HMP 81 Exodus

Page 1



Intro Po poprzednim numerze miałem wrażenie, że będzie sporo problemów w skompletowaniu materiałów na kolejną edycję Heavy Metal Pages. No i jakże inaczej... totalnie się pomyliłem. Owszem nie obyło się bez kłopotów, ale z całą ekipą uparcie dążyliśmy do celu, a efekt okazał się znacznie lepszy, niż oczekiwałem. Podobne odczucia możecie mieć, sięgając po nowe wydanie naszego magazynu, który zaczyna się mocno thrashmetalowo, ale tradycyjnego metalu jest w nim równie dużo, jeżeli nie więcej. Muszę mieć jakąś słabość do amerykanów z Exodus, bo to już kolejna okładka tego zespołu w ramach działalności Heavy Metal Pages. Tym razem rozmawialiśmy z perkusistą Tomem Huntingiem, który okazał się bardzo ciekawym interlokutorem. Inna sprawa, że "Persona Non Grata" to kolejny udany album w wykonaniu tej formacji. Mam nadzieję, że Wy drodzy czytelnicy, również chętnie sięgacie po to wydawnictwo. Zaraz za rozmową z Tomem, nieoczekiwanie pojawia się wywiad z Grzegorzem Kupczykiem. Jest to bardzo ważna postać polskiej sceny hard and heavy, a właśnie obchodzi ona czterdziestolecie swojej działalności artystycznej. Więc nie dziwcie się, że skorzystaliśmy z okazji i prosiliśmy Grzegorza o rozmowę, a że jest on urodzonym gawędziarzem, to odbyła się ona bez zarzutów. Poza tym z tej też okazji Metal Mind Productions wypuściła kolejną ciekawą kompilację zatytułowaną "40 lat na scenie", dość efektownie przypominając karierę Mistrza Kupczyka. Z dala od thrashu jest również Armored Saint, który od pewnego czasu przyzwyczaił nas, że wypuszcza ciekawe i solidne wydawnictwa. Tym razem zaprezentowali nam rejestrację show, w czasie którego w całości wykonali materiał z bardzo ważnego dla zespołu krążka, "Symbol of Salvation". Po omówionej czołówce wreszcie zaczynają się tematy związane ze wspomnianymi kapelami thrashmetalowymi. Wraz z Alanem Tecchio będziecie mogli przypomnieć sobie o Watchtower. A iskrą do tychże wspomnień było ponowne wydanie przez Dissonance Productions drugiego studyjnego albumu amerykanów, "Control and Resistance". Będziecie też mogli odświeżyć sobie inną formację, tym razem chodzi o crossoverowych prześmiewców z Lawnmower Deth, którzy po prawie trzydziestoletniej przerwie postanowili ponownie wspólnie pohałasować. W kolejnych artykułach dowiecie się o zupełnie nowych wydawnictwach Paradox oraz Death Angel. Takich bloków będzie w magazynie jeszcze dwa, a przewodzą nim m.in. E-Force, Prestige, nasz Tester Gier, Kryptos, Ravager, Stagewar czy też Demonztrator. Także thrashersi będą mieli o czym czytać. Dość ważnymi pozycjami w bieżącym numerze są wywiady z grupami bezpośrednio sięgających korzeni heavy metalu, a mam na myśli przedstawicieli nurtu

NWOBHM. Tych bardziej popularnych, Tokyo Blade, Vardis, a nawet Warfare, oraz tych mniej znanych typu Hammerhead czy Excalibur. Do tego grona, ze względu na czas swojej działalności, można dorzucić jeszcze Amerykanów z The Rods oraz Duńczyków z Alien Force. Co prawda, The Rods został przypomniany reedycjami przez High Roller Records, to już Alien Force postarało się wyjść z czymś świeżym, nagrywając zupełnie nowy krążek, "We Meet Again". Zresztą do tej ferajny powinniśmy zaliczyć również wymienionych już artystów, a tworzących forpocztę tego wydania Heavy Metal Pages. Jakby nie było każdy z nich zaczynał w latach 80. zeszłego wieku, a niektórzy jeszcze wcześniej. Na scenie NWOTHM oraz okolicach dzieje się bardzo wiele. Odzwierciedlenie tego znajdziecie też w bieżącej edycji. Z pewnością na pierwszy ogień pójdą nazwy, które już wryły się Wam w pamięć, chociażby Portrait, Hitten, Seven Sisters, Toledo Steel, Ashes Of Ares, Split Heaven, Eliminator, Lady Beast, Vandallus. Niemniej powinniście też zainteresować się tymi mniej nazwami takimi, jak Steel Fox, Serpent Lord, Sceptor, Tower, Blacksword, Fortress, Ültra Raptör, itd. Wśród nich są także polskie akcenty typu Bladestorm oraz Mad Teacher, którymi naprawdę warto się zainteresować. Nadmienię jeszcze, że choć te formacje to tzw. świeża krew to, nie wszyscy muzycy tworzący je to żółtodzioby. Oddzielnie chciałbym zwrócić uwagę na argentyński Feanor. Team prowadzony jest przez Gustavo Acosta i został odkryty przez nas stosunkowo niedawno. Zaczęliśmy go promować od wydania albumu "Power of the Chosen One" i myślę, że z konsekwencją będziemy robić to nadal. Oczywiście pod warunkiem, że będą trzymali poziom uzyskany na wspomnianym wydawnictwie. Przyglądając się zespołom hołdującym tradycyjnemu heavy metalowi, można lekko się zdziwić, jak wiele istnieje możliwości zaprezentowania tego same-go tematu. Jest to też atut tej całej sceny. Coraz częściej muzycy tych kapel sięgają po wpływy, które kiedyś nazywano vintage czy retro, a teraz określają słowem protometalem, czyli po elementy muzyczne, które dotykają wzorców i klimatów ciężkiego rocka z lat 70. Do tej grupy można zaliczyć Galaxy, Wanton Attack, Cherokee, oraz naszego Wija. Oczywiście te zapożyczenia pojawiają się na zróżnicowanym poziomie oraz w różnych formach. Tu ograniczeniem jest tylko wyobraźnia artystów. Natomiast w muzyce kapeli Wij wręcz mamy do czynienia z rockiem ze wplecionymi elementami protometalowymi. Niemniej sprawa warta jest poznania. Podobnie w tej kwestii jest ze współczesnym hard rockiem. Niby jest to mocno skostniały nurt, ale ci, którzy uwielbiają te klimaty, z pewnością mogą za-

świadczyć, że pełno jest w nich przeróżnych niuansów. Myślę, że dobrym przykładem mogą być zespoły, które zaprezentowaliśmy w bieżącej publikacji. Wymieńmy, chociażby Volcanova, Spitfire, Dimma, Johan Band i wspominany już Wij. Także doszliśmy do działu, gdzie wyrywamy się od głównych tematów poruszanych w Heavy Metal Pages. Oczywiście są to różne progresywne i bardziej melodyjne odmiany ciężkiego grania. Mamy więc przedstawicieli o symfonicznym zacięciu (Imaginature, Whyzdom), o powerowo-progresywnej wizji (Immortal Guardian, Images Of Eden), a także stawiających na progresywno-metalową oprawę (Haunted, Hollow czy Eldritch). W tym momencie trzeba wyróżnić progresywno-rockowy Amarok oraz formację MemoCrasher, którą najchętniej umiejscowiłbym na wspomnianej już scenie powerowo-progresywnej, ale muzycy umiejętnie wymykają się z niej, kolaborując z muzyką rockową czy inną alternatywą. Niemniej dla mnie MemoCrasher to odkrycie ostatniego czasu. Do tych "pobocznych" tematów z pewnością zaliczyć można grupy parające się ekstremalnymi odmianami metalu. W tym wypadku myślę o polskich formacjach Neaghi i Torture Of Hypocrisy. Pierwsza z nich bardziej zbratana jest z takim progresywnym death-thrashem, natomiast ten drugi z groove i indrustialem, choć nie jest mu obcy thrash. Jednak ten thrash w obu wypadkach stanowi bardzo ważną rolę. Bardziej radykalnym, a raczej mocno pachnący siarką thrashem, parają się natomiast hordy Knife i nasz rodzimy Sexmag (zapamiętajcie tę nazwę!). W tej sekcji znalazł się od lat wspierany przez nas folk-metalowy Velesar, który aktualnie promuje się swoim kolejnym udanym wydawnictwem, "Szczodre gody". No i myślę, że mimo wszystko ta, drużyna bardziej mieści się w głównym nurcie profilu naszego magazynu. Tak jak zespoły, które ogólnie są bardziej melodyjnie, ale wywodzą się z europejskiej sceny heavy/power metalowej, ale tej zdecydowanie mocniejszej i klasycznej. Myślę o grupach takich jak Brainstorm, Iron Fate czy FireWölfe, choć ci ostatni to rodowici Amerykanie. Niemniej ich spojrzenie na muzykę bardziej pasuje mi do tego, jak spostrzegają takie granie w Europie. Także w większości omówiłem zawartość najnowszego wydania Heavy Metal Pages. Mam nadzieję, że w miarę jasno przybliżyłem, czego możecie się w nim spodziewać, a tym samym zachęciłem do "wzięcia w garść" magazynu i przewertowania go od początku do końca. Ponieważ koniec roku sprzyja pewnemu wyhamowaniu, tym samym liczę, że tym chętniej to uczynicie. Michał Mazur

Spis tresci

3 4 8 11 14 18 21 24 26 28 30

Intro Exodus Grzegorz Kupczyk Armored Saint Watchtower Paradox Lawnmower Deth Death Angel Vardis The Rods Tokyo Blade

33 34 36 38 40 42 44 46 50 53 54 56 58 60 64 67 70 73 76 80 84 88 90 92 93 94

Alien Force Seven Sisters Steel Fox Portrait Eliminator Toledo Steel Warfare Demonztrator E-Force Bloodkill Prestige Tester Gier Toxic Ruin Feanor Galaxy Bladestorm Hitten Split Heaven Hammerhead Excalibur Serpent Lord ScreamKing Harmonize Ashes Of Ares Tentation Tower

96 98 100 102 104 106 107 108 110 114 116 118 120 122 124 126 128 130 132 134 136 137 138 140 141 142

Count Raven Cult Of Scarecrow Apostle Of Solitude Oxblood Forge Kryptos Ravager Red To Grey Shartten Stagewar Mad Teacher Blood Sport Wanton Attack Sceptor FireWölfe Iron Fate Lady Beast Existence Blacksword Katana Cartel Brainstorm Stormwind Shadowland Vandallus Fortress Cherokee Hunted

146 149 152 154 156 162 164 166 168 172 174 178 180 182 186 188 190 192 194 195 197 198

Immortal Guardian Whyzdom Hollow Eldritch MemoCrasher Amarok Lords Of Black Imaginature Volcanova SpitFire Dimma Wij Johan Band Velesar Neaghi Knife Torture Of Hypocrisy Sexmag Ultra-Raptor Images Of Eden Zelazna Klasyka Live From The Crime Scene 199 Decibels` Storm 238 Old, Classic, Forgotten...

3


z numerów trwających po trzy, cztery minuty" (śmiech). Nowy album wydaje się być trochę nie na miejscu, bo inspirowało nas dosłownie wszystko, ale świetnie się bawiliśmy nagrywając go.

Żadnych zmartwień, tylko grill i piwo Premiera jedenastej studyjnej płyty legendy thrash metalu z Bay Area, Exodus, "Persona Non Grata", to nie tylko zakończenie ciszy ze strony zespołu od wydania "Blood In Blood Out", ale też zmagań perkusisty, Toma Huntinga, z chorobą. Tom opowiedział, jak zmieniły się jego nawyki po zakończeniu leczenia, co ceni w grze swojego idola, Clive'a Burra, a także co sprawia, że nowy album jest wyjątkowy. Wyczekiwane wydawnictwo, promowane jako "inspirowane całą dotychczasową dyskografią" i "najcięższe do tej pory" jest pełne smaczków: podobnie, jak poprzednio, gościnny udział ma tu jeden z byłych muzyków grupy, pojawiają się wpływy southern rocka, praca nad jednym z kawałków zbiegła się ze śmiercią Eddiego Van Halena, a płytę nagrywano w studiu DIY w górskim domu Toma - i to dokładnie w nim znajdował się w dniu naszej rozmowy. Udało mi się więc doświadczyć nowego albumu od środka. HMP: Przede wszystkim, jak tam twoje zdrowie? Czujesz się już lepiej? Tom Hunting: Tak, czuję się teraz o wiele lepiej. Lekarze nie znajdują już żadnych oznak raka, więc to dobra wiadomość! (śmiech). Ciągle próbują czegoś szukać, ale na szczęście im się nie udaje, więc jestem naprawdę szczęśliwy. To świetna wiadomość! Ostatnio świat obiegł inny, wielki news, mianowicie Scott

zam, z tych emocji wypadł mi kabel od słuchawek. Widzisz, słuchawki na kablu, wciąż jestem oldschoolowy (śmiech). Jako członek sceny thrash metalowej z bardzo długim stażem, w końcu byłeś perkusistą, który nagrał "Bonded by Blood", ale też takie albumy jak "Exhibit A i B" - kompletnie inna era Exodusa, co myślisz o rozwoju swojego zespołu przez te wszystkie lata? Patrzę na cały nasz katalog i zdecydowanie

Foto: Exodus

Ian z Anthraxu stwierdził, że Exodus powinien oficjalnie dołączyć do Wielkiej Czwórki thrash metalu. Kirk i Gary już do niej należą, ale jaka była twoja reakcja? Czujesz, że właśnie tam jest miejsce twojego zespołu, czy jako że zawsze byliście nieco bardziej undergroundowi nigdy nie zawracaliście sobie głowy Big 4 i nie ma to dla was szczególnego znaczenia? Zgadza się, nie ma już Wielkiej Czwórki, jest Wielka Piątka. W końcu tam jesteśmy! Wiesz, myślę, że nieważne, czy byliśmy undergroundowi, czy nie, historia naszego zespołu pokazała, że zasłużyliśmy, by się tam znaleźć i trzeba być za to wdzięcznym Scottowi. Wielkie dzięki, Scott! Przepras-

4

EXODUS

widać, że te albumy były przesiąknięte czasami, w których powstawały, muzyką, której wtedy słuchaliśmy i rzeczami w tym stylu. Swoją drogą, jestem naprawdę bardzo dumny z "Exhibit A" i "Exhibit B". Myślę, że są częścią okresu, w którym gra na perkusji sprawiała mi najwięcej przyjemności i robiłem to najlepiej w całym swoim życiu. To bardzo ciężkie płyty. Tak, uwielbiam w nich to, że są mroczne i pełne tajemnicy. To naprawdę długie kawałki i myślę, że ludzie znów tego oczekiwali po wydaniu przez nas "Blood In Blood Out" - epickich, rozwlekłych kompozycji, a my stwierdziliśmy: "e tam, nie, nowy materiał będzie złożony

Tak, podkreślaliście wielokrotnie, że "Persona Non Grata" nie będzie kontynuacją "Blood in, Blood Out", ale jest jedna rzecz, która łączy te dwie płyty - artysta, który pro jektował okładkę, Par Olofsson. Co zachę ciło was do dalszej współpracy? To wspaniały, bardzo utalentowany artysta. Zawsze podobały nam się jego prace, ale przede wszystkim lubimy go jako człowieka. To zabawne, bo kiedy przystąpiliśmy do projektowania tej okładki, pierwsze co zrobiliśmy, to zadaliśmy sobie pytanie: "Co będzie dobrze wyglądać na koszulkach?" (śmiech). No i wiadomo, plakatach, naszywkach i wszystkich tych gadżetach. Jest na niej mnóstwo detali. Prawda? Zrobił to perfekcyjnie! I udaje mu się to za każdym razem. Jesteśmy bardzo zadowoleni z końcowego efektu. Bardzo podoba mi się kolorystyka, tak jak w przypadku "Blood In Blood Out". Uwielbiam sposób, w jaki rysuje zombies, rozszarpujące i zjadające się wzajemnie (śmiech). To fajny kawałek sztuki. Przyjemnie się na to patrzy. A która okładka Exodusa jest twoją ulubioną? Moja ulubiona okładka? Zdecydowanie "Exhibit A". To, co mi się podoba w przypadku waszej nowej płyty to fakt, że komponowaliście i nagrywaliście ją wspólnie, wszyscy razem, w twoim domu w górach. Gdy rozmawiam z innymi zespołami często słyszę, że muszą lub nawet chcą pracować w tych czasach online. To ty wyszedłeś z inicjatywą, by jednak spędzić ze sobą czas na żywo, również towarzysko? To był sam środek pandemii, więc nagrywanie i spotykanie się w centrum wielkiego miasta nie wchodziło w grę. Mogliśmy, oczywiście, wynająć jakieś studio na wyłączność, ale w momencie, gdy robilibyśmy sobie przerwy, nie mielibyśmy nawet możliwości pójść coś zjeść, bo wszystko było zamknięte. Nie mogliśmy pojechać w trasę, nie mogliśmy zrobić kompletnie nic. Pewnego dnia przyszedł do mnie Gary i tak jakoś wyszło, że zaczęliśmy pisać nowy materiał. Swoją drogą to dokładnie ten sam dom, w którym się teraz znajduję, w Północnej Kalifornii, to tu powstawała nasza płyta. To był chyba maj lub czerwiec 2020 roku, dużo razem jamowaliśmy. Gary'ego bardzo mocno inspirowało górskie życie. Dużo spacerował. Nie mieliśmy żadnych zmartwień, codziennie tylko grill i piwo (śmiech). Muzyka sama płynęła. Dosłownie za moimi plecami, w tylnej części domu, znajduje się ogromny "man cave", to wystarczająca przestrzeń, by zbudować w niej studio. Zatrudniliśmy więc Steve'a Lagudi. Przyleciał specjalnie z Nowego Jorku, akurat nie pracował, bo Machine Head nie grało żadnej trasy. 26 sierpnia wielka ciężarówka podjechała pod mój dom, usłyszałem tylko klakson, gdy wjechała na podjazd. Była wypełniona sprzętem do nagrywania. Można powiedzieć, że zrobiliśmy z mojego domu studio DIY od podstaw, co było świetne.


Co do tekstów na nowej płycie, znów podej mują istotne kwestie. Są oczywiście związane z frustracją spowodowaną pandemią, ale też mówią o ogólnej kondycji ludzkości. Nigdy nie stroniliście od wypowiadania się ostro o polityce czy religii. Perspektywa nas tolatka różni się jednak od tej dorosłego. Czy są tematy, które chcieliście poruszyć tym razem, podyktowane tym, jak postrzegacie świat już nie jako młodzi, a dojrzali ludzie? Trafiłaś w sedno mówiąc o ogólnej kondycji ludzkości. Bo właśnie tym w większości zajmują się teksty tych utworów. Jeśli chodzi o upolitycznienie, to właściwie wszystko, czego doświadczamy w rzeczywistości, w której się znaleźliśmy, jest powiązane z polityką i stanem ludzkiej rasy. Wystarczy spojrzeć, jak ludzie traktują siebie nawzajem, te czasy są nieco mroczne, istnieje mnóstwo podziałów i nienawiści. Myślę, że to wszystko przekłada się na tworzenie muzyki. To Gary w większości pisze teksty, więc podejrzewam, że dokładniej odpowiedziałby na to pytanie. Rozwija się dzięki pisaniu i wnikliwym obserwacjom otaczającego go świata. Cóż, ludzkość jest dziś chaosem (śmiech). Nic więcej nie trzeba dodawać, musimy sobie wszystko poukładać na nowo. Który kawałek, ma według ciebie, najmocniejsze przesłanie dla ludzkości? Hmm, mówiąc szczerze, nie wiem, powiedziałbym, że cała płyta. Postrzegasz ją w pewnym sensie jako album koncepcyjny? Do tej pory nigdy tak o niej nie myślałem, ale im więcej razy ją przesłucham, tym bardziej może się taką wydawać. Swoją drogą, myślę, że to w przypadku "Exhibit A" i "Exhibit B" byliśmy najbliżej albumu koncepcyjnego w całej naszej karierze, również ze względu na budowę utworów, to były 7-minutowe kawałki, wydawało się, że już nigdy się nie skończą (śmiech). Myślę, że każda piosenka to jakaś opowieść. Komponując płyty nigdy nie zdarzyło się, żebyśmy z góry założyli sobie "hej, musimy napisać o tym i o tym". To się po prostu dzieje samo. Za teksty na płytach Exodusa odpowiadają zwykle Zetro i Gary, ale wiem, że jesteś

Foto: Exodus

Foto: Exodus

autorem tekstu do jednego kawałka na nowej płycie, "The Years of Death and Dying", tak jak "And Then There Were None" z "Bonded by Blood". To przejmujący tekst, co sprawiło, że poczułeś potrzebę napisania go? Ta piosenka początkowo była wierszem. Myślę, że zacząłem go pisać w 2017r., wiesz, zmarł wtedy David Bowie, Prince, Glenn Frey z The Eagles (właściwie wszyscy wymienieni przez Toma muzycy zmarli rok wcześniej, prawdopodobnie miał na myśli 2016r. przyp. red.), Tom Petty… To było pretekstem, by napisać ten tekst. Powoli zaczęły odchodzić legendy, nie tylko hard rocka i metalu, ale nawet soulu, wystarczy wspomnieć Arethę Franklin, a ostatnio Bill Withers, jeśli pamiętasz. Nie mogłem się pogodzić z tym, że wszyscy ci wspaniali ludzie są już martwi i w dalszym ciągu będą umierać, miałem obsesję na tym punkcie! (śmiech). Oczywiście, także w naszym najbliższym otoczeniu umierały bliskie nam osoby. Zacząłem więc pisać wiersz o śmierci, trochę z perspektywy ponurego żniwiarza. To kawałek w starym, dobrym stylu. Gdy powstała już muzyka i przyszedł czas, by Zetro dograł swój wokal, dowiedzieliśmy się, że odszedł Eddie Van Halen. Zmarł w dzień, gdy nagrywaliśmy wokale akurat do tej piosenki! Powiedzieliśmy Zetro: "poczekaj jeszcze chwilę, trzeba zmienić coś w

tekście" i wtedy dodaliśmy tam jeszcze cząstkę Eddiego. "The Years of Death and Dying" to więc mroczna opowieść o umierających legendach i nadal traktuję ją jak wiersz. Świetnie, że miałeś okazję go wykorzystać. Tak, pamiętam, jak powiedziałem o nim Gary'emu kilka lat temu i stwierdził, że powinienem kontynuować pisanie. Tak też zrobiłem. W okresie, w którym zaczęliśmy pracować nad płytą, napisaliśmy muzykę do tego tekstu i pomyślałem: "wow, to naprawdę długi kawałek, muszę zrobić coś więcej!". Jestem bardzo zadowolony z efektu końcowego, bardzo mnie zainspirował, by w dalszym ciągu pisać, a nie tylko grać. A jeśli chodzi o grę, który kawałek był dla ciebie najbardziej wymagający, a który sprawił ci najwięcej przyjemności? "Lunatic Liar Lord" jest pod tym względem bardzo ciekawy, na końcu pojawia się specyficzna sekc ja, zastanawiam się, jak osiągnąłeś ten efekt. Tak, "Lunatic Liar Lord" dał mi najwięcej frajdy, właśnie ze względu na perkusjonalia, których pozwolili mi użyć pod koniec. Musiałem obudzić w sobie wewnętrznego jazzmana, tylko ja, słuchawki i kilka szklanek whisky-soda, to była świetna zabawa (śmiech). Najbardziej wymagający był za to prawdopodobnie "The Fires of Division", ze względu na double bass. To dość długi numer, pełen zmian metrum. Co do tej piosenki, dokładnie pamiętam, jak powstawała. Gary miał w głowie riff. Akurat u mnie nocował i następnego dnia od razu wyskoczył z łóżka, kazał mi zaparzyć nam kilka kubków kawy i stwierdził, że ma gotowy kawałek, nad którym musimy popracować! Nie miałem nawet pojęcia, jakie ma zamiary, po prostu wziął gitarę i to było pierwsze, co wyszło spod jego palców. Całość napisał praktycznie od razu. Został u mnie jeszcze na kilka dni, dopisałem partie perkusji, efekt go zadowolił. Cały ten proces twórczy był najbardziej spontaniczną rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałem. Na "Blood in Blood Out" pojawił się, w gościnnym solo, Kirk Hammett, a na "Persona Non Grata" pojawi się wasz wieloletni gitarzysta Rick Hunolt. Czy są jeszcze jacyś byli muzycy Exodus, z którymi chcielibyście ponownie współpracować, poza tą dwójką?

EXODUS

5


Kochamy Ricka! Kirk jest wiecznie zapracowany, nigdy nie ma czasu, żeby z nami pojamować (śmiech). Chętnie znów bym z nim coś pograł. To samo, jeśli chodzi o Roba Dukesa, uwielbiam jego sposób śpiewania, chciałbym jeszcze kiedyś robić wspólnie muzykę. Tak sobie myślę, że zanim to wszystko się skończy, bo Exodus jest w takim momencie, że trzeba sobie uświadomić, że nie zostało nam zbyt wiele czasu, powinniśmy pojechać w trasę, na której zagralibyśmy przekrój każdej naszej ery. To byłoby wspaniałe. Ale planujecie zabrać Ricka także w tą nadchodzącą, jako gościa na trasie promującej nowy album? Bardzo byśmy tego chcieli i były takie plany, ale wiesz, Rick teraz poświęcił się swojemu życiu prywatnemu, prowadzi farmę, wychowuje dwójkę dzieci i nie zawsze ma dla nas czas. Nie wydaje mi się, żeby potrzebował wrócić do koncertowego stylu życia, chociaż wiem, że trochę za nim tęskni. Po prostu kocham tego człowieka i chcę dla niego jak najlepiej. Jesteś-

skoro lekarze musieli dosłownie wyciąć mi guz żołądka. Co zadziwiające, okazało się, że nie było aż tak źle. Myślałem, że będę miał więcej problemów jeśli chodzi o poruszanie się przy zestawie perkusyjnym, ale dobrze sobie radzę. Nie powiedziałbym, że musiałem zmienić jakieś nawyki w mojej grze. Tak długo, jak się czymś zajmujesz, niezależnie od okoliczności musisz po prostu grać dalej i dużo ćwiczyć. Zacząłem za to robić pompki i rzuciłem palenie. Jeśli chodzi o to drugie, wydaje mi się, że to ogólnie dobry pomysł, skoro miałem raka (śmiech). Nie mam żadnych fizycznych problemów. Wiesz, gra na perkusji sama w sobie jest niezłym treningiem! Im więcej gram, tym silniejszy się czuję. Zawsze uważałam Exodus za jeden z najbardziej wszechstronnych zespołów thrash metalowych. Ludzie lubią postrzegać ten gatunek jako nudny i powtarzalny, a wy, takimi płytami, jak np. "Force of Habit" udowadnia cie, że się mylą. Było tam trochę bluesowych klimatów, a na waszej nowej płycie pojawiła

na przykład, Muddy'ego Watersa i większości muzyki z tamtego okresu, to wszystko wkrada się w naszą twórczość. Szczególnie, gdy dorastasz i staje się to nieodłączną częścią ciebie. Tak, twoimi inspiracjami zawsze byli muzy cy CCR, Rush czy Led Zeppelin, założyłeś też bluegrassowy side-project Coffin Hunter. Planujesz jeszcze wrócić do grania bardziej klasycznego rocka? Wiesz, chciałbym zaangażować się kiedyś w funkowy projekt, grać rzeczy w stylu Cameo i Earth, Wind & Fire. Cover band Creedence Clearwater Revival też byłby interesujący. Na mój styl gry wpłynęło naprawdę wiele różnych inspiracji. Największą jest Clive Burr. Co ci się najbardziej podoba w jego grze? Uwielbiam jego drumrolls, ale przede wszystkim beaty. Jego technikę cechuje szybkość i dokładność. Był w stanie grać coś w stylu beatów disco na hi-hacie w kawałkach metalowych i nikt tego wcześniej nie robił! Nie zrozum mnie źle, bardzo lubię Nicko, ale brzmienie Clive'a podoba mi się najbardziej, tak jak sposób, w jaki prowadził zespół. Było mi bardzo smutno, gdy przestał grać w Iron Maiden i nigdy nie powiedział, co dokładnie spowodowało tę decyzję. Gra Nicko jest za to barwniejsza, bawi się tą muzyką. Clive ją po prostu prowadził, miał zabójcze brzmienie, był dziki, szybki i szalony. Wiesz, we "Wrathchild" gra tę część na hi-hacie jedną ręką! Zauważyłem to dopiero oglądając jeden z live' ów. Pomyślałem: "cholera, ten to dopiero ma szybkie ręce!" (śmiech). Inna część sekcji rytmicznej, Steve Harris, też wrzucał do swojej gry patenty sprzed lat, np. podkradając je z Rush i Uriah Heep. Tak, to świetna sprawa, że wprowadzili to do muzyki metalowej.

Foto: Exodus

my dla siebie jak bracia, z całą pewnością. Ale nie bądź zaskoczona, jeśli jednak zobaczysz Ricka na naszej trasie, nigdy nic nie wiadomo (śmiech). Wydaje mi się, że wszyscy jesteście dla siebie jak rodzina. Czy w związku z tym w najtrudniejszym okresie pandemii często się widywaliście, nie tylko zawodowo? O, jeśli dobrze pamiętam, to był 11 marca 2020. Byliśmy akurat w domach, cały świat powoli się zamykał. Minęły przynajmniej trzy miesiące, zanim z kimkolwiek się spotkałem, aż do maja czy czerwca 2020. Wtedy zaczął odwiedzać mnie Gary. To zabawne, bo on tak uwielbia życie wśród gór i lasów, że przesiaduje w moim domu prawie cały czas, nie tylko, by pojamować (śmiech). Miałam okazję kilkukrotnie zobaczyć Exodus na żywo. Fascynujące, że od tylu lat jesteście w tak świetnej formie! Czy w związku z twoją chorobą i operacją, którą przeszedłeś, musiałeś zmienić niektóre nawyki i czy wpłynęło to na grę na perkusji? Mieliśmy pewne obawy, ale nic dziwnego,

6

EXODUS

się wstawka "Cosa Del Pantano" i intro do "Lunatic Liar Lord", które są w podobnym stylu. To nawiązanie do tamtych lat? Co myślisz o "Force of Habit"? Twoja perspek tywa może być ciekawa, skoro nie grałeś na tej płycie. To prawda. Wiesz, jeśli chodzi o te kawałki, to spójrz, w moim domu na wszystkich ścianach wiszą gitary, niektóre walają się też na podłodze, o, tu na przykład są dwie (przekręca kamerę). Gdy Gary grał, nie wyznaczał sobie żadnych ram, to się zaczęło od luźnego jamowania w stylu Jimmy'ego Page'a, w nieco bagiennym, southern rockowym stylu. Brzmiało jak skrzyżowanie Led Zeppelin i Blackfoot! (śmiech). Powiedziałem mu: "Stary, musimy to mieć na płycie. Nazwijmy ten numer Pantano". To hiszpańskie słowo, oznaczające bagno. Co do "Force of Habit", uważam ją za świetną płytę. Podoba mi się sposób, w jaki została zmiksowana. Była naprawdę spójna, mimo że dotykała tak różnej stylistyki, trzeba też wziąć pod uwagę, że to były wczesne lata 90. Wszyscy uwielbiamy southern rock i rzeczy, które określiłbym mianem "dirty swamp music". Jestem wielkim fanem,

Wracając jeszcze do lat 90., jak wspominasz swoją krótką współpracę z Angel Witch w tamtym okresie? Jako nastolatek byłeś ich wielkim fanem. To było pięć fajnych miesięcy, myślę, że tyle to mniej więcej trwało. Pomijając, że to były czasy, w których Kevin został wykopany z kraju (z USA - nie uzyskał pozwolenia na dłuższy pobyt - przyp. red.) po nagraniu jednej koncertówki (śmiech). Mimo to, dobrze się bawiłem grając tę muzykę. To również część mojego dzieciństwa. Jako dzieciak, dopiero zaczynający naukę gry na perkusji, często jamowałem właśnie do kawałków Angel Witch. Gdy skontaktowali się więc ze mną, poszukując perkusisty w latach 90., od razu byłem jak: "oczywiście, że w to wchodzę, stary!" (śmiech). To był przyjemny okres. Wiele zespołów ma dziś problemy z manu fakturą winyli. Ten format szybko znów stał się popularny, do takiego stopnia, że w fabrykach są ogromne kolejki. To prawda, że opóźnienie związane z wydaniem "Persona Non Grata" na winylu było jedną z przy czyn, dla których musieliście przesunąć pre mierę płyty? Wydaje mi się, że to była bardziej kombinacja powodów, winyle, koronawirus, a jednym z najważniejszych była moja sytuacja. Tak, to oczywiste.


Musieliśmy poczekać, aż skończę leczenie i wydobrzeję po operacji, żebym mógł bez przeszkód być częścią promocji nowego albumu. Nie czuliśmy jednak pośpiechu, skoro cały świat i tak stanął w miejscu. To się przełożyło na zawartość tej płyty. Mamy 11 kawałków, a zazwyczaj wydajemy do dziesięciu. Graliśmy też kilka coverów. Do tego ten klimat, byłem we własnym domu, w studiu DIY. Nie czuliśmy presji. To samo, jeśli chodzi o miks, nagrania krążyły pomiędzy Stanami a Wielką Brytanią w tą i z powrotem, przed wydaniem albumu chcieliśmy wszystko dopracować do perfekcji. A co osobiście myślisz o powrocie płyty winylowej? Pamiętasz swój pierwszy album? Pierwsza płyta winylowa, jaką kiedykolwiek trzymałem w rękach, to był prawdopodobnie Joe Cocker. To była jedna z płyt z kolekcji mojej mamy. Myślę, że winyl to wspaniały nośnik. Opowiada o wiele bardziej złożoną historię, która zaczyna się już w momencie, gdy zdzierasz folię i patrzysz na ten duży obrazek. Podoba mi się ten powrót. Czasem organizujemy też winylowe imprezy. Wiesz, Will z Death Angel, mój dobry przyjaciel, ma zestaw DJski, bo pracuje też jako DJ w lokalnym radio. Puszcza tam metalowe klasyki prosto z płyt. Uwielbiam też polować na winyle, mogę godzinami siedzieć w antykwariatach. Po tym, jak przejrzę już wszystko w sekcji płytowej, przechodzę zazwyczaj do sekcji z książkami, więc zdarza się, że takie zakupy zajmują mi cały dzień. To bardzo relaksujące, nic ważnego do roboty, tylko taki spacerek (śmiech). Co zabawne, wydaje mi się, że to w czasach pandemii ludzie znaleźli sobie nowe hobby i zaczęli swoje winylowe kolekcje. Wspomniałeś o kumplu z Death Angel. To wasi młodsi koledzy, ale co z jeszcze młodszą, współczesną sceną thrash metalową? Widziałam cię kiedyś w koszulce Municipal Waste. Z nimi już graliście, ale czy są jakieś nowe, młode zespoły, z którymi też moglibyście współpracować? Inspiruje was nowa scena? Uwielbiamy Municipal Waste! Wydali kilka świetnych płyt, to idealny mix metalu z punk rockiem, a old-schoolowy punk to też nasza miłość. Są dobrzy w tym co robią, potrafią sprawić, że publiczność szaleje, to czysta przyjemność oglądać ich na żywo. Kolejny młody zespół, który moim zdaniem dobrze sobie radzi, z naszej okolicy, Bay Area, to Hell Fire. Bardzo chciałbym z nimi zagrać. Myślę, że chyba nawet kilkukrotnie mieliśmy już okazję. Z pewnością młoda scena jest dla nas inspiracją, ale wiele rzeczy jest. Inspiruje nas także to, co nawet nie jest metalem. Gary i ja słuchamy naprawdę wszystkiego, muzyki elektronicznej, Nine Inch Nails… Co do młodszych od nas zespołów, myślę, że pracują równie ciężko jak my, szczególnie w czasie pandemii. Municipal Waste znów koncertuje, co jest świetną wiadomością. Chciałbym kiedyś jeszcze raz pojechać z nimi w trasę. High on Fire to kolejny, niesamowity zespół, który lubię. Matt Pike jest geniuszem! Świetne riffy, świetny wokal. Zetro zapowiadał nowy album jako najcięższy, jaki kiedykolwiek nagraliście. Mam wrażenie, że jedną z cięższych w waszej dyskografii był "Shovel Headed Kill Machine", w którego tworzeniu wyjątkowo ani Zetro,

ani ty, nie braliście udziału. Chcąc nadać płycie ciężaru, myśleliście o tej płycie, jak o stylistyce, w której nie mieliście okazji się spróbować? Wpłynął w jakiś sposób na brzmienie "Persona Non Grata"? Wydaje mi się, że nową płytę zainspirowało wszystko, co do tej pory nagraliśmy. Tak, jak już wspominałem, nie mamy konkretnego planu na żaden album, to wszystko dzieje się samo. Osobiście uwielbiam grać kawałki z "Shovel Headed Kill Machine"! Zdarzało się, że włączaliśmy "Deathamphetamine" do naszego seta. Bardzo dobry numer, granie go na perkusji to świetna zabawa. Uważam, że Paul odwalił na tej płycie kawał dobrej roboty. Double bass, który się tam pojawia to naprawdę nie moja liga, nigdy nie będę na takim poziomie. To świetny perkusista. Zetro, tak, jak ja, próbuje się w różnych stylach. Też lubi materiał z "Shovel Headed…" i dobrze sobie radzi z partiami Dukesa. Chciałbym kiedyś zagrać "Shudder to Think", to jeden z moich ulubionych kawałków. Gary Holt był głównym producentem "Sho-

talowy Turbo. Jesteś zaznajomiony z polską sceną? Behemoth! (śmiech). Podobają nam się rzeczy, które pochodzą z waszego kraju. Europejski metal mocno na nas wpłynął, na przykład szwedzkie At The Gates. Szczególnie teraz, bo w latach dwutysięcznych zagraliśmy więcej europejskich tras, niż kiedykolwiek. Muszę się przyznać, że początek do "The Beatings Will Continue" z naszej nowej płyty podkradłem właśnie z At The Gates! (śmiech). Wracając do polskiego metalu, jesteśmy wielkimi fanami Behemotha, uważam też perkusistę Decapitated za świetnego muzyka. Niesamowity człowiek, wyniósł grę na tym instrumencie na kompletnie inny poziom. Osobiście nie wiem nic więcej o polskim metalu. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach w każdym kraju pełno jest bardzo dobrych zespołów metalowych. Na koniec dopytam jeszcze o plany koncertowe. Pomijając trasę promującą "Persona Non Grata" planujecie może trasę z kimś z Wielkiej Czwórki, teraz już Piątki, np.

Foto: Exodus

vel Headed…". Przy pracy nad "Persona Non Grata" mieliście Steve'a Lagudi i Andy'ego Sneapa, ale czy Gary również nadzorował proces nagrywania i mixu? Właściwie to tak, pomagał sporo przy wokalach. Większość muzyki była już gotowa zanim zaczęliśmy nagrywać, więc nie wymagała zbyt wielu zmian. W procesie tworzenia staraliśmy się próbować różnych rzeczy. Myślę, że Gary mocno wpłynął też na mój sposób gry na perkusji samymi riffami, które pisał. Gdy je grał, mówiłem mu: "kontynuuj, mam świetny pomysł, jaki beat do tego dodać!". Za każdym razem, gdy nagrywamy płytę, pomijając producenta, przede wszystkim każdy muzyk musi być usatysfakcjonowany ze swojej części. Czasem pytamy się wzajemnie: "Hej, powinienem grać ten riff w taki sposób?", "Powinienem to tak zaakcentować?", "Podoba ci się ta partia perkusji, czy średnio?". Wynika to z faktu, że wszystko musi być spójne. Pierwszy raz, gdy miałam okazję zobaczyć was na żywo był w 2015r. Waszym supportem był wtedy legendarny, polski zespół me-

Anthraxem? Zawsze doceniałam, że koncertowaliście w obstawie innego oblicza thrashu, Testamentem, Sodom czy Death Angel, ale cykl koncertów Big 5 byłby czymś! O tak, proszę, powiedz mi tylko, kiedy! Już myślałem, że ty masz w planach zorganizowanie takiej trasy (śmiech) Niestety nie, ale w takim razie ktoś powinien się tym mocno zainteresować (śmiech). Nie myśleliśmy o tym, ale teraz… To by było wspaniałe, gdyby ktoś nam to zaproponował, powiedzielibyśmy tylko: fuck yeah, zróbmy to! W takim razie pozostaje mi tylko życzyć realizacji tego pomysłu i powodzenia w promocji nowej płyty. Mam nadzieję, że fani przyjmą ją równie dobrze, jak ja. Dzięki za poświęcony czas. Również bardzo dziękuję. Do zobaczenia na trasie! Iga Gromska & Bartek Kuczak

EXODUS

7


tym po latach? Słyszałem o tym, ale nie mogę potwierdzić z całą pewnością, nie było mnie przy tym. Jednak zdradziły mi to bardzo zaufane osoby, więc jak sądzę coś w tym jest.

Jubilat nie myślący o emeryturze Grzegorz Kupczyk świętuje 40-lecie pracy artystycznej. Z tej okazji dyskografia tego wybitnego wokalisty powiększyła się o jubileuszowe wydawnictwo "40 lat na scenie". Ten podwójny album ucieszy nie tylko fanów zespołów w których Grzegorz przez lata śpiewał i nadal to czyni, ale też kolekcjonerów, zawiera bowiem sporo rarytasów, rozproszonych po różnych płytach, bądź dotąd niepublikowanych. W poniższej rozmowie wspominamy minione lata, przypominamy różne wydarzenia czy nazwy, ale jubilat w żadnym razie nie żyje tylko przeszłością, bo na luty 2022 zapowiada premierę kolejnego albumu Ceti. HMP: Zaczynając śpiewać pewnie nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałeś, że potrwa to tak długo i będziesz mógł, za Andrzejem Rosiewiczem, zanucić: 40 lat minęło jak jeden dzień? Grzegorz Kupczyk: (śmiech) Prawdę mówiąc nie! Ale muszę się przyznać, że od samego początku leżało to w mojej duszy, czekało na przebudzenie i szanse. Jak tylko to coś dostało możliwość - wybuchło! Autor tego tekstu Jan Tadeusz Stanisławski pisał go jakby również o tobie, bo w dalszej części mamy przecież słowa "ciebie na wiele

Wybrałem moim zdaniem pozycje najciekawsze, niektóre wręcz unikatowe jak Kredyt czy Panzer X. Dzięki współpracy i przyjaźni dostałem pełną swobodę działania, dzięki czemu mogę zaprezentować oryginalne wykonania, a są to wybitne wersje i wybitni muzycy. Podobno nikt na świecie nie wydał tego typu albumu, a już na pewno w Europie, nie wiem, ale tak mi doniesiono (śmiech). Zostało jeszcze bardzo dużo ciekawych pozycji, ale jak wcześniej mówiłem zbyt dużo tego. Tego typu rocznicowe rozmowy mają zwykle opracowany schemat wspomnień od kołyski

Dalej też mamy obce utwory. "Feel My X" i "Paint In Black" The Rolling Stones pochodzą z EP "Steel Fist" projektu Panzer X Petera z Vader. Jest on wielkim fanem starego, dobrego heavy i dlatego zaproponował ci udział w tych nagraniach, tym bardziej, że dobrze dogadywaliście się podczas wspólnych koncertów? Tak, to bardzo miłe. Pamiętam jak zadzwonił do mnie Mariusz Kmiołek po usłyszeniu płyty "Shadow Of The Angel" (jego grafik zaprojektował nam okładkę na ten album) i zaproponował mi udział w tym projekcie. Powiedział "trzeba ludziom pokazać, że nie tylko Dickinson, ale Kupczyk też tak umie" (śmiech). Zrobiło mi się ciepło no i stało się. Później zadzwonił do mnie Peter i już dogadaliśmy wszystko na amen. To była wyjątkowo przyjemna sesja. Jako że Piotr jest miłośnikiem militariów, a ja fanem Klossa, oprowadzał mnie po Olsztynie pokazując miejsca, w których był realizowany odcinek "Oblężenie", potem w hotelu godzinami słuchaliśmy wielu klasycznych rockersów. Zaczął padać śnieg i zrobiło się naprawdę wspaniale. Piękne chwile. Jednak wy zagraliście na żywo tylko raz, za to podczas twego XXX-lecia w Progresji w kwietniu 2012 roku - lepszej okazji nie można było sobie wymarzyć? Vader ma dużo pracy, Ceti także. Trudno to zsynchronizować. Może w końcu się uda. Wiem, że są plany aby nagrać kolejne kawałki i wypuścić pełny album Panzera.

Foto: Grzegorz Kupczyk

jeszcze stać", końcówka też jest dość optymistyczna, że czas trzeba puszczać przo dem? (śmiech) Dobre! Nie znałem tego (śmiech). Na pewno ważnym jest, aby nie za często oglądać się za siebie. 40-lecie na scenie podsumowałeś właśnie podwójną kompilacją "40 lat na scenie". Masz już w dyskografii różne wydawnictwa tego typu, firmowane nazwami Turbo, Ceti czy twoim nazwiskiem, ale ten album to rzeczywiście coś wyjątkowego, nie kolejna pozycja typu the best of? Tak, to fakt. Wymyśliłem sobie taką kompilację. Uznałem, że to będzie najlepsze podsumowanie. Nie chciałem robić kolejnej prezentacji utworów powtarzanych już dziesiątki razy. Brałem udział przecież w tylu ciekawych projektach i przedsięwzięciach, że uzbierało by się na czteropłytowy album, tylko po co?

8

GRZEGORZ KUPCZYK

do najnowszej płyty, ale zaproponuję coś innego, prześledzenie twojej bogatej kariery przez pryzmat 23 utworów zamieszczonych na tym albumie. Dysk pierwszy otwiera prz eróbka "Headless Cross" Black Sabbath, którą nagrałeś z Aion. Jak doszło do tej współpracy? Ojjj... z Migdałem znamy się kupę lat, z jego (Aionu) byłym managerem także. Nie znam szczegółów. Zadzwonił do mnie Michał Litewka i zapytał czy zechciałbym to nagrać. Oczywiście zgodziłem się, a że czas był wspaniały to wyszło tak fajnie. Dlatego pomyślałem, że dobrze się stanie jeżeli właśnie ten utwór otworzy płytę, jest jak hymn, uwertura. (śmiech) Czy to prawda, że Tony Iommi zaproponował ci współpracę po usłyszeniu tego wykonania, ale ktoś "życzliwy" wyrzucił jego list czy faks do kosza i dowiedziałeś się o

The Beatles czy The Rolling Stones, zapy tam przy okazji? A może z racji wieku ten dylemat był ci obcy, bo zaczynałeś od klasy ki glam, hard i prog rocka z początku kolejnej dekady? Stanowczo Beatles, Stonesów jakoś długo nie mogłem zaakceptować za wyjątkiem kilku piosenek. Tak naprawdę pokazał mi ich dopiero nasz bassman Tomek Targosz. On jest wielkim fanem Stonesów i co jakiś czas "sprzedawał" mi kolejne ciasteczka związane ze Stonesami. Teraz postrzegam ich inaczej. Temat nie był mi obcy. Przeszedłem długa drogę, zarówno edukacyjną jak i poznawczą. Glam kocham do dzisiaj. Takie zespoły jak Slade, Sweet czy Mud są dla mnie bardzo smacznym kąskiem. (śmiech) Swego czasu szerokim echem na naszej sce nie odbiła się twoja współpraca z deathmetalowym Esqarial, zakończona nagraniem albumu "Klassika". "Requiem" i "Sleeping In The Flame" pochodzą właśnie z tej płyty nie omieszkałeś przypomnieć, że przez te lata robiłeś różne rzeczy? Praca z Esqarial to także robota Mariusza Kmiołka. Z tą współpracą wiążą się niesamowite chwile. Gdy przyjechałem na ich próbę i się poznaliśmy to od razu nastąpiła niesamowita więź, praktycznie natychmiast staliśmy się sobie bardzo bliscy, a poziom empatii i duchowego wręcz porozumienia był nieprawdopodobny. Chłopaki mówią do mnie: "to my ci zagramy, a ty powiedz co o tym sądzisz", ja do nich: "to włączcie magnetofon i ja to zaimprowizuję". Tak zrobili i wszystkim nam szczęki opa-


dły. Po prostu zaśpiewałem jak swoje. Zero przerwy, po prostu poszło. To co słychać na płycie "Klassika" to absolutnie dziewicze linie melodyczne. Potem w studio tylko dodałem głosy czy z Marią Wietrzykowską chór. Efekt przeszedł nasze oczekiwania stukrotnie. Mamy też na "40 lat na scenie" aż cztery utwory z albumu "Memories", który nagrałeś z Krukiem. Wybranie akurat "Child In Time", "Jest taki samotny dom", "July Morning" i "Gypsy" jest jednocześnie potwierdzeniem, że dokonania Deep Purple, Budki Suflera i Uriah Heep są ci najbliższe? Niekoniecznie. Uważam, że te kawałki wypadły najlepiej, że są najbliższe oryginałowi i siedzą mi w serduchu. Dlatego właśnie one zostały wybrane. Od zawsze byłeś też fanem węgierskich zespołów, z Locomotiv GT na czele - nie korciło cię, by na potrzeby tej jubileuszowej kompilacji nagrać coś z ich repertuaru i z angielskim tekstem, co sami Węgrzy przecież też z powodzeniem czynili, wydając eksportowe wersje płyt z myślą o rynkach zachodnich? Oczywiście, że tak, ale po angielsku to już nie byłoby to. To specyfika tych zespołów, a po węgiersku zaśpiewać...? No mógłbym, ale ile czasu zabrałoby mi fonetyczne uczenie się wokalu? (śmiech) Nie można też pominąć wpływu polskich wykonawców, bo wiem, że byłeś pod ogrom nym wpływem Czesława Niemena, lubiłeś też jedyny LP Testu i pierwsze płyty SBB? Oj tak! To milowe kroki w polskiej muzyce. Płyty SBB szczególnie dwie pierwsze czy Niemen "Aerolit" zmiażdżyły mnie, chyba nie tylko mnie. Test - do dzisiaj brzmi, jakby

Foto: Justyna “Justisza” Szadkowska

wczoraj zostało nagrane, a solówki Darka są absolutem. Bardzo cenię też wiele innych zespołów jak Skaldowie czy Czerwone Gitary. Jestem wielkim fanem Jurka Grunwalda. Uważam, że ma przepiękny głos, a piosenki przez niego wykonywane to wyjątkowe partie. Udział twego mistrza w sesji nagraniowej debiutu Ceti "Czarna róża" musiał więc być dla ciebie nie lada wydarzeniem - pan Czesław zgodził się od razu, nie "gwiazdorzył"? Zgodził się od razu gdy usłyszał nasza muzykę, nie gwiazdorzył, ale do studia wszedł w dniu rozpoczęcia zgrań. Prawdę mówiąc myśleliśmy z Marysią, że już nie przyjdzie. Gdy pojawił się w studio prawie zemdlałem. Niemen podaje mi rękę!!! Rozmawiamy, śmiejemy się... Ahhhh!!! Warto przy okazji tych wspomnień dodać, że artystyczną atmosferą nasiąkałeś od najmłodszych lat, bowiem twoja mama Anna była aktorką i pięknie śpiewała, Foto: Grzegorz Kupczyk tata Czesław prowadził orkiestrę i był multiinstru mentalistą - można w sumie powiedzieć, że poszedłeś w jego ślady, skoro od roku 1989 prowadzisz "orkiestrę" Ceti, a poza śpiewaniem grasz też na gitarze i na basie? To prawda. Mama była piękną kobietą, o wspaniałym charakterze. Była cudowną mamą. Śpiewała mi kołysanki, opowiadała w przepiękny sposób bajki. Tato był odlotowym ojcem. Mimo swojego wieku (rocznik 1922) potrafił się tak wygłupiać, że niejeden współczesny ojciec nie miałby na to odwagi. On nauczył mnie grać na gitarze, harmonijce ustnej, próbował też nauczyć mnie gry na skrzypcach, ale to było chyba ponad jego możliwościami. (śmiech) Myślisz, że gdyby nie oni, twoje życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej, zostałbyś nauczycielem czy lekarzem, nie wokalistą, bo przecież śpiewałeś od najmłodszych lat? Na pewno. Rodzice nigdy mnie nie ograniczali. Nie pamiętam abym kiedykolwiek był skarcony za wagary, naganę czy dwóję. Jeżeli coś takiego się wydarzyło i była z tego jakaś szkolna afera, to po prostu rozmawialiśmy o tym w domu. Mieliśmy do siebie wiele szacunku i zrozumienia. Można powiedzieć, że tolerancję wyssałem z mlekiem

matki. (śmiech) Na takiej kompilacji nie mogło też zabraknąć utworów Ceti. Jak je dobierałeś, skoro twój zespół ma już w dorobku kilka płyt tego typu, z niedawną "From Vault To Universe" na czele? To nie był problem. Wyszedłem z założenia, że skoro było już kilka innych kompilacji to nie ma sensu powtarzać "Lamiastraty" czy "Epitafium". One już były prezentowane. Doszedłem więc do wniosku, że lepiej zrobić skok poprzez ostatnie lata pokazując także "symfoniczne" oraz wręcz trashowe oblicze Ceti, jak np. utwór "For Those Who Aren't Here" czy "Ghost Of The Universe". Nie mogło też zabraknąć kawałka z płyty "Oczy martwych miast". Są też ciekawostki jak "Iluzjoniści fałszu", to jest polska wersja "Wizzards Of The Modern World" z "Brutus Syndrome", do tego choćby "Second Sin" z tegoż albumu czy "W dolinie światła" ze wspominanego albumu "Oczu martwych miast" - chciałeś pokazać, że Ceti jest wciąż aktywnym zespołem, nie ma mowy o odcinaniu kuponów i życiu tylko przeszłością? Dokładnie tak a "Iluzjoniści fałszu" to wersja zarejestrowana "przy okazji". Planowaliśmy wydanie "Brutusa..." w polskiej wersji językowej ale jakoś nie było weny. To nagranie jest jedynym z powstałych. Przypomniał mi o nim Tomek Targosz, wyleciało mi to z głowy. (śmiech) Przez lata marzyłeś o nagraniu drugiej części "Memories" i w końcu się udało, czego reprezentantem na "40 lat na scenie" jest "Livin' Like A Prayer" Bon Jovi - skąd pomysł na tę płytę akurat w akustycznej odsłonie?

GRZEGORZ KUPCZYK

9


Od dłuższego czasu marzyło mi się nagranie takiego krążka. Gram sporo akustycznych recitali, które są doskonale przyjmowane, często są wyprzedane. Chciałem to niejako utrwalić. Poprosiłem Tomka aby nagrał partie basowe, a resztą zajął się mój wieloletni przyjaciel Wiesiu Wolnik. Tomek także zaproponował kilka kawałków, w tym właśnie Bon Jovi. "Memories II" ukazała się dwa lata temu w postaci dodatku do "Metal Hammera" - znak czasów, teraz mało kto już kupuje płyty? To nie tak. Nie chciałem robic tego "dla pieniędzy" nie cierpię z powodu biedy (śmiech). To był wyłącznie niejako kaprys, który Metal Mind pomógł mi zrealizować. Pomysł umieszczenia (chyba po raz pierwszy w historii tego pisma) pełnej płyty jako dodatku uznałem za bardzo fajny. Wyobrażasz sobie sytuację, że za kilka lat

zabraknąć "Candles And Rain", "My City Will Die Soon" i "Drawn Soldiers"? Tak. Ten ostatni to jeden z unikatów. Wersja zarejestrowana w składzie dość alternatywnym. Praktycznie wtedy nie koncertowaliśmy. Nagraliśmy to dla siebie i odleżało swoje. (śmiech) Ta grupa też wystąpiła na twoim XXX-leciu w warszawskiej Progresji - pewnie ucieszył cię fakt, że chłopaki po kilku latach wznowili działalność i ruszyli w trasę przypominającą LP "Innym niepotrzebni"? Nie mam mentalnego podejścia. Nie dotyczy mnie. Ale cieszę się, że w ogóle coś się dzieje. I tak doszliśmy do Turbo. Pewnie z racji tego, że ta grupa też może pochwalić się liczny mi kompilacjami, w tym ubiegłoroczną "40th Anniversary - Greatest Hits", wybrałeś mniej oczywiste utwory, z "Armią" z powrot -

Wychodzi to znakomicie. Szkoda tylko, że nie mogła w nagraniach uczestniczyć Marihuana. Musieliśmy tak aranżować, aby jej brak nie był aż tak bardzo bolesny. Płyta powinna ukazać się w lutym roku 2022. "Oczy martywych miast" pokazały, że pol skie teksty to dobry wybór - na nowej płycie też ich nie zabraknie, w szlachetnej oprawie hard 'n' heavy? Będzie po polsku. (śmiech) Jubileuszową składankę wieńczy "Przemijanie" hardrockowego Kredytu. To efekt sesji nagraniowej w Polskim Radio Poznań w roku 1978, czy jakaś, już mocniejsza, późniejsza wersja? Niestety nie. To nagranie wyłuskane z moich archiwów. Piotr Mańkowski masterem wycisnął co się dało i jest całkiem nieźle. Brzmienie sporo odbiega od późniejszych produkcji, dlatego dodaliśmy to za porozumieniem z Metal Mind, jako swoisty bonus na zakończenie albumu. Wejść wtedy do studia nagraniowego to było coś. Twoje wcześniejsze zespoły: De Luxe, Wbrew, progresywny Quant, Ares, BUM, Kontrast czy S.E.J.F. nie miały chyba tyle szczęścia, ich nagrania nie przetrwały, jeśli powstały, więc nie mogłeś ich wykorzystać pracując nad programem tej kompilacji na 40-lecie? Niestety jest tak jak mówisz. Mam plan dosłownie przeryć swoje archiwa w poszukiwaniu tych nagrań ale muszę mieć na to dużo czasu - to setki kilometrów taśm złożonych w piwnicy. A jak nazywał się twój pierwszy zespół, ta grupa wokalna powstała jeszcze za czasów szkoły podstawowej, mająca na koncie tylko jeden występ? Nie było nazwy (śmiech). Były w składzie dwie śliczne dziewczyny Ela i Teresa. (śmiech)

Foto: Justyna “Justisza” Szadkowska

wydasz płytę, która będzie "dostępna" tylko w postaci streamingu i może w jakimś, bardzo limitowanym, nakładzie na winylu? Nie (śmiech). Tym bardziej, że wracają winyle i kasety. Sporo na "40 lat na scenie" fajnych efektów twoich artystycznych "skoków w bok", ale nie wszystkie - trochę brakuje mi tu czegoś z płyt Dragon, Stos czy Chainsaw, singli nagrywanych pod szyldem Artur Morgan Project, albo też ciekawostek w rodzaju piosenek ze sztuki "Usta Micka Jaggera", utworu z Acid Flamenco czy twojej wersji przeboju "500 Miles" Hooters, "500 mil". Skoro i tak płyty kompaktowe kupują teraz tylko najwięksi fani i kolekcjonerzy nie rozważaliście opcji dorzucenia jeszcze jednego krążka z tego typu rarytasami, stworzenia okolicznościowego boxu? Owszem, takie rozmowy są prowadzone, ale wszystko ma swój czas. Non Iron to kolejny zespół w którym śpiewałeś, praktycznie już od pierwszej płyty, na której pojawiłeś się gościnnie, nie mogło więc

10

GRZEGORZ KUPCZYK

nego CD "Awatar" na czele? Tak jest. Nie mogło jednak zabraknąć "Dorosłych dzieci", sztandarowego przeboju polskiego rocka - nie masz czasem dość tego utworu, bo wielu ludzi zdaje się nie dostrzegać, że po roku 1983 nie zapadłeś w sen zimowy, wciąż tworzysz, nagrywasz? Nie mogło zabraknąć "Dorosłych dzieci" ale nie chciałem kolejnego wycierania tego kawałka w oczywistej wersji. Wybrałem więc wersję akustyczną uznając, że to będzie do wytrzymania. (śmiech). Przyznaję, że "był taki czas, gdy oczom zabrakło łez" cytując piosenkę ze "Stawki większej niż życie", gdy miałem to śpiewać, ale widząc jak ludzie reagują, gdy to wykonuję zmieniłem mój stosunek do tego utworu. Aktualnie wykonujemy go także z Ceti podczas koncertów. Jak więc postępują prace nad kolejnym albumem Ceti, wyrobicie się z premierą na wios nę przyszłego roku? Płyta nagrana. Aktualnie jest w fazie zgrań.

Miałeś wtedy 15 lat. Gdyby w tym 1972 roku ktoś do ciebie podszedł i powiedział: chłopie, będziesz jednym z najlepszych polskich wokalistów, nagrasz ponad 40 płyt i zrobisz karierę, zareagowałbyś pewnie z wielką rez erwą i niedowierzaniem? Z pewnością (śmiech). Wtedy jednak myślało się praktycznie - szkoła budowlana, technikum energetyczne itp. Nikt nie traktował śpiewania serio, zresztą niewiele zmieniło się w społeczeństwie w kwestii ogólnej dotyczącej tego zawodu. Czyli możesz powiedzieć po sobie, że marzenia się spełniają, chociaż tylko ty wiesz ile kosztowało to wyrzeczeń i ciężkiej pracy? Tak, spełniają się. Marzenia są podstawą dążeń. Powtórzę tutaj to, co już niejednokrotnie mówiłem, a mianowicie - muzyka jest zaborcza, jest zazdrosna i bezwzględna, ale gdy się dla niej poświęcisz odda się bez reszty, a chwile z nią spędzone, każda sekunda będzie świętem. Tak jest ze mną i mam nadzieję, że tak pozostanie. Czego mogę ci więc życzyć na zakończenie tej rozmowy? Zdrowia - reszta przyjdzie sama. (śmiech) Wojciech Chamryk


W złym miejscu i czasie... Joey Vera to dość intrygujący rozmówca. Mówi spokojnie, dokładnie myśli nad każdym zdaniem, unika charakterystycznych dla wielu metalowych muzyków wtrąceń typu "you know" etc. Okazją do poniższej rozmowy była trzydziesta rocznica wydania kultowego dla wielu albumu "Symbol of Salvation". Joey powspominał dawne czasy, przypominając nam sporo anegdot związanych zarówno ze wspomnianą płytą, jak i okresem, w którym ona powstała. Działo się wtedy sporo. Zespołowi towarzyszyły wydarzenia wesołe, ale też bardzo smutne i zmuszające do refleksji. To jednak jest rozmowa nie tylko o przeszłości, bo jak wynika ze słów Joeya, na chwilę obecną sporo się dzieje w obozie Armored Saint. HMP: Witaj Joey. Od wydania Waszego ostatniego studyjnego albumu "Punching the Sky" minął już ponad rok. Spodziewaliście się aż tak dobrego przyjęcia tego wydawnictwa? Joey Vera: Cześć Bartku. Szczerze mówiąc trochę trudno mi odpowiedzieć na Twoje pytanie, ale spróbuję (śmiech). Gdy tworzę muzykę, staram się nie mieć konkretnych oczekiwań odnośnie tego, w jaki sposób zostanie ona odebrana. Z drugiej strony każdy z nas ma pewne, nawet podświadome nadzieje, że fanom nowa propozycja zespołu się spodoba. Minąłbym się z prawdą, gdybym twierdził, że w moim przypadku jest inaczej. Dobry obiór i pozytywne recenzje "Punching the Sky" na pewno były dla nas czymś miłym. Opinie o tej płycie były nawet nieco lepsze, niż zakładaliśmy, co tym bardziej nas cieszy. Fajnie, że poszczególne utwory, jak i całość albumu poruszyły ludzi. Jedno z Waszych kultowych wydawnictw, mianowicie "Symbol of Salvation" obchodzi w tym roku swoją trzydziestą rocznicę. Skąd w ogóle pomysł, żeby uczcić ją akurat albumem koncertowym? Właściwie o tym zdecydował zupełny przypadek. W roku 2018 dostaliśmy propozycję zagrania trasy, na której mieliśmy być główną gwiazdą. Jak zapewne wiesz, od wydania albumu "Win Hands Down" już trochę czasu minęło. Pojawiło się wówczas proste pytanie, co tak właściwie chcemy fanom zaprezentować. Mogliśmy w sumie zagrać nasz "greatest hits" oparty na wszystkich naszych dotychczasowych albumach, ale nie byłoby w tym żadnej nutki zaskoczenia. Zastanawialiśmy się nad tym dość długo, pojawiały się naprawdę różne pomysły. Między innymi zagranie w całości na żywo albumu "Symbol of Salvation". Zdawaliśmy sobie sprawę, że wielu naszych fanów uważa tę płytę za największe osiągnięcie Armored Saint w całej naszej karierze. Sam pomysł uznaliśmy za dobry, natomiast nie obyło się bez pewnych obaw. Jak już wspomniałem, był to rok 2018. Od wydania tego albumu już trochę czasu minęło, jednak od trzydziestej rocznicy dzieliły nas trzy lata. Mimo wszystko w porozumieniu z wytwornią, zdecydowaliśmy się na ten krok. Umówiliśmy się również na rejestrację jednego z koncertów i wydanie go w formie albumu, gdy wspomniany jubileusz nastanie. Pomysł spodobał się wszystkim, więc nie pozostało nam nic, tylko przystąpić do realizacji. Koncert w Nowym Jorku został nagrany zarówno w formie audio, jak i wideo powstałe z ujęć pięciu kamer. Dla nas, to było niezwykłe przeżycie, ponieważ

zrobiliśmy coś nietuzinkowego. Mieliśmy poza tym kupę zabawy, grając po wielu latach te utwory. Myślę, że dla fanów to też była niezła frajda, bo jak już wspomniałem, dla wielu z nich "Symbol of Salvation" to nasz najlepszy album. Właściwie od której strony by nie patrzeć, posunięcie to wydaje się całkiem sensowne. Część z tych numerów wypadła jakiś czas temu z waszej koncertowej setlisty. Niektóre zaś nigdy wcześniej nie były wykonywane

nać o rzeczach, które działy się dwa tygodnie temu, a co dopiero mówić o trzydziestu latach (śmiech). OK., odświeżenie tych kawałków niewątpliwie stanowiło niemałe wyzwanie, które wymagało nie mało czasu. Nie mniej jednak uważam, że stanęliśmy na wysokości zadania. Z drugiej strony mieliśmy przy tym kupę śmiechu i zabawy. Masa miłych wspomnień pozostanie z nami długo. Na Wasze koncerty zapewne przychodzi wielu młodych ludzi. Jakie uczucia Ci towarzyszą, gdy słyszysz, jak śpiewają oni razem z Wami kawałki, które zostały nagrane na długo przed ich narodzinami? To jest dopiero coś niesamowitego! (śmiech). Kiedy ukazał się "Symbol of Salvation", dla wielu osób był on pierwszym kontaktem z muzyką Armored Saint. Było to dla nich wprowadzenie w naszą twórczość, pierwsza płyta naszego zespołu, jaką mieli oni okazję usłyszeć. Zyskaliśmy wówczas sporą grupę fanów, którzy nie słyszeli wcześniej naszych pierwszych trzech płyt. Wielu z nich nie miało okazji też usłyszeć większości kawałków z "Symbol of Salvation" na żywo, gdyż w 1992 zawiesiliśmy działalność, a po naszym powrocie set lista była nieco bardziej urozmaicona. Myślę, że wielu naszych starych fanów pamiętających premierę tego albumu, jak i tych no-

Foto: Travis Shinn

na żywo. Czy potrzebowaliście dużo czasu, aby sobie je odświeżyć? W przypadku niektórych kawałków jak najbardziej tak. Oczywiście były tam też utwory, które regularnie pojawiały się podczas naszych występów na żywo. Mam tu na myśli "Tribal Dance", "Reign of Fire" czy choćby utwór tytułowy. Te kawałki nie przysporzyły nam wielu problemów, bo regularnie je ćwiczymy na próbach. Co innego na przykład "Tainted Past", "Spineless", czy też "Warzone". Nie pamiętam, kiedy graliśmy je ostatnio przed rokiem 2018 (śmiech). Jak słusznie zauważyłeś, niektóre utwory nigdy nie były prezentowane na żywo. Za przykład niech tu posłuży "Burning Questions". Właściwie musieliśmy się uczyć grać je na nowo. Trzydzieści lat to szmat czasu, więc pewne rzeczy miały prawo nam z głowy wylecieć (śmiech). Mam już swoje lata i czasami zdarza mi się zapomi-

wych, którzy jeszcze wtedy na świecie nie byli, bawili się dobrze na naszych koncertach i z przyjemnością sięgną po "Symbol of Salvation Live". Kiedy się nad tym zastanawiam głębiej, to wszystko z jednej strony wydaje mi się nieco zwariowane, z drugiej zaś naprawdę ekscytujące. Tych młodych ludzi przecież w wielu przypadkach w roku 1991 nie było jeszcze nawet w planach rodziców, a tu znają dobrze wszystkie teksty, nawet utworów niegranych dotychczas na żywo. Obserwowanie ich jak śpiewają te kawałki chórem, jest dla nas bardzo motywujące. Dość osobliwym utworem na "Symbol of Salvation" jest "Tribal Dance". Wykorzystaliście w nim nietypowe jak na metalową muzykę instrumenty. Pamiętasz, jak w ogóle zrodził się ten pomysł? Jasne. Pomysł pojawił się, gdy zaczęliśmy na-

ARMORED SAINT

11


zginął nagle. Na przykład w wypadku samochodowym… Oczywiście wszystko to było bardzo smutne, ale nie możemy całego życia spędzić rozpamiętując tamte wydarzenia. Trzeba w pewnym momencie się pozbierać i iść naprzód. Z perspektywy czasu uważam, że to nawet dobrze, że nie cierpiał zbyt długo. Oraz co najważniejsze, mieliśmy szansę się z nim pożegnać.

Foto: Travis Shinn

grywać ten album w roku 1990. Chyba ja wyszedłem z tą inicjatywą, jednak dobrze nie pamiętam, więc nie zamierzam się przy tym upierać. Dave Prichard kiedyś poznał nas ze swoim przyjacielem z dzieciństwa, z którym kiedyś mieszkał po sąsiedzku. Ogólnie był on perkusistą, jednak grywał na różnych nietypowych instrumentach perkusyjnych pochodzących z różnych części świata. Uważałem, że fajnie będzie mieć na płycie kogoś, kto znał Dave'a osobiście. Dave niestety opuścił ten świat rok przed ukazaniem się "Symbol of Salvation". Cierpiał na białaczkę. Dlatego dobrym krokiem było zaproszenie do udziału jego bliskiego przyjaciela. Sam nawiązałem z nim kontakt i zapytałem, czy byłby zainteresowany zagraniem w jednym z numerów na naszym albumie. Przystał na tą propozycję z nieskrywanym entuzjazmem. Sam wymyślił swoją partię do utworu "Tribal Dance". Zadbał o dobór instrumentów oraz kolejność, w jakiej grał na każdym z nim z osobna. Widać było, że jest niezwykle oddany temu, co właśnie robi. Ze względu na całą otoczkę, ta współpraca miała dla nas wszystkich bardzo osobisty wymiar. Poczekaj, jak ten gość się dokładnie nazywał? Na imię miał Aaron, ale nazwiska nie mogę sobie przypomnieć…

12

ARMORED SAINT

Plunkett. O, właśnie! Cóż więcej mogę o nim powiedzieć. Świetny muzyk, fajny gość i profesjonalista w każdym aspekcie tego, czym się zajmuje. W sumie w studio razem pracowaliśmy może parę godzin, ale i tak był to dla nas wszystkich magiczny czas. A jak udawało Wam się potem uzyskać ten efekt na koncertach? Efekt tych bębnów właściwie zawsze jest odtwarzany z nagrania (śmiech). Zarówno dziś, jak i w dawniejszych czasach. Wiesz, fajnie by było to zagrać całkowicie na żywo, ale na tą chwilę nie mamy takiej możliwości. Wspomniałeś o Davie. Pamiętasz może ten dzień, gdy dowiedziałeś się o jego śmierci? To nie była nagła śmierć. Właściwie to wszyscy żeśmy się na to przygotowywali od dłuższego czasu. Byliśmy świadkami tego całego procesu, terapii, wszystkich jego pobytów w szpitalu, zabiegów itd. Doszło do momentu, gdy wszyscy wiedzieli, że zostały mu tylko trzy tygodnie życia. Kiedy drugi z tych tygodni zbliżał się do końca, lekarze poinformowali wszystkich, że Dave właśnie odszedł. Niestety nie byli w stanie utrzymać go dłużej przy życiu. Była to oczywiście bardzo przykra wiadomość dla nas wszystkich. Za życia wielokrotnie odwiedzałem go w szpitalu, jednak w pamięci utkwiła mi jedna z tych wizyt. Dave był wówczas jeszcze przytomny, ale niestety mentalnie zupełnie nieobecny. Postanowiliśmy wtedy, że damy mu już odejść w spokoju. Niech ostatnie dni spędzi lepiej w gronie najbliższej rodziny. To było takie nasze symboliczne pożegnanie. Krótko po mojej wizycie stracił przytomność i już jej niestety nie odzyskał. Pogodziliśmy się z tym, gdyż od dłuższego czasu było pewne, że to się stanie. Mieliśmy czas, żeby przygotować się na jego śmierć. Pewnie przeżylibyśmy to inaczej, gdyby Dave będąc zdrowym człowiekiem i w pełni sił

Rok 1991, w którym ukazał się "Symbol of Salvation", był na pewno ważnym rokiem w historii muzyki rockowej oraz metalowej. Niie ma wątpliwości, że przyniósł on kilka albumów, które na stałe wpisały się w kanon. Jednak każdy kij ma dwa końce. Rok ten był też początkiem schyłku popularności klasy cznych odmian metalu. Grunge, który wywrócił ciężkie granie do góry nogami, znajdował się wówczas w swej najwyższej fazie rozwoju. Gdzieś tam zza winkla jeszcze nieśmiało, ale jednak zaczynał wyglądać nu metal. Zaś tzw. "prawdziwi metalowcy" coraz chętniej kierowali swój wzrok w stronę bardziej ekstremalnych form tej muzyki. Nie mieliście problemów z odnalezieniem się w tej nowej dla muzyki, którą gracie rzeczywis tości? Masz rację. To był okres wielu przemian na muzycznej scenie, który wielu artystów dotkliwie odczuło. Śledziliśmy bardzo dokładnie to, co się aktualnie dzieje, by być przygotowanym na wszystkie te zmiany i ich ewentualne konsekwencje. Szczerze mówiąc, już pod koniec lat osiemdziesiątych klasyczny heavy metal miał bardzo silną konkurencję. Mam tu konkretnie na myśli wszystkie te hair metalowe bandy lansowane przez muzyczne telewizje. Niewątpliwie nastąpiła poważna próba komercjalizacji heavy metalu. Było to ewidentne wypaczenie tego, czym ten gatunek był, dajmy na to w roku 1982 czy 1983, kiedy my zaczynaliśmy grać. Nie mogło to jednak trwać wiecznie. Wiele osób związanych ze sceną, w tym również ja, było przygotowanych na zmiany. Na początku lat dziewięćdziesiątych ciężka muzyka i cała scena z nią związana weszła w nowy etap rozwoju. Popularność zaczęły zyskiwać takie kapele jak Fishbone, Jane's Addiction, generalnie punk rock grany na różne sposoby. Grunge był gatunkiem, który w odpowiednim czasie trafił po prostu na podatny grunt. Poza Nirvaną były takie kapele jak Soundgarden, Pearl Jam, Alice In Chains i cała ferajna. Jeśli zaś mówimy o zespole Kurta Cobaina, to ich pierwszy album na owe czasy był niewątpliwie czymś naprawdę świeżym. Uwierz lub nie, ale uważam, że muzyka rockowa na tamtym etapie potrzebowała tego ruchu i tych wszystkich kapel, które go tworzyły. To, co było mainstreamem rocka w latach osiemdziesiątych, całkowicie wyeksploatowało swą formułę. Skłamałbym jednak, gdybym stwierdził, że w tamtym okresie wszystko szło nam łatwo. Sytuacja była o tyle ciekawa, że przyjaźniliśmy się z członkami paru kapel hair metalowych, a jednocześnie utrzymywaliśmy dobre relacje z muzykami będącymi częścią sceny grunge. Z perspektywy czasu uważam, że w tamtym okresie odnaleźliśmy siebie właśnie na albumie "Symbol of Salvation". To ciekawe, że gdy płyta ta ujrzała światło dzienne, mimo zmieniających się trendów, zyskała ona naprawdę wspaniałe recenzje. Jak już wspominałem, album ten zdobył też dla nas nowych słuchaczy, więc chyba bardzo źle nie było. MTV ciągle nadawało program "Head-


banger's Ball", gdzie puszczali tam nasz teledysk "Reign of Fire" i ogólnie nie stronili od klasycznego metalu. Z drugiej strony rynek muzyczny potrzebował odświeżenia, więc wytwórnie forsowały zespoły z nurtu grunge. Udało im się, bo spora grupa ludzi naprawdę chciała tego słuchać i wydawać swoje pieniądze na ich płyty. Wiesz, granie muzyki to z jednej strony sfera artystyczna, z drugiej zaś sfera biznesowa. Nie możesz oddzielić jednej od drugiej. Pogodziliśmy się z faktem, że ludzie wolą wydawać kasę na płyty Soundgarden albo Alice In Chains zamiast na Armored Saint (śmiech). Znaleźliśmy w złym miejscu i w niewłaściwym czasie, jeśli można to ująć w ten sposób. Zaczęły się oczywiście pojawiać w naszych głowach pewne wątpliwości. Ostatecznie cala ta opisana sytuacja przyczyniła się do zakończenia Waszej działalności w 1992 roku. Czy patrząc na te wydarzenia z perspektywy tych trzydziestu lat, uważasz że dało się w jakikolwiek sposób tego uniknąć? Szczerze mówiąc, myślę, że gdyby John Bush nie odszedł z zespołu i nie zasilił szeregów Anthrax, nadal byśmy to kontynuowali. Był to główny, choć na pewno nie jedyny powód takiego obrotu spraw. Wewnątrz byliśmy nieco rozdarci. Nie wiem, jak to by się wszystko skończyło, gdybyśmy nawet zdecydowali się zastąpić Johna innym wokalistą. Nie mam pojęcia, dokąd by nas to zaprowadziło. Z perspektywy czasu oceniam tą przerwę jako błogosławieństwo, które spłynęło na nas prosto z niebios. Zabawną rzeczą jest, a może nawet lekko ironiczną jest fakt, że nie toczyliśmy wówczas rozmów, czy robimy sobie przerwę. Po prostu każdy z nas uznał to za naturalną kolej rzeczy. Armored Saint na chwilę obecną przestaje istnieć. Ciekawe jest również to, że nikt z nas wówczas nie postrzegał tego jako chwilowego zawieszenia działalności. Nikt nie rozważał scenariusza, że za parę lat się spotkamy i pomyślimy o ewentualnej reaktywacji. Nic z tych rzeczy. Armored Saint wtedy na dobre przeszedł do historii (śmiech). Przynajmniej tak wówczas żeśmy to widzieli. Dopiero parę lat później pojawiła się okazja, by znów się zejść i przywrócić do życia naszą kapelę. Dalej już doskonale wszyscy wiedzą, co było. Zostawmy już może historię i zajmijmy się

Foto: Travis Shinn

teraźniejszością. Co na dzień dzisiejszy dzieje się w obozie Armored Saint? Pracujecie już może nad następcą "Punching the Sky"? Niekoniecznie (śmiech). Skupiamy się na innych aspektach naszej działalności. Wbrew pozorom dzieje się u nas nie mało. "Punching the Sky" to ciągle świeże wydawnictwo. Szykujemy się obecnie do trasy koncertowej, która będzie je promować, gdyż w tej materii pandemia Covid19 nieźle namieszała. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Jesteśmy bardzo podekscytowani faktem, że wreszcie będziemy mogli zaprezentować nowe utwory na żywo. Nie poświęcamy zbyt dużo czasu na tworzenie nowej muzyki. Nie piszemy cały czas. Bierzemy się za to dopiero wtedy, gdy uznamy, że nadszedł właśnie moment na wydanie nowego albumu. To jest dla nas najlepsza motywacja. Na obecną chwilę nie ma takiej potrzeby, gdyż zamierzamy bardziej skupić się na promowaniu "Punching the Sky" koncertami i ruszyć wreszcie w pierwszą trasę od kilku lat. Planujemy koncerty w miejscach, w których nigdy nie graliśmy wcześniej, co już samo w sobie jest ekscytujące. Polska jest jednym z nich. Druga sprawa to fakt, że skupiamy się obecnie również na promocji "Symbol of Salvation Live", więc na brak roboty nie narzekamy. Wywiady to fajna rzecz, ale bywa czasochłon-

na. Mamy już ustalone daty naszych koncertów. Nie podaliśmy ich na razie do publicznej wiadomości, bo nie wszystko jest jeszcze "klepnięte" na 100%. Mogę powiedzieć tylko tyle, że będzie to rok 2022. Szczegóły upublicznimy w swoim czasie. Mamy dobrego przyjaciela, który zajmuje się kręceniem filmów. Wraz z nim zamierzamy nakręcić film dokumentalny o Armored Saint. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z naszymi założeniami, ukaże się on jeszcze w 2022 roku. Ostatnią rzeczą, którą warto zaznaczyć, to fakt, że w przyszłym roku obchodzimy czterdziestolecie istnienia naszej kapeli i z tej okazji ukażą się ładne, winylowe reedycje trzech pierwszych albumów Armored Saint, do których niedawno odzyskaliśmy prawa. Dźwięk oczywiście będzie zremasterowany. Wydania te będą zawierały też parę niespodzianek. Myślę, że również wyjdą wersje CD, ale to winyle są dla nas priorytetem. Jak zatem sam widzisz dzieje się u nas niemało. Dziękuję Ci bardzo za rozmowę. Mam głęboką nadzieję, że spotkamy się na koncercie w Polsce. To ja Ci dziękuję. Miałem okazję grać w Polsce z Fates Warning i Anthrax. To były naprawdę wspaniałe chwile. Cieszę się, że będę miał okazję zagrać u Was z Armored Saint. Naprawdę kocham tu wracać. Miejmy nadzieję, że ten koncert będzie mógł się odbyć. To fakt. W Polsce na chwilę obecną są koncerty dozwolone czy całkowicie ich zakazali? Na dzień dzisiejszy (09.11.2021- przyp. red.) oficjalnego zakazu wydanego przez władzę nie ma, ale liczba zakażeń codziennie rośnie, więc powtórka z rozrywki jest całkiem realna. Ze względu na tą sytuację wiele zespołów decyduje się przekładać lub całkiem odwoływać zaplanowane występy. To trochę przykre, szczerze mówiąc. Jednak w zeszłym roku na jesień liczba zakażeń z tego, co pamiętam również rosła, a zaczęła spadać w okolicach lutego/ marca. Miejmy nadzieję, że tym razem też tak będzie. Obyś miał rację. Trzymaj się! Dzięki jeszcze raz. Na razie.

Foto: Travis Shinn

Bartek Kuczak

ARMORED SAINT

13


Obserwacje z wieży Jego głos można usłyszeć w wielu projektach i zespołach, ale tym najważniejszym, jak sam mówi, jest Watchtower. Ciężko się nie zgodzić z Alanem Tecchio, bo teksańska grupa to wyjątkowy twór na scenie muzyki metalowej. Szkoda, że od dłuższego czasu milczy, jednak wokalista zdradza, że trwają jakieś prace nad premierowymi kawałkami. Warto było więc przepytać Alana, bo rzucił trochę światła na to, w jaki sposób grupa działa, co da też pogląd dlaczego tyle czasu zajmuje im wydanie czegoś nowego. Miało być o Watchower i reedycji albumu "Control And Resistance", ale Tecchio okazał się bardzo otwarty i z chęcią szeroko opowiedział także o swojej muzycznej przygodzie i paru, myślę, ciekawych tematach… Zresztą, efekty poniżej! HMP: Cześć Alan! Świetnie, że zgodziłeś się udzielić paru odpowiedzi. Od razu zapytam - jak się miewasz w tych szalonych i dość przerażających czasach? Alan Tecchio: Dziękuję za taką możliwość. Na całe szczęście czuję się dobrze. Przechodziłem Covid we wczesnym roku 2020, przed lockdownami, ale przeżyłem. To faktycznie bardzo szalone czasy! Zespół Watchtower po wydaniu EP "Concepts Of Math: Book One" milczy. Od 2016 roku nie pojawiły się żadne dobre pomysły mogące zwiastować kolejny materiał i, skąd,

cie kolejny etap przemyśleń na temat algebry. Masz już jakiś zarys tego, o czym będzie "Księga Druga"? Żaden z tekstów niestety nie został jeszcze skończony. Mam trochę pomysłów, zgodnych z tym, co zespół zawsze podtrzymywał - dających szersze spojrzenie na to, co dzieje się w kraju i na świecie… Tak, jakby obiektywnie obserwować je z "wieży", z wysoka. Jest też kilka tekstów utrzymanych w podobnym klimacie, ale już autorstwa Rona i Douga. Chociaż może równie dobrze zostać wydany kompletnie odmienny materiał pod szyldem

Natomiast na rynku pojawia się kolejne wznowienie albumu "Control And Resistance". Na nim pojawiłeś się w roli wokalisty, razem z Ronem Jarzombkiem grającym na gitarze. Miło było znów wrócić do tamtego czasu z powodu tego wydawnictwa? Tak, z pewnością. Bycie częścią tej płyty było wspaniałe i możliwość obserwowania, jak znów zostaje wydana jest czymś bardzo wyjątkowym. Miałem szczęście być wokalistą w wielu zespołach, które kocham, ale Watchtower jest z pewnością najbardziej unikalną i interesującą grupą w jakiej kiedykolwiek się udzielałem. Mam wiele wspaniałych wspomnień z Berlina z okresu nagrywania tego albumu. To musiało być dla ciebie nowe wyzwanie. Wcześniej śpiewałeś w grupie Hades kawałki głównie heavy/power metalowe… To zdecydowanie nie było łatwe. Jason Mc Master pomógł mi z przesłuchaniem. Dał mi trochę rad w kwestii tego, jak śpiewać dopasowując się do ich nadludzkich zmian tempa i tonacji. Mimo wszystko to głównie Ron pomógł mi poruszać się po ich technicznych, muzycznych wodach. Gdy pracuję nad ich kompozycjami muszę głównie zapamiętywać partie poszczególnych utworów, a potem znaleźć sposób, żeby obniżyć trochę linię wokalu, by była bardziej przystępna dla słuchacza. Lubię myśleć, że to, co wnoszę do Watchtower, to linie wokalu i harmonie pomagające innym łatwiej przetrawić ich skomplikowaną muzykę. Kompozycja "Technology Incation" jest tego dobrym przykładem.

Foto: Watchtower

Jednak skupiasz się teraz tylko na Hades. To, co dzieje się w Watchtower, jest chyba głównie zależne od tego, co postanowią Rick i Doug? Hades właściwie też nie jest już aktywny. Tak - Doug, Ron i Rick bardzo chcieliby najpierw skończyć następne, "matematyczne" wydawnictwo i jeśli się na to zdecydują, z pewnością wrócę na pokład. Wracając do "Control And Resistance". Pamiętasz, jak przebiegała praca nad tym albumem? Gdy dołączyłem, płyta była już właściwie skończona, więc mój jedyny wkład, poza wokalem oczywiście, to dodanie kilku harmonii i melodii innych niż Jason (McMaster, wtedy już były wokalista). Harmonie na "The Fall Of Reason" są tego dobrym przykładem. Gdy dotarliśmy do Niemiec, od razu zajęliśmy się ostatnimi próbami przed produkcją, a potem poszliśmy prosto do studio ciąć kawałki.

do diabła, wzięła się matematyka? (śmiech) Ci goście - Doug, Ron i Rick - mieli w głowie ten matematyczny koncept od kiedy pracowaliśmy nad "Control and Resistance". Reszta piosenek, przewidywanych na płytę, jest już nagrana w wersji instrumentalnej i nagraliśmy też większość ścieżek perkusji. Jest to więc kwestia czasu zanim właściwie je skończymy, ale masz rację - w pewnym momencie prace utknęły w martwym punkcie. Mam nadzieję, że kiedyś doprowadzimy je do końca, ale nie jestem pewny kiedy. Tytuł daje jasno do zrozumienia, że zakłada-

14

WATCHTOWER

Watchtower. Gracie dość trudną muzykę… Alan, czy w tym można doszukiwać się powodu, dla którego tak ciężko o pojawienie się nowej płyty grupy? Właściwie nie jest to trudne, nawet, jeśli muzyka jest bardzo wymagającą rzeczą, czasem również dla słuchacza. To, o czym mówisz, ma więcej wspólnego z faktem, że zespół nie jest do końca aktywny. Wiesz, nie gramy prób… Staramy się jednak wrócić do formy i skończyć "Book 2". Na tym się teraz skupiamy i myślę, że skończenie go nie zajmie nam znów aż tak dużo czasu. No ale nigdy nic nie wiadomo…

Wznowienie zostało przygotowane przez Dissonance Productions. Czy oprócz nich były jeszcze jakieś inne wytwórnie ubiegające się o tę robotę i co zdecydowało, że jed nak postawiliście na Dissonance? Wznowienie tego było czymś, na co nie mogłem się nie zgodzić, bo po prostu nie miałem na to wpływu. Nie jestem nawet pewien kto ustalił to z Dissonance. Sorry, ale nie mam dobrej odpowiedzi na to pytanie! (śmiech). Wcześniej, w 2012 roku, reedycję robił Divebomb Records. Nie chcieliście, żeby wykonali po prostu dotłoczenie nośników, bo z tego co widać, ta i tamta nie mają żadnych dodatkowych nagrań?


Wybacz, ale znowu nie miałem z tym zbyt dużo wspólnego i nie pozostało mi nic innego, niż po prostu zgodzić się, by ta płyta znów wyszła. Niestety nie mamy żadnych dodatkowych kawałków, które moglibyśmy dodać jako bonus tracki. Nic mi nie wiadomo nawet o przyzwoitych nagraniach z koncertów, których moglibyśmy użyć w tym celu. A propo bonusów… Nie jestem ich zwolen nikiem, jeśli są w zbyt dużych ilościach, ale od Watchtower chętnie posłuchałbym więcej niż zakłada oryginalny album - coś stanęło na przeszkodzie, żeby dołączyć, na przykład, demo z 1987 roku "Instruments Of Random Murder"? To mogłaby być fajna rzecz do zrobienia, ale wydaje mi się, że wydali już masę rzeczy z wczesnych lat działalności z Jasonem w 2002 roku. Nazywało się to "Demonstration in Chaos" i myślę, że wszystkie kawałki z demo "Instrument" trafiły na tę płytę. Wydało ją Monster Records. Kolejny aspekt, który mnie ciekawi, to okładka. Skąd wziął się pomysł, żeby wykorzystać jako główny, motyw psa na łańcuchu, który oryginalnie był na rewersie? Cóż, Noise Records, nasza wytwórnia w tamtym okresie, dała nam do wyboru kilka różnych okładek. Spodobało nam się napięcie wyrażone poprzez smycz i psa. Mieliśmy nawet konkurs dla fanów, żeby wymyślili dla niego imię. Alan, pewnie czytasz i słuchasz tego pytania tysięczny raz, ale zdradź kiedy pierwszy raz pomyślałeś o sobie, że chcesz zostać profesjonalnym wokalistą? Gdy śpiewałem na moim pierwszym poważnym albumie z Hadesem w 1986. Nazywało się to "Resisting Sucecess" i otrzymałem wiele pochlebnych opinii na temat mojego głosu. Wydawało mi się, że stanę się wielkim, wpływowym wokalistą i będąc szczerym, trochę zadzierałem nosa. Później zaczęły się pojawiać negatywne recenzje, co spowodowało, że stałem się pokorny i na szczęście w efekcie zszedłem na ziemię. Doszedłem do wniosku, że wszystkie recenzje są takie same - i już w Foto: Watchtower

Foto: Watchtower

ogóle nie biorę ich pod uwagę! Chcę powiedzieć, że koniec końców to tylko opinia jakiegoś dziennikarza. Dlaczego miałbyś pozwolić komukolwiek wmówić sobie, że jesteś najlepszy czy najgorszy. Po prostu śpiewaj najlepiej, jak potrafisz. To moja filozofia, która od lat dobrze mi służy. Co więcej - mam taki typ głosu, który albo kochasz, albo nienawidzisz, więc… Niektórym się podoba, a inni nie mogą go znieść. Tyle. Od razu padło, że chcesz śpiewać czy miałeś kontakt z jakimiś instrumentami? Zawsze uwielbiałem śpiewać, już od dzieciństwa. Natomiast próby grania na każdym instrumencie, za który się zabierałem, wychodziły strasznie! (śmiech) Po prostu ssałem! Pamiętasz na kim się wzorowałeś, kiedy stawiałeś pierwsze kroki w tym fachu? Na pewno mój dobry przyjaciel, Sam Helsel, był kluczową postacią, która pomagała mi

przez pierwsze lata. Graliśmy razem w Prophecy i przez bardzo krótki okres także w Hadesie. Byłem bardzo wstydliwym nastolatkiem, a on mocno mnie wspierał i nieustannie motywował. Prawdopodobnie rzuciłbym śpiewanie, gdyby nie jego wsparcie w tym wczesnym okresie. Z tego co widzę, twoim pierwszym konkretnym zespołem był Hades, od 1985 roku jesteś tam wokalistą. Rozumiem, że wcześniej nie spotkałeś właściwych ludzi, z którymi warto było tworzyć kolektyw? Cóż, grałem z Samem w dwóch zespołach Akiron, a potem Prophecy, ale byliśmy wtedy dzieciakami. Swój pierwszy album nagrałem z Hadesem gdy miałem 19 lat. Później, pomijając Watchtower, śpiewałeś w kilkunastu grupach. Głównie klimaty power i progressive metal. Jak wspominasz udziały w tych projektach? Niektóre z nich, jak "Justice Of Fire" grupy Power były już napisane, wystarczyło, żebym je tylko zaśpiewał. W pewnym sensie byłem więc najemnym strzelcem. Nagrałem coś, z czego, jak do tej pory, została wydana tylko jedna piosenka, jakieś dziesięć lat temu z węgierską grupą Mind Mirrors. No ale tam musiałem napisać wszystkie teksty, melodie, harmonie i tak dalej... Śpiewałem też w Non Fiction i też pisałem to wszystko dla zespołu. Byłem członkiem Seven Witches przez dwie płyty i Jack Frost pozwolił mi napisać tam wszystkie partie wokalu. Obecnie mam zespół z dwoma Niemcami i jednym Amerykaninem. Nazywa się Level Fields i mamy jedno CD, "1104". W tym zespole również narzuciłem sobie obowiązek pisania tekstów, linii melodycznych i harmonii. Jednym z ciekawszych zespołów, z jakimi działasz aktywnie, to Mike LePond's Silent Assassins. Nagrałeś z Mike'm trzy albumy. To bardzo rozchwytywany człowiek. Jak się wam współpracuje? Byliśmy razem w Seven Witches i zapytał czy chciałbym być wokalistą w jego solowym projekcie. Byłem trochę zapracowany, bo zajmowałem się własnymi rzeczami, ale Mike

WATCHTOWER

15


pier czy online. Środowiska tego typu mnie przerażają i jestem w szoku, że tak to funkcjonuje. Przynajmniej tu, w Stanach, powoli zaczynamy przypominać komunistyczny kraj, w którym nie wolno ci wyrażać własnych poglądów bez bycia za to w jakiś sposób zaatakowanym.

napisał wszystkie teksty i linie melodyczne, co znacznie ułatwiło mi pracę. Bardzo swobodnie się z nim pracuje i pozwala mi upiększać wokale jak tylko chcę. To świetny człowiek i jeden z najlepszych basistów w świecie heavy metalu. Czerpiesz inspirację do tekstów nie tylko z matematyki (śmiech) ale i z bliższych metalowi klimatów, jak historia, mitologia, poli tyka czy sprawy socjalne. O czym pisać jest najciężej? Cóż, zostawmy mitologię LePondowi! Jest świetny w te klocki, to nie do końca moja działka. Polityka i socjologiczne obserwacje to prawdopodobnie moja ulubiona tematyka. Obecna sytuacja z wirusem jest trudna do opisywania, ale mam w głowie kilka luźnych pomysłów. To i polityka w Stanach Zjednoczonych to w dzisiejszych czasach bardzo delikatne kwestie. W świecie cancel culture, która może dopaść każdego, kto napisze coś, co się powszechnie nie spodoba, muszę być bardzo ostrożny z tym, co przenoszę na paFoto: Watchtower

Czy obecna sytuacja na świecie nie jest dla Ciebie dobrym tematem na kolejny album czy to Watchtower czy też z innym projektem? Jak najbardziej tak, ale jak już mówiłem, jestem w trakcie pisania kilku kawałków w tym stylu. Cały czas pracuję nad nimi zmieniając słowa, bo muszę być ostrożny, jeśli chodzi o sposób prezentowania moich opinii. Nigdy wcześniej się tak nie czułem i przyznam szczerze, że to ssie. Alan, jako że śpiewasz przez prawie całe życie, to na pewno wyrobiłeś sobie jakiś schemat pracy w studio. Chciałbym zapy tać, trochę też nawiązując do pytań o projek ty, w jakich bierzesz udział, jak radzisz sobie w studio co jakiś czas z zupełnie odmiennym stylem pracy każdego z zespołów? Mam w piwnicy bardzo małe biuro, taką budkę do nagrywania wokali, więc początkowo mogę pracować nad swoimi pomysłami u siebie. Kiedy mam już demo tego, co chcę zaśpiewać, rezerwuję czas w studio z moim inżynierem dźwięku i przychodzę dobrze przygotowany zarejestrować moje ostateczne partie. Home recording (nagrywanie w domu) to coś, w co wciągnął mnie Daniel Szabo z Mind's Mirrors i to najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjąłem. Pozwala mi wystarczająco przygotować się do ostatecznej sesji nagraniowej i nie marnuję czasu w studio, próbując poszczególnych rozwiązań czy eks-

perymentując z czymkolwiek. Kiedy Alan Tecchio nie śpiewa, nie pisze nowych utworów ani nie jest w trasie to co zajmuje mu czas? Jestem mężem i ojcem dwójki nastolatków, więc ostatnio zajmuje mnie ich sportowa działalność. Mój syn to pływak i sam się w to wciągnąłem, żeby stać się tego częścią. Moja córka bierze udział w konkursach cheerleaderek i tym mniej lub bardziej zajmuje się żona. Głównie pracuję jako agent nieruchomości, który sprzedaje wyłącznie restauracje i hale cateringowe w Nowym Jorku i New Jersey. To spore wyzwanie podczas pandemii, ale daję radę. Jestem też zapalonym motocyklistą i uwielbiam jeździć na wszelkie przejażdżki. Większość wolnego czasu poświęcam jednak na pisanie książki z fotografem Frankiem Whitem, "Jersey Metal". Będzie częściowo autobiograficzna dla obu z nas, ale skupia się na wszystkim, co jest związane z heavy metalem w NJ od 1969 do dziś. Może się okazać, że podzielimy to na dwie książki, bo mamy ogromne ilości materiału do opracowania. Czy w związku z tym, że sytuacja z wirusem ulega lekkiej poprawie, fani Watchtower mogą się spodziewać zobaczyć grupę na jakichś koncertach w najbliższych miesiącach? To wątpliwe. Reszta mieszka w Teksasie, a ja jestem w New Jersey. Do tego nawet nie robią prób, więc przyszłe koncerty będą co najmniej problematyczne do zorganizowania. Jeśli miałbyś wybierać miejsca na koncerty, to gdzie najchętniej byś wrócił, a może chciałbyś dotrzeć ze swoją muzyką gdzieś, gdzie jeszcze was nie było? Z pewnością Europa. Tęsknię za fanami z Europy. Są zdecydowanie najlepsi! Chciałbym zagrać w miejscach, w których nigdy tego nie robiłem, jak w Południowej Ameryce, na Węgrzech i, oczywiście, w Polsce! Masz jakieś ulubione numery, które wprost uwielbiasz umieszczać w repertuarze koncer towym? Jeśli pytasz o Watchtower, powiedziałbym, że "Asylum", "The Fall of Reason" i "Control I Resistance". Tak, te z pewnością! No dobrze Alan, pora powoli kończyć, choć chętnie bym jeszcze poruszył kilka kwestii… Może następnym razem, przy okazji, na przykład nowej płyty Watchtower (śmiech)… Teraz jednak proszę o dobre słowo dla czytelników Heavy Metal Pages i fanów metalu w Polsce…! Dziękuję bardzo za możliwość udzielenia wywiadu. Życzę wszystkim zdrowia i dużo szczęścia. To wszystko dzięki wam! Dzięki serdeczne za wywiad i życzę zdrowia oraz powodzenia! Adam Widełka Tłumaczenie: Iga Gromska, Joanna Pietrzak

16

WATCHTOWER



Heresy part II Album "Heresy" z roku 1990 to ulubiony album wielu fanów Paradox. Nic więc dziwnego, że wieść o nagraniu jego kontynuacji "Heresy II. End Of A Legend" odbiła się w metalowym światku szerokim echem - tym większym, że za warstwę słowną odpowiadał Peter Vogt, jeden z autorów tekstów na "Heresy". Charly Steinhauer również nie zawiódł, opatrując historię wywiedzioną z pierwszej części świetną muzyką, gdzie power/speed/thrash metal przeplata się z bardziej epickimi partiami. Efekt końcowy zachwyca, a zespół, zdaje się już na dobre, odłożył plany muzycznej emerytury. HMP: W roku 2016 uczciliście 30-lecie powstania zespołu udanym albumem "Pangea", po czym znowu zrobiło się o Paradox cicho pewnie dlatego, że nie dysponowałeś składem, który mógłby zaangażować się w zespół w 100%? Charly Steinhauer: Skład z poprzedniego albumu "Pangea" składał się tylko z Tilena Hudrapa i mnie. Gus Drax i Kostas Milonas zostali zatrudnieni tylko do nagrania swoich partii na album i wykonali świetną robotę. Pó-

Blahy był impulsem do wzmożenia akty wności, trochę też pewnie na przekór pan demii i w sumie na kolejny jubileusz zespołu, tym razem 35-lecia? Pandemia nie dotknęła mnie aż tak bardzo, ponieważ w 2020 roku dniami i nocami pracowałem nad albumem. Powrót Axela był ważnym czynnikiem w tym procesie. Prywatnie jest on również moim najlepszym przyjacielem i przez lata utrzymywaliśmy stały kontakt. Już podczas tworzenia albumu "Pangea"

Foto: Paradox

źniej Tilen dołączył do U.D.O. i dlatego konieczne było stworzenie nowego składu. Najpierw spróbowaliśmy ponownie z oryginalnym składem z debiutanckiego albumu. Działało to całkiem nieźle przez kilka miesięcy, ale okazało się, że z różnych powodów nie będzie to miało przyszłości. To nie było to samo, co w latach 80. W 2018 roku basista Olly Keller, gitarzysta Christian Münzner i perkusista Axel Blaha powrócili do Paradox. Nie było jednak tak, że odpuściłeś, po prostu czekałeś na odpowiedni moment - powrót do Paradox pierwszego perkusisty Axela

18

PARADOX

powiedział mi, że chce znowu grać na perkusji, ale nie wiedział, czy będzie w stanie znowu pracować na dawnym profesjonalnym poziomie. Na "Heresy II. End Of A Legend" słychać, że potrafi to zrobić lepiej niż wcześniej. Ciężko na to pracował. Przypomnieliście sobie dawne czasy, lata kiedy mieliście przed sobą świetne perspek tywy, dzięki płytom "Product Of Imagination" i "Heresy", a gdy u progu lat 90. zmieniły się muzyczne trendy musieliście odpuś cić, bo nie było firm zaintreresowanych metalem, a słuchacze w większości też woleli

grunge? Zainteresowanie grunge na początku lat 90. sporo zniszczyło. Byłoby wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich gatunków metalowych, ale wszystkie wytwórnie skupiły się na zespołach grunge. Paradox nie był jedynym zespołem, który stracił wtedy kontrakt płytowy. Roadrunner Records była jedną z tych wytwórni płytowych, które były spragnione nowych zespołów, dlatego częściowo są winni tej farsy. Chwalebne lata 80. już minęły. Nie mogliśmy i nie chcieliśmy dłużej obserwować tego trendu, a potem zrobiliśmy sobie kilkuletnią przerwę, właściwie przestaliśmy więc cokolwiek robić we właściwym czasie. Później wydaliście siedem albumów, ale dla wielu fanów tym najciekawszym i najulu bieńszym jest koncepcyjny "Heresy" - skoro wróciły dawne wibracje pomyślałeś, że warto byłoby dopisać dalszy ciąg tej historii, choćby dlatego, że w roku 1990 nie mogliście nagrać całości, celując w czas trwania poje dynczego longplaya? Na pierwszy rzut oka widać, że dla fanów pierwsze albumy najbardziej cenionych przez nich uznanych zespołów stały się ich ulubionymi płytami. Na przykład, lubię "Bonded By Blood" Exodusa bardziej niż wszystko, co stworzyli później, nawet jeśli wydali świetne albumy. Inny przykład to Flotsam and Jetsam. Nowy album jest bardzo dobry, ale "Doomsday For The Deceiver" czy "No Place For Disgrace" są bezkonkurencyjne. W przypadku Paradox są to "Product Of Imagination" i "Heresy". Druga część "Heresy" nigdy nie była planowana i nigdy bym nie brał tego pod uwagę. Peter Vogt, który również napisał teksty na nasze dwie pierwsze płyty i z którym przez lata utrzymywałem kontakt, zasugerował mi tę historię w 2014 roku i zapytał, czy byłbym zainteresowany napisaniem do niej muzyki z Paradox. Od razu wiedziałem, że będzie to ryzykowne, jestem zwolennikiem tezy, że klasyki nie należy dotykać, ale historia Petera była po prostu zbyt dobra, by ją odrzucić. Jednak początkowo był to zły moment, ponieważ już wtedy pracowałem nad materiałem "Pangea". Utwory z tego albumu nie pasowałyby do koncepcji fabuły. Czekaliśmy więc aż do 2019 roku, zanim zaczęliśmy pisać muzykę do koncepcji tekstu. Skąd wybór tego właśnie tematu, 13-wiecznej krucjaty przeciwko Katarom? Pamiętam, że z racji opisywania tych krwawych wydarzeń musieliście nawet umieścić na okładce płyty informację, że bazujecie na fak tach, bo faktycznie taka rzeź Béziers mogła spędzić komuś co wrażliwszemu sen z powiek?


Pamiętam, że Peter Vogt chciał o tym wspomnieć na płycie. Ogólnie rzecz biorąc, pomysł napisania o Katarach wyszedł od Petera i jego brata Nigela. Kiedy pisali teksty do naszego debiutanckiego albumu "Product Of Imagination", obaj wciąż mieszkali w Niemczech. W 1988 roku przenieśli się na południe Francji i zainteresowali się historią swojego nowego domu. Po pewnym czasie zaproponowali nam wykorzystanie tego tematu na naszym drugim albumie, a my byliśmy podekscytowani i zgodziliśmy się na to. Największym paradosem wydaje mi się to, że wcześniej przez dość długi czas katarowie nikomu, może poza lokalnymi biskupami, nie przeszkadzali - gdy w grę weszły jednak kwestie polityczne i podporządkowanie południa Francji, ich dni były już policzone? Katarzy (zwani też Albigensami) byli najbardziej radykalnym, odrzucającym dogmaty nurtem średniowiecznego chrześcijaństwa. Głosili na przykład, że jedynym sposobem na zmazanie grzechów jest zostanie przyjętym do ich Kościoła. Kościołowi katolickiemu się to nie podobało i dlatego byli ścigani i poddani ostatecznej eksterminacji około 1400 roku. Autorami tekstów na "Heresy" byli wspomniani Peter i Nigel Vogtowie. Tym razem zwerbowaliście do prac nad "Heresy II. End Of A Legend" Petera - jak zareagował na wieść o tym pomyśle? Zgodził się od razu czy miał wątpliwości, na przykład takie, czy podoła po tylu latach takiemu wyzwaniu? Jak wspomniałem wcześniej, pomysł wyszedł od Petera. Nigel tym razem nie był w to zaangażowany, ale Peter miał w swoim archiwum jeszcze jedną historię na ten temat. Oczywiście po tylu latach nie lada wyzwaniem było dopasować do muzyki kolejną część, ale wyszło to znakomicie. Pracowaliśmy w taki sam sposób, jak przy pierwszej części. Część druga zaczyna się tam, gdzie kończyła się pierwsza? Można więc traktować "Heresy" i "Heresy II. End Of A Legend" jako dwa tomy jednej, większej całości, chociaż dzieli je aż 31 lat? To nie jest kontynuacja tej samej historii. "Heresy II - End Of A Legend" zawiera własną historię. W przeciwieństwie do "Heresy", która opiera się na prawdziwych wydarzeni-

Foto: Paradox

Foto: Paradox

ach, "Heresy II" jest opowieścią fikcyjną. Temat jest oczywiście bardzo powiązany. Tak więc w 1244 r. podczas oblężenia Montsegur, dwie grupy rycerzy miały za zadanie znaleźć "Skarb Katarów". Historia opowiada o niebezpiecznej podróży, jaką przeszły te dwie grupy, o wizjach, w którym dowiadują się o micie Jezusa Chrystusa, i że prawdziwym Mesjaszem był tak naprawdę Jan Chrzciciel. Wracając do pytania. Tak, kiedyś chciałbym mieć wspólne wydanie obu części. Mam nadzieję, że za jakiś czas to się stanie. Trudno było wam przestawić się na tryb pracy, gdzie każdy utwór musiał perfekcyjnie wręcz oddawać wymowę tekstu, a do tego stanowić całość z pozostałymi? Dużo wobec tego kombinowaliście, zmienialiście aranżacje, etc.? Skomponowanie muzyki do koncepcji historii zajęło mi pięć miesięcy. Peter dał mi trzynaście tytułów kompozycji, które musiałem przetworzyć. Nie było mi trudno skomponować utwory, ponieważ na szczęście nie zabrakło mi pomysłów, ale było to bardzo wyczerpujące, bo było dużo więcej pracy niż na "Heresy" z 1989 roku. Tym razem chciałem stworzyć więcej klimatu w poszczególnych kompozycjach. Najtrudniejsze było wypracowanie pod-

stawowych pomysłów, rozwijanie harmonii i tworzenie niezbędnego epickiego nastroju. "Heresy" z lat 80. było właściwie tylko konceptem tekstowym, a muzyka była czymś oddzielnym, tym razem teksty i muzyka są połączone. Efekt końcowy zaskakuje: nie tylko samą opowieścią czy też wielowątkowością samej muzyki, chociaż to wciąż stary, dobry power/thrash z domieszką speed metalu, ale też faktem, że to najdłuższy album w waszym dorobku, trwający ponad 75 minut? Z uwagi na ogromną liczbę utworów, wiedziałem że album będzie dłuższy niż zwykle i obawiałem się, że przekroczymy limit minut na płycie. Kiedy zaczynam pracę nad kompozycją, nigdy nie zwracam uwagi na to, jak długa ona będzie, ale czy jest dobra. Priorytetem zawsze jest to, aby utwory brzmiały tak, jak sobie to wyobrażam. Długość odgrywa tutaj podrzędną rolę. Fani też musieli czekać pięć lat na nowy album, a teraz dostają dużo muzyki. Domyślam się, że na ten moment jesteście bardziej niż usatysfakcjonowani i nawet gdyby miałaby to być ostatnia płyta Paradox, to wróciliście z tarczą: nawiązując do przeszłości zespołu, ale też proponując coś nowego, bardzo w dodatku ambitnego? Całkowicie się z tym zgadzam. Tym albumem, Paradox pozostawił po sobie ślad. Zawsze będziemy oceniani po dwóch albumach "Heresy". Niektórzy fani powiedzą później "ach, to ten zespół, który nagrał dwa klasyki "Heresy"...". Tak a propos, podtytuł "End Of A Legend" nie oznacza końca Paradox, a koniec serii "Heresy", nie będzie więc już trzeciej części. Z pewnością moglibyśmy teraz przejść na emeryturę. W całej naszej dyskografii nigdy nie wydaliśmy naprawdę złego albumu. Tylko kilka zespołów może to powiedzieć o sobie, ale wciąż mam w sobie zapał do stworzenia kolejnego albumu Paradox. Zakładam jednak, że na tę chwilę macie tak naładowane akumulatory, że ani wam w głowie rezygnować - tym bardziej, że do składu wrócili Christian Münzner i Olly Keller? Dokładnie tak to widzę, bo nie chodzi tylko o Charly'ego Steinhauera, ale o Paradox, w tym wszystkich członków zespołu. Jestem

PARADOX

19


szczęśliwy i dumny, że mogę pracować z tak wspaniałymi muzykami. Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi i znamy się od lat. W ciągu ostatnich trzech lat nie mieliśmy ani jednego nieporozumienia ani żadnej kłótni. Bardzo, bardzo dobrze ze sobą współgramy i dlatego nie ma potrzeby przechodzenia na emeryturę. To naprawdę ma sens. Koronawirus jednak nie odpuszcza, może więc być i tak, że koncerty znowu będą niemożliwe, co bardzo utrudni wam promocję nowego albumu? Niezupełnie, ponieważ Paradox nigdy nie był zespołem grającym długich tras. Wolimy grać pojedyncze koncerty lub na festiwalach, aby móc dotrzeć do jak największej liczby fanów. Jeśli pandemia potrwa dłużej, to poczekamy, aż się skończy. Jeśli tak się nie stanie, damy fanom nową muzykę. Nie uwierzysz, ile wywiadów udzieliłem do tej pory na temat nowego albumu. Zainteresowanie mediów nigdy nie było tak duże jak tym razem. Internet też pomaga rozpowszechniać naszą muzykę, więc na pewno nie zostaniemy zapomniani. Oczywiście brakuje mi osobistego kontaktu z fanami. Byłoby naprawdę wspaniale, gdybyśmy znów wrócili na scenę. Jeśli jednak wszystko będzie OK jak zamierzacie ułożyć selistę? Skoncentrujecie się na esencji materiału z "Heresy II. End Of A Legend", dopełniając go wybranymi utworami z "Heresy", żeby zaprezentować publiczności zarys całej historii, którą w całości będą mogli poznać w domu, z płyty bądź... z telefonu? Kiedy gramy koncerty, fani chcą usłyszeć jak najwięcej ze starego materiału i oczywiście im to prezentujemy. Gramy też poszczególne utwory z innych płyt. W zestawie nie powinno zabraknąć "Collision Course", a także "Infected" czy "Tales Of The Weird". Z nowego albumu powinny pojawić się kawałki takie jak "Escape From The Burning", "Mountains & Caves" czy "The Visitors". To powinien być dłuższy koncert. Przyznam, że wciąż podchodzę do tego całego streamingu niczym przysłowiowy pies do jeża, bo chociaż zdarza mi się słuchać muzyki w sieci, preferuję płyty, kompakty i kasety. Jesteś o kilka lat starszy ode mnie, więc masz

Foto: Paradox

pewnie podobnie? (śmiech) Tak, kupiłem wszystko podwójnie. Najpierw jako winyl, a potem jako format CD. Jeśli chodzi o streamowanie... Oczywiście dużo przyjemniej jest trzymać w rękach oryginalny produkt. Obejmuje to okładkę i wkładkę ze wszystkimi informacjami. Co do nielegalnego streamingu... Dla zespołów, które muszą żyć z muzyki jest on poważnym atakiem na ich istnienie. Mówimy o bezpośredniej kradzieży i grabieży. Dla Paradox jest to bardziej dodatkowa dystrybucja naszej muzyki, aby zyskać nowych fanów. Gówno mnie to obchodzi, ale prawdziwy fan kupi oryginał i nie będzie preferował streamingu. Niedawno z przerażeniem dowiedziałem się, że obecni nastolatkowie nie wiedzą już co to takiego płyta kompaktowa, a większość z nich nie ma na czym odtworzyć jej w domu, bo nawet w komputerach nie mają już napędów CD - znak streamingowych czasów? Zdecydowanie! To także znak dzisiejszego szybkiego tempa życia i powierzchowności. Rynek jest zalany przeciętną muzyką. Prawie nikt już nie poświęca czasu na życie z albumem. Ludzie chcą wszystkiego tak szybko, jak to możliwe. Dlatego nie widzę w przyszłości

żadnych nowych zespołów pokroju Metalliki, Iron Maiden, AC/DC, Kiss czy Motörhead. To początek końca. Złą rzeczą jest to, że często łapiesz się na takim stanie. Jestem tak niezmiernie szczęśliwy, że mogłem doświadczyć lat 80., ponieważ już nigdy tak nie będzie. Nie wszystko jest w dzisiejszych czasach złe, ale zdecydowanie nie jest już tak pięknie jak kiedyś. Z drugiej strony jednak młodzież wciąż chodzi na koncerty, kupuje koszulki - tyle, że zmienił się sposób dystrybucji muzyki i wystarcza im jej dostęp na wyciągnięcie ręki, ale bez konieczności gromadzenia fizycznych płyt - myślisz, że młodzi ludzie sięgną po "Heresy II. End Of A Legend", zaciekawi ich ta tematyka tak, jak waszych starszych fanów? Obawiam się czegoś przeciwnego, ale na szczęście jest wielu wiernych fanów Paradox, którzy to doceniają i poświęcą tyle czasu, ile potrzeba na dany temat. Jeśli historia nie dociera do nowych fanów, dotrze do nich najnowsza muzyka. Naszą poprzednią rozmowę zakończyłeś słowami, że chciałbyś podsumować karierę Paradox przekrojowym DVD - z tym końcem bym się zastanawiał, ale może naprawdę warto zarejestrować koncertowe wyko nania tego konceptu, bo to naprawdę byłoby coś wyjątkowego? DVD było tylko pomysłem, który miał być ostatnim wydawnictwem Paradox, ale jeszcze nie skończyliśmy grać i teraz nie wiem, czy to zrobimy. Byłoby też zdecydowanie za wcześnie na przedstawienie koncepcji "Heresy II..." w całej jej formie. Jeśli okaże się, że ten album będzie klasykiem, to będzie to coś, o czym moglibyśmy pomyśleć. Wtedy taki występ miałby sens. Wysiłek włożony w takie przedsięwzięcie byłby z pewnością bardzo, bardzo duży - w tej chwili wolałbym zacząć pracę nad kolejnym albumem. Zobaczymy, jak sprawy się rozwiną. Dzięki za wsparcie! Wojciech Chamryk, Szymon Paczkowski, Joanna Pietrzak

Foto: Paradox

20

PARADOX


Nigdy nie mieliśmy zamiaru być parodią Ooh Crikey, to znów oni! Lawnmower Deth, po trzydziestoletniej przerwie od nagrywania albumów i pop-punkowych eksperymentach w stylu "Billy", wracają do crossover-thrashowych i hardcore-punkowych korzeni, wynagradzając cierpliwość fanów prawie dwudziestoma nowymi utworami. Część z nich niektórzy szczęściarze mogli już usłyszeć na tegorocznej edycji Bloodstocku, a jeśli szczęście dalej będzie im dopisywało, na początku 2022, gdy "Blunt Cutters" będzie mieć swoją premierę, wybrane osoby zamawiające preorder dostaną wraz ze świeżym krążkiem również winylowy test pressing. To nie są jedyne niespodzianki, jakie przygotował zespół po tych wszystkich latach, udowadniając, że nie tylko wciąż zaskakuje, ale przede wszystkim nie traci niepowtarzalnego poczucia humoru (i nie ma się co dziwić, skoro to Brytyjczycy!). W naszej rozmowie nie zabrakło wspomnień z początku lat 80., autorefleksji i oczywiście… Kim Wilde. HMP: Wasza debiutancka płyta powstała w mniej niż tydzień, w Slaughterhouse Studios, z litrami piwa. Czy teraz, nagrywając "Blunt Cutter" ponad 30 lat później, mieliście podobny styl pracy? Może wybraliście inne alkohole, a może skręty? Gavin O'Malley: Wydaje mi się uczciwą odpowiedzią, że tym razem wypiliśmy ciut mniej alkoholu i o wiele więcej kawy. Ale zdrowa ilość piwa, wina, whiskey i cydru była mimo wszystko zamieszana w ten process. Nie chcielibyście palić blantów, o których śpiewamy, uwierzcie mi.

okazję udowodnić, że wciąż potraficie nagrać miażdżącą płytę! Z perspektywy czasu, żałujecie eksperymentów tego typu z przeszłości? Z Lawnmower Deth nigdy nie staliśmy w miejscu i mówiliśmy sobie: grajmy pop punk, thrash, czy cokolwiek. To wszystko tylko muzyka, którą nasza piątka powołuje do życia.

czesnych podgatunków, w którym chodzi głównie o zabawę? Zgadzam się, Municipal Waste są świetni i tak, słuchamy kilku zespołów podpadających pod tę kategorię. Footprints in the Custard i Raised by Owls to przykładowe dwa z nich i jesteśmy zachwyceni, że zagrają z nami na nadchodzącym świątecznym koncercie. To będzie zdecydowanie pamiętna noc. Czy nasi dobrzy znajomi Evil Scarecrow i może nawet Gamma Bomb też zaliczają się do tego nurtu? Jesteśmy z pokolenia, w którym nie istniało zbyt wiele podgatunków, po prostu jeśli coś jest dobre, to takie jest. Macie wrażenie, że dziś metal traktuje się bardziej poważnie, a może grający go ludzie nadal przede wszystkim dobrze się bawią?

Wiem, że Frank Zappa jest jedną z waszych największych inspiracji. On też miał w końcu świetne poczucie humoru, jeśli chodzi o łączenie go z muzyką. Co najbardziej lubicie w twórczości Zappy? W jakich aspektach kawałków Lawnmower Deth można, według was, najlepiej usłyszeć jego wpływ? Zgadza się, wielu z nas jest fanami Zappy. Dla mnie, osobiście, jeśli miałbym powiedzieć co doceniam w nim najbardziej, powiedziałbym, że to zależy. Frank jako gitarzysta i kompozytor, w porównaniu do czegoś w stylu "Watermelon In Easter Hay" kompletnie mnie rozwala! Uwielbiam też jego współpracę ze Stevem Vaiem, na przykład w "Stevie's Spanking" jest epicki gitarowy pojedynek między nim i bardzo młodym Dweezilem Zappą, nie wspominając już tekstu o pokrywaniu lubrykantem banana czy szczotki do włosów dla jakiejś panienki. "Yellow Snow" też zawsze będzie klasykiem. Wciąż staramy się nagrać cokolwiek, co będziemy mogli porównać z geniuszem Zappy, więc wyzwanie przyjęte. Zastanawiam się, skąd wzięły się wasze ksywki typu Koffee Perkulator czy Baron Kev von Thresh Meister Silo Stench Chisel Marbels? Zawsze były ikoniczne. Mr Flymo przywołał w swojej szopie czcigodnego demona Tsaclauqa i to on nadał nam te wszystkie ksywki.

Wszyscy mamy rozległe inspiracje i myślę, że to właśnie tworzy nasz zespół. Niczego nie żałujemy, a na "Billy" są kawałki, z których wciąż jesteśmy dumni i które do dziś gramy na żywo.

Miło widzieć, że wciąż siedzicie w thrashu po tych wszystkich latach. Wasz niespodziewany zwrot w stronę pop-punka na "Billy" nieszczególnie ucieszył fanów, którzy pokochali was za "Ooh Crickey…", a teraz macie

Po przesłuchaniu całego albumu miałam wrażenie, że dobrze wpasowalibyście się w podgatunek pizza thrashu w stylu Municipal Waste. Słuchacie współczesnego "party" lub "pizza" thrashu, jednego z niewielu współ-

Foto: Nick Parkes

Dla nas zawsze chodziło i będzie chodzić o dobrą zabawę. Bardzo podobał mi się bas na "Blunt Cutters"! Czy wpłynęły na niego wasze crust punkowe inspiracje? Zawsze inspirował nas punk i hardcore, więc cieszymy się, że doceniasz bas na naszej nowej płycie. Myślę, że naprawdę mocno się na niej przebija.

LAWNMOWER DETH

21


mam test pressingu, więc to naprawdę rzadka rzecz. Wasze kawałki są nie tylko zabawne, ale też satyryczne (tak, jak robił to Zappa!), komen tują na przykład sytuację polityczną. Minęło ponad 30 lat i wciąż jest masa rzeczy, które możecie wyśmiać czy skrytykować. Na czym chcieliście się tym razem najbardziej skupić? Pandemia też na to wpłynęła? Pomysły na niektóre rzeczy przychodzą w snach, jak "Swarfega". Albo wystarczy, że pomyśleliśmy o kimś tak wielkim jak NASA, kto mimo swojego nadęcia nadal nie wysyła na misje kosmiczne wystarczająco wielu kobiet, o czym opowiada "Space Herpes". W tych tekstach są genialne linijki, jedna z moich ulubionych pochodzi z "Now He's A Priest", gdzie Pete śpiewa "Listen to Venom, not going to heaven" (śmiech). Cieszę się, że do albumu będzie dołączona książeczka z tekstami, bo są przezabawne, no, przynajmniej dla nas. Pandemia nieszczególnie wpłynęła na tematykę, mieliśmy po prostu dzięki niej więcej czasu na pisanie kawałków. Foto: Nick Parkes

Jaka była reakcja fanów na wasze nowe kawałki, które zagraliście przy okazji występu na Bloodstocku w 2021? Wydaje mi się, że fanom naprawdę spodobały się nowe kawałki. Mamy szczęście mieć wspaniałą grupę hardcore'owych odbiorców. Mam nadzieję (i myślę, że już tak się stało), że "Raise Your Snails", "Deth, Maim, Kill" i "Into The Pit" będą ich ulubieńcami. Graliście na Bloodstocku trzy razy. Która edycja najbardziej wam się podobała? Wszystkie były niesamowite, więc trudno powiedzieć, ale pierwszy raz zawsze będzie wyjątkowy. Może główna scena w przyszłości okaże się najlepsza (nic nie sugerujemy, ale…). Nie jesteście już nastolatkami, więc patrzycie na świat z innej perspektywy. Niektórzy z was są już mężami i ojcami. Jak to jest być ojcem i jednocześnie nieszczególnie poważnym muzykiem thrash metalowym? (śmiech). Co jest bardziej hardcore'owe, wychowywanie dzieci czy granie thrashu?

(śmiech) Osobiście akurat nie mam dzieci, ale mogę powiedzieć, że w głębi duszy nadal mamy po osiemnaście lat. Po prostu nasze ciała są już stare i zniszczone. A możesz powiedzieć nam, jak dobrze wychować ślimaka? Lewa ręka - podnieść pięść. Prawa ręka - metal horns. Teraz położyć prawą na lewej. Oto idealny, metalowy ślimak. (całość jest nawiązaniem do jednego z kawałków na albumie "Raise your Snails" - przyp. red.) Poza muzyką, co najlepiej oddaje wasze poczucie humoru? Jesteście Brytyjczykami, którzy z niego słyną. Każdy kocha Monty'ego Pythona. Tak, Monty Python, Young Ones, Viz Comic oraz Derek i Clive. Czyim pomysłem było dorzucanie do zamówień preorderów wybranych szczęściarzy test pressingów winyli? To była decyzja wytwórni, czy wasza? Świetna sprawa. To wszystko dzięki wytwórni, nawet ja nie

Czy jest dla was coś, z czego nie wypada się śmiać? Jest trochę takich rzeczy, ale skupiamy się na obśmiewaniu tych, które możemy. Które kawałki sprawiły, że wybuchaliście śmiechem w czasie nagrań? Wydaje mi się, że to coś w stylu "Swarfega" lub "Goodnight Bob". Właściwie to "Space Herpes", nadal śmieję się jak idiota grając ten kawałek. Powstał ze zwariowanego geniuszu umysłu Chrisa Parkesa. Tylko Chris mógł wpaść na STD w kosmosie, "a cosmic S, T, Deeeee" (śmiech). "Good Morning Phil" i "Goodnight Bob" są ze sobą połączone (i pełne blastów), jaka jest ich geneza? Dlaczego nie zaczynają i nie kończą albumu? "Good Morning Phil" to typowy, krótki numer Lawnmower Deth, więc wydawało nam się, że najlepiej pasuje pośrodku tracklisty. "Goodnight Bob" to nasz hołd dla bliskiego przyjaciela. Mam przeczucie, że "Agency of C.O.B." było najtrudniejsze do skończenia, również ze względu na partie orkiestrowe, mam rację? To najdroższe dziecko Steve'a, ale raczej nie najtrudniejsze, bo dokładnie wiedział, co chce w tym kawałku osiągnąć. Podoba mi się vintage'owa stylistyka okładki, ale zastanawiam się, dlaczego znów nie zatrudniliście autora ikonicznej grafiki z waszego debiutu, Dana Seagrave'a? Tym razem chcieliśmy spróbować czegoś innego i za tę okładkę odpowiada Stu Brown. Nie mogliśmy niestety zdobyć praw autorskich do naszego pierwotnego pomysłu, ale jesteśmy zadowoleni z ostatecznego rezultatu. Prace Dana są świetne, ale obecnie już nas na niego nie stać.

Foto: Lawnmover Deth

22

LAWNMOWER DETH

Co zadecydowało o współpracy z Chrisem Clancym jako producentem płyty? Wydaje mi się, że zaproponowało go Cherry Red i gdy tylko usłyszeliśmy jego materiał, nie mieliśmy żadnych wątpliwości. Chris zrobił cuda i wspaniale oszlifował nasze gówniane nagrania. Całość brzmi potężnie!


Czy Biff z Saxon w końcu wam wybaczył? Wiem, że kiedyś nieźle go wkurzyliście. Niestety nie wydaje mi się. Wszyscy uwielbiamy Saxon już od czasów nastoletnich. Biff, jeśli to czytasz, chcemy cię bardzo przeprosić. To, co powiedzieliśmy, nie miało na celu cię urazić. Byliśmy młodzi i głupi. Teraz jesteśmy starzy, ale wciąż głupi. Zaczęliście jako zespół-parodia (będąc równocześnie, oczywiście, dobrymi muzykami). Czy Bad News i Spinal Tap jakoś na was wpłynęli? Nawet wasz debiut przypomina nazwą ich albumy, "It is Lawnmower Deth". Właściwie nigdy nie mieliśmy zamiaru być parodią. Po prostu robiliśmy i nadal robimy to, co daje nam radość i pozwala się pośmiać. W naszych wczesnych latach działalności byliśmy zainspirowani Bad News i Young Ones razem z Motorhead i Venom. Złóż to w całość i wyjdzie ci Lawnmower Deth. Dlaczego chcieliście śmiać się akurat z thrashu, to dlatego, że zbyt wiele zespołów obśmiewało heavy metal? Próbowaliśmy grać thrashowe/hardcore crossoverowe rzeczy, ale przez nasz brak umiejętności brzmiało to jak parodia. Był jednak zespół, który to robił - Acid Reign. Jesteście przyjaciółmi, Kevin grał nawet w waszym zespole, czy jakoś na was wpłynęli, jako że zaczęli trochę wcześniej, niż wy? Swoją drogą Acid Reign też się reak tywowali, zastanawiam się, czy mieliście z tym coś wspólnego? Acid Reign to nasi dobrzy przyjaciele i Kev pojawia się nawet gościnnie na naszej nowej płycie. Ale za naszą reaktywację odpowiada Andy Copping, czyli facet odpowiedzialny za Download Festival. Zapytał, czy moglibyśmy się spotkać na potrzeby otwarcia koncertu Bullet For My Valentine w The Alexandra Palace w Londynie. Świat jest mały, bo okazało się, że Kev pracował w tym czasie jako ich gitarowy techniczny. Zgodziliśmy się i razem z Andym zaczęliśmy przygotowania do tego, co jak wtedy myśleliśmy, miało być tylko jednym gigiem. Gdy zeszliśmy ze sceny, Andy powiedział, że widzimy się na Download Festival za rok. Zaśmialiśmy się i stwierdziliśmy "ta, jasne, będziemy tam". A teraz proszę, jesteśmy tu gdzie jesteśmy i nagraliśmy nową płytę. Za wiele rzeczy musimy podziękować Andy' emu.

Foto: Lawnmover Deth

zgodziła się z wami współpracować po usłyszeniu waszej wersji "Kids in America"? (śmiech). Dobra, teraz na poważnie, dlaczego wybraliście akurat Kim spośród wszystkich tych ikonicznych kobiet z lat 80.? Kim, Ricky i cały zespół to kochani ludzie i bardzo łatwo się z nimi dogadać. W czasach bez internetu usłyszeliśmy w MTV "Kids in America" i uznaliśmy, że zagramy go w naszej, thrashowo-punkowej wersji. Okazało się, że Kim bardzo spodobała się ta wersja, bo zrobiliśmy z tego kawałka coś innego, swojego. Kto by pomyślał, nie? (śmiech). Ze wszystkich coverów jej spodobał się akurat nasz. Gdybyś powiedziała nam w latach 90., że nagramy z Kim świąteczną piosenkę i zagramy z nią i jej zespołem kilka koncertów, to pewnie zaśmialibyśmy się i powiedzieli, że nie ma opcji! Wystąpiła z nami na Download, a my z nią na Manchester. Co za akcja, takie doświadczenia są bezcenne. Ze wszystkich rzeczy, jakie przeżyłem w tym zespole, za tą jestem wdzięczny najbardziej.

Niewiele planujemy, ale z naszym zespołem nigdy nic nie wiadomo. Są jeszcze jakieś style muzyczne, które chcielibyście wypróbować w przyszłości? Próbowaliśmy jeszcze troche reggae i death metalu na "Ooh Crikey", a nawet zagraliśmy kiedyś glamowy koncert. Na nowym albumie jest też trochę Jap core'owych wokali. Wydaje mi się, że da się coś zrobić ze wszystkiego. Spójrz na Mr Bungle. Mieszają skrajne style bez żadnego wysiłku. Ostatnie słowa dla tych, którzy czekali wieki na wasz nowy album? Wiem, że brzmi to ckliwie, ale chcieliśmy naprawdę bardzo podziękować wszystkim fanom za wieloletnie wsparcie. Bez was jesteśmy tylko pięcioma, starzejącymi się gośćmi robiącymi hałas, grającymi ciotowate kawałki na trzech akordach. Kochamy was i mamy nadzieję, że nowy album spodoba się wam tak samo, jak nam.

A planujecie zaprosić równie niezwykłych gości na trasę promującą "Blunt Cutters"?

Iga Gromska

Opowiedz coś więcej o koncepcie stojącym za playlistą "Absolute Banging Metal \m/". Czyim pomysłem było stworzenie waszej osobistej metalowej "hall of fame"? Poza tym, świetnie się bawiłam przeglądając tytuły innych waszych playlist. Postrzegacie Spotify jako kolejne narzędzie do zabawy? Po prostu stwierdziliśmy, że fajnie będzie podzielić się z ludźmi tym, czego słuchamy, a może nawet pomóc im odkryć, kto śpiewa które kawałki. Jest w nas duch dawnych czasów, gdy wymieniało się kasetami. Wszyscy byliśmy częścią tej sceny. Teraz jest dużo łatwiej, jeśli chcesz posłuchać konkretnego wykonawcy, wystarczy, że znajdziesz go w internecie. W latach 80. to tak nie działało. Uwielbiałem dostawać taśmy z USA, Węgier, Szwecji czy reszty świata i poznawać nowe zespoły. Prawdopodobnie macie już dość ciągłych pytań o Kim Wilde, ale jakim cudem w ogóle

Foto: Lawnmover Deth

LAWNMOWER DETH

23


z nas miał swoje ulubione kawałki, które niekoniecznie pokrywały się z faworytami innych. Ostatecznie jednak, grając w zespole, trzeba czasem iść na kompromis. Na szczęście doszliśmy do porozumienia. Postawiliśmy na zróżnicowanie kawałków, i myślę, że wyszło to wszystkim na dobre.

My przeciwko światu Mark Osegueda, gardłowy Death Angel to to taki swojski, wesoły gostek. Niemal do każdej odpowiedzi przemycał jakiś żarcik, z którego obaj żeśmy się śmiali. A rozmawiać było o czym. Między innymi. O nowym wydawnictwie grupy zatytułowanym "The Bastard Tracks" będącego zapisem dość specyficznego występu grupy. Specyficznego co najmniej z kilku powodów. Jakich? Dowiecie się tego od głównego zainteresowanego. HMP: Witaj Mark. Właśnie na rynek trafiła kolejna płyta sygnowana nazwą Death Angel. Mowa tu o "The Bastard Tracks". Jest to zapis Waszego koncertu, który odbył się w The Great American Music Hall w Waszym rodzinnym San Francisco. Koncert ten był transmitowany poprzez streaming. Biorąc pod uwagę czasy, w jakich się to odby wało, pewnie długo nie trzeba było Was przekonywać. Mark Osegueda: Witaj kolego! Zgadłeś (śmiech)! Ten czas był zwariowany dla wszystkich i chyba całej branży dał porządnie w kość. My niestety nie byliśmy wyjątkiem (śmiech). Mimo tego całego zastoju próbowaliśmy sobie jakieś zajęcie znaleźć, co wydaje

Granie koncertu w dużej hali mając przed oczami same puste miejsca to chyba dość dziwne uczucie, nieprawdaż? Dziwne to mało powiedziane (śmiech). Przyznam, że wprawiające w lekkie uczucie dysonansu. Co prawda, z jednej strony odczuwałem niezwykła radość z faktu, że mogę wreszcie stanąć razem z resztą chłopaków na scenie, z drugiej zaś strony brakowało mi tych krzyków czy chóralnego śpiewania ze strony publiczności. Czasem miałem ochotę coś krzyknąć w stronę fanów stojących pod sceną, ale w ostatniej chwili się połapałem, że… tam przecież nie ma nikogo, kto mógłby mi odpowiedzieć (śmiech). Na kamerzystów w tej sytuacji za bardzo nie liczyłem, chociaż przyz-

Foto: Death Angel

się całkiem logiczne. Jednocześnie chcieliśmy dać coś też naszym fanom, za którymi naprawdę tęskniliśmy i których brak odczuwaliśmy najbardziej. Zebraliśmy się, podyskutowaliśmy o różnych opcjach i zgodnie doszliśmy do wniosku, że fajną sprawą będzie zagranie koncertu złożonego z utworów bardzo dawno niegranych przez nas na żywo oraz takich grywanych bardzo rzadko. Stworzyliśmy zatem setlistę złożoną z takich właśnie rarytasów. Wbrew pozorom wcale nie była to łatwa rzecz. Kiedy już dokonaliśmy selekcji, musieliśmy sobie poprzypominać te utwory. W niektórych przypadkach wręcz uczyć się ich od podstaw. Każdy z nas niestety musiał odrobić w swoim zakresie tą żmudną pracę domową. Myślę, że spisaliśmy się na piątkę (śmiech).

24

DEATH ANGEL

nam, że stanęli na wysokości zadania i klaskali po każdym kawałku (śmiech). Mimo wszystko uważam, że fajnie było zagrać ten show i pokazać go wszystkim naszym fanom i przyjaciołom, którzy naprawdę tęsknili za muzyką na żywo. Nie tylko naszą. W przyszłości jednak zdecydowanie lepiej mi się będzie występować, gdy będę miał przed oczami żywych ludzi (śmiech). Wcale się nie dziwię (śmiech). OK., wspom niałeś o kryteriach tworzenia setlisty tego występu, jednak jakby się nad tym zastanowić, to na dobrą sprawę bardzo duża część Waszych utworów je spełnia. Masz rację. Układanie tej setlisty do łatwych zadań nie należało. Wręcz przeciwnie. Każdy

Na promocję albumu wybraliście kawałek "Where They Lay", który faktycznie chyba już dość dawno nie był grany na koncertach. To prawda. Ostatnio na żywo graliśmy go chyba jakoś w okolicach roku 2010 po tym, jak ukazał się album "Relentless Retribution", a jeśli dobrze pamiętam, to nawet na trasie promującej tamtą płytę nie był on stałym punktem. Tym razem nie było dyskusja. Musiał być zagrany i tyle! (śmiech). Jeśli zaś chodzi o promocję, to zdecydawiliśmy się na "Where They Lay", bo na tym albumie brzmi on najbardziej "live" i zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych kawałków. Na "The Bastard Tracks" nie zabrakło coveru. Skąd pomysł, by sięgnąć akurat po "Falling off the Edge of The World" ze świetnej płyty Black Sabbath "Mob Rules"? To kolejna istotna kwestia. Bardzo zależało nam na oddaniu atmosfery prawdziwego koncertu Death Angel. Kiedy gramy jako headliner, zawsze mamy w zanadrzu jakiś cover. To już taka nasza tradycja, jeśli można tak to nazwać. Graliśmy już też utwory Black Sabbath z okresu, gdy ich wokalistą był Ronnie James Dio. Wiele razy sięgaliśmy po ich "Heaven and Hell". Ale nie tylko. Czasami graliśmy coś z repertuaru Kiss i innych podobnych kapel. Skąd pomysł akurat na "Falling off the Edge of The World"? Trzy albo cztery lata temu graliśmy świąteczny koncert w San Francisco. Zaczęliśmy od tego coveru i tłum zgromadzony pod sceną po prostu oszalał. Tak, jak mówiłem, chcieliśmy mieć na tym albumie przeróbkę cudzego utworu, by nadać temu koncertowi autentyzmu, a zgodnie z ideą, jaka przyświecała "The Bastard Tracks", wybraliśmy taki cover, który graliśmy jedynie kilka razy. Wybacz to oklepane pytanie, ale w tym miejscu chyba nie mam wyjścia i muszę je zadać (śmiech). Preferujesz bardziej Black Sabbath na wokalu z Ozzym Osbournem czy Ronnie Jamesem Dio? Oba te wcielenia kocham tak samo. Uwielbiam obu tych wokalistów, uwielbiam wszystkie nagrania, jakie popełnili z Black Sabbath. Jeśli miałbym natomiast wskazać swój ulubiony album w całej dyskografii tej kapeli, to mój wybór bezwzględnie pada na "Sabotage". Postać na okładce albumu dzierży klasyczne muzyczne nośniki jak płyty winylowe czy kasety magnetofonowe. Jesteś entuzjastą tych formatów? Pytam, gdyż ta moda na "retro" nie wszystkim muzykom się podoba. Nawet tym którzy grali już w latach osiemdziesiątych. Ja na pewno się do tej grupy nie zaliczam, gdyż jestem wielkim entuzjastą płyt winylowych. Cieszę się, że młodzi ludzie odkrywają na nowo ten nośnik. Kasety to inna sprawa. Nie kupuję ich choćby dlatego, że na tą chwilę nie mam w domu niczego, na czym mógłbym je sobie puścić. Jednak mimo wszystko i tak je lubię (śmiech).


Nie da się ukryć, że rządek kaset fajnie wygląda na półce. Dokładnie! (śmiech) Mam kumpli, którzy zbierają kasety i trudno mi się z Tobą nie zgodzić w tej kwestii. Natomiast jeśli chodzi o okładkę, to te winyle i taśmy znalazły się tam też z innego powodu. Symbolizują one nasze stare, zapomniane utwory, którym my na "The Bastard Tracks" przywracamy nowe życie. Słuchając tego albumu, nie mogę wyjść z podziwu, że po tylu latach ciągle jesteś w tak świetnej kondycji. Mam tu na myśli wokal. Jak Ty to robisz? Przede wszystkim bardzo Ci dziękuję za tą opinię. Drobiazg. Jednak bardzo miły (śmiech). Jak to robię? Po prostu staram się dbać o swój głos standardowo bez jakichś udziwnień. Nie piję w ogóle kawy. Zamiast tego piję herbatę albo czystą wodę. Kiedy ruszamy w trasę, zabieram ze sobą zapas herbaty i miodu. Poza tym nie palę papierosów i dużo ćwiczę. To właściwie jest podstawa. Jeśli nie wyrobisz sobie właściwej pracy strun głosowych i przepony, to wszystko inne tak naprawdę na nic się nie zda. Szczególnie jest to ważne podczas trasy, gdy narażasz swój głos na codzienny wysiłek. Na długich trasach staram się też ograniczać ilość wypowiadanych słów poza sceną do niezbędnego minimum (śmiech). Może się to z boku wydawać śmieszne, ale naprawdę świetnie wpływa na kondycję wokalną. Zależy mi na tym, gdyż na koncertach chcę dawać z siebie wszystko oraz chcę, by moja kariera wokalna trwała jak najdłużej. Serio nie pijesz kawy? Jak sobie w takim razie radzisz ze zmęczeniem i niedospaniem, które przecież są stałym elementem każdej dużej trasy koncertowej? Tak jak powiedziałem, piję dużo herbaty. Ona też zawiera kofeinę, a z własnego doświadczenia wiem, że pita w ogromnych ilościach potrafi dać naprawdę niezłego kopa (śmiech). Staram się też zawsze wysypiać, nawet jeśli warunki temu niezbyt sprzyjają, co na trasie często niestety się zdarza. Bycie wyspanym też ma dobry wpływ na kondycję wokalną, więc jest to jak najbardziej w moim interesie.

Foto: Death Angel

W przyszłym roku planujecie kolejną trasę z Exodus i Testament. Obejmie ona jednak tylko USA. Co z Europą i resztą świata? Nie zapomnieliśmy o Europie. W okresie letnim zamierzamy do Was zawitać na kilka letnich festiwali. Na niektórych będziemy headlinerem, na niektórych będziemy supportowali inne zespoły, co wcale nam w niczym nie przeszkadza. Mam nadzieje, że wszystko uda się doprowadzić do szczęśliwego finału. Trzymamy za to kciuki, bo naprawdę brakuje nam występów przed publicznością. Wy chyba naprawdę lubicie grać razem z tymi dwoma wspomnianymi kapelami. Mówisz o Testament i Exodus? Tak. Wiesz, my wszyscy razem jesteśmy dla siebie jak jedna wielka rodzina. Przyjaźnimy się od czasów, gdy byliśmy jeszcze nastolatkami. Kiedy schodzimy ze sceny, zawsze w garderobie jest wesoło. Mamy takie poczucie wspólnoty, które najlepiej oddają słowa "my przeciwko światu". To jest coś po prostu niesamowitego. Każda wspólna trasa to dla nas naprawdę wielkie przeżycie. Mam nadzieję, że jeszcze niejedna taka trasa przed nami. Ostatni Wasz wspólny koncert w Polsce pamiętasz?

Jasne! To było na początku 2020 roku. Wrocław? Tak, dokładnie. Niesamowity show, uwielbiam występować przed Waszą publicznością! Dajecie czadu. Kiedy scena thrashowa zaczęła się rozwijać w San Francisco, Ty byłeś jeszcze nastolatkiem. Jak patrzysz na te wydarzenia z dzisiejszej perspektywy? To były naprawdę wspaniałe czasy i uważam, że fakt, iż mogłem brać w tym udział to autentyczny dar od losu. Fajne w tym wszystkim było to, że cała ta społeczność była ze sobą autentycznie zżyta. Mogłeś iść na dowolny koncert thrashowy i mogłeś być pewien, że spotkasz tam wszystkich tworzących tą scenę. Każdy znał każdego. Byliśmy jedną wielką spójną ekipą. Jasne, był w tym wszystkim widoczny ten element współzawodnictwa. Jednak to była zupełnie zdrowa rywalizacja, które wszystkim nam pomagało się rozwijać i iść naprzód. Nikt nikomu nie podkładał kłód pod nogi. Nigdy nie zapomnę pierwszego koncertu, który grałem z Death Angel. To był 26.11.1984 i graliśmy przed Megadeth. Grał z nimi wtedy gościnnie Kerry King. Później była trasa ze Slayerem promująca ich album "Hell Awaits". Ogolnie z tamtego okresu mam masę niezapomnianych wspomnień, które już zawsze ze mną pozostaną. Śledzisz zapewne poczynania młodych kapel thrashowych. Uważasz, że mają dziś łatwiej, niż Wy w latach osiemdziesiątych? Jasne. Jest kilka młodych kapel, których nagrania naprawdę lubię. Mam tu na myśli takie grupy jak na przykład Lost Society. Czy mają łatwiej, to zależy akurat od tego, na który aspekt ich działalności spojrzymy. Na pewno mają dużo więcej udogodnień, jeśli chodzi o promocję i dotarcie do potencjalnego odbiorcy. Internet zdecydowanie takie rzeczy ułatwia. Uważam, że starsze zespoły uprawiające dany gatunek powinny wspierać te młodsze. Jakby nie stara gwardia thrashu, to by ich nie było. Z drugiej strony młodzi thrasherzy przyciągają do sceny młodszą publikę, która z czasem pozna takie kapele, jak Death Angel. Jak sam widzisz, występuje tu wzajemna pomoc. Nawet jeśli jest ona mimowolna.

Foto: Death Angel

DEATH ANGEL

25


NWOBHM było ruchem kulturowym a nie gatunkiem muzycznym Gitarzysta i wokalista Vardis, Steve Zodiac, z pierwszej ręki przekazał nam, jak to było z brytyjskim heavy metalem na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. "Nie uważam się za kogoś innego niż autora piosenek, który gra Rockn'Roll na gitarze (…) Inni robili swoje a my dobrze bawiliśmy się boogie".

Macie stały skład od 2009 roku. Co sprawia, że ciągle wytrzymujecie ze sobą tyle czasu? (śmiech) Po prostu nauczyliśmy się wzajemnie siebie tolerować (śmiech). To jest najistotniejsza rzecz, jeśli chcesz grać w zespole i nie zwariować (śmiech). Death Angel to kapela tworzona przez pięciu ludzi o pięciu różnych osobowościach, które muszą się zgrać. Kiedy przyjmowaliśmy do zespołu nowe osoby, patrzyliśmy nie tylko na to, czy dany kandydat jest świetnym muzykiem, ale też na to, jakim człowiekiem jest prywatnie. Myślę, że ten skład jeszcze ma wiele do pokazania. Trzymamy się razem, bo cały czas gdzieś z tyłu głowy migota nam hasło "my przeciwko światu" (śmiech). Tolerancja tolerancją, ale chyba nie chcesz mi wmówić, że u Was zawsze jest różowo i nigdy nie ma żadnych spin między poszczególnymi członkami kapeli (śmiech). Spiny i kłótnie są czymś jak najbardziej naturalnym, kiedy pracuje się w grupie. Zdarzają się one w każdej paczce przyjaciół (śmiech). Jesteś także autorem tekstów, który czerpie inspiracje z otaczającego świata. Do jakich wydarzeń dziejących się obecnie chciałbyś kiedyś nawiązać w swoich lirykach? Ja cały czas piszę o bieżących wydarzeniach. Uważam, że styl muzyki, który uprawiamy, wymaga właśnie takiego przekazu. To nie jest wesołe granie. W tekstach skupiam się na rzeczach z otaczającego nas świata, które mnie wkurzają i irytują. Staram się jednak nie robić tego w sposób bezpośredni. Chcę, by słuchacz zawsze miał chociaż lekko uchyloną furtkę na własną interpretację.

HMP: Jak wspominasz atmosferę brytyjskiej sceny heavy metalowej 1980 roku? Steve Zodiac: Cóż, do 1980r. koncertowaliśmy w całej Wielkiej Brytanii przez 3-4 lata, wyjeżdżając w trasy z naszego rodzinnego miasta - Wakefield, West Yorkshire. Wielka Brytania była trudnym miejscem dla zwykłych ludzi w latach 70.: bezrobocie wysokie, zarobki niskie, a perspektywy ponure, ale scena muzyki na żywo pojawiała w większych ośrodkach miejskich w całym kraju. Była to ucieczka zarówno dla artystów, jak i dla publiczności. Występowaliśmy, ile się dało. Na 100 MPH Tour w 1980r. graliśmy w Manchester Denton Leisure Centre i Cedar Ballroom w Birmingham. Na północy kraju scena była nieco bardziej podzielona na kapele ze wschodu oraz z zachodu. Niemniej - Liverpool, Manchester, Leeds i Newcastle pełniły funkcję ważnych przystanków na każdej dużej i małej trasie. Graliśmy często też w Birmingham i w Midlands, ale tam cierpieliśmy / korzystaliśmy (w zależności, jak na to spojrzeć) z powodu "syndromu półfinałowego Pucharu Anglii". Stafford, Wolverhampton i Brum były dobrze skomunikowane z północą i z południem, więc zwykle przyciągały większe tłumy przyjezdnych. W 1979 roku przenieśliśmy się do Londynu, który znajdował się w samym sercu branży - wiesz, wszystkie wytwórnie i wydawcy. Stanowiliśmy rock'n'rollowe trio z Wakefield, które potrzebowało występować w londyńskich klubach, żeby mieć jakiekolwiek szanse na sukces w muzycznym biznesie. Pierwszy kontrakt płytowy podpisaliśmy po tym, jak zagraliśmy w Music Machine w Camden. Historia heavy metalu jest podatna na stron niczość tego, kto ją opowiada. Co, Twoim

Pracujecie już nad następcą "Hominicide"? Dwa lata od jego premiery już powoli mija… I tak, i nie. Skłamałbym, gdybym stwierdził, że kompletnie nic w tym kierunku nie robimy, bo mamy szkice kilku utworów. Oczywiście wymagają one dopracowania i trzeba nad tym przysiąść, ale na chwilę obecną nie jest to nasz priorytet. Na to przyjdzie odpowiedni czas. Obecnie skupiamy się na promocji "Hominicide". To właśnie jemu chcemy poświęcić zbliżającą się trasę. Wiesz, promowaliśmy go już, ale niestety Covid nam przerwał tą trasę, przez co czujemy ogromny niedosyt i potrzebę nadrobienia strat. Zatem do zobaczenia na którymś z koncertów. Kiedyś tam (śmiech). Jak będzie tylko okazja, zawitamy do Polski! Trzymaj się! Bartek Kuczak

26

DEATH ANGEL

Foto: Vardis

zdaniem, jest najsłabiej rozumianym lub najbardziej przeinaczanym aspektem historii heavy metalu? Tzw. "Historia Heavy Metalu" jest w dużej mierze fikcją, która istnieje tylko w umysłach dziennikarzy próbujących nakreślić granicę między tak szalenie różnymi aktami twórczymi, jak np. Black Sabbath, Deep Purple, Motörhead, Judas Priest i Iron Maiden. Swoją narrację nazywają liniowym postępem a następnie naginają poboczne odgałęzienia gatunku, aby mieściły się na ich skali. W latach 70. prawie nigdy nie słyszałeś określenia "heavy metal", a jeśli już, było ono wymienne z "heavy rockiem" lub "muzyką heavy". Nowa Fala Brytyjskiego Heavy Metalu była ruchem kulturowym, a nie gatunkiem, z mnóstwem młodych zespołów o różnych wpływach, tworzących różną muzykę. Tylko ludzie, których wtedy nie było, chcą nadać temu wspólną szufladkę. Posłuchaj nagrań, mieszczą one już w sobie całą historię. Które heavy metalowe zespoły z UK miały w Twoim odczuciu potencjał, aby stać się trzecie po Black Sabbath i Judas Priest, ale nie osiągnęły sukcesu, na jaki zasługiwały? Czy wpisałbyś Vardis na taką listę? Gdybyś zapytał Halforda, nie sądzę, by nawet on powiedział, że Jusas Priest zostało drugim Sabbathem. Nigdy nie umieściłbym Vardisa na tej liście, gdyż muzycznie i estetycznie to nie było to, co chcieliśmy osiągnąć. Od najmłodszych lat interesowałem się wszystkimi rodzajami muzyki, nie będąc zbyt świadomym gatunku, a ponieważ chciałem stworzyć własną ich fuzję, nie sądzę, aby Vardis pasował idealnie do jakiejkolwiek jednej kategorii. Nie chcę komentować sukcesów ani po-


rażek innych zespołów. Jedyne, co powinno nas interesować, to odpowiedź na pytanie, czy wykorzystywano pełen potencjał muzycznych talentów. A jak było z realizacją Waszego potencjału? Nasza reputacja została zbudowana dzięki energii występów na żywo, więc od pierwszego zjazdu powrotnego Vardis w 2014 roku nosiłem się z zamiarem reedycji "100 MPH". Celem było uchwycenie tego intymnego charakteru klubowego show na płycie na żywo, a "100 Club" był jedynym dużym klubem w Londynie, w którym nigdy wcześniej nie grałem. Chciałem tam stąpać po deskach, na których pocili się Chuck Berry, BB King, Muddy Waters, Sex Pistols i The Rolling Stones. Rok 2020 był 70. rocznicą "100 Club" i 40. rocznicą "100 MPH", więc gwiazdy na niebie wydawały się wyrównywać. Piosenka "100 MPH" jest zawsze najbardziej pożądana przez fanów na koncertach, więc pomyślałem, że to będzie okazja, by zagrać ją po raz pierwszy od 1986 roku! Co czyni "100 MPH" jedną z najbardziej ekscytujących koncertówek najgorętszego okresu NWOBHM? Nie będę porównywać tego nagrania z koncertówkami innych zespołów, ale myślę, że ten album trafił w gusta tak wielu ludzi i nadal jest dobrze pamiętany, ponieważ spędziliśmy wtedy cztery lata w trasie i doskonaliliśmy nasze rzemiosło, energetyzując tłumy, a następnie sami karmiąc się tą energią. Fani byli absolutnie szaleni, przynosząc swoje banery domowej roboty, kurtki Vardis i zdzierali swoje ubrania w mosh pitcie. Niemal jak tłum piłkarski... Więc uchwycenie tego na płycie było naturalnym punktem wyjścia. Odkryliśmy już, że swobodna improwizacja jest integralną częścią Vardisa i to po części dlatego nasz album tak silnie nawiązuje do przeszłości. Przypuszczam, że przynajmniej 20% "100MPH@ 100Club" to improwizacja. Oczywiście piosenki mają fundamenty, które musimy precyzyjnie uderzyć z impetem, ale kiedy wszyscy jesteśmy w rytmie, pozwalamy się "zrelaksować", cieszyć chwilą i pozwolić muzyce działać na nas w taki sam sposób, w jaki działa na publiczność. Każdy występ na żywo Vardis jest inny. Nigdy nie gramy dwa razy w ten sam sposób, nawet na próbach. Co oznacza nazwa Vardis? Imię jakieś dziewczyny? Czy usunęliście człon Quo z oryginalnej nazwy Quo Vardis (źródło: Metal Archives) po to, aby ludziom łatwiej skandowało się Vardis na koncertach? Imię dziewczyny po polsku? Nie wiedziałem o tym, mógłbyś nas przedstawić? Nasza pierwotna nazwa brzmiała Quo Vadis, po łacinie "dokąd idziesz?", czego dowiedziałem się z filmu z 1951 roku z Robertem Taylorem. Podobało mi się, bo jako dziecko czułem się trochę zagubiony! Przed naszą pierwszą EPką postanowiłem dodać "R" i porzucić Quo, ponieważ może istnieć tylko jedno "Quo". W Waszym Facebookowym opisie ("About") napisaliście: "Hard rockowy Vardis zachował unikalny ciężki groove". Co to właściwie oznacza "ciężki groove" w muzyce hard rock owej? Które spośród Waszych utworów są dobrym przykładem tego terminu? Jak to się ma do muzyki bluesowej? Czy "heavy groove" pojawił się w hard rocku za sprawą blue -

Foto: Vardis

sa? Ciężka muzyka była wszędzie wokół nas we wczesnych latach 70., nawet na listach przebojów. Zespoły takie jak T Rex, Slade i Bowie z epoki Ziggy'ego miały na nas spory wpływ - wyobraź sobie rockowców tańczących w szybkim tempie, w rytm ciężkiego rocka, niemal boogie-woogie pop z lat 50., jak Little Richard czy Fats Domino. To jak najbardziej naturalne, że następne pokolenie muzyków rockowych przeniosło ten ciężar w różne muzyczne kierunki lat 80. Natomiast my po prostu dobrze bawiliśmy się z boogie. Groove w "Living Out of Touch" z "100 MPH" i "Boogie Blitz" z "Quo Vardis" są dobrymi przykładami. Co skłoniło Cię do nazwania swojej kompi lacji z 1981 roku "Metal Power"? Czy pró-bowałeś przekraczać granice "typowego" heavy metalu i stać się szybszym, głośniejszym, cięższym od wszystkich innych? I wreszcie, czy uważasz się za autora terminu "power metal"? Nie, to nie było stwierdzenie o sile naszej muzyki w stosunku do kogokolwiek innego. Myślę, że wytwórnia wymyśliła ten tytuł, ale nie pamiętam na pewno. W tamtym czasie nie uważałem nas za zespół heavy metalowy, tak jak jesteśmy teraz określani, więc nie próbowałem świadomie przesuwać granic gatunku. Myślę, że fani powodowali, że graliśmy głośniej i szybciej: zwykłem mawiać: "Czy jest dla was wystarczająco głośno?" Krzyczeli "Nieee", a potem "Czy to dla was wystarczy szybko?" a oni krzyczeli "Nieeeee", więc graliśmy głośniej i szybciej, dopóki ich nie powaliliśmy, a oni mogli tylko wiwatować, gdy zadałem im te same pytania później! Nie uważam się za kogoś innego niż autora piosenek, który gra rockn'roll na gitarze. Jak powiedział Vernon Presley: "powinieneś zdecydować, czy zostać gitarzystą, czy elektrykiem, ale nigdy nie widziałem gitarzysty, który byłby centa wart". Dlaczego Vardis rozpadło się w 1986 roku? Czy scena heavy metalowa straciła swój rozpęd w Wielkiej Brytanii po 1986 roku? Rozdzieliliśmy się w 1986 roku, ponieważ przez poprzednie dwa lata byliśmy uwikłani w prawne batalie z byłym zarządem, który okradł nas na dużo pieniędzy i praw do produkcji i w związku z tym prawie w ogóle nie graliśmy na żywo. Większość brytyjskiego biznesu mu-

zycznego była prowadzona przez wyzyskujących kretynów, którzy byli w nim albo dla ego, albo w celu wykorzystania talentu lub (najczęściej) z obu powodów. Album "Vigilante" był czymś w rodzaju pożegnania: "pierdol się". Nie chciałem być częścią przemysłu muzycznego, którego gówno obchodziła muzyka i muzycy. Cieszę się, że większość z tych ludzi nie żyje lub jest niedołężna, kiedy wydajemy nasz drugi album w tym stuleciu. Czy jesteś w pełni zadowolony ze swojego albumu "Red Eye" (2016)? Ile piosenek skomponowałeś dla jego następcy? Nie, nie jestem w pełni zadowolony z "Red Eye". Album nie został ukończony w 100% tak, jak sobie wyobrażałem, ponieważ Terry Horbury coraz bardziej chorował w studiu i tragicznie zmarł podczas miksowania albumu w 2015 roku. Ten smutek przyćmił wszystko, gdy ja i Joe Clancy skończyliśmy album jako hołd dla niego. Terry miał taki słodki głos, naprawdę żałuję, że nie mogliśmy zaśpiewać z nim więcej chórków. Jestem dumny z finalnego produktu, nie zrozum mnie źle, ale nigdy nie powiem, że jestem "zadowolony". Jest wystarczająco dużo nowych piosenek napisanych na dwa kolejne albumy, ale ja skupiam się na tym, żeby wrócić do grania na żywo w przyszłym roku. O albumach studyjnych pomyślę później. Jak aktywni artystycznie są ostatnio członkowie Vardisu? Byliśmy tak szczęśliwi, że na kilka dni przed zamknięciem znaleźliśmy nagrania w puszce na nowy album, iż nie potrzebowaliśmy dodatkowej motywacji, aby spędzić czas na doskonalenie "100MPH@100club". To podwójny album, więc mieliśmy 2 godziny nagrań do miksowania i masteringu, a dzięki wszystkim narzędziom internetowym ja i Joe mogliśmy współpracować między Newcastle w Anglii i Zervos, moim studiem w Grecji. Przekopałem się też przez archiwa i zebrałem kilka rarytasów, singli i stron B do projektu retrospektywnego. Ja, Joe i Roly mieszkamy bardzo daleko od siebie, a podróżowanie jest niemożliwe, więc nie byliśmy w stanie spotkać się od ponad roku. Trzymamy kciuki, że już niedługo się spotkamy, a w 2022 roku Vardis będzie ponownie koncertował i nagrywał. Sam O'Black

VARDIS

27


Tak długo jak żyjemy, będziemy pisać muzykę! Ależ gaduła z tego Davida! Naprawdę ten wywiad mógłby być dwa, albo nawet trzy razy dłuższy i byłby tak samo ciekawy. No ale nie zawsze wynika to ze stażu, ale z wnętrza. W przypadku gitarzysty The Rods jednak długość życia w świecie hard/heavy metalowym zgrabnie łączy się osobowością. Mimo, że ten wywiad przeprowadziłem korespondencyjnie, to odniosłem wrażenie, że jest strasznie miłym gościem. Cierpliwie odpowiedział na pytania, w ciekawy sposób odniósł się też do poruszonych kwestii. Czasem też mówił, co ważne, za wszystkich w zespole. Pokazuje to, jak mocne więzi spajają tę grupę i rozwiewa wątpliwości, dlaczego budzą tak dobre emocje. To był dla mnie zaszczyt i przyjemność! Przed Wami sam David "Rock" Feinstein! HMP: W związku z tym dość ciężkim i niepewnym czasem, w którym przyszło nam egzystować, chciałbym zapytać czy odczułeś jakoś mocno całą tą sytuację, czy zdrowie Twoje i chłopaków z The Rods nie zostało wystawione na próbę? David "Rock" Feinstein: Cóż, na szczęście radzimy sobie naprawdę dobrze, zwłaszcza w kontekście tego, co obecnie dzieje się na świecie. Przy czym, każdy dzień to niewiadoma. Nie możesz być pewien, co przyniesie jutro. No i tak sobie żyjemy: dzień po dniu. Dzięki za troskę! Nie ma co też rozmawiać o mało przyjem nych sprawach kiedy są tematy znacznie ciekawsze! Pewnie domyśliłeś się, co może być pretekstem do wywiadu… Tak, tak, to najnowsze reedycje wczesnych płyt The Rods przygotowane przez High Roller Records.

świetne wznowienia? Carl i ja od zawsze chcieliśmy wznowić nasze stare albumy. Zainteresowanie ze strony High Roller Records przyszło w idealnym dla nas momencie. Jak już wspomniałem, spisali się na medal i umożliwili fanom zdobycie kopii albumów, które od dawna były nieosiągalne. Czy od razu byliście skłonni ku High Roller Records czy dopiero po jakimś czasie zapadła decyzja i kogo jeszcze braliście pod uwagę do tej pracy? Inne wytwórnie też były zainteresowane wydaniem tych albumów, ale uznaliśmy, że High Roller zrobi to najlepiej. No i, jak widać, nie przeliczyliśmy się! Masz jakieś ciekawe wspomnienia związane z pracą nad tymi wydaniami czy wszystkim zajęła się High Roller Records i wy zobaczy-

su! David, muszę zapytać - co spowodowało, że w ogóle powstało The Rods? Cóż, początkowo The Rods było dla nas tylko sposobem na zarabianie na chleb graniem w klubach. Nie planowaliśmy nagrywania płyt, jeżdżenia w trasy koncertowe i tego wszystkiego, co się z tym wiąże. Ponieważ jednak Carl i ja jesteśmy zapalonymi kompozytorami, zaczęliśmy więc pisać utwory, nagrywać je, a koniec końców wytwórnia zaproponowała nam kontrakt. Tak to było. Każdy muzyk ma swoje wzorce, swoich idoli. Kto więc inspirował młodego Davida Feinsteina by był coraz lepszy? Sztukę gry na gitarze zacząłem zgłębiać w czasach, kiedy grałem na gitarze rytmicznej w zespole Ronniego. Najbardziej zainspirowali mnie Jeff Beck, Richie Blackmore, Jimi Hendrix, Pete Townsend i wielu innych. Nadal uważam ich za swoich idoli. Nie mogę też odmówić sobie zapytania o Elf. Jako kuzyn Ronniego Jamesa Dio grałeś tam z nim na gitarze. Jak wspominasz tamten czas? Granie z Ronniem było niesamowitym doświadczeniem! Elf był kapitalnym zespołem, a też same czasy były wyjątkowe. Wszyscy tworzący zespół muzycy byli parę lat starsi ode mnie, ale to Ronnie szczególnie mi imponował. Traktowałem go jak starszego brata, choć byliśmy tylko kuzynami. Przeżyłem z Elf wspaniałe chwile, których nigdy nie zapomnę. Czy przez późniejsze lata utrzymywałeś kontakty z Ronniem, rozmawialiście na temat waszych zespołów - Dio i The Rods? W ostatnich latach życia Ronniego byliśmy ze sobą blisko. Odwiedzałem go w Los Angeles i nocowałem w jego domu. Rozmawialiśmy o muzyce, sporcie i życiu tak w ogóle. Myśleliśmy o zorganizowaniu reaktywacji Elf i zaczęliśmy pracować nad nowymi kawałkami. Ronnie nawet chciał grać na basie, tak jak kiedyś. A muszę dodać, że był świetnym basistą! Naprawdę, to były cudowne chwile, których nigdy nie zapomnę. A gdyby zaproponował Ci w latach 80. dołączenie do swojego zespołu, zgodziłbyś się? Jakoś na początku lat 90. Ronnie zaproponował, żebym dołączył do jego solowego zespołu. Naprawdę chciałem, ale wówczas moje życie osobiste i inne obowiązki nie pozwoliły mi przyjąć jego propozycji. To była bardzo trudna decyzja, ale musiałem się z nią zmierzyć.

Foto: The Rods

Jesteś zadowolony z końcowego efektu? Tak, wznowienia wydane przez High Roller są kapitalne! Świetnie się spisali i jesteśmy z nich bardzo dumni. Zasłużyli na najwyższe słowa pochwały. Produkt końcowy prezentuje się rewelacyjnie! Reedycje płyt The Rods bywały na rynku bardzo rzadko. Pierwszą płytę kupić na kompakcie było niemożliwością, chyba, że był to pirat. David, zdradź proszę, skąd pomysł na to, by w końcu grupa mogła mieć naprawdę

28

THE RODS

liście dopiero efekt finalny? Udostępniliśmy High Roller wszystkie materiały, których mogli potrzebować, żeby poskładać atrakcyjne wydawnictwo. Nie wiedzieliśmy jednak, co planują z nimi zrobić, póki nie dostaliśmy do rąk gotowego produktu. To ludzie z wytwórni byli w pełni odpowiedzialni za te wznowienia i bardzo nas cieszy, jak wywiązali z tego zadania. No ale jednak pojawiły się pewnie jakieś wspomnienia czy wzruszenia. To szmat cza-

Chyba przez to, że uczestniczyłeś aktywnie w muzycznym życiu końca lat 60. to w The Rods pojawiało się sporo coverów - jak np. "You Keep Me Hangin' On" The Supremes, który znów rozpropagowało Vanilla Fudge. Było też "Communication Breakdown" Zeppelin. Wszyscy w zespole byli zgodni co do wyboru tych numerów, czy raczej były poparte długimi dyskusjami? Zawsze staraliśmy się szukać utworów, które moglibyśmy wziąć na warsztat i przerobić. Wybory podejmowaliśmy wspólnie, ale patrząc z perspektywy czasu, niektóre z nich nie były trafione. Rozmawialiśmy o nich, owszem, lecz nie były to pogłębione dyskusje. W reedycjach High Roller Records pojawią się trzy pierwsze albumy. Czy są jakieś plany wobec późniejszych, wcale nie gorszych


"In The Raw", "Let Them Eat Metal" i "Heavier Than Thou"? Chcielibyśmy, żeby pozostałe albumy też zostały doczekały się wznowień. Wielu fanów o nie wciąż prosi. Mam nadzieję, że tak się stanie, a znów z pomocą przyjdzie High Roller Records. Davidzie, powiedz proszę słowo o okładkach waszych albumów. Takie okładki jak "Let Them Eat Metal" czy "Wild Dogs" pasowały do waszej muzyki. Czemu więc The Rods nie mieli więcej takich projektów tylko w większości z okładki na fanów spoglądaliście wy ze zdjęcia? To trochę tak jak w bluesie, tam też często jest po prostu zdjęcie muzyków… (śmiech) Zawsze uważaliśmy, że okładka albumu powinna coś przekazywać i być ciekawa, a może nawet kontrowersyjna. Niektóre nasze okładki były świetne, a inne - nieszczególnie. Często wszystko sprowadzało się jednak do budżetu. Czasem wytwórnię stać było na zapłacenie świetnemu artyście za wprowadzenie naszej wizji w życie. Okładka "Wild Dogs" jest tego świetnym przykładem. Ale innym razem pieniędzy brakowało, a wówczas sięgaliśmy po zwykłe zdjęcie zespołu. Chociaż myślę, że fanom to nie przeszkadzało, bo chyba chcieli zobaczyć, jak naprawdę wyglądamy. W tekstach poruszaliście wiele tematów. Często bardzo życiowych, jak kobiety, seks, muzyka rockowa czy narkotyki… Rozumiem, że wszystko wynikało z autopsji..? (śmiech) Chyba staraliśmy się wyjść naprzeciw oczekiwaniom fanów. Pisać o tym, czego każdy mógłby doświadczyć. Przede wszystkim zależało nam na dobrej zabawie. Czy współcześnie gra się Tobie "lepiej" niż w latach 60.,70, czy 80.? Są jakieś znaczące różnice przemawiające za tym, że warto było wrócić? Czy gram lepiej niż kiedyś? Cóż, na pewno gram inaczej, ale nie wiem, czy faktycznie lepiej. Moje brzmienie i styl zawsze było charakterystyczne. To chyba się nie zmieniło. Nie wiem, czy mógłbym je zmienić, nawet gdybym chciał! Obecnie trochę inaczej podchodzę do tekstów i grania, ale nadal słychać, że to ja. Współcześnie The Rods tworzy czterech muzyków. Jakie możliwości otworzyło przed Tobą i Carlem zatrudnienie Freddy'ego i Michaela? Zdaje się, że skład The Rods w trio to już przeszłość. Skoro będziemy grać z nowymi muzykami, to i zespół będzie inny. Nie będzie to dawne The Rods, lecz jego nowe wcielenie, dające nam nowe możliwości muzycznej ekspresji. Freddy i Mike są znakomitymi muzykami, a przy tym świetnymi, bezpretensjonalnymi facetami. Nie możemy się z Carlem doczekać, by zobaczyć, co ten skład będzie mógł zaoferować fanom. Bardzo się na to cieszymy! Na albumie "Hollywood" śpiewał Rick Caudle. Dlaczego współpraca trwała tak krótko? Rick Caudle… co za wspaniały wokalista! Na album "The Hollywood" złożyły się utwory, które po napisaniu nie pasowały do The Rods. Wymagały innego wokalisty, więc zaczęliśmy poszukiwania. To Carl znalazł Ricka, a kiedy ten wysłał mi kasetę z nagraniem swojego śpiewu, to szczęka mi opadła! Świet-

Foto: The Rods

nie też spisał się w studiu. Przy czym, ten album to taki jednorazowy, jakby to ująć, "skok w bok". Nie jest to typowy album The Rods. Znalazły się na nim świetne kawałki, które zostały świetnie wykonane, ale są po prostu inne. A co z Garrym Bordonaro? Co spowodowało, że jednak nie zdecydował się grać w The Rods dalej? Garry? Nie mam pojęcia dlaczego… Chyba był już zmęczony i nie pozostawało mu nic innego niż odejść. Nadal uważamy go za naszego brata, życzymy mu jak najlepiej i nie mamy do niego żalu. Tworzyliśmy jeden zespół, na dobre i na złe, a taka więź nie znika tak po prostu. Czasem życie układa się nie po twojej myśli, ale przecież trzeba walczyć dalej. Tęsknimy za nim i mamy nadzieję, że ma się dobrze. Sytuacja z wirusem zdaje się trochę łagodnieć. Czy w związku z tym planujecie jakieś większe koncerty i gdzie ewentualnie będzie można zobaczyć The Rods w najbliższych miesiącach? Wirus zdecydowanie odmienił świat. Mamy nadzieję, że w 2022 roku zagramy jakieś koncerty. Zobaczymy. Skoro jesteśmy przy koncertach - masz jakieś ulubione miejsca, w które lubisz wracać ze swoją muzyką albo takie, w których bardzo chciałbyś zagrać? Graliśmy na całym świecie i powiem ci, że cieszyło nas to, ale absolutnie nie było to ważne, gdzie byliśmy. W każdym kraju przyjęcie było znakomite: w Brazylii, Japonii, Niemczech, Anglii, Holandii… za długo by wymieniać. Chciałbym wrócić w każde z tych miejsc. Czy, oprócz naturalnie muzyki heavy met alowej, czas Davida Feinsteina pochłania jakieś ciekawe hobby? Hobby pozwalają mi się pozbyć stresu. Grywam w golfa, kiedy pogoda na to pozwala. Mieszkam na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych, dlatego też chadzam trochę na ryby. Bardzo lubię też pisać. Kiedy jesteś muzykiem i tekściarzem, to praca zawsze cię znajdzie.

Mój przydomek nadał mi sam Ronnie, jeszcze kiedy graliśmy w Elf. To długa historia. Zostawmy ją na inny raz. Wracając jeszcze do przeszłości. Czy mógłbyś przytoczyć jakieś ciekawe anegdoty z sesji nagraniowych The Rods albo coś co szczególnie zapadło w pamięć w ciągu tras koncertowych? Cóż, dużo jest w tej kwestii do powiedzenia. Po zastanowieniu, to jednak nagrywanie "Wild Dogs" chyba najbardziej zapadło mi w pamięć. Polecieliśmy do Anglii, gdzie miesiąc spędziliśmy w studiu. Potem kolejny miesiąc zajęła trasa z Iron Maiden, po której wróciliśmy do studia, żeby dokończyć produkcję. To było wspaniałe doświadczenie i świetne koncerty z Iron Maiden. Po prostu kapitalne czasy! A współcześnie jak ludzie reagują na waszą muzykę - czujesz nadal w powietrzu fascy nację heavy metalem czy raczej wpadają sprawdzić, czy żyjecie? (śmiech) O dziwo mamy fanów, których nie było nawet na świecie, kiedy nagrywaliśmy nasze wczesne albumy. Cieszy nas, że zachowaliśmy oddanych ludzi i przyjaciół, ale zdobyliśmy też nowych. Tak długo jak żyjemy, na pewno będziemy pisać muzykę. W takiej czy innej formie. Kropka. No nic, pora kończyć. Pewnie mógłbyś jeszcze długo odpowiadać, a ja mógłbym zadać jeszcze sporo pytań, jednak objętość numeru ma swoje granice. Chyba, że mój szef Michał zrobi kiedyś numer Heavy Metal Pages poświęcony The Rods! (śmiech) No ale na dziś to wszystko, a ostatnie słowo należy do Ciebie… Tak, masz rację! Mógłbym gadać godzinami. Chciałbym podziękować wszystkim naszym fanom, przyjaciołom oraz ludziom takim jak ty czy nasi współpracownicy, którzy poświęcają nam czas i nie pozwolili nam odejść w zapomnienie. Mówię to prosto z serca. Dziękuję! Dzięki serdeczne i szczerze pozdrawiam. Życzę zdrowia! Keep rockin'!!! Adam Widełka Tłumaczenie: Adam Nowakowski

David, pamiętasz jeszcze skąd wziął się twój pseudonim - "Rock"?

THE RODS

29


Nowoczesny samurai w tradycyjnie metalowej furii Andy Boulton okazał się przysłowiowym brytyjskim dżentelmanem. Po wielokroć powtarzał, że nie znosi próżni i niemal każdą wolną chwilę przeznacza na tworzenie muzyki. Na długo przed wydaniem tradycyjnie heavy metalowego LP Tokyo Blade "Fury" - zapowiadanym na końcówkę stycznia 2022 - z dumą wyznał, że ukończył już sześć utworów na następny album. Ów pochłonięty twórczym wirem gitarzysta nie tylko zgodził się, abym do niego zadzwonił, ale do słuchawki zaprosił też wokalistę Tokyo Blade, Alana Marsha. HMP: Tokyo Blade nie jest już zespołem powracającym, lecz regularnie funkcjonującym. W ostatnim czasie, wydajecie już trzeci longplay: po "Unbroken" (2018) i "Dark Revolution" (2020), teraz przychodzi czas na "Fury" (2022). Wydaje się, że musi u Was panować świetna, twórcza atmosfera? Czy jest to dokładnie taki stan, do jakiego dążyliście przez wiele lat? Andy Boulton: Czasy się zmieniły. Scena wygląda dziś kompletnie inaczej niż w latach osiemdziesiątych. Rożnica polega na tym, że dawniej zespoły miały szansę dostać od wytwórni pieniądze za nagrywanie albumów, na-

stąpiliście na żywo choć raz? Andy Boulton: Nie. Problem z Tokyo Blade polega na tym, że mieszkamy w znacznych odległościach od siebie, tzn. w kompletnie innych częściach Anglii. Ja z Alanem jesteśmy sąsiadami, więc możemy często pracować wspólnie nad muzyką (tak jak dziś), ale pozostali muzycy są rozsiani po kraju. Andy, czy nowy album nagrywaliście wspól nie w Twoim domowym studiu? Andy Boulton: Zgadza się, u mnie. Nagrywam tutaj różne rzeczy od dłuższego okresu czasu. Album "Unbroken" rejestrowaliśmy je-

Foto: Tokyo Blade

tomiast dzisiaj praktycznie już nie. Taka sytuacja niekoniecznie była dla nas korzystna, ponieważ wiązały się z nią silne efekty uboczne Tokyo Blade zawiesiło kiedyś działalność ze względów finansowych. Odkąd powróciliśmy w oryginalnym składzie, tworzymy taką muzykę, jaką chcemy, bez komercyjnej presji. Skoro teraz jest fajnie, to dlaczego nie nazwaliście nowego LP np. "Bright Revolution", tylko "Fury"? Alan Marsh: Bo na świecie wcale dobrze się nie dzieje - choćby ze względu na wprowadzane przez polityków restrykcje. Rządy państw wywierają na ludziach nieadekwatnie dużą presję i odbierają wszystkim podstawowe wolności, za które starsze pokolenia oddawały życie podczas wojen i powstań narodowych. Czy po ukazaniu się "Dark Revolution" wy-

30

TOKYO BLADE

dnak w innym studiu. Nie odpowiadało nam to w pełni, więc w ciągu trzech lat skompletowałem odpowiedni sprzęt we własnym domu. Mnóstwo pieniędzy wydałem na technologię zapewniającą znakomite brzmienie. Bardzo ważnym aspektem powstawania heavy metalowego albumu jest rejestracja prawdziwej perkusji. Czy masz odpowiednie ku temu warunki w domu? Andy Boulton: Cóż, Steve Pierce nagrał partie perkusji we własnym zakresie, a następnie wysłał mi gotowe ścieżki. Czy jesteście w pełni zadowolony z brzmienia "Unbroken", "Dark Revolution" i "Fury"? Andy Boulton: Z "Unbroken" tak, "Dark Revolution" - nie... Miksując "Dark Revolution", użyłem oprogramowania, któremu nie

powinienem zaufać. Nisko-średnie frekwencje zostały tam zbytnio wyeksponowane, w związku z czym album brzmi mętnie. Powinienem ufać wyłącznie własnemu słuchowi, a wówczas efekt wyszedłby znacznie lepszy. Lubię "Dark Revolution" jako zbiór numerów, ale mogłoby ono brzmieć znacznie przejrzyściej. Co do "Fury" - jak najbardziej, jestem bardzo zadowolony. Postaram się jednak, aby następny album je wszystkie przebił. Dostrzegacie podobieństwo pomiędzy prze biegiem kariery Tokyo Blade a Tygers Of Pan Tang? Przecież wywodzicie się z tej samej sceny i po powrocie zdołaliście już sporo nagrać: Tygers Of Pan Tang 4 LPs, Wy 3LPs, z tym że Wasz ostatni jest podwójny... Andy Boulton: Nie wiem. Obaj rozpoczynaliśmy w tym samym czasie, dorastaliśmy w tych samych okolicznościach i inspirowaliśmy się podobną muzyką, więc na pewno są między nami jakieś podobieństwa, ale nie obserwuję ostatnich poczynań Tygersów. Nie przywiązuję dużej wagi do tego, co robią inne zespoły. Oni robią swoje, a my swoje. Możliwe, że Tygers Of Pan Tang gra współcześnie podobnie jak Tokyo Blade, ale nie słyszałem ich najnowszych nagrań. Skupmy się zatem na "Fury". Zdaje się, że został on opatrzony najbardziej "tokijską" okładką w całym Waszym dorobku. Czy było to zamierzone? Andy Boulton: Tak. W okresie promocji "Dark Revolution" udzielałem wywiady wielu osobom takim jak Ty. Często komentowali, że odeszliśmy graficznie od japońskiego klimatu. Uznałem wówczas, że byłoby fajnie do tego powrócić. Nie chcę teraz tłumaczyć okoliczności powstawania poprzednich okładek. Grunt, że postanowiliśmy umieścić - w centralnej części obrazu "Fury" - samuraja przeniesionego do nowoczesnego świata. Wszyscy uwielbiamy ten projekt. Jak określilibyście swoje podejście wobec długości studyjnych albumów heavy metalowych? Andy Boulton: "Fury" jest bardzo długie. Nie planowaliśmy tego. Napisaliśmy wiele wspaniałych utworów. Trudno było dokonać selekcji, więc zdecydowaliśmy się wydać je wszystkie, w myśl zasady: "let's give the fans funny for money". Do premiery pozostały jeszcze trzy miesiące, ale już wiemy, że "Fury" będzie albumem podwójnym. Ukaże się na dwóch płytach CD. Nie szykujemy winylu. W ogóle, nie zastanawialiśmy się nad takimi rzeczami. Cały czas komponujemy. Jesteśmy muzykami, więc ubimy pisać nową muzykę. Robimy to cały czas, bez przerwy, również dzisiaj. Ukończy-


liśmy już sześć nowych utworów na następny album. Lubimy być zajętymi czymś konstruktywnym. Niektóre tak długie albumy składają się z intra, outra, rozmaitych przerywników... Tego typu elementy pojawiają się na "Fury". Np. początek "Blood Red Night" mogłoby uchodzić za intro, gdybyście zdecydowali się umieścić je na otwarcie albumu, a nie jako track numer dwa. Deklamacja w "Message On The Wall" przypomina niemal interludę. Wprawdzie nie ma żadnego outra, ale LP pozostawia nas zziębniętymi po kość ("chill to the bone" - przyp.red.), jeśli wsłuchamy się w liryki ostatniego utworu "Message On The Wall". Czy oprócz komponowania kawałków, organizujecie również całe płyty na ich bazie, tak aby jak najlepiej słuchało się ich słuchało za jednym zamachem w całości, od początku do końca? Andy Boulton: Trudne pytanie. Nie zwracamy uwagi na to, jak albumu będzie się ludziom słuchać. Mówiony wstęp w "Message On The Wall" wziął się prawdopodobnie z mojej fascynacji Pink Floyd - ich utwory bardzo często zawierają podobne, niezmiernie interesujące motywy. Tymczasem Tokyo Blade gra heavy metal. Zależy nam na fajnym riffie, dobrym wokalu, itp., a nie na tym, czy komuś fajnie będzie się słuchać całego albumu od początku do końca. Owszem, wspomniane przez Ciebie elementy urozmaicają "Fury", ale to tylko dodatki. Dam Ci inny przykład... Alan, jak to się nazywało? Nie pamiętam zawartości "Fury" (śmiech). Jedno intro napisałem pod wpływem frustracji, że świat panikuje na wieść o wirusie o niemal zerowej śmiertelności. Większość muzyki napisał Andy, większość tekstów i melodii wokalnych - Alan, ale Wasz drugi gitarzysta, John Wiggins, również podpisał się jako autor niektórych kawałków. Jaka była jego rola? Czy był on pomysłodawcą np. tych unikatowych partii gitar na "Cold Light Of Day"? Andy Boulton: John Wiggins miał garść dobrych pomysłów. Zazwyczaj, jak coś wymyśli, gra mi to. Jeśli wszyscy coś lubimy, to używamy tego, proste.

Alan Marsh: John angażował się też na poprzednich płytach Tokyo Blade. Andy Boulton: I tak, to on wymyślił intro do "Cold Light Of Day". Ten kawałek bardzo różni się od pozostałych. Andy Boulton: E tam, Tokyo Blade nie komponuje według jednego, sprawdzonego szablonu. Nie, żebym krytykował takie podejście, bo fani często wręcz oczekują, że na następnych albumach pojawi się określona formuła. Tak robi np. AC/DC ze swoim heavy bluesem. Natomiast my nie. Tworzymy coś i jeśli pozostali członkowie zespołu to polubią, to zostaje. A jeśli nie, to nie. Niemniej jednak, Tokyo Blade ma swój styl, w ramach którego chcemy się poruszać, żeby fani się nie dziwowali. Po usłyszeniu "Fury" nikt nie powie: "ach, to nie ma nic wspólnego z Tokyo Blade". Na "Cold Light Of Day" też za bardzo nie odbiegamy od naszego stylu. To cały czas tradycyjny heavy metal.

Foto: Tokyo Blade

Natomiast pisanie liryków kusi zawsze idealną okazją, aby zaskoczyć fanów. Który fragment tekstu uważacie za najodważniejszy? Alan Marsh: Nie wiem. Może "Kill Me Till I'm Dead"? Alan Marsh: O, tak (śmiech). To piosenka o zabójczych uzależnieniach. Wielu moich idoli odeszło przedwcześnie z powodu uzależnień. Odradzamy fanom pójście ich śladem. Andy: Tokyo Blade jest w stu procentach wolne od wszelkich uzależnień. Nikt z nas nigdy nie miał kontaktu z narkotykami, nie ćpaliśmy, ani nawet ich nie tknęliśmy. Nie zrozum mnie źle, nie potępiam nikogo, gdyż każdy sam powinien dokonywać wyborów. Jeśli ktoś chce ćpać, to jego wybór i jego odpowiedzialność. Całe życie to sztuka dokonywania wyborów. My trzymamy się ścieżki wolnej od narkotyków. Podejrzewam, że pozostali muzycy Tokyo Blade próbowali troszkę tego i owego na samym początku działalności kapeli. Na szczęście nikt nie doświadczył poważnych konsekwencji.

Foto: Tokyo Blade

Co to znaczy "I'm a man out of time, but I'm not a man in a box, I've committed no crime, I won't feed it I don't need it, I'm not a man in a box" (frag ment tekstu "Man In A Box" - przyp.red.)? Alan Marsh: Śpiewam o mediach społecznościowych. Nie bujam się

po Facebooku, Twitterze, Instagramie, itp. Podejrzewam, że wielu ludzi desperacko poszukuje w nich sposobu, aby świat zwracał na nich uwagę. Pozostali potrzebują dowiadywać się w trybie natychmiastowym, co dzieje się na świecie. Ja tak nie mam. Nie podzielam tego trendu. Andy Boulton: Fajne liryki. Podkreślę jeszcze raz, że nie oceniamy nikogo z wyższej pozycji, ani nic takiego. To kwestia decyzji. My postanowiliśmy nie bawić się w wymienione platformy. Średni nasz wiek to około 60 lat. Świat podąża w jakichś kierunkach z zawrotnym tempem, ale my pozostajemy old school - owi. Jeśli zastanowisz się nad muzyką, przy której dorastaliśmy, tj. Led Zeppelin, Pink Floyd, Deep Purple, Black Sabbath, to wokół tych zespołów panowała dawniej aura tajemniczości. Nie lansowali się w przestrzeni publicznej, nie pokazywali wszystkim zdjęć własnych samochodów ani swojego piątkowego obiadu. Miało to swój walor - ludzi nęci tajemnica. Poza tym, nikt w Tokyo Blade nie ma wybujałego ego, nasze postępowanie nie dyktuje ego. Jesteśmy po prostu muzykami, zajmującymi się muzyką z nadzieją, że ktoś będzie chciał jej słuchać. Jeśli tak, to świetnie. A jeśli nie, to wcale nie muszą, ich decyzja. Z takim nastawieniem idziemy przez całe życie. Nie spoglądamy na świat z żadnego wyższego poziomu. Jeśli ktoś woli sięgać do Facebooka co pięć minut i dzielić się wszystkimi wydarzeniami, no to spoko. Ale to nie dla nas. My nie pochodzimy z obecnej ery (śmiech). Jesteśmy podróżnikami w czasie. Jak myślicie, które kawałki z "Fury" są podatne na bycie niedocenianymi przez słuchaczy, więc moglibyśmy o nich więcej pomówić? Andy Boulton: Nie wiem... Może "Rhythm Of The Gun"? Andy Boulton: Yeah, ten numer może nie wpaść w radar wielu fanów. Możliwe. Ale

TOKYO BLADE

31


wiesz, zawsze znajdą się zarówno zwolennicy jak i malkontenci. Kwestia gustu. Rzecz w tym, że świetna muzyka wymaga niekiedy wielu odsłuchów, zanim nam się wkręci. Za pierwszym razem może zabrzmieć niepozornie. Fani, w obliczu wielkiej masy ukazujących się heavy metalowych płyt, potrzebują swego rodzaju przewodnika. Alan Marsh: Do niektórych dźwięków trzeba dorosnąć. Andy Boulton: Wiele w tym prawdy. Wydaje mi się, że to samo możnaby powiedzieć o twórczości każdego zespołu na świecie; o każdym albumie. Za pierwszym razem coś nie wywiera na nas wrażenia, ale później powracamy do tego samego nagrania i zachwycamy się nim. Można odkryć w nim coś, czego nie zauważyliśmy przy pierwszych kilku odsłuchach. Gdybyście mogli cofnąć czas, czy opracowalibyście "I Am Unbroken" jako utwór tytułowy LP "Unbroken"? Andy Boulton: Trudno powiedzieć. "I Am Unbroken" powstało jako efekt jammu. Album nazwaliśmy "Unbroken" aby podkreślić, że po tylu latach nadal działamy i tworzymy, pomimo wszystkich problemów, jakie napotkaliśmy po drodze. W ciągu czterdziestu lat grania muzyki nie zarobiliśmy na niej ani centa, absolutnie nic, a i tak nadal się nią zajmujemy. John zaproponował tytuł płyty już po jej ukończeniu. Tytuł "Dark Revolution"

Ty wymyśliłeś (Andy zwraca się tutaj do Alan'a, przyp.red.). Alan Marsh: Przy czym wtedy mieliśmy utwór o tym samym tytule. Andy Boulton: No właśnie. Chciałeś, aby został kawałkiem tytułowym. "Fury" to zaś Twój żart. Niektóre utwory są tak agresywne, iż pewnego razu stwierdziłeś, że nazwiemy je "Fury". Pozostali uznali to za świetny tytuł.

Foto: Tokyo Blade

Andy, chciałbym Ciebie jeszcze zapytać, jak się czujesz, kiedy grasz na innych instrumentach niż na gitarze? W projekcie The Last Renegades bębniłeś ponoć na perkusji, a innym razem trochę śpiewałeś. Andy Boulton: (śmiech) Sprostuję. W The Last Renegades nie grałem na perkusji, lecz na gitarach, klawiszach i na północno-amerykańskim flecie. Kocham ten ostatni instrument. Nie czuję się natomiast wokalistą (śmiech). Wręcz staram się nie śpiewać (śmiech). W każdym razie, muzycy lubią próbować czasem czegoś nowego. Mam już taki charakter, że powtarzanie tego samego szybko mnie nudzi. Czasami wpadam więc na zwariowane pomysły. Szczególnie w ciągu ostatnich dwóch lat bardzo potrzebowałem ciągle coś robić - uciekałem od próżnowania. Aczkolwiek słuchałem na Twojej stronie internetowej, jak śpiewasz "Rosanna" oraz "Romeo And Juliet". Andy Boulton: Zgadza się, śpiewałem to. Przez moment udzielałem się z przyjaciółmi w cover bandzie. Zaśpiewałem większą część dwóch utworów (śmiech). Zabawnie było uchwycić moment wspólnego muzykowania.

Czy jesteś aktywny jako nauczyciel muzyki? Przyjmujesz studentów? Andy Boulton: Dawniej bardziej, ale nadal uczę kilku ludzi. Pomagałem znajomym ze wspomnianego cover bandu z komponowaniem oraz podczas gigów w lokalnych pubach. Szczerze mówiąc, jest to dla mnie metoda, aby dorobić troszkę pieniędzy. Czego brakuje Ci w recenzjach albumów Tokyo Blade? Andy Boulton: Nie analizuję recenzji. Najłatwiejszą rzeczą na świecie jest skomentować coś, co zostało już zrobione. Ale przyznam, że cieszy mnie, gdy widać, że autor naprawdę słuchał, o czym opowiada. Fajnie mi się z Tobą rozmawia, bo widzę, że zapoznałeś się z "Fury", znasz trochę liryków i przeznaczyłeś czas na moją twórczość. Bywa jednak tak, że ktoś napisze bez głębszego zastanawiania się, że nie lubi Tokyo Blade. W porządku - nie oczekuję od nikogo, że polubi wszystko, cokolwiek wydamy. Ktoś nie lubi, to niech się nie męczy. A jeśli komuś się podoba, to świetnie. Mnie również było bardzo przyjemnie z Wami rozmawiać. Dziękuję. Andy Boulton: Dzięki. Życzymy fanom, aby odnaleźli tyle samo radości w słuchaniu Tokyo Blade, ile my czerpaliśmy w studiu. Oczywiście, to samo tyczy się następcy "Fury". Życzę również, abyście wszyscy byli bezpieczni, zdrowi i szczęśliwi! Sam O'Black

Foto: Tokyo Blade

32

TOKYO BLADE


cią stylu Alien Force. Masz całkowitą rację, oba te zespoły od zawsze były moją inspiracją i znalazło to odzwierciedlenie w utworach.

Nigdy nie jest się za starym na heavy metal W każdym numerze Heavy Metal Pages trafi się wywiad z kapelą, która powróciła po jakiejś niewyobrażalnej ilości lat niebytu. Można by wręcz napisać, że to tradycja i w zasadzie nic zaskakującego. Warto jednak spojrzeć z innej strony - doczekaliśmy się wspaniałych czasów, kiedy powroty stają się nie ewenementem, ale wręcz są przez nas oczekiwane. Musiały minąć lata niepewności czy granie heavy metalu ma jeszcze sens, musiały minąć lata braku czasu na granie z powodu rodziny i pracy. Okazuje się, że to wiek dojrzały jest idealnym czasem na granie heavy metalu. Potwierdza to także duński Alien Force. O powrocie i pierwszej płycie nagranej od lat 80. opowiadał nam gitarzysta zespołu, Henrik Rasmussen. HMP: Współcześnie wiele heavymetalowych zespołów lat 80. wraca do grania. Najczęściej jednak muszą zamienić przynajmniej jednego muzyka. Jak udało Wam się wrócić w takim samym składzie, w jakim nagraliście dwie pierwsze płyty? Henrik Rasmussen: Przez te wszystkie lata od wydania naszego debiutanckiego albumu, spotykaliśmy się prywatnie i Alien Force zawsze było tematem do rozmowy. Graliśmy też w różnych sytuacjach, więc kiedy nadeszła okazja na ponowne zjednoczenie się, to było po prostu dla nas coś naturalnego.

czasu, mamy wspaniałą współpracę. Wytwórnia pomaga nam w globalnej dystrybucji albumu i kontaktuje nas z tymi, którzy mogą być nami zainteresowani. Wśród kawałków z "We meet Again" znalazły się utwory napisane w latach 80? Nie. Pytam, bo płyta brzmi jak kontynuacja tego, co robiliście w latach 80. Skoro wszystkie kawałki są nowe, to przyznasz, że brzmi to jak -

"Sceptical Feeling" wydaje się być inspirowany raczej amerykańskim heavy metalem lat 80. To dobre skojarzenie? Hmm... Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Może to brzmi trochę bardziej melodyjnie po amerykańsku, ale też z nutą Judas Priest... Ciekawe spostrzeżenie... Kiedy nagrywaliście płyty w latach 80. byliś cie bardzo młodzi. Dojrzałe osoby pewnie w ogóle nie pasowały Wam do świata heavy metalu. Wyobrażaliście sobie fakt, że sami za 35 lat znów wrócicie do nagrywania heavymetalowych płyt i występowania na metalowych festiwalach? Jak porównacie swoje nastawienie w latach 80. i dziś? Nigdy nie jest się za starym na heavy metal. Ale, oczywiście, starzejemy się. Nasze życie codzienne się zmieniło wraz z rodzinami i innymi rzeczami. Nasze serca jednak biją tak samo, kiedy występujemy na scenie i gramy, tak, jak to było kiedyś za młodu. Wciąż chcemy tego samego, czyli występować dla naszych fanów, przyciągać nowych... wszystkie-

Tytuł nowej płyty jest bardzo dosłowny. Rzeczywiście powrót Alien Force to także Wasze ponowne spotkanie po 35 latach? W pewnym sensie my nigdy nie odeszliśmy! Próbowaliśmy odbudować zespół kilka razy, ale okoliczności nam to utrudniały. Jedną z nich, zdecydowanie przykrą, była strata naszego gitarzysty, Michaela Wenzla, który zmarł na raka. Były też inne przeszkody, które uniemożliwiały nam podjęcie się tego przedsięwzięcia. To po prostu było wtedy za trudne. Czy któraś z powracających kapel była dla Was inspiracją na zasadzie "oni mogą, to i my możemy"? Nie, to nie miało nic do rzeczy. To, że powstała nowa płyta, to zasługa fanów, Gdyby nie oni i ich wsparcie ze wszystkich stron świata, album i ponowne spotkanie się w ogóle nie miałyby miejsca. Ale na pewno jedną z inspiracji był występ na Keep it True. Gdyby nie ten koncert, pomyślelibyście w ogóle o powrocie? Koncert na Keep it True był zdecydowanie naszym punktem przełomowym, a późniejsze koncerty w Europie tylko to potwierdziły. Prawdopodobnie do niczego by nie doszło, gdyby nie zaproszono nas na ten festiwal. Jest to wydarzenie o ogromnym znaczeniu, tam zespoły tam mają szansę się odrodzić. Są tam też fani z całego świata, którzy wspierają zespoły i chcą poznać coś nowego. Tak się właśnie stało w naszym przypadku. Wydał Was From the Vaults. Jako, że w skład tej wytwórni wchodzą metalowi muzycy, domyślam się, że nie byli tylko dystrybutorem gotowej płyty, ale pomagali Wam wrócić i dostarczali wskazówki. A może się mylę? My też zaczęliśmy nagrywać, kiedy wszystko było gotowe. From the Vaults skontaktowało się z nami podczas nagrywania. Od tamtego

Foto: Alien Force

byście "po prostu nagrali trzecią płytę", zupełnie jakby nie było tej przerwy? Dwie kompozycje ("Killing Hour" i "Song For You") zostały napisane w latach 90., wszystkie inne są relatywnie nowe. Ale, cieszę się, że o tym mówisz, ponieważ na tej płycie były robione pewne zabiegi, by uzyskać efekt i nastrój lat 80. Ważne jest dla nas trzymanie się naszych korzeni, zwłaszcza z pierwszego albumu "Hell and High Water". Klasyczne riffy z dobrą melodią zawsze były czymś charakterystycznym dla Alien Force. Jeśli chociaż zbliżyliśmy się do tego, to cel został osiągnięty. W Waszej muzyce słychać echa Judas Priest i Accept. Domyślam się, że kiedy zaczynal iście, obie kapele były Waszą inspiracją. Te echa słychać także w "We meet Again". Domyślam się, że wyszło to naturalnie i nawiązania do Judasów i Accept są po prostu częś -

go, czego chcieliśmy, wtedy, kiedy byliśmy młodsi. Jedynym problemem jest to, że jesteśmy już starsi. (śmiech) Ciało i organizm już nie są takie same, a to robi różnicę. Gdybyśmy tylko mogli burzilibyśmy mury gołymi rękami. (śmiech) Czy w latach 90. wierzyliście, że granie heavy metalu w przyszłości będzie miało jeszcze sens? Oczywiście! Nigdy nie przestaliśmy wierzyć, tak jak wszyscy wierni fani, którzy codziennie wspierają zespoły. Dzięki za poświęcony nam czas! Wszystkiego dobrego! Trzymajcie się! Dzięki za wsparcie! Katarzyna "Strati" Mikosz Tłumaczenie: Szymon Paczkowski, Agata Hołowicka

ALIEN FORCE

33


Zanim uznacie, że panowie z Seven Sisters to kopia Maidenów, za radą ich wokalisty, Kyle'a, spróbujcie uważniej wsłuchać się w ich najnowszy krążek, "Shadow of the Fallen Star Pt. 1". To pierwsza część kosmicznej podróży utrzymana w klimacie scifi, a muzycznie: mieszanka klasycznego heavy, progu i power metalu, pełna zwrotów akcji nie tylko w opowieści, ale także kompozycjach: licznych zmian tempa czy tonacji. Zespół stara się uciec przed szufladkowaniem, a to, co robią na pierwszej części swojego dwupłytowego wydawnictwa, jest najlepszym sposobem, by to zrobić. Warto dodać, że fanami Seven Sisters są muzycy z Grim Reaper i Diamond Head. Brzmi interesująco? Nasza rozmowa również taka była. HMP: Wasza muzyka jest inpirowana głównie sceną heavy metalową z lat 80., ale słychać tu także mocną inspirację neoklasyką, wiele licków i solówek brzmi tak, jakby mogły być napisane przez wirtuozów pokroju Malmsteena (jak w kawałku tytułowym). Kto jest odpowiedzialny za pomysł wprowadzenia takiego stylu gry do waszych kompozycji? Słuchacie też muzyki klasycznej, poza neoklasycznymi shredderami? Kyle McNeill: To kawał komplementu, nawet, jeśli jest niezamierzony, dziękuję! Regularnie słucham muzyki klasycznej - głównie

brakuje "uczucia" nie zwracali uwagi na właściwe rzeczy. Jest mistrzem ekspresji w równym stopniu, co techniki! Myślę, że przeoczono także jego umiejętności kompozytorskie. Znów mówię tu o jego wczesnych utworach. Będziecie promować wasz album u boku Toledo Steel i Eliminatora. Wiadomo, że to wasi znajomi po fachu, z wytwórni, ale czy macie też ze sobą kontakt poza nią? Słuchacie wzajemnie swojej muzyki? Graliście już kiedyś wspólne koncerty, więc tym razem to była wasza inicjatywa, czy pomysł wytwórni?

Foto: Seven Sisters

kompozytorów z okresu baroku, ale ostatnio wpadłem w niebezpieczną otchłań, jaką jest klasyka z dwudziestego wieku i nieco bardziej współczesne, eksperymentalne rzeczy. Ostatnio źle mi z tym, że nie będę żyć wystarczająco długo by przesłuchać tyle muzyki, ile jest do przesłuchania na tym świecie. Jest mnóstwo niesamowitej muzyki której nigdy nie odkryję. Mogę pocieszać się tylko myślą, że gdzieś tam jest i sprawia radość innym ludziom. W kwestii Yngwie'go, Graeme i ja jesteśmy wielkimi fanami jego stylu gry, więc nie jest niespodzianką, że miał wpływ na nasz styl! Spędziłem dużo czasu analizując jego technikę gry prawą dłonią przez lata mojej kariery jako gitarzysta i uwielbiam jego frazowanie. Szczególnie w jego wczesnych kompozycjach. Ludzie, którzy mówią, że w jego grze

34

SEVEN SISTERS

Przyjaźnimy się z obydwoma zespołami od naprawdę długiego czasu. Na pewno dłużej, niż jesteśmy kumplami z wytwórni! Graeme i ja spotkaliśmy się po raz pierwszy na koncercie Eliminatora. Można więc powiedzieć, że bez nich nie byłoby Seven Sisters! Scena "klasycznego metalu" w Wielkiej Brytanii jest dość mała. Przyjaźnię się z przynajmniej jednym członkiem większości funkcjonujących tam dzisiaj zespołów i regularnie z nimi rozmawiam. Mieliśmy także wiele razy okazję wspólnie zagrać. Miło jest być częścią ruchu, który razem idzie do przodu. Czuję, że wzajemnie się inspirujemy, by ciągle się rozwijać, w bardzo zdrowy sposób. Wydaliście także split ze znanym i lubianym w metalowym undergroundzie Haunt. Jak

wspominasz tę współpracę, czuliście, że ci goście rozumieją tę muzykę w taki sam sposób, jak wy? Trevor i ja pisaliśmy ze sobą online niedługo po wydaniu naszej drugiej płyty. Bardzo wspierał i nadal wspiera naszą twórczość. Myślę, że jest większym fanem naszej muzyki, niż my! Myślę też, że Trevor i ja pozostaniemy przyjaciółmi na całe życie. Mamy dużo wzajemnego szacunku dla tego, co robimy i po prostu dobrze się rozumiemy. Jest niesamowicie pracowitą osobą. Patrzę na niego jak na przykład tego, co sam chciałbym robić z Seven Sisters. Zawdzięczamy mu większość naszych ostatnich sukcesów i jesteśmy za to bardzo wdzięczni. Michael "Miro" Rodenberg jest odpowiedzialny na mastering waszej nowej płyty. Pracował wcześniej z Epicą, Avantasią i Edguy. Myślisz, że to głównie on wpłynął na brzmienie "Shadow of a Fallen Star Pt. 1"? Bo wydaje mi się, że jest tam wiele kom pozycji, które brzmią bardziej jak epic/power metal, np. "Whispers in the Dark". Jednym z głównych powodów, dla których zaprosiliśmy do współpracy Miro i Gatestudios, były power metalowe "smaczki", słyszalne przez całość trwania nowego albumu. Czuliśmy, że ktoś, kto jest przyzwyczajony do supergęstych nagrań z potężnym brzmieniem będzie umiał zbalansować nasze podejście w duchu D.I.Y. do nagrywania i miksowania elementów płyty. Nagrałem wszystko, poza perkusją i sam zmiksowałem album. Byłem bardzo zestresowany, zwracając się do Miro z moim skromnym miksem, ale był na tyle dobry, że zgodził się popracować nad naszym materiałem i potraktował go z najwyższym szacunkiem. Prawdziwy profesjonalista, w każdym tego słowa znaczeniu! Nie moglibyśmy być bardziej szczęśliwi z rezultatów. Mógłbyś opowiedzieć o szczegółach nagry wek i najwcześniejszych konceptach albu mu? Miałeś konkretny pomysł na tę płytę, od początku do końca, czy zmieniał się on w trakcie pracy? Koncept delikatnie się zmienił, w tym sensie, że początkowo chcieliśmy nagrać tylko jeden album. Kiedy zaczęliśmy pisać dla reszty chłopaków podstawową wersję historii, którą ma opowiadać, szybko zdaliśmy sobie sprawę, że to zbyt rozbudowana opowieść, by zmieścić ją na jednej płycie. To oni zasugerowali, że powinniśmy rozłożyć nasz pomysł na dwie. Wszyscy bardzo się tym podeskcytowaliśmy i dało mi to poczucie wolności, które pozwoliło mi rozwinąć skrzydła w kwestii komponowania i próbować rzeczy, których do tej pory jeszcze nie robiłem. Co wam się tak spodobało w kosmicznej estetyce, że postanowiliście zbudować wokół niej cały koncept nowej płyty, a właściwie dwóch? Widzisz powiązania między naturą kosmosu a heavy metalu? Jestem wielkim fanem sci-fi. Powieści, filmy, komiksy i sztuka, wszystko, co mieści gatunek science fiction bardzo mnie fascynuje i myślę, że bardzo pasuje do heavy metalu! Nie chcieliśmy kolejnej płyty w tematyce fantasy, bo niosło to ze sobą ryzyko, że staniemy się powtarzalni. Staramy się próbować czegoś nowego z każdą płytą. Tematyka sci-fi pomogła nam wpaść na pomysły, które różniły się od poprzednich albumów. Poza tym, kosmos jest po


prostu cool, dlaczego mielibyśmy o nim nie pisać? Rozpoczęliście od klimatycznego, instru mentalnego "Andromeda Rising", który gładko przechodzi w kolejny, cięższy kawałek. To dobrze znana konstelacja, czy ten fakt był powodem, dla którego zdecydowaliście się rozpocząć kosmiczną podróż w tym miejscu? Może ma ona dla ciebie specjalne znaczenie? Cała opowieść dzieje się w galaktyce Andromedy, stąd też nazwa. Chciałem znaleźć coś, co wyznaczyłoby ton całości płyty, ale równocześnie brzmiało na tyle epicko, by wzbudzić zainteresowanie słuchacza. W kwestii łagodności i "czystych" kompozycji wydajecie się być ekspertami. Intro, bridge w "The Artifice" i piękna, zbalansowana ballada "Wound of Design" to najlepsze momenty na albumie. Myślisz, że rozwinęliście się i dojrzaliście, jeśli chodzi o taki rodzaj kompozycji, w porównaniu do tego, co robiliście w 2014? Dzięki! W naszym brzmieniu zawsze było miejsce na tego rodzaju elementy, nawet na naszym pierwszym demo, które wydaliśmy, ale zdecydowanie od tamtej pory polepszyliśmy nasze podejście. Myślę, że im dłużej coś robisz, tym lepszy się stajesz. Lubię bawić się dynamiką, kiedy komponuję. To skuteczny sposób, by sprawiać, by kawałki zawsze brzmiały świeżo. Różnicowanie dynamiki daje nam też więcej opcji brzmieniowych, jako że jesteśmy zespołem bazującym na muzyce gitarowej - większość moich ulubionych brzmień to coś "pomiędzy", niekoniecznie clean, ale też nie zbytnio przesterowane. To właśnie wtedy gitara naprawdę błyszczy! Mówiąc o "Wound of Design", każdy instrument miał w nim okazję pokazać to, co umie najlepiej. Szczególnie podobała mi się partia basu. Gaz Martin to stosunkowo nowy członek Seven Sisters, tak jak perkusista. Jesteś zadowolony z nowej sekcji rytmicznej? Jak zaczęła się wasza współpraca? Nie mógłbym być bardziej zadowolony! Obaj są niesamowicie pracowitymi ludźmi, którzy wnoszą dużo kreatywności i entuzjazmu. Czuję, że jestem szczęściarzem, mogąc dzielić zespół z trzema innymi osobami, które poświęcają mu się w takim samym stopniu jak ja. Znalezienie Gaza to był czysty fart. Steve, nasz pierwszy perkusista, miał kumpla, który go znał i wydaje nam się, że to właśnie dzięki niemu Gaz dowiedział się, że szukamy basisty. Był jedyną osobą, która się z nami skontaktowała, gdy wstawiliśmy ogłoszenie. Na szczęście okazał się idealnym kandydatem! Poznaliśmy Sama dzięki Gazowi. Ta dwójka znała się już od lat i grali ze sobą zanim obaj dostali się do Seven Sisters. Sam był właściwie naszym kierowcą, zanim stał się naszym perkusistą. Gdy Steve poinformował nas, że zamierza odejść z zespołu, zapytanie Sama, czy chciałby go zastąpić wydało nam się naturalną rzeczą. Osobowościowo też bardzo do siebie pasujemy, dobrze się rozumiemy, a jego umiejętności jako perkusista sprawiają, że był to idealny wybór. Co, twoim zdaniem, sprawia, że muzyka Seven Sisters jest wyjątkowa w porównaniu do innych zespołów ze sceny heavy metalowej? Trudno powiedzieć, bo każdy, kto nas słucha,

będzie miał inne wrażenie tego, jak według niego brzmimy. Jak dla mnie, jest jasne jak słońce, że czerpiemy inspiracje z progu i gatunków spoza etykietki "heavy metal", a wydaje się, że to umyka wielu osobom. Byliśmy porównywani do Iron Maiden więcej razy, niż mógłbym sobie przypomnieć, a moim zdaniem w niczym ich nie przypominamy. Oczywiście, też na nas wpłynęli, ale na kogo nie? Nie brzmimy jak oni. Pierwszą rzeczą, która, jak mi się wydaje, odróżnia nas od reszty NWOTHM zespołów to mój wokal. Nie brzmi tak, jak opisałabyś typowy głos w klasycznym zespole metalowym. Nie śpiewam w wysokim rejestrze, a ton też nie jest czymś standardowym. Kolejna rzecz to nasze kompozycje, sposób, w jaki budujemy dynamikę, zmiany tempa, metrum, tonacji i inne zabiegi, które wprowadzają zmiany do utworu. Skupiamy się na tym, by były jak najbardziej zróżnicowane, bez nadmiernego skupiania się na wprowadzaniu tych zmian. Myślę, że dlatego ludzie postrzegają nas jako kolejną kopię Maiden. Oceniają nas po pozorach, a gdyby poświęcili nam więcej uwagi, zdaliby sobie sprawę, że pod tą powierzchnią dzieje się o wiele więcej, że świeżo podchodzimy do klasycznego heavy metalu. "Truth's Burden" ma spory potencjał, żeby sprawdzić się jako kawałek koncertowy, dzięki refrenom i chórkom. Myślisz, że nowy materiał ma potencjał na stałe zagościć w setlistach, nie tylko na czas promocji płyty? Zdecydowanie! Jesteśmy zespołem koncertowym. Zawsze mieliśmy zamiar wykonywać nasz nowy materiał na żywo. Mamy już kilka zabookowanych koncertów w Wielkiej Brytanii pod koniec października i będziemy grać podczas nich cały album, od początku do końca. To najlepsza część związana z wydawaniem nowej płyty: obserwowanie, jak kawałki ewoluują na scenie i jak się do nich przystosowujemy. To nieustający proces. Z którego utworu na "Shadow of a Fallen Star Pt. 1" jesteś najbardziej dumny i dlaczego? Skończenie którego z nich było najwięk szym wyzwaniem? To trudne pytanie! Z technicznego punktu widzenia, tytułowy kawałek, "Shadow of a Fallen Star" może być utworem, z któtego jestem najbardziej dumny. To dobry przykład tego, o czym mówiłem przy okazji poprzedniego pytania. W ciągu czterech minut masz tam trzy zmiany tonacji, zmiany tempa, dynamiki, podwójną gitarę solową, dwie solówki, trzy refreny... Cały ten pozorny nonsens naprawdę ze sobą współgra i myślę, że to sprawia, że to chwytliwa piosenka. Najtrudniejszą do skończenia była pierwsza, otwierająca album, "Andromeda Rising". Od dłuższego czasu miałem w głowie główną melodię. Wiedziałem, co chcę z nią zrobić, ale zajęło mi tygodnie prób i błędów, zanim zrobiłem to we właściwy sposób. Nie jestem klasycznie wykształconym kompozytorem, żeby umieć aranżować partie orkiestrowe w myślach, więc przeniesienie ich z mojej głowy do prawdziwego świata było niełatwym zadaniem. Jestem jednak bardzo zadowolony z efektu.

koncercie, czy może ktoś pokazał im albumy Seven Sisters? Tak, to było surrealistyczne doświadczenie, przeczytać takie komentarze od Steve'a i Briana. Stało się to możliwe, bo dzieliliśmy tę samą wytwórnię! Wydaje mi się, że nasz szef, Steve Beatty, pokazał im naszą drugą płytę, "The Cauldron and The Cross". Ich feedback był bardzo miły. To wzmacniające doświadczenie, zostać dostrzeżonym przez muzyków, których podziwiasz przez większość życia. Ważne jest jednak, by sodówka nie uderzyła ci do głowy! Wasz nowy album zostanie wydany nie tylko na winylu, ale też na kasecie. Myślisz, że będą świętować swój wielki powrót, tak jak to było z winylami? Wierzysz w materialność muzyki? Trudno powiedzieć. Nie wydaje mi się, że są w stanie kiedykolwiek osiągnąć taki sam rodzaj popularności, jaki osiągnął w ostatnich latach winyl. Chcę też przez to powiedzieć, że coraz więcej zespołów będzie wydawać swoją muzykę na kasecie tylko dlatego, jak trudno jest teraz wydać ją na winylu. Zajmujące się tym zakłady produkcyjne są przeładowane do takiego stopnia, że to aż niedorzeczne. Osobiście, bardzo lubię kasety. Da się je łatwo przerabiać i możesz wykazać się kreatywnością w kwestii opakowania - są także tanie w produkcji i można je też niewielkim kosztem kupić. Oczywiście, nie są doskonałe, ale wyglądają fajnie, więc kogo to obchodzi? Wiem, że jesteście podekscytowani konecrtem na Deserfest w 2022 roku. Co jest dla was tak specjalnego w tym festiwalu? Są miejsca, gdzie chcielibyście zagrać poza nim? Tak, zdecydowanie jesteśmy! Byliśmy trochę zaskoczeni, gdy się z nami skontaktowali, bo z tego, co wiemy, ten festiwal jest nastawiony bardziej na stoner/doom. I tak byliśmy zaszczyceni. Chcemy grać wszędzie! Na ten moment jesteśmy po prostu podekscytowani samą możliwością grania znowu koncertów, nieważne gdzie. Oczywiście, marzymy, by grać na dużych scenach. Bardzo chcielibyśmy wystąpić na Bloodstocku - to festiwal w Wielkiej Brytanii, na którym wiele razy byliśmy jako widzowie. Mamy nadzieję, że kiedyś ulegną naszym umowom i uda nam się tam zagrać. "Pt. 1" w tytule płyty sugeruje, że powstanie część druga i właściwie już to wcześniej potwierdziłeś. Czego możemy się spodziewać w przyszłości, czy następna płyta pokaże inne oblicze Seven Sisters, czy zostanie utrzymana w stylistyce pierwszej części? Zgadza się, nadchodzi druga część! Staramy się utrzymać brzmienie w podobnym stylu na tyle, na ile to możliwe, w kwestii produkcji, żeby całość stanowiła jedno, wielkie, muzyczne przeżycie. Jak już mówiłem, zawsze staramy się mieć świeże podejście do naszych pomysłów. Nigdy nie przestaniemy starać się być lepszymi, zarówno jako indywidualni muzycy, jak i zespół. Nasz główny cel to opowiedzieć historię poprzez naszą muzykę - dlatego tematyka sci-fi tak dobrze się sprawdza. Horyzont Zdarzeń jest limitem!

Wiele gwiazd gatunku pozytywnie wypowiadało się o waszej twórczości, np. muzycy z Grim Reaper i Diamond Head. To również wasze inspiracje. Jak dotarli do waszej muzyki? Powiedzieli te wszystkie miłe słowa po

Iga Gromska

SEVEN SISTERS

35


były bardziej techniczne i melodyjne. W wielu przypadkach było nawet zbyt pompatycznie (śmiech). I faktycznie, wiele zespołów zwróciło się w kierunku bardziej pierwotnego, surowego brzmienia, więc od tamtej pory tego szukaliśmy.

Szukając surowego brzmienia Steel Fox to brazylijski zespół, zafascynowany klasycznym brzmieniem lat 80. I chociaż uaktywnili się wydawniczo dopiero w ostatnich latach, to "Red Snow", drugi album w ich dyskografii, potwierdza, że są bardzo pojętnymi uczniami mistrzów starego, dobrego power/heavy metalu. Gitarzysta Daniel Camelo opowiada o niełatwych początkach zespołu, sytuacji fanów i metalu w Brazylii lat 80. , kolejnej dekady oraz czasów obecnych, naznaczonych pandemią. HMP: Z racji wieku pamiętasz pewnie czasy największej świetności tradycyjnego heavy metalu - ta fascynacja sprawiła, że sam postanowiłeś zająć się muzyką, czego efektem było założenie Steel Fox? Daniel Camelo: Dokładnie tak! Założyłem zespół razem z moim bratem, zmarłym w 2012 Júlio Alcindem i innymi przyjaciółmi z dzieciństwa. Wszyscy zaczęliśmy słuchać ciężkiej muzyki w drugiej połowie lat 80. i wczesnych 90. Śledziliśmy w tamtym czasie wiele etapów i faz metalu, więc mamy to w sobie. Moi rodzice słuchali klasycznego i progresywnego rocka z lat 70., więc przyszło mi to naturalnie. Konsekwencją tego procesu była gra na instrumencie. W latach 80. nie mieliście w Brazylii, podob -

tach i bycia w zespole. Założyliście Steel Fox w roku 1997, ale pierwsze lata istnienia zespołu można chyba traktować jako czas takiego swoistego przetarcia, nabierania doświadczenia, etc.? Oczywiście graliśmy już przed skrystalizowaniem się zespołu, ale wszystko było trochę bez zbytniego zaangażowania. Imprezy, nastoletnia zabawa, wiadomo. Kiedy naprawdę narodził się Steel Fox, wszystko się trochę zmieniło, zaczęliśmy trzymać się harmonogramu prób z większą powagą, ale wielu z nas kończyło szkołę średnią i szło na studia, więc wszystko na początku było trudniejsze. Jeśli chodzi o próbowanie czegoś nowego, tworzenie muzyki jest zawsze ewolucją, ponieważ zakres rzeczy, które wchłaniamy, zawsze się po-

Foto: Steel Fox

nie zresztą jak my w komunistycznej Polsce, zbyt łatwego dostępu do metalowych płyt, a jak już pojawiało się coś z oryginałów, to było drogie - jak sobie radziliście? Tape trading i wydawnictwa rodzimych wytwórni to była podstawa? Brazylia w latach 80. była bardzo trudna do życia, wychodziliśmy z dyktatury wojskowej, z dużym bezrobociem i nędzą, gospodarka była w chaosie. Kiedyś polegaliśmy na przyjaciołach, którym lepiej powodziło się finansowo, oni dostawali płyty, a my nagrywaliśmy je na taśmach. Nowe płyty były bardzo drogie, a zespoły metalowe zaczęły przybywać tutaj w większej ilości dopiero po Rock In Rio w 1985 roku. Ale w tamtym czasie niektórzy rozpoczęli również u nas zakładać zespoły, co wyzwoliło u wielu takich jak my wielkie pragnienie grania, uczenia się gry na instrumen-

36

STEEL FOX

szerza. Jest to ciągły proces wymiany doświadczeń i uczenia się. Ta data nie była chyba przypadkowa, bo akurat wtedy, po sukcesie HammerFall, tradycyjny metal odrodził się, zyskał popularność również wśród młodszych słuchaczy uznaliście, że lepszego momentu na start nie będzie, teraz albo nigdy? Może to zabrzmieć niewiarygodnie, ale HammerFall nie miał na nas wielkiego wpływu, jeśli chodzi o pisanie muzyki, ponieważ kiedy ich muzyka dotarła do nas, mieliśmy już obrany kierunek. Uważam, że w tamtym czasie było to coś naturalnego, także dla nich, ta chęć ożywienia najbardziej podstawowych heavymetalowych rzeczy, których wtedy brakowało, ponieważ wiele zespołów zmieniło swoje podejście, a nowe, które się pojawiły,

Od początku postawiliście na własny repertuar, czy też przez pierwsze lata graliście też covery swoich ulubionych zespołów, szlifując jednocześnie formę i autorskie kompozycje? Tak, jak większość zespołów, zaczynaliśmy od grania coverów kapel, których zawsze słuchaliśmy. Od samego początku były to stare Helloween, Blind Guardian, Manowar, przeszliśmy także przez thrash, grając kawałki Exodus i klasyczny Iron Maiden, a także wiele innych zespołów. Ale zawsze stawialiśmy własną muzykę ponad wszystko inne, więc graliśmy ją od samego początku. Po EP-ce "Bloody Dream" przydarzyła się wam przerwa w działalności, czy też do momentu wydania albumu "Savagery" byliście aktywni tylko w wymiarze koncertowym? "Bloody Dream" to nasza jedyna płyta nagrana w oryginalnym składzie, darzymy tę EP-kę dużym sentymentem. To był skomplikowany okres, wielu z nas pracowało, studiowało, zakładało rodziny, więc trudno było kontynuować grę w kolejnych latach. Pamiętam, że graliśmy w tym czasie wiele koncertów, u nas w północno-wschodniej Brazylii, ale nie rozwijaliśmy się tak bardzo, jak byśmy chcieli. Kiedy postanowiliśmy zacząć od nowa zaczęliśmy tworzyć materiał na "Savagery". Potem przyszła choroba Julio, który zmarł w 2012 roku. Do wszystkiego wróciliśmy dopiero po latach, więc to była smutna próżnia, ale przezwyciężyliśmy to, idziemy dalej i wszystko idzie bardzo dobrze. Ten spóźniony debiut dał zespołowi dodatkową motywację do dalszego działania, tym większą, że skrystalizował się też wasz obecny skład? W 2009 roku, kiedy zaczęliśmy pracować nad "Savagery", porzuciliśmy klawisze, a basista Philipe był już z nami. Kiedy w końcu w 2018 roku wydaliśmy album, nasz stary perkusista zdecydował się odejść, więc zadzwoniliśmy do Bosco, który jest wspaniałym przyjacielem i świetnym perkusistą. Wierzę, że marzenia nigdy nie powinny opuszczać naszych umysłów, więc powinieneś otaczać się ludźmi z tymi samymi dobrymi starymi marzeniami, każdy na swój sposób. To właśnie mamy dzisiaj w zespole. Ten pierwszy i tak przetrwał w sumie dość długo - można zaryzykować stwierdzenie, że gdybyście zdołali przebić się nieco wcześniej, gralibyście z pierwszymi kumplami do dziś? Trudno powiedzieć. Ludzie są tak różni, sporo się zmienia, kiedy porzucasz swoje stare marzenia. Wszyscy nadal jesteśmy przyjaciółmi, nie ma z tym problemu, tylko życiowe ścieżki się zmieniły. Świetnie się razem bawiliśmy, gdyby wszystko wystartowało… ale w tym wszystkim jest duże "może", ponieważ jest w tym element ludzki. Mogę powiedzieć, że byliśmy szczęśliwi i nadal jesteśmy szczęśliwi, i mam nadzieję, że tak zostanie z moimi nowymi partnerami. Obecnie jesteście już na nieco innym etapie,


bo wasza aktywność wydawnicza przybrała regularną formę, skoro niespełna trzy lata po debiutanckim wypuściliście drugi album "Red Snow"? Mogę powiedzieć, że jesteśmy bardzo skoncentrowani na posuwaniu się naprzód. "Red Snow" to zbiór emocji, wszyscy bezpośrednio uczestniczyli w pisaniu utworów na pewnym poziomie lub aspekcie i naprawdę fajnie było zobaczyć ich zaangażowanie. Mamy ciągły proces pisania muzyki, przygotowujemy się do naszej pierwszej europejskiej trasy w 2022 roku, która została opóźniona z powodu pandemii, więc przed nami dużo pracy i to właśnie chcemy zrobić w ciągu najbliższych kilku lat. Komponowanie poszło wam więc chyba bardziej niż sprawnie, skoro płyta zawiera 10 nowych, urozmaiconych numerów? Tak właśnie było. Nad nowymi utworami pracujemy nieprzerwanie od czasu wydania "Savagery". Na nowy album wybraliśmy dziesięć utworów. Wokalista Robson jest świetnym autorem tekstów i lubi tworzyć motywy pełne uczuć, jest świetnym partnerem w pisaniu kawałków. Ponieważ mamy różne inspiracje, wszystko to w jakiś sposób wkracza w nasze kompozycje, co ułatwia wszystko bez modyfikowania esencji, której szukamy dla naszego brzmienia. Pandemia nie utrudniła wam nagrań, bo weszliście do studia w momencie zelżenia obostrzeń, ale łatwo pewnie nie było? To właśnie pandemia sprawiła, że weszliśmy do studia i nagraliśmy "Red Snow". W 2020 roku nasza europejska trasa została przełożona z powodu całej tej sytuacji, więc nic nie dałoby siedzenie i czekanie, aż sytuacja się poprawi, musieliśmy pracować. Zaczęliśmy nagrywać, gdy w Brazylii było naprawdę źle, na początku 2021 roku nie spodziewaliśmy się, że wszystko się tak pogorszy, kiedy mieliśmy tu bardzo złe czasy, z czterema tysiącami ofiar Covid-19 dziennie w pierwszych miesiącach roku. Nie było łatwo, to prawda, ale zrobiliśmy to. Plus był przynajmniej taki, że ponownie pracowaliście ze znanym już sobie producentem - André Noronha odcisnął swoje piętno na "Red Snow", bez niego ta płyta przybrałaby finalnie taki właśnie kształt? André jest naszym przyjacielem od dawna. Jest też świetnym gitarzystą, jednym z najlepszych. Mamy wiele wspólnego, jeśli chodzi o to, jak gitara powinna brzmieć w heavy metalu, ze starymi modelami wzmacniaczy, i wzorcami nagrywania, bez technologicznych bajerów. Do tego fajnie się z nim pracuje i wierzę, że nawet jeśli będziemy nagrywać w innych studiach, to też będzie z nami. Gracie heavy/power metal na modłę lat 80., nie unikając też odniesień do speed czy thrash metalu - chodzi o to, żeby brzmieć klasycznie, ale też nie ograniczać się, nie powielać tych samych patentów, zgranych już przez setki innych zespołów? Nie ma ucieczki od starych patentów. W pewnym momencie, niezależnie od tego, jaki to zespół, zabrzmi to jak coś, co już zostało zrobione. Bycie wyjątkowym w każdym stylu muzycznym jest bardzo trudne, ale możesz spróbować kilka sposobów, aby nie być kopią. Jako muzycy pracujemy z pełną swobodą, to zna-

czy nie ingeruję w brzmienie ani styl gry moich kolegów z zespołu, ponieważ aby kapela działała, muzycy muszą się wzajemnie uzupełniać, aby uzyskać pełniejszy efekt końcowy. W ten sposób odkryliśmy jak ominąć te przeszkody. To temat, który zawsze będzie obecny w każdym zespole. Mieliście już okazję przetestować nowy materiał podczas koncertów, nie tylko w Brazylii, ale też w Europie. Jak był odbierany, fani szaleli pod sceną? Odzew był świetny, ale nawet najbardziej zjadliwa krytyka jest mile widziana, bo nie ma od niej ucieczki, każdy ma swój słuch, gust muzyczny, a to wpływa na analizę. Wiele radiostacji w USA i Europie grało naszą muzykę, to było naprawdę fajne. W Brazylii otrzymaliśmy świetne opinie. Dziś jest trochę inaczej, zespoły żywią się występami na żywo, to jest ten powrót, który mamy nadzieję stanąć twarzą w twarz, gdy pandemia minie i będziemy mogli odpowiednio koncertować. Dla takiego zespołu jak Steel Fox koncerty to podstawa promocji - dlatego staracie się grać ich jak najwięcej, a już najbardziej cieszą was te większe, jak choćby ten planowany na kwiecień przyszłego roku, z udziałem Viper i Vulcano, pewnie waszych mis trzów? Bez wątpienia! Viper i Vulcano to zespoły, które są częścią początku tej muzyki w Brazylii i są dla nas wielkimi idolami. Granie na żywo to świetne źródło wszystkiego dla zespołów, nie jesteśmy wyjątkiem. Planujemy trasę po Europie w 2022 roku, mamy też w planach duży festiwal w Rosji z znanymi zespołami, więc mamy nadzieję, że wszystko pójdzie jak najlepiej. Chcemy zaprezentować fanom nasze kawałki na żywo z całym tym uczuciem i mocą występów na żywo. Takie jest nasze życzenie i mamy nadzieję, że wkrótce uda nam się to zrobić. Co zamierzacie dalej, po promocji "Red Snow" i koncertach? Do trzech razy sztuka, czyli myślicie już powoli o kolejnym albu mie? Oczywiście, jak powiedziałem, nasz proces pisania muzyki jest ciągły. Zrobiliśmy już wiele rzeczy do następnego materiału i wciąż tworzymy więcej. Wiemy, że tym razem potrzebujemy trochę więcej czasu, aby promować to, co już mamy. Chcemy zagrać dobre koncerty w przyszłym roku, aby nakarmić nasze uczucia, to wszystko usprawnia proces, zarówno dla nas, jak i dla fanów ciężkiej muzyki. Tak więc z pewnością wydamy nowy album w ciągu najbliższych kilku lat. Wojciech Chamryk, Szymon Paczkowski, Adam Nowakowski

STEEL FOX

37


Świat jest pełen fałszu Album "At One with None" powinien skutecznie utrzeć nosa tym, którzy lubią powtarzać, że w dzisiejszych czasach w heavy metalu brakuje świeżości. Fani szwedzkiej grupy Portrait nie powinni być zaskoczeni, że ich nowa płyta to solidna propozycja, ucieszyć ich jednak powinno pomyślnie zrealizowane założenie frontmana, Christiana Lindella: zero powtórek, tylko nowe pomysły. Choć już poprzedniczki stały na wysokim poziomie, w 2021 zespołowi udało stworzyć kolejną, filozoficzną mieszankę, tym razem tekstowo wytykającą ślepą wiarę w autorytety i podważającą pojęcie prawdy, a muzycznie - to znów płyta heavy metalowa o klimacie… blackowym. Lindell opowiedział o drodze do wypracowania tak nietypowego stylu, perspektywie, z której pisze teksty, drogach interpretacji, fascynacji Dissection i daremnych próbach szufladkowania Portrait, dla którego nie istnieją rzeczy niemożliwe. HMP: Rozpoczęliście swoją karierę muzyczną w Portrait jako dojrzali ludzie, już nie nastolatkowie, którzy zazwyczaj zafascynowani heavy metalem są w stanie poświęcić mu całe życie. Czy stosunkowo dojrzały skład zespołu, w momencie, gdy macie już na karku trzydziestki, ma wpływ na to, w jaki sposób tworzycie teraz muzykę? Christian Lindell: Wszyscy mamy za sobą przeszłość w innych zespołach, a ja i Anders gramy razem w jednym składzie od kiedy

Muszę przyznać, że teraz mamy takie same podejście do muzyki ogółem, jakie mieliśmy, gdy zaczynaliśmy tworzyć. To, co przez lata stawało się dla nas coraz bardziej istotne to odnalezienie swojego oryginalnego brzmienia, coś, z czym zawsze długo się zmagaliśmy i w kierunku czego stawialiśmy z każdym kolejnym albumem coraz śmielsze kroki. Zawsze gdzieś trzeba zacząć i w przeszłości mogliśmy być zbyt zapatrzeni na nasze muzyczne inspiracje, chcieliśmy robić coś podobnego. Na

kompozytorów tworzących w obrębie tych gatunków? Postrzegam thrash, death i black metal jako naturalny skutek rozwoju heavy metalu, więc ich esencja jest taka sama. Nie lubię jednak każdego heavy, tak samo, jak nie podoba mi się każdy zespół thrash/death/blackowy. Dla przykładu, lubię słuchać Slayera, Emperora i Morbid Angel, ale nie jestem szczególnym fanem Sacred Reich, Anthrax, Cannibal Corpse czy Cradle of Filth. Zawsze chodzi o esencję muzyki, niekoniecznie o to, w jakim podgatunku chce się ją zaszufladkować. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł się szczególnie wiele nauczyć z analizowania kompozycji innych osób. To, co powinno być ważne, to przełożenie własnej osobowości i ducha na proces komponowania i, miejmy nadzieję, wypracowania w ten sposób własnego stylu. Nieważne, co inni będą o tym myśleć, będzie to przynajmniej twoja własna ekspresja, co jak dla mnie jest najistotniejszym aspektem w pisaniu muzyki. Nie liczy się dla mne opinia innych ludzi, nawet jeśli, oczywiście, jestem szczęśliwy, gdy doceniają to, co robię. Ale to drugorzędna sprawa, nieważne, jak bardzo cliché to brzmi. Dissection to zespół jedyny w swoim rodzaju i nikt nigdy nie zbliży się do ich poziomu. Nie sądzę, że da się ich wpisać w jakikolwiek podgatunek, bo ich kompozycje różnią się od większości klasycznego blacku i deathu. Mieli oczywiście wiele podobnych, muzycznych inspiracji, ale zrobili coś własnego i oryginalnego. Myślisz, że pozornie odległe gatunki, jak heavy i black mają ze sobą dużo wspólnego? W jaki sposób się uzupełniają i jak odkryłeś, że ich miksowanie to sposób na wykreowanie indywidualnego stylu Portrait? Wydaje mi się, że częściowo już wcześniej na to odpowiedziałem, ale zgadza się, mają ze sobą dużo wspólnego. Black i death naprawdę bazują na heavy metalu, to na nim były budowane. To, co zrobiliśmy w przypadku Portrait, to po prostu podążanie za źródłem naszych inspiracji i pozwolenie im rozkwitnąć, w jakimkolwiek kierunku by nas nie zabrały. To nie tak, że celowo postanowiliśmy: "teraz zwrócimy się w kierunku bardziej ekstremalnego metalu" - tak się czasem zdarza, że w takim stylu to wychodzi. Uważam jednak za interesujące testowanie, jak daleko możemy się posunąć bez zatracenia esencji Portrait. Nie wydaje mi się, żeby naprawdę istniał jakiś limit.

Foto: Stefan Johansson

skończyliśmy dwanaście lat. Ale ostatecznie skończyliśmy w Portrait i to na nim postanowiliśmy się skupić, w tym momencie zaczęliśmy traktować to naprawdę poważnie. Wydaje mi się, że mieliśmy wtedy po dwadzieścia lat. Myślę, że moment, w którym aktualnie jesteś w swoim życiu zawsze przekłada się na sztukę, którą tworzysz, więc tak, mogę powiedzieć, że nasz osobisty rozwój i "dojrzałość" mają wpływ na naszą muzykę. Czyli jesteście równie dojrzali, jeśli chodzi o komponowanie? Postrzegacie muzykę inaczej, niż w czasach nastoletnich, czy wasz młodzieńczy entuzjazm, marzenia i emocje pozostały takie same, jak wtedy, gdy mieliście po 20 lat?

38

szczęście szybko zorientowaliśmy się, jak istotne jest bycie kreatywnym i rozwijanie własnego stylu - o wiele bardziej, niż powtarzanie tego, co już dawno zostało zrobione i do perfekcji opanowane przez innych. Określacie swoją muzykę jako heavy metal, ale jej atmosfera przypomina albumy deathowe czy blackowe, szczególnie Dissection. To nie powinno dziwić, bo współpracowaliście z muzykami z Dissection i Watain, a nawet mieliście okazję spotkać wokalistę tego pierwszego, Jona, zanim zmarł i zobaczyć jego zespół na żywo. Co dało wam przeanalizowanie jego kompozycji i innych death/black owych inspiracji? Czego muzycy, nawet grający w innym stylu, mogliby nauczyć się od

PORTRAIT

Każdy album Potrait ma przedstawiać coś innego. Religia, duchowość i koncept przestrzeni liminalnych na "Crossroads", stworzyciel świata na "Burn the World". Co Portrait chciał szczególnie sportretować tym razem? Wizualnie, na okładce "At One with None" i muzycznie. Okładka przedstawia wtajemniczoną postać, oddalającą się od grozy losu, decydującą się postawić dalsze kroki w kierunku wielkiej niewiadomej i Nicości (tytułowe "None"), poza i przed Stworzeniem. Są na niej też detale dla tych, którzy chcą sami odkryć więcej dla bardziej szczegółowych interpretacji. Niektórzy mogą stwierdzić, że idzie ramię w ramię z tym, co chcieliśmy przedstawić na "Burn the World", czyli właściwie sprzeciw wobec archonicznej tyranii, ale z innej perspektywy. Porozmawiajmy o tekstach. To sporo filozo -

Fo


fowania - kwestionowanie tego, co uważaliśmy do tej pory za prawdziwe ("At One with None"), krytyka ślepego zapatrzenia w autorytety. W wywiadzie z 2017 roku krytykowałeś łączenie metalu z polityką - ale tym razem teksty trochę wpisują się w ten trend. Poczułeś, że musisz wyrazić swoją opinię na konkretne tematy, patrząc na obecną sytuację na świecie i kondycję rasy ludzkiej? Teksty nie były pisane z politycznej perspektywy, tylko z gnostycznej, ale skupiając się na różnych poziomach egzystencji. Zgadza się, pierwsze trzy utwory kwestionują to, co jest postrzegane jako "prawda" i ślepe zawierzanie autorytetom, ale to, co głównie miały wytknąć, to fakt, że stworzenie bazuje na iluzji, na każdym poziomie. "He Who Stands", "A Murder of Crows" i "The Gallows's Crossing" mogą być uznane za mające związek z praktykami magicznymi, jak również do pewnego stopnia "magicznym" sposobem rozumowania/ filozofowania, podczas gdy "Ashen" ma najbardziej gnostyczny tekst jaki kiedykolwiek napisałem. Chcę przez to powiedzieć, że teksty na tej płycie obejmują wiele aspektów duchowego Stawania Się, od pierwszych chwil zdawania sobie sprawy z tego, ile na świecie jest fałszu na różnych poziomach, poprzez praktykę czarnoksięską aż do ostatecznego momentu przekraczania kreacji. Nie rozdzielam zwykłej "szarej codzienności" od duchowej rzeczywistości, zamiast tego interpretuję tę pierwszą poprzez drugą. Oczywiście, takie koncepty jak "wolność" czy "zniewolenie" stały się bardziej namacalne i znaczące w ciągu ostatnich, powiedzmy, dwóch lat. Postrzegam to, co się dzieje jako naturalną manifestację tego, co rządzi tym światem w swoich różnych formach, jako w niebie, tak i na ziemi i równie naturalną część ich "przyczyny cierpienia". Sprzeciwianie się tym "niższym formom" równa się dla mnie po części sprzeciwowi wobec "wyższych form", w bardziej duchowym kontekście, co jest powodem, dla którego niektóre teksty skupiają się na tymczasowym punkcie widzenia, podczas gdy inne takie nie są. Ale koniec końców wszystkie są zakorzenione w duchowości. Czy praca z Tommym Hansenem, który odpowiadał też za albumy Helloween, wpłynęła w jakiś sposób na brzmienie waszej płyty? Czy zachęcał was do spróbowania rozwiązań, których do tej pory nie braliście pod uwagę pracując w studio? Nie, niekoniecznie. Właściwie nie ma tutaj za dużo do opowiadania. Podoba nam się to, jak ostatecznie brzmi ten album, ale nie wydaje mi się, by Tommy będzie (i że w ogóle będzie chciał) miksować naszą kolejną płytę… Powiedziałeś kiedyś, że odrzuciłeś sporo pomysłów i fragmentów utworów podczas pracy nad tą płytą i że poszczególne kompozycje dużo razy zmieniały swój kształt. Co sprawia, że decydujesz się na odrzucenie danego pomysłu? "Recyklingujesz" niektóre riffy, które mogą pasować do kawałka w innym klimacie, czy zupełnie się ich pozbywasz z myślą, że jeśli coś nie pasuje, to znaczy, że nie było dobre? Hmm, nie pamiętam, kiedy powiedziałem, że odrzuciliśmy tyle pomysłów (ten cytat pochodził z jednego z materiałów promocyjnych wytwórni - przyp. red.). Prawdopodobnie to wynik jakiegoś niezrozumienia, bo właściwie niewiele materiału zostało odrzucone. Dwa po-

Foto: Stefan Johansson

mysły na utwory zostały zachowane na później i nagraliśmy też jedną piosenkę, która nie znalazła się na płycie. Wszystkie rzeczy, z których jesteśmy usatysfakcjonowani, są zachowywane, by użyć ich później. Mam riffy, które uważam za dobre, ale mają już jakieś dziesięć lat, bo nie spasowały jeszcze do żadnej piosenki. Który utwór z "At One with None" zajął wam najdłużej by go skończyć? Wiele z nich to naprawdę długie kompozycje wymagające dopracowania w każdym detalu. Myślę, że "Ashen" zajął nam najwięcej czasu. Próbowaliśmy go grać już w okresie nagrywania "Burn the World". Większość riffów zostało właściwie napisanych już wtedy, ale ostateczne aranżacje nie były gotowe aż do dwóch tygodni przed wejściem do studia. Dokonaliśmy kilku zmian w ostatniej chwili i jestem zadowolony, że to zrobiliśmy, bo efekt końcowy jest moim zdaniem bardzo dobry. Nowy album zostanie oczywiście wydany również na winylu. W jednym z wywiadów powiedziałeś, jak ważna jest materialność gdy mówimy o muzyce, bo tworzy specjalną więź między artystą a słuchaczem. Pamiętasz pierwszą płytę, z którą poczułeś się w ten sposób związany, może to było coś z kolekcji twojej siostry? Tak, moja starsza siostra miała trochę albumów, których słuchałem, gdy byłem bardzo młody. Pamiętam "Black Album" Metalliki (który nadal bardzo mi się podoba, muszę to dodać, bo większość osób, która twierdzi, że go nie lubi, po prostu się oszukuje). Jeśli dobrze pamiętam, miała też kilka płyt Pantery, chyba "Cowboys From Hell" i "Vulgar Display of Power" (obie są świetne, o wiele lepsze niż większość tych zespołów z nowej fali tradycyjnego metalu) i trochę Guns N' Roses. Kilka lat później kupiła "The X Factor" Iron Maiden, który wywarł na mnie spore wrażenie i nadal bardzo go lubię. Ale w tamtym okresie nie miałem żadnych płyt na właśność, pierwsze kupiłem niewiele później i były to pierwsze wydania Metalliki. Wydaje mi się, że pierwszą był "Master of Puppets", bo pamiętam pierwszy moment, gdy słuchałem swojej własnej kopii (wcześniej słyszałem ją już u kuzyna). Od tamtej chwili zaczęła się moja prawdziwa obsesja i od tamtej pory w

90% przypadków słucham muzyki w ten sam sposób: czytając teksty, patrząc na okładkę podczas odsłuchu itd. Ale właściwie w moim przypadku nie były to już winyle, a płyty CD, szczególnie na początku, w połowie lat 90. Zacząłem kolekcjonować płyty Metalliki gdy miałem około trzynastu lat i większość wydań miałem na CD, a to, co zacząłem kupować już na winylu, to były bootlegi z ich koncertów. Jest jeden, który nazywa się "Unstoppable Force" i dobrze pamiętam, jaki byłem szczęśliwy, gdy udało mi się go znaleźć. Do dziś bardzo mi się podoba. Postrzegasz heavy metal bardziej jako sztukę niż narzędzie, widzisz powiązania tej muzyki z teatrem, spektaklami? Tak, powiedziałbym, że występy na żywo mają w sobie coś teatralnego. Są nagrodą za cały ten wysiłek i ciężką pracę, jaką wkładasz we wszystko, co jest związane z byciem w zespole. To twoja szansa na wyrażenie siebie i pokazanie ludziom wszystkiego, co chcesz muzycznie zamanifestować. W pracy z Portrait bardzo ważne jest dla ciebie, by rozumieć tę muzykę, co da się osiągnąć tylko słuchając wielu rzeczy, kolekcjonując płyty i nieustannie poszukując nowych inspiracji, co jest ważniejsze niż wirtuozeria. Mimo to, Potrait to ludzie równie zaangażowani w bycie dobrym słuchaczem, jak i muzykiem. To rzadka kombinacja, trudno znaleźć kogoś takiego. Czy to było powodem, dla którego skład tak często się zmieniał? Skąd wiedziałeś, że chcesz pracować z konkretnymi muzykami, dogadywaliście się szy -

PORTRAIT

39


HMP: Jak Wam się ostatnio grało z Toledo Steel i Seven Sisters w Anglii? Jamie Brandon: Było świetnie! Myślę, że wszyscy dziwnie się czuliśmy, będąc znowu na scenie po raz pierwszy od dawna, ale przednio się bawiliśmy. Dobrze było znów zobaczyć chłopaków z Toledo Steel i Seven Sisters.

Foto: Stefan Johansson

bciej na poziomie duchowym, czy muzy cznym np. podczas jam sessions? Najważniejszą rzeczą jest, by członkowie zespołu mieli wystarczające umiejętności i rozumieli, co chcemy muzycznie osiągnąć. Gdybym chciał znaleźć tylko takich ludzi, którzy są ze mną połączeni na poziomie duchowym, mógłbym równie dobrze się zabić, bo to nie jest możliwe. Duchowa część to osobista część mnie i mojego życia, która znajduje swoje odbicie w muzyce i tekstach. Łączą wszystkie aspekty mojego życia, więc nie ma sposobu ani powodu, dla którego miałbym je rozdzielać. Tak więc muzyczna część jest dla mnie najważniejsza, a wszystko inne jest drugorzędne. Jest wiele powodów, dla których tak często zmieniał się skład zespołu. Czasami był to brak wystarczającego poświęcenia, czasem kłopoty w komunikacji, czasem brak zrozumienia. To dotyczyło wszystkich, bez względu na to, czy sami odeszli, czy zostali wyrzuceni. Ale nie pamiętam, żebyśmy pozbyli się kogoś ze względu na brak muzycznych umiejętności, więc oczywiście to inne rzeczy wpłynęły na te decyzje. Czy jesteś zadowolony ze współpracy z obecnymi muzykami Portrait? Kto najbardziej rozumie twoje muzyczne potrzeby? Tak, jestem zadowolony. Wszystkie poprzednie składy miały swoje wzloty i upadki, to oczywiste. Myślę, że teraz wszyscy mamy bardzo podobną wizję tego, co chcemy muzycznie robić w Portrait i uważamy, że nie powinniśmy się ograniczać. Chciałeś, by kompozycje na "At One with None" brzmiały świeżo i nie przypominały wcześniej napisanego i wydanego już materiału. Po skończeniu i przesłuchaniu płyty myślisz, że osiągnąłeś ten cel? Tak mi się wydaje. Oczywiście, da się usłyszeć, że to wciąż ten sam zespół i jest to coś, na czym również nam zależy, ale ta płyta rządzi się swoimi prawami i ma własny charakter i atmosferę, zamiast być kopią czegoś, co już nagraliśmy.

Słyszymy to bardzo często i mówiąc szczerze nie mamy z tym szczególnie problemu. Wiele cech naszej muzyki da się porównać do Kinga Diamonda, tak jak prawie każdy zespół black metalowy brzmi, na pewnym poziomie, podobnie do Mayhem. Dlaczego wciąż "tkwicie" w heavy metalu, skoro są u was słyszalne oczywiste wpływy takich inspiracji, jak Candlemass czy wspomniane Dissection? Nie myśleliście ewentu alnie o rozpoczęciu doom/ambientowego pro jektu? Nie wydaje mi się, żebyśmy byli zamknięci w heavy. Nie istnieje nic, co chciałbym muzycznie zrobić, czego nie mogę dokonać poprzez Portrait. To prawdopodobnie główny powód dla którego nigdy tak naprawdę nie miałem żadnego pobocznego projektu. Wolę raczej wplatać nowe elementy do naszej muzyki i do tej pory nie napotkałem żadnych ograniczeń. Wasze własne brzmienie wydaje się ważniejsze niż trzymanie się old-schoolu, ale jest on wciąż ważną częścią twojego życia jako kompozytor i fan muzyki. Wiem, że podobał ci się nowy album Pagan Altar z 2017, coverowałeś klasyk od Excitera, więc wciąż istnieje przestrzeń dla starej szkoły w twojej muzyce. Czy planujesz w przyszłości zrobić cover, na przykład, Judas Priest albo czegś bardziej undergroundowego, co również lubisz, jak Heavy Load, albo nawiązać współpracę z niektórymi klasycznymi, "vintage" zespołami? Póki co nie planujemy nagrywać nowych coverów. Zabraliśmy się kiedyś za Priest, "Mother Sun". Ogólnie myślę, że jeśli chcesz zrobić cover, powinieneś dodać do niego od siebie coś osobistego. Nie wiem, czy wypada mi to mówić, bo nie do końca się tego trzymałem coverując Excitera. Przy nagrywaniu tej wersji najważniejszą rzeczą było dla nas myślę pokazanie, że doceniamy to, co Exciter zrobił w późniejszych latach swojej działalności i że heavy metal wcale nie umarł w latach 90. Iga Gromska

Jak często fani i dziennikarze porównują was do Kinga Diamonda? Uważacie to za komplement, czy może jesteście tym już zmęczeni, bo długo wypracowywaliście własny styl (co oczywiście wam się udało)?

40

PORTRAIT

Wystąpiliście w Londynie, Newcastle i Southampton, ale odwołaliście koncert w Manchesterze? Czy pierwsze trzy show były satysfakcjonujące, ale ostatni - frustrujący? Jamie Brandon: Graliśmy w Londynie, potem w Leeds, a następnie w Newcastle. Wszystkie trzy gigi były świetne, otrzymaliśmy gorące wsparcie ze strony fanów. Myślę, że każdego cieszy powrót do muzyki na żywo. Rano w dniu koncertu w Manchesterze, kiedy jechaliśmy tam z Newcastle, usłyszeliśmy wiadomość, że reszta trasy musi zostać odwołana. To było bardzo rozczarowujące dla wszystkich zaangażowanych i właściwie zajęło trochę czasu, zanim to do nas dotarło. Przepraszamy wszystkich, którzy planowali przyjechać na koncert w Manchesterze, a ludzie lecieli nawet z Belgii. Czy uważasz, że Brexit ograniczył możliwości koncertowania brytyjskich zespołów w Europie? Jamie Brandon: Tak, zdecydowanie. Przede wszystkim, podróżowanie po kontynencie stało się droższe. Mniejsze koncerty za granicą okazują się nierealne. Brexit z pewnością nie wyszedł na dobre brytyjskim muzykom takim jak my. Jaka atmosfera panuje wśród członków Eliminatora w okresie oczekiwania na premierę "Ancient Light", przewidzianą na 14 stycznia 2022? Jamie Brandon: Wszyscy chcemy, żeby jak najszybciej zostało to wydane, ponieważ nagraliśmy ten album już w kwietniu 2021 roku, więc siedzieliśmy z nim już od dawna. Czujemy się bardzo podekscytowani! Nie mogę się doczekać reakcji naszych fanów a cały zespół szykuje się na trasę koncertową promującą nowy materiał. W jaki sposób udało Was się osiągnąć tak oldschoolowe brzmienie? Czy nagrywaliście przy użyciu nowoczesnej czy starszej technologii? Jamie Brandon: Myślę, że była to głównie nowoczesna technologia… Nie wiem, na pewno nie jestem osobą w zespole, którą należałoby o to pytać. Chcieliśmy uzyskać "pełniejszy" dźwięk z "Ancient Light" w porównaniu z naszym debiutem. Jakich dokładnie wskazówek udzielał Wam producent Chris Fielding w trakcie nagrywania? Jamie Brandon: Chrisowi udało się wydobyć z każdego z nas to, co najlepsze. Wiele razy mówił coś w stylu "hej, to było świetne, ale potrafisz lepiej" i za każdym razem miał rację. Naprawdę cisnął nas, abyśmy wypadli jak najlepiej, zarówno na "Last Horizon" (2018), jak i "Ancient Light". Moje partie brzmią lepiej niż kiedykolwiek sądziłem, że mogłyby zabrzmieć. Wszyscy jesteśmy mu za to niezmiernie wdzięczni. Czy na "Ancient Light" znalazły się wszyst-


Jamie Brandon: Dobre pytanie. Jack chętniej zajmuje się solówkami gitarowymi, chociaż w wielu piosenkach dzieli je z Mattem.

Gry komputerowe i seriale Eliminator to brytyjski zespół heavy metalowy z dwoma longplay'ami: "Last Horizon" (2018) oraz "Ancient Light" (2022). Najlepiej kapela ta czuje się na scenie, a ponieważ cieszy się obecnie z powrotu muzyki na żywo, to pogawędkę z okazji wydania "Ancient Light" rozpoczęliśmy od towarzyszących jej koncertów. Na pytania odpowiadał basista Jamie Brandon oraz wokalista Danny Foster. kie skomponowane przez Was utwory? Jamie Brandon: Tak, wstawiliśmy je wszystkie na płytę. Każdy utwór, który został ukończony przed wejściem do studio, trafił na album. To może wyjaśniać, dlaczego "Ancient Light" składa się z 10 kawałków, a to trochę więcej niż na poprzednim albumie (8). Oczywiście mieliśmy dodatkowe pomysły, których nie wykorzystaliśmy, ale zostaną one rozwinięte do postaci kompletnych numerów na trzeci LP.

mniejszej objętości w równoważnej przestrzeni, jego rozkład byłby lepiej określony, a więc mniej losowy i bardziej uporządkowany (czyli miałby niższą entropię). W każdym ra-

Czy jesteście kolekcjonerami winyli? Jamie Brandon: Oczywiście, że tak. Kilku muzyków Eliminator posiada pokaźną kolekcję. Eliminator stylistycznie idealnie pasuje dla fanów polskiego zespołu Axe Crazy. Czy rozważyłbyś, aby Was supportowali, kiedy pewnego wieczoru odwiedzicie Polskę? Danny Foster: Tak, chętnie. Bardzo chcielibyśmy kiedyś zagrać w Polsce. Wiele lat temu uczyłem się języka polskiego, choć dziś pra-

"The Library" to wyjątkowy tytuł dla heavy metalowej piosenki. Które książki zainspirowały cię do stworzenia koncepcji lirycznej "Ancient Light"? Jamie Brandon: Być może jest wyjątkowy. Nie czerpię inspiracji z książek, ale z innych dzieł, takich jak gry wideo, seriale telewizyjne itp. Z notki prasowej dowiadujemy się, że "Ancient Light kładzie duży nacisk na koncepcję entropii (braku porządku lub stopniowego popadania w nieporządek)". Wydaje mi się, że błędem byłoby definiowanie entropii jako "brak porządku lub stopniowe popadanie w nieporządek", ponieważ kiedy rozprowadzamy gaz, jego cząsteczki wyglądają tak samo nieporządnie, ale naukowcy powiedzieliby, że entropia wzrosła. Co dokładnie masz na myśli, mówiąc, że twoja muzyka opowiada o nieporządku? Jamie Brandon: No dobra, więc "rozprzestrzenianie się" gazu zwiększyłoby jego objętość, ale niekoniecznie zachowałoby swój pierwotny porządek, ponieważ lokalizacje cząsteczek gazu miałyby nowy, losowy rozkład. Odwrotnie, gdybyśmy skoncentrowali gaz w

Foto: Eliminator

zie, kiedy publikowaliśmy komunikat prasowy, niekoniecznie chcieliśmy wdawać się w debatę na temat fizyki. Myślę, że warto sprecyzować, że napisaliśmy album o końcu wszechświata i umieściliśmy w nim kilka postaci, aby zbudować na tej kanwie historię. Dlaczego Jack MacMichael został podpisany jako gitarzysta prowadzący, a Matthew Thomas jako gitarzysta rytmiczny? Czy często nie grasz na gitarach unisono?

wie wszystko zapomniałem. Może skorzystam z okazji, aby odświeżyć swoje umiejętności! Wasze plany na przyszłość? Jamie Brandon: Zagramy tyle koncertów, ile się da, zwłaszcza że wydaliśmy przecież nowy album. Powoli wracamy też do fazy komponowania, więc trzeci album powstaje. Sam O'Black


Godnie reprezentować brytyjski heavy metal Toledo Steel dało się poznać fanom tradycyjnego heavy metalu za sprawą pamiętnej EPki "No Quarter" z 2018 roku. Choć w międzyczasie zespół przygotował kompilację kawałków z pierwszych EPek, na drugi album musieliśmy czekać aż do teraz. "Heading for the Fire" zmierza w nieco innym kierunku, na co wpłynął też fakt, że to kolejna płyta w katalogu Olofa z Enforcera na miejscu producenta. Jak jednak przekonuje wokalista, Rich Rutter, z którym mieliśmy okazję porozmawiać, mimo zmian w brzmieniu, płyta nadal utrzymana jest w stylu Toledo Steel. Frontman grupy wskazał też kawałek, który według niego będzie przedmiotem największych sporów i kontrowersji, możliwe interpretacje okładki nowej płyty, a także zespół, z którym najbardziej chciałby kiedyś dzielić scenę. HMP: Nie tak dawno udostępniliście zdjęcie z zamkiem w Pierrefonds w tle na waszych social mediach, wspominając koncert we Francji. Zastanawiam się czy kiedykolwiek marzyliście o zagraniu koncertu w nietypowym miejscu. Może zamku, kościele, pośrodku pustyni? Rich Rutter: Zamek w Pierrefonds jest imponujący i możliwość zatrzymania się, by zobaczyć go na żywo, to świetne wspomnienie. Myślę, że koncert na pustyni nie jest dla nas, byłoby zbyt gorąco, Brytyjczycy mają w ciągu roku tylko trzy słoneczne dni! (śmiech). Nie wydaje mi się też, by kościół był dla nas odpowiedni, ale zamek... To by zdecydowanie pa-

to byłaby wymarzona lokacja, o której już rozmawialiśmy. Mam bardzo żywe wspomnienia związane z wydaniem waszego albumu z 2018, "No Quarter". To jedna z najlepszych płyt heavy metalowych, które ukazały się w tamtym roku. Wiem, że zdobyła dobre recenzje i przy było wam wielu fanów. Czuliście, że nowa płyta musi przebić poprzednika, czy nie odczuwaliście presji przy pracy nad nowym materiałem, bo po prostu lubicie tworzyć? Dzięki! Byliśmy pewni siebie, czuliśmy, że mamy sporo nowych pomysłów na kolejny album i tak naprawdę nie odczuwaliśmy, żeby Foto: Toledo Steel

b a r d z ie j s u r o w e , t e r a z b r z m i ą in a c z e j, s ą bardziej wygładzone. Eksperymentowaliście z nowym brzmieniem czy to nie było zamier zone? Zgadzam się, że "No Quarter" brzmiał bardziej surowo i agresywnie. Jedną z największych różnic między tą płytą, a naszą najnowszą jest fakt, że wszystkie partie gitar były tym razem autorstwa Toma Pottera, od kiedy wróciliśmy do grania w czwórkę. Naszego basisty, Felixa Docka, także nie było w zespole gdy nagrywaliśmy "No Quarter". Nagrania miały miejsce w tym samym studio, co każdy poprzedni album, ale mixem i masteringiem zajął się tym razem Olof Wikstrand z Enforcera. Wszystkie te rzeczy bez wątpienia pozwalają wyjaśnić, dlaczego brzmienie jest inne, ale zgadzam się także ze słowami, że obraliśmy nowy kierunek. Nie uważam jednak, by było to intencjonalne, to przyszło nam naturalnie w czasie komponowania. Mówiąc to, nadal myślę jednak, że w stu procentach zachowaliśmy nasz styl jako zespół, nawet jeśli poszliśmy w innym kierunku brzmieniowym. Pomiędzy waszym ostatnim albumem a nowym wydaliście jeszcze kompilację "The First Strike of Steel - The Early Years Anthology". Czy to spojrzenie w przeszłość było konieczne, by zaczerpnąć inspiracji do pisania materiału, czy chcieliście dać fanom od siebie coś nowego-starego, żeby kupić sobie trochę czasu do pracy nad płytą? Wydanie tej kompilacji było pomysłem wytwórni, ale nie mieliśmy do niego żadnych zastrzeżeń. Możliwość połączenia obu tych starych EPek z nową, lepszą okładką miała dla nas sporo sensu. Nie szukaliśmy w tych kawałkach inspiracji, pełniły raczej faktycznie funkcję "wypełniacza" pomiędzy pierwszym a drugim albumem, mieliśmy też nadzieję, że dotrzemy z nimi do nowych słuchaczy. Wydaliście swoje własne "Writing's on the Wall" zanim zrobili to Iron Maiden! Jak podobała ci się ich nowa płyta? Czy myślisz, że wasze pomysły na te kawałki mają jakieś punkty wspólne, czy jedyne, co je łączy, to tytuł? To był taki zbieg okoliczności! Napisaliśmy ten kawałek jeszcze we wczesnym 2019r. Trzeba jednak przyznać, że "Writing's on the Wall" to dość powszechne stwierdzenie. Bez wątpienia istnieje masa piosenek z takim samym tytułem. Poza nim, nie widzę podobieństw między nami a Maiden. Jeśli chodzi o ich nowy album, podobał mi się! Wolałbym, żeby było na nim więcej krótszych kawałków, ale ogólnie myślę, że fakt, że nadal dostarczają nam tyle dobra przez te wszystkie lata jest dość imponujący.

sowało. A czy byliście kiedyś w Toledo, żeby pokazać im najcięższy heavy metal, mówiąc o waszej muzyce? Bo najtrwalsza stal już stamtąd pochodzi. Niestety nie, nigdy tam nie byliśmy! Ale pewnego dnia byłoby świetnie móc odwiedzić to miejsce i zagrać koncert w Toledo. Nie mam pojęcia, ilu mieszka tam fanów heavy metalu, ale sama możliwość powiedzenia kiedyś, że tam graliśmy, to byłoby coś. Można by zorganizować gig w zamku, który się tam znajduje,

42

TOLEDO STEEL

pojawiła się jakakolwiek presja. Każdy zespół chce przewyższyć swoje poprzednie wydawnictwo, niektórzy uznają, że nam się to udało, inni stwierdzą, że nie. Staraliśmy się tym jednak nie przejmować pisząc nowy materiał. Po prostu dobrze się bawiliśmy, a kawałki odzwierciedlają nasz sposób myślenia z tamtego okresu. Porównując "No Quarter" do waszej nowej płyty, "Heading for the Fire", mam wrażenie, że wasz styl trochę się zmienił - a może po prostu rozwinął. Wokale i gitary były kiedyś

Jest jeden numer na waszej nowej płycie, który się wyróżnia: "Smoke and Mirrors". To esencja hard rocka, może nawet nieco glamu. To zamierzone, że więcej w nim eksperymen towaliście? Tak! Jeśli którykolwiek kawałek z "Heading for the Fire" miałby podzielić opinie słuchaczy, to byłby właśnie ten. Na początku nie byliśmy przekonani, czy w ogóle znajdzie się na albumie, ale dobrze było podgrzać trochę atmosferę i dorzucić coś niespodziewanego. To tylko jeden numer i nie mogę się doczekać, co ludzie o nim powiedzą, złego czy dobrego. Są też typowe, szybkie i wściekłe kawałki w


waszym stylu, jak "No Time to Lose", ale też siedmio- czy nawet dziewięciominutowe kompozycje jak "Last Rites" I "Rituals By the Firelight (bardzo podobało mi się akustyczne intro i outro). Planowaliście, aby pokazać na tej płycie dualizm Toledo Steel od początku prac i umieścić na niej tak rozbudowane kawałki obok klasycznych, heavy metalowych strzałów? Celowo staraliśmy się je wymieszać i utrzymać ten album zróżnicowanym, to z pewnością. Nie chcieliśmy płyty, gdzie wszystkie kawałki się ze sobą zlewają. Jesteśmy zadowoleni z tego, jak współgrają ze sobą "Rituals by the Firelight" i "Last Rites". W założeniu jest to dwuczęściowa opowieść, zupełnie oddzielna od pozostałych sześciu utworów i myślę, że wspólnie wynoszą tę płytę na wyższy poziom. Akustyczne intro i outro to coś, czego w przeszłości jeszcze nie próbowaliśmy, więc dobrze było dodać również to. Nie będę kłamać, gdy pierwszy raz zobaczyłam tytuły, spodziewałam się, że "Last Rites" będzie coverem Omen, a "Wicked Woman" - waszą wersją kawałka Coven. Planowaliście początkowo umieścić na płycie jakiś cover, niekoniecznie te, o których wspomniałam? Wszyscy braliśmy pod uwagę możliwość zrobienia jakiegoś coveru jako bonus track, ale ostatecznie byliśmy temu przeciwni. Nagrywanie coverów może potencjalnie skomplikować cały proces ze względu na prawa autorskie i nasz entuzjazm związany ze skupieniem się wyłącznie na autorskim materiale koniec końców wygrał. Gdybyśmy mieli wybrać kawałek, który mógłby znaleźć się na tej płycie, prawdopodobnie postawilibyśmy na "See You in Hell" Grim Reaper. Zdarzało nam się dość często grać go na żywo, więc byłoby fajnie usłyszeć, jak Toledo Steel przypieczętowuje go w studio. Są jakieś utwory, niekoniecznie metalowe, które pasowałyby do stylu Toledo Steel? Chciałbym, żebyśmy wybrali kilka kawałków z klasycznego rocka i zrobili ich metalowe wersje! Może coś od UFO, trochę Deep Purple, Uriah Heep lub Nazareth. Coś w tym stylu. Uwielbiam wszystko, co związane z latami 70. Liczę, że bylibyśmy w stanie zrobić coś swojego z twórczości wielu utworów ze-

Foto: Toledo Steel

Foto: Toledo Steel

społów z tamtego okresu i sprawić, że pasowałyby do naszego brzmienia. Moglibyśmy nawet stworzyć z nich medley i zagrać go na jakimś specjalnym koncercie. Opowiedz coś więcej o okładce, która jeszcze bardziej podrasowała "Heading for the Fire". Czyj to był pomysł, jakie znaczenie się za nią kryje? Cieszymy się, że ci się podoba! Też jesteśmy bardzo zadowoleni z końcowego efektu. Artystą był Andrej Bartulović z All Things Rotten i współpracujemy z nim już od kilku lat. Pomysł na tę okładkę to efekt współpracy całego zespołu i zdecydowaliśmy się umieścić na niej zakapturzoną postać z "No Quarter", żeby kontynuować ten motyw. Tym razem przegląda się w lustrze, ale jest otoczony przez płomienie. Czy ma to reprezentować jego własną przyszłość lub przyszłość ludzkości i świata wokół niego? To już wy zdecydujecie... Sam tytuł "Heading for the Fire" też może być interpretowany jako coś pozytywnego lub negatywnego. Chcieliśmy, żeby jego interpretacja, tak jak okładki, była indywidualną sprawą. Czy współpraca z Cherry Red Records pomogła waszemu zespołowi? Co uważacie za największą korzyść?

Cherry Red to doceniana wytwórnia, więc świetnie jest być z nimi powiązanym. Jeśli jesteś fanem muzyki, istnieje spora szansa, że już znasz lub trafisz kiedyś na przynajmniej jedno ich wydawnictwo. Sam fakt, że na naszych CD i winylach zaczęło pojawiać się logo Cherry Red umieszcza nas w innej lidze, a samo przejście do nich odbyło się bez przeszkód. To nadal dopiero początki współpracy, ale mamy nadzieję, że razem będziemy godnie reprezentować brytyjski heavy metal najlepiej jak umiemy, u boku największych zespołów w ich katalogu! Co myślisz o powrocie NWOTHM? Postrzegasz to jako szansę dla swojego zespołu, czy czujesz, że to trudna rywalizacja? Zdecydowanie działa dziś wiele świetnych zespołów, ale nas cieszy po prostu to, co sami robimy i staramy się iść do przodu, starając się zbytnio nie rozpraszać tym, co robią czy czego nie robią inni. Z pewnością konkurencja jest spora, ale to zdrowy rodzaj rywalizacji i uważam to za dobrą rzecz. Każdy zespół to wyjątkowa mieszanka osobowości, której nie da się powtórzyć, więc musisz po prostu wierzyć w to, co robisz, ciężko pracować, podejmować właściwe decyzje, a co najważniejsze - dobrze się bawić robiąc to. Dobrze, że tak wielu zespołom udało się wybić, to przynajmniej pokazuje, jak zdrową dawkę zainteresowania na całym świecie nadal ma taki rodzaj muzyki. W dzisiejszej scenie, co dziwne, nie ma jednak zbyt wielu brytyjskich zespołów i to mnie zawsze dziwiło, biorąc pod uwagę historię rocka i metalu. Bardzo podobał mi się wasz pomysł stworzenia playlisty piosenek, których słuchacie w trasie. Dobrze było zobaczyć tam metal śpiewany w innych językach, jak Aria i Baron Rojo obok klasyków pokroju Riot i W.A.S.P. Czy wrzucenie pomiędzy nie własnych kawałków uznaliście za sposób na promocję własnej muzyki, czy naprawdę słuchacie jej imprezując i podróżując? Zdecydowanie nie słuchamy swojej własnej muzyki ani w trasie, ani na imprezach (śmiech). Dodaliśmy je do tej playlisty tylko po to, żeby ją promować własne kawałki między tymi, których faktycznie wtedy słuchamy! Jednak nawet, jeśli nie słuchamy za często własnej twórczości, nadal mamy swoje ulubione numery, które uwielbiamy grać.

TOLEDO STEEL

43


HMP: Witam! Jak się miewasz Paul w tych cholernie dziwnych i szalonych czasach? Paul Evo: Potrzeba czegoś więcej niż zarazy rodem z trzeciej wojny światowej by zatrzymać Warfare. Jesteśmy urodzeni do walki! Zawsze w Warfare były ostre teksty. Nie sądzisz, że to, co się dzieje współcześnie to dobry temat na premierowy materiał? Napisałem zupełnie nowy kawałek zatytułowany "Dance As Tomorrow We Die", który ma pokręcony twist, ale z pewnością podkręca gatunek punkmetalowy na maksa. Jest o tym, że świat to piękne miejsce, tylko ludzie to dupki.

Foto: Toledo Steel

I jakie to kawałki? Kilku moich faworytów to "Speed Killer", "Rock Nights", "Visions in the Fire", "Writing's on the Wall" i "On the Loose". Znamy już wasze metalowe upodobania. A poza metalem, do jakiej muzyki najczęściej wracacie i co również kształtowało wasz gust muzyczny oraz styl gry/śpiewania? Lubię miks naprawdę wielu różnych rzeczy. Nie powiedziałbym jednak, że jest jakiś konkretny gatunek, który zajmuje, po metalu, drugie miejsce. Jest sporo dobrej muzyki pop z lat 80., którą lubię, trochę bluesa, synthwave również jest cool, a nawet takie rzeczy jak Sinatra i Tony Bennett. Mnóstwo tych dawnych wokalistów miało niewiarygodne głosy, co za kontrola i ton! Każdy współczesny wokalista mógłby się wiele nauczyć od tych gości. Mój sposób śpiewania ukształtował jednak wyłącznie rock i metal. Wasz nowy album zostanie wydany nie tylko na CD, ale też limitowanym, czerwonym winylu. Braliście pod uwagę również wydanie na kasecie, jak to zrobili np. Wasi znajomi z Seven Sisters? Nie mogę się doczekać edycji na czerwonym winylu! Digipack CD też, do kompletu, wygląda bardzo fajnie. Nie braliśmy jednak pod uwagę wydania "Heading for the Fire" na kasecie. Znam sporo zespołów, które to robią, ale nie jesteśmy specjalnymi fanami tego nośnika, jeśli mam być szczery. Jestem w stanie zrozumieć, że ta moda na retro przemawia do kolekcjonerów, ale jako format do słuchania, taśma nie jest za dobra, bądźmy szczerzy. Nie chcę jednak stwierdzać, że nigdy nie wydamy żadnych kaset, to po prostu jeszcze nie jest ten czas. Czy fizyczność muzyki liczy się dla ciebie bardziej, niż streaming, a może nie ma to znaczenia tak długo, jak pomaga wam zdobywać nowych fanów? Osobiście wolę mieć fizyczne wersje albumów. Streaming to jednak świetny sposób na odkrywanie nowej muzyki. Jeśli mówimy o muzyce w czasach internetu, to myślę, że każdy kij ma dwa końce. Możesz dzięki niemu zostać szybko dostrzeżonym i dotrzeć do nowych słuchaczy, a z drugiej strony trudno jest na dłużej skupić uwagę ludzi, a to się przekłada na oczy-

44

TOLEDO STEEL

wisty brak korzyści finansowych. Nieskończona, jak się wydaje, ilość nowości, pojawiająca się każdego dnia, sprawia, że coraz trudniej nadążyć za wszystkim, co jest wydawane. Istnieje coś takiego jak przesyt dobrymi treściami, który może sprawić, że nie poświęcisz czasu żadnemu zespołowi, nieustannie goniąc za czymś jeszcze lepszym, mając wszystko za darmo, w formie wirtualnej, na wyciągnięcie ręki. Po 10-ciu latach istnienia Toledo Steel, który koncert uważacie za najlepszy? Pamiętacie najbardziej przełomowy koncert w waszej karierze, a może nie był to koncert, a np. wydanie płyty? Trudno wybrać konkretny koncert, który uważamy za najlepszy, bo przeżyliśmy wiele gigów, które zapadły mi w pamięć z różnych powodów. Nasz pierwszy koncert za granicami Wielkiej Brytanii miał miejsce w Holandii na tamtejszym festiwalu. Mimo że graliśmy wcześnie, to był ważny moment, bo po raz pierwszy graliśmy w kompletnie innym kraju. Świetnie bawiliśmy się też w Barcelonie w 2019! Inny z naszych najlepszych koncertów zagraliśmy na festiwalu w Belgii, nazwanym No Compromise. Klub był niewielki, ale za to pełny i publiczność oszalała! Za przełomowy moment w karierze uznałbym ten, w którym podpisaliśmy kontrakt płytowy. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Na myśl o którym koncercie, promującym nowy materiał, jesteś najbardziej podekcytowany? Być może masz też w głowie wymar zony koncert, zarówno jeśli chodzi o miejsce, jak i zespół, z którym dzielilibyście scenę? Jestem bardzo podekscytowany naszą trasą po Wielkiej Brytanii z Seven Sisters i Eliminatorem pod koniec miesiąca, a w marcu przyszłego roku jedziemy do Europy na kilka koncertów. Będzie świetnie! Wszyscy uwielbiamy podróże i życie w trasie. Gdybym miał wybrać miejsce, w którym chciałbym zagrać z zespołem, byłoby to coś w stylu Hammersmith Apollo lub Shepherds Bush Empire w Londynie u boku Saxon. Myślę, że pasowalibyśmy do siebie. Iga Gromska

Niedługo od ostatniej płyty "Evo / Warfare" będzie mijać cztery lata. Są już jakieś pomysły czy szkice jakie mogą w najbliższym czasie stać się fundamentem nowego albumu? Na tę chwilę nie mogę wejść do studia przez tę gównianą sytuację. Na razie fani Warfare dostali obszerną kompilację pod tytułem "The Songbook Of Filth". Kiedy dokładnie wpadłeś na pomysł, żeby coś takiego stworzyć? Musiałem umieścić coś na moim poddaszu i znalazłem te wszystkie taśmy, które były demami i różnymi alternatywnymi wersjami. Kiedy je odtwarzałem, naprawdę dawały czadu, więc zabrałem je do studia i rozpocząłem długi proces remasteringu każdej z nich. Następnie dodałem jakieś nowe utwory. Dałem do zrozumienia, że szukam wytwórni, która to wyda i dostałem kilka dobrych ofert, ale zdecydowałem się na Cherry Red, ponieważ już z nimi pracowałem. Oni wydali pierwszy album Warfare "Pure Filth". Jakim kluczem posługiwałeś się dobierając poszczególne kawałki? Wybrałem te, które obejmowały cały katalog Warfare, jednak wszystkie są ich zupełnie innymi wersjami. Czy miałeś kontakt z kimś ze starego składu przy tworzeniu tej pozycji? Konsultowałeś się w jakiś sposób z Gunnerem, Zlaughterem czy Falkenem? Nie. Taka kompilacja to masa wspomnień - Paul, powiedz szczerze, wzruszyłeś się wracając do pewnych zdarzeń z przeszłości? Tak, oczywiście, ponieważ te nagrania zawsze zabierają mnie z powrotem do wielu momentów wiary w siebie i kreatywności oraz okresu całkowitej wolności.


Kim byłbyś, gdyby nie muzyka? Chuj wie!

Picie alkoholu i uprawianie seksu Paul Evo to specyficzny rozmówca. Jest jak jego muzyka - szybki i dokładny. Łupie prosto w czerep i nie przebiera w słowach. Pozostaje jednak przy tym merytoryczny. Krótko, zwięźle i na temat - takie były odpowiedzi perkusisty i szefa Warfare. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić i dowiecie czegoś ciekawego… Udało się zaprosić wielu wspaniałych i odd anych metalowi gości. Zdradzisz, kogo do współpracy namówić było najciężej? Nikogo nie trzeba było przekonywać, wszyscy są przyjaciółmi i naprawdę lubią Warfare.

Tam też grałeś z Algym, ale też był Wurzel na gitarze. Co spowodowało, że skończyło się na jednej płycie? Nie mieliśmy w planach aby angażować się na dłużej w ten projekt.

Zagrał Lemmy, zagrał Wurzel i Fast Eddie Clarke… Nie zastanawiałeś się, czy nie zaprosić już całego Motorhead do uczestnictwa w sesji? (śmiech) Pracowałem z każdym członkiem Motorhead w różnych odstępach czasu.

A jak wspominasz czas, kiedy w Warfare gitarę dzierżył Mantas? To była świetna zabawa, ten gość praktycznie potrafi tańczyć z gitarą.

Tak na serio… Paul, jak wspominasz sesje z gośćmi? Żałujesz, że nie powstało więcej materiału, na przykład z Pete Way'em czy właśnie Fast Eddiem? Chciałem, żeby Pete zagrał w utworze "Misanthropy" razem z Eddiem, ponieważ nigdy nie wystartowali z Fastway i uznałem to za niezwykle interesujące.

Na "The Songbook Of Filth" pojawia się również numer z Cronosem. Nie miałeś takiej mocy, żeby panowie Jeff i Conrad nagrali coś wspólnie z Tobą na perkusji? (śmiech) Cronos grał na basie na trzecim albumie

Czy poza muzyką znajdujesz czas na jakieś pasje - co zajmuje serce Paula Evo oprócz heavy metalu? Picie alkoholu i uprawianie seksu. Kolejność dowolna. Słuchasz czegoś współczesnego, śledzisz trochę scenę metalową w Anglii czy na świecie… Jest w dobrej kondycji według Ciebie? Niekoniecznie słucham, raczej wolę i lubię grać głośno! Nie obserwuję nowych zespołów, bo moje pokolenie i tak robi to lepiej. W związku z tym, że być może powoli będą wracać koncerty… Myślisz już nad składem, jaki będzie Ci towarzyszył? Nie mam w planach grania na żywo. Niedługo będziesz świętować 60 urodziny. Paul, czy uważasz, że jesteś spełniony jako muzyk i człowiek? Ja się wciąż czuję, jakbym miał 20 lat. Tak, tak, jestem zadowolony z tego, co zrobiłem. Nie było łatwo, ale wiara w to, co robiłem, popychała mnie do przodu. Pora kończyć. Było mi strasznie miło, że mo-

Czy łatwo było odnaleźć się w Twojej stylistyce Angelripperowi… wiadomo, on gra całe życie black/thrash metal, Ty jednak bliżej miałeś zawsze do speed i NWOBHM? Tom Angelripper jest fanem Warfare i zagrał to bez problemu. Nagrałeś z Warfare w sumie dotychczas dziesięć płyt. Tak z ręką na sercu, poprawiłbyś coś w tym, co stworzyłeś? Poprawiłbym tylko trochę produkcję, poza tym, niekoniecznie. W roku 1993 grupa się rozpadła. Możesz przybliżyć powody tej sytuacji? Po prostu się znudziłem, ponieważ nie tylko było to jak praca na pełen etat, ale wtedy popularność rocka znacznie spadła. Acid house zalał rynek i zamiast niepotrzebnie tracić czas i energię na straconą sprawę, po prostu to przemyślałem i odszedłem. Dlaczego wtedy nie zdecydowałeś się ruszyć z nowym wcieleniem zespołu, tylko fani musieli czekać na materiał z logo Warfare aż do 2015 roku? Jak już mówiłem, Warfare nigdy nie miało solidnego składu, to jest bardziej jak koncept, coś jak "The Songbook Of Filth". Poza Warfare muzycznie przeciąłeś drogi z Algy Wardem z Tank w projekcie Evo/Algy, w którym działaliście od 2011 do 2015 roku. Dlaczego nic pod tym szyldem nie udało się wydać? Kiedyś grywaliśmy jako kumple. Nasza muzyka wydawała się interesująca, więc zaproponowano nam układ, a my pomyśleliśmy - dlaczego nie?

Foto: Warfare

Warfare, który został wydany w 1986 roku. No dobrze, Paul, wiem, że pewnie byłeś pytany o to sporo razy, ale jestem ciekawy, jak doszło do tego, że zainteresowałeś się muzyką i zacząłeś grać na perkusji? Naprawdę nie wiem! Myślę, że po prostu kochałem muzykę i była to świetna okazja, aby zobaczyć świat. Poza tym nigdy nie chciałem iść do pracy… Ja pierdolę, szkoła była wystarczająco zła! Pamiętasz swoich pierwszych idoli i nauczy cieli muzycznego fachu? Nigdy nie miałem nauczycieli, ale kiedy byłem dzieckiem to po raz pierwszy usłyszałem kawałki takie jak "Turn it Down" w wykonaniu The Sweet, czy "Ugly" The Stranglers. Również nigdy nie miałem idoli.

głem zadać te kilka pytań. Ostatnie słowa zostawiam Tobie - dla czytelników Heavy Metal Pages, maniaków metalu w Polsce… Mam nadzieję, że "The Songbook Of Filth" się wam spodoba! Pozdrawiam wszystkich czytelników. Na razie! Życzę zdrowia i możliwe do zobaczenia na jakichś koncertach! Adam Widełka Tłumaczenie: Szymon Paczkowski

Drugim ciekawym projektem był Warhead.

WARFARE

45


Prawdziwi ludzie, prawdziwe instrumenty, prawdziwy thrash Zaczynali oddając cześć undergroundowej scenie thrash metalowej w Finlandii, która, choć jest przecież krajem znanym z wielu świetnych zespołów, to niekoniecznie thrashowych. Dziś robią dla fińskiego thrashu znacznie więcej, bo dokładają swoją własną cegiełkę, wydając album "Sinister Forces of Hatred" z wyłącznie autorskim materiałem. I choć brzmi on częściowo jak amerykańskie, a częściowo niemieckie podejście do tego podgatunku, panowie mają także powiązania z… Polską, bo płyta ukazała się nakładem naszej rodzimej wytwórni Ossuary Records, a okładkę (w końcu bez krwi i flaków) zaprojektował polski artysta. Więcej nie tylko o tej współpracy, ale i przesiąkaniu muzyką już od lat 80. opowiedzieli nam Jari i Timo z Demonztrator. HMP: "Sinister Forces of Hatred" jest waszym drugim wydawnictwem, ale właściwie to wasz prawdziwy debiut, bo pierwsza płyta była albumem z coverami. Dlaczego zdecydowaliście się rozpocząć karierę jako cover band, a może powinniśmy to postrzegać jako tribute dla fińskiej sceny metalowej? Jari Hurskainen: Tak, to bardzo prawdziwe i słuszne spostrzeżenie! "Sinister Forces of Hatred" naprawdę jest naszym debiutem, bo to wyłącznie nasz oryginalny materiał. Pierwsze wcielenie naszego zespołu to właściwie moje dziecko, pomysł na projekt tego typu

że to muzyczne dziedzictwo kulturowe. Myślę, że mają rację. Początkowo zespół miał być tylko pobocznym projektem, na którym pojawią się muzycy z oryginalnych nagrań. Ale gdy skończyliśmy grać tribute'owe koncerty, mieliśmy ochotę pójść jeszcze dalej. Mieliśmy komplet na pokładzie i zdecydowaliśmy się napisać nasz własny materiał i wykorzystać nasz target do nagrania własnego albumu thrash metalowego. Na pierwszej płycie coverowaliście mnóstwo świetnych zespołów, ale mam wrażenie,

do nagrań twórców z lokalnej sceny? Pomógł wam w pisaniu własnego materiału na "Sinister Forces of Hatred"? Jari Hurskainen: Nie mam pojęcia, co mieli na myśli goście z Prestige, ale to, co ja chciałem zrobić, to jedyny w swoim rodzaju projekt oddający cześć dziedzictwu fińskiego thrash metalu. To miał być w założeniu tylko jeden album i jeden koncert na festiwalu w Tuska w 2017. Nigdy nie miałem zamiaru budować kariery na graniu coverów. I nie wyglądało to tak, że graliśmy po prostu "Breaking The Law" czy "Smoke On The Water". To coś zupełnie innego, wyjątkowego. Swoją drogą, myślę, że dało to też wspomnianym zespołom kopa do działania, bo niektóre z nich reaktywowały się mniej więcej w tym samym czasie. Gdy zakończyliśmy ten projekt, ze względu na to, jak gładko sobie z nim poradziliśmy, zaczęliśmy pracować nad swoim materiałem. Jest u nas wiele talentów, jeśli chodzi o pisanie muzyki, więc zdecydowaliśmy się kontynuować tę przygodę. Nasz gitarzysta miał w zanadrzu sporo riffów, które stały się później naszą EPką, "Myriad Ways of Dying" EP. Wyszło nieźle, więc uznaliśmy, że nagranie albumu długogrającego też będzie wykonalne. Tak zaczęły się prace nad "Sinister Forces of Hatred". Jestem w tym wieku, że z pierwszej ręki pamiętam narodziny i rozwój fińskiej sceny thrash metalowej. Z tego względu może nie nauczyły mnie niczego nowego, ale ważne, by pamiętać jakość materiału z lat 80. i 90. Jest naprawdę dobry i bardzo wpływowy. Timo Ahlström: Nie wydaje mi się, że zależało nam na tym, by te covery cokolwiek nam dały. Cała idea skupiała się na hołdzie dla tych kapel i to właśnie zrobiliśmy. Coverowanie ich było dla mnie jednak interesującym doświadczeniem. Nie byłem szczególnie zaznajomiony z większością z nich, więc myślę, że nauczyłem się dzięki nim kawałka thrashowej historii. Raczej nie wpłynęły na nasz własny materiał, bo mieliśmy już doświadczenie w pisaniu własnej muzyki, ale kto wie… może jest tam gdzieś podświadoma inspiracja. Dlaczego na płycie nie znalazły się kawałki z waszej EPki "Myriad Ways Of Dying"? Chcieliście napisać coś całkowicie nowego? Timo Ahlström: Cóż, mieliśmy mnóstwo materiału do wyboru i wydaje mi się, że bardziej inpisrujące było dla nas nagranie kawałków różniących się od tych z EPki, mimo że od jej wydania nie minęło znowu tak dużo czasu. Wciąż jednak myślę, że to dobre numery.

Foto: Demonztrator

chodził mi po głowie przez wiele lat. W 2017 sami sfinansowaliśmy nasz album "Forgotten Acts of Aggression" i zawarliśmy na nim kawałki fińskich artystów, takich jak Airdash, Brainwash, Charged, Defection, Dementia, Faff-Bey, Mengele i wiele innych, jak prawdopodobnie już wiesz. Naszą misją było przywrócenie tych numerów do życia bardziej nowoczesną produkcją i świeższym podejściem. Wiele z nich zostało wydanych tylko jako demo i nigdy nie zyskały światowego uznania, na które zasługiwały. Chciałem dać im w ten sposób odpowiednią drugą szansę, aby usłyszała je kolejna generacja fanów thrash metalu. Trzeba przyznać, że są przede wszystkim naprawdę dobrymi kawałkami i gdyby było inaczej, inwestowanie w nie całego tego czasu i wysiłku nie miałoby sensu. Niektórzy uznali,

46

DEMOZTRATOR

że czegoś brakuje - jednego z pierwszych fińskich zespołów metalowych, Prestige. "Attack Against Gnomes" to już klasyk! Nie byliście fanami ich muzyki, czy był to zbyt oczywisty wybór? Jari Hurskainen: Prestige byli jedną z opcji, ale jako zespół nie czuliśmy, by był to pasujący do całości wybór. Widzisz, naszym celem było, by przypomnieć twórczość tych zespołów, które nagrały tylko demówki, albo albumy z okropną produkcją. Oczywiście w bardzo małym nakładzie, co utrudniło im przebicie się. Na przykład Dementia. Miałam okazję porozmawiać z Prestige i uznali, że granie coverów nie przynosi korzyści żadnemu zespołowi. Wy macie inny punkt widzenia. Czego nauczył was powrót

Wróćmy do fińskiej sceny thrash metalowej. To kraj znany z metalu, ale niekoniecznie tego podgatunku. Jaka jest wasza perspekty wa? Jari Hurskainen: Trochę trudno jest powiedzieć, czym właściwie jest w tym momencie fińska sccena thrash metalowa. Covid wprowadził zamieszanie i wszyscy zaszyli się w swoich kryjówkach. Niektóre zespoły były aktywne, a przynajmniej A.R.G., The Hirvi i National Napalm Syndicate. I oczywiście nowy album Prestige, który został niedawno wydany. Naprawdę chcę wierzyć, że młode thrashowe zespoły dobrze wykorzystały ten trudny czas i powrócą silniejsze niż kiedykolwiek. Zobaczymy. Timo Ahlström: Masz rację. Nasz kraj nie jest niestety znany z thrashu, co oczywiście ssie. Nie jestem pewien, jakie są tego powody.


Wasz basista i gitarzysta udziela się też we Freedomination, innym zespole thrash metalowym, a wokalista śpiewa dla death metalowego Disformed. Czy wasze pozostałe muzyczne projekty wpływają na materiał Demonztrator? Postrzegacie teraz Demonztrator jako wasz główny projekt? Jari Hurskainen: Śpiewałem dla Disformed przez jakiś czas, ale sprawy pokomplikowały się ze względu na problemy z line-upem i zespół musiał zawiesić działalność. Muzyka zawsze jest napędzającą mnie siłą, a każdy zespół ma swój własny wizerunek i brzmienie. Nie wydaje mi się, że te projekty na siebie wpływają, wystarczy, że to nadal metal! Demonztrator zdecydowanie jest dla mnie teraz numerem jeden. Timo Ahlström: Cóż, właściwie nasz basista nie gra we Freedomination. Część rzeczy, które dla nich pisałem, ostatecznie wykorzystaliśmy w kawałkach Demonztrator. Ten zespół jest jednak o wiele inny, a w Demonztrator mamy swoje własne, odmienne sposoby komponowania. To Demonztratorowi któremu poświęciłem najwięcej czasu w ostatnich kilku latach. Nie chcę jednak decydować, który mój zespół jest "najlepszy". Chcę po prostu grać muzykę, która mi się podoba z ludźmi, z którymi lubię pracować. Gdy przesłuchiwałam wasz album, bardzo chciałam usłyszeć instrumental, więc byłam naprawdę usatysfakcjonowana, gdy pier wszy raz usłyszałam "Intermission: Deus Volt". To wspaniała kompozycja! Oczywiście nie ma tekstu, więc czy moglibyście przybliżyć historię, którą opowiada? Timo Ahlström: Dzięki! To krótki, melodyjny instrumental, który, jak mi się wydawało, bardzo pasuje do całości albumu. Przepraszam za nieciekawą odpowiedź, ale po prostu chciałem napisać coś, co będzie brzmieć nieco majestatycznie, to wszystko. Cieszę się, że ci się podobał! Wszyscy cenimy thrash za jego brutalną moc, nazywacie siebie nawet Rzeźnikami (tak, jak Destruction!), ale podoba mi się fakt, że nie boicie się zejść nieco z tej brutal ności i na płycie znalazły się też partie cleanu, jak w "Into the Mouth of Madness" i "The Collapse". Już Deathrow czy Exhumer udowadniały, że sprawdzają się także w cięższych klimatach, ale niektóre thrashowe

Foto: Demonztrator

Foto: Demonztrator

zespoły kategorycznie wzbraniają się przed takimi patentami. Dlaczego wy zdecydowaliście się na takie eksperymenty? Timo Ahlström: Tak, na płycie jest troche fragmentów na cleanie, chociaż nie aż tak dużo. Czasem przychodzi ci naturalnie, że chcesz z konkretną kompozycją pójść w jakimś konkretnym kierunku. Osobiście lubię wiele thrashowych zespołów, które naprawdę sporo eksperymentowały ze swoją muzyką. Zastanawiałam się też co to za dźwięk na początku "Into the Mouth of Madness"? Brzmi trochę jak syrena, ale może to być równie dobrze po prostu gitara. Timo Ahlström: Tak, to dźwięk gitary! Właściwie przypomina mi trochę brzmienie syreny mgłowej. Jakiś czas temu obejrzałem ten film z 2019 roku, "Lighthouse" i zacząłem myśleć, że ten kawałek bardzo pasuje do tego klimatu! Chociaż jego tytuł zaczerpnęliśmy akurat z innego filmu. Ucieszyło mnie, że współpracujecie z polską wytwórnią, Ossuary Records. Jesteście drugim zagranicznym zespołem, z którym współpracują. Dlaczego wybraliście akurat ich, a nie na przykład lokalną wytwórnię? Jaki jest największy pozytyw płynący z waszej współpracy?

Jari Hurskainen: O, tak! I jesteśmy bardzo szczęśliwi będąc artystami spod szyldu Ossuary Records. Wiele osób nas o to pyta, więc oto co się wydarzyło. Wszystko zaczęło się, gdy postanowiliśmy rozpromować się wśród wytwórni pod koniec 2020 roku. Mieliśmy wstępne mixy niektórych kawałków, w tym "Murderlust", więc rozesłaliśmy je w różne miejsca. Matt z Ossuary był osobą, która pozostała z nami w kontakcie. Spodobały mu się nasze kawałki i chciał usłyszeć więcej. Wtedy zaczęliśmy rozmawiać o ewentualnej współpracy w celu wydania albumu. Po negocjacjach poprzez maile i rozmowy video mieliśmy już dogadane szczegóły. Przede wszystkim już od samego początku czuliśmy ze strony Matta pozytywne wibracje. Naprawdę rozumie naszą muzykę, wizerunek i sprawy biznesowe. Najlepszą stroną naszej współpracy jest to, że gdy coś razem robimy czy planujemy, od razu jesteśmy po tej samej stronie. To tak, jakby ktoś czytał ci w myślach i od razu znał twoje zamiary. Dzięki temu nie tracimy czasu na żadne "próby i błędy", musząc nieustannie robić coś na nowo. Oszczędzamy w ten sposób i pieniądze, i czas, więc bardzo nam to pomaga. Wiem, że waszą okładkę stworzył utalen towany polski artysta, który głównie zajmuje się grafikami do gier i książek, wykonał też trochę zleceń dla Ossuary. Mieliście wstęp ny koncept na to, czego oczekujecie od okładki, czy był to w całości jego pomysł? Jari Hurskainen: Cóż, tak, mieliśmy bardzo surowy koncept, bazujący tylko na tytule albumu. Efekt końcowy to jednak w większości zasługa niesamowitego talent artysty I jego interpretacji tytułu. Okładka jest świetna, naprawdę można poczuć "Sinister Forces of Hatred at play…". Rzecz wyglądała tak, że wiedzieliśmy, że muzyka jest na tyle dobra, że potrzebuje równie dobrej okładki, by odpowiednio ją opakować. Gdy wstępnie omawialiśmy z Mattem kwestię okładki, powiedział nam, że zna wspaniałego polskiego artystę światowej klasy, który da nam to, czego potrzebujemy. Przestrzegł nas też, że nie powinniśmy wpaść w pułapkę i nie umieszczać na płycie tylko rozlewu krwi i flaków, jak wiele zespołów, co było słuszną uwagą, bo ten motyw był już wykorzystywany do znudzenia. Byłoby świetnie, gdybyśmy mogli współpracować z tym samym artystą przy okazji naszej następnej pły-

DEMOZTRATOR

47


ty, bo chciałbym uzyskać efekt kontynuacji niektórych pomysłów, na które razem wpadliśmy. Wiesz, mieliśmy sporo szczęścia z tą okładką, bo naprawdę wyróżnia się na tle masy innych. Zastanawiam się, czy data premiery waszej płyty: 1 listopada, który w Polsce jest dniem Wszystkich Świętych, powiązanym ze śmiercią i duchowością, to celowe posunięcie? Jari Hurskainen: Wydaje mi się, że musiałabyś o to zapytać Matta z Ossuuary. To on ustalał datę i jeśli naprawdę miał to na myśli, to uważam, że to świetny pomysł i idealnie pasuje do naszego albumu. Timo Ahlström: November Coming Fire... Czy coś. Jeśli się nie mylę, to póki co wasza płyta jest dostępna tylko na CD i w wersji cyfrowej, z

czym poważnie się zastanawiamy. Byłoby super zrobić z tego kolekcjonerską edycję. Bądźcie uważni i zobaczymy, co uda się zrobić w 2022! Pomimo hołdu dla fińskich kapel, wasza muzyka przypomina amerykańską scenę thrash metalową z Bay Area, jak Testament czy Exodus (brzmienie gitar i chórki!). Czy to właśnie thrash z tych okolic jest waszym faworytem? Co sprawia, że wolicie go na przykład od sceny niemieckiej? Swoją drogą, przypominacie też trochę Kreator. Jari Hurskainen: Nie ma co odcinać się od korzeni. Thrash z Bay Area jest bardzo istotny i wpływowy. Dorastałem w tamtym okresie, więc naprawdę widać tę inspirację. Ale z drugiej strony jest też Teutonic Thrash. Nie da się tego pominąć. Brzmienie Kreator, Sodom, Destruction, Deathrow, Exumer i Tankard było obecne na mixtape'ach na walk-

Foto: Demonztrator

pominięciem winyla. Planujecie wydać ją także na winylu? Jestem świadoma, że obecnie w fabrykach są spore opóźnienia. Jari Hurskainen: Bardzo się cieszę, że o to zapytałaś, bo jestem old schoolowym gościem i bardzo lubię winyle. Świetnie nadają się do kolekcjonowania, a okładki wyróżniają się bardziej, niż w jakimkolwiek innym formacie. Pytano nas już o winyle, ale to trochę skoplikowana kwestia. Jest drogi w masteringu i produkcji, do tego tak, jak powiedziałaś, kolejki są obecnie bardzo długie, mówimy tu nawet o kilku miesiącach. Ale tak, to jest coś, nad

manie przez całą moją młodość i na zawsze odcisnęło piętno na moim muzycznym "ja". Pierwsze thrashowe płyty winylowe, które kupiłem z przyjacielem w lokalnym sklepie muzycznym, wiosną 1987 roku, to były "Pleasure To Kill" i "Reign In Blood". Reszta jest historią i nadal podążam tą samą, długą ścieżką thrash metalu. Timo Ahlström: Zdecydowanie bardziej wpłynęła na mnie amerykańska scena thrash metalowa. Z jakichś powodów bardziej do mnie przemawia i jestem pewny, że da się to usłyszeć na płycie. Ale, oczywiście, na całym świecie jest mnóstwo świetnych zespołów thrash metalowych. Wokal na waszej nowej płycieFoto: jesFaithful t surBreath owy, mocny i agresywny, taki, jak powinien być. Jari, który wokalista thrash metalowy najmocniej na ciebie wpłynął? To też ktoś z Bay Area? Jari Hurskainen: Bardzo dziękuję, miło to słyszeć! Cóż, inspiracji było wiele. Z jednej strony masz gości jak Baloff, Araya i Hetfield, a z drugiej nie aż tak znanych jak Don Doty, Darren Travis i Clint Bower. A naprawdę zasługują, by ich tutaj wymienić. Darren ma najbardziej agresywny wokal na tej planecie, uuh-hah! Niemcy też mają swoich maes-

48

DEMOZTRATOR

tros, jak Mille, Tom Angelripper czy Mem Von Stein. Powiedziałbym, że moje inspiracje to 50/50 amerykańscy i niemieccy wokaliści, ale żeby nie skłamać, trzeba też dorzucić do tej mieszanki trochę szwedzkich smaczków. Nagrywając "Sinister Forces of Hatred", współpracowaliście z fińskim inżynierem dźwięku, Pekką "Splendid" Lainem, znanym z pracy w wielu różnych stylach muzy cznych. Dlaczego akurat on, co myślicie o efekcie końcowym? Jari Hurskainen: Myślę, że kolektywnie szukaliśmy producenta, który wykaże się zrozumieniem dla takiego stylu muzyki i stworzy odpowiednie brzmienie, którego potrzebujemy. Chcieliśmy brzmieć naturalnie, tak, żeby dało się usłyszeć, że to prawdziwi ludzie grający na prawdziwych instrumentach, a nie jakieś roboty. Pewnego dnia, gdy rozmawiałem z przyjacielem, wspomniał studio, które prowadzi Pekka. Znałem Pekkę ze wszystkich zespołów, w których grał, ale nie miałem pojęcia, że pracuje teraz w tak świetnym studio. W każdym razie, skontaktowałem się z nim, zrozumiał, czego potrzebujemy i zaczęliśmy pracę nad materiałem znanym dziś jako "Sinister Forces of Hatred". Nagrania przebiegły bez żadnych problemów. Nasz perkusista Seppo "The Hammer Master from Hell" Tarvainen ma tendencję do sprawnej, szybkiej pracy. Ma świetne ucho i pamięć do aranżacji, więc potrafi grać bez gitar, jeśli tego chce i nadal jest w stanie nagrać dobre podejście. Tak więc podstawa dla wszystkich instrumentów została nagrana szybko i precyzyjnie. Dobry punkt wyjścia. Ogólne brzmienie, które wypracował Pekka, jest naprawdę dobre. To słychać w ostatecznym produkcie. Każdy aspekt, bębny, gitary, bas i wokale to rakieta, która jest dynamiczna, organiczna i intensywna jednocześnie. Jestem więcej niż zadowolony z pracy Pekki. Całości. Nagrywania, miksu i masteringu. Doprowadził to do perfekcji. Bez wahania współpracowałbym z nim ponownie. Timo Ahlström: To niesamowicie uzdolniony człowiek, który zdecydowanie dużo wie o muzyce. Naprawdę dobrze się dobraliśmy, odwalił kawał dobrej roboty na "Sinister Forces of Hatred". Czy to było zamierzone, by zakończyć płytę moim zdaniem najbardziej brutalnym i mrocznym kawałkiem, jaki się na niej znalazł, "Embryonic Evil"? Tytuł mówi sam za siebie, pod względem muzycznym oddaliście to per fekcyjnie. Jari Hurskainen: Wydawało nam się naturalne, by to właśnie on kończył album. Jest naprawdę przepełniony złem, co nie? Próbowaliśmy napisać historię, w której głównym agresorem jest embrionalny najeźdźca, rozprzestrzeniający pasożytnicze elementy, które ludzkości trudno jest opanować. Muzyka musiała pasować to tekstu i vice versa, wystarczająco przerażać. Myślę, że byłby to dobry soundtrack do następnego filmu o Obcym, jeśli kiedyś jeszcze będzie kolejna część… Timo Ahlström: Masz rację, jest naprawdę brutalny i mroczny. I kto nie chciałby mieć kawałka o kosmicznych najeźdźcach! Jaki jest, waszym zdaniem, największy sukces Demoztrator od momentu założenia zespołu w 2016? Jari Hurskainen: Nasz koncert w Tuska w


2017 z całą swoją otoczką najbardziej jak do tej pory zapadł mi w pamięć. Ale mam nadzieję, że to dopiero początek i "Sinister Forces of Hatred" zagwarantuje nam więcej muzycznych sukcesów. Timo Ahlström: Jak dla mnie największym jest wydanie "Sinister Forces of Hatred". "The Collapse", jak już mówiliśmy, ma interesującą partię na cleanie, która ma nieco death metalowy klimat. Niektóre solówki też go mają, na przykład ta w "Intermission…". Planujecie próbować się z Demonztrator w innych stylach, jak death? Timo Ahlström: Na "The Collapse" chciałem uzyskać wyjątkowy, ale też straszny klimat. Może niektórzy faktycznie usłyszą tam death metalowe wpływy, ale osobiście nie jestem przekonany. Wolałbym widzieć nas grających w dalszym ciągu thrash. W Finlandii są już przecież miliardy zespołów death metalowych! Foto: Demonztrator

Nagraliście teledysk do jednego z coverów, "Killer Instinct", ale jeśli chodzi o nowy materiał, pojawiło się tylko lyrics video. Planujecie nagrać coś do niektórych kawałków z płyty? Timo Ahlström: Cóż, jeszcze tego nie przedyskutowaliśmy. Ale przynajmniej możemy zapowiedzieć, że niedługo pojawi się nowe lyrics video! Bądźcie gotowi! Refreny z nowej płyty idealnie nadają się koncerty. Prawdopodobnie mieliście już okazję wypróbować nowy materiał na żywo. Ja-

kie były reakcje fanów, który kawałek przyjął się najlepiej? Jari Hurskainen: Właściwie niestety nie mieliśmy jeszcze takiej szansy. Sprawa z wirusem tylko trochę się poprawiła, a propozycje koncertów pojawiły się zbyt szybko. Nie mieliśmy czasu odpowiednio się przygotować i zagrać na próbach gotowy set. Obecnie planujemy record release party pod koniec roku. Mogę się domyślać, że "Murderlust", "Proclamation" i "Nail Them All" rozpętają mosh pit. Trzymam kciuki żeby tak się stało. Wielkie

dzięki za poświęcony czas. Jari Hurskainen & Timo Ahlström: Dzięki za świetny wywiad. Widzimy się na trasie w 2022! Iga Gromska


Życie z pasją Eric Forrest wystawił ostatnio cierpliwość fanów E-Force na nielichą próbę, ale koniec końców pandemiczne spowolnienie sprawiło, że jego zespół nagrał i wydał piąty album. "Mindbender" ucieszy zwolenników nieoczywistego thrashu, tym bardziej, że Eric nie odcina się od lat spędzonych w Voivod, ponownie nagrywając cover tego zespołu. Do tego zapowiada liczne koncerty i kolejny album maksymalnie za dwa lata. HMP: Z perspektywy czasu można chyba stwierdzić, że twoja przeprowadzka do Francji okazała się dobrym posunięciem, choćby dlatego, że metalowa scena w Europie jest znacznie silniejsza niż w Kanadzie czy w Stanach Zjednoczonych? Eric Forrest: Tak, przeprowadziłem się do Francji głównie z powodów osobistych i zawodowych. Wierzę, że rynek tutaj jest lepszy pod wieloma względami, trasy, które odbyłem z Voivod zdecydowanie mi to pokazały. Życie we Francji? Jak na razie nie żałuję (śmiech). Rzeczywiście odkąd od roku 2003 jestem we Francji, E-Force było w stanie wystąpić w 1819 krajach w Europie. Z czego jestem bardzo szczęśliwy, wdzięczny, po prostu mam farta,

płyt E-Force... więc fakt, że jest perkusistą naprawdę pomaga. "Mindbender" jest zdecydowanie najlepiej wyprodukowanym albumem E-Force, jak do tej pory. Byłeś mocnym punktem Voivod, świetnie wpasowałeś się w ten zespół. Nagraliście nawet demo kolejnego po "Negatron" i "Phobos" albumu, ale wkrótce po tym wasze drogi rozeszły się i na "Voivod" zaśpiewał, powracający do zespołu, Snake. Co sprawiło, że rozstałeś się wtedy z Voivod? Cóż, zespół był naprawdę w złym stanie, także pod względem finansowym. Wypadek, który mieliśmy 4 sierpnia 1998 przysporzył sporo problemów wielu ludziom, a rzeczywistość

Foto: E-Force

że byłem w stanie zrobić to w trakcie całej kariery E-Force. Nie wiem czy byłoby to możliwe, gdybym nadal żył w Kanadzie, więc do tej pory to była niesamowita przygoda! Wydaje mi się, że należysz do ludzi lubiących wyzwania, a to było nawet dwojakie, ponieważ poza nieuchronnymi w związku z wyjazdem za ocean zmianami w życiu osobistym musiałeś też zwerbować nowy skład E-Force, niejako zacząć wszystko od nowa? Zasadniczo tak... Grałem z wieloma muzykami, którzy przychodzili i odchodzili przez te wszystkie lata; takie jest życie, były to kolejne rozdziały w E-Force... ale jestem bardzo zadowolony z nowego składu. Od roku 2017 tworzą go Sebastian Chiffot (Evilness) gitara prowadząca, Patrick Friedrich (ex-Horizon) bębny, technik, producent. W rzeczywistości Patrick wyprodukował cztery z poprzednich

50

E-FORCE

wielu została naprawdę mocno zdeformowana... Myślę, że era Voivod w pewnym sensie dobiegła końca... 12-utworowe demo, które wtedy zrobiliśmy, było czystym Voivod, chcieli jednak, żebym więcej śpiewał zamiast wrzeszczeć jak na "Negatron" i "Phobos"... oczywiście zaśpiewałem stosownie, ponieważ album nie był tak ciężki jak poprzedni, a właściwie chciałbym, żeby był trochę cięższy, ale nadal była to niesamowita robota. Nie nazwałem Piggy'ego "Riff Master P", nigdy! (śmiech). Ale to jest Voivod, ponieważ na każdym albumie zawsze trochę i na wiele sposobów zmieniają styl. W każdym razie, wierzę, że Snake chciał wrócić do stada, ale ich przyjaciel Jason Newsted był również bardzo zainteresowany, więc jak ktoś może z tym w ogóle konkurować? (śmiech). Wiesz co mam na myśli? Woleliby kontynuować ze mną, z oryginalnym wokalistą znanym z ośmiu albu-

mów itd., czy z byłym basistą Metalliki? (śmiech) Kompletnie zrozumiałe, kto by tak nie zrobił? Więc ostatecznie był to dla nich oczywisty wybór... Do tego, Piggy dołożył kilka kolejnych zabójczych tras przed jego odejściem... A jednak dzisiaj nadal jesteśmy w kontakcie. Ostatnim razem, gdy parę lat temu byłem w Toronto udzieliłem wywiadu na potrzeby przyszłego filmu dokumentalnego "We Are Connected", to oraz grafika Voivod do wykorzystania podczas niedawnej trasy E-Force "Voivod Revisited", co moim zdaniem było bardzo miłe z ich strony... to dla mnie i zespołu zaszczyt! Dołączyliśmy do nich na Hellfest 2009, śpiewając "Tribal Convictions" wraz ze Snake i chłopakami, zaliczyliśmy parę gościnnych występów na podcaście Zoom z "Nothingface" i "Dimension Hatross", więc nie ma między nami złej krwi. Od razu pojawiła się myśl, że stworzysz własny zespół, a jego nazwą będzie twój pseudonim E-Force? Zabawna historia, bo w domu tworzyłem dema, zanim moje odejście z Voivod stało się oficjalne, co później doprowadziło do pierwszego albumu E-Force "Evil Forces". Mieliśmy spotkanie zespołu, gdzie chłopaki powiedzieli mi, że nie chcą kontynuować działalności jako zespół. Nie ma Voivod dla nikogo, skończone! Cóż, nie uwierzyłem w to przez sekundę! (śmiech). Od razu wiedziałem, że Snake jest na dobrej drodze do powrotu... Gadaliśmy, wspominaliśmy dobre czasy, żadnej wrogości, wciąż mamy dobre stosunki, bla bla... Pamiętam, jak wracałem do domu z Away'em i powiedziałem: "hej, dlaczego nie zadzwonisz do Jasona, na pewno mógłby ci pomóc"... Powiedział "nie wiem", bla, bla... a kilka miesięcy później... Boom! Oficjalne ogłoszenie nowego składu Voivod... Zakładam, że był to niezły sposób na wyrzucenie mnie z zespołu bez podawania mi szczegółów ich planów na przyszłość, ale takie jest życie, nie trzymam urazy. Więc tak! Nazwa E-Force była gotowa, przeglądałem pomysły tego popołudnia, w dniu, w którym zostałem zwolniony... i wiedziałem, że może mi to pomóc w mojej przyszłej karierze, i rzeczywiście pomogło. Był okres, że funkcjonowaliście jako kwartet, niektóre płyty nagrywałeś tylko z Krofem i z zaproszonymi gośćmi, ale od 2017 roku macie już stabilny, trzyosobowy skład - jak mniemam optymalny, przynajmniej na tę chwilę? Jak już wcześniej mówiłem nowi muzycy wpasowali się bardzo, bardzo dobrze! Na "Mindbender" mamy kilku shredowych gości, tak jak na poprzednich albumach, między innymi Glena Drovera, Kristiana Niemanna, świetnie się ze sobą dogadują... E-Force, występując w 25 miastach w ośmiu krajach ze spektaklem "Voivod Revisited", naprawdę zjednoczyło się jako zespół, jako gang. Dołożyliśmy wszelkich starań, żeby się to kręciło, co jest bardzo pozytywne! Nie pracuję z leniwymi, zbyt imprezowymi ludźmi. Javi Flz (Graveyard) dołączył do nas w trakcie wspomnianej trasy, pojawia się również na nowym albumie, więc był to czteroosobowy skład... Co mogłoby się wydarzyć na koncertach w roku 2022... Jak na razie... miło pracuje się z inteligentnymi ludźmi! (śmiech) Patrick Friedrich, Sebastian Chiffot i Javi Flz właśnie tacy są. Jednak na wasz piąty już album "Mindbender" trzeba było czekać ponad sześć lat - to


już nie te czasy, że płyty nagrywa się regularnie co rok-dwa? (śmiech) Cóż, może nie jest to problem dla niektórych zespołów, ale dla mnie przechodzenie przez zmiany składu, zmiany wytwórni, wymaga czasu, nie wspominając o kompozycjach, nagraniach itd. Parę lat temu widziałem Uliego J. Rotha wykonującego "Scorpions Revisited" i pomyślałem; "wow"! Co za świetny pomysł! (śmiech). Świetny pomysł, żeby zabić trochę czasu, zorganizować się, zmotywować zespół i dać fanom fajny koncert. Wprawdzie było i nadal jest zapotrzebowanie na zestaw utworów z krążków "Negatron" i "Phobos", które naprawdę zadowoliły wielu ludzi... Graliśmy koncert w Hiszpanii i jakiś koleś jechał 10 godzin z Portugalii tylko po to, żeby go zobaczyć! Poświęciłem mu trochę czasu na zdjęcie, itd. Byłem cholernie podekscytowany! Nie wiem ilu ludzi by to zrobiło, nawet dla Kiss albo Iron Maiden (śmiech). Więc zespół jest skupiony, pełen doświadczenia i gotowy zabijać! (śmiech). Do tego, mamy zamiar wydać kolejną płytę pod koniec 2022 roku lub na początku 2023, nie za kolejne sześć lat. Przykłady wielu innych zespołów potwierdzają jednak, że nawet w obecnych, oczywiś cie przedpandemicznych, bo obejmujących koncerty, realiach muzycznego biznesu też można było z powodzeniem jakoś funkcjonować. Wam też zawsze udawało znajdować się wydawców kolejnych płyt, tak jak teraz Mighty Music, wygląda więc na to, że na rynku jest też miejsce dla takich grup jak EForce? Oczywiście, ale jest to bardzo trudne w tych czasach, ponieważ rynek/rynki są bardzo rozległe, za dużo gówna od a do z, a nowa generacja muzyki metalowej i jej fanów jest na prawdę szalona (śmiech). Rynki są przesycone, zbyt wiele wszystkiego... wiesz co mam na myśli? Cóż, to jest moja opinia. Byłem na imprezie jakieś sześć lat temu, ta nowa generacja metalowców zmieniała utwory co 30 sekund! Pomyślałem cholera jasna! Pal sześć cały album, ale kawałek? (śmiech). Nie, to było dla nich normalne... więc jest to całkiem interesujące widzieć ewolucję ludzkości, jak sądzę, można tak powiedzieć... i w tych czasach ludzie chcą wszystkiego bardzo szybko, a niektórzy naprawdę nie doceniają danej rzeczy, ponieważ nieustannie coś nowego ją zastępuje... Chcesz pobrać nowy album? (śmiech). To zajmuje zbyt dużo czasu, ludzie po prostu chcą nacisnąć play i słuchać 30 sekund kawałka. (śmiech). Wiesz co mam na myśli? W każdym razie, nie mam już 25 lat, więc czy mam w czymkolwiek rację? Jestem po prostu szczęśliwy, że wciąż mogę to robić po dwudziestu latach z E-Force, na które jest ciągle pewien popyt w wielu krajach na całym świecie. Mogę kontynuować wszystko co jest możliwe w koncertowaniu w 2022 roku, więc tak, jest rynek dla E-Force. Pomimo byłego tagu Voivod, jest to wciąż bardzo konkurencyjny rynek i do pewnego stopnia niełatwy dla żadnego z zespołów. Czy to nie dziwna sytuacja, że tak wiele amerykańskich czy kanadyjskich zespołów znajduje przystań w europejskich, głównie niemieckich czy greckich, wytwórniach? Waszym firmom nie opłaca się wydawanie tradycyjnego metalu, a działalność choćby Divebomb Records to odosobnione przypad-

Foto: E-Force

ki i bardziej kwestia pasji niż robienia na tym interesu? Interesujące pytanie... Szczerze mówiąc wiele się tam dzieje, jednakże to jest bardzo trudne, żeby wiedzieć co jest co, kiedy jestem skupiony na tym czego potrzebuję, żeby moje/nasze projekty doszły do skutku. W USA/Kanadzie wiele trendów przychodzi i odchodzi. Z mojego doświadczenia Europejczycy wydają się bardzo lojalni wobec metalowych zespołów, tak jak Amerykanie; nie zrozum mnie źle, widziałem, że ewolucja metalu może być fajna, niefajna, znowu zbyt fajna (śmiech). Śmieję się z tego w pewnym sensie, ponieważ wielu prawdziwych metalowców było tam od wczesnych lat 80.! Śmieję się też z gościa, który tattuuje sobie całe ręce wyglądając jak motocyklista, kiedy parę lat temu wyglądał jak Tom Cruise (śmiech). Ale hej! Im więcej metalu, tym weselej. Metal jest bardzo popularny na całym świecie, tak jak powinno być, a Europa jest dla mnie lepsza. Co do pasji/biznesu... cóż, powiedziałbym, że artyści nie zarabiają już takiej kasy, ani wytwórnie, agencje, studia nagrań itd. Smutne, ale prawdziwe. Ale przecież nie chodzi o kasę, jeśli żyjesz jak rock'n' rollowy cygan, tak jak ja! (śmiech) Podobnie jest też chyba w przypadku E-Force, bo płyty nagrywacie kiedy macie taką potrzebę, nie jest to seryjna produkcja, wymus zona kontraktowymi zapisami? Cóż, wydamy kolejną za półtora roku, maksymalnie dwa lata, dzięki nowej wytwórni. Wcześniej nie byliśmy poganiani przez ostatnie sześć lat, przepraszam cztery lata. Dlatego zrobiliśmy trasę "Voivod Revisited". Skomponowałem wszystkie utwory z wyjątkiem dwóch, i współtworzyliśmy cover "Insect", który sami opracowaliśmy, nagraliśmy, zmiksowaliśmy, wyreżyserowaliśmy. Covid-19 spowolnił wszelką działalność i czas minął całkiem szybko. W tych czasach wszystko musi być przesłane do wytwórni, a zaliczka na płytę zniknęła (śmiech). Czasy się zmieniły, ale to praca z miłości, sposób na życie dla niektórych, takich jak ja. Nie utrzymuję się z zysków z E-Force, więc tak naprawdę chodzi o pasję (śmiech). Jednak to co robię i robiłem profesjonalnie przez 26 lat poświęciłem wiele krwi, potu i piw (śmiech), to wszystko co naprawdę wiem i chcę robić... Nowy materiał to efekt pracy zespołowej, wspólnego dopracowywania indywidualnych

pomysłów? Skomponowałem osiem utworów, nagrałem wokal, bas, gitarę rytmiczną. W jednym utworze Patrick odpowiadał za muzykę, ja za teksty, tak samo Sebastian, który zagrał w kilku kawałkach na albumie, dodałem w jego solówkach trochę naprawdę zabójczych i kosmicznych gitarowych klimatów, gdy Patrick rozplanował i wyprodukował płytę, dodając kilka zabójczych, upiornych sampli do całego albumu. Plus "Insect" (D'Amour/Langevin/ Forrest), jednakże wszyscy wnieśli swoje umiejętności, wiedzę i talent pod względem stosowania odpowiedniej ilości składników, aby stworzyć to ciasto, upieczone we właściwej temperaturze, w odpowiednim czasie i voila, dodać trochę lukru (grafiki, występy gości, film) i tym właśnie jest "Mindbender". Mimo to jestem szefem kuchni w zakresie reżyserii, itp. Ci faceci znają miejsce na statku E-Force i ostatecznie jest to wysiłek drużyny, aby zrobić to co robimy, nie ma co do tego wątpliwości... Może i jestem asem pik w pokerowym rozdaniu, ale potrzebuję innych kart, aby mieć królewski kolor... wiesz co mam na myśli, więc wszyscy pracujemy razem, zgodnie z tym, aby to wszystko doszło do skutku. Abyśmy wszyscy wygrali! W czasie pandemii drastycznie spadła w Polsce sprzedaż fizycznych nośników - w innych krajach Europy Zachodniej jest podob nie, wy również odczuwacie, że dla więk szości słuchaczy streaming jest już podsta wową formą obcowania z muzyką? Tak, Spofify i tak dalej. Nowa technologia zdecydowanie zmieniła rynek w branży muzycznej... Nikt nie chce płacić za płyty (śmiech). Nie mogę sobie nawet wyobrazić obecnej branży porno (śmiech). W rzeczywistości możesz zdobyć nowych fanów przez platformy i to pomaga nowym, młodym zespołom, w zasadzie wszystkim zespołom... więc są aspektyt pozytywne i negatywne z tym wszystkim, ale co masz zrobić? Przestać przez to tworzyć i występować? Do diabła, nie! Znajdź sposób na rywalizację, podbicie tego co możliwe i daj się ponieść! Zasadniczo... jeszcze raz, jeśli nie robisz tego z pasją, powinieneś przestać i znaleźć coś, co daje ci pasję (nie dotyczy seksu z twoją dziewczyną/żoną - śmiech) ale czasy są obecnie trudne dla wszystkich, więc musisz mieć tyle pasji, miłości, czegokolwiek co unosi twoją łódź w dobrym kierunku, staraj się o to najlepiej jak potrafisz. Jestem bardzo wdzię-

E-FORCE

51


repertuaru Voivod, teraz postąpiliście podobnie z "Insect", ale to jednak zupełnie odmien na sytuacja, bo ten pierwszy utwór funkcjonował w zasadzie tylko w wersji demo, a tegoroczny doczekał się publikacji na "Negatron" - skąd pomysł na odświeżenie tej aku rat kompozycji? To 26 rocznica wydania "Negatron", a po trasie "Voivod Revisited" wydawało się to fajne. Do tego "Negatron" i "Phobos" zostanie ponownie wydany w przyszłym roku, tak powiedziało mi MGM... Więc to wszystko łaczy się wszystko w pewien sposób. Ta wersja kopie tyłek i nie zawiedzie żadnych fanów Voivod, mogę to zagwarantować! (śmiech). Jest ciężka jak cholera! To prawdopodobnie mój "Smoke On The Water", najbardziej znany z kawałków, których byłem częścią, to prawdziwy zaszczyt i przywilej stanowić tego część.

Foto: E-Force

czny, że tyle razy jeździłem w trasy po świecie przez te ostatnie 26 lat, więc życie wciąż jest dla mnie dobre w wielu aspektach, prywatnie i profesjonalnie. "Mindbender" ukaże się jednak nie tylko na winylu, nawet w dwóch wariantach kolorystycznych, ale również na CD - masz jakiś sentyment do tego nośnika, kiedyś uosabiającego nowoczesność, obecnie odchodzącego do lamusa, czy też chcecie zapewnić fanom dostęp do waszej muzyki w każdej formie? To decyzja naszej wytwórni Mighty Music, która jest bardzo fajna! Daje oldschoolowym thrasherom możliwość wydawania na winylu, CD i oczywiście z wykorzystaniem nowoczesnych platform dostępnych dzisiaj... co w pewien sposób jest najlepsze ze wszystkiego. Wsparcie finansowe w trasie byłoby niezłe, (śmiech) ale to zależy od wielu czynników, takich jak na początek sprzedaż. Zobaczymy co się stanie, tak samo jak z tą covidowską propagandą, manipulacjami, itd. Ale jesteśmy bardzo zadowoleni z Mighty Music, do tej pory jest dobrze, wszyscy są szczęśliwi! Nie jest czasem tak, że obecny, zbyt łatwy dostęp do wszystkiego, nie tylko spłyca kontakt z muzyką, czyni go bowiem bardzo powierzchownym, ale zabiera też przyjemność, jaką słuchacze mieli kiedyś, gdy musieli włożyć pewien wysiłek w zdobycie płyty czy kasety, choćby wyprawiając się po nią do sklepu? Z mojej perspektywy branża zmieniłam się na dobre i na złe... ale co można zrobić? Musiałem to zaakceptować i dostosować się do tego,

co się dzieje w tych czasach, żeby do pewnego stopnia istnieć. C'est la vie (śmiech). Czasy kupowania płyty, słuchania jej w całości, czytania tekstów oraz innych takich rzeczy już minęły, tak myślę. Ewolucja ludzkości czasami nieźle mną potrząsa (śmiech). Szczególnie ten pieprzony Covid-19, ale hej, to inna historia. (śmiech) Można zaryzykować stwierdzenie, że spowodowane koronawirusem zwolnienie dało wam czas na dopracowanie materiału na nowy album i efektem jest premiera "Mindbender"? Absolutnie! Dało to nam czas na dopracowanie materiału, a wszystko przecież wymagało czasu, itd. Do tego cztery i pół miesiąca temu podpisaliśmy kontrakt z wytwórnią. Kiedy się starzejesz, to czas leci szybko. Więc w pewnym sensie zrobiliśmy to co musieliśmy zrobić, żeby już nie wspominać o nakręceniu kilka dni temu teledysku do "Hellucination". Na szczęście, nie kupiliśmy biletów na samolot, gadżetów i innych rzeczy w tym stylu, kiedy to całe gówno na nas spadło. Jestem pewien, że wiele kapel czy biznesów straciło jednak kupę kasy. Thrash w waszym wykonaniu zawsze był dość nieoczywisty, ale teraz brzmicie jeszcze mroczniej, a utwory są bardziej zakręcone aranżacyjnie - inni upraszczają swoją muzykę, ale w waszym przypadku nie ma o tym mowy? Chodzi o tworzenie czegoś, co ma swoją tożsamość, w bardzo szczery sposób traktując różne inspiracje. Lubię tworzyć muzykę, która porusza mnie i daje mi jakieś emocje. Jeśli nie czuję tego, jak mogę oczekiwać od innych, żeby to poczuli? To musi kopać mi tyłek, albo tego nie nagram ani nie stworzę. Chociaż to zabiera czas, żeby przesiać te wszystkie pomysły i ułożyć puzzle. Dużo dzieje się w jedenastu utwórach z "Mindbender", które nie brzmią z tak samo szybko czy ciężko, nie mają takiego samego groove czy opowieści sciencefiction... Starzy fani na pewno będą zachwyceni, nie mam co do tego wątpliwości! Zawiera wszystkie składniki, których można oczekiwać po E-Force, a nawet więcej! No i ten zabójczy cover Voivod "Insect". Kilkanaście lat temu nagraliście "Victory" z

52

E-FORCE

Może zdarzyć się, że kiedyś nagracie również cover innego zespołu niż Voivod, czy też będzie to taką waszą swoistą tradycją, pod kreślającą personalne i muzyczne związki EForce z tą grupą? Nie jestem pewien... może kiedyś zrobię cover innego kawałka Voivod. Nigdy o tym nie myślałem. Może pewnego dnia... ale nie kawałek Pink Floyd. Może lekki utwór i zrobię z niego ciężki kawałek, nie wiem, przekroczę ten most, kiedy tam dotrę. Lubię to co zrobili Type O Negative i Ministry z kawałkami, które coverowali: są jak kompletnie inne kompozycje, zawsze uważałem, że to fajne i kreatywne... zobaczymy co się stanie... Tak jakoś zupełnie nieoczekiwanie dobiliście do 20-lecia istnienia zespołu. Kiedyś takie okazje były celebrowane, wydawno jubileuszowe kompilacje czy płyty koncertowe, ale w pandemicznym roku 2021 nie ma mowy o szaleństwach, premierowy "Mindbender" wystarczy więc aż nadto? Cóż, jeśli wygram 220 milionów dolarów dzisiejszego wieczoru, może się wiele zmienić (śmiech). Praca nad biografią, która została zawieszona na kilka lat... Już mamy 16 godzin nagranych informacji, licząc na to, że pewnego dnia ją skończymy. Byłoby fajnie, ale jestem szczęśliwy, że "Mindbender" w końcu wyszedł, bo to kolejny rozdział rock 'n' rolla (śmiech). Mój trzynasty w karierze album, zawsze to przyjemność kiedy się go ukończy. (śmiech) Liczysz, że koncertowa promocja tej płyty przebiegnie bez zakłóceń, że zdołacie jakoś n a d ro b ić st rac o ne m ie sią ce , g dy b ęd zi eci e mogli przypomnieć się fanom w wydaniu live? Jak każdy zespół na świecie! (śmiech). Jak wszyscy inni, zobaczymy co się stanie i co będzie możliwe, żeby wyruszyć w trasę po Europie w latach 2022-23 i wypełnić misję promocji nowego albumu. Chciałbym tylko podziękować wszystkim fanom, dawnym i obecnym; mam nadzieję, że obczaicie "Mindbender"... i nie będziecie zawiedzeni! Mam nadzieję, że niedługo znowu zobaczę was na naszej trasie! Minęło trochę czasu od kiedy graliśmy w Polsce, ale za każdym razem uwielbialiśmy to! Nie mogę się doczekać, żeby do was wrócić. Jeszcze raz dzięki! Wojciech Chamryk, Agata Hołowicka, Szymon Paczkowski


Integralna część życia Nie ulega wątpliwości, że w takim kraju, jak Indie popularność muzyki z filmów Bollywood znacznie przewyższa popularność metalu. Nie jest to co prawda odkrycie na miarę Ameryki, aczkolwiek członkowie indyjskiego Bloodkil doskonale zdają sobie sprawę. Zdają sobie ją również z faktu, że kilku zespołom z kraju świętych krów jednak udało się (w miarę) wybić. Jakim (poza Kryptos oczywiście)? Niech opowiedzą nam o tym twórcy niesamowitego albumu "Throne Of Control". HMP: Witaj. W jaki sposób rozpoczęła się Wasza fascynacja thrashem? Jakie kapele były dla Was szczególnie inspirujące? Utwór o tytule "Horrorscope" może coś w tej kwestii sugerować... Bloodkill: Cześć. Thrash metal był zawsze integralną częścią naszego życia właściwie od samego początku fascynacji cięższym graniem. Cała nasza przygoda z muzyką metalową rozpoczęła się od słuchania takich kapel jak "Wielka Czwórka", Exodus, Overkill czy Kreator. Na dobrą sprawę to właśnie one otworzyły nam drzwi do metalowego świata. Dobrze, że zwróciłeś uwagę na utwór "Horrorscope". Faktycznie, dzieli on tytuł z jedną z najlepszych płyt Overkill oraz utworem na niej się znajdującym. Jest to rodzaj naszego hołdu dla tej kapeli. Wydaliście właśnie debiutancki album. Jak wyglądało tworzenie i nagrywanie tego materiału? Które z elementów tego procesu były dla Was najbardziej fascynujące? Zaczęliśmy pisać utwory w roku 2018. Właściwie można powiedzieć, że kawałki te właściwie tworzyły się same podczas naszych jam sessions, na których w miarę regularnie się spotykaliśmy. Nagrany, zmiksowany i wyprodukowany przez Keshava Dhara (znanego z zespołu Skyharbor) materiał był gotowy w październiku 2020. Wszystko to dla nas było niesamowitym przeżyciem. Mówię tu o całym procesie od momentu powstawania naszych utworów podczas jamowania do chwili, gdy w swej ostatecznej formule trafiły na płytę. Myślę, że tworzenie i nagrywanie tego albumu było jedną wielką przygodą, która na dobre zostanie w naszej pamięci. Całość "Throne Of Control" brzmi bardzo oldschoolowo. Czy był to Wasz zamysł od samego początku tworzenia tego materiału? A może po prostu ta muzyka siedzi w Was tak głęboko, że wszystko wyszło samo? Cała idea stojąca za tymi kompozycjami z jednej strony była ukłonem w stronę legend thrash metalu, z drugiej zaś próbą zawarcia w sobie wszystkich elementów charakterystycznych dla tego gatunku przemycając do niego takie elementy jak melodie czy groove. Oczywiście każdy z członków Bloodkill ma wiele zainteresowań muzycznych, niekiedy wykraczających daleko poza thrash czy metal w ogóle i pewne odwołania do innych inspiracji również staraliśmy się zawrzeć w naszym graniu. Z drugiej strony, zależało nam jednocześnie na tym, żeby album zachował swój thrash metalowy charakter. Myślę, że nam się udało. Kim jest istota zasiadająca na tronie, którą widzimy na okładce? Okładkę stworzył Gustav Basu (znany też ja-

ko Acid Toad), który jest jednym z najlepszych artystów w swojej niszy. Cały zamysł tej grafiki odnosi się do koncepcji dualizmu oraz faktu, że różne rzeczy, z którymi mamy na co dzień do czynienia tak naprawdę są czymś innym, niż się nam wydaje. Oczywiście wszystko to mniej lub bardziej odnosi się do utworów zawartych na tym albumie. Postać na tronie, o którą pytasz to metafora kogoś, kto ma władzę nad światem i manipuluje rzeczywistością w taki sposób, by samemu na tym odnieść największą korzyść. W utworze "Blinded Circus" śpiewacie o eksperymentach na ludziach. Czy jest to jakieś odniesienie do wydarzeń z ostatniego okresu? "Blinded Circus" to jeden z tych utworów, które napisaliśmy na wczesnym etapie naszej działalności. Jeśli się nie mylę, było to już w 2018 roku. Tekst oddaje nasze uczucia odnośnie tego wszystkiego, co wówczas działo się w otaczającym nas świecie. Jednak słowa tego utworu nie straciły na aktualności i przypuszczam, że niestety jeszcze długo się to nie zmieni. Ludzkość w kółko popełnia te same błędy. W tekście do utworu "3B" pojawia się wątek "idiokracji", która opanowała świat. Jak byś cie zdefiniowali to określenie? "3B" to utwór, który był wydany jako nasz pierwszy singiel już w roku 2017. Był to okres pierwszego wcielenia Bloodkill. Wtedy byliśmy jeszcze kwartetem. To, co znalazło się na albumie to nowa wersja tego utworu nagrana w aktualnym składzie. Kawałek ten opowiada o seryjnym mordercy, który za wszelką cenę chce pozabijać wszystkich skorumpowanych ludzi. Słowo "idiokracja" zostało użyte po to, by stwierdzić, że nasz świat jest rządzony przez różnej maści idiotów. "Unite and Conquer" opowiada o radości, jaką czerpiecie z grania, szczególnie na żywo. Uważacie, że koncerty to najlepszy ze wszystkich aspektów działalności metalowego zespołu? Co do koncertów, to uważamy, że są one tak samo ważne, jak regularne narywanie nowych albumów. Oczywiście to podczas występów na żywo możemy się spotkać face to face z naszymi fanami, jak również przekonać do naszej muzyki nowe osoby. Nic nie pobije uczucia, gdy patrzysz ze sceny na ludzi dobrze bawiących się przy Twojej twórczości. Pandemia sprawiła, że doceniliśmy koncerty jeszcze bardziej niż wcześniej. Mamy nadzieję, że w najbliższej przyszłości sytuacja się unormuje i będziemy mogli grać na żywo.

"Throne Of Control". "Unite and Conquer" oraz "For I am a Messiah" to ostatnie kawałki, jakie zostały napisane z myślą o tym albumie. To wyrażenie naszej miłości do klasycznego heavy metalu. Wszyscy uwielbiamy takie kapele, ja Iron Maiden, Judas Priest i wiele innych. Bez względu na to, czy chodzi o solówki naszych gitarzystów Vishwasa Shetty i Shubhama Khare, czy po prostu samą atmosferę, którą chcieliśmy uchwycić, jest to nasz ukłon w stronę starej gwardii klasycznego heavy metalu. Zaliczyliście naprawdę bardzo udany debiut. Jakie są Wasze plany na bliższą i dalszą przyszłość? Dziękujemy bardzo. Doceniamy każdą dobrą opinię na temat naszej twórczości. Chcielibyśmy również w tym miejscu podziękować wszystkim naszym fanom, którzy nieustannie wspierali nas niemal od samego początku naszej działalności. Mieliśmy szczęście trafić pod skrzydła tak szanowanej wytwórni, jak Punishment 18, która wzięła nas na pokład, dała nam ogromne wsparcie i zrobiła dobrą promocję naszej płycie. Teraz planujemy pracować nad nowymi materiałami tak szybko, jak to możliwe i nie możemy się doczekać grania koncertów na żywo. Jak przez lata zmieniało się postrzeganie metalu przez indyjskie społeczeństwo? Czy zdarza się, że spotykają Was jako zespół metalowy jakieś nieprzyjemne sytuacje? Metalowa scena w Indiach niewątpliwie przez lata ewoluowała. Zdążyła u nas wyrosnąć już pewna grupa zespołów, których popularność wyszła poza nasz kraj. Mam tu na myśli Demonic Resurrection, Kryptos, Gutslit, Amorphia czy SystemHouse33. A to tylko niektóre z nich. Granie w metalowym zespole tutaj w Indiach nie należy do łatwych zadań, ponieważ nie jest to gatunek, który miałby u nas jakąś spektakularnie dużą liczbę zwolenników. Metal jest ogólnie bardzo niszowym gatunkiem muzycznym, a tym bardziej w kraju takim jak Indie, gdzie większość słuchaczy skłania się ku muzyce Bollywood. Ta sytuacja sprawia, że większości tutejszych zespołów jest trudniej przetrwać, ponieważ nie ma zbyt dużego wsparcia ze strony publiczności, a młodszym kapelom jest jeszcze trudniej zaistnieć. Jednak są też grupy, które powstały stosunkowo niedawno i zdążyły już wydać kilka niesamowitych płyt. Mówię tu o takich bandach jak Primitiv, Carnage Inc., Dead Exaltation, Sabotage, Eternal Returns i jeszcze kilka by się znalazło. Bartek Kuczak

Wspomniany utwór zawiera również największą ilość melodyjnych partii na całym

BLOODKILL

53


Ufamy własnym instynktom Był sobie kiedyś w Finlandii pewien wyjątkowy zespół, bo stwierdzili, że w drugiej połowie lat 80. będą tam grać thrash metal. Być może niektórzy z was pamiętają ich niezły debiut "Attack Against Gnomes". Prestige to dziś jednak o wiele dojrzalszy twór, a co ciekawe, poza perkusistą, skład nie zmienił się od samego początku. "Reveal the Ravage" skopie wam tyłki nie tylko muzycznie, ale także tekstowo - to ostra krytyka tego, co stało się z naszym światem w dzisiejszych czasach. Nasza rozmowa była więc nieco sentymentalna, ale poza powrotem do przeszłości, Örkki opowiedział też o ukrytych talentach w jego zespole, przedstawił niezbite dowody na powrót płyty winylowej, a także udzielił rad dzisiejszym muzykom, które mają ochotę pójść w thrash. HMP: Spędziliście w studio cały rok, żeby nagrać perfekcyjny album. Ale wydaje się niemożliwe, żeby przez tak długi czas się nie pokłócić. Czy pojawiły się jakieś sprzeczki na temat poszczególnych piosenek, brzmienia, tekstów? Jan "Örkki" Yrlund: (śmiech) Z całą pewnością dobrze wiesz, przez co musi przechodzić zespół w czasie pracy nad kawałkami i albumami! Zgadza się, pracowaliśmy nad materiałem z "Release the Ravage" od jesieni 2020. Wcześniej, latem 2020, zakończyliśmy produkcję dwóch utworów, "Exit" i "You Weep", które później wydaliśmy jako single nie tylko w

piosenka może się naprawdę bardzo zmienić, riffy mogą być modyfikowane albo usuwane. Trwa to przynajmniej kilka prób i wymaga kilku nowych wersji demo w międzyczasie. Ale zawsze gdy pracujemy w ten sposób kawałek staje się coraz lepszy i zespół coraz mocniej mu się poświęca. Oczywiście ma wtedy miejsce wiele konstruktywnych debat i dyskusji, ale to bardzo żywy element tworzenia muzyki przez cały zespół. Tylko w ten sposób czujemy się na tyle pewni z nowymi utworami, że możemy przejść do rzeczywistych nagrań w studio. Następnie w fazie nagrań i produkcji skupiamy się na finalizowaniu aranżacji. Wię-

Time". Chodziło właściwie o znalezienie porozumienia w kwestii produkcji i wyznaczenia kierunku całego utworu, nie tylko o to, o czym jest. Tym bardziej cieszymy się z efektu końcowego, bo dyskusja poprawiła ten numer w porównaniu do jego pierwszych wersji. Brzmienie i finałowe aranże to jak mówiłem ostatnie elementy, na których skupiamy się na samym końcu. Tu pracowaliśmy ręka w rękę z naszym współproducentem Samu Oittinenem, który zmiksował i wymasterował płytę. U niego, w studio Fantom, nagraliśmy też perkusję i wokale. Naprawdę wywieraliśmy presję na Samu i na nas samych, żeby znaleźć perfekcyjne brzmienie, pasujące do naszego gustu. Czujemy, że było to warte każdego wysiłku i każdej późnej nocy. I tak, po tym wszystkim nadal jesteśmy przyjaciółmi! Teskty wydają się być bardzo ważną częścią twórczości Prestige. Dlaczego zdecydowaliście się skupić na konkretnych tematach, jak kondycja rasy ludzkiej, problemy, którym stawiamy czoła w XXI wieku? Czujecie, że macie misję jako zespół i muzyka nie jest wystarczająca, więc teksty muszą być równie mocne, by całość nabrała na znaczeniu? Tak, myślimy, że teksty stanowią ważną rolę w metalu i muzyce ogółem. Dookoła nas jest mnóstwo niesprawiedliwości, samolubności i dewastacji, co daje nam tematy na wartościowe teksty. Większość z nich wytyka głupotę ludzkości jako główny temat, ale niektóre dotyczą osobistych uczuć, jak drobne lęki i strach przed życiem pełnią życia. Czasem patrzenie wgłąb jest bardziej interesujące, niż na to, co dzieje się na zewnątrz. Wybraliście "Prime Time" jako ostatni kawałek, pozostawiając słuchacza ze smutnymi ostatnimi słowami - to najwyższy czas, by umrzeć. Czy dla nas, ludzi, jest jeszcze nadzieja? Jesteście raczej pesymistami i nie mogę was za to obwiniać, bo trafnie obserwuje cie przykrą rzeczywistość. Cóż, Finowie są najszczęśliwszym narodem na świecie, wierząc niektórym ostatnim badaniom, ale jednocześnie uwielbiamy melancholijną muzykę. Zamiast złamanego serca istnieje przechodzący załamanie świat, o którym można śpiewać. "In the end we are all alone", tak więc wszyscy musimy zwracać większą uwagę na nasze wybory i na nich budować przyszłość, czyż nie?

Foto: Peero Lakanen

cyfrowej formie, ale też na 7-calowym winylu. Potrzebowaliśmy przynajmniej ośmiu nowych kawałków, plus te dwa, żeby zbudować pełny album złożony z 10 numerów. Proces tworzenia nowych utworów Prestige wygląda zazwyczaj tak, że jeden z nas, kompozytorów, Aku, Jan lub Ari tworzy zarys nowej piosenki mniej lub bardziej indywidualnie. Efektem tego jest demo zrealizowane w domowym studio. Pierwszy test to przesłuchanie demo i dyskusja, czy ma dalszy potencjał. Nie zawsze tak jest, ale jeśli uznamy, że ma, to kandydat na nowy numer jest zabierany na warsztat do sali prób. To faza, w której praca zespołowa naprawdę ma wpływ na rozwój danego pomysłu. W niej

54

PRESTIGE

ksza część ostatecznych melodii gitar i wspomagających wokali powstaje właśnie w studio, a nie wcześniej. Większość tych prac poszła tym razem naprawdę gładko, ale masz rację, nie uniknęliśmy trudnych punktów spornych i poważniejszych kłótni. Nauczyło nas to, które partie są dla nas na tyle ważne, by inne mogły ustąpić im miejsca. Wierzę, że każdy miał wystarczającą szansę, by przyłożyć się do ostatecznego rezultatu. Teksty to zwykle solowa praca osoby, która się tym zajmuje. Zazwyczaj jest to wokalista, Aku, ale niektóre pisali też Jan i Ari. Jedyny kawałek, który przysporzył nam kłótni i wymagał dodatkowej pracy zespołowej pod względem tekstu to "Prime

Czy "Pick your Poison" opowiada o pandemicznej rzeczywistości i jeśli tak, to dlaczego była dla was źródłem inspiracji? To wyraz frustracji, złości, rodzaj terapii, chęć wysłania pewnej wiadomości w świat? "Pick your Poison" czerpie częściowo z czasu pandemii, ale również szaleńców, którzy doprowadzili swoich wyznawców do masowych samobójstw. Świat zdaje się zmierzać do upadku zbyt szybko przez złe wybory ludzkości, ale może to jeszcze nie czas, by faszerować się trucizną, miejmy nadzieję. Byliście jednym z pierwszych thrash metalowych zespołów w waszym kraju, Finlandii, która jest znana z metalu, ale raczej innych gatunków. Jakie są różnice między sceną thrash metalową w waszym kraju i na świecie gdy zaczynaliście i współcześnie? Tak, założyliśmy zespół w 1987. Scena thrashowa nadal była w tamtym czasie dosyć mała i undergroundowa, trochę jak wcześniej


punk i hardcore. Robiliśmy wszystko sami, łącznie z organizacją koncertów, bo nie było wtedy miejsc, do których moglibyśmy pójść ze swoją muzyką. Stopniowo coraz więcej klubów i innych miejsc zaczęło wpuszczać zespoły metalowe. Współpracowaliśmy z innymi zespołami, nie tylko z Finlandii, ale też innych krajów nordyckich i zapraszaliśmy się wzajemnie na trasy i koncerty. Może dzisiaj jest mniej tego pierwiastka DIY we współczesnym undergroundzie niż w latach 80. Nie było internetu, wszystko odbywało się na żywo i musiałeś osobiście rozdawać swoje demówki, żeby się promować! W tamtym okresie wschodnia Europa wciąż była za żelazną kurtyną i miała mniej szans, żeby wciągnąć się w muzykę metalową. Mieliśmy dużo szczęścia grając trasę złożoną z pięciu koncertów w Czechosłowacji pod koniec lat 90. Byli fantastyczną publicznością. Pokochaliśmy ich! Skład zespołu jest prawie identyczny jak w latach 80. poza perkusistą, Mattim Johanssonem, który grał też z Korpiklaani. Jak go znaleźliście i dlaczego stwierdziliście, że sprawdzi się w Prestige? Grał wcześniej w fińskiej deathmetalowej kapeli Depravity w latach 90., znaliście się już wtedy? Oryginalny perkusista, Tero Karppinen podjął we wczesnym 2020 roku decyzję, że kończy z grą na perkusji. Na szczęście usłyszeliśmy, że Matti "Matson" Johansson właśnie dołączył do Korpiklaani. Znaliśmy się z Matsonem już od dawna i oczywiście wiedzieliśmy o jego doświadczeniu w koncertowaniu po całym świecie przez wiele lat i zasługach w graniu na największych festiwalach metalowych. Świetnie było zobaczyć, jak od razu się dopasowaliśmy, gdy tylko przyszedł na pierwszą próbę Prestige. Opowiedz więcej o przepięknej okładce autorstwa Jana Yrlunda i waszej współpracy. Pomysł na nią był jego czy wasz? Jan to prawdziwy multitalent w naszym zespole. Pomijając to, jak ważnym członkiem Prestige jest ze swoimi ogromnymi umiejętnościami w kwestii gry na gitarze i produkcji muzycznej, interesował się sztuką, komiksami i innymi kreatywnymi rzeczami już od najmłodszych lat. Ze swojego hobby stworzył profesjonalną karierę i zajmuje się tworzeniem okładek, fotografią i produkcją materiałów video dla wielu dużych zespołów, jak Manowar, Testament czy Nightwish. I zgadza się, robi to także dla Prestige. Dajemy mu kompletną wolność w kwestii tworzenia okładek. Zazwyczaj inspirujemy go burzą mózgów, która wyznacza ogólny kierunek dla zespołu. Tak powstała nazwa "Reveal the Ravage" i Jan przekuł ją w swój pomysł na okładkę. W waszej muzyce słychać inspiracje nie tylko thrashem. Solowa sekcja w "Burn my Eyes" mogłaby pojawić się też w kawałku heavy metalowym i ma piękne, spokojne outro. Jesteście teraz bardziej otwarci na eksperymenty? Planujecie iść w przyszłości w innym kierunku, niż w stronę klasycznego thrashu? Tak, tym razem byliśmy bardziej otwarci, żeby próbować zróżnicowanych pomysłów i rodzajów kompozycji na "Reveal the Ravage". Okazało się, że melodyjne przewodnie partie gitar i solówki mogą dobrze pasować także do thrash metalu. Nie chcemy być przypisywani do żadnego konkretnego stylu czy podgatun-

ku, po prostu ufamy swoim instynktom i własnym gustom żeby wiedzieć, czy coś do siebie pasuje, czy nie. Mamy też więcej cierpliwości i zdolności do próbowania różnych aranżacji, porównując je z pierwszymi trzema albumami z lat 1989-1992. Wtedy metody pracy były tradycyjnie uzależnione od tego, że mieliśmy ograniczony czas pracy w studio, najprościej mówiąc. Być może w przyszłości pójdziemy gdzieś do przodu, a potem w zupełnie odwrotnym kierunku, nikt tego nie wie. Jakie były wasze główne inspiracje gdy zaczynaliście w późnych latach 80., a jakie są one dziś? W latach 80. słuchaliśmy Iron Maiden, Motörhead, Slayera, Kreatora i wielu zespołów grających punk i hardcore. Nadal je uwielbiamy, ale dziś każdy z nas ma o wiele bardziej zróżnicowany gust muzyczny. Niektórzy lubią muzykę symfoniczną, inni rockabilly, trochę progresywnych klimatów jak Mike Oldfield, a old-schoolowy rock i heavy uwielbiamy wszyscy. Obecnie niemożliwe jest stworzenie kompaktowej listy, która wymieniłaby wszystkie nasze inspiracje. Musimy zorganizować wieczór z szafą grającą i zobaczymy, co z tego wyjdzie! Wasz album "Reveal the Ravage" zostanie wydany również na winylu. Czy osobiście wierzysz w powrót winyli, a może sam je zbierasz? Ich kolekcjonowanie wydaje się być ważną częścią społeczności metalowej. Najlepszym dowodem na to, że winyle są znów popularne są kolejki do wytwórni zajmujących się ich produkcją. To właśnie z tego powodu premiera "Reveal The Ravage" na winylu przesunęła się na listopad. Wszyscy mamy swoje kolekcje płyt. Aku i Matson są pod tym względem najbardziej aktywni. Innym ciekawym powrotem jest powrót kasety magnetofonowej. To równie świetny nośnik analogowy! Używacie również platform streamingowych, uważacie je za przynoszące zyski w dzisiejszym metalowym przemyśle muzy cznym? Platformy streamingowe to główne narzędzie dla artystów, pozwalające ich muzyce zostać usłyszaną i konsumowaną. Ale niestety rzadko generuje zyski dla zespołów. Te wielkie dostają płatności za streaming, ale są dalekie od sprawiedliwego wynagrodzenia dla muzyków, nie tylko tych największych. Szczerze, "wszystko, co możesz zjeść" to nic innego jak model biznesowy, w którym konsumenci zostali nauczeni, że otrzymują wszystko za niewielką opłatą. Cały przemysł muzyczny się z tym zmaga. Ale tak to dzisiaj wygląda i musimy nauczyć się z tym żyć, tak jak inni. Jednocześnie mając nadzieję, że jak najwięcej ludzi dokopie się do naszej muzyki i znajdzie ulubione kawałki do streamowania. Twierdzicie, że nie podążacie za muzyczny mi trendami. I faktycznie, wydaliście bardzo dobry thrashowy album w 2021, w którym to raczej NWOTHM ma swoje odrodzenie, a nie thrash. Oczywiście, wciąż powstają nowe zespoły grające ten gatunek oraz jego fani. Macie dla nich rady, co zrobić, by pozostali w tym prawdziwi? Naszym postanowieniem od samego początku było, by nie zakładać zespołu grającego metalowe covery, lecz od startu tworzyć własne

kompozycje. Być może numery Metalliki, które grały inne zespoły w naszym otoczeniu i tak były dla nas zbyt trudne, ale dzięki temu poszliśmy własną ścieżką. Przynajmniej nie utknęliśmy z patentami podebranymi z piosenek innych kapel. Mimo to zdarzyło nam się grać punkowe covery, a także inne gatunki, co akurat miało pozytywny wpływ na nasz crossoverowy styl. Moją radą jest więc: piszcie własny materiał! Zaczynaliście jako młody, nie do końca poważny zespół z płytą "Attack Against Gnomes", gdzie mimo to również znalazły się świetne kompozycje, macie też bardziej bru talne i surowe, jak na "Parasites in Paradise" z tekstami z przesłaniem, a dziś, z nowym albumem, jesteście kompletnym, doświadczonym zespołem. Patrząc wstecz na waszą dyskografię, z której płyty lub ery jesteście najbardziej dumni? Każda z nich była swojego czasu naszym ukochanym dzieckiem. Pierwsza była wyjątkowym doświadczeniem dla młodych kolesi, którzy właśnie podpisali kontrakt z Poko Records, swojego czasu wielką wytwórnią w Finlandii i trafili to studio na najwyższym poziomie z topowym producentem T.T. Oksalą (świętej pamięci). Nasze najnowsze dziecko, "Reveal the Ravage" jest dla nas dowodem, że nie istnieją żadne ograniczenia, gdy jesteś zdecydowany, wierzysz w siebie i ludzi w swoim otoczeniu. Po tym, jak zdecydowaliśmy, że robimy tę płytę, wszystko udało nam się w 100% i nic nas nie powstrzymało przed jej skończeniem. Jesteśmy bardzo dumni z rezultatów. Ludzie i fani później zdecydują, czy im się to podoba. Jakie są wasze główne cele na przyszłość? Wiem, że to prawdopodobnie koncertowanie, bo wydaje się, że uchwycenie klimatu grania na żywo jest dla was bardzo ważne. Tak, naszym największym celem jest zagranie tylu koncertów i tras ile się da w 2022. Mieliśmy już okazję zagrać 14 sierpnia na Speed Metal Party, który jest naszym tradycyjnym eventem metalowym w Tampere w Finlandii organizowanym od 1988. Jednym z tych, gdzie swego czasu ugruntowaliśmy swoją pozycję w metalowym undrgroundzie. Teraz czujemy, że jesteśmy w lepszej kondycji niż kiedykolwiek wcześniej i jeszcze bardziej zmotywowani, by wejść na sceny przed wszystkimi szalonymi fanami metalu. Gotowi? Hell yeah! Iga Gromska

PRESTIGE

55


Przestrzeń do realizacji Tester Gier doczekał się kolejnego albumu. "Wielkie kontrakty, duże wytwórnie..." to kawał świetnego metalu, gdzie typowe dla tej formacji thrash i crossover bardzo zyskały dzięki mniej oczywistym odniesieniom. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że koncertowa promocja tego materiału odbędzie się bez przeszkód, bo scena to dla Testerów środowisko naturalne, co w przeszłości udowadniali wielokrotnie. HMP: Dobrą stroną kolejnych lockdownów było to, że mieliśmy nieco więcej wolnego czasu, mogliście więc nie tylko pograć w to i owo, ale też dokończyć materiał na trzeci album? Stafar: Lockdown pokazał nam życie zupełnie z innej strony. Granie było zablokowane, więc musieliśmy się odnaleźć jakoś inaczej w tym świecie. Odkąd ukończyłem 17 lat bez przerwy gram koncerty, i przerywanie ich było dla mnie mocno nienaturalne. Ale wydaje mi się, że ten odpoczynek był nam w pewnym sensie potrzebny i wyciągnęliśmy z niego sporo. No i tak jak napisałeś, było więcej czasu żeby dokończyć materiał na spokojnie. Na

zajawek, którą jarałem się od dzieciaka poza graniem to filmowanie, więc zacząłem zabawę z tematem. A najczęściej grałem w bębny i podbijałem levele w obciążeniu na siłce. (śmiech) Jakie gry i płyty zrobiły ostatnio na was największe wrażenie - tak duże, że moglibyś cie polecić je osobom czytającym tę roz mowę? Stafar: Największe wrażenie w ostatnim czasie zrobiło na mnie GTA Vice City. Jeśli chodzi o płyty także jestem mocno do tyłu z nowościami. Ostatnio byłem przez moją kobietę zmuszony do słuchania Tatu "200 po wstrie-

Foto: Tester Gier

końcu oczywiście jak zawsze była gonitwa, no ale to już jest chyba nieuniknione. Jeśli chodzi o granie w to i owo... Jedyne, w co grałem naprawdę namiętnie przez ten czas. to triathlon. (śmiech) Dave: Hmm.. Może zacznę od ostatniej części twojego pytania i od razu sprostuję. Materiał który przygotowywaliśmy, był materiałem już na piąty długograj Testera! "Wielkie kontrakty, duże wytwórnie" to piąta, a dla niektórych nawet szósta płyta Testera - wszyscy liczymy to inaczej (śmiech). Okres pandemiczny był dosyć ciekawym i pełnym refleksji czasem dla nas wszystkich. Ja osobiście nie uważam, że był to jakkolwiek stracony czas (bo często słyszę od ludzi takie słowa). Ja wykorzystałem go najlepiej, jak tylko mogłem. Poza pisaniem materiału na nową płytę, skończyłem również swój deathgrindowy album i zrobiłem kilka innych zajawek! Jedną z

56

TESTER GIER

cznoj". Dwadzieścia lat temu uważałem to za totalny syf. A teraz weszło jak złoto, i mówię całkiem poważnie! Dave: Jeśli chodzi o muzykę to na pewno rozjebały mnie ostanie płyty Cytotoxin, Cattle Decapitation i Benighted, to są kurwa tak solidne albumy, że nie mam pytań. Z klimatów mniej metalowych to na pewno Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi i ich "Berliner Vulkan", no nie potrafię przestać tego słuchać, serio sztos! No i Kizo "Posejdon" długo gościł w moim samochodzie (śmiech). Poważnie! Z gier to na pewno Max Payne 3 i GTA V, pograłbym w Assassin Creed Valhalla, ale kurwa nie mam czasu. (śmiech) Było to więc tylko kwestią czasu, że ta płyta powstanie, musieliście tylko trochę się sprężyć, by wszystko dopiąć i zarejestrować? Stafar: Sporo materiału było już gotowe. Nie

sprężaliśmy się zbyt mocno na etapie nagrywania. Gonitwa zaczęła się dopiero przy samym końcu, jak już wcześniej wspomniałem. Dave: Tak większość tekstów już było przed pandemią, no i przed splitem z Drown My Day. Przed nagrywkami wprowadziliśmy po prostu kilka drobnych zmian w tekstach, by były bardziej aktualne. Jednym z problemów, które spowodowały lekką gonitwę z zarejestrowaniem płyty, były moje dosyć poważne problemy z głosem. Przy pierwszej sesji zdarłem się totalnie, tak jak nigdy wcześniej. Pierwszy raz mi się coś takiego zdarzyło, to wyłączyło mnie z gry na dobrych kilka miesięcy. Był to dla mnie dosyć ciężki czas, bo po raz pierwszy w życiu bałem się o swój wokal. Jednak opisałem swoją sytuację na grupie wokalnej i od razu polecono mi panią foniatrę z centrum Katowic. Bezzwłocznie umówiłem się na wizytę, okazało się, że nie jest tak źle jak myślałem, lecz pewne moje dolegliwości z którymi zmagam się na co dzień, miały na to duży wpływ. Po kilkumiesięcznej kuracji różnymi specyfikami i po kilku wizytach lekarskich, wróciłem do formy. Dziś inaczej dbam o swój głos i sporo mnie ta całą sytuacja nauczyła! Polecam dbać o swój instrument, głos to nie pałeczka czy struna w gitarze, jest tylko jeden! Wcześniej deklarowaliście, że nie jesteście muzykami, występowaliście też przeciwko przeglądom muzycznym, a tu proszę, jednak marzą się wam wielkie kontrakty i duże wytwórnie? (śmiech) Stafar: Pierwszym hasłem tego zespołu było "Gramy metal dla pieniędzy!", więc wielki kontrakt z dużą wytwórnią był tylko kwestią czasu. A tak serio, no to nie można wszystkiego co mówimy i piszemy traktować tak całkiem serio. Dave: No raczej! (śmiech) Wasze poczucie humoru dało też o sobie znać na okładce "Wielkich kontraktów, dużych wytwórni...", bo gabinet widniejącego na niej fonograficznego rekina zdobią wasze złote płyty. Żarty żartami, ale czy nie byłoby fajnie sprzedać 15-tysięcznego nakładu? Stafar: Oczywiście że byłoby fajnie, jednak grając tak niszową muzykę nie jest to raczej możliwe. Crossover nie był popularny jakoś szczególnie na świecie, a co dopiero w samej Polsce. I nie mam tutaj do nikogo ani do niczego żalu, taki jest po prostu stan rzeczy. Dave: Byłoby bardzo zajebiście sprzedać taki nakład. Lecz niestety znamy realia. Ale myślę, że pomimo wszystko ładnie to wygląda na okładce. (śmiech) Chłopaki z Night Mistress znaleźli na to sposób; idąc w ich ślady musielibyście tylko zmienić nazwę, bo ja wiem, na Game's Tester i jednak zacząć pisać po angielsku, mimo popełnionego wcześniej "Speak Polish Or Die" i kto wie, może poszłaby za tym zagraniczna kariera? (śmiech) Stafar: Szczerze mówiąc na ten moment nie wykluczam tego, że kiedyś nagramy album po angielsku. Miałbym na to zajawkę. Może nam wystarczy na to czasu i energii. Problem jest raczej w tym, że myślę po polsku, więc pisanie tekstów w języku angielskim wydaje mi się jakieś mocno naciągane i nienaturalne. Natomiast jeśli chodzi o karierę... Wydaje mi się, że jest tak duża ilość zespołów, które robią tą muzykę dobrze, że nie wiem czy byśmy się


jakkolwiek przebili. Ale zagraniczna kariera byłaby spoko. Dave: Jeśli chodzi o nagrywanie po angielsku, nie mam z tym żadnych problemów. W sumie nawet mogę podzielić się informacją, że był taki pomysł i jest tam gdzieś jeszcze z tyłu głowy na zrobienie takiej płyty. Lecz zszedł na odległy plan i myślę, że jeśli będzie chwila wolnego czasu i chęci na to, to z pewnością to zrobimy. Bo raczej nie zamierzamy się blokować, przed jakąkolwiek zajawką. A kariera za granicą? Dlaczego nie. Wolicie więc trzymać się własnego podwórka, w myśl zasady, że nie wozi się drewna do lasu, a Niemcy, Anglicy czy Amerykanie mają dość swoich kapel? Stafar: Ja ogólnie się nad tym nie zastanawiam, tylko od lat po prostu robię swoje. Nie ma tu jakiegoś większego planu, wszystko powstaje raczej na maksa spontanicznie. Dave: Tak jak wspomniałem wcześniej nie zamierzamy się blokować i ograniczać. Czy trzymamy się własnego podwórka? Hmm, na pewno jesteśmy po części od niego uzależnieni z racji na polskie teksty, aczkolwiek granie koncertów poza granicami kraju, nie jest dla nas czymś obcym i na pewno jeszcze nie raz pojedziemy w jakąś trasę, np. po Niemczech. Wciąż łoicie wysokooktanowy thrash/crossover, słychać jednak, że szukacie też nowych rozwiązań w obrębie wypracowanej przez lata formuły? Stafar: Na najnowszej płycie znalazło się wiele różnego rodzaju smaczków. Wiesz co, nigdy nie deklarowaliśmy tego że nie zmienimy stylu, wychodzę z założenia, że gdy będziemy mieli ochotę wydać album z muzyką disco to po prostu to zrobimy. (śmiech) Dave: Czy to są rozwiązania? Czy to jest tak naprawdę crossover? Wydaje nam się, że właśnie o to chodzi w tej muzie. Tak to czujemy, a dzięki temu nie musimy się ograniczać i zamykać w jednej szufladce, co jest bardzo fajne i daje ogromną przestrzeń do realizacji. Chodzi więc przede wszystkim o to, żeby proponować słuchaczom "Dobrej jakości metal", bez kategoryzowania, że to thrash, death black czy nawet tradycyjny heavy, tak jak w końcówce "Jesteśmy legionem"? Stafar: Chodzi przede wszystkim o to żeby robić to co czujemy. W naszym przypadku jednak przeważnie wychodzi z tego dobrej jakości metal. (śmiech) Prześmiewcy z was, ale akurat w tym utworze pobrzmiewają też ciut poważniejsze akcenty; do tego, też chyba nieprzypadkowo, to najdłuższy numer na płycie, trwający tyle, co trzy inne? Stafar: Szczerze to nie nazwałbym nas prześmiewcami, ale jeśli tak nas odbierasz to też nie mam z tym żadnego problemu. Tak szczerze to tekstów typu "Jesteśmy legionem"... Myślę, że nie można brać do końca na poważnie... To jest takie trochę... Z przymróżeniem oka. Nie jesteśmy Manowarem żeby wypisywać tego typu hymny całkiem na poważnie. Dave: To numer, który przede wszystkim jest pewnego rodzaju eksperymentem, na pewno nie jest to prześmiewczy numer, (śmiech) lecz każdy może mieć inne odczucia. Na pewno jest jednym z najwolniejszych numerów Testera w całej dyskografii. I w sumie ma całkiem dobre przyjęcie, jak do tej pory.

Jak wasze rodziny zareagowały na wieść, że zamierzacie poddać się klonowaniu? Entuzjazm czy przerażenie, która z tych opcji była reprezentowana częściej? (śmiech) Stafar: Ja myślę, że cały świat zyskałby na tym gdyby było dwóch Stafarów. Dave: (śmiech!) Już ostatnio w jednym z wywiadów wspominaliśmy, że to numer, który odzwierciedla nasze wewnętrzne wkurwienie. Kiedy jesteśmy w trasie, a np. w naszej okolicy gra akurat Vader i znów nie możemy pojechać - tak po prostu - na koncert i się dobrze bawić, bo my jedziemy grać koncert. W takich momentach fajnie byłoby mieć takiego klona. Deal z hip-hopową wytwórnią można określić mianem wielkiego kontraktu? Brain Dead Familia zdoła wypromować waszą płytę, dotrzeć wszędzie gdzie trzeba? Choćby sam wcześniej nigdy o niej nie słyszałem, pewnie jak większość fanów rocka czy metalu... Stafar: Myślę, że dla nas jest to duża sprawa. Dzięki Brain Dead Familia nasza muzyka dotrze w miejsca, gdzie sami nigdy nie bylibyśmy w stanie jej wpuścić. Ja myślę, że większość młodych słuchaczy o BDF-ie słyszała. W tych czasach widzę coraz mniejszy podział na: z jednej strony fani metalu i rocka w glanach i sztruksach, a w drugiej skejci ze spodniami do kolan i kapturami. Młodzi ludzie po prostu zwyczajnie chcą się bawić, i słuchają dobrych rzeczy. Na koncertach Słonia widzimy sporo "klasycznych metalowców", na naszych koncertach spotykamy sporo ludzi, którzy z muzyką metalową nie mają nic wspólnego. I to jest kurde fajne. Muzyka ma jednoczyć, a nie dzielić. Dave: Naprawdę mógłbyś się mocno zdziwić, ile aktualnie metalowców śmiga na koncerty Słonia i jak wielu z nich obserwuje jego kanały w social mediach.. Tak naprawdę czy mamy aktualnie w Polsce, tak mocną w zasięgi i chęci promowania nowych składów wytwórnię metalową, którą mógłbyś porównać do Brain Dead Familia? No bo mi jakoś nie przychodzi nikt do głowy, a przeanalizowaliśmy sporo aktualnych na "rynku". Pandemia musiała nieźle pokrzyżować wam szyki, bo byliście jednym z najbardziej akty wnych koncertowo zespołów - liczycie, że teraz zdołacie to sobie odbić przy promocji "Wielkich kontraktów, dużych wytwórni..."? Stafar: Pisaliśmy o tym w kawałku "Chaos bez granic". Pandemia totalnie nas zaskoczyła, i musieliśmy się odnaleźć w całkiem nowych, nienaturalnych dla nas czasach. Ten rok na pewno już nie będzie koncertowo obfity, bo już pomału kończymy rok 2021, natomiast od nowego roku na pewno trochę grania się urodzi. Liczę na to, że rok 2022 będzie pod tym względem dużo lepszy. Dave: Jeśli, żadna czwarta fala nam nie przeszkodzi to na rok 2022 planujemy ruszyć z konkretną promocją płyty "Wielkie kontrakty, duże wytwórnie". Tester Gier jest chyba zresztą zespołem stricte koncertowym i wolicie występy przed publicznością od przesiadywania w studio? Stafar: Koncerty to dla nas paliwo. Bez energii scenicznej i kontaktu z ludźmi totalnie tracę zajawkę by to robić. Granie na żywo jest mocno potrzebne, ale osobiście lubię wgrywać nowe rzeczy. I jedno i drugie wydaje mi się, że jest fundamentem tej kapeli. Zagraliśmy setki

koncertów, dyskografia kapeli też jest dosyć gęsta, nie było zbyt wielu przestojów w nagrywaniu. Gdy nie było nagrywania długograjów zawsze wjechała jakaś składanka czy singiel, coś się zawsze działo, coś zawsze tworzymy. Od czasu wydania "Wielkie kontrakty, duże wytwórnie" już zdążyliśmy nagrać kawałek na pewną składankę, w tym momencie nie zdradzę jaką. Dave: Taaak, zdecydowanie Tester to kapela, która potrzebuje koncertów... Przyznam, że sam bez koncertów nie potrafię żyć... To dodaje ogromnej, nie do opisania energii, dzięki której masz ochotę dalej działać, nie tylko na podłożu muzycznym, lecz w każdym aspekcie życiowym. Lecz uwielbiamy również przesiadywać w studio i robić nowe rzeczy, tym również się ładujemy i daje nam to mnóstwo satysfakcji. Każdy z nas to głowa pełna pomysłów i różnych wizji poszczególnych numerów. Często jest tak, że ze Stafarem obydwaj mamy całkiem inną wizję na dany numer, co czasami doprowadza nas do szewskiej pasji, a czasem do śmiechu i płaczu... (śmiech). Wydaje mi się, że lubimy razem pracować w studio! Od razu nasuwa się więc pytanie dlaczego nie spróbowaliście nagrać i wydać któregoś z waszych koncertów, nawet jeśli miałby to być tylko oficjalny bootleg - może dobrą okazją do powiększenia w ten sposób dysko grafii Testera będzie 10-lecie zespołu w przyszłym roku? Stafar: Osobiście nie przepadam za słuchaniem lajwów. Szkoda mi na to energii, zdecydowanie wolę tworzyć nowy, świeży materiał. Tak jak zauważyłeś, w przyszłym roku Tester Gier będzie miał już dziesięć lat. Myślę, że z tej okazji będzie trzeba wymyślić coś super. Jednak wątpię, że będzie to płyta na żywo. Dave: Mieliśmy z Leonem taki pomysł, na wydanie jakiegoś lajwa i może go kiedyś zrealizujemy. Lecz na razie nie zastanawiamy się nad tym. Co do 10-lecia, z pewnością będzie dobra zabawa, to mogę zagwarantować już dziś, co więcej to z pewnością się okaże! Na koniec chciałem dodać, że mamy nowy sklep internetowy, gdzie można w wygodny sposób nas wesprzeć i zamówić trochę merchu. Info na naszych socialach! Pozdrawiam i dzięki za wywiad! Wojciech Chamryk

TESTER GIER

57


Ile tylko się da! Granica między thrashem a death metalem często bywa dość wąska. Jest jednak spora grupa kapel, która sobie na tej granicy swobodnie balansuje. Jednym z przedstawicieli młodego pokolenia bandów poruszających się w tej estetyce jest pochodzący ze stanu Wisconsin Toxic Ruin. Z poniższego wywiadu dowiemy się m.in., że stwór z okładki ich najnowszego krążka "Nightmare Eclipse" nie jest tym, czym by się wydawało oraz co z ich nowym wydawnictwem ma wspólnego pewna kanapka serwowana w lokalnym barze. HMP: Siemanko! W tym roku na rynek trafił Wasz drugi pełny album zatytułowany "Nightmare Eclipse". Jakie są Wasze wrażenia z procesu tworzenia tego materiału? Dave Miller: Witaj! Tworzenie tych utworów zaczęliśmy jeszcze przed ukazaniem się EP "Mortal Insolence" z 2018 roku. Mieliśmy na koncie sporą kolekcję riffów, ale nie bardzo umieliśmy je złożyć do kupy, więc po prostu tworzyliśmy dalej. Kiedy dopasowaliśmy do siebie wszystkie elementy i mieliśmy gotową warstwę muzyczną, Stephen napisał teksty i zajął się kwestią wokali. Struktura naszej pracy podczas komponowania nie należy do zbyt

gram na gitarze, zawsze patrzyłem z podziwem na gitarzystów stawiających technikę na pierwszym miejscu. Zwłaszcza ich umiejętność do opanowania skomplikowanych struktur, wytrzymałość na szybkie i długie granie oraz mistrzowską wręcz umiejętność tworzenia wspaniałych kompozycji. To pomogło mi zrozumieć i docenić takie gatunki jak techniczny death metal. Przypuszczam więc, że to, co słychać na "Nightmare Eclipse" jest bardziej skutkiem naturalnej ewolucji naszego muzycznego kierunku niż efektem jakichś głębszych przemyśleń. Nie musisz jednak się tym martwić. Pamiętamy, że naszymi korzeniami

Foto: Toxic Ruin

58

skomplikowanych. Po prostu próbujemy tworzyć taką muzykę, jakiej sami byśmy chcieli słuchać.

jest thrash, i na każdej kolejnej płycie będziemy starali się zawrzeć tyle elementów tego gatunku, ile tylko się da!

Moje ogólne wrażenie jest takie, że tym razem wasze utwory są nieco cięższe w porów naniu z tym, co możemy usłyszeć na EP "Mortal Insolence" czy na Waszym debiucie "Suterranean Terror". Momentami zdecydowanie bliżej Wam do death metalu niż thrashu. To jakaś przemyślana koncepcja czy efekt naturalnej ewolucji Waszego stylu? Jake Baneck: Myślę, że to kwestia obu podejść, o których wspominasz. Ja i Dave (Miller perkusja - przyp. red.) od lat jesteśmy fanami death metalu. Zwłaszcza jego technicznej wersji. Z kolei Stephen (Behrendt - bas i wokal przyp. red) i Blake (Toltzmann - gitara, dop. red.) bardziej skłaniają się w stronę thrashu i klasycznego heavy metalu. Od kiedy tylko

"Nightmare Eclipse" to Wasza pierwsza płyta wydana przez wytwórnię płytową. Wszystkie poprzednie wydawnictwa syg nowane Waszą nazwą realizowaliście własnym sumptem. Jak te zmiany wpłynęły na funkcjonowanie zespołu? Stephen Behrendt: Wiele rzeczy się zmieniło. Zdecydowanie mamy teraz mniej na głowie i o mniej rzeczy związanych z naszą działalnością musimy się martwić. Organizowane całej promocji albumu spoczywa obecnie na głowie ludzi z wytwórni. Nie musimy zaprzątać sobie głowy PRem i innymi tego typu duperelami. Jedyne co ciągle jest wśród naszych obowiązków, to obsługa naszych profili w social mediach. To akurat chcemy mieć pod

TOXIC RUIN

kontrolą. Ogólnie rzecz biorąc, współpraca z M-Theory Audio bardzo nam się podoba i mam nadzieję, że będziemy ją kontynuować. Słuchając "Nightmare Eclipse" oraz pozos tałych Waszych wydawnictw odnoszę wrażenie, że Wasi gitarzyści pod względem wyszkolenia technicznego są wręcz perfekcyjni. Ile czasu poświęciliście na naukę gry na instrumencie. Macie jakieś rady dla dzieciaków, które dopiero zaczynają swą przygodę z gitarą? Blake Toltzmann: (śmiech) Z tą perfekcją to ja bym nie przesadzał, ale dzięki za komplement. Zawsze miło jest usłyszeć takie słowa. Moja przygoda z grą na gitarze zaczęła się, gdy miałem 15-16 lat. Jestem całkowitym samoukiem. Zaczynałem całkowicie od zera i sam doszedłem do miejsca, w którym obecnie jestem. Obserwowanie tego procesu i drogi, którą przeszedłem, jest dla mnie bardzo budujące. Jeżeli zaś miałbym dać jakieś rady ludziom, którzy chcą uczyć się grać, to przede wszystkim jak najwięcej ćwiczyć. Jeżeli masz okazję iść do szkoły muzycznej, to nie zastanawiaj się ani przez chwilę tylko to zrób. Do dziś żałuję, że ja tego nie zrobiłem, ale złożyło się na ten fakt wiele różnych czynników. Myślę, że gdybym się na taki krok zdecydował, moje umiejętności byłyby dziś na znacznie wyższym poziomie. Należy też pamiętać, że nauka nie zawsze należy do rzeczy przyjemnych. Wręcz przeciwnie, są momenty, że bywa naprawdę frustrująca. Na szczęście to nie jest stan permanentny. Ćwicz jak najwięcej, ucz się nowych rzeczy i baw się przy tym dobrze. Jake Baneck: Ja gram od piętnastu lat, natomiast od ośmiu traktuję nieco bardziej poważnie, niż wcześniej. Myślę, że jeśli chodzi o rady, to Blake już powiedział wszystko, co w tej kwestii jest naprawdę istotne. Od siebie mogę dodać jeszcze, żeby ćwiczyć z metronomem. W nauce nie warto przyśpieszać pewnych procesów. Trzeba się przyzwyczaić, że zajmie trochę czasu zanim dobrze opanujesz technikę gry na instrumencie. Pamiętaj, że cierpliwość popłaca. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki buduje cie napięcie w "Untill Everything Is Gone". Skąd pomysł na ten motyw? Dave Miller: W tym kawałku nie wymyśliliśmy koła na nowo i mamy tego pełną świadomość. W sumie podobne patenty stosowaliśmy już w przeszłości. Inspiracją do tego typu motywów była dla nas twórczość zespołu Morbid Saint. Jeśli jednak chodzi konkretnie o "Until Everything Is Gone" pomyśleliśmy, że ten riff w partii przejściowej brzmiał szczególnie wariacko, zarówno w wolnym, jak i szybkim tempie. Zatem wykorzystaliśmy go w obu wersjach (śmiech). Kolejny interesujący moment to "It of the Horrid Storm". Jake Baneck: Jak już mówiliśmy na początku rozmowy, album ten powstał z kolekcji riffów, którą żeśmy zbierali przez pewien czas. Proces selekcji tych wątków i dobierania ich w taki sposób, by do siebie idealnie pasowały, przypominał epicką podróż. W wypadku wspomnianego utworu bardziej postawiliśmy na spontaniczność niż kalkulacje. Tytuł kawałka to zaś inna dość zabawna historia. Otóż pewnego dnia graliśmy koncert w jednym z naszych ulubionych klubów w Geen Bay w sta-


nie Wisconsin. Poza koncertami to miejsce na co dzień funkcjonuje jako bar. Mają tam w menu kanapkę, która nazywa się właśnie "It of the Horrid Storm". Spodobała nam się ta nazwa, postanowiliśmy ją więc ukraść i wykorzystać jako tytuł jednego z naszych kawałków (śmiech). Pomówmy może o warstwie lirycznej albu mu. Czy tworząc "Nightmare Eclipse", staraliście się nadać Waszym tekstom jakieś spójne, jednoznaczne znaczenie? Stephen Behrendt: Teksty zawarte na tym albumie nie mają jakiegoś konkretnego przesłania. Lubię zostawiać słuchaczowi pole do swobodnej interpretacji tego, co piszę. Zapewne każdy w tych lirykach doszuka się czegoś innego. W zależności od doświadczenia życiowego i sposobu patrzenia na świat.

jednak z drugiej strony na każdej z nich zachowywali ten swój charakterystyczny, bardzo unikalny i łatwo rozpoznawalny styl. Myślę, że gdyby nie Chuck i jego kapela, nie brzmielibyśmy dziś tak, jak brzmimy. Stephen, czy ciężko było Ci przejąć rolę wokalisty po tym, jak Wasze szeregi opuścił Wasz dawny gardłowy Chubzy McDuff. Stephen Behrendt: Szczerze mówiąc, było cholernie ciężko. Tyler (Chubz) wypluwał słowa w bardzo charakterystyczny sposób i uczenie się jego patentów było dla mnie męczarnią. Jeśli zaś chodzi o nowe numery, to dostosowałem swój wokal do naszego nowego stylu.

Dave Miller: Pod nazwą Ruin zarejestrowaliśmy jeden materiał demo, na którym było pięć lub sześć utworów. Był on rozprowadzany lokalnie, głównie podczas naszych koncertów. Jeżeli chcesz dowodów na istnienie tej demówki, możesz poszukać naszych internetowych wywiadów z tamtych czasów. Kilka z nich się w sieci zachowało. Na pewno nie będziemy tego wznawiać. Nie ma to większego sensu. Z perspektywy czasu postrzegam Ruin jako swoje pierwsze kroki w muzycznym świecie podjęte w okresie późno nastoletnim. Kawałki, które znalazły się na wspomnianym demo, były dalekie od doskonałości, ale lokalną pozycję nam wyrobiły.

Wielu muzyków twierdzi, że pogodzenie ze sobą śpiewania i grania na basie to dość ciężki kawałek chleba. Z drugiej zaś strony śpie-

Rok 2022 zbliża się nieubłaganie. Macie jakieś plany z nim związane? Blake Toltzmann: Zamierzam w końcu wziąć

Na albumie możemy usłyszeć trójkę gości (gitarzyści Glen Drover, Derek De Bruin i Nick Veyers). Skąd w ogóle pomysł tej współpracy? Stephen Behrendt: Wiesz, nasi gitarzyści chcieliby upchnąć średnio milion solówek w jednym utworze (śmiech). Pomyśleliśmy, że skoro mamy takie bogate pole do popisu, to czemu by nie zaprosić do udziału w nagraniach naszych dobrych kumpli. Ojciec Blake'a natomiast zasugerował nam Glena Drovera. Zapytał, czy nie mógłby zagrać nam paru solówek. Oczywiście wszyscy zgodziliśmy się na to bez żadnych zastrzeżeń. Ta postać z okładki wygląda jak Mothman z miejscowości Point Pleasant, bohater popularnej wśród miłośników zjawisk paranormalnych wielkomiejskiej legendy. Wierzycie w prawdziwość tej historii? Dave Miller: Nie. To akurat nie jest Mothman z Point Pleasant (śmiech). Chociaż przyznam, że nie jesteś pierwszą osobą, która ma takie skojarzenia. Ten stwór jest zainspirowany lubianą bardzo przez Stephana serią Anime. Jednak historia Mothmana nie jest dla mnie anonimowa, gdyż oglądałem kilka filmów dokumentalnych poświęconych tej legendzie. Czy w nią wierzę? Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym głębiej. Traktuję to raczej jako ciekawostkę. Nie zmienia to faktu, że cała ta historia jest dość przerażająca. Kto jest zatem autorem tej grafiki? Wasz teledysk do utworu "Defiler" jest utrzymany w bardzo podobnym tonie, przypuszczam zatem, że maczała w nim palce ta sama osoba. Stephen Behrendt: Nie do końca. Grafikę na okładkę stworzył Mark Richards z Heavyhand Illustrations. Faktycznie masz rację, że teledysk ten jest utrzymany w bardzo podobnym stylu, jednak jego twórcą jest Karl Dahmer z Dahmer Art. Na wspomnianej już wcześniej EP "Mortal Insolance" znalazł się cover utworu grupy Death, mianowicie "Crystal Mountain". Inspiracje twórczością Chucka Schuldinera są w Waszej muzyce ewidentnie słyszalne. Zwłaszcza na "Nightmare Eclipse". Dave Miller: O tak! Chuck miał na mnie przeogromny wpływ jako muzyka i zawsze pozostanie jedną z ważniejszych inspiracji. To, co grał zespół Death, ma przeogromny wpływ na to, w jaki sposób tworzymy dziś swoje riffy. Co prawda Death był grupą, która nigdy nie nagrała dwóch takich samych płyt,

Foto: Toxic Ruin

wających basistów nie brakuje. Jak to widzisz ze swojej perspektywy? Stephen Behrendt: Na pewno nigdy nie stwierdzę, że jest to banalnie prosta sprawa (śmiech). Jednak wszystkiego da się nauczyć, jeśli się tylko tego chce i ma się do tego odpowiednie podejście. Nie jestem żadnym Geddym Lee, ale jakoś daję sobie z tym radę. Wlaściwie, to czemu Chubz opuścił kapelę? Nie rozważaliście znalezienia kogoś na jego miejsce? Jake Baneck: Niestety, zauważyliśmy wszyscy, że Chubz nie jest zainteresowany rozwijaniem się jako wokalista, ani w ogóle rozwojem całej formacji. Zaczął coraz częściej znajdować sobie wymówki, żeby nie pojawiać się na próbach, czasami miało to miejsce kilka razy z rzędu. Co do kwestii szukania jego następcy, to Stephen robił wcześniej dla nas chórki oraz pracował nad swym wokalem, by ten był jeszcze bardziej agresywny. Co ciekawe, jego wrzaski doskonale pasowały do stylistyki, w kierunku której zamierzaliśmy się kierować. Zatem przejęcie funkcji wokalisty przez Stephana było krokiem poniekąd naturalnym.

dupę do roboty i stworzyć masę wspaniałych riffów, z których w swoim czasie stworzymy nowe utwory. Poza tym chcę cały czas rozwijać szkice kawałków, które już mamy. Wiele z nich powstało podczas okresu pandemii. Myślę, że wykorzystaliśmy ten czas w pełni i będziemy kontynuować tempo, który zyskaliśmy podczas tamtego przestoju, aby dalej tworzyć naszą zwariowaną muzykę. Dave Miller: Ponadto na rok 2022 mamy zaplanowanych kilka mini-tras koncertowych. W odpowiednim momencie ogłosimy je w naszych mediach społecznościowych, także polecam zaglądać tam często, żeby nic Wam nie umknęło. Niestety na chwilę obecną nasza wizyta w Europie z różnych względów nie wchodzi w grę. Mam jednak nadzieję, że kiedyś ten piękny dzień nastanie i odwiedzimy naszych miłośników na Starym Kontynencie. Bartek Kuczak

W latach 2010-2014 występowaliście pod nazwą Ruin. Zostawiliście po sobie jakieś nagrania z tamtego okresu?

TOXIC RUIN

59


Nie tylko pies to usłyszy Feanor to true metalowy zespół dowodzony przez Argentyńczyka Gustavo Acosta. Udzielają się w nim znakomici goście z różnych stron świata, ale o klasie Feanor najlepiej świadczy genialny sequel Manowar "The Triumph Of Steel" (1992) w postaci LP "Power Of The Chosen One" (2021). Album ten został obszernie przedstawiony w HMP 79 (wywiad str. 30-34, recenzja z oceną 6/6, str. 202). Niniejsza rozmowa jest kontynuacją tego samego tematu, ale uzupełnioną o wątek wydanego pod koniec września 2021 singla / EP "Boundless I Am Free". W jednym utworze zaśpiewał tam gościnnie Eric Marullo (syn Erica Adamsa z Manowar) a w alternatywnej wersji kawałka tytułowego na skrzypcach oraz na klasycznych instrumentach strunowych zagrała Diana Boncheva Kirilova (popularna we Wschodniej Azji skrzypaczka bułgarskiego pochodzenia). Lider Feanor rozpoczął spotkanie, ponieważ jako jedyny widział się już wcześniej z wszystkimi zgromadzonymi osobami. "Dzień dobry. Diana Boncheva Kirilova mieszka w Korei Południowej, więc dla niej już dobry wieczór (godzina 22). Jest z nami również Eric Marullo z Nowego Jorku, na co dzień śpiewający w Level VII. Mnie już wszyscy znacie - Gus".

na 2022 rok. W międzyczasie, starając się utrzymać świeży kontakt z fanami, zaproponowaliśmy EP "Boundless I Am Free". Myślę, że jest to fajna odpowiedź na brak koncertów. Zwłaszcza, że dysponowaliśmy (w archiwum zespołu) wieloma świetnymi kawałkami. To nie są nowe kompozycje, napisaliśmy je nieco dawniej, natomiast goście, tacy jak Diana i Eric, dodatkowo je uatrakcyjniają.

HMP: Rok 2021 wydaje się spektakularny i przełomowy dla Feanor. Najpierw ukazało się LP "Power Of The Chosen One" a teraz EP "Boundless I Am Free". Czy czujesz, Gus, że obecnie Twój zespół najpełniej realizuje swój kreatywny potencjał?

W jakich okolicznościach spotkałeś Dianę po raz pierwszy? Gustavo "Gus" Acosta: Pozwolę, że Diana odpowie na to pytanie.

Gustavo "Gus" Acosta: Nie do końca. To, co dzieje się w tej chwili, stanowi efekt pracy przez długi okres czasu. Nasze nagrania nie powstają z dnia na dzień. Zazwyczaj po wydaniu albumu zespół jedzie w trasę koncertową. Znajdujemy się jednak w wyjątkowych, trudnych okolicznościach, uniemożliwiających granie na żywo po Ameryce Południowej czy też po Europie. Organizując gig, chcielibyśmy w pełni wykorzystać możliwości sal koncertowych. Nie widzę takiej opcji, żebyśmy ograniczali frekwencję do np. 50%. Wobec tego, po wydaniu w kwietniu 2021 LP "Power Of The Chosen One" zastanawialiśmy się, czym moglibyśmy zająć się w następnej kolejności. Uznaliśmy, że nie będziemy czekać zbyt długo z kolejnym albumem i zaplanowaliśmy go

Diana Boncheva Kirilova: Nie spotkaliśmy się osobiście. Gus odezwał się do mnie za pośrednictwem mediów społecznościowych. Przez jakiś czas byliśmy znajomymi na kilku platformach społecznościowych, dlatego że osobiście podobała mi się muzyka Feanor i czułam się ich fanką na długo przed nawiązaniem współpracy. Podejrzewam, że Gus znał również moją muzykę (Gus kiwa twierdząco głową - przyp.red.). Napisał mi, że ma pomysł na nagranie czegoś wspólnie. Oczywiście, ucieszyła mnie ta propozycja. Nie sądziłam, że taka fajna heavy metalowa kapela chciałaby ze mną grać. Wspaniała sprawa. Zgodziłam się. Na początku przymierzaliśmy się do rejestracji zupełnie innego utworu. Dyskutowaliśmy o tym, że pewnego dnia ludzie

Foto: Feanor

60

FEANOR

usłyszą efekty na następnym LP. Gus wyszedł jednak z szalonym (tutaj Gus uśmiecha się przyjaźnie na dźwięk słowa "crazy" - przyp. red.) pomysłem na dodanie mojej partii na EP, które wydawało się już ukończone. Zastanawiał się, jak moglibyśmy to ugryźć. Odpowiedziałam, żebyśmy nagrali cokolwiek, choćby miało trwać bardzo krótko. Gus zwrócił się z tym do Massacre Records, od których dowiedział się, że z logistycznego punktu widzenia pozostało nam jeszcze kilka dni. Opracowaliśmy alternatywną wersję utworu tytułowego. Potoczyło się to w błyskawicznym tempie, ale teraz rozwijamy wspólnie inne kompozycje. Efekt wyszedł wybornie. Właściwa wersja kawałka "Boundless I Am Free" rozpoczyna się partią pianina, a więc też od nietypowego instrumentu dla heavy metalu. Czy chciałabyś dodać jeszcze coś na temat swojego klasycznego podejścia do tego utworu? Diana Boncheva Kirilova: Pianino było już nagrane, zanim dołączyłam. Gus nie miał wiele czasu, poprosił mnie o wymyślenie na szybko czegoś, co by pasowało. Stworzyłam więc coś, co wydawało mi się dobrze brzmieć. Gustavo "Gus" Acosta: Podobało mi się, że gdy odezwałem się do Diany, ona nie tylko wyraziła chęć, ale też przystąpiła natychmiast do pracy. Po jej stronie była wówczas noc może pierwsza albo druga godzina. A ona już grała: takie podejście, inne, pytała mnie o opinię. Następnego dnia weszła do koreańskiego studio. Widziałem, jak bardzo jej zależało. Włożyła w to mnóstwo serca. Jej postawa była dla mnie wręcz ważniejsza od brzmienia jej wersji. Przepraszam, że przerwałem Ci wypowiedź, Diana, ale czułem, że naprawdę muszę to powiedzieć. Diana Boncheva Kirilova: Dziękuję, że to powiedziałeś. Gus może liczyć, że jeśli mi coś prześle, to będę nad tym sumiennie pracować, dopóki on uzna, że wyszło dość dobrze. Powracając do pytania, moja partia skrzypiec odpowiadała już gotowej melodii. Jaka jest Twoja opinia, Diana, na temat LP "Power Of The Chosen One"? Podoba Ci się? Diana Boncheva Kirilova: Tak, oczywiście. Bardzo często słucham tego albumu, a poznałam go wcześniej niż Gus się do mnie odezwał. Zajmuje on jedno z czołowych miejsc na playliście w moim telefonie. Doceniam zawartą na nim moc. Szczerze wierzę w coraz lepszą przyszłość Feanor. Widać rozwój na "Power Of The Chosen One" w stosunku do wcześniejszych płyt. Następne, nagrywane już ze mną, będą jeszcze bardziej udane.


Eric, chciałbym poznać również Twoje zdanie o LP "Power Of The Chosen One". Eric Marullo: Myśmy z Gusem też poznali się on-line. Śledzę poczynania Feanor i słucham tej muzyki. Na "Power Of The Chosen One" zagrał David "The Shred Demon" Shankle (gitarzysta Manowar na "The Thiumph Of Steel" - przyp. red.). Podoba mi się ten album. Nie widziałem, jak wyglądał udział Davida od środka, ale jestem fanem. Jak tylko rozpoczęliśmy rozmawiać z Gusem o współpracy, od razu czułem, że jak najbardziej chcę być w to zaangażowany. Sprawiło mi to wiele frajdy. Zaśpiewałeś utwór Feanor "I Have A Fever". Wydaje mi się, że byłoby dziwne, gdybyś zaśpiewał numer tytułowy, biorąc pod uwagę, że Eric Adams śpiewał "Father" a "Boundless I Am Free" też odnosi się do relacji z ojcem. Oznaczałoby to, że Eric Adams śpiewał o swoim ojcu, a teraz Ty śpiewałbyś o Ericu Adamsie. Powstałby taki pokoleniowy łańcuszek. Tymczasem, Gus, napisałeś to konkretnie ku pamięci Twojego ojca. Czy nie próbowałeś więc zaśpiewać tego sam? Gustavo "Gus" Acosta: Mój ojciec był stuprocentowym ateistą. Nie wierzył w Boga i nie chciał słyszeć o żadnych religiach. Niemniej, ja wychowywałem się w środowisku katolickim. Miałem po prostu własne poglądy na świat. Obracałem się też wśród ludzi o innych wyznaniach. Rozumiem, że nie ma w zasadzie znaczenia, z czym kto się identyfikuje. Można wierzyć w byt potężniejszy od ludzi lub też nie, można go nazywać jakkolwiek chcemy. Myślałem o własnym ojcu, który nie wierzył w nic takiego. W ostatnich jego chwilach, gdy żegnał się z życiem w szpitalu, popatrzyłem mu prosto w oczy i spróbowałem sprawdzić, co w nich tkwi. Trudno wyrazić mi słowami

tak osobiste doświadczenie. Wróciłem do domu i napisałem główną melodię oraz refren na pianinie. Potrafię grać na tym instrumencie, ale na pewno nie jestem żadnym klasycznie szkolonym pianistą. Poprosiłem przyjaciółkę z Europy, która ma odpowiednie kwalifikacje, aby nagrała odpowiednią partię na pianinie. Nie uważam siebie też za wokalistę. Potrafię stworzyć melodię, refren i liryki, ale nie mam takich możliwości, żeby samemu porządnie coś zaśpiewać. Wolę poprosić kogoś innego, aby zrobił to prawidłowo (w tym przypadku: Sven D'Anna - przyp. red.) Najbardziej komfortowo czujesz się grając na basie? Gustavo "Gus" Acosta: Tak. Bas jest moim głównym instrumentem. Gram na nim całe życie. Potrafię zagrać coś na gitarze, pianinie oraz na kilku innych instrumentach, ale gdybym miał się określić, nazwałbym siebie basistą. Dotąd uważałem Ciebie za multiinstrumentalistę, wybierającego bas akurat na użytek Foto: Feanor Feanor. Czy wobec tego, kiedy słuchasz muzyki, to czy zwracasz największą uwagę na partie basu? Gustavo "Gus" Acosta: Niekoniecznie. Specyfika basu polega na tym, że zobacz. Gitarzysta koncentruje się na riffach, solówkach itd. Wokalista na własnej linii melodycznej. A basista myśli o wszystkich innych na około. Tu jest gitara, tu jest tamto. Bas we współczesnych produkcjach jest często schowany w ścianie dźwięku. Nie wiem czemu, ale brzmienie old schoolowych albumów często eksponuje wszystkie instrumenty a dziś plagę stanowią perkusyjne sample, które tłamszą dźwięk wydobywający się z prawdziwych instrumentów. Gitary stroi się za nisko - 3A w dół, Eric wie, o czym mówię tylko pies to usłyszy. Osobiście, opowiadam się zawsze za standardowym strojeniem gitar oraz za naturalnym brzmieniem prawdziwej perkusji. Bass koniecznie musi być słyszany a jeżeli kompozycja tego wymaga, to mogę go wręcz nastroić nieco wyżej. Lecz nie oznacza to, że słuchając muzyki, skupiam się na basie. Raczej na całokształcie kompozycji.

Foto: Feanor

Eric, jak praca nad utworem "I Have A Fever" wyglądała z Twojej perspektywy? Eric Marullo: Dostałem od Gusa dwa tracki. Odesłałem mu wpierw złą wersję, której ostatecznie nie wykorzystał (śmiech). Prowadziliśmy inten-

sywną korespondencję. Gus dał mi swobodę twórczą, tak żebym mógł ułożyć własną linię melodyczną i tekst. Wspólnie uzgodniliśmy ostateczną wersję. Nie próbuję iść śladami własnego ojca - różnimy się. Nie mam zbyt dużego doświadczenia w roli wokalisty i tym bardziej cieszę się, że mogłem udzielić się w tak świetnym zespole jak Feanor. To satysfakcjonujące, że mój głos zostanie usłyszany. Co to oznacza, że odesłałeś Gusowi wpierw złą wersję? Eric Marullo: Pisanie liryków rozpoczynam (również w Level VII) od uważnego wsłuchania się w wersje instrumentalne. Staram się zidentyfikować nastrój, w jaki mnie one wprawiają. Zadaję sobie pytanie, czy odczuwam smutek, radość, a może strach? Pisząc tekst dla Feanor, zależało mi, aby fani mogli interpretować go dowolnie na swój własny sposób. Dla każdego może oznaczać on coś innego. Słysząc chwytliwą część instrumentalną kompozycji Feanor, nad którą pracowałem, poczułem się tak, jakbym dostał gorączki. Zapętliłem sobie melodię - rozpaliła moje serce, ale też mój umysł, stąd gorączka. Czasami w życiu zdarza się, że ktoś zakazuje nam czegoś zrobić, ale my czujemy tak wielką wewnętrzną potrzebę, że i tak postępujemy po swojemu. O to mi chodziło, z tym że potrzebowałem ubrać to w bardziej odpowiednie słowa, niż zamierzałem za pierwszym razem. Gustavo "Gus" Acosta: Kiedy pracuje się w zespole złożonym z różnych muzyków, warto zrozumieć, co jest najmocniejszą stroną każdej osoby. Nie proponowałbym Dianie zagrania czegoś, co kompletnie nie pasowałoby do jej muzycznego świata czy też do zakresu jej umiejętności. Znałem Erica, studiowałem jego poczynania, śledziłem czym muzycznie się zajmuje, dowiadywałem się do czego ma talent. Śpiewał nie tylko w Level VII, ale też w

FEANOR

61


pobocznym projekcie zorientowanym na styl lat osiemdziesiątych (np. Mötley Crüe, Guns N' Roses). Utwór "I Have A Fever" ma w sobie typową dla tamtego okresu chwytliwość, więc uznałem, że prawdopodobnie będzie mu ten kawałek odpowiadać. Oto powód, dlaczego przez wiele miesięcy dobijałem się do niego. Jak dla mnie, "I Have A Fever" pasowałoby doskonale do drugiego CD albumu Judas Priest "Redeemer Of Souls". Gustavo "Gus" Acosta: O, tak. Zdecydowanie tak. Też tak uważam. Gus, Twoje horyzonty muzyczne wykracza-

jednak ma z nim co nieco wspólnego. Obawiam się, że niektórzy heavy metalowcy nieosłuchani we flamenco mogą mieć trudność w docenieniu tego rodzaju dźwięków. Czy mógłbyś, Gus, wyjaśnić, co czyni "The Scorpion Stings In Am" wyjątkowym? Gustavo "Gus" Acosta: Jedna z najlepszych piosenek Queen, "Innuendo", zawiera w środku sekcję flamenco, która stała się jednym z jej głównych znaków rozpoznawczych. Fani Queen nie mieli nigdy problemu z docenieniem tego. Analogicznie z Feanor. Owszem, gramy heavy metal, ale nie od wczoraj pojawiają się u nas wpływy klasyczne. Lubię

Foto: Feanor

ją daleko poza heavy metal. Na Waszym najnowszym wydawnictwie słyszymy odrobinę flamenco: "The Scorpion Stings In Am". Czy popełniłeś tam literówkę? Gustavo "Gus" Acosta: Nie. "Am" oznacza skalę. Eric, wiesz, o co chodzi. A-minor. Kiedy wypowiedziałeś słowo "flamenco", zdziwiłem się, skąd wiesz o zawartości przyszłego longplay'a Feanor (śmiech)? Na następnym Feanorze pojawi się kawałek przesiąknięty właśnie flamenco, używamy w nim nylonowych strun i planujemy rozwinąć go w długie, epicko dzieło. A Tobie chodzi przecież teraz o "The Scorpion Stings In Am". Nasz gitarzysta Walter The Scorpion i ja, obaj jesteśmy silnie zainspirowani flamenco, a także posiedliśmy solidny neoklasyczny warsztat. Kiedy o tym pomyślisz: neoklasyka, nylonowe struny, flamenco - odbiega to od heavy metalu, ale

utrzymywać słuchaczy w lekkiej niepewności. Nie muszą wiedzieć przed wysłuchaniem utworu, co w nim się stanie. Niech spodziewają się niespodziewanego. Komponując, sięgam po flamenco, jazz, tango - czemu by nie? Od Diany oczekuję, że uwypukli nasze klasyczne korzenie. Wiem, że nosi w sobie wiele znakomitych dźwięków. Jestem pewien, że na następny album Feanor wniesie sporo dobrego. Pozostanie to heavy metalem, ale z neoklasycznym aspektem: Antonio Vivaldi, Stratovarius, nazywaj jak chcesz. Ludzie lubią taki miks, o czym najlepiej świadczy Diana oryginalna wykonawczyni "Beethoven Virus" o wielomilionowych odsłonach na YouTube. Z tego, co mówicie, wynika, że Diana zagra na następnym LP Feanor? Gustavo "Gus" Acosta: Jeszcze oficjalnie się nie zobowiązała, ale zadbam o to. Chcę z niej wydobyć tak wiele nowej muzyki, jak się da. Diana jest wielce utalentowaną artystką. Jeśli zdzierży otrzymywanie ode mnie trzech do sześciu telefonów, e-maili i wiadomości każdego dnia, to z pewnością jej wkład stanie się zasadniczą częścią następnego LP Feanor. Co jeszcze moglibyście powiedzieć o tym nadchodzącym albumie? Sporo utworów już ukończyliście? Gustavo "Gus" Acosta: Posiadamy folder z 35 gotowymi numerami. Dodajemy cały czas kolejne. Jesteśmy na etapie nagrywania demo. Normalnie, zarejestrowalibyśmy demo złożone z maksymalnie 20 utworów, które poddali-

62

FEANOR

byśmy ostrej selekcji do 11 lub 12 najlepszych, zanim podjęlibyśmy się właściwej produkcji. Obecnie wymieniamy się wzajemnie pomysłami. Zależy mi również na inwencji Erica (Eric uśmiechnął się od ucha do ucha przyp.red.). Potrzebuje on teraz więcej czasu na swoje życie prywatne - jesteśmy cierpliwi. Pokazał mi już kilka dobrych pomysłów. W pewnym sensie kontynuujemy kierunek EP. Zaprosimy wyjątkowych gości. Oczywiście, stylistycznie Feanor to "true metal experience". Diana i Eric nie dokonują stylistycznego przewrotu, ale zaznaczą własny akcent w naszym zespole, przyczyniając się do jego rozwoju. Diana Boncheva Kirilova: Z mojego doświadczenia wynika, że spoza typowych dla heavy metalu instrumentów (gitary, perkusja, szalone wokale takie jak u Erica), skrzypce są najbardziej heavy metalowym instrumentem na świecie. Oczywiście, że mówię to jako skrzypaczka, ale nie ulega najmniejszej wątpliwości, że heavy metal jest współcześnie najbliższym odpowiednikiem muzyki klasycznej. Te dwa gatunki muzyczne są sobie bardzo bliskie. Gdzie można usłyszeć najwięcej mocy, jak nie w muzyce klasycznej oraz w heavy metalu? Nie ma szans, żeby Feanor poszedł w jakimś innym kierunku, gdyż absolutnie musi pozostać heavy metalem. Diana, występowałaś wraz z koreańskim gitarzystą heavy metalowym o imieniu Jae Ha Kim, ale poza tym, wiele spośród Twoich doświadczeń jest odległych od heavy metalu. Diana Boncheva Kirilova: Owszem, większość mojego dotychczasowego dorobku nie jest heavy metalowa. Gram raczej pop i lekki rock, przy czym nie nazwałbyś tego typowym popem. Szczerze mówiąc, wynika to z polityki firmy fonograficznej, dla której pracuję. Oni chcą zarabiać pieniądze, a zatem oczekują ode mnie, że będę grać łatwo sprzedającą się muzykę. Heavy metal nie sprzedaje się łatwo, a już na pewno nie w Korei. Może było inaczej w poprzednim stuleciu, ale nie teraz i nie w Azji. Biznes muzyczny to nic dobrego. W Korei to wręcz szambo. Wynika to zarówno z niskiej kultury, jak i ze skostniałego sposobu rozumowania kapitalistów. Koreańscy przedsiębiorcy podle traktuję muzyków. Nie miałam wcześniej okazji, żeby grać heavy metal. Doszłam jednak do punktu, w którym nie interesuje już sprzedaż czegokolwiek. Chcę po prostu robić to, co kocham. Od dziewiątego roku życia byłam metalówą. Nie słuchałam dla przyjemności nigdy niczego innego. Dla mnie jedyną formą prawdziwej muzycznej sztuki jest heavy metal. Z graniem muzyki zarobkowo jest trochę inaczej, kiedy myślimy o niej w kategorii zawodu. Gustavo "Gus" Acosta: Kocham Dianę, człowieku. Ona jest stu procentową metalówą. Diana Boncheva Kirilova: Moja dusza oddycha w rytm heavy metalu. Jeśli naprawdę w coś wierzę to wiem, że się uda. Eric Marullo: A w moim domu heavy metal jest obecny odkąd się urodziłem. Ojciec uczył mnie grać na gitarze od dziecka. Niezliczoną ilość razy powtarzał mi, żebym tego się trzymał, bo warto. Ta muzyka szczerze mnie ekscytuje. Czy śledzisz współczesną, nowojorską scenę heavy metalową? Eric Marullo: Heavy metal raz jest obecny na nowojorskiej scenie muzycznej a innym razem


nie. Up and down. Up and down. Ostatnio wznowiono tutaj koncerty, ale często są najpierw planowane, a później anulowane. Mój zespół Level VII gra ile się da. Widziałem ostatnio Slipknot, ale niewiele dzieje się jeśli chodzi o tradycyjne heavy. Z młodszych heavy metalowych kapel, macie tam choćby Natur i Tower. Eric Marullo: Osobiście, nie mieszkam w New York City, tylko w centralnej części stanu Nowy Jork. Tutaj scena wygląda inaczej, brakuje metalowych tłumów, sytuacja rozwija się bardzo powoli. Czy nagrywasz coś w tej chwili, poza Feanor? Eric Marullo: Z różnych względów, Level VII jest ostatnio mniej aktywne. Dla mnie najważniejszy jest w tym roku Feanor. Być może nie darowano by mi, gdybym nie skorzystał ze sposobności, aby podpytać Ciebie, Ericu, o drugą część Manowar "The Final Battle"? Eric Marullo: Utrzymuję świetny kontakt z własnym ojcem, ale nie zadaję się zbytnio z innymi muzykami Manowar. Nie do końca jestem zorientowany w temacie. Lubię całą twórczość Manowar, stanowią oni dla mnie wielką inspirację (szczególnie ich melodie oraz moc), ale nie wypowiem się w kwestii "The Final Battle II". Nie znam szczegółów. Częściej rozmawiam z nimi o sporcie niż o muzyce. Gus, chciałbym szczerze pogratulować Tobie tego, co robisz z Feanor. Uważam, że

Foto: Feanor

Wasza muzyka jest wspaniała i jestem Ci wdzięczny za każdą spędzoną z nią chwilę. Gustavo "Gus" Acosta: Dziękuję. Jak już Ci kiedyś mówiłem, wszystko sprowadza się do emocji oraz uczuć. Nie robimy niczego dla pieniędzy, bo nie ma żadnych pieniędzy z grania heavy metalu. Podążamy za głosem serca. Ta muzyka znaczy wiele dla mnie i mam nadzieję, że również dla naszych słuchaczy. Utwory w rodzaju "Boundless I Am Free" mogą wnieść świeżą perspektywę tym, którzy potrzebują nowego spojrzenia na życie. Nic na świecie nie jest gwarantowane. Dzisiaj jesteśmy tu gdzie jesteśmy, jutro może już nie. Dla-

tego postępuję w życiu słusznie i chcę pozostawić po sobie coś pozytywnego. Uczę tego samego własne dzieci. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Jak zawsze, dziękuję za rozmowę. Szkoda, że nie dostałeś żadnej gorącej informacji od Erica, ale nie spodziewałem się tego z jego strony. Nawet fanclub Manowar nie jest poinformowany. Ten fucker wie, jak zręcznie wybrnąć z bezpośrednio zadanego pytania (śmiech). Sam O'Black


Przechodzić przez drzwi śmierci znaczy triumfować Jak sami twierdzą, nie da się ich zaszufladkować, co przyznał sam wydawca. Nową płytą, "On the Shore of Life", chcą stworzyć iluzję stania na prawdziwym wybrzeżu. To nie jest zwyczajna podróż od narodzin do śmierci, to podróż kosmiczna. Miłość do sci-fi jest widoczna nie tylko w wizerunku zespołu, ale też filozoficznych tekstach, bo przecież motyw upływającego czasu jest tak ponadczasowy, jak Gwiezdne Wojny. W rozmowie dla HMP Stu Callinan (gitarzysta i główny kompozytor) i Phillip T. King (wokalista i tekściarz) oprócz ciekawostek astronomicznych rzucili też ciekawostkami dotyczącymi nowego albumu Galaxy. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jakie metaforyczne znaczenie ma dla nich Saturn i jak udało im się zaprosić do współpracy pewnego wybitnego perkusistę, warto przeczytać, co mieli nam do powiedzenia. HMP: Okładka "On the Shore of Life" jest jedną z najpiękniejszych, jakie ostatnio widziałam. Kto jest odpowiedzialny za jej con cept, Killustrate Illustrations, z którym współpracowaliście, czy zespół? Jakie ma dla was metaforyczne znaczenie? Grafika wygląda też na powiązaną z EPką "Lost From the Start". Phillip T. King: Tak, to było celowe działanie. Chcieliśmy, by ta okładka była kontynuacją tej samej podróży lub przynajmniej umiejscowiona w tym samym świecie co EPka. Koncept był nasz, chcieliśmy, by ukazywała

gdy nie wiesz w którym kierunku podążysz w swojej własnej podróży, od narodzin aż do śmierci. To może brzmieć niezdrowo, ale jest przemyślane i można postrzegać fakt, że jesteś w stanie się zdystansować i stawić temu wszystkiemu czoła, jako triumf. Tak więc okładka ma to reprezentować, ale dodatkowy element sci-fi ma sprawić, że będzie ciekawsza. Widzicie progress między waszą EPką a pierwszym albumem długogrającym? Co uważacie za największy postęp? Foto: Galaxy

ocean lub była ogólnie powiązana z wodą, w przeciwieństwie do pustynnej tematyki EPki. Postawiliśmy więc na ponowną współpracę z Killustrate, który był autorem poprzedniej grafiki. Na EPce mieliśmy bardzo sprecyzowany pomysł i miejsce, a na "Shore…" po prostu rzuciliśmy mu tytuł i luźny motyw oceanu/ lokacji sci-fi i to było dla niego punktem wyjścia. Metaforyczne znaczenie stania na krawędzi życia jest równoznaczne z tymi chwilami, w których robisz krok w tył i patrzysz na całokształt, na całą swoją egzystencję lub egzystencję innych ludzi. I stoisz tak, jakbyś stał na brzegu, a ludzie przychodzą i odchodzą i ni-

64

GALAXY

Phillip T. King: Wierzymy, że zdecydowanie widać progres. LP jest bardziej różnorodna. Ma więcej melodii, dynamiki i zróżnicowania nastroju i tempa. Nawet, jeśli nadal jest tam thrashowe riffowanie, które brzmi znajomo, jak z "Lost…", na "Shore…" kawałki mają inną energię, a pomysły na nie są odważniejsze. Pomysł, by umieścić balladę na płycie Galaxy mógł wydawać się dziwny gdy przesłuchało się EPkę, ale jakoś udało nam się napisać pasującą do naszego stylu balladę na LP. Prawdopodobnie dlatego, że album długogrający zapewnia więcej przestrzeni do odkrycia przez cały czas jego trwania.

Jak zaczęła się wasza współpraca z Dying Victims Productions i jaka jest jej najwięk sza zaleta? Phillip T. King: Skontaktowaliśmy się bezpośrednio z Florianem z DVP, głównie dlatego, że ta wytwórnia wydawała już inne, świetne zespoły z Australii. Podobało nam się też, że DVP oferuje w swoim katalogu szeroki rozstrzał podgatunków, co jest interesującą mieszanką. Nasza EPka, "Lost From the Start", spodobała się Florianowi na tyle, że zgodził się z nami współpracować i pokazać nasze kawałki undergroundowej metalowej społeczności. Najlepsza rzecz, jaką dla nas zrobił, to wiara w nasz materiał, równie silna, jak w nas samych, co dało nam dużo pewności siebie i zachęciło nas, by wytrwać jako Galaxy. Największym zaskoczeniem była współpraca z Simonem Phillipsem. Jak udało wam się zaprosić go do współpracy, pomogła wam wytwórnia? Jak wygląda praca z Simonem, co legenda tego pokroju myśli o waszym materiale? Phillip T. King: Załatwienie Simona Phillipsa, jak wiele z naszych najlepszych pomysłów, zaczęło się od żartu. We wczesnym 2020 roku straciliśmy perkusistę, a potem uderzył covid. Bez planów na granie na żywo, zdecydowaliśmy, że zaangażujemy perkusistę sesyjnego, żeby móc przynajmniej nagrać płytę. Przez cały ten okres, gdy cały świat spędzał większość czasu w zamknięciu, myślałem o moich ulubionych bębniarzach i wpadłem na szalony pomysł, że może byliby teraz dostępni, by nagrać album w tym stylu… Simon był na tej liście bardzo wysoko. Pomyślałem… dlaczego nie!? Tak więc ta współpraca była naszym pomysłem i to my się z nim skontaktowaliśmy, co było niemałym wyzwaniem, tak jak nagrywanie, wszystko robiliśmy on-line. Ale praca z nim to sama przyjemność i jest to dla nas prawdziwy zaszczyt. Simon bardzo nas wspierał i doceniał nasz materiał. Zgodził się z nami współpracować tak naprawdę tylko po usłyszeniu "Lost From the Start", co uznaliśmy za wielki komplement, bo czuliśmy, że zaufał nam na tyle, by wierzyć, że jesteśmy w stanie napisać świetne rzeczy. Szukacie teraz stałego perkusisty? Jakie cechy musi mieć idealny perkusista Galaxy? Stu Callinan: Słyszą nas jacyś lokalni kolesie z naturalnym feelem i elitarnymi umiejętnościami Simona Phillipsa? Jeśli tak, bądźmy w kontakcie (śmiech). Stuart, jestem pod wrażeniem twoich umiejętności kompozytorskich, mam na myśli pisanie partii nie tylko dla wszystkich gitar, ale również basu. Jak wygląda rutyna twojej


pracy? Z którego kawałka z nowego albumu jesteś najbardziej dumny? Stu Callinan: Dzięki! Mój typowy sposób pracy jest zazwyczaj luźny, to po prostu kwestia zarejestrowania (i zapamiętania) riffów, które prawie zawsze piszę na niewielkiej, w całości mahoniowej gitarze Sigma. To prawziwy klejnot, bardzo inspirujący instrument. Kiedy komponuję, większość właściwie jest dziełem przypadku, mój akustyk jest zawsze łatwo dostępny i często na nim gram. Czasem riff przychodzi od razu, o bardzo dziwnej porze, a czasem jest to bardziej rozwinięty pomysł. Jak tylko znajdę riff, który mi siądzie, zaczynam komponować w mojej głowie, bez gitary. To się dzieje prawie każdego dnia, wracam do domu z pracy i zaczynam rozwijać moje pomysły. Nigdy nie myślę o drugiej gitarze, basie czy partiach solowych dopóki nie zaplanuję perkusji i z tego punktu zaczynam. Odkładam na bok główną gitarę (lewą) i zaczynam eksperymentować z prawą stroną, piszę harmonie i linie melodyczne. Pisanie basu to chyba najprzyjemniejsza część, bo jest zawsze ostatnia i łączy wszystko w całość. Czuję, że mogę być tu najbardziej kreatywny (to słychać w "Daughter in the Distance"). Później wysyłam demo do Phila, czasem pracujemy nad niektórymi aranżacjami i gdy są już skończone, zaczyna pracę nad tekstami i liniami wokalu. Odsyła mi je i tak przeobraża moją muzykę w faktyczną piosenkę i rzadko wprowadza zmiany w swoich pomysłach. Nadaje sens mojemu nonsensowi i to mi się podoba (śmiech). Z której piosenki jestem najbardziej dumny? Nie istnieje chyba moja ulubiona… Jestem dumny z całokształtu, gdy tylko słucham go od początku do końca. Ale gdybym musiał wybrać jedną, to byłby to "Bargaining". To był jedyny kawałek, który przechodził zmiany i wymagał kilku wersji demo. Pracowaliśmy nad nim bardzo ciężko, łatwiej byłoby całkowicie go odrzucić (celowo brzmiał jak B-side Voivod, Voivod rządzi!), Foto: Galaxy

ale go zachowaliśmy, rozwinęliśmy do formy, jaką ma teraz i tak, jestem z niego napradę dumny. Jest nietypowy, ale jak dla mnie w dobrym tego słowa znaczeniu.

Foto: Galaxy

Bardzo podobało mi się outro do "Bargainng". Miało klimat bardów, czy nawet przypomi nało miniatury barokowe, to samo w przypadku "Daughter in the Distance". Co tak naprawdę zainspirowało te kompozycje? Stu Callinan: Dziękuję. Tak, uwielbiam finger picking, za dzieciaka rodzice kupili mi książkę z tabami Erica Claptona Unplugged i nauczyłem się wszystkiego, od początku do końca. Bardzo lubię styl gry Cheta Atkinsa i jednym z bardziej współczesnych muzyków w tym stylu jest Justin Townes Earle. W moim mieszkaniu można też bardzo często usłyszeć "Damnation" od Opeth, więc jest na stałe zapisana w mojej codzienności. Połącz ze sobą te wszystkie rzeczy i wyjdzie ci coś takiego, jak "Daughter in the Distance" (śmiech). Szczerze to nie mam pojęcia skąd wzięło się outro do "Bargaining". Wydaje mi się, że przyszło samo. Napisanie go nie zajęło mi wiele czasu, początkowo miało zaczynać ten kawałek, ale Phil miał pomysł, by dodać je jako outro. Moim zdaniem - killer move. Po długim dniu w studio puściłem sobie ten numer w nocy, cały ten proces przeniósł mnie w inne miejsce i tak nagrałem podejście, które finalnie znalazło się na płycie. Obecnie nie posiadam gitary klasycznej z nylonowymi strunami, co muszę zmienić, bo nylonowe struny też brzmiałyby świetnie. Ale na gitarze klasycznej dość trudno się gra i wymaga prawie nieme-lodycznego, dziwnego strojenia, żeby dobrze brzmiała. Nie wiem też czy moje dłonie rozciągają się na tyle, żeby dać radę grać na szerszej podstrunnicy! Byłam też pod wrażeniem aranżacji na chór w "On the Shore of Life". Kto jest za nią odpowiedzialny? Co was skłoniło do takiego ekspery mentu? Zdecydowanie dodaje czegoś specjalnego do klimatu płyty, brzmi trochę jak kos miczni wikingowie. Phillip T. King: Tytułowy kawałek był tym jednym dziwakiem, zawsze czuliśmy, że to będzie coś w stylu krótkiego przerywnika, ale aranżacja poszła w odwrotnym kierunku. Stu napisał progresję akordów (motyw, który powtarza się w następnej piosence, wiążąc je ze sobą, co naprawdę uwielbiam). I na tej progresji dodawałem coraz więcej warstw harmonii, aż do momentu gdy stwierdziłem, a może to Stu,

nie pamiętam, w każdym razie pomyśleliśmy: "ten numer nie potrzebuje gitar, to może być równie dobrze sam wokal". Więc z dużą dozą zaufania nagraliśmy tylko wokale i jestem z tego dumny, bo wyróż-nia się jak eksperyment, tak jak stwierdziłaś. To nie jest zwyczajny przerywnik czy wypełniacz, a część klimatu płyty, która prowadzi do ostatniego kawałka w bardzo fajny sposób. Cieszę się, że myślisz, że dodaje tego czegoś. "Kosmiczni wikingowie"! Świetne. Podoba mi się to porównanie, bo w założeniu chcieliśmy stworzyć atmosferę porównywalną ze staniem na wybrzeżu i wpatrywaniem się w bezkresną pustkę. Mocne, ale jednocześnie pod kontemplację. Ucieszył mnie widok całej ściany wzmacni aczy, gdy nagrywaliście swoją płytę. Uważacie, że nic nie jest w stanie przebić klasyki w erze Line 6 Helixa, Mooera, Kempera itd. jeśli chodzi o heavy metal? Stu Callinan: Myślę, że modelling amps mają sens, niektóre dzisiejsze pluginy VST są niesamowite. Ale dla Galaxy, w innych celach, niż nagrywanie demo… zawsze będą zajmować drugie miejsce w porównaniu do klasycznego wzmacniacza gitarowego. Na tym albumie użyliśmy wielu różnych wzmacniaczy, zboostowanego Marshalla JCM 800, zboostowanego Orange'a Mk1 Rockerverb, oryginalnego Marshalla Super Bass, vintage'owego Fendera Tonemastera (kto ma wiedzieć ten wie) i próbowaliśmy wielu różnych cabinetów, by pasowały do wzmacniaczy. Jestem dość prostym gościem: wejść do pomieszczenia ze wzmacniaczem, podpiąć się, głośno grać, poczuć brzmienie… I zacząć nagrywać. Rozmawiałam wcześniej z kilkoma zespołami z Australii i jeden z nich stwierdził, że nie ma tam wystarczająco dużo heavy metalu, ale ja mam inne wrażenie! Co myślicie o lokalnej scenie metalowej i australijskiej reprezentacji heavy? Macie ulubione zespoły? Stu Callinan: Tak, też bym to kwestionował, powiedziałbym, że sobie radzi. W Melbourne scena jest bardzo żywa, coraz więcej zespołów jest na ekstremalnym krańcu metalowego

GALAXY

65


spektrum. W kwestii heavy metalu jest ich trochę, ale scena jest głównie zdominowana przez death i black. Kilka ulubionych zespołów, które przychodzą mi do głowy, to Blackhelm, Encircling Sea, Belakor, Gutless, Reaper, Battlegrave, Faceless Burial, Ruins, Nocturnal Graves, Hyalophagia, Psycroptic, Mental Cavity, Burn the Hostages, Vaiya, Vile Apparition… Mam kontynuować? (śmiech). "Kosmiczna" estetyka staje się w gatunku coraz bardziej popularna. Co wam się w niej spodobało i dlaczego zdecydowaliście się budować wizerunek zespołu wokół kosmosu? Phillip T. King: Kosmos i powiązana z nim estetyka daje nieskończone możliwości i jako

piękniejszą planetą, od kiedy pierwszy raz zainteresowałem się astronomią, jako młoda osoba. I nie istnieje żadne kompletne naukowe wyjaśnienie jak ta planeta powstała. Jedna teoria mówi, że pierścienie to fragmenty pierwotnego księżyca, który za blisko orbitował i atmosfera rozbiła go na kawałki, które powoli się rozprzestrzeniły i przyjęły formę pierścienia. To piękne halo może więc przypominać o czymś, co kiedyś istniało, jak duch czegoś, co zmarło, ale pozostawiło piękny ślad i wydaje mi się to bardzo inspirujące. Kawałek "Sons of Titan" z naszej EPki opowiada o księżycu Tytana, który krąży wokół Saturna, więc tu też można znaleźć powiązanie. Sposób, w jaki zapisujecie tytuły kawałków

Foto: Galaxy

ludzkość, coraz bardziej świadoma miejsca naszej egzystencji, wydaje mi się naturalne, że patrzymy jeszcze dalej i wyobrażamy sobie, co tam jest. Budowanie wizerunku wokół kosmosu było po prostu przedłużeniem tematyki naszych tekstów i nazwy zespołu. Siedziałem w science fiction przez większość mojego życia, więc storytelling i filmowe podejście do sci-fi ma odzwierciedlenie w moich tekstach. Nasz wizerunek z tym współgra, wydaje mi się, że to wyszło naturalnie. Jaka planeta, a może galaktyka, najlepiej waszym zdaniem reprezentuje Galaxy? Phillip T. King: (śmiech) Świetne pytanie… Mogę tylko powiedzieć, że osobiście Saturn jest dla mnie najbardziej fascynującą i naj-

66

GALAXY

w materiałach promocyjnych przypomina mi Gwiezdne Wojny. Jesteście fanami tej serii? Phillip T. King: Tak, zdecydowanie. Trylogia z lat 70. była częścią mojego dzieciństwa i z pewnością zainspirowała mnie, by wejść głębiej w sci-fi, filmy przygodowe i storytelling. Ten rodzaj klimatu wpłynął na nasze teksty i wizerunek, jest naprawdę ponadczasowy. Zrobiliśmy kiedyś koszulkę do "Lost…", która bardzo przypominała layout Gwiezdnych Wojen. Mój dobry znajomy jest naszym wielkim fanem, ale odmówił noszenia tej koszulki, bo nienawidzi Star Warsów! (śmiech). Phil, jesteś tekściarzem zespołu, skąd, poza sci-fi, czerpiesz inspirację? Teksty zawsze powstają pod muzykę, czy zdarza się, że jest na odwrót? Phillip T. King: Głównym założeniem dla tekstów Galaxy jest motyw podróży, zarówno fizycznej jak i duchowej. "Wędrówka zwana życiem", jak to mówią. Sci-fi faktycznie trochę się tu przebija, ale głównie skupiam się na życiu, śmierci i koncepcie czasu, jak ludzie reagują na jego upływ. W przypadku Galaxy, tak długo, jak razem pracujemy to muzyka powstaje pierwsza, zazwyczaj Stu podsyła mi instrumentalną wersję utworu, ale zdarza się, że mam napisane coś, czego dana piosenka potrzebuje i słyszę w głowie melodię już podczas opowiadania danej historii. A w przypadku "Daughter in the Distance", gdy tylko usłyszałem muzykę, pomysł pojawił mi się w gło-

wie w tym samym czasie i tekst powstał praktycznie od razu. Zostawiliście najdłuższy kawałek, "We Enter The Door of Death Alone" na sam koniec. Zmienia się dynamika i atmosfera. Tytuł również jest dość pesymistyczny, ale brzmi dobrze, trochę jak ostra puenta. Postrzegacie go jako podsumowanie całego albumu? Phillip T. King: "The Enter" był drugim kawałkiem, jaki napisaliśmy na potrzeby tej płyty i jest jednym z naszych ulubionych. Naturalnie pasował nam na ostatnią piosenkę, tak, jak zauważyłaś, brzmi jak finał ze względu na zamysł: śmierć jest ostatnim etapem, przez jaki przechodzimy, więc to musiało być zakończenie. Wydaje mi się, że "przechodzenie samotnie przez drzwi" może być odbierane pesymistycznie, ale to bardziej stwierdzenie faktu, czegoś, co jest nieuniknione. Ale dla mnie to triumf. Mówi się, że wszyscy tak skończymy, ale jeśli masz ten komfort, że zrobiłeś wszystko najlepiej jak mogłeś, jeśli miałeś wystarczająco dużo szczęścia by żyć jak najlepszym życiem, to ten ostatni krok niczym nie różni się od innych, które zrobiłeś wcześniej. To nie do końca podsumowanie płyty, ale zdecydowanie ostatni rozdział, następujący akurat po kawałku-przerwie, co było celowym zamysłem. Ten numer ma też troche thrashowych rif fów, planujecie próbować częściej grać w tym stylu? Połączyliście thrash z solówkami w stylu Faulknera i świetnie to brzmi z heavy metalem. Stu Callinan: Podoba mi się cięższy klimat "Firelight Palaver", mroczniejsze brzmienie, jak refren "We Enter". Nie myślę zazwyczaj o brzmieniu czy stylistyce dla Galaxy, to Phil daje sporo od siebie, zbliżając to, co piszę do stylistyki heavy metalu. Czuję, że to daje Galaxy dużo wolności, to nigdy nie był łatwy zespół do skategoryzowania, Florian z DVP powiedział to samo… Podoba mi się to. Jasne, moglibyśmy grać ciężej lub bardziej eksperymentalnie. Musimy poczekać i zobaczyć, jakie inspiracje staną mi na drodze. Jakie są plany Galaxy na przyszłość, w której granie na żywo staje się powoli znów możliwe? Stu Callinan: Nigdy nie mówimy nie, ale w tym momencie nie mamy szczególnych planów powrotu na scenę. Najpierw potrzebujemy zebrać skład na koncerty, a od kiedy wyprowadziłem się z miasta próby w środku tygodnia, po pracy nie wchodzą w grę ze względu na odległość i brak czasu. Jestem zajęty pisaniem materiału na następny album Sylvan Awe (to mój black metalowy projekt), a Phil pracuje nad Flitcraft (to z kolei jego zabójczy solowy projekt). Główne cele na teraz to polepszać się i progresować jako muzycy i ludzie, zawierając w tym również Galaxy, ale gdy przyjdzie na to odpowiedni czas. Nigdy się nie zmuszam, by komponować, ten moment przychodzi sam, póki co chcę cieszyć się nowym wydawnictwem, to był długi czas i wiele pracy. Jesteśmy wdzięczni za poświęcony nam czas i miejsce w waszym magazynie, a także przemyślane pytania, odnoszące się bezpośrednio do naszego zespołu. Dziękujemy ci i całemu HMP! Iga Gromska


Wystartować na nowo Wrocławski Bladestorm na debiutanckiej EP "Storm Of Blades" wskrzesza czasy największej świetności tradycyjnego metalu. Inaczej jednak być nie mogło, skoro zespół tworzą w większości doświadczeni muzycy ze sporym dorobkiem. Na razie proponują trzy świetne numery autorskie i siarczystą wersję "Jawbreaker" Judas Priest, ale cały czas pracują nad materiałem na pierwszy album, tak więc warto mieć się na baczności. HMP: Bladestorm istnieje od niedawna, ale jesteście doświadczonymi muzykami - ciągnęło was w stronę takiego grania, właśnie na czymś takim się wychowywaliście? Jarek Zygmański: Cześć, dzięki za zaproszenie. Dobrze jest czasem powspominać. Bladestorm to świeży projekt. Udało nam się zmontować ekipę, która ma swoje "za skórą". Każdy z nas ma trochę bagażu muzycznego, scenicznego i historię w różnych bandach. To, co tworzymy to efekt tego, co w nas siedzi, co jest w głowie, w sercu i płynie w żyłach. Wychowałem się na G.B.H., Exploited, Iron Maiden i Judas Priest - to są riffy, które wywarły największe piętno w mojej duszy i tak już zostało. Wszyscy w Bladestorm, mimo różnic wieku, krążymy muzycznie w zbliżonych klimatach i to co gramy sprawia frajdę każdemu z nas, bez ciśnienia, bez spiny w atmosferze dobrej zabawy. Piotrek Kołodziejczyk: Tak, wychowaliśmy się na takiej i podobnej muzyce. Te klimaty cały czas siedzą w głowie i dlatego powróciliśmy do tradycyjnego heavy metalu. Kacper Ptak: Wychowałem się na muzyce heavymetalowej, ale i okołometalowej oraz rockowej. Ciągnęło mnie do grania lżejszej muzyki. Heavy metal uczę się grać z chłopakami. To oni pokazali mi, jak czerpać z tego radość. To dlatego zespół nazywa się Bladestorm nie Leviathan, mimo tego, że dwóch z was grało kiedyś w tej formacji, bo to jednak zupełnie inna stylistyka i trudno mówić tu o jakiejkolwiek kontynuacji?

Kacper Ptak: Trafnie to ująłeś. Jarek i Piotrek znają odpowiedź na pytanie czy jest to jakąkolwiek kontynuacją. Piotrek Kołodziejczyk: Leviathan był zespołem deathmetalowym i stylistyka była zupełnie inna, owszem dwóch z nas grało kiedyś w Leviathan. Po rozpadzie zespołu, każdy udzielał się w innych projektach, ale zawsze była chęć połączenia sił i wystartować na nowo, i właśnie Bladestorm jest tego efektem. Jarek Zygmański: Bladestorm to Bladestorm i nie ma tutaj kontynuacji Leviathan. Jakiś czas temu spotkaliśmy się kilka razy na próbie w starym składzie z Piterem, Walkiem i Bomblem, z pomysłem reaktywacji Leviathan. Przypomnieliśmy sobie kilka starych numerów, ba nawet zrobiliśmy coś nowego, ale maszyna stanęła. Chyba powinniśmy zacząć od chlania, a nie od grania, może wówczas byłoby więcej zapału (śmiech). Może też wystarczało nam granie coverów, ot tak, dla zabawy. W Bladestorm tak, jestem ja i Piter. To co prawda połowa składu, ale muzę robimy już zupełnie inną: trochę lżej, bardziej melodyjnie, ale dynamicznie, dwa kopyta zapierdalają, żrący riff jest, do tego Bartka wokal i wszystko fajnie siedzi. Leviathan dorobił się co prawda oficjalnych wydań kasetowych materiałów demo, ale płyty nie udało się wam wydać, zaś próba reaktywacji spełzła na niczym - teraz jest szansa na ponowny start, już pod nowym szyldem? Piotrek Kołodziejczyk: Z reaktywacją Leviathan się nie udało, chociaż jesteśmy ze sobą w

stałym kontakcie. Bladestorm jest nowym zespołem, który w jakimś sensie może być kontynuacją Leviathan, ale styl muzyczny całkiem inny. Dlatego nie do końca można łączyć twórczość tych dwóch zespołów. Jarek Zygmański: Wiesz co, Thrashing Madness w 2017 roku wydał płytę CD, na której zawarte były nagrania z tamtych demówek, chyba ponad dwadzieścia piosenek (śmiech) - to jedyne wydawnictwo płytowe Leviathan. W ekipie Bladestorm bawimy się doskonale, świetnie się rozumiemy i muzycznie, i pozamuzycznie. Rżniemy próby co tydzień, integrujemy się regularnie i uzupełniamy braki w lodówce. Z tej atmosfery powstaje muzyka, którą prezentujemy. Jak uda nam się zagrać z Kreator, Destruction lub Manowar - będziemy szczęśliwi. Nie mamy parcia na szkło, ale każdemu z nas brakuje tej scenicznej adrenaliny, dymu, świateł i nogi postawionej na odsłuchu. To jest coś, z czego trudno się wyleczyć. Pewnie, że chciałbym grać na dużych scenach, jak każdy, kto tworzy muzykę. Od muzyki nie da się więc uciec, nawet jeśli ma się pewną przerwę od grania, ta potrzeba wciąż w was była i w końcu znalazła ujście w postaci Bladestorm? Kacper Ptak: W moim przypadku, tak się właśnie stało. Piotrek Kołodziejczyk: Bladestorm jest wynikiem połączenia sił i zrobienia czegoś innego, każdy z nas ma inny gust muzyczny. Połączenie tego w całość może przynieść ciekawy efekt i tym się kierowaliśmy. Oczywiście w klimacie czystego heavy metalu z lat 80.-90. Jarek Zygmański: I ja i Piotrek gdzieś tam szukaliśmy swojego miejsca na ziemi, graliśmy w różnych składach, ale osobno. Każdy z nas nabył nowych doświadczeń. Kilka lat temu spotkaliśmy się ponownie i tak już zostało. Dzisiaj realizujemy się w Bladestorm. Tutaj odreagowujemy trudy życia codziennego, ładujemy sobie baterie na następne dni i czekamy na kolejną próbę jak ksiądz na niedzielę. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy nie spotykali się na żywo na próbach, tylko tworzyli online. Dla mnie muzyka to ludzie, emocje i hałas. Jak gramy jakiś numer i widzimy swoje uśmiechnięte gęby, to napędza cię jeszcze bardziej. Możesz przyjść wkurwiony na próbę, ale

Foto: Bladestorm

BLADESTORM

67


wychodzisz uśmiechnięty, po relaksie. Ponoć zaczynaliście od grania coverów, ale szybko pojawiła się myśl, żeby zacząć tworzyć własne kompozycje? Kacper Ptak: Covery świetnie nam posłużyły do zgrania się. A że jestemy twórczy, to musiało się skończyć własnym materiałem. Piotrek Kołodziejczyk: Covery były grane dla zabawy i zgrania się ze sobą po przerwie. Dużo nam to pomogło, bo mogliśmy zobaczyć

Nagraliście jednak na EP "Storm Of Blades" "Jawbreaker" Judas Priest - skąd akurat ten wybór, bo domyślam się, że w rezerwie mieliście ileś innych, równie dobrych opcji? Piotrek Kołodziejczyk: "Jawbreaker" zaproponował Bartek, ponieważ dobrze się czuje w takich klimatach i to chyba słychać, zwłaszcza w końcówce numeru. Z coverów mamy jeszcze dużo innych wykonawców, np. z polskej sceny mamy sporo utworów Kat. Kacper Ptak: To było wyzwanie. Mimo że

Foto: Bladestorm

jak się będzie układać współpraca. Po rozmowach aby stworzyć nowy zespół padła propozycja ze strony wokalisty Bartka żeby był to Bladestorm, który nawiązuje do stylu muzycznego jaki gramy. Jarek Zygmański: No nie tak szybko. Covery graliśmy kilka lat, ale pod inną nazwą i z innym wokalistą. Zresztą nadal je gramy. Covery oczywiście heavy, więc zanim zaczęliśmy tworzyć swoje numery, byliśmy już trochę zgrani i wiedzieliśmy na co nas stać. Pózniej zaczęło się w nas rodzić, że fajnie by było poskakać jeszcze po scenie. Udało nam się złowić Bartka, który rozstał się ze swoją kapelą dzień wcześniej, więc poszło sprawnie. Bartek szybko wstrzelił się w klimat. Przygotowaliśmy program i zaczęliśmy tworzyć swoje numery. Na pierwszym koncercie Bladestorm zagrał chyba tylko covery, po kilka numerów Kat, Judas Priest, Motorhead i Pretty Maids. …i znów krew zaczęła płynąć w żyłach!

68

BLADESTORM

kawałek prosty, wymaga i to pozwoliło niektórym zabłysnąć. Jarek Zygmański: Tak, wiedzieliśmy że na "Storm Of Blades" na pewno będzie jakiś cover, bo od takiego grania zespół zaczynał. Nie musieliśmy specjalnie go przygotowywać. Zdania były podzielone, myśleliśmy między innymi o "Ace Of Spades" Motörhead, bo na żywo ma najlepsze branie, jednak Bartek zaproponował "Jawbreaker" Judas Priest, bo znacznie mniej kapel gra ten numer. I to był argument, który był przekonywujący. Lata 80. były czymś najlepszym dla metalu, a już zwłaszcza dla jego klasycznej postaci, jest więc z czego i od kogo czerpać? Piotrek Kołodziejczyk: Ooo tak, tamte lata to istna kopalnia klasycznego metalu. Jest mnóstwo zespołów, które ukształtowały ten styl muzyczny. W końcu od klasycznego metalu zaczęły powstawać inne gatunki. Gdyby się dobrze wsłuchać w twórczość Leviathan, też miejscami można dostrzec klasyczny heavy metal, przeplatany blastami i szybkimi gitarami. Kacper Ptak: Zgadza się. W moim przypadku inspiracją jest Loudness. To są moje kolory heavy metalu. Jarek Zygmański: No tak, to nasze coverowe granie, to przede wszystkim utwory Iron Maiden, Judas Priest, Motörhead, Pretty Maids czy Helloween… iiiiiiii oczywiście naszego Kata. Wszystko lata 80./90. Raczej nie przypominam sobie jakiegoś coveru z lat 2010+. Lata 80./90. to był okres kiedy najwięcej działo się w muzyce heavymetalowej, koncerty jakich wcześniej nie było, kasety i płyty które trzeba było zdobyć - to wszystko smakowało inaczej. Pierwsza płyta Metalliki - przecież to była miazga, to urywało

dupę! Tych numerów słuchało się na okrętkę i pamięta się je do dzisiaj. To lektury, w szkole na muzyce powinno to być w programie, a nie fujarka z trójkątem. (śmiech) Zaczynaliście w nieco innym składzie, ale perkusista Robert Sobański niestety niedawno odszedł na zawsze, dlatego dedykowaliś cie mu "Storm Of Blades"? Piotrek Kołodziejczyk: Roberta niestety nie ma już z nami. Był naszym przyjacielem, którego często wspominamy na próbach. Dlatego padła propozycja, żeby zadedykować mu EPkę. Zastąpiłem Roberta na perkusji jak zaczął mieć problemy ze zdrowiem, wtedy już był komponowany materiał Bladestorm. Kacper Ptak: Z Robertem wszystko się zaczęło. To on nas ze sobą poznał. Motywował mnie do grania i dużo się od niego nauczyłem. Brakuje mi jego optymizmu i serdeczności. Jarek Zygmański: Robert to nie tylko perkusista, Robert to Przyjaciel z którym spędzaliśmy dużo czasu, razem z rodzinami. Wspólne wakacje i inne tego typu sytuacje. Dużo wspólnych wspomnień, pomijając muzykę. Był zawsze pozytywnie nastawiony do życia, rodzinny, wesoły i pomocny. To z jego inicjatywy zaczęliśmy razem grać, on zaprosił mnie i Kacpra na pierwszą próbę. Na sali prób jest z nami cały czas, na zdjęciu. Tytułowy numer "Storm Of Blades" pierwotnie zrobiliśmy z Robertem. Nie wyobrażam sobie żeby go nie było z nami na tej płycie. Wasz skład to swoista mieszanka piorunująca, połączenie młodości z doświadczeniem przekłada się to na efekty końcowe waszej pracy, bo wzajemnie się napędzacie, inspiru jecie, etc.? Piotrek Kołodziejczyk: Oj, mieszanka to jest. Ja z Jarkiem stare czasy Leviathan, Bartek ma już za sobą parę zespołów i sporo koncertów, najmłodszy Kacper to wulkan energii. Po połączeniu sił daje to efekt w postaci materiału Bladestorm. Każdy z nas wnosi coś swojego przy komponowaniu, każdy chce mieć udział w tworzeniu utworów. Kacper Ptak: Ci doświadczeni koledzy niejednokrotnie zaskakują energią. Mamy tu typowy przykład kiedy muzyka łączy pokolenia. To jest właśnie heavy metal! Jarek Zygmański: Dobrze to określiłeś. Na dobrą sprawę, najmłodszy z naszego składu mógłby być synem najstarszego! (śmiech!). Na szczęście nie ma wojny pokoleń. Wręcz przeciwnie, uzupełniamy się, czasem na sprawy patrzymy z różnych stron, ale cel mamy ten sam - dobra zabawa i realizowanie pasji w Bladestorm. Najważniejsze, że dobrze się dogadujemy. Gdy gramy i widać uśmiechy na twarzach, to znaczy że każdy jest na swoim miejscu, dobrze się w tym czuje i dobrze się bawi. Miejsce, w którym mamy salę prób to istna jaskinia heavy metalu. Jest tu kilka sal i kilka bandów. Niektórzy spędzają tu naprawdę dużo czasu na ćwiczeniach i prezentują wysoki poziom. Są też tacy, którzy nie znają takiego życia, jakie my możemy powspominać. Czasem, gdy robimy mokrą (alkoholową) próbę, ściągamy drzwi z zawiasów i zaglądają do nas wszyscy. Każdy może się napić, z każdym coś zagramy. O północy odpalamy grilla i siedzimy czasem do wczesnych godzin porannych. Potem każdy w taxi i do domu, do szarej codzienności. Taki integracyjny reset robimy co jakiś czas. Każdy tego potrzebuje, bez względu na wiek.


Dlaczego debiutujecie krótszym materiałem, nie albumem? To celowy zabieg, dostosowanie się przez was do realiów doby streamin gu, a może tzw. proza życia dała o sobie znać, bo studio jednak kosztuje? Kacper Ptak: Mamy świetny materiał. Nie było co zwlekać. Duża zasługa Bartka, bo to on nalegał na jak najszybsze zrobienie materiału w studio. Ja byłem za home recordingiem i streamingiem. Piotrek Kołodziejczyk: Zrobiliśmy trzy utwory i padła propozycja wejścia do studia i nagrania tego. Na dokładkę jest jeszcze jeden cover zaproponowany przez Bartka. Chcieliśmy się już podzielić swoją twórczością i dać o sobie znać w mediach społecznościowych, że jest taki zespół jak Bladestorm, jaka będzie reakcja odbiorców. Tak czy inaczej materiał na pełną płytę jest w przygotowaniu, nie poprzestaniemy tylko na EP-ce. Dostajemy sporo sygnałów, że jest to dobry materiał. Jarek Zygmański: Na "Storm Of Blades" wyjęliśmy kasę z własnych kieszeni. Stać nas, a co tam, sprzedaliśmy butelki! (śmiech!). A tak na poważnie, wydaliśmy EP-kę, żeby pokazać światu, że nie śpimy w kapciach przed telewizorem, że napierdalamy muzę, która nam w duszy gra. Może ktoś posłucha, może posłucha kilka razy - to już będzie dobrze. Mogliśmy czekać i dopieszczać pozostały materiał, ale decyzja żeby wydać najpierw EPkę była słuszna. Myślę, że na wiosnę powinniśmy wejść do studia by zarejestrować materiał na dużą płytę. Tym bardziej, że w nasze szeregi wstąpił ostatnio kolega na drugą gitarę. Też, że tak powiem "stary wyjadacz", więc nadal będzie oldschoolowo. Nie wybieraliśmy najtańszego studia, chcieliśmy trafić w dobre ręce. Jarka z Sound Scope polecił Bartek, kilka razy pracowali już razem. Efekt współpracy z Jarkiem jest dobry, jesteśmy zadowoleni! Trudno nie dostrzegać coraz wyraźniejszej przepaści pokoleniowej - nie czujecie się jakimiś dinozaurami, proponując "Storm Of Blades" na płycie CD, gdy wielu młodych ludzi nawet nie wie co to takiego i nie ma ich na czym odtworzyć, a do tego słuchają już muzyki zupełnie inaczej niż my, wybiórczo i powierzchownie, album jako całość już do nich nie przemawia? Piotrek Kołodziejczyk: Cały czas są wydawane płyty CD, jest ich sporo. Jest powrót do wydawania płyt winylowych i co ciekawe coraz bardziej popularnym nośnikiem stają się kasety magnetofonowe. Młodzi ludzie słuchają wybiórczo, ale jeżeli coś im wpadnie w ucho to przesłuchują cały materiał. Materiał Bladestorm jest również dla starszych, którzy się wychowali na takiej muzyce, tak jak my. Kacper Ptak: Jesteśmy na YouTube. CD dlatego, że są jeszcze odbiorcy takiego dzieła. Mamy świetną okładkę. To naprawdę piękna pozycja do kolekcji. Jarek Zygmański: No niestety, dzisiejsze pokolenie funkcjonuje trochę inaczej niż my kiedyś. Kiedyś nośnik z muzyką musieliśmy zdobywać, pożyczać, przegrywać, kasety i płyty kupowaliśmy na giełdach płytowych, wyczekiwaliśmy przy radiomagnetofonie na ulubione audycje radiowe, by nagrać prezentowaną w radio płytę. Szanowaliśmy dzięki temu każdą "zdobycz". Okładki płyt i kaset oglądało się i czytało. Muzyki słuchało się od pierwszego trzasku do ostatniego dzwięku. Kasety przechowywane w pudełkach poukładane na

półkach. Dzisiaj w internecie możesz znależć wszystko: śmieci, to co ważne, prawdę i fałsz. Mimo wszystko myślę, że trzeba pokazywać i uczyć dzieci i młodzież, że muzyka to ludzie, że muzyka to przekaz dla słuchacza, to emocje twórcy, że fajnie jest słuchać muzyki i oglądać w tym czasie to, w co została zapakowana, co jest w pudełku, poczytać teksty, obejrzeć zdjęcia, czy chociażby zapoznać się z tytułami utworów. To jest inna relacja słuchacza z muzyką niż tylko szczątkowe odsłuchanie kilku dzwięków i klikanie w następny i następny. Paradoksalnie jednak winylowy nośnik znowu stał się modny. Nie jest to trochę dzi wne, że tylu młodziaków w sieci słucha płyt fragmentarycznie, CD nie włączą za żadne skarby, a LP już tak? Myślicie w związku z tym o winylowej wersji "Storm Of Blades"? Kacper Ptak: Ja myślałem o kasecie. Winyli nie słuchałem poza Maanamem. To nie jest nośnik mojej młodości. Piotrek Kołodziejczyk: Jeżeli będzie materiał na LP, który ukaże się w wersji CD, pomyślimy o wersji winylowej. Może to będzie wydanie kolekcjonerskie jak większość wydawanych teraz winyli. Fajnie było by mieć taki

ka mi spadła. Nie spodziewałem się, że wyjdzie tak fajnie. Gdy podjęliśmy decyzję, że robimy EP-kę Bladestorm, Thrashing Madness był chyba najlepszym wyborem. Cieszę się, że udało nam się dogadać i nasze pierwsze dziecko trafiło w dobre ręce. Leszek wiedział, jak zachować nasz klimat muzyki i przenieść to na papier. "Storm Of Blades" to dobre wydawnictwo. Kacper Ptak: Kiedy padła propozycja od Jarka, wiedziałem że to strzał w dziesiątkę. Pracujecie już nad pełnym materiałem, czy czekacie na przyjęcie debiutanckiej EP-ki, od tego uzależniając kolejne poczynania zespołu, choćby większą liczbę koncertów czy innych działań promocyjnych? Kacper Ptak: Praca wre. Koncert będą nas napędzać, a EP-ka to dobra promocja. Piotrek Kołodziejczyk: Cały czas pracujemy nad resztą materiału do LP. Wydanie EP-ki było tylko impulsem do dalszych działań, chcemy dawkować odbiorcom naszą muzę i trzymać w napięciu, jak w teleturnieju! (śmiech!) W międzyczasie planujemy koncerty i promocję zespołu. Jarek Zygmański: Cały czas pracujemy. Rżniemy regularnie, pracujemy z drugim gita-

Foto: Bladestorm

krążek w dorobku artystycznym. Jarek Zygmański: Mówisz, że byłby singiel a później LP? (śmiech!) To byłoby dobre! Może i masz rację, że trafiłoby to do większego grona słuchaczy. Winyle wracają do łask, coraz więcej ludzi słucha "czarnego krążka". Póki co mamy CD - po udanej współpracy z Leszkiem przy okazji kompaktowej edycji demówek Leviathan wiedzieliście od razu, że "Storm Of Blades" również powierzycie Thrashing Madness? Piotrek Kołodziejczyk: Tak, chwalimy sobie współpracę z Leszkiem. Jest to odpowiedni człowiek na odpowiednim stanowisku, ma wszystko poukładane i zna się na tym co robi. Wie gdzie i u kogo promować naszą twórczość. Jarek Zygmański: Chyba tak, współpraca z Leszkiem to przyjemność. Facet zna się "na rzeczy", to zawodowiec i człowiek z pasją. Widziałeś jego obrazy?! Gdy otrzymałem karton z CD Leviathan i zobaczyłem grafikę, szczę-

rzystą i pieścimy materiał do dużej płyty, ale bez ciśnienia. Czasem zataczamy koło do rana i trzeźwiejemy. (śmiech!). Wszystko przyjdzie w swoim czasie. Chcemy grać koncerty, bawić się muzyką i czuć, że to co robimy jest słuszne. Jest zapał, jest energia i są pomysły. Dobrą drogą jest zabawa bez parcia na szkło. Mam nadzieję, że "Storm Of Blades" zostanie dobrze przyjęta, że Bladestorm trafił w gusta metalowej braci i zobaczymy się na koncertach, by przekazać sobie trochę pozytywnej energii. Liczymy na waszą obecność pod sceną i wspólną dobrą zabawę. Potem pójdziemy do baru! Bladestorm: Serdeczne dzięki za rozmowę, trzymajcie się zdrowo, słuchajcie Bladestorm i do zobaczenia na live! Na wieki wieków... 666. Wojciech Chamryk

BLADESTORM

69


Heavy metal potrzebuje młodej krwi - dlatego tu jesteśmy "Twist of Fate" był jednym z najciekawszych albumów we współczesnym heavy metalu ostatnich lat. Nowy Dokken, czyli hiszpański Hitten, powraca w 2021 roku ze swoim nowym albumem, "Triumph & Tragedy", czerpiącym z greckiej mitologii i filozofii, stawiającym pytania o życiowe wybory. Pod względem wyborów muzycznych to podróż w czasie do końcówki lat 80., melodyjnego brzmienia, patetycznych solówek i monumentalnych ballad, a wszystko to w neonowej estetyce. Ci, którzy śledzą zespół, pradopodobnie mieli już okazję wysłuchać przynajmniej kilku singli, w naszej rozmowie Alexx Panza i Dani Meseguer dopowiadają jednak co kryje się za niektórymi aranżacjami, jak przetrwać w skórach kręcąc teledysk w blisko 50 stopniach i dlaczego nie przepadają za swoim debiutem (co postanowili naprawić)! HMP: Nagrywaliście wasz nowy album, "Triumph & Tragedy", latem 2020 roku, miesiące przed tym, jak odszedł Eddie Van Halen. Pierwszy kawałek, "Built to Rock" brzmi jak crossover pomiędzy pierwszym albumem Van Halen a współczesnym heavy metalem. Czy Eddie był dla niego inspiracją? Alexx Panza: Zdecydowanie, dobrze to zauważyłaś! W "Built to Rock" chcieliśmy odtworzyć bezpośredni, zabawny, shreddujący, klasyczny otwierający kawałek (na płycie, ale również na potrzeby koncertów) w duchu Van Halen. Pisząc linie wokalu, myślałem o

riffy w "Ride Out of Storm" i współczesne heavy w "Light Beyond the Darkness". Czym jest spowodowana ta różnorodność? Alexx Panza: Po prostu wypływa z tego, czego wszyscy słuchamy, tak mi się wydaje… Jesteśmy zainspirowani wieloma odcieniami heavy metalu/rocka, więc mieszanie ze sobą wszystkich rzeczy, które nam się podobają, przyszło nam naturalnie. Z pomocą "Triumph & Tragedy" chcieliśmy przenieść słuchacza w stare, dobre czasy, gdy hard n' heavy było na szczycie, do złotych lat MTV Headbangers Ball… Mam na myśli późne lata 80.

Foto: Hitten

"Live Without a Net" Van Halen z 1986r., gdy otworzyli występ kawałkiem "There's Only One Way To Rock". Jest to właściwie numer Sammy'ego Hagara, ale to już inna, dobrze wszystkim znana historia (śmiech). Pierwsze, o czym pomyślałam, widząc tytuł waszej nowej płyty, to że przypomina klasyka od Warlock, "Triumph and Agony". To przypadek, czy Warlock w jakiś sposób na was wpłynął? Alexx Panza: Nie do końca. Mimo że wszyscy lubimy i szanujemy Warlock, to tytuł płyty jest właściwie podobnym oksymoronem, ale niczym więcej. Eksplorujecie wiele różnych stylów metalu, jest hard rock w "Build to Rock", typowa bal lada z lat 80. "Eyes Never Lie", klasyczne

70

HITTEN

i początek 90., gdy heavy metal był mocny, ale melodyjny, a zespoły hard rockowe zajmowały pierwsze miejsca w notowaniach. A czy "Eyes Never Lie" zainpirował film "Scarface"? To klasyczna linijka! Pasuje też do stylistyki tamtych lat, więc zastanawiam się, czy stoi za tym coś więcej. Alexx Panza: (śmiech) Właściwie to nie… Ale osobiście jestem wielkim fanem "Scarface" i wszystkich włosko-amerykańskich filmów o mafii. "The Soprano" to mój ulubiony serial telewizyjny wszechczasów, a moim ulubionym filmem jest "Donnie Brasco". Wasz poprzedni album był ukierunkowany w stronę bardziej klasycznego heavy/hard rocka, a na "Triumph & Tragedy" brzmienie ewoluuje. Myśląc o kolejnej płycie, czujecie,

że chcecie pójść jeszcze dalej, na przykład w kierunku brzmienia lat 90.? Jest też częściowo słyszalne na poprzednich płytach. Alexx Panza: Brzmienie albumów Hitten nie jest czymś, co jesteśmy w stanie kontrolować ani o czym naprawdę możemy decydować. To naturalny process, prawdopodobnie po prostu zainspirowany tym, czego słuchamy i co częściowo wpływa na nas w określonym czasie (jeśli chodzi o komponowanie). Nigdy nie było tak, żebyśmy zgromadzili się pewnego dnia przy stole i zdecydowali, że pójdziemy w kierunku speed metalu czy hard rocka. Po prostu płyniemy z prądem! Tak, jak powiedziałaś, bardziej melodyjny, rockowy klimat był już obecny na poprzedniej płycie, "Twist of Fate", więc był dla nas czymś naturalnym. Chcieliśmy podkreślić go na "Triumph and Tragedy", ale nie zapominając o klasycznym heavy metalu, który zawsze był podstawą brzmienia Hitten. "Twist of Fate" został bardzo dobrze przyję ty nie tylko przez fanów, ale i krytyków. Czuliście presję, komponując materiał na nowy album? Dani Meseguer: Zupełnie nie! Kochamy pisać nowe kawałki i wkładać w nie wszystkie nowe umiejętności, jakie przez ten czas nabyliśmy. Wiele współczesnych zespołów heavymetalowych jak Enforcer stwierdza po czasie, że ma poczucie, że doszli w pewnym momencie do punktu, w którym są przy ścianie, wyczerpali swój limit i trudno jest im w dalszym ciągu utrzymywać świeżość w gatunku. Też macie podobne odczucia i obawy? Alexx Panza: Nie do końca się z tym zgadzam. To prawda, że to, czego czasy świetności przypadły na lata osiemdziesiąte jest w pewien sposób nie do przebicia z szeregu powodów, począwszy od faktu, że było to wtedy nowe i świeże. Zgadzam się też z tym, że "eksperymentowanie" z tym gatunkiem doprowadziło do momentu, w którym trudno było dalej opisywać tę muzykę jako heavy metal. Uważam jednak, że dzisiejsze zespoły nadal świetnie się w nim sprawdzają i grają bardzo dobrze, bez zarozumiałej potrzeby tworzenia czegoś nowego, ale po prostu robiąc to na swój własny sposób, indywidualnie dotykając gatunku, co sprawia, że stają się rozpoznawalne. A co myślicie o kondycji heavy metalu w Hiszpanii? Mnóstwo świetnych, nowych zespołów pochodzi właśnie z tego kraju, wliczając was. Dani Meseguer: Tak, mamy w Hiszpanii mnóstwo wspaniałych, nowych zespołów! Heavy metal potrzebuje młodej krwi i to jest też powód, dla którego tu jesteśmy. Za brzmienie "Triumph and Tragedy" odpowiada świetny producent i muzyk Patrick Engel, odpowiedzialny za mnóstwo remas terów i masteringów pod wydania winylowe. Czy to był powód, dla którego go wybraliś cie? Nowy album jest w końcu dostępny na limitowanej serii winyli. Jak wyglądała wasza współpraca? Alexx Panza: Album został właściwie zmiksowany i wyprodukowany przez Javiego Feleza w Moontower Studios, w Barcelonie, który miksował też nasze poprzednie albumy, "State of Shock" i "Twist of Fate". Patrick Engel z Temple of Disharmony odpowiadał


za mastering. Przy naszej nowej płycie zastosowaliśmy tę samą formułę, bo "po co zmieniać drużynę, która wygrywa". Uwielbiamy pracę z tą dwójką. Javi dokładnie wie, czego chcemy, jest też prawdziwym metalowcem i świetnym gitarzystą (sprawdź hiszpański Graveyard i Balmog, jeśli lubisz ekstremalny metal, nie zawiedziesz się!), a także wielkim koneserem heavy metalu i hard rocka, nie mówiąc już o byciu zabójczo dobrym dźwiękowcem. To samo można powiedzieć o Patricku, ma ogromne doświadczenie w masteringu, a już szczególnie wie, jak powinien brzmieć album heavy metalowy… Mastering to zawsze dość podchwytliwe zadanie w kwestii produkcji płyty, często niedoceniane. Zły master potrafi zniszczyć naprawdę dobry mix, a z drugiej strony, dobry mastering potrafi wyciągnąć silne strony słabego miksu, naprawiając tyle słabych punktów obecnych w spektrum dźwięku, na ile jest to możliwe. Javi i Patrick pracowali razem wiele razy przez te wszystkie lata, więc wiedzą, jak się ze sobą komunikować, co też jest bardzo ważne. Osobiście, zawsze uważałem, że posiadanie przy sobie odpowiednich ludzi do pracy jest o wiele ważniejsze i skuteczniejsze, niż nagrywanie w wielkich i drogich studiach z ludźmi, którzy nie mają pojęcia o tym, co grasz, ani doświadczenia w tej kwestii. "Core of the Flame" to kolejny przykład 80sowej ballady, ale w innym stylu niż "Eyes Never Lie", pojawiły się nawet partie chóru. Jest monumentalny, dość patetyczny, możecie opowedzieć coś więcej o zamyśle i inspiracjach dla tego konkretnego kawałka? Alexx Panza: To, co kochamy na "Triumph & Tragedy" i z czego jesteśmy bardzo dumni, to heterogeniczność kawałków na całości płyty, ale jednocześnie zawsze podążających konkretną ścieżką, bez "przekraczania granic". "Core of The Flame'' to jedna z najbardziej epickich kompozycji, jakie napisaliśmy, z najbardziej głębokim tekstem w całej karierze Hitten. Opowiadają o fakcie, że każde działanie, jakie podjęliśmy w naszym życiu, zawsze będzie się powtarzać, "in an eternal return". To twist koncepcji Nietzschego, który stwierdził, że skoro świat składa się z atomów, to ograniczona liczba atomów tworzy świat, który znamy, więc liczba działań również będzie ograniczona. Prometeusz i ogień zostały użyte jako alegoria, aby wyjaśnić, że rozumem (ogień) odrzucamy wartości, które czynią nasze ciało grobem, a życie oczekiwaniem na transcendentny świat. Prawie każdy przyzwoity album heavy met alowy zasługuje też na przyzwoitą balladę, żeby zbalansować całość, a na "Triumph & Tragedy" znalazły się aż cztery kawałki z wolnymi, balladowymi partiami, niektóre są nawet umieszczone obok siebie, jak "Core to the Flame" i "Under your Spell". Myślałam nawet, że skończycie na "Something to Hide"! Czy taka ilość ballad była konieczna, by stworzyć konkretny klimat, czy to celowe działanie? Może też dlatego, że wasza poprzednia płyta nie miała zbyt wiele takich momentów. Alexx Panza: Jedynym kawałkiem, który naprawdę w moim odczuciu można nazwać balladą czy power balladą, jest "Something To Hide". Nigdy wcześniej nie napisaliśmy czegoś takiego i boże, cóż… Jesteśmy po prostu grupą kiczowatych gości, którzy bardzo lubią balla-

dy (śmiech). Gdy Johnny wpadł więc na pomysły w tym stylu, stwierdziliśmy: no dobra, to już czas! Nie powiedziałbym, że "Under Your Spell" czy "Core of The Flame" to ballady, raczej wolniejsze piosenki w średnim tempie, specjalnie podkreślającymi "uczuciowość". Ale rozumiem, jeśli chcesz nazywać je w ten sposób. Mówiąc o trackliście, zdecydowaliśmy umieścić kawałki tam, gdzie są, głównie ze względu na winylową tracklistę. Chcieliśmy uzyskać bardziej "bezpośrednią" stronę A i bardziej "uduchowioną" stronę B, oddzielając bardziej balladowe piosenki od tych w stylu

bardzo zróżnicowane i wymagające, nie tylko ze względu na wysokie dźwięki, ale również różniącą się dynamikę. Zastanawiam się, który kawałek był najtrudniejszy do zaśpiewania (lub napisania) i dlaczego? Alexx Panza: Chcąc dobrze wypaść, zawsze musisz dawać z siebie 110%, bo 100% nie jest wystarczające! (śmiech). Tak, lubię różnicować rejestry, których używam w moich liniach wokalu, zawsze starając się znaleźć coś, co będzie dobrze pasować i zapadnie ludziom w pamięć. Najtrudniejszy do zaśpiewania był prawdopodobnie "Ride Out The Storm", głów-

Foto: Hitten

amerykańskiego power metalu (ale też mających swoją własną wrażliwość), jak "Light Beyond The Darkness", które oddziela "Core of the Flame" i "Under Your Spell" od "Something to Hide". Mam wrażenie, że najlepsze zostawiliście na koniec: tytułowy "Triumph and Tragedy". Mieści w sobie wszystko, gitarowe harmonie, balladowe wstawki, klasyczne riffy heavy. Postrzegacie ten kawałek jako podsumowanie całej płyty? Alexx Panza: Tak, zdecydowanie. Tytułowy kawałek to idealna kompozycja, by zakończyć nią album i faktycznie zawiera wszystkie te elementy, które można usłyszeć w pozostałych numerach. Z pewnością "Triumph and Tragedy" jest jednym z najbardziej ambitnych kawałków Hitten. Znajdziesz w nim wszystko: od chwytliwych refrenów, po bardziej teatralne partie, od Whitesnake'a, przez Crimson Glory do podwójnych gitar Iron Maiden. Również samo intro do "Triumph and Tragedy" jest pełne detali, trwa też dość długo zanim wchodzi wokal. Zastanawiam się dlaczego nie nagraliście żadnego instrumen tala? Brzmiałby świetnie. Dani Meseguer: Cóż, to prawda, że "Triumph and Tragedy" jest długi i pełen detali, ale nie wydaje mi się, by brzmiał równie dobrze jako instrumental. Kocham instrumentale, ale chcieliśmy coś, co można zaśpiewać, nawet mimo długości! Alexx, partie wokalu na nowej płycie są

nie dlatego, że jest ciągle śpiewany bardzo wysoko, od początku do końca i nie pozwala mi choć na chwilę złapać oddech. Do napisania… Nie wiem, chyba "Triumph & Tragedy", ale tylko ze względu na jego złożoną strukturę. Ma refren, ale cała piosenka jest jak mała suita, podzielona na trzy części: "pt. I: The Way of Faith", "pt. II: The Way of Suicide", "pt. III: The Way of The Tragic Heroes". W "pt. II: The Way of Suicide" chciałem zbudować taką linię wokalu i interpretację, która przekazywałaby ból, a w "pt. III: The Way of The Tragic Heroes" celem było przekazać nadzieję. W materiałach promocyjnych stwierdzacie, że cały album opowiada o przeznaczeniu i wierze. Postrzegacie "Triumph and Tragedy" jako album koncepcyjny? Alexx Panza: Nie, nie nazwałbym go albumem koncepcyjnym. Całe nasze życia opierają się na "triumfach" i "tragediach". Teksty na tej płycie wahają się od konkretnych, codziennych historii do bardziej duchowych i filozoficznych kwestii, jak w "Core of The Flame" czy tytułowym "Triumph and Tragedy". Wiem, że nie jesteście szczególnie zadowoleni z waszego debiutu, "First Strike with the Devil" i wcześniejszych demówek. Oczywiście w porównaniu do obecnych płyt słychać ogromny rozwój i każdy ma pragnienie stawania się coraz lepszym, ale dlaczego nie podobają wam się te nagrania, nie macie do nich sentymentu? Dla mnie to wciąż całkiem dobry przykład gatunku. Alexx Panza: Skąd ty o tym wiesz? (śmiech). Cóż, byliśmy zbyt młodzi, gdy nagrywaliśmy

HITTEN

71


pierwszy album. To było jedno z naszych pierwszych doświadczeń w studio. Właściwie nie mieliśmy pojęcia o niczym, po prostu mieliśmy gotowe kawałki. Może nie jestem zadowolony z brzmienia, ale wszyscy nadal jesteśmy dumni z tego, co zrobiliśmy. To były kompletnie inne rzeczy. Nawet patrząc na teraźniejszy materiał, naprawdę uważamy, że ten stary to fajne kawałki, ale ich ponowne nagranie, z zastosowaniem tego, czego się nauczyliśmy, sprawiłoby, że brzmiałyby dużo lepiej. I tak też zrobiliśmy! (śmiech). Wieści w tym tema-

spirowana kawałkiem z pierwszego albumu Running Wild, ale Stormwitch oczywiście również był wielką inspiracją, w końcu wielokrotnie coverowaliśmy ich "Walpurgis Night" na żywo! Wciąż, od czasu do czasu, gram na gitarze, ale tylko w domu (śmiech). Pewnie ci się to nie spodoba, ale jestem teraz wokalistą na pełen etat. Dla jasności, kocham to, co robię, ale jednak trochę tęsknię za graniem (śmiech). Śpiewasz też dla Cobra Spell i osobiście

co nieuniknione, w stylu science fiction. Nigdy nie wiesz, czy twoje wybory, ścieżka, którą obierzesz, będą tymi właściwymi, czy przyniosą ci triumf czy tragedię. Jak udało wam się przetrwać nagrania do waszego teledysku do "Ride out the Storm" w takim upale? Podobno było tam 47 stopni! Alexx Panza: (śmiech) Wydaje mi się, że nam się nie udało. Nie miałem pojęcia, że moje ciało jest w stanie wyprodukować z siebie tyle potu… Myślę, że wypociliśmy ze dwadzieścia litrów każdego dnia, ubrani w skóry, próbując wyglądać jak twardziele przed kamerami (śmiech). Prawdziwe piekło! Niesamowite jest też to, że udało wam się dotrzeć z tym teledyskiem do lokalnej telewizji. Alexx Panza: Tak, to było wspaniałe! Ale jeszcze lepsze jest to, że udało nam się w niej pojawić jeszcze dwa razy, w związku z naszymi kolejnymi dwoma singlami.

Foto: Hitten

cie, miejmy nadzieję, już niedługo. Co myślicie o ciągłym porównywaniu was do Dokken? Zgadzacie się z tym i traktujecie to jako komplement, czy jesteście już raczej zmęczeni, bo pracujecie przecież nad własnym brzmieniem? Alexx Panza: Wszyscy jesteśmy zatwardziałymi fanami Dokken, więc jest to dla nas ogromny komplement. Wydaje się zbyteczne dodawać, że są też dla nas wielką inspiracją. Alexx, czy Walpurgis Night, jeden z twoich pierwszych, byłych zespołów, był zainspirowany kawałkiem Stormwitcha? Grałeś też w nim na gitarze, więc zastanawiam się, czy nadal grasz, np. pomagając komponować nowy materiał dla Hitten. Alexx Panza: Nazwa została właściwie zain-

jestem wielką fanką Soni Anubis, więc zastanawiam się, co myślisz o jej umiejętnościach kompozytorskich i waszej współpracy? Alexx Panza: Zgadza się. Kompozycje Cobra Spell są zdecydowanie bardziej bezpośrednie niż Hitten, bardziej w stylu glamu/sleaze z lat 80., z L.A., jak LA Guns, W.A.S.P., Motley Crue, Cindirella, Ratt, oczywiście Kiss i wielu innych inspiracji. Poznaliśmy się z Sonią podczas trasy Hitten promującej "Twist of Fate" pod koniec 2019 roku. Graliśmy w Niemczech na jednej scenie, ona była w trasie z Burning Witches. Widziała koncert Hitten i gdy wieczór dobiegł końca powiedziała mi, że założyła nowy zespół (Cobra Spell) i zapytała, czy chciałbym do niego dołączyć. Zaczęliśmy więc razem pracować na EPką "Love Venom" i obecnie pracujemy nad nowym materiałem na nasze przyszłe wydawnictwo… W końcu będziemy w stanie zagrać go też na żywo, bo przez covid właściwie nigdy tego nie zrobiliśmy! Porozmawiajmy o grafikach stworzonych na potrzeby nowej płyty. Uwielbiam neonową stylistykę w klimacie Miami Vice i to, że zadbaliście nawet o oprawę singli! Kto jest odpowiedzialny za okładkę i dlaczego zdecy dowaliście się na taki klimat? Alexx Panza: Pracowaliśmy naprawdę bardzo ciężko z Marciem Schoenbachem z Sadist Art Designs nad tą okładką. Chcieliśmy coś całkowicie przyciągającego wzrok i retro, więc oczywistym jest, że neonowe kolory to strzał w dziesiątkę. To reprezentacja greckiej bogini Ananke, odpowiedzialnej za los, bogini tego,

72

HITTEN

Alexx, czy Nightbreaker Production jeszcze działa? Jeśli tak, dlaczego Hitten postanowił współpracować z High Roller Records, a nie twoją własną wytwórnią? Nightbreaker skupiał się ostatnio na thrashowych zespołach, więc może to też jest powód. Alexx Panza: Nie, niestety Nightbreaker Production ma stały status "zawieszony". W ciągu ostatnich kilku lat stałem się bardzo zapracowanym człowiekiem i byłem zmuszony zostawić tę działalność. W każdym razie, High Roller Records jest większą wytwórnią, więc gwarantuje nam więcej, niż byłbym w stanie zaoferować gdybym nadal to prowadził. Oczywiście jeśli pewnego dnia zdecyduję się przywrócić Nightbreaker do życia, z pewnością chciałbym wydać coś Hitten, mógłby to być albo singiel, albo cała płyta, tak, to byłoby cool! A co podoba wam się najbardziej we współpracy z High Roller Records? Alexx Panza: Dziś High Roller Records to prawdziwa instytucja heavy metalu. Z dwudziestoma latami doświadczenia za pasem, mają u siebie najlepsze składy, maniakalny klimat w swoich produkcjach i są też bardzo dobrzy w dystrybucji. Jakie są wasze plany na teraz, gdy granie na żywo staje się powoli znów możliwe? Planujecie zagrać także w Polsce? Alexx Panza: Powoli zamykamy listę koncertów na przyszły rok. Trzymamy kciuki, by w końcu się odbyły. Bardzo chcielibyśmy zagrać w Polsce! Pozdrawiamy wszystkich fanów, którzy stamtąd pochodzą. Iga Gromska


ku z tym, póki co, jedyne nad czym w praktyce musieliśmy dyskutować ponownie od nowa po spotkaniu się, były końcowe szlify kompozycji.

Demerio spragniony bardziej niż kiedykolwiek Że w Meksyku parzy gorącem, to czaję. Że rikki tikki grzmi tam true heavy metalem - Phainopepla też doćwierkał. Ale, żeby niebo podzieliło elektryczne zaklęcie, oj kowboju, w bystrej nieś wodzie marzenia. Dej mi nu to czterech chłopa, a i trzej wystarczy, wszak to metale: walibęben Tomás Roitman, ustolista Jason Conde-Houston i rifforzysta Armand "Hank" Ramos. Tak nagadali o "Electric Spell", że ich imię mi pęgnęło. Demeiro właśnie się zemścił i wpada z impetem. HMP: Witajcie Death Ridersi! Tomás Roitman: (śmiech) Podoba mi się, jak nas nazwałeś, bo w ten sposób przypominasz ludziom, że reprezentujemy w stu procentach prawdziwy heavy metal. A prawdziwa nazwa Waszego zespołu brzmi: Speed Heaven? Tomás Roitman: Wow, Speed Heaven? Spoko, każdy, kto widział nas na żywo, zgodziłby się, że taka nazwa doskonale by do nas pasowała, lub też... Jeśli posłuchasz naszych dwóch pierwszych albumów, zwłaszcza kawałków typu "The Golden Times" lub "The Obscure", to przekonasz się, dlaczego - zdaniem wielu naocznych świadków - coś bardzo złego działo się w kwestii mojej potrzeby nadmiernego przyspieszania podczas gry na perkusji. Roznosiła mnie agresja (śmiech). Byłem wtedy młodszy, silniejszy, bardziej szalony. Teraz wspominam to z zadowoleniem! Tu w Meksyku, niektórzy fani mówią o nas "The Splits" lub "The Split Heavens" i tak się właśnie zastanawiam, czy nie nadszedł najwyższy czas, aby to zmienić. Podoba nam się wersja "Death Riders". Wraz z powiększaniem naszej bazy fanów i demolowaniem scen ostrym metalem, coraz więcej osób zapamiętuje, kim jesteśmy! Rikki-tikki-podpucha. Jasne, że Split Heaven. Nie jesteście w pełni meksykańskim zespołem, bo np. wokalista Jason Conde Houston pochodzi ze słonecznej Kalifonii. Uściślijmy: działacie z dystansu, będąc rozsianymi po świecie? Niektórzy muzycy nie chcieliby nawet słyszeć o takiej opcji, aby ich kapele funkcjonowały z różnych części świata, ale w praktyce chyba da się to całkiem sensownie zorganizować? Jason Conde-Houston: Tak naprawdę, jestem na wpół Meksykaninem. Przekroczyłem granicę co najmniej dziesięć tysięcy razy. Powinienem zawnioskować o przyznanie podwójnego obywatelstwa - wówczas mógłbym stać się prawnym właścicielem meksykańskiego gruntu. Ale to dyskusja na inny wieczór. Jeden z naszych gitarzystów, Armand "Hank" Ramos, mieszka w Berlinie i to właśnie z tego względu tworzymy zespół na odległość. Nagrywając nowy materiał, czekam aż pozostali ukończą swoje, a następnie przylatuję na jakiś miesiąc do Meksyku w celu rejestracji wokali. Taki układ sprawdzał się na naszych dwóch ostatnich albumach i podejrzewam, że będzie tak nadal. Czy oprócz logistycznych kwestii, związane są z tym inne trudności? Czy bywa np. tak, że myślicie: "cóż, na odległość wszystko

wydawało się cacy, ale jak już przyszło co do czego i spotkaliśmy się na miejscu, to musieliśmy przedyskutować całą sprawę od nowa"? Armand "Hank" Ramos: Szacuję, że w dziewięćdziesięciu procentach przypadków, zamieszanie sprowadza się do logistyki a pozostałe dziesięć procent - do technologii. Chodzi o to, że jak już ogarniemy rozwiązania niezbędne do sprawnej współpracy na odległość, to możemy skoncentrować się na twórczości. Komfortowe warunki słono jednak kosztują. Większą przeszkodą jest różnica strefy czasowej (pacyficzna, środkowo-meksykańska, środkowo-europejska), przez którą możemy spotykać się tylko w pewnych godzinach.

Czy lecąc samolotem z Meksyku na Waszą ostatnią trasę po Niemczech, 2019, spodziewaliście się tego samego, co zastaliście na miejscu? Jason Conde-Houston: Wraz z ostatnimi dwiema trasami Split Heaven przemierzyło kawał Europy. Było wspaniale. Doceniam entuzjazm europejskiej publiczności, gdyż śpiewała głośno wraz z nami, w przeciwieństwie do niemrawych metalowców ze Stanów Zjednoczonych. Osobiste poznawanie innych kultur sprawia nam zawsze ogromną przyjemność. Potem następiła ponad roczna przerwa, po której spotkaliście się ponownie dopiero w kwietniu 2021 (rejestracja wokali). Rozumiem, że zobaczyliście w sobie tych samych heavy metalowych maniaków, co dawniej? Jason Conde-Houston: Oczywiście, każdy z nas jest w pełni oddany heavy metalowi, ale ja niemal w ogóle nie śpiewałem w tym okresie. Czułem się jak ptak uwięziony w klatce. Czułem się przytłoczony. Tomás Roitman zaprosił mnie na nagrania do Meksyku, abym nabrał ochoty na chwycenie mikrofonu. Nie byłem w stanie zrobić tego sam w Kalifonii i nikt

Foto: Split Heaven

Dało nam się to we znaki podczas pracy nad "Electric Spell". Robiliśmy niemal wszystko na odległość. Dawniej spotykaliśmy się wszyscy w jednym studio i czerpaliśmy inspiracje wzajemnie od siebie. Nie tym razem. Wstępny zarys całego albumu wymyśliliśmy na odległość, tak samo stało się odnośnie dalszej ewolucji jego zawartości. Nie chcieliśmy przy tym odbiec nadmiernie od naszych muzycznych ram - zależało nam na zachowaniu brzmienia Split Heaven. Największą zaletą pracy na odległość jest natomiast większa szansa na przemyślenie, przerobianie i udoskonalenie tego, co niekoniecznie satysfakcjonowałoby nas nagrane na setkę. Inna sprawa, że Split Heaven nagrywało lokalnie albumy przez kilkanaście lat, nim dołączył Jason. Dopiero wtedy nastąpiła omawiana zmiana. W związ-

z mojego najbliższego otoczenia nie chciał się podjąć wsparcia mnie w tej roli. To dlatego poleciałem do Meksyku. Ostatecznie pomyślnie ukończyliście "Electric Spell". Gratuluję. Czy pamiętacie jeszcze, jaki był pierwszy zamysł odnośnie tego albumu? Armand "Hank" Ramos: Dziękuję. Cieszymy się, że teraz możemy udzielać wywiadów na temat "Electric Spell". W 2018 roku, podczas mojego ówczesnego pobytu w Berlinie, zbierałem wraz z Tomem pomysły na nowy album. Siadaliśmy często z gitarą akustyczną przy brzegu rzeki Spree. Pierwszym napisanym przez nas utworem było "Haunted Palace". Opracowaliśmy w tych okolicznościach tylko jego surowy szkielet. "Soul Possessor" zaczął

SPLIT HEAVEN

73


jako eksperyment a "Revolucion" wzięło się od wizji Jasona wykrzykującego: "Que viva la revolución, que viva Mexico!" ("Niech żyje rewolucja, niech życie Meksyk!"). Nasz drugi gitarzysta, Carlo "Taii" Hernández, przyszedł ze speedowymi "Hellion's Night" oraz "Let's Fight", też w okolicach 2018r. "Split Heaven" istniało w naszym repertuarze już od dawna nagraliśmy je nawet na pierwszych demówkach, jeszcze przed debiutanckim LP (czyli przed "Psycho Samurai", 2008r. - przyp. red.). Mocno jednak je zmieniliśmy, tak by pasowało do najnowszej płyty. Możliwe, że będziesz mieć później ochotę poszukać tej oryginalnej wersji i porównać obie między sobą. Powinno dać się wyszukać je gdzieś na YouTube. "Electric Spell" czekało w moim portfolio na właściwy czas, ale mocno je rozwinęliśmy tuż przed wejściem do studia. Pierwsze akustyczne intro przed "Sacred Fire" brzmiało kompletnie inaczej, ale postanowiliśmy zaprezentować zamiast niego melodię towarzyszącą nam od młodzieńczych lat. Wyszło nam, że

każdym z nas wywarła ona wielkie wrażenie w swoim czasie. Mam tu na myśli również poprzednich muzyków Split Heaven. Z jakiegoś powodu, kiedy grasz w "Ocarina Of Time" i dochodzisz do "Gerudo Valley", doznajesz uczucia ekscytacji wymieszanej z nostalgią. Pamiętam, że grałem przede wszystkim po to, żeby słyszeć towarzyszącą muzykę i solidnie się przy tym relaksować. Wszyscy zawsze byliśmy fanami akustycznych gitar - może ze względu na meksykańskie pochodzenie? Czujemy, jak ważny jest ten instrument w naszej kulturze (np. lokalny gatunek muzyczny Mariachi). W każdym razie, komponując z Armandem "Sacred Fire", skojarzyło nam się, że melodia z Gerudo Valley pasuje do jego wprowadzenia. Przy okazji, możemy wplątać sentymentalny akcent naszej młodości oraz odcisnąć na nagraniu dźwięki, przy których dorastaliśmy. Traktujemy to jako tribute dla gry, która odmieniła nasze życia. Podoba mi się intensywne brzmienie Wasze-

Foto: Split Heaven

fajnie będzie przedstawić materiał słuchaczom z wykorzystaniem latynoskiej piosenki od Koji Kondo, z gry "The Legend Of Zelda: Ocarina Of Time". Otro "Immolation" stanowiło wpierw integralną część kawałka "Electric Spell", ale po namyśle uplasowaliśmy je jako ostatni track. W tej sytuacji, "Electric Spell" widnieje jako ostatnia regularna piosenka płyty. Ogólnie, wszystkie numery miały zbyt urozmaicony charakter, więc potrzebowaliśmy je zmodyfikować oraz nadać im lekko obskórną, odrobinę epicką atmosferę. Aranżowanie oraz układanie harmonii wymagało szczególnie intensywnej pracy. Koncept polegał na przedstawieniu nowej historii bohatera oraz tego, jak podąża poprzez nieznane wszechświaty. Umarł, lecz odrodził się, następnie został pokonany, aby znów powrócić wraz ze swoją potężną bronią: Elektrycznym Zaklęciem (Electric Spell). Jak twórca Super Mario ma się do US power metalu? Tomás Roitman: Podczas wspomnianego przeze mnie pobytu w Berlinie, graliśmy wraz z Armandem w gry video, na których dorastaliśmy. Nie graliśmy wówczas w Zeldę, ale na

74

SPLIT HEAVEN

go nowego LP "Electric Spell". Zastanawiam się jednak, jak wyglądała, z technologicznego punktu widzenia, jego kompresja? Tomás Roitman: Dziękuję! Osiągnęliśmy dokładnie takie brzmienie, jakiego pragnęliśmy. Gdybyś usłyszał surowe nagranie, zauważyłbyś, że podeszliśmy do brzmienia bardzo poważnie. Wszystkie instrumenty grają niezwykle intensywnie. Jak raz Achim rzekł: "pażący gorąc". Nieodzownym elementem udanego efektu było zaangażowanie "outsidera" w roli producenta/mixera. Myśmy skomponowali całą muzykę, ale potrzebowaliśmy opinii profesjonalisty, aby upewnić się, że wszystko warczy, huczy i łomocze tak jak powinno. Achim wykonał wyśmienitą pracę, a myśmy zrobili wszystko, co nam zalecił. Osobiście pozostawałem z nim przez cały czas w kontakcie na WhatsApp. Również Armand czasami rozmawiał z nim przez telefon, kiedy akurat potrzebowaliśmy szybko uporać się z jakimś detalem. Pracowaliśmy bezstresowo, daliśmy sobie przestrzeń na "relax", gdyż wiedzieliśmy, że jesteśmy we właściwych rękach. Wysłałem mu wszystkie sesje Pro Tools, których używałem do nagrywania bębnów i wokali. Byliśmy w środku pandemii, więc tym razem Armand i

Carlo musieli nagrywać w swoich domowych studiach. A kiedy kończyli nagrywanie, przysyłali mi utwory, edytowałem je i umieszczałem w sesjach, a potem, kiedy nagrywaliśmy wokale w Querétaro, wykonałem ten sam proces i wysłałem je na dysk. Co do miksu i masteringu: daliśmy mu wolną rękę, aby zrobił, co uważa za najlepsze dla Split Heaven. Poprosiliśmy go jedynie, aby zachował duch true metalu, ale wyciągając najlepsze, co się da w 2021 roku. Spędziliśmy tylko kilka tygodni (krótko) na dokonaniu ostatecznych poprawek, jako że byliśmy zachwyceni tym, co w międzyczasie nam pokazywał. Użył najnowocześniejszej technologii audio, ale to, co słyszysz na "Electric Spell", to są surowe nagrania ze standardowym procesem miksu i masteringu, opracowane przez metalheads w duchu prawdziwego metalu. Nie potrafiłbym wybrać jednego lub dwóch utworów, które wybijają się ponad pozostałe. Które kawałki z "Electric Spell" zamierzacie wykonywać na żywo? Jason Conde-Houston: Najbardziej lubię "Hellion's Night", natomiast "Let's Fight" wyjdzie jako oddzielny singiel z video. "Sacred Fire" to opener, "Haunted Palace" super banger a "Electric Spell" to koncertowy pewniak jako numer tytułowy. Zobaczymy jeszcze, które spośród pozostałych utworów uwzględnimy w setliście. Ciężko będzie wybrać, co zostanie, a co odpadnie z setlisty długoterminowo. Jak nazywacie maskotkę Split Heaven z okładek Waszych trzech ostatnich long play'ów? Armand "Hank" Ramos: Demerio. To jedno z imion zapomnianych w okresie meksykańskich rewolucji. Pojawił się po raz pierwszy na okładce LP "The Devil's Bandit" (2013) - był tam śmiertelnikiem, który podpisał pakt z diabłem, avby podbić konserwatywne miasteczko. Wkrótce zmarł, ale odrodził się na okładce LP "Death Rider", aczkolwiek już nie jako śmiertelnik. W krainie Death Ridera, Demerio posiadł supermoce, lecz musiał stawić czoła zbyt trudnym przeciwnościom. Na "Electric Spell" nawiązaliśmy do zamętu politycznego w Stanach Zjednoczonych, związanego z elekcją Donalda Trumpa na Prezydenta. Podjęliśmy również wątek meksykańskiego kryzysu zakończonego zaginięciem 43 studentów. Demerio został pokonany i zaginął wraz z nimi, jednak po dłuższej nieobecności wpadł z impetem na okładkę "Electric Spell". Obecnie jest bardziej spragniony, niż kiedykolwiek. Naprawdę powrócił po dokonaniu aktu zemsty. Zastał jeszcze bardziej chaotyczny i szalony świat niż widział go uprzednio. Czy Waszym zdaniem społeczeństwo meksykańskie byłoby znacznie bogatsze i szczęśliwsze, gdyby wcale nie doszło do Meksykańskiej Rewolucji w 1910r.? Armand "Hank" Ramos: Nie wydaje nam się. O ile wielu postrzega ten ruch jako porażkę, wynikał on z prawdziwej potrzeby zmian w okresie politycznej dyktatury. Może to wydarzenie nie wpłynęło pozytywnie na meksykańskie społeczeństwo, tutejszą politykę ani ekonomię, ale przynajmniej postawa bohaterów ma swój symboliczny oddźwięk do dziś. Dzięki temu, mamy niemal progresywną, a z pewnością niezależną od kościoła formę organi-


zacji kraju. Możemy demokratycznie wybierać swoich przedstawicieli, zamiast polegać na łasce i niełasce dyktatorów. Powstały również związki zawodowe oraz inne pro-społeczne organizacje. Walka przeciwko nierównościom od dawna stanowi kluczowy aspekt rozwoju Meksyku. Ma to dla nas znacznie większą wartość niż jakakolwiek bezpośrednia korzyść uzyskana bez dokonania rewolucji. Oto dlaczego przekazujemy w naszym utworze wyrazy szacunku wobec bohaterów rewolucji. Jakie były główne źródła dostępu do heavy metalu w Meksyku przed erą powszechnego dostępu do Internetu w meksykańskich gospodarstwach domowych? Tomás Roitman: Kiedy byliśmy dziećmi/ nastolatkami, metalowe albumy można było znaleźć w niektórych supermarketach, ale głównie mieliśmy (i nadal mamy) podziemne sklepy metalowe w mieście. Moi starsi bracia, jego przyjaciele i mój brat Pedro (oryginalny gitarzysta, z którym stworzyłem Split Heaven), dostarczali również kasety, płyty LP i CD (z własnych źródeł), które zaspokajały naszą potrzebę słuchania metalu. Co tydzień oszczędzaliśmy pieniądze dawane nam przez rodziców na jedzenie w szkole, aby w każdy weekend kupować nowe płyty CD i gry wideo. Zamiast chodzić do kościoła, zajmowaliśmy się tym całe weekendy. W ten sposób odkryliśmy Sodom, Borknagar, Helloween, Primal Fear, Grave Digger, Running Wild itp., zespoły, które były duże w Europie, ale w Meksyku undergroundowe. Natomiast zespoły typu Iron Maiden, Judas Priest i Metallica można było znaleźć w większych, lokalnych sklepach. Odbywały się metalowe koncerty reklamowane w środkach masowego przekazu, ale społeczeństwo zawsze mówiło, że ten rodzaj muzyki trąci "szatanem", wiesz, typowe bzdury, jakie słyszy się w każdej części świata. Nie obchodziło nas to i chodziliśmy na każdy gig, na który nasi rodzice dawali nam pozwolenie; a jeśli nie, to po prostu mówiliśmy im: "idziemy na imprezę z przyjaciółmi", a potem kończyliśmy jak Bart Simpson i Milhouse po koncercie Spinal Tap w Springfield (śmiech). Niestety (dla nas), większość wielkich koncertów odbywa się w Mexico City, zaś nasze miasto Querétaro nie było tak duże jak dzisiaj, więc zespoły po prostu nie przyjeżdżały tutaj występować. Poza

Foto: Split Heaven

tym, mój tata i starszy brat zmarli, gdy miałam 12 i 13 lat (odpowiednio), więc mama nie pozwoliła mi jeździć na koncerty do Mexico City ze względów bezpieczeństwa. Przegapiłem: Rush, Edguy, Helloween, Dream Theater i kilka innych. Potem (gdy sam byłem już muzykiem) miałem wielką frajdę zobaczyć: Dio, Judas Priest i Iron Maiden. Które meksykańskie zespoły uważacie za najbardziej niedocenione? Tomás Roitman: Trudno udzielić mi wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie, ponieważ mamy w Meksyku wiele zespołów undergroundowych, a scena rozwija się każdego dnia. Spróbuję jednak wskazać, spośród kapel old schoolowych, na Transmetal. Jeśli chcesz przekonać się, jak brzmi stuprocentowy meksykański metal, to zapoznaj się z nimi. Perfekcyjnie odzwierciedlają gniew społeczeństwa, zwłaszcza jego warstwy robotniczej. Muzycy Transmetal to świetni kolesie, lecz niezbyt rozpoznawalni, co uważam za niesprawiedliwe. Lata ich ciężkiej pracy zasługują na większe uznanie oraz rozgłos. Z nowej meksykańskiej sceny wymieniłbym Voltax oraz Jet Jaguar. Musimy kiedyś wyruszyć na wspólną trasę, gdyż wszyscy reprezentujemy czysty heavy metal walący prosto w twarz. Jesteśmy

przyjaciółmi. Łączy nas wspólna pasja do heavy metalu. Czy potrafilibyście sobie wyobrazić, jak inaczej pokierowalibyście swoją muzyczną kari erą, gdybyście mieszkali w Polsce? Jason Conde-Houston: Nigdy nie byłem w Polsce, ale bardzo chciałbym pewnego dnia u Was zagrać wraz ze Split Heaven lub ze Skelator. Tomás Roitman: Na pewno gralibyśmy każdego weekendu gdzieś w Europie, współpracowalibyśmy z agencją koncertową i pojawialibyśmy się na każdym możliwym festiwalu. Jedyne czego chcemy to szansy udowodnienia, że potrafimy dać czadu i zachwycić ludzi naszą muzyką. Wasze plany, nadzieje i marzenia na bliższą i dalszą przyszłość? Armand "Hank" Ramos: Koncentrujemy się na promocji "Electric Spell" podczas przyszłorocznych koncertów. Staramy się zabookować tak wiele show, ile się da, z nadzieją na pełną trasę. W perspektywie średniookresowej widzimy kolejny longplay Split Heaven. Nasze nadzieje sprowadzają się do europejskich oraz (po raz pierwszy w naszej historii) amerykańskich festiwali. Brzmi całkiem sensownie. Czyli kreatywne spalenie (nawiązanie do tytułu outro pt. "Immolation" z najnowszego krążka - przyp. red.) było konieczne, aby ukończyć "Electric Spell" i wreszcie rozpocząć nowy, bardziej ekscytujący okres dla Split Heaven? Armand "Hank" Ramos: Zdecydowanie tak to pierwszy raz, kiedy kończymy album outrem. Pomysł na nie był ściśle związany z kawałkiem tytułowym. W sumie, to outro naśladuje numer tytułowy na swój alternatywny sposób. Pomyśleliśmy: "to jest to, tak kończymy całość; wykonaliśmy najlepszą możliwą robotę, a teraz możemy przystąpić do otwarcia nowego rozdziału dla całego zespołu". Zobaczmy więc, co na nas czeka... Sam O'Black

Foto: Split Heaven

SPLIT HEAVEN

75


To wciąż tylko hobby Bez splendoru, fanów wchodzących na głowę i milionowych kontraktów. Hammerhead to grupa, która funkcjonuje na swoich zasadach przez lata, łącząc prozę życia z rockiem. Jej członkowie, nie młodzi już zresztą, nadal mają w sobie pasję do grania muzyki. Od końca lat 70. do dziś dobrze się przy tym bawią, choć, jak mówi rozmówca, zaskakuje ich to, że gdzieś poza rodzinnym miastem ktoś kojarzy twórczość i wyraża chęć jej wydania. High Roller Records, którzy mają pieczę nad skromnym katalogiem zespołu, właśnie wrzucili na rynek ciekawą kompilację "Destroyer". O tym wydawnictwie, ale też szeroko o procesach twórczych, inspiracjach i paru innych ciekawych tematach opowie Wam w imieniu grupy gitarzysta Buzz Elliott. HMP: Cześć! Cieszę się, że mogę zapytać o parę kwestii dotyczących Hammerhead. Na początek jednak chciałbym się dowiedzieć, czy u Was wszystko w porządku z uwagi na niepewny czas? Buzz Elliott. Cześć Adam, dziękuję za zainteresowanie się Hammerhead. Wszyscy w zespole mają się dobrze. Jedynie Brian (Hodgson) zachorował na Covid, ale na szczęście czuje się nieźle, praktycznie bez żadnych objawów. Cały okres lockdownu wykorzystaliśmy, aby powrócić do studia. Nagrywaliśmy więcej materiału do przyszłego projektu. Mamy gotową jedną stronę albumu, dwie kolejne kompozycje są prawie gotowe do nagrania w stu-

dopasować odpowiednią długość wydania winylowego, trzeba było dodać kilka innych kawałków, dlatego do miksu dodano obie strony naszego singla, a także utwór z rzadkiej kompilacji. Zespół nigdy nie był tak naprawdę zadowolony z tych nagrań i początkowo nie planował ich wydania, ale mimo to jestem pod wrażeniem sposobu, w jaki ekipa z High Roller zdołała w jakiś sposób ulepszyć produkcję dźwięku z jedynych taśm, na których mieliśmy ten materiał. Pamiętam, że kiedy dołączyłem do zespołu, dostałem je, aby z nich nauczyć się kawałków. Od kogo wyszła koncepcja na wydawnictwo

nie przypominają ich pierwszego albumu. Kompilacja zawiera wczesne demo i 7 calowy singiel z 1981 roku. Dużo i niedużo. Powiedz, dlaczego akurat taki zestaw utworów? Jak wspomniałem wcześniej, samo demo nie zawierało wystarczającej ilości materiału do ukończenia projektu. Logiczne więc wydawało się dodanie utworów z naszego jedynego singla, plus "Lochinvar" z bardzo rzadkiego albumu kompilacyjnego "It's Unheard Of". To wszystko zaproponowało High Roller Records i zgodziliśmy się na to, a ze względu na dodatkowy czas trwania dostępny na CD, zasugerowano, że niektóre inne rzadkie kawałki mogą zostać użyte jako bonus do materiału, ale tylko w wersji CD. Dostarczyłem trochę koncertowych nagrań wczesnej, trzyosobowej wersji zespołu i pozwoliliśmy High Roller wybrać to, co według nich pasowało do projektu. A co z Demo 1984, czy w planach jest ponowne wydanie tego materiału? Sesja studyjna w 1984 roku odbyła się bez mojego udziału. Nagrano dwa kawałki; "Lochinvar" i uproszczoną wersję songu od Necromandus "Don't Look Down" z wokalistą tego zespołu Billy'm Branchem. Oba te utwory pojawiły się na naszym albumie "Will to Survive".

Foto: Hammerhead

dio, a kolejne dwie wciąż wymagają trochę pracy. Generalnie to pretekstem do kontaktu jest najnowsze wydawnictwo sygnowane nazwą grupy. High Roller Records wykonał kawał dobrej roboty związanej z kompilacją "Destroyer". Jesteście zadowoleni z wyniku? Wydaje mi się, że wizualnie wygląda to całkiem imponująco. Alex von Wieding zawsze wykonuje świetną robotę, jeśli chodzi o tworzenie ekscytującej grafiki. Głównym celem projektu "Destroyer" było wydanie oryginalnych studyjnych taśm demo, które Hammerhead stworzył jako trio w latach 70. Ale, żeby

76

HAMMERHEAD

"Destroyer"? Za każdym razem, gdy rozmawiałem z High Roller Records o przyszłych projektach, te stare taśmy studyjne często pojawiały się w rozmowie. Nawet wyrażali chęć wyprodukowania albumu opartego na nich. W międzyczasie, Brian i Steve (Archer), nigdy nie chcieli, aby zostały wydane w ten sposób. Musiałem im trochę wiercić dziurę w brzuchu, aby się na to zgodzili. Wiem, że mogą brzmieć trochę prosto w porównaniu z tym, jak rzeczy się rozwijały na przestrzeni czasu, ale nagrania mają w sobie pewien urok. Wszystkie zespoły kiedyś zaczynały i jako przykład podam wczesne nagrania Black Sabbath, które w niczym

Wasze dwie studyjne płyty wydawał również High Roller Records. Dlaczego pełny debiut Hammerhead ukazał się dopiero w 2005 roku? Zasadniczo wszystko, co mamy, wyszło w złej kolejności, ponieważ nic z tego nie było właściwie zaplanowane. To, co się wydarzyło, było raczej zrządzeniem losu niż rozrysowanym projektem. Kiedy po raz pierwszy skompilowałem nasze nagrania studyjne do pilotażowej wersji "Will to Survive", nie miałem pojęcia, że doprowadzi to do tak dużej aktywności zespołu. Wyprodukowano sto płyt do sprzedania na koncercie z okazji reaktywacji, a kiedy umieściłem niektóre z nich na eBayu, wydarzenia potoczyły się szybko. Doprowadziło to do zwiększenia aktywności zespołu. Początkowo "Will to Survive" został wydany przez Sonic Age Records z Grecji na CD, a później przez High Roller Records, zaraz po pierwszym wydawnictwie z High Roller, którym bło "Headonizm". Skąd taka duża przerwa między "Headonizm" a "The Sin Eater"? Nie ma usprawiedliwienia dla tak długiej przerwy. Mogę jednak powiedzieć, że "Headonizm" składa się z utworów, które napisaliśmy lata wcześniej, produkcja była dość łatwa. Odbyliśmy kilka prób, a potem wszystko


zostało nagrane za pierwszym razem z zaledwie kilkoma poprawkami. Byliśmy w studio tylko przez dwa dni, a tydzień później wróciliśmy, aby spędzić dzień na miksowaniu tego razem z naszym producentem Guyem Forresterem z Linden Sounds. W międzyczasie zajęliśmy się opracowaniem materiału na album "The Sin Eater", co zajęło strasznie dużo czasu. W szczególności problem dotyczył utworu tytułowego i mojego kawałka "Psilocybin". Nadal nie mogę uwierzyć, że była to dziesięcioletnia przerwa. Wiem, że to banał, ale życie naprawdę przeszkadza w zabawie. Co porabialiście pomiędzy nagrywaniem albumów, dziesięć lat to spory odcinek czasu? Tony Steel, Steven Woods i ja nadal pracujemy na pełny etat, więc to zajmuje dużą część naszego życia. Musimy działać wokół kilku zmiennych, co nie jest łatwe. Odchodzący na emeryturę basista Steve spędza dużo czasu w Hiszpanii, co dodaje kolejną komplikację. Nasz powrót do koncertów był dość sporadyczny, a w zasadzie ograniczył się do kilku okazjonalnych występów. W ciągu tych kilku lat zdałem sobie sprawę, że jeżdżenie po całym kraju, aby grać własne koncerty jest bez sensu, ponieważ nie mamy wystarczającej liczby fanów. Na naszych występach pojawiało się niewiele osób, co spowodowało, że zamiast tras gramy okazjonalne koncerty w rodzinnym mieście, gdzie mamy wielu znajomych, ale też ludzi, którzy kojarzą naszą muzykę. Staramy się także występować na okazjonalnych festiwalach, kiedy tylko jest taka możliwość. Takie koncerty zawsze nam się udają i jest to dla nas szansa na zdobycie nowych fanów. Zagraliśmy na Brofest w Newcastle dwa razy i wspominam to świetnie. Te występy również pozwoliły nam faktycznie spotkać wielu zagranicznych fanów zespołu. Niektórych z tych ludzi już znałem, ale wcześniej rozmawiałem z nimi tylko przez Internet. Było to też dla zespołu niesamowite doświadczenie. Czy możesz sobie przypomnieć co było wyjątkowego w sesjach do "Headonizm"? To wszakże w końcu pierwsza duża płyta Hammerhead… To, co było dla mnie naprawdę wyjątkowe w sesji "Headonizm", to kwestia, że w końcu dostaliśmy przyzwoite nagrania studyjne wszystkich naszych starych kawałków. W tamtych czasach, bez wsparcia wytwórni płytowej, po prostu nie mieliśmy wystarczająco dużo pieniędzy, aby kontynuować wynajem studia i nagrać wszystko. Wiele moich ulubionych utworów Hammerhead nigdy nie zostało zapisanych na taśmie, więc wykorzystałem pieniądze, które zarobiłem na sprzedaży wstępnej wersji "Will to Survive", aby opłacić studio do nagrania wszystkich utworów na "Headonizm". Inną rzeczą, która podobała mi się w sesi nagraniowej "Headonizm", było to, że wszyscy grali razem w jednym pomieszczeniu. Jeśli mam wybór, to wolę robić to w ten sposób. Zwykle jednak jesteśmy pod presją inżyniera, aby każdy działał osobno, co pomaga według niego osiągnąć lepszą separację instrumentów, co z kolei daje większą wyrazistość efektu końcowego. Jestem jednak gotów to poświęcić, aby zagrać całość razem w jednym pomieszczeniu. Dla mnie ważne jest, żeby muzyka miała jak najbardziej naturalne brzmienie. Kto inspirował was jako młodych chłopaków

do sięgnięcia po instrumenty czy też zain teresowanie się muzyką hard czy heavy metalową? Naszą największą inspiracją jest Black Sabbath. Brian bardzo inspirował się Paulem Kossoffem z Free i wierzę, że można to usłyszeć w jego graniu, podczas gdy ja słuchałem dużo Ritchie Blackmore'a, Rory Gallaghera i Andy Powella z Wishbone Ash. Styl, który wypracowałem przez lata, jest rodzajem wymieszania tych inspiracji. Mam też głęboką miłość do rocka progresywnego, która została ze mną przez życie. Tak samo interesuję się współczesną sceną progresywną, jak sceną vintage. Grupa Hammerhead działa od 1978 roku. Czy udało się zagrać koncerty z jakimiś "większymi" zespołami w tamtym czasie? Na początku kilkakrotnie byliśmy supportem dla Budgie, a także zespołu o nazwie Shotgun. Założył go Ken Hensley po odejściu z Uriah Heep i byli wspaniali! Dzieliliśmy scenę z mnóstwem świetnych zespołów, w tym

wać do tej sceny. Gdybyśmy próbowali być jej częścią, pisalibyśmy materiał, który byłby bardziej odpowiedni. Zasadniczo jednak zawsze pisaliśmy to, co chcieliśmy, niezależnie od stylu. Jak teraz, współcześnie, odbieracie NWO BHM… Czy jesteście dumni, mogąc być chociaż po części elementem tego wielkiego wysypu angielskiego heavy metalu? Założę się, że dziennikarz rockowy Geoff Barton nigdy nie myślał, że jego nagłówek w gazecie muzycznej Sounds w 1979 roku stanie się nazwą gatunku (śmiech). Mimo, że większość naszej muzyki, z której jesteśmy zadowoleni, nie pasuje do tej sceny to uważa się ją za jej część. No ale przyniosło nam to o wiele więcej pożytku niż szkody. Dopiero niedawno utwór "Time Will Tell" pojawił się na kolejnej świetnej kompilacji NWOBHM. Kiedy to pisałem, miałem zaledwie 19 lat i była to moja pierwsza próba zaśpiewania czegokolwiek. Do dziś numer ten jest bardzo popularny wśród słuchaczy, choć, nawiasem

Foto: Hammerhead

Diamond Head, Uriah Heep, Whitesnake, Michael Schenker Group, Graham Bonnet (Rainbow), Paul Raymond (UFO), Magnum i Status Quo. Zagraliśmy również na HRH Prog 4 w tym samym składzie co Focus, Ian Anderson, Von Hertzen Brothers, The Enid, Caravan i Curved Air, co było dla mnie bardzo ekscytujące. Najwcześniejszy okres grupy to ten pod nazwą Destroyer. Później, od 1978 do 1986 roku, pod właściwą nazwą zarejestrowaliście tylko wspomniany singiel "Time Will Tell" i taśmy demo. Czego zabrakło, by Hammerhead mógł liczyć się w peletonie tych wszys tkich przedstawicieli nurtu NWOBHM? Myślę, że wiele zespołów, które grały w późnych latach 70. i wczesnych 80., w tym my, robiło swoje niezależnie od muzycznych trendów. Kiedy pojawił się punk, nie przejmowaliśmy się tym. Zawsze tak myśleliśmy i postrzegaliśmy Hammerhead jako zespół typowo rockowy. Większość naszego materiału to bardziej styl wczesnych lat 70., niż dynamiczne dźwięki wielu popularnych zespołów NWO BHM, choć jeden z naszych singli może paso-

mówiąc, Geoff Barton ochrzanił go w swojej recenzji. Nigdy nas nie lubił, natomiast Tommy Vance przeciwnie - grał obie strony singla regularnie w swoim programie. Czy możesz zdradzić dlaczego nie powiodło się reaktywowanie grupy w 1995 roku, że już dwanaście miesięcy później Hammerhead ponownie był w stanie zawieszenia? Zespół przed 2005 rokiem tak naprawdę nie istniał przez jakieś 15 lat i nie próbowaliśmy go reaktywować. Właściwie jedynym powodem, dla którego zebraliśmy się w połowie lat 90., było nagranie kilku kawałków w studiu. W pewnym momencie Brian grał sporo koncertów solowych i tam często był proszony o granie kompozycji Hammerhead. Intencją nagrań, które zrobiliśmy w tamtym czasie, było pełnienie roli podkładów dla Briana, z których miał korzystać na żywo. Kiedy w końcu wróciliśmy do siebie lata później, użyłem niektórych z tych nagrań, aby pomóc w ukończeniu wstępnej wersji "Will To Survive". Musiałem zrobić poprawki we własnym studio, aby nadać utworom pełniejszy dźwięk i wyraz..

HAMMERHEAD

77


Dopiero po 2005 roku wasza kariera, można powiedzieć, ruszyła na dobre. Co wtedy się takiego wydarzyło, że udało się, choć parę lat później, wejść do studia i wydać debiutancki album "Headonizm"? Żadne z działań, które nastąpiły po 2005 roku, nie były zaplanowane. Wszystko było łańcuchem wydarzeń, które pojawiły się po umieszczeniu wstępnej płyty CD "Will To Survive" na eBayu. Początkowo nie mieliśmy pojęcia, że mamy międzynarodową rzeszę fanów, ale kiedy płyta była dostępna, ludzie na całym świecie zaczęli ją kupować. Są małe grupy fanów metalu na całym świecie, którzy kochają tego typu rzeczy. W ciągu około tygodnia Sonic Age Records skontaktowało się ze mną z propozycją jej wydania. Wszystko to, co zrobiliśmy od czasu powrotu, dało złudzenie, że działo się wiele i wiele. Byłbym

rami na drugą stronę. Posługuję się terminologią winylową. Nawet gdy to wszystko zrobimy, produkcja może zająć wieki. Musielibyśmy pozwolić High Roller Records, aby posłuchali wszystkiego, żeby sprawdzić, czy im się to podoba. Jeśli dostaniemy zielone światło, prace pójdą dalej. Mają wiele zespołów w swoim katalogu i ogromne zaległości z powodu opóźnień z ostatnich 18 miesięcy. Wydanie więc może nastąpić dopiero w roku 2023, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Ze względu na pandemię wszelkie koncerty zostały skutecznie ukrócone, ale czy w momencie jakieś "odwilży", jest gdzieś szansa zobaczyć na żywo Hammerhead? Nadal robimy okazjonalnie lokalne koncerty, które zawsze odnoszą sukces. Jak wspomniałem wcześniej, zdobycie miejsca w ramach festiwalu wydaje się być dla nas najlepszą

Foto: Hammerhead

jednak pierwszym, który przyznałby, że nie jesteśmy zbyt płodni w wypuszczaniu nowego materiału, a to głównie za sprawą intensywnego stylu życia, który prowadzimy poza zespołem. W idealnym świecie Hammerhead byłby naszym głównym zajęciem i moglibyśmy się na tym bardziej skoncentrować, ale rzeczywistość jest taka, że wszyscy mamy rachunki do zapłacenia i potrzebujemy solidnego dochodu, aby przetrwać. Pomimo tego, że do Hammerhead podchodzę śmiertelnie poważne, w końcu to wciąż tylko hobby… Chciałbym, żeby było inaczej, ale nie było tak i nie zanosi się, żeby to się zmieniło. Mija już ponad pięć lat od ostatniej płyty. Macie już jakieś wstępne plany, kiedy można się spodziewać następcy "The Sin Eater"? Kilka lat temu wróciliśmy do studia, aby nagrać nowy utwór koncepcyjny zatytułowany "Lords of the Sun", ale nie przygotowaliśmy się wystarczająco dobrze, aby podjąć się tego zadania i te nagrania zostały odłożone na bok. Mogę szczęśliwie powiedzieć, że druga sesja studyjna, która odbyła się w zeszłym roku podczas lockdownu, okazała się znacznie bardziej owocna. Ten długi utwór koncepcyjny będzie stanowić jedną stronę albumu, a obecnie pracujemy nad czterema krótszymi utwo-

78

HAMMERHEAD

opcją zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i na kontynencie. Kiedyś pojechaliśmy by grać w Barcelonie i na Ibizie, a oba koncerty były dla nas wspaniałym przeżyciem. To jest coś, co na pewno chcielibyśmy powtórzyć. Jakbyś mógł zachęcić tych, którzy jeszcze nie zetknęli się z waszą muzyką, do sięgnięcia po któryś materiał Hammerhead? Od jakiegoś czasu chciałem zrobić kompilację, która pokazuje kilka przykładów naszej muzyki z każdego albumu. Prawdopodobnie wybrałbym utwory, które moim zdaniem są bardziej dostępne i brzmią komercyjnie. Większość naszych starych kawałków można już sprawdzić na YouTube, ale zwykle trzeba dodać pojęcie NWOBHM do nazwy Hammerhead, aby dobrze trafić, ponieważ kilka innych zespołów nazywa się tak samo. Skontaktował się ze mną fan zespołu z Boliwii i za naszą zgodą wydał kompilację na taśmie kasetowej, która w dzisiejszych czasach, według mnie, jest dość nieoczywista. Najwyraźniej kasety są tam nadal bardzo popularne. Ja sam wciąż mam setki kaset w mojej kolekcji, które zebrałem przez lata. Działacie teraz i działaliście na przełomie lat 70. i 80.. Jak, Twoim zdaniem, zmienił się heavy metal na przestrzeni tego czasu i, czy

w ogóle, albo w jakim stopniu, technologia jest pomocna w kontekście tworzenia? Zostałem fanem rocka w młodym wieku. Już w latach 70., dzięki Black Sabbath, Atomic Rooster, Led Zeppelin, Wishbone Ash, Budgie i wielu innych zespołów z tamtych czasów, takich jak wczesny Genesis, Yes, Gentle Giant, Nektar, i tak dalej. Mam bardzo szeroki gust muzyczny, szczególnie lubię wszystko, co ma celtycki klimat. Jak wspomniałem, byłem ogólnie fanem rocka z lat 70., wspaniale więc było zobaczyć zespoły na scenie pod koniec lat 70. i na początku lat 80., które odradzają się i kontynuują rozwój brzmień z poprzedniej dekady. W dzisiejszych czasach uwielbiam jak wiele nowoczesnych zespołów rockowych łączy gatunki i style ze świetnym efektem. Scena metalu progresywnego, na przykład, była bardzo ekscytująca przez ostatnie 15 lat. Pokazuje, że zespoły wciąż zastanawiają się nad tym, co można zrobić, aby wszystko było interesujące dla słuchacza, ale również dla nich samych. Hammerhead to zasadniczo oldschoolowy zespół, który z reguły robi rzeczy w staromodny sposób, zwłaszcza gdy gramy na żywo. W studiu natomiast pomogły nam nowoczesne metody nagrywania cyfrowego, dzięki czemu możemy trochę poeksperymentować z nagrywanymi dźwiękami. Jeśli miałbym wybierać, wolałbym nadal nagrywać na taśmie, tak jak kiedyś, ponieważ wolę ten dźwięk. Jednak wtedy masz znacznie mniej możliwości poprawienia czegoś, jeśli wystąpi błąd. Jako zespół, nigdy nie używaliśmy zdalnego nagrywania, o którym wiem, że jest bardzo popularne we współczesnej scenie progresywnej. Próbowałem zrozumieć tę technologię, ale nadal z nią walczę, chociaż jestem zdeterminowany, aby ją w końcu złamać. Jednym z elementów nowoczesnego zestawu, którego regularnie używam podczas procesu pisania, jest mój looper Boss RC20. Użyłem go do napisania solówki, którą gram w naszej kompozycji "The Sin Eater". Grałem sekwencję akordów dla sekcji solowej do loopera, a kiedy ta aranżacja zaczęła mi się odtwarzać w kółko, grałem przez wiele godzin, aż w końcu wymyśliłem to, czego chciałem w ustrukturyzowanej solówce. Jest to trochę zainspirowane niektórymi solówkami Ritchie'ego Blackmore'a, które kocham, z odrobiną bliskowschodnich skal, aby nadać temu atmosfery. Skoro poruszyłem temat tworzenia, chciałbym zapytać o sposób pisania utworów w Hammerhead - przykładowo, jak rodzą się wasze numery? Na początku naszej działalności to głównie Steve i Brian wymyślali wszystko, a ja po prostu dodawałem fragmenty, które według mnie nadawały atrakcyjności kawałkom. Chociaż wcześniej sam napisałem kilka, to teraz głównie Steve i ja piszemy większość materiału. Steve przychodzi do mnie z tekstami i pomysłami na dany utwór, a następnie od tego punktu staram się rozwinąć go dalej, często dodając nowe części do oryginalnego pomysłu Steve'a. Zwykle robię surowe demo podstawowego utworu w moim domowym studio, abyśmy mogli zapoznać pozostałych muzyków z pomysłem, po czym spotykamy się w małej sali prób, aby, grając z większą głośnością, zobaczyć, jak brzmi oraz czy aranżacja działa. W tym momencie nasze pomysły są zwykle poprawiane i zmieniane tam, gdzie jest to konieczne. Kiedy wszyscy jesteś-


my zadowoleni z aranżacji, przechodzimy do następnego utworu stosując ten sam proces co poprzednio. Gdy tylko nabierzemy pewności, że wszystko jest gotowe, rezerwujemy trochę czasu w studiu nagraniowym, prowadzonym przez Guya Forrestera. Zwykle jest to około dwóch dni, dzięki czemu możemy mieć nadzieję, że nagramy kawałki do punktu, w którym można zacząć ich miksowanie. Po tygodniu wracamy, aby wszystko zmiksować. Pracuje się nam o wiele lepiej ze świeżą głową, kiedy słuchamy tego, co zrobiliśmy. Guy zawsze pomaga nam na tym etapie, by spróbować uzyskać jak najlepszą produkcję, oraz żeby wszystko brzmiało dobrze. W ciągu poprzednich lat popełniliśmy kilka błędów podczas tego etapu procesu. Jeśli coś przegapisz i znajdzie się to w końcowym miksie, to staje się frustrujące i irytujące. Najlepszą rzeczą jest wypróbowanie nowych utworów na żywo, ponieważ daje to szansę zobaczenia, co działa, a co nie, ale oczywiście jest to możliwe tylko wtedy, gdy zdarzy ci się zagrać kilka koncertów tuż przed nagraniem studyjnym. Niestety, nie zawsze jest to możliwe. Nasz najnowszy współtowarzysz, a zarazem główny wokalista Steve Woods aktualnie wnosi niektóre teksty do nowego materiału i wspólnie staramy się też wypracować dobrą linię melodyczną dla wokalu. Niektóre z ad-libów Steve'a w studio dodały kilka ekscytujących momentów w materiale, nad którym obecnie pracujemy. Wspaniale, że może w ten sposób przyczynić się do tego materiału, podczas gdy wkład Tony'ego w schematy perkusji dla każdego nowego tworu jest absolutnie niezbędny. Piosenki nie współgrają ze sobą, dopóki

Tony nie zrobi dobrej struktury i jestem pewien, że tak samo jest w wielu innych zespołach. Czasami wiem, czego chcę od perkusji, więc staram się wytłumaczyć Tony'emu, co jest w moim umyśle, ale najczęściej to on sugeruje, co najlepiej sprawdzi się w utworze. Ostatni przychodzi Brian i pomaga dokończyć numer, dodając tylko to, co jest konieczne. Zawsze był dobrym muzykiem ze słodkim tonem, więc czasami wystarczyło dodać kilka fragmentów tu i tam, aby było dzieło kompletne. Natomiast, kiedy gramy na żywo, Brian jest w chuj głośny! I nadal jest istotnym elementem naszego ogólnego brzmienia jako zespołu. Życzę więc, żeby powstawało teraz jak najwięcej kawałków! Miło było spędzić tę krótką chwilę z Tobą. Teraz, na zakończenie oddaję głos dla Ciebie - dla czytelników Heavy Metal Pages oraz fanów dobrego metalu w Polsce…! Dziękuję za poświęcenie czasu na skontaktowanie się i umożliwienie mi odpowiedzi na pytania. Zrobiłem co w mojej mocy, aby udzielić szczerych odpowiedzi w imieniu reszty zespołu. Nadal zdumiewa mnie, że nasza muzyka sięga tak daleko i gdyby kiedykolwiek nadarzyła się okazja, chcielibyśmy kiedyś przyjechać i zagrać w Polsce. Jestem wielkim fanem polskiego zespołu Riverside i chodzę na ich koncerty, ilekroć tu koncertują. Nie stajemy się coraz młodsi, więc realnie patrząc, dni Hammerhead mogą być policzone. Spokojnie jednak, nie planujemy jeszcze przestać grać i nadal będziemy tworzyć własną markę pasjonującej muzyki rockowej tak długo, jak

to możliwe. Bardzo lubimy granie na żywo, co jest istotną częścią całego procesu. Potrzebujemy po prostu odpowiedniego miejsca na koncert, które zwykle oznacza jakiś festiwal. Jesteśmy przekonani, że najnowszy skład Hammerhead ze Stevem Woodsem na wokalu, Tonym Steelem na perkusji wraz ze mną i dwoma członkami założycielami, Steve'em Archerem i Brianem Hodgsonem, to najsilniejsza wersja zespołu od lat. Zapewniam też, że dajemy znacznie większe show niż poprzednie wcielenia grupy. Mam nadzieję, że kiedyś zagramy dla Was! Dzięki i życzę dużo zdrowia! Adam Widełka Tłumaczenie: Szymon Paczkowski


Dumni z tego, co osiągnęliśmy Zespół Excalibur istniał parę dobrych lat, ale zostawił po sobie stanowczo zbyt mało wydawnictw. Bardzo dobra EP "Bitter End", której najnowsze, oficjalne wznowienie było pretekstem do tej rozmowy, oraz niezły, trochę zmieniony stylistycznie album "One Strange Night". Nie spodziewałem się, że uda się uzyskać odpowiedzi od wszystkich muzyków, którzy mieli wkład w proces nagrań na małej płycie grupy. Wyszedł z tego powodu bardzo ciekawy wywiad, po którym łatwiej będzie spojrzeć na pewne wydarzenia podczas kariery Excalibur. Chłopaki wcale nie wyglądają na załamanych, że to wszystko się skończyło - raczej racjonalnie podchodzą do teraźniejszości, a o swojej twórczości wypowiadają się pozytywnie. To, mam wrażenie, był dla nich niesamowity czas. Sprawdźcie sami, czego dowiedziałem się od Paula Solynskyja, Paula McBride'a, Martina Hawthorna i Micka Dodsona. HMP: Dzień dobry Panowie! Jak się miewacie w tych zwariowanych czasach? Paul "Soldier" Solynskyj: Cześć wam! To są zdecydowanie szalone czasy. Jestem bezpieczny, jak to tylko możliwe i robię wszystko, co w mojej mocy, w okolicznościach, w jakich się znajdujemy. Paul McBride: Cześć! Czuję się dobrze. Robię to, co większość ludzi - jestem ostrożny. Martin Hawthorn: Cześć! Tak, to są naprawdę zwariowane czasy. Świat jest teraz dziwnym miejscem. Kwestionuję to, co się dzieję i nie zgadzam się z tym szaleństwem powodo-

Straszne, nie? (śmiech) My już poszliśmy naprzód. Mick Dodson: Większość chłopaków jest zajęta innymi rzeczami, więc nie sądzę, żebyśmy się razem zebrali w najbliższym czasie. Tak pomyślałem, że skoro wyszła bardzo dobrze przygotowana reedycja Waszego EP "The Bitter End", to może to pchnie zespół do jakichś pomysłów czy planów na nowe nagrania? Paul "Soldier" Solynskyj: Po albumie "One Strange Night" byliśmy zajęci pisaniem i pró-

Foto: Excalibur

wanym przez establishmenty na całym świecie. Ale to jest temat na inną rozmowę. Mick Dodson: Cześć! Bardzo mi miło, że mogę zabrać Wam chwilę i zapytać o parę kwestii… Tak dla porządku chciałem od razu poruszyć temat statusu. Czy Excalibur jest nadal zawieszony, czy jednak możemy spodziewać się w jakiejś niedalekiej przyszłości działań pod tym szyl dem? Paul "Soldier" Solynskyj: Najpierw chciałbym podziękować za zainteresowanie się Excaliburem. Odpowiadając na twoje pytanie, to zdecydowanie jesteśmy w stanie zawieszenia. Zespół nie jest razem. Excalibur był dawno temu. W zasadzie to w zeszłym wieku.

80

EXCALIBUR

bowaniem nowych kawałków na następny krążek. Mieliśmy już napisane osiem utworów i zagraliśmy cztery lub pięć z nich na żywo, by je przetestować. Reakcja publiczności była świetna, co dodało nam pewności siebie. Zyskaliśmy jako kompozytorzy i wierzę, że to były dobre kawałki. Paul McBride: Pomysły już były. W tamtym czasie mieliśmy już sporo zrobionego materiału na taki album. Większość kompozycji została napisana, trzeba było je tylko nagrać. Mieliśmy już okładkę i tytuł. Martin Hawthorn: Może jesteśmy zajętymi ludźmi, ale rozmawiałem już o pomysłach na nowe utwory. Pretekstem do wywiadu naturalnie jest

wspomniana przeze mnie mała płytka. Chociaż teraz to już nie taka mała - to ponad godzina muzyki. Jednak umieściliście dwa razy ten sam materiał. Chciałbym zapytać, skąd pojawiła się taka koncepcja takiej formy wydawnictwa? Paul "Soldier" Solynskyj: Kiedy skontaktowało się z nami No Remorse Records to tylko pytali się o możliwość ponownego wydania oryginalnej wersji wraz z bonusowymi kawałkami. Poza zespołem, tylko kilku przyjaciół wiedziało o "Excalibur Mix". Kiedy więc wspomnieliśmy o tym No Remorse byli podekscytowani i stwierdzili, że powinniśmy wypuścić obie. Zawsze chcieliśmy, żeby "Excalibur Mix" usłyszało szersze grono osób. Tak się stało i jest też po raz pierwszy dostępne na CD. Dwie wersje miksu to dlatego, że ciężko się było zdecydować, który lepszy? (śmiech) Paul "Soldier" Solynskyj: (śmiech) To jest dziwaczny pomysł, ale nie, decyzja nie była trudna do podjęcia. Wypuściliśmy dwie wersje, bo nie byliśmy zadowoleni z tego, co stało się z oryginalnym wydaniem z 1985 roku. Nasza ówczesna wytwórnia, Conquest, zremiksowała album, nie mówiąc nam o tym. Po raz pierwszy usłyszeliśmy, co zrobili, kiedy otrzymaliśmy tłoczenia testowe. Pozbawili go całej produkcji. Z tego co pamiętam, mieliśmy w zespole różne opinie na temat tego, co zrobiła wytwórnia. Większość z nas była zszokowana i zła. W tym czasie byliśmy jeszcze bardzo młodzi i mieliśmy bardzo małe doświadczenie w branży muzycznej, więc nie mieliśmy w sobie tyle siły, aby zażądać od wytwórni, aby wydali nasz miks. Niechętnie zgodziliśmy się z tym, co zrobili. Na szczęście mieliśmy kopie kasetowe z naszego "Excalibur Mix" przed wysłaniem pierwotnych taśm do wytwórni. Do reedycji użyliśmy niektórych z nich. Myślę, że wyniki są imponujące. Do masteringu reedycji wykorzystaliśmy Barta Gabriela, który wykonał fantastyczną robotę. To niesamowite, co w dzisiejszych czasach można zrobić z nowoczesną technologią audio. Teraz fani mogą zdecydować, którą wersję preferują. Od razu byliście zdecydowani na No Remorse Records czy pojawiały się jakieś wytwórnie, które chciały się tym zająć? Paul "Soldier" Solynskyj: Szczerze mówiąc, żadna inna wytwórnia nie wykazała takiego zainteresowania jak Chris z No Remorse. Od kilku lat rozmawialiśmy z Chrisem na temat ukończenia tego wydania. Po raz pierwszy skontaktował się ze mną w 2014 roku w sprawie możliwego ruchu w tą stronę. Poświęcałem czas na pracę w trasie, jako gitarowy technik, więc nie miałem luźnej chwili, aby poświęcić temu pełną uwagę. Również inne osoby zaangażowane w przygotowanie wydania były zajęte. Ale Chris był nieustępliwy (śmiech). Nadal utrzymywał kontakt, delikatnie nas popychając. Kiedy wydarzył się Covid i zamknął świat, w końcu mieliśmy dobry moment, aby skoncentrować się na reedycji. Jak powiedział Chris, "teraz nie mamy wymówek". (śmiech) Jesteśmy zadowoleni z wyniku. No Remorse wykonali fantastyczną robotę. Przygotowanie takiej reedycji to pewnie masa wspomnień. Były łzy wzruszenia? Paul "Soldier" Solynskyj: Łzy wzruszenia? (śmiech) Łez nie było, ale było za to sporo dobrych wspomnień, kiedy masz do dyspozy-


cji stare gazety i artykuły. Patrzę teraz wstecz i czasami nie mogę uwierzyć, że nagrywaliśmy album gdy mieliśmy około 17-18 lat. A wytwórnia zostawiła nas, abyśmy sami wyprodukowali. Założyliśmy zespół w szkole, a niektóre utwory z "The Bitter End" zostały napisane, gdy mieliśmy czternaście lat. To dziwne uczucie wiedzieć, że ludziom nadal podobają się te kawałki. Martin Hawthorn: Tak, wiele wspomnień. Patrząc wstecz, byliśmy tacy młodzi, prosto ze szkoły i liczył się tylko zespół. Nie mieliśmy pracy. Pamiętam, że robiliśmy próby w piwnicy domu rodziców "Soldiera". Graliśmy głośno i nikt nie narzekał (śmiech). Cieszyliśmy się tym, co robimy i nie zastanawialiśmy się, jak to będzie wyglądać jakieś trzydzieści pięć lat później. Patrząc teraz na to wszystko myślę, że jesteśmy zadowoleni z tego, co udało nam się osiągnąć. Zawsze chcieliśmy więcej, ale bez dużych wytwórni pompujących pieniądze, musieliśmy jak najlepiej wykorzystać to, co mieliśmy. Tata Paula przywiózł dla zespołu furgonetkę na koncerty. Nadaliśmy jej nawet nazwę - "The Great White". Spędziliśmy wiele nocy w trasie, śpiąc na sprzęcie z tyłu tej furgonetki, ponieważ nie mieliśmy budżetu na hotele. Byliśmy tak młodzi, kiedy nagrywaliśmy "The Bitter End". Nigdy nie wyobrażałem sobie, że przez te wszystkie lata nasz zespół zostanie nazwany "kultowym klasykiem" i zdobędzie dobre recenzje. Jeśli pamiętacie ten czas, kiedy nagrywaliście "The Bitter End", to może da radę przybliżyć proces rejestracji tego ważnego dla Was materiału, jakieś anegdoty czy sytuacje? Paul "Soldier" Solynskyj: Mutt Lange stał się jednym z największych producentów na świecie mniej więcej w czasie, gdy nagraliśmy "The Bitter End". Sprawił, że Def Leppard stał się zespołem sprzedającym wiele milionów egzemplarzy, a w tym czasie wiele grup, w tym Excalibur, było pod jego wpływem. Musieliśmy sami wyprodukować album, więc posłuchaliśmy tego, co Mutt robił w swoich produkcjach i dodaliśmy własne pomysły do naszych nagrań, ale niestety daliśmy się ponieść pogłosowi. (śmiech) Udało nam się to naprawić przy ponownym wydaniu z oprogramowaniem audio. Martin Hawthorn: Podczas nagrywania mia-

Foto: Excalibur

łem problem z gitarą basową, którego nie można było od razu rozwiązać. A w studiu czas to pieniądz, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na żadne opóźnienia. Skończyło się na tym, że używałem gitary basowej zespołu Black Lace, który nagrywał w tym samym studiu. W tym czasie mieli hity z tandetnymi popowymi piosenkami, jak "Agadoo", jeśli ktoś to pamięta. Zawsze uważałem, że ich nagrania są proste i brzmiały tak, jakby zostały nagrane szybko. Muszę jednak powiedzieć, że ich gitara basowa była jedną z najlepszych, jakich używałem. Więc może tandetne popowe piosenki nie były tak proste, jak myślałem. (śmiech) Wytwórnia w jakiś sposób sugerowała Wam co ma się znaleźć na krążku czy dostaliście wolną rękę podczas procesu twórczego na EP? Paul "Soldier" Solynskyj: Mieliśmy wolną rękę na całej linii. Nasza wytwórnia Conquest pozwalał nam robić Foto: Excalibur wszystko, co chcemy. Mogliśmy wybrać studio, które chcieliśmy i nagrywać utwory tak, jak chcieliśmy. Nie było budżetu na producenta, więc wytwórnia pozostawiła produkcję zespołowi. Patrząc wstecz, zaskakujące jest to, że dali nam taką odpowiedzialność. Byliśmy młodzi i niedoświadczeni w temacie, ale mieliśmy dużo pomysłów i przygotowaliśmy się z jak największym wyprzedzeniem. Pod koniec wytwórni nie spodobało się to, co zrobiliśmy. Jak powiedziałem wcześniej, zremiksowali album bez informowania nas o tym. Conquest byli bardziej wytwórnią z punkową postawą niż wytwórnią rockową, co zdecydowanie odbija się na surowości ich miksu. Nasza wersja była bardziej dopracowana i zawierała więcej szczegółów produkcyjnych. Z kolei ich remiks powstał w pośpiechu. Słychać, że zostawili wokale prowadzące i inne sprawy, które nigdy nie powinny być uwidocznione. Martin Hawthorn: Mieliśmy szczęście pra-

cować z naprawdę dobrym inżynierem, Neilem Fergusonem. Został później członkiem Chumbawamby, która miała światowy hit dzięki piosence "Tubthumping". Myślę, że wiele osób pozna tę piosenkę, gdy ją usłyszy. W czasie, gdy nagrywaliśmy album, Neil pracował głównie z indie rockowymi i popowymi zespołami. Myślę, że czas z ciężkim zespołem rockowym był dla niego czymś zupełnie innym. Spotkaliśmy się już z Neilem przy naszym demo "Back Before Dawn", więc się znaliśmy. Łatwo się z nim współpracowało i siadał z nami nad pomysłami, które mieliśmy i nad tym, co chcieliśmy usłyszeć. Chciałbym sięgnąć do zamierzchłej przeszłości Excalibur. Pamiętacie od czego to wszystko się zaczęło? Paul McBride: Zespół wystartował jako projekt, kiedy byliśmy na przedostatnim roku w szkole. Excalibur nie był oryginalną nazwą. Wtedy nie graliśmy koncertu pod tą nazwą ale mieliśmy nazywać się Wild Panther. To była gówniana nazwa! (śmiech) Nawet nie wiem, skąd wziął się ten pomysł. Excalibur pojawił się, gdy piliśmy drinki w barze. Wiem, byliśmy dość młodzi i nie wpuszczano nas do barów. Ale w tamtych czasach można było dość łatwo dostać się w takie miejsca, a że wyglądaliśmy na trochę starszych... W tym barze był automat do gier z nazwą Excalibur. Wydawało się, że użycie tej nazwy dla zespołu będzie właściwe. Początkowo byliśmy w czterech i słuchaliśmy wielu różnych stylów muzycznych, aby wypracować własne brzmienie. Nasz główny gitarzysta "Soldier", który był i jest absolutnym geniuszem i dobrym muzykiem właściwie wciągnął resztę zespołu w rzeczy, o których nie słyszeliśmy. Znaliśmy wszystkie popularne i ugruntowane zespoły. Słuchaliśmy między innymi Iron Maiden i Def Leppard, ale on zaczął wprowadzać nas do tych nieznanych, o których jeszcze nie było głośno, takich jak Metallica. Oczywiście teraz są wielcy, ale wtedy niewiele osób o nich

EXCALIBUR

81


słyszało. Od tego momentu zaczęliśmy wypracowywać własny styl. Martin Hawthorn: Wszyscy byliśmy jeszcze w szkole. Mieliśmy około czternastu lat. Słyszałem, że Paul jest wokalistą i wiedziałem, że "Soldier" jest gitarzystą, więc zebraliśmy się wszyscy, znaleźliśmy perkusistę i się zaczęło. Zaczęliśmy grać w klubach młodzieżowych i na imprezach. Potem, gdy nasza pewność siebie wzrosła, zaatakowaliśmy kluby i bary, mimo, że nie byliśmy w odpowiednim wieku, aby tam przebywać (śmiech). Kilka razy wróciliśmy późno z koncertów, a następnego dnia musieliśmy iść do szkoły. Nazwa zespołu nawiązuje oczywiście do legendarnego miecza, który miał być wieczny. Patrząc na obecną sytuację, to logo i nagrania przetrwały, ale Wy po wydaniu albumu w 1990 roku, zdecydowaliście na zawieszenie grupy. Z czego wynikała ta decyzja? Paul "Soldier" Solynskyj: Myślę, że to się zaczęło, gdy Paul zdecydował się odejść w 1991 roku. Były też inne powody, które odegrały rolę w zakończeniu działalności zespołu. Przesłuchaliśmy kilku wokalistów, ale to nigdy nie zadziałało. Spędziliśmy prawie rok na szukaniu, ale nie mogliśmy znaleźć nikogo, kto by pasował do zespołu. Wtedy Geoff Livermore, gitarzysta basowy z albumu "One

Strange Night", również odszedł. Innym powodem było to, że na początku lat 90. widzieliśmy oznaki drastycznych zmian sceny muzycznej. Ludzie szukali czegoś innego. Popularna muzyka i zespoły bardzo szybko wychodziły z mody. Z tego powodu, myślę, zdaliśmy sobie sprawę, że doszliśmy z Excalibur tak daleko, jak tylko mogliśmy. Postanowiliśmy to zakończyć. Nie zniknęliśmy po cichu, jak na Excalibur przystało (śmiech). Zagraliśmy cztery pożegnalne koncerty w Wielkiej Brytanii w 1992 roku w składzie z albumu "One Strange Night". Paul McBride i Geoff Livermore wrócili na koncerty i czuliśmy, że zakończyliśmy działalność w odpowiedni sposób. Paul McBride: Z mojego punktu widzenia to z pewnością udało się nam przetrwać. Uwielbiałem grać w Excalibur. Żałuję odejścia, ale nie miało to nic wspólnego z zespołem. Odszedłem z innych powodów. Z perspektywy czasu jesteście zadowoleni z materiałów, jakie mogliście nagrać podczas Waszej krótkiej kariery? Paul "Soldier" Solynskyj: Tak, jestem dumny z tego, co osiągnęliśmy. Po drodze pojawiły się problemy z wytwórniami, ale zawsze wiedzieliśmy, czego chcemy jako zespół i jak ma to wszystko brzmieć. Wkładaliśmy wiele wysiłku

w to, aby nasze utwory były jak najlepszej jakości. I myślę, że możesz to usłyszeć, z naszych taśm demo i wydawnictw. Z każdym kolejnym byliśmy coraz lepsi i otrzymywaliśmy ciągle pozytywny oddźwięk. Recenzje i reakcje na album "One Strange Night" sprawiły, że poczuliśmy, że musimy robić to dobrze. Zastanawialiśmy się, o ile więcej moglibyśmy zrobić z poparciem dużej wytwórni. Martin Hawthorn: "The Bitter End" był zapisem procesu naszej muzycznej edukacji. To był pierwszy raz, kiedy nagrywaliśmy dla wytwórni. Zawsze mogło być lepiej, ale mieliśmy mały budżet. Nagranie, które naprawdę lubię, to EP "Hot For Love". To sesja, którą nagraliśmy dla BBC Radio "Friday Rock Show" i wydaliśmy ją jako mały album. Wyprodukował ją perkusista Mott The Hoople, Dale Griffin. Pracował naprawdę szybko i sądzę, że to był najlepszy dźwięk, jaki kiedykolwiek mieliśmy, kiedy byłem w zespole. To niesamowite, że wszystkie cztery kawałki zostały nagrane i zmiksowane w kilka godzin. Mick Dodson: Jestem bardzo zadowolony z nagrań, które zrobiliśmy w czasie, gdy byłem w zespole, a zwłaszcza z naszych doświadczeń związanych z rejestracją sesji dla BBC Radio "Friday Rock Show" w 1986 roku. To była dla mnie prawdziwa nauka. Byliście częścią ważnego nurtu NWOB HM. To był wielki zastrzyk energii dla zespołów z Wysp. Czuliście, że rodzi się coś wielkiego i ważnego? Paul "Soldier" Solynskyj: Byliśmy po prostu szczęśliwi, że możemy grać w zespole. Mieliśmy 16-18 lat i uczyliśmy się grania razem. Zdecydowanie nie sądziliśmy, że mamy coś specjalnego. Wtedy nie zdajesz sobie sprawy, czy rodzi się coś wielkiego lub ważnego. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas postrzegał siebie jako część NWOBHM. Wiele lat później zaczęliśmy być określani jako zespół NWOB HM i rozumiem, jak ludzie w dzisiejszych czasach mogą to tak postrzegać. Wpłynęły na nas niektóre z głównych zespołów z tego nurtu, ale jeśli spojrzysz uważnie w przeszłość, to ta epoka dobiegła końca, zanim "The Bitter End" został wydany w 1985 roku. Mick Dodson: Powiedziałbym, że tak. Czułem, jakby dla zespołu rodziło się coś wyjątkowego. Mieliśmy pewne wpływy takich zespołów jak Def Leppard, Iron Maiden i Saxon, ale myślę, że ruch NWOBHM zaczął zanikać, zanim zaczęliśmy być rozpoznawalni. Zostaliśmy złapani w tym okresie pomiędzy NWO BHM a pojawieniem się amerykańskich zespołów hardrockowych.

Foto: Excalibur

82

EXCALIBUR

Myślicie, że dziś taki nurt miałby szansę przetrwania? Paul "Soldier" Solynskyj: Tak. Myślę, że mógłby przetrwać. Obecnie pracuję jako techniczny i przez lata miałem szczęście być na wielu koncertach w Polsce. Na jednej trasie współpracowałem ze Skid Row, kiedy byli w trasie z Saxonem. Dla mnie, czas w Polsce był jak powrót do czasów NWOBHM w Wielkiej Brytanii. Byłem zaskoczony młodą publicznością i ilością dżinsowych kurtek z naszywkami. Niektórzy z fanów prawdopodobnie jeszcze nie urodzili się, gdy te zespoły po raz pierwszy pojawiły się na scenie. To coś, czego nie widziałem od wielu lat, a koncertowałem w wielu miejscach. Polska publiczność kocha swój rock i metal. Pracowałem dla Ugly Kid Joe, kiedy grali na polskim ówczesnym Przy-


stanku Woodstock. Fani tam zgromadzeni byli tak oddani. Niesamowite show. Mick Dodson: Myślę, że ten nurt miałby też dziś swój wkład w muzykę, ale nie wiem na jakim poziomie. Może tak naprawdę nigdy nie odszedł, ponieważ scena rockowa podzieliła się na wiele podgatunków. Ludzie nadal kochają metal, ale nie ma już jednego dominującego stylu. Za każdym razem jakość muzyki zawsze odgrywa największą rolę. Graliście w okresie, kiedy razem z Wami debiutowało sporo grup jakie stały się rozpoznawalne i zyskały dużą popularność. Jak sądzicie, co spowodowało, że dziś szeroko nie wymienia się Excalibur razem z Saxon, Raven czy Diamond Head? Paul "Soldier" Solynskyj: Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Prawdopodobnie z wielu powodów, ale przypuszczam, że jedną z głównych przyczyn było wsparcie finansowe. W latach 80. i wczesnych 90. mieliśmy nadzieję, że podpiszemy kontrakt z dużą wytwórnią. Gdyby tak się stało, mielibyśmy wsparcie, by posunąć swoją karierę do przodu. Dzięki takiemu obrotowi spraw zyskujesz większe uznanie. Nie mieliśmy takiej sytuacji. Podobnie jak inne zespoły, wykonaliśmy całą ciężką pracę, aby się wyróżnić. Mieliśmy sporo publiki na naszych koncertach, otrzymywaliśmy fantastyczne recenzje i relacje prasowe, ale z jakiegoś powodu wytwórnie nie chciały o tym wiedzieć. Wiem, że nie byliśmy sami, ale zostaliśmy odrzuceni przez każdą wytwórnię, zarówno dużą, jak i małą, czasami więcej niż raz. (śmiech) Mieliśmy okazję zrobić kilka taśm demo dla dużej wytwórni, ale ostatecznie nic nam nie zaoferowali. Mick Dodson: To nie jest tak, że nie próbowaliśmy. Wkładaliśmy i wkładamy w zespół dużo wysiłku. Nie osiągnęliśmy tego samego poziomu sukcesu, co zespoły, o których wspomniałeś, a to odegrało dużą rolę w byciu rozpoznawanym. W tytułowym utworze z EP poruszana jest kwestia Trzeciej Wojny Światowej. Mocno baliście się wtedy takiej perspektywy? Paul McBride: Nie baliśmy się Trzeciej Wojny Światowej, ale w czasie, gdy pisaliśmy tę kompozycję, było wiele napięć politycznych. Przypuszczam, że w skrajnej sytuacji zawsze było możliwe, że jakiś idiota zrobi coś głupiego. Ten scenariusz był regularnie omawiany w wiadomościach i programach telewizyjnych. Zimna Wojna, Żelazna Kurtyna i mur berliński nadal istniały. Wschód i Zachód były podzielone i podejrzliwe wobec siebie. Myślę, że niektóre rzeczy się nie zmieniają. (śmiech) Utwór był odzwierciedleniem tego, jaki był wtedy świat. Czerpaliście inspiracje w sumie z wszys tkiego dookoła z naciskiem na życie, miłość czy fantasy. Łatwiej pisać o tym co jest w zasięgu ręki czy to raczej ukłon dla fanów, by czyli się takimi samymi ludźmi jak Wy? Paul McBride: Napisałem prawie wszystkie teksty do Excalibur. Lubię pisać utwory, które nie są o mnie. Po prostu biorę jakieś wydarzenia i piszę o nich. Jak w kawałku "Carole Ann" z "One Strange Night". Ten kawałek nie jest o mnie, ale jest to sytuacja, która przytrafia się większości ludzi w ich życiu, więc będą fani, którzy zrozumieją sentyment zawarty w tej piosence. Niektóre kompozycje potrzebują opowieści, bo bez niej nie wywier-

ają większego wpływu. Wtedy bardziej sięgam po tematy fantasy lub fikcję. Po prostu piszę, co czuję i nie myślę o tym, jak odbiorą to słuchacze. Kiedy nad tym pracuję to nie myślę, jaki będzie oddźwięk, co o tym ludzie będą sądzić. To i tak jest poza moją kontrolą. Co działo się z Wami przez ten szmat czasu - zajmowaliście się muzyką po zawieszeniu grupy czy życie napisało zdecydowanie odmienny scenariusz? Martin Hawthorn: Po odejściu z Excalibur dołączyłem do zespołu Loud. Podpisaliśmy umowę z China Records i współpracowaliśmy z Jazem Colemanem z Killing Joke, któ-

tonia, Paradise Lost i z Philem Campbellem. Kilka razy odwiedziłem Polskę z tymi zespołami, byłem w klubach Stodola i Proxima w Warszawie. Tak więc aktualnie spędzam czas za sceną, a nie na scenie. Mick Dodson: Przez 15 lat po moim udziale w Excaliburze byłem związany z muzyką na żywo, ale na niższym poziomie. Potem założyłem rodzinę. Panowie - pora powoli kończyć. Na koniec proszę o jakieś słowo dla czytelników Heavy Metal Pages i zwolenników heavy metalu w Polsce… Paul "Soldier" Solynskyj: Dziękuję wszyst-

Foto: Excalibur

ry był współproducentem naszego debiutanckiego albumu. Występowaliśmy i graliśmy koncerty z wieloma zespołami, w tym Killing Joke, Jane's Addiction i Andy Taylor (Duran Duran). Po odejściu z Loud około 1991 roku miałem kilka innych zespołów, jak PADD i Hardware. Hardware zawarł umowę z pewną niemiecką wytwórnią i w 1996 roku wydał EP zatytułowaną "Race, Religion and Hate". Paul "Soldier" był w tym zespole gitarzystą. Paul McBride: Po Excalibur śpiewałem w kilku lokalnych zespołach, potem, wiele lat temu, przeniosłem się na Teneryfę robiąc coś zupełnie innego. Jestem dumny z tego, co zrobiłem z zespołem, ale czas mija i wszystko się zmienia. Paul "Soldier" Solynskyj: Od momentu zakończenia działalności Excalibur, pozostałem w przemyśle muzycznym. Około 1992/93 Geoff Livermore, były basista Excalibur, poprosił mnie, żebym nagrał gitary na demo jego zespołu Hybrid. To był bardziej thrash metalowy zespół. Potem około 1994 roku Martin założył zespół o nazwie Hardware i poprosił mnie o dołączenie do niego. Nagraliśmy demo i wydaliśmy EP, a także odbyliśmy tournee po Wielkiej Brytanii i Europie. Po zakończeniu działalności Hardware w 1997 roku zacząłem pracować, jako techniczny odpowiedzialny za gitary w różnych zespołach. Moja pierwsza trasa jako technika odbyła się z amerykańskim zespołem Pist.On, gdy wspierali Marilyna Mansona podczas europejskiej trasy "Antichrist Superstar". Od tego czasu współpracowałem z wieloma zespołami, w tym Skid Row, Ugly Kid Joe, Sisters of Mercy, Kata-

kim czytelnikom za podtrzymywanie muzyki przy życiu i wspieranie wszystkich zespołów bez względu na to, kim są. Paul McBride: Wspaniale jest widzieć to nowe zainteresowanie zespołem. Nie było to coś, czego się spodziewałem. Dzięki za wsparcie. Martin Hawthorn: Dziękuję wszystkim metalowcom! Trzymajcie się! Mick Dodson: Niech żyje Rock & Roll! (napisane poprawna polszczyzną - przyp. red.) Życzę zdrowia i mam nadzieję, że wkrótce jednak o Excalibur usłyszmy garść pozyty wnych wieści. Adam Widełka Tłumaczenie: Szymon Paczkowski

EXCALIBUR

83


Twój najlepszy koszmar i najgorszy sen Muzyka greckiego Serpent Lord zrobi z wami wiele rzeczy. Jak powiedział nam Konstantinos Sotirelis, basista nieoczywistego, mieszającego blackową estetykę z heavy metalem, dotknie waszej duszy i wyzwoli od wszystkich żądz. Pomijając jednak rytualne podejście, nawet najmniej uduchowiona osoba przyzna, że "Apocrypha" ma szansę na tytuł płyty roku (choć to ostatnia szansa - swoją premierę będzie mieć 17 grudnia 2021). Co się stanie, gdy umiejętnie połączy się Candlemass, Toxik i Mercyful Fate? Nie wiem, czy otworzą się bramy piekieł, ale na pewno powstanie piekielnie dobry album. O specyficznym klimacie, od tekstów, po wizerunek sceniczny, najlepszym okultystycznym filmie wszech czasów i najlepszych wspomnieniach z trasy, które nie pochodzą ze wspólnego gigu z innymi greckimi gigantami, Rotting Christ, a… polskiej miejscowości, przeczytacie w zapisie naszej rozmowy. HMP: W czasach, gdy heavy metal świętuje swój wielki powrót, niewiele jest zespołów, które grają coś świeżego i interesującego. Mieszanie różnych podgatunków z klasycznym heavy jest świetnym sposobem, by to osiągnąć, a wy jesteście tego idealnym przykładem. Jestem w stanie wyłapać inspirację Candlemass (wasz poprzedni album był bardziej w stylu Mercyful/Kinga Diamonda), więc zastanawiam się dlaczego zdecydowaliście się założyć zespół heavy, a nie właśnie doom/thrash/death metalowy? Konstantinos Sotirelis: Nie jestem pewny, czy doświadczamy wielkiego powrotu heavy metalu, ale dzięki za słowa uznania! Od na-

binacją, by wyrazić moje uczucia i filozoficzne poglądy na tematy, które poruszamy w naszych tekstach. Wydaje mi się, że łączenie tych podgatunków jest bardzo kontrowersyjne, bo fani z obu stron, ale szczególnie blacku, są bardzo zażarci i chcą, by ich muzyka była jak najczystsza i prawdziwa. Gdy próbujesz więc dorzucić do nich coś innego, fani zazwyczaj nie reagują zbyt dobrze. Na szczęście nigdy nie spotkaliśmy się z żadnymi złymi reakcjami i ludzie zdają się doceniać nasze starania. A co spowodowało otwarcie nowego rozdziału w historii Serpent Lord, mroczniej-

zyko i jednocześnie coś tym faktem przekazać. Swoją drogą, jeśli uważnie przysłuchasz się naszej pierwszej płycie, "Towards the Damned", też usłyszysz wiele ekstremalnych i mrocznych elementów. Dobrym przykładem na ich obecność w naszej muzyce jest "Evvuio Oitovo Iman". Tak samo "Seed of Divine". Tak więc, po nagraniu "Towards the Damned", od razu zaczęliśmy pisać nowy materiał i chcieliśmy pójść jeszcze dalej, eksplorować mroczniejsze ścieżki. Wiedzieliśmy, że chcemy napisać teksty mówiące o życiu i śmierci, więc nasza praca przy komponowaniu musiała być o wiele dojrzalsza. I wierzę, że o to właśnie chodzi w "Apocrypha". Jeszcze przed tą płytą miałem w głowie pomysł na blackowy "Horned God". Klimat, estetyka, teksty, wszystko stało się dość ekstremalne. Głos Mariosa przypomina mi Josha Christiana i materiał, który nagrał z Toxik (to słychać na przykład w "Evil Source". Czy był on inspiracją, jeśli chodzi o wokal? No i King Diamond, ale to wydaje się bardziej oczywiste. Nie sądzę, że kiedykolwiek słuchał Toxik… ale masz naprawdę sporo racji. Mają wiele wspólnego i wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy! Toxik to świetna kapela, potrafili łączyć ze sobą tak wiele rzeczy. I tak, King Diamond wydaje się oczywisty, ale znów, Marios nie jest wielkim fanem Króla (wstydź się, Marios!). Jego największe inspiracje to Johan Längquist, Rob Halford i Matt Barlow, ale najważniejszy jest Eric Adams z Manowar. Moim zdaniem, sporo czerpie od Tima Aymara z Control Denied, nawet jeśli głos Mariosa jest czystszy. A co wasz pierwszy wokalista, Giorgos, myśli o umiejętnościach Mariosa? Nadal pomaga komponować partie wokalu? Właściwie to nawet się przyjaźnią, Giorgos uważa Mariosa za znakomitego wokalistę. Ale nie, niestety Giorgos nie jest już częścią zespołu, nawet jeśli wciąż pozostaje świetnym przyjacielem, prawdziwym piratem, jak zwykłem mu powtarzać żeby go powkurzać i zawsze biorę pod uwagę jego zdanie o naszych kawałkach. Partie wokalu zazwyczaj komponuję ja lub George (Terzitanos, nasz gitarzysta). Napisaliśmy prawie każdą z nich.

Foto: Serpent Lord

szego pierwszego albumu utrzymujemy, że nie jesteśmy zwyczajnym zespołem heavy metalowym. W naszej muzyce słychać wiele różnych wpływów i wierzymy, że miksujemy ze sobą różne podgatunki. Myślę, że jesteśmy zespołem heavy metalowym z black metalową estetyką. Tak więc, odpowiadając na twoje pytanie, o niczym właściwie nie zadecydowaliśmy. To przyszło naturalnie. Zawsze byłem fanem melodyjnych partii i czystych wokali, ale jednocześnie także ostrzejszych, agresywnych i w atmosferze blacku. Wiele zaczerpnęliśmy z gatunków, o których wspomniałaś, ale jakoś tak wyszło, że to heavy i black jest najlepszą kom-

84

SERPENT LORD

szego, idącego właśnie w stronę deathu/ blacku? To cover Death, który nagraliście, tak was zmienił? Wydaje mi się, że ten cover Death był sposobem na zamanifestowanie naszym fanom, że następny rozdział będzie mroczniejszy. To był trudny wybór, uwielbiamy Death tak bardzo, że nie wiedzieliśmy, który kawałek wziąć na warsztat. Użycie w nim czystego wokalu brzmiało interesująco w połączeniu z tą muzyką, ale też było dość podchwytliwe. Wiesz, jak potrafią zareagować niektórzy nadgorliwi fani metalu. Mogli pokochać tę wersję, albo ją znienawidzić, ale byliśmy gotowi podjąć to ry-

W nowym składzie, w którym nagraliście "Apocrypha", nie został wymieniony żaden perkusista. Poprzedni, Vaggelis Karafotis, odszedł z zespołu w 2020 i zastanawiam się, co się stało? Dokładnie to. Nic szczególnie dramatycznego, po prosu postanowił skupić się na swoim drugim projekcie, Oceandvst. Nadal jest częścią rodziny Serpent Lord i mieliśmy sporo szczęścia mogąc z nim współpracować. Mamy wiele dobrych, wspólnych wspomnień z tras i nagrywek. Właściwie Vaggelis nigdy nie był "pełnoprawnym" członkiem zespołu, nawet, jeśli był częścią wszystkiego, co robiliśmy w tamtym okresie. Czy nagrywając nowy album używaliście automatu perkusyjnego, czy zatrudniliście muzyków sesyjnych? Widziałam, że poszukujecie perkusisty. Perkusja na nowej płycie brzmi perfekcyjnie (na przykład w blastach w "Divine Plane"), więc jeśli to nie automat, to ktoś gra jak on! Mogę ci przysiąc, że nigdy nie użyjemy auto-


matu! Jesteśmy fanami prawdziwych nagrań, prawdziwych instrumentów, więc tak też musimy postępować. Zatrudniliśmy sesyjnego perkusistę, naszego dobrego znajomego, który gra w Kin Beneath Chorus i Inhuman Rage. Nash Makridis to jeden z najlepszych bębniarzy, jakich widziałem i odwalił kawał niesamowitej roboty na "Apocrypha". Naprawdę oddał ducha naszego zespołu, dodając też swój własny styl gry, więc nasza muzyka stała się bardziej agresywna i thrashowa. Myślę, że najlepiej poradził sobie na "Divine Plane" i "Hail to Nothingness". Nawet nam się nie sniło, że takie partie perkusji będą tak dobrze współbrzmiały z takimi riffami. Skoro już mówimy o "Divine Plane", jak udało wam się zdobyć byłego wokalistę Iced Earth, który zaśpiewał gościnnie w tym kawałku i dlaczego wybraliście do tej współpracy akurat jego? Cóż, Stu Block to jeden z moich ulubionych wokalistów. Śledziłem jego działalność od czasów Into Eternity i bardzo się cieszę, że do nich wrócił, to świetny zespół. Skontaktowałem się z nim i trochę pogadaliśmy. Przesłuchał kawałek, spodobał mu się i zgodził się być jego częścią. Czuję się zaszczycony jego obecnością na tej płycie. To prawdziwa inspiracja, wspaniały wokalista i performer, a jako że miałem okazję zobaczyć, jak występuje i śpiewa na żywo, muszę powiedzieć, że to jeden z najlepszych głosów na świecie. Dlaczego go wybraliśmy… Cóż, tak, jak powiedziałem, jestem wielkim fanem jego i jego twórczości z Into Eternity, ale oczywiście bardzo lubię też Iced Earth. Wydawał mi się oczywistym wyborem. Najcięższym elementem tego wszystkiego był wybór piosenki, którą miał zaśpiewać. Zastanawialiśmy się między "Hail to Nothingness" i "Divine Plane". W końcu zdecydowaliśmy się na tą drugą, bo wydawało nam się, że jego skala głosu i sposób śpiewania najlepiej pasują do tego kawałka. Jestem podekscytowany jego udziałem na tej płycie i mam nadzieję, że będę miał okazję współpracować z wieloma innymi, świetnymi artystami w przyszłości. Wydaje mi się, że moim największym marzeniem jest zaangażowanie Matta Barlowa i DiGiorgio, ale zobaczymy, co się wydarzy. Naprawdę doceniam wasze upodobanie do półtonów i skal harmonicznych/frygijskich dominantowych (wow, co się dzieje w "Cursed Roots"!), bo pomagają stworzyć odpowiednią atmosferę. Skoro o niej mowa, zastanawiam się, co przychodzi pierwsze, muzyka czy teksty? Oba aspekty są mroczne i okultystyczne. W Serpent Lord nie ma jakiejś specyficznej

formuły. Czasem piszę tekst jako pierwszy, czasem jest na odwrót. Jeszcze innym razem mam i teksty i muzykę, i decyduję, który tekst najlepiej pasuje do którego kawałka. Nie mamy określonej metody działania, ale mogę cię zapewnić, że teksty są dla nas równie ważne co muzyka. Mam na myśli to, że też muszą kreować odpowiednią atmosferę, wyrażać nasze emocje, myśli i filozofię. Musimy mieć odpowiednie brzmienie i tematykę, by osiągnąć cel, którym jest przeniesienie słuchacza w najbardziej apokryficzne miejsce w jego sercu. Chcemy, by słuchacz odnalazł swoją ścieżkę, w której zaakceptuje swoją okultystyczną stronę, swoje nieodpowiednie myśli. Chcemy, by poprzez Rytuał, jakim jest nasza muzyka, odnalazł sposób na zaspokojenie swoich żądz, swojego pragnienia triumfu, chwały i mocy. Serpent Lord to nie tylko zespół. To twój najlepszy koszmar i najgorszy sen. Rzeczywis-

mogę powiedzieć kiedy ani jak. Istnieje tak wiele starożytnych cywilizacji, plemion i religii do odkrycia, że będziemy musieli podejść do tego bardzo ostrożnie i skrupulatnie. Kiedy zaczęło się twoje zainteresowanie okultyzmem? Były konkretne książki, filmy, a może osoby, które spotkałeś, które wpłynęły na to, że głębiej wszedłeś w tę tematykę? Nie jestem do końca pewny. Wydaje mi się, że zawsze byłem zainteresowany takimi tematami. Wszystkim, co miało związek z religią, metafizyką i Bogiem. Pochodzę z ortodoksyjnej, chrześcijańskiej rodziny, więc zawsze interesowało mnie poszukiwanie Boga, prawdy i tego typu rzeczy. Na szczęście nigdy nie odczuwałem żadnej presji, ale wiem trochę rzeczy o chrześcijaństwie. Z wieloma się nie zgadzam, ale ten dysonans czułem już od naj-

Foto: Serpent Lord

tość, której pragniesz. I chcąc, by tak właśnie było, musimy bardzo uważnie pisać nasze teksty i muzykę. Musi wychodzić z naszych serc i umysłów. Musi przemawiać do twojej duszy i poprzez nią. To nasza filozofia. Nie musisz się z tym zgadzać. Po prostu chcemy podzielić się nią z tobą i usłyszeć, jaka jest twoja. Chcemy zmuszać ludzi do myślenia. I headbangingu, oczywiście. I chwalić naszego Pana i Zbawiciela. Szatana. Albo Jezusa Chrystusa. Albo jedzenie. Tak, to musi być jedzenie. W każdym razie, nasza muzyka i teksty są mroczne i okultystyczne, tak jak stwierdziłaś, ale nie robimy tego pod publiczkę. To szczere, wychodzi prosto z naszych serc i tak też chcemy to robić, tak długo, jak będzie czyste i autentyczne. Wracając do frygijskiego, napisaliście kiedyś kawałek w tym języku. Zastanawiam się czy planujecie jeszcze raz użyć jakiegoś starożytnego języka w celu dopełnienia waszych artystycznych wizji? Tak i nie. To znaczy, już za pierwszym razem trudno było to zrobić. Musieliśmy zagłębić się w temat, przeczytać sporo rzeczy, poszukać tu i tam. To było coś naprawdę ekscytującego. Myśleliśmy nad tym, by zrobić coś w tym stylu jeszcze raz, ale to musi przyjść naturalnie. Wierzę, że kiedyś to powtórzymy, ale nie

młodszych lat. Zawsze pytałem o śmierć, dobro i zło, więc zacząłem poszukiwać odpowiedzi i rozmawiać z wieloma osobami. Nie jestem pewny w co wierzyć i nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Jedyna rzecz, której jestem pewny to ja sam. Myślę, że to jest właśnie powód, dla którego piszę tyle o okultyzmie, zdradzie, poszukiwaniu Boga i Diabła, wolnej woli, miłości i nienawiści. Kiedy wciągnąłem się w metal, zacząłem słuchać Iced Earth, Mercyful Fate, Candlemass i wszystkich tych mrocznych zespołów. Wydaje mi się, że to "Burnt Offerings" naprawdę mnie zainspirowało i ukształtowało mój sposób pisania tekstów i muzyki. Oczywiście, muszę też wspomnieć wpływ In Solitude. Prawdziwa legenda. Sposób, w jaki wyrażają swoje przemyślenia na temat zła, okultyzmu, o boże. Są niesamowici. Chciałbym, żeby wrócili na scenę. Rzecz jasna jest też kilka filmów, które sprawiły, że chciałem więcej, więcej i jeszcze więcej. Najlepszy film, jaki powstał? "The Omen". Został nakręcony w 1976 i nadal przeraża. Jest tak mroczny. Arcydzieło. Widziałem "Omen" jakieś siedem lat temu, gdy miałem 18 lat. Wiedziałem, że Damien z Iced Earth mocno wzorował się na tym filmie, więc musiałem go obejrzeć. Jeśli go nie oglądaliście, po prostu to zróbcie. Wtedy zrozumiecie, dlaczego Schaffer postanowił napisać kawałek o

SERPENT LORD

85


tym mrocznym skurwysynie. Czy są jakieś okultystyczne motywy, któtych nigdy nie powiążesz ze swoją muzyką, albo o których nigdy nie napiszesz? Na przykład dlatego, że uważasz je za niebezpieczne albo nieodpowiednie. Nie wydaje mi się, żebyśmy kiedykolwiek z czegoś zrezygnowali dlatego, że może być niebezpieczne. Nie wierzę, że jestem w stanie przywołać jakiekolwiek demony, ale jeśli tak, mam nadzieję, że pomogą mi napisać najlepszy, kurewsko mroczny kawałek. Albo sprawią, że będę bogaty. Potem mogą wracać z powrotem do piekła. Ale, tak, nie zrobiłbym niczego, co uważam za niedopowiednie. Nie chcę nikogo prowokować bez przyczyny. Nie zrozum mnie źle, naprawdę lubię prowokować. Ale musi być powód. Nie jestem rozpuszczonym gówniarzem, który chce się buntować przeciwko rodzicom, władzy czy kościołowi. Szanuję prawie wszystko i wszystkich (podkreślam, prawie) i wymagam tego samego od innych. Jeśli się z czymś nie zgadzam, to powiem o tym głośno i każdy będzie mógł to skrytykować, ale zawsze z szacunkiem. Jeśli

to Nothingness" jest jeszcze bardzo głębokie. I mroczne. Wyraża dokładnie to, co jest w tytule. Wszyscy poświęcamy się nicości, fałszywym bożkom i mistrzom, żeby nas ocalili. Chwała Sorgeligowi, który natchnął mnie, by napisać ten numer! Każdy kawałek jest silny, ale mój faworyt to "Divine Plane". Zainspirował go serial "Lucifer" i jedne zajęcia na moich studiach poświęcone wolnej woli. Opowiada więc o zdradzie, wolnej woli, wielkim boskim planie i tym, ile w nim było zła, a w końcu o tym, jak ludzie przyjmują do świadomości kim są naprawdę. Tak jak Lucyfer powiedział w tym serialu, jedyna rzecz, na której naprawdę mu zależało, to być zaakceptowanym przez swojego ojca, Boga. Ta piosenka jest dla mnie bardzo osobista, ale myślę, że każdy może się z nią utożsamić. Każdy, kto chce być akceptowany taki, jaki jest, kto został zdradzony przez osobę, której ufał, zadał sobie w pewnym momencie życia pytanie, czy tak się po prostu stało, czy to przeznaczenie decyduje o naszym losie. Dlatego też wybrałem "Divine Plane" jako ostatni singiel, zanim wydaliśmy "Apocrypha". Myślę, że to główne przesłanie tej płyty.

Foto: Serpent Lord

ktoś tego nie zrobi, pozna moją najgorszą stronę. Jeśli mam być z tobą szczery, nie wiem, co byłoby na tyle niestosowne, ale nigdy nie spaliłbym kościoła, Biblii, Koranu, ani nic z tych rzeczy. Wydaje mi się to dziecinne i głupie. Trzeba być bardziej dojrzałym. Jeśli się z czymś nie zgadzasz, po prostu to wyraź. Wszystko pozostałe to zwyczajna szopka i nie jestem fanem takiego postępowania. Który kawałek na "Apocrypha", ma, twoim zdaniem, najmocniejszy przekaz? Naprawdę trudno powiedzieć. Każdy ma do przekazania coś wyjątkowego. Na przykład "Covenant" i "The Final Horseman" są ze sobą połączone. Pierwszy opowiada o kimś, kto odprawia rytuał poświęcony miłości i sile. Drugi - o człowieku, który odprawił ten rytuał, zabił ukochaną osobę, czuje się samotny, moc, która w nim tkwi zmienia się w zło i nienawiść, aż staje się Ostatnim Jeźdźcem, zrodzonym z popiołów jego miłości, gotowym, by siać śmierć. Uważam te kawałki za bardzo romantyczne. Z drugiej strony, "Hail

86

SERPENT LORD

A dlaczego "Hail to Nothingness" zostało wybrane na pierwszy singiel? Też reprezentuje przesłanie albumu? Wierzę, że "Hail to Nothingness" to jedna z najmroczniejszych piosenek, jakie napisałem. Opowiada o nihilizmie, fałszywych bożkach, spędzaniu życia na poświęcaniu się nicości. To reprezentuje moją muzykę i filozofię. Więc, w pewnym sensie tak, odzwierciedla całość płyty. To był klimatyczny, thrashowy kawałek. Drugi singiel, "Cursed Roots", jest więc bardziej progresywną heavy metalową kompozycją, również z klimatem. Ostatni, wspomniany już "Divine Plane", ma black metalową estetykę i chwytliwy refren, to właśnie w nim śpiewa Stu. Wierzę więc, że każdy z nich jest na swój sposób reprezentatywny, bo są tak różne. Myślę, że każdy kawałek ma swoją własną tożsamość i jednocześnie jest częścią czegoś większego, w tym przypadku jest to "Apocrypha". Postrzegasz koncerty jako rytuały. Niektó-

rzy powiedzieliby, że przypominają przed stawienia teatralne. Co, dla ciebie, kom ponowanie i granie muzyki ma wspólnego z rytuałami i magią? Nie chodzi mi o to, co widać na scenie, ale bardziej duchowość. To świetne pytanie! Wydaje mi się, że to, co mają ze sobą wspólnego, to fakt, że w obu przypadkach musisz być skoncentrowany na tym, co robisz i naprawdę się temu poświęcać. Musisz być obecny tu i teraz, w odpowiednim momencie, nic więcej. Gdy komponujesz lub grasz, czujesz się wolny, czujesz jak twoja dusza staje się wyzwolona i ocalona. Tak samo jest z rytuałami. Wypełniasz rytuał, by stać się ocalonym. I o to dla mnie chodzi w muzyce. Zespół jest rytuałem. Muzyka Serpent Lord to mój rytuał i staram się poprzez niego wyzwolić. A kto pomaga wam z prezencją sceniczną, scenografią, kostiumami, rekwizytami? To zawsze wasze pomysły, czy macie od tego ludzi? To głównie pomysły zespołu. Jeśli chodzi o dekoracje na scenie i to, jak wyglądamy, najwięcej proponujemy George i ja, ale na nadchodzących koncertach zrealizujemy kilka pomysłów naszego managera. Na szczęście jesteśmy po tej samej stronie i dokładnie wiemy, czego chcemy w kwestii naszych występów na żywo. Gdyby Serpent Lord stowrzył swój własny rytuał, na czym by on polegał i jaki efekt wywoływał? Prawdopodobnie złożylibyśmy w ofierze dwudziestoletnią dziewicę, kozę albo gyros (to tradycyjna grecka potrawa, musisz jej spróbować!). Nie no, żartuję. Właściwie mamy coś w rodzaju własnego rytuału. Nazywamy to chrztem. Użyliśmy fragmentu z Ewangelii św. Marka, 16:16: "Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony". Wtedy mówimy: "Przygotujcie się na chrzest przy straszliwych dźwiękach Serpent. Jesteście gotowi, by zostać Potępionymi?". To jest nasz rytuał. Musisz przejść "chrzest", by zrozumieć filozofię naszych kawałków i stać się częścią naszego kleru. Jak możesz to zrobić? Uważnie słuchając naszej muzyki i pozwalając jej dotknąć twojej duszy. Efekt jest prosty. Odkupienie i uwolnienie od czarnych myśli, pragnień i żądz. Oto sposób na zbawienie! To dość iroczniczne, że pochodzicie z Tesaloniki, miasta powiązanego z chrześcijańst wem, na przykład świętym Piotrem. Czy historia miejsca, w którym mieszkacie również was inspiruje przy pisaniu muzyki? Właściwie to święty Dymitr jest oficjalnym świętym patronem miasta. I odpowiedź brzmi tak, czasami. To znaczy, nie piszemy tekstów skupiających się na jego historycznych czy religijnych stronach, przynajmniej na razie. Właściwie, żeby być dokładniejszym, to napisaliśmy, ale nie mieliście okazji tego jeszcze przesłuchać. Wiesz, Grecja jest powiązana z chrześcijaństwem, moi rodzice też, więc pochodzi stąd sporo moich inspiracji. Napisałem kawałek o Hekate i starożytnej mitologii, "Ambassador of the New Age". Więc tak, czujemy się zainspirowani naszym pochodzeniem, choć nie wprost. Z Grecji pochodzą świetne zespoły metalowe. Co myślicie o lokalnej scenie z dzisiejszej perspektywy?


Nie chcę brzmieć jakoś pesymistycznie, ale nie wydaje mi się, by w Grecji istniała lokalna scena metalowa. Tak, jest tu dużo świetnych zespołów, ale nie tworzą one sceny. Myślę, że jesteśmy zbyt porozrzucani i brakuje współpracy pomiędzy nami, od zespołów, po właścicieli klubów i magazyny. Osiem czy dziewięć lat temu, w naszym mieście było mnóstwo koncertów. Teraz nie ma niczego. Z drugiej strony, ze względu na to, jak ciężko jest osiągnąć sukces we własnym mieście, mnóstwo dobrych zespołów ciężko pracuje na to, by zostać docenionym. Myślę, że to jest powód, dla którego każda kapela próbuje przede wszystkim przebić się w Europie. Jednym z czołowych reprezentantów greckiego metalu jest Rotting Christ, z którymi zdarzyło wam się dzielić scenę. Jak to wspominacie, co o nich myślicie? Co za zespół! Grają zabójcze koncerty, pełne energii i pasji. Są też wspaniałymi ludźmi. Sakis i Themis Tolis byli w stosunku do nas bardzo przyjacielscy. Dobrze nam się gadało i mają świetne poczucie humoru. Themis próbował wkurzać Sakisa, a Sakis próbował drażnić Themisa. Pamiętam, jacy byliśmy podekscytowani tym koncertem, a kilka dni przed nim Marios miał wypadek. Byliśmy w szoku i myśleliśmy nad odwołaniem występu. Później stwierdziliśmy, że zagramy, ale z innym wokalistą. Zagraliśmy z nim dwie próby, ale ostatecznie wystąpił z nami Marios. Naprawdę mu zależało, żeby być częścią tego koncertu, był w końcu bardzo ważny. Kulał i wszedł na scenę o lasce, ale udało mu się i poszło mu wspaniale! Współpraca z wytwórnią From the Vaults musiała być dla was przełomowa. Czy faktycznie wam pomogli? W jakich aspektach? Jesteśmy bardzo szczęśliwi mogąc współpracować z tak świetną wytwórnią. From The Vaults i Target Group tworzą naprawdę utalentowani ludzie i czujemy się zaszczyceni mogąc z nimi współpracować. Wytwórnia zagwarantowała nam miejsce na heavy metalowej mapie, każdego dnia okazują nam swoje wsparcie i motywują do działania. Świetnie poradzili sobie z promocją naszych singli i wierzymy, że podobnie będzie z albumem. Jak wspominacie waszą pierwszą europejską

Foto: Serpent Lord

trasę po wydaniu "Towards the Damned"? Jakie jest twoje najjaśniejsze wspomnienie? Ta trasa to najlepsze, co mi się w życiu przydarzyło. To był nasz pierwszy raz, więc na początku było bardzo ciężko, nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, ale na szczęście mieliśmy Stellę, naszą poprzednią managerkę, która dużo nam pomogła. Składa się na to wiele dobrych wspomnień, ale muszę wyróżnić dzień, w którym graliśmy w Polsce, w Krośnie! Miejsce było wspaniałe, zaopatrzenie również, a publiczność - nie z tej ziemi! Byli nawet fani czekający przed wejściem tylko po to, by zdobyć autograf na plakacie naszego zespołu. Myśleliśmy, że nikt nie będzie wiedział, czym jest Serpent Lord, tymczasem polscy fani doskonale znali naszą muzykę i prosili nas, by grać więcej i więcej. Pamiętam, że gdy skończyliśmy seta, domagali się jeszcze jednego kawałka, skończyliśmy go, oni znów zaczęli krzyczeć, a my nie mieliśmy już nic do zagrania! Później, gdy Necronomicon skończyli swój set, właściciel klubu jeszcze raz zaprosił nas na scenę. Wydaje mi się, że to moje najlepsze wspomnienie z tej trasy i bardzo chciałbym jeszcze raz odwiedzić Polskę. W jednym z wywiadów stwierdziliście, że chcielibyście współpracować z polskim zespołem, Behemothem. Dlaczego akurat oni?

Swoją drogą, śledzicie polską, naprawdę silną black/death metalową scenę? Oczywiście! Polska scena jest wyjątkowa, a zespoły bardzo ekstremalne i mroczne. Behemoth, Batushka, Mgła, Decapitated, Hate, Vader i Blaze of Perdition to moi faworyci. Do współpracy wybrałbym Behemotha lub Batushkę, bo wydaje mi się, że mamy ze sobą dużo wspólnego. Klimat, element rytuałów, teatralność. Oczywiście nie jesteśmy zespołem black metalowym, ale Behemoth mocno wpłynął na naszą muzykę i styl. Nergal to jeden z najbardziej utalentowanych muzyków metalowych, a sposób, w jaki podchodzi do muzyki jest magiczny. Jestem wielkim fanem jego zespołu, szczególnie po "Demigod". Ich muzyka jest jednocześnie tak ekstremalna i melodyjna! A poza nimi, jeśli mielibyście wybrać jeden, może do trzech zespołów, które pasują do waszej estetyki w perspektywie wspólnego nagrania płyty, kto by to był? To jest jednocześnie bardzo proste i bardzo trudne pytanie. Jest mnóstwo zespołów, z którymi chciałbym coś nagrać, ale prawdopodobnie wybrałbym In Solitude. To jeden z moich ulubionych zespołów i są jednym z powodów, dzięki którym istnieje Serpent Lord. Prawdopodobnie rozważałbym też Iced Earth, Behemoth, Rotting Christ, Portrait, Trial lub kogoś w tym stylu, ale zbyt ciężko jest mi zadecydować. Bardzo dziękuję ci za poświęcony czas. Ostatnie słowa dla polskich fanów (którzy czekają na was nie tylko w Krośnie)? Wielkie dzięki za wywiad, naprawdę to doceniamy! Co do polskich fanów: przygotujcie swoje dusze i bądźcie gotowi na chrzest przy straszliwych dźwiękach Serpent. "Apocrypha" się zbliża. Polsko, wrócimy! Jesteście gotowi na potępienie? Iga Gromska

Foto: Giannis Antonicu

SERPENT LORD

87


nie zaleczy. Myślami i modlitwą jestem z rodziną Mike'a i jego znajomymi z zespołu.

Miejsce metalu zawsze było w undergrundzie Jag Panzer, Iced Earth i Judas Priest na jednej płycie? To jest możliwe i nie chodzi wcale o zaginiony mixtape, składankę po reedycji czy wydanie specjalne. To autorski album "Thee Indomitable Spirit" grupy ScreamKing, która, wykorzystując fakt, że w pandemicznej rzeczywistości muzycy chcąc-niechcąc mają dużo wolnego czasu, zaangażowała do współpracy masę zdolnych, liczących się w metalowym światku muzyków. Przede wszystkim to jednak ich własny materiał pełen interesujących postaci - jest Kaligula, morderczyni Lizzy Borden, a nawet japońska kunoichi. O uniwersum zespołu opowiedział wokalista Joe Lawson. HMP: Metal bardzo dobrze się łączy z tekstami inspirowanymi historią. Iron Maiden ma swojego Aleksandra Wielkiego, Scream King wziął na warsztat Kaligulę. Co sprawiło, że postanowiliście poświęcić mu kawałek? Był równie brutalny, co wasza muzyka, to fakt, ale czy są jakieś osobiste powody, dla których go wybrałeś? Joe Lawson: Cóż, trafiłem na poświęcony mu dokument na History Channel i właśnie to zainspirowało mnie, by napisać o nim piosenkę. Poczułem, że był tak brutalnym przywódcą i ważną częścią hisrorii, że powinniśmy zrobić z

tórymi zdarzyło wam się dzielić scenę. Z kim najlepiej wam się współpracowało? Myślę, że okres przestoju, jaki przeżywało wielu muzyków podczas covidowych lockdownów zadziałał na naszą korzyść. Udało nam się skontaktować z większością osób, z którymi chcieliśmy współpracować i coś wspólnie zaplanować, mimo że, mówiąc szczerze, zazwyczaj są przecież bardzo zajęci i najczęściej nie mają czasu na pracę w studio. Niektórzy z nich są naszymi przyjaciółmi, a kilku udało nam się zdobyć fartem - szczęśliwie się do nich dodzwoniliśmy i nie mieli jeszcze napię-

Foto: Scream King

tego tematu coś naprawdę epickiego. Jestem zadowolony z tego, co nam wyszło. Tak samo, jak z wideoklipu - bardzo podoba mi się efekt końcowy.

tego grafiku. Wszyscy są prawdziwymi profesjonalistami i łatwo się z nimi pracuje. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, co wnieśli do naszych utworów i tym samym całości płyty.

Sam numer ma wspaniałą solówkę, którą napisał wirtuoz gitary, Rusty Cooley z Outworld i Austrian Death Machine. Jak doszło do waszej współpracy, przyjaźniliście się? Tak, jesteśmy przyjaciółmi. Rafael i ja bardzo podziwiamy i doceniamy jego ogromny talent i czuliśmy się zaczyceni mogąc z nim pracować przy tym kawałku.

Miałeś okazję grać wspólnie z Metal Church, a na waszej płycie pojawia się Ronny Munroe. Wspaniały Mike Howe niestety nie tak dawno odszedł. Jaka była twoja reakcja? Było mi bardzo przykro, gdy usłyszałem o śmierci Mike'a Howe'a, był znakomitym wokalistą i uwielbiam wszystko, co zrobił z Metal Church. Największym szokiem było dla mnie jednak to, że popełnił samobójstwo. Straciłem w ten sposób kolegę z zespołu i bliskiego przyjaciela i był to prawdziwy emocjonalny rollercoaster, pełen pytań bez odpowiedzi, pozostawiający ranę, która nigdy się

Na płycie pojawiło się dużo gości: muzyków z wielu dużych, liczących się zespołów, jak Jag Panzer, Iced Earth, Judas Priest czy Alcatrazz. Jak udało wam się zaangażować tylu wspaniałych artystów? Wiem, że z niek-

88

SCREAMKING

Bardzo trudno dziś o dobrego metalowego wokalistę, a u was pełno jest wyoskich krzyków, inspirowanych Halfordem i Kingiem Diamondem! Mam rację w kwestii twoich inspiracji? Kto jest twoim ulubionym wokalistą? Czy kiedykolwiek uczyłeś się śpiewu? Zgadza się, Halford, Dickinson, Dio i King Diamond to moje główne wokalne inspiracje. Miałem nauczyciela śpiewu w latach 90. w Chicago, który był śpiewakiem operowym, a później pracował z Robertem Masonem z Warrant i Lynch Mob. Nie potrafię wybrać jednego ulubionego wokalisty, to naprawdę trudne pytanie. Mogę wymienić kilku, w losowej kolejności są to: Ronny Munroe, James Rivera, Tim Owens, John Arch, Harry Conklin, Sean Peck, Bruce Dickinson, Ronnie James Dio, Rob Halford, King Diamond. Stwierdziłeś, że "Thee Indomitable Spirit" to najbardziej wyczekiwany album Scream King. Co jest w nim tak wyjątkowego? Oczywiście, są na nim zabójcze kawałki i bardzo dobra produkcja, ale dlaczego jest ważny dla ciebie, osobiście i co sprawia, że jest lepszy od "Tyranny of the Sea", który też zebrał dobre recenzje? Czuję, że reprezentuje nas, podążających w stronę tego, co jest stuprocentowo nasze, co sprawia, że wszystko inne odchodzi w niepamięć. To nasza trzecia płyta i czuję, że dojrzaliśmy muzycznie, tworząc własne, wyjątkowe brzmienie i podmiotowość. Ten album jest odbiciem naszego rozwoju. Dziękuję za miłe słowa. Zainspirowały was klasyczne heavy metalowe kapele jak Priest, ale też thrashowe, jak Overkill i Testament, co da się usłyszeć na płycie, na przykład surowych riffach "Legacy of Honor". Właściwie ScreamKing jest miksem pomiędzy tymi dwoma gatunkami, a cięższy zdaje się dominować na nowej płycie. Jaki jest wasz sposób na ich łączenie? Jakie dostrzegasz podobieństwa między thrashem i heavy? Mówiąc szczerze, zupełnie o tym nie myślimy. Wychodzi nam to całkowicie naturalnie, wiesz, o czym mówię. Czerpanie z różnej stylistyki i inspiracji to coś, czym ScreamKing był od zawsze. Uwielbiamy klasyczny metal, ale oczywiście mamy też thrashową stronę. Myślę, że w przyszłości usłyszysz nas w jeszcze bardziej thrashowym wydaniu. Co myślisz o współczesnej scenie metalowej? Wydaje ci się zbyt powtarzalna, czy zmierza właśnie w dobrym kierunku oldschoolowego sposobu komponowania i brzmienia? Myślę, że miejsce prawdziwej sceny metalowej zawsze było w undergroundzie, a największe znaczenie mają w niej wzajemnie wspierający się fani. Dla wielu z nas jest to jedyna rodzina, jaką mamy. Dziś stoimy przed wieloma nowymi wyznaniami w tych zmieniających się czasach, ale czuję, że metal zawsze będzie w nich obecny, gotowy, by ewoluować. Wszyscy dorastaliśmy z old-schoolem więc to zawsze będzie część tego, czym jest ScreamKing. Na płycie znalazła się też piosenka o kunoichi, kobiecie-ninja. Konwecja, w której w metalu czerpie się z japońskiej kultury jest


znana od lat 80. Postanowiłeś wypróbować ją, żeby się sprawdzić, dla zabawy, miałeś dobrą historię do opowiedzenia czy z innych powodów? I nie jest to też typowy, heavy metalowy kawałek, ma cięższe riffy i neoklasyczne solo w stylu Malmsteena. Czy tak według ciebie brzmi idealny soundtrack dla walczącej kunoichi? Tak, kunoichi to żeński odpowiednik ninja. Utwór opowiada historię młodej dziewczyny, której rodzina zostaje zabita, więc zostaje zabrana i wychowana przez ninja, żeby móc zemścić się na tych, którzy się tego dopuścili. Napisałem wiele kawałków bazujących na historii japońskich wojowników. To dla mnie bardzo pasjonujący temat i zawsze cieszy mnie pisanie muzyki w tym duchu. Wydaje mi się, że kierunek, który obrała ta piosenka i solo, które nagrał Rafael wyszły świetnie, jeśli chodzi o dynamikę. Czuję, że pozwoliło to odpowiednio uchwycić emocje obecne w tej historii. Foto: Scream King

Jest też kawałek "Lady Bathory", mocno w stylu Kinga Diamonda z nieoczywistymi czystymi partiami, to kolejny po Venom i Bathory metalowy tribute poświęcony hrabinie Bathory? Nie, to nie jest nawiązanie do Venom, ten kawałek opowiada o notorycznej morderczyni Lizzy Borden. Z tego, co wiem, to jedyna poświęcona jej kompozycja. Napisał ją Rafael, który jest też autorem tekstu.

naszą stronę internetową: www.screamkingofficial.com, tam znajdą się informacje o nowej płycie, newsy, daty tras i nasz merch.

Iga Gromska

Jaki jest twój ulubiony utwór na "Thee Indomitable Spirit" i dlaczego? Prawdopodobnie tytułowy kawałek, jeśli muszę wybrać jeden, ponieważ wydaje mi się, że to taki nasz "Painkiller" - bezkompromisowy, soniczny heavy metalowy atak! Również możliwość współpracy z Ronnym Munroe i Harrym Conklinem przy tym numerze to było wielkie wyróżnienie i świetna sprawa. Przygotowaliśmy do niego teledysk, w którym też pojawiają się Ronny i Harry, więc spodziewajcie się go już niebawem! Teledysk, który nakręciliście do "Reign of Hellfire" był przezabawny! Smoki, ogień, green screen - zdecydowanie potraficie bawić się konwencją metalowej estetyki. Dobrze się bawiliście podczas nagrań? Jak powstawał zamysł na ten wideoklip? Niekoniecznie chodziło nam o to, by był zabawny, ale przyjmiemy i to określenie! Tak, świetnie się bawiliśmy kręcąc ten teledysk i było to nasze pierwsze doświadczenie z samodzielną produkcją klipu od początku do końca. Gitarzysta, Rafael Hernandez zedytował i zmontował całość. Czuję, że odwalił kawał dobrej roboty. Koncept wideo opiera się po prostu na tekście i tematyce kawałka. Jakie są plany ScreamKing na przyszłość? Są konkretne zespoły, z którymi chcielibyście dzielić sceny lub kraje czy festiwale, gdzie chcielibyście szczególnie zagrać? Będziemy kontynuować promocję "Thee Indomitable Spirit" przez cały rok, a później najprawdopodobniej zaczniemy pisać materiał na nową płytę. Zawsze cieszy nas możliwość dzielenia scen z dużymi zespołami i mam nadzieję, że będzie ku temu więcej okazji. Bardzo chciałbym odwiedzić Europę i zagrać na festiwalu w Japonii pewnego dnia. Dziękuję ci za świetne pytania i wywiad. Kochamy i doceniamy fanów na całym świecie! Odwiedzajcie

SCREAMKING

89


Ty też możesz być wojownikiem! Prosto z malowniczej, niewielkiej wyspy, Cypru, nadciągają wojownicy z Harmonize! Uniwersum ich rozbudowanej opowieści inspirowanej klasyką fantasy zaczyna się wraz z debiutanckim albumem "Warrior in The Night", ale to naprawdę dopiero początek - planują wydać ją także kiedyś wydać w formie tekstowej (i rozszerzonej), a także kontynuować na kolejnej płycie, nad którą prace już się rozpoczęły. Zespół eksperymentuje nie tylko muzycznie, łącząc wpływy deathu czy thrashu z tradycyjnym heavy i powerem, ale też… w kuchni, produkując miód pitny, godny prawdziwego wojownika. Jak przekonują, wojownikiem, głównym bohaterem ich historii, może być jednak każdy z nas. HMP: Zaczynaliście jako zespół thrash metalowy. Co sprawiło, że zwróciliście się jednak w stronę heavy metalu, poza zmianami line-upu? George Constantinou: Nasze osobiste inspiracje. Założyliśmy zespół ponad dziesięć lat temu, więc jest czymś nieuniknionym, że pojawiły się pewne zmiany. Wierzymy, że staliśmy się o wiele bardziej dojrzali i że nasze brzmienie ewoluowało. Obecnie staramy się też wplatać death- i power metalowe elementy, bo są to gatunki, które dobrze współgrają z konceptami fantasy. Jesteśmy bardzo podekscytowani na myśl o naszej drugiej płycie, na której pojawi się więcej motywów i podgatunków. Thrashowy klimat jest wciąż obecny na waszej nowej płycie, słyszalny nie tylko w pracy

Czy każdy członek zespołu jest zadowolony ze zmiany kierunku? Jest ktoś, kto czuł się lepiej w poprzedniej stylistyce? Sposób, w jaki zwróciliśmy się w stronę obecnego brzmienia, był bardzo organiczny. Każdy z nas wniósł do naszej muzyki inny styl i okazało się, że to się świetnie ze sobą miesza. Sozos jest znany jako wokalista power metalowy, a Harris uwielbia grać ekstremalny metal. Różne osobowości sprawiają, że Harmonize jest tym, czym jest, jednością, razem z pomysłem na historię, który mamy: wielowymiarową opowieść z rozbudowanymi postaciami i intrygującymi wątkami. Pojawiają się pewne oczywiste wpływy Manowar i Omen, ale battle hymny zdają się bardzo pasować do was i okładki. Kto jest

Foto: Harmonize

gitar, ale też wokalach. Dlaczego zdecydowaliście się wrócić do swoich wczesnych lat działalności, zatęskniliście za tymi czasami czy nigdy tak naprawdę nie wyzbyliście się thrashowych wpływów? To zrozumiałe. Nasz debiutancki album zawiera kawałki, które zostały napisane lata temu i przez kilka kolejnych były przearanżowane na nowo, rozwinięte właśnie na potrzeby jej wydania. Mimo to, niektóre aspekty naszych dawnych "ja" też są na niej obecne. Nadal cieszą nas thrashowe riffy i jeśli pasują do naszych kompozycji, nie będziemy się przed nimi wzbraniać.

90

HARMONIZE

odpowiedzialny za tę grafikę? Czyj to był pomysł, wojownik ma, jak rozumiem, reprezentować zespół? Pomysł na to, by umieścić Wojownika, głównego bohatera naszej historii, na okładce przypominającej wszystkim Manowar, był bardzo strategicznym i celowym posunięciem. Wojownik to postać pojawiająca się na wielu metalowych okładkach i w wielu metalowych tekstach. Różnica polega na tym, że my daliśmy mu własną opowieść, cel. Chcemy, by ludzie mogli utożsamiać się z naszymi bohaterami, planujemy nawet wydać w przyszłości książkę dla wszystkich, którzy chcieliby bar-

dziej zagłębić się w tą epicką historię, ale pomijając to, nasze kawałki opowiadają ją w warstwie muzycznej i tekstowej. Słuchając ich, ludzie mogą dopasować do siebie element układanki i zanurzyć się w tworzone przez nas uniwersum. Remedy Art Design to niesamowity artysta, który z wielką mocą wykonał powierzone mu zadanie sportretowania naszego bohatera. Ten konkretny album jest wprowadzeniem do całej opowieści i reprezentuje jedną z wielu postaci, Wojownika. Każdego wojownika. To możesz też być ty. Bardzo podobał mi się "Crawling Among Shadows", co za ton, szczególnie w partiach cleanu! Zawsze doceniam, gdy zespoły nie boją się tak długich, szczegółowych kompozycji. Czy na następnej płycie będzie więcej progresywnych klimatów, skoro już postrze gacie "Warror in the Night" jako album kon cepcyjny? Harmonize zawsze był koncepcyjnym zespołem. Zdecydowanie eksperymentujemy z brzmieniem, bo tak jak sama opowieść, autorstwa naszej dobrej znajomej, Nicoliny Papas, ma dużo do zaoferowania. Jest teraz z pewnością o wiele bardziej zaawansowane, więc bądźcie gotowi na drugi album. Jest już w trakcie powstawania. Możemy obiecać, że znajdą się tam kawałki dla każdego. "Warrior in the Night" był niezależnym wydawnictwem. Jak udało wam się to wszystko zrobić? Promocja, nagrywanie, finanse… Może było to ułatwienie, bo nie mieliście nad głową wytwórni, która wymagałaby od was konkretnych rzeczy, więc nie było presji? Tak, zdecydowaliśmy się samodzielnie nagrać naszą pierwszą płytę. Dostaliśmy kilka propozycji od wytwórni, ale wydało nam się mądrzejsze, by zrobić to samemu, szczególnie, że chodziło o debiutancki album. Jak każdy artysta zmagający się z problemami w swoich początkach, musieliśmy zainwestować w ten projekt, ale wszyscy w niego wierzyliśmy. Jesteśmy grupą pięciu osób z różną przeszłością, wykształceniem, mocnymi stronami i talentami, więc prowadzenie tego statku po wzburzonym morzu nie było proste, ale okazało się możliwe, nawet mimo trudności spowodowanych ciężkim okresem Covid-19. Obecnie szukamy wytwórni, co jest ekscytujące i prawdopodobnie prędzej czy później się z jakąś zwiążemy. "Angel" skojarzył mi się z kompozycjami Blind Guardian. Braliście nawet udział w ich konkursie, więc jestem pewna, że jesteś cie fanami ich muzyki. Co cenicie w niej najbardziej? Po pierwsze, dziękujemy, bardzo nam schlebia, że "Angel" przypomniał ci zespół, którego wszyscy jesteśmy wielkimi fanami. Zgadza się, braliśmy udział w ich konkursie i poszło nam bardzo dobrze. Są dla nas ogromną inspiracją jako nowej generacji metalheadów. Ich kariera muzyczna jest długa, podoba nam się ich brzmienie, motywy i twórczość, która nie przestaje imponować. Podobała mi się też akustyczna wersja "Angel", którą nagraliście rok temu. Planujecie nagrać też inne kawałki w takiej wersji? Może stworzyć z nich album? Dzięki! "Angel" jest piosenką zainspirowaną bardzo wzruszającym momentum naszej opowieści, który wzbudza wiele emocji i roztapia


lód. To chwila, w której najsilniejszy z naszych bohaterów staje się bardzo wrażliwy. To także kompozycja, w której chcieliśmy te emocje przekazać także za pomocą akustycznej wersji, dla tych, którzy nie mieliby nic przeciwko, by taką przesłuchać. Wydaje mi się niestety, że nie planujemy nagrywać innych kawałków w takich wersjach, ale nie wzbraniamy się przed napisaniem innych ballad, bo w głębi serca jesteśmy naprawdę miękcy! Podobała mi się też sceneria teledysku do tej wersji, morze dodało sentymentalnego kli matu. Czy natura waszego kraju również was inspiruje? Mieliśmy szczęście, by wychowywać się w tak pięknym miejscu, w którym natura ma tyle do zaoferowania. Inspirują nas wspomnienia związane z dorastaniem tutaj. Cypr ma starożyną historię, nieskończone piękno i mnóstwo bogactwa, co wpływa na naszą sztukę. Jako zespół, czujemy się związani z naturą, często jeździmy na kemping na plażę czy w góry. Odkryliśmy, że czerpiemy bardzo dużo energii i inspiracji z ogromu i kojących właściwości naszej przyrody. Naprawdę doceniam, że zdecydowaliście się przeznaczyć zysk ze sprzedaży merchu, by pomóc ludziom w Grecji cierpiącym z powodu pożarów. Co spowodowało, że się na to zdecydowaliście, wasz bliski związek z tym krajem, miłość do natury, osobiste przekona nia? To oczywiste, że wspieramy naszych greckich braci i siostry w potrzebie. To, co działo się w Europie w kwestii pożarów było druzgocące. Tak, jak już mówiłem, mamy głęboki respekt do przyrody i oczywiście również ludzi. Nawet jeśli gramy muzykę, która może być zakorzeniona w smutnym losie i mizanropii, zdecydowaliśmy się potraktować to jako etap, w którym każdy może wyjść z ciemności, zanim odkryje moc swoich czynów. Jako artyści, mamy pewną platformę, nieważne, jak wielka czy mała jest, powinniśmy używać jej odpowiedzialnie i świadomie. Nie jesteśmy aktywistami czy organizacją charytatywną, tylko grupą zwykłych kolesi z gitarami i wielkim sercem z jakąś ilością odbiorców. Razem możemy zmieniać swiat z mocą metalu! Co z inspiracjami na waszą opowieść i teksty, pochodzą z historii, książek, filmów, muzyki? Jaki jest jej zarys? Naszą inspirację czerpiemy z oryginalnego konceptu naszej opowieści, który kiedyś miałem i który rozwinęła Nicolina Papas. To epicka baśń. Sama w sobie jest hołdem dla książek i filmów fantasy, historii, mitologii greckiej, mitologii nordyckiej, okultyzmu, czarostwa i wielu więcej. Zaczyna być opowiadana celowo z perspektywy wojownika, ale poza tym jest jeszcze dużo treści, bo to jedna z wielu postaci. Ze względu na osobiste problem, musi odkryć jak zbalansować mrok, który w sobie nosi. Poprzez przygody zdaje sobie sprawę, że jest istotną częścią spełnienia znanego jako Proroctwo. Możecie się spodziewać innych, równie ważnych postaci, tak jak magii, wojny, smoków, wiedźm, królestw, czarodziejów, inaczej mówiąc samych dobrych rzeczy! Jak zaczęła się wasza współpraca z wokalistą i basistą Blynd, Andreasem, znaliście się już wcześniej? Jest obecny tylko w

Foto: Harmonize

kawałku "Tonight", ale zastanawiam się, czy wpłynął też w jakiś sposób na inne kom pozycje. Cypr to niesamowicie mały kraj i na metalowej scenie każdy zna każdego. Andreas to osoba, do której mamy ogromny szacunek i jeden z najlepszych brutalnych wokalistów na wyspie. Tak, współpracowaliśmy z nim na "Tonight", to jeden z dwóch deathowych kawałków na płycie. Andreas idealnie uchwycił w swoim głosie brutalność Wojownika. Eksperymentowaliśmy z mrocznymi motywami, co jest czymś, czego zawsze chcieliśmy spróbować, jako że koncept naszej historii ma parę mrocznych zwrotów. Co ze sceną metalową na Cyprze? To mały kraj, jak wspomnieliście, scena trzyma się razem. Mam za to wrażenie, że metal staje się tam ostatnio coraz popularniejszy. Zgadza się, to mały kraj z dość aktywną sceną metalową, nie jesteśmy obcy metalowej społeczności. Niestety, 4 lata temu zaczęły się zamykać metalowe knajpy, dodatkowo zaczęła się pandemia i sprawiła, że nastała cisza. Na szczęście sytuacja stopniowo się polepsza i scena na wyspie jest coraz bardziej aktywna. Co uważacie za najbardziej przełomowy moment w swojej karierze, wydanie debiutanckiego albumu, skompletowanie obecnego line-upu, może coś innego? Najbardziej przełomowy moment jeszcze nie nadszedł! Ale jeśli musiałbym wybrać najbardziej znaczący, to powiedziałbym, że skompletowanie obecnego składu i oczywiście wydanie debiutu, które było dla nas ekscytującym doświadczeniem pełnym niezapomnianych wspomnień. Opowiecie coś więcej o waszym "napoju wojownika", pitnym miodzie "The First"? Jak wpadliście na ten pomysł i jak przeszliście do jego realizacji? Oczywiście! "The First" to pomysł, który zaczął się ode mnie i naszego przyjaciela Giorgosa Kyriakidesa, gdy celowo eksperymentowaliśmy w kuchni nad produkcją tego napoju. Chcieliśmy spróbować stworzyć własny miód pitny. Podzieliliśmy się nim ze znajomymi i wypróbowaliśmy kilka wersji. Gdy efekt nas usatysfakcjonował, podeszliśmy do tego bardziej na poważnie i podjęliśmy wszystkie kroki, by zacząć produkcję miodu na sprzedaż. Ludzie go pokochali! To alkohol, który uwielbiam i którego mógłbym wypić wiele pint. Jest miodowy, więc jest też bardzo słodki i niek-

tórzy wolą pić go shotami, inni - zrobić z nim drinka, niektórzy użyli go nawet do gotowania przy grillowanych stekach! Czujemy, że reprezentuje naszą markę, bo inspiruje nas mitologia nordycka, ale przede wszystkim po prostu lubimy pić! Niestety nasz miód jest obecnie dostępny tylko na Cyprze. Nagraliście dużo indywidualnych filmików, na których każdy z was gra na swoim instru mencie pod kawałki z "Warrior in the Night". To był sposób na radzenie sobie z pan demicznymi obsotrzeniami i brakiem koncertów? Trafiłaś! Tak, chcieliśmy grać dla ludzi. Z pandemicznymi restrykcjami było to bardzo trudne, więc zamiast występować na żywo, stwierdziliśmy, że fajnie będzie dostarczyć fanom trochę kontentu w formie wideo. Na szczęście w końcu zaczynamy planować koncerty. Minął ponad rok od wydania debiutu. Wiem, że zaczęliście już pracować nad nową płytą. Wiecie już, jakie wątki będzie poruszała, w warstwie tekstowej i muzycznie? Na naszej drugiej płycie chcemy skupić się na psychice Wojownika i jego przygodach po upadku, omówionym na pierwszym albumie, tak jak i konsekwencjach jego wzlotu. Gdybyśmy mieli opisać nowy materiał, byłby to, jak na teraz, dark power metal. Drugi album jest też poświęcony Queen Witch i opowiada o wydarzeniach powiązanych z tym, co działo się przed rozpoczęciem podróży Wojownika. Spodziewajcie się o wiele mroczniejszych motywów z rytualistycznymi śladami black i death metalu. Queen Witch to ogromnie ważna postać z tajemniczą przeszłością i tragicznym wątkiem. Jej obecność jest potężna, prawie demoniczna i drakońska. Dzięki za poświęcony czas. Macie jakąś wiadomość dla polskich fanów metalu? Bardzo dziękujemy! Bylibyśmy zachwyceni nawiązując kontakty z większą ilością polskich metalheads i mogąc, miejmy nadzieję, wkrótce odwiedzić Polskę. Jeśli podobał wam się wywiad, możecie posłuchać naszej płyty na wszystkich platformach streamingowych lub kupić fizyczną kopię na naszej oficjalnej stronie i dać nam znać, co myślicie o naszych pomysłach i muzyce. Sprawdzajcie aktualności na naszych social mediach. Cheers! Iga Gromska

HARMONIZE

91


Tendencje do grania pod prąd Na początku 2022 roku ukaże się trzeci album studyjny Ashes Of Ares pt. "Emperors And Fools". Stanowi on głównie efekt współpracy byłych muzyków Iced Earth: Freddiego Vidalesa (gitara, bas) oraz Matta Barlowa (wokal), ale wszystkie partie perkusji zagrał Van Williams (ex-Nevermore), jedyną w swoim rodzaju okładkę namalował Kamil Pietruczynik a jako gość specjalny zaśpiewał w jednym utworze Tim Ripper Owens. Fanom prawdopodobnie przypadnie to do gustu, więc spróbowaliśmy zanalizować zawartość płyty wraz z jego autorami, a przy okazji rozwiać kilka historycznych niejasności. HMP: Hej. To miłe, że po raz kolejny udzielacie wywiadu dla polskiego czasopisma. Czy nasz rodak, Kamil Pietruczynik, a więc "człowiek, który zamienia Waszą muzykę w wizualne dzieła sztuki" dużo poopowiadał Wam o Polsce? Jak bardzo podkoloryzował nasz kraj? Freddie Vidales: Tak naprawdę, nie rozmawialiśmy z Kamilem zbyt wiele o Polsce, ale wraz z Mattem spędziliśmy kiedyś świetny czas w Warszawie. A może bardziej kumplujecie się z Timem Ripperem Owensem?

ne wszystkim, co powiedziałeś. Nie byłem w stanie kontynuować koncertowania z Iced Earth, ponieważ harmonogram tras był zbyt napięty, abym mógł łączyć to z moją karierą zawodową. Ponadto, gdybym zdecydował się porzucić karierę i pojechać w trasę, musiałbym spędzić znaczną ilość czasu z dala od mojej rodziny. A nie chciałem tego robić. Czy to prawda, że pierwsza nazwa zespołu Ashes Of Ares brzmiała: Red Oppressor? Matt Barlow: Nie. Red Oppressor to pseudonim nadany mi przez producenta Jima Morrisa. Przypuszczam, dlatego, że mam ru-

Kyle Taylor, a na drugiej Van Williams. Dokonaliście również "remiksu tego utworu, aby upewnić się, że brzmienie całego albumu jest spójne" (info przytoczone z Waszego Facebooka). Czy te zmiany wskazują na to, że czuliście silną potrzebę zredefiniowania na nowo całego brzmienia Ashes Of Ares, zamiast po prostu kontynuować pisanie podobnych utworów co wcześniej? Freddie Vidales: Nie, po prostu jeśli weźmiesz jakieś nagranie sprzed miesięcy i zestawisz je z nowymi utworami opracowanymi w innych okolicznościach, to całość niekoniecznie będzie do siebie pasować. EPka miała być małym przedsmakiem, a że "Throne Of Iniquity" brzmi nieco inaczej niż wersja na pełnym albumie, to tylko czyni ją wyjątkową i niepowtarzalną. Tytułowy utwór udowadnia, że wszyscy zaangażowani muzycy opanowali do perfekcji tworzenie pół-akustycznych ballad nie tylko z Iced Earth czy Nevermore, ale także w obecnym składzie jako Ashes Of Ares. Ta tytułowa kompozycja urzeka sposobem, w jaki narasta w nim dynamika. Jak udało Wam się utrzymać jej najgorętszą część w dobrym tonie bez popadania w banał czy niekontrolowany chaos? Freddie Vidales: Cóż, w niektórych przypadkach utwór sam może podpowiadać, jak powinien być napisany. Nie ma powodu, by dodawać rzeczy "tylko dlatego by były", stąd też nie ma tu właściwej solówki gitarowej. "Primed" również pobrzmiewa akustycznie, ale tylko na samym początku. Freddie, zas tanawiam się, jak bardzo zaawansowane technicznie są Twoje linie basu w tym numerze? Kojarzą mi się one z Manowar. Czy uznałbyś je wręcz za swoją wizytówkę w roli basisty? Freddie Vidales: Dziękuję, ale Manowar nie inspirował mnie w tym przypadku. Nałożyłem partie bezprogowego basu na akustyki, aby pomóc połączyć wszystko razem bardziej płynnie. Dodałem kilka fajnych smaczków tu i tam, ale moim ogólnym celem jest zawsze stworzyć najlepszy możliwy utwór, a nie popisywać się tym, jak dobrze potrafię grać na instrumencie.

Foto: Ashes Of Ares

Matt Barlow: Tim jest świetnym gościem. To niesamowite, jak bardzo wsparł nas przy nagrywaniu płyty. Myślę, że ludziom naprawdę spodoba się to, co zaśpiewał w utworze "Monsters Lament". Zanim przeanalizujemy nowy album, czy moglibyście rozwiać kilka historycznych niejasności? Matt, różne źródła podają co najmniej dwa różne powody, dla których opuściłeś Iced Earth w 2011 roku. Według książki "US Power Metal" autorstwa Tomasza Woźniaka, zrobiłeś to, aby znaleźć więcej czasu dla rodziny. Jednak według innego źródła, Jon Schaffer zadecydował o Twoim odejściu ze względu na Twoją pracę w roli policjanta. Czy mógłbyś wyjaśnić te okoliczności? Matt Barlow: Właściwie było to spowodowa-

92

ASHES OF ARES

de włosy i opresyjny charakter. Pierwsze wrażenie po przesłuchaniu wszyst kich longplayów Ashes Of Ares może być takie, że muzyka ta utrzymana jest, mniej więcej, w tym samym stylu. To prawda czy zbytnie uproszczenie? Freddie Vidales: Jeśli styl oznacza metal, to tak. Piszemy to, co my czujemy i co sprawia nam przyjemność, bo żaden zespół nigdy nie będzie w stanie zadowolić wszystkich. Zanim wydaliście trzeci longplay, ukazała się również EP-ka "Throne Iniquity" z jednym nowym utworem i kilkoma coverami. Ostateczna wersja "Throne Of Iniquity" z LP brzmi inaczej niż jej poprzednia wersja z EPki. Na pierwszej wersji perkusję nagrał

Gdzie się podział groove w "Our Last Sunrise"? Freddie Vidales: Brak groove'u w "Our Last Sunrise" jest subiektywnym odczuciem. Niektórzy powiedzieliby, że jest tam mnóstwo groove'u, po prostu taki szybszy groove. Niemniej, osobiście doceniam napięcie wynikające ze zmian tempa niektórych utworów na "Emperors And Foors". Na przykład utwór "Be My Blade" wywarł na mnie pozy tywne wrażenie. Jak bardzo eksperymentowaliście ze speed metalem w "Be My Blade" lub podczas komponowania innych utworów z LP "Emperors And Fools"? Freddie Vidales: Dla mnie prędkość nie jest receptą na wszystko. Cały album zawiera wiele zawrotnych partii gitarowych, ale czasami budowanie nastroju jest dla mnie ważniejsze. Małe wybuchy szybkich dźwięków wyskakują tu i tam, aby utrzymać uwagę, ale znowu wszystko zależy od ogólnego nastroju utworu. I jeśli mam być szczery, to czasami mam tendencję do grania odwrotnie do tego, czego wszyscy oczekiwaliby za chwilę. To nudne,


Starożytni bogowie, horrory i erotyka

kiedy słuchacz potrafi zgadnąć, jakie będą następne nuty. Początek kawałka "The Iron Throne" mógłby być doskonałą okazją do zaangażowania tłumu na koncertach do wspólnego śpiewania i krzyczenia. Jak doszło do tego, że zawodzenie "o-o-o" powtarza się w refrenie, ale charakterystyczne skandowanie od 0:36 do 0:50 nie pojawia się już w dalszej części utworu? Czy świadomie zrezygnowaliście z pełnego wykorzystania jego chwytliwego potencjału? Matt Barlow: Jak już Freddie zaznaczył, czasami piosenka zabiera nas tam, gdzie nas zabierze. Nie rozpisujemy formalnie kompozycji. Chcemy pozostawać wierni sobie, zamiast robić cokolwiek pod publiczkę. Chwytliwość to subiektywna sprawa. Czyli reakcje Zoey Barlow, Harleya Iana i Bentleya Danziga Vidalesa (imiona psów Freddy'ego i Matta - przyp. red.) nie okazały się dla Was pomocne w procesie selekcji piosenek, które ostatecznie trafiły na "Emperors And Vidales"? Freddie Vidales: Harley i Bentley tylko "pomagali" mi odwracać uwagę od nagrywania, szczekając, gdy tylko nadchodziła pora karmienia. Matt Barlow: Zoey jest tu tylko dla smakołyków. Dlaczego Van William nie jest stałym członkiem Ashes Of Ares, skoro nagrywa gitary na wszystkich waszych albumach i zawsze stoi za Wami murem? Freddie Vidales: Van był zajęty innymi zobowiązaniami i w związku z tym nie był w stanie zaangażować się jako pełnoetatowy członek zespołu. Jest on jednym z najlepszych perkusistów w okolicy, więc fajnie że zabębnił na naszych albumach. Kochamy Vana jak brata.

Francja może niekoniecznie metalem stoi, ale dała światu takie grupy, jak Trust, ADX i Sortilege, więc jednak jest dla rozwoju gatunku w pewien sposób zasłużona. Wśród mniej lub bardziej undergroundowych propozycji znaleźli się panowie z Tentation, prosto z małego, malowniczego Torreilles i tak się złożyło, że nasłuchali się sporo Mercyful Fate i postanowili grać heavy metal. Muzycy są nienajmłodsi, pozują do zdjęć promocyjnych odziani w logo Glacier, Possesed, Angel Witch, a nawet Nifelheim. Czwarte wydawnictwo grupy, "Le Berceau Des Dieux" to muzycznie efekt tej niecodziennej mieszanki, a tekstowo - wyznanie wiary w starożytnych bogów, które, jak się okazało, nie jest traktowane jedynie jak dobry motyw. Patrice "Darquos" Rôhée, wokalista i tekściarz grupy, opowiedział o tym coś więcej, a także zdradził przepis na koktajl z wpływów, które ukształtowały Tentation. HMP: Na początku muszę powiedzieć, że bardzo doceniam fakt, że zdecydowaliście się śpiewać w waszym rodzimym języku. Zawsze, gdy ktoś twierdzi, że nie lubi francuskiego metalu, pokazuję im Sortilege i natych miast zmieniają zdanie, teraz mogę zacząć pokazywać im Tentation! Od początku byliście przekonani, że będziecie śpiewać po francusku? Czujecie, że to pomaga wam wyrażać się artystycznie, motywowały was wasze inspiracje (Sortilege, ADX)? Patrice "Darquos" Rôhée: Oh, dziękuję za komplement, miło jest wiedzieć, że nasz album może pomóc ludziom pokochać francuski metal, to dla nas zaszczyt! Tak, od początku naszą motywacją było założenie zespołu, który będzie śpiewać w ojczystym języku, tak jak robiły to już wcześniej zespoły, które wymieniłaś. Tak, jesteśmy Francuzami i to samo w sobie wywarło na nas spory wpływ, ale gdy posłuchasz, na przykład, pierwszych albumów Sortilege, każdy numer gwarantuje ci inną, wspaniałą przygodę. To właśnie chcieliśmy odtworzyć z Tentation. A co myślicie o nowej francuskiej scenie met alowej, w porównaniu do starej? NWOT HM przeżywa swój renesans, czy ten trend jest popularny również we Francji, czy wolą tam inne gatunki? NWOTHM nieszczególnie jest trendem we Francji. Wydaje się, że Francuzi dopiero go odkrywają, po prawie dwudziestu latach, od kie-

dy heavy metal świętuje swój wielki powrót. Ten ruch wciąż ma niewiele przestrzeni medialnej, na przykład we francuskich magazynach muzycznych. To akurat z pewnością dobra rzecz, ponieważ popularność jakichkolwiek ruchów we Francji nie jest nigdy niczym dobrym, bo szybko staje się przedmiotem niezgody. Silnym punktem waszej nowej płyty, "Le Berceau Des Dieux", jest jej spójność tematyczna. Od zawsze interesowała was mitologia i legendy, czy poszerzyliście swoją wiedzę na ten temat na potrzeby konceptu albumu? Dlaczego uznaliście, że będzie on pasować do muzyki Tentation? Osobiście wyznaję starożytnych bogów. Reprezentują okres w historii, w którym ludzkość żyła w harmonii ze środowiskiem naturalnym, gdy religia nie polegała na chęci władzy i chciwości. Również kobiety zajmują tam ważne miejsce, co bardzo pomogło w rozwoju. Dodaj do tego fakt, że uwielbiam horrory i filmy erotyczne (nie mylić z pornograficznymi), a otrzymasz koktajl inspiracji dla motywów Tentation (śmiech). Trudniej było dopracować teksty czy muzykę? Uważasz, że łatwiej jest uchwycić pewne przemyślenia i emocje tekstowo, czy dźwiękowo? Interesujące pytanie. Nad muzyką pracowaliśmy wspólnie, w czasie prób. Guillaume D.

"Emperors And Fools" powinno zadowolić wszystkich obecnych fanów Ashes Of Ares. Wydaje się, że nie macie tylu fanów, co Iced Earth, ale być może Wasi słuchacze są jeszcze bardziej zaangażowani i pozytywnie zakręceni niż fani Iced Earth? Freddie Vidales: Iced Earth istnieje już od ponad 30 lat, a my dopiero zaczynamy. Czujemy się szczęśliwi, że coraz więcej ludzi docenia to, co pochodzi prosto z naszych serc. Sam O'Black

Foto: Laurene Coranti-Herten

TENTATION

93


tarze ich kawałki (śmiech). KK Downing i Tipton z Judas Priest również byli jego wielkimi inspiracjami. Guillaume pozwala przemawiać swoim emocjom kiedy komponuje. Myślę, że tak jak ja jest człowiekiem pełnym empatii, co musi jakoś wpływać na naszą muzykę.

proponował kilka riffów i próbowaliśmy znaleźć dla nich idealną aranżację. Laurent jest w tym bardzo dobry. Gdy tylko utwór jest skończony, pochłaniam muzykę i staram się zwizualizować obrazy i melodie, żeby znaleźć motyw na tekst. Żeby dobrze uchwycić emocje ważne jest, by wybrana tematyka współgrała z energią tworzoną przez dźwięk. Mógłbyś opowiedzieć więcej o współpracy z waszą obecną wytwórnią, Gates of Hell Records? Jak pomogła wam jako zespołowi? Enrico i Brigida odwalili kawał dobrej roboty w kwestii promocji naszej płyty i w dalszym ciągu to robią. Pomogło nam to stać się rozpoznawalnymi i wydać ten album w najlepszy możliwy sposób. Okładka płyty została zainspirowana konkretną piosenką, czy reprezentuje ogólnie starożytne wierzenia? Okładka nie została właściwie zainspirowana jednym, konkretnym kawałkiem. Reprezentuje kobietę, która ma przy sobie dziecko, mające moc przywrócić dawnych bogów. Bardzo podobały mi się małe formy instru mentalne na waszej płycie, dobrze wpłynęły na jej dynamikę. "Interlude" brzmiało prawie jak akustyczne kawałki Opeth, a "L'Enfant de Gosthal" miało klimat soundtracku starych filmów i gier komputerwowych. Dlaczego zdecydowaliście się na takie eksperymen ty? Czy te kompozycje były dziełem przy padku, powstałym w wyniku improwizacji, czy były planowane od początku? Bardzo się cieszymy, że podobały ci się te przerywniki. Wydajesz się bardzo wrażliwą osobą, więc mogę ci powiedzieć, że ich obecność na tej płycie była ważna dokładnie z tego powodu, by wprowadzić słuchacza w konkretną atmosferę. Klimat ten łączy wszystkie wątki na albumie, o których już wcześniej wspominałem. "L'Enfant de Gosthal", skomponowany przez Yanna z francuskiej grupy Ponce Pilate, to muzyka inspirowana filmami z lat siedemdziesiątych, złotej ery horrorów i erotyki. W bridge'u w "Le Couvent" da się usłyszeć wpływ Kinga Diamonda (ogólny klimat i, oczywiście, ten śmiech!), czy było to celowe? Niekoniecznie (śmiech), ale to oczywiście dobra inspiracja! Wasz nowy album wyróżnia się świetną pracą gitar, szczególnie podobało mi się, co Guillaume Dousse zrobił na "Baldr", pół-balladzie z bardzo przyjazną solówkom progresją akordów. Jacy gitarzyści wpłynęli na jego styl gry i jak ty podchodzisz do jego umiejętności? Guillaume jest ogromnym fanem AC/DC. Jeśli przeszukasz YouTube, znajdziesz filmiki, na których był jeszcze dzieckiem i grał na gi-

94

TENTATION

Czy kawałek "Heavy Metal" nagraliście, żeby opisać, czym jest dla was ten gatunek i pokazać, jaki pomysł ma na niego Tentation? Znasz film, który nazywa się "The Warriors"? To jest dopiero noc pieprzonego heavy metalu! W latach 80. miały miejsce walki ulicznych gangów. Punkowcy, skinheadzi, twardziele. Przerażało mnie to, ale jednocześnie fascynowało. Oto, co opisuje ten kawałek: uliczną, miejską przemoc. Jaki jest, twoim zdaniem, najważniejszy album metalowy pod względem tego, jak wpłynął na Tentation? Nie chcę powtarzać historii całego gatunku, bo wszyscy wiemy, jak mocno wpłynęli na nas Black Sabbath, Deep Purple i Led Zeppelin, ale jak dla mnie są dwa, które odcisnęły piętno muzycznie i wizualnie: "Killers" od Iron Maiden i "Black Metal" od Bathory. Jako zespół powstały w niewielkiej miejscowości, w jaki sposób specyficzne środowisko wpłynęło na was jako muzyków? Musiało być trudniej znaleźć ludzi do wspólnego grania czy miejsca, w których można zagrać kon cert. Ale Torreilles jest również pięknym miejscem, więc może natura was inspirowała? Nie wydaje mi się, ale z drugiej strony istnieje mogiła na terytorium Torreilles, którą datuje się na kilka zeszłych stuleci. Kilka razy byłem w sytuacji, gdy szedłem tam, by pozyskać siłę i energię dla konkretnych rzeczy w Tentation. Zawsze zastanawia mnie, jak zespoły radzą sobie w sytuacji, gdy kilku członków zespołu nosi to samo imię. Czy wasi Guillaumes mają jakieś pseudonimy? Tak, Guillaume Pastor to Guix, a Guillaume Dousse to Pitch (śmiech). Jak radzicie sobie z dzieleniem czasu między heavy metal, pracę i życie rodzinne? Nie jesteście już nastolatkami, ale dobrze jest widzieć, że nadal realizujecie swoją pasję z takim samym entuzjazmem. Nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ale to nie zawsze jest takie proste, szczególnie ze względu na nie, bo wolę spędzać czas z moją rodziną niż zespołem (śmiech). Staramy się wszystkich uszczęśliwić, bo moi przyjaciele z Tentation kochają grać koncerty i chcą to robić. Kompromisem jest ograniczenie liczby występów do sześciu czy siedmiu rocznie. Macie już plany na kolejny album? Wiesz już, jakie tematy chciałbyś na nim podjąć, może zmienić nieco muzyczny styl i więcej eksperymentować? Póki co nie mamy żadnych planów. Napisanie albumu zajęło nam sporo czasu i było dla mnie bardzo trudne, szczególnie końcówka pracy nad "Le Berceau des Dieux". Nadal nie odpocząłem i nie nabrałem energii do kolejnego projektu w przyszłości. Na ten moment, wystarczy nam zagrać kilka koncertów, żeby obronić tę płytę. Iga Gromska

HMP: Czy jesteście podróżnikami w czasie... James Danzo: Yeah, cofnięto nam paszporty i utknęliśmy w teraźniejszości. … Którzy stoją na czele współczesnej nowo jorskiej sceny heavy metalowej... James Danzo: Eh, przynajmniej do tego pretendujemy. …Chociaż zadebiutowaliście zaledwie 5 lat temu? James Danzo: Słuchałem ostatnio naszej debiutanckiej płyty sprzed 5 lat. Nadal myślę, że to mocna rzecz. Dobrze odzwierciedla nasz zespół w tamtym okresie, kiedy byliśmy nieco mniej sterani niż obecnie! Na EP "Tomorrow & Yesterday" pali się chyba komuś but? James Danzo: Tak, jako symbol odpuszczenia dniu wczorajszemu. Wydaliśmy to, aby zaprezentować nowy skład wraz z Claire na perkusji i Jeffem na basie. Od pierwszej płyty upłynęły wtedy 3 lata, więc chcieliśmy zaproponować coś nowego. W tej chwili najważniejszy jest dla Was longplay "Shock To The System"? Zdaje się, że obecny perkusista James Jones przyczynił się do nadania Waszej muzyce totalnego metalowego szaleństwa? Czy wytyczył on zawrotny kurs dla Tower, nagrywając wszystkie swoje partie za jednym podejściem? James Danzo: Rejestracja perkusji zajęła nam półtorej dnia. Nie mieliśmy dużo czasu w studiu. Poza tym, chcemy brzmieć jak żywy zespół a nie jak maszyna. No i brzmicie niewiarygodnie mocno. Każdy słyszy u Wam old schoolowe klimaty, ale mnie szczególnie interesuje, na ile W.A.S.P. wpłynął na Wasze brzmienie? James Danzo: Dzięki! Występując na Metal Assault Fest w lutym 2020 wszyscy myśleliśmy, że Chris Holmes (gitarzysta znany głównie z W.A.S.P. - przyp. red.) skradł całe show. Szczerze, W.A.S.P. nie było nigdy żadną wielką inspiracją dla nas (ani brzmieniowo, ani kompozycyjnie), przynajmniej jak na razie. Aczkolwiek nie jesteś pierwszą osobą, która porównuje nas do nich. Jak to było z Waszą wokalistką Sarabeth, że ponoć nazwała The Who swoją największą wokalną inspiracją? Sarabeth Linden: Revolver zapytało mnie podczas wywiadu, kto ma najwspanialszy rockowy krzyk? Odpowiedziałam, że The


Powstrzymywanie się przed komplikowaniem bywa najtrudniejsze Tu nie ma co dywagować. Sprawdźcie singiel Tower "Blood Moon". Albo wkręcicie się po usłyszeniu pierwszego krzyku, albo możecie o ich nowym LP "Shock To The System" zapomnieć. Muzycy kapeli to zwyczajni młodzi Nowojorczycy, których roznosi adrenalina i lubią sobie pohałasować. Wychodzi im z tego konkretny heavy/speed w old schoolowej konwencji. Próbowałem skłonić gitarzystę Jamesa Danzo do dłuższej wypowiedzi, ale ani on, ani wokalistka Sarabeth Linden, ani drugi gitarzysta Zak Penley to nie gaduły, tylko zapaleni do szaleństw imprezowicze. Who. Ale to nie jedyni moi idole. Spośród metalowców, Dio z pewnością się do nich zalicza. "Blood Moon" to bez wątpienia udany wybór na singla oraz na videoclip, ale to samo moglibyśmy powiedzieć o wielu innych utworach z "Shock To The System". James Danzo: "Blood Moon" zwraca natychmiast na siebie uwagę. A jeśli kogoś nie przekona pierwszy krzyk na "Blood Moon", to niech o nas zapomni. Dlaczego nie zaliczacie już basisty Jeffa Filmera do obecnego składu Tower? Czy szukacie kogoś na jego miejsce? James Danzo: Bo cieszymy się z przywitania Jacka Florio jako nowego basisty Tower. Jeff postanowił opóścić zespół wraz z pierwszym koncertem po ukończeniu rejestracji albumu, w lipcu. Na zawsze pozostanie częścią naszej rodziny, dokładnie tak samo jak poprzednia perkusistka Claire. Znaliśmy się z nim odkąd powstało Tower - wcześniej pełnił funkcję producenta naszego debiutu. Czy zgodzilibyście się z moim spostrzeżeniem, że zarówno James Danzo, jak i Zak Penley, czują się najlepiej grając zabójcze riffy gitarowe oparte na ostrym rytmie i wolą je nawet od solówek? James Danzo: Faktycznie, lubimy grać wspólnie różne rozwiązania rytmiczne. Inne zespoły z dwoma gitarzystami przyjmują takie podejście, że gitarzyści mają grać jak najwięcej unisono. U nas - na odwrót. Lubimy, gdy jeden wymiata co innego niż drugi. Pod tym względem przypominamy The Rolling Stones. Zak Penley: Grając partie gitar rytmicznych uzupełniamy się nawzajem, nie będąc wzajemnie ustrukturyzowanymi i sztywnymi. Czuję, że temu podejściu zawdzięczamy pełniejszy dźwięk. Pokombinowaliście instrumentalnie w kawałku "In Dreams". Czy nie irytowało Was, gdy chcieliście zagrać to na próbie i musieliście przypominać sobie kolejne sekwencje? James Danzo: Pamiętanie tego kawałka to prawie jak pamiętanie marzenia ("In Dreams" - "W Marzeniach", przyp. red.). Wydaje Ci się, że nie ma problemu, dopóki... huh? W sumie, to nie mamy tam do czynienia z szaloną strukturą kompozycji. Może intro jest trochę pokręcone, ale utwór ma konstrukcję zwrotka/ refren/ zwrotka, z dodatkiem rozbudowanej części środkowej. Nagrywaliśmy to w trzech

podejściach: od początku do pierwszego sola gitarowego, później przeskoczyliśmy do nagrywania fragmentu od drugiego sola do końca, natomiast część środkową zostawiliśmy sobie jako ostatnią. Uważam, że najistotniejszym elementem tego łagodnego interlude jest hipnotyzujący rytm. Czy komponowanie a następnie ćwiczenie takich dłuższych instrumentalnych fragmen tów stanowi dla Was najlepszą okazję, aby poznawać się nawzajem? James Danzo: Cóż, napisaliśmy i zaaranżowaliśmy cały materiał przed wejściem do stu-

nem kiedykolwiek się spotkali! Nah, to po prostu nasz tytuł roboczy dla kawałka, który przypominał nam jednocześnie o Black Sabbath oraz o Lynyrd Skynyrd. Kiedy przyjdzie dla Was czas na koncertówkę z orkiestrą symfoniczną? Skoro twórcy "Kill'Em All" mogli, to czemu i nie Wy? James Danzo: Byłoby wspaniale dysponować wystarczająco dużym budżetem, a następnie dać sobie spokój z takim eksperymentem. Zak Penley: Niemniej, rozmawiamy czasami o ewentualnej koncertówce. Jak wspominacie lot na niemieckie Metal Assault Festival 2020? Czy nie obawialiście się, że instrumenty lecące w bagażu reje strowanym zaginą i powrócicie do Stanów bez nich? James Danzo: Uwielbiamy wszystko, co związane z tym festiwalem. Wzięliśmy ze sobą mało bagażu i weszliśmy na pokład z niemal całym sprzętem. Część zmieściła się w koszach nad głowami. Zostawiłem "Honey", mojego cennego Les Paula w domu - nie chciałem ryzykować lotu wraz z nim. Bas Jeffa dostał swoje oddzielne siedzenie w drodze powrotnej, jako że nie wszystkie miejsca zostały wyprzedane. Boże, podczas show bawiliśmy się przednio. Na 11 listopada 2021 zapowiadacie gig wraz z Grave Bathers i Castle Rat w Market

Foto: Dante Torrieri

dia, więc nie mieliśmy okazji, żeby wspólnie zbyt długo nad tym pracować. Jeff zazwyczaj pełni rolę gitarzysty prowadzącego, ale tym razem podszedł do nagrywania basu na poważnie, ograniczając się do podstaw tam, gdzie tego potrzebowaliśmy. Czasami powstrzymywanie się przed komplikowaniem sprawy jest najtrudniejsze. Jones bawił się atmosferką z użyciem cymbałów, młotków, gongów i rototomów wszędzie tam, gdzie się dało - ha! (w oryginalnej wypowiedzi James wymienił: "cymbals, mallets, gongs, roto-toms" - przyp. red.).

Hotel na nowojorskim Brooklynie. Show w kasynie czy też w hotelu brzmi bajecznie. James Danzo: Nazwa miejscówki wydaje się bardziej ekstrawagancka niż jest w rzeczywistości. To nasze jedyne show aż do któregoś dnia w przyszłym roku. Po raz pierwszy pojawi się tam publicznie wraz z nami nowy basista Jack, zagramy znaczną część "Shock To The System", a Castle Rat oraz Grave Bathers dają niesamowitego czadu, więc lepiej sprawdź te kapele. Sam O'Black

Co to takiego "Skynyrd Sabbath"? James Danzo: Nazwa zespołu, który istniałby, gdyby Tony Iommi z Gary'm Rossingto-

TOWER

95


Wielki powrót Hrabiego Przez ostatnie lata fani Count Raven mieli solidne podstawy, by stracić wiarę, że nowy album ich idoli kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Po splicie z Griftegard "Wolfmoon/Wedded to Grief" w 2010 roku, słuch o zespole prawie zaginął. Światełko w tunelu pojawiło się sześć lat później, gdy ruszył oficjalny fanpage na facebooku. Szybko okazało się że panowie koncertują, a co więcej pracują nad nowym materiałem! Gdy sprawy wyglądały już coraz bardziej obiecująco, w 2019 roku zespół musiał odwołać kilka występów i wstrzymać prace nad płytą, gdy na jaw wyszły problemy kardiologiczne u Dana Fondeliusa. Bogu dzięki, nie minęły pełne dwa lata od tego niepokojącego ogłoszenia, a Count Raven i wytwórnia I Hate Records z dumą zaprezentowały tytuł i okładkę nowego albumu! Tak fantastycznej okazji do rozmowy nie mogliśmy przegapić. Co prawda i tu wciąż pojawiały się drobne zawirowania natury technicznej - zmienialiśmy formułę wywiadu z mailowej na telefoniczną, by potem z powrotem powrócić do konwersacji pisanej. Co więcej, nawet w tej formie nie udało mi się uzyskać odpowiedzi na wszystkie kwestie o których chciałem pogadać z Danem (chociażby nt. upragnionych reedycji pierwszych albumów zespołu). Ale nie bądźmy malkontentami, bo lider Count Raven i tak nie poskąpił naprawdę wyczerpujących odpowiedzi, przede wszystkim nt. nowej płyty, ale także całościowej historii grupy czy swoich inspiracji tekstowych. HMP: Cześć Dan! Jak leci? Wiadomość o Twoich problemach zdrowotnych napędziła fanom niezłego strachu, więc to tym bardziej wielka radość móc z Tobą rozmawiać i słuchać kolejnego albumu Count Raven! Dan "Fodde" Fondelius: Cześć Piotr. Wspaniale to słyszeć, bardzo dziękuję za zainteresowanie zespołem. Chcę Wam szczerze pogratulować "The

wydawnictwa. Podejrzewam że mógłbyś sporo opowiedzieć o tym okresie? Count Raven wciąż funkcjonował, nawet koncertowaliście, ale wielu miało poczucie jakby zespół pozostawał w zawieszeniu. Po albumie "Mammons War" pamiętam że graliśmy koncerty w latach 2010-2011. A potem każdy poszedł własną drogą. Zrobiłem sobie kilkuletnią przerwę. Życie toczy się dalej, a ja mam dwie niepełnosprawne córki - wyma-

ciu. Dzień później przyszło mu do głowy, żeby zapytać o dołączenie do zespołu i to wszystko. Musieliśmy zacząć wszystko od nowa, ale już rok później, w 2017r. byliśmy w trasie, która skończyła się w 2018r. Graliśmy solidną porcję starych piosenek, ale i trochę nowych rzeczy z nadchodzącego albumu. Najlepiej wspominam, gdy zagraliśmy "The Nephilims" w Paryżu. Gdy skończyliśmy, tłum ryczał tak, że myśleliśmy że nas zdmuchnie ze sceny. Niesamowite! Opowiedz o powstawaniu "The Sixth Storm". Na początek kompozycje - pierwsze "przecieki" na temat nowego materiału to nagranie z próby z 2017 roku. Czy to wtedy zaczęliście prace nad utworami do albumu, a może powstawały one na przestrzeni całej minionej dekady? Większość utworów powstała po 2016 roku. Kilka tuż przed. Najstarszy na tym albumie jest główny riff i refren z "Blood Pope", który wziąłem z jednego z moich własnych nagrań, z początku lat 80. Na wspomnianym nagraniu z próby, znajdują się fragmenty trzy utworów. Pierwszy z nich to "The Curse", który ukazał się finalnie na płycie. Co z pozostałymi dwoma - "The Oldest Enemy" i "Stigmata"? "The Oldest Enemy" postanowiliśmy na razie odrzucić, ze względu na to, że był zbyt podobny do "Oden". Może pojawi się na następnym albumie. "Stigmata" została nawet nagrana, ale ze względu na czas trwania płyty musiała zostać pominięta. Myślimy o wydaniu jej później z jakąś inną piosenką, jako singiel czy coś takiego. Sądzę, że to naprawdę dobry numer. A jak układała się praca w studio? (Przy okazji - szczerze mówiąc nie dotarłem do informacji kto odpowiadał za produkcję albu mu?) Myślę że układała się chaotycznie. Z powodu paranoi związanej z Covidem wpadliśmy w kłopoty i nie mogliśmy uzyskać dostępu do różnych studiów. Nagraliśmy bębny i basy w Endarker Studio w Norrköping. Prowadzi je bardzo sympatyczny gość o imieniu Devo. To on odpowiada za nagranie, produkcję i mix albumu. Był basistą w grupie Marduk. Kiedy w końcu ja miałem nagrać gitary, wokale i całą resztę, zrobiłem to w domu. Musiałem kupić komputery, stojaki na gitary itp. Sąsiad pomógł mi zbudować miejsce do nagrania wokalu. Więc jeśli ta gówniana epidemia nie minie, nie będę miał problemów przy następnym razie (śmiech). W każdym razie myślę, że to było dobre doświadczenie, bo oznacza że łatwo się nie poddajemy.

Foto: Count Raven

Sixth Storm". Muszę przyznać że ten krążek konkretnie skopał mi dupsko! "Blood Pope", "Oden", "Baltic Storm" i tak naprawdę wszystkie pozostałe, to chyba moje ulubione numery od czasów "High on Infinity". Cieszę się, że tak polubiłeś nowe piosenki. Nigdy nie biorę takich rzeczy za pewnik, więc pozostaję pokorny - kłaniam się i dziękuję. Minął szmat czasu od Waszego ostatniego

96

COUNT RAVEN

ga sporo czasu i planowania, żeby dać im stabilność. Po pewnym czasie zacząłem myśleć o reaktywowaniu zespołu. W 2013 roku skrzyknąłem się z perkusistą Jensem i zaczęliśmy pisać nowe rzeczy. Potem w 2014r., włączyliśmy do grupy mojego starego basistę Wilbura i wszystko ruszyło. Niestety musiał odejść z zespołu w 2016r. z powodów osobistych. Na szczęście mieliśmy nad sobą pomyślną gwiazdę - Samuel usłyszał wiadomość o jego odejś-

To Wasz pierwszy album pod skrzydłami "I Hate Records" i pierwszy bez Tommy'ego Erikssona na basie. Czy sposób pracy albo atmosfera w Count Raven uległa dużym zmianom w porównaniu do dawnych lat? To już nasz trzeci skład od czasów oryginalnego. Zawsze przyświeca mi idea, że nowy album musi wydawać się naturalnym następcą poprzedniego i myślę że wyszło to bardzo dobrze. Z jakiegoś powodu, pozostali członkowie czują tak samo. Wszyscy na swój sposób mieli tu swój wkład, wciąż mając ten sam cel - nadać muzyce magii i uduchowienia. Moje powyższe pytania o produkcję i pracę


studyjną wynikają m.in. z tego, że "The Sixth Storm" prezentuje zupełnie inne brzmienie od Waszych poprzednich albumów. Szczególnie w porównaniu z bardzo klarownym "Mammons War". Postawiliście tu na niemal stonerowe "przytłumienie". Wg mnie sprawdza się to co najmniej ciekawie. Byliśmy pierwszym doom metalowym zespołem z którym współpracował z Devo. Mimo, że przywykł do pracy nad death i black metalem, wykonał niesamowitą robotę. Podczas długiej fazy miksowania mieliśmy z nim intensywny kontakt, prawie codziennie. To była świetna zabawa. To też pierwszy raz, kiedy używałem do nagrań czterech gitar i wydaje mi się, że to nadało tego prawie stonerowego brzmienia. Z jakiegoś powodu goście ze studia, trochę nas nabrali że tak powiem. Devo oszukał mnie, dodając jedną strunę gitarową z efektem, na której grał na początku środkowej części "The Ending". Kiedy zacząłem śpiewać, nagle usłyszałem ten dziwny ton i nie mogłem się domyślić, skąd się wziął. Pytałem o to wszystkich dookoła, a wszyscy mówili "Nic nie słyszę". Ja na to: "To tam jest… Boże". A potem, pewnego dnia w studiu, Devo tylko się uśmiechnął i powiedział mi o tym. Miałem z tego niezły ubaw. To samo mieliśmy przy "Mammons War", w piosence "Increasing Deserts". Po tym jak opuściłem studio na cały dzień, facet od miksera nagrał do niej trąbkę. Po kilku dniach to zauważyłem i zastanawiałem się skąd do diabła pochodzi ta trąbka. Zaczęli się śmiać i powiedzieli mi o tym… Może szukali pracy i chcieli dołączyć do zespołu (śmiech). Poprzednie albumy koncentrowały się wg mnie na pewnym hołdzie dla grania w stylu Black Sabbath, z pewnym rock and rollowym feelingiem, ale ich produkcja była sporo prze jrzystsza. Tu jest niemal odwrotnie - słyszę więcej "epickich" momentów niż kiedykol wiek wcześniej ("The Ending", "Baltic Storm" czy "Oden"), przy odwrotnej produkcji. To celowy zabieg? Cóż… zawsze zastanawiam się, kiedy tak naprawdę utwór jest skończony? Przez cały proces - od pomysłu, przez próby i nagrania zachodzą zmiany. Nawet po nagraniu, wciąż zastanawiasz się nad zmianami. Odpowiedzią na twoje pytanie jest i tak i nie. Niektóre były celowe, inne nie. Ale zasadniczo, myślę że masz rację. Przez te lata chciałem cały czas bardziej utrwalać riffy i piosenki, żeby je ulepszyć. W "Baltic Storm" zrobiłem głębokie nurkowanie (śmiech) z refrenem tworzącym upiorny dźwięk, którego słuchanie jest wręcz prawie bolesne. Możesz niemal poczuć jak otaczają Cię morskie głębiny. Więc może zmierzamy w kierunku o którym myślisz. Czysta przyjemność. Od początku bardzo ważne dla całego wydźwięku Waszej muzyki są teksty. To dosyć ciekawy temat, bo klasyczny heavy i doom metal to gatunki, które zwykle skupiają się na lirykach eskapistycznych. Ty stawiasz na pierwszym miejscu prawdziwe problemy społeczne. Dodatkowo nakreślasz w nich dosyć wyraźnie swoje poglądy. Weźmy za przykład "Children's Holocaust" z "High on Infinity" - niewiele znam zespołów, które miałyby jaja tak odważnie poruszyć podobny temat. Pamiętam, że "Childrens Holocaust" wywołał wtedy spore poruszenie. Wszyscy mówili o tej "piosence o aborcji". Ale wyjaśniłem wszyst-

kim, którzy o to pytali, że nie chodzi tylko o zabijanie dzieci w łonie matki. Zabijane są też dzieci poza nim, a także dorośli. To opis kondycji człowieczeństwa. Nie wydaje Ci się, że tak zaangażowane teksty to pewne ryzyko? Często bywa, że metalowcy śpiewający "zbyt poważne" liryki brzmią po prostu infantylnie, podczas gdy fan tasy, diabeł czy horror są zawsze "bezpieczne" i łatwo wpisują się w konwencję. Dodatkowo, odsłaniając swoje poglądy łatwo zostać zaszufladkowanym. Bardzo się cieszę, że mogę tak pisać i umieszczać w tym moją muzykę. Piszę na tematy, które mnie interesują, ale niekoniecznie jest to cały czas mój punkt widzenia. Czasami patrzę z innej perspektywy i opowiadam historię z cudzego punktu widzenia. Nigdy nie miałem z tym żadnych problemów. Nasz zespół zawsze cieszył się szacu- Foto: Count Raven nkiem wśród ludzi ze wszystkich gatunków muzyki metalowej. Na "The Sixth Storm" jest nieco więcej "wymieszania" tematów. Mamy tu w końcu opowieści w stylu "The Nephilims", "Baltic Storm" czy "Oden". Ale nie wierzę, że dzisiejsza zwariowana rzeczywistość nie dostarczyła Ci też bardziej współczesnych tematów. Cóż, czasem trzeba zrobić jeden krok w tył, by móc zrobić dwa naprzód. Musisz sięgać po tematy z przeszłości, by zrozumieć przyszłość. "Nephilims" to utwór o czasach współczesnych. Usiądź, poczytaj teksty, zadumaj się przez chwilę i zrozumiesz. Podobnie "The Curse", "Giver and Taker" a nawet "The Ending", który mówi o słowach Jezusa o naszych czasach, nowych czasach Noego, o tym, jak niszczone są narody itd. W żaden sposób nie są to dobre znaki. Zmieniając temat - wspominałem już wyżej o Tommy'm Erikssonie. Jego odejście nie było przez Was zbyt szeroko komentowane. Możesz powiedzieć coś na ten temat? Jesteście wciąż w kontakcie? Nie mieliśmy wtedy strony internetowej ani facebooka. Dlatego nie opublikowaliśmy żadnej wiadomości. Gdy zaczęliśmy, dawaliśmy Tommy'emu mnóstwo czasu, ale z jakichś przyczyn nie mógł nadążyć za resztą z nas, a potem pewnego dnia po prostu odszedł. Sądzę, że był trochę zły i sfrustrowany, że mu się to nie udało. Postanowiliśmy więc zostawić to w spokoju. Samuel i my wpadliśmy na siebie, ponieważ ćwiczył z innym zespołem w tym samym domu co my. Dołączył do nas i to było to. Skoro poruszyłem temat byłych członków zespołu, chciałbym porozmawiać o Chritusie. Wiele zespołów decyduje się ostatnio na reuniony w klasycznych składach - czy myśleliście o tym? Wiem że utrzymujecie dobre kontakty z Christianem, a cztery lata temu w Sztokholmie gościnnie wyszedł z Wami na scenę.

Kochamy Chritusa i jesteśmy z nim bardzo dobrymi przyjaciółmi, ale póki co nie ma planów na reunion. W przyszłości - kto wie? Na razie skupiamy się na albumie. Zostając przy Chritusie, cofnijmy się trochę w czasie. Przypomnijmy historię jego odejś cia z zespołu. Jak przyjęliście jego decyzję o dołączeniu do Saint Vitus? Obyło się wów czas bez konfliktów? W tamtym czasie cieszyliśmy się z jego odejścia, z powodu długo trwającego sporu między nim a mną. Był znacznie młodszy od nas i miał nastawienie właściwe dla swojego wieku. Takie jak mamy wszyscy, gdy jesteśmy młodzi. Byliśmy w trakcie nagrywania albumu "Destruction of the Void", czas uciekał, a naciski ze strony wytwórni płytowej doprowadziły do tego, że odbyło się spotkanie, na którym zdecydowano, że Chritus musi odejść. Dostał już wtedy propozycję dołączenia do Vitus, więc wszystko skończyło się pozytywnie dla każdego z nas. Powoli zbliżając się do końca naszej rozmowy, chciałbym zadać Ci jeszcze pytanie z innej beczki. Byłem świadkiem wielu dyskusji na ten temat - gdzie w historii umiejscowiłbyś początek doom metalu? Byłby to konkretny utwór lub album? Wiem, że oczywistą odpowiedzią wydaje się Black Sabbath, ale wielu uważa, że to dopiero takie zespoły jak Trouble czy Candlemass nagrały pierwsze klasycznie doom'owe albumy. Ciekaw jestem Twojego zdania. Cóż, jeśli utwór "Black Sabbath" z 1970r. nie jest doomem, to nie wiem co nim jest (śmiech). Dla mnie ostateczną definicją doomu jest "Electric Funeral". To tyle. Myślę, że Sabbath to zapoczątkował, a reszta z nas to kolejne gałęzie tego samego drzewa, które prowadzą doom dalej. I to dobrze! Niech żyje doom metal! Amen! Bardzo dziękuję Ci za rozmowę! Piotr Jakóbczyk

COUNT RAVEN

97


Nie tylko doom Cult Of Scarecrow to zespół stworzony przez kilku weteranów belgijskiej sceny, chcących wrócić do grania po dłuższej przerwie. Debiutanckim albumem "Tales Of The Sacrosanct Man" potwierdzają, że było to w pełni uzasadnione posunięcie, a do tego dopełniają mroczny, surowy doom metal garścią nieoczywistych wpływów, co dodatkowo ubarwia ich muzykę. HMP: Kult stracha na wróble - ciekawa nazwa, nie powiem. Na pewno nieszablonowa, bo nie słysząc jeszcze nawet jednej nuty z waszej płyty zacząłem zastanawiać się co gracie. Chodziło wam, między innymi, o taki właśnie efekt? Cult Of Scarecrow: Nie, wcale. Często słyszymy, że Cult Of Scarecrow jest intrygującą nazwą. Ale tak naprawdę, nazwa pochodzi od kawałka, który napisaliśmy. To był drugi utwór, który napisaliśmy po tym, jak znowu się zjednoczyliśmy. Mówi on o religii, w której pieniądz, bogactwo i status są czczone jako najwyższe wartości, a strach na wróble jest jej symbolem, więc to bardziej metafora. A kiedy szukaliśmy nowej nazwy, Cult Of Scarecrow brzmiało potężnie i mrocznie, więc nazwaliśmy się jak tytuł naszego utworu.

założony w 2017 roku. Nie ma nic wspólnego z naszymi wcześniejszymi projektami. Tak, to prawda, że trzech członków zespołu grało już razem w tych samych zespołach w latach 80. i 90., z Dead Serious i wreszcie Die Sinner Die jako ostatnimi. Dead Serious był zespołem thrashmetalowym, podczas gdy Die Sinner Die było bardziej industrialne i eksperymentalne. Przestaliśmy grać około 1995 roku i straciliśmy ze sobą kontakt. Praca, żona i dzieci, wiesz jak to idzie. Ale nasza miłość do muzyki nigdy nie osłabła. Dlatego wróciliśmy w 2017 roku i postanowiliśmy założyć nowy zespół, zwerbować kilku nowych muzyków i napisać nową muzykę. Szczerze mówiąc, jesteśmy teraz bardzo zmotywowani, a także bardziej doświadczeni. Nie ma już presji, teraz to czysta zabawa.

Fani metalu są jednak bardzo konserwatywni; może przybierając nazwę, na przykład, Dark Riders Of Doom, bylibyście dla nich bardziej wiarygodni, zważywszy na wybraną stylistykę i tematykę tekstów? (śmiech) A to ciekawe? Wierzymy, że nazwa dobrze pasuje do naszej muzyki. Przede wszystkim nie uważamy się za prawdziwy zespół doommetalowy. Naszą muzykę lubimy nazywać heavy metalem z wpływami doom, grunge i thrashu. Ciekawa mieszanka, której nikt jeszcze nie stworzył. Niektórzy mówią, że wymyśliliśmy własny gatunek, uważamy to za wielki komplement. Po drugie, atmosfera naszych utworów jest zawsze trochę mroczna i makabryczna. Czasami wręcz przerażająca. Strach na wróble jest wspaniałym symbolem tego rodzaju napięcia, a słowo kult sugeruje, że jesteśmy znakomitym gangiem.

EP na początek to dobre rozwiązanie, bo niezbyt kosztowne, a pozwalające sprawdzić czy zespół ma potencjał i jak zostanie przyję ty przez słuchaczy? Nagraliśmy nasze pierwsze cztery kawałki w 2018 roku. Na początku nie mieliśmy zamiaru robić EP-ki. Po prostu weszliśmy do studia, nagraliśmy muzykę i poprosiliśmy inżyniera o zrobienie odpowiedniego miksu, abyśmy mogli użyć tego jako demo, żeby załatwić trochę koncertów. Ale wynik był zdumiewający, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że nasza muzyka jest tak potężna i ogólnodostępna. Poprosiliśmy kilka osób o posłuchanie tego materiału i wszyscy stwierdzali, że musimy umieścić te utwory na CD i rozprowadzić go tak dobrze, jak to możliwe. Więc zrobiliśmy to. Ale wszystko robiliśmy sami i nie mieliśmy pojęcia, jak trzeba to zrobić właściwie. Patrząc wstecz na tamte czasy, właściwie wszystko zrobiliśmy źle. Zrobiliśmy bardzo dobry produkt, ale nie zwrócił na siebie uwagi, na jaką zasługiwał. Dlatego cieszymy się, że WormHoleDeath Records przejęło kontrolę, bo mają środki i wiedzę.

Początki zespołu sięgają ponoć jeszcze pier wszej połowy lat 90., ale uaktywniliście się, przede wszystkim wydawniczo, stosunkowo niedawno? Cult Of Scarecrow to zupełnie nowy zespół

"Cult Of Scarecrow" okazała się dobrym startem, zaczęliście więc prace nad debiu tanckim albumem - gdyby nie pandemia "Tales Of The Sacrosanct Man" ukazałby się pewnie wcześniej? Naprawdę nie wiem. Mogło to brzmieć zupełnie inaczej, ponieważ poświęciliśmy sporo czasu na napisanie i zaaranżowanie utworów. Mieliśmy mnóstwo czasu. Podczas pandemii stworzyliśmy nawet nowe kompozycje, pisząc je w domu, nagrywając je i wysyłając innym, aby dołączyli do nich swoje instrumenty i uwagi. To był bardzo szczególny, ale interesujący okres. Ale w październiku 2020 roku, kiedy obostrzenia nieco złagodniały, postanowiliśmy udać się do studia i rozpocząć nagrywanie. Wszystko z zachowaniem covidowej ostrożności, ponieważ wszyscy nagrywaliśmy osobno. Zajęło nam to trochę czasu, ciężko pracowaliśmy, a nasz producent Ace Zec nie był łatwy do zadowolenia. Więc pracowaliśmy dalej, aż wszyscy byli szczęśliwi. Finalny miks powstał w marcu tego roku, więc zajęło nam to prawie sześć miesięcy. Ale jesteśmy bardzo, bardzo zadowoleni z rezultatów. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo można powiedzieć, że dzięki tej zwłoce podpisaliście kontrakt? I tak byśmy go podpisali, z opóźnieniem lub bez. WormHoleDeath Records bardzo zainteresowało się naszym nowym albumem i złożyło nam dobrą propozycję. Mogli wydać go wcześniej, to prawda. Ale nie jesteśmy jedynym zespołem na ich liście i rozumiemy, że istnieje określony porządek, którego należy przestrzegać. Promówki, kilka teledysków, wywiady i wreszcie samo wydanie. Uważali, że wrzesień to odpowiedni okres, aby to zrobić. Ale cieszymy się, że w końcu wszyscy mogą słuchać tej muzyki i cieszyć się albumem. Wydawca w dawnym rozumieniu tego słowa jest jeszcze potrzebny takim zespołom jak Cult Of Scarecrow? Przecież i tak sami ponosicie koszty sesji, etc., opublikowanie albumu w wersji cyfrowej, a do tego w limi towanym nakładzie na CD oraz/lub LP nie jest więc już jakąś wielką filozofią? Nie wystarczy nagrać utwór i umieścić go na Spotify i bum, jesteś sławny na cały świat. Jak powiedziałem wcześniej, przy EP-ce z 2018 roku zrobiliśmy wszystko sami i zrobiliśmy wszystko źle. Nie mieliśmy pojęcia, jak to działa z promocją i tak dalej. Dlatego obiecaliśmy sobie, że nigdy więcej ne popełnimy tego błędu. W przypadku "Tales Of The Sacro-

Foto: Cult Of Scarecrow

98

CULT OF SCARECROW


sanct Man" potrzebowaliśmy wytwórni do promocji, a WormHoleDeath Records wykonuje świetną robotę. Są wszędzie. Podpisaliśmy też umowę z agencją bookingową, więc od teraz możemy skoncentrować się tylko na pisaniu muzyki i graniu świetnych koncertów. Monumentalizm i rozmach niektórych frag mentów "Tales Of The Sacrosanct Man" kojarzy mi się z muzyką klasyczną. Cenicie dokonania takich kompozytorów jak na przykład najsłynniejszy z Bachów czy Wagner, czy to po prostu zbieg okoliczności? Metal w pewnym sensie ma wiele wspólnego z muzyką klasyczną. Przynajmniej melodyjny metal. Niektóre z naszych kompozycji brzmią dość "monstrualnie", monumentalnie, prawie jak symfonia. Oczywiście ci kompozytorzy byli niezwykle utalentowani i nie chcę stawiać się na tym samym poziomie. Ale szanujemy ich dziedzictwo i trudno nie wykorzystać muzyki klasycznej w muzyce współczesnej. Ale to nie jest celowe. Więc jeśli słyszysz to w naszej muzyce, powiedziałbym: to możliwe. Nie brakuje też na tej udanej płycie utworów potwierdzających, że jesteście fanami Black Sabbath, również tego z lat 80., choćby z czasów niedocenianego LP "Headless Cross"? Dorastałem z Black Sabbath, ponieważ mój ojciec był ich wielkim fanem. Inni muzycy też ich kochają. Trudno nie kochać Black Sabbath, kiedy jest się metalowcem. Oni są źródłem tego wszystkiego. Gdyby nie było Black Sabbath, nie byłoby muzyki metalowej. Ale jeśli chodzi o Culf of Scarecrow, nie sądzę, że robimy to samo. Nie jesteśmy kopią Sabbath i również nie jest to naszym zamiarem. Mamy coś wspólnego, to prawda. Ale też wiele rzeczy, które robimy inaczej. Na przykład wykorzystanie instrumentów klawiszowych i chórków. Nasze największe inspiracje pochodzą z lat 80. i 90.: Sabbath i Deep Purple, ale także Alice in Chains i Soundgarden, wczesna Metallica i Exodus. Używamy wszystkiego, co lubimy i stworzyliśmy z tego fajną mieszankę, prawda? Prawda. Jesteście tradycjonalistami również w tym sensie, że lubujecie się, z wyjątkiem "Robotized", w długich, rozbudowanych kompozycjach - 5-7 minut to dla was opty malny czas trwania utworu? Cóż, skróciliśmy nasze nowe kompozycje. Utwory na EP-ce trwały ponad osiem minut. Ale słuchaczowi trudno jest tak długo utrzymać uwagę. Zdaliśmy sobie sprawę, że po pięciu czy sześciu minutach historia powinna zostać już opowiedziana. Wierzymy, że to idealne rozwiązanie. Nie macie wrażenia, że obecnie przepaść między twórcą a odbiorcą pogłębia się coraz bardziej, bo większość słuchaczy nie jest w stanie zrozumieć i należycie docenić ambitniejszej twórczości, niezależnie od gatunku muzycznego? Nie zgadzam się. Nie lekceważ publiczności. Mogą znacznie więcej, niż przypuszczamy. Na przykład nasza muzyka zawiera wiele tak zwanych warstw. A w utworach jest wiele drobiazgów, szczegółów: ciche głosy w tle, płacząca gitara, mało słyszalna klawiszowa melodia itp. Można je odkryć po kilku odsłuchach, a my byliśmy bardzo zdziwieni, że ludzie rzeczywiście je znaleźli. Oznacza to, że poświęcili czas, aby naprawdę posłuchać muzyki, kilka razy.

Foto: Cult Of Scarecrow

Jedyna różnica między wtedy a teraz jest taka, że muzyka jest teraz dużo łatwiejsza do zdobycia. Chcesz posłuchać zespołu, po prostu poszukaj go na YouTube lub Spotify, bingo! Wystarczy kilka kliknięć, aby posłuchać wszystkich ich albumów. Muzyka jest bardzo jednorazowa i prawie za darmo. To dobra rzecz dla fanów, ale to katastrofa dla muzyków. Nie możemy już z tego żyć. Przyszłość trochę mnie przeraża. Jak długo to może trwać? Jak więc skutecznie przeciwdziałać temu, by dana stylistyka nie stała się archaiczną skamieliną, tak jak chociażby hard rock czy rock progresywny w połowie lat 70.? Można łączyć, tak jak wy, różne wpływy, od doom do tradycyjnego metalu, a nawet grunge, starając się wypracować coś własnego? Cóż, łączymy kilka różnych starych, tradycyjnych stylów metalowych i używamy ich wszystkich w jednej kompozycji. Pomimo wszystkich nowych trendów, słuchacze wciąż kochają oryginały. Kiedy ludzie słyszą naszą muzykę, doświadczają tego uczucia. Myślą, że znają ten kawałek lub ten riff, ale nie mogą tego dotknąć. Nasza muzyka jest dość rozpoznawalna, jest oldschoolowa i brzmi niczym z lat 90., ale wciąż jest wyjątkowa i świeża. Myślę, że nasz cel został osiągnięty. Na festiwalach często jesteśmy tą odrobiną świeżego powietrza pomiędzy tą ekstremalnie ciężką muzyką współczesną. Ludzie to doceniają. Te elementy grunge pewnie czasem odrzu cają metalowych ortodoksów, zapominających, że muzycy Nirvany czy Soundgarden również byli fanami hard rocka, choćby Black Sabbath? Zaakceptowanie i docenienie pewnych trendów, takich jak grunge czy nawet nu metal, zajęło tym bardziej zaciętym trochę czasu. Ale kilkadziesiąt lat później zdają sobie również sprawę, że niektóre zespoły były ważne i niezbędne dla ewolucji muzyki metalowej. Nie można nie docenić wpływu takich zespołów jak Alice in Chains, Pearl Jam czy Nirvana. Możesz też dodać Korn i Limp Bizkit. Albo inaczej: wszyscy mają określoną publiczność i w tamtym czasie w pewien sposób wynaleźli metal na nowo. I tak będzie zawsze. Nowe młode zespoły ze świeżymi pomysłami, które utrzymują scenę żywą. A niektórym ludziom zawsze zajmie trochę czasu, aby się do tego przyzwyczaić.

Nowa fala brytyjskiego metalu, US power metal, gemrański thrash, szwedzki death metal, norweski black - w dobie powszechnej globalizacji są jeszcze szanse na coś tak jednorodnego stylistycznie i zarazem geograficznie, na przykład w waszym kraju? Belgia ma małą scenę, ale silną. Jest wiele utalentowanych zespołów, nowych i starych. Tego lata odbył się duży festiwal Alcatraz, który został zmuszony do zaprezentowania miejscowych zespołów, z powodu ograniczeń covidowych. Czy to była porażka? Nie, wręcz przeciwnie. Byłem tam i widziałem, jak belgijskie zespoły robią świetną robotę. Nie widziałem i nie słyszałem żadnej różnicy w zespołach z innych krajów. I wszyscy byli bardzo entuzjastycznie nastawieni. Mam nadzieję, że pomyślą o nas przy kolejnej edycji (śmiech). Niestety nie ma czegoś takiego jak belgijska fala czy belgijski styl. Brakuje nam możliwości sprzedania się światu. Ale nigdy nie lekceważ Belgów! Nie śmiałbym, pamiętając choćby o Acid, Killer czy Ostrogoth. Belgijska scena A.D. 2021 jest jednak może na tyle silna, by niebawem zaskoczyć nas kolejnymi zespołami pokroju Cult Of Scarecrow? Jak widzicie swoje szanse w tym totalnym zagęszczeniu metalowych kapel, zdołacie przebić się poza lokalne układy, dotrzeć do fanów w Europie i może nie tylko? Z pewnością mamy tutaj wystarczającą jakość, a Cult Of Scarecrow ma tu swoje miejsce. W pewnym sensie scena belgijska ma dwie strony: flamandzką i walońską. Zespołowi jest już teraz trudno przekroczyć granicę językową i stać się sławnym po drugiej stronie. Możesz sobie wyobrazić, co się stanie, gdy mały belgijski zespół będzie chciał zasłynąć na przykład we Francji lub Niemczech. Szczerze mówiąc, niewielka szansa na sukces. Scena flamandzka jest znacznie bardziej związana ze sceną w Holandii, a Walonowie są związani z Francją. Ale mamy fanów w Walonii i tam też planujemy koncertować. Zobaczymy, co się stanie później. Niemcy, Polska, Włochy… Nie mamy specjalnych planów w tym kierunku, ale wszystko jest możliwe. Ale kiedy nadarzy się okazja, damy z siebie wszystko, co w naszej mocy. Słyszałem, że w Polsce też mamy fanów. Czy byłbyś tak miły, by pozdrowić ich od nas? Wojciech Chamryk & Szymon Paczkowski

CULT OF SCARECROW

99


Dopóki ciemność nie odejdzie… Covid porządnie dał po tyłku całej branży muzycznej. Czasem, od strony czysto organizacyjnej, blokując wyjazdy w trasę lub opóźniając wydanie płyty. A czasem, jak nas wszystkich - odbierając zdrowie lub życie bliskich osób. Skład Apostle of Solitude musiał zmierzyć się niestety z jednym i drugim. I może nie zabrzmi to najlepiej, ale na swój sposób możemy powiedzieć, że panowie przekuli swoje trudne przeżycia w sukces. Owocem ich żałobnych przemyśleń i trudów jakie napotykali na swej drodze jako zespół, jest album "Until the Darkness Goes", który sami muzycy określają mianem "pomnika żalu i straty". Trudno się nie zgodzić, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że tak naprawdę od początku swojej 17-letniej działalności zespół obraca się w podobnej tematyce i nastroju kompozycyjnym. Kto zresztą zetknął się z ich wcześniejszymi dokonaniami, doskonale wie o czym mówię. Postanowiłem więc pociągnąć nieco temat w rozmowie z najmłodszym stażem członkiem zespołu - Mikem Naishem. Pogadaliśmy o nowej płycie, atmosferze która jej towarzyszy i o miejscu, jakie "posępny przekaz" zajmuje w Apostle of Solitude i w doom metalu w ogóle… HMP: Cześć Mike! Bardzo się cieszę, że znalazłeś czas, by odpowiedzieć na kilka pytań od Heavy Metal Pages! Co słychać w obozie Apostle of Solitude? Domyślam się, że ekscytacja w związku z wydaniem nowego albumu jest wszechogarniająca? Mike Naish: Dzięki za zaproszenie! Cieszymy się na okazję podzielenia się naszymi przemyśleniami o nowej płycie. I tak, oczywiście! Ukazanie się nowej płyty zawsze jest ekscytu-

wa! Standardowe pytanie - opowiedzcie o pra cach nad płytą. Mimo tradycyjnie minorowego nastroju jaką w niej zaklęliście, wyczuwam tu całkiem sporo radości z grania i dobrej atmosfery w zespole. Czy faktycznie Wam towarzyszyły? Nienawidzę odpowiadać w ten sposób, ale to pytanie z kategorii tak/nie. Bardzo cieszyliśmy

Foto: Apostle Of Solitude

jące. Wiele rzeczy musiało się wydarzyć, żeby w końcu do tego doszło i jesteśmy bardzo wdzięczni, za dobrą relację z Enrico z Cruz Del Sur. Dali nam wolną rękę we wszystkich aspektach przy nagraniu albumu. Od wyboru studia, przez szatę graficzną itd. Przede wszystkim gratuluję nagrania bardzo dobrego materiału. Nie chcę wysuwać zbyt pochopnych wniosków, ale na dzień dzisiejszy po kilku przesłuchaniach "Until the Darkness Goes" jestem bliski stwierdzenia że to mój ulubiony album Apostle of Solitude! To ogromny komplement. Dzięki za miłe sło-

100

APOSTLE OF SOLITUDE

się doświadczeniem wspólnego pisania i nagrywania materiału, ale czerpaliśmy z osobistych doświadczeń w warstwie lirycznej, która jest bardzo wyraźnie bolesna czy żałobna. Współpraca z Mikem Bridavsky'm z Russian Recording w Bloomington praktycznie zawsze jest miłym doświadczeniem, ponieważ Mike jest mistrzem w swoim rzemiośle i praca z nim jest świetną zabawą. Poza tym, wszyscy przeszliśmy wiele podczas tworzenia tej płyty i jest to wyraźnie odzwierciedlone w treści lirycznej. Właśnie o te przejścia chciałbym Cię zapy tać. Żyjemy w czasach, które odciskają

mocne piętno na branży muzycznej. Wiem, że ta gówniana pandemia dotknęła Was boleśnie, również w życiu prywatnym. Opowiedz o jej wpływie na to, co słyszymy na "Until the Darkness Goes". Chodzi mi zarówno o nastrój i przekaz, jak i czysto techniczną stronę tego, jak pracowaliście. Ten album jest właściwie rodzajem pomnika dla żalu i straty. Pandemia przerwała właściwie wszystko co mogła przerwać w ciągu ostatnich 20 miesięcy. Zostaliśmy oddzieleni od siebie na kilka miesięcy, co znacznie utrudniało robienie jakichkolwiek postępów. Obserwowaliśmy jak chorują nasi przyjaciele, rodzina i sąsiedzi. Jednym udało się przez to przejść, innym nie. Ton tej płyty odzwierciedla naszą walkę o zrozumienie tego, co się z nami dzieje - tak indywidualnie, jak i razem. Podczas procesu pisania piosenek, nasze indywidualne straty stały się wspólnymi. A jak wpłynęło to na funkcjonowanie zespołu - z jednej strony wiem, że prace nad albumem zostały spowolnione, z drugiej w min ionym roku udało Wam się zagrać całkiem sporo koncertów (przynajmniej jak na obecne realia). Zagraliśmy w tym roku kilka razy na przełomie lipca i sierpnia. W 2020r. nie zagraliśmy żadnego koncertu. Jeśli dobrze pamiętam, ostatnia trasa jaką zagraliśmy była w lipcu i sierpniu 2019r. Wśród tych koncertów, dostąpiliście - myślę że mogę spokojnie użyć tego słowa - zaszczy tu dzielenia sceny z takimi tuzami jak The Obsessed i The Skull. Szczególnie interesu je mnie ta ostatnia nazwa. Dzieliliście scenę z Erikiem Wagnerem na jego ostatniej trasie koncertowej, zaledwie 3 tygodnie przed jego śmiercią. Macie jakieś wspomnienia z tych występów? Poznaliście się z Erikiem? Graliśmy z tymi zespołami już wielokrotnie na przestrzeni minionych 15 lat. Co do The Skull - tak, spotkaliśmy Erika i rozmawialiśmy z nim podczas kilku koncertów, które z nimi graliśmy. Cruz Del Sur wydało jego solowy projekt na początku tego roku (można powiedzieć że jesteśmy kolegami z wytwórni). Erik zawsze był dla nas inspiracją, pokazując nam wszystkim, jak robić muzykę, którą chcieliśmy tworzyć... zawsze poświęcał czas, żeby trochę z nami pogadać i się pośmiać. Jego śmierć to ogromna strata. Mówiąc o koncertach, a raczej koncertach w dobie pandemii - w lipcu światło dzienne ujrzało nagranie "Mutants of The Monsters: Part IV", kiedy to po raz pierwszy zagraliście na żywo (choć on-line) część materiału z nowej płyty. Jak wspominacie to wydarzenie? I najważniejsze - jaki był jego odbiór? Szczególnie nowych utworów. Współpraca z CT przy Mutants of the Monsters było dobrą zabawą. Dało nam to szansę zaprezentowania nowego materiału i zagrania starych dobrych kawałków. Lubimy występować i podchodzimy do tego poważnie, niezależnie od tego czy gramy przed kamerą, czy przed 4000 osób. Co sądzicie o podobnych przedsięwzięciach? Czy granie koncertów "przed kamerą" ma w ogóle sens? Wiele zespołów zdecydowało się na podobne kroki by dać fanom choć namiastkę występów na żywo. Jakie to przeżycie dla samego zespołu?


Zgodziliśmy się na to nagranie ze względu na historię i spuściznę zespołów, które wcześniej w tym uczestniczyły. Chcieliśmy też pokazać fanom, że nadal pracujemy i piszemy nowy materiał. Stworzenie takiego wideo wymaga dużo pracy i mieliśmy szczęście, że jeden z członków naszego zespołu ma umiejętności związane z edycją wideo. Dało nam to możliwość ścisłej kontroli wizerunku zespołu i zapewniło, że nasza wizja na to wideo znalazła się w czołówce. Kosztowało nas to dużo pracy, ale umiejętności Steve'a pchnęły nas na wyższy poziom. Wracając do tematu atmosfery, która płynie z Waszego grania - jestem w stanie wyłowić tu kilka składowych - jest trochę epickości, spirytualizmu, ale to co wysuwa się najmocniej na przód to melancholia, smutek, może nawet desperacja (i mówię tu nie tylko o ostatnim albumie). Czy poruszanie takich wątków jest dla Was z założenia tematem przewodnim dla Apostle of Solitude? Staraliśmy się stworzyć coś, co wywodzi się z naszych doświadczeń i z czego wyniknie pewien rodzaj katharsis. Jak wiele osób, które doświadczyły pandemii, tak i my zmagaliśmy się z nią w różnym stopniu, obserwując cierpienie naszych przyjaciół i rodzin. To właśnie te straty i towarzyszący im żal staraliśmy się uchwycić. Chcieliśmy, by nasza twórczość odzwierciedlała nas i próbowaliśmy stworzyć coś, do czego inni mogliby się odnieść. Muszę przyznać że to melancholijne przesłanie łączy się z Waszym brzmieniem wprost perfekcyjnie. Pewnie nie jestem więc pierwszym który zapyta o to, co jest pier wsze w procesie twórczym - muzyka czy teksty? Zwykle najpierw piszemy muzykę, a gdy piosenka jest już prawie gotowa, wprowadzamy do niej tekst. Dzięki temu możemy zmieniać format utworu, czy liczbę powtórzeń danych części, w zależności od tego, jak pasuje do niego tekst. Dopracowujemy każdą z piosenek praktycznie tak długo, aż nie wejdziemy z nią do studia. Jak ta tematyka ma się do Waszego podejścia do życia? Wizerunek muzyka doom metalowego zasadniczo łatwo podłożyć pod stereotyp mrocznego ponuraka w jeansowej kurtce - ewentualnie entuzjasty palenia zioła (śmiech). Czy teksty o wszechogarniającym smutku i zagładzie są faktycznym odzwierciedleniem tego, co myślicie o współczesnym świecie? Muzyka to rodzaj ujścia… twórcza droga, którą możemy wykorzystać do ujawniania na-

szych osobistych przemyśleń o świecie. To trochę jak obraz… uchwycenie momentu, wrażliwy na czas wgląd w to, co wtedy czuliśmy lub myśleliśmy. Nie sądzę, żeby którykolwiek z nas wiódł codzienne życie w nieustannych stanach depresji, lęku lub bólu. Korzystamy z tych energii, aby stworzyć coś, co odzwierciedla, gdzie byliśmy w czasie, gdy to pisaliśmy. Są piosenki z ostatniej płyty, które wciąż wywołują u mnie bolesne reakcje emocjonalne kiedy je słyszę… również gdy gram je na żywo. Czasami ponowne przeżywanie takiego smutku przypomina ci o docenieniu tego, co masz w życiu. Myślisz że jest jakaś ogólna idea, przekaz czy po prostu atmosfera, które powinny być w ogólnych założeniach doom metalu? Jakaś tematyczna esencja tego gatunku? Autentyzm i szczerość - to najważniejsze założenia, jakie możemy przyjąć w odniesieniu do każdego gatunku muzyki. Trudno mi powiedzieć coś więcej. Pewnie znaleźliby się ortodoksi, którzy kłóciliby się ze mną co jest doom metalem (albo co nim nie jest), ale nie przemawia do mnie pomysł istnienia jakiegoś algorytmu, w którym muszą się mieścić tempo, motywy, ciężkość, solówki gitarowe, brzmienie wzmacniacza, głośność itp. Myślę, że doom metal zacząłby brzmieć coraz bardziej odtwórczo, a nie innowacyjnie, gdybyśmy trzymali się tylko określonego zestawu elementów. Jeśli nie kwestionujemy swoich poglądów i nie stawiamy sobie nowych wyzwań, nie rozwijamy się jako jednostki ani autorzy piosenek. Porównując Wasze wczesne i obecne nagrania, słychać nie radykalną, ale jednak wyczuwalną zmianę w graniu. Pojawiło się choćby więcej chwytliwych melodii i prostszych konstrukcji kompozycji. Gdybym miał pokusić się o postawienie jakiejś cenzury czasowej, powiedziałbym że był nią okres 20132014, gdy nastąpiły zmiany w składzie i dołączyliście do stajni Cruz Del Sur. Jak te zmiany wpływały na wasze podejście do tworzenia? Za każdym razem, gdy nowe osoby pojawiają się w zespole, brzmienie się zmienia. Zespoły zawsze zaczynają z surowym podejściem, żeby z upływem czasu ewoluować, udoskonalać i redefiniować swoje brzmienie. W obecnym składzie pracujemy już nad trzecią płytą i praca w naszej czwórce przebiega gładko. Nadal piszemy piosenki w podobny sposób: jeden przynosi kilka riffów, wszyscy siadamy nad nimi i nad swoimi partiami, aż spodoba nam się finalny rezultat. Powiedziałbym, że muzycznie jesteśmy bardzo blisko siebie i tego, co chcemy razem pisać jako zespół, a to sprawia, że współpraca jest trochę łatwiejsza. Jasne, mamy różne pomysły i czasem rodzą się konflikty, ale wszyscy wiemy, jak zrobić to, co jest najlepsze dla piosenki, albumu i zespołu. No i już od "Of Woe and Wounds" stop niowo zaczęliście skracać długość swoich albumów (śmiech). To celowa zmiana "poli tyki wydawniczej"? Macie swój pogląd ile powinien trwać dobry album doom metalowy? Czy długość trwania płyty w ogóle jest ważna? Po "From Gold to Ash", chcieliśmy wypuścić następny album raczej wcześniej niż później. Czasy się zmieniają, a my zamiast się opierać, dostosowujemy się do zmian. Chcemy publi-

kować nowe materiały szybciej, aby utrzymać swoją pozycję w społeczności doom metalowej. Nie chcielibyśmy, żeby nasi fani stracili nas z oczu przez pandemię. Chcemy cały czas publikować muzykę i video które tworzymy. Czasami jest to balansowanie pomiędzy ilością a jakością - postanowiliśmy skupić się na jakości. Z innej beczki - zbliżamy się powoli do końca roku, który obfitował w bardzo dużo udanych premier płytowych. Macie już swoich faworytów na płytę roku? O stary… nie wiem nawet od czego zacząć? Osobiście jestem teraz zakochany w "The Thule Grimoires" od The Ruins of Beverast. Wyróżniłbym też Mother of Graves, kolejny zespół z Indianapolis, którego dużo słuchamy. Jak myślisz - jak wysoko w takim zestawie niu wśród metalowych maniaków może się uplasować "Until the Darkness Goes"? Macie wszelkie podstawy by być dumni z tego materiału, ale czy macie też wobec niego jakieś oczekiwania? Nie mamy pojęcia. Jesteśmy niezmiernie dumni z tego wydawnictwa i nie da się odgadnąć jak wiele może ono osiągnąć. Mam nadzieję, że po prostu spodoba się słuchaczom. Płyty można by porównać do swoich dzieci: kochasz je wszystkie, ale szczególnie lubisz coś w jednym, a coś innego w drugim. Na pewno znajdą się tacy, którym się on nie spodoba, ale myślę że będziemy z tym jakoś żyć. Na koniec tradycyjnie chciałbym Cię spytać o najbliższe plany zespołu. Trasa, odpoczynek, a może prace nad kolejną płytą? Myślę, że wszyscy chcielibyśmy ruszyć w trasę promującą album, zarówno w Stanach jak i w Europie. Wiele zespołów wciąż próbuje wymyślić jak zorganizować trasę w czasie pandemii, ale widać jakieś światełko w tunelu. Znowu jest wiele festiwali i bandy ponownie ruszają w trasy koncertowe. Już pracujemy nad kolejną płytą i mimo pandemii poczyniliśmy pewne postępy. Zdecydowanie odpoczęliśmy przez miniony miesiąc i było to dobre dla nas zarówno indywidualnie, jak i dla całego składu. Dobrze to słyszeć! Jeszcze raz dziękuję Ci za poświęcony czas i za bardzo ciekawą roz mowę. Jesteśmy wdzięczni za tę rozmowę i dziękujemy za zainteresowanie naszym nowym albumem! \m/ Piotr Jakóbczyk

APOSTLE OF SOLITUDE

101


Karma to Burn spotyka Orange Goblin na koncercie Judas Priest Po długich siedmiu latach działalności, bostońska ekipa z Oxblood Forge doczekała się wreszcie pierwszego długograja. Panowie zaczynali od brzmienia stonerowego, które pomalutku ewoluowało (a może raczej wciąż ewoluuje) w stronę tradycyjnego heavy. I chociaż nie mamy tu do czynienia z zupełnymi żółtodziobami (CV niektórych muzyków sięga jeszcze lat 80.), to słychać że chłopaki cały czas poszukują. I myślę że to dobrze - nie żebym miał jakieś większe zarzuty do ich nowego materiału, bo "Decimator" to solidna porcja dobrze skrojonego metalu, ale sugerując się wypowiedziami muzyków, sądzę że możemy się spodziewać po nich bardzo ciekawej ścieżki rozwoju. Tymczasem, wszystkich fanów stonera spod znaku Orange Goblin i epickiego heavy/doom w stylu The Gates of Slumber, zachęcam do zapoznania się z debiutem Oxblood Forge, a przy okazji z poniższą rozmową, którą miałem przyjemność przeprowadzić z trzonem zespołu gitarzystą Robbem Lioy'em i wokalistą Kenem MacKay'em. HMP: Cześć Oxblood Forge! Zakładam, że wśród naszych czytelników są jeszcze tacy, którzy mogli o Was nie słyszeć. Naprawmy ten karygodny błąd! Co Wy na to, żeby na początku przedstawić garść informacji encyklopedycznych o Oxblood Forge? Waszym składzie, pochodzeniu, muzyce jaką gracie itp. Robb Lioy: Hej, pozwól więc że zacznę od przedstawienia naszego obecnego składu. Ken MacKay - wokal, Erik Fraunfelter - perkusja i klawisze, Robb Lioy - gitara, Greg Dellaria

wało na zmiany? Robb Lioy: Myślę, że debiutanckie EP to wynik dwóch, bardzo różnych podejść gitarzystów piszących piosenki i próbujących znaleźć złoty środek - a zespół chciał po prostu mieć numery, żeby móc zacząć grać je na żywo. Słychać to w muzyce - nasz stary gitarzysta napisał "Sister Midnight" i "Nightcrawler", a ja "Lashed to the Mast" i "Storm of Crows". Wspólnie napisaliśmy zaś "Inferno", o bardziej typowo "stonerowym" brzmieniu. Współpracowaliśmy co prawda nad każdym z numerów,

było wiele napięć i problemów w komunikacji w zespole. Proces nagrywania był trudny, ale udało nam się osiągnąć świetny rezultat. Mieliśmy zupełnie inną mentalność niż obecnie, ale jest to coś, z czego jesteśmy bardzo dumni. Po wydaniu albumu, zespół opuścił nasz drugi gitarzysta, a kilka dni później odszedł też perkusista. Wtedy Ken, Greg i ja znaleźliśmy się na rozdrożu - co dalej z zespołem? W końcu znaleźliśmy Erika, który zajął miejsce bębniarza, co było iskrą, której potrzebowaliśmy. Ken MacKay: Myślę, że z potencjałem, którym dysponuje zespół, możemy podróżować do każdej "przystani", jakiej będziemy chcieli. Nawet w nowym materiale rozwijamy się i próbujemy nowych stylów. Myślę, że dochodzimy do punktu, w którym bez względu na to, co gramy, będzie to brzmieć jak Oxblood Forge. A próbując to jakoś podsumować - jest jakieś miejsce na mapie podgatunków metalu, w którym umiejscowilibyście "Decimator"? Robb Lioy: Pamiętam, że gdy zmieniliśmy skład, powiedziałem chłopakom, że chciałbym aby zespół zmienił kierunek na po prostu metalowy zespół. Mówię o tym "Karma to Burn spotyka Orange Goblin na koncercie Judas Priest". Cały czas wracam do klasycznego metalu, Ken i Greg również dorastali na tej muzyce, więc po prostu ma to sens. Ken MacKay: Mieliśmy nadzieję na wydanie po prostu dobrego albumu, z którego moglibyśmy być dumni. I jesteśmy. Wszyscy rozwinęliśmy się muzycznie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i zrobiliśmy kilka naprawdę zabójczych numerów. Dwa utwory z "Decimator (tj. "Screams from Silence" i "Forged in Fire") znalazły się dwa lata temu na splicie z Mourn the Light. Znakiem tego, materiał na płytę musiał powstawać już wtedy. Dosyć dużo czasu zajęło Wam, nim go dokończyliście. Robb Lioy: Covid naprawdę wiele namieszał nam wszystkim. Przez konieczność samoizolacji i obostrzenia w Stanach, utknęliśmy z na wpół zrobionymi numerami. Na domiar złego trafiłem na kilka miesięcy do szpitala z powodu pęcherzyka żółciowego i trzustki, srając do łóżka, więc nie mogłem sięgnąć po gitarę. Na szczęście, sprawy ułożyły się wystarczająco pomyślnie. Odzyskałem zdrowie, więc mogliśmy dokończyć utwory i skończyć album.

Foto: Oxblood Forge

- bas. Oxblood Forge powstało w 2014r. na zgliszczach poprzedniego zespołu, w którym graliśmy Ken i ja. Nie mieliśmy obranego kierunku działania, ale po kilku próbach skompletowaliśmy pełen skład. Początkowo po prostu zrobiliśmy kilka utworów bez zbytniego zastanawiania się. Możesz je usłyszeć na naszej pierwszej EPce, która jest mieszanką wszystkiego po trochu. No właśnie, wasze pierwsze EP to granie zgoła inne od tego, co prezentujecie obecnie. Opowiedzcie o tamtym czasie Waszej twórczości. Czym się inspirowaliście, co było powodem, że graliście to co graliście i co wpły-

102

OXBLOOD FORGE

ale początkowy pomysł zawsze pochodził albo od jednego, albo od drugiego. Wydany dwa lata później "Death Dealer's Lament" to już wyraźny krok w stronę epick iego heavy, ale jeszcze osadzony w brzmie niu stonerowym. Czy była to jakaś wędrówka w poszukiwaniu swojego stylu? Jeśli tak, myślicie że znaleźliście teraz swoją "przystań" w której planujecie pozostać? Robb Lioy: "Death Dealer's Lament" był trudnym albumem. Materiał napisał w większości nasz stary gitarzysta, z wyjątkiem moich piosenek "Blind Stagger" i "Vultures". Album wyszedł świetnie, ale w tamtym czasie

"Forged in Fire" to chyba wasz pierwszy utwór niemal odcinający się od doomowego brzmienia, czy był wówczas dla Was jakimś drogowskazem za którym chcieliście podążać pracując nad pełnym albumem? Robb Lioy: "Forged in Fire" było napisane właściwie w poprzednim składzie, ale nigdy nie pasował do reszty utworów. To była jedyna metalowa piosenka w morzu stoner/doomu i nigdy nie mieliśmy nic, co by do niej pasowało. Wydaje mi się, że po raz pierwszy zagraliśmy go na żywo na "Doom Over Toronto II" w Kanadzie. Wiedziałem wtedy, że był to kierunek, w którym chciałem dalej iść. Ken MacKay: Kiedy nasz skład się zmienił, poszedłem do Robba i zasugerowałem, żebyśmy w nowym materiale spróbowali kierunku w stylu "Forged In Fire" - więc w bardziej klasycznie metalowej stylistyce. Całe życie byłem w zespołach metalowych, a nigdy nie miałem okazji grać po prostu klasycznego heavy metalu. Chciałem też podjąć to wyzwanie, żeby


trochę zmienić swój styl śpiewania. Opowiedzcie szerzej o pracach nad "Decimator". Jak wyglądał proces komponowania? Czy numery piszecie razem, czy za każdy odpowiada kto inny? Robb Lioy: Na "Decimator", większość, jeśli nie wszystkie pomysły na piosenki, wywodzą się z moich riffów. Nasz proces twórczy polegał na tym, że przynosiłem główny riff z riffem towarzyszącym, a potem zaczynaliśmy na nich jammować. Greg i Erik pomagali w aranżacji piosenek lub dorzucali swoje pomysły. Potem jammowaliśmy na nich, a Ken również pomagał zaaranżować je w oparciu o pomysły, które miał na teksty - lub jeśli uważał, że należy dodać inną część lub część porzucić. Tak więc, był to w dużej mierze proces oparty na współpracy. Pomimo wyraźnej zmiany, w wielu utworach wciąż słyszę charakterystyczny "souther nowy" klimat, od którego zaczynaliście - najlepsze przykłady to utwór tytułowy czy "Spirit of Vengeance". Robb Lioy: Dzięki! Tak, tu wracamy do mojego wcześniej wspomnianego opisu "Karma to Burn spotyka Orange Goblin na koncercie Judas Priest". Myślę że nadal chcemy zachować ten heavy rockowy pierwiastek, a zarazem wykuwać (gra słów niezamierzona) (forged wykuwać - przyp. red.) swoje własne brzmienie. Zespołami, w których stronę zawsze mnie ciągnęło były zawsze zespoły heavy metalowe, jak Celtic Frost, Judas Priest czy King Diamond wraz z heavy rockowymi, jak Karma to Burn, Orange Goblin i Corrosion of Conformity. Patrząc na Waszą dotychczasową twórczość, gdybym miał obstawiać w ciemno jakiego zespołu cover weźmiecie na warsztat, Angel Witch byłoby z pewnością jednym z ostat nich pomysłów jaki przyszedłby mi do głowy. "Sorceress" jest jednym z moich ulubionych utworów tego zespołu, więc nie ukrywam że miałem sporo obaw, jak go wykona cie. Muszę przyznać że sprostaliście wyzwaniu! Uwielbiam słuchać coverów, w których wykonawca zachowuje ducha oryginału, nadając przy tym swojego sznytu. Gratulacje! Robb Lioy: Dzięki jeszcze raz! Cover był pomysłem Kena i kiedy to zasugerował, pomyślałem, że to fantastyczny pomysł! NWOB HM miał i ma na nas ogromny wpływ, więc był to sposób na oddanie mu hołdu. Swoją drogą - dlaczego akurat ten utwór? Ken MacKay: Bardzo zależało mi na zrobieniu coveru Angel Witch. Pomyślałem że ta, byłaby świetnym wyborem, ponieważ była inna niż wszystko, co dotąd robiliśmy. Że fajnie będzie zagrać numer łagodny i przestrzenny dla odmiany. Wyobrażałem sobie, jak gramy ciężki doomowy refren, do szybkiego, metalowego zakończenia. Byłem z tego zadowolony i myślę, że zrobiliśmy świetną wersję. Dotychczas wszystkie płyty wydaliście własnym sumptem. To Wasza dobrowolna decyzja czy wciąż poszukujecie tego właściwego wydawcy, który sprosta wymaganiom? (nie chce mi się wierzyć, że nie cieszycie się zainteresowaniem żadnej wytwórni) Robb Lioy: Próbowaliśmy wysłać "Decimator" do kilku wytwórni, które były nami zainteresowane, ale miały już napięte harmono-

Foto: Oxblood Forge

gramy, ponieważ podczas Covid pisało i nagrywało bardzo wiele zespołów. Mamy nadzieję, że uda nam się dogadać z dobrą wytwórnią do naszego następnego albumu. Jesteście w tym nielicznym gronie młodych zespołów, które dostąpiły zaszczytu dzielenia sceny z Manilla Road. To dosyć stare dzieje, ale chciałbym żebyście spróbowali do nich wrócić pamięcią i opowiedzieć jakie uczucia Wam wówczas towarzyszyły. A może macie jakieś szczególne wspomnienia z tego gigu? Poznaliście osobiście Marka Sheltona? Robb Lioy: Nie spotkałem go na koncercie, ale granie z nimi na tej samej scenie było zaszczytem. Dla mnie, było to utwierdzenie w przekonaniu, że zmierzamy we właściwym kierunku. Ken MacKay: To był prawdziwy zaszczyt, grać u boku Manilla Road. Chętnie skorzystaliśmy z okazji zagrania takiego koncertu. Mark był klasą samą w sobie, a po występie był bardzo przyjazny. Mój młodszy brat zagrał wtedy z nami na perkusji. Po koncercie spędziliśmy trochę czasu i pogadaliśmy z Markiem. Pomogliśmy im załadować cały sprzęt i rozmawialiśmy o ponownym występie z nimi. Niestety nie wiedzieliśmy, że odejdzie kilka miesięcy później. Macie za sobą doświadczenie grania u boku podobnie legendarnego zespołu? Robb Lioy: Graliśmy z Mothership - co było niesamowite - Conan i z moim ulubionym Churchburn. Churchburn to moi szczególni faworyci, bo jestem wielkim fanem gry Dave'a Suzuki. Nie mogę też nie wspomnieć o otwieraniu koncertu Ross The Boss - legendy Manowar. Ten koncert to był odlot. Graliśmy na podłodze przed sceną, ponieważ na scenie nie było dla nas miejsca ze względu na rozstawiony sprzęt. Chciałbym poruszyć temat okładki. Muszę przyznać że wywołuje u mnie ona mieszane uczucia - na początek zalety - bardzo podoba mi się przedstawienie oldskulowej scenki walki barbarzyńcy ze smokiem - czy tylko mnie kojarzy się on z postacią Death Dealera z obrazów Franka Frazetty? Ken MacKay: Nie, nie tylko tobie. To był nasz cel. Zależało nam na klasycznie metalowej okładce. Współpracowałem z artystą Bra-

dem Fraunfelterem nad koncepcją grafiki do "Decimator" i chodziło o stworzenie własnej postaci przypominającej Death Dealera. Brad powiedział mi, że Frazetta był jego artystycznym idolem jeszcze w dzieciństwie, więc był całkowicie za pomysłem stworzenia takiej postaci dla Oxblood Forge. Decimator powróci! Ok, a teraz z drugiej strony - skąd pomysł na grafikę komputerową? Osobiście bardzo chciałbym zobaczyć tę okładkę namalowaną tradycyjnym sposobem. Szczerze mówiąc, nie wiem czy dla ortodoksyjnych metalow ców nie będzie to nasuwało zbyt silnych sko jarzeń z tandetnym euro-powerem. Ken MacKay: To jest medium, w jakim pracuje Brad. Łączy grafikę komputerową z modelami, które sam fotografuje. Decimator to prawdziwy model, którego sfotografował w swoim studio. Smok i inne podobne bestie, które pojawiają się w jego dziełach były rzeźbione przez niego. Powoli zbliżmy się do końca rozmowy, ale powiedzcie jeszcze czego możemy spodziewać się po Oxblood Forge w przyszłości? Plany na trasę koncertową? Szykujecie mate riał na kolejny album? Robb Lioy: Obecnie pracujemy wokół wydania "Decimator" i szykujemy nowe piosenki. Póki co, uwielbiamy ten nowy materiał nad którym pracujemy i zawiera on więcej wkładu reszty chłopaków, wprowadzając nowe brzmienie. Nieustannie staramy się stawiać sobie nowe wyzwania i rozwijać się. Mamy nadzieję że słuchacze też to podłapią. Mamy także nadzieję na wyjście z muzyką do fanów, ale z nowym wariantem Delta, tu w Stanach, przekonamy się co będzie z występami na żywo. Ken MacKay: Kujemy nowy materiał! Nowe pomysły są cięższe i mroczniejsze. Planujemy wciąż rozwijać nasze brzmienie. To już wszystko ode mnie. Bardzo dziękuję Wam za wywiad i oddaję ostatnie słowa! Robb Lioy: Cieszymy się że mogliśmy odpowiedzieć na te kilka pytań. Mamy nadzieję że wszyscy dokopią się do naszego albumu "De`cimator", który jest dostępny na Bandcamp. Rock On! Piotr Jakóbczyk Tłumaczenie: Joanna Pietrzak

OXBLOOD FORGE

103


Filmy akcji i szklaneczka Brandy Wesoła ekipa z Indii uraczyła w ty roku swych fanów nowym albumem "Force of Danger". Z tej okazji udało się nam porozmawiać z Nolanem Lewisem, gitarzystą Kryptos. Niezły z niego śmieszek, który obala stereotypy, że w Indiach ogląda się tylko Bollywood i że Europejczycy mają mocne głowy. HMP: Cześć Nolan! Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie w porządku. Nolan Lewis: Witaj! W jak najlepszym! Dzięki za ponowne zainteresowanie naszą kapelą i możliwość udzielenia tego wywiadu. Nie ma za co. W roku 2019 rozpoczęliście europejską trasę w roli headlinera. Pandemia nieco jednak pokrzyżowała Wam szyki i spora część tych koncertów została przełożona na "lepsze czasy". Rozmawiam z wieloma muzykami i większość z nich twierdzi, że obrócili sytuacje na swoją korzyść i bardzo kreatywnie spędzili ten czas. Jak to było z Tobą i Twoimi kumplami z zespołu? To fakt. W roku 2019 udało nam się wyruszyć w pierwszą europejską trasę koncertową, na której byliśmy headlinerem. Ten wypad trwał około miesiąca i w międzyczasie odwiedziliśmy wiele krajów, w których wcześniej nie było nam dane zagrać. Przykładem może być Szwecja. Niestety, budowla której tworzenie rozpoczęliśmy w 2019r., runęła z hukiem w

mu "Force Of Danger". Na szczęście udało nam się to wszystko doprowadzić do końca przed drugą falą. Jak wspominasz Wasze dotychczasowe wojaże po Europie? Co szczególnie utkwiło Ci w pamięci? Z każdej naszej wyprawy do Europy przywożę worek pełen wspomnień. Mamy możliwość odwiedzenia nowych miejsc i poznania nowych ludzi, jednocześnie prezentując im naszą muzykę. Czyż to nie wspaniałe. Oczywiście wadą są ceny biletów lotniczych, które mogłyby być zdecydowanie niższe (śmiech). Najlepsze nasze wspomnienia są związane z naszymi występami na Wacken Open Air, które miały miejsce w roku 2013 oraz 2017. Szczególnie pierwszy występ był dla nas czymś surrealistycznym. Wiesz, jako dzieciaki zawsze chcieliśmy grać na dużych europejskich festiwalach, czytaliśmy realacje z nich w różnych magazynach i ogólnie mieliśmy lekkiego fioła na ich punkcie. Piętnaście lat później udaje nam się zagrać na największym metalowym openerze

Foto: Kryptos

roku 2020. Nasz kolejny wypad do Europy miał się rozpocząć w listopadzie 2020r. Z wiadomych względów został on przełożony na rok 2021. Pandemia jednak nie chce ustąpić, więc jesteśmy zmuszeni ponownie przełożyć te koncerty na rok 2022. Miejmy jednak nadzieję, że do trzech razy sztuka (śmiech). Podczas tego okresu oczywiście staraliśmy się zająć czymś pożytecznym i wykorzystać go jak najlepiej. Skupiliśmy się głównie na pisaniu nowej muzyki i dzieleniu się pomysłami. Mieliśmy małe okienko na początku roku 2021, gdy obostrzenia w naszym rejonie zamieszkania zostały nieco złagodzone. Wykorzystaliśmy je na dokończenie i nagranie naszego albu-

104

KRYPTOS

na świecie. To naprawdę zwariowane (śmiech). Nasz ponowny występ na Wacken w 2017 roku również był dość specyficzny, gdyż miał on miejsce o 3:00 w nocy. W dodatku była wtedy straszna ulewa. Mieliśmy ogromne wątpliwości, czy ktoś w ogóle się pojawi. Na szczęście publiczność dopisała, a my daliśmy świetny show. Zaraz po tym występie wsiedliśmy do busa, gdyż na popołudnie mieliśmy zaplanowany koncert w Eindhoven. Nie spaliśmy chyba w ogóle przez dwa dni. Ale warto było! Czy Europejczycy mają jakieś zachowania, które dla Was, jako Hindusów są dziwne

bądź niezrozumiałe? Nie do końca. Chociaż na pewno jesteście bardziej ucywilizowani (śmiech). Jesteście też w stanie wypić dużo większą ilość piwa niż my. Bardzo lubimy piwo, ale w Indiach znacznie częściej sięga się po cięższe alkohole, jak whiskey i rum. Gdy nasi przyjaciele z Europy przyjeżdżają w odwiedziny do Indii, również wypijają hektolitry piwa. Jednak gdy dajemy im spróbować naszego lokalnego rumu, wymiękają po jednej porcji (śmiech) (jak będą w Polsce to niech ktoś ich poczęstuje Śliwowicą Łącką albo bimberkiem domowej roboty z Podlasia. Jestem naprawdę ciekaw reakcji - przyp. red). Jednak generalnie wszyscy jesteśmy ludźmi. Różnice językowe oraz kulturowe oczywiście istnieją, ale łączy nas metal! To jest w tym wszystkim najważniejsze. Mieliście zagrać w Polsce, jednak jak już mówiliśmy, trasa została odwołana. Szanse jednak na odwiedzenie naszego kraju chyba pozostają realne, nieprawdaż? Jasne. Koncert został przełożony na sierpień 2022. Nie możemy się doczekać, gdyż będzie to nasz pierwszy występ w tym kraju. Mogę tylko obiecać, że na tym koncercie damy z siebie wszystko i zapewnimy Wam dobrą zabawę. Miejmy nadzieję, że wszystko odbędzie się zgodnie z planem. Indyjska scena metalowa dla przeciętnego polskiego metalowca jest czymś coraz mniej egzotycznym. Myślę, że to działa także w drugą stronę i polskie zespoły nie są Wam obce. No pewnie. Znamy takie kapele, jak Behemoth, Decapitated, Mgła i jeszcze parę innych, jednak nie nazwałbym się ich fanem. Co innego w przypadku Vadera. Graliśmy przed nimi, gdy mieli mini trasę po Indiach. Fantastyczni ludzie, szczególnie Piotr. Mam do nich ogromny szacunek. Właśnie ukazał się Wasz kolejny album zatytułowany "Force of Danger", o którym już wspomniałeś. Mam wrażenie, że muzyka Wasze poprzedniej płycie "Afterburner" była dość zadziorna. Na nowym albumie kontynuujecie tą drogę. To przemyślana koncepcja, czy samo tak wyszło? "Force of Danger" to nic innego, jak naturalna kontynuacja "Afterburner", jednak produkcja jest nieco bardziej surowa i niektóre kompozycje są nastawione bardziej na agresję. Z drugiej strony zaś chcieliśmy uwypuklić nasze fascynacje takimi kapelami jak Judas Priest czy Accept. Objawia się to w tekstach, riffach i solowkach, które mogą budzić skojarzenia z takimi albumami, jak "British Steel", "Screaming for Vengeance" czy "Balls to the Wall". Jesteśmy także pod duży wpływem science fiction i filmow akcji z lat osiemdziesiątych oraz dziewięćdziesiątych. Zależało nam na tym, by nasza muzyka również była w stanie oddać ten klimat. Zgaduję, że stąd tytuł "Force of Danger". Dokładnie. Ten tytuł chodził mi od dłuższego czasu po głowie. Nawiązuje on do wspomnianych gatunków filmowych i konkretnych tytułów. Wiesz, wychowałem się na "Terminatorze", "Robocopie", "Ucieczce z Nowego Jorku" i wielu podobnych. Wszystkie one miały moim zdaniem świetne soundtracki, w których dało się wyczuć nutkę zagrożenia. Tytuł "Force of Danger" nawiązuje do tego kli-


matu, który chcieliśmy oddać także przez muzykę zawartą na tym albumie. Czy podczas nagrywania "Force of Danger" wprowadziliście w życie jakieś innowacyjne kroki, których dotychczas nie stosowaliście przy pracy nad poprzednimi albumami? Nie do końca. Jedyną różnicą było to, że z powodów, o których już wcześniej, mieliśmy dużo bardziej ograniczony czas na dopracowanie utworów i nagranie ich. Mówiąc dobitnie musieliśmy się uwijać jak w ukropie, żeby nie zastał nas kolejny lockdown. Pomijając to, cały proces przebiegał podobnie, jak w przypadku poprzednich płyt. Nagranie zajęło około miesiąca, a szklaneczka brandy sprawiaa, że praca była przyjemniejsza i bardziej nam się chciało (śmiech). Wszyscy tworzyliście te utwory wspolnie? Zazwyczaj za stronę kompozycyjną odpowiadam ja oraz nasz gitarzysta Rohit. Teksty zaś to działka naszego basisty Ganesha. Rohit tworzy linię melodyczną, ja natomiast większą wagę przykładam do aranżacyjnej strony utworów. Są to dwa elementy układanki, które następnie składamy razem do kupy, aż nabiorą wspólnie sensownego kształtu. Ta metoda jest sprawdzona od naszego czwartego albumu "Burn up the Night". W tym modelu wszyscy czujemy się idealnie, gdyż każdy ma możliwość dania upustu swej kreatywności. Ten gostek z okładki to Wasze wyobrażenie oldshoolowego metalowca? Niekoniecznie (śmiech). To bardziej nasze wyobrażenie na temat Snake'a Plisskena, postaci z "Ucieczki z Nowego Jorku" granej przez Kurta Russella. W oryginale miał on długie włosy i nosił opaskę na oku, jednak chcieliśmy go trochę podrasować, by bardziej przypominał stereotypowego metalowca. Chociaż ktoś nam już powiedział, że to wygląda bardziej jak połączenie Terminatora i Snake'a Plisskena (śmiech). Generalnie jest to gość, który przyszedł na świat zrobić rozpierduchę, skopać wszystkim dupska i wychlać im browary (śmiech). Cały album wypełniony jest naprawdę wspaniałymi utworami, jednak jest kilka, które się naprawdę pozytywnie wyróżniają. Przykładem może być "Dawnbreakers", który ma naprawdę świetny riff przewodni i naprawdę chwytliwy refren. "Dawnbreakers" miał być czymś w rodzaju hymnu motocyklistów. Tekst opowiada o uczuciu wolności, jakie odczuwasz w momencie, gdy pędzisz motocyklem po pustej trasie, a obok masz swoich przyjaciół. Może to też

Foto: Kryptos

być metafora relacji, jakie panują między nami w zespole. Po prostu jesteśmy sami przeciw światu i co by się nie działo, będziemy zawsze trzymać się razem. Ogólnie wymowa tego kawałka jest bardzo pozytywna i jeśli ktoś ma doła, powinien włączyć sobie "Dawnbreakers" na cały regulator. Innym utworem, na który zwróciłem uwagę, jest "Thunderchild". Wydaje się, że to najbardziej thrashowy numer na "Force of Danger". Uważacie się za zespół bardziej heavy, czy bardziej thrash metalowy? O tak. "Thunderchild" to najcięższy numer w tym zestawieniu, oparty na czysto thrashowych riffach. Oczywiście bardziej postrzegamy siebie jako heavy metalowy zespół, gdyż takie są nasze korzenie. Na pewno w naszej muzyce słychać inspiracje takimi grupami jak Iron Maiden, Judas Priest czy Accept. Chodzi głównie o solówki i strukturę utworów, która jest robiona według klasycznych metod, jeśli mogę to tak określić (śmiech). Thrashowy pierwiastek w Kryptos to głównie mój wokal w stylu takich kapel jak Coroner czy Kreator. Myślę, że to właśnie kombinacja takiego śpiewu z melodyjnym heavy metalem tworzy naszą unikatowość. OK., są inne zespoły, które robią to samo, ale finalny efekt brzmi nieco inaczej, niż w naszym przypadku. Ogromne Wrażenie robi na mnie wstęp do utworu "Nighthawk". Skąd ten pomysł? Bardzo zależało nam, by otwarcie tego utworu miało w sobie coś dramatycznego. Wtedy właśnie pojawiła się ta melodia. Inspiracją do tego był serial z lat osiemdziesiątych zatytułowany "Street Hawk", który jako dzieciaki oglądaliśmy z wypiekami na twarzy. Chcieliśmy też nadać temu kawałkowi coś z klimatu science fiction. Myślę, że ten wstęp bardzo dobrze wprowadza w ogólny nastrój tego utworu. Powiedz mi proszę, jak powstał ten hipnotyzujący riff do kawałka "Omega Point"? Ogólnie riff ten jest zainspirowany twórczością Accept i Saxon. Oczywiście nie jest to zrzynka, bo włożyliśmy tam sporo od siebie i nadaliśmy mu też trochę tych kosmicznych wibracji. "Omega Point" to utwór, z którego naprawdę jestem dumny z kilku powodów.

Jest najdłuższy i najbardziej rozbudowany kawałek na tym albumie. Zainspirowany jest on takimi filmów jak "Event Horizon" i "Odyseja Kosmiczna" oraz kawałek "To Tame The Land" z repertuaru Iron Maiden. Chcieliśmy napisać epicki utwór pełen zmian tempa i klimatu z pewną nutką mistycyzmu. Myślę, że fani science fiction zrozumieją ten kawałek w pełni i poczują jego atmosferę. Sytuacja z koncertami, nawet tymi przełożonymi jest dość niepewna. Może jednak jakieś plany na dalszą przyszłość snujecie… Jak już mówiłem, z powodu pandemii musieliśmy przełożyć sporą część naszej europejskiej trasy. Nawet dwukrotnie. Większość zaplanowanych koncertów udało się przenieść na rok 2022. Jesteśmy podekscytowani faktem, że w lipcu 2022 po raz pierwszy uda nam się zagrać w Rosji. Do dupy, że nie mogliśmy występować przez taki kawał czasu, jednak dobrze, ze żadna zaraza nas nie dopadła, cały czas cieszymy się dobrym zdrowiem i mamy ogromny zapas sił, by w końcu dać mu upust na scenie. Podczas pandemii wiele kapel zdecydowało się na koncertowanie poprzez streaming. Myślisz, że to dobra alternatywa dla wys tępów przed żywą publicznością? Oglądałem kilka występów tego typu. Były świetne, jednak brak publiczności był tam bardzo odczuwalny. Widziałem grającego w ten sposób Kreatora, Rotting Christ i jeszcze parę innych kapel. Brak fanów pod sceną zdecydowanie pozbawia te koncerty energii. Jakoś tak dziwnie, kiedy nie ma interakcji między muzykami i fanami. Mieliśmy kilka propozycji tego typu, ale obostrzenia w naszym kraju związane z pandemią nawet na to nam nie pozwoliło. Być może kiedyś sprawdzimy tego tą formę koncertowania, nie mówię na tą chwilę, że nie. Dziękuję bardzo z rozmowę. Ja również bardzo dziękuję. Cieszę się, że daliście nam kolejną możliwość zaprezentowania się w Waszym magazynie. Nie możemy się doczekać naszego koncertu w Polsce. Przesyłam najlepsze życzenia prosto z Indii. Bartek Kuczak

KRYPTOS

105


Dołączyć do grona klasyków Ravager nie ustaje w swej thrashowej krucjacie, podsuwając fanom siarczystego łojenia świeżutki album "The Third Attack". Faktycznie trzeci w dorobku Niemców i zdecydowanie najbardziej dojrzały i dopracowany, nie tylko z racji tego, że wieńczy tę płytę nietypowy dla nich, rozbudowany utwór "Destroyer".

HMP: Jak dotąd wydawaliście albumy nader regularnie, co dwa lata. Mogę więc przypuszczać, że pandemia nie zakłóciła wam zbytnio tego wydawniczego rytmu, bo pre mierę "The Third Attack" pewne i tak mieliś cie zaplanowaną na obecny rok? Marcel Lehr: Cześć Wojtek! Po pierwsze, dzięki za prośbę o wywiad! Tak naprawdę planowaliśmy wydać "The Third Attack" jeszcze przed pandemią. Mieliśmy już zarezerwowane studio i nie chcieliśmy tego odwoływać. Tak więc, nawet w tych ciężkich czasach, powiedzieliśmy Coronie "pierdol się!" i nagraliśmy oraz wydaliśmy płytę podczas pandemii. Nie da się jednak nie zauważyć, że koron awirus bardzo dał się we znaki muzycznej branży. Też to w jakimś stopniu odczuliście,

Tytuł albumu dobitnie podkreśla, że to wasz trzeci, długogrający materiał. Czuliście w związku z tym jakąś dodatkową presję, czy nic z tych rzeczy, po prostu skoncentrowaliś cie się na tym, żeby przygotować jak najlepszy materiał? Nie czujemy żadnej presji tylko dlatego, że jest to tak zwany album "make it or break it". Staraliśmy się jak najlepiej napisać najciekawszy materiał na ten moment i powiedziałbym, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty, nie sądzisz? Owszem! Ten dwuletni cykl pracy jest dla was optymalny, żeby napisać nowe utwory, ograć je na próbach, zaaranżować, etc., a teraz mieliście przecież jeszcze więcej czasu na tworzenie? Dwuletni cykl właściwie nie był planowany na początku. Ale kiedy zaczęliśmy pisać nowe utwory na "The Third Attack", poczuliśmy,

Ta trójka jakoś przewija się w kontekście "The Third Attack", bo to również wasz trze ci album dla Iron Shield Records, do tego trzeci z okładką autorstwa Isabelle C.M. Lohrengel - fajnie mieć wsparcie ze strony kompetentnego wydawcy, a do tego własnego grafika? Nie było potrzeby, by cokolwiek zmieniać na tym albumie. Ale masz rację, to był trzeci raz kiedy pracowaliśmy razem z Isi i Iron Shield Records. Jesteśmy zaszczyceni i wdzięczni, że współpracują z nami. Porównując najnowszy album do "Eradicate... Annihilate… Exterminate..." i "Thrashletics" słyszę, że jako zespół i instrumentaliści wciąż się rozwijacie - nie chcecie ugrzęznąć w schematach, nadal macie coś do udowodnienia i sobie, i innym? Nie chcemy udowadniać niczego sobie ani innym ludziom. Jesteśmy po prostu pięcioma facetami grającymi razem muzykę w sposób, w jaki kochamy. Trudno wejść na ten wyższy poziom, przeskoczyć i może nawet zaskoczyć samego siebie, zaproponować coś nowego w tej, w sumie dość ograniczonej, konwencji? Na początku istnienia zespołu wszystko było zupełnie nowe. Z biegiem czasu staliśmy się jednością i jest to również zauważalne w procesie pisania kompozycji. Już na poprzednim albumie pojawił się długi, urozmaicony utwór "Slaughter Of Innocents". Teraz mamy, trwający ponad osiem minut, "Destroyer", według mnie jeszcze ciekawszy od strony muzycznej, z nawiązania mi do bardziej tradycyjnych odmian metalu to jednorazowy eksperyment czy może zapowiedź nowej odsłony Ravager? W rzeczywistości "Destroyer" był ostatnim utworem, który napisaliśmy na nowy album. Zazwyczaj piszę większość utworów w domu i kończymy je razem w sali prób. Ale w przypadku "Destroyer" napisaliśmy większość partii razem w sali na krótko przed wejściem do studia. Powiedziałbym, że w przyszłości w naszym brzmieniu pojawi się jeszcze kilka takich elementów.

Foto: Ravager

nie mogąc choćby grać prób czy koncertów? Wciąż tęsknimy za graniem na żywo. Ale po długiej przerwie, mieliśmy próby przez około trzy miesiące i mam nadzieję, że w 2022 roku ponownie zdobędziemy sceny, mogąc zagrać kilka koncertów. Utwór "A Plague Is Born" można by odbierać jako komentarz do tej całej sytuacji, ale czytałem, że jego tekst powstał jeszcze w 2019 roku - prorocy z was, czy co? Właściwie zacząłem pisać tekst do "A Plague Is Born" na początku 2019 roku, krótko przed wybuchem pandemii. Tekst został trochę zmodyfikowany, aby nie stał się typowym kawałkiem dotyczącym Corony.

106

RAVAGER

że to właściwy moment, aby wydać nową płytę w obecnym roku. Nie mogę jednak obiecać, że kolejny nowy album pojawi się w 2023 roku! (śmiech) Nagrywaliście w październiku ubiegłego roku, a więc już w trakcie kolejnych obostrzeń - było ciężko, realia lockdownu dawały wam się we znaki? Nagrania rozpoczęły się we wrześniu ubiegłego roku. Na szczęście w tym czasie ograniczenia były już nieco luźniejsze. Trudniej było nagrać wokale w listopadzie. Phipsiego nie było już w zespole, gdy wchodziliśmy do studia. Ale wrócił po tym, jak skończyliśmy nagrania. Poradziliśmy sobie z tą sytuacją rozsądnie.

To przypadek, że właśnie tak kompozycja zamyka "The Third Attack"? Nie chcieliście denerwować thrashers, preferujących takie krótsze ciosy jak "King Of Kings" czy utwór tytułowy? Nie było wątpliwości, że "Destroyer" będzie ostatnim utworem na nowym albumie. Nie tylko dlatego, że jest długi i ma inne brzmienie. Nie jest łatwo wprowadzić trochę urozmaicenia do typowego thrashmetalowego brzmienia. Więc spróbowaliśmy tego, raczej przypadkowo. Niektórym ludziom podoba się ten utwór, innym nie. My kochamy ten utwór i jesteśmy z niego dumni. Tych ewentualnych malkontentów możemy jednak uspokoić, bo to jednocześnie najbardziej intensywna i najmocniejsza płyta w waszym dorobku, więc w żadnym razie nie łagodniejecie z wiekiem? (śmiech) (śmiech!) Mam nadzieję, że nie! Chcieliśmy stworzyć szybki, bezkompromisowy album i myślę, że udało nam się osiągnąć nasz cel. Kiedy zagraliście ostatnio normalny koncert? Pewnie nie możecie się już doczekać wystę-


Zupełnie nowy poziom Red To Grey to kapela, która po trzynastu latach wydawniczej posuchy wreszcie dała o sobie znać albumem o tytule idealnie opisującym ich muzykę. O płycie "Balance of Power" i o zmianach, jakie zaszły w zespole na przestrzeni czasu opowiedział nam perkusista Elmar Nusslein. HMP: Witaj Elmar. Co u Ciebie? Elmar Nusslein: A witaj. Wszystko w porządku. Cieszę się, że nowy album lada moment trafi na rynek.

Foto: Ravager

pów promujących "The Third Attack", powrotu do koncertowej normalności? Nasz ostatni koncert zagraliśmy 7 marca 2020 roku w Schweinfurcie na Flesh Fest. Naprawdę niewiarygodne. Nie możemy się doczekać, kiedy znów wejdziemy na scenę. Miejmy nadzieję na lepszą przyszłość. Macie już do wyboru około 30 kompozycji. Może to nastręczać pewnych trudności przy ustalaniu setlisty, kiedy chciałoby się zagrać jak najwięcej nowych numerów, a ma się świadomość, że nie można pominąć i tych starszych, które fani znają i nierzadko lubią? Tworzenie setlisty dla mnie jest naprawdę zabawne. W międzyczasie zauważyliśmy, które z utworów nasi fani znają i nierzadko lubią. Gramy więc trochę staroci i trochę nowszych rzeczy. Zależy to również od tego, jak dużo czasu mamy na scenie podczas koncertu. Ale zawsze staramy się wybrać najlepsze kawałki, aby dobrze się razem bawić.

No właśnie. "Balance of Power" to Wasz pierwszy album studyjny od trzynastu lat. Co się właściwie z Wami działo przez ten czas? Myślę, że to dobra pytanie z punktu widzenia kogoś z zewnątrz. Jednak patrząc na to z naszej perspektywy… Cóż mogę powiedzieć? Sam zapewne wiesz, że czas często płynie znacznie szybciej, niż byśmy tego chcieli. Kluczowym punktem był rok 2012, kiedy rolę wokalisty przejęła Gaby. W 2013 wydaliśmy koncertowy mini album i właściwie już wtedy pojawiły się plany nagrania nowej płyty. Ale wiadomo, po drodze zmieniał się skład zespołu, każdy z muzyków ma też pracę i sprawy rodzinne, które też wymagają czasu. Niektórzy z nas grają też równolegle w innych kapelach. Skupiliśmy się na graniu koncertów i czerpaniu z tego jak największej radości. Nie zarzuciliśmy jednak całkiem planów wydawniczych. W 2020 podpisaliśmy kontrakt z El Puerto Records i to dało nam dużego kopa do pracy. Więc na czas przerwy nie przestaliście śledzić tego, co się dzieje na scenie. Każdy z nas śledził ją na własną rękę. To, co aktualnie dzieje się na scenie, te wszystkie zmieniające się tren dynie mają kompletnie żadnego wpływu na naszą muzykę. Gramy już metal na tyle długo, że nie musimy podążać za

zmieniającą się modą. Kiedy właściwie zaczęliście tworzyć mate riał na "Balance Of Power"? Pytam, gdyż kawałek "Trigger of Lies" już w 2013 znalazł się na Waszym koncertowym albumie "T.h.r. a.s.h. you aLIVE". Tak, to prawda. "Trigger of Lies" to chyba najstarszy kawałek na "Balance Of Power". Spora część tego materiału ma już kilka lat, ale dzięki temu mieliśmy sporo czasu na ich dopracowanie. Myślę, że to słychać na albumie. Znajdziesz tam jednak kilka zupełnie świeżych utworów. Mam tu na myśli "Hellburner" oraz "Varity and Pride". Czy tworząc ten materiał, mieliście w głowie kontynuację Waszego poprzedniego albumu "Admissions", czy może zależało Wam bardziej na zrobieniu wielkiego kroku naprzód? Myślę, że jeśli posłuchasz obu albumów, że idziemy konsekwentnie naprzód, nie odchodząc od naszego stylu. Owszem, mamy inny wokal, ale stare kawałki tworzą idealny miks ze starymi, gdy gramy je na żywo. Na bardzo wczesnym etapie działalności chcieli my grać bardziej progresywnie, jednak zrezygnowaliśmy z tego jeszcze przed wydaniem "Admissions". Pewną innowacją są też siedmiostrunowe gitary. Największą rewolucją są jednak wokale Gaby. Waszym nowym gitarzystą jest Florian Botscheck. Jak trafił do zespołu? Mia jakiś

Jak widzisz niemiecką scenę thrashową za 10-15 lat? Mille, Schmier czy Tom Angelripper będą wtedy staruszkami w okolicach, lub nawet już po siedemdziesiątce, ktoś będzie więc musiał ich zastąpić - liczysz, że Ravager będzie miał szansę dołączyć do klasyków germańskiego thrashu, jeśli wasza kariera będzie rozwijała się tak, jak do te pory? Na niemieckiej scenie thrashmetalowej jest naprawdę wiele świetnych zespołów i każdy z nich zasługuje na uwagę. Oczywiście mamy nadzieję, że będziemy mieli szansę dołączyć do grona klasyków. Ale do tego czasu spróbujmy przetrwać i posłuchać trochę oldschoolowego thrash metalu! Wojciech Chamryk & Joanna Pietrzak

Foto: Andrea Nüsslein

RED TO GREY

107


HMP: Pandemia pandemią, ale wygląda na to, że na ostatnie dwa lata Shartten zapadł w jakiś zimowy sen, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że dopiero teraz zaczęliście szerzej promować debiutancki album "Sound Of Fate", wydany w październiku 2019 roku? Mariusz Vardel: Pandemia mocno pokrzyżowała nam plany; na wiosnę 2020 mieliśmy ostro ruszyć z koncertami i ogólnie pojętą promocją zespołu, nawiązaliśmy kontakty z wieloma zespołami, mieliśmy już zaklepane sporo terminów na koncerty i jak było wszyscy dobrze wiemy. Ogólnie wyczuwało się takie zapadnięcie w otchłań całej branży muzycznej. Do lata w zasadzie wszystko zapadło w "zimowy sen", a czas leci, po za tym każdy z nas nie jest zawodowym muzykiem, więc normalna praca itp. Zanim się wszyscy na nowo "rozpędzą" z graniem to trochę potrwa. Przy okazji zmiana gitarzysty, no i mija rok albo więcej...

Foto: Red To Grey

wpływ na muzykę, która trafiła na "Balance of Power"? Florian to stary znajomy Gaby. Widział nas wcześniej kilka razy na żywo. Na początku poprosiliśmy go o krótkotrwałą pomoc, gdy nasz były gitarzysta Hannes postanowił opuścić zespół. Jednak współpraca układała nam się tak dobrze, że postanowiliśmy ją kontynuować i traktować go jako regularnego członka zespołu. Oczywiście miał on wpływ na nasze nowe utwory. Między innymi wymyślił kilka solówek. Co więcej, jest świetnym showmanem. Idealnie potrafi odnaleźć się na scenie. Wspominałeś już kilkakrotnie o Gaby, która zmieniła na wokalu Andyego Pankraza. Skąd w ogóle wziął się pomysł, by zastąpić go wokalistką? To dość odważny krok. Zgadzam się z ostatnim Twoim twierdzeniem. Gaby wzniosła nas na zupełnie nowy poziom. Skąd się wziął ten pomysł? Po prostu, gdy Andy opuścił kapelę, zaczęliśmy szukać kogoś na jego miejsce. Gaby była jedną z opcji. Znałem ją wcześniej, gdyż graliśmy razem w jednej kapeli, więc była jedną z naszych faworytek. Co więcej, braliśmy ją pod uwagę jeszcze wcześniej, nawet przed nagraniem pierwszej płyty. Występowała wtedy jednak z dość aktywnym cover bandem i nie miała czasu na inne aktywności muzyczne. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze (śmiech). Red to Grey wszędzie jest opisywany jako zespół wykonujący thrash metalowy. Słuchając Waszej muzyki trudno jednak uznać Was za ortodoksyjnych thrasherów. Masz rację. Oczywiście kochamy thrash metal niemalże od początku istnienia tego gatunku, jednak poza tym lubimy też Nevermore, Iron Maiden, parę kapel death metalowych, sporo metalcore'u i innych nowoczesnych odmian ciężkiego grania. Jak widzisz, mamy sporo bardzo różnych inspiracji i wszystkie odcisnęły piętno na naszej twórczości. Usłyszysz u nas zarówno ciężar, jak i sporo melodii. No właśnie, tytuł "Balance of Power" ideal nie opisuje Waszą muzykę, gdyż jak powiedziałeś, z jednej strony jest ciężka z drugiej zaś melodyjna. Czy tytuł ten, to jakaś próba wyręczenia krytyków?

108

RED TO GREY

Ten tytuł to efekt naszej burzy mózgów, wybrać tytuł jednego z utworów, który stanie się tytułowy dla całego albumu. Wybór był oczywisty (śmiech). Co z warstwą tekstową? Pewne teksty się ze sobą łączą jeśli, chodzi o poruszaną tematykę, natomiast zdecydowanie nie można go nazwać concept albumem. Sytuacja z Covidem jest ciągle niepewna. Nie boicie się planować koncertów? Mamy nadzieję, że w związku ze szczepieniami pandemia wkrótce przerodzi się w endemię, co oznacza, że będziemy mogli normalnie żyć pomimo tej współczesnej plagi. Jak wspomniałem, mieliśmy nawet okazję zagrać w sierpniu, więc już wróciliśmy do biznesu. Nasz następny koncert jest zaplanowany na 9 października, a impreza z okazji wydania albumu zaplanowana jest na 23 października. Jest kilka koncertów zarezerwowanych na koniec roku, a także na przyszły rok, jednak niektóre już zaplanowane zostały przełożone na 2022. W sumie wygląda to na razie naprawdę obiecująco. Czy jest jakaś szansa na ponowne wydanie waszych starszych albumów w najbliższej przyszłości? "Wrath of the Weak" i wspomniane już "Admissions" są obecnie ciężko dostępne. Co więcej, pierwsza z nich obchodziła w ubiegłym roku dwudziestolecie swojego wydania. Czy nie sądzisz, że to dobry moment, aby wprowadzić te albumy z powrotem na rynek? Może moglibyśmy to zrobić, ale nie sądzę, aby tak się stało. Teraz z Gaby na wokalu brzmimy zupełnie inaczej. Co więcej, możesz posłuchać albumu "Admissions" na wszystkich platformach streamingowych, czyli Spotify, Deezer i tak dalej. Z pewnością to samo niedługo stanie się z "Wrath Of The Weak". Chcemy, by ten album był również wrzucony na wszystkie ważne platformy streamingowe. Niemniej jednak: zostało nam jeszcze kilka fizycznych egzemplarzy obu płyt. Zarówno "Wrath Of The Weak", jak i parę ostatnich sztuk "Admissions". Zachęcamy wszystkich do kontaktu w przypadku chęci zakupu. Bartek Kuczak

Nie obawiacie się, że przy tej olbrzymiej ilości zespołów, gdy każdego dnia do sieci trafiają tysiące nowych utworów i mało kto zwraca uwagę na "starocie" sprzed roku czy dwóch, jeśli nie jest to jakiś kultowy klasyk znanej grupy, możecie mieć ogromny problem ze zwróceniem na siebie uwagi? Czy się obawiamy... hmmm...? To raczej nie ma żadnego znaczenia czy się obawiamy, tak to wygląda, takie są realia i tyle, jak w każdej innej branży na całym świecie, są tysiące ludzi, wszyscy chcą coś osiągnąć, zbudować własny biznes, realizować się w jakiejś pasji, a konkurencja nie śpi ani na sekundę. Ja sobie wymyśliłem, że chcę mieć zespół i konsekwentnie dążę do tego celu. Czasem, jak mam przygnębiający nastrój, kiedy nie ma efektów, to sobie myślę, dobrze, że nie wymyśliłem sobie zostać mistrzem świata w boksie w danej kategorii wagowej (śmiech), to dopiero ambitne marzenie, a i tak tysiące ludzi na świecie godzinami haruje w salach treningowych, aby to osiągnąć... a mistrzem może zostać tylko jeden, to dopiero konkurencja... tak, że z muzyką chyba i tak jest bez porównania łatwiej. (śmiech) W ubiegłym roku pojawiło się lyric video do "The Ride", latem dorobiliście się pierwszego teledysku, ilustrującego "Rush In Flames", ale łącznie nie dobiły one nawet do 400 wyświetleń, co tylko potwierdza, jak ciężko jest niezależnemu zespołowi na starcie tego bardziej profesjonalnego etapu funkcjonowania? Cóż mogę powiedzieć... jest ciężko (śmiech). Nie ma sensu biadolić, że jak firma fonograficzna wpompuje kupę kasy to każdego wypromują itp.., a jak robisz to wszystko samemu to trzeba mieć niewyobrażalną cierpliwość i konsekwencję. Tak jest i już, ktoś chce szybkich rezultatów to niech w Polsce gra po weselach albo w najlepszym wypadku disco polo (a i tu pewnie nie jest łatwo). Chcesz pewne rezultaty, to idź do roboty, 8 godzin dziennie, 20 dni w miesiącu i dostajesz wypłatę. Chcesz robić coś ambitniejszego... no to sorry... nikt nie mówił, że będzie lekko. Do wszystkiego trzeba pomału dojść samemu, chciałoby się szybciej, ale z samego chciejstwa jeszcze nic nikomu nie przyszło, a do tego odpowiedni czas, szczęście, czasem zbieg okoliczności itp itd... Jak to powiedział kiedyś Dave Mustaine zapytany o to, jaką radę dałby początkującym zespołom czy muzykom? W tłumaczeniu na polski odpowiedział coś w stylu, "dajcie sobie


Instyktownie, konsekwetnie i po swojemu Jesienią 2019 roku Shartten podsumował 10-lecie istnienia pierwszą dużą płytą "Sound Of Fate". Pandemia uniemożliwiła promocję tego materiału, ale grupa nadrabia obecnie stracony czas, przygotowując z nowym gitarzystą koncerty i szykując materiał na drugi album. spokój". (śmiech) W żadnym razie was to jednak nie zniechęca, bo zakładając zespół chodziło o granie czegoś, co uwielbiacie i już wtedy było wiadomo, że metal to jednak nisza? Dokładnie tak, zakładając zespół (bo wypowiadam się jako założyciel tego zespołu) robiłem to, bo to po prostu kocham, mam potrzebę komponowania riffów, kawałków, cieszy mnie to, jest to moja pasja życiowa, nie jedyna, ale na pewno spora. Czy metal to nisza? Tego nie analizowałem w zasadzie... hmmm... co tu się może w danym momencie najlepiej sprzedać (na przykład dobre bułki jak się je umie upiec, śmiech). Po prostu robiłem taką muzykę, jaką czułem potrzebę robić; szczerze to zawsze mnie wnerwiało gadanie ludzi, że np. teraz się gra to, czy tamto, czy sramto, a tego to się stary już nie gra... kurwa, co mnie to obchodzi, co w danym tygodniu jest na topie, ja robię to co mi pasuje, jak się to komuś jeszcze spodoba to przezajebiście... ale szczerość w rocku to chyba podstawa, tak było zawsze, robi się to co czujesz i jesteś w tym konsekwentny. Po za tym każdy robi jak uważa, ja nikogo nie mam zamiaru oceniać, choćby robił największe gówno... Ma do tego prawo i to wyłącznie jego sprawa, ja zawsze mogę iść w inna stronę i się tym nie podniecać, jeśli mnie to osobiście nie dotyczy. Zdarzają się jednak, nawet i w naszym kraju, przypadki grup, które zaczynały z podob nego pułapu, ale zdołały się wybić - liczycie, że może o wam będzie kiedyś dane stać się tak znanym zespołem jak choćby Behemoth czy Decapitated, czy to już zdecydowanie nie te czasy? Vader, Behemoth, Decapitated tak mówią, trzy tak naprawdę polskie zespoły eksportowe w metalu. Pewnie są jeszcze jakieś o których nie wiemy. Vader przetarł szlaki i był pierwszy, Behemoth chyba zrobił największy sukces, Decap... też sobie radzi, ja w death metalu nie specjalnie siedzę, więc wiele nie mogę powiedzieć, posłucham z ciekawości bo to zespoły z Polski. Z Vadera zawsze mam w aucie "Wyrocznię" Kata, lubię czasem włączyć głośno jak potrzebuję takiego klimatu, choć bardziej cenię Kata i Romana jako wokalistę to akurat "Wyrocznię" wolę w wykonaniu Vadera. Tak przy okazji to, dla mnie stary Kat to w metalu numer 1. w Polsce. Z Behemotha "Ov Fire And The Void"; jak tylko usłyszałem, to wiedziałem że zrobili dobry, przełomowy kawałek, lubię go, to że wielu zaczęło pluć na ten kawałek szczerze mi zwisa. Jasne, że kibicuję każdemu polskiemu zespołowi, który coś osiągnie poza granicami, to mega inspirujące i daje nadzieję. Pytanie czy to jeszcze te czasy, czy już nie? Myślę, że zawsze można zaistnieć, jest to nie do przewidzenia, bo inaczej producenci tworzyliby nowe zespoły jak w fabryce (śmiech), ale chyba na szczęście tak to

nie działa. Cóż, nie wiadomo kto i kiedy na szansę zaistnieć, próbują tysiące, uda się pewnie nielicznym. A jeśli ktoś już długo obserwuje świat muzyczny to wie, że mody się zmieniają, powracają, mutują; myślę że zawsze będą ludzie, którzy będą chcieli czegoś innego niż serwowana przez wielkie koncerny papka radiowa. Kontrakt z włoską wytwórnią WormHole Death, niezależną, ale prężnie działającą i ze sporym katalogiem zespołów, może wam w tym pomóc? Szczególnie w zdobyciu jakichś przyczółków poza granicami Polski, bo jednak u nas prezentowany przez Shartten heavy/thrash zawsze był niszą metalowej muzyki, z racji dominacji bardziej ekstremal nych podgatunków? Czy pomoże tego nie wiem, zobaczymy, pewnie nie zaszkodzi. Na pewno będziemy chcieli grać też poza granicami Polski. Czy heavy/thrash jest w Polsce bardziej niszowy niż np. death, black? Naprawdę tego nie wiem, nie doktoryzuję się nad tym. A czy jakieś statystyki oddają faktycznie prawdziwy obraz? Też nie wiadomo. Jeśli z Polski wypłynęły zespoły deathmetalowe, to siłą rzeczy to napędza zainteresowanie, ludzie ogólnie lubią być z czegoś dumni, więc jak jakiś zespół zaistnieje na świecie, to ludzie zaczynają się interesować tym zespołem i całym gatunkiem. Wypłynie jakiś zespół z innego gatunku to prawdopodobnie też pociągnie innych za sobą... tak to chyba działa. Muzyka gitarowa ogólnie jest dziś chyba niszowa, ale czy to źle? To nawet ciekawe, że ona nie jest w takim głównym przekazie. Czy ktoś chciałby zespoły metalowe w Opolu czy w TVP1? (śmiech). Ja bym nie chciał. Jest to dziś trochę taka muzyka dla wtajemniczonych i bardzo dobrze. Inna strona medalu czy np. takie zespoły jak Metallica czy Rammstein to jakaś nisza? Jeśli mam coś powiedzieć o Shartten to ja ogólnie zawsze działam instynktownie i robię po swojemu, nie podążam jak wszyscy tymi samymi ścieżkami, szukam własnego rozwiązania, tak już mam. Czy to w sumie nie dziwne, że na całym świecie fani metalu potrafią docenić najróżniejsze zespoły, nie ograniczając się tylko do tego co lubią najbardziej, a u nas zawsze wygląda to tak, iż jak był trend na death, to uwielbiali go wszyscy, później pojawił się black, etc., etc., teraz zaś na topie jest post-black metal ze wszystkimi pochodnymi, a bardziej tradycyjnych zespołów słuchają nie-liczni zapaleńcy? To chyba taka polska natura, nie tylko jak chodzi o muzykę ale o każdą dziedzinę życia. Może to kwestia braku otwartości map men-

talnych, może kwestia braku wiary w swoją wartość, może chodzi o coś w stylu "owczego pędu", pewnie wszystko po trochu. A tak szczerze to ja się z tym nie spotykam, ludzie których znam słuchają naprawdę różnych rzeczy, czasem biegunowo odległych i raczej nie są ograniczeni do jednego gatunku. Ja mam wrażenie, że dziś ludzie właśnie są dużo bardziej otwarci na różne gatunki muzyczne. Może jakieś hermetyczne subkultury zamknięte na jeden gatunek muzyczny są uprzedzone do czegokolwiek innego, nie wiem, bo w takich nie przebywam. Z tego co pamiętam macie na koncie dwie demówki, z których druga w roku 2015 stała się punktem wyjścia do wydania EP "Pure Insane". Cztery numery z tego wydawnict wa stały się punktem wyjścia do stworzenia długogrającego materiału "Sound Of Fate"? Można więc określić ten album swoistym podsumowaniem pierwszych 10 lat istnienia zespołu? Zgadza się, jedynie EP-ka miała tytuł "Inner Abyss"... i tak, płyta "Sound Of Fate" to podsumowanie 10 lat zespołu... o zgrozo (śmiech). Tak trochę poważniej... to było dla mnie ważne żeby zamknąć pewien etap podsumowaniem zarejestrowanym na płycie. Co dalej? Nie ominęły was roszady person alne, ale w nowym składzie złapaliście drugi oddech, powstają nowe utwory, przygotowu jecie się do ewentualnych koncertów, chcąc jeszcze jak najefektywniej wypromować "Sound Of Fate", póki nie pojawi się kolejne wydawnictwo? Tak, mamy nowego gitarzystę z którym dobrze się układa współpraca. Ruszamy z koncertami, będziemy promować "Sound Of Fate", może jeszcze jakiś teledysk zrobimy. Robimy materiał na drugą płytę, jest kilka nowych utworów, które trzeba oszlifować, gatunkowo to już inna muzyka, niżej strojone gitary, inaczej skomponowane riffy i aranżacje... Na koniec dzięki za wywiad i zapraszamy na koncerty w Polsce... w USA, Japonii, Kazachstanie i Boliwii (śmiech) zapraszamy do kupowania płyt, koszulek... kubków i skarpetek nie mamy (śmiech). Pozdrawiam redakcję HMP, naszych obecnych i przyszłych fanów. Wojciech Chamryk

Foto: Shartten

SHARTTEN

109


Jesteśmy zasadniczo zespołem rock 'n' rollowym - "Danger To Ourselves" to wyjątkowy album. Pomógł nam zdefiniować nasz styl i był krążkiem, nad którym spędziliśmy najwięcej czasu pod każdym względem - deklaruje Dominik Dezius. I trudno się z wokalistą/gitarzystą Stagewar nie zgodzić, bowiem ten niemiecki kwartet radzi sobie w thrashowej stylistyce coraz lepiej, nie unikając przy tym odniesień do blacku czy ciekawych eksperymentów. HMP: Co jest aż tak niebezpieczne dla nas samych ("Danger To Ourselves"), że uznaliście to za godne wyeksponowania w tytule najnowszej płyty? Dominik Dezius: Tytułowy utwór opowiada o byciu w zespole metalowym. Jeśli grasz w takim zespole ponad 18 lat, dużo widziałeś i masz mnóstwo historii do opowiedzenia. Dobre historie i historie różnych zespołów! Na przykład czule wspominamy naszą europejską trasę z naszymi przyjaciółmi z Brazylii, Cadela Maldita (obecnie B.O.D.E.). Było nas siedmiu w naszym starym Volkswagenie TW4, przejeżdżających tysiące kilometrów przez Alpy i całą Europę. Możesz sobie wyobrazić, jak było ciasno i jak bardzo śmierdziało! W

To już nie te czasy, że tytuł i okładka płyty, wyeksponowanej na sklepowej półce, przy ciągają do niej wzrok, ale wciąż staracie się dbać również o ten element - o co tym łatwiej, że macie w składzie utalentowanego graficznie basistę, w dodatku tatuatora? Tak, to zdecydowane ułatwienie. Nie jesteśmy też fanami nowoczesnej grafiki cyfrowej, a James jest tradycyjnym artystą i wnosi wiele pomysłów. Nawet jeśli czasy się zmieniły, ważne jest, abyśmy mieli coś w rękach. Album to nie tylko muzyka, to także towarzysząca mu okładka. Nadaje muzyce twarz, naszym zdaniem jest po prostu jej częścią. Na przykład kupiłem "Reign In Blood", ponieważ byłem zafascynowany tą grafiką, nie słyszałem wcze-

Foto: Stagewar

Holandii nasz bus się zepsuł i prawie nie zdążyliśmy na kolejny koncert. Później w Niemczech policja go rozebrała i przeszukała nas w poszukiwaniu narkotyków. Cała trasa była jednocześnie wyczerpująca i przyjemna. Kiedy nie byliśmy w trasie, cały czas imprezowaliśmy. Może to być niebezpieczna sytuacja, ponieważ picie alkoholu lub palenie zioła przez wiele dni z rzędu staje się całkowicie "normalne". Kiedy jesteś młody, jest to zabawa i część stylu życia, ale zdecydowanie nie możesz tego robić przez całe życie. Gitarowe solo w utworze "Danger To Ourselves" jest inspirowane wściekłością, którą odczuwasz gdy jesteś totalnie wkurzony. Doszliśmy w naszym życiu do momentu w którym zdaliśmy sobie sprawę jak niebezpieczny jest ten styl życia, którym żyliśmy przez wiele lat. Nadal lubimy imprezować, ale jesteśmy bardziej świadomi zagrożeń!

110

STAGEWAR

śniej muzyki. Ale jako 13-latek po raz pierwszy usłyszałem Slayera i wszystko po prostu nabrało wtedy sensu. Również grafika Pusheada czy Dereka Riggsa przez lata inspirowała nas i innych metalowców. James bardzo pasjonuje się tworzeniem tradycyjnych okładek, a nie nowoczesnych materiałów cyfrowych, które wyglądają jak okładki gier wideo. Bylibyśmy bardzo szczęśliwi, gdyby dzieciaki obejrzawszy tę grafikę kupiły tę płytę i dostały takie same kopniaki jakie dostawaliśmy gdy byliśmy młodsi. Macie w związku z tym jakieś zniżki w jego studio, dzięki czmu możecie pochwalić się coraz większą ilością dziar? (śmiech) Tak, robi nam darmowe tatuaże, ale James zawsze każe nam przynosić na sesje piwo i pizzę. Zwykle tatuuje nas w soboty pod wieczór, mo-

żemy więc potem urządzić imprezę w salonie! Zawsze robi nam tatuaże jako prezenty urodzinowe, jest zbyt leniwy by kupić nam prezent. Mamy nadzieję, że w przyszłym roku uda mu się zabrać na trasę swoje maszynki i wykonać kilka tatuaży za kulisami - nadal mamy dużo wolnej skóry, nad którą może popracować. Kiedy byliśmy dzieciakami żartowaliśmy z tego kim będziemy kiedy dorośniemy. Zawsze mówiliśmy Jamesowi, że będzie tatuatorem. A teraz to już rzeczywistość! Kiedy jesienią 2016 roku wydaliście drugi album "Killing Fast" mogło wydawać się, że szybko wypuścicie jego następcę, tymczasem utrzymaliście ten pięcioletni okres prz erw między płytami - niezależna, podziemna kapela funkcjonuje na nieco innych zasadach niż te większe zespoły, musicie być też abso lutnie pewni, że to, co chcecie nagrać trzyma poziom i jest warte wydania? Planowaliśmy wcześniejsze wydanie płyty. W porównaniu z innymi naszymi wydawnictwami, tym razem sami nagraliśmy ten album. Zajęło to więcej czasu, ale chcieliśmy być całkowicie niezależni. A potem nastąpiła kolejna zmiana w zespole. James grał z nami lata temu, a potem wrócił. Naprawdę chcieliśmy, żeby był częścią tej sesji ze swoimi basowymi partiami. Już zaczęliśmy nagrywać "Danger To Ourselves", kiedy wybuchła pandemia. Oznaczało to, że mogliśmy skupić się na nagraniach bez konieczności prób do występów pomiędzy nimi. Próbowaliśmy wielu nowych rzeczy. Nie tylko nagraliśmy krążek, ale staraliśmy się wymyślić siebie na nowo i wydobyć z niego to, co najlepsze. Mogliśmy wydać album rok wcześniej, ale Kimon wyprodukował go sam i wciąż musiał się wiele nauczyć podczas tego procesu. Włożyliśmy więcej wysiłku w nagrania wokali i dodaliśmy do naszego brzmienia nowe pomysły. Niektóre z tych eksperymentów zajęły dużo czasu, ale jesteśmy bardzo szczęśliwi, że nie pospieszyliśmy się, ponieważ uwielbiamy brzmienie tego albumu! Analiza waszej dyskografii skłania do wniosku, że postawiliście na metodę małych kroków, nagrywając najpierw kilka materiałów demo - nie chcieliście spieszyć się z wydaniem albumu wiedząc, że przedwczesny debiut może bardziej wam zaszkodzić niż przynieść korzyści? Kiedy zakładaliśmy zespół mieliśmy po 15/16 lat. Najpierw robiliśmy covery, zagraliśmy kilka koncertów i nagraliśmy nasze pierwsze demo, również sami. To były nasze pierwsze kroki, że tak powiem. Wszystko było wtedy dla nas nowe. Najpierw musieliśmy nauczyć się pisania utworów i musieliśmy dowiedzieć się, co się stanie, kiedy będziemy tworzyć razem muzykę. To była podróż, która zajęła nam kilka lat, zanim dowiedzieliśmy się, czego chcemy. Wtedy wielu nie traktowało nas poważnie. Pochodzimy z małego miasteczka i bez samochodu ciężko nam było grać koncerty, które były daleko od naszego miejsca zamieszkania. Na początku zabieraliśmy nasze graty i pociągiem przez Niemcy jeździliśmy na koncerty. Czasami musieliśmy spać na ulicy. Nie żartuję. Nawet w czasie nagrywania kawałka "Uncle Jack" spaliśmy na ulicach. Było to w Kolonii, w listopadzie! Wtedy spałem siedząc na rogaliku, ponieważ była to jedyna miękka rzecz jaką miałem. Następnego ranka obudził nas ogromny pies, który wyciągnął cienkiego jak papier rogalika z miejsca, w któ-


rym spałem. Była to również niekończąca się dyskusja z naszym starym perkusistą, który ciągle nie był zadowolony ze swoich aranżacji i nie chciał publikować tych nagrań. Mamy też wiele nienagranych kawałków, które wykonywaliśmy w przeszłości na żywo. Kiedy chcieliśmy nagrać demo, nasz stary perkusista powiedział: "nie możemy tego nagrać, ponieważ nie dopracowałem jeszcze swoich partii". Był niesamowitym perkusistą, ale nigdy nie był zadowolony z własnej pracy. Problem polegał na tym, że byliśmy czterema przyjaciółmi, bez dyktatora. Czasami myślę, że dużo łatwiej byłoby mieć dyktatora w zespole, ale nikt z nas nie ma takiego nastawienia, żeby nim być. Zdajecie się należeć do tych zespołów, które są bardzo świadome tego co robią, z każdym kolejnym albumem wkraczając na kolejny poziom - nie ma więc się co z tym spieszyć, bo o jakiejś większej karierze i tak nie ma mowy? Wkładamy dużo wysiłku w to, co robimy. Oczywiście zajmuje to trochę czasu. Ale nie planowaliśmy, że do następnego wydawnictwa upłynie nam pięć lat. Ale też nie byliśmy leniwi. Wiele się nauczyliśmy w ciągu ostatnich kilku lat, a teraz działamy również coraz szybciej. W przeszłości skupialiśmy się na graniu na żywo. co też nie zmieni się w przyszłości. Ale wszechobecna sytuacja nauczyła nas skupiać się również na pracy w studio. Wykorzystaliśmy ten czas, a nowe wydawnictwo jest już planowane. Na scenie, a także w studiu, staramy się stawać coraz lepsi i wchodzić na wyższy poziom. Nie chodzi o to, że myślimy o wielkiej karierze, bo robimy to od tak dawna i wiemy, jakie to trudne. Po prostu staramy się tworzyć utwory tak, aby dotrzeć do jak największej liczby ludzi, ale bez kompromisów i z mocą uczuć jakimi darzymy to co robimy. Oczywiście fajnie byłoby być "wytatuowanym milionerem" i nie musieć myśleć o płaceniu rachunków. Ale wtedy nie bylibyśmy źli na wiele rzeczy, tak jak teraz. O czym wtedy pisalibyśmy nasze kawałki? Jest też tak wiele świetnych zespołów, które wydają świetne albumy, więc nie chcemy wydawać albumu na pół gwizdka. Większa ilość płyt byłaby czymś fajnym, ale stawiamy na jakość. W sumie jednak chyba trochę szkoda, że

Foto: Stagewar

Foto: Stagewar

świat poszedł w takim właśnie kierunku, bo w latach 80. i 90. nawet thrashowe czy deathowe zespoły mogły stać się gwiazdami i sprzedawać duże nakłady płyt. Postęp tech nologiczny jest OK, ale czegoś jednak żal? Czas skupienia uwagi ludzi jest coraz krótszy, podobnie jak utwory. Jeśli weźmiesz to za miarę metalu w ogóle, będzie to niewymierne. Ale jest tak, jak powiedział kiedyś Dimebag: "Metalu nigdy tak naprawdę nie było, ale też nigdy tak naprawdę nie zniknął". Dzisiejsza technologia jest świetna, a także pozwoliła nam samodzielnie nagrać album. Ale oczywiście cała sprawa ma swoje wady i rozumiem, że wygląda na to, że nie ma odwrotu. Internet jest pełen zespołów. Algorytm zmusza cię do usłyszenia gówna, które twoja młodsza siostra usłyszała z twojego konta streamingowego i tak dalej. Ale na tej planecie jest wiele zespołów. A w naszej okolicy jest wielu metalowców, o których nawet nie wiemy, bo nigdy nie pojawiają się na wydarzeniach lokalnej sceny, ale czasami spotykasz kogoś i zastanawiasz się, jak długo mieszkasz w tym samym mieście, nie widząc go wcześniej. W mojej okolicy był pewien metalowiec, mieszkaliśmy na tej samej ulicy przez 20 lat i nie znaliśmy się.

Nigdy go wcześniej nie widziałem. Pracował wieczorami w piekarni i był o 10 lat starszy ode mnie. Jeździł na festiwale i tak dalej, ale nigdy nie pojawił się na małym, lokalnym koncercie. Wydaje się, że takie rzeczy zdarzają się częściej z powodu internetu. Ludzie nie odczuwają potrzeby spotykania się w prawdziwym świecie tak bardzo, jak kiedyś. Jesteśmy ciekawi, jak będzie za kilka lat, kiedy Metallica, Iron Maiden i wszystkie inne wielkie zespoły odejdą. Wtedy wciąż będą wielcy geniusze, ale głównym pytaniem będzie, czy ludzie ich zobaczą, bo ostatecznie to fani decydują. Naszym zdaniem dzisiejszych list przebojów za rok nikt nie będzie pamiętał, ale metalowa klasyka będzie trwać wiecznie. Dokładnie. Obecnie można też zaobserwować odwrót od klasycznego formatu albumu, bowiem ludzie wolą słuchać pojedynczych utworów, nie całych płyt. To dlatego zawartość "Danger To Ourselves" została dobrana tak, aby każdy z tych ośmiu numerów mógł funkcjonować również samodzielnie, jeśli przypadnie komuś do gustu? Zależy nam na tym, aby nasze utwory działały indywidualnie. To zawsze był nasz styl, każda kompozycja jest trochę inna, ale to wciąż jest Stagewar. W ten sposób możemy pokazać ludziom różne strony naszej muzyki. "Danger To Ourselves" nie jest albumem koncepcyjnym, ale w utworach są zawarte pewne powiązania merytoryczne, na przykład "Box Of Dirt" jest następcą "Hands Of Time". Dziś często zdarza się, że ktoś słucha tylko pojedynczych utworów i to jest w porządku. Ale naszym zdaniem jest z tym pewien problem. Jest tak wiele albumów, których słuchałem jako dzieciak; bywało, że kilka kawałków nie podobało mi się, dopóki nie usłyszałem całego albumu. Ale stało się to tylko dlatego, że "musiałem" to usłyszeć. To prawdopodobnie nie przydarzy się dzisiaj współczesnym dzieciakom. Właściwie to szkoda. A potem jest algorytm, który mówi ci, co chcesz usłyszeć. Jest na to tylko jedno rozwiązanie. Posłuchaj całego albumu i odkryj wspaniałe utwory artystów, które w innym przypadku pozostają ukryte. Wiele zespołów publikuje obecnie tylko single, ale zastanawiam się jak umieścić je na swojej półce? Wiele wspomnień kojarzy mi się z muzyką, z albumami i pojedynczymi utwo-

STAGEWAR

111


ięczni. Wszystko zaczęło się od jednego puzonu i tuby. To było fajne brzmienie i pomyślałem, że byłoby wspaniale mieć tego więcej, więc nagraliśmy drugi utwór z trzema puzonami i tubą. Wspaniale było pracować z tymi muzykami, ponieważ po prostu zagrali to perfekcyjnie za pierwszym podejściem. Dla nich to nie była wielka sprawa i naprawdę wiedzą, jak grać razem. Tak jest, jeśli nie podejmiemy wyzwania, będziemy stać w miejscu. Nasz poprzedni album "Killing Fast" był bardzo surowy i teraz mieliśmy czas na pracę nad sobą i muzyką, zasmakowaliśmy krwi. Już na naszym debiutanckim albumie "Living On Trash" byli ludzie, którzy nas krytykowali. Powiedzieli, że nie możemy zdecydować, jaką muzykę chcemy tworzyć. To jest niedorzeczne. Warto było być na bieżąco i rozwijać nasz styl. Jeśli o mnie chodzi, thrash 'n'roll jest czymś nowym. Poszczególne elementy są stare, ale tego połączenia nie było jeszcze na muzycznym rynku.

Foto: Stagewar

rami, których nie chciałbym przegapić w swoim życiu. Kiedy będę stary, z pewnością będę patrzeć i wspominać kolekcję wspaniałych albumów. Kto jednak zagwarantuje, że moja playlista będzie nadal dostępna?

112

Macie jakiś ideał muzyczny i brzmieniowy do którego dążycie? Świetnych thrashowych zespołów od początku lat 80. powstało naprawdę wiele, jest więc od kogo czerpać? Kimon kocha thrash metal, ja puszczam sobie dużo blues rocka, James słucha doom metalu, black metalu i punka, a Josef zagląda wszędzie. Inspirujemy też siebie wzajemnie. Wszyscy lubimy klasyczne metalowe zespoły od późnych lat 70. do dzisiaj i oczywiście wielką czwórkę, a także niemiecką czwórkę. Punk rock też zawsze był naszą inspiracją. Często zdarzają sięw nim po prostu świetne riffy lub momenty, które nas inspirują. Ale naszym wspólnym wzorem do naśladowania jako zespołu jest wczesna Metallica. Nie próbujemy jednak być jak kolejny zespół, ponieważ wszyscy mamy różne muzyczne doświadczenia, nasz styl jest taki, jaki jest. Nie założyliśmy, że zamierzamy grać thrash and roll, to po prostu się stało. Mogę więc wymienić kilka zespołów, które miały na nas duży wpływ: AC/DC, Slayer, Pantera, Iron Maiden, Van Halen, The Misfits, Black Sabbath, Motörhead, Trouble… Lista jest długa.

brzmieć jak kopia inspirujących nas zespołów. Może nie zrobimy czegoś super wyjątkowego, ale nie ma zespołu, który brzmi tak jak my. Nasz styl - thrash 'n' roll - nie jest często grany i nie jest zbyt popularny. Jesteśmy zasadniczo zespołem rock 'n' rollowym. Instrumenty, na których gramy, potwierdzają ten frazes. Ale jeśli uważnie posłuchasz naszego albumu, możesz odkryć o wiele więcej. Instrumenty dęte blaszane, organy, gitary akustyczne… to nie brzmi zwyczajnie, prawda? Nie zapomnieliśmy o naszych korzeniach, bo to one uczyniły nas tym kim jesteśmy. Ale zawsze staramy się ciągle dążyć na naszej drodze do czegoś nowego. Czasy i okoliczności nieustannie się zmieniają, ale historie są zawsze nowe. Jako projektant zawsze projektujesz nowe ubrania, ale nie wymyślasz spodni po raz drugi. Są fani, którzy doceniają nasz styl i są ludzie, którzy go nienawidzą lub po prostu nas ignorują, a nawet mówią, że Stagewar nie jest "prawdziwym" metalowym zespołem. Mamy ich gdzieś, bo taki jest nasz styl życia i każdy ma swoich faworytów. Robimy to od prawie 20 lat i nadal nie staramy się być kapelą, którą nie jesteśmy. Zespół był zawsze aktywny i łączy nas wspaniała przyjaźń. Gdyby przydarzyły się nam większe koncerty oraz większa sprzedaż płyt, byłoby świetnie, ale nie ma problemu - chodzi o to, żeby po prostu dobrze się bawić.

Ciekawe jest to, że z podanych przez ciebie zespołów wszystkie grały mocno, ale przy tym inaczej, były oryginalne, wypracowały swoje własne patenty czy brzmienie - teraz o coś takiego jest już bardzo trudno, bowiem w rocku/metalu powiedziano już właściwie wszystko? Tak i nie. Nigdy nie było łatwo robić to, co się chciało i dzięki temu być popularnym. A dziś nie jest łatwo nie skopiować kogoś lub nie

Stąd próby urozmaiceń aranżacyjnych, choć by w "Eough Is Not Enough"? To puzony, a może jakieś inne instrumenty dęte? Nagrane na żywo, czy wykorzystaliście sample? W tym kawałku nie użyto żadnych sampli. To, co słyszysz w utworze, to prawdziwe instrumenty, na których grają prawdziwi ludzie z orkiestry symfonicznej. Mieliśmy szczęście pracować z profesjonalnymi muzykami. Jesteśmy im za to bardzo wdz-

STAGEWAR

Z kolei "Box Of Dirt" nie powstydziłby się żaden zespół grający doom metal, do tego te organy - można łoić naprawdę ostro, ale też kombinować? Dzięki. Lubimy też eksperymentować. Kiedy jammujemy na sali prób i pojawia się pewien klimat, zwykle szybko zauważamy, czy powinniśmy realizować pomysły. W naszej sali prób mamy na kasetach materiał z 18 lat naszej kariery, który nigdy nie został wykorzystany. Wysłuchanie wszystkiego zajęłoby też zdecydowanie zbyt dużo czasu. Ale czasami słuchamy jednej lub drugiej kasety i odkrywamy ciekawe momenty. Zdarzało się też, że szukając riffu na takiej kasecie trafiliśmy na złoto. Dla nas jest ważne, aby wyszedł dobry utwór. Refren w "Box Of Dirt" domagał się umieszczenia tam organów. Była to ostatnia zmiana w tej kompozycji przed jej zmiksowaniem. Organy nie domimują w tym utworze, ale wciąż tam są. Kimon nagrał również dzwonek w intro. Ponieważ rozstawia sprzęt w Symfonicznej Orkiestrze Radiowej we Frankfurcie, pewnego dnia zabrał go ze sobą i szybko ustawił mikrofon, by to nagrać. Utwór jest również dobrym przykładem tego, jak wszechstronny może być Stagewar. Kochamy szybką i ciężką muzykę, ale jeśli nie spróbujesz niczego innego, nie będziesz wiedział, co tracisz. W zasadzie wszystko jest u nas dozwolone, chyba że jest to do bani. Trzeci album, trzeci wydawca - kolejny znak obecnych czasów? Nie lepiej w tej sytuacji wydawać swoje płyty samodzielnie, mieć nad wszystkim kontrolę, nie tracić praw do własnych utworów, etc., generalnie mniej


dokładać do tego interesu? Może masz rację. Jako zespół undergroundowy często nie masz wielkiego wyboru. Z drugiej strony naprawdę trudno jest zrobić wszystko samemu. Nie da się mieć kontroli nad wszystkim, szczególnie jeśli chcesz skupić się w stu procentach na kilku rzeczach. Jeśli to w ogóle jest możliwe. W dzisiejszych czasach trudno jest dotrzeć do ludzi, mimo że internet ma łączyć nas wszystkich. Potrzebujesz więc dobrego partnera. Z tego powodu zdecydowaliśmy się na współpracę z MDD. Chłopaki są fanami metalu i są aktywni na scenie. Jeśli grasz w zespole, jest wiele rzeczy do zrobienia poza muzyką. Myślę, że Black Sunset/MDD wykonali świetną robotę, dostarczając nam tę usługę. Byłoby to dla nas znacznie więcej pracy, gdybyśmy musieli to zrobić sami. Najlepszą rzeczą dla nas w przyszłości może być menedżer, abyśmy mogli bardziej skupić się na muzyce, ale to nie jest takie proste. Gdy tylko w grze pojawi się pewna ilość pieniędzy, ludzie mogą próbować popchnąć cię w określonych kierunkach. Pamiętamy czasy, kiedy każdy nowy zespół metalowy był zmuszany do grania metalcore, ponieważ zarabiało się na tym więcej pieniędzy. Dziś wiele z tych zespołów zostało zapomnianych i są nieistotne ze względu na samą liczbę takich samych zespołów w tamtym czasie. Jesteśmy podekscytowani nowym ruchem w kierunku bardziej klasycznych stylów metalowych. Jeśli chodzi o naszą markę, wspaniale jest mieć dobrego partnera, który pomaga nam w całej pracy, nie zmuszając nas do czegoś, z czym się nie zgadzamy. Pandemia przyhamowała nas wszystkich, a już branżę muzyczną w szczególności, ale wam udało się niedawno zagrać na żywo radość była pewnie niesamowita: i wasza, i fanów? To prawda! Graliśmy ostatnio na Taunus Metal Festival we Frankfurcie. To był nasz pierwszy koncert od czasu pandemii, w dodatku został całkowicie wyprzedany! Właściwie byliśmy dość zdenerwowani, ponieważ ten festiwal znany jest z goszczenia naprawdę świetnych zespołów, a God Dethroned grali tego dnia jako headliner. Również organizatorzy tego festiwalu są bardzo oddanymi i prawdziwymi ekspertami, jeśli chodzi o muzykę metalową. Byliśmy niezmiernie szczęśliwi słysząc, że nasz występ został wysoko oceniony. Zaprezentowaliśmy tym ludziom kilka nowych kawałków z "Danger To Ourselves" i bardzo im się spodobało. Przynajmniej tak nam powiedzieli! Niestety nie jesteśmy w stanie zagrać tylu koncertów, ile zaplanowaliśmy w tym roku ze względu na ograniczenia covidowe, ale wciąż mamy nadzieję na małą trasę po Polsce i Czechach. Fani metalu są tam niesamowici i w przeszłości byli dla nas naprawdę wspaniali. Nie możemy się doczekać, kiedy znowu ich zobaczymy.

Foto: Stagewar

wać jako tatuażysta. Ale jako zespół mogliśmy również wykorzystać czas na dalszy rozwój. Żadna praca nie jest pracą zmarnowaną. Zawsze popycha nas do przodu. Napisaliśmy też więcej kompozycji i możemy wykorzystać czas na pracę nad zespołem. W czasach Covida dotarliśmy przez internet do wielu nowych fanów. Wrzuciliśmy dużo zdjęć i utworów na żywo ze starszych koncertów. Zrobiliśmy kilka wydarzeń specjalnych i sprzedaliśmy wiele z naszych starych płyt. Nie boimy się. Nawet jeśli byłoby do dupy i nie moglibyśmy zagrać naszego nowego setu, prawdopodobnie wykorzystalibyśmy ten czas i kontynuowali pracę nad naszym następnym albumem! Nie ma więc co martwić się na zapas, co ma być to będzie, a póki co cieszy was fakt, że dyskografia Stagewar powiększyła się o ten trzeci album? Dokładnie. O to właśnie chodzi. Album po albumie, koncert po koncercie. Wszyscy powinniśmy mniej się martwić i po prostu dbać o to, co nas czeka. Przed nami występy na żywo, pisanie muzyki oraz dni i noce w studio. "Danger To Ourselves" to wyjątkowy album.

Pomógł nam zdefiniować nasz styl i był krążkiem, nad którym spędziliśmy najwięcej czasu pod każdym względem. Teraz jesteśmy na etapie tworzenia atmosfery wokół naszego zespołu, która będzie zawierać muzykę, grafikę i nasze występy na scenie, aby dać naszym fanom poczucie tego, o co nam chodzi. Trochę dorośliśmy i nauczyliśmy się więcej o tworzeniu albumów. Ale to także płyta przed czwartym albumem. Mamy tak wiele nowych pomysłów i planów, z którymi z niecierpliwością czekamy na zaprezentowanie metalowemu światu w najbliższej przyszłości. Jak dotąd jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak postrzegane jest "Danger To Ourselves" i mamy nadzieję, że następnym razem postawimy poprzeczkę jeszcze wyżej! Wojciech Chamryk & Szymon Paczkowski

Liczycie, że koncertowa promocja "Danger To Ourselves" przebiegnie w miarę normal nie, czy też obawiacie się kolejnego lockdownu? Gdyby do niego doszło nie będzie czasem tak, że wasza ciężka praca nad płytą pójdzie w sumie na marne, bo dotrze ona tylko do waszych najwierniejszych fanów? Nie widzimy tego w ten sposób. Każdy album to świadectwo czasu. Zawsze będzie nam też przypominać te czasy. Lockdown nie był dla nas wszystkich łatwy. James nie mógł praco-

STAGEWAR

113


Metalowy rollercoaster - Chcieliśmy odciąć się od współczesnych, przeprodukowanych albumów i stworzyć materiał, który po prostu pokaże jak brzmimy na żywo - nawet refreny na trzy głosy są dokładnie takie, jak na koncertach! - podkreślają muzycy Mad Teacher. Warto więc sięgnąć po debiutancką EP-kę "Keep The Fire" łódzkiej grupy, bo to kawał stylowego hard' n'heavy, niczym z lat 80. HMP: Musieliście mieć naprawdę szalonych nauczycieli, żeby w realiach drugiej dekady XXI wieku zacząć grać tradycyjny heavy metal, bo niejako już na starcie bardzo ograniczyliście sobie docelową grupę słuchaczy rozumiem jednak, że nie ilość, lecz jakość były tu wartością nadrzędną, a wybór akurat tej stylistyki nie był żadnym przypadkiem? Marek: To nam w duszach gra (no, przynajmniej w dużej części), więc kierunek jest taki, a nie inny. Cieszy mnie fakt, że wraca moda na "tradycyjny" heavy metal, choć nie udało nam się chyba do końca wstrzelić w tę stylistykę albo w jej typowego odbiorcę. Z drugiej strony może jest trochę za wcześnie, żeby cokolwiek tu wyrokować - czas pokaże. Pudel: Gdyby chodziło o słupki sprzedaży, to

dopiero na 10-lecie istnienia, w dodatku EP, nie album - wygląda na to, że lenie z was niemożebne, lubiące koncertować, ale nagrywać już niekoniecznie? Marek: Gamma Ray na ostatniej płycie nagrali numer "Masters of Confusion". To chyba o nas. Jesteśmy śmierdzącymi leniami, do tego słabo zorganizowanymi. (śmiech) Pudel: A z drugiej strony - trudno sobie wyobrazić, ile pracy potrzeba, żeby wypracować własny styl, zebrać odpowiedni skład, stworzyć solidny repertuar i do tego nagrać go tak jak trzeba. Wiele razy podchodziliśmy do nagrań, ale efekty zawsze po jakimś czasie przestawały nas zadowalać. Teraz jest inaczej "Keep The Fire" to kompletny i konkretny krążek, i nie mamy co do niego najmniejszych

Foto: Mad Teacher

żaden człowiek nie zajmowałby się muzyką - a jeśli już, to wszyscy graliby rap albo "alternatywę", no bo przecież tam są największe pieniądze. Nie zaskoczy cię pewnie, że u nas jest inaczej - robimy swoją muzykę; taką, która sprawia, że chce nam się łapać za instrumenty i po prostu grać. No i wygląda na to, że to słuszna droga - patrzę na to jak o nas piszą i wiem już, że ludzie to widzą - ta muzyka jest autentyczna, świeża i po prostu nasza. Takie trafienie do odbiorcy naprawdę mnie cieszy - i w życiu nie zamieniłbym go na podpięcie się pod styl, który ma większą sprzedaż. Śledząc losy Mad Teacher można też mieć inne zastrzeżenia do naszego systemu oświaty, skoro wieloletnia edukacja nie poszła u was w parze z wyrobieniem właściwego etosu pracy. Debiutanckie wydawnictwo

114

MAD TEACHER

wątpliwości. Czy pięć utworów to mało? Myślę, że w dzisiejszych czasach to idealna długość - dość, żeby pokazać się z każdej strony, ale nie tyle żeby zanudzić słuchacza. Sporo kultowych albumów trwa około 30 minut, chociażby "Reign in Blood" - 29! Czy im to szkodzi? Nie sądzę. Po tym żartobliwym początku, dzięki które mu uniknęliśmy standardowych pytań typu "ilu jest was w zespole i co gracie?", możemy poświęcić "Keep The Fire" więcej uwagi, bo zdecydowanie na to zasługuje. Włożyliście w ten materiał sporo pracy, wygląda jednak na to, że było warto? Pudel: Jesteśmy z niego cholernie dumni. Mam poczucie, że udało nam się zrobić coś naprawdę dobrego - i mimo że dojście do tego etapu zajęło nam 10 lat, to warto było czekać.

Udało nam się nagrać go na swoich warunkach, po swojemu - bez strojenia wokali, sampli, niepotrzebnych dubli czy syntezatorów. Chcieliśmy odciąć się od współczesnych, przeprodukowanych albumów i stworzyć materiał, który po prostu pokaże jak brzmimy na żywo - nawet refreny na trzy głosy są dokładnie takie, jak na koncertach! Czujecie, że to przełomowy moment w historii zespołu, wejście na kolejny etap - nie tylko dlatego, że macie już na czym rozdawać autografy? (śmiech) Pudel: Czujemy, że jest szansa na przełom. Świetnie zobaczyć, do jak wielu ludzi z całego świata jesteśmy w stanie dotrzeć. Muszę przyznać że ten aspekt bardzo miło mnie zaskoczył i nawet po pół roku motywuje do dalszej pracy. Teraz musimy zmierzyć się z największym wyzwaniem wydania DIY - promocją i koncertami, co niestety w dobie pandemii wcale nie jest łatwe. Dajemy z siebie wszystko, życzcie nam szczęścia -przyda się. (śmiech) To klasyczne dźwięki, zakorzenione w pierwszej połowie lat 80. Teraz mówi się na to hard rock, kiedyś był to tradycyjny metal, wydaje mi się więc, że określenie hard'n' heavy będzie w sam raz? Pudel: Lubię myśleć o nas jak o zespole heavymetalowym, chociaż masz rację, że łatki trochę się przesunęły przez ostatnie 15 lat. Sam zresztą słyszysz, że stawiamy duży opór przed wciskaniem nas w szufladki - każdy numer to nasza perspektywa na jakiś punkt w historii heavy metalu, i ten pomysł na pewno będziemy kontynuować na kolejnych krążkach - może się okazać, że czerpiąc coraz więcej ze współczesnego grania. Odnoszę też wrażenie, że nie zasklepiacie się tylko w jednym nurcie, typu NWOB HM czy niemiecki heavy/speed pierwszej fali, ale czerpiecie wpływy i inspiracje z różnych źródeł, co tylko wpływa korzystnie na wielowymiarowość poszczególnych utworów? Marek: Zdecydowanie. Ciężko nas chyba jednoznacznie zaklasyfikować, co może okazać się zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. No ale biorąc pod uwagę to, że każdy z nas ma inne inspiracje, ciężko tego uniknąć - pewne detale przebijają się tu i ówdzie w tym co robimy. Pudel: No właśnie, każdy z nas lubi coś innego, i to przekłada się na różnorodność w repertuarze - myślę, że to bardzo dobrze. Sam szybko się nudzę przy jednowymiarowych albumach i wierzę, że otwartość na inspiracje z różnych źródeł to jedyna ścieżka, która prowadzi metal do lepszej przyszłości. Bardzo doceniam zespoły, które idą tą drogą i mam nadzieję, że też przykładamy do tego swoją cegiełkę. Gracie dość ostro, ale bez jakiegoś bardzo mocnego brzmienia, nie zapominając przy tym o melodii - to wciąż podstawa, nawet w przypadku metalowego zespołu? Pudel: Tu znowu widać odbicie nas i tego, jakiej słuchamy muzyki. Wydaje mi się, że trudno znaleźć naprawdę dobry zespół, który nie zwraca na to uwagi - nawet w gatunkach takich jak death metal, gdzie niby wokaliści nie zawsze śpiewają melodyjnie, ale tę rolę często przejmują gitary. Uderza mnie to zwłaszcza w numerach, w których riff podąża za wokalem,


w sumie "dokładając" do niego melodię. Adrian: Jeśli o nas chodzi - za dużą część melodii odpowiada Pudel, ale rzadko zdarza się tak, że pierwsza wersja jest też ostatnią. Często spieramy się o linie wokalu, ale jest to w 100% konstruktywne - traktuję to, co dostaję jako bazę, na którą potem nakładam swoje pomysły. Jeśli chodzi o melodie w partiach instrumentów to też podchodzimy do nich bardzo poważnie - i pracujemy nad nimi całym zespołem. W "Beneath The Crown" pojawiają się jednak dość brutalne wokale, w dodatku odpowiada za nie Aleksandra Łopato z Mystherium - uznaliście, że będzie to ciekawy kontrast? Marek: Tak. To jest jedna z tych przebijających się innych inspiracji - może nie jesteśmy jakimiś szczególnymi znawcami, ale lubimy zapuścić sobie coś bardziej deathowego czy ostatnio nawet blackowego. Zalążek tego utworu powstał w momencie, kiedy mocno katowałem drugą płytę Black Crown Initiate. Chciałem brzmieniem tego utworu oddać chłód i pewną beznadzieję… chyba mi udało. Pudel: Ola w ogóle jest niesamowitą wokalistką i równie świetną osobą. Kiedy tylko ustaliliśmy, że numer wchodzi na album, wiedzieliśmy że będzie w nim growl i wiedzieliśmy, że będziemy się do niej odzywać - no i jesteśmy zachwyceni zarówno efektem, jak i tym, jak szybko poszły nagrania. Cały czas pamiętam zaskoczenie Pawła, kiedy zorientował się jakiego typu "chórzystkę" przyprowadziliśmy do jego studia. (śmiech) Adrian nie jest waszym pierwszym wokalistą, ale wygląda na to, że warto było na niego poczekać? Pudel: Bardzo się cieszę, że na siebie wpadliśmy - na jam session w łódzkim Stereo Krogs. W tych czasach grał na perkusji w kilku lokalnych kapelach, ale lubił też sprawdzać się w formacie karaoke. Usłyszałem jak śpiewa covery Zeppelinów i powalił mnie na łopatki - bez zastanowienia podbiłem z pytaniem, czy nie chciałby zostać częścią naszego składu. Trochę się zdziwił, ale dał się namówić - i teraz jest dokładnie tym, kogo nam potrzeba, zarówno wokalnie jak i osobowościowo. Do tego był w stanie w skończonym czasie nagrać partie, których nie trzeba było stroić w studio. Warto było. (śmiech) Z "Keep The Fire" w wersji CD było podob nie, bo najpierw opublikowaliście ten materiał w serwisach streamingowych, co jest obecnie podstawą przy dystrybucji muzyki? Piotrek: Tak - sam, choć bardzo lubię wydania fizyczne, prawie zupełnie przesiadłem się na słuchanie muzyki w ten sposób. Zresztą już w 2018 roku serwisy streamingowe przejęły pałeczkę najpopularniejszego nośnika dla muzyki. Jeśli chodzi o nas - droga od nagrania albumu do opublikowania go w ten sposób jest krótsza, niż do wytłoczenia go na płytach. Pudel: No właśnie - chcieliśmy kuć żelazo póki gorące, więc decyzja o kolejności była oczywista. I to był dobry pomysł - dobrze pamiętam zainteresowanie jakie wybuchło po publikacji na kanale "NWOTHM Full Albums" na YouTube. Odezwały się do nas zagraniczne czasopisma i blogi z prośbami o wywiad, a materiał trafił nawet do kilku zagranicznych audycji. Czytanie pozytywnych komentarzy pod materiałem też było bardzo krzepiące.

Zależało wam jednak na fizycznej wersji, stąd usilne dążenie do tego, żeby w końcu się ukazała? Piotrek: Pewnie że tak. Płyta - w pudełku, zafoliowana - to namacalna rzecz, którą możesz komuś dać, wystawić na koncercie czy wysłać do wydawcy czasopisma. W moim odczuciu znaczy dużo więcej i buduje mocniejszą relację niż rzucenie "wpisz sobie Mad Teacher w wyszukiwarkę", o czym większość osób po powrocie z koncertu zwyczajnie zapomina. Nie ukrywam też że możliwość postawienia sobie na półce albumu który sam nagrałem było dla mnie trochę jak przysłowiowe "wybudować dom, posadzić drzewo…". Wygląda na to, że lubicie też gadżety związane z muzyką, stąd choćby zapalniczki Keep The Fire, albo bardzo limitowany nakład tej EP w postaci kasety magnetofonowej? Piotrek: Nawet wtedy, kiedy tylko chodziłem na koncerty Mad Teacher, chłopaki zawsze chcieli zrobić coś więcej niż wejść na scenę, zagrać set i zejść. Dobrze pamiętam kilka tematycznych koncertów, na przykład koncert pod hasłem "Koń jaki jest, każdy widzi" - do biletu dostałem kostkę cukru (śmiech). Teraz jesteśmy odrobinę dojrzalsi, ale cały czas chcemy żeby występ był czymś więcej - i czuję, że wychodzi nam bardzo dobrze. Moment kiedy na pierwszym koncercie "Keep The Fire" słuchacze zapalili swoje zapalniczki (które były biletami wstępu) był bezcenny. Pudel: Kasety wymyśliliśmy jako preorder EPki - widzieliśmy ile nam brakuje do wydania na CD, ale chcieliśmy dać coś fanom jak najszybciej. Pomysł był spontaniczny, trochę szalony, a sposób produkcji w 100% partyzancki. Okładki projektowaliśmy i wycinaliśmy ręcznie, a kasety nagrywałem na pożyczonym od kumpla magnetofonie Unitra. Wyszło zaskakująco dobrze jak na tak dziki pomysł, ludzie naprawdę fajnie to przyjęli. Obserwuję na koncertach, że analogowe nośniki dźwięku cieszą się coraz większym zainteresowaniem słuchaczy - może i streaming jest wygodny, ale ludzie w gruncie rzeczy wciąż mają potrzebę posiadania winy lowych płyt i kaset, a do tego również kom paktów? Marek: Na pewno są tacy ludzie. Pudel ostatnio dzielnie kolekcjonuje winyle, ja natomiast mam w kolekcji jakieś 150 płyt CD i staram się coś do niej dorzucić od czasu do czasu. Ludzie w środowisku metalowym chyba wciąż to "czują". Zresztą poza bezpośrednim wsparciem zespołu, fajnie zrobić sobie jakąś pamiątkę z gigu, zwłaszcza jeśli człowiek dobrze się bawił. Piotrek: Samo odtwarzanie muzyki z fizycznego nośnika jest też swego rodzaju celebracją, zdecydowanie większą przyjemnością niż kliknięcie "play" w telefonie. Lubicie chyba to uczucie kiedy włączacie odtwarzacz, wyciągacie nośnik z opakowania i tak dalej? Mam wrażenie że dzięki temu uważniej słucha się muzyki. Pudel: O, właśnie to - widzę wielką wartość w skupionym słuchaniu albumu, do tego więcej niż jeden raz - w ten sposób można odkryć coś więcej, nauczyć się jak artysta patrzy na świat i naprawdę to docenić. Widzę, że dużo łatwiej mi się skupić kiedy wrzucam sobie ulubiony winyl na gramofon, niż kiedy włączam Spotify "żeby coś brzęczało" - chociaż nawet wtedy lubię

słuchać albumami, i staram się przesłuchać każdy przynajmniej dwa razy. Domyślam się, że dysponujecie znacznie szerszym programem - co sprawiło, że akurat tych pięć utworów złożyło się na "Keep The Fire"? Marek: Mieliśmy chyba jakiś bardziej skomplikowany proces decyzyjny, ale nie pamiętam już wszystkich szczegółów. Chyba wyszło dobrze, choć po czasie wydaje mi się, że dobrałbym te utwory trochę inaczej. W moim odczuciu osiągnęliśmy pewną spójność, zarówno w warstwie brzmieniowej, jak i ogólnego konceptu - i jestem z tego bardzo zadowolony. Pudel: Cel był prosty - stworzyć materiał, który pokaże kim jesteśmy i co mamy do powiedzenia. Proces był demokratyczny - przejrzeliśmy cały repertuar i głosowaliśmy, które utwory wchodzą. Pamiętam, że byliśmy naprawdę zgodni - co w tym składzie jest dość nietypowe (śmiech). "Neverwhere" pokazuje nas jako zespół heavymetalowy, "Anyway" jest mocno zakorzeniony w latach 80.; "Speed" to list miłosny do niemieckiego power metalu, "Beneath The Crown" ma mocne wpływy cięższych gatunków, a "Keep The Fire"… jest mieszanką wielu inspiracji, więc chyba najlepiej pokazuje nas takich jakimi jesteśmy - ambitnych, pokręconych i pełnych entuzjazmu. Trochę rollercoaster, ale mam nadzieję, że to interesująca przejażdżka. Można więc zakładać, że w miarę szybko pojawi się wasze kolejne wydawnictwo, może już długogrające? Będziecie szukać dla niego wydawcy, czy też ponownie opubliku jecie je samodzielnie? Marek: Zobaczymy co przyszłość przyniesie. Trochę musimy się zmierzyć z tym, że format albumu powoli umiera. Z drugiej strony w środowisku hardrockowym i metalowym wciąż wzbudza jakieś zainteresowanie. W każdym razie zbieramy powoli pomysły na jakieś luźne koncepcyjnie wydawnictwo. Czy ukaże się naszym własnym nakładem, czy ze wsparciem wytwórni - to się jeszcze okaże. Na razie chcielibyśmy trochę wrócić do życia i przygotować jakąś stosowną "celebrację" EP-ki, bo jeszcze nam się to nie udało. Pudel: No cóż, przed nami dużo pracy i na pewno sporo niespodzianek. Na ten moment materiał powstaje, dyskusje trwają, trzymajcie kciuki. Dzięki za wywiad, to była dla nas wielka przyjemność. Do zobaczenia, no i przede wszystkim - Keep The Fire! Wojciech Chamryk

MAD TEACHER

115


Metal grany przez kobiety to nie jest osobny gatunek! Ten wywiad idealnie odzwierciedla styl Blood Sport i zawartość jej EPki, "Hot Blood and Cold Steel": jest krótki, szybki i na temat. Fiński duet, V na wokalu i Burst na gitarze i basie, chcieli nagrać remedium na brak speed metalu na dzisiejszej scenie. Nie mam pewności, czy chętnych na takie granie faktycznie jest tak mało, ale na pewno niewielu robi to tak dobrze. Jest surowa produkcja, agresywne riffy i charyzmatyczny wokal, a to wszystko mieści się klasycznie w mniej niż dwudziestu minutach. Jedna z tych płyt, których nie można w tym roku przegapić - a jest na tyle szybka, że faktycznie może umknąć uwadze. Kto lubi Venom, Motorhead i Venom nie będzie zawiedziony. Na pytania odpowiadała V. HMP: Kiedy pierwszy raz przesłuchałam wasz album, moją pierwszą myślą było: w końcu znaleźliśmy następną Kate de Lombaert! Trochę skojarzył mi się też z ruchem riot grrrls. Co myślicie o kobiecej reprezen tacji w dzisiejszej scenie metalowej?

Veera: Wydaje nam się, że staje się coraz lepsza, ale wciąż jest jeszcze w tej kwestii sporo do zrobienia. Uważamy, że każdy, kto chce pisać muzykę powinien mieć tę możliwość i być wspieranym, by to robić. Chcieliśmy też wszystkim przypomnieć: metal z kobiecą li-

derką to nie jest gatunek. Założyliście zespół ponieważ znaleźliście kolejną niszę - niedobór speed metalu na dzisiejszej scenie (z dobrymi wyjątkami w stylu Midnight). Czym jest spowodowany brak zainteresowania tym gatunkiem, według was? Wciąż ma przecież swoich fanów. Być może problem z tym gatunkiem jest taki, że nie ma dziś zbyt wiele interesujących, grających go zespołów. To tylko nasze doświadczenie, niektórzy ludzie mogą mieć na ten temat inne zdanie. Czy nazwę zespołu zainspirował album Avenger, "Blood Sports"? Nie bezpośrednio, ale oczywiście kilka razy wpadliśmy na tę płytę podczas naszej muzycznej edukacji. Chcielibyśmy lubić ten zespół bardziej, niż lubimy go w rzeczywistości, ale jest to trudne. Nie powinno zaskakiwać, że grając w takim stylu Gates of Hell Records zaproponowało wam współpracę. A zespół istniał mniej niż rok! Jak udało wam się to osiągnąć, to kwes tia promocji, znajomości, zespołów, z który mi dzieliliście scenę, a może muzyka po pros tu sama się obroniła? Burst miał już u nich kontakty, nasza muzyka prawdopodobnie też mówiła sama za siebie. Nadal jesteśmy zaskoczeni, że tak mocno nam zaufali, jeśli chodzi o naszą EPkę, ale oczywiście bardzo cieszymy się z takiego obrotu spraw. Jakie benefity dała wam współpraca z Gates of Hell? Głównie publikację naszej muzyki, promocję i kontrakt marketingowy. Z Gates of Hell pracuje się bardzo łatwo, bo mamy w większości kwestii podobny sposób myślenia, nie tylko, jeśli chodzi o muzykę, ale również inne rzeczy. Utrzymujecie kontakty z innymi zespołami z wytwórni? Nie biznesowo, ale widzieliśmy naszych współpracowników z Finlandii w różnych mokrawych okolicznościach. Postrzegacie granie speed metalu jak uprawianie krwawego sportu? Myślę, że można tak powiedzieć, z tą różnicą, że nikogo nie zabijamy.

Foto: Blood Sport

116

BLOOD SPORT

Bardzo doceniam waszą miłość do tekstów inspirowanych sci-fi. Jakie są wasze ulubione filmy i powieści w tym klimacie? Z filmów: Blade Runner, The Thing, Diuna


i twórczość Cronenberga. Z książek: Neuromancer i wszystko od Philipa K. Dicka. A gdyby Blood Sport robił soundtrack do filmu, do którego by pasował? Jeśli nie chcecie wybrać już istniejącego, to o czym byłby wasz film? Coś związanego z science fiction/horrorami, oczyiwście. Trudno jest pomyśleć, że moglibyśmy napisać soundtrack do filmu, który już nagrano, więc nasz tajemniczy film mógłby być czymś szybkim, brutalnym i szalonym. Opisaliście swoją muzykę jako crossover pomiędzy Judas Priest i Venom (i doceniam, że dorzuciliście też kilka mniej "wielkich" nazw jak Avenger czy Acid, ciągłe porówna nia do gigantów gatunku są męczące). Osobiście, słyszę głównie Venom. Zarzekacie się, że nigdy nie napiszecie ballady, co jest zrozumiałe, ale co z bardziej rozbudowanymi kawałkami w stylu Priest, które też mogą być brutalne (np. basowy bridge, dłuższe solówki)? Całkowicie to wykluczacie? Nie wykluczamy niczego oprócz ballad. Chcielibyśmy troche poeksperymentować i to zróżnicowanie będzie słychać na nadchodzących wydawnictwach, ale ballady nie wchodzą w grę. Czy Motorhead też na was wpłynął? Zdecydowanie czuć u was ten brudny, rock and rollowy klimat, szczególnie w ostatnim kawałku. Oczywiście! Hawkwind też był dla nas inspiracją, nawet jeśli prawdopodobnie nie da się tego bezpośrednio wyłapać z naszej muzyki. Założyliście Blood Sport podczas pandemii, gdy granie koncertów było ograniczone. Jak macie zamiar koncertować z Burstem grającym jednocześnie na basie i gitarze i mając sesyjnego perkusistę? Macie na oku kogoś, kto wspierałby was na żywo? Burst będzie musiał wyhodować drugą parę rąk na nasze koncerty. Ale tak, pracujemy powoli nad czymś w rodzaju formacji na live'y. Poza innymi zespołami i sci-fi, co napędza was, żeby grać muzykę? Mamy naturalną potrzebę pisania muzyki, więc po prostu musimy to robić. Bardzo inspirujące jest też tworzenie muzyki, która pozwala coś poczuć nie tylko nam, ale i innym.

nowymi kawałkami, ale Gates of Hell zaproponowało nam możliwość wydania wszystkich, jakie napisaliśmy, więc oczywiście skorzystaliśmy z tej szansy.

Foto: Blood Sport

Bardzo podoba mi się produkc ja waszej EPki, a dokładniej jej klimat. Jest surowa i agresywna, tak, jak powinna być. Kto jest za to odpowiedzialny i jak długo zajęło wam osiągnięcie zamierzonego efektu? Zrobiliśmy wszystko sami, z wyjątkiem mastering, więc brzmienie jest niemal dokładnie takie, jakie chcieliśmy, by było. Osągnięcie tego efektu ie zajęło nam wiele czasu, bo mamy za sobą kilka lat doświadczenia. Grając który kawałek bawicie się najlepiej, to jeden ze staro ci czy nowy, tytułowy? Prawdopodobnie jest to "Steel System". Jest najbardziej chaotyczny. Czy tytuł waszej EPki, "Hot Blood and Cold Steel" jest dla was czymś w stylu życiowej maksymy? Tak. Nie tak dawno zaczęliście prowadzić swoją stronę na Facebooku, zastanawiam się, dlaczego nie wcześniej, chcieliście zostać w undergroundzie? A może chcieliście poczekać, aż zacznie się promocja EPki. Nie jesteśmy szczególnie wielkimi fanami mediów społecznościowych, więc dołączyliśmy do nich głównie w celach promocyjnych.

Jak opisalibyście przeciętnego fana waszej muzyki, prawdziwego miłośnika speed metalu? To piękni i genialni i ludzie, oczywiście ze świetnym gustem muzycznym! Iga Gromska

Co dalej po wydaniu EPki? Koncerty, LP, współpraca z konkretnymi zespołami? Głównie komponowanie nowych kawałków, występy na żywo może nieco później, gdy będziemy już mieli wystarczająco dużo numerów do zagrania.

Finlandia jest znana z silnej sceny metalowej, są tam świetne zespoły z prawie każdego gatunku, ale co ze sceną speed metalową? Co lokalni fani metalu myślą o waszej muzyce, macie tam oddanych słuchaczy, czy skupiacie się głównie na rozwoju kariery za granicą? Nasz główny cel to po prostu robienie muzyki, która daje nam radość. W Finlandii może znaleźć się troche osób, którym podobają się nasze kawałki, ale wydaje nam się, że ten rodzaj muzyki jest bardziej popularny za granicą. Na waszej EPce pojawiły się kawałki, które wydaliście już jako demo, "Niterider", "Agitator", "Steel System" and "Blood Sports". Nie chcieliście napisać kompletnie całkowicie nowego materiału? Może są dla was na tyle ważne, że nie wyobrażaliście sobie bez nich tej płyty? Początkowo chcieliśmy wydać single z dwoma

BLOOD SPORT

117


Szwedzki amalgamat Niklas Holm i Micael Zetterberg to obecnie jeden z najciekawiej zapowiadających się duetów szwedzkiego heavy metalu. Tworzą oni nie jeden, a dwa dwuosobowe zespoły: czerpiący inspirację z dokonań polskich legend, mroczniejszy Wanton Attack oraz bardziej epicki Sordid Blade. Swój pierwszy z prawdziwego zdarzenia wywiad na ten temat, gitarzysta Niklas Holm przeprowadził specjalnie dla "Heavy Metal Pages". HMP: O którym aspekcie Wanton Attack chciałbyś nam dzisiaj najbardziej opowiedzieć? Niklas Holm: To pierwszy wywiad, jakiego udzielam na żywo w sprawie Wanton Attack (dotychczas odpisywałem tylko na e-maile), więc jestem otwarty na wszelkie tematy, aczkolwiek koniecznie chcę Ci powiedzieć o premierze naszego debiutanckiego albumu. Słyszałem go i oczywiście gratuluję. Wydanie debiutanckiego albumu nowego zespołu to na ogół spore osiągnięcie dla każdego muzyka. Możesz nazwać Wanton Attack nowym zespołem, lecz działalność pod tym szyldem roz-

akurat ich nie przypomina, to staramy się przekazywać podobne emocje. Cieszymy się swobodą ekspresji twórczej. Zamiast nakładać na siebie sztywne ramy stylistyczne, staramy się tworzyć coś własnego. Zdecydowanie to u Was słychać, ale wiele osób dopuszcza się nadużycia przyrównywa nia Wanton Attack do Mercyful Fate. Osobiście, nie lubię, gdy ktoś tak robi. Micael szczególnie sprzeciwia się takiemu porównaniu, ponieważ jego śpiew wcale nie przypomina Kinga Diamonda. W pewnym sensie, moglibyśmy uznać to za komplement, ale pozbawiony solidnych podstaw. W ostateczności można uznać, że Wanton Attack reprezentu-

Attack? Całkiem prawdopodobne, że tak. Na początku sesji nagraniowej pokazywaliśmy producentowi różne stare płyty heavy metalowe, żeby lepiej sobie wyobraził, co chcemy osiągnąć. Nie pamiętam konkretnych tytułów. Musiały to być kapele z pierwszej fali szwedzkiego heavy metalu. Może nie tylko szwedzkie, ale też amerykańskie Commandment, skoro kowerujecie ich "Crystal Ball"? Bardzo wcześnie podjęliśmy decyzję, że nagramy cover. Ale nie mógł to być powszechnie znany numer, a już na pewno nic z repertuaru Mercyful Fate. Czuliśmy, że Commandment jest zespołem bardzo niedocenianym, a "Crystal Ball" to znakomity numer. Ich styl mocno odbiega od naszego, ale i tak nam się podoba. A to wystarczy, aby dobrze się przy tym bawić. Zastanawialiśmy się ostatnio, co chcemy kowerować w przyszłości. Nie wybraliśmy jeszcze, ale tak jak robią inne metalowe zespoły, my również sięgniemy wkrótce po niemetalowy utwór. Innym razem powiedziałeś: "Gdy tylko pojąłem sposób rozumowania Micaela, nagry wanie poszło szybko, gładko i przyjemnie". Co dokładnie potrzebowałeś sobie przyswoić? Przywykłem do tworzenia bezpośredniej muzyki uderzającej prosto w punkt. Nie uważam, że Micael nadmiernie komplikuje kompozycje, ale wędruje z nimi daleko poza główne motywy. Jeśli coś brzmi topornie, to on zawsze proponuje, aby trochę poeksperymentować. Lubi zakręcić kawałkiem. Natomiast ja przeciwnie, wolę upraszczać numery. Doskonale uzupełniamy się, odkąd to sobie uzmysłowiliśmy. Czyli wolisz wprost? Tak, ale wiesz co, u mnie to też ostatnio się zmieniło, pod wpływem Micaela.

Foto: Wanton Attack

poczęliśmy już dwa lata temu. Micael Zetterberg gra na perkusji i śpiewa, a ja gram na gitarze prowadzącej oraz na basie. Mamy nadzieję uzupełnić wkrótce skład o dodatkowe osoby i wystąpić na jakichś koncertach. Zamiar Micaela polegał ponoć na połączeniu old schoolowych, wschodnioeuropejskich klimatów heavy metalowych z wpływami szwedzkiej sceny heavy metalowej. Jakie są Twoje najciekawsze doświadczenia związane z owym wschodnioeuropejskim heavy metalem? Myślę, że to bardziej pole zainteresowania Micaela. Powiedział mi na samym początku, że zależy mu na uchwyceniu w naszych dźwiękach polsko - czechosłowackiego szaleństwa lat osiemdziesiątych. Oboje dobrze znamy twórczość legend wywodzących się z tej części Europy, zarówno tych bardziej mainstreamowych, jak i undergroundowych. Z polskiej sceny obaj lubimy Kat, Turbo a szczególnie Magnus - o ile brzmienie Wanton Attack

118

WANTON ATTACK

je równie mroczne oblicze heavy metalu, co Mercyful Fate. Czy Mindless Sinner jest Wam bliższe? Cóż, to zabawne, że wspominasz akurat Mindless Sinner, ponieważ powiem Ci jako ciekawostkę, że edycja naszego debiutu na kasecie magnetofonowej wygląda pod względem graficznym bliźniaczo podobnie do serii kaset Mindless Sinner wydanych kilka lat temu. Swoją drogą, to wspaniały zespół. Sam nie wiem, w jakim stopniu nas inspirują, ale na pewno obaj cenimy Mindless Sinner. Pochodzicie z sąsiednich miasteczek, bo Mindless Sinner z Linköping, zaś Wy z Norrköping (dystans zaledwie 40km). To fakt. Czasami zdarza się, iż producent przyjmuje wybrane płyty innych zespołów jako punkty odniesienia. Czy Wy mieliście takowe w fazie miksu i masteringu debiutu Wanton

Zauważyłem, że Wasza muzyka, pomimo że nie można odmówić jej specyficznej mrocznej atmosfery, to jednak mobilizuje mnie stopniu zbliżonym do niektórych płyt punkowych. Od czasu do czasu lubimy posłuchać starego punk rocka i myślę, że Wanton Attack ma trochę takiej punkowej, ulicznej, zbuntowanej energii. Coś w tym jest. Ta inspiracja przyszła do nas podświadomie i jest to coś, co raczej czuć niż słychać. Gracie razem nie tylko w Wanton Attack, bo Sordid Blade to druga nazwa Waszego duetu. Warto tutaj wspomnieć o niedawno wydanym demie Sordid Blade, zawierającym kawałki "Lonesome Rider" oraz "In The Northern Lights". Tak. Sordid Blade jest moim projektem, z Micaelem na perkusji. Wyszedłem z tą inicjatywą na początku 2021 roku, ponieważ zapragnąłem stworzyć coś w stylu epickiego US heavy metalu. Akurat kilka dni temu rozpoczęliśmy pracę nad longplay'em Sordid Blade. Micael zarejestrował już perkusję, a ja za chwilę nagram partie gitar oraz wokale. To zabawne, że istnieją dwa różne zespoły z identycznym składem. Obie formacje są heavy metalowe, ale trochę różnią się miedzy sobą. Wiele ciekawego obecnie się u nas dzieje. Nie do końca to rozumiem. Jak rozróżniacie,


co należy do Wanton Attack, a co do Sordid Blade? Ja komponuję niemal całą muzykę Sordid Blade, podczas gdy twórczość Wanton Attack jest wspólnym dziełem (praktycznie 50:50). Przynajmniej teraz tak to wygląda, bo dawniej to Micael był głównym pomysłodawcą Wanton Attack.

talowy utwór i tyle. Wyobrażaliśmy sobie, jak powszechnie dzisiaj dostępne technologie typu komputer w każdym gospodarstwie domowym - byłyby postrzegane przez ludzi w latach osiemdziesiątych XX wieku.

Pozostańmy przy temacie albumu Wanton Attack. Został on opatrzony bardzo charakterystyczną okładką. Namalowała ją nasza bliska przyjaciółka Linda. Micael chciał wykorzystać ten obraz już 10 lat temu w swoim innym projekcie. Nigdy dotąd jednak tego nie zrobił. Tymczasem Linda zmarła. Uznaliśmy więc, że nadszedł najwyższy czas, żeby jej obraz znalazł się na okładce metalowego albumu. Doskonale pasował on do wibracji naszej muzyki.

W końcówce "Fatal Technology" słyszymy dziwaczny odgłos, na którego tle ktoś wymawia "bardzo dobrze" w języku polskim. Czy to przypadek? Zgadza się. Dokładnie słychać "bardzo dobrze". Nie pytaj mnie, dlaczego tak, a nie inaczej. Micael to wstawił. Miał jakieś swoje powody, może chodziło po prostu o wschodnioeuropejski klimat. Ja nie znam źródła. Może Ty wiesz, skąd mogło się to wziąć?

Jak wiele czasu, wysiłku i pieniędzy przeznaczyliście na stworzenie albumu Wanton Attack? Pieniędzy niezbyt wiele. Oczywiście, musieliśmy opłacić sesję w studiu, a kiedyś kupowaliśmy instrumenty, ale nie uznałbym tego za spory wydatek. Przeznaczyliśmy sporo czasu, przy czym weź pod uwagę, że nie jesteśmy już nastolatkami. Ja mam 41 lat, Micael 40. Dysponujemy taką iloścą czasu, jaka pozostaje nam po wywiązaniu się z typowych życiowych zobowiązań typu praca i rodzina. Poświęcamy muzyce wolny czas, który moglibyśmy wykorzystać w inny sposób, z tym że wolimy zajmować się muzyką. Nie myślę o tym jako o specjalnym wysiłku, gdyż naturalnie sięgamy po instrumenty. Uwielbiamy tworzyć heavy metal. Każde nasze towarzyskie spotkania i tak zawsze sprowadzały się do muzyki. Jak myślisz, czy prawdą jest, że łatwiej grać na perkusji i jednocześnie śpiewać, niż grać na gitarze i śpiewać? Nie wiem. Wydaje mi się, że niewielu perkusistów śpiewa. Osobiście, potrafię grać na gitarze i na basie, trochę na perkusji, jako tako śpiewam. Ale nie umiałbym dobrze robić dwóch spośród tych rzeczy w tym samym czasie, np. grać riffy i śpiewać. O, nie. Micael powiedział, że jak przyjdzie do występowania na żywo, to on sięgnie po bas. Ja po gitarę. Nie wiemy jeszcze do końca, jak to wyjdzie. Śpiewasz czasami? W Sordid Blade - tak. Ale w Wanton Attack nagrałem bardzo niewiele własnego głosu, tylko kilka partii tu i tam. Przede wszystkim czuję się gitarzystą. W tytułowym utworze debiutu Wanton Attack słyszę dwa głosy. Jeden z nich należy zapewne do Ciebie? Tak, to prawidłowy przykład fragmentu, w którym można mnie usłyszeć. Inny kawałek zwie się "Fatal Technology". Skąd wzięła się ta nazwa? Niektórzy ludzie spędzają zbyt wiele czasu w Internecie... no ale bez internetowych komunikatorów, nie moglibyśmy teraz się zobaczyć. Technologia ma swoje zalety, ale i wady. Ma ona wpływ na życie społeczne, można się przez nią wpakować w nieciekawe sytuacje. Nie zamierzaliśmy jednak wysyłać żadnego poważnego przekazu odnośnie technologii, dla mnie ten tytuł brzmi cool jak na heavy me-

Nie mam zielonego pojęcia. Brzmi bardzo old schoolowo. Rozglądacie się za nowymi muzykami, którzy chcieliby dołączyć do Wanton Attack, prawda? Czego od nich oczekiwalibyście? Rozglądamy się, ale nie jest łatwo znaleźć właściwe osoby. Chcielibyśmy, aby byli oni w Foto: Wanton Attack przedziale wiekowym podobnym do naszego. A tacy ludzie są często zbyt zajęci. Prawdopodobnie młodsi kandydaci dysponują większą ilością wolnego czasu. Jak już skompletujemy skład, będziemy chcieli występować na żywo. Ale jakie wymagania im stawiacie? Czy uważacie np. za konieczne, żeby lubili słuchać identycznej muzyki? Nie ma to znaczenia, dopóki będziemy wzajemnie dobrze współgrać podczas koncertów. Niemniej, znajomość naszych inspiracji i środowiska, z którego się wywodzimy, zdecydowanie pomaga wpasować się w charakter Wanton Attack. Nie wyznaczamy jednak chętnym sztywnych wymagań, byle dali radę grać swoje partie. Istnieje ryzyko, że jeśli spotkacie na swojej drodze utalentowanych artystów, to będą oni chcieli wpłynąć na brzmienie Wanton Attack, w pewien sposób je modyfikować, wprowadzać całkiem nowe pomysły. Nie chcę wypowiadać się w imieniu Micaela, ale wiem na pewno, że zawsze pozostaniemy głównymi postaciami w Wanton Attack. Możliwe, że ktoś wejdzie wraz z nami na scenę lub do studia, ale Wanton Attack to od początku projekt naszej dwójki i tak już pozostanie. Doprecyzuję - na samym początku rozważaliśmy udział konkretnego gitarzysty, ale w praktyce taki układ nie zaskoczył. Chemia między mną a Micaelem jest na tyle solidna, że nie wyobrażam sobie trzeciego równoprawnego muzyka Wanton Attack.

heavy metalowym maniakiem, ale nie nadawaliśmy na tych samych falach. Nie chciał zaangażować się na sto procent. Nie wytłumaczę tego precyzyjnie, ale mniej więcej tak to było. Wanton Attack idealnie pasuje do małych klubów, ale czy wyobrażałeś sobie kiedyś, jakby to było wystąpić na dużym festiwalu z pełną pirotechniką? Pirotechnika, uh... Na pewno dalibyśmy radę, ale osobiście... Cóż, byłoby to dla nas z pewnością znakomitym doświadczeniem. Ale będę w pełni usatysfakcjonowany, jak pogramy trochę w mniejszych salach koncertowych, klubach, pubach itp., ewentualnie wystąpimy na mniejszym festiwalu. Kto wie, gdyby złożyły się odpowiednie okoliczności, większe show też w sumie mogłoby się odbyć. Czy pracujecie już nad drugim albumem? W zasadzie nie, chociaż mamy kilka pomysłów i nagrywamy dema z jakimiś fragmentami. Prawdopodobnie dwa lub trzy utwory są gotowe, nie więcej. Jak się teraz nad tym zastanowię, to wychodzi mi, że rozpoczęły się prace, w dalszej perspektywie zmierzające do drugiego albumu. Sam O'Black

Co poszło nie tak z tamtym gitarzystą? Nie wskażę palcem konkretnego słabego punktu tamtego gitarzysty. Było mu ciężko... ujmę to tak: ja i Micael, piszemy nowe utwory całkiem inaczej niż on. Tamten gitarzysta był

WANTON ATTACK

119


Po prostu sobie grałem… W obozie Sceptor ostatnio sporo się dzieje. Powrót wokalisty Boba Mitchella ewidentnie dał temu zespołowi nowe pokłady energii twórczej (czego efektem jest album "Rise of the Light"), ale również ewidentnie podniósł jej morale. Można to bardzo łatwo wywnioskować, czytając poniższą rozmowę. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, została ona zdominowana przez tematykę nowego wydawnictwa. Jednak to oczywiście nie jedyny wątek, jaki tu się pojawił. HMP: Witam. Na dzień dobry może zadam standardowe pytanie, które pewnie od każdego ostatnio słyszycie. Co było, jak Was nie było? Bob Mitchell: Uwierz przyjacielu, że dobrze wykorzystaliśmy ten czas. Cieszę się, że po tych wszystkich latach udało mi się powrócić do tego wspaniałego zespołu i zarejestrować z nim naprawdę świetny album. W międzyczasie udzielałem się w innych kapelach, a okres pandemii nie miał znaczącego wpływu na moją pracę. Mam oczywiście również rodzinę, którą muszę utrzymać i której nie chcę zaniedbywać. Na szczęście udaje mi się wszystko to

Powiedz mi proszę, czy Twoim zdaniem od czasu zawieszenia przez Was działalności do momentu Waszego powrotu zaobser wowałeś duże zmiany na rynku metalowym? Timo "Moe" Nolden: Zasadniczo od paru lat spada sprzedaż fizycznych nośników muzyki. Wyjątkiem oczywiście są płyty winylowe, ale to nieco inna bajka. Ten trend zaczął się we wczesnych latach dwutysięcznych wraz z gwałtownym rozwojem Internetu. Dziś ludzie zdecydowanie częściej sięgają po mp3 i serwisy streamingowe niż płyty CD. Co prawda fani metalu są nieco bardziej ortodoksyjni pod tym względem. Co do koncertów, to od po-

tary to główne cechy utworów z "Rise to the Light". Świetną robotę wykonał tu także nasz producent Robert Romagna. Sama produkcja zresztą znacznie odbiega od tego, co możesz usłyszeć na "Take Command". Jesteśmy już za starzy, by wymyślać muzyczne innowacje. Gramy stary dobry heavy metal i ciągle mamy z tego kupę radochy. Czyżbym wyczuwał tu niezadowolenie z Waszego poprzedniego albumu… Torsten "Todde" Lang: Tak, dobrze wyczuwasz. Nigdy do końca nie byłem zadowolony z brzmienia "Take Command". Właściwie wydaliśmy ten album tylko dlatego, że wytwórnia na nas naciskała. Wiesz, mieli tam jakieś swoje terminy i inne takie duperele. Z tego też względu nie poświęciliśmy wystarczającego czasu na produkcję. Obiecałem sobie, że kolejny raz nie popełnię już takiego błędu. Ciekawe, czy Bob będzie miał ochotę śpiewać utwory z "Take Command" na koncertach. Torsten "Todde" Lang: Być może (śmiech). Na razie jesteśmy w trakcie układania naszej koncertowej set listy. Bob Mitchell: Mogę za to zagwarantować, że zaśpiewam każdy (tak, dosłownie każdy) kawałek z "Rise of the Light". "Rise to the Light" to bardzo intrygujący tytuł, który może być rozumiany na wiele roz maitych sposobów. Czy chcieliście za jego pomocą przekazać swym słuchaczom coś konkretnego? Torsten "Todde" Lang: To jest bardzo dobre pytanie! Dam Ci dobrą wskazówkę. Wsłuchaj się uważnie w utwór tytułowy, a być może znajdziesz odpowiedź.

120

razem pogodzić i mogłem uczestniczyć w pracach nad nowym materiałem Sceptor.

czątku pandemii ich organizacja jest mocno ograniczona.

Wnioskuję, reszta zespołu nie miała specjal nego problemu z namówieniem Cię do powrotu. Bob Mitchell: Dokładnie! Zawsze gdzieś tam podświadomie czułem się częścią Sceptor. Ta kapela wiele dla mnie znaczy. Dostaliśmy od losu kolejną szansę, by pograć razem. Chyba nie muszę dodawać, jak bardzo mnie to cieszy. Muszę przyznać, że trafiliśmy w swój czas. Po latach nasze stare nagrania ponownie zyskały na popularności, więc to właściwy moment, aby wydać pełny album. Ponadto nasza dwudziestoletnia przyjaźń z Toddem w końcu musiała przekształcić się w powrót do wspólnej działalności na polu muzycznym.

Powróciliście w zupełnie zmienionym składzie. Te zmiany miały znaczący wpływ na waszą muzykę. Torsten "Todde" Lang: Jasne. Wystarczy porównać albumy "Take Command" i "Rise to the Light".

SCEPTOR

Zatem słuchacze nie mają co oczekiwać kon tynuacji ścieżki obranej na poprzednim albumie. Torsten "Todde" Lang: Na pewno nie chcieliśmy nagrywać kolejnego "Take Command". Nie to było naszym celem. Zdecydowaliśmy się na wprowadzenie pewnych innowacji, na przykład partie Hammondów tu czy tam. Mocne bębny, miażdżący bas i przeszywające gi-

Równie intrygująca jest okładka. Skąd pomysł na przedstawienie bitwy między śred niowiecznymi rycerzami a armią wyglądającą jak żywcem wyjęta z komiksu science fic tion? Bob Mitchell: Ta grafika to głęboka metafora tego, co może wyniknąć z różnych burzliwych sytuacji. Wewnętrzna siła, która drzemie w każdym z nas, może nas wyciągnąć nawet z naprawdę trudnych tarapatów. Musisz pamiętać, że światłość jest w Tobie. Muzyka Sceptor zazwyczaj opisywana jest jako miks niemieckiej tradycji heavy metalu, wpływów NWoBHM oraz US power metalu. Która z tych estetyk jest Wam najbliższa? Timo "Moe" Nolden: Jeśli chodzi o mnie, to podczas tworzenia nowej muzyki nie skupiam


się jakoś specjalnie na gatunku. Nie "konstruuję" danego utworu. Każdy kawałek jest po prostu efektem "flow", które przychodzi do mnie w sposób całkiem naturalny. Osobiście najbardziej "siedzę" w heavy metalu i hard rocku z lat osiemdziesiątych. Słucham głównie kapel z dwoma gitarzystami. Czasem sięgam też po thrash i epic/power. Torsten "Todde" Lang: Słucham bardzo wielu różnych rzeczy. Wszystkie poniekąd mają wpływ na to, co tworzę. Czego zatem konkretnie ostatnio słuchacie? Timo "Moe" Nolden: Nowy album Iron Maiden. "Senjutsu" to ich najlepsza od czasów "Brave New World". Jak na razie słucham tego albumu codziennie i pewnie prędko mi się nie znudzi. Poza tym ciągle staram się odkrywać coś nowego. Ostatnio był to na przykład zespół Wytch Hazel, który od razu pokochałem. Florian "Flobo" Bodenheimer: Słucham dość sporej ilości młodych zespołów. Jako przykład mogę podać Sellsword, Hurlement, Iron Kingdom, Blazon Stone i ogólnie wszystko, co jest promowane przez kanał na Youtube NWOTHM Full Albums. Niedawno wróciłem też do debiutu Gamma Ray "Heading for Tomorrow". Niesamowity materiał. Oczywiście nie mógłbym tu nie wspomnieć o Rhapsody of Fire. Ta kapela chyba nigdy mi się nie znudzi. Jak w ogóle podchodzicie do Sceptor? Jest to dla Was głównie hobby, któremu oddajecie się po pracy, czy może jednak coś więcej? Timo "Moe" Nolden: Cóż, mając rodzinę i małe dziecko plus stałą, ośmiogodzinną pracę nie da się grania w takiej kapeli traktować inaczej, niż hobby. Nie mniej jednak jest to hobby szczególne, z którego nigdy nie chciałbym zrezygnować. Tworzenie muzyki to naprawdę ważny element mojego życia. Torsten "Todde" Lang: Całkowicie się zgadzam z Timo. "Rise to the Light" zawiera sporo interesujących kawałków, nie mniej jednak w pierwszej kolejności chciałbym zwrócić uwagę na utwór "The Curse Of Orlac". Ma on bardzo melodyjny refren. Jak bardzo melodia jest ważna w Waszej twórczości? Torsten "Todde" Lang: Cieszę się, że tak uważasz, gdyż moim zdaniem "The Curse Of Orlac" to akurat najsłabszy numer na tym albumie (śmiech). To zadziwiające, bo wielu recenzentów wskazuje właśnie ten kawałek jako swój ulubiony. Wracając jednak do pytania to owszem, melodie są dla nas ważnym elementem. Nie znajdziesz jednak u nas chóralnych refrenów w stylu Accept czy Rhapsody. To nie w naszym stylu. Chcemy, by każdy numer miał swój indywidualny charakter. Posłuchaj albumu na spokojnie, bez presji a zobaczysz, że część z tych utworów wbije Ci się do głowy i tam zostanie na dobre.

Torsten "Todde" Lang: Właściwie musiałbym tu powtórzyć odpowiedź, której udzieliłem na poprzednie pytanie. Po prostu grałem sobie i pomysły same do mnie przyszły (śmiech). Bob Michell: To mój ulubiony utwór z tego albumu. Pisząc ten tekst, próbowałem najlepiej jak tylko potrafię wczuć się w klimat tego kawałka. Było to spontaniczne, bez jakiegoś konkretnego planu. Myślę, że wyszło naprawdę świetnie. Jak wyglądała praca nad warstwą tekstową "Rise to the Light"? Mieliście określoną tematykę, którą chcieliś cie poruszyć? Bob Michell: Nie wyznaczam sobie w tej kwestii żadnych kierunków. Piszę prosto z serducha, dając jednocześnie fanom ogromne pole do interpretacji. Jako bonusy postanowiliście zamieścić nowe wersje utworów z początku Waszej działalności. Konkretnie "Powerhouse" oraz "Shadows In The Maze". Oba znalazły się na Waszym pierwszym singlu "Introducing… Sceptor" i na albumie "Take Command" Bob Michell: Parząc na te utwory od strony czysto muzycznej, od razu słychać, że idealnie komponują się one z tym, co aktualnie tworzymy. Poza tym, dla wielu ludzi będzie to pierwsze zetknięcie z tymi kawałkami. Między innymi dlatego zdecydowaliśmy się nagrać je ponownie.

my w trasę po Niemczech, która zacznie się w Kolonii. Uwielbiam grać w Europie. Ostatni raz występowałem tu w roku 2008, więc trochę czasu już upłynęło. Mam świadomość, że taka muzyka, jaką gramy ma tam wielu sympatyków. Potem może pokażemy się w Stanach, ale będzie to nie wcześniej niż na przełomie 2022 i 2023. Dziękuję bardzo za poświęcony czas! Timo "Moe" Nolden: Dzięki za wsparcie! To naprawdę wiele dla nas znaczy! Torsten "Todde" Lang: Dziękuję bardzo za danie nam możliwości zaprezentowania się polskim fanom metalu. Mam rodzinę w Waszym kraju i bardzo mnie cieszy fakt, że będą mogli poczytać moje wypowiedzi w swoim ojczystym języku. Mój polski bardzo kuleje, ale ciągle się uczę. Do zobaczenia na trasie w 2022 roku!

Planujecie jakieś koncerty w najbliższym czasie? Bob Michell: Jasne! W sierpniu 2022 rusza-

Bartek Kuczak

Nie sposób nie wspomnieć tu utworu tytułowego, zwłaszcza jego mrocznego intro. Skąd ten pomysł? Torsten "Todde" Lang: Po prostu grałem sobie na gitarze i samo mi to w pewnym momencie wyszło (śmiech). Podobny klimat utrzymuje się w "Armor Black". Słyszymy tam naprawdę intrygujące zmiany tempa.

SCEPTOR

121


gotowymi piosewnkami, ale zdecydowaliśmy się umieścić 10 na wydaniu cyfrowym, 11 na wydaniu CD. Nasze pozostałe wypociny na pewno się nie zmarnują i prawdopodobnie wydamy w przyszłym roku w formie EP-ki.

Wysłać światu inną wiadomość Nick Layton, lider amerykańskiego FireWölfe, to jeden z tych rozmówców, którzy oszczędzanie słów do perfekcji mają opanowaną. Nie oszukujmy się, krasomówcą to on zdecydowanie nie jest. Coś jednak na temat nowego, wydanego po siedmiu latach przerwy albumu "Conqer All Fear" wyciągnąć się z niego udało. Choć jak sam zobaczycie, zadanie do łatwych nie należało. HMP: Cześć. Patrząc na pewne Wasze poczynania, czy raczej ich brak można było odnieść wrażenie, że zapomniałeś nieco o Fire Wölfe. Nick Layton: Cześć! Nigdy nie zapomniałem o tym zespole. Powodem opóźnienia między albumami było to, że poszczególni członkowie zespołu opuścili go, by poświęcić się innym projektom lub też całkiem odpocząć od muzyki. Zawsze miałem wystarczająco dużo materiału na płytę, ale znalezienie nowego woka-

Rozumiem, że Freddy Krumins jest idealnym wokalistą dla tego zespołu. Przesłuchałeś też pewnie sporo kandydatów, zanim go przyjąłeś. Freddy był kiedyś częścią sceny muzycznej Seattle, gdzie obecnie mieszkamy. Mimo że obecnie mieszka w Las Vegas, postanowiliśmy do niego zadzwonić i sprawdzić, czy byłby zainteresowany współpracą. Sprawdziliśmy kilku różnych wokalistów, zanim zdecydowaliśmy się na Freddy'ego, ale nie będę wchodził w

"Conquer All Fear" to dość motywujący tytuł. Oparłeś go na własnych doświadczeniach? Ten tytuł ma bezpośredni związek z pandemią Covida. Chcieliśmy wysłać światu inną wiadomość niż to, co codziennie karmią nas media. Postanawiamy porzucić życie w strachu. Jedną z najbardziej intrygujących częścii tej płyty jest trylogia "The Evil Eye". Powiedz mi proszę, jak zrodziła się koncepcja tego utworu (właściwie to trzech utworów). Dlaczego zdecydowaliście się skorzystać z dość rozbudowanej formuły? Freddy wpadł na pomysł całej tej trylogii. Czuł, że te trzy kawałki są w pewien sposób połączone lirycznie i tematycznie. Jednak interpretacja przekazu tego utworu zostawiamy słuchaczom. Nie zamierzam o nim opowiadać. Swoją uwagę zwróciłem także na balladę "Candle in the Dark". Zawsze lubiłem takie nastrojowe ballady w stylu Queensryche czy Iron Maiden, więc chciałem napisać coś takiego, w dodatku skrojone pod wokale Freddy'ego. Moim zdaniem to jeden z najmocniejszych punktów na tym albumie. Z drugiej strony bardzo lubię dynamiczny "Pedal to Metal". To kawałek o szybkiej jeździe. W realnym życiu też lubisz czasem wcisnąć gaz do dechy? Czasami.

Foto: FireWölfe

listy pasującego do brzmienia FireWölfe było dość żmudne i czasochłonne. I nie chciałem wydać albumu poniżej ustalonych standardów tylko po to, by mieć kolejną pozycję w dyskografii. Wasze dwa pierwsze wydawnictwa przysporzyły Wam sporą liczbę słuchaczy. Nie odczuwałeś obawy, że znudzeni czekaniem na trzeci krążek, mogą się zniechęcić do Fire Wölfe. Tak, oczywiście liczyłem się z taką opcją. Jednak jak wspomniałem powyżej, niewiele mogłem z tym zrobić, dopóki nie ustawiliśmy odpowiedniego składu.

szczegóły. Freddy zastąpił Waszego długoletniego wokalistę Davida Fefolta. Dlaczego zdecydował się on opuścić zespół? David odszedł z powodów osobistych. Wokalista to nie jedyny nowy członek kapeli. Macie również nowego gitarzystę Michaela Davida. Jak doszło do tej współpracy? Mamy też nowego perkusistę o imieniu Marco Bicca. Michael David przyjaźnił się z naszym byłym perkusistą Jeffreyem McCormackiem, który kiedyś zapytał go, czy chciałby dołączyć do zespołu. Michael się zgodził i po prostu zaczęliśmy współpracę. Marco znaleźliśmy przez naszego basistę Bobby'ego Ferkovicha, który grał razem z nim w zespole Pameli Moore znanej ze współpracy z Queensryche. Kiedy właściwie zacząłeś tworzyć utwory, które możemy usłyszeć na nowym albumie "Conquer All Fear"? Po albumie "We Rule the Night", a może później? Tak, po albumie "We Rule The Night" zacząłem pisać pierwsze kawałki, nad którymi pracowałem aż do momentu rozpoczęcia nagrań "Conquer All Fear". "Candle In The Dark" jest najświeższym utworem na tym albumie. Właściwie pracę skończyliśmy z czternastoma

122

FIREWÖLFE

Jak właściwie podchodzisz do tekstów? Traktujesz je jako coś poważnego, czy może jest to dla Ciebie tylko zwykły dodatek do muzy ki? Myślę, że teksty są bardzo ważne, podobnie jak melodie wokalne. Freddy napisał kilka fajnych liryków na albumie. "Conquer All Fear" został wydany przez niemiecką wytwórnię Limb Music. Współpracujecie z nimi od 2014 roku. Dlaczego nie zde cydowałeś się na amerykańską wytwórnię? Limb złożył nam najlepszą ofertę i czuliśmy, że specjalizują się rodzaju muzyki, którą chcemy tworzyć. Większość naszych słuchaczy to Europejczycy, więc w pewnym sensie logicznym jest posiadanie również europejskiej wytwórni. No właśnie. Wasza muzyka jest znacznie bardziej popularna w Europie niż USA. Tak. Myślę, że jakieś 2/3 naszych słuchaczy to Europejczycy. Data premiery "Conquer All Fear" to dzień jutrzejszy (19.11.2021). Jak stoicie z promocją, koncertami i innymi? Do tej pory promowaliśmy album poprzez wywiady, takie jak ten, ale teraz próbujemy dogadać kilka terminów koncertowych. Mamy nadzieję, że wkrótce zagramy dla fanów! Dziękuję Ci bardzo za rozmowę. Ja również. Bartek Kuczak



Podstawowy budulec europejskiego ekosystemu metalowego Żywią przekonanie, że nie da się już przywrócić uczuć towarzyszących metalowi lat osiemdziesiątych. Wokalista Denis Brosowski, perkusista Kai Ludwig oraz pozostali muzycy zespołu Iron Fate grają więc na swym drugim albumie pt. "Crimson Messiah" tradycyjny heavy metal budzący świeże wrażenia. Refleksje na ich temat okazują się tym ciekawsze, że podczas dzielenia się nimi, muzycy pamiętali nie tylko o złożonym kontekście dynamicznie ewoluującej sceny, lecz również o twórczych bodźcach pochodzących spoza przewidywalnego spektrum inspiracji... Cóż, puste słowa zbyt często prowadzą ślepych na manowce, ale tym razem mamy szczerą nadzieję, że niniejsze, dające do myślenia słowa, poprowadzą osoby o dobrym guście do wysłuchania świetnego albumu. Czas na konkrety. HMP: "An infinite love was never reflected". To, co dla słuchaczy brzmi jak swobodna improwizacja, bywa dla muzyków skrupulatnie skomponowaną harmonią. W jakim nastroju pisaliście swój najnowszy album "Crimson Messiah"? Denis Brosowski: Ponieważ pisałem teksty w różnych okresach, miewając różne nastroje, to nie mogę generalizować. Zazwyczaj piszę dość impulsywnie i jak pewnie się domyślasz, niektóre liryki wynikają z dość przygnębiających sytuacji, podczas gdy inne, np. "We Rule The

Czy widzicie potrzebę wzywania światowych liderów do większej pokory i wyrażania skruchy w realnym świecie? Denis Brosowski: Nie zdawałem sobie sprawy, że karmazyn oznacza pokorę. Skąd się to wzięło? (karmazynowa była krew męczenników w Biblii - przyp. red.). Z tego co wiem, kolor czerwony jest związany z krwią i ogniem, życiem i śmiercią w wierzeniach hebrajskich i chrześcijańskich. Przypomnijmy dziesiątą plagę z Księgi Wyjścia, gdzie karmazynowe znaki krwi uniemożliwiły zabicie pier-

sprzed 10 lat czy motywy liryczne stojące za oboma albumami? Właściwie nie istnieje żadne głębokie, konceptualne tło za naszych tekstów. Jeśli chodzi o to, jak świat zmienił się w ciągu ostatnich 10 lat, powiedziałbym, że media społecznościowe nabrały rozpędu i doprowadziły do większej fragmentacji ludzi i struktur społecznych w przerażający, dystopijny sposób. Kai Ludwig: Ale to tylko problemy pierwszego świata, nieporównywalne z warunkami życia na Bliskim Wschodzie, w Afryce czy Ameryce Południowej i Łacińskiej, gdzie ludzie doświadczają wojen, biedy i głodu przez dziesięciolecia, podczas gdy my martwimy się wysokościami podatków i wynikami meczów piłki nożnej. Ale czy nie obawiacie się, że dynamicznie zachodzące procesy i przeobrażenia społeczne mogą wpłynąć na sposób, w jaki słuchacze będą interpretować wasze, tak bardzo poetyckie, teksty? Denis Brosowski: Zawsze istnieje pewne ryzyko, że ludzie w skomplikowanych sytuacjach mogą niewłaściwie zinterpretować pracę artystów. Ale nie sądzę, żeby nasze teksty motywowały kogoś do dziwnych akcji ("going banana"), lub do rozwijania samobójczych tendencji, jeśli o to Ci chodzi. Pozytywne metalowe hymny, takie jak "We Rule The Night" czy "Guardians Of Steel", zachęcą raczej ludzi do wypicia trochę za dużo (śmiech). Wasze teksty są bardzo poetyckie, ale wasza muzyka też troszkę brzmi jak melancholijny, heavy metalowy poemat. Kai Ludwig: Myślę, że istnieje taka niewypowiedziana zasada, że nikomu z nas nie wolno komponować radosnych utworów (śmiech). Melancholia w odniesieniu do atmosfery naszej muzyki nie zawsze jest trafnym określeniem. Czasami staramy się wzmagać epickość, czasami agresję, a czasami patos. Denis Brosowski: Na "Crimson Messiah" zastosowaliśmy dwa podejścia do pisania piosenek. Prawie połowa materiału została opracowana w sposób metodyczny, druga połowa wypłynęła zaś spontanicznie. Nie będę zdradzał, które utwory należą do której kategorii, ale jesteśmy też ciekawi, które podejście lepiej działa na słuchaczy.

Foto: Axel Otto

Night", są dość optymistyczne. Bez obaw, nie mam żadnych problemów związanych ze stanem psychicznym, tak tylko uprzedzam, zanim zapytasz czy "Strangers (In My Mind)" jest o mnie (śmiech). Czy tytuł "Crimson Messiah" ma coś wspólnego z następującymi dwoma nazwami: "Deep Purple" (crimson/purple) i "Judas Priest" (Messiah/Judas)? Kai Ludwig: Oba zespoły mają na nas znaczny wpływ, lecz tytuł "Crimson Messiah" nie jest ukrytym hołdem. Można jednak znaleźć muzyczne podobieństwa, bardziej subtelne (Deep Purple) lub oczywiste (Judas Priest). Crimson symbolizuje pokorę i skruchę, natomiast Messiah - światowych przywódców.

124

IRON FATE

worodnych przez Boga. Dlatego dla mnie czerwień jest raczej złowroga i oznacza wielkiego uwodziciela, który reprezentuje wszystkich fałszywych proroków działających w dzisiejszych czasach. Czy to w polityce, ekonomii, czy w czymkolwiek innym. Niemniej jednak, zgadzam się z Tobą, że nasz świat potrzebuje przebudzenia, a co więcej, uczciwych wzorców społecznych. Powinniśmy jednak zawsze uważać, by nie podążać ślepo za kolejnym fałszywym mesjaszem. Czy zgodzilibyście się, że świat zmierzał w kierunku utopii w czasach "Cast in Iron" (debiutancki longplay Iron Fate, 2010 - przyp. red.), lecz w czasach "Crimson Messiah" przeciwnie - w kierunku dystopii? Denis Brosowski: Masz na myśli realny świat

Np. "We Rule The Night" wyklucza osowiałość? (w oryginale to pytanie brzmiało: "We Rule The Night" rejects dejection? przyp. red.) Denis Brosowski: Tak. To moja osobista, nieco romantyczna, gloryfikacja życia zespołu w trasie. Chyba wszyscy potrzebujemy czegoś pozytywnego, czegoś w co możemy wierzyć. Dobre wiadomości są rzadkością w dzisiejszych czasach, czyż nie? (śmiech) ak skomentowalibyście następującą wypoJa wiedź Toma Angelripera z Sodom? "Thrash metal to zabytek oraz sposób życia lat osiemdziesiątych. Tylko zespoły pochodzące z tamtego okresu są w stanie przekazać emocje tamtych czasów. Wielu młodszych muzyków próbuje, ale im nie wychodzi. Nie da się cofnąć czasu." (HMP 80, str.16 - przyp. red.) Kai Ludwig: Myślę, że rozumiem jego punkt widzenia, ale moim zdaniem jest jeszcze gorzej. Nie da się przywrócić dawnych uczuć nawet tym, którzy byli aktywni w tamtych cza-


sach. Dla mnie Metallica nigdy nie odtworzy "Master Of Puppets". Nawet jeśli spełniliby wszystkie niezbędne warunki, to i tak się nie uda, ponieważ problemem jestem ja, odbiorca. Chodzi o to, co ja czułem, kiedy zetknąłem się z tym po raz pierwszy. Inni może czują podobnie, ale wobec, powiedzmy, "Kill'em All". A w sumie musimy zaakceptować fakt, że istnieje młodsze pokolenie, dla którego najważniejsze jest wszystko, co dotyczy "St. Anger". Denis Brosowski: To, co utrudnia sprawę, to przesycenie i natychmiastowa dostępność muzyki. Na początku lat 90-tych, bez Internetu, nowa płyta miała o wiele dłuższy okres życia niż dzisiaj. Pozostaje nostalgia, która na dłuższą metę nie jest w pełni satysfakcjonująca. Tak więc, to prawda: nikt nie może cofnąć czasu. Pomimo tego, warto znac historię. Fałszywe byłoby stwierdzenie, że zaraz po rozpoczęciu ery NWOBHM na Wyspach Brytyjskich, amerykańskie zespoły metalowe reprezen towały albo glam albo thrash. W rzeczywistości, w USA istniała alternatywa w postaci amerykańskiego power metalu. Nie byłoby to jednak nawet uproszczonym opisem oldschoolowej sceny metalowej, gdybyśmy nie wspomnieli o ogromnym i imponującym dziedzictwie europejskiego metalu. Czy uważacie wasz kraj, Niemcy, za najważniejszy kraj na metalowej mapie Europy kontynentalnej? Denis Brosowski: Myślę, że trudno jest oceniać wpływ na dany gatunek muzyczny wyłącznie w kategoriach geografii kulturowej. To prawda, że Niemcy wraz z UK, USA i Skandynawią odcisnęły najbardziej zauważalne ślady w metalu w latach 80-tych i wczesnych 90tych. Ale ma to prawdopodobnie więcej wspólnego z aspektami ekonomicznymi i zakresem wpływu mediów w tamtych czasach. Dzisiaj o wiele łatwiej jest zostać zauważonym nawet jako death metalowy zespół z Zimbabwe. A ponieważ obecnie światowa scena pokazuje często imponując technicznymi umiejętnościami gry jej przedstawicieli - że możliwe jest wykonanie każdego stylu muzycznego w dowolnym miejscu na ziemi, powszechnie uznano, że metal nie może być przypisany do określonych regionów, narodów itd. A tak przy okazji, skoro zeszło nam na geografię, czy Sascha Wendler (ex-perkusista Iron Fate) oraz Harms Wendler (gitarzysta Iron Fate) są wielkimi fanami zarówno europejskiego jak i amerykańskiego futbolu? Denis Brosowski: Tak, obaj są fanami futbolu amerykańskiego, jako gracze i fani. To nietypowe. A czy uważacie Iron Fate za część ruchu kulturowego zainicjowanego przez Olofa Wikstranda? Lider Enforcer chwali się, że rozpoczął ruch NWOTHM (HMP 79, str. 28 - przyp. red.), chociaż w tamtych czasach obok nich prężnie działał też np. RAM, które akurat wydaje się bliższe stylistyce Iron Fate. Denis Brosowski: Racja, ale tak naprawdę nie ma znaczenia jak to nazwiesz. Ważniejsze jest to, że całość działa inspirująco na muzyków i na naszych fanów. Zarówno Enforcer jak i RAM to świetne projekty, ale ja osobiście wolę RAM nieco bardziej. Kai Ludwig: Jako artysta, jesteś automatycznie częścią (subkulturowej) sceny, ponieważ ludzie tak to postrzegają. Jednak my nie widz-

imy siebie jako część jakiegokolwiek ruchu. Brzmiałoby to zbyt dogmatycznie. Czy podczas komponowania "Saviors Of The Holy Lie" myśleliście o Ronnie Jamesie Dio lub o jego tendencji do snucia marzeń? Denis Brosowski: Dio jest z pewnością ogromną inspiracją dla mnie jako wokalisty i poety. Prawdopodobnie zauważyłeś podobieństwa w tym, jak opowiadam swoje historie, w podobnie alegoryczny sposób. Co więcej, uważam, że jego twórczość była przełomowa dla wielu podgatunków. Ale szczerze mówiąc, jeśli chodzi o "Saviors Of The Holy Lie", to chodziłem we własnych butach. Kai Ludwig: Ależ masz rację! Kiedy Oliver i ja aranżowaliśmy ten utwór, zanim jeszcze

jakąś historię lub ma teatralny aspekt, to wówczas ma to sens. Z naszej perspektywy wydaje się koniecznym, aby grać również utwory z debiutu, ponieważ wielu fanów uwielbia je, a "Crimson Messiah" nie podąża za konkretnym konceptem czy linią fabularną. Jeśli kiedyś napiszemy naszą własną "Operation Mindcrime", weźmiemy ten pomysł pod uwagę (śmiech). Czy chcielibyście dodać coś dla metalhead ów zza Odry? Denis Brosowski: Polska jest bez wątpienia podstawowym budulcem europejskiego ekosystemu metalowego. Chcielibyśmy podziękować reprezentantom polskiej sceny od Turbo po Vader, fanom i wszystkim osobom ją

Foto: Iron Fate

mieliśmy tytuł, wołaliśmy: "Hej, popracujmy nad Dio-one!" (śmiech). Ma on z pewnością porównywalnie majestatyczny klimat. Dlaczego "Lost Forever" widnieje jako bonu sowy utwór? Kai Ludwig: Z dwóch prostych powodów. Po pierwsze, czas trwania wersji winylowej bez "Lost Forever" był już na granicy możliwości, a po drugie, jako że "Lost Forever" jest coverem z bardzo niedocenionego albumu Black Sabbath "Eternal Idol", wydaje się naturalnym oznaczenie go jako bonus track. Ta wersja to nie tylko hołd dla ojców chrzestnych mrocznej muzyki, ale także hołd dla - w kontekście Sabbathów bardzo niedocenianego - Tony'ego Martina i, co więcej, Raya Gillena (R.I.P.). Wasza muzyka realizuje swój pełen potenc jał na CD lub winylu, czy też zagralibyście ją jeszcze lepiej przed fanami na koncertach? Denis Brosowski: Czas pokaże! Kilka utworów już graliśmy na żywo w przeszłości, ale dopracowaliśmy je jeszcze bardziej przed i podczas nagrań. To znaczy, wiemy już jak te utwory działają na publiczność. Na pewno jesteśmy w stanie jeszcze udoskonalić nasze występy na żywo.

wspierającym. Wszyscy jesteście bowiem "Strażnikami Stali", a więc trzymajcie płomień przy życiu! Kai Ludwig: Dla mnie polska scena muzyczna w ogóle zawsze była bardzo wszechstronna i innowacyjna. Jako wielki fan progressive i fusion, uwielbiam muzykę Czesława Niemena, szczególnie jego twórczość z lat 70-tych. Kiedy dostałem "Idee Fixe" w prezencie od moich rodziców, byłem - i nadal jestem - powalony. Dziękuję wam wszystkim i nie pozwólcie politykom wbijać klina między ludzi! Dziękuję za to, że nie pozwoliliście, aby "puste słowa prowadziły ślepych na manow ce". Uh? To był fragment Waszych liryków, a tymczasem chodzi zwyczajnie o to, że badzo dziękuję wam za rozmowę. Denis Brosowski: Nie ma za co, wielkie brawa dla Polski! Kai Ludwig: Dzięki! Sam O'Black

Lubicie, gdy wasze ulubione zespoły grają całe albumy podczas specjalnych imprez z okazji premiery? Jak wyglądałaby taka impreza z okazji wydania "Crimson Messiah" w pełni przebudzonym świecie? Kai Ludwig: To zależy. Jeśli album opowiada

IRON FATE

125


Nie próbujemy wymyślić koła na nowo Zawartość EPki "Omens" zdradza już jej okładka - każdy z elementów, który się na niej pojawił, reprezentuje inny kawałek, a vintage'owa stylistyka, w której jest utrzymana, również ma swoje przełożenie na zawartość. Lady Beast utrzymuje przy życiu lokalną scenę metalową z Pittsburga, ale jest interesującym odkryciem także dla reszty świata. Mieszany, bo ze znaczącą obecnością dwóch kobiet - wokalistki i stosunkowo nowej w składzie basistki zespół, nie tylko coveruje klasyków, ale i oddaje klasyce cześć własnymi kompozycjami, gwarantując słuchaczowi podróż w czasie. Jak się okazało, dla mojej rozmówczyni, Deborah Levine, frontwoman Lady Beast, nowa EPka także jest kapsułą czasu. HMP: Wśród waszych inspiracji jest wielu klasyków, jak King Diamond czy Thin Lizzy, a osobiście słyszę sporo patentów Dio w liniach wokalu i riffach. Czy Dio jest dla ciebie ideałem wokalisty, symbolem statusu, który chcielibyście osiągnąć jako zespół? Czy faktycznie używasz jego wokalnych sztuczek, kiedy piszesz partie wokalne dla Lady Beast? Deborah Levine: Świetne pytanie! W zasadzie nie myślę za dużo o wpływie innej muzyki i artystów, kiedy piszę swoją muzykę czy teksty. To przychodzi naturalnie (nieszczegól-

Wiele rzeczy dotyczących naszej płyty jest dla mnie bardzo znaczących przez to, że powstawała w okresie pandemii, kiedy, moim zdaniem, cały kraj był pogrążony w chaosie. Ten utwór był w pewien sposób symboliczny, to sposób na przeciwstawienie się autorytetom i pokazanie im naszej siły jako zżyta społeczność. Poza tym, "Kill the King" rządzi, więc zagranie go dało nam sporo frajdy. Publiczność oszalała, gdy zagraliśmy go na żywo na naszym specjalnym koncercie z okazji premiery płyty. Dio sporo dla mnie znaczy i miło mi słyszeć, że pomyślnie wykonaliśmy taki klasyk

Foto: Lady Beast

nie w kwestii tekstów, ale jakoś sobie radzę), ale oczywiście biorąc pod uwagę typ muzyki, którą gramy, oddajemy cześć naszym metalowym pradziadkom/prababkom i ich stylowi grania. Dorastanie, słuchając konkretnych zespołów, bez wątpienia miało wpływ na sposób w jaki piszemy i nagrywamy muzykę. Ja, osobiście, bardzo lubię czerpać z optymizmu i marzycielskiej energii Dio, kiedy występuję albo rozmawiam z fanami. Przypomina mi, że nie ma rzeczy niemożliwych! Zdecydowaliście się też na cover kawałka Rainbow, "Kill the King". To znów Dio. Co spowodowało, że zdecydowaliście się akurat na własną wersję tej piosenki, ma dla was specjalne znaczenie?

126

LADY BEAST

w swoim stylu. Kobiety stanowią ważną część waszego zespołu. To część sekcji rytmicznej (bas) i wokal. Gdy pracujecie nad nowymi kompozycjami, taki miks płci w składzie jest raczej zaletą czy wadą? A może płeć nie ma znaczenia, gdy mówimy o muzyce? Chciałabym wierzyć, że tak właśnie jest. Szczerze, to dla nas, jako zespołu, zupełnie nowa rzecz! Amy Bianco, basistka, to nowa osoba w naszym składzie i dołączyła do nas wiosną 2020 roku. Ledwo mieliśmy okazję korzystać z tej zalety i się rozwinąć, bo teraz mamy możliwość dodania sekcji chórków podczas występów na żywo! To prawdziwy gamechanger i jesteśmy bardzo podekscytowani

myślą o komponowaniu w przyszłości harmonii wokalnych. Amy jest nie tylko wspaniałą basistką, ale też wokalistką, więc to perfekcyjne połączenie. Kto jest odpowiedzialny za niesamowitą okładkę waszej EPki "Omens"? To pełna detali, klasyczna, bardzo vintage'owa rzecz. Ciekawi mnie, kto wpadł na ten zamysł. Jest idealna, co nie? (śmiech). Moja dobra przyjaciółka, Adrienne Rozzi z Poison Apple Printshop zaprojektowała i narysowała tę okładkę. Wpadłam na pomysł, by połączyć wszystkie nasze utwory w formie rysunku, który pojawi się na płycie. Wieża z "The Fool's Journey" miała być w centrum całego projektu. "The Poisoned Path" reprezentują czaszki i tojad na drugim planie. Zaćmienie, w rogu, reprezentuje "Blood for Blood", a nad wszystkimi motywami, jakie pojawiają się na płycie, widnieje tytuł, "Omens". Adrienne zaczęła od tej wizji, a efekt końcowy nas powalił! Jej okultystyczny styl jest rozpoznawalny i uwielbiany na całym świecie, to samowystarczalna kobieta. Proszę, koniecznie sprawdźcie jej stronę internetową i śledźcie prace, które udostępnia! Jesteście profesjonalistami z 10-letnim doświadczeniem scenicznym. Wasz pierwszy album ukazał się w 2012. Co o nim myślicie z dzisiejszej perspektywy, porównując go do "Omens"? Właściwie zaczęliśmy razem grać już w 2009 roku! Trudno jest z dzisiejszej perspektywy myśleć o tych czasach. Świat wyglądał wtedy zupełnie inaczej, niż teraz... ale tak właśnie miało być. Progres i wzrost dojrzałości powinny być widoczne z każdym albumem, a właśnie to dostrzegam patrząc wstecz na naszą dyskografię. Przeszliśmy trochę zmian składu, a ten zespół nie byłby taki sam bez wpływów każdej z tych osób, zarówno na muzykę, jak i na nas samych. Mamy ustabilizowany skład od Metal Immortal z 2016 (poza Amy, która dołączyła, jak mówiłam, w 2020) i w tym momencie jesteśmy dobrze naoliwioną maszyną. "Omens" jest teraz moim ulubionym spośród naszych wydawnictw i nie mogę się doczekać, co przyniosą w przyszłości następne albumy! Jak postrzegasz wasz rozwój, o którym mówisz? Jaka jest największa zmiana widoczna w was, jako muzykach, czy wasze inspiracje i styl, według ciebie, sporo się zmieniły? Utwory i brzmienie, które próbujemy osiągnąć na każdej kolejnej płycie, mają jedno założenie: przewyższyć poprzednią. Nie w wymuszony sposób, ale poprzez naturalny rozwój. Czerpiemy pomysły na nowe numery i produkcję nawet ze słów krytyki dotyczących poprzednich albumów. Dobrze jest próbować nowych rzeczy, ale koniec końców zawsze najważniejsze jest dla nas, by nagrać to, co będziemy potem w stanie wykonać na żywo. Chcemy utrzymywać unikatowy styl, który wyznaczyliśmy w tym gatunku. Osobiście czuję, że śpiewam teraz lepiej, niż kiedykolwiek potrafiłam. Trafiam w dźwięki, których wyciągnięcie kiedyś sprawiało mi problem, więc to bardzo ekscytujące. Nie mogę się doczekać, by stawiać sobie nowe wyzwania przy pracy nad nowym materiałem. Teksty na nowej EPce są bardzo klimaty czne, "The Poisoned Path" przypomina baśń lub legendę, "Reaper" jest czymś w rodzaju ostrzeżenia dla słuchacza. Skąd czerpiesz


inspirację? Będąc szczerą, to kwestia przypadku. O wiele lepiej bawię się pisząc linie wokalu i harmonie, niż teksty. Ale to część tej roboty. Zwykle inspiracja pochodzi od rzeczy, o których aktualnie się uczę, albo z mojego otoczenia. "Reaper" jest zainspirowany codziennością, w której śmierć i ignorancja są na porządku dziennym od ostatnich dwóch lat. Trudno było to ignorować, więc ten utwór to symbol naszych czasów. "The Poisoned Path" zainspirowało moje zamiłowanie do ziołolecznictwa i magii. Chciałam napisać jakąś opowieść i świetnie się bawiłam robiąc to. Jeest jakiś konkretny motyw, wydarzenie historyczne lub postać, o których chciałabyś napisać w przyszłości? W zasadzie nie! Jak powiedziałam wcześniej, pomysły na teksty wpadają przypadkowo, w zależności od tego w jakim miejscu się znajduję, dosłownie i duchowo. Większość moich piosenek opowiada o magii, mistycyzmie, trudach, które napotyka człowiek i mitach... więc myślę, że zostanę właśnie przy takiej tematyce, którą już dobrze znam. Z którego kawałka na "Omens" jesteś najbardziej dumna, muzycznie i tekstowo? Naprawdę trudno mi wybrać! Szczerze, jestem bardzo dumna ze wszystkich piosenek. Każda z nich znaczy dla mnie co innego i podoba mi się sposób, w jaki je skomponowałam. Teksty to takie dziwne kamienie milowe w moim życiu, więc patrząc na nie, jestem w stanie zobaczyć, co mnie akurat zajmowało w danym momencie. Osobę, którą byłam lata temu! Wspaniale mieć tak piękną kapsułę czasu i nigdy tak naprawdę nie myślałam o płycie w ten sposób, aż do teraz. Wasza basistka, Amy, grała wcześniej w death metalowym zespole Lycosa, wasz perkusista, Adam, grał thrash, a jeden z gitarzystów, Andy, grał doom. Teraz wszyscy tworzycie jedność, grającą klasyczny, surowy heavy metal. Jak wasza przeszłość i doświadczenie w graniu innych gatunków wpłynęła na proces komponowania utworów dla Lady Beast? O, tak, słychać u nas wpływy wszystkich podgatunków metalu! To właśnie, jak myślę, czyni nas wyjątkowymi. Mamy thrashowe kawałki, doomowe intra, utwory z wpływami melodycznego powera... Ponownie, to przychodzi nam zupełnie naturalnie, dzięki temu, że słuchamy zróżnicowanej muzyki. I to działa. Nie próbujemy wymyślić koła na nowo, ale chcemy dokładać do naszej muzyki mnóstwo elementów z tego, co wszyscy kochamy w meta-

Foto: Lady Beast

lu. Wasza dyskografia to kopalnia skarbów, macie nawet live album, nagrany w czasie pan demii, "Live Pittsburg June 20th 2020", który można było kupić za symboliczną cenę 6,66 dolarów. Czy to trudny, pandemiczny czas był powodem, dla którego go nagraliście, a może od zawsze chcieliście mieć swój live album? Jak wyglądała realizacja tego pomysłu od strony technicznej? Nie mieliśmy możliwości zagrania koncertu promującego wydanie "The Vultures Amulet", naszego najlepszego albumu w tamtym okresie i to był cios. Brak możliwości pojechania w trasę był dla nas zupełnie nową sytuacją i czuliśmy się z tym okropnie. Lokalny sklep muzyczny zapytał nas, czy bylibyśmy zainteresowani zorganizowaniem pierwszego live streamu w tym miejscu, więc zgodziliśmy się na ten pomysł! Nie tylko po to, by promować płytę i zagrać na żywo kilka kawałków, ale też by przedstawić światu Amy na basie i wokalu. Wyszło naprawdę dobrze i czujemy, że mieliśmy szczęście mając taką możliwość w tak mrocznych czasach. Udało nam się zdobyć nagranie z tego koncertu, a wiedząc, że fani Lady Beast to kolekcjonerzy, chcieliśmy im umożliwić pobranie tego wideo. Byłoby świetnie wydać kiedyś kolejnego live'a! Jako członek współczesnej sceny heavy met alowej z długim stażem, co myślisz o obecnej sytuacji NWOTHM? Postrzegasz Lady Beast jako ważnych członków tej sceny? Heavy metal jest wszędzie i z każdym dniem staje się coraz bardziej popularny! Świetnie jest widzieć, jak dużo jest zespołów piszących i grających muzykę, którą kochają. To wspaniała, ogólnoświatowa społeczność i tęsknię za każdym z nich. W Pittsburgu, skąd pochodzimy, jest bardzo mało zespołów grających tra-

dycyjny heavy metal - istnieje duża scena, ale niekoniecznie otwarta na ten gatunek. Na szczęście jest tu dużo fanów metalu, więc Lady Beast jest bardzo lubiany i mocno wspierany. Pomagamy utrzymywać metalową scenę przy życiu bookując festiwale i pojedyncze koncerty, więc tak, mogę powiedzieć, że jesteśmy ważną częścią lokalnej sceny. Jakie są wasze główne cele na przyszłość, w której możecie już grać normalne koncerty? Są miejsca, gdzie planujecie zagrać lub chcielibyście móc zagrać? Nasz najbliższy koncert odbędzie się w Houston, na Hell's Heroes Fest, w kwietniu 2022. Mamy nadzieję, że do tego czasu wszystko się ustabilizuje, a powrót do normalności pozwoli nam wystąpić w bezpieczny sposób. Przyszłość staje się coraz trudniejsza do przewidzenia, ale powinniśmy myśleć pozytywnie i dbać o siebie. Zaczniemy grać, gdy tylko będziemy mogli! Możesz zdradzić coś o nadchodzącym albu mie, jeśli planujecie go wkrótce wydać? Czy będzie stylistycznie podobny do EPki "Omens"? O nie, nie mamy takich planów przynajmniej na rok! "Omens" został wydany zaledwie miesiąc temu (w chwili naszej rozmowy - przyp. red.), więc mamy trochę roboty z promocją i miejmy nadzieję występami na żywo, gdzie będziemy ogrywać ten album przez kolejnych kilka miesięcy. W międzyczasie skupimy się na pisaniu nowego materiału. Mamy zamiar komponować i ćwiczyć co tydzień, więc jestem pewna, że jeszcze przed świętami będziemy mieć trochę nowych kawałków. Jak zawsze dziękuję za poświęcony czas.Wasze wsparcie dużo dla nas znaczy! Iga Gromska

LADY BEAST

127


Biały lew wychodzący cmentarną bramą Wokalista i gitarzysta Julian Izard opowiedział nam zwięźle o zawartości najnowszego albumu francuskiego zespołu heavy metalego Existance pt. "Wolf Attack". Po jego usłyszeniu wpadłem w taki zachwyt, że chciałem czym prędzej zadzwonić do jego twórcy, ale ten zgasił mój entuzjazm, proponując w zamian korespondencję pisemną. Pomimo tego, gorąco zachęcam Was do zapoznania się z tematem, przede wszystkim z uwagi na wyborne brzmienie płyty, jej kompozycyjny kunszt oraz życiową dojrzałość reprezentującego ją francuskiego imprezowicza. HMP: To świetnie, że istnieje we Francji taki zespół jak Existance! Zwłaszcza że zagraliście kilka koncertów w czasach, kiedy inne zespoły często przekładają lub odwołują swoje występy? Julian Izard: Dzięki. Bezpośredni kontakt z fanami jest dla nas bardzo ważny. Motywują nas oni do działania i to dzięki nim Existance dziś w ogóle istnieje. W ostatnich miesiącach skorzystaliśmy z kilku okazji, aby znów zagrać na żywo. Znakomicie się przy tym bawiliśmy! Mam szczerą nadzieję, że wkrótce świat powróci do normalnego trybu z poszanowaniem godności, wolności i własności.

Roses, Scorpions, Whitesnake to spełnienie marzeń!

Jak było na Waszej ostatniej małej trasie z Victory? Wystąpiliśmy wraz z nimi 30 października 2021r. we Francji oraz 31 października 2021r.

A co z ludźmi mieszkającymi na odludnych wysepkach pośrodku mórz i Oceanów? Obiecujemy, że i do nich zawitamy. Niech tylko zaproszą nas na kieliszek grzanego wina, a

Co konkretnie macie na myśli, powtarzając często, że potrzebujecie bronić nowy album na żywo? Czyż dobra muzyka nie broni się sama, słuchana z winylu bądź z CD? Chodzi o to, że pochodzimy z Francji i zaistnieliśmy jak dotąd tylko na francuskiej scenie. Aby to zmienić, potrzebujemy wybrać się z koncertami również do innych krajów. Czujemy się niezmiernie dumni z "Wolf Attack" i chcemy dzielić się tym albumem z fanami z całego świata!

LP "Breaking The Rock" (2016). Powiedział nam wtedy, jak bardzo docenia Existance oraz nasz styl rodem z lat osiemdziesiątych, a także zaproponował nam wyprodukowanie kolejnego albumu. W styczniu 2019r nagraliśmy dwa utwory w jego studiu, aby przekonać się, czy na pewno odpowiada nam oferowane przez niego brzmienie i metoda pracy. Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, więc w czerwcu 2019 roku powróciliśmy do jego studia na dwa tygodnie, aby zarejestrować całą płytę. François okazał się naszym idealnym producentem. Bardzo nas wspierał. Zawdzięczamy mu wiele pomysłów aranżacyjnych. Nie ulega wątpliwości, że chcemy kontynuować współpracę z nim w przyszłości. Bardzo podoba mi się okładka zdobiąca "Wolf Attack". Czy ukazany na niej wilk nie przechadza się aby po tej samej alei, której fragment znalazł się już na okładce Saxon "The Inner Sanctum" (2007)? Wszyscy uwielbiamy Saxon, jednak "The Inner Sanctum" nie stanowiło naszego punktu odniesienia. Możliwe, że obie okładki mają coś ze sobą wspólnego (np. krzyż), ale nie daliśmy tego rodzaju zalecenia naszemu grafikowi, Mario Lopezowi. Poprosiliśmy go raczej o białego lwa wychodzącego cmentarną bramą w spowitej granatem nocy. Okładka ostatecznie okazała się lepsza, niż oczekiwaliśmy! Jeśli dobrze się przypatrzysz, na pewno odnajdziesz podobieństwo do okładek naszych poprzednich płyt. Pozwolę Ci samemu ich poszukać... Myślę, że wilk raniony jest tym samym ostrzem (między swym prawym okiem a prawym czołem), które pełniło centralną część poprzednich okładek. Wszystkie Wasze albumy łączy również ta sama wspólna cecha, że rozpoczyna się intrem. Czy Wasze intra pełnią jedynie funkcję ozdobną, a może chce cie poprzez nie przekazać coś więcej? Zgadza się. Przykładamy wagę do tego, aby słuchacze zanurzali się w atmosferze kreowanej przez Existance od początku trwania albumu. Analogicznie dzieje się na naszych koncertach. Osobiście odbieram to tak, że intra wzmacniają żądzę odbiorców oraz dosadność pierwszych partii instrumentalnych. W tym przypadku, Saxon byłby właściwym punktem odniesienia.

Foto: Existence

w Belgii. Victory to niesamowity zespół, a Gianni to cudowny wokalista. Spotkaliśmy się przy okazji z Hermanem Frankiem. Sporo żartowaliśmy i śmialiśmy się - Herman jest bardzo pogodny, skromny i wesoły. Cieszymy się z możliwości dzielenia z nim sceny. Wspaniały z niego gitarzysta i kawał prawdziwego rockmana. A teraz czekacie na Hellfest? Po tym, jak 29 października ukazało się "Wolf Attack", Hellfest jest najgoręcej wyczekiwanym przez nas wydarzeniem. Występowanie na drugiej głównej scenie 25 czerwca 2022r. z takimi legendami jak Metallica, Guns N'

128

EXISTANCE

będziemy w drodze (śmiech)! "Wolf Attack" zarejestrowaliście już w 2019r., ale ów longplay nie brzmiałby tak jak brzmi, gdybyście nie spotkali Françoisa Merle'a (gitarzystę Manigance) podczas swojego show w Bilbao (główne miasto północnej Hiszpanii, położone nad Zatoką Biskajską - przyp. red.). Czy przystępując do prac nad albumem, nosił się on z zamiarem zmiany jego brzmienia w porównaniu do Wa-szego zamysłu? François przyszedł zobaczyć nas w Bilbao podczas naszej trasy z Primal Fear oraz Riot V w 2018 roku. Broniliśmy wtedy poprzedni

Utwór "Highgate Vampire" przedstawia konkretną legendę miejską o londyńskim wampirze z 1970 roku. Towarzyszący mu wideoklip nie udziela jednak odpowiedzi na pytanie o detale tej legendy. Faktycznie, do napisania "Highgate Vampire", a następnie do nakręcenia na jego bazie wideoklipu, zainspirowała mnie ta historia z Londynu. Staraliśmy się odtworzyć identyczną, przerażającą atmosferę. Na początku video przechodzam się z dziewczyną po cmentarzu. Wydaje jej się, że spędzimy wspólnie fajne chwile, ale szybko dostrzega we mnie coś dziwnego i niepokojącego. Kiedy przypadkowo kaleczy się i zaczyna krwawić, natychmiast nawilżam jej krwią kciuk, aby skosztować. Zaczynam... e, sami sprawdźcie! Wszyscy z (niekoniecznie wampirzą) przy jemnością sprawdzimy. A jakie wydarzenie historyczne zainspirowało "Sniper Alley"? Sniper Alley to nazwa głównego bulwaru Sarajewa w czasach Wojny Bośniackiej. Grasowali


w niej snajperzy, więc szybko stało się niesławne jako miejsce niebezpieczne dla ludności cywilnej. Rozmawiałem o tym z gitarzystą Antoine oraz z jego wujkiem, pracującym w tamtych czasach jako pilot helikoptera we francuskiej armii. Opowiedział nam, co tam widział. Wywarło to na mnie piorunujące wrażenie. Uznaliśmy, że koniecznie musimy napisać o tym utwór. "Sniper Alley" utrzymaliście w średnim tem pie, za wyjątkiem szybszej części z gitarowym solem, ale myślę o tym kawałku raczej jak o power - balladzie niż typowym killerze napędzanym riffem. Podobno zazwyczaj zaczynasz komponowanie od riffu. Czy stało się tak też tym razem? A dla nas, "Sniper Alley" przypomina twórczość Black Sabbath z Dio... Zawsze uwielbialiśmy tego typu riffy. Jeśli posłuchasz starszego repertuaru Existance, np. "Innocent" lub "Get Away", mają one ten sam sznyt. Nie nazwałbym natomiast "Sniper Alley" mocną balladą, ale z pewnością to ciężki numer. "Tears Of Fire" jest jeszcze bardziej osobiste, skoro dedykujesz je swojemu ojcu (Didier Izard, 1961-2018, wokalista H-Bomb przyp. red.). W "Tears Of Fire" śpiewam o ostatnich chwilach spędzonych z ojcem oraz o gorzkim uczuciu samotności po jego odejściu. Ten utwór działa na mnie terapeutycznie. Pomógł mi oczyścić się z wewnętrznego gniewu i smutku. Wyjątkowo źle czułem się pisząc "Tears Of Fire", ale dzięki niemu lepiej poradziłem sobie z żałobą. Jaka była najważniejsza lekcja, której nauczył Cię ojciec? Zawsze powtarzał mi, że wszystko w życiu osiąga się wyłącznie rzetelną pracą. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i zabrać do roboty, aby do czegoś dojść. Obecnie spełniamy niektóre nasze marzenia w ramach Existance dlatego, że rzetelnie na to zapracowaliśmy. Ojciec uczył mnie również pokory. Zależało mu, abym czerpał radość z tego, czym się zajmuję, gdyż jest ona konieczna do kontynuowania obranej drogi w dłuższym horyzoncie czasowym.

Foto: Existence

wspólnych prób, więc postanowiliśmy przygotować covery na potrzeby serii "Legends Never Die". Traktujemy to jako tribute dla naszych idoli, którzy zmarli, lecz pozostali naszą silną inspiracją (czy też: zespoły, w których skład wchodzili kiedyś zmarli muzycy, są silną inspiracją dla Existance - przyp. red.). Nagraliśmy pięć utworów: Van Halen "On Fire", Thin Lizzy "Suicide", Iron Maiden "Another Life", Riot "Altar Of The King" oraz Rainbow "Kill The King". Sfilmowaliśmy również każdego z nas podczas wykonywania tych utworów we własnych miejscach. Możesz znaleźć to na naszym kanale YouTube.

jesteśmy jednak w pełni skoncentrowani na "Wolf Attack". Zamierzamy bronić tego albumu na scenie najlepiej, jak się da. Planujemy trasę po Europie z nadzieją, że jak najszybciej damy czadu przed polskimi maniakami heavy metalu! Sam O'Black

Co planujecie na następcę "Wolf Attack"? A, coś tam już nawet nagraliśmy. W tej chwili

Doskonałym uzupełnieniem "Tears Of Fire", a zarazem perfekcyjnym zwieńczeniem całego albumu, jest cover H-Bomb "Gwendoline". Czy wszyscy muzycy Existance dzielili te same emocje, kiedy nagrywaliście ten materiał? Tak, zarówno odnośnie coveru, jak i "Tears Of Fire". Wkrótce ukaże się wideoclip do "Tears Of Fire". Przekonasz się na nim, jaki emocje nas owładnęły. Mój ojciec utrzymywał bliski kontakt z każdym muzykiem Existance, więc jestem przekonany, że oni również potrzebowali zadedykować mu część albumu. "Gwendoline" najpełniej reprezentuje H-Bomb. Mój ojciec był zawsze najbardziej dumny właśnie z tej kompozycji. Nawet wielu fanów Existance prosiło nas o ten cover. Dziś uznajemy, że zadanie zostało właściwie wykonane. Niczym wilk z okładki, będziemy kontynuować własną podróż i pełnić heavy metalową służbę najlepiej jak się da. Jeszcze zanim zabraliście się za "Wolf Attack", zajmowaliście się innymi coverami... Nie mogliśmy w tamtym okresie odbywać

EXISTANCE

129


Na następny album nie damy wam czekać 11 lat Ile znacie heavy metalowych zespołów z Syberii? No właśnie… Teraz macie szansę poznać bliżej przynajmniej jeden z nich, ocierający się również o epic/ power syberyjski Blacksword. Po skompletowaniu składu marzeń zespołowi udało się nawiązać współpracę z No Remorse Records i wydać drugi album, "Alive Again". Jeśli sprawi, że po jego przesłuchaniu będziecie mieć ochotę chwycić topór i wskoczyć na wojennego konia, to przyświecający mu cel został osiągnięty. O pracy nad płytą przy o wiele wyższym budżecie, rosyjskiej scenie metalowej i poszukiwaniach idealnego wokalisty przez YouTube opowiedział basista i założyciel zespołu, Ivan Viking. HMP: Pomiędzy waszym pierwszym i ostat nim albumem było ponad 10 lat przerwy. Zaczęliście nagrywać drugą płytę w 2018. Czym było to spowodowane? Czy tak długa przerwa miała pozytywny wpływ na waszą kreatywność i finalna wersja płyty jest dzięki niej lepsza? Ivan Viking: Cześć! Tak, mieliśmy długi okres ciszy, a to wszystko z powodu problemów związanych ze skompletowaniem składu i poszukiwaniem odpowiednich muzyków. Mimo to, w tym czasie udało nam się porobić próbne nagrania, w 2010r. było to demo "Alive Again", a w 2013r. - "Long Lost Days and Darkest Heart". W 2018r. nareszcie zgroma-

Ivan, to ty założyłeś zespół. Jesteś basistą, a basowi frontmani są bardzo popularni w thrash/death metalu, a to właśnie te podgatunki grałeś na początku. Brzmisz świetnie, na przykład w "Barbaria Born". Jak ci się gra, od kiedy przerzuciłeś się na heavy/power? Czujesz różnicę, znalazłeś nowych idoli, np. Harrisa zamiast Angelrippera? Cóż, w gruncie rzeczy, od początku chciałem grać coś w stylu klasycznego metalu z czystymi wokalami. Po prostu nie znalazłem odpowiednich muzyków. Z czasem pojawili się w moim życiu i już w 2007r. zaczęliśmy grać coś podobnego do heavy/power metalu, a gdy pojawiły się długie kompozycje, musieliśmy do-

Zgadzam się, brzmienie okazało się znakomite i są ku temu powody! Podwyższyliśmy budżet przeznaczony na nagrania osiem razy w porównaniu do pierwszej płyty, perkusję nagraliśmy w najlepszym studio w naszym regionie, następnie bas i gitary w studiach domowych, przez sygnały DI (directs injections) karty dźwiękowej, które następnie ponownie wzmocniono przez prawdziwe wzmacniacze, więc spędziliśmy więcej czasu przy jakości nagrań i aranżacjach. Gdy tylko partie instrumentalne były gotowe, bezpośrednio wysłałem Mike'owi instrumentale i demo, które w poglądowy sposób pokazywało co, gdzie i w którym momencie ma zaśpiewać, a on dograł wokale. Całość została zmiksowana przez Arkadya Navaho, świetnego specjalistę, dzięki któremu został osiągnięty efekt końcowy tak wysokiej jakości! Jak zaczęła się wasza współpraca z większą wytwórnią i w jaki sposób wam ona pomogła? Wszystko tak naprawdę stało się samo. Kiedy Mike posłuchał skończonego albumu, stwierdził: "Cholera, ta płyta jest świetna, muszę ją pokazać jednej znajomej osobie, jest dyrektorem wytwórni". Okazało się, że to był Chris Papadatos z No Remorse Records i pospisaliśmy kontrakt na wydanie dwóch albumów, więc dobre wieści są takie, że na kolejny nie będziecie musieli czekać jedenastu lat (śmiech). Swoją drogą, wcześniej miałem niewielką rozmowę z Matem Sinnerem, ale albo był zbyt zapracowany, albo nie był nami zainteresowany, sprawy nie ruszyły dalej.

Foto: Blacksword

dziliśmy wszystkich potrzebnych muzyków (poza Mike'iem, jego znaleźliśmy nieco później), rozpoczęliśmy próby i stopniowe nagrania nowego materiału. Myślę, że pomimo faktu, że musieliśmy czekać zbyt długo na drugi album, ten czas sprawił, że jest lepszy, jak dobrze starzejące się wino (śmiech). Jest nowa płyta, jest też nowy skład. Jak wam się razem pracuje, jak opisałbyś chemię pomiędzy muzykami Blacksword? Próby i praca nad nowym materiałem to coś, co bardzo mnie inspiruje, myślę, że nawet bardziej, niż występy na żywo! Chociaż cały materiał został napisany przed 2018r., podczas prób każdy z nas dorzucił trochę nowych sugestii i poprawek, dzięki czemu kawałki stały się lepsze i o wiele bardziej interesujące.

130

BLACKSWORD

dać do tego jeszcze przydomek "epic" (śmiech). Pomijając to, uwielbiam jedno i drugie, zarówno Harrisa jak i Angelrippera! Na płycie wciąż słychać echa thrashu, jak w "Cave of the Witch". Czy mieszanie innych gatunków z heavy metalem było intencjonalne, gdy zdecydowałeś się obrać nowy kurs? Tak, uwielbiam dodawać do kawałków thrashowe wtrącenia, co można usłyszeć w "Immortal Hero", "Darkest Heart" i wspomnianym przez ciebie "Cave of the Witch". Dzięki temu te numery mają jaja i idealnie nadają się do machania głową! Produkcja nowego albumu brzmi niezwykle dobrze. Opowiedz więcej o procesie nagry wania.

Opowiedz więcej o poszukiwaniach wokalisty dla Blacksword przez YouTube. Rozważaliście innego kandydata? Co było takiego specjalnego w coverach Mike'a, którego ostatecznie wybraliście? Pewnego wieczoru, po niezbyt udanej próbie, zacząłem myśleć o poszukaniu jakiegoś legionisty z Europy, żeby nagrał dla nas wokale. Kiedy zacząłem przeglądać covery na You Tube, jednym z pierwszych było wideo Mike'a. Od razu pomyślałem: "Cholera, ten koleś musi z nami śpiewać!". Skontaktowałem się z nim, pokazałem materiał i zgodził się z nami pracować, pod pewnymi warunkami. Spodobał mi się też Dan Vasc, jeden koleś z Rosji, ale miał problemy z angielską wymową. W Mike'u najbardziej spodobał mi się jego agresywny styl śpiewania, który, tak jak thrashowe wstawki, sprawia, że kawałki mają jaja! Perkusista Stanislav Volkov zakochał się w heavy metalu w trakcie pracy z twoim zespołem. Od czego w takim razie zaczynał, od jazzu? Czy widzi powiązania między tym,


czego wcześniej słuchał i co grał z heavy/ power metalem? Może jego umiejętności nabyte przy okazji grania innych gatunków mu się teraz przydają? Tak, Stanislav nie grał wcześniej klasycznego metalu, grał inne style, jak funk, alternatywny metal, ska-punk i tak dalej, nie da się tego wszystkiego spamiętać! To prawdopodobnie najlepszy perkusista w naszym mieście, więc grał w naprawdę wielu różnych zespołach. Później podziękował mi za wciągnięcie go w metal, powiedział, że bardzo się rozwinął przez ten czas, ta muzyka nie należy do najprostszych (śmiech). Sam proponuje wiele progresywnych fragmentów w naszych utworach i stwierdził, że nasz album okazał się być arcydziełem. Jakie były wasze główne inspiracje, poza wymienianym wszędzie Jag Panzer? Mówiąc szczerze, porównania z Jag Panzer wzięły się ze strony wytwórni, okazało się, że widzą pomiędzy nami podobieństwa. Nie jestem fanem tej grupy i nawet ich wcześniej nie słuchałem (śmiech). Ale myślę, że to dla mnie dobry powód, by zapoznać się z ich twórczością, co pewnie wkrótce zrobię. Osobiście, staram się szukać inspiracji we wszystkim, filmach superbohaterskich, książkach, muzyce, której słucham, oczywiście najczęściej to różne odmiany metalu, power, heavy, thrash, a czasem nawet progresywny death metal. Co myślisz o scenie metalowej w Rosji? Wydajesz się być bardzo dumny będąc jej częścią, promując swój zespół jako "metal z Syberii". To nie tak, że jesteśmy dumni z faktu, że pochodzimy z Syberii, to po prostu brzmi nietypowo (śmiech). Czy znasz wiele epic heavy metalowych syberyjskich zespołów? No właśnie, ja też nie! Myślę, że to przyciąga wzrok. Nie powiedziałbym, że scena metalowa w Rosji radzi sobie szczególnie dobrze. Z cięższych gatunków, "modern metal" ze screamami i squealami, za którym nie przepadam, jest bardzo popularny, albo bardziej klasyczny metal, ale brzmi jak kiepska kopia zespołów z zachodu. Jaki był najlepszy koncert, który kiedykol wiek zagrałeś? Myślę, że to było dawno temu, w 2011r.,

Foto: Blacksword

kiedy metalowe koncerty w Rosji wciąż jeszcze przyciągały sporo osób (śmiech). Miałam poczucie, że "Alive Again" potrze buje ballady i wtedy wszedł ostatni kawałek, "The Crown of All", piękny, wyróżniający się instrumental. Opowiesz coś więcej o kon cepcie i pracy nad nim? Rolę ballady na tej płycie pełni już właściwie "Long Lost Day". Kończący ją instrumental był początkowo tylko melodią gitary w refrenach do "Iron Will", jeśli zwróciłaś na to uwagę. Zagrałem go na gitarze akustycznej i stwierdziłem, że dobrym pomysłem będzie stworzyć instrumentalny kawałek, który połączy wszystkie najlepsze partie z płyty w jeden, a jego tytuł - "The Crown of All" - bardzo do tego pasuje. To fragmenty z różnych piosenek, ale też nowe melodie, które je wszystkie łączą. Myślę, że wyszło nam bardzo dobrze, a dźwięk grzmotów i deszczu dodaje do niego atmosfery! W takim razie ciekawi mnie, który kawałek z nowej płyty jest, twoim zdaniem, definicją Blacksword i dlaczego? Według mnie "Iron Will" i "Alive Again". W pierwszym to kwestia jego mocy, od pierwszego riffu masz ochotę wskoczyć na wojennego konia, podnieść topór i wyruszyć nisz-

czyć swoich wrogów. W drugim przypadku to kleista, epicka, długa opowieść i chwytliwe melodie. Myślę, że to mogą być moje ulubione kawałki z tej płyty. Wolna, instrumentalna część w "Iron Will" wykracza poza klasycznie rozumiane heavy. Mogłaby być napisana przez najlepszych solowych gitarzystów, grających progressive/ fusion, nie tylko metal. Jest też świetne solo basu w "The Last Viking" i nowoczesna, prawie industrialna część w "Immortal Hero". Dlaczego zdecydowliście się na takie eksperymenty i czy możemy spodziewać się ich więcej? Oczywiście, dlaczego nie? Kto nam zabroni? (śmiech). Myślę, że ważne jest, żeby wnosić do gatunku coś nowego, by mógł się rozwijać i żyć dalej, granie tych samych rzeczy przez całe dekady jest nudne! Najważniejsza rzecz to znaleźć złoty środek pomiędzy eksperymentowaniem i klasyką, ale myślę, że nie eksperymentujemy jeszcze aż tak dużo. Ale kiedy takie partie się pojawiają, są główną atrakcją w utworze, a nie tylko eksperymentem dla samego faktu eksperymentowania. Jakie są plany Blacksword na przyszłość? Już myślę nad trzecim albumem i wpadam na tematy, które mogłyby się na nim pojawić. Mieliśmy trudności z graniem na żywo, ponieważ wszyscy mieszkamy w różnych miejscach, nasz wokalista w Atenach, ja przeniosłem się do Kaliningradu po skończeniu nagrań, większość zespołu póki co została na Syberii. Na szczęście we współczesnym świecie granice się przesuwają, możesz komponować i pracować na odległość, a samoloty wciąż latają, więc za półtora roku prawdopodbnie wybiorę się na Syberię nagrywać kolejny album! W międzyczasie, musimy promować ten, który już jest i który okazał się być bardzo dobry, będziemy szczęśliwi, jeśli pokochacie go tak, jak my. Może w 2022r. będzie możliwość wystąpienia na niektórych europejskich letnich festiwalach. Dziękujemy wam za wsparcie i że pamiętacie o naszym zespole po tylu latach! Jeśli chcecie nas wesprzeć, lub po prostu posłuchać nowej płyty, zapraszam na naszego Bandcampa (blacksword.bandcamp.com). Stay metal! Iga Gromska

Foto: Blacksword

BLACKSWORD

131


Zaspokoić potrzeby wszystkich fanów metalu Katana Cartel nie tylko muzycznie, bo również w tekście wywiadu, potwierdza, że australijska scena metalowa wcale nie świeci pustkami, a wręcz staje się coraz większa i silniejsza. Panowie obrali sobie dość kontrowersyjny cel dotarcia do fana każdego metalowego podgatunku, mieszając większość swoich wpływów i przechodząc od inspirowanego Priest hard rocka do inspirowanego Trivium nowoczesnego oblicza metalu. Bywa, że to, co ma podobać się wszystkim, ostatecznie nie trafia do nikogo. Albumem "The Sacred Oath" Katana Cartel chce jednak udowodnić, że jest inaczej - szczególnie, że w nareszcie skompletowanym składzie znalazł się świetny gitarzysta, Dylzy, a cała otoczka wokół płyty - teledyski, lockdownowe akcje, motywy, które się na niej znalazły, śmiałe plany podboju scen na innych kontynentach - dają chłopakom tyle radości, że jest szansa, że słuchacze także jej doświadczą. HMP: Założyliście zespół w 2012, ale pier wszą EPkę wydaliście dopiero w 2016. "The Sacred Oath" z tego roku jest waszym pierwszym albumem długogrającym. Co wam tak długo zajęło? Czuliście, że potrzebujecie dać sobie więcej czasu, by uporządkować wasze pomysły i nadać im ostateczny kształt? Rob "Rockit" Georgievski: Główny problem, jaki napotkaliśmy, to ciągłe zmiany składu ze-

Poznaliśmy Dylzy'ego dzięki innemu zespołowi z lokalnej sceny, graliśmy z nimi sztukę i w końcu się rozpadli, akurat wtedy, gdy od nas odszedł nasz solowy gitarzysta. Dylzy i Fluffy (nasz wokalista) pracowali już wcześniej razem i Fluffy jakoś go namówił, by do nas dołączył. Dylzy pokochał nasz materiał, a my pokochaliśmy jego grę. Myślę, że to prawdziwa maszyna i dzięki niemu nasz zespół wszedł

Foto: Katana Cartel

społu. Za każdym razem, gdy w końcu kogoś znajdowaliśmy, ktoś inny odchodził i vice versa. Gdy już skompletowaliśmy właściwy skład, jeździliśmy w trasy i graliśmy koncerty, żeby upewnić się, że dobrze się rozumiemy i poczuliśmy, że nareszcie to mamy. Traktuję to również jako coś dobrego, bo tak naprawdę pomogło nam dopracować brzmienie kawałków i sprawiło, że mają taką formę, jaka jest dziś znana. Jednym ze stosunkowo nowych członków zespołu jest wasz gitarzysta prowadzący, Dylan "Dylzy" Reeves. W jakich okolicznościach dołączył do zespołu i dlaczego uznaliście, że będzie do was pasować? Pomijam to, jak świetnym jest muzykiem, solówki w "Night Town" mnie powaliły!

132

KATANA CARTEL

na wyższy poziom. Który z waszych kawałków uważacie za najlepszy i dlaczego? Może jest to coś senty mentalnego, za czym stoi jakaś konkretna historia? Szczerze, jakkolwiek ckliwie to nie zabrzmi, lubię słuchać ich wszystkich i z każdym czuję się bardzo mocno związany. Trudno jest wybrać jeden. Gdybym naprawdę musiał to zrobić, postawiłbym na "Judge Shredd". Czuję, że daje pole do popisu każdemu członkowi zespołu, każdy ma tam swoją solówkę i uważam, że to epickie! Ważną częścią albumu jest zawsze jego intro, ale sporo zespołów albo o tym zapomina, albo nie przywiązuje do tego szczególnej uwagi. Wy za to napisaliście świetny, pół-

akustyczny otwieracz z odgłosem syren na "The Sacred Oath". Czy od początku planowaliście tak rozpocząć tę płytę? Tak, taki plan istniał od zawsze. Chcieliśmy stworzyć powiązanie muzyki z obrazem, ze sztuką, w takim sensie, że gdy włączysz ten album, a on rozpocznie się od dźwięków syren czy wojny, a później spojrzysz na okładkę, to ma za zadanie przenieść cię w inny świat. Uwielbiamy takie rzeczy. Jakie jest wasze ulubione intro wszechcza sów? Dla mnie, osobiście, to intro w stylu "The Hellion", który przechodzi w "Electric Eye" Judas Priest na "Screaming for Vengeance". Jest świetne, a w połączeniu z okładką - jeszcze lepsze. Dźwięk syren pojawia się też w waszym pierwszym kawałku, "Air Raid". Nagraliście do niego również teledysk, który miał pre mierę kilka miesięcy temu. Opowiesz coś więcej o procesie nagrywania? I gdzie znaleźliście taką lokalizację [coś w stylu opuszc zonej hali, wojskowe samoloty etc. - przyp. red.], dzięki której efekt jest jeszcze bardziej intensywny? Gdy tylko napisaliśmy "Air Raid", wiedzieliśmy, że musi się tam pojawić dźwięk syren. To ja wpadłem na pomysł nakręcenia teledysku w Muzeum Samolotów Wojskowych. Fluffy znalazł jedno, które akurat znajdowało się godzinę drogi od nas w Melbourne. Bardzo spodobało nam się to miejsce, właściciele okazali się bardzo gościnni, do tego stopnia, że zaoferowali nam wycieczkę po muzeum i opowiadali nam o każdym z samolotów i helikopterów. Kręciliśmy w nocy, po zamknięciu, przez kilka dni i była to najlepsza rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłem. Świetnie się przy tym bawiłem. A mówiąc o "Air Raid", dlaczego zdecydowaliście się pisać akurat o drugiej wojnie światowej? Teskt opowiada też o dualności człowieka, jest bardzo filozoficzny. To ważne dla ciebie wydarzenie, interesujesz się historią, czy uważasz to po prostu za dobry motyw na tekst, który współgra z twoją muzyką? A może wszystkie powody są prawdziwe? Tak, powiedziałbym, że wszystkie są prawdziwe. Fluffy'emu, który jest autorem tego tekstu, przyszło to naturalnie, po prostu poczuł tę historię, chciał napisać o porwanym żołnierzu. Zdecydowanie również ją poczułem. Motywy historyczne świetnie współgrają z muzyką metalową i dzięki niej możesz się bardziej wczuć w tę opowieść. Kto jest odpowiedzialny za okładkę? Jest bardzo szczegółowa i pełna japońskich moty wów, które też świetnie pasują do heavy metalu. Czyj to pomysł i czy zainspirowała was stylistyka konkretnego zespołu lub inna okładka? To znowu był mój pomysł (śmiech). Znalazłem kiedyś na Facebooku artystę, który nazywa się Dusan Markovic i od zawsze bardzo podobały mi się jego pracę. Wiedziałem, że byłby w stanie stworzyć okładkę i czułem, że pomoże nam wizualnie uchwycić ludzi, o których opowiadamy, tak dobrze, jak zrobiliśmy to muzycznie. Pomógł nam wydobyć z nas nasze pomysły. Daliśmy mu podstawowe wskazówki i opis tego, co chcieliśmy osiągnąć i co


możecie teraz podziwiać na okładce naszej płyty. Nagraliście też teledysk w trakcie lockdownu, angażując różnych muzyków. Jakie były wasze metody na przetrwanie tego okresu, wliczając ten pomysł? Pomyśleliśmy, że trzeba zrobić coś wesołego w tym pesymistycznym czasie. Teledysk do "Grenade" miał być dobrą zabawą, w którą chcieliśmy po prostu zaangażować fanów, przyjaciół i rodzinę, nie chcieliśmy, by dotyczył tylko zespołu. To był nasz sposób na podziękowanie każdemu, kto nam pomógł i widział nas na scenie. Muzyka, którą gracie zdecydowanie jest inspirowana hard rockiem/heavy metalem, ale ma raczej nowoczesne brzmienie (jak "Dime a Dozen"), nie jest to przykład klasycznego grania. Jak znaleźliście własne brzmienie i własny sposób na pisanie materiału? Kiedy zaczęliśmy prace nad pisaniem albumu, naszym celem było stworzenie nie tylko dobrze brzmiącej płyty, ale także zaspokajającej potrzeby każdego fana metalu na świecie. Dodaliśmy więc elementy z każdego podgatunku, a później staraliśmy się unowocześnić te pomysły. Znalezienie własnego brzmienia zajęło nam sporo czasu i mówiąc szczerze wciąż próbujemy je udoskonalać i poszerzać horyzonty. Im więcej gramy i piszemy, tym bardziej się rozwijamy. Chcemy po prostu połączyć nowoczesne granie, klasykę, thrash i power w jedno. Jakich współczesnych wykonawców najczęściej słuchacie i lubicie? Z nowych zespołów metalowych, które lubimy, mogę wymienić Lamb of God, Trivium, Killswitch Engage i Parkway Drive, ale jest ich dużo więcej. Czy wasze inspiracje zmieniły się od kiedy założyliście zespół w porównaniu do teraz? Różnią się w zależności od tego, który członek zespołu byłby o nie zapytany? Zaczęliśmy jako hard rockowa grupa, grająca bardziej tradycyjny metal, a największy wpływ miały na nas Iron Maiden, Judas Priest i Metallica. Nadal czerpiemy z nich inspirację, ale teraz zwracamy się bardziej w stronę nowoczesnego brzmienia, jak Killswitch Engage i Trivium.

Foto: Katana Cartel

nieustannie staje się większa i lepsza. Wystarczy wspomnieć Demonhead, Triple Kill, Desecrator, Evenomed, Orpheus Omega, a wypadałoby o wiele więcej. Bardzo polecam zrobić research i odkryć mnóstwo świetnych kapel.

grać więcej w Australii, ale mamy nadzieję, że pewnego dnia wyjedziemy też do Europy, Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych. Naszym największym marzeniem jest zagrać na Wacken, a pewnego dnia zagrać może nawet z Metalliką czy kimś równie wielkim.

Opowiedz nam o waszym pierwszym koncercie. To były urodziny naszego pierwszego gitarzysty prowadzącego i graliśmy w jego ogródku (śmiech). Przyszło około pięćdziesięciu osób, wszyscy byli przyjaciółmi i rodziną. W tamtym okresie graliśmy bardziej hard rock niż metal. To była świetna zabawa, ale o wiele inne czasy.

Zaczęliście już pisać nowy materiał? Jeśli tak, jakie macie cele, pomysły na motywy w tekstach, aranżacje? A może póki co chcecie się skupić na promocji tego albumu? W czasie lockdownu Dylzy i ja napisaliśmy około dwudziestu nowych kawałków. Nie mamy jeszcze do nich tekstów ani nawet motywów, to cały czas dość surowe wersje. Chłopaki z zespołu pracują nad nimi w swoim własnym tempie (również z powodu lockdownu). Mamy zamiar niedługo wybrać pięć z nich na nową EPkę, to wszystko, co mogę na razie powiedzieć (śmiech). Chcielibyśmy też oczywiście zagrać więcej koncertów, żeby promować "The Sacred Oath".

Wasze kawałki wydają się być stworzone do głośnego śpiewania na koncertach. "Bang your Head" jest tego najlepszym przykładem. Jakie są wasze plany koncertowe, wymarzone miejsca, w których chcielibyście zagrać i zespoły, z którymi chcielibyście wystąpić? Tak, chcieliśmy napisać numery, które angażowałyby publiczność, to pomaga dotrzeć do indywidualnego słuchacza czy całego tłumu. Chcielibyśmy pojechać w większą trasę i

Iga Gromska

Produkcja "The Sacred Oath" jest w punkt. Opowiesz więcej o procesie nagrywania i pracy w studio? Kto jest najbardziej odpowiedzialny za efekt końcowy tej płyty? Album powstał dzięki naszemu drogiemu przyjacielowi dr Mike'owi Trubetskovi z EOL Studios. Znaliśmy Mike'a z lokalnej sceny, zawsze przychodził na nasze koncerty i dawał nam informacje zwrotne, a także rady. Gdy byliśmy gotowi, by nagrywać, wiedzieliś-my, że to właśnie Mike będzie odpowiedzialnym za to człowiekiem. Zdecydowanie wydobył z nas to, co najlepsze i idealnie uchwycił to, o co nam chodziło na tej płycie. Rozmawiałam już wcześniej z zespołami z Australii i ich zdaniem nie ma tam zbyt wiele zespołów heavy metalowych, ale zaczynam mieć inne odczucie. Jak jest waszym zdaniem? Co myślicie o dzisiejszej scenie? W Australii jest naprawdę sporo zespołów metalowych. Istnieje scena w każdym stanie i

KATANA CARTEL

133


Pełen rozpęd z łańcuchami pozostawionymi za nami Tu naprawdę o nic innego nie chodzi, jak tylko o radość czerpana ze świetnej, heavy metalowej muzyki. Muzycy Brainstorm są entuzjastyczni jak nastolatkowie, a przy tym doświadczeni jak najlepsze metalowe ikony, co słychać na ich najnowszym LP "Wall Of Skulls". Na pytania odpowiada gitarzysta Torsten Ihlenfeld, grający u nich nieprzerwanie od samego początku. HMP: W jaki sposób utrzymujecie metalowy sztorm pomimo przeszkód i wyzwań współczesnego świata? Torsten Ihlenfeld: Działamy z powodzeniem, ponieważ kochamy to, czym się zajmujemy - uwielbiamy tworzyć muzykę. Spotkania zespołu należą do udanych i owocnych tym bardziej, że jesteśmy przyjaciółmi, a nie tylko muzykami z tej samej formacji. Współpraca układa się coraz lepiej wraz z upływem czasu. Jesienna trasa Brainstorm musiała zo-stać przełożona, ale cały czas czekamy z niecierpliwością na koncerty, gdziekolwiek i kiedykolwiek będziemy mogli je grać. Intensywnie pracujemy też nad nowymi możliwościami występów. Dopóki do nich dojdzie, będziemy ćwiczyć najnowsze utwory, pisać kolejne i

bione kawałki, a fani też mają swoje ulubione, które z pewnością chcieliby usłyszeć na żywo. Mamy 13 albumów studyjnych i zazwyczaj niewiele więcej niż 90 minut na scenie, więc potrzebujemy dokonywać wyboru. Często wyruszając w tournee układamy ze 3-4 różne setlisty, które możemy stosować na zmianę, także fani przychodzący na więcej niż jedno show czują, że za każdym razem doświadczają czegoś świeżego i wartego zobaczenia. Oczywiście, gdy nowy album jest udany, możemy zaprezentować nawet 5 lub 6 nowych kawałków, w związku z czym setlista kompletnie zmienia się w porównaniu do poprzednich tras. Nie zapominamy oczywiście o naszych klasycznych kompozycjach, które koniecznie muszą znaleźć się na naszych koncertach, a

Foto: Alex Kuehr

snuć plany na 2022 rok. Wszyscy cieszymy się premierą "Wall Of Skulls". Na Waszej koncertowej rozpisce widniało/ widnieje miasto Kraków. Czy macie jakieś szczególne wspomnienia związane z tym miastem? Mamy same najlepsze wspomnienia ze wszystkich naszych koncertów w Polsce. Za każdym razem byliśmy witani bardzo entuzjastycznie. Od początku czuliśmy, że Polska jest "nowym domem" dla Brainstorm. Wielkie dzięki za to dla naszych polskich fanów. Mam nadzieję, że wkrótce do Was powrócimy. Jaką setlistę szykujecie? Czy setlista to coś, nad czym często wykonujecie burzę mózgów? Oczywiście, potrzebujemy regularnie dyskutować setlistę. Każdy w zespole ma swoje ulu-

134

BRAINSTORM

także o 4 bądź 5 innych klasykach, które gramy na zmianę. Z drugiej strony, nie uwzględniamy każdego longplay'a w każdej setliście, to byłoby niemożliwe. Przynajmniej staramy się zaprezentować coś z wszystkich okresów historii Brainstorm. Wydaje mi się, że poprzez intro "Chamber Thirteen" niemal prosicie urzędników win nych wprowadzaniu restrykcji, aby zeszli z drogi kreatywnej energii zawartej na "Wall Of Skulls". Czy ten album nie ukazałby się, gdybyście wiedzieli, że nie będziecie mogli wykonywać nowych utworów na żywo? Kreatywna energia nigdy nie powinna być zakuta w kajdanki. Kreatywność i kultura muzyczna, kultura w ogóle, to coś, co łączy ludzi i ułatwia im wzajemne interakcje, w konsekwencji czego na całym świecie rodzą się globalne przyjaźnie. To bardzo ważne. Muzyka to

język rozumiany w każdym zakątku globu, a zwłaszcza metal nie myśli w kategorii granic. Muzyka metalowa jest dla wszystkich metalowców na całym świecie. W tej chwili nie możemy koncertować tak jak dawniej, ale nie chcemy ukrywać nowej muzyki przed naszymi fanami. Chcemy dać fanom nową muzykę i widzieć, że mają z nią dobry czas i cieszą się nią. Zupełnie tak samo, jak robi wielu innych wspaniałych artystów. Nie możesz po prostu usiąść, czekać i nic nie robić. Pewnego dnia, trasy i festiwale powrócą a restrykcje pozostaną w sferze złych mar. Mam nadzieję, że wyciągnięmy stąd wniosek, iż nie należy niczego przyjmować za pewne, dlatego warto korzystać z tego, co mamy, na maksa, m.in.: wolność, zdrowie, spotykanie przyjaciół, chodzenie na koncerty, ciekawe rozmowy, zabawa, fajnie spędzany wspólnie czas. Czy zgodziłbyś się, że "Wall Of Skulls" to coś więcej niż "Brainstorm 13.0" i nawet nie "Midnight Ghost 2.0"? Czy to tak samo nowy rozdział, jak ostatnio Helloween otworzyło za sprawą swojego ostatniego LP? Nowy Helloween to wspaniały i wyjątkowy album, jednoczący wielu członków zespołu na nowo. To dla nich kompletnie nowa sprawa. Kocham ich nowe LP. Słysząc różnych wokalistów oraz urozmaicone kompozycje nawiązujące do odmiennych okresów ich twórczości, nieuchronnie przypominam sobie o wielu fajnych chwilach spędzonych z ich muzyką w przeszłości. "Wall Of Skulls" też jest dla nas specjalne. To nie tylko album numer 13, na pewno nie "Midnight Ghost 2.0". To, że nagraliśmy dotychczas aż 13 LPs studyjnych świadczy, że robimy coś dobrze. Jesteśmy dumni z oddanych fanów, silnej bazy słuchaczy, gdziekolwiek się pojawiamy. Jak już powiedziałem, uwielbiam tworzyć muzykę, być na scenie i nawiązywać kontakt z fanami. Jesteśmy im wdzięczni za tą możliwość. Odnośnie utworów, myślę, że wraz z "Wall Of Skulls" pozostawiliśmy wszelkie łańcuchy za sobą i doprowadziliśmy do nowej ery dla Brainstorm, którą zapoczątkowaliśmy na "Midnight Ghost", i która nabiera pełnego rozpędu na "Wall Of Skulls". Brainstorm stało się młodociane ("teenagers"), jeśli spojrzymy na liczbę LP. Oto, jak to postrzegamy. Na pewno nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Droga jest przed nami szeroko otwarta i na pewno będzie obfitować w nowe, niesamowite przeżycia, także będziemy mieć coraz więcej wspaniałych historii do opowiadania oraz nowych albumów do napisania. Czujemy się podekscytowani jak nastolatkowie, ale mając doświadczenie dojrzałych ludzi. To cudowne. Nie możemy się doczekać kontynuacji, którą chcemy tworzyć wraz z fanami. Aczkolwiek Wasz wokalista Andy B. Franck powiedział: "W maju 2020 czułem się, jakbym kręcił się artystycznie w kółko, dlat ego wykasowałem wiele swoich partii a 6 tygodni później rozpocząłem wszystko od nowa". Jak w ogóle wygląda Wasz proces komponowania? Tworzymy razem muzykę już tak długo, że naturalnie powtarzamy etapy komponowania, które się sprawdzają, dając przy tym nieco przestrzeni niespodziewanym wycieczkom poza te struktury. Cały proces jest dla nas zawsze komfortowy. Głównymi kompozytorami są: Andy, Milan (gitarzysta Milan Loncaric, przyp.red.) i ja. Wszyscy biorą udział w


tworzeniu ostatecznych aranżacji. Zazwyczaj Milan i ja piszemy i pracujemy nad piosenkami, riffami, podstawowymi pomysłami na piosenki, które następnie ćwiczymy i do których jamujemy, a później aranżujemy i nagrywamy je instrumentalnie w sali prób. Następnie przekazuję to Andy'emu, który pracuje nad liniami wokalnymi, pomysłami na chórki, teksty itd. Gdy jest gotowy, spotykam się z nim, aby omówić szczegóły, dopracować piosenki, dyskutować nad każdym kawałkiem oraz zagłębiać się w ich aranżacje, progresje akordów, różne partie, wersje alternatywne itd. Następnie wracam do sali prób i dostrajam wszystko, implementuję uzgodnione zmiany, nagrywam kawałki w kilku różnych tempach, aż powstają pierwsze kompletne utwory. W tym momencie rozpoczyna się prawdziwy proces wstępnego nagrywania i produkcji, zanim zabierzemy te wersje utworów do studia. W studio pracujemy zaś nad ostatecznymi zmianami, dodatkowymi elementami aranżacji, alternatywnym tempem i (nawet) strojeniem. Tak powstają nasze numery. Oświadczyliście ostatnio, że "Glory Disappears" jest jednocześnie inne od pozostałych nowych utworów, a przy tym bardzo reprezentatywne dla Brainstorm. Czyż to nie sprzeczność? Bardzo podoba mi się w Brainstorm to, że potrafimy zaskakiwać fanów bez odchodzenia od naszych muzycznych korzeni. Możemy pisać w naprawdę szerokim spektrum stylistycznym, od tradycyjnego heavy metalu po heavy rock, power metal, nawet hard rock, czy z drugiej strony - speed/thrash metalowe petardy. A i tak to wszystko brzmi jak Brainstorm. "Glory Disappears" wyróżnia się, wszyscy to kochamy. Jest bardzo chwytliwe, ale nie tandetne, posiada wspaniałą atmosferę oraz dynamikę. Rozpoczyna się od czystej gitary i głębokiego wokalu, a kończy z naprawdę ciężką sekcją gitarową oraz niesamowicie potężnym refrenem. Czego więcej byś chciał od utworu? Czasami pewne rzeczy trudniej jest dostrzec, niż w przypadku "Glory Disappears". Weźmy takie "My Dystopia", które jest energiczne, ale zachodzi ryzyko, że ktoś nie doceni tego utworu od pierwszego wysłuchania. Nie wiem, czy podzielasz tą opinię, ale wydaje mi się, że "My Dystopia" wymaga większego skupienia, aby je polubić. Chciałem wobec tego zapytać, czy celowo wzboga cacie albumy dodatkowymi momentami do odkrywania dopiero po czasie? Cóż, następna zaleta wynikająca z różnorodności stylistycznej Brainstorm polega na tym, że niektóre nasze utwory faktycznie mają więcej do zaoferowania, niż w nich odkrywasz za pierwszym podejściem. "My Dystopia" to jeden z moich ulubionych numerów, bo zawiera bogactwo detali - świetna otwierająca gitara, (nazwijmy to) progresywna perkusja, charakterystyczny rytm riffu i zwrotki (który nie dominuje na pierwszym planie), fajne wokale zgrabnie przechodzące ze zwrotku ku refrenowi, a także progresja akordów ze świetną harmonią w części solowej. Całość kończy się zaś żywym zaśpiewem grupowym oraz fantastyczną zwrotką. Wszystkie nasze albumy mają takie kawałki, ale to nie jest coś, co się plauje, tylko naturalna strona oblicza Brainstorm, która nas jara.

Foto: Alex Kuehr

Innym zajebistym detalem jest wysoki krzyk na samym początku "Where Ravens Fly". Zauważamy go bez trudu, ponieważ umieś ciliście go zaraz na otwarciu, ale gdyby zami ast tego pojawił się gdzieś pośrodku trwania płyty, mógłby posłużyć za skuteczny test na koncentrację słuchaczy - czy nie umknął im on? Za którym razem go wyłapali? Czy zatem fani są skoncentrowani wystarczająco mocno? Ale jeśli tak, to czy przypadkiem komuś nie przyjdzie do głowy doszukiwać się głęboko ukrytych znaczeń, których być może wcale tam nie ma? Takich detali można znaleźć u nas całkiem sporo. Krzyk, zwłaszcza utrzymany w wysokich rejestrach, świetnie sprawdza się na wielu metalowych produkcjach. Andy potrafi tak wrzasnąć, więc czemu mielibyśmy tego nie wykorzystać? Zwłaszcza, że on tak wcale często nie śpiewa. A tutaj, wrzask znalazł się w absolutnie perfekcyjnym miejscu. Dzięki temu cały album super się zaczyna: "oto jesteśmy, to nasz metalowy album". Zapewniam Ciebie jednak, że nasza muzyka nie zawiera ukrytych znaczeń. Zależy nam tylko na tym, żeby fajnie nas się słuchało i aby fajnie spędzało się czas przy naszej muzyce. Peavy, szef Rage, jest specjalnym gościem w numerze "Escape The Silence". Jaka jest dokładnie jego rola w "Escape The Silence"? Brainstorm i Rage to dwa wspaniałe, niemieckie zespoły metalowe a Peavy to absolutna ikona metalu z niesamowitym i charakterystycznym głosem. Jego głos na naszym nagraniu to dla nas honor. Należy do niego środkowa partia wokalna, którą doskonale wpasował w utwór. To jeden z najmocniejszych naszych momentów na "Wall Of Skulls".

Seeb to nasz bliski i zaufany przyjaciel od lat. Jest wspaniałym artystą, profesjonalnym kompozytorem i producentem. Jego unikalny głos odpowiada dokładnie temu, co chcieliśmy osiągnąć w "Turn Off The Light". Kolejny mocny fragment "Wall Of Skulls". Skąd wzięła się Wasza tradycja nazywania fanów Brainstorm - "Brainiacs"? Wszyscy nasi "Brainiacs" są pozytywnymi maniakami muzyki. Bardzo ich kochamy. Bez fanów każdy zespół byłby niczym. Podoba mi się, jak wygląda komunikacja pomiędzy nami a fanami, wiesz, wzajemna wymiana wiadomości w mediach społecznościowych, spotkania przy okazji występów... Więc nagle słowo "Brainiacs" samo się ułożyło wiele lat temu i pozostało w użyciu do dziś. Twoja opinia o intelektualnym podejściu do heavy metalu ("brain" po polsku oznacza "mózg" lub "umysł", przyp.red.)? Fani metalu to najlepsi fani na świecie. Dla wielu z nich metal oznacza znacznie więcej niż fajną muzykę, bo podejście do całego życia. Fani metalu są świetnie poinformowani i stanowią znaczącą część sceny, natomiast zespoły są pełne utalentowanych muzyków i znakomitych kompozytorów. Nic nie jest sztucznie skonstruowane, wszystko rozwinęło się naturalnie, dlatego też wyróżnia się. Jesteśmy dumni z bycia metalowcami. Dziękuję za rozmowę. Dzięki. Nie możemy doczekać się, kiedy zagramy ponownie dla was! Póki co, cieszcie się "Wall Of Skulls" a jak już zagramy, to przychodźcie posłuchać, pogadać i celebrować wspólnie wielką metalową imprezę. Sam O'Black

Drugim gościem jest zaś Seeb Levermann (w "Turn Off The Light").

BRAINSTORM

135


Możesz zdradzić, skąd u Ciebie ten kierunek? Chodziło o to, że nigdy nie byłem zadowolony z produkcji, aż do "Rising Symphony", która bardzo dobrze sprzedawała się tutaj w Europie.

Podtrzymać burzę Czasem jest tak, że muzyk nie musi być dobrym rozmówcą. Wszakże wyraża on siebie poprzez instrument, na którym gra czy przez swój głos, interpretując teksty. Thomas Wolf, przez lata filar i mózg szwedzkiego Stormwind, jest tego dobrym przykładem. Na moje pytania odpowiedział zdawkowo, jak w szkole przed tablicą. Dobrze, że na albumach zostawił wiele świetnych utworów, zwłaszcza dla fanów melodyjnego power metalu. Mam nadzieję, że pewne kwestie okażą się ciekawe, mimo dość wycofanej taktyki gitarzysty. Czy coś udało się z niego wyciągnąć? Sprawdźcie poniżej! HMP: Cześć! Dzięki za możliwość zadania paru pytań. Jak zdrowie Thomas? Thomas Wolf: Cześć. Czuję się fantastycznie, właśnie wróciłem z żeglugi dookoła Ibizy. Tak na początek bezpośrednio zapytam, bo też czasy są dość wariackie… Jak znosisz okres pandemii? Akceptacja to słowo-klucz. Ale dobrze jest znów podróżować. Zresztą, mieszkam we Włoszech.

pominąć debiutanckiego albumu "Straight From Your Heart" z waszą wersją przeboju ABBY "Gimme, Gimme, Gimme". Pamiętasz skąd ten pomysł żeby akurat zrobić ten kawałek? Cóż, to był projekt z 1996 roku, z kobiecym głosem i płytą AOR, który mocno potrzebował znanego przeboju i pomyślałem, o piosence ABBY "Gimme, Gimme, Gimme". Sądziłem, że dobrze by się sprawdziła jako hardrockowy kawałek.

Zespół Stormwind od parunastu lat jest w stanie zawieszenia, jednak przypomina się

Skoro jesteśmy przy tych wczesnych dokona niach - jak z perspektywy czasu oceniasz deFoto: Stormwind

Chciałbym zapytać o Twoje początki jako instrumentalisty. Czy pamiętasz, choć pewnie, bo tego się nie zapomina, pierwszych idoli czy nauczycieli gry na gitarze? Moją inspiracją od samego początku, od wczesnych lat, byli Ritchie Blackmore i Brian May. Oni są legendami, a także niesamowicie dobrymi kompozytorami, czego nie można dziś powiedzieć o wielu gitarzystach. Po wydaniu pierwszej płyty zaczął się dobry czas dla Stormwind. Nagrywaliście dość regularnie. Choć, mam wrażenie, szukałeś optymalnego składu, by osiągnąć zamierzony cel. Z kim pracowało Ci się najlepiej? Ja i Thomas Vikström mieliśmy zawsze świetną energię i szacunek dla siebie. Mamy nawet na koncie performance z kompozycjami Bacha, utworami z musicalu "Szachy" i z repertuaru Stormwind. Na początku śpiewały kobiety - najpierw Tina Leijonberg, potem Angelica Haggstrom, ale na trzecim albumie zatrudniłeś Thomasa Vikstroma, który mikrofonu już nie oddał. Co według Ciebie miał Thomas, że powiedziałeś sobie, że etat wokalisty jest już bez pieczny? Nigdy nie udało mi się osiągnąć sukcesu grając AOR z wokalistkami. Większą popularność zdobył on trochę później w latach 2000-2010. Dlatego dla Stormwind chciałem najlepszego wokalistę, jakiego mogłem dostać. Jak widać to wyszło z Thomasem Vikströmem. Po wydaniu "Rising Symphony" w 2003 roku, fanom grupy pozostaje uzbroić się w cierpli wość. Na razie cisza. Co spowodowało, że Stormwind wszedł w stan zawieszenia i utrzymuje się on już ponad piętnaście lat? Miałem już tak dość tego wszystkiego. Po występie na Sweden Rock Festival stwierdziłem, że już czas zrobić sobie przerwę, nawet jeśli to był najlepszy okres zespołu. Zajmujesz się graniem poza formacją? Głównie gram na gitarze akustycznej.

fanom nowymi reedycjami. Na razie to dwie ostatnie płyty plus koncert. Od kogo wyszła inicjatywa? Na ten pomysł wpadła Black Lodge Records. Czym Black Lodge Records przekonało Ciebie do powierzenia im tej pracy? Cóż, już z nimi współpracowałem podczas minionych nerwowych lat, więc znam ich dość dobrze. Jako, można powiedzieć, mózg zespołu, jesteś zadowolony z przebiegu całej pracy wytwórni? Wierzę, że są profesjonalni w swojej pracy, jednak wolę wszystko sprawdzić i zatwierdzić przed wypuszczeniem. Mówiąc o dyskografii Stormwind nie można

136

STORMWIND

biut swojego zespołu? To był po prostu solowy projekt. Następny album, "Stargate", powstał już zaproszonymi muzykami. Prawdziwa grupa Stormwind powstała w 1999 roku po sześciu miesiącach przesłuchań. Nadal cieszę się, że znalazłem tak genialnych muzyków. A sięgając jeszcze głębiej to pewnie pamię tasz, jak to się wszystko zaczęło… Kto do kogo przyszedł, rozmawiał o początkach zespołu…? Oczywiście ode mnie jako lidera orkiestry. (śmiech) Thomas, jesteś głównie gitarzystą i kom pozytorem, ale zdarza Ci się też wziąć odpowiedzialność za liderowanie orkiestrą, tak jak to było na albumie "Rising Symphony".

Jak doszło do współpracy z klawiszowcem Sabaton, Joakimem Brodenem, który gościnnie zagrał na płycie live "Legacy"? On spadł nam z nieba! W ostatniej chwili wskoczył na tę trasę, ponieważ Kaspar zrezygnował z niej tuż przed jej rozpoczęciem. Wykonał świetną robotę. Czy w związku z sytuacją grupy można traktować ten podwójny koncert jako swoiste definitywne pożegnanie ze sceną? Prawdopodobnie... ale nigdy nie mów nigdy! Jeszcze jedno pytanie odnoszące się do tego wydawnictwa. Oryginalnie wydano to w formie dwóch kompaktów, natomiast Black Lodge Records teraz wypuścili tylko jeden krążek. Skąd taki zabieg, jeśli się orientuję, to ucięto sporo starych kawałków, które wykonywaliście? Niektóre z tych kawałków znalazły się na


Grafika jest nieodłączną częścią heavy metalu Porozmawialiśmy z wokalistką nowojorskiego Shadowland nie tylko o samej muzyce, ale też o graficznej stronie zespołu. Tanya nie tylko śpiewa jak rasowa rockowa wokalistka lat 80., ale i tworzy wypracowany oldschoolowy wizerunek - od siebie samej, po grafiki na okładkach wydawnictw. Co było jej inspiracją i, jak wpłynęło na image i brzmienie kapeli, przeczytacie poniżej.

Foto: Stormwind

naszych innych albumach. Thomas, jak zachęciłbyś do poznania muzyki grupy Stormwind? Jeśli interesuje cię melodyjny hard rock pokroju Rainbow, Hammerfall, Yngwie Malmsteen, i temu podobne, to powinieneś zajrzeć do katalogu Stormwind. Na "Rising Symphony" znalazł się cover Queen "White Man". Rozumiem, że byliście wielkimi fanami Queen, ale i pewni swoich umiejętności skoro postanowiliście zmierzyć się z potęgą. Jak wspominasz pracę nad tym utworem, było ciężko? Tak, to brazylijski fanklub zasugerował, że powinniśmy zrobić cover Queen. Ten zespół był jednym z naszych ulubionych, gdy byliśmy dzieciakami. Widziałem ich na żywo w latach 1976, 1977, 1982, 1985 w Sztokholmie i przypomniałem sobie mój ulubiony utwór "White Man" napisany przez Briana Maya. Potraktowałem zrobienie tego bardzo poważnie. To było wyzwanie. Potem wysłałem kopię do Briana Maya.

HMP: "The Necromancers Castle" brzmi jak jakaś odkryta na nowo płyta z początku lat 80. Jak udało Wam się utrzymać tak spójny styl na całej płycie? Napisała ją jedna osoba, czy mieliście tak zgodną wizję? Tanya Finder: Właściwie czuję, że każdy utwór ma swoje własne brzmienie, więc cieszę się, że jako całość kawałki całkiem nieźle płyną. Wizja zespołu stale się rozwija, a my jesteśmy bliskimi współpracownikami. Jeff jest potęgą w pisaniu muzyki, wszystko zaczyna się od niego. Czasami wysyłam mu kilka kawałków, które mi się podobają i mówię "napisz coś w tym stylu" i ku mojemu zdumieniu robi to. Następnie wspólnie edytujemy i eksperymentujemy, często przearanżowujemy i dodajemy różne elementy. Przygotowuję linie wokalne i teksty, a potem jako grupa zajmujemy się wszystkimi kompozycjami. Spędzamy dużo czasu na ulepszaniu i eksperymentowaniu, to samo dotyczy czasu nagrywania. Poza kompozycjami, początek lat 80. przypomina też brzmienie. Jest surowe, naturalne i ma głębię. W jaki sposób udało się je osiągnąć? Choć brzmi analogowo, podejrzewam, że efekt osiągnęliście cyfrowymi metodami?

Mamy świetnego artystę realizatora, Sashę Strouda, który prowadzi Artifact Audio. Jest świetnym inżynierem i producentem. Proces nagrywania jest w rzeczywistości mocno analogowy, a wszystko, co słyszysz, przechodzi przez prawdziwe wzmacniacze i efekty. Wszystkie syntezatory są w stylu vintage, a wiele efektów również jest analogowych. Ograniczamy efekty cyfrowe do minimum, więc produkt końcowy jest mieszanką zarówno analogowych, jak i cyfrowych technik nagrywania. Chcieliśmy utrwalić brzmienie, więc poświęciliśmy czas i pieniądze na nagranie najpierw dema, a na właściwe nagranie i zmiksowanie dodaliśmy kolejne 10 dni studyjnych. Większy budżet bardziej by nas zadowolił, ale i to, co mieliśmy, pozwoliło nam wykorzystać sporo procesów analogowych. Było to warte inwestycji. Muzycznie Shadowland to 100% heavy metal. Zaskakują mnie jednak wokale. Brzmisz, jakby Twoją inspiracją obok heavy metalu był też rock lat 70. czy punk rock. Te gatunki rzeczywiście inspirowały Cię przy komponowaniu linii wokalnych? Inspiruje mnie mieszanka różnych rzeczy. Po-

Foto: Shadowland

Myślę, że co nie co tematów zostało wyjaśnionych, a twoje słowa pozwolą zbliżyć się do muzyki Stormwind nowym fanom. Na koniec proszę jeszcze o jakieś słowo dla czytelników Heavy Metal Pages… Podtrzymujcie tę burzę! Prawdziwy melodyjny metal nigdy nie umrze! Dziękuję i życzę wszystkiego dobrego! Adam Widełka & Szymon Paczkowski

SHADOWLAND

137


wiedziałabym, że przede wszystkim teksty są inspirowane przez całe życie czytania opowiadań science-fiction, dziwnych, opowieści, fantasy, horrorów, podziemnych komiksów i filmów. Uwielbiam opowiadać historie, a niektóre utwory są oparte bezpośrednio na pracach autorów takich jak Ambrose Bierce, William Hope Hodgeson i Michael Moorcock. Niektóre z nich to mój wynalazek. Stylistycznie dorastałam na scenie punkowej, słuchając równocześnie mieszanki klasycznego heavy metalu, punka i gotyku. Moim pierwszym zespołem była formacja anarcho-gotycka i myślę, że to słychać. Ale tak naprawdę słucham wielu różnych gatunków muzycznych i mam szeroki wachlarz inspiracji. Często nawet dorzucę jeden tekst lub słowo w hołdzie artyście, którego lubię. Uwielbiam narrację Phila Lynotta, moc Janis Joplin, wampirze nucenie Eldritcha i oczywiście legendy takie jak Halford i Dio. Trudno wskazać jedną rzecz, mój mózg to chaotyczne miejsce, pochłaniam mnóstwo mediów. Czytałam, że jesteś też autorką okładki. Okładka płyty wygląda jak ilustracja z oldschoolowego magazynu fantasy. Domyślam się, że to była właśnie inspiracja, a rysunek okładki powstał ręcznie? Tak, to obraz olejny 27"x 27". Powstał w ciągu dwóch miesięcy i spędziłam przy nim wiele godzin. Jestem ilustratorką. Tworzę pod silnym wpływem undergroundowego horroru i komiksów fantasy, okładek albumów oraz okładek książek. Jestem wielką fanką ilustracji i na pewno pod dużym wpływem artystów Heavy Metal Magazine z lat 80., a także Metal Hurlant i Games Workshop. Czytałam, że jesteś też artystką-tatuatorką. Twój talent graficzny wpłynął w jakiś sposób na wizerunek zespołu? Zespół daje mi dość dużo swobodny przy kreowaniu okładki, większości projektu graficznego, tekstów, a także teledysków oraz koncepcją sesji zdjęciowych, więc można śmiało powiedzieć, że mam na to duży wpływ. Być może jest to taka miękka dyktatura. Chociaż tatuażem interesowałam się od najmłodszych lat to, moją pierwszą miłością były tak naprawdę okładki książek i ilustracje. Wybór pierwszego albumu, jaki kupiłam, opierał się wyłącznie na okładce (konkretnie był to Grim Reaper, co okazało się to dobrym wyborem). Uwielbiam tatuować, ale chciałabym móc poświęcić więcej czasu na ilustrację, niestety często nie ma dużych budżetów przeznaczonych na okładki książek lub albumów, więc moja praca ilustratorki jest drugorzędna w stosunku do moich tatuaży. Na marginesie, chciałabym zachęcić wytwórnie i zespoły do odłożenia realistycznych budżetów na okładki albumów.

Muzykę można łatwo przesyłać strumieniowo, więc jeśli zamierzasz wydać na nagrywanie i tłoczenie płyt, warto zainwestować w dobrą grafikę, aby sprzedać swoją muzykę i dać fanom artefakt, który mogą cenić! Grafika jest nieodłączną częścią muzyki heavy metalowej. Jest wielu wspaniałych artystów, ale osiągnięcie takiego poziomu umiejętności zajmuje dużo czasu i jeśli ich nie wspieramy, artyści nie rozwijają swojego talentu. Na zdjęciu, które znalazłam na metal-archives masz na sobie kostium i kolczyki, które luźno kojarzą mi się ze strojem Tiny Turner w "Mad Maxie". To dobre skojarzenie czy czysty przypadek? W ten sposób kojarzą mnie od lat i chociaż nie jest to celowe, zdecydowanie mi pochlebia. Moja garderoba sceniczna to przesadzona wersja tego, jak zwykle wyglądam, ale potrafię korzystać ze wskazówek. Uwielbiam niektóre kostiumy Seana Harrisa i oczywiście Doro. Ogólnie sztukę fantasy, z odrobiną splendoru Tiny Turner lub Cher. Jak zwykle, wszyscy kochamy heavy metalowy szyk i kostiumy. Wyglądanie cool jest fajne. No Remorse Records opiekuje się głównie klasycznie heavymetalowymi zespołami. Pasujecie do nich idealnie. To oni Was "wyhaczyli", czy musieliście starać się o współpracę z No Remorse? Dotarli do nas i z radością ich przyjęliśmy! Istnieje kilka zespołów o nazwie Shadowland. Znam przypadki, gdy zespół musiał zmieniać nazwę, bo ktoś już tak samo się nazywał. Ostatnio widzę, że zespoły przes tają się czymś takim przejmować. Zmieniała się mentalność czy prawo? Trudno byłoby znaleźć nazwę, która nie byłaby wcześniej używana. Nasza pierwsza nazwa brzmiała Beldam i cieszę się, że się nie utrzymała. Był inny zespół z Seattle o tej nazwie, który bardzo się zdenerwował, więc ją zmieniliśmy. Przygotowałam listę może stu nazw i wybraliśmy Shadowland. Istnieje kilka aktywnych Shadowlandów, ale żaden nie jest podobny do nas. Istniejecie zaledwie 3 lata, z czego na dwa z nich przypadły czasy pandemii. Jak udało Wam się przetrwać? Nie mieliście kryzysu? Wydaje mi się, że łatwo o taki na początku kariery, gdy nie było możliwości grania kon certów. O tak, dotknęło nas kilka zewnętrznych kryzysów, ale wzajemne relacje bardzo nam pomogły. Myślę, że zespół był czymś, co pomogło nam wszystkim przez to przejść i ogólnie żywimy do siebie dużo miłości. Większość z nas była przez długi czas bez pracy, a przeżycie globalnej pandemii i niepokojów społecznych nie było ani relaksujące, ani nie sprzyjało kreatywności. Nie chcieliśmy nikomu zagrażać ani podtrzymywać pandemii, więc nie ćwiczyliśmy przez bardzo długi czas. Jako antyrasiści czuliśmy też potrzebę zrobienia przerwy na czas protestów również tutaj w Nowym Jorku. Wypuszczenie po tym wszystkim płyty nie było łatwe ani finansowo, ani psychicznie, ale pomogły nam wspólne rozmowy i picie piwa na zoomie. Katarzyna "Strati" Mikosz Tłumaczenie: Kacper Hawryluk & Joanna Pietrzak

138

SHADOWLAND

HMP: Witam. Jestem właśnie po kilkukrotnym przesłuchaniu Waszego najnowszego albumu zatytułowanego po prostu "4" i powiem szczerze, że bardzo zaskoczył mnie jego całokształt. Skąd pomysł na takie złagodzenie brzmienia? Jason M. Vanek: W tym miejscu należałoby zadać pytanie, czy kiedykolwiek byliśmy zespołem grającym ciężko… Cóż, myślę, że żadna z naszych poprzednich płyt nie była tak do końca "heavy". Uważam także, że przeciętny słuchacz Vandallus to nie jest osoba, która jest typowym zdeklarowanym zwolennikiem heavy metalu. Większość naszych fanów pokochała naszą muzykę głównie dzięki elementom klasycznego rocka, którymi jest ona przepełniona. Moim zdaniem Wasze poprzednie nagrania były zdecydowanie bardziej zadziorne. Nie boicie się, że część fanów, którzy bardziej polubili starsze wcielenie Vandallus, może się od Was odwrócić? Jeśli mam być szczery, to powiem Ci, że jeżeli ktoś boi się utraty słuchaczy, to nie powinien w ogóle brać się za tworzenie muzyki. Ktoś, kto ma zespół i boi się rozwijać nagrywając płytę nieco inną niż pozostałe tylko przez obawy, że komuś tam z dotychczasowych słuchaczy się ona nie spodoba, znaczy to tyle, że granie nie jest dla niego. Granie w kapeli to oczywiście dawanie radości innym, ale muzycy też powinni się przy tym dobrze bawić. Jak już wspomniałem, album nosi tytuł "4". Czy ten tytuł to efekt chwilowego braku kreatywności, czy też może kryje się za nim jakieś inne znaczenie? "4", gdyż to nasz czwarty album (śmiech). Członkowie Black Sabbath na pewno nie cierpieli na brak kreatywnośći, gdy nazwali swój album "Vol. 4". Podobnie Led Zeppelin, gdy nadawali tytuły swym pierwszym czterem albumom (śmiech). Ostatnio zaszły u Was pewne zmiany w składzie. Korzeń tego zespołu to ja, Crazy V i Jamie Walters. My odpowiadamy głównie za jego twórczą stronę. Na początku chcieliśmy nagrać album rockowy brzmiący bardzo klasycznie. Napisaliśmy wspólnie kilka numerów, które ostatecznie znalazły się na wydanej w roku 2016 płycie "On the High Side". Gitary oraz część partii bębnów nagrałem sam. Tim, który grał na wszystkich dotychczasowych albumach naszej kapeli, nagrał bas. Steve natomiast ogarnął resztę partii perkusji. Jason napisał wszystkie teksty i zajął się warstwą wokalną. Już we wczesnej fazie działalności próbowaliśmy eksperymentować z dwiema gitara-


Kosmetyczna zmiana Lata siedemdziesiąte to niewątpliwie jeden z najważniejszych okresów dla wszelakiej maści muzyki rockowej. Nieważne, czy mówimy to klimatach progresywnych, czy hard rocku, który pod koniec tej dekady zaczął ewoluować w heavy metal, czy zwyczajnym prostym (czasem nawet prostackim, choć nie zawsze) punk rocku. Nie dziwota za tem, że owa dekada inspiruje masę współczesnych kapel rockowych, by bezośrednio powracały do tamtych wzorców. Tyczy się to wielu kapel mainstreamowych z Gretą Van Fleet czy innym Airbourne na czele. Jednak zespołów czerpiących garściami z tego okresu znajdziemy również w rejonach sceny, które nie są znane przeciętnemu słuchaczowi rockowych radiostacji. Jednym z takich bandów są bohaterowie poniższego wywiadu, czyli amerykański Vandallus. mi podczas koncertów. Postanowiliśmy wykorzystać ten patent na albumie "Bad Disease", ale niestety naszym zdaniem pomysł ten nie wy-palił w takim stopniu, jak byśmy chcieli, więc na albumie "Outbreak" powróciliśmy do jednego wiosła. Płyta "4" została nagrana w takim samym składzie jak poprzedni krążek z Jesse'm na perkusji. Nasz dawny perkusista Steve gra razem ze mną w Midnight i Vanik. Chciał się bardziej skupić na tamtych formacjach. Mamy wokół siebie sporą grupę cenionych muzyków, którzy są jednocześnie naszymi kumplami, więc zawsze można skorzystać z ich pomocy, gdy tylko taka potrzeba zajdzie.

No właśnie! Mam wrażenie, że wspomniany "Parasite" to najostrzejszy i najbardziej przypominający stary Vandallus utwór na tym albumie. Czy powstał on wcześniej niż reszta materiału? Kawałek ten został napisany gdzieś w połowie całego procesu tworzenia materiału. Ciekawe. Ja nigdy nie postrzegałem tego w ten sposób. Przypuszczam, że trochę inaczej definiujesz "ostrą muzykę" niż ja. "Parasite" jest zdecydowanie bardziej optymistyczny niż pozostałe. Wrzuciliśmy go w środek listy utworów na albumie, by go nieco urozmaicić. To taki szczytowy moment na "4".

Zauważyłem również, że tym razem częściej sięgacie w swych utworach po klawisze. Cóż, każdy utwór sam definiuje, czego mu potrzeba. Myślę, że chodzi Ci o numer "Motor High City". Kawałek ten napisał Crazy V. Gdy go usłyszałem, zacząłem sobie wybrażać tą partię instrumentów klawiszowych, która ostatecznie trafiła do wersji finałowej. Ten kawałek od razu skojarzył mi się z twórczością Kansas. Nie jest to pierwszy raz, gdy używamy klawiszy. Na poprzednich albumach ich minimalna ilość również była obecna. Oczywiście tylko tam, gdzie one pasowały.

Czy w "Radio Love Train" słyszę wpływy twórczości Deep Purple, czy mam omamy słuchowe? Dobrze słyszysz! Dorastałem, słuchając ich

Moją uwagę przykuł utwór "Brainwashed". Kim są ci "brainwashed fools", o których śpiewasz? To ludzie, którzy nie potrafią myśleć samodzielnie. Nie jest to zjawisko nowe. W historii świata zawsze byli indywidualiści myślący samodzielnie oraz ludzie idący za tłumem. Ci, o których jest ten tekst to osoby spędzające całe dnie w social mediach i narzekające na politykę. Takie osoby żyją w ciągłym strachu, bo wierzą we wszystko, co zobaczą i usłyszą w telewizji. Tymczasem na każde wydarzenie na świecie można spojrzeć co najmniej z dwóch odmiennych perspektyw. Jeżeli nie jesteś w stanie zrozumieć innego punktu widzenia, swoją opinię możesz sobie zachować dla siebie. Ludzie za bardzo skupiają się na tej stronie, która jest dla nich wygodna. Jak zrodził się pomysł na to charakterystyczne intro do kawała "Parasite"? To kolejny numer napisany przez Crazy V. Faktycznie ten numer jest unikalny, jeśli porównać go do reszty naszej dyskografii. W pisaniu albumu chodzi o ogólną całość. Musisz mieć bardzo zróżnicowane kawałki. To jest taki numer, który trochę odstaje od reszty albumu, ale nie mogliśmy go pominąć.

Powiem Ci, że zainteresował mnie ten widok ze zdjęcia na okładce. Ten obrazek po prostu się Wam spodobał, czy ma on jakiś sens, który na pierwszy rzut oka jest niedostrzegalny. Skupiliśmy się na tym rozgałęzieniu. Drogi spotykają się pośrodku w miejscu, w którym zrobiono to zdjęcie. Gdyby tylko ludzie mogli łączyć się tak, jak robią to odnogi jezdni na tym zdjęciu, rozwiązałoby to wiele problemów i świat byłby piękniejszy. Zdjęcie to zrobił Crazy V podczas jednej ze swoich wypraw do Doliny Śmierci w Kalifornii. Jak wyobrażacie sobie obecnie koncert Vandallus? Wiem, że dla Ciebie nowy kierunek to tylko lekka kosmetyczna zmiana, jednak nowe utwory grane razem ze starymi mogą w słuchaczu wywołać pewne uczucie dysonansu. Wyobrażam sobie, że biorę najlepsze piosenki z naszego katalogu (stare i nowe) i wraz z chłopakami po prostu gram je głośno. Aby zagrać dobry koncert, musisz zainteresować uczestników każdym zwrotem akcji. Urozmaicenia dostarczają lepszych wrażeń. Myślę, że w przypadku tego typu muzyki wersja koncertowa danego utworu może znacznie wykraczać poza to, co słychać na płycie. W wielu przypadkach wykonania koncertowe są o niebo lepsze od swych studyjnych pierwowzorów. Doceniam zespoły, które są w stanie to osiągnąć. Skoro już padło pytanie o koncerty, to macie jakieś konkretne plany w tej materii? Z racji ograniczeń planujemy zagrać koncert w naszym studio. Zaprosimy wszystkich najwierniejszych fanów Vandallus na wielkie

Foto: Vandallus

twórczości. To jest era, do której pasujemy najbardziej, jeśli chodzi o naszą muzykę. W pewnym momencie chciałbym włączyć do naszej muzyki organy Hammonda, aby nadać jej klimat wczesnych lat siedemdziesiątych. Zawsze podoba mi się sposób, w jaki wówczas używano klawiszy. Oprócz Purpli kocham Van Halen, Kansas, Thin Lizzy i Rush. Te kapele już na zawsze pozostaną dla mnie ważne.

show. Za budynkiem, w którym mieści sę nasze studio mamy duży magazyn, do którego możemy przenieść mnóstwo sprzętu i ustawić scenę z prawdziwego zdarzenia. Mamy w zanadrzu kilka innych występów, a w związku z pandemią są to dość luźne plany. Bartek Kuczak

VANDALLUS

139


Heavymetalowcy mimo woli Fortress w założeniu miał grać nieco inną muzykę, niż możemy usłyszeć na ich debiucie "Don't Spare the Wicked". Jednak rzeczy nie zawsze się toczą tak, jak sobie to zakładamy. Co ciekawe czasem to wychodzi wszystkim na dobre. O szczegółach opowiedział nam gitarzysta Fortress Fili Bibiano. HMP: Witaj Fili. Fortress powstało po tym, jak opuściłeś swój stary zespół Auxilery. W jaki sposób Twoje doświadczenie zdobyte w starym bandzie pomogło ci w Fortress? Fili Bibiano: Zdecydowanie pomogło w tworzeniu i pokazało mi, jak być w zespole. Przede wszystkim jednak zdobyłem obycie ze sceną i pozbyłem się oporów w graniu przed tłumem. Kiedy założyłem Fortress, zacząłem poważniej podchodzić do tworzenia utworów i kariery muzycznej. Kiedy tworzyłeś Fortress, miałeś wizję swo-

Jestem tym bardzo podekscytowany. To świetne uczucie, kiedy wkładasz swoje serce w coś, a potem inni ludzie mogą tego doświadczyć. Jestem bardzo wdzięczny wszystkim naszym fanom za ich miłe słowa. W "Children of the Night" słychać też progresywne wpływy. Co było główną inspiracją dla tego utworu? Główną inspiracją dla tego kawałka były wszystkie utwory z lat osiemdziesiątych z rytmem idealnie pasującym do headbangingu. Chciałem stworzyć coś prostego i skuteczne-

Foto: Fortress

lat temu. Stwierdziłem jednak, że ten pomysł, musi być wysłuchany. Tytułowy utwór to naprawdę arcydzieło. To idealne podsumowanie, czym jest ten album. Tak, dlatego umieściliśmy go na końcu albumu. Długo dyskutowaliśmy o kolejności poszczególnych kawałków. Umieszczenie tytułowego jako finału albumu było moim zdaniem dobrym wyborem. Myślę, że jako lider odegrałeś główną rolę w procesie tworzenia. Wyglądało to tak. Napisałem muzykę i teksty i zrobiłem aranżacje dla każdego instrumentu. Następnie przedstawiłem każdy utwór Chrisowi. Kolejny krok polega na wprowadzeniu zmian we wszystkim, co uważamy za konieczne. Jeszcze raz analizujemy teksty i muzykę. Potem bierzemy się za nagrywanie Jak Wam tak dobrze idzie, to następny album pewnie już jest gotowy. Na tą chwilę mamy sporo materiału, nad którym pracujemy. Planujemy też tworzyć nowe numery. Grasz również w death metalowym zespole Necrotic Mess. Ten gatunek jest Ci równie bliski, jak hard rock i klasyczny heavy? Grałem w różnych zespołach. W tym przypadku zostałem wynajęty jako muzyk sesyjny. Nie jestem częścią tego zespołu, ale jego członkowie są moimi przyjaciółmi. Kocham całą muzykę i nie ograniczam się tylko do heavy metalu, zwykle gram w tylu projektach, w ilu tylko jestem w stanie (śmiech).

Foto: Fortress

jego stylu, czy zrodził się on już w trakcie działalności? Pierwotnie miałem wizję brzmienia wzorowanych na moich ulubionych klasycznych zespołach rockowych z lat siedemdziesiątych. Mam tu na myśli kapele takie jak Rainbow, Black Sabbath, Deep Purple, Uriah Heep, wczesny Judas Priest i Scorpions. Jednak gdy zaczęliśmy grać z zespołem, zaczęła nam wychodzić znacznie cięższa i szybsza muza (śmiech). Więc chcąc nie chcąc staliśmy się kapelą heavymetalową. W tym roku wyszedł Wasz pierwszy pełnometrażowy album zatytułowany "Don't Spare the Wicked". Osiągnęliście pierwszy istotny dla każdego zespołu. Co czujesz?

140

FORTRESS

go. Osobiście nie uważam tego za utwór progresywny. Choć może ten łamany riff faktycznie można tak nazwać… Co powiesz o "The Passage"? To coś zupełnie innego niż reszta tego albumu. Jak narodził się pomysł na ten instrumentalny utwór? Pomysł narodził się w mojej głowie, gdy miałem 15 lat. Uczyłem się wówczas nagrywania gitary na komputerze. Byłem w domu znajomych i korzystałem z ich komputera. Byłem tak podekscytowany, że nie spałem do późna, nagrywając różne pomysły. Wymyśliłem go bardzo późno w nocy i tkwił we mnie przez te wszystkie lata. Mam teraz 25 lat, czyli zdarzenia, które opisuje miały miejsce około 10

Bartek Kuczak


Naturalnie i energicznie Niemiecki Cherokee to kolejny ze sporej grupy młodych zespołów okołometalowych, które sięgają do korzeni gatunku. Niedawno grupa ta wydała debiutancki krążek zatytułowany "Blood and Gold". Sprawdźmy zatem, co członkowie grupy mają do powiedzenia na jego temat. Nasz dobry stary przyjaciel, który zmarł wiele księżyców temu. Nazywał się Liam, ale nienawidził tego imienia. HMP: Witajcie. Niedawno na rynek trafił Wasz pierwszy długogrający zatytułowany "Blood and Gold". Czy tworząc go, mieliście jakąś konkretną wizję Waszej muzyki czy może zgodnie z duchem rock'n'roll tworzyliś cie te utwory spontanicznie? Alexander Beda Maria Kleusch: Hej Bartek! Cóż, to po trosze jedno i drugie, kiedy zaczynaliśmy, mieliśmy wizję hardrockowego zespołu, który byłby wzorowany na legendach z lat siedemdziesiątych. Jednak każdy z członków zespołu miał inną wizję realizacji tego pomysłu, więc po prostu próbujemy być najlepszą kapelą, jaka kiedykolwiek istniała. Tak po prostu (śmiech). W rzeczywistości jednak duża część naszej muzyki powstaje podczas jam sessions i jeśli brzmi fajnie, staramy się rozwijać ten pomysł.

Album kończy utwór "Warrior of the Rainbow". Czy to jakaś forma hołdu dla zespołu Ritchie'go Blackmore'a? Wydaje mi się, że słychać tam pewne inspiracje Rainbow. Rainbow to jeden z najlepszych zespołów rockowych, jakie istniały, ale jakiekolwiek nawiązania do Rainbow w tej piosence lub w innych utworach Cherokee nie są celowe i są zupełnie przypadkowe. Nigdy nie myślałem o tym numerze jako o hołdzie dla Blackmore'a. Nazywaliśmy ten utwór Van Halen Stomper. Czy to, co widzimy na okładce to motyw ręki Boga? Jak on się odnosi do Waszej muzyki? Grafika została wykonana przez Lenę Richter. Puściliśmy jej naszą muzykę, a ona wykonała resztę. Tak naprawdę nie omawialiśmy

Wasz label Dying Victims Productions specjalizuje się nieco w cięższym brzmieniu. Jak udało się Wam złapać z nimi kontakt? Właściwie jesteśmy najcięższym zespołem, jaki Dying Victims ma do zaoferowania. Więc Flo skontaktował się z nami, bo potrzebował naprawdę ciężkiego zespołu, żeby jego wytwórnia wreszcie wybuchła i wróciła do stanu niebytu. Albo po prostu dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi, pracowaliśmy już razem i nikt inny nie był zainteresowany wydaniem naszego albumu (śmiech). Macie za sobą mini-tour z zespołem Freeways. Jak Wam się grało razem?

To słychać, gdyż "Blood and Gold" brzmi zupełnie, jakby był nagrany w latach siedemdziesiątych. Jak się u Was zaczęła fascynacja muzyką tamtego okresu? Dzięki za komplement. Prawda jednak jest taka, że nie dążyliśmy do konkretnego brzmienia z lat siedemdziesiątych. Po prostu staraliśmy się, aby nagrania brzmiały naturalnie i energicznie. Żadnych wymyślnych rzeczy. Tylko prosta muzyka rockowa. Powiedz mi proszę, czy ten materiał to efekt kumulacji Waszej pracy od początku istnienia zespołu czy może wszystkie utwory były pisane na świeżo? Jedno i drugie. Niektóre utwory są znacznie starsze niż "Wakan Tanka Nici Un", a inne są zupełnie świeże. Na przykład "Mother Nature's Child" to pierwszy kawałek, jaki w ogóle razem napisaliśmy. "The Nightingale and the red Rose" powstał natomiast już podczas procesu nagrywania płyty. Pierwszy utwór na "Blood and Gold" to "Bill Pulman". Która rola tego aktora jest dla Was najbardziej inspirująca? Trudne pytanie. Zagrał w kilku filmach, do których lubię wracać. Niektóre z nich weszły do klasyki, ale o ile wiem, w rzeczywistości myśli o sobie bardziej jako o aktorze teatralnym niż o gwieździe filmowej. Drugi utwór nosi tytuł "Folowing My Blues". Co Twoim zdaniem jest głównym powodem faktu, że wiele młodych zespołów heavy metal czy hard rock coraz bardziej odwołuje się do bluesowych korzeni gatunku? Bez bluesa nie byłoby muzyki heavy metalowej ani rockowej. Odkrycie swoich korzeni jest więc całkiem naturalne. Czy to nie są podstawowe pytania? Skąd pochodzę, dlaczego tu jestem i dokąd zmierzam? Kim jest ten RG, o którym śpiewacie w jednym z kawałków?

Foto: Cherokee

niczego poza niektórymi elementami kolorystyki. Gdy pierwszy raz to zobaczyłem, też pomyślałem o "Stworzeniu Adama" autorstwa Michała Anioła. Jak większość młodych zespołów borykaliś cie się ze zmianami w składzie. Nie utrudniały Wam one pracy? Myślę, że dopiero w obecnym składzie staliśmy się prawdziwym zespołem. Nienawidzimy i kochamy się jak członkowie rodziny. Wszyscy są zaangażowani w proces tworzenia utworów. Naprawdę nie mogę się doczekać pracy nad nowym materiałem.

Tak, to było całkiem fajne doświadczenie. Oni są dziwni. My też i dlatego świetnie się dogadaliśmy (śmiech). Czy jest jakiś zespół, z którym szczególnie chcielibyście dzielić scenę w przyszłości? Freeways oczywiście! Ponadto Chapel of Disease, Witching Hour, The Night Eternal i Iron Kobra. I eszcze Mayhem! Bartek Kuczak

CHEROKEE

141


Jesteśmy kuzynami MemoCrasher Zwykliście słuchać i czytać od początku do końca, czy w drugą stronę? Jak słusznie zauważył basista Jon Letson, niektóre pytania w niniejszej rozmowie przypominały "proper mental workout", bo na początku zagłębiliśmy się we współczesną filozofię. Później, dla odmiany, padło jednak wiele ciepłych słow o Polsce, Ameryce Południowej oraz o Walii. Dopiero na sam koniec wywiadu okazało się, że Hunted czują się muzycznymi kuzynami katowickiego MemoCrasher. Gitarzysta Steve Barberini oraz basista Jon Letson z nawiązką wynagrodzą Wam uważną lekturę swoich wypowiedzi, jeśli świadomie posłuchacie ich utworu "Our Final Embrace", który fenomenalnie wieńczy poprzedzającą go, zawiłą zawartość LP "Deliver Us". HMP: Gdybym mógł powiedzieć Wam tylko jedną rzecz, podziękowałbym Wam za utwór "Our Final Embrace". Uwielbiam go. Jest fenomenalny. Steve Barberini: Dziękuję, Sam. Ten numer niesie szczególny przekaz. Jesteśmy z niego bardzo dumni. Cieszę się, że Ci się podoba. No właśnie. Analizuję ostatnio, jak kończą się metalowe albumy - pozytywnie, dając nadzieję słuchaczom, czy dobijając swe ofiary tak jak niegdyś Metallika na "St. Anger"? Hunted wydało dotychczas dwa longplay'e:

zbytniej zmianie w ostatniej dekadzie. Zauważ, że numery "Aria (In Memoriam)" (kawałek ze środka "Welcome The Dead") i "Our Final Embrace" (ostatni "regularny" kawałek "Deliver Us") dotyczą odejścia bliskich osób. Wierzę, że oba przywołują silne emocje, jakich doświadczamy w momencie utraty ukochanej osoby. "Aria" ukazuje utratę wiary (o ile wcześniej w cokolwiek wierzyliśmy), zaś "Our Final Embrace" - zagubienie i beznadzieję. Swoją drogą, Twój punkt widzenia wydaje mi się interesujący, dlatego że muzyka daje nam swobodę ekspresji niekończącej się pale-

Foto: Hunted

"Welcome The Dead" (2010) oraz "Deliver Us" (2021). Debiut kończył się przywołaniem śmierci zwiastującej wolność od doczesnych spraw ("Shadows"), natomiast ten drugi krążek przeciwnie - próbą negacji śmierci jako czegoś zbyt bolesnego, aby się z nią pogodzić ("Our Final Embrace"). Czy wobec tego zmieniliście Wasz pogląd na sprawy życia i śmierci w ciągu ostatnich 11 lat? Steve Barberini: To ciekawy pomysł - słuchać albumy od końca. Zastanowię się nad tym następnym razem! Nie ma co analizować w ten sposób konceptów, a chociaż nasze płyty nie są konceptami, to poszczególne kawałki łączy wspólny temat. Nie chciałbym Ciebie rozczarować, ale nasze poglądy, tudzież interpretacja zjawiska życia i śmierci, nie uległy

142

HUNTED

ty rozmaitych emocji oraz wierzeń związanych z wybranym tematem, np. ze śmiercią. Owa ekspresja nie zawsze jednak odpowiada obecnemu stanu ducha, w jakim akurat się znajdujemy. W związku z tym, wierzymy, że to ma sens, że śpiewamy o śmierci z różnych perspektyw, tzn. raz jako o czymś, co czyni nas wolnymi, a innym razem jako o czymś, co wprawia nas w strach. Kierkegaard (duński filozof, twórca nowoczesnego egzystencjalizmu, Soren Aabye Kierkegaard, 1813-1855 przyp. red.) łagodził egzystencjalny lęk wskazując na ulgę wynikającą z ostatecznej wolności myśli. Pisząc liryki, otwarcie i szczerze dzielimy się naszymi osobistymi przemyśleniami. Nasza muzyka jest w tym sensie ekstremalnie osobista.

Mówiąc o Kierkegaardzie myślisz zapewne o "Shadows", ponieważ "Shadows" jest zorientowane wyłącznie na osobę umierającego, zaś Kierkegaard'owi chodziło o to, że śmierć jest dla nas niczym, skoro nie doświadczymy własnego nie-bycia. Steve Barberini: Podoba mi się, gdy te same liryki są różnie interpretowane. Dążymy do tego, aby każdy mógł wczuć się i rozumieć naszą muzykę oraz teksty na swój własny, indywidualny sposób. Intencją "Shadows" było zasugerowanie porzucania relacji międzyludzkich, które już nam nie służą, a stanowią ciężar życiowy. Fakt, że moglibyśmy odbierać "Shadows" jako porzucanie nie relacji, tylko całego życia. Śmierć też przecież może stanowić ciężar uniemożliwiający dalszy rozwój człowieka. Widzę tutaj analogię do heideggerskiej kontynuacji kierkegaardskiej filozofii (niemiecki filozof, Martin Heidegger, 18891976), według której warto pogodzić się ze śmiercią, aby żyć bardziej autentycznie (czytaj: w zgodzie z własną naturą - przyp. red.). Czy muzyka należy do świata nie-bytu, kiedy słuchacze nie doświadczają jej na żywo (podczas koncertów)? Steve Barberini: Bardzo ważne jest, aby doświadczać muzykę na żywo, ponieważ realizuje to jej pełen potencjał na niewiarygodnie wysokim poziomie energetycznym, nie tylko poprzez wizualne połączenie artystów z publicznością, ale też poprzez wyjątkową atmosferę bycia wśród podobnie myślących osób, które cieszą się dokładnie tą samą sztuką, w tym samym czasie i miejscu. Aczkolwiek, nie sądzę, żeby radość czerpana z muzyki zależała w obecnych czasach wyłącznie od możliwości koncertowania. Muzyka żyje w naszych domach, jeśli nie w salach koncertowych. Zmieniłem ostatnio sposób "konsumowania" muzyki - zamiast słuchać jej w tle w domu lub podczas jazdy samochodem, planuję oddzielny czas, aby usiąść i słuchać, nie zajmując się przy tym niczym innym. Jedyną moją intencją podczas słuchania muzyki jest połączenie się z nią. Wierzę, że muzyka zasługuje na oddzielny czas oraz na to, aby fani nawiązywali z nią głęboką więź. Szkoda, że obecne trendy nowoczesnego życia wskazują na masowe porzucanie takiej aktywności. Szczerze, nazwałbym je szkodliwym zachowaniem konsumenckim. Jon Letson: Zaciekawiło mnie, że w naszej rozmowie pojawiła się postać Kierkegaarda. Osobiście, podchodzę do życia w - szeroko pojmowany - egzystencjalny sposób. To znaczący element mojej próby nadawania sensu życiu oraz wszystkiemu związanemu z życiem. Podczas studiowania na Uniwersytecie czytałem "Either / Or" (lektura obowiązkowa), co zapoczątkowało moje rozważania na temat etyki oraz zakresu, w jakim może ona kształtować nasze życie, społeczność, całą kulturę. Moje poglądy ulegały lekkim zmianom w miarę upływu czasu, ale często wyrażałem je i nadal wyrażam w lirykach Hunted. Na Twoje pytanie, czy muzyka "żyje", jeśli nie jest grana ani doświadczana na żywo, odpowiedziałbym, że wszyscy ludzie stale konstruują i rekonstruują znaczenie wszystkich naszych życiowych doświadczeń. Dlatego też, każdy widzi to inaczej. Odpowiedź zależy nie tylko od tego, kogo zapytasz, ale prawdopodobnie też gdzie i kiedy zadasz takie pytanie. W obecnych okolicznościach, tworzenie oraz doświadczanie "studyjnej" muzyki znaczy równie wiele co przeżywanie jej na scenie bądź


wśród publiczności. Niemniej, nie mogę się doczekać wznowienia koncertów! Czy zdarzyło Wam się nagrywać jakiś utwór na album studyjny ze świadomością, że nie będziecie wykonywać go na żywo? Steve Barberini: Nie. Jak dotąd, wykonaliśmy przynajmniej raz wszystkie nasze kawałki na koncertach. Nasza setlista zmienia się w zależności od okoliczności. Zdarzyło się np. tak, że mieliśmy tylko jedną gitarę, więc musieliśmy uniknąć grania podwójnych harmonii gitarowych. Album "Deliver Us" jest nowy (premiera 10 września 2021 - przyp. red.), dlatego zagraliśmy zaledwie 5 spośród 11 umieszczonych na nim utworów. Mamy nadzieję, że wkrótce zagramy je wszystkie. Jedynym numerem, który może nie wypaść dobrze na scenie, jest semi-ballada "Our Final Embrace". Podejrzewam, że Chris G (wokalista Hunted - przyp. red.) powiedziałby Ci, iż ciężko wbić się w odpowiedni dla niej nastrój i że nie pasuje ona do energii publiczności. Nigdy dotąd nie stroniliśmy od wykonywania czegokolwiek na żywo, więc mam nadzieję, że i "Our Final Embrace" zagości pewnego dnia w naszej setliście. Jon Letson: Ciężkie fragmenty "Our Final Embrace" są nieco mniej intensywne niż ich odpowiedniki w semi-balladzie "Aria (In Memoriam)", ale spodziewam się, że wypadnie to podobnie. Pamiętam, że też nie byliśmy pewni, jak "Aria" sprawdzi się na koncercie, kiedy po raz pierwszy dodaliśmy ją do setlisty. Wyszło świetnie i to był jeden z najbardziej poruszających fragmentów występu, zarówno dla nas, jak i dla publiczności. Wszyscy to czuliśmy. Mam przeczucie, że "Our Final Embrace" wywoła równie mocne wrażenia. Jeśli zasugerujemy Mr G, że mamy tego rodzaju wątpliwości, to na pewno uprze się on, że musimy grać "Our Final Embrace" na każdym show, dopóki zawali się dach nad naszymi głowami (śmiech). Skoro pojawiło się już nazwisko Kierkegaard'a, przypomniałem sobie, iż jego najsłynniejsze zdanie głosi: "Życie może być zrozu miane tylko wstecz, ale musi być przeżywane wprzód". Lubię myśleć o "Deliver Us" zaczynając od jego końcówki, nawet jeśli słucham go wprzód. Tytuły pierwszych utworów "Velvet Worm" i "For The Blind" nie za-

Foto: Hunted

chęcają, bo robactwo jest "bleh" a ja wolałbym widzieć normalnie na dalsze odległości bez noszenia okularów. Czy mógłbym Was poprosić o wyjaśnienie innej perspektywy odbioru tych kawałków? Steve Barberini: "Velvet Worm" ma wywoływać gniew, więc z natury jest mniej filozoficzny. Mówimy w nim o rzeczywistości zniekształconej przez manipulujących faktami pozerów, nazywanych liderami społecznymi. Tytuł opisuje ich gładką ("aksamitną") demagogię i obrzydliwe ("robaczywe") cwaniactwo. Jon Letson: "For The Blind" napisaliśmy nieco wcześniej, ale za sprawą błędów na stałe wpisanych w zachowania społeczeństw, wydaje się wciąż aktualne. Chodzi konkretnie o upragniony przez wszystkich komfort, którego - owszem szukamy i znajdujemy, ale wywołując przy tym zniszczenia dla obecnego oraz przyszłego pokolenia. Robimy wiele, aby tępić ostre krawędzie naszej świadomości i po cichu degradować nasze procesy myślowe, tak jakbyśmy na własne życzenie sami się zbiorowo oślepiali.

Foto: Hunted

Widzę jednak światło pośrodku tego rozgardiaszu. Okładka zdobiąca "Deliver Us" jest nie tylko mroczna, ale też głęboka i obskurna; po lewej stronie widzimy jakiś zamek, po prawie wzgórza, sporo świec na przedzie, a solidna wiązka światła wyłania się po środ ku z oddali. Steve Barberini: Autorem tej grafiki jest artysta Marcela Bolivar, która stworzyła okładkę również dla debiutu Hunted. Wspaniale nam się z nią pracuje, bo doskonale rozumie głębszy zamysł, jaki staramy się przekazać w lirykach. Doskonale ukazuje go w swojej sztuce. Okładka "Deliver Us" wyraża rozpacz i zatracenie wspólne dla wszystkich tekstów utworów. Ćmy nieświadomie ciągną ku ogniu świec symbolizują powolne zniszczenie fundamen-

tów miasta. Samotny wędrowiec dryfuje bezwiednie ku gasnącemu światłu, dlatego że reprezentuje on naiwne i auto-destrukcyjne zachowania społeczne. Szczególnie usatysfakcjonowani jesteśmy trafnością ćmy (możesz ją zobaczyć też na okładce "Welcome The Dead"), ponieważ doskonale odzwierciedla ona irracjonalnych ludzi, którzy podążają za wytycznymi bez zadawania pytań. Oba longplay'e zawierają bonusy. Na "Welcome The Dead" zamieściliście cover Nevermore "The Heart Collector" a na "Deliver Us" - "Maldito Sea Tu Nombre". Mam dwa pytania. Po pierwsze, jest taki amerykański zespół Silver Talon, którego debiut "Decadence and Decay" został w pełni zainspirowany przez Nevermore, z tym że w ich skład wchodzi aż trzech gitarzystów prowadzących, co wzmacnia neoklasyczny posmak ich muzyki. Wy również zdajecie się grać pod wpływem Nevermore, z tym że stylistycznie nawiązujecie również do wielu innych amerykańskich kapel. Steve Barberini: Dziękuję za przedstawienie mi Silver Talon. Podoba mi się, co usłyszałem. Jon Letson: Również dziękuję za zarekomendowanie mi Silver Talon - lubię ich muzykę. Fajno, że duch Nevermore jest wciąż żywy. Wydaje mi się, że słyszę u nich echo Anacrusis, z tym że grają znacznie bardziej technicznie (to dobrze). Steve Barberini: My też jesteśmy fanami Nevermore. Loomis to wspaniały gitarzysta i kompozytor, ale to głos Warrela Dane'a najbardziej na mnie działa. Jego solowy album "Praises To The War Machine" to dzieło sztuki, bardzo bliskie perfekcji. Niech spoczywa w pokoju. Hunted nie poszedł jednak śladami Nevermore - dla uproszczenia wskażę na brak u nas siedmiostrunowych gitar, nie obniżamy stroju, stosujemy znacznie mniej

HUNTED

143


Foto: Hunted

neoklasycznej melodyki. Na pewno wiele innych kapel też na nasz styl wpłynęło, np. Iced Earth, Fates Warning, Queensryche, Manowar, Crimson Glory, wielka czwórka amerykańskiego thrasu. Jon Letson: Yep, niechaj Warrel Dane spoczywa w pokoju. "Praises to the War Machine" nie opóścił jeszcze mojego odtwarzacza na zbyt długo, a mam swój egzemplarz już od 2008 roku. "This Godless Endeavor" jest jak dla mnie bliskie doskonałości, jaką da się osiągnąć na metalowym albumie. Zastanawiałem się, czy bylibyście zainteresowani w przyszłości współpracą z Silver Talon? Np. przy nagrywaniu całego albumu wypełnionego coverami Nevermore? Steve Barberini: Jesteśmy otwarci na wszelkie muzyczne przygody, więc świetnie byłoby z nimi współpracować. Nie przekonuje mnie jednak pomysł dedykowania całego albumu coverom Nevermore! Lepiej, żeby ludzie słuchali oryginału. Pojedynczy cover ma swoje miejsce i rolę - jest tributem, możliwością docenienia idola, odciśnięcia cząstki własnej duszy na czymś, co uważamy dla nas za drogie. Gdybyśmy poszli z tym za daleko, ów cel mógłby się po drodze zagubić. Jon Letson: Wszyscy zgadzamy się w tej kwestii ze Steve' em - mniej znaczy więcej. Co skłoniło Was do nagrania "Maldito Sea Tu Nombre" w języku hiszpańskim? Czy też uważacie, że Ameryka Połu-dniowa jest jednym z najbar-dziej metalowych kontynentów świata? Steve Barberini: Tak! Metal jest wielki w

144

HUNTED

Południowej Ameryce. Wystarczy spojrzeć na serię "Rock In Rio". Dorastałem wśród metalowej społeczności w Kolumbii, więc wiem, jak poważnie do sprawy tam podchodzą. Europejczycy uważają możliwość ujrzenia dużych zespołów w akcji za coś pewnego. To proste, sprawdzić gdzie gra ulubiony zespół i po-jechać go zobaczyć. Natomiast, za każdym razem gdy jakiś zespół pojawia się w Ameryce Południowej, to jest to wydarzenie - czeka się na to, mówi się o tym, a później na stałe zachowuje się o tym wspomnienia. Dawniej takie okazje nie zdarzały się często. Nie można winić żadnego zespołu za to, że zwraca się do Ameryki Południowej, skoro spotyka się tam z gorącym przyjęciem. Myśmy nie nagrali "Maldito Sea Tu Nombre", aby zdobyć tam fanów, lecz raczej dlatego, że ja dorastałem na tej piosence. Kocham ją. Mam mnóstwo wspaniałych wspomnień ze słuchania lokalnych kapel grających to w Kolumbii. Ja też tak chciałem, a na szczęście pozostali muzycy Hunted zgodzili się. Fajnie! Jak ważna jest dla Was struktura utworów i całych albumów? Czy identyfikowanie się ze sceną prog metalową ułatwia Wam, a może raczej utrudnia, zaskakiwanie słuchaczy? Analizujecie takie rzeczy? Steve Barberini: Nie analizujemy nadmiernie naszych kompozycji, a przynajmniej nie robimy tego w metodyczny, usystematyzowany sposób. Nie posiadam odpowiedniej wiedzy z teorii muzyki, aby rozważać rozmaite opcje dźwiękowe podczas komponowania. Jeśli coś brzmi dla mnie dobrze, to niech takie będzie. Nie oznacza to, że zadowalamy się pierwszymi lepszymi wersjami, ale na wyczucie próbujemy różnych podejść i wybieramy to, które najlepiej wpisuje się w pożądany emocjonalny ton. Lubimy myśleć, że mamy wystarczającą wprawę, aby pisać "dobrą" muzykę, ale to subiektywne odczucie. Oczywiście, ważna jest struktura utworu. Cechą prog-u jest jednak łamanie konwencjonalnych struktur. Niektórzy słuchacze czerpią większą przyjemność, gdy słyszą to, czego się spodziewają, np. Powtarzane melodie i zwrotki. Ale dla nas to, co oni robią, to jest słuchanie pasywne, wymagające niewiele wysiłku. My nie podzielamy takiego podejścia. Niektóre nasze utwory rozwijają się w przewidywalnym kierunku, ale mamy też i takie, które sięgają po nietypowe

rozwiązania - nie ze względu na intencję zrobienia czegoś awangardowego, tylko dlatego, że tak czujemy muzykę. Jest to jeden z głównych powodów przypisywania nas do gatunku "prog", podczas gdy nie znajdziesz u nas np. połamanych rytmów ("time signatures"). Jon Letson: Jestem prawdopodobnie największym prog-maniakiem w Hunted. Zawdzięczam to bratu, znakomitemu muzykowi, który kochał prog i wprowadził mnie w świat Dream Theater, Orphaned Land, Pain Of Salvation, Haken, Leprous, Yes, Stevena Wilsona itd. To fakt, ale wszyscy muzycy Hunted uważają się przede wszystkim za metalowców. Skłonność do używania technicznych smaczków w celu wzmacniania barw przekazywanych poprzez muzykę emocji ma swoje źródło w wymienionych inspiracjach. Historie opowiadane przez nasze kompozycje biorą się z zamiłowania do takich bohaterów jak Iron Maiden (a przecież oni nie stronią od prog-u, zwłaszcza obecnie), Megadeth i Nevermore. Oto główny kierunek, w jakim podążam i będę starać się podążać podczas komponowania w przyszłości. Odnoszę wrażenie, że Wasze gitary grają często "obok" innych instrumentów oraz "obok" wokalu. Za najbardziej jaskrawy przykład mogę podać "micro-solówki" w "Salvation On A String", a także solo w "Velvet Worm", gdzie wokalista Chris G. przekrzykuje się z gitarą prowadzącą. Steve Barberini: Powiem tak. Przed wejściem do studia jesteśmy ekstremalnie przygotowani. Czas każdego z nas ma wartość, więc nie chcemy go marnować. W związku z tym, 90% muzyki jest zdefiniowane przed sesją. Pozwalamy sobie jednak na momenty artystycznego uniesienia w studiu, podczas których kończymy pozostałe 10%. Wspomniane przez Ciebie warstwy pojawiają się w surowej wersji przed nagrywaniem. Chris eksperymentuje z głosem, aby zapewnić, że dobrze współbrzmi z partiami instrumentalnymi. Wszyscy - wraz z inżynierem Timem Hamillem - skrupulatnie pracujemy nad tym, aby każda warstwa miała cel i pasowała. Jak wygląda scena metalowa w Walii? Jon Letson: Walia zawsze miała mroczne podbrzusze, sięgające od Budgie aż po Desecration and Anterior (ten ostatni nagrywał z tym samym inżynierem, co i my - Timem Hamillem w Sonic One). Z ekip odnoszących sukcesy komercyjny wymieniłbym Bullet For My Valentine oraz Skindred - możliwe, że nie podobają się one pewnej grupie metalowców, ale osobiście cieszę się, że utrzymują oni Walię na heavy metalowej mapie świata. Niestety, nie koncertujemy ostatnio, więc nie jestem zorientowany, co działo się w ostatniej chwili, ale mam nadzieję, że wkrótce znów wznowimy działalność koncertową. (Cóż, żeby być na bieżąco z heavy metalem, warto czytać Heavy Metal Pages - przyp. red). Których metalowych muzyków z innych zespołów moglibyście wskazać jako Waszych zaufanych przyjaciół? Steve Barberini: Nie sądzę, żebyśmy byli na trasie dość długo, aby zyskać "zaufanych przyjaciół". Graliśmy ze wspaniałymi lokalnymi ekipami i spotkaliśmy fantastycznych ludzi. Nie możemy się doczekać, kiedy odzyskamy wolność, wyruszymy w trasę i odnowimy znajomości ze starymi przyjaciółmi, a także zy-


skamy nowych kumpli. Jeden z odnoszących największe sukcesy pol skich rock/metalowych wokalistów, Grzegorz Kupczyk, narzekał jakieś 12 lat temu, że niebiletowane koncerty źle wpływają na kondycję sceny. Czy podzielacie tą opinię? Steve Barberini: Jasne. W pełni się z tym zgadzam. Wielu ludzi przywykło do rozmaitych rzeczy, w tym do bezpłatnej muzyki. To dziwne i nie na miejscu. Komponowanie, produkowanie i wykonywanie muzyki powinno być nagradzone stosownie do poziomu rozrywki czerpanej przez odbiorców. Ale stawianie sprawy w ten sposób to jak chodzenie po cienkiej linie. My możemy nie zgadzać się na niebiletowane gigi, ale z drugiej strony takie występy mogą znakomicie wpłynąć na wzrost naszej ekspozycji dla nowych fanów. Wyzwanie polega na utrzymywaniu odpowiedniego balansu. Nie graliśmy dotąd wielu sztuk poza miejscem zamieszkania, nie byliśmy na żadnej dłuższej trasie, więc póki co nie mamy problemu z logistyką - wkładamy cały potrzebny sprzęt do samochodu lub do dwóch, lub do trzech, i w drogę! Z którymi polskimi zespołami chcielibyście dzielić scenę? Steve Barberini: Przyznam, że nie znam polskich zespołów metalowych. Oczywiście, lubię Behemoth i Decapitated, ale nie słyszałem o innych. Na pewno gdzieś tam są - zapodajcie proszę jakieś rekomendacje, a ja dodam je do swojej listy obok Silver Talon. Jon Letson: Sięgam po Vader, kiedy mam ochotę na porządny death metal. Ciekawe, że zawiłe mechanizmy stojące za wyszukiwarką YouTube pokazały mi ostatnio kapelę o na-

Foto: Hunted

zwie MemoCrasher. Nie rozgryzłem, o co chodzi w nazwie, ale jestem już fanem. W pewnym sensie są oni naszymi muzycznymi kuzynami. Tytuł jednego z ich utworu miał nawet walijski tytuł. Chciałbym kiedyś podzielić z nimi scenę! Do których polskich miast najchętniej zawitalibyście? Steve Barberini: Kilka lat temu pojechałem wraz z żoną do Łodzi, aby zobaczyć Iron Maiden. Zarówno koncert, jak i miasto, były super. Kiedy słyszę o graniu w Polsce, natychmiast myślę o Łodzi. Wyjątkowo pozytywne

kulturalne wibracje czułem też w Krakowie - o ile pamiętam, znalazłem niewielki metalowy sklep obok Rynku Głównego. Bardzo chciałbym tam powrócić i zagrać gig lub dwa w Krakowie! Jon Letson: Niestety, nie widziałem jeszcze Polski, także każde polskie miasto byłoby dla mnie fajnym kierunkiem wyjazdu. Moja żona mieszkała dawniej na Ukrainie i była fanką Krakowa, odkąd wybrała się tam na wycieczkę. Myślę, że moglibyśmy zacząć od Krakowa. Sam O'Black


Staramy się stworzyć naszą wersję power metalu Na metalowej mapie od czasu do czasu trafia się coś ciekawego z tzw. melodyjnego prog-poweru. Do tego grona powinniśmy zaliczyć amerykański Immortal Guardian, który swoimi albumami "Age Of Revolution" i "Psychosomatic" udowodnili, że potrafią zagrać, i ciekawie, i bezpośrednio. Jeżeli, ktoś z naszych czytelników nie trafił do tej pory na tę formację, to zachęcam ich do zapoznania się z Amerykanami. Mam nadzieję, że podjęcie decyzji ułatwi spisana poniżej rozmowa z liderem zespołu, Gabrielem Guardianem. Zapraszam… HMP: Zawsze jak napotkam taki zespół jak wasz staram się zadać to pytanie. Co jest atrakcyjnego w europejskim melodyjnym power metalu dla muzyków pochodzących ze Stanów? Możecie zdradzić, co was przyciągnęło do takiej muzyki? Gabriel Guardian: Dla mnie było to głównie

Zdziwiłbyś się. Europa zdecydowanie ma większą bazę fanów melodyjnego power metalu, ale po naszych ostatnich trasach po USA i obserwując trasy moich przyjaciół, wygląda na to, że scena melodyjnego power metalu w USA bardzo się rozrosła. Cieszę się, że widzę jak ten wspaniały europejski styl muzyki roz-

Foto: Immortal Guardian

użycie klawiszy i niesamowite melodyjne umiejętności wokalne. W amerykańskiej muzyce jest dużo agresji i super ciężkiego grania, co jest fajne, ale ja dorastając zbytnio nie zagłębiałem się w takie klimaty. Zawsze byłem bardziej zainteresowany klasycznie brzmiącymi melodiami i strukturami akordów, fajnymi syntezatorowymi solówkami i tego typu rzeczami. Nie znajdziesz tego w amerykańskiej muzyce. To była jedyna muzyka, którą chciałem tworzyć od pierwszego dnia, więc naturalnie ciągnęło mnie do słuchania europejskiego metalu. Wielkie harmonijne wokale, smyczki i syntezatory, neoklasyczne gitarowe shreddingi... kocham to! Z Europy pochodzi większość zespołów grających melodyjny power metal. Tam jest spora baza fanów takiego grania, ale jest też, chyba największa liczby jego oponentów. W Stanach chyba nie ma takiego zjawiska?

146

IMMORTAL GUARDIAN

kwita tutaj w Stanach. Dzięki internetowi i tonie nowych, niesamowitych zespołów na scenie, power metal rozwija się tutaj z dnia na dzień. W waszej muzyce odnajduję sporo inspiracji Helloween i Stratovarius, jakie jeszcze zespoły power metalowe z Europy wpłynęły na wasze spostrzeganie muzyki? O kurczę, łatwiej byłoby wymienić kapele, których nie słuchaliśmy (śmiech). Jest zbyt wiele niesamowitych zespołów, żeby je wymienić. Ale zdecydowanie mogę powiedzieć, że dorastając byliśmy pod wpływem europejskiego power metalu. Uwielbiałem również inną muzykę, która nie była typowym power metalem. Słuchałem dużo Children of Bodom i tego typu cięższych rzeczy. Naprawdę, wszystko z niesamowitą gitarą i/lub klawiszami zawsze wzbudzało moje zainteresowanie!

Wasz power metal jest w dużej mierze w symbiozie z progresywnym power metalem. Tym razem wzorce raczej pochodzą z Ameryki, bo w waszej muzyce można znaleźć wpływy takich zespołów jak Angra, Symphony X, Dream Theater, itd. Dlaczego, więc za swoje wzorce nie obraliście amerykańską odmianę power metalu, czyli zespołów typu Helstar, Jag Panzer, Omen, itd,? Zawsze kochałem "mroczniejszą" stronę power metalu. Uwielbiałem to jak Symphony X i Dream Theater poszukiwali sposobów na uczynienie swojej wersji power metalu "mroczniejszą" poprzez nadanie gatunkowi własnego charakteru. Zawsze kochałem to bardziej niż tradycyjny melodyjny power metalowy styl, który śpiewa o smokach, górach itp. Tak jak niesamowita jest ta muzyka, tak my zawsze staramy się pisać o innych tematach i nadawać im własny wydźwięk. Immortal Guardian był zdecydowanie pod wpływem wielu zespołów power metalowych, ale my staramy się stworzyć naszą wersję power metalu, taką, z którą nikt jeszcze nie próbował się zmierzyć. Utwory na "Age Of Revolution" są zdecydowanie bardziej złożone od tych na "Psychosomatic". Ten drugi album muzycznie jest bardziej bezpośredni. Jakie jest wasze prawdziwe muzyczne oblicze, to bardziej ambit niejsze czy te bardziej prostsze? Naszym prawdziwym muzycznym obliczem jest to wszystko o czym wspomniałeś. Czasami miło jest zaszaleć i zrobić coś progresywnego, ale równie miło jest też robić muzykę, która trafia w samo sedno, a melodia i riffy są na wyciągnięcie ręki. Myślę, że w życiu wszystko jest kwestią równowagi. I czasami w ekstremalnej, technicznej muzyce musi być też równowaga w postaci miłego, prostego i bezpośredniego metalu. Uwielbiamy się tym bawić. Wraz z dojściem nowego perkusisty i basisty na "Psychosomatic", nastąpiła zmiana brzmienia na lepsze, ale nowy album, nad którym pracujemy, będzie miłą mieszanką bezpośredniego metalu z bardzo technicznymi, złożonymi momentami. Na "Age Of Revolution" oprócz jasnych deklaracji co do progresywnego power metalu, znakomicie w swoja muzykę wpletliście cała masę różnych muzycznych stylów, od ele mentów folkowych, po przez latynoskie, ori entalne, flamenco, do jazzowych. Lubicie jak w waszej muzyce dużo się dzieje? Uwielbiamy kiedy w naszej muzyce dużo się dzieje. Naturalnie będziesz miał wiele różnych stylów i wpływów w zespole, kiedy masz na pokładzie Meksykanina, Brazylijczyka, Francuza, Kanadyjczyka i Teksańczyka, którzy tworzą razem muzykę (śmiech). Wszyscy dorastaliśmy w tak różnych środowiskach i kulturach, że miło jest pokazać sobie nawzajem nasze ulubione części życia poprzez muzykę, na której się wychowaliśmy. I to zawsze sprawia, że jest o wiele więcej zabawy, kiedy możemy dodać to wszystko do naszej muzyki lub fabuły. Różnorodność w tym zespole jest moją ulubioną częścią muzyki i przyjaźni, które mamy. Jak wspomniałem "Psychosomatic" jest bardziej bezpośrednie i nie szafujecie na nim tak wieloma pomysłami, za to mocniej wyeksponowaliście nowoczesne i współczesne brzmienia, choć ciągle jesteście wierni tradycji. Czy świadczy to o tym, że szukacie też cie-


kawych rozwiązań poza klasycznymi pomysłami heavy metalowymi? Jak daleko jesteście w stanie odejść od wybranej przez was stylistyki? Pod tym względem jesteście elastyczni czy bardziej rygorystyczni? Zawsze byłem typem człowieka, który mówi "spróbuj, zanim ci się nie spodoba". Myślę, że nadal będziemy próbować nowych dźwięków i nowych sposobów na bycie Immortal Guardian. Uwielbiam kiedy moje ulubione zespoły próbują czegoś nowego i całkowicie zmieniają swoje brzmienie raz za razem. I nie mówię tu o tym, żeby było to coś niesamowicie odmiennego. Tylko na tyle, żeby muzyka z albumu na album nie brzmiała tak samo i nie była tak samo odczuwalna. Widzę, że jesteśmy bardzo elastyczni i podążamy za tym, co czujemy w danym momencie. "Psychosomatic" nigdy by się nie wydarzył, gdyby nie pandemia. Więc myślę, że cokolwiek wszechświat/czas rzuci w nas, to będzie następna muzyka, którą stworzymy w oparciu o to, co czujemy w naszym życiu. Wasze podejście do progresu, wiele różnych stylistycznych wtrętów, intrygująca budowa utworów, a przy okazji świetne i uwodzące melodie, bardzo mocno przykuły moją uwagę. Wspominałeś już o tym, że jest szansa abyście na swoim trzecim albumie wrócili do takiej różnorodności... Zdecydowanie będziemy przywracać wiele z tych elementów. Czuję, że nasz trzeci album będzie idealną mieszanką tego, co zrobiliśmy pomiędzy albumami "Age..." i "Psychosomatic". Będzie zawierał świetne, proste teksty, ale z bardzo szalonymi, złożonymi muzycznymi momentami zawartymi w każdej kompozycji. Jesteśmy bardzo podekscytowani tym, że wyjdzie to z naszego studia i trafi do waszych uszu! Za to w partiach gitarowych i klawiszowych bardzo wyraźnie czuć nutkę muzyki neoklasycznej. To wpływ muzyki klasycznej czy też częstego sięgania po dokonania takiego Yngwie Malmsteena? Dorastając słuchałem trochę Malmsteena. Zawsze podziwiałem jego umiejętności gry na gitarze. Ale muszę powiedzieć, że większość tych neoklasycznych wpływów pochodzi prosto z muzyki klasycznej i metalu, który wykorzystywał neoklasyczne melodie. Gdy dorastałem uwielbiałem słuchać muzyki klasycznej i nadal ją słucham. Uwielbiam Franza Liszta, Mozarta, Vivaldiego, Chopina, Bacha i wszystkich tych kozaków. Często włączam "przypadkowe" utwory i po prostu zatracam się w muzyce. Muzyka klasyczna dała mi przez lata więcej inspiracji i pomysłów niż jakikolwiek pojedynczy zespół. Melodie i pomysły są absolutnie genialne i nie widać zbyt wielu artystów, którzy w dzisiejszych czasach stosują ten styl pisania w swojej muzyce. Aby grać progresywne odmiany metalu muzycy muszą się wykazać dużą kulturą muzyczną oraz wysokimi umiejętnościami technicznymi. W jaki sposób doszło do współpracy aktualnego składu zespołu? Czym każdy z instrumentalistów wyróżnia się, jakie są ich atuty? Każdy wnosi do Immortal Guardian swój specjalny posmak metalu. Absolutnie kocham tę część najbardziej. Podczas gdy nasz perkusista Justin i basista Joshua dorastali na bardziej amerykańskim heavy metalu, Carlos i ja

Foto: Immortal Guardian

dorastaliśmy słuchając dużo więcej melodyjnego power metalu itp. Więc mamy w Immortal Guardian tę miłą mieszankę obu światów, której nigdy nie mogłem znaleźć w innych zespołach. W zasadzie wszyscy poznaliśmy się przez internet. To największe błogosławieństwo dla ludzkości jako muzyków. Byliśmy w stanie poznać się nawzajem, założyć zespół, pisać albumy, kręcić teledyski itp. itd. wszystko dzięki internetowi. To szalone. Jest to zdecydowanie trudniejsze niż robienie wszystkiego osobiście, ale kiedy jest wola, jest i sposób! Powiedziałbym, że dużą siłą zespołu, oprócz jakichkolwiek zdolności muzycznych, jest to, że każdy członek zespołu jest obeznany z technologią. Wszyscy możemy sami nagrywać i filmować się z domu. Aktualnie rzadko kiedy składy kapel utrzy mują się przez długie lata. U was też zmieniła się sekcja rytmiczna. Jak bardzo w waszym wypadku zmiany personalne wpływają na muzykę zespołu? W dzisiejszych czasach zmiany w składzie są nieuniknione. To jest nieuchronne w tych szalonych czasach. I tak, zmiany w składzie zdecydowanie wpływają na muzykę i relacje między zespołami. Dlatego też, kiedy znaleźliśmy Josha Lopeza i Justina Piedimonte, chcieliśmy mieć pewność, że są to właściwi ludzie, a nie tylko szybkie zastępstwo. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak nasza muzyka teraz powstaje i mamy wiele zabawy na wspólnej trasie. Twoim atutem jest to, że potrafisz pogodzić granie jednoczesne na gitarze i klawiszach. Zastanawia mnie jak to wygląda w praktyce na scenie? To moja ulubiona rzecz do wykonywania. Uwielbiam, kiedy ludzie komentują moje teledyski i nie myślą, że to wszystko jest prawdziwe, a potem przychodzą na koncert i widzą, jak to wszystko odbywa się w czasie rzeczywistym, na ich oczach. To bardzo zabawne widzieć ich reakcje. Powinieneś przyjść zobaczyć to na żywo! W sumie twoje umiejętności choć przycią-

gają uwagę to są niczym nowym. Taki Geddy Lee na scenie potrafił pogodzić grę na basie, gitarze, klawiszach oraz innych urządzeniach, a w dodatku śpiewał... Nie jestem żadnym Geddy Lee, w zasadzie jesteśmy jak jabłka i pomarańcze ("Apples and Oranges" - angielski idiom, dwie rzeczy których nie da się porównać - przyp. red). Chociaż śpiewam, gram na gitarze i klawiszach na żywo, to jestem zupełnie innym zwierzęciem i reprezentuję inny styl wszystkiego razem. Bardzo dużym atutem Immortal Guardian jest wokalista Carol Zema. Już jego CV robi wrażenie... Ciężko było go namówić do współpracy z Immortal Guardian? Co zde cydowało, że został muzykiem zespołu? Kiedy po raz pierwszy spotkałem Carlosa Z, to było jak spotkanie z przyjacielem, którego znam od zawsze. Podczas naszego pierwszego spotkania od razu przypadliśmy sobie do gustu. Od tego dnia natychmiast staliśmy się braćmi i muzycznymi partnerami. Mieliśmy też wiele bardzo ciekawych zbiegów okoliczności, kiedy się poznaliśmy. Tak się złożyło, że on grał w zespole o nazwie Heaven's Guardian, co było już dość szalone. A kiedy zapytał, czy kiedykolwiek coś wydaliśmy, to w tamtym czasie mieliśmy tylko jedną EP-kę opublikowaną 24 marca. Okazało się, że to była data jego urodzin i wszyscy wpadliśmy w szał. To było nam pisane. Muzyka na "Age Of Revolution" powstała przy współpracy wszystkich członków zespołu, natomiast na "Psychosomatic" coraz ważniejszą rolę jako kompozytora odgrywa twoja osoba. Jak powstaje wasza muzyka? Kto decyduje, że dana kompozycja znajdzie się na płycie. Macie jakiś wypracowany schemat pisania utworów? Odkąd założyłem Immortal w liceum jestem głównym autorem muzyki w zespole. Zazwyczaj przygotowuję utwór muzycznie lub wokalnie w moim studiu, a następnie wysyłam go do reszty zespołu, aby zebrać pomysły. Zazwyczaj zaczynam od czystych akordów i melodii, a potem sekcja rytmiczna doprawia je i dodaje do nich ciężkiego brzmienia. Powie-

IMMORTAL GUARDIAN

147


działbym, że 95% tego, co piszę, powstaje najpierw na pianinie. Łatwo jest pisać kawałki na pianinie, ponieważ możesz pracować nad melodią i akordami w tym samym czasie. Nawet jeśli z wielu moich pomysłów powstają w końcu riffy gitarowe, to w większości przypadków zaczynają się one od aranżacji na pianinie. Zema i ja zazwyczaj pracujemy razem nad tekstami i melodiami wokalnymi. Spędzam też sporo czasu na robieniu orkiestracji tła, jeśli jest to potrzebne to siadam przy pianinie i wymyślam wszystkie harmonie wokalne oraz aranżacje chórków, zanim Zema zacznie nagrywać swoje główne wokale. W ten sposób jest po prostu łatwiej. W końcu znajdujesz swój rytm i trzymasz się go. Każdy ze-

Tak się po prostu złożyło, że wszystkie inspiracje, które czerpaliśmy do nowego albumu pochodziły z wydarzeń, których doświadczyliśmy podczas pandemii. Ostatecznie można powiedzieć, że był to album tematyczny, ale my po prostu staraliśmy się udokumentować to, co działo się w historii, w czasie rzeczywistym, w naszej muzyce. Ostatnie lata to okres pandemii. Jak przez ten czas radziliście sobie z promocją zespołu? To było niewiarygodnie trudne! Ha! Ale udało nam się przetrwać. Prawie wszystko robiliśmy przez internet. Prawdopodobnie wykonaliśmy tysiące rozmów telefonicznych, wiadomości,

Jak wyglądają wasze występy na żywo, co można po nich się spodziewać? Nasze występy na żywo są cholernie epickie. Wkładam niesamowitą ilość czasu w produkcję show. Poza graniem muzyki, mam ogromną pasję w kwestii oświetlenia, laserów i produkcji wideo. Zajmuję się tym już od dłuższego czasu. A teraz, kiedy w końcu wróciłem na trasę, miło jest przenieść całą wiedzę, którą zdobyłem jako szef produkcji do mojego własnego zespołu. Na naszych trasach możecie spodziewać się szalonego pokazu świateł, z pokazem laserowym Hot Beam i wizualizacjami albumów, wszystko idealnie zsynchronizowane z naszą muzyką. To jest całkiem niezłe widowisko. Gorąco polecam zobaczyć to na własne oczy, filmiki nigdy nie oddadzą sprawiedliwości, jak jest faktycznie w rzeczywistości. Wszystko to przy naszych utworach granych na żywo z 1000% energią na scenie, emitowaną przez każdego członka zespołu, każdej nocy. Co prawda dopiero co wydaliście "Psychosomatic", ale jak wspominałeś rozpoczęliście prace nad muzyką na jego następcę. Proszę zdradź jeszcze trochę szczegółów... Cały czas pracujemy nad nową muzyką. Nie weszliśmy jeszcze do studia, żeby zacząć nagrywać cokolwiek, ale na pewno mamy kilka fajnych pomysłów i koncepcji, które krążą nam po głowie. Jesteśmy bardzo podekscytowani mogąc malować kolejny rozdział historii Immortal Guardian.

Foto: Immortal Guardian

spół ma inny flow, a ja naprawdę lubię sposób, w jak my to robimy. Teksty Immortal Guardian to też praca zespołowa i chyba dość ważna dla was. Na "Psychosomatic" sięgnęliście po aktualną tematykę i zdaje się zamknęliście to w pewien koncept... Tak, teksty to zdecydowanie praca zespołowa. Zazwyczaj Zema i ja rzucamy na siebie tekstami przez całą noc, aż obaj czujemy, że jest idealny. Jeśli obaj nie czujemy się dobrze z tekstem, który zapisujemy, po prostu go nie używamy i próbujemy nowych pomysłów, aż do momentu, kiedy coś nas naprawdę zagra. Zawsze byłem wielkim fanem albumów tematycznych i konceptualnych, więc może to jest coś, do czego będziemy dążyć, ale w przypadku "Psychosomatic" nie było zaplanowane.

148

IMMORTAL GUARDIAN

rozmów wideo, maili, żeby stworzyć album "Psychosomatic" i teledyski. Promocja też była ciężka, bo z powodu blokad nie mogliśmy zebrać całego zespołu w jednym pomieszczeniu. Josh w Teksasie, Justin w Montrealu w Kanadzie, Carlos w Brazylii, a ja w Las Vegas. Zdjęcia, teledyski i proste kolaboracje trwały o wiele dłużej niż było to konieczne, ale byliśmy bardzo wdzięczni, że wszyscy mamy umiejętności techniczne i internet, którego potrzebowaliśmy, by wykonać tą całą robotę. To był bardzo zabawny i kreatywny czas, kiedy kręciliśmy teledyski, które były filmowane w różnych stanach i krajach. Byliśmy bardzo zdeterminowani, żeby skończyć album bez względu na to, co działo się na świecie. Pewnie brak koncertów dał się wam we znaki. Podczas gdy obostrzenia znikają, nadzieja na życie koncertowe powraca, wyruszycie w trasę czy raczej będą to pojedyncze sztuki? Powiedziałbym, że byliśmy jednym z pierwszych zespołów metalowych, które wróciły na trasę. Właśnie zakończyliśmy naszą pierwszą trasę powrotną po pandemii. To było 30 koncertów w 6 tygodni. Jak szalone było koncertowanie podczas pandemii z wszystkimi nowymi ograniczeniami? Mimo wszystko było warto! Mieliśmy zaszczyt zagrać dla wielu nowych fanów, a także zobaczyć wielu naszych starych przyjaciół i fanów. Byliśmy nawet headlinerem wyprzedanego festiwalu Mad With Power. W listopadzie ruszamy w trasę po zachodnim wybrzeżu USA. Dobrze jest być znowu w trasie!!!

aka w ogóle jest scena melodyjnego power Ja metalu/progresywnego power metalu w USA? Są jakieś młode kapele godne uwadze słuchacza? Amerykańska scena metalowa daje czadu! Jest tak wiele świetnych zespołów wychodzących z USA. Gorąco polecam naszych przyjaciół z Paladin, Seven Kingdoms, Helion Prime i NorthTale. Mnóstwo świetnych zespołów wychodzi też od naszych sąsiadów z Kanady: Stryker oraz Unleash the Archers! Od dawna podkreśla się, że rynek muzyczny w Stanach mocno ukierunkowany jest przez mainstream, gdzie w tym wszystkim jest scena klasycznego heavy metalu? Jak w tej chwili przedstawia się jego kondycja? Zgadza się, USA jest zdecydowanie nastawione na mainstream, ale najlepszą częścią USA jest różnorodność ludzi. Mainstream jest tutaj rzeczą oczywistą, ale tak samo jak underground czy różnorodność subgatunków. Jest tak wielu ludzi wspierających wszystkie rodzaje sztuki, że w USA prawie wszystko może istnieć i mieć się dobrze. Klasyczny heavy metal jest tutaj żywy i kopie tyłki. A power metal jest na fali wznoszącej, świetnie widzieć, że ten gatunek naprawdę rozwija się tutaj w Stanach. Michał Mazur Tłumaczenie Joanna Pietrzak


Świeżym okiem na kontrasty symfonicznego metalu Paryskie Whyzdom nagrało ostatnio tak przystępny i heavy metalowo kuszący album "Of Wonders And Wars", że śmiało mogą wpaść w radar słuchaczy spoza symfoniczno-metalowej niszy. Poprosiłem więc głównego kompozytora zespołu, aby rozjaśnił mi nieuanse swej muzyki. Vynce Leff odpowiedał na wszystkie zadawane pytania z cierpliwością, pasją i gorącym zaangażowaniem. Z ujmującym uśmiechem rozwiał wszelkie moje wątpliwości odnośnie elementów muzyki klasycznej i gruntownie zanalizował wiele spośród swych ostatnich pomysłów. Wywiad polecam zwłaszcza tym spośród Was, którym w symfonicznym metalu brakuje konkretnych gitar. HMP: Nie będąc fanem metalu symfonicznego, doceniam brzmienie Waszego najnowszego albumu "Of Wonders And Wars" za fajne połączenie heavy metalowego ciężaru z ciekawymi melodiami. Myślę, że akurat Whyzdom może przypaść do gustu metalowcom sceptycznym wobec reprezentowanego przez Was gatunku. Czy Wasz zamysł polega na spotęgowaniu elementów heavy/power metalowych w symfonicznej konwencji? Vynce Leff: Tradycyjny heavy metal jest ważnym składnikiem wszystkich albumów Whyzdom. Moim zdaniem, gitarom u niektórych innych zespołów sceny symfoniczno-metalowej brakuje ciężaru. My zaś przykładamy się do metalowego riffowania. Wierzę więc, że faktycznie, osoby niesiedzące na co dzień w naszej stylistyce, mogą znaleźć w Whyzdom coś dla siebie. Nie dziwi mnie Twoja opinia. Dziękuję, że się nią podzieliłeś, ponieważ oznacza to, że pomimo wielu symfonicznych warstw, dotarłeś do heavy metalowych aspektów naszej twórczości. Przy czym owe symfoniczne warstwy również dają się lubić niewprawionym w Wasz gatunek słuchaczom, ponieważ są konkretne. Mój redakcyjny kolega, Marek Teler, wyraził podziw wobec nich w recenzji "As Time Turns To Dust" (poprzedni LP Whyzdom z 2018r - przyp. red.). A co czyni symfoniczne wartswy na LP "Of Wonders And Wars" wyjątkowymi? Stanowią one podstawowy filar muzyki Whyzdom. Komponuję je tak, jakby miała je grać orkiestra. Nie oznacza to, że słyszysz na "Of Wonders And Wars" prawdziwą orkiestrę, po-nieważ byłoby to bardzo drogie a ja nie dysponuję odpowiednimi środkami do jej rejestracji. Wykorzystywałem sample, przy czym wszystkie partie są w 100% możliwe do odegrania przez orkiestrę. Zwracałem uwagę, jakie instrumenty słyszę w nagraniach. Mogę to samo powiedzieć o wszystkich albumach Whyzdom, ponieważ to ja zajmuję się i odpowiadam za ów aspekt twórczości Whyzdom. Różnica pomiędzy "Of Wonders And Wars" a "As Time Turns To Dust" polega na tym, że tym razem aranżacje nie płyną beztrosko, lecz bezpośrednio uwypuklają sedno pomysłów na poszczególne kompozycje. Na "As Time Turns To Dust" weszło mnóstwo skomplikowanych dźwięków, które mogą niekiedy rozpraszać. Nic takiego nie dzieje się na "Of Wonders And Wars" - dołożyłem wszelkich starań, aby cały materiał był tutaj zwarty. Podobają mi się oba podejścia - progresywne

na "As Time Turns To Dust" oraz power metalowe na "Of Wonders And Wars". Uważam, że o ile symfoniczne aranżacje na Waszym najnowszym LP są zwarte, to wcale nie mają takich prostych struktur, gdyż potrafią zachwycić rozmachem i melody cznym bogactwem. Jaką rolę pełnisz na tym wydawnictwie - czy gitarzysty i producenta?

Gitara to mój główny instrument, tak w studio, jak i podczas koncertów. Uczyłem się muzyki poprzez naukę gry na gitarze. Teraz jestem już pod pięćdziesiątkę i obecnie bardziej skupiam się na produkcji. Wszystkie partie gitarowe na "Of Wonders And Wars" zostały zagrane nie przeze mnie, lecz przez Régisa Morina. Ja zagrałem na gitarze basowej, opracowałem orkiestracje, skomponowałem prawie wszystkie utwory, napisałem liryki i wyprodukowałem album. Oznacza to, że czuję się gitarzystą, ale granie na gitarze nie jest moim główną funkcją w Whyzdom. Wyraziłeś przekonanie, że "gitarom u niektórych innych zespołów sceny symfonicznometalowej brakuje ciężaru". Zastanawiam się teraz, czy to nie jest aby tak, że Nightwish gra mięciutko, pod tym względem Therion jest ich przeciwieństwem, a Wy plasowalibyście się gdzieś pomiędzy. Czy takie

stwierdzenie miałoby sens? Wymieniłeś dwa wspaniałe, naprawdę fantastyczne zespoły. Nie śledziłem ostatnich poczynań Therion, bardziej zasłuchiwałem się w Nightwish. Ostatnie albumy tych drugich są w zasadzie lżejsze niż zdarzało się to u nich dawniej, ale - kiedy grali z poprzednią wokalistką - nie brakowało im (w moim odczuciu) mocy. Przyznam przy okazji, że wszystkie wokalistki Nightwish świetnie śpiewają, podobają mi się ich głosy. Ostatnio jednak coraz bardziej zmierzają w typowo symfonicznym kierunku, oddalając się jednocześnie od metalu. Też grają cudownie, ale lżej. Osobiście, nie stanowiłoby dla mnie problemu, gdybym poszedł ich śladami, ale tak się złożyło, że twórczość Whyzdom jest stosunkowo bliska estetyce heavy/power metalowej. Inna sprawa, że sporo symfoniczno-metalowych kapel gra dosyć ciężko, z ostrymi gitarami. Wskazałbym tu na Epikę. Te trzy zespoły: Nightwish, Therion, Epica są jednymi z moich ulubionych. Cieszę się, że Whyzdom odnalazło własną, unikalną tożsamość w tym gatunku. Niekoniecznie gitary Whyzdom są najcięższe, ale z pewnością inaczej używamy orkiestracji Nightwish stosuje je w znacznie większym stopniu od nas, zaś Epica, przeciwnie, w mniejszym. Nie chciałbym wypowiadać się na

temat Therion, gdyż nie słuchałem ich ostatnio. Chciałbym, abyś wiedział, że kiedy metal symfoniczny dopiero się rodził, wszystko na tej scenie było nowe i ekscytujące, ale dopiero do odkrycia. Dopiero teraz można próbować dyskutować o jakichkolwiek trendach czy też typowych rozwiązaniach w obrębie gatunku. Widać, że poszczególne zespoły ewoluują w określonych, wybranych kierunkach. Epica, Nightwish, Within Temptation, każde z nich odnalazło własną niszę. Korzenie Whyzdom są mocno osadzone w metalu symfonicznym, więc takimi już pozostaniemy, ale dążymy do grania bardziej bezpośredniej muzyki. To fascynujące, że wciąż oferujecie słuchac zom coś świeżego i unikalnego wiele lat po tym, gdy rdzeń metalu symfonicznego zdawał się być już ukształtowany. Podejrzewam, że wiele pomysłów zdołało już się roz-

WHYZDOM

149


Foto: Whyzdom

winąć, a możliwe, że i niektóre odłamy gatunku wyczerpały swój potencjał na dalsze twórcze poszukiwania. Dziękuję, przyjemnie to słyszeć. Zdarza się, że ktoś mówi: "oh, powtarzacie Nightwish, Epikę lub jeszcze coś innego". Nie kopiujemy nikogo. Wsłuchując się uważnie, Whyzdom robi swoje, ma własną tożsamość. Mam nadzieję, że tak będziemy odbierani, dlatego za każdym razem staramy się odświeżać repertuar wraz z kolejnymi wydawnictwami. Pisząc nowy utwór, zadaję sobie zawsze pytanie, czy przypadkiem nie przypominam zbytnio innego kawałka z przeszłości lub całkiem innego zespołu. Istotną cechą Whyzdom jest ponadto przypisanie każdemu albumowi specyficznego tematu lirycznego. W konsekwencji, opowiadamy w tekstach o różnych sprawach.

wojownik zbliża się ku Sphinxowi (na okładce "Of Wonders And Wars"). Jakże on mały i słaby. Nie tylko w porównaniu z wielkością Sphinxa, ale też w obliczu widniejącego w tle firmanentu z potężnymi promieniami żywej energii łączącej ciała niebieskie z czubkami piramid. Oh, widziałeś tam wojownika! Cieszę się, że go zauważyłeś. To rewelacyjna okładka. Znalazło się na niej mnóstwo symboli. Wojownik wydaje się bardzo silny, ale tak naprawdę jest malutki. Pochodzi on ze starożytności, mimo że po niebie krążą statki kosmiczne z przyszłości, wysyłając strumienie energii zdolne do zdewastowania wszystkiego, co stanie na ich drodze - nawet piramidy, kto wie. Kontrast rzuca się w oczy na całej okładce. Wyborna grafika.

Czy za temat najnowszego LP Whyzdom uznałbyś "wojnę i towarzyszące jej cuda"? Niezupełnie. Album nazywa się "Of Wonders And Wars". Roztrząsamy zagadnienia cudów oraz wojen od pradawnych, prehistorycznych dziejów ludzkości aż po odległą przyszłość (zwłaszcza w tekście "Metropolis Lights", przedstawiającym futurystyczne miasto). Wraz z rozwojem płyty, podróżujemy w czasie poprzez rozmaite legendy i historie. Nawiązujemy raz do piramid, w innym miejscu do Notre Dame, a jeszcze gdzieś indziej - do mitologii ("Ariadne"). Spoglądamy na niezwykłe cuda architektury budowane ludzką ręką. Niestety, zdarzało się, że wielu ludzi umierało w trakcie ich stawiania, a i tak wszystkie są podatne na zniszczenia (np. pożar trawiący Notre Dame).

W jakim stanie umysłu pragnąłbyś umieścić fanów w momencie, gdy słuchają potężnego i majestatycznego intro na samym początku muzycznej zawartości albumu? Wybrałem "Wanderers And Dreams" na pierwszy track, ponieważ prezentuje on - w kontekście wstępu do przedstawionej tematyki refleksję nad kondycją ludzkości. Chodzi w nim o postawienie pytań: dlaczego tutaj jesteśmy? Co zamierzamy dokonać jako wędrowcy po osi czasu od starożytności po przyszłość? Marzenia czynią nas ludźmi. Stawiając czoła wojnom i innym kluczowym problemom, staramy się zmieniać świat na lepsze. Wyrażamy to posługując się muzyką, dlatego rozpoczynamy od intensywnego motywu, przechodzącego wkrótce do spokojnej partii na klasyczne instrumenty strunowe, zaczerpniętej od austriackiego kompozytora Franza Schuberta. Dynamiczny fragment kontrastuje z łagodnym fragmentem - jak mówiłem, "kontrast" miał być kluczowym słowem naszego przekazu.

Nie pierwszy raz. Absolutnie. Z drugiej strony, piramidy skrywające tunel do podziemnego miasta przetrwały miliony lat, lecz należy pamiętać, że wszystko może ulec zniszczeniu w mig. Do wojen dochodziło od niepamiętnych czasów, często przyczyniając się do dewastowania niesamowitych cudów architektonicznych. Tkwi w tym uderzający kontrast, jak ciężko postawić wspaniałą budowlę, a następnie jak łatwo może obrócić się ona w pył. Dysonans pomiędzy ogromem wysiłku a podatnością na natychmiastową dewastację jest głównym punktem przekazu lirycznego albumu. Dzierżąc w dłoni flagę, samotny jeździec/

150

WHYZDOM

Kiedy myślimy o kategorii "fantazja", może się wydawać, że bujamy w obłokach, odlatujemy od rzeczywistego świata, pozwalamy sobie na zatopienie się w myślach. Zamiast tego, Wy dajecie słuchaczowi kopa do działania. "There was no real chance from the start/ The dice were loaded much too heavi ly/ Your words were sounding wrong any way/ Philosophy of fools, with noting left after the day/ But when the time has come/ We will take a leap of faith/ And face our

destiny, right in the eye of the storm" (w wol nym tłumaczeniu: "Nie mieliśmy prakty cznie żadnych szans od początku/ Kości losu były mocno przeładowane/ Twoje słowa brzmiały do pici/ Filozofia głupców, po której nic nie pozostanie następnego dnia/ Lecz gdy nadejdzie właściwy czas/ Znów uwierzymy w siebie/ I stawimy czoła naszemu przeznaczeniu, mierząc się dokładnie z sednem wyzwania"). Absolutnie tak. Podoba mi się, że to przeczytałeś. Nie mógłbym wyobrazić sobie lepszego wstępu do albumu. Więcej marzeń przewija się przez dalszą część płyty, ale my jako udzie na ogół nie dysponujemy odpowiednią ilością czasu, aby marzyć. Jesteśmy rzuceni wprost w oko cyklonu. Musimy walczyć, aby przetrwać. Dlatego początek jest bardzo intensywny pod względem instrumentalnym. Marie Mac Leod śpiewa zaraz spokojniejszym głosem "the dice were loaded much too heavily", czyli to nie jest nasza wina, że zmagamy się z życiowymi wyzwaniami. Kości losu były przeładowane. Żyjmy z tym, co było nam dane, niezależnie od tego, że nie wybieraliśmy okoliczności, w jakich przyszliśmy na świat. Niemniej, nie powinno to powstrzymywać nas przed marzeniami, gdyż mamy wpływ na swój los i możemy osiągać więcej niż początkowo mogło nam się wydawać. W ostatniej wersji refrenu pojawia się sentencja: "We are nothing but dreamers/ Who are trying to save the world" ("Jesteśmy tylko marzycielami/ Którzy usiłują ocalić świat", swobodne tłumaczenie - przyp. red.). I teraz zauważ, że w pierwszej wersji refrenu Marie śpiewa: "We are nothing but wanderers" ("Jesteśmy tylko wędrownikami" swobodne tłumaczenie - przyp. red.), ale później "We are nothing but dreamers". To wręcz istotniejsze. Tak, staramy się zmieniać świat na lepsze, nawet jeśli nie do końca nam to wychodzi. Wszystkie orkiestracje wykonałeś na kom puterze, prawda? Tak. Gitary, bas i perkusję zarejestrowaliśmy żywe, ale orkiestracje opracowałem posługując się komputerem. Wykorzystałem sample najwyższej możliwej jakości, dobierając takie, które brzmiałyby realnie do wykonania przez prawdziwą orkiestrę. Uwierz, że dysponowałem tonami plików z rozmaitych bibliotek i przyłożyłem się do nadania całości brzmienia jak najbliższego naturalnemu. Mam nadzieję, że to słyszysz. Tak. Nawet moja Mama, klasycznie wyksz tałcony muzyk, zachwalała naturalny dźwięk piccolo. O, tak. Pojawia się piccolo, ponieważ to ważny element orkiestry. Ten niewielkich rozmiarów instrument, przypominający flet, brzmi niewiarygodnie przenikliwie na tle pozostałej części orkiestry. Słyszymy go w wyższych rejestrach. Inny zapadający w pamięć kontrast uzyskaliście za sprawą trąbek we wstępie do "Pyramids" (swoją drogą opatrzonego ciekawym video), ponieważ towarzyszą im motoryczne riffy gitarowe. Kontrast polega nie tylko na doborze instrumentów, ale przede wszystkim na orientalnym charakterze melodii we wstępie oraz następujących tuż po nich ognistych metalowych riffach gitarowych, które, wbrew pozorom, dosyć trudno gra się na gitarze. Jak już powiedziałem, bardzo ważną, jeśli nie najważniejszą,


cechą całego albumu jest kontrast. Kompozycja znacznie rozwija się w dalszej części, wraz ze świetnymi melodiami. Czy uznałbyś "Pyramids" za jeden z najbardziej skomplikowanych kawałków w Twoim dorobku? Nie. Spróbuj zmierzyć się z video do "Tears Of A Hopeless God", pochodzące z trzeciego longplay'a Whyzdom "Symphony For A Hopeless God". Myślę, że tamte riffy są jeszcze cięższe i jeszcze bardziej skomplikowane. Riffy na "Of Wonders And Wars" miały być z założenia proste, podczas gdy riffy na "Symphony..." wysublimowane. Zachęcam, abyś so-bie to sprawdził w wolnym czasie. Dziękuję. Słuchałem trochę Waszego starszego materiału, ale odnosiłem wrażenie, że nie do końca łapię, co tam się dzieje. Tamte struktury wydawały mi się mało przejrzyste. Rozumiem, co masz na myśli. Przyznaję, że wydając poprzednie krążki, traciliśmy fanów, ponieważ uchwycenie ich zawartości wymagało wiele czasu. Trzeba wsłuchać się po pięć/ sześć razy w niektóre nasze starsze albumy, aby dopiero zacząć kojarzyć, co takiego dokładnie się na nich dzieje. Zamierzaliśmy trafić z "Of Wonders And Wars" do nowych odbiorców. Ja jednak i tak odnajduję na "Of Wonders And Wars" coś nowego za każdym przesłuchaniem. Ostatnio zaskoczył mnie np. wol niejszy fragment tuż po solówce gitarowej w "Adriadne" (5:20-6:00). Pomyślałem: "wow, naprawdę jest tam coś takiego?" Nie pamiętam (śmiech). Nie słucham często własnych płyt, a próbę mamy dopiero za dwa tygodnie. Poczekaj, sprawdzę na YouTube (…) Ok, już wiem. To wyszło naturalnie. Odniosę się do tego w następujący sposób. Otóż, pisząc utwory, stosuję klasyczną metodę tworzenia kompozycji. Oznacza to, że zaczynam od głównego tematu instrumentalnego a następnie rozwijam muzykę wokół niego. Do takiego "rozwoju" akcji dochodzi w "Ariadne". Klasyczny kompozytor (a za takiego siebie uważam) chce na ogół wprowadzić coś nieoczekiwanego w trakcie, ale powrócić do głównego motywu tuż przed finałem. Przypominam tym samym słuchaczom: hej, oto co słyszałeś na początku, potem to ewoluowało, zatraciliśmy się po drodze w innych dźwiękach, ale teraz znów koncentrujemy się na pierwotnej melodii. W tym konkretnym przypadku, po solówce gitarowej następuje chwilowe wyciszenie, po którym dynamika narasta, aż wreszcie powraca główny temat instrumentalny.

dopiero przychodzi właściwa piosenka, wobec czego spokojnie możnaby te dwie części od siebie rozdzielić. Ale nie, właśnie że nie można. Struktura obu części jest taka sama. Błędem byłoby ich rozdzielenie, ponieważ są tym samym. Wstęp zagraliśmy w rytmie na trzy: raz - dwa - trzy, raz - dwa - trzy, raz - dwa - trzy. Później przeszliśmy do rytmu na cztery: raz - dwa - trzy - cztery, raz - dwa - trzy - cztery, raz - dwa - trzy - cztery. Brzmi bardziej rockowo, ale to ta sama melodia. Posłuchaj tego bardzo uważnie wiele razy, a na pewno zorientujesz się, że dalsza część stanowi w zasadzie rozwinięcie tego, co uważałeś dotąd za intro. Słuchacz nie musi się nad tym zastanawiać, ale z perspektywy kompozytora nic nie dzieje się przypadkowo. To nie tak, że gramy, nagrywamy i tyle, gotowe. Wydaje mi się, że takie podejście stanowi interesującą osobliwość metalu symfonicznego. Fascynujące. Czy mieszkając w Paryżu, masz lepszy dostęp do artystów oraz do szeroko pojętej sztuki? Niestety, niewiele metalu powstaje w Paryżu, ale mamy tutaj swobodny dostęp do innych form, zapierającej dech w piersiach, sztuki. Spędziłem ostatnio kilka godzin w Luwrze, co dało mi inspirację do stworzenia video do utworu "Pyramids". Egipska kolekcja prezentowana w Luwrze jest wspaniała. Francja jest jednak zupełnie nie-rockowym oraz nie-metalowym krajem. Istnieje mnóstwo znakomitych francuskich artystów i wokalistów, wykonujących innego rodzaju muzykę, natomiast nie mamy rozwiniętej francuskiej sceny metalowej. Aczkolwiek Bruce Dickinson mieszka w Paryżu. Serio? Nie słyszałem o tym. Jeszcze nigdy go nie spotkałem. Spalenie Notre Dame osobiście dotknęło Marie, wokalistkę Whyzdom. Czy również innych muzyków Waszego zespołu? Nie Marie, lecz mnie. Marie śpiewa teksty napisane przeze mnie. Stworzyłem liryki do "Notre Dame", ponieważ mieszkam bardzo blisko tego cudownego miejsca a w wieku 20 lat pracowałem naprzeciw tej katedry. Przez okres dziesięciu lat widziałem ją przez okno. Stanowiła znaczącą część mojego życia. Prze-

chodziłem tamtędy dosłownie każdego dnia, myśląc "hello, Notre Dame" ("Notre Dame" można przetłumaczyć z francuskiego na polski jako "Nasza Pani" - przyp. red.). Odnosiłem wrażenie, że stoi ona tam zawsze. A widok jej pogrążonej w płomieniach rozbiło mi serce. Z pewnością, wielu ludzi na całym świecie poczuło się podobnie. Notre Dame nie było jedynie miejscem sakralnym, ale również symbo-lem kultury i historii. Dedykowany mu utwór Whyzdom nie jest piosenką religijną osobiście nie wierzę w Boga. Nie mam nic przeciwko, gdyby ktoś tak o niej myślał, jednak mi bardziej chodziło o ukazanie symbolu ludzkiej zdolności do budowania architektonicznych wspaniałości. Istnieje takie motto: "tylko Paryż jest wart Rzymu i tylko Rzym jest wart Paryża". Czy stolica Włoch ma dla Ciebie wyjątkowe znaczenie z jakiegoś szczególnego powodu? To motto musiał napisać jakiś Włoch (śmiech). Sentencja jest związana z paktem zawartym w 1956 roku, według którego Paryż i Rzym są wzajemnie wyłącznymi miastami siostrzanymi. Historycznie oba miasta były ze sobą powiązane, np. Napoleon ustanowił Rzym drugim najważniejszym miastem Imperium Francuskiego (1810). Ciekawe, ale nie mam żadnych osobliwych doświadczeń z Rzymem do opowiadania, poza tym, że to wspaniałe miasto o wyjątkowo ciekawej historii oraz niesamowitej sztuce. Bardzo doceniam i podoba mi się w Europie to, że gdzie się nie obejrzysz, tam znajdziesz architektoniczne cuda. Nadmienię, że Scarlet Records (label Whyzdom) jest włoskie, więc serdecznie pozdrawiam Angelo i Filippo. Bardzo dziękuję za pasjonującą rozmowę. Będę z pewnością nieraz wracać do muzyki Whyzdom. Dziękuję i pozdrawiam polskich fanów Whyzdom. Na przestrzeni dziejów muzyki rockowej, Polacy zawsze mieli sporo świetnych zespołów, które lubię słuchać. Mam nadzieję, że pewnego dnia wybierzemy się do Polski i dla Was zagramy. Sam O'Black

Dziękuję, że mi to wyjaśniłeś. Zdarza się, że kiedy pytam innych muzyków o podobne sprawy, odpowiadają, że nie zastanawiają się nad tym, tylko po prostu grają. Ok, więc dam Ci jeszcze jeden przykład. Utwór "Stonehenge". Ale "Stonehenge" rozpoczyna się od intro, nie od głównej melodii. O proszę, słyszysz oddzielny fragment orkiestry. Ale to nie jest oddzielny fragment. Nie, nie. Posłuchaj tego wielokrotnie, a przekonasz się, że to jest refren. Uściślijmy: i refren, i zwrotka. To jest dokładnie ta sama, identyczna melodia. Nie dziwię się, że dopiero sobie to uświadomisz. Na pewno wiele osób pomyśli, że "Stonehenge" składa się z intra, po którym

Foto: Whyzdom

WHYZDOM

151


Poszukując spełnienia Być może kojarzycie szwedzki Hollow z dwóch płyt wydanych na przełomie lat dziewięćdziesiątych i nowego milenium, kilka lat temu wznowionych przez rodzimy Metal Mind Productions. Melodyjna mikstura power metalu i muzyki progresywnej, która dobrze sprawdziła się na "Architect of the Mind" wróciła do pewnej estymy i w ostatnich latach. Hollow z zespołu zmienił się w jednoosobowy projekt wokalisty i gitarzysty Andreasa Stoltza, który od czasu powrotu do aktywności wydaje już drugi album zatytułowany "Tower". Oto co Andreas ma do powiedzenia z okazji jego wydania. HMP: Jak sobie radzisz z pandemią, która ma miejsce na świecie? Andreas Stoltz: Zmiany w stylu życia związane z restrykcjami nie dotknęły mnie osobiście. Nikt z moich znajomych nie zachorował jakoś poważnie a większość ludzi w Szwecji jest już zaszczepiona. Ale to, że mnóstwo ludzi umarło jest okropną tragedią. Jeszcze nie mamy tego za sobą. Czy twoje życie zmieniło się w jakiś sposób? Pod względem zawodowym nie za bardzo. Pracuję w szkole i byliśmy otwarci przez cały czas. Jeżeli chodzi o muzykę to zmiany nastąpiły już jakiś czas temu. Nie robimy prób z zespołem, nie gramy koncertów i nawet nie

możemy się na żaden wybrać. Na szczęście ostatnio to się zmienia i obecnie planujemy jakieś lokalne występy. Udało ci się wykorzystać czas wolny, którego pewnie miałeś trochę więcej podczas pan demii? Myślę, że lepiej radzę sobie z dbaniem o swoje zdrowie. Staram się ćwiczyć - biegam oraz chodzę na siłownie. Przywykłem również do medytowania. Miałem więcej czasu na czytanie i śledzenie ulubionych podcastów. Mogę polecić "Making Sense" Sama Harrisa, słucham go już od kilku lat. Poza tym skupiłem się na życiu rodzinnym oraz zdrowszym odżywianiu. Od piętnastu lat jestem wegetariani-

nem ale dopiero niedawno wkręciłem się w dietę w pełni wegańską. Mógłbyś polecić książki albo filmy, z który mi zapoznałeś się w tym czasie? Jasne, uwielbiam czytać odkąd byłem małym chłopcem a moim ulubionym gatunkiem jest fantastyka naukowa. Gorąco polecę książki Nory K. Jemisin a także Iana M. Banksa. Przeczytałem również "Problem trzech ciał", trylogię Liu Cixina. Interesująca historia, jeżeli mogę tak powiedzieć. Ciekawe będzie zobaczyć jak zostanie zaadaptowana przez Netflixa. Hollow jest zespołem z długą historią mimo to, kilka lat temu zdecydowałeś, że będzie to twój solowy projekt. Nagrywasz wszystkie partie instrumentalne i wokalne. Z skąd wzięła się taka decyzja? Swego czasu wzięliśmy z Hollow przerwę, która trwała dwadzieścia lat. Grałem wtedy w zespole Binary Creed, ale nigdy nie robiliśmy z nim za dużo prób. Wysyłaliśmy sobie tylko jakieś pomysły a ja składałem je w programie do produkcji muzyki. Bardzo lubię tę część tworzenia. W końcu się rozstaliśmy i zostało mi mnóstwo materiału który warto było skończyć. Wydało mi się czymś rozsądnym aby wydać go jako Hollow. Dowiedziałem się, że podczas jednego z kon certu uszkodziłeś sobie słuch. Jak sobie radzisz z tą niedogodnością? Staram się być ostrożny podczas prób i koncertów. Zawsze korzystam ze stoperów do uszu i nie wystawiam się na głośniejsze poziomy dźwięku. Nie sądzę aby słuch mógłby mi się poprawić ale nie jest też tak, że jakoś bardzo się tym przejmuję. Przez jakiś czas miałem problemy z zasypianiem ze względu na piski w uszach ale obecnie mój mózg jest skuteczny w odfiltrowaniu ich tak, aby mi nie przeszkadzały. Brakuje ci czegoś co było udziałem funkcjonującego zespołu? Mam na myśli próby, sesje nagraniowe i tym podobne? Bardzo, dlatego mam nadzieję, że w przyszłości moja muzyka będzie w większym stopniu wysiłkiem zespołowym. Granie i tworzenie muzyki z innymi ludźmi jest tym co daje największą radość. Odbywam próby z dwoma innymi zespołami i zawsze wyczekuję kolejnych ku temu okazji. Kiedy nauczyłeś się grać na bębnach? Podobno sam nagrałeś partie tego instrumentu na nowy album Hollow. Prawda jest taka, że bębny nagrał Stalder

Foto: Hollow

152

HOLLOW


Zantos ale wiem, że niektórzy spekulują, że to tylko pseudonim pod którym sam się ukrywam. Ale tak nie jest, Stalder to prawdziwy człowiek, który nie życzy sobie jednak aby upubliczniać go w większym stopniu. Moja gra na bębnach jest niezwykle ograniczona, nie dałbym rady nagrać ich na takim poziomie. Zdaję sobie sprawę z tego, że trudno obecnie planować jakieś koncerty, tym bardziej, że Hollow to właściwie jednoosobowy zespół. Myślisz aby robić to w przyszłości? Graliśmy kilka kawałków Hollow na próbach z jednym z moich zespołów. Świetnie byłoby pograć na żywo i myślę, że mieszanka starych i nowszych utworów Hollow świetnie sprawdziłaby się na scenie. Pochodzisz z Umea, akademickiego miasteczka, które jest tyglem kulturowym. Zgodzisz się z tym, że miejsce to sprzyja twórczości artystycznej? Tak, Umea słynie ze swojej kultury i kiedyś dzierżyło nawet tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, konkretnie to w 2014 roku. Mamy nawet festiwal metalowy pod nazwą House of Metal a także kilka mniejszych scen, na których zespoły mogą się prezentować. Średnia wieku w tym mieście jest dość niska ze względu na mnóstwo przyjezdnych studentów i uważam, że pozytywnie wpływa to na kształt lokalnej sceny. Jak wygląda dokładniej scena muzyczna tego miasta? Pochodzą z niego muzycy zespołów takich jak Meshuggah, Cult Of Luna czy Mats Gustafsson. Niegdyś była bardzo aktywna. Hollow dzieliło swego czasu salę prób z Meshuggah, było to przez chwilę w latach dziewięćdziesiątych. Jest tu mnóstwo miejsc, w których można zrobić próbę czy zagrać koncert. Organizacją zajmują się stowarzyszenia studenckie, przynajmniej tak było kiedyś i myślę, że to przyczyniło się do to popularności zespołów z tego miasta jak i całej Szwecji. Dowiedziałem się, że nazwaliście zespół Hollow (pustka - przyp. rewd.) dlatego, że nazwa ta odzwierciedlała ciągłą pustkę która czuliście jako grupa. Co sądzisz o tym wyjaśnieniu dzisiaj? Odkąd zacząłem medytować postrzegam te rzeczy inaczej. Wtedy nazwa zespołu miała oznaczać poczucie pustki i tęsknoty, nawet jeśli nie zawsze wiadomo było kto albo co było adresatem tych emocji. Znasz pewnie to uczucie, kiedy czegoś albo kogoś ci brakuje i czujesz się bez tego niekompletnym. W zalewie impresji, idei oraz marketingu w mediach społecznościowych wydaje mi się, że coraz więcej ludzi czuje dziś tego typu pustkę. Jednak tęsknota najczęściej prowadzi do cierpienia, przynajmniej tak sądzę. Bardziej buddyjskie podejście zakładałoby zamiast tego poszukiwanie spełnienia.

Foto: Hollow

Co urzekło cię w takiej właśnie formie? Marzę o pisaniu książek ale brakuje mi czasu i potężnego uporu jaki jest do tego potrzebny. Albumy koncepcyjne są dla mnie swego rodzaju kompromisem. Lubię pisać teksty, są dla mnie ważne, podobnie jak opowiadanie historii. Przyznaję, pisanie muzyki tak aby współgrała z tekstami i popychała opowieść do przodu jest wyzwaniem. Ale właśnie to jest to co lubię! Masz jakieś ulubione albumy, które wydane zostały w takiej właśnie formie? Na pewno "Operation Mindcrime" Queensryche było dla mnie potężną inspiracją. Podobnie jak niektóre albumy Kinga Diamonda, na przykład "Abigail" albo "Conspiracy". Jednak to płyta Queensryche otworzyła mi oczy na to, jak może brzmieć tego typu album. Stali się jednym z moich ulubionych zespołów. Jaką historię chcesz opowiedzieć albumem "Tower"? W mojej wyobraźni jest to opowieść z gatunku fantasty na temat buntu i powstania przeciw opresji. Powinniśmy znaleźć lepszy sposób na życie, bardzo wspólnotowe. Nierówności jakie panują teraz na świecie są jednymi

z największych zagrożeń dla naszej przyszłości, oczywiście oprócz szalejącego klimatu. Szwecja oraz cała Europa północna jest obszarem znanym z mnóstwa zespołów rock owych i metalowych. Jak sądzisz, jakie są tego przyczyny? Faktycznie, mamy tu trochę zespołów, które odniosły ogromny sukces i to na pewno działa inspirująco na inne grupy. Myślę też, że duży wpływ na to mają stowarzysze