Page 1


Intro To było do przewidzenia - promocja najnowszego albumu Helloween zatytułowanego po prostu "Helloween" zelektryzowała polski rynek parający się pisaniem o muzyce rockowej. Takie periodyki jak Teraz Rock oraz Metal Hammer zafundowały fanom ciekawe wywiady oraz okładki z tym niemieckim zespołem. Trudno konkurować z miesięcznikami, gdy samemu jest się jedynie kwartalnikiem, niemniej dzięki naszym staraniom udało się przygotować jeszcze więcej materiałów, co niejako jest naszą kartą przetargową. Nasze cztery wywiady z Michaelem Weikathem, Saschą Gerstnerem, Kaiem Hansenem oraz Andi Derisem z pewnością wzbogacą Waszą znajomość z najnowszym albumem zreformowanego Helloween. Drugim okładkowym bohaterem nowego numeru Heavy Metal Pages są Brytyjczycy z Saxon. O ile rozmowy z promotorami tego świetnego zespołu są czystą przyjemnością, to wywiad z Biffem Byfordem należy do kategorii gier losowych. Przez cała historię naszego magazynu zebrało by się kilka dykteryjek dotyczących rozmów z Panem Byfordem. Całe szczęście tym razem nie było jakoś tragicznie oraz nie wydarzyło się nic szczególnego, choć sam Biff mógłby postarać się lepiej. Nie mamy w zwyczaju "dawać" do jednego wydania więcej niż dwie okładki. Tym razem poważnie zastanawialiśmy się czy nie zastosować precedensu. A wszystko przez nowy krążek hardrockowego Kruka "Be There", którego wspierał swoją osobą Wojtek Cugowski. Wyszło im świetne wydawnictwo i miejmy nadzieję, że będzie to przyczynek do lepszych czasów dla tej sceny w Polsce. Z każdym nowym numerem naszego pisma, jako redakcja, chcemy przedstawić jak najwięcej z tego, co działo się na scenie klasycznych odmian heavy metalu. Wychodzi nam to różnie, z pewnością nie udaje się podjąć wszystkich tematów, niemniej za każdym razem wkładamy w nasze działania całą swoją moc oraz pełne zaangażowanie, tak aby spróbować zaspokoić

oczekiwania naszych czytelników. Nie inaczej było tym razem. W pozostałej części magazynu znajdziecie dość szerokie spektrum heavy metalowej sceny, od znanych marek po zupełnie nieznane, z właśnie wydanymi znakomitymi płytami oraz niezłymi, ale zdradzającymi potencjał na przyszłość. Być może są też kapele, o których niedługo zapomnimy. Jakby nie było, scena ta ciągle żyje, zmienia się, jednym daje szansę, innych odrzuca i odsuwa w niepamięć. Na samym początku magazynu mamy symfoniczny Therion, progresywny Dream Theater czy też thrash metalowe Artillery. Tych formacji nie trzeba nikomu przedstawiać. Są też Burning Witches oraz Enforcer, które na scenie już swoje zrobiły. Ale jest też zespół Feanor, który - jak dobrze pokieruje swoją karierą w przyszłości - może pozytywnie kojarzyć się fanom epickiego heavy metalu. W każdym razie polecam ich najnowszy album "Power of the Chosen One". I żeby nie było, nie jest to zupełna "świeżynka", grupa działa od 1996 roku a krążek "Power of the Chosen One" to ich czwarte studyjne wydawnictwo. Na początku mamy też bardzo mocny polski akcent a to dzięki thrash/death metalowemu Dragon, thrash/ crossoverowemu Terrordome oraz thrashowemu Asylum, wprawdzie temu ostatniemu też nie brakuje hardcore'owych naleciałości. Mam nadzieję, że te pozycje przypadną wam również do gustu. Nie oznacza, że wszystkim muza tych kapel musi się podobać, a co za tym idzie, każdy powinien mieć swoje zdanie odnośnie muzyki i mieć powody za które ją lubi albo nie. Wracając do sedna, ten mocny akcent podkreślony jest również na samym końcu tego numeru. Zgromadziły się tam bandy typu Lucifuge, Bonker 66, Children Of Technology i w końcu death metalowy Pandemic Outbreak, który zaczynał od bliższych nam thrashowych brzmień. Ogólnie, tym razem przedstawicieli thrashu jest w miarę sporo, także fani tego odłamu heavy metalu powinni być ukontentowani. Polecam im artykuły z Re-

zet, Exarsis, Septagon, Exorcizphobia czy Suicide Of Society. A to nie jest wszystko jeśli chodzi o thrash. W dalszej części nowej odsłony HMP znajdziecie wykonawców z dużym doświadczeniem acz różnym podejściem do muzyki. Myślę, że frakcja zwolenników old-schoolu też będzie usatysfakcjonowania. A do poczytania są wywiady z Sacred Oath, Tygers Of Pan Tang, Solitary, MP, Velvet Viper, Attica, Homicide, Axewitch, Faithful Breath, Incursion, Leviathan, Blaze Bayley a nawet Suzi Quatro. Jak zawsze nie zabrakło przedstawicieli doom metalu; wystarczy wymienić zespoły Schema, Raven Black Night, Black Soul Horde czy Wizards Of Hazards. Zresztą takich brzmień znajdziemy sporo w innych kapelach, które znalazły się w tym wydaniu HMP, choć raczej jako element dodatkowy. Najwięcej jednak w naszym periodyku jest "młodych" przedstawicieli o wszelkich odcieniach tradycyjnego heavy metalu. Aktualna scena zdaje się nie do ogarnięcia, co nas bardzo cieszy. Ja jedynie wymienię kilka z nich: Silver Talon, Witchseeker, Ironbound, Lord Fist, Lunar Shadow, Satan's Fall, Durbin, Forsaken Age, Servants To The Tide. Resztę należy wyszukać samemu. Jestem pewien, że przyniesie to wam wiele frajdy. Nie zabrakło przedstawicieli bardziej melodyjnych odmian tradycyjnego metalu. Nie znaczy, że gorszego czy też mniej ambitnego. Fanów tej sceny oraz progresu z pewnością przyciągną nazwy, takie nazwy jak Powerwolf, Persuader, Evergrey, Royal Hunt, Black Fate, Drakkar czy Gaia Epicus. Mam nadzieję, że nasza praca nie pójdzie na marne i wiele z tego, co zostało przez nas przygotowane w bieżącym numerze, po prostu spodoba się wam drodzy czytelnicy, więc nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć jedynie miłych chwil spędzonych z naszym magazynem. Michał Mazur

Konkurs

Zapraszamy do wzięcia udziału w

konkursie. W puli nagród znajdują się 2 egzemplarze CD Hell Freezes Over "Hellraizer" (po jednym CD dla każdego spośród dwóch zwycięzców konkursu). Aby wziąć udział w losowaniu, wystarczy wysłać na adres mailowy redakcji hmpmagazine@gmail.com zdjęcie, na którym trzymasz własny egzemplarz CD/DVD/LP/MC (mp3 ani CD-R się nie liczą) dowolnego albumu recenzowanego w sekcji "Decibels' Storm" HMP 79, a także odpowiedzieć na poniższe 2 pytania: -Jak Hell Freezes Over nazywa swoich fanów?

-Jak ma na imię muzyk, który zastąpił niedawno (w okolicach maja/czerwca 2021r.) Takuy'ę na basie? Termin nadsyłania odpowiedzi: do końca lipca 2021r. Imiona zwycięzców przedstawimy w HMP 80. Zdjęcia opublikujemy tylko za wyraźną zgodą zwycięzców, ale taka zgoda nie jest warunkiem udziału w konkursie. Sponsorem konkursu jest nasz redakcyjny kolega Sam O'Black.

Spis tresci

Cover foto: Martin Häusler

3 4 12 14 20 22 25 26 28 30

Intro Helloween Saxon Kruk & Wojtek Cugowski Therion Burning Witches Dream Theater Artiillery Enforcer Feanor

36 38 40 42 45 46 48 50 54 58 60 62 64 66 68 70 72 74 76 78 81 84 86 88 90 92 94

Dragon Asylum Terrordome Blaze Bayley Homicide Axewitch Faithful Breath Silver Talon Witchseeker Lord Fist Lunar Shadow Rezet Exarsis Septagon Exorcizphobia Squaler Suicide Of Society Stormhunter Sacred Oath Tygers Of Pan Tang Solitary MP Velvet Viper Attika Marta Gabriel Suzi Quatro Ironbound

97 100 102 105 108 110 112 113 114 116 118 120 122 124 127 130 132 134 136 138 140 141 142 144 142 148 150

Natur Incursion Revenge Hot Breath Witchbound Neurtrieres Ignitor Blazing Rust Diamond Chazer Forsaken Age Kramp Kamenolom Sandstrom Servants To The Tide Schema Raven Black Night Black Soul Horde Wizards Of Hazards Monarch Insane Mosh Pit Justice Tulkas Skeleton Pit Leviathan Fortress Under Siege Adamantis Gaia Epicus

152 154 156 157 158 160 162 164 166 168 170 171 172 174 175 178 180

Drakkar Animal House Hellryder Durbin BLack Fate Royal Hunt Evergrey Less Is Lessie Sacred Outcry Legendry Satan’s Fall Sellsword Powerwolf Persuader Lucifuge Bunker 66 Children Of Technology 182 Pandemic Outbreak 186 Live From The Crime Scene 188 Reminiscencje NWOBHM 190 Zelazna Klasyka 191 Decibels` Storm 234 Old, Classic, Forgotten...

3


Teraźniejszość jest najważniejsza Główna myśl, którą chciał przekazać Michael Weikath jest w zasadzie taka, jak śpiewa Kai Hansen w kawałku z nowej płyty - "Best Time". Przeszłość to historia, a przyszłość to zagadka. Choć obecny Helloween silnie opiera się na potężnych fundamentach z przeszłości, Michael widzi Helloween raczej jako proces i ciągłość, a wszystkie dawne spory i ślepe uliczki muzycznej kariery jako coś, czemu w obliczu obecnego reunionu nie warto już poświęcać uwagi. Obecna forma Helloween to zarówno ukoronowanie kariery zespołu, jak i nowy, najlepszy rozdział. HMP: Kiedy tylko zobaczyłam Waszą nową okładkę, pomyślałam, że czeka nas nostalgiczna płyta, w stylu klasycznego Helloween. Teraz słucham płyty i słyszę, że "Helloween" to dobry balans między starym Helloween, a tym zupełnie aktualnym. Taką koncepcję mieliście od początku, czy może wypracowaliście po dyskusjach i sporach? Michael Weikath: Nie, nie, to wyszło naturalnie. Każdy miał swoje spojrzenie na całą sprawę Helloween i każdy włożył ogromny wysi-

przyp. red.). Bardzo skupiam się na pisaniu kawałków. Tutaj chciałem połączyć brzmienie Helloween z Judas Priest. Mówiłem już w wielu wywiadach, że sporo melodii, które wykorzystuję, czerpię z religijnych pieśni kościoła katolickiego i anglikańskiego. Dobrze się w nich orientuję, bo w każdą niedzielę moja mama prowadziła mnie do kościoła, i tam po pierwsze śpiewałem wspólnie z wiernymi, a po drugie mogłem usłyszeć, jak te utwory brzmią. Osoby, które nigdy w kościele nie były, nie

Foto: Martin Häusler

łek, żeby wyszło fajnie. Rezultat to zebranie wszystkiego razem. Pewnego razu spotkaliśmy się wszyscy w Hamburgu, w hotelu, zaprezentowaliśmy sobie nawzajem nagrania demo. To zebranie tego, co przygotowaliśmy. Wydaje mi się, że dwa kawałki jednak dobrze oddają okładkę - to "Skyfall" i "Out for the Glory". Wiem, że to Twój kawałek. Wygląda, jakbyś usiadł, rozłożył na czynniki pierwsze stare kawałki Helloween, żeby go napisać. O tak, ale w taki sposób kawałki piszę od lat, to w końcu nic innego jak "Eagle Fly Free". A melodię na przedrefren miałem już od piętnastu lat, od kiedy zobaczyłem film Ala Gore'a pod tytułem "Inconveniet Truth" (w Polsce pod tytułem "Niewygodna Prawda" - przyp. red.). Jak tylko obejrzałem film, została mi w głowie melodia ze słowami "incovenient truth..." (nuci słowa na melodię "Out for the Glory" -

4

HELLOWEEN

znają w ogóle tego rodzaju melodii. Uprę się na tę nostalgię w "Out for the Glory". Tu po prostu chodzi o styl. To w pełni zamierzone. Oczywiście, jak zauważyłaś, z jednej strony zagłębiam się, analizuję i studiuję, ale z drugiej strony... robię tak od lat. Kiedy weźmiesz "How Many Tears" z "Walls of Jerycho" to spostrzeżesz, że to jest zwyczajnie ten sam styl. "Skyfall" to majstersztyk. Jest na tyle złożony, że zastanawiam się, w którym momencie powiedzieliście sobie: "ok, kawałek jest już skończony". W dużej mierze ten kawałek wypracował sam Hansen. Podczas spotkania poświęconego demówkom, Kai zaprezentował dwie rzeczy, które nie pasowały do naszych pomysłów. Brzmia-

ły raczej jak Def Leppard, Gamma Ray albo komercyjna wersja Judas Priest. W każdym razie w ogóle nie jak Helloween. A ponieważ tego nie chcieliśmy, Hansen już po naszym spotkaniu usiadł w swoim studiu, pomajsterkował, popracował i wypracował ostatecznie "Skyfall". Tak właśnie powstawał ten kawałek, a można by nim obdzielić ze trzy inne utwory. Są w nim odniesienia do Davida Bowie, odrobinę do "Music" Johna Milesa, czy "The Raven" zespołu... oj, zapomniałem nazwy... Alan Parsons Project. Dźwięki są rozmaite. Młodsi fani, którzy nie znają starego rocka i którym się mówi "zobacz, to jest z tego, to z tego" też odbierają ten numery jako złożony. Te odniesienia da się rozpoznać, gdy dobrze się je zna i jest się nastawionym na ich szukanie. Ale nawet mimo ich obecności kawałek jest bardzo kreatywny i dobrze zrobiony. Bardzo wiele pracy zostało weń włożone. Jak już jesteśmy przy odniesieniach do bry tyjskiego rocka, to muszę przyznać, że "Best Time" kojarzy mi się z Sisters of Mercy. Coś w tym jest, choć jeśli dobrze kojarzę, prawdopodobnie chodzi o rytm i melodie. Koncepcja Saschy zakładała coś w rodzaju Billy' ego Idola. Co prawda pobrzmiewa w tym kawałku Billy Idol, ale jeśli weźmiesz nasz stary "Future World" też usłyszysz "Rebel Yell". W zamierzeniu "Best Time" miał być fajnym, żwawym numerem. I to świetnie się udało. Słyszałem, że powinniśmy do niego zrobić video, tylko z Andym i Kiske i potraktować go jako wakacyjny hit, to by się sprawdziło. Sascha zresztą miał kilka pomysłów. Później rozwijał je gdy podczas przedprodukcji w Hamburgu spotkał się w hotelowym pokoju z Derisem. Spędziliśmy tam zresztą dwa miesiące - listopad i grudzień, po to, żeby zaaranżować i przepracować wszystkie nasze podstawowe pomysły, każdy kawałek dokładnie poznać i zagrać. I właśnie podczas tej sesji na kilka godzin usiedliśmy przy komputerze i tak długo pracowaliśmy nad "Best Time", aż był gotowy. Był to efekt wspólnej pracy Derisa i Saschy. Z kolei "Indestructible" brzmi jak Unisonic. Domyślam się, że to jednak nie było celowe? Tak, to jest przypadek. I mimo tego, że w zasadzie jest to typowy kawałek Markusa, zrozumiałe, że tak go odbierasz. Jego autorem jest Markus. Sęk w tym, że to jednocześnie Unisonic zawiera wiele elementów Helloween. Logiczne, bo na przykład na ostatniej płycie "Unisonic" wszystkie kawałki napisał Dennis Ward (jednocześnie co-procucent "Helloween" - przyp. red). On naprawdę zrobił to tak, jak Ty wcześniej mówiłaś - przeanalizował kawałki Helloween i spróbował napisać utwory w tym stylu. To naprawdę jest tak, jak Ty przypuszczałaś (Michael wydaje się być z tych, którzy potrafią żartować z niewzruszonym głosem przyp. red.). Naturalnie, "Indestructible" to zdecydowanie kawałek Markusa, w którym Hansen później dopracował riffy i kolejność Ja też zaproponowałem do refrenu riff i parę melodyjek w solówce. Czytałam, że perkusję nagraliście przy użyciu oryginalnego zestawu Ingo. Użyliście jej tylko w niektórych fragmentach? Nie, nie. To był pomysł Svena, dawnego współlokatora Ingo, który miał klucz do magazynu, gdzie był przechowywany zestaw perkusyjny. Ingo miał oczywiście kilka zestawów, a my wykorzystaliśmy ten, który był użyty na dwójce "Keepera". Być może wykorzystany był


na jedynce, ale tego nie jestem do końca pewien. Na pewno do nagrań "dwójki" Hanowerze i wiele razy na koncertach. Sven miał też biały zestaw, który odkupił kiedyś od Rolanda (Grapowa - przyp. red.), który miał go w swoim studio. My jednak wykorzystaliśmy zestaw mahoniowy. Postawiliśmy go w Home Studio, które wcześniej nazywało się Chateau de Pape i w którym nagrywaliśmy "Chameleon", "Master of the Rings", "Time of the Oath" i "Better than Raw". Z tą różnicą, że na sesji nagraniowej do "Chameleon" stał tamten biały drumset, a teraz stał mahoniowy. Dani (Löble - przyp. red.) zbudował go, naoliwił, oczyścił, skręcił, a potem użyliśmy go do całego nagrania. Nagraliśmy wiele bębnów, z czego jestem bardzo zadowolony - to 24 szpule z analogowej maszyny taśmowej. Tak, bębny zostały nagrane analogowo, nie cyfrowo. Niesamowite! Zgaduję, że nie chodziło tylko o brzmienie, ale też o tę symboliczną stronę... Tak, tutaj jest wiele symboliki. Mówiliśmy o perkusji, ale przecież użyliśmy też wynalezionego przez firmę zegarmistrzowską na początku lat osiemdziesiątych, wtedy pionierskiego efektu, który daje echa, pogłosy, hall czy chóry. Użyliśmy go w zasadzie dla wszystkich instrumentów. Dzięki temu mają w sobie ten "touch" lat osiemdziesiątych. Jako że pierwsze urządzenia mimo wszystko miały całkiem dobre, charakterystyczne brzmienie, można było go użyć dla niemal wszystkiego - dla gitar, basów, wokali. Ten efekt ma, sam nie wiem, z 280 różnych regulacji, dlatego sowicie z niego skorzystaliśmy. A było coś "oldschoolowego", czego jeszcze chcieliście użyć, ale nie było takiej możliwości technicznej? Wszystko, co nagraliśmy poza perkusją, nagraliśmy przy użyciu systemu Pro Tools, którym dysponowaliśmy w studio Charliego Bauerfeinda. Wokale i wszystko inne było przepuszczone przez analog już w studiu Ronalda Prenta - Valhalla Studio, dokąd wysłaliśmy wszystkie nagrania. Tam dokonano miksów, i tam w jego systemie były już analogowe w 100%. Nie znam dokładnych szczegółów, ale użył analogowego wzmacniacza i przetwornika cyfrowego w analogowy. Wszystko co ma - stół mikserski, korektory czy kompresory dźwięku są w 100% analogowe. Mieliśmy trzy różne próbki. Każdą można było zapisać i zachować nagranie, i każda dawała zupełnie inny miks. A to, co teraz słyszysz, to efekt ostatnich trzech miksów. Jesteś jedynym muzykiem Helloween, który jest od początku i nie miał - jak Kai czy Michael - pauzy. Zapewne wszyscy macie swoje przyzwyczajenia, Ty je wypracowałeś przez lata grania w Helloween, Kai czy Michael mają swoje... Zauważyłeś jakieś różnice w Waszym podejściu do pracy nad płytą? Tak. Kai Hansen chciał spędzić czas na przedprodukcji w Hamburgu, co było dla nas wszystkich bardzo wyczerpujące. Chciał wszystkie kawałki wzdłuż i wszerz przemaglować, zebrać pomysły od każdego i wspólnie je rozwinąć w sali prób. Ten fantastyczny pomysł był co prawda czasochłonny, ale wykonalny. Z jednej strony super, z drugiej kupa roboty, kosztownej i pożerającej czas, bo wciąż trzeba było być na miejscu. To jest taki sposób pracy, do jakiego dawniej byliśmy po prostu zmuszeni. Kiedyś zwyczajnie nie mieliśmy niczego innego, jak tylko kilka kaset i wszystko, co wy-

myśliliśmy musieliśmy albo najpierw sami zapamiętać, albo od razu nagrać na kasetę, albo ograć, żeby nie zapomnieć. Potem były taśmy czterośladowe, potem ośmiośladowe, potem komputer Mackintosh z systemem cyfrowego nagrywania, a teraz są programy, na których można wszystko robić samemu. Możesz aranżować, dodawać orkiestracje, i nie wiem co tam jeszcze to co na ogół robi dla nas Matthias Ulmer, który jest odpowiedzialny za wszystkie klawiszowe historie na płytach, a zrobił już kilka płyt. Kai Hansen w ogóle chciał prawdziwej, wspólnej pracy ludzi przebywających fizycznie razem w jednym pomieszczeniu. Napięcie i koncentracja były spore, ponieważ dziennie trzeba było przerobić przynajmniej jeden kawałek, żeby później móc nagrać go na Foto: Martin Hausler sesji dla czuwającego nad wszystkim Charliego Bauerfeinda. Podstawą do nagrań były wersje na brudno. Dani rejestrował potem bębny, a później na nowo musieliśmy nagrać gitary, basy, wokale... Łącznie był to szalony nakład pracy. Znów znalazłeś się niemal w takiej samej sytuacji, jak przed trzydziestu laty. Jakie to w ogóle uczucie? Udało nam się stworzyć zupełnie fajne rzeczy, które szczęśliwie zostały fajnie nagrane. Tego nie da się zapomnieć. W zespole producenckim mieliśmy Charliego Bauerfeinda, który pierwotnie produkował solowe płyty Michaela Kiske i był zaangażowany w trzecią płytę Gamma Ray. Pracował zatem z Kaiem Hansenem i całą Gammą, więc wszystkich tych ludzi znał. I nas też, mnie też, bo od czasów "Dark Ride" produkował nam każdą płytę. W ekipie był też Denis Ward, był basistą poprzedniego zespołu Andy'ego Derisa, Pink Cream 69, oraz producentem i basistą Unisonic. Znał więc bardzo dobrze zarówno Hansena, jak i Kiske. Ja zresztą z Denisem Wardem też znam się od dawna ze wspólnej pracy. A Kosta Zafiriou (manager Helloween - przyp. red.) także grał przez długi czas na perkusji w Pink Cream 69. Każdy z każdym miał więc jakąś styczność i dlatego ta płyta wyszła taka fajna. Było tak wiele punktów stycznych, że bardzo dobrze się rozumieliśmy. Próba pracy z zupełnie nowym producentem, którego nikt by nie znał, byłaby ryzykiem. To w końcu siedem osób. Producent, którego każdy zna, sprawiał, że jak tylko pojawiały się jakiekolwiek problemy, szybko mógł im zaradzić. Dlatego więc czuliśmy się bardzo pewnie. Pracował w końcu z ludźmi, których zna od dekad, zna cechy wszystkich osób, wie, jak znaleźć odpowiednie rozwiązanie. Wszystko tak super się potoczyło do tego stopnia, że sami jesteśmy zaskoczeni. Wszyscy mieliśmy pewne przemyślenia czy wyobrażenia, na temat ewentualnych sytuacji,

które mogłyby się pojawić, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Wszystko poszło super i masz teraz fajny rezultat w postaci płyty. Bardzo się cieszę. Jestem bardzo dumny. To słychać (śmiech). Mam rozumieć, że dawne spory potraktowałeś jako błędy młodoś ci? Każdy miał swój powód i było zbyt wiele różnych ego. Byliśmy w bezradnej sytuacji, ponieważ z pomocą nie przyszedł nam nikt z zewnątrz. Dzisiaj mamy management, który dobrze zna każdego z nas w najlepszym tego słowa znaczeniu. Zdecydowaliśmy, że sami musimy stawić czoła tej sytuacji. Każdy miał własną wizję, w jaki sposób iść naprzód. Na przykład Kai Hansen był zdania, że długie trasy, duża ilość koncertów, zbyt wiele promocji, zbyt wiele chaosu wokół nas, brak życia prywatnego sprawiły, że się wypaliliśmy. I miał rację! Jednak w tym czasie uważaliśmy, że mimo to, jako zespół nadal musimy kroczyć tą drogą. Dla niego to było za dużo, więc zrozumiałe, że wolał odejść. Później musieliśmy podjąć decyzję, jaką muzykę chcemy tworzyć i wtedy pojawił się pomysł komercyjnej płyty "Chameleon". To, co się wtedy wokół niej działo, to nie tylko nasza wina, ale też managementu i gównianej umowy, jaką mieliśmy z wytwórnią, a pokłosiem tego był fakt, że większość fanów tej płyty w ogóle nie zaakceptowała. Potem znów pojawiła się dyskusja w jakimś kierunku iść. Tak powstało błędne koło, z którego nie dało się uciec. To było jednak bardzo dawno temu i teraz dla nas ważne jest to, że obecnie jest super. Mieliśmy szansę stworzyć coś świetnego, trasa okazała się wielkim sukcesem, bardzo dobrze spędziliśmy razem czas, wszystko po prostu wyszło doskonale. No i fani też byli zachwyceni. Na tym trzeba się skupić. Patrzeć na to, co naprawdę istotne jest teraz. Najwa-

HELLOWEEN

5


doskonale się rozumiemy. Czyli dla Ciebie ten reunion i "Helloween" to high light Waszej kariery? Tak, tak, oczywiście. To podsumowanie wszystkiego, co zrobiliśmy do tej pory. Kierunek, zawartość, wszystko razem jest dobrze wyważone. Teraz nie jest tak, że dominują komercyjne kawałki. W większości jest to klasyczny metal. Melodyjny i rozmaity, ale też dość złożony, trochę poprzeplatany i progresywny. Jest tak, jak chcieliśmy zrobić i jak już mówiłem, wyszło naturalnie i bez większych trudności. Wszystko, co sobie zaplanowaliśmy i zaaranżowaliśmy, super się udało. Bo to trochę taka równowaga między klasy cznym i obecnym Helloween... Tak, choć granica między nimi jest zatarta, one się zazębiają. Chodzi o to, że nie ma jakiejś granicy przejściowej... Mamy jeszcze 5 minutek, bo mam umówiony zaraz kolejny wywiad.

Foto: Helloween

żniejsze, że fani są szczęśliwi. Grając koncerty widzieliśmy masę uradowanych fanów i te emocje przeszły także na nas. Po prostu widzisz, że jak już tam jesteś i angażujesz się, to robisz coś naprawdę ważnego. Zauważasz to, kiedy przybywa bardzo wiele ludzi i wszyscy są zachwyceni. Trasa odniosła pełny sukces. Graliśmy największe hale i największe stadiony, a potem festiwal "Rock in Rio" i to się wszystko kompletnie sprawdziło. Właśnie to jest ważne. Dużo ważniejsze, niż te małe historie z ego Zastawiałeś się kiedykolwiek w przeszłości, że taki powrót jest w ogóle możliwy? Kai Hansen zawsze mawiał, że musimy coś takiego zrobić, bo jeśli tego nie zrobimy, to będziemy strasznie głupi. I znów miał rację. Jednak każdy z nas miał inny harmonogram, każdy musiał grać trasy, czy to Kai wraz Gamma Ray, czy Kiske z Unisonic lub Avantasią. My sami również. Dopiero po ustaleniach z managementem udało się połączyć te wszystkie logistyczne sprawy, dostroić harmonogram, tak, żeby to w ogóle było wykonalne. Na początku naszym największym zmartwieniem było to, jak to w ogóle wszystko zgrać. Zarówno ja, jak i Markus Grosskopf od początku mówiliśmy "no wszystko spoko, ale nie da się tego zgrać z harmonogramem", ale oczywiście nadzieję też mieliśmy. I tak to wyszło. Wspomniałeś wcześniej o "Chameleonie". Dziś znów z Michaelem gracie heavy metal. Tamta zmiana to po prostu kwestia ducha czasów, w których wypadało "wyrosnąć z heavy metalu"? Nie, lata 90. nie miały z tym nic wspólnego, bo my się rozwinęliśmy w zupełnie innym kierunku, niż grunge. Nas to w ogóle nie interesowało, chcieliśmy po prostu stać się zespołem rockowym. Zaczynaliśmy jako zespół okre-ślany speed metalem, melodyjnym speed me-talem, melodyjnym heavy metalem z szybkimi

6

HELLOWEEN

tempami, czy jak się mówi do dziś, power metalem i tak dalej. Byliśmy jednymi z pierwszych, którzy coś takiego w ogóle robili. A "Chameleon" powstał właśnie dlatego, że od początku byliśmy konkretnie ukierunkowani i teraz chcieliśmy uniezależnić się muzycznie. Gdy na początku robisz płytę, której pragniesz i która wywiera na ludziach ogromne wrażenie, sięgasz po ekstremalne rzeczy, takie jak tempo, które doprowadza ludzi do szaleństwa. Jednak już na "Keeperach" można zauważyć melodie i wiele rzeczy ukierunkowanych na zwykły rock, zarówno w tempach, jak i rytmie. Są fani, którym to się właśnie podoba, a my chcieliśmy pokazać, że nadal tak potrafimy. Przed Helloween przez osiem lat miałem też zespół, z którym grałem hard rock. Kai Hansen również, wcześniej grał w Gentry. Miałem też szkolny zespół, w którym graliśmy zwykłe popowe i rockowe rzeczy. Moją rockową inspiracją był współpracownik Meat Loaf, Jim Steiman. No i Queen. Marzyliśmy, żeby choć raz pójść w takim kierunku. I jak mówiłem, tak właśnie zrobiliśmy w przypadku "Chameleon". I że tak powiem, zwykli fani metalu tego nie przyjęli. Mieliśmy zabukowane koncerty na 8000 ludzi, a przychodziło może z 1500, a może nawet i mniej. To była katastrofa. Musieliśmy szybko wrócić do tego, co porzuciliśmy. Choć na przykład Michael Kiske wcale tego nie chciał, mówił "nie, ciągnijmy dalej, fani w końcu zrozumieją". Mówiłem mu, że w takim razie będziemy grać w klubach dla pięćdziesięciu osób. To było przeciwieństwo tego, co stworzyliśmy. Było to przerażające, bo mieliśmy jeszcze presję i trwał proces z wytwórnią. To wszystko było bardzo obciążające. Nie chciałem tego zrujnować, ale dyskusje o tym, co robić, w jakim kierunku podążać, niestety doprowadziły do ekstremalnych sporów. Najważniejsze, że jako zespół przetrwaliśmy. Wszyscy musieliśmy podjąć dobre i rozsądne kroki. Teraz udało nam się to wszystko naprawić, nagraliśmy super płytę i

Dobrze, to szybciutko ostatnie pytanie. Zawiesiliście poprzeczkę wysoko, co dalej? Mam nadzieję, że będziemy mogli normalnie funkcjonować. Mamy zaklepaną trasę na przyszły rok, mam nadzieję, że mimo wszystko, wszystko będzie działać. Nie wiem jeszcze jak, ale mamy nadzieję, że jakoś to będzie. Nadzieję można mieć, nadzieja umiera ostatnia. W każdym razie ważne jest, żebyśmy wrócili do tego, co przerwaliśmy. Włożyliśmy w to dużo wysiłku i warto byłoby kontynuować. Mam nadzieję, że płyta się spodoba i choć nic już nie możemy zrobić, mamy nadzieję, że ludzie będą jej słuchać z przyjemnością. Ważne, że jest gotowa i będzie można jej słuchać do woli czekając na to, aż będziemy mogli normalnie funkcjonować. Koncerty oczywiście planujemy, tak samo jak graliśmy je, zanim wydaliśmy płytę. Podobnie festiwale. Do największych należał Rock in Rio dla 60 tysięcy ludzi. Drugi olbrzymi festiwal graliśmy w Polsce na Woodstocku. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Po raz pierwszy byłem w tym miejscu i zaskoczyła mnie ta pokojowa atmosfera. Zagraliśmy tam dla ogromnej publiczności, ludzi było pełno, aż po horyzont, pewnie też było ich z 60 tysięcy. Byłaś wtedy? Nie, widziałam Was w Warszawie i na jakimś dużym festiwalu, nie pamiętam czy to był Masters of Rock czy Wacken (już po rozmowie doszłam do tego, że był to Masters of Rock - przyp. red.). W każdym razie na tej trasie widziałam Was dwa razy, ale na Woodstocku nie byłam. Hala, którą dostaliśmy w Warszawie, była dziwna, bo barierki były bardzo daleko. To było naprawdę gówniane. Nie wiem, czyj to był pomysł i jak to mimo wszystko działa, że fani się na to godzą. Poza tym hala jest bardzo ok, ale nie te barierki, przez które ludzie stoją tak daleko. Mimo wszystko daliśmy dobry koncert. O tak, koncert był wspaniały! Wiem, że musimy już kończyć. Bardzo Ci dziękuję za rozmowę i za Twój czas. Ja też, wszystkiego dobrego! Nawzajem i do następnej rozmowy. Tak jest! Katarzyna "Strati" Mikosz


dziej twórczym muzykiem Helloween? Jesteśmy dobrze zgranym zespołem. Wszyscy dołożyliśmy starań, aby uzyskać to, co najlepsze z wszystkich dekad Helloween na jednym albumie. Myślę, że udało nam się to znakomicie.

Przyszłe koncerty to wszystko na czym nam zależy Chociaż Sascha Gerstner jest najmłodszym muzykiem obecnego składu Helloween, w ich najnowszy album zaangażował się tak samo, jak pozostali gitarzyści. Pomimo ewidentnej skromności, już od 20 lat doskonale odnajduje się w roli rockmana i stałego członka najpopularniejszego zespołu power metalowego z Niemiec. Uzupełnił krótko, z własnej perspektywy, obszerne wywiady z Michaelem Weikath'em, Kaiem Hansenem oraz Andim Derisem. Grunt, że czuje się on usatysfakcjonowany, szczęśliwy i nie może doczekać się, aby grać nowe utwory na żywo. HMP: Jak wyglądał Twój pierwszy kontakt z gitarą oraz z muzyką rock/metal w ogóle? Sascha Gerstner: Mój wujek był zakręcony na punkcie muzyki i gry na gitarze. To on wprowadził mnie w świat gitary elektrycznej gdy miałem 13 lat. Jestem mu za to wdzięczny. Ćwiczyliśmy wspólnie. Moimi idolami byli wówczas Michael Schenker, Peter Gabriel oraz Phil Collins - lubiłem muzykę z syntezatorami. Jak doszło do tego, że zostałeś gitarzystą Helloween? Pracując jako producent muzyczny poznałem dawno temu Charlie Bauerfeinda (inżynier dźwięku Helloween - przyp. red.). Dzięki niemu trafiłem do Helloween. Kompletnie odmieniło to całe moje życie. Reszta jest już historią. O proszę, byłeś też producentem. Jakie cechy czyniły Ciebie dobrym producentem? Różnorodność muzycznego gustu. Nie ograniczam się do jednego wąskiego gatunku. Produkowanie rozmaitych albumów nadal sprawia mi wiele frajdy.

łaby inaczej jako efekt staroszkolnego komponowania? Nie jest to prawdą. Pracowaliśmy w tradycyjny sposób. Jak zwykle, najpierw nagrywaliśmy demówki, a następnie spotykaliśmy się wszyscy w Hamburgu i wspólnie ogrywaliśmy wszystkie pomysły przez 4 tygodnie. W międzyczasie eksperymentowaliśmy z alternatywnymi podejściami, szukając które najlepiej pasuje. Mieliśmy nagraną perkusję na taśmie, używaliśmy wiele sprzętu z lat 80. Normalna, zwyczajna praca. Czy udzielałeś się też jako producent najnowszego albumu Helloween, obok Charlie Bauerfeind'a i Dennisa Warda? Nie, aczkolwiek swobodnie rozmawiałem z nimi w sprawie brzmienia gitar. Wasz najnowszy longplay stanowi perfekcyjne połączenie tradycyjnych oraz nowoczesnych znaków rozpoznawczych Helloween. Do Ciebie należy m.in. pomysł na najbardziej przebojowy utwór "Best Time". Czy zgodziłbyś się, że jesteś obecnie najbar-

W Helloween gra teraz aż trzech gitarzystów (oprócz Ciebie również Michael Weikath i Kai Hansen). Co pomaga wam w pozyty wnym dogadywaniu się? W jaki sposób udaje wam się znaleźć złoty środek pomiędzy nad miarem pomysłów a spójnością materiału? Wszystko sprowadza się do wzajemnego szacunku, miłości do muzyki, wspólnego napędzania kreatywnej atmosfery oraz umiejętności ustępowania sobie miejsca kiedy trzeba. Charlie Bauerfeind obstawiał przy odtworzeniu koncertowego klimatu na płycie. Kai, Michael i ja nagraliśmy wszystkie gitary. Następnie Charlie zadecydował, które riffy i dźwięki będą najlepiej do siebie pasować, tak aby wyszedł magiczny efekt, na jakim wszystkim zależało. Jak będziecie dzielić się partiami gitar na kon certach? Doświadczyliśmy już tego. Będziemy to robić tak jak dotychczas na Pumpking United World Tour. Ucieszymy się, gdy będziemy nareszcie mogli grać kolejne koncerty - to wszystko, na czym nam zależy w przyszłości. Nadchodzi całkowicie nowa era, która będzie trwać tak długo jak to możliwe. W tym kontekście "Helloween" to niemal nasz debiut. Gdybyś miał napisać książkową biografię Helloween, jak podszedłbyś do tego wyzwa nia? Nigdy bym tego nie zrobił, a część dotycząca mnie stanowiłaby zaledwie jej mały rozdział. Hurdaskellir & Katarzyna "Strati" Mikosz

Twoje najbardziej niezapomniane ostatnie koncerty Helloween? Ostatni koncert w Rio de Janeiro (4 października 2019 - przy. red.) oraz występ w roli głównego zespołu festiwalu Wacken (4 sierpnia 2018 - przyp. red.). Wciąż pamiętam, jak bardzo były ekscytujące. Nigdy ich nie zapomnę. Grasz w Helloween już 19 lat. To znacznie dłużej niż Michael Kiske oraz Kai Hansen grali w swoich pierwszych okresach w tym zespole. W jakim stopniu Twoje doświadczenia wpłynęły na proces komponowania najnowszego albumu Helloween? Moje doświadczenia i gust nie są jedynymi czynnikami wpływającymi na końcowy efekt. Każdy z nas ma różne muzyczne korzenie, wykraczające poza metal (heavy metal, punk, rock, folk, muzyka lat 60. oraz lat 80.). Wielu spośród nas komponuje utwory. Na ostatecznie powstały album mają wpływ te wszystkie inspiracje. Jak się czujesz po nagrywaniu a jeszcze przed datą premiery? Czuję się usatysfakcjonowany i szczęśliwy. Nie mogę się doczekać, kiedy wyjdę na scenę i zagram nowe kawałki na żywo. Czy to prawda, że ten album nie został stworzony poprzez wspólną burzę mózgów, lecz przeciwnie - wysyłaliście wzajemnie demów ki do siebie? A jeśli tak, to czy całość brzmia-

Foto: Helloween

HELLOWEEN

7


Wolność jest nadrzędna Powrót Helloween w składzie maksymalnie zbliżonym do klasycznego (a nawet większym) stał się faktem już kilka ładnych lat temu i wszyscy zdążyli wyrobić sobie na ten temat zdanie. Pomogły w tym znakomite koncerty, jakie zespół dawał na całym świecie, co ugruntowało ten reunion jako jeden z najważniejszych, oprócz podobnych wydarzeń w karierach zespołów takich jak Iron Maiden, Judas Priest czy Black Sabbath. Został im więc tylko jeden krok - wydanie nowego albumu. O tym czy jest udany, niedługo będziecie mogli się przekonać. Być może nakieruje was recenzja w naszym magazynie. Oddajmy z tej okazji głos człowiekowi, w którego głowie narodził się ten zespół. HMP: Chciałbym zapytać o powrót do Helloween. Czujesz satysfakcję z tego, że znowu występujesz w tym zespole? Kai Hansen: Tak, to jest świetne. Dla mnie to jest zatoczenie koła. Zawsze myślałem, że byłoby głupio, gdybyśmy czegoś razem nie zrobili zanim się zestarzejemy. Jestem bardzo szczęśliwy, czuję się w tym składzie bardzo dobrze. Jest inaczej niż w Gamma Ray, ponieważ jestem tylko częścią zespołu, a nie jakimś nesto-

mi. To sprawiło, że poczułem się spokojniejszy i przestałem być takim zatwardziałym typem. Stałem się bardziej łagodny we współpracy z innymi ludźmi. Więc nie był to wielki problem i nie miałem związanych z tym wielkich zmartwień. Pamiętasz, co czułeś, kiedy zgromadziliście się razem w jednym pomieszczeniu po tylu latach?

nie dwukrotnie z okazji trasy Pumpkins United: w Warszawie i na festiwalu w Wacken bodajże w roku 2018. To było świetne czuć na scenie tę chemię i radość między wami, Można było odczuć, że to może być coś więcej niż nostalgiczny powrót... Tak, zdecydowanie. W wielu przypadkach, gdy zespoły znowu razem koncertują, to ludzie myślą, że to tylko dla kasy albo, że to robią na siłę, że nie są szczęśliwi, bo to jest po prostu praca. Myślę, że można zauważyć, że z nami to coś innego. Tak, to jest nasza praca, ale właśnie ją kochamy, uwielbiamy być razem, tworzyć kawałki, być na scenie, spędzać fajnie czas. To jest coś szczerego, nic sztucznego. Najpierw zakomunikowaliście, że odbędzie trasa, a dopiero potem, że powstanie płyta. Pamiętasz może jak ten pomysł się narodził? Wpadliśmy na ten pomysł od razu, gdy wyruszyliśmy w trasę a nawet wcześniej, gdy mieliśmy razem próby. Ponieważ, logicznie rzecz biorąc, gdy się do tego zabierasz, to od razu myślisz o przyszłości zespołu, o tym co się stanie potem. Rozmawialiśmy o naszych pomysłach i wszyscy byli zgodni co do tego, by razem nagrać nowy album, ale poczekajmy, zobaczmy jak wypadnie trasa. Jeśli pójdzie dobrze, odniesie sukces i my będziemy zadowoleni z tego jak wypadamy, ludzie będą wstanie dogadywać się, to możemy zacząć o tym rozmawiać. Spotkaliśmy się znowu pod koniec trasy, by porozmawiać, czy chcemy to kontynuować, czy chcemy nagrać razem album i wszyscy się zgodzili. Nie było żadnych głosów sprzeciwu czy wątpliwości. Kiedy zgodziliście się nagrać nowy album, czy rozmawialiście o tym, jak konkretnie powinien on brzmieć, czy było to może bardziej spontaniczne? To było zupełnie spontaniczne. Myślę, że każdy miał swój pomysł na to, co powinien zrobić na albumie, ale nie było żadnej dyrektywy. Nie było żadnego planu. Po prostu stwierdziliśmy, że wrócimy do domu i zaczniemy pisać muzykę. Tyle. Oczywiście każdy ma indywidualny styl, swoją manierę pisania utworów i wszyscy zrobili to, co myśleli, że jest dobre. I to się słyszy na tym albumie.

Foto: Martin Häusler

rem, więc nie czuję aż tak wielkiej presji. Pracuję ze świetnymi ludźmi, jesteśmy jak jedna wielka radosna rodzina. Czy miałeś jakieś wątpliwości przed wyrażeniem zgody na powrót? Wiem, że przez pewien czas grałeś z Michaelem Kiske w innym projekcie Unisonic, ale czy wciąż gdzieś były jakieś żale sprzed 30-tu lat? Tak, na początku nie wiedziałem, co się stanie. Mogło wyjść tragicznie i nikt nie wiedział, czy po dwóch tygodniach w trasie nie zaczniemy się nienawidzić, czy coś w tym stylu. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło. Ale nie miałem jakichś wielkich wątpliwości, ponieważ wszyscy zaangażowani w ten projekt w jakiś sposób zmądrzeli, nie są już postrzelonymi młodzika-

8

HELLOWEEN

To było ekscytujące. Spotkanie się odbyło po tym, jak zadzwoniono do nas i powiedziano, ze może to już najwyższy czas razem się spotkać, obgadać niektóre rzeczy i zobaczyć na czym stoimy. Nikt nie wiedział jak to się może skończyć, ale koniec końców, wyszło dobrze. To był pierwszy raz, kiedy spotkali się Andi i Michy, przedtem nigdy to się nie wydarzyło i nikt nie mógł przewidzieć co się stanie. Czy od razu się dogadają, a może będzie jakieś poczucie rywalizacji? Na szczęście wszystko było w porządku. Na trasie, spędzali cały czas razem, razem chodzili na kawę, praktycznie wszystko robili razem. Kto mógł się tego spodziewać? Super, że tak się stało. Jesteśmy więc na dobrej drodze. Byłem podekscytowany widząc ciebie na sce-

Nie odbieraj tego jako pochlebstwo, ale według mnie, "Skyfall" jest najlepszym utworem na tym albumie i to jest chyba jedyna kompozycja, w której miałeś swój pełny wkład. Mam rację? Tak, to prawda. To jest w całości moja kompozycja, to jest song, który sam napisałem. W innych kawałkach po prostu dorzucałem swój wkład do solówek albo jakieś pomysły. Bardzo się cieszę, że tak lubisz ten utwór i tak, czuję się skomplementowany, jak mogę nie być? To jest bardzo miłe słyszeć takie rzeczy z perspektywy twórcy muzyki. Ale mam nadzieję, że ludzie lubią cały ten album i że nie będzie niesiony na barkach jednej piosenki, podczas gdy reszta zostanie ignorowana. Nie miałem na myśli, że lubię tylko tę kom pozycję, album jest interesujący, ale myślę, że ona się wyróżnia. Zgadzam się. Ten song jest jak epos, to jest chyba jedyny epicki utwór na tym albumie i prawdopodobnie to jest jedyna kompozycja, w której można się utożsamić z klimatem "Keeper of the Seven Keys". To sprawia, że jest szczególna.


Nie czuję jednak aby to był tylko powrót do przeszłości. Tak, to było dla mnie bardzo ważne, nie chciałem powtarzać starych rzeczy. I jasne, pewnych charakterystycznych elementów nie da się uniknąć. Kiedy gram riff, to wiadomo, że gram go ja, ale zdecydowanie chciałem nagrać coś współczesnego i nowego. I myślę, że w "Skyfall" to zadziałało. Zaciekawił mnie tekst tego utworu. To może być głupie pytanie, ale czy czujesz, się trochę jak ten kosmita zagubiony w innym świecie? (śmiech) Tak, zdecydowanie. Próbowałem nakreślić prostą historię. Jest pewien kosmita gdzieś na ziemskiej orbicie i zostaje zastrzelony przez innego kosmitę, rozbija się na Ziemi, armia go znajduje i umieszcza w Strefie 51. Przeprowadzają na nim eksperymenty, pracownikowi Strefy jest z tego powodu przykro. Zawsze wyobrażałem sobie tego pracownika jako Morgana Freemana. (śmiech) Był taki film z nim, "Bruce Wszechmogący", w którym grał Boga, a tutaj wyobrażałem go sobie jako sprzątacza. Ten człowiek myśli sobie, dobra, nie mam nic do stracenia, nie lubię swojego życia, otoczenia, czuję sympatię do tego kosmity, więc wypuszczę go na wolność i też ucieknę. Więc uciekają i trafiają na pokład statku kosmicznego, na którym odlatują z Ziemi. Docierają na rodzinną planetę kosmity i odkrywają, że została ona zniszczona przez innych kosmitów. Więc stają się bezdomnymi, ich sytuacja życiowa kompletnie się zmienia. O tym jest "Skyfall". To jest jak Ragnarok, kiedy twoja sytuacja życiowa radykalnie się zmienia, więc musisz kompletnie się zaadaptować do czegoś zupełnie nowego. Kiedy pisałem tę kompozycję, wszystko jeszcze było w porządku, ale po tym jak zaczął się Covid, to pomyślałem, że pandemia to jest nasze "Skyfall". Musimy się przyzwyczaić do kompletnie nowej sytuacji, nosić maseczki, nie wychodzić z domu, nasza wolność w wielu miejscach była ograniczona. "Skyfall" zyskało dzięki temu drugie dno. Opowieść sci-fi stała się rzeczywistością. Zakończenie w "Skyfall" jest otwarte, ta dwójka musi teraz znaleźć nowy dom dla siebie. I tak się kończy ten utwór. Wspomniałeś o czasach, w których teraz żyjemy, jak radzisz sobie z tym, że nie możesz teraz grać na żywo i ruszać w trasy? Właściwie, znoszę to dość dobrze. Mogę być w domu z moją rodziną, jak zapewne wiesz, mieszkam teraz na Słowacji, i zawsze jest tu trochę rzeczy do zrobienia. Siedzę w domu z żoną i dziećmi, mamy psa, cztery koty i konia, więc zawsze jestem zajęty. Na całe szczęście nie mieszkam w mieście, tylko bliżej natury. Nie jestem więc aż tak załamany tym, co się dzieje. Jedyne co mnie wkurza, to ta cała polityczna otoczka wokół tego, typu przeróżne protesty i policja bijąca protestujących, albo te dyskusje w internecie o tym co jest dobre, a co złe. Jest teraz multum opinii na ten temat, co jest trochę denerwujące. Trochę przerażające jest też zastanawianie się, kiedy to się naprawdę skończy. Czy wtedy, kiedy wszyscy zostaną zaszczepieni preparatami, które nie są do końca przetestowane? Czy to jest rozwiązanie? Martwię się wieloma rzeczami, zwłaszcza utratą wolności, bo wolność jest czymś dla mnie nadrzędnym w życiu i nie znoszę tego, że muszę ją ograniczyć. Nie chcę się w to zbytnio zagłębiać, bo w dzisiejszych czasach, wszystko co powiesz może zostać użyte przeciwko tobie i myślę, że

wywiad na temat zespołu nie jest odpowiednim miejscem na to. W takim razie nie jestem pewien, czy mogę ci zadać kolejne pytanie, ponieważ dotyczy ono treści twoich kompozycji. Są one opowieściami sci-fi i fantasy, ale wyraźnie przebija się w nich temat wolności i buntowaniu się przeci wko prześladowaniu. Żyjemy w czasach, w których te podobne rzeczy dzieją się dookoła nas. Absolutnie. To jest poniekąd moja refleksja na temat obaw ludzi, ich wizji na temat przyszłości ludzkości, pomysłów na temat funkcjonowania człowieka. Lubię idee sprawiedliwego, wolnego, ludzkiego społeczeństwa w którym wszyscy się dogadują i nie podążają ślepo za swoimi opiniami. Ludzie mają swoje poglądy polityczne, religijne, machają flagami, a nie zastanawiają się nad ich konsekwencjami. Żyjemy w czasach, w których jakaś część ludzi bez zastanowienia łyka to, co podaje im rząd. Nie chcę się w to zagłębiać, ale jak możesz zauważyć, jestem dość mocno krytyczny w stosunku do tego. W dzisiejszych czasach wydaje się być istotne, by mieć opinię na różne tematy. Tak, i co mnie smuci, to narastająca przemoc wokół nas. Kiedy patrzę na niemiecką policję aresztującą i czasem bijącą ludzi tylko dlatego, bo są na zewnątrz, to wracam myślami do czasów, które Niemcy powinny już mieć dawno za sobą, a jednak niektóre z tych elementów zostały. Ludzie za bardzo słuchają się rozkazów i nie podoba mi się to. Mówiłeś też, że skupiasz się teraz na życiu rodzinnym. Widziałem zdjęcia na twoim Facebooku, w tym także twojego konia. Czy koncertowanie z Helloween, Gamma Ray i innymi projektami sprawiły, że czułeś, że czegoś ci brakowało? Tak, zdecydowanie. Znalazłem swoje spokojne miejsce, mam bardzo fajną rodzinę i świetnie mieć, takie swoje przyjazne schronienie. Trochę mnie przytłacza perspektywa wyruszania w trasę, bo sporo by mnie ominęło w domu, ale to jest moja praca i mam z niej frajdę. Jednak od czasu do czasu muszę wrócić do domu, by się odświeżyć i naładować baterie. To jest bardzo istotne. Co było twoim największym wyzwaniem podczas nagrywania tego albumu? Czy w ogóle je miałeś? Tak, pierwszym wyzwaniem było napisanie muzyki. Mój telefon jest wypełniony przeróżnymi kawałkami i pomysłami. Miałem momenty, w którym pisałem utwory i czułem, że nie są one wystarczająco dobre. Wyzwaniem było stworzyć coś niezwykłego, a nie tylko "dobrego". Byłem mocno krytyczny i czasem mnie to blokowało przed pisaniem, bo po co robić coś, co nie jest wystarczająco dobre? Innym wyzwaniem było zebranie pomysłów innych twórców w jedną całość na albumie. Nie chcieliśmy, by brzmiał jak kompilacja rożnych zespołów, tylko jak coś, co zrobiła jedna grupa. Wiedzieliśmy, że jest to możliwe, jako przykład mogę podać zespół Queen. Oni mieli przeróżne pomysły na brzmienia i utwory, ale wciąż brzmieli jak Queen. I to było jedno z wyzwań na tym albumie, by był różnorodny, ale równocześnie nie brzmiał jak składanka.

Tak myślę. Zwłaszcza, że nie byłem zadowolony z innych kawałków, które zrobiłem. Nie chciałem zrobić takiego typowego, klasycznego power metalu. To musiało być coś specjalnego. Były też utwory, które się wyróżniały, ale było w nich za dużo "mnie" i brzmiały bardziej jak materiał dla Gamma Ray niż Helloween. Potem pomyślałem o "Skyfall" i postanowiłem, że włożę całą swoją energię w tę kompozycję. Cieszę się, że tak to się skończyło. Czy było ci trudno napisać muzykę nie tylko pod wokal swój i Michaela, ale także Andiego? Wiem jak brzmią Andi i Michael, ale problem polegał na tym, że gdy tworzę muzykę, to słyszę tylko swój głos, pisałem ją więc pod siebie. Próbowałem wyobrazić sobie ich głosy w kawałkach, ale gdy nagrałem demo do "Skyfall" i słyszałem w nim swój głos, to mi się podobało, ale gdy usłyszałem jak oni brzmią na albumie, to pomyślałem, że są fantastyczni. Byli w stanie odpowiedzieć na moje pomysły i zaadaptować je do swoich stylów. Andi wykonał świetną robotę, jeszcze nigdy nie słyszałem, by tak śpiewał. Są momenty w kompozycjach które piszę, które wymagają szczególnej uwagi i Andi wykonał je zajebiście. Bardzo się cieszę, że tak wyszło. Co cię zaskoczyło najbardziej w powrocie do Helloween i w pracy z tymi ludźmi? Oczekiwałem dobrej grupowej współpracy. Może powiem tak, że właśnie to wyszło zaskakująco dobrze. (śmiech) Wiem, że to jest wywiad dotyczący Helloween, ale muszę spytać, jakie są plany Gamma Ray? Plany Gamma Ray są teraz opóźnione przez mój powrót do Helloween. Ale jedno jest pewne, nie mam zamiaru odpuszczać tego projektu i będę utrzymywał go przy życiu tak bardzo, jak to będzie możliwe. Helloween jest teraz dla mnie priorytetem, ale staram się jak mogę. Z drugiej strony, miałem czas komponowania kawałków dla Gamma Ray i ciągle nad tym pracujemy. Mam nadzieję, że zrobimy album jeszcze w tym roku. Wracając do przeszłości, miałeś swój wkład w pierwszy solowy album Michaela "Instant Clarity", niektóre z tych piosenek zostały nagrane z Adrianem Smithem z Iron Maiden. Jak wspominasz tę współpracę? Było bardzo fajnie z nim pracować, cieszyłem się z tego, że Michael robi swój własny album, bo miał bardzo dobre piosenki. Adrian jest świetnym gitarzystą, pracowaliśmy razem po raz pierwszy w życiu. Znaliśmy się wcześniej, ze wspólnych koncertów, ale nie mieliśmy okazji poznać się bliżej. Wymienialiśmy się pomysłami i to było niesamowite z nim pracować. Igor Waniurski Tlumaczenie: Szymon Paczkowski

Czy to dlatego tylko jedna twoja kompozycja znalazła się na płycie?

HELLOWEEN

9


kimś podzielić rolą frontmana naprawdę mnie cieszy (śmiech).

Czasem najtrudniej jest spojrzeć w swoje lustrzane odbicie Lubię takie wywiady. Zresztą trudno to nazywać typowym wywiadem, gdyż Andi od samego początku stworzył taką atmosferę, że cała rozmowa przypominała raczej kumplowską pogawędkę, niż tradycyjną konwersacje na linii dziennikarz - muzyk. A rozmawiać jest o czym. Nowy wyjątkowy z wielu powodów album oraz przyszłoroczna trasa obejmująca także Polskę to tylko niektóre z tematów poruszonych w poniższej rozmowie. HMP: Cześć Andi. Jak się masz? Dobrze mnie słychać? Andi Deris: Hej u mnie wszystko w porządku. Słychać Cię bardzo dobrze i bez zakłóceń. Przyznam Ci się, że bardzo mnie to cieszy, gdyż przed chwilą rozmawiałem z dziennikarzem z Włoch i niestety łączność była fatalna. Wiesz, może niektórzy tym się nie przejmują, ale ja osobiście czuję się trochę niezręcznie, gdy muszę prosić dziennikarza po trzy lub nawet więcej razy, by powtórzył pytanie. Czasami już wiem, że na zrozumienie całości nie ma najmniejszych szans. Staram się wtedy wyłapać jedynie kluczowe słowo i jego się trzymać. O dziwo, czasem działa. (śmiech). Niestety również to znam. Mam już za sobą rozmowy, gdy musiałem kilka razy powtarzać pytanie. Czasem też bywało, że rozmówca w końcu stwierdził, że wie o co chodzi, ale treść odpowiedzi nijak się miała do tego o co pytałem. Uwierz mi, że też mam za sobą takie niezręczne sytuacje (śmiech). Cóż, takie uroki tej roboty (śmiech). Pozwo-

lisz zatem, że zadam pierwsze pytanie. Przez długi czas byłeś frontmanem i jedynym głosem Helloween. Teraz musisz dzielić swe partie wokalne z Michaelem Kiske oraz Kaiem Hansenem, którzy po latach powrócili w szeregi zespołu. Nie czujesz czasem, że Twoja pozycja uległa lekkiej degradacji? Ależ absolutnie. Wręcz przeciwnie, jest mi to bardzo na rękę (śmiech). Zazwyczaj koncert Helloween trwa około 80-90 minut. Jestem bardzo zadowolony z faktu, że nie muszę za każdym wykorzystywać swoich strun głosowych bez przerwy przez tak długi czas. Podzielenie wokalnych partii między naszą trójkę sprawia, że taki występ jest łatwiejszy zarówno dla mnie, jak i Kaia oraz Michiego. Kiedy oni śpiewają, ja mam przerwę i pozwalam przez nawet krótki moment odpocząć swojemu gardłu. Jeżeli jest to dłuższa chwila mogę wyjść za kulisy i się czegoś napić albo wziąć kilka głębszych wdechów. Wyobraź sobie teraz stanie przez półtorej godziny na środku sceny. Jest to dosyć męczące, jak się zapewne domyślasz. Oczywiście, nie twierdzę, że jest to rzecz niewykonalna, bo sam to przez te wszystkie lata robiłem. Jednak mimo to, fakt, że mogę się z

Koncerty koncertami, jednak na albumie jakoś partiami wokalnymi też się trzeba było podzielić. Nie było w tym procesie ani żadnej osoby decyzyjnej, ani też żadnego konkretnego klucza, według którego żeśmy to ustalali. To raczej w naturalny sposób wynikało samo z siebie. Zebraliśmy się wszyscy w studiu wraz z naszym producentem. Następnie zaczęliśmy razem z Michaelem śpiewać sobie fragmenty poszczególnych kawałków. Kryterium było właściwie jedno. Śpiewając poszczególną partię, albo czułem odpowiedni flow, albo nie. Niektóre fragmenty zdecydowanie lepiej "leżały" Michaelowi. Każdą z nich jednak sprawdzałem, jak wypada w moim wykonaniu. Jeśli widziałem, że Michi czuje się w tym lepiej, chętnie mu ją odstępowałem bez zbędnych słów. I na odwrót. Czasami producent rzucał hasłami w stylu "hej, ale tu jest za dużo Andiego, a tam za dużo Michaela. Weźcie coś z tym zróbcie." (śmiech). Oczywiście jak najbardziej liczyliśmy się z jego zdaniem i braliśmy pod rozwagę wszelkie jego sugestie. Wyjątkiem były tu utwory, które były od razu pisane pod jednego z nas. Mam tu na myśli na przykład "Skyfall" czy "Fear of the Fallen". Cała reszta mogła przypominać w pewnym stopniu układanie puzzli. Nie mniej jednak, po pewnym czasie taka układanka z pojedynczych porozrzucanych elementów zmieniła się w jedną konkretną i zwartą całość. Złożenie jej do kupy nie stanowiło dla nas jakiegoś większego problemu ani specjalnie wymagającego wyzwania. Zdecydowanie mniej jest tutaj wokali Kaia, ale on nadrobił to w najdłuższym kawałku na tym albumie, czyli wspomnianym już tutaj "Skyfall". W innych utworach udziela się sporadycznie. Kiedy jednak masz do zaśpiewania kawałek ponad dwunastominutowy, to uwierz mi, że zajmuje to znacznie więcej czasu niż nagranie trzech krótszych piosenek. Następnym razem jednak zostawimy mu nieco większe pole do popisu (śmiech). Czyli widzę, że jednak naprawdę wyszło Ci to na dobre. Oj tak (śmiech). To jest fajne, że pisząc nowe utwory, mogę wziąć pod uwagę kwestię, w którym miejscu w danym utworze mam możliwość wzięcia oddechu. Wiesz, kiedy śpiewasz jest to nieodzowne. Musisz mieć nawet ten ułamek sekundy żeby złapać wdech. To był pierwszy raz kiedy mogłem pomyśleć "kurde, walić to!" (śmiech). Przerwa między kolejnymi wersami jest zbyt krótka? Walić to. Podzielimy się z Michaelem tak, żeby było ok. Ogólnie cały ten proces był i dla mnie i dla reszty zespołu bardzo ciekawym doświadczeniem. Jeśli słuchałeś naszego albumu, to zapewne zauważyłeś, że refreny niektórych kawałków nie mogą być śpiewane przez tylko jednego wokalistę. Tworzenie wokali było tutaj niczym tworzenie partii instrumentów. Z tą jednak różnicą, że osoba grająca na instrumencie nie potrzebuje przerwy na oddech. Właściwie gitarzysta, basista czy inny instrumentalista może grać nie mając przerwy.

Foto: Helloween

10

HELLOWEEN

Zatytułowanie albumu nazwą zespołu w przypadku grupy z takim statusem jak Helloween to jednak krok trochę nietypowy. Ten tytuł ma za zadanie symbolizować nasz ponowny start. Dla wszystkich jest już jasne, że w tej formule na pewno nagramy coś więcej niż tylko ten jeden album. Myślę, że przez najbliższe dziesięć lat damy jeszcze radę pracować


w takim trybie, jak to robiliśmy do tej pory. Mimo, że nie należę do osób przesadnie przesądnych, to postukam w drewno (słychać odgłosy stukania drugiej strony - przyp. red.). Trasa koncertowa "Pumpkins United" była dla nas wszystkich przeogromnym impulsem i widzę, że od tego czasu los jest dla nas łaskawy. Trzydzieści pięć lat na scenie, kilkanaście albumów studyjnych oraz status legendy to naprawdę imponujący dorobek. Czy w związku z tym wizja ponownego początku nie wydaje się czymś odrobinę szalonym? Nie, dlaczego? Zarówno podczas wspomnianej trasy, jak i po niej w niemalże każdym wywiadzie padało pytanie, czy zamierzamy kontynuować działalność w tym składzie, czy powstanie pełny album z trzema wokalistami i tak dalej. Myślę, że album "Helloween" jest idealną odpowiedzią na wszystkie te pytania oraz domysły. To jest takie zamknięcie pewnego rozdziału i jednocześnie otwarcie nowego. Wspominałem o dziesięciu latach, ale może tak z piętnaście nam się jeszcze uda pociągnąć jako zespołowi. Staram się w swoich zamierzeniach być realistą, gdyż mam świadomość, że zarówno ja, jak i reszta członków zespołu okres młodości mamy już za sobą. Wcale nie jestem pewien, czy mając siedemdziesiątkę na karku będziemy w stanie utrzymać obecne tempo pracy. Myślę, że te dziesięć-piętnaście lat to taki okres, gdzie można jeszcze snuć jakieś konkretne plany. Metalowy koncert to wysiłek nie tylko dla mnie, jako wokalisty, ale także, jeśli nie szczególnie również dla perkusisty, który czasem musi się uwijać jak w ukropie. Wiesz, jest całkiem możliwe, że będę jak Steven Tyler z Aerosmith i w wieku prawie siedemdziesięciu pięciu lat będę w stanie biegać i skakać po scenie. Jednak za pewnik tego przyjąć nie mogę (śmiech). Ten gość na starość jest w naprawdę świetnej formie. Zdecydowanie. Ja też jestem w świetnej formie, ale jestem trochę młodszy (śmiech). Jednak biorąc pod uwagę wszystkie kwestie, o których wspomniałem, myślę że nasz najnowszy album otwiera ostatni rozdział w historii Helloween. Miejmy nadzieję, że rozdział ten będzie długi oraz intrygujący. Michael Kiske nie rozstał się z Helloween w dobrej atmosferze. Pewnie namówienie go na powrót nie było łatwe. Pamiętasz jakie nastroje panowały w zespole po jego odejściu w momencie gdy Ty przejąłeś jego rolę? To był dość skomplikowany proces. W kontakcie z Michaelem Kiske musieliśmy zachować pewną ostrożność, gdyż wiedzieliśmy, że ciągle drzemią w nim pewne negatywne emocje z przeszłości. Były pewne nie wyjaśnione sprawy między nim, a Michaelem Weikathem, które bardzo przyczyniły się do jego odejścia. Kiedy Kiske opuścił Helloween, Weikath zadzwonił do mnie, czy nie chciałbym dołączyć w szeregi jego zespołu. To było gdzieś pod koniec roku 1993. Alternatywą było zawieszenie działalności, a tego raczej nikt nie chciał. Po tym telefonie ruszyłem do Hamburga na rozmowę z resztą zespołu. Nie było to oczywiście nasze pierwsze spotkanie, gdyż chłopaków miałem okazję poznać już jakieś osiem-dziewięć lat wcześniej. Mój dawny zespół Pink Cream 69 nagrywał wcześniej w Hamburgu w studiu należącym do naszego wydawcy. Te okoliczności sprawiły, że staliśmy się przyjaciółmi na długo, zanim w ogóle dołączyłem do Helloween. Kie-

dy reszta grupy zdecydowała się pożegnać z Michaelem Kiske, skontaktowali się właśnie ze mną. Właściwie to o dołączenie do zespołu prosili mnie dwa albo nawet trzy razy. Jednak było to w momencie, gdy Pink Cream 69 był prężnie rozwijającym się zespołem. Mieliśmy wówczas naprawdę dobry okres pod każdym niemal względem. Nie bardzo miałem ochotę rozstawać się z tą kapelą na tym etapie. Potem wszystko zaczęło się jednak psuć. Niby na pozór dalej wszystko było ok, jednak atmosfera nie była już taka, jak wcześniej. Wówczas otrzymałem kolejny telefon. Znowu padło pytanie o dołączenie do Helloween. Pokazali mi swoje nowe pomysły, a ja po prostu stwierdziłem "OK., wchodzę w to!". Oto cała historia w wielkim skrócie. (śmiech)

Foto: Martin Häusler

Wspomniałeś o trasie "Pumpkins United". Myślę, że cała trasa była zarówno dla Ciebie, jak i reszty ekipy czymś naprawdę ekscytującym. Powiedz mi proszę, czy jesteś w stanie wyróżnić któryś z tych gigów? Oj wiesz, tych koncertów było całkiem sporo. Wyjątkowe było samo to, że to nasza pierwsza trasa, gdzie praktycznie wszystkie koncerty graliśmy na wielkich halach. Nigdy wcześniej nam się to nie zdarzyło. Oczywiście każdy z Tych gigów miał swój osobliwy urok. Granie w dużych halach to coś naprawdę pięknego. To zupełnie inne doświadczenie niż koncert klubowy. Wiele z tych budynków robi wrażenie samą swoją architekturą. Na przykład hala, w której graliśmy w Monterrey. Było to przeogromne zadaszone centrum sportowe. Oczywiście nie mogę tu nie wspomnieć o Rock In Rio. Pamiętam jeszcze z zamierzchłych czasów, kiedy to zaczynałem swoją przygodę z graniem metalu, że wielu znajomych muzyków twierdziło, że po zagraniu tam mogą umierać spełnieni. Mnie się co prawda ta sztuka udała, ale jeszcze na tamten świat się nie wybieram (śmiech). Jednak w momencie gdy stanąłem na tej wielkiej scenie przypomniałem sobie te wszystkie rozmowy. Marzenia czasem się spełniają. W przyszłym roku po raz kolejny wracacie do Polski. Grywaliście tu wiele razy. Zachowały Ci się w pamięci jakieś szczególne wspomnienia związane z naszym krajem? Oczywiście. Polska jest mi szczególnie bliska z kilku powodów. Właściwie to od 2003 roku każda nasza trasa zaczynała się w Katowicach. Fajne miejsce na pierwszy koncert. Ale abstrahując od tego, uważam Polskę za naprawdę wspaniały kraj. Czujemy się tu jak w domu. Myślę, że gdybyś Ty pojechał do Niemiec też byś się tam szybko odnalazł. Oba te kraje są do siebie bardzo podobne w wielu kwestiach. To

samo tyczy się ludzi. Przeciętny Polak oraz przeciętny Niemiec mają ze sobą wbrew pozorom bardzo dużo wspólnego. I co paradoksalne, to podobieństwo jest właśnie głównym powodem tych wszystkich problemów. Czasem najtrudniej jest spojrzeć w swoje lustrzane odbicie. Jeszcze się dostrzeże, ze wcale nie jest się takim idealnym (śmiech). Ale mamy XXI wiek, powinniśmy na dobre zapomnieć o dawnych niesnaskach, różnych stereotypach i innych kretynizmach rozpowszechnianych przez polityków. W ogóle to pieprzyć politykę (śmiech). OK., zgodzę się, że Polaków i Niemców więcej łączy niż dzieli. Wiem jednak również, że przez pewien czas mieszkałeś na Seszelach. Przypuszczam, ze mieszkańców tych wysp od Europejczyków dzieli duża przepaść. Poniekąd tak, ale powiem Ci z czego to właściwie wynika. Ano wynika to z faktu, że te wyspy są usytuowane daleko od jakiegokolwiek większego kawałka lądu. Spory kawał dzieli je od Dubaju, jak również od wybrzeża Afryki. To rozdzielenie spowodowało, że ludzie tam żyjący wiele zasad musieli ustanawiać sami. To też jest powodem, dla którego nie naruszono tam w większym stopniu natury, która dziś przyciąga tam rzesze turystów. Ludzie tam naprawdę dbają o przyrodę, którą uznają za skarb. Skoro to jest skarb, trzeba go chronić, jednak jest to wszystko uregulowane w bardzo przyjazny sposób. Na wielu wyspach nie uświadczysz ani jednego domu, na niektórych zakazany jest ruch pojazdami mechanicznymi. Z drugiej strony są one tak małe, że poruszanie się tam samochodem nie ma większego sensu. Zabronione są tutaj loty czarterowe, nie uświadczysz też wielu ekskluzywnych hoteli. To moim zdaniem jest duży plus. Jeśli chodzi zaś o regulacje prawne, to są one znacznie mniejsze, niż w Europie a prawo jest dużo bardziej przyjazne człowiekowi. Naprawdę kocham te wyspy. My, Europejczycy możemy się

HELLOWEEN

11


wiele nauczyć od tamtejszej ludności. Nie wiem jednak, czy takiej odpowiedzi oczekiwałeś (śmiech) (śmiech) Nie miałem kompletnie żadnych oczekiwań. Byłem po prostu ciekawy, co w tej kwestii powiesz. Zmieńmy może temat. Co się na dzień dzisiejszy dzieje z Twoim projektem Andi Deris And The Bad Bankers? W sumie to nic (śmiech). Sam użyłeś magicznego słowa "projekt", więc nie mam co do niego żadnej presji. A jeśli pytasz o otoczkę, to nawiązywała ona do faktu, że bankowa mafia opanowała świat i nawet politycy nie mogą jej powstrzymać. Ba, sami są na jej usługach. Mam jednak nadzieję, ze prędzej, czy później ten chory system padnie. Dziękuję Ci za naprawdę sympatyczną rozmowę. Ja również dziękuję oraz pozdrawiam wszystkich czytelników i sympatyków Helloween w Polsce. Dziękuję Wam, że przy okazji każdej wizyty w Waszym kraju możemy liczyć na naprawdę gorące przyjęcie. Jak już powiedziałem w Polsce czuję się jak w domu. Byłem u Was przy różnych okazjach jakieś trzydzieści albo nawet czterdzieści razy. Mam świadomość, że wielu Polaków mnie uwielbia, ale nie dlatego, że jestem Niemcem, tylko dlatego, że jestem wokalistą ich ulubionego zespołu. Może się za bardzo powtarzam, ale naprawdę ciężko mi zrozumieć te wszystkie niesnaski i antagonizmy między naszymi narodami. Mam wielu przyjaciół w Polsce, których bardzo cenię. Myślę, że gdyby ludzie mniej słuchali polityków i bzdur, które oni wygadują, to większości tych problemów by nie było. To oni próbują skłócić dwa tak podobne do siebie narody i niestety często to im się udaje. Mam jednak wrażenie, że ludzie stają się coraz mądrzejsi i coraz bardziej świadomi manipulacji. W tej kwestii widzę naszą przyszłość w pozytywnym świetle. Zapraszam też wszystkich na nasz przyszłoroczny koncert w Katowicach. Będziesz?

Wzbudzić buntownika! Nie chcę tu popadać w banały, ale Saxon jest niewątpliwie zespołem legendarnym mającym przeogromny wpływ na kształt obecnej sceny heavy metalowej oraz hard rockowej. Oczywistym również jest, że zespół ten miał także swoje kapele, które go inspirowały. Biff i koledzy postanowili oddać im hołd nagrywając album o wszystko mówiącym tytule "Inspirations". Znalazły się na nim saxonowe wersje utworów między innymi takich kapel, jak The Rolling Stones, The Baetles, Deep Purple, AC/ DC i wielu innych. Co ciekawe, wyszło to nadzwyczaj udanie i nie sprawia wrażenia nagrywanego na siłę, co często ma miejsce w takich przypadkach. Biff Byford do szczególnie wygadanych osobników nie należy, często odpowiadał krótko i zwięźle, jednakże co nieco na temat nowej produkcji Saxon udało się z niego wyciągnąć. HMP: Cześć Biff! Jak się masz? Biff Byford: Witaj. Wspaniale! Bardzo mnie to cieszy, zatem ruszajmy z kopyta. Właśnie na rynek trafił Wasz najnowszy album. Nie zawiera on jednak nowych utworów Saxon, a covery kapel, które przez lata Was inspirowały. Jak w ogóle zrodziła się idea albumu "Inspirations"? Powód nagrania tej płyty był dość prozaiczny. Po prostu chcieliśmy nagrać album oparty na utworach zespołów, które zainspirowały nas do tworzenia naszej muzyki. Przypuszczam, że bez większości tych kapel nie byłoby Saxon. Chciałem też sprawdzić, jak mój głos sprawdzi się w naszych interpretacjach tych kawałków. Myślę, że wyszło całkiem nieźle. Powiedz mi proszę, czy proces nagrywania tego albumu był łatwiejszy niż ma to miejsce w przypadku płyt z Waszym premierowym

materiałem? Cóż, tym razem nie musieliśmy udowadniać, że nagrywane kawałki są świetne (śmiech). Nie musieliśmy tworzyć nowych rzeczy, jednak bardziej położyliśmy nacisk na produkcję albumu, ekscytację związaną ze spotkaniem członków zespołu i samym nagrywaniem. Aby to zrobić, zamieszkaliśmy razem w jednym domu, w którym pracowaliśmy i spędzaliśmy wolny czas. To było wspaniałe doświadczenie zacieśniania więzi pomiędzy członkami zespołu. To było cos wspaniałego. Mogę sobie wyobrazić, że tak właśnie musiało wyglądać nagrywanie albumów Deep Purple w starych zamkach we Francji. Bardzo podoba mi się Wasza interpretacja "Paint It Black" The Rolling Stones. Myślisz, że gdyby Mick Jagger, Keith Richards i kumple zaczynali w latach 80., to tak jak Wy nosiliby jeansy i skórę? (ang. denim and

Jak najbardziej. Super. W takim razie po koncercie zapraszam na browarka (śmiech). Dzięki, tym bardziej nie mogę się doczekać. (już kilka moich wywiadów kończyło się tym, że muzyk zapraszał mnie na piwo, jednak jak na razie na zaproszeniach się kończyło. Tym razem zamierzam się jednak przypomnieć - przyp. red.) Bartek Kuczak

Foto: Steph Byford

12

HELLOWEEN


leather - przyp. red.). (Śmiech). Kto wie. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w latach 80. byli metalowcami. W końcu jak na swoje czasy, wcale nie byli grzecznymi chłopcami. No właśnie. Twierdzisz, że to właśnie Stonesi wzbudzili w Tobie buntownika. Dokładnie! Uwielbiałem ten zespół, odkąd ich pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem. To właśnie Stonesi przemawiali do mojej buntowniczej strony. Napisali wiele wspaniałych piosenek, prezentowali świetne podejście do swej twórczości. Ich muzyka i zachowanie bardzo wtedy oburzało tzw. praworządnych obywateli (śmiech). To było coś niezwykłego! Sięgnąłeś też po repertuar innego klasycznego zespołu z lat 60,. mianowicie The Beatles. Dlaczego akurat Wasz wybór padł na "Paperback Writer"? Ten zespół przecież miał masę dużo bardziej znanych kawałków. Tak, trudno się z Tobą nie zgodzić, że mieli oni dużo większe hity. Jednak zdecydowaliśmy się sięgnąć po "Paperback Writer", bo to właśnie ten utwór zawsze wzbudzał we mnie ogromne emocje. Wychodzi w nim cały kunszt czwórki z Liverpoolu. Ten kawałek ma naprawdę potężny ładunek i czuję, że udało się nam go oddać. Pamiętasz moment, w którym pierwszy raz usłyszałeś The Beatles? Dokładnie pamiętam. To był rok 1963. Zobaczyłem ich wówczas w telewizji. Początki tzw. beatlemanii. Pamiętam, że to wtedy zdałem sobie sprawę, że fajnie byłoby grać w zespole

utworu jest bardzo ważne, ponieważ przypomina mi ten koncert. Bardziej preferujesz okres twórczości AC/DC, gdy wokalistą był Bonn Scott czy może przemawia do Ciebie era Briana Johnsona? Wiesz co, bardzo trudne pytanie (śmiech). W obu tych okresach zespół ten tworzył naprawdę dobre albumy i świetne kawałki. Ale jeśli już miałbym wybrać to bardziej do mnie przemawia okres gdy za mikrofonem stał Bonn Scott. To był wspaniały frontman. Był też bardzo charyzmatyczny. On i Angus Young wiedzieli, jak współpracować razem na scenie. Słuchałeś może już ich ostatniego albumu "Power Up"? Tak. Jest świetny! Zresztą, tak, jak wszystkie pozostałe! (śmiech) Wyobraź sobie, że mamy rok 1985 i już wtedy postanawiasz nagrać album z utworami innych kapel, które Cię inspirowały. Czy byłby to ten sam zestaw, który możemy usłyszeć na "Inspirations"? Stary, to jest świetne pytanie! Naprawdę! Odpowiedź jest prosta i jednoznaczna. Tak! Dokładnie byłyby to te same utwory. Na sto procent! Na chwilę obecną to Saxon jest inspiracją

Co z nowym albumem Saxon zawierającym premierową muzykę? Jakieś plany? Tak. Prawdopodobnie luty przyszłego roku. Na razie tylko tyle mogę powiedzieć. Ale z finalnego efektu będziesz zadowolony (śmiech). Biorąc pod uwagę, że nie byłeś w trasie od prawie roku i nie odpocząłeś, jeśli chodzi o pracę w studio, jak udało Ci się utrzymać tak dobrą formę wokalną? Mój głos jest jak oddzielna jednostka. Robi swoje i mam szczęście, kiedy go włączam, nadal działa (śmiech)! Miejmy nadzieję, że pozostanie niezmieniony przez długi czas. To naprawdę niewiele się zmienił na przestrzeni

Warto zwrócić uwagę na Waszą przeróbkę utworu "Evil Woman", który najbardziej znany jest z wykonania Black Sabbath. Jednakże to wcale nie jest ich kawałek, o czym sam do niedawna nie wiedziałem. Oryginał pochodzi z repertuaru grupy Crow. A Ty którą z tych dwóch wersji bardziej preferujesz? Obie wersje są świetne. Ciężko mi się zdecydować. Myślę jednak, że to jednak Black Sabbath nadał temu kawałkowi odpowiedni ciężar. Twój wokal w tym kawałku bardzo przypomina manierę Ozzy'ego Osbourne'a. To był celowy zabieg, czy wyszło to naturalnie podczas nagrywania? Czy ja wiem? Raczej to wszystko wyszło podczas nagrywania. Myślę, że to podobieństwo wyszło trochę podświadomie. Sięgnęliście też po repertuar AC/DC. Dlaczego akurat "Problem Child"? Pierwszy album AC/DC trafił w moje ręce w połowie lat 70-tych. Ich utwory z jednej strony niby są proste, z drugiej jednak łatwo w nich o błędy. Mam dwie gitary, SG Junior z 1965 i SG z 1974 roku. Paul i Doug używali tych dwóch gitar, więc otrzymaliśmy konkretne brzmienie AC/DC. Myślę, że zagraliśmy to nawet trochę głośniej niż oni (śmiech). Podczas trasy koncertowej "Dirty Deed" zagrali niedaleko Sheffield, gdzie wówczas mieszkaliśmy. Powiedziałem chłopakom, że musimy iść i zobaczyć ten zespół. To musiało być około 1976 roku czy coś w tym stylu. Zagrali "Problem Child" i kiedy myślałem o albumie "Inspirations", pomyślałem, że dodanie tego

Foto: Steph Byford

dla młodych (i wielu już trochę starszych) wykonawców. Doczekaliście się nawet kilku tzw. "tribute albumów". Słyszałeś jakieś? Owszem, słyszałem. To naprawdę bardzo miłe, że wychodzą takie albumy. Czujemy się przez to naprawdę docenieni. Album ukazał się także w formie kasety. Myślisz, że ten nośnik ma szansę wrócić do powszechnego użytku, czy raczej pozostanie gadżetem dla ekscentryków? Raczej nie widzę powodu, by kasety miałyby stać się powszechnym nośnikiem. Te czasy już raczej nie wrócą. Jednak dobrze, że mimo wszystko kasety ponownie pojawiły się na rynku. To jest nośnik dla pasjonatów i kolekcjonerów.

lat. Jestem z tego faktu bardzo zadowolony. Jesteście na scenie od lat. Powiedz mi proszę, czy dalej tworzenie oraz granie muzyki jest dla Ciebie tak samo fascynujące jak czterdzieści lat temu? Dokładnie. Jest to tak samo dla mnie fascynujące, jak w dniu gdy zaczynałem! To najlepsza przygoda mojego życia! Bartek Kuczak

SAXON

13


Wysokie loty - Wyobraź sobie Route 66, potężny amerykański wóz, totalny tajfun koni mechanicznych pod maską, pełny bak paliwa, świt, piękna pogoda i cała droga wolna przed tobą. Tak powstał ten materiał - mówi Piotr Brzychcy. Trudno nie zgodzić się z tymi skojarzeniami, bo najnowszy album Kruka "Be There" to hard rock najwyższej próby, a do tego dowód na ciągłą żywotność i zarazem ponadczasowość tej muzyki. W dodatku płyta powstała z Wojtkiem Cugowskim jako wokalistą, co wyniosło twórczość zespołu na jeszcze wyższy poziom. Rozmawiamy z obu panami o kulisach powstania "Be There" , albumu rozpoczynającego nowy, jeszcze ciekawszy rozdział w karierze śląskiej formacji. HMP: Kariera Kruka zaczęła się tak naprawdę od płyty "Memories" nagranej z Grzegorzem Kupczykiem. Najnowszym albumem niejako wracacie do tradycji współpracy ze znanym wokalistą, ale różnica jest diametralna, ponieważ "Be There" to wyłącznie premierowe kompozycje, a i sam zespół jest już w innym miejscu niż w roku 2006? Piotr Brzychcy: Witaj, miło mi znów udzielać wywiadu dla Heavy Metal Pages. Pamiętam ten pierwszy raz, kiedy się o was dowiedziałem i ten pierwszy raz, kiedy pojawiliśmy się na łamach drukowanej wersji HMP. Radość była przeogromna, dokładnie taka sama jak teraz gdy pokazujemy się w zasadzie wszędzie. Niemniej ogromny sentyment i szacunek

jowym. Od tego wszystko się tak naprawdę zaczęło na poważnie, pomimo, że Kruk istniał już wtedy trzy lata, nagrał pierwszą autorską demówkę i zagrał sporo koncertów. W przypadku "Be There" sytuacja wygląda tak, że przede wszystkim spotkali się kumple i miłośnicy muzyki spod znaku rocka i wpadli na pomysł, że zrobią coś razem. Owszem płyta w formie instrumentalnej była już gotowa pod koniec 2018 roku, ale finalna wersja płyty, która ukazała się 14 kwietnia, to efekt kumpelskiej energii i znajomości, która trwa już od kilku lat i opiera się właśnie o miłość do muzyki. Z Grzesiem zaczęło się od maila i telefonu, wcześniej się nie znaliśmy. Wraz z płytą "Memories" narodziła się znajomość i przyFoto: LARK Dariusz Świtała/Paweł Płonka

do HMP, do tej wiarygodności waszego wydawnictwa i pracy poświęconej dla muzyki, dla wykonawców, dla zespołów tylko we mnie wciąż urasta. "Memories" i "Be There" to dwie zupełnie inne historie, to dwa całkowicie inne przedsięwzięcia. Wtedy byliśmy lokalnym zespołem, który został zaproszony przez legendarnego wokalistę do nagrania wspólnej płyty, na której zamieściliśmy pomnikowe dzieła naszych Mistrzów. Zawsze będę wdzięczny Grzesiowi Kupczykowi za to, że jako pierwszy pozwolił nam zaistnieć na rynku kra-

14

KRUK

jaźń, bo wcześniej był przecież dla nas jedynie swego rodzaju ikoną. Zarówno Wojtek jak i Grzesiek to muzycy wybitni, znani i niezwykle szanowani w świecie muzyki i kłaniam się im nisko za to, że nigdy nie dają tego po sobie odczuć i wdzięczny jestem losowi, że spotkałem ich na swojej ścieżce muzycznej. Milczeliście przez kilka lat - potrzebowaliś cie po "Be4ore" czasu na przemyślenie i uporządkowanie pewnych spraw, tym bardziej, że skład zespołu był dość płynny, dochodziło

w nim do zmian, obecnie de facto też nie macie stałego wokalisty? Piotr Brzychcy: Po płycie "Be4ore", wydanej w 2014 roku, od razu przygotowywaliśmy specjalny koncert w Studiu Polskiego Radia Katowice z gośćmi specjalnymi, który postanowiliśmy uwiecznić z myślą o pierwszym oficjalnym (nie bonusowym) wydawnictwie koncertowym. Koncert z udziałem takich gości specjalnych jak Piotr Luczyk, Grzegorz Kupczyk oraz Józef Skrzek odbył się w 2015 roku i ukazał się pod tytułem "Beyond Live" również w 2015 roku. W międzyczasie odbyła się trasa koncertowa "Be4ore Tour" i mnóstwo innych, okazjonalnych koncertów. To był wytężony czas pracy i z uwagi na ten fakt postanowiliśmy wstrzymać się z wydawnictwem studyjnym. Niestety nasz ówczesny wokalista Roman Kańtoch wyjechał do Londynu i po roku poinformował mnie, że nie zamierza wracać, a my powinniśmy dalej grać koncerty i nie oglądać się już na nic. Tak też wyglądała wtedy nasza działalność. Z jednej strony tworzyłem materiał na "Be There" i pracowaliśmy nad nim na próbach z zespołem, z drugiej strony gdy tylko pojawiał się jakiś koncert na horyzoncie dzwoniłem do Andrzeja Kwiatkowskiego, z którym już wcześniej działaliśmy koncertowo i Andrzej z chęcią brał w nim udział. W jakimś sensie po odejściu Romana pozostaliśmy sami, ale koncertowo zawsze mogliśmy liczyć na Andrzeja, który miał wtedy wymuszoną przerwę z Fatum. Pojawiały się oczywiście pomysły, aby i Andrzej pojawił się w jakiejś formie na tej płycie, ale finalnie gdy machina nabrała obrotów, wszystko potoczyło się niezależnym od nas torem. W roku 2018 i 2019 trwały też prace nad filmem pod tytułem "Piotruś Pan" - film dokumentalny o Piotrze Brzychcym. Film miał swoją premierę w listopadzie 2019 i był dla mnie niesamowitym przeżyciem. Pomysłodawcą tego przedsięwzięcia był Paweł Duraj, niesamowicie pozytywny wizjoner i prawdziwy miłośnik sztuki i kultury. Paweł razem z Biblioteką Publiczną w Dąbrowie Górniczej byli też producentami tego filmu, zresztą każdemu polecam odwiedzić tą placówkę w Dąbrowie Górniczej, bo to piękne epicentrum kultury, w którym odbywają się przeróżne wydarzenia i ekipa na czele z Pawłem podejmuje się naprawdę ciekawych i innowacyjnych projektów. Twórcą filmu był Krzysztof Piekarski, który odwalił kawał solidnej roboty przeprowadzając rozmowy z wieloma muzykami i bliskimi mi osobami jak choćby moja mama, a efekt był taki, że gdy oglądałem film na kilka dni przed premierą to pociekły mi łzy, a podczas premiery nie potrafiłem powstrzymać wzruszenia. Zatem mimo wszystko działo się dużo. To właśnie dlatego połączyliście siły z Wojtkiem Cugowskim? Wiem, że znaliście się wcześniej, orientowaliście się, że jest wielkim fanem klasycznego hard'n'heavy, stąd ten pomysł? Piotr Brzychcy: W 2018 roku cały materiał instrumentalny był już gotowy, nagrany, a nawet wstępnie zmiksowany. Naszej wytwórni Metal Mind Production ten materiał bardzo się spodobał, więc zasugerowali, a może zainspirowali nas do tego, aby ten kolejny album był wyjątkowy i odmienny od tego, co Kruk dotychczas robił. To wtedy podczas sylwestrowej imprezy z 2018 roku na 2019 powiedziałem Darkowi Świtale z MMP o pomyśle, który już od dawna dojrzewał w mojej


wyobraźni, a mianowicie o tym żeby zaprosić do współpracy Wojtka Cugowskiego. Darek podszedł do tego pomysłu z ogromnym entuzjazmem, ponieważ miał okazję współpracować z Wojtkiem przy projekcie WAMI tworzonym przez takie nazwiska jak choćby Marco Mendoza, Vinny Appice, czy znakomity wokalista Doogie White. Kilka dni później ja i Darek spotkaliśmy się z Wojtkiem i wręczyliśmy mu płytę instrumentalną oraz zaprosiliśmy go do współpracy. Okazało się, że Wojtek zareagował na to z entuzjazmem i powiedział, że odezwie się po wysłuchaniu materiału. Kilka dni później zadzwonił i oznajmił, że możemy działać. Oczywiście znaliśmy się z Wojtkiem już od wielu lat tak jak wspominałem na początku. Łączyła nas miłość do tych samych klimatów muzycznych. Mogliśmy rozmawiać godzinami, a teraz, gdy zbliżyliśmy się ze sobą w trakcie intensywnej pracy nad albumem "Be There", a później przy promocji płyty, rozmawiamy głównie o muzyce jeszcze więcej... dobrze, że dziś mamy nielimitowane rozmowy telefoniczne, gdyż rachunki jakie musielibyśmy płacić byłyby srogie. (śmiech) Nie czujecie się jednak jakąś supergrupą, bez chemii i muzycznego porozumienia nic by z tego nie było? Piotr Brzychcy: Oj, zdecydowanie masz rację. Jesteśmy bandą kumpli, którzy czują się jak chłopcy w szkole, którzy postanowili zgadać się i uciec na wagary. Zresztą ta płyta ma w sobie jakiś element buntu przeciwko tym wszystkim opiniom i osądom na temat tego, że rock to muzyka minionych epok, że to już czas przeszły. Pracowaliśmy w niezwykle pozytywnej atmosferze przez cały ten czas od pierwszego utworu, który przyniosłem na próbę Kruka, poprzez pierwsze, próbne wejście Wojtka do Mama Music Studio w Katowicach u Michała Kuczery, po dziś dzień. Nigdy tak dobrze nie pracowało nam się na próbach jak przy tej płycie. Nie było presji czasowych, nie było deadline'ów, za to była atmosfera pełna śmiechu, radości, głębokich przemyśleń na przeróżne tematy i rodzinny klimat. Ta chemia z prób Kruka przelała się na współpracę z Wojtkiem, a nasza chemia z Wojtkiem dopełniła tej magii całokształtu. Wybacz, że opowiadam o tym aż tak infantylnie, ale przez wszystkie lata działalności muzycznej nigdy nie doświadczyłem czegoś tak pozytywnego, czegoś co nie związane było w najmniejszym stopniu z ego albo wywyższaniem jednych, a umniejszaniem innym. To był zjawiskowy czas i zjawiskowa współpraca. Nagraliście "Be There" jeszcze jesienią 2018 roku, ale bez partii wokalnych. Liczyliście, że w miarę szybko uda się znaleźć kogoś na stałe, ale okazało się to bardzo trudne, zważywszy, że wcześniej mieliście w składzie naprawdę świetnych wokalistów, a czas mijał? Piotr Brzychcy: Po odejściu Romana Kańtocha, wcześniej Tomka Wiśniewskiego, ze świadomością, że Andrzej Kwiatkowski ma Xpressive i Fatum, a i gustuje w innych klimatach muzycznych niż gustuje Kruk, samoistnie wyszło, że finalnie nie szukaliśmy nikogo. Koncertowa praca z Andrzejem była profesjonalna, czerpaliśmy z tego dużo radości, a poza tym to świetny gość i nasze prywatne relacje są dla nas cenniejsze niż współdziałania muzyczne. Niemniej trwaliśmy bez myślenia o tym czy wokalista ma być na stałe. W momencie, w którym zostaliśmy w czwórkę chyba

podświadomie każdy uznał, że tak widocznie ma być. Chyba już też nie mieliśmy sił na kolejne porzucenia. Doszło nawet do tego, że Krzysztof Nowak nagrał tę płytę, ale nie doczekał już jej pre miery w szeregach zespołu, zastąpiony przez Macieja Guzy? Piotr Brzychcy: Krzysztof Nowak był integralną częścią Kruka. Nie wyobrażałem sobie zespołu bez niego, ale z drugiej strony już od kilku lat wspominał, że ma plan na przetasowanie swojego życia i już wcześniej chciał zrezygnować z grania. W trakcie nagrywania partii instrumentalnych powiedział mi, że po płycie zamierza odejść od muzyki, być może wyprowadzić się z daleka od ludzi i żyć zupełnie inaczej niż nakazują dzisiejsze standardy. Myśleliśmy, że ten moment nigdy nie nastąpi, ale zakończenie prac nad płytą przeciągało się. W końcu nadszedł dzień, w którym Krzysiek po-

Kiedy już ustaliliście, że będziecie współdziałać, sprawy potoczyły się szybko: dostałeś Wojtku latem ubiegłego roku materiał w wersji instrumentalnej i zacząłeś pracować nad tekstami oraz liniami melodycznymi? Wojtek Cugowski: Materiał dostałem na naszym pierwszym spotkaniu w styczniu 2019r., niestety ówczesne obowiązki nie pozwoliły mi zająć się płytą Kruka od razu. Dopiero właśnie w zeszłe wakacje ustaliliśmy wszystkie szczegóły nagrań i od września zacząłem pracować najpierw nad liniami wokalnymi, potem tekstami, a na końcu rejestracją partii wokalnych. Do końca roku wszystko z mojej strony było gotowe. Praca nad materiałem była naprawdę świetna, chciałem to zrobić jak najlepiej, na pełnych obrotach i tak się stało. Mogę powiedzieć, że nagraliśmy naprawdę dobry album. To chyba mało powiedziane... Wcześniej

Foto: LARK Dariusz Świtała/Paweł Płonka

wiedział, że odchodzi. Próbowaliśmy go namawiać jeszcze przez półtora miesiąca, oferowaliśmy basistę na roczne zastępstwo, ale Krzysiek był zdecydowany, że świat muzyki nie jest już dla niego przez te wszystkie mroczne strony muzycznego biznesu. Może nie dotykały one nigdy Kruka, ale siłą rzeczy nawet wspomniane traktowanie muzyki i muzyków rockowych było czasem dla nas poniżające. Rozumiem Krzyśka, bo sam nie raz odchodziłem od zespołów, od kumpli, z którymi grałem, ale jak już to się wydarzyło to pękło mi serce i jako, że miałem wtedy trudny czas w życiu prywatnym... to chciałem rozwiązać zespół i zapomnieć o tej płycie. Na szczęście mieliśmy już przygotowanego kumpla jakim był Maciek Guzy, który grał z nami w zastępstwach za Krzyśka wcześniej i wszystko poszło płynnie w stronę dalszej pracy. Maciek to świetny gość i podobnie jak Krzysiek znakomity muzyk, bywał na naszych koncertach z uwagi na wspólne zespoły, które tworzył z Michałem Kurysiem, a od kiedy Michał dołączył do Kruka zawsze byli nierozłączni na koncertach Kruka. Szkoda, że Krzysiek nie doczekał tej płyty i szkoda, że nie ma go już w zespole... teraz najchętniej widziałbym, Kruka z dwoma gitarami basowymi.

chyba nigdy w ten sposób nie pracowałeś, zawsze miałeś kompozytorski udział w płytach, które nagrywałeś - może poza "Tribute to Queen" Braci, ale tam również od początku uczestniczyłeś w procesie aranżowania i opracowywania materiału. Teraz było inaczej, było to dla ciebie nowe doświadcze nie, może nawet wyzwanie? Wojtek Cugowski: W zespole Bracia pisaliśmy utwory również w ten sposób, więc taki system pracy nie była dla mnie czymś nowym. Oczywiście nie uczestniczyłem w powstawaniu utworów Kruka od samego początku, zostałem zaproszony przez Piotrka Brzychcego do napisania linii wokalnych w oparciu o isniejący materiał. Piotr obdarzył mnie ogromnym zaufaniem, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Dotychczas byłem głównie gitarzystą, który czasem zaśpiewał dwie, trzy piosenki, tutaj zostałem postawiony przed dużym zadaniem wokalnym i chciałem to zrobić na najwyższych możliwych obrotach, dlatego cieszę się, że w końcu znalazł się odpowiedni czas do tego, żeby dokładnie opracować melodie i teksty. To było dla mnie duże wyzwanie; dziś słuchając gotowej płyty jestem naprawdę zadowolony, choć za każdym razem po skończeniu nagrań towarzyszy mi myśl, że coś można było zrobić lepiej.

KRUK

15


Ustaliliście od razu, że z racji charakteru tego materiału teksty będą po angielsku? Ucieszyło cię to, czy przeciwnie, wolisz pisać po polsku? Wojtek Cugowski: Bardzo się ucieszyłem, kiedy ustaliliśmy, że płyta będzie po angielsku. Po pierwsze lubię pisać w tym języku, po drugie myślę, że muzyka hardrockowa brzmi po angielsku znacznie lepiej i naturalniej, pewnie dlatego, że słucham i kocham głównie wykonawców z Wielkiej Brytanii i USA. To styl muzyki, który powstał właśnie w tamtych rejonach świata. Napisanie dobrych tekstów po polsku to ogromna sztuka, nasz język nie jest tak "plastyczny", jest znacznie twardszy w swoim brzmieniu, nie mówiąc nawet o tematyce, doborze słów czy uniknięciu jakiegoś banału. Nie znaczy to oczywiście, że poszedłem na "łatwiznę", angielski po prostu wydał mi się właściwy do tej konkretnej muzyki. Zważywszy, że taka muzyka nie jest w naszym kraju zbyt popularna, może to być w sumie dobre rozwiązanie, w kontekście waszej ewentualnej ekspansji na rynkach zagranicznych? Piotr Brzychcy: Nie dajmy się zwariować tym, którzy nam wciskają takie opinie. Idziesz

zagranicznych"… to brzmi bardzo pięknie, oczywiście materiał z płyty zdecydowanie ma taki potencjał. Ale co przyniesie rzeczywistość, tego nie wiem. Nie chcę zabrzmieć jak ktoś, kto nie wierzy w sukces, bardzo chciałbym się dowiedzieć jak zareagowaliby fani tej muzyki poza granicami Polski. Sądzę jednak, że to może być bardzo trudne z kilku powodów, nie wdając się w szczegóły. Na razie musimy poczekać na "odetkanie się" rynku koncertowego w ogóle, myślę że wtedy na pewno pomyślimy o trasie koncertowej w Polsce, jestem bardzo ciekawy jak zabrzmi materiał z naszej płyty na koncercie. To będzie bardzo ekscytujący moment! Też tak myślę! Miałeś też jakiś udział w tej płycie jako gitarzysta, bo ponoć w niektórych utworach można usłyszeć twoją gitarę? Zamykający album "Be There (If You Want To)" też chyba powstał stosunkowo niedawno, nie przed tą sesją z 2018 roku? Wojtek Cugowski: Jest taki fragment tylko w jednym utworze "The Invisible Enemy", gdzie gram krótki temat przeplatany z wokalem, ale to jest zupełny drobiazg. Nagraliśmy to na naszej pierwszej wspólnej sesji: przyszedł mi wtedy do głowy ten pomysł, zaprezentowałem

Foto: LARK Dariusz Świtała/Paweł Płonka

na koncert dinozaurów rocka, legendarnych wykonawców, tych mega znanych i mniej też znanych zachodnich wykonawców i masz wyprzedane stadiony, hale i kluby. Nie można mówić o braku popularności tej muzyki tylko o niechęci grupki osób, którzy wmówili społeczeństwu, że przesterowana gitara jest zła, że solówki są passé, że dłuższe kompozycje to z urzędu nuda. Przez całe 20 lat pracy Kruka pojawiało się wiele głosów mówiących, że to bez sensu droga, a nagraliśmy tyle płyt, zagraliśmy tyle koncertów, daliśmy ludziom tyle dobrej energii.... dziś po 20 latach możemy znów rozmawiać z wami na łamach HMP. Przeciwstawmy się w końcu tym zdaniom, które wmawiają mainstreamowe media. Oczywiście język angielski daję nam ogromne możliwości zaistnienia tej płyty praktycznie na całym świecie i o tym często z Wojtkiem rozmawiamy, ale może teraz Wojtek opowie o tej kwestii.... Wojtek Cugowski: "Ekspansja na rynkach

16

KRUK

go i cieszę się, że został, ale to wszystko. Gitarzystą w Kruku jest Piotrek Brzychcy i tak na pewno zostanie na zawsze. Co do utworu tytułowego: on pojawił się w momencie, w którym miałem już zaśpiewaną praktycznie całą płytę. Zasugerowałem Piotrkowi, że świetnie byłoby, gdyby pojawił się na płycie cichy, akustyczny utwór. Taki oddech od tej nawałnicy dźwięków (śmiech). Kilka dni później dostałem gotową formę tego utworu do opracowania, wydał mi się doskonałym zakończeniem albumu. Mniej więcej w tym samym czasie dowiedziałem się, że tytuł płyty będzie brzmiał "Be There", postanowiłem więc, że napiszę utwór tytułowy. Być tam, czyli gdzie? W miejscu, które wskaże ci serce… o tym, mówiąc najogólniej, jest ten tekst. Jakie to uczucie stać się nagle pełnoprawnym wokalistą, w dodatku na płycie takiego zespołu? Miałeś obawy czy podołasz, sprawdzisz się w takiej roli?

Wojtek Cugowski: Swoją muzyczną drogę zaczynałem od śpiewania, więc nie było to dla mnie zupełnie nowe. Od kiedy w 2018 roku rozstałem się z zespołem Bracia wróciłem do śpiewu "pełnoetatowego", naturalnie gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości co do swojej formy wokalnej, powiedziałbym o tym Piotrkowi na pierwszym spotkaniu. To oczywiście nie znaczy, że czuję się stuprocentowo pewnie jako wokalista, śpiewanie jest naprawdę trudne i podchodzę do tego z pełną pokorą. Pracuję nad tym, żeby być coraz lepszym i wciąż sporo wyzwań przede mną, ale bardzo lubię to zajęcie. Cieszę się, że podjąłem to wyzwanie i stałem się częścią historii zespołu Kruk, bandu, który zawsze ogromnie ceniłem. Bywało Piotrze i tak, że kiedy Wojtek dołożył do którejś kompozycji swoje trzy grosze, nabierała ona zupełnie innego charak teru, spoglądałeś więc na nią przychylniej? Piotr Brzychcy: Ja stworzyłem cały materiał od strony instrumentalnej, a Wojtek ubrał go w piękną warstwę liryczno - melodyjną. Wszystkie pomysły Wojtka nadały nowy wymiar tej muzyce jako całości i choć jestem bardzo wymagający wobec tego co z Krukiem robimy, to w przypadku pracy Wojtka byłem zachwycony i wzruszony bez słowa sugestii w kwestiach ulepszania, czy poprawek. Wojtka wkład w to co jest na "Be There" jest nieprawdopodobny. Były dwie kompozycje, wobec których w pewnym momencie straciłem serce i chciałem się ich nawet pozbyć z płyty, ale po tym jak Wojtek przysłał swoje partie wokalne, wręcz się w tych utworach zakochałem (śmiech). Wszystkie pomysły, które przysyłał Wojtek były trafione w punkt i nic nie zmienialiśmy. Trudno mi w to uwierzyć, bo jako twórca zawsze mam jakieś nawet podświadome chęci do ulepszania. Tu nie dało się tego zrobić (śmiech). Oczywiście praca przy produkcji płyty to były dziesiątki o ile nie setki godzin przegadanych z Michałem Kuczerą, Wojtkiem i Darkiem Świtałą. Na szczęście to były spójne myśli, które prowadziły tą produkcję w dobrą stronę i dawały nam sporo radości przy tej pracy. Wygląda na to, że czasie sesji nie oglądaliś cie się na nic i na nikogo, nagrywając płytę wolną od wszelkich koniunkturalizmów, wypełnioną ponadczasową muzyką, gdzie aż trzy utwory trwają 9-ponad 10 minut. Ponoć też improwizowaliście w studio, niczym zespoły z lat 70.? Piotr Brzychcy: Dokładnie tak do tego podchodziliśmy gdy ogrywaliśmy materiał w sali prób. Nikt nie miał nam prawa niczego narzucić, pozostawała tylko i wyłącznie wolna wyobraźnia i pasja wynikająca z grania, które nie było napiętnowane wolą decydentów, którzy być może puszczą ten materiał w mediach, a być może nie. Wyobraź sobie Route 66, potężny amerykański wóz, totalny tajfun koni mechanicznych pod maską, pełny bak paliwa, świt, piękna pogoda i cała droga wolna przed tobą. Tak powstał ten materiał. Zresztą w studiu nagrywaliśmy cały materiał na setkę i to co słyszycie w warstwie instrumentalnej to właśnie zapis pochodzący z tamtego okresu plus kosmetyczne poprawki i dogrywane niektóre partie dla potrzeb jakości finalnej. W studiu improwizowaliśmy tak samo jak w sali prób, tak samo jak improwizujemy na koncertach, ale byliśmy na tyle przygotowani, że z pięciu dni wynajętych pod sesję wykorzysta-


liśmy tylko trzy i wszystko było zakończone. "Przedobrzyliście" jednak pod tym wzglę dem, że trudno było wybrać singlowe utwory, a skracanie czegokolwiek byłoby przecież zbrodnią? Stąd wykorzystanie do promocji albumu najkrótszego "Rat Race" oraz "Hungry For Revenge", już nie tak oczywistego? Piotr Brzychcy: Wracam do myśli poprzedniej. Nie było kalkulacji ani zastanawiania się nad tym co mają przynieść utwory w kontekście oczekiwań. Robiliśmy ten materiał z myślą o frajdzie jaka płynie z uwolnienia się właśnie od tego typu kalkulowania. "Rat Race" był potrzebą zrelaksowania się po tych opasłych kompozycjach, tytułowy "Be There" przewietrzenia się po dawce dosyć ciężkiego przekazu całej płyty, jednak nie było to robione pod tak zwaną publikę, a pod własne potrzeby i chęci. Gdybyśmy myśleli singlowo, radiowo, czy telewizyjnie to z całą pewnością nigdy nie byłoby tu utworów nawet pięciominutowych. W kwestii wspomnianych przez ciebie utworów promujących płytę to specjaliści od tego typu myślenia zdecydowali się na takie, a nie inne utwory do promocji albumu i chwała im za to, bo wybrali idealnie, dzięki czemu nawet tak spasiony album może mieć szczupłe wizytówki i werbować sympatyków. (śmiech) Wojtek Cugowski: Dwa numery będą na pewno skrócone na potrzeby radiowe: to "Hungry For Revenge" i "Made Of Stone". Utwór tytułowy trwa nieco ponad 4 i pół minuty, więc raczej zostawimy go w takiej formie, jaka jest na płycie. Chcemy dać tym utworom szansę zaistnieć na antenie radiowej, a niestety żadne radio nie puści 6-minutowego utworu. Nie jestem fanem tzw. "radio edit", ale w tym przypadku nie ma innego wyjścia. Ważne, żeby jak najszersza publiczność mogła usłyszeć tą muzykę, zrobimy co w naszej mocy, żeby tak się stało. Nie jest to trochę dziwne, że na koncerty Deep Purple w Polsce walą tłumy, ale ogół fanów hard rocka nie szuka innych, młodych zespołów, grających taką muzykę, szczegól nie rodzimych? Czasem dochodzi nawet do sytuacji paradoksalnych, jak choćby na pewnym festiwalu, kiedy to "wielki fan Turbo", jak się przedstawił, dowiedział się ode mnie, że Ceti, które też brało udział w tej imprezie, to zespół jednego z jego ulubionych wokalistów, Grzegorza Kupczyka. Nie macie więc czasem uczucia, że walicie głową w mur, który jest coraz twardszy i nie da rady go przebić, bo wielu ludzi jest po prostu niereformowalnych, a do tego zbyt leniwych? Piotr Brzychcy: To jest zupełnie niezrozumiałe. Dlaczego tak jest? Trudno powiedzieć, ale też trochę pasuje tu przysłowie - cudze chwalicie, swojego nie znacie. Ten temat nawiązuje do tego o czym mówiłem wcześniej, a mianowicie do teorii, że grając dziś rocka w Polsce w takim wydaniu strzelamy sobie w kolano, bo tak się już nie gra. Jednak na te zachodnie zespoły napływają tłumy widzów. Sam uwielbiam te koncerty choć ceny za bilety są ogromne, a za nasz koncert nawet i dziesięć razy mniejsze. Gdyby jednak ci ludzie, którzy tak tłumnie odwiedzają te duże koncerty choć w pewnej części zdecydowali się odwiedzić także koncerty na rodzimej scenie hard'n'heavy, to rynek wyglądałby zupełnie inaczej. Nie wiem czy są leniwi, czy nie mają szacunku, bo to polska kapelka, czy nie wierzą w to, że czasem te najmniejsze koncerty potra-

fią dać najwięcej doznań. Trudne to dla mnie do zrozumienia, ale mam nadzieję, że to się wszystko zmienia. Odbiór z jakim spotyka się płyta "Be There" jest zatrważający i pokazuje, że mamy jednak bardzo silny elektorat muzyki rockowej. Mam nadzieję, że wszystko to przełoży się na koncerty, gdy te wrócą po czasie obostrzeń wynikających z pandemii. Sukcesy "Rat Race", choćby w zestawieniu Turbo Top Antyradia, potwierdzają, że macie jednak dla kogo grać, że takie szlachetnie hard'n'heavy wzbudza mimo wszystko zain teresowanie, co zdaje się napawać pewnym

media też właśnie dlatego nie odpowiadają i też omijają je szerokim łukiem. Z drugiej strony TVN zaprasza nas na występ i wywiad do popularnego pasma śniadaniowego co świadczy, że nie wszyscy są zamknięci i pozwalają nam zaistnieć szerzej. Kto wie co wydarzy się w przyszłości, Kruk zaskakuje nas wszystkich włącznie z twórcami muzyki tego zespołu, wiec być może kolejne płyty, kolejne utwory, które powstaną trafią jeszcze szerzej. Kiedy Michał Kuczera zmiksował "Be There" i słuchaliście całości po raz pierwszy, musieliście być pod nielichym wrażeniem, że

Foto: LARK Dariusz Świtała/Paweł Płonka

optymizmem? Piotr Brzychcy: Optymizm jest ogromny. Płytę zbiera mnóstwo publikowanych w mediach recenzji i póki co wszystkie te recenzje są niesamowicie pozytywne. Ponadto wiele osób szeroko komentuje płytę na różnych forach, jesteśmy zapraszani na wywiady i widać, że zainteresowanie jest ogromne. Bardzo nas to cieszy i daje poczucie bezpieczeństwa nie tylko dla naszej muzyki, ale też dla muzyki ogólnie, zwłaszcza tej spod znaku szeroko pojętego rocka. Jest to dla nas niezwykle budujące i daje naprawdę pozytywnego kopa, bo nie spodziewaliśmy się, że wszystko to osiągnie tak wysoki pułap. Mamy nagle takie poczucie, że coś, co określane było niszą, właśnie przestało nią być albo zwyczajnie nigdy nie było. Antyradio zrobiło kawał dobrej roboty i nie było mowy o żadnych układach ani jakichkolwiek formie nepotyzmu. Ta muzyka wybroniła się sama i to jest najpiękniejsze i najważniejsze dla nas. Ogromna w tym rola mediów, ale skoro te największe lansują głównie muzykę lekką i łatwą, bo trudno nazwać ją przyjemną, to takim zespołom jak Kruk ciężko jest szerzej zaistnieć? Piotr Brzychcy: Popularne, mainstreamowe media nie wiedzieć czemu taką muzykę od wielu lat omijają szerokim łukiem. Pamiętam jak we wcześniejszych latach RMF grał utwory Deep Purple albo Led Zeppelin, czemu to się zmieniło, komu przestało to odpowiadać, a komu przeszkadzać? Trudno powiedzieć, ale należy pamiętać też o tym, że fanom rocka te

wyszło to aż tak dobrze, w Metal Mind też pewnie nie kryli radości z takiego obrotu sprawy? Piotr Brzychcy: Zdziwisz się, ale pierwszy utwór jaki dostaliśmy od Michała był niezadowalający i to głównym rozczarowanym był Michał. Wiedzieliśmy, że daleko jest do tej ostatecznej wersji, a Michał rzeźbił ten utwór i popadał w coraz większe załamanie. W końcu przekonał nas do tego żeby brać inny utwór na warsztat i wszyscy byliśmy pełni niepokoju jak to dalej pójdzie zwłaszcza, że termin oddania płyty do tłoczni zbliżał się nieubłaganym krokiem. Okazało się jednak, że kolejny utwór brzmiał już zajebiście i wszyscy się tym zaczęliśmy jarać. Michał jednak wciąż był dla siebie totalnie krytyczny, pomimo, że z utworu na utwór zaskakiwał nas swoimi wizjami. W końcu on sam w to uwierzył i totalnie rozwinął skrzydła. Wtedy otwieraliśmy już oczy ze zdziwienia. Wszystkie nasze sugestie odzwierciedlał w procesie produkcyjnym dokładnie tak jak tego chcieliśmy. Oczywiście w Metal Mind panowała bardzo pozytywna i radosna atmosfera, a o początkowych niesnaskach produkcyjnych wiedział tylko Darek Świtała, który raczył nas optymizmem i wiarą, co też pomagało Michałowi w pracy i utwierdzało nas wszystkich, że będzie dobrze. Nie spodziewaliśmy się jednak, że będzie aż tak dobrze w kontekście brzmienia tej płyty (śmiech). Michał to prawdziwy artysta i jednocześnie fachowiec. To nie jest tradycyjny realizator i producent, to wizjoner otwarty na sugestie innych i pełen spontanicznych rozwiązań i pomysłów.

KRUK

17


Wojtek Cugowski: Michał jest prawdziwym fachowcem i to jemu w największej mierze przypisujemy zasługi w kwestii brzmienia płyty. Wprawdzie widniejemy jako "producenci" we trójkę, ale to Michał miał ostatnie zdanie co do finalnego brzmienia, Piotrek i ja mieliśmy czasem swoje sugestie, mniej czy bardziej trafne. Fajnie, że mogliśmy pracować z tak dobrym inżynierem dźwięku. Ja w tym miejscu chciałbym podziękować jeszcze jednej osobie: to Adam Drath, który nagrywał w Lublinie moje partie wokalne i który bardzo mi pomógł w tym, żeby wokale brzmiały dobrze. To jego wielka zasługa, dzięki Adam! Tytułem podkreślacie ciągłość z poprzednimi albumami Kruka, okładką Ewy Toczkowskiej również - to prawdziwa, organicznie

my aby to nie była przypadkowa rzecz zrobiona na zasadzie - miejmy to z głowy. Oczywiście rozmawialiśmy z Wojtkiem, czy to nie powinien być właśnie taki bardziej współczesny cover, a ja miałem nawet chwilę zwątpienia w ten projekt, ale okazało się, że był to strzał w dziesiątkę ponieważ dostajemy mnóstwo miłych komentarzy pod adresem tej okładki. Całość naszego bookletu to komputerowe opracowanie tego obrazu przez Agnieszkę Daniłowicz. Promowanie płyt w pandemicznych realiach stało się jeszcze trudniejsze, bo o koncertach, przynajmniej na tę chwilę, nie ma mowy - jak zamierzacie więc propagować "Be There"? Piotr Brzychcy: Ta płyta wymaga skupienia i kilkukrotnego przesłuchania najlepiej z ksiąFoto: LARK Dariusz Świtała/Paweł Płonka

brzmiąca muzyka, nie było więc mowy o jakimś pospolitym obrazku, coverze niczym z komputerowego programu? Piotr Brzychcy: Chcieliśmy okładką otworzyć dla nas i dla odbiorców świat wyobraźni. Technika malarską, którą Ewa namalowała obraz, który znalazł się na okładce nawiązała do klasyki, ocierając się nawet o charakter twórczy dzieciaków. To wszystko miało na celu odróżnić się od tego co dziś tworzą graficy komputerowi. Oczywiście powstaje mnóstwo świetnych projektów graficznych, które potem trafiają na okładki płyt, ale my chcieliśmy coś innego. Rozmowy na temat okładki trwały od wakacji 2020 roku, a projekt powstał dopiero w styczniu 2021 roku. Chcieliś-

18

KRUK

żeczką w dłoni, z analizą tekstów i odnajdywaniem różnych smaczków graficznych. My tak słuchamy płyt, a świat współczesny jest tak rozpędzony, że ludzie mają coraz mniej czasu na takie przyjemności. Wbrew pozorom pandemia dała człowiekowi czas na różne rzeczy, których wcześniej w tym szalonym pędzie nie mógł zrobić. Słuchamy teraz więcej płyt, czytamy zdecydowanie więcej książek, interesujemy się szeroko pojętą kulturą, ponieważ ktoś lub coś nas z tego w tym trudnym okresie okradło, ale czas jaki siłą rzeczy spędzamy w domach okazuje się być tym, który poświęcamy właśnie na te chwile dla siebie i najbliższych. Płyta "Be There" ma dzięki temu szansę na właściwą analizę, uwagę i ocenę, co zresztą dzieje się tu i teraz na naszych oczach. Oczywiście brakuje koncertów, ale te za chwilę wrócą, a my będziemy mieć możliwość nadrobić wszystkie straty w tej materii. To będzie wręcz ekscytujące, powrócić na nowo po takiej przerwie. Wojtek Cugowski: Musimy czekać na pełne "odetkanie się" rynku, na powrót do normalności. Chcielibyśmy pograć koncerty, mam wrażenie, materiał z płyty doskonale sprawdzi się na żywo. Teraz trwa oczywiście czas promocji, recenzji, pierwszego odzewu ze strony publiczności, który daje nam poczucie, że zrobiliśmy coś dobrego, zupełnie nieoczekiwanego a dającego słuchaczom radość. To bardzo dobra prognoza na przyszłość.

Można też określić ten album prezentem na 20-lecie zespołu - nie tylko dla was samych, ale przede wszystkim fanów hard rocka? Piotr Brzychcy: Oj dokładnie tak, to prezent i to prezent zupełnie przypadkowy, ale za to jaki. Może mi nie uwierzysz, ale ja kompletnie zapomniałem o tym, że w tym roku przypada dwudziestolecie zespołu i uświadomił mi to jeden z pierwszych dziennikarzy, któremu udzielałem wywiadu jeszcze przed wydaniem płyty (śmiech). Mamy ogromną nadzieję, że to także prezent dla fanów hard rocka i muzyki, która od zarania z hard rockiem flirtuje. Od początku wiemy, że stoimy na straży tego gatunku i tym bardziej cieszy nas fakt, że wydaliśmy właśnie taką a nie inną płytę, że "Be There" to nasze dziecko, z którego jesteśmy dumni i godnie nas reprezentuje, a my oczywiście swoimi osobami chcemy godnie reprezentować także to nasze dzieciątko. Trudno po wysłuchaniu "Be There" nie zapy tać: planujecie już ciąg dalszy, czy ewentu alną współpracę uzależniacie od przyjęcia tej płyty, jej odbioru przez fanów, etc.? Piotr Brzychcy: Gdybyśmy mieli uzależniać dalszą współpracę od opinii i odbioru fanów już od kilku dobrych dni siedzielibyśmy w studiu i kończyli następny album (śmiech). Oczywiście nie uzależniamy możliwości dalszej współpracy od niczego. Odbiór jest świetny, wspólna praca nad płytą była przygodą życia i kwintesencją radości jaką może dawać praca i koleżeństwo. Mamy jeszcze mnóstwo tematów do przegadania i hektolitry wódki do wypicia (śmiech), więc pokusa jest duża, ale chyba musi nas to porwać tak, jak porwała nas płyta "Be There". Osobiście mam nadzieję, że kontynuacja nastąpi, bo to był piękny okres w moim życiu i nigdy go nie zapomnę. Jestem wdzięczny losowi za to, że ta płyta mnie spotkała, za to, że pracowałem z tak wspaniałymi ludźmi i za to, że mogłem w całej rozciągłości być sobą i nikomu to nie przeszkadzało. Dziękuję ci za obszerny wywiad i za lata jakie już łączą Kruka z Heavy Metal Pages. Pozdrowienia dla ciebie i czytelników... wszystkiego dobrego, z dobrym zdrówkiem na czele. Do następnego. Wojtek Cugowski: Ja z przyjemnością nagram coś jeszcze z Piotrkiem, ta współpraca dała mi dużo radości i w jakimś sensie muzycznego spełnienia. Jeżeli uznamy, że warto nagrać następną płytę, jeżeli odzew słuchaczy będzie dobry, zrobimy to. Na razie jednak cieszymy się ogromnie tym nowym wydawnictwem, przed nami wciąż koncerty. Czekamy na moment, w którym będziemy mogli zagrać ten materiał na żywo. Pozdrawiam czytelników, do zobaczenia i usłyszenia! Wojciech Chamryk


Nienawidzę cholernych Szwedów Lider szwedzkiej bestii należy do bardzo rozmownego gatunku. Gość, który potrafi przez dziesięć minut odpowiadać na jedno pytanie, jeżeli mu się nie przerwie. Tym chętniej chyba, gdy zaproponuje mu się pozamuzyczny temat. Jednak to muzyka jest tym, co skłania nas do zainteresowania tą osobą. Jego zespół w pewnym sensie zatoczył koło. Therion po raz pierwszy wydał album tak jednoznacznie spoglądający w swoją przeszłość. Co więcej, "Leviathan" to pierwszy z serii trzech płyt, jakie grupa nadzieję wydać. Czy to przeprowadzka nad Morze Śródziemne spowodowała taką kreatywność? HMP: Zanim przejdziemy do tematu nowej płyty, opowiedz dlaczego przeprowadziłeś się na Maltę ze Szwecji? Christopher Johnsson: To wszystko przez jebanych Szwedów, nienawidzę ich. Może nie wszystkich, ale jakieś 80 procent na pewno. Ludzie mają tam kompletnie wyprane mózgi, myślą, że żyją na najbardziej radosnej części świata i robią wszystko co mogą, by utrzymać ten wizerunek. Kiedy zapytasz się o wady tego kraju, to jak mantrę powtarzają, że jest świetnie i nie ma żadnych problemów. A jednak nie wszystko jest tam takie zajebiste, bo nic już nie działa. Służba zdrowia nie działa, infrastruktura się rozpada, przestępczość jest tam

ramionach, potrzebowałem opieki medycznej, której nie dostałem. To ja się pytam, na chuj płacę największe podatki na tej planecie, skoro nic nie dostaję w zamian? Nie jestem przeciwko wysokim podatkom, to jest jak kupowanie samochodu. Jeśli kupujesz coś bardziej wartościowego za trochę większe pieniądze, to jest dobry zakup. I to się tyczy auta, domu i nawet podatków. W dawnych czasach, płaciło się podatki dla kościoła, żeby nie pójść do piekła. Płaciło się podatki królowi, by nie odciął ci głowy. Tak już dzisiaj nie ma. Podatki to jest umowa między systemem a ludźmi na zasadzie "wy mi dacie trochę waszych przychodów, a ja wam dam bezpieczeństwo, opie-

Foto: Nina Karadzic

całkiem wysoka, jakieś wybuchy, strzelaniny... Ile razy ktoś ci się włamał do auta? Jeszcze nikt się do niego nie włamał. A widzisz, mi się zdarzało, kiedy mieszkałem w Sztokholmie. Przeniosłem się tam w 2009r., czyli szmat czasu temu, ale dzisiaj jest jeszcze gorzej. W ciągu dziesięciu lat, sześć razy włamano mi się do samochodu, dwa razy do mojego mieszkania. Około 20 metrów od mojego domu, jakaś 16-letnia dziewczyna została zgwałcona. I to się zdarza praktycznie na co dzień, mogłem obserwować płonące samochody z mojego balkonu. Potem wybudowałem domek w lesie, by uciec od tego gówna. W 2017r., ze względu na mocne bóle w szyi i

20

THERION

kę zdrowotną, infrastrukturę, itd.". I dla mnie, spoko, chętnie bym płacił trochę więcej, ale jak już mówiłem, służba zdrowia nie działa, infrastruktura jest gówniana i nie jest bezpiecznie. Więc za co ja, kurwa, płacę? Z największymi podatkami na świecie, to chyba jasne, że mam prawo oczekiwać czegoś w zamian. To jest trochę podobnie jak z Polską. Gdybyś się spytał o sytuację w Polsce kogoś, kto nie ma zaktualizowanych informacji, to pewnie taka osoba by myślała, że u was jest jak w latach 90. Że Polska jest postkomunistyczna, nikt tam nie mówi po angielsku, nic tam nie działa, drogi są koszmarne, itd. A jednak jak przyjeżdżasz do Polski, to można zauważyć dobre drogi, ludzie mówią po angielsku,

wszystko jest bardzo współczesne, jeździ się tam takimi samymi autami jak wszędzie, a nie tymi starymi, jak za komunistycznych czasów. Jeśli się nie śledziło przemian we wschodniej Europie, można bardzo mocno się zaskoczyć. I na odwrót, ci, którzy nie śledzą tego, co się dzieje w Szwecji, to myślą, o niej jak w latach 70. IKEA, ABBA, najbogatsze państwo na świecie... a już tak dzisiaj nie jest. Albo, jeszcze inny przykład, Acapulco w Meksyku. Kiedyś akcja wielu filmów rozgrywała się w tym mieście,występowali tam amerykańscy prezydenci, celebryci, itd. Ja pamiętam filmy z lat 70., z którymi dorastałem, które działy się w Acapulco. My zagraliśmy w Meksyku 11 razy, byliśmy tam na trasie koncertowej, tak jak niektóre wielkie zespoły, i potem pomyślałem sobie, że może zagralibyśmy w Acapulco? Moglibyśmy zagrać nawet po taniości i fajnie się bawić. Ktoś się na mnie spojrzał i powiedział "Pojebało cię? W Acapulco? To miejsce jest niebezpieczne, gangi tam przejmują kontrolę, nikt tam już nie jeździ na wakacje, miasto jest w ruinie.". Nie byłem więc na bieżąco, tak samo jak ludzie, którzy nie są na bieżąco z tym, co się dzieje w Szwecji i są w absolutnym szoku, gdy opowiadam im co tam ma miejsce, zwłaszcza w Sztokholmie, a Szwedzi nie są w stanie tego pojąć, bo nie chcą stracić twarzy. Ci, co zostali, wciąż zachowują pozory, a ci, co mieli trochę więcej kasy, to przenieśli się w bezpieczniejsze miejsca. Szwecja jest trochę jak Ameryka Łacińska, zaczynamy mieć zamknięte społeczeństwa. Jeszcze nie osiągnęliśmy tego pułapu, ale jesteśmy już całkiem blisko. Pewnie za jakieś 50 lat, będziemy mieć oddzielone społeczeństwa, ci bogaci ludzie się oddzielą od reszty, bo będzie ich na to stać, ich dzieci pójdą do prywatnych szkół, a cała reszta będzie mieć jedno wielkie gówno. Główną przyczyną tego jest to, że przyjmujemy tyle ludzi z Bliskiego Wschodu i Afryki. Ludzie przychodzą z dysfunkcyjnych państw i żyją tak, jak żyli przedtem. Wyobraź sobie, jesteś Polakiem, masz polski sposób myślenia. Czy jak przeprowadzisz się do Afryki, to zmienisz całkowicie ten sposób myślenia i będziesz inną osobą? Jakbyś się przeniósł, na przykład, do Somalii i miał córkę, to chciałbyś, żeby twoja córka była obrzezana? Oczywiście, że nie, pomyślałbyś, że to jest barbarzyńskie. A ci ludzie, którzy przyjeżdżają, nie są w stanie tego pojąć, to jest dla nich normalne. I to też zależy od ich liczebności. Na przykład, w Polsce, liczba tych ludzi jest bardzo mała i nie mają jak dojść do głosu. Jeśli osiedlasz się w Polsce, myśl jak Polak, jeśli jesteś w Rzymie, bądź jak Rzymianin. Ale przez to, że mamy tyle imigrantów w Szwecji, niektóre miejsca są jak Chinatown, ale dla innych grup etnicznych. Z tą różnicą, że Chińczycy są akurat świetnym ludźmi. Są ludzie, którzy rodzą się w Szwecji i nie potrafią wypowiedzieć ani jednego słowa po szwedzku. To ja się zastanawiam, skoro nie mówisz po szwedzku, to jak znajdziesz pracę? W najlepszym wypadku, idzie się na socjal. Ale wciąż, pierwotnie, opieka socjalna była przeznaczona głównie dla ludzi, którzy mieli pecha, albo stracili pracę, albo przydarzyło im się jakieś nieszczęście, coś, co każdemu może się zdarzyć, a wtedy państwo mogło wyciągnąć pomocną dłoń do momentu, w którym się wracało na właściwe tory. W zamyśle nie było rozdawania pieniędzy ludziom, którzy nigdy w życiu nie pracowali, nie mają żadnego wkładu w państwo, a jednak biorą pieniądze z moich podatków. Nie po to


je płacę. I jasne, są uchodźcy czyli ludzie, którzy potrzebują pomocy praktycznie natychmiast, to oczywiście, można to zrobić, ale jeśli są to imigranci zarobkowi, a nie uchodźcy, to oni się rozleniwiają na mój koszt. Byłem w 65 krajach i w wielu krajach miało to sens i ludzie szanowali opinie innych, nawet tych, którzy się z tym nie zgadzali. Jeśli jednak zrobisz to w Szwecji, to natychmiast jesteś okrzyknięty nazistą, rasistą, najgorszą osobą na planecie i w pewnym momencie ma się już po prostu dość. Za każdym razem, gdy jestem gdziekolwiek indziej, czuję się szczęśliwy, ludzie dookoła mnie wydają się normalni, a potem wracam do Szwecji i czuję się jak w jakiejś dysfunkcjonalnej rodzinie, pełnej idiotów z wypranymi mózgami. I ja muszę za to płacić. Kiedy mój syn miał już odpowiedni wiek, to stwierdziłem "sprzedajemy dom i spierdalamy stąd". Ale dlaczego wybrałeś Maltę? Chciałem się przeprowadzić do kraju należącego do Unii Europejskiej, żeby łatwiej mi się latało do rodziny, bo niestety wciąż mam rodzinę w Szwecji i od czasu do czasu się z nimi zobaczyć. Na Malcie jest ciepło i fajnie. Moja dziewczyna jest z Czarnogóry, to kobieta ze śródziemnomorskich klimatów, więc to głównie ona wybrała miejsce. Ja na początku myślałem o Estonii albo Finlandii, ale ona powiedziała, że lepiej do jakiegoś ciepłego kraju i gdzie można łatwo porozumieć się po angielsku. Na początku pomyślałem o jakiejś greckiej wyspie, ale ja nie mówię po grecku, nie potrafię nawet przeczytać ich alfabetu, więc kiedy dostajesz papier od urzędnika, to musisz liczyć na kogoś, kto wszystko ci przetłumaczy, a ja chciałem wszystko zrobić samemu. Malta jest byłą kolonią brytyjską, więc masz tam język angielski, tam funkcjonuje common law, itd. Myśleliśmy też o Czarnogórze, ale potem doszliśmy do wniosku, że to dość ryzykowne, bo ten kraj jest niestabilny politycznie. Malta ma też brytyjskie podejście do pracy, bez tego śródziemnomorskiego lenistwa, co mi się podoba. I jasne, żaden kraj nie jest idealny, ale do tej pory jest dla mnie najlepszą opcją. Co prawda tęsknię za lasem, bo na Malcie praktycznie się tego nie doświadczy, ale z drugiej strony jest ocean i to też jest fajne. Poza tym, przestępczość jest tam praktycznie zerowa, według statystyk jest to drugi najbardziej bezpieczny kraj na świecie dla kobiet. Prawdopodobnie jeśli tam zaśniesz na ulicy, to obudzisz się z kocem na sobie, zamiast z pustymi kieszeniami, bo ktoś cię okradł. I tak poniekąd było, kiedy dorastałem w Szwecji. Mogłem wracać kompletnie nawalony do domu i nikt by mnie nie zaczepił. A teraz trzeba naprawdę mocno uważać na siebie. Gdyby ktoś mnie zaczepił i powiedział, że ma problem z kołem przy aucie, nie zatrzymałbym się przez wzgląd na napaści i rabunki. To jest zimny i gówniany kraj, bez najmniejszego ciepła. Czy masz jakieś domowe studio na Malcie? Jak nagrałeś najnowszy album, biorąc pod uwagę Covid? Zamknęli lotniska, więc nie mogłem nigdzie polecieć i nie mogłem nikogo zaprosić, było też ograniczenie, żeby nie spotykać się z nie więcej niż trzema osobami równocześnie. Większość tego albumu została nagrana na odległość, w innych krajach. Jakaś część była nagrana w Szwecji, inna na Malcie, w Argen-

tynie, w Niemczech, w USA, w Izraelu, w Anglii, w Hiszpanii i w Finlandii. Tęskniłeś za spotykaniem się z chłopakami i graniem razem? Zawsze jest fajnie sprawdzać nowe rzeczy, ale to miało swoje plusy i minusy. Największym minusem jest to, że, na przykład, podczas nagrywania wokali, próbujemy jakiś pomysł, a dopiero po pół godzinie mogłem się zorientować, że to jest zły pomysł, zagrajmy coś innego. Marnuję w ten sposób pół godziny, a to wydłuża cały proces. Podążamy za pewnymi pomysłami przez dzień, a po tym dniu dochodzę do wniosku "kurwa, nie tego jednak chciałem" i musimy zarezerwować studio na inny dzień i realizować utwór wedle innego pomysłu. Jest to drogie i zabiera mnóstwo czasu. Ale z pozytywnej strony, kiedy się nagra perkusję, basy, gitary, to możesz zrobić wiele rzeczy w tym samym czasie. Mogę nagrać głos wokalisty z innego kraju w tym samym czasie, nagrać różne partie gitar w Argentynie, Izraelu czy gdzieś indziej. Album brzmi bardziej przystępnie, prościej od swojego poprzednika. Co skłoniło cię do takiego podejścia? "Beloved Antichrist" był trochę pusty, bo czułem, że wszystko to, co chciałem zrobić, już zrobiłem. Wszystko, o czym marzyłem się spełniło i nic mi już nie pozostało. Ale była jedna rzecz, której nie jeszcze nie zrobiliśmy, i tą rzeczą było próbowanie zadowalania wszystkich dookoła. Bo Therion zawsze robiło to, co chciało, nikogo się nie słuchaliśmy. Czasami fani lubili naszą muzykę bardziej, a czasami mniej. Kariera Therion zawsze była jak kolejka górska. Łatwo można powiedzieć "jesteśmy zespołem z określoną wizją, robimy, co chcemy", łatwo się wtedy pisze piosenki. Na przykład, jeśli jest się AC/DC, ma się bardzo zdefiniowany styl, nagrało się pięć albumów to myśli się jak jeszcze można połączyć te trzy takie same akordy, by brzmiało to lepiej. Jest to bardzo trudne, ale jak się jest zespołem kalibru AC/DC, to można tak robić. Pomyślałem sobie, a co jeśli właśnie będziemy tym razem próbować zadowolić ludzi i dać im to, czego chcą? To było ciekawe wyzwanie. I jasne, nie zadowoli się wszystkich, ktoś zawsze będzie się kłócić o to, co jest lepsze. Jeden powie, że ten album jest absolutnie do kitu, a inny, że to nieprawda, jest najlepszy i tak dalej. Nie zadowoli się wszystkich, ale można zadowolić większość. Więc postanowiliśmy tak zrobić. Na początku było trudno, ale potem poszło z górki. Napisaliśmy ponad 40 piosenek i są całkiem niezłe. Prawdopodobnie nie wszystkie z nich to hity, ale zdecydowanie jest to materiał na album. Napisaliśmy utworów na trzy płyty, więc postanowiliśmy wydawać jeden krążek rocznie. Zaczęliśmy właśnie nagrywać drugi album. My nigdy nie opuściliśmy studia, wziąłem jeden tydzień wolnego, a potem wróciłem do pracy. Podzieliliśmy piosenki na trzy grupy. Pierwsza grupa ma piosenki bardziej hitowe, epickie i bombastyczne. W drugiej grupie utwory są bardziej mroczne i melancholijne, jednak to też możliwy materiał na hity, tylko bardziej mroczne. Znajdą się na albumie "Leviathan 2". A trzecia grupa "Leviathan 3", to jest cała reszta piosenek, które są po prostu inne. Niektóre są inspirowane muzyką popową, niektóre są bardziej eksperymentalne, bardziej przygodowe, a niektóre z nich zostały napisane bar-

dzo spontanicznie. Podejrzewam, że trzecia płyta będzie najmniej popularna dla generalnej publiczności, a zwłaszcza wśród tych najbardziej zatwardziałych fanów. Ale oni może polubią "Leviathan 1" albo "Leviathan 2". Chcemy wyruszyć w trasę w połowie przyszłego roku, więc skończymy nagrywać drugi album i zaczniemy koncerty, o ile oczywiście będzie to możliwe. Kim są wokaliści na tym albumie? Ciekawią mnie zwłaszcza kobiety, które zaprosiłeś do nagrań. Jest tam Lori Lewis, Chiara Malvestiti, przyjaciółka mojej dziewczyny Taida Nazraić, którą poznałem przez przypadek, bo moja dziewczyna włączyła kiedyś piosenkę z jej udziałem, i pomyślałem, że jest dobrą wokalistką. Zapytałem kto to jest, a ona na to, że to jej przyjaciółka z Bośnii. Pomyślałem, że fajnie by było z nią pracować, bo ma ciekawy głos, taki, jakiego mi brakowało. Jeszcze jest Noa Gruman, która śpiewa na "Ten Courts of Diyu", Mats Leven, Marko Hietala z Nightwish, co było fajne, bo Nightwish jest sto razy bardziej popularnym zespołem. On jest najczęściej kojarzony z tą grupą, ale dla mnie, jeśli chodzi o wokal, to mam przed oczami zespół Tarot. Marko śpiewa w piosence "Tuonela", podczas nagrywania jej dema, pomyślałem, że to brzmi trochę za melodyjnie i że trzeba mieć drugiego melodyjnego wokalistę. Na początku pomyślałem o Davidzie Waynie z Metal Church, ale on niestety już nie żyje, więc musiałem znaleźć kogoś żywego. I padło na Marko. Z Lori Lewis grasz już bardzo długo. Co lubisz w głosie Lori Lewis? Ma bardzo uroczy głos. Na przykład, Chiara ma głos potężny, ale potrzebowałem kogoś bardziej słodkiego, uroczego właśnie. Lori ma 48 lat, a kiedy śpiewa, to brzmi jak dwudziestolatka. Ma swój osobisty urok. Umieszczenie odpowiedniego głosu w odpowiednie miejscu jest bardzo istotne. Lori przedtem śpiewała na "Tuonela", ale po odsłuchaniu stwierdziłem, że potrzebuję czegoś innego. Ona jest świetna, ale to nie była piosenka dla niej. Potem poprosiłem Taidę, kompletnie nieznaną dziewczynę, i wtedy to pasowało. Nightwish obecnie są bodaj najpopularniejszym zespołem symfoniczno metalowym. Jak czujesz się z tym, że zespoły takie jak Nightwish, czy Within Temptation narodziły się z twoich pomysłów? Schlebia mi to, ponieważ początki Therion były trudne, i fajnie, że ktoś taki jak zespół Nightwish spopularyzował ten gatunek muzyczny. Ułatwili mi robotę. Dzięki temu, że Nightwish osiągnął platynę, stworzyli oni lepszy grunt dla tego typu muzyki. Ktoś może posłuchać Nightwish i pomyśleć "jaki fajny zespół, co oni grają? Symfoniczny metal? A jakie są inne zespołu grające w takim stylu?". To też przyniosło trochę benefitów dla Therion, za co jestem bardzo wdzięczny. Igor Waniurski Tłumaczenie: Szymon Paczkowski

THERION

21


Wiedźma z północy O najnowszym albumie Burning Witches "The Witch Of The North" miała opowiedzieć nam, pochodząca z regionu centralnej części wyspy Luzon słynącego z największego pola ryżowego na Filipinach (Nueva Ecija) perkusistka Lala Frischknecht. Kiedy połączyliśmy się na Skype, usłyszałem niespodziewanie głos ich najnowszej gitarzystki Larissy Ernst. Okazała się osobą dość nieśmiałą i szybko oddała głos Lali. Niemniej, przyjemnie było usłyszeć bezpośrednio od niej, a nie tylko z przesłania singla "The Circle Of Five", że dobrze zdążyła się odnaleźć wśród metalowych czarownic. Głównym tematem całej rozmowy jest oczywiście najnowszy longplay "The Witch Of The North", który zawiera najambitniejszą muzykę w całej dyskografii Burning Witches i kręci się w naszych redakcyjnych odtwarzaczach już półtora miesiąca przed oficjalną premierą. HMP: Cześć Lala. Przyznam od razu, że lubię zarówno Twoją heavy metalową, jak i akustyczną muzykę. Pozwól, że zadam Tobie kilka pytań na temat najnowszego materiału Burning Witches oraz Waszej najnowszej gitarzystki, Larissy. Larissa Ernst: Yeah, jestem tutaj. Cześć Larissa. Jak się czujesz w roli nowej gitarzystki Burning Witches?

Wkrótce ukaże się Burning Witches "The Witch Of The North" już z Larissą. Czy Romana w dalszym ciągu pełni rolę głównej kompozytorki Waszej muzyki? Lala Frischknecht: Tak, Romana tworzy całą muzykę od samego początku istnienia Burning Witches. Jestem podekscytowana, kiedy myślę o bardzo epickiej naturze "The Witch Of The North". Znalazło się na niej mnóstwo świetnych melodii, ale też thrashowych riffów,

Larissa Ernst: Dodam, że nagrywałyśmy w studiu Pulver's Little Creek (szwajcarskie studio istniejące od 2002 roku, w którym pracowały takie zespoły jak m.in.: Destruction, Pro-Pain, Burning Witches, Nervosa, Panzer przyp. red). Laura przyjechała tutaj z Niderlandów. Dlaczego zdecydowałyście się odnieść do Wiedźmy z Północy w tytule całego albumu? Czy jest to wyraz Waszych fascynacji sagami lub mitami północnoeuropejskimi? Ciekawi mnie Wasza odpowiedź, ponieważ mieszkam w Islandii. Lala Frischknecht: Cały album jest osadzony w tym klimacie. Pierwsze riffy wymyślone na potrzeby "The Witch Of The North" (przez naszą kompozytorkę Romanę) miały nordycki charakter, wobec czego Romana uznała, że właśnie taki tytuł będzie idealny. Lirycznie również pojawiają się odniesienia do tej tematyki, więc zdecydowanie ma to sens. Laura z właściwą sobie łatwością wplotła w teksty utworów sporo wątków zaczerpniętych wprost z nordyckiej mitologii i literatury - pojawiają się tam więc bogowie, wiedźmy i druidzi (starożytni kapłani celtyccy, którzy przewodzą obrzędom i ceremoniom religijnym - przyp. red.). Nie kopiowałyśmy oryginalnych opowieści, tylko stworzyłyśmy na ich podstawie własne. Przyznam też, że nie trzymałyśmy się sztywno tradycyjnych koncepcji, zwłaszcza że sama nordycka mitologia jest dosyć złożona i różni się w zależności od kraju pochodzenia. Raz jeszcze podkreślę, że jestem bardzo zadowolona z końcowego efektu. "The Witch Of The North" będzie najdłuższym wydawnictwem w Waszym dorobku. Czy również najambitniejszym? Lala Frischknecht: (zastanawia się) Tak myślę, ponieważ w okresach nagrywania poprzednich albumów byłyśmy nieustannie zajęte koncertami, natomiast podczas pracy nad "The Witch Of The North" skoncentrowałyśmy się na tylko jednym celu - stworzyć najlepszą możliwą płytę. Oczywiście wszystkie zalążki utworów pochodziły od Romany, ale tym razem byłyśmy w pełni dostępne, więc wysyłała nam je i następnie rozwijałyśmy je wspólnie. Cały album jest zatem owocem pracy zespołowej i to przyniosło znakomite efekty.

Foto: Kevin Grab

Larissa Ernst: Jestem niesamowicie szczęśliwa i dumna. To wspaniała sprawa. Czuję się częścią rodziny Burning Witches. Jesteśmy bardzo aktywne muzycznie i robimy mnóstwo rzeczy razem, również niezwiązanych z samą muzyką. Wspólnie jadamy, chodzimy na zakupy itd. Lala Frischknecht: Larissa jest bardzo miłą osobą. Zna osobiście Romanę od dawna, chociaż do tej pory zajmowały się one innymi sprawami i żyły w kompletnie innym otoczeniu. W okresie nagrywania "Acoustic Sessions" (wydane w sierpniu 2020, przyp. red.) ich drogi się zeszły i wszyscy uznaliśmy, że Larissa będzie doskonale pasować do Burning Witches.

22

BURNING WITCHES

zawrotnych temp, wspaniałych solówek oraz wokali, a przy tym majestatycznych aranżacji. Chciałabym podkreślić, że Laura naprawdę pokazała swój prawdziwy wokalny charakter na tym albumie. Bardzo nas to cieszy. Gdzie i kiedy dokonałyście nagrań? Lala Frischknecht: Podczas lockdownu (śmiech). Poważnie, jesteśmy zadowolone, że udało nam się to ukończyć wbrew utrudnieniom odnośnie zbierania się ludzi w tym samym pomieszczeniu. Obowiązywał limit spotykania się maksymalnie czterech osób. Tym bardziej, efekt końcowy w postaci wydawanego właśnie albumu jest dla nas ogromnym powodem do radości.

Na singla wybrałyście "The Circle Of Five", który brzmi jak heavy metalowy hymn potencjalnie pasujący do jakiegoś rytuału. Co z Waszej perspektywy stanowi o wyjątkowości tej kompozycji? Lala Frischknecht: "The Circle Of Five" jest pierwszym utworem, jaki stworzyłyśmy w obecnym składzie. To perfekcyjny sposób na przedstawienie Larissy światu. Tytuł idealnie oddaje, czym jest teraz Burning Witches: otóż jesteśmy "the circle of five". Okrąg jest kompletny. Larissa jest jego nieodzowną częścią. Oto nasz sposób na pokazanie wszystkim naszej nowej shredda!!! (Larissa chichocze powabnie, a Lala zwraca się do niej: "yeah, jesteś naszą shredda, śmiało mów w imieniu zespołu", na co Larissa odpowiada: "poczekaj, rozkręcę się w wywiadach za jakiś czas, jeszcze nie dziś", prawdopodobnie jedna zrobiła drugiej czochrańca - przyp. red.). Przyjemnie Was słuchać. W tej sytuacji zadam pytanie Lali na temat perkusji: jak nazwałabyś ten dźwięk przypominający uderzanie w szklanki, który słyszymy np. w


głównym motywie "The Circle Of Five" czy też w "We Stand As One"? Czy jest on w jakikolwiek sposób powiązany z używanymi przez Ciebie istanbulskimi cymbałami (Lala jest oficjalną promotorką Istanbul Agop Cymbals)? Lala Frischknecht: Yeah. To są dokładnie te wspaniałe cymbały: Istanbul Mehmet. Możliwość ich oficjalnego promowania jest w pewnym sensie realizacją mojego marzenia. Nawet gdybym nie pełniła funkcji Ambasadorki tej marki, oczywiście i tak bym na nich grała, ponieważ brzmią fantastycznie.

"Acoustic Sessions". Są tam nowe aranżacje: "We Eat Your Children", "Dance With The Devil" oraz "Black Magic". Zastanawiam się, co skłoniło Was do ponownego zaprezentowania zwłaszcza "Black Magic" zaledwie pięć miesięcy po jego ukazaniu się na albumie "Dance With The Devil" w już niemal akustycznej wersji? Lala Frischknecht: "Black Magic" jest wspaniałą balladą pasującą do akustycznego setu. Oczywiście mogłyśmy wybrać coś innego, ale była to pierwsza ballada, jaką Laura kiedykolwiek zaśpiewała dla Burning Witches. To

i jest wreszcie "Black Magic". Ten ostatni był zdecydowanie najlepszym kandydatem w tym momencie. W jaki sposób promujecie "The Witch Of The North" oprócz udzielania wywiadów? Larissa Ernst: (Lala zaproponowała, żeby Larissa coś powiedziała) Mamy udane videoclipy prezentujące niektóre kawałki z tej płyty. Widziałem video do "The Circle Of Five" i "Flight Of The Valkyries". Lala Frischknecht: ...i wkrótce ukaże się jesz-

Nie jestem perkusistą. Wyjaśnij mi proszę, czy jest to coś, co Was wyróżnia na tle innych zespołów? A może owe cymbały są powszechnie używane? Lala Frischknecht: Myślę, że wielu perkusistów ich używa. Robią to choćby nasi przyjaciele (ze szwajcarskiego zespołu heavy / power metalowego - przyp. red.) Gomorra. Stefan Hösli gra dokładnie na tych samych Istanbul Mehmet Cymbals. Nie znałabym ich, gdyby on mi ich nie pokazał. Dodam jeszcze, że używam Kirn Custom Drums zrobione z aluminium. Brzmi to naprawdę świetnie. Jak porównałabyś trudność gry na perkusji w utworach akustycznych z trudnością gry na perkusji w utworach heavy metalowych? Lala Frischknecht: Jest znacznie łatwiej (długi śmiech obu pań). To dlatego, że nie gram tam podwójnego basu. Wybijam tylko podstawowy rytm. Chodzi mi o to, że uderzenie perkusji w utworach akustycznych nie musi być takie brutalne, silne. Muszę natomiast dostosować się do gitar, ponieważ to one pełnią kluczową rolę w akustycznych aranżacjach. Brzmienie staje się zdecydowanie uproszczone, pozbawione technicznych smaczków i naprawdę nie potrzeba z mojej strony żadnego kombinowania, aby muzyka wypadła pięknie. Larissa Ernst: Lala, mówisz o łatwości, ale to ma też związek z Twoim technicznym wyrafinowaniem, kiedy grasz heavy metal... Lala Frischknecht: Nie, nie, daj spokój (obie panie się śmieją). Ross The Boss z Manowar oraz Mike Le Pond z Symphony X gościli na Waszym poprzednim albumie "Dance With The Devil". Tym razem słyszę męskie wokale w intro "Winter's Wrath" oraz w pięknej bal ladzie "Lady Of The Woods". Kto był Waszym gościem specjalnym na "The Witch Of The North"? Lala Frischknecht: Poprzedni gitarzysta Savatage, Chris Caffery. Larissa Ernst: To dla nas zaszczyt i wielka przyjemność, że Chris Caffery zagrał (na gitarze) wraz z nami cover Savatage "Hall Of The Mountain King", który wieńczy najnowszy album. Natomiast odnośnie Twojej uwagi o męskich wokalach, udział wziął również ojciec Romany, który jest śpiewakiem operowym. Lala Frischknecht: Zgadza się. Ojciec Romany jest dobrze znanym w Szwajcarii śpiewakiem operowym. Romana stwierdziła, że byłoby dobrze, gdybyśmy utrwalili jego głos na albumie Burning Witches. To kolejny element, który kochamy na "The Witch Of The North". Oprócz "The Witch Of The North", otrzymałem również trzy akustyczne wersje Waszych utworów, które składają się na EP

Foto: Kevin Grab

czyni ją wyjątkową w kontekście całego naszego repertuaru. To naprawdę piękna piosenka. Cieszymy się, że w tamtym czasie Laura wypadła tak ładnie w akustycznej sesji z Courtney... Larissa Ernst: ...i Noelle (chodzi o to, że Courtney Cox oraz Noelle Dos Anjos zastąpiły tymczasowo Sonię Nusselder, gdy Sonia opóściła Burning Witches, a zanim jeszcze dołączyła Larissa; proszę nie mylić gitarzystki Courtney Cox ze słynną aktorką o tym samym imieniu - przyp. red.). Lala Frischknecht: Fani nie mogą nas teraz widzieć na koncertach z powodu restrykcji, więc opublikowaliśmy video z "Acoustic Sessions" (np. na YouTube - przyp. red.). Dziękujemy. Dostaliśmy zatem utwór z Waszego debiutu, dwa utwory z Waszego trzeciego longplay'a, natomiast żadnego z "Hexenhammer". Aczkolwiek na samym "Hexenhammer" była już akustyczna ballada "Don't Cry My Tears" na temat depresji. Zastanawiam się, czy mógł to być powód, dlaczego stwierdziłyście, że nie potrzebujecie w tym momencie zrobić akustycznej wersji żadnego utworu z Waszego drugiego long play'a, skoro już coś takiego tam macie. Lala Frischknecht: Nie. To nie tak. Jak już wspomniałam, wybrałyśmy "Black Magic" jako utwór o szczególnym znaczeniu dla Laury. Oczywiście, mamy więcej kawałków, które mogłybyśmy z łatwością zrobić akustycznie. Mamy np. "Save Me" z debiutu, mamy "Don't Cry My Tears" z albumu "Hexenhammer", no

cze jedno (tutaj już niestety nie dopytałem, do którego dokładnie utworu, chociaż i tak do momentu publikacji wywiadu w Heavy Metal Pages wszyscy zainteresowani będą to trzecie video mogli zobaczyć na YouTube - przyp. red.). Kontaktujemy się z ludźmi poprzez media społecznościowe: Facebook oraz Instagram. Cóż, restrykcje dynamicznie się zmieniają, np. wczoraj umożliwiono w Szwajcarii zgromadzenia 50-osobowe w jednej przestrzeni zamkniętej oraz 100-osobowe na otwartej przestrzeni. Mamy więc nadzieję, że wkrótce będziemy mogły grać koncerty. A jeśli nie, to z pewnością weźmiemy pod uwagę opcję live streamingu. Chcemy pokazać publicznie: "to jest Burning Witches, oto co możesz usłyszeć na naszym nowym albumie". Kiedy oglądam Wasze teledyski, nie mogę się powstrzymać, aby zapytać: kiedy zobaczę DVD Burning Witches z zapisem Waszego pełnego koncertu? Lala Frischknecht: (rozpogodzona, z większym entuzjazmem) Yeah! Rozmawiamy o tym wewnątrz zespołu. To nie jest jeszcze oficjalny plan, ale ten temat często przewija się pomiędzy nami. Oczywiście, można zawsze odpalić YouTube, ale tam jest groch z kapustą, wymieszanie z poplątaniem, nie znajdziesz tam całego naszego występu. Chcemy zarejestrować show Burning Witches w pełnej krasie. W ten sposób fani otrzymaliby coś, co mogliby oglądać w swoich domach za każdym razem, gdy mają na to ochotę. Mamy nadzieję, że wkrótce uda nam się to zrealizować.

BURNING WITCHES

23


Zwłaszcza, że wspaniałe zespoły metalowe lubią celebrować swoje okrągłe, trzydzieste lub pięćdziesiąte rocznice, podczas gdy Wy mogłybyście celebrować młodość. Wprawdzie nie macie takiego długiego stażu, jak Wasi muzyczni idole, ale to Wy jesteście młode i to Wasza młodzieńcza energia czyni Was wręcz bardziej atrakcyjnymi w oczach niektórych metalowców. Lala Frischknecht: Bardzo dziękuję za tak wyszukany komplement. Burning Witches gra metal od sześciu i pół roku, ale zbliża się już nasz czwarty album (nie licząc mniejszych wydawnictw - przyp. red.). Myślę, że wnio-

brzmi coraz lepiej, zyskuje wraz z kolejnym odsłuchem. To działa jak magia i może być jednym z powodów, dlaczego fani lubią Burning Witches. Nasza muzyka ma oczywiście swoje źródła w latach osiemdziesiątych, ale jest muśnięta "podobno przeraźliwą" nowoczesnością. Staramy się wyważyć odpowiednio proporcje. Nie bawimy się w kopiuj/wklej, tylko tworzymy własną muzykę, doprawioną niepowtarzalnymi przyprawami. Powtarzacie często, że Iron Maiden oraz Judas Priest są Waszymi ulubionymi zespołami. Zastawiam się, który zespół byłby

Foto: Kevin Grab

słyśmy coś dobrego do metalowej sceny. Nie osiągnęłybyśmy obecnego etapu rozwoju zespołu, gdybyśmy nie miały niczego wartościowego do zaoferowania, prawda? Konsekwentnie kontynuujemy realizację naszych muzycznych wizji, przekuwamy muzyczne pasje w konkretną twórczość i staramy się spełniać nasze marzenia. To dla nas bezcenne, widzieć, że ludzie doceniają to, co robimy. Larissa Ernst: Od początku lubiłam muzykę oraz brzmienie Burning Witches. Zawsze dostrzegałam w niej autentyczny duch metalowego szaleństwa, który - jak się osobiście przekonałam - jest właściwy nie tylko zespołom o pięćdziesięcioletnim stażu. Burning Witches nie tylko wzoruje się na znacznie starszych legendach, ale też proponuje coś nowego, własnego. Jestem szczęśliwa, że mogę być tego aktywną częścią. Lala Frischknecht: Dziękuję Ci Larisso za te słowa. My również jesteśmy szczęśliwe, że Larissa należy do Burning Witches - jest miłą koleżanką i perfekcyjną gitarzystką. Larissa Ernst: Dziękuję. Lala Frischknecht: Kiedy ktoś słucha Burning Witches... Kiedy ktoś słucha jednego utworu... (Nie mówię tego, dlatego że należę do Burning Witches; myślałabym podobnie, gdybym była poza zespołem). Otóż, kiedy ktoś słucha jednego utworu Burning Witches, może się to podobać. Ale gdy słucha znów i znów, powtarza wielokrotnie, z czasem ta muzyka

24

BURNING WITCHES

Waszym trzecim ulubionym? Może Destruction lub Grave Digger? Lala Frischknecht: Manowar! Jesteśmy bliskimi przyjaciółmi z Gomorra oraz z Destruction, no i oczywiście lubimy wiele innych zespołów. To ciekawe, nie spodziewałem się tak jednoznacznej odpowiedzi. Tak się składa, że David Shankle, jedyny gitarzysta Manowar z czasów "The Triumph of Steel" wyda w przyszłym tygodniu sequel Manowar "The Triumph Of Steel" w postaci Feanor "Power of the Chosen One". Śpiewa tam Sven D'Anna, bardziej znany z niemieckiego Wizard. Ten album został zaaprobowany przez Joey DeMaio. Polecam, znakomity album. Lala Frischknecht: O, wow, widzę, że to pochodzi wprost od naszych bohaterów. Musi być super. Dobrze o tym usłyszeć. Wracając do Burning Witches, dwa lata temu dowiedzieliśmy się w "Heavy Metal Pages" od Was, że podpisanie kontraktu z Nuclear Blast było spełnieniem Waszych marzeń. Natomiast rok temu pochwaliłyście się naszemu czasopismu, że "Dance With the Devil" uplasował się na piątym miejscu brytyjskich list przebojów, czternastym na listach szwajcarskich a dwudziestym drugim na niemieckich. Gratulujemy. Jakie jest Wasze

obecne marzenie? Lala Frischknecht: Yeah, to wspaniałe uczucie, że nasi fani wciąż są z nami, nawet w czasach światowych restrykcji, i że nadal ludzie kupują nasze albumy. Kontrakt z Nuclear Blast podpisałyśmy w okresie "Hexenhammer" (2018) i już wtedy znalazłyśmy się na brytyjskich, niemieckich oraz szwajcarskich listach. Z "Dance With The Devil" pojawiłyśmy się również na listach amerykańskich. Mamy nadzieję, że "The Witch Of The North" doskonale sobie poradzi, zważywszy że to znakomita muzyka, bardzo aktywnie promowana przez Nuclear Blast. Oczywiście jesteśmy wdzięczne Nuclear Blast za zapał i profesjonalizm, z jakim nas wspierają. Larissa Ernst: Naszym obecnym marzeniem jest, aby znów występować na żywo, grać koncerty. Lala Frischknecht: Tak, tęsknimy za występowaniem na scenie. Dobrze się stało, że we wrześniu zeszłego roku odbyłyśmy małą trasę koncertową z Destruction (10 września 2020 Leipzig, 11 września 2020 czeski Jaromer, 12 września 2020 Monachium, 25 września 2020 Dortmund). Schmier zaprosił nas, żebyśmy razem grali. Bezcennym doświadczeniem jest, kiedy możemy dać czadu na żywo, spotkać się z przyjaciółmi, wypić z nimi, nawiązać nowe kontakty, poczuć dźwięk uderzający prosto w piersi, spędzić niezapomniany wieczór. Więc jest to nasze kolejne spełnione marzenie: występy Burning Witches z Destruction. Tuż po nich zaplanowano totalny lockdown, dlatego dobrze się stało, że doszło do owych czterech koncertów. Wyobrażam sobie, jak bardzo tęsknicie za koncertowaniem. Lala Frischknecht: Oczywiście wszystkie jesteśmy głodne koncertowej atmosfery. Live streamings mogą efektownie wyglądać, ale na YouTube nie czuć atmosfery. Nie widzisz tego, ale Larissa teraz płacze (wszyscy głośno się śmieją). Żartuję. Wiesz, Larissa jest z nami od samego początku prac nad "The Witch Of The North", minął już niemal rok. Potrzebujemy występować na żywo! Larissa Ernst: Jeszcze nie minął rok. Lala Frischknecht: Prawie. I przez ten czas zrobiłyśmy tylko cztery koncerty. To była jak dotąd jej jedyna szansa, żeby pojawić się z nami na deskach sceny. Wypadła perfekcyjnie, nie popełniła ani jednego błędu. Wow, super! Super! Super! Brawo Larissa. Tak bardzo cieszymy się, że ona jest z nami (dłuższa wymiana kurtuazyjnych uprzejmości - przyp. red.). Wkrótce wyjdziemy do ludzi na żywo i pokażemy "popatrzcie, to jest teraz Burning Witches!" A teraz mówimy: "To jest album "The Witch Of The North". Słuchajcie i cieszcie się nim wszyscy!". Co odpowiedziałybyście, gdyby ktoś zaoferował Wam dwunastomiesięczną trasę koncertową dookoła świata? Lala Frischknecht: Wow! Czemu nie? Byłoby cudownie! Sam O'Black


Robimy to co kochamy najbardziej Amerykański Dream Theater to zespół instytucja, nie tylko w okowach metalu progresywnego. Można spierać się, czy ostatnie dokonania grupy są czymś na miarę przełomowych "Images & Words" czy "Scenes from a Memory", ale nie można odmówić im bycia modelowym przykładem dla wielu grup aspirujących do grania w podobnym gatunku. Przy okazji ostatniego materiału koncertowego zespołu mogliśmy porozmawiać z ich pochodzącym z Kanady wokalistą. HMP: Dlaczego na miejsce nagrania płyty koncertowej wybraliście Londyn? James LaBrie: Z wielu powodów. Jednym z nich było to, jak skonstruowana była nasza trasa koncertowa. Poza tym, Londyn jest dla nas miejscem szczególnym, uwielbiamy tam przebywać i koncertować, co zresztą robiliśmy od wielu lat, a wręcz dekad. To jest zawsze świetne doświadczenie dla nas. Miało też to dla nas sens, by w pewnym momencie zatoczyć koło i nagrać tam kolejne DVD. Zarejestrowanie go pod koniec trasy zapewniło nam czas na ogarnięcie się, zagraliśmy wtedy świetny koncert. Wszystko, co chcieliśmy zrobić, udało nam się zrealizować. Jesteście zespołem kultowym w metalu progresywnym, zwłaszcza z powodu albumu "Scenes from a Memory", który w całości odtworzony został na ostatniej trasie. Tak, to prawda. To jest w sumie interesujące, bo "Scenes from a Memory" było ikonicznym albumem dla zespołu, a obchodzenie 20-lecia wydania tej płyty, elektryzującej publiczności w bardzo różnym wieku i inspirującej dla wielu zespołów, również tych zupełnie nowych, jest czymś naprawdę fajnym. To jest nasz ponadczasowy testament.

Tak, ciężko wybrać. To w sumie zależy od mojego nastroju, to on decyduje, czego chcę słuchać. I choć zgadzam się, że ten album był momentem szczytowym w karierze zespołu, są też inne, które uwielbiam. Bardzo bliskie mojemu sercu jest zdecydowanie "Six Degrees of Inner Turbulence", który też uważam, że jest pewnego rodzaju pomnikiem zespołu. Występowanie na żywo czy praca w studiu, co wolisz bardziej jako aktywny muzyk? Obie te rzeczy znacznie różnią się od siebie. Kiedy jesteś w studiu, to masz pełną kontrolę nad wszystkim. Daje to pewność, że to co robisz będzie jak najlepsze. A na żywo, wchodzisz w interakcję z publicznością. Energia i wrażenia związane z występowaniem przed tysiącami ludzi są nie do opisania. To jest niesamowite uczucie. Na żywo pokazujemy, że jesteśmy ludzcy, a jeśli popełnimy jakiś

wymagające zarówno fizycznie jak i psychicznie. Trzeba nam przypominać o tym, żeby się odprężyć. Wyzwaniem jest pozostać zdrowym. Każdy ma jakieś rutyny. Ja codziennie ćwiczę i piję dużo wody. Trzeba dbać o siebie i nie traktować się jak wyścigowego samochodu, który cały czas ma zasuwać na najwyższych obrotach. Niektórzy tak robią i załamują się psychicznie. Tak więc każdy z nas dba o formę. Ale i tak w pewnym momencie ma się już dość i trzeba odpocząć. W trasie pewnie nie jest to łatwe? Tak, jest to trudne. Czasami widujemy się z rodzinami przez jakiś tydzień, ale zazwyczaj jesteśmy na siedmiotygodniowej trasie, daleko od domu. I jest to zdecydowanie długi czas by być z dala od rodziny. Nie ma pracy idealnej, pomimo tego że jesteśmy całkiem bliscy tego, bo robimy to, co kochamy - tworzymy muzykę i ją wykonujemy, ale wciąż jest to praca pełna wyrzeczeń i poświęceń. Tęsknota za rodzinami, dziećmi jest wszechobecna. Wiemy na co się piszemy, ale to wciąż jest trudne. I na koniec, jakie są przyszłe plany zespołu? No cóż, nie mogę do końca opowiadać o tym, co robimy. Ale mogę powiedzieć, że robimy to, z czego Dream Theater jest znane. Nie znacie dnia ani godziny. Poza tym, chciałbym powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi jak się to wszystko potoczyło, zrobiliśmy kawał świetnej roboty przez te wszystkie lata i stworzyliśmy własną sygnaturę i tożsamość. Ale, jesz-

Jak się czułeś wracając do tego materiału? To był chyba pierwszy raz od bardzo dawna, kiedy zespół razem usiadł i przesłuchał ten album od początku do końca. Zdecydowaliśmy, że warto jest wrócić do tego materiału po dwóch dekadach. To trochę jak oddanie hołdu staremu przyjacielowi. To była dla mnie sentymentalna przejażdżka, a skoro widziałeś nasze DVD i nasze koncerty, to mogłeś zauważyć ducha radości w tym wszystkim, z którym wydaliśmy album. Ale wrócić do tego i zagrać to wszystko jeszcze raz było ogromną przyjemnością. Dało się to wszystko zauważyć, uważam że produkcja jest fenomenalna, to było po prostu świetne doświadczenie. Ten album jest bardzo ważną częścią naszej historii. Czy uważasz wydanie "Scenes from a Memory" za moment przełomowy w historii zespołu? To był nasz pierwszy konceptualny album i spory krok do przodu, o którym myślę, że był dla nas szalenie istotny. Było dla nas szczególnie ważne, by zrobić ten album dobrze i, na nasze szczęście, tak się właśnie stało, a fani z całego świata go pokochali. Ta płyta to nasz osobny rozdział, który pozwolił nam się wybić. Zdecydowanie pomógł ustabilizować naszą pozycję nas na scenie tego gatunku muzycznego. Jakie są twoje ulubione albumy z dyskografii zespołu?

Foto: Mark Maryanovich

błąd, to też jest pewien element tej ekscytacji. Wszystko się może zdarzyć, ale wychodzimy na deski z założeniem, że chcemy dać z siebie wszystko. Studio i scena to dwa zupełnie różne światy. W studiu się nie spieszysz, a na scenie świętujesz muzykę z tysiącami ludzi. To jest niesamowity widok, gdy ludzie z nami śpiewają, machają głowami i się uśmiechają.

cze nie skończyliśmy i wciąż będziemy tworzyć nowe materiały. Igor Waniurski Tłumacznie: Szymon Paczkowski

Gracie mnóstwo koncertów, co robisz aby utrzymać się w dobrej kondycji? Masz rację, to jest trudne grać cały czas przez około trzy godziny, często kilka razy pod rząd, przez kolejne dni. Ciągłe podróżowanie jest wyczerpujące. Tak więc jest to bardzo

DREAM THEATER

25


Utrzymujemy zażyłość z Polakami Zastałem gitarzystę i jedynego aktywnego założyciela Artillery, Michaela Stützera, we własnym domu. Nad drzwiami wejściowymi do pokoju miał wystrugany w drewnianej tabliczce napis "LIFE", a poniżej wisiał niewielki obraz przedstawiający okładkę Metalliki "...And Justice For All". Jego twarz porastała gęsta, siwa broda thrashowego weterana. Zdecydowanie, szybko i konkretnie opowiadał o najnowszym albumie studyjnym Artillery "X", związkach zespołu z Polską, przykrym i przedwczesnym odejściu własnego brata, zastąpieniu jego miejsca przez nowego gitarzystę, znajomości z Metalliką. Wyraził też osobisty pogląd o metalowym braterstwie, a nawet dał się ponieść wyobraźni, jakby to było, gdyby Królowa Danii zaoferowała mu namalowanie okładki. HMP: Szczere kondolencje z powodu śmierci Twojego brata, Mortena Stützera. To przykre, że odszedł zbyt wcześnie. Jak go wspominasz? Michael Stützer: Dziękuję. Morten był nie tylko moim bratem, ale też zaufanym przyjacielem. Zawsze intensywnie współpracowaliśmy. Słuchaliśmy razem muzyki, tworzyliśmy własne utwory, doskonaliliśmy melodie i harmonie gitarowe. Zagrał na poprzednich dziewięciu albumach Artillery. Miał jedyną w swoim rodzaju wrażliwość muzyczną oraz niezwykłą zdolność komponowania. Bardzo się przykładał. Wyróżniał się świetnym poczu-

chwil wierzył w thrash metal i był zdeterminowany, żeby Artillery działało. Już od 2017 roku nie był w stanie z nami koncertować, ale wielokrotnie powtarzał, że musimy kontynuować. Gitarzysta Kraen Meier wspomagał was na scenie od tamtego okresu. Teraz dołączył jako stały członek waszego zespołu... ...Tak. Przyjaźniliśmy się z Kraenem od dłuższego czasu. Już wiele lat wcześniej poznałem jego zdolność gry na gitarze. Nie ulegało wątpliwości, że to on jest właściwą osobą do współpracy. Był wielkim fanem Artillery,

Foto: John Mortensson

ciem humoru. Można było na niego liczyć nigdy nas nie zawiódł i pomagał, kiedy sytuacja tego wymagała. Pierwszy dzień w studiu okazał się dla mnie bardzo ciężki, ponieważ nigdy dotąd nie nagrywałem bez niego. Wiedziałem jednak, że musimy kontynuować. Jestem przekonany, że byłby zadowolony, gdyby mógł dzisiaj wysłuchać albumu "X". Czy pamiętasz, jak powiedział: "musicie kontynuować Artillery, gdy mnie już nie będzie"? Tak. Usłyszałem to od niego kilkanaście dni przed jego śmiercią (zmarł 2 października 2019r. - przyp. red.). Prawdopodobnie przeczuwał, że wkrótce odejdzie. Do ostatnich

26

ARTILLERY

wspierał nas, pomagał. Doskonale do nas pasował. Teraz angażuje się i wnosi wiele dobrego. Czy dostrzegasz jego progres od momentu, gdy dołączył do was podczas koncertów? Zazwyczaj jest tak, że gitarzyści starają się grać coraz to lepiej i lepiej. Nie inaczej w przypadku Kraena. Dobrze się stało, że występował z nami na żywo najpierw jako nieoficjalny gitarzysta Artillery, ponieważ dzięki temu dostał czas, aby perfekcyjnie się do nas wpasować, zanim weszliśmy do studia. Jeszcze zanim ukazał się album "X", wydaliście singiel "The Last Journey", czyli poże-

gnalny tribute, aby uczcić pamięć Twojego brata. Wydaje mi się, że zaśpiewała tam więcej niż jedna osoba. Czy chodziło o to, żeby utrwalić głos każdego z was? Pomysł polegał na tym, żeby "zadzwonić" do niego, tam na drugą stronę. Zaprosiłem poprzednich wokalistów (Sorena Adamsena, Flemminga Rönsdorfa), żeby wykonali jeden utwór ku jego czci. Zgodzili się. Flemming nie śpiewał od kilkunastu lat, ale w tym przypadku zrobił wyjątek. Dobrze zgraliśmy się w czasie. Daliśmy z siebie wszystko i efekt wyszedł odpowiedni. Na tym samym singlu pojawił się też cover Metalliki "Trapped Under Ice". Dlaczego akurat ten? To była jedna z ulubionych piosenek Mortena. Nagrywaliśmy dokładnie w tym samym studiu, w którym zaprzyjaźniona z nami Metallica robiła "Ride The Lightning" (Sweet Silence Studios, Kopenhaga - przyp. red.). A zatem to nieprzypadkowy wybór na dedykację dla brata. Czy znaliście się z Metalliką osobiście? Tak, ponieważ korzystaliśmy z tej samej sali prób, w której oni szlifowali "Ride The Lightning" i "Master Of Puppets". Zaglądali czasami, aby nas posłuchać. Można powiedzieć, że Lars Ulrich pochodził z tego samego miejsca i czasu, co my. Razem imprezowaliśmy i razem chłonęliśmy metal. Na albumie "X" odeszliście od wspominania przeszłości i poruszyliście wiele innych wątków. Chyba nie byłoby przesadą stwierdzenie, że jest to społecznie zaangażowany album? Yeah, zgadza się. Michael Bastholm Dahl (wokalista) napisał większość liryków. Faktycznie zawarł swoje przemyślenia na rozmaite tematy. Tekst do "Devils Symphony" napisał jeszcze w swoim poprzednim zespole, ale wtedy nie został wykorzystany. Manifestuje tam swoje poglądy religijne, nie obawia się zagadnienia satanizmu czy też fanatyzmu. Wielu autorów unika takich spraw, ponieważ zbyt łatwo odbiorca może czuć się zgorszony. Każda religia wiąże się z manipulowaniem wyznawcami. "In Thrash We Trust" jest specjalnie dla fanów, którzy od lat wiernie śledzą Artillery. "Turn Up The Rage" przestrzega, żeby nie ranić niewinnych ludzi nawet w sytuacji, gdy gniewamy się z uzasadnionego powodu. "Silver Cross" zostało zainspirowane Tommy'm Iommim, który zwykł nosić srebrny krzyż. "In Your Mind" zwraca uwagę, że czasami trudno wyrazić słowami to, co tkwi w naszych umysłach. "Varg I Veum" nawiązuje do języka staro-norweskiego; tytuł oznacza przestępcę, który dopuścił się zbrodni w miejscu uchodzącym za spokojne czy wręcz święte. To trochę przewrotne, niczym statek porzucony w zatoce. "Beggars In Black Suites" wskazuje na wilków w owczych skórach, którzy udają wzorce do naśladowania i wieszczą zbieranie funduszy na szczytne cele, a w rzeczywistości przywłaszczają sobie cudze pieniądze. Niestety zdarza się to nagminnie na całym świecie. Nieraz zdarza się, że metalowe zespoły sporo narzekają, ale czy w waszym przypad ku (mieszkańców stołecznego okręgu Danii) nie jest tak, że macie pozytywnych przywódców społecznych? Królowa Małgorzata II jest powszechnie szanowana, lubiana i cenio-


na za szczerość, ekstrawagancję oraz za tal ent artystyczny. Malowała obrazy, m.in. do "Władcy Pierścieni". Co byś powiedział, gdyby znienacka do Ciebie zadzwoniła, ze swojego Pałacu Amalienborg, z propozycją okładki następnego albumu Artillery? (śmieje się) To byłoby dziwne! Ona ma otwarty umysł, więc gdyby naprawdę chciała namalować dla nas okładkę, to czemu by nie? Nie widzę powodu, dlaczego mielibyśmy takiej grafiki nie użyć. Myślę jednak, że nigdy do tego nie dojdzie, więc możemy tylko przypuszczać. Dania tworzy społeczeństwo o wyjątkowo otwartym umyśle. Ludzie dobrze się wzajemnie traktują. Cieszymy się znakomitą infrastrukturą. Nie mogę narzekać. Gdyby Królowa Małgorzata II miała dla nas okładkę, hm, na pewno poważnie bym do tego podszedł (Michael szczerze i serdecznie uśmiecha się od ucha do ucha - przyp. red.). Gdy Rob Halford złożył kiedyś oficjalną wizytę Angielskiej Królowej Elżbiecie II, zapytała go: "a dlaczego Twoja muzyka jest taka głośna?". Jak byś odpowiedział? (wesoły śmiech) Cóż, taka już jest. Coraz więcej osób w Danii akceptuje metal, ponieważ przekonują się, że metalowcy są porządnymi ludźmi na poziomie, a nie jakimiś wariatami siejącymi pożogę. Słuchamy i tworzymy dobrą muzykę, potrafimy cieszyć się życiem. Fakt, że ktoś czasem lubi zbyt dużo wypić, ale na ogół pozostajemy pozytywnie konsekwentni przez wiele lat. Nie widziałem nigdy żadnej bijatyki wśród naszej publiczności, a występowałem w rozmaitych miejscach. Fani przychodzą na koncert, żeby posłuchać zespołów. Są zazwyczaj zjednoczeni, trzymają ze sobą sztamę. Za najważniejszą wartość uważają muzykę. Nawet, jeśli liryki kryją w sobie coś negatywnego, i tak stajemy się lepszymi ludźmi poprzez metal. Trudne sprawy można wyrażać konstruktywnie i starać się proponować zmianę na lepsze. Jest taki park "Superkilen" w najbardziej międzynarodowej dzielnicy Kopenhagi, Norrebro. Wyróżnia go idea promowania jedności wśród mieszkańców, niezależnie od ich kraju pochodzenia. Symbolicznie zainstalowano w nim po jednym przedmiocie z każdego zagranicznego miejsca na ziemi. Gdyby hipotety cznie taki sam park miał powstać w Polsce,

Foto: John Mortensson

co zaproponowałbyś jako symbol Danii? (zastanawia się) Wiele takich rzeczy można by zaproponować. Myślę, że musiałoby to w jakiś sposób przedstawiać unikalną dynamikę życia duńskiego społeczeństwa. Ale tak naprawdę, zamiast tworzyć parki rozrywki, powinno się więcej myśleć o wydobywaniu świata z nędzy i z ubóstwa. Bardziej użyteczne byłoby zaoferowanie jedzenia lub pomocy medycznej, niż ozdób. Czy dobrze rozumiem, że w Twojej opinii pomoc najuboższym jest ważniejsza niż przeznaczanie środków publicznych na zabytki, czy też na misje kosmiczne na księżyc? (śmiech) Wydaje mi się, że poszukiwanie pozaziemskich miejsc do życia ma sens. Nie należy zapominać o pomaganiu innym ludziom w trudach życia doczesnego, ale eksploracja kosmosu też jest konieczna. Warto szukać złotego środka, starać się zachować równowagę. Ogólnie dostrzegam, że sytuacja ulega poprawie w wielu dziedzinach życia w porównaniu do tego, co działo się dekady temu. Orientujemy się, co dzieje się w Polsce, ponieważ mieliśmy dawniej polską wytwórnię (Metal Mind Productions - przyp. red.), koncertowaliśmy w Polsce i utrzymujemy zażyłość z wieloma Polakami. Potrzebujemy pomagać biednym Polakom, żeby mogli się rozwijać. To teraz moja kolej na szczerość - przyznaję, że z nazwą Artillery spotkałem się po raz

pierwszy w okresie, gdy śpiewał u was Soren Adamsen. Zawsze chciałem zadać Ci to pytanie: co myślisz o tamtych czasach? A, bardzo dobrze wspominam. Naszym labelem było polske Metal Mind Productions. Podczas katowickiej Metalmanii 2008 zarejestrowaliśmy DVD "One Foot in the Grave, the Other One in the Trash". Na tej samej imprezie występowały jedne z naszych ulubionych kapel, czyli Megadeth i Overkill. Poznaliśmy wtedy wielu dobrych przyjaciół. Polacy są naprawdę cool. Organizują fajne imprezy w dużych obiektach. Publiczność doskonale się bawi. Mam jak najlepsze zdanie o Polsce. Chciałbym, żebyśmy tam powrócili z koncertami, tak szybko jak to możliwe. Jesteście mile widziani. Uwielbiam zarówno Artillery, Megadeth, jak i Overkill, ponieważ każdy z tych zespołów gra thrash, jed nocześnie oferując mnóstwo zapamiętywalnych melodii. Dla Artillery istotne jest właśnie to, żeby łączyć zawrotne thrashowe tempa z chwytliwością. Nasze utwory obfitują więc w wpadające w ucho riffy i refreny. Nie brakuje kapel, które zachwycają jedynie szybkością i pozostają niszowe. To w porządku, ale my podejmujemy świadome dążenia do uatrakcyjnienia utworów dla szerokiej metalowej publiczności. Zależy nam również na czystych wokalach oraz na fajnej oprawie graficznej naszych wydawnictw. Wydajemy takie albumy, których sami chcielibyśmy słuchać, gdybyśmy to my byli fanami Artillery. Jest to też spójne z muzyką (innych zespołów), jaką otaczamy się na co dzień. Czy wasz obecny wokalista Michael Bastholm Dahl oraz nowy gitarzysta Kraen Meier jeszcze bardziej wzmacniają tą tendencję? Tak. Ich pomysły wpisują się we wspomnianą konwencję. Chętnie je wykorzystujemy. Niemniej, nasi poprzedni wokaliści również śpiewali melodyjnie. Na żadnym albumie nie brzmieliśmy jak np. Kreator, Sodom lub Cannibal Corpse. Czy zamierzacie opublikować nowe DVD, skoro macie całkiem nowy skład? Tak. W przyszłym roku obchodzimy 40-lecie Artillery. Niewykluczone, że z tej okazji ukaże się nowe DVD. Z pewnością będziemy to hucznie celebrować. Sam O'Black

Foto: John Mortensson

ARTILLERY

27


śmy naładowani adrenaliną.

Stworzyłem NWOTHM Z Olofem Wikstrandem, niezmiernie dumnym twórcą NWOTHM, o tym jak dobił do heavy metalowego sufitu, o byciu centralnym punktem zainteresowania w Ameryce Łacińskiej, łysej czaszce Roba Halforda, budowaniu czegoś fenomenalnego od zera, kompromisie w procesie twórczym oraz o eksplozji endorfin radości towarzyszących zarówno ostatnim, jak i następnym występom Enforcer. HMP: Bardzo się cieszę, że możemy porozmawiać, ponieważ Twój Enforcer to pierwszorzędny reprezentant Nowej Fali Tradycyjnego Heavy Metalu (NWOTHM). Co myślisz, gdy ludzie tak mówią o Enforcer? Olof Wikstrand: Mam mieszane uczucia. Z jednej strony, to zaszczyt przynależeć do NW OTHM, ponieważ jest to ruch w muzyce metalowej, który Enforcer stworzył, robiąc po prostu to co robimy. To wspaniale, że zainspirowaliśmy mnóstwo ludzi, aby znów grali porządny heavy metal. Kiedy zaczynaliśmy w 2004/2005 roku, byliśmy praktycznie jedynym nowym, tradycyjnie heavy metalowym zespołem. Zdecydowana większość innych przedstawicieli NWOTHM poszła naszym śladem. Czuję się z tego niezmiernie dumny. Z drugiej jednak strony, nie widzę Enforcer w jednym szeregu z tymi grupami. Oni inspirowali się nami, a my inspirowaliśmy się czymś kompletnie innym. W tym kontekście, nie czuję się członkiem sceny NWOTHM. Prędzej można by nas zakwalifikować do heavy metalu i postawić obok takich nazw jak Mercyful Fate, W.A.S.P., Iron Maiden, Saxon. Enforcer jest na tym poziomie, a nie na poziomie NWOTHM. Podsumowując, jestem dumny, że stworzyliśmy NWOTHM, ale Enforcer jest znacznie większe niż NWOTHM. Czy oznacza to, że Enforcer pozwolił Ci na realizację Twoich marzeń? Oczywiście, wiele moich marzeń spełniło się dzięki Enforcer. Patrząc jednak z dzisiejszej perspektywy, nasz sukces nie jest tak duży, jak mógłby być. Włożyliśmy mnóstwo czasu, aby stworzyć znakomitej jakości muzykę. Nie wszystko zależy jednak od nas i niezależnie od tego, jak bardzo staralibyśmy się, przemysł muzyczny i tak jest podatny na trendy. Z ca-

28

ENFORCER

łym przekonaniem oświadczam, że heavy metal jest kompletnie wymarły w 2020/2021. Daliśmy z siebie wszystko, aby stać się jeszcze większym zespołem, ale niestety już dawno okazało się, że dobiliśmy do heavy metalowego sufitu. Czy z graniem w Enforcer wiążą się jakieś korzyści, jakich nie spodziewałeś się przed założeniem tego zespołu? (zastanawia się) Mocno rozwinęliśmy się intelektualnie w ramach podróżowania oraz obserwowania rozmaitych kultur, z perspektywy niedostępnej dla turystów. Gdziekolwiek występujemy, natychmiast stajemy się częścią i centralnym punktem lokalnych metalowych społeczności. To wręcz fascynujące. Z całą pewnością czyni nas to lepszymi ludźmi, niż byliśmy poprzednio. "Live By Fire II" to wasz najnowszy album, zawierający zapis z koncertu ze stolicy Meksyku (w hali Circolo Volador), jaki zagraliś cie 30 sierpnia 2019r. Zauważyłem, że uwiel biasz nawiązywać bezpośredni kontakt z fanami, dlatego podziel się proszę, jak czu jesz się zazwyczaj przed oraz po występie? Kiedy granie na żywo staje się rutyną i czujesz się pewnie na scenie, występowanie jest niesamowitym przeżyciem. To tak, jakbym wkraczał w totalnie inny świat, przepełniony adrenaliną, ekscytacją, endorfinami oraz wszystkim, co jest z tym związane. Nawiązywanie kontaktu pomiędzy publicznością a artystą jest magicznym uczuciem nie do opisania. Nie stresuje mnie to, ponieważ przywykłem do tego już dawno, ale wciąż wiąże się to z presją. Trzeba podołać, sprostać oczekiwaniom i utrzymywać wysoki standard. Natomiast po zakończeniu występu też jest świetnie. Jeste-

Dlaczego uważasz stolicę Meksyku za światową stolicę heavy metalu (Olof tak powiedział w zapowiedzi jednego z utworów na "Live By Fire II" - przyp.red.)? Z drugiej strony, dlaczego nazwałeś kiedyś Szwecję kra jem mniej zainteresowanym heavy metalem? Bo tak jest. Myślę, że Skandynawia słabo reaguje na heavy metal. Nie można porównać pasji i entuzjazmu okazywanej nam przez tutejszych fanów do tego, jak odbiera nas większa część Ameryki Łacińskiej. Nie mam pojęcia, dlaczego. Odnoszę wrażenie, że kiedy gram w Skandynawii (np. w Sztokholmie), wokół jest tak wiele wzajemnie konkurujących ze sobą zespołów. Każdy chce być lepszy od drugiego, a to zabija entuzjazm wobec twórczości innych. Natomiast w Ameryce Łacińskiej wyczuwam eksplozję radości ze strony publiczności. Tam naprawdę kochają heavy metal. Kolejna kwestia to znacznie większa liczba fanów w stolicy Meksyku w stosunku do liczby fanów w Europie. Czujemy się tam wręcz ekstremalnie gorąco widziani. Najbardziej zwariowana rzecz, jaką fani zro bili, aby wam zaimponować? Wiele różnych rzeczy, np. olbrzymie tatuaże nawiązujące do Enforcer. Jakie jest Twoje zdanie o tym, że dawniej długie włosy były kojarzone z heavy metalowym image'm, ale teraz najwspanialsze heavy metalowe ikony nie zawsze je noszą, np. Rob Halford, Bruce Dickinson, Sean Peck? Myślę, że długie włosy nie są atrybutem heavy metalu. Nie nosiłbym długich włosów tylko dlatego, że to pasuje do heavy metalu. Po prostu wyglądają one lepiej zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Rob Halford, Bruce Dickinson, Sean Peck (nie wiem, kto to) prawdopodobnie ścięli je ze względu na wiek, a nie dlatego że zmieniła się subkultura. W swoich najlepszych czasach nosili jednak długie włosy. Cóż, to nie jest warunek konieczny, aby przynależeć do sceny. (Sean Peck jest wokalistą Cage, Death Dealer oraz The Three Tremors, a słuchając Judas Priest "Firepower" wcale nie jestem przekonany, czy Rob Halford ma już swoje najlepsze lata za sobą - przyp. red.). Czy lubisz podróżować po świecie? Jako podróżnik, jesteś bardziej nastawiony na naturę czy na miejskie krajobrazy? Jedną z najwspanialszych zalet wiążących się z byciem muzykiem jest możliwość intensywnego podróżowania dookoła świata. Super jest widzieć, jak nasza muzyka dociera do najodleglejszych zakątków świata i jak buduje się wokół niej cała scena metalowa. Jesteśmy rozpoznawani w każdym kraju, do którego się udajemy. Kiedy po raz pierwszy polecieliśmy do Stanów Zjednoczonych, nie było tam praktycznie żadnej młodej sceny heavy, a teraz po wydaniu przez nas albumów, mamy tam mnóstwo kapel heavy metalowych. Niesamowita liczba osób przychodzi, aby nas zobaczyć. Widzimy efekty naszej pracy. Zbudowaliśmy coś niezwykłego, zaczynając od zera. Nie ukrywam przy tym, że korzystam z okazji, żeby podziwiać świat. Widziałem większość dużych miast, często po dwa-trzy-dziesięć razy. Bardziej kręci mnie wyjście nad Ocean, pływanie, surfowanie, ale także gra w tenisa. Ogólnie natura jest dla mnie bardziej cool.


Czy mógłbyś wskazać konkretne kraje, za którymi najbardziej tęsknisz? (zastanawia się) Osobiście, byłaby to Ameryka Łacińska oraz Południowa Europa. Aczkolwiek tuż przed Bożym Narodzeniem 2020 spędziłem dwa miesiące w Meksyku, co było związane z moimi sprawami zawodowymi. Jak się czujesz, gdy oglądasz "Live By Fire I", "Live By Fire II" lub "Keep it True XIV" z waszym udziałem? Nie widziałem tego ostatniego (zawierał jedynie trzy utwory: "On The Loose", "Katana", "Take Me To Hell" - przyp. red.). O ile pamiętam, Enforcer wystąpiło dwukrotnie na Keep It True, nie pamiętam z którego roku pochodzi ten materiał (DVD z 2012 roku, ale sam koncert odbył się w 2011 - przyp. red.). W każdym razie, ciągle się rozwijamy i stajemy się coraz lepsi. Ta ostatnia koncertówka dobrze ukazuje, czym jest obecnie Enforcer. Ostatnio na waszym fejsbukowskim fanpage'u pojawił się wątek ewentualnego zastąpienia utworu "Katana" przez "Roll The Dice" w waszej setliście. Czujemy miks miłości z nienawiścią wobec "Katana". To zdecydowanie nie jest najlepszy numer w naszym repertuarze, ale z jakiegoś powodu fani właśnie go chcą słuchać. Zawsze staramy się dobierać setlistę z myślą o publiczności i wobec tego "Katana" jest stałym punktem programu. Ja osobiście wolę "Roll The Dice" miliard razy bardziej, ale nie jestem pewien, czy wypadłoby to lepiej w kontekście naszego show. Ludzie wołają o "Katanę". Czy koncert 15 grudnia 2019 w Berlinie był jak dotąd waszym ostatnim? A nie myślałeś o tym, żeby zrobić gig w Szwecji, skoro restrykcje są u was jedynie zaleceniami, a nie prawnym wymogiem? Był to nasz ostatni występ, a później nie próbowaliśmy zorganizować nic w Szwecji. Moim zdaniem mijałoby się to z celem, bo i tak niewiele osób by przyszło. Członkowie Enforcer mieszkają w pewnej odległości od siebie, więc musielibyśmy się dograć logistycznie, a zgromadzilibyśmy może 50-osobową publiczność.

Nie. Prawdopodobnie całych albumów nie, ale możliwe, że napiszemy np. jeden utwór tylko po hiszpańsku. Było nam przyjemnie przygotować hiszpańskojęzyczną wersję "Zenith". To z naszej strony tribute dla latynoskich fanów, forma podziękowania za ich wsparcie. Efekt nie był jednak tak spektakularny, jak się spodziewaliśmy. Nie widzę potrzeby, aby to kontynuować. Będę śpiewać po angielsku. Wasz ostatni album "Zenith" wkroczył śmiało na obszary muzyczne, które pojawiły się w mniejszej ilości już na "From Beyond" (mam tu na myśli zwłaszcza atmosferyczny utwór "Mask of Red Death"). Czy wasz następny album studyjny będzie kontynuować ten kierunek? A może powinniśmy spodziewać się niespodziewanego? Potrzebujemy udać się środkową drogą pomiędzy mroczną atmosferą a naszą dotychczasową twórczością, za którą najbardziej cenią nas fani. Oczywiście nasza przyszłość jest kompletnie uzależniona od liczby sprzedanych płyt oraz streamów. Jeżeli nie damy ludziom tego, czego oczekują, będzie nam bardzo ciężko przetrwać. A zatem, nasz następny album będzie kompromisem pomiędzy próbą usatysfakcjonowania fanów oraz siebie samych. Nie możemy się doczekać, kiedy zobaczymy Enforcer w Polsce. Ja pierdolę (Olof wymówił to ze szwedzkim akcentem, ale jak najbardziej prawidłowo). Na pewno zagramy wkrótce w maju 2022r. w Warszawie. Nie mogę się doczekać. Sprawdźcie to. Będzie miazga. Trzymajcie się. Sam O'Black

Niedawno ukazała się hiszpańskojęzyczna wersja albumu Enforcer "Zenith". Czy zamierzacie robić więcej takich wersji w przyszłości?

ENFORCER

29


Uczciwie podążaj za głosem serca, a wygrasz życie Fani true heavy metalu czekali na ten album ponad 25 lat. Feanor "Power Of The Chosen One" to bowiem sequel Manowar "The Triumph Of Steel", przynajmniej z trzech powodów: na obu albumach zagrał ten sam gitarzysta, znaczna część właśnie wychodzących na światło dzienne pomysłów zostałaby wykorzystana na kolejnej płycie Manowar, gdyby David "The Shred Demon" Shankle nie opóścił ich nieoczekiwanie w 1994 roku, oraz Joey DeMaio aprobuje dążenia Feanor. Gustavo Acosta jest nie tylko multiinstrumentalistą i założycielem istniejącego od 1996 roku Feanor, ale też szczerym miłośnikiem twórczości Królów Metalu oraz ich osobistym przyjacielem, a ponadto mocno osadzonym w kulturze i sztuce, inteligentnym rozmówcą. Kiedy zadzwoniłem do niego do Buenos Aires, był w świetnym humorze, z uwagi na opublikowany w tym samym dniu teledysk do utworu "Rise Of The Dragon" z nadchodzącego "Power Of The Chosen One". Nie szczędził nam opowieści związanych z epickim metalem. HMP: Cześć Gus. Rozmawiamy w dniu, w którym fani mogą po raz pierwszy usłyszeć pierwszy utwór z nadchodzącej płyty Feanor "Power Of The Chosen One". Gustavo Acosta: Yeah! Jestem zaskoczony pierwszymi reakcjami słuchaczy, ponieważ wszyscy są nim zachwyceni. To niesamowite uczucie, widzieć te wszystkie pozytywne komentarze, opinie publiczności. Bardzo pozytywna energia! Wiem, że wielu ludzi czeka na naszą muzykę z niecierpliwością, oraz że chło-

cych na czarnym tle. Powiedz proszę, jak doszło do realizacji tego video? Zgadza się. Pracuję zawodowo jako inżynier elektroniki i mam w zwyczaju planować wszystko szczegółowo ze znacznym wyprzedzeniem. To video zostało nakręcone już trzy lata temu. Robiliśmy wówczas trasę koncertową po Argentynie i innych krajach Ameryki Południowej (to była nasza druga trasa w obecnym składzie) i powiedziałem kolegom, że w przyszłości nie będzie łatwo zebrać wszystkich

Foto: Sebastian Japas

ną wszystkie informacje związane z Feanor. "Rise Of The Dragon" jest utworem otwierającym album, a zarazem pierwszym oświadczeniem z Davidem Shankle jako regularnym gitarzystą, że "The Triumph Of Steel" doczekał się kontynuacji. Nie mógłbym być bardziej szczęśliwy w tym momencie. Owemu utworowi towarzyszy proste, ale czadowe video. Oprócz czarodziejki ukazanej w intro, widzimy muzyków Feanor grają-

30

FEANOR

w jednym miejscu. Nasz wokalista jest z Niemiec, gitarzysta z USA, pozostali z Argentyny. Nie mieszkamy po sąsiedzku, żeby móc spontanicznie zgadać się na robienie video w tym samym miejscu i czasie. Wobec tego zwróciłem się do pozostałych muzyków Feanor tuż przed rozpoczęciem koncertów, żebyśmy wykorzystali okazję, że skoro jesteśmy już wszyscy w Ameryce Południowej, to zróbmy video, sesję zdjęciową i wszystko to, czego normalnie nie możemy zrobić ze względu na odległość. A

zatem, rozpoczęliśmy wtedy komponowanie albumu i "Rise Of The Dragon" okazało się być pierwszym ukończonym utworem. Rozmawiałem przy tym z Davidem o jego obecnej sytuacji, o jego dawnej roli w Manowar, o okresie po opuszczeniu przez niego Manowar itp. Wyszło na to, że nasza współpraca stanowi dla niego początek całkowicie nowego rozdziału. Idąc tym tropem, zdecydowaliśmy się na nadanie pierwszej kompozycji tytułu "Rise Of The Dragon". David jest tutaj reprezentowany przez smoka, który podnosi głowę na powrót. W tym samym czasie zrobiliśmy sesję fotograficzną oraz sesję na potrzeby video. Czarodziejka została dodana znacznie później. Przyznam, że czuję wielki respekt wobec "Power Of The Chosen One" ze względu na jego mocno akcentowany, true metalowy charakter. Podejrzewam, że oczekiwanie na premierę 21 kwietnia 2021 musi być dla Ciebie ekscytujące. Pozostało jeszcze półtorej miesiąca, a ja miałem już przyjemność wysłuchania całości. Znakomita płyta, gratuluję. Wygląda na to, że postawiliście sobie poprzeczkę kompozycyjno-wykonawczą bardzo wysoko, i że dołożyliście wszelkich starań, żeby ziścić swoje ambicje. Jak to było? Dziękuję. Faktycznie tak było. Jestem perfekcjonistą, ciężko mi być zadowolonym ze swojej pracy, i jak już coś robię, to napierdalam. Potrzebuję solidnej treści, zanim nadam jej muzyczną formę i stworzę teksty utworów. Czytam książki, poezję, prozę kryminalną; staram się uczyć języków i absorbuję rozmaitą muzykę. Moja córka gra na fortepianie w konserwatorium muzycznym, mój syn gra na flecie również w konserwatorium, więc cały czas mamy kontakt z muzyką w domu. Nie tylko z metalem, ale też z muzyką klasyczną i wieloma innymi stylami. Z mojej perspektywy, skoro absorbuję tak wiele różnorodnej sztuki, to kiedy już komponuję własną muzykę, mam okazję do wykazania się szerokim spektrum kreatywnych pomysłów i efektywnego zaprezentowania znakomitej treści. W przeciwnym razie, gdybym słuchał tylko jednego czy dwóch zespołów, i niewiele czytał, to tworzenie byłoby znacznie trudniejsze. Gdybym spróbował opowiedzieć historię przy pomocy trzystu słów, to efekt byłby równie nieciekawy, jakbym miał dostępnych sześćset słów, wiesz o co chodzi. A więc, tak, zawsze staram się stawiać samemu sobie wysokie wymagania odnośnie umiejętności gry na instrumentach, poziomu kompozycji oraz jakości wykonania. Mam nadzieję, że w efekcie wiele osób polubi nasze utwory i doceni nasze starania. Kto wprowadził Ciebie w świat muzyczny? Czy Twoi rodzice, kiedy byłeś jeszcze dzieckiem? Mam korzenie niemieckie oraz rosyjskie ze strony Matki, natomiast ze strony Ojca - hiszpańskie i lokalne indiańskie. Yeah, interesujące połączenie. Odkąd pamiętam, moja Matka słuchała w domu muzyki klasycznej, natomiast cała rodzina ze strony Ojca była związana z lokalną muzyką folkową. To są oczywiście kompletnie różne style, ale grunt, że dorastałem w bardzo muzykalnym środowisku. Jedna z pierwszych spraw, które zauważą fani podczas kontaktu z "Power Of The Chosen One", jest udział Waszego drugiego gitarzysty, Davida Schankle (odpowiedzial -


ny za gitary na albumie Manowar "The Triumph Of Steel", 1992r. - przyp. red). Czy znaliście się, zanim dołączył on do Feanor w 2018r.? Nagrywaliśmy poprzedni album Feanor "We Are Heavy Metal" w składzie: Frank Gilchriest (perkusista znany z Riot/Riot V i Virgin Steele), na sześciu utworach zagrał Ross The Boss (w latach 80. gitarzysta Manowar, następnie stworzył solowy zespół oraz grał w Death Dealer, żeby wymienić zaledwie kilka najznakomitszych - przyp. red), a na dwóch David Schankle. Oznacza to, że miałem Davida jako gościa na płycie już w 2016r. Ponadto, ex-wokalista Black Sabbath, Tony Martin, zaśpiewał w jednym utworze na "We Are Heavy Metal". W ogóle z Tony Martinem była ciekawa sprawa. Chciałem zaprosić go na południowo-amerykańską trasę z Feanor, podczas której gralibyśmy wszystkie najlepsze utwory z jego ery w Black Sabbath. Byliśmy już bardzo, bardzo blisko realizacji tego planu, ale ostatecznie nie udało się, coś mu wypadło. Bardzo zależało mi na współpracy z Tony Martinem i czułem się sfrustrowany, gdy nie doszło to do skutku. Popatrzyłem wówczas na swoją kolekcję płyt CD i pomyślałem, że skoro Ross nie jest dostępny, bo gra teraz w Europie, to zadzwonię do Davida. Powiedziałem mu: "Hey David, co powiedziałbyś na wspólną trasę po Ameryce Południowej? Moglibyśmy pograć trochę Manowar, trochę Feanor". Tak to się zaczęło. Przyleciał i zrobiliśmy wiele koncertów w wielu miejscach. To doświadczenie było dla nas na tyle pozytywne, że chcieliśmy kontynuować. "Hey, nie możemy teraz zakończyć, było na tyle dobrze, że musimy grać razem częściej!" Efektem trasy był zatem pomysł nagrania płyty, która została ostatecznie zatytułowana "Power Of The Chosen One". Od razu zabraliśmy się do wspólnego komponowania autorskiego materiału. Myślę, że David może o tym nie wiedzieć, ale całe "zamieszanie" wynikło z rezygnacji Tonny'ego Martina (śmiech). Wspomniałeś, że David Schankle był gościem na dwóch utworach z "We Are Heavy Metal", a w jakim stopniu wpłynął on na charakter całego "Power Of The Chosen One"? W wielkim. David przyznał mi, że jego odejście z Manowar było dla niego nieoczekiwane. Miał już mnóstwo pomysłów na następcę "The Triumph Of Steel". Naturalnie, nosiły one atrybuty stylu Manowar. Zaproponowałem mu, abyśmy wykorzystali je w Feanor, z tym, że kiedy o tym rozmawialiśmy, Feanor miał już ukończone pięć lub sześć własnych numerów. W każdym razie, David wpłynął w wielkim stylu na zawartość i ostateczny kształt "Power Of The Chosen One". Jego true metalowe podejście jest spójne ze stylem Feanor, więc połączenie sił wypadło wybornie. Efekt jest więcej niż zadowalający. Muszę przyznać, że David jest osobą niezwykle kreatywną, jest wspaniałym muzykiem i bardzo mocno wzmocnił nasz skład. Możemy nazwać "Power Of The Chosen One" sequel'em "The Triumph Of Steel"... ...Zdecydowanie tak, bo David chciał wykorzystać te pomysły na następcy "The Triumph Of Steel", i utrata tej możliwości była w tamtych czasach dla niego nieoczekiwana. Przez te wszystkie lata, nie nadarzyła się odpowiednia okazja, żeby cokolwiek zrobić z

owymi pomysłami, a Manowar nigdy ich nie wykorzystało. "Rise Of The Dragon" jest np. bezpośrednią kontynuacją "Ride The Dragon". Jeśli posłuchasz ich jeden po drugim, zauważysz, że w wielu aspektach są one podobne do siebie. Nie tylko dlatego, że zostały skomponowane przez tą samą osobę, ale też dlatego, że to miał być z założenia sequel już w czasach Davida w Manowar. Analogicznie, mamy bardzo długi i złożony hymn Manowar "Achilles, Agony And Ecstasy". Powiedziałem Davidowi, że chcę zrobić jego kontynuację, ale bez żadnego gitarowego/basowego/ perkusyjnego sola. Chciałem mieć coś takiego, że założysz sobie słuchawki na uszy, zamkniesz oczy i przeniesiesz się w wyobraźni w całkowicie inne miejsca, na tle majestatycznego krajobrazu muzycznego, z odpowiednimi efektami oraz z wyszukanym doborem instrumentów. Chciałbym, żeby słuchacz próbował przewidzieć, jak rozwinie się historia, i nagle usłyszał syreny, instrumenty typowe dla mu-

znam osobiście wielu muzyków zaangażowanych w Manowar. Pamiętam, że odkąd pierwszy raz usłyszałem "The Triumph Of Steel", chodziło za mną pytanie, co stanie się w następnej kolejności? Starałem się wyobrazić sobie, jakby to było wejść w ich buty, i co Joey mógłby wymyślić na następnym albumie. David pomógł mi w realizacji tej wizji. Pracowaliśmy tak jak dawniej, w tym sensie, że gitarzysta komponował wspólnie z basistą. Wracając do pytania, odpowiem, że muzycy Manowar czuliby swego rodzaju satysfakcję z "Power Of The Chosen One". Wiem też, że Joey DeMaio doskonale zna Feanor. Nie ulega wątpliwości, że jesteś prawdzi wym fanem Manowar. Spróbujmy teraz zmierzyć się z kolejnym odważnym stwierdzeniem. Mianowicie, czy byłoby fair powiedzieć, że "Power Of The Chosen One" jest co najmniej równie udaną, a może i lepszą płytą, niż wszystkie nowe albumy studyjne

Foto: Gustavo Jaimiez

zyki klasycznej, a następnie dał się zaskoczyć mocarnymi metalowymi fragmentami... Nigdy nie wiesz, co czai się za rogiem. O to mi chodziło. Jak już mówiłem, lubię czytać. Przyłożyłem się do zanalizowania "The Odyssey" i kiedy opowiedziałem o tym Davidowi, od razu w pełni się zaangażował. Jak myślisz, co powiedziałby dziś Eric Adams po wysłuchaniu "Power Of The Chosen One"? Czy zaakceptowałby to jako sequel "The Triumph Of Steel"? Pozwól mi zastanowić się chwilę nad tym pytaniem, bo jest podchwytliwe (śmiech). Nie mam pojęcia, jak on teraz zareagowałby. Mogę zaś odpowiedzieć na to samo pytanie odnośnie Joey'a DeMaio. Wszystko, co robimy w Feanor, wyraża pełnię respektu i zachwytu nad dokonaniami Manowar. Popatrz, mam tutaj pod ręką książkę Manowar, z autografem Joey'a (Gus pokazuje mi swój podpisany egzemplarz "The Blood Of The Kings" vol 1. przyp. red). Jestem ich prawdziwym fanem. Cokolwiek robię w nawiązaniu do Manowar, robię uczciwie. To nie jest tak, że próbuję zrobić coś w stylu Manowar, dlatego że wydaje mi się, że w Niemczech coś tam... Nie, nie, nie, nie. Jestem szczerym przyjacielem Rossa,

nagrane przez Manowar w XXI wieku? (zastanawia się) Nie wiem. W mojej subiektywnej opinii, coś się drastycznie zmieniło w Manowar po "The Triumph Of Steel". Lubię "Warriors Of The World", ale poziom leciał w dół po równi pochyłej, tak w kwestii kompozycji, jak i innych aspektów. Jedną z rzeczy, o których rozmawiałem z Davidem, i którą chciałbym się z Tobą podzielić, jest odczucie zachwytu podczas słuchania "The Triumph Of Steel", że słyszę gitary w prawym uchu, a bas w lewym uchu; zespół brzmi przy tym niebywale zwarcie (Gus wymachuje pięśćmi i imituje metalowy czad - przyp. red). Zapytałem Davida, jak oni tego dokonali? Czy wykorzystali tam jakieś studyjne sztuczki, typu cięcie mikro-fragmentów, specjalna edycja... Nie, nie, nie, nie. David odparł: "to jest prawdziwa muzyka, ludzie grają w tym samym pomieszczeniu widząc się nawzajem, true heavy metal". Wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Uwielbiam grać z osobami, których dobrze znam i rozumiem. W obecnych czasach zbyt wielu młodych muzyków komponuje coś w piwnicy, nadużywając komputerów. Są w stanie zrobić niemal wszystko: perkusję, klawisze, gitary i wszystko inne, używając tylko komputery. Brakuje interakcji pomiędzy prawdziwymi muzykami.

FEANOR

31


Coś jest po drodze gubione. Ważnym aspektem "Power Of The Chosen One" jest, że chcieliśmy zrobić to tradycyjnie - spotkać się w jednym miejscu, grać razem w studiu i w salach prób. Wprawdzie dużo robiliśmy też na odległość, wymieniając się plikami oraz opiniami on-line, ale ostatecznie materiał reprezentuje nasze prawdziwe muzyczne osobowości w świeżej odsłonie. Drugim wielkim i legendarnym zespołem, który ma wiele wspólnego z Feanor, jest Wizard. Ich wokalista Sven D'Anna dołączył do Was w 2016r., zaśpiewał już na poprzednim albumie "We Are Heavy Metal", a teraz na "Power Of The Chosen One". Jestem pod wrażenie jego śpiewu, i zastanawiam się, w jaki sposób udaje Wam się owocnie współpracować, skoro on mieszka w Niemczech, a Ty w Argentynie? To zabawna historia. Usłyszałem o Svenie po raz pierwszy w 1998 roku, kiedy ukazała się płyta Wizard "Bound by Metal". Mój argentyński znajomy prowadził magazyn muzyczny. Otrzymał przedpremierowy egzemplarz prasowy tego albumu i zadzwonił do mnie: "Hey, Gus, dostałem fajną muzykę z Europy, przyjdź do mnie do domu i koniecznie posłuchaj tego". Poszedłem, posłuchałem i odleciałem. Mówię o 1998, ok? Więc nie było e-maili. Napisałem ręcznie list, jak to się normalnie robiło i wysłałem go do Svena do Niemiec. "Hey man, uwielbiam Twoją muzykę, jestem pod wrażeniem Twoich umiejętności wokalnych, uważam

owi. "Hey Sven, jesteśmy przyjaciółmi, mam wolną posadę wokalisty, co Ty na to? Come on, chodź śpiewać ze mną!" Podobał mu się ten pomysł i tak zrobiliśmy. Znamy się od dwudziestu lat, więc nie było problemu. Czy Sven mówi po hiszpańsku? Po hiszpańsku nie, trochę po włosku. Możliwe, że czegoś nie zrozumiałem. Sven zaśpiewał na jednym utworze Feanor w okresie hiszpańskojęzycznym... Sven zaśpiewał w 2001 roku po angielsku. Utwór nazywał się "Houses Of Fire". Pewnie można ją gdzieś jeszcze znaleźć. Jest choćby na Bandcamp. Co sądzisz o najnowszej płycie Wizard "Metal in My Head"? Napisałem jeden utwór z tej płyty "Whirewolf" i zagrałem tam na fortepianie. To ballada, więc można powiedzieć, że jestem odpowiedzialny za zmiękczenie tego albumu (śmiech). Zagrałem też intro do otwierającego płytę "I Bring Light Into The Dark". Znam wszystkich członków Wizard osobiście, jesteśmy przyjaciółmi. Kilka razy poleciałem do Niemczech i uczestniczyłem w ich próbach. Feanor i Wizard to dwa różne zespoły, ale wiele nas łączy. Cieszę się ich sukcesem, a gdybyś zapytał, uważam, że powinni oni zdobyć popularność znacznie wcześniej. W tej chwili Wizard rządzi i dzieli na niemieckich listach przebojów. Wiem, że ich muzyka jest prawdziwa i

Foto: Feanor

Ciebie za znakomitego wokalistę; a oto mój zespół, wydaję właśnie pierwsze demo" itd. Sven wysłuchał mojego demo, odpisał, że znakomita muzyka i pozostaliśmy w kontakcie. Następnie, kiedy w 2001 roku ukazało się moje pierwsze mini-CD "Esto Es Para Vos", Sven pojawił się tam jako gość specjalny na jednym utworze. Oznacza to, że Sven pojawił się w Feanor już niemal dwadzieścia lat temu. Przez cały ten czas utrzymywaliśmy przyjazną znajomość, słuchałem Wizard, i swobodnie rozmawialiśmy o ewentualnej współpracy w przyszłości. Ostatni album Feanor w języku hiszpańskim ukazał się w 2010r. ("Hellas" - przyp. red), a następnie zmieniliśmy wokalistę. Naturalnym wydawało się zaproponowanie tej roli Sven-

32

FEANOR

zasługują na to. Jestem pod ich wrażeniem. Jedyne zastrzeżenie mam takie, że powinni oni nagrywać akustyczną perkusję. Mówiłem już to im: "Snoppi, żadnego midi, żadnej elektroniki; musisz nagrywać na prawdziwym instrumencie, w studio, z prawdziwym brzmieniem". Słychać różnicę, teraz brzmienie jest świeże i soczyste. Ogólnie rzecz biorąc, oba zespoły Feanor i Wizard pozytywnie na siebie wpływają. Wiele nas łączy - zarówno słabości, jak i mocne strony. Mówiliśmy już o Tobie, o wokaliście i o gitarzyście Feanor, a co dobrego chciałbyś powiedzieć o drugim gitarzyście Walterze Hernandez, oraz o perkusiście Emiliano

Wachs? Emiliano jest ekonomistą, fachowcem z magistrem, więc za dnia nosi garnitur i krawat. Lecz wieczorami, jak przychodzi co do czego, zamienia się w metalowego wariata, co widać na video. Bębni w Feanor od samego początku istnienia zespołu. Mądry i dobry przyjaciel, z niesamowitym wyczuciem perkusji. W jego żyłach oprócz metalu płyną też inne muzyczne inspiracje i jest otwarty również na inne style niż heavy metal. Mamy taki utwór "Bringer Of Pain" na "Power Of The Chosen One" i możesz się wsłuchać, jak on tam gra na hihat. Brzmi niezwykle jak na heavy metal. Typowy heavy metalowy perkusista zrobiłby to prościej, a on pokazał kunszt na "Bringer Of Pain", co odkryjesz, jak się wsłuchasz w hihat. Walter jest fantastycznym, bardzo utalentowanym gitarzystą i równie zaufanym przyjacielem. Ma bardzo spokojną osobowość, jest cichy i opanowany. To dobrze, że David i Walter są jak ogień i woda, bo dzięki temu nie ma pomiędzy nimi żadnych spięć. Gus, jesteś nie tylko basistą, ale multiinstrumentalistą. Zagrałeś na "Power Of The Chosen One" na: akustycznym basie, czteroi pięcio-strunowym basie, oud, fortepianie, bouzouki, a poza tym, w innym zespole Montreal, grasz na kayboardzie. Oud jest kombinacją jedenasto-strunowej akustycznej gitary ze skrzypcami (bo nie ma progów). Bouzouki to zaś grecka gitara z sześcioma strunami (aczkolwiek Irlandczycy zaadoptowali ją z ośmioma strunami), przypomina mandolinę, ale z niższym strojeniem. Nie spotkałem się dotąd z tymi instrumentami. Czy mógłbyś lepiej opisać ich rolę? Wow, man, widzę że naprawdę odrobiłeś swoje zadanie przed spotkaniem. Pozwól, że wyjaśnię to krok po kroku. W kwestii gry na basie, moim idolem jest Joey DeMaio, i tak samo jak on, gram na cztero- i pięcio-strunowym, a także na akustycznym, basie. Mam w domu fortepian, i gra na nim przyszła mi naturalnie, po opanowaniu basu. Kiedy komponowałem "The Odyssey" (chodzi o "The Return of the Metal King (the Odyssey in 9 Parts)" z najnowszej płyty Feanor - przyp. red.), stwierdziłem, że potrzebuję nadać mu nieco greckiego charakteru w warstwie instrumentalnej. Nie mówię o japońskiej odmianie, nie mówię o niemieckiej odmianie, lecz o 100% greckiej historii. Studiowałem to i dużo rozmyślałem, jak mógłbym to ukazać. Okazuje się, że bouzouki jest najbardziej swojskim instrumentem w Grecji. Znałem bouzouki już od jakieś czasu, grałem na nim dawniej, ale nigdy dotąd gry na nim nie nagrywałem. Był to pierwszy instrument, o jakim pomyślałem w omawianym kontekście. Zwróciłem się do greckiego stowarzyszenia w Argentynie, poszedłem z nimi biesiadować i poprosiłem, żeby przypomnieli mi grę na bouzouki. Co do oudu, jego opanowanie jest niezwykle trudne. To nie jest instrument grecki, lecz ma bardzo specyficzne, śródziemnomorskie brzmienie. Oud jest podobny do gitary, ale, tak jak powiedziałeś, nie posiada progów. Na jego temat rozmawiałem również z tym samym greckim stowarzyszeniem. Okazało się, że znają oni oud, więc pokazali mi jak na nim grać. Na pewno nie nazwałbym siebie mistrzem bouzouki, ani mistrzem oud, ale myślę, że nauczyłem się na tyle dobrze, że mogłem zarejestrować je na "The Odyssey" i przekazać za ich pośrednictwem swoją wizję pewnych fragmentów


utworu. Jestem zadowolony, że osiągnąłem taki a nie inny efekt, bez gitar, bez wiolonczeli, lecz właśnie z bouzouki oraz oud. Efekt brzmi z pewnością unikalnie, i odzwierciedla śródziemnomorską atmosferę. Mam nadzieję, że ludzie, zwłaszcza fani z regionu śródziemnomorskiego, słuchając tego utworu, poczują dokładnie to, co usiłowałem przekazać.

ny na całym świecie. Nikt nie rozumie tekstów ich utworów, ale wielu fanom kompletnie to nie przeszkadza. Dwa pierwsze longplaye Feanor ("Invencible" 2005r. oraz "Hellias" 2010r. - przyp. red.) ukazały się w całej Europie, pomimo tego, że były po hiszpańsku. Spotkały się z pozytywnym odzewem niezależnie od bariery językowej.

Wynika stąd, że o ile grasz true heavy metal, o tyle pozostajesz cały czas otwarty na inspiracje spoza tego gatunku muzycznego. Chciałoby się powiedzieć, że Feanor stanowi platformę do jednoczenia wszystkich ludzi na świecie, którzy wierzą w heavy metal. Czy chciałbyś, żeby Feanor pełnił funkcję takiej platformy? (zastanawia się) Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. Spróbuję odnieść się do pytania następująco. W dawnych czasach, powiedzmy, że w latach 80. XX wieku, nie mieliśmy wielu różnych podgatunków metalu. Był thrash, heavy metal, później death metal... wiesz, może cztery czy pięć. A dzisiaj mamy całe mnóstwo podgatunków metalu. Jako zróżnicowana społeczność metalowa, uczymy się utrzymywać przyjacielskie więzi pomimo różnic i ponad różnicami. Możesz mieć inny gust muzyczny ode mnie, ale wciąż pozostajemy kumplami, możemy razem się napić, i to samo tyczy się wielu innych różnic i sytuacji. Nie mam żadnych problemów z ludźmi, którzy myślą kompletnie inaczej ode mnie, mają różne wierzenia, historie życiowe, wyznają inne religie. Myślę, że jako społeczność metalowa, uczymy się każdego dnia, jak pokonywać takie bariery i stawać się bardziej empatycznymi oraz wzajemnie akceptującymi się. Byłoby wspaniale, gdyby nasza muzyka była jedną z metod realizacji takich dążeń. W skład Feanor wchodzą muzycy z trzech różnych kontynentów: obu Ameryk i Europy. Bardzo zależy mi, aby łączyć ludzi, których wiele różni. Gatunek ludzki ma zbyt długą historię wojen. Pieprzyć wojny. Powinniśmy być zjednoczeni i szanować się wzajemnie. Wiesz, możesz polecieć do Stanów Zjednoczonych i zobaczyć ludzi, którzy to, tamto, co innego... Nie, nie, to głupie podziały. Każdy z nas jest tylko człowiekiem. Powinno bardziej zależeć nam na wzmacnianiu tych elementów, które nas łączą, zamiast wzmacniać to, co nas dzieli. Cóż, jeśli chcesz znaleźć coś, co dzieli ludzi, pomysłów nigdy nie braknie, a to droga donikąd. Podsumowując, byłoby wspaniale, gdyby nasza muzyka łączyła ludzi.

Co konkretnie chciałbyś osiągnąć na metalowej scenie z "Power Of The Chosen One"? Wiesz, to jest pytanie o mindset. Chciałbym osiągnąć tak wiele, na ile mnie stać. Popatrzmy na końcówkę utworu "Rise Of The Dragon". Mieliśmy aż 33 kompletnie różne jego warianty. Pracowaliśmy niestrudzenie aż do

Języki również są elementem dzielącym. Jestem zbyt młody, aby się o tym wypowiadać, ale podobno w czasach komunistycznej Polski, czyli w latach 80. XX wieku, wiele osób w Polsce nie znało języka angielskiego, ale pomimo tego angielskojęzyczny metal miał moc łączenia ludzi. Podobnie było w Argentynie. Jeszcze kilka lat temu prawie nikt nie znał tutaj języka angielskiego. Do dziś 6 lub 7 spośród 10 zespołów w Argentynie ma teksty utworów po hiszpańsku, ale obecnie społeczność metalowa nie przejmuje się, po jakiemu śpiewa wokalista. Inaczej było w poprzednim stuleciu. Jeśli zespół metalowy w Argetynie śpiewał wtedy po angielsku, metalowcy krzywo na niego patrzyli, oczekując aby przestawił się na hiszpański. Na szczęście już się to zmieniło, i ludzie mają bardziej otwarte umysły. Popatrz np. na niemieckojęzyczny Rammstein, który jest słyn-

Nie, nie, nie, nie. Żadne dwa - trzy tygodnie! Nagrywaliśmy dwa lata. Jedną ze spraw, o których rozmawiałem z zespołem, jest taka, że zależało mi na uzyskaniu prawdziwego brzmienia, włącznie z prawdziwą perkusją oraz z prawdziwymi wzmacniaczami, bez żadnych pluginów. Więc kiedy nagrywasz w taki sposób, za każdym razem potrzebujesz wejść do studia ponownie, aby dokonać najmniejszej zmiany. W konsekwencji spędziliśmy mnóstwo czasu na nagrywaniu. Tak to jest, zwłaszcza, że mamy skład międzynarodowy. Otrzymywałem pliki on-line, analizowałem, czy wszystko się w nich perfekcyjnie zgadza, odsyłałem je z powrotem, żeby zagrali ponownie, ze względu na jakiś detal, i tak to się prze-

Foto: Feanor

momentu, gdy uzyskaliśmy odpowiednią wersję. Tak samo jest z całym "Power Of The Chosen One". Zależało mi od pierwszego dnia, żeby, jak już się to ukaże, to żebym był absolutnie pewny, że powstało najlepsze, co byliśmy w stanie stworzyć. Najlepsza produkcja, najlepsza sekcja instrumentalna, najlepsze kompozycje, najlepsze wokale itd. Teraz mogę spokojnie iść w nocy spać, ze świadomością, że w pełni zrealizowałem swoje ambicje. Jeśli słuchacze to lubią - pięknie. Ale jak dla mnie, ja już jestem w pełni usatysfakcjonowany. Zrobiłem to, na co tylko miałem wpływ, w 100% perfekcyjnie. Jestem pewien, że za 5 lat nie będą prześladować mnie myśli typu "oh, nie, powinienem to czy tamto zrobić inaczej". Nie, nie, nie, nie. Żaden etap powstawania "Power Of The Chosen One" nie był ponaglany. Nie myśleliśmy o rzeczach typu, "jak to zrobić, aby się sprzedało i przyniosło zysk". Włożyliśmy serce w każdy detal i czuję, że ten album już zrealizował swój pełen potencjał. Ile czasu zajęła sama sesja nagraniowa? (zastanawia się) Zaczęliśmy w 2018r... Prawie dwa lata. Dwa lata w studio? Yeah! Niebywałe. Nie wiem jak to skomentować. Dwa lata w studio! Inne zespoły nagrywają dwa lub trzy tygodnie, a Wy dopracowywaliście wszystko aż dwa lata w studio?

ciągało. Przy okazji wychodzi, jak ważny jest dla mnie ten aspekt heavy metalu, że nie musimy śpieszyć się, aby nadążyć za szybko przemijającymi trendami. Być może w innych stylach jest tak, że zespoły muszą pędzić z nagrywaniem, bo jeśli wydadzą płytę zbyt późno, to zostaną uznani za wtórnych, albo za przybyszów z innej planety, i nic nie osiągną. Heavy metal tak nie działa. Pozostaje taki sam, jak 5 lat temu, 10 lat temu itd. Jeśli tylko wkładasz serce w swoją twórczość, i kochasz to, co robisz, otrzymasz fajny efekt. Yeah, rejestracja "Power Of The Chosen One" zajęła nam wiele czasu, włożyliśmy w nią wiele pracy i mnóstwo pieniędzy. W utworze "Hell Is Waiting" mamy ostrzeżenie: "False game, follow your heart and win". Co jest według Ciebie tą fałszywą grą? (śmiech) Bardzo celny cytat. Ohohoho (zastanawia się). Lubimy, gdy każdy słuchacz może nadać inne znaczenie różnym zwrotom. Możliwe, że ktoś pomyśli sobie o konkretnej sytuacji z własnego prywatnego życia, ale fałszywa gra będzie odnosić się do innych ludzi z otoczenia słuchacza. Nie jestem pewien, czy rozumiesz, o co mi tutaj chodzi? O podążanie za własnymi gustami muzy cznymi, a nie za trendami? Yeah, to jest jedno ze znaczeń, ale też chodzi o uniwersalne podążanie za własnym sercem i cierpliwe kontynuowanie obranego kursu.

FEANOR

33


Czasami ktoś stara się oszukać siebie, udając kogoś innego, i to jest fałszywa gra. Ktoś inny stara się wyglądać jak ktoś tam, i to też jest fałszywa gra. A więc namawiam wszystkich, żeby żyli w zgodzie z sobą, i z tym kim są, a wtedy wygrają. Pójdą spać ze świadomością, że postępowali prawidłowo. Ja to interpretuję w taki właśnie sposób, ale rozumiem, że ktoś inny może spojrzeć na ten tekst z innej perspektywy. Kiedy zobaczyłem, że robisz coś na temat "The Odyssey", od razu skojarzyłem to sobie z Symphony X, który miał cały album o takim właśnie tytule. Oczywiście, znam Symphony X, ale nie kojarzę ich "The Odyssey". Basista Symphony X, Mike LePond, udziela się w solowym projekcie Rossa The Bossa, stąd orientuję się, co to jest Symphony X. "The Odyssey" jest moim ulubionym albumem Symphony X, może dlatego, że wydaje mi się ich najbardziej zwartym, konkretnym i zapamiętywalnym dziełem. W każdym razie, wyjaśnij proszę rolę Odysei w utworze

maskę? Taka refleksja przewija się zresztą przez cały album. Sprowadza się to do podjęcia wyzwania odnalezienia swojej prawdziwej tożsamości, aby wydobyć ją do sfery świadomości i nigdy więcej nie obawiać się jej jako czegoś tajemniczego, nieznanego i groźnego. Zdaję sobie sprawę, że jest to rodzaj poetyckiej inwencji przeze mnie poczynionej, i nie wszystkie spośród 9 części "The Return Of The Metal King (The Odyssey)" wiernie opowiadają historię przedstawioną w Odysei. Podam inny przykład. W jednej sekcji zastanawiałem się nad Ulyssesem i jego żoną, zacząłem grać na instrumencie i przez moją wyobraźnię przesuwały się obrazy o tym, jak bohater poległ, będąc jeszcze daleko od domu. Wprowadziłem wówczas własne poetyckie pomysły, których nie znajdziesz w eposie. Rozumiem, że myślałeś o Odysei również przy okazji tworzenia innych utworów, a nie tylko tego ostatniego? W znaczeniu ogólnym, można tak powiedzieć. Mamy np. utwór "This You Can Trust" o tym, że musisz wierzyć w siebie, nie przyjmować bezkrytycznie wszystkiego, co ludzie Foto: Feanor

zamykającym ostatnią płytę Feanor. Odyseja opowiada historię długiej podróży Ulyssesa do domu. Jest on oczekiwany przez żonę, i musi sprostać wielu wyzwaniom oraz przeszkodzom na drodze powrotnej do domu. Czytając ten epos, starałem się wyobrazić sobie poszczególne wątki i wyrazić je na swój poetycki sposób. Uważam, że słabe byłoby odwzororywać literalnie cały koncept na płycie, słowo w słowo. Pozwoliłem sobie na swobodną interpretację. Dla przykładu, w części piątej zatytułowanej "Odysseus´s Mirror" chciałem postawić Odyseusza przed lustrem i rozstrzygnąć, czy to co mówi, jest prawdą czy fałszem. Główny bohater książki kłamie przecież syrenie, kłamie Cyclopowi i wielu innym, po to aby uzyskać, co zechce. Uosabia on więc naciągacza i kłamcę. A zatem, Odyseusz analizuje swoją twarz w lustrze i zastanawia się, czy zachowuje się w porządku. Dokonuje autorefleksji. Wspominaliśmy już wcześniej o tym, żeby być konsekwentnym wobec siebie samego. Tutaj pojawia się pytanie: patrząc na siebie w lustrze, czy widzisz siebie, a może

34

FEANOR

wokół wygadują, i szukać własnego przeznaczenia. Może to trywialne pytanie, ale je zadam, dobre słowo nie zaszkodzi: czy jesteś zadowolony z supportu otrzymywanego od Massacre Records? Oczywiście, jestem zadowolony. "Power Of The Chosen One" to nasz drugi album z Massacre Records. To wspaniały label, czujemy się częścią ich rodziny.

żeby było to możliwe. Wiem, że duże zespoły przekładają teraz wszystko na 2022r. A skoro duże zespoły tak robią, to nie pozostanie wtedy wiele przestrzeni na średnie i małe zespoły, więc nasza trasa po Europie będzie wydawać się równie trudna w 2022r. Mam nadzieję, że się uda, ale w tej chwili nie wiem i nie mogę niczego obiecać. Nie mam kryształowej kuli, aby przewidzieć przyszłość. Mogę natomiast tworzyć nową muzykę i robię to. Na albumie Feanor "We Are Heavy Metal" z 2016 roku, pojawia się postać Gilgamesza z mezopotomskiej mitologii ("The Epic of Gilgamesh Pt.1 (The Quest for Glory)" - przyp. red.). Pracuję teraz nad kontynuacją tego wątku w ramach utworu "Gilgamesh 2". Jestem wielkim fanem nie tylko greckiej, ale również sumeryjskiej historii. Komponuję też w tej chwili kilka innych kawałków, więc jak tylko opadnie kurz po szaleństwie związanym z premierą "Power Of The Chosen One", zabiorę się intensywnie za następny album. Moim zdaniem Feanor potrzebuje dużej pro dukcji koncertowej, podobnie jak Manowar występował z rozmachem. Nie potrafię wyobrazić sobie koncertowania Feanor w małej salce i robienia streamingu on-line z takiego wydarzenia. To nie pasuje do majestatycznego charakteru Feanor. Potrzebujecie żywego show w przestronnych miejscach koncer towych. Nie lubię tej idei streamingu koncertu on-line. To w ogóle nie pasuje do mojego sposobu postrzegania muzyki. Jak najbardziej powinieneś oczekiwać normalnych występów Feanor z porządną oprawą sceniczną. Jest to jeden z powodów, dlaczego nie wyobrażam sobie trasy Feanor w tym roku. Jeżeli nie pozwolą nam zrobić czegoś dobrze, to lepiej w ogóle tego nie robić. Nie da się ukryć, że jesteś perfekcjonistą. Gus, czy chciałbyś jeszcze coś dodać na zakończenie wywiadu? Podsumuję, że "Power Of The Chosen One" został stworzony z prawdziwą pasją, stanowi efekt niestrudzonego dążenia do perfekcji i cechuje się nieskazitelną uczciowością. Wszyscy zaangażowani muzycy kochają to, co zrobili. Mam nadzieję, że słuchacze to polubią, ale niezależnie od ich opinii, ja mogę iść każdej nocy spać w spokojnym przeświadczenu, że zrealizowałem w pełni swój potencjał muzyczny. Dziękuję za wywiad. Gratuluję albumu, zrobiłeś wielki kawał znakomitej muzyki. Dzięki, miło to słyszeć. Kiedy byłem nieletni, miałem w pokoju plakat Manowar. Kilka lat później zacząłem z nimi grać, a teraz wydaję dopracowaną do granic możliwości płytę z Davidem Shankle. Marzenia się spełniają! Sam O'Black

Czego możemy spodziewać się ze strony Feanor w przyszłości? Zaczynamy już komponować nowe utwory na kolejną płytę. Mamy sporo świeżych pomysłów. Kiedy spoglądam na dyskografię Feanor, wychodzi mi, że wydaję płyty średnio co pięć lat. To nie dobrze. Potrzebuję robić to częściej. Tak więc rozpocząłem już pisanie nowej muzyki. W normalnych okolicznościach, chciałbym odbyć trasę koncertową po Europie i obu Amerykach, ale teraz w związku z pieprzonym "cowidem", nie wydaje mi się,


Total Human Distortion), no i Dragon zasnął na lata…

Przebudzenie smoka Dragon po ponad 20 latach milczenia wrócił do pełnej aktywności, wraz ze świetnym albumem "Arcydzieło zagłady". Formuła charakterystycznego dla katowickiej formacji thrash/death metalu została tu dopracowana do perfekcji, a do tego Dragon brzmi na nim tak, jak nigdy dotąd, klarownie i potężnie. Tym większa szkoda, że - póki co - nie ma mowy o koncertowej promocji tego materiału. Lider grupy zapowiada jednak, że wrócą na sceniczne deski tak szybko, jak się da, a póki co, żeby nie marnować czasu, zespół przygotowuje już materiał na kolejny album. HMP: Z perspektywy czasu oceniam, że "Twarze" nie powinny być firmowane nazwą Dragon, bo ta płyta, tak przecież odmienna od waszych wcześniejszych dokonań, przyniosła chyba w sumie zespołowi więcej szkód niż korzyści? Jarek Gronowski: Cześć! Przechodząc od razu do rzeczy - tak, zgadzam się całkowicie. To zresztą było trochę do przewidzenia… Dragon to zespół death/thrashowy, to jest "nasza" od zawsze i na zawsze muzyka. A tak, trochę "na boku" z Fredem, pojawił nam się pomysł zagrania, na chwilę, czegoś innego. Trochę wstecz, do hard rocka, trochę do przo-

świadczył choćby Tony Iommi, kiedy wydawca wymógł na nim, by wydał solowy album pod szyldem Black Sabbath i wy też nie potrafiliście odmówić? Identyczna wręcz! Nie minął rok od premiery "Twarzy" i Dragona już nie było - na tamtym etapie było to nieuniknione, wypaliliście się po latach intensywnej pracy? Trochę tak i trochę nie, a może faktycznie się zmęczyliśmy, ale niekoniecznie muzycznie. Inne wtedy były też perspektywy i możliwości grania. Życie też nas dopadło, obowiązki

Foto: Dragon

du, do industrialu, ot, tak się bawiliśmy na próbach i ostatecznie nam się trochę takiej "dziwnej" muzyki nazbierało. Od początku jednak chcieliśmy to wydać pod odrębna nazwą. Miało to być "Virtual Vision" - takie dwa "V" obok siebie. No ale tak, zainwestowaliśmy w studio, chcieliśmy materiał wydać, a Tomek Dziubiński (bo z nim się ostatecznie umówiliśmy) strasznie namawiał na nazwę Dragon. A nawet nie tyle namawiał, co postawił warunek. I tak to poleciało… To nawet nie to, że uważam, że ten materiał jest "słaby" czy się go wstydzę, on po prostu nie powinien nigdy wychodzić pod nazwą Dragon. No bo to nie jest Dragon. (śmiech) Była to więc taka sama sytuacja, jakiej do-

36

DRAGON

zawodowe, rodzinne, ale przede wszystkim moje inne propozycje i działania muzyczne. Właśnie wtedy, po "Twarzach" mocno wszedłem w Kata. Najpierw zrobiłem trasę "Szydercze zwierciadło", gdzie grałem z Romkiem, Fazim, Jackiem i Irkiem, potem z Piotrem Luczykiem miałem projekt Adrenalina (graliśmy m.in. koncert na zlocie fanów Metalliki - wyszedł z tego nawet album koncertowy), ta Adrenalina przekształciła się w Kata z epoki "Mind Cannibals" - no i nie miałem czasu na Dragona. Golem (Tomek Dańczak, nasz ówczesny bębniarz) poszedł do Darzamat, potem do Crystal Viper, po jakimś czasie dołączył do niego Tomek Woryna (bas z okresu "Twarzy"), Fred nagrywał z Piotrem Sobaszkiem (mieli taki bardzo fajny projekt -

Tych 15 lat przerwy wyszło wam jednak chyba na zdrowie, bo wróciliście z ogromną ener gią, wręcz entuzjazmem - bardzo brakowało tobie i Adrianowi Dragona, stąd pomysł reaktywacji? Nawet nie wiedzieliśmy, jak bardzo nam tego brakowało, dopóki nie zaczęliśmy znowu razem grać! Kiedy pojawiła się inicjatywa "Metalmania 30 lat później" , postanowiliśmy skrzyknąć się "na chwilę", zrobić z pięć numerów na ten jeden koncert. Wystarczyło jednak na pierwszej próbie razem zagrać "Armageddon", "Beliar", "Upadły Anioł", "Łzy Szatana" i wszystko było jasne. Cała radość wspólnego grania wróciła w jednej chwili. A to, że potem tę "Metalmanię" odwołano… w sumie nic już nas nie odchodziło. (śmiech) Krzysztof "Fazee" Oset to twój dobry zna jomy, graliście też razem w Kacie, stąd jego akces na pozycję basisty był oczywisty? Na pierwszych próbach graliśmy jeszcze z Grzegorzem "Demonem" Mroczkiem, tak, jak lata temu nagrywaliśmy "Fallen Angel" czy "Scream Of Death". A gdy się okazało, że Demon już nie może grać, absolutnie naturalne było dla mnie, że zaproszę do kapeli mojego serdecznego przyjaciela Faziego. To wspaniały muzyk, wspaniały instrumentalista i wspaniały kompan. Wspólne granie i komponowanie to sama przyjemność. Z perkusistami mieliście już jednak problem: Krystian "Bomba" Bytom odszedł do Iscarioty, Ireneusz Loth zastąpił go na krótko domyślam się, że rozstaliście się z nim z podobnych powodów co Roman Kostrzewski, aż do trzech razy sztuka, skład dopełnił znacznie od was młodszy Mikołaj Toczko i był to strzał w przysłowiową dziesiątkę? Kłopoty "perkusyjne" spowodowały, że "Arcydzieło..." ukazało się "dopiero" w roku 2021. Gdzieś nam rok dobry po drodze umknął. Wiadomo - Dragon to granie gęste, techniczne, wymagające sporo kombinowania, sporo pracy na próbach, żeby się motywy dobrze poukładały, harmonijnie ze sobą zgrały. A myśmy grali raz w tygodniu, w niedzielę rano, i praktycznie tylko na tych próbach materiał szlifowali. No to nam tak niesporo szło, że po tym, jak wspólnie z Bombą zgraliśmy "Przemoc", to praca nad "R.T.H." tak się wykrzaczyła, że zarzuciliśmy dalsze zgrywanie materiału, a jak się okazało, że Bomba częściej prób grać nie może, konieczna stała się zmiana. Irek był naturalnym kandydatem - od lat się znamy i kolegujemy, bębniarz to przedni, akurat rozstał się z Romanem - zaprosiliśmy go do wspólnego grania. Na początku dobrze nam się pracowało, ale z biegiem prób widać było, że inaczej podchodzimy do muzyki. Irek wolał klasyczny metal, my mocny napieprz. A jeszcze pojawiły się różnice dotyczące przyszłości kapeli - Irek wyobrażał sobie to raczej jako jednorazowy projekt muzyczny, a my nalegaliśmy, żeby grać również nasz "dragonowy" repertuar… no i kolejny rok minął. A potem nadszedł czas Mikiego - posłaliśmy mu materiał do zrobienia, a on w parę tygodni wszystko opracował i to tak, że nie mieliśmy najmniejszych uwag do jego propozycji. Gra idealnie tak, jak chcieliśmy, żeby to było zagrane.


Z koncertu Partyzanta pamiętam, że to bardzo uniwersalny, zdolny bębniarz, a zawartość "Arcydzieła zagłady" potwierdza, że świetnie odnalazł się również w jednoznacznie metalowej stylistyce? Powiem nawet inaczej - Mikołaj to na wskroś metalowy bębniarz, który świetnie odnajduje się również w nieco lżejszej stylistyce. Ale jego "core" to metal - Slipknot, Gojira, takie "gęste" klimaty perkusyjne. Wiele bardziej znanych zespołów reaktywuje się tak naprawdę nie wiadomo po co, to jest w sumie tylko dlatego, żeby trochę pograć i zarobić. U was nie było o tym mowy, powrót był równoznaczny z podjęciem prac nad szóstym albumem? Absolutnie tak. Jak tylko uznaliśmy, że idziemy dalej niż ta cała "Metalmania 30 lat później" (czyli gdzieś tak na drugiej próbie) było jasne, że będziemy robić kolejny, piąty, album ("Twarze" to, będę się upierał, Virtual Vision śmiech). Trafiły nań wyłącznie najnowsze kompozycje, nie sięgałeś tu do jakichś remanentów z lat 90. czy z następnych dekad? Nie, żadnego odgrzewania starych bułek. Wszystko było komponowane na świeżo, począwszy od "Skazy" (która zaczęła się rodzić wiosną 2017) przez "Przemoc" i "RTH" (wiosna 2018), "Arcydzieło zagłady" (lato 2018), "Kłamcę" (jesień 2018) , "Nie zginaj kolan" i "Czas umiera" (2019) aż po "Klatkę przeznaczenia" (lato 2020). Jasne, poszczególne riffy, motywy, fragmenty solówek tkwią czasem w głowie latami, i pojawią się znienacka (solówka z "Przemocy", riff początkowy z "R.T.H.") ale całościowo kompozycje są nowe, nieśmigane. To prawda, że w pewnym momencie zacząłeś iść w bardzo progresywnym kierunku, czego efektem było wzbogacenie poszczegól nych kompozycji o tyle instrumentalnych wątków, że aż musieli interweniować koledzy? (śmiech) Razem z Fazim tak nas czasem ponosiło (śmiech). Numery powstawały najpierw w wersjach instrumentalnych - nie zawsze było dość miejsca na ryby wokalne, a kolejne motywy i zagrywki przeplatały się coraz to gęściej. Potem mieliśmy "piosenki" po 10 minut…Tu duża rola Freda, który, słysząc ten nasz barokowy rozmach wołał: "Panowie, a gdzie ja? Tu jakiś wokal jest potrzebny!". W sumie od początku istnienia Dragon znany był z długich, rozbudowanych kompozycji, nie jest to więc w waszym przypadku żadne novum. Ciekawi mnie bardziej, czy po tylu latach rozbratu z zespołem było ci łatwo ponownie wpasować się w jego stylistykę, zaproponować coś, co od razu fanom będzie kojarzyć się z Dragonem? Jak już mówiłem - Dragon to nasze prawdziwe "ja", to nasza stylistyka, mocny, brutalny death/thrash metal z progresywnym zacięciem. Taka muzyka jest we mnie od zawsze, takiej muzyki słucham, taką komponuję i taką najbardziej lubię. Fazee był tu chyba bardzo pomocny, nie tylko mając wpływ na aranżacje twoich kompozycji, ale też pisząc utwór tytułowy? Totalnie! Bez Faziego "Arcydzieło..." by nie powstało, i nie tylko dlatego, że napisał rewe-

lacyjny numer tytułowy, ale utworzyliśmy taką mega-sprawną spółkę aranżacyjną. On też "szlifował" moje czasami nieuczesane kompozycje i motywy, nadawał im konstrukcji (ja zresztą zrobiłem tak samo z "Arcydziełem..." - śmiech). Obaj jesteśmy nadaktywni, wrzucamy mnóstwo zagrywek i patentów, to potem ten drugi doprawia. Trudniej pisze się, czy już dopracowuje dany utwór, kiedy to pojawia się wiele opcji i możliwości aranżacyjnych? Ja, w pewnym sensie, cały czas "komponuję", mnie się riffy w głowie wciąż nowe kłębią i jak tylko łapię gitarę w rękę, to "wyskakują", tak, że zbieranie materiału na numer to nie jest dla mnie duża trudność. Zabawa się zaczyna, kiedy muszę te patenty i zagrywki jakoś poukładać, zrobić "porządek na strychu". Wtedy Foto: Wojciech Ziemski utwór nabiera swojej struktury, kształtu. No a kolejny etap, to jak moje pomysły przedstawiam na próbach reszcie kapeli. I zaczyna się wtedy jazda. A tu harmonie inne, a tu tempa do zmiany, a tutaj to, a tutaj tamto, a może zmienimy strój wioseł, a gdzie wokale? To jak układanie puzzli - uwielbiam ten stan, wtedy, kiedy czujemy, że powstaje coś nowego. Wyprodukowaliście "Arcydzieło zagłady" sami, wraz z Tomaszem Zalewskim, co chyba ułatwia wiele spraw, jeśli ma się oczywiś cie sprecyzowaną wizję całości, nie zdaje się na przypadek podczas nagrań? My z Fazim mieliśmy wizję naszej muzyki jasno sprecyzowaną, z kolei Zed to jest po prostu Arcymistrz brzmienia. Połączyliśmy więc siły, nasze oczekiwania i jego umiejętności - a końcowy efekt uważamy za znakomity. Podoba mi się brzmienie tej płyty - śledziłeś obecną scenę metalową, miałeś dość syntety cznych, nijakich dźwięków, striggerowanych bębnów, etc. - to miał być żywy, potężny sound, taki jak w czasach, kiedy choćby nagrywaliście w Giełdzie na taśmę "Fallen Angel" czy "Scream Of Death"? To jest tak…. faktycznie chciałem osiągnąć "żywy, potężny sound", żeby był naprawdę metalowy a nie "plastikowy", jak to czasami się zdarza przy zbyt przepracowanych brzmieniowo płytach, ale z kolei to brzmienie "Fallen..." czy "Scream…" tak, chciałem nawiązać do tego, jak wtedy brzmiał metal - ciężko, mocno, naturalnie, ale na wymienionych przez ciebie płytach rezultat nie był do końca taki, jaki sobie wyobrażaliśmy. Szczególnie ucierpiał na złej realizacji "Fallen..." - to była pierwsza deathmetalowa płyta nagrywana w

Polsce, operatorzy ze Studia Giełda zupełnie nie byli na taką estetykę przygotowani, traktowali nas trochę jak żart i w rezultacie efekt końcowy wyszedł taki trochę "piwniczny". Na "Scream..." było już dużo lepiej, ale i tak nie ma żadnego porównania do obecnych możliwości i talentu Zeda. "Arcydzieło..." jest na pewno najlepiej wyprodukowaną i nagraną płytą Dragona! Pełna zgoda! Teksty to ponownie twoje dzieło i wnoszę z nich, że wciąż najbardziej interesuje cię człowiek jako taki, z jego wszys tkimi słabościami i wadami. W obecnych czasach są one jeszcze bardziej widoczne, niż choćby w latach 80. czy 90., co nie jest zbyt dobrym prognostykiem dla ludzkości jako takiej? To prawda. Zmieniłem sposób opowiadania, ale tematyka wciąż jest zbieżna z naszymi wcześniejszymi utworami. Wciąż w centrum jest Człowiek (to "arcydzieło zagłady") - ofiara własnych słabości, igraszka w rękach okrutnych, bezlitosnych mocy, wciąż wracam też do Upadłego Anioła, zbuntowanego przeciw władzy Ojca ("Klatka przeznaczenia"). No i Apokalipsa, koniec wszechrzeczy, tytułowa Zagłada, ku której zmierza ludzkość. Ballada nie jest czymś typowym w dorobku Dragona - skąd pomysł na "Czas umiera", zresztą w sumie utwór dla tej konwencji dość nieoczywisty, z bardzo intensywną końcówką? Kiedyś, kiedy graliśmy jedną z pierwszych wspólnych z Irkiem prób, tak sobie na sucho zacząłem przygrywać delikatny motyw, który miałem w głowie. A Irek, jak tylko usłyszał te dźwięki, to się totalnie zapalił. "Musimy z tego

DRAGON

37


zrobić balladkę, no musimy!". No i jak powiedział, tak skomponowałem. Na koniec wrzuciłem do niej "dragonowe" granie i totalny napieprz, więc koniec końców spodobała się nam wszystkim na tyle, że wylądowała na płycie. Muszę powiedzieć, że duże piętno odcisnął na warstwie instrumentalnej utworu Miki, który podszedł do wykonywanej przez siebie partii w bardzo niekonwencjonalny sposób. Wystarczy posłuchać zakończenia. (śmiech) Ten materiał aż prosi się o koncertowe wykonania, a tu nic z tego, pandemia... Uznaliście jednak, że skoro płyta jest gotowa, to nie ma co zwlekać z jej premierą, licząc, że koncerty w końcu wrócą, nawet jeśli z jakimiś obostrzeniami czy limitami publiczności, ale zawsze? Już aż za długo zwlekaliśmy z jej wydaniem już się materiał na jej następczynię ostro pisze! Trudno, pandemia nie pandemia, trzeba było tę płytę wydać. Swego czasu tak "przenosiliśmy" materiał na "Sacrifice" - nic nowego nie powstaje, wciąż się grzebie w niezamkniętych formach, bez sensu. Choć prawda, że brak możliwości promowania płyty live jest naprawdę ciężki, przed covidowymi czasami do głowy by mi nie przyszło - płyta to się z automatu wiąże z trasą promującą - z ogrywaniem materiału na żywo, z fanami. Trudno, czekamy niecierpliwie końca z nadzieją na koncerty. Wyobrażasz sobie sytuację, że nie ma już koncertów? Byłby to chyba zabójczy cios dla muzyki, nie tylko metalowej, ale generalnie jako takiej? Nie, to się musi kiedyś skończyć, oby jak najprędzej. Jestem z natury optymistą i wierzę, że już jesienią będzie możliwe granie live. Z tych naszych klasycznych zespołów lat 80. chyba tylko wy, Stos i niedawno reaktywowany Open Fire nie macie na koncie regularnego albumu koncertowego - będzie co nadrabiać, gdy już granie na żywo będzie możliwe, doczekamy się więc waszej płyty live, choćby na zbliżające się wielkimi krokami 40-lecie zespołu w roku 2024? Bardzo byśmy chcieli, chyba najlepiej w formule DVD (z obrazem). To wszystko zależy oczywiście przed wszystkim od końca pandemii i tego, w jakiej sytuacji ona zostawi cały rynek muzyczny. Jak się będzie grało koncerty, w jakich warunkach itp. Ale jeszcze raz potwierdzę, nagranie koncertowego materiału, najlepiej z obrazem, to nasze marzenie, może nawet więcej, nasz plan na nadchodzący czas. No i kolejna płyta! Wojciech Chamryk

38

DRAGON

Druga szansa - Trzeba grać i czerpać z tego przyjemność - mówi Matt Lipik. Trudno się z takim podejściem nie zgodzić, tym bardziej, że jego Asylum wrócił właśnie do pełnej aktywności po blisko 10-letniej przerwie. Na początek zespół wydał nakładem niemieckiej firmy Metal Blast Records debiutancki album "Independent" z roku 2010, który wtedy trafił do szuflady, a w nowym składzie pracuje nad premierowym, jeszcze mocniejszym materiałem. HMP: Asylum to świetna nazwa dla metalowej kapeli, ale bardzo już wyeksploatowana - mimo to uznaliście w roku 2006, że warto wybrać właśnie ją, tym bardziej, że w Polsce nie była dotąd wykorzystana? Matt Lipik: W tym czasie nazwę Asylum zaproponowałem, bazując bardziej na własnych odczuciach i tym co głęboko we mnie siedziało, gdyż każde wyjście na próbę było dla mnie swoistym azylem, ucieczką od codziennych obowiązków, problemów, zajęć, czasem nawet od rodziny. Asylum mi to wtedy dawało, pomyślałem więc że taka nazwa jest idealna dla zespołu, który to moje zdanie potwierdził i tak pod tym szyldem zaczęliśmy muzyczną przygodę, nie zastanawialiśmy się wtedy nad tym czy Asylum jako nazwa jest wyeksploatowana czy nie, dla nas było OK i był to nasz azyl. Na początku często zresztą zmienialiście nazwy, skład również był dość płynny i dopiero na etapie EP "Beyond Beliefs" wszystko trochę okrzepło, zaczęło zmierzać w odpowiednim kierunku? Tak, "Beyond..." było taką wisienką na torcie, z racji właśnie ustabilizowanego składu; częste przetasowania niestety nie pozwalały na ukończenie materiału, ale kiedy znaleźliśmy odpowiednie osoby w tym charyzmatycznego wokalistę (Maro Kaszyca), wspólnie stwierdziliśmy że to jest to i przyszedł czas by zarejestrować utwory w studio. Materiał który znalazł się na EP-ce dał nam wiele radości, choć patrząc z perspektywy czasu, dużo można byłoby w nim zmienić. Dla nas jednak jest to historia, która ma wiele dobrych i złych wspomnień, ale napewno ukształtowała Asylum w pozytywny sposób. Pomimo kolejnych zmian składu dość szybko sfinalizowaliście sesję nagraniową debiutanckiego albumu "Independent". Paradoksalnie ten przełomowy dla zespołu krok stał się zarazem początkiem jego końca, bo minęło raptem kilka miesięcy i było już po Asylum - co takiego się stało, że tak nieoczekiwanie zakończyliście działalność? Po nagraniu "Beyond Beliefs" skupiliśmy wszystkie moce twórcze i zaczęliśmy prace nad nowym materiałem. Finalnie mieliśmy utwory, które można powiedzieć były szkieletami tego, co znalazło się na "Independent", ten materiał był prezentowany na koncertach w Polsce i we Francji. Niestety po tej ostatniej trasie stwierdziliśmy że wokal musi zostać zmieniony i miejsce Mara zajął Paweł "Zły" Kiedziuch (bas/vox). Taki ruch wymusił na nas nowe aranżacje tych utworów, tak by współgrały z nowym wokalem. Paweł ciężko pracował nad formą liryczną - był to jego debiut wokalny i udało się, według mnie zrobił kawał dobrej roboty. Po nagraniu "Independent" w nieistniejącym już niestety Studio 78 zaczęliśmy przygotowywać promocję materiału, organizując koncerty, nie-

stety nie było to łatwe; coraz mniej ludzi przychodziło na gigi, zaczynała się ta era której teraz doświadczamy, podziały obowiązków w zespole nie były równe, na niektórych spadło wszystko, niektórzy się wycofali - takie standardy zespołowe. To wszystko zaczęło nas przerastać, może nawet irytować, więc koncert w zakopiańskim Ampstrongu (jak się później okazało) był naszym pożegnalnym. O wydawcę nigdy nie było łatwo, może powinniście wykazać się większą cierpliwością? W każdym razie "Independent" na lata stał się taką zapomnianą płytą, wypuszczoną w minimalnym nakładzie w postaci promocyjnych CD-R - ta sytuacja musiała nie dawać ci spokoju, stąd decyzja nie tylko o reaktywacji zespołu, ale też jak najszybszym opublikowaniu "Independent", początkowo w wersji cyfrowej na Bandcampie? Dokładnie. Po tych całych zajściach, każdy z nas poszedł w swoją stronę, płyta trafiła do szuflady i tak się zakończył etap metalowego Asylum. Nikt nie pomyślał nawet o tym, by proponować jakiejkolwiek wytwórni płytowej tego krążka, byliśmy po prostu wypaleni i nie mieliśmy ochoty dalej się w to bawić. Bodźcem do reaktywacji zespołu stał się Maro Kaszyca, który to zaproponował mi złożenie Asylum z czasów "Beyond Beliefs" tylko na jeden charytatywny koncert dla naszego znajomego Pawła z KSU. Koncert odbył się w Zakopanem 23.08. 2019, zgromadzając niemałą publiczność. Znowu we mnie zawrzało i po 10 latach "odpoczynku" od trashowych nutek, doszło do mnie. że nie można tego materiału tak zostawić i należałoby dotrzeć z nim do szerszego grona - wiesz, skoro ja miałem gęsią skórkę słuchając "Independent" to może innym też się spodoba (śmiech). Początkowo stwierdziłem, że płyta będzie dostępna w wersji cyfrowej na Bandcampie i z tamtego miejsca promowana, ale jak się później okazało Metal Blast Records zainteresował się tym materiałem i wytwórnia postanowiła wydać album "Independent" w Niemczech i Polsce. Teoretycznie reedycja płyty nie jest niczym skomplikowanym, jednak zważywszy fakt, że skład firmujący "Independent" już dawno przeszedł do historii, mogły być z tym problemy, bo któryś z dawnych kolegów mógł przecież postawić veto? Rozumiem jednak, że wszystkim wam zależało na tym, aby ta płyta ujrzała w końcu światło dzienne? Zdawałem sobie z tego sprawę i zanim podjąłem decyzję obgadałem temat z każdym, kto przy "Independent" pracował, nie zrobi bym tego bez zgody chłopaków. Jakże miłe były słowa "Złego", który to przysłowiowo poklepał mnie po ramieniu i powiedział: "szacun, że to udźwignąłeś i można ten album w łapie potrzymać". Zainteresowanie tym materiałem przełożyło


się też na fakt, że niedawno ukazał się nakładem wytwórni Metal Blast Records - to chyba nie przypadek, że firmuje go niemiecka firma, zważywszy na popularność thrashu na tamtejszym rynku? Tak, kilka wytwórni było zainteresowane "Independent", ale gdy przeczytałem maila od Tobiasa z Metal Blast Records, wspólnie ustalając szczegóły kontraktu włącznie z trasą promocyjną, postanowiłem że warto mu zaufać i pozwolić by to MBR wydało ten album, a fakt że pojawi się na niemieckich półkach dodatkowo wywoływał u mnie zachwyt. Ponownie żaden polski wydawca nie był zain teresowany tym materiałem, czy już go nie szukaliście, mając na uwadze wcześniejsze, nie najlepsze, doświadczenia pod tym wzglę dem? Nie szukaliśmy, Metal Blast Records zaproponował korzystne warunki, więc będąc lojalnym pozostaliśmy przy tej wytwórni. Nie ukrywam że temat pandemii pokrzyżował trochę plany i termin wydania płyty mocno się przedłużył, finalnie udało się jednak wytłoczyć krążek, który dostępny jest na rynku niemieckim od początku roku 2021, a polska premiera zaplanowana jest na 30.04.2021. Musisz odczuwać nielichą satysfakcję, widząc, że wasza płyta sprzed ponad 10 lat nie zestarzała się, wciąż wzbudza zainteresowanie, jednak jest też druga strona medalu, czy aby w tym 2010 nie poddaliście się zbyt szybko? Oczywiście że poddaliśmy się za szybko, to był bardzo duży błąd, ale jak to mówią - właśnie na błędach człowiek się uczy. Może gdybyśmy przeczekali ten kiepski okres bylibyśmy w innym miejscu, albo nie bylibyśmy wcale, nie wiem - według mnie nic nie dzieje się bez powodu, tak miało być i dzięki temu Asylum jest teraz mocniejsze i bogatsze o bagaż doświadczeń, a to, że mamy na koncie płytę, która godnie przetrwała 10 lat wpływa bardzo pozytywnie na zespół, jednocześnie motywując do wydania jeszcze lepszego materiału. Może to potwierdzić fakt, że w "State Of Oppression" udziela się gościnnie Uappa Terror z Terrordome. Wtedy byli na podob nym etapie co Asylum, dopiero zaczynali, ale nigdy nie odpuścili są teraz jedną z najbardziej liczących się thrashowych kapel w Polsce? Tak, Terrordome to bardzo dobry zespół, mający na pokładzie potwornie mocny silnik w postaci Uappay i Pauay, który mam wrażenie przetrwa wszystko, a taka postawa mnie osobiście inspiruje. Poznaliśmy się w 2007roku, kiedy to nagrywaliśmy w tym samym studio nasze albumy i ta przyjaźń trwa do dziś - stąd właśnie pomysł by "State Of Oppression" wzbogacił oldschoolowy wokal Uappy i wyszło super. Może gdybyśmy działali tak jak chłopaki z TRDM, mniej impulsywnie (podhalańskie charaktery), to Asylum byłoby na podobnym poziomie - kto wie? Jest tu i teraz i nie ma co drążyć przeszłości. Próbujesz więc nadrobić stracony czas, bo kolejnej okazji na powrót do grania mogłoby już nie być? Dokładnie tak. W 2010 roku, po rozpadzie Asylum udzielałem się w zespołach, rockowym (KTT) i alternatywnym (Black Diamond) z mniejszymi i większymi sukcesami. Po czasie przyszła jednak totalna stagnacja i całkowity brak zainteresowania gitarą - nie cieszyło mnie

Foto: Marysia Nowobilska / Wonderland Videos

nic, co jest związane z tworzeniem muzyki. Sprzedałem wszystkie graty i zająłem się pracą, która dawała mi satysfakcję. Los postanowił że udało się wyskoczyć do Anglii na jakże piękny festiwal Download, gdzie to zobaczyłem takich artystów jak: Kiss, Tremonti, Slash, Lamb of God, In Flames, Madball, Cavalera Conspiracy i znowu poczułem tęsknotę za graniem. Podsumowując - do trzech razy sztuka? nie, nie mam zamiaru marnować już czasu na takie zagrywki, trzeba grać i czerpać z tego przyjemność, bo chyba jesteśmy raz na tym świecie, a lata lecą. Po reaktywacji również mieliście pod górkę, w rezultacie pozostałeś jedynym muzykiem ory ginalnego składu Asylum, reszta to nowy zaciąg z lat 2019-20? Gdy wróciłem do grania moje drogi skrzyżowały się z Marcinem Nowobilskim, świetnym gitarzystą, który to wyszedł z propozycją wspólnego tworzenia gitarowych utworów. Pojawiła się potrzeba skompletowania pełnego składu i wspólnie znaleźliśmy brakujące ogniwa. Tak do czasu wspomnianego koncertu charytatywnego graliśmy, bawiąc się dźwiękami. Z tych zabaw wyszły kompozycje które latem 2020 zarejestrowaliśmy w studio Nest u Sivego już jako Asylum i są one zapowiedzią naszej nowej płyty. Oficjalna edycja "Independent" cieszy, ale to już jednak historia, bo okres przełomu 2019/20 i pandemicznych lockdownów poświęciliście na intensywną pracę nad nowym materiałem, a latem ubiegłego roku już go zarejestrowaliś cie? Latem ubiegłego roku nagraliśmy dwa single: "Self Destruct" (videoclip dostępny na naszym YT) i "Madman", który ósmego kwietnia miał premierę w Radio Ostrowiec. Single te są zapowiedzią nowej płyty, nad którą cały czas pracujemy. Chcemy, by każdy utwór był dopieszczony muzycznie, głęboki w swoim przekazie; zależy nam na stworzeniu świeżego materiału; który będzie dobrze odebrany i spowoduje wspomnianą gęsią skórkę na grzbiecie, a na to trzeba czasu, więc nie spieszymy się zbytnio, ale mocno zmierzamy do celu. Pierwszy singlowy numer "Self Destruct" jest dowodem na to, że z wiekiem Asylum nie łagodnieje, łączycie w nim bowiem intensywny, zaawansowany technicznie thrash z hardcore

- to reprezentatywny utwór dla tego materiału? A to dziękujemy, mamy nadzieję że Asylum zawsze uraczy słuchacza czymś mocnym (śmiech). "Self..." jest utworem, który to zawiera wiele elementów nawiązujących do tego co na obecną chwilę mamy stworzone, ale bardziej reprezentatywnym utworem dla nowej płyty według mnie jest "Madman" - to złożony numer z pięknymi melodiami i zadziornym wokalem. Na tę chwilę jesteśmy na etapie ekranizacji videoclipu dla tego utworu, więc niestety nie jest jeszcze dostępny, ale usilnie staramy się by pojawił się latem. Zważywszy na to, że obecnie promujecie "Independent", to nowa płyta ukaże się raczej za jakiś czas, albo pod koniec, albo nawet dopiero w przyszłym roku? Wszystko jest zależne od sytuacji, która obecnie panuje w kraju. Jeżeli możliwość organizowania koncertów utrzyma się na takim etapie, jak to ma miejsce teraz, to jest szansa, że nowa płyta ujrzy światło dzienne z końcem tego lub na początku przyszłego roku. Jeżeli jednak wróciłaby normalność wraz z możliwością koncertowania, to wolimy spotkać się z fanami właśnie tam, by prezentować materiał, zarówno stary jak i nowy. Można w sumie powiedzieć, że wróciliście w najgorszym momencie, bo z racji pandemii niewiele pograliście na żywo - to też jest dla was dodatkową motywacją, żeby wrócić na scenę tak szybko, jak będzie to możliwe, nie tylko z "Independent", ale też tym najnowszym materiałem? Oczywiście! To tak jakbyśmy dostali batonika i zjedli go tylko do połowy (śmiech). Wtedy, gdy wszystko było gotowe, materiał zgrany i przygotowany najlepiej jak to mogliśmy zrobić, przyszedł czas na koncerty promujące "Independent" i co? Dostaliśmy kolejny cios, który na początku zabolał, ale teraz jest ogromną motywacją do powrotu na scenę i szczerze nie możemy się tego doczekać. Nastał bardzo dziwny czas, który siłą rzeczy testuje nas wszystkich, ale musimy wspólnie się wspierać i szanować, dlatego bądźmy dobrej myśli, że wszystko wróci na dobre tory i do zobaczenia na koncertach. Stay Metal! Wojciech Chamryk

ASYLUM

39


Dać sobie upust Kraków to miasto, które rzeczywiście zapiera dech w piersiach. W przenośni i niestety dosłownie. Chyba mało kogo dziwi fakt, że chłopaki z krakowskiego Terrordome zatytułowali swój czwarty album "Straight Outta Smogtown". Zespół ten to nie nowicjusze, a w pewnych kręgach (związanych nie tylko z metalem, ale także ze sceną HC) mają już wyrobioną pozycję. O swej najnowszej produkcji oraz o życiu w polskim "Smogtown" opowiedział nam lider tej kapeli ukrywający się pod pseudonimem Uappa Terror. HMP: Siemka. Przede wszystkim chciałbym pogratulować Wam świetnej nowej produkcji. Mówię całkiem serio. Nie traktuj tego proszę jako robioną na siłę kurtuazję (śmiech). Uappa: Cześć! Wielkie dzięki, sami sobie gratulujemy (śmiech). Poświęciliśmy płycie bardzo dużo pracy, poprzeczka została zawieszona wysoko i ostatecznie wyszedł album jaki chcieliśmy zrobić przez lata. Nowy album o bardzo bezpośrednim tytule "Straight Outta Smogtown" został nagrany po sześciu latach przerwy z zupełnie nowa sekcją rytmiczną. Powiedz mi proszę, jak doszło do tego, że w Waszych szeregach znaleźli się

Temat tytułu już lekko poruszyłem, pozwól jednak, że go nieco rozwinę. Pochodzicie z Krakowa, miasta, które jak powszechnie wiadomo ma przeogromny problem ze smogiem. Jestem z województwa śląskiego, gdzie powietrze też pozostawia wiele do życzenia, jednak gdy przyjeżdżam czasem do Krakowa, potrzebuje kilkudziesięciu minut, żeby się przyzwyczaić. A jak to jest z Wami - mieszkańcami Krakowa? Czy na co dzień ten smog daje Wam się we znaki? Czy może już żeście się do niego przyzwyczaili i kompletnie Wam nie przeszkadza? Myślę, że obecnie wszyscy w Krakowie są już do tego tak przyzwyczajeni, że nie czują róż-

Foto: Terrordome

Virious i Rob Sixkiller. Co ich obecność wniosła do Waszej twórczości? Tutaj jest pewna zawiłość, którą już tłumaczę. Album powstał jeszcze z inną sekcją - bas nagrał Simon, za perkusją zasiadł bębniarz Chaos Synopsis, ex-Attomica - Friggi. Nagrał on bębny na nasz album, ponieważ z poprzednim perkusistą musieliśmy się rozstać, a było to zaraz przed sesją nagraniową. Friggi szybko nauczył się materiału i perfekcyjnie zabębnił na naszej płycie. Simon zaraz po nagraniu swoich partii zmuszony prywatnymi sprawami, przeprowadził się do Wrocławia. Zostaliśmy z Pauą sami i od razu wiedzieliśmy kogo zagadać dlatego Virious (ex-Vane) i Rob (ex-Only Sons, ex-Whorehouse) dołączyli do Terrordome jeszcze podczas końcowych prac nad albumem. Możecie ich zobaczyć w obecnych teledyskach i zobaczycie nas w komplecie na żywo jeszcze w tym roku. No i wkrótce zabieramy się za tworzenie kolejnego albumu w tym właśnie składzie.

40

TERRORDOME

nicy. Różnica pojawia się dopiero wtedy, gdy opuszczamy miasto i możemy pooddychać świeżym powietrzem i do niego potem wracamy. Smog (a raczej jego produkt - czyli pył) widać głównie na kratkach, nawiewach i dopiero widząc to, zdajesz sobie sprawę, co musisz mieć w płucach. Gadam z ludźmi w moim wieku i głównie objawia się to jakimś osłabieniem, migrenami, ogólnie beznadziejnym samopoczuciem - nie wygląda to ciekawie i można sobie tylko wyobrazić do czego zmierza. Kraków to miasto, które poza wspomnianym smogiem przeciętnemu Kowalskiemu kojarzy się z historią, zabytkami, Lajkonikiem, urokli wymi ulicami i pijanymi Anglikami robiącymi pod siebie na Rynku Głównym. Wiem jednak, że to miasto ma również ciemne strony. Czy życie i dorastanie w "Grodzie Kraka" ma bezpośrednie przełożenie na Waszą twórczość? Za dzieciaka w Krakowie było ciężko. Była wyraźna bieda, były dość przejebane dzielnice,

gdzie dostawało się wpierdol za nic. Zaczepiali w autobusach, w przejściach podziemnych, gdziekolwiek byleby komuś dowalić. Krążyło wiele historyjek gdzie się nie pałętać, sam nie raz pakowałem się w jakieś głupie sytuacje. Teraz jest co prawda lepiej, większość typów którzy siali terror w moich okolicach albo skończyło w pierdlu, albo wyjechali do innych krajów, ale cały czas mamy porachunki związane z dragami pod przykryciem wojny klubów piłkarskich. Ja sam żyję obecnie w jakiś swojej bańce, bo i mieszkam w bezpiecznej dzielnicy i nie szukam za specjalnie okazji do spin. Nigdy jednak nie wiesz na kogo trafisz, nawet pozorna głupia spina może się skończyć nożem pod żebrem. Zostawmy już ten Kraków, bo zaraz nam tu wyjdzie coś w stylu "Podróży z Makłowiczem" (śmiech), a skupmy się na muzyce. Zazwyczaj jesteście określani jako zespół thrash metalowy, jednakże w Waszej twórczości słychać sporo elementów hardcore (nagrywacie zresztą dla wytwórni Selfmadegod Records, która głównie specjalizuje się w tych muzycznych obszarach). Momentami też można dostrzec późniejszą Sepulturę. Jak sami byście zdefiniowali uprawiany przez Was gatunek? Jakie są Wasze główne muzyczne inspiracje? Nagrywając płytę chcieliśmy brzmieć jak Exodus po płycie "Tempo of the Damned". Mieliśmy wizję, aby odejść od nurtu crossover thrash, a iść bardziej w stronę potężniejszego thrash metalu. Zwolnienia na płycie są typowo hardcorowe, ja sam osobiście nie ukrywam zafascynowania sceną HC w Polsce (1125, Schizma) za granicą (Madball, Sick of It All); ale też trafnym jest, że niektóre zagrania kojarzą się mocno z Sepulturą. W ogóle płyta jest dla mnie bardzo brazylijska z racji tego, że bębny nagrał Friggi Mad Beats. Poza tym inspiracje typu Vio-lence, Demilition Hammer czy nawet Teutońska scena - to przyświecało Terrordome od samego początku. Jest tego sporo, ale myślę że dzięki temu muzyka Terrordome odbiega od typowych standardów thrashowych i jest całkiem charakterystyczna. Sam Selfmadegod jest otwarty na eksperymenty - wydaje death metal, grindcore ale ma też kilka kapel z nurtu thrash metalu, więc tym bardziej cieszymy się, że możemy być częścią tego labelu. Większość Waszych utworów nie przekracza trzech minut. To świadoma konwencja, czy po prostu samo tak wychodzi podczas tworzenia? Staramy się pisać numery tak, aby nie były za długie. Dość gęsta młócka potrafi sprawić, że nie tylko my zmęczymy się na koncercie (pamiętaj, że zapierdalamy 200-260 bpm'ów na numer!), a widać również znużenie słuchacza, ot podczas gorzej nagłośnionego koncertu, jakie mogą zdarzyć się na trasie. Staramy się brać wiele aspektów pod uwagę przy pisaniu kawałków i nie robić nic na siłę. Jeżeli numer nam odpowiada w fazie tworzenia, to już nie kombinujemy i nic nie zmieniamy; często nawet skracamy, aby nie wydłużać dobrych riffów. Następnie mamy czas, aby brać się za kolejne numery i lecieć do przodu. "Straight Outta Smogtown" jest dostępny również w formie kasety magnetofonowej. Macie sentyment do tego nośnika, czy to po prostu dostosowanie się do aktualnych potrzeb rynku? Oprócz płyt CD i winylowych, kolekcjonuję


też kasety. Strasznie się nimi jaram i nie wyobrażam sobie, aby "Straight Outta Smogtown" nie pojawiło się na kasecie. Płyta CD, kaseta i płyta winylowa to totalny mus jaki musi mieć dobry album. Już niebawem pojawią się kolo-rowe winyle od Selfmadegod, czego nie mogę się doczekać. Nie mówię, że wszyscy, jednakże spora część fanów thrashu to ortodoksi, którzy są zamknięci na wszelkie eksperymenty. Zdarzało Wam się słyszeć negatywne opinie ze strony tego środowiska? Jak się do nich odnosicie? Oczywiście. Odkąd Terrordome istnieje, czyli od 2005 roku, słyszę sporo różnych, w tym negatywnych opinii. Narzekano jak dotąd, że mój wokal jest zbyt miękki, że za szybka z nas pralka i rozjeżdżamy się w akcji, albo że jakiś koncert wyszedł chujowo, czy wyglądam jak Dawid Podsiadło (śmiech). Nie mam z tym totalnie problemu. Negatywne opinie dzielę z kolei na dwa rodzaje - złośliwe, pochodzące od no-name'owych typów, którzy chuja się znają, w dupie byli i gówno widzieli. Takie osoby muszą, koniecznie muszą odjebać coś w Internecie, aby próbować zrobić komuś gorzej niż mają i zwrócić na siebie uwagę. Jest też drugi typ opinii - konstruktywne, poparte argumentami i przemyśleniami. Są to opinie, z którymi często się zgadzam, bo zwykle trafiają w punkt. Można wtedy pogadać, wymienić się doświadczeniami. Takie opinie pochodzą głównie z najbliższego środowiska dobrych ziomków, z którymi znam się sporo czasu i którzy potrafią też pomóc w gorszych chwilach. Dzięki takim opiniom udaje się popracować nad warsztatem i wycisnąć z siebie mega dużo świetnych rzeczy. W naszej rozmowie padła już nazwa Sepultura. Jak się Wam przed nimi grało w 2017 roku? Jedne z lepszych koncertów. Byliśmy w mega formie i dawaliśmy z siebie wszystko zarówno na scenie jak i przed. Bardzo miło wspominam, zarówno kumpelsko (graliśmy z Testerem Gier) i frekwencyjnie - była masa ludzi! Rok później braliście udział w ostatniej jak dotąd Metalmanii. Graliście na małej scenie, która jeśli dobrze pamiętam była skutecznie zasłonięta przez schody. Jak wspominasz

tamten występ i ogólnie cały festiwal? Równie dobrze, poza kilku małymi incydentami alkoholowymi po koncercie (śmiech). Nawet udało się nam zrobić wtedy bieda-stream na facebook z telefonu z tych schodów, dzięki czemu był spoko odzew na fejsie w postaci sporej ilości komentarzy. Widząc jednak teraz jakość tego nagrania i porównując do obecnych streamów, zupełnie nie marnowałbym czasu na coś takiego (śmiech). Natomiast sam gig był zajebisty, bo nie tylko nasza dobra forma (jeszcze od Sepultury!), ale również sama organizacja na scenie. Żadnej większej wpadki technicznej, czysty napierdol od początku do samego końca. Zagraliśmy sobie też na jednej scenie z Ragehammer i Voidhanger, mogliśmy też zamienić kilka słów z muzykami Emperor czy Napalm Death. Dla mnie koncert był świetny. Zdarzało Wam się zapuścić za naszą południową granicę. Myślicie w ogóle o podboju zagranicznych scen muzycznych, czy raczej zamierzacie się skupić na naszym podwórku? Zdecydowanie uderzamy dalej niż tylko w rodzimą scenę. Obecnie mnóstwo odzewu mamy z zagranicy, więc chcemy to wykorzystać i przy okazji zakończenia pandemii, chcemy zabrać się powoli za organizację jakiś większych wyjazdów. Graliście już zarówno w towarzystwie kapel stricte metalowych, jak i z reprezentantami szeroko pojętej sceny HC. Czy widzisz jakieś różnice jeśli chodzi o publiczność przychodzącą na poszczególne koncerty? Teraz jest to dość wymieszane. Metalowcy są bardziej destruktywni i alkoholowi, podobnie jak punki, którzy również czasem na koncertach się zdarzają. Hardcorowcy to raczej bardziej napięta ekipa, która stoi na gigach w pozycji zamkniętej, a jak przychodzi czas na zabawę pod sceną, to ustawiają wszystkich po kątach. Osobiście, bardzo lubię jak przychodzą na nas ludzie z tej czy tej strony sceny, o to zawsze chodziło. Jak myślisz, czy w najbliższym czasie uda Ci się stanąć na prawdziwej scenie przed żywymi ludźmi? Mamy już pierwszy gig na sierpień. Teraz, w maju, kiedy udzielam wywiadu, nawet jakby nagle wróciły koncerty, nie jestem w stanie nic

zagrać przez najbliższe dwa miesiące. Potrzebuję czasu na dojście do siebie po Covid. Sponiewierało mnie całkiem poważnie i dopiero teraz powoli wracam do siebie, wypluwając płuca. Doszły mnie słuchy, że niespecjalnie lubisz opowiadać o tekstach (śmiech). Dziwi mnie to biorąc pod uwagę fakt, że Wasze liryki mają dość konkretny przekaz oraz nie można odmówić im zaangażowania. Skąd zatem ta niechęć? (śmiech), nie lubię rozwodzić się nad każdym tekstem po kolei, bo jest to nudne. Lubię zostawić słuchaczowi pole do przemyślenia danego numeru, jakiejś refleksji nad tematem poruszonym w numerze. Każdy może inaczej coś odebrać z danego liryka, dlatego nie chcę tej możliwości zabierać. Nie wiem czy ktoś jeszcze czyta teksty, ale 90% tekstów kapel metalowych jest bardzo słaba, z błędami ortograficznymi, gramatycznymi, a dużo albumów jest istnymi kopalniami grafomańskich tekstów. Dlatego na "Straight Outta Smogtown" przemyślałem sobie każdy tekst - jest wiele warstw, odniesień; traktuję też niektóre jako oczyszczenie się z walki ze moimi demonami. Teksty są tez zaangażowane - w ochronę środowiska, w zmiany klimatu, są anty-polityczne, uderzają w idiotów. Myślę, że tyle wystarczy i zachęcam do otworzenia książeczki albumu, aby sięgnąć po więcej. Podchodzicie do swej twórczości śmiertelnie poważnie, czy może czasem zdarza się Wam na nią spojrzeć z lekkim przymrużeniem oka? Przez granie metalu daję sobie upust swojego wkurwu, zmęczony byciem na co dzień miłym typem. To co robię razem z resztą Terrordome, jest dla mnie totalnie poważną sprawą i chcę być w tym coraz lepszy. Wiadomo, często kręcimy jakąś bekę, czy to na próbach, czy jak przebywamy razem z kapelą, ale nie ma na to już miejsca podczas koncertu. Dziękuję bardzo za rozmowę. Dzięki za rozmowę i życzę wszystkim zdrowia w tym chorym kraju. Zerknijcie na naszą stronę, czy na YouTube i Spotify, aby posłuchać nowego albumu. Bartek Kuczak


zasadzie jak oni pomagali mi kiedy to ja miałem ciemne i kiepskie dni w moim życiu.

Szczęściarz W tym roku minie 28 lat od kiedy słusznej postury i ponurego usposobienia facet z Birmingham, stawił się na przesłuchania do Iron Maiden. Dziś Bayley Alexander Cooke, bardziej znany pod pseudonimem Blaze Bayley, wypuszcza właśnie dziesiąty studyjny album solowy, który jest niewątpliwie świadectwem jego niezłomności i niezależności i przy którym jego krótka acz intensywna kariera z największym zespole heavy metalowym świata jest jedynie dalekim echem przeszłości. Nie bacząc na przeciwieństwa losu, Blaze konsekwentnie kroczy wyboistą drogą wojownika a jego jedynym prawdziwym orężem jest solidnej próby, czysty i niczym nie skażony heavy metal. Nowy album Blaze'a, "War Within Me" był oczywiście głównym przedmiotem naszej rozmowy. Zresztą, wokalista nie bardzo chciał podejmować inne wątki, zwykle ucinając je bardzo szybko, a tematy związane z zespołem który przyniósł mu nieśmiertelność w metalowym świecie, sprowadzając do krótkich i mocno ogólnych wypowiedzi. Ale taki jest właśnie Blaze i ciężko mieć do niego o to pretensje: mówi tylko to, o czym faktycznie chce mówić, jest szczery aż do bólu, prawdziwy i refleksyjny, czasem się unosi albo wpada w melancholijne dywagacje, daleko odbiegając od głównego wątku. I właśnie to wszystko czyni go tym kim jest: gościem po przejściach, który mimo wielu krytycznych sytuacji, po których nie jeden już dawno dał by sobie spokój, dalej działa, tworzy i wciąż ma w sobie mnóstwo pasji, aby dzielić się nią z innymi. HMP: Cześć Blaze, jak się miewasz? Jestem pełen podziwu dla Twojej ciężkiej pracy. Nawet jeśli od ostatniego studyjnego albumu minęły prawie 3 lata, w międzyczasie wypuściłeś dwa podwójne albumy koncertowe. Czy wynika to z Twoich osobistych potrzeb czy może jest to coś w rodzaju podziękowania dla fanów za ich wsparcie? Blaze Bayley: Cześć! Moi fani czynią to możliwym. To dzięki ich lojalnemu wsparciu, którego udzielają mi od wielu, wielu lat. Czy były to czasy dobre czy czasy złe, oni zawsze

płytę, a w tak zwanym międzyczasie zagrać kilka festiwali i koncertów, które miały być związane z winylowym wznowieniem albumu "Tenth Dimension". No ale jak wiesz, wszystko za moment się zmieniło, tak dla nas jak i dla każdego. Ostatni koncert jaki zagraliśmy to była wyprzedana sztuka w Londynie, na początku marca. A potem wszystko zostało albo przełożone albo odwołane. To wszystko oczywiście było bardzo rozczarowujące, ale oznaczało to też tyle, że będziemy mogli się skupić w całości nad pisaniem i nagrywaniem

Foto: Blaze Bayley

byli ze mną. Wierzyli we mnie nawet wtedy, kiedy ja tę wiarę traciłem. Dali mi siłę i odwagę do tego żeby działać, nawet kiedy czułem się po prostu beznadziejnie. Tak długo jak moi fani potrzebują ode mnie nowych utworów i koncertów, będę to robił. Mam świadomość tego, że jestem szczęściarzem, że mam tak wspaniałych fanów. Jestem im naprawdę bardzo za to wdzięczny. To oni sprawili, że mogłem nagrać kolejny album, "War Within Me". Wszystko mieliśmy ustawione na 2020 rok, mieliśmy napisać i nagrać nową

42

BLAZE BAYLEY

nowej płyty. Zdecydowaliśmy się na początek wyjść od prostych demówek, tylko gitara akustyczna i wokal. Skupiliśmy się na kształcie, klimacie i emocjach każdej z idei. Mieliśmy na tyle dużo czasu, że po nagraniu demówek mogliśmy chwilę je odłożyć i wrócić do nich po jakimś czasie, z bardziej świeżą głową. Dzięki temu mogliśmy przyjrzeć się tym utworom bardziej obiektywnie i zwrócić uwagę na detale. Wiedziałem, że moi fani czekają na ten album i bardzo chciałem dać im coś co pomoże im w tym trudnym okresie, na tej samej

"War Within Me" to płyta, która nie jest kontynuacją sagi o Williamie Blacku i ogólnie nie posiada jakiegoś bardziej rozbudowanego konceptu. Nie wiem czy to tylko moje wrażenie, ale wydaje mi się że ten album jest nieco bardziej spontaniczny niż albumy z Trylogii. Co o tym sądzisz? Trylogia "The Infinite Entanglement" to moje największe osiągnięcie. Trzy albumy w 3 lata, wszystkie promowane trzema trasami koncertowymi. Koncept opowiadał o naszych myślach i odczuciach, które sprawiają, że jesteśmy ludźmi. 34 kawałki o desperackiej, wielkiej podróży rozbitego i zagubionego człowieka. Przetrwał ciemną, mroźną kosmiczną pustkę, zdradę, ogień i spadł z nieba. Szuka i znajduje odkupienie. Jestem z tej historii naprawdę dumny. Kiedy zaczynałem pracę nad "War Within Me", faktycznie byłem w pewien sposób podekscytowany swego rodzaju "wolnością". Wiesz, 10 kawałków kompletnie ze sobą niepowiązanych, kawałków, które oddzielone od siebie mają rację bytu. I nawet jeśli nie są ze sobą połączone, cały czas są brutalnie szczere, pełne mocy, są absolutnie najlepszymi kawałkami jakie byliśmy w stanie napisać w danym czasie. Aranżacje tych numerów wiernie odwzorowują te historie. Muszą pokazywać bezkompromisowość, odwagę i uczciwość. Pierwszy kawałek który od razu podchwyciłem to "Warrior". Opowiesz jaka historia kryje się za tym numerem? Każdy z nas dokonuje wyboru. Czy odpuszczamy i sami się unicestwiamy poprzez lenistwo czy negatywne emocje czy bierzemy odpowiedzialność za siebie i za swoją przyszłość i walczymy, bierzemy udział w bitwach, wojujemy ze swoimi demonami głupoty, naiwności i fałszywej dumy? Mogę wybrać słowa aby opisać siebie. Mogę powiedzieć: "Jestem frajerem, odpuszczam bo czuję się słaby a to wszystko jest zbyt trudne". Ale mogę też powiedzieć: "Jestem wojownikiem, nie zawsze wygrywam, ale zawsze walczę!". Staram się, żeby nie polegać na opinii innych, nikt nie może mi mówić kim jestem. To ja biorę odpowiedzialność za swoje szczęście. Jeśli nazwę siebie wojownikiem, to stanę się wojownikiem. Dzięki Blaze za ten opis. Wiedziałem, że nie przez przypadek ten numer stał się jednym z moich faworytów. Świetnym tematem jest także numer "The Witches Night". Ten kawałek to pomysł Chrisa (Appletone'a, gitarzysty i lidera zespołu towarzyszącego Blazeowi - przyp. red.). Zaczęliśmy nad nim pracować jakieś 4 lata temu. Pierwsza wersja bazowała na wierszu, który napisałem i nazwałem "Perfect Tears" ("Idealne Łzy"). Traktował on o moim marzeniu, fantazji. Wiesz, czasem marzysz o czymś i to marzenie daje Ci spokój i radość i starasz się je przywołać, bo daje Ci pewną błogość wtedy kiedy nie wszystkie rzeczy idą po Twojej myśli. Pamiętam pewien koncert, który graliśmy w Czechach, podczas Nocy Wiedźm. To był bardzo wyczerpujący dzień, a na końcu okazało się, że promotor sprzedał zaledwie kilka biletów. Wydawało nam się, że po prostu nikt nie chce przyjść na koncert żeby nas zobaczyć, ale potem okazało się, że finalnie przyszło masę ludzi i koniec końców koncert był genialny, jeden z najlep-


szych podczas tego tournee. To właśnie ta myśl, która zawsze poprawia mi humor. Oczywiście kawałek "The Witches Night" ewoluował dość znacznie. Próbowaliśmy zaadaptować go na potrzeby Trylogii, ale nigdy nie byliśmy w stanie dopasować go do tamtego konceptu. Wiesz, patrząc nieco głębiej, to numer o myślach samobójczych. Bardzo wiele osób ma takie myśli i niestety wiele też z nimi sobie nie radzi, co często kończy się tragicznie. Ja miałem to szczęście, że zawsze gdy nachodziły mnie takie myśli, miałem wsparcie wspaniałych ludzi. Moi przyjaciele i moja rodzina pomogli mi przetrwać to całe bagno i ciemne dni, które miałem w 2011 roku. Blaze, nawet jeśli "War Within Me" nie jest koncept albumem, to jednak nie zaprzeczysz, że kilka numerów jest ze sobą powiązanych. Mam tu na myśli kawałki, które opowiadają o wielkich umysłach nowoczesnego świata: Nikola Tesli, Stephenie Hawkingu i Alanie Turingu. Czy Ci ludzie byli dla Ciebie inspiracją? Mam tu na myśli nie tylko inspiracje do kawałków, ale też po prostu do życia? Trzej wielcy naukowcy to bohaterowie, ale każdy z innego powodu. Nikola Tesla sprawił, że prąd jest dostępny dla każdego na świecie. To jego elektryczność zasila dzisiaj cały świat. Wynalazł tak wiele rzeczy, był dziwakiem, ekscentrykiem, ale też zarazem geniuszem. Kawałek o nim był również ekscentryczny i dziwny tak do napisania jak i nagrania. Alan Turing z kolei to ojciec chrzestny komputerów. Marzył o myślących maszynach. Testy Turinga to introdukcja do tego, co dziś nazywamy sztuczną inteligencją. Ale jego testy miały za zadanie sprawić, że maszyna docelowo miała oszukać człowieka. Więc pytam się teraz Ciebie. Jeśli sztuczna inteligencja musi oszukiwać w swoich interakcjach z człowiekiem, w jaki sposób możemy jej w ogóle zaufać? Czy jeśli jest przekonana, że jesteś człowiekiem, czy stanie się agresywna i będzie chciała nas skrzywdzić, kiedy będziemy twierdzili, że jednak nie jesteśmy człowiekiem? Jesteś sztuczny? A nie prawdziwy? Kto jest zatem prawdziwy? Stephen Hawking to z kolei człowiek, któremu doktor powiedział, że pozostało mu 3 lata życia. 49 lat później daje nam lekcję z drugiej strony świata. Nawet jeśli nie mógł używać swojego własnego głosu, zna-

Foto: Blaze Bayley

lazł sposób by komunikować się ze światem, wyszedł naprzeciw beznadziejnej i wydawałoby się kompletnie niemożliwej do rozwiązania sytuacji. "War Within Me" brzmi dla mnie nieco moc niej i bardziej heavy niż poprzednie Twoje albumy... Tak, myślę, że składa się na to kilka powodów. Po pierwsze, nagrywaliśmy w innym studiu. Chris Appleton zdecydował, że tym razem sam zajmie się stroną producencką. Zrobił świetną robotę. Jest kilka takich miejsc w każdej z aranżacji, które pozwalały na wypełnienie ich smaczkami i dodatkami, czy to wokalem, czy solówką czy jakimiś efektami, a czasami pozostawialiśmy te miejsca puste, tak aby każdy ze słuchaczy mógł poczuć te pierwotne emocje wypływające z tych fragmentów. Więc ten album brzmi podobnie do moich poprzednich produkcji z lat wcześniejszych: "Man Who Would Not Die", "Blood And Belief" czy "Silicon Messiah". Bardzo pewnie. Jednocześnie i bezwstydnie mrocznie i radośnie, melancholijnie i epicko zarazem. I metalowo. Jestem bardzo zadowolony z tego co udało nam się osiągnąć. Chciałem albumu z którego moi fani mogliby być dumni. Jakaś cząstka mojego serca wciąż ma 14 lat. Wciąż jestem podekscytowany heavy metalową gitaFoto: Blaze Bayley

rą, harmoniami i interesującymi tekstami. Chciałem zrobić album z piosenkami, które przypominałyby mi i moim fanom dlaczego siedzimy w tym cały metalu, dlaczego i za co go kochamy. Potężne akordy gitarowe, wściekłe riffy, przepiękne melodie. Teksty które wychodzą prosto z serca. Walka, bitwa, wojna z własnymi myślami o to aby pokonać destrukcyjne i negatywne myśli. Poszukiwanie siły i odwagi by stawić czoła kolejnym dniom, godzinom, minutom. Wiara że jesteśmy w stanie przetrwać to wszystko, tylko po to by być ze sobą znów któregoś dnia. Zawsze chciałem Cię zapytać o Waszą prezencję sceniczną. Zwykle używacie takiego samego ustawienia świateł, bardzo ascety cznego. Wydaje mi się, że to sprawia, że jesteście bardziej blisko fanów, bez teatralnych sztuczek, po prostu spontaniczny, heavy metalowy gig, czysta, żywa muzyka. Tak, zawsze chciałem, żeby moje koncerty były po prostu jak konwersacja z moimi fanami. To dla mnie bardzo ważna rzecz. Dużo migających świateł, dym przeszkadzają, nie ma tego specyficznego połączenia z fanami. Dlatego właśnie lubię kiedy scena jest zalana białym, statycznym światłem. W koncercie chodzi przede wszystkim o muzykę. Bez żadnych przeszkadzaczy. Nic nie powinno zakłócać tego klimatu, który tworzymy razem. Nie chodzi tu o oglądanie i podziwianie mnie i mojego bandu, to jedynie kwestia bycia razem i dzielenia momentu, przeżywania piosenek i emocji wspólnie. Wygląda na to, że od kilku już lat, Blaze Bayley band ma stabilny skład, z którym przyszłość rysuje się w jasnych barwach. Mam rację? Chris i jego zespół supportowali mnie w Anglii wiele lat temu. Zaprzyjaźniliśmy się, polubiliśmy. Jakiś czas później zagraliśmy kilka koncertów razem i wszystko działało naprawdę dobrze. Potem spróbowaliśmy razem popracować nad nowymi utworami i znów, wszystko zadziałało jak powinno. Chris to bardzo utalentowany gitarzysta i ekspert jeśli chodzi o brzmienie brytyjskiego heavy metalu. To duże szczęście mieć jego i jego zespół przy sobie. Podobnie czujemy wiele tematów, mamy tą samą pasję i powera do metalu. Wciąż uwielbiamy ze sobą pracować. Praca nad "War

BLAZE BAYLEY

43


Foto: Blaze Bayley

Cóż, producenci w tym czasie wybrali, że takie a nie inne kawałki wejdą na album, a inne skończą jako B-side'y. Pozostaje mi się cieszyć, że "Sign of the Cross" weszło na album. W oficjalnej biografii Iron Maiden, "Run to the Hills" mówiłeś, że podczas Twoich ostatnich występów z zespołem, w Ameryce Południowej w 1998 roku, klimat w zespole był już nieco dziwny. Jeden z ostatnich kon certów zakończył się bez zagrania obowiązkowych bisów. Pamiętasz ten okres? Pamiętam, że ta trasa była niesamowita! Graliśmy razem ze Slayerem, to było Buenos Aires. Absolutnie magiczny koncert. Nie pamiętam tej sytuacji z bisami, to było tak dawno… Pamiętam natomiast, że fani w Argentynie byli kompletnie szaleni. Miałem to szczęście wrócić tam z moimi solowymi koncertami. Pamiętam, że fani byli tam zawsze bardzo ciepli i przyjaźni, traktowali mnie bardzo dobrze i z dużym szacunkiem, mieliśmy tam dużo zabawy.

Within Me" była bardzo wymagająca, pełna radości ale też frustracji, pewnego rodzaju magii. Gdyby wszystko było w normie, to zapewne moglibyśmy właśnie porozmawiać o planach koncertowych promujących nowy album, ale czasy są jakie są i koncertowanie póki co nie jest możliwe. Jak sobie z tym radzisz, jako artysta którego jednak głównym aspektem działania są koncerty? No cóż, jestem szczęściarzem, że mam naprawdę duże wsparcie od fanów. Ich wiara i odwaga jest dla mnie niesamowita. Poczułem niesamowitą ulgę kiedy otrzymałem pierwsze recenzje fanów dotyczące pierwszego singla. To sprawia, że jestem bardzo podekscytowany tym co przyniesie przyszłość. Nie mogę się doczekać aż w końcu będę mógł zagrać nowe kawałki na żywo. Od czasu do czasu współpracujesz również z Thomasem Zwijsenem, belgijskim gitarzystą klasycznym, z którym nagrałeś akustyczną EP i pełen album. Jednak, pamiętam, że Thomas był też Twoim głównym, elektrycznym gitarzystą na albumie "King of Metal". Opowiesz o tej współpracy? Thomas to niesamowity talent. Fantastyczny gitarzysta klasyczny. To bardzo ważny artysta działający na własnych zasadach. To co robi jest bardzo innowacyjne, wiesz, robi własne kawałki, przeranżowuje cudze numery, sam je nagrywa. Jestem dumny z tego co nagraliśmy razem. Kiedy w 2018 roku nagrywaliśmy "December Wind", to była naprawdę wielka rzecz dla nas obu. Moja wizja tego jak mój głos może współgrać przy klasycznym akompaniamencie, została wtedy ucieleśniona. Fantastyczna sprawa. Czy możemy zatem liczyć, że stworzycie jeszcze coś razem? Jestem pewien, że będziemy razem pracować, ale ciężko powiedzieć, w którym momencie mojej zwariowanej, nieprzewidywalnej przyszłości może się to stać. Jeśli pozwolisz, podpytam Cię teraz o kilka wątków związanych z Twoim czasem, który spędziłeś w Iron Maiden. W 1993 roku odbyły się przesłuchania na zastępcę Bruce'a Dickinsona. Z tego co wiem, było tam wielu,

44

BLAZE BAYLEY

wielu utalentowanych wokalistów, min. Dougie White, który finalnie dołączył do Ritchie'go Blackmore'a i jego Rainbow... Jestem szalenie dumny z tego, że było mi dane być częścią Iron Maiden. To było moje marzenie, 9 miesięcy w trasie, pisanie piosenek z tak utalentowanymi ludźmi, którzy mogą robić tylko to i nie muszą się z niczym śpieszyć. To było 25 lat temu. Wielu fanów Maiden hejtowało mnie wtedy i hejtuje po dziś dzień. Ale ja sądzę, że zrobiliśmy naprawdę wiele wspaniałych kawałków i dwa albumy, które jakby nie patrzeć, są ważną częścią historii Iron Maiden. Co do przesłuchań, były one organizowane w różnych dniach, więc nigdy nie spotkałem żadnego z moich konkurentów. Kilka lat potem miałem możliwość porozmawiać z Dougiem Whitem, świetny człowiek i niesamowity wokalista. Prócz dwóch świetnych albumów, które nagrałeś z Maiden, zarejestrowaliście także kilka kawałków, które skończyły jako Bside'y na singlach. Mówie tu o numerach "I Live My Way", "Judgement Day" i "Justice of the Peace". Dla mnie to naprawdę świetne kawałki i zawsze zastanawiałem się, dlaczego nie trafiły na "The X-Factor". Może Ty mi to powiesz? Tak, masz rację, to bardzo dobre kawałki.

Dużo w dzisiejszej rozmowie poświęciłeś miejsca fanom, którzy na każdym Twoim koncercie mogą liczyć na spotkanie z Tobą, autograf i pamiątkową fotkę. Kiedy Steve Harris grał trasę ze swoim British Lion, sytuacja była identyczna. Miałeś dobrego nauczyciela? Cóż, na każdym koncercie z moim udziałem zawsze zorganizowany był meet & greet dla fanów. Tak jak mówiłem, jestem szczęściarzem, że mam tak wspaniałych fanów. Każdemu z nich chcę podziękować za to osobiście po koncercie. Jestem totalnie niezależnym artystą który utrzymuje się na powierzchni tylko dzięki fanom. To oni sprawiają że mogę wciąż nagrywać płyty. Odetchnąłem z ulgą, kiedy nowy singel spotkał się z ich ciepłym przyjęciem. Dziękuje w tym miejscu każdemu kto mnie wspiera i wierzy we mnie i jest częścią mojej podróży. Bądźcie bezpieczni. Spotkamy się po drugiej stronie. Dzięki Blaze za Twój czas. Do zobaczenia! Marcin Jakub

Foto: Blaze Bayley


Nie pierdol się z czymś, co nie jest zepsute Rzadko spotyka się kapele, które mają niezmiennie ten sam skład od lat 80. zeszłego wieku. O tym trwaniu, jak i o przerwie, która miała miejsce w działaniu tej kanadyjskiej thrash metalowej formacji, opowie gitarzysta i wokalista Homicide, Gabriel Morency. HMP: Cześć. Żeby to sobie wyjaśnić, Homicide jest thrash metalowym projektem/zespołem, który jest tworzony przez tych samych muzyków od 1995 aż do teraz, tak? Gabriel Morency: Tak jest. Ci sami czterej goście zagrali zarówno na "Malice And Forethought" jak i na "Left For Dead". Nie chcieliśmy tego zmieniać. Dlaczego zajęło wam tyle czasu nagranie kolejnego albumu po debiucie z 1995 roku? Po nagraniu "Malice And Forethought" graliśmy tyle koncertów, ile tylko mogliśmy, aż do roku 2001. Jednak w trasie byliśmy już od roku 1986, jeszcze jako nastolatkowe, tak więc potrzebowaliśmy małej przerwy po piętnastu latach z kawałkiem całkiem ciężkiego życia. Poza tym, nie jest znowu tak łatwo mieszkać w samochodach i w pokojach hotelowych z paroma gośćmi przez ten cały czas (śmiech). Czuliśmy, że czas na przerwę.

ło to też całkiem stresujące. Nagrywanie nigdy nie jest łatwe, jednak myślę, że udało się zrobić dobrą robotę przy tak ograniczonym czasie, jaki mieliśmy. Co sprawia, że wasza muzyka na "Left For Dead" jest wyjątkowa? Nasza muzyka jest unikalna, bo zasadniczo ma prawdziwe solówki gitarowe (śmiech). Muza wielu nowych zespołów jest ciężka, ale brakuje solówek, których metal potrzebuje. Poza tym

Skąd bierzecie inspirację i wiedzę na temat wojny nuklearnej (oraz innych środków masowego zniszczenia)? Chcę wiedzieć, w jaki sposób spróbują mnie zabić (śmiech). Co zainspirowało was do napisania "Point Blank Range"? Utwór nosi tytuł "Point Blank Range", ale równie dobrze moglibyśmy go zatytułować "STFU" (zamknij kurwa ryj - przyp. red.). Jest on o ludziach, którzy narzekają na wszystko przez cały czas. Wszystko wiedzą i są kurwami. Muszą się zamknąć… "Point Blank Range" pasuje (śmiech). Czy powiedziałbyś, że ciągłe użycie pierwszej i drugiej osoby w waszych tekstach sprawia, że wasze teksty są bardziej osobiste? Lubię opowiadać historie w naszych utworach i zwracać się bezpośrednio do słuchacza, aby dawać jemu lub jej do zrozumienia, że to mogli

Czy nie miałbyś problemu z omówieniem na chłodno waszego pierwszego albumu, "Malice and Forethought"? Wytrzymał próbę czasu? Jak dla mnie "Malice And Forethought" wytrzymał próbę czasu. Świetne utwory to świetne utwory, niezależnie w jakich czasach zostały nagrane. Byłoby fajnie zremasterować te nagrania, jednak pewne rzeczy powinny pozostać niezmienione. Nie pierdol się z czymś, co nie jest zepsute! Czy w ogóle wasz debiut dostał większy odzew w czasach grunge'u? Myślę, że to były dla was ciężkie czasy, czyż nie? "Malice and Forethought" został przyjęty bardzo dobrze. Dzięki temu albumowi udało nam się zagrać z Mercyful Fate, Death i z innymi. Scena grunge miała mocny wpływ na scenę metalową, jednak bardziej wpłynęła na kapele hard rockowe, typu Motley Crue, Ratt itp. Wpłynęła bardziej na główny nurt. Nas bardziej inspirował ruch nu metalowy - Limp Bizkit i Korn bardziej wkroczyły w naszą drogę muzyczną niż grunge. Czy zamierzacie ponownie zremasterować lub nagrać wasz debiut w najbliższej przyszłości? Remastering będzie ciężki, ponieważ nie wiemy, gdzie jest taśma "matka". Zaginęła. Jednak wydaliśmy to ponownie na cyfrowej platformie. Myślimy o zrobieniu teledysku do jednego ze starych utworów. To całkiem dobry sposób na przypomnienie debiutu. Jak przebiegały prace nad waszym najnowszym albumem? Kapitalnie. Fajnie było spotkać się ponownie po prawie dekadzie przerwy. Naprawdę dobrze grało nam się razem oraz przygotowywało do nagrywania w Metal Works Studio, aczkolwiek nie mieliśmy wiele czasu, więc by-

Foto: Homicide

jej unikalność polega na tym, że ka-żdy utwór się różni. Nie jesteśmy ograniczeni jednym gatunkiem metalu. Dużo mieszamy, od klasycznych motywów w stylu Judas Priest do thrashu. Czy mógłbyś wymienić jeden kraj, który mógłby być czarnym charakterem z "Enemy of the State"? Serio musisz się o to pytać? (śmiech) Łatwo mówić o Ameryce, ale raczej jest to ogólnie o zachodnich siłach. My wszyscy jesteśmy wrogami. I jak możemy zobaczyć przy okazji wirusa, naprawdę tak jest, bowiem przenosimy go z jednej osoby na drugą. Zgodziłbyś się, że największym zagrożeniem obecnie jest wojna atomowa? Wojna nuklearna zawsze jest straszna, jednak się nie wydarzy, ponieważ nikt nie wygrałby, gdyby wszyscy zaczęli odpalać rakiety. Kosmos jest prawdziwym zagrożeniem. Wojny kosmiczne są prawdziwe, kosmici są w stanie trafić Cię laserem. Wojna pogodowa również ma duży wpływ. Poza tym daliśmy za dużo mocy komputerom. "Terminator" miał rację w przyszłości Skynet skieruje się przeciwko rasie ludzkiej.

być oni i że zjebali, jednak jeszcze tego nie wiedzą. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o artyście, który stworzył okładkę na wasz drugi album? Zrobił świetną robotę. Myślę, że wygląda tak jak brzmi nasz album. Zrobił naprawdę świetną robotę, ale tak jak nasz pierwszy "master disc", również on zniknął w Malezji. Mam nadzieję, że wszystko z nim w porządku. Zamknął stronę internetową i słuch o nim zaginął. Być może mamy ostatnią okładkę i żadnej innej już nie stworzy. I nie, nie mamy nic wspólnego z jego zaginięciem (śmiech). Co zamierzacie robić w 2021? Chcielibyśmy zagrać trochę koncertów, jednak wirus ma inne plany. Pracujemy nad nowym materiałem i w przyszłości opublikujemy więcej teledysków. Jeden teledysk już mamy - do utworu "Scourge of God". Możecie go zobaczyć na Youtube już teraz! Dziękuje za wywiad. Powodzenia! Dzięki! Jacek Woźniak

HOMICIDE

45


Nowy start Na początku lat 80. Axewitch byli jednym z najbardziej perspektywicznych zespołów metalowych w Szwecji. Z ogólnoświatowej kariery nic nie wyszło, ale grupa zostawiła po sobie kilka wartych uwagi wydawnictw, zwłaszcza albumy "The Lord Of Flies" oraz "Visions Of The Past". Najnowszy, nagrany po ponad 35 latach milczenia, "Out Of The Ashes Into The Fire" raczej ich nie przebije, ale mimo wszystko cieszy, że weterani wciąż grają. Na nasze pytania odpowiedzieli Mats Johansson i Björn Hernborg, czyli sekcja rytmiczna Axewich. HMP: Coś długo zeszło wam z tą powrotną płytą, zważywszy, że reaktywowaliście zespół w roku 2007. Co nagle, to po diable, czy były inne powody tego, że wasz czwarty album ukazuje się dopiero w 2021 roku? Axewitch: W 2007 roku spotkaliśmy się tylko po to, by zagrać jeden koncert. Wtedy Lasse Fallman grał na basie, ale zrezygnował po koncercie na Swedish Rock w 2008 roku. Nie podchodzilismy do tego zbyt poważnie, zanim Björn dołączył do zespołu. Zaczęliśmy preprodukcję w studiu przyjaciela Ronny'ego Maxa na wsi, ale odległość stała się dla nas zbyt uciążliwa, więc przenieśliśmy cały projekt do miasta Linköping, gdzie kontynuowaliśmy nagra-

najpierw musieliście solidnie poćwiczyć, przypomnieć sobie to i owo, żeby zacząć myśleć o takim poważniejszym powrocie, nie tylko muzykowaniu dla przyjemności? Przez te wszystkie lata większość z nas grała. Mieliśmy nawet kilka swoich kapel, ale nie było to nic poważnego. Magnus grał w zespołach takich jak Straight Up i Sleazy Rose zagrał nawet kilka koncertów w Szwecji. Anders i ja graliśmy w symfonicznym projekcie. Björn grał w coverbandzie Charlotte The Harlot, który oddawał hołd Maiden. Mike podróżując po Szwecji nagrał parę materiałów jako inżynier dźwięku. W ciągu tych lat żaden z nas nie miał zbyt wiele prób, nie mówiąc o praktyce, więc

Foto: Nervosa

Foto: Axewitch

nia. Jakiś czas później dostaliśmy propozycję zbudowania studia wspólnie z przyjaciółmi i w ten sposób powstało The Metal Studios, gdzie album został ostatecznie nagrany. Całość nagraliśmy i wyprodukowaliśmy sami, co samo w sobie było dla nas procesem wymagającym nauki. Wiele powrotów zespołów sprzed lat budzi mieszane uczucia, bo często z oryginalnego składu pozostaje w nim jeden, góra dwóch muzyków. U was wygląda to jednak zupełnie inaczej, to niemal pełny line-up z lat 80. - pozostaliście przez te wszystkie lata kumplami, więc było to możliwe? Tak, cały czas jesteśmy przyjaciółmi i spotykaliśmy się dość często. Byliście cały czas aktywni muzycznie, czy też

46

AXEWITCH

tak, kiedy po raz pierwszy weszliśmy do studia, uporządkowanie tego wszystkiego zajęło trochę czasu. Wyłamał się tylko Tommy Brage. Nie gra już od lat, nie chciał wracać do dawno zamkniętego etapu życia, a może były inne powody, z racji których najpierw grał z wami Lasse, a od blisko 10 lat macie w składzie Björna? Tommy na 15 lat przeprowadził się do Norwegii, a potem na 10 lat na Filipiny, więc on nie wchodził w grę. Zgrany, stabilny skład to chyba podstawa sukcesu, a w pierwszym okresie działalności zmiany składu utrudniały wam funkcjonowanie, szczególnie pod koniec istnienia zespołu? Co jeszcze poszło nie tak, że w roku 1987 było już po wszystkim? Przecież "The Lord Of

Flies" i "Visions Of The Past" to prawdziwe perełki, nie tylko szwedzkiego, metalu tamtych lat; mieliście dobre kompozycje, potencjał, czego więc zabrakło, żeby przebić się szerzej, tak jak stało się to w tym samym czasie udziałem waszych rodaków z E.F. Band? A kto może to wiedzieć? Pewnie wszystkim znudziła się współpraca z wytwórnią, która w ogóle nie wspierała zespołu... Magnus i Anders działali jeszcze przez kilka lat w nowym składzie, nagrywając "Hooked On High Heels" i jeszcze jeden album, który nigdy nie został wydany. Można go znaleźć na Spotify i innych mediach streamingowych pod tytułem "The Lost Album". Wydawca też miał znaczenie, bo jednak nie ma co porównywać Fingerprint Records z fonograficznym gigantem Mercury, firmującym pierwsze płyty E.F. Band, chociaż wasze płyty miały też licencyjne wydania choćby w Kanadzie czy w innych krajach europejskich? Tak, oczywiście, że miało to znaczenie. Nasza mała firma nie miała takich możliwości i kompetencji jak większe wytwórnie. Ale załatwiali licencje m.in. w Kanadzie (Banzai Records), krajach Beneluksu (Roadrunner), w Anglii (Neat Records) i w wielu innych miejscach... Zastanawiasz się czasem co byłoby, jakbyś cie postawili wszystko na jedną kartę, też przeprowadzili się do Anglii, tak jak oni? A może takie dywagacje nie mają już po latach większego sensu, trzeba raczej koncentrować się na tym, co dzieje się tu i teraz? Nie wydaje mi się, żebyśmy chcieli oglądać się wstecz i zastanawiać się, co mogłoby wydarzyć się. Tak jak mówisz, "co byłoby gdyby" nie ma już znaczenia. Nie ma powodu, by płakać nad rozlanym mlekiem, że tak powiem. Po raz pierwszy próbowaliście wrócić na początku lat 90., ale to była, zdaje się, jednora zowa akcja i zakończona niepowodzeniem, zresztą nie były to czasy sprzyjające tradycyjnemu metalowi. Z czasem jednak okazało się, że nie dość, iż fani pamiętają o Axewitch, to jeszcze jest zainteresowanie reedycjami waszych płyt - to był ten bodziec, żeby spróbować jeszcze raz, tym bardziej, że na pewno mieliście poczucie niedosytu po przedwczes nym zakończeniu kariery w latach 80.? W 1990 roku był tylko koncert z okazji 10-tej rocznicy, a nie ponowny powrót zespołu. I tak jak mówisz, w latach 90. scena metalowa była praktycznie martwa. Nie mieliśmy żadnych planów, aby w tamtym czasie ponownie działać jako Axewitch. Zwykle wygląda to tak, że po reaktywacji następuje etap zachłyśnięcia się tym nowym etapem - pierwsze próby, świetnie przyjęte koncerty, etc. Na jakim etapie uznaliście, że musi pójść za tym coś więcej, album z premierowym materiałem, żeby nikt wam nie zarzu cił, że bazujecie wyłącznie na przeszłości? Oczywiście, że chcieliśmy od razu napisać nowe kawałki. Choćby po to, żeby odkryć dla siebie jak Axewitch mógłby brzmieć w 2020 roku. Nigdy nie mieliśmy żadnych ukrytych motywów związanych z tą płytą. Po prostu staraliśmy się napisać i nagrać tak dobre kompozycje, jak to tylko możliwe. Kilka razy spotkaliśmy się z komentarzami, że nowe utwory w ogóle nie brzmią jak stary Axewitch, ale jak właściwie brzmi stary Axewitch? Dobry kawałek to dobry kawałek, bez względu na to, czy brzmi jak we wczesnych latach 80., czy ma współcze-


sny klimaty. Byłoby dziwne, gdybyśmy w ogóle nie rozwinęli się przez te 35. lat. Ale czujemy, że te utwory mają w sobie coś z Axewitch. "Out Of The Ashes Into The Fire" to wyłącznie najnowsze kompozycje, czy w podstawowej części programu wykorzystaliście też jakieś starsze pomysły czy riffy? Wszystkie utwory są zupełnie nowe z wyjątkiem dwóch bonusowych kawałków na wersji CD. W kwesti pisania muzyki chcieliśmy zostawić przeszłość za sobą, aby poczuć jak Axewitch brzmiałby w dzisiejszych czasach. Jak długo trwały prace nad tym materiałem, kiedy uznaliście, że jest już dopracowany? Nie chcieliśmy niczego przyspieszać, więc postanowiliśmy nie spieszyć się z pisaniem materiału. Nie ma sensu stresować się. Utwory powstawały w trakcie procesu nagrywania i było to dość czasochłonne. Nagrywaliśmy w studio przez większość czasu i mieliśmy możliwość nagrywania i robienia poprawek, jeśli coś nam się nie podobało. Może to jest jeden z powodów, przez które zajęło to trochę czasu. Pandemia nie utrudniła wam prac nad tym albumem? A może, paradoksalnie, ułatwiła, bo nagle okazało się, że macie z powodu lockdownu więcej czasu na twórczą pracę? Nie, aż do niedawna. Z powodu problemów zdrowotnych w rodzinie, Magnus zdecydował się zostać w domu, dopóki nie dostaną szczepionki. Więc teraz tylko czterech z nas pracuje w studio nad nowym materiałem. Założenie było chyba takie, że ma to być materiał jak najbliższy klasycznemu stylowi Axewitch, ale powstały tu i teraz, żadna nostalgiczna wycieczka w przeszłość, zwłaszcza pod względem brzmieniowym? Axewitch zawsze był zespołem opartym na riffach/gitarach, gdzie utwory zbudowane są wokół motywów napisanych przez Magnusa lub Andersa. Melodie utworów i teksty, które są zazwyczaj pisane przez Andersa lub Björna, są następnie wplatane w muzykę. Kawałki zazwyczaj nie są zaplanowane tak, aby uzyskać określony klimat, ale same kształtują się w trakcie procesu pisania. Nowością jest to, że zaczęliśmy wkładać więcej pracy w partie wokalne. To dlatego nagraliście ponownie "Nightma-

Foto: Axewitch

re" i "Axewitch" z demo 1982, bo wtedy nie zabrzmiały jak należy? Tak, bo uważamy, że te utwory są świetne i chcieliśmy oddać im sprawiedliwość poprzez lepsze brzmienie. Praca w studio w roku 1985 a 2020: dwie zupełnie inne epoki, zupełnie inne doświadczenia, nawet dla kogoś takiego jak wy, ze sporym muzycznym stażem? Tak, to prawda i do tego fakt, że jesteśmy starsi i mamy teraz więcej doświadczenia. Byliśmy nastolatkami, kiedy nagrywaliśmy nasze pierwsze płyty, a teraz wszystko jest cyfrowe. Nagraliśmy i wyprodukowaliśmy cały album sami, co samo w sobie było procesem uczenia się. Tytuł "Out Of The Ashes Into The Fire" też nie jest w żadnym razie przypadkowy, ma symboliczną wymowę i podkreśla wasz powrót do pełnej aktywności? Taaak, to chyba oznacza, że tytuł symbolizuje to, iż wróciliśmy z premedytacją… (śmiech) Radość z przygotowywania nowej płyty - od poprzedniej minęło przecież ponad 35 lat, a więc szmat czasu - psuła wam chyba jednak świadomość tego, że z racji pandemii nieprędko zaprezentujecie ten materiał na żywo? Jest jak jest... Mamy nadzieję, że uda nam się

zorganizować imprezę z okazji wydania płyty, przynajmniej tutaj, w naszym rodzinnym mieście Linköping. Plany zostały poczynione wspólnie z klubem rockowym Hell Yeah, aby zorganizować imprezę promocyjną gdzieś podczas tego lata, w zależności od sytuacji. Musimy po prostu dostosować się do pandemii. Oczywiście, mamy nadzieję, że dostaniemy szansę zagrania w Europie i na całym świecie, kiedy pandemia się skończy. Płyta ukazała się i co dalej? Nie obawiasz się, że jeśli ta sytuacja potrwa dłużej, to wasz zespół nie przetrwa, bo nie będziecie mieli dalszej motywacji do działania, nie mogąc grać koncertów? Niestety, w takich czasach istnieje ryzyko, że bez możliwości promowania albumu po pewnym czasie zainteresowanie nim spadnie, ale możemy mieć tylko nadzieję, że sytuacja zmieni się na najlepsze. Postaramy się utrzymać zainteresowanie Axewitch w oczekiwaniu na lepsze czasy. Już teraz tworzymy nowe utwory i jesteśmy bardzo zajęci. W tej chwili nagrywamy na nowo wszystkie nasze największe hity z płyt z lat 1981-1985. Udostępniliście już singlowy utwór "The Pusher", planujecie pewnie kolejne działania promocyjne w sieci, ale to jednak nie to samo, niż wyjść na scenę, szczególnie na festiwalu, pokazać się publiczności z jak najlepszej strony? Oczywiście, mamy nadzieję, że dostaniemy szansę zagrania w Europie i na całym świecie, kiedy pandemia się skończy. Koncerty na żywo są tym, co chcemy robić i nic nie może się równać z graniem dla publiczności. Plus jest jednak taki, że metalowa publiczność jest dość konserwatywna i stała w swych upodobaniach, tak więc wasi fani będą cieszyć się nową płytą Axewitch i czekać na powrót koncertów? To jest to, na co mamy nadzieję. Myślę, że ten album może spodobać się zarówno tym, którzy lubią stary Axewitch, jak i tym, którzy wolą bardziej nowoczesne brzmienie. Jak już wcześniej wspomniałem, dobry kawałek to po prostu dobry kawałek... Wojciech Chamryk, Joanna Pietrzak, Szymon Paczkowski

Foto: Axewitch

AXEWITCH

47


Ryzyko Są takie zespoły, które żyją jedynie w pamięci najzagorzalszych fanów. Z jakiegoś powodu, w przeszłości nie spłynął na nich splendor chwały największych i po kilku lepszych i gorszych płytach, formacje te rozpadały się i nigdy już nie wróciły do świata żywych. O jednej z takich ekip - niemieckim Faithful Breath przypomniał niedawno niezawodny High Roller Records, wydając na CD i winylu wznowienia dwóch klasycznych pozycji tejże grupy: "Gold'n'Glory" i "Skol". Nie muszę dodawać, że był to świetny pretekst, aby obudzić wspomnienia i porozmawiać z liderem formacji, Heimim. Dotrzeć do niego nie było łatwo, ale takie zadania to, to co niestrudzeni reporterzy Heavy Metal Pages lubią najbardziej! Przy dźwiękach wysłużonego, Pronitowskiego wydania "Gold'n'Glory", udało mi się zadać kilka pytań wokaliście Faithful Breath, który opowiedział mi o wyboistej i dość szarej rzeczywistości metalowych Niemiec drugiej połowy lat 80-tych. HMP: Cześć Heimi, jak się masz? Nie ukrywam że to dla mnie zaszczyt móc z Tobą pogawędzić. Czy wiesz że "Gold'n'Glory" to płyta która wciąż jest bardzo popularna wśród fanów w Polsce? Niemała w tym zasługa wydawnictwa Pronit która swego czasu wydała u nas ten album... Heinz ''Heimi'' Mikus: Cześć, dzięki, mam się dobrze. Cieszy mnie to co mówisz, swego czasu dostawaliśmy naprawdę wiele wiadomości i listów od fanów z Polski! Rozmawiamy, bo "Gold'n'Glory" doczekał się naprawdę solidnie wyglądającej reedycji, którą wydał High Roller Records. Możesz mi powiedzieć jak do tego doszło? Kto wykonał pierwszy krok?

High Roller Records. Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałem podpytać Cię o kilka kwestii związanych z historią Faithful Breath. Pamiętasz czas kiedy pisaliście "Gold'n'Glory"? Cóż, to co pamiętam z tego czasu to, że całość napisaliśmy po prostu w sali prób. Nagrywaliśmy i zmienialiśmy kawałki milion razy, robiliśmy to na takim czterościeżkowym magnetofonie. W końcu jednak dotarliśmy do końca i poczuliśmy, że mamy naprawdę kilka solidnych numerów na pełny long play. A pamiętasz samą sesję nagraniową? Tak, produkowaliśmy "Gold'n'Glory" z Michaelem Wagnerem i Udo Dirkschneide-

gdy pierwszy raz usłyszałem takie "Don't Feel Hate", nie mogłem uwierzyć, że tak klasyczny, metalowy banger nie jest wymieni any jednym tchem obok hiciorów Accept czy Helloween... No cóż, nasza wytwórnia zrobiła naprawdę dobrą robotę przy promocji tej płyty. Mieliśmy sporo wywiadów, występów w radiu, zagranicznych festiwali i tak dalej. To również dobrze wpływało na nas, było naprawdę ok. Wydaje mi się, że to o czym mówisz, spotyka jednak tylko nielicznych i nie jest to wcale takie oczywiste. "King of Rock" to z kolei dla mnie numer, który spokojnie pasowałby do któregoś z albumów Scorpions. Wiesz, że "Gold'n' Glory" i "Love At The First Sting" wydano w tym samym roku? To czysty zbieg okoliczności, nie mieliśmy zamiaru kopiować Scorpions! (śmiech) Wspomniałeś o Mausoleum Records, które swego czasu wydało kilka naprawdę moc nych tytułów jak "Second Attack" od Cross Fire czy "Shock Waves" Killer. Rozpoczynając z nimi współpracę liczyliście, że pomogą Waszemu zespołowi zyskać większą rozpoznawalność? Tak, Mausoleum było w tym czasie na topie, mieli w swojej stajni kilka mocnych ekip, tak jak wspomniane przez Ciebie CrossFire czy Killer. Graliśmy z nimi kilka festiwali, świetne kapele, byliśmy nawet z nimi w Antwerpi kilka razy, jeszcze zanim podpisaliśmy kontrakt z Mausoleum. Bardzo dobrze dogadywaliśmy się z Alfie Falkenbachem i Stonne Holmgrenem, szefami wytwórni. Nasz ówczesny manager, Boggi Kopec powiedział, że to świetna okazja i powinniśmy zdecydować się na podpisanie kontraktu z nimi. Nie żałowaliśmy. Po "Gold'n'Glory" wydaliście kolejny bardzo dobry album, "Skol". Zespół był wtedy w niezłym gazie, co? Plan był taki, że album znów miał produkować Michael Wagner. Niestety, okazało się to trudne do wykonania, bo Wagner przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych i produkował tam album za albumem. Musieliśmy więc nieco zweryfikować swoje plany. Zrobiliśmy więc "Skol" z Gerdem Rautenbachem w jego Dierks Studios. Niestety, mieliśmy też problemy wewnątrz zespołu. Nasz drugi gitarzysta, Bubi, chciał odejść. Dostał lukratywną propozycję z innego zespołu. Co prawda wciąż był z nami, ale klimat i chemia między nami nie była już taka sama. W końcu zastąpił go Thilo Hermann, choć Bubi na "Skol" jeszcze zagrał.

Foto: Faithful Breath

Historia jest dość prosta. High Roller Records odezwało się do nas i przedstawiło swój pomysł, który po prostu bardzo nam się spodobał! Masz jakieś oczekiwania związane z tym wydawnictwem? Nie wydaje mi się, że powinniśmy mieć jakieś duże oczekiwania. Jeśli fani będą podekscytowani tą nową edycją, będzie naprawdę wspaniale. To co jest chyba bardziej istotne dla mnie to, to żeby cała inwestycja zwróciła się

48

FAITHFUL BREATH

rem. Mieliśmy w sumie czternascie dni na nagranie. Pamiętam, że sama sesja było po prostu fajną zabawą. Mieliśmy świetną atmosferę, byliśmy wyluzowani. Wytwórnia Mausoleum zapewniła w zasadzie wszystko czego potrzebowaliśmy. Wagner nieźle mnie torturował przy nagrywaniu wokali, ale jak widać, przeżyłem! (śmiech) Prawdę mówiąc wciąż jestem bardzo zadowolony z tej płyty. Dla mnie "Gold'n'Glory" to zbiór niesamowitych, metalowych hymnów. Pamiętam, że

Wiesz, nie znam do końca sytuacji z przeszłości, ale z mojej perspektywy zespół wyglądał naprawdę obiecująco. Powiesz co się stało, że niedługo potem zmieniliście nazwę na Risk i zmieniliście styl, porzucając już na zawsze tożsamość Faithful Breath? Cóż, zaraz po nagraniu "Skol", Mausoleum zbankrutowało. Alfie Falkenbach wycofał się z biznesu, a Holmgren założył wtedy z nowym partnerem Ambush Records. To w ich barwach wydaliśmy "Skol". Kiedy zaczęliśmy promować ten album, scena metalowa wydawała się być w kompletnym rozgardiaszu. Nie wiem jak Ci to dokładnie wytłumaczyć, ale nie wyglądało już to tak prosto i fajnie jak


kiedyś, nie było już tak łatwo z taką muzyką jaką grał Faithful Breath. Plan był taki, żeby podsumować Faithful Breath za pomocą albumu live, który koniec końców zrealizowaliśmy z Noise Records, a potem pomyśleć nad koncepcją nowych utworów. Mieliśmy już wtedy na pokładzie Romana Keymera z Angel Dust i faktycznie nagrywaliśmy dużo demówek. Szybko okazało się, że muzycznie nie ma to w zasadzie nic wspólnego z Faihful Breath. Tak wyszło. Zdecydowaliśmy się więc zmienić nazwę. Wiadomo, to było wielkie… ryzyko (śmiech). Ale na całe szczęście materiał przemówił do właścicieli Steamhammer SPV, demówki wydawały się po prostu trafić w swój czas. Wzięliśmy więc głęboki oddech, pogrzebaliśmy Faithful Breath i rozpoczęliśmy od nowa, już jako Risk. Jeśli wierzyć moim źródłom, w latach 90tych dałeś sobie spokój z graniem. Dlaczego? No cóż, zacząłem po prostu pracować w studiu, nagrywać i produkować zespoły. Heimi, w obecnych czasach dużo kapel z lat 80-tych powraca na scenę - Cirith Ungol, Glacier czy Elixir to jedynie kilka przykładów. Rozważałeś możliwość powrotu Faithful Breath albo Risk? Nie, to nigdy nie była dla mnie opcja. Zresztą, obecnie powrót w oryginalnym składzie jest kompletnie niemożliwy, bo nasz perkusista, Jurgen Dusterloh odszedł cztery lata temu. Więc nie ma takiego tematu i nigdy nie było. Ale z tego co wiem, to nadal jesteś fanem

Foto: Faithful Breath

heavy metalu? Jasne! Wciąż słucham metalu i jestem bardzo mocno związany z tym gatunkiem, przecież to wciąż duża część mojego życia. To co zawsze było ekscytujące to, to że heavy metal jest wszędzie, w każdym zakątku świata. Gdziekolwiek nie pojedziesz, tam możesz grać heavy metal i będzie on znany i popularny. Ekscytujące. Heimi, wielkie dzięki za Twój czas. Ostatnie słowo zostawiam Tobie.

Cała przyjemność po mojej stronie. Mam nadzieję że festiwale i koncerty niebawem wrócą. Salut w stronę wszystkich fanów w Polsce! Keep it Heavy and Skol! Trzymajcie się! Marcin Jakub


Na Srebrny Talon, toż to niemożliwe! Zamiast trzymać się wiernie informacjom podanym w notce prasowej od wydawcy, tym razem odważyłem się zakwestionować ją. Gitarzysta Silver Talon, Bryce Adams VanHoosen, odpowiedział, że faktycznie musi odświeżyć cały materiał promocyjny, co otworzyło zespół do przedstawiania swoich przemyśleń bez żadnych zahamowań, specjalnie dla Heavy Metal Pages. Silver Talon łechce na swoim debiucie "Decadence and Decay" granicę pomiędzy Manticorowską progresją a power metalem spod znaku Nevermore i porusza tematy, o których wielu boi się mówić. HMP: Silver Talon to bardzo młody, ale już rozwinięty US metalowy zespół. Czy jesteście wszyscy osadzeni w jednym Stanie Ameryki Północnej, a może rozsiani po całym USA i Meksyku? Bryce VanHoosen: Mieszkamy w Portland, Oregon. Sebastian (gitarzysta Sebastian Silva - przyp. red.) pochodzi z Meksyku, ale również mieszka, wraz ze swoją rodziną, w Oregon. Niestety, nie posiada obywatelstwa USA, a nasz kraj traktuje imigrantów z Meksyku niezbyt dobrze. Doszło nawet do tego, że kiedy Sebastian wybrał się w 2019 roku w międzynarodową trasę koncertową swojego innego zespołu (Unto Others, dawniej Idle

certujących tam zespołów, że Meksykanie są niesamowicie energiczni i celebrują heavy metalowe show jak prawdziwe święto. Ale, szczerze mówiąc, ja osobiście nigdy dotąd tego nie doświadczyłem. Byłem jeszcze zbyt młody w czasach, gdy mieszkałem w Meksyku. Słyszałem, że są tam organizowane świetne festiwale i mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości dostaniemy szansę występowania na nich. Moim ulubionym zespołem heavy metalowym z Meksyku jest Transmetal i Luzbel. Lubię też bardziej mainstreamowe kapele rockowe, np. Mana i Caifanes. Byłoby super, gdybym pewnego dnia mógł osobiście doświadczyć, co dokładnie Olof miał na myśli,

Foto: Silver Talon

50

Hands), nie był w stanie powrócić do domu i utknął w Meksyku. Na szczęście, to zdarzenie to już przeszłość, jest on teraz z nami w USA na dobre i obecnie może swobodnie przekraczać granicę.

kiedy nazwał Mexico City "heavy metalową stolicą świata". Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę rozentuzjazmowany tłum pełen "La Raza" (potomków Hiszpanów w Ameryce przyp. red.).

Enforcer na swojej najnowszej koncertówce "Live By Fire II" nazwał Mexico City światową stolicą heavy metalu. Sebastian, co Ty na to? Sebastian Silva: Zacznę od wyjaśnienia, że nie pochodzę z Mexico City. Urodziłem się jakieś 6 godzin jazdy samochodem na północny zachód, w Guadalajara, Jalisco, Meksyk. Odwiedziłem Mexico City po raz pierwszy w 2019 roku. Słyszałem od wielu kon-

Dziękuję Ci Sebastianie za wypowiedź. Głównym tematem rozmowy jest wasz debiutancki longplay "Decadence and Decay", ponieważ ukaże się on już niebawem, 28 maja 2021. Jak się czujecie w momencie oczekiwania na premierę? Bryce VanHoosen: Fantastycznie. Z mojej perspektywy wydaje się, że od momentu rozpoczęcia nagrań w 2019 minął już kawał czasu (ponad rok). To wspaniale, że album ujrzy

SILVER TALON

niedługo światło dzienne. Zwłaszcza, że pierwsze reakcje na promocyjny singiel są bardzo pozytywne - nie ukrywam, że ich obserwowanie sprawia nam radość. Z jakiegoś powodu obawiałem się, że być może ludzie o nas zapomną, ponieważ niewiele było o nas słychać po ukazaniu się EP "Becoming A Demon" w 2018 roku. Tak się na szczęście nie stało. Jesteśmy podekscytowani na samą myśl o możliwościach, jakie się przed nami pojawią wraz z "Decadence and Decay". Czy mogę wam coś wyznać? Ale nie zdenerwujecie się? Bryce VanHoosen: No dawaj. W notce prasowej napisaliście, że "Decadence and Decay" bazuje na ekscytującej kombinacji heavy metalowej chwytliwości oraz gitarowej wirtuozerii; a dalej: "ten heavy metal zaciska pięści słuchaczy i porywa ich do head-bangingu za sprawą połączenia mis trzowskiej przebojowości, wyszukanej melodyki oraz technicznych zawiłości". Nie łapię tego opisu, a wręcz obawiam się, że może on być mylący dla innych odbiorców. Bryce VanHoosen: (śmiech) To, co zacytowałeś, to marketingowa przesada. Powinniśmy odświeżyć nasze materiały promocyjne (śmiech). Ale naprawdę nie sądzę, żeby chwytliwość była jedną z waszych głównych cech, a gitarowa wirtuozeria to zaledwie środek do celu (nie główna składowa efektu końcowego). Raczej apokaliptyczna atmosfera jest tym, co najbardziej wyróżnia wasz album. Poza tym, rytmicznie za dużo kombinujecie, żeby chciało się do tego uprawiać head-banging albo wymachiwać pięściami. Wyatt Howell: Yeah, jest ogromna różnica pomiędzy tym, co my tworzymy, a co tworzyło powiedzmy Anthrax na swoim debiucie. Do headbangingu potrzebne byłoby stałe tempo utrzymujące ten sam ładunek energetyczny, zamiast co chwila ulegać zmienianie, tak jak w naszych utworach. Wiesz, my nie gramy takiej muzyki, przy której chciałoby się wyszumieć, przy której chciałoby się pędzić na autostradzie albo dźwigać ciężary na siłowni. Jesteśmy dwa miesiące przed premierą, więc ta muzyka jest jeszcze bardzo świeża i nie w pełni ją jeszcze "przetrawiłem". Wiecie do czego mnie ona skłania? Do zamknięcia oczu i słuchania. Stąd moje pytanie - czy obawiacie się różnicy pomiędzy waszymi intencjami a efektem wywieranym na słuchaczach? Wyatt Howell: Zawsze postrzegałem Silver Talon jako metodę introspekcji, samoobserwacji, poprzez przyssanie się do jej specyficznej atmosfery. A może byłoby trafniej powiedzieć - jako nieszkodliwą metodę naćpania się (śmiech). Bryce VanHoosen: Jak się teraz nad tym zastanowię, to coś w tym jest. Ale różnica bardziej pojawia się między naszymi intencjami a opisem w notce prasowej; niekoniecznie pomiędzy naszymi wysiłkami a odbiorem. Ustalmy jasno, że nie próbujemy tworzyć heavy metalowych hymnów w stylu lat 80., do których publika śpiewałaby wraz z nami, czy coś takiego. Zależy nam na kreowaniu atmosfery, poprzez którą zabieralibyśmy słuchaczy na wyjątkową podróż, a nie na zwykłą piątkową domówkę. I jeśli znajdzie się ktoś, kto posłucha i odpłynie, spędzając trochę więcej czasu


w swoich myślach, to uważam, że nasza misja została zakończona z powodzeniem. Cieszę się, że doszliśmy wspólnie do takich wniosków i nie zjedliście mnie po drodze (śmiech). Wasz line-up składa się z 6 osób: aż 3 gitarzystów (Bryce Adams VanHoosen, Sebastian Silva, Devon Miller), basisty (Walter Hartzell), perkusisty (Michael Thompson) oraz wokalisty (Wyatt Howell). Podejrzewam, że świetnie odnajdujecie się w pracy zespołowej. W teorii psychologii wyróżnia się cztery główne role pełnione przez osoby pracujące zespołowo (oczywiście, ten podział jest elastyczny). Czy mógłbym was prosić o przypisanie każdego członka Silver Talon do poszczególnych kategorii, które najlepiej was reprezentują? Bryce VanHoosen: A) zarządzanie: organizator, kierownik, wizjoner: Bryce Adams Van Hoosen (gitarzysta) B) dbanie o relacje z ludźmi: pośrednik, opiekun, inspirator: Sebastian Silva (gitarzysta) C) tworzenie: kreator, opozycjonista, sędzia: Wyatt Howell (wokalista), Devon Miller (gitarzysta) D) praca u podstaw: osoba dbająca o detale, osoba myśląca bez końca o jakieś sprawie, osoba najbardziej cierpliwie wykonująca powierzone zadanie: Walter Hartzell (basista), Michael Thompson (perkusista). Czym kierowaliście się przy takim wyborze? Bryce VanHoosen: Jesteśmy trochę elastyczni w tym podziale, ale wydaje mi się, że tak to właśnie u nas wygląda. Ja najbardziej udzielam się w sprawach organizacyjnych i najłatwiej wychodzi mi określanie wspólnej wizji dla Silver Talon (tzn. projektuję merch i okładki albumów, a także odpowiadam za ogólną wizję, vibe). Sprawy organizacyjne sprowadzają się akurat do administrowania skrzynką emailową, układania harmonogramu prac (m.in. takich jak sesje w studiach nagraniowych, kręcenie video, ustalanie koncertów, sesji zdjęciowych, wywiadów), rozwijania naszej obecności w social mediach oraz regulowania podatków. Wiele spośród tych zadań jest niepodobnych do wizerunku gwiazd rocka (śmiech). Ale takie rzeczy muszą być zrobione. Jestem kierownikiem dosłownie (śmiech), znaczy się kierowcą vana podczas tras koncertowych. Sebastian to osoba najlepiej odnajdująca się w bezpośrednich kontaktach z ludźmi, ponieważ spędza mnóstwo czasu nawiązując znajomości z innymi muzykami, również przy okazji gry na gitarze w kapelach Unto Others i Cobra Spell. Jest on osobą promieniującą szczególnie pozytywną aurą, bardzo charyzmatyczną, a jego słowa skutecznie zachęcają wszystkich wokół do działania - do tego stopnia, że sporo jego przyjaciół skończyło wraz z nim w jednej kapeli. Wyatt i Devon wyróżniają się kreatywnością. Bardzo cenię sobie ich opinię odnośnie wszystkiego, co komponuję. Są najlepsi w udzielaniu konstruktywnego feedback'u. Wyatt często przychodzi ze świetnymi pomysłami na liryki i nieustannie zastanawia się, jak uczynić nasze utwory jeszcze lepszymi. Devon podobnie, zawdzięczamy mu mnóstwo harmonii i melodii akompaniujących. Zarówno Walter jak i Michael są rzetelnymi ludźmi pracy. Odpowiadają za sekcję rytmiczną, wobec czego analizują najdrobniejsze detale utworów w trakcie procesu rozwijania kompozycji po to, aby dopasować do nich swoje partie. Trzeba włożyć

Foto: Silver Talon

naprawdę sporo analitycznej pracy, aby partie basu i uderzenia perkusji perfekcyjnie współgrały z całym zespołem. Niekiedy wręcz zadziwia mnie to, jak bardzo można na nich polegać. Robią zawsze to, co obiecują zrobić. Na czas i solidnie. To wcale nie jest oczywiste, i dlatego cieszę się, że mogę pracować z ludźmi, które są jednocześnie odpowiedzialni i niesamowicie utalentowani. Gratuluję. Wszyscy wydajecie się sympaty cznymi muzykami, skoro mieliście okazję występować przed wspaniałymi zespołami, jeszcze zanim ukazał się wasz pierwszy longplay, "Decadence and Decay". W jaki sposób układaliście koncertową setlistę, wziąwszy pod uwagę, że na waszym EP "Becoming A Demon" było tylko 5 autorskich utworów Silver Talon (nie licząc coveru Sanctuary "Battle Angels", intro i outro - przyp. red.)? Bryce VanHoosen: Jak dotąd graliśmy m.in. z Evergrey, Unleash the Archers, Savage Master, Striker, Exmortus, Warbringer, Enforcer. Podczas naszych pierwszych występów w 2018 roku wykonywaliśmy pięć własnych utworów, cover Sanctuary "Battle Angels" oraz trochę kawałków z repertuaru Spellcaster. To dosyć naturalny wybór, ponieważ w tamtym okresie w skład Silver Talon wchodziło kilka osób właśnie ze Spellcaster. Pamiętam, że jednego wieczoru w Keokuk (stan Iowa) w 2018 roku potrzebowaliśmy zaprezentować dwugodzinny set. Wraz z Sebastianem udzielamy się w cover bandzie Mercyful Fate/King Diamond, więc dodaliśmy kilka numerów Mercyful Fate, King Diamond, a do tego Judas Priest. Było to nieco stresujące, ale daliśmy radę.

talowego ognia, a zatem ktoś mógłby was przypisać do sceny NWOTHM. Nie jestem przekonany, czy byłoby to słuszne. Średnio mi to pasuje do waszego stylu. NWOT HM jest często kojarzony z odkrywaniem na nowo heavy metalu lat 80., podczas gdy Silver Talon ma mocny nowoczesny sznyt. Wystarczy zwrócić uwagę na wasze bębny, nie wspominając o zaawansowanej strukturze całych kompozycji. Co o tym myślicie? Bryce VanHoosen: Owszem, jesteśmy kojarzeni z NWOTHM. Nasz wygląd sceniczny jest bardzo typowy dla zespołów z tamtej epoki, mamy też czyste wokale. Ale ja też myślę, że nie bardzo pasujemy do tej szufladki, dokładnie z tych powodów, które wymieniłeś. Stosunkowo wielu fanów NWOTHM lubi Silver Talon, ale pomimo tego większość zwolenników tej sceny nie jest zainteresowanych naszą propozycją. Bardzo daleko nam do np. Iron Maiden, wiesz o co mi chodzi. Nie staramy się wskrzesić tamtych czasów. Wręcz przeciwnie, dążymy do stworzenia unikalnej muzyki w oryginalnej stylice, wobec której nikt nie miałby wątpliwości, że jest naszym pomysłem. Przy okazji, bardzo doceniam w

Wynika stąd, że możecie odczuwać wspólną misję podsycania i utrzymywania heavy me-

SILVER TALON

51


zespołach z lat 80., że wykazywały się takimi ambicjami. Iron Maiden nie chciało brzmieć jak zespół z lat 60., czy cokolwiek w ten deseń - oni robili swoje, a ich utwory były wówczas innowacyjne. Analogicznie, Silver Talon stawia sobie wyzwanie podjęcia muzycznej przygody w krainie niewyeksploatowanych jeszcze dźwięków, a to wyrzuca nas poza scenę NWOTHM, gdzie głównym punktem zainteresowania jest old school, zaczerpnięty wprost z przeszłości. Nie zrozum mnie źle, nie krytykuję tego, ani nie mówię, że sam nie lubię takiej muzki. Chcę raczej wyrazić opinię, że NWOTHM nie wynajduje koła na nowo. Każdy wie, czego może się spodziewać po albumie wpisującym się w NWOTHM. Przeciwnie jest z nami, Silver Talon jest zespołem otwartym na poszukiwania. Chciałbym jeszcze dopytać o perkusję. Czy dobrze słyszę, że brzmi ona syntetycznie? Czy ten zabieg jest celowy? Bryce VanHoosen: Z całą pewnością tak jest. Chcemy, żeby perkusja brzmiała tak mocno i poteżnie, jak to możliwe. Co ciekawe, bardzo inspirowaliśmy się bębnami z Crimson Glory "Transcendence" (1988). Myślę, że oni połączyli maszynę perkusyjną z organiczną perką, z premedytacją kreując wrażenie, jakby grał robot. Myśmy nie poszli aż tak daleko. Michael jest prawdziwą bestią perkusji. Chcieliśmy, aby wykazał się całym swym kunsztem. Jednocześnie dbając o maksymalnie dosadne brzmienie oraz zawrotne tempo, niezależnie

ironiczne. Jesteście otwarci na poszukiwania, chociaż słyszę u was wiele nawiązań do Nevermore. Czy takie postawienie sprawy nie byłoby nadmiernym skrótem myślowym? A może wręcz świadczyłoby o ignoracji? Bryce VanHoosen: Oczywiście, ktoś może wrzucić naszą płytę do jednego koszyka wraz z albumami Nevermore. Podobnie jak oni, my również balansujemy pomiędzy mrocznym i ciężkim heavy/power metalem a progresją z czystymi wokalami. Ale naszą intencją nie jest, żeby Silver Talon było drugim Nevermore, ani nie chcemy celowo wychodzić z punktu, w którym oni zakończyli. Istnieje kilka konkretnych elementów naszego brzmienia, których na próżno szukać w Nevermore, choćby neo-klasycyzm. Jeff Loomis powiedział mi, że obaj wydajemy się zainspirowani dokładnie tymi samymi rzeczami. On uwielbia Yngwie, Blackmore i wybuchowy rock/ metal lat 80. Ja również. To z pewnością słychać zarówno w Nevermore, jak i w Silver Talon. On komponuje na cięższej, bo 7-strunowej gitarze, mam i ja. Obaj obniżamy strój gitar, odkąd zorientowaliśmy się, że możemy tworzyć bardziej interesujące partie, używając dźwięków znacznie cięższych od tych typowych dla gitar 6-strunowych. Jak myślisz, jak wasz debiut skomentowałby dziś Warrel Dane, gdyby żył (Warrel Dane zmarł w 2017 - przyp. red.)?

Foto: Silver Talon

nawet od tego, czy dałoby się coś takiego zagrać na perkusji akustycznej. Oznacza to, że perkusja jest elementem futurystycznym. Jak na ironię, nasze podejście do jej nagrywania i miksowania było powszechne w latach osiemdziesiątych. Pomyślmy o Crimson Glory oraz o albumach Judas Priest "Turbo" (1986), "Ram It Down" (1988), "Painkiller" (1990) ("Defenders Of The Faith" z 1984 roku nawet bardziej tutaj pasuje niż "Painkiller" - przyp. red). Tam bębny są niemal w całości zastąpione przez sample w celu uzyskania efektu futurystycznego uderzenia. My chcemy zrobić podobną rzecz dokładnie z tego samego powodu, dla którego zespoły heavy metalowe robiły to w latach osiemdziesiątych - a to jest

52

SILVER TALON

Bryce VanHoosen: Mam nadzieję, że przynajmniej doceniłby, że inspirujemy się jego dokonaniami. Natomiast tego nigdy się nie dowiemy i nie ma co gdybać. Inni członkowie Nevermore oraz Sanctuary wyrazili swoje uznanie dla Silver Talon. Dodam, że Warrell stanowił wzór artystycznej duszy w heavy metalu. Robił swoje. Pisał niezwykle introspektywne oraz ekspresyjne liryki. Nie miał oporów przed włożeniem całej pasji, serca i duszy w swoją sztukę. Nie krępowało go otwarte wyrażanie siebie oraz własnych przekonań. Jego głos nie każdemu odpowiadał, ale może to i lepiej. Podziwiam jego czystą i surową emocjonalność, zarówno w lirykach, jak i w śpiewie.

Czy to prawda, że Jeff Loomis grał kiedyś w Silver Talon? Bryce VanHoosen: Jeff zagrał solo gitarowe w coverze "Battle Angels" na naszym EP "Becoming A Demon" (2018). Bardzo mnie cieszy, że to zarejestrował, zwłaszcza, że nie grał akurat tego utworu zbyt często, ani Sanctuary ani w Nevermore. Mamy nadzieję, że ta współpraca była dla niego równie przyjemna, jak dla nas. Bardzo szybko dostarczył nam znakomite solo. Myślę, że przyszło mu to naturalnie po 25 latach od czasów ukazania się oryginału. Jestem fanem Sanctuary i Nevermore, dlatego usłyszenie jego wersji było dla mnie niezmiernie satysfakcjonujące. Przyznam, że nie orientuję się, co u niego słychać po tym, jak w 2018 roku ukazał się singiel Arch Enemy "Reason To Believe". Bryce VanHoosen: Był zajęty koncertowaniem z Arch Enemy. O ile się nie mylę, pracuje teraz nad swoim trzecim albumem solowym. Bardzo chciałbym usłyszeć wreszcie jego nowy stuff! Jeff to wspaniały przyjaciel i mój gitarowy bohater. Inną legendą, z którą ostatnio pracowałeś, jest Andy La Rocque (King Diamond). Pojawił się jako gość specjalny w utworze Silver Talon "Resistance 2029". Niestety, nie udało mi odnaleźć, które dokładnie solo należy do niego. Bryce VanHoosen: (śmiech) Yeah, to może być trudna zagadka, szczególnie jeśli sam nie jesteś gitarzystą uczącym się od Andy'ego. Co dodatkowo komplikuje sprawę, mój styl nosi wiele znamion stylu Andy'ego. Więc wytłumaczę. Chodzi dokładnie o trzecie solo, po partii gitary akustycznej oraz niskim zaśpiewie podczas bridge'u. To specyficzna część, ale Andy to rozwalił i nagrał perfekcyjne solo ze swoim charakterystycznym feeling'iem. Słuchanie tego teraz wydaje mi się surrealistyczne, biorąc pod uwagę, że zaraz potem wchodzi moje solo, które jest jakby skromniejszą wersją jego solówki (śmiech). Chciałbym się dowiedzieć, jakim człowiekiem jest Andy La Rocque prywatnie? Bryce VanHoosen: Twardo stąpającym po ziemi, a przy tym wyluzowanym! Spotkałem go w 2019 roku, gdy grał wraz z Kingiem Diamondem w Portland. Unto Others (dawniej: Idle Hands) otwierało ich show, a ponieważ Silver Talon dzieli z nimi część składu i ogólnie jesteśmy przyjaciółmi, przyszedłem ze swoim egzemplarzem King Diamond "Fatar Portrait", z nadzieją na uzyskanie autografu. Jak tylko poszliśmy na backstage z Gabe (Gabriel Franco, wokalista i gitarzysta, przyp. red.), wyświetlił nam się Andy. Gabe zwrócił się do mnie: "oh, człowieku, daj mi swój LP!" i poprosił Andy'ego o podpis. Andy chętnie to zrobił! Dał mi też swoją kostkę i okazał się naprawdę przyjaznym kolesiem. Sebastian był świadkiem, że Andy zachowywał się równie spoko przez całą długość trasy, a pewnego razu nawet przeprosił, że próba dźwięku King Diamond przeciągnęła się i odebrała czas na przygotowania Unto Others. Absolutny profesjonalista. Zaproszenie go do zagrania solówki dla nas nie mogłoby być prostsze - wystarczyło kilka e-maili w tą i z powrotem, i gotowe. Mam więc najlepsze wspomnienia i żywię nadzieję na więcej współpracy w przyszłości. Wspaniały człowiek.


Skoro mówimy już o gościach zaangażowanych w "Decadence and Decay", warto zwrócić uwagę, że okładkę wykonał Gerald Brom. Czy trudne było dla was wybranie jednego projektu, który najbardziej pasowałby do waszej wizji całości? Bryce VanHoosen: Poszukałem namiaru na Broma po zobaczeniu jego pracy "Witchhorn", tej samej, która ostatecznie stała się okładką naszego albumu. Komponując, potrzebowałem jakiejś graficznej inspiracji dla ogólnego charakteru muzyki. Wklepałem w Google "fantasy art", a ponieważ Gerald Brom jest legendą w swojej dziedzinie, jego nazwisko wyskoczyło mi jako pierwsze w wynikach wyszukiwarki. Przyjrzałem się jego stronie internetowej, ujrzałem "Witchhorn" i od razu pomyślałem: "to jest to! Pasuje jak ulał!" Wysłałem mu e-mail i niespodziewanie otrzymałem odpowiedź zwrotną z korzystnym dla obu stron dealem. Spędziliśmy nieco czasu w 2019 i 2020 roku, aby dopasować muzykę do tej grafiki. Ostatecznie, większość utworów w ten czy w inny sposób pasują do okładki. To po prostu najbardziej metalowa i buntownicza okładka, jaką mogliśmy sobie wymarzyć. Możemy tam zobaczyć na wpół nagą kobietę z rogami, dumną ze ścięcia diabłowi głowy. Kojarzy mi się to z pionierami black metalu Venom, którzy nigdy nie chcieli być opętani przez diabła, lecz przeciwnie - chcieli aby to diabeł został przez nich opętany. Czy zgodzilibyście się, że czasami warto rozważyć "zabicie wszystkich królów" ("Killing All Kings" jest jednym z tytułów utworów zamieszczonych na Silver Talon "Decadence and Decay", przyp. red.) po to, aby samemu stać się liderem? A skoro tak, to żadne wyzwanie na świecie nie jest czarno-białe ani pozbawione nadziei? Bryce VanHoosen: Nigdy nie pomyślałem o połączeniu tego z Venom. Zabawne! Ale to tak, zgadza się, absolutnie - czasami nie pozostaje nic innego, jak tylko obalić stary porządek na świecie i stworzyć taki nowy ład, w który chcemy wierzyć. Czasami ktoś musi "zabić wszystkich królów" po to, aby odzyskać kontrolę nad własnym życiem i móc wieść je we właściwy sposób, stając się królem siebie samego (albo królową, albo jakkolwiek kto chce). Nasz okładka uosabia dokładnie ducha takiej przewrotności. Mamy tutaj wiedźmę, która ścięła głowę demonowi, aby nie pozwolić mu przejąć nad sobą kontroli. To tak, jakby pewnego dnia zajęła stanowisko ze słowami "Yeah, pieprzyć tego tyrana, ja teraz rządzę". Jest to sedno i główny przekaz naszego całego albumu. Cokolwiek Ciebie uwiera, przeszkadza, stoi na drodze, krępuje, nie pozwala swobodnie oddychać ani podróżować przez życie - pozbyj się tego i stań się kowalem własnego losu. Czy wasz mroczny styl jest odbiciem obecnego stanu świata, takim jakim go postrzegacie? Bryce VanHoosen: Zdecydowanie tak. W tym, co obecnie się dzieje, jest gnostyczny sens rozumienia świata takim, jaki istnieje wokół nas, ale uważam to ujęcie za fundamentalnie błędne. Nie jest to wyrazem mojej bezmyślnej reakcji emocjonalnej. Od wielu już lat dzieje się tak, że każdego dnia coraz bliżej nam do dystopijnego świata opisywanego w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przez Philip K. Dicka. Do świata, w którym

korporacje kierują marionetkowym rządem, a zwykli ludzie nie mają nic do powiedzenia; w którym nie liczy się nic innego oprócz szybkiego zysku; w którym religie są nadużywane do utrzymywania ludzi w okowach ducha czasu. Podobnie jak w głównym wątku "Do Androids Dream Of Electric Sheep?", potrzebujemy zatrzymać się i zastanawić and fundamentami naszego świata, niemal kwestionując i poddając w wątpliwość oficjalnie przyjmowane fakty naukowe. Dostrzegaliśmy to wyraźnie podczas tworzenia "Decadence and Decay", a teraz w latach 2020 i 2021 czuję, że nasze przeczucia tylko się potwierdzają. Oto jesteśmy ograniczeni restrykcjami. A nasz Prezydent, bogacz, multimilioner (wraz z innymi przemysłowymi liderami) mówi: "Nie ma się czym martwić, proszę pracujcie i kupujcie potrzebne

tłumaczeniu na język polski, przyp.red.) "Będziesz zobowiązany do zrobienia czegoś złego, niezależnie gdzie pójdziesz. To podstawowy warunek przeżycia - bycie zobowiązanym do gwałcenia własnej tożsamości. Każde żywe stworzenie musi to zrobić w pewnym momencie. Oto największy cień, skaza stworzenia; przekleństwo w akcji, które jest nierozerwalne z fenomenem życia. Wszędzie we wszechświecie". Pozostaje dopytać: co jest gorsze? Podjęcie trudnej decyzji, której będziesz żałować, czy podjęcie decyzji o zaniechaniu, a następnie żałowanie, że nie wykorzystało się pełni potencjału, jaki mieliśmy w życiu? Każdy powinien samodzielnie się nad tym zastanowić. "What will be" z Silver Talon w

Foto: Silver Talon

wam gówno", jakby nic się nie stało. Miliony osób, masy, ufają mu. Z uśmiechem poświęcają samych siebie, aby pracować jak niewolnicy. Więc yeah, podsumowując, świat może być mrocznym zaułkiem wszechrzeczy - ale nie jesteśmy pozbawieni nadziei. Pewnego dnia obalimy demona i "zabijemy wszystkich królów", pisząc własny zestaw zasad moralnych, żyjąć własnymi mitami itd. Czy mógłbym Ciebie jeszcze prosić o uzupełnienie tej wypowiedzi poprzez wyjaśnienie znaczenia liryków z "What Will Be"? Wyatt Howell: "What Will Be" jest o presji oraz o odpowiedzialności związanej z samodzielnym formowaniem własnej przyszłości, realizacją własnego przeznaczenia i tworzeniem własnego wyjątkowego świata. Zainspirował mnie dziwaczny sen o tym, że życie i śmierć współegzystują równolegle obok siebie, pomiędzy różnymi stanami świadomości. Bryce VanHoosen: Yeah, tak właśnie to zrozumiałem. Idea, że nasze akcje mogą i powinny kształtować świat wokół nas, aczkolwiek z zastrzeżeniem, że czasami jesteśmy zmuszeni do robienia okropnych rzeczy (zwłaszcza fragment tekstu "my innocence has blinded me / make what you will / the price is higher to give in"). Tutaj też powracamy do cytatu z Philip K. Dick "Do Androids Dream Of Electric Sheep?": (w wolnym

przyszłości? Kiedy ukaże się wasza druga płyta? W jakim muzycznym kierunku podążycie? Bryce VanHoosen: Tego lata rozpoczniemy pracę nad drugim albumem. Mamy już zalążki pierwszych utworów. Będziemy kontynuować podążanie w techno-okultystycznym odcieniu "Decadence and Decay", jak również przekręcimy wszystko na 11, a może nawet na 12 stopni (śmiech). Prawdopodobnie nie zagramy koncertu w 2021 roku, ale i tak damy ludziom to, co chcą - więcej nowej muzyki. Wziąwszy pod uwagę, z jakim odzewem spotyka się jak dotąd "Decadence and Decay" (ze strony wytwórni M-Theory Audio, prasy i ich przyjaciół, bo album oficjalnie będzie dostępny dopiero 28 maja 2021, a rozmawiamy dużo wcześniej, przyp. red.), przebicie tego albumu będzie wyzwaniem, ale bardzo chętnie je podejmiemy. Sam O'Black

SILVER TALON

53


Pocztówka z miasta lwa dla polskiej metalowej rodziny Niniejszym mam zaszczyt i przyjemność przedstawić Wam zespół będący na dobrej drodze do uzyskania reputacji ikony singapurskiego heavy metalu. Rozmowa przebiegła jak koleżeńska wymiana zdań. Starałem się wejść w świat Sheikha Spitfire'a - założyciela Witchseeker, który pełni funkcję kompozytora, basisty i wokalisty w tym sympatycznym zespole. Jak za chwilę się przekonacie, zapytałem go o wiele aspektów związanych z okolicznościami powstawania albumu Witchseeker "Scene Of The Wild", wykraczających daleko poza samą muzykę. Wprawdzie Sheikh przyznał, że stara się oddzielać swój sceniczny wizerunek od prywatnego życia, ale udało mi się przełamać lody i nawiązać kontakt z tym prawdziwym, młodym, szczerym Sheikhem. Siedział w zwykłej koszulce, ze słuchawkami na uszach, przy biurku w swoim prywatnym pokoju, popijał herbatę, a z tła dobiegały ciche, stłumione rozmowy domowników (które zauważyłem dopiero przy okazji odsłuchawiania nagrania, no i cóż, mam przynajmniej nadzieję, że pochodziły z naszego wymiaru, a nie tam żadne "witch"). Sprawdźmy zatem, co tam słychać między Malezją a Indonezją. HMP: Dobry wieczór, Sheikh. Jak się masz? Sheikh Spitfire: Dzień dobry. Całkiem dobrze. Mamy teraz północ w Singapurze. Właśnie wróciłem z pracy. Na zewnątrz jest strasznie gorąco, jak zawsze u mnie. Wyjątkiem są Święta Bożego Narodzenia, kiedy robi się nieco chłodniej. Wiesz, ja teraz jestem w Islandii. Panuje tu temperatura około zera w skali Celsjusza i

"Scene Of The Wild". Ukaże się on 26 marca 2021. Gratulacje. Słuchałem go już wielokrotnie i bardzo mi się podoba. Są tam chwytliwe utwory i uzyskaliście ostre heavy metalowe brzmienie. Co powiedziałbyś komuś w pierwszej kolejności, zanim sam go posłucha? Tak jak powiedziałeś, Witchseeker gra heavy metal. Założyłem ten zespół w 2012 roku jako jednoosobowy projekt. Nie planowałem w

Foto: Witchseeker

mamy nawet śnieg za oknem. Wow, w Singapurze niemal nigdy nie spada poniżej 25 stopni. Jakość powietrza jest za to kiepska. Myślę, że wiatr sprowadza smog do naszych rejonów. To niezdrowe. Czy wszyscy członkowie zespołu Witchseeker mieszkają w Singapurze? Tak. Każdy z naszej czwórki mieszka na stałe w Singapurze. Jestem prawie sąsiadem gitarzysty Nicka Stormbringera, dzieli nas jakieś 10 minut pieszo. Głównym tematem dzisiejszego spotkania jest Wasz najnowszy album Witchseeker

54

WITCHSEEKER

tamtym czasie żadnych występów na żywo. Miałem 20 lat, chciałem tylko komponować własną muzykę i wydać w przyszłości własny album. Po jakimś czasie przekształciło się to w power trio, następnie w duet, później znów w trio, a obecnie jest nas czterech. Uważamy "Scene Of The Wild" za ważny krok dla rozwoju zespołu, który zabiera nas na wyższy poziom. Gramy głośny, ponadczasowy i prawdziwy heavy metal. Czy jesteście jedynym heavy metalowym zespołem w Singapurze? Jak mógłbym przedstawić Tobie singapurską

scenę... (zastanawia się - przyp. red.) Nie byłoby przesady w stwierdzeniu, że jesteśmy jedynym znanym mi zespołem singapurskim grającym tego rodzaju muzykę. To dlatego, że inne lokalne kapele są bardziej zainteresowane death metalem, black metalem, ewentualnie thrash metalem. Mamy też bardzo mocną scenę hardcore'ową. Heavy metalowców nie ma wielu, ale są oni bardzo zaangażowani i oddani sprawie. Ale macie lokalnych odbiorców, prawda? Tak. Powiedzmy, że na większości naszych koncertów pojawia się około od 80 do 100 osób. Myślę, że ma na to wpływ wielkość populacji Singapuru oraz tutejszy konserwatyzm. Metal jest tutaj zjawiskiem undergroundowym, nieakceptowanym powszechnie. Dwa lata temu mieliśmy kontrowersyjny incydent religijni fundamentaliści przerwali nasz koncert. Cały czas borykamy się z brakiem akceptacji heavy metalu w Singapurze. Może się to powtórzyć, fizycznie mogą zakłócić nasz występ, ale nasz wewnętrzny heavy metalowy płomień jest nie do ugaszenia. Czy jest więc tak, że Twoi znajomi nie słuchają metalu, ale Ty zawsze go uwielbiałeś i Twoja metalowa pasja była nie do powstrzy mania, kiedy zakładałeś Witchseeker? Yeah. W wieku 5 lat, będąc jeszcze małym brzdącem poznającym świat, odnalazłem w kolekcji płyt swojego ojca debiut Ritchie Blackmore's Rainbow. Odpaliłem pierwszy utwór "Man On The Silver Mountain". Rozwaliło mnie to i pomyślałem "em, wow, co to takiego?". Nieco później odkryłem Black Sabbath, Metallikę, Mötley Crüe. Coraz bardziej ciekawiło mnie to od najmłodszych lat. Oczywiście wciąż, nieprzerwanie słucham heavy metalu. Przyznam też, że trochę osób z mojego otoczenia podziela tą pasję. Bardzo wielu Singapurczyków uczęszcza na koncerty największych zespołów rock/metal, jak Metallica, Scorpions i Guns N'Roses. Zdarzają się tłumy 50 000 do 100 000 krzyczących fanów, ale to tylko w przypadku takich największych i powszechnie znanych kapel. Chciałbym zapytać zwłaszcza o Twoich kolegów z Witchseeker. Jak już powiedziałeś, jesteście kwartetem: Ty w roli basisty i wokalisty, ponadto skład uzupełniają gitarzyści Nick Stormbringer oraz Brandon Brandy i perkusista Aip. Co dobrego powiedziałbyś o nich? Gitarzystę Brandona spotkałem już 11 lat temu. Poznaliśmy się na internetowym forum muzycznym - byłem wtedy perkusistą, szukałem gitarzysty, a on odpowiedział. Przez chwilę tworzyliśmy cover band (Slayer, Anthrax, Black Sabbath, Sepultura, Mötley Crüe). Mieliśmy po 17/18 lat i nie stworzyliśmy jeszcze ani jednego autorskiego utworu. Potem nasze muzyczne drogi się rozeszły. Wkrótce po założeniu Witchseeker rozglądałem się na gitarzystą. Okazało się, że Brandon opuszczał właśnie inny zespół, więc zaczęliśmy dużo rozmawiać. Powiedziałem mu: "hey, chcesz spróbować ponownie? Mam taki pomysł, takie utwory itd." Odpowiedział: "czemu nie?". Połączyliśmy siły. Brandon jest zatem pierwszą osobą, która dołączyła do mnie w Witchseeker. Jest wszechstronnym muzykiem w tym sensie, że lubi grać blues, punk, thrash. Idealnie pasuje do mojej wizji Witchseeker. Około 2014 roku poznałem perkusistę Aipa poprzez jego


ówczesną dziewczynę, a obecnie żonę. Aip grał wówczas na perkusji w całkiem innym zespole. Zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi. Kiedy dostrzegłem jego agresywny styl gry, stwierdziłem, że idealnie pasowałby do nas. Przez dłuższy okres czasu uważałem Witchseeker za trio: ja, Brandon, Aip. Osobiście wierzę, że mniej ludzi oznacza mniej problemów. Podczas pracy nad "Scene Of The Wild" uznałem jednak, że potrzebujemy drugiego gitarzysty, zwłaszcza po to, aby sprawnie wykonywać nowe utwory na żywo. Rozejrzałem się po okolicy i zauważyłem Nicka Stormbringera grającego w rockowym zespole. Wywarł na mnie wrażenie swym technicznym, progresywnym podejściem. Nie zauważyłem żadnych progresywnych elementów na "Scene Of The World". Dla mnie to po prostu heavy metal, kompozycje wydają się proste i bardzo konkretne. Yeah, zgadza się. Sam je tworzyłem. Każdy z nas ma jednak zaawansowane umiejętności techniczne, rozwinięty warsztat. Nick siedzi w progresie, Brandon bardzo lubi bluesa a jednocześnie thrash, Aip speed, natomiast ja staram się łączyć wszystko w spójną całość, lubię melodie i rock'n'roll. Tworzymy czteroosobową paczkę, starającą się czerpać to, co najlepsze, z wszystkich naszych inspiracji. Jak doszło do tego, że nazywacie się akurat Stormbringer, Sheikh Spitfire, Brandon Brandy, Aip? Ow, chcieliśmy, aby każdy z nas miał swoje oryginalne imię sceniczne. Wraz z rozwojem sytuacji, będziemy rozwijać również nasze sceniczne charaktery. Potrzebujemy rozdzielać nasze życie prywatne od rock'n'rollowego szaleństwa. Czy to wyglądało tak, że pewnego dnia spotkaliście się i powiedzieliście: "ok, teraz zróbmy burzę mózgów i wymyślmy pseudonimy"? Nie. To przyszło naturalnie. Opowiedz nam proszę o poszczególnych utworach z albumu "Scene Of The Wild". Skomponowałem je wszystkie samemu między połową roku 2018 a początkiem 2019. Każdy riff, każda melodia, każdy tekst itd. jest mojego autorstwa. Otwierający płytę utwór ty-

Foto: Witchseeker

Foto: Witchseeker

tułowy to refleksja nad "dzikim" życiem w betonowej dźungli, w pełnym posłuszeństwie wobec rządu. Inspiracja przyszła naturalnie z obserwacji żmudnej codzienności wszystkich ludzi wokół. Chcę przez to powiedzieć, że fajnie byłoby od takiego życia uciec, oderwać się choćby na moment i zabawić się. "Rock This Night Away" namawia do przeżywania każdego dnia tak rock'n'rollowo, jakby miał być ostatnim dniem w naszym życiu. "Lust For Dust" jest o konsekwencjach nadużywania narkotyków; wierzę bowem, że jest to powszechny i ważny problem na całym świecie. "Be Quick Or Be Dead" przestrzega, abyś był ostrożony, bo inaczej ktoś niepowołany może Ciebie obserwować i wyrządzić Ci krzywdę. "Sin City" wyraża moją fascynację nurtem New Wave Of British Heavy Metal i przedstawia singapurskich metalowych buntowników, dorastających w dziwnym środowisku. Do napisania "Nights In Tokyo" zainspirował mnie mój przyjaciel. Odnoszę wrażenie, że ludzie we współczesnych czasach tylko budzą się i idą spać ze sobą, a poza tym nie mają czasu na wspólne życie. Pojawił się stąd trend wykupywania biletów lotniczych z powrotem następnego dnia. Pary usiłują w ten sposób zrekompensować sobie wzajemnie brak czasu, ale to zbyt mało, aby utrzymywać zdrowe i solidne relacje. "Screaming In The Moonlight" opo-

wiada o prawdziwym wydarzeniu - ktoś kogoś zadźgał nożem w środku nocy, a krew rozbryzgła po wszystkich ścianach domu. Ofiara została zamordowana, a sąsiedzi usłyszeli krzyki. Chyba każdy zgodziłby się z przesłaniem "Break Away", jak bardzo gówniane jest życie polegające na nieustannym wykonywaniu nudnej pracy od rana do wieczora. "Candle In The Dark" jest jednym z najciekawszych utworów na naszym albumie. Próbuje przedstawić głębszą stronę każdego z nas, niż powierzchownie obserwowny trybik systemu. Wydaje się, że miejska dźungla zniszczy bezwzględnie każdego, kto nie będzie się zachowywać zgodnie z odgórnie narzuconym skryptem. Moja propozycja jest taka, żebyśmy raczej zachowywali się i myśleli po swojemu, a kto wie, czy przypadkiem nie doprowadzi nas to wyżej i dalej w życiu. Możemy osiągnąć więcej niż zewnętrzny świat ma nam do zaoferowania. W ostatnim "Hellions Of The Night" wyraziłem swoje przekonanie, że nie warto marnować czasu i marudzić, tylko trzeba dawać rockowego czadu. Dziękuję za tą szczegółową analizę. Ja również próbowałem odszyfrować znaczenie każdego utworu i faktycznie "Candle In The Dark" wydaje się jednym z najciekawszych. Podoba mi się, jak eksponujesz gitarę basową w dwóch fragmentach, w których słychać tylko Twój głos oraz bas. Dostrzegłem w tych lirykach jednak jeszcze coś innego. Brzmi to jak Twoje najbardziej osobiste oświadczenie, w którym dzielisz się z nami Twoim wewnętrznym bólem i ujawniasz, że pomimo różnych dziwnych okoliczności zachodzących w Twoim otoczeniu na przestrzeni dłuższego okresu czasu, Ty wciąż pozostajesz sobą, i nadal wierzysz w swoje prawdy o życiu i o świecie. Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem Twoją intencję. Cóż, blisko. "Candle In The Dark" dotyka mroczniejszej i bardziej wrażliwej strony naszej psychiki. Zwracam się w nim do każdego, kto doświadcza trudnych, bolesnych chwil w życiu, niezależnie od tego, gdzie i co miałoby to być. Może to być utrata kogoś bliskiego, śmiertelna choroba, cokolwiek. Bez względu jednak na to, co życie przyniesie, należy starać się brać jeden dzień na raz. Zdarza się, że ludzie doświadczają trudności oraz negatyw-

WITCHSEEKER

55


nych emocji, typu żal i smutek, ale trzeba wziąść się w garść i dbać o siebie. Niestety często zdarza się, że odczuwamy takie emocje akurat w chwili, gdy nie ma nikogo bliskiego wokół. Podsumowując, podejmuję w tekście "Cradle In The Dark" wyzwanie zmierzenia się z bardzo trudnymi, ale powszechnymi zdarzeniami z prawdziwego życia. "Hellions Of The Night" jest zaś Waszym najbardziej energicznym utworem. "Hellions Of The Night" to udane zakończenie albumu. To z naszej strony ostatnie wezwanie do napicia się alkoholu i wspólnego szaleństwa. Kiedy i gdzie nagrywaliście "Scene Of The Wild"?

Ludzie z firmy zajmującej się produkcją filmów nie byli w stanie pomóc nam z videoclipem. Wciąż czekamy na odpowiednią sposobność. Mamy nadzieję, że uda się to zrobić w przyszłości. Może wielu ludzi nie ma pracy, ale akurat Ty pracujesz. To dobrze dla Ciebie. Tak, szczęśliwie mam pracę. Teraz jedną, a wcześniej kilka. Większość z nas zajmuje się w tej chwili czym się da, aby tylko mieć źródło bieżącego utrzymania. Ja np. jestem obecnie samozatrudnionym kierowcą, ale w zeszłym roku straciłem etat w firmie. Niestety bezrobocie jest wciąż obecne w Singapurze i nie poprawia się to. Staramy się zdobywać nowe umiejętności, aby odpowiadać na zapotrzebowanie singapurskiego rynku pracy i w miarę

Foto: Witchseeker

We wrześniu 2019r., w dwóch singapurskich studiach. Wszystkie instrumenty zostały zarejestrowane w TNT Studio, natomiast wokale w 47 Studio. Miksy również odbyły się w Singapurze, co jest dla nas nowością, dlatego że debiutancki longplay "When The Clock Strikes" miksowaliśmy (wraz z masteringiem) w Stanach Zjednoczonych; pozwoliliśmy wówczas, aby amerykańscy profesjonaliści zrobili z brzmieniem to, co uznają za stosowne. Tym razem zaangażowaliśmy mojego znajomego, aby pomógł mi z miksem. W efekcie uzyskaliśmy dokładnie takie brzmienie, jakie chcieliśmy. (zastanawia się) OK. Zadam Tobie to pytanie. Jest w Singapurze jeden artysta, którego bardzo cenię. JJ Lin jest uznany oficjalnie za pierwszego globalnego ambasadora Singapuru, chociaż prawdopodobnie niemal nikt nie słyszał o nim w Europie (poza mieszkańcami chińskojęzycznymi). Nie zaj muje się on heavy metalem, ale bardzo doceniam jego melodie. W moim odczuciu wyróżnia go to, że zrealizował videoclipy do dużej liczby swoich utworów. Zawsze kiedy mówię "Singapur", myślę "JJ Lin" i widzę w wyobraźni "videoclipy". Zastanawiam się teraz, kiedy zobaczę videoclip Witchseeker? Chcieliśmy to zrobić przy okazji pracy nad "Scene Of The Wild", ale restrykcje zniszczyły nasze plany. Wiele osób straciło pracę.

56

WITCHSEEKER

dobrze sobie radzić. Singapur jest postrzegany w Europie jako jeden z najbardziej kapitalistycznych krajów na świecie, ale czyż nie jest to mylny stereotyp? Nie nazwałbym Singapuru krajem kapitalistycznym, ponieważ cieszymy się tutaj demokracją. Standard życia mieszkańców jest całkiem wysoki, chociaż panuje drożyzna i wielu znanych mi Singapurczyków wykonuje więcej niż jedną pracę w tym samym okresie. Czas płynie w zawrotnym tempie i wszyscy zdają się nieustannie pędzić. Co się zaś tyczy przemysłu muzycznego, nie jest źle, coraz więcej muzyków osiąga sukces, sytuacja ulega ciągłej poprawie, ale myślę, że jeszcze daleka droga przed nami, aby rozwinąć pełen potencjał przemysłu muzycznego. Czy czujesz się heavy metalowym ambasadorem Singapuru? (zastanawia się nad sformułowaniem odpowiedzi) Nie powiedziałbym tak o sobie. Jestem, byłem i zawsze będę fanem heavy metalu. Zdarza mi się dostawać komplementy, np. ktoś poklepie mnie po ramieniu i podziękuje za to, że robię heavy metal. Czuję jednak, że moją prawdziwą inspiracją jest szczera miłość do takiej muzyki. Nigdy nie mam jej dość. Pamiętam, że kiedy wystartowałem z Witchseekerem, myślałem o tym, że nie istnieje inny

heavy metalowy zespół w Singapurze, więc tym fajniej będzie go stworzyć. Na scenie były obecne wyłącznie death i black metalowe kapele śpiewające o szatanie. Zależało mi na rozwinięciu czegoś o głębszym znaczeniu, z wizją. Nie nazwałbym tego próbą odrodzenia heavy metalu, lecz próbą rewolucji singapurskiej sceny metalowej. Myślę, że jesteś na właściwej drodze ku temu, abyśmy wkrótce mówiąc "Singapur" myśleli "Witchseeker". Dziękuję. W takim razie, dlaczego Twój kraj miałby kojarzyć się z poszukiwaniem wiedźm? Opowiem Ci o genezie tej nazwy. Jak już wspominałem, przed założeniem Witchseeker, grałem na perkusji. Jednym z moich ulubionych perkusistów jest zaś Chris "Witchhunter" Dudek (Sodom, - przyp.red.). Grałem takie utwory z jego repertuaru jak "Obsessed By Cruelty", "Persecution Mania". Jest on bestią perkusji (Sheikh powiedział "The Beast Of Drums" - przyp. red.). Zobaczyłem jego imię: Chris Witchhunter. Fajnie brzmi, Witch... Witch Hunter... Witch Seeker... zapamiętałem, a później nadałem swojemu zespołowi nazwę Witchseeker. W ten sposób wyrażam publiczne uznanie dla Chrisa ("a homeage" - przyp. red.). Wspominam Chrisa za każdym razem gdy ktoś przywołuje nazwę Witchseeker (Chris Witchhunter zmarł w 2008 roku z powodu niewydolności wątroby przyp. red.). Podoba mi się w Sodom to, że pomimo ciągłej ewolucji; pomimo tego, że każda ich płyta jest inna, wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju, pozostali prawdziwi i wierni swoim zasadom. Ich surowa bezpośredniość, dynamika oraz poziom agresji zawsze robą na mnie wielkie wrażenie. Wyróżniali się niesamowitą inwencją w swoich czasach. Wow, to znaczące wyróżnienie. Co powiedziałbyś na temat Waszego następnego, trzeciego albumu? Przystąpiłem już do jego komponowania. Mam niemal ukończone dwa nowe kawałki. Obrałem nieco inny kierunek niż to, co słyszysz na "Scene Of The Wild". Będzie znacznie mroczniej, pojawią się wręcz elementy heavy/doom metalu, poruszę wrażliwe tematy i przedstawię trochę interesujących historii. Tak się składa, że moja rodzina pochodzi z Filipin i kiedy ostatni raz zamierzałem ich odwiedzić, odradzali mi pójście na występ Iron Maiden z uwagi na potencjalną prze moc wśród publiczności. Jak odniósłbyś się do kwestii przemocy na koncertach metalowych w Twojej części świata? Yeah, zdarza się. Pamiętam, że Metallica grała w 2013 roku w Singapurze (video z tego występu można znaleźć na YouTube; to był pierwszy koncert Metalliki w Singapurze od 20 lat - przyp. red.). To był pierwszy przypadek, gdy doświadczyłem przemocy podczas koncertu. Metallica otwierała z (zastanawia sie, po czym kontynuuje - przyp. red.) "Fight Fire With Fire" i wydawało mi się, jakby wszyscy mieli się zaraz pozabijać. Interweniowała ochrona. Yeah, a w przypadku mniejszych koncertów, również dochodzi do przemocy, ale pozytywnie rozumianej, czyli ludzie dają się ponieść metalowej agresji, a jednocześnie wspierają się wzajemnie. Nikt tam nie zginie, nie przesadzajmy. Metalowa


społeczność w Singapurze tworzy jedną, oddaną sprawie, undergroundową rodzinę. Można bezpiecznie na takie koncerty chodzić. Jedyne zagrożenie pochodzi ze strony religijnych aktywistów, którzy pojawiają się tylko po to, aby zakłócać i próbować nam przerwać. W ich wyobrażeniu metal to muzyka szatańska (śmiech). Nie potrafię wytłumaczyć Ci jak wielka jest skala niezrozumienia metalu przez lokalne media oraz rząd. Zawsze staramy się robić tak, żeby gig z powodzeniem się odbył. Kilka razy zdarzyło się jednak odwołać występ z ich powodu. Nie chodzi tu wszak o jedną konkretną religię, bo w Singapurze koegzystuje obok siebie m.in. buddyzm (33%), chrześcijaństwo (18%), islam (14%), taoizm (10%) i hinduizm (6.5%). To działa tak, że kiedy dorastamy, każdy z nas jest uczony przez rodziców, ile i jakie mamy religie. Mamy wpajaną akceptację i przyjaźnie traktujemy siebie nawzajem, bez względu na rasę, pochodzenie, wyznanie itp. Moi przyjaciele pochodzą z najrozmaitszych grup i nigdy nie stanowi to dla nas najmniejszego problemu. Osobiście, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Jesteś cool, to jesteś cool. A jeśli nie, to powinieneś przyjrzeć się swojemu postępowaniu, i tyle. Powiem Ci o tym, bo możliwe, że w przyszłości będziesz latać na koncerty do Europy. Zdecydowana większość Europy jest świecka w tym sensie, że nawet jeśli 86% Polaków deklaruje się jako katolicy, to obecnie praktycznie nie zdarza się, żeby ktoś wtrącał się tutaj w przebieg metalowych koncertów. Jestem pewien, że kwestia religii nie stanowiłaby najmniejszej przeszkody dla Was w graniu metalu w Europie. Yeah, też tak myślę. Mam nadzieję, że w pewnym momencie sale koncertowe w Europie będą w naszym zasięgu, a wówczas nie napotkamy żadnego problemu związanego z religią. Pojawi się za to na inna trudność - uzyskanie wizy. Proces jest kosztowny, a poza tym, nie wiem czy znasz singapurski kontekst? (kiwam głową przecząco, ale nie odzywam się, żeby mu nie przerywać wypowiedzi - przyp. red.) Każdy mężczyzna musi tutaj odbyć obowiązkową, dwuletnią służbę wojskową. Mam już to za sobą, ale na tym nie koniec. Każdego roku otrzymujemy ponowne wezwania do wojs-

Foto: Witchseeker

ka na dwa tygodnie. W związku z tym, w sytuacji wylotu na koncert do Europy, musielibyśmy zapewnić, że żadnemu z nas nie koliduje to z wezwaniem do wojska. Czy podczas takiej służby mieszkacie na specjalnie wyznaczonym terenie wojskowym, czy też we własnych domach a chodzicie tylko na kilka godzin zajęć tygodniowo? Ja, Brandon i Nick poszliśmy do regularnej służby w tym samym czasie w 2013 roku i mieszkaliśmy wówczas w kampusie wojskowym. Przy czym przydzielono mnie do działu straży pożarnej, więc akurat ja mieszkałem ze strażakami. Weekendy mieliśmy wolne i mogliśmy iść w odwiedzinach do naszych rodzin oraz zajmować się muzyką. Tak się jednak złożyło, że ja osobiście nie miałem w tym okresie wiele czasu na komponowanie (wzdycha głośno - przyp. red.). Yeah, pozytywnie to wszystko wspominam, ale wolałbym zajmować się rock'n'rollem. Zrobiliśmy przerwę z komponowaniem dla Witchseeker w latach 2013-2015, a dokładnie to ja i Brandon, bo Nick i tak jeszcze wtedy z nami nie grał. Tak było w kwestii komponowania, bo koncerty Witchseeker się odbywały. Wznowiliśmy pracę nad nowymi utworami po ukończeniu przeze mnie oraz Brandona służby wojskowej, jakoś w okolicy 2015.

Powróćmy do kwestii Waszych przyszłych koncertów. Z którymi zespołami, oprócz Sodom, chcielibyście dzielić scenę? (wzdycha) Oh, samo zobaczenie Sodom na żywo, byłoby dla mnie spełnieniem marzeń. Wspólny występ z nimi widziałbym w kategorii znaczącego osiągnięcia na miarę całej historii Witchseeker, wnoszącego nas na kompletnie nowy poziom. Jestem ich wielkim fanem. Miałem już natomiast przyjemność pograć wraz z Destruction. Brałem udział w pracy ekipy technicznej Destruction w 2017r., kiedy przylecieli do Singapuru. Za drugim razem, w 2018 roku, otworzyliśmy ich tutejszy występ. Schmier okazał się równym gościem; pozostajemy z nim w żywym kontakcie on-line do dziś. Ogólnie podoba mi się cała scena "teutonicznego thrash metalu". Życzę Ci, aby udało Ci się to zrealizować. Mam nadzieję, że nagrasz wkrótce jeszcze lepszy album, zawitasz z koncertami do Europy i wciąż będziesz pluć ogniem. Oh, zdecydowanie będę pluć ogniem! Też mam nadzieję zagrać w Europie oraz w Ameryce, kiedy tylko będzie to możliwe. Trzymaj się bezpiecznie. Czy chciałbyś jeszcze coś dodać dla polskich metalowców? Drodzy polscy metalowcy, dziękuję Wam za zainteresowanie naszą muzyką. Jesteśmy Witchseeker z Singapuru, gramy heavy metal, taki jaki znacie i lubicie: ciężki, mocny i prawdziwy. Zobaczymy się na koncercie, kiedy restrykcje się skończą. Trzymajcie się bezpiecznie. Stay metal! Sam O'Black.

Foto: Witchseeker

WITCHSEEKER

57


Byliśmy młodzi i głodni wszystkiego Fińscy heavy metalowcy z Lord Fist niedawno uraczyli słuchaczy swą drugą produkcją zatytułowaną "Wilderness Of Hearts", na której, co by nie mówić, prezentują oni dość nietuzinkowe podejście do uprawianego gatunku. Co ciekawe, jednocześnie pozostają w jego ramach. Gitarzysta zespołu Niko Kolehmainen opowiedział nam pokrótce, jak owy album powstawał, dlaczego brzmi właśnie tak oraz co się działo w ich obozie w ciągu ostatnich lat. HMP: Cześć! Miedzy Waszym ostatnim wydawnictwem "Wilderness Of Hearts", a poprzedzającym go "Green Elyen" nastąpiła pięcioletnia przerwa. Co żeście robili, gdy Was w studiu nie było? (śmiech) Niko Kolehmainen: Cóż, wszystko, co jest interesujące i to, co nieinteresujące również (śmiech). Granie w innych zespołach, podróżowanie po całym kraju w związku z pracą zawodową oraz studiami itp. Nie rozstaliśmy się, ani oficjalnie nie zawiesiliśmy działalności, jednakże mieliśmy roczną przerwę w latach 2016-2017. W sumie to wyniknęła ona sama z siebie bez jakiegoś wyraźnego powodu.

nam dużo do nauczenia się. Za drugim razem już tego nie było. Rozwój osobisty przyniósł nam mnóstwo pewności siebie i po prostu skutkuje tym, że robisz swoje rzeczy i nie myślisz zbyt wiele o tym, co robią inni ludzie lub co myślą o Tobie. To było naturalne, by zrobić to z jeszcze bardziej emocjonalnym podejściem. Dzięki "Wilderness of Hearts" staliśmy się wystarczająco pewni siebie i odważni, aby zrobić to po swojemu. Wasze teksty dotyczą realnych wydarzeń. Cóż, nasz wokalista Perttu napisał wszystkie teksty, więc sam niewiele mogę o nich opowie-

Foto: Lord Fist

Kiedy ponownie rozpoczęliśmy współpracę, zaczęliśmy dokładnie od miejsca, w którym skończyliśmy. Jestem bardzo zadowolony z tego, jak to wszystko się potoczyło i z albumu, który stworzyliśmy. Muzycznie i emocjonalnie był to dla nas ogromny krok naprzód. No właśnie! Jak jako jeden z twórców opisałbyś progres, który poczyniliście między tymi dwoma wydawnictwami? Nagrywając pierwszy album w 2014 roku byliśmy młodzi i głodni dosłownie wszystkiego… Chcieliśmy wcisnąć w kompozycję jak najwięcej fajnych riffów i pokazać całemu światu, z jakiej gliny jesteśmy ulepieni. Nie byliśmy zbyt świadomi tego, jak zabrzmi całość albumu, balansu w komponowaniu utworów, wykonaniu technicznym, aranżacjach wokalnych, itp. Dla nas wszystkich był to pierwszy pełny album i okazał się dobrym strzałem, ale pokazał też, że jeszcze zostało

58

LORD FIST

dzieć. Ale tak, to nasz najbardziej emocjonalny album i Perttu zdecydowanie wyciągnął wiele uczuć z własnych doświadczeń. Pisze o rzeczach, przez które przeszedł i o ludziach, których spotkał na swojej drodze... Tak po prostu pisze, przychodzi mu to całkiem naturalnie. Czerpie również wiele inspiracji ze swoich snów i ma piękny, niepowtarzalny dar łączenia tego wszystkiego razem. Jak przebiegało nagrywanie? Wszystko szło jak po maśle, czy może zdarzyło się coś nieoczekiwanego? Cóż, proces nagrywania był spokojny w tym sensie, że nie musieliśmy się z tym spieszyć. Album został nagrany między sierpniem 2018r. a kwietniem 2019r. To długo, ale wynika to z tego, że szlifowaliśmy nasze partie w studiu godzinami. Po prostu trudno było zaplanować sesje nagraniowe. Było nas trzech, kiedy Eetu dołożył partie perkusji pod koniec

sierpnia. Ja i Perttu nagraliśmy większość gitar rytmicznych w jeden weekend w październiku. Pekka poszedł nagrać partie basowe któregoś dnia w listopadzie. Ja i Perttu kontynuowaliśmy grę z gitarami prowadzącymi i wokalem przez jeden weekend, może w styczniu. W sumie wydaje mi się, że spędziliśmy około pięciu lub siedmiu weekendów na nagrywaniu i zawsze była to intensywna i ciężka praca. Kiedy udało nam się zarezerwować czas na nagrywania, była duża presja, aby wszystko załatwić. Wiele aranżacji gitarowych i wokalnych było wciąż nieukończonych, więc wiele rzeczy wymyśliliśmy podczas nagrywania. Niektóre z nich okazały się magiczne! Było za to dużo presji podczas komponowania, aranżowania i nagrywania na miejscu. Nie mogę powiedzieć, że jest to miłe uczucie wejść do studia i wiedzieć, że musisz dziś nagrać trzy świetne gitarowe solówki, a masz bardzo małe pojęcie, co zamierzasz zagrać. Chodzi mi o to, że jesteśmy prawdopodobnie przyzwoitymi muzykami, ale nie wirtuozami. Właściwie wydaje mi się, że najbardziej nieoczekiwaną rzeczą było to, jak dobrze wyszła płyta, ponieważ "rzuciliśmy się do walki" z niedokończonymi utworami, a proces nagrywania od czasu do czasu był dla nas daleki od tradycyjnego. "Green Eyleen" w pewnym sensie był con cept albumem. Czy tak samo powinniśmy traktować "Wilderness Of Hearts"? Faktycznie potraktowaliśmy nasz debiutancki album "Green Eyleen" jako koncept, więc byłoby dziwnie nie myśleć tak samo o "Wilderness of Hearts". "Green Eyleen" miał luźną historię koncepcyjną, a motywem przewodnim był burzliwy związek między naszą cenną Ziemią a szarą masą całej ludzkości, która na nią nie zasługuje. "Wilderness of Hearts" to bardziej związek między indywidualnymi ludźmi a naturą, związek o wiele bardziej emocjonalny. Tak naprawdę tego nie planowaliśmy, ale wszystkie elementy po prostu prawie magicznie trafiały we właściwe miejsca. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę podczas obcowania z albumem "Wilderness Of Hearts" były charakterystyczne riffy. Co Was zainspirowało do pójścia tą drogą? Bardzo się cieszę, że te riffy mają swój własny, niepowtarzalny charakter. Dla mnie w metalu to właśnie one są najważniejsze i jako gitarzysta, moim najwyższym priorytetem jest pisanie riffów, które ukazują mi jakiś cel. Chcę się uczyć nowych rzeczy, pisać riffy, małe zagrywki, których wcześniej nie grałem. Myślę, że riff powinien być interesujący sam w sobie, bez innych instrumentów czy śpiewu, tak staram się pisać. Riff, który nie działa, byłby bardzo nudny do grania samemu w domu, w którym piszesz większość tekstu. Melodia jest bardzo ważna i rzadko piszę riffy, które są tylko rytmem i czymś atonalnym, zawsze jest jakaś melodia. Na tym albumie staraliśmy się stonować partie gitarowe w niektórych utworach, aby zrobić więcej miejsca na wokale, ale podświadomie wybrałem fajne riffy jeden po drugim. Jeśli chodzi o inspirację, Megadeth jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych zespołów wszechczasów. Po prostu świetny riff za kolejnym świetnym riffem, nawet w zwrotkach, gdzie najważniejszy jest śpiew. Nie śpiewam, więc chciałbym zagrać coś znaczącego i fajnego w stu procentach. Perttu pisze także riffy, które brzmią unikalnie. Ma świetne ucho do melodii i harmonii.


Często wymyślamy najbardziej unikatowe rzeczy, kiedy piszemy nasze gitarowe harmonie. Kawałek "Princess Of The Red Flame" posiada dość specyficzny wstęp. Ciekawe! Riff jest taki sam, jak w zwrotce, więc nie ma tam nic improwizowanego. Druga gitara daje pewien feedback i również została zrobiona celowo. Nie zawsze jest łatwo uzyskać informację zwrotną, jakiej chcesz, kiedy jej potrzebujesz, ale myślę, że wyszło całkiem nieźle! Riff jest fajny, ale pomysł na intro z perkusją, jedną gitarą i feedbackiem… Właściwie to widzę, że jest to jeden z "heavymetalowych banałów" na albumie, ale chcieliśmy to zrobić, ponieważ nie zrobiliśmy tego wcześniej. Fajne jest też, jak zmienia się tonacja i przechodzi się od razu do wersetu. W oczy rzuca się też charakterystyczna okładka. Kto jest jej autorem? Samuli, który nagrał i zmiksował album, pracował z nami także nad naszym pierwszym pełnym krążkiem "Green Eyleen". Wtedy (najpóźniej) dowiedzieliśmy się, że jego siostra Riikka zrobiła kilka okładek albumów m.in. dla Wandering Midget i Ghastly. Bardzo nam się spodobały, skontaktowaliśmy się z nią i wykonała świetną robotę. Przy "Wilderness of Hearts" naturalnie chcieliśmy z nią ponownie pracować, zgodziła się i znowu zrobiła wspaniałą robotę… Bardzo wyjątkowy styl, który dobrze komponuje się z naszą muzyką. Myślę, że ważne jest, aby uzyskać oryginalną grafikę albumu. Jego grafika po prostu wynosi wrażenia związane z odbiorem płyty na inny poziom. Na dzień przeprowadzania tego wywiadu w sieci dostępnych jest kilka recenzji "Wilderness Of Hearts". Jesteś zadowolony z bardzo pozytywnego odbioru Waszej twórczości? Spodziewałeś się tego, czy było to dla Ciebie pewnym zaskoczeniem? Tak, jest dobrze. Bardzo się cieszę, że w wielu recenzjach został zauważony postęp, jaki osiągnęliśmy od naszego pierwszego albumu. Ludzie zauważyli, że pierwsza płyta była bardziej inspirowana NWOBHM, ale na drugiej zespół wyostrzył się nasz własny styl. Jeden z administratorów metalowego fanpage'a umieścił ten krążek na swojej liście albumów roku i napisał, że słuchał tradycyjnego heavy metalu przez wiele lat i nie spodziewał się, że w swoim życiu kiedykolwiek usłyszy coś nowego lub zaskakującego w tym stylu muzycznym. Według niego nasz album, to coś innego niż wszystko, co słyszał wcześniej. Dla mnie to największy komplement. Na zdjęciach promocyjnych jeździcie konno.

Uprawiacie ten sport na co dzień, czy był to tylko jednorazowy wyskok na potrzeby tej sesji? (śmiech) To było tylko do zdjęcia. Nie jesteśmy zespołem, który przepada za sesjami promocyjnymi. Po prostu nie jesteśmy takim typem ludzi. W naszej historii próbowaliśmy fajnych, poważnych, pełnych tego typu przygód sesji. Niektóre okazywały się lepsze niż inne. Tym razem chcieliśmy czegoś nowego i pomyśleliśmy "weźmy konia, to na pewno będzie jakieś przeżycie". I faktycznie tak było! Nagrania miały wkrótce się skończyć, więc zarezerwowaliśmy rumaka na sesję. Chyba mieliśmy próbę w sobotę, trochę imprezowaliśmy po próbach, a w niedzielę trochę na kacu pojechaliśmy na miejsce sesji. Nasz przyjaciel Jussi (z zespołów Sonic Poison, Kauhu, Warp Transmission, itp.) zrobił kilka zdjęć aparatem pożyczonym od Perttu. Zdjęcie świetnie łączyło się z tematyką i grafiką albumu i bez wątpienia wzbudziło pozytywne reakcje ludzi (śmiech). Patrząc na cały przebieg Waszej działalnoś ci od samego początki aż po dzień dzisiejszy, powiedz proszę, jak zmieniało się Twoje

dziesięć lat temu, kiedy zostaliśmy przyjaciółmi. Chcemy poczuć tę więź i po prostu cieszyć się swoim towarzystwem i przyjaźnią. To bardzo ważna część funkcjonowania zespołu, która prawdopodobnie utrzymywała nas razem przez cały ten czas. Co porabiacie w czasach, gdy granie na żywo jest niemożliwe? Planujemy wypuścić teledysk. Ten koń z sesji zdjęciowej może się jeszcze nam przysłuży (śmiech) Wydaje się, że Finlandia jest krajem wyjątkowo przyjaznym dla metalu. Zarówno dla zespołów wykonujących ten gatunek, jak i jego fanów. Cóż, przyjazna to jest na pewno, ale dla mainstreamowego metalu. Nie sądzę, żeby scena undergroundowa miała z tym wiele wspólnego, ale oczywiście są ludzie, którzy stanowią części ich obu. Czasami jest trochę zawstydzające, że metal dla reszty świata stał się pewnego rodzaju znakiem firmowym Finlandii. Ale ta reputacja przekonała wiele wspaniałych zespołów (starych i nowych) do odwiedzenia Finlandii, co dla wielu kapel koncertujących w

Foto: Lord Fist

podejście do grania? Cóż, ponieważ od pewnego czasu tak wiele się dzieje, bycie członkiem zespołu stało się czymś o wiele bardziej pragmatycznym. Musisz planować naprzód i to z planem awaryjnym. Kiedy musisz jechać na próby lub koncerty, staraj się zrobić w ten weekend jak najwięcej. Myślę, że tylko doświadczenie i rozwój sprawiają, że szukasz większej wydajności. Ale wspólne wymyślanie nowych kawałków jest równie ekscytujące jak wcześniej. Może nawet bardziej, ponieważ kiedy zaczynaliśmy, nie mieliśmy pojęcia, dokąd zaprowadzi nas ten rodzaj muzyki, a im dalej szliśmy, to zobaczyliśmy, że zawsze otwierają się przed nami kolejne drzwi do innowacji. Kiedy robimy to razem i pozwalamy, aby nasze instynkty nas prowadziły, następuje coś magicznego. Tworzymy nowe rzeczy, nawet ze sobą nie rozmawiając. Oprócz prób zawsze spędzamy ze sobą czas. Spotykamy się, aby napić się piwa, posłuchać muzyki, obejrzeć coś na YouTube… w tym samym duchu co

Europie Środkowej może nie wydawać się zbyt kuszące pod względem geograficznym. Pytanie proste, ale konkretne. Jakie są Wasze plany na 2021 rok? Mam tylko nadzieję, że pewnego dnia zagramy nasze utwory na żywo. A także zaaranżujemy i przećwiczymy nowe rzeczy, które jeszcze bardziej przesuną nasze granice. Myślami jestem już przy naszym następnym albumie i nie mogę się doczekać, aż wszyscy go usłyszą! Bartek Kuczak Tłumaczenie: Szymon Paczkowski

LORD FIST

59


LUNAR SHADOW Bary, zamglone światła, potłuczone szkło, przyjaźń i dobre czasy Odnoszę wrażenie, że oderwanie od realiów i ucieczka od codzienności w świat iluzji jest na ogół postrzegane negatywnie. Nie śpij, bo Ci dziecko zrobią. Nie wydychaj, a tylko wdychaj. Nie filozofuj, tylko radź sobie przyziemną metodą z zaklęciem. Prawda nieważna, byle zgadzał się bilans przychodów i wydatków. Dopóki nie nakręcisz video drżącą dłonią, żadne przeżycie się nie liczy. Pomieszanie prawdy z iluzją. Nazywanie zdrowego chorym. Zamykanie się w swojej malutkiej klatce i strach przed odważnym stawianiem czoła niepoznanym zawiłościom świata. Skąd węże zdychają a cisza krzyczy, pobiegnę w nieznaną czerń rozpościerającą się pomiędzy gwiazdami, ale zanim to zrobię, pozostawię po sobie zapis wyjątkowej rozmowy z gitarzystą, wokalistą i liderem Lunar Shadow. Artysta ten jest już z pewnością myślami daleko w przyszłości, a jednak znalazł czas, aby opowiedzieć nam o przyczynach swojego eskapizmu, oraz o właśnie wydanym albumie, który otwiera całkowicie nowy rozdział kreatywnych eksperymentów również dla tych odbiorców, którzy na co dzień nie słuchają heavy metalu. HMP: Jakie jest Twoje osobiste podejście do eskapizmu z perspektywy muzyka mieszkającego w 2021 roku w Niemczech? Max Birbaum: Osobiście uważam, że eskapizm może być jeszcze ważniejszy w tych trudnych czasach, w których obecnie żyjemy. Nie możemy wyjść na zewnątrz, nie widzimy wszystkich naszych przyjaciół, w kilku krajach Europy rośnie liczba ekstremistów, ludzie coraz bardziej się od siebie odwracają. Może dawanie ludziom szansy na ucieczkę od życia

mam trudności ze spaniem przed koncertami. Szczerze mówiąc, nie sprawia mi to frajdy. Nie wiem jak to wytłumaczyć. Muzycy tworzą na ogół zespoły po to, aby jak najwięcej grać na żywo. Ja tak nie mam. Nie złapałem bakcyla. Jestem na scenie, gram solo i myślę: "chciałbym, żeby szybko to się skończyło!" (śmiech). Zagramy nasz ostatni koncert na festiwalu Party.San Metal Open Air, a potem zakończymy naszą dzałalność na żywo. Mieliśmy już przyjemność zrealizować kilka bardzo faj-

Foto: Lunar Shadow

przez mniej więcej godzinę nie jest obecnie najgorszą rzeczą? Czy uważasz, że oddalanie się od codzien nego życia w nocy jest dobrym rozwiązaniem, aby zachować większą produktywność i siłę w ciągu dnia? Myślę, że to zależy i różni się w zależności od osoby. Osobiście jestem kimś, kto nie śpi do późna w nocy, ponieważ lubię noc i ciszę dookoła siebie. Z tego powodu następnego dnia niekoniecznie jestem pełen wigoru (śmiech). Dlaczego zdecydowałeś się ostatnio zakończyć występowanie na żywo? To nie była łatwa decyzja. Myślałem o tym wiele miesięcy. Rzecz w tym, że po prostu nie lubię jeździć w trasy, i to z kilku powodów. Naprawdę nie znoszę podróżować, jestem domatorem. Źle znoszę granie na żywo - np.

60

LUNAR SHADOW

nych koncertów z mnóstwem świetnych zespołów, których jestem fanem, i nie potrzebuję więcej. Metal czyni Ciebie wolnym, czy wręcz prze ciwnie? Jeśli chodzi o mój zespół, prawdopodobnie jestem więźniem metalu. Czuję się nadmiernie zmotywowany. Naprawdę nie mogę przestać, nigdy nie jestem w pełni zadowolony z tego, co robię, kończę album i myślami jestem już na następnym wydawnictwie daleko w przyszłości. Nigdy tak naprawdę nie potrafię cieszyć się tym, co robię. Ale kiedy prywatnie słucham muzyki, to metal czyni mnie wolnym. Twój nowy album "Wish to Leave" może zdezorientować kogoś, kto oczekuje tradycyjnego heavy metalu. Wiem, że tworzysz muzykę dla siebie i wolność wypowiedzi jest dla

Ciebie bardzo ważna, ale słuchacze chcą dobrze zrozumieć Twoją muzykę. Czy możemy powiedzieć, że to "indie heavy metal", "pro gresywny heavy metal", "atmosferyczny heavy metal", a może po prostu "własna interpretacja heavy metalu"? Widzisz, nie obchodzą mnie gatunki. Nigdy o tym nie myślę. Wcześniej nazywano nas na kilka różnych sposobów, od "power metalu", przez "progresywny metal", aż po "black heavy metal", czy też "sad Iron Maiden" (mój ulubiony). Kiedy ludzie mnie pytali, zawsze otwarcie odpowiadałem "heavy metal" i to wszystko. Z "Wish To Leave" jest inaczej. Dla mnie zdecydowanie nie jest to album metalowy, przynajmniej w moim własnym rozumieniu. Możesz to nazywać, jak chcesz. "post metal", "indie heavy metal", "bullshit", jak zechcesz. Raczej powinniśmy podchodzić do Twojej muzyki z otwartym umysłem i bez żadnych oczekiwań co do jej ram. Pierwsze dwie min uty otwierającego płytę utworu "Serpents Die" mówią nam: "poczekaj chwilę, nie możesz pojąć naszej muzyki w kilka sekund, przestań się rozpraszać, usiądź, posłuchaj, poczuj". Czy to jest dokładnie to, co chciałeś osiągnąć poprzez wyciszone intro? Lubię otwierać wszystkie nasze albumy czymś cichym. Intro jest ważne, ponieważ chcę zbudować atmosferę tego, co ma za chwilę nadejść. Staram się wprowadzać ludzi w odpowiedni nastrój. Wydaje mi się, że czasami nasza muzyka nie jest łatwa w odbiorze, ale nie robię tego celowo. Tak po prostu wychodzi. Na "Wish to Leave" otwieracie całkowicie nowy rozdział Lunar Shadow. Niektórzy spośród Twoich fanów postrzegają Lunar Shadow jako black metal, ale niewiele z tego stylu pozostało na "Wish to Leave". Jeśli chodzi o bardziej ekstremalne fragmenty utworu "The Darkness Between The Stars", czy są one świadomą deklaracją, że jednak nie odciąłeś się kompletnie od swoich najm roczniejszych korzeni? Lunar Shadow zawsze odzwierciedla to, czego akurat w danym momencie słucham, ponieważ te albumy kształtują mnie jako artystę. Tym razem mamy wiele wpływów muzyki indie, które znacząco zmieniły rolę gitar i jakichś tam inne rzeczy. Cóż, tak właśnie chciałem zagrać. Nie zmieniam brzmienia albumów Lunar Shadow dla samej zmiany, ale raczej dlatego, że nudne byłoby pisanie w kółko tego samego albumu. To nie dla mnie. "Delomelanicon" to kryminał hiszpańskiego dziennikarza i powieściopisarza Arturo Péreza-Reverte, nominowany do nagrody World Fantasy Award dla najlepszej powieści. Co tak bardzo Cię zaintrygowało w tej książce, że zdecydowałeś się stworzyć całą piosenkę o tym samym tytule? Muszę Cię tutaj poprawić. Rzeczywiście istniejąca książka nazywa się "The Club Dumas". Natomiast "Delomelanicon" to fikcyjna książka opisywana w tej powieści, napisana podobno przez samego diabła. Nasz utwór nosił na początku tytuł "Sower Of Thunder". Potem przeczytałem tą powieść i od razu polubiłem słowo "Delomelanicon". Zmieniłem tytuł już podczas nagrywania. Tekst i tak miał dotyczyć radzenia sobie z zaklęciem, więc ten termin pasował idealnie i mogłem uzupełnić nim koncepcję utworu.


Co to znaczy, że "Wish to Leave" jest "big city albumem"? Kilka utworów i tekstów powstało, kiedy spacerowałem ulicami Lipska, zarówno za dnia, jak i w nocy; z przyjaciółmi lub samotnie. Dookoła beton, ogromne budynki, bary, zamglone światła. Nasiąkłem taką wielkomiejską atmosferą i próbowałem przekuć ją w dźwięki. Rynsztok, potłuczone szkło na chodnikach, brud, ale też przyjaźń, znajomi i dobre czasy. Jaka atmosfera panowała podczas sesji nagraniowej z Marxem Hermannem? Czy udzielił mu się Twój nastrój, a może celowo zachował dystans, żeby móc każdego dnia spojrzeć krytycznie i zadbać o utrzymanie wysokiego poziomu? Max Hermann jest znacznie bardziej pozytywną osobą ode mnie. Musi wydarzyć się wiele, aby się wkurzył. Ma więcej doświadczenia z muzyką punk, sam gra garażowy rock. Tak sobie teraz myślę, że być może "Wish to Leave" był bliższy jego osobistemu gustowi, niż poprzednik "The Smokeless Fires" (2019). Długo pracowaliśmy nad ustawieniem wszystkich instrumentów, wypróbowywaliśmy wiele różnych gitar oraz wiele różnych wzmacniaczy. Pokazałem mu przykłady kilku piosenek, które bardzo lubiłem i staraliśmy się stworzyć z nich coś, co brzmiałoby jak Lunar Shadow. Max dodał kilka świetnych pomysłów od siebie. Ma on bardzo wyszukany gust muzyczny i instynktownie wie, jakie detale mogą wzbogacić utwór. Niekiedy bardzo się denerwuję, bo nalega, abym zagrał to samo solo gitarowe po raz 73457345-ty, aby ostatecznie zachować jedno z pierwszych podejść. W takiej sytuacji wypija on kieliszek pomarańczowego likieru z Hiszpanii i jedziemy dalej. Czy "Wish to Leave" to świadoma próba wyrwania Lunar Shadow z metalowego podziemia? To nie tak. Wiem, gdzie jest miejsce Lunar Shadow na scenie. Wiem, jaki poziom mogę osiągnąć, a jakiego nie mogę, zważywszy że nie będziemy koncertować, a ja nie chcę współpracować z większymi wytwórniami, które wtrącają się zbytnio w sprawy artystyczne. Nie nazwałbym więc "Wish to Leave" próbą wyrwania Lunar Shadow z metalowego podziemia. Pozostaniemy tam na zawsze, jestem realistą. Chciałbym natomiast dotrzeć do nowych słuchaczy, tj. do ludzi, którzy nie słuchają na co dzień heavy metalu, ale mogą uznać "Wish to Leave" za interesujący album. Trzydzieści sześć minut na longplay to nie dużo, ale "Wish to Leave" bardzo fajnie słucha się wielokrotnie. Z całą pewnością doskonale wiesz, jak utrzymać uwagę odbiorcy, a Twoje melodie zdają się być jedynie narzędziami do wyrażania uczuć i emocji. Czy potrafisz wyobrazić sobie ten tłum fanów machający zapalniczkami nad swoimi głowami? Moim zdaniem współczesne albumy są często zbyt długie. Nie potrzebuję koniecznie ośmiu, dziewięciu, dziesięciu ani większej liczby utworów. Słuchając takich płyt myślę często "no dobrze, ale dwa/trzy kawałki mniej i byłoby idealnie". Wyzwanie polega na wyborze tych kompozycji, które uważam za najlepsze. Muszę długo się nad zastanawiać, zamiast nagrywać wszystko jak leci. Sześć utworów brzmi dla mnie w sam raz, po trzy z każdej strony.

Foto: Lunar Shadow

Słucham ostatnio dużo hard core'owego punku i takie albumy są zazwyczaj jeszcze krótsze (śmiech). A co do zapalniczek - myślę, że to wyglądało bardzo fajnie, więc dlaczego przestali to robić? Czy wszyscy rzucili już palenie? Oby. Wydaje się, że zbyt wielu młodych ludzi usiłuje utrwalać swe przeżycia koncer towe na smartfonach. Tymczasem koncerty są przecież na tyle intensywne, że te telefony przeszkadzają. Zastanawiałem się, że może to znak obecnych czasów, i w związku z tym warto byłoby, aby zespoły robiły przerwy np. na perkusyjne sola i ewentualnie wtedy każdy mógłby zrobić sobie zdjęcie muzyków na scenie? Ewentualnie, dać publiczności piłkę, tak jak widziałem u Roberta Planta? Lub też lampki jak w Azji? Zgadzam się, że smartfony są irytujące. Kompletnie nie rozumiem motywacji tych ludzi. Co zrobisz z fatalnej jakości video mojego zespołu? Jakość będzie fatalna, bo telefon trzęsie Ci się w dłoni. Naprawdę wolałbym, żeby ludzie przestali filmować, kiedy gram. To nie jest w porządku. Przypuszczam, że ma to związek z trendami mediów społecznościowych, których użytkownicy odczuwają potrzebę dokumentowania każdego bezwartościowego fragmentu swojego życia. Wiesz, "nie nakręciłeś filmu, nie liczy się". To smutne, że trzebaby dawać ludziom coś innego, aby przestali machać dookoła telefonami jak małpy w zoo. Nie jestem pewien, czy podoba mi się zastępowanie smartfonów czymś innym, co również jest błyszczące i denerwujące. Przypuszczam, że nie znajdzie się złotego kompromisu. Nie można zabronić filmowania, nie można tego kontrolować. Chyba będziemy musieli z tym żyć.

lutnie pewien, że Lunar Shadow w pełni zre alizował swój potencjał? Rob Halford musiałby przybić mi piątkę po naszym ostatnim koncercie. Warto umożliwiać ludziom dostęp do Twojej muzyki w dowolnych fizycznych formatach, które im odpowiadają. Czy niedawno wydane winylowe wznowienie Twojego pierwszego albumu "Far From Light" spotkało się z ciepłym przyjęciem fanów? Czy planujesz również przygotować kolorowy winyl "The Smoking Fires"? Dostawałem sporo próśb o "Far From Light" na winylu, więc wydawało się sensowne, żeby wytwórnia to wydała. Myślę, że ludzie byli zainteresowani, i na pewno jest na to popyt. Osobiście nie sądzę, żebyśmy zrobili powtórkę w kolorze. I tak odszedłem od kolorowego winylu, co widać na "Wish to Leave", które jest dostępne tylko na czarnym winylu. Żadnych wyszukanych kolorów, tylko muzyka się liczy. Czy masz już jakieś konkretne plany na przyszłość Lunar Shadow? Jak to zwykle robię, odpocznę teraz od zespołu. Potrzebuję zrobić sobie przerwę od muzyki i od Lunar Shadow. Naprawdę nie mogę powiedzieć, co się wydarzy. Poczekamy, zobaczymy. Dziękuję za czas poświęcony przez Ciebie na rozmowę. Wszystkiego dobrego w przyszłości. Wielkie dzięki. Bądź bezpieczny, zdrowy i słuchaj Rush. Wszystkiego dobrego. Sam O'Black

Co musiałoby się wydarzyć, żebyś był abso-

LUNAR SHADOW

61


Nie interesuje mnie opinia innych Nawiązując do tytułu warto sobie zadać pytanie czy postawa, jaką prezentuje Ricky Wagner, gitarzysta i wokalista Rezet jest słuszna. Jedni pewnie powiedzą, że tak, inni zaś stanowczo zaprzeczą. Sam Ricky doskonale wyjaśnia, skąd takie przekonanie się u niego wzięło. Oczywiście nie mogło zabraknąć tematu nowego wydawnictwa Rezet o tytule "Truth In Between" i kilku ciekawych epizodów z jego przeszłości. HMP: Właśnie na rynek trafił Wasz piąty album. Już jakiś czas temu doszliście do momentu, w którym ciężko jest nazwać Was nowicjuszami. Czujesz się w pełni usatysfakcjonowany drogą, którą przeszliście jako zespół? Ricky Wagner: Mamy swoją pozycję na scenie i zdecydowanie nie jesteśmy nowicjuszami. Tworzyliśmy nową falę thrash metalu już w pierwszej połowie lat 2000 tak samo jak pozostałe zespoły działające w tamtych czasach w Niemczech. U nas mamy pozycję taką, jak Municipal Waste w USA, Violator w Brazylii czy Gama Bomb w Wielkiej Brytanii. Założyłem Rezet natychmiast po tym, jak dostałem gitarę i wziąłem pierwsze lekcje. Byłem wtedy jeszcze nastolatkiem. Wówczas moją

obcisłych dżinsach, bo w zasadzie nikt już nie słuchał thrash metalu. Potem nadeszła ta "nowa fala thrash metalu" i ludzie zwrócili na nas uwagę, zostaliśmy dostrzeżeni w całej Europie, zaproponowano nam wiele umów płytowych i tak dalej. To po prostu pokazuje, że to kwestia mody, więc naprawdę nie obchodzą mnie opinie innych. Nigdy mnie one nie obchodziły. Najpierw słuchali grunge'u. Potem na topie zaczyna być death metal, więc zapuszczają brody. Potem przychodzi thrash i obcisłe spodnie, a rok później to cały tradycyjny metal, więc obcinają grzywkę i zamieniają trampki na kowbojki. Zawsze lubiłem muzykę a nie te wszystkie gówna dla weekendowych wojowników. Zawsze podążałem za swoimi uczuciami. Po prostu wydawałem album po al-

wałek Rezet, nic szczególnego. Ale ze względu na proste riffy i wpadający w ucho refren wiedzieliśmy, że musi do tego powstać teledysk. Video do tego kawałka jest również bardzo ciekawe. Obejrzyj, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś! W teledysku jest o wiele więcej koncepcji niż w samym utworze. Nasz reżyser pracował wcześniej z tymi tancerkami, tzw. "Calypso Army" z Hamburga. Lubił ich połączenie hip-hopu i wojskowego stylu tanecznego, ale zawsze wyobrażał sobie ich z fajną muzyką w tle. Wtedy pojawił się Rezet. Poza tym koncepcja neonu pojawiła się w naszych głowach dużo wcześniej, więc tak, szczerze mówiąc, jest ona pewnym spoiwem, które dotyczy tego albumu jako całości, a nie tylko tego jednego utworu. Kawałek "Renegade" wydaje się trochę odstawać od reszty albumu "Thruth In Beetween". To bardziej taki rock'n'roll z punkowymi naleciałościami niż thrash. Może fajnie by było napisać więcej takich kawałków. Co Ty na to? Tak jak poprzednio, jest to dla mnie po prostu kolejny kawałek. Posłuchaj uważnie wszystkich naszych płyt. Zauważysz wtedy, że żaden nasz kawałek nie brzmi tak, jak inne. Jest to całkiem zamierzone. Daje to możliwość pokazania wszystkich swych inspiracji. Więc jest tu metal, tam blues, tam punk, tam muzyka klasyczna… W kawałku "Half A Century" gościnny udział wzięła Sonia Anubis z Burning Witches. Skąd się ona wzięła na Waszym albu mie? Mieliśmy różne pomysły na gości. Myślę, że przejrzeliśmy kilka wielkich nazwisk, ale ponieważ jak zawsze odkładaliśmy wszystko do ostatniej chwili, większość musiała odmówić, Także ograniczenia związane z Covidem i tak dalej. Zapytałem Fernandę z Crypty, wcześniej Nervosy ponieważ po dwóch wspólnych koncertach jesteśmy bardzo bliskimi przyjaciółmi. Wiesz, co mam na myśli. Ale znowu dla niej było zbyt późno. Więc nasz gitarzysta Heiko zasugerował wtedy Sonię, która właśnie założyła zespół Crypta razem z Fernandą. Napisałem do niej, a ona się zgodziła bez żadnego problemu, ponieważ jak się okazało, była naszą fanką

Foto: Rezet

inspiracją były młode zespoły puszczane na MTV. Oczywiście te, które miały w swoim brzmieniu gitarę elektryczną. To na nich początkowo się wzorowałem ucząc się grać. Ale szczerze mówiąc, muzyka zawsze była ważną częścią mojego życia. Już jako młody gówniarz śpiewałem i tańczyłem do kawałków Michaela Jacksona lub Jamesa Browna. W jakiś sposób czuję, że mój związek z muzyką przypomina coś na kształt małżeństwa. Nie ma tu zbyt wiele miejsca na wszystkie inne bzdury. Więc kiedy założyłem zespół, chodziło tylko o tworzenie muzyki i dobrą zabawę. Następnym krokiem każdego zespołu jest rozwój. Wiesz, albo tworzysz na poważnie albo dajesz sobie z tym spokój. Dowiedziałem się, że ludziom podobało się to, co robię i udało nam się zdobyć uznanie. Nie zawsze jednak było łatwo. Kiedy zaczynaliśmy około 2004 roku, ludzie myśleli, że jesteśmy bandą pedałów w

62

REZET

bumie i jeździłem z trasy na trasę. Z zewnątrz to może się wydawać łatwe, lekkie i przyjemne, ale uwierz, że każda "normalna" praca od 9 do 17 jest jak piknik w porównaniu z tym stylem życia. Ale wracając do pytania, tak, jestem w pewnym sensie zadowolony z tego, jak się sprawy potoczyły (śmiech). Tytuł albumu "Truth In Between" może być interpretowany na wiele różnych sposobów. Czy sugerujesz jakąś konkretną interpretację? Nie. Widzę, że dokładnie ten tytuł zrozumiałeś. Zwróciłem uwagę na kawałek "Populate. Delete. Repeat". Intrygujący tytuł, intere sujące solówki, dość niespodziewane zwolnienie pod koniec… Dziękuję. Dla mnie to po prostu kolejny ka-

O które stulecie chodzi w tym utworze? Nie chcemy dużo mówić o tekstach, stąd tytuł tego albumu. "Half A Century" to hołd dla Black Sabbath i pięćdziesięciu lat heavy metalu. Sonia to jedyny gość na tym albumie? Myślę, że poza nią i nami usłyszysz jeszcze producenta Eike'a wykonującego dogrywanie i jego asystenta Denny'ego będącego jednym z krzykaczy. "Infinite End" ma wspaniałe intro, które brzmi jak improwizacja. Czysta gitara nie jest improwizacją, ale wydaje mi się, że solo Heiko we wstępie jest w sumie improwizowane. Jestem raczej typem człowieka, który lubi mieć wszystko rozpisane, by potem to odegrać tak samo na żywo i w studio. Heiko jest ekscentrycznym spirytystą, gra, jak się czuje w danej chwili. Jest w stanie pojawić się na próbie w stroju astronauty NASA lub totalnie nago. Tego nigdy nie przewidzisz.


Kawałek, o którym mówimy to ballada. Czy uważasz, że zespołowi thrashowemu przys toi nagrywać takie utwory? Pytam, gdyż zdanie na ten temat zarówno w środowisku fanów, jak i muzyków jest bardzo mocno podzielone Każdy, kto myśli przez bariery, jest dla mnie w pewnym sensie faszystą. Moim zdaniem to nie działa, jeśli chodzi o sztukę. Rób to, co robisz, a ja robię, co chcę. Zero litości dla metalowych bigotów. Na albumie mamy również utwór zatytułowany "The Plague". To opis obecnej na sytuacji na świecie? W tym kawałku wokal brzmi nieco inaczej niż ma to miejsce w pozostałych utworach Ponownie, nie chcę zbyt wiele mówić o tekstach, ale tak, to podsumowuje również obecny stan rzeczy. Ale tak samo jak większość kompozycji na tym albumie, ma ona wiele znaczeń… Śpiewam tylko refren, to nasz basista śpiewa ten utwór, ponieważ on go napisał. Dlatego też brzmi inaczej. Cóż, on napisał riffy, cała reszta naprawdę rozwinęła się na etapie przedprodukcji i podczas samych nagrań.. Przeglądając Wasz profil na Facebooku zauważyłem, że jak wiele zespołów w obecnej sytuacji, gracie koncerty online. Czy według Ciebie to jedynie dostosowanie się do panujących warunków, czy może przyszłość tej branży? Jeśli taka jest przyszłość branży muzycznej, to już dziś rozwiązuję zespół i zostaję nauczycielem gry na gitarze. Robimy to teraz, ponie-

Foto: Rezet

waż jest to dla nas jedyny sposób na granie na żywo. Rok 2020 to dziesiąta rocznica Waszego debiutu "Have Gun, Will Travel". Co z jego specjalna edycją, która planowaliście? Na razie wydaliśmy wspaniałą kolekcję gadżetów związanych z tym albumem. Mieliśmy również plany ponownego wydania właściwego albumu, ale Covid był jednym z powodów, przez które nie mogliśmy tego zrobić. Chcieliśmy również zagrać specjalne show związane z "Have Gun, Will Travel", ale z tego też nici. Mimo to, wymyśliliśmy świetne nowe gadżety i pakiety, w tym poprzednie tłoczenia z 2018 i 2016 roku. Ten album został już pono-

wnie wydany co najmniej cztery lub pięć razy. Mimo to, ludzie wciąż odbierają nasz debiut tak, jak na samym początku. W 2019 ukazał się o Was artykuł w lokalnej gazecie. Czy często się zdarza, że interesują się wami media nie związane bezpośrednio z muzyką metalową? Cóż, to oczywiście nie był pierwszy ani jedyny raz. Jestem pewien, że policja również się nami interesowała. Zwłaszcza na początku. Mam ochotę poprosić ich o nasze zdjęcia z ich kartotek (śmiech). Bartek Kuczak Tłumaczenie: Szymon Paczkowski


Thrash metal to krytyka Grecy z Exarsis ponownie wracają z pełnym albumem, tym razem z "Sentenced to Life" wydanym w 2020 r., w trudnych czasach dla kapel i całego przemysłu muzycznego. Również w okresie, w którym wolność zadania pytania może powoli stanąć pod znakiem zapytania, o czym kapela wspomni, odnosząc się do albumu i jego okładki "New War Order". Poza tym dowiecie się o tematyce najnowszego albumu, o relacjach pomiędzy członkami i współpracownikami oraz o samej muzyce, a opowie nam sam wokalista Exarsis, Nick J. Tragakis. HMP: Cześć! Tak więc na początek spytajmy o… może na przykład o to, czy kiedyś zostaliście porównani do Toxik? Nick J. Tragakis: Cześć! Z tej strony Nick, wokalista Exarsis. Tak, w niezliczonych recenzjach naszych albumów autorzy sugerowali inspiracje Toxik. Jest to zespół, który uwielbiamy, aczkolwiek muzycznie nie możemy odnaleźć odniesień do tego zespołu. Wokalnie obaj wokaliści Toxik zainspirowali mnie w ten lub inny sposób, jednak nie są w Top 5, a nawet Top 10 wokalnych inspiracji, jeśli chodzi o Exarsis. Czy mógłbyś opisać tę jedną rzecz, która sprawiła, że wasza muzyka jest wyjątkowa? Powiedziałbym, że to jest wokal (który zdaje mi się, że część kocha, część nie cierpi) z thrash/powerowymi riffami i podwójną sto-

Czy jesteście zadowoleni z waszego poprzedniego albumu "New War Order", który wydaliście w 2017 r.? Czy zmienilibyście coś na nim? Nie. Zespoły myślą, że mogłyby zrobić jedną lub dwie rzeczy inaczej po nagraniu albumu, włączając w to nas, jednak jeśli chodzi o ten album, to wszystko wyszło perfekcyjnie. Mieliśmy perfekcyjny skład, który miał za sobą już parę tras i zagrał to dokładnie. Jeśli chodzi o kwestie pisania utworów mięliśmy trochę inspiracji i do tego odbyliśmy trzy trasy promujące ten albumu, co sprawiło, że był to nasz najlepiej sprzedający się album jak do tej pory. Mógłbyś porównać "New War Order" do waszego najnowszego "Sentenced To Life"? Wspomniałem już o tym wcześniej, "Senten-

Foto: Exarsis

pą. Zgodziłbyś się z moją opinią? Pewnie, moje wokale są elementem, który sprawia, że ludzie nas kochają lub nienawidzą. Nie ma sytuacji pomiędzy. Jednak to kombinacja inspiracji heavy metalowych zestawiona z poważną agresją ekstremalnego thrash metalu w naszej muzyce sprawia, że się wyróżniamy. Jeśli chodzi o power metalowe riffy, to tylko nasz najnowszy album zaczął być bardziej melodyjny. Riffy bazują na naszych heavy metalowych inspiracjach, z którymi dorastaliśmy.

64

EXARSIS

ced To Life" jest bardziej melodyjny w porównaniu do "New War Order". Tym razem wzięliśmy inspirację od naszych bohaterów heavy metalu i skupiliśmy się melodiach i refrenach, które możesz śpiewać z uniesioną pięścią w górze. Wciąż jest to album szybki i agresywny, ale w inny sposób. Wróciliśmy do korzeni i spróbowaliśmy ewoluować wokół tych inspiracji z heavy metalu, jak to robiły inne wspaniałe kapele thrashmetalowe. Nie chcieliśmy jedynie czerpać z thrash metalu z lat 90.

Znowu pracowaliście z Christosem Tsitsisem? Jak się dogadujecie po tych latach? Czy doświadczenie z jego poprzednich i obecnych zespołów/projektów w jakikolwiek sposób wpłynęło na waszą muzykę na najnowszych albumach? Christos nie wrócił jako stały członek zespołu, jednak na nowych nagraniach zapewnił sporą część gitar prowadzących. Zawsze się dgadywaliśmy z Christosem, jest częścią rodziny, jednak nie ma wpływu na materiał poza motywami prowadzącymi. Przy jakiej okazji spotkaliście Panosa Meletisa? Czy ciężko było mu zacząć grać w Exarsis? Znaliśmy Panosa, z tego, że grywał w różnych ekstremalnych greckich zespołach, oraz że miał chętkę na zostanie częścią naszej kapeli. Było to trudne, tak jak dla każdego nowego muzyka dołączającego do zespołu, ale tak jak szybko zaczęliśmy z nim grać, tak szybko staliśmy się zwartą kapelą, taką, która gra ze sobą od lat. On jest jednym z najlepszych perkusistów na scenie i nie możemy się doczekać, by zagrać z nim koncerty. Jak dużo się zmieniło jeśli chodzi o produkcje? Z tego co wiem, to wciąż pracujecie z Mikiem Karpathiou, czy mam rację? Po raz kolejny pracowaliśmy z Mikiem w D Studio. Dla nas nie jest on tylko inżynierem, ale po tych wszystkich latach, wydaje się również członkiem zespołu. D Studio jest całkiem istotnym miejscu w grecki thrash metalu, ponieważ wiele kapel albo gra tam próby, albo dokonuje nagrań albumów. Jedną z tych kapel jest Typhus, który również w 2020 roku zadebiutował długograjem, to ich gitarzysta pomógł nam z teledyskiem do kawałka "Mouthtied". Jakie wydarzenie zainspirowało Cię bezpośrednio do napisania "Sentenced To Life"? Jaki jest jego główny motyw? Czy chodzi o zmuszanie do wykonywania (często głupich) rozkazów? Ponownie, nasz nowy album ma motyw antysystemowy. Tym razem skupiliśmy się na skorumpowanym systemie sądowniczym, mówimy o ustawionych procesach, ale także odnosimy się do internetowych sądów, jak ten, przed którym stanęliśmy za grafikę poprzedniego albumu. Bazując na tym wydarzeniu, odnosimy się także do braku wolności słowa artystów, którzy zderzają się z polityczną poprawnością. Kolejny temat, jakiego dotykamy i który jest związany z obecnym stylem życia to zdrowie psychiczne, wzrost liczb zachorowań na depresję i samobójstw, coraz większego wśród ludzi poczuciu zdrady, a także o walce z tymi wszystkimi demonami i wzmocnieniu swojej siły. To jest odniesienie do tego, z czym walczyliśmy przez ostatnie 2,5 roku i tego, gdzie aktualnie jesteśmy. Jak istotnym jest możliwość swobodnego wypowiadania się? Wyobraź sobie, że każdy zespół, który uwielbiasz, szczególnie taki thrash/death/black metalowy, jest na cenzurowanym z powodu tekstów i stylistyki. Heavy metal byłby bardziej mdły i znacznie mniej ekscytujący. Jedną z misji tego typu muzyki i powodów, dla których jest ona unikatowa oraz trwa od pięćdziesiąt lat, to jest wolność, a także zróżnicowanie poglądów i wyborów, które niesie ze


sobą. Thrash metal jest krytyką naszego codziennego życia, sił, które mogą zaistnieć i przede wszystkim, nas samych. Zawsze celował w korzenie wszelkiego zła i to się nie zmieni, jak i my sami. Zasadniczo, to co sądzisz o obecnych wydarzeniach? Covid, restrykcje, niepokoje społeczne (w Polsce np. mamy feministki uczestniczące w protestach w kwestii prawa do aborcji lub raczej jego braku)? Czy u was w Grecji też tak wielu ludzi protestuje? Kiedy przychodzi do wolności dotyczącej ludzkości, zawsze musisz ocenić takie sytuacje, jak te ze sceptycznym umysłem. Ludzie walczą o swoją wolność i to jest dobre. Jednak istotnym jest także bezpieczeństwo. Nikt nie wie, co należy zrobić, by poradzić sobie z pandemią, jednak w przyszłości dowiemy się, czy bycie zamkniętym w domu, wraz z innymi restrykcjami było dobre. Ekonomia w Grecji się rozpadła, obecnie jesteśmy podczas drugiego lockdownu. Nie jestem pewien czy ludzie są w stanie to wytrzymać, już były ciężkie i dziwne lata, ale wydaje mi się, że ludzie stają się bardziej wkurzeni wraz z upływem czasu. Ze względu na to w Grecji miało miejsce wiele protestów. Nasz rząd podjął decyzje, które utrudniły nasze życie i nie wiemy, dokąd to zmierza... Obecne czasy są całkiem dziwne, nie sądzisz? Jednak powiedziałbym, że trochę się tego spodziewaliście, prawda? Na poprzednich albumach już poruszaliśmy tematy o wirusach tworzonych w laboratoriach i o planach "nowego porządku świata" w pozyskaniu kontroli nad światem, ale nigdy nie spodziewaliśmy się urealnienia tego. Definitywnie żyjemy w "nowym porządku świata" ponad naszymi najdziwniejszymi wyobrażeniami, zaś ten rok wydaje się być początkiem bardzo dziwnej dekady, w której cały świat się zmieni. Planujemy obserwować to szaleństwo i z pewnością będzie to nieskończona studnia dla naszych tekstów. "The Drug… Against My Fears" ma całkiem ładną progresję z tych bardziej "megadethowych" klimatów do całkiem szalonego zakończenia. Lubię ten utwór, możesz powiedzieć coś więcej na jego temat? Czy jest trudny do zagrania? Po pierwsze, jest to nasz najwolniejszy utwór, który nagraliśmy i jedyny bez refrenu. Wiedzieliśmy, że to jest szczególny utwór od momentu, w którym zaczęliśmy grać na próbach nasze kompozycje. Stąd też wiedziałem, że muszę napisać tekst w inny sposób, niż ten, w którym przygotowałem większość naszych utworów. "Against My Fears" mówi o pokonaniu własnych demonów i odzwierciedla nasze uczucia w momentach ciężkich chwil dla zespołu, jak i dla nas personalnie. Jesteśmy naprawdę szczęśliwi mając przyjaciół w osobach Spyrosa Lafiasa z Chronosphere i Lefterisa z Bio-Cancer, którzy stali przy nas od początku, śpiewając z nami ten tekst. Kiedy będziemy gotowi, jako ludzkość, na wojnie międzygwiezdne? Nie, wcale nie będziemy! Z pewnością odnosisz się do utworu "Interplanetary Extermination". Ludzkość wydaje się wciąż prymitywna ze względu na proste przekonania. Pomimo rozwoju technologicznego, wciąż będziemy łatwym kąskiem dla obcych, w każdym

momencie, w którym zdecydują się odwiedzić naszą planetę i ją posiąść. Żebyście wiedzieli, że nie przyjdą w pokoju! Utwór jest małym hołdem dla Agent Steel, zaś słowa napisałem, myśląc o starych książkach opowiadających o inwazjach obcych, postrzegających ludzi jako pogan bez przyszłości. Kto wpadł na pomysł tworzenia utworów, których tytuły są tytułami poprzednich albumów? Zamierzacie zmienić tę tradycję, czy zostanie z wami do końca Exarsis? Ha, to był pomysł Chrisa (basisty). To jest nieoficjalna tradycja zespołu i zamierzamy ją kontynuować. Każdy z tych kawałków z nazwami poprzedniego albumu w swoim tekście opisuje motywy z utworów z płyty i łączy je w jedną spójną historię. Jest to nasz sposób pokazania, że wszystkie punkty łączą się w jakiś sposób i to, o czym śpiewamy w każdym utworze jest częścią większego obrazu. Czy możesz opisać proces tworzenia waszego najnowszego teledysku? Był on bolesny, ponieważ musieliśmy rozwiązać wiele problemów. Pierwszym był skład kapeli. Nie mieliśmy drugiego gitarzysty. Poza tym mieliśmy całkowicie nowy skład. Musieliśmy pracować szybko, żeby mieć intensywność taką, jaką mamy na koncertach. Poza tym musieliśmy zarezerwować miejsce, w którym został nagrany teledysk, sprzęt, światła, inżynierów, nająć aktorów i wyjaśnić im, czego oczekujemy, oczywiście cały czas zostając w kontakcie z reżyserem. A to wszystko z ciągłym strachem przed zamknięciem projektu przez restrykcje związane z covidem. Musieliśmy działać szybko, ale mieliśmy na tyle szczęścia, by to skończyć. Miało nam to zająć dwa dni, ale byliśmy w stanie ukończyć to w ciągu szesnastu godzin! Co zamierzacie robić w 2021? Planujemy z obecnym składem tworzyć nowy materiał i przygotować się na występy tak szybko, jak to jest możliwe. Czego spodziewacie się od 2021? Czy w twojej opinii będzie on gorszy niż 2020? Myślę, że będzie trochę lepszy, jeśli będziemy w stanie uwierzyć, że szczepionka jest gotowa (wywiad był udzielany przed wypuszczeniem szczepionki - przyp. red.). Nie jestem pewien czy wrócimy do normalności, którą znamy, czy też, że powrót będzie łatwy. Dotyczy to także występów na żywo, festiwali i tras. Jednak sądzę, że druga połowa roku 2021 będzie bliżej tej codzienności, którą znaliśmy. My będziemy czekać i przyglądać się temu. Czy sentencja z nad sędziego na okładce nawiązuje bezpośrednio do utworu "The Truth od No Defence"? Tak, poza tym utwór nadaje ton obwolucie albumu oraz motywu lirycznego, nad którym zdecydowaliśmy się tym razem pracować.

kogoś, kto byłby w stanie odwzorować estetykę thrash metalu lat 80., znaleźliśmy Dana. Nie jest to jego główny styl, ale jest to wspaniały artysta i udało mu się osiągnąć więcej, niż oczekiwaliśmy. Naprawdę dobrze mu idą detale i szkoda, że tak późno zaczęliśmy współpracować. Co do ulubionego coveru? Codziennie mam inną odpowiedź na to pytanie, ale "Rust in Peace" Eda Repki jest niepokonanym klasykiem i pasuje do naszej estetyki. Czy mógłbyś wskazać jedną rzecz, której nie cierpisz w obecnej thrash metalowej scenie? Pierwsza rzecz, jaka mi przychodzi mi na myśl to sztuczna, plastikowa produkcja, której o dziwo nie znajdziemy na płytach młodych zespołów, ale na albumach klasycznych zespołów, które zabijają swoje firmowe i rozpoznawalne brzmienie. Wynika to z nurtu współczesnego muzycznego biznesu, który podąża za komercyjnym przepisem na uszczęśliwienie wszystkich poza mną i mojego zespołu. Jakość dźwięku, jego osobowość, jak i z proces tworzenia utworów jest czymś świętym. Kolejną rzeczą, której nie lubię w obecnej thrashowej scenie i o której chciałbym powiedzieć, to są wokale. Za dużo jest wokalistów w młodych zespołach, którzy mają tendencję do robienia tego samego, ten sam chropowaty wokal, bez wyobraźni i ekscytacji, który słyszymy raz za razem. Nie mówię tylko o umiejętnościach, ale również liniach melodycznych i melodiach, które sprawiają, że utwór jest bardziej interesujący oraz przenoszą go na nowy, wyższy poziom. Dziękuje za wywiad. Ostatnie słowa należą do was. Dziękuje bardzo za pytania i zainteresowanie Exarsis. Chcemy znów zagrać dla oszałamiającej publiki z Polski, która nigdy nie zawodzi i z pewnością tam się wybierzemy, tak szybko, jak tylko skończy się to szaleństwo. Najlepszego! Jacek Woźniak

Co sądzisz o grafikach Dana Goldsworthiego? Czy możesz wymienić jedną z twoich ulubionych okładek płyt metalowych zespołów? Poza Exarsis, bądźmy uczciwi (śmiech). Ze względu na to, że Andrei Bouzikov nie chce z nami współpracować, z powodu ostatniego oskarżenia dotyczącego naszego poprzedniego albumu, musieliśmy podjąć współpracę z innym grafikiem. Po intensywnym szukaniu

EXARSIS

65


Oldschoolowe wpływy - Oficjalnie jesteśmy starymi pierdołami - mówi gitarzysta Markus "Ulle" Ullrich. Jednak na trzecim albumie Septagon jakoś tego nie słychać, mamy za to świetny speed/thrash metal: starej szkoły, ale potężnie i nowocześnie brzmiący, bo jak zauważa muzyk, mamy rok 2021, nie 1985. HMP: Od premiery "Apocalyptic Rhymes" minęło w sumie jakieś dwa i pół roku, więc za kolejny album zabraliście się dość szybko? Markus "Ulle" Ullrich: Dość szybko po wydaniu "Apocalyptic Rhymes" nastąpiła zmiana w naszym składzie i mamy teraz nowego perkusistę. Znalezienie odpowiedniego faceta na wolne stanowisko zajęło nam kilka miesięcy, więc straciliśmy trochę czasu. Muzyka została napisana już pod koniec 2018 i na początku 2019 roku. "We Only Die Once" to wasza trzecia płyta - czujecie, że to faktycznie, tak jak często się słyszy, przełomowe wydawnictwo w waszej dyskografii? Nie tylko pod względem arty-

stworzenie i dopracowanie tego materiału, czy przeciwnie, powstał wcześniej, a te kole jne lockdowny tylko utrudniły wam pracę, bo gdyby nie związane z nimi problemy, to "We Only Die Once" ukazałaby się wcześniej? Ostatecznie pandemia nie miała na nas aż tak dużego negatywnego wpływu. Kawałki były już napisane, potrzebowaliśmy tylko kilku dodatkowych prób i musieliśmy czekać, aż będziemy mogli to zrobić. Prawdopodobnie cofnęło nas to o kilka tygodni, ale to wszystko. Jedyną rzeczą, która wydarzyła się podczas pandemii, a także podczas sesji nagraniowych było to, że Markus Becker napisał kilka dodatkowych tekstów. Ponieważ robił to w domu, nie miało to wpływu na sam proces nagry-

Foto: Sonja Ullrich

stycznym, ale też choćby takim, że z Cruz Del Sur Music trafiliście do Massacre Records, co na pewno da Septagon większe możliwości, choćby w zakresie promocyjnym? W czasach, w których większość zespołów ledwo zarabia, nie wiem nawet czy to stare określenie "przełom" ma jeszcze sens. Rozumiem jednak o co ci chodzi, więc powiedziałbym, że tak. Myślę, że ten album ma wszystko, czego można było chcieć lub oczekiwać od trzeciego materiału i myślę też, że zmiana wytwórni wzmocniła nas bardziej niż tylko trochę. To była zdecydowanie dobra decyzja i wszystkie świetne recenzje i fantastyczne reakcje naszych fanów pokazują, że zdecydowanie zrobiliśmy właściwą rzecz we właściwym czasie. Dzięki pandemii mieliście więcej czasu na

66

SEPTAGON

wania. Wiele bardziej znanych zespołów, których członkowie żyją z muzyki, przekładało pre miery swych nowych albumów nawet o rok, bo bez koncertów ich wydawanie nie miało racji bytu. W przypadku takich grup jak Septagon nie ma chyba takiego przełożenia, chociaż też cierpicie z racji braku koncertów, nie mogąc promować najnowszego albumu live? Masz całkowitą rację. Nie musimy utrzymywać się z grania w zespole, więc pandemia nie jest dla nas tak ciężka, jak dla kapel, które są niemal nieustannie w trasie. Jasne, my też planowaliśmy kilka koncertów, niektóre festiwale też były już potwierdzone. W końcu zarobilibyśmy pieniądze, które pomogłyby pokryć nasze koszty i być może mogłyby być

użyte na sfinansowanie kolejnej produkcji, artykuły promocyjne etc., ale jest to zdecydowanie coś, co jesteśmy w stanie sobie mniej lub bardziej zrekompensować. Dla mnie naprawdę nie ma sensu wydawanie albumu rok później i nie rozumiem dlaczego te znane grupy robią to w ten sposób. Fani nie są teraz w stanie uczestniczyć w koncertach, więc kiedy wydawana jest płyta to, przynajmniej mogą czegoś posłuchać. Jeśli wszystkie kapele przesunęłyby swoje albumy na 2022 rok, rynek zostałby dosłownie zalany nowymi wydawnictwami. Nie wiem, dlaczego ktoś miałby coś takiego zrobić. Nie rozumiem też, dlaczego znane formacje zwlekają z wydaniem albumu tylko dlatego, że chcą promować nowy album trasą koncertową. Przecież są sławne, fani i tak będą przychodzić na ich koncerty, nieważne czy album jest nowy, czy był wydany rok wcześniej. Część muzyków nie może pogodzić się z taką sytuacją, są sfrustrowani i rozgoryczeni, czemu trudno się w sumie dziwić. Inni pod chodzą do tego bardziej filozoficznie, uznając, że skoro dotyka to wszystkich muzyków na całym świecie, to nie ma co rozdzierać szat, tylko trzeba szukać wyjścia. Myślicie podobnie, stąd premiera waszego albumu już teraz, nie na przykład jesienią? Dla mnie wniosek jest tylko jeden. Jesteśmy w tym razem, wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Absolutnie nie ma więc co jęczeć i narzekać, bo to niczego nie zmieni. Wszystko, co możemy zrobić, to czekać. Jest więcej czasu na bycie kreatywnym, to jest przynajmniej jeden pozytywny aspekt. Piszcie nową muzykę, piszcie więcej muzyki, patrzcie w przyszłość i miejmy nadzieję, że ta gówniana pandemia wkrótce się skończy. Paradoksalnie, mimo braku koncertów może to być dobrym rozwiązaniem w tym sensie, że ludzie mają teraz więcej czasu na słuchanie muzyki, więc "We Only Die Once" może dotrzeć do liczniejszej grupy słuchaczy, co tylko wyjdzie wam na zdrowie, bo jeśli płyta im się spodoba to może niektórzy ją kupią, a później pewnie też wybiorą się na wasz kon cert? To jest absolutnie możliwe. Nie wiem, czy to tak zadziała, ale jest to jakiś promyk nadziei. Z tego co wiem, ludzie kupili więcej muzyki w 2020 niż w 2019 roku. Hej, to jest przynajmniej coś. W 2022 roku będzie dużo koncertów, ale klubów też będzie mniej. Po prostu czekajmy i miejmy nadzieję. Też masz wrażenie, że obecnie jest po prostu wszystkiego za dużo, muzyki również, więc w tej istnej powodzi nowych zespołów i płyt, wznowień starszych wydawnictw, etc. gubią się nawet ci najwięksi pasjonaci, co dopiero mówić o tych mniej zaawansowanych słuchaczach, którzy nie śledzą wszystkiego na bieżąco? Trzeba się trochę nagimnastykować, żeby wyróżnić się w tej masie, kiedy nie ma się budżetu na promocję takiego jak Metallica czy Iron Maiden? Tak, mam dokładnie takie samo wrażenie. Byłem fanatycznym kolekcjonerem prawie przez całe moje życie. Kupowałem mnóstwo nowych wydawnictw przez cały czas, ale teraz jest więcej zespołów niż kiedykolwiek, a jakość w pewnym momencie bardzo się obniżyła. Wszystko stało się bardziej uproszczone. Lata temu pomagało brzmieć inaczej niż resz-


ta, podczas gdy w tej chwili mam wrażenie, że jest ci o wiele łatwiej, jeśli dajesz publiczności to, co już zna. Jest tyle rzeczy na rynku, że wielu fanów nawet nie wie jak to jest spędzać tygodnie słuchając tylko jednej płyty. To jak przełączanie kanałów telewizyjnych. Nie chcę narzekać, po prostu taki jest fakt. W większości przypadków kapele, które idą z prądem mają bazę fanów, która rośnie znacznie szybciej. Nie obchodzi mnie to, muzyka jest sztuką, gdzie nie ma miejsca dla mainstreamowych odbiorców. I tak, zawsze trzeba ciężko pracować, kiedy ma się mniejszy budżet, a mimo to ciągle chce się konkurować z tymi wielkimi. Dobrą rzeczą jest to, że praca w studiu stała się bardziej przystępna cenowo, a ponieważ przez większość czasu nagrywamy w naszych domowych studiach, jesteśmy w stanie zaoszczędzić trochę pieniędzy i musimy płacić tylko za nagrania perkusji w profesjonalnym studiu oraz za końcowy mix i mastering.

Gdybyś wybralibyśmy "Ekke Nekkepenn" lub "Strange Times" jako główne single, pokazalibyśmy nasze dwie kolejne strony. Chcę powiedzieć, że zawsze staramy się wymyślać zróżnicowane utwory. Nazwij to speed czy thrash metal, w ten sposób masz naszą podstawę. To nie znaczy, że wszystko brzmi tak samo. Zawsze staramy się wymyślać coś nowego, nie tracąc przy tym płynności. Bardzo pomaga nam fakt, że mamy wokalistę, który naprawdę śpiewa, więc możemy pracować z większą ilością melodii i jesteśmy w stanie wymyślić kilka chwytliwych linii melodycznych. Są tacy, którzy uważają, że nie jesteśmy prawdziwymi thrashowcami, ponieważ nasze wokale są bardziej melodyjne. Cóż, jeśli Forbidden, Heathen czy Death Angel też nie są thrasho-

Black Sabbath - co symbolizuje? Powiedziałem mu, żeby użył krzyża podobnego do tego z albumu Black Sabbath, więc sto punktów dla ciebie! (śmiech). Ma to symbolizować, że grób jest ostatnim miejscem, do którego podróżujemy. Tak więc ostatecznie sceneria wydaje się dość stereotypowa, ale faktyczne przesłanie nie ma nic wspólnego z zombie czy klimatami gore. (śmiech) Od początku dbaliście zresztą o to, żeby okładki kolejnych płyt Septagon były równie urozmaicone jak wasza muzyka, mimo tego, że szata graficzna płyt jest teraz często spłycona do maleńkiej ikonki towarzyszącej muzyce w serwisach streamingowych - pod tym względem też jesteście tradycjonalistami, a

Wszyscy jesteście doświadczonymi muzykami, co na pewno pomaga w promowaniu Septagon, tym bardziej, że macie konta w wielu mediach społecznościowych - internet jest bardzo pomocny, jeśli wie się, co chce się osiągnąć? Tak. Czasami jest on trochę denerwujący, ale na pewno pomaga. Jesteśmy na scenie od bardzo dawna z różnymi zespołami, więc jest to dla nas łatwiejsze niż dla zupełnego nowicjusza czy czarnego konia. Rzecz w tym, że musisz używać mediów społecznościowych do promowania swoich rzeczy, ponieważ tak naprawdę nie ma innej możliwości, żeby to zrobić, więc jesteśmy w tej samej pułapce co wszyscy inni. Ciekawe jest to, że wciąż gracie klasyczny, można rzec, speed/thrash metal, ale uległ on pewnym przemianom, bo brzmicie teraz mocniej, nowocześniej - old school nie oznacza, że trzeba grzęznąć w jakichś starych paten tach, można i warto szukać nowych rozwiązań? Też tak to widzę. To oczywiste, że mamy swoje oldschoolowe wpływy, bo oficjalnie jesteśmy starymi pierdołami (śmiech). Dla mnie to różnica. Nie chcemy brzmieć tak, jakby ktoś zamknął nas w piwnicy w 1985 roku i wyrzucił klucz. Lubię nowoczesną muzykę i lubię muzykę oldschoolową. Muzyka, którą piszę jest pod wpływem starego stuffu, ponieważ na tym się wychowałem. Nie chcę jednak brzmieć jak podróbki moich ulubionych kawałków i nie chcę mieć produkcji, która brzmi jak wyjęta z 1981 roku. Żyjemy w 2021 roku i chcę, żeby moja muzyka brzmiała na czasie. Możesz zachować stare klimaty, a jednocześnie wymyślić coś świeżego oraz nowego, i zintegrować pewne elementy, których inni nie mają. Najzabawniejsze jest to, że wielu "prawdziwych" fanów oldschoolu tego nie chce. Chcą w kółko tego samego starego gówna, nawet jeśli jest o wiele gorsze niż ich dawni bohaterowie. Liczy się styl i wizerunek, nawet jeśli muzycy są gówniani, a kawałki nudne jak cholera. Nie rozumiem tego i szczerze mówiąc nie obchodzi mnie to. Potwierdzają to również utwory, które wybraliście do promocji, "Demon Divine" i "How To Kill The Boogeyman", ukazujące jakby dwa oblicza Septagon? Rzecz w tym, że na albumie jest dziesięć utworów i żaden z nich nie brzmi tak samo.

Foto: Sonja Ullrich

wi, to mogę z tym żyć. Boogeyman, Ekke Nekkepenn - dawne leg endy i wierzenia wciąż są dobrymi tematami do tekstów metalowych utworów, tworząc swoistą odskocznię od tej bardziej współczesnej tematyki? Mniej więcej (śmiech). Tak naprawdę musisz zapytać o to Markusa Beckera, ponieważ to on napisał te teksty. Jest również trochę historii, jak w "Gardens Of Madness", ale oczywiście są też krytyczne tematy społeczne, jak w "The Rant" czy "Strange Times", dotyczącego sytuacji w której obecnie żyjemy. Okładka Markusa Vespera, waszego stałego współpracownika, odwołuje się chyba jednak bardziej do utworu tytułowego, stąd obecność na niej tych postaci - ni to duchów, ni to zombie - w strojach z różnych epok, mających chyba dodatkowo podkreślić to, że śmierć jest nieuchronna niezależnie od czasów, w których przyszło nam żyć? Tak. Różne epoki, różne poziomy społeczne, różne płcie, z bardzo prostym wnioskiem, że absolutnie nie ma znaczenia kim lub czym jesteś. W końcu wszyscy po prostu umrzemy, to wszystko! Więc ciesz się swoim życiem na tej planecie i staraj się dać z siebie wszystko. I najważniejsze. Zrób to teraz!

skoro albumy Septagon ukazują się również na winylu, to nie może być inaczej? Nie, nie może być inaczej. Wychowaliśmy się na winylowych płytach i myślimy w tych kategoriach, a nie pojedynczymi kawałkami. Wiem, że wielu ludzi po prostu streamuje albumy i to jest dla mnie w porządku, ja też tak robię. Jeśli naprawdę podoba mi się jakiś album, to i tak go kupuję, a gdy fani myślą podobnie, to nadal powinni mieć możliwość zdobycia prawdziwego towaru. Macie już zabukowane terminy pierwszych koncertów promujących "We Only Die Once", liczycie, że latem, a najpóźniej jesienią, zdołacie zaprezentować ten materiał w koncertowej odsłonie na scenicznych deskach? Nie sądzę, żeby stało się to latem, ale jest przynajmniej nadzieja, że być może uda nam się zagrać koncerty jesienią. Będziemy gotowi, kiedy wy będziecie! Wojciech Chamryk & Joanna Pietrzak

A ten celtycki krzyż w centralnym punkcie, kojarzący się z okładką LP "Headless Cross"

SEPTAGON

67


wiedzieć, że każdy album brzmi inaczej, ale jednocześnie wiesz, że to Voivod. Są niepowtarzalni i rozpoznawalni...

Znaleźć swoje miejsce pod słońcem W mojej świadomości czeska thrashowa Exorcizphobia pojawiła się nagle. Niemniej zespół istnieje od 2005 roku, a ich najnowszy "Digitotality" to już trzeci w kolejności album studyjny. I, jak to sam lider kapeli Tomáš Skorepa stwierdził, to dopiero przy okazji tej płyty wszystko zadziałało jak należy i być może w końcu znaleźli swoje miejsce pod słońcem. Ja również podzielam tę opinię, bowiem krążek zawiera dość świeży i interesujący thrash metal, który jest wart zapamiętania. Jednak zanim zaczniecie rozglądać się za "Digitotality", zerknijcie na to co miał do powiedzenia sam Tomáš. HMP: NWOTM to scena, która istnieje od kilku ładnych lat, obserwujesz tę scenę, jesteś w niej zorientowany? Tomáš Skorepa: Zdecydowanie tak! Jest wiele zespołów NWOTM, co jest świetne. Ale oznacza to również, że nie jest łatwo poświęcić uwagę każdemu zespołowi, który jest tego wart. Nawet jeśli staram się być na bieżąco. Uważam, że tę scenę łączą mocne więzi, wszyscy zazwyczaj są naprawdę przyjaźnie nastawieni i wspierają się nawzajem i jest dokładnie tak, jak powinno być... Przyznam się szczerze, że od jakiegoś czasu straciłem tę orientację, ciężko mi jest wska-

grają specyficzną mieszankę thrashu amerykańskiego i europejskiego, z tym że u jednych przeważa jedna u inna druga opcja. U was na pewno jest więcej amerykańskiego thrashu. Wydaje się, że w waszej muzyce jest sporo thrashu w stylu Anthrax ale także crossoveru z pod sztandaru Suicidal Tendencies.... Muzyka Exorcizphobia jest zdecydowanie bardziej inspirowana amerykańskim czy kanadyjskim thrash metalem niż europejskim. Nie mam nic przeciwko europejskiemu thrash metalowi, ale ten drugi kierunek jest po prostu bliższy naszym odczuciom. Ale staramy się robić to na swój własny sposób. To znaczy, nie

Wyłapałem też pojedyncze brzmienia, które naprowadziły mnie na Jeffa Watersa i jego Annihilatora, choć prawidłowości tych sko jarzeń nie jestem pewien... Zdecydowanie znowu trafiłeś pod właściwy adres! Jeff Waters i Annihilator to kolejny ważny wpływ na mnie, odkąd zacząłem grać na gitarze. Jeff ma naprawdę unikalny styl. Jest również niesamowitym autorem kompozycji, a jego poświęcenie dla muzyki metalowej jest ogromne. Za to wszystko ten facet zasługuje na wielkie uznanie. Taki thrash graliście od początku, czy w jakiś sposób ewoluował? Jak bardzo różnią się wasze wcześniejsze albumy "About Us Without Us" i "Something Is Wrong" od "Digitotality"? Obecna płyta jest zdecydowanie bardziej dorosła niż poprzednie. Powiedziałbym, że również bardziej mroczna i poważna. "Something Is Wrong" cierpi z powodu naprawdę kiepskiej produkcji. Poprzedni krążek "About Us Without Us" nie jest zły, ale jednak czegoś tam brakuje. Robienie muzyki to proces ewolucji. Nie chodzi tylko o muzykalność, czuję, że ogólnie stajemy się również lepsi w działaniach wokół zespołu. Każdy szczegół, każde małe doświadczenie pomaga ci poprawić się. Na "Digitotality" wszystkie te rzeczy po prostu wpadły na swoje miejsce. Uważam ten album za nowy, świeży start Exorcizphobii pod wieloma względami. Moja uwaga zwróciło to, że choć jesteście sprawnymi i dobrymi technicznie muzykami to staracie się trafić do słuchacza bezpośred nio bez większych kombinacji... Dziękuję za komplement Michał! Mimo, że w tych utworach jest sporo solówek i kilka z nich jest dość długich, chcieliśmy utrzymać je w prostej formie. Nie jestem wielkim fanem "muzycznego ekshibicjonizmu". Staramy się zrobić całą kompozycję interesującą i bogatą, ale wszystko musi być na swoim miejscu. Nie ma potrzeby przesadzać, to w ogóle nie pomaga w utworze. Chcemy to przekazać jasno jak słońce.

Foto: Exorcizphobia

zać, która z tych młodych kapel jest warta zapamiętania, a która nie. Jednak słuchając pierwszy raz waszego albumu "Digitotality" wiedziałem, że mam do czynienia z kapelą, którą należy zapamiętać... Cieszę się, że tak to czujesz! Nie jest łatwo na tej scenie "znaleźć swoje miejsce pod słońcem". Pomimo tego, że teraz nie jest możliwe wsparcie nowej publikacji występami na żywo, udało nam się dotrzeć z "Digitotality" do szerszej publiczności niż kiedykolwiek wcześniej i jesteśmy z tego powodu szczerze szczęśliwi! Staramy się iść do przodu krok po kroku, a nowy album jest zdecydowanie ważną częścią tej drogi! Wszystkie te zespoły z nurtu NWOTH

68

EXORCIZPHOBIA

chcemy brzmieć jak wszyscy inni. Ale zdecydowanie możesz usłyszeć dotyk zespołów, które miały na nas wpływ. Nie sądzę, żeby dało się tego uniknąć i osobiście nie widzę w tym nic złego. To jednak nie wszystkie wpływy, które można wyłapać w waszej muzyce. Moim zdaniem bardzo ważne są nawiązania do twórczości Voivod, który też chętnie korzystał ze środków typowych dla thrashu jak i hardcora... Zgadzam się z Tobą! Voivod to chyba mój absolutnie ulubiony zespół i to słychać w naszej muzyce. Jedną z rzeczy, które najbardziej lubię w tym zespole są lekkość i banalność, z jaką eksplorują nowe możliwości. Możesz po-

Czy można powiedzieć, że Exorcizphobia ma już swój wyrazisty styl? Ciężko powiedzieć... mam nadzieję, że tak... Zdecydowanie staramy się brzmieć inaczej niż każdy inny zespół thrashmetalowy. Ale czy nam się to udaje? To już zależy od oceny słuchacza. "Digitotality" powstał dość szybko, mimo tego jakość muzyki utrzymana jest na wysokim poziomie. Jak powstawały utwory na ten album? To był jakiś impuls czy też żmudna praca? Rzeczywiście wszystko poszło całkiem dobrze. Zanim zaczęła się ta cała pandemia, mieliśmy przygotowane jakieś cztery kawałki. Ponieważ nie było okazji do grania na żywo, mieliśmy więcej czasu na przygotowanie reszty utworów. Cały proces trwałby o wiele dłużej, gdybyśmy grali tyle koncertów, co zwykle. To pewne. Kiedy pracuję nad utworami na album, staram się wnieść jakiś koncept, coś co trzyma całość razem. "Digitotality" również taki jest. Można powiedzieć, że jest to album koncep-


cyjny. Miałem tę wizję praktycznie od samego początku. Więc jest to o wiele łatwiejsze. Musiałem tylko znaleźć odpowiednie kawałki do układanki. "Digitotality" brzmi bardzo dobrze, kto za to brzmienie odpowiada? Album został nagrany w Davos Studio w sierpniu 2020 roku, wyprodukowany przeze mnie i Jindricha "Otyna" Tomanka. To była nasza druga sesja w Davos i po prostu nie mogę powiedzieć nic złego. Bardzo mi się podobało, a współpraca z Otynem była przyjemna i efektywna jak poprzednio. Jego zaangażowanie w projekt miało naprawdę duży wpływ na efekt końcowy. Obecnie powszechną praktyką jest nagrywanie w studiach domowych. Wy też nagrywaliście w domu? Cóż, kiedy mam już gotowy nowy utwór, robię demo w domu. Po prostu struktura utworu, automatyczna perkusja i gitary. Więc reszta zespołu może się tego nauczyć i przygotować swoje partie. To naprawdę przyspiesza cały proces. Ale poza tym, jesteśmy dość staroświeccy. Zdecydowanie wolimy wejść do studia i tam zrobić to w całości. Okładka płyty jest bardzo futurystyczna i chyba udanie nawiązuje do tematów, które poruszacie w tekstach. W nich dość krytycznie podchodzicie do współczesnego społeczeństwa i kreślicie jego dość ponury obraz... Projekt graficzny został wykonany przez Martina Chmelicek z Pen & Ink Designs i jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak wyszedł. Miałem kilka pomysłów na start, którymi podzieliłem się z Martinem, ale wszystko zależało głównie od niego. Cieszę się, że mieliśmy okazję z nim współpracować. Znamy jego prace zwłaszcza z powodu współpracy z Obscene Extreme Festival i po prostu uwielbiamy jego grafiki. Myślę, że tak... Cyfrowa totalność to już rzeczywistość. Spójrzcie na Chiny. Wygląda na to, że reżim, który oni stworzyli, powoli staje się ogólnoświatowy... Nie jestem jakimś "miłośnikiem teorii spiskowych z blaszanym kapeluszem na głowie", w zasadzie to, co mnie najbardziej przeraża, to dobrowolna rezygnacja z praw i wolności w ogóle. Nie mam też nic przeciwko nowoczesnym technologiom, uważam, że to wszystko jest częścią zrozumiałego i naturalnego procesu ewolucji. Ale widzę problem w tym, że postęp techniczny powinien rosnąć na równi z duchowym. A nasza cywilizacja opiera się na ignorancji i zaprzeczaniu duchowej części naszego istnienia. Duchowość jest dla nas w zasadzie słowem wulgarnym. I proszę nie zrozumieć mnie źle... Kiedy mówię o duchowości, nie ma ona nic wspólnego z kościołami, religiami itp. Uważam, że instytucjonalizacja wiary w coś, co wykracza poza człowieka, jest jednym z największych oszustw w historii ludzkości, doskonałym sposobem na manipulowanie masami i podburzanie ludzi przeciwko sobie. Cóż, pieprzyć to... To by była długa rozmowa, więc zostawię to tutaj, (śmiech)... Ale w tym samym czasie, naprawdę nie chcę niczego "głosić" lub mówić ludziom, co powinni myśleć, co jest dobre, a co złe. To zdecydowanie nie jest to, czego szukam. Takich facetów jest w dzisiejszych czasach zbyt dużo. Wszyscy ci samozwańczy specjaliści i moraliści... Oni wiedzą najlepiej, jak to wszystko powinno wyglądać. Co jest prawdą, a co kłamstwem. Co jest właściwe, a co

nie. Ci, którzy uważają, że są dużo lepsi i mądrzejsi od innych i mają prawo lub jakieś zlecenie, by pouczać innych, indoktrynować ich własnymi konstrukcjami myślowymi i poglądami. Pieprzyć te wszystkie bzdury. Niech ludzie żyją po prostu swoim życiem... Jak myślisz czy pandemia zmieniła zachowanie społeczności na lepsze czy na gorsze? Gdzie w ogóle wylądujemy przez pandemie jako ludzkość? Uff... nie śmiem zgadywać nic konkretnego... Ale to, że już nigdy nie będzie tak samo, to raczej pewne. Chciałbym wierzyć, że przyszłość będzie dobra, ale szczerze mówiąc, obecna sytuacja na świecie nie napawa mnie optymizmem. Z innej perspektywy, ostatni rok przyniósł silny impuls w kwestii "duchowego wglądu". Wszyscy mieliśmy wspaniałą okazję do spojrzenia na życie z innej perspektywy, zastanowienia się nad sobą i pracy z naszym wewnętrznym, osobistym światem. Widzę, że wiele osób podchodzi do tego w ten sposób i może to przynieść coś naprawdę dobrego. Chciałbym, żeby tak było... W aktualnych warunkach ciężko jest promować nowe wydawnictwo, a może wam się udało wpaść na pomysł, dzięki któremu udanie popularyzujecie "Digitotality"? Nie, nie. Sądzę że nie ma nic szczególnego w naszej promocji. Robi się to w dość zwyczajny sposób... Staram się rozprzestrzeniać to w internecie tak bardzo, jak to tylko możliwe. Ziny, radia, etc. wiesz jak to jest. Jak tak sobie o tym myślę, to jest jedna naprawdę wyjątkowa rzecz. Japońska wytwórnia Spiritual Beast wyraziła zainteresowanie naszym albumem i jesteśmy tym naprawdę podekscytowani! To wiele dla nas znaczy, że został wydany w Japonii i jest oficjalnie dystrybuowany na terenie Azji Wschodniej! To jak spełnienie marzeń. No i oczywiście jest to też naprawdę fajna promocja. Japońska wersja "Digitotality" zawiera trzy bonusowe utwory, ma nieco inną okładkę i jest dostępna od 17 lutego jako jewel box CD. Brak koncertów to dla nas naturalnie najgorszy aspekt obecnej sytuacji. To był wielki cios dla całego przemysłu muzycznego. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jak ciężko musi być tym wszystkim właścicielom klubów, inżynierom dźwięku, promotorom, itd. Nie jesteśmy profesjonalnymi muzykami, ale i tak, znalezienie środków na prowadzenie działalności zespołu w dzisiejszych czasach jest o wiele bardziej skomplikowane. Teraz zahaczę o waszą historię... przez pewien czas współpracowałeś z Ericiem Forrestem byłym muzykiem Voivod. Jak wspominasz tę współpracę oraz jak oceniasz muzykę E-Force? Tak!!! "Phobos Revisited" jesienią 2018 roku było ostatnią trasą, którą odbyłem z E-Force. Mam wiele wspaniałych wspomnień i historii z lat spędzonych z E-Force. Dzięki temu nauczyłem się bardzo dużo, zdobyłem wiele doświadczenia i poznałem tak wielu wspaniałych ludzi. Jestem wielkim fanem Voivod, więc to było naprawdę niesamowite i intensywne uczucie dzielić scenę z Ericiem. Mam też wdzięczność do losu za szansę spędzenia z nim tyle czasu. Jest dla mnie prawdziwą legendą rock'n'rolla i jestem dumny, że mogę nazywać go przyjacielem. W tamtych latach poznałem i miałem okazję grać z wieloma innymi wspaniałymi muzykami z zespołu. To

była naprawdę interesująca część mojej muzycznej podróży. W 2018 roku straciłeś wsparcie basisty Jana "Honzy" Erbena, ciężki był to dla ciebie moment? Zdecydowanie tak było. Za każdym razem, gdy ktoś odchodzi z zespołu, jest naprawdę ciężko. Zespół jest jak rodzina, nigdy nie jest łatwo się rozstać i sprowadzić nowego członka. Z Honzą założyliśmy ten zespół, więc to było jeszcze trudniejsze... Honza zrobił bardzo dużo dla Exorcizphobii i należy mu się za to uznanie. Ogólnie takiemu zespołowi jak Exorcizphobia ciężko jest utrzymać stały, stabilny skład. W dzisiejszych czasach muzykowanie to chyba dość czasochłonne i nietanie hobby? Nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić? Zespół rzeczywiście przeszedł przez wiele zmian w składzie na przestrzeni lat. Jestem naprawdę dumny z tego, że nie ma złej krwi między mną a żadnym z byłych członków. Nikt nie został zmuszony do odejścia. W większości przypadków chodziło o zmianę priorytetów. Bycie muzykiem to naprawdę specyficzny sposób na życie, wymagające hobby, jak to się mówi. Musisz poświęcić wiele rzeczy, szczególnie tych związanych z życiem osobistym. Czuję, że obecny skład ma naprawdę dobrą chemię i wszyscy jesteśmy w pełni oddani muzyce. To jest naprawdę ważne. Mam nadzieję, że ten skład będzie trzymał się razem tak długo jak to możliwe. Czy wy też nudzicie się w pandemii? Jest szansa, że pod koniec tego roku usłyszymy nowy album Exorcizphobia? To straszne, mówię ci, ostatni koncert graliśmy jakieś pół roku temu. Szaleństwo. Nikt w zespole nie był jeszcze tak długo bez koncertu. Jest kilka ciekawych koncertów w Czechach zarezerwowanych na lato i jesień, więc miejmy nadzieję, że sytuacja wkrótce się poprawi. Nie mamy w planach na ten rok kolejnego albumu, ale pracujemy nad splitem/EPką z naszymi braćmi z Heresy z Kostaryki! Muzyka jest już nagrana, więc nadszedł czas, by zająć się uciążliwą częścią pozostałego procesu. Szukanie wytwórni i załatwianie wszystkich innych szczegółów wokół tego. Jak na razie wszystko idzie całkiem nieźle, więc wierzę, że wkrótce będziemy mieli w zanadrzu kolejne wydawnictwo. Michał Mazur Tłumaczenie Joanna Pietrzak

EXORCIZPHOBIA

69


pomysł i w ciągu godziny powstaje gotowy utwór. Jednak w przypadku innych utworów, czasami potrzebujesz tygodni, aby poskładać w całość poszczególne pomysły. Dla mnie osobiście zawsze są takie fazy, w których naprawdę nic mi nie przychodzi do głowy, a w inne dni pomysły po prostu buzują.

Drobne, ale ekscytujące szczegóły Squealer to jeden z tych niemieckich zespołów, które od wielu lat grają power/heavy/thrash metal i podobnie jest na najnowszym albumie "Insanity". Pewnie gdyby nie spóźniony debiut fonograficzny w 1990 roku byliby teraz w zupełnie innym punkcie, ale panowie nie rozpamiętują przeszłości, tylko grają. Czasem z zacnymi gośćmi, tak jak na najnowszej płycie, która powstała z udziałem Bernharda Weissa (Axxis), Zaka Stevensa (Circle II Circle, Savatage) i Rolanda Grapowa (Masterplan, ex Helloween). HMP: Wasz, można rzec, powrotny album "Behind Closed Doors", wydany po blisko dziesięciu latach milczenia, spotkał się z życzliwym przyjęciem fanów, zebrał też pozytywne recenzje, dlatego dość szybko przygotowaliście jego następcę "Insanity"? Lars Döring: W tym długim okresie nagromadziło się całkiem sporo kawałków. Ponieważ Sebastian dołączył do zespołu dość późno, wybraliśmy na album "Behind Closed Doors" utwory, do których teksty i linie wokalne były dostępne stosunkowo szybko. Sporo pomysłów nie trafiło na płytę, choć były tej samej jakości, a jeszcze więcej pomysłów rozwinęło się po nagraniach. W końcu na "Insanity" mieliśmy więcej dobrych pomysłów i utworów niż potrzebowaliśmy. To pozwoliło nam na nagranie kolejnego albumu w krótkim czasie. Po długiej przerwie wróciliśmy do rozmów o "Behind Closed Doors" - wydawało się, że to najlepsza okazja, żeby wykorzystać ten moment i od razu wydać kolejny krążek. Poszło wam sprawnie mimo pandemii i zmiany perkusisty, bo gra teraz z wami Peter Schäfer. Godny podkreślenia wydaje mi się też fakt, że to już drugi album Squealer powstały z udziałem wokalisty Sebastiana Wernera, który dobrze zaaklimatyzował się w zespole? Z pandemią poradziliśmy sobie bardzo dobrze, bo studio miało dość duże pomieszczenia, w których mogliśmy realnie zachować dystans. Niektóre rzeczy mogliśmy też nagrywać sami w domu, choć najpierw musieliśmy się nauczyć, jak pracować bez dobrego technika

przy sterach. Chórki nagrywaliśmy z kilkoma wokalistami jednocześnie, dzięki dużej sali nagraniowej. Sebastian od dawna jest muzykiem. Jednak wyzwaniem dla niego było napisanie tekstów i opracowanie melodii. Otrzymał wsparcie od naszego basisty Manuela Rotha, który lubi pisać teksty i był w to szczególnie zaangażowany. Ta współpraca między nimi układała się bardzo dobrze i w znacznym stopniu przyczyniła się do powstania nowego albumu "Insanity". Czasami Sebastian brzmi łudząco podobnie do Andreasa "Hennera" Allendörfera. Myślę jednak, że ma duży potencjał, aby jeszcze lepiej wykorzystać swój głos w naszej muzyce. Dla tak doświadczonych muzyków jak wy nagrywanie kolejnej płyty nie jest chyba jakimś szczególnym wyzwaniem, dlatego też kolejny materiał Squelaer powstał bez więk szych problemów? W pisanie muzyki Squealer jest zaangażowanych całkiem sporo osób. To nie jest tylko jedna osoba, która pisze utwory i w ten sposób wyznacza dla zespołu kierunek. Z pewnością jest to też powód, dla którego każdy z kawałków wychodzi inaczej. W sumie my - a mam na myśli Michaela, Manuela i mnie - nagrywamy mnóstwo pojedynczych riffów i melodii, które przechowujemy na naszych komputerach. W przyszłości mogą zostać przetworzone na kolejne kompozycje. Jest to niestety bardzo żmudne, czasami, kiedy rozwijasz pomysł, pozostałe części utworu niemalże wypływają z ciebie. Czasami w niedzielne popołudnie, podczas ćwiczeń wpadasz na prosty

Foto: Squaler

70

SQUEALER

Kluczowe wydaje się tu odpowiednie przygo towanie wszystkich utworów przed samą sesją nagraniową, żeby już w studio nie marnować cennego czasu? W studiu eksperymentujemy tylko w niewielkim stopniu. Utwory są zazwyczaj w pełni zaaranżowane i każdy zna swoje partie. Mamy już w głowie co trzeba zagrać, oprócz sytuacji, kiedy utwór jest bardziej złożony. Tym razem podkłady również były zaaranżowane, wokaliści musieli tylko śpiewać. Podkłady zostały nagrane w ciągu jednego dnia. Kiedy jeszcze nagrywaliśmy analogowo na dwucalowych taśmach, mieliśmy oczywiście perfekcyjnie przygotowane wszystkie solówki, tak że musieliśmy je po prostu nagrać w studio. Ostatnio jednak zaczęliśmy stosować inne podejście. Mianowicie nagrywaliśmy solówki w domu, co pozwoliło nam trochę poeksperymentować i wypróbowywać kilka pomysłów, a na koniec oddać do studia gotowe nagrania. Okazało się to bardzo skuteczne i będziemy to kontynuować. Mieliście też komfortową sytuację pod tym względem, że Pride & Joy Music byli zainteresowani wydaniem również tego albumu? Oczywiście. Gdybyśmy musieli szukać nowych partnerów czy kanałów dystrybucyjnych, nie bylibyśmy w stanie wydać albumu w 2020 roku. Tak więc w przypadku Pride & Joy mogliśmy po prostu ustalić terminy i być tam na czas. Wytwórnia zajęła się resztą. Chcielibyśmy wyprodukować więcej albumów. Naszym zdaniem jednak zachodzi duża zmiana i wciąż nie wiadomo, jak taki zespół jak Squealer będzie musiał sobie z nią poradzić. Wszystko zmienia się bardzo szybko. My i wytwórnia wkładamy dużo czasu i energii w wydanie albumu. Zostaje on wydany i po krótkim czasie nie przyciąga już uwagi. W ciągu ostatnich kilku miesięcy wiele zespołów i artystów wydało pojedyncze utwory i zaprezentowało je na platformach streamingowych czy YouTube. Przypuszczalnie album będzie dostępny do kupienia dopiero dużo później. Być może w przyszłości nikt nie będzie miał już żadnego zapotrzebowania na albumy. W jaki sposób muzyka będzie wydawana i jak zespoły będą mogły finansować swoją pracę na rynku? To będzie ekscytujące. Power/heavy/thrash metal w waszym wyko naniu jest z jednej strony dość tradycyjny, zakorzeniony w dokonaniach niemieckiej sceny metalowej lat 80., z drugiej zaś pełen świeżości, tak jakbyście dopiero zaczynali grać - to wasza recepta na sukces, entuzjazm i niegasnąca pasja do muzyki? To nie jest nasza recepta, ale muzyka Squealer jest wynikiem naszego entuzjazmu i pasji do niej. Sukces może być oczywiście definiowany na różne sposoby. Może przejawiać się w kategoriach czysto finansowych, w przyciąganiu publiczności lub w opinii krytyków. Z naszego doświadczenia, szczególnie w przypadku albumu "Insanity", wynika, że niektórzy słuchacze mieli problem z mieszanką stylów reprezentowanych na płycie. Jeśli więc de-


finiujesz sukces w tym kierunku, to z pewnością odnieślibyśmy większy sukces, gdybyśmy nie wprowadzili do naszej muzyki nowoczesnych wpływów. Ale nie chcemy ulegać wpływom czy zewnętrznym sugestiom, a raczej produkować i prezentować naszą muzykę tak, jak uważamy to za słuszne i dobre. Konstruktywna krytyka jest oczywiście wiele warta i nie powinna być ignorowana. Jeśli uda nam się zainspirować ludzi naszym sposobem tworzenia i produkcji muzyki, to jest to dla nas sukces. A sukcesem dla nas jest również to, że możemy udzielić wywiadu dla Heavy Metal Pages. Co ważne, a o czym wielu fanów zdaje się nie pamiętać, zespół powstał w 1984 roku tyle, że nie wyszliście wtedy poza etap kaset demo, a EP "Human Traces" wydaliście dopiero w 1990 roku, kiedy większość zespołów zaczynających razem z wami była już na znacznie wyższym etapie? W 1984 roku miałem 14 lat, a założyciele zespołu byli niewiele starsi. Poza tym mieszkamy w wiejskim regionie. Gdybyśmy mieli po dwadzieścia lat i dorastali w okolicach Ruhry, kariera zespołu prawdopodobnie potoczyłaby się inaczej. Po raz pierwszy wyszedłem na scenę z Squealer 13 stycznia 1989 roku, krótko przed moimi dziewiętnastymi urodzinami. Byliśmy naprawdę młodzi i nie mieliśmy żadnego kontaktu z dużą sceną muzyczną, ale świetnie się bawiliśmy. W latach 90. rynek był już dość mocno zapełniony. Dodatkowo nasze pierwsze płyty nie były wystarczająco dobre oraz pojawiły się nowe style, które skierowały zainteresowanie młodych słuchaczy z dala od tradycyjnego speed/power/thrash metalu. A może byliśmy tylko o krok od wielkiego sukcesu w tamtych czasach? Zawsze łatwo jest szukać przyczyn w otoczeniu, ale wymaga to również autorefleksji. I to jest też moja rada dla młodych zespołów. Słuchajcie uważnie i rozmawiajcie o problemach, szukajcie możliwości poprawek i dyskutujcie o nich otwarcie. Jeśli coś można zrobić lepiej, powinno to być postrzegane jako wyzwanie, a nie jako obraza. Często kończy się to rozwiązaniem zespołu. Ale to nikomu nie pomaga. Odcinaliście się wtedy od tych wszystkich, grających lżej, mainstreamowych zespołów i teraz jest podobnie, Squealer równa się metal? Jak już wspomniałem, łatwiej byłoby uprościć utwory i postawić je w bardziej tradycyjnym świetle. Może nawet udałoby nam się dzięki temu sprzedawać więcej płyt, ale nie chcemy podążać za tłumem i zgubić się w chaosie rynku. Ta koncepcja jest również reprezentowana na okładce "Insanity". Nie wybraliśmy kolejnego powermetalowego obrazu do ustawienia na półce. Sądzimy, że nadszedł czas, aby umieścić na okładce samych siebie. Heavy metal pulsuje w mojej klatce piersiowej. Chcę to wyrazić swoimi kompozycjami i to jest właśnie to, co charakteryzuje zespół. Pamiętasz jeszcze swój pierwszy kupiony w latach 80. LP? Nie zdziwiłbym się, jakbyś jeszcze go miał - jeśli nie ten sam, to kolejny egzemplarz, albo wersję CD... Nie jestem do końca pewien, czy moim pierwszym LP było "Piece Of Mind" Iron Maiden, czy "Kill' Em All" Metalliki, myślę, że to była Metallica. I oczywiście, wciąż mam oryginały na mojej półce.

Foto: Squaler

Wielu muzyków chętnie wymienia epokowe płyty Kreator, Destruction czy Running Wild, które miały na nich ogromny wpływ. Podejdźmy do tego inaczej: pokusiłbyś się o wymienienie najsłabszych płyt niemieckiego metalu lat 80., takich, których nie warto poz nawać, a tym bardziej mieć, na przykład "Stronger Than Ever" Digger, komercyjnego projektu muzyków Grave Digger? To trudne zadanie. Zazwyczaj nie spędzasz czasu z kiepskimi albumami. Z pewnością były takie, które w ogóle do mnie nie przemawiały i tym samym nie miały na mnie wpływu. Na przykład Venom w ogóle mnie nie zachęciło, ale odniosło ogromny sukces. W tej chwili nie przychodzi mi do głowy żaden zespół, który w jakikolwiek sposób brzmi jak Venom, tzn. jest pod ich bezpośrednim wpływem. Obecne internetowe pokolenie ma co prawda błyskawiczny dostęp do muzyki, ale jednak coś traci, bo to bardzo powierzchowny kon takt, pobieżne słuchanie fragmentów piosenek czy płyt - za dawnych czasów jednak bardziej się w to wszystko wgłębialiśmy? Byliśmy wtedy zdecydowanie bardziej zainteresowani zespołami. Wczytywaliśmy się w teksty, godzinami patrzyliśmy na okładki i czytaliśmy każdy dostępny artykuł na ich temat. Do dziś zazwyczaj słucham całych albumów za jednym zamachem. Prawie nigdy nie słucham playlist. W kręgu moich znajomych jest przeważnie tak samo. Młodsze pokolenie ma inne podejście do muzyki, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Jak już wspomniano, pozostaje pytanie, jak my jako artyści powinniśmy na to zareagować, aby nadal docierać do młodego pokolenia i móc kontynuować naszą pracę. Jak zespół, który nie odbywa regularnych tras koncertowych i nie zarabia odpowiednich honorariów, ma sfinansować produkcję, jeśli nie można uzyskać żadnych dochodów ze sprzedaży? Dochody z reklam na YouTube również mogą być generowane tylko wtedy, gdy w atrakcyjny klip zainwestowano dużo pieniędzy. W dzisiejszych czasach wszyscy chcą, aby wszystko było swobodnie dostępne. To się nie sprawdza. Życie utrudniają nadmierne przepisy o ochronie danych osobowych i prawnicy, którzy wykorzystują każdy najmniejszy błąd na stronie internetowej zespołu lub samodzielnie wygenerowanego sklepu do opróżnienia kie-

szeni. Wszystko, co pozostaje, to mainstream i kilku idealistów. Jest to dla sztuki smutny rozwój wydarzeń. Odnoszę jednak wrażenie, że fani Squealer czy generalnie takiego grania, są jednak w większym stopniu tradycjonalistami - wciąż kupują płyty, a do niedawna chodzili na kon certy, wspierając tym samym swoje ulubione zespoły? Tak z pewnością jest w tym przypadku. Na szczęście. Niestety, ich średnia wieku jest coraz wyższa, a bywalców koncertów coraz mniej. To może się udać tylko wtedy, gdy uda nam się dotrzeć do młodszej publiczności. To jest wyzwanie na najbliższe lata. Gitarzysta Roland Grapow i pianista Ingmar Klippert wspierali was już wcześniej, ale na "Insanity" mamy też innych, zacnych gości, wokalistów Bernharda Weissa (Axxis) i Zaka Stevensa (Circle II Circle, Savatage) - skąd pomysł na ich zaproszenie? Michael napisał wspaniały utwór "Black Rain" i wpadł na pomysł, żeby do nagrań zaprosić kilku gości. Ingmar to wieloletni kompan, który na wielu koncertach wyczarowywał dla nas na mikserze doskonałe brzmienie na żywo. Jest wszechstronnym muzykiem i naprawdę miłym facetem. Towarzyszył nam również na festiwalu 70000 Tons of Metal i miksował dla nas. Michael zna zarówno Rolanda jak i Bernharda od bardzo dawna. Miał do czynienia z Zakiem wiele lat temu i miał z nim bliski kontakt w roku poprzedzającym przyjęcie do zespołu. Nie było więc dla Michaela trudne, by podekscytować ich naszym projektem. Michael wykonał dobrą robotę przy "Black Rain" i zawczasu przygotował głosy dla Bernharda i Zaka. W końcu wszystkie elementy układanki pasowały do siebie idealnie. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że ci znakomici muzycy przyczynili się do powstania "Insanity". "Insanity" to zestaw bardzo zróżnicowanych i urozmaiconych kompozycji - pewnie macie niezły dylemat które z nich będziecie grać na żywo, kiedy już wrócą koncerty? Nasza agencja bookingowa obecnie planuje trasę koncertową na styczeń 2022 roku i tak, właśnie dyskutujemy o tym, które utwory chcemy zagrać. Niektóre z utworów na "Insa-

SQUEALER

71


nity" wymagają określonych ustawień, strojenia lub pewnych instrumentów, które komplikują sytuację grania na żywo. Z pewnością można to osiągnąć tylko przy dużym wysiłku. Niektóre utwory mogą też nie działać dobrze na żywo, tak jest zawsze. Kiedy słucham starych albumów, zawsze odkrywam jedną lub drugą kompozycję, przy której myślę: "Wow, to był naprawdę świetny kawałek, dlaczego nie zagramy go na żywo?". Rzeczywistość jest taka, że nie każdy utwór sprawdza się na żywo. Dużo myślimy o tym, które songi umieścić w programie, które są łatwe do wykonania, które są dobrze odbierane przez publiczność z piwem w ręku lub bez, a które pozwalają nam również rozbujać się na scenie, tak abyśmy sami mogli się dobrze bawić. Na pewno nie będziemy w stanie spełnić każdego życzenia, ale obiecujemy, że stworzymy setlistę tak, abyśmy się wspólnie dobrze bawili! Co jednak w sytuacji, gdy nie nastąpi to tak szybko? "Insanity" pójdzie w zapomnienie, bo mając więcej czasu zaczniecie pracować nad kolejnym albumem? Tak naprawdę chcieliśmy zagrać sporo koncertów na początku tego roku, żeby zaprezentować płytę na żywo. Z powodu Covid-19 tak się nie stało i musieliśmy przygotować nowe plany. To naprawdę wielka szkoda, ale dzielimy ten los z wieloma zespołami. Z drugiej strony, regularnie wpadam na nowe pomysły i również nagrywam poszczególne partie lub wypróbowuję je razem z perkusją. W najgorszym wypadku "Insanity" przepadnie w pandemii i będziemy musieli czekać do wydania kolejnego albumu, żeby zagrać na scenie na żywo. Ale mamy nadzieję, że tak się nie stanie i z pewnością patrzymy w przyszłość. Czyli nikt z was nie zamierza osiadać na laurach - najlepsza płyta Squealer wciąż przed nami? Muzycy zazwyczaj twierdzą, że ich ostatni album jest najlepszym, jaki kiedykolwiek nagrali, ale ja bym tak nie powiedział. Z mojego punktu widzenia, dostarczyliśmy świetny album i teraz musimy się upewnić, że zostanie on odpowiednio zauważony. Ale jak wspomniałem wcześniej, nie odpoczywamy. Zbieramy już nowe pomysły i myślimy także o nowym albumie. Jednak, jak już zostało powiedziane, wyzwaniem pozostaje zmierzenie się z obecnymi okolicznościami i określenie, w jaki sposób zespoły w przyszłości powinny dostarczać muzykę swoim słuchaczom. Obecnie myślimy o pewnych zmianach i skupieniu się bardziej na elementach thrashowych oraz melodyjnych refrenach. Jest duża szansa, że najlepszy album Squealer jest jeszcze przed nami. Do tej pory jest jeszcze trochę czasu, aby przejrzeć poprzednie albumy i odkryć drobne, ale ekscytujące szczegóły w naszej muzyce.

Muzyka na niepewne czasy - Kochamy thrash metal nie tylko ze względu na jego ogromną energię, ale także za to, że ma wiele twarzy - mówi Hans Christian Spies i debiutancki album "War Investment" potwierdza, że niemiecka formacja szuka w muzyce czegoś więcej. Do tego jej rzecznik prasowy ma sporo do powiedzenia i lubi dzielić się swoimi przemyśleniami, dotyczącymi nie tylko muzyki.

HMP: Jak odnaleźliście się w tej niewesołej, pandemicznej rzeczywistości? Tworzenie okazało się wystarczającym antidotum na lockdown, stąd efekt w postaci waszego, debiutanckiego albumu? Hans Christian Spies: Przyzwyczailiśmy się jak prawie wszyscy. Samoizolacja i nadzieja na poprawę sytuacji... Czy światowy kryzys spowodowany koron awirusem ma wpływ również na taki zespół jak Suicide Of Society - młody stażem i wiekiem, niezależny i dopiero debiutujący? Pandemia wpłynęła na wszystkich na świecie, więc odcisnęła się również na nas. Od połowy października nie mogliśmy mieć prób. Mając wydany album chcieliśmy też grać jak najwięcej na żywo, a jedyne, co mogliśmy zrobić, to streamowanie występu. Nie jest tak, że trochę tę pandemię demonizujemy? Jasne, nie ma koncertów, zespoły i muzycy nie zarabiają i to ogromny cios dla każdej sceny, nie tylko metalowej, ale też klasyków czy jazzmanów, jednak podczas obu wojen światowych życie muzyczne też było przez lata sparaliżowane. Poza tym z drugiej strony w muzyce dzieje się teraz naprawdę wiele - nie tylko w sieci, ale też na rynku płytowym, gdzie premiera goni premierę, po okresie wiosenno-letniej stagnacji? Nie sądzę, żebyśmy demonizowali pandemię. Mam na myśli to, że ludzie umierają, służba zdrowia pracuje bez przerwy, a nasze życie jest w niebezpieczeństwie. Również społeczeństwo jest bardziej podzielone niż kiedykol-

Wojciech Chamryk & Joanna Pietrzak

Foto: Suicide Of Society

72

SQUEALER

wiek, jeśli chodzi o teorie spiskowe. Nie powiedziałbym, że pandemia mogłaby być porównywalna z obiema wojnami światowymi. I tylko dlatego, że były gorsze, nie musi oznaczać, że niesie to wiele pozytywnych skutków. Jedyną rzeczą, która może być pozytywna, jest to, że ludzkość nauczy się czegoś z pandemii, wyciągnie wnioski z jej przyczyn i wpływu lockdownu. Ale teraz nie widzę, żeby coś takiego się działo. Wydaje mi się, że każdy chce to odcierpieć, a potem funkcjonować tak, jak wcześniej. Mimo wszystko można się z tego sporo nauczyć. Czy wynika z tego coś pozytywnego dla mnie jako fana muzyki? Cóż, z jednej strony tęsknię za koncertami tak samo jak każdy fan oraz muzyk, z drugiej strony podczas lockdownu mogłem słuchać więcej muzyki, co jest zdecydowanie dobre. Myślę, że ten zalew nowych wydawnictw jest dowodem na znaczny postęp, choć większość z nich miała zostać wydana wcześniej, podczas pierwszego lockdownu. Zobaczmy, czy kapele będą w stanie wypuścić więcej materiału, wiedząc, że cała ta pandemia trochę jednak potrwa. Ale bez względu na przyczynę, stagnacja kulturowa nigdy nie jest dobra. Mam nadzieję, że ten monolog był odpowiedzią na twoje pytanie. Wy też nie czekaliście na lepsze czasy i do przyszłego roku - nie ma co zwlekać, kiedy płyta jest już gotowa, trzeba podzielić się nią ze słuchaczami, szczególnie kiedy nie jest się zespołem formatu Metalliki i nie ma się nic do stracenia? Minęło dziesięć lat od naszego pierwszego koncertu do wydania naszego pierwszego albumu, więc nie chcieliśmy dłużej czekać. Pomyśleliśmy również, że jeśli wszyscy inni


wydadzą swoje albumy krótko po lockdownie, to nie zwrócimy na siebie tak dużej uwagi. Thrash był dla was oczywistym i jedynym wyborem, chociaż power czy klasyczny metal również ma w Niemczech ogromne tradycje i jest równie popularny? Kochamy thrash metal nie tylko ze względu na jego ogromną energię, ale także za to, że ma wiele twarzy: Heathen, Forbidden, Anthrax, Havok, Sodom… Wszystkie brzmią inaczej, ale wszystkie są thrashowe. Nie boicie się porównań do tych wszystkich wielkich zespołów z lat 80., w dodatku z powodzeniem funkcjonujących do dziś - Kreatora, Sodom, Destruction, etc.? Nie, nie boimy się być porównywani do Kreatora, Sodom, Destruction czy Tankard. W rzeczywistości jesteśmy zaszczyceni, ponieważ takie zespoły są naszymi idolami. Poza tym, kiedy większość tych zespołów zaczynała, porównywano je do Venom. Myślę, że to tylko muzyczna ewolucja. Każdy jest pod wpływem kogoś i stamtąd ewoluuje. Zobaczmy, czy i jak będziemy ewoluować. Swoją drogą ktoś będzie musiał ich w końcu zastąpić, trzeba więc próbować swojej szan sy, czyż nie tak? (śmiech) Gdybyśmy byli w stanie to zrobić, nie odmówiłbym. Ale teraz cieszę się z tego, że te zespoły są nadal aktywne. Myślę, że dopóki będziemy mogli grać przed fajną publicznością, będziemy szczęśliwi. Ale uważam też, że w przyszłości nie będzie tak wielu wielkich zespołów, za to będzie więcej mniejszych kapel. Wydaje się, że rynek muzyczny się zmniejsza, choć pojawia się coraz więcej zespołów i płyt. Ale nie mam nic przeciwko. Lubię różnorodność. "War Investment" to wasz pierwszy album. Macie więc prawo być podekscytowani, bo do tego dla większości z was to pierwsza płyta w życiu - może jeszcze nie do końca uwierzyliście, że stało się to faktem? Jesteśmy podekscytowani, ale przygotowywaliśmy się dziesięć lat, aby zdać sobie sprawę, że coś takiego się wydarzy. Cieszymy się z tego, że dotychczasowe reakcje były w większości pozytywne. Ale młodzi ludzie nie przepadają już za albumami, nawet jeśli trwają, tak jak wasz, niecałe 40 minut, wolą na swoich playlistach pojedyncze utwory. Macie inaczej, w tym sensie jesteście nieco staroświeccy i album, jako artystycznie zwarta całość, jest dla was wciąż czymś bardzo ważnym? Nie powiedziałbym, że albumy są aż tak staroświeckie, wciąż jest zapotrzebowanie na ich fizyczne wydania. Planujemy też wydać nasz album na winylu. Myślę, że jeśli ktoś chce posłuchać pojedynczych utworów na Spotify, to jego prawo. Ale rozumiem twój punkt widzenia. Przemysł muzyczny zmienia się jak wszystko inne. Ale my nie możemy pozwolić sobie na pójście do studia i nagranie tylko jednej kompozycji, za każdym razem, gdy tylko ją napiszemy. Więc nagrywamy je wszystkie naraz. Stąd zróżnicowanie waszego materiału, zarówno krótkie, bardzo intensywne utwory jak "Industrial Scavengers", dopełnione dłuższymi, bardziej rozbudowanymi kompozycjami "Planet Babylon" czy tytułową?

Foto: Suicide Of Society

Kiedy piszemy nowe kawałki, nigdy nie ma wielkiego planu. To z jednej strony zależy od inspiracji. Na "War Investment" wpłynął Sodom, na "Planet Babylon" Kreator, - i Exodus, podczas gdy "Industrial Scavengers" był pisany pod wpływem Toxic Holocaust. Z drugiej strony zależy od tego, kto napisał dane utwory. Hans napisał "War Investment" i "Planet Babylon", a Philipp "Industrial Scavengers". Jest więc zdecydowanie więcej czynników, które mają wpływ na formę i ostateczne brzmienie naszych kompozycji. Nazwę macie niezbyt optymistyczną. Ten marsz pogrzebowy w utworze tytułowym można traktować również jako podzwonne dla ludzkości, szczególnie w kontekście obec nych wydarzeń? Interesujące pytanie. To pierwsza taka interpretacja, z którą się spotykam i bardzo mi się ona podoba. Myślę, że tak. Ale może stoimy na rozdrożu i mamy wybór. Czy nadal będziemy kroczyć ścieżką, którą idziemy od tak dawna i dla zysków niszczymy ludzkie życie oraz środowisko? A może nauczymy się czegoś na własnych błędach, nie zostawimy nikogo w tyle, pomożemy sobie nawzajem i znajdziemy najlepsze rozwiązania dla większości ludzi? Tak czy inaczej, dzisiejsze społeczeństwo musi zostać unicestwione albo przez naszą wolę stworzenia czegoś lepszego, albo przez nasz upór. "Suicide Of Society" to była pierwsza kompozycja, jaką kiedykolwiek napisaliśmy. To przerażające, jak nadal jest aktualna. Nie jest to w sumie nieco dziwne, że thrash już od wczesnych lat 80. atakuje słuchaczy zaangażowanymi tekstami, piętnuje to co złe, nieprawidłowe, etc., a sytuacja na świecie jak była zła, tak jest - wychodzi na to, że to taka trochę beznadziejna sprawa i w masowej świadomości nic się nie da zmienić?

Dużo o tym myślałem. Thrash wydaje się być muzyką na niepewne czasy. Zaczęło się podczas zimnej wojny w obliczu strachu przed konfliktem nuklearnym. Ale myślę, że dopóki nie zmienimy naszych preferencji, zawsze będzie miejsce na poruszenie tego rodzaju tematów. Nieważne, czy mówimy o hip-hopie, punk rocku, thrash metalu czy czymkolwiek. Ale nie powiedziałbym, że to przegrana sprawa. Docieramy do innych ludzi, a inni do nas. Szczególnie młode pokolenie chce zmieniać świat, np. Fridays For Future i myślę, że sprawy powoli zmieniają się na lepsze. A może to ta pandemia ujawni, co jest nie tak? Pokaże, że nieszczęście człowieka nie jest jego własną winą, ale wynikiem wielu czynników społeczno-ekonomicznych i naturalnych? Zobaczymy. Jeśli chcemy coś zmienić, przynajmniej możemy spróbować. Czasami wystarczy usunąć jedną cegłę, aby zburzyć całą wieżę. Jak więc widzisz siebie i zespół za powiedzmy pięć lat? Da się w ogóle coś takiego przewidzieć i zaplanować, szczególnie w dzisiejszych, niepewnych czasach? Nie mamy planu pięcioletniego ani niczego takiego. Miejmy nadzieję, że nadal będziemy w stanie grać na żywo i do tego czasu wydamy więcej muzyki. Jesteście więc gotowi na podjęcie wyzwania, jeśli tylko będziecie mieli możliwość szerszego promowania Suicide Of Society, szczególnie w wymiarze koncertowym, co dla zespołu takiego jak wasz jest podstawą? Myślę, że jesteśmy gotowi. Tak czy inaczej, brakuje nam grania na żywo i nie możemy doczekać się powrotu na scenę. Do tego czasu, bądźcie thrashowi, bądźcie zdrowi i dziękuję za przeczytanie tego wywiadu. Wojciech Chamryk & Szymon Paczkowski

SUICIDE OF SOCIETY

73


Niemniej, czy muzyka stanowi dla Was sposob na oderwanie się od szarej codzienności? Na ogół muzyka nadaje barw życiu. Czyni nas bardziej wrażliwymi, wzmaga ogólną kreatywność i pozwala robić co chcemy, bez szefa nad głową.

Chcemy pokazać światu, że wciąż tu jesteśmy Stormhunter jest porządnym heavy metalowym zespołem z Niemiec. Ich dyskografia składa się z trzech udanych albumów "Stormhunter" (2009), "Crime And Punishment" (2011), "An Eye for an I" (2014). Przypomnieli o sobie w grudniu 2020 za sprawą krótkiej, ale ciekawej EP "Ready For Boarding", a na początek 2022 zapowiadają kolejne LP. O najnowszych utworach oraz o towarzyszących im emocjach opowiedział nam założyciel kapeli, gitarzysta Stefan Müller. HMP: Gratuluję najnowszej EP-ki "Ready For Boarding". Stefan Müller: Dzięki. Mamy już gotowe utwory na pełen czwarty longplay Stormhunter. Och, dobrze to słyszeć. Czyli Stormhunter na dobre powraca z nowymi wydawnictwami po sześciu latach, które upłynęły po ukazaniu się albumu "An Eye for an I", tak? Nie powiedziałbym, że powracamy, ponieważ nigdy tak naprawdę Stormhunter się nie rozpadł. Cały czas regularnie się spotykamy i muzykujemy. Wasz ostatni longplay "An Eye For An I" (2014) był bardzo obiecujący. To trzeci duży album w Waszej dyskografii, ale pierwszy nagrany z twórczym udziałem wszystkich

dowych lotniskach, a tymczasem w wyniku skandalu sanitarnego musieli pozostać w domach. Czego uczy nas okładka zdobiąca "Ready For Boarding"? Podejrzewam, że masz na myśli restrykcje ograniczające podróżowanie. Wszystkie utwory, które znalazły się na tej płycie, zostały napisane znacznie wcześniej i okładka nie ma nic wspólnego z tym tematem. Cóż, moja interpretacja minęła się z waszym zamysłem. Oczywiście słowo "boarding" ma też inne znaczenia, niż tylko odprawę na lotnisku. Podejrzewam, że wasz motyw do wydania owej EP był głębszy niż tylko zabawa dźwiękami w wolnym czasie? Jak sam zwróciłeś uwagę, minęło sporo czasu od wydania "An Eye For An I" i chcieliśmy pokazać "światu", że wciąż tu jesteśmy. Najwa-

Właśnie. Słychać u was tą swobodę. Pomimo, że "Ready For Boarding" trwa zaledwie siedemnaście minut, ewidentnie nie dusiliście każdej sekundy, nie przedobrzyliście z gęstością motywów i wasza muzyka oddycha. Napięcia nie słychać nawet w szybszych momentach EP. Czy mógłbyś rozwinąć stwierdzenie, że ciężko pracowaliście w studiu? Wypuściliśmy cztery utwory po to, aby dać fanom znak życia od Stormhunter. Było dla nas jasne, że potrzebujemy odpowiednio dużo czasu na nagrania. To nie piekarnia. Nie mieliśmy żadnego deadline czy czegoś w tym stylu. W tym sensie zgodziłbym się, że sesja faktycznie była swobodna. Czy wspomniana sześcioletnia przerwa poz woliła wam również nabrać pewnego dystansu do twórczości Stormhunter i spojrzeć na nią jeszcze dojrzalej? Zrozumieliśmy, że muzyka znaczy dla nas znacznie więcej niż rozrywka. To nie tylko hobby. Dźwięki potrafią zmieniać emocje i uczucia w sposób niemożliwy do wyrażenia za pomocą słów. Zakres, w jakim utwór wpływa na słuchacza zależy jednak nie tylko od samego utworu, ale też od nastroju, w jakim znajduje się słuchacz. (To ciekawe. Wydaje mi się, że słuchanie muzyki nie powinno polegać jedynie na uważnym śledzeniu poszczególnych instrumentów oraz głosu, ale też na wprowadzeniu się w swoisty trans, podczas którego można wręcz pozwolić ponieść się własnym myślom i emocjonalnie odpłynąć na dźwiękowej fali - przyp. red.)

Foto: Stormhunter

muzyków. W okresie jego premiery byliście perfekcyjnie zgrani i dysponowaliście mate riałem o bardzo wysokiej jakości. Wielu fanów dostrzegło w tym nagraniu Wasz potencjał. To był Wasz moment. Mogliście szturmem wbiec na niemiecką scenę power metalową. Tak się jednak nie stało i przyszło nam czekać aż sześć lat na kolejny wasz album. Dlaczego? Było to spowodowane naszym życiem prywatnym, a poza tym pozostali członkowie zespołu udzielają się również w innych formacjach (Bitterness, Nuclear Warfare, Bowtome). W grudniu 2020 doczekaliśmy się wreszcie nowych utworów Stormhunter w postaci EP "Ready For Boarding". Tytuł trafnie wieńczył zeszły rok, jako że faktycznie mnóstwo ludzi było gotowych na "boarding" na międzynaro-

74

STORMHUNTER

żniejszym celem było stworzenie zestawu świetnych utworów o odpowiednim brzmieniu. Nie chcieliśmy, żeby "Ready For Boarding" brzmiało jak jakieś garażowe demo. Przyłożyliśmy się do uzyskania pożądanej jakości, a teraz dzielimy się tym z metalowcami, a także zamierzamy występować na żywo. Udziela mi się szczery entuzjazm, jaki zawarliście na "Ready For Boarding". Przyznaj, jak dobrze bawiliście się w studiu? "Two Bears (Or Not Two Bears)" - bo więcej piw? Nagrania nie przebiegały w atmosferze imprezowej. Ciężko pracowaliśmy, aby uzyskać dobre nagrania. To zdecydowanie nie była zakrapiana alkoholem biesiada. Na takie rzeczy mieliśmy czas po, ale absolutnie nie w trakcie sesji.

Przechodząc do analizy zawartości EP, "Crown Of Creation" doskonale nawiązuje do stylu znanego przez waszych obecnych fanów, ale też niezwykle sprawnie potrafi wprowadzić nowych słuchaczy w wasz świat. Czy mógłbyś ujawnić, w jakich okolicznościach skomponowaliście ten kawałek? Ta kompozycja przyszła naturalnie. Grałem przypadkowe rzeczy na gitarze i nagle z moich palców wyszła sekwencja, która złożyła się na główny akord "Crown Of Creation". Nigdy nie zdarza mi się usiąść i powiedzieć "ok, teraz wymyślę coś nowego". Pomysły same przychodzą. Zdarza się też tak, że piszę tekst utworu z ogólnym wyobrażeniem, jakiego rodzaju melodia by do niego pasowała, a dopiero później powstaje partia gitarowa. Czy można powiedzieć, że tekst "Two Beers (Or Not Two Beers)" sprowadza się do picia? Właśnie, że nie. Główny pomysł na tytuł wziął się z zabawy słowami z szekspirowskiego "Hamleta". Tekst przywołuje wspomnienia dwóch festiwali, na których graliśmy. Jeden odbył się w Belgii, a drugi we Francji. Z zarejestrowanego wówczas video złożyliśmy teledysk. Świetnie się bawiliśmy i ten utwór wiernie to oddaje. A więc śpiewamy o czymś więcej niż tylko o piciu, bo też o przyjaźni oraz o naszej heavy metalowej "rodzinie". O czym konkretnie jest "Sharp Invaders"? Nasze liryki są dostępne on-line, zachęcamy wszystkich do zapoznania się z nimi. Tematem


są w tym przypadku korporacje bez skrupułów wykorzystujące ludzi oraz inne zasoby, w ujęciu ogólnym. Na wyróżnienie zasługuje tutaj tempo, w jakim gra wasz perkusista Andreas Kiechle. Andreas jest znakomitym, regularnie grającym perkusistą. Takie tempo nie stanowi dla niego najmniejszego problemu. "Antisocial" zdaje się rozpoczynać jak piękna ballada, ale szybko przeradza się w dynamiczny, surowy rock'n'rollowy numer (żeby nie powiedzieć punkowy)… ...Tak, tak, ale to nie jest nasz utwór, lecz cover francuskiego zespołu Trust. Pochodzi z 1980 roku, więc nie należy w nim się doszukiwać żadnych odniesień do współczesnych spraw społecznych. Mieszkałem w młodości we Francji i Trust należał do jednych z pierwszych hard rockowych zespołów, jakie usłyszałem. Wydaje mi się, że "Ready For Boarding" per fekcyjnie balansuje pomiędzy tradycyjnym heavy metalem a euro-power metalem. Jak postrzegasz miejsce Waszej najnowszej muzyki wśród euro-power metalowych albumów, które ostatnio się ukazują? Nie zaprzątam sobie głowy szufladkami. Określamy swoją muzykę mianem "heavy metal" i nie staramy się, aby na siłę wpisać się w żaden konkretny podgatunek. Gramy to, co chcemy. Bardzo różna muzyka nas inspiruje - rock, hard rock, heavy metal, thrash, a nawet death i black metal. Z drugiej strony, nie zmienimy drastycznie naszego stylu, a przynajmniej nie zrobimy tego pod nazwą Stormhunter.

Foto: Stormhunter

Wasza miejscowość Balingen jest znana z festiwalu Bang Your Head. Czy jest szansa, że wystąpicie tam w 2021 roku wraz z Saxon, Diamond Head, Phil Campbell oraz wieloma innymi legendami metalu? Jak myślisz, czy w ogóle do tej imprezy dojdzie 15-17 lipca 2021? Oczywiście, byłoby wspaniale tam zagrać. Myślę, że zostanie to jednak ponownie przełożone z powodu restrykcji. Udział zapowiedziało już tak wiele kapel, że trudno byłoby nam dołączyć do kolejnej edycji. Mam nadzieję, że wkrótce będę mogł zadać

Ci więcej pytań o duży album Stormhunter, hm? Mamy już gotowe utwory na ten album. Noszą one wszystkie charakterystyczne cechy Stormhunter, za wyjątkiem dwóch kawałków, które mogą okazać się zaskakujące dla naszych fanów. Czekamy w tej chwili na wolny termin w studiu nagrań. Mamy nadzieję, że ukaże się on na początku 2022 roku. Bądźcie czujni! Sam O'Black


dołączenia do nas na stałe. Wprawdzie nie brał on udziału w komponowaniu "Return Of The Dragon", ale muszę przyznać, że zagrał na nim piękne sola gitarowe.

Powrót ducha zaklętego w żywiołowej naturze ludzkiego życia

Rozmowa z człowiekiem głęboko pogrążonym w żałobie może być przeżyciem terapeutycznym dla obu stron. Nawet, jeśli nie jesteśmy w stanie udzielić profesjonalnej pomocy psychologicznej, nasz rozmówca otrzymuje szansę spojrzenia kardynalnym sprawom prosto w twarz oraz wyrzucenia z siebie tłumionych emocji. My zaś możemy uczyć się empatii i rozważyć przewartościowanie własnego światopoglądu. Zapraszamy więc do spotkania z wokalistą, gitarzystą, kompozytorem, producentem i liderem power metalowego Sacred Oath (Rob Thorne) oraz z perkusistą zaangażowanym od samego początku istnienia tej kultowej amerykańskiej kapeli (Kenny Evans). Opowiedzieli oni o kulisach powstania najnowszej płyty Sacred Oath "Return Of The Dragon" i wyjawili, że smok powrócił nie tylko dla nich, ale dla każdego z nas. Nic nie dzieje się przypadkowo, ani po nic smokowi chodzi o wytrącenie wszystkich ze strefy komfortu, abyśmy bardziej świadomie korzystali ze swoich zdolności do poszukiwania szczęścia w iluzorycznym świecie. Nie przegapcie tego! HMP: Cześć Rob. Jak się miewasz tej zimy? Rob Thorne: Niedawno zmarł mój ojciec. Nie mogę się po tym otrząsnąć. Odczuwam żałobę połączoną ze złością na okrutny los. Mój ojciec odszedł zbyt wcześnie. Mam wrażenie, że moglibyśmy spędzić wspólnie znacznie więcej czasu na tym świecie. Aby ująć to bardziej obrazowo - siedzę przy komuniku, gapiąc się w okno i wspominając nasze ostatnie wspólne momenty. Ciężko mi z tym. Przyjmij wyrazy współczucia i żalu. Rob Thorne: Cóż, moją tragedię pogłębia lockdown. Czas dziwnie płynie. Wydaje się, że dni ciągną się w nieskończoność, chociaż to zaskakujące, że minął już cały rok, odkąd świat pogrążył się w chaosie. Izolacja jest uciążliwa. Kiedy to się skończy? Czy w ogóle się skończy? Każdy zmaga się w tym na swój własny sposób. Z mojej perspektywy, widzę jak ciężko jest moim dzieciom i mojej mamie. To frustrujące dla Sacred Oath, że wydajemy nową płytę w kwietniu 2021, a jednocześnie nie wiemy, kiedy będziemy mogli grać koncerty. Tyle rzeczy jest dla nas niewiadomych. Inne problemy w USA jeszcze bardziej pogłębiają frustrację. Obawiamy się nadejścia nowej ery. Mrocznej ery. Smutno mi, że moje dzieci dorastają w tak popierdolonym świecie. Siedzisz zatem w izolacji, ale w ostatnim

76

SACRED OATH

wywiadzie udzielonym przez Ciebie dla Heavy Metal Pages, powiedziałeś, że wolisz komponować nowe utwory, niźli grać koncer ty. Czy podtrzymujesz tą opinię? Rob Thorne: Tak. Komponowanie nowej muzyki było zawsze dla mnie najbardziej satysfakcjonującą częścią bycia muzykiem. Uwielbiam pracować w studio. Nie zmienia to faktu, że tęskno mi do występów na żywo; chciałbym to robić, a nie mogę. Ale jeśli zapytasz, co wolę? Zawsze wybiorę opcję "tworzenie nowego albumu". Jak tylko ukończę jeden, od razu zabieram się za kolejny! Minęło cztery lata pomiędzy Waszym przedostatnim "Twelve Bells" i najnowszym "Return of the Dragon". Co więc złożyło się na tą przerwę pomiędzy kolejnymi wydawnictwami Sacred Oath? Rob Thorne: Fakt. Tym razem sytuacja wyglądała nieco inaczej niż w przeszłości, ze względu na naszą dwuletnią trasę koncertową po wydaniu "Twelve Bells". Przed jej rozpoczęciem ogłosiliśmy konkurs na dodatkowego, piątego członka zespołu. Szukaliśmy osoby, która jednocześnie potrafi dobrze grać na gitarach, klawiszach oraz śpiewać poboczne partie. W takich okolicznościach dołączył do Was Damiano Christian. Co dobrego mógłbyś o nim powiedzieć? Rob Thorne: Damiano świetnie wpisał się w konwencję Sacred Oath. Jest niesamowitym muzykiem i dobrze się z nim dogadujemy. Wniósł wiele pozytywnej energii do naszych występów na żywo. Myślę, że przyczynił się do sukcesu wspomnianej trasy koncertowej. Włożyliśmy wiele wysiłku w odpowiednie wpisanie jego roli w nasze koncerty, tak aby na nim zyskały. Dodało to zupełnie nowy wymiar do naszego show, a przy tym zdjęło ze mnie presję i pozwoliło mi na lepszą interakcję z publicznością, na głębszym poziomie. Bawiliśmy się przednio, a reakcje fanów były bardzo pozytywne. Pracowało nam się na tyle dobrze, że złożyliśmy Damianowi propozycję

Ostatni występ wydaliście jako "Thunder Underground - Live From NYC" w maju 2019. Czy jest to dla Was najbardziej nieza pomniany gig? Rob Thorne: To znakomita impreza. Wprawdzie mieliśmy wiele niezapomnianych chwil na tej trasie, ale ostatni wieczór w Nowym Jorku był bardzo energiczny i dobrze się stało, że nasz inżynier Alexey Menkov to nagrał. Co ciekawe, nie planowaliśmy owej rejestracji; była to z jego strony niespodzianka. Pamiętam, że kiedy tydzień później dostaliśmy ścieżki, pomyślałem "całkiem niezłe; możemy to wydać". Tak też zrobiliśmy. Następnie powróciłeś do własnego studia. Co nagrywałeś? Rob Thorne: Zazwyczaj produkuję we własnym studio solowe wokalistki i wokalistów. Bardzo rzadko metal. Może dlatego, że w naszych okolicach po prostu nie ma obecnie wielu zespołów metalowych. Tymczasem, moje obie córki są wokalistkami. Niemałą przyjemność sprawia mi ich nagrywanie. Moja najstarsza córka Farrah Hale nagrała w tym roku singiel "Fighter" wraz z video. Ekscytujące doświadczenie. Natomiast moja młodsza córka Rosie skomponowała kilka utworów, które będziemy nagrywać jeszcze tej zimy. Obie zostały obdarzone pięknymi głosami, także czuję się wręcz zazdrosny! Owe studio jest nieodzowną częścią istnienia zespołu Sacred Oath. Rob Thorne: O, tak. Dużo w tym prawdy. Moje studio jest wspaniałym miejscem do pracy. Główne pomieszczenie jest przestronne i zapewnia dobre warunki akustyczne. Mam też sporo odizolowanych pomieszczeń, w których nagrywamy. Zawsze dodaję albo wymieniam sprzęt, starając się pozostać na bieżąco z nowinkami technologicznymi (ale też nie zbankrutować). Najbardziej zależy mi na szukaniu kreatywnych sposobów, aby każdy kolejny album brzmiał inaczej, niż poprzedni. Przyznam, że jest to wyzwanie, dlatego, że zawsze nagrywamy w tej samej przestrzeni i na tej samej konsoli. Czy dobrze rozumiem, że nowoczesne brzmienie "Return of the Dragon" wynika ze świadomie podjętej przez Was decyzji? Rob Thorne: Yeah, wraz z Kennym (Kenny Evans, perkusista - przyp. red.) przyjęliśmy założenie na samym początku prac nad "Return of the Dragon", że ten album musi brzmieć tak nowocześnie, jak to tylko możliwe, od strony produkcji. Nie powiedziałbym, że komponowaliśmy na siłę nowocześnie, ale miksowane zdecydowanie takie było. Ostateczny efekt brzmi inaczej, niż nasze pierwsze dema, chociaż wykorzystaliśmy niektóre ciekawe techniki zarówno na demie, jak i na ostatecznej wersji albumu. Wszystko fajnie wyszło. Otrzymaliśmy właściwą kombinację tradycyjnego stylu muzyki z nowoczesnym brzmieniem. Kenny, czy chciałbyś coś dodać? Kenny Evans: Cofnę się nieco w czasie. Zanim jeszcze ukazało się "Twelve Bells", wydaliśmy album "Ravensong", który stanowił dla nas eksperyment dźwiękowy. W tym kontekście, "Twelve Bells" to efekt świadomego po-


wrotu do takiego, rzekłbym, surowego-niemalthrashowego i mrocznego brzmienia, z jakim byliśmy kojarzeni w latach osiemdziesiątych. Przy okazji "Return of the Dragon" powiedzieliśmy "pieprzyć to; używajmy wszystkich dostępnych nam narzędzi, bez żadnego ograniczania ekspresji twórczej". Najpierw zarejestrowaliśmy ścieżki perkusji w kompletnie nowy dla nas sposób, pozwalając Robowi na odizolowanie dźwięku na niespotykaną dotąd w naszym przypadku skalę. Był to punkt wyjścia do ciągłego unowocześniania wszystkich pozostałych składowych brzmienia. Z mojej perspektywy słuchacza, "Return of the Dragon" ma znacznie "jaśniejsze" melodie, które kontrastują z mroczniejszym i agresywniejszym "Twelve Bells". Kenny Evans: Dla mnie "Return of the Dragon" nie tylko jest "jaśniejsze", ale też dojrzalsze. Przyłożyliśmy się do nadania mu bardziej wysublimowanej i majestatycznej formy. Czy jest bardziej melodyjnie? No pewnie. Myślę też, że bardziej ekspresyjnie, emocjonalnie, ale nie brak tutaj agresji. "At The Hates" jest jednym z najbardziej gniewnych kawałków w całym dorobku Sacred Oath. "Empire's Fall" oraz "Root Of All Evil" nie mogłoby być bardziej metalowe.

po Slayer i Megadeth. Chodzi mi o to, że nie reprezentowaliśmy jednego czy dwóch mikronisz, lecz szerokie spektrum muzycznych ekspresji. Sacred Oath istnieje już sporo czasu, a nadal mamy możliwość swobodnego grania tego, co zechcemy. Chcieliśmy więc "powrócić" do wyrażania pełnego spektrum istoty Sacred Oath. W pewnym sensie Wasze nowe logo wskazuje na ów powrót do podstaw, prawda? Kenny Evans: To logo powstało bardzo dawno temu, zaprojektowałem je już na nasz debiut "A Crystal Vision" (1987 - przyp. red.). Wtedy użyliśmy nieco innego projektu, ale kiedy Sentinel Steel wznowił płytę w 2001 roku, użyliśmy właśnie tego samego, co na "Return Of The Dragon". Pozostałe płyty faktycznie były opatrzone innymi grafikami. Nie wiem, czy można to nazwać zbiegiem okoliczności, ale pasuje. Które fragmenty instrumentalne z "Return Of The Dragon" wymagają szczególnej uwagi słuchaczy? Kenny Evans: Wow, trudne pytanie! Uwiel-

konieczne do zaprezentowania naszym fanom, m.in. "Two Powers", "The Ferryman's Liar" i "Counting Zeros". Nie wiem, czy wystarczy nam czasu na to wszystko. Na pewno zagramy "Hammer Of An Angry God" i "Return Of The Dragon". Myślę, że będziemy się raczej musieli dowiedzieć po premierze, które utwory lubią najbardziej nasi słuchacze. Czy zgodzilibyście się ze stwierdzeniem, że

Zastanawiam się, czy może miały na to wpływ Wasze muzyczne inspiracje? Czy nie jest przypadkiem tak, że słuchacie obecnie nieco innej muzyki? Kenny Evans: Jako perkusista, uważam za swoich mistrzów: Mickee Dee (King Diamond, Motorhead, teraz Scorpions - przyp. red.), Kima Ruzza (Mercyful Fate - przyp. red.), Scotta Rockenfielda (Queensryche przyp. red.) i Garego Samuelsona (wczesne Megadeth - przyp. red). Ostatnio słuchałem sporo: Mario Duplantiera (Gojira), Brana Dailora (Mastodon) i JP Gastera (Clutch). Wszystkie te inspiracje są słyszalne na "Return Of The Dragon". Jak powinniśmy rozumieć słowo "return/ powrót" w tytule "Return Of The Dragon"? Rob Thorne: Z mojej, lirycznej perspektywy, "The Dragon/Smok", uosabia dziką, niepowstrzymaną moc ducha zaklętego w żywiołowej naturze ludzkiego życia, który odpowiada za takie zjawiska jak twórcze napięcie, sztuka wyłaniająca się z chaosu, innowacyjne wizje. Ale też za konflikt wytrącający nas ze strefy komfortu. W ostatnich latach, widzimy powrót tego ducha w globalnej ludzkiej świadomości, następujący po okresie powszechnie odczuwanej satysfakcji i zadowolenia. Na samym początku działalności Sacred Oath, utożsamialiśmy smoka z dwoma oddzielnymi, przeciwstawnymi siłami, co znalazło swój wyraz w takich utworach, jak np. "Two Powers". Teraz jednak widzę wyraźnie, że smok stał się jednorodną, złożoną formą mocy wewnątrz każdego z nas indywidualnie, a także wewnątrz nas wszystkich jako gatunku ludzkiego. Kenny Evans: Jako perkusista odpowiem, że jest to dla mnie próba powrotu do podstaw muzycznych. Kiedy Sacred Oath powstawało, chcieliśmy grać muzykę utrzymaną w stylach, które sami lubiliśmy słuchać. W tamtych czasach, między 1985 a 1988 rokiem, były to nazwy takie jak Black Sabbath, Dio, Judas Priest, Iron Maiden, Mercyful Fate/King Diamond, Fates Warning, Queensryche, aż

Foto: Sacred Oath

biam całość. Końcówka utworu tytułowego jest kurewsko majestatyczna. Najszybsza część wieńcząca "Empires Fall" podnosi mi ciśnienie - to stary, dobry Sacred Oath. Swoją drogą, dostaję gęsiej skórki kiedy Rob krzyczy "Evil" w "Root Of All Evil", co podpada pod Mercyful Fate/King Diamond. Rob Thorne: Mój ulubiony fragment instrumentalny? Uwielbiam początek utworu tytułowego z łomoczącymi odgłosami kroków smoka na tle jazgoczących gitar. W mojej wyobraźni ukazuje się tutaj prawdziwy smok. A co z "Return Of The Dragon" będziecie grać na żywo? Kenny Evans: Mamy nadzieję, że tej jesieni będziemy grać wszystko od początku do końca. Wkrótce rozpoczynamy próby z nadzieją, że nie będzie ograniczeń w miejscach, do których polecimy! Rob Thorne: Yeah, rozmawialiśmy już o wykonywaniu całości. Nie jestem do końca przekonany, czy to dobry pomysł. Jest tyle utworów z naszej przeszłości, które uważam za

spędzacie swoje życie goniąc za marzeniami, tak jak Rob Thorne śpiewa w kawałku tytułowym? Kenny Evans: Nigdy nie miałem co do tego wątpliwości. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Mój ojciec był perkusistą, zanim ja siadłem za garami. Realizuję swój życiowy potencjał w tej roli, dlatego, że spotykamy się wręcz z fanatyczną reakcją słuchaczy. Chciałbym jednak, aby więcej osób nas usłyszało. Dajemy z siebie wszystko, aby dotrzeć do jak największej grupy odbiorców. Fajnie, że ktoś zwraca uwagę na teksty naszych utworów. Rob Thorne: Czyż nie jest tak, że wszyscy ludzie na świecie gonią za marzeniami? Żyjemy w iluzji, lecz kiedy odczuwasz radość w próbie ich realizacji, to jesteś szczęśliwym człowiekiem. To wszystko, na czym mi zależy. Sam O'Black

SACRED OATH

77


Tygrysy z Włoch i z Ghany Kompilacja "Majors & Minors" jest doskonałym wprowadzeniem nowych słuchaczy w świat Tygers Of Pan Tang. Przy okazji jej wydania nadarzyła się znakomita okazja, aby podsumować wciąż żywą historię tego czołowego reprezentanta NWOBHM oraz podpytać o szczegóły dotyczące przyszłych koncertów. Przed Wami wspomnienia gitarzysty i założyciela formacji Robba Weira oraz obecnego wokalisty Jacka Meillea. HMP: Cześć. Tygers Of Pan Tang to świetny zespół, który odniósł sukces w dwóch wcieleniach: klasycznym lat osiemdziesiątych oraz jeszcze wspanialszym obecnego stulecia. Jak czujecie się ze statusem żyjącej ikony hard'n'heavy? Robb Weir: Cześć. Miałem szczęście uczestniczyć w obu tych odsłonach Tygersów. To były dwie kompletnie inne ery. Założyłem zespół w 1978 roku, czyli - wyobraź to sobie bez Internetu, bez komputerów ani telefonów komórkowych. Pracowaliśmy ciężko, aby zdobyć uznanie. W tym samym roku udało nam się zdobyć pierwszy kontrakt z małą firmą wydawniczą (Neat Records - przyp. red.). Jej właściciel wybrać się na nasz lokalny koncert i spodobało mu się to, co zobaczył. Kiedy zakończyliśmy grać, zwrócił się on do naszego ówczesnego managera z propozycją rejestracji kilku naszych utworów. Skorzystaliśmy z okazji i ostatecznie nagraliśmy dziesięć autorskich utworów. "Don't Touch Me There" ukazał się jako siedmiocalowy singiel w 1979 i rozszedł się w nakładzie 50 000 sztuk. W efekcie, pod koniec 1979 przeszliśmy pod skrzydła dużej wytwórni MCA Records. Nasza kariera nabrała rozpędu. Nie ukrywam, że wpływy oraz pieniądze dużej firmy znacznie nam pomogły. Na początku 1980 odbyliśmy aż pięć tras koncertowych (trwających łącznie cztery miesiące) po Wielkiej Brytanii wraz z Magnum, Def Leppard, Scorpions, Saxon oraz Iron Maiden. Uwielbialiśmy życie w drodze, ponieważ niemal wszystko mieliśmy zorganizowane i jedynym naszym zadaniem było wyjście na 40 minut na scenę i rozkręcenie publiczności. Niestety bańka pękła w 1983r., ale tylko po to, aby odnowić się w następnym stuleciu. Zebrałem nowy skład Tygersów w 2000r. (właściwie to Tygers Of Pan Tang działał aż do 1987 roku i wydał jeszcze dwa albumy w innym składzie - przyp.red.). Jako jeden z głównych, oryginalnych kompozytorów, do-

skonale czułem i rozumiałem, o co chodzi w tym zespole. Oczywiście świat wygląda teraz kompletnie inaczej, z mediami dostępnymi za jednym kliknięciem. Wciąż jest to ekscytujące, ale w inny sposób. Stałem się nieco dojrzalszy (tylko trochę!) i nadal cieszę się każdą chwilą koncertowania, komponowania i nagrywania. To fanastyczne, że dokądkolwiek się udajemy, występujemy jako główny zespół wieczoru. Czasami wolimy jednak ustąpić miejsca innej formacji, zwłaszcza na dużych festiwalach, po to aby zrelaksować się i chłonąć atmosferę wokół. Nigdy nie narzekałem na życie w zespole i nigdy nie będę tego robić. Tygers Of Pan Tang zakończyło pierwszy rozdział swojej historii, ponieważ Wasz label usiłował naruszyć waszą artystyczną niezależność. Robb Weir: MCA oczekiwało od nas w 1983r., że będziemy nagrywać utwory innych ludzi, a nie własne. Podjąłem stanowczą decyzję, że nigdy w życiu do tego nie dopuszczę. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego duży label narzuca utwory kogoś innego. Zwłaszcza, że Tygers Of Pan Tang udowodniło, że doskonale radzi sobie z komponowaniem takich albumów, których mnóstwo ludzi chce słuchać. "Wildcat" uplasował się na 13. miesjscu list brytyjskich a "Spellbound" na 18. Nasze zdolności kompozytorskie były dobrze udokumentowane i potwierdzone w praktyce. Ale cieszycie się pełną kreatywną swobodą odkąd powróciliście? Robb Weir: Wznowiłem Tygers w 2000 z silnym przekonaniem, że nikt nie będzie mi mówić, jakiego typu muzykę mam grać. Po tych wszystkich latach to ja wiem najlepiej, jak powinien brzmieć Tygers Of Pan Tang! Mam więc pełną artystyczną kontrolę nad każdym aspektem naszej twórczości. Tak powinno być zawsze.

Wokalista Richie Wicks wystąpił z wami tylko na jednym albumie i został zastąpiony przez Jacka tuż po wydaniu LP "Noises From The Cathouse" (2004). Jaka była tego przyczyna?Robb Weir, utrzymujesz przecież przyjazne relacje z wszystkimi poprzednimi członkami zespołu. Robb Weir: Richie był świetnym wokalistą o szerokim zakresie. Doskonale wpasował się ze swoim głosem na "Noises..." Ale patrząc wstecz, uważam, że ten album odbiega od naszego stylu. Nie zrozum mnie źle, nie brakuje mu udanych utworów - choćby mój faworyt "Master of Illusion" do dziś daje radę. Ale w pewnym momencie nasz manager pokłócił się z Richiem, nie udało nam się załagodzić konfliktu i zasugerowano nam, że Richie powinien odejść. Wydaje mi się, że może on mieć do nas żal, ale myśmy nie mieli z tą awanturą nic wspólnego. W każdym razie, ogłosiliśmy poszukiwanie nowego wokalisty. Włoska agencja skontaktowała się z nami, abyśmy przesłuchali Jacopo Meille ("Jack"), który wcześniej śpiewał w zespole Mantra. Sprawdziliśmy ich CD i zaprosiliśmy Jacka do Wielkiej Brytanii na próbę. Od pierwszych dźwięków "Take It" wiedzieliśmy, że to strzał w dziesiątkę. Jak czas pokazał, mieliśmy rację. Podobno Jonathan Deverill potrzebował "pokonać" 130 konkurentów, aby dołączyć do Tygers w 1981r., a byliście wówczas rozpoznawani jedynie w Wielkiej Brytanii. Czy w tym przypadku też braliście pod uwagę innych wokalistów? Robb Weir: Tak. Rozważaliśmy przyjęcie kilku osób z Wielkiej Brytanii, ale ostatecznie nie zaprosiliśmy ich na próbę. Jack wywarł na nas tak silne wrażenie, że zaufaliśmy naszym uszom, iż to on jest tym właściwym kandydatem. Lubiliśmy jego CD na tyle, że poprosiliśmy, aby przyleciał z Florencji pojammować z nami w UK. Jack odcisnął swoje piętno na klasycznych numerach Tygersów oraz śpiewa nowy materiał głośno i dumnie. Teraz już nie mógłbym wyobrazić sobie naszego zespołu bez Jacka robiącego burzę na przodzie sceny. Myślę też, że wszyscy staliśmy się bardziej dojrzali, odkąd połączyliśmy siły w 2004r., ale nadal z każdym dniem rozwijamy się. Mamy jeszcze wiele dobrego do zaoferowania. Które wydarzenie/wydarzenia w ciągu ostatnich 13 lat (czyli po dołączeniu obecnego wokalisty - przyp. red.) uważacie za najbardziej

Foto: Tygers Of Pan Tang

78

TYGERS OF PAN TANG


przełomowe dla historii Tygers Of Pan Tang? Jacopo Meille: Osobiście wskazałbym na współpracę z Chrisem Tsangridesem (producent, - przyp. red.) jako na jedno z najwspanialszych moich doświadczeń muzycznych. Wiele się od niego nauczyłem. To on pokazał mi, jak dać z siebie wszystko co najlepsze podczas nagrywania. Bez niego nie śpiwałbym tak jak śpiewam. Poza tym wyjątkowo dobrze wspominam wyprawę do Japonii. A w jakich okolicznościach Francesco Marras zasilił w zeszłym roku szeregi Tygersów? Jacopo Meille: Nie byliśmy w stanie zorganizować standardowego przesłuchania (z powodu restrykcji). Poprosiliśmy kandydatów, żeby przesłali nam video, na którym grają utwory "Hellbound" oraz "Don't Stop By". Zszokowała nas liczba chętnych gitarztystów. Mój dawny znajomy Alessandro Del Vecchio (producent, wokalista i klawiszowiec) napisał mi, żebym koniecznie zwrócił uwagę na Francesco, ponieważ dysponuje on niesłychanie technicznym warsztatem oraz talentem. Miał rację. Wszyscy polubiliśmy Francesco, bez cienia wątpliwości. Doskonale wie, jak komponować piosenki oraz jak współpracować z ludźmi. Jest otwarty na wypróbowywanie nowych rozwiązań i bardzo zależy mu na każdym utworze. Osobiście czuję się dumny, że jest on drugim Włochem w składzie Tygers Of Pan Tang. Z roku na rok pojawia się coraz więcej utalentowanych hard'n'heavy muzyków z naszego kraju. Wasza nadchodząca składanka "Majors & Minors" ma za zadanie "kontynuować spóściznę zespołu ze starannie wyselekcjonowanymi utworami, które napisaliście i nagraliście przez ostatnie 13 lat" (zgodnie z notką prasową). Czy zgadzacie się, że właśnie ten repertuar oddaje właściwie dorobek artystyczny Tygers Of Pan Tang z wokalistą Jackiem Meille? Jacopo Meille: Szczerze mówiąc, jako kolekcjoner albumów, nigdy nie interesowały mnie kompilacje. Zazwyczaj jeśli lubię jakiś zespół, to wolę kupić jego całą dyskografię. Z drugiej strony, nigdy dotąd nie doświadczyłem uczucia wydania składanki odzwierciedlającej wiele moich lat w tym samym zespole. Śpiewam w Tygersach niezmiennie od dłuższego okresu czasu, w którym ukazały się cztery LP oraz cztery EP. Dołączyłem w 2004r., więc tego listopada stuknie 17 lat. Jestem dumny zarówno z osiągnięć zespołu, jak i z własnych osiągnięć jako człowiek oraz wokalista. To wręcz surrealistyczne, że moje imię zapisało się w historii Tygersów. "Majors & Minors" okazuje się najlepszym możliwym sposobem na wyrażenie mojej miłości oraz poświęcenia dla Tygers of Pan Tang. Zastanawiam się przy okazji nad dwoma sprawami: momentem ukazania się takiej kompilacji oraz doborem utworów. Wydaje się, że maj 2021r. to perfekcyjny czas ze względu na obecną koncertową stagnację. Wiem jednak, że macie już 20 nowych utworów ukończonych z myślą o następnym LP, więc "Majors & Minors" stanie się wkrótce niekompletne w roli "prezentacji Tygers Of Pan Tang z Jackiem Meille". Za chwilkę fani popatrzą na tą składankę i powiedzą: "cóż, ten zespół ma kilka lepszych kawałków z Jackiem".

Robb Weir: Tak, to prawda. Nowe kawałki brzmią świeżo i są perfekcyjnie zrównoważone jak na współczesny hard rock. Oczywiście, jak tylko ukaże się kolejny LP, nasz repertuar ulegnie znaczącej zmianie. Postrzegałem zawsze karierę Tygerów jak chodzenie pod górę schodami. Wraz z każdym wydanym albumem wspinamy się o stopień wyżej. Decydującym czynnikiem pozwalającym nam na to jest przychylna nam prasa. Pozytywne recenzje bardzo nam pomagają. Już teraz mogę jednak powiedzieć, że nasz nowy materiał wnosi wiele nowego, po części z uwagi na nowego gitarzystę, Francesco Marrasa. Jego wkład okazał się nieoceniony - nie mogę doczekać się rozpoczęcia sesji nagraniowej. Pragnę, aby wreszcie wszyscy usłyszeli nasze nowe utwory. Odnośnie Twojego przypuszczenia, że "wkrótce Tygers będą mieć lepsze kawałki z Jackiem"... Czasy się zmieniają. Pierwsze cztery

Natomiast "If You See Kay" prawie się załapało - jest moim ulubionym kawałkiem na "Animal Instinct" (obok "Dark Rider" i "Rock Candy"). Ale to "Let It Burn" pozytywnie nas zaskoczyło, kiedy ją sobie przypomnieliśmy. Nie pamiętaliśmy, jak dobry był ten utwór, ale po jego ponownym usłyszeniu uświadomiliśmy sobie, że to idealny reprezentant części "minor". Wspaniała kompozycja, która nie dostała dotąd swojej szansy, aby zabłysnąć. Może dlatego, że "Let It Burn" napisaliśmy tuż przed wejściem do studia. Co do "I Got The Music In Me", jestem bardzo zadowolony z tego, jak mój głos tam wypadł, ale zakładaliśmy umieszczenie tylko naszych autorskich utworów na kompilacji. Cieszę się, że o nim wspomniałeś. Poza dobrze znanymi piosenkami, "Majors & Minors" zawiera również nowe "Plug Me

Foto: Tygers Of Pan Tang

albumy Tygersów z początku lat osiemdziesiątych są teraz podnoszone przez prasę do rangi kultowych. To są fundmanety naszego stylu. Bez nich nie istniałoby coś takiego jak "brzmienie Tygersów". To one pojawiły się jako pierwsze. Jack wiele nowego wniósł (wraz ze swoim niekwestionowanym talentem), ale w ramach już istniejących podstaw. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po otrzyma niu "Majors & Minors", było spisanie tytułów moich ulubionych utworów z waszych ostatnich czterech LP. Dopiero w drugiej kolejności spojrzałem na wasz wybór. Największa różnica polegała na tym, że nie zdecydowaliście się na "If You See Kay" ani na "I Got The Music In Me" (cover The Kiki Dee Band), podczas gdy ja tak. Jak trudne było dla was dokonanie selekcji? Czy zdarzyło się np. tak, że ktoś upierał się przy którejś kompozycji, ale pozostali nie zgodzili się? Jacopo Meille: Kiedy nasz label Mighty Music poprosił nas o wskazanie odpowiedniej setlisty, od razu wiedzieliśmy, że będzie to trudne. Zmotywowało mnie to jednak do refleksji i do ponownego wysłuchania ostatnich czterech LP. Robb od razu wymyślił tytuł "Majors & Minors", co w pewnym sensie pomogło nam dokonać selekcji. Z albumu "Animal Instinct" wszyscy chcieliśmy "Hot Blooded", ponieważ często graliśmy go na żywo. To bardzo intensywna piosenka hard rockowa.

In" i "What You Say", a "Spoils Of War" otrzymało alternatywny, okiestrowy mix. Podoba mi się to. Jacopo Meille: Cóż, chcieliśmy dodać coś extra. Od początku planowaliśmy umieścić "What You Say" na regularnym LP, a nie zrobiliśmy tego tylko ze względu na ograniczenia dopuszczalnej długości formatu płyty winylowej. Wszyscy jednak uwielbiamy "What You Say" do tego stopnia, że chcieliśmy je na "Majors & Minors", zamiast wybrać w to miejsce coś innego. Pozwól, że przy okazji sprostuję ten kawałek pojawił się wcześniej, dokładnie na stronie B 7" singla "Only The Brave". Co do "Plug Me In", wyróżnia go zaraźliwy groove, wobec czego kojarzy mi się on z wczesnym Tygersem. Zdaję sobie spraę, że nieliczni to

TYGERS OF PAN TANG

79


wcześniej słyszeli, ponieważ stanowiło to stronę B 7'' singla "Never Give In". Kiedy miksowaliśmy LP "Ritual", potrzebowaliśmy zdecydować, którą wersję "Spoils Of War" wolimy i padło na tą zorientowaną bardziej na hard rock. Ale zarówno Robb, ja, jak i nasz perkusista Craig, lubiliśmy również pompatyczną wersję orkiestrową. Kiedy więc label zaproponował kompilację, nie mieliśmy najmniejszej wątpliwości, że musi ona zawierać orkiestrową wersję "Spoils Of War". Podobają mi się wszystkie cztery ostatnie LP Tygers Of Pan Tang na tyle, że polecam wszystkim słuchanie ich w całości. Czy rozważaliście też przygotowanie specjalnej edycji zawierającej je wszystkie? Podobnie jak

czonych muzyków? Robb Weir: Nasze uszy to nasza kariera w muzycznym biznesie. Ochrona słuchu jest kluczowa, niezależnie od tego czy gramy w zespole, pracujemy w studiu, jesteśmy dziennikarzami muzycznymi czy didżejami. Wszyscy kochamy hałas, potrzebujemy dokładnie słyszeć każdy dźwięk, lubimy kopiące uderzenie perkusji. Musimy jednak pamiętać o umiarkowaniu. W zasadzie, słyszymy wszystko dokładniej wtedy, gdy wzmacniacz jest odkręcony na 8 zamiast na 11. Mamy dostępne rozmaite metody ochrony słuchu, więc nie powinno się zdarzyć, że ktoś głuchnie. Łatwo powiedzieć, chociaż osobiście nigdy nie używałem żadnej ochrony słuchu w ciągu moich 43 głośnych lat na scenie i cieszyłem się w pełni każdą jedną

chodziło, to tworzenie świetnych utworów oraz granie ich na żywo. To nas zawsze napędzało. Teraz nie możemy występować, ale i tak żonglujemy pomysłami, riffami i melodiami. Od września 2020 napisaliśmy (ja, Francesco i Craig) 20 nowych kawałków opartych o ciężkie riffy. Chcemy nagrać je tak szybko, jak to możliwe, aby fani wreszcie je usłyszeli. W tym samym wywiadzie wspomnieliście również o Rosji. A co powiedzielibyście o show w Ghanie? Legenda głosi, że Twoi rodzice (rodzice Robba Weira - przyp. red.) byli brytyjskimi lekarzami na misji medy cznej w Ghanie, gdzie urodziłeś się w 1958. Robb Weir: Ta legenda jest prawdziwa. Bardzo chętnie poleciałbym do Ghany lub do Rosji, ale w tej chwili nie da rady. Nie słyszałem, żeby jakiś brytyjski zespół zagrał kiedyś w Ghanie, co czyni ów pomysł wyzwaniem. Nie pytałem jeszcze naszego agenta o organizację występu w ich stolicy Accra, ale właściwie mógłbym teraz to zrobić. Chętnie wybrałbym się też na trasę po głównych rosyjskich miastach. Zobaczymy, co będzie możliwe w 2022r. Jakie są Wasze dokładne zamiary odnośnie Ritual Over Europe Tour? Jacopo Meille: Zostaliśmy zmuszeni do przełożenia tych imprez na rok 2022r., choć większość z nich i tak była już raz przekładana. Możliwe są jednak nasze występy 28 sierpnia 2021r. na Stoneded Festival w UK, a także we Francji i w Norwegii pomiędzy wrześniem a październikiem 2021r. Zachęcam do śledzenia naszej oficjalnej strony internetowej. Mamy nadzieję, że do nich dojdzie. Problemem jest fakt, że mieszkam we Włoszech, Francesco w Niemczech, a pozostali w Wielkiej Brytanii. Mam nadzieję, że restrykcje zostaną zniesione do czerwca 2021r.

Foto: Tygers Of Pan Tang

dziesięć lat temu wyszedł limitowany do 1000 egzemplarzy box z waszymi pierwszymi czteremi albumami studyjnymi, tj. "Wild Cat" (1980), "Spellbound" (1981), "Crazy Nights" (1981), "Cage" (1982). Robb Weir: Nie. Te pierwsze albumy pojawiły się, a następnie zniknęły (choć oczywiście nie przepadły) wraz z rozsypaniem się oryginalnego składu. Jack ma się dobrze i jest regularnym członkiem zespołu. Wciąż tworzy z nami następne albumy. Teraz jest czas na nagrywanie nowych rzeczy, a nie na wznawianie starszych. W "Majors & Minors" chodzi jedynie o podsumowanie naszych ulubionych utworów dla nowych słuchaczy, którzy wcześniej nas nie słyszeli i nie są pewni od czego zacząć. Ta składanka idealnie sprawdza się w takiej właśnie sytuacji. Wewnątrz znalazły się wysokiej jakości grafiki i zdjęcia oraz osobiste wspomnienia członków zespołu, ponieważ zależy nam, żeby fani dostali od nas to, co najlepsze, a nie jakieś tanie CD ze śmietnika. Zwykliśmy przykładać wagę do szczegółów. Wasz basista ze "złotych" lat osiemdziesiątych, Richard "Rocky" Laws powiedział kiedyś: "moje dni w Tygersach pozostawiły mnie z permanentnie uszkodzonym słuchem; niektóre gigi są tak głośne, że odczuwam ból dopóki nie założę ochraniaczy słuchu". Czy jest to powszechny problem wśród doświad-

80

TYGWERS OF PAN TANG

nutą, więc co ja tam do cholery wiem. Robb Wier, w poprzednim wywiadzie dla Heavy Metal Pages powiedziałeś, że chciałbyś zagrać na Islandii. Przykuło to moją uwagę, ponieważ największą grupą obcokrajowców na Islandii stanowią Polacy (około 14 000 Polaków wśród populacji 340 000, czyli 4%). Jestem jednym z nich. Bruce Dickinson był tutaj, Metallica była, Guns'n' Roses, Robert Plant, Patti Smith też. Nawet Judas Priest planowało, ale ostatecznie to odwołali. Czy chcielibyście do nas przy jechać np. wraz z Judas Priest? Rob Halford jest wielkim fanem kotów, więc podejrze wam, że lubi też tygrysy. Odbywają się tu całkiem duże festiwale, np. Solstice Festival i Iceland Airways. Byłoby super, gdybyście do nas zawitali! Robb Weir: Jak najbardziej tak. Szczerze mówiąc, wszędzie chętnie zagralibyśmy, ponieważ nasz ostatni koncert odbył się 8 marca 2020 w Belgii i nie widzieliśmy się od tego czasu. Nigdy nie mieliśmy aż tak długiej przerwy w ciągu mojej 17 letniej kariery w Tygers Of Pan Tang. Czy czuliście się bardziej energiczni (żeby nie powiedzieć podekscytowani) w 2008, ale bardziej ograniczeni w 2021? Robb Weir: Nie. Jedyne, o co nam zawsze

Co robicie ze swoją kreatywną energią, kiedy nie możecie w pełni zajmować się muzyką? Jacopo Meille: Jestem maniakalnym pasjonatem muzyki. Kiedy nie komponuję, nie nagrywam ani nie występuję z Tygersami, pracuję nad innymi projektami, np. Sainted Sinners z Frankiem Pané (Bonfire) lub moim włoskim zespołem Damn Freaks. Ponadto uczę muzyki w szkole muzycznej, pokazuję jak pisać własne kawałki. Pomaganie młodym zespołom jest wdzięcznym wyzwaniem. To cieszy, że ludzie odkrywają dzięki mnie nowe dźwięki oraz rozwijają własne umiejętności. Co przyniesie przyszłość? Jacopo Meille: Chcę kontynuować tworzenie takiej muzyki, jaką kocham. Pozostaję niewzruszonym optymistą. Śpiewanie w Tygersach pokazało mi, że bez względu na wszystko, jeżeli wierzysz w to co robisz, osiągniesz swój cel. Sam O'Black


Brzmiało po prostu morderczo Solitary jest brytyjską kapelą thrash metalową, która swoją działalność rozpoczęła w trudnych dla thrash metalu czasach, czyli w latach 90. O historii i muzyce zespołu, o tym jak pokonywali problemy stojące na jego drodze oraz o najnowszym albumie "The Truth Behind the Lies", opowie nam wokalista i gitarzysta rytmiczny Richard Sherrington wraz z basistą Gareth Harrop'em. HMP: Cześć. Jak opisalibyście muzykę Solitary dla ewentualnych nowych słuchaczy? Richard Sherrington: Nasza muzyka to definitywnie thrash metal. Myślę, że w ciągu ostatnich lat, kiedy tradycyjne podejście do thrash metalu powróciło, byliśmy w stanie dodać tego staro-szkolnego klimatu do naszego materiału. To zabawne, bo taka muzyka nie pasowałaby do 1994 roku, w którym powstał Solitary. Sądzę, że tak naprawdę "The Gathering" Testamentu było czymś, co ponownie otworzyło drzwi powracającym standardom thrash metalu, tej specyficznej perkusji i rytmicznym gitarom grającym tryplety. To był definitywnie moment, w którym zdecydowaliśmy, że będziemy pisać riffy takie jak w 1989r. Muzycznie próbujemy tworzyć agresywny materiał, skupiając się na tym, by był tak intensywny, jak to tylko możliwe, jednak zawsze potrzebne jest coś, co przyciągnie uwagę w kompozycji; coś co sprawi, że utwór stanie się wyjątkowy. Jesteście w przemyśle muzycznym 25 lat, czy mam rację? Co zmieniło się dla was przez te wszystkie lata? Richard Sherrington: Tak, jesteśmy obecni przez ostatnie 26 lat. Przez ten okres czasu wiele się dla nas zmieniło. Internet nie istniał, kiedy zaczynaliśmy. Sprzedaż kaset i pisanie listów były jedynymi sposobami, dzięki którym mogliśmy się rozreklamować. Wtedy głównie chodziło o nagranie dema i zdobycie kontraktu. Winyle wtedy powoli zaczęły odchodzić do lamusa. Gdyby ktoś nam powiedział, że w 2020r. będziemy wydawać album na winylu, to nie uwierzylibyśmy. Jednak by być szczerym, nikt nie spodziewał się tego, że wciąż będziemy istnieć jako zespół, ani tego, że będziemy nagrywać album z Simonem Efemeyem. Musieliśmy dostosować się do sytuacji, w której byliśmy przez te wszystkie lata. Po 2000r. była to kwestia przetrwania nas jako zespołu. Mieliśmy duże długi przez nagranie "Nothing Changes" i promującą go trasę. Z całym długiem, który musiał zostać spłacony, nasze szanse na nagranie kontynuacji tego albumu w rozsądnym czasie zostały całkowicie zniszczone. Pomimo faktu, że wydanie "Requiem" zajęło nam kilka lat, sam album pozwolił nam stać się finansowo stabilnym podmiotem i prawdopodobnie to pozwoliło nam przetrwać jako zespół. Zasadniczo w 2013 roku zbudowaliśmy własne studio, w którym odbywaliśmy próby. Pozwoliło nam to zmniejszyć koszty nagrywania dema i ułatwiło próbowanie nowych konceptów. W tym czasie zaczęliśmy rezerwować sobie miejsca na małych festiwalach w Wielkiej Brytanii, zaś nasza sytuacja zaczęła się naprawdę dla nas roz-

wijać. W zasadzie, byliśmy w stanie wypuścić pięć wydawnictw, licząc od 2014 roku. To wszystko zaczęło się z koncertówką "I Promise to Thrash Forever" (2014), następnie wydaliśmy "The Diseased Heart of Society" (2017), a rok później nasze pierwsze dwa albumy jako "Nothing Changes 20th Anniversary Edition" (zawiera EP "The Human Condition" i LP "Nothing Changes" - przyp. red.), przy współpracy z niderlandzkim labelem Doc Records. Rok potem ukazało się EP

jest to album dopracowany pod każdym względem. Myślę, że zadziałała ta dodatkowa przestrzeń, którą daliśmy utworom. Naprawdę jestem podekscytowany produkcją. Jest masywna i czuć ciężar. Złożyło się na nią sporo ciężkiej pracy i pasji. Uważam, że końcowy rezultat jest wart tych wysokich standardów, które sobie wyznaczyliśmy w procesie twórczym. Richard Sherrington: "The Diseased Heart of Society" - naprawdę lubię ten krążek, jest na nim kilka wspaniałych utworów. Kiedy pisaliśmy ten album, skupiliśmy się głównie na tym, by dobrze się to grało na koncertach. Kierowaliśmy się zasadą, że każdy utwór ma być krótki i przebojowy, co sprawiło, że cały album utrzymuje podobny charakter. To był nasz pierwszy raz, kiedy pracowaliśmy z Simonem, co również dla nas okazało się przełomowym doświadczeniem. Był to także moment, w którym sytuacja zaczęła się dla nas intensywniej rozwijać. Ten album otworzył nam wiele drzwi. Natomiast mam mieszane uczucia co do "Requiem". Nagraliśmy sekcję rytmiczną w roku 2004, jednak kolejne cztery lata zajęło nam, by dopracować inne części i wydać cały album. Ale to już inna historia. Jeśli chodzi o porównanie do tego jak

Foto: Solitary

"XXV". Teraz zaś wydajemy nasz pierwszy album "The Truth Behind Lies" (2020) za pośrednictwem Metalville. Rezultatem tych działań była możliwość zagrania na większości z największych brytyjskich festiwali, a także trzy występy w Europie kontynentalnej (licząc od 2017 roku). Który album polecacie do rozpoczęcia przy gody z waszym zespołem? Czy byłby to debiut "Nothing Changes", album "Requiem", a może najnowszy krążek "The Truth Behind the Lies"? Richard Sherrington: Uważam, że zawsze powinno się zaczynać z ostatnim wydawnictwem i wracać do początku. "The Truth Behind Lies" jest sumą naszych poprzednich wysiłków. Gareth Harrop: Nowy album "The Truth Behind Lies" jest z pewnością dobrym startem. Jest agresywny i jednocześnie chwytliwy, a sposób w jaki został napisany sprawia, że

śpiewam obecnie, to różnica jest olbrzymia. To powiedziawszy, był to styl popularny w tamtym czasie, więc wydawał się prawidłowym kierunkiem. Album wydaje się zróżnicowany stylistycznie, bo wiele utworów mogłoby zostać zawarte na "Nothing Changes", ale dwa lub trzy położyły fundament pod to, jak brzmimy dzisiaj. Wciąż mam grymas na twarzy słysząc wokale na tym albumie. Gareth Harrop: Nasz pierwszy longplay "Nothing Changes" był tak naprawdę miksem pierwotnego thrashu w stylu kapel takich jak Testament i Slayer, oraz rzeczy typu Machine Head i Pantera. Jeśli podobają Ci się nasze nowsze albumy, to możesz wrócić i posłuchać początkowych zmagań zespołu próbującego znaleźć swoje brzmienie. Jest na nim parę klasyków - taki "Within Temptation" wciąż jest grywany na koncertach, kiedy tylko mamy na to ochotę. "The Truth Behind the Lies" został nagrany

SOLITARY

81


przy współpracy z nowym/starym basistą, Gareth Harropem. Richard, czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o współpracy z nim? Richard Sherrington: Świetnie jest móc znowu współpracować z Garethem. Nie widzieliśmy się od lat, jednak od momentu, w którym zaczął z nami ponownie grać próby, czujemy się, jakby nigdy nas nie opuszczał. Tutaj przekażę pałeczkę Garethowi, jednak chciałbym podkreślić, że wniósł do nas coś, czego brakowało na dwóch ostatnich albumach. Gareth Harrop: Jako nastolatek w latach 90. zacząłem chodzić na koncerty, a mój przyjaciel Matt zaczął mnie zabierać na występy kapeli swojego kuzyna, Richa, o nazwie Solitary. Zrobili na mnie ogromne wrażenie, chodziłem więc wszędzie tam, gdzie oni grali. Kiedy Matt w końcu dołączył do kapeli jako gitarzysta prowadzący, ja zacząłem prowadzić korespondencję i zajmować się sprzętem na występach. Zacząłem trenować w moich własnych

łem zespół, tak więc jedyną osobą, z którą do tamtej pory nie grałem, był gitarzysta prowadzący Andy. Od razu przeszliśmy do pisania i nagrywania demówek z nowym materiałem. Mieliśmy zarezerwowanych kilka letnich festiwali w Wielkiej Brytanii oraz w Europie kontynentalnej, tak więc znowu rzuciliśmy się w wir aktywności, tym razem na jeszcze większą skalę. Inną różnicą pomiędzy tym okresem a moim początkiem w Solitary było to, że nie brałem udziału w pisaniu "Nothing Changes", perkusja była też nagrana, więc dawniej wszystko sprowadzało się do nauki. Jednak tym razem mogłem dodać więcej od siebie do procesu nagrań i napisać moje własne motywy. Nowoczesna technologia umożliwia pracę nad pomysłami w domu i szybkie dzielenie się nimi z innymi. Jest to użyteczne. Reszta pozostaje kwestią nauczenia się materiału w sali prób i dopracowania go.

zespołach w salce prób obok Solitary. Pewnego dnia, po tym jak weszli do studia nagrywać "Nothing Changes", dostałem telefon. To byli oni. Mówili, że potrzebują basisty i że nadałbym się. Ten telefon rozpoczął szalony okres uczenia się zarówno materiału do nagrań, jak i wczesnego katalogu ich utworów, który składał się na godzinny set. Na szczęście znałem już strukturę utworów całkiem dobrze, stąd zajęło mi to tylko kilka tygodni, by wszystko doszlifować, zanim zaczęliśmy nagrywać bas i jeździć w trasy. Trzy kolejne lata wypełniły niezliczone trasy, które graliśmy weekendami, oraz ciągła praktyka po trzy cztery razy w tygodniu. W pewnym momencie okazało się to męczące. Ze względu na pracę we wczesnych latach 2000 wyprowadziłem się z Preston, co poskutkowało opuszczeniem przeze mnie zespołu. Wciąż jednak występowałem, tym razem w moich własnych kapelach, a jednocześnie śledziłem poczynania Solitary. Niespodziewanie pod koniec roku 2018 (podobnie jak 20 lat wcześniej) dostałem od nich telefon. Wspaniale było powrócić do sali prób Solitary. Byłem pod wrażeniem ich nowego studia. Zaczęliśmy grać i wszystko od razu pasowało. Nasz perkusista Roy doszedł parę lat wcześniej zanim opuści-

Z tego co czytałem na Metal Archives, pięć na dziewięć zmian w kapeli dotyczyło stanowiska basisty. Czy to jest czysty przypadek? Richard Sherrington: Myślę, że to jest kwestia tego, że bycie w zespole wymaga dużego poświęcenia. Ja, Roy oraz Andy, zawszę dążyliśmy do osiągnięcie tych samych celów, przyzwyczailiśmy się do bycia w kapeli i byliśmy przygotowani na wzloty i upadki, tak samo jak zadawaliśmy sobie sprawę z kosztów utrzymania grupy. W przeszłości mieliśmy wielu basistów i pomimo tego, że podobało im się w Solitary, często przytłaczało ich techniczne zaawansowanie naszej muzyki lub koszta finansowe, które musieli ponosić. Granie w lokalnym barze w piątek wieczorem nie wpływa na twoją pracę lub życie rodzinne, ale podróż do Austrii już tak, a to drugie w naszym przypadku było bardziej prawdopodobne.

Co jest w ogóle z basistami w waszej kapeli?

Foto: Solitary

82

SOLITARY

Czy moglibyście opisać, jak powstał wasz najnowszy album? Jak długo nad nim pracowaliście? Richard Sherrington: Myślę, że zaczęliśmy myśleć nad pomysłami na album pod koniec roku 2018, wiedząc, że będziemy nagrywać w 2019r. Pracowaliśmy nad nimi intensywnie

przez sześć lub siedem miesięcy. To najkrótszy okres czasu, w którym zdołaliśmy napisać i nagrać cały album. Rok 2019 okazał się dla nas naprawdę stresujący. Nasz management powiedział, że musimy mieć album gotowy do rozesłania po wydawnictwach na początku roku 2020, co wydawało się osiągalne w momencie zawarcia umowy w roku 2018. Jednak po tym dostaliśmy parę ofert z letnimi występami w Europie oraz możliwość zagrania na festiwalu Bloodstock. W rezultacie przeznaczyliśmy kilka miesięcy na przygotowywanie się do nich. Gareth Harrop: Pre-produkcja wstępnych wersji utworów zaczęła się zanim ukończyliśmy komponowanie całego materiału. Rich po ukończeniu swoich wersji przesyłał je od razu do Simona, potem my je dostawaliśmy i dopracowywaliśmy. Ze względu na to, że perkusja jest instrumentem najbardziej czasochłonnym i kosztownym do nagrania w stosunku do ceny całej sesji, zdecydowaliśmy się nagrać ją w naszym studiu. Z Rayem, Andym i Richem spędziliśmy nad nią sporą ilość czasu. Kiedy przyszedł moment na gitary, Simon sprawił, że gitarzyści używali swoich wzmacniaczy Engl wraz z kemperami, tworząc w studio naprawdę potężną ścianę dźwięku. Bas był bardzo surowy. Grałem przez pełny zestaw Ampeg podkręcony tak głośno, że aż cały budynek wibrował. Simon to wszystko połączył i brzmiało to po prostu morderczo. Masywny dźwięk gitar z w pełni obecnym basem - nie muszę chyba wspominać, że nie mogłem być bardziej szczęśliwy. Simon to legenda; przez lata zrobił wiele różnych nagrań, które były moimi ulubionymi. Naprawdę miałem frajdę mogąc z nim nagrywać. Było coś szczególnego w sposobie, w jakim nagrywa i miksuje niskie tony - pomaga on uwydatnić sound tak, by wszystko brzmiało potężnie, a jednocześnie naturalnie i "prawdziwie". To jest jedna z tych rzeczy, którą naprawdę wyróżniają się jego produkcje. Myślę, że Rich miał najtrudniej w studiu. Simon zmusił go do poszerzania horyzontów wokalnych, co oczywiście wiąże się ze sprzeczkami i stresem. Było parę nerwowych sesji, ale Rich zawsze dawał sobie z tym radę i w końcu wszyscy mogli się zrelaksować. Nic, co jest coś warte, nie przychodzi łatwo. Czym się różni "The Truth Behind the Lies" od "The Diseased Heart of Society"? Richard Sherrington: Uważam, że nowy album w porównaniu do poprzedniego jest krokiem naprzód, jeśli chodzi o jakość produkcji i wykonanie. Utwory na "The Truth Behind the Lies" są dłuższe. Pomimo tego, że poprzedni album zawiera dziesięć utworów, ma krótszy czas trwania niż nasz najnowszy. Obecnie uznaliśmy, że mamy napisać bardziej zaangażowane utwory, co jest spoko, ale tylko do momentu, w którym potrzebuję napisać tekst, ponieważ trzeba się przebić przez więcej sekcji. Powiedziałbym, że utwory są bardziej agresywne, ale również bardziej przystępne. Simon przymusił mnie do zmiany podejścia do śpiewu w porównaniu z poprzednim albumem, a same utwory też są bardziej eksperymentalne. Gareth Harrop: Nowy album wydaje się być bardziej albumem dla mnie. Te utwory zostały napisane razem i pasują do siebie. Naprawdę lubię przedostatnią płytę, jednak bardziej wydaje się ona składanką utworów do grania na żywo. Oba albumy zostały wyprodukowane przez Simona, ale ten brzmi potężniej oraz


bardziej energicznie, agresywnie, naturalnie i dynamicznie niż poprzednik. Czy wasz najnowszy album został stworzony z jednym motywem przewodnim? A może jest raczej kolekcją różnych myśli bazowanych na waszym doświadczeniu i inspiracjach? Richard Sherrington: Nie jest to album koncepcyjny, jednak wszystko obraca się wokół wytrwałości i pokonywania własnych demonów. Mam to szczęście, że nie zmagałem się z problemami natury zdrowia psychicznego, stąd nie pisałem tych utworów z mojego osobistego doświadczenia. Było to jednak coś, co chciałem napisać, ponieważ jest to bardzo widoczne w obecnym społeczeństwie. Utwór tytułowy stanowi jedyny wyjątek, który napisałem w całości na temat Brexitu. Zdumiały mnie otaczające mnie kłamstwa oraz to, jak rasistowskie i chciwe wyrzutki naszego społeczeństwa dążyły do powtórki mrocznych dni z początku roku 1980. Zbliża się okres desperacji.

pory jest najbardziej wymagającym materiałem do zagrania. Jeśli jednak miałbym wybrać jeden utwór, to wskazałbym nasz pierwszy singiel, "Abominate". Są w nim pewne fragmenty, po których wciąż miewam koszmary odnośnie ich bezbłędnego wykonywania. Kto i jak stworzył grafikę na "The Truth Behind the Lies"? Richard Sherrington: Udało nam się przekonać Koota by wrócił z emerytury i stworzył dla nas okładkę na EPki z okazji 25-lecia "XXV" oraz na najnowszy album. Odpowiadał on za wiele okładek brytyjskiego metalu we wczesnych latach 90. Współpracowały z nim kapele takie jak Saxon, The Exploited oraz The Almighty. Na szczęście udało mi się z nim spotkać i zapytać, czy byłby zainteresowany powrotem do pędzla. Spodobało się mu to co robiliśmy i z chęcią przystał na współpracę. Jeśli chodzi o koncept okładki, wysłałem mu demo z utworem tytułowym oraz z

downów. A co sądzisz o najnowszym albumie Xentrix? Richard Sherrington: Nagrałem wokale wspierające do dwóch utworów na tej wersji, na której śpiewał Chris Astley, stąd mam obie wersje tego albumu. Naprawdę lubię to, co Jay zrobił z tekstem "World of Mouth" - jest to mój ulubiony utwór. Szczerze mówiąc, nie byłem przekonany do oryginalnej wersji tego kawałka i uważam, że Jay zrobił go lepiej. Jest to ich najlepiej brzmiący album. Naprawdę cieszę się, że Den i Stan prowadzili tą kapelę tak dobrze, że w końcu stała się powszechnie znana wśród metalowców. Zasługiwali na to. Szkoda tylko, że tak ze 30 lat za późno. Poza tym, gdyby nie oni, to pewnie z tobą bym nie rozmawiał. Co zamierzacie robić w 2021r? Richard Sherrington: Obecnie naprawdę

Czy "Truth Behind the Lies" jest bardziej o tym, co ktoś czuje niż o tym, co ktoś widzi? Richard Sherrington: Szczerze powiedziawszy nie myślałem o tym tak głęboko, jednak tytuł i grafika pokazują, że to co widzimy powierzchownie, nie zawsze wydaje się tym, czym jest. Myślę, że powinieneś zagłębić się w album by odkryć znaczenie utworów, bo wiele osób podczas tego zgłębiania się znajdzie rzeczy, które z nimi współgrają. Prawda kryjąca się za kłamstwem zarówno zawiera to, co czujesz, jak i to co widzisz. Chciałbym, aby skłoniło cię to do zastanowienia się, co kto do ciebie mówi. Co sądzicie o tym, że kłamstwo ma zawsze w sobie ziarenko prawdy? Richard Sherrington: Z tego co widzę, całym sensem kłamstwa jest ukrycie realności sytuacji. Na przykład drugi utwór "The Dark… The Resilient" jest o kimś odpowiedzialnym za wypadek, którego skutkiem była sytuacja zagrażająca życiu poszkodowanej osoby (The Resilient). Pierwszy wers określa perspektywę ofiary oraz tego, w jaki sposób ona pokonała ową sytuację. Drugi wers przedstawia zaś perspektywę sprawcy (The Dark), to w jaki sposób chce zaprzeczyć wydarzeniu oraz jego niechęć do wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny. Refreny określają zaś to, w jaki sposób obie strony, każda na swój sposób, są prześladowane przez konsekwencje wypadku. Gareth Harrop: Myślę, że najbardziej wiarygodne kłamstwa są częściowo oparte na prawdzie. A nawet kiedy nie są, to wciąż tkwi w nich sugestia, co kłamca chciał ukryć, dzięki czemu kłamstwo łatwo może się zdradzić. Który utwór z najnowszego albumu jest was najciężej zagrać? Richard Sherrington: Nie jestem pewien, ponieważ jeszcze ich nie śpiewałem ani nie grałem (ze względu na lockdown). Myślę jednak, że utwór tytułowy będzie cholernie ciężki. Już był trudny do grania bez śpiewania, jednak zobaczymy, jak to będzie wyglądało, kiedy wreszcie wrócimy do koncertowania. Masa liryków została napisana podczas pre-produkcji, kiedy nie graliśmy prób, stąd mogą być pewne elementy, przy których będę wręcz potrzebował wspomagaczy. Zobaczymy. Gareth Harrop: Cały nowy album jak do tej

Foto: Solitary

wszystkimi lirykami, które napisałem do tamtego momentu, zaś on po prostu stworzył arcydzieło. Uwielbiam, że za każdym spojrzeniem na tą okładkę odkrywa się coś nowego. Gareth Harrop: Oglądanie szkiców koncepcyjnych Koota okazało się wspaniałym przeżyciem. Kilka szkiców, które nam wysłał, wystarczyło, by wzniecić w nas ekscytację. Niektóre zamieściliśmy w teledysku do "Abominate". Rzeczą, która naprawdę wywarła na mnie ogromne wrażenie, było oko w centrum grafiki, wyglądające naprawdę niezwykle. Żeby to uzyskać, dosłownie stworzył on pełny fizyczny model, który mógł potem odpowiednio oświetlić i namalować jak prawdziwy obiekt. Po prostu coś zdumiewającego.

ciężko cokolwiek planować. Szczególnie, że nie wiemy, jak będzie wyglądał nasz kolejny rok, jeśli chodzi o koncertowanie na żywo. Wszystkie występy, które mieliśmy zaplanowane na 2020r. zostały przeniesione na rok 2021. Zakładając, że powrócimy do jakiejś "normalności", najprawdopodobniej zawitamy do Europy. Jeśli nie, to po prostu zaczniemy pracować nad kolejnym albumem i nagramy kilka teledysków do utworów z tego albumu. Gareth Harrop: Będę się modlił do dowolnego bóstwa, które zwróci na nas uwagę oraz pozwoli nam wyjść i zagrać kilka koncertów. Koncertowanie jest częścią tego, kim jestem jako muzyk. Nie mogę doczekać się powrotu na scenę.

Czy moglibyście wymienić kilka dobrych i świeżych kapel thrash metalowych? Richard Sherrington: Szczerze powiedziawszy, przez to, że graliśmy koncerty przez ponad dwanaście miesięcy, nie byliśmy w stanie dokładnie poznać twórczości żadnej nowej kapeli. Jednak powiedziałbym, że każdy powinien sprawdzić album zespołu naszych przyjaciół Sharpnel o tytule "Palace For The Insane". Jest świetny, to jeden z głównych albumów na mojej playliście podczas tych lock-

Jacek Woźniak

SOLITARY

83


Monstrualny penis Wokalista MP okazał się pierwszoligowym gadułą. Wyczerpująco i z dbałością o szczegóły przybliżył żywot grupy, ale też podzielił się kilkoma prawdziwie archiwalnymi anegdotami. Chyba nie można wyobrazić sobie lepszych odpowiedzi na przygotowane pytania! Mam nadzieję, że muzyka MP po tym wywiadzie zyska szersze grono odbiorców, bo na pewno zasługuje na większą uwagę. Także nie ma co zwlekać - zapraszam na przepełnioną szczerością i humorem rozmowę z Thomasem Zellerem! HMP: Witam serdecznie z ramienia Heavy Metal Pages. Jak Twoje samopoczucie we współczesnym świecie? Thomas Zeller: Dziękuję, wszystko w porządku. Żyję i mam się dobrze. Mieszkam z moją wspaniałą żoną w małej wiosce w południowozachodnich Niemczech (niedaleko Freiburga). Jak dotąd wirus mnie oszczędził. Dziękuję za przeprowadzenie ze mną tego wywiadu. Najważniejszym powodem moich pytań są nadciągające dużymi krokami najnowsze reedycje starych płyt MP. Powiedz na początek, kto wpadł na pomysł, żeby Dying Victims wydało kolejne, skoro tak naprawdę dosłownie chwilę temu Repulsion Records zabierał się za przypomnienie waszej muzyki? Thomas Zeller: Obie wytwórnie miały ten sam

Thomas Zeller: Zostawiamy to profesjonalistom. Ale oczywiście dostali ode mnie wszystkie pliki i zdjęcia. I w obu wytwórniach zrobili to bardzo dobrze! Naturalnie takie wznowienia są też okazją do wspomnień. Czy w przypadku tych ostatnich reedycji mieliście okazję powspominać sobie tamte sesje, tamten czas w historii MP i czy są jakieś ciekawe anegdoty, oczywiście nadające się do publikacji (śmiech)? Thomas Zeller: Tak, oczywiście że są. Dnia 12 sierpnia 1986r, roku miał miejsce legendarny występ telewizyjny na niemieckim kanale Sat1 w programie "Music Box". Fani MP do dziś mają wspaniałe wspomnienia z tego programu. Koncert był odtwarzany, ale po nim rzecznik prasowy zespołu, czyli ja, został przesłuchany

Foto: MP

pomysł, jednak niezależnie od siebie. Właściwie Repulsion Records chciało wydać płytę rok temu, ale pandemia to uniemożliwiła. I tak się składa, że oba wydania ukazują się w tym samym czasie. Nie jest to problem, bo Repulsion Records sprzedaje tylko w Ameryce Południowej, a Dying Victims w pozostałej części świata (śmiech)... Czym będzie się różnić robota Dying Victims od tego, co zrobiło Repulsion? Thomas Zeller: Dying Victims i Repulsion wykonali wspaniałą i bardzo profesjonalną pracę. Różnice leżą głównie w książeczce i bonusowych utworach. Dying Victims ma ich pięć, a Repulsion wydało płytę z trzema dodatkowymi kawałkami. W przypadku tej pierwszej dostępny jest również winyl. Jestem zadowolony z obu wytwórni. Czy jako zespół byliście mocno zaangażowani w ostatnie wznowienia czy oddaliście pole fachowcom z wytwórni?

84

MP

przez gospodarza programu, Annette Hopfenmüller, która była w tym czasie dziewczyną słynnego niemieckiego piosenkarza Petera Maffaya. Do tego wywiadu przed występem należało przeprowadzić próbę dźwięku. Kazano mi odpowiadać na pytania o czymkolwiek co mogłem wymyślić na miejscu - nawet jeśli to były kompletne bzdury. Chodziło przede wszystkim o to, by mówić bez przerwy, tak by inżynier dźwięku mógł wprowadzić wszystkie niezbędne poprawki. Podczas występu miały być zadawane te same pytania, a mnie kazano w międzyczasie wymyślać "prawdziwe odpowiedzi". Oto, co się stało: Annette Hopfenmüller: Drogi Thomasie. Czy mógłbyś mi jeszcze raz wyjaśnić, co oznacza wasza nazwa MP? Czy jest to skrót od…? Thomas Zeller: Oczywiście, że jest to skrót. Nazwa MP to skrót od Monstrualny Penis!!! Co o tym sądzisz? Annette Hopfenmüller: (z trudem powstrzymuje się od śmiechu) Świetny pomysł, to pewnie dlatego wasz perkusista biega w tych na-

prawdę obcisłych spodniach, żeby szczególnie dobrze było widać ten element. (Tak przy okazji, Thomas Schneider wyglądał absolutnie śmiesznie) Thomas Zeller: Tak, tak właśnie musi być!!! (z absolutnie poważnym wyrazem twarzy) Annette Hopfenmüller: Cóż, Thomas, dlaczego ktoś decyduje się grać heavy metal? (ledwo może wydobyć z siebie słowa bez śmiechu) Thomas Zeller: Jakieś dwa lata temu wypiłem benzynę po pijaku i zatrułem się nią. To musiało doprowadzić mnie do szaleństwa. Od tamtej pory gram heavy metal. Annette Hopfenmüller: A co z pozostałymi dwoma muzykami? Dlaczego są na pokładzie? Czy oni również pili benzynę? Thomas Zeller: Nie, nie pili. Są częścią zespołu tylko dlatego, że ich do tego zmusiłem. Koniec próby. Reżyser spektaklu wyszedł ze swojego pokoju śmiejąc się do łez i mówiąc, że dźwięk był absolutnie świetny. Powiedział nam, że już nagrał ten wywiad, że i tak nie da się opowiedzieć wielu szczegółów ze swojego życia w 2 minuty, i że te odpowiedzi były najzabawniejsze, jakie kiedykolwiek słyszał. Nie przestawał się śmiać i powiedział: "Wyemitujemy ten wywiad dokładnie w ten sposób. Nie będziemy go więcej nagrywać"... i tak się właśnie stało. Pomyśleliśmy, że pomysł jest całkiem zabawny... Program został wyemitowany kilka razy w ciągu następnych tygodni. W międzyczasie przestaliśmy myśleć, że to wszystko jest śmieszne, ale było już za późno. Sprzedaż płyt znów poszybowała w górę, ale na scenie wybuchł nowy skandal. Nie wszyscy mieli takie samo poczucie humoru jak reżyser programu. W Metal Hammer ukazał się paskudny list od fana metalu. Uważał on, że w wywiadzie chciałem się naśmiewać z fanów metalu i był głęboko urażony. Dla wielu jednak byłem bohaterem. Cytat z Metal Hammera; "More fun in Heavy Metal" był odtąd cytowany za każdym razem, gdy pisano coś o MP. Z czasem jednak muzycy przestali uważać to za zabawne, a raczej czuli się tym skrępowani. Słuchając dwóch pierwszych albumów MP, "Bursting Out" i "Get It Now", nie sposób odnieść wrażenie, że duże piętno na tych numerach odcisnął chociażby Accept. Domniemam, że słuchaliście dużo takiego klasy cznego heavy. Co jeszcze kształtowało Was jako muzyków w tamtym okresie? Thomas Zeller: Tak, masz rację. Accept miał na nas największy wpływ. Szczególnie dla naszego gitarzysty Andy'ego Wolka. Na początku Andy nawet podobnie wyglądał jak Wolf Hoffmann. Inne wpływy pochodziły od AC/ DC, Judas Priest, Saxon, i oczywiście Motörhead. Zanurzmy się w głęboką przeszłość. Może pytanie banalne, ale na pewno odpowiedź ważna - jak to się stało, że zająłeś się muzyką i to akurat jej cięższą odmianą? Thomas Zeller: Od wydania płyty AC/DC "Dirty Deeds, Done Dirt Cheep" w grudniu 1976 roku w Niemczech byłem fanem hard rocka. Trwało to do lata 1977 roku, kiedy to wraz z najbliższymi przyjaciółmi założyłem pierwszy hard rockowy zespół Cry. Wcześniej nie graliśmy na żadnych instrumentach, ale ćwiczyliśmy dzień i noc. Ja byłem basistą. Czy wyobrażasz sobie, że w styczniu 1978 roku mieliśmy nasz pierwszy koncert? Graliśmy na prywatnym przyjęciu urodzinowym... Później, w latach 80., stałem się fanem wszystkich bohaterów "Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu". Ale, naturalnie... To AC/DC było głów-


nym powodem, dla którego zostałem muzykiem. Ten pieprzony zespół zmienił moje życie! Chciałbym zapytać o okładki wczesnych albumów. Wyglądają bardzo oldschoolowo, dziś może odrobinę kiczowato. Na pewno jednak wpisują się w klimat heavy metalu lat 80. Kto był pomysłodawcą i jak mają się do zawartości muzycznej albumów? Thomas Zeller: Jeden z moich najstarszych przyjaciół - Peter Walter - był malarzem okładek płyt. Oczywiście, dzisiaj powiedzielibyśmy: "och, co za pieprzone kiczowate gówno", ale w latach 80. tego typu dzieła sztuki były normalne. Peter zawsze sam wpadał na pomysły. W większości przypadków nie ma żadnych odniesień do tekstów. Co skłoniło zespół do zmiany nazwy w 1992 roku na Melting Point? Thomas Zeller: Było zbyt wiele zmian w zespole i wokół niego. Gitarzysta i autor utworów Paul Samson, który wcześniej pracował z takimi gwiazdami jak Bruce Dickinson (Iron Maiden) i Nicki Moore, z legendarnego zespołu Samson, okazał się prawdziwym błogosławieństwem dla nowo powstałego kwintetu. W przeciągu zaledwie kilku miesięcy nowy album Melting Point został skomponowany i nagrany w nowo otwartym wówczas L-Sound Studio w naszym rodzinnym Emmendingen. Był to pierwszy album z nowym producentem, co pociągnęło za sobą również zmianę wytwórni. Szwabska wytwórnia Savage Records, oddział firmy Online Productions, okazała się być idealnym partnerem dla MP. Wszyscy zaangażowani ludzie byli w podobnym wieku co muzycy i motywacja była wysoka. W październiku 1992 roku "Melting Point" został wydany. W ten sposób akronim MP nabrał dodatkowego znaczenia, ponieważ nie postrzegaliśmy się już jako "projekt", bo pierwotnie skrót znaczył Metal Project. Według źródeł MP jest zespołem aktywnym od 1986 roku. Jednak ostatnią płytą studyjną jest wspomniany wyżej krążek z 1992 roku. Jest jakaś szansa na to, żebyście wrócili do studia i napisali nowy, całkowicie premierowy zestaw utworów? Thomas Zeller: W ciągu ostatnich czterech lub pięciu lat nagraliśmy kilka nowych utworów. Zrobiłem to z Uwe Ulmem i Andym Wolkiem - oryginalnymi członkami zespołu. Nie jestem do końca zadowolony z tego materiału. Wiem, że utwory muszą być lepsze niż w latach 80. Nasi fani powinni usłyszeć, że rozwinęliśmy się po tych wszystkich latach. Ale jesteśmy na dobrej drodze i mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości ukaże się nowy album. Poniekąd może sytuacja epidemiologiczna na świecie byłaby ciekawym tematem na warstwę tekstową? Thomas Zeller: Oczywiście, że tak. Mam swoje przemyślenia na temat niektórych tekstów. Zobaczymy, co jeszcze się wydarzy. To jest straszna sytuacja dla wszystkich ludzi na świecie. W 1999 roku nakładem Shark ukazał się album koncertowy. Rozumiem, że mimo braku regularnych albumów graliście sporo koncertów. Graliście chyba wtedy w całości pierwszy album..? Thomas Zeller: Tak, ale pozwól, że opowiem Ci co się wydarzyło od wydania naszego ostatniego studyjnego albumu "Melting Point". Na początku 1995 roku nasza firma Online Pro-

ductions ogłosiła upadłość, co oznaczało koniec wytwórni Savage Records. Trudno jest uwierzyć, że nawet rzekomo oszczędni Szwabowie zdołali zrujnować młodą firmę w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Zyski, na które liczyliśmy i których tak bardzo potrzebowaliśmy, nigdy nie nadeszły. Produkcja "Melting Point" nie była tania i w dużej mierze została opłacona przez muzyków i menadżera Waltera Holtfortha. Po tym, jak organizator trasy koncertowej na domiar złego zniknął z całym dochodem, upadku MP nie dało się już zatrzymać. Mimo to zespół do końca 1995 roku sporadycznie koncertował, aby spłacić długi. Czasami nawet graliśmy - głównie klasyki Deep Purple - jako zwyczajny cover band pod nazwą Burn. Dnia 11 listopada 1995 roku jako MP daliśmy swój ostatni, pamiętny koncert, w beznadziejnie przepełnionej sali koncertowej baru muzycznego "Blume" w Emmendingen. Po nim zespół rozpadł się na ponad cztery lata! Oryginalny gitarzysta Andy Wolk i były basista Interims, Wolfgang Nübling utworzyli nowy lineup MP z Klausem Sperlingiem i mną na początku 1999 roku. Początkowo reunion miał obejmować tylko jeden koncert (Czy to przypomina ci Led Zeppelin?), ale jak to często bywa, prawdziwie potężna reakcja naszych fanów doprowadziła do kolejnych występów i zaczęliśmy grać z większymi zespołami takimi jak Chinchilla i Primal Fear. Nagrania z jednego z tych koncertów z marca 1999 roku, który odbył się w Backnang w Szwabii, zostały poddane studyjnej obróbce i wydane jako "live" CD "Bursting Out, Live & Loud". Wkrótce nowy/ stary zespół przekonał do siebie Axela Thubeauville z Shark Records i wystarczyła chwila, by MP powrócił z nowym albumem - w sam raz na millenium. Nigdy wcześniej recenzje nie były tak pozytywne, mimo że zespół grał tylko swoje stare, poprawione utwory. Działalność na żywo musiała być jednak zredukowana do minimum, ponieważ Klaus Sperling był oczywiście nadal w trasie po świecie z Primal Fear. I tak - wydaje mi się, że zagraliśmy najwięcej utworów z albumu "Bursting Out". Tytuł "Bursting Out, Live & Loud" był pomysłem Axela Thubeauville'a. Zespół po prostu chciał być "Live & Loud" (dosłownie: żywy i głośny)! Pewnie brakuje Wam kontaktu z fanami i koncertów. Zresztą jak każdemu. Ciężko było się jakoś "przestawić" z uwagi na sytuację z wirusem czy akurat mieliście jakieś inne zajęcia oprócz grania muzyki? Thomas Zeller: Mam stałą pracę jako kierownik imprez w banku we Freiburgu w południowych Niemczech od 1982 roku!!! Cały zespół pracował "półprofesjonalnie" od samego początku! Więc nie mieliśmy żadnych problemów finansowych. Dzięki Bogu - ale to jest kurewsko okropna sytuacja. Jestem totalnie smutny i, tak, bardzo brakuje mi kontaktu z fanami - jak wszystkim innym.... Zastanawiasz się czasem, co mogło wpłynąć na to, że MP nie jest dziś zespołem znanym szerzej? Thomas Zeller: Myślę, że nie pracowaliśmy wystarczająco profesjonalnie! Nie byliśmy gotowi rzucić naszej normalnej pracy. I to, paradoksalnie, było najlepsze w tym wszystkim. Przynajmniej mieliśmy normalny dochód! Ale nigdy nie mieliśmy prawdziwego menedżera lub agencji. To jest fakt: trzeba pracować profesjonalnie, jeśli chce się odnieść sukces! Z drugiej strony bycie grupą niszową jest w jakiś sposób dobre. Przynajmniej mało ludzi może powiedzieć, że się "sprzedaliście"

(śmiech)… A jak Ty oceniasz gdzie jest granica przejścia na tak zwaną komercję? Thomas Zeller: Większość naszych koncertów była wyprzedana. Czasami mieliśmy ponad 1000 fanów w hali. Zdarzało się poprzedzać takie zespoły jak Nazareth, The Sweet, Victory, Girlschool, Samson, Axxis i Primal Fear. Nie miało znaczenia, że należeliśmy do drugiej czy nawet trzeciej ligi. Myślę, że z lepszym zarządzaniem i większą wytwórnią na zapleczu, moglibyśmy odnieść większy sukces. Patrząc optymistycznie w przyszłość - macie jakieś plany związane z MP w najbliższych miesiącach albo latach czy raczej trudno mówić o czymś bardzo sprecyzowanym? Thomas Zeller: Jeśli pojawi się szansa na wydanie nowego albumu, zrobię wszystko co w mojej mocy, aby wrócić na scenę i zrobić małą trasę. Jednak myślę, że będziemy musieli trochę poczekać, aż ta pandemia się skończy... No dobrze, zbliżając się do końca pytań chciałem jeszcze poruszyć kwestię boksu "Complete MP Songs" wydanego w liczbie 300 kopii w 2015 roku. Nadal takie wydawnictwo pozostanie swoistym rarytasem czy może w jakiejś przyszłości rozważacie podobny prezent dla zagorzałych fanów czy maniaków gatunku? Thomas Zeller: Box z kompletem utworów był pomysłem GS-Productions w Moskwie. Wiem, że to było bardzo drogie. Ale tak czy inaczej - powtórzenie czegoś takiego może być dobrym pomysłem. Poczekajmy i zobaczmy, co się wydarzy. Najpierw jednak chciałbym nagrać nowy album. Koniec wywiadu zostawiam tobie - proszę o jakiekolwiek przesłanie, dobre słowo czy cokolwiek innego dla czytelników Heavy Metal Pages! Thomas Zeller: Czy wiesz, że pierwsze reedycje "Bursting Out" i "Get It Now" zostały wydane w Polsce? To było około 2006 roku. Jestem pewien, że znasz Barta Gabriela. Jest on wielkim zwolennikiem metalu w Polsce. I to on sprawił, że oba albumy zostały wydane przez Headbanger Records. Od tego czasu chcę odwiedzić Polskę. Z zespołem lub bez. Mam nadzieję, że to się spełni. Moim największym życzeniem jest, żeby ten pandemiczny koszmar się skończył. Wszyscy jesteśmy już tym zmęczeni. To jest chyba najgorsza rzecz, jaka nam się przytrafiła. Dzięki serdeczne i życzę dużo zdrowia! Thomas Zeller: Bardzo dziękuję za zainteresowanie. Adam Widełka Tłumaczenie: Joanna Pietrzak

MP

85


Iść własną drogą Velvet Viper zamilkł na długo, ale po wznowieniu działalności grupy Jutta Weinhold stała się nad wyraz aktywna, niemal co roku wydając płytę z nowym materiałem. "Cosmic Healer" na pewno ucieszy zwolenników patetycznego heavy z "wagnerowskim tonem", a jeśli komuś będzie mało, może też sięgnąć po wznowienia klasycznych albumów Zed Yago, ale wydanych pod nazwą Velvet Viper. HMP: Od momentu reaktywacji zespołu w roku 2017 w ciągu czterech lat wydaliście już trzy albumy Velvet Viper z premierowym materiałem. Uznałaś, że nie ma co robić jakichś sztucznych przerw, skoro ten metalowy ogień i twórcza aktywność są wciąż w tobie tak silne, a zespół nabrał wiatru w żagle? Jutta Weinhold: Tak, zawsze piszę teksty i myślę o nowych pomysłach - moja potrzeba pracy nad wszystkim jest tym, czego potrzebuje nasza muzyka. I właśnie w tym momencie przychodzi mi do głowy dobry pomysł na tekst. Źródła kreatywności są głębokie, zwłaszcza jeśli chodzi o wyobraźnię, chociaż nie tyl-

i Johannesem bardzo nas zainspirowało i doprowadziło do powstania szybszych i bardziej zwartych kawałków, ponieważ wiedzieliśmy, że będą dobrze sprawdzać się na scenie. Kiedy biorę gitarę i podkręcam wzmacniacz, często przychodzą mi do głowy nowe pomysły. W mojej głowie zawsze jest muzyka, którą wystarczy odkryć i uporządkować. Wydaje mi się, że bez akcesu Holgera i jego udziału w tym wszystkim nie byłoby to możliwe - z takim utalentowanym gitarzystą, a do tego sympatycznym człowiekiem, pracuje się szybko i łatwo, co tylko odbija się na ja-

Foto: Volker Wilke

ko. Co ciekawe już kiedy rozmawialiśmy krótko po premierze "The Pale Man Is Holding A Broken Heart" to wspominałaś, że pracujecie już nad kolejnym albumem - zmora wielu innych muzyków, to jest blokada twórcza, jakoś ci nie dokucza? Jutta Weinhold: Nigdy nie miałam blokady podczas pisania i rozmyślaniu o muzyce. To determinowało moje życie od ponad 50 lat. Muzyka to nie tylko hobby. Traktuję to poważnie i to moja praca. Zawsze, gdy odkrywam jakiś temat, myślę: "OK, muszę to przedstawić naszym znajomym i fanom". Po co mam szukać z pasją, jeśli nie mogę pokazać ludziom tego, co znalazłam? Niestety, moje teksty nie są tak intensywne, jak bym chciała. Oczywiście zawsze staram się pisać je uczciwie i z całą odpowiedzialnością za efekt końcowy, ale czasy się zmieniają, a my się do nich dostosowujemy. Holger Marx: Zanim uderzył w nas Covid, graliśmy regularnie koncerty, a granie z Michą

86

VELVET VIPER

kości powstałego materiału? Jutta Weinhold: Tak, Holger był pozytywnym odkryciem. Spotkałam go w 2015 roku i od razu poczułam, że razem możemy ponownie sprowadzić Velvet Viper na scenę. Ma wszystko o czym wspomniałeś. Jest młody i bardzo utalentowany. Nawiasem mówiąc, cały zespół jest o połowę młodszy ode mnie. Holger pilnuje aktualności muzycznych. To daje mi dostęp do nowych zespołów i nowych metalowych stylów. Każdy do kompozycji dokłada własną kreatywność. To dobrze, bo czerpię z tego inspirację i wydaje mi się, że nie trzymam się starych pomysłów. Holger Marx: Nie wiem, czy jestem sympatyczny i młody (śmiech), ale Jutta i ja mamy podobne przemyślenia na temat tego, czym jest dobra kompozycja i jakie elementy mogą być częścią naszej muzyki. Nie musimy rozmawiać o naszym stylu, ani o tym, jaki na przykład rodzaj perkusji mógłby pasować do danego utworu. Po prostu to wiemy. Lockdown, paradoksalnie, chyba wam to

wszystko ułatwił, bo z braku innych zajęć można było skupić się na komponowaniu, pisa niu tekstów? Jutta Weinhold: Tak, nie pozostaje nic innego do robienia. Nie ma koncertów, a moja praca w szkole muzycznej z chórem gospelrockowym również została wstrzymana. Piszę więc nowe utwory i dużo czytam. W tej chwili "Pieśń lodu i ognia" George'a Martina. Pięć grubych tomów fantastycznej literatury (na dzień dzisiejszy). Widziałam "Grę o tron" i podobało mi się, ale książki są jeszcze lepsze. Twórcza praca może być tutaj czymś w rodzaju terapii, stąd istny wysyp nowych płyt? Jutta Weinhold: Zdecydowanie. Tak mam od kiedy straciłam prawa do nazwy Zed Yago. Oto w skrócie smutna historia. Zed Yago założyłam w latach 1985/86, do tego stworzyłam jego koncept muzyczny. Mieliśmy w zespole zasady demokratyczne. Kiedy problemy z ego zniszczyły kapelę i chciałam kontynuować karierę z innymi muzykami, niebo się nade mną zawaliło: nie miałam żadnych prywatnych praw autorskich do nazwy Zed Yago, więc nie mogłam jej używać. Nazwa przypadła większości zespołu, a ja byłam w mniejszości. Co za tragedia. Straciłam córkę Latającego Holendra i byłam zdruzgotana. Teraz odnośnie kreatywności. Poświęciłam cały rok na pisanie, czego efektem była książka "Córka Latającego Holendra w poszukiwaniu straconej wyobraźni". Ta twórcza praca powstrzymała mnie od zostania alkoholiczką lub ćpunką. To było moje wybawienie. Wiem, jak pomocna jest kreatywność, ona zawsze pochodzi z wnętrza i nie ma nic wspólnego z wpływami zewnętrznymi; jest więc uzdrawiająca, dzięki czemu możesz przetrwać zły czas. Myślicie, że ten pandemiczny kryzys jest jednocześnie szansą na jakiś nowy początek, nie tylko w kontekście muzyki, bo wiele spraw ulegnie przecież ogromnym zmianom? Jutta Weinhold: Zobaczymy, co stanie się z ludzkością, jak sprawy się rozwiną. Mam nadzieję, że uda nam się opanować chorobę. Cokolwiek innego byłoby smutnym przebudzeniem. Literatura mówi: na każdym końcu jest też początek. Jest w nas cierpliwość i jeszcze więcej nadziei. Holger Marx: Obawiam się, że wiele rzeczy w tej chwili przepada i już nigdy nie wróci. Wiele osób z branży muzycznej podejmuje różne prace i tak naprawdę przestaje być muzykami. Wyrządzone szkody staną się widoczne, gdy dotrzemy do końca, ale nic nie będzie już takie jak wcześniej. Przerwa trwa już za długo. Przy tak sprecyzowanym stylu, jaki reprezen tuje Velvet Viper, pisze się kolejne utwory łatwiej czy przeciwnie, jest trudniej, bo staracie się unikać powtórzeń, schematycznych rozwiązań charakterystycznych dla zespołu? Jutta Weinhold: Zawsze chcę tworzyć muzykę, która odpowiada mojej mentalności i koniecznie musi wyłonić się z niej coś oryginalnego. To jest dla mnie bardzo ważne. Fakt, że niektóre rzeczy nieświadomie powtarzają się, to po tylu latach dotyka każdego. Holger Marx: Kiedyś bardziej uważałem, żeby nie tworzyć materiału, który jest trochę podobny do innych kawałków, ale to automatycznie prowadzi do bardziej interesujących lub nowatorskich utworów. Teraz po prostu gramy kawałki tak, jak powinny brzmieć. Czasami są one w dziwnych podziałach, jak na przykład "Sassenach", który jest w metrum 5/8, ale gen-


eralnie dość często próbujemy i testujemy różne rytmy, ponieważ po prostu to jest to, co chcemy grać. Z tekstami i głosem Jutty nasze kompozycje i tak są wyjątkowe, choć nigdy nie są spontaniczne. "Cosmic Healer" bardzo według mnie zyskał na tym, że podstawowe ślady nagraliście w studio na żywo - skąd taki pomysł? To rezul tat znużenia nowoczesną technologią, chęć powrotu do dawnych czasów i organicznego brzmienia, kiedy naprawdę trzeba było umieć grać, żeby zarejestrować płytę? Holger Marx: Właśnie zdaliśmy sobie sprawę, że "nowoczesne" sposoby nagrywania z odtwarzaniem do ścieżki w oprogramowaniu ułatwiają nagrywanie inżynierowi, ale nie jest to dobre dla samej muzyki. Czasami kompozycja wymaga niewielkich różnic w tempie i po prostu brzmi lepiej, gdy faktycznie grasz utwór od początku do końca bez kopiowania i wklejania poszczególnych części. Kiedy dobrzy muzycy grają razem, kreują specjalny rodzaj energii, która może się zgubić przy zbyt dużej liczbie komputerów i edycji.

Jutta Weinhold: To samo dotyczy dnia dzisiejszego, jak już wspomniałam odnośnie muzyki. Musisz iść własną drogą, niezależnie od aktualnych wyznaczników. O sukcesie decyduje wyłącznie społeczność metalowa. Holger Marx: Musisz przedstawić swoje kompozycje w wiarygodny sposób. Kiedy ktoś gra muzykę, którą się tak naprawdę nie interesuje, ludzie to zauważą. Metal zawsze był muzyką outsiderów, czasem mniej, czasem bardziej. Prawdziwi fani metalu zawsze będą słuchać metalu, to po prostu sposób na życie. Skąd pomysł na akustyczną wersję utworu "Götterdämmerung", znanego z poprzedniej płyty, tylko na gitarę i głos? To jednorazowy eksperyment, czy może zapowiedź całego albumu akustycznego? Jutta Weinhold: Przez rok mieliśmy dużo czasu by pozostać w formie, mój głos wciąż nie rdzewieje. Holger i ja zaplanowaliśmy projekt akustyczny: Acoustic Pilgrimage. Na gitarze akustycznej gramy kompozycje Zed Yago i Velvet Viper. To bardzo dobry, znaczący sposób na spędzenie czasu. Ciekawe jest również, które utwory można odtworzyć akustycznie, a

puje: "Hej, Jutta, Izyda nie jest obecnie tak silna, ponieważ na Bliskim Wschodzie robią naprawdę złe rzeczy. Rozumiesz!". Więc znaleźliśmy alternatywę jako tytuł kawałka. Mój osobisty stosunek do życia również całkowicie pasuje do tego utworu, ponieważ wszyscy mamy więcej siły i energii, niż myślimy, a to skądś pochodzi. "Holy Snake Mother" opowiada za to moją historię Velvet Viper, zainspirowaną samobójstwem Kleopatry. Uwielbiam opowiadać historie. Holger Marx: Nakręciliśmy teledysk z Kleopatrą i naprawdę fajnym wężem, wkrótce będzie dostępny w YouTube. Patetyczny "Let Metal Be Your Master" brzmi z kolei niczym prawdziwa deklaracja - to miał być utwór tego typu, a do tego też hymn, idealny na koncerty, do wspólnego śpiewania z fanami? Jutta Weinhold: Jesteśmy częścią wszystkiego, czego kiedykolwiek spotykamy w naszym życiu. Podjęłam właściwą decyzję w 1985 roku, przerzucając się z rocka na metal. Do dziś nie żałuję tej decyzji. Uwielbiam heavy metal, a "Let Metal Be Your Master" to podziękowania

Ponownie zaprosiliście do studia kilkoro gości, wokalistów i instrumentalistów, choćby klawiszowca Axela Rudiego Pella Ferdy'ego Doernberga - to wszystko w celu podrasowa nia poszczególnych kompozycji, nadania im wyjątkowego charakteru? Jutta Weinhold: Czasami używamy w tle brzmienia keyboardu. Tym razem o wykonanie tej pracy poprosiliśmy Ferdy'ego. O wsparcie przy chórkach poprosiliśmy dwóch przyjaciół, Holgera i Johannesa. Po prostu lubię męskie głosy. Holger Marx: Ferdy zna wszystkie możliwe brzmienia dla metalu, gra metal od bardzo dawna. Klawisze mogą wzmocnić atmosferę utworu i czasami lepiej prezentują harmoniczną strukturę kompozycji niż w przypadku wykorzystania samych gitar. Tworzycie mroczną, monumentalną muzykę, czerpiącą zarówno z różnych odmian ciężkiego rocka, jak też i muzyki klasycznej - to atut o tyle, że efekt końcowy waszej pracy jest interesujący nie tylko dla fanów tradycyjnego, ale też power czy epickiego metalu, dzięki czemu zyskujecie szerszą rzeszę odbiorców? Jutta Weinhold: Nie myślę za bardzo o tym, który styl daje nam więcej odbiorców. Piszemy utwory i jeśli spodobają sie nam, to je produkujemy. Osobiście nie uważam wielu szuflad w heavy metalu za zbyt korzystne, ponieważ tak naprawdę chodzi o podstawową muzykę metalową. Ale prawdopodobnie tylko ja tak myślę. Holger Marx: Kiedy twoim głównym celem jest zdobycie naprawdę dużej publiczności, prawdopodobnie w ogóle nie grasz heavy metalu. Ale jest tak wiele różnych gatunków metalu, od Nightwish do Mastodon, od Volbeat do Lamb Of God... myślę, że w tej chwili nie ma jednego stylu, który pomógłby ci komercyjnie sam z siebie. Kiedy w połowie lat 80. zaczynałaś na dobre swoją przygodę z metalem (wcześniejszego epizodu z Breslau nie liczę, bo tam pojawiłaś się niejako awaryjnie, zastępując Frau Lehmann), nie wyglądało to tak samo, scena była bardziej podzielona i przeciętny fan lżejszego grania zwykle nie słuchał Zed Yago czy Running Wild i na odwrót - pod tym względem jest obecnie zdecydowanie lepiej, na czym zyskują i fani, i zespoły?

Foto: Volker Wilke

które nie. Myślę, że w przyszłości będą dozwolone małe koncerty klubowe, na których będzie można celebrować naszą akustyczną pielgrzymkę. Holger Marx: Wpadliśmy na pomysł bardzo małych, akustycznych koncertów i nagraliśmy "Götterdämmerung" głównie po to, by móc ocenić ten pomysł. Ale potem ta wersja naprawdę nam się spodobała i skończyła na albumie. Niezmiennie też dbasz o to, żeby podsuwać fanom ciekawe teksty i teraz jest podobnie, bo zabieracie nas tym razem choćby do starożytnego Egiptu, w towarzystwie tamtejszych bogów, ale i Kleopatry, w pewnym sensie też bogini - dla Marka Antoniusza na pewno? Jutta Weinhold: Tak, wiesz, lubię pisać o legendach, mitologii, literaturze, poezji i oczywiście fantazji. To najlepsze tematy dla metalu. Świetna muzyka wymaga wspaniałych słów. Dla "Cosmic Healer" pierwszym wyborem była mitologia egipska. Opowiada on o Izydzie, matce mężczyzn. Była wielce czczona i była jedną z najpiękniejszych bogiń. Gdy tylko wymyśliłam ten tekst, Holger zauważył, co nastę-

dla najbardziej lojalnych fanów na świecie. Holger Marx: Tekst Jutty do tego kawałka jest tak metalowy, że utwór nie może być niczym innym niż tym, czym się stał. Teraz o czymś takim możemy tylko wszyscy pomarzyć - kiedy zagraliście ostatni koncert i jak zapatrujesz się na to, że kolejne mogą odbyć się nawet nie w przyszłym roku, a nawet jeszcze później? Branża przetrwa taką kilkuletnią stagnację, skoro to koncerty dawały muzykom i nie tylko, gros dochodów? Jutta Weinhold: Powiedziałeś, że możemy tylko pomarzyć. Ostatni koncert Velvet Viper odbył się 6 marca 2020 roku na Full Metal Festival w Niederjossa w Niemczech. Mamy nadzieję, że wkrótce wrócimy na scenę. Niestety wszystkie nasze koncerty zostały odwołane i przełożone. Holger Marx: Jak wspomniano wcześniej, wielu zespołów (i klubów, promotorów, serwisów sprzętowych itp.) już nie będzie, kiedy koncerty będą ponownie możliwe. Minie dużo czasu, zanim wyrządzone szkody zostaną zapomniane.

VELVET VIPER

87


Niedawno dyskografia Velvet Viper wzbogaciła się o dwie kolejne płyty, "From Over Yonder" i "Pilgrimage". To zremasterowane albumy, wydane oryginalnie w latach 80. pod nazwą twego poprzedniego zespołu Zed Yago - domyślam się, że doszło do tego, ponieważ przed laty utraciłaś prawa do tamtej nazwy? Jutta Weinhold: Tak, straciłam prawa do nazwy, ale nadal mam wszystkie prawa do kompozycji. Tak więc w zeszłym roku zdecydowaliśmy z naszą wytwórnią Massacre Records wydać remaster obu albumów Zed Yago, w tym bonusowe utwory. Minęło już ponad 33 lata i wiele osób prosiło mnie o przypomnienie tych utworów. Dlatego użyliśmy nazwy Velvet Viper. Alex Krull naprawdę wykonał dobrą robotę. I mam dobre przeczucie, że moje kawałki Zed Yago powróciły tu i teraz. Nie wydaje ci się, że jest to zabieg dość kontrowersyjny, bo dla starszych fanów, takich jak ja, owe płyty są nierozerwalnie związane z nazwą Zed Yago i oryginalnymi okładkami - nie było szansy na ich reedycję pod poprzednim szyldem i w dawnej szacie graficznej? Jutta Weinhold: Nie mogłam użyć nazwy i nie chciałam też mieć problemów z używaniem okładek, więc mieliśmy tylko taką szansę, aby wydać te wszystkie kawałki. Tu chodzi przede wszystkim o muzykę. Przepraszam tych, którym te zmiany nie przypadły do gustu, ale nie było innego wyjścia. Jak więc doszło do tego, że można było je wydać pod nazwą Velvet Viper, a Jimmy Durand, z którym raczej nie darzycie się sympa tią, ujrzał swe nazwisko na płytach twego obecnego zespołu? Jutta Weinhold: Oczywiście wszyscy zaangażowani w obie produkcje są wymienieni z nazwiska. To był zespół. Nie będę wchodziła w dalsze szczegóły dotyczące jednego z byłych muzyków. Możemy więc zapomnieć o jakimkolwiek pojednaniu, choćby przy okazji okolicznościowego reunion z okazji 35-lecia powstania zespołu, które Zed Yago powinien obchodzić w ubiegłym roku - koncentrujesz się obecnie na Velvet Viper, a te reedycje nieodwołalnie zamknęły temat przeszłości? Jutta Weinhold: Zmarł nasz perkusista "Bubi the Schmied", głownie dlatego nie może dojść do ponownej reaktywacji Zed Yago. Velvet Viper jest jego następcą, tu i teraz. Wraz z Holgerem Marxem nadajemy kierunek marszu Velvet Viper. Na koniec do wszystkich czytelników i utalentowanych ludzi: muszę to powtórzyć! Każdy powinien tworzyć muzykę odpowiadającą jego mentalności. Muzyka powinna być najważniejsza w twoim życiu. Nie kopiuj innych zespołów ani utworów. Zawsze bądź sobą, a osiągniesz to, że ludzie polubią dokładnie to, co robisz, muzykę, którą grasz. Tylko w ten sposób rock i metal przetrwają. Nasza muzyka to coś więcej niż tylko konsumpcja czy biznes, buduje wartości, które są teraz praktycznie zagubione w naszym materialnym świecie. Wspieraj więc lokalne zespoły, chodź do klubów i poświęć trochę czasu na zrozumienie ich muzyki i tekstów. Bądźcie zdrowi. Muzyka jest najlepsza!

Jeśli fani tego będą chcieli i wytwórnia tak powie Attika wydała w lutym całkiem fajną płytę po trzydziestoletniej przerwie "Metal Lands". Wokalista Robert VanMart nie przykłada jednak wagi do tego, co pisze się o muzyce, gdyż, jak sam przyznaje, nie kupiłby żadnej płyty, gdyby czytał recenzje. To się nazywa mieć niezależny gust i robić swoje, nie oglądając się na innych. Szkoda tylko, że nie opowiedział nam więcej o powrocie Attika. Szczerze mówiąc, lepiej wyjdziecie przeznaczając pięć minut na sprawdzenie nowego clipu Attika na YouTube, niż czytając poniższy wywiad, dlatego, że praktycznie nic się z niego nie dowiecie. Na wspomnianym serwisie znaleźć można m.in. oficjalne lyric video do tytułowego utworu nowej płyty. Dobrze zaprezentowany tam został heavy metalowy charakter płyty, chociaż Attika ma bardziej chwytliwe i ciekawsze nowe kawałki. Jeśli ten klip Wam odpowiada, to zaopatrzcie się w nową płytę i tyle. W przeciwnym razie, nic straconego. HMP: Czy jesteś gotowy, aby ponownie stawić czoła cieniom upadłych imperiów, tak jak robiłeś to ponad 30 lat temu? Robert VanMart: Hell yeah, do dzieła. Attika to klasyczny US metalowy zespół, który istniał w latach 1983 - 1996, a następnie powrócił w 2018 roku z Tobą na wokalu oraz z perkusistą Jeff'em Patelski'm jako oryginal nymi członkami. Czy czujecie tą ciągłość, że nowa Attika oraz stara Attika to wciąż ten sam zespół? Czy w ogóle utożsamiacie się z tamtym okresem? To ten sam zespół. Na każdym naszym albumie grał inny basista, a poza nim obecny skład jest taki sam jak od 1994 roku (gitarzysta Bill Krajewski dołączył po przedostatnim "When Heroes Fall, wydanym w 1991r. - przyp. red.). Jaki jest Wasz stosunek do krytyki materiału nagranego przez Was w poprzednim wcieleniu Attika? Cóż, zupełnie nie przejmuję się tym, co czytam o jakiejkolwiek muzyce. Sprawdzam audio clip, utwór, itp. Gdyby krytyka miała jakiekolwiek znaczenie, to nie posiadałbym ani jednej płyty w swojej kolekcji. To w sumie ciekawe, że zbierasz tylko te płyty, które otrzymują negatywne recenzje w prasie. Niektórzy nazywają dwie pierwsze

Wojciech Chamryk & Szymon Paczkowski

Foto: Kevin Roberts

88

VELVET VIPER

płyty Attiki "legendarnymi". Co myślisz dzisiaj o "Attika" (1998) oraz "When Heroes Fall" (1991)? Myślę, że dają radę. Zawsze staraliśmy się, aby teksty naszym utworów nie były ulokowane w swoim czasie, tak aby się nie przedawniły. Pure Steel Records wznowił "When Heroes Fall" w 2019, ale nie (jeszcze?) "Attika". Czy będziecie może chcieli nagrać te utwory jeszcze raz, tak aby nowy line-up nadał im współczesne brzmienie? Naprawdę nie wiem. Jeśli fani będą tego chcieli i wytwórnia tak powie, to rozważymy ten pomysł. Jak wyglądała Wasza aktywność muzyczna pomiędzy 1996 a 2018 rokiem? Wydaje sie, że pozostaliście nie tylko w formie, ale też staliście się lepszymi kompozytorami i wykon awcami? Mogę tylko powiedzieć o sobie, że śpiewałem z rozmaitymi muzykami. Każdy z nich czegoś mnie nauczył i pozwolił wzbić się na wyższy poziom. Dziwne, że Metal Archives o tym milczy. No dobra, a jak zwerbowaliście nowego basistę Dana Rubela? To była prosta decyzja, dlatego że znaliśmy go jeszcze z lat dziewięćdziesiątych.


Nazwiska Waszego gitarzysty Bill Krajewski oraz perkusisty Jeff Patelski, nakazują mi zapytać, czy mają oni jakieś szczególne relacje z Polską? Myślę, że to tylko polskobrzmiące nazwiska. Pierwsze show po powrocie jako Attica, zagraliście podczas Up The Hammer Festival w 2018r. Czy to był pomysł na tylko jeden występ, a może od razu mieliście ambitniejszy plan na regularną działalność? Byliśmy zaskoczeni, że w ogóle nas zaproszono na ten festiwal. Nic nie planowaliśmy.

Foto: Kevin Roberts

Dzięki za wywiad i za Wasze zainteresowanie Attiką. Keep the horns up! Zachęcamy wszystkich, abyście szepnęli promotorom, ludziom z radia i z magazynów, że chcecie więcej Atti-

ka! Możliwe, że dzięki Waszej pomocy, będziemy mogli się zobaczyć na koncercie w Polsce. Sam O'Black

Co ciekawego mógłbyś nam opowiedzieć o komponowaniu i nagrywaniu "Metal Lands"? Czy jest to efekt starań każdego z Was? Jaka atmosfera panowała w studiu? Nagrywaliście wspólnie na setkę, czy każdy instru ment oddzielnie? To efekt wysiłku całego zespołu. Wszyscy mają jednakowy wkład w cały album. Każdy z nas był obecny podczas nagrań perkusji. Pozostałe instrumenty nagrywaliśmy oddzielnie, w miarę jak czas nam na to pozwalał. Moim ulubionym utworem z "Metal Lands" jest "Like A Bullet", dlatego że jest jednocześnie agresywny i mocno zapadający w pamięć. Odnośnie tekstu tego kawałka, czy jakaś konkretna laska doprowadziła któregoś z Was do szału do tego stopnia, że postanowiliście zadedykować jej cały utwór? (śmiech) Nie, to czysta fikcja. Jesteście politycznie zaangażowani w lirykach. Czy zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że niewiele światowych wydarzeń dzieje się przypadkowo, dlatego że większość grubych spraw jest uprzednio planowanych przez polityków z premedytacją? Czyż nasz świat nie byłby lepszym miejscem do życia dla każdego, gdyby nie nadużycia polityków? Coś w tym jest. Ja to widzę tak: światowi politycy są bezużyteczni. Wprawdzie potrzebujemy reguł i prawa do życia w rozwiniętym świecie, ale nie potrzebujemy płacić ludziom za to, że walczą między sobą jak dzieci. Swoją drogą, politycy to okropny wzór do naśladowania dla dzieci. Kończycie album kawałkiem "One Wish". Jakie byłoby Wasze jedno marzenie odnośnie przyszłości Attika? Mam nadzieję nagrać więcej płyt. Poza tym, super byłoby zrobić trasę koncertową, podczas której moglibyśmy poznać wielu metalowców. Czy chciałbyś coś jeszcze dodać dla polskich fanów?

ATTIKA

89


Hołd Marta Gabriel to już uznana marka w świecie heavy metalu. Prawda jest jednak taka, że Marta bardzo ciężko pracuje, żeby tę markę budować. W dobie pandemii, gdy wielu artystów po prostu się zatrzymało czekając na lepsze czasy, wygrywają Ci, którzy mimo przeciwności losu, twardo idą do przodu. I Marta właśnie idzie, ba, pędzi do przodu. Dopiero co na naszych łamach rozmawialiśmy o nowym albumie jej macierzystej formacji, Crystal Viper, a już rozmawiamy znowu, tym razem na temat solowej płyty wokalistki. Płyty, dodam, dość specjalnej, bo stanowiącej hołd dla kobiecych głosów w heavy metalu. Jeśli chcecie dowiedzieć się nieco więcej na temat metalowych królowych, kreatywności i o tym, komu w metalu można więcej - zachęcam do lektury! HMP: Cześć Marta! Nowa płyta Crystal Viper, inicjatywa Rock Out Sessions, dołączenie do Blazon Stone a teraz solowy album! Wygląda na to że pandemia wykrzesała z Ciebie nowe pokłady energii twórczej! (śmiech) Marta Gabriel: Cześć! I tak i nie, generalnie nie należę do osób, które lubią siedzieć bezczynnie. Od kiedy pamiętam, prawie każdą wolną chwilę spędzałam nad czymś kreatywnym - zawsze w moim pobliżu znajduje się albo jakiś instrument albo sprzęt do nagrywania. Ale fakt, pandemia chwilowo wykluczyła granie koncertów, więc mam dużo więcej czasu na inne projekty. Przyznam szczerze, że urzekł mnie pomysł płyty-hołdu dla śpiewających, metalowych dziewczyn. Opowiesz mi skąd wziął się taki pomysł? Od dawna wiedziałam, że prędzej czy później nagram płytę solową, zresztą kilka razy dostałam już taką ofertę od różnych wytwórni płytowych. Uwielbiam zarówno grać i nagrywać własne utwory jak i covery. Jest cała masa świetnych utworów innych wykonawców, które chciałabym nagrać, ale nie wszystkie pasują do Crystal Viper. W pewnym momencie wszystkie te wątki, czyli płyta solowa, chęć nagrania coverów, i do tego koncept płyty hołdu dla moich ulubionych wokalistek, spotkały się w jednym miejscu, i tak właśnie powstał pomysł nagrania płyty "Metal Queens". Bardzo podoba mi się dobór utworów i wykonawców. Opracowałaś jakiś klucz wg którego dobierałaś utwory i płyty z jakich pochodzą? Nie, nie było żadnego klucza ani schematu, po prostu zrobiłam listę moich ulubionych zespołów z wokalistkami, a potem listę utworów, które chciałabym nagrać. Sprawdzaliśmy po kolei wszystkie utwory: jak zabrzmią z mo-

90

MARTA GABRIEL

im głosem, czy muszę zmieniać tonację czy mogę śpiewać w oryginalnej, i tak dalej. Drogą eliminacji doszliśmy do listy 10 utworów, bo podstawowym formatem miał tu być winyl, a wersja CD dostała bonus track. Płyta brzmi świetnie i faktycznie, jest to swego rodzaju metalowy monolit. Słucha się jej z wielką przyjemnością! Z tego co wiem, w nagraniach wspomogli Cię gitarzysta Eric Juris i perkusista Cederick Forsberg, czyli koledzy z Crystal Viper. Mam wrażenie że pod względem współpracowników, osiągnęłaś bezpieczną stabilizację i masz obok siebie ludzi, którzy zawsze sprawią że Twój materiał będzie brzmiał pierwsza klasa! Tak, obecny skład Crystal Viper to bardzo dobrzy muzycy, z którymi świetnie się rozumiem. Płyta "Metal Queens" została nagrana w prawie takim samym składzie co ostatni album Crystal Viper - aczkolwiek nie można powiedzieć, że obie płyty brzmią tak samo, chyba zresztą jedyne podobieństwo to mój głos. I Eric i Cederick bez większych problemów dostosowali swój styl gry właśnie do tego co było potrzebne płycie "Metal Queens", są bardzo elastyczni. Sięgnęłaś na tej płycie po taki hymn jak "Metal Queen" Lee Aaron. Aaron, podobnie jak Doro na swoich późniejszych płytach, odpuściła skóry i łańcuchy na rzecz bardziej przebojowego, radiowego rocka. Mimo to, obie panie wciąż są szanowane w metalowym środowisku. Wobec tego prosty wniosek: dziewczynom w metalu można więcej? Nie widzę zbyt dużego związku z płcią. To trochę tak, jakbyś muzyków Judas Priest po wydaniu płyty "Turbo" spytał, czy facetom w metalu wolno więcej (śmiech). Ciężko mi powiedzieć, czym się kierowały wymienione wokalistki - czy była to jakaś sugestia ze strony wytwórni lub producenta, lub może najzwyczajniej w świecie miały ochotę na taką zmianę. Moim zdaniem, każdy muzyk i zespół powinien grać i nagrywać to na co ma ochotę i to z czym się dobrze czuje (oczywiście pomijam tutaj kwestię muzyków sesyjnych, wynajętych do nagrania konkretnego materiału w konkretnym stylu). Jasne, my jako fani w jakiś tam mniej lub bardziej świadomy sposób oczekujemy, że nasi ulubieni wykonawcy będą nagrywać coś w stylu naszych ulubionych płyt połowa fanów zespołu Metallica chciałaby znowu usłyszeć granie w stylu "Master Of Puppets", połowa fanów Judas Priest chciałaby dostać kolejnego "Painkillera" (hej, w sumie w 2018 roku "Firepower" wcale tak daleko od "Painkillera" nie był! - przyp. red.), i tak

dalej. Ale trzeba mieć na uwadze, że muzycy to przede wszystkim ludzie. Mamy do czynienia z innymi inspiracjami, innymi emocjami, innymi etapami życia, innym doświadczeniem. Ciężko wymagać, żeby dany muzyk grał dokładnie to samo przez 20 czy 30 lat, czy żeby wokalista, który jest po 50-ce, brzmiał tak samo jak kiedy miał 20 lat. Kiedy jakiś zespół który lubię, drastycznie zmienia styl na taki który mi nie odpowiada, to po prostu słucham takich płyt rzadziej lub nie słucham ich wcale, cały czas jednak ciesząc się ich wcześniejszymi dokonaniami, które lubię. Nie siadam do komputera i nie wypisuję jak to dany zespół się skończył (śmiech). Kolejnym hymnem, z którego bardzo się ucieszyłem widząc go na playliście, jest "Rebel Ladies" nieco zapomnianego już Zed Yago… Tak, między coverami zespołów z moimi ulubionymi wokalistkami nie mogło zabraknąć czegoś z repertuaru Jutty Weinhold. Miałam okazję zobaczyć jej koncert 4 czy 5 lat temu, nadal jest w świetnej formie! Pewną niespodzianką jest dla mnie natomi ast umieszczenie na płycie "Reencarnacion" hiszpańskiej Santy, zwłaszcza, że odważnie zmierzyłaś się w tym kawałku z językiem, w którym chyba jeszcze nie śpiewałaś.... Z drugiej strony, czemu ja się dziwię, skoro kilka lat temu wyszłaś obronną ręką z potyczki z językiem węgierskim (śmiech). Uwielbiam płyty zespołu Santa z Azuzeną na wokalu. Prawdę powiedziawszy, już od jakiegoś czasu chciałam nagrać cover tego utworu z Crystal Viper. Kiedy pracowaliśmy nad EP'ką "At The Edge Of Time", wybieraliśmy pomiędzy utworem Quartz, utworem Diamond Head, i właśnie utworem Santy. Stanęło na Quartz, bo był bardziej nietypowy, z rototomami i gitarą akustyczną. Kiedy zaczęliśmy pracować nad "Metal Queens", nazwa Santa padła chyba na samym początku. Muszę przyznać, że spośród gości, świetnie wypadł Todd Michael Hall z Riot V w coverze Blacklace. Wiesz, myślałem że skoro jest to płyta w hołdzie dla kobiet za mikrofonem, to wokalne popisy faceta mogą efekt nieco zepsuć. Okazało się jednak, że Todd dał radę! Todd jest świetnym wokalistą, i uwielbiam z nim pracować. Z jakiegoś powodu nasze głosy naprawdę dobrze brzmią razem - parę lat temu nagraliśmy wspólnie cover Riot, potem nagraliśmy cover utworu "Shallow", z filmu "Narodziny Gwiazdy". Przyjaźnimy się i jesteśmy w stałym kontakcie, więc kiedy zaczęłam pracować nad "Metal Queens", napisałam do niego czy nie miałby ochoty znowu czegoś wspólnie nagrać. Zresztą myślę, że to nie był ostatni raz. Tak swoją drogą, lubisz tę obecną inkarnację Riot? Ze swojej strony powiem, że jestem absolutnym ich fanem i naprawdę podzi wiam w jak umiejętny sposób kultywują tradycję robiąc przy okazji coś naprawdę dobrego jeśli chodzi o nowości. Tak, jestem fanką obecnego wcielenia Riot, zresztą można powiedzieć, że byłam obecna przy wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że Todd z nimi śpiewa. Jakiś czas temu grałam gościnnie na gitarze w Jack Starr's Burning Starr - Todd był wtedy ich woka-


listą. Zresztą tak się poznaliśmy, Bart (Gabriel, mąż Marty - przyp. red.) był wtedy producentem nagrań i Crystal Viper i Burning Starr. Graliśmy próby w Niemczech, i Bart spytał Todda czy nie miałby ochoty spróbować czegoś z Riot, bo akurat szuka dla nich wokalisty… Jak widać spróbowali, no i wyszło (śmiech). Kiedy spotkaliśmy się kilka miesięcy później na kolejnych koncertach Burning Starr, Todd puścił nam nowe nagrania Riot (wtedy już Riot V), w tym m.in. "Take Me Back". Utwór tak mi się wrył w głowę, że jakiś czas później nagraliśmy akustyczny cover, zresztą chyba nadal można znaleźć tą wersję na YouTube. Nie korciło Cię, żeby do współpracy w którymś z kawałków zaprosić jednak jakąś wokalistkę? Tego chyba jeszcze nie próbowałaś? Zastanawiałam się nad tym kiedy zaczęliśmy nagrywać "Metal Queens", ale rozważając wszystkie za i przeciw, stwierdziłam, że mógłby nie być to najlepszy pomysł. Przyjaźnię się z kilkoma z wokalistek, których covery nagrywałam, i przyjaźnię się z kilkoma wokalistkami innych młodszych zespołów. Nie było szans, żeby zaprosić wszystkie, bo płyta całkowicie straciłaby swój charakter i spójność, pomijając już wszystkie kwestie logistyczne, no i nie chciałam żeby któraś z nich poczuła się pominięta. Na płycie nie mogło zabraknąć czegoś z repertuaru Doro i Warlock. Padło na "Mr. Gold", otwieracz z chyba najbardziej przebojowego ich albumu, "True As Steel". Potrafisz wskazać swój ulubiony album Warlock? Bo ja to chyba mam w tym temacie spory dylemat... "Mr. Gold" znalazł się na tej płycie z trochę innego powodu. Wiele lat temu nagraliśmy ten utwór z Crystal Viper, ale zabrakło i czasu i pieniędzy, i na składankę "A Tribute To Warlock" poszła wersja demo. Kiedy wiesz, że to demo - nie jest tak źle, ale na tle innych utworów z tej płyty, mocno odstawała jeśli chodzi o jakość. Nowa wersja "Mr. Gold" która znalazła się na "Metal Queens" to wreszcie sprawiedliwe potraktowanie tego utworu - brzmi tak, jak na to zasługuje. Nie, chyba nie mam ulubionego albumu Warlock, lubię wszystkie albumy które nagrali. Jutta Weinhold, Doro Pesch, Kate de Lombaert, Leather Leone… Czy te panie, dumnie stojące na czele metalowych ekip, pozwoliły Marcie Gabriel uwierzyć w siebie i koniec końców także stanąć na czele Crystal Viper? Uwielbiam te wokalistki, i miały ogromny wpływ na to co robię z Crystal Viper, ale o tym, że będę wokalistką zespołu heavymetalowego wiedziałam dużo wcześniej, zanim poznałam ich twórczość. Jestem muzykiem od 6 czy 7 roku życia, przez lata występowałam jako pianistka, potem jako nastolatka odkryłam takie zespoły jak Iron Maiden, Black Sabbath, Judas Priest i Virgin Steele i to tak naprawdę wtedy zdecydowałam, że to jest to co chcę robić w życiu. Nie przypominam sobie takiego momentu, żebym się zastanawiała "czy ja też mogę grać heavy metal, w końcu nie jestem facetem". Tak więc wszystko zaczęło się od zespołów z wokalistami, i dopiero później, kiedy zaczęłam się zagłębiać w gatunek, odkrywałam po kolei zespoły z wokalistkami.

Marta, pogadajmy teraz o… brakach. Nawet jeśli zaproponowałaś naprawdę solidny zestaw metalowych hymnów i słucha się go naprawdę świetnie, gdzieś z tyłu głowy kołacze mi myśl, że takich nazw jak węgierska Metal Lady, rosyjska Markiza, japońskie Show-Ya czy - tu pewne zaskoczenie - brytyjskie Girlschool najzwyczajniej w świecie brakuje. To co, kiedy "Metal Queens vol 2"? (śmiech) Jest takie powiedzenie, że "możesz być najsłodszą pomarańczą na świecie, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto nie lubi pomarańczy". Nie da się zadowolić wszystkich, więc nawet nie próbuję - staram się być szczera w tym co robię, i jeśli komuś się podoba to co gram i nagrywam, to wspaniale. Tobie brakuje utworów Metal Lady, Markizy i Show-Ya, komuś innemu będzie brakowało nagrań Robyn Danger czy Messiah Force… Ale wiesz co? To dobrze. Fajnie, że ludzie Foto: Marta Gabriel dyskutują o płycie, widziałam wpisy na swoim Facebooku, że na te z dziewczynami i bez. Nigdy nie zwracaludzie sugerują już kolejne utwory, które łam uwagi na płeć, i raczej nie zacznę. Dla chcieliby usłyszeć. Czy będzie "Metal Queens mnie liczy się to czy ktoś jest dobrym mu2"? Na dzień dzisiejszy nie wiem, w głównej zykiem, i czy gra muzykę, która mi się podomierze zależy to od tego jak będzie przyjęta ba. część pierwsza. Jakby nie patrzeć, Twoja działalność może Skoro już wspomniałem taką nazwę jak być inspiracją dla młodych dziewczyn które Girlschool... Nawet jeśli w heavy metalu próbują swoich sił na scenie hard'n'heavy mieliśmy wiele wspaniałych składów z pa- osiągnęłaś już naprawdę sporo w tym śroniami za mikrofonem, tak heavy metalowych dowisku. Są jakieś rady lub wskazówki które girlsbandów było i jest wciąż stosunkowo chciałabyś przekazać młodym adeptkom memało i w zasadzie jedynie Japończykom pod talowej sztuki? tym względem nie można niczego zarzucić. Nie poddawać się, ciężko pracować, i być Jak myślisz, jaka jest tego przyczyna? Dzie- świadomą swoich wad i słabości, i pracować wczyna z mikrofonem spoko, ale z gitarą czy nad ich wyeliminowaniem? To są raczej uniwza perkusją to już gorzej? ersalne rady, które nie mają związku z płcią Nie mam pojęcia. Naprawdę. Nie mam żadnej ale to są naprawdę ważne rzeczy, i mają duży teorii na ten temat. Dość często jestem pytana wpływ na to czy ktoś wytrwa w swoich muzyw wywiadach, dlaczego jest tak mało wokalis- cznych planach i działaniach, czy też nie. tek, gitarzystek, i generalnie dziewczyn na scenie metalowej i rockowej. Faktycznie tak jest, Marta, rok 2021 mimo wciąż utrzymującego nie da się tego ukryć - dziewczyna w rock- się stanu epidemicznego, wygląda dla Ciebie owym czy metalowym składzie to nadal jakaś pracowicie. Masz jeszcze jakieś niespo--tam egzotyka, i coś rzadkiego. Nie wiem, mo- dzianki dla swoich fanów w zanadrzu? że większość dziewczyn nie odczuwa potrzeby Oczywiście (śmiech). Nie wiem, kiedy będę grania, nie jest to coś co sprawiałoby im przy- mogła zdradzić informacje o kolejnych nagrajemność? Trudno mi powiedzieć, tym bar- niach, wydawnictwach i projektach, ale zapedziej, że sama jestem tutaj tym odstępstwem wniam Cię, że nowy album Crystal Viper, od normy. Stwierdziłam, że chcę być muzy- moja płyta solowa, i nowy album Blazon Stokiem, że chcę grać i śpiewać heavy metal, i ro- ne, na który nagrałam partie gitary basowej, biłam i nadal robię wszystko co w mojej mocy, to tylko część rzeczy, w które byłam zaangaaby tak było. żowana w tym roku. Ok, girlsbandów nie ma, ale za to dziewczyny za mikrofonem wciąż są obecne i wydaje się że ich głos jest aktualnie mocno słyszalny na scenie heavy metalowej. Takie bandy jak Midnight Dice, Smoulder czy Sign of the Jackal wydają się kroczyć ścieżką wydeptaną przez Metalowe Królowe w lat ach 80-tych. Śledzisz młode składy z kobietami na wokalach? Są jakieś bandy którym szczególnie kibicujesz? Znasz polski Shadow Warrior? Dają radę (śmiech). A tak poważnie, to nie rozdzielam zespołów których słucham i którym kibicuję,

Ok, to wszystko co na dziś przygotowałem dla Ciebie. Wracam słuchać "Metal Queens" a Tobie zostawiam ostatnie słowo dla fanów! Bardzo dziękuję za wywiad i za wsparcie. Mam nadzieję, że płyta "Metal Queens" się Wam spodoba. Bardzo zależało nam na tym, żeby powstał solidny, spójny heavymetalowy album, a nie po prostu składanka z coverami i myślę, że udało się nam osiągnąć ten efekt. Do zobaczenia na koncertach! Marcin Jakub

MARTA GABRIEL

91


Nowe życie Nie od dziś wiadomo, że kariery nawet największych gwiazd to prawdziwa sinusoida. Doświadczyła tego również Suzi Quatro, ulubienica młodej publiczności pierwszej połowy lat 70. Kiedy jej single przestały okupować czołowe miejsca list przebojów nie poddała się jednak, a od pewnego czasu jest już nie tylko ikoną glam rocka, ale też prawdziwą legendą. Najnowszą płytą "The Devil In Me" Suzi potwierdza, że w żadnym razie nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a do tego zapowiada już kolejny album. HMP: Wyraziłaś się niedawno, że "The Devil In Me" to najlepszy album w twojej karierze ("The Devil In Me" is the best album in my career to date) i trudno się z tą opinią nie zgodzić. Można jednak zastanowić się, dlaczego, starając się przecież zawsze nagrać jak najlepszą w danym momencie płytę, czasem trafia się w gusta słuchaczy, a czasem nie? Suzi Quatro: Nie znam odpowiedzi na to pytanie... Z każdym nowym dziełem zawsze starasz się z całych sił... Teraz było to jednak coś wyjątkowego. Richard (mój syn) i ja zaczęliśmy stawiać pierwsze kroki przy pisaniu tego materiału bez żadnej kontroli, nie obowiązywały żadne reguły, ponieważ wcześniej nie pracowaliśmy razem... Ten projekt miał

udany, LP "Rock Hard", ale muzyczne trendy wyglądały już wtedy zupełnie inaczej i nie zainteresował większej publiczności, nie wylansował też tak dużego hitu jak choćby "Can The Can", "Devil Gate Drive" czy "48 Crash"? "Rock Hard" wypadł w porządku... Celowo zebraliśmy wtedy ten sam zespół i próbowaliśmy odtworzyć emocje z pierwszego materiału... To był hit w wielu krajach, a jego tytułowy kawałek znalazł się w filmie "Times Square", więc kiedy wykonuję go na żywo publiczność z pewnością go rozpoznaje. Wielu artystów w takiej sytuacji załamuje się, czasem nawet rezygnuje z grania, ale ty za bardzo kochasz muzykę, żeby zdecydować

Foto: Suzi Quatro

swój plan. Chcieliśmy, żeby był tak przełomowy jak mój pierwszy album i myślę, że nam się to udało. Chcieliśmy też pójść o krok dalej niż na "No Control" i to też nam się udało. Richard wniósł tu swoją 36-letnią energię i doświadczenie jego pokolenia muzycznego zawartego w jego DNA. Od kiedy pamięta, obserwował swoją mamę, którą była Suzi Quatro. Ja wniosłam 57 lat w biznesie, 70 lat życia i swoje doświadczenie życiowe. Może i urodziłam mojego syna, ale to on dał mi nowe życie i widzę siebie, jakby po raz pierwszy, jego oczami. Miałaś do czynienia z taką sytuacją w roku 1980, kiedy ukazał się, bardzo według mnie

92

SUZI QUATRO

się na taki krok? Jestem artystką, muszę tworzyć, komunikować się i zabawiać... To jest to, kim jestem... Nie mogę przestać współtworzyć tego biznesu tak samo jak nie mogę przestać oddychać... Dopóki oczywiście pewnego dnia przestanę oddychać! Ale mam nadzieję, że kolejne albumy i kolejne trasy koncertowe jeszcze przede mną... Czuję się całkiem dobrze... Nie jestem osobą z depresją i z każdej sytuacji wyciągnę to, co najlepsze. Poza tym nawet w tych chudszych latach mogłaś liczyć na odzew ze strony swych wiernych fanów, których dorobiłaś się na całym świecie?

Jedyną rzeczą, która była wtedy "chudsza", to brak przebojowych singli. Jeśli chodzi o pracę, to nigdy nie przestałam koncertować. Każda kariera ma swoje wzloty i upadki... Proponuję obejrzeć mój dokument "Suzi Q", który odniósł sukces na całym świecie... Wyjaśnia wszystko, co musicie wiedzieć. Wiedziałaś w latach 70., że jesteś bardzo popularna również w Polsce, czy świadomość tego faktu pojawiła się nieco później, kiedy w roku 1980 nagrałaś program dla polskiej telewizji? Nie wiem, czy coś się zmieniło... Zawsze tam koncertowaliśmy... Zawsze czułam się tak samo, bez względu na to, która to była dekada. Masowa popularność i wysoka sprzedaż płyt były kiedyś marzeniem każdego młodego muzyka. Jak jednak oceniasz to wszystko ze swojej perspektywy, gdzie większość tantiem autorskich za twoje przeboje zgarniali obcy kompozytorzy, gdy twoje piosenki traktowano po macoszemu i nie były lansowane, a sława okazała się czymś ulotnym? Sława z pewnością nie była ulotna; wyrobiłam sobie nazwisko w latach 70. i jestem tu do dziś, koncertuję po całym świecie, daję 75-80 solowych dwugodzinnych występów, wydałam mnóstwo albumów, opublikowałam aktualny materiał i nie mam absolutnie nic nikomu do udowodnienia. Moje tantiemy nigdy nie zostały mi odebrane przez innych twórców, ponieważ to ja napisałam większość moich albumów, wszystkie strony B i niektóre single... Jestem ustawiona na całe życie, jeśli chodzi o pieniądze i nigdy więcej nie muszę pracować... Jestem w tym biznesie już 57 lat jako profesjonalna artystka... Wydaję albumy co kilka lat... Gram trasy koncertowe non stop, i mam wyprzedane bilety gdziekolwiek się pojawię... W 2019 w sylwestra grałam dla 14.000 osób... Nie powiedziałabym, że sława jest ulotna, prawda? Jestem bardzo rozczarowany tym, że w Stanach Zjednoczonych, było nie było ojczyźnie rock'n'rolla, publiczność jest tak nies tała w swych gustach, podąża wyłącznie za najnowszymi trendami, szybko zapominając o niedawnych ulubieńcach. Też tego doświadczyłaś, ale z drugiej strony zawsze miałaś wsparcie choćby ze strony niemiec kich czy australijskich fanów, dzięki czemu nie musiałaś zawiesić gitary na kołku? Po pierwsze, to nie jest gitara, to jest gitara basowa... dwie różne rzeczy... (gitara basowa też jest gitarą - red.). Szczerze mówiąc, nawet o tym nie myślę. Odniosłam sukces w Ameryce, zarówno sprzedając albumy, jak i jeżdżąc w trasy koncertowe, sprzedając je w milionach... Stałam się sławna dzięki mojej roli w "Happy Days". To był największy serial komediowy w USA przez ponad 15 lat... Gusta idą w górę i w dół, w kółko i w kółko... Jest jak jest... Jak już mówiłam... Nie mam nikomu nic do udowodnienia. Dlaczego miałabym w ogóle rozważać porzucenie mojej gitary basowej... Odnoszę wrażenie, że w ostatnich latach twoja kariera nabrała sporego przyspieszenia, dlatego po albumie "No Control" szybko przygotowałaś kolejny? W ciągu ostatnich kilku lat wydarzyło się kilka rzeczy. Zaczęło się od "Back To The Drive" w 2006 roku. Został wspaniale przyję-


ty, był wyprodukowany przez Andy'ego Scotta, a producentem wykonawczym był Mike Chapman. W 2011 zrobiłam mój pierwszy od wielu lat album z Mikiem, "In The Spotlight". W 2017 roku, nagrałam z moimi przyjaciółmi, nasz super album "Quatro, Scott & Powell". W niektórych krajach wszedł na listy przebojów. "No Control" z 2019 roku odniósł ogromny sukces. Film dokumentalny, "Suzi Q" to też był ogromny sukces. A teraz w 2021 roku mam "The Devil In Me". Myślę, że to nastąpiło po moim rozwodzie, przed którym miałam kilka trudnych lat. To było w 1992 roku, wtedy całkowicie wróciłam do muzyki. To był trudny okres. Ale przeszłam przez niego silniejsza niż kiedykolwiek, a od 27 lat jestem związana z niemieckim promotorem Rainerem Haasem. SPV podjęło decyzję o wydaniu drugiego albumu. Powinniśmy być w trasie przez cały rok, ale ta pandemia i lockdawn... Dlatego po prostu zabraliśmy się do pracy i zaczęliśmy tworzyć i nagrywać "The Devil In Me". "The Devil In Me" to nie tylko jedna z najlepszych płyt w twojej dyskografii, ale też swoisty manifest: chciałaś pokazać wszystkim malkontentom, wysyłającym cię na emeryturę, że jest na to zdecydowanie zbyt wcześnie? Nikt nie próbował mnie wysłać na wcześniejszą emeryturę. Pracuję cały czas. Nagrywam cały czas. Jestem znana jako jeden ze stałych elementów rock'n'rolla... Odpowiadając na twoje pytanie... to z pewnością nie było moje doświadczenie. Czy pandemia przysłużyła się temu materiałowi w tym sensie, że miałaś więcej czasu na twórczą pracę, stąd takie zróżnicowanie tego materiału i jego muzyczne bogactwo? Oczywiście wszyscy mieliśmy więcej czasu... Ale ja jestem bardzo kreatywną artystką, zawsze piszę piosenki, wiersze, książki itd. To co się stało, to zwolnienie tempa pracy, pozwoliło na trochę refleksji. Nie było harmonogramu i pośpiechu, pojawiły się miłe warunki do tworzenia. I uznałam pandemię, poza jej trudnymi częściami, za cudownie twórczy czas. Wciąż piszę materiał na kolejny album. Nie mogę przestać. Wydaje mi się, że celowo nie chciałaś się ograniczać, stąd mamy tu nie tylko przebojowe, glamowe utwory, za które pokochaliśmy cię w latach 70., ale też klasycznego rocka, bluesa, rock'n'rolla czy stylowe ballady, jak choćby czerpiącą z soulu "My Heart And Soul"? Tak, zawsze mówiłam, że nie daję się zaszufladkować, w żaden sposób. Mam szeroki zakres doświadczenia i wiedzy muzycznej. Jestem wykształconym muzykiem co do gry na fortepianie i perkusji, samoukiem co do grania na basie... Dorastałam w muzycznej rodzinie, chłonąc piosenki z epoki mojego ojca i mojego starszego rodzeństwa, a także mojego młodszego rodzeństwa... Mam to wszystko w sobie... I to wychodzi ze mnie. Jesteś kojarzona z rockowym, gitarowym brzmieniem, ale na "The Devil In Me" mamy naprawdę urozmaicone aranżacje, z wykorzystaniem smyczków, organów, fortepianu, trąbki, saksofonu czy harmonijki - kiedy można wzbogacić dany utwór, nie ma warto się wahać?

Nie ma kontroli nad tym wszystkim... Kiedy piszesz piosenkę, ona sama sugeruje, jakie inne instrumenty powinny się na niej znaleźć.. .Jest to dość oczywiste, jeśli jest się kreatywną osobą. Przebojowy "Motor City Riders" to hołd dla twego rodzinnego Detroit, w którym zaczy nałaś razem z siostrami muzyczną karierę? Tak, w stu procentach. Chciałam napisać taki prawdziwy utwór-hołd i opisać dokładnie jak wyglądało dorastanie w Detroit w latach 60... Wydaje mi się, że to uchwyciłam. Na przeciwnym biegunie jest z kolei ascety czny, surowy "Isolation Blues" - pandemia tak odcisnęła się na naszym życiu, że nie można było tego nie dostrzec? Mieliśmy piosenkę i tytuł... Zakochałam się w jego pomyśle... Więc zabrałam tę piosenkę w ustronne miejsce, gdzie mogłam pomyśleć... I po prostu ją napisałam... Z głębi duszy, dokładnie to co czułam. Wygląda na to, że uchwyciłam ten nastrój odczuwany przez wszystkich i wszyscy się do niego odnoszą. Dla artysty jest to spełnieniem marzeń. Koronawirus został z nami na dłużej i nie odpuszcza - jak widzisz w tej sytuacji dalsze losy branży muzycznej, bo przecież wielu artystów bez koncertów długo nie pociągnie, nie każdy jest na finansowym poziomie Stonsów czy U2? Nie mam pojęcia. Nikt nie ma na to odpowiedzi. Kto wie, kiedy wszystko wróci do normy. Albo czy kiedykolwiek to się stanie... Tak długo, jak publiczne zgromadzenia są zakazane, występy na żywo są również zabronione. Jest to bardzo smutne dla nas wszystkich z tej branży. Nie możemy kontrolować tego, co się dzieje, więc po prostu musimy z tym żyć... Ja mam to szczęście, że moje życie nie jest zależne od koncertowania, bo mam komfortowe warunki do końca życia. Ale wielu ludzi: muzyków, z ekip obsługujących trasy, dźwiękowców, montażystów sceny, firm oświetleniowych, transportowych, itd. ma znacznie gorzej - to było "ich" życie. To chyba nie przypadek, że współpracujesz obecnie z niemiecką firmą Steamhammer/ SPV, bo to z jednej strony solidny wydawca, z drugiej zaś tamtejszy rynek wciąż jest dość chłonny, jeżeli chodzi o płyty dostępne fizy cznie? Wszystko co wiem to, że SPV chcieli podpisać ze mną kontrakt i tak zrobili... na dodatek robią dobrą robotę. Mam swoją własną firmę wydawniczą Butterfly/Rak. Jeśli Niemcy kupują płyty CD w większej ilości niż ludzie w innych krajach, to jest to dla mnie nowość, ale cieszę się z tego. Jako osoba z winylowego pokolenia pewnie doceniasz fakt, że czarne płyty znowu wróciły do łask słuchaczy, ale ciekawi mnie też jak oceniasz te wszystkie nowości typu streaming, muzykę dostępną w cyfrowej postaci? To trudna sprawa, bo artyści dostają bardzo, bardzo mało z powrotem od cyfrowego świata. Wiele wielkich nazwisk mówiło o tym publicznie. Ten problem musi zostać nazwany, a warunki winny być uczynione bardziej sprawiedliwymi dla artysty.

frapuje i nie fascynuje już słuchaczy tak jak w latach 60. czy 70., albo jeszcze 10-20 lat temu, stała się tylko rozrywką. Oczywiście kiedyś też tak było, sama przecież grałaś bardziej przebojowego rocka, a nie progresywne suity, wypełniające całą stronę płyty, ale jed nak muzyka jako taka przestała być dla ludzi czymś bardzo ważnym, a to chyba nie jest dobre? Nie wiem, czy się z tym zgadzam. Owszem, wcześniej świat był "inny". Ale hej, jesteśmy w erze komputerów. I to by było na tyle. Nie można zatrzymać postępu... Ja po prostu piszę, nagrywam i mam nadzieję, że będę koncertować... Jestem szczęśliwa. Jak więc myślisz, kto będzie sięgać po "The Devil In Me"? Twoi fani na pewno, ale może też i młodzi słuchacze, lubiący na przykład klasycznego rocka, który od kilku lat jest znowu modny? Dostaję odzew od dużo, dużo młodszych słuchaczy. Wielu z nich to ci, którzy nie zauważyli mnie za pierwszym razem. To jest wspaniałe. Singlowe, opatrzone teledyskami utwory "My Heart And Soul" i tytułowy "The Devil In Me" na pewno pomogą w promocji płyty. Jednak brak koncertów wydaje mi się, szczególnie dla kogoś takiego jak ty, na sce nie istnego wulkanu energii, prawdziwym przekleństwem - zamiast grać koncerty z tym nowym, świetnym materiałem, musisz siedzieć w domu, więc gorszej sytuacji wyobrazić sobie nie sposób? Równoważymy to właśnie teledyskami. Teraz na YouTube dostępne są trzy i odzew na nie jest "oszałamiający". Są to "My Heart And Soul", "The Devil In Me" oraz "I Sold My Soul". Media społecznościowe są tym, co mamy teraz do dyspozycji. To jest coś, czego musimy używać, dopóki nie wrócimy do jakiejś formy normalności. Musimy więc wytrwać w zdrowiu i w dobrej kondycji psychicznej do momentu, kiedy będziemy już mogli wybrać się na twój kon cert, co będzie dobrą rekompensatą za min iony, pod każdym względem fatalny, rok? Tak... Mam nadzieję, że w przyszłości zobaczę wszystkich na normalnym koncercie, uśmiechniętych i otoczonych rock'n rollem... To jest moje marzenie. Wojciech Chamryk & Joanna Pietrzak

Wygląda na to, że muzyka nie interesuje, nie

SUZI QUATRO

93


2013r. razem z Event Urizen grałem support przed Turbo. Dzięki temu, jak Krzysiek powiedział, czuję się niczym człowiek, który podprogowo zainspirował tych młodych ludzi do założenia Ironbound. To musiało się tak skończyć, żeby dopiero się zaczęło. (śmiech)

Każdy z nas włożył w to całe serducho Tak jak Alcoholica przyciąga tłumy metalowców spragnionych doświadczania coverów Metalliki w wydaniu koncertowym, tak też Ironbound ma w Polsce duże i jasno zdefiniowane przez jeden zespół grono potencjalnych odbiorców - mianowicie jest to muzyka idealna dla lokalnych fanów Iron Maiden. Rybnicka kapela jeszcze nie wypracowała własnego, indywidualnego charakteru, który wyróżniałby ich twórczość na bardzo gęstej scenie NWOTHM, ale całkiem możliwe, że ich debiutancki longplay "Lightbringer" przypadnie go gustu lokalnym fanom Żelaznej Dziewicy. We wprowadzeniu w ten temat z pewnością pomogą Wam entuzjastyczne wypowiedzi gitarzystów Krzysztofa Całki i Michała Halamody, a także wokalisty Łukasza Krauze. HMP: Odpalam Wasz Facebook i czytam: "Jest seksownie, jest mrocznie, jest krew, pot i łzy". Czy te słowa dobrze oddają obecny stan ducha Ironbound? Krzysztof Całka (gitarzysta): Klimat w zespole jest bardzo dobry, naładowany pozytywnymi emocjami, w końcu wydajemy właśnie naszą debiutancką płytę. Powyższe słowa nawiązywały do sesji zdjęciowej, którą w tym dniu odbyliśmy. Były wygłupy, niejednoznaczne pozycje ze statywami, groźne metalowe miny. Nie jesteśmy drętwiakami i mamy wielki dystans do siebie, każdy z nas dobrze się bawi. Dla nas Ironbound to niezła przygoda i zabawa, tak więc powyższe słowa mogą śmiało

gąc cieszyć się owocami naszej pracy. Czy decyzja o utworzeniu Ironbound w 2014 roku na pewno była spontaniczna? A może z perspektywy czasu widzicie, że dojrzewało to u Was przez dłuższy okres czasu, przyjaźniliście się, lubiliście podobną muzykę, wspólnie wybieraliście się na rozmaite kon certy, wymienialiście się płytami, narzekaliś cie lub zachwycaliście się tymi samymi niuansami twórczości tych samych muzycznych ikon? Zresztą, nie jesteście nowicjuszami i każdy z Was grał (a być może wciąż gra!) już wcześniej w innych zespołach. Krzysztof Całka: Plany założenia zespołu

Foto: Ironbound

określać stan ducha, jaki panuje w naszym zespole. Michał Halamoda: Jest dokładnie tak jak Krzysiek mówi. Swoją drogą dzień sesji zdjęciowej był dla nas wyjątkowo wymagający. Żaden z nas specjalnie urodą nie grzeszy, a koniec końców trzeba było jakoś wyglądać na tych zdjęciach (śmiech). Tak więc nasza Pani fotograf miała pełne ręce roboty. Krew, pot i łzy to zresztą słowa, które ostatnimi czasy każdy z nas może wydziarać sobie na czole. Jesteśmy bardzo podekscytowani premierą naszego pierwszego albumu, ale z drugiej strony chcielibyśmy już zakończyć wszelkie dopinanie spraw powiązanych z wydaniem. Pochłania to sporo naszego czasu i chcielibyśmy już przejść do tej części "po wydaniu płyty", mo-

94

IRONBOUND

grającego klasyczny heavy metal rodziły się w mojej głowie już dużo wcześniej, jednak z uwagi na ilość różnych zobowiązań ciężko było wygospodarować czas na kolejny zespół. Impuls do podjęcia pierwszych, poważnych kroków w tym temacie pojawił się po pijaku podczas wspólnego powrotu z koncertu Turbo w katowickiej Leśniczówce pod koniec 2013 roku (śmiech). Tak jak zauważyłeś, zespół składa się ze starych przyjaciół, którzy wypili razem hektolitry wódki i zjeździli wspólnie masę koncertów. Myślę, że dla każdego z nas Ironbound jest na dzień dzisiejszy priorytetem, ponieważ nikt poza Michałem nie gra już w innym zespole. Łukasz Krauze: Chciałbym tylko dodać, że w

Podobno z rodziną i przyjaciółmi najlepiej wypada się na zdjęciu. A jak Wy dogadujecie się wewnątrz zespołu? Kto (i jakie?) ma u Was atrybuty lidera? Kto najczęściej przej muje inicjatywę i motywuje pozostałych, a kto jest najbardziej ugodowy i najłatwiejszy w efektywnej pracy zespołowej? Czy zdarzył się Wam kiedyś niekontrolowany wybuch emocji kiedy np. spieraliście się o ostateczny kształt jakiejś kompozycji? Krzysztof Całka: Myślę, że to powiedzenie ("z rodziną i przyjaciółmi najlepiej wypada się na zdjęciu" - przyp.red.) do nas nie pasuje. W zespole znamy się od lat i jesteśmy już niemal jak rodzina. Tak przy okazji, ja i Adam jesteśmy braćmi. Co do osoby lidera to przypisuje się to mnie. Staram się trzymać ten zespół w ryzach i nadawać jakieś tempo. Oczywiście każdy z chłopaków ma swój wkład i pomysły. Łukasz wprowadził w zespole spore rozluźnienie i stąd na naszym Facebooku pojawiają się czasem jakieś śmieszne posty i zabawne akcje. Jeśli chodzi o całokształt wizji zespołu, to jesteśmy zgodni. Naturalnie, czasem zdarzają nam się różne drobne rozbieżności w detalach, ale wojen z tego powodu nie prowadzimy. Michał Halamoda: Muszę powiedzieć, że klimat w zespole jest bardzo unikalny i chyba rzadko komu udaje się w dzisiejszych czasach nawiązać takie relacje. Jesteśmy bardzo mocno zżyci ze sobą, faktycznie prawie jak rodzina. Oprócz samego grania, po prostu bardzo dużo czasu spędzamy wspólnie. Od wyjazdów, przez grille, imprezy, itp. Łukasz na przykład jest naszym świeżym nabytkiem, ale swoją charyzmą i humorem wpasował się wprost idealnie w klimat kapeli. Był faktycznie ostatnim elementem układanki. Oczywiście, że zdarzają się jakieś tam zgrzyty, ale jest to raczej popularna rzecz w relacjach międzyludzkich. Szczególnie jeżeli każdy z nas ma jakiś inny pogląd czy wizję na dany temat i próbuje ciągnąć w swoją stronę. Wtedy ważna jest sztuka kompromisu i wypracowania wspólnego rozwiązania problemu, co na razie wychodzi nam całkiem dobrze. W kwestii lidera, to Krzysiu pełnił te funkcję zanim jeszcze dołączyłem do Ironbound, a w swojej roli spełnia się znakomicie. Tak naprawdę nie wyobrażam sobie nikogo innego, kto mógłby wskoczyć w jego buty. Wiem, że czasami jest wykończony sprawami organizacyjnymi, szczególnie teraz w przededniu wydania płyty, bo w zasadzie większość jest na jego głowie. Jednak pomimo tego wszystkiego, Krzysiu niczym cierpliwy ojciec stara się wysłuchać swoje rozkapryszone dzieci i spełnić w miarę możliwości ich oczekiwania, tak że i wilk syty i owca w ciąży… a przecież mógłby czasem zwyczajnie przypierdolić (śmiech). Co dobrego moglibyście powiedzieć o Waszym poprzednim wokaliście Bartoszu Bieżuńskim? Dlaczego już Was nie reprezentu je? Krzysztof Całka: Bartosz był dobrym wokalistą. Dodał nam skrzydeł po długotrwałych poszukiwaniach wokalisty. Co się takiego wydarzyło, że go nie ma już w zespole, jest dla


nas niewyjaśnione. Bartosz na cztery godziny przed koncertem (w naszym rodzinnym mieście Rybniku) po prostu nas powiadomił, że nie przyjedzie. O tak, po prostu, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia. Dla mnie był to jego koniec w zespole. Dodam, że nie był to pierwszy jego taki wybryk, ponieważ bez jakiegokolwiek uprzedzenia nie pojawił się także rok wcześniej na koncercie w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Wodzisławiu Śląskim - tam zagraliśmy koncert instrumentalnie. Czy tak zachowuje się zaangażowany w życie zespołu kolega…? Michał Halamoda: Odejście Bartka z zespołu było potwornym ciosem dla nas wszystkich. Faktycznie przed oczami stanęło nam widmo rozwiązania kapeli, co bolało każdego z nas. Wiedzieliśmy, ile czasu zajęły nam wcześniejsze poszukiwania wokalisty i chyba żaden z nas nie miał już dość determinacji i siły, aby przechodzić przez ten cały proces od początku. Prawdopodobnie to byłby powolny upadek Ironbound. Dla mnie odejście Bartka było podwójną zdradą. Wiesz, przyjaźniliśmy się ze sobą przez 17 lat i niejednokrotnie żartowaliśmy, że niedługo będziemy mieć okrągłą rocznicę. Gdyby Bartek przyszedł i po prostu z nami pogadał, albo chociaż pogadał ze mną w cztery oczy, to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Przecież nie zawiązywał z nami współpracy pod groźbą śmierci. Mógł zwyczajnie odejść z zespołu, podziękować za współpracę i zagrać z nami ten ostatni koncert. Nikt nie miałby do niego pretensji i prawdopodobnie utrzymywalibyśmy kontakt po dziś dzień. Możliwe, że Ironbound również by tego nie wytrzymało, ale wydźwięk byłby zupełnie inny. Niestety, Bartek wolał obrać drogę na skróty i wysłać nam sms-a. Zamiast uczciwie pogadać, zwyczajnie wsadził nam nóż w plecy i kilka razy obrócił dla efektu końcowego. Dlaczego to zrobił? Musiałbyś zapytać jego, bo my do dzisiaj nie wiemy. Teraz te wydarzenia nie budzą już takich emocji, a bardziej uśmiech politowania. W zasadzie to powinienem Bartkowi podziękować w tym miejscu, że sprawy potoczyły się, jak się potoczyły. Gdyby nie tamte wydarzenia, to nie wiadomo czy Łukasz byłby dzisiaj naszym wokalistą. A tak mamy świetnego wokalistę, który wniósł masę nowych pomysłów, energii i humoru do zespołu. Coś, czego bardzo potrzebowaliśmy. Do tego mamy już na koncie prawie wydaną płytę, z której każdy z nas jest mega zadowolony. Jesteśmy wszyscy naładowani energią i już myślimy o drugim długograju, który zresztą powoli powstaje. Tak więc podsumowując, Bartku, jeszcze raz Ci dziękujemy, że losy potoczyły się jak się potoczyły. Czy obecny skład Ironbound jest stabilny? A może poszukujecie jeszcze dodatkowej osoby? Krzysztof Całka: W obecnej, klasycznej formie, uważamy, że zespół jest kompletny. Atmosfera w zespole jest bardzo dobra, więc myślę, że nie ma także obaw o zmiany personalne. Szukamy natomiast żony dla najlepszego gitarzysty na świecie - Michała (śmiech). Dziewczyny, posłuchajcie jego solówek na płycie i zakochujcie się w nim! Michał Halamoda: Tak, "Gitarzysta szuka żony", mógłby być z tego niezły show (śmiech). A tak na poważnie, atmosfera w kapeli jest świetna i w mojej opinii nikomu na razie nie świta myśl o opuszczeniu naszych szeregów. Choć jak życie pokazuje, mogę się

zwyczajnie mylić. Jednak ja kurczowo będę trzymał się tej myśli. Tak jak wspominałem, każdy z nas i wszyscy razem jesteśmy ogromnie podekscytowani naszym albumem, ponieważ niezależnie jak zostanie przyjęty, to każdy z nas dał z siebie sto procent z hakiem i włożył w to całe serducho. Miejmy nadzieję, że słuchacze podzielą naszą opinię i będą równie zachwyceni. Jeżeli chodzi o powiększanie naszego składu, to ja również nie widzę takiej konieczności. Czasem może by i przydała się dodatkowa gitara, żeby podegrać jakieś dodatkowe partie, ale radzimy sobie świetnie tak jak jest. Choć w przyszłości kto wie jak będzie… Jak myślicie, dlaczego śląska ziemia rzekomo dawno nie słyszała o zespołach inspirowanych Turbo, Iron Maiden i Saxon? Młodzież nie była zainteresowana czy brakowało młodych talentów w tej niszy? Krzysztof Całka: Śląska scena metalowa od zawsze kojarzyła mi się z ekstremalnym graniem (thrash, death czy black metal). Oczywiście, miałem na ten temat pewną teorię, która potwierdziła się w trakcie przygody z Ironbound. Otóż myślę, że wiele zespołów chcących grać klasyczny heavy metal borykały się z takim samym problemem jak my, czyli brak odpowiedniego wokalisty. Tutaj nie wystarczy "drzeć ryja" do mikrofonu. Wokalista musi mieć odpowiednią barwę oraz pojęcie o technice śpiewu. Rola wokalisty w zespole heavy metalowym to ciężki kawałek chleba. Mimo tego, że kochamy grać heavy metal, to kto wie, jak skończyłby Ironbound, gdyby nie Łukasz Krauze. Michał Halamoda: Zgadzam się z Krzysztofem w stu procentach. Niestety brakuje na scenie typowych wokalistów heavymetalowych. Tego typu śpiew to ciężki kawałek chleba, który wymaga ogromnych umiejętności, ciągłego doskonalenia i rozwoju. Bez poświęcenia odpowiedniej ilości czasu na szlifowanie warsztatu, większość młodych wokalistów odbija się jak od ściany. Dodatkowo, prawda jest też taka, że okolice miasta, jak i samo miasto Rybnik, zawsze słynęły z mocno rozwiniętej sceny death i black metalowej. Thrash przeżywał swój renesans jakieś 10 lat temu i młode kapele rosły wtedy jak grzyby po deszczu. Niestety większość nie przetrwała próby czasu i dziś pozostali już tylko nieliczni. Wszystkie te czynniki składały się na trudność znalezienia odpowiedniego kandydata na stanowisko wokalisty. Całe szczęści nam się udało. Wydaje mi się, że Clive Burr jest znacznie bliższy stylistycznie Adamowi Całce (niż Nicko McBrain), za to Łukasz Krauze brzmi bardziej jak Blaze Bayley niż jak Bruce Dickinson. Czy Waszym świadomym zamiarem jest kontynuacja spuścizny Iron Maiden, dlatego że albumy Maidenów wychodzą stanowczo zbyt rzadko? Im lata lecą, a Wy jesteście młodzi i gniewni? Krzysztof Całka: Cała scena NWOBHM, a w szczególności zespół Iron Maiden, inspiruje nas od młodzieńczych lat i to słychać w naszej muzyce. Lubimy, kiedy się nas porównuje do nich, bo to w końcu nasi idole, daje nam to mocnego kopa do działania. Po jednym z koncertów na Słowacji ktoś napisał o nas "Polskie Iron Maiden". Mimo wszystko Adam zawsze zostanie Adamem, a Łukasz Łukaszem. Michał Halamoda: Nie da się tego ukryć, że Iron Maiden jest dla nas wszystkich ogromną inspiracją... Pamiętam jeszcze, że mając lat

naście, kiedy stawiałem swoje pierwsze koślawe kroki jako gitarzysta, oglądałem z rodzicami fragment "Rock in Rio" (Iron Maiden) i wtedy też ojciec powiedział mi, że ciężko pracując i ćwicząc codziennie, może kiedyś będę tak dobry jak oni. No i cóż… stało się to dla mnie pewnym wyznacznikiem. Wracając jednak do sedna, może i staramy się kroczyć tą samą ścieżką co Iron Maiden, jednak nie idziemy po ich śladach. Inaczej mówiąc, robimy pewne rzeczy po swojemu tak jak czujemy, ale korzystamy z zabiegów powszechnie słyszalnych w muzyce Iron Maiden, tj. charakterystyczne galopy sekcji rytmicznej, dwugitarowe melodie i wysokie, często mocno rozciągnięte partie wokalne. Każdy z nas jest sobą i każdy z nas ma swoje inspiracje, co daje nam razem świetną mieszankę. Mogę na koniec jeszcze dodać tyle, że muzyka heavymetalowa, jak i cała muzyka metalowa, jest już bardzo mocno wyeksploatowanym gatunkiem i bardzo ciężko o coś nowego. Zawsze ktoś powie ci "już to gdzieś słyszałem". My po prostu nie chcemy wyważać otwartych drzwi. Oczywiście, ludzie będą nas za to różnie oceniać, ale my i tak będziemy dalej robić swoje. Rozumiem, dlaczego niektórym możecie kojarzyć się z poznańskim Turbo, ale najwybitniejszym przedstawicielem śląskiego metalu jest zespół Kat. Tak się zastanawiam, czy przypadkiem nie podążając za mistrzowski mi wzorcami, chcecie budować własną tożsamość muzyczną wychodząc od Maidenów, analogicznie jak Kat zbudował własną tożsamość wychodząc od Metalliki? Krzysztof Całka: Coś w tym jest. Jak już wspomniałem, zespół Iron Maiden jest najbliższy naszym sercom i to on jest dla nas główną inspiracją. Sukces Iron Maiden jest imponujący, więc ciężko nie wzorować się na najlepszych. Oczywiście, ich sukces był kreowany w zupełnie innych czasach i my musimy zmierzyć się z inną rzeczywistością, co uważamy za wyzwanie. Michał Halamoda: Niestety muzyka rockowa czy metalowa nie cieszy się już taką popularnością jak kiedyś, co działa po prostu na naszą niekorzyść. Jesteśmy realistami i zdajemy sobie sprawę, że odniesienie sukcesu na tym polu to przeogromne wyzwanie i jeszcze nie wiemy, jaka będzie nasza przyszłość, ale nadzieja zawsze umiera ostatnia. Oczywiście ciągle żyjemy marzeniami i usilnie dążymy do ich realizacji. Zobaczymy jednak co czas przyniesie. Jakie największe trudności spotkały Was od momentu wystartowania z Ironbound? W jaki sposób sobie z nimi radzicie? Czego one Was uczą? Czego brakuje polskiej scenie

INCURSION

95


metalowej? Krzysztof Całka: Największym problemem, z jakim się borykaliśmy, było odnalezienie odpowiedniego wokalisty. Przez zespół przewinęło się parę osób, jednak przez długi czas nikt nie był w stanie stanąć na wysokości zadania. Czuliśmy bezradność i zwątpienie, czy uda się w ogóle kogoś znaleźć. Z perspektywy czasu wiemy, żeby się nie poddawać i robić swoje, bo w końcu ciężka praca i dążenie do celu daje swoje owoce. A które dotychczasowe "wzloty" Ironbound cieszą Was najbardziej? Krzysztof Całka: Powoli budujemy swoją pozycję na polskiej scenie metalowej oraz NWO THM. Każdy kolejny materiał zostaje ciepło przyjęty. Wydanie debiutanckiego longplay'a samo w sobie traktujemy jako sukces. Mamy nadzieję, że materiał na niej zawarty przypadnie do gustu słuchaczom i otworzy nam to kolejne drzwi w naszej karierze. Michał Halamoda: Gdyby to pytanie padło za jakieś pół roku, chciałbym, żeby moja odpowiedź dotyczyła sukcesu naszego albumu. Jednak na razie, ta kwestia pozostaje w sferze marzeń. Dla mnie największą dotychczasową przygodą była trasa ze słowackim zespołem Eufory i czeskim Power 5. Było to wszystko nowym i fascynującym doświadczeniem. Jedy-

Jaka historia kryje się za jego komponowaniem i nagrywaniem? Krzysztof Całka: Większa część muzyki oraz wszystkie tesksty utworów na płycie "The Lightbringer" zostały napisana przez Michała. Michał jest niezwykle płodnym muzycznie człowiekiem. Jeżeli chodzi o samą rejestrację materiału, to podeszliśmy do tego trochę mniej standardowo, ponieważ nie wynajęliśmy studia do tego celu. Zaaranżowaliśmy własną salę prób na studio. Sam proces nagrywania trwał przez to troszkę dłużej, ale nie mieliśmy żadnych ograniczeń czasowych związanych z rejestracją materiału. Michał Halamoda: Faktycznie jakoś się tak poskładało, że większość utworów wyszła spod mojego pióra. Jak Krzysiek wspominał, jeszcze szukają dla mnie żony, więc mam czas na pierdoły (śmiech). Ale tak na poważnie, z przyczyn oczywistych dysponuję trochę większą ilością wolnego czasu od reszty chłopaków, więc korzystam z każdej okazji, kiedy natrafia się jakiś chwytliwy riff. Z samym procesem tworzenia bywa różnie. Niektóre piosenki powstają w ciągu paru godzin, niektóre zaś ciągną się całymi tygodniami, a nawet miesiącami, nie mogąc doczekać się swojego finału. Dużo zależy od weny i nastroju. W studiu to też jest inna historia. Tak jak Krzysiek powiedział, nagrywanie ogarnialiśmy w większo-

Foto: Ironbound

ne czego chcę, to więcej. Czy dobrze widzę, że debiutancki longplay "The Lightbringer" ukończyliście 27 lutego 2021? Kiedy się on ukaże? W jakiej formie (CD/LP/MC/digi)? Krzysztof Całka: Tak jest! 27 lutego odebrałem płytę matkę od naszego dobrego znajomego Daniela Azara Arendarskiego ze studia Lighthouse Audio, który odwalił kawał dobrej roboty, zajmując się mixem oraz masteringiem materiału. Premiera naszego debiutanckiego albumu odbędzie się 30 kwietnia 2021 za pośrednictwem Ossuary Records. W pierwszej kolejności będzie można nabyć materiał na CD w klasycznym wydaniu jewel case oraz dosłuchać albumu na portalach streamingowych. Wraz z wydawcą planujemy także wydanie albumu w postaci LP, ale jego premiera odbędzie się troszkę później.

96

IRONBOUND

ści we własnym zakresie, więc możemy w zasadzie śmiało powiedzieć, że jedyne co nas blokowało to granice naszej wyobraźni. Nie musieliśmy się martwić o czas czy pieniądze wydane na studio. Faktem jest, że rozpoczynając nagrywanie wchodzimy z prawie gotową koncepcją, ale całe piękno ujawnia się w spontanicznych pomysłach, które wiesz, że działają, powodują u ciebie ciary i napędzają do dalszego działania. Te właśnie drobne elementy czy smaczki wynikające z pewnej spontaniczności powodują, że przenosisz swoją muzykę na inny poziom. O czym śpiewacie w utworze "Light Up The Skies"? Czy ma to cokolwiek wspólnego z brytyjską komedią dramatyczną o tym samym tytule? Przyznam, że macie tam bardzo chwytliwy i angażujący słuchaczy wątek przewodni.

Michał Halamoda: Stety czy niestety, jest to przypadkowa zbieżność tytułów. Szczerze to "Light Up…" był moim kompletnym wymysłem, jak się okazuje nie byłem jednak pierwszy (śmiech). Podobnie jak film, tekst nawiązuje do wydarzeń II Wojny Światowej, ale sam film nie był inspiracją. W zasadzie cała koncepcja zrodziła się jakieś dwa lata temu, kiedy miałem okazję wybrać się z moimi przyjaciółmi na wycieczkę do Anglii, na pokazy lotnicze w Duxford "Flying Legends". Moi znajomi to piloci - fanatycy, bardzo pozytywnie zakręceni na punkcie latania, pokazów, lotnictwa, historii lotnictwa, itd. Jeżdżą na tego typu imprezy prawie wszędzie i widać, że tym żyją (śmiech). W każdym razie, pojawiła się okazja, żeby wybrać się na taki wypad. W trakcie pobytu miałem okazję nie tylko zobaczyć same pokazy, ale również na przykład pić piwo w knajpie, gdzie przesiadywali piloci m.in. Dywizjonu 303. Takie doświadczenia potrafią być mocno inspirujące, więc żal byłoby tego nie wykorzystać. W swoich tekstach jednak staram się nie oceniać w żaden sposób przedstawionych wydarzeń. Nie są to pieśni pochwalne ani dziękczynne. Starałem się opowiedzieć jakąś krótką historię, skupiając się na emocjach moich bohaterów. Jako autor próbuję wejść w czyjeś buty i oddać emocje, jakie ta osoba czuła czy mogłaby czuć. Dlatego też "Light Up The Skies" opowiada o chęci walki, ale również o wątpliwościach i strachu, jakie mogły towarzyszyć ludziom, którzy po prostu chcieli obronić swoje domy i rodziny. Ta tendencja zresztą pojawia się we wszystkich naszych tekstach. Czy jest to polowanie na czarownice, czy bitwa z udziałem husarii, nacisk położony jest na warstwę emocjonalną, a same wydarzenia są tłem akcji. Co planujecie na przyszłość? Krzysztof Całka: W normalnych czasach pewnie planowalibyśmy trasę koncertową promującą nasz debiut "The Lightbringer", pilibyśmy dużo wódki podczas spotkań z fanami, dawalibyśmy autografy na cyckach fanek. Trochę się rozmarzyłem (śmiech). Tak na serio to, w najbliższym czasie chcemy skupić się na promowaniu debiutanckiej płyty i dotarciu do jak największej liczby odbiorców. W planach także mamy nagranie teledysku. Michał Halamoda: Promocja, promocja i jeszcze raz promocja… trochę jak w Lidlu albo Biedronce (śmiech). Ale na serio, to priorytetem jest dopięcie i wydanie płyty, a później jej promowanie na każdy możliwy sposób. Mamy szczerą nadzieję, że wszystko za jakiś czas wróci do normy, a my powrócimy do aktywnego koncertowania. Dziękuję za Wasz czas i odpowiedzi. Krzysztof Całka: Dziękujemy również za zaproszenie do wywiadu i mamy nadzieję, że niebawem wrócimy do normalności i koncertów! Życzę tego nam wszystkim, ponieważ pewnie nie tylko my jesteśmy już wygłodniali imprez na żywo. Pozdrawiamy wszystkich fanów heavy metalu! Sam O'Black


Manilla Road rozgrzała publiczność przed naszym występem Gdy w marcu 2020r ukazał się drugi album Natur "Afternoon Nightmare", ludzie byli bardziej zainteresowani zakupem papieru toaletowego. Teraz Dying Victims Productions oddaje sprawiedliwość heavy metalowemu longplay'owi Nowojorczyków, wydając go po raz pierwszy w formacie CD. Perkusista Tooth Log oraz śpiewający gitarzysta rytmiczny Ryan Weibust na co dzień nie gadają o graniu metalu, tylko po prostu to robią. Tym bardziej cieszy nas, że tym razem wyczerpująco odpowiedzi na pytania o ich twórczy dorobek, koncerty i inspiracje. HMP: Cześć Wam. Jak prawidłowo powinienem wymówić nazwę Waszego zespołu, skoro to jest Natur a nie Nature? Tooth Log: Normalnie. Tak jak Nature. Brak ostatniej litery jest zabiegiem estetycznograficznym, a nie artykulacyjnym. Kiedy szukaliśmy nazwy dla naszego zespołu, zastanawialiśmy się, które słowo brzmi najmocniej i najpełniej oddaje naszą energię. Doszliśmy do wniosku, że natura jest równie potężna. Jak widzicie swoje miejsce na scenie NWO THM? Tooth Log: (zastanawia się) To zjawisko rozpoczęło się na początku XXI wieku, a Natur powstał w 2008 roku. Był to idealny moment na granie heavy metalu. Kiedy ktoś nas pyta, co gramy, odpowiadamy zazwyczaj, że "tradycyjny heavy metal". Ryan Weibust: Ale nie słyszymy, żeby ktoś nas klasyfikował do NWOTHM. Pamiętam, że podczas jednego z naszych pierwszych koncertów, fan powiedział o nas "old metal" ("stary metal" - przyp. red.). Z takim określeniem bardziej się utożsamiamy. Trudno jest opisywać muzykę słowami. Dobrze jest, kiedy inni ludzie robią to za muzyków. Prawdopodobnie jedną z największych zmian, jakie nastąpiły ostatnio w Natur jest dołączenie do labelu Dying Victims Productions. W marcu 2021 wznowili oni wasz drugi longplay "Afternoon Nightmare" na CD (pierwotnie ukazał się on w marcu 2020 na winylu oraz w wersji cyfrowej). Jakie nowe możliwości pojawiają się przez wami w związku z tą współpracą? Ryan Weibust: "Afternoon Nightmare" ukazało się w dziwacznym momencie, kiedy ludzie na całym świecie byli przejęci innymi sprawami niż muzyką. Bardziej zależało im na tym, aby kupić papier toaletowy niż album z muzyką. Wznowienie poczynione przez Dying Victims Productions daje nagraniu drugie "skrzydła". Czujemy się niemal tak, jakby to było wydawane po raz pierwszy. Wprawdzie "Afternoon Nightmare" był dostępny wcześniej na winylu, ale dopiero teraz więcej osób się o nim dowiaduje i go słucha. Po wysłuchaniu waszych obu albumów "Head Of Death" (2012) i "Afternoon Nightmare" (2020) jestem skłonny zgodzić się z opinią Crypt Of The Wizard, że "brzmicie jak motocyklowy gang napierający na imprezę w nawiedzonym domu". Czy czujecie się jak gang motocyklowy? Ryan Weibust: (śmiech) Nikt z nas nie jest motocyklistą.

Tooth Log: Ale nie mamy nic przeciwko motocyklistom. Problem w tym, że z naszym temperamentem jazda na jednośladzie szybko by nas zabiła. Ryan Weibust: Zdarzyło nam się grać na zlotach harleyowców. Dobrze się wśród nich czujemy. A jak to jest z drugą częścią zdania - nawiedzone domy? Tooth Log: Nawiedzone domy są nam znacznie bliższe. Zazwyczaj błąkamy się po nich w wolnym czasie. Ryan Weibust: Pasuje do klimatu naszych utworów. Ale gdy rejestrujecie muzykę, korzystacie z regularnego studia, a nie np. z cmentarza na-

rodem z horroru. Gracie jednak zbyt szybko, aby nazwać to doom metalem. Druga sprawa, która was wyróżnia - nie stosujecie ściany dźwięku, za to sporo synkop oraz dynam icznych zmian. Tooth, słyszę, że czasami lubisz zrobić pauzę, po której zrywasz się do bardzo szybkiej gry. Tak to wygląda z perspektywy fana. A jak z Waszej? Ryan Weibust: Myślę, że kiedy zaczynamy komponować, jammować lub eksperymentować, wychodzi nam często muzyka brzmiąca zbyt "happy"/"wesoło". W takiej sytuacji potrzebujemy dokonać zmian, wprowadzić dysonans i dodać mroku. Nie pasowałyby do nas utwory w stylu "oh, we are happy, let's go for a party". Natur ma mieć złowrogą atmosferę. Tooth Log: Wprowadzamy też kreatywne napięcie; iluzję, że za chwilę wydarzy się coś paranormalnego. Chcemy utrzymywać słuchacza w niepewności, tak aby się nie nudził. Nawet dla nas granie utworów bywa przerażające. Uwielbiamy zmiany dynamiczne. Wydaje mi się jednak, że łatwiej byłoby mi odnieść się do inspiracji innymi zespołami, zamiast analizować naszą twórczość. Na pewno nikogo nie kopiujemy, ale mnóstwo zespołów grało podobnie przed nami. Jestem przekonany, że wypracowaliście swój własny charakter. Nie przedwczoraj, lecz już na debiucie z 2012 roku. Na jego następcy nie zmieniliście drastycznie stylu. Oba longplaye brzmią w miarę podobnie. Czy dużo eksperymentowaliście w międzyczasie? Ryan Weibust: Jedną z naszych dewiz jest, żeby nie naprawiać czegoś, co dobrze działa.

Foto: Fireforce

Foto: Natur

graniowego? Widziałem wasze zdjęcie w kościele... Ryan Weibust: Następnym razem zrobimy więcej zdjęć. To z kościoła pokazuje nas w miejscu, w okolicy którego wszyscy dorastaliśmy. Tooth Log: Zdjęcie z przodu okładki "Afternoon Nightmare" zostało wykonane w tym samym kościele, do którego należy cmentarz ukazany na okładce "Head Of Death". Wasza muzyka jest przepełniona mrokiem. Doceniam unikalny nastrój oraz atmosferę

Mamy już trochę zróżnicowanych kawałków. Dobrze bawimy się próbując dopasowywać do siebie odmienne pomysły. Nasz rozwój polega na tym, że staliśmy się wraz z upływem czasu sprawniejsi technicznie i teraz pewniej używamy instrumentów. Rozumiem jednak, co masz na myśli mówiąc, że styl pozostał taki sam. Staramy się wyrazić to samo poprzez naszą muzykę. Tooth Log: Zastanawialiśmy się na samym początku komponowania "Afternoon Nightmare", czy może by tak zmienić to i owo? Wymyślaliśmy różne riffy przez wiele lat. Niektóre z nich wykorzystaliśmy na albumie, in-

NATUR

97


nych nie. Styl pozostał nienaruszony, ale różnice tkwią w detalach. Czym jeszcze różnią się wasze dwa longplay'e? Ryan Weibust: "Head of Death" pisaliśmy indywidualnie, a nad "Afternoon Nightmare" pracowaliśmy zespołowo. Tooth Log: Oba albumy odzwierciedlają moment, w jakim znajdował się Natur w momencie ich rejestracji. Podobnie będzie z trzecim longplay'em. Będziemy nieść pochodnię Natur najlepiej, jak to możliwe. Z pewnością w utrzymaniu stylistycznej konsekwencji pomógł wam fakt, że nie zmieniliście składu Natur. Świadczy to o tym, że potraficie pracować zespołowo oraz że jesteście zgraną paczką przyjaciół. Czy rozwa-

Koncerty gracie głównie w nowojorskich klubach, czy wybraliście się również na zagraniczną trasę? Tooth Log: Byliśmy już pięć razy w Europie. Ryan Weibust: W Niemczech, w Skandynawii (dwa razy: Szwecja, Dania, Norwegia), w Londynie i w Pradze. Mamy nadzieję powrócić do Europy, kiedy tylko będzie to możliwe. Który z tych występów wspominacie najlepiej? Tooth Log: (zastanawia się) Najlepiej gra nam się wtedy, gdy fani szaleją. Wino, rozbite butelki na podłodze i krew - to są najlepsze koncerty. Ryan Weibust: Wolimy występować na mniejszych imprezach, bo wtedy nawiązujemy lepszy, bardziej bezpośredni kontakt z ludźmi. Dominuje tam znacznie lepsza energia.

Foto: Natur

żaliście kiedyś zaproszenie osoby, która zajmowałaby się wyłącznie śpiewaniem? Ryan Weibust: Ja śpiewam wszystko, za wyjątkiem utworu "Metal Henge", w którym słychać głos Tooth Loga. Zazwyczaj jednak zaczynamy komponowanie od warstwy instrumentalnej i to ona jest dla nas najważniejsza. Wraz z graniem, w mojej głowie kształtują się melodie wokalne. Są one oparte o gitary. Po prostu gramy i w trakcie okazuje się, co pasuje najlepiej. Nie potrafię śpiewać jak Rob Halford ani jak King Diamond. Ale czuję się pewnie w roli wokalisty i jestem zadowolony z efektu końcowego. W przeciwnym razie, nie wydalibyśmy albumu wcale. Wydaje mi się, że większość osób zna i prawidłowo ocenia własne możliwości wokalne. Nie brałem nigdy lekcji śpiewu. Gdy byłem znacznie młodszy, próbowałem samodzielnie doskonalić warsztat wokalny, ale nie udało mi się osiągnąć mistrzowskiego poziomu. Nie byłem w stanie. Mierzę siły na zamiary. Stosuję tak szeroki zakres śpiewu, jak potrafię. Można by trochę zamieszać w studiu, użyć rozmaitych narzędzi i technicznych zabiegów (typu pogłos), ale nie dałoby rady odtworzyć tego na koncertach. Dla nas ważne jest, żeby album przypominał możliwie jak najwierniej to, czym Natur jest na żywo. Nie chciałbym, żeby ludzie zawiedli się, gdy usłyszą co innego na gigu a co innego na "Afternoon Nightmare".

98

NATUR

Zdarza nam się otwierać wielkie amerykańskie festiwale, ale na wysokiej scenie w znacznej odległości od tłumu jesteśmy totalnie rozłączeni z publicznością. Afterparty pierwszej berlińskiej edycji Live Evil (2016) było wspaniałe. Metalowców rozgrzało przed nami Manilla Road, więc wszyscy byli w ekstazie, gdy już weszliśmy na scenę. Przyszło tam bardzo dużo osób, a jednocześnie perfekcyjnie się z nimi bawiliśmy. Zależy nam, żeby być blisko słuchaczy, a nie błyszczeć samotnie w oddali.

Heep? Tooth Log: Tak. Są tam klawisze. Używamy takich, jakie są nam dostępne. Hammondów nie mamy. Trudno je znaleźć. Szukaliśmy metody, żeby jak najwierniej imitować ich brzmienie i ostatecznie wyszło tak jak wyszło. Klawiszy nie ma jednak wiele. To dodatek, a nie główny instrument. Ryan Weibust: Czasami zapraszamy znajomego, żeby zagrał z nami kilka utworów na klawiszach podczas koncertu. Ale to zależy od wielkości sceny - czy jest tam dość miejsca na piątą osobę? Zazwyczaj nie ma klawiszy na żywo. Tooth Log, kto jest Twoim ulubionym perku sistą? Tooth Log: Neil Peart (Rush) jest moim numerem jeden. Poza tym Uno Bruniusson (In Solitude) oraz Chuck Biscuits (Danzig, D.O.A.). Jim Sadist (Nunslaughter) jest nie tylko perkusistą, ale też niesamowitym showmanem. On jest jak stand-up comedian. Żaden inny bębniarz nie zachowuje się tak jak on. Dostarcza mnóstwa radości swoją obecnością. Jeżeli jeszcze go nie widziałeś, koniecznie musisz to zrobić. Jest taki moment w "Poison King", gdzie pozostaje sama perkusja i nic poza nią, a następnie sama gitara ze sporadycznymi uderzeniami perkusji. Po chwili kawałek rozpędza się z impetem. Bardzo mi się to podoba. Czy będziecie stosować więcej tego rodzaju patentów w przyszłości? Tooth Log: Tego rodzaju partie nadają naszej muzyce dodatkowej dramatyczności. Nie zawsze to się sprawdza, ale w "Poison King" zdecydowanie pasuje. Przekonujemy się o tym dopiero wtedy, gdy nagrywamy siebie w akcji i potem słuchamy. Takie rzeczy nie są wynikiem kalkulacji, tylko dzieją się spontanicznie. Nie rozmawiamy o tym. Samo tak wychodzi. Pozwalamy sobie na swobodną grę zespołową, a dopiero później patrzymy na siebie nawzajem i bez słów rozumiemy, że wyszło fajnie. To najlepszy, organiczny sposób tworzenia, który z powodzeniem stosujemy od samego początku istnienia Natur. Perkusiści zwłaszcza z niemieckiej szkoły grania power metalu niekiedy przesadzają. Przytłaczają. Trudno słucha mi się muzyki, w której mam wrażenie, że występuje dwóch perkusistów w tym samym czasie. Ty, Tooth Log, przeciwnie. Wiesz, kiedy czas na pauzę. Co o tym myślisz? Tooth Log: Cóż, nasz heavy metal czyni nas spragnionymi (śmiech). Musimy się napić. Robię przerwy w trakcie utworów, żeby przechylić puszkę z energetykiem i dopiero wtedy uderzyć z podwójną mocą. W międzyczasie ktoś inny może wypełnić dźwiękiem moją pauzę. Jak tylko każdy się napije, możemy wznowić grę. Obaj, czyli ja i Tooth Log, wolimy napoje energetyczne niż cokolwiek innego.

Wspomniałeś o Manilla Road i zastanawiam się teraz, czy jest w Natur coś z metalu epickiego. Czy inspirowaliście się np. Omen (obaj muzycy kiwają twierdząco głową a Tooth Log pokazuje kciuk w górę przyp. red.)? Gdybym jednak miał wymienić nazwy najbliższe Natur, wspomniałbym o Anvil i Trouble (obaj ucieszyli się po wskazaniu Omen, Anvil i Trouble - przyp. red.). Ryan Weibust: Trouble perfekcyjnie balansowali pomiędzy powolnym doom metalem a szybszym heavy metalem. Najlepiej łączyli oba te światy. Często w ich kawałkach zmieniało się tempo. Uwielbiamy Trouble.

Wiem, że to nie tylko metafora, bo widziałem na YouTube. Tooth Log: (śmiech) Tak. Są powszechnie dostępne i bardzo dobre.

Oprócz gitar, perkusji i wokalu, slyszymy na "Afternoon Nightmare" klawisze. Czy próbowaliście kiedyś zrobić coś z organami Hammonda w stylu Deep Purple i Uriah

W efekcie, nawiązując jeszcze do "Poison King", po napiciu się energetyka zarażacie nas intensywnością gry. Byłem zawsze pod wrażeniem, jak skutecznie udawało się Hel-


starowi akcentować metalową intensywność. Pod tym względem, końcówka "Poison King" ma coś wspólnego z Helstarem z okre su "Remnants of War" / "A Distant Thunder". Który zespół byłby waszym wzorem metalowej intensywności? Ryan Weibust: (zastanawia się) Trudne pytanie. Nie kierujemy się chęcią zainkorporowania czegoś, co wywarło na nas wrażenie u innych muzyków. Koncentrujemy się wyłącznie na własnych utworach. Mamy do przekazania jakiś temat i rozwijamy kolejne fragmenty w oparciu o niego. Nie mówimy: "wow, Helstar zrobiło to czy tamto, super, też tak chcemy". Staramy się zbudować własny muzyczny świat, położyć fundamenty, nadać sens chaosowi. Dodatkowe harmonie gitarowe mogą wzmocnić intensywność muzyki. Nie mam jednak konkretnych wzorców w postaci innych zespołów. Oczywiście doceniamy muzyków, którzy jako pierwsi wymyślili coś kompletnie nowego w metalu, ale grając jesteśmy pochłonięci swoimi kompozycjami i te legendarne kapele tkwią jedynie w naszej podświadomości. A zatem, byłbym ignorantem, gdybym np. stwierdził, że "Unsolved Mysteries" to wasza odpowiedź na Overkill "Overkill"? Ryan Weibust: Utwór "Unsolved Mysteries" (z "Afternoon Nightmare" - przyp. red.) jest odpowiednikiem "Mutations in Maine" (z "Head of Death" - przyp. red.). Oba kończą album i oba mają swoje własne, niepokojące intro, podobnie jak Overkill "Overkill". Tooth Log: Nie pamiętam już, ale to chyba ostatni nasz kawałek, który ukończyliśmy. Jakie "nierozwiązane tajemnice" są dla was najbardziej interesujące? Tooth Log: (zastanawia się) Jest ich wiele. Najbardziej przejąłem się morskim potworem z Rhode Island. Ryan Weibust: Po rozmowie wyślę Ci link do filmu o tym potworze z Rhode Island. Powinieneś go zobaczyć (dziękuję - przyp.red.). Nie wiadomo jeszcze, czy ta legenda jest prawdziwa, czy fikcyjna. Trzeba to dopiero ustalić. Ma to dla nas doniosłe znaczenie, ponieważ mieszkamy w odległości dwóch godzin jazdy samochodem od Rhode Island. Kolejny album rozpoczniemy melodią nawiązującą do "Unsolved Mysteries".

Foto: Natur

Czy Covid podpada waszym zdaniem pod kategorię "nierozwiązanej tajemnicy"? Ryan Weibust: Natur nie jest zespołem zaangażowanym politycznie. Staramy się raczej kreować utopijny świat w lirykach, a nie odnosić się do konkretnych wydarzeń z życia wziętych. Co chcielibyście powiedzieć o utworach, które stworzyliście już po ukazaniu się "Afternoon Nightmare"? Ryan Weibust: Mamy trochę pomysłów, ale nie ukończyliśmy jeszcze żadnego nowego kawałka. Mieszkam obecnie w Austin (Texas), pozostali w Nowym Yorku. Dołączę do nich tego lata i wtedy będziemy komponować. Wiesz, mieliśmy tego roku wiele niezależnych od nas zakłóceń. Widzę, że na Twojej ścianie wisi gitara, Ryan. Czy to dokładnie ta sama, którą nagrywasz i z którą występujesz? Ryan Weibust: Nie. Używam jej wyłącznie w domu do ćwiczeń. Bardziej profesjonalną trzymam w Nowym Yorku. Na zakończenie powiedzcie proszę, jak fani mogą kontaktować się z Nature? Tooth Log: Bardzo ostrożnie! Mogą do nas napisać e-mail lub zadzwonić.

OK. Bardziej chodzi mi o waszą obecność w social mediach. Widziałem już waszą stronę na Facebook-u. Czy jesteście też aktywni na innych serwisach jak Twitter lub Instagram? Ryan Weibust: Jesteśmy tam, ale mało aktywni. Nie lansujemy się. Irytuje mnie w innych zespołach, kiedy bez przerwy wrzucają mnóstwo rozmaitych, nudnych postów. Natur robi wszystko we własnym zakresie. Nie mamy agencji reklamowej. Robieniem szumu wokół zespołu byłoby raczej zadaniem agenta, a nie muzyka. Może Dying Victims Productions pomoże wam z tym w przyszłości? Ryan Weibust: O tak, oni dobrze promują. To porządny label z wieloma świetnymi zespołami. Tooth Log: Od dzisięciu lat przyjaźnię się z ich właścicielem, Florianem Grillem. Jest on naszym zaufanym metalowym sojusznikiem. Cieszę się, że w końcu możemy razem działać. Powiedzcie jeszcze proszę, gdzie w zasadzie możemy zakupić "Afternoon Nightmare"? Tooth Log: Mam setki egzemplarzy obu albumów a także singla "Spider Baby" (2010) we własnym domu, więc najlepiej napisać do nas e-mail w tej sprawie: natur666@gmail. com Ryan Weibust: Wydaje mi się, że Cryptic Of The Wizard sprzedaje winyle w Europie. Nie jestem pewien, jak wygląda dystrybucja online, możliwe że da się to znaleźć na Bandcampie (czasami jest tam dostępne). Zazwyczaj zabieramy egzemplarze na nasze koncerty, więc można też kupić przy okazji show. Jesteście mile widziani w Polsce. Ostatni call-to-action dla czytelników HMP? Tooth Log: Wrzućcie dwie kostki lodu do energetyka i czekajcie. Wkrótce będziemy z powrotem w Europie. Sam O'Black

Foto: Natur

NATUR

99


Szczęśliwy zespół W latach 80. ubiegłego wieku nie zdołali wydać płyty, nawet singla czy MLP, ale w końcu doczekali się. Wraz z nimi zaś wszyscy fani surowego, tradycyjnego metalu, łączącego NWOBHM z amerykańską szkołą gatunku. Gitarzysta Maxx Havick już zapowiada, że koncepcyjna EP "The Hunter" z materiałem sprzed lat to tylko początek, bo Incursion usilnie pracuje nad debiutanckim albumem o roboczym tytule "Blinding Force". HMP: Powstaliście na początku lat 80., ale wtedy Incursion nie wyszedł poza etap nagrań demo - mieliście zbyt dużą konkurencję, czy też inne powody sprawiły, że nie zdołaliście wtedy podpisać kontraktu, przebić się? Maxx Havick: Nie udało nam się znaleźć odpowiedniego wokalisty. To przeciwieństwo do zbyt dużej konkurencji! Na południu Florydy było wielu "podobnie myślących" ludzi, a Michael był jeszcze w szkole średniej, więc nie przyszło nam do głowy, żeby spróbować przenieść się do Tampy, gdzie tamtejsza scena na pewno dobrze by nas przyjęła. Reaktywowaliście się dwa lata temu i niedawno wydaliście debiutancką EP-kę "The Hunter". Trochę wam z nią zeszło, ale koniec końców jest już dostępna, co pewnie bardzo was cieszy? Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że jest już dostępna na winylu, CD i wszystkich platformach streamingowych. Covid był powodem opóźnienia, ale teraz, kiedy rozwiązaliśmy wszystkie te problemy, jesteśmy naprawdę zadowoleni, że jest już wydana. Czyli bez względu na wiek, dorobek czy staż każde takie nowe, muzyczne dziecko raduje tak, jakby było się nieopierzonym małolatem, a waszym przypadku dochodzi do tego jeszcze fakt, że to debiut Incursion, możecie wreszcie pochwalić się czymś więcej niż kaseta? To była dla nas długa droga, ale jesteśmy mile

zaskoczeni reakcjami ludzi. Gdyby to było w innym czasie, moglibyśmy dać kilka koncertów i dać słuchaczom szansę, by zrozumieli, kim jesteśmy jako zespół grający na żywo. W obecnej sytuacji jesteśmy jednak wdzięczni ludziom, że angażują się w to, co robimy. Może to właśnie jest najwłaściwsza metoda na bycie ciągle młodym? (śmiech). Dlaczego zaczęliście od EPki, nie korciło was, by otworzyć oficjalną dyskografię długogrającym materiałem? To była szansa, by zobaczyć, w jakim punkcie jesteśmy jako muzycy, a także sprawdzić, kto może polubić to, co robimy. Mercyful Fate, Armored Saint, Jag Panzer, Iron Maiden, Znowhite i wiele innych zespołów zaczynało od EP-ki i zawsze myśleliśmy, żeby zrobić to samo. Wykorzystaliście wyłącznie starsze utwory. Miało być to symboliczne pożegnanie się z przeszłością, zaprezentowanie tego mate riału w brzmieniu i formie, jakie marzyły wam się już w latach 80.? Podczas gdy większość zespołów nie ma tak długiego okresu czasu pomiędzy napisaniem utworów, a zaprezentowaniem ich publiczności, nie jest niczym niezwykłym to, że nowy zespół, który jeszcze nie napisał kilku własnych utworów, wchodzi od razu do studia, dostaje kontrakt i ma możliwość zaprezentowania się światu. Być może jest to nowe spojrzenie na karierę zespołu, ale Raven powstał w 1974 roku, a swój pierwszy album wydał dopiero w 1981. Twisted Sister ma za sobą dziesięć lat oczekiwania od powstania do wydania pierwszego albumu. Jesteśmy tacy jak oni. "The Hunter" to materiał koncep cyjny - skąd pomysł na taką właśnie opowieść i zawarcie jej w sześciu utworachrozdziałach? Byliśmy fanami Rush i Iron Maiden, którzy są znani z dłuższych utworów i od kiedy usłyszeliśmy Mercyful Fate "Satan's Fall" oraz Venom "At War With Satan", to zainspirowało nas, żeby spróbować napisać coś dłuższego, gdzie wszystkie kompozycje byłyby połączone ze sobą. Byliśmy aktywnym zespołem grającym na żywo w wielu klubach punkowych i byliśmy przekonani, że publika nie będzie tolerować ponad dwudziestominutowych suit, więc napisaliśmy je jako pojedyncze kawałki.

100

INCURSION

Teraz początkującym zespołom, nawet jeśli zaczynały grać wiele lat temu, jest trudniej o tyle, że młoda publiczność jest bardzo niecierpliwa, a ogrom dostępnej muzyki sprawia, że utwory odsłuchiwane są przez nią fragmentarycznie. Z kolei nasi rówieśni cy, przyzwyczajeni do celebrowania muzyki poznawania całych płyt, w większości "wyrośli" już ze słuchania czegokolwiek. Paradoksalnie więc: świetnych zespołów jest coraz więcej, tylko mało kto o nich wie, a jeszcze mniej ludzi ich słucha - jaka jest wasza metoda, żeby dotrzeć do potencjalnych słuchaczy, zainteresować ich dźwiękami Incursion? Tak, to prawda! To jest proces uczenia się. Mamy nadzieję, że teraz, kiedy EP-ka jest dostępna w formie fizycznej, uda nam się dotrzeć do tych, którzy wolą słuchać płyt w całości. Jesteśmy również świadomi świata, w którym ludzie słuchają platform streamingowych i YouTube. Strona NWOTHM - Full Albums na YouTube dała nam ogromną ilość wyświetleń. Jesteśmy też na około dwudziestu playlistach na Spotify i dostaliśmy sporo recenzji EP-ki. Staramy się po prostu znaleźć fanów tego rodzaju muzyki i mamy nadzieję, że kiedy nas usłyszą, to się do nas przekonają. Czyli teraz nadeszła pora swoistego eksperymentu, na ile wasze gusta są zbieżne z tym, czego oczekują słuchacze, przede wszystkim tacy, którzy nie mieli jeszcze okazji was słyszeć, choćby na koncertach, kiedy jeszcze mogły być organizowane? Chyba tak, ale jesteśmy dość pewni tego, kim jesteśmy jako twórcy, a Steve Samson, który jest teraz w zespole, wnosi inną perspektywę pisania utworów. Piszemy tak, jak piszemy i jeśli możemy dotrzeć do ludzi, którym podoba się to, co piszemy, to jest to obopólna korzyść. Nie przewiduję, żebyśmy próbowali robić coś, czego nie uwielbiamy grać. "The Hunter" miał pokazać prawdziwe oblicze Incursion i potwierdzić, że wciąż najbardziej kręci was tradycyjny heavy metal lat 80.? W rzeczy samej. Kończymy etap pisania pierwszego albumu (wstępnie zatytułowanego "Blinding Force") i jesteśmy szczęśliwie zespołem grającym tradycyjny heavy metal. Brzmienie tej EP jest jednak potwierdze niem, że pod tym względem nie cofnęliście się do lat 80., bo to byłaby już zbytnia prze sada, taka nadmierna stylizacja na old school, a do tego nie warto powielać sprawd zonych rozwiązań, zwłaszcza gdy pojawiają się inne możliwości? Jesteśmy bardzo zainteresowani brzmieniem tego, czym jesteśmy, zespołu, który gra na instrumentach przy pomocy wzmacniaczy i żywej perkusji. Wszyscy wiemy, że technologia może zrobić niesamowite rzeczy, by brzmieć jak z innej epoki, ale to nie jest nasze podejście. Początkowo próbowaliśmy nagrywać na taśmę, ale nie mogliśmy tego zrobić, więc poszliśmy za Chrisem i Jorgiem, którzy mają ogromną wiedzę i doświadczenie jak sprawić, żeby zespół brzmiał tak jak brzmi i zrezygnowaliśmy z jego "naprawiania". Ale większość ludzi i tak słucha muzyki z telefonów, przez słabe słuchawki czy na kom puterowych głośniczkach - będą w stanie wychwycić i docenić wasze starania o odpowie-


dnie brzmienie tego materiału, nie będzie tak, że praca Chrisa Shorta pójdzie, po częś ci, na marne? Nie nagrywaliśmy z myślą, że "słuchacze nie usłyszą naszego wysiłku". Nagrywaliśmy w taki sposób, żebyśmy mieli przyjemność z tego, co usłyszymy później. Tak jak z naszych tekstów. Kiedy nas usłyszycie, przedstawimy wam utwory w taki sposób, w jaki naprawdę chcemy, żeby brzmiały. Mamy nadzieję, że pokochacie je tak bardzo jak my; chcieliśmy, żeby brzmiały w określony sposób. Początkowo wydaliście "The Hunter" samodzielnie i tylko w wersji cyfrowej, ale zain teresowanie tym materiałem No Remorse Records musiało was bardzo ucieszyć, bo to firma specjalizująca się w takim właśnie graniu, dzięki której będziecie mogli dotrzeć do większej liczy fanów? Oczywiście! Byliśmy gotowi z nagraniem i oprawą graficzną na długo przed majowym wydaniem cyfrowym. Wysłaliśmy je do prawie wszystkich wytwórni, które zajmują się muzyką NWOTHM. Zainteresowały się nami dwie wytwórnie, ale chciały wydać to tylko na CD. Byliśmy bardzo zainteresowani wydaniem "The Hunter" na winylu. No Remorse początkowo nie zgodziło się na wydanie winylu, ale namyślili się i zaproponowali układ, który okazał się korzystny dla obu stron. Dzięki temu okładka autorstwa samego Phila Lawvere zyska odpowiednią ekspozycję w 12" formacie? Jego praca przy tym projekcie jest niesamowita! Jesteśmy wdzięczni, że dał nam szansę,

zanim jeszcze skończyliśmy nagrywać. Posiadanie tej grafiki na winylu jest naprawdę niesamowite. Jesteście teraz w szczególnym momencie: niebawem ukaże się oficjalne wznowienie "The Hunter", pracujecie nad wspomnianym już, debiutanckim albumem, który ma ukazać się jeszcze w tym roku - nie mogło być lepiej, mimo tego, że o koncertach w pandemicznych realiach nie ma mowy? Covid zmienił możliwości koncertowania dla wszystkich. Wpłynęło to również na nas osobiście. Buddy, nasz perkusista, zaraził się wirusem, ale przeżył i nie ma żadnych nawrotów choroby, ale ciągle jesteśmy bardzo ostrożni. To wpłynęło na nasz harmonogram nagrań, nie mamy jeszcze planu, kiedy możemy rozpocząć ten proces. Ci którzy pamiętają was z dawnych lat podchodzą pewnie do zespołu z ogromnym sen tymentem, ciekawi mnie jednak, jak reagują na was młodzi ludzie, obecne pokolenie fanów metalu? Ogólnie rzecz biorąc, reakcja jest pozytywna. Najbardziej reagują na nas ludzie, którzy słyszą nas po raz pierwszy, co jest świetne. Wszyscy jesteśmy zaskoczeni reakcją i wsparciem. Nie jesteśmy jeszcze w miejscu, w którym chcielibyśmy być, ale wszystko zmierza w dobrym kierunku. Czyli wciąż macie dla kogo grać, a chęć sprawdzenia się w zupełnie odmiennej niż lata 80. rzeczywystości jest dla was dodatkową motywacją, tym większą, że kolejnej szansy

od losu już raczej nie dostaniecie, to sytuacja typu: teraz, albo nigdy? Wszyscy jesteśmy zdrowi i nie widzimy potrzeby podejmowania muzycznych kompromisów. To wszystko dzieje się według nas dokładnie tak, jak powinno. Teraz musimy skupić się tylko na tworzeniu muzyki, z której będziemy dumni, a pewnego dnia będziemy mogli myśleć o wyjściu na scenę i dodaniu nowego wymiaru do tego, kim jesteśmy. Nie możemy się doczekać, żeby zobaczyć co będzie dalej! Wojciech Chamryk, Sara Ławrynowicz, Kacper Hawryluk


Metal zdolny odmienić sposób bycia, myślenia i postrzegania O korzyściach wynikających z aktywnego udziału w globalnej metalowej społeczności opowiedział nam jeden z pionierów południowoamerykańskiej sceny heavy metalowej, psycholog kliniczny, podróżnik, gitarzysta, wokalista i lider heavy/speed metalowego Revenge, Esteban "Hellfire" Meija. HMP: Zespół Revenge został utworzony w 2002 roku w jednym z najpiękniejszych miast Południowej Ameryki, Medellin. Wydaje się ono wspaniałym miejscem do życia wśród 2 milionów przyjaznych mieszkańców, z dostępem do znakomitych restauracji oraz urokliwych parków. Czy nie jest przypadkiem tak, że Wasza muzyka dobiega do nas z nieba na ziemi? Esteban "Hellfire" Meija: Yeah! (śmich) Medellin to super miejsce do życia, zwłaszcza że mamy tu wiele zespołów metalowych tworzących godną uwagi scenę ekstremalnego metalu. Ostatnio Kolumbia zmaga się z poważnymi wewnętrznymi problemami, ale to fakt, że

Upraszczam sobie niekiedy pogląd na historię heavy metalu, uznając, że heavy metal odzyskał swą popularność po fali grunge'u w momencie, gdy Iron Maiden powróciło z Brucem Dickinsonem na "Brave New World", zaś Judas Priest z Rob'em Hal-for dem na "Angel Of Retribution". A jak to wyglądało z Waszej, południowoamerykańskiej perspektywy? Czy czuliście, że tłumy poszły za grunge'm pod koniec ubiegłego stulecia, a sam heavy metal odzyskał swoją zasłużoną pozycję w kolejnej dekadzie? Mogło tak być. Ja również tak to widzę. Z lokalnej perspektywy, cóż, za każdym razem, gdy w Południowej Ameryce ukazuje się no-

postęp technologiczny, są tego kluczowymi przyczynami. Kolumbia doświadczyła znacznej przemiany odkąd zaczynaliśmy w 2002 roku, zarówno na płaszczyźnie technologicznej, jak i kulturalnej oraz społecznej. Sta-rzejemy się a to też wpływa choćby na brzmienie mojego głosu. Kiedy teraz o tym pomyślę, uznaję, że Revenge znacznie zmienił się z wymienionych względów, ale czujemy się z tym komfortowo i jesteśmy zadowoleni, że tak się wszystko potoczyło. Pozostaliśmy jednocześnie wierni speed heavy metalowemu stylowi. Właśnie. Lata upływają, a Wy pozostajecie wierni metalowej sztuce. Osiem albumów studyjnych składają się na Waszą imponującą dyskografię. Jak się z tym obecnie czu jesz? Znakomicie. Zdołaliśmy wiele dokonać na kolumbijskiej scenie w ciągu 19 lat. Mało tego, udało nam się też dotrzeć ze swoją muzyką do innych części świata. Pomimo wielkich różnic kulturowych i społecznych, okazuje się, że wielu ludzi na innych kontynentach ma identyczny do nas gust muzyczny. Mieliśmy także możliwość koncertowania w innych krajach. Rozmawiając z fanami, za każdym razem odnajdujemy wspólny język oraz wspólny punkt zainteresowania. Wierzymy w nasze metalowe ideały. Jaki status posiada Revenge? Czy jesteście uznawani za najlepszy speed metalowy zespół XXI wieku w Kolumbii? Cieszymy się znaczącym miejscem na kolumbijskiej scenie metalowej. Świadczy o tym fakt, że jesteśmy słuchani i powszechnie znani wśród tutejszych metalowców, którzy kupują nasze albumy i przychodzą w naszych koszulkach również na gigi innych zespołów. Istnieje tutaj sporo heavy metalowych oraz speed heavy metalowych grup, ale nie będzie przesady w stwierdzeniu, że Revenge jest jednym z pionierów tego zjawiska w całej Ameryce Południowej. Każdego dnia staramy się wspierać inne zespoły. Jako właściciel Rata Mutante Records produkuję i wydaję od niedawna albumy heavy/thrash metalowców z całego kraju.

Foto: Revenge

akurat Medellin jest fantastycznym miejscem dla metal maniaków. Czy Revenge jest Waszym akt buntu? To bardzo interesujące pytanie, ponieważ skłania do refleksji nad moim odwiecznym poglądem, że tworzenie muzyki metalowej jest aktem buntu w najczystszej postaci. Tak się jednak składa, że akurat w naszym przypadku było inaczej. Dwadzieścia lat temu byliśmy czwórką nastolatków przepełnionych pozytywną energią i chęcią zrobienia czegoś, co nie kojarzyło się absolutnie z niczym w naszym kraju. Old schoolowego speed heavy metalu tutaj się po prostu nie grało i mało kto postrzegał to jako akt buntu.

102

REVENGE

wy, dobry album metalowy, dostajemy kopa do działania i umacniamy wiarę w nasze możliwości. Dorobek muzyczny legend kolumbijskiej sceny takich jak Kraken (hard'n'heavy przyp. red.) lub Masacre (death metal przyp. red.), które stanowią prawdziwy trzon kolumbijskiego metalu, jest czymś, co motywuje nas do działania i kontynuowania łojenia heavy metalu. Wiele zespołów z Medellinu odwołuje się do ich spuścizny. Podejrzewam, że Revenge ma długą i zawiłą historię. Na potrzeby tej rozmowy wspomnij po krótce, które wydarzenia uważasz za przełomowe? Cóż, zmiany są nieuniknione wraz z upływem czasu. Roszady w składzie zespołu, a także

Jeśli chodzi o metalowe albumy, wyzwaniem dla Ciebie mogło być stworzenie następcy Revenge "Spitting Fire" (2017), ponieważ był to jak dotąd Wasz najbardziej udany krążek. Czy odczuwałeś pewnego rodzaju presję, aby trzy lata później, za sprawą "Trust In Metal" (2020) wznieść się na jeszcze wyższy poziom? Fakt. Każdy nasz album stanowi dla nas takie wyzwanie. Każdego roku staje się to więc coraz trudniejsze. Najnowszy album "Trust In Metal" pod wieloma względami bije na głowę "Spitting Fire". Ważne jest dla nas, aby kolejne płyty Revenge miały wyjątkowe i odróżniające je cechy, a także odmienną dynamikę. Zamiast ścigać się sami ze sobą, sięgamy po rozwiązania muzyczne, których nie spotkasz na naszych poprzednich wydawnictwach. Nie minął jeszcze rok od premiery "Trust In Metal", a mogę już powiedzieć, że jestem naprawdę zadowolony z efektu końcowego, jaki udało nam się tutaj uzyskać. Fani odnajdą na "Trust In Metal" charakterystyczną dla Revenge speed metalową chłostę, na którą składa się sporo niezwykle ostrych momentów. Zgadza się, jednak wydaje mi się, że nad -


miernym uproszczeniem byłoby zaszufladkowanie "Trust In Metal" w kategorii speed metal. Znaczna część Waszego najnowszego albumu nie jest aż tak szybka. W żadnym razie nie stanowicie południowoamerykańskiego klona Exciter. Wręcz przeciwnie, udało Wam się już dawno wypracować własny, niepowtarzalny styl. Chciałbym to jednak usłyszeć od Ciebie. Czy uważasz szybkość za kluczowy element Twojej muzyki? A może jest tak, że lubisz bawić się kontrastem w swoich utworach po to, aby szybsze momenty nabrały jeszcze większego impetu? Zgodzę się z tym. "Trust In Metal" ma dwa dobrze uzupełniające się oblicza: oprócz speed metalu, sporo tutaj klasycznego heavy metalu. Niektóre kawałki pędzą na złamanie karku od początku do końca, ale są też i takie, które w całości wpisują się w konwencję klasycznego heavy metalu. Zależało nam na nadaniu odpowiedniej dynamiki i zaprezentowaniu szerokiego spektrum metalowych motywów jako sposobu na uniknięcie monotonii. Wierzymy, że nie wolno nam odejść od speed metalowej konwencji, ponieważ to ona nas najlepiej charakteryzuje. To jest to, co najbardziej kochamy w metalu. Jesteśmy przekonani, że speed metal jest najważniejszą częścią tożsamości Revenge. Jaka historia kryje się za tym albumem, której fani nie byliby w stanie odgadnąć za pomocą jego słuchania? W jakich konkretnie okolicznościach to powstawało? Otóż sesja "Trust In Metal" okazała się najbardziej skomplikowaną i najtrudniejszą w naszej historii. Niektóre utwory zostały napisane już w 2019r., a inne na początku roku 2020. Nadciągały wówczas restrykcje kowidowskie. Ledwo co zabraliśmy się do nagrywania, a musieliśmy przerwać. W związku z tym, odbyły się dwie, a nie jedna sesja. Całość zajęła nam sześć miesięcy. Doszło nawet do tego, że musieliśmy część dokończyć wbrew rozporządzeniom. "Hellish Hammer" oraz "Fuel To The Fire" są w moim odczuciu najagresywniejszymi utworami na "Trust In Metal". Tkwi w nich swego rodzaju niesforna wulgarność (żeby

Foto: Revenge

Foto: Revenge

nie powiedzieć barbarzyństwo), która wymy ka się chłodnej intelektualnej ocenie. Te dźwięki momentalnie dodają nam adrenaliny i wytrącają nas z ewentualnego znudzenia czy też zobojętnienia na bodźce zewnętrzne. To bardzo angażujące doświadczenie. Nasuwa się pytanie, czy speed metal ma moc oczyszczania naszych dusz i czynienia nas istotami bardziej empatycznymi? Jak już wspomniałem, pracuję jako psycholog kliniczny i podpisałbym się pod takim podejściem. Absolutnie tak. Bardzo często zdarza się, że po zakończeniu koncertu podchodzą do nas fani, chcą zrobić sobie z nami zdjęcie lub dostać autograf na swoich egzemplarzach płyt. Wiele razy mieliśmy też okazję usłyszeć, jak nasza muzyka odmieniła ich życie, dodała im energii, uczyniła ich bardziej empatycznymi, poskromiła ich brutalność lub powstrzymała przed popełnieniem przestępstwa. Metal to nie tylko świetna muzyka, ale też potężne medium, zdolne odmieniać nasz sposób bycia, myślenia i postrzegania całego świata. Zaryzykuję też stwierdzenie, że metal to dobre

lekarstwo na depresję. Jako psycholog kliniczny pracujesz z nielet nimi świadkami wojen oraz przemocy w stre fach Kolumbii objętych konfliktami, a także z osobami uzależnionymi. Czy metal może pełnić funkcję terapeutyczną? Muzyka znakomicie sprawdza się w psychoterapii. Rozpoczynam obecnie wstępną fazę badań naukowych nad użytecznością heavy metalu w zapobieganiu negatywnych nastrojów u osób z rozdwojeniem jaźni. Jest to jeszcze eksperyment, ale bardzo przyszłościowy. O ile każdy z nas jest inny, myślę, że metal jest bardzo obiecującym sposobem na terapię. Kilkakrotnie udało mi się już pomóc pacjentom za sprawą heavy metalu (psychoedukacja i przewodnictwo teraputyczne). W takim razie, jak powinniśmy interpre tować okładkę "Trust In Metal"? Wygląda ona tak, jakbyśmy, pełni zaufania do metalu, stali razem dzierżąc w dłoniach miecze wymierzone przeciwko jakimś abstrakcyjnym wrogom. Popatrz, zaufanie do metalu to złożona sprawa. Oznacza ono, że nie tylko wierzymy w swoją metalową tożsamość, ale też, że dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek dotąd, potwierdzamy naszą gotowość do kontynuowania wzmacniania pozytywnych wibracji świata oraz wzmacniania samej sceny metalowej. Ręce trzymające miecze to motyw, którym Revenge reprezentuje scenę. Wzywamy do trzymania się razem, zjednoczeni w metalu, tak długo, jak to możliwe. W tle widać potwory wzięte z okładek naszych poprzednich albumów. Są one świadkami spotkania metalowców oraz zawieranego przez nich paktu. Jest to scena rytualna. Dokładnie to chcieliśmy przekazać. Jak zarekomendowałbyś komuś, aby spróbował zaangażować się w jakieś muzyczne przedsięwzięcie? Zapraszam i polecam przetestowanie muzyki jako jedno z głównych źródeł rozwoju umiejętności społecznych. Muzyka metalowa tworzy magiczną przestrzeń, która nie jest namacalna, ale którą bardzo mocno odczuwamy. Szczególnie w obecnych czasach wiele osób zmaga się z samotnością, ludzie są często po-

REVENGE

103


zbawieni przyjaciół i wspierającej sieci społecznej. Udział w heavy metalowym przedsięwzięciu błyskawicznie usuwa ten problem. Metalowcy tworzą świetną grupę na całym świecie, w której każdy ma wiele ze sobą wspólnego - wszyscy jej członkowie bez końca mogą dzielić się swoimi wspomnieniami z koncertów i wymieniać się nazwami zespołów oraz albumów. Czy mógłbyś opowiedzieć o swoim przykładowym, międzynarodowym doświadczeniu w zastosowaniu tej koncepcji? Rok temu wybrałem się w turystyczną podróż do Japonii. Spotkałem tam metalowca, z którym utrzymywałem kontakt przez Internet już dziesięć lat, chociaż nigdy wcześniej nie widzieliśmy się osobiście. Przegadaliśmy aż 8 dni o metalu, koncertach, albumach; pokazał mi też kilka lokalnych sklepów z CDs oraz winylami. W pewnym momencie powiedział mi, że zanim mnie poznał, nie radził sobie z dynamiką własnego życia i miewał myśli

Co dobrego chciałbyś dodać o ludziach, których spotkałeś w swojej muzycznej karierze? Są zajebiści. Totalnie. Spotkałem metalowców w ponad dwudziestu różnych krajach i wszędzie miałem wiele okazji do dzielenia się metalem. Utrzymuję z nimi bardzo dobre relacje i nie ukrywam, że Revenge wiele na tym zyskuje. Moje trzy największe pasje w życiu to heavy metal, turystyka i psychologia. Mam niesamowitą możliwość podróżowania dookoła świata i spotykania najrozmaitszych ludzi. Wiele świetnych wspomnień. A jak konkretnie czujesz się z obecnym składem Revenge? Zależy mi zwłaszcza na Twojej opinii na temat nowego basisty Camilo Hernandez? Bardzo dobrze się dogadujemy. Camilo jest bratem naszego perkusisty Daniela Hernandeza (Daniel "Hell Avenger" Hernandez bębni w Revenge już od 2009 roku - przyp. red.). Oznacza to, że Camilo wie wszystko o Revenge od dawna. Myślę, że odegrał on zna-

Kolumbijczyków, ale też przez reprezentantów innych krajów, w których graliśmy: Argentyna, Paragwaj, Ekwador, USA i Peru. Z jakimi największymi zespołami dzieliliście jak dotąd scenę? M.in. z Onslaught, Sabbath, Heaven & Hell z wielkim Dio, Kreator, Destruction, Primal Fear, Voivod, Suffocation, Cannibal Corpse oraz Exciter. Uwielbiamy dzielić scenę z zespołami, których sami jesteśmy wieloletnimi fanami. Zbliża się dwudziestolecie Revenge. Jak zamierzacie je uczcić? Czy planujecie opublikować jakieś specjalne wydawnictwo z tej okazji? Może jakieś wyjątkowe koncerty? Obchody dwudziestolecia Revenge to ambitny projekt. Planujemy wydać rocznicowy album w specjalnej oprawie graficznej. Wyruszymy w trasę po pięciu kolumbijskich miastach, zwieńczoną huczną imprezą w Medellinie. Zaczynamy już to przygotowywać, dlatego że czas pędzi szybko i musimy włożyć wiele wysiłku w realizację tych planów. Mamy nadzieję, że ten rocznicowy album spotka się z zainteresowaniem na całym świecie.

Foto: Revenge

104

samobójcze. Ale właśnie dzięki temu, że miał z kim dzielić się pasją do metalu, zaczął kolekcjonować LPs oraz CDs zespołów z całego świata; w konsekwencji teraz czuje się dobrze i przede wszystkim nadal żyje. Jeśli to nie jest terapeutyczny efekt związany z heavy metalem, to ja nie wiem co innego mogłoby nim być.

czącą rolę na "Trust In Metal" i mam nadzieję, że pozostanie z nami przez wiele lat. Nasz poprzedni basista Jorge "Seth" Rojas (który grał na wszystkich poprzednich albumach Revenge - przyp. red.) również wnosił do zespołu mnóstwo pozytywnej energii. Nasze drogi rozeszły się z jego prywatnych przyczyn i doskonale to rozumiemy.

Czy zgodziłbyś się z poglądem, że świat bardziej ceni konsekwencję i wytrwałość wbrew przeciwnościom losu niż perfekcję? Może tak być, ale nie wiem. My, jako muzycy, w ogóle nie jesteśmy zainteresowani dążeniem do perfekcji, ponieważ uważamy, że nie istnieje coś takiego jak muzyczna perfekcja. Natomiast pracując na co dzień jako psycholog kliniczny, można powiedzieć, że zmagam się z ludzkimi niedoskonałościami. To jest istota problemów moich pacjentów. Inaczej jest z muzyką - jesteśmy metalowcami i chcemy wieść żywot metalowców tak długo, jak to możliwe. Nie moglibyśmy być bardziej wytrwali w tym względzie.

Czy to prawda, że kolumbijscy fani są niewiarygodnie wręcz entuzjastyczni, przy chodzą na koncerty z flagami i zawsze wykupują wszystkie albumy ze stoiska z merchem? Dokładnie tak jest. Powiedziałbym wręcz, że otrzymujemy nie mniejsze wsparcie ze strony fanów, co ze strony oficjalnych promotorów. Wszyscy dzielą się wzajemnie naszymi materiałami zarówno podczas, jak i po występach. A zanim jeszcze wejdziemy na scenę, każdy widz otrzymuje od kogoś z publiczności naszą koszulkę i inne gadżety. Jesteśmy z tego powodu szczęśliwi i czujemy wdzięczność za wsparcie okazywane nam nie tylko przez

REVENGE

Bardzo dziękuję za inspirującą rozmowę. Czy chciałbyś coś jeszcze dodać dla polskich fanów? Dziękuję za wsparcie, jakie otrzymujemy od Was przy okazji wydawania każdego albumu. Myślę, że tylko kilka zinów na świecie przeznacza odpowiedni czas na gruntowny research i formułowanie tak interesujących pytań dla zespołów, jak robi to Heavy Metal Pages. Ta konwersacja naprawdę była dla mnie przyjemna. Dziękuję wszystkim fanom za Wasze wsparcie oraz zainteresowanie kolumbijskim metalem. Mam nadzieję, że pewnego razu będziemy mogli do Was zawitać i zagrać dla Was na żywo. Revenge działa na pełnych obrotach, wkrótce damy Wam znów o sobie znać. Zapraszamy na naszą stronę na Facebooku "Revenge Speed Metal". Możecie nabyć nasz materiał od Rata Mutante Records. Stay metal and trust in metal! Sam O'Black


Zmartwychwstały Lemmy nie znał ani słowa po angielsku Gothenburg słynie z nietuzinkowego, luzackiego poczucia humoru. Nie oznacza to jednak, że tamtejszy hard rock'n'rollowy zespół, odziany w jednakowe czerwone kurtki, gra bezrefleksyjne, napisane na kolanie piosenki kabaretowe. Wręcz przeciwnie. Ich najnowszy, pierwszy longplay "Rubbery Lips" prezentuje zestaw dziesięciu utworów, przemyślanych do granic absurdu. Włożyli w nie wiele serca i artystycznej pasji. Stworzyli album, na którym każdy jeden dźwięk jest absolutnie konieczny, i który wiele straciłby, gdyby cokolwiek z niego usunięto. Tymczasowo są uziemieni w domach i nie mogą występować na żywo, ale co chwila wypuszczają fajne teledyski i z ekscytacją patrzą w przyszłość. Są zgrani, napaleni i gotowi na wejście z impetem na hard rockową scenę. Przeprowadzenie wywiadu z basistą Antonem Frick Kallmin było dla mnie niesamowitą przyjemnością i cieszę się, że Anton też był zadowolony z tej konwersacji. Po jej ukończeniu znalazłem na swojej skrzynce wiadomość "Thank you!! Enjoyed your questions, you really put the (sic!) into checking out Hot Breath and Rubbery Lips. Respect!" Yeah, Hot Breath zasługuje na uwagę, ze względu na perfekcyjną jakość tworzonej muzyki. HMP: Cześć Anton. Fajnie, że możemy dzisiaj porozmawiać o Hot Breath. Czy dobrze mnie słychać? Anton Frick Kallmin: Tak, dzięki. Super. Przedstawmy zatem Hot Breath czytelnikom polskiego magazynu "Heavy Metal Pages". Jest to hard rockowy zespół ze Szwecji, który wydaje właśnie swój pierwszy longplay "Rubbery Lips". Zgadza się, z tym że opublikowaliśmy jeszcze w 2019 roku EP "Hot Breath", a ja przed przystąpieniem do Hot Breath udzielałem się w innych zespołach hard rockowych: Honeymoon Disease i Hypnos. Hot Breath został założony przez wokalistkę i gitarzystkę Jennifer Israelsson oraz perkusistę Jimmy'ego Karlssona. W jakich okolicznościach do nich dołączyłeś? Kiedy Honeymoon Diseases się rozpadł, dla Jimmy'ego i Jennifera było jasne, że chcą kontyunować współpracę i stworzyć nowy zespół. Zapytali mnie oraz gitarzystę Karla Edfeldta, czy chcemy dołączyć? Chętnie zgodziliśmy się. Pierwszą próbę odbyliśmy w dokładnie tym samym składzie, który mamy obecnie. Nie istniało Hot Breath, zanim nasza czwórka połączyła siły. Można więc powiedzieć, że wspólnie założyliśmy Hot Breath i jesteśmy jego oryginalnymi członkami. To świetnie, że od początku tworzycie zgrany zespół. Które pomysły, zdarzenia, plany związane z Hot Breath, nakręcają Ciebie teraz najbardziej? W czasach przedkowidowych graliśmy sporo koncertów i mieliśmy wiele planów odnośnie kolejnych tras. Latem 2020 szykowaliśmy się do supportowania znacznie większego zespołu, ale nie mogę zdradzić jego nazwy, dlatego że nie doszło to wtedy do skutku. Wszystkie występy zostały anulowane, zanim podaliśmy oficjalną informację, kto zagra, a niewykluczone, że powrócimy jeszcze do tematu, i wówczas będzie nam miło podać taką informację oficjalnie. Początkowy plan był taki, żeby nagrać dużą płytę studyjną po zakończeniu tej trasy, ale ponieważ doszło do zamieszania z koroną, skoncentrowaliśmy się na dopracowywaniu kompozycji i rejestracji longplay'a "Rubbery Lips" nieco wcześniej. W konsekwencji, album ukazuje się 9 kwietnia 2021.

Jest to obecnie najważniejsza sprawa dla Hot Breath. Mamy nadzieję, że wkrótce będziemy mogli promować go grając koncerty, chociaż w tej chwili nie jest to jeszcze możliwe. Niektóre zespoły robią streaming ze swoich występów on-line. My również zrobiliśmy coś w tym stylu, ale nie wydaje mi się, żeby to była właściwa metoda występowania na dłuższą metę, dlatego że ludzie nie dostają w ten sposób pełnego doświadczenia i omija ich "the real deal". Poza tym, mamy mnóstwo innych planów i pomysłow, ale nie wiemy, czy dojdzie do ich realizacji. Cóż, wiele rzeczy chcielibyśmy zrobić, i jesteśmy przekonani, że wiele rzeczy moglibyśmy zrobić, jeśli sprawy potoczą się zgodnie z naszymi nadziejami. Dla przykładu, mogę wskazać na już zabookowany występ w lokalnym szwedzkim festiwalu Muskelrock pod koniec maja 2021. Był on już przekładany z maja 2020, i w tym roku również słyszymy, że prawdopodobnie nie dojdzie on do skutku. Niektórzy mówią, że w ogóle nie będzie żadnych gigów w Szwecji latem 2021. Też mi się tak wydaje. Natomiast naszymi zamiarami, o których wiem, że się udadzą, są: opublikwanie kolejnego videoclipu oraz wypuszczenie nowego merchu.

Chciałbym Ci szczerze pogratulować "Rubbery Lips", bo słuchałem go wielokrotnie, i naprawdę doceniam jakość, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jesteście stosunkowo młodym zespołem. Czy odliczasz dni do oficjalnej premiery 9 kwietnia 2021? Yeah, dziękuję. Obecne czasy nie są zabawne, ale każde wydanie singla to jak małe święto dla mnie. Zawsze czekam z niecierpliwością w piątek nowy singel, w kolejnym miesiącu nowy singel, a głównym prezentem świątecznym jest cały album! A więc tak, odliczam dni do premiery "Rubbery Lips". Odczuwam szczerą satysfakcję, że ludzie dostaną możliwość usłyszenia nas z płyty, ponieważ ja z niej jestem w pełni zadowolony, a każdy głos, że komuś ta muzyka też przypadła do gustu, to dla mnie extra bonus. Sama praca w studiu była niesamowitym doświadczeniem, świetnie się bawiliśmy. Wiesz, to trochę tak, jak spotykasz nową dziewczynę, zakochujesz się, i cały świat oglądasz przez różowe okulary, czujesz się znakomicie. Taki też jest obecny stan ducha wewnątrz Hot Breath. Niezmiernie cieszymy się istnieniem tego zespołu, jesteśmy zgrani i gotowi na wejście do Twojego odtwarza płyt z impetem! Nie mogę się doczekać premiery. Ale jeśli zadasz mi to samo pytanie tuż przed premierą piątej płyty, kto wie, możliwe że zachowywalibyśmy się niczym stare małżeństwo czy coś w tym stylu (śmiech). Teraz jesteśmy podekscytowani i napaleni. W jakim stopniu utwory zawarte na "Rubbery Lips" są efektem improwizacji w studiu, a w jakim efektem dłuższej ewolucji początkowych pomysłów? Nie zmienialiśmy wiele w studio. Bardzo przykładaliśmy się do komponowania, znacznie wcześniej przed sesją nagraniową. W każdy jeden dźwięk włożyliśmy wiele namysłu. Spędzaliśmy mnóstwo czasu analizując każdy detal. Zdarzało się, że przeznaczaliśmy do pięciu spotkań, dyskutując tylko o jednym motywie. Jest to coś, czego prawdopodobnie nie słychać na płycie, ale gdybyś uczestniczył w naszych próbach osobiście, na pewno byłoby to dla Ciebie jasne. Nigdy nie mówiliśmy: "OK, może być, lećmy dalej". Zawsze eksperymentowaliśmy z rozmaitymi wariantami, nagrywaliśmy pró-

Foto: Hot Breath

HOT BREATH

105


by na telefonach, słuchaliśmy wszystkiego w domu, aby na kolejną próbie przyjść z nowymi spostrzeżeniami i znów dyskutować o każdym detalu od nowa. Zależało nam na zbudowaniu efektu końcowego, z którego bylibyśmy w pełni zadowoleni. Kiedy dziś słucham "Rubbery Lips", przypominam sobie, jak ta praca przebiegała przed nagrywaniem... Więc kiedy już weszliśmy do studia, czuliśmy się pewnie i stosunkowo łatwo było nam wykonać swoje zadanie. Byliśmy perfekcyjnie przygotowani i wiedzieliśmy doskonale, co i jak. Wydaje mi się, że nasz gitarzysta Karl mógł improwizować z niektórymi solami gitarowymi, chociaż i on przyszedł w pełni świadomy, co chce zagrać. Nagrywaliśmy w znakomitym, świetnie wyposażonym Svenska Gramofonstudion, gdzie mieliśmy do dyspozycji sporo najwyższej jakości sprzętu, który moglibyśmy dotknąć, wypróbować i użyć. Stąd mogły wynikać improwizacje Karla z solami gitarowymi. Zupełnie inaczej było w przypadku moich wcześniejszych zespołów, kiedy wchodziliśmy do studia spontanicznie i w związku stresowaliśmy się. Wprawdzie materiał był niemal ukończony, ale nie w pełni. Musieliśmy dopracować go w pośpiechu, bo

szweddzcy death metalowcy Vampire, The Dudesons... Wiele rozmaitych zespołów. To studio jest ogromne. Stół mikserski mają dokładnie ten sam, który David Bowie używał podczas nagrywania "Heroes", a Rolling Stones podczas sesji "Black And Blue". OK, czyli dobre miejsce do rejestracji wszys tkiego począwszy od pop, aż po death metal. Yeah, praktycznie uniwersalne. Brzmienie tam uzyskiwane jest świetne... wiesz, zwłaszcza w przypadku perkusji: naciskasz przycisk, ustawiasz mikrofon, grasz, i po dwóch minutach uzyskujesz niesamowity efekt. Znakomite studio. Czy mógłbyś rozwinąć kwestię Waszych kolejnych wideoklipów? Pierwotny plan zakładał osobne video dla każdego singla, a mamy ich cztery. Zrobiliśmy już dwa video: jedno proste, zrobione przez nas samych, do utworu "Bad Feeling", i drugie komiksowe do "What You're Looking For, I've Already Found". Ostatniej soboty ukończyliśmy montowanie ostatniego video do "Right Time", które ukaże się w następny piątek (rozmawialiśmy w czwartek 4 marca - przyp. red).

stolicy, zanim przeniosłem się do Gothenburgu. Dobrze czuję się w obu, ale wiesz co? Jest między oboma miastami pewnego rodzaju rywalizacja, którą można porównać do Los Angeles i San Francisco (czy też do Warszawy i Krakowa - przyp. red). Wiele krajów ma taką szczególną parę. Zgodziłbym się, że ludzi w Gothenburgu cechuje niepowtarzalne poczucie humoru, wierzę w to i zgodzam się z tym. Jednocześnie mieszkańcy Stockholmu również są wesołymi ludźmi z humorem, ale musiałbyś ich dobrze poznać, aby odkryć ich z tej strony. W Gothenburgu możesz przejść się ulicą, zagadać do kogoś przypadkowego, i po dwóch minutach wygłupiacie się w najlepsze. W Stockholmie tak to nie działa. Otrzymałem od szefa trzy zdjęcia przedstawiające Hot Breath, i na każdym z nich nosi cie podobne czerwone kurtki. Czy stanowią one kluczowy element Waszego nowego image'u? Howlin' Pelle z The Hives mawiał coś bardzo mądrego - najlepszym sposobem, aby dać innym znać, że tworzycie zespół, jest ubieranie się wszystkich muzyków tak samo. Sprytne, a przy tym tanie. To dlatego mamy te czerwone kurtki. Zamierzamy rozwinąć ten pomysł w przyszłości. Cool. Prosta sprawa, a wyróżnia Was to wśród innych zespołów. Nie znam innego bandu, w którym wszyscy nosiliby czerwone kurtki. Yeah, więc jest coś, co udało nam się osiągnąć (śmiech). Powiem Ci, że od samego początku Jennifer namawiała nas, żeby coś w tym stylu wymyśleć. Dużo z nią o tym rozmawiałem. Wyobraź sobie, jedziemy do Niemiec, a tam wszyscy wiedzą że to Hot Breath, bo widzą nas w czerwonych kurtkach (śmiech). W tej chwili przywykliśmy już do nich na tyle, że naturalnym było ich założenie do sesji zdjęciowej. Będziemy w nie odziani również na nadchodzącym, najnowszym video do "Right Time". Ludziom to odpowiada, a wręcz zdarzyło nam się usłyszeć pytanie, czy można je nabyć w ramach merchu? (śmiech). Może więc powinniśmy rozważyć przygotowanie ich dla fanów? Póki co, mamy tylko cztery sztuki, które sami nosimy. Poważnie, jest to ważny element naszego image'u.

Foto: Hot Breath

przecież nie moglibyśmy pozwolić sobie na tkwienie tam wiecznie. Mieliśmy np. dwa tygodnie, po których upływie potrzebowaliśmy uzyskać pełen album. Szaleństwo. Tym razem, z Hot Breath, było inaczej. Dostępny nam czas wykorzystaliśmy w najlepszy możliwy sposób. Ile czasu zajęła Wam sama sesja nagraniowa? Żebym teraz Ciebie nie skłamał... cztery... e, osiem dni... Myślę, że to było dokładnie osiem dni (śmiech). Bardzo krótko! Czy wspomniane Svenska Gramofonstudion jest popularnym studiem, w którym wiele innych hard rockowych zespołów nagrywa swoje płyty? Yeah, bardzo popularnym. Czy znasz zespół The Soundtrack Of Our Lives? Nie znam. Oni tam nagrywali. Poza tym The Hives,

106

HOT BREATH

Chcieliśmy zrobić również video do naszego ostatniego singla "Who's The One", ale doszliśmy do wniosku, że zaczekamy z tym, i w przyszłości zainwestujemy w nie znacznie większy budżet. Naszym zdaniem "Who's The One" ma bardzo głęboki, wyjątkowy charakter, więc chcemy podejść do sprawy z większym rozmachem. W mojej opinii, oba Wasze dotychczasowe video wyglądają zabawnie, i nie da się ukryć, że trochę w nich żartowaliście. Tymczasem znalazłem taką informację w Internecie, że podobno jedną z głównych różnic pomiędzy Waszym miastem Gothenburg, a stolicą Szwecji Stockholm, jest słynny gotenburski humor, podczas gdy mieszkańcy Stockholmu wydają się na ogół bardziej spięci i poważni... (śmiech) cieszę się, że to powiedziałeś (śmiech). Wiesz, mamy wielu dobrych znajomych zarówno w Gothenburgu, jak i w Stockholmie. Sam mieszkałem przez rok w

Niektóre zespoły zwykły podawać melodię jako najważniejszy składnik dobrego utworu muzycznego. Ale w Waszym przypadku, uważam, że inne kluczowe czynniki jakości są nie mniej istotne: rytm, energia, autenty czność i humor. Czy zgodziłbyś się, że to te cztery elementy, a nie melodie, są najważniejsze w Hot Breath? Zgadzam się. Rozumiem, dlaczego niektórzy wskazują na melodię, ale nam to nie wystarczy. Potrzebujemy też innych elementów, żeby wszystko razem nabrało odpowiedniego wydźwięku. Dla mnie, jako basisty, bardzo ważny w kompozycji jest wyrazisty, dynamiczny rytm. Kocham utwory, w których bas i perkusja mają wiele do zaoferowania. Posłużę się analogią. Hot Breath jest dla mnie jak Titanic, gdzie perkusja i bas reprezentują pasażerów marznących w chłodzie na znacznie niższych piętrach, zaś gitary pasażerów stołująch się w pierwszej klasy powyżej. Wokal Jennifer to cztery kotły buchające parą. To by się nie trzymało kupy, gdyby chodziło jedynie o fajne gitary i melodie. Wszystko musi do-


brze współpracować - rytm, dynamika, a nade wszystkim humor. Wszystkie te składniki są nieodzowne. Wyczuwam w Waszej muzyce unikalny stosunek wobec perfekcji. Antoine de Saint Exupéry napisał kiedyś, że "doskonałość osiąga się nie wtedy, kiedy nie można już nic dodać, ale raczej wtedy, gdy nie można nic ująć". Na ile, Twoim zdaniem, pasuje to do Hot Breath? Yeah, bardzo ciekawe pytanie. Mógłbym opowiedzieć Ci o wielu przypadkach związanych z powstawaniem "Rubbery Lips", kiedy dyskutowaliśmy, które motywy należy wyrzucić, a którym pozwolić pozostać. Osobiście bardzo lubię, gdy mogę dodać swój pomysł do nagrania, ale też zdarza mi się pytać pozostałych: "może powinniśmy pominąć tą część?". Zazwyczaj, gdy zadaję takie pytanie, ktoś inny odpowiada, że warto to jednak zostawić, i wówczas dochodzi do twórczego konfliktu. Ostatecznie, uważam, że nie pozostało na "Rubbery Lips" nic, co można by ująć. Pozostawiliśmy te elementy układanki, wobec których czuliśmy, że naprawdę muszą koniecznie tam być. Zwróć uwagę, że wszystkie nasze utwory są krótkie, poza jednym trwającym pięć minut. W jednym z moich poprzednich, heavy metalowych zespołów, mieliśmy kawałki po sześć/ siedem minut, więc musiałem się przestawić na zaakceptowanie krótszych form w Hot Breath, co było dla mnie zdrowym wyzwaniem. Widziałem zatem oba podejścia. Swoją drogą, znam wiele zespołów, w Szwecji i nie tylko, które obracają się w już dawno ogranych dźwiękach, tak jakby mówili "yeah, musimy teraz napisać piosenkę, więc potrzebujemy refrenu, zwrotki, podwójnego refrenu, sola i zakończenia". Powstaje trywialna muzyka. Nie zrozum mnie źle. Nie chcę przez to powiedzieć, że jesteśmy lepsi ani specjalni, ale naprawdę przeznaczamy niesamowitą ilość czasu na dopracowywanie każdego jednego motywu w każdym jednym utworze. Myślę, że "Rubbery Lips" wiele na tym zyskało. Może nie będzie to oczywistym wyborem, ale zastanawiałem się dzisiaj, który kawałek jest moim ulubionym z zestawu "Rubbery Lips" i wyszło mi, że prawdopodobnie "Adapted Mind". Co mógłbyś powiedzieć o historii kryjącej się za "Adapted Mind"? Cool. Karl przyszedł z tym riffem na próbę zespołu, ale zazwyczaj jest tak, że ktokolwiek przyniesie jakiś pomysł na próbę, ogrywamy go wspólnie i ostatecznie wychodzi coś, co może w pewnym stopniu przypominać początkową ideę, ale jednak jest w znacznej mierze efektem ewolucji i zmian dokonywanych przez każdego z nas. Kiedy zaczęliśmy grać ten początkowy riff, od razu wiedzieliśmy, jak powinna tutaj wyglądać współpraca perkusji z gitarami, że będziemy podążać za jednym wzorem. Fajnie było to rozwijać (Anton nuci tutaj poszczególne motywy, żeby wyjaśnić co w jakiej kolejności powstawało, odwołując się ponownie do Titanica - przyp. red). Przez pewien czas zamierzaliśmy rozpocząć cały album właśnie od "Adapted Mind", ale to się zmieniło. Kilkakrotnie bywało tak, że coś sobie planowaliśmy, a po kilku miesiącach dochodziliśmy do wniosku, że jednak zrobimy to inaczej. Fajnie obserwować, jak pomysły ewoluują.

twychwstałym Lemmy'm. Jak czujesz się będąc prezentowanym w magazynie poświęconym muzyce metalowej? (długi śmiech) To było dziwne spotkanie, bo Lemmy nie znał ani słowa po angielsku. Oczywiście mowa o sobowtórze. Był on "legendą" małego czeskiego miasteczka. Odpowiadając na pytanie, cieszę się na myśl o prezentacji Hot Breath w czasopismie metalowym. Ostatecznie, podziały na gatunki mają niewielkie znacznie, każdy słucha to co lubi, a nie szufladek. Osobiście słucham bardzo różnej muzyki, łącznie z black i death metalem. Myślę też, że wielu metalowców lubi styl, w jakim obraca się Hot Breath, i na odwrót: wielu hard rockowców przepada za ekstremalnym metalem. Heavy metal, classic rock, hard rock, art rock, speed, thrash - to tylko nazwy kategorii, a jedyne co się liczy, to czy mamy do czynienia z dobrymi dźwiękami, czy z kiepskimi. Dla mnie normalną sprawą jest np., że puszczę sobie coś Abba, a zaraz po tym Bathory. W skrócie, odpowiadając skromniej:

Byłoby fajnie, gdybyście przyjechali zagrać w Polsce. Oh, naprawdę bym chciał. Możemy napić się Żubrówki. Poczekaj, muszę Ci pokazać. Mam tutaj, w swoim pokoju, prawie pustą buetlkę po Żubrówce. Dostałem ją od pewnego polskiego zespołu. O, i to również, bimber. Pracuję na co dzień z Polakami, i oni dali mi ten bimber. Fuckin' awesome. To raczej negatywny stereotyp, że Polska jest kojarzona z alkoholem. Oczywiście, nie myślę, że wszyscy Polacy nie robią nic innego poza piciem wódki. Analogicznie jest ze Szwecją: za granicą postrzegają nas jako Vikingów bawiących się nago w śniegu. (śmiech) Ech, raczej jako miłośników przy rody, lasów i ekologii. Yeah, jest coś w tym, kolego. Faktycznie wielu Szwedów uwielbia lasy i tego typu środowisko. Ale musisz też przyznać, że wielu Pola-

Foto: Hot Breath

cieszę się, że metalowy magazyn pokazuje Hot Breath. Dzięki za przeznaczenie czasu na przeprowadzenie z nami wywiadu; widzę że osłuchałeś się z "Rubbery Lips", fajnie. Z pewnością warto zapoznać się z "Rubbery Lips". Powiedz jeszcze proszę, co planujecie robić w 2021 roku? Powiedziałeś już o wideoklipie, o trasie koncertowej, a czy może pracujecie nad drugim longplayem? Więc głównym planem na 2021 rok jest, o ile świat na to pozwoli, wyruszenie na trasę koncertową po Europie. Będziemy grać tak dużo gigów, na ile będzie to możliwe. Czujemy pewien niedosyt, ponieważ nie występowaliśmy wiele razy przed 2020, a teraz mamy wiele znakomitych utworów do zaprezentowania. Może się zdarzyć i tak, że będzie trzeba zaczekać aż do 2022. Ponieważ jesteśmy teraz uziemieni w Gothenburgu, zaczęliśmy komponować nowe kawałki, myślę że powstały już trzy lub cztery szkice. Trochę zbyt wcześnie, żeby o nich opowiadać. Niewykluczony jest mini album, z dodatkowym coverem, ale nie wiadomo jeszcze.

ków lubi Żubrówkę, przecież prawda? Tak, lubią. Osobiście nigdy nie piję, ale Żubrówka jest polskim napojem. Więc wyjaśnione. Czy chciałbyś dodać jeszcze coś dla czytelników? Mam nadzieję, że jak najwięcej osób zauważy nasz album i polubi go, a jak zrobimy koncert w Polsce, to sporo osób się na nim pojawi. Dziękuję za rozmowę. Również dziękuję. Sam O'Black

Widziałem Twoje zdjęcie z Czech ze zmar-

HOT BREATH

107


nierem nagrań. Na początku nie wiedzieliśmy, czy bez niego Witchbound będzie miało jakąkolwiek przyszłość. Ale zainwestowaliśmy już tyle czasu, pracy, serca i duszy w nowy album, że postanowiliśmy to kontynuować.

Muzyka to nasza pasja! Witchbound mógł pozostać zespołem jednej płyty, bowiem po wydaniu "Tarot's Legacy" problemów Niemcom nie brakowało. Zdołali je jednak przezwyciężyć, poszerzyli skład o wokalistkę i w końcu wydali powrotny materiał "End Of Paradise". Według mnie nie jest on tak udany jak debiutancka płyta, ale fani Stormwitch pewnie i tak go sprawdzą, skoro w składzie są perkusista Pete Lancer, czyli Peter Langer i gitarzysta Steve Merchant, to jest nasz rozmówca Stefan Kauffman. HMP: Mogło wydawać się, że "Tarot's Legacy" pozostanie jedynym albumem Witchbound, uznaliście jednak, że rzecz warta jest kontynuacji, stąd wydanie drugiej płyty "End Of Paradise", którą zapowiadaliście już po premierze debiutu? Stefan Kauffman: Tak, zaczęliśmy pisać i pracować nad nowymi utworami wkrótce po wydaniu pierwszego albumu. Niestety ukoń-

Jakie było główne założenie, kiedy zaczęliś cie komponować? Co chcieliście osiągnąć, do czego dążyliście? Zawsze staram się pisać melodyjne utwory z chwytliwymi refrenami, których nie da się od razu zapomnieć. Niemniej jednak staram się wprowadzać wiele urozmaiceń, na przykład poprzez zmiany harmonii. Myślę, że tytułowa kompozycja "End of Paradise" jest tego do-

Skład firmujący obie płyty Witchbound uległ też innym, znaczącym zmianom: najważniejsza jest taka, że rozeszły się wasze drogi z Thorstenem Lichtnerem, a na jego miejsce przyjęliście doświadczoną wokalistkę Natalie Pereira dos Santos - uznaliście, że otwierając nowy etap w historii zespołu warto to zaakcentować taką właśnie zmianą? Zmiana wokalisty nie była zamierzona. Thorsten odszedł pod koniec 2016 roku, ponieważ nie mógł pogodzić rosnących zobowiązań zespołu ze swoją pracą. Potem szukaliśmy zastępstwa i zdecydowaliśmy się na Natalie, bo przekonała nas swoim wokalem i osobowością. Oczywiście musieliśmy przearanżować niektóre utwory, ale postrzegaliśmy to jako szansę i wzbogacenie dla zespołu oraz naszego stylu muzycznego. Po dwóch latach przyjęliście jednak kolejnego śpiewaka Tobiasa Schwenka, co zostało zapewne spowodowane tym, że taki duet daje wam znacznie większe możliwości co do bogactwa i aranżowania, nader zróżnicowanych, partii wokalnych? Ta decyzja miała również związek z utratą Martina. Martin zaśpiewał wiele wokali wspierających, a także główne w dwóch utworach z pierwszego albumu ("Jester's Day" i "Stranded"). Na "Tarot's Legacy" było wiele głosów i chórków, a w nowych utworach jest jeszcze więcej wokali. Poprosiliśmy więc Tobiasa, który już wcześniej pomagał nam jako wokalista na kilku koncertach, by dołączył do nas jako drugi głos. To dało nam jeszcze większą gamę i różnorodność w partiach wokalnych.

Foto: Lisa Schwenk

czenie drugiej płyty zostało opóźnione przez pewne nieprzewidziane wydarzenia, takie jak zmiany w składzie, tragiczna śmierć naszego gitarzysty Martina Winklera oraz pandemia koronawirusa. Wymagało to chyba zupełnie odmiennego podejścia, bo jednak debiut Witchbound powstał na podstawie materiału demo i ogólnych zarysów konceptu Haralda Spenglera, które tylko dopełniliście swoimi pomysłami teraz stworzyliście materiał na album od początku do końca? Utwory na "Tarot's Legacy" powstały głównie w 2005 roku, kiedy Harald zebrał nas razem do pracy nad swoim projektem, który później miał się przekształcić w zespół Witchbound. Na nowy album Martin Winkler i ja skomponowaliśmy wszystkie utwory albo sami, albo wspólnie. "End Of Paradise" jest więc nieco inny niż debiut. Ale też z racji tego, że utwory na debiut Witchbound komponowałem głównie razem z Haraldem, różnice nie są zbyt duże.

108

WITCHBOUND

brym przykładem. Co jest dla ciebie bardziej ekscytujące: komponowanie utworu, nadawanie mu jak najpełniejszej formy, czy jego rejestrowanie i dopracowywanie w studio, kiedy nabiera już ostatecznego kształtu? Myślę, że obiete rzeczy są ekscytujące. Czasami napisanie kawałka jest łatwe, ale bywa też, że ciężko walczę, aby znaleźć odpowiednie melodie i teksty. Praca w studio również bywa ciężka i wyczerpująca. Ale lubię, kiedy utwór stopniowo nabiera kształtu i w końcu brzmi tak, jak sobie wyobrażałem, albo nawet okazuje się lepszy. Pracowaliście we dwóch z Martinem Winklerem - taki twórczy duet to chyba najlepsza opcja, szczególnie jeśli zna się tę drugą osobę od lat, więc jego niespodziewana śmierć musiała być dla was ogromnym ciosem? Jasne, że to był szok dla nas wszystkich. Martin był nie tylko bardzo utalentowanym gitarzystą, ale także świetnym autorem tekstów, producentem muzycznym, aranżerem i inży-

Dwoje wokalistów w składzie może też sprawiać problemy, gdyby każde z nich chciało brylować kosztem drugiego, śpiewać więcej, być tym ważniejszym frontmanem, ale udało się wam chyba uniknąć tego niebezpieczeństwa, z korzyścią dla efektu koń cowego? Na szczęście Natalie i Tobias bardzo dobrze się rozumieją i uzupełniają. Na przemian udzielają się na równi jako główni wokaliści czy jako głosy wspierające i oboje są słyszalni we wszystkich utworach. Myślę, że to jest cecha, która sprawia, że nowy album jest bardzo wyjątkowy. W głosach Natalie i Tobiasa słychać wiele emocji, co oznacza, że bardzo zaangażowali się w proces rejestrowania tego materiału, dodali do niego wiele od siebie? Tak, Tobias i Natalie zainwestowali dużo czasu i pracy w aranżacje wokalne, co można usłyszeć na nowym albumie. Starali się jak najlepiej zaimplementować teksty utworów. Na przykład, kompozycja "Torquemada" jest o okrucieństwach hiszpańskiej inkwizycji, a Natalie zaśpiewała histerycznym głosem, który powinien brzmieć jak kobieta skazana na śmierć na stosie jako czarownica. Warto być szczerym w tym co się robi, bo to zawsze się opłaca: nawet gdy komuś coś się nie spodoba, to jest w stanie docenić takie podejście?


Zawsze staram się być szczery, także jeśli chodzi o muzykę. Myślę, że jeśli oszukujesz fanów, to w końcu to zauważą i stracą zainteresowanie. Myślę, że uczciwość w biznesie muzycznym koniec końców opłaca się. Najgorsza jest chyba obojętna reakcja? Bo negatywne, aby tylko konstruktywne, opinie też coś wnoszą, pozwalają bowiem spojrzeć artystom na to co robią z innej perspektywy? Jest takie powiedzenie, że negatywna reklama to też reklama. Ale oczywiście lepiej jest, jeśli komuś podoba się nasza muzyka. Z konstruktywną krytyką też mogę żyć, ale obojętność zawsze jest zła. Problem z obojętnością polega również na tym, że w dzisiejszych czasach jest tak wiele zespołów i nowych wydawnictw, że nawet nie znasz ich wszystkich i nie jesteś w stanie przesłuchać wszystkiego. Dlatego też wiele dobrych, mniejszych zespołów niestety przepada, zwłaszcza jeśli nie mogą grać koncertów, jak to ma miejsce obecnie. Foto: Lisa Schwenk

Was to chyba jednak nie dotyczy, bo "Tarot's Legacy" została przyjęta bardzo ciepło, nie tylko z racji waszych związków ze Stormwitch, co też musiało mieć wpływ na powstanie kolejnej płyty Witchbound? Tak, mieliśmy w większości pozytywne opinie na temat naszego debiutanckiego albumu. Szczerze mówiąc, nie wzbogaciliśmy się na nim, ale też nie oczekiwaliśmy tego. Na pewno będziemy szczęśliwi, kiedy pojawi się nowy album i będziemy mogli zdobyć nim nowych fanów. Praca nad "End Of Paradise" była dla was swoistą odskocznią od pandemii, pozwalała przestać myśleć o tym, co dzieje się dookoła? Tak, pracując nad nowym albumem mogłem odwrócić swoją uwagę od pandemii i dobrze, że miałem jakieś zadanie i cel w tym trudnym czasie. Niestety z powodu pandemii nie udało nam się jeszcze wystąpić w nowym składzie. Z drugiej strony mogliśmy wykorzystać ten czas na intensywną pracę nad nowym albumem. Staraliśmy się więc wykorzystać ten czas jak najlepiej. Rok temu mogło wydawać się, że to kwestia raptem kilku tygodni i będzie po wszystkim. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że koronawirus pozostanie z nami na dłużej, a

rynek koncertowy czeka dalsza hibernacja uznaliście, że w tej sytuacji nie ma co zwlekać z premierą "End Of Paradise", chcieliście podzielić się tą płytą ze słuchaczami, dać im trochę radości? Pierwotnie drugi album powinien był zostać wydany dużo wcześniej. Ale zmiany w składzie i śmierć Martina opóźniły nasze plany. Zastanawialiśmy się, czy jest sens wydawać nowy album teraz, bez koncertów na żywo. Ale sądzimy, że wielu fanów będzie z tego zadowolonych, zwłaszcza w tych trudnych czasach. Chcemy również dać fanom trochę nadziei i odwagi z naszym nowym albumem. Tak jak zespół nie poddał się mimo wszystkich ciosów losu, tak i my wierzymy, że razem przetrwamy ten globalny kryzys. W warstwie tekstowej znowu jest bardzo różnorodnie, bo mamy tu zarówno historię z czasów starożytnego Egiptu ("Battle Of Kadesh") jak też hiszpańskiego inkwizytora z XV wieku ("Torquemada"), zaś utwór tytułowy można też chyba odebrać jako nawiązanie do obecnych czasów, symbolicznego końca pewnej, pod wieloma względami fak tycznie cudownej, epoki? W przeciwieństwie do debiutanckiego albumu, który dotyczył głównie tematyki średniowiecznej i historycznej, nowe teksty bardziej

złożone. To tematy historyczne i aktualne, aż po science fiction ("Interstellar Odyssey"). Apokaliptyczny utwór tytułowy "End Of Paradise" pasuje oczywiście do obecnej pandemii. Jednak napisałem ten utwór kilka lat temu i miałem na myśli globalne problemy takie jak terror, wojny, rasizm, katastrofy naturalne i zniszczenie środowiska. Te rzeczy nadal istnieją, ale z powodu koronawirusa zeszły teraz na dalszy plan. Trudno teraz liczyć na szybki powrót do sytuacji sprzed marca ubiegłego roku, pewnie więc nie będziecie mogli zagrać trasy promującej "End Of Paradise", nie ma mowy o letnich festiwalach. Jak więc zamierzacie pro mować tę płytę, żeby dotrzeć do kolejnych słuchaczy? Oczywiście szkoda, że nie możemy promować nowego albumu występami na żywo. Ale nasza wytwórnia El Puerto Records oraz wiele fan- i webzinów bardzo dobrze wspierają nas w promowaniu nowego albumu. Media społecznościowe również oferują wiele możliwości. Mamy jednak nadzieję, że publiczne koncerty będą znów możliwe, być może od jesieni tego roku i że będziemy mogli zaprezentować nowy album na żywo. Plusem jest tu chyba to, że nie jesteście uzależnieni od tych odwołanych koncertów, muzyka jest dla was pasją, ale macie inne źródła utrzymania, dzięki czemu Witchbound ma szansę przetrwać te trudne czasy? Mamy swoje normalne prace, więc na szczęście nie musimy utrzymywać się tylko z naszej muzyki. Jednak obecna sytuacja nie jest łatwa dla nas i innych podobnych zespołów, ponieważ mamy więcej wydatków niż dochodów, również w związku z produkcją nowego albumu. Zazwyczaj zespoły radzą sobie lepiej z powodu przychodów z występów na żywo i zarobków ze sprzedaży merchu w czasie koncertów. Mamy jednak nadzieję, że ta faza wkrótce się skończy i uda nam się wyjść przynajmniej na plus. Do tego czasu postrzegamy to jako ważną inwestycję dla zespołu i jego przyszłości. I żeby nie zapomnieć: muzyka to nasza pasja! Wojciech Chamryk, Joanna Pietrzak, Szymon Paczkowski

Foto: Lisa Schwenk

WITCHBOUND

109


uczyć się pisać "długie" kompozycje, trwające pięć, sześć lub siedem minut, nie nudząc wszystkich (słuchaczy i nas), ponieważ wywodzimy się z hardcore punka i przyzwyczailiśmy się do pisania krótszych kawałków.

Przede wszystkim dobra zabawa Olivier Voyou to, pomimo swej małomówności dość wesoły gość. W niektórych momentach jego humor jest widoczny aż nadto. Jest to też człowiek o szerokich muzycznych horyzontach. Bo na przykład taki botswański death metal to ja słyszałem, ale etiopski rock'n'roll to nawet dla mnie coś zupełnie egzotycznego. HMP: Witaj. Pomimo, że język francuski jest w czołówce najpopularniejszych języków na świecie, nie oznacza faktu, że jest on znany przez wszystkich. Miło by było, jakbyś zatem zechciał nam w skrócie powiedzieć, o czym opowiadają Wasze teksty? Olivier Voyou: Nasze teksty dotyczą legend o fikcyjnych lub nie do końca fikcyjnych kobietach, które walczą ze sobą w nieprzyjaznym dla nich średniowieczu. Chodzi o umocnienie własnej wartości i odmowę kłaniania się bogom, królom i komukolwiek innemu. Jestem w stanie jak najbardziej zrozumieć argument mówiące za pisaniem tekstów i śpiewaniem w języku francuskim, jednak z drugiej strony może to Wam nieco utrudnić wyjście na szerszą skalę poza granice Francji. A śmiem przypuszczać, że macie takie ambicje. Czyż nie? Nie mamy żadnego "planu kariery". Śpiewamy po francusku, ponieważ to lubimy, a z moich doświadczeń związanych z graniem w zespołach śpiewających po francusku zauważyłem, że nigdy nie przeszkodziło to w graniu na całym świecie. Ludzie za granicą postrzegają to jako coś egzotycznego i świeżego. I to jest w tym najfajniejsze. Wasz kraj ma niewątpliwe tradycje, jeśli chodzi o heavy metal. Pewnie czerpiecie wiele inspiracji z dokonań Waszych rodaków. Każdy członek Meurtrieres jest muzycznym maniakiem, więc czerpiemy inspirację z wszelkiego rodzaju doskonałej muzyki, czy to fran-

cuskiego heavy metalu, etiopskiego rock'n' rolla, amerykańskiego free jazzu czy angielskiej muzyki industrialnej. Jednak zdecydowanie lubimy francuski heavy metal i takie zespoły jak Sortilege, H Bomb, High Power czy Marecages. Wasze pierwsze EP zatytułowane po prostu nazwą zespołu ukazało się pierwotnie jako wydawnictwo całkowicie niezależne. Czy uważasz, że młode zespoły są w stanie odnaleźć się w takiej formule? Jestem zdezorientowany twoim pytaniem, ponieważ nasza EP-ka została wydana przez wytwórnie płytowe, Gates of Hell Records oraz Armee de la Mort Records Czy to był dobry ruch? Zdecydowanie tak, ponieważ Bri, Enrico i Shaxul są osobami oddanymi muzyce i wykonali niesamowitą robotę, promując płytę. Nie można też zapomnieć o Crystal Blade i Nameless Grave, którzy wydali kasetową wersję EP-ki.

OK. Przyznaję, mea culpa. Pewnie coś przeoczyłem, czegoś nie doczytałem, coś mi umknęło… Mniejsza z tym, mam tylko nadzieję, że się nie pogniewasz. Jak długo tworzyliście ten materiał? Jeśli się nie mylę, założyliśmy zespół w maju 2018 roku i nagraliśmy pięć utworów na EPkę w październiku 2019 roku. Przez cały ten czas musiałem nauczyć się grać z innymi chłopakami, ponieważ grali już ze sobą w swoich wcześniejszych zespołach. Musieliśmy również na-

Co powstało pierwsze? Muzyka czy teksty? W Meurtrieres muzyka jest zawsze na pierwszym miejscu. Flo Spector (pierwsza gitara) lub ja (druga gitara) zazwyczaj przynosimy riffy i razem konstruujemy kompozycję, a potem wokal. Ale z tego, co mi wiadomo, to właśnie Ty odegrałeś w tym procesie znaczącą rolę. U nas tak to już wygląda. Zazwyczaj coś mówię, a inni odpowiadaja: "Wow, świetny pomysł". Wspomniałes o hardcore punku. Słuchając Meurtrieres trochę trudno mi uwierzyć, że wywodzicie się z takiego muzycznego środowiska. Niektórzy członkowie zespołu otarli się także o scenę black metalową. I ten etiop ski rock'n'roll, którego tak namiętnie ponoć słuchacie… Skąd zatem pomysł, by założyć zespół grający klasyczny heavy metal? Jak wspomniałem wcześniej, jesteśmy miłośnikami muzyki, więc nic dziwnego, że można nas spotkać w zespołach blackmetalowych, punkowych czy sludge. Heavy metal to dla nas wszystkich nastoletnia miłość, która przypominam nam czasy nastolatków. Minęło dużo czasu, odkąd myśleliśmy o utworzeniu takiego zespołu, ale na początku musieliśmy trochę lepiej opanować nasze instrumenty. (śmiech) Może teraz kolej na pełny album, bo przy puszczam, że trochę materiału Wam się uzbierało. Pracę trochę się opóźniły, bo ostatnio przytrafiły nam się zmiany w składzie i musieliśmy to ogarnąć. Ale teraz bierzemy się ostro do roboty. Macie zaplanowane jakieś koncerty promujące Wasze EP? Niestety nie. Pandemia wszystko popsuła. Ostatni koncert graliśmy jakoś na początku roku 2020. I uwierz mi, naprawdę tęsknimy za graniem na żywo. Skoro nie ma możliwości grania na żywo, to sobie chociaż poteoretyzujmy. Ja Waszym zdaniem powinien wyglądać prawdziwy metalowy show? Żadnej sceny, granie prosto na parkiecie z ludźmi wpadającymi na siebie, mających aktualnie najlepszy czas w swym życiu. Chaos i energia. A przede wszystkim, dobra zabawa! (no tak, w końcu to hardcore'owcy - przyp. red). Dzięki za rozmowę. En garde! Bartek Kuczak Tłumaczenie: Syzmon Paczkowski

Foto: Meurtrieres

110

MEURTRIERES


go z tytułem płyty.

Źródło szczęścia w urojeniach Zacznę trochę nietypowo. W sumie pierwotnie tego nie planowałem, jednak Jason McMaster z zespołu Ignitor zmusił mnie do pewnych przemyśleń na temat ludzi psychicznie chorych. Otóż warto tu zadać pytanie czy ludzie, którzy znaleźli się w stanie permanentnych urojeń, braku zdolności rozróżniania świata realnego od swoich, często szalonych imaginacji oraz niekiedy prawdziwego obłędu mogą w owym stanie być szczęśliwi? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Chociaż temat ten jest motywem przewodnim nowego albumu Ignitor o wdzięcznym tytule "The Golden Age of Black Magick", to jednak nie zdominował on całej naszej rozmowy. W sumie to dobrze, bo rock'n'roll to przede wszystkim dobra zabawa, a nie egzystencjalne rozkminy. HMP: Witaj Jason. Pozwolisz, że już na samym początku zapytam Cię o najnowsze wydawnictwo Ignitor. Jego tytuł to "The Golden Age of Black Magick". Czy Ty, lub któryś z członków zespołu praktykuje czarną magię i bawi się w różne dziwne, czasem niebezpieczne rytuały? Jason McMaster: Tytuł nie jest dosłowny. Idea wiary w coś wcale nie musi oznaczać, że jest to rzeczywiste. Inspiracją do tego tytułu były problemy ze zdrowiem psychicznym, które mogą mieć realny wpływ na zaburzenie

Otwierający całość utwór nosi tytuł "Secrets of the Ram". W centralnym punkcie okładki albumu naszym oczom ukazuje się złota cza szka tytułowego barana. Jakie jest znaczenie tego zwierzęcia w Waszej twórczości? W niektórych kulturach baran był symbolem siły. Zwierzę to było otoczone szczególną czcią, która objawiała się między innymi tworzeniem złotych posągów. Tajemnice, które skrywały się w wierzeniach tych kultur, niezależnie od tego, czy są rozsądne, czy nie, tworzą interesujące powiązania z okultyzmem. A

OK. Zatem zostawmy już w spokoju warstwę liryczną, a pomówmy o muzyce. Ignitor jest kapelą, która od samego początku zdaje się być oddana idei starego dobrego rock'n' rolla. Idealnym przykładem jest kawałek "Countess Apollyon". Interesuje mnie jed nak, czy nie zastanawiałeś się przypadkiem nad pójściem w bardziej ambitne rejony? A może wręcz przeciwnie, jesteś zatwardziałym zwolennikiem tej formuły i nawet nie chcesz słyszeć o jej zmianie? Jak słusznie zauważyłeś, zespół ten zaczynał od tej formuły. Zawsze staramy się pisać utwory, który wpasowują się w ten wzorzec. Moglibyśmy w każdej chwili dodać jakieś dziwne ozdobniki, ale wydaje się, że nie jest to, czego oczekują nasi słuchacze. Zresztą nawet my sami, jako twórcy nie mamy do tego przekonania. Takich rzeczy możesz oczekiwać od kapel power metalowych, jednak nie szukaj tego w Ignitor. To po prostu nie nasz styl. Za to na "The Golden Age of Black Magick" znajdziemy sporo odwołań do NWOB HM. Weźmy chociażby "Hell Shall Be Your Home" czy wspomniany już przez Ciebie "Steel Flesh Bone". Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że dziś obserwujemy odrodzenie klasycznego heavy metalu. Śledzisz może poczynania jakichś młodych grup uprawiających ten gatunek? W naszym zespole są starzy wyjadacze. Trudno nam nadążyć za nowymi kapelami grającymi metal. Jest tak wiele podgatunków. Skupiamy się na naszym sposobie pisania, a nie na wymyślaniu nowego metalowego stylu. Wspieramy zaś wszystko, co jest szczere i niezależne. Powiedzieć, że cokolwiek nowego wpływa na nasze pisanie, nie byłoby prawdą. Uważam, że "Tonight We Ride" mogłby być prawdziwym hitem w latach 80. Tęsknisz za tamtymi czasami? Nie tęsknię za latami 80. Po prostu tworzę to, co ma dla mnie sens. Jeśli kawałek brzmi dobrze, to nie próbuję na siłę go zmieniać.

Foto: S. Miller

zdolności w ocenie różnic między tym, co istnieje w rzeczywistości, a tym, co istnieje tylko w głowie danej osoby. Mam tu na myśli na przykład sytuację, gdy dziecko ma wyimaginowanego przyjaciela. Ale spójrzmy na to nieco szerzej. Fakt, że dana osoba ma urojenia, może być źródłem jej szczęścia. Często ludzie ci są szczęśliwi, gdy nie są faszerowani lekami, za to są przygnębieni i otumanieni, gdy biorą psychotropy i inne medykamenty. Tytuł dotyczy wyczarowania nowej istoty z mocy własnego umysłu. Niektórzy mogą nazwać to czarną magią. Jeśli wyimaginowany przyjaciel, w tym przypadku demon, został zniszczony przez lekarza podającego pacjentowi lekarstwa, powoduje to, że pacjent tęskni za swoim "przyjacielem".

112

IGNITOR

stąd już jeden krok do metalowej estetyki. Facet z okładki "The Golden Age of Black Magick" wykonuje jakiś dziwny rytuał... Gdybym Ci zdradził szczegóły, byłbyś w niebezpieczeństwie. Powiem tylko, że ten facet to kapłan, który potrafi odczytać Twoje najgłębsze pragnienia… Wygląda na to, że większość utworów, które znalazły się na "The Golden Age of Black Magick" kręci się wokół okultystycznej tematyki. Czy zatem Waszym założeniem było stworzenie concept albumu? Nie było tego w planach. Teksty "Stoned at The Acropolis", "Tonight We Ride" i "Steel Flesh Bone" nie mają kompletnie nic wspólne-

Na okładce Waszej poprzedniej płyty, "Haunted by Rock & Roll", widzimy gramo fon ustawiony w centralnym punkcie. "The Golden Age of Black Magick" jak na razie jest dostępny na CD oraz jako mp3. Jakieś szanse na winyl? "Haunted by Rock & Roll" jest dostępny na winylu. "The Golden Age of Black Magick" też się ukaże na LP, ale nie ma jeszcze ustalonej daty. Czy myślisz, że w dobie muzyki cyfrowej fizyczne formaty zapisu dźwięku mają jeszcze rację bytu? W moim świecie, tak. Stwierdzić, że śledzę statystyki sprzedaży płyt winylowych i CD, byłoby rozminięciem się z prawdą, ale wiem, że w tej chwili wzrost sprzedaży płyt winylowych jest faktem. I to faktem bardzo ekscytującym. Słuchanie muzyki z Internetu jest może wygodne, ale brakuje w tym odpowiedniego rytuału. Chcę, aby właśnie ten rytuał był jednym z powodów dla porządania dźwięku, czytania nut, tekstów i wpatrywania się w sztukę. Ostatnimi czasy zmieniliście wytwórnię. Jak znaleźliście się pod skrzydłami Metal On Metal?


Optymiści grający pesymistyczną muzykę Wbrew pewnym opiniom, rosyjska scena klasycznego heavy metalu wciąż żyje i ma się całkiem dobrze. Jednym z przedstawicieli młodego pokolenia kapel uprawiających ten gatunek jest pochodzący z St. Petersburga zespół Blazing Rust. W zeszłym roku zespół wypuścił na rynek swój drugi album zatytułowany "Line Of Danger". Z tej to okazji wokalista Igor Arbuzow opowiedział nam trochę o tym albumie oraz o realiach w Rosji i ich wpływie na muzykę metalową. Metal on Metal wykazało duże zainteresowanie twórczością Ignitor, więc nasz wybór był oczywisty. By wydać album z takim zespołem jak Ignitor, potrzeba zaangażowania. Trzeba uwierzyć w ten materiał. Płyty wydawane z innych powodów potem tylko się kurzą na półkach. "The Golden Age of Black Magick" to drugi album Ignitor nagrany dokładnie w tym samym składzie, co poprzednik. Czy uważasz, że wreszcie po wielu latach męczarni ze zmianami w składzie odnaleźliście stabilizację? W życiu nigdy nic nie wiadomo, ale na chwilę obecną odpowiem krótko: tak. Po nagraniu świetnej płyty fajnie by było ją promować na żywo. Myślisz, że są jakieś szanse na powrót koncertów w 2021 roku? Jeśli szczepionka będzie skuteczna, a ludzie będą nosić maseczki, to nie widzę większych przeszkód. Powiedz mi zatem, jakie Twoim zdaniem są niezbędne składniki idealnego metalowego show? Zapełniona widzami sala oraz miks nowych i starych fanów. Dobre oświetlenie i nagłośnienie. Żadnych bójek. Publiczność i zespół śpiewają z radością razem refreny, mimo, że finalny efekt takiego śpiewania bywa różny. Wszystko to oczywiście przy dużej ilości decybeli OK, padł już ten nieszczęsny temat koron awirusa, więc zapytam Cię jak spędziłeś ten tak zwany lockdown? Komponowałem nowe utwory. Słuchałem głównie nowego AC/DC, starego repertuaru Bathory i Angel Witch. Oczywiście tylko z winyli!

HMP: Witaj Igor! Blazing Rust swój pierwszy album "Armed To Exist" wydał w 2017 roku. Co tak właściwie zmieniło się w zespole od tego czasu? Igor Arbuzow: W ciągu ostatnich kilku lat przytrafiły się nam pewne zmiany w składzie, ale na szczęście były one związane tylko ze stanowiskiem basisty. Eric Strom, który dołączył do zespołu podczas nagrywania "Armed to Exist", odszedł tuż przed sesjami nagraniowymi do kontynuacji tego albumu. Musieliśmy zatrudnić muzyka sesyjnego w trybie awaryjnym, żeby skończyć album. Na szczęście był to nasz dobry przyjaciel Dmitrij Pronin, który szybko opanował nasz materiał. Teraz za bas jest odpowiedzialny Viktor Kozin i nie możemy się doczekać grania koncertów z nim w składzie. Przypuszczam, że Wasze doświadczenie zdobyte przy realizacji debiutu bardzo Wam pomogło podczas prac w studio nad Waszym nowym wydawnictwem "Line Of Danger". Jasne. Pomogło i to bardzo. Tym razem poszliśmy znacznie dalej niż poprzednio. Podczas gdy przy pracy nad "Armed to Exist" nadal używaliśmy profesjonalnego studia nagraniowego do nagrywania perkusji, tym razem nagraliśmy wszystko "na taśmę" (oczywiście, było to nagranie cyfrowe) w naszym własnym studiu, będącym jednocześnie naszym miejscem prób. Nazywamy je ironicznie Deaf Enough Studio. A z naszym gitarzystą Sergem Iwanowem na czele udało nam się osiągnąć najlepszą jakość, na jaką nas na ten moment stać.

Ile trwało, zanim poskładaliście Wasze pomysły do kupy? Cóż, napisałem demo, które z czasem stało się utworem "Let it Slide". To było wkrótce po tym, jak skończyliśmy poprzedni album. W przypadku innych kawałków połączenie wszystkich naszych pomysłów zajęło prawie rok. Roman ma w telefonie dosłownie setki riffów. Mieliśmy więc kilka sesji odsłuchowych, aby dowiedzieć się, które z nich ewentualnie wykorzystać. Potem zaczęło się sklejanie wszystkiego do kupy, ale najbardziej ekscytujące dla mnie jest nagrywanie. Wtedy widzisz, jak konkretne utwory nabierają ostatecznego kształtu. Moim ulubionym kawałkiem zdecydowanie jest utwór tytułowy. To najbardziej chwytli wy utwór na albumie. Ten kawałek był naprawdę spontaniczny. Pamiętam, jak Roman grał swoje riffy i szybko zorientowałem się, który z nich powinien być refrenem, przejściem i zwrotką. Nie miałem więc nic innego do roboty, jak tylko ułożyć te riffy we właściwej kolejności i melodia przyszła natychmiast. Stworzenie rdzenia utworu zajęło dosłownie około 15-20 minut. Jeden z Waszych utworów nosi tytuł "The Son Of Lucifer". Nie boicie się, że niektórzy mogą to odczytać jako satanistyczną deklarację? Tacy ludzie byliby strasznymi ignorantami. Jeśli choć raz spojrzysz na tekst, nie zobaczysz tam niczego związanego z czczeniem Szatana. Sam Lucyfer jest tam dość metaforyczną postacią. Nawet nie mówimy tam o TYM Lucyferze. Więc jedynymi, którzy mogą uważać nas za satanistów, są ci, którzy nie słuchali

Dziękuję bardzo za rozmowę. Cała przyjemność po mojej stronie. Bartek Kuczak, Tłumaczenie: Szymon Paczkowski

Foto: Blazing Rust

BLAZING RUST

113


tego utworu. Jak w ogóle podchodzicie do Waszych tekstów? Mają one dla Was jakieś szczególne znaczenie, czy może stanowią bardziej dodatek do Waszej muzyki? Większość z nich ma mocne przesłanie. Niektóre są po prostu zabawne i nie należy ich brać do końca na serio. Dla mnie główną rolą tekstów jest to, że dają możliwość przekazania emocji związanych z muzyką. Na początku kawałka "Race With Reality" słyszymy męski głos mówiący coś po rosyjsku. Nie ma tam nic ważnego. To tylko przypadkowa audycja z telewizora. Kolejny nudny program polityczny. O ile pamiętam, rozmawiają o stosunkach politycznych między Japonią a Rosją. Powiem Ci, że okładka albumu jest dość interesująca. Autorem okładki jest Augusto Peixoto z Portugalii. Połączyło nas Pure Steel Records. Myślę, że wykonał świetną robotę! To jest chwytliwe, a to jest nasze główne wymaganie. No właśnie, "Line Of Danger" został wydany właśnie przez Pure Underground Records będącą częścią Pure Steel Records. Nie udało się Wam znaleźć żadnej wytwórni w Rosji? Może po prostu powiedzieliście sobie "pieprzyć ograniczenia, podbijamy świat!" Cóż, myślę, że wydawanie albumów w swojej ojczyźnie jest bardzo ważne. Niestety, nie udało nam się to z naszym poprzednim albumem "Armed to Exist". Ale tym razem Nick Mamajew z Kattran Records polubił naszą płytę tak bardzo, że we wrześniu 2020 roku wydał ją na winylu. Ale oczywiście nie chcemy trzymać się wyłącznie rosyjskiej publiczności. Zwłaszcza, że większość tutaj nie chce słuchać żadnych angielskich tekstów śpiewanych przez naszych lokalnych artystów. Cały czas jesteśmy w kontakcie z Pure Steel, który jest obecnie naszym pomostem do międzynarodowej publiczności. Zespoły śpiewające po angielsku nie są tu szanowane. Niemniej jednak jest ich dużo. Muszę powiedzieć, że sprzedajemy więcej płyt i gadżetów fanom z zagranicy. Więc tak, wygląda na to, że jesteśmy tam bardziej potrzebni. Mamy jednak pewną sympatyczną grupę zwolenników w Moskwie i Sankt Petersburgu, które są największymi miastami Rosji. Na Waszym profilu na Facebooku utrzymujecie, że chcecie przywrócić złotą erę heavy metalu z lat 80. Powiedz mi jak wówczas

wyglądała ta scena w Rosji będącej wów czas częścią ZSRR. Arię zna chyba każdy fan metalu, ale było u Was przecież więcej kapel. Aria była niesamowita. Byłem wielkim fanem tego zespołu, dopóki nie wywalili swojego drugiego wokalisty Arthura Berkuta bez konkretnego powodu. Ale w latach 80. był też Master, który jest pochodną Arii, ale jest szybszy i bardziej thrashowy. Black Coffee był wtedy wielkim zespołem, może nawet bardziej popularnym niż Aria. Muzycznie byli mieszanką AC/DC, Rainbow i prawdopodobnie Mötley Crüe. Ale tylko ich pierwsza EPka i kilka pierwszych albumów ma sens. Później kontynuowali działalność jako jednoosobowy zespół z niekończącą się karuzelą zmieniających się członków. A to miało bardzo negatywny wpływ na ich muzykę. Kruiz i Shah wyglądali niesamowicie na radzieckiej scenie thrashmetalowej. Ale to są zespoły z Moskwy. Ruch metalu w ZSRR w tamtych czasach był wyjątkowy i bezprecedensowy. Wiele zespołów z innych stron kraju też było świetnych. Ale nie mieli szansy na porządne nagranie, ani nawet na zakup jakichkolwiek dobrych instrumentów muzycznych i sprzętu. Na przykład istniał zespół hardrockowo-heavymetalowy Southern Cross, który pochodzi z syberyjskiego miasta Omsk, skąd pochodzę. Koncertowali w całym ZSRR, ale ich dwa albumy z 1988 i 1990 roku nigdy nie zostały oficjalnie wydane. Sprawdź je! Sprawdzę. Nie wątpię, że jesteście wielkimi fanami heavy metalu, ale Wasi członkowie udzielają się w kapelach uprawiających inne podgatunki metalu. Tak, bliźniacy Dowżenko, Roman i Dmitry, są w zespole Pyre, który gra death metal na swój oldschoolowy sposób. Oczywiście bardzo lubią ekstremalne gatunki metalowe. Właściwie Blazing Rust początkowo powstał z ich dawnego zespołu Drama. Właściwie był to zespół blackmetalowy. Obecnie pracuję nad drugą częścią mojego projektu alternatywnoprogresywnego o nazwie Circle Story. Jak więc widzisz, jesteśmy raczej metalowcami o otwartych umysłach. Jednak metal lat 80-tych jest tym, co nas łączy, ponieważ na tej muzyce wszyscy się wychowaliśmy. Kochamy heavy metal! A może by tak wykorzystać elementy tamtych podgatunków w muzyce Blazing Rust? Kto wie. Myślę, że w pewnym momencie będziemy musieli doświadczyć pewnych muzycznych zmian. Jednak wszystko to powinno przyjść naturalnie. Nie chcemy podążać za żadnymi trendami i paść ofiarą mody. To nie w naszym stylu. Jaki był rok 2020 dla Blazing Rust? Cóż, przynajmniej udało nam się wydać nasz drugi album w Rosji i poza nią. Uważamy, że to spore osiągnięcie. To był trudny rok dla nas i naszych rodzin. Nie chcę wchodzić w szczegóły. Nowy rok zaczniemy w naszym studiu nagrywając kilka coverów na różne składanki. A potem, jeśli pandemia będzie się utrzymywać, będziemy ciężko pracować nad nowym materiałem. Miejmy nadzieję, że latem uda nam się zagrać kilka koncertów. Ale kto wie. Bartek Kuczak Tłumaczenie: Szymon Paczkowski

114

BLAZING RUST

HMP: Diamond Chazer to młoda kapela. Istniejecie zaledwie trzy lata. Mimo to, jak na tak krótki czas macie dość bogatą dysko grafię. Skąd czerpiecie inspirację do działania? Stiven Giraldo: Cóż, szczerze mówiąc, ciągle wpadam na nowe pomysły. Inspirację czerpię głównie z moich zainteresowań, takich jak słuchanie muzyki, oglądanie filmów lub czytanie książek. Kiedy słucham muzyki, zwracam szczególną uwagę na moje ulubione riffy i próbuję znaleźć inspirację do swoich własnych, a czytając książkę lub oglądając dowolny film, zaczynam myśleć o tekstach, które pasowałyby do naszego stylu. Ciągle myślę o komponowaniu muzyki. Następnie przedstawiam moje pomysły reszcie zespołu i razem nad nimi pracujemy. Wasz pierwszy singiel "Stranger Things" zdobył dość spora popularność nawet poza granicami Waszego kraju. To było niesamowite, wielu ludziom się to podoba, a nawet tym, którzy nie są wielkimi fanami metalu. Fajnie się zaczyna ten kawałek. Dość specy ficznie wykorzystałeś syntezator i automat perkusyjny. Czego użyłeś, by uzyskać taki efekt? Mojego keyboardu! (śmiech) Szczerze mówiąc, to nie było takie wymyślne. Spędziłem sporo godzin, próbując uzyskać efekt, który miał za zadanie naśladować to brzmienie z lat osiemdziesiątych. Następnie ukazała się EPka pod tytułem "Chained In Tokyo". Skąd u Was ta fascy nacja Japonią? Zawsze lubiłem ten kraj. Głównie dlatego, że dorastałem oglądając filmy o samurajach i niektóre japońskie anime. Potem kiedy zacząłem korzystać z Internetu zacząłem również odkrywać japońską mitologię i tradycje. Jako maniak heavy metalu wiem, że historycznie w latach osiemdziesiątych Japonia była najlepszym miejscem na koncerty. Poza tym czujemy się bardzo zainspirowani tamtejszymi zespołami. Początkowo wspomniana EPka ukazała się jedynie w formie kasety magnetofonowej w bardzo małym nakładzie. Da się ją jeszcze dostać? Cóż, początkowo rzeczywiście została wydana jako kaseta w limitowanym nakładzie przez Repulsion Records. Ale ponieważ kolekcjonerzy stale byli nią zainteresowani, została ponownie wydana na CD przez kolejną wytwórnię (Metal Force Records). Teraz czekamy na wydanie winylowe, które wkrótce uka-


Pracujemy w sposób demokratyczny.

Ciągle myślę o komponowaniu Kolumbia to kraj, który powszechnie kojarzy się z kawą, telenowelami oraz kokainą. Ci, którzy nie przepadają za używkami albo romantycznymi do porzygu tasiemcami, ale za to lubią klasyczny heavy metal, również znajda tam coś dla siebie. Diamond Chazer to jeden z przedstawicieli młodego pokolenia tamtejszej sceny. O swej fascynacji Japonią, muzyką syntezatorową oraz krótkiej historii swojego bandu opowiedział nam klawiszowiec Stiven Gilardo. że się nakładem Awakening Records. Niestety na tę chwilę wersja kasetowa jest niedostępna. Podoba mi się intro w kawałku "Tokyo Rendezvous". Intro zostało napisane przeze mnie oraz naszego byłego gitarzystę. Chcieliśmy brzmieć "azjatycko", więc natchnienia szukaliśmy w samurajskich filmach z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Miało to na celu nadanie pewnej atmosfery już na samym początku

szwedzkiej sceny heavymetalowej, która wraz z francuskimi zespołami heavymetalowymi z lat osiemdziesiątych są naszą największą inspiracją, w szczególności ich melodie i melancholia. Jak wspomniałeś, prace nad albumem trwają. Czego możemy po nim oczekiwać? Poprzez ciężkie, kołyszące dźwięki usłyszycie

Pochodzicie z Kolumbii. Wydaje mi się, że mimo rozwoju Internetu i łatwości dostępu do muzyki, metalowa scena tego kraju ciągle dla przeciętnego Polaka ciągle jest czymś egzotycznym. Jakie zespoły poleciłbyś na początek? Kolumbia zawsze była znana z ekstremalnego metalu, ale wspomnę o kilku rodzimych zespołach heavymetalowych, które osobiście bardzo lubię. Są to Hellbreaker, Nightmare, Sorceress, Snow Blind, Acid Moon, Tyger Tank, Axe Steeler, Steelhammer, Heavy Madness, Adrenaline, Hellroar, White Thunder, Hex Crow, ADS i tak dalej! Może znasz jakieś polskie kapele? Znam kilka kapel takich jak Kat, Lord Vader, Fatum, Stos, Open Fire, Shadow Warrior i Crystal Viper. Chwalicie się tym, że często uatrakcyjniacie swoje koncerty. Zwykle używamy kolorowego dymu i przebieramy się w różne stroje w zależności od utworu, który akurat gramy. Mamy też kilka "cho-

Używacie instrumentów klawiszowych w sposób dość nietypowy dla heavy metalu. Nie boisz się, że dla niektórych fanów może to być trochę kontrowersyjne? Ten pomysł miałem już w głowie zanim zacząłem na poważnie z Diamond Chazer. Ponieważ w moim kraju nie ma zbyt wielu zespołów grających tradycyjny heavy metal z klawiszami, zdecydowałem się wypełnić tą lukę. Naprawdę lubię brzmienie tego instrumentu, bo nadaje naszej muzyce trochę dodatkowej melancholijnej atmosfery i bardzo, ale to bardzo wyjątkowego charakteru. Na rynku dostępna już od pewnego czasu jest Wasza składanka zatytułowana "Chasing Diamonds", która zawiera m. in. utwory z Waszego EP oraz singla "Diamond Chazer/Poltergeist". Skąd pomysł na ten krok? Zamierzaliśmy zebrać wszystkie nasze nagrania w jedną kompilację, ponieważ wszystkie nasze płyty były wydane w niskim nakładzie. Wiem, że wiele osób szukało ich i nie mogło ich nigdzie dostać. Drugi powód to sentyment. Były to nasze pierwsze kompozycje i mamy do nich przeogromny sentyment. Aktualnie piszemy trochę bardziej złożone utwory. Na tej składance możemy usłyszeć trzy nowe kawałki. Nie myśleliście o wydaniu ich w formie osobnego EP? Nie. Właściwie to "Zero to Hero" i "The Whip" miały znaleźć się na naszej pierwszej EP-ce, ale zdecydowaliśmy się zachować jej krótką formę. Następnie zagraliśmy je z myślą o naszym pierwszym pełnym albumie. Jednak ten pomysł też odrzuciliśmy, gdyż to co przygotowujemy na nasz pierwszy longplay trochę odbiega stylistycznie od tych utworów. Jednym z tych wspomnianych powyżej niepublikowanych kawałków jest Wasza wersja utworu Gotham zatytułowanego "Sword And Chains". Skąd w ogóle ten wybór? Gramy ten utwór już od jakiegoś czasu na naszych próbach. Był to również hołd dla

Foto: Diamond Chazer

całe spektrum muzycznej eksploracji. Spodziewajcie się chwytliwych refrenów, melodii stworzonych wręcz do wspólnego śpiewania, tripowych pasaży oraz ciężkich riffów. Chcemy zaproponować wam heavymetalową wycieczkę inspirowaną synthwave, psychodelicznym rockiem, hard rockiem, a także speed metalem. Jednym z tematów Waszych tekstów jest wolność. To słowo ma naprawdę bardzo szerokie znaczenie i może być bardzo rożnie rozumiane. Jak Ty je definiujesz? To możliwość wyboru, którego nie będziesz żałował. To także perspektywa dokonania wszystkiego, czego tylko zechcesz. To również możliwość nieskrępowanej wypowiedzi oraz swoboda dryfowania w odmętach swego własnego świata.

reografii" dla naszych kawałków, aby nasze koncerty były bardziej ciekawe wizualnie. Dziękuję bardzo za rozmowę. Dzięki za możliwość zaprezentowania naszej kapeli! Long Live Heavy Metal! Bartek Kuczak Tłumaczenie: Szymon Paczkowski

Czy Wasz zespół posiada osobę lidera, który ma ostateczne słowo, czy może panuje u Was pełna demokracja?

DIAMOND CHAZER

115


Łączy nas specyficzne poczucie humoru Jeden z kawałków na nowym albumie Forsaken Age "Heavy Metal Nightmare" nosi tytuł "Time Warrior". Jest to historia gitarzysty heavy metalowego z lat osiemdziesiątych. Gościu ze swoich czasów przenosi się w przyszłość i próbuje ocalić heavy metal od zapomnienia. Fajny pomysł na tekst, prawda? Puśćmy jednak wodzę fantazji, że opisana sytuacja nie jest fikcją, a całkowitą prawdą. Pomyślmy, czy metalowiec, który przybył by w nasze czasy bezpośrednio z roku 1985 byłby zadowolony z tego, w którym miejscu jest jego ukochana muzyka? Czy może raczej złapałby się za głowę… Myślę, że nie jest tak źle skoro istnieją takie kapele, jak chociażby Forsaken Age. HMP: Hej. Wasz nowy album to "Heavy Metal Nightmare". Skąd w ogóle pomysł na taki tytuł? Chrissy Scarfe: Cześć. Tytuł albumu to tytuł pierwszego kawałka, który w ogóle napisaliśmy z myślą o tej płycie. Jest to moja bardzo osobista historia. Dotyczy ona naszego przyjaciela, który niestety odebrał sobie życie. Chciałam pokazać wpływ jego śmierci na

metal przy życiu. Tak więc motywy liryczne w każdej kompozycji są zupełnie inne. To ja napisałam większość tekstów, oprócz "Running in the Dark" (Tam Cramer) i coveru "Ride On", którego autorem jest Jimmy McCarthy. Od Waszego debiutu "Back From Extinction" upłynęło dziewięć lat. Kiedy zaczęliście tworzyć "Heavy Metal Nightmares"?

Foto: Forsaken Age

wszystkie bliskie mu osoby. Spoczywaj w pokoju, Big Steve. Jest to dość poważna tematyka. Nie jest to jedyny utwór, na tym albumie, w którym się ona pojawia. Każdy kawałek ma swoją indywidualną historię. Nie znajdziesz tu czegoś takiego, jak jedna ogólna koncepcja albumu jako całości. "Hail and Farewell" opowiada na przykład o żołnierzu z II Wojny Światowej, który pisze list do swojej matki. "Time Warrior" to opowieść o gitarzyście z lat osiemdziesiątych, który udał się w podróż w przyszłość, aby utrzymać heavy

116

FORSAKREN AGE

Wydaliśmy EP-kę w 2014 roku, nie zaczęliśmy pisać albumu aż do 2018 roku ze względu na zmiany w składzie. Kiedy już mieliśmy stały skład, pisanie przychodziło dużo łatwiej i mogliśmy nagrać nasze pierwsze demo, a albumu niedługo potem. Pierwszym singlem promującym Wasze nowe wydawnictwo był utwór "Raven's Cry". Skąd ten wybór? Wybraliśmy "Raven's Cry" na pierwszy singiel z kilku powodów. Prezentuje on nasz nowy styl oraz ma dodatkową atrakcję w postaci głosu Tima "Rippera" Owensa. Ogólnie czu-

liśmy, że ten kawalek przyciągnie uwagę ludzi i zachęci ich do zapoznania się z pełnym albumem. Fajny zwiastun tego, co miało nadejść. Jak w ogóle udało się zachęcić Tima do gościnnego udziału w tym kawałku? W 2012 roku graliśmy z Timem podczas jego trasy po Nowej Zelandii. Pozostawałam z nim w kontakcie za pośrednictwem mediów społecznościowych. Tim wspomniał, że chętnie podejmie współpracę z różnymi zespołami jako gość. Skorzystaliśmy więc z okazji, aby taka legenda miała swój wkład w nasz album. Jesteśmy tym faktem bardzo zaszczyceni. "Iron Overlord" zaczyna się dość charakterystyczną przemową… "Iron Overlord" to opowieść o wywozie ludzi pociągami do obozów koncentracyjnych podczas holokaustu. Intro to deklamacja cytatu Simona Wiesenthala, który przeżył pobyt w takim obozie. Riff "Hail And Farewell" bardzo mi przy pomina twórczość Black Sabbath, zwłaszcza z okresu, gdy za mikrofonem tego zespołu stał Ronnie James Dio. Przypuszczam jednak, że nie jest to Wasza jedyna inspiracja. Owszem. Nie jesteś pierwszą osobą, która ma takie skojarzenia, chociaż szczerze mówiąc nie pisaliśmy tego utworu z takim założeniem. Nasze inspiracje pojawiają się w pozostałych kawałkach. Wszyscy jesteśmy wielkimi fanami Saxon, Judas Priest, Iron Maiden, Dio, Accept, Motörhead i oczywiście Black Sabbath. Mamy też własne, indywidualne gusta muzyczne. Lee (Scarfe, basista, prywatnie mąż Crissy - przyp. red.) uwielbia Venom, Mayhem, Deicide, Obituary czy Mortician. Ogólnie siedzi w bardziej ekstremalnych klimatach. Aidan (MacNaughton, gitarzysta) i ja kochamy zarówno folk metal, jak i black metal. Silnie inspirują mnie również wczesne zespoły hard rockowe, takie jak Uriah Heep i Led Zeppelin. Billy (Freeman, gitarzysta) jako nastolatek zaczął słuchać glam rocka, a następnie jego gust ewoluował w stronę metalowych zespołów, takich jak Annihilator i Diamond Head. Tam (Cramer, perkusista) jest zagadką. Jego wpływy są tak różnorodne, że trudno to opisać, ale jego ulubionym zespołem jest Y & T. Za to Adam Freeman, który niedawno zastąpił Tama na perkusji, wciąż rozwija swoje zainteresowania, odkrywając świat klasycznego metalu. Jest on wielkim fanem Thin Lizzy. Ciekawym motywem są te dłonie na okładce albumu. Bardzo chcieliśmy mieć okładkę prostą i przej-


rzystą, by przykuć uwagę za pierwszym razem. Motyw, o którym wspominasz jest luźno oparty na temacie tytułowego utworu. Adam, nasz perkusista, dopracował ten pomysł i wykonał finalną wersję tej grafiki. Jeśli chodzi o projektowanie, można śmiało go nazwać czarodziejem. Potrafi luźny i mało konkretny pomysł przekształcić w coś, co się spodoba nam wszystkim. Przez większy okres Waszej działalności pracowaliście jako zespół całkiem niezależny. Teraz jednak trafiliście pod skrzydła wytwórni Pure Steel Records. Zdecydowanie uważamy, że wsparcie wytwórni jest dla nas zaletą. Mają dobrych ekspertów od marketingu. Potrafią załatwić recenzje czy wywiady oraz dbają o to, by nasza muzyka docierała do jak największej liczby osób na całym świecie. Daje to nam więcej czasu i możliwość skupienia całej energii na muzyce. Zauważyłem duży przedział wiekowy pomiędzy poszczególnymi członkami zespołu (23-50 lat). Pomaga Wam to we współpracy, czy może bywa raczej źródłem konfliktów? To bardzo pomaga. Wszyscy jesteśmy pasjonatami naszej muzyki, ale nasz wachlarz wpływów z pewnością przyczynia się do niektórych nieszablonowych pomysłów, jeśli chodzi o tworzenie. Wszyscy mamy bardzo różne osobowości, łączy nas jednak bardzo specyficzne poczucie humoru. To naprawdę pomaga w ogólnej dynamice. Przy pisaniu muzyki mamy wspólny styl, który pozwala każdemu na osobisty wkład. Oprócz muzyki wszyscy mamy swoje mocne strony, takie jak kreatywny umysł Billy'ego, magia Adama w projektowaniu, moje szalone zdolności organizacyjne i przywództwo Lee. Lee zawsze myśli o koncertach, patrzy na wszystko z szerszej perspektywy, a najlepsze pomysły przychodzą mu do głowy, kiedy jest w toalecie lub pod prysznicem. Co najważniejsze, wszyscy jesteśmy przyjaciółmi i chcemy ten stan utrzymać. Tworzyliście kiedyś cover band zwany Twisted Metal. O rany, to bardzo zamierzchłe czasy (śmiech). Grał tam Lee, Tam i ja, ale zespół przestał istnieć, gdy powstał Forsaken Age, ponieważ chcieliśmy skupić się na naszej oryginalnej muzyce. Skład Twisted Metal, który pierwotnie stworzył Forsaken Age, to Lee, ja, Tam, Denni Bryant i Warren Davies. Myślę, że ostatni koncert Twisted Metal miał miejsce chyba w 2011 roku. Wciąż gramy jeden lub dwa covery, "Breaking the Law" oraz "Denim and Leather" to kawałki, po które sięgamy do chwili obecnej

Foto: Forsaken Age

stronie barykady jako promotorzy z Chaos NZ. Wraz z przyjaciółmi mieliśmy wizję koncertów, ponieważ wtedy u nas nie było ich zbyt wiele. Skończyło się na tym, że sprowadziliśmy wiele międzynarodowych zespołów, takich jak Nightwish, Absu, Marduk, Goatwhore, Inquisition, i wielu innych. Jednak aby nadążyć to wymagało dużo pracy, a ponieważ wszyscy mieliśmy własne zespoły oraz pracowaliśmy na co dzień, więc zdecydowaliśmy się zrezygnować z tej funkcji. Wtedy Valhalla Touring rozpoczęło się w miejscu, w którym my zakończyliśmy. Ben z Valhalli wykonuje naprawdę świetną robotę. Jak się u Ciebie zaczęła ta fascynacja? Pamiętasz swój pierwszy heavy metalowy album? Dla mnie był to występ Motörhead w programie telewizyjnym The Young Ones. Moim pierwszym albumem metalowym był Iron Maiden "Piece of Mind", słuchałam go na okrągło. Lee miał już wtedy szpulę magnetofonową z "Kill 'Em All" od swojego kuzyna, ale kupił "Powerslave", ponieważ podobała mu się okładka. Pierwszym albumem Billy' ego, który skierował go w stronę metalu, był "Blizzard of Oz". Natomiast "Rust in Peace" to album, który wprowadził Adama w metalo-

wą podróż. Nowa Zelandia to kraj, który jeśli chodzi o metal jest trochę na uboczu. Zresztą można to też wywnioskować z Twoich wypowiedzi. Jak wygląda u Was metalowa społeczność? Na naszej scenie metalowej w 2020 roku zdecydowanie panowała cisza, ale było za to wielkie poczucie wspólnoty. Ludzie wspierali małe kluby, które nie były w stanie działać, kupując specjalnie wyprodukowane gadżety i przekazując darowizny, aby pomóc im w kosztach stałych. Wszyscy wiemy, że bez takich miejsc nie ma prawdziwej muzyki. W tej chwili na pewno czujemy, że łączymy się ponownie bez żadnych ukrytych ograniczeń i było to widoczne na ostatnim festiwalu Smashfest (niestety przegapiliśmy tegoroczny festiwal z powodu zobowiązań zawodowych), ale wszystkie filmy, zdjęcia i anegdoty pokazują, że wszyscy świetnie się bawili i mogli znowu zobaczyć znajomych, których nie widzieli przez ten rok. Bartek Kuczak Tłumaczenie: Szymon Paczkowski

Wszyscy członkowie Forsaken Age wydają sie byc ludźmi bardzo oddanymi klasycznemu heavy metalowi. Czy ta muzyka definiu je Wasz styl życia również poza sceną? Absolutnie! Kochamy wszystko, co jest związane z heavy metalowym stylem życia. Wszyscy uwielbiamy kolekcjonować winyle, to najlepszy sposób na słuchanie muzyki! I jeśli tylko jest to możliwe, uwielbiamy podróżować, aby zobaczyć nasze ulubione zespoły, zwłaszcza do miejsc takich jak Wacken. To doświadczenie, które powinien przeżyć każdy metalowiec. Moim zdaniem jest spore prawdopodobieństwo, że jeśli raz tam pojedziesz, nie będziesz mógł przestać. To miejsce jest dla nas jak dom. Ja i Lee byliśmy również po drugiej

FORSAKEN AGE

117


Nie chcę się poddać! Od jakiegoś czasu hiszpańska scena tradycyjnego metalu rośnie w siłę, a tamtejsze młode zespoły bez kompleksów idą w ślady weteranów z Barón Rojo, Obús czy Zarpa. Kramp z Madrytu jest jednym z nich, proponując na debiutanckim albumie "Gods Of Death" świeże spojrzenie na klasyczny heavy lat 80. Do tego wokalistka Mina Walkure zapewnia, że nie jest to ostatnie słowo ze strony jej zespołu, mimo ustawicznych problemów ze składem i pandemii. HMP: Czekaliście na debiutancki album aż 10 lat, ale z drugiej strony mieliście dzięki temu pewność, że nie popełnicie falstartu, mieliście czas na dopracowanie materiału, choćby ponowne nagranie trzech utworów z EP "Wield Revenge"? Mina Walkure: To nie było tak, że czekaliśmy 10 lat na album jako taki, czy też, że mieliśmy pomysły na udoskonalenie tego materiału. Niestety, to oczekiwanie było spowodowane wieloma zmianami w składzie i innymi podobnymi problemami. Materiał był już gotowy od dawna. Większość utworów została napisana niedługo po wydaniu EP-ki, ale ciężko było zacząć nagrywanie tego materiału.

kcją, która pomoże pracować szybciej i lepiej przy naszych kolejnych płytach. W każdym razie, pożądany rezultat jest zawsze taki sam: sto procent gotowości do grania na czas (gra słów zamierzona). Przy okazji mam nadzieję, że nasze kompozycje są właśnie tego rodzaju materiałem. Kiedy piszę muzykę, nie wybieram pierwszego lepszego szajsu, który akurat mi wpadnie. Mam ogromną bibliotekę pomysłów, w której je ukrywam, ponieważ uważam, że nie są wystarczająco dobre. Wstępna selekcja utworów jest procesem krytycznym, ponieważ zanim pokażę je światu, a nawet reszcie zespołu, muszę być pewna, że podobają mi się i nie będę nudzić się ich graniem i słucha-

Foto: Kramp

Decyzja o włączeniu trzech kawałków z EP-ki miała na celu wyłącznie zadośćuczynienie sprawiedliwości, bez żadnych zmian w utworach, może poza jakością nagrania. Nie dążyliście więc do jak najszybszego wydania albumu za wszelką cenę, bo nie byliście na to od razu gotowi; woleliście zadebiutować materiałem dopracowanym w stu procentach, który zniesie próbę czasu i nie będzie za rok czy dwa generować opinii: "kurczę, chyba jednak trochę za bardzo pospieszyliśmy się z tą płytą"? Gdybym mogła, wydałabym ten album wiele lat wcześniej (śmiech). Ale było ciężko. Te lata były dla nas bardzo trudną, ale też cenną le-

118

KRAMP

niem. Niemniej przy tak skrupulatnym procesie jest miejsce na błędy, ale zawsze podejmuję wyzwanie! Nieustannie pracuję, co oznacza, że jeśli sprawy nie idą gładko lub szybko, to nie z braku materiału. Ale oczywiście, kiedy już masz wymyślone utwory, które mają stworzyć kompletny album i jego podstawę, która ma sens, jest dużo dodatkowej pracy, która może być pomocna. Cederick pracował "w pośpiechu" przy "Gods Of Death", więc nie pozwoliło to nam pracować z nim przy przedprodukcji, tym bardziej, że już nagraliśmy nasze partie. Będziemy więc potrzebować więcej czasu na przygotowanie tego wszystkiego do następnego albumu. W tak zwanym. międzyczasie mieliście też

zmiany na stanowisku gitarzystów, ostatnią w ubiegłym roku, była też roszada na stołku perkusisty - to wszystko też miało pewnie wpływ na pewne zakłócenia waszej działalności, bo jednak każda nowa osoba w składzie musiała opanować materiał, zgrać się z wami, etc.? Tak, zgadza się, zmiany w składzie wydają się przekleństwem. Tym razem nie zmieniliśmy perkusisty, Alberto wciąż jest w zespole, ale to Cederick nagrał perkusję na album, jeśli o to ci chodzi. Po albumie, właściwie to w międzyczasie, skład ponownie się zmienił, było trochę problemów w przypadku gitar. Szczerze mówiąc, zmiany w składzie były trudniejsze do przełknięcia wcześniej; byliśmy wtedy trochę zdesperowani, a to oznaczało, że zespół ciągle pracował od zera, nie będąc w stanie nagrywać, grać na żywo czy cokolwiek innego. Ale teraz jesteśmy w punkcie, w którym każdy, kto dołączy do zespołu, wie, czego się od niego oczekuje. Chyba za bardzo nie kombinujecie przy pisa niu nowych utworów, nie silicie się na jakieś eksperymenty - tworzycie tak jak robiono to kiedyś, powiedzmy w przedinternetowych czasach, a takie podejście jest chyba najzdrowsze i najrozsądniejsze, szczególnie przy muzyce jaką wykonujecie? Nie mam problemów z pisaniem nowych utworów. Czasami mam więcej inspiracji, czasami wcale nie mam pomysłów, to się po prostu dzieje. Słuchając naszych kawałków, można usłyszeć mnóstwo eksperymentów, zwariowane struktury, "dziwne" wykorzystanie melodii, dodatkowe instrumenty, nietypowe podejście, nawet teksty. Jest pewne intro, w którym nagrałam siebie 30 razy, za każdym razem innym głosem (śmiech). Ale mam własny, osobisty styl i cieszę się, że każda kompozycja, nawet najbardziej szalona, ma w sumie sens. To naprawdę super! Jeśli masz na myśli, że próbuję szukać pomysłu na utwór to nie robię tego. Muzyka przychodzi naturalnie. 11 utworów, które przygotowaliście na "Gods Of Death" to tradycyjny metal w chemicznie czystej postaci - byliście zbyt młodzi by to pamiętać, albo nawet nie było was jeszcze na świecie, gdy takie granie święciło największe triumfy, ale w żadnym razie nie przeszkadza to wam w kultywowaniu tych najlep szych tradycji? Magia heavy metalu polega na tym, że ona nigdy nie zniknęła. Jasne, że lata 80. były wielką eksplozją dla wielu świetnych zespołów, ale w latach 90. również działało kilka niesamowitych kapel, które wciąż stawiały opór. Nawet w następnych dziesięcioleciach istniały grupy, które walczyły o to brzmienie, nie zmieniając stylu i z pomysłem na granie innym niż mój. I o to chodzi: możemy spojrzeć w przeszłość, cieszyć się muzyką i uczyć się na niej. W moim przypadku to oczywisty wpływ, to moja główna pasja i życie, więc nasz styl jest bardzo naturalny. Jak myślisz, co jest takiego szczególnego w metalu lat 80., że nie dość, iż jest aktualny do dziś, to wciąż inspiruje młode zespoły, takie jak wasz? Lata 80. były bardzo ważną dekadą dla tej muzyki. Wszędzie był heavy metal. Nie mówię tylko o wielkich zespołach i ich najlepszych płytach, ale o filmach, grach wideo, programach telewizyjnych, a nawet animowanych


kreskówkach dla dzieci! Nie mówię o słabym pseudo-metalu, mówię o prawdziwym heavy metalu, ponieważ dzisiaj problem polega na tym, że bardziej komercyjne zespoły próbują dopasować się do niemetalowego profilu. Nie chcę się poddać! Chcę robić to, co chcę, i to właśnie robię. Nagrywaliście z Cederickiem Forsbergiem, który zajął się też miksem i masteringiem "Gods Of Death" - domyślam się, że nie był to przypadkowy wybór? Nie był to przypadkowy wybór. On jest najlepszy, był pierwszą opcją, jeśli chodzi o wszystko związane z brzmieniem dla Kramp. Nawet w przypadku EP-ki, ale w tamtej chwili nie było to możliwe. Jest bardzo profesjonalny, zna się na brzmieniu, zna Kramp, pracuje z pasją i bardzo łatwo oraz przyjemnie jest wiedzieć, że twoje "dziecko" jest w tak dobrych rękach. Jednak nie nagrywaliśmy z nim, ponieważ my byliśmy w Hiszpanii, a on w Szwecji, gdzie nagrał perkusję oraz dodatkowe gitary i chórki. Po hiszpańskim zespole spodziewałbym się prędzej coveru Barón Rojo, Obús czy Zarpa, wy jednak nagraliście "Child Of The Damned" Warlord, cyfrowy singel, który będzie też jednym z bonusów na japońskiej wersji CD - skąd ten właśnie wybór, epicki czy generalnie amerykański metal lat 80. to jedna z waszych większych inspiracji? Cóż, każdy z tych zespołów brzmi jak Kramp (śmiech). Prawdę mówiąc, a wręcz założę się, że nie można zliczyć wielu hiszpańskich zespołów z tym konkretnym brzmieniem. Poza tym, nie lubię śpiewać po hiszpańsku. Warlord bardziej pasuje do tego, co prezentuje sobą Kramp. Amerykański power metal i epickie zespoły z lat 80., które często współpracowały z tymi samymi wytwórniami, są moim zdaniem najlepszym porównaniem dla stylu Kramp. Ale lubicie też chyba inne kapele, na przykład europejskie, słyszę w waszej muzyce również wpływy nurtu NWOBHM? Mam ogromną listę zespołów z całego świata, które uwielbiam. Kocham tradycyjny heavy metal, w tym NWOBHM. Nie wydaje mi się, żebym mogła wskazać dobrze brzmiący album NWOBHM, ale pewne charakterystyczne elementy zawsze tam były. Wiele osób stawia Saxon obok naszego zespołu, co jest zaszczytem. Niemniej nie wydaje mi się, żeby był on najlepszą kapelą z nurtu NWOBHM oraz był zbliżony do naszego brzmienia, ale oczywiście są tu i tam pewne wspólne szczegóły. Najbardziej oczywistym przykładem może być Iron Maiden, ale mogę powiedzieć, że największy wpływ na mnie mają ich bardzo długie kompozycje (typu "Powerslave", "Seventh Son Of A Seventh Son"), w odróżnieniu do pierwszych dwóch płyt, które mają więcej tego czystego, metalowego dźwięku. To naprawdę zależy... gdyby dla przykładu umieścić jeden kawałek Kramp obok utworu Ethel the Frog, nie byłabym w stanie dostrzec wyraźnych podobieństw (śmiech). Ale weźmy też więcej przykładów europejskich kapel, jak Judas Priest (z tym Anglicy by się nie zgodzili przyp. red.) czy innych potężnych brzmień, takich jak Running Wild, Grave Digger czy Heaven's Gate. Wykrusza się ta stara gwardia - my jeszcze

Foto: Kramp

mieliśmy i teoretycznie wciąż mamy szansę posłuchać na żywo gigantów rocka z lat 70., 80. czy nawet 60., ale każde nowe pokolenie fanów już ją traci. Wyobrażasz się co będzie, gdy te wszystkie zespoły w rodzaju Deep Purple, Black Sabbath, UFO czy nawet Iron Maiden w końcu przestaną istnieć? Szczerze mówiąc, to trochę męczące. Uwielbiam tych wszystkich muzycznych dinozaurów, ale mamy 2021 rok i jest dużo świeżej krwi walczącej w ich imieniu. Oczywiście, jeśli mogę, pójdę zobaczyć Iron Maiden, ale kocham muzykę do tego stopnia, że szukam nowych opcji, nowych koncertów, nowych zespołów, którymi można się cieszyć. Te zespoły też musiały zacząć swoją działalność. Czasy były na pewno inne, ale nie zdobyły popularności w ciągu dwóch dni. Kto wie, co się wydarzy w przyszłości? Nie wiem nawet, czy w najbliższych latach będzie można zagrać koncerty, bo nikt nie był przygotowany na pandemię. Może to zmieni całą koncepcję muzyki na żywo, promocji płyt, prób, a nawet zespołów lub projektów. Jednak jestem pewna, że muzyka nigdy się nie skończy. Może jest to jednak szansa dla takich zespołów jak wasz? Oczywiście czasy mamy już diametralnie inne, trudno zrobić tak spek takularną karierę jaka stała się udziałem wyżej wymienionych grup ale z drugiej strony przykłady Hammerfall czy Sabaton potwierdzają, że można zaczynać od zera i stać się powszechnie znanym zespołem? Cóż, kariera Hammerfall jest prawie tak stara jak ja (śmiech). Mieli dużo czasu na rozwój i karierę. Chciałabym zobaczyć młodych ludzi zajmujących ich miejsce i jestem pewna, że tak się stanie, ponieważ nie możemy ciągle używać tej samej pary wygodnych butów. Kto wie, czy po ich zużyciu następna para nie będzie jeszcze wygodniejsza w użyciu? Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale jestem tu, by walczyć. Mam nadzieję, że inne zespoły mają tego samego ducha i może razem uda nam się coś zmienić. Tradycyjny metal cieszy się ogromną popu larnością w Niemczech czy w krajach skan dynawskich, a jak wygląda sytuacja w Hiszpanii, dorobiliście się już fanów, macie dla kogo grać? Na pewno mamy fanów w Hiszpanii. Ale jeśli

porównasz ich liczbę z wymienionymi krajami, to te na pewno wygrywają. Nic dziwnego, że większość egzemplarzy naszych płyt sprzedaliśmy poza Hiszpanią. Jednak udało nam się tu znaleźć dobre możliwości. Hiszpania to ogromny kraj z 47 milionami mieszkańców, więc oczywiście jest gdzieś wśród nich ktoś, kto uwielbia Kramp. I nawet jeśli ich liczba nie jest tak duża w porównaniu z innymi krajami, kogo to obchodzi?! Dzięki internetowi łatwo jest dotrzeć do ludzi z każdego miejsca na świecie. Nie zamierzacie więc zaniedbywać swej ojczyzny, jednak bardziej rozpoznawalni jesteście poza jej granicami? Może znają nas w Hiszpanii ale wolą nas ignorować? Kto wie? (śmiech). Prawdą jest, że nie zobaczysz nas w większości hiszpańskich gazet, przynajmniej tych dużych, podczas gdy możemy mieć swoje miejsce w magazynach z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Japonii, Polski… Teraz pewnie jesteście skoncentrowani na jak najefektywniejszym promowaniu "Gods Of Death" - co zaplanowaliście na najbliższe miesiące, skoro o koncertach nie ma mowy i pewnie jeszcze szybko nie wrócą? Kolejny teledysk, koncert w sieci, a może coś ekstra, na co dotąd nikt jeszcze nie wpadł? Nie widzieliśmy się od marca! Dlatego nie możemy nagrywać razem teledysków, być na próbach, czy robić czegokolwiek innego. Naszą jedyną opcją jest więc zwiększenie aktywności w mediach społecznościowych, bycie aktywnym, praca z domu. Jestem bardzo wdzięczna za możliwość udzielania wywiadów na odległość. Jak powiedziałam wcześniej, wiele się zmienia, co jest wymuszone sytuacją i jestem pewna, że pojawią się nowe sposoby radzenia sobie z promocją płyt i utrzymywania aktywności muzycznej. Mam nadzieję, że napotkam na kilka takich pomysłów, ponieważ teraz jest średnio… Chcemy robić różne rzeczy, chociażby streamować koncert, ale większość jest poza naszymi, bardzo zdezynfekowanymi, rękami. Życzę wam więc powodzenia i dziękuję za rozmowę! Dzięki za pytania! Trzymajcie się zdrowo! Wojciech Chamryk, Szymon Paczkowski, Sara Ławrynowicz

KRAMP

119


Grom z Bałkanów Południowy region Europy raczej próżno nazywać zagłębiem heavy metalu. Mimo pięknych tradycji w postaci Jugosłowiańskich, Węgierskich czy Czeskich bandów, nowych zespołów grających klasyczny heavy metal jest tam jak na lekarstwo. Mimo to, czasem zdarza się jakiś rodzynek, który wyskoczy z nienacka i potrząśnie solidnie sceną. Takim rodzynkiem jest pochodzący z Belgradu Kamenolom. Powstały w 2018 roku kwartet póki co nie wydał ani jednej płyty, jednak zdążył już uraczyć fanów ośmioma singlami, które zdobywają w regionie coraz większą popularność. Nie dziwię się, bo to naprawdę porządny kawał prawdziwej, metalowej stali a Kamenolom to zespół, którego zwyczajnie możemy Serbom zazdrościć. Na spytki wziąłem wokalistę i gitarzystę, Rastko Rasicia, który otworzył przede mną nieco inny, bardziej nowoczesny, heavy metalowy świat, niż znałem go dotychczas. HMP: Cześć Rastko, dzięki że znalazłeś czas na ten wywiad! Z tego co zdążyłem wyczytać, Wasz zespół powstał na gruzach for macji Rune w 2018 roku. Opowiesz mi nieco więcej na ten temat? Co się stało że Rune przestało istnieć? Rastko Rašić: Cześć, dzięki za zaproszenie! Na wstępie muszę sprostować: to nie jest tak, że powstanie Kamenolom było związane z rozpadem Rune. Historia wygląda nieco inaczej. Rune przestało działać, ze względu na zbyt duże różnice pomiędzy mną a resztą chłopaków. Inicjatywa po prostu się posypała, umarła śmiercią naturalną. W międzyczasie namawiałem mojego kumpla z dzieciństwa, Dzoniego, żeby wrócił do grania na bębnach. Mówiłem mu, że będziemy grali covery Hammerfall, a on się zajarał. Mój plan więc zadziałał! Jak tylko skończyliśmy nagrywać ścieżki bębnów do tych coverów, porzuciliśmy cały ten pomysł i po prostu wystartowaliśmy z nową kapelą, razem z Crvenim i Kecem. Szybko okazało się, że do tego co gramy, potrzebny jest wyścigowy gitarzysta, więc Laza zastąpił Keca. Nazwa zespołu została taka jaka miała być dla projektu z coverami Hammerfall, wiesz, potrzebowaliśmy czegoś brzmiącego ciężko i zarazem mocarnie, więc nazwa wydawała się idealna!

Ok, rys historyczny mamy za sobą, pogadajmy więc już konkretnie o Waszych muzy cznych aktywnościach. Powiedz mi na początek, dlaczego zdecydowaliście się zamiast wydawania całej płyty, na publikację pojedynczych numerów w różnych odstępach czasu? Muszę przyznać że to dość niekon wencjonalne podejście na heavy metalowej scenie. Tak, powód jest dość pragmatyczny. Stwierdziliśmy że w dzisiejszych czasach, gdzie jest zalew różnej muzyki, a lokalne sceny i uwaga odbiorcy są dość specyficzne, lepiej będzie przedstawić zespół wpuszczając pojedyncze kawałki do sieci. Jeśli wrzucilibyśmy od razu cały album, możliw,e że wiele osób w ogóle by go nie usłyszało. Nie chcieliśmy, żeby ktokolwiek przeoczył którykolwiek z numerów. Tak więc uznajmy, że najpierw zdecydowaliśmy się zbudować swoje grono odbiorców i myślę że za jakiś czas będziemy mogli zaatakować czymś w nieco bardziej tradycyjnym formacie. Wasze kawałki jak i otoczka jest zorientowana dość mocno w kierunku słowiańskiej mitologii, co również jest dość nieoczywistą tematyką wśród heavy metalowych bandów. Powiedzmy, że to chyba bardziej działka folk metalowców. Nie baliście się że ktoś przyp nie Wam łatkę z napisem "folk metal" albo

"pagan metal"? Cóż, jesteśmy Słowianami, więc siłą rzeczy takie wątki nie są dla nas żadnym taboo. Nasze kawałki to nie tylko słowiańska mitologia, bo mamy też numery traktujące o historii Serbii np. numer "Povratak" to opowieść o losach serbskiej armii podczas pierwszej wojny światowej. Jak już, to wspólnym mianownikiem naszych utworów są heroizm, walka, starzy bogowie - wszystko to, co może dać słuchaczowi solidnego kopa, tak aby mógł odnieść się do bohatera i samemu postawić się na jego miejscu a nie tylko słuchać z boku. Co do generalizowania, wiesz, nie bardzo jesteśmy fanami szufladkowania samych siebie, ludzie zawsze będą próbowali zdefiniować jakiś podgatunek i to jest oczywiście jak najbardziej normalne, ale my nie myślimy w tych kategoriach kiedy robimy swoje kawałki. Kiedy słuchałem Waszego materiał za pier wszym razem, słyszałem dużo Manilli Road, Grand Magus czy Manowara. Trafiłem? Tak, dlaczego nie? Ale ja dodałbym do tego zestawu znacznie więcej. Każdy z naszej czwórki ma swoje ulubione zespoły i muzyczne smaki, a materiał, który aktualnie przygotowujemy wykorzystuje jeszcze więcej inspiracji niż mogłoby się wydawać. Twój głos, przypomina mi czasem wielkie głosy Jugosłowiańskiej sceny metalowej: Mladena Vojcica czy Alena Islamovica. Lu-

Foto: Kamenolom

120

KAMENOLOM


bisz Divlje Jagode i Bijelo Dugme? Ała, prosto we flaki! (śmiech) No nie jest to komplement, który chciałem usłyszeć (śmiech). Powiedzmy, że nie jesteśmy zbyt wielkimi ich fanami. Nie wdając się w szczegóły, to były oczywiście wielkie zespoły Jugosłowiańskiej sceny rockowej i należy im się szacunek. I tyle. Ok, porozmawiajmy zatem nieco szerzej o Waszych utworach. Pierwszy kawałek który zrobił na mnie piorunujące wrażenie, to szybkostrzelna "Sloboda", z bardzo melodyjnym refrenem... "Sloboda" oznacza "Wolność", więc to po prostu szybki, optymistyczny numer, który traktuje na temat ideałów wolności i potrzebie walki o taką wolność. Fajnie, że lubisz ten kawałek! "Grom Peruna" to również jeden z moich ulubionych kawałków. Riffy brzmią tu jak gromy z nieba! Tak, użyliśmy tutaj motywu gromowładnego Boga jako sprawiedliwego sędziego. To historia o tym że sprawiedliwość przyjdzie po każdego z nas, więc lepiej być przygotowanym aby stawić temu czoła. Ten numer jest chyba najbardziej politycznym kawałkiem jaki mamy, mówiąc całkowicie szczerze. Wspomniany już przez Ciebie "Povratak" brzmi z kolei jak nowoczesny track Iron Maiden, zwłaszcza biorąc pod uwagę intensywną sekcję rytmiczną. Hmmm, nikt jeszcze nie odniósł tego numeru do Iron Maiden, wydaje mi się, że warstwa tekstowa jest bardziej Ironowa niż sama muzyka. Ale cóż, Maiden to potężny zespół, więc grając heavy metal ciężko ustrzec się pewnych nawiązań (śmiech). Wasz materiał brzmi naprawdę bardzo dobrze. Gdzie nagrywacie i kto produkuje tak dobry stuff? To zawsze czysta przyjemność zareklamować mojego dobrego przyjaciela Milosa Mihajlovica Pileci i jego Blaze Studio. To na pewno jeden z najlepszych producentów jacy są w Serbii i jestem pewien że nawet gdyby to nie był mój kumpel, i tak pracowalibyśmy u niego.

Foto: Kamenolom

chaj, mimo iż znam kilka kapel z tradycyjnej rockowej sceny Bałkańskiej, nie bardzo orientuje się jak wygląda sytuacja jeśli chodzi o młode zespoły. Istnieje coś takiego jak Nowa Fala Bałkańskiego Heavy Metalu? Wiesz co, kiedy my zaczynaliśmy, nic takiego nie istniało, a już na pewno jeśli chodzi o heavy metal śpiewany w ojczystym języku. Mamy całkiem dobrze rozwiniętą scenę nowothrashową i masę świetnych kapel blackowych, ale heavy… Wybacz, nie pomogę Ci. Wasz region został zapamiętany jako niezbyt stabilny politycznie - na przestrzeni lat wiele się zmieniło, kraje powstawały i przestawały istnieć, były krwawe starcia w Bośni i Kosowie. Czy ta sytuacja ma jakiś wpływ na Waszą muzykę? Sytuacja jest stabilna na tyle na ile może być, mówiąc szczerze. Konflikty zbrojne były dawno temu i wiesz, zawsze znajdzie się ktoś kto rozleje trochę złej krwi wśród krajów byłej Jugosławii. Tak naprawdę to całe podżeganie do wojny wychodzi od skorumpowanych polityków, którzy wciąż starają się rysować obraz konfliktu, tak by ludzie nie skupiali się na ich oszustwach i złodziejstwie. Ale to jest temat, który moglibyśmy rozbroić przy okazji kilku piwek albo rakiji po koncercie, kiedy sytuacja

z pandemią wróci w końcu do normalności. Ok, bardzo dobry pomysł! Jak tylko skończy się pandemia, przylatuję do Serbii! Rastko, jakie są Wasze plany na przyszłość? Pełny album? No tak, następne wydawnictwo to będzie zdecydowanie album, zawierający wszystkie kawałki, które już opublikowaliśmy oraz kilka nowych. Chcemy aby to co wypuścimy, miało jakieś 60 minut muzyki. Kończymy robić nowe kawałki, rozglądamy się za wytwórnią, która zadba o realizację fizyczną. Więc spodziewajcie się sporo dobroci od nas w niedalekiej przyszłości! I tym sposobem pierwszy wywiad Kamenolom dla Polskich fanów dobiegł końca. Ostatnie słowo dla Polskich maniacs? Pozdrowienia od Serbów! Mamy nadzieję, że niebawem wrócimy do grania na żywo i będziemy mogli promować nasz pierwszy album. Póki co sprawdźcie nasze kawałki na bandcamp i cóż, niechaj ogień płonie! Marcin Jakub

Wasza produkcja brzmi dość nowocześnie, choć Wasze granie jest jednak stosunkowo staroszkolne. Nie chcieliście pójść tropem innych kapel i nadać swoim numerom bardziej oldschoolowego brzmienia? No ten old school jest naturalny, bo po prostu tak lubimy. Ale hej, żyjemy w latach 20-tych XXI wieku, więc dlaczego nie wykorzystać tych wszystkich dobrodziejstw technicznych w naszym brzmieniu? Nie chcieliśmy robić dokładnej kopii heavy metalu z lat 80-tych. Stroimy się nieco niżej niż standardowo, więc ta nowoczesna produkcja pasuje zdecydowanie lepiej do tego, co siedzi nam w głowach a później przelewane jest na instrumenty. Tak swoją drogą, znacie nurt NWOTHM? Zapala mi się lampka kontrolna, że to coś jakby kopia NWOBHM. Lubię NWOBHM, więc niechaj to będzie odpowiedzią na Twoje pytanie. Wydaje mi się, że to jednak zbyt duże uproszczenie, ale niech Ci będzie (śmiech). Słu-

KAMENOLOM

121


Przezwyciężaj wytrwale trudności bezwzględnego świata

Rzecz tyczy się rockowej magii. Podobno zaprzedali duszę Ritchie'mu Blackmore'owi w zamian za umiejętność gry na instrumentach, a teraz śpią z mieczem pod poduszką każdej nocy, bo za dnia potrzebują do przetrwania naturalnego światła słonecznego. Barłożę, bajam, mieszam... Hej, pięcionogi wędrowniku! Nie oglądaj się na innych; musisz przecież dzielnie kontynuować walkę o swoje metalowe wartości. Pobudka. Surówka wzywa na obiad, pizzy dziś nie będzie. Skoro dwóch Szwedów wraz z jedną Kanadyjką nagrywają cztery fajne utwory pod czujnym okiem jędrnych powiek czarodzieja, to i Ty jesteś w stanie realizować swoje nieziemskie marzenia i pasje, bez względu na ograniczenia w czasie i przestrzeni. Upadły anioł zje Ciebie, albo to Ty zjesz jego, popijając lemoniadą z pokruszonych paszportów, które dodają ponoć energii południowo-wschodnio-azjatyckich piramid. Nie powiedziałbym, żeby ta wizja była w pełni ukształtowana, ani nawet rozkwitnięta; dopiero okaże się, do jakich sekretnych miejsc i fal dźwiękowych nieznanych obecnej epoce rozwoju gatunku ludzkiego, ona nas doprowadzi. Cnota duszy wróży piekło, zrzućmy jej kajdany i podejdźmy do źródła, u którego rozgrzewa się już Reptile Anderson wraz z P.J. "The Butcher" La Griffe. HMP: Słucham właśnie Waszej EP "Desert Warrior" i zastanawiam się, czy czujecie magię podczas grania? Reptile Anderson: Tak. Czasami nachodzi nas ochota na pogranie sobie na gitarze, basie lub na perkusji, i nagle orientujemy się, że robienie tego w ramach Sandstorm nabiera

kompletnie nowego dla nas wymiaru. To coś większego i znacznie bardziej doniosłego, niż tylko gra na instrumencie. To uczucie ogarnia nas w sposób nie do opisania, bardziej lub mniej intensywnie, np. podczas koncertów jest to zdecydowanie bliższe magii, niż podczas prób. Powiem tak. Technicznie, następu-

je forma magicznej transformacji za każdym razem, gdy chwytamy instrumenty z zamiarem rockowego hałasowania, tyle że czasami jest ona bardziej, a czasami mniej uświadomiona. W jakim stopniu Wasz przekaz jest fantastyczny, a w jakim rzeczywisty? Reptile Anderson: Nasze teksty mają przede wszystkim sprawdzać się jako składnik utworu, ale też pasować do heavy metalowej stylistyki. Zazwyczaj jest tak, że jeśli czytasz teksty utworów, to nie jesteś w stanie w pełni zrozumieć, o co w nich chodzi, dopóki nie posłuchasz przy tym całego kawałka. W naszym przypadku, teksty absolutnie nie miały być czystą abstrakcją. Nasz przekaz dotyczy wytrwałości, przezwyciężania trudności bezwględnego świata i walki o swoje wartości. Hmm... Czy wobec tego powinniśmy dać spokój temu pięcionogiemu potworkowi z okładki "Desert Warrior", pozwolić mu zostać zjedzonym przez diabła i nie przejmować się abstrakcją? Reptile Anderson: A może wręcz przeciwnie: to Ty jesteś tym wojownikiem, i nie pozostało Ci nic innego, jak tylko kontynuować walkę? Sypiaj tylko z mieczem pod poduszką! Czy nie spotkałeś przypadkiem żadnego rep tilianina podczas podróży w czasie? W końcu nosisz pseudonim Reptile... Czy Ludzie - Jaszczurki wyglądają tak samo, a może kompletnie inaczej, niż przedstawiają to teo retycy konspiracyjni? Reptile Anderson: Yeah, są całkowicie inni. Przypominają raczej dinozaury czy coś w tym stylu. Nie starają się ukryć swojej prawdziwej tożsamości. Szczerze wierzę w to, że pochodzą z naszej planety. Są zimnokrwiści i potrzebują światła słonecznego do przetrwania.

Foto: Macbeth

Dlaczego Wasz wokalista i gitarzysta Stevie Whiteless nosi pseudonim "Broke"? P.J. "The Butcher" La Griffe: Legenda głosi, że Stevie złożył w ofierze swoją duszę wraz z całym swym majątkiem Ritchiemu Blackmore'owi, w zamian za tajemną wiedzę i umiejętność mistrzowskiej gry na gitarze... W konsekwecji, Stevie "broke" się na amen.

Foto: Sandstorm

122

SANDSTROM

A czy "The Butcher" odnosi się do cięcia krwawiącego mięcha na scenie? Podążycie za Ozzym Osbournem w tym względzie? A może to dopiero zwiastun początku Waszej black metalowej przyszłości? Reptile Anderson: Myślę, że ten pseudonim ma za zadanie podkreślać bezkompromisowe umiejętności i surową energię gry P.J. na per-


kusji. Nie planujemy organizowania festiwalu pizzy mięsnej na scenie, odkąd zniechęcono nas uporczywym dodawaniem do niej ananasu. Nie zmienia to faktu, że pozostajemy pod wpływem inspiracji najlepszych mistrzów. Dawniej np. uskutecznialiśmy eksplozje na scenie, ale z tym naprawdę trzeba być bardzo ostrożnym, zwłaszcza w przypadku produkcji na małą skalę. O ile udało mi się dowiedzieć, Wasza perku sistka pochodzi z Edmonton (Kanada), zaś dwóch pozostałych muzyków ze Szwecji. Co jeszcze dobrego moglibyście o składzie Sandstorm powiedzieć? Co czyni Was zgranym zespołem? Reptile Anderson: Zgadza się. Nasz zespół jest złożony z dwóch Szwedów oraz jednej Edmontonianki, co jest wybuchową mieszanką. Poznaliśmy się wszyscy w 2017 roku w Vancouver (Kanada), tak to się zaczęło. Obecnie, w czasach "pandemii", mamy problem z wizą - to jest bieżący problem dotykający wszystkich. Niemniej jednak, wierzymy, że wszystko się ułoży i metal przeważy szalę ziemskiego losu. Na "Desert Warrior" znalazły się zaledwie cztery utwory. Jakość ponad ilość? Reptile Anderson: Z całą pewnością. Każdy z nich jest wysokiej jakości, mocnym utworem. Myślę, że te cztery kawałki to w sam raz. Pracujemy w tej chwili nad kolejnym wydawnictwem, które będzie dłuższe. Czym chcielibyście się podzielić z nami w sprawie kreacji "Desert Warrior"? Reptile Anderson: O ile pamiętam, materiał ten został skomponowany latem 2019r., i zarejestrowany w dalszej części tego samego roku. Większość pomysłów nawiedziła nas podczas długich przechadzek wokół miasta, a ogrywaliśmy je samotnie w domu oraz wspólnie podczas spotkań zespołu. Przed wejściem do studia opracowaliśmy demo. Co moglibyście powiedzieć o studiu? P.J. "The Butcher" La Griffe: Nagrywaliśmy wraz z czarodziejem Josh Wellsem w małym, ale dosyć dobrze wyposażonym studio w Vancouver. Uporaliśmy się ze wszystkim w zaledwie kilka dni, ale jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani z końcowego efektu. Mastering został dokonany przez Josha Stevensona.

Foto: Sandstorm

wiele, ale brzmi ciekawie. Zobaczymy, czy uda nam się znaleźć kogoś, kto pomógłby nam to zorganizować.

seeker. Nasi znajomi z Time Rift (Portland), wydali ostatnio u Dying Victims znakomity album zatytułowany "Eternal Rock".

Jaką rolę pełnią filmy gatunku horror w Waszych źródłach inspiracji? Reptile Anderson: Osobiście nie oglądam horrorów, ale moja teściowa opowiadała mi właśnie dziś historię o tym, że jakaś para utknęła na wyspie w Południowo - Wschodniej Azji i zgubiła paszporty. Później zapili i zaczeły się dziać dziwne rzeczy. Myślę, że to zagrożenie dla utraty ludzkiego życia jest inspirujące.

Co zamierzacie osiągnąć w następnych latach? Reptile Anderson: Ukończymy wkrótce utwory na nasz kolejny album. Rozpoczynamy w tej chwili nagrywanie demo, a zaraz po nim wchodzimy do studia. Mamy nadzieję na granie koncertów w niedalekiej przyszłości, w Szwecji, w Niemczech, i gdziekolwiek ludzie będą chcieli nas zobaczyć.

No jest. "Desert Warrior" zostało wydane przez Dying Victims Productions. Czy sprawdzaliście inne albumy przez nich pro mowane? Mi np. bardzo spodobał się debiut Significant Point (przedstawiony w poprzednim wydaniu HMP - przyp. red.). P.J. "The Butcher" La Griffe: Też go lubimy. Poza tym: Crypt Dagger, Toronto, Witch-

Bardzo Wam dziękuję za ten wywiad. Nie możemy się doczekać, żeby usłyszeć więcej Waszej muzyki. P.J. "The Butcher" La Griffe: Dzięki! Cała przyjemność po naszej stronie. Sam O'Black

Wciąż eksperymentujecie i szukacie swojej muzycznej tożsamości, czy też starożytnie brzmiący epic heavy metal jest dokładnie tym, co chcecie wykonywać również w przyszłości, na Waszych kolejnych płytach? Reptile Anderson: Nie powiedziałbym, żeby nasza wizja była już w pełni ukształtowana. Dopiero okaże się, jakiego rodzaju utwory będą nam wychodzić w przyszłości, i w jakim kierunku to wszystko podąży. W pewnym sensie będziemy kontynuować, ale to nas prawdopodobnie doprowadzi do sekretnych miejsc i fal dźwiękowych nieznanych obecnej epoce rozwoju gatunku ludzkiego. Co powiedzielibyście na pomysł zorganizowania sesji Q&A live streaming? Niektóre zespoły robią obecnie tego typu rzeczy i jest to świetna okazja do otworzenia się na bezpośredni kontakt z fanami. Czy chcielibyście spróbować? Reptile Anderson: Ok, nie widziałem tego

SANDSTROM

123


Może przeżyjesz wystarczająco długo, aby przekazać swą opowieść Servants to the Tide to całkiem nowy zespół, grający epic doom metal na najwyższym poziomie. Ich debiutancki album przykuwa natychmiast uwagę słuchacza i utrzymuje go w skupieniu, aż do wieńczącego całość fortepianowego outro. Założyciel, lider i multiinstrumentalista Leonid Rubinstein nie może się doczekać możliwości zagrania na żywo dla polskiej publiczności, dlatego warto właśnie teraz sprawdzić jego nietuzinkową muzykę. Miałem przyjemność porozmawiać z nim osobiście poprzez komunikator popularnego serwisu społecznościowego. Poniższy wywiad jest więc spontaniczny i na luzie, ale jednocześnie treściwy. Leon opowiedział nam szczegółowo o kulisach jego muzycznej wędrówki, o desperacji żeglarzy zdanych na kaprys natury podczas sztormu, a także o inspiracjach wizualnych związanych z poruszającą okładką jego płyty, która reprezentuje walkę na śmierć i życie na morzu. HMP: Cześć Leon. W której części Niemczech teraz jesteś? Leonid Rubinstein: Hej, w północnej (Schleswig-Holstein). Mieszkam tutaj w niewielkim miasteczku obok Hamburga. Cool, to nieopodal granicy z Danią. Dzwonię do Ciebie, ponieważ chciałbym przedstawić Servans to the Tide polskojęzycznej publiczności. Co chciałbyś powiedzieć pol skim metalom na początek?

Tymczasem Servants to the Tide gra co innego: melancholijny, podniosły, melodyjny i epicki doom metal, tak bardzo lubiany przez fanów Atlantean Kodex, While Heaven Wept, Solstice and Candlemass. Właśnie, w tym dokładnie kierunku zmierza muzyka Servants to the Tide. Craving to bardziej black/death/folk - fajnie było, nie powiem, ale tradycyjny metal (zwłaszcza heavy metal, epic doom, ale też thrash i speed metal) jest tym, co lubię najbardziej. To super spra-

łem w międzyczasie zaangażowany w zespół doomowy Sickness Unto Death, ale oni poszli później w innym kierunku, podczas gdy mi zależało na doom metalu. Trochę pomogłem im podczas koncertów, i wcale nie uważam, żeby byli kiepskim zespołem, tylko innym. Tymczasem ja starałem się złożyć w całość nowe kompozycje samodzielnie - gitary, basy, klawisze, wszystko robiłem w tym okresie sam. Wkrótce nadeszła potrzeba dołączenia perkusisty i wokalisty. Uznałem, że łatwiej jest założyć kompletnie nowy zespół, niż szukać już istniejącego, do którego mógłbym wnieść swoje doomowe pomysły. A zatem, muzyka była pierwsza, a dopiero potem skład Servants to the Tide. Dokładnie. Miałem już gotowe pół debiutu ze ścieżkami perkusji zaprogramowanymi na komputerze, zanim zwerbowałem wokalistę, a następnie perkusistę. To ciekawe. Jak ich znalazłeś? Nasz wokalista Stephan (Stephan Wehrbein przyp. red.) śpiewał dotąd w całkiem niezłym heavy/power metalowym zespole Screaming Souls. Dzieliliśmy scenę kilka lat wcześniej (ja wówczas działałem z Craving). Pamiętam, jak wszedł na scenę w celu dokonania sound-checku i zaintonował melodię Savatage (zdaje się, że było to "Gutter Ballet" lub "Edge of Thorns"). Zrobił to wybornie! Pozostaliśmy w kontakcie, i cały czas miałem przeczucie, że być może będziemy w przyszłości robić wspólnie muzykę. Zobacz, jak się sprawdziło (śmiech). A perkusista? Lucas (Lucas Freise - przyp. red.) bębnił w melodeathowym zespole Catalyst. Pomyślałem o nim w pierwszej kolejności, kiedy rozglądałem się za muzykiem, który miałby zająć się nagraniami ścieżek utworów na prawdziwym zestawie perkusyjnym. Moim zdaniem, wykonał fantastyczną robotę na debiucie Servants to the Tide, niezależnie od tego, że najlepiej sprawdza się w nowocześniejszym graniu.

Foto: Servants To The Tide

Cześć! (prawidłowo wymówione). Doceniam wsparcie z Polski i bardzo chciałbym powrócić do Waszego kraju w celu zagrania koncertów, tak szybko jak to możliwe. Powrócić? Czy miałeś już okazję tutaj wystąpić? Może wraz z innym zespołem? Tak. Byłem w Polsce z moim poprzednim zespołem Craving. Graliśmy w Warszawie i w Poznaniu. Mam bardzo pozytywne wspomnienia z tych dni. Cieszy mnie to. Jesteś zawsze mile widziany. Zapraszamy Ciebie wraz z Servants to the Tide. Dzięki! Craving to bardziej okolice black metalu, wybacz, ale nie mam pojęcia o tym gatunku.

124

SERVANTS TO THE TIDE

wa, że mogę tworzyć dokładnie taką muzykę, jakiej sam chciałbym słuchać. Yeah, tworzysz, i wychodzi Ci to znakomi cie. Kiedy założyłeś zespół Servants to the Tide? W zimie 2018r. Miałem kilka dni wolnego pomiędzy Świętami Bożonarodzeniowymi a Sylwestrem, i zabrałem się wówczas za komponowanie epic doom metalu i nagrywanie go na własny użytek. Już wcześniej starałem się kilkukrotnie skompletować zespół w takim stylu, ale dotąd nie udawało mi się znaleźć odpowiednio dobrych muzyków, którzy byliby skłonni obrać tą konkretnie ścieżkę. Zdecydowana większość znanych mi osób była bardziej zainteresowana albo nowoczesnymi dźwiękami typu metalcore/melodeath, albo thrashem. By-

Czy szukasz jeszcze dodatkowego/dodatkowych muzyków, którzy mogliby Was wesprzeć na koncertach? W tej konkretnej chwili nie, z przyczyn oczywistych. Jest zbyt wcześnie, aby o tym mówić. Nie wydaje mi się, żebyśmy potrzebowali składu na koncerty, dopóki faktycznie nie będziemy ich mogli grać. Jednakże, jak tylko sytuacja się odmieni, powrócimy do regularnej działalności z planowanymi w kalendarzu występami. Naprawdę, bardzo chciałbym to zrobić. Wówczas będzie kompletnie inna sytuacja i z pewnością rozejrzę się za dodatkowymi osobami, którzy uzupełniliby nasz skład na żywo. Rozumiem. Porozmawiajmy więc o Waszej aktywności studyjnej. Wasz debiut został zmiksowany i zmasterowany przez Michaela Hahna z Rosenquartz Studio w niemieckim Lübeck. Jak pamiętasz tą sesję? Powiedziałbym, że poszło łatwo i płynnie. Mieliśmy już wszystko uprzednio nagrane - ja zrobiłem bas, gitary i klawisze we własnym domu, Lucas nagrał perkusję u siebie w salce prób, poza tym wybrałem się zeszłego lata na weekend do Mönchengladbach w związku z wokalami Stephena. Także miałem już wszystko zaaranżowane, wraz z próbnymi miksami, i studio doskonale wiedziało, co robić. An-


dreas (Georg Libera z Eird) wykonał wspaniałą pracę przygotowując utwory do miksu. Michael podsyłał mi po jednym utworze dziennie, odsłuchiwałem, udzielałem opinii oraz uwag. Jako, że ma on doświadczenie z innymi doom metalowymi zespołami, doskonale wiedział, o co mi chodzi, i do jakiego efektu końcowego dążę. Wobec tego, prosiłem go tylko o niewielkie zmiany jego pierwszych wersji. Osobiście udałem się do studia tylko jeden raz, aby przedyskutować ogólne aspekty (takie jak brzmienie gitar), i ta jedna sesja odbyła się w pozytywnej i twórczej atmosferze. Wszystko było zmiksowane, zmasterowane i gotowe, po nieco ponad tygodniu. O ile dobrze zrozumiałem, nagrywaliście w domu oraz w salce prób, w różnych odstępach czasu pomiędzy grudniem 2018 a latem 2020, zaś zmiksowaliście to latem 2020r. Zgadza się? Tak, z tym że miksy to była raczej jesień 2020r. Czy zatem mógłbyś zarekomendować Michaela Hahna jako uzdolnionego producenta z właściwym podejściem? Tylko do doom metalu, czy również do innej muzyki? Zdecydowanie go polecam. Współpraca była łatwa i bezproblemowa. Jestem bardzo zadowolony z brzmienia, jakie dla nas ostatecznie uzyskał. Wiem, że robił też inne dobre płyty, jak np. Iron Angel. Brzmienie jest bardzo ciężkie, ostre i surowe, więc nie wiem, czy on w ogóle zgodziłby się, aby miksować Nightwish lub Wintersun, ale do tradycyjnego, ciężkiego metalu, jest idealną osobą. Zgodzę się, że Wasz album brzmi znakomicie. Warto wspomnieć o gościach, takich jak Paul Thureau, Luc Francois i Jeff Black. Domyślam sie, że wszyscy jesteście dobrymi

Foto: Servants To The Tide

kumplami i mieliście frajdę gościć ich? O, tak! Paul to mój zaufany przyjaciel od lat. Pozwoliłem mu nagrać słowną narrację na zakończenie "On Marsh And Bones" i uwielbiam, w jaki sposób to zrobił. Podobnie Luc, równy gość. Miałem przyjemność dzielić z nim kilkakrotnie scenę. Chciałem trochę gardłowych wokaliz na wieńczącym płytę "A Servant to the Tide", i wolałem nowoczesne podejście niż old schoolowe, death metalowe growle. Uwielbiam, jak to wyszło. Jeff jest zaś osobą, z którą nie miałem jeszcze okazji pograć, ale żywię prawdziwą i szczerą nadzieję, że będziemy mieć kiedyś zaszczyt wspólnego wystąpienia Servants to the Tide z jego niesamowitym Gatekepper. Nasz album kończy się partią fortepianu, którą Foto: Servants To The Tide sam początkowo nagrałem, ale ponieważ nie czuję się wystarczająco pewnie z klawiszami, czułem, że czegoś w mojej wersji brakuje. Jeff jest nie tylko dobrym gitarzystą, ale także bardzo utalentowanym pianistą. Zaoferował mi nagranie tego fragmentu wraz z jego własną interpretacją. Przeszło to moje najśmielsze oczekiwania. Dostaliśmy perfekcyjne, emocjonujące zakończenie, którego potrzebowałem. Skoro jesteśmy już przy samej muzyce, zauważmy, że Servants to the Tide przykuwa uwagę od samego początku debiutanckiego albumu. "Departing From Miklagard" jest akusty cznym intro, które wprowadza słuchacza w odpowiedni nastrój, zachęcający do epickiej podróży. Wydaje się, że doom metal nie jest tylko o melodiach, riffach, łomocie, krzy czeniu i machaniu łbem. To jest coś więcej - kompletnie pochłaniające artysty czne przeżycie. Czy wobec tego czujesz się bardziej artystą niż rock'n'rollowo - metalowym muzykiem? Szczerze mówiąc, nie dostrzegam różnicy pomiędzy byciem artystą, a byciem muzykiem.

Muzyka to sztuka, więc w pewnym sensie każdy muzyk uczestniczy w tworzeniu sztuki, czyż nie? Jeśli ludzie słuchając mojej muzyki czują się, jakby wybierali się w podróż, i jeśli naprawdę pochłania ich ona, to nie mam pytań. Osiągnąłem zamierzony cel i efekt. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie! Tak, dlatego że świadomie przyłożyłeś się do osiągnięcia takiego efektu, i zastosowałeś odpowiednie muzyczne rozwiązania wywołujące takie nastroje. A nie każda muzyka jest aż tak nastrojowa, jak Twoja. I nie widzę powodu, żeby zawsze miała być. Niektóre zespoły, taki jak np. Exodus lub Forbidden, byłyby po prostu nudne, gdyby starały się stworzyć podniosłą atmosferę (śmiech). No ale spoko, mówimy teraz o epickim doom metalu, i w tym kontekście cieszę się, że udało mi się osiągnąć taki efekt. Na Waszym debiucie pojawiło się bezpośrednie nawiązanie do Morza Północnego w utworze "Northern Sea", ale ja zauważyłem również coś mniej oczywistego: mianowicie gitary na początku "Your Sun Will Never Shine For Me" pobrzmiewają echem farońskich melodii (Tyr "Eric The Red"). Naprawdę? Nie zdawałem sobie z tego sprawy (śmiech). Będę musiał to sprawdzić, jako że nie potrafię teraz sobie przypomnieć niczego z muzyki farońskiej. Co się zaś tyczy Tyr, nie mieli oni dużego wpływu na mnie. Lubię "Hold The Heathen Hammer High", ale to jest w zasadzie jedyny znany mi ich utwór. Pokażę Ci więc po wywiadzie, o który dokładnie fragment mi chodzi (od 0:11 do 1:03 przyp. red.). Czy masz jakieś szczególne doświadczenia związane z morzem? Na ogół nie żegluję, ale zdarzyło mi się to raz robić przez tydzień, i myślę, że nie było źle. Odkąd pamiętam, morze zawsze było dla

SERVANTS TO THE TIDE

125


mnie atrakcyjne. Urodziłem się w Leningradzie, nad Morzem Bałtyckim, i dorastałem w Dolnej Saxonii, nieopodal Morza Północnego. Wybrzeża kojarzą mi się z uczuciami związanymi z domem rodzinnym, a utwór "North Sea" dobrze to oddaje. Podpowiedz mi proszę, czy dobrze kojarzę, Leningrad to jest to samo co St Petersburg? Tak, miasto odzyskało swoją poprzednią nazwę po rozpadzie Związku Radzieckiego. Wasz album brzmi spójnie, niesamowicie masywnie i w 100% wpisuje się w ramy doom metalu. Poziom jest wyrównany, ale to właśnie "North Sea" jest moim ulubionym kawałkiem. Bardzo epicki i progresywnie zaawansowany. Bardzo dobre fragmenty akustyczne, klawisze, efekty specjalne imitujące fale morskie, znakomita atmosfera oraz dynamiczne urozmaicenia w późniejszej części. Mam nadzieję, że usłyszę więcej takich kompozycji z Waszej strony w przyszłości. Jest to mój ulubiony utwór, więc cieszę się, że Ty również go uwielbiasz. Piszę właśnie materiał na drugi album. Nie jestem jeszcze pewien, jak to się rozwinie, ale bardzo chciałbym zrobić więcej taki rzeczy, jak "North Sea". Wychodzi więc na to, że znów pojawi się sporo epickiego doomu. Jeszcze odnośnie debiutu: wspominałeś o zaakcentowaniu zakończenia całego albumu... ale nie jest on konceptem, prawda? Czy mi coś uciekło? Nie, to nie jest koncept. Oczywiście niektóre utwory mają wspólny temat ("North Sea" i "A Servant To The Tide", jak również "Returning From Miklagard" i "A Wayward Son's Return"), ale to mimo wszystko oddzielne utwory, nie układające się we wspólny koncept.

126

SERVANTS TO THE TIDE

Co dokładnie spowodowało, że na premierę czekamy do marca 2021r? Wprawdzie mógłbym wydać album bezpośrednio po jego ukończeniu jesienią 2020r. (samodzielnie poprzez Internet), ale chciałem zrobić to w odpowiedni sposób, wraz z wytwórnią. Dostaliśmy pozytywny odzew od No Remorse, więc przeznaczyliśmy czas na odpowiednie przygotowania. A żeby zrobić to porządnie, naprawdę musieliśmy przygotować wiele aspektów od negocjacji kontraktu, po sprawy typu oddzielny mastering wersji winylowych. To wszystko zajmuje czas. Żadni z nas Guns'n' Roses, nie mieliśmy tłumów umierających z tęsknoty za naszym kolejnym wydawnictwem, a więc mogliśmy sobie pozwolić na to, Foto: Servants To The Tide aby bez ciśnienia wyznaczyć datę premiery na przyszłość i zyskać w ten sposób odpowiednio dużo czasu, zamiast śpieszyć się. Czy jesteście zadowoleni z No Remose Records? Jak dotąd, bardzo zadowoleni. Naturalnie, jest jeszcze zbyt wcześnie, aby udzielić bardzo wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie, ale póki co, No Remorse robi wszystko profesjonalnie, odpowiedzialnie i z pasją, a to bardzo ważne. Wystąpiliście do nich z propozycją, czy to oni Was zauważyli pierwsi? Myśmy. Po prostu skontaktowaliśmy się z kilkoma wytwórniami, które cenimy, i które wydawały się idealne dla nas. No Remorse znajdowało się na tej krótkiej liście, więc naprawdę cieszymy się, że odpowiedzieli. Cieszę się, że macie odpowiednią wytwórnię od samego początku. A powiedz jeszcze proszę, co dokładnie miałeś na myśli, mówiąc "oddzielny mastering wersji winylowych" czy brzmienie winylu bardzo będzie się różnić? Album został zmasterowany oddzielnie, aby pasować do fizycznych właściwości płyty winylowej, co jest powszechną praktyką. Nie miałem jeszcze okazji usłyszeć wydania winylowego, więc nie wiem jeszcze, jak to zabrzmi (śmiech), ale nie powinno jakoś znacząco różnić się od CD, dlatego że mix jest ten sam. Być może zaskoczę Cię teraz, ale kiedy zobaczyłem okładkę Waszego debiutu, przyszła mi na myśl Manilla Road (pokazuję okładki "Open The Gates" oraz "The Deluge" przyp. red). Czy to przypadkowe podobieństwo? Tak, przypadkowe, ale pochlebia mi to. Jestem wielkim fanem Manilla Road, chociaż nigdy nie zżynałem z ich okładek. Jeśli już

miałbym wskazać jakąś okładkę, która przypomina naszą, byłoby to prawdopodobnie Fates Warning "Awaken The Guardian". Nasza grafika to dziewiętnastowieczny obraz francuskiego malarza morskiego Theodore'a Gudina pt. "Redding van de bemanning van de Columbus" (co w wolnym tłumaczeniu oznacza "Ratowanie Załogi Kolumba" przyp. red.). Zakochałem się w tym obrazie od pierwszego wejrzenia. Nie potrafię wyobrazić sobie niczego lepiej oddającego beznadzieję, którą musi odczuwać załoga żeglująca na otwartym morzu podczas sztormu, kompletnie zdana na kaprys natury. Uwielbiam tego rodzaju motywy. Spójrz też na While Heaven Wept "Vast Oceans Lachrymose", z tym że tutaj widzimy również zwiastun bezpiecznego portu, oświetlonego promieniami światła przełamującego sztorm. Totalna desperacja. Żyjesz tym, gdy służysz falom (w oryginale to zabrzmiało ciekawiej: "It's what you live through, when you, ultimately, serve the tides" - przyp. red.). I może przeżyjesz (a może nie?), wystarczająco długo, aby przekazać swą opowieść światu. Czy widziałeś originał w Rijksmuseum? To zabawne, ale kiedy wybrałem się do Rijksmuseum, nie widziałem akurat tego obrazu. Na pewno postaram się go odnaleźć następnym razem, gdy będę w Amsterdamie. Mógłbym powiedzieć dokładnie to samo. Rijksmuseum jest olbrzymie.. Jest, jest. Mieszkałem w Amsterdamie w latach 2014-2016. Ah cool! Byłem w stolicy Królestwa Niderlandów kilkukrotnie, a tego jednego razu, gdy wstąpiłem do Rijksmuseum, byłem kompletnie zajęty... ogólnie wszystkim dookoła. Azjatycka kolekcja z niższych pięter jest zdumiewająca (8000 obiektów z 50 różnych krajów azjatyckich - przyp. red.), i oczywiście te wszystkie klasyczne holenderskie obrazy ze Złotej Ery Rembrandta wprawiają w zachwyt. Naprawdę potrzebuję pójść tam ponownie, aby odnaleźć to, czego nie udało mi się zobaczyć za pierwszym razem. Zawsze warto tam wracać. Na zakończenie powiedz jeszcze proszę, jak widzisz swoją muzyczną przyszłość, oraz przyszłość Servants to the Tide? Cóż, po pierwsze, chciałbym podkreślić, że jestem dumny z naszego pierwszego albumu. Nie mogę się doczekać na reakcje metalowej społeczności. Chciałbym zobaczyć, co słuchacze o tym myślą. Rozpocząłem już komponowanie drugiej płyty, i mam nadzieję, że nabiorę twórczego rozpędu. Poza tym, bardzo mi zależy na skompletowaniu składu gotowego do koncertowania, po to aby choć trochę występować na żywo, kiedy tylko będzie to wszystko miało ręce i nogi. Wasz debiut jest z pewnością wart dostrzeżenia i ciepłego przyjęcia przez społeczność prawdziwych metalowców. Życzymy Wam wszystkiego dobrego i mamy nadzieję, że drugi album utrzyma lub przewyższy poziom pierwszego (wyzwanie!). Bardzo dziękuję za rozmowę. Było mi przyjemnie poznać Twój punkt widzenia. Bardzo dziękuję za Twój czas. Sam O'Black


(Nie)SCHEMAtyczność doom metalu Od daty premiery debiutanckiej EP -ki "Miasto nierzeczywiste" Schemy minęło kilka lat, ale warto było czekać na długogrający materiał warszawskiej formacji. "Pierwsze zauroczenie" jest bowiem perfekcyjnym zaakcentowaniem, że doom metal wcale nie musi być nudny, rozwleczony i oczywisty - nie tylko dlatego, że zespół wziął na warsztat i odczytał na nowo ponadczasowy utwór "Nim wstanie dzień" Agnieszki Osieckiej i Krzysztofa Komedy z filmu "Prawo i pięść". HMP: Dość długo musieliśmy czekać na to wasze albumowe "Pierwsze zauroczenie", zważywszy, że zespołowi "stuknęło" właśnie 20 lat? Qba: Prawda jest taka, że przez te wszystkie lata grania (i niegrania), nigdy priorytetem nie było nagrywanie. Zawsze najważniejszy był sam akt grania i tworzenia. Pierwsza myśl o nagraniu pojawiła się, co ciekawe, kiedy przestaliśmy grać. Kiedy dopadła nas rzeczywistość i każdy zajął się swoim życiem, a część graniem w innych projektach, stwierdziłem na jednej z imprez, gdzie się spotkaliśmy, że chciałbym mieć te utwory na starość i może je nagrajmy. Panowie przyklasnęli i tak zabraliśmy się za nagranie EP-ki "Miasto nierzeczywiste". W miarę szykowania się do tego nagrania, znowu spotkaliśmy się na próbach i znowu muzyka zaczęła z nas wypływać. Szybko okazało się że EPka to za mało… Filip: Nigdy nie traktowałem Schemy jako przedsięwzięcia, które ma się zamknąć w jakiś określonych ramach czasowych. Zawsze też na pierwszym miejscu stawiałem satysfakcję czerpaną z samego procesu zespołowego grania: próby, spotykanie się, towarzyszący temu klimat. To było istotne dopełnienie mojego codziennego życia, nie czułem, że muszę coś komuś udowadniać. Oczywiście z czasem materiał był tak dojrzały, że trzeba było zamknąć ten etap, żeby w ogóle myśleć o pójściu dalej. W ten sposób w roku 2016 powstało "Miasto nierzeczywiste". "Pierwsze zauroczenie" miało pojawić się dość szybko po nim, ale życie zdecydowało inaczej. I oto jesteśmy w roku 2021 - może nieco później niż było planowane, ale za to zadowoleni z efektu. Nie było jednak tak, że byliście aktywni przez cały ten okres, bo zdarzały się wam nawet kilkuletnie przerwy, ale chęć grania w końcu zwyciężyła i znowu zaczęliście regu larne próby? Qba: Zaczynaliśmy jako dzieciaki, które po prostu jarały się graniem wspólnie muzyki. Wraz z naszym dorastaniem dorastała muzyka, ale nadal nie przenosiło się to na granie koncertów czy nagrywanie. Zwyczajnie nikt nie odczuwał potrzeby. To jednak doprowadziło do tego, że z czasem ważniejsze stały się inne sprawy w życiu. A to nie odbyła się próba, bo ktoś musiał gdzieś jechać, albo zostać w pracy dłużej itp. Wszystko w końcu rozmyło się naturalnie. Do grania wróciliśmy przez dwa bodźce. Z jednej strony wspomniana przeze mnie chęć dokończenia i zamknięcia wszystkiego w formie nagrania naszych kompozycji. Z drugiej Filip pewnego razu napisał tekst do "Latarnika", którym się z nami podzielił, i który od razu zainspirował naszego

basistę Kubę do napisania muzyki. Najpierw chłopaki we dwóch spotykali się akustycznie w mieszkaniu Kuby i z czasem każdy tam po kolei dołączał. Kiedy ja przyjechałem do mieszkania, to jasne się stało, że na meblach nie mogę długo grać. Filip: Nawet kiedy nie graliśmy prób, spotykaliśmy się towarzysko i zawsze rozmowy prędzej czy później schodziły na granie. W ten sposób temat nigdy nie został porzucony i w sprzyjającym momencie okazało się, że dawne przeszkody (kto spamiętałby dziś, jakie?) zniknęły i wszyscy znów są gotowi grać. Domowe próby u Kuby zebrały trzon zespołu, do którego - już w salach prób - czasowo powrócił znakomity (choć bardzo skromny) gitarzysta, Szymon. W tym składzie nagraliśmy "Miasto nierzeczywiste". Potem dzięki kon-

Ale tak jak mówisz, kiedy zaczęliśmy znowu grać, to wstąpił w nas nowy duch. Pojawił się zarys nowego utworu "Latarnik", do tego "Katedralny pył", który tak naprawdę powinien był znaleźć się na EP-ce, tak ewoluował, że nagle przestał do niej pasować. Znowu wciągnęło nas granie i komponowanie, zwłaszcza kiedy w zespole pojawił się gitarzysta Tomek i jego świeże pomysły. Płyta skrystalizowała się sama, kiedy podliczyliśmy ile minut materiału już mamy. Filip: Idea Schemy jest we mnie tak głęboko zakorzeniona, że nigdy nie myślałem na poważnie (choć głośno mogłem to rozważać) o jej zakończeniu. Byłem raczej gotowy na jej przekształcenia lub okresy nieaktywności - i czas pokazał, że miałem rację. Jeśli idea jest wystarczająco mocna i wyraźna, to w końcu nadchodzi stosowna konfiguracja czasu i ludzi, żeby ją realizować. Pomijając trudności, które zawsze towarzyszą wszelkim twórczym przedsięwzięciom, mogę śmiało powiedzieć, że począwszy od przygotowań do "Miasta...", aż do dziś zespół konsekwentnie realizował kolejne wynikające z siebie cele. Widzę to jako proces. Długo pracowaliście nad tym materiałem, bo mamy tu przecież i starsze utwory, to jest "Katedralny pył" i "Latarnik", samo nagry wanie też chyba nie przebiegało bezproble mowo i trwało długo, ale w końcu dopięliście swego? Qba: Sam proces nagrywania płyty to trzy lata, ale tak jak mówisz niektóre utwory sięgają

Foto: Schema

sekwentnym i niestrudzonym poszukiwaniom Kuby miejsce Szymona zajął Tomek, którego drugie imię to solidna firma. Dzięki niemu, mimo odejścia nieodżałowanego Miłosza, mogliśmy nagrać "Pierwsze zauroczenie". Wydanie EP-ki "Miasto nierzeczywiste" zmotywowało was do bardziej wytężonego działania, właśnie wtedy pojawiła się myśl, że waszym kolejnym krokiem powinien być album? Qba: Wydanie EP-ki pierwotnie miało być zakończeniem wszystkiego. Stworzyliśmy te kilka utworów przez lata i chcieliśmy je po prostu nagrać, żeby mieć coś dla siebie na starość.

pamięcią do początków istnienia zespołu. Nagrywanie trwało tyle, bo po prostu przerywało nam życie. Nikt z nas nie zajmuje się muzyką profesjonalnie. W czasie nagrywania np. naszemu basiście urodziło się dziecko, co z oczywistych powodów było większym priorytetem, a ja z Tomkiem w tym samym czasie nagraliśmy płytę z zespołem Pale Mannequin. Jednocześnie fakt, że nie mamy wydawcy ani jakichś terminów sprawiał, że woleliśmy zrobić to wolno, ale dobrze. Mimo że kiedy to się działo, to szlak mnie trafiał, to teraz kiedy na to patrzę, myślę że to zrobiło nam to dobrze. Dopieściliśmy tą płytę i to słychać. Naprawdę jestem zadowolony z rezultatu, a przy-

SCHEMA

127


nazwy zespołu. Schema (?????) to starogreckie słowo oznaczające "zewnętrzny kształt, postać". Św. Paweł używa go w swoim słynnym (i bardzo doomowym!) zdaniu "Przemija postać (= schema) tego świata". W Schemie nigdy nie traktowaliśmy muzycznych form jako czegoś niezmiennego i nienaruszalnego.

znam że rzadko mi się to zdarza. (śmiech) Filip: Zawsze mówimy, że gdybyśmy nagrali to szybko, to nie byłby to doom metal (śmiech). Okazało się, że to najkrótszy czas, w jakim byliśmy w stanie to zrobić, tak chcieli bogowie. A jeśli chodzi o łączenie starego z nowym, to tworzenie jest też swego rodzaju medytacją nad tym, skąd się wyszło, bo u początków zawsze kryje się podstawowy nerw, który zdecydował o ogólnym kierunku i charakterze podjętej twórczości. Środki wyrazu mogą się zmieniać, ale nerw pozostaje ten sam i wciąż definiuje twórczą osobowość. "Pierwsze zauroczenie" pokazuje z jednej strony waszą fascynację doom metalem, ale jest też dowodem na to, że chcecie zerwać ze schematycznością i pewną przewidywalnością tej stylistyki? Qba: (śmiech) SCHEMAtyczność... Nie skłamię, kiedy powiem, że cześć z nas nie słucha już doom metalu na co dzień. Ja osobiście siedzę w muzyce afro-amerykańskiej z funkiem na czele, a nasz gitarzysta Tomek to maniak prog-rocka. To wszystko wpływa na nasze brzmienie. Podstawą jest doom, smutek i ciężar, bo od tego wyszliśmy i ta muzyka nadal sprawia nam ogromną frajdę, ale na koniec każdy chce przekazać coś swojego, indywidualnego, coś co trafia do niego. Kiedyś poszedłem z naszym wokalistą Filipem na koncert symfoniczny gdzie grali "Symfonię pieśni żałosnych" Góreckiego i ten porażający utwór zdecydowanie miał na nas jakiś wpływ. Schema na pewno nie chce być schematyczna! Filip: Nie myślałem tak chyba o tym od samego początku, ale szybko dostrzegłem, że nazwa zespołu ma przekorny wydźwięk i bardzo mi się to spodobało. Schema, mimo pozornego sugerowania swą nazwą powielania schematów, zawsze była miejscem spotkania muzycznych osobowości, które nigdy nie grały pod dyktando. Nie było narzucania jakiejkolwiek dyscypliny, każdy rozumiał doom metal po swojemu, w naszej muzyce nie istniały rzeczy nie do pomyślenia. Zresztą programową nieschematyczność Schemy można dostrzec lepiej wtedy, kiedy pozna się inspirację dla

128

SCHEMA

Doom, hard rock, a czasem nawet coś z jazzu - utwór ma być spójny i do tego ciekawy, bez ograniczania jego formy do najbardziej typowych rozwiązań, przerabianych wcześniej przez inne zespoły setki czy tysiące razy? Qba: W zasadzie już wszystko powiedziałeś (śmiech). Nie istnieje coś takiego jak ustalona forma dla mnie. Wszystko jest zależne jedynie od emocji, które chce przekazać. Oczywiście poruszamy się w pewnej konwencji, gdzie raczej na peFoto: Schema wno można się spodziewać przesterowanych gitar, ale to nie znaczy, że mają one być zawsze. Filip: W zasadzie odpowiedziałem na to pytanie przy okazji pytania poprzedniego. Mogę jeszcze dodać, że różnorodność, a szczególnie zasada kontrastu, pozwala na głębszy dialog emocjonalny - zarówno twórcy ze sobą, jak i z jego odbiorcą. Wiedział to już Kochanowski, który siedząc pod swoją lipą skonstatował, że wie się, co to zdrowie dopiero, kiedy się zachoruje (śmiech). Żeby poczuć, jak przytłaczający jest muzyczny ciężar, trzeba też momentów ukojenia, liryzmu czy wręcz ciszy. Nie jesteśmy w tym Kolumbami, ale zastosowanie tak rozumianego kontrastu wyszło nam, moim zdaniem, na nowym albumie całkiem nieźle. Przyznam, że kiedy zobaczyłem na okładce pięć tytułów, pomyślałem, że to kolejny, krótszy materiał. Szybko okazało się, że niekoniecznie, bo aż trzy z tych utworów trwają ponad 10 minut, a całość to ponad trzy kwadranse muzyki - to przypadek, czy takie było założenie? Qba: To nie przypadek. Powiem nawet, że zdziwiony jestem, że mamy na tej płycie utwory poniżej 10 minut (śmiech). To jest muzyka w pewnym stopniu medytacyjna, taka która wymaga chwili skupienia i raczej nie odniesie zamierzonego skutku, kiedy słucha się jej w biegu. W dzisiejszym świecie, gdzie utwory powyżej 4 minut to już rzadkość, a zawarte w nich emocje są mocno powierzchowne, my chcemy przekazać te głębsze. Każdy utwór jest przygodą, na którą zabieramy słuchaczy i jeżeli z nami wyruszą, to się nie zawiodą. Filip: No dobra, przyłapałeś mnie wreszcie na schematyczności (śmiech). Ogłaszam Foto: Schema

wszem i wobec, że z mojego punktu widzenia im utwór doom metalowy dłuższy, tym lepszy. I podpisuję się obiema rękami pod tym, co Kuba powiedział właśnie o medytacyjności naszej muzyki. Jeśli ktoś szuka refleksji nad życiem, niech siada (choć do biegów długodystansowych też może się nadać) i słucha. Wybranie na singiel znanego utworu to zwykle dobre rozwiązanie. Jednak w waszym przypadku nie dość, że "Nim wstanie dzień" trwa blisko 11 minut, to jeszcze z oryginalnej muzyki Krzysztofa Komedy praktycznie nic nie zostało - to bardziej wasz utwór do tek stu Agnieszki Osieckiej niż cover? Qba: Tak, coverem tego nie można nazwać, bo zupełnie nie pracowaliśmy z oryginalną muzyką Komedy. Wzięliśmy na warsztat sam tekst Osieckiej, który jest przejmujący. Wykonanie Edmunda Fettinga jest wspaniałe, ale bynajmniej nie wykorzystuje w pełni potencjału, jaki drzemie w tych słowach. To tekst wprost stworzony do ciężkiej muzyki. I jakże cały czas aktualny… Filip: Ten numer to poszukiwanie nowej formy dla wzruszającego wiersza Osieckiej. Konkurować z mistrzem Komedą nawet nie próbowaliśmy, lepiej od niego byśmy tego nie zrobili. Dobry tekst, taki jak Osieckiej, ma jednak to do siebie, że potrafi błyszczeć w różnych oprawach muzycznych. W świecie radiowych hitów 11-minutowy singiel to zapewne samobójstwo, ale to nie nasz świat, więc nie boli nas o to głowa. W moim odczuciu "Nim wstanie dzień" to swego rodzaju manifest naszego stylu, doskonale więc nadaje się na singiel. Jesteście fanami filmu "Prawo i pięść" oraz oryginalnej wersji w wykonaniu Edmunda Fettinga, czy też bliższe są wam te nowsze, choćby Katarzyny Nosowskiej czy Strachów na Lachy? Qba: Ja osobiście lubię wersje koncertową Bassa Astrala i Igo. Oni bliżej są monumentalności, jaką ten tekst ma dla mnie. Filip: I Nosowska i Strachy zmierzyli się z Komedą, którego zwyczajnie trudno przewyż-


szyć. Oryginał podoba mi się znacznie bardziej, jest w swej prostocie znacznie głębszy i prawdziwszy. Irytacja brakiem nowych, nieobliczonych na komercyjny zysk, prób muzycznego odczytania świetnego tekstu Osieckiej był istotnym impulsem, który skłonił mnie do wzięcia go na warsztat. Singiel można pobrać całkowicie za darmo z naszego profilu Bandcamp. Chyba nie przypadkiem "Nim wstanie dzień" zamyka płytę, bo po sporej dawce mroku i pesymizmu wcześniejszych utworów daje jakąś nadzieję, ma mimo wszystko pozytywną wymowę? Qba: Na tym nam zależało, żeby pozostawić słuchacza z nadzieją. Cała płyta jest trochę takim katharsis, przez które trzeba przejść, żeby te wszystkie negatywne emocje z siebie usunąć. Wtedy doczekamy się nowego i lepszego dnia. Filip: Kuba zaproponował taki układ i dobrze zrobił. Dodam tylko, że nie odbieram swoich tekstów jako pesymistyczne. Bardziej widzę je jako oswajanie świata, który, choć fascynujący, często jawi się też jako niezrozumiały i groźny. "Nim wstanie dzień" na pewno pozostawia słuchacza z jasnym sygnałem, że światło przenika ciemność. Drugi singiel "From Whence Doom Comes" to wasz hołd dla Aarona Stainthorpe'a, wokalisty My Dying Bride - czyżby mieli oni aż tak duży wpływ na Schemę? Qba: My Dying Bride miało ogromny wpływ na nas osobiście i przez to na Schemę. To jest zespół, z którym każdy z nas zetknął się za młodu, i z którym nie rozstał się do dziś. Ja osobiście przez lata czerpałem bardzo wiele z ich muzyki. To połączenie melancholii z ciężarem, ten zmieniający się wokal Aarona od growlu do melorecytacji. Znam wiele dobrych zespołów doom metalowych, ale tylko My Dying Bride przez te wszystkie lata niezmiennie pozostaje na szczycie. Filip: W moim przypadku mieli oni wpływ decydujący. Wyczarowany przez nich świat dźwięków i obrazów odcisnął się bardzo mocno na mojej wrażliwości muzycznej. A jak już przed chwilą powiedziałem, medytacja nad ko-rzeniami zawsze towarzyszy u mnie procesowi twórczemu. Nagranie numeru stanowiącego swego rodzaju spłatę zaciągniętego u My Dying Bride długu było jednym z moich priorytetów.

Foto: Schema

sądzone. Poza za oczywistym skojarzeniem z pierwszy zauroczeniem, to jeszcze wygląd tego jegomościa jest taki mefistofeliczny. A kiedy zaczniemy się wpatrywać głębiej w ten obraz, to się okazuje, że oni nie patrzą na siebie wcale. Do tego ich miny są raczej znudzone niż zachwycone. To wszystko tak pięknie kontrastuje z sielankowością tła. Uwielbiam, gdy w obrazie można odnaleźć takie zgrzyty, które na pierwszy rzut oka są niezauważalne. Filip: To kolejny przykład na ożywcze działanie kontrastu. Obraz jest romantyczny, ale podszyty melancholią, zieleń ogrodu podbita jest mrokiem, postacie milczą, ale nie jest to beztroskie milczenie. Skłania do refleksji podobnie jak nasza muzyka. Macie więc debiutancki album, pojawiają się promujące go utwory, ale co dalej? Z racji pandemii o koncertach możecie tylko pomarzyć, z kolei profesjonalny teledysk kosztuje, co dla niezależnego zespołu jest sporym obciążeniem - co planujecie, żeby "Pierwsze zauroczenie" nie przepadło w powodzi nowych płyt, odbiło się wśród słuchaczy jakimś szerszym echem? Qba: Najbardziej zależy nam, żeby ten materiał dotarł do ludzi, którzy takiej muzyki słuchają. Nie ma się co oszukiwać, że jest to mu-

zyka niszowa i nie dla każdego. Ale jednocześnie nieskromnie uważam, że jeżeli już ktoś słucha metalu, to jest to kawał naprawdę dobrej i autentycznej muzyki. I dobrze, żeby dowiedział się o istnieniu tej płyty. Mamy nadzieje, że takie rzeczy jak ten wywiad pomogą nam w tym. A co do koncertów, to tak jak mówisz, na te chwilę są one w sferze marzeń, ale jak świat się uspokoi i wstanie w końcu nowy dzień, to bardzo chcielibyśmy zagrać coś premierowego. Na pewno będziemy do tego dążyć! Filip: Nowy dzień nadchodzi, choć może się to teraz wydawać bardzo odległe. A kiedy nadejdzie, sceny zadrżą pod walcem Schemy (śmiech). Nowy album to decydujący krok w historii zespołu, ale będę się upierał, że naszym debiutem było "Miasto nierzeczywiste". Nie zaczynamy więc od podstaw, raczej konsekwentnie budujemy swoją pozycję. Tylko w ten sposób zyskuje się trwałe miejsce na scenie. Wojciech Chamryk

Aaron słyszał ten utwór, pochwaliliście mu się stworzeniem czegoś takiego, czy nie mieliście śmiałości? (śmiech) Qba: Wysłaliśmy mu i napisał, że mu się podoba. Pytanie na ile to uprzejmość angielska, a na ile prawda (śmiech). Ale poprosił nas o wysłanie mu CD, więc może faktycznie nie ma wstydu. Filip: Wymieniłem z Aaronem ładnych parę maili w tej sprawie. Wyraził zainteresowanie i wdzięczność. Chcę wierzyć, że podoba mu się to, co nagraliśmy. Okładka miała nawiązywać do tytułu płyty, a do tego być nieoczywista, stąd wykorzystanie przez was obrazu "The Pride of Dijon" Williama Johna Hennessy'ego, tym bardziej, że ten wiktoriański klimat pasuje do doom metalu jak ulał? Qba: Dokładnie. Jak nasz wokalista Filip podesłał nam ten obraz, to w zasadzie było prze-

SCHEMA

129


Własne "Masters Of Reality" Co prawda Australijczycy z Raven Black Night nie grają jeszcze na poziomie pierwszych płyt Black Sabbath, ale na ubiegłorocznym CD "Run With The Raven" udowadniają, szczególnie w "Water Well" i "Castle Walls (Tears Of Leonidas)", że są pojętnymi uczniami Tony' ego Iommiego. Metal w ich wydaniu jest też niekiedy bardziej epicki, niczym u Manilla Road, nie unikają też odniesień do rocka lat 60., szczególnie mistrza gitary Hendrixa, jest więc naprawdę nieźle. Jim Petkoff opowiada, dlaczego jego zespół do tej pory wydał zaledwie trzy albumy oraz zapowiada kolejne, bo lockdown sprzyjał twórczej pracy. HMP: Wygląda na to, że nie przepadacie za nagrywaniem płyt i jest to już stan permanentny, skoro przez ponad 20 lat istnienia wydaliście raptem trzy albumy? Jim Petkoff: Komuś z zewnątrz może wydawać się, że był to jakiś przemyślany plan, aby wydawać albumy w tak długich okresach czasu, ale tak naprawdę doszło do tego z powodu zaistniałych okoliczności. Ze współzałożycielem zespołu Rino Amorem próbujemy co dwa tygodnie nowe pomysły lub znowu uczymy się naszych utworów z nowymi muzykami. Przez ten czas nasze kompozycje mogą się rozwijać. Natomiast życiowe doświadczenia, które wkraczają do naszej muzyki to coś jak ciągła podróż, czasami jak walka o przetrwa-

skrzydła, bo mało kto, poza nielicznymi fanami, zdaje sobie sprawę z tego, że wciąż istniejecie, skoro o zespole przez lata jest cicho? Jak wspomniałem wcześniej, zawsze jamujemy, nawet podczas niedawnego lockdownu mieliśmy próby. Jeśli spojrzysz na nasze oficjalne wydania, ja i Rino ciągle tam byliśmy. Zagraliśmy wiele koncertów i tras koncertowych, festiwale w całej Australii. Doprowadziło to do zaoferowania nam koncertów w Niemczech, takich jak Headbangers Open Air, wtedy musieliśmy znaleźć kogoś innego zamiast Matta i Joe, co zaowocowało dodatkowymi występami na Hells Pleasure oraz Hard and Heavy, zagranymi w składzie: ja na

Foto: Raven Black Night

nie w naszym metalowym środowisku w Australii, gdzie naprawdę ciężko pracujemy, szczególnie, że gramy epicki doom metal. Myślę, że zawsze byliśmy w większym centrum zainteresowania za oceanem, zwłaszcza w Europie, a teraz jeszcze w innych krajach. Nasz każdy materiał: "Choose The Dark", "Barbarian Winter" i "Run With The Raven" zawiera więc wiele historii, które wplatają się w muzykę, nasze dema też w pewnym stopniu utrwalają miniony czas. W idealnym świecie, wydawanie nowego albumu co rok lub dwa lata byłoby świetną sprawą, ale sprowadza się to również do finansów. Nie jest jednak tak, że taki sposób funkcjonowania niejako na starcie podcina wam

130

RAVEN BLACK NIGHT

gitarze, mój brat Big Tom na basie i Dimitiros z greckiego zespołu Zenith na perkusji. Na naszych demach grali także inni perkusiści, którzy na początku zwrócili naszą uwagę. W Europie zagraliśmy wiele koncertów z Chrisem z greckiego Agatus na basie. Kiedy nagrywaliśmy album "Barbarian Winter" mieszkał wtedy w Australii. Przez ponad rok majstrowałem przy nim, zanim Metal Blade go wypuściło, po czym dużo graliśmy w Australii. Nie potrafiłem zabrać nas z powrotem do Europy, ale byłem aktywny w sieci. Po zagraniu paru występów, zaczęliśmy robić demo do "Run With The Raven". Co ciekawe, niektórzy mieli spory wkład w ten album, inni już niekoniecznie. Czasami ludzie też odchodzą. Mieliśmy perkusistę, z którym robiliśmy

próby przez cały rok, mieliśmy występ z Paulem DiAnno jako support, ale potem gdzieś zniknął. No ale cóż, takie jest życie. Niejako z założenia nastawiacie się więc na mniejszy zasięg tego co robicie, szczególnie po falstarcie współpracy z Metal Blade przy okazji poprzedniego albumu "Barbarian Winter", kiedy okazało się, że z takim wydawcą jest wam po prostu nie po drodze? Powiem tak, kiedy stworzyliśmy ten zespół, chcieliśmy po prostu zrobić razem kilka kawałków i grać je na żywo. Scena była trochę inna niż dzisiaj, mieliśmy z tego dużo frajdy. Potem, dostawaliśmy oferty z Sydney, Melbourne, a nawet z Hobart na Tasmanii. Gdy więc wróciliśmy z Europy i nagraliśmy "Barbarian Winter", niektórzy myśleli, że spoczniemy na laurach, ale to nie była prawda. Ja i Rino zawsze staraliśmy się dotrzeć do jak największej grupy odbiorców, czy to przez nagrania, czy przez koncertowanie. Oczywiście dzisiejsza sytuacja trochę to skomplikowała. Mieliśmy kilka zaplanowanych imprez z okazji wypuszczenia "Barbarian Winter", a oferta od Metal Blade była świetna. Jesteśmy wdzięczni, że mogliśmy wydać chociaż jeden album z tak legendarną wytwórnią, ale okoliczności, muzyczne klimaty i niektóre złe recenzje nam nie pomagały (śmiech). Wciąż sprzedajemy fizyczne kopie, które firmowała Metal Blade. Wydajemy też wersję "Run With The Raven" z SAOL/CMM. Sporo się nauczyliśmy od Jaya, Waltera, Roberta i całego zespołu, jeśli chodzi o prezentację, marketing, używania sieci i generalnie wiedzy o europejskiej scenie metalu, sięgamy więc gwiazd. Fakt, że jesteście zespołem australijskim też pewnie nie ułatwia wam życia, szczególnie w kwestii koncertów, nawet w ojczyźnie, gdzie wszędzie jest piekielnie daleko? Tak, to prawda, ale takie zespoły jak AC/DC czy Rose Tattoo musiały to zrobić i dzięki temu przetrwały i osiągnęły sukces. Przed wirusem przewijało się sporo nowych zespołów metalowych, hardcorowych, progresywnych, które dobrze sobie radziły poza oceanem, nawet niektóre thrashowe zespoły zostały zauważone. Airbourne są świetni, ustawili się. Kiedy więc założyliśmy zespół, graliśmy gdzie się dało w naszym rodzinnym mieście Adelajdzie. Rozkoszowaliśmy się tym stylem życia, graliśmy z death, black, gothicmetalowymi zespołami, podczas gdy hardrockowe zespoły zazwyczaj grały covery albo coś innego. Podróżowanie po kraju i za granicą było dla nas wyzwaniem. W Atenach graliśmy na świetnym festiwalu Up The Hammers, zarządzanym przez Manolisa i jego zespół. Byliśmy zaskoczeni jak wiele osób nas kojarzy. Mamy nadzieję, że gdy sytuacja się polepszy, to rozwiniemy się jeszcze bardziej. Mamy zaplanowane kilka występów, więc bądźcie gotowi! Chcemy być zespołem na skalę światową! Jak więc dochodzi do tego, że zaczynacie pracować nad kolejną płytą? Pojawia się coraz więcej pomysłów, więc skrzykujecie się i zaczynacie intensywne prace nad następnym materiałem? Ja, Rino i najczęściej nasz basista spotykamy się co tydzień albo z gotowymi utworami, albo już zaczętymi kompozycjami i pozwalamy im na naturalny flow. Niektóre utwory robimy latami, w końcu to Kruk (raven (z ang.) - przyp.


red.) nami rządzi! Zawszę lubię mieć więcej materiału, niż potrzebujemy. Wiadomo nie od dziś, że dobry riff to klucz do sukcesu udanej kompozycji. Ciekawi mnie jednak ile musisz odrzucić tych mniej udanych lub zbyt do czegoś podobnych, by wpaść na ten właściwy? Mieliśmy szczęście, że używamy sporej ilości dobrych riffów, podczas gdy odrzucamy zaledwie kilka. Niektóre z nich znowu się pojawiają, ale z innym podejściem, ponieważ słuchamy także innych gatunków muzycznych niż metal i czasami to pomaga nam spojrzeć na riffy z innej perspektywy. Nie pomylę się chyba za bardzo obstawiając, że to Tony Iommi i pierwsze, klasyczne wcielenie Black Sabbath miało na was największy wpływ, co potwierdza choćby "Water Well", musicie też cenić nieodżałowanego Marka Sheltona i Manilla Road? Dokładnie. Kiedy nagraliśmy album z pierwszym składem, ja byłem bardziej zafascynowany hard rockiem i blues rockiem. Rino słuchał doom albo punka i przy okazji kochał Kiss. Joe był bardziej za progresywnym graniem, w stylu Rush. Natomiast Matt lubił death metal, eksperymentalny metal, był też trochę funkowy. Ale to z twórczością Black Sabbath spotkaliśmy się najwcześniej i zawsze wplatałem trochę stylu Dio czy Iana Gillana. Lubię też Tony'ego Martina, Ray'a Gillena i Glena Hughesa. "Water Well" muzycznie jest podzielony na połowę, na mnie i na Rino, mieliśmy tam różne podejścia do muzyki Black Sabbath, a solówki brzmiały jak ukłon w stronę Tony'ego Iommiego. Jeśli chodzi o Manilla Road to jestem wdzięczny, że ludzie zaznajomili mnie z Markiem Sheltonem i jego muzyką. Dopiero co poznałem ten zespół i muszę to nadrobić. To smutne, że Mark umarł, grał do samego końca. Przedtem byłem z nim w kontakcie, niektórzy chcieli, żeby zagrali koncert w Australii z okazji ich czterdziestolecia. Szkoda, że tak się nie stanie, to byłoby świetne. Wielu muzyków w czasie komponowania czy sesji nagraniowej przestaje słuchać jakiejkol wiek muzyki, żeby mimowolnie czegoś nie zapożyczyć, nie zainspirować się za bardzo. Myślisz, że ma to sens, skoro wena może przyjść w każdej chwili i zawsze jest możliwość, że wykorzysta się jakiś zasłyszany wcześniej pomysł czy patent? Słucham muzyki codziennie, gdy jeżdżę autem, siedzę w domu, podróżuję, relaksuję się, czytam, i tak dalej. Ona zawsze mnie otacza, więc jakieś subtelne zapożyczenia mogą mieć miejsce. Ale czasami lubię też ciszę i spokój i to twoje serce lub dusza mogą być kanałami, przez które wszechświat wysyła muzykę. Sporo moich najlepszych utworów pojawiło się ot tak, gdy to gitara grała mną, albo gdy melodia pojawiała się w mojej świadomości, czy to z przeszłego lub nadchodzącego życia. Kto wie? Rozwinęliście pomysł z wcześniejszych płyt i na "Run With The Raven" mamy aż kilka instrumentalnych miniatur "Sheeba - Slight Return", który odbieram jako wasz ukłon w stronę Hendrixa czy wręcz psychodeliczny "Ancient Rivers" - uznaliście, że fajnie wzbogaci to zawartość płyty, doda jej kolorytu? Tak, od czasów naszego pierwszego dema z 2000 roku zawsze zamieszczaliśmy jakiś in-

Foto: Raven Black Night

strumentalny albo ukryty kawałek. "Sheeba Slight Return" jest ukłonem w stronę Jimiego Hendrixa, który jest moją największą inspiracją i to pod wpływem jego muzyki zacząłem grać na gitarze. Oczywiście muszę też wspomnieć o wpływach hard rocka i metalu, "Voodoo Chile" ma jedne z najlepszych riffów jakie wymyślono. Chcieliśmy też pokazać trochę delikatniejszą stronę, tak jak Black Sabbath robi to na "Laguna Sunrise", i tak dalej. Z "Ancient Rivers" i "Ancient Call" chcieliśmy uzyskać trochę więcej kolorytu, trochę jak na tych albumach z lat 60. i 70. "Run With The Raven" to materiał o kilka naście minut krótszy od waszych poprzed nich płyt - uznaliście, że czasem większą sztuką jest wyrazić się w bardziej zwartej formie niż w kolosach pokroju "Blood On My Wings" czy "Barbarian Winter"? Masz rację, że nasze kompozycje poszły trochę w bardziej mainstreamowe brzmienie. Nigdy też nie piszemy specjalnie długich utworów, by je po prostu mieć. Kiedy zaczynaliśmy, niektórzy metalowcy narzekali, że za często używamy tego samego riffu, ale potem zrozumieli. Bez urazy, ale nie jesteśmy zespołem, który gra funeral doom metal. Choć niektóre z naszych nowych utworów są długie i epickie, to takie nasze "Masters Of Reality". (śmiech!) To za każdym razem bardzo indywidualny, organiczny proces, czy też z takim doświadczeniem macie już wypracowane pewne schematy kompozytorskie i aranżacyjne, co niewątpliwie ułatwia pracę? Działamy wielotorowo. Czasami mogę mieć całą kompozycję, a Rino może mieć jakieś drobne sugestie i na odwrót. Czasami możemy mieć utwory lub riffy, które nie mają zastosowania na ten moment, ale mogą się przydać za parę miesięcy, ale zazwyczaj jest to organiczna praca.

które mają być na albumie, wybierają się same. Dobrze jest też, żeby utwory odpoczęły przez jakiś czas i żeby się odświeżyły. W końcu nie zrobiliśmy jeszcze naszego "Stairway To Heaven" albo "Smoke On The Water", by się o to martwić. Czasami niektórzy nasi perkusiści i basiści grali kawałki w swoim stylu, ale ich charakter zawsze pozostawał taki sam. Nie należycie więc do tych zespołów, które dopracowują swoje kompozycje w studio tak bardzo, że potem nie są w stanie zagrać ich jak należy, bo wykorzystano w nich zbyt dużo nakładek, dodatkowych instrumentów, etc.? Nie, większość utworów jest już napisana zanim wejdziemy do studia, ale muszę przyznać, że czasami przesadzam, gdy chcę zrobić epicką melodię w jakimś kawałku. Natomiast na żywo, to już jest zmasowany atak na zmysły doommetalowe. Niektóre zespoły wolą pisać w studiu, a my chcemy zachować pewien balans. Czyli określenie true metal jest adekwatne również w tym przypadku, nie tylko w kon tekście czystości sylistycznej? (śmiech) Wielki Lemmy mawiał: "Jesteśmy Motörhead i gramy rock and roll!" To prawda, ale "prawdziwy metal" ma w sobie to coś, to jest nastawienie umysłu lub jakiś ruch ludzi, którzy lubią utwory, solówki, czysty śpiew, i tak dalej. W obecnej sytuacji i tak nie moglibyście kon certować, może więc dzięki tej pandemicznej sytuacji wasza kolejna duża płyta ukaże się szybciej niż w roku 2028? Proszę, tak! Chcemy wypuścić aż dwa albumy w ciągu dwóch-trzch lat, jeśli będzie to możliwe! Wojciech Chamryk, Szymon Paczkowski, Sara Ławrynowicz

Wiecie od razu, który utwór sprawdzi się na scenie i zagości w waszym repertuarze na dłużej, czy też nie da się tego przewidzieć i o wszystkim decyduje konfrontacja z publicznością, albo nawet to, jak wam się gra dany numer na żywo? Do dziś, gramy sporo kawałków na żywo. Przechodziły jakieś małe poprawki, ale te,

RAVEN BLACK NIGHT

131


Greccy fani idą o krok dalej Doba jest stanowczo za krótka dla metalowca, który chce nadążyć za tym, co dzieje się na dzisiejszej scenie. Chcąc rzetelnie śledzić samo zjawisko New Wave of Traditional Heavy Metal, trzeba by odsunąć na bok gro codziennych obowiązków (nie wspominając o wysypianiu się). Stąd myślę, że pokaźną ilość wyświetleń na youtubie, a już tym bardziej wyprzedanie całego nakładu płytowego w ciągu kilku miesięcy można poczytywać już za konkretny sukces zespołu. Takowy odnotowała minionej zimy grecka "Horda Czarnych Dusz". Epicpowerowy projekt facetów wywodzących się głównie z doomowych kręgów sceny. Płyta "Land of Demise" faktycznie wywiera na słuchaczu bardzo pozytywne wrażenie i aż prosi się, aby nie zostawić jej przemilczanej. W związku z powyższym miałem wielką przyjemność porozmawiać z gitarzystą i mózgiem tej ekipy - Johnem Tsiakopoulosem. Pogadaliśmy trochę o ostatnich wydawnictwach, a także o tym, czy w obecnych czasach można w ogóle wyżyć z heavy metalu i jak to jest, że Grecja jest tak silnie zakorzeniona w epickich "kultusch"? HMP: Minęło 5 lat od Waszego ostatniego wydawnictwa (splitu z Dexter Ward). Co działo się przez ten czas w obozie Black Soul Horde? John Tsiakopoulos: Zespół był właściwie zawieszony od 2016 lub 2017 roku. Ja i Jim, którzy jesteśmy w zasadzie odpowiedzialni za muzykę i teksty, trochę oddaliliśmy się od siebie przez kilka lat. Obaj byliśmy zaangażowani w inne projekty, które wymagały dużo naszego czasu i wysiłku. To, plus codzienne życie, praca i tym podobne rzeczy, które również zbierają swoje żniwo spowodowało że ze-

Chciałbym żebyś opowiedział o zmianie wytwórni. A dokładniej o nie kontynuowa niu współpracy z No Remorse Records i wydaniu "Land of Demise" oraz "A Lonely Road" samodzielnie. Skąd taka decyzja? To dość proste. No Remorse miało bardzo napięty grafik wydawniczy. My z kolei byliśmy gotowi na wydanie płyty. Niestety harmonogramy się nie zgadzały i postanowiliśmy działać na własną rękę. Nie jestem zbyt cierpliwy jeśli chodzi o wydawanie nowej muzyki. Uważam, że kiedy jest ona gotowa, musi się ukazać. Myślę, że traci ona część swojej esen-

Foto: Black Soul Horde

spół pozostawał w oczekiwaniu. Ale w tym czasie miałem już napisane utwory na "Land Of Demise". A ponieważ jestem kimś kto lubi doprowadzać sprawy do końca, chciałem nagrać i skończyć album, i po prostu wypuścić go na rynek, żeby ludzie mogli go posłuchać. Nienawidzę mieć materiału, który siedzi w ciemności. Chyba, że to gówno. W takim przypadku po prostu go usuwam. Zadzwoniłem więc do Jima, porozmawialiśmy o tym i zdecydowaliśmy się nagrać album. I oto jesteśmy.

132

BLACK SOUL HORDE

cji i energii, jeśli przegapisz to okno i będziesz siedział nad nią miesiącami, aż zostanie wydana. Do tego czasu ekscytacja powoli zanika. Przynajmniej ja tak jestem skonstruowany. Jim jest nieco spokojniejszy w takich sprawach, podobnie jak Costas. "A Lonely Road" było akustyczną interpretacją dwóch piosenek z albumu. Nie był to nowy materiał, ale raczej świeże i zupełnie inne podejście do naszej muzyki. Myślę, że zawsze było przeznaczone do wydania w formie cyfrowej.

Do tematu "Lonely Road" jeszcze wrócimy. Zostając natomiast przy "Land of Demise", to spotkało się ono z pozytywnym odbiorem ze strony fanów. Na kanale "NWOTHM Full Albums" na youtube album znalazł się w top 16 najczęściej słuchanych płyt listopada (obok takich nazw jak Eternal Champion czy Megaton Sword), a jego pierwsze limi towane wydanie zaliczyło sold out po 3 miesiącach. Chyba możemy mówić o sukcesie nawet w kategoriach komercyjnych. Jak na to reagujecie? Jesteśmy głęboko zaszczyceni, że znaleźliśmy się na tej liście wśród takich nazw i naprawdę doceniamy wsparcie, jakie otrzymaliśmy od Andersona na kanale NWOTHM Full Albums. Wyprzedaż albumu była zupełnie niespodziewana. Podobnie jak oferta winylowa, którą otrzymaliśmy od Alone Records kilka tygodni po premierze. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego rezultatu. Czasami aż trudno nam w to uwierzyć. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni wszystkim ludziom, którzy wsparli nas kupując limitowaną edycję CD, nasz merchandise czy nadchodzące winylowe wersje albumu. Dzięki nim mogliśmy kontynuować pracę nad nowym materiałem i odnaleźć utraconą wiarę w ten zespół. Myślisz że w dzisiejszych czasach młody zespół grający w niszy klasycznego heavy może odnieść sukces komercyjny? Przebić się do mediów mainstreamowych albo stać się źródłem zarobku muzyków? Klasyczny heavy metal nie jest komercyjnym gatunkiem jak na dzisiejsze standardy. I myślę, że to jest w porządku. Czy chciałbyś zobaczyć Eternal Champion występującego w tym samym secie z Cardi B czy Kanyem Westem? Wiem, że ja bym nie chciał. Więc, jeśli zgodzimy się, aby utrzymać rzeczy w obrębie społeczności heavy metalu i komercyjnego sukcesu w jej obrębie, to tak - w zależności od szczęścia, lokalizacji i tego, jak wiele jesteś gotów poświęcić, jest szansa. Mała, ale jest. To również sugeruje, że media głównego nurtu są poza zasięgiem. Chyba, że jakiś zespół postanowi spalić biblię albo mieć nagich ludzi na scenie, bo broń Boże zobaczymy sutka, a wtedy może będzie przerwa w dostawie mainstreamowych mediów. Co do bycia głównym źródłem dochodu, to nie. Bardzo niewiele zespołów utrzymuje się z muzyki. I mówimy tu o zespołach z przyzwoitą ekspozycją. Nie o gigantach rocka i metalu. Czy macie swoich ulubieńców wśród utworów na "Land of Demise"? Do moich należy "Stone Giants" - śmiem twierdzić że jesteś cie autorami jednego z moich ulubionych "otwieraczy płytowych" minionego roku - a konkurencja była spora. Wow, stary! To wiele znaczy! Dziękujemy! "Stone Giants" to zdecydowanie mocna piosenka i dlatego też wybraliśmy ją jako pierwsze lyric video z albumu. Co do ulubionych utworów, to każdy z nas ma swoje własne. Ja mogę powiedzieć za siebie, że "Into the Badlands" i "Soulships" są nieco wyżej w moich preferencjach. Ale prawdę mówiąc, naprawdę lubię cały album. A rzadkością, która zdarza mi się raz na jakiś czas, jest to, że mogę go słuchać jako fan, a nie jako facet, który go napisał, nie mówiąc już o tym, że mogę go słuchać w całości po nagraniu, zmiksowaniu i zmasterowaniu. To dla mnie wyjątkowe.


"Stone Giants" to też dobry przykład bardzo ciekawie napisanego tekstu. Skąd czerpiecie inspiracje? Czy oprócz literatury, filmów i całego świata fantasy, tworzycie też własne historie? Tak, zdecydowanie. Szczególnie na tym albumie. Jim jest odpowiedzialny za wszystkie teksty. Na tym albumie czerpał inspirację z życia w ogóle. Pojechał do Meteory, która jest wspaniałym miejscem w Grecji, budzącym respekt i zachwyt. Ogromne kamienie sięgające dziesiątek metrów wysokości, a na szczytach niektórych z nich znajdują się klasztory. Myślę, że to właśnie tam wpadł na pomysł historii tej piosenki. Widział te kamienie jako części upadłych gigantów. Bardzo szybko poszliście za ciosem pub likując EP "A Lonely Road". Czy planowal iście to dużo wcześniej? Nie, nie było żadnego planu. Ale wiecie, co się mówi o bezczynnych rękach. Skąd pojawił się pomysł na nowe aranżacje "A Neverending Journey" i "The Frail And The Weak"? W tym czasie pracowałem nad własnym albumem z akustycznymi i orkiestrowymi interpretacjami piosenek, które napisałem dla Speedblow, jednego z moich innych zespołów. Wysłałem go Jimowi, wiesz, żeby zobaczyć co myśli i pogadać o tym. Zażartował (a może nie nie jestem zbyt pewny), że może powinienem zrobić to samo z niektórymi piosenkami z tego albumu. Pomyślałem, że czemu nie? Podobało mi się "...Journey", a Jimowi "...Frail", więc zrobiliśmy oba i pomyśleliśmy, że wydamy je jako akustyczną EP-kę, darmową dla wszystkich. Czy zdecydujecie się na wydanie go w formie fizycznej? Byłoby super, gdybyśmy pewnego dnia mogli wydać je na 7", ale obawiam się, że nie jest to możliwe w przewidywalnej przyszłości. Jednak los pozwolił, że oba utwory pojawią się jako bonusowy materiał na specjalnej edycji CD "Land Of Demise", która ukaże się pod koniec kwietnia. Tak więc znaleźliśmy jakiś kompromis. Pozwolę sobie wejść na nostalgiczny w dzisiejszych czasach temat - mianowicie koncerty (śmiech) jak dotąd jednym z najbardziej prestiżowych festiwali, w których udziałem możecie się pochwalić jest Wasze rodzime Up The Hammers. Jak wspominacie ten gig? Mamy zarówno miłe, jak i pijackie wspomnienia. Jeśli o nas chodzi, to Up the Hammers jest jednym z najlepszych heavy metalowych festiwali na świecie i byliśmy zaszczyceni, że mogliśmy być jego częścią dwukrotnie, wśród takich zespołów jak Angel Witch, Lonewolf, Wretch i Storm Warrior. Dzielenie sceny z Angel Witch było spełnieniem moich marzeń, ponieważ był i nadal jest to jeden z moich głównych wpływów przy pisaniu dla Black Soul Horde. Prawdę mówiąc, występy na żywo nie były w naszych planach, kiedy zabieraliśmy się za ten album. Nigdy nie sądziliśmy, że otrzyma on taki odzew, jaki otrzymał i byliśmy raczej nastawieni na to, że po prostu wydamy go i pójdziemy dalej. Ale teraz sprawy mają się inaczej i były rozmowy o zrobieniu kilku ekskluzywnych lub starannie wyselekcjonowanych koncertów, jeśli i kiedy koncerty powrócą.

Czy macie jakieś koncertowe marzenia? Konkretny festiwal lub artystów u boku których szczególnie chcielibyście wystąpić? Keep It True byłoby spełnieniem marzeń. Up The Hammers też jest na tej liście. Artyści, z którymi chcielibyśmy wystąpić... O rany. To nie jest łatwe. Cirith Ungol, Helloween, Blind Guardian, The Night Eternal, Enforcer, Unto Others to tylko niektóre z opcji, które pierwsze przychodzą na myśl. Ale lista jest ogromna. W Waszym kraju macie cenione wytwórnie i festiwale, zasłużone kapele, a do tego pub liczność bardzo entuzjastycznie nastawioną na ten rodzaj grania. Myślę sobie, że chyba niewiele jest krajów, w których fan trady cyjnego, podziemnego heavy metalu mógłby odnaleźć się lepiej niż w Grecji. Zgadzacie się? Jak to wygląda z Waszej strony? To prawda. Publiczność heavy metalowa w Grecji jest bardzo oddana i wspiera zarówno festiwale, jak i zespoły. Wiele innych krajów jest również bardzo przychylnych temu gatunkowi, ale fani Greccy czasami naprawdę idą o krok dalej. Mimo to, bycie w greckim zespole heavy metalowym nie oznacza automatycznie, że będzie ci się dobrze powodzić. Musisz pracować, udowodnić swoją wartość i znosić przeszywające, osądzające spojrzenia ludzi na ulicy za to, że nie jesteś normalny lub - z metalowego punktu widzenia - za to, że jesteś nowym dzieckiem na scenie. Jak sądzisz, z czego to wynika? W czym tkwi na przykład specyfika tak silnego kultu kapel w stylu Manilla Road w Grecji? Naprawdę nie potrafię powiedzieć. Może dlatego, że nie mieliśmy okazji zobaczyć wielu koncertów i zespołów w latach 80-tych, bo wtedy wszystko było inaczej, teraz cenimy sobie te wszystkie możliwości. Może to stało się częścią DNA metalowca. Epiki zawsze dobrze sobie tutaj radziły. Może ze względu na rozbudowaną mitologię, którą mamy jako kraj, element epicki jest bliższy naszemu sercu. Wasz kraj nie wydał jednak na świat zespołów, które zdobyłyby rynek komercyjny, choć fani podziemia z pewnością dobrze znają i cenią takie nazwy jak Vavel czy Northwind. Wymieńcie kilka - dajmy na to 5 - grup, które wg Was są najlepszymi i najważniejszymi w historii heavy metalu reprezentantami sceny Greckiej. Tak. To dlatego, że kraj jako kraj nie wspiera ciężkiej muzyki. Promocja i możliwości są tu znikome. Przemysł muzyczny, kiedy jeszcze był przemysłem, w Grecji zawsze szedł w kierunku greckojęzycznych zespołów i muzyki lub bardziej popowych i elektronicznych stylów muzycznych. Plus tradycyjna muzyka grecka. Wszystko co ciężkie było i nadal jest undergroundem, a przynajmniej nie mainstreamem. Niektóre zespoły, które przychodzą mi do głowy i są reprezentantami naszego gatunku to Spitfire, Vice Human, Battleroar, Innerwish i Sarissa.

Więc zdecydowanie wczesny Blind Guardian i Helloween, Angel Witch, Cirith Ungol, Grim Reaper, może trochę Manowar, ale także zespoły z nowej fali heavy metalu jak Enforcer, White Wizzard i Holy Grail. Do tego dochodzi Rage z okresu "Black in Mind" i oczywiście Iron Maiden. To wszystko to tylko kilka z wpływów, które pamiętam. Album napisałem prawie 5 lat temu. Od tego czasu kilka ciężarówek Jagermeistera i piwa również zrobiło swoje. Jakie są plany na przyszłość Black Soul Horde? Chcecie ruszyć w trasę gdy sytuacja epidemiczna się uspokoi? A może zaczynacie pracę nad kolejną płytą? Najbliższe plany obejmują wydanie "Land Of Demise" na winylu oraz specjalną edycję CD, która będzie zawierała również split EP, który zrobiliśmy z Dexterem Wardem w 2015 roku, akustyczną EP-kę "A Lonely Road" oraz niepublikowany utwór z czasów "...Tales". Chcemy zagrać kilka koncertów na żywo i mamy nadzieję, że kiedy pandemia się skończy, będziemy mogli to zrobić. Jeśli chodzi o nowy album, będziecie pierwszymi, którzy się dowiedzą, że skończyłem materiał na niego i że powinniśmy rozpocząć nagrania w maju, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Ale to wszystko, co mogę na razie powiedzieć. Bardzo tajemnicze, prawda? (śmiech) John, to wszystko ode mnie. Dziękuję Ci za świetną rozmowę! Jakieś ostatnie słowa do czytelników Heavy Metal Pages? Dziękuję Ci za możliwość przeprowadzenia tego wywiadu. Miałem wielką frajdę robiąc go. Mówiąc w imieniu naszej trójki z Black Soul Horde, życzymy Wam, abyście wszyscy byli bezpieczni i zdrowi. Wytrzymaliśmy tę gównianą burzę przez ponad rok i musimy ją przetrwać. Mamy nadzieję, że zobaczymy Was na jakimś koncercie lub festiwalu gdzieś w przyszłości. Pozostańcie wierni sobie i słuchajcie heavy metalu. Salute! Piotr Jakóbczyk Tłumaczenie Joanna Pietrzak

Będąc w temacie klasyków metalu, opowiedzcie o swoich inspiracjach, które miały największy wpływ na muzykę Black Soul Horde - szczególnie w okresie, w którym tworzyliście materiał na "Land of Demise". Cóż, zawsze byłem fanem epickiego metalu i power metalu. Uwielbiam też NWOBHM.

BLACK SOUL HORDE

133


Podróż w głąb brzmienia analogowego Pomimo istnienia od 1989 roku (jak prawi Encyclopaedia Metallum), Wizards of Hazards to zespół o którym prawdopodobnie nie mieliście szansy usłyszeć, aż do minionego roku, gdy wydali debiutanckie EP "Blind Leads the Blind" i długograja "End of Time". Panowie z Helsinek grają do bólu tradycyjny heavy/ doom metal, który na pewno przypadnie do gustu fanom Cathedral, Reverend Bizarre czy oczywiście Black Sabbath. Zachęcam do zapoznania się, bo mam wrażenie że ten materiał trochę przepadł w istnej klęsce urodzaju, z którą mamy do czynienia w ostatnich latach - a szkoda. O tworzeniu nastroju przez oprawę sceniczną, sile analogowego brzmienia i różnorodności inspiracji muzycznych opowiedział mi frontman grupy - Ville Willman. HMP: Historia waszego zespołu sięga schyłku lat 80. i nazwy Black Wizard. Działaliście pod nią ćwierć wieku, a jednak trudno znaleźć o niej jakiekolwiek informacje. Opowiedzcie co nieco o tym czasie działalności. Ville Willman: To prawda, jako Black Wizard nie byliśmy zbytnio aktywni we wcześniejszych latach. Koniec lat 80' i lata 90' upłynęły nam na jammowaniu i komponowaniu piosenek dla przyjemności. Około roku 2000 nagraliśmy na demo kilka utworów aby określić kierunek, w którym chcielibyśmy podążać. Jednak każdy miał wtedy swoje własne sprawy, rodziny, kariery i inne projekty muzyczne, a czas po prostu płynął. Od czasu do czasu zagraliśmy kilka koncertów ale głównie jammo-

nym wrażeniem tego, co ten dźwięk może zrobić w porównaniu do nagrań cyfrowych. Potem pojawił się Jaakko Tarvainen i oto jesteśmy z nowym wydawnictwem pod flagą Inverse Records. A jak to się stało że powstało Wizards of Hazards? Nagraliśmy piosenkę "Wizards of Hazards" i stwierdziliśmy, że taka nazwa pozwoliłaby na zachowanie tożsamości zespołu, a jednocześnie nie byłaby mylona z innymi zespołami. Do tego zawsze są jakieś szalone zagrożenia (ang. hazards - zagrożenia - przyp. red.) kiedy jesteśmy w trasie, więc uznaliśmy, że nazwa powinna odzwierciedlać również tę stronę ze-

Foto: Wizards Of Hazards

waliśmy i tworzyliśmy piosenki jako trio. Ale projekt Wizard wciąż żył i po tym, jak Amir dołączył kilka lat temu, zaczął nabierać kształtu. Potem wszystko potoczyło się dość szybko. Zdecydowaliśmy o zmianie nazwy, ponieważ dookoła było zbyt wielu "czarnych czarodziejów". Nie chcieliśmy aby nas mylono lub oskarżano o kopiowanie kogokolwiek. Pomysł wejścia do studia stał się bardzo kuszący. Dowiedzieliśmy się, że Astia-studio w Lappeenranta w Finlandii oferuje usługi w zakresie nagrań magnetofonowych i skontaktowaliśmy się z Anssi Kippo, który następnie poprowadził nas w niesamowitą podróż w głąb brzmienia analogowego. Anssi prowadził badania uniwersyteckie na temat tego, jak dźwięk analogowy może wpływać na ludzi. Byliśmy pod ogrom-

134

WIZAEDS OF HAZARDS

społu (śmiech). Mam parę pytań co do Waszego wizerunku. Zacznijmy od logo. Czym jest ten enigmatyczny symbol? Zostało wyrwane z logo Volkswagena (śmiech). Nie, oczywiście żartuję. Logo zostało ukształtowane z alchemicznego symbolu arsenu tak, że wraz z cieniem tworzy literę W. Nasz basista ma oko do tego rodzaju wizualnych rzeczy - zrobił także okładki naszych albumów i strony internetowe. Na scenie zakładacie habity zakonne. A może to błędne skojarzenie i jesteście pogański mi druidami? Dorastaliśmy w erze takich zespołów jak Kiss

i Iron Maiden, rządzących światem muzycznym między innymi dzięki ogromnym scenografiom. Kiedy tworzysz muzykę z pewnym skupieniem, starasz się przekazać słuchaczom odpowiedni nastrój i jest to łatwe dzięki książeczkom z albumami lub zdjęciom na stronach internetowych. Ale jeśli chodzi o występy na żywo, uważamy, że powinno być też coś dla oka, co wprawi ludzi w taki nastrój. Oczywiście możemy występować w koszulkach i to też robiliśmy, ale jest fajniej, gdy włożysz trochę wysiłku w koncert na żywo. Uważamy, że publiczność również doceni ten mały wysiłek - albo się pośmieją. Nie ma to znaczenia, dopóki ludziom się to podoba. A tak między nami tajemnica polega na tym, że pośpiesznie zamówiliśmy te sukienki z imprezowego sklepu internetowego na cholernie gorący letni koncert, ale jakoś udało nam się zagrać w tym całym pocie. Więc każdy może zdecydować, czy stroje są dla mnichów, druidów czy rycerzy, o ile pamiętają, że jesteśmy Czarodziejami. Opisujecie swoją muzykę, jako inspirowaną wpływami hard rocka i heavy metalu lat 70tych, 80-tych i 90-tych. To bardzo szerokie pojęcia. Moglibyście powiedzieć coś bardziej szczegółowego o Waszych inspiracjach? Z lat 70-tych można wymienić tych wielkich, do których odwołują się wszyscy. Z lat 80-tych lista też jest całkiem łatwa do ułożenia. Jeśli chodzi o lata 90. to już trudniej jest powiedzieć, który rodzaj muzyki był dla nas inspirujący, ponieważ przechodziliśmy od heavy do thrash, death i black metalu, grindcore'a i industrial metalu, a nawet przez okres punka. Niemniej wytyczną dla Wizards Of Hazards zawsze były nagrania z epoki analogowej, kiedy sam album był arcydziełem, dziełem sztuki, które można było odkrywać godzinami. Obecnie wydaje się, że na przykład teksty nie mają znaczenia, ponieważ nikt nie ma czasu, aby ich naprawdę słuchać. To smutne i wcale nie tak dalekie od prawdy. Podobno utwory na "End of Time" powstawały na przestrzeni dwóch różnych stuleci. Trudno w to uwierzyć, bo album brzmi bardzo spójnie. Uchylcie więc rąbka tajemnicy które z utworów należą do poprzedniego, a które do obecnego stulecia? Cóż, większość piosenek na "End of Time" została napisana w latach 2000-2010. Jedynie "Boots of Lead" pochodzi z lat 90-tych, ze starych rzeczy, które nadal mamy i miejmy nadzieję, że pewnego dnia je nagramy. "Horn of Plenty" i "Stoning" powstały kilka lat temu, ale nie są to najnowsze utwory, jakie mamy. W zasadzie wszystko na tym albumie można uznać za raczej stare.


Więc można ten album potraktować jako kompilację utworów wymyślonych na przestrzeni lat, a ostatecznie zaaranżowanych tuz przed jego nagraniem? Tak, można tak powiedzieć. Oczywiście na próbach przed wejściem do studia coś dodawaliśmy, czasem ucinaliśmy niektóre fragmenty, ale piosenki są głównie w takiej formie, w jakiej zostały skomponowane lata temu. Po raz kolejny odniosę się do Waszego opisu płyty, a dokładniej jej tekstów. Piszecie że: "Historie stojące za tekstami są inspirowane starymi wierzeniami i opowieściami z mrocznych czasów" . Z jakich konkretnie historii czerpaliście natchnienie pisząc teksty? W końcu ktoś zaczął wczytywać się w teksty, dzięki za to! Och, ciężko jest wskazać którykolwiek konkretny. Możesz nas zapytać, czy to Kalevala, a my odpowiemy, że tak. Możesz zapytać, czy inspirują nas teksty innych zespołów, a powiemy, że tak. Możesz zapytać, czy to pochodzi ze średniowiecznych pism, filmów Nordic Noir, poezji Roberta Burnsa czy z samego życia, a odpowiedź pozostaje ta sama. Z pewnością można znaleźć proste odniesienia do starych historii, takich jak Don Kichot, Alicja w Krainie Czarów i Flecista z Hamelin, ale nie ma jednego konkretnego. Intryguje mnie szczególnie "Children of the Damned", które zdaje się nawiązywać do tematów chrześcijańskiej eschatologii. Oprócz nazwy sama piosenka nie ma żadnego związku z Biblią czy chrześcijaństwem. Jest to po prostu taka pobudka skierowana do nas wszystkich w zachodniej cywilizacji, aby otworzyć oczy na cierpienia dzieci na całym świecie. Żyjemy w bańce, w której łatwo zapomnieć, że nie każdy z nas ma tyle szczęścia… Przechodząc do warstwy muzycznej, muszę przyznać, że "End of Time" to bardzo wciągający materiał. Jak na doom metal to po pierwsze bardzo chwytliwe, a po drugie na swój sposób… "wesołe" kompozycje. Poczytuję to jako zaletę tego albumu. Czy taki był cel? Nie mogę powiedzieć, że to był cel. Próbowaliśmy uchwycić nasze brzmienie na żywo, energię i atmosferę, która nas otacza zawsze gdy gramy razem. Jesteśmy bardzo, bardzo zadowoleni ze sposobu, w jaki zrobił to Anssi Kippo - po prostu cholernie doskonale. Jeśli daje ci to poczucie radości, też w tym jesteś!

Foto: Wizards Of Hazards

do czasu bywa tam The Sword i Kadavar, a nawet Wolfmother. Najczęściej jednak są to stare rzeczy z lat 70. i 80. Ciekawie było zobaczyć, z jakimi zespołami były powiązane "End of Time" i "Blind Leads The Blind" (EP), zanim się ukazały. Miło widzieć, że więcej zespołów ponownie wydaje winyle, mam nadzieję, że my zrobimy to również w najbliższej przyszłości. Być może znacie polski zespół Evangelist? Łączy Was całkiem sporo. Też grają doom metal, są bardzo tajemniczy, a na swoich rzadkich koncertach ubierają zakonne habity. Do tego podobnie jak Wy, wypuścili w tym roku bardzo dobrą płytę! Szczerze mówiąc, musiałem ich wygooglować i można było znaleźć prawdziwą armię "ewangelistów", dopóki nie doszedłem do tych właściwych... Wysłuchałem i mam wielki szacunek dla chłopaków za ich muzykę i nastawienie! Może któregoś dnia pojedziemy w trasę po Polsce w naszych trzepoczących płaszczach… Ville, muszę Cię spytać o Twoje inspiracje wokalne. A to dlatego że momentami mam wrażenie jakby w zespole Wizards of Hazards śpiewał Blaze Bayley z Iron Maiden! Nie zdziwiłoby mnie gdybym nie był pierwszym który wpadł na takie porównanie. Prawidłowo, nie jesteś pierwszym który to wymyślił, chociaż były porównania do wszelkiego rodzaju mistrzów wokalnych, co zaskakuje i

zawstydza mnie. Podobieństwo do Blaze'a to szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ tak naprawdę nie słuchałem zbyt często jego utworów. Jeśli chodzi o inne inspiracje wokalne, to są dziesiątki wspaniałych wokalistów z różnych gatunków, których uwielbiam słuchać i którzy mnie zainspirowali. Oprócz oczywistych, takich jak Ozzy, Dio i Gillan, jest też na przykład Tom Jones, Shirley Bassey i Marvin Gaye. Jednak jeśli chodzi o Wizards Of Hazards, nie chcę brzmieć jak ktokolwiek inny: chodzi tylko o to, co wydobywa ze mnie muzyka i jak lubi śpiewać ukryty we mnie Czarodziej. Jakie plany na przyszłość? Praca nad kolejną płytą? Trasa koncertowa? Ten cholerny Covid musi się przecież w końcu uspokoić. (śmiech) W najbliższej przyszłości planujemy ponownie udać się do studia, aby nagrać więcej oldschoolowej ciężkiej muzyki, która czeka w naszych szufladach: jest tam dużo nowego i starego materiału - nieskończenie wiele dobra. A potem kto wie, co przyniesie przyszłość; będziemy mieć otwarty umysł i grać dla tych, którzy lubią to co oferujemy. Wielkie dzięki za interesującą rozmowę ostatnie słowa na zakończenie? Rock on hard and stay healthy! Piotr Jakóbczyk

Czy czujecie się jeszcze jak debiutanci? Macie za sobą konkretne doświadczenie jako muzycy, a jednak trudno mówić o jakiejś rozpoznawalności w kontekście Black Wizard. Tak, jako zespół jesteśmy debiutantami i jest to trochę dziwne, ale z drugiej strony też odświeżające. Przez lata wszyscy robili mniejsze lub większe rzeczy przy innych projektach, ale wydaje się, że ta saga dopiero się zaczęła. Mamy dużo materiału czekającego na włączenie do naszego repertuaru i miejmy nadzieję, że dostaniemy nowe szanse, aby zagrać go na płytach, a także na scenie. Tradycyjny doom ma się obecnie całkiem nieźle. Jesteście na bieżąco z tą sceną? Słuchacie nowości? Słuchamy wszelkiego rodzaju zespołów, chociaż głównie tych starszych, i nie ograniczamy się do żadnej sceny. Na przykład u naszego gitarzysty goszczą teraz płyty winylowe kilku Szwedów, takich jak nowszy Candlemass, Witchcraft i Horisont, a regularnie od czasu

SHES OF ARES

135


Czekając na zielone światło Monarch byli na fali wznoszącej, mieli plany i nadzieje na ich realizację, ale od marca ubiegłego roku są w takiej sytuacji co niezliczone rzesze muzyków z całego świata. Dobrze przynajmniej, że przed pierwszym lockdownem zdołali niemal w całości nagrać drugi album "Future Shock", by później już tylko ten materiał dopracować. Gitarzysta Casey Trask nie bez powodu ma podstawy do optymizmu, bo ta płyta faktycznie może być dla Monarch punktem zwrotnym. HMP: Nieźle musiałem się naszukać, nim trafiłem na wasz zespół w sieci - wygląda na to, że wśród thrashowych kapel z USA nazwa Monarch była i jest dość popularna? Casey Trask: Właściwie nie natknęliśmy się na żaden thrashmetalowy zespół o tej samej nazwie. Jest za to zespół doomowy z Francji i psychodeliczno-rockowy z naszego miasta San Diego w Kalifornii. Na pewno wyróżniają nas muzyka i oprawa wizualna, poza tym nigdy się tym nie martwiliśmy, wszystkim życzymy powodzenia i sukcesów. Nie obawiacie się, że wybór akurat tego szyldu nieco was ograniczy, bo ludzie będą najzwyczajniej w świecie mylić wasz zespół

Cóż, większość z nas była w tym czasie w liceum, a zespół tak naprawdę zaczął działać kilka lat wcześniej, kiedy mieliśmy 15 lat. Byliśmy po prostu niezorganizowanymi dzieciakami, którzy rozstali się na kilka lat po tym, jak nasz ówczesny gitarzysta/wokalista Aaron Chipp-Miller opuścił grupę. W tamtych czasach pojawiło się wiele pomysłów na pierwszy album, ale kiedy się rozstaliśmy, po prostu wszystko zostało wstrzymane. Zespół nie był niczym poważnym, dopóki znów się nie spotkaliśmy i zaczęliśmy współpracę z niesamowicie utalentowanym gitarzystą/wokalistą Mattem Smithem. Zebraliśmy kompozycje, które mieliśmy z dawnych czasów, każda z nich została nieco zmodyfikowana

nam to świetny pomysł na to, co musimy zrobić w następnym roku i udało się. Udział w Wacken Metal Battle USA chyba sporo wam dał w sensie popularności, szczególnie wśród tych najbardziej aktywnych fanów metalu, chodzących na koncerty i kupujących płyty, czego nie można przecenić? Tak to było więcej, niż mogliśmy sobie kiedykolwiek wymarzyć. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że dano nam tę szansę. Prawdopodobnie zyskaliśmy setki, jeśli nie tysiące nowych fanów i po prostu mogliśmy grać te kawałki, w które włożyliśmy tak wiele, dla tak licznych, nowych ludzi. Nic nie może tego zastąpić. Zespołów metalowych jest tyle, że naprawdę trudno je zliczyć, więc każda szansa szerszej promocji jest dla nieznanej grupy na wagę złota? Tak, nawet nie próbowałbym policzyć ich wszystkich (śmiech). Sama liczba zespołów na Wacken 2019 była niesamowita. Mieli tam ogromne tablice z harmonogramem, gdzie były dosłownie setki zespołów. Ale jeśli wtedy ktoś po raz pierwszy usłyszał naszą muzykę, to już był sukces. To jakbyśmy znaleźli największą sieć, na jaką byłoby nas stać i zamieścili w niej informacje o naszej muzyce, która pocztą pantoflową rozejdzie się po niej całej, dzięki czemu ludzie, jak przypadnie im do gustu, zaakceptują ją. Mogliście więc spoglądać w przyszłość z pewnym optymizmem, bo pracowaliście już nad drugim albumem "Future Shock". Marzec 2020 roku zmienił jednak wszystko - to był ogromny cios dla całego świata, muzyki metalowej również, ale nie załamaliście się, kontynuowaliście prace nad nową płytą? Do tego czasu album był już prawie nagrany. Straciliśmy wtedy naszego basistę Alexa Pickarda, ale mogliśmy ponownie nagrać partie, które potrzebowaliśmy w naszych domowych studiach i wysłać całość bezpośrednio do Seana Tolleya z Clarity Recordings w El Cajon w Kalifornii. Od tamtej pory było to tylko tam i z powrotem, z miksami i wszystkimi drobniejszymi szczegółami, więc nie było potrzeby dalszej pracy w studiu.

Foto: Monarch

z tymi innymi, nawet jeśli już nie grają? Nasza nazwa została wybrana bardzo dawno temu przez członków, których już nie ma w zespole. Nadal są dobrymi przyjaciółmi, ale myślę, że to tylko flaga, którą niesiemy i to z dumą. Według mnie jest tak wiele zespołów, nazw i ludzi na świecie, że w pewnym momencie możesz mieć taką samą nazwę lub pomysł, jaki miał już wcześniej ktoś inny. Za to liczy się to, co z tym zrobisz, jaką nadasz wyjątkowość swojej muzyce. Jedno słowo może znaczyć wiele rzeczy dla różnych ludzi. Powstaliście w roku 2008, zapewne na ówczesnej powrotnej fali popularności thrashu, ale werwy starczyło wam wtedy tylko na EP "Dawn To Night" - granie w innych zespołach było bardziej absorbujące, Monarch był początkowo tylko takim niezobowiązującym projektem?

136

MONARCH

oraz dostroiliśmy gitary nieco niżej. W ostatnich latach ta sytuacja uległa jednak zmianie: debiutancki album "Go Forth... Slaughter", zwycięstwo w Wacken Metal Battle USA 2019 - czasem bywa tak, że pewne sprawy muszą poczekać, ale kiedy już się za nie zabierzemy, to efekty potrafią zadziwić? Tak, byliśmy absolutnie podekscytowani tym, że wygraliśmy Wacken Metal Battle USA. W tamtym czasie "Go Forth... Slaughter" był naszym jedynym krążkiem, ale byliśmy mocno zaangażowani w pisanie następnego albumu, więc tak właściwie inne utwory zdobyły nam ten tytuł: kompozycje, których ludzie jeszcze nie słyszeli, co było naprawdę fajne. Braliśmy udział w tym konkursie już rok wcześniej i awansowaliśmy do drugiej rundy, ale to nie był nasz czas. Jednak przyniosło

Najgorsze w tej sytuacji byłoby chyba odpuścić, dać sobie na wstrzymanie, co akurat dla Monarch mogłoby być ogromnym ciosem, bo na coś takiego może pozwolić sobie grupa już znana, z dużą bazą fanów, etc.? Cóż, wszyscy jesteśmy dość dobrymi przyjaciółmi, zwykle widujemy się codziennie. Kilku z nas pracuje nawet razem w szkole muzycznej, więc zachowujemy ostrożność podczas prób, dzięki czemu wszyscy jesteśmy zdrowi. Na pewno nie ma odpoczynku; aktualnie pracujemy z naszym nowym basistą Gabe Mendezem nad naszym starszym repertuarem, a także nad kilkoma nowymi kompozycjami. Pandemia nie utrudniła wam więc rejestrowania "Future Shock", obyło się bez problemów, udało się ze wszystkim wstrzelić pomiędzy kolejne lockdowny? Byliśmy już w punkcie, w którym praktycznie skończyliśmy nagrywanie, ale nawet teraz możesz nagrać dźwięk studyjnej jakości w swoim domu. Nagranie perkusji było najtrudniejsze, ale zadbaliśmy o to w pierwszej kolejności, zanim to wszystko się wydarzyło. W


rzeczywistości trudniej byłoby się spotkać, gdy nie było pandemii, ponieważ mieliśmy napięty harmonogram pracy, moglibyśmy wchodzić do studia i nagrywać tylko w weekendy. Praca zdalna jest, zdaje się, czymś, do czego będziemy musieli w najbliższych latach przyzwyczaić się, nie tylko w kontekście muzyki. Jasne, da się to wszystko ogarnąć, trudno jednak funkcjonuje się w takiej sytuacji zespołowi, pozbawionemu nie tylko możliwości koncertowania, ale też przeprowadzania prób? Wszyscy wciąż się spotykamy, staramy się też spotykać na próbach, mniej więcej raz w tygodniu. Trzymamy się na dystans, ale brak koncertów to zdecydowanie coś, do czego można się przyzwyczaić. Myślę, że ostatecznie wszystkim wyjdzie to na dobre. Ludzie będą tęsknić za występami, a my będziemy tęsknić za graniem, ale to przyniesie nowy głód i da nam czas, aby usiąść na sekundę i zaakceptować to, że wszystko jest poza naszą kontrolą oraz znaleźć sposób, aby jak najlepiej wykorzystać nasz czas. Kiedy ostatni raz graliście na żywo i jak myślisz, ile potrwa ta sytuacja, że znowu będziecie znowu mogli stanąć na scenie i dać czadu? Właściwie jesteśmy w stanie zagrać kilka małych prywatnych imprez, co zapewniłoby nam świeżość. Dorzucimy też fajne covery, żeby zobaczyć, co możemy z nimi zrobić, a mogą to być "Detroit Rock City" i "I Stole Your Love" Kiss, "Fast As A Shark" Accept, "Welcome Home" King Diamond, "Ram It Down" Judas Priest, "Shattered" Pantery, "Moonchild" i "The Clairvoyant" Iron Maiden. Któregoś dnia chcielibyśmy wydać album z coverami, może to być dla każdego coś fajnego, na co czekamy, a dla nas będzie świetną zabawą. Trudno powiedzieć, kiedy znowu będziemy mogli grać prawdziwe koncerty, myślę, że wielu ludzi odpowiedzialnych za kluby jest teraz przestraszonych i nie winię ich za to. Jestem pewien, że chcą się otworzyć, ale ich odpowiedzialność za koncert oraz za bezpieczeństwo uczestników jest prawdopodobnie o wiele większa. Chcę wrócić go grania, ale przede wszystkim chcę, żebyśmy wszyscy byli zdrowi. Pewnie tęsknicie za tym podwójnie, tym bardziej, że "Future Shock" to materiał stworzony do prezentacji na żywo? Cóż, zabawne jest to, że gramy te kawałki na żywo od kilku lat. Myślę, że zanim będziemy gotowi do powrotu i zagrania koncertu, będziemy mieli kilka kolejnych nowych utworów do zagrania. Zawsze staramy się utrzymywać tempo i dążyć do wspólnego celu. Fajnie jest mieć do wyboru kilka kompozycji więcej, ale myślę, że wszyscy tylko czekamy na zielone światło aby ruszyć z występami. Wielu muzyków twierdzi, że nagrywanie płyt jest OK, lubią to, ale jednak dopiero możliwość koncertowania z nowym materiałem daje im najwięcej frajdy. Teraz nie ma o tym mowy, a tak, jak można sobie wyobrazić koncert muzyki klasycznej czy jazzowy z rygorami, dystansem i z miejscami siedzącymi, to już metalowy nie bardzo - nie masz poczucia, że metal został przez pandemię odcięty od swej esencji, życiodajnych korzeni?

Foto: Monarch

Zawsze myślałem, że nagrywanie jest naprawdę fajne, to jak malowanie obrazu: próbujesz nadać mu porządek, ale zachowujesz charakter i osobowość, o ile dobrze znasz swoje utwory. Perfekcyjne wykonywanie niektórych riffów przez Matta podczas nagrań staje się męczące, ale on sprawia, że jestem lepszy jako muzyk (śmiech). Społeczność jest zdecydowanie największą atrakcją w metalowej kulturze i tak, jesteśmy teraz odcięci od grania, ale wszyscy cierpimy razem. Jednak internet trzyma nas wszystkich zjednoczonych i czekających. Śledzę świetne grupy na Facebooku, na których ludzie nieustannie dzielą się nowymi zespołami. I o ile potrafisz przesiewać całe ich ego i negatywne nastawienie, znajdziesz tam kilku niesamowitych ludzi i zespołów, które są po prostu w to zaangażowane z miłości do metalu. Jestem dumny z bycia częścią tej społeczności. "Future Shock" to wasze kolejne samodzielne wydawnictwo - nie szukaliście wydawcy, chcecie być dla siebie i sterem, i okrętem, decydować samodzielnie o wszystkim? Na razie wydaje nam się, że poradzimy sobie z większością ciężkich obowiązków; po prostu nie natknęliśmy się na ofertę, która byłaby dla nas wyjątkowa. Chcemy mieć pewność, że jeśli nawiążemy z kimś profesjonalną relację wymagającą naszej ciężkiej pracy, będzie to koniec końców korzystne dla obu stron. Słyszy się jednak, że wsparcie wydawcy pozwala dotrzeć do liczniejszych odbiorców, zapewnia lepszą promocję - dacie radę wypromować się sami? Zwróciliśmy się do Asher Media o pomoc w promocji nowego albumu i to wyszło nam bardzo dobrze, wieści o nas z pewnością rozprzestrzeniły się. Spotkaliśmy Johna Ashera w Niemczech na festiwalu w Wacken, tam wyraził zainteresowanie pomocą w promocji naszej płyty. Wcześniej pomógł naszym znajomym, którzy potwierdzili, że jest świetny w tym co robi, więc jesteśmy wdzięczni za pomoc, jakiej nam udzielił. Zobaczymy, co stanie się po wydaniu płyty, mieliśmy kilka innych ofert, ale to jest coś, o czym wszyscy będziemy musieli porozmawiać, gdy nadejdzie właściwy czas.

calach (śmiech). Oczywiście niesamowite dzieło Marca Sasso będzie wyglądało doskonale na winylu, ale myślę, że bylibyśmy głupcami, gdybyśmy w dzisiejszych czasach nie zrobili wersji winylowej, a to z powodu ogromnego odrodzenia się ich popularności, nie wspominając o doskonałej jakości dźwięku. Nasi kumple z Glory Or Death Records pomogli nam w ich wydaniu. Skoro Marc pracował wcześniej dla Cage, to wasz kontakt był ułatwiony, a fakt, że ma też na koncie współpracę z Dio czy Halfordem, tym bardziej was rajcuje? Tak, spotkałem Marca kilka razy w Nowym Jorku, gdzie mieszka, podczas trasy koncertowej z innymi zespołami, w których gram, Cage i The Three Tremors. Jest fajnym, normalnym gościem i wszystko, co wymyśla, jest po prostu niesamowite. Tak naprawdę nie mieliśmy nawet żadnych poprawek; pierwszą rzeczą, którą wysłał, było to, co widzicie na okładce. Po prostu od razu powiedzieliśmy: "To wszystko!". Zatrudniliśmy również Stana Deckera, który pracował dla Ross The Bossa i chyba Primal Fear. Zleciliśmy mu wykonanie zabójczego projektu koszulki "Sonic Reaper". Bardzo podoba mi się to, co robi z kolorem. Co więc planujecie na najbliższe miesiące, żeby o Monarch i "Future Shock" usłyszało jak najwięcej fanów metalu? Codziennie docieram do nowych fanów, wysyłając im muzykę i wchodząc z nimi w interakcję. Spróbujemy również nagrać materiał wideo. To naprawdę inspirujące, to co robią teraz niektóre zespoły, kiedy nie mogą grać na żywo. Nasi przyjaciele z Immortal Guardian są mistrzami w promocjach wideo. Mamy zaplanowane wideo, które wkrótce wyjdzie w momencie ukazania się nowego albumu i szczerze mówiąc, po prostu nie możemy się doczekać, aż wszyscy usłyszą cały album. Tak ciężko pracowaliśmy nad tymi utworami i mieliśmy mnóstwo frajdy z ich tworzenia, dlatego fajnie będzie dzielić się nimi z każdym, kto będzie chciał ich posłuchać. Wojciech Chamryk, Szymon Paczkowski, Joanna Pietrzak

Wydacie ten album również na winylu - chyba nie tylko dlatego, że warto w 12" formacie wyeksponować okładkę, autorstwa Marca Sasso? O matko, tak, chcę tę okładkę na dwunastu

MONARCH

137


Odpowiednia nazwa Po wydaniu debiutanckiego albumu thrashers z Insane trochę zwolnili obroty, ale pandemia zmotywowała ich do intensywniejszej pracy. Jej efektem jest udany album "Victims", potwierdzający, że Szwecja nie tylko tradycyjnym czy death metalem stoi. Odpowiadają gitarzysta Erik i śpiewajacy gitarzysta Gustaf. HMP: Zakładając zespół kilkanaście lat temu nawet nie mogliście przypuszczać, że jego nazwa - bardzo popularna wśród metalowców, bo Insane mieliśmy w latach 90. i w Polsce - stanie się jeszcze bardziej aktualna w odniesieniu do obecnych, szalonych czasów? Insane: Jeśli chodzi o nazwę… Nie, szczerze mówiąc, nie mieliśmy pojęcia, jak idealnie Insane pasuje do tego świata. Właściwie ma to znaczenie w większości aspektów naszego życia, także w okresie przedpandemicznym. Nowa era zimnej wojny, trwająca między Wschodem a Zachodem i niekończące się wojny wstrząsające naszym światem oraz coraz bardziej widoczne zagrożenie globalną katastrofą z powodu problemów środowiskowych, broni

dziemy mogli znowu grać na żywo. Myślę też, że większość ludzi jest naprawdę zirytowana i dotknięta obecną sytuacją, co doprowadzi do jeszcze bardziej prawdziwych koncertów i miejmy nadzieję, że dzięki temu pozyskamy jeszcze bardziej oddaną publiczność chodzącą na koncerty. Przynajmniej przez kilka pierwszych lat, zanim ludzie znów się nie rozleniwią. Ale mogę być niewłaściwą osobą by to oceniać, ponieważ tak naprawdę nie przejmowałem się transmisjami na żywo i takimi rzeczami, nie jestem więc na bieżąco z tym tematem. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że koncertowe życie jak najszybciej wróci do normy, a jeśli "pandemiczny" sposób rozpowszechniania muzyki zniknie, to nic nie się nie stanie. Należy również wziąć pod uwagę fakt, że sto

Foto: Insane

138

jądrowej, metalcore'u lub Donalda Trumpa... Tak, Insane całkiem dobrze pasuje do naszego współczesnego świata. Może podobnie myślały inne zespoły o tej samej nazwie?

lat temu świat cierpiał na grypę hiszpankę. W końcu świat tak naprawdę nie zmienił się tak bardzo z powodu tej pandemii, więc może za kilka lat ten cały covidowy też szum zniknie, kto wie?

Myślisz, że pandemia koronawirusa nie dość, że przewartościuje wszystko, to stanie się początkiem czegoś nowego, również w branży muzycznej, którą już teraz widzimy w wersji, której jeszcze rok temu sobie nie wyobrażaliśmy? Świat bez koncertów? Niemożliwe! A tu proszę, nie tylko możliwe, ale i boleśnie realne? To dość trudne pytanie. Wydaje mi się, że niektóre zespoły będą częściej transmitować występy na żywo itp., a może też będzie więcej streamowanych koncertów, nawet jeśli bę-

Sam uzmysłowiłem to sobie jakoś pod koniec marca ubiegłego roku, kiedy okazało się, że pierwszy lockdown na pewno nie będzie ostatnim i nie ma najmniejszych szans, że po dwóch tygodniach wrócimy do świata, jak znaliśmy wcześniej. Miałeś podobnie, czy w twoim przypadku wyglądało to inaczej? Mam podobne odczucia. Minęło trochę czasu, zanim zdałem sobie sprawę, jak naprawdę zła jest sytuacja. Byłem całkowicie pewien, że możemy planować koncerty na jesień 2020 roku.

INSANE

Ale kiedy dotarło do mnie, że tak nie jest, popadłem w depresję. Było to również blisko końca nagrań "Victims", więc nie mieliśmy w ogóle nic zaplanowanego, co było naprawdę smutne. Nie mieszkamy w tych samych miastach, więc kiedy nie mamy planów, rzadko się spotykamy. Właściwie jedynie raz zebraliśmy wszystkich, aby zrobić małą uroczystość z okazji wydania "Victims". Było to kilka tygodni temu i po raz pierwszy od września 2020 roku. Plusem w waszej sytuacji było i jest jednak to, że możecie w takiej sytuacji zająć się pisaniem i komponowaniem - mogło być i tak, że "Victims" właśnie by się nie ukazała, gdyby nie pandemia, skoro od premiery debiutanckiego albumu "Evil" minęło pięć lat, bo nieoczekiwanie zyskaliście więcej czasu, który skwapliwie wykorzystaliście? To częściowo prawda. Mieliśmy bardzo mało zabukowanych koncertów na ubiegły rok i zaplanowaliśmy nagrać album w ciągu 12 miesięcy. Na początku były pewne problemy z lockdownem, który opóźniał proces pisania, ale kiedy faktycznie zebraliśmy się razem, pracowaliśmy naprawdę ciężko przez kilka miesięcy, a potem jesienią weszliśmy do studia. Więc fakt, że nie graliśmy żadnych koncertów, ułatwił nam to, żeby mieć czas na próby i pisanie nowych utworów, ale myślę, że i tak byśmy to nagrali. Miejmy nadzieję, że nagranie i wydanie następnego albumu nie zajmie nam więcej niż pięć lat. Wraz z wiekiem trudno więc wykrzesać w sobie ten entuzjazm nastolatka, dla którego pierwsze demo było niewyobrażalnym osiągnięciem, ale wciąż próbujecie, bo muzyka jest dla was wciąż bardzo ważna? W pewnym sensie tak. Na początku wszystko, co robiliśmy, było związane z zespołem. Wszyscy spotykaliśmy się codziennie w szkole, rozmawialiśmy o zespole i snuliśmy najróżniejsze plany. Nawet jeśli teraz jesteśmy tak samo oddani i entuzjastycznie nastawieni do muzyki, jak i do zespołu, musimy też ogarnąć nasze życia, czego nie było, kiedy w 2012 roku pisaliśmy "Hollow Death". Ale z drugiej strony fajnie jest mieć zespół w dzisiejszych czasach, ponieważ to przywilej, żeby spotykać się, pisać muzykę, organizować i grać koncerty oraz po prostu spędzać wolny czas słuchając muzyki - w przeciwieństwie do naszego normalnego życia. Tak długo, jak będziemy się tak czuć, myślę, że będziemy dalej walczyć i szerzyć thrashmetalowy atak. W samej Szwecji jest od licha metalowych zespołów, a co mówić o reszcie Europy czy świata - liczycie, że znajdzie się wśród nich


miejsce również dla was, że zdołacie przebić się w tym tłoku, nawet w takiej lokalnej skali? Fakt, mamy dużo zespołów. Myślę, że tak było od zawsze i uważam to za dobre. Według mnie jako fana fajnie jest zagłębić się w zasoby muzyki metalowej i znaleźć nowe skarby do słuchania. Obecnie wydaje się, że thrash nie jest tak popularny, przynajmniej nie w Szwecji, więc myślę, że trochę się wyróżniamy, zwłaszcza że gramy thrash już od tak dawna. Ale oczywiście trudno jest przedrzeć się do większej publiczności. Naszym celem jest tworzenie muzyki, której chcemy słuchać, a jeśli napotkamy ludzi, którzy ją doceniają, będziemy za to bardzo wdzięczni oraz cieszyć się, że możemy im ją dać. Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że nie chcemy występować na większych scenach i sprzedawać więcej płyt, ale wiem też, że tak naprawdę jest kilka osób, które nas wspierają i to wystarczy! Metal jest w Skandynawii dość popularny, ale klasyczny thrash wciąż chyba trafia do tych największych maniaków, nie jest szerzej rozpoznawalny, tak jak choćby grupy grające black, co jednak pewnie w niczym wam nie przeszkadza? Jak wspomniano powyżej, myślę, że masz całkowitą rację. Jest kilka klasycznych szwedzkich zespołów thrashmetalowych, takich jak Hypnosia, Merciless, Mezzrow, Agony, ale ogólnie rzecz biorąc, thrash metal nie jest u nas czymś wielkim. Myślę, że Szwedzi bardziej interesują się heavy metalem i death metalem, a jeśli chodzi o thrash, polegają na starych zespołach. Odpowiadając na twoje pytanie, nie przeszkadza nam to. Tak długo, jak będzie podobało się nam grać thrash, będziemy to robić. Stabilny skład też jest niewątpliwym atutem i bardzo ułatwia pracę na każdym etapie powstawania nowego materiału? Absolutnie. Od 2014 roku jesteśmy w zespole z tymi samymi ludźmi i to jest jeden z powodów, dla których zaczęliśmy wypracowywać bardziej efektywny sposób pisania muzyki i organizowania funkcjonowania zespołu. Wszyscy mamy szczególną rolę do odegrania, zarówno muzycznie, jak i praktycznie, co sprawia, że bycie w zespole jest pozbawione rutyny. Hołdujecie klasycznej szkole thrashowego grania, czerpiąc zarówno od zespołów amerykańskich, jak i europejskich - ograniczanie się to początek końca, niezależnie od tego, co się gra? Kiedy stworzyliśmy zespół, byliśmy bardzo przywiązani do amerykańskich zespołów. Wydaje mi się, że młodsze zespoły często zaczynają od Metalliki i Anthrax. Ale kiedy poznaliśmy niemieckie zespoły, a także bardziej ekstremalną muzykę, zdaliśmy sobie sprawę, że możemy tworzyć inny rodzaj thrash metalu niż ten, który próbowaliśmy grać przez pierwsze lata. Obecnie staramy się łączyć ze sobą wpływy różnego rodzaju, myślę, że to jeden z powodów, dla których wiele starych zespołów brzmi tak interesująco i wciąż żyje w porównaniu z wieloma nowymi zespołami. Osobiście wolę wczesne materiały takich zespołów jak Possessed, Mercyful Fate, Sodom, Kreator itp. Ich propozycje wydają się o wiele bardziej dziwne, straszne i agresywne niż wiele innych rodzajów metalu. Myślę, że w ten

Foto: Insane

sposób próbowali dowiedzieć się, do czego chcieli dojść, a muzyka tworzona w tego typu trybie kreatywności jest wciągająca i interesująca, a do tego ma osobisty charakter.

Cieszymy się, że możemy z nimi współpracować. To świetna wytwórnia z wieloma fajnymi wydawnictwami i jesteśmy zaszczyceni, że możemy w niej być.

Wynika to pewnie z waszych muzycznych fascynacji, tym bardziej, że kiedy zaczynaliś cie grać rodzima scena nie miała zbyt wielu zespołów grających w takiej stylistyce? W okolicach 2009 roku było w Szwecji wiele zespołów grających thrash metal. Trochę się spóźniliśmy, ale była taka "scena" z zespołami takimi jak Entrench, Raging Steel, Elimination, Immaculate itp., którą poznawaliśmy w naszych pierwszych latach. Niestety większość z tych zespołów jest dziś nieaktywna. Dla nas to było naprawdę inspirujące widzieć inne zespoły grające ten rodzaj muzyki, ponieważ w naszym rodzinnym mieście od wielu lat nie było zespołów thrashowych, więc byliśmy bardzo podekscytowani, kiedy zaczęliśmy koncertować i spotykać te wszystkie starsze zespoły. Mieliśmy okazję dzielić scenę z niektórymi z nich i nadal jesteśmy bliskimi przyjaciółmi Entrench.

Było warto, choćby z racji kilku wersji nowej płyty: nie tylko cyfrowej, ale wydanej też na CD i w dwóch edycjach winylowych? Będzie też kaseta, zważywszy wasz zauważalny sentyment do tego nośnika? Jesteśmy kolekcjonerami płyt i wydawanie muzyki w fizycznych formatach jest dla nas całkowicie naturalne. Zawsze myślimy o naszej muzyce w kontekście tego, jaki format zamierzamy wydać. Utwory napisane na LP to jedno, a kawałki napisane na demo, EP itp. to co innego. Pisząc materiał na LP uważamy, że ważne jest, aby stworzyć coś zróżnicowanego na obu stronach, co sprawia, że ważne jest, aby dokładnie zaplanować listę utworów. Zauważyłem, że nie ma zbyt wielu ludzi, którzy myślą w ten sposób (poza naszymi przyjaciółmi z różnych zespołów), ale tak jak mówiłem wcześniej, tworzymy muzykę dla siebie, więc uważam, że dlatego nie myślimy zbyt dużo o cyfrowej promocji i wydawnictwach. O wiele ciekawiej jest słuchać prawdziwych płyt. Będzie też wersja kasetowa. Nie jest jeszcze oficjalnie ogłoszona, ale planujemy jej wypuszczenie latem tego roku. Miej więc oczy szeroko otwarte, jeśli lubisz kasety tak samo jak my!

Czujecie, że "Victims" to płyta dla was przełomowa, początek nowego rozdziału w historii zespołu? W pewnym sensie tak myślę. Jesteśmy naprawdę dumni z tego albumu i wydaje się, że jest to płyta, którą próbowaliśmy nagrać przez długi czas. Rozwinęliśmy się jako muzycy oraz ludzie, co umożliwiło nam pisanie utworów, które próbowaliśmy napisać wcześniej, ale nie udało się. W porównaniu z naszą pierwszą płytą "Evil" pracowaliśmy razem znacznie intensywniej przez cały proces twórczy. Tym razem właściwie napisaliśmy kawałki wyłącznie na tę płytę. Mam nadzieję, że płyta spodoba się ludziom i wygląda na to, że wzbudziła trochę więcej uwagi niż "Evil", myślę więc, że to dobry znak. Liczycie, że Dying Victims Productions wam w tym pomoże, sami nie zdołalibyście wypromować "Victims" tak efektywnie, dotrzeć na przykład do polskich mediów? Myślę, że Dying Victims z pewnością nadało temu albumowi dodatkowego smaczku.

Co teraz, kiedy "Victims" jest już wydana? Będziecie czekać bezczynnie na koncerty, czy też przygotujecie coś nowego, choćby mate riał na jakiś split czy EP-kę, które kiedyś tak chętnie wydawaliście? W tej chwili pracujemy nad kilkoma projektami z naszymi innymi zespołami i czekamy, aż będziemy mogli wyruszyć w trasę. Ale mamy kilka pomysłów, których nie umieściliśmy na "Victims" i w ciągu ostatnich miesięcy powstało kilka nowych riffów, więc myślę, że powoli zaczniemy pisać następny album. Ale naprawdę nie możemy się doczekać, aby zacząć promować "Victims" i miejmy nadzieję, że wkrótce nam się to uda. Wojciech Chamryk, Szymon Paczkowski, Joanna Pietrzak

INSANE

139


Jest on bardzo osobisty Bułgaria nie jest krajem, który bezpośrednio kojarzy się z muzyką metalową. Jednak czasami na moim radarze pojawiają się warte uwagi kapele z tego kraju. W tym wypadku jest to kapela, którą najpewniej przypisał bym do nurtu power/thrash. Myślę jednak, że basista zespołu Mosh Pit Justice, Mariyan Georgiev, pomoże mi lepiej określić grany przez nich gatunek muzyki. Opisze również to, co inspiruje zarówno ich, jak i niedawno wydany piąty album "The Fifth of Doom". HMP: Cześć. Czy mógłbyś opisać swój sposób grania? Mariyan Georgiev: Mieszamy amerykański thrash z US power metalem i pewnymi akcentami klasycznego heavy metalu. Możesz również dostrzec parę wpływów bułgarskiej muzyki ludowej. Ogólnie gramy thrash z duża ilością melodii oraz harmonii.

"The Fifth of Doom" został wydany z pomocą naszych przyjaciół (fanów), którzy wsparli nas przy opłacie nagrań i projektu okładki. Proces komponowania przebiegł stosunkowo łatwo. Nie brakowało nam pomysłów, dlatego tak szybko wydaliśmy ten album.

Czy zgodziłbyś się, że gracie coś w stylu mieszanki Forbidden, Artillery oraz Hexx? (śmiech) Można tak powiedzieć. Dorzuć trochę Metal Church, Sanctuary oraz Helstar do tego i dostaniesz przepis na naszą muzykę. Nie za bardzo skomplikowana receptura, ale wciąż interesująca dla słuchacza.

Czy mieliście jakieś problemy z nagraniem lub produkcją tego albumu? Jak przebiegał jego proces produkcji? Nie, wszystko przebiegło płynnie. Znamy się od trzydziestu lat i graliśmy ze sobą w innych zespołach i projektach, więc nie było żadnych problemów, gdziekolwiek byśmy nagrywali. Dobrze się bawiliśmy podczas pracy nad tym albumem, było świetnie.

Czy mógłbyś opowiedzieć nam krótko o waszym poprzednim albumie, wydanym w roku 2019 i zatytułowanym "Fighting the Poison"?

Czy powiedziałbyś, że ludzie są predestynowani do cierpienia? Jeżeli tak to dlaczego? Być może jesteśmy predestynowani do cierpie-

wasze poprzednie? Tak, jest on bardzo osobisty. Wszyscy straciliśmy swoich ojców. Wspomniany utwór został napisany by uczcić ich pamięć. Chcieliśmy zrobić coś, co pozwoli nam o nich pamiętać. Czy "Down We Bleed" ma pozytywne przesłanie? Czy uważasz, że walka do końca zawsze ma sens? Myślę, że walka do końca ma sens, jednak zależy też od powodu, dla którego walczysz. Jeśli walczysz w czyjejś wojnie… wtedy to nie ma sensu. Ale jeśli walczysz by chronić ludzi, których kochasz lub za swoją ziemię - tak, powinieneś walczyć do końca. Czy "The Fifth of Doom" jest albumem kon cepcyjnym? Nie jest konceptem, ale ma powtarzające się motywy. Co sądzisz o "Riders of Doom" Deathrow? Czy słyszałeś ten album? Czy motyw jeźdźców apokalipsy jest czymś, co inspiruje wiele kapel? (śmiech) Oczywiście, że lubimy Deathrow! I tak, uważamy, że motyw apokalipsy jest często obecny w wielu metalowych utworach. "The Four Horsemen" Metalliki czy "Sceptic Apocalypse" Agent Steel od razu przychodzą na myśl. Sami używaliśmy motywów bibilijnych na "The Fifth of Doom". Jak myślisz, czy bułgarska scena nie jest tak popularna, jak być powinna? Cóż, jest wiele dobrych zespołów z Bułgarii, jak chociażby The Outer Limits, The Revenge Project czy Vrani Volosa.

Foto: Mosh Pit Justice

Czy był udany? "Fightinig The Poison" jest naszym najcięższym i najbardziej thrashowych albumem, w którym jesteś w stanie poczuć klimat V10 (silnik dziesięciocylindrowy ułożony w literę V przyp. red.). Znalazło się na nim trochę bardziej politycznie zaangażowanych liryków i wewnętrznych poglądów oraz nadziei. Album był całkiem dobrze przyjęty przez małą, acz lojalną rzeszę fanów. Swoją drogą, chcę podziękować każdemu z osobna za wsparcie, które nam do tej pory daliście. Jesteście najlepsi! Co pomogło wam wydać kolejny album, zatytułowany "The Fifth of Doom" już rok później?

140

MOSH PIT JUSTICE

nia w naszym życiu. Przechodzimy przez bezgraniczne epizody bólu i cierpienia, jednak jesteśmy również zaprojektowani do pokonywania ich i zdrowienia po nich. Poza tym wciąż jest wystarczająco miłości, radości i dobrych chwil, które sprawiają, że warto żyć. Co zainspirowało "Voices Below"? "Voices Bellow" zostało zainspirowane przez sen, w którym słyszałem śpiewający chór dusz zapraszających mnie głęboko do podziemi. Mocno surrealistyczne uczucie. Swoją drogą, jest to jeden z moich ulubionych utworów na albumie. Czy ten album jest bardziej osobisty niż

Co sprawiło, że wzięliście goryla za swoją maskotkę? A co jest bardziej potężnego niż agresywny goryl noszący thrasherską katanę (śmiech)? Myślę, że pasuje dobrze do naszej muzyki. Nazywa się Apeshit, tak swoją drogą (śmiech). Dziękuje za wywiad. Powodzenia! Dziękuje wam za okazję do pokazania się w waszym magazynie. Wszystkiego najlepszego. Pozdrawiamy z wybrzeży morza czarnego! Jacek Woźniak


Bas jest niedocenianym instrumentem Takie zdanie na temat pozycji basu w muzyce metalowej ma Javier Trapero, wokalista meksykańskiego thrash metalowego zespołu Tulkas. W tym wywiadzie przeczytamy także o tym, co chcą przekazać swoją muzyką, w jaki sposób przebiegały prace nad albumem oraz jak dużą estymą darzą "...And Justice For All". HMP: Cześć. Czego nowy słuchacz może spodziewać się po waszej muzyce? Javier Trapero: Nowi słuchacze mogą znaleźć w naszej muzyce odniesienia do staroszkolnego thrashu, zmieszanego ze współczesnymi, bardziej technicznymi i szybszymi elementami nowej szkoły. To wszystko razem tworzy muzykę melodyczną, coś jak thrash na pograniczu z progresywnym metalem. Co chcecie przekazać waszą najnowszą muzyką? "The Beginning of the End" jest idealną ścieżką dźwiękową do zobrazowania obecnej pandemii. Pracowaliśmy nad tą EPką od wczesnego 2019r. i od tamtego czasu chcieliśmy wyrazić muzyką apokalipsę lub coś zbliżonego do niej. Spróbowaliśmy podzielić się cząstką tego, co czujemy, widząc wszystkie światowe problemy dwudziestego pierwszego wieku. Myślimy, że rok w rok zbliżamy się do momentu kulminacyjnego w społecznym, ekonomicznym i ekologicznym kontekście. Być może nadchodzi czas, w którym my wszyscy pójdziemy do diabła (metaforycznie bądź nie). Tak więc możesz usłyszeć w naszych utworach wiele nienawiści, bezsilności, mroku oraz oczywiście parę przełomowych zmian w kompozycjach, które doskonale pasują do tego, jak odbieramy rozwój świata. Niedawno wydaliście wspomnianą EPkę "The Beginning of the End". Co sądzicie o reakcji na nią fanów i prasy? Jest wspaniała. Pomimo aktualnej sytuacji z globalną epidemią, jesteśmy zadowoleni z tego, jak wyszedł nowy materiał. Z Noble Demon Records wspierającym nas, jesteśmy w stanie z naszą muzyką osiągnąć nowe granice. Dostajemy recenzje z całego świata i jesteśmy świadkami niezwykłego odbioru EPki na platformach streamingowych. Czym się różni wasz najnowszy album w porównaniu do waszego poprzedniego długograja, "Take the World"? Uważam, że jest o wiele bardziej techniczny i skoncentrowany niż "Take the World". Na "The Beginning of the End" dodaliśmy zdecydowanie techniczne i progresywne elementy. Sądzimy, że w końcu znaleźliśmy to brzmienie, którego szukamy od momentu powstania naszej kapeli. Czy jesteście zadowoleni z "Take the World"? Czy chcielibyście coś zmienić na tym albumie? Uważam, że był to wspaniały album przejściowy. Pomógł nam wyrobić sobie markę na meksykańskiej scenie metalowej oraz otworzył nam drzwi do międzynarodowych festiwali i koncertów, pozwalając nam iść dalej oraz rozwijać się. Czy powiedziałbyś, że Tulkas przykłada większą uwagę do basu niż inne zespoły? Zawsze wierzyliśmy, że bas jest (zwykle) po prostu niedocenianymi instrumentem w kulturze metalowej, szczególnie w thrash metalu.

Zawsze poświęcaliśmy basowi dużą rolę, co słychać we wszystkich naszych utworach od początku kariery. Uważamy również, że jest to jedna z tych rzeczy, która sprawia, że nasza muzyka jest wyjątkowa. Jak duży wpływ ma Twoim zdaniem chciwość na nasz świat? Ma wielki wpływ. Chciwość jest jedną z głównych sił, które obecnie rządzą światem. Większość obecnie istniejących problemów na pla-

wszystkie utwory na EPce łączy wspólny koncept, którego "Conquer Evil" nie ma. Od strony muzycznej, ten singiel jest bliższy do "Take The World" niż do "The Beginning of the End". Czy mógłbyś opisać jak powstał teledysk do tego utworu? Nagraliśmy w naszym kraju dwa koncerty. Jeden to był nasz występ w Mexico City, zaś drugi na międzynarodowym festiwalu w León. Chcieliśmy tym teledyskiem pokazać oraz podzielić się energią i tym, czego ludzie mogą spodziewać się na naszych występach. Dlaczego wasza interpretacja "The Shortest Straw" znalazła się na najnowszej EPce? Dla nas, "… And Justice For All" jest jednym z najwspanialszych albumów, nawet bez żadnego basu. Jednak gdybyśmy mieli taką możliwość, to skupilibyśmy się bardziej na basie i zagrali trochę szybciej. Nie oddalibyśmy tego za nic na świecie. Poza tym uważamy, że "The

Foto: Tulkas

necie czerpie swoją genezę z żądzy siły, pieniędzy, itd. Czy "Beginning of the End" nie powinien otwierać tego albumu? Chcieliśmy żeby kolejność utworów na EPce odzwierciedlała to, w jaki sposób nasza muzyka ewoluowała. Dla nas "The Beginning of the End" jest tym utworem, w którym dajemy więcej elementów nowego stylu Tulkas, bardziej technicznego i progresywnego. Stąd uznaliśmy, że to będzie idealne zakończenie albumu. Czy zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że głównym tematem albumu mogłaby być teza: człowiek nie jest w stanie być niezależny od sił mocniejszych od siebie? To nie jest tylko to, że człowiek nie jest w stanie być niezależny, ale głównie to, że człowiek często nie chce być niezależny. Przez całą historię ludzkość tworzyła bogów, religie, instytucje oraz rządy dla siebie, by zrzucić winę na coś innego. Nie chcemy być niezależni, bo to by znaczyło, że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za zniszczone społeczeństwo i śmierć planety.

Shortest Straw" jest utworem idealnie pasującym do "The Beginning of the End" pod względem kompozycji i tekstu. Czy możesz powiedzieć trochę więcej o grafice na Waszej EPce? Kto stworzył ją, gdzie i jak? Okładka została stworzona przez Antonio Nolasco, niezwykłego meksykańskiego grafika. Do tej pory stworzył dla nas wszystkie nasze obwoluty (single, EP i LP). Na "In The Beginning of the End" chcieliśmy zaprezentować wszystkie elementy społeczeństwa, które trzymają nas w nieustannym kryzysie. Jak ciężko jest stworzyć w Meksyku muzykę z jakością, jaką przedstawiacie na swoich albumach? W Meksyku są wspaniałe studia nagraniowe jak i producenci muzyczni, nawet jeśli nie są znani poza jego granicami. Od naszego pierwszego materiału pracowaliśmy z Erikiem Monsonizem, hiszpańskim producentem. Wszystkie nasze nagrania zostały zrealizowane w Meksyku. Jacek Woźniak

Dlaczego "Conquer Evil" nie znalazł się na waszej EPce? "Conquer Evil" od początku był singlem, zaś

TULKAS

141


Od punka do thrashu - Nie mamy biznesplanu. Po prostu gramy thrash metal - mówi Doyle Fascinator i drugi album Skeleton Pit potwierdza to w całej rozciągłości. "Lust To Lynch" nie jest do tego tylko łojeniem na najwyższych obrotach, bo nie brakuje na tej płycie utworów, z "The Evil Horde" na czele, potwierdzających, że zespołowi nie brakuje też pomysłów na dłuższe i efektowniejsze utwory. HMP: Kiedy zaczynaliście grać nazwa Pissdolls wydawała się wam odpowiednia, ale z czasem ten szyld chyba przestał wam odpowiadać, stąd pojawienie się poważniejszej nazwy Skeleton Pit? Patrick Options: Tak, nadszedł w pewnym momencie odpowiedni czas na dokonanie zmiany. W tym celu muszę zagłębić się nieco bardziej w historię. Założyliśmy zespół jako nastolatkowie, mieliśmy wtedy jakieś 16 lat. Nawiasem mówiąc, mieliśmy już skład, który

odmienne, bardziej dojrzałe oblicze Skeleton Pit niż przed pięciu laty? Doyle Fascinator: Myślę, że w ciągu tych pięciu lat dojrzeliśmy nie tylko jako zespół, ale także jako ludzie. Oznacza to, że w tym czasie uderza w ciebie wiele wpływów. Nawet najmniejsza zmiana ma na ciebie wpływ i na muzykę, którą słuchasz lub tworzysz. Oczywiście już nie skupiamy się wyłącznie na imprezach i gorzale. Mamy nowe tematy, którym możemy poświęcić czas. Mimo to na nowym albumie

Foto: Skeleton Pit

gra do dzisiaj. Oczywiście nie mieliśmy wówczas żadnego stylu. Jak każdy młody zespół graliśmy kawałki, które lubiliśmy. Utwory Metalliki, Motörhead, Misfits i tym podobnych. Zdecydowanie już wtedy mieliśmy pewien punkowy sznyt. Myślę, że z tej postawy narodziła się również nasza nazwa. Wiele osób zawsze kojarzyło nazwę Pissdolls z zespołem punkowym. Kiedy znaleźliśmy nasz styl jako zespół, było dla nas jasne, że thrash metal i nazwa Pissdolls nie pasują do siebie. Chcieliśmy mieć nazwę, która bezbłędnie pokaże, że jest to zespół thrashmetalowy. Myślę, że poradziliśmy sobie bardzo dobrze i wciąż uwielbiam nazwę Skeleton Pit. W okresie komponowania i nagrywania debiutanckiego "Chaos At The Mosh-Reactor" mieliście chyba nieco inne podejście do tworzenia, będące efektem waszych, stricte podziemnych, korzeni. Przy okazji tworzenia materiału na "Lust To Lynch" doszły też do głosu wasze inne fascynacje, stąd nieco

142

SKELETON PIT

znów pojawiają się stare tematy, ale nieco sparafrazowane. Generalnie ukończenie nowych utworów było długim procesem. Nie powiedziałbym, że jakoś wpłynęły na nas inne rzeczy, ponieważ pragnienie grania mocnego thrash metalu nie zmienia się zasadniczo, nawet w ciągu tych pięciu lat. Old school thrash metal to wasz w pełni świadomy wybór, już od najmłodszych lat wiedzieliście co i jak chcecie grać, zafascynowani thrashowymi gigantami z lat 80.? Doyle Fascinator: Pamiętam nawet całkiem dobrze swoje pierwsze spotkanie z thrash metalem. To było, kiedy pewnego wieczoru jako nastolatek wróciłem do domu pijany i włączyłem metalowy kanał telewizyjny. Testament grał "Practice What You Preach". Ciężkość, wokale, rytm i szybkość. Od razu się zakochałem. Zawsze lubiłem szybki punk i hardcore, ale to otworzyło mi nowy świat. Po takim doświadczeniu wchłaniasz wszystko, co możesz dostać. Tak więc moje własne brzmienie sta-

wało się coraz bardziej wyrafinowane i twardsze. Thrash metal jest nadal moim ulubionym stylem. Fakt, że nie zamierzaliście się zbytnio spieszyć z pracami nad następcą "Chaos At The Mosh-Reactor" był dla was sporym ułatwie niem, wszystko zostało dopracowane co do najmniejszych szczegółów, bo ponad pięć lat to sporo czasu? Patrick Options: Proces pisania i nagrywania utworów nie był dużo dłuższy niż zwykle. Ostatecznie od pierwszego pomysłu do gotowego albumu minęło około dwóch lat. Wcześniej odnieśliśmy spory sukces z "Chaos At The Mosh-Reactor" i zagraliśmy wiele koncertów. Cieszyliśmy się tym wszystkim, ale oczywiście w tym samym czasie mieliśmy już nowe pomysły na kolejne kawałki. Po prostu zajęło nam trochę czasu, zanim podjęliśmy decyzję o nagraniu nowego albumu. Oczywiście pięć lat to dużo czasu, ale jesteśmy w pełni zadowoleni z nowych utworów i uważam, że wskoczyliśmy na wyższy poziom. Jeśli nie czujesz dużej presji, czasem lepiej jest poczekać trochę dłużej, aż pomysły się rozwiną. Seryjna praca typu "płyta co rok, bo tak każe kontrakt/wytwórnia" nie sprawdza się zdecy dowanie. Dlaczego więc wciąż tyle firm i zespołów wpada w taką pułapkę, nie dostrze gając, że same wpędzają się w kłopoty, zmuszając swych podopiecznych do wydawania słabych płyt, których potem nikt ani nie kupi, ani nie posłucha? Toż w dzisiejszych czasach to już nawet nie głupota, ale biznesowe samobójstwo popełniane z pełną premedytacją! (śmiech) Z obecnym wydawcą nie macie, domyślam się, takich prob lemów - są zbyt długo w tym biznesie, by pozwalać sobie na takie błędy, tym bardziej, że Niemcy słyną z solidności? Doyle Fascinator: Zgadza się. Jesteśmy w szczęśliwej sytuacji, że nie musimy co roku wydawać albumu. Mogę mówić tylko za siebie, ale uważam, że pisanie każdego roku nowego albumu dobrej jakości jest wręcz nierealne. Może to dobrze, że nie musimy zarabiać na muzyce. Możemy się nie spieszyć i pozwolić kompozycjom odpowiednio dojrzeć. Współpraca z wytwórnią zawsze była świetna. Niestety nie wszystkie zespoły są w takiej sytuacji. Przynajmniej mam wrażenie, że pod presją czasu niektóre płyty po latach straciły na jakości. Ale w końcu każdy musi sam zdecydować, co jest dla niego dobre. Szanujemy całą wykonaną pracę, bo wiemy, ile trudu za nią stoi. Z drugiej strony czasami "diamenty powstają pod naciskiem". W przeszłości zawsze pracowaliśmy z niemieckimi wytwórnia-


mi, i zawsze dobrze się nam układało. Nie wiemy, czy w innych krajach jest inaczej. Wciąż dopracowujecie wspólnie utwory podczas prób, tak jak powszechnie czyniono to kiedyś, kiedy nie było internetu, plików, etc., a przynajmniej czyniliście tak do momentu pojawienia się koronawirusa? Doyle Fascinator: Szczerze mówiąc, nie napisaliśmy wiele nowego materiału na nowy album w sali prób. Tym razem Patrick i ja zdigitalizowaliśmy wiele pomysłów i fragmenty nowych utworów, a także pozwoliliśmy utworom rozwijać się za pomocą komputera. Oczywiście była to mieszanka pracy w sali prób i domowym studio. Nagrania na nowy album ze względu na Covid zostały przeprowadzone bez większych, zespołowych spotkań. Generalnie, to był szalony rok dla naszej kapeli. Obecnie nie możemy nawet spotykać się na próbach. Patrick Options: Ale w końcu się udało. Udało nam się zagłębiać w szczegóły i wielokrotnie nagrywać wszystkie kompozycje. Dzięki udanej przedprodukcji mieliśmy znacznie więcej czasu na słuchanie powstającego materiału i zmiany w utworach i ich aranżacjach. W zasadzie jesteśmy grupą przyzwyczajoną do prób, ale w przyszłości połączymy te obie metody. Takie podejście wydaje mi się idealne zwłaszcza dla zespołów metalowych czy rockowych, gdzie zespołowa praca przekłada się później na poziom samego materiału czy dobre przygotowanie do sesji nagraniowej? Doyle Fascinator: Tak, próby z zespołem są niezastąpione. Niezwykle ważne jest również, aby grupa pozostawał na fali, a jej duch był wciąż obecny. Wiele pomysłów na muzykę, a nawet na występy na żywo, pojawiają się, gdy wspólnie gramy na próbach. Nasz zespół tworzy nasza trójka i każdy ma swoje pomysły. Czy to chodzi o riffy, prezentację, sprzęt czy wykonanie. To właśnie tworzy zespół. Więc niech żyje sala prób! (śmiech) Uwinęliście się więc z nagraniem nowej płyty naprawdę szybko, bo mieliście konkretną wizję tego materiału, a do tego byliście tak dobrze przygotowani, że wszystko poszło jak z płatka? Patrick Options: Myślę, że jednym z powodów, dla których wszystko poszło tak dobrze, było to, że mieliśmy okazję nagrać gitary i wokale w naszym własnym domowym studio. Stanowiło to pewne odprężenie. Presja nie była tak duża, znajdowaliśmy się w znajomym środowisku i byliśmy wyluzowani. Wyszło nam świetnie i myślę, że to powód, dlaczego nam się udało. Następnie zatrudniliśmy Marcela Kühna do miksowania i masteringu. Wszystko więc było dobrze zaplanowane i otrzymaliśmy dokładnie taki rezultat, jakiego chcieliśmy. Cały proces tworzenia nowego albumu był świetną zabawą. Nie bez podstaw obstawiam, że zależało wam na konkretnym, mięsistym i pozbawionym cyfrowego posmaku brzmieniu - za dużo już tych syntetycznych, pozbawionych mocy dźwięków na metalowych płytach? Doyle Fascinator: Niekoniecznie. Myślę, że to absolutnie zależy od gatunku, jaki grasz. Najważniejsze, żebyś był zadowolony z brzmienia. Dopiero wtedy odnajdujesz się w tym, co robisz. W ogóle jest nie możliwe, abyś za-

dowolił wszystkich. Jeden pokocha twoje brzmienie, drugi go znienawidzi. Kogo to obchodzi? Nie możesz uszczęśliwić wszystkich. Ciesz się i buduj swoje brzmienie tak, jak chcesz go słyszeć. W sumie wolimy bardziej analogowe brzmienie.

oczach naszych fanów. Jesteśmy zdecydowanie zespołem grającym na żywo, tam możemy najlepiej wyładować naszą energię. Myślę, że jest to również zauważalne podczas naszego występu. Chcemy tylko jak najszybciej ponownie zobaczyć spoconych fanów thrashu.

Tęsknisz za czasami, kiedy technik uruchamiał taśmę, a zespół, bądź pojedynczy muzyk, zaczynał grać i wszystko było w jego rękach, a nie możliwościach komputerów? Doyle Fascinator: Dziś nie jest inaczej. Tylko wtedy, gdy dostarczasz coś wspaniałego, możesz uszczęśliwić swoich fanów. Nawet zespoły, które używają dużo więcej technologii niż my, muszą grać dobre występy, aby uszczęśliwić swoich fanów. Myślę, że szczególnie na żywo nie można wiele ukryć. Musisz dawać

Też macie tak, jak wiele innych zespołów: nagrywanie płyt jest fajne, ale dopiero w trasie ma się największą frajdę z grania nowych numerów, bo dochodzi do tego interakcja z publicznością, przepływ energii, a do tego imprezy, więc nie możecie się już tego doczekać? Patrick Options: Jak najbardziej. Nagrywanie jest w porządku, ale z pewnością nie jest naszą ulubioną czynnością. Po prostu nasze miejsce jest na festiwalowej scenie. Nie możemy się

Foto: Skeleton Pit

wszystko na tacy i zniszczyć tę pierdoloną scenę. To jedyny sposób. Ale oczywiście korzystamy z nowszych technologii. Nie jesteście więc, mimo młodego wieku, niewolnikami nowoczesnych technologii? Jakby co dalibyście sobie radę w każdej sytuacji, nawet w 100 % studio analogowym? Patrick Options: Nie mogę tego ocenić. Jeszcze nie nagrywaliśmy w pełni analogowym studiu. Obrana przez nas droga - do tego momentu - zawsze się sprawdzała. Jednak byłoby to dla nas trudne, ponieważ wszyscy jesteśmy bardziej muzykami scenicznymi niż muzykami studyjnymi, ale myślę, że moglibyśmy to zrobić. Po prostu trzeba ćwiczyć jeszcze więcej. Co istotne "Lust To Lynch" jest płytą znacznie intensywniejszą, bardziej urozmaiconą od debiutu - tym większa szkoda, że nie będziecie mogli prezentować tego materiału na żywo, przynajmniej w najbliższych miesiącach? Doyle Fascinator: To totalna katastrofa. Szczególnie rozczarowujące jest to, że jako zespół nie mamy jak świętować wydania nowego albumu. Nie mieliśmy nawet okazji wykonać na żywo ani jednej nowej kompozycji. W każdym razie, narzekanie jest bezużyteczne. Po prostu oszczędzamy energię i w odpowiednim momencie eksplodujemy na

doczekać, aby ponownie zagrać na żywo. Widzieć ludzi, czuć fanów, odczuwać poziom głośności i oczywiście towarzyszące temu imprezy. Po koncercie kilka piw z fanami i wymiana pomysłów. Ogromnie za tym tęsknimy. Z dnia na dzień radzenie sobie z tą sytuacją staje się coraz trudniejsze. Mamy tylko nadzieję, że wkrótce powróci jakaś normalność. Do tego czasu szykujemy się w domu, żeby znów się zabawić. W thrash metalu też będzie powoli następować zmiana warty, starsze zespoły, tak jak niedawno Slayer, będą odchodzić, jak więc widzisz przyszłość Skeleton Pit za 10-15 lat? Doyle Fascinator: Trudno powiedzieć. Myślę, że staramy się umocnić swoją pozycję na scenie thrashmetalowej, zarówno w kraju, jak i za granicą. Mamy nadzieję, że w przyszłości będziemy mogli grać więcej za granicą. Chcemy również sprawdzić, czy możemy wyruszyć w jakieś trasy. W przeciwnym razie zobaczymy, co się stanie. Nie mamy biznesplanu. Po prostu gramy thrash metal. Wojciech Chamryk, Szymon Paczkowski

SKELETON PIT

143


Pokora, zapał i pasja Nie spodziewałem się, że otrzymam tak wyczerpujące i ciekawe odpowiedzi. John Lutzow okazał się szalonym gadułą i prawdziwym maniakiem technologii. To nie przypadek, że człowiek tak bogaty intelektualnie tworzy tak pokręconą muzykę. Jeśli twórczość Fates Warning czy Dream Theater powoduje u was szybsze bicie serca, to na pewno Leviathan na dłużej zagości w odtwarzaczu. Myślę też, że po przeczytaniu tego wywiadu wyjątkowość tej formacji i sympatia do niej wzrośnie o kilka punktów. Dlaczego? O tym poniżej… HMP: Cześć John! Cieszę się, że znalazłeś chwilę na zapoznanie się z treścią pytań. Dla wielu osób będzie to okazja do poznania muzyki Leviathan, a myślę, że warto, ponieważ gracie ciekawe rzeczy. Chciałbym od razu zapytać o przepis na to, w jaki sposób utrzy mać skład zespołu przez długi czas? John Lutzow: Cześć. Dziękuję za skontaktowanie się ze mną i danie mi okazji udzielenia tego wywiadu. Jeśli chodzi o utrzymywanie zespołu razem lub jakiekolwiek relacje w tej sprawie, sprowadza się to do otwartej komunikacji. Gdy stworzyliśmy Leviathan zawsze uważaliśmy, że znalezienie dobrych ludzi jest lepsze niż posiadanie najlepszych muzyków. Ponieważ jestem teraz jedynym pozostałym członkiem (z pierwszego składu), łatwiej jest funkcjonować jako zespół, kiedy jest się bardziej studyjnym projektem, niż gdybyśmy spotykali się w jednym mieście. Perkusista mieszka na Hawajach, drugi gitarzysta, z którym pracuję, mieszka w Północnej Kalifornii, a Raphael w Sao Paulo w Brazylii. Pytam, ponieważ tak naprawdę nową osobą w szeregach grupy jest wokalista Rafael Gazal, z którym nagraliście dwie ostatnie płyty. W czym przekonał Ciebie i chłopaków Rafael, że to akurat on stał się następcą Jeffa Warda? Jestem bardzo szczęśliwy, że znalazłem Raphaela. Jest niesamowitym muzykiem i fenomenalnie utalentowanym wokalistą. Nie była to trudna decyzja, by uznać go za najlepszego, który zastąpi Jeffa Warda. Po naszych koncertach w 2010 roku, Jeff tak naprawdę nie angażował się na tyle, jak było to wymagane do funkcjonowania na tym poziomie. Wciąż pomagał, śledząc wokale na kilku albumach, ale nie było muzyki w jego sercu. Poza tym,

Foto: Leviathan

144

LEVIATHAN

on i ja oddaliliśmy się od siebie i ostatnio mamy bardzo różne poglądy polityczne i ideologiczne, które uniemożliwiają spotkanie się osobiście. Leviathan istnieje już, z przerwą, trzydzieści dwa lata. To szmat czasu. Powiedz John, co uważasz za swój największy sukces z formacją? Leviathan był moim życiem odkąd skończyłem dziewiętnaście lat. Coś takiego, co pochłonęło tyle czasu, pieniędzy i duszy, po prostu staje się częścią ciebie. Uważam, że to, co zrobiliśmy na naszym albumie "Deepest Secrets Beneath", jest naszym największym sukcesem. Otrzymaliśmy świetną prasę z głównych wydawnictw, takich jak Guitar, Guitar World, Hit Parader, Modern Drummer, RIP, Rolling Stone itp. Nasza sprzedaż albumu "Deepest Secrets Beneath" była świetna (chociaż nigdy nie zarobiliśmy na nim ani grosza). Ten sukces zapewnił nam kontrakt z Century Media i wydanie albumu "Riddles, Questions, Poetry & Outrage", który dał nam możliwość zaprezentowania utworu na płycie poświęconej Judas Priest. Czad! Niestety, nasza relacja z Century Media pogorszyła się i doprowadziła do naszego upadku. Wyewoluowaliście z power metalu na jego progresywną odmianę. Wasze płyty, jak np. "Beholden To Nothing, Braver Since Then" czy też ostatnia "Words Waging War" stały się bardzo złożone. Postawiliście na klimat i bogactwo instrumentalne. Ta zmiana przyszła naturalnie czy jednak od początku miałeś chęć grania czegoś bardzo, hmm, intelek tualnego? Ewolucja naszego brzmienia między pierwszą EP a albumem "Words Waging War" została

zapoczątkowana przez zmianę autorów muzyki. Ron Skeen i jego tekściarz napisali wszystkie kawałki na EP. Kiedy wyszło "Deepest Secrets Beneath", zmiana warty była w toku. Zacząłem pisać większość materiału. Sześć z dziewięciu utworów na tym albumie. Sześć z dziewięciu kawałków na albumie "Riddles, Questions, Poetry and Outrage" i jedenaście z piętnastu kompozycji na "Scoring the Chapters". Ron stał się bardziej managerem Leviathana niż gitarzystą czy twórcą. Był trochę starszy od reszty z nas. Kiedy Leviathan rozwiązał się w 1998 roku, Jeff Ward, Trevor Helfer, Derek Blake i ja planowaliśmy kontynuować bez Rona. Pomyśleliśmy, że musielibyśmy zmienić nazwę grupy, ponieważ Ron nadal był właścicielem znaku towarowego Leviathan. Frustracja związana z próbami znalezienia motywacji w muzyce po tym, jak biznes muzyczny skopał nam tyłki, była wielka. Naprawdę zniszczyła naszą motywację i nadzieję, że damy radę zwyciężyć. Doprowadziło to do tego, że wszyscy przez chwilę szliśmy w różnych kierunkach. Derek i ja pracowaliśmy razem przy projektach pobocznych i koncertach akustycznych, ale nie pisaliśmy nic cięższego przez wiele lat. Wracając do pierwotnego pytania, obecne brzmienie i styl Leviathan jest kierunkiem, w którym zawsze chciałem iść. Jeśli porównasz materiał, który napisałem na "Deepest Secrets Beneath", "Riddles, Questions, Poetry and Outrage" lub "Scoring The Chapters", nie ma aż tak wielu różnic między nowszym materiałem, który teraz publikujemy. Jestem produktem moich wpływów, jak każdy twórca. Są one widoczne w moich kompozycjach. Poruszyłem już kwestię ostatniej płyty. Przyznam, że album "Words Waging War" mi się podobał. Wcześniej nie trafiłem na Waszą muzykę, dopiero niedawno zapoznałem się z kilkoma rzeczami. Czy praca nad tym krążkiem różniła się jakoś znacząco od prac nad poprzednimi? Główna różnica między "Words Waging War" a kilkoma ostatnimi albumami, które wyprodukowałem, sprowadza się do miksu. W przeszłości sam zajmowałem się nagrywaniem i produkcją we własnym studiu. Obejmowało to miksowanie, które okazało się błędem, który staram się przezwyciężyć. Z każdym dniem jestem coraz lepszy w produkcji w moim studio, ale ograniczenia są oczywiste. Chciałem spróbować wrócić do jakości produkcji, jaką mieliśmy w latach 90-tych. Wymagało to współpracy z prawdziwym studiem i


inżynierem. Skontaktowałem się z naszym starym producentem, Jimem Morrisem z Morrisound. Bardzo chciałbym z nim pracować, ale nie stać mnie na jego stawki. Następnie sięgnąłem do następnego, bardziej logicznego wyboru. Kevin Clock, właściciel Colorado Sound. To jest studio, w którym została nagrana większość naszego starszego materiału. Kevin zmiksował i opracował oba albumy Titan Force, które uwielbiam. Byłem więc niesamowicie wdzięczny, że zgodził się współpracować z Leviathanem. Pracował w ramach mojego budżetu i dostarczył coś, z czego jestem niezwykle dumny. Brzmienie "Words Waging War" jest dokładnie takie, jakie powinno być. Czy wobec tego możesz zdradzić jak rozplanowujecie tworzenie nowych utworów Leviathan? Używacie do tego specjalnego klucza, a może stawiacie na naturalny rozwój pomysłów i burzę mózgów? Będąc maniakiem technologicznym, polegam na narzędziach usprawniających tworzenie moich kompozycji. W latach 90-tych zaczęliśmy grać razem z technologią "click track" i sekwencerami, aby zapewnić brzmienie naszego albumu podczas występów na żywo. Wymagało to zaprogramowania utworu na midi syntezatorze. Obecnie piszę riffy organicznie na gitarze lub klawiszach, jak każdy, kto bierze swój instrument i zaczyna grać. Kiedy mam kilka wartościowych pomysłów, zapisuję je jako notację w moim oprogramowaniu DAW. Na tym etapie nie ma znaczenia, w jakim tempie, tonacji czy metrum się znajdują. Po jakimś czasie, gdy mam wystarczająco dużo pomysłów, zaczynam składać je w szkielet utworu. Zaletą pisania i komponowania w ten sposób jest to, że surowe dane są już w komputerze. Mogę nimi manipulować w dowolny sposób. Następnie rozwijam utwór jako przed produkcję z zaprogramowanymi bębnami, basem, gitarą, klawiszami, wokalami itp. Modyfikuję kompozycję, aż uzyska odpowiednią płynność. Następnie przygotowuję pliki dla perkusisty, aby zastąpić bębny z midi jego prawdziwymi pomysłami. Udostępniamy pliki przez Dropbox lub dysk Google. Odzyskuję perkusję, dokładam bas i gitarę rytmiczną, a następnie wysyłam pliki do Raphaela. On dodaje swoją magię. Później dopieszczamy utwory warstwami i dźwiękami, aż otrzymam jakościowy wstępny miks. Ostatnim krokiem jest wysłanie poszczególnych utworów do Kevina, aby mógł miksować. Po wybraniu miksu spotykam się z nim w studiu i finalizuję wynik. Muzyka, jaką proponujesz z Leviathan, skojarzyła mi się z dokonaniami Fates Warning czy też Dream Theater. Pobrzmiewają też echa starego, dobrego rocka progresywnego. Jeśli mógłbyś się chwilę zastanowić to co jest Twoją inspiracją do pisania własnej muzyki? Wspomniałem o tym wcześniej. Ludzie są produktami naszego środowiska. Rozwijamy naszą kreatywność, ucząc się z jak największej liczby różnych wpływów. Posiadanie bardzo eklektycznych gustów muzycznych pomaga poszerzać nasze możliwości. Jestem niezmiernie dumny, że kojarzę się z legendami, takimi jak Fates Warning czy Dream Theater, ale myślę, że Leviathan stworzył unikalne brzmienie i pod każdym względem rozwijamy się bardziej niż inne zespoły progresywno-metalowe. Ponieważ jesteśmy stosunkowo nieznani

i nie ograniczamy się do sukcesu, mogę tworzyć muzykę, która nie musi pasować do zatwierdzonej struktury. Najprawdopodobniej jest to dobra a zarazem zła rzecz. Zdarza Ci się czasem korzystać z jakichś niewydanych pomysłów, kiedy kreujesz nowe kawałki Leviathan? Jeśli chodzi o stare pomysły, to tak, wiele kompozycji, które nigdy wcześniej nie zostały wydane, w ostatnich latach zostało przerobionych i wykorzystanych na albumach Leviathana. John, jak starasz się nie zwariować w tym t r u d n y m o k r e s i e z w ią z a n y m z p a n d e m i ą ? Paradoksalnie ten nadmiar wolnego czasu, jaki dostaliśmy w kontekście lockdownu, może przyczynić się do powstawania nowych rzeczy. Zdarza Ci się siadać częściej do tworzenia czy może wręcz przeciwnie - robisz sobie dłuższe przerwy? Praca nad nowym materiałem sprawia, że jestem skupiony na czymś, więc nie daję się zbytnio wciągnąć w piekło, jakim jest współczesne życie. Polityka i pandemia mogą być naprawdę inspirujące lub druzgocące. Spędzanie czasu z moją żoną i synem daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jestem zagorzałym fanem motocrossu, więc jazda na torze, utrzymuje mnie w formie fizycznej. Lockdown nigdy nie spowodował u mnie żadnej przerwy. Pracuję w IT, więc w lutym ubiegłego roku obciążenie pracą wzrosło drastycznie, ponieważ większość świata zaczęła pracować zdalnie. Chciałbym odpocząć. Następny album, który chcemy wydać w 2022 roku, jest prawie w połowie ukończony. Piszę razem ze starym przyjacielem z Kalifornii. Mamy zamiar wydać nowy materiał na winylu, jako gadżet kolekcjonerski z okazji naszego 30-lecia. Numerowany winyl plus płyta CD zawierająca wszystkie niewydane dema z lat 90-tych oraz koszulkę. Spoglądam w dyskografię Leviathan i widzę, że wydaliście tylko jedną płytę koncertową "Leviathan Ressurected" z 2010 roku. Jesteś z niej zadowolony? Myślałeś może nad tym, żeby po dziesięciu latach znów sportretować grupę nagraniami na żywo? Mamy nadzieję, że znajdziemy organizatora koncertów, który w 2022 roku zaprosi nas do Europy na kilka występów. Jeśli znajdziemy kogoś, kto pomoże nam finansowo, zarezerwujemy tyle koncertów, ile będzie to możliwe logistycznie. Jeśli nie zdołamy wrócić do Europy, możemy zarezerwować występ w nowym miejscu należącym do Kevina Clocka i zarejestrować wersję na żywo albumu, który planujemy na rok 2022. To album koncepcyjny o długości 44 minut. Ten materiał jest świetny, aby zademonstrować moc perkusji Kyle'a i głosu Raphaela oraz naszego nowego sposobu pisania muzyki. Chciałbym zapytać o tematykę tekstów. Poruszacie dość poważne zagadnienia dotyczące spraw społecznych, etyki, moralności… Jakie, według Ciebie, utwory Leviathan z całej kariery zasługują na szczególną uwagę i skąd akurat taka tematyka? Teksty zawsze były dla mnie najważniejszym elementem muzyki. Jednymi z moich najbardziej znaczących i osobistych materiałów są utwory, które napisałem na "Words Waging War", poświęcone mojemu synowi, Leviemu. Również kawałek z naszego albumu "Can't Be

Seen By Looking", który napisałem dla mojej żony Dany, ma duże znaczenie emocjonalne. Natomiast utwór "Turning Up Broke" z "Scoring The Chapters" jest jedną z moich ulubionych kompozycji wszech czasów. John, a prywatnie jesteś fanem muzyki? Szukasz, kolekcjonujesz muzykę? Jestem kolekcjonerem muzyki i filmów. Miałem szczęście pracować w jednym z najfajniejszych sklepów z płytami w latach 90-tych. Stamtąd udało mi się zdobyć wiele rzadkich pozycji. Wciąż posiadam ponad 700 płyt CD i 1200 DVD. Trochę nawiążę do poprzedniego pytania. Ciekawi Cię to, co wychodzi współcześnie czy raczej hołdujesz starym, klasycznym brzmieniom? Szczerze mówiąc, nie obserwuję zbyt wielu nowych grup. Głownie kupuję nowe wydawnictwa znanych zespołów, takich jak Fates Warning, Dream Theater itp. Większość grup, które nadal obserwuję, to zespoły lub artyści, których śledziłem wiele lat temu. Artyści tacy jak The Beatles, Queen, Black Crowes, Counting Crows, Jellyfish, Peter Gabriel, Tori Amos, Shawn Colvin, Martin Sexton, Ellis Paul. Rzeczy w tym stylu. Dobrze, wróćmy jeszcze do ostatniej płyty Leviathan. Możesz pokrótce opowiedzieć jak przebiegała sesja i czy możemy spodziewać się wydania później jakichś odrzutów? Z perspektywy efektywności, moje pisanie nie kończy się na niczym, co mógłbym nazwać odrzutami. Rozwijam pomysły, edytuję je lub pracuję nad nimi, aż zabrzmią dobrze. Wszystkie moje niewydane kompozycje albo zostały wydane, albo nie są już warte by do nich wracać. Nasi czytelnicy często sami tworzą swoją muzykę. Jakich rad udzieliłbyś dla młodych adeptów tak skomplikowanych dźwięków, jak twórczość Leviathan? Radziłbym, aby dowiedzieć się jak najwięcej o komputerach i technologii. Jest to wymóg, jeśli chcesz pisać i produkować własne materiały na poziomie porównującym z dużymi studiami. Nauka teorii muzyki jest również dużą korzyścią. Pokora, zapał i pasja również idą z tym w parze. Masz może swoje ulubione modele gitar, których chętnie używasz? Pewnie są te, które są niezastąpione w studio, a pewnie i takie, bez których nie wyobrażasz sobie grać koncertu… W 2010 roku sam zrobiłem swoje gitary. Zależało mi na zbudowaniu czegoś niestandard-

LEVIATHAN

145


owego. Miałem już kilka unikalnych siedmiostrunowych Carvinów (obecnie Kiesel). To sprawiło, że pomyślałem: "hej, mógłbym zbudować własną gitarę i zaoszczędzić pieniądze". Za cenę jednego Carvina mogłem kupić materiały i z pomocą stolarza, który pozwolił mi korzystać ze swojego warsztatu, zbudowałem dwie gitary elektryczne typu neck thru body z siedmioma strunami dokładnie tak, jak chciałem. Kupiłem całe drewno na eBay'u. Mogłem w konstrukcji zastosować to z gatunku egzotycznych, którego nie kupiłbym w markowej firmie budowlanej. Niektóre z moich innych, cenionych instrumentów, to wydanie kolekcjonerskie Takamine Sante Fe z 1994 roku ze stalowymi strunami akustycznymi. Ta gitara została zmodyfikowana przy użyciu elektroniki Fishman i Seymour Duncan. Uwielbiam nylonowe struny akustyczne Cordoba GK Studio. Ta gitara jest jedyna w swoim rodzaju. Posiada pełny system ghost midi, pakiet elektroniczny piezo i K&K Trinity z wewnętrznym mikrofonem i przetwornikami. Mam też elektryczną obudowę typu hollowbody firmy Ibanez Artstar z tym samym systemem. Używam tych gitar midi z moim Rolandem GR-20. Do obróbki gitary używam Fractal Ax-FX II. A właśnie - koncerty. Dobrze wiemy, jaka jest teraz sytuacja, ale zawsze miło powspominać. Słuchaj, czy są jakieś miejsca na świecie, w których uwielbiasz grać sztuki? Niemcy zawsze byli największymi fanami Leviathan. Odkąd byłem dzieckiem, miałem dziwny związek z tym krajem. Wydaje mi się, że w Niemczech jest miasto o nazwie Lutzow. Następnym razem, gdy będę w Europie, pojadę tam i rozejrzę się za moimi przodkami. Bardzo chciałbym też grać w Japonii. Może kiedyś…

Ukrop, antyczne ruiny i femme fatale Możliwe, że poniższa rozmowa z gitarzystą i kompozytorem Fortress Under Siege będzie Waszym pierwszym kontaktem z grecką sceną progresywnego heavy metalu. Jak się jednak dowiecie, kolebka Zachodniej Cywilizacji ma coś ciekawego do zaoferowania nie tylko w ramach epickiego true metalu. HMP: Gratulę wydania Waszego trzeciego longplay'a "Atlantis". Co działo się z Fortress Under Siege podczas sześcioletniej przerwy po poprzednim krążku "Phoenix Rising"? Fotis Sotiropoulos: Najważniejszym wydarzeniem była praca nad "Atlantis". To kompletnie nowe zadanie dla Fortress Under Siege, ponieważ zmieniliśmy skład. Oprócz mnie, z oryginalnego line-up'u pozostał jedynie klawiszowiec Georgios Georgiou. Pozostali są nowi, aczkolwiek zdążyliśmy się już zgrać na greckich koncertach. Nie będziecie czekać aż tak długo na następcę "Atlantis", ponieważ mamy już cały kolejny album w fazie przedprodukcji. Czy mógłbyś wyjaśnić, jak dokładnie doszło do owej zmiany składu? Zaczęło się od tego, że nasz wokalista Alex "Hanibal" Balakakis odpóścił zaraz po premierze "Phoenix Rising". Jego miejsce zajął natychmiast Nick Roussakis, ale wkrótce dały o sobie znać różnice wizji rozwoju muzycznego. Udało nam się wprawdzie skomponować wspólnie jeden utwór, ale na dłuższą metę nie bylibyśmy w stanie pogodzić naszych gu-

stów muzycznych. Nick zdecydował więc, że nie widzi swojej przyszłości w Fortress Under Siege. Tak było lepiej dla każdego z nas. Następnym wokalistą został zaś Mike Livas, który był bliski ukończenia z nami całej płyty, ale też nie było między nami odpowiedniej chemii. Uznaliśmy wówczas, że nie akceptujemy kompromisu w jakości naszej muzyki i potrzebujemy zrobić wokale ponownie. Tasos Lazaris przeszedł z funkcji naszego ówczesnego drugiego gitarzysty na stanowisko wokalisty. Dodatkowo skład uzupełnił nowy członek, Themis Gourlis, na gitarze rytmicznej. Nowy album i nowy label. Jak doszło do Waszej współpracy z Rock of Angels Records? Kiedy rozesłaliśmy nasz materiał do kilku wytwórni rozsianych po całym świecie, okazało się, że wszystkie są zainteresowane podpisaniem z nami kontraktu. Oferowane przez nich warunki były jednak niesatysfakcjonujące i nie zaakceptowaliśmy żadnej propozycji. Natomiast kiedy podjęliśmy już decyzję, że najlepiej zrobić wszystko samemu, Rock of Angels Records zaskoczyło nas dokładnie taką ofertą, jakiej od początku chcieliśmy.

Czy mógłbyś zdradzić jakieś anegdoty z tras? Chyba, że nie nadają się do publikacji… (śmiech) Nie mam do opowiedzenia żadnych szalonych historii. Leviathan zawsze był skromny i poważny na swoich trasach. Nie jesteśmy zapalonymi imprezowiczami. Po koncertach woleliśmy oglądać filmy, żeby się zrelaksować, niż się nawalić i niszczyć pokoje hotelowe. Kiedy byłem nastolatkiem, pozbyłem się tego dzikiego nastawienia gwiazdy rocka. No dobrze, John, czas kończyć. Tradycyjnie poproszę o słowo dla czytelników Heavy Metal Pages i fanów dobrej muzyki metalowej w Polsce… Jedno słowo? Nadzieja. Myślę, że ludzkość i planeta potrzebują teraz nadziei bardziej niż czegokolwiek. W kilku słowach - "opuść świat lepszy niż go zastałeś". To jeden z moich ulubionych cytatów i mój życiowy cel. Dziękuję za czas i odpowiedzi. Życzę zdrowia i mam nadzieję do zobaczenia szybko na koncertach! Dzięki za daną mi okazję, żebym mógł podzielić się szczegółami o sobie i Leviathanie. Adam Widełka, Tłumaczenie: Szymon Paczkowski, Sara Ławrynowicz

Foto: Fortress Under Siege

146

LEVIATHAN


Umowa była korzystna dla obu stron. Poszliśmy za ciosem. Album nazwaliście "Atlantis". Czy wierzycie, że mityczna Atlantyda istniała w rzeczywistym świecie? Jedynym źródłem pisanym wspominającym o bogatym i fantastycznym mieście Atlantis, które rzekomo zatonęło, są dwa dialogi Plato "Timaeus" oraz "Critias", ale nie mają one wartości historycznej. Spotkaliśmy się także z innymi współczesnymi teoriami oraz interpretacjami, ale na tą chwilę wszystko wskazuje na to, że Atlantis była krainą mitologiczną, a nie rzeczywistą. Skąd zatem taki a nie inny wybór tytułu? Nazwa "Atlantis" faktycznie może być myląca dla wielu odbiorców, ponieważ utwór tytułowy nie dotyczy helleńskiej mitologii. Słowem tym posłużyliśmy się jako alegorią tych wszystkich rzeczy, które ludzie bardzo pragną przez całe życie, ale nie udaje im się ich zdobyć lub osiągnąć. Chodzi o rozmaite ambicje, które ludzie starają się realizować, no ale nie udaje im się. Można to też rozumieć jako symbol femme fatale, czyli pięknej kobiety, która kusi, mami, uwodzi i stawia wysokie wymagania swoim wielbicielom, ale ostatecznie każdego z nich doprowadza do zguby. Czy do napisania utworu "Seventh Son" zainspirowała Was nowela Orsona Scotta Carda? Zupełnie nie. Siódmym synem jest tu Theseus, starożytny król Aten. Legenda głosi, że wybrał się on w podróż na Kretę, aby zostać oddany w ofierze Minotaurowi (Minotaur pół człowiek pół byk, zrodzony ze związku żony sędziego zmarłych w Hadesie - Minosa, z bogiem mórz i żeglarzy Posejdonem; Minotaur sam miał być złożony w ofierze, ale Minos do tego nie dopóścił i uwięził go na Krecie; następnie Minos zarządał, żeby 7 młodzieńców i 7 panien było cyklicznie przesyłanych Minoaturowi w ofierze - przyp. red). Jaką rolę pełnią dwa krótkie instrumentale na Waszym najnowszym albumie? Te motywy były oryginalnie częściami następujących po nich utworów: "The Silence of Our Wrods" i "Spartacus". Pierwotnie stanowiły ich uwerturę (po prostu intro - przyp. red). Po głębszym zastanowieniu zaprezentowaliśmy je jako osobne kawałki, tak aby wszystkie kompozycje były zwarte. A jak wygląda Wasze komponowanie? Dosłownie wszystkie dotychczasowe pomysły muzyczne wychodzą ode mnie. Nie oznacza to jednak, że pozostali mają zabronione wno-

Foto: Fortress Under Siege

szenie swoich propozycji, ani nic z tych rzeczy. Nawet gdyby nasi znajomi, spoza Fortress Under Siege, przyszli do mnie z czymś ciekawym, na pewno wziąłbym to pod uwagę. Warunkiem jest jednak, aby spełniało to wysokie standardy jakości, jakich się trzymamy. Widziałem dwa video promujące "Atlantis": do utworów "Love Enforcer" oraz "Atlantis". Czy będziecie może mieć ich więcej? Istnieje również video do "Seventh Son". Nie wydaje mi się, żebyśmy zrobili więcej video. Ciekawe, że Waszym producentem jest Fotis Bernardo, ponieważ brał on wcześniej udział w nagraniach Rotting Christ oraz Septicflesh, podczas gdy Wy gracie coś kom pletnie innego. Jak doszło do Waszej współpracy? Jest on po prostu naszym dobrym przyjacielem, a także znakomitym profesjonalistą, znającym bardzo szerokie spektrum metalowej sceny. Perfekcyjnie przeprowadził nas przez wszystkie studyjne zawiłości w Devasoundz studio. Zmiksował całość, a następnie zarekomendował George'a Neratzisa do masteringu. Ten drugi profesjonalista wykonywał wcześniej fantastyczną robotę dla Pain Of Salvation, Abbath, Dark Funeral i Gus G.

reprezentantka alegorii Atlantis. Zrobiłbyś dla niej wiele, ale nie podołasz, niezależnie jak bardzo się starasz. Chciałbym jeszcze zapytać o "A Tribute to Iron Maiden's Somewhere In Time", na którym wykonaliście "Heaven Can Wait". Dlaczego wybraliście akurat ten numer? Ponieważ akurat ten dostaliśmy do opracowania. Prawdopodobnie wolelibyśmy jakiś inny, i przyznam, że dziennikarz magazynu, do którego miał być dołączony ten tribute, próbował odpowiednio skontaktować się z nami w sprawie wyboru utworu, ale nie udało mu się nas zastać, i w konsekwencji zagraliśmy to, co pozostało do zagrania z ich puli. Grecja kojarzy się z epickim true heavy metalem. Tymczasem Wy gracie progresywny heavy metal. Jak to działa? W rzeczywistości mamy obecnie bardzo silną power-prog'ową scenę w Grecji. Bardzo zależy nam na takiej muzyce. Polecam sprawdzić w szczególności zespoły Wardrum oraz Need, ponieważ reprezentują one światowy poziom. Bartek Kuczak, Sam O'Black

Dlaczego zdecydowaliście się użyć obrazu Yiannis'a Koutrikas'a na okładce "Atlantis"? Ponieważ jest on jednym z najlepszych greckich artystów. To bardzo znana i ceniona postać w naszym kraju. Jesteśmy dobrymi znajomymi i wspólpracujemy również poza zespołem. Prowadzę własną galerię sztuki. Kiedy zobaczyłem jego dzieło, od razu pomyślałem, że świetnie pasuje do idei naszego utworu "Atlantis". Jest to dokładnie femme fatale, o której Ci wcześniej wspominałem,

FORTRESS UNDER SIEGE

147


Nie odnajdujemy satysfakcji w powtarzaniu się Rozmowa z trzema muzykami tworzącymi Adamantis - zespół grający europejski power metal w stylu lat dziewięćdziesiątych z silnym wpływem tradycyjnego heavy metalu. HMP: Cześć. Spotykamy się dzisiaj, aby przedstawić Adamantis czytelnikom pol skiego magazynu "Heavy Metal Pages". Wasza dyskografia składa się z dwóch power metalowych albumów: EP "Thundermark" (2018) oraz LP "Far Flung Realm" (2020). Jeff Taft: Yeah, Adamantis jest zespołem grającym power metal w stylu lat dziewięćdziesiątych. Kiedy ludzie nas słuchają, dostrzegają mocne wpływy Blind Guardian, Running Wild, Gamma Ray. Te wpływy ujawniają się w niemal każdym naszym utworze. Ukazał się właśnie Wasz atmosferyczny teledysk do kawałka "Voron (The Ravensong)". Gdzie to kręciliście? Dostrzegłem jedno ujęcie z Islandii.

Pracowaliśmy nad nią już w 2018 roku. Tekst utworu został napisany w Hiszpanii w grudniu 2018. Evgeny Gromovoy: Pamiętam, że zależało mi zawsze na ukazaniu fal morskich rozbijanych o klif. Jak już zabieraliśmy się za produkcję, uznałem, że chcę mieć te fale na samym początku. Poszczególne pomysły pojawiały się powoli, przez dłuższy okres czasu. Jakie pomysły, wydarzenia, plany związane z Adamantis są dla Was najbardziej ekscy tujące w tym momencie? Jeff Taft: Z całą pewnością wskazałbym na album "Far Flung Realm". Początkowo nie planowaliśmy go w winylowej odsłonie. Chcieliśmy, ale Adamantis był w momencie premiery "Far Flung Realm" niezależny, bez wy-

Foto: Adamantis

Evgeny Gromovoy: Te ujęcia pochodzą z Massachusetts. W zeszłym tygodniu napadało tutaj mnóstwo śniegu, więc mieliśmy perfekcyjne widoki do zrobienia atmosferycznego video. Zaprosiliśmy do udziału lokalnego aktora. Pojawiły się tam też pojedyncze ujęcia z Norwegii oraz z Islandii. W zeszłym tygodniu opublikowaliśmy krótki teaser w mediach społecznościowych, aby dać ludziom znać, że coś nadchodzi. Cały pomysł został dopracowany dwa miesiące temu (rozmawialiśmy 3 marca 2021 - przyp. red), kiedy wykonaliśmy nagrania video wraz z aktorem. Produkcja nie zajęła nam wiele czasu, uporaliśmy się z nią raz dwa. Ale pierwsze zalążki pomysłu na to video pojawiły się już trzy lata temu. Jeff Taft: "Voron (The Ravensong)" był jedną z naszych najstarszych kompozycji spośród tych, które ukazały się na "Far Flung Realm".

148

ADAMANTIS

twórni, więc nie widzieliśmy takiej opcji. Myśleliśmy, że może uda się to zrealizować znacznie później. Na szczęście Cruz del Sur Music szybko zainteresowało się Adamantis i od razu usłyszeliśmy od nich, że jak najszybciej powinniśmy zrobić winyl. Byliśmy podekscytowani, odkąd zobaczyliśmy, jak to wygląda w tym dużym formacie. Jest to specjalna, limitowana edycja z fajnym plakatem. Jak już wspomnieliśmy, Adamantis wydał dwa albumy: EP "Thundermark" oraz LP "Far Flung Realm". Ten pierwszy posłuchałem tylko jeden raz, i zauważyłem, że longplay jest od niego tak ze trzy razy szybszy i znacznie dynamiczniejszy. Chciałbym zapytać, jak postrzegacie swój rozwój pomiędzy 2018 a 2020 rokiem? Jeff Taft: Oba albumy powstały w kompletnie

różnych okolicznościach. W momencie rejestracji "Thundermark" byliśmy już całkiem ograni na lokalnej scenie Massachusetts. Zrobiliśmy je po to, aby rozszerzyć nasz zasięg i otworzyć sobie drzwi do klubów również w innych miejscach. W przypadku "Far Flung Realm" myśleliśmy znacznie ambitniejszymi kategoriami - chcieliśmy wydobyć to, co najlepsze, z kreatywnego potencjału Adamantis. Zwłaszcza, że mamy nowego wokalistę. Chcieliśmy więc rozwinąć nasz zespół za pośrednictwem całkiem nowych utworów. Włożyliśmy w ich aranżację znacznie więcej namysłu. "Thundermark" brzmi bardziej jak heavy metal, podczas gdy "Far Flung Realm" bardziej jak power metal, więc z pewnością różnica nie sprowadza się tylko do nowego wokalisty, ale też do zmian w warstwie instru mentalnej. Zgadza się? Jeff Taft: Yeah, zdecydowanie można tak powiedzieć. Myślę jednak, że elementy tradycyjnego heavy metalu wciąż są obecne na "Far Flung Realm". Słychać to chociażby w utworze "The Siege Of Arkona". Czy uważacie, że znaleźliście już pełnię swojej muzycznej tożsamości na "Far Flung Realm"? Evgeny Gromovoy: Nie sądzę, żeby jakikolwiek zespół powiedział: "oh, to jest to" (Jeff śmieje się). To dlatego, że każdy muzyk ewoluuje. Wszyscy w Adamantis są doświadczeni na tyle, aby zdawać sobie sprawę, że niekoniecznie to, co kręci nas dzisiaj, będzie nas również pochłaniało za ileś lat wprzód. To nie jest nasz koniec, tylko nasz początek. Im bardziej wzajemnie rozumiemy się w Adamantis, tym bardziej komfortowo czujemy się eksperymentując z nowymi dźwiękami i poszerzając ramy stylistyczne. Dla mnie to jest podróż, której "Thundermark" stanowił początek, a "Far Flung Realm" jest kolejnym etapem. W przyszłości możecie się spodziewać wielu elementów stylistycznych już obecnych na naszych dotychczasowych albumach, ale też nowych inspiracji. Adamantis nie posiada jasnych struktur, w których ramach musimy koniecznie się obracać, czy coś w tym stylu. Jeff Taft: Nie jesteśmy ludźmi, którzy odnajdywaliby satysfakcję w powtarzaniu się. Mamy poczucie, że możemy zrobić wiele rzeczy inaczej w przyszłości. Widzimy wiele przestrzeni do dalszego rozwoju, będziemy chcieli eksplorować inne wymiary, przesuwać granice istoty Adamantis. Zawsze staramy się iść naprzód. Nie mówimy "to jest Adamantis, nie ma tu miejsca na nic innego". Dla mnie, jako słuchacza, "Far Flung Realm" jest dosyć wymagające w odbiorze, ponieważ ten album jest znacznie intensywniejszy niż typowy, tradycyjny heavy metal. Czy Wy również uważacie te utwory za trudne do wykonywania? Evgeny Gromovoy: Z mojej perspektywy perkusisty, tak, ale sprawia mi to wiele frajdy. Ćwiczę wraz z perkusistą Blind Guardian. Nauczył mnie on wiele tricków, nie tylko jak komponować partie bębnów, ale też jak nadać im odpowiedniej mocy, a także innych aspektów power metalu. W dłuższej perspektywie widzę znaczny postęp w swojej grze. Uwielbiam ten szybki, techniczny, a przy tym kreatywny, power metalowy styl. Nie postrzegam tego jak problem, lecz pozytywnie. Jeff Taft: Dla mnie również jest to bardzo wy-


magające. Zwłaszcza z uwagi na tempo. Gramy zdecydowanie szybciej niż większość heavy metalowych zespołów. Niemniej, mam pozytywny stosunek wobec muzycznych wyzwań. Tak jak powiedział Evgeny, sprawia mi to wiele frajdy. Czuję, że zawsze chciałem właśnie tak grać. Fajnie jest przekonywać się, na co mnie stać, stylistycznie i technicznie. Wymagające granie, ale jest to część naszej muzykalności. Czujemy przy tym, że rozwijamy się i coraz lepiej wychodzi nam przekuwanie szalonych pomysłów w dźwięki. Czym chcielibyście się z nami podzielić odnośnie studyjnej rejestracji "Far Flung Realm"? Jeff Taft: Zaczęliśmy od perkusji w grudniu 2019, zaś gitary i bas nagraliśmy w styczniu 2020. Mieliśmy dostępną salę do ćwiczeń w piwnicy Evgeny'ego. Rejestrację wokali przełożyliśmy o kilka miesięcy z powodu "pandemii". Pracowaliśmy z tym samym inżynierem dźwięku (do rozmowy dołączył w tym momencie wokalista Jeff Stark, wymieniliśmy się krótko uprzejmościami, a Jeff Taft powtórzył mu swoją odpowiedź na ostatnie pytanie przyp. red). Jeff Stark: To interesujące, że kiedy dołączyłem do Adamantis i zgrałem się z pozostałymi muzykami, nagle ogłoszono "pandemię". Dostałem więc extra czas na pracę nad strukturami wokalnymi wszystkich utworów, doprowadziłem je do perfekcji i tak minęło kilka miesięcy. Wymieniałem się pomysłami z kolegami on-line. Dzięki temu opanowałem je lepiej i jak już wszedłem do studia, czułem się pewnie i swobodnie. Wprawdzie nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, ale nagrywanie wokali było dla mnie pozytywnym doświadczeniem. Widziałem, jak wszyscy w Adamantis przykładają się i jak bardzo każdemu zależy na nagraniu możliwie jak najlepszej płyty. Zdaję sobie sprawę, że niektóre inne zespoły mają przestój, ale w naszym przypadku - ukazuje się nowy album, jest fajnie. Jeffie Stark, czy brałeś udział w pisaniu tek stów utworów? Jeff Stark: Część spośród nich tak. Może połowę lub odrobię więcej. Resztę napisali pozostali. Jakie historie kryją się zatem za tymi tekstami? Jeff Taft: Wiele rozmaitych - autorefleksje, sny, tajemnicze przepowiednie. Inspirowaliśmy się m.in. nowelami Stevena Eriksona. W utworze "The Siege Of Arkona" nawiązaliśmy bezpośrednio do słowiańskiej mitologii. W ogóle ten ostatni, "The Siege Of Arkona" zdaje się być Waszym najfajniejszym kawałkiem. Jeff Taft: (śmiech) mamy tyle różnych utworów na "Far Flung Realm", a Ty mówisz: "o, ten jeden lubię". Evgeny Gromovoy: Adamantis składa się z bardzo utalentowanych muzyków. Ciężko jest nam zaakceptować każdy pojedynczy pomysł, ponieważ tak wiele dobrych powstaje. Każdy z nas jest bardzo zaangażowanym kompozytorem, sypiącym całą masą świetnych pomysłów, a każdy pomysł jest lepszy od poprzedniego. Jeff Taft: "The Siege Of Arkona" to znakomity utwór. Pamiętam, jak Evgeny przyszedł z tym do nas, nagrał jak nuci tą melodię, i od razu

Foto: Adamantis

pokazał nam, jak to powinno się rozwijać. Wszystko doskonale tam do siebie pasuje. Ostatni kawałek "Voron (The Ravensong)" odwołuje się do kruka, który symbolizuje nie tylko śmierć, ale też moc uzdrawiania, a więc może w pewnym siebie dawać nadzieję, że przyszłość niekoniecznie musi być zła. Dlaczego użyliście rosyjskiego/ukraińskiego słowa "voron" jako główny tytuł, zaś angiel ski odpowiednik "raven" ujęliście w nawiasie? Evgeny Gromovoy: Dobre pytanie. Opowiem Ci. Zostało to oparte o rosyjską folkową piosenkę "Black Raven", w której kruk krąży wokół umierającego żołnierza, a ten prosi kruka, aby poleciał do jego domu i powiedział, wyczekującej na jego powrót z wojny, żonie, że mąż nie tyle umiera, co zaczyna nowe życie z nową kobietą. Tą kobietą jest ziemia. Żołnierz będzie żyć, ale w innej formie, z nową towarzyszką - ziemią. Nie należy już do swojej doczesnej żony, lecz do ziemi. Kiedy usłyszałem "Black Raven", wywarło to na mnie na tyle silne wrażenie, że postanowiłem stworzyć własną interpretację. Tematem jest tutaj nie tylko śmierć, ale też rodzina i jej filozoficzny kontekst. Najpierw stworzyłem melodię, a następnie uświadomiłem sobie, że wiem, jaka dokładnie aranżacja będzie do niej pasować. Jest tam pewien nordycki aspekt estetyczny, który bardzo lubię. Myślę, że słowo "voron" celniej reprezentuje przesłanie tego utworu, niż "ravensong". Widziałem w jednym wywiadzie, jak opowiadaliście, że image jest dla Was bardzo ważny. Teraz chciałbym zapytać, na ile ważne jest dla Was poczucie przynależności do metalowej społeczności? Jeff Taft: Myślę, że jest to kluczowa sprawa w tworzeniu zespołu metalowego. Nie tylko z punktu widzenia pracy zespołowej, ale też ze względu na wymianę pozytywnej energii pomiędzy metalowcami, która stymuluje nas do tworzenia i rozwoju muzycznego. Nawiązywanie nowych kontaktów pełni witalną rolę. Przyjaźnimy się z innymi zespołami, i w ten sposób cała scena metalowa rośnie w siłę. Trzymamy się razem i wzajemnie zarażamy kreatywnością. Metal jest nierozerwalnie związany z opowiadaniem historii, które są tym ciekawsze dla odbiorców, im bardziej jest się osadzonym w metalowej społeczności.

Dziękuję za tą wypowiedź. Zamierzacie wydać nowe EP pod koniec 2021, prawda? Jeff Taft: Eee... Skąd o tym wiesz? (wszyscy się śmieją). Evgeny Gromovoy: Kto Ci o tym powiedział? (śmiech). Już nie pamiętam, ale widziałem to w jakimś wywiadzie. Evgeny Gromovoy: To sekret! Ale skoro już padło takie pytanie, przyznam, że pracujemy nad nową EP, którą chcemy wydać pod koniec 2021. Myślę, że nie powinniśmy jeszcze o tym mówić. Sami nie wiemy, co tam się dokładnie znajdzie. Jeff Taft: Nie wiemy, które i ile utworów pojawią się na tym wydawnictwie. Evgeny Gromovoy: Aczkolwiek mamy już pierwsze szkice kompozycji. Będzie epicko, mrocznie, progresywnie. Wykorzystamy trochę elementów folkowych. Czy nie macie nic przeciwko, jeśli o tym napiszę? Evgeny Gromovoy: Możesz napisać. Nie ma specjalnego powodu, abyśmy za wszelką cenę utrzymywali to w tajemnicy. I tak ukaże się to pod koniec tego roku. Jesteśmy już doświadczeni w nagrywaniu wbrew obowiązującym restrykcjom. Jeff Taft: Yeah, eksplorowaliśmy już nowe metody pracy zespołowej, więc damy radę i tym razem. Niemal całą zawartość "Far Flung Realm" skomponowaliśmy samotnie w domu, ale później ogrywaliśmy to wspólnie. Powodzenia i dziękuję za rozmowę. Evgeny Gromovoy: Dzięki. Chcielibyśmy jeszcze dodać, że ukazała się specjalna, limitowana edycja winylowa "Far Flung Realm" z pysznym plakatem. Mamy nadzieję, że ludzie będą śledzić poczynania Adamantis, ponieważ ciężko pracujemy już nad kolejnym EP. Jesteśmy skoncentrowani na rozwijaniu z pasją nowych utworów, które wyróżniają się jakością i pomysłowością. Nie odnowiliśmy jeszcze kontraktu z Cruz del Sur Music, ale zachodzi duże prawdopodobieństwo, że będziemy kontynuować pod ich szyldem. Dzięki za wywiad. Sam O'Black

ADAMANTIS

149


Siódme odrodzenie Dla Thomasa Chr. Hansena metal jest czymś więcej niż tylko muzyką. Gra go od blisko 30 lat, a Gaia Epicus jest obecnie jego solowym projektem. Nie z wyboru, ale z konieczności, bo jak tłumaczy ciężko znaleźć na stałe kompetentnych i zaangażowanych muzyków, chcących grać power metal. Z drugiej strony dzięki temu na "Seventh Rising" wsparli go gościnnie Tim Ripper Owens czy Mike Terrana, dzięki czemu płyta zdecydowanie zyskała. HMP: Gaia Epicus miała różne okresy: początkowo był to projekt typowo solowy, w okresie drugiego i trzeciego albumu miałeś pełny, regularnie funkcjonujący skład, by od roku 2008 znowu działać w pojedynkę, tylko z udziałem gości podczas sesji nagraniowych - samemu pracuje ci się lepiej, to optymalne rozwiązanie? Thomas Chr. Hansen: Właściwie to od samego początku, od 1992 roku, wszystko zaczęło się od zespołu i przez trzy pierwsze albumy miałem pełny skład. Wcześniej też miałem zespół, ale nie było to nic poważnego. W ciągu tych lat muzycy przychodzili i odchodzili, styl muzyczny i nazwa zespołu zmieniały się wiele razy, ale od 2001 roku jest to

mogłoby wyglądać inaczej, ale teraz najlepiej pracuje mi się samemu, mimo, że jest to dużo pracy. Mimo wszystko wciąż dążę do posiadania pełnego składu, ponieważ to ułatwia sprawę, szczególnie jeśli chodzi o koncerty, ale także nagrywanie. Wiele razy musiałem odrzucać świetne oferty koncertowe i propozycje tras, ponieważ nie miałem muzyków gotowych do działania. Nie jest czasem tak, że określony skład ma pewien graniczny potencjał, zasób pomysłów czy energię tylko na jakiś czas, potem zwykle wszystko zaczyna się psuć, więc może faktycznie lepiej decydować o wszystkim samodzielnie i tylko dobierać sobie odpowie-

Po "Dark Secrets" miałeś nieco dłuższą prz erwę, ale już po wydaniu "Alpha & Omega" wszystko wróciło na właściwe tory, bo minęły dwa lata i proszę, wydałeś niedawno siód my już album Gaia Epicus? Powiedziałbym, że wszystko jest już na dobrej drodze (śmiech). Ale tak, znalazłem więcej czasu i inspiracji, by znów stać się bardziej aktywnym. Gaia Epicus to zespół, który przez lata doświadczył wielu niepowodzeń i myślę, że większość kapel po prostu by się poddała. Dla mnie muzyka jest wielką pasją i nawet jeśli byłem przez długi czas bardzo zmęczony i pozbawiony inspiracji, nigdy nie myślałem, że przestanę grać lub komponować muzykę. Już siedem albumów, kto by pomyślał? (śmiech) Pandemia była tu pomocna w tym sensie, że podczas lockdownu miałeś nieco więcej czasu na dopracowanie materiału i nagranie "Seventh Rising"? Tak, absolutnie! Dało mi to dużo więcej czasu na dokończenie albumu, ponieważ miałem przerwę w pracy z powodu koronawirusa. Tytuł w żadnym razie nie jest tu przypad kowy, podkreślasz fakt, że to siódmy album Gaia Epicus? Tytuł jest oczywiście związany z tym, że jest to nasz siódmy album, ale jest również związany z kilkoma utworami, które są o podnoszeniu się po ciężkich czasach. Więc to coś jak Feniks odradzający się z popiołów, nowy początek. Można powiedzieć, że ten album jest siódmym odrodzeniem. Jesteś obecny na metalowej scenie od wczes nych lat 90. Nie masz czasem obaw, że w końcu wypalisz się, jeśli cały czas będziesz pracować tak intensywnie, jak do tej pory, bo wydajesz zwykle długie albumy, to nie są płyty trwające po pół godziny czy maksy malnie 40 minut? Jeśli spojrzysz na minione lata robię muzykę od dłuższego czasu, ale jeśli chodzi o faktyczne tworzenie czy granie muzyki, to nie byłem aż tak aktywny. Największe nazwiska w historii metalu, czy też mniejsze, jeśli wolisz, muzykę traktują jako swoją pracę od 30-40 lat, więc nie sądzę, abym był w jakimkolwiek niebezpieczeństwie. (śmiech)

Foto: Gaia Epicus

ten sam styl i muzyka. Nigdy nie chciałem, żeby Gaia Epicus stała się solowym projektem, ale tak się po prostu stało, a głównym powodem jest to, że bardzo trudno jest znaleźć ludzi, którzy są dostępni i potrafią grać power metal. Ludzie, których spotykam mogą być bardzo utalentowani, ale zazwyczaj są już w innych zespołach, nie są uzdolnieni w kierunku power metalu lub nie chcą dać z siebie stu procent w graniu muzyki. Od samego początku byłem główną siłą napędową, która robiła wszystko: komponowała muzykę, ćwiczyła, rezerwowała koncerty itd., więc mam długie doświadczenie w działaniu "solo". Myślę, że w przypadku niektórych zespołów najlepiej sprawdza się kilku szefów, ale dla innych, takich jak mój, najlepiej sprawdza się, gdy to ja jestem szefem. Gdybym od początku był przyzwyczajony do pracy w inny sposób, wszystko

150

GAIA EPICUS

dnich współpracowników? W moim rozwoju jako muzyka i kompozytora najlepiej pracuje mi się samemu, ponieważ w ten sposób mogę robić rzeczy dokładnie tak, jak chcę i wiem, że wszystko zostanie zrobione, w dodatku będzie to zrobione dobrze. Kiedy komponuję utwory, piszę także partie takie jak perkusja, bas, czasami klawisze/fortepian, a to wszystko po to, by moja wizja kompozycji stała się rzeczywistością. Kiedy jednak przychodzi czas nagrywania, daję perkusiście pewną swobodę, by tworzył własne partie perkusyjne i nadał im swój sznyt. Chyba, że chodzi o coś bardzo specyficznego, co chciałbym, aby zachował w danym nagraniu. Praca samemu dało mi oczywiście więcej wolności i możliwość współpracy z kilkoma wspaniałymi muzykami.

Czujesz się bardziej wokalistą czy gitarzystą? Łączenie tych dwóch funkcji pozwala ci spojrzeć na komponowanie z nieco innej per spektywy, bo sam wiesz najlepiej co i jak zro bić, żeby efekt końcowy był optymalny? Właściwie to widzę siebie jako perkusistę, bo tak zaczynałem swoją przygodę z muzyką i to właśnie za perkusją czuję się najlepiej. Mimo, że nie grałem na niej zbyt wiele przez ostatnie 20 lat, tylko od czasu do czasu, i to gitara oraz wokal były moim głównym zajęciem, ale nadal uważam się za perkusistę. Kiedy zespół powstał w 1992 roku, miałem być perkusistą, ale wydarzyły się różne rzeczy i zamiast tego wylądowałem z gitarą. Natomiast gdybym nadal był perkusistą i nie wziął do ręki gitary, nie sądzę, że byłbym tu, gdzie jestem dzisiaj, mając na koncie siedem albumów. Gram też na basie i trochę na klawiszach i myślę, że razem z grą na gitarze i perkusji daje mi to dużo więcej wolności i świadomości, jeśli chodzi o komponowanie muzyki. Zespół, własna wytwórnia, a do tego jesteś


też przecież od wielu lat fanem ciężkiej muzyki - jak ważny w twoim życiu jest heavy metal i czy wyobrażasz sobie codzienną egzystencję bez niego? Mimo, że słucham wielu różnych rodzajów muzyki, heavy metal jest moim absolutnym faworytem. Nie słucham teraz tak dużo muzyki jak kiedyś, ale świat bez metalu byłby okropnym miejscem. W czasie nagrywania "Seventh Rising" wsparło cię tylko trzech gości, ale dwóch z nich to prawdziwe gwiazdy metalu, co nie zdarzało się wcześniej, może poza udziałem Rolanda Grapowa - od razu miałeś wizję, że w "Gods Of Metal" powinien zaśpiewać też ktoś bardzo znany, taki jak Tim "Ripper" Owens? Ci muzycy, których wymieniłeś, to być może największe nazwiska, z którymi pracowałem, ale pracowałem też z innymi, którzy są znani z grania w znanych zespołach. Kiedy napisałem "Gods Of Metal" wiedziałem, że ten utwór musi mieć gościnnego wokalistę, po prostu dlatego, że nie potrafię śpiewać w taki sposób, w jaki chciałbym, żeby ten wokal był wykonany. Pomyślałem o Robie Halfordzie, ale nawet nie próbowałem się z nim skontaktować, jestem pewien, że to by się nie udało. Więc kto inny, jak nie sam Ripper pasowałby idealnie do tej piosenki? Poprosiłem go, zgodził się i dostarczył dokładnie to, czego chciałem. Teraz gościnny udział kogoś znanego nie jest już czymś tak wyjątkowym jak choćby w latach 70. czy 80., ale to jednak coś, mieć na swojej płycie byłego wokalistę Judas Priest, Iced Earth czy Malmsteena? Tak, jestem bardzo zaszczycony, ale uhonorowany również współpracą z wszystkimi innymi gościnnymi muzykami, z którymi pracowałem. Bez moich gości nie mógłbym nagrywać moich albumów w taki sposób, w jaki to robię. Wiele zespołów zapomina niestety, że partie perkusji to swoisty kręgosłup każdej płyty, podpierając się triggerami, syntetycznym brzmieniem czy wręcz automatem perkusyjnym. Ty jednak zawsze przywiązywałeś dużą wagę do tego aspektu, a na "Seventh Rising" udziela się legendarny Mike Terrana podczas pierwszego odsłuchu tego materiału, nie mając jeszcze pojęcia kto gra, od razu zwróciłem uwagę na to, że robi to świetnie, na czym cały materiał bardzo zyskał - o taki efekt właśnie ci chodziło? Rozglądałem się za tym, jakiego perkusistę tym razem namówić do współpracy i z jakiegoś powodu, którego teraz nie pamiętam, pomyślałem: "dlaczego nie skontaktować się z Mike'm i zobaczyć, co się stanie?". Nie spodziewałem się, że cokolwiek z tego wyjdzie, ale on odebrał mój telefon i od razu się dogadaliśmy. Zaczęliśmy prowadzić długie rozmowy o muzyce, ale także ogólnie o życiu. Mike usłyszał dema moich nowych kawałków, sprawdził też kilka utworów z moich albumów, a ponieważ też miał dużo wolnego czasu z powodu pandemii, zgodził się nagrać ten album. Większość rzeczy, które gra, jest oparta na moich zaprogramowanych pomysłach perkusyjnych, ale sam również dodał swoje akcenty i pomysły tu i tam - jestem zaszczycony, że wziął udział w nagrywaniu tego albumu i wspaniałą przyjaźnią z nim. Chyba nie przepadasz za graniem solówek,

stąd tym razem obecność Lukky'ego Sparxxa? Sugerowałeś mu to i owo, czy miał wolną rękę podczas rejestrowania swoich partii? Nie chodzi o to, że nie lubię solówek, ale nie jestem typowym gitarzystą solowym, po prostu nie potrafię grać takim szybkim i zawiłym stylem. Gram solówki, ale są one prostsze. Zawsze mówię gitarzyście prowadzącemu, jakie solówki lubię, potem to od niego zależy, jakie pomysły nagra. Następnie mówię, co mi się podoba, a co nie. Zachowuję jedno, usuwam drugie, zaczynam od tej części, a kończę na innej, i tak dalej. Mają więc swobodę w wymyślaniu pomysłów, a ja tylko formuję te pomysły w najlepsze solo do danego utworu, tak jak ja to widzę. Twórcza swoboda podczas nagrań wydaje mi się bardzo istotnym aspektem powstawa nia każdej płyty, niezależnie od tego, w jakim stopniu dany materiał został wcześniej dopracowany, aranżacyjnie i nie tylko, bo przecież zawsze może pojawić się jakieś nowe, znacznie lepsze rozwiązanie? Powiedziałbym, że co najmniej 95% wersji demo trafia na ostateczne nagranie, ale może się zdarzyć, że w trakcie sesji nagraniowej wyskoczą mi jakieś pomysły i jeśli uznam, że brzmią lepiej, to pójdę w tym kierunku. Kiedyś bywały sytuacje, że zespół ogrywał jakiś nowy utwór w studio, albo grał go wręcz po raz pierwszy, a czujny realizator włączał nagrywanie, dzięki czemu nie trzeba było go powtarzać - z racji charakteru składu Gaia Epicus taka opcja nie wchodzi w grę, ale przyznasz, że brzmi to kusząco? Kiedyś mieliśmy magnetofon w sali prób, nagrywał on gdy "jamowaliśmy" lub próbowaliśmy nowe utwory. Tęsknię za próbami z zespołem przygotowującym się do nagrania nowego albumu, ponieważ w ten sposób możesz usłyszeć utwór z prawdziwym zespołem. Na moich ostatnich trzech albumach zrobiłem dema w domu, a potem je nagrałem, bez testowania utworów z zespołem. To działa również w ten sposób. Uznałeś, że nie ma co czekać z wydaniem "Seventh Rising", skoro płyta jest już gotowa, bo o koncertach, póki co i tak nie ma mowy? Nagrywam, a potem wydaję, nigdy nie ma czekania na odpowiedni moment. Jak już jest zrobione, to jest zrobione, wydaję to i przechodzę do następnego rozdziału. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się zebrać nowy skład i zagrać kilka koncertów po zakończeniu pandemii koronawirusa. Rynek metalowy jest dość ustabilizowany, a do tego niesamowicie zatłoczony, ale to cię nie zniechęca, liczysz, że fani zainteresują się Gaia Epicus, choćby z tego powodu, że mają teraz więcej czasu na słuchanie muzyki w domowym zaciszu? Rynek jest stale zalewany nowymi nagraniami i ciężko jest za tym nadążyć, a także ciężko jest zespołom wyróżnić się na tle innych. Gaia Epicus nie jest znaną marką, ale mam kilku fanów, którzy są ze mną od pierwszego albumu z 2003 roku i wciąż pojawiają się nowi. Ciężko jest dziś rozwijać się jako zespół, chyba, że jesteś w dużej wytwórni, która będzie cię promować i wysyłać na duże trasy koncertowe. Jestem pewien, że w 2020 roku ludzie słuchali więcej muzyki niż wcześniej, ale też

więcej zespołów wydało muzykę, bo mieli na to czas. Dobrą rzeczą w fanach metalu jest to, że są lojalni i chcą płyt CD, LP, DVD itd... chcą prawdziwych rzeczy, a nie tylko plików cyfrowych i myślę, że to pomoże wielu zespołom, ponieważ zwraca to z powrotem więcej pieniędzy niż streaming, który nie daje nic! Zawsze wierz w muzykę! - mawiali wielcy jazzmani lat 60. i 70. i nie ma co kryć, że w heavy metalu ta zasada również ma zas tosowanie, bo jest czymś na kształt uniwer salnej maksymy? Tak! Metal jest bardzo specyficzny i jest dla niektórych ludzi jak wspólnota, a nawet styl życia. Muzyka metalowa łączy ludzi. Często można ich zidentyfikować po koszulkach z nazwą ich ulubionego zespołu i w ten sposób nawiązać kontakt z nowymi ludźmi. Metal jest silnym i ważnym stylem muzycznym. Ciekawe jest również to, że scena metalowa jest nie tylko bardzo zróżnicowana, ale sam metal stał się już zjawiskiem ponadczasowym, czymś więcej niż tylko kolejnym podgatunkiem rocka i czystą rozrywką? Najprawdziwsza prawda, metal stoi na własnych nogach! Pandemiczne ograniczenia i brak koncertów dały się we znaki rzeszom muzyków, nie tylko metalowych, ale Gaia Epicus chyba na tym etapie nie dotknęły. Ale co dalej? Obawiasz się, że jeśli ta sytuacja potrwa dłużej, to twój zespół również nie przetrwa, bo to wszystko działa na zasadzie naczyń połączonych, a bez zamykanych klubów, plajtujących promotorów, agencji koncertowych, firm nagłośnieniowych czy festiwali scena będzie znacznie słabsza? Mam nadzieję, że pandemia szybko się skończy i wszystko wróci do normy, a właściwie myślę, że będzie to nowa normalność. Miejmy nadzieję, że czegoś się nauczyliśmy i zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby to się nie powtórzyło. Gaia Epicus nie została przez to dotknięta, więc nie martwię się, czy będzie to trwało dłużej. Znacznie gorzej jest z tymi, dla których jest to jedyny dochód. Trzeba więc liczyć na to, że nie będzie tak źle, w myśl starej zasady "co cię nie zabije, to cię wzmocni?" Żyję według tej zasady i mogę powiedzieć, że jest ona prawdziwa. Wojciech Chamryk, Joanna Pietrzak, Szymon Paczkowski

GAIA EPICUS

151


Zdefiniowany porządek w świecie chaosu Mogło wydawać się, że ten włoski zespół nie przetrwa trudnego okresu po wydaniu trzeciego albumu. Muzycy przemogli się jednak i wrócili do gry, a obecnie, w mocno przemeblowanym składzie, przygotowali nie tylko nowy, udany album "Chaos Lord", ale też poprzedzające go, dwie EP-ki, na które trafiło sporo premierowych kompozycji. Dario, Marco i Simone wyjaśniają dlaczego zaczęli przywiązywać wagę do krótszych wydawnictw oraz jak widzą muzyczny rynek po pandemii, nie pomijając oczywiście kwestii związanych z "Chaos Lord". HMP: Po wydaniu trzeciego albumu "Razorblade God" mieliście kilkuletni okres zastoju, naznaczony zmianami składu i brakiem kolejnych wydawnictw. Ale tak od roku 2007, a już od premiery kolejnego albumu "When Lightning Strikes" na pewno, wszystko znowu weszło na właściwe tory? Dario Beretta: Tak. Fakt jest taki, że począwszy od wydania "Razorblade God", doszło do kilka sytuacji, które nałożyły się na siebie i musieliśmy skupić się na zupełnie czymś innym. Nie będę kłamać: gdyby ten album był wielkim hitem oczywiście sprawy potoczyłyby się inaczej, ale tak nie było, więc rozpoczął się okres, w którym musieliśmy się dostosować, przypasowywać i dodatkowo rozwijać. Ale myślę, że wróciliśmy dużo silniejsi i faktycznie wyprodukowaliśmy nasz najlepszy materiał w

mu tylko wtedy, gdy czujemy, że jest na to czas. Dario Beretta: Oczywiście teraz to się trochę zmieniło, dzięki Patreon (platforma crowdfundingowa - red.). Posiadanie strony Patreon oznacza, że musimy stale dostarczać naszym subskrybentom nowe, interesujące materiały, więc od teraz z pewnością będziemy publikować kolejne rzeczy szybciej, ale to dobrze. Mamy silny skład, co do którego czujemy się pewni, wszyscy jesteśmy zaangażowani, a nasza społeczność Patreon jest nam bardzo oddana i aktywnie nas wspiera, co sprawia, że praca nad nowym materiałem jest dla nas łatwiejsza i jeszcze bardziej satysfakcjonująca. Istotne wydaje mi się to, że od początku funkcjonowania zespołu mieliście wsparcie

Foto: Drakkar

ciągu ostatnich 10 lat. Co napędza was do działania na tym etapie funkcjonowania Drakkar? Pracujecie w swoim tempie, bez żadnego pośpiechu i kiedy nowy materiał - EP lub album - jest już gotowy, nagrywacie go, to cała filozofia? Marco Rusconi: Tak. Jeszcze przed "Chaos Lord" zawsze myśleliśmy o pisaniu muzyki tylko wtedy, gdy byliśmy w odpowiednim nastroju, by to robić oraz kiedy czuliśmy, że mamy nowe, świetne pomysły. Z racji, że nie utrzymujemy się z muzyki, a tym samym nie mając gwarancji wydania kolejnych płyt na podstawie umowy, piszemy nową muzykę i decydujemy się na nagranie następnego albu-

152

DRAKKAR

wydawców. Mniejszych lub większych, ale zawsze. Teraz jest podobnie, bo "Chaos Lord" firmuje Punishment 18 Records - jakie nadzieje wiążecie z tą firmą, zdoła wypromować nazwę Drakkar nieco szerzej, nie tylko wśród fanów power metalu? Marco Rusconi: Mamy wielką wiarę w umiejętności Corrada, Seby, Moniki i wszystkich innych z Punishment 18. Biorąc pod uwagę, że ostatnie dwa albumy naszego "siostrzanego" zespołu Crimson Dawn również zostały wydane pod szyldem tej wytwórni, mamy nadzieję, że będziemy mogli kontynuować tę współpracę także w wypadku naszych kolejnych albumów.

Czy te wszystkie szufladki mają jakikolwiek sens? Owszem, pod pewnymi względami ułatwiają poruszanie się w gąszczu setektysięcy zespołów, ale czy nie jest tak, że lepiej po prostu czegoś posłuchać i samodziel nie wyrobić sobie opinię na temat tego mate riału, niezależnie od tego, czy jest to trady cyjny heavy, speed czy thrash metal? Marco Rusconi: Jasne, ale czasami kategoryzowanie i dzielenie zespołów według gatunku jest nieuniknione. Musimy zawsze brać pod uwagę, że w metalu są gatunki, które są oddalone od siebie o lata świetlne i, że wielu fanów interesuje się tylko niektórymi z nich, a innymi nie. Co więcej, potrzeba kategoryzacji jest z pewnością czymś, co ludzie robią w każdym aspekcie swojego życia, aby mieć coś na kształt dobrze zdefiniowanego porządku w świecie, który czasami wygląda zbyt chaotycznie! Simone Pesenti Gritti: Podgatunki są szybkim sposobem na przefiltrowanie informacji, ale z drugiej strony mogą spowodować całkiem sporą niepotrzebną pracę. Każdy może podejść do "Chaos Lord" i wyrobić sobie własną opinię, a w efekcie zyskać satysfakcję z czegoś, co innym mogło przynieść zupełnie inne wrażenia. To jest magia muzyki. Co więcej, myślimy również o procesie pisania: mamy swoje podstawy ale także całe niezbadane tereny do poznania. Spotykam się czasem z czymś takim, że ktoś, najczęściej młody człowiek, mówi na przykład: to black, tego nie słucham. Albo: słucham tylko ekstremalnego metalu, słodkie power pitolenie mnie nie interesuje. Wydaje mi się, że tacy ludzie ograniczają się na własne życzenie, nie wiedząc przy tym co tracą, bo tak naprawdę muzyka jest tylko dobra lub zła, niezależnie od stylistyki? Marco Rusconi: Cóż, w ostatnich latach, szczególnie w obliczu masowego rozprzestrzeniania się mediów społecznościowych na całym świecie, powstała nowa moda: trzeba koniecznie być "prawdziwym" metalowcem i unikać wszystkiego, co takie nie jest. Osobiście uważamy, że jest to bardzo dziecinne podejście, które uniemożliwia słuchania wspaniałej (zupełnie nowej) muzyki. Nawet nie tak dawny nowy trend odrzucania zespołów, które weszły do "mainstreamu" lub odtrącanie wszystkiego, co zostało wyprodukowane po latach 80., wydaje nam się naprawdę śmieszny. Każdego roku jest okazja, aby posłuchać nowych świetnych zespołów i nowych świetnych płyty. Simone Pesenti Gritti: Kiedy uwalniasz umysł od barier, jesteś na dobrej drodze. Chwytliwa, zapadająca w pamięć nazwa to w takiej sytuacji niewątpliwy atut. Pamiętam jednak, że gdzieś na wysokości waszego debiutu "Quest For Glory" miałem z nią nie jaki problem, bo w pierwszej chwili pomyślałem, że to powrotny album istniejącego w latach 80. belgijskiego Drakkar, znanego z LP "X-Rated" - w czasach przedinternetowych takie sytuacje zdarzały się dość często, ale teraz chyba nikt już was nie myli, mimo tego, że Belgowie od kilku lat są znowu akty wni? Dario Beretta: Kiedy tworzyliśmy zespół, nie było w internecie strony Metal Archives, na której można szukać nazw zespołów i sprawdzić, czy są już one zajęte! Więc tak, wtedy było dość powszechne, że kilka zespołów dzieliło się tą samą nazwą. Osobiście nie wiedzie-


liśmy o istnieniu belgijskiego zespołu Drakkar. I szczerze mówiąc, dopiero po ponownym uaktywnieniu się tej kapeli, kilka lat temu, niektórzy zaczęli nas mylić. Jednak to nie jest wielka sprawa. Jedna minuta w Google powie każdemu, kto nie jest tego pewien, co jest naszym produktem, a co nie! Marco Rusconi: Jest na ten temat zabawna historia. Byliśmy kilka lat temu w Austrii z Crimson Dawn grając na "Doom Over Vienna" i miałem na sobie koszulkę Drakkar z okładką "Run With The Wolf". W pewnym momencie podszedł do nas członek innego zespołu doomowego, który przyjechał z Belgii. Powiedział: "Świetny t-shirt i świetny zespół" i zaczęliśmy rozmawiać o Drakkar, ale po kilku minutach zdaliśmy sobie sprawę, że rozmawiamy o dwóch różnych zespołach! Na szczęście w ostatnich latach, wraz z rozwojem mediów społecznościowych, trudniej już o pomyłki. Przed "Chaos Lord" wydaliście dwie EP-ki: od razu założyliście, że będą to materiały o specjalnym charakterze, z utworami, które nie trafią na ten album, taki ukłon w stronę fanów i kolekcjonerów? Marco Rusconi: Zdecydowanie tak. Osobiście nienawidziłem zespoły, które zmuszały mnie do kupowania EPek, na których mogłeś znaleźć dokładnie te same kawałki z następnego albumu! Co więcej, wraz z decyzją o otwarciu naszego kanału Patreon ten proces został wzmocniony, ponieważ co jakiś czas musimy gwarantować naszym subskrybentom nowy niepublikowany materiał, często w limitowanej edycji i zaprojektowany dokładnie tak, aby zapewnić, że niektóre utwory (być może nie wszystkie) są dostępne tylko na tych specjalnych wydaniach. A tak przy okazji, sam jestem wielkim kolekcjonerem! Kiedyś, szczególnie w latach 80., takie wydawnictwa były na porządku dziennym; praktycznie każdy zespół, począwszy od Iron Maiden, a skończywszy na grupach podziemnych, miał w dyskografii 12"EP czy MLP z niepublikowanym na albumach materiałem studyjnym i koncertowym. Staraliście się nawiązać do tych dawnych czasów, pokazać ciągłość tradycji nie tylko w obrębie obranej stylistyki? Marco Rusconi: Mniej więcej. Nadal z wielką przyjemnością wspominam niesamowitą serię 12" wyprodukowaną przez Iron Maiden... oczywiście wyprodukowanie EP-ki jest dla nas znacznie trudniejsze, ponieważ w przeciwieństwie do albumów, dla których mamy wytwórnię, zdecydowaliśmy się wyprodukować te EPki jako wydania własne, aby znacząco skrócić czas wydawania… Oznacza to również, że stać nas jedynie na ograniczoną liczbę egzemplarzy. Dario Beretta: Niedawno oczywistą stała się potrzeba, aby zespoły zawsze miały nowy materiał. Jeśli chcesz, aby projekt odniósł sukces oraz chcesz zachować grono swych fanów, oczywiste jest, że nie możesz po prostu wydawać albumu co trzy lata, nie mówiąc już o sześciu. Jest to prawdziwe w przypadku 100% zespołów, które muszą zarabiać muzyką na życie, ale myślę, że dotyczy to również, w mniejszym stopniu, zespołów takich jak my. Nie mamy złudzeń, że po czterdziestce zostaniemy kolejnym Iron Maiden, ale chcemy, aby nasz zespół prosperował, cieszył się dobrą reputacją i był postrzegany jako coś więcej niż

Foto: Drakkar

tylko hobby, a dlatego ciągły przepływ wydawnictw jest teraz tak ważny. Wszystko to spowodowało wielki powrót formatu EP-ki, który został prawie porzucony, gdy zaczynaliśmy działalność pod koniec lat 90. Coraz więcej zespołów korzysta więc teraz z okazji, by wypuszczać nową muzykę i osobiście mi się to podoba. Zwłaszcza, że EP-ki dają szansę na wypuszczenie kilku rzeczy, które mogą być nieco "na boku" w porównaniu z resztą twojej twórczości, coś osobliwego, co może nie pasować do albumu. Epoka wizualna stała się obecnie czymś jeszcze ważniejszym niż w latach 80. czy 90., kiedy to w programach stacji muzycznych królowały teledyski. Staracie się za tym nadążyć, przygotowując choćby teledysk do utworu tytułowego? Dario Beretta: Stworzyliśmy "live" wideo do utworu tytułowego, ponieważ potrzebowaliśmy go do promocji albumu. Skorzystaliśmy z okazji, gdy graliśmy na włoskim festiwalu metalowym (ostatni koncert, zanim uderzył w nas Covid…), aby zrobić ten materiał, bo wiedzieliśmy, że przyda się. Będąc szczerym, osobiście nie jestem wielkim fanem teledysków, ale nie możesz wydać albumu i ich nie mieć. Marco Rusconi: Nie mamy środków finansowych, takich jak bardziej znane zespoły, ani wsparcia finansowego wielkich wytwórni, takich jak Nuclear Blast czy Metal Blade. Wydatki na profesjonalne teledyski są przerażające (tysiące euro), więc zawsze staramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, korzystając z dostępnych zasobów. Fakt, że od ponad roku nie możecie zajmować się muzyką w 100 %, bo o koncertach nie ma przecież mowy, frustruje was, czy przeciwnie, motywuje do jeszcze bardziej wytężonej pracy? Simone Pesenti Gritti: Bez wątpienia jesteśmy zespołem grającym na żywo, ale jesteśmy też jak perpetuum mobile, ciągle pełni inicjatywy i pomysłów na nowy materiał. To dlatego, że jeszcze przed pandemią podążaliśmy pewną ścieżką, poprowadzoną przez pomysł Dario na kanał Patreon. Bardzo pomogło to w utrzymaniu kontaktu i więzi między nami a fanami oraz w aktywności zespołu, który mógł pracować nad różnymi projektami. Marco Rusconi: Jeśli masz prawdziwą wolę do tworzenia muzyki, nic cię nie powstrzyma!

Dotyczy to wszystkich muzyków na całym świecie, co może być jakąś minimalną pociechą, bo wszyscy jesteście w tej trudnej sytu acji i musicie koncentrować się na tym, by dotrzeć do słuchaczy w inny sposób? Marco Rusconi: Jest to zdecydowanie sytuacja, która negatywnie wpływa na każdego artystę na całym świecie, nie tylko na muzyków. Jednak, skoro nie zarabiamy na życie muzyką, raczej należymy do szczęśliwców. Jest tak wiele profesjonalnych zespołów, które w ostatnich latach aby przetrwać polegały wyłącznie na występach na żywo, i które były stale w trasie… z pewnością dla nich problem jest znacznie ważniejszy niż dla undergroundowych zespołów, takich jak my. Kolejne lockdowny inspirują do twórczego działania czy przeciwnie, zabijają kreaty wność, bo ta depresyjna sytuacja i poczucie beznadziei są na dłuższą metę trudne do zniesienia? Marco Rusconi: Szczerze mówiąc, nie zawsze jest łatwo skupiać się na muzyce. Niektórzy z nas są w domu bez pracy od ponad roku i czasami te zmartwienia generują depresję i dlatego trudno jest poświęcić się zespołowi we właściwy sposób. Musisz umieć używać muzyki w taki sposób, aby uniknąć smutku i depresji, nawet jeśli czasami nie jest to tak łatwe, jak się wydaje. Dario Beretta: Dla mnie wymyślenie nowej muzyki nigdy nie stanowiło problemu. Pisanie utworów jest tak ważną częścią mojego życia, że nigdy nie mogłem z tego zrezygnować i na szczęście jest to coś, nad czym mogę popracować, nawet jeśli utknąłem w domu. Oczywiście trudno nam wszystkim nie ulec temu uczuciu lęku. Ale uważam, że moja główna inspiracja do pisania muzyki nie zmieniła się. Dobre pierwsze recenzje bardzo udanego albumu "Chaos Lord" pewnie więc wiele dla was znaczą, są potwierdzeniem, że nie tylko nie zanotowaliście regresu, ale też ciągle stać was na coś więcej? Marco Rusconi: Od samego początku nagrań "Chaos Lord" czuliśmy, że tworzymy coś wielkiego... na szczęście recenzje to potwierdzają. Jednak szczerze mówiąc, byliśmy pod wrażeniem tego, jak bardzo wszystkim podoba się ten album! To z pewnością pomoże, gdy zdecydujemy się poświęcić naszym kolejnym nowym utworom.

GARAGEDAYS

153


Marzycie już nieśmiało o tych wszystkich koncertach, które zagracie, kiedy pandemia wreszcie się skończy? Dario Beretta: Tak, oczywiście. Wszyscy tęsknimy za sceną. Nie ma wątpliwości, że Drakkar zawsze był zespołem realizującym się na żywo. Simone Pesenti Gritti: Chcę wyruszyć w trasę! Może za granicę! Możemy teraz tylko o tym marzyć, ale moim marzeniem jest aby zagrać na tylu scenach, ile zdołamy. Marco Rusconi: O, tak! Nie możemy się doczekać! Dostrzegam tu jednak pewien minus, bo może być ich tak dużo na raz, że ta koncertowa, popandemiczna bańka po prostu pęknie, bo fanów nie będzie na te wszystkie imprezy stać, albo nie będą w stanie być na wszystkich, bo daty będą się na siebie nakładać? Marco Rusconi: Jeśli chodzi o zespoły undergroundowe, muszę powiedzieć, że jest inny problem. W ciągu ostatniego roku wiele obiektów zostało zmuszonych do zamknięcia swoich drzwi i zbankrutowało, obecnie wiele z nich jest zamkniętych na stałe. Kiedy znów będzie można organizować imprezy na żywo, niestety mogą pojawić się setki zespołów, które chcą zagrać na scenie "jak najszybciej", ale nie będzie gdzie, bo niewiele klubów przetrwało. W każdym razie, na razie jest za wcześnie, aby myśleć w ten sposób… Dario Beretta: Podzielam obawy Marco. Chodzi mi o to, że jesteśmy zespołem o podziemnej pozycji z długą historią, więc może będziemy mieli więcej szans. Ale czuję, że przeżyjemy kilka lub więcej ciężkich lat, zwłaszcza młode zespoły, nawet gdy pandemia się skończy. Prawdopodobnie będzie duże zapotrzebowanie na koncerty ze strony fanów, ale niewiele miejsc będzie w stanie sprostać temu zapotrzebowaniu. Myślicie więc, że najważniejsze będzie przede wszystkim to, że koncerty wrócą, a kwestia wyboru spośród licznych imprez, może nawet liczniejszych niż przed marcem 2020, będzie najmniejszym problemem dla słuchaczy spragnionych muzyki na żywo? Marco Rusconi: Jak już powiedziałem, tak. Innym dobrym pytaniem jest to, czy w przyszłości nadal będą dozwolone wielkie festiwale z udziałem dziesiątek tysięcy ludzi, czy też takie wydarzenia przestaną istnieć na zawsze. Zobaczymy. Trzymajcie kciuki. Dario Beretta: Nie sądzę, by imprezy masowe były zakazane, kilka tygodni temu widzieliśmy wydarzenie w Barcelonie z udziałem kilku tysięcy ludzi. Ci ludzie przed wejściem zostali przetestowani pod kątem Covid. Więc mogą pojawić się nowe ograniczenia i zasady, których jeszcze nie możemy sobie wyobrazić, i myślę, że sam przebieg koncertu może się trochę zmienić, ale mam nadzieję, że zawsze będą chętni na muzykę na żywo!

W rock 'n'rollowym stylu Kojarzona z thrashem wytwórnia Punishment 18 Records coraz częściej podpisuje kontrakty z lżej grającymi zespołami. Jednym z nich jest Animal House, wykonujący melodyjny power metal i debiutujący za sprawą albumu "Living in Black and White". Udział w jego powstaniu mieli również goście, między innymi wokalista Visions Of Atlantis Michele Guaitoli oraz gitarzysta Rhapsody Of Fire Roberto De Micheli. HMP: "Living in Black and White" - tytuł waszego nowego albumu nie jest chyba w żadnym razie przypadkowy, podkreślacie, że szczególnie w obecnych czasach nic nie jest jednoznaczne? Animal House: Niestety wydanie naszego pierwszego albumu miało miejsce w tym trudnym i bolesnym okresie. Ale tematyka tekstów na naszej płycie dotyczy bardzo introspekcyjnych i sytuacyjnych wątków. Wewnętrznych rzeczywistości, których wszyscy doświadczyliśmy lub moglibyśmy doświadczyć w ciągu życia. Treści poruszane w utworach nie wywodzą się z aktualnego, smutnego czasu, choć mogą być wiązane z chwilą obecną. Metal kojarzy się zwykle z dość konserwaty wnym podejściem, ale u was wygląda to jednak inaczej: z jednej strony jesteście bowiem tradycjonalistami, gracie przecież heavy/ power w dość klasycznej formie, ale też pokazujecie, że mamy rok 2021, nie 1984, co musi znaleźć odbicie choćby w warstwie tekstowej? Wszyscy członkowie zespołu dorastali w miłości do tych historycznych zespołów z lat 80. Jednak, jak można docenić na tym albumie, chcieliśmy, aby brzmiał jak płyta z 2021 roku, a nie z 1984 roku. W konsekwencji, nawet teksty kawałków muszą odzwierciedlać problemy ludzi ostatniej dekady.

Pandemia utrudniła, czy może paradoksalnie, ułatwiła wam w jakiś sposób prace nad "Living in Black and White"? Mogę powiedzieć, że spowolniło to nas tylko w niektórych sytuacjach, ale generalnie dzięki nowym technologiom i fachowej pracy Michele Guaitoli (Temperance, Visions Of Atlantis, Overtures) mogliśmy nagrać i wydać album zgodnie z zaplanowanym harmonogramem, nie rezygnując z możliwości zaoferowania naszym słuchaczom najwyższej jakości. Myślisz, że to, czego doświadczamy na całym świecie od ponad roku, znajdzie szersze odbicie w tekstach, nie tylko metalowych, utworów? Pierwsze przykłady, również albumów o pandemicznej wymowie, zdają się potwierdzać, że tak faktycznie będzie, bo w ostatnim stuleciu ludzkości czegoś takiego po prostu nie było? Na pewno! Heavy metal zawsze był prawdziwą i szczerą muzyką, a w tekstach zawsze odzwierciedlał całą swoją prawdziwą naturę. Więc to normalne, że tak będzie w nadchodzących latach: wiele cierpienia, myśli i refleksji zostanie wyrażonych i opowiedzianych, a każdy zespół nada swój aspekt tej smutnej chwili życia na świecie. Czy to nie paradoks, że w XXI wieku, przy tak rozwiniętych technologiach i poziomie

Wojciech Chamryk, Szymon Paczkowski, Joanna Pietrzak

Foto: Animal House

154

DRAKKAR


medycyny mogło dojść do czegoś takiego? Może to natura daje nam ostateczny sygnał, żebyśmy przyhamowali, że to ostatni moment na opamiętanie się? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie w kilku zdaniach. Mogę tylko przedstawić moją krótką osobistą opinię. Historia zawsze uczyła nas o doskonałości człowieczeństwa, każdego dnia potrafiliśmy tworzyć i budować wspaniałe rzeczy oraz ulepszać standardy życia. Z drugiej jednak strony, ludzie mogą być także twórcami śmierci i zniszczenia, zawsze spragnionymi władzy i podbojów. Wszystko to ze szkodą dla planety, która nas gości i która dała nam życie. Uważam, że wszyscy powinniśmy zatrzymaćsię i poważnie pomyśleć o tym, jaka będzie nasza przyszła ścieżka, a dotyczy to również właścicieli banków oraz międzynarodowych korporacji. Jakby rok temu ktoś powiedział mi, że kon certy staną się czymś wyjątkowym, z racji tego, że w kolejnych lockdownach praktycznie się nie odbywają, bardzo bym się pewnie zdziwił. Teraz nikogo to już nie zaskakuje, każe jednak zastanowić się nad przyszłością rocka czy metalu, stylistyk opartych przecież na występach na żywo, na interakacji z publicznością? Nie wyobrażam sobie rocka czy heavy metalu bez występów na żywo! Ja sam przegapiłem wiele wydarzeń, na które czekałem od lat i prawdopodobnie już nigdy nie dostanę takiej szansy. Koncerty są duszą tej muzyki, ludzie są żywą częścią muzyki, dlatego nie widzę innego wyjścia, jak najszybszy powrót do normalnego toku festiwali i wydarzeń muzycznych na całym świecie! Mieliście okazję zagrać jakiś występ online, czy to nie dla was, bo to substytut prawdziwego koncertu? Jesteśmy zespołem, który żyje, by grać na scenie przy ogniskach i rzekach piwa! Jednak pracujemy nad podobnym pomysłem. Prawdopodobnie w przyszłości opublikujemy internetowy koncert prezentujący naszą debiutancką płytę, w którym wezmą udział goście z tej sesji, jak: Michele Guaitoli, Paolo Crimi i Roberto De Micheli! Co jednak, jeśli ta sytuacja potrwa jeszcze przez dłuższy czas, nawet dwa-trzy lata? Scena przetrwa bez koncertów, tylko z ogromem płyt, coraz częściej dostępnych tylko w cyfrowej formie? Taki zespół jak Animal House ma szanse w tej ogromnej konkurencji? Masz rację, bez koncertów liczba wydawnictw znacznie wzrośnie, a co za tym idzie pójdziemy w kierunku rynku z coraz większą liczbą płyt. Ale jestem pewien, że w końcu, tak jak we wszystkim, społeczeństwo będzie mogło nagrodzić grupy, które pracowały najlepiej i które były w stanie przedstawić najlepszą propozycję. W tym przypadku z pewnością jesteśmy wśród tych ostatnich ze względu na doświadczenie, produkt i pasję, którą wnosimy. Faktem jest jednak, że dziś nikt nie wie, jak będzie działał rynek muzyczny ani jak się zmieni. Nie kalkulowaliście: skoro płyta była gotowa uznaliście, że nie ma co czekać z jej pre mierą, bo tworzycie przede wszystkim dla ludzi, a nie ma nic bardziej frustrującego niż Foto: św iaChalice domość, że materiał, zamiast dawać im

Foto: Animal House

radość, kurzy się gdzieś i czeka na wydanie, bo może będzie lepiej? Frustrujące jest to, że nie jesteśmy w stanie od razu wyjść na scenę i zagrać naszych kawałków z pełną głośnością. Co do reszty: dzięki dostępnej technologii oraz środkom, nowa płyta może być obecnie sprzedana bez problemów. Pocztą, cyfrowo, przez dystrybutorów itp. W takim układzie nie uważam za sensowne czekać tylko na określone chwile z wydaniem płyty heavymetalowej, teraz na rynku nie ma dobrych ani złych momentów. Jesteś więc optymistą, czeka nas bardzo powolny powrót do normalności, ale w końcu wszystko wróci do stanu poprzedniego? Z pewnością powróci normalność, ale będzie inna od tego, co już znaliśmy, ponieważ pandemia z pewnością bardzo zmieniła ludzi. W pracach nad "Living in Black and White" wsparli was Michele Guaitoli, Roberto De Micheli i Paolo Crimi - uznaliście, że akurat te utwory potrzebują pewnego urozmaicenia, stąd obecność w nich owych gości? Współpraca zaczęła się bardzo naturalnie. Paolo Crimi brał już udział w nagrywaniu pierwszej wersji "Bintars", więc miło było go mieć z powrotem na nowej płycie. Michele miksował nagrania na nową płytę, więc chcieliśmy, aby w jednym utworze użyczył swojego wspaniałego głosu. Roberto De Micheli był naszym wielkim przyjacielem od wielu lat i zawsze obserwujemy jego doskonałą pracę. Nie chcieliśmy więc przegapić okazji, musieliśmy zaangażować go w "Eyes Of Revenge". "Living in Black and White" to tylko osiem utworów, tak jak za dawnych dobrych cza sów, kiedy na stronę winylowej płyty trafiało zwykle 4-5 utworów. Pod tym względem też jesteście tradycjonalistami? Wywodzimy się ze starej szkoły, ale w przypadku "Living in Black and White" zdecydowaliśmy się postawić na prostą i bezpośrednią płytę w rock 'n' rollowym stylu!

Zawsze bardzo trudno jest wybrać, które elementy wstawić, a które nie. Jako kompozytorzy jesteśmy bardzo produktywni i dlatego taka sytuacja często się zdarza. W przypadku "Living…" nie było to trudne, ponieważ kawałki układały się w naturalny sposób. Myślę, że muzyka jest dla was zbyt ważna, byście patrzyli na nią tylko przez pryzmat popularności, gralibyście więc nawet dla garstki ludzi. Każdy zespół ma jednak marzenie, żeby dotrzeć do jak największego grona słuchaczy - jaki macie na to patent w tych pandemicznych czasach? Zasadniczo na każdej platformie staramy się promować kawałki z albumu i wizerunek zespołu. Poza tym kręcimy nowy teledysk, który ukaże się w czerwcu. Będzie bardzo piękny i głęboki. Zagrają go aktorzy i osadzą się w naszej obecnej chwili. Później zrobimy również występ online na żywo, starając się jak najbardziej zaangażować publiczność. Tak jak już wspomniałem w tym spektaklu wezmą udział też goście z płyty! Liczycie, że Punishment 18 Records pomoże wam w wypromowaniu nazwy Animal House, a z każdym kolejnym wydawnictwem będziecie coraz bardziej rozpoznawalni, więc za kilka lat znowu będziemy mieli powód do rozmowy? Promocja działa bardzo dobrze i na pełnych obrotach. Każdego dnia działamy razem z ekipą z Punishment 18. To ważny wysiłek zespołowy, który na tym się nie kończy, ale będzie kontynuowany w nadchodzących miesiącach. Jeśli natomiast mówimy o nowej płycie, to mogę tylko przewidywać, że niektóre utwory są już napisane i na pewno zachowają nasz mocny i bezpośredni styl w manierze Animal House! Wojciech Chamryk, Szymon Paczkowski

Zwykle przy pisaniu materiału na płytę ma się jednak więcej utworów, pojawia się więc problem z czego zrezygnować na wczesnym etapie, co dopracowywać z myślą o płycie - to ważna kwestia, można nawet rzec, że być, albo nie być dla danego albumu?

ANIMAL HOUSE

155


Początek podróży do korzeni Pandemia i związane z nią restrykcje sprawiły, że kapele wypadłszy z rytmu "płyta-trasa-płyta" znalazły czas na nierealizowane wcześniej plany. Chris Boltendahl i Axel "Ironfinger" Ritt nagrali właśnie płytę z prostym, topornym heavy metalem i nie zawahają się go użyć na przyszłorocznych koncertach. HMP: Wasz nowy zespół jest utrzymany w stylu, który idealnie pasuje do grania na żywo. Wydaliście go jednak w czasie, gdy wszystkie koncerty zostały odwołane. Myślisz o "Hellryder" jako o projekcie studyjnym? Axel "Ironfinger"Ritt: Hellryder na pewno nie jest projektem studyjnym. Wręcz przeciwnie, nadciągający debiutancki krążek "The Devil is a Gambler" został wydany właśnie po to, żeby móc grać go live. Choć wydaje się to ryzykowne, ryzyko jest wkalkulowane. Jako że obecnie trasy planuje się z niemal rocznym wyprzedzeniem, pierwsze koncerty planujemy dopiero na 2022 rok i mamy nadzieję, że do tego czasu pandemia przestanie siać grozę. Skąd pomysł, żeby wraz z nowym zespołem

Ty, jako hard rockowy gitarzysta? Axel "Ironfinger"Ritt: W rzeczywistości inicjatorami byliśmy obaj, ja i Chris. Wydaje mi się, że Chris pierwszy z trzy lata temu powiedział "trzeba kiedyś obrać kierunek starego Motörhead", a ja od razu to podchwyciłem. Później rozpoczęliśmy pierwsze działania, projekt logo i tym podobne, ale Grave Digger nie pozwalał nam znaleźć czasu na rozwinięcie tego pomysłu. Dopiero pandemia nam to umożliwiła. Określiliście styl Hellryder jako "dirty kick ass heavy metal" i rzeczywiście czerpiecie z początków heavy metalu. Jestem jednak nieco zaskoczona, bo nastawiałam się raczej na coś w stylu korzeni Grave Digger, nawiązanie do"Heavy Metal Breakdown", a dostaliś-

Foto: Hellryder

wrócić do korzeni heavy metalu? Jest w nich coś, za czym tęsknisz szczególnie? Axel "Ironfinger"Ritt: Są badania, które mówią, że muzyka, którą przyswoisz do wieku około dwudziestki, odciśnie piętno na całym twoim życiu. Wszystko, co przyjdzie później, koniec końców zawsze będziesz odnosić do tych emocji, które muzyka wyzwalała w Tobie w młodości. Dlatego właśnie większość fanów za najlepsze uznaje najstarsze płyty danej kapeli, co często nie jest prawdą. Było się wtedy młodszym, miało się więcej włosów i mniej tłuszczu na brzuchu (śmiech). Chcieliśmy napisać płytę, której nadamy naturalny bieg, wolny od oczekiwań, na które każdy się nastawia przypadku płyt Grave Digger. Kto był inicjatorem Hellryder? Zgaduję, że

156

HELLRYDER

my raczej coś w stylu Motörhead czy nawet Saxon. Co było punktem zaczepienia? Axel "Ironfinger"Ritt: Po raz pierwszy po długim czasie znów napisałem kawałki prosto z trzewi. Miałem jasną wizję, że podstawa płyty powinna mieć barytonowy nastrój brzmienia instrumentów i po prostu pozwoliłem tym pomysłom się rozwijać. To było prawdziwe dobrodziejstwo. Fajny riff, dobry hook, a potem niezbędne wykończenie kawałków w przedprodukcji. Cały proces produkcji był całkowicie luzacki i bardzo efektywny. Wspaniale. Czyli nie użyłeś niewykorzystanych kawałków Grave Digger? Axel "Ironfinger"Ritt: Nie, wszystkie kawałki są zupełnie nowe!

Jak długo zajęło Wam pisanie kawałków do Hellryder? Podejrzewam, że prosty styl sprawił, że szybciej, niż na "typową" płytę Grave Digger? Axel "Ironfinger"Ritt: Zdecydowanie szybciej. Napisałem muzykę w niecałe dwa tygodnie, niemal po kawałku dziennie. Szacuję, że Chrisowi napisanie tekstów i linii melodycznych zajęło tyle samo czasu. Później praca w studio i przedprodukcja zajęła nam niecały miesiąc. Do tego tyle samo na końcową produkcję, co oznacza, że cały album był gotowy w niecałe trzy miesiące. W Grave Digger tyle czasu zajmuje nam samo pisanie kawałków. "Harder Faster Lauder" to jakiś hołd dla Wacken Open Air? Axel "Ironfinger"Ritt: Pasowałoby idealnie, no nie? Może rzeczywiście Chris pisząc ten kawałek miał na myśli wszystkie trzy główne sceny Wacken. Oczywiście będziemy kiedyś ten numer grać na festiwalu Wacken, który obaj świetnie znamy. Zaciekawił mnie Wasz image. Zarówno w klipie do "Hellryder", jak i na zdjęciach pro mocyjnych jesteście ubrani w czarne garnitury. Axel "Ironfinger"Ritt: Kiedy zastanawialiśmy się nad image zespołu, najpierw rozważaliśmy zwykły pomysł na "znoszony" look, który przecież praktykuje tysiące kapel. Byłem tak znużony tym outfitem, że wpadliśmy na pomysł wizualnego przeciwstawienia muzycznej zawartości zespołu. Pomysł spadł na nas jak grom z jasnego nieba i się przyjął. Przyjmiemy tę koncepcję jako integralną część image'u zespołu. Chris, Twoje poprzednie poboczne projekty, jak "Digger" czy "Hawaii" to była jeszcze inna bajka. Jak porównujesz pracę nad nimi do pracy jak obecnym projektem - Hellryder? Domyślam się, że "dirty kick ass heavy metal" jest Ci bliższy niż "Stronger than Ever"? Chris Boltendahl: Zarówno Digger, jak i Hawaii nigdy nie były pobocznymi projektami Grave Digger, ale zespołami, które stworzono z tego, co Grave Digger pozostało. To zespoły, które powstały w zamroczeniu i których żywot nie był długi. To, co doprowadziło to powstania tych kapel można by nawet nazwać desperacją. Hellryder nie ma z tego rodzaju zespołem nic wspólnego. Hellryder to kapela, która zrodziła się z miłości do tego rodzaju muzyki, i z którą wiążemy masę kreatywności i koncertów. "Dirty Kick Ass Heavy Metal" to tylko metafora nieskrępowanej energii Hellryder. Hellryder to początek długiej podróży... do korzeni hard rocka i heavy metalu! Jak sądzicie, "rock'n'roll" to do dziś nie tylko muzyka, ale też styl życia? Axel "Ironfinger"Ritt: Bez wątpienia, choć muzyka w tym kontekście straciła swoją siłę uderzeniową. Dzisiejsze dzieciaki są tak rozproszone grami, smartfonami i youtuberami, że tylko niektóre z nich odnajdują w muzyce długotrwałą drogę. Jest to zrozumiałe, nie trzeba uczyć się grać dziesięć lat na instrumencie, żeby go opanować, podczas gdy studia ekonomiczne lepiej zadbają o finanse. Rock'n'roll, który znam, i którego nauczyło mnie życie, jest już martwy. Katarzyna "Strati" Mikosz


Glejt od Roba Halforda Takie rzeczy też się dzieją! Finalista American Idol nagrywa świetną, klasycznie heavymetalową płytę z nutą Dio i Judas Priest. I nie, nie jest to produkt wytwórni. Tego rodzaju płyty po występie w talent show James już nagrywał. Tym razem jest to płyta, jaką wokalista sam chciał nagrać. Pierwszą osobą, która posłuchała demówek i "zatwierdziła" je był sam Rob Halford. HMP: Klasyczny heavy metal w ogóle nie jest mainstreamową muzyką. Wybierając się do American Idol, brałeś pod uwagę, że pokazanie swojej pasji do tego rodzaju metalu może się w ogóle nie udać? James Durbin: Mówiąc szczerze, idąc do American Idol, nastawiałem się tylko na świetne doświadczenie. Fakt, że kawałek "You' ve Got Another Thing Coming'" Judas Priest był na liście, to cud. Producent show nie wiedział, jak ten numer znalazł się na ich liście! Tak widocznie miało być. Naprawdę pragnąłem zaśpiewać coś, co mogłoby nakreślić jurorom, jaki rodzaj płyty chciałbym nagrać. Zabawne, że nagrałem ją dopiero dziesięć lat później. Zaśpiewałeś na scenie z Judas Priest. To na pewno było dla Ciebie jak spełnienie marzeń. Dla wielu osób z publiczności I przed telewizorami to był pierwszy kontakt z Judas Priest a może i z heavy metalem. Spotkałeś się z ludźmi, którzy mówili, że poznali heavy metal lub Priest właśnie dzięki Tobie? Do dziś niektórzy mi to mówią nawet teraz, dziesięć lat później! Bardzo mnie to cieszy, a im jestem starszy, tym więcej czuję pokory. Taki moment zdarza się raz w życiu. Dużo o tym myślę. To był również pierwszy występ Richiego Faulknera z zespołem w ogóle! Rzeczywiście ostatnio udzielałem wywiadu gościowi w wieku 20, może 21 lat, który jest największym i najbardziej oddanym metalowi facetem, jakiego spotkałem, zwłaszcza jak na jego wiek, a poznał metal właśnie dzięki mojemu występowi z potężnym Priest. Było to w zasadzie wprowadzenie go w metal jako gatunek i w metalową społeczność. To mnie rozwala! W Polsce w drugiej edycji programu Idol finalistą był chłopak, który ówcześnie był fanem tego rodzaju muzyki. Niestety po rozpoczęciu muzycznej kariery zmienił gust i tworzy zupełnie inne rzeczy. Wspaniałe jest to, że udział w programie i późniejsze działania nie wpłynęły na Twoją pasję do heavy metalu. Będę szczery. Na moich solowych krążkach popłynąłem daleko od metalu. Zrobiliśmy kilka mainstreamowych, rockowych płyt, jeden album z alternatywnym popem, jeden w stylu americana i garść innych EPek oraz pobo-cznych projektów z muzyką od country, przez pop punk, po klasyczny rock. Zawsze kochałem metal, nawet jeśli w tamtym momencie życia nie była to muzyka inspirująca moją twórczość. Obecnie różnica jest taka, że jestem teraz bardzo zainspirowany tworzeniem metalowej muzyki, to mój priorytet. Odnalazłem gałąź, czy też podgatunek metalu, który naprawdę lubię pisać i tworzyć. W połączeniu ze wsparciem, jakie mam od Frontiers Music, od rówieśników i moich niesamowitych fanów

sprawia to, że jestem ogromnie wdzięczny, że znów tworzę metal. Jak udało Ci się nawiązać współpracę z tak świetnym i znanym basistą, jakim jest Barry Sparks? Barry skontaktował się ze mną pod koniec 2019 roku, kiedy zaczynałem rozmawiać z Frontiersem. Chciał dołączyć do tego, co zamierzałem zrobić. Jestem zaszczycony, że mam w zespole talent jego kalibru, który wniósł do albumu swoją wiedzę. Kto był głównym kompozytorem utworów na "The Beast Awakens"? Domyślam się, że nawet jeśli nie Ty, to Twoje "tak" grało ważną i decydującą rolę? Każdy kawałek na tej płycie był napisany w 100% przeze mnie. Wszystko zaczęło się od numeru tytułowego "The Beast Awakens". Po napisaniu głównego riffu i stworzeniu demo do kawałka, pokazałem do czego jestem zdolny nie tylko Frotniersowi, ale też sobie samemu, że mogę napisać taki album, którego naprawdę pragnę, i że to jest dokładnie to, co chcę zrobić. Kiedy napisałem utwory, uderzył covid i wszyscy wylądowaliśmy na kwarantannie. Nagle okazało się, że znalazł się czas na pisanie kawałków i tekstów. Zbierałem pomysły na riffy albo grając na gitarze, albo śpiewając melodie i przekładając je na gitarę. Chciałem znaleźć riffy, które będą na tyle melodyjne, żeby mogły stanowić bazę dla całego utworu. Z mojego fanowskiego doświadczenia wiem, że to sprawia, że tych klasycznych metalowych utworów do dziś nie da się zapomnieć i są tak samo znaczące dziś, jak wtedy, gdy były wydawane. Są stworzone wokół czegoś, co zapada w pamięć - zarówno linii wokalnych, jak i gitarowych riffów. Znajdziesz to w każdym utworze na "The Beast Awakens". Każdy kawałek ma jakiś cel. Wszystkie są tutaj z jakiegoś powodu - żeby opowiedzieć konkretną historię. Dokładnie, a płyta brzmi jak "best of" wszystkiego, co najlepsze w heavy metalu i hard rocku lat 80. Wiele współczesnych zespołów próbuje przywołać ten klimat na swoich płytach, ale niewielu udaje się napisać tak dobre kompozycje. Poza tym, wielu tego typu płytom brakuje chwytliwości i przebojowości. Twoja płyta jest chwytliwa, ale w bardzo dobrym tego słowa znaczeniu. Nie ma tam cienia kiczu. Oglądałem z moją żoną, Heidi, dokument o Quincym Jonesie. Quincy powiedział coś w rodzaju, że "jest tylko 12 minut do wykorzystania. Wszyscy kompozytorzy mają tylko 12 minut". Myślałem o tym sporo, gdy pisałem kawałki. Wydaje mi się, że na moją korzyść działa fakt, że jest to moje pierwsze podejście do napisania tego rodzaju metalowej płyty. W przypadku kapel, które odnalazły już swoje brzmienie, uchwycenie istoty ich pierwszych prac może

być trudniejsze, bo one już to zrobiły i być może wcale nie chcą robić tego ponownie. W zasadzie wiem to z własnego doświadczenia. Na Twojej płycie słychać wiele inspiracji. Nie sposób nie zauważyć oczywiście Judas Priest. Słychać to w całym "By the Horns", który - od riffów i sekcji rytmicznej, po wokale - brzmi jak hołd dla Judas Priest, ale też w kawałku tytułowym "The Beast Awakens", w którym akcentujesz literę "r" dokładnie jak Rob Halford. Wiele wokalistów w świecie rocka i metalu podkręca swoje "r" - od Roba Halforda przez Freddiego Mercury'ego, Tobiasa Forge'a po Gerarda Waya. Myślę, że jest to coś, co może wzmocnić konkretne słowo. Myślę, że każdy wokalista inspirował się różnymi niuansami swoich ulubionych wokalistów. Fajnie jest wypróbowywać nowe rzeczy i sprawdzać, czy pasują. Rob Halford był jedną z pierwszych osób, które w ogóle słyszały utwór "The Beast Awakens". Jak tylko wypuściłem demo i cały album, dostały od niego "glejt". Czegóż można chcieć więcej? Dwie kolejne inspiracje, jakie u Ciebie słychać to Ronnie James Dio i Manowar. Takie kawałki jak "Riders of the Wind" i "The Sacred Mountain" brzmią jak skrzyżowanie obu wykonawców. W "Riders of the Wind" nawet pierwsze wejście perkusji na i zwol nienie brzmi jak hołd dla Dio. Ronnie James Dio to zdecydowanie jedna z moich największych inspiracji jeśli chodzi o tworzenie mojej własnej marki metalu. Jest niezrównanym wokalistą. Odkryłem jego muzykę w szkole średniej i nawet nagrałem cover "Holy Diver" wraz z moim pierwszym zespołem, Leviathan. Manowar nigdy nie słuchałem, aż do czasu, gdy sam byłem w studiu, żeby nagrać końcowe wokale. Jak sądzisz, jak potoczyłaby się Twoja kariera jako wokalisty bez udziału w American Idol? Nie lubię się zastanawiać na d tego typu sprawami, ponieważ to jest ścieżka, jaką obrałem, a tu doprowadziła mnie ciężka praca. Każdy konkurs wokalny jest szansą i trampoliną. Od ciebie zależy, ile włożysz w to pracy, wysiłku i pasji. Nie wydaje mi się, żeby do osiągnięcia tego celu istniała jakaś dobra lub zła droga. Dzięki Ci za Twój czas na wywiad dla Heavy Metal Pages! Bardzo to doceniam. Dzięki za gościnę i za wspaniały wywiad. Keep the metal, keep the magic! Katarzyna "Strati" Mikosz, Tłumaczenie pytań: Szymon Paczkowski

DURBIN

157


Równowaga jest kluczem Grecki Black Fate pokusił się o bardzo udany album "Ithaca". Zawiera on ambitny progresywny power metal, wtłoczony w znakomicie skrojone kompozycje. O albumie, muzyce i wszystkich innych elementach z nimi związanymi opowiada znakomity gitarzysta Gus Drax... HMP: Powiem tak, jestem oszołomiony zawartością waszego nowego albumu. Dzięki "Ithaca" od razu zestawiłem was z takimi kapelami, jak Pyramaze, Conception, Evergrey, Pagan's Mind, itd... ale moje pytanie jest takie, dlaczego do tej pory was nie słyszałem? A może słyszałem tylko wasze wcześniejsze płyty nie były tak dobre? Opowiedz proszę o wszystkich waszych wcześniejszych albumach... Gus Drax: Cóż, przede wszystkim bardzo dziękuję za miłe słowa. Bardzo się cieszę, że podoba Ci się "Ithaca". Moim zdaniem jest to nasze najlepsze dzieło, ale to nie znaczy, że nasze poprzednie płyty są złe. Z każdym albumem chcemy robić kolejne kroki i doskonalić się w każdym aspekcie. Pod względem pisania kompozycji, produkcji, oraz pod każdym in-

mowitej muzyki. Jak myślicie przyjdzie taki dzień, że nowe propozycje z tego gatunku będą tylko ciężkostrawnymi odbiciami najlep szych dokonań ich największych poprzedników? Progresywny metal wciąż ewoluuje dzięki zespołom, które chcą podejmować ryzyko i próbować różnych rzeczy, zarówno w kwestii pisania muzyki, jak i brzmienia. To nigdy nie przestanie się dziać, a gatunek ten będzie ewoluował szybciej lub wolniej. Ale to nie jest jedyny czynnik na to wpływający. Jest to również rola fanów, którzy muszą być gotowi zaakceptować zmiany i ewolucję oraz przyjąć je. To także pomaga gatunkowi ewoluować. Kompozycje na "Ithaca" to zestawy najlep szych cech ambitnego i melodyjnego power

czem. Zawsze stawiamy kompozycję na pierwszym miejscu. Czasami utwór prosi o trochę więcej techniki i wtedy po prostu bardziej zagłębiamy się w techniczne granie. W innych kawałkach kluczem jest prostota. Nigdy nie gramy technicznie tylko dlatego, że tak możemy. Intensywność waszej muzyki można przetrzymać dzięki jej niezwykłej melodyjności i nie są to błahe popowe melodie, ale poru-szające często sprzeczne uczucia, dojrzałe melodie... Dziękuję. Melodia jest jednym z najważniejszych czynników w naszej muzyce. Niebagatelną rolę w tym wypadku odgrywa śpiew Vasilisa Georgiou. Jego barwę i umiejętności umieściłbym gdzieś między Ray'em Alderem a Roy'em Khanem. Posiadanie wyśmienitego wokalisty wiele ułatwia w promocji zespołu ale w dzisiejszych czasach nie jest to gwarancją uzyskania sukcesu. Dzisiaj chyba publiczność, szczególnie ambitnego power metalu i progresywnego metalu, prze-sycona jest ogromną liczbą znakomitych wo-kalistów... Moim zdaniem obecnie jest bardzo trudno znaleźć znakomitych wokalistów. Zwłaszcza tak czysto śpiewających jak Vasilis. To rzadkość, a posiadanie takiego wokalisty robi ogromną różnicę dla każdego zespołu. Na jakich wokalistach wzorował się Vasilis Georgiou i gdzie szkolił swój głos? Vasilis zawsze był fanem takich wokalistów, jak Roy Khan, Geoff Tate, Ray Alder, Daniel Gildenlow, Tony Harnell, James Labrie ale także śpiewaków z spoza rocka i metalu, jak Michael Jackson, George Michael i wielu innych. Natomiast fani gitarowego rzemiosła z pewnością będą zafascynowani Twoimi umiejętnościami Gus, a masz je nie najmniejsze, ale także łatwo odnajdujesz się w różnych konwencjach, chociażby w thrashowym Suicidal Angels... Cóż, dziękuję. Lubię wiele różnych stylów muzycznych i zawsze staram się doskonalić jako muzyk i próbować nowych, jaki i nieznanych mi rzeczy.

Foto: Black Fate

nym względem. I tym właśnie jest "Ithaca". Wielkim krokiem naprzód w stosunku do "Between Visions and Lies", który był moim pierwszym albumem z zespołem. Moim zdaniem, "Between..." jest wciąż świetnym krążkiem oraz udoskonaleniem w stosunku do "Deliverance of Soul", który z kolei był pierwszym albumem, na którym zaśpiewał Vasilis. "Uncover" był ogólnie pierwszym wydawnictwem grupy, ale nie pierwszym jej dziełem, przed nim były jeszcze dwa dema. To był wtedy zupełnie inny czas dla pro