. Wizualnie gra prezentuje się nieźle, aczkolwiek dosyć nierówno. Są levele wyglądające bardzo ładnie, jak i takie, które budzą lekki niesmak. Warto również odnotować, że „Conviction” jak na strzelankę TPP jest niezwykle żywotny. Przejście wszystkich trybów to około 20 godzin gry! Szkoda jednak, że tak długo wyczekiwany tytuł tak bardzo zawodzi i rozmija się z tym, czym miał być w zapowiedziach autorów. Mimo to w dalszym ciągu jest to w miarę przyzwoicie odbębniony shooter, na który warto wydać parę złotych pod warunkiem, że nie patrzymy na niego przez pryzmat poprzednich, znacznie bardziej udanych części.

Świeże

Ubisoft

tekst |Tomek Cegielski

Metro 2033

THQ

PS3, Xbox 360, PC

7/10

„Metro 2033” to gra powstała na podstawie książki o tym samym tytule autorstwa Dmitra Glukhovskiego. Akcja toczy się w postapokaliptycznej Moskwie. W wyniku ataku nuklearnego ludzie zostali zmuszeni do zejścia do podziemi metra, gdzie utworzyli kolonie, starając zorganizować sobie względnie normalne życie. Na powierzchni wciąż panuje promieniowanie, w wyniku którego narodziło się wiele przedziwnych istot atakujących ludzkie osady. „Metro 2033” to typowy survival horror, widziany z perspektywy pierwszej osoby. Przemierzamy kolejne ciemne tunele w towarzystwie mizernie świecącej latarki i paru karabinów, strzelając do różnego rodzaju mutantów. Mimo że formuła niezbyt wyszukana, to trzeba przyznać, że klimat zapyziałych podziemnych slumsów daje porządnego kopa. Niestety autorzy umieścili w grze sporo zupełnie niegrywalnych rozwiązań. Przykładowo przy wyjściu na powierzchnie musimy zakładać maskę przeciwgazową i ciągle kontrolować stan jej filtrów, podobnie jest z bronią, którą co jakiś czas musimy napełniać specjalnym urządzeniem. Takie szatkowanie gry poprzez ciągłe wykonywanie mozolnych czynności po krótkim

czasie staje się irytujące. Nietrafiony jest też motyw skradania się do przeciwnika, często zostajemy zauważeni nie z naszej winy, lecz z powodu błędu programowego. Ciekawym urozmaiceniem jest spora liczba dialogów i cut-scenek, które nadają tytułowi lekko RPG-owy charakter. Najsilniejszą stroną „Metra 2033” jest jednak zdecydowanie grafika. Takiej gry świateł i tak ładnych obiektów nie powstydziłyby się znacznie bardziej renomowane studia producenckie niż odpowiedzialne za Metro 4A Games. Mówiąc skrótowo, mamy tu kawałek całkiem przyzwoitego survival horroru, który nie stanowi żadnego przełomu w gatunku, ma kilka wad, ale można spędzić z nim parę przyjemnych godzin.

56

RECENZJE

R


Moje HIRO czyli komu mógłbym nogi myć i wodę pić tekst | MACIEJ SZUMNY

foto | prywatne archiwum autora

Chociaż nie znoszę mazania po murach, a przeróżne Kracfie, które zniszczyły elewacje połowy warszawskiego Śródmieścia, budzą we mnie najgorsze instynkty (na przykład takie, które każą mi się zastanawiać, po jakim czasie wypłynęłaby im uchem farba, gdyby psikać im w oko sprejem), to jest jeden stary napis, który bardzo lubię, a głosi on „Dla mamy kwiatek to żaden wydatek”. Bo to święta prawda. Najlepsze kwiatki są bez okazji, a najpiękniejsze bukiety robi Pani Bogusia w kwiaciarni na Żurawiej, zawsze wyczaruje prawdziwe cuda. Nie tak jak w Ameryce, gdzie pewnego dnia postanowiłem wyjątkowo kupić kwiaty w kwiaciarni, a nie w supermarkecie, więc najpierw musiałem je wybrać z lodówki (takiej sklepowej, jogurtowej), a kiedy zdecydowałem się na fioletowe irysy i żółtą lelyję, pani po prostu zawinęła to razem w celofan i tyle. A gdzie kokarda?! – prawie krzyknąłem, ale nie chciałem, żeby pomyślała, że Polacy to straszni awanturnicy. Teraz należy przypomnieć, że 26 maja obchodzimy Dzień Matki, więc też kupcie kwiatki. A osobiście nie lubię słowa matka. Mojej Anieli nigdy nie nazwałbym matką, wolę mama. Brzmi cieplej, bliżej, bezpieczniej. Ostatnio znalazłem takie zdjęcie, na którym jestem bobasem, mama mnie kąpie, trzyma w ramionach, a w jej oczach jest tyle maminej miłości i czułości. Moja mama zawsze była wyjątkowa. W wieku 16 lat została Miss Wiosna i to widać do tej pory. Pomimo, że obecnie jest po trzech zawałach serca i martwię się o jej zdrowie, wciąż faceci oglądają się za nią na ulicy z podziwem. Kiedy lekarz patrząc w kartę zdrowia, nie chce uwierzyć, że to ona, mama rzuca swobodnie: „Ja na wygląd nie choruję”. Bo seksapil zostaje na zawsze. A jak ktoś go nie ma, to może sobie zrobić sto operacji plastycznych, a i tak to niczego nie zmieni. Moja mama wykształciła moją wrażliwość estetyczną. W czasach peerelu nosiła włoskie buty i sukienki, nie chciała mi kupować na pochodach pierwszomajowych różowych baloników zrobionych z farbowanej prezerwatywy i piszczałki, twierdząc, że to obrzydliwe (czego długo nie mogłem zrozumieć), ale i tak najlepiej wyglądała w latach 80. w szalonych cekinowych garsonach i tęczowym makijażu. Moja mama zawsze była bardzo kumpelska i choć wolałem, żeby była bardziej wyniosła i niedostępna, jak na przykład rodzice Pauli, to wszyscy moi znajomi ją uwielbiają. Do tej pory odwiedzają ją wszystkie eksdziewczyny mojego brata, a mój eks zabiera ją na wycieczki . Nie wiem, co o tym myśleć, bo to przecież moja mama, ale niech sobie kobieta pozwiedza, tak długo, jak do mojego eksa nie będę musiał mówić tato. Moja mama to skarbnica mądrości ludowych. „Jak się nie podoba brudno, to i czysto trudno”. Ma kilka specjalnych właściwości, na przykład nie potrafi niczego otworzyć. Zawsze muszę przewrócić kilka razy oczami, zanim w końcu pomogę jej otworzyć prezent, pudełko, nowy krem, śledzie w śmietanie. Moja mama świetnie gotuje, a robi to jakby od niechcenia. Tak jak ja nigdy nie korzysta z przepisów, tylko doda tego, doda śmego, a potem wszyscy się zachwycają. Jej pierogi z kapustą i grzybami należą do najlepszych na świecie, a dawno

Kraft, też HIRO

temu na działce robiła mi przepyszne kanapki z mielonką z puszki. „Jaka matka dałaby swojemu dziecku mielonkę?” – zapytał mój chłopak wychowany w Ameryce. Co ci Amerykanie, wychowani w dobrobycie wiedzą o życiu i o mielonkach z puszki? Pamiętam, jak mama czytała mi książeczki z serii „Poczytaj mi mamo”. Najbardziej lubiłem tę pod tytułem „Czy to lama, czy to plama?”. Z moją mamą mogę też o wszystkim porozmawiać. Uwielbiam oglądać z nią „Familiadę” i przerzucać się komentarzami na temat Karola. I choć czasami potrafi mnie wyprowadzić z równowagi tak, jak potrafi to tylko twoja własna mama, to bardzo ją kocham. Nie tylko w maju. Maciej „Ebo” Szumny – bloger i poeta, wielbiciel starych citroenów. Wcześniej związany z markami Nike oraz Reebok, doprowadzil do rozkwitu kultury sneakers w Polsce. Od stycznia uczy się języka portugalskiego w Waszyngtonie, przygotowując się do kolejnej podróży



HIRO 7