Page 1


Spis tresci

Intro To już drugi numer Heavy Metal Pages w formacie e-magazynu. Szczerze, nie mogę odżałować papierowej edycji i ciągle przyzwyczajam się do tej elektronicznej. Wiem, że dla Was to też było wyzwaniem. Sądząc po ilości odwiedzin nie było jednak tragicznie. Przynajmniej tak mnie się wydaje. Z pewnością z biegiem czasu powinno być lepiej… przyzwyczajenie i nawyk obsługi podglądu pdf'ów na www. issuu.com z pewnością zrobi swoje. Nie sądzę abyśmy nadrobili wszystkie ciekawe wydarzenia, które odbyły się w ubiegłym roku. Jednak powoli nadganiamy ten stracony czas. Z każdym kolejnym wydaniem będziecie mieli też coraz świeższe materiały. Oczywiście na tyle, na ile, pozwala obrany przez nas czas edycji kolejnych wydawnictw. Z resztą, mimo starań z naszej strony, terminy te zawsze były elastyczne. Nieraz z tego powodu nadwyrężaliśmy Waszą cierpliwość. Pewnie, jeszcze nie raz przytrafi się nam wpadka z niedotrzymaniem zapowiedzianej premiery. Niemniej w miarę możliwości, będziemy starali się pozostać kwartalnikiem. Aktualnie, największym naszym problem jest brak fachowej korekty. Wszystkie materiały w tym, jak i w poprzednim numerze są niesprawdzone, a że nie jesteśmy mistrzami w posługiwaniu się ojczystym językiem, ani tytanami organizacji, to mamy co nieco na sumieniu. Ten stan rzeczy utrzyma się do momentu, gdy znajdziemy osobę, która podejmie się obowiązku korektora. Być może ta persona sama się zgłosi, bo nie zdzierży naszej pisaniny. Profilaktycznie radzę abyście w tym temacie pokalibrowali swój poziom tolerancji. Dość sporo materiału udało się zebrać do tego numeru. Myślę, że w 42. wywiadach każdy coś dla siebie znajdzie. Daniem głównym

jest rozmowa z Mille Petrozzą. Z tym wywiadem wiąże się pewne przedsięwzięcie, a mianowicie wywiad był rejestrowany na taśmie wideo. Nagrywany był z myślą, że przed opublikowaniem w e-magazynie będzie można go obejrzeć w oryginale na naszej stronie www. Okazało się jednak, że stworzenie takiej strony to olbrzymi problem, wiec pomysł został zawieszony. Mimo odczuwanego zażenowania, związanego z kolejną naszą niemocą, wierzę że kiedyś powstanie oficjalna strona magazynu i powrócimy do projektu i to w zdecydowanie w szerszym wymiarze. Treść samego magazynu podzielona jest w zasadzie pomiędzy odłamami thrash, power i heavy. Maniacy tychże stylów pewnie będą zadowoleni. Po jednej stronie mamy: Kreator, Sodom, Destruction, Flotsam And Jetsam, Paradox, Midas Touch, D.A.M., Voivod, Alastor, Hatriot, Anger As Art, Suicidal Angels, Saratan, Memorain, Kill Ritual, Hunter, Heretic, Forte. Po drugiej zaś: Open Fire, Skelator, Arkham Witch, Steel Vengeance, Solemnity, Enforcer, Saxon, Bullet, Night Mistress, Stos, Screamer, Razorwyre, Holy Grail, Savage, Girlschool. W środku gdzieś: Attacker, Grave Digger, Helloween, Paragon, Sacred Steel, Majesty. Coś mi się wydaje, że taka tendencja będzie utrzymywać się w kolejnych wydaniach Heavy Metal Pages. Zdecydowanie mniej jest melodyjnych odmian power, heavy, progressive czy też hard rocka. Jedynymi przedstawicielami w tym wydaniu są: Kruk, M.S.G. i Riverside. Fani melodii mogą poczuć się zawiedzieni. Może w przyszłości to się zmieni. Chociaż trochę... Organizujemy się na nowo, nie wszystko jeszcze zadziałało, liczę jednak, że nie będziecie zawiedzeni 52 z kolei numerem.

Konkurs udziału w konkursie. 1. Ile razy zespół War-Saw wystapił wspólnie z Katem? 2. Czy zespół wystąpił kiedykolwiek z brazylijskim zespołem? 3. Ile lat działalności minie w 2013 roku? Niektórzy laureaci otrzymają dodatkowo składankę “Harder Faster” ufundowaną przez firmę Magic Records. Przypominam, odpowiedzi prosimy przesyłać na adres redakcji na kartach pocztowych. Życzymy powodzenia w zabawie! Niedawno swoją premierę miała najnowsza studyjna płyta "Martya Xwar" zespołu Saratan. Kilku szczęśliwców będzie mogło otrzymać to wydawnictwo. Wystarczy, że odpowiedzą na przygotowane przez zespół pytania, a prawidłowe odpowiedzi przyślą na adres redakcji. 1. Proszę podać tytuły wszystkich teledysków Saratan. 2. Jaki tytuł nosi pierwsze demo zespołu? 3. Proszę podać jedną osobę z zespołu, która brała udział we wszystkich - czterech - sesjach nagraniowych grupy. Swój studyjny debiut wypuściła również thrashowa horda War-Saw. Jego tytuł to “Nuclear Nightmare”. Wszystkich zainteresowanych tą płytą także zapraszam do

Heavy Metal Pages ul. Balkonowa 3/11 03-329 Warszawa

3 4 6 8 10 12 13 14 16 17 18 20 22 24 26 28 30 32 33 34 36 38 39 40 41 42 44 45 46 48 52 54 55 56 58 59 60 61 62 64 66 68 69 70 88 97

Intro Kreator Attacker Open Fire Sodom Destruction Flotsam And Jetsam Paradox Midas Touch D.A.M. Voivod Alastor Grave Digger Helloween Paragon Sacred Steel Skelator Majesty Arkham Witch Steel Vengeance Solemnity Enforcer Saxon Bullet Night Mistress Stos Screamer Razorwyre Holy Grail Hatriot Anger As Art Forte Suicidal Angels Saratan Memorain Kill Ritual Hunter Heretic Savage Girlschool Kruk M.S.G. Riverside Decibels` Storm Old, Classic, Forgotten... Visual Decay 3


nie podczas nagrywanie jej w studio, to była dla nas po prostu świetna zabawa.

Antifa?... Facepalm Poniższy wywiad ma swoją wersję wideo. I właśnie to jest przyczyną całego zamieszania z tytułem. Gdy Drzewiak mocował się ze swoja potężną kamerą na backstageu w Progresji zadałem Millemu kilka pytań o owo śmieszne ugrupowanie - lider Kreatora na płycie "Renewal" popełnił bowiem jeden utwór zbieżny z jego linią programową. Opisałem mu zatem sceny sprzed półtora roku z Warszawy, kiedy to bohaterscy niemieccy "łowcy nazistów" rzucili się ma grupę rekonstrukcyjną piechoty Księstwa Warszawskiego. Mille wykonał w odpowiedzi gest znany w przestrzeni internetowej jako "Facepalm". Wyraźnie zażenowany, opowiedział potem o kilku innych niechlubnych wyczynach jego znajomków. Jak widzicie przed kamerą był już bardziej powściągliwy. Tak czy inaczej: pięć pierwszych Kreatorów zabija. Nawet Roman Dmowski nie byłby w stanie nic tu poradzić... MP: Witaj Mille. Chciałbym zacząć od waszej najnowszej płyty. Intro do utworu "Civilization Collapse" przypomina mi wstęp do "Terrible Certainty". Czy było to celowe? Mille Petrozza: Nie celowe, ale perkusyjne intra to część naszego stylu więc to nie było dla nas nowością. Ale już od dawna nie zrobiliśmy piosenki, która zaczynałaby się w taki sposób. Wszystko zależy od kompozycji, czy drum intro będzie pasowało do całości, czy nie. Jest też słynny utwór "From Flood To Fire". Czy nagrywając refren inspirowałeś się Accept? Jest to bardzo heavy metalowy, prawdziwy, niemiecki heavy metal. To jest heavy metal, ale nie inspirowałem się Accept. Chciałem po prostu zrobić coś, hmmm… Wiesz, te-

Nie, nie. W trakcie tej części będę obserwował dziewczyny. Potem znowu zacznę headbanging... z łysa głową. Jestem z Toba szczery, nie jestem dzi ennikarzem, ale waszym fanem. Całkowicie cię rozumiem. To kwestia gustu. Nie mam zamiaru wmawiać ci, że ta część jest świetna. Jeżeli myślisz, że jest do dupy, to w porządku (śmiech). Według mnie ta partia wprowadza zmianę nastroju. Myślę, że osiągnięcie takiej zmiany było potrzebne w tym momencie. Musieliśmy to trochę uspokoić. Przypomina mi utwór "Black Sunrise" z albumu "Outcast"… Właśnie. Która też jest do dupy, racja? (śmiech) Tak, zdecydowanie. Album jest całkiem dobry, ale

Wiele lat temu napisaliście kilka piosenek o seksu alnych perwersjach, jak np. "Bringer Of Torture" z albumu Extreme Agression, "Twisted Urges" z "Coma Of Souls", jest też numer z "Terrible Certainty", "No Escape". W ciągu wielu lat ten temat zaczął znikać z waszej twórczości. Dlaczego? Mamy jakieś dwie, czy trzy piosenki w tej tematyce. Ruszyliśmy do przodu. Teraz inspirują nas inne rzeczy. Czy na waszym nowym albumie teksty poszczególnych piosenek jakoś się ze sobą łączą? Czy jest czymś w stylu koncept albumu? Przede wszystkim łączą je emocje, uczucia związane z całym współczesnym kryzysem, popadaniem w paranoję wywoływaną przez Internet i informacje w mass mediach. Gdybym na przykład napisał gdzieś w Internecie: "Ten gość to dupek" może jakieś dziesięć osób by się ze mną zgodziło, dwie by to zakwestionowały, ale tak naprawdę nie krzywdzi cię to. Nie możesz z tym nic zrobić, ale musisz wejść do Internetu i napisać: "Nie jestem idiotą", czy coś takiego. Co wydaje mi się szalone. Podczas trasy promującej "Terrible Certainty" nosiłeś t-shirt Bad Religion z przekreślonym krzyżem. Wyobraź sobie sytuację, że dałbym ci teraz koszulkę z przekreślonym półksiężycem i napisem Bad Religion. Założyłbyś ją? Wiem, że chodziło ci wtedy o muzykę, a nie o religię. Bardzo dobre pytanie. Krzyż jest łatwo nosić, ale zarazem niewygodnie. Dlatego jest niebezpieczny (śmiech). Chrześcijanie nie utną ci głowy z tego powodu. Tak, ale większość muzułmanów również by tego nie zrobiła. Radykalni muzułmanie może tak, ale również radykalni chrześcijanie mogą być bardzo denerwujący. Potrafią zrobić różne rzeczy. Ostatnio graliśmy w Polsce na Metalfest, zespół Behemoth nie mógł tam wystąpić ze względu na swoje przekonania i rzekome propagowanie satanizmu. To właśnie robią chrześcijanie. Nie mówię wcale, że religia jest czymś złym, jestem tylko przeciwko temu co robią ludzie. Jeśli wierzysz w, nie wiem, Thora, grecką czy szwedzką mitologię, masz do tego całkowite prawo, ale panuj nad nerwami. Parę dni temu dawałem wywiad do niemieckiej gazety i zadawali mi pytania typu: "Wasze nowe albumy są jak teorie spisków. Czy jesteś zwolennikiem takich teorii?". Odpowiedziałem im: "Nie, ale wierzę w to, że rządy nie mówią nam całej prawdy o lądowaniu kosmitów w latach '50." . A oni uwierzyliby w to i umieścili w nagłówku. Wiesz o co mi chodzi? Co ja miałem powiedzieć? Pytanie brzmiało czy założyłbym taką koszulkę... Nie wiem. Wiesz, metal był zawsze związany z buntem… Myślę, że atakowanie chrześcijan jest bardzo proste i dość powszechne. Na koszulce najważniejszy nie był przekreślony krzyż, ale sam napis "Bad Religion", który wcale nie oznaczał złego chrześcijaństwa, islamu czy czegokolwiek innego. Po prostu w moim życiu codziennym nie obchodzi mnie religia. Pisanie na ten temat piosenek jest na pewno bardzo fajnym doświadczeniem, ale nie jestem nim zainteresowany.

Foto: Nuclear Blast

kst mówi o zaufaniu, oddaniu i myślę, że taka muzyka po prostu do niego pasuje. Całkowicie rozumiem co masz na myśli. Dużo ludzi mówi, że ten utwór brzmi jak klasyczny metal. Nawet gdybym inspirował się metalem klasycznym to raczej byłoby to Judas Priest, Iron Maiden, Black Sabbath. Accept również, ale raczej tylko w refrenie, nie w całej piosence. Pytam o ten utwór ponieważ refren jest świetny, ale są tam też akustyczne przełamania. Będę szcz ery: te części są do bani. (Śmiech) Człowieku, co mamy zrobić? Mamy zamiar zagrać wieczorem ten numer! A ty pomyślisz sobie: "Ohhh! Pieprzcie się!".

4

KREATOR

początek tej piosenki jest trochę dziwny. Jak już wcześniej powiedziałem, ta część trochę nam nie wyszła. Co mogę powiedzieć? Mam nadzieję, że znajdziesz jakieś ładne dziewczyny na widowni. (śmiech) Na pewno znajdę. W tej kwestii jest lepiej niż 20 lat temu, kiedy na koncerty heavy metalowe przychodziły bardzo brzydkie kobiety. Tak, teraz jest o wiele lepiej. Na albumie jest tez cover Iron Maiden, "The Number Of The Beast", w którym kompletnie zmieniliście solówkę. Jaki był tego powód? Nie było żadnego powodu, chcieliśmy dodać do niej coś od siebie. Nie chodziło nam o jakieś udoskonale-

Nie kusi cię czasem, żeby zostać buntownikiem sprawić, żeby ludzie cię nienawidzili jak w latach '80? Wydaje mi się, że Kreator, jako muzycy thrash metalowi byliście nienawidzeni w niektórych grupach społecznych. Właśnie ta nienawiść dała wam siłę do pisania jeszcze szybszych i brutalniejszych utworów, żeby powiedzieć im "Pieprzcie się!". Postawa "pieprz się" nadal jest w naszej muzyce. Ponieważ wśród wszystkich metalowców są ludzie, którzy mówią: "Nie mówmy o religii, chcemy się dobrze bawić". Nie staramy się narzucić im kursu dlatego, że jesteśmy sławni. Jeżeli coś mi się nie podoba to mogę o tym powiedzieć, jeżeli nie zgadzam się z tym co mówi nam religia. Oczywiście chce sprawić, żeby ludzie na naszych koncertach zapomnieli na chwilę o swoich problemach. Chociaż z drugiej strony ta muzyka jest tak brutalna i agresywna, że w człowieku budzą się najgorsze instynkty. To nie jest jakiś wymyślony świat. Fantazja to fantazja, jest świetna. Możesz wymyślić sobie różne bajki. Taka muzyka może być dla ludzi brutalna, ale stanowi


świetną ucieczkę, nawet dla dzieci. Miejsce, gdzie mogę zostawić wszystko za sobą (nawiązanie do utworu "Leave This World Behind" - red)? Dokładnie tak. wydaje mi się, że to świetny sposób na ucieczkę. Nawet jeżeli tekst mówi o zjawiskach negatywnych związanych z rządem, religią, czy czymkolwiek innym. Nigdy nie znajdziesz jednak tekstu, który wprost wskazuje na religię, czy na człowieka. Rozumiesz o co mi chodzi? To wszystko jest bardzo ogólne. Mam na myśli, że kiedy Venom zaczął nosić odwrócony krzyż mogłoby to być niebezpieczne nawet wtedy, w latach '80 w Niemczech. Teraz to nie jest żaden problem... Teraz jest nowa generacja, która nie jest na tyle zbuntowana, żeby nosić tego typu rzeczy. W latach '80 było to bardziej niebezpieczne, bo my zaczęliśmy. To nie znaczy, że moim zdaniem młodzi nie powinni tego nosić, to jakby oświadczenie. Chociaż dla niektórych może być tylko odświeżeniem.

dzo aroganckie wśród krajów Unii Europejskiej jest to, że jeżeli tylko któreś państwo się poślizgnie, ludzie mówią od razu: "Patrz na nich! Ci ludzie są leniwi (albo coś takiego). Zastanawiam się jakim cudem jeszcze istnieją". Właśnie tak wielu Niemców mówi o Grecji. Takie myślenie jest bardzo złe i głupie, bo Grecy musza męczyć się tak samo skorumpowanymi politykami jak ty, czy ja. Myślisz, że poziom korupcji w Niemczech i Grecji jest taki sam? Niemcy są na wyższym poziomie. Mamy bardzo interesujące i skomplikowane podatki. Pamiętaj o tym. Ok. Podejrzewam, że jeżeli Polskę dosięgnie kryzys, wyprowadzę się do Niemiec (śmiech). Tak więc flaga płonie, odczuwasz do niej jakieś pozyty wne emocje? Tak, pewnie. Nie jestem jakimś wielkim fanem flag, mam swoją flagę nienawiści i tyle (śmiech). To również oświadczenie. Myślę, że ludziom sprawia radość

Podoba mi się nowe Destruction. Mam ich nową płytę, słucham jej i naprawdę ja lubię. Ostatni album Sodom też był dobry. W końcu są przyjaciółmi. Wielu herosów thrashu dawało ostatnio koncerty oparte głównie na ich najlepszych albumach. Nie, nie. Nie będzie całego "Coma Of Souls", całego "Pleasure To Kill"? Nie. Wiele zespołów jest znanych, więc może dlatego to robią. Może kiedyś coś takiego zrobimy, ale jak na razie rozmawiałem z chłopakami i nie bardzo podobał im się te pomysł. Chodzi głównie o samo wystąpienie. Kiedy robimy show to chcemy coś w nim przekazać. Dodajemy do set listy utwory tak, żeby miała sens, znaczenie, żeby skłaniała ludzi do ruchu, albo spokojnego słuchania. To jak taki emocjonalny rollercoaster. Są takie piosenki na niektórych albumach, nawet na "Pleasure To Kill", które przez jakiś czas próbowaliśmy grać na żywo, ale nie wychodziło

Ja nosiłbym taki odwrócony krzyż tylko ze względu na moją fascynację Venomem. Koszulkę Bad Religion założyłem właśnie dlatego, że bardzo podobała mi sie ich muzyka. Dlatego nie myślę za dużo o tamtym zdarzeniu. Bardziej chodzi więc o wsparcie zespołu, bycie częścią grupy, muzyki, którą kochasz. Ludzie nie potrafią tego zrozumieć. Czasami po prostu za dużo myślą. A co myślisz o włączaniu wątków patriotycznych do metalu? Mam na sobie właśnie koszulkę zespołu At War. Bardzo lubię ich muzykę. Jest też Iced Earth, w którego składzie znajdują się sami patrioci. Co myślisz o połączeniu takiej właśnie postawy z heavy metalem? Bo według mnie jest to bardzo buntownicze. Czy może to po prostu show biznes? Tak, można nazwać ich buntownikami, ponieważ mówią o buncie (śmiech). To nie dla mnie. Jeżeli lubisz takie teksty to w porządku, ale to nie dla mnie. W ogóle nie jestem patriotą. Podróżowałem dużo po świecie i wywarło to na mnie duży wpływ. Kiedy jadę do Niemiec, podoba mi się tam, lubię tam mieszkać, ale mieszka tam tyle samo ludzi co w Polsce, Brazylii czy gdziekolwiek indziej na świecie. Jeżeli chodzi o Niemcy, to nie ma być z czego dumnym. Wiesz o co mi chodzi? Jeżeli jest coś, z czego czuję dumę będąc Niemcem... Samochody, football, środowisko (śmiech)... Nie, nie. Chodzi mi o muzykę. Pisanie piosenek, muzyki. Jeżeli coś tworzysz jest świetnie. Fakt, że mieszkasz w Polsce jest zwykłym przypadkiem. Mógłbyś przecież urodzić się w Niemczech, czy w Turcji. Cóż, moje życie wyglądałoby wtedy kompletnie inaczej. Dokładnie. Może kochałbyś swój kraj i w ogóle, ale patriotyzm po prostu nie jest dla mnie. A co myślisz o zespołach takich jak Iced Earth? Myślę, że jeżeli sprawia ci coś przyjemność, to jest to dobre. Jeśli chcesz być patriotą, bądź nim. Ja nim nie jestem, bo to nie dla mnie. Myślę, że o to właśnie chodzi w muzyce, o tolerancję w stosunku do opinii innych ludzi. Dobra. Widziałem t-shirt Kreatora z czołgiem i flagą niemiecką... …płonącą (śmiech)... Jaka historia kryje się za tą koszulką? Tłem dla niej jest utwór - "Civilization Collapse". Myślę, że Niemcom (nie wiem czy Polacy też, ale Niemcy na pewno) wydaje się, że kryzys ich nigdy nie dosięgnie. Są o tym wręcz przekonani. Ale to przecież może się zdarzyć w każdym kraju, w każdym momencie. Chciałem napisać o tym piosenkę. Ten utwór był zainspirowany konfliktem, kryzysem w Grecji. Oczywiście jest dedykowany wszystkim naszym greckim fanom. Ale równie dobrze coś takiego może się zdarzyć tutaj. Podróżując po Europie można zauważyć, w którym kraju mają kryzys. Kiedy pierwszych kilka razy byliśmy w Polsce to był inny kraj. Teraz macie u siebie wzrost gospodarczy. Bar-

Foto: Nuclear Blast

bieganie z flagami podczas sezonu piłkarskiego, w trakcie Euro czy czegokolwiek innego. To sprawia im radość. Nie będę tego oceniał. Takie coś po prostu nie jest dla mnie. Dlatego flaga na naszej koszulce płonie. Płonie, żeby pokazać, że naród to nie wszystko. Ważniejsze jest bycie sobą. Możesz być częścią jakiejś społeczności, na przykład metalowej, częścią swojego kraju, sceny, czegokolwiek, ale zawsze próbuj być sobą. Staraj się być indywidualnością.

nam to.

Zadałem to samo pytanie Schmier'owi o flagę i patriotyzm. Odpowiedział w podobny sposób jak ty, ale za chwile mocno się zdenerwował ponieważ Grecy mówią, że Angela Merkel jest nazistką. W minutę z postawy takiej jak twoja, "Wiesz, ja nie jestem tak bardzo Niemcem" przeszedł do "Kto śmie mówić, że nasi przywódcy są nazistami!?". W jednym momencie stał się wielkim patriotą. Nie wydaje mi się, żeby zrobił to specjalnie. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś atakuje w jakiś sposób twój kraj, zawsze zmieniasz się w patriotę. … Nie (śmiech). Nie obchodzi mnie co mówią inni o Angeli Merkel (śmiech)…

Ostatnio rozmawiałem z moim przyjacielem na temat możliwości zobaczenia całego "Coma Of Souls" w wersji koncertowej. To byłoby świetne. Prawdę mówiąc, to był jeden z pierwszych heavy metalowych albumów, który kupiłem. (śmiech) Fajnie (śmiech). Może kiedyś., może kiedyś. Nie mówię, że nigdy, ale prawdopodobnie to nie wyjdzie.

Ale Schmiera obchodzi (śmiech). Tak, to w końcu Schmier (śmiech). On niepokoi się o Angele Merkel, ale nie wiem, czy ona niepokoi się o Schmiera (śmiech). (Śmiech) Podejrzewam, że to prawda. Dobra. A co powiesz o wpływie narkotyków na wasze teksty? Czy ktoś z twórców waszych tekstów był pod wpływem narkotyków? We wczesnych latach tak. Paliliśmy trochę zioło, ale dzisiaj nas to nie dotyczy. Już od wielu, wielu lat.

Na przykład które utwory? Pytam, bo oglądam koncerty Kreatora już od wielu lat i wydaje mi się, że "Under The Guillotine" na żywo było świetne. Tak samo "Riot To Violence". Zgadzam się, ale były też dwie czy trzy utwory, które tak dobrze nie wychodzą. Dlatego właśnie nigdy nie gramy ich na żywo.

Czy mógłbyś jeszcze na zakończenie powtórzyć oświadczenie o antifa? Antifa? Ehmmm… (śmiech). Idea antifa jest prosta. Czasami spotykamy ludzi, którzy są tak samo radykalni jak ci, z którymi walczą. Również jestem antyfaszystą. Czasami ludzie, którzy są naprawdę dobrze zorganizowani i zaniepokojeni jakimiś sprawami, powinni pomyśleć o sposobie w jaki takie problemy rozwiązać. To nie dotyczy jedynie antifa, ale wszystkich ludzi. Czasami po prostu przesadzają, Rozumiesz? Jakub "Ostry" Ostromęcki Tłumaczenie: Anna Kozłowska

Co myślisz o ostatnich produkcjach Sodom i Destruction?

KREATOR

5


uralnie, więc większość albumu napisaliśmy i nagraliśmy w ciągu 6 miesięcy... Zaskakująco szybko!

…w tym czasie na Ziemi istnieli giganci Legendarny Attacker powrócił. Ich nowy, wydany po blisko siedmiu latach przerwy album "Giants of Canaan" zbiera zewsząd entuzjastyczne recenzje. Po dopływie świeżej krwi w postaci basisty i wokalisty zespół wydaje się silniejszy niż kiedykolwiek i pełen zapału do dalszej pracy. Przed wami Attacker! HMP: Witam was serdecznie. Na początek pytanie, które muszę zadać. Czemu na wasz premierowy materiał trzeba było czekać aż 7 lat? Mike Sabatini: Cóż, to był ciężki okres, w którym musieliśmy znaleźć pasującego do nas wokalistę. Było też kilka kwestii osobistych, którymi niektórzy członkowie musieli się zająć zanim mogliśmy ponownie stworzyć zdrowy line - up. Oficjalnie zespół był nieaktywny od 2008 roku do wiosny 2012, chociaż nasz ostatni album wyszedł w 2006 roku. Teraz wróciliśmy i według wielu ludzi , którzy nas ostatnio widzieli to nasz najlepszy line - up jaki kiedykolwiek mieliśmy. Jakie były powody ponownego odejścia z grupy Bobby Mitchella? Mike Sabatini: Chciałbym wyjaśnić tą kwestię. Bob Mitchell nie opuścił zespołu sam z siebie, jak twierdzi, ale to zespół go sobie odpuścił. Był z nami do festiwalu Keep It True X w 2008 roku, nie wypełniał swoich

Dlaczego rok temu zespół opuścił Lou Ciarlo? Poproszę o kilka słów na temat jego nastepcy Jona Hanemanna. Mike Sabatini: Zaraz po tym jak dołączył do nas Bobby, Lou poinformował mnie, że nie ma już serca do dalszego grania. Lou i ja jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi więc zrozumiałem to. Jon i ja jammowaliśmy z naszym gitarzystą kilka miesięcy przed podjęciem decyzji o reaktywacji, ale nie wychodziło nam. Jon był naprawdę dobrym basistą, a jego sprzęt stał już w naszym studiu prób, dobrym pomysłem wydawało się więc zaproponować mu dołączenie do zespołu, tak też zrobiliśmy. Jest solidnym uzupełnieniem grupy i również wspaniałym człowiekiem. "Giants of Canaan" wydaliście w Metal on Metal rec. Jak do tego doszło? Jesteście zadowoleni ze współpracy? Mike Sabatini: Znałem Jowitę od ponad 10 lat, jest jednym z właścicieli razem ze swoim mężem, SimoFoto: Metal On Metal

zobowiązań względem zespołu i nie był częścią drużyny. Jesteśmy zespołem, który musi pracować razem, żeby osiągnąć sukces. Kiedy przestaniesz być członkiem grupy musisz z niej odejść. Notabene, dzień przed tym jak ogłosił swoje odejście z zespołu, nasza ówczesna wytwórnia, Sentinel Steel, wydała oświadczenie o rozejściu się dróg Attackera i Boba Mitchella. To ciekawe, że podał zupełnie inny powód niż prawdziwy. Bobby "leather lungs" Lucas wykonał niesamowitą robotę, jego wokale są fantastyczne. Chyba idealnie wpasował się w wasz styl? Jak to się stało, że zasilił wasze szeregi? Mike Sabatini: Moim zdaniem wykonania Bobbyego są po prostu niesamowite. Potrafi fantastycznie poradzić sobie ze starszym materiałem, ale nadal pozostaje sobą. Nie mogliśmy lepiej trafić. Bobby skontaktował się ze mną za namową Marka Edwrdsa z Overlorde. Bobby nadal jest członkiem tej grupy, chociaż od kilku lat są nieaktywni. Gadaliśmy i w przeciągu tygodnia czy dwóch zjawił się na przesłuchaniu i żeby poznać resztę chłopaków. Wiedziałem już na co było go stać, ale inni musieli sami się o tym przekonać.

6

ATTACKER

nem. Zaproponowała nam współpracę, a mi podobało się jak prowadzi wytwórnię więc zgodziliśmy się. Jak dotąd, kolaboracja układa się świetnie, z naszej strony nie ma żadnych skarg. Praca z nimi to przyjemność. Po raz trzeci z rzędu waszą płytę zdobi obraz Jowity Kamińskiej i po raz kolejny jest to fantastyczna praca. Dajecie jej całkowicie wolną rękę czy też daje cie jakieś wskazówki na temat koncepcji? Mike Sabatini: To chyba najlepsza okładka, jaką kiedykolwiek mieliśmy. Właściwie to Bobby wymyśłił koncepcję i dał Jowicie rysunek, który był bardzo podobny do wersji finalnej. Dodała kilka detali, żeby wyglądał jeszcze lepiej. Świetnie się spisała! Kiedy zaczeliście pisać materiał na "Giants of Canaan" i ile czasu zajęło wam jego skomponowanie? Mike Benetatos: Mike Sabatini zadzwonił do mnie w marcu 2012 i zapytał, czy chciałbym zacząć pracę nad nowym albumem. Oczywiście byłem bardzo podekscytowany i zainteresowany, tym bardziej, że "Steel Vengeance (Condemned)" i większość "Black Winds Calling" mieliśmy już napisane. Na szczęście nie dopadła nas blokada twórcza i pomysły przychodziły nat-

Głównym kompozytorem na płycie jest Mike Benetatos, który jest podpisany jako autor większoś ci utworów. W kilku numerach swój udział miał też wasz najnowszy nabytek Jon Hanemann. Chyba dobrze wpasował się w wasze szeregi? Mike Benetatos: Pomimo tego, że to ja stworzyłem większość materiału na "Giants Of Canaan" i "The Unknown", nie określam się jako główny kompozytor. Jeżeli pomysły płyną, a piosenki są dobre i podobają się wszystkim w zespole używamy ich… To proste. Jon Hanemann pasuje do nas niesamowicie idealnie, jego podejście i wkład w proces tworzenia utworów był wielki. Oczywiście zawsze dobrze jest mieć zróżnicowane wpływy przy pisaniu piosenek, Jon wnosi ten element. Jon Hanemann: Doszedłem do grupy podczas końcowego etapu tworzenia, więc wszystko co zrobiłem, to pomogłem posklejać niektóre części razem. Jedyna piosenka jaką napisałem, była pewnego rodzaju fuksem, ponieważ od lat nie pisałem w takim stylu. Mike B. bardzo mi pomógł znaleźć do niej głos. "Glenn of the Ghost" pochodzi z melodii, którą Mike B. napisał kiedy miał około 17 lat. Zdażyło się, że zagrał ją pewnego dnia podczas sesji próbnej i pomyślałem: "Co to było?". Dwa dni później mieliśmy już piosenkę. Więc podejrzewam, że całkiem dobrze się wpasowałem. Chyba robiłem po prostu to, co akurat miałem przed sobą. Dodatkowo, z tymi chłopakami bardzo łatwo się pracuje. Bardzo profesjonalnie i spójnie. Łatwo było dopasować się do tak dobrej sytuacji! Duet gitarowy Benetatos/Marinelli jest moim skromnym zdaniem jednym z najlepszych obecnie na scenie metalowej. Jak wam się razem gra? Dochodzi czasem do rozbieżności zdań w kwestiach muzycznych? Mike Benetatos: Bardzo dziękuję za tak wyjątkowo miłe słowa. Znałem chłopaków z Attackera od początku włącznie z każdym, kto kiedyś był częścią zespołu. Była to więc bardzo komfortowa sytuacja, szczególnie dla Pata Marinelli, który jest najbardziej wyluzowanym facetem jakiego znam. Wierzcie lub nie, ale nigdy nie doszło między nami do konfliktu interesów czy jakichkolwiek nieporozumień, szczególnie muzycznych… To wiele mówi. Współne granie jest dla nas bardzo wygodne… braterskie, jak kto woli!!! Jon Hanemann: Naprawdę nie widziałem żadnych sporów dotyczących podstawowego kierunku muzycznego. Kłótnie są bardziej "techniczne", ale rozwiązują je bez większych problemów. Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy dostają sporą ilość twórczego wpływu. Praktycznie wszyscy lubimy taki sam rodzaj muzyki, więc jest jeszcze prościej. Jakby porównać styl gry obu gitarzystów to jakie są różnice w grze? Jaki muzyk był dla was największą inspiracją? Jon Hanemann: Prawdopodobnie powiedziałbyś, że Pat jest bardziej wyluzowanym, melodyjnym gitarzystą prowadzącym, podczas gdy Mike B. jest jak szatkownica, ale te chłopaki naprawdę potrafią zaskoczyć. Mike Benetatos: Dla mnie inspiracją jest Rik Emmet z Triumphu, Michael Denner i Hank Sherman z Mercyful Fate, byli dla mnie wielcy. Pat Marinelli: Priest, Maiden i Accept byli tymi, którzy naprawdę na mnie działali. Za teksty w zdecydowanej większości odpowiada Bobby Lucas. Tytułowy numer jak wiadomo dotyczy upadłych aniołów biorących sobie za żony śmiertelne kobiety, stworzycieli nefilimów. "Washed in blood" z kolei opowiada historię kuszenia Chrystusa. Widać tutaj lekką fascynację tematami biblijnymi. Jest to inspiracja dla Bobby'ego? Możecie pokrótce napisać czego dotyczą pozostałe teksty? Bobby Lucas: Przez 9 lat mojego życia chodziłem do szkoły katolickiej i właśnie tam nauczyłem się nie tylko śpiewać w kościele, ale nauczyłem się też o religii. Od wielu lat fascynował mnie temat całej tej "wojny w niebie" i upadłych aniołów. Kilka pierwszych filmów z serii "The Prophecy" z Christopherem Walkenem są na to świetnymi przykładami. Ale te filmy nie mają nic wspólnego z nefilimami. Nefilimowie byli krzyżówką pomiędzy aniołów i ludzi. Czy pozaziemska rasa mogła się z nami rozmnażać? Właściwie znaleziono szkielety, które mogą wskazywać, że to prawda. Są to szkielety o średniej wysokości od 7,5 do 10 stóp z wielkimi, wydłużonymi czaszkami. Aż 18 znaleziono w Stanach Zjednoczonych, w Wisconsin. Szkielety po


raz pierwszy pojawiły się w mediach w latach '50. i w ponad 200 "wykopach" znaleziono te gigantyczne szczątki. Nawet struktura zębów jest inna, opierając się na większej niż normalnie ilości trzonowców. Biblia mówi nam: "W tym czasie na Ziemii istnieli giganci". Myślę, że znaleźliśmy na to dowód w tych wykopach. Uwielbiam czytać książki Stephena Kinga, Deana Koontza, Clive'a Barkera, Shauna Hutsona i Jacka Ketchuma. Piszę również o postaciach i wydarzeniach historycznych. Na przykład "The Hammer" - niewielu ludzi wie kim był Karol "Młot" Martel. Martel był przywódcą Franków, który był militarnym geniuszem. Podporządkował sobie Bawarię i wygnał Saksończyków z Francji. Mój tekst oparty jest na historii jego największego zwycięstwa - Bitwie pod Tours, gdzie otrzymał swój przydomek "Młot", przez sposób w jaki zmiażdżył swoich muzułmańskich wrogów. Gdyby Martel nie odniósł zwycięstwa pod Tours, cała Europa byłaby prawdopodobnie muzułmańska. Głównie w swoich tekstach czerpię z horrorów, fantasy, motywów historycznych i biblijnych.

metalową maszyną. Atmosfera w zespole chyba dopisuje? Jon Hanemann: Jesteśmy po prostu zwykłymi chłopakami, mamy pracę i taki tam, nie ma więc ego, co jest świetne. Wszyscy ciężko nad tym pracujemy, zarówno jako grupa jak i na własną rękę. Mamy naprawdę mocną etykę pracy. Myślę, że to kluczowy składnik. Każdy jest skupiony na tym, żeby dobrze grać i pisać, mamy więc w głowach ten sam cel. Mike Sabatini: W tej chwili z pewnością jesteśmy. Zespół otacza obecnie wspaniała aura pozytywności! Jakie są reakcje na nowy album? Podejrzewam same zachwyty (śmiech). Bobby Lucas: Jak na razie recenzje są bardzo zgodne - i bardzo dobre! Nigdy nie podchodziłem do mojej muzyki jak "dobra, spróbuję napisać teraz świetny utwór…" - podążam za moim instynktem i emocjami. Mógłbym zaśpiewać tylko to, co sam kupuję. W pier-

W 2008 r. widziałem was na słynnym Keep It True, gdzie zagraliście w całości "Battle at Helm's Deep". Jak wspominacie to wydarzenie i całą atmosferę tego festiwalu? Mike Sabatini: To był wspaniały okres, ale również trochę dołujący ze względu na ówczesne problemy z Mitchellem. Myślę, że można powiedzieć, że ten koncert był dla nas słodko - gorzki. Podobały mi się wszystkie pozostałe zespoły, ponieważ to było coś w rodzaju "Best Of" z poprzednich festiwali KIT. Z okazji Kit wydaliście też singiel "Condemned". Czy planujecie kiedyś dołączyć ten numer jako bonus np. do jakiegoś wydawnictwa? Mike Sabatini: Ze względu na nasze napięte stosunki z Bobbym Mitchellem, prawdopodobnie nie. Pewnie oskarżyłby nas o próbę zarobienia na jego nazwisku ponieważ wymyślił tekst i tytuł "Condemned". Właśnie dlatego teraz nazywa się "Steel Vengeance".

Gdzie i jak długo nagrywaliście płytę? Mike Sabatini: Nagraliśmy album w Katalomi Studios w Jersey City, w stanie New Jersey. Właściwie to nasze prywatne studio. Zaprojektowałem je wspólnie z naszym studyjnym partnerem, Patrickiem "Tapsem" Gudenem. Spędziliśmy około dwa i pół miesiąca na nagrywaniu i miksowaniu, od sierpnia 2012 do połowy listopada 2012.

Jak porównalibyście sceny europejską i amerykańską i waszą pozycję na nich? Mike Sabatini: Niestety to jak dzień do nocy. Dla europejskich fanów to bardziej jak styl życia, podczas gdy w Ameryce to bardziej jak hobby. Tak naprawdę Amerykanie nie nie wspierają muzyki tak jak tego potrzebujemy. Nie chcą podróżować daleko, żeby zobaczyć koncert. Musi się odbywać w ich najbliższym sąsiedzctwie, bo inaczej nigdzie nie pójdą. Jednak sprawy wyglądają coraz lepiej także tutaj. Zauważyłem, że ostatnio w niektórych koncertach uczestniczy coraz więcej osób. Jest nadzieja!!!

Brzmienie jest potężne i klasycznie metalowe. Chyba jesteście z niego zadowoleni? Mike Sabatini: Dzięki, jesteśmy szczęśliwi, że tak to wyszło. Wszyscy w zespole są całkowicie usatysfakcjonowani zarówno z brzmienia swoich instrumentów, jak i całości produkcji. Kiedy jesteś w trakcie pracy czasami trudno ją ocenić. Kiedy masz czas, żeby usiąść i posłuchać, wtedy wiesz jaką robotę wykonałeś. "Giants of Canaan" uważam za wasz najlep szy od czasu debiutu i najlepszy jak dotąd tegoroczny metalowy album. Jak można stworzyć takie dzieło(śmiech)? Mike Sabatini: Ostatnio bardzo często to słyszymy, dzięki temu czujemy się dumni z tego co udało nam się osiągnąć po tak długiej przerwie. Wszystko przyszło nam dosyć szybko i naturalnie. Myślę, że wszystko i wszyscy pracowali w synchronizacji i dlatego wyszło tak jak wyszło. Nie staraliśmy się bardziej niż kiedyś, po prostu zadziałała chemia w nowym line upie!!!

których z Attackerem jeszcze nigdy nie byłem. Mike Sabatini: Planujemy wrócić do Europy na dwa tygodnie w nadchodzącym sierpniu. Potwierdziliśmy już nasz występ na Rock Hard Italy Fest, Heavy Metal Night 6 również we Włoszech, w klubie The Little Devil w Tilburgu w Holandii i na belgijskim festiwalu The Ages Of Metal. Będzie jeszcze więcej dat do śledzenia.

Foto: Metal On Metal

Na tej płycie wszystkiego jest jakby więcej. Więcej mocy, szybkości, melodii, ale też więcej epickich, wol niejszych fragmentów. Zgadzacie się z taką opinią? Mike Sabatini: Zdecydowanie się z tym zgadzam. Ma w sobie po trochę wszystkiego co sprawia, że jest interesujący. Jon Hanemann: Myślę, że starsze albumy Attacker są o wiele bardziej zróżnicowane niż ludziom się wydaje. Jest w nich wiele niuansów! Jeśli chodzi o "epickie" smaczki na "Canaan", to prawdopodobnie ja ponoszę za nie winę, ponieważ podobały mi się one bardziej niż pozostałym chłopakom. W zasadzie groziłem, że zabiję wszystkich jeżeli nie nagramy "Glenn of the Ghost"! Zaciągnąłem Mike'a B. do mojego domu i piosenka po prostu się pojawiła po kilku godzinach. To co słychać na albumie jest prawie niezmienioną wersją tego co zrobiliśmy tamtego dnia bazując na wcześniejszym materiale Mike'a B. Szliśmy tam, gdzie prowadził nas utwór. Myślę, że właśnie w taki sposób większość kompozycji rozwija się muzycznie i tematycznie. Robiliśmy to, co czuliśmy, że musimy zrobić. Bobby Lucas: Według mnie najlepiej jest dać ludziom album, który odzwierciedla emocje. Nie możesz przedstawić różnych aspektów uczuć po prostu dostarczając piosenki, które są w jednym tempie - albo szybkie, albo wolne, z niczym pośrodku. Lubię piosenki z różnorodnymi zmianami i nastrojami. Wiele z moich ulubionych zespołów wszech czasów robiło to i nadal to robi: Black Sabbath, Judas Priest, Iron Maiden, Deep Purple, Rainbow i Fates Warning - wszystcy oni pokazują w swoich utworach dużo emocji. Podoba mi się tworzenie piosenek z mnóstwem atmosfery i energii. Na szczęście cała nasza piątka myśli podobnie i taka sytuacja zachodzi na wielu różnych poziomach. Wydajecie się idealnie zgraną, perfekcyjną heavy

wszej kolejnośći jestem fanem metalu, dlatego jeżeli to co robię brzmi dobrze dla mnie, to miejmy nadzieję, że spodoba się też innym metalowcom! Osobiście jestem bardzo dumny z tego albumu. To nie jest ważny album tylko dla Attackera jako zespołu, ale również dla mnie osobiście, ponieważ nie stworzyłem nic nowego od 2004 roku, czyli "Return Of The Snow Giant" z Overlorde. "Giants of Canaan" traktuję więc też jako mój "comeback" album. Przechodziłem ostatnio chwile próby związane z problemami zdrowotnymi, omal nie straciłem stopy. Tęskniłem za tworzeniem muzyki, bycie częścią zespołu, który zawsze szanowałem i lubiłem jest dla mnie ogromną szansą. W tym roku zagraliście już m.in. na Metal Assault w Niemczech. Jakie są wasze przyszłe plany koncer towe szczególnie dotyczące Europy? Bobby Lucas: Metal Assult był dla mnie szczególny, ponieważ urodziłem się w Wurzburgu. Mój ojciec tam stacjonował, a matka dołączyła do niego będąc w 6 miesiącu ciąży. Urodziła mnie w Wurzburgu, gdzie żyliśmy razem z cudowną niemiecką rodziną, u której wynajmowaliśmy przez 1,5 roku po moich urodzinach. Nadal mam zdjęcia, na których siedzę jako dziecko na kolanach u dżentelmena! Powrót do miejsca gdzie się urodziłem był wstrząsający - nigdy się nie spodziewałem zobaczyć Wurzburg jeszcze raz poza tym na starych fotografiach. Europa całościowo jest znacznie lepszym miejscem kiedy grasz w prawdziwym metalowym zespole. Niestety w Ameryce niewielu ludzi przychodzi na koncerty jakie dawaliśmy, powiedzmy, 25 lat temu. Szczególnie jeżeli chodzi o nasz rodzaj metalu. W USA funkcjonuje podziemie hardcorowych metalowców, ale większość współczesnych dzieciaków woli modniejsze style muzyczne. W Europie fani metalu wydają się bardziej pasjonować swoim metalem - i szanuję to! Nie mogę się już doczekać, aż wrócimy i zagramy w wielu miejscach, w

Tak legendarny zepół jak Attacker musiał chyba zainspirować całe grono wykonawców. Znacie jakieś obecnie "duże" zespoły przyz nające się do bycia pod waszym wpływem? Mike Sabatini: Trudne pytanie. Nigdy nie słyszałem, żeby jakiś większy zespół o nas wspomniał. Jestem pewny, że gdzieś są zespoły, na które mieliśmy wpływ, ale żaden z tych, które widziałem nie wspomniał o tym publicznie. Ale nie żebym też jakoś specjalnie szukał! Jakie są wasze najbliższe plany? Może jakiś album live lub DVD? Mike Sabatini: Planujemy zagrać tak dużo koncertów, na ile pozwoli nam nasz harmonogram. Gadaliśmy o zebraniu materiału z Metal Assault Festival i wydaniu go, ale to wszystko zależy od jakości i jak dobry będzie nasz występ. Jest szansa, że na nową płytę poczekamy krócej niż siedem lat (śmiech)? Mike Sabatini: Zdecydowanie tak! Chłopaki już piszą nowy materiał więc będziemy mieli nowe piosenki, nad którymi będziemy mogli popracować kiedy przyjdzie pora. Jon Hanemann: Uderzy w was dużo wcześniej! Nawet jeszcze nie zaczęliśmy! Czuję, jakbyśmy mieli dwa kolejne albumy, które po prostu czekają gdzieś w głębi naszych umysłów - szczególnie teraz, kiedy nowi członkowie czują się bardziej komfortowo. To już wszystko z mojej strony. Serdeczne dzięki za wywiad. Mam nadzieję, że z taką płytą jak "Giants of Canaan" uda wam się zrobić kolejny krok do przodu i zaistnieć bardziej na światowych scenach. Na koniec poproszę o kilka słów dla fanów w Polsce. Mike Sabatini: Do wszystkich fanów Metalu i zespołu Attecker w Polsce, możliwe, że zobaczycie nas w przyszłym roku na żywo, na scenie blisko was!!! Dziękujemy za wasze wsparcie!!! Maciej Osipiak Tłumaczenie: Anna Kozłowska

ATTACKER

7


Czy jest drugi taki zespół, który po nagraniu albumu musiał czekać aż 25 lat na jego wydanie? Właśnie po takim czasie ukazał się na rynku nakładem zmartwychwstałego Klubu Płytowego "Razem" CD "Lwy Ognia" polskiej heavy metalowej legendy Open Fire. Teraz każdy maniak może zakrzyknąć: wreszcie! O odczuciach związanych wydaniem płyty, ciężkim życiu muzyków w latach 80-tych, korelacjach z innymi zespołami i niesympatycznych portierach hotelowych opowie wam wokalista Mariusz Sobiela.

Heavy Metal is the best, Heavy Metal fuck the rest! HMP: Witam serdecznie. Wreszcie po 25 latach ukazał się wasz album "Lwy Ognia". Poproszę kilka słów na temat tego wydawnictwa? Mariusz Sobiela: Powinienem zajrzeć do Księgi Guinessa , nie wiem czy ktoś czekał aż tyle na wydanie płyty... No cóż, dzisiaj ta płyta ma jedynie wartość sentymentalną i kolekcjonerską. Choć miło usłyszeć czasami, że to się jeszcze komuś podoba… Ktoś kto pamięta te czasy od kuchni wie, że nagranie wówczas płyty to było jak wyprawa na Mount Everest. Dzisiaj to bułka z masłem, jak to się mawia… Materiał został poddany remasteringowi, czy jest to dokładnie ta sama wersja nagrana 25 lat temu? Właśnie - mimo pokus i podpowiedzi zdecydowaliśmy się zostawić taka wersję jak 25 lat temu - bez retuszu, bez upiększeń, bez wzmacniania poszczególnych dźwięków. Powiedzmy sobie szczerze - to powrót do przeszłości, dość sentymentalny i muzyka i okładka

Czemu nie udało się wydać tego materiału w latach 80-tych? Ja mam tylko wersję kasetową, którą chyba rozprowadzaliście własnym sumptem? A to już pytanie nie do mnie. Nie wiem, po prostu nie wiem. Chyba dlatego, że "Klub Płytowy Razem" się rozsypał. I to chyba tyle. Okładka jest dość oszczędna, bo przedstawia tylko zdjęcie zespołu. Zdecydowanie bardziej mi się podobała okładka zdobiąca wersję kasetową. Czemu płyty nie zdobi jakiś ciekawy typowo metalowy obrazek? Tamta wersja została przez jakiegoś naszego fana zrobiona i poszła w Polskę. Sam byłem zdziwiony jak zobaczyłem takie wydanie. Jednak każdy wie, że to zerżnięcie z płyty Alabama Thunderpussy. Widziałem też kilka innych wersji okładkowych i szacun ogromny dla pomysłów. Jednak cokolwiek byśmy dali na okładkę po takim czasie byłoby trochę nienaturalne. Jak powiedziałem już wcześniej - to powrót do

wanych kawałków? Nie, to nie byłyby "Lwy Ognia". Ta płyta to właśnie te utwory. Dodawanie innych wersji lub kawałków to już zmieniłoby całkiem obraz tej płyty. Może jeszcze coś wydamy, jak "Lwy" spotkają się z ciepłym przyjęciem to będzie to dla mnie bynajmniej jakiś sygnał… Podejrzewam, że tytuł utworu "Metal top 20" dotyczył słynnej listy prezentowanej przez Krzysztofa "Krisa" Brankowskiego w "Muzyce młodych" w pro gramie II polskiego radia. Kto jest autorem kultowego już dzisiaj tekstu "Heavy Metal is the best, Heavy Metal fuck the rest" (śmiech)? Jak to kto? "Jam to, nie chwaląc się uczynił", parafrazując Zagłobę. Dodam że to żaden znany gitarzysta metalowy... Porozmawiajmy trochę o początkach zespołu. Zanim do niego dołączyłeś grał on pod nazwą Biały Kruk. Jaką muzykę wtedy tworzył? Takie Deep Purple w lokalnym wydaniu. Ja dołożyłem Black Sabbath i coś zaczęło trochę brzmieć inaczej… Po Twoim dojściu do zespołu w 1985 roku zmieniliście nazwę na zdecydowanie bardziej metalową i po prostu lepszą czyli oczywiście Open Fire. Czy to Ty stałeś za tą zmianą? Nie, głównym wtedy motorniczym naszego tramwaju był Maciek Różycki. Ponoć spodobały mu się komendy wydawane na jakimś pirackim statku w filmie, który oglądał już na niemałym kacu… Kac minął a nazwa została. Wspomniany wyżej pan Brankowski w pewnym momencie został waszym managerem. Jak wspominasz współpracę z nim? A czy będzie to czytał? A tak, no jeśli tak to wspaniale wspominam. Nawet załatwił nam koncert z Ozzym ale nie chcieliśmy z nim grać, mój żołądek nie trawi nietoperzy... Tak serio, robił chłopina co mógł na owe czasy. Ta płyta to też jego zasługa. Dzięki, Kris… Zagraliście sporo naprawdę dużych koncertów tj. Metalmania '87, '89 czy Metal Battle '88, podczas których dzieliliście scenę z takimi załogami jak Helloween, Running Wild, Overkill, Nasty Savage, Living Death, Exumer, Atomkraft, Coroner, Pro-tec tor. Jak dzisiaj wspominasz te kultowe już dzisiaj wydarzenia i jak wyglądały wasze relacje z zachodnimi "gwiazdami"? Dobrze że słowo "gwiazdy" ubrałeś w cudzysłów. Nikt z nich nie dał do odczucia, że jest gwiazdą. Sami byli zaskoczeni, że mogą sobie z nami pograć, pogadać, pośpiewać. Szczególnie ciepło wspominam chłopaków z Running Wild. To swoje typy… Zdjęcia to upamiętniły…

Foto: Open Fire

odzwierciedla nas takimi jak 25 lat temu. Nigdy nie byliśmy pozerami, więc i teraz nie będziemy dokonywać sztuczek. Brzmi to trochę staroświecko ale naturalnie. Pamiętasz jeszcze tamtą sesję nagraniową? Jakieś ciekawe historie? Tak , historii było kilka dość ciekawych. Jedna to taka, że musieliśmy zostać dłużej, a nocleg w Polonii się skończył. Wówczas chodziliśmy od hotelu do hotelu pytać o wolne pokoje. Każdy portier wówczas spoglądał na nas - widok mało przyjemny w eleganckim hotelu - a potem zawieszał wzrok na jednym z kolesi nie powiem którym - i zdecydowanie wypowiadał "Brak miejsc". Byliśmy po kilku wizytach w różnych hotelach i sytuacja się powtarzała. Postanowiliśmy więc dociec co jest powodem odmowy i zobaczyliśmy, że ów koleś z naszej ferajny ma zaschniętego wielkiego gila pod brodą, którego z zimna wypuścił z nosa, a który błyskawicznie poddał się prawom fizyki i po prostu zamarzł… Innym razem ja i Ziutek musieliśmy zostać żeby coś dograć. Nie było miejsc w żadnym z hoteli, więc kupiliśmy bilet do Łodzi i przejechaliśmy się nocą PKP w tę i z powrotem tylko po to aby w umiarkowanym cieple się wyspać… Tak, tak , takie czasy kochana młodzieży…

8

OPEN FIRE

tamtych lat, a nie tworzenie nowego projektu… Masz kontakt z pozostałymi muzykami nagrywającymi "Lwy Ognia"? Co u nich słychać? Jak odbierają to wydawnictwo? Niestety, poza Ziutkiem nie mam kontaktu z nikim. Nikt nie wie co się dzieje z Jasiem (gitara), Ula (bas) też gdzieś zniknął z pola rażenia, Maciek Różycki mieszka we Wrocławiu i mam go zamiar nawiedzić ale wciąż coś staje na przeszkodzie… Jak po 25 latach odbierasz dzisiaj ten materiał? Słuchasz go czasem? Jakie są Twoje ulubione utwory? Kilka kawałków jak na owe czasy było naprawdę ekstra. O tym świadczy choćby fakt, że Metal Inquisitor nie tylko nagrał "Twardego" ale chłopaki zza Odry zaśpiewali go po naszemu... Znasz taki drugi przypadek? Czy go słucham? Głównie jak trochę więcej wleci mi w gardło przy jakiejś okazji to wtedy sentymenty się odzywają. Ulubione kawałki: 1- "Twardy", 2 - "Lwy", 3 - "Open Fire" i reszta… Macie w swoim dorobku jeszcze trochę numerów z dem, czytałem również o jakichś utworach w języku angielskim nagranych pod koniec '89 roku. Nie myślałeś o dodaniu ich jako bonus do "Lwów Ognia"? Może masz w planach wykorzystanie niepubliko-

Podejrzewam, że w latach 80-tych nie było łatwo jeśli chodzi o sprzęt, sale prób czy organizacje koncertów. Jak to w waszym przypadku wyglądało? Stary, jak bym powiedział naprawdę, jak było, to młodzież pomyślałaby, że Sobiela zbzikował… To nie do opowiedzenia. Podam jeden przykład: przyjeżdżamy tramwajem na próbę do lokalnego domu tzw. Kultury a bębnów nie ma. Co k…wa u licha? A gary się okazuje są, jako zabezpieczenie na pobliskiej melinie. Chłopaki z domu tzw. Kultury wynieśli gary i zastawili je za dwie flaszki. Musieliśmy wykupić je i jeszcze postawić następne szkła za wniesienie nazad… Sprzęt? jaki sprzęt… dwa elektrony, jakiś wzmachol z DDR-u, poklejone taśmą bębny, a struny sprowadzaliśmy przez kolesia, którego wujo pracował w Rajchu na zmywaku… W kanciapie maks. 10 stopni w zimie, litry wypijanej herbaty żeby się ogrzać… Potem, jak się połączyliśmy z chłopakami z Układu N to przenieśliśmy swoje próby do Jaworzyny i tam przy domu kultury przy fabryce porcelany mieliśmy już znacznie lepiej. Ale ja żeby tam dojechać potrzebowałem w jedna stronę prawie 4 godzin… Jak duże mieliście wsparcie ze strony rodzimych fanów? Czuliście się zespołem dość popularnym? Nie widziałem różnicy w przyjęciu nas przez fanów pomiędzy Wrocławiem a w innej części kraju. Wszędzie czuliśmy się jak w domu. Za to też chciałem podziękować. Jak wyglądały wasze relacje z innymi grupami tj. Kat, Wilczy Pająk, Dragon, Stos itd. Wspieraliście się nawzajem czy było w tym więcej rywalizacji? Tak szczerze to wyczuwało się rywalizację. Każdy chciał być naj… Jedni pokazywali to w taki, inni w


inny sposób. To trochę wina pewnych ludzi, ale nie pociągnę tematu dalej bo niektórych już nie ma na tym gruncie… Jednak było coś co nas wszystkich łączyło i pomagało zapominać o rywalizacji - samogon, jakkolwiek inaczej by to nazywać…

Foto: Open Fire

Słychać w waszych utworach szczególnie z wcześniejszego okresu inspirację takimi zespołami jak Helloween czy momentami Running Wild? To były wtedy wasze muzyczne wzorce? Helloween i Running Wild to takie wspólne mianowniki dla nas wówczas. Dla jednych z nas te kapele to już szczyt mocnego grania , dla innych to dopiero początek. Ja należałem do tej drugiej grupy. Stąd późniejsze poszukiwania i zmiany, które jednak nie wyszły nam na dobre… Później wasza muzyka zaczęła ewoluować bardziej w kierunku Thrashu co było wówczas typowe dla pol skiej sceny. Jak myślisz czy jeśli chodzi o polskie grupy w tamtym okresie to była to prawdziwa fascy nacja nowym gatunkiem czy bardziej podążanie za modą i próbą wpasowania się w gusta publiki? Dla niektórych kapel to było naturalne znalezienie swojego miejsca, dla innych pożądanie za modą i wciskanie się na siłę w gusta publiki. Być może zaskoczę innych ale my niestety byliśmy wśród tej drugiej części. Zaczęliśmy szukać inspiracji w kapelach jak Metallica, Megadeth, Flotsam & Jetsam, Testament etc. ale ani dobrze nie czuliśmy takiej muzyki ani nie potrafiliśmy jej poprawnie zagrać, a w szczególności zaśpiewać. Gdybyśmy pozostali w naszej bajce były by zapewne zmiany w dynamice i aranżacjach, ale dalej byłby to ten stary dobry Open Fire, a tak zrobił się potworek, gdzie każdy chciał grać coś innego i 80% czasu spędzaliśmy na kłótniach… W '89 roku byliście gospodarzami imprezy "Metal Madness" na wyspie słodowej w waszym rodzinnym Wrocławiu. Oprócz uznanych grup jak Wy oraz Wilczy Pająk czy Turbo wystąpił debiutujący wtedy Acid Drinkers. Zastanawiałeś się kiedyś czemu Open Fire nie udało się zrobić takiej "kariery" jak w/w grupy? Jak myślisz, czego wam zabrakło? Patrz odpowiedź wyżej... A w tym miejscu chcę pozdrowić Licę i Tytusa, a także Grześka i Wojtka z Turbo. Dzięki chłopaki za kawał świetnej zabawy i dobrej muzyki - wtedy z nami i już potem bez nas… Czemu zespół się rozpadł? Ciężko było odnaleźć się w nowej rzeczywistości? Nie da się ukryć, że nad chodziły nienajlepsze lata dla klasycznych odmian metalu, zwłaszcza w Polsce? Trzeba było za coś żyć - życie to taka kurewska czynność, która ma ciągłe potrzeby, jak w sam raz związane z kasą… A jak nie wyjechałeś na szparagi za miedzę albo na winobranie do Italii to nawet nie było cię stać na byle jaki sprzęt. A bez niego żadne granie nie wchodziło w grę - o jak ładnie się mi powiedziało dlatego rozjechaliśmy się po świecie i już ciężko się było nam spotkać… Czym zajmowałeś się później? Miało to coś wspól nego z muzyką czy całkiem sobie odpuściłeś? Zarabianiem pieniędzy. Nie odpuściłem sobie całkiem. Nie gram na zewnątrz ale mam coś niecoś w domu i pogrywam sobie. A teraz gonię swojego najmłodszego chłopaka do garów bo ma cholerny talent i łoi że aż miło słuchać. Na pohybel sąsiadom!!! W jakim kierunku wg Ciebie poszłaby muzyka Open Fire gdybyście się nie rozpadli? To najtrudniejsze pytanie jakie mi zadano ostatnio. Nie wiem, to zależałoby przede wszystkim od ludzi, z

którymi bym grał. Bo żeby coś docenili słuchacze to najpierw musi być w samych nas. Ktoś kiedyś powiedział po Metalmanii 87, że kocha nas nie za muzykę, ale za całkowity spontan, bezkompromisowość i naturalność. Póki tacy byliśmy było OK… Zdajesz sobie sprawę z kultowego statusu Open Fire w Heavy Metalowym podziemiu? Znam ludzi z różnych części świata, którzy dali by się pociąć za waszą płytę. Teraz już na szczęście nie będą musieli tego robić (śmiech). Tak sobie myślę, że cięcie się to chyba nie najprzyjemniejsza czynność, no nie? A tak serio... Wiesz dlaczego tak jest? To taki syndrom Trabanta. Nie był to najbardziej zaawansowany technologicznie samochód , jednak znam wielu kolesi i w Polsce i po za nią którzy w garażu trzymają takie plastikowe cacko i nie sprzedadzą je za żadne skarby, choć przed domem stoi nowy Merc, którego sprzedać bez urojenia łezki mogą choćby od zaraz… To sentyment, smaki i zapachy młodości. Ktoś napisał, że jak zapuszcza sobie "Twardego" przenosi się w tamte boskie czasy i czuje ten klimat. To o to chodzi. Dlatego płyta jest dokładnie taka sama jak 25 lat temu… Są jakieś plany wydania "Lwów ognia" na zachodzie? Miałeś stamtąd jakiś odzew? No co ty, jaja sobie robisz? Chyba, że masz na myśli "zachód Polski"… Wspominałeś, że słyszałeś niemiecki zespół Metal Inquisitor i ich wersję waszego klasyka "Twardy jak skała". Jakie masz wrażenia? Tak, to że chłopaki nagrali ten kawałek to jedno, ale to że zaśpiewali po polsku to coś zajebistego poczwórnie. Żeby Niemiec śpiewał po polsku? To naprawdę niezłe jaja… Wiesz, z chęcią zaśpiewał bym razem z nimi, to byłby odlot. W 2006 roku pojawiła się wiadomość o reaktywacji Open Fire, ale jak dotąd niewiele słychać z waszego obozu. Jaki jest więc status zespołu? Jest szansa na jakieś koncerty, albo nowe utwory? Zawsze wyznawałem zasadę, że sens reaktywacji jest wtedy kiedy będzie grać co najmniej trzech ze starego składu. Co to za Open Fire tylko z moją gębą. Ale ostatnio Kris mnie trochę naprostował i muszę powrócić do tej myśli. Jest jeszcze Ziutek… A może i Maciek? Odpowiem, więc jak jakaś głupia gęba z telewizornii - "Nie zaprzeczam, nie potwierdzam"... Jesteś na bieżąco z dzisiejszą sceną metalową? Jakieś nowe zespoły zrobiły na tobie dobre wrażenie? Nie, jestem konserwatywny. Słucham cały czas takich kapel ze starej stajni jak Megadeth, Manowar, Testament, ostatnio śledzę poczynania Jasona Newsteda, ale nie ukrywam że cały czas gości u mnie Helloween… Z nowych kapel nic mnie nie rzuciło na kolana, choć nie ukrywam, że paść na kolana to chciałbym przed tymi, którzy nie pozwolili aby to co zrobiliśmy ponad ćwierć wieku temu (kto z nas myślał, że tyle pożyje) wylądowało na śmietniku historii polskiego HM. Dziękuję wszystkim i mam nadzieję że jeszcze się spotkamy… To już wszystko z mojej strony. Wielkie dzięki za wywiad i wszystkiego najlepszego. Pozdrawiam, wszystkich czytelników i tych co czytać nie umieją ,też pozdrawiam… Maciej Osipiak

OPEN FIRE

9


Jakiś czas temu ukazał się box Sodomu - "30 Years Sodomized: 1982-2012". Znajdziecie tam kilka winyli i CD wypełnionych nagraniami live i rehów, przeważnie z lat 80-tych. Są esteci, którzy takie wydawnictwa omijają szerokim łukiem. Dla każdego jednak maniaka, który rozumie termin "Podziemie" jest to pozycja obowiązkowa. Fakt, że jest to oficjalne wydawnictwo nic tu nie zmienia. Z odkopanych przez Angelrippera nagrań wali po prostu piwnicą, spontanicznością, diabłem, alkoholem. To Sodom w najbardziej surowym wydaniu, będący antidotum na ich dwa ostatnie, dość melodyjne albumy.

Polowania i początki black-speed metalu HMP: Witaj Tom. Na jednym z waszych bootlegów z 1984r. , który niestety nie został wykorzystany w boxie, graliście cover Motorhead - "Don't Need Religion". Było to o tyle ciekawe wydarzenie, że kawałka tego nie graliście później na koncertach, a tamtego wieczoru wykonaliście go bez gitary... Tom Angelripper: Tak (śmiech). Możesz mieć takie wrażenie że jest sam bas. Ale on był po prostu tak głośny, że zagłuszał wszystko. To był jeden z naszych pierwszych koncertów. Nie mieliśmy pojęcia o graniu i nagłośnieniu. To była całkowita katastrofa. Aby dodać sobie odwagi piliśmy sporo przed koncertem. Z drugiej strony uwielbiam kolekcjonowanie takich nagrań i było to również powodem, dla którego w boksie znajduje się właśnie taki oficjalny bootleg.

innych przypadkach chciały nas wydymać. Teraz z SPV mamy dobre relacje. Robią dla nas dobrą robotę, bo wiele kapel od nich odeszło i Sodom jest numerem jeden. Na początki podpisywaliśmy każdy kontrakt. Gdy je teraz czytam, to włos jeży mi się na głowie. W tych wczesnych czasach Chris Witchunter opuś cił was na chwilę by dołączyć do Bathory. Jak zareagowałeś na tą współpracę? Podobało mi się to! Nie dołączył jednak do zespołu, miał do zrobienia tylko pracę w studio. Quorthon poprosił go przez telefon o nagranie perkusji do kilku utworów, potem Chris miał wracać z powrotem do Sodom, zgodnie z umową. Lubiliśmy się z Quortohnem,

Box składa się utworów zgranych z waszych koncertów z lat 80-tych. Nie lepiej zamiast zbioru, było wydać jeden nie publikowany wcześniej materiał live? Kłopot w tym, że nigdy wtedy nie nagrywaliśmy w sposób profesjonalny całych koncertów. Pierwszy normalnie nagrany był w Zeche Karl w 1986r. Mam pomysł na odświeżenie starych nagrań, które mamy na VHS, jak z "Mortal Way of Live". Problem w tym, że nie mieliśmy dostępu do taśm matek. Nie chcę odświeżać tego z mojej własnej kopii - chcę dostępu do oryginałów. Zrobiliśmy więc badania w wytwórni i okazało się, iż zniknęło tak wiele materiału. Nawet o tym nie wiedziałem.

Wytwórniach? Miałem kłopoty z wytwórniami, które w bardzo wielu

10

SODOM

Jest przecież jeszcze I Wojna... Dobry pomysł. Jak mówiłem ci kiedyś mój dziadek walczył w jednostce sił powietrznych w I Wojnie Światowej - mam na ten temat sporo książek i filmów. Umarł wiele lat temu. Znasz może At War z USA i ich wojenny thrash? Znam. Znakomita kapela choć nigdy z nimi nie graliśmy. Wasze demo "Victims of Death' było jednym z bru talniejszych w 1982 roku. Czy ktoś mógł się wtedy z wami pod tym względem równać? Nie sądzę. Oczywiście znałem wtedy mnóstwo początkujących kapel, jako jedne z pierwszych demówek poznałem Darkness, Sons of Satan, Semen of Satan. Pamiętam, że opinie o naszym demo były koszmarne. Nikt nie grał jednak tak agresywnie i nikt w takim stopniu nie był zainspirowany debiutem Venom - "Welcome To Hell". To był dla nas najcięższy album kiedykolwiek nagrany. A my staraliśmy się to zrobić jeszcze bardziej chamsko, szybko i agresywnie. Nasze próby to była nieustanna libacja, myśmy tylko udawali że gramy. Traktowaliśmy to jako zabawę i nikt nie wyobrażał sobie, że staniemy się profesjonalistami i że za dwa lata będziemy mieli kontrakt. Kto z metalowych wokalistów zajmował wówczas twoje oso biste podium, obok Cronosa oczywiście? Cronos był zawsze na pierwszym miejscu - również jako showman i basista. Jeśli chodzi o wokalistów to podziwiałem też Toma Warriora i Toma Arayę. Ten drugi to prawdziwy krzykacz. W ogóle wtedy uwielbiałem grupy trzy osobowe jak Raven i Tank - to się wiele nie zmieniło do dziś. Uwielbiam łazić na ich koncerty. Pierwszy raz spotkałem gości z Venom w 1985 roku na podpisywaniu płyt w Holandii. Podpisali mi ich płyty i pogadaliśmy o muzyce. Byli to weseli i mili goście na scenie Cronos jest demonem, na backstageu jest bardzo wyciszony i zrelaksowany. Palił papieroska, trochę whiskey i browaru. Ja mam podobnie potrzebuję 20 minut po koncercie aby dojść do siebie.

Miałem na myśli zwykły bootleg audio, na wzór tego co robi Motorhead, wydając swoje koncerty z zamierzchłych czasów. Dobry pomysł ale wtedy zrobienie takiego koncertowego albumu pochłania dużo więcej środków i kasy. Jakiś czas temu dostałem sporo taśm od Andyego Bringsa. Jakiś jego znajomy nagrywał nasz każdy koncert gdzieś w 1988 roku. Dzwoniłem też do Michaela Hofmanna, który ma mnóstwo taśm z trasy "Better of Dead". Tym razem jednak chciałem zrobić hołd dla Witchuntera i przedstawić nagrania z pierwszych dziesięciu lat. To co zrobiliśmy to i tak duża praca i efekt przeszedł nasze oczekiwania. Czy to nie dobry czas na biografię Sodom? Następnym razem. I nie będzie to tylko książka o Sodom. Zamierzam napisać autobiografię. Nie chodzi w niej tylko o muzykę, ale też o polowanie i pracę w kopalni. Wielu ludzi próbowało pisać biografię Sodom, ale potrzeba tutaj kogoś kto wie wszystko, był na scenie, zna realia. O mnie i członkach zespołu. Teraz jest czas na pisanie nowego albumu, który ukaże się w pierwszej połowie 2013r. Pisanie książki zajmie zaś rok i tylko temu trzeba by poświęcić czas. Na rynku jest sporo biografii Motorhead czy Motley Crue, gdzie roi się od historyjek o seksie narkotykach i r'n'r. Mnie to nie interesuje. Chcę napisać o całej scenie, o magazynach i wytwórniach. Chcę pisać prawdę. Pisząc książkę odpłynąłbym jednak na dłużej.

prostu większość fanów. Cenię ten album za to, że pomógł mi stać się profesjonalnym muzykiem, że dzięki niemu mogłem rzucić prace w kopalni. Spędzać więcej czasu z zespołem. Wracając do tekstu utworu - pisanie o Wietnamie były w jakimś sensie wymuszone. Nie mogłem pisać o historii własnego kraju, bo to powoduje od razu niezdrowe reakcje.

więc to nie stanowiło problemu. Chris przyjechał więc do Sztokholmu i szybko musiał zwiewać, bo miał tam za mało alkoholu i nie miał za co żyć. Życie tam jest bardzo drogie. Pamiętaj że on miał wysokie wymagania co do ilości alkoholu. W boksie umieściliście koncertową wersję "Magic Dragon". Dla mnie to jeden z najlepszych utworów Sodom. Mógłbyś powiedzieć coś więcej na temat jego powstania? Każdy wie, że wtedy bardzo interesowała mnie wojna wietnamska. Czytałem mnóstwo na ten temat. Jest coś złego w tym kawałku. Gdy zbliża się nalot to tak jakby zbliżał się właśnie jakiś mityczny smok. Muzyka powstała w sali prób. Frank wymyślił riff, a wspólnie zrobiliśmy aranże. "Agent Orange" tak na marginesie nie jest moim ulubionym dziełem Sodom - tak uważa po

Zapomniałeś o najważniejszych przyjemnościach muzyka po koncercie? Nie podzielam tego, choć nawet wokół nas kręciło się wiele groupies. Innymi słowy - nigdy nie ogłaszałem, że po koncercie zawsze potrzebuję baby. Nie mam po koncercie nawet siły na Foto: SPV jebanie - potrzebuję odpoczynku. Tym bardziej przed koncertem - wtedy potrzebujemy energii. Poza tym mam żonę - nie w głowie mi teraz takie numery. Teraz groupies przychodzą tylko rozmawiać. W latach 80-tych wiele mówiło się o tzw. zwalczaniu pozerów. Exodus nawoływali do lania fanów glam metalu. Widziałeś takie przypadki w Niemczech? Nigdy. W tamtych czasach nie było jeszcze takich wielkich różnic. Czasem sięgaliśmy po Motley Crue i Kiss. Traktowaliśmy ich jako inny rodzaj metalu. Nigdy w Niemczech nie widziałem bójki między fanami metalu. U nas widzisz bywało inaczej... No tak. W 1989r. gdy byliśmy u was po raz pierwszy ktoś powiedział mi, żebym z autobusu szedł jak naj-


szybciej do spodka na backstage bo tu się na około wszyscy biją. W pewnym momencie fani wbiegli do naszego autobusu ale przecież nie byli wrodzy - byli maksymalnie podjarani, że widzą zespół. Cały czas trzeszczeli. Było ich tak wielu że ktoś z technicznych musiał ich wyprosić. Te bójki u was miały podłoże polityczne? Absolutnie. Czasem subkulturowe lub w wyniku antagonizmów między miastami. Teraz przypomniałeś mi bójki z rockerami w moim mieście w latach 80-tych. Nie chcieli aby ktokolwiek poza nimi nosił dżinsowe kamizelki ze znaczkami lub naszywkami. Pamiętam jednego takiego jak wszedł do klubu lejąc każdego dzieciaka z naszywkami. Stałeś się kiedyś obiektem napaści grając koncert? Ktoś wrzeszczał "Jebać Sodom!" ale nie wiedziałem co się za tym kryje. Skoro zakupił bilet to mnie nie interesowało. Nigdy nie prowokowałem takich sytuacji - jestem spokojnym typem. W przeciwieństwie do frontmana Destruction... Schmier czasem lubi sprawiać kłopoty - jest bardziej walnięty. Ale to jeden z moich lepszych kumpli na scenie. Śmiejemy się z tych samych żartów i pijemy czasem. Wiadomo już coś więcej na temat odejścia Bobby' ego? Nie są to przyczyny związane z muzyką. To cholernie osobista sprawa, która wyszła dopiero po jakimś czasie. Planowaliśmy małą trasę na pięć koncertów, gdy nam to zakomunikował z sali prób. Próbowaliśmy to rozwiązać ale nie udało się. Markus uczył się jednak bardzo szybko i jest bardzo zaangażowany z tworzenie muzyki. Bobby'emu życzę wszystkiego najlepszego. Tom, jesteś zapalonym myśliwym. Jednocześnie na "Get What You Deserve" napisałeś kawałek potępi ający polowanie na wieloryby - "Silent is Consent". Jak godzisz jedno z drugim? Bardzo prosto: w oceanach liczba wielorybów jest bardzo mała. Japończycy mimo to wciąż na nie polują. W Niemczech polujemy, bo musimy. Na przykład jeleni i dzików robi się raz na jakiś czas zbyt dużo. Z drugiej strony polowanie na płetwala błękitnego może być tym ostatnim w dziejach. Trzeba to powstrzymać.

Foto: SPV

To pasja myśliwska, obok zainteresowań wojennych spowodowała twoje uwielbienie dla filmu "Łowca jeleni"? Uwielbiam ten film. Grupa kumpli idących w las na polowanie - to oznacza wolność. Noc, samotna grupa, tworzy zupełnie inny nastrój. W polowaniu nie zawsze chodzi o strzelanie. Czasem chodzi o zwykły relaks. W swoim rewirze relaksuję się znakomicie. Z dziesięciu polowań przynoszę może jedna sarnę. Mało pisałeś o tym kawałków... Dobry pomysł. Ale to sprawa osobista. 1987 rok to czas kiedy porzuciliście satanizm. Na trasie z Whiplash wydawałeś nawet na ten temat krótkie oświadczenia. Skąd taka radykalna zmiana? To była moda. Miałem wszystko o Crowleyu ale to zatruwało mi mózg. Trzeba być bardzo ostrożnym czytając to, bo powoduje problemy psychologiczne. Rzu-

ciłem więc to gówno. Wiem, że są kapele, które praktykują jakieś czarne msze, ale ja to odrzucam - to bzdury. Jesteśmy thrashowcami. Ten odwrót to nie był przypadkiem wpływ rodziny. Wszak na cześć ojca, który był człowiekiem religijnym, napisałeś w 1990r. utwór "Ressurection". Może. Z drugiej strony jak byłem mały to kazali mi łazić do kościoła co niedzielę . Każdego ranka o 11:00. Wściekałem się, że chce zostać w łóżku - byłem przecież w szkole cały tydzień - odpowiadali: "Nie. Musisz wstać inaczej nie dostaniesz śniadania". Bałem się kościoła mając dziesięć lat. Nienawidziłem tego. Tak, mój ojciec, tak jak ja był górnikiem i był bardzo religijny. Teraz jestem do religii nastawiony neutralnie.

Jakub "Ostry" Ostromęcki


To bzdura, że nie palił nigdy marihuany. Wiem, że raz przynajmniej palił (śmiech). Ogólnie jednak zgadza się. Ale aniołkiem nie jest, chleje sporo.

Turcy jebią się jak króliki Wypisujemy sobie peany na cześć jakiegoś albumu, szalejemy na koncercie przy nowych kawałkach traktując je na równi ze starymi nieśmiertelnikami. Mija rok i musimy zmierzyć się z kolejnym dziełem grupy. Okazuje się, iż następca nie wzbudza już aż tak pozytywnych emocji. Tak właśnie wygląda moja przygoda z dwoma ostatnimi albumami badeńskiego tria. Pogawędkę ze Schmierem rozpocząłem więc od takiej tezy: HMP: Witaj Schmier. "Spiritual Genocide" jest dobrym albumem, ale "Day of Reckoning" miał według mnie dużo więcej energii. Schmier: Każdy ma swoje zdanie. Muzyka to przecież emocje i każdy odbiera ją inaczej. Nowy album nie mógł przypominać poprzedniego. Dopiero teraz dograliśmy się w nowym składzie. Założyliśmy od początku, że "Spiritual Genocide" ma być szybszy, brutalniejszy i bardziej cięty. Ma też bardziej prawdziwe brzmienie. Nie użyliśmy na nim żadnych sampli, album jest dzięki temu bardziej naturalny. Tyle, że bardzo trudno połączyć wymienione przez ciebie cechy w jednym utworze. Trudno grać jednocześnie szybko i groovy. To zależy jak bardzo jesteś otwarty. Jak na razie poprzedni album zbiera lepsze oceny fanów. "Day of Reckoning" miał bardzo dobre przyjęcie sądząc po reakcjach tłumu na koncercie. W Internecie ludzie mówią różne rzeczy, Metal Archives nie jest tu wyjątkiem. Jak do tej pory nasi fani, ci których spo-

nowego CD? Vaaver nie napisał żadnego kawałka. Przekazaliśmy mu fragmenty nagrań i dodał do tego swoje pomysły. Jego agresywny i bardzo szybki styl gry pomógł jednak albumowi. Pisząc kawałki mieliśmy też na uwadze upodobania Vaveera. Jesteśmy już po dwustu wspólnych koncertach. Staliśmy się sobie muzycznie bliscy. Zdajesz sobie sprawę, że jest to najlepszy perkusista jaki kiedykolwiek grał w Destruction? Oczywiście, co do tego nie ma wątpliwości. Połączenie cech, o których mówiłeś na początku przypomina mi nieco podejście znane z "Release from Agony". Tamten LP też był gęsty i agresywny. Mogą być na tym albumie momenty, które mogą ci przypominać tamten album. Przed tobą stwierdziły to już dziś trzy osoby. To był najlepiej sprzedający się album Destruction w USA i w Azji więc to dobre porównanie. Choć pamiętaj, że "Spiritual Genocide" nie jest aż tak techniczny, jak "Release from Agony". Tam było przecież mnóstwo rytmów i temp charakterystycznych dla muzyki progresywnej. Nowy album nie ma

Kilka lat temu zaśpiewałeś gościnnie na albumie ProPain. Jak do tego doszło? Nie jestem fanem hard core ale szanuję bardzo tamtych kolesi. Z drugiej strony zawsze podobało mi się Crumbsuckers, pierwsza kapela Garyego Meskila. Gary jest też bardzo porządku jako koleś. Mieliśmy się okazję spotkać, gdy nagrywali kolo mojego domu. Wpadłem więc do nich, a oni zaprosili mnie do zaśpiewania jednego fragmentu. Kilka miesięcy temu widziałem się z nimi ponownie. Jestem dość tolerancyjny gdy idzie o style muzyczne. W latach 80-tych graliśmy mini trasę z Cro-Mags. Dorastałem więc razem z nowojorskim hardcore. Co sądzisz o okładce tamtego albumu Pro-Pain? Nawet jej nie pamiętam. Jest na niej typ, który gitarą rozwala czerwoną gwiazdę. Jest to przeróbka dawnego plakatu na którym był to ten sam facet ale z młotem. To ma jakieś specjalne znaczenie? Jakby nie patrzeć to czerwona gwiazda to symbol komunizmu. Pierwotnie był tam robotnik. Ktoś w rodzaju amerykańskiego redecka? (śmiech). Wy też nie kochacie tej symboliki. Tak. Chciałbym wrócić do tej krytyki społeczeństwa o jakiej mówiłeś wyżej. Będąc ostatnio w Berlinie nie mogłem nadziwić się liczbie degeneratów w tym mieście. Jedyne rodziny z dzieciakami to byli Turcy... Berlin jest specyficzny. Bardzo "open minded". Mówi się też, że to mały Istambuł. Witaj w Niemczech (śmiech). Niedługo nie będzie żadnych Niemiec. Całkiem możliwe. Niemcy nie robią dzieciaków, a Turcy jebią się jak króliki. Dobrze, że wtedy będę martwy. Z drugiej strony jak byłem w Istambule to ludzie byli tam fantastyczni, nie chodzi zatem o naród ale o imigrantów i jak oni się zachowują. I to nie jest fajny temat do tekstów? To bardzo niebezpieczne, bo połowa sceny nazwie cię nazistą. No i co z tego? Wystarczyło żeby Merkel pojechała do Grecji. Byli tam goście w mundurach III Rzeszy i z flagami wyzywający ze swastykami nazywający ją nazistką. Poniżali ją, naszego przedstawiciela i nasz kraj tylko dlatego, że ośmieliła się wypowiedzieć kilka zdań o ich gospodarce. Tak długo jak będą się działy takie rzeczy zawsze, jako grupa niemiecka będziemy mieli kłopoty.

Foto: Nuclear Blast

tykamy na gigach, polubili nowy album bardziej niż "Day of Reckoning". Pewnie z tego powodu, że bardziej kopie w ryj, zachowując staroświecką agresję. To jednak jest też Destruction z roku 2012 i jeśli chcesz tylko tego z 1985 roku, to lepiej zapodaj sobie "Infernal Overkill". Mój zarzut jest w zasadzie jeden: na poprzednim CD twój wysoki wokal lepiej układał się z riffami podobnie do szybkiego albumu "Antichrist". Tutaj ciężar i brutalność gitar nieco cię przytłacza. Fani twierdzą, że jest to jeden z bardziej thrashowych wokali jakie słyszeli. A na poprzednim albumie ich ulubionym utworem był "Armagedonizer", który nie jest przecież szybki. I co teraz? Ich święte prawo tak uważać. Ale przejdźmy do pro cesu twórczego. Pracowaliście osobno czy razem na żywioł? Cały album powstał w wyniku jamowania mojego i Mikea i rzucania pomysłów na żywo. Kawałki powstawały z myślą grania ich na koncertach. Ten sposób pisania sprawdza się znakomicie. Album powstał bardzo spontanicznie. Jaki był wkład naszego rodaka - Vaavera w tworzenie

12

DESTRUCTION

za wiele elementów progresywnych. "Release from Agony" był albumem wówczas bardzo trudnym do zagrania, byliśmy młodzi. Musieliśmy wznieść się na szczyty swoich możliwości. Nowy album jest dużo bardziej zrelaksowany. Coś nowego w tekstach? Żadnej zmiany. Uprawiamy tą samą krytykę społeczeństwa co zawsze. Jeden kawałek jest dosyć osobisty i mściwy a inny znowuż nawiązuje do metalowej spuścizny przeszłości - gdy z Sodomem i Tankardem tworzyliśmy tą scenę. Gerre i Tom śpiewają na tym kawałku. Na śpiewaniu się nie skończyło... Wypiliśmy dość sporą ilość. Mamy w końcu polskiego perkusistę. ...Oczywiście po pracy. Tom Angelripper różni się nieco od reszty niemiec kich liderów tharshu: rodzina... Rodzina też działa jak narkotyk (śmiech). Ja wybrałem inną drogę. Jestem tak zajęty moją muzyką, że ona szybko by się rozpadła. Tom jakoś daje radę, ożenił się bardzo dawno, a jego dzieciaki są już duże. Zawsze preferował alkohol niż narkotyki. Twierdzi też, że nigdy nie palił zioła...

Kłopoty to jest specjalność muzyko metalowych. W tej kwestii ze mną jest tak, że staram się bronić mojego kraju w dyskusjach, ale zwiedziłem też mnóstwo świata. Jestem od ponad roku w trasie, więc siłą rzeczy jest we mnie też wiele innych kultur. Uwielbiam je oglądać i jeździć po świecie. Krytykuję całe światowe społeczeństwo, nie tylko jednego kraju. Bezsensowną złość, idiotyzm, frustracje, ciemniactwo, chciwość. W kraju takim jak Wenezuela, gdzie niedawno graliśmy, który podobno jest taki niby socjalistyczny, ludzie aby dostać się do szpitala musza płacić lub dawać łapówki. Chciwi rosną w siłę, a biedni stają się coraz biedniejsi. Nie będę zmieniał świata ale mogę o tym pisać i wrzeszczeć. To autoterapia. Jakieś inne kraje zapadły ci pod tym względem w pamięć? Niektóre są bardziej wyluzowane, liberalne, gdzie ludzie mają otwarte umysły. Podobała mi się pod tym względem Australia. Nie podobały mi się jednak te wszystkie zakazy tabliczki z napisami nie rób tego nie rób tamtego. Nie sikaj w rogu, nie pij na ulicy, nie ruchaj żony na kanapie obok innych osób. To upodobnia ich do USA. Trzeba to zaakceptować. Największym problemem nie jest jednak obyczaj, a religia i fanatyzm. Na koniec ma rowie niż koncertowe pytanie. Organizatorzy festiwalu w Wacken zabronili ostatnio tworzenia przez fanów "ściany śmierci". Co ty na to? Cóż, wolę mosh-pit. Ściana śmierci pochodzi ze sceny metalcore i to nie mój styl. A Wacken faktycznie zrobiło się zbyt duże i czasem bywa dziwaczne. Jakub "Ostry" Ostromęcki


Muzycy tej legendarnej kapeli zawsze byli znani ze swej wielkiej chęci do udzielania wszelkiej maści wywiadów oraz do bardzo długich i wyczerpujących wypowiedzi. Przecież kultowa kapela, schowana w cieniu za wielkimi tuzami muzyki metalowej, znana głównie ze swego świetnego debiutu, jest bezapelacyjnie nadal zainteresowana dbaniem o swój wizerunek i nagrywaniem analogicznie świetnych albumów. Porzucając jednak cynizm i sarkazm, udało mi się tę opinię skonfrontować empirycznie i skłonić swymi tytanicznymi pokładami charyzmy perkusistę Kelly' ego Davida Smitha do trochę dłuższych wypowiedzi. A tak bardziej serio, naprawdę nie wiem czy Kelly odpowiadał mi z tego samego wszechświata, w którym się znajdujemy, czy też w danym momencie zajęty był zwiedzaniem jakiś wyższych sfer. Poza tym… Jason jest odpowiedzią na wszelkie pytania…

We mgle i magii wspólnych spotkań

HMP: Korzenie zespołu sięgają roku 1981. Tylko ty zostałeś z oryginalnego line-upu. Kto był pierwszym basistą we Flotsam? Dopiero Jason Newsted, który dołączył do was rok później? Kelly David Smith: W tym czasie jeszcze byłem w szkole średniej. Grałem razem z dwoma innymi chłopakami z mojej szkoły. Jason był naszym pierwszym basistą, gdy do nas dołączył w 1982 roku… Czy pamiętasz wasz pierwszy koncert? To było na jakieś suto zakrapianej domówce w Phoenix w 1982 roku. Graliśmy z tyłu domu, na podwórku. Nazywaliśmy się wtedy Dredlox, a Jason jednocześnie grał na basie i śpiewał. We wczesnym okresie istnienia wasz zespół zmieniał nazwę parokrotnie. Dlaczego w końcu stanęło na nazwie, którą znamy do dziś? I dlaczego akurat właśnie ta? Cóż, żeby być zupełnie szczerym to zmiany w składzie zespołu powodowały zmiany nazwy. Ostatnia zmiana nastąpiła tuż przed tym jak nasze szeregi opuścił Mark Vasquez. Wtedy nazywaliśmy się The Dogz, jednak stwierdziliśmy, że ta nazwa nas hamuje. Zaczęliśmy myśleć nad czymś oryginalnym, czymś co będzie nas wyróżniać. Jakiś czas wcześniej napisaliśmy utwór pod tytułem "Flotsam and Jetsam". Tekst, który napisał Jason, dotyczył dwóch włóczęgów z Trylogii Tolkienowskiej. Było tam kilka fajnych wersów, ale jeden "Transients and drifters, street life" pasował do nas jak ulał. Jako banda dzieciaków, która dorastała razem, z tym że Jason nie był z naszego miasta jak pewnie wiesz, często robiliśmy wypady do klubów późnymi wieczorami, robiąc po drodzę drobną bardachę na ulicach. Dlaczego potem zdecydowaliście się na dokoptowanie Erica na wokalistę, zamiast pozwolić Jasonowi jednocześnie grać i śpiewać? Myślę, że to głównie chodziło o to, że Jason chciał się bardziej skupić na graniu na basie. Trudno było jednocześnie grać i śpiewać przy utworach, które wykonywaliśmy. Wtedy głównie graliśmy Maidenów, UFO, Tygersów, Judas Priest… Słyszałem, że musiałeś opuścić szeregi zespołu z powodu pewnych konfliktów z prawem? To nie było tak, że opuściłem zespół. Poszedłem siedzieć do ciupy za sprzedaż narkotyków. Miałem 18 lat i musiałem jakoś zarobić na zespół i na sprzęt. To było jakoś w 1985 roku.

Czy nadal macie w głowach kompozycje z "Dooms-

Żadna kolejna płyta nie miała takiej agresji, mocy, zadziorności, świetnie wyważonej równowagi między niszczycielskimi riffami i delikatnymi, a jednocześnie melodyjnymi zagrywkami oraz tak przekonujących wokaliz jak "Doomsday For The Deceiver". Czy, idąc tokiem twojego rozumowania, jest to spowodowane waszym strachem przed tym, by nie brzmieć ciągle tak samo i ciągłym parciem do rozwo ju, progresji i ewolucji jako wartości samej w sobie? Myślę, że już na ten temat conieco już powiedziałem. To była nasza pierwsza płyta, presja na nas była bardzo duża. Zwłaszcza na mnie. Miałem piętnaście szwów na swoim ramieniu, a na nagranie bębnów miałem niecałe dwa dni. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to jest nasza szansa na chwałę i rozgłoszenie na świat naszego imienia. Po fakcie byłem niezmiernie wręcz pijany tym, że nasze marzenia powoli nabierają realnych kształtów. Wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że zrobiliśmy coś, co będzie nad nami ciążyć, coś co obdarzy nas wielką odpowiedzialnością i wielkimi oczekiwaniami ze strony fanów. Gdy Jason od nas odszedł, krótko po nagraniu płyty, uświadomiliśmy sobie ile fanów mamy na świecie i ilu nam nasza debiutancka płyta jeszcze przysporzyła. Parę miesięcy temu światło dzienne ujrzała wasza jedenasta studyjna płyta. Masz może jakieś większe przemyślenia na jej temat? Nie. To świetna płyta i jestem bardzo zadowolony z tego, co uzyskaliśmy w studio. Jesteś więc w pełni usatysfakcjonowany z wyników? Tak! To nagranie było bardzo dokładnie przemyślane od samego początku. Poświęciliśmy bardzo dużo czasu, by go w pełni dopracować. Od pierwszego dźwięku do ostatniej litery we wkładcę. Nie powiem, "Ugly Noise" ma bardzo ciekawy koncept na okładcę. To wasz pomysł? To była wyłącznie koncepcja Mike'a Gilberta. Wyszedł z nią, jak już skończyliśmy pracę nad pisaniem utworów na "Ugly Noise". Partia fortepianowa w intro spowodowała, że wpadł na taki pomysł, a potem na wizerunek świeżo ugaszonego pianina po tym jak zostało podpalone. Taka głęboka i mroczna idea. Gdzie była przeprowadzona sesja nagraniowa? Jak długo trwała? Wszystko, oprócz bębnów, zostało nagrane w naszym zespołowym studio. Mike Gilbert zajął się inżynierią dźwięku. Z wyjątkiem bębnów, naturalnie. Najlepszą rzeczą z takiego stanu rzeczy było to, że nie musisz się nigdzie spieszyć. Nie musisz płacić za studio, więc wszystko robisz w swoim tempie. Od początku do końcowych miksów upłynął cały rok.

Wspominałeś w tym wywiadzie parokrotnie osobę Jasona Newsteda. Cóż, w takim razie pozwól, że spytam czy kiedykolwiek myśleliście nad jego powrotem do zespołu? Wasz skład wtedy by wyglądał zupełnie jak na debiucie. Gdybyśmy kiedykolwiek wpadli na taki pomysł, na pewno byśmy mu się dokładnie przyjrzeli i ocenili wszelkie za i przeciw. Poza tym, to by było coś takiego jakbyś chciał się zejść ze swoją byłą dziewczyną. Był przecież jakiś powód, że się rozeszliście, wydarzyły się przecież jakieś rzeczy, które doprowadziły do takiego stanu i to będzie cały czas wracać do twojego umysłu. Nie mogę powiedzieć, że to się nigdy nie wydarzy, jednak na chwilę bieżącą to jest zdecydowanie coś nie do przyjęcia. Były kiedyś pewne rozmowy na ten temat, jednak zawsze coś powodowało, że nigdy nie nabrały konkretnych kształtów. Prowadzimy teraz zupełnie inne życie i mamy zupełnie inne priorytety. Wiele by się musiało zdarzyć i po jednej i po drugiej stronie, by nasze wspólne granie z Jasonem stało się rzeczywistością. James Rivera wspierał was wokalnie przez pewien okres. Co się wtedy stało z Erikiem? Eric nagle doszedł do wniosku, że przemysł muzyczny oddaje znacznie mniej niż się w niego wkłada. Opuścił branżę muzyczną, by pomyśleć nad swoimi złudzeniami i nad kierunkiem w jaki podąża Flotsam and Jetsam. Bardzo często w swojej karierze zmienialiście wytwórnie. Co było powodem tych wszystkich zmian? Przejście z Metal Blade do Elektry po wydaniu "Doomsday…" spowodowane było chęcią rozwoju, gdyż wtedy niezależne wytwórnie nie miały zbyt wielu funduszy. Elektra po "No Place For Disgrace" nie była zainteresowana dalszą współpracą. Podpisaliśmy wtedy kontrakt z Geffen, które wkrótce zostało kupione przez MCA Records. Gdy nasz kontrakt się skończył po trzech płytach, MCA nie była zainteresowana jego odnowieniem, więc podpisaliśmy kontrakt z Metal Blade na kolejne trzy płyty. Wygasł wraz z wydaniem z "My God" w 2001 roku. Który album należy do twoich ulubionych nagrań Flotsam and Jetsam? Moje Top 3 to: "Ugly Noise", "Drift", "The Cold". Wielkie dzięki za wywiad i twój poświęcony czas. Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Foto: Michael Eimer

Wasz debiutancki krążek jest bez dwóch zdań absolutną klasyką muzyki metalowej. Każdy następny wasz album był i będzie porównywany do "Doomsday For The Deceiver". Nie działa ci to trochę na nerwy? To jest bardzo dobre pytanie. Przez te wszystkie lata cała nasza twórczość była postrzegana przez pryzmat tych dziesięciu utworów. Można się jednak do tego przyzwyczaić, taka jest natura fanów metalu. Dla nich najważniejszy jest pewien ulubiony okres twórczości zespołu lub po prostu uluiona płyta. Też tak miałem. Nasz debiut to było świetne wydawnictwo. Wbił naszą chorągiewkę w mapę metalowego świata. Te porównania dotyczą także kwestii Jasona, co jest w porządku, jednak naprawdę warto też docenić też nasze pozostałe utwory, z innych okresów naszej twórczości. Zawsze pisaliśmy świetne utwory, nasz styl ewoluował przez lata i pozostawał rozpoznawalny niezależnie od tego, kto grał na basie. Jason opuścił też Metallikę jak wiadomo, więc skoro na nich można patrzeć przez pryzmat ich nowych dokonań to i na nas tak się powinno patrzeć, a nie tylko porównywać nas do naszej przeszłości…

day…" gdy piszecie muzykę na następne płyty? Czy to sprawia, że proces twórczy każdego kolejnego albumu jest cięższy? Przede wszystkim, na "Doomsday For The Deceiver" składają się numery, które pisaliśmy przez okres 2-3 lat, gdy mieliśmy siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście lat. Dorastaliśmy, a nasza muzyką wraz z nami. Teraz możemy spojrzeć wstecz i zobaczeć jak wiele rzeczy moglibyśmy zrobić zupełnie inaczej. Zawsze, gdy zbieramy się pisać nowy materiał, podchodzimy do tego ze świeżym i czystym umysłem. Nie chcemy być foremką, która kształtuje ciągle te same wypieki. Uwielbiamy rozszerzać nasze horyzonty i osiągać kolejne szczyty naszego rozwoju. Jeżeli coś nie będzie wystarczająco rozwojowe, zapewne wypadnie w dalszej części procesu twórczego.

Co sprawia, że ciągle macie motywację i wenę na pisanie nowych utworów? Jak już wspomniałem, dorastaliśmy wspólnie, przez większość naszej ziemskiej egzystencji. Kiedy zbieramy się razem w celu tworzenia muzyki, spływa na nas energia i magia, która w żaden inny sposób do nas nie dociera. Teksty płyną przez nas, wypływając z naszego otoczenia, z naszych przeżyć. Ogarnia nas cudowna mgła, tóra wpływa na to, że znajdujemy inspirację na następne utwory.

Co jest twoją inspiracją? Moja rodzina, a zwłaszcza moja żona. Muzyka też, gdyż jest elementem mojego organizmu, płynie mi w żyłach i osiada w moim DNA.

FLOTSAM AND JETSAM

13


materiału jednak uległ zmianie, ale kształt utworu "Tales of the Weird" pozostał. Obraz, który wylądował na okładce najnowszego albumu też miał w zamyślę trochę przypominać okładkę znaną z "Heresy", jednak główna idea kocneptu pochodzi z historii znajdującej się na drugim utworze na "Tales…" mianowicie z "Day of Judgement".

Opowieści oraz herezje Na początku - jeżeli ktoś nie słyszał jeszcze najnowszego dzieła Paradox, zatytułowanego "Tales of the Weird", to gorąco polecam bliższe zaprzyjaźnienie się z tą płytką. Naprawdę warto. Czarne chmury zebrały się nad niemiecka sceną. Ostatnio stan zdrowia Charlyego był naprawdę ciężki, frontman Paradox przeszedł bardzo trudną operację serca. Nie były to jednak jego pierwsze poważne problemy ze zdrowiem z których wyszedł obronną ręką. Charly jawi się jako prawdziwy twardziel, człowiek nie do zdarcia, który mimo przeciwności fortuny, tragediom rodzinnym i problemom zdrowotnym nadal jest obecny na scenie metalowej i to w jakim stylu! HMP: Dobry wieczór, Charly! Powiedz nam jak twoje samopoczucie? Jak przebiega rekonwalescencja po twojej operacji? Charly Steinhauer: Witaj! Biorąc pod uwagę okoliczności czuję się coraz lepiej. Po trzech tygodniach spędzonych w szpitalu i dalszych trzech spędzonych na pooperacyjnej terapii, jestem już w domu, gdzie dalej jestem poddawany rehabilitacji. Mam ustawioną odpowiednią dietę i musiałem przestać palić papierosy i inne używki (śmiech). Czy twój stan zdrowia był naprawdę poważny? Twoje grudniowe wpisy na facebooku były dość dalekie od optymizmu… Oj tak. To był nagły przypadek, taki że musieliśmy nawet wzywać pogotowie do mnie. Byłem naprawdę bardzo bliski śmierci. Zaczęło się od problemów z kręgosłupem w 2010 roku. Przez dwa lata miałem nagłe ataki paniki, ale żaden lekarz nie powiązał tego z problemami z sercem. Musiałem mieć wtedy poważny stan zawałowy, jednak nic nie czułem. W 2012 roku miałem tak, że upadałem bez wyraźnej przyczyny. Gdy mnie w końcu hospitalizowano, stwierdzono u mnie ciężką chorobę niedokrwienną serca. Z powodu zawału serca, którego nie czułem, część mojego serducha w ogóle nie funkcjonuje. Musieli ją wyciąć. Byłem na stole operacyjny krojony przez sześć godzin. Zrobiono mi cztery bajpasy, bo trzy arterie wieńcowe były kompletnie zatkane. Niezła kaszana. O bogowie. A to nie pierwszy raz kiedy masz poważne problemy ze zdrowiem. Jakiś czas temu Paradox zawiesił swoją działalność, z powodu twojego ciężkiego stanu zdrowia. Czy to był coś podobnego do tego, co miałeś teraz? Nie, to było coś zupełnie innego. W 2004 cierpiałem na chorobę jelit. Miałem powikłania tak zwanego zapalenia uchyłków w jelicie grubym. Jeszcze miałem dodatkowo powikłania pooperacyjne z tym związane.

Musieli mi zrobić przez to przetokę jelitową. Okropieństwo. W 2008 znowu mi musieli rozciąć brzuch, by włożyć tam jakąś siatkę, naruszyli mi przy okazji bliznę po stomii. Na szczęście ślad się już prawie zagoił. Jesteś prawdziwym człowiekiem z żelaza. Przetrwałeś bardzo poważne problemy ze zdrowiem oraz ponure wydarzenia ze swojego życia rodzinnego. Co sprawia, że mimo tych wszystkich trudności nadal trwasz, funkcjonujesz i tworzysz wspaniałą muzykę? Wielkie dzięki za słowa uznania. Naprawdę je doceniam! Moja pasja pozwala mi zwalczać trudy mego życia i dnia codziennego. Ja żyję heavy metalem. Towarzyszył mi od mojego dzieciństwa i towarzyszy mi nadal, gdy spełniam swoje postanowienia oraz marzenia z dawnych młodzieńczych lat. Nie powiem, napawa mnie to dumą. Jeżeli ludzie lubią moją twórczość sprawia mi to wielką radość. Co do tej "wspaniałości"… cóż, to cały ja, składam się wyłącznie z niej (śmiech) nie no, naturalnie żartuję (śmiech). Prawda jest taka, że nie piszę piosenek, które mi osobiście nie leżą. Nagrywam tylko takie utwory, które sam chciałbym słuchać, które podobają mi się w 100%. Wychodzi na to, że mam po prostu dobry gust (śmiech). Tak czy owak, twoje najnowsze dzieło jest prawdzi wym majstersztykiem. Przebija każdy twój album, z wyjątkiem "Heresy". A mówiąć już o "Heresy" "Tales of the Weird" nosi ślady pewnych subtelnych nostalgicznych podobieństw do tego klasycznego albumu. Okładka, utwór tytułowy, intro do niego i parę innych rzeczy. Rozumiem, że zostało to zrobione świadomie? Częściowo rzeczywiście tak było. Pierwszym utworem, który napisałem na ten album, to właśnie utwór tytułowy - "Tales of the Weird". W założeniu miał być to utwór, który kontynuuje temat poruszony na "Heresy". Taki też miał być cały album. Pomysł na wygląd

Czyli "Tales of the Weird" nie dotyka w zbytnio tematyki zawartej na "Heresy"? W takim razie koncept albumu skupia się na innej tematycę? Nie, nie ma określonego jednego motywu na "Tales…". Podam ci kilka wyraźnych przykładów. "Brutalized" jest utworem opisującym zezwierzęcenie, agresję i brutalność młodych ludzi jako istotny problem ostatnich czasów. Rozszalała młodzież zabijająca się nawzajem gołymi rękami. To jest naprawdę wstrząsające. Nie tak powinno wyglądać nasze wejście w nowe millenium. Ludzkość powinna się rozwijać, dlatego powinniśmy jak najprędzej przeprowadzić drastyczne działania zapobiegające rozwojowi skrajnych zachowań! "Day of Judgement" - w grudniu 2012 roku kończył się kalendarz Majów. Wielu myślało, że to zwiastuję koniec naszej cywilizacji. Myślę jednak, że apokalipsę sprawi sobie sam człowiek. Pewnego dnia, niekoniecznie nagle, przy użyciu technik i technologii, których nie do konća nauczył się kontrolować. "Slashdead" koncentruje się na różnych rodzajach bólu, które są wywoływane przez człowieka Matce Naturze. Przyświeca nam jedynie cel w postaci bogactwa i władzy. Ludzkość nie dba o Ziemię, wyzyskuję ją i zanieczyszcza. To nasz obowiązek, by położyć kres takim procederom! Zaobserwowałem, że wasza najnowsza płyta zjed nuje sobie z każdym dniem coraz większe grono fanów. To musi być wspaniałe uczucie, gdy się okazu ję, że twoje najnowsze dzieło spotyka się z takim gorącym przyjęciem. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nagrywamy coś naprawdę niezłego. Nie spodziewaliśmy się jednak, że fani zareagują na to aż tak żywiołowo! Myślę, że ten album otworzy przed nam zupełnie nowe drzwi. Dlaczego zdecydowałeś się nagrać swój cover "A Light in the Black"? To jest mój hołd dla Ronniego Jamesa Dio. To był jeden z moich uluionych utworór, gdy byłem młody. Słuchałem go naokrągło. "Rising" to jest także moja ulubiona płyta z lat 70tych. Napisałeś sam całą muzykę i teksty na "Tales of the Weird" czy też inni członkowie Paradox wrzucili swoje trzy grosze? Napisałem całą muzykę, Christian wszystkie solówki, a teksty zostały w większosci napisane przez byłego śpiewającego gitarzystę Vendetty Achima "Daxxa" Hömerleina. On jest jakby naszym piątym członkiem zespołu. Pisze teksty i na przyszłych naszych nagraniach też będzie to robił. Odwala kawał dobrej roboty. Gdy zaczęliście prace nad "Tales of the Weird" mia-

Foto: AFM

14

PARADOX


łeś w głowie jasno poukładane jak ten album ma brzmieć? Dużo zmienialiście w trakcie procesu twór czego? Nie jestem typem człowieka, który ma wszystko zaplanowane. Nagrywałem dokładnie tak, jak to ze mnie wychodziło. To zawsze jakoś brzmi jak Paradox (śmiech). Nie potrzebuję żadnych przygotowań. Nagraliśmy wszystkie utwory, które napisałem. Bez żadnych zmian.

was na scenie. Często wam się zdarza, że ludzie wdrapują się z tłumu na scenę? W latach 80-tych to było nagminne. To był tradycyjny element koncertów. Teraz to zależy od organizatora koncertu, bo wielu z nich obawia się o swój sprzęt sceniczny. Gdy jednak jest okazja, zapraszam fanów na scenę. Taka chwila jest naprawdę wyjątkowa. Poza tym to świetna zabawa.

Byłbyś w stanie wybrać swój ulubiony numer z "Tales…"? O, to jest trudne pytanie. Gdybym jednak musiał wybierać, wybrałbym "Escalation".

Skoro dotknęliśmy kwestii koncertów. Czy twój stan zdrowia pozwoli ci na występy sceniczne z Paradox? Robię wszystko by wrócić na scenę. Potrzebuję kilku miesięcy na rekonwalescencję, ale jestem dobrej myśli. Walczę o to ze wszystkich sił. Myślę, że więcej będę mógł powiedzieć na ten temat latem. Postaramy się znaleźć jakieś rozwiązanie, by Paradox znów mógł koncertować.

Ciekawi mnie, czy mógłbyś się z nami podzielić swoim malutkim sekrecikiem, który sprawia, że mimo upływu lat i przeciwności losu nadal jesteś zmotywowany i tworzysz świeże oraz wyróżniające się kom pozycje? (śmiech) Dzięki! Nie mam jednak żadnego specjalnego sekretnego sposobu. Lubię po prostu taką muzykę i piszę to, co czuję, że będzie do niej pasować i będzie czymś, co sam będę chciał później posłuchać. Na "Tales of the Weird" zagrało gościnnie dwóch greckich muzyków. Kim oni są i dlaczego pojawili się na płycie? Gus Drax grał w Paradox w 2010 roku, jednak mieliśmy drobne problemy logistyczne spowodowane jego poborem do greckiej armii. Nie mogliśmy zrealizować wspólnie swoich planów dotyczących utworów Paradoxu, ale pozostaliśmy przyjaciółmi. Gus jest wschodzącym wielki talentem gitarowej wirtuozerii. Chciałem go mieć na nowym albumie. Nagrał solówkę do "Fragile Alliance". Jego znajomym jest Bob Katsonis z Firewind. Skontakowaliśmy się i dowiedziałem się, że Bob jest wielkim fanem "Heresy" i że to będzie dla niego wielki honor jeżeli będzie miał okazję cokolwiek zagrać dla Paradox. I w ten sposób nagrał partie klawiszowe do "A Light in the Dark". Obaj spisali się na medal i wykonali kawał dobrej roboty. Wydaliście już czwarty album pod szyldem stajni AFM. Wydaje się, że jesteście z nich całkiem zadowoleni. AFM jest solidną marką i cieszy się w Niemczech dobrą renomą. Poza tym ufają nam w stu procentach. Nawet nie muszą słuchać wczesnych nagrań, by aprobować wydanie naszej płyty. Jesteśmy z nimi związani już trzynaście lat. Mamy możliwość wyboru innej wytwórni, jednak postanowiliśmy odnowić kontrakt z AFM, bo jesteśmy z nich bardzo zadowoleni. Jak zwykle japońska wersja waszej płyty ma ekskluzywny bonus track. Tak, utwór nazywa się "Drowning In Lies". To bardzo złożony i tętniący mocą sześciominutowy kawałek. Do dostania wyłącznie z japońska wersją naszej płyty. Poprzedni rok 2012 był bardzo tłusty jeżeli chodzi o wydawnictwa ze starej niemieckiej sceny metalowej. Tankard, Kreator, Necronomicon, Destruction… wszystkie płyty stoją na wysokim poziomie. Miałeś okazję ich posłuchać? Słuchałem nowego Kreatora i Destruction. Bardzo mi się spodobały. Zwłaszcza "Phantom Antichrist" Kreatora, jednak według mnie nie jest tak dobry jak "Hordes of Chaos". Tankard jak zawsze tryska humorem i zabawą. To moi starzy kumple, a Gerre jest najlepszym frontmanem w historii metalu. Może mam zwidy, ale gdy byłem na waszym koncercie, to wydawało mi się, że grasz na gitarze dla pra woręcznych lewą ręką. Wszystkie struny miałeś na odwrót - najcieńsza w miejscu, gdzie powinieneś mieć najgrubszą. Nie, bracie, nie masz halucynacji, jest z tobą wszystko w porządku. Gram na gitarze do góry nogami. Wygląda na to, że zacząłem się niewłaściwie uczyć gry na tym instrumencie, gdy byłem młody (śmiech). Mój ojciec miał starego Framusa, na którym pozostała niezerwana tylko jedna struna D. Na niej uczyłem się grać lewą ręką, gdyż jestem leworęczny. Potem założyłem pozostałe struny, jednak maniera gry mi się nie zmieniła. Cóz, jest to coś niezwykłego, co charakteryzuje także Paradox jak widać. Czy gitarzyści z którymi współpracowałeś nie mieli problemu związanego z twoim stylem gry? (śmiech) Nie, nie. Zawsze byli trochę zaszokowani i zmieszani, jednak szybko się przyzwyczajali. Nigdy nie mieliśmy z tym problemów na próbach. Podczas waszego występu na Headbangers Open Air 2009 całkiem pokaźna rzesza fanów dołączyła do

Pojawiłeś się na pobocznych projekcie Tarka Maghary'ego o nazwie Dawnrider. To była czysta biznesowa współpraca czy też znacie się trochę lepiej? Tarek jest moim kumplem. Pewnego czasu poFoto: AFM prosił mnie o gościnny udział na swojej płycie. To była czysta przyjemność i prawdziwy zaszczyt. swojej muzyce wyraźny pierwiastek tamtego kli Moje wokale są na ścieżcę otwierajacej płytę, "When matu. To zupełny przypadek, produkt uboczny proce Our Troops Unite". su produkcji, czy też masz na uwadzę, by twoje utwory brzmiały w ten sposób? Paradox przeszedł przez bardzo wiele zmian składu. Tak się po prostu dzieje. Nie jest to coś, co mam bez Dlaczego tak często wymieniałes muzyków w kaprzerwy w głowie, gdy piszę kawałek. Po prostu gram peli? Czyżby Dave Mustaine był twoim idolem? na gitarzę to, co mi wpadnie do głowy, dopóki nie na(śmiech) Nadal pozostaję w kontakcie i w dobrych stotrafię na riff, który mi się spodoba. Jestem wielkim sunkach z większością byłych muzyków Paradox. Kafanem tradycyjnego metalu z lat osiemdziesiątych. To żda zmiana składu w ciągu tych 30 lat miała swoje ponormalne, że to wychodzi ze mnie, gdy komponuję wody. Nigdy nie mieliśmy kłótni w zespole. Ludzie się kawałki. Old school to świetna sprawa. po prostu zmieniają, zmieniają się ich zainteresowania, Jake zespoły ukształtowały twoje inspiracje? cele, potrzeby. Niektórzy nie potrafią pracować tak, Głównie metal z Bay Area. Heathen, Exodus, Testajak to jest od nich wymagane w zespole, który ma konment, stara Metallica. Te zespoły wpłynęły na moje trakt na zrobienie określonej pracy. Niektórzy nie miepisanie utworów. To moi idole. li czasu, by dzielić swój czas na zespół i inną pracę. To nie jest takie proste, by mieć czterech sprawnie dziaCo twoim zdaniem było największym osiągnięciem łających ludzi w zespole. Poza tym zawsze znajdzie się formacji Paradox? grupka ludzi, którzy będą o tobie źle mówili, niezaHmmm, to trudne pytanie… rok 1988, Festa Avante leżnie od tego co zrobisz. w Lizbonie, 100 tysięcy fanów. To był koncert! Także Paradox oficjalnie został założony w 1986 roku. Wcześniej jednak było kilka odsłon tego zespołu. Możesz nam przybliżyć ten okres, kiedy Paradox nie był jeszcze… Paradoxem? Razem z Alexem Blahą założyłem Paradox w listopadzie 1981 roku. Do 1986 roku zespół funkcjonował pod innymi nazwami i z różnymi muzykami. Pierwsza nazwą był Overkill. W 1983 roku zmieniliśmy nazwę na Maniac, a w 1984r. na Warhead. W lutym 1986r. ostatecznie wykrystalizował się Paradox. To był świetny okres, bardzo twórczy i bardzo satysfakcjonujący. Zaczęliśmy od niczego, a już po pięciu latach mieliśmy podpisany kontrakt z ogolnoświatową wytwórnią Roadrunner Records. Czyli to jest ciągle ten sam zespół, który powstał w 1981 roku? To jest stale ten sam zespół, tylko z innym składem. Możesz powiedzieć o co chodzi z tymi dziwnymi krótkimi ścieżkami na "Mystery" oraz na waszej debiu tanckiej płycie? Chodzi mi o "Wotan (Der Wahnwitzige)" oraz "Wotan Zwei". Jaki był ich cel? Wotan to była ksywa takiego naszego szalonego kumpla z naszej młodej ekipy. Gość żył według swoich praw, miał wszystkie odgórne zasady w głębokim poważaniu, robił to, co chciał. Te utwory to był taki nasz mały hołdzik dla niego. Między "Heresy" a "Collision Course" jest dość duża luka czasowa. Co się wtedy działo z Paradoxem? W 1991 roku zespół się rozpadł. Przywróciłem go jednak do życia w 1998 roku. Napisałem kilka utworów w trakcie tej przerwy czasowej, jednak wtedy nigdzie nie grałem. Zdarza się tobie tęsknić za Paradoxem z lat 80tych? W ogóle za tamtymi czasami, przynajmniej pod kątem muzycznym? Czasem ogarnia mnie lekka nostalgia względem tamtych lat. Dobre nagrania sypały się jak z rękawa. Podobał mi się też tamten styl życia. Fani metalu byli jedną, wielką rodziną. W dzisiejszych czasach stoi między nimi wiele barier. Nie ma już tej tolerancji co dawniej. Lata osiemdziesiąte to był wspaniały okres. Najlepszy w moim życiu, nigdy go nie zapomnę.

okrzyknięcie nas Debiutem #1 w magazynie Rock Hard. Co robisz w życiu oprócz grania w Paradox? Paradox jest całym moim życiem. Nie mam pełnoetatowej pracy. Moją pracą jest bycie muzykiem oraz producentem naszych nagrań. Oprócz tego w czasie wolnym lubię podróżować, zwiedzać, robić zdjęcia albo spędzać czas na spacerach lub spotkaniach z kumplami. Lubię także oglądac filmy albo grać na moim Playstation lub po prostu relaksować się słuchajac muzyki. Nie myślisz, że dobrym pomysłem byłoby napisanie biografii połączonej z historią Paradox? O ile się nie mylę, nie ma jeszcze takiej książki. A jest o czym pisać! To by była świetna, ciekawa, a przede wszys tkim motywująca opowieść… Muszę się z tobą całkowicie zgodzić. Prawdę powiedziawszy parę tygodni temu moja dziewczyna powiedziała mi dokładnie to samo, że powinienem napisać książkę o swoim życiu. To był naprawdę zakręcony żywot, tak i muzycznie jak i prywatnie. To ma szansę zostać klasykiem (śmiech). Nie mówię nie, może kiedyś się do tego zbiorę, nie wiem. No to by było na tyle. Życzę ci dużo szcześcia i przede wszystkim zdrowia, żebyś szybko i z jak najlep szym skutkiem zakończył swoją pooperacyjną rehabilitację. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz nas zaskoczysz takim majstersztykiem jakim jest "Tales of the Weird". Świetna płyta! Wow, wielkie dzięki za miłe słowa. Dziękuję tobie i innym naszym fanom za wsparcie jakie nam okazują. Pozdrawiam wszystkich czytelników Heavy Metal Pages! Horns Up! Aleksander "Sterviss" Trojanowski

To, co mnie zadziwia to fakt, że Paradox nadal ma w

PARADOX

15


mnie. Chciałem zrobic coś, co by się odznaczało od tej strony wkładki gdzie są liryki. Niestety, nie mieliśmy wystarczająco grosza, by to wszystko wydrukować w kolorze, dlatego jest czarno-białe (śmiech). Co było przyczyną odejścia z zespołu Thomasa Forslunda? Thomas odszedł tuż po podpisaniu przez nas kontraktu z Noise. Wszystko działo się bardzo szybko i Thomas stwierdził, że z powodu swojej pracy nie jest w stanie poświęcić tyle czasu ile od nas wymagano.

Zły dotyk boli przez całe życie Okazja, by liznąć trochę historii, która stoi za swoiście kultowym nagraniem. Techniczny thrash też ma swojego cichego undergroundowego Goliata. Patrik Sporrong, basista który stoi za takimi aktami jak F.K.Ü. oraz omawiany właśnie Midas Touch, wyraził chęć by odpowiedzieć na kilka pytań, dotyczących thrash metalowej sceny ze Szwecji. Kraina Ikei, death metalu i solidnych samochodów ma też swoje ukryte oblicze, które warto poznać. HMP: Patrik, jak to się stało, że zainteresowałeś się muzyką metalową? Patrik Sporrong: Wszystko zaczęło się, gdy miałem dziesięć lat. To był rok 1976, kiedy poszedłem na koncert Kiss. Wtedy zorientowałem się, że to jest właśnie rzecz, która mi się podoba i którą zamierzam tworzyć. Im głośniej tym lepiej (smiech). Co cie skłoniło do chwycenia za gitarę basową? Jakoś tak, gdy miałem 12-13 lat, ja oraz dwójka innych chłopaków założyliśmy zespół. Oni tak jak ja bardzo lubili Kiss oraz Alice Coopera. Nikt z nas nie umiał grać na żadnym instrumencie, więc stwierdziliśmy, że zaczniemy brać lekcję gry. Zamierzałem zostać perkusistą, ale tak się złożyło, że jeden z moich kolegów szybciej ode mnie znalazł nauczyciela gry na perkusji.

Lasse Gustafsson oraz Patrik Wirén. Czy według ciebie Midas Touch był pionierem thrashu w Szwecji? Albo nawet pierwszym zespołem wykonującym taką muzykę w waszym kraju? Pionierem - owszem, pierwszym - niekoniecznie. Było kilka zespołów poruszających się mniej lub bardziej po tym samym szlaku co my. Teraz to już raczej niemożliwe i w sumie niezbyt interesujące, by dociekać kto był tym pierwszym zespołem. Liczba fajnych kapel, które wtedy powstawały jest jednak dość spora. Agony, Ice Age, Mezzrow, Damien, Hexenhaus, Fallen Angel, to tylko raptem kilka z bardziej interesujących wśród nich. Jak wyglądało wsparcie sceny dla takich zespołów? Foto: Divebomb

Została mi więc gitara basowa. Później okazało się to dla mnie świetną sprawą, w końcu muzycy, których uwielbiałem i szanowałem to byli głównie basiści, Gene Simmons, Steve Harris, itd. Pamiętasz jak wyglądała szwedzka scena under groundowa w czasie, gdy powstawał Midas Touch? Thrash metalowe granie gościło u nas bardzo krótko, jednak to był zajebisty okres. Dużo dobrej zabawy i wspaniałych ludzi. Wkrótce jednak do drzwi zaczęła pukać szwedzka scena deathowa, która bardzo szybko te drzwi wyłamała i zalała sobą scenę, kompletnie ją wypełniając. Mógłbyś nam opowiedzieć jak wyglądały początki Midas Touch? Kto założył zespół i kto był jego główną siłą napędową? Wszystko zaczęło się ode mnie i od perkusisty Bosse Lundströma. Graliśmy razem ze sobą w kilku różnych odsłonach, jednak obaj poczuliśmy, że chcemy pójść w stronę bardziej agresywnego grania. Zaczęliśmy szukać gitarzysty, który podzielałby nasza wizję. Wkrótce natrafiliśmy na Thomasa Forslunda. Od tego momentu mogliśmy zacząć pracę nad własnym brzmieniem, który wkrótce skrystalizował się w postaci Midas Touch. Potrzebowaliśmy drugiego gitarzysty oraz przede wszystkim dobrego wokalisty. I dlatego trafili do nas

16

MIDAS TOUCH

Podczas tego krótkiego 3-4 letniego okresu, zainteresowanie koncertami ze strony fanów było nawet całkiem spore. Metalowa i rockowa prasa muzyczna też wykazywała dużo dobrej inicjatywy. Naturalnie to uległo drastycznej zmianie gdy pojawił się bękarci pomiot w postaci death metalu. Wasza demówka "Ground Zero" była całkiem popu larną kasetą swojego czasu. W dodatku do tego stop nia, że przyniosła wam kontrakt z Noise Records. Ciekawi mnie kto przygotował tę interesującą okładkę do niej? Historia z tym kontraktem to niemal jakaś metalowa adaptacja "Kopciuszka". Po nagraniu tego demo wysłaliśmy jego kopie do kilku wytwórni, które w naszym mniemaniu mogłyby docenić nasza muzykę. Po prostu usiedliśmy nad kilkoma numerami Metal Forces, Metal Hammera oraz Kerrang i spisaliśmy adresy do wytwórni, które wydawały albumy naszych uluionych kapel. Poza tym wysłaliśmy setki naszych nagrań do wszelakiej maści fan-zinów i stacji radiowych. Spę-dziliśmy na to kilka tygodni, poświęcając nasz wolny czas, siedzac do późna po pracy lub po szkole, by wszystko pakować i przygotowywać do wysyłki. Trochę inne czasy od tych, które mamy teraz, gdzie wystarczy wysłać link ze swoja stroną na Facebooku lub Myspace (śmiech). A co do okładki - została zrobiona przeze

Na jego miejsce wskoczył twój kuzyn Rickard. Był on waszym pierwszym wyborem na następscę Thomasa? Nie braliśmy nikogo innego pod uwagę. Wiedzieliśmy, że Rickard posiada duże umiejętności i od razu chcieliśmy go wkręcić do siebie. Na szczęście zgodził się grać razem z nami. Miał okazję brać udział w pisaniu materiału na waszą debiutancką płytę czy już mieliście wszystko gotowe wtedy, gdy trafił do waszego zespołu? Bez cienia wątpliwości Rickard miał wpływ na kształt materiału, który pojawił się na "Presage…". Zdażyło się nam też przearanżować starsze utwory, by lepiej pasowały do jego maniery grania. Co ci utkwiło w pamięci z sesji nagraniowej "Presage of Disaster"? Czy wydaję ci się, teraz z perspektywy kilkudziesięciu już lat, że było to udane przedsięwzięcie? Patrząc na to wszystko wstecz, muszę powiedzieć, że biorąc pod uwagę wszystkie czynniki - nie mogliśmy tego wszystkiego zrobić lepiej niż zostało zrobione. Słuchając wczesnych miksów z tej sesji oraz nagrań demo materiału, który miał się znaleźć na naszej drugiej płycie, muszę przyznać, że brzmienie jakie osiągneliśmy na "Presage…" było szczytowym osiągnięciem na jakie mogliśmy sobie pozwolić w tamtym czasie. Myślę, że jego produkcja jest wypadkową tego, co mieliśmy w głowach i my i producenci, gdy wchodziliśmy do studia. "…And Justice For All" Metalliki był wtedy wyznacznikiem jakości dla wielu inżynierów dźwięku oraz muzyków. To da się łatwo wychwycić słuchając "Presage of Disaster". Bardzo wiele ludzi myślało, że tak będzie wyglądał metal nagrywany w przyszłości. Cóż, teraz wszyscy są trochę mądrzejsi (śmiech). Jakbyś ocenił producenta "Presage…" - Roya Rowlanda? Był bardzo interesującą osobowością. Bardzo lubił testować różne nowe pomysły. Myślę, że byliśmy idealnym zespołem do tego rodzaju eksperymentów. Nasze doświadczenie studyjne było mizerne. Gdy dotarliśmy do berlińskiego Sky Trak nie mieliśmy praktycznie żadnego punktu odniesienia do ewentualnego porównania jego pracy z kimś innym. Mieliśmy mieszane odczucia co do jego pracy. Niektórym lepiej się z nim układało, niektórym trochę gorzej. Na pewno było wiele wspaniałych momentów podczas sesji nagraniowej, jednak niektórzy z nas mieli wrażenie, że Roy nie był perfekcyjnym wyborem dla młodego i niedoświadczonego zespołu jak my. Jak szybko po nagraniu debiutanckiej płyty wzięliście się za pisanie materiału na następny krążek? Udało wam się napisać cały materiał czy tylko te kilka utworów, które zostały dodane do waszego wznowienia wydanego przez Divebomb? Wkrótce po powrocie z europejskiej trasy, na której graliśmy z Hades, stwierdziliśmy, że Lasse nie podziela naszej wizji co do przyszłości zespołu. Po kilku zespołowych spotkaniach zdecydowaliśmy, że nasze drogi się rozejdą. Reszta zespołu była spragniona jak najszybszego startu prac nad nową płytą. Dlatego bardzo szybko weszliśmy do studia, w którym nagrywaliśmy nasze demówki, by nagrać pierwotne wersje trzech utworów, które zdążyliśmy napisać. Chcieliśmy jak najszybciej pokazać wytwórni, ze jesteśmy gotowi na kolejną dawkę bezkompromisowego ataku oraz to, że nasze utwory będą jeszcze cięższe niż "Presage of Disaster"! Kiedy dokładnie nastąpił rozpad Midas Touch i jakie były jego przyczyny? Czy to z powodu niechęci wytwórni? Zaprzestania funkcjonowania Midas Touch zostało spowodowane właśnie przez te nasze demo z trzema utworami, które miały być naszym materiałem na


następną płytę. Wytwórni w ogóle się nie spodobały. Chcieli byśmy obrali zupełnie inny tor rozwoju. Nie zapominaj, że mówimy o tej samej stajni, która puściła w świat sławny inaczej "Cold Lake" Celtic Frost (śmiech). Otrzymanie takich twardych wskazówek od naszego labelu złożyło się także z tym, że niektórzy nasi członkowie czuli, że chcą podążyć w stronę zupełnie innych kierunków muzycznych. Stwierdziliśmy, że ciągnięcie Midas Touch w takich warunkach nie ma większego sensu. Jeżeli nic mi się nie pomyliło - założyłeś nowy zespoł, F.K.Ü., jeszcze wtedy, gdy funkcjonował Midas Touch. Czyżbyś nie był swojego czasu zadowolony z poziomu muzyki granej w Midas Touch? F.K.Ü. powstało w 1987 roku. Powód sformowania tego zespołu był prosty - kapela stworzona dla beki, picia i dobrej zabawy. Zupełnie odmienna od Midas Touch. Przez długi okres robiliśmy wszystko, by Midas Touch miał jak największą rzeszę odbiorców. Odbywaliśmy próby sześć, a nawet siedem razy w tygodniu. Po pewnym czasie obróciło się to w rutynę. Jak chodzenie do pracy. Gdzieś po drodze straciło tą swoją spontaniczną radość i przyjemność z grania. Myślę, że to w połączeniu z późniejszym brakiem zainteresowania wytwórni spowodowało zaprzestanie funkcjonowania Midas Touch. Byłbyś w stanie bardziej porównać oba zespoły F.K.Ü. i Midas Touch ze sobą? (śmiech) Myślę, ze to, co powiedziałem przed chwilą to najważniejsze różnice między tymi zespołami. Masz jeszcze kontakt z pozostałymi członkami Midas Touch? Czy wiesz co teraz porabiają? Tak, Uppsala nie jest wielkim miastem, więc mamy ze sobą kontakt właściwie cały czas. Tak właściwie to moja praca sprawia, że mam okazję dość często widywać Thomasa oraz Bosse. Zajmuję się miejscem, które nazywa się Music Factory. Jest to jedyne w swoim rodzaju miejsce, gdzie zespoły mogą mieć próby oraz nagrywać swoje albumy, które wkrótce osiągną status platynowych płyt (śmiech). Obaj są członkami zespołów, które grają u mnie. Ostatnio też skłoniłem Rickarda, który już porzucił biznes muzyczny dawno temu, by nagrał solo na nowy album F.K.Ü.! Zgodziłbyś się ze stwierdzenem, że jedyna nagrana płyta przez Midas Touch jest już traktowana jako kultowy album? Wiem, że w niektórych kręgach Midas Touch jest darzone wielką estymą. Utwierdziłem się w tym przekonaniu podczas trasy F.K.Ü. z Ghoul oraz Engorged w 2007 roku po Stanach. Paru członków Engorged się zdrowo podjarało, gdy dowiedzieli się, że jestem byłym członkiem Midas Touch (śmiech).

Brytyjski thrash ma swoich cichych bohaterów. Nie wszystkim zespołom w tym nurcie udało się z hukiem wkroczyć na scenę, a jeszcze mniej pozostało na niej i zostawiło wyraźny ślad. Przeciwności losu są różne i nie zawsze można na nie coś poradzić. Na szczęście, stare i już trochę przykurzone nazwy powracają, by dalej szerzyć chaos i zniszczenie. Przy okazji reedycji obu płyt brytyjskiej formacji D.A.M. mieliśmy okazję podpytać jej muzyków o kilka interesujących faktów z historii zespołu.

Wizja ponurego żniwiarza

HMP: Czy mógłbyś nam przybliżyć jak wyglądał sam początek istnienia D.A.M.? John Bury: Razem ze Stuartem Capstickiem założyłem zespół w 1986 roku. Na samym początku nazywał się Metal Heart. Zmieniliśmy jednak nazwę na D.A.M., albowiem stwierdziliśmy, że Metal Heart brzmi tak jakoś "miękko" biorąc pod uwagę jaką agresywną muzykę graliśmy. Zawsze wydawało mi się, że D.A.M. jest skrótem od Destruction And Mayhem, ale nigdzie nie mogłem znaleźć jednoznacznego potwierdzenia tego, że tak właśnie jest. Czy to poprawna interpretacja nazwy waszego zespołu? John Bury: Wszyscy myślą, że nasza nazwa wzięła swój rodowód z tytułu naszego drugiego demo, zatytułowanego właśnie "Destruction And Mayhem". Nie jest to jednak prawdą. Nasza kapela nazywa się po prostu D.A.M.! Tak po prostu. To nie jest żaden skrót. Po prawdzie mamy utwór "Death After Midnight", który miał być w zamyśle rozwinięciem akronimu w naszej nazwie, ale postawmy sprawę jasno i przejrzyście - zespół po prostu nazywa się D.A.M. i tyle. Żeby się trochę ponabijać z dziennikarzy, wymyślaliśmy czasem, że to litery od "Derick And Martin", "Destroy All Monsters", a nawet "Daisies And Marigolds" i tak dalej, i tak dalej. Szczerze, to nie przykładam większej uwagi do tego, jak ludzie nas nazywają… Dlaczego oryginalny wokalista Stuart Capstick został wymieniony tuż przed nagraniem waszej debiu tanckiej płyty? Co się takiego stało wtedy? John Bury: Wtedy nie byliśmy tak naprawdę do końca, w stu procentach pewni. Chodziło o powody osobiste, związane z pracą i jego związkiem. Nie zamierzał ryzykować utraty pracy z powodu czasochłonnego procesu nagrywania płyty oraz trasy ją promującej. Pozostali nie mieli takiej sytuacji.

Wasze logo wyróżnia się na tle innych zespołów. Kto stworzył ten logotyp? No i kim jest ta tajemnicza zakapturzona postać, która się na nim znajduje? John Bury: (śmiech) A to taka nasza wizja postaci Ponurego Żniwiarza. Gdy projektowaliśmy logo chcieliśmy, by znajdowało się w nim coś rozpoznawalnego, bo nie mamy tak długiej nazwy jak większość innych zespołów. Wybraliśmy ten pomysł spośród innych, a narysował je nasz przyjaciel z tamtego okresu. Jak byście porównali brytyjską scenę metalową późnych lat 80-tych z ówczesną niemiecką i amerykańską? Jak to było z zainteresowaniem prasy oraz fanów? John Bury: Scena thrash metalowana Wyspach była daleko w tyle za tą ze Stanów czy Niemiec. Tam się wszystko zaczęło dużo wcześniej, jeżeli chodzi o thrash. Gdy tam się wszystko prężnie rozwijało, my dopiero raczkowaliśmy Jason Mcloughlin: Teraz wygląda to inaczej. Opinie fanów dopływają do nas z całego świata, dzięki naszej stronie na Facebooku. Póki co, nie spotkaliśmy się z żadnym odzewem z prasy muzycznej. Nie martwi nas to, bo jest jeszcze relatywnie wcześnie od daty ponownego wydania naszych płyt i od czasu, gdy zaczęliśmy pisać nowe utwory. Posiadacie kontakt z ludźmi z kapel, które były obecne na brytyjskiej scenie thrash metalowej mniej więcej wtedy, gdy i wy? Toranaga, Onslaught, muzycy z Deathwish, Xentrix, itd.? Jason Mcloughlin: Nie, od tamtych czasów nie mieliśmy okazji ich spotkać tudzież rozmawiać z nimi. Śledzicie może postępy niedawno powstałych na Wyspach kapel thrash metalowych? Macie może jakiś swoich ulubieńców? John Bury: Tak, śledzimy to, co się dzieje na naszej rodzimej scenie. Jak dla mnie, Evile najbardziej się wybija spośród innych zespołów. Jason Mcloughlin jest wymieniany na liście muzyków, którzy pojawią się w dokumentalnym filmie "A History Of A Time To Come: The Story Of UK

Ostatnio możemy zaobserwować wzmożone zain teresowanie muzyką thrash metalową. Wiele starych składów dokonuję reaktywacji na tej fali. Niektóre nawet nagrywają nowe albumy, co prawda z różnym efektem końcowym. Czy ktoś podniósł niedawno wątek możliwego reunionu Midas Touch? Wydaję mi się, że niektórzy z nas są w tym biznesie wystarczająco długo, by nie czuć się zbyt komfortowo znowu grając razem. Każdy z nas jest teraz zupełnie innym człowiekiem z zupełnie innym zapatrywaniami. Osobiście uważam, że większość muzycznych bohaterów tamtych lat powinno się zastanowić dwa razy, zanim wezmą się za reformowanie starych zespołów. Większość tych schadzek bardziej przypomina farsy niż reaktywacje. Niektóre rzeczy powinny zostać w naszej pamięci jako wspomnienia. Lepiej wyglądają w ten sposób (śmiech). Jakie są twoje plany na przyszłość? Jak będzie wyglądał plan gry dla F.K.Ü.? F.K.Ü. wyda swój kolejny album: "4: Rise of the Mosh Mongers" w kwietniu poprzez Napalm Records. Zapraszam wszystkich fanów Midas Touch i wysoko procentowego thrashu do bliższego zaznajomienia się z nim. Niszczy i miażdży! Cóż, to by było na tyle z mojej strony. Chciałbyś coś dodać? Wielkie dzięki za wywiad. Trzymajcie rogi wysoko w górze! Aleksander "Sterviss" Trojanowski Foto: Divebomb

D.A.M.

17


Thrash". Jak myślicie, czy taki projekt filmowy będzie dobrą okazją do przedstawienia mało znanych i zapomnianych faktów i informacji, dotyczących muzyki thrash metalowej? Jason Mcloughlin: Będzie tam wywiad ze mną oraz z Andym. Wiele zespołów, które będą obecne w tym filmie dokumentalnym ma ciekawą i zarazem mglistą historię. Sami chcielibyśmy się dowiedzieć niektórych rzeczy. Na ten film czeka bardzo wiele osób. Premiera została zapowiedziana przez jego twórcę, Joshuę Callis-Smitha, jeszcze na rok 2012. Wiecie może, dlaczego jego ukończenie przeciąga się w cza sie? Jason Mcloughlin: Tak, obiło nam się o uszy, że to z powodu jakiś jego poważnych zobowiązań w jego pracy tak się to przeciąga. W październiku 2012 Jason wspomniał, że tworzycie nowy materiał. Moglibyście nam przybliżyć co dokładnie robicie i jaką to formę przybierze? Jason Mcloughlin: Kiedy się rozstaliśmy z Noise ja, Dave, John, Phil oraz Andy dalej pisaliśmy utwory. Tym razem nie mieliśmy żadnego przytłaczającego ciśnienia albo deadline'u, który by wisiał złowieszczo nad nami. Nagraliśmy nawet demo w naszej sali prób i w pobliskich studiach nagraniowych. Obraliśmy trochę inny kierunek. Utwory jakie wtedy robiliśmy były bardziej przemyślane, bardziej dojrzalsze, też pod względem lirycznym, gdyż nie ograniczaliśmy się tematycznie do przemocy, ponurego mroku i wizji zagłady. John Bury: Niestety staliśmy się czymś, co można nazwać zużytym towarem. Nikt nie był zainteresowany naszym zespołem, prócz Stuarta Turnbilla, który był tour managerem różnych innych kapel. Udało mu się przyciągnąć do nas zainteresowanie Heavy Metal Records. Jason Mcloughlin: Zawsze sobie powtarzaliśmy, że jeżeli znowu zamierzamy to wszystko zaczynać, to rozpoczniemy właśnie od tamtych naszych demówek. Mamy świeżo brzmiący materiał z ciężkimi riffami. Wszystko umiejętnie wypoziomowane i bardzo czyste wokalnie oraz melodyjnie. Ale dalej jest to ciężkie jak diabli. Taśma "3-Way thrash" jest bardzo interesującą pozy cją w waszej dyskografii. Pamiętacie jak się wtedy czuliście, grając przed takimi kapelami jak Candlemass i Dark Angel? Było więcej takich koncertów czy ten w Hammersmith Odeon był jedynym? John Bury: To było wspaniałe przeżycie. Graliśmy jako pierwsza kapela i nie mieliśmy takiej frekwencji jak pozostałe zespoły. Dzięki temu, że tam zagraliśmy to jednak mieliśmy okazję zagrać przed kamerami i znaleźć się na tym nagraniu. Jason Mcloughlin: To był jeden z wielu koncertów brytyjskiej trasy Nuclear Assault z Dark Angel, my jednak wystąpiliśmy tylko na jednym z nich. Tydzień po tym koncercie byliśmy już w Berlinie, by nagrywać "Human Wreckage". Wracając na krótko do spraw związanych ze skróta mi. Ostatni utwór na wspomnianym "Human Wreckage" oznakowany jest skrótem "F.O.D.". Co on oznacza? Kanadyjski Slaughter miał utwór o tym samym tytule, który rozwijało się w "Fuck of Death"… Jason Mcloughlin: Nasz oznacza "Fuck Off & Die". Gramy go na żywo i dedykujemy ochronie jeżeli nie umożliwia fanom skakania ze sceny. Ponownie wydaliście swoje obydwa albumy. Łączy cie z tym jakieś jasno określone oczekiwania i nadzieje? John Bury: Teraz, gdy Dave Pugh do nas wrócił, odbywamy próby i ogrywamy stary, niewydany materiał oraz nowe kompozycje. Przygotowujemy się do nagrania trzeciej płyty długogrającej i zagrania kilku koncertów w najbliższej przyszłości. Mamy nadzieję, że wznowienia naszych płyt przez Divebomb Records wpłyną korzystnie na nasz zespół, bardziej go cementując i pozwalając na ruszenie naprzód. I zamierzamy nadal współpracować z Divebomb w przyszłości.

jak widać na okładkach reedycji. Wtedy, gdy zobaczyliśmy jak to wygląda, byliśmy naprawdę podłamani i kontaktowaliśmy się z naszym managerem, Paulem Loasby, w celu wyjaśnienia tej sytuacji. Nosie nie zamierzała z tym jednak nic robić, podając jako powód różne problemy z drukiem. Nawet forma logo nie została przez nas zatwierdzona… Czy moglibyście nam dokładnie powiedzieć, kiedy D.A.M. przestało istnieć, po nagraniu "Inside Out"? Jakie były przyczyny rozpadu? Odejście Dave'a Pugh do Skyclad, spadek popularności thrash metalu na początku lat 90tych, czy może jeszcze coś innego? Jason Mcloughlin: Cóż, gdy Dave przyszedł do nas oznajmiając nam, że zamierza opuścić zespół, nie wspominał o tym, że dostał jakąkolwiek ofertę z zewnątrz. Powiedział nam wtedy, że nie widzi przyszłości dla D.A.M. Gdy chcieliśmy się dowiedzieć czegoś bardziej konkretnego nie chciał mówić wiele więcej. Wspominał tylko o swoim związku, rodzinie i życiu prywatnym. Co do Skyclad, wszyscy mieliśmy świadomość, że był przyjacielem Keitha Baxtera, zresztą tak jak ja i Andy, bo graliśmy kiedyś razem i w ogóle. Odejście Dave'a nie było raczej związane z tym, że wolał grać gdzie indziej Andy Elliott: Tak czy owak, to była dobra decyzja. Zespół powoli ulegał stagnacji, mimo że dalej pisaliśmy kawałki, nagrywaliśmy i staraliśmy się znaleźć odpowiednie oferty. On w końcu znalazł się w zespole bezsprzecznie bardziej wymagającym i zapracowanym i miał okazję się bardziej zrealizować. Czym zajmowali się muzycy D.A.M. przez ostatnie dwie dekady? Pytam nie tylko o sprawy związane z muzyką… Jason Mcloughlin: Phil Bury spędził trochę czasu w Londynie. Ukończył wyższą uczelnie muzyczną z tytułem magistra, ożenił się i prowadzi teraz szkołę medialną. Basista Andy Elliott grał z różnymi zespołami, a także wrócił do swego zawodu mechanika, pracując dla różnych firm. Przez kilka ostatnich lat gra razem z Tin Pan Alley. Taki tam blues-rockowy zespół, ale potrafią grać nawet do czterech kocnertów w tygodniu. John Bury także pracuje jako mechanik. Grał z różnymi zespołami, jednak od jakiś sześciu, siedmiu lat próbuje aktywnie poskładać D.A.M. z powrotem do kupy. W międzyczasie nawet zdążył się ożenić z tego wszystkiego. A ja pracuję jako handlowiec. Próbowałem śpiewać w paru zespołach, jednak aktualnie zarabiam na życie jako artysta estradowy, głównie w północnozachodniej Anglii. Jakie są plany D.A.M. na przyszłość? Jason Mcloughlin: Jak już wiesz, ja oraz Andy pojawimy się w filmie dokumentującym brytyjską scenę metalową "A History Of A Time To Come: The Story Of UK Thrash". Oprócz tego, ponieważ mamy trochę sesji nagraniowych demo, które nigdy nie były wydane, ani szerzej poznane przez fanów, zdecydowaliśmy, że nagramy część z nich ponownie i wydamy trzecią płytę długogrającą najszybciej jak się tylko da. Andy Elliott: Zawsze sobie mówiliśmy, że jeżeli wrócimy z powrotem do sali prób, to te nasze "Kalidoscope Sessions" zostaną naszym najważniejszym priorytetem. Pisanie materiału od jakiegoś czasu nabrało bardziej obrotnego i żywszego tempa. Odkąd Dave Pugh do nas wrócił skupiamy się na dopracowaniu starszych i nowszych utworów. John Bury: Proces pisania stał się bardziej dojrzalszy, ciekawszy, a zarazem bardziej dla nas ważny. Riffy, które konstruujemy są ostre i mocne, osadzone w średnich i wolnych tempach. I przejrzyste. Głos Jasona rozwinął się przez te wszystkie lata. Gdy wejdziemy do profesjonalnego studio, by to wszystko nagrać, myślę że efekt będzie oszałamiający oraz ekscytujący. Jason Mcloughlin: Na pewno poczuję się lepiej, jak uda nam się to osiągnąć. Jeżeli komuś się to efekt pracy nie spodoba, no to trudno. Dopniemy jednak swego, skończymy, to na czym nam zależy, a zależy nam na tym, by ludzie usłyszeli naszą muzykę. No, i od razu wystartujemy z promocją nowej płyty. Koncerty, koncerty, koncerty. Od razu się lepiej poczuję. Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Okładka, która jest na wznowieniu "Inside Out" różni się od tej, która widnieje na płycie wydanej przez Noise. Jason Mcloughlin: To ta sama, tylko że tamta była w większości zakryta. John Bury: Nie mieliśmy bladego pojęcia, że Noise zrobi coś takiego. To miało pierwotnie tak wyglądać,

18

D.A.M.

HMP: Jak Wam dopisuje zima? Away: Właściwie to jest tutaj trochę zimno, ale to w końcu Montreal, Kanada. Przywykliśmy do tego. Zanim zaczniemy rozmawiać o nowym albumie powiedz mi, jakie to uczucie mieć za pasem ponad 30 lat historii związanej z tworzeniem muzyki? To jak bardzo długa i absolutnie wspaniała przygoda. Mnóstwo dobrych wspomnień, oczywiście też kilka tragedii. W sumie to rzeczywiście nie lada osiągnięcie. Jesteśmy naprawdę wielkimi szczęściarzami, że trafiliśmy na tak lojalnych towarzyszy. Pierwsze pytanie dotyczące nowego albumu jest dość oczywiste. Cofnęliście się ze swoją muzyką z powrotem do lat '80, okresu przejścia Voivod z thrashu do progresywnego metalu. Czy była to świadoma decyzja, czy po prostu tak wyszło? Jakoś tak samo wyszło. Oczywiście fakt, że Blacky napisał wiele muzyki z Chewym naprawdę zabrał nas z powrotem do czasów "Dimension Hatross" i "Nothingface", szczególnie jego blower bas, jest bardzo rozpoznawalny. Blacky i Chewy lubią tworzyć skomplikowane rzeczy. Dla mnie i Snake'a bardzo ekscytująca była możliwość dodania do nich poszczególnych części. O ile "Infini" to płyta z materiałem nagranym jeszcze przez Piggy'ego, to "Target Earth" jest pierwszym albumem napisanym całkowicie bez jego wkładu. Jak udało się Wam sprawić, że to wszystko nadal brzmi jak Voivod? Cóż, większość muzyki zrobili Blacky i Chewy, ale mieliśmy też masę sesji improwizowanych, które nagrywaliśmy. Sporo fragmentów nowego albumu to właśnie te nagrania. Spędziliśmy 2 lata na tworzeniu materiału i po 5, czy 6 piosenkach czułem, że robi się on zbyt skomplikowany, z dziwnym metrum, bardzo progresywny. Poprosiłem Chewy'ego i Blacky'ego, żeby napisali kilka trash metalowych kawałków jak "Kluskap O'Kom" i "Corps Etranger", nasze pierwsze francuskie utwory. To były moje dwa życzenia specjalne. Lubię mieć na każdym albumie kilka piosenek utrzymanych w rytmie Motorhead. Myślisz, że gdyby Piggy żył byłby dumny z tego co stworzyliście? Zdecydowanie tak. Jednak wydaje mi się, że nawet gdyby Blacky wrócił do zespołu i Piggy byłby nadal z nami, nasza muzyka w ogóle nie brzmiałaby tak jak teraz. Na kilku ostatnich albumach komponował coś zupełnie innego od thrashu i progresywnego metalu, które uprawialiśmy w latach '80. Ale na pewno byłby dumny z tego co osiągnęliśmy. Z czego na nowym albumie jesteś najbardziej dumny? Jak myślisz, jakie są jego najmocniejsze strony? Hmmm… Jest kilka utworów, które łączą w sobie wszystkie elementy z różnych etapów naszej twórczości. Takie są na przykład "Mechanical Mind" i "Resistance". Te dwie kompozycje bardzo dobrze prezentują kierunek, w którym zmierzamy. Jestem z nich naprawdę dumny. Już po pierwszym przesłuchaniu tytułowy numer stał się moim ulubionym. A Tobie, które podobają się najbardziej? Chyba "Resistance" jest moją ulubioną. Myślę, że Snake był w niej pod wpływem Occupy Movement. "Target Earth" to również pierwszy album studyjny z Danem. Czy praca z nim w studiu bardzo różniła się od sesji z Piggy'm? Mam na myśli, że wyraźnie pasu je do was na koncertach, ale praca w studio to całkiem inne warunki. Nie było trudno. Było całkiem podobnie jak przy wielu innych albumach. Upewniliśmy się, że brzmienie bębnów było mocne, później zrobiliśmy kilka overdubbingów i był to dla nas bardzo naturalny proces. Oczy-wiście było dziwnie nagrywać bez Piggy'ego. Myślę jednak, że poszło nam naprawdę bardzo, bardzo dobrze. Więc jak ogólnie wyglądały sesje nagraniowe? Mówiłeś już o improwizacjach, które nagrywaliście. Czy cały materiał przygotowywaliście wcześniej czy musieliście jeszcze coś dorobić w studio, albo przearanżować całość? Kiedy przyjechaliśmy do studia byliśmy bardzo dobrze przygotowani i nie musieliśmy zbytnio zmieniać muzyki. Upewniliśmy się, że mamy intra, outra i interludia w całym albumie. Materiał był bardzo zawiły więc musieliśmy nagrywać dema piosenek, przearanżowywać je, nagrywać dema ponownie i tak w kółko przez dwa lata. Mamy szczęście, że wszyscy mieszkamy w Montrealu, łatwiej nam było umówić się w studio i robić dema. Poszło więc bardzo dobrze. Były czasy, kiedy


Muzyka zbyt dziwna dla mas Kanadyjscy mistrzowie progresywnego metalu i thrashu powrócili z nowym albumem. Obracają się w różnych kierunkach od ponad 30 lat trwania kariery. Ich droga była bardzo wyboista, ale nadal są tutaj, tworzą i nagrywają swoją muzykę, na przekór wszystkiemu. Tematem, na którym skupiliśmy się podczas rozmowy z członkiem pierwotnego składu, perkusistą Awayem, jest najnowsze dzieło Voivod zatytułowane "Target Earth", w którym zespół powraca do połowy lat '80. Jest to także pierwszy album nagrany bez wkładu zmarłego głównego kompozytora, Piggy'ego. Jeśli lubisz dziwną, ręcznie robioną muzykę spoza głównego nurtu, pewnie znasz dyskografię Voivod. Jeśli nie, to "Target Earth" będzie dla Ciebie dobrym punktem początkowym, żeby odkryć ten niezwykły zespół. każdy z nas mieszkał w innym mieście, jak w okresie, kiedy graliśmy z Jasonem Newstedem. My byliśmy na wschodnim wybrzeżu, a on na zachodnim. W takich warunkach trudniej jest nagrać skomplikowany album. Myślę, że to właśnie dlatego płyty zarejestrowane z Jasonem są bardziej punk rock metalowe, pojawia się też trochę stoner rocka, ale ogólnie całość jest bardziej bujająca niż skomplikowana. Jak już przed chwilą wspomniałeś, interesujące na nowym albumie jest to, że zamieściliście na nim swój pierwszy utwór w języku francuskim. Jak Wam poszło? Myśleliśmy o tym już od dawna, ale ciągle odpychaliśmy ten pomysł na bok. Tym razem w końcu się na niego zdecydowaliśmy i było to świetne doświadczenie. W przeszłości używaliśmy francuskiego przy nadawaniu piosenkom tytułów czy jako pojedynczych zdań w tekstach, ale nigdy nie stworzyliśmy nic w całości po francusku. To było naprawdę świetne doświadczenie, może zrobimy coś takiego jeszcze raz.

doskonale przyjęty i byliśmy wystarczająco pewni rozpoczęcia pracy nad nowym albumem. Słyszałem, że pracujecie nad filmem dokumentalnym. Możesz pochwalić się jak idą postępy? Zaczęliśmy w 2006r. i obecnie mamy wystarczającą ilość materiału, trzeba to wszystko jeszcze obrobić i właśnie na tym etapie jesteśmy. Więc pracujemy nad nim, i znowu, możemy to robić tylko wtedy, kiedy mamy pieniądze. Nie mogę więc podać żadnej konkretnej daty, kiedy wydamy film. Jedyne co pozostało to połączenie wszystkiego w jeden film i obróbka, mamy naprawdę dużo materiału.

rozdzielił się we wczesnych latach '90, do kolejnego podziału doszło po wypadku w Niemczech, Piggy odszedł itd. Te wydarzenia nie pozwoliły nam zyskać popularności. Musieliśmy zaczynać od początku cztery razy. To zawsze jest trochę trudne, wiesz? Ale staram się nie myśleć o tym za dużo. Cieszymy się dużym szacunkiem ze strony publiczności, dziennikarzy, przemysłu muzycznego. Dobrze, że udało nam się zachować naszą spójność. Nawet kiedy próbowaliśmy stworzyć coś bardziej komercyjnego w okresie "Angel Rat" i "Outer Limits", nasza muzyka okazywała się być nadal zbyt dziwna na zdobycie masowej popularności.

Nowe piosenki gracie od jesieni zeszłego roku. Jak nowe kompozycje podobają się publiczności i jak łączą się z waszymi klasykami? Dobrze do siebie pasują. Prawdę powiedziawszy, ludzie myślą, że "Target Earth" mógł powstać między "Dimension Hatross" i "Nothingface". Więc nowy materiał nieźle miesza się ze starym na żywo. Nawet utwory z "Angel Rat" łączą się dobrze z tymi z "War and Pain", a są całkowicie różnymi albumami. Nie próbujemy eksperymentować z naszym brzmieniem. Staraliśmy się utrzymać stylistykę Voivod, żeby w setliście można było umieścić kompozycje praktycznie z każdego albumu i żeby nadal to było Voivod.

W 2002 roku Jason Newsted z jednego z największych zespołów na świecie dołączył do Voivod. Co wniósł do zespołu? Wiedzę wynikającą z doświad czenia, czy związaną z trickami biznesowymi? Wniósł przede wszystkim swoją dyscyplinę i profesjonalizm. Miał też własne studio w San Francisco i wytwórnię, więc ta współpraca była dla nas bardzo

Czy możemy spodziewać się niebawem jakichś kon certów we wschodniej Europie? Tak, jestem pewny, że tego lata będziemy bardzo dużo grać w Europie. Zaczniemy od Ameryki Północnej i Południowej, później w czerwcu i w lipcu, może też w sierpniu, będziemy koncertować w Europie. Tak więc jestem pewny, że na naszą rocznice pojedziemy wszę-

Foto: Ron McGregor

Czy macie w planach nakręcenie kilku klipów, żeby promować album? Nie sądzę. Chodzi o to, że wszystko co robimy to nasza własna produkcja i wydaje mi się, że nie mamy wystarczająco dużo pieniędzy na kręcenie wideo. Takie rzeczy są bardzo kosztowne. Naprawdę nie wiem jak to będzie, ostatnio złożyliśmy kilka pism, żeby dostać pieniądze od rządu, zobaczymy. Ale jak na razie nie mamy żadnych planów. Dobra, ostatnie pytanie na temat nowego albumu będzie dotyczyło okładki. Chodzi mi o te nasycone kolory… Tak, to właściwie kolory z okładek wcześniejszych albumów, które zrobiłem dla zespołu. Kiedy zaczęliśmy nagrywać dema w 2010 - 2011 i później, nasi przyjaciele mówili, że muzyka była trochę jak mieszanka wszystkich okresów twórczości Voivod. Dlatego pomyślałem, że można by użyć kolorów z "Dimension Hatross", "Nothingface", "Angel Rat" oraz "War and Pain" i zmieszać je ze sobą. Chodziło mi głównie o to, żeby dobrze prezentowała się na winylu i muszę przyznać, że wygląda fantastycznie. To był nasz główny cel. Chciałem też, żeby łatwo wpadała w oko. Jeśli nie masz nic przeciwko, mam też kilka szybkich pytań związanych z historią zespołu. Wasze pier wsze albumy brzmiały bardziej jak prosty trash, później skierowaliście się w stronę progresywnego met alu. Czy to naturalna ewolucja, czy raczej coś w stylu "Teraz jesteśmy lepszymi muzykami, zagrajmy coś bardziej skomplikowanego"? Wiesz, już w latach '70, zanim utworzyliśmy zespół, pociągał nas rock progresywny jak Van Der Graaf Generator, czy krautrock jak Can, Faust, itp. Ale kiedy zaczynaliśmy byliśmy zainteresowani głównie trash metalem. Dopiero kiedy nauczyliśmy się go grać mogliśmy zacząć łączyć z nim elementy prog rocka, chyba w okresie "Killing Technology". Muszę powiedzieć, że Piggy był o krok przed nami bo zaczął uczyć się grać na gitarze kiedy miał 9 lat. Reszta z nas zaczęła później i musiała go jakoś dogonić. W końcu nam się udało, ale muszę powiedzieć, że dopiero około "Dimension Hatross" poczułem, że nasze próby stworzenia progresywnego metalu zakończyły się sukcesem. Voivod zawsze brzmiał bardzo specyficznie, znaleźliście też swoje miejsce na scenie. Jak myślisz, dlaczego będąc tak charakterystycznym zespołem nigdy nie staliście się naprawdę wielcy? Chodzi mi o to, że macie status kultowej grupy, ale nie idzie to w parze z waszą popularnością. Oczywiście, że nie. Myślę, że to co gramy i piszemy jest rodzajem muzyki specjalistycznej. Jest zbyt dziwna dla mediów mainstreamowych, dlatego ludzie słuchający Voivod muszą gustować w dziwacznej muzyce, tak mi się wydaje. Oczywiście było kilka wydarzeń, które nie pozwoliły nam nabrać rozpędu. Zespół

wygodna. Oczywiście skierował na naszą grupę wielką uwagę. Wiesz, w końcu grał też z Ozzym. Można powiedzieć, że wskrzesił nas z nicości i od tego czasu zaczęto zwracać na nas większą uwagę. To tak jakby nazwa zyskała na popularności. Wydaje mi się, że to główny punkt. Powinienem wspomnieć też o jego przyjaźni, jest moim naprawdę bardzo dobrym przyjacielem.

dzie.

Co dało Wam kopa do powrotu do grania po śmierci Piggy'ego i przerwie w produkcji? Po wydaniu "Katorz" w 2006r., ja i Snake nie byliśmy pewni co chcemy robić. Po tak wyczerpującym doświadczeniu zespół rozdzielił się na kilka lat. Ale w 2008 roku był festiwal w Montrealu. Nazywał się Heavy Montreal, mieli na nam wystąpić Iron Maiden, Motley Crue oraz cała masa innych grup. Bardzo chcieli, żebyśmy znowu zagrali razem na scenie. Mieliśmy reaktywować się tylko na ten jeden koncert, dlatego pomyśleliśmy o Blackym i Chewym. Wiesz, mieszkali w tamtych okolicach, więc łatwo było się zorganizować. Mocno się denerwowaliśmy ponieważ myśleliśmy, że niektórzy mogą uznać nasz występ bez Piggy' ego za profanację. Ale poszło nam tak dobrze, reakcja tłumu była niesamowita. Informacja rozniosła się i zaczęto nas zapraszać wszędzie na festiwale, do Tokio razem z Testamentem czy na inne imprezy w Kanadzie z Judas Priest i Ozzym. Tak to się toczyło aż do 2010r. Stwierdziliśmy wtedy, że nowy line-up został

Na zakończenie naszej rozmowy powiedz mi, czy planujecie coś specjalnego na ten rok, rok będący 30 rocznicą powstania zespołu? Prawdę mówiąc, nie. Świętujemy wydając "Target Earth". W zeszłym tygodniu udostępniliśmy na iTunes cały katalog zawierający "War and Pain", "Killing Technology", "Dimension Hatross", "Nothingface", "Angel Rat" i "Outer Limits", których wcześniej brakowało. Również The Best Of. W tym roku postaramy się udostępnić więcej materiału. Następny krok to stworzenie boxu z okresu współpracy z Noise Records oraz drugiego, z wczesnych lat'90 i czasów MCA. Właśnie nad tym teraz pracujemy.

Możemy spodziewać się jakichś koncertów w Wielkiej Brytanii w najbliższym czasie? Mam nadzieję. Spędziliśmy naprawdę wspaniałe chwile w trasie z Doom w zeszłym roku. Ludzie pojawili się, wszystkie miejsca na widowni były zapełnione. Bardzo chcemy wrócić do Anglii, zresztą tak samo jak do Irlandii i Szkocji.

Wojciech Gabriel Tłumaczenie: Anna Kozłowska

VOIVOD

19


wiec chyba jest dobrze. Czy można nazwać to podbojem? Nie wiem...

Gniew i perfekcja Wiele zespołów zmianę wokalisty przechodzi bardzo ciężko. W licznych przypadkach odejście charyzmatycznego, kojarzonego z daną grupą frontmana jest pierwszym gwoździem do trumny takiego zespołu. Jednak Alastor nie złożył broni po odejścia Roberta Stankiewicza. Pojawienie się w składzie zespołu Michała Jarskiego przyniosło dość szybkie artystyczne efekty w postaci wyśmienitego albumu "Out Of Anger". O najnowszej płycie i planach Alastora rozmawiamy z perkusistą zespołu, Sławomirem Bryłką: HMP: Koniec tego roku to prawdziwy festiwal wydawniczy w wydaniu Alastora. Najpierw wersji na CD doczekał się "Syndroms Of The Cities", a "Destiny" ukazał się w ogóle po raz pierwszy. Minęły dwa miesiące i pojawił się "Out Of Anger" wasz szósty album studyjny. To jakieś szczególne przyspieszenie kariery zespołu, czy też przypadek, że te trzy płyty ukazały się niemal równocześnie? Sławomir Bryłka: To nie przypadek, pomysł wydania reedycji narodził się w mej głowie już w 2007 roku podczas pracy nad naszym poprzednim albumem "Spaaazm" (2009), niestety moja propozycja nie spotkała sie wtedy z zainteresowaniem Metal Mindu. To

kosmos. Więc... czego oczekujesz? Nie rozważaliście dołączenia polskich wersji utworów do "Syndroms Of The Cities" i "Destiny", z kasety Polmusic i sesji "Przeznaczenia" z 1990r., w charakterze atrakcyjnego dodatku? Nie, tego typu zabiegi moim zdaniem są do niczego. Może znaczą coś tylko dla koneserów. Sam nie kupiłbym takiej płyty. Taki zabieg dla mnie nic z atrakcyjnością nie ma wspólnego, a raczej z oszczędnością. Rozważaliśmy tylko, które wersje wydać, polskie czy angielskie. Z racji, że "Destiny" czyli wersja angielska, różni się od wersji polskiej, są na niej pewne zmiany

Ma to zapewne związek z osobą waszego nowego wokalisty, Michała Jarskiego, który z tym językiem radzi sobie doskonale? Oczywiście, gdy szukaliśmy nowego wokalisty, znajomość języka angielskiego była jednym z kryteriów na który zwracaliśmy uwagę. Byliśmy zdecydowani w jakim języku będzie następny materiał. Pamiętam, że w ostatniej chwili odwołaliście udział w festiwalu Rock na Bagnie w lipcu 2010r. z powodu odejścia Roberta Stankiewicza - to wtedy Michał pojawił się w składzie Alastor? Dokładnie tak było, Robert od dłuższego czasu zwlekał z podjęciem decyzji o opuszczeniu zespołu. Nagle, chyba tydzień czy dwa przed koncertem Rock na Bagnie powiadomił nas, że opuszcza zespół definitywnie. W tej sytuacji zmuszeni byliśmy odwołać nasz występ i szybko szukać następcy. Przeglądając ogłoszenia na Rockmetal.pl natknąłem się na gościa z Torunia, skontaktowaliśmy się z nim i zaproponowaliśmy współpracę. Po tygodniu przyjechał wielki koleś, zaprezentował się nie tylko muzycznie (śmiech) i tak w szeregach Alastor etat wokalisty objął Mish Jarski. Nie mieliście obaw, jak wokalista Xanadu, zespołu grającego rock progresywny, poradzi sobie w Alastor? To, że śpiewał w Xanadu nie miało dla nas znaczenia, śpiewał również w innych mocniejszych projektach, a to co zaprezentował na pierwszej próbie spokojnie nam wystarczyło. Wiedzieliśmy, że będzie to dobry kandydat. Wiadomo, że dla zespołu zmiana wokalisty jest najgorszą rzeczą jaka może się zdarzyć, ale cóż, my chcieliśmy grać dalej i z powodu odejścia Roberta nie zamierzaliśmy składać broni. Przed Mishem stało nie lada wyzwanie, by zmierzyć się z poprzednikiem, lecz pierwsze koncerty oraz praca nad nowym materiałem uspokoiły nas. Mish sprawdził się znakomicie. Czyli jego wszechstronność była również jednym z powodów, dla których przyjęliście go do zespołu? Oczywiście, że tak. Mish ma wszystkie te walory o które nam chodziło, jest bardzo wszechstronnym wokalistą, potrafi śpiewać czystym głosem jak i growlem.

Foto: Tomder

oni mieli prawa wydawnicze zarówno do "Syndroms Of the Cities" jak i "Destiny". Dopiero po jakimś czasie odezwał sie do mnie Tomek Dziubiński. Mieliśmy już prawie wszystko ustalone, gdy nagle dotarła do mnie wiadomość o jego śmierci. Do rozmów z MMP powróciłem w 2011r, a efektem było wydanie pod koniec 2012r. reedycji naszej jedynki ("Syndroms Of The Cities") i nie wydanego dotąd drugiego albumu "Destiny". Ponieważ współpraca układała się bardzo dobrze, postanowiliśmy dalej współpracować, i tak "Out Of Anger" ukazało się pod szyldem MMP. Na pewno odczuwacie satysfakcję, mając w swoich zbiorach komplet płyt Alastora, ale nasuwa się pytanie: czy te reedycje nie pojawiły się zbyt późno? Starszych fanów pewnie już jak na lekarstwo, zaś dla młodych słuchaczy to z kolei prehistoria, głównie pod względem brzmieniowym… Niestety nic na to nie poradzę. Gdyby była taka możliwość, by wydać je wcześniej na pewno zrobilibyśmy to. Teraz cieszy nas, że mamy prawie komplet płyt na rynku. W 2013 planuję wydać reedycję "Zło"(1994). Oczywiście, że prehistoria, ale dzięki reedycjom każdy ma teraz możliwość zaznajomienia się z twórczością zespołów inicjujących scenę metalową w Polsce. Myślę, że to bardzo ważne, wszyscy mogą kupić płytę legalnie, a nie ściągać bokami z netu. Masz rację, że brzmieniowo reedycje odstają od ówczesnych produkcji metalowych, ale weź proszę pod uwagę, że dzieli nas prawie ćwierć wieku. W technice czy elektronice to niemal

20

ALASTOR

aranżacyjne i jest lepiej nagrana, a i najnowszy materiał też zamierzaliśmy nagrać w wersji anglojęzycznej, kierunek był oczywisty. Być może, pokusimy się kiedyś by wydać wersje polskie wspomnianych płyt. Byłby to taki mały smaczny kąsek. Czyli jest to świadome posunięcie, związane z kolejną próbą przebicia się na Zachodzie i tym, że "Out Of Anger" to pierwsza w dyskografii Alastor płyta zaśpiewana po angielsku? Pierwszą płytą w dyskografii Alastor zaśpiewaną po angielsku było wspomniane wyżej "Syndroms Of The Cities", a później "Destiny". Nagrywając kolejny album jakim było "Zło" i nie mając za sobą wsparcia takiej wytwórni, która pociągnęłaby temat na Zachodzie, postanowiliśmy skupić się na rynku polskim i śpiewać w języku ojczystym. Po reaktywacji w 2005 roku, temat w jakim języku nagrać kolejny materiał ("Spaaazm") też nie był taki oczywisty. Zakładaliśmy wydać dwie wersje, polską i angielską, niestety los tak widocznie chciał, że jedna czyli wersja polska się ukazała, a drugiej już nigdy nie będzie... Natomiast co do, jak to ująłeś: "kolejnej próby przebicia się na Zachodzie", to byłbym daleki od takiego stwierdzenia. Wiem, że powiedziałeś to z lekkim przymrużeniem oka... (śmiech). Moim zdaniem, bardzo dobrze jest gdy płyta ukazuje się na ogólnym rynku, a nie tylko na lokalnym. My Polacy gramy znakomity metal, czemu mamy się zamykać? "Out Of Anger", jak na razie zbiera dobre recenzje na całym świecie. Reedycje również,

Prace nad "Out Of Anger" rozpoczęliście dość szybko po reorganizacji składu. Ponownie weszliście do ZED Studio, gdzie razem z Tomaszem Zalewskim nagraliście CD "Spaazm…". Nie zmienia się zwycięskiego składu? W pierwszej kolejności Mish musiał opracować wszystkie numery z koncertowej set listy. Mieliśmy do zagrania jeszcze parę koncertów. Dopiero później przyszedł czas na nowe numery. Prace nad "Out Of Anger" rozpoczęliśmy wiosną 2011 r. Gdy mieliśmy już zarys utworów, wysłaliśmy je Mishy. Kilka weekendowych spotkań i linie wokalne były gotowe. Później przyszedł czas na szlifowanie materiału, by wejść do studia maksymalnie przygotowanym. Zapisanie materiału postanowiliśmy powierzyć sprawdzonemu w bojach Tomkowi "Zedowi" Zalewskiemu. Praca z Tomkiem bardzo nam odpowiada. To bardzo zdolny człowiek, perfekcjonista, czasem, aż do przesady. Po sesji nagraniowej na "Spaaazm" wiedzieliśmy, że kolejny nasz materiał będziemy nagrywać właśnie z nim. To ważne by nadawać z realizatorem na tej samej fali, nie musisz wtedy tłumaczyć, jak... itd., tylko w lot się rozumiesz. Tak właśnie jest z Tomkiem. Naprawdę wielki szacunek dla gościa. Podstawowa sesja poszła sprawnie - czytałem gdzieś, że podstawowe ślady nagraliście w dwa tygodnie. Wydanie albumu było zapowiadane na wiosnę tego roku. Co spowodowało to opóźnienie? Czy kolejna zmiana składu w czasie prac nad płytą gitarzystę Marcina Bilickiego zastąpił znany, m.in., z Borea, Artur Banach - miała na nie wpływ? Tak, same ślady położyliśmy w jakieś dwa tygodnie. Później pozostały nam tylko partie gitar solowych, zaproszeni goście, obróbka całości i mastering. W założeniach, chcieliśmy wydać materiał na wiosnę, lecz cały czas nie szukaliśmy wydawcy. Zmiana składu nie miała tu już znaczenia. Materiał był nagrany, drugiemu gitarzyście zostały do dogrania tylko partie solówek. Marcin odszedł chyba na początku lutego, a już za dwa tygodnie pojawił się Artur (Naho). Nowy gitarzysta zdążył nagrać trochę swoich partii,


ale pozostawiliście też na płycie ślady zarejestrowane przez Bilickiego - nie chcieliście rejestrować ich ponownie i niepotrzebnie przedłużać pracy? Sytuacja wyglądała tak, że Marcin nie zdążył nagrać wszystkich swoich partii i postanowił odejść z zespołu. Kilka jego solówek było dobrych, więc postanowiliśmy je pozostawić, pozostałe partie poprawiał i dogrywał już Artur. Rozmowy z MMP o wydaniu nowego CD rozpoczęły się w momencie ustalania szczegółów reedycji, czy też wcześniej podpisaliście kontrakt na wydanie "Out Of Anger" i starsze płyty ukazały się jako uzupełnienie waszej dyskografii przy okazji jej premiery? Na pierwszy ogień poszły reedycje, dopiero później wspólnie z MMP postanowiliśmy, że nowy krążek też wyjdzie pod ich szyldem. Dzisiaj mogę to już ujawnić. Widząc co stało się z bardzo dobrym moim zdaniem albumem "Spaaazm", który trochę przeszedł bez echa, głównie z powodu słabej promocji, zastanawiałem się co zrobić by następnego albumu nie spotkał ten sam los. Odpowiedź była prosta, większa promocja. Takową mogła zapewnić tylko duża firma posiadająca doświadczenie, pozycję i swoją sieć sprzedaży na rynku. Wszystkie argumenty przemawiały za MMP. Od ponad trzech lat pracowałem, nad tym, by ukazały sie nasze dwie pierwsze płyty, "Syndroms Of The Cities" oraz "Destiny" (która nigdy oficjalnie nie została wydana). Teraz nadarzała się ku temu okazja. Tym bardziej, że MMP zaczęło wznawiać stare pozycje ze swojego katalogu. W końcu dopiąłem swego, udało się. Kolejnym krokiem było wydanie "Out Of Anger". Po udanej współpracy z reedycjami, zaproponowałem Darkowi Świtale wydanie najnowszego materiału Alastor. Zgodził się bez wahania. "Out Of Anger" to prawdziwe uderzenie - czerpiące z waszych dokonań i klasycznego thrashu sprzed lat, jak Testament czy Overkill, ale jednocześnie niezwykle intensywne, mogące kojarzyć się z niedawny mi dokonaniami zespołów pokroju Pantery czy Machine Head. Zależało wam właśnie na osiągnięciu takiej porywającej świeżością równowagi? "Out Of Anger" jest kontynuacją naszej muzycznej podróży. Przez te wszystkie lata wypracowaliśmy sobie, nasz charakterystyczny styl. Nigdy jednak nie zamykaliśmy się w określonych ramach. Każdy nasz album był pełen poszukiwań, a "Out Of Anger" jest tego świetnym przykładem, znajdziesz tam zarówno wiele elementów starej szkoły thrash metalu jak i nowszych trendów. Słyszałem nawet opinię, że zahaczamy o metal progresywny. Każdy następny album jest rozwinięciem poprzedniego, zachowując jednak ten swoisty smak Alastor. Nie będę ukrywał, że wymienione przez ciebie zespoły wywarły na nas duży wpływ. To dla nas pewnego rodzaju Ikony, niedoścignione wzorce. Dowodem na to bardziej eksperymentalne podejście wydaje mi się umieszczenie na płycie jako pierwszego utworu trwającego prawie 8 minut "Beaten". Urozmaiconego rytmicznie, potężnie brzmiącego, z akustyczną introdukcją, dynamicznym riffowaniem i quasi balladowym zakończeniem, kojarzącym się nieco z psychodeliczno - schizofrenicznym podejściem Voivod. To wasze artystyczne credo AD 2012, z premedytacją otwierające album? Tak, "Beaten" jest świetnym numerem i nie bez kozery znalazł się w roli otwieracza na płycie. Po spokojnym intro i narastającym mocnym wstępie zostajesz wręcz "Pobity" świetnym, zakręconym "nevermore'owskim" riff'em. To ewidentny przykład naszych fascynacji urozmaiconą rytmiką. Jest to jeden z moich ulubionych numerów na płycie. Myślę, że ten styl grania można było z powodzeniem usłyszeć już na "Spaaaz'mie". Tak więc jest to raczej kontynuacja niźli zdobywanie nowych rejonów. Natomiast, wstawki akustyczne to nawiązanie do naszych wcześniejszych dokonań. Czyli: witamy w świecie dźwięków Alastora? Kto przejdzie ten pierwszy test, zachwyci się zapewne pozostałymi utworami? Tego byśmy sobie życzyli. Jak na razie materiał zbiera pozytywne recenzje. Ba, nawet według jednego z redaktorów portalu Rockarea.eu, Roberta Dłucika, został uznany za najlepszy polski album 2012 roku. Bo pozostałe kompozycje są może i krótsze, ale równie urozmaicone. Nie brakuje wśród nich aranżacyjnych majstersztyków, jak łączący delikatne, melodyjne partie z potężnie brzmiącymi riffami

"My Soul" czy zwalniający momentami wściekły "Righteous Kill". Wygląda na to, że nieźle napracow aliście się na próbach przygotowując ten materiał? "Beaten" jest najdłuższym utworem ponieważ połączony jest z intrem, pozostałe są krótsze i mają zbliżony czas. "My Soul" - to ciekawy numer, przede wszystkim dlatego, że nieco rożni się charakterem od pozostałych. Powstał też w specyficzny sposób, inny niż pozostałe. Mariusz miał już opracowaną wcześniej partię gitary solowej, tak nam się spodobała, że musieliśmy ją wykorzystać, i tak dokomponowaliśmy do niej pozostałą część utworu. "Righteous Kill", to kolejny gwoździk, szybkie fragmenty przeplatane połamanymi schematami, tak właśnie lubimy zakręcić. Partie wokalne Michała też są bardzo dopracowane, w pełni wykorzystują jego potężny, mocny i nisko

materiał jaki obrabiał był to nasz "Spaaazm". Pamiętam, że długo i ciężko pracowaliśmy by wydobyć to o co nam chodziło. Jednak udało się. Z "Out Of Anger" była inna historia. Materiał wyjściowy ze studia był już tak dobry, że urywał dupę i nie byliśmy do końca przekonani czy będziemy coś poprawiać. Ostatecznie jednak, powierzyliśmy Jackowi zrobienie masteringu. Efekt, wyszedł znakomity. Teraz nie pozostaje nic innego, jak zaprezentować to brzmienie i nowe utwory na koncertach. Macie w planach kilka występów, a co z zakrojoną na szerszą skalę promocją albumu? Planujemy na wiosnę kilkanaście koncertów. Prowadzimy też rozmowy by zagrać na kliku festiwalach. Zobaczmy, co z tego wyjdzie. Jesteśmy jednak dobrej myśli

Foto: Tomder

brzmiący głos. Momentami wspieraliście też swego wokalistę w chórkach? Michał stanął na wysokości zadania. Mimo to, że wiedzieliśmy, że sobie poradzi, to jednak czuliśmy ten dreszczyk emocji, tej niepewności, jak wypadnie? Swoje partie zaśpiewał bardzo dobrze. Pracę w studio też potraktował bardzo poważnie, wszystko poszło szybko i sprawnie. Razem z Mariuszem również mieliśmy możliwość pokrzyczeć w chórkach w utworach "Righteous Kill" oraz "Out Of Anger".

Myślicie też o koncertach poza granicami Polski, skoro płyta ma ukazać się również tam? Nie ukrywam, że mamy takie plany, lecz jest jeszcze zbyt wcześnie, by cokolwiek o tym wspominać. Dziękuję i pozdrawiam, Stay Thrash! Wojciech Chamryk

Mamy też na "Out Of Anger" gości - Adam "Baryła" Bryłka z Horrorscope śpiewa w "Beaten", a Bartosz "Barton" Szarek (Chain Reaction, Lostbone) w "Real Face". Chcieliście dzięki ich udziałowi jeszcze bardziej urozmaicić warstwę wokalną tych kompozycji? Na którejś z prób wpadł nam pomysł by zaprosić do udziału w nagraniu "Out Of Anger" naszych dobrych znajomych. Tak tez się stało. Uważam, że wyszło to całkiem fajnie, a i urozmaiciło linie wokalną. "Beaten" to właściwie utwór powstały w koprodukcji z Horrorscope, bo gitarzysta tej formacji, Lech Śmiechowicz, ozdobił go też solówką - skąd pomysł na zaproszenie tego muzyka? Idea zaproszenia gości do wzięcia udziału w sesji dotyczyła również gitarzystów. Złożyliśmy propozycje dwóm znajomym gitarzystom, którzy przyjęli nasze zaproszenie. I tak w "Beaten" pojawił się Lechu "BlackPitfahter" Śmiechowicz. Niestety drugi kolega z ważnych przyczyn nie dotarł na sesję. Warto też wspomnieć o tym, że za mastering płyty odpowiadał wasz były basista, Jacek Kurnatowski. Sądzisz, że fakt, iż doskonale zna Alastor sprawił, że "Out Of Anger" zabrzmiał jeszcze lepiej? Często w wywiadach czy recenzjach pomijany jest ten fakt, a ma on ogromne znaczenie dla brzmienia Alastor. Jacek współpracował z nami, najpierw jako basista. Później jednak nasze drogi się rozeszły, ponieważ wolał poświęcić się obróbce dźwięku niż jego tworzeniu. Otworzył studio masteringu. Pierwszy poważny

ALASTOR

21


Wolność wywodzi się z cnoty Grave Digger nie może uwolnić się od przeszłości. Wielu uznałoby to stwierdzanie za dowód na zaściankowość, wtórność i ograniczenie grupy. Na szczęście w heavy metalu hołdowanie przeszłości jest jedną z cnót. Grave Digger para się teutońskim heavy od lat kilkudziesięciu, od kilkunastu raczy nas albumami, których zawartość tekstowa sięga do mitów, średniowiecznych wojen, 19-wiecznych dreszczowców. Na "Clash of the Gods" odpoczniemy od deszczowej Szkocji i śnieżnej Germanii, udając się do skapanej w słońcu starożytnej Hellady. Nagromadzenie koncepcyjnych albumów w dyskografii Grave Digger zmusza mnie do pytania natury ogólnej: HMP: Witaj Chris. Czy heavy metal jest dobrym narzędziem do edukowania ludzi? Chris Boltendahl: Cóż jesteśmy bardziej wajdelotami niż nauczycielami. Nie płynie z naszej strony żaden przymus. Opowiadamy historię ludziom, jak ci starcy w wioskach przed wiekami lub ojcowie swoim dzieciom przed snem, takie same stanowisko ma reszta grupy. Tu chodzi przede wszystkim o rozrywkę. To nie pierwszy raz kiedy Grave Digger odwołuje się do kultury greckiej. Na "Liberty Or Death" znajdowały się dwa utwory opiewające walkę Greków o niepodległość. Czy czujesz osobisty związek z tym krajem? Tak, mam tam wielu kumpli i spędziłem tam wiele czasu w czasie przeróżnych wakacji. Jestem w pewien sposób od tego kraju uzależniony. Z drugiej strony gdy miałem 9 czy 10 lat ojciec pokazywał mi jakieś książki związane z mitami. Będąc kilka lat starszym zacząłem o tym czytać. Po raz pierwszy próbowaliśmy po "Excaliburze" na chwilę przed odejściem Uwe. Nowym gitarzystą został jednak Manni, którego styl wymagał mniej epickiej muzyki. Wiele razy pokazywałem mu projekty różnych albumów koncepcyjnych ale jemu się takie pomysły nie podobały. Powrót do albumu koncepcyjnego stał się możliwy dopiero po odejściu Manniego. Pozostańmy na chwilę przy tamtym albumie. Nie

przechwalając się zbytnio można stwierdzić, iż mój kraj posiada jedne z silniejszych tradycji walk o niepodległość... To prawda... A mimo to ominęliście ten temat. Na ile to była świadoma decyzja? Cóż, Szwedom śpiewanie o waszym bohaterstwie wychodzi lepiej niż Niemcom (śmiech). Tak napisanie o tym utworu byłoby trudne historycznie, bo nie mam dostarczającej wiedzy, oraz politycznie, bowiem obudziłoby w naszym kraju dyskusje pozamuzyczne. Grecka mitologia i inne zdarzenia opisane na "Liberty Or Death" były w mojej głowie utrwalone dużo silniej i od bardzo długiego czasu. Powracając do Szwedów z Sabaton, oni zrobili kawał dobrej roboty. I byliście dla nich inspiracją. Tak wiem i jestem z tego dumny. Oni są teraz nawet więksi niż my. Wróćmy do Grecji. Zwróciłeś uwagę, jak wielu jest tam maniaków prawdziwego metalu? Tak, choć teraz nie kupują płyt z braku pieniędzy. Ale są za to bardzo entuzjastyczni. Mój ulubiony utwór z nowej płyty to "God of Terror". Krzyki przed refrenem dodają mu wojowniczej atmosfery. To był najtrudniejszy kawałek. Na początku wyglą-

dał zupełnie inaczej. Przez bardzo długi czas wprowadzaliśmy do niego zmiany i poprawki. Ten mostek przed refrenem miał być wykorzystany w innym utworze. Okazało się jednak, iż piosenka ta była do dupy. Zastanawialiśmy się tylko, co zrobić z jej refrenem. Pomyśleliśmy, niech stanie się mostkiem do "God of Terror". To oznacza, iż utwór nie znajdzie się w set liście? Na dzień dzisiejszy nie. Szkoda, bo moment, o którym mówimy nadaje się do wspólnego śpiewania z publiką. Zdaję sobie ego sprawę. Set nie jest na 100% zafiksowany. Gdy usłyszałem otwierający riff do "Helldog" pomyślałem o latach 70-tych i tak zwanej purpurowej rodzinie. Gdy w środku utworu riff grany jest wyżej przychodzi mi na myśl Saxon. Co ty na to? Oczywiście, że jesteśmy dziećmi lat 70-tych. Wyrastaliśmy na Led Zeppelin, Deep Purple i Black Sabbath. Wykorzystywanie riffów, o których mówisz to rodzaj hołdu dla nich. Tak samo jest z solówką do "God of Terror". Te inspiracje dają Grave Digger nieco innego szlifu. Wyobrażasz sobie Gillana śpiewającego o bitwach? Nie (śmiech), to oczywiste, że zawsze chcieliśmy do tamtego stylu dodać coś od siebie. Aranżacje "Clash of the Gods" przypominają mi "Rheingold". I nie chodzi tu o autosugestię związaną z mitologiczną tematyką obu płyt. W obu przypadkach w refrenach bardzo często zwalniacie dodając partie akustyczne i orkiestrowe tło. Być może. W obu przypadkach refreny były pierwszymi napisanymi fragmentami utworów. W "Call of The Sirens" w środku znajduje się klawiszowy motyw oparty na muzyce klasycznej XVIII wieku. Myślisz, że dobrze wiąże się z antyczną tematyką? Daj spokój, jesteśmy artystami, mamy pełną swobodę, nie musimy trzymać się ścisłych definicji. Jeśli instynktownie czujemy, że jakiś motyw jest dobry to ładujemy go do utworu. W tym przypadku napsikał go klawiszowiec, H.P. Katzebnburg. Kilku z nas

Foto: Napalm

22

GRAVE DIGGER


było przeciwnych umieszczeniu tego fragmentu w utworze, ale przeważyło zdanie większości. To dobry moment by zahaczyć o proces twórczy. W początkach zespołu byłeś basistą. Wykorzystujesz dzisiaj te dawno nabyte umiejętności? Oczywiście. Zwłaszcza, że jestem też gitarzystą. Utwór "Angel and the Grave Digger" został napisany w całości przeze mnie na gitarze. Riffy powstają jako wypadkowa pomysłów moich Jensa i Axela. Oczywiście gram mniej od nich. Bruce Dickinson w 1985r. grał na gitarze podczas wykonywania kawałka "Revelations" swojego autorstwa. Czy zobaczymy kiedyś Chrisa Boltendahla na żywo z gitarą? Robiłem to już w 1993r. Na trasie po "Reaper" grałem solo w kawałku "Legion of The Lost" z naszego debiutu. To nie było jednak udane doświadczenie nie zajmuję się grą na co dzień. Wystarcza do pisania utworów ale nie do prezentowania ich publiczności (śmiech). Jakie jest zaangażowanie Stefana (Arnolda) w pisanie utworów? Swoje partie tworzy sam, w ten sposób, że gra je na próbach. Dorzuca też coś do aranżacji w czasie jamowania. Rzadko się zdarza by zespół, który wyrósł w latach 80-tych, w złotej erze heavy metalu, swoje największe sukcesy świecił długo potem. Jaka jest tego przyczyna? Bardzo mocno pracowaliśmy nad własnym stylem przez ostatnie 15 lat. Z płyty na płytę coraz mocniej, trzymaliśmy się też oczekiwań fanów. Zależało nam tez na czymś świeżym. Wkładaliśmy w to duszę i serce. Połączyliśmy wiarę w metal z ciężka pracą. W waszym sposobie pracy zaszła jakaś zmiana w porównaniu do lat 80-tych? Wtedy czasem zachowywaliśmy się jak gwiazdy rocka. W drugim okresie graliśmy zaś więcej koncertów i byliśmy bardziej pracowici. Gwiazdy rocka? Chyba byliście na to zbyt pod-

ziemni? Być może... w sumie to najpoważniejszy "skandal" zdarzył się w 1985 roku gdy nasz ówczesny gitarzysta Peter Mason spadł ze sceny w Holandii. Był całkowicie pijany, a scena wznosiła się na wysokość ponad 2,5 metra. Chciał skoczyć jak weteran, skończyło się na siniakach. Poszedł sie otrzeźwić do kibla i grał dalej. A najgorszy gig? W Danii. Graliśmy tam tylko raz w naszej karierze, chyba w 2005 roku. W Kopenhadze przyszło może 30 osób. Jeden facio tańczył przez sto minut setu naprzeciwko sceny, jak naćpany hipis. Całkowicie rozwalił klimat koncertu. W 2005 mój kolega - Michał Drzewiecki - organi zował wasz pierwszy koncert w Polsce w War-szawie. Frekwencja była wtedy również słaba. Jak wspominasz tamto wydarzenie? Ale my się nie spodziewaliśmy dużej frekwencji. To był dobry koncert. Publika była entuzjastyczna ale jednocześnie wszyscy, których spotkaliśmy byli mili. Jeśli jeździsz po świcie i dajesz ludziom metal - to ich reakcja obchodzi cię najbardziej. Spotkałeś się z przejawami agresji na waszych gigach? Nigdy. To nie jest typowe dla naszych fanów. Minęło kilka lat od odejścia gitarzysty Thilo Hermana, a ja wciągnie mogę uwierzyć, że jedyną tego przyczyną było to że "rozpycha się na scenie"... Uwierz, to prawda. Był jak słoń w składzie por-celany. Ładował się na wszystkich i popychał. Reszta kapeli miała tego dość, a facet był duży. Każdy musiał uważać. Przecież rozmawialiśmy z nim nie raz po koncercie aby się zmienił. Nic to nie dało. Był na tych koncertach całkowicie trzeźwy. Poza tym to miły facet. Nie mam nic do niego i znakomicie gra na gitarze. ak porównałbyś pracę z trzema ostatnimi wioJa ślarzami: Uwe, Mannim i Axelem? Każdy z nich jest inny. Axel jest najbardziej pojęt-

ny. Sekundy zajmuje mu przekucie czyjegoś pomysłu w muzykę. Manni był inny, trudno się z nim pracowało, bo lubił bardzo szybkie i progresywne zarazem granie. Thilo był zaangażowany i miał fajne pomysły. W czasie pracy nad "Ballad of the Hangman" przypomniał nam o klasycznym heavy. Robisz coś poza graniem i pracą w wytwórni Locomotive? Maluję, fotografuję i rzeźbię. Pod koniec paź-dziernika miała miejsce moja pierwsza wystawa. Robię to pomiędzy trasami. Praca w Locomotive zajmuje mnóstwo czasu. Promuję mnóstwo kapel. Nie należę do leniwych. Te obrazy. Co to za twórczość? Rożne tematy, zależy mi głownie na grze kolorów. Rzeźbię zaś w drewnie. W marcu będzie następna wystawa. Musisz sam wyrobić sobie zdanie. Czy przyszłe okładki... ...Nie. Mamy od tego osobnego speca i jesteśmy z niego zadowoleni. Mimo, że obrabiam potem te okładki w photoshopie. Moja własna twórczość jest w zupełnie innym klimacie. Jakub "Ostry" Ostromęcki


albumu, rozumiesz?

Happy happy Helloween Niemieccy przodkowie melodyjnego power metalu wydali właśnie swój nowy album. Może się on okazać dużą niespodzianką zarówno dla tych długoletnich jak i młodszych fanów. Jeśli przypomnisz sobie jak brzmiały pierwsze trzy albumy z Andim Derisem jako wokalistą, po przesłuchaniu "Straight Out Of Hell" twoją pierwszą myślą będzie, że zespół cofnął się do stylu tworzenia utworów, którym posługiwali się jakieś 15 - 20 lat temu. W ich muzyce nie ma już ciężkości i mroczności, która obecna była na ich kilku ostatnich wydawnictwach i nie mógłbym ująć tego lepiej niż sam Andi - zespół gra znowu w stylu happy happy Helloween, tak jak kiedyś. Oczywiście głównym tematem tej rozmowy był nowy album, ale zahaczyliśmy też o kilka innych kwestii związanych z zespołem, więc czytajcie dalej. HMP: W zeszłym tygodniu zagraliście na festiwalu 70,000 Tons of Metal. Podobało się wam granie na wielkim statku żeglującym po Karaibach? Andi Deris: To było szaleństwo, (śmiech)! Naprawdę mi się podobało. Najpierw grasz w sali na dole, w "brzuchu" statku co jest dość niezwykłe ponieważ stoisz na scenie i kołyszesz się w prawo i lewo, czując jakbyś był kompletnie pijany, ale nie jesteś, (śmiech)!

przetrwamy, to wyjdziemy prosto z piekła". A my odpowiedzieliśmy: "Ok, to będzie tytuł albumu, nazwijmy go "Straight Out Of Hell"". Tak więc cały pomysł zrodził się w mniej lub bardziej pijany i zabawny sposób. Było jasne, że chcemy go wykonać z przymrużeniem oka, to nie ma być nic poważnego. Kiedy słuchaliśmy kilku pierwszych pomysłów na piosenki, które zgromadziliśmy zdaliśmy sobie sprawę, że wiele z

Myślisz, że dla zespołu, który od 30 lat wydaje swoje albumy nadal jest miejsce na doskonalenie się? Powiedziałbyś, że "Straight Out Of Hell" jest w jakikolwiek sposób lepszy od "7 Sinners", czy może po prostu jest inny? Nie wydaje mi się, żeby był lepszy, można by go nawet nazwać krokiem wstecz, powrotem do właściwego kierunku. Myślę, że powrót do happy, happy Helloween jest w dzisiejszych czasach prawdopodobnie dobrym kierunkiem. Czuję, że taka muzyka, sposób w jaki jest prezentowana daje większego kopa, oczywiście w pozytywny sposób. Nie kopie cię po głowie i dołuje, ale jest kopniakiem w tyłek, który cię podnosi. Myślę, że to dobry czas na to. Jak już powiedziałem, przetrwaliśmy koniec świata, (śmiech)! Poza tym mamy kryzys. To dobry moment, żeby wstać i zrobić coś przeciwko tej całej gównianej sytuacji, czymkolwiek ona jest. Cały album jest mniej lub bardziej skargą na cały ten światowy kryzys, przez który przechodzimy, ponieważ to nie jest ich wina ani twoja, ani moja, ani twoich przyjaciół, ani moich przyjaciół, ani wszystkich normalnych, zwykłych ludzi, rozumiesz? Oni nie zrobili nic złego. Właściwie, został wywołany przez tych dupków na górze, wielkich ludzi kontrolujących system, którzy nigdy nie mają dosyć. To główny problem, z którym się dzisiaj spotykamy. Nie chcemy jednak pisać o tym w negatywny sposób. Mieliśmy możliwość napisania poważnych tekstów będących krytyką społeczną i polityczną, ale zrobiliśmy to trochę z przymrużeniem oka ponieważ muzyka jest bardziej pozytywna. Myślę, że na niektórych albumach, niektórzy członkowie piszą więcej utworów niż inni. Jak tym razem podzieliście obowiązki? Kto przyniósł najwięcej materiału, który znalazł się na ostatecznej wersji? W Helloween nie ma znaczenia kto napisał piosenkę. Na stole zawsze mamy dobre kompozycje i nikogo nie obchodzi kto co napisał. Pod koniec dnia zespół musi przemienić pomysł w świetny utwór. Koncepcja piosenki to dopiero początek, wiesz? Oczywiście bez pomysłu nie będzie piosenki, niemniej jednak potrzeba całego zespołu, żeby przekształcić go w utwór. W każdym z nich jest wiele małych części stworzonych przez innych członków. Zawsze jednak podpisujemy kompozycję nazwiskiem tego, kto przyniósł pomysł, kto wpadł na niego pierwszy. Ten jest podpisany jako autor. Tak jest o wiele łatwiej, ponieważ pod koniec dnia dzielimy się utworami. Nie jest tak, że gdybym napisał osiem piosenek dostałbym za nie wszystkie pieniądze. Podzielę się nimi z moimi ludźmi.

Foto: Sony Music

Drugi koncert zagraliśmy dwa dni później na pokładzie z basenami, tam kołysało jeszcze bardziej i mogliśmy jeszcze mocniej poczuć statek. Tak, to była świetna zabawa, wszystkim bardzo się podobało, zdecydowanie. Wasz poprzedni album, "7 Sinners" był mocniejszy i mroczniejszy, a teraz macie w swojej muzyce znowu więcej "wesołego power metalu", jakbyście cofnęli się to połowy lat '90. Dlaczego tak jest? Właściwie to pomyśleliśmy, że po tym jak udało nam się przetrwać apokalipsę w 2012 roku, (śmiech), dobrze byłoby wrócić z czymś bardziej pozytywnym, wiesz? Właściwie to nie ma już powodu, żeby po raz kolejny wdepnąć w negatywne gówno. Mnóstwo ludzi skarżyło się i wrzeszczało, że zbliża się koniec świata, a nasz basista, Markus, kompletnie oszalał na tym punkcie, mówił "Powinni się zamknąć! Co oni sobie myślą?". Zawsze się kłóci kiedy jest smutny i ma przy sobie piwo, wiesz? Dalej mówił, "Jeśli naprawdę myślą, że nastąpi koniec świata, prawdopodobnie wielu ludzi będzie się spotykać i popełniać zbiorowe samobójstwa, bo myślą, że koniec świata się zbliża". Tak w ogóle to po co miałbym popełniać samobójstwo, jeżeli świat i tak się kończy? (śmiech)! To było głupie. I później powiedział: "Powiedzieli mi, że tylko kilku ludzi przetrwa i ci ludzie wywołają prawdopodobnie wojnę o ostatnią kroplę ropy, albo o resztki jedzenia. Człowieku, jeżeli

24

HELLOWEEN

nich ma pozytywny klimat, bardziej w stylu happy, happy Helloween. Pomyśleliśmy więc: "Dobra, może w 2013 roku odważylibyśmy się zrobić znowu coś jak happy happy Helloween". Przez ostatnie 10 lat pewnie zostalibyśmy ukarani za zbyt wiele happy, happy Helloween. Ludzie woleli coś bardziej brutalnego, ciężkiego, mrocznego, a my musieliśmy się w mniejszym lub większym stopniu do tego przystosować, żeby przetrwać. Myślę, że nadszedł czas powrotu do happy happy gówna. Dlaczego nie? Jest przy tym o wiele więcej zabawy. Charlie Bauerfeind jest waszym producentem już od wielu lat, zna więc dobrze Helloween. Czytałem gdzieś, że to właśnie on jest odpowiedzialny za bardziej optymistyczne brzmienie i większą pro dukcję? Charlie zawsze jest przy nas, kiedy słuchamy naszych pierwszych pomysłów na utwory. Zauważył, że pojawiło się dużo pozytywnych koncepcji, więcej melodii i elementów w stylu happy, happy Helloween, powiedział: "Patrzcie, po tym jak wszyscy przetrwaliśmy 2012 rok mamy teraz szansę. To byłby świetny moment na wydanie bardziej pozytywnego albumu, nie sądzicie?". A my odpowiedzieliśmy: "Jasne, dobra myśl". Można to zrobić jeśli pomysły są odpowiednie, ale kiedy ich słuchasz i nie ma w nich żadnych happy, happy elementów nie da się z tego zrobić happy, happy

"Nabatea" to jedna z najbardziej interesujących kom pozycji na płycie, ale jest długa i skomplikowana. To naprawdę dziwny wybór na singiel i piosenkę otwier ającą album, szczerze mówiąc. Racja, ale pokazuje też mniej lub bardziej zróżnicowanie i uniwersalność całego albumu. W jednej piosence możesz posłuchać praktycznie wszystkiego czego możesz się spodziewać na albumie. I właśnie to sprawia, że jest idealna jako pierwsza oznaka życia nowego albumu. Wiem, że to nie jest dobry wybór na singiel, ale szczerze mówiąc mamy je w dupie. Stacje radiowe, które cały czas narzekają, że piosenki są za długie, a singiel musi mieć 3minuty i 40 sekund, te dupki i tak nigdy nie puszczą żadnego utworu Helloween, więc po co mielibyśmy wybrać na singiel typową 3 minutową 40 sekundową piosenkę? Woleliśmy więc wybrać coś, co pokaże ludziom czego mogą spodziewać się po Helloween na nowym albumie. Myślę, że "Nabatea" była do tego idealna. "Asshole" to kolejny interesujący kawałek, utwór Saschy. O kim mówi tekst? Słowa to jak zwykle czerwony śledzik przewijający się przez cały album. Dupkami na tym świecie są konkretni ludzie, z politycznego punktu widzenia będą nimi wszyscy menedżerowie na szczycie i wszystkie dupki, którzy nigdy nie mają dosyć i muszą cały czas zapełniać swoje kieszenie, nawet kiedy mają setki milionów dolarów na swoim koncie w szwajcarskim banku lub gdzieś indziej. Cały czas chcą więcej i więcej, i więcej. To właśnie powód kryzysu, przez który teraz przechodzimy. Jeśli podejdziemy do tego osobiście, dojdziemy do wniosku, że każdy zna jakiegoś dupka, tzw. wysysacza energii, który sprawia, że czujesz się całkowicie zdewastowany, jakby ktoś wyssał z ciebie krew. To ludzie, którzy sprawiają, że źle się czujesz. Sascha zdecydowanie zna takiego człowieka. Nie pamiętam jego imienia, kiedyś mi o nim opowiadał, ale przestał się odzywać do tego człowieka jakieś trzy czy cztery


lata temu. Powiedział wtedy: "Co za dużo, to niezdrowo. Nie chce mieć z tym dupkiem już nigdy nic wspólnego". Wydaje się, że każdy w zespole ma swój ulubiony temat na teksty. Czy to przypadek, czy naprawdę tak jest? Mam na myśli, że każdy z was pisze o zupełnie innych rzeczach. To przypadek, że ten album w całości wydaje sie być koncepcyjny. Pod koniec dnia byliśmy szczęśliwi, że skończyliśmy album, ale nigdy nie opisalibyśmy go jako koncept album czy coś takiego, to bzdura. Zdecydowanie dobrze jest widzieć, że całość jest mniej lub bardziej skoncentrowana wokół współczesnych problemów, od tych dotyczących pojedynczego, małego człowieka, aż po te związane z wielką sceną polityczną. Myślę, że to wpływa na nas wszystkich, czy tego chcemy czy nie. Dobre w muzyce jest i typowe dla Helloween jest to, że możesz pisać o tych rzeczach bardziej w stylu science - fiction czy fantasy. Zawsze masz więc zostawione tylne drzwi, za którymi możesz ukryć naprawdę twarde, polityczne treści. Jeśli nie chcesz wskazywać problemu bezpośrednio możesz umieścić go w jakiejś ładnej bajce lub historii science - fiction. Świetnie, że w Helloween możemy to robić. Na koniec wszyscy, którzy tylko chcą, mogą mniej lub bardziej wyczytać między wierszami o co tak dokładnie chodzi. A jak czujesz się jako wokalista, który musi to wszystko zaśpiewać? Czy dyskutujesz z innymi o tym co mieli na myśli, czy co chcieli wyrazić pisząc dany tekst? W pierwszej kolejności, jeżeli coś jest niejasne, zdecydowanie chcę to wyjaśnić. Niemniej jednak przedzierając się przez teksty muszę je poprawiać. Jeśli jest coś, o czym naprawdę chciałbym zaśpiewać po prostu dopisuję trochę nowego tekstu. Nie stanowi to problemu w Helloween. Wszyscy zrozumieliby, gdybym powiedział: "Hej, nie zaśpiewam tego, to nie jest zgodne z moją opinią". Wiem, że wszyscy odsunęliby się i powiedzieli: "Więc dopisz do tego swój tekst". Nie ma problemu. Zazwyczaj trzymacie się z daleka od nagrywanie bal lad, więc jak to się stało, że "Hold Me In Your Arms" pojawiło się na nowym albumie? Cóż, każdy pozytywny album potrzebuje ładnej, smutnej ballady, (śmiech) Trzeba dać coś dla dziewczyn. Szczerze mówiąc, mieliśmy gotową tą balladę już na nasz poprzedni album, ale zdecydowanie nie pasowała na "7 Sinners". Teraz, przy tworzeniu "Straight out of Hell" pomyśleliśmy: "Teraz będzie ładnie pasować do koncepcji". Jeżeli masz więcej utworów, których klimat skopie ci dupę to jedna ballada nie będzie minusem. Wszystko powinno być w porządku. A ponieważ wszystkim nam podobała się ballada Saschy, zdecydowaliśmy się umieścić ją na albumie. Nagraliście Hammondową wersję "Burning Sun" jak hołd dla Jona Lorda. Kto wpadł na ten pomysł? Weiki, to piosenka Weikiego. Główna wersja zawiera typową Helloweenową gitarę, ale kiedy Weiki dowiedział się o śmierci Jona Lorda wymyśłił, żeby zadedykować mu jakąś piosenkę. "Burning Sun" wydawało się być dobrym pomysłem, dźwięk gitary został całkowicie zastąpiony przez organy Hammonda. Prawdopodobnie Jon Lord nigdy nie zagrałby jej tak brutalnie, ale to nadal Hammondy Jona Lorda. Cóż, mam nadzieję, że spodobała mu się tam w górze, albo po prostu wykopał ją z nieba, nie mam pojęcia, (śmiech)! Zobaczymy. Musisz wiedzieć, że Weiki jest wielkim fanem Deep Purple, był więc w wielkim szoku, kiedy dowiedział się, że Jon odszedł. Chciał w ten sposób pokazać swój szacunek do niego. Edycja limitowana albumu z utworami bonusowymi zawiera w sumie 15 utworów. W ubiegłym tygodniu rozmawiałem z chłopakami z Korpiklaani, dyskutowaliśmy o tym jak w latach '70 i 80' zespoły zazwyczaj wypuszczały nowe albumy co roku lub nawet częściej. Prawdę mówiąc wolałbym, żeby moje ulu bione zespoły wydawały krótsze albumy, gdybym nie musiał na nie czekać 3 - 4 lata. Według ciebie dlaczego rynek ewoluował w tym kierunku? Czy teraz jest dużo taniej nagrać album niż 20 - 30 lat temu? Ujmę to w taki sposób, jeżeli chcesz wydać naprawdę dobry album, to nie jest taniej. Jeśli chcesz mieć dobra siłę roboczą, jaka była w latach '80, wtedy nie jest dużo taniej. Może nie płaci się już tak dużo za wynajęcie studia, ale właściwi ludzie nadal kosztują sporo pieniędzy. Wracając do twojego pytania, współcześnie problemem jest to, że na płycie CD można z łatwością

wypalić 80 minut muzyki, a w latach '80 czy nawet wcześniej, na winylu nie można było nagrać więcej niż maksymalnie 50 minut. Jeżeli chciałeś zmieścić na winylu 50 minut materiału oznaczało to spadek jakości dźwięku. Dlatego najlepiej brzmiące płyty to prawdopodobnie te 42 - 43 minutowe. I to jest odpowiedź na wszystko. Nie mogłeś zrobić albumu, który miałby więcej niż 45 minut bez utraty jakości dźwięku na winylu. A maksymalnie 45 minut nagrania oznaczałoby, porównując do współczesnych nagrań Helloween, że zostałoby nam jakieś 15 lub nawet więcej minut materiału na następny krążek. Wtedy byłoby znacznie łatwiej i każdy mógłby wypuszczać nowy album co roku. "Straight out of Hell" jest piątym dużym wydawnictwem z tym samym line - upem. Nie jestem pewny, ale myślę, że to najdłużej trwający line - up jaki kiedykolwiek mieliście. Tak właśnie jest. I wygląda jakby to miała być nasza ostatnia zmiana w konfiguracji, (śmiech)! Mówiąc o line - upie. Dwoje ludzi bardzo ważnych w historii Helloween, Kai i Michael, rozpoczęłi znowu współpracę. Słyszałeś album "Unisonic"? Słuchałem go i spodobał mi się. Muszę jednak powiedzieć, że jak dla mnie lepiej byłoby gdyby na płycie znalazło się trochę więcej metalu, do którego bardzo dobrze pasowałby głos Michaela Kiske. Wiemy jednak, że nie przepada on za metalem i byłem nawet zaskoczony tym, Foto: Sony Music że śpiewa tak hard rockowe utwory jak "Unisonic". To kawał dobrego hard rocka. Mynigdy nie mają dosyć picia i imprez, wiesz? Dlatego zaślałem, że już nigdy zaśpiewa rocka, ale jak widać zawsze muszę im mówić: "Chłopaki, słuchajcie. Wy graśpiewał. Wszyscy potrzebują pieniędzy, (śmiech)! Jeśli cie tylko 60 - 70 minut, ale my musimy grać coś po was sprawia mu to przyjemność… Cieszy mnie również to, przynajmniej 100 minut, jeśli nie ponad 2 godziny, że mój były perkusista, Costa, gra tam na perkusji i więc nie mogę imprezować z wami co noc", rozumiesz? Dennis, nasz ex - basista również dostał szansę zagraDacie dwa koncerty w Polsce. Lubicie tutaj grać? nia z nimi. Costa jest też bardzo dobrym przyjacielem, Oczywiście! Pamiętam, że to był pierwszy obcy kraj, w zawsze kiedy nie robi akurat nic z Unisonic, jest naktórym grałem jeszcze z Pink Cream 69 jako support szym tour managerem, zabawna historia. przed Europe. I pamiętam, że ze strachu prawie zesraW przyszłym roku minie 20 lat od wydania Twojej łem się w gacie: "Co oni myślą? Czy znają zespół? Popierwszej płyty z Helloween… traktują nas dobrze na scenie?". Nagle grasz po raz Tak, czas leci, (śmiech)! To niewiarygodne. Nie mam pierwszy w obcym kraju. Pamiętam, że polscy fani byli pojęcia kiedy ten czas minął, ale wydaje mi się, że super mili i przyjęli nas bardzo serdecznie, poczułem wszyscy mają takie samo odczucie. 20 lat to dużo się super bezpieczny na scenie. To zawsze daje miłe czasu, a dla mnie, patrząc wstecz, świetnie jest być w wspomnienia, a to najważniejsza rzecz w życiu artysty, działającym, słynnym zespole, który nadal daje mi kiedy jesteś na scenie i czujesz ciepło bijące od pubmożliwość koncertowania na całym świecie i tworzenia liczności. Czujesz się wtedy jak w domu i masz napłyt, nawet jeszcze bardziej udanych niż przedtem. To dzieję, że dokładni tak właśnie będzie. spełnienie marzeń. Jak było na zeszłorocznym Woodstocku, kiedy graliśNa początku musiałeś pewnie przechodzić ciężkie cie dla ? miliona zgromadzonej publiczności? chwile z fanami. A teraz, czy macie fanów, którzy Absolutnie szalony. To było kompletne szaleństwo. dorastali z Helloween ery Andiego Derisa, którzy Muszę przyznać, że byłem na tyle głupi i ignorancki, mogą myśleć, że era Kiskego to czasy przed pow że nie wiedziałem co to za festiwal. Weszliśmy więc na staniem Helloween? scenę i po raz pierwszy zobaczyłem publiczność, ile Pewnie, że tak. Mamy wśród publiczności wielu młodtam było ludzi i przez kilka sekund nie mogłem wydoszych, nowych fanów i takich jednodniowych. Więc być z siebie słowa. To było jak" "Co tu się dzieje?", starzy fani stanowią jakieś 30% publiczności, a 70% to wiesz? Nigdy nie występowałem przed tyloma ludźmi. fani nowej generacji, którzy są z nami głównie od Macie jakieś oferty festiwalowe na rok 2013? "Master Of The Rings", a następnie większość od Wiem, że na pewno jest kilka festiwali, ale nie mogę ci "The Dark Side". W tłumie jest tak wielu nowych fapowiedzieć, które z nich są już potwierdzone. Wiem, nów. Wszyscy przyjaciele mojego syna dorastali z że mamy kilka w planach, ale jak na razie nie odważę współczesnym Helloween i właściwie nie znają starsię powiedzieć ci, które to, bo nie wiem czy są potwierszych rzeczy. Są dla nich nawet tandetne, bo (jak dzone. twierdzą) Kiske ma gejowski głos i bla bla bla. Oczywiście mówię im, że to nie prawda i ma świetny głos. Dobra, więc co zrobicie po trasie Hellish Rock II? Uwielbiam Geoffa Tate'a z Queensryche, więc lubię To znaczyłoby co będziemy robić za 12 miesięcy. Mateż Michaela Kiske bo to prawie ta sama historia. To my trasę obejmującą cztery kontynenty, dookoła globu świetnie wokaliści o klasycznych głosach. Nigdy nie trwającą 12 miesięcy. Mam nadzieję, że później zropowiedziałbym, że są tandetni. Ale młodsi fani słuchabimy sobie 1 - 2 miesiące wakacji, po których mamy jąc go twierdzą, że jest zbyt mało rock'n'rollowy, za wynadzieję spotkać się i stworzyć parę nowych piosenek, soki i tandetny, bla, bla, bla. Nie potrafię tego zrozunapisać kilka, tak więc znowu to będzie czas w studio. mieć, bo jak już mówiłem, uwielbiam Queensryche, a I to jest cykl, który wszyscy kochamy. Myślę, że po kto lubi Queensryche prawdopodobnie lubi też MiAzji zrobimy sobie jakieś 2 - 3 tygodnie przerwy, w chaela Kiske. których zagramy na letnich festiwalach. Zresztą nie chcemy w tym roku występować na zbyt wielu letnich 5 lat temu zorganizowaliście wspólną trasę z Gamma festiwalach, bo główna trasa festiwalowa zaplanowana Ray i robicie to znowu. Zatem pierwsza musiała okajest na 2014 rok. Będzie to więc mniej lub bardziej lukzać się sukcesem. susowa trasa. Po lecie uderzamy w Stany, Kanadę, MeTak, zrobimy to znowu, (śmiech)! Ooops! (śmiech)! ksyk i Amerykę Południową, tak, później na dół do Było świetnie. Wszystkim się podobało, zarówno pubAustralii, z powrotem do Azji, stamtąd do Rosji i końliczności jak i tym na scenie, zdecydowanie. Mieliśmy czymy, (śmiech)! kupę zabawy. Dlatego zdecydowanie chcemy to powtórzyć. Może z trochę mniejszą ilością alkoholu niż Wojciech Gabriel ostatnio, bo wydaje mi się, że chłopaki z Gamma Ray Tłumaczenie: Anna Kozłowska

HELLOWEEN

25


Bez półnagich barbarzyńców Dla Polaków nazwa tego niemieckiego zespołu zawsze brzmiała dziwnie i jednoznacznie kojarzyła się z rachunkiem w spożywczaku. "Paragon" znaczy jednak tyle co "archetyp" i tu zdecydowanie bycia archetypem tradycyjnego, klockowego, germańskiego heavy odmówić hamburskiej ekipie nie można. Na moje pytania odpowiadał nowy nabytek Paragon - gitarzysta Jan Bertram. HMP: Już prawie 20 lat gracie klasyczny, hamburski heavy metal. "Force of Destruction" prowadzi nas do początków niemieckiego metalu. To dlatego, żeby podkreślić tradycję, zaprosiliście do współpracy Kaia Hansena? Jan Bertram: Można tak na to popatrzeć (śmiech). Prawda jest jednak bardziej prozaiczna. Buschi i basista Jan od dawna przyjaźnią się z Kaiem. Pewnego wieczora przy graniu przez Wii-Konsolę uznali, że skoro Kai przegrał, musi odkupić się pomagając przy kawałku Paragon. Myślę jednak, że Kai zrobił to z przyjemnością a i sam kawałek bardzo mu się spodobał. Nieskomplikowana okładka to też pewien element powrotu do prostoty i klasyki... Dokładnie! Bez cienia wątpliwości widać, że chodzi o rock'n'roll! Do prostych utworów pasowała nam także prosta okładka, bez zbędnych zdobników. Oczywiście tytuł też musiał być odpowiednio dopasowany. Na wielu okładkach power metalowych kapel widnieją półnadzy barbarzyńcy dzierżący miecze i stojący na wzgórzach usypanych z czaszek. Nasza okładka to zatem miła odmiana. Sądzisz, że siła heavy metalu tkwi właśnie w jego prostocie i lakoniczności? Myślę, że tak! Jeśli teraz zapytasz o to stu różnych fanów metalu, prawdopodobnie usłyszysz 100 różnych odpowiedzi. Zreferuję jeszcze raz ten temat na kolejnym spotkaniu naszego Filozoficznego Metalowego Kółka (śmiech). Odnoszę też wrażenie, że "Force of Destruction" sil nie nawiązuje do "Law of the Blade". Taki przyświecał Wam cel? I tak i nie. To znaczy, jak najbardziej znak rozpoznawczy Paragon, czyli styl wypracowany na "Law of the Blade", został konsekwentnie zastosowany. Jednak że kiedy już mamy porównywać, trzeba też wliczyć "Steelbound", "The Dark Legacy" czy "Revenge". Nie planowaliśmy kopiowania jakiejkolwiek naszej płyty.

Co więcej, chcieliśmy zrobić rasowy album Paragon i podkreślić wszystkie atuty zespołu. Wasze teksty podejmują też sprawdzoną u Was tematykę. Ciekawy jest tekst do "Rising form the Black". Możesz coś więcej powiedzieć, na przykład, kim jest postać androida? W zasadzie niewiele mogę na ten temat powiedzieć, bo tekst pisał Buschi. Wiem jednak, że Buschi zwykle, i pewnie też w tym przypadku, non stop układa w głowie teksty kawałków, a jego inspiracją są zazwyczaj książki, które czyta w niezliczonej ilości. Hamburg zawsze obfitował w najlepsze zespoły w całych Niemczech. Generalnie odnosi się wrażenie, że wszystkie tamtejsze grupy żyją w dużej zażyłości i dobrze się znają. Niestety wielu muzyków często powtarza, że dziś to już nie to samo, co 20 czy 30 lat temu... Kiedyś wszystko było lepsze (śmiech). A tak na serio... Wtedy metalowa scena w Hamburgu, ale też w innych większych miastach, dopiero się rozwijała. To była pionierska praca u podstaw. Heavy metal nie był wtedy tak popularny jak dziś. To była raczej mała, podziemna wspólnota. To poczucie wspólnoty kwitło tym bardziej, ponieważ wszyscy muzycy mogli się znać osobiście. Poza tym, wtedy odkrywanie nowych zespołów czy kupowanie nowości wydawniczych nie było łatwe. Podobnie uczenie się gry na instrumentach było raczej z cyklu "zrób to sam", a muzycy wymieniali się pomysłami na nowe techniki gry. Dziś natomiast to wszystko się rozmyło. Mamy tysiąc różnych gatunków metalu i o wiele więcej ludzi, którzy zakładają kapele. Na gitarze można się nauczyć grać z YouTube, przez komputer. Dzięki temu scena się rozrosła do gigantycznych rozmiarów. Na szczęście jednak wciąż istnieje stara gwardia fanów i muzyków. I w Hamburgu dawny feeling wciąż pozostał. Nie sposób pominąć istotnej hamburskiej postaci jaką jest Sielck. Piet Sielck jest ważną częścią niemieck-

iego metalu, zawsze robi świetną robotę, jednak niektóre zespoły podchodzą do niego z rezerwą. Większość wydawnictw, które wyszły spod jego ręki brzmi podobnie... Nie martwiliśmy się tym aż tak bardzo. Ten temat wraca jak tylko pracuje się z wziętym producentem, mającym własny styl. Pomyśl o Florida-Trash-Sound na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, o słynnym Peterze T. i innych. Piet nie miał dużego wpływu w temacie samego pisania kawałków czy aranżacji. On po prostu dobrze wie jak płyty Paragon brzmieć powinny. Poza tym Paragon ma Buschiego na wokalu, który ma tak charakterystyczny głos, że nie martwimy się o podobieństwo. Iron Savior, podobnie jak Wy, dość rzadko gra koncerty. Ostatnio jednak oboje wystąpiliście razem. Iron Savior podobnie jak Paragon ostatnio wydał płytę, więc i my i oni byliśmy swojemu rodzinnemu miastu winni koncert. Jako, że oba zespoły nie leżą jakoś niesamowicie daleko od siebie stylistycznie, logiczne było, że możemy zagrać koncert wspólnie. Zestawienie obu grup i długa przerwa od koncertowania w Hamburgu sprawiły, że ów wieczór odniósł prawdziwy sukces. Planujemy ten zestaw powtórzyć na scenach w innych miastach. Jeśli jest zainteresowanie w Polsce: jesteśmy gotowi i zwarci! Wasza poprzednia płyta, "Screenslaves" miała bardzo trafną okładkę i tytuł. Minęło pięć lat i nie straciły one na aktualności.... Temat był wtedy aktualny, jest aktualny i będzie taki jeszcze długo. Na ma znaczenia czy będziemy się nad tym zastanawiać: chcemy tego czy nie, formy komunikacji zmieniają się i będziemy mogli tego powstrzymać. Wcześniej przyjaciół spotykało się osobiście albo się do nich dzwoniło, a nie zarządzało nimi za pomocą aplikacji komórkowych. Z drugiej strony, nie wszystko w nowych technologiach jest złe. Trzeba wiedzieć jak się z tym obchodzić, żeby nie stać się niewolnikiem technologii... Z tego wszystkiego sobie przypomniałem, że muszę jeszcze coś, co kupiłem przez Amazon wrzucić na Facebooka (śmiech). Na koniec muszę zapytać... gracie na żywo ten numer Backstreet Boys, który coverowaliście? Ja jeszcze tego numeru z chłopakami nie grałem i pewnie w najbliższym to nie nastąpi. Choć tak naprawdę, popatrzeć na coś innego niż własny pępek i zagrać coś niemetalowego to jest w zasadzie całkiem spoko pomysł. Sama Gamma Ray zmasakrowała kiedyś klasyk Pet Shop Boys i wyszło czadowo! Katarzyna "Strati" Mikosz

Foto: Napalm

26

PARAGON


Metal nigdy nie umrze Niedawno światło dzienne ujrzał najnowszy album długogrający niemieckich metalowców z Sacred Steel. Ponieważ tenże zespół należy do grona tych bardzo ciekawych i interesujących kapel, był to świetny pretekst by zamienić kilka zdań z wokalistą Gerritem Mutzem. Zwłaszcza, że nowa płyta należy do bardzo silnych pozycji i zdecydowanie będzie jednym z najlepszych tegorocznych albumów. HMP: Opowiedz nam o tym, jak wyglądała wasza współpraca z Bartem Gabrielem. Według twojej opinii to był dobry pomysł, by powierzyć mu pieczę nad brzmieniem waszej najnowszej płyty - "The Bloodshed Summoning"? Gerrit Mutz: Cóż, Bart miał w sobie coś z sierżanta musztry i starał się trzymać nas krótko. Nigdy wcześniej nie mieliśmy producenta z zewnątrz, więc momentami to było dość dziwne, być traktowanym jak uczeń w szkole lub jak szeregowy pracownik jakiegoś zakładu. Myślę, że jednak taki styl pracy opłacił się. Owoce naszego wspólnego trudu były tego warte. Bart zawsze, ale to zawsze, poważnie traktuje swoje zadanie i lepiej nie następować mu na odciski. Pomógł mi się rozwinąć wokalnie, pokazując mi kilka ciekawych technik i trików. Poza tym, dzięki niemu mieliśmy bardziej poukładaną wizję tego, co chcieliśmy osiągnąć. Gabriel jest w 100% profesjonalistą. Miało to na nas pozytywny wpływ, bo my jakoś tak składamy się w 70% z profesjonalizmu, a z 30% z wódki i chaosu. Myślę, że nic z ważniejszych aspektów na tym albumie nie mogło by być zrobione lepiej niż zostało. Jak wiele czasu spędziliście na tworzeniu "The Bloodshed Summoning"? Przybliżcie nam nieco szczegółów z sesji nagraniowej w Polsce. Nagranie i zmiksowanie całego materiału w studio zajęło nam niecałe dwa tygodnie. Pisanie utworów, o ile dobrze pamiętam, to czynność, która sięga rok czy dwa wstecz. Po raz pierwszy zrobiliśmy taki myk, że nagrywaliśmy bębny, gdy grał cały zespół. Dzięki temu Matze (Matthias Straub - przyp. red.) miał nas na żywo na słuchawkach, gdy nagrywał swój ślad. Przynajmniej ten na pre-miks (śmiech). Pozwoliło to osiągnąć takie trochę spontaniczne, żywsze brzmienie. Da się wyczuć ten klimat we wszystkich kawałkach na albumie. Do nagranej perkusji dograliśmy potem ślady gitar rytmicznych, a następnie wokal oraz bas. Pozwoliło to mi na przygotowanie swojego gardła do następnego utworu,

Foto: Cruz Del Sur

28

SACRED STEEL

gdy jeszcze do poprzedniego był nagrywany bas i vice versa. Poza tym mroźna polska zima i spowijająca te ziemie depresyjna, katolicka aura, zostawiły swój ślad w nas i w naszych instrumentach. Jakoś tak wyszło z nas więcej szybkości i agresji. Kto stworzył tę świetną okładkę i czyj był pomysł, by miała taki komiksowy klimat? Péter Sallai jest tym artystą! Patrząc na to, jak właśnie reagują ludzie na jego pracę, widać że to był absolutny strzał w środek tarczy, by powierzyć mu stworzenie okładki. Efekt jego pracy to 110% tego, co sobie wymarzyłem. Sam uwielbiam to co zrobił okładkę, wkładkę, całość jest genialnym arcydziełem. Dzięki Péter!!! Pomysł na koncept okładki był mój, choć na początku chciałem użyć jakiegoś starego obrazka. Później Matze wpadł na pomysł, by to wszystko miało taką komiksową oprawę. Miał rację, jak zwykle. Dlatego to on jest naszym liderem i menadżerem! Co możesz nam powiedzieć o inspiracjach, które was natchnęły, przy tworzeniu "The Bloodshed…"? Co możesz nam opowiedzieć o utworach? Zwłaszcza, co was tknęło, by zrobić utwór o Pierwszej Wojnie Światowej? "Storm of Fire" jest zainspirowana książką o frontowych wspomnieniach z okopów Pierwszej Wojny. Zrobiła na mnie duże wrażenie. Ciekawostką jest, że dowiedziałem się potem, że God Dethroned inspirował się tą pozycją podczas tworzenia ich ostatniego albumu. "No God/No Religion" jest o pewnej rozmowie, którą odbyłem z moim krewnym, który jest zagorzałym, ale takim po maksie, zatwardziałym chrześcijaninem. Ta osoba stwierdziła, że jestem poddanym Lucyfera, bo nie wierzę w Chrystusa. Może z jego punktu widzenia tak rzeczywiście jest. Ja jednak traktuję siebie jako ateistę i nie wyznaję żadnych bóstw. Może z wyjątkiem Kinga Diamonda, Jima Morrisona, Jex Thoth, Bobby'ego Lieblinga czy Scotta Reagersa (śmiech).

A reszta utworów? "When The Siren Calls" jest o bombardowaniu Drezna podczas II Wojny Światowej. Naszło mnie na napisanie tego kawałka po obejrzeniu świetnego filmu dokumentalnego na ten temat. "The Darkness of Angels" i "Black Towers" to takie tam typowo kiczowate demoniczne historie, które idealnie pasują do heavy metalu. "Crypts of the Fallen" oraz "Journey To Purgatory" to utwory, które poruszają tematyki od zawsze obecne w naszej twórczości - potępienie, zagubienie, frustracja, gniew i to, co spotyka dusze w życiu pozagrobowym. "Under The Banner of Blasphemy" jest takim naszym hymnem ateizmu i naszym wyrokiem śmierci dla religii w każdej postaci. "The Night They Came To Kill" jest o jednym z moich najbardziej realistycznych i straszliwych koszmarów jakie miałem. Jaka jest historia stojąca za tytułowym kawałkiem? Taka nazwa na album chodziła za mną już od kilku lat. Chciałem jej użyć chociaż jako tytuł jakiegoś utworu. Potem natrafiłem na szkic obrazka o którym wspomniałem wcześniej, a który według mnie pasował idealnie do takiego tytułu! Nagle to wszystko zaczęło ze sobą współgrać w mojej głowie. Wymyśliłem zwariowaną historię o szalonym kościele, w którym jego członkowie brali wersety z biblii literalnie. Trzymali więc w rękach jadowite węże, by dowieść swojej wiary. Wszyscy naturalnie zostali śmiertelnie przez nie pogryzieni, co w ich mniemaniu dowiodło tego, że ich wiara nie jest jednak silna (śmiech). Dlaczego wybraliście do scoverowania utwór Misfits? Wydaję mi się, że każdy zespół lubi wykonywać covery innych kapel. To świetna zabawa! Możesz zagrać coś, co już jest pewne i wypróbowane i wcale nie musisz myśleć nad nowymi pomysłami (śmiech). To świetna sprawa, grać czyjś utwór na żywo, zwłaszcza gdy publika go doskonale zna i uwielbia, tak samo jak my! Wykonywaliśmy "Dig Up Her Bones" wiele razy i zawsze to była oporowa zabawa i totalny młyn. Nagranie czegoś Misfitsów to była rzecz, którą zawsze chciał zrobić Matze. Był przekonany, że to będzie coś ciekawego, coś co się sprawdzi. Reszta z nas była nastawiona raczej sceptycznie, mimo że lubimy te wszystkie płyty z Michale Gravesem na wokalu. Poszliśmy mu w końcu na rękę. I dobrze się stało, bo sami byliśmy zaskoczeni jak się to dobrze prezentuje w naszym wykonaniu. A jak ma się sprawa z pozostałymi dodatkami na waszym CD? Dlaczego te utwory zostały wybrane jako bonusowe? Inaczej album byłby zwyczajnie za długi. Dołącze-


nie trzech bonusowych utworów do wersji CD sprawia, że całość trwa ponad godzinę. To całkiem sporo. W wersji winylowej oznaczałoby to, że musielibyśmy wydać nasz album na dwóch płytach, a to by zwiększyło jego koszt, w konsekwencji jego cenę. Podjęliśmy decyzję, że nie przekroczymy maksymalnej długości, jaką można włożyć na czarny krążek. Samo wybranie tych utworów, które miały wylecieć z regularnej wersji zajęło nam bardzo dużo czasu. To była trudna decyzja, która zaowocowała burzliwymi i długimi dyskusjami. Bonusowe ścieżki nie są słabszymi utworami, to jest pewne. Po prostu musieliśmy przyciąć liczbę utworów i wybraliśmy te utwory, które nam najmniej pasowały do całokształtu pływu albumu, lub które mogły zostać wyjęte z LP z powodu zbyt podobnego brzmienia do innych, bardziej pasujących utworów. Twój głos na tej płycie jest niższy, bardziej chropowaty i bardziej taki… diaboliczny niż na wcześniejszych płytach. Przypomina mi trochę twój poziom ze świetnego "Iron Blessings". Taki zabieg był zamierzony czy tak wyszło w trakcie nagrywania płyty? Jak już wspomniałem, duży wpływ na nas miała pogoda. Warunki pracy były bardzo wymagające. To wszystko się przekłada na brzmienie mojego głosu. Chciałem włożyć jak najwięcej mocy i pasji w moje zaśpiewy. Zamykałem oczy, by nic mnie nie rozpraszało i skupiałem się na śpiewaniu tak jak to tylko było możliwe. Dodało to utworom bardzo naturalnego feelingu i poprawiło ich jakość. Wiadomo, nie jest to zupełny profesjonalizm i takie tam, jednak jest szczere, z głębi serca. Wczuwałem się w to niczym aktor w rolę. Starałem się także unikać wysokich tonacji, bo na żywo miewam niekiedy problemy, by wszystko brzmiało tak jak na albumach. Kosztuje mnie to za każdym razem wiele wysiłku. No i, cóż, tematyka utworów wymagała trochę bardziej gniewnego i brutalnego stylu - również dla wokali. Korzenie Sacred Steel sięgają do połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jak byś porównał scenę metalową z tamtego okresu z tą dzisiejszą? Czy uważasz, że formą oraz zasięg tradycyjnego, old-schoolowego metalowego grania się poprawiła? Jak tak patrzę na dzisiejszą scenę, to muszę przyznać, że muzyka metalowa jeszcze nigdy nie była tak żywa i zróżnicowana jak teraz. Lata 90te to była jedna wielka kupa. Nic ciekawego, czy nawet słuchalnego się nie pojawiało. Wyjątkami był Slough Feg, Solstice, Bal-Sagoth, Morgana Lefay, Iced Earth oraz niezły black czy death metal. Tradycyjne granie było w gruncie rzeczy martwe. Teraz sprawa wygląda zupełnie inaczej. Mamy genialne inicjatywy w postaci festiwalów pokroju Swordbrothers, Hammer of Doom, Doom Shall Rise, Keep It True, Rock Hard i wielu, wielu innych. Żyjemy w metalowym raju! Każdy odłam, każda odmiana metalu, rozwija się i rodzi tony dobrych zespołów i płyt każdego roku. Metal nigdy nie umrze. To niemożliwe! Nie jesteście zespołem, który gra wiele koncertów. Czyżby powodem był fakt, że wasza codzienna praca zabiera wam sporo czasu? Tak jest w istocie! Robimy wszystko, by utrzymać aktywność zespołu, ale wszyscy mamy także swoje rodziny, życie oraz codzienną pracę… Zespół jest jednak przede wszystkim naszym ulubionym hobby. Staramy się być obecni na festiwalach i dajemy koncerty w weekendy. Naturalnie, tylko wtedy, gdy ma to sens. Mamy już dość płacenia więcej niż dostajemy w zamian za granie. Było tak już przez wystarczająco długi czas. Sacred Steel ma na swoim koncie mniejsze i większe sukcesy oraz osiągnięcie. Z czego jesteś najbardziej dumny? Każde nowe nagranie i każdy dobry koncert jest dla mnie i dla zespołu powodem do dumy! Nie jestem w stanie wymienić jakiegoś specyficznego zdarzenia, które można bezsprzecznie nazwać najważniejszym. Może granie dla Metal Blade było wyróżniającym się momentem dla zespołu. To było niemal surrealistyczne doświadczenie, biorąc pod uwagę jakie zespoły wchodziły w skład tej stajni w latach osiemdziesiątych. To był wielki honor być częścią

ich historii. Co sprawia, że dalej macie motywację do tego, by prowadzić Sacred Steel ciągle do przodu? Jesteśmy paczką przyjaciół, którzy lubią to co robią. Nie staramy się być czymś czym nie jesteśmy. Nie staramy się osiągnąć celów, które są poza naszym zasięgiem, bo jesteśmy w gruncie rzeczy zespołem undergroundowym. Wiemy kim jesteśmy, jakie mamy warunki i jakie brzmienie chcemy osiągnąć. Wiemy jak zagrać fajny koncert, a nawet jak coś nam nie wyjdzie, to i tak czerpiemy z tego przyjemność. Wtedy przynajmniej publiczność dobrze się bawi, gdy widzi, że muzycy na scenie przeżywają miłe chwile. Mimo, że jesteśmy tuż po premierze waszego kopiącego zady najnowszego albumu, chciałbym się dowiedzieć czy są już jakieś plany na następne wydawnictwo? Kiedy zamierzacie zacząć tworzyć kawałki, które znajdą się na następcy "The Bloodshed Summoning"? Wczoraj, gdy wróciliśmy z koncertu w Szwajcarii, gadaliśmy z chłopakami na ten temat. Stwierdziliśmy, że trzeba się za to wkrótce zabrać. Myślę, że zaczniemy już w najbliższych tygodniach. Okres oczekiwania na wydanie "The Bloodshed…" i pierwsze dni po premierze nie są odpowiednim czasem do tworzenia nowych kawałków. Z czasem jednak klimat będzie bardziej sprzyjający, zwłaszcza że dotarł do nas już pierwszy odzew ze strony fanów i prasy po premierze. Załadujemy nowe pociski do dział, nazbieramy nowych inspiracji, pomysłów i usiądziemy, by je dogłębnie przedyskutować. Mieliście może okazję posłuchać ostatniego dzieła Manowar? Jakieś przemyślenia na jego temat? Przesłuchałem go już chyba z dziesięć razy. Po potwornym i gównianym "Xoms of Pfrr" oraz nienajlepszym "Thunder in the Sky" (gdzież indziej miałby być ten piorun?), moje obawy dotyczące nowego albumu były wręcz namacalne. Podoba mi się jednak kilka utworów z nowej płyty. Nawet ta sztampowa balladka "Righteous Glory". Chyba to znak, że się starzeję (śmiech). Gdy się nie spodziewasz niczego dobrego, możesz być tylko pozytywnie zaskoczony, jeżeli produkt nie jedzie tak mocno szaletem jak poprzednie. Manowar nigdy nie wróci już do formy, a nowe nagrania nie będą nawet w połowie się równać temu, co zostało nam zaserwowane do1984 roku. To zresztą jest logiczne, kto by się spodziewał, że będzie na odwrót? Poza tym, serio, lepszy jest ledwo średni album Manowar niż cokolwiek markowane logiem Sabaton, Sonata Arctica, Stratovarius czy jakimkolwiek innym, gównianym zespołem, znajdującym się pod literką "S" w najbliższym sklepie z płytami metalowymi. Cóż, ponieważ niedawno zmienił nam się rocznik - masz może jakieś swoje ulubione płyty z tego roku? Nie zwróciłem uwagi na to, co akurat wyszło w zeszłym roku. Słucham muzyki przez cały czas, jakoś nie rejestruję tego, który album wyszedł w którym roku dokładnie. Są naturalnie nowsze rzeczy, które mi się podobają, nie wiem jednak czy są akurat konkretnie z ubiegłego roku. Na zakończenie mam pytanie, które dotyczy bardziej trybu życia niż muzyki. Jako zespół, preferujecie bardziej pić wódkę czy piwo? A może jakiś inny trunek? Wszyscy kochamy rum!!! Z colą i kruszonym lodem. Wszyscy tak samo lubimy pić wódkę i piwo. Czasem nawet wino, gdy jest do tego odpowiednia okazja. Kiedyś wystarczył nam sam browar, ale teraz, gdy jesteśmy starsi i mądrzejsi, samo piwo nam nie wystarcza. Tego naprawdę trzeba wypić całe morze by się upić! Dlatego raczej robimy tak, że zaczynamy imprezę od piwa, by potem przejść w rewiry wódkowe lub rumowe. Wielkie dzięki za chęć podzielenia się z nami spostrzeżeniami na różne tematy i wielkie dzięki za bardzo dobry album! Ja tobie też bardzo dziękuję. Doceniamy wasze zainteresowanie i wspieranie kapel. To jest ważne dla Sacred Steel i dla całego metalu. Aleksander "Sterviss" Trojanowski

SACRED STEEL

29


HMP: Z godną podziwu regularnością co dwa lata nagrywacie kolejny album. W dodatku każdy z nich jest lepszy od poprzednika - macie jakąś magiczną formułę na ciągły progres? Jason Conde-Houston: To nie formuła, właściwie całkowicie zmieniliśmy nasz sposób pisania utworów w ostatnich latach. Wcześniej napisałbym słowa i melodię wokalną przed tworzeniem riffów. Dlatego większość naszych starych piosenek ma w sobie trochę stylu "kopiuj i wklej". Natomiast teraz najpierw piszemy melodię i aranżacje, a dopiero później teksty i takie tam. Nasz kolejny album powinien również sprawiać podobne wrażenie. Decydujące było być może również to, że w początkach kariery postąpiliście inaczej niż wiele innych młodych zespołów, które spieszą się z nagraniem płyty? Wy najpierw nagrywaliście demówki i EPki, nabieraliście doświadczenia, uczyliście się, a wasz pierwszy album ukazał się w 10 roku istnienia zespołu? Jason Conde-Houston: Zgodziłbym się z tym. Zacząłem pisać teksty na "Elric" w 2000 roku wiedząc, że zajmie nam co najmniej dekadę, aż będziemy wystarczająco dobrzy, żeby stworzyć muzykę, nagrać to i uznać, że jest wystarczająco dobra. "Agents Of Power" to najbardziej dojrzałe dzieło w dyskografii Skelator. Wygląda na to, że pisanie coraz bardziej urozmaiconych, wielowątkowych kompozycji przychodzi wam z coraz większą łatwością? Jason Conde-Houston: Cóż, różnorodność stylistyczna na "Agents Of Power" była zamierzona. Szczególnie dla eposu Elrica. Nie możesz tak po prostu napisać metalowych hymnów jednego po drugim, kiedy starasz się opowiedzieć historię taką jak ta. Powiedziałbym, że nasz kolejny album będzie bardziej podobny do "Death To All Nations": 8 - 10 utworów na kompletnie różne tematy, nie mające zbyt dużo wspólnego z czystym brzmieniem gitar. Da się też zauważyć stopniowe przesuwanie środka ciężkości waszej muzyki z thrash/speed metalu na surowo brzmiący epic power metal - dlaczego te bardziej klasyczne inspiracje wysunęły się na plan pier wszy? Jason Conde-Houston: Klasyka zawsze miała na nas wpływ. Posłuchaj "She - Ra" na "Give Me Metal…", albo "You Traveled Many Miles…" z "Gore Of War" (także na kompilacji "Time Of The Sword Rules"). Kiedy zakładaliśmy zespół mieliśmy zamiar wziąc szybkość i furię Slayera i dodać do niej opowiadanie historii i siłę Iron Maiden. Później uzależniliśmy się od Manowar i w ten sposób napisaliśmy "Death To The False" i "The Wrath Of Odin's Sons" na EP - ce "Swords". Przez lata czerpaliśmy inspirację z zespołów takich jak Domine, Helstar, Saxon, Slough Feg i nie mniej ważny sam Ronnie James Dio. Dodatkowo, im jesteśmy starsi, tym trudniej gra się super thrash metalowe kawałki jak "Circle Of Bloodshed" czy "Heavy Metal Sacrifice". Czyli jak by na to nie patrzeć, lata 80. były najlepszym okresem dla metalu i powstałe wtedy liczne płyty są nie tylko dla was, ale i dla tysięcy innych zespołów niedoścignionym wzorem oraz źródłem inspiracji? Jason Conde-Houston: Masz całkowitą rację. Od "British Steel" z 1980 do "Painkiller" z 1990 znajdziesz większość z moich ulubionych albumów. Nasze największe inspiracje pochodzą z tamtego okresu, szczególnie albumy z 1983: "Show No Mercy",

30

SKELATOR

"Kill'em All", "Into Glory Ride", "Piece Of Mind", "Power And The Glory", "Restless And Wild" i "Melissa". Jest zespół bądź zespoły, które cenicie wszyscy i miały na Skelator największy wpływ? Takie nazwy jak Judas Priest, Iron Maiden, Omen, Attacker, Jag Panzer, Helstar, Grim Reaper, Agent Steel, Manowar czy Cirith Ungol będą pewnie w czołówce? Jason Conde-Houston: Uchwyciłeś większość z nich, brakuje tylko Saxon, Accept, Grave Digger, Baron Rojo, Angels del Infierno, Domine, Rhapsody, Blind Guardian i również trochę Dark Angel. Jednocześnie jednak udało wam się uniknąć pułapki zbyt Foto: Andy and Juan / Inspiration Images niego zapatrzenia w dokonania mistrzów. Płyty Skelator w żadnym wypadku nie są tzw. "odgrzewanymi kotletami", nie robią wrażenia miernej stylizacji - to szczere, bezkompromisowe, przywołujące ducha tamtych czasów, granie. Myślę, że wyszło to w 100 % naturalnie. Jason Conde-Houston: Dziękujemy. Jesteśmy dumni z naszej muzyki. Nie robimy tego, żeby wyglądać cool i zdobywać panienki. Robimy to, żeby tworzyć muzykę, którą lubimy grać i słuchać. Chodzi mi przede wszystkim o opowiadanie historii i rozkręcanie tłumu. Stawiacie na klasykę również pod względem brzmienia, które jest surowe, potężne i dynamiczne. Niektórzy określają taki dźwięk mianem archaicznego, ale pewnie zgodzisz się ze mną, że takie brzmienie pasuje najbardziej do klasycznego heavy metalu. Robbie Houston: Klasyczny heavy metal ma dynamikę. Posłuchaj świetnych produkcji Martina Bircha, "Rainbow Rising", "Heaven and Hell", "The Number of the Beast", "Machine Head". Delikatniejsze partie sprawiają, że te głośniejsze wydają się być jeszcze lepsze. Czasami pewne instrumenty schodzą na dalszy plan, żeby inne mogły zabłysnąć. Perkusja Cozy'ego Powella była w pewnym momencie rewolucyjna, ale nadal jest bagatelizowana, kiedy pieprzony gnojek Ritchie Blackmore rozpoczyna swoją solówkę. Dzisiaj, większość inżynierów zastąpiłaby kopa i ograniczyłoby jego głębię. Głupie to. Przy okazji możecie dać radę innym grupom: nie warto szukać producenta, jeśli ma się w zespole kogoś, kto zna się na realizacji dźwięku i wie, jak powinien on zabrzmieć, tak jak u was czynisz to właśnie ty? Robbie Houston: Czasami to duża korzyść móc zajmować się produkcją i inżynierią własnego zespołu, ponieważ możemy komunikować się ze sobą znacznie lepiej w kwestiach związanych z kierunkiem i pomysłami niż z kimś, kto nie podziela naszej wizji. Ale czasami bywa gorzej. Pomimo tego, że kochamy nasze wcześniejsze wydawnictwa, nie brzmią one tak jak chcieliśmy. Nie wiedzieliśmy co robimy i popełniliśmy wiele błędów. Musieliśmy je zrobić, żeby nauczyć się jak tworzyć albumy. Jesteśmy bardzo dumni z "Agents of Power" bo brzmi świetnie, ale to nadal nie jest to, o co nam chodziło. Jeżeli chcesz zajmować się produkcją swojego zespołu bądź przygotowany na wiele błędów. Wiedzieć jak chcesz, żeby wszystko brzmiało i doprowadzenie do tego, żeby dokładnie tak to brzmialo na albumie to dwie kompletnie różne rzeczy. "Agents Of Power" jest koncept albumem, ale nie do końca. Dlaczego nie zdecydowaliście się umieścić na płycie tylko jednej opowieści? Jason Conde-Houston: Pomyślałem, że skupienie się tylko na Elricu sprawi, że album będzie zbyt epicki i


Naprawdę źli faceci Ubiegłorocznym albumem "Agents Of Power" Skelator wszedł na kolejny, jeszcze wyższy pułap, zarówno wykonawczy jak i popularności. Jak tak dalej pójdzie to już niedługo będziemy mieli do czynienia z metalową sensacją, jako żywo nawiązującą do czasów, kiedy amerykańskie zespoły nie ustępowały w niczym brytyjskim gigantom gatunku. Wokalista Jason Conde-Houston i gitarzysta Robbie Houston nie sprawiają wrażenia gości z manią wielkości i woda sodowa nie uderzyła im jeszcze do głów, ale z potencjału swej najnowszej płyty zdają sobie sprawę doskonale: ostatecznie trochę nudny. Wolę różnorodność niż tylko epicki heavy metal, tak więc mamy piosenki jak "Rhythm of the Chain" czy "Stand Up For Rock and Roll". Dlatego album rozpoczynają cztery świetne, klasy cznie metalowe numery, z dynamicznym openerem "Agents Of Power" i zróżnicowanym, trwającym ponad 6 minut, "Dream Dictator" na czele. To celowe, powiedzmy nieco lżejsze, wprowadzenie do opowieści o Elricu? Jason Conde-Houston: Dokładnie tak. To jakby teaser tego co możemy zaoferować przed wyruszeniem w epicką podróż w czasie i przestrzeni z Elricem. Druga część płyty to składająca się z 12 utworów "Elric: The Dragon Prince (A Tale Of Tragic Destiny In 12 Parts)". Jesteście fanami twórczości Michaela Moorcock'a? Jason Conde-Houston: Wielkimi fanami! Naszą pierwszą Moorcockową piosenką była "The Coming Of Chaos", bazującym na innym wcieleniu Elrica, Corum. Mamy w planach stworzyć więcej utworów w oparciu o Eternal Champions, Hawkwind, Erokse, Corum i może też Elricu. Ale jest jeszcze wiele historii do opowiedzenia i wiele książek do przeczytania, więc zobaczymy co przyniesie przyszłość.

Jasona Conde - Hudsona? Robbie Houston: Partie wokalne są najważniejszą częścią heavy metalu. Posłuchaj Judas Priest albu Manowar. Dodatkowo, głos Jasona jest bardzo unikalny i wyrazisty, jak to już powiedziałeś. Tak długo jak tylko nie jest zbyt cichy, jest pierwszą rzeczą jaką zauważysz. Był pewnie porównywany do wielu wokalistów. Mnie nasunęło się przynajmniej kilkanaście nazwisk w czasie słuchania "Agents Of Power": od tak oczy wistych jak Rob Halford czy Tim Baker do Geoffa Tate, Johna Cyriisa i Jamesa Rivery. A wy z jakim najbardziej zaskakującym porównaniem mieliście dotąd okazję się zetknąć? Jason Conde-Houston: Porównanie do Goeffa Tate'a wydaje mi się nie mieć sensu. Uwielbiam ich pierwszą EP - kę, ale nie czerpię z niego żadnej inspiracji. Ale

Praca Maichola Quinto kojarzy mi się z debiutem Cirith Ungol, ale jest to pewnie związane z tym, że zdobiące okładkę "Frost And Fire" dzieło Michaela Whelana to po prostu ilustracja do jednej z książek Moorcock'a. Jason Conde-Houston: Tak, tylko jeszcze bardziej diabelskie, co bardzo mi się podoba. Tak jak kocham sztukę fantasy, tak chcę, żeby okładki naszych albumów wyglądały tak obłąkanie jakby narysował je sam pan Chaosu. W Skelator nie chodzi o tych dobrych, ale naprawdę złych facetów. Planujecie kontynuację tej opowieści na kolejnych płytach czy też był to jednorazowy eksperyment? Jason Conde-Houston: To był projekt, który trwał 10 lat i jestem szczęśliwy, że go dokończyliśmy. Jak już powiedziałem, zrobimy więcej utworów inspirowanych opowiadaniami Moorcocka, ale jak na razie przyszedł czas na skierowanie się w innym kierunku, na przykład Street Fighter (śmiech). Teraz, póki co, koncentrujecie się pewnie bardziej na promocji "Agents Of Power"? Jason Conde-Houston: Tak, to nasz najnowszy album i sprzedaje się całkiem dobrze. Ale nadal mamy kopie innych naszych albumów i nadal gramy nasze ulubione Skelatorowe "oldies". Niedawno wydaliście nawet koncertowy album "Live Chaos", ale zawiera on utwory nagrane w latach 2005 - 2010. Powiedz na koniec naszej rozmowy, dlaczego zdecydowaliście się wydać ten materiał tylko na kasecie i w tak limitowanym, niewielkim nakładzie? Jason Conde-Houston: Ten pomysł wymyślili w Metal on Metal. Zdali sobie sprawę, że mamy parę całkiem dobrych bootlegów i to byłaby miła mała po-

To było chyba trudne zadanie zawrzeć historię Elrica w kilkunastu utworach, zważywszy, że saga o nim obejmuje kilkanaście książek. Widzę, że do niek tórych z nich, jak "Elryk z Melnibone" czy "Kronika Czarnego Miecza", sięgnęliście na pewno? Jason Conde-Houston: Właśnie dlatego skupiliśmy się tylko na trzech pierwszych książkach. Wiele innych zespołów wykorzystało ostatnią część, np. Hawkwind, Cirith Ungol, Blind Guardian, Apollo Ra i Domine. Pomyślałem, że moglibyśmy skoncentrować się na najtragiczniejszej opowieści, mówiącej o śmierci jego ludzi, utracie miłości i jego zdrady wobec wszystkich, którzy mu pomagali. Zaryzykowałbym nawet tezę, że w drugiej części płyty podeszliście dość eksperymentatorsko do warstwy muzycznej, która nie wysuwa się na plan pier wszy, ale dopełnia całą opowieść. Stąd "Overture", klimatyczne "Outro", akustyczna gitara i balladowy klimat "Cymoril" czy nastrojowe "fate, The Dreadful Curse"? Jason Conde-Houston: Tak, to było bardzo sprytne. Nikt z nas nie przywykł do takiego sposobu grania. Musiałem ponownie nagrywać wokal do "Cymoril" co najmniej cztery razy, żeby uzyskać odpowiedni nastrój i bogactwo brzmienia. Ale myślę, że wyszło nam świetnie z dobrze zgranym wokalem. Jednak koncept konceptem, ale moc jest z wami, szczególnie w "The Dark Tower" albo "Stormbringer And Mournblade" - słuchacz nie miał prawa zapom nieć o tym, że to album Skelator? Jason Conde-Houston: Nie zapominaj o "Rubble and Ash", najszybszym utworze na albumie. Jeśli chodzi o "The Dark Tower", to nagraliśmy ją pierwotnie w 2006 roku na "Gore of War", a "Stormbringer" na kolejną kompilację "Metal and Metal" w 2009 roku. Oba utwory graliśmy setki razy przed nagraniem ich, tak więc wyszły bardzo mocne. Zresztą i tak nie byłoby na to szans, skoro macie tak charakterystycznego, obdarzonego charakterysty cznym głosem wokalistę. Wydaje mi się czy też celowo wysunęliście w miksie na plan pierwszy partie

Foto: Andy and Juan / Inspiration Images

wydaje mi się, że większość z moich ulubionych powermetalowych wokalistów inspirowało się Goeffem, więc może to jest przyczyną. Największy wpływ mieli na mnie Dio, Rob Halford, Eric Adams, Morby, Ralph Scheepers, Chris Boltendahl, Fabio Leone i oczywiście Bruce Dickinson. Skoro mówimy o zaskoczeniach, okładka jest bardzo udana, ale zastanawiam się, czemu nie skorzystaliś cie dotąd z talentu Jowity, skoro jest to już czwarta płyta, wydana w Metal On Metal Records? Jason Conde-Houston: Jest wspaniałą artystką, ale jej styl nie jest zbyt "Skelatoriański". Zadała mi takie samo pytanie już kilka razy w ciągu tych lat i odpowiedziałem jej za każdym razem w taki sam sposób. Ale to właśnie ona znalazła tę okładkę kiedy przeglądała DeviantArt. Widziałem oryginał, więc skontaktowałem się z dwojgiem artystów. Oboje podjęli wyzwanie, ale żadne z nich nie zrobiło nawet szkiców, żeby mi je pokazać. Więc chwilę przed terminem ostatecznym Jowita zdobyła prawa do grafiki i byliśmy gotowi. Po raz kolejny Jowita uratowała sytuację.

zycja do kupienia przez najprawdziwszych fanów. Jakość nagrania nie jest wystarczająco dobra na prawdziwy album live. Czyli jest to archiwalne wydawnictwo dla waszych najbardziej zagorzałych fanów, a album koncertowy z prawdziwego zdarzenia wydacie na CD i LP? Jason Conde-Houston: Pewnego dnia wydamy prawdziwy album live. Z naszym najnowszym składem będzie doskonały, szczególnie z Rahem Davisem, który wrócił jako Bass of Tyranny. Przyszłość może być dla nas tylko lepsza. Mamy nadzieję, że będziemy mogli zagrać dla wszystkich naszych fanów w Polsce! Wojciech Chamryk Anna Kozłowska

SKELATOR

31


Myślę, że ta nazwa mówi sama za siebie. Gdyby ktoś był zainteresowany tym, co tam robimy, gorąco zapraszam do odwiedzenia naszej strony www.metal-studio.de.

Tylko jedno życie na marzenia Opiewanie naoliwionych mięśni, wznoszenie kielichów z pitnym miodem razem z braćmi w metalu (czy coś w ten deseń) oraz kult miecza i oręża to nie tylko domena samozwańczych Królów Metalu zza Oceanu. Naturalnie można uznać taką tematykę za prześmiewczą i kiczowatą, jednak trzeba Tarkowi Maghary'emu oddać szacunek za wiele wysiłku jaki włożył w promowaniu prawdziwego metalu. W końcu jest jednym z organizatorów kultowego już festiwalu Keep It True, na którym można zobaczyć i porozmawiać z muzykami legendarnych i rzadko koncertujących kapel. Kapryśny lider Majesty nie był zbyt wylewny w swoich wypowiedziach. Pominął też kilka bardziej dogłębnych pytań. Poniżej można przeczytać to, na co "Metalowy Syn" jaśnie zgodził się odpowiedzieć. HMP: W 2008 roku Majesty przestało istnieć, a z jego truchła wyłoniło się Metalforce, którego skłąd był pierwotnie identyczny do tego z Majesty, jednak pod sztandarem zupełnie innej wytwórni. Rozumiem, że to nie była po prostu zwyczajna zmiana nazwy twojego zespołu? Tarek "Metal Son" Maghary: Prawdę powiedziawszy, to była bardzo emocjonalna decyzja ponieważ wszyscy mieliśmy przeświadczenie, że potrzebny jest pewien powiew świeżości. Postanowliśmy zatrzymać się jako Majesty i zapoczątkować zupełnie nowy zespół. Teraz trudno jest dostrzec w tym kroku jasną logikę i sens. Nawet ja, patrząc wstecz, już tego sam do końca nie rozumiem. W 2011 roku Metalforce na nowo przekształciło się z powrotem w Majesty. Dlaczego? Wkrótce zdaliśmy sobie sprawę, że Metalforce nie osiągnie nigdy magii znanej z Majesty. Mieliśmy masę dobrej zabawy, jednak czegoś brakowało. To nie było to samo, co w Majesty. Dostawaliśmy masę maili i listów od fanów, którzy skarżyli się na naszą decyzję, która zabrała coś bardzo istotnego z ich życia. To wszystko doprowadziło do momentu, gdzie doszliśmy do wniosku, że Majesty musi wrócić. To było dobre posunięcie, i pod względem emocjonalnym, jak i logicznym.

32

Mam kilka pytań odnośnie waszego najnowszego dzieła. Po pierwsze - jak długo wam zajęło tworzenie utworów na tę płytę. Jestem ciekaw czy niektóre z tych numerów były w zamyśle przeznaczone jeszcze dla Metalforce. Nie, wszystkie utwory zostały napisane po tym jak już wróciliśmy do Majesty, w 2011 i w 2012 roku. Naprawdę wydaję mi się, że dosłuchacie się bardzo pozytywnej energii na wszystkich utworach składających się na "Thunder Rider". Odzwierciedla to naszą dumę jaką odczuwamy z naszego Majesty oraz z naszego przywiązania do fanów i vice versa. Gdzie nagrywaliście "Thunder Rider"? Kto czuwał nad jego produkcją? Wszystkie utwory zostały wyprodukowane przez nas. Zawsze chcieliśmy osiągnąć perfekcyjne brzmienie i myślę, że "Thunder Rider" jest przesycony dźwiękami, które trzęsą posadami ziemii za każdym razem, gdy odtwarzasz ten album. Jan (Raddatz, perkusista - przyp. red.) razem ze mną jest właścicielem studio nagrań MetalStudio.

Czy mógłbyś nam opowiedzieć o utworze zamykającym "Thunder Rider"? "Metal Union" jest bardzo ciekawym smaczkiem, wystąpiła w nim plejada znakomitych wokalistów. "Metal Union" jest czymś więcej niż tylko utworem. Podróżowaliśmy po Niemczech i innych krajach, odwiedzając naszych znajomych, głównie muzyków i dziennikarzy, rozmawiając z nimi o tym, czym tak naprawdę jest heavy metal. Te wywiady zostały sfilmowane i wrzucone na bonusowy krążek DVD dołączony do specjalnego wydawnictwa "Thunder Rider". Nazwaliśmy ten dokument "Metal Union - The Rockumentary". Podczas tego wypadu nagraliśmy też większość wokali do utworu "Metal Union", gdy odwiedzialiśmy wokalistów. Każda ze śpiewających tam osób ma wybitny głos. Razem jednak brzmią wyjątkowo, fantastycznie pokazując braterstwo sceny metalowej. "Metal Union" jest jednak jeszcze czymś więcej. W zeszłym roku zrobiliśmy pierwszą edycję festiwalu Metal Union i chcemy by duch metalowego braterstwa był rozszerzany jak najdalej! Jest jeszcze jakiś konkretny muzyk lub wokalista, którego chciałbyś gościć obok siebie na płycie lub na scenie? Prawdę powiedziawszy nie zastanawiałem się nad tym. Jestem naturalnie

Foto: NoiseArt

Czy powinniśmy traktować Metalforce i Majesty jako jeden zespół w dwóch różnych odsłonach czy też jako dwie oddzielne jednostki? Czy będziecie jeszcze wykonywali numery Metalforce na żywo? Myślę, że Metalforce jest częścią naszej historii. Dlatego

będziemy grać od czasu do czasu niektóre numery z tego okresu na żywo. Nagraliśmy także niektóre utwory Metalforce na składance Majesty "Own The Crown".

Które utwory z tego albumu zamierzacie grać na żywo? Dobre pytanie. Naturalnie zawsze staramy się zagrać jak najwięcej utworów i zmieniać nasze setlisty dosyć często. Na ostatniej trasie mieliśmy 40 minut czasu scenicznego i wykonywaliśmy "Thunder Rider", "Make Some Noise" oraz "Metal Union". Muszę ci jednak powiedzieć, że to się staję coraz trudniejszą sprawą z każdym kolejnym albumem. Zawsze staramy się znaleźć odpowiednią równowagę między nowym i starym materiałem. Czasem po koncercie fani do nas podchodzą i dzielą się z nami swoimi opiniami dotyczącymi setlisty. Bardzo dużo różnych fanów ma bardzo szerokie spektrum swoich ulubionych kawałków. To dobra rzecz. Na pewno nigdy Majesty nie będzie utożsamiana tylko i wyłącznie z jednym, hitowym numerem.

MAJESTY


otwarty na propozycje. Podczas ostatniej trasy Buschi z Paragonu, Sven z Wizard oraz Patrick z Gun Barrel dołączyli do nas na scenie, gdy wykonywaliśmy "Metal Union". To było coś wspaniałego! Alex Palma oraz Bjorn nie grali z wami na trasie promującej "Thunder Rider". Co się stało? Bjorn wspomógł nas podczas kilku występów, gdy powróciliśmy na scenę, jednak było wiadomo, że nie jest to permanentny stan rzeczy. Ma swoje projekty muzyczne w które pakuje masę energii i czasu. Znaleźliśmy więc innego genialnego gitarzystę rytmicznego dla Majesty. Nazywa się Robin Hadamovsky. Alex ma pewne problemy w życiu rodzinnym i nie mógł do nas dołączyć na trasie. Zastąpił go również genialny Carsten Kettering. Kolejne edycje festiwalu Keep It True cieszą się wielką renomą i szacunkiem metalowej sceny. Jak skomentujesz swoje odczucia z tym związane po dziesięciu latach od pierwszej edycji? Myślę, że na spółkę z Oliverem Weinsheimerem stworzyliśmy coś niezwykłego. Jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi. Wydaję mi się, że jest to festiwal który jest ucieleśnieniem istoty heavy metalu i jest świeżą odskocznią od mainstreamowych spędów muzycznych. Dalej bierzesz udział w organizowaniu festiwalu? Zastanawiam się komu mam podziękować za sprowadzenie Medieval Steel do Europy. Tak, festiwal jest organizowany przez moją firmę Metal Entertainment. Twoim człowiekiem jednak w tym przypadku będzie Oliver, gdyż to on jest odpowiedzialny za zabookowanie fantastycznego Medieval Steel. Czy mamy się spodziewać kontynuacji projektu Dawnrider? Na pewno będzie drugi rozdział Dawnridera, jednak w tym momencie trudno mi jest powiedzieć konkretnie kiedy. Zorganizowanie takiego przedsięwzięcia pożera masę czasu. Musisz zorganizować i ogarnąć tak wielu różnych artystów. To wymaga perfekcyjnego grafiku nagrań. Słuchając waszej twórczości niekiedy same się narzucają skojarzenia z muzyką Manowar. Czyżby DeMaio i spółka byli dla was silną inspiracją muzyczną i tekstową? Cóż, Majesty jest inspirowane wieloma zespołami. Najważniejsze jest jednak wykreowanie własnego wyjątkowego stylu. Gdy słuchasz utworów Majesty, niemal od razu wiesz jaki to zespół wylądował w odtwarzaczu. Jest to bardzo rzadko spotykana sprawa w przemyśle muzycznym.

Wygląda na to że w ojczyźnie NWOBHM młode zespoły wciąż kultywują z powodzeniem tradycje tego nurtu. Jednym z nich jest Arkham Witch, który swą drugą płytą "Legions Of The Deep" bez kompleksów zgłasza akces do grona najlepszych. Młodzi Brytyjczycy bez kompleksów łączą klasyczny heavy z doom metalem, czego efektem jest bardzo udana, porywająca świeżością płyta. A według zapowiedzi wokalisty grupy, Simona Iffa?, nie powiedziała ona jeszcze ostatniego słowa:

Chcielibyśmy pokazać co naprawdę potrafimy! HMP: Co sprawiło, że założyliście kolejny zespół Arkham Witch? The Lamp Of Thoth przestał wam wystarczać? Simon Iff?: Spowodowała to po prostu nadwyżka piosenek - więc pewnie, można mówić, że The Lamp Of Thoth przestało nam wystarczać. Stworzyliśmy Arkham Witch jako sposób na nagranie utworów, które nie wychodziły z The Lamp Of Thoth. Próbowaliśmy kiedyś z tym zespołem grać "Legions…", ale z pewnych przyczyn po prostu nie wychodziło, może dlatego, że The Lamp Of Thoth był zespołem bardziej doomowym! Postanowiliście więc, że zamiast zmieniać muzykę już nierozerwalnie kojarzonego z doom metalem The Lamp Of Thoth lepiej realizować inne pomysły w kolejnym zespole? Nie, to nie była decyzja, po prostu tak jakoś wyszło. Arkham Witch miało być właściwie tylko jednorazowym projektem na nagranie, ale kiedy okazało się, że ludzie dobrze się w tym odnaleźli i zaczęli się interesować pomyśleliśmy, że moglibyśmy spróbować zrobić z tego prawdziwy zespół. Arkham Witch staje się coraz bardziej znany, pochłania więc pewnie coraz więcej czasu i pracy. Jaki w związku z tym jest status The Lamp Of Thoth? Wciąż istnieje czy jego działalność została zawieszona? Na chwilę obecną, ze względu na czas i pieniądze, The Lamp Of Thoth jest "Dead but Dreaming"!!! Skąd pomysł na fuzję inspirowanego klasycznym hard rockiem doom metalu i heavy spod znaku NW OBHM? Postanowiliście połączyć w Arkham Witch swoje muzyczne fascynacje, a styl grupy jest ich wypadkową? To wynik naszych inspiracji - chcieliśmy grać utwory w takim stylu jaki lubimy. Zsyntetyzować to i sprawić żeby brzmiało jak Arkham Witch bez przymusu i zbędnego wymyślania co jest trudne, ale mówiąc szczerze, nigdy o tym nie myślimy, po prostu gramy to co w danej chwili czujemy! Zespoły NWOBHM w pierwszej kolejności łączą te wszystkie rzeczy, więc z miłością do tego w naszych sercach, tak samo jak z pochłaniającym zainteresowaniem wszystkimi wielkimi współczesnymi zespołami różnych gatunków myślę, że to naturalna kolej rzeczy. Myślę też, że kiedy zespół siada i mówi: "Dobra, będziemy brzmieć jak to. Będziemy robić to, a nie tamto" może być czasami nieco fałszywe, ale kiedy

robi się to dobrze i z przekonaniem może być uporczywie niesamowite (mówię o zespołach takich jak Reverend Bizarre). Nie wydaje mi się jednak, że jesteśmy tego typu grupą - nie przejmujemy się za bardzo tym co robimy tak długo jak tylko czerpiemy z tego przyjemność! Wygląda na to, że w waszych płytotekach albumy Angel Witch, Cloven Hoof, Demon, Hell, Pagan Altar czy Witchfinder General zajmują honorowe miejsca? Pagan Altar, zdecydowanie Witchfinder General i zespoły, które wymieniłeś, ale również grupy takie jak Overkill, ZZ Top, Black Sabbath, Blue Oyster Cult i Lawnmower Deth! Czyli podobne fascynacje muzyczne są kluczowe? Tak właśnie myślę! Kiedy byłem młodszy jeżeli lubiłem jakąś piosenkę dostawałem na jej punkcie obsesji i próbowałem ją zrozumieć, zobaczyć jak została stworzona przez rozłożenie jej i zbadanie każdego elementu. Ostatnim takim utworem była wyżej wymieniona Reverend Bizarre "The Devil Rides Out" i Cromwell! W ciągu roku wydaliście dwa albumy zawierające pokaźną porcję ciekawej, urozmaiconej muzyki. Część z tych utworów powstała pewnie wcześniej, zanim jeszcze podpisaliście kontrakty - na wydanie debiutu z Barbarian Wrath Records oraz z Metal On Metal Records? Dzięki! Tak, niektóre z tych piosenek to złote starocie! Na przykład "Gods of Storm and Thunder" była utworem, który razem z Dodo graliśmy w innej starej kapeli Keighley ponad 10 lat temu, ale tym razem to ja grałem na basie a Dodo na bębnach! Jest też gdzieś na Youtubie wideo naszego innego starego zespołu, krótko istniejącego Kettlewitch, grającego The Lamp Of Thoth'owe "Sing as You Stay". Ponadto, jeden z naszych poprzednich zespołów, Diavolo, wykonywał kiedyś "Infernal Machine"! Jak wygląda obecnie sprawa dostępności debiutanckiej "On Crom's Mountain", skoro Barbarian Wrath Records zakończyła działalność w 2011 roku? Co prawda ukazało się jej wznowienie wydane przez Metal On Metal Records, ale tylko na kasecie i w bardzo niskim, limitowanym nakładzie - to wersja dla old schoolowych kolekcjonerów? Myślę, że Barbarian Wrath nadal ma kilka kopii, więc

Na zakończenie powiedz nam, co byś wyróżnił jako najbardziej wzniosły moment w twojej karierze muzycznej? Nie powiem, jest w czym wybierać. Dobre pytanie. Myślę, że najważniejszą rzeczą w życiu każdego człowieka jest zadowolenie z tego, co robi. Ja jestem. Mogę robić to co kocham, czyli grać heavy metal w bardzo wielu miejscach na świecie. Od zawsze to było moim marzeniem. Mam wrażenie, że generalnie jest to o wiele bardziej ważniejsze od każdego pojedynczego osiągnięcia. Jest to także jedyna rada jaką mogę dać dowolnemu człowiekowi na świecie: żyj swymi marzeniami - masz tylko jedno życie! Wielkie dzięki za wywiad! Bywaj, bracie! Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Foto: Metal On Metal

ARKHAM WITCH

33


Foto: Metal On Metal

HMP: Pierwsze co się rzuca w oczy to nowe okładki. Z jakich powodów zarzuciliście starą grafikę? Marshall Davis: W zasadzie nie było wyboru. Mieliśmy jedynie dostęp do amerykańskiej wersji okładki albumu "Prisoners", z czego skorzystaliśmy. Poza tym, gdybyśmy mieli możliwość skorzystania z awersów wydanych przez Black Dragon, prawdopodobnie nie zrobilibyśmy tego. Nigdy nie byliśmy z nich zadowoleni. Czy śmierć Eric'a Larnoy'a była powodem braku możliwości uzyskania zgody na ponowne wykorzystanie jego prac? Przyczyna leży nie tylko w skutkach prawnych śmierci Eric'a, ale także tego, że szefostwo Black Dragon nie chciała nam udostępnić materiałów ilustracyjnych, które posiada w swoim archiwum. Po prostu zostaliśmy zmuszeni do zrobienia czegoś nowego.

chciałbym się z nimi skontakotować! Tylko ja mam swoją własną kopię i mam nadzieję, że kiedyś uda nam się wydać ją w formie CD z nową okładką! Dla tych, którzy lubią ściągać z Internetu dostępna jest również na Bandcamp. Kaseta była limitowaną edycją, ale bardzo fajną - pochodzę z generacji kasetowej więc wstrząsające było zobaczyć naszą muzyke na taśmie magnetofonowej! "Legions Of The Deep" brzmi świeżo biorąc pod uwagę to, że jest mocno zakorzeniona w muzyce lat '80. a nawet '70. Wygląda na to, że słuchacze i media zaakceptowali obrany przez was kierunek, bo płyta zbiera świetne recenzje? Znowu dziękuję! Recenzje sa wspaniałe i cieszymy się z tego, że ludziom podoba się nasz album. Celowo umieściliście na początku dwie najdłuższe na płycie, najbardziej rozbudowane kompozycje? Miała to być deklaracja artystyczna i zarazem zaprezentowanie na otwarcie tego, w czym zespół odnaj duje się najlepiej? Po prostu dobrze razem brzmiały - próbujemy aranżować piosenki w taki sposób, żeby razem "płynęły". Nawet na CD układamy je jako "strony". Można więc powiedzieć, ża koniec strony A jest po "Infernal Machine"! Black Sabbath, słyszalny, m.in. w "Iron Shadows Of The Moon" to chyba główne źródło waszych inspiracji. Ale sięgacie też chętnie do patentów z metalu epickiego ("David Lund"), stoner/doom metalu ("Infernal Machine") czy nawet speed metalu ("On A Horse Called Vengeance"). Takie było założenie, że warstwa muzyczna ma być jak najbardziej urozmaicona? Niektórzy myślą, że zerżnęlismy "Iron Shadows" z Black Sabbath, inni twierdzą, że brzmi jak "Wrathchild" Iron Maiden, ale mówiąc szczerze, kiedy ją pisałem miałem chyba w głowie "Lightning Strikes" Thora! Celem nie była różnorodność, ale po prostu dobre kompozycje i w tamtym momencie właśnie te wydawały się najlepszymi, jakie mieliśmy! Inspirowany NWOBHM, dynamiczny "Gods Of Storm And Thunder" jest dość przebojowy. Cheers! Chcielibyśmy zrobić do niego klip dla MTV! Byłby wesoły, ale krwawy! Chwytliwości nie brakuje również "The Cloven Sea". Zastanawiam się, słuchając tego utworu czy inspirowaliście się tu Running Wild, lub też, co bardziej prawdopodobne, sięgnęliście do tych samych źródeł co niemiecki zespół? Myślałem o Running Wild, kiedy tworzyłem ten utwór. W jednej z recenzji wskazano, że riff brzmi podobnie do ich "Battle Of Waterloo", ale prawdę mówiąc, napisałem ją po usłyszeniu "Under Jolly Roger" i bazowałem na tych samych dźwiękach! Najlepiej czujecie się jednak w stylowym heavy/ doom metalu. Dlatego zaprosiliście Leo Stivalę z Forsaken do gościnnego nagrania chórków do utworu tytułowego? To była po prostu świetna okazja, żeby zaprosić Leo do

34

ARKHAM WITCH

zaśpiewania na naszym albumie! Wszyscy jesteśmy pod jego wrażeniem jako wokalisty. Nasza pasja wypada blado w porównaniu do jego miłości do metalu i niepohamowanego entuzjazmu wobec doomu. Chcieliśmy trochę tego sosu również na naszym dziele i dostarczył go pod dostatkiem! Zauważyłem kilka tekstów na nowym albumie inspirowanych H.P. Lovecraftem. "Legions Of The Deep", "At The Mountains Of Madness", "Kult Of Kutulu"... Myślę, że jego twórczość pasuje idealnie do waszej muzyki. Też tak myślimy! H.P. Lovercraft, podczas pisania niektórych klasycznych i napawających grozą inspirujących dziwnych opowieści miał też skłonności do fantazjowania. Zdecydowanie ujęliśmy to w naszej muzyce! Momentami daje chyba jednak znać o sobie słynne angielskie poczucie humoru, słyszalne zwłaszcza w "We're From Keighley"? To przecież jedyny poważny utwór na albumie!!! Widocznie inaczej go odebrałem… Płytę kończy akustyczna ballada, nie uwzględniona w opisie. To taki żart, w jakim celowały niegdyś brytyjskie zespoły, prześcigające się w tego typu pomysłach? To była taka odrobina zabawy dla nas i ukryty ukłon w stronę fanów The Lamp Of Thoth! Podejrzewam, że w tym co robimy jest element zabawy, ale wynika on z radości z tego co robimy. Wszyscy jesteśmy z Yorkshire i trudno jest traktować cokolwiek poważnie!!! Jednak mianem żartu na pewno nie można określić tego, co dzieje się obecnie z Arkham Witch. Czasy takiej popularności metalu jak w latach 80. na pewno już nie wrócą, bo zmieniło się zbyt wiele. Liczycie jed nak na to, że uda się wam zaistnieć w szerszym kontekście, niż tylko stosunkowo nieliczne grono fanów takiego grania? Taką mam nadzieję! Chcielibyśmy pokazać ludziom co naprawdę potrafimy! Gdybyśmy mieli większe fundusze na nagrania i więcej czasu w studio, i nie musielibyśmy się martwić o pieniądze, pracę i całe to gówno, myślę, że moglibyśmy wydać klasyczny album i chyba taki mamy cel. Chcemy stworzyć album, który zniesie próbę czasu i będzie pamiętany kiedy my będziemy się już ślinić do naszej herbaty w jakimś domu spokojnej starości. Może kiedyś nam się to uda - czas pokaże! Na pewno pomogą wam w tym koncerty - czy poza nimi zamierzacie wesprzeć promocję "Legions Of The Deep" w jakiś inny sposób? Mamy zaplanowanych na ten rok całkiem sporo koncertów - szczegóły zostaną dopiero ogłoszone! Październik to teraz dla nas Rocktober - mamy dużo występów w tym miesiącu! Mamy też nadzieję nakręcić klip do jednego z utworów z naszej nowej EP'ki, "Hammerstorm", która niebawem się ukaże! Dziękujemy za wasze wsparcie Wojciech Chamryk Tłumaczenie: Anna Kozłowska

Nie jestem zachwycony ostatecznym rezultatem nowych okładek. Nie mogliście skorzystać z pomocy zawodowców np. Eda Repki czy Jowity Kamińskiej? Nowe okładki to nie mój pomysł, to sprawa Mike'a (Michael Wickstrom, gitarzysta i leader zespołu przyp. red). Ja byłem za tym aby nowymi projektami zajął się plastyk, który pracował dla MetalMind. Mike i Brian Harris - nasz nowy wokalista - mieli swoje pomysły, które przeforsowali. Przyświecała im idea aby ilustracje nie miały niczego wspólnego ze złem czy też demonicznością. Ja natomiast byłem za tym aby wykorzystać projekt amerykańskiego wydawnictwa naszej płyty "Prisoners". Ilustracja ta została poddana lekkiemu retuszowi. Nie było problemów z prawami do tych albumów? Wiecie co myślą w Black Dragon na temat wznowień waszych płyt? W ogóle nie było kwestii praw do albumów "Call Off The Dogs", "Second Offence" i "Prisoners", bo my jesteśmy właścicielami wszystkich praw do muzyki i do taśm "matek". Nie wiem co masz na myśli, ale cokolwiek Black Dragon nie wykombinuje, my będziemy pierwszymi, którzy się o tym dowiedzą... Każda z płyt ma napis - The Remasters - gdzie pracowaliście nad poprawkami i co poprawiliście? Jak zauważyłeś, to co pierwsze rzuca się w oczy, to napis "The Remasteres"... Obok zmian na awersach okładek, w środku znajdziecie archiwalne zdjęcia z wczesnej kariery Steel Vengeance. Na przykład na "Prisoners", odnajdziecie wycinki z prasy, która wtedy pisała o zespole, "playlisty" audycji radiowych, gdzie puszczano muzykę z naszych płyt. Gościliśmy wtedy obok takich zespołów jak: Ratt, Motley Crue, Dokken czy Pantera... Wracając do sedna, Mike zdecydował się wyeksponować napis "The Remasteres" nie tylko, ze względu, że płyty otrzymały nową szatę graficzną, ale przede wszystkim, dlatego że dźwięk na tych płytach został dopieszczony i poprawiony w stosunku do pierwotnych nagrań. A dokonano tego w studiach Heaven And Hell, gdzie nagrywali i remasterowali swoje nagrania m.in. Ratt i Poison. Do każdej z płyt dołożono bonusy. W jaki sposób dokonaliście wyboru tych dodatkowych nagrań? Dodatkowe nagrania oraz fragmenty video to mój pomysł. MetalMind chciało dostać tylko materiał z albumów, a ja pomyślałem: "powinniśmy dać fanom coś jeszcze...". Powiedziałem o tym Mike'owi, który podchwycił mój pomysł, stwierdzając, że jest znakomity. Wtedy skontaktowałem się z wytwórnią i przekazałem informację o możliwości dodania bonusów. Im też pomysł spodobał się, więc gdy przygotowałem odpowiednie kawałki, znowu zastanowiłem się: "a może dorzucić jeszcze niepublikowane nagrania video...". I tak wraz z Mike'm przygotowaliśmy pakiet dodatkowych nagrań audio i video. Wystarczyło obmyślić, jak je podzielić. Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie nagrania video. Nienajlepszej jakości, ale oddające klimat tamtej epoki, no i niesamowity dokument. Kiedy i gdzie był nagrywany ten koncert? Kiedy i gdzie zagraliśmy ten koncert? Było to w Harpo Concert Theatre w Detroit myślę, że gdzieś w 1988 roku. Jak mogłeś zauważyć nie mieliśmy wtedy możliwości nagrania tego w lepszej jakości, ale chcieliśmy aby nasi fani mogli to też obejrzeć. Tak przy okazji, chciałbym napomknąć, że nasz kawałek "Run From The Law" z albumu "Prisoners" został wykorzystany w filmie "Seal Team Six, The Raid On Osama Bin Laden" (jeżeli się nie mylę polski tytuł to "Nalot na Bin Ladena" - przyp. red.). Być może podobny los spotka utwór "Usless Information" z "Second Offense".


Stosunkowo niedawno Metal Mind wypuściło reedycje trzech pierwszych płyt tego amerykańskiego heavy metalowego zespołu. Mowa oczywiście o "Call Off The Dogs", "Second Offence" i "Prisoners". A że warto zainteresować się tymi albumami już nie raz o tym pisaliśmy. Także sytuacja wyborna do ponownej rozmowy z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Mam nadzieję, że większość, która będzie czytała ten wywiad, będzie równocześnie słuchała muzy Steel Vengeace z ich reedycji...

Let's rock the house down everywhere we go... Dużo macie takich zapomnianych skarbów w swoich szufladach? Przyznaj się! Tak są jeszcze inne podobne nagrania, np. jestem w posiadaniu (śmiech) takiego materiału, który wykorzystaliśmy na "Live: Among The Dead" oraz z paru starszych koncertów. Re-edycje obejmują trzy pierwsze płyty. A co z pozostałymi: "Never Lettin' Go", "Live: Among the Dead" i "The Collection"? Właśnie zastanawiamy się co zrobić z "Never Lettin' Go" i "Live: Among the Dead". Na razie trudno nam jest podjąć jakąś decyzję. Zdaje się, że na tą chwilę z "Live: Among..." nic nie zrobimy. Jeśli zaś chodzi o "The Collection", zamierzamy ją ponownie wydać, dodać więcej piosenek, a może nawet kilka zupełnie nowych utworów Steel Vengeance (ale na razie cicho sza... śmiech). Współpracujecie z polska firmą Metal Mind. Jak doszło do kooperacji? W momencie podjęcia decyzji o wydaniu reedycji naszych albumów przyszło do nas wiele propozycji z całego świata. W tym z MetalMind. Na MySpace mieliśmy wtedy około dwudziestu tysięcy przyjaciół. Wtedy świat zwariował. Dostawaliśmy całą masę różnych propozycji, dopytujących się o reedycje pierwszych płyt, nową płytę, proponowali koncerty, tourne i udział w różnych festiwalach, itd. Bardzo szybko liczba naszych przyjaciół wzrosła do trzydziestu tysięcy. Z wielu propozycji współpracy najrozsądniejszą wydała się ta z MMP. I to, że ją wybraliśmy było szczęśliwym wyborem. Robią o to co poprosiliśmy, nie czepiają się, a to jest niewątpliwie rzadkie w tym biznesie. Mamy dobre relacje z MetalMind i jestem pewien, że to sie nie zmieni.

płytą mogą trwać od kilku miesięcy do kilku lat... Od razu cię uspokoję, z robieniem nowego materiału cały czas idziemy do przodu. Mamy też kilka kawałków z przed zawieszenia działalności. Także mamy materiał, cały czas nad nim pracujemy, ale to niestety trwa. Jak w ogóle pracujecie nad materiałem? Czy w studio jeszcze dopieszczacie utwór, czy też nagrywacie go tak jak go przygotowaliście na próbach? Mike i Brian odpowiadają za proces nagrywania i za to co dzieje się w studio. Przygotowany materiał nagrywamy, później go przesłuchujemy, patrzymy czy wszystko pasuje, czy trzeba coś dodać lub odjąć, albo w ogóle nagrać jeszcze raz. Europa zachodnia, a szczególnie Niemcy, są przychylnie nastawienie do starego heavy metalu z lat 80tych. Mieliście jakieś propozycje aby zagrać na jakichś festiwalach np. na Keep It True ? Tak mamy jakieś zaproszenia do zagrania koncertów w Europie, być może też na Keep It True, ale nie wiem

życiem a z muzykowania czerpiecie jedynie przyjem ność? Uczciwie przyznam się, że muzyka jest olbrzymią częścią mojego życia. Dostałem od Boga talent grania na perkusji i z trzema innymi, równie utalentowanymi muzykami, mogę grać w zespole. Jesteśmy wielkimi szczęściarzami mogąc bawić się dźwiękami, pisząc muzykę, eksperymentując z nią oraz ją grając. Wspieramy się nie tylko w kapeli, ale jesteśmy na co dzień przyjaciółmi. Dla mnie granie w Steel Vengeance to nie praca, to część mojego życia i cieszę się z każdej sekundy bycia w tym zespole. No i kocham naszych wszystkich fanów! A no właśnie. Co tak na prawdę porabiacie na co dzień? Pomagam młodym lokalnym kapelom. Staram się załatwiać im granie prze znanymi kapelami, które do nas przyjeżdżają. Robie zdjęcia zespołom i zbieram autografy uwiecznionym muzykom. Uwielbiam grzebać przy moim 79 Firebird Formula (bodajże model Pontiaka - przyp. red.), którym ścigam się na letnich wyścigach. Wiele czasu spędzam z moją córką Kaylee. Przepiękny czas w moim życiu. Jak wasze rodziny odniosły sie do tego, że na nowo zaczęliście grać? Nasze rodziny są równie podekscytowane jak my, przyzwyczajają się do naszego powrotu i wierzą jak my, że wracamy silniejsi niż kiedykolwiek. Jesteście częścią heavy metalowej rodziny, w której jest bardzo dużo wspaniałych ludzi będących przed stawicielami różnych pokoleń oraz różniących się w podejściu do muzyki. Dla każdego z tych ludzi heavy metal z pewnością znaczy coś innego. Co dla was

Foto: Steel Vengeance

Od dłuższego czasu pracujecie nad materiałem na nową płytę. Możecie zdradzić jakieś szczegóły? Na jakim jesteście etapie? Mnie najbardziej interesuje czy muzyka będzie utrzymana w waszym stylu... To o co mnie pytasz to w zasadzie "top secret" (śmiech)... mamy zrobione już kilka kawałków i jesteśmy w trakcie ich masteringów. Jak to skończymy weźmiemy się za kolejne utwory. I to wszystko co na ten temat mogę powiedzieć. Musicie uzbroić się w cierpliwość i nadsłuchiwać newsów z obozu Steel Vengeance. Nasze nowe nagrania to niewątpliwie wpływy starego stylu Steel Vengeance z pewnymi nowymi inspiracjami współczesnego heavy metalu. W zasadzie definiuje to współczesne oblicze zespołu. Mieszanka talentów starych muzyków z talentem nowych... Stać was na taki come back w stylu "Blood of the Nations" Accept'u? Zdecydowanie tak! To siedzi w każdym z nas i z niecierpliwością oczekujemy, że zagramy jeszcze raz. Pytają się nas czemu nie gramy na festiwalach czy nie wyruszymy w trasę koncertową. Niestety na tą chwile nie możemy się w to zaangażować, musimy zakończyć wszystko czego podjęliśmy sie do tej pory, wtedy będziemy mogli pomyśleć o tourne czy grze na festiwalach. Tak w ogóle czemu praca nad nowa płytą tak długo trwa? Nie mogę się jej doczekać... Ja też nie mogę się doczekać! Niestety ja ciągle mieszkam w Michigan gdy reszta chłopaków w Kalifornii, co mocno utrudnia i przedłuża wszystkie prace nad płytą. Także większość załatwiamy po przez Internet, używamy video konferencji, Skype i innych cudów techniki... Rozsyłamy materiały jeden do drugiego i ćwiczymy u siebie w domu. Czasami lecę jednak do Kaliforni aby przećwiczyć wszystko razem. Gdybym miał jechać trwałoby to trzy dni, więc lepiej lecieć, ale mogę to zrobić raz na jakiś czas. Nie jesteśmy jeszcze obleśnie bogatym zespołem heavy - metalowym. Oczywiście każdy z nas ma stałą pracę, także wszystko musimy jakoś pogodzić ze sobą. Także prace nad naszą

czy to było już oficjalne zaproszenie. Aby być pewnym musiałbym przekopać sie przez nie mała korespondencje... Wydanie reedycji z pewnością spowodowało ponowne zainteresowanie wami. Wiele magazynów zgłosiło sie do was aby przeprowadzić z wami wywiady? O tak, ciągle ktoś prosi mnie o wywiad. Nawet teraz kilka udzieliłem. Wcześniej zrobiliśmy wspólnie parę z Mike'm. Osobiście udzielałem wywiadu w radio. Tak jak wspominałem od ukazania się remasterów naszych pierwszych płyt, co chwile dostajemy jakąś propozycje współpracy... Zobacz, prawdopodobnie nasza muzyka będzie użyta do traileru pewnego filmu, inny nasz kawałek jest w filmie, ciągłe wywiady i udział w audycjach radiowych, mamy wiele pomysłów na dalszą działalność, pracujemy w studio itd. Życie jest piękne!

znaczy heavy metal? W normalnej rodzinie zawsze ktoś nieustannie moralizuje, poucza cię i komentuje twoje poczynania. Wśród metalowej rodziny czegoś takiego nie spotkasz, tu jesteś tym kim chcesz być. Maniacy są tacy sami jak kiedyś i nigdy sie nie zmienią. Jestem dumny, że jestem częścią tej metalowej rodziny. Szanuje każdego maniaka, bo jest częścią mojego metalowego życia. Damy czadu gdziekolwiek się pojawimy, a jeśli uznacie, że jest zbyt głośno, to starzejecie się!(śmiech)... Dzięki za poświęcony czas. Życzę samych sukcesów! Trzymaj się! Jak zawsze był to honor udzielić wam wywiadu. Dzięki za wasze wsparcie, dla was wszystkich! Mam nadzieje, że w przyszłości udzielimy jeszcze nie jednego wywiadu... Heavy Metal Rules!!! Michał Mazur

Myślę, że w tej chwili zupełnie inaczej patrzycie na muzykowanie. Jak podchodzicie do pracy pod szyldem Steel Vengeance? Nastawieni jesteście na komercyjny sukces? Czy raczej żyjecie własnym

STEEL VENGEANCE

35


Heavy Horror Metal Festiwalowy sezon jest wspaniałą okazją do przeprowadzenia wywiadu w miłej, tradycyjnej atmosferze. Ciepło letnich wieczorków, przyjemna muzyka oraz strumienie alkoholu sprzyjają interesującym rozmowom i ciekawym dyskursom. Przy okazji kolejnej edycji old-schoolowego festiwalu Headbangers Open Air, miałem okazję zamienić kilka słów z liderem zespołu Solemnity. Sven "The Axe", piewca heavy horror metalu, jak sam określa muzykę swego zespołu, po zmyciu z siebie scenicznego makijażu i sztucznej krwi, okazał się bardzo wylewnym i sympatycznym rozmówcą. I tak, jednocześnie słuchając jednym uchem koncertu Lizzy Borden oraz sącząc złocisty napój germańskich browarników, obgadaliśmy powody zakończenia działalności przez Solemnity. HMP: Jakiś czas temu ogłosiłeś, że wasz występ na Headbangers Open Air 2012 będzie waszym ostatnim koncertem w historii i zamierzasz po nim rozwiązać zespół. Dlaczego? Jakie są powody, które za tym stoją? Sven "The Axe" Sostak: Dla mnie jest to oczywiste. Gdy patrzę w przeszłość, na przykład na okres, gdy został nagrany "Shockwave of Steel", albumy wydane własnym sumptem przez moją własną wytwórnie sprzedawały się w liczbie kilkunastu tysięcy kopii. To było coś, sam musisz przyznać. Niestety cały zysk szedł na bieżące utrzymanie kapeli, utrzymanie jej obecności na scenie. Jest taki problem, że kapela musi ponieść znaczne wydatki, by grać koncerty, by być obecna na festiwalach, by wydawać kolejne płyty. Zwłaszcza nasza, która robi show, ponosi wydatki na

muzyce. Niemiecka ziemia obfituje w różne power metalowe zespoły, także te epickie, jednak muzyka Solemnity wyróżnia się na ich tle. Wasze brzmienie bardziej się kojarzy z amerykańską szkołą takiego grania. Masz zupełną rację. Wiesz, to jest tak, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wychowałem się na winylowych nagraniach takich kapel jak Overkill czy Savatage. Bardzo lubię amerykańską scenę power metalową, która należy do jednych z moich ulubionych, co na pewno wpłynęło na to jaką muzykę piszę. Nie ograniczałem się i dalej się nie ograniczam wyłącznie do niej. Bardzo lubię rocka z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Mam w domu bardzo dużą kolekcję płyt winylowych z różnego okresu, z różnych gatunków muzyki rockowej. Od Electric Light Orche-

fatalnego filmu (śmiech), horroru w reżyserii Lucio Fulci. Jest naprawdę okropny! Ale fabuła spodobała mi się do tego stopnia, że postanowiłem trochę bardziej się w nią zagłębić. Okazało się, że sama historia łączy się z Hyperboreą, co w rezultacie łączy się ze światem Conana, który nawiasem mówiąc bardzo lubię. To się razem świetnie łączy i zainspirowało mnie bardzo, ale to bardzo mocno, a efekt tego bardzo mi się spodobał. Znakiem rozpoznawalnym twojego zespołu były dość barwne show. Co cię skłoniło do takiej, a nie innej prezencji scenicznej i tej całej otoczki? Nie jest to rzecz często spotykana. Zawsze mi się podobały zespoły, które prócz kopania tyłków i wgniatania słuchaczy w podłogę, potrafiły także wizualnie pokazać coś szokującego i wrzynającego się w pamięć. Jako dzieciak uwielbiałem zespoły w stylu Twisted Sister, Alice Cooper, Kiss. Jeździłem też do Włoch, by oglądać występy mojego dzisiejszego najlepszego przyjaciela Steve'a Silvestri i jego Death SS. Zawsze mnie to kręciło i stwierdziłem, że skoro mi się to podoba, to powinienem zrobić coś podobnego ze swoim zespołem. Uważam, że koncert to nie tylko muzyka. O, nie - to także wygląd sceniczny i ta cała otoczka wizualna oraz elementy teatralne. Dlatego jestem pod wrażeniem takiego zespołu, jak Saviour Machine. Jest to amerykański zespół grający chrześcijański gotyk i uważam, że jest to jeden z najlepszych zespołów na żywo jakie widziałem. Byłem ich dźwiękowcem w latach dziewięćdziesiątych i podziwiałem ich kunszt nie tylko muzyczny, ale właśnie teatralny. To wszystko miało na mnie wielki wpływ. Nie chcę być kalką jakiegoś stylu, po prostu inspirowałem się to tym, to tamtym, dodawałem do tego własne koncepcję i tak powstało to, co Solemnity prezentowało na scenie. Wspomniałeś, że jesteście zaprzyjaźnieni ze Stevem Silvestrem. Rozumiem, że w takim razie jego pojawienie się w jednym utworze na "Kings of Dream" nie było przypadkiem? Nie. Zresztą bardzo mu się spodobał pomysł, gdy mu go przedstawiłem. Mówię mu, że fajnie by było, gdyby zaśpiewał na jednym utworze, który ma dość wampiryczną otoczkę, w końcu nazywa się "Vampire's Dance", a on swoim włoskim akcentem odpowiada mi, że to cudowny pomysł. Bardzo się tym zajarał. To bardzo w porządku gość. Może wydawać się z pozoru, że ma coś nie tak z głową (śmiech), ale w sumie ja też mam coś nie w porządku z głową, więc dogadujemy się ze sobą bardzo dobrze. Wspomniałeś, że jesteś posiadaczem pokaźnej kolekcji winyli. Posiadasz może jakieś ciekawe nagra nia starych kapel z Polski? Oj, tak. Non Iron, Stos, Turbo, Kat, głównie ten stary, ale nie tylko. CETI, jakkolwiek się to wymawia (śmiech). Posiadam także nagrania takich dinozaurów jak TSA.

Foto: Solemity

dekoracje, rekwizyty, pirotechnikę. Weźmy na przykład dzisiejszy nasz występ - efekty pirotechniczne nas kosztowały od trzech do pięciu tysięcy euro, a i tak w pewnym momencie nam większość wyłączyli (płomienie za plecami Svena niemal spaliły scenę w pewnym momencie! - przyp. red.), oprócz tych mniejszych, do których kable sprytnie ukryłem (śmiech). A to wszystko było naprawdę drogie, bo nie chcemy naszym fanom oferować miernego, nudnego show, tylko prawdziwy, spektakularny koncert na naszym, najwyższym poziomie. Jak mówiłem - to wszystko kosztuje, a teraz sprzedajemy jakieś kilka, może w porywach kilkaset płyt. To się po prostu nie kalkuluje. Teraz wszyscy ściągają muzykę z internetu, co jest naprawdę frustrujące. Muzyka wydaje się nie być więcej warta niż parę kliknięć w internecie. Czyli powodem dla którego Solemnity przestaje istnieć jest aspekt finansowy? Dokładnie tak. Musimy niestety przestać zanim nasze finanse załamią się do tego stopnia, że będziemy musieli żyć na ulicy. Cóż, nie powiem - szkoda. Skupmy się jednak na

36

SOLEMNITY

stra po Cirith Ungol. Uważam, że mam bardzo szerokie inspiracje muzyczne Byłeś odpowiedzialny poza tym za "One Foot In Fire - Tribute To Cirith Ungol". Tak, dokładnie tak. I jest to chyba nadal jedyny tego rodzaju hołd dla tego zespołu. Nikt takiej kompilacji nie zrobił dotychczas. Poza tym Robert Garven (perkusista Cirith Ungol - przyp. red.) jest moim przyjacielem. Poza muzyką są jeszcze inne rzeczy, które cię inspirowały? Zawsze dużo czytałem, zwłaszcza gdy byłem nieco młodszy. Głównie horrory, mroczne historie, takie jak na przykład twórczość Edgara Alana Poe, ale także książki historyczne. Takie rzeczy potem wychodzą, prędzej czy poźniej, w twojej twórczości muzycznej. Jeżeli przeczytałeś jakieś opowiadanie ociekające mistycyzmem i ono zrobiło na tobie piorunujące wrażenie, twoje utwory potem też będą ociekać jakąś pierwotną częścią tego mistycyzmu.. Weźmy na przykład "The Book of Eibon" z "Shockwave of Steel". Napisałem go pod wpływem... prawdę mówiąc

Wszystkie twoje płyty nagrane po "King od Dreams" zostały wydane waszym własnym kosztem, przez twoją wytwórnię. Jak to się stało, że nie podpisaliście później żadnego kontraktu? Wiesz dlaczego sprawy obrały taki obrót? Bo Remedy Records oszukała nas. Ja byłem pierwszą osobą, która zauważyła jak Remedy kantuje kapele. Przedstawiali nam fałszywe wyniki sprzedaży. Porównałem to, co nam wciskali z raportami GEMA (niemieckie towarzystwo na rzecz ochrony praw wykonywania i mechanicznego powielania utworów muzycznych - przyp. red.), które dostawali bezpośrednio od wytwórni płytowych. Różnica wynosiła 9000 egzemplarzy płyt. A to tylko te kopie, które zostały sprzedane w samych tylko Niemczech. Gdy przyszedłem z tymi wydrukami do Remedy, zarzekali się, że tak wcale nie jest i to jakiś błąd i dalej próbowali mi mydlić oczy, że nasze nagrania się nie sprzedają. Ciekawe, że do reszty kapel znajdujących się w Remedy, jak np. Stormwarrior, dotarło to, że nasza wytwórnia nas kantuje dopiero po kilku latach. Ja to dostrzegłem po pół roku. Nie myślałeś o tym, by spróbować pod skrzydłami innej wytwórni? W tym czasie miałem już dobre kontakty w świecie muzycznym, w prasie też, bo pisałem dla Metal Heart Magazine. Postawiłem sobie pytanie - co tak właściwie wytwórnie robią dla kapel, czego nie mógł-


bym zrobić samemu? Sam płaciłem za tłoczenie płyt, sam je sprzedawałem, sam ustawiałem trasy i koncerty, sam zająłem się promocją, bez zbędnych pośredników. Pieniądze zarobione w ten sposób pozwalały mi na nagranie i promocję następnej płyty, zrobienie następnej trasy, granie kolejnych koncertów.

Foto: Solemity

Po wydaniu "King of Dreams" nastąpiła dość radykalna zmiana w składzie Solemnity. Czyżby to z powodu kłopotów z wytwórnią i tym całym zamieszaniem? Mieliśmy dość sporą różnicę poglądów. Po tym, co nam zrobiło Remedy, powiedziałem zespołowi, że od teraz robimy wszystko na własną rękę, że sami wydajemy płyty. No i podniosło się larum, że nie chcą się w to bawić, że do tego potrzebna jest wytwórnia, że inaczej wszystko będzie trzeba robić samemu i tak dalej. Tak, wszystko trzeba robić samemu, ale nie trzeba się z nikim dzielić tym, co się zarobi na swojej pracy. Postawiłem twarde ultimatum, albo idą ze mną dro-gą, którą obrałem dla Solemnity, albo już ze sobą nie gramy. Było dużo napięcia między nami wtedy i tylko perkusista Adrian Brock ze mną został. W sumie dobrze, bo Andy (Herz przyp. red.) nigdy tak naprawdę nie był dobrym basistą, miał zbyt ograniczone umiejętności, a ponadto żona mu ciągle truła, że się nie zajmuję ani nią, ani nowonarodzonym dzieckiem, więc to była naturalna rzecz, że odszedł ze składu. Podobnie było z Marcelem (Kemperem - przyp. red.), który był świeżo po ślubie, zresztą z siostrą Adriana. Znalazł pracę, która sprawiała, że nie miał zbytnio czasu dla kapeli. Nie dość więc, że było między nami dużo niezdrowego napięcia, to jeszcze poszczególni muzycy mieli powody osobiste, które wpłynęły na taki a nie inny stan rzeczy. Ale rzeczywistość nie była tak ponura jakby mogło się wydawać (śmiech). W tamtym okresie poznałem Ralfa Gromera na jakimś koncercie. Zaprzyjaźniliśmy się i jakoś tak wyszło w rozmowe, że gra na basie. Z chęcią przyjął propozycje grania ze mną, a sam dzisiaj widziałeś jakie to on nieziemskie rzeczy potrafi na basie wyczyniać. Prawdziwy wirtuoz. Dlaczego postanowiłeś przygarnąć tylko jednego gitarzystę na miejsce tamtych dwóch? Widzałeś Franka Pané dzisiaj na scenie. On się równa pięciu gitarzystom, po prostu nie ma miejsca na drugą gitarę. Zarówno pod względem dźwiękowym jak i z tego powodu, że na żywo musimy mieć miejsce na scenie. Całe nasze przedsięwzięcie sceniczne wymaga sporej wolnej przestrzeni. Przy dwóch gitarzystach się robi zbyt tłocznie. Nie to, że nie lubię idei dwóch gitar, bo to dodaje mocy i jakoś tak lepiej brzmi, ale na szczęście Frank jest na tyle sprawnym gitarzystą, że nie razi mnie brak drugiej gitary u nas w zespole. W kwietniu (2012) ukazał się twój piąty album zatytułowany "Circle of Power". Mógłbyś nam co nieco o nim opowiedzieć? Prócz tego, że jest najwspanialszą rzeczą, jaką kiedykolwiek stworzyłem? I przy okazji ostatnia? Jest to nagranie od którego bije moc. Jest na nim bardzo klimatyczny utwór "Surviving the Sun", bardzo szybki,

najszybszy utwór jaki wykonaliśmy, o nazwie "Return of the Hairführer" (śmiech). Oprócz tego mocny power metalowy "Anubis"… na albumie znalazła się także piękna ballada, którą napisałem piętnaście lat temu, a która nigdy nie miała być nagrana, o nazwie "Queen of Ice". Nagraliśmy także dwa covery: "Tower" formacji Angel oraz "Ludicrous Smiles" Saviour Machine, o którym wspominałem wcześniej. Na "Tower" gościnnie na klawiszach pojawił się Andrew Roussak, grający w progresywnym Dorian Opera, zespołem z którym także jestem związany. Dobrze, że poruszyliśmy temat Dorian Opera. Jak wyglądają twoje plany na przyszłość związane z tym zespołem? Nie wyglądają. Koniec. Martwa cisza. Tyle w tym temacie na dzień dzisiejszy. Nie wiem jak to będzie wyglądać i to nie z powodów związanych ze mną, czy z perkusistą Harrym (Reischmannem - przyp. red.), który gra ze mną zarówno w Solemnity i w Dorian Opera. Po prostu wygląda na to, że gitarzysta i nasza wokalistka kręcą ze sobą i to w dość dezorganizujący dla innych sposób. Ponadto, chcą przekształcić nasz projekt w coś, co ma przypominać… nie wiem… jakiś Nightwish, albo coś takiego. Zupełnie w inną stronę niż to miało pierwotnie podążać, a to nie jest coś w czym mam zamiar brać udział. Harry analogicznie. Wracając jeszcze do "Circle of Power", ostatniego albumu Solemnity. Ferenc Regös po raz kolejny wykonał dla was okładkę. To jest prawdziwy majstersztyk, ale czy naśladowanie nieco stylu Kena Kelly'ego i jego prac, które znajdują się na okładkach płyt Manowar było zamierzone? Ken Kelly jest bardzo drogim artystą. Dobrym, lecz drogim. Koncept okładki był moim pomysłem. Przedstawiłem swoje myśli i spostrzeżenia Ferencowi, zaznaczając, że charakter całości ma mieć wymiar epicki. Bardzo się mu to spodobało, bo na co dzień maluje okładki książek, jakieś tam bajkowe elfy, jakieś kwiatki, takie tam duperele (śmiech). Za każdym razem, gdy do niego dzwoniłem, albo pisałem, że potrzebuję jego usług, to zawsze aż trząsł się z radości, zadowolony, że może namalować jakieś trupy, jakieś miecze, płomienie, krew, epickie sceny i tak dalej (śmiech). Jest wspaniałym człowiekiem. I przy okazji wspaniałym rysownikiem! Nie jest łatwo się z nim skontaktować, bo wiele podróżuje, taki ma charakter pracy. Na początku było dla mnie niezmiernie irytujące. Kiedyś jedyną formą kontaktu z nim był dla mnie adres korespondencyjny. Potem nie było lepiej, bo telefony i adresy mailowe zmienia dość często, nie wiem dlaczego, przedawniają mu się czy co (śmiech). To jest dość ciekawe, bo potrzebujesz okładkę tak raz na dwa lata, a on w tym czasie potrafi cztery albo pięć razy zmienić miejsce swego przebywania. Bardzo trudno go znaleźć na naszym globie, ale ten wysiłek jest naprawdę wart podjęcia. Efekty widać na okładkach płyt Solemnity. Aleksander "Sterviss" Trojanowski

SOLEMNITY

37


Niczego nie żałuję Wytwórnie, producenci czy A&R nie zawsze dobrze kierują losem zespołu. Nie zawsze pozwalają, by nogi młodych ludzi podążały ścieżką na którą kieruje ich ichnia dusza i wewnętrzny zew. A inne drogi mogą zgasić młodzieńczy entuzjazm, wypalić wenę, inspirację, zgasić zapał. To nie jest w interesie zespołu, nie leży to także w interesie firm fonograficznych i wytwórni. Młody Enforcer postanowił samodzielnie przejąć kontrolę nad nagraniem swojej trzeciej płyty. I bardzo dobrze się stało, gdyż "Death By Fire" jest najlepszą płytą jaką dotychczas nas uraczyli ci gniewni Szwedzi. HMP: Od pierwszego lutego mamy przyjemność posłuchać waszego najnowszego dzieła "Death By Fire". Co możesz nam opowiedzieć o tym albumie? Czym różni się od pozostałej części waszego dorobku artystycznego? Olof Wikstrand: Po pierwsze, główną różnicą jest fakt, że nagrywanie, produkcja, miks oraz mastering zostały wykonane przez nas. Dzięki temu mogliśmy mieć całkowitą pieczę nad każdym aspektem naszego wydawnictwa, od pomysłów do finałowego produktu. Dlatego to, co można usłyszeć to w stu procentach czysty i nieskażony Enforcer. Za każdym dźwiękiem, za każdym tonem, stoi nasza pełna akceptacja. Brzmienie utworów jest dokładnie takie, jakie chcieliśmy, nie takie jakie ktoś inny sobie ubzdurał. Nie koncentrowaliśmy się na zbędnym edytowaniu i polepszaniu dźwięku. Na przykład: ścieżki perkusji były

Jak długo zajęła wam sesja nagraniowa? Od czasu premiery "Diamonds" minęło przeszło dwa i pół roku. Nie obawiacie się widma braku pomysłów? Ponieważ sami staliśmy na czele prac związanych z nagrywaniem naszego albumu mogliśmy sobie pozwolić na luksus dopieszczenia wszystkich elementów i szczegółów naszej płyty. Nagrania zaczęliśmy w marcu 2012, a skończyliśmy miksy w listopadzie. Zajęło nam to osiem miesięcy. Chcieliśmy dobrego, dogłębnie przemyślanego nagrania, a nie takiego przeciętnego, "kolejnego". To bez sensu, wypuszczać cokolwiek, gdy można stworzyć coś naprawdę dobrego. To wasza pierwsza płyta pod szyldem Nuclear Blast. Cieszy was bycie częścią tej ogromnej i bard zo znanej wytwórni? Jesteśmy dopiero kilka miesięcy po podpisaniu kon-

Trudno ci jest jednocześnie grać i śpiewać? Po odejściu Adama zrobiliśmy serię prób, gdzie jednocześnie grałem i śpiewałem. Wyszły bardzo dobrze, dlatego zdecydowaliśmy się na granie jako kwartet. Skoro to działa, po co nam był dodatkowy, nowy członek do zespołu. Najważniejsze jest, by wypaść energicznie i żywiołowo na koncertach, a to czy jest nas czterech czy pięciu, to naprawdę nie ma przy tym znaczenia. Na początku było trochę dziwnie, ale jak już się przyzwyczailiśmy i załapaliśmy mechanizm, gra się nam lepiej niż w piątkę. Tak jak na poprzednich dwóch albumach, tak i na waszej najnowszej płycie daliście jeden instrumen talny numer. Czy to już jakaś tradycja? To taki mały, fajny element, który chcemy by nam towarzyszył na wszystkich naszych przyszłych albumach. Bardzo mi się coś takiego podoba w zespołach muzycznych. Nie znaczy to jednak, że obecność intrumentalnej ścieżki na płycie jest celem samym w sobie. To po prostu nasze pomysły na riffy i kompozycje, które niezbyt dobrze się razem prezentują z wokalem. Bardzo podoba mi się okładka nowej płyty. Jonathan Hultén odwalił kawał dobrej roboty, gdyż okładka jest prosta, a jednocześnie sugestywna. To był wasz pomysł? Koncepcja okładki wyszła od nas, jednak rozwijała się z czasem, gdy Jonathan nad nią pracował. Co słychać w waszym drugim zespole - Corrupt? Zawiesiliśmy działalność Corrupt, by skoncentrować nasze priorytety na Enforcer. Dlaczego zrobiliście tak, że ty śpiewasz w Enforcer, a w Corrupt śpiewał wasz gitarzysta, Joseph Toll? Obaj jesteśmy śpiewającymi gitarzystami, po prostu mamy różne głosy, które pasują do innej muzyki. Skorzystam z okazji i spytam się jak wygląda teraz undergroundowa scena metalowa w Szwecji? Co bardziej dominuje? Death metal, kaszaniasty Gotheburg melodic czy też mnogość młodych old-schoolowych zespołów? Jest różnie. Mamy wielką mieszanką przeróżnych zespołów w Szwecji. I to nie tylko metalowych. Przeczytałem gdzieś, że Szwecja jest największym eksporterem muzyki na świecie. Scena wygląda tak jak i w innych krajach - dużo dobrego, dużo kiepskiego… Jest jednak z każdym rokiem coraz prężniejsza, zwłaszcza w Sztokholmie. Pięć lat minęło od waszej debiutanckiej płyty. Czy jak patrzysz wstecz to pojawiają ci się w głowie jakieś przemyślenia na ten temat? Czy żałujesz jakiś niewykorzystanych szans lub też, że coś poszło nie tak jak powinno? Niczego nie żałuję. Jestem bardzo zadowolony z tego jaką drogą podążył zespół, jednak wiem, że to dopiero początek i przed nami jeszcze długa podróż. Nie patrzę na przeszłość tak, jakbym czegoś dokonał. To są raczej małe kroczki na drodze do sukcesu, który dopiero nadejdzie. Gdzie widzisz siebie i Enforcer za następne pięć lat? Na samym szczycie.

Foto: Nuclear Blast nagrywane mniej więcej przy jednym podejściu. Ponadto nasze prace nad albumem były bardziej rozważne niż wcześniej. Na poprzednie albumy składały się utwory, które były kompozycjami poszczególnych członków zespołu. Teraz pracowaliśmy nad materiałem jako zespół. Każdy z nas dał z siebie wszystko i podzielał wspólną wizję spodziewanych efektów. Widzę, że pojęcie "zespół" jest u was bardzo ważne. Mieliśmy koncepcję na wygląd albumu, zanim jeszcze wzieliśmy się do pracy nad utworami. Dzięki temu każdy z nas miał przed sobą postawiony ten sam cel, każdy mógł podążać w tę samą stronę. Płyta przez to jest bardziej koherentna i bardziej wyjątkowa. Chcieliśmy totalnego Enforcera. Czystego i esencjonalnego. Nie chcieliśmy przechodzić w nowe rewiry stylistyczne czy też podpatrywać inne zespoły. Staraliśmy się wyłączyć wszelkie możliwe zewnętrzne wpływy i inspiracje. Liczyło się dla nas spojrzenie głęboko w nas, a nie patrzenie na inne zespoły i ich muzykę. Zgarnęliśmy do kupy wszystko to, co sprawiało, że jesteśmy wyjątkowi, co nas wyróżniały od innych i powiększyliśmy to milion razy.

38

ENFORCER

traktu, jednak póki co jest w porządku. Dlaczego postanowiliście nie grać już z Adamem Zaarsem? Adam opuścił zespół po to, by podążać ścieżką w odmiennych klimatach niż w tych, które są bliższe Enforcerowi. Nie było żadnych utarczek czy sprzeczek na ten temat między nami. Mimo wszystko, jednak trochę nas to zdziwiło, a nawet i mocno zaszokowało. Sprawiło, że zaczęliśmy myśleć, w jakich kierunkach chciałby prowadzić nasz zespół, gdyby się nie zdecydował na odejście. To zmusiło nas do refleksji nad nami samymi. Z powodu ciągłego życia w trasie nie mieliśmy czasu się skupić nad opracowaniem spójnego kierunku dla naszych nowych utworów. Dlatego postanowiliśmy skoncentrować się na przemyśleniu tego, co chcemy robić zamiast na robieniu czegokolwiek. Krótko potem powstał zestaw pomysłów składający się na "Death By Fire". Odrzuciliśmy dotychczasowe pomysły i koncepcje. To bardzo wzmocniło zespół, uczyniło nas bardziej konsekwentnymi i bardziej zgranymi ze sobą nawzajem.

Dzieliliście scenę z wielkimi nazwami, takimi jak Artillery, Angel Witch, Gamma Ray, Crimson Glory, Grave Digger, i tak dalej. Z jakim jeszcze zespołem chciałbyś wspólnie zagrać jakiś koncert? To była wielka przyjemność grać razem z wieloma świetnymi zespołami, które nas inspirowały przez lata - i personalnie i muzycznie. Jest jeszcze bardzo wiele innych znanych kapel z którymi chciałbym zagrać. Naprawdę bardzo dużo. Aleksander "Sterviss" Trojanowski


jest naszymi osobistym wycieczkami. "Standing In a Queue" nie powinieneś odczytywać poważnie - jest o staniu w kolejce. W każdym kraju musisz to robić (śmiech).

Quetzalcoatl and Leather Biff Byford w autobiografii "Never Surrender" wspominał kiedyś o swojej krewnej, pełnej obaw co do jego przyszłości. Kobiecina biadoliła, iż życie muzyka, owszem fajne jest jak się gra, jeździ na trasy, jest na topie, ale na emeryturce to już bieda. Saxon wzięli sobie chyba to wróżby do serca. Będąc w wieku poprodukcyjnym, regularnie co dwa lata nagrywają albumy, jakby bali się, iż ktoś ukradnie im tantiemy za "Denim and Leather" czy "Wheels of Steel". "Sacrifice" to dwudziesty album Saxon. To że jest to płyta godna jubileuszu to mało powiedziane... HMP: Musze ci pogratulować Biff. Sacrifice jest płytą wybitną. Lepszą od bardzo lubianego przecież "L Lionheart".. Tak mocarnie nie graliście od 1997, gdy wchodziło "U Unleashed the Beast".. Ludzie w takich sytuacjach pytają o przypadkowość lub zamiar obra nia takiej a nie innej stylistyki? Biff Byford: To był zamiar. Chcieliśmy od początku aby album dawał kopa w twarz. By był ciężki. Powiedziałem chłopakom by grali na gitarach tak intensywnie jakby nic innego na świecie ich nie obchodziło. Ciężar tego albumu narastał już od reprodukcji.

Słysząc tytuł od razu przychodzi na myśl konflikt katolicko - protestancki. Nie nagabują cię o to? Robiłem już wywiady w Dublinie i Belfaście nie było problemów. To tylko hymn dla złotej ery stoczni.

Czy gdy słuchasz ostatecznego efektu przychodzi ci na myśl "Unleashed the Beast"? Nie, jesteś pierwszy, który do niego nawiązuje.

Heavy metal nie jest dzieckiem klasy średniej ale robotniczej. Dlaczego? Nie wiem - w latach 70-tych chwycenie za gitarę było

grafii pochwała fabryk i robotników... Tak to rodzaj hymnu. Będąc w Belfaście poszedłem do muzeum morskiego. Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. To mocny tytuł: "Made In Japan", "Made In Hong-Kong", "Made In Belfast". Stąd pomysł na utwór o wielkich statkach budowanych w tamtejszej stoczni.

Byliście w Chinach? Graliście gig? Nie mieliśmy czasu ale w przyszłości pewnie to się stanie. Ostatnio oglądałem wasz clip do "Just let Me Rock". Co robi tam palące się zdjęcie Nixona? Nie mam pojęcia po co to ujęcie się tam znalazło, to pomysł reżysera. Ja tam tylko śpiewam. W rzeczy samej gówno mnie to obchodzi. Często podkreślasz swoją miłość do hard rocka lat siedemdziesiątych. Czy był jakiś zespół lub płyta z tamtej epoki której nie znosiłeś? Nie było. Lubiłem je wszystkie. A jednak tworząc salon zdecydowaliście się na dwie gitary zamiast połączenia gitar plus organy, które wtedy było często spotykane. Nie chcieliśmy być tacy sami jak Deep Purple. W utworze "Play it Loud" z "Denim and Leather" śpiewam słuchaniu Purpli, ale równie dobrze mogłem tam napisać o Led Zeppelin czy The Who. Czym według ciebie różniły się reakcje fanów w lat ach 70-tych i 80-tych? Nie mieliśmy żadnych fanów w latach 70. (śmiech) Ale na koncerty chodziłeś.

Perkusista Nigel Glocker gra na "Sacrifice" bardzo dynamicznie i finezyjnie... Posadziliśmy go w pokoju i kazaliśmy mu się solidnie przyłożyć. Poza tym, zanim album się ukazał to bardzo często ogrywaliśmy te utwory na próbach, cześć graliśmy nawet na żywo. Wszyscy znakomicie się zgraliśmy. Gdy tylko w studio na konsoli został wciśnięty pierwszy przycisk, wszyscy wiedzieli co mają robić i dążyli do wspólnego efektu. To bardziej kwestia postawy Nigela niż nagłej chęci pokazania umiejętności. Na waszych płytach często przewija się duch Deep Purple. Na poprzednim albumie w utworze "When the Doomsday Comes" mamy riff bardzo podobny do "Perfect Strangers". Teraz pojawia się on w środku "Made In Belfast". Słuchaliście ostatnio więcej Purpli? Nie, nie słuchaliśmy innych kapel w czasie tworzenia albumu. Muzyka ma płynąć sama. Mało jest na "Sacrifice" gitarowych pojedynków pomiędzy Dougiem a Paulem... Nieee, jest ich sporo. Lubię takie partie, gdzie grają je razem. Zasadniczo od lat 80-tych tego nie robiliśmy. Jak tylko ukaże się oryginał to będą tam rozpiski, kto gdzie gra solówkę. Może po prostu nie słychać tego dokładnie w poszczególnych głośnikach Określiłeś "Sacrifice" jako album zbliżający się do thrashu. Czy to aby nie przesada? Tu bardziej chodziło o nawiązanie do NWOBHM. Czuć to zwłaszcza w "Warriors of the Road" czy "Stand up and Fight". Tam czuć wielkiego ducha lat 80-tych. Pisząc te utwory pamiętałem, że Metallica inspirowała się albumami "Strong Arm of the Law" i "Wheels of Steel". Zaś "Backs to the Wall" i "Motorcycle Man" to ich ulubione kawałki. My, Maiden i Motorhead daliśmy im mnóstwo inspiracji. Wróciłem do tego okresu pisząc na "Sacrifice" kilka szybkich numerów. Stąd właśnie ten termin thrash w kontekście nowego albumu. "Sacrifice" nie ma oczywiście muzycznie nic wspólnego ze Slayerem czy Exodus. W wywiadzie promującym album mówiłeś o francus kich fanach i o tym jak są dla ciebie ważni. Czym oni różnią się od Niemców czy Holendrów? Mieszkałem we Francji przez osiem lat, więc to jest dla mnie ważny kraj. Ciężko jest tam grać heavy metal. Radio nie chciało puszczać utworów, które nie były po francusku - a przecież angielski to język metalu. Gdy tylko ktoś usłyszy jakiś kawałek w radio czy pójdzie na gig to ma duże szczęcie. Francuzi są wygłodniali tej muzyki. Cały tamtejszy system kulturalny nastawiony jest wrogo wobec muzyki niosącej ducha rebelii lub improwizacji. Utwór "Made In Belfast" to kolejna w waszej dysko-

Foto: UDR Music

jedyną możliwą próba zmiany swojego życia. Wtedy to było życie bez perspektyw, więc chłopaki imali się muzyki. Ja miałem łatwiej, bo moja matka była muzykiem. Wyrastałem więc w otoczeniu instrumentów i miałem to w genach. Kolejne pytanie o teksty. Utwór tytułowy pokazuje Indian w innym mniej pozytywnym niż dotychczas świetle? Kilka lat temu pojechaliśmy do Meksyku i zwiedzaliśmy ruiny świątyń Majów. Oprowadzał nas specjalnie wynajęty przewodnik. Od razu pomyślałem, że składanie ofiar z ludzi to dobry temat na piosenkę. Czy "Walking the Steel" dotyczy odbudowy Nowego Jorku po zamachach? Tak, dokładnie. "Warriors of the Road" jest o Formule 1 i w szczególności Ayrtonie Sennie. "Stand up and Fifght" to hymn na cześć rock'n'rolla. "Night of the Wolf"... jest oczywiście o wilkach i ich zwyczajach, "Wheels of Terror" o czołgach, "Guardians of the Tomb" o terakotowej armii chińskiego cesarza Quin Shi. Ten kawałek podobnie jak tytułowy również inspirowany

Tak. Wszyscy siedzieli spokojnie i słuchali zespołu. Nie było żadnego wstawania i okrzyków, nie mówiąc o moshowaniu. Jak zareagowałeś zatem na punkowe przepychanki? Podobało mi się to i od punków wiele się w tej kwestii nauczyliśmy. Kilka lat temu w spisie powszechnym w Wielkiej Brytanii mnóstwo osób w rubryce "religia" wpisywało "jedi". Skomentowałeś to w ten sposób, iż metal tez powinien stać się religią , gdyż byłoby to bardzo bun townicze. Czy według ciebie w metalu pozostało coś z buntu, po tym jak został on zaakceptowany przez mainstream? Wtedy gdy na Led Zeppelin mówiło się heavy rock, heavy metal był buntowniczy - wziął się od nas, Maidenów i Motorhead. Z drugiej strony fakt, że staliśmy się mainstreamowi świadczy o tym, że pisaliśmy super kawałki. Jakub "Ostry" Ostromęcki

SAXON

39


nia, jakie w tamtym momencie nas intereso-wało. Stare pianino stało w rogu studia, a Fred Estby zaproponował, żeby je wypróbować. Gustav Hjortsjö zagrał i wyszło świetnie. Na potrzeby występów na żywo zrobiliśmy też aranżację z gitarą i basem w takiej formieo jaką chodziło nam na samym początku. Myślę, że fajnie jest próbować nowych rzeczy raz na jakiś czas. Przynajmniej dopóki nie jest to keyboard! (śmiech)

Na całego Szwedzki hard rockowy zespół pojawił się ze swoim nowym albumem zeszłej jesieni. Jest on powrotem do ich wcześniejszego, surowszego brzmienia. "Full Pull" (został w ten sposób nazwany po tym jak wokalista, Hell Hofer, wziął udział w zawodach ciągnięcia przez traktory) jest kolejną kolekcją chwytliwych, prostych dźwięków, przypominających, to co wielcy, tacy jak AC/DC czy Accept robią od lat. Szwedzi dodają jednak swoje własne elementy do hard rockowych/heavy metalowych kawałków, a nawet wrzucili na "Full Pull" kilka niespodzianek, jakich nie znaleźliście na poprzednich albumach. Chłopaki mieli chwilę czasu, żeby przyzwyczaić się do nowego albumu zanim Heavy Metal Pages zdecydowało się zadać im kilka pytań. Nasz rozmówca, basista Bullet - Adam Hector, mógł więc odpowiedzieć na nie z perspektywy kilku miesięcy. HMP: Właśnie skończyliście swoją trasę po Hiszpanii. Jak Wam się podobało? Adam Hector: Było świetnie! Hiszpańska publiczność bardzo wczuwa się w muzykę, a my naprawdę lubimy spędzać czas i dawać koncerty z naszymi przyjaciółmi z "77". Koncerty były dobre, szczególnie ten w Barcelonie, która jest rodzinnym miastem "77". Nie powiedziałbym, że "Highway Pirates" brzmi na wykończony, ale "Full Pull" jest od niego jeszcze surowsze, bardziej w stylu waszych wcześniejszych wydawnictw. Czy to była świadoma decyzja? Tak, oczywiście. Dla nas "Highway Pirates" wyszedł nieco zbyt wypolerowany, jak na nasze upodobania. Myślę, że większośći ludzi woli coś takiego, ale nie byliśmy za bardzo zadowoleni z mixu bębnów i basu. Perkusja brzmiała troszkę zbyt nowocześnie. Chociaż jestem bardzo szczęśliwy z brzmienia gitary na tym albumie. Jestem zadowolony z brzmienia "Full Pull", ale następnym razem może spróbujemy "otworzyć" troszkę nasz dźwięk, że tak powiem. Spróbujemy być bardziej "przestronni", mówiąc niemodnie (śmiech). Po raz pierwszy w swojej karierze pracowaliście z producentem z zewnątrz. Jakie były tego największe zalety według Ciebie? Jest całkowicie łatwiej mieć "kapitana", który steruje okrętem we właściwym kierunku i widzi, że każdy z nas daje z siebie wszystko. To wielka oszczędność energii. To również wspaniałe doświadczenie mieć kogoś, kto rozpatruje piosenki z innego punktu widzenia. Kiedy spędziłeś dużo czasu na tworzeniu ich, możesz czasami nie zauważyć niektórych rzeczy. Z tego co wiem zamknęliście się w stu dio na kilka tygodni, podczas gdy poprzednie albumy nagrywaliście z przerwami na akty w n o ś ć koncertową. Czy w t a k i s p o -

sób nagrywa się łatwiej, prosto aż album został skończony? Tak myślę. Pracowaliśmy od 9 rano do 6 wieczorem codziennie i przez cały tn czas skupialiśmy się tylko na nagrywaniu. Kiedy podtrzymujesz iskrę dobre pomysły rzadziejwymykają ci się z głowy. Patrząc wstecz, niektóre rzeczy mogliśmy zrobić lepiej gdybyśmy mieli więcej czasu, na przykład praca nad partiami wokalnymi Hella. Teraz nagrał wokal całkiem szybko, bez overdubbingów i w rezultacie powstało coś bardzo surowego. W niektórych przypadkach (utworach) wyszło to dobrze, w innych gorzej. Żyjesz i cały czas się czegoś uczysz! Żeby zrekompensować sobie ciężką pracę, po nagra niu płyty zrobiliście sobie przerwę. Nie kusiło Was, żeby zorganizować jeden czy dwa koncerty i wypróbować jak nowe utwory będą brzmiały na żywo? Daliśmy występ na niemieckim festiwalu Summerbreeze przed wydaniem płyty i właściwą trasą koncertową. To prawda, zrobiliśmy sobie przerwę nie licząc Summerbreeze. Bardzo miła była możliwość skupienia się na czymś innym zeszłego lata. To były dla nas pierwsze "wakacje" od dłuższego czasu. Tak na prawdę nigdy nie jesteś wolny w tym biznesie. Jeśli nie grasz akurat koncertów robisz coś innego co musi robić zespół. To jak małżeństwo! Większość utworów na "Full Pull" to typowy Bullet, ale muszę zapytać o "Rolling Home", kompozycję będącą hołdem dla waszego słynnego tour busa. Więc, pianino w piosence Bullet. Naprawdę? Outro w wersji pierwotnej miało zawierać dużo zharmonizowanych dźwięków gitary i basu, ale nie mogliśmy osiągnąc takiego brzmie-

Foto: Nuclear Blast

40

BULLET

Maidenowski twin lead użyty na "Warriors", to coś czego nie można zbyt często usłyszeć na waszych albumach. Czy był to jednorazowy eksperyment? Niee. Myślę, że jeżeli spojrzysz wstecz znajdziesz masę piosenek z tego typu gitarowym graniem. Myślę, że może nie ten Maidenowski, ale ogólnie twinlead jest znajomym składnikiem naszych kompozycji. "Into The Night", "Speeding In The Night", "Rush Hour", "Back On The Road", "Highway Pirates" i tak dalej… Dużo jest "dada da da da da daaa" - melodii z bliźniaczymi gitarami. Która piosenka na nowym albumie prezentuje to co w Bullet najlepsze? Chyba "Rolling Home". Mocne uderzenie, zabawa, wysoko energetyczny rock 'n' roll. Tekst opowiada prostą historię o byciu w drodze, zabawie z przyjaciółmi i spotykaniu nowych ludzi, żeby z nimi pić i rozbijać głowę przez jedną noc, a później przenieść się gdzieś indziej i robić dokładnie to samo. Mówi o muzyce, którą kochamy i którą dzielimy się z każdym kto tylko ma ochotę posłuchać i stać się jej częścią. Rock 'n' rollowy styl życia to po raz kolejny główny temat waszych tekstów. Czy jest coś, o czym chcielibyście napisać, ale nie pasowałoby do muzyki Bullet? Jest masa rzeczy, które moglibyśmy wykorzystać jako materiał do tekstów. Na przykład środowisko, wojna, uprzedzenia, zabijanie wielorybów czy cokolwiek innego, ale to po prostu nie jest dla nas. Wszyscy jesteśmy bardziej "świadomi" świata wokół nas, tego co jest w nim spieprzone i co jest w nim złego. Ale chcemy być po prostu pozytywną siłą i pisać teksty o prostych rzeczach, żeby chociaż na chwilę odwrócić twoją uwagę od tego całego gówna. Czytałem, że album został nazwany na cześć zawodów ciągnięcia przez traktory, w których uczest niczył wasz wokalista. Możesz mi powiedzieć coś więcej? Odwiedził te zawody ze soimi przyjaciółmi. Upili się i Hell pomyślał, że to najbardziej oburzająca rzecz jakiej kiedykolwiek był świadkiem. Oryginalny tekst refrenu szedł mniej więcej tak: "raping mother earth - my engines never peak - Full Pull!". Tytuł to dla nas tylko zabawa, a dla mnie znaczy mniejwięcej tyle co "idź na całość" albo nigdy nie zwalniaj.


Wydanie waszego poprzedniego albumu, "Highway Pirates", zajęło wam 3 lata, ale "Full Pull" było gotowe w rok lub trochę więcej. Jak możecei to wytłumaczyć? Mieliście więcej pomysłów? Wytwórnia was pospieszała? W sali prób wypruwaliśmy sobie flaki codziennie przez miesiąc. Wytwórnia ani razu nas nie pośpieszała. Byli bardzo pomocni. Może trochę naciskaliśmy na siebie i sami się pośpieszaliśmy, ale konien końców jestem zadowolony z rezultatów. Patrząc wstecz, nadal jestem dumny z albumu. Tym razem to ja, Hampus i Gustav napisaliśmy większość materiału i trochę go wygładziliśmy. Wiesz, zbyt wielu kucharzy może spieprzyć gulasz, czy jak wy to mówicie? Mówiąc o wytwórni, co Nuclear Blast zobaczyli w Bullet, co zwróciło ich uwagę? Podejrzewam, że ciężko pracujący zespół! Musisz zapytać się ich! Niedawno otwieraliście koncert AC/DC w Szwecji. Podejrzewam, że większość Szwedów słuchających hard rocka zna zwierzęcy Bullet, ale ci, którzy was nie znali musieli być zaskoczeni słysząc nigdy wcześniej niepublikowane utwory AC/DC w wykonaniu młodego zespołu (śmiech). Nie zgodzę się z Tobą! Nie brzmimy tak podobnie do AC/DC jak to mówią ludzie. Posłuchaj jeszcze raz piosenek. Nie mamy nawet w połowie takich jaj jak mają AC/DC! (śmiech). Ale naprawdę, myślę, że ludzie zbyt mocno doszukują się u nas wpływów AC/DC. Oni przecież nigdy nie grali metalu, a my owszem. Który zespół brzmiący jak AC/DC jest waszym ulu bionym? Krokus, Jackyl, Rose Tattoo? Z pewnością Rose Tattoo, chociaż u nich też nie słyszę zbyt dużo z AC/DC. Mają swoje unikatowe brzmienie z gitarowymi slide'ami, więcej punkowej postawy "four to the floor" i ogólnie wszystkiego. Jest wiele zespołów, które brzmią "tak samo" jeśli nie słuchasz ich obojgiem uszu, jeżeli wiesz o co mi chodzi. Kto jest największym szwedzkim bohaterem muzyki, muzyczną mądrością? ABBA, Roxette, Europe? Muszę chyba powiedzieć, że Europe. Jestem fanem ich wczesnych albumów. ABBA i Roxette równiez są wielcy i na pewno zasłużyli na taką sławę i fortunę, ale dla mnie prawdziwym szwedzkim bohaterem muzycznym jest Jerry Williams! Jest starym rockmanem, nadal prężnie działającym. The Beatles byli jego supportem w Szwecji w '62 czy w '63 roku!!! Czy jest jakaś szansa, że odwiedzicie Polskę? W chwili obecnej pytamy agencje o możliwość zagrania w Polsce i w innych krajach w jakich jeszcze nie byliśmy. To tylko kwestia znalezienia odpowiedniego promotora i supportów. Jestem pewny, że zjawimy się u was w niedalekiej przyszłości! Graliście już kilka razy w Wielkiej Brytanii z Hardcore Superstar. Czy jest jakakolwiek szansa na to, że będziecei supportem innego zespołu, albo wybierzecie się w trasę z kimś innym tym razem? Wielka Brytania to trudna sprawa. Musisz znaleźć tam odpowiednich ludzi, zdobyć czas antenowy i inne rzeczy. Wolelibyśmy jechać do Polski! Macie lepsze jedzenie i tańsze piwo!

Podwójne uderzenie Fani klasycznego heavy metalu w polskim wydaniu już niedługo będą mieli sporo powodów do radości. Ukaże się bowiem wznowienie praktycznie niedostępnej w Polsce płyty "The Back Of Beyond" oraz najnowszy, właśnie nagrany album "Into the Madness". O tym co sprawiło, że kariera Night Mistress nabrała takiego przyspieszenia rozmawiamy z wokalistą grupy, Krzysztofem Sokołowskim: HMP: Wygląda na to, że rok 2013 będzie dla was podwójnie szczęśliwy, ponieważ kończycie prace nad nową płytą i planujecie wznowienie poprzedniej, "The Back Of Beyond"? Krzysztof Sokołowski: Taki jest plan (śmiech). Musieliśmy czekać prawie dwa lata na europejskie wydanie pierwszego albumu. Wraz z upływem czasu pomału przestawaliśmy wierzyć, że się uda. A jednak! Co do nowej płyty, to na ten moment mamy już nagrane około 70% materiału. Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, to w ciągu miesiąca powinna ukazać się reedycja "The Back of Beyond", a w okolicach wakacji "Into the Madness", bo tak zatytułowany jest drugi album. Zanim przejdziemy do jeszcze ciepłego materiału, wróćmy do jego poprzednika. Wasz debiut ukazał się nakładem amerykańskiej Hell Rider Records, ale nie macie chyba z tego powodu zbyt wielkich powodów do radości? Zgadza się. Nie będę ukrywał, że jesteśmy zawiedzeni współpracą z Hell Riderem. Od samego początku, od kiedy Hell Rider Records przygotował okładkę nie szło tak, jakbyśmy tego chcieli. Płyta została wydana w USA i Kanadzie. Jednak jeśli chodzi o promocję płyty, wytwórnia zrobiła bardzo mało. Ale staramy się już o tym nie myśleć. Cieszymy się, że już niebawem nie będzie problemów z zamówieniem albumu, który wreszcie będzie też wyglądał jak należy. Rozwiejmy wszelkie wątpliwości, bo zdania w tej kwestii są podzielone: "The Back Of Beyond" ukazał się w USA jako tłoczony CD? Bo na jednym z waszych koncertów kupiłem ten materiał w postaci płytki CD-R, robiącej raczej wrażenie demo, niż albumu? W USA ukazał się oczywiście tłoczony CD. Jednak nawet my, jako zespół nie mieliśmy bezpośredniego i łatwego dostępu do płyt. Ponieważ wytwórnia skupiła się wyłącznie na Stanach i Kanadzie my zostaliśmy zdani na siebie. Dlatego też płytę, wyglądającą niestety jak demo, przygotowaliśmy sami, wykorzystując jedynie okładkę przygotowaną przez Hell Rider'a. My też z tego powodu nie byliśmy zadowoleni, ale przynajmniej udało nam się dzięki płycie w takiej formie dotrzeć do dość sporego grona odbiorców. Było to głównym powodem, dla którego szukaliście wydawcy z prawdziwego zdarzenia dla tego materiału? Powodów było kilka. Ciężko powiedzieć, który z nich był główny. Pierwsza sprawa to fakt, że płyta ukazała

się tylko w USA i Kanadzie, co również utrudniało nam jej wydanie przez kogoś innego - dostaliśmy np. odpowiedź od pewnej wytwórni, która byłaby zainteresowana współpracą, ale nie mogła wydać naszej płyty wszędzie prócz USA i Kanady ponieważ współpracuje z dystrybutorami na całym świecie i nie może pominąć Ameryki Północnej; druga kwestia to okładka, z której, jak już wspomniałem, od początku nie byliśmy zadowoleni; kolejna, to słaba promocja płyty; jeszcze innym problemem były sprawy finansowe. W każdym razie, wierzymy, że to co złe już za nami i optymistycznie patrzymy w przyszłość (śmiech). Jak nawiązaliście współpracę z Legacy Records? Jej efektem ma być tylko wznowienie "The Back Of Beyond" czy też myślicie o oddaniu im również nowego materiału? Mieliśmy sporo szczęścia. Właściciel wytwórni po prostu się do nas odezwał i zaproponował dystrybucję. Później zdecydował się na wydanie materiału. Dotychczas rozmawialiśmy wyłącznie na temat reedycji pierwszego albumu. Co do drugiej płyty, nie jest wykluczone, że wyda ją również Legacy Records. Tak my, jak i wytwórnia ocenimy jak będzie układała się nasza współpraca i wtedy też zapewne poruszymy kwestię wydania "Into the Madness". Powiedziałeś, że "The Back of Beyond" wreszcie będzie wyglądała jak należy. Rozumiem, że zdecydowaliście się poprawić ten, nie do końca pasujący do muzyki Night Mistress, projekt? Gdy tylko dostaliśmy szansę na ponowne wydanie "The Back of Beyond" od razu pomyśleliśmy o okładce. Zgodnie stwierdziliśmy, że musimy zmienić oprawę graficzną albumu. Projekt wykonał dla nas Dean Luckyman, znany jako Dani - gitarzysta Exlibris, Chain Reaction oraz Corruption, a zarazem bardzo utalentowany grafik. Okazało się, że wizja Daniego na okładkę idealnie pokryła się z naszą. Zarówno my, jak i Legacy jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu jego pracy. A jak z materiałem muzycznym - będą jakieś utwory dodatkowe czy też pozostanie tylko tych dziewięć, znanych z pierwszego wydania? Oczywiście myśleliśmy o ewentualnych bonusach, ale ponieważ jesteśmy w trakcie nagrywania już kolejnej płyty, po prostu nie mieliśmy warunków i czasu, by zajmować się dodatkami do pierwszego albumu. Mamy jednak nadzieję, że tak czy inaczej płyta będzie chętnie nabywana ze względu na jej oryginalną zawar-

Foto: Night Mistress

Których letnich festiwali nie możecie się doczekać najbardziej? Oczywiście nie możemy się już doczekać, żeby zagrać na Rock am Ring / Rock im Park, Sweden Rock i Graspop. Fajnie jest grać na festiwalach, na których możesz zostać kilka dni, upić się i dać czadu! Czym będziecie się zajmować przez kolejnych kilka miesięcy? Napiszemy kilka nowych utworów, będziemy ćwiczyć do festiwali i na pewno planować nową jesienną trasę, miejmy nadzieję, że w Polsce! Dzięki. Wojciech Gabriel Tłumaczenie: Anna Kozłowska

NIGHT MISTRESS

41


tość (śmiech). Skoro już o tym mówimy: nie macie w planach wyda nia, choćby jako takich właśnie bonusów, utworów z pierwszych demówek? Owszem, są dostępne w postaci archiwalnych nagrań, swego czasu rozprowadzaliście nawet CD-R z tymi materiałami, ale płyta to jednak płyta, nie sądzisz? (Śmiech), dosyć często jesteśmy o to pytani. Masz rację, bardzo chętnie nagralibyśmy wszystkie te kawałki jeszcze raz i umieścili na "pełnoprawnej" płycie. Tym bardziej, że nasi słuchacze często dopominają się polskich tekstów. Poza tym bardzo mnie ciekawi jak zabrzmiałyby one teraz. Nie ukrywam, że od dłuższego czasu myślimy o takim powrocie do przeszłości. Myślę, że przy odrobinie determinacji i czasu w końcu uda nam się tego dokonać. Oczywiście, najpierw chcemy poczekać na reedycję pierwszej płyty, skończyć nagrania do drugiej i, miejmy nadzieję, wydać ją bezproblemowo. Ukończyliście już nagrania? Ile utworów trafi ostatecznie na płytę i co kryje się za jej tytułem "Into the Madness"? Na płycie znajdzie się 10 utworów. Co do tytułu to "Into the Madness" jest kontynuacją "The Back of Beyond". Jest naszym uporczywym dążeniem do celu, próbą dotarcia do słuchaczy, do zmiany lansowanej w naszym kraju muzyki. W pewnym sensie jakby pogłębiamy się w szaleństwie, bo żeby grać heavy-metal w naszym kraju, przyznasz mi, trzeba mieć coś z wariata (śmiech). Poza tym szaleństwo, w różnych jego odmianach i natężeniu, jest motywem przewodnim tekstów na tej płycie. Ponownie nagrywaliście w Jolly Roger Studio. Zakładam, że fakt, iż mieści się w waszym rodzinnym mieście, Skarżysku - Kamiennej, nie miał tu decydującego znaczenia? Zgadza się. Do JR powróciliśmy ze względu na rezultat pracy nad pierwszą płytą. Byliśmy zadowoleni nie tylko z samego brzmienia, ale również z relacji z realizatorem. Co więcej, Jacek Gruszka, to gość, który ma niesamowite ucho muzyczne. Wiemy też, że studio cały czas się rozwija i jesteśmy przekonani, że "Into the Madness" przyćmi i tak przecież niezłe brzmienie "The Back of Beyond". Słyszeliśmy już pierwsze "zgrywki" i możemy powiedzieć, że jest mięsiście (śmiech). W sensie produkcji, etc., można więc określić Jacka Gruszkę jako szóstego członka Night Mistress? Zdecydowanie tak. Zawsze podkreślam, że Jacek to facet o bardzo szerokiej wyobraźni muzycznej, dzięki czemu współpracuje się z nim znakomicie. Bardzo dobrze rozumie nasze muzyczne potrzeby. W studiu możemy liczyć na jego pomoc i radę. Często przedstawia nam swoją wizję danego utworu, otwierając nam oczy na alternatywne rozwiązania, z których często korzystamy. Powstały niedawno, opatrzony teledyskiem "Hand of God" jest w pewnym sensie zapowiedzią tego materiału, takim wyznacznikiem, czego możemy się spodziewać po całej płycie? "Hand of God" powstał około dwa lata temu. Od tego czasu w składzie zmienili się gitarzysta i perkusista, którzy zdecydowanie wpłynęli na najnowszy materiał. Po nowym albumie nie można oczywiście spodziewać się ekstremalnych zmian, a "Hand of God" jest, według mnie, pomostem pomiędzy pierwszą a drugą płytą. Na "Into the Madness" będzie oczywiście dominował heavy/power metal jaki zaprezentowaliśmy na pierwszym albumie, aczkolwiek tym razem pojawią się też nieco mocniejsze akcenty oraz jeszcze więcej melodii. Na pewno będzie ciekawie! Sądząc z tego, że niektóre z nowych utworów, jak wspomniany "Hand of God" czy "Madman" gracie już od dłuższego czasu na koncertach, nowy materiał powstawał stopniowo? Po wydaniu pierwszej płyty mieliśmy kilkumiesięczną stagnację w ogrywaniu/tworzeniu nowego materiału spowodowaną zmianami w składzie. Dopiero, gdy do zespołu dołączył Kazon (gitara) i Dominik (perkusja) mogliśmy realizować pomysły Arka (gitara), czy moje. Pierwszym kawałkiem zrobionym w nowym składzie był właśnie "Madman". Ponieważ chcieliśmy wnieść trochę świeżości do naszych koncertów, zaczęliśmy umieszczać go w secie razem ze stosunkowo nowym wtedy "Hand of God". Okazało się, że nowa krew w

42

NIGHT MISTRESS

zespole to krew charyzmatyczna i pomysłowa, dzięki czemu dość szybko ograliśmy starsze propozycje utworów, a nowe zaczęły pojawiać się jeden za drugim. Fakt, że ogrywaliście te numery na koncertach miał wpływ na to, że dokonywaliście w nich jeszcze jakichś poprawek? Zgodzisz się ze mną, że taka koncertowa próba nowego materiału przed wejściem do studia ma korzystny wpływ na jego ostateczną jakość, bo zawsze można jeszcze coś zmienić, jeśli dana partia nie sprawdza się dobrze na żywo lub powstaje coś zupełnie nowego, nawet lepszego, niż pierwotnie, np. solówka? Wydaje mi się, że próby i nagrania podczas nich dokonywane zazwyczaj weryfikują dany kawałek. Jednak rzeczywiście, gdy grasz utwór na żywo, widzisz i słyszysz też reakcje publiki, zarówno te podczas grania danego numeru, jak i te pokoncertowe. Takie uwagi są na pewno cenne i mogą w pewnym stopniu wpłynąć na kompozycję. Jednak, zazwyczaj, są to zmiany kosmetyczne. Poza koncertami dość prężnie promujecie Night Mistress. Idzie to w dwojakim kierunku: tradycyjnym i nowoczesnym. Owa tradycyjna forma to np. udział na kompilacjach, jak "Kill City 26", na którą trafił "Children of Fire". Uważasz, że w czasach dominacji sieci, internetowych singli takie składanki spełniają jeszcze swe zadanie czy są już swoistym reliktem epoki dominacji fizycznych nośników? To jest trochę tak jak z czytaniem gazet czy książek. Są ludzie, którzy dawno odrzucili ich papierową formę i skupili się na cyfrowej, ale są i tacy, którzy otaczają niemal kultem tradycyjny sposób czytania. Podobnie jest też z fanami muzyki, szczególnie metalowej, gdzie niektórzy nie uznają innej formy prezentacji twórczości niż na płycie winylowej, lub co najmniej CD. Cały czas istnieją również kolekcjonerzy parający się takimi, raczej nietypowymi nagraniami jak kompilacje. Stwierdziliśmy, że skoro dostaliśmy propozycję promocji naszej muzyki, to po prostu warto ją wykorzystać, nawet jeśli usłyszą o nas tylko zwolennicy tradycyjnych form muzycznych, czy wspomniani maniacy. Też uważam, że właśnie wśród fanów szeroko pojętego metalu i rocka, szczególnie punk i hardcore, płyty przetrwają jeszcze dość długo, bo tacy słuchacze manifestują w ten sposób swoje przywiązanie i sza cunek do muzyki. Nie zmienia to faktu, że wielu ludzi uważa płyty za przeżytek. Właśnie do nich macie zamiar trafić, umieszczając swe nagrania, jak "Minerał Fiutta", w kultowym serialu animowanym "Kapitan Bomba"? Na zasadzie, że nawet jeśli nie kupują płyt, to muzyka im się spodoba i przyjdą na wasz koncert? Podobnie jak w przypadku "Kill City", "Minerał" był okazją, której nie mogliśmy nie wykorzystać. Tym bardziej, że większość zespołu to zagorzali fani "Kapitana Bomby". Szczerze mówiąc nie zastanawialiśmy się czy trafimy do nowoczesnego, czy też tradycyjnego odbiorcy. Z tego co wiemy, "Bomba" cieszy się popularnością wśród jednych, jak i drugich, co widać po licznych komentarzach w sieci. Poza tym tak samo cieszy nas kupiona płyta, jak bilet na koncert. Po wydaniu "Into the Madness" skupicie się jednak zapewne na intensywnej promocji koncertowej tego materiału? Coraz trudniej w dzisiejszych czasach zorganizować regularną trasę - możemy się raczej spodziewać pojedynczych koncertów lub serii 2-3 występów? Oczywiście, planujemy promocję koncertową. Skupimy się raczej na weekendach. Zatem koncertów, miejmy nadzieję, uda się zorganizować sporo, jednak w odstępach czasu. Wojciech Chamryk

HMP: Doczekaliśmy się wreszcie wydania waszej drugiej płyty "Jeźdźcy nocy". Pierwsze informacje o tym, że pracujecie nad następcą LP "Stos" pojawiły się krótko po tym, jak wznowiliście działalność w roku 2000. Wygląda na to, że mieliście mnóstwo prob lemów i kłopotów, zanim "Jeźdźcy nocy" się ukazali? Jan Bol: Po reaktywacji w 2000 roku przypomnieliśmy sobie stary materiał, a następnie pracowaliśmy nad nowym, czego efektem było demo "Przebudzenie". Myśleliśmy oczywiście o wydawnictwie oficjalnym, jednak nie przyłożyliśmy się do tego porządnie - skupiliśmy się na koncertach i nad nowymi utworami... Tak zleciało do drugiej demówki "Za horyzont". Wtedy obiecaliśmy sobie, że atakujemy ostro wytwórnie płytowe bo już najwyższy czas wydać ten materiał ! Ale życie ułożyło inny scenariusz. W grudniu zmarł gitarzysta Janek Kardas, drugi gitarzysta odchodzi ze Stosu. Zawiesiliśmy działalność, musieliśmy się otrząsnąć... Potrzebowaliśmy trochę czasu żeby odreagować. Nawet wznowienie pięć lat temu waszego debiutu w wersji CD nie zwiększyło zainteresowania potencjalnych wydawców nowym materiałem? Mieliście już przecież dwa materiały demo, wystarczyło wejść do studia i nagrać te utwory… No właśnie! Wystarczyło wejść do studia... ale nie mieliśmy z kim! Rozmowy z MMP o wznowieniu płyty na nośniku CD prowadziliśmy w okresie stagnacji zespołu i w końcu udało się - płyta się ukazała, zainteresowanie i propozycje były... ale nie było możliwości bo nie mieliśmy składu. Ostatecznie udało się wam skompletować nowy skład - jak trafili do niego poszczególni muzycy? Któregoś dnia zadzwonił do mnie Marcin Frąckowiak (perkusista zaprzyjaźnionego zespołu Headtrush) i mówi, że montuje nową kapelkę i czy nie pogram u nich na perce, bo on w tym projekcie będzie grał na gitarze... A ja mu na to... to ty u siebie graj na perkusji, a chodź do Stosu pograć na gitarze. W ten sposób Marcin został u nas, następnie dołączył Łukasz Krawiec gitarzysta z projektu Froncka. I w takim to składzie: Irena Bol, Jan Bol, Janusz Sołoma, Marcin Frąckowiak, Łukasz Krawiec przemaglowaliśmy stare utwory i robiliśmy nowy materiał. Jak wspomniałeś los doświadczył was bardzo trag icznie: najpierw po długiej chorobie zmarł gitarzysta Jan Kardas, po czterech latach odszedł basista Janusz Sołoma, który doznał zawału w czasie koncertu Stos. Miało to też pewnie duży wpływ na opóźnienie prac nad płytą? Po kilku latach wspólnej pracy w tym składzie, sytuacja w zespole była wyklarowana. Owocne próby, udane koncerty, po prostu praca była dla nas przyjemnością. Mieliśmy ambitne plany, aby wejść do studia... i wtedy tragiczna śmierć Janusza... Faktycznie... Wszystko nagle straciło sens... Właściwie nie wiedzieliśmy, co z sobą zrobić... Wtedy ktoś powiedział, że Janusz chciałby, żebyśmy dalej grali... I tak się stało... pomalutku... pomalutku... To właśnie pojawienie się w zespole Marcina Frąckowiaka, Łukasza Krawca i Tomasza Skorka zmobilizowało was ostatecznie do ukończenia i nagrania tego materiału? Tak jak wspomniałem, po otrząśnięciu się z kolejnej tragedii, postanowiliśmy nie odpuścić i zrobić to dla Janusza i nagrać płytę; poświęcić ją Jemu. Do składu doszedł nasz długoletni przyjaciel - Tomek Skorek. Zapowiedział, że w imię pamięci dla Janusza pomoże nam na koncertach i w nagraniach studyjnych, jako basista zastępczy. W międzyczasie mieliśmy szukać basmana na stałe, ale nie znaleźliśmy i Tomek został w składzie Stos. Wygląda na to, że świetnie się dogadujecie, co potwierdza płyta "Jeźdźcy nocy"? Współpraca układa się znakomicie... nowi - młodzi muzycy spisują się znakomicie. W końcu "świeża krew". Atmosfera w kapeli jest zarąbista (śmiech). Mieliście pewnie dylemat które utwory wybrać na płytę? Dlatego jest ona dość długa, bo trwa ponad 72 minuty i składa się z aż 14. utworów? To ciekawe połączenie najstarszych utworów Stosu z tymi z demówek z lat 2001 oraz 2005, a także najnowszymi. Chcieliście pozostawić fizyczny ślad po tych najstarszych utworach jak "Spalinowy diabeł" czy "Hej ty", które nie trafiły na LP Pronitu? A właśnie nie! Pod presją fanów, którzy domagali się wydania utworów z demówek w wersji studyjnej zde-


Warto żyć dla metalu! Ten pierwszy heavy metalowy zespół w Polsce z wokalistką w składzie zawsze miał pod górkę. W czasach największej popularności heavy metalu ich nagrania ukazywały się tylko na różnych składankach i splitach. Pierwszy album wyszedł dopiero w 1990r., kiedy winylowy nośnik był dla wielu słuchaczy archiwalnym przeżytkiem, a do głosu zaczęły dochodzić inne rodzaje rocka, przez co klasyczny heavy został zepchnięty na margines. Stos zawiesił więc działalność i powrócił dopiero po 10 latach. Wszystko zapowiadało się wówczas świetnie, powstały dwa materiały demo i… w krótkim czasie zmarło dwóch muzyków grupy. Pozostali nie podali się jednak. Najpierw sfinalizowali wznowienie debiutanckiego albumu na CD, a niedawno wrócili ze świetnym albumem "Jeźdźcy nocy". O wzlotach i upadkach grupy rozmawiamy z perkusistą i liderem Stos, Janem Bolem: cydowaliśmy, że druga płyta będzie z tymi utworami plus kilka nowych utworów, a dopiero trzecia będzie zawierać całkowicie nowy materiał. Będzie zachowana jakaś chronologia. Jest jeszcze wiele utworów, które chcemy ocalić od zapomnienia. Całkiem możliwe, że oprócz "Spalinowego diabła" ,czy "Hej ty", będziemy je stopniowo dorzucać do nowych wydawnictw. Nagraliście ponownie "Ognistego ptaka", ale na debiucie utwór ten nosi tytuł "Bóg piekieł". To nie pierwszy taki przypadek w waszej historii, że jedna kom pozycja ma różne tytuły, wystarczy zerknąć na różne kompilacje czy kasety, by się o tym przekonać. Dlaczego tak się działo? Jesteśmy chyba jedynym zespołem (nie spotkałem się jeszcze z takim przypadkiem), że do jednego utworu przypisane są 2-3 tytuły. Nie mieliśmy na to żadnego wpływu... O fakcie dowiedzieliśmy się dopiero, jak wydawnictwa się ukazały. Było to sprytne posunięcie Tomka Dziubińskiego, żeby łatwo zarobić kasę... po prostu zgłosił w ZAIKS-ie jeden utwór pod trzema tytułami: łatwa forsa już jest...

sie koncertu. Pomimo upływu niemal trzech lat chyba trudno wam się z tym pogodzić, skoro zadedykowaliście Januszowi tę płytę? Nadal nam jest ciężko pogodzić się z myślą, że Janusza nie już wśród nas. Wiemy jakie miał plany, jak kochał muzykę i koncertowanie. Był kawalerem... Miał swój świat, ale muzyka była jego sposobem na nudne życie. Przez wiele lat budował historię Stosu, był z nami gdy było dobrze i źle... Razem żegnaliśmy pierwszego gitarzystę, który przedwcześnie odszedł, po prostu chyba nie byliśmy przygotowani, ze znowu coś takiego nas spotka. Jacka Adamczyka, szefa RDS Music znacie pewnie

on okazał się wspaniałym fachowcem i kolegą. Cierpliwy... z dużym poczuciem humoru... praca z nim, to naprawdę czysta przyjemność. Jesteśmy zadowoleni z efektu końcowego i w przyszłości z chęcią wrócimy do Leona i Fear Records. Co czujecie, jakiś już czas po ukazaniu się tej płyty? Radość, ulgę, że udało się wreszcie doprowadzić ten czas i pracochłonny proces do końca? Oczywiście czujemy wielką radość, że w końcu po tak długim czasie brnąc przez przeszkody i niepowodzenia udało się dopiąć swego - wydać płytę! Po tak długim okresie istnienia na scenie muzycznej powinno ich być dużo więcej... ale mamy swoistego pecha i dlatego cieszymy się bardzo z tego wydawnictwa. Ale na kolejny album nie będziemy musieli czekać kolejnych 15 - 20 lat? Mamy nadzieję, że szczęście nam tym razem dopisze i na nowy album nad którym obecnie pracujemy nie będziecie czekać 20 lat... myślę że 10 (śmiech) tak serio, będziemy się starać aby się ukazał jeszcze w tym roku. Promujecie "Jeźdźców nocy" na koncertach? Grywacie regularnie czy też codzienne obowiązki uniemożliwiają wam częstsze koncerty? Po wydaniu płyty odbyło się kilka koncertów w tamtym roku, ten zapowiadał się dobrze, ale wynikły jakieś kłopoty organizacyjne menagera i trochę koncertów zostało odwołanych. My jednak nie tracimy czasu, skupiamy się nad pisaniem utworów - nie próżnujemy! Udział w festiwalu Metalfest w Jaworznie był chy-

Czy obecnie kwestie praw autorskich do waszych utworów są już uregulowane czy też wciąż w odpowiednich instytucjach jako ich współautor figu ruje Metal Mind czyli Tomasz Dziubiński? Nie ma już z kim regulować tamtych spraw... Nie walczymy już o to... Dopięliśmy swego, że wyszło wznowienie na CD i to nam już chyba wystarczy... A jak będzie potrzeba, to nagramy ten materiał jeszcze raz i z głowy. Ile lat można się było prosić? Ech... W "Ognistym ptaku" zaśpiewał gościnnie Grzegorz Kupczyk. To też swoista sentymentalna wyprawa w przeszłość do Metalmanii'87, na której wykonał z wami ten utwór? Do tej sentymentalnej wyprawy też skłonili nas fani, którzy ciągle pytali, czy mamy jakiś materiał (audiovideo) z tejże Metalmanii, dlaczego ten utwór w duecie z Grześkiem nie został nigdzie wydany itp. Podejrzewamy, że Tomek Dziubiński był w posiadaniu takich skarbów z tamtych lat, ale gdy tylko pytaliśmy, to tylko odpowiadał, że nic nie wie... Nie doprosiliśmy się u źródła, więc spełniając oczekiwania fanów, nagraliśmy "Ognistego ptaka" jeszcze raz. Macie w zanadrzu jeszcze jakieś archiwalne utwory z wczesnych lat osiemdziesiątych? Jest jeszcze trochę archiwalnych utworów Stosu... I tak jak mówiłem, może uda się wydać je w postaci bonusów do nowego materiału... naprawdę to jeszcze nie mamy koncepcji... Jednak podstawą płyty są nowe utwory. Wygląda na to, że nie oglądacie się na muzyczne mody, gracie to, co kochacie najbardziej czyli klasyczny heavy metal? Masz rację! To w nas siedzi głęboko i tego już nie zmienimy. Nie oglądamy za jakimś nowym nurtem. Jesteśmy utożsamiani z dobrym, starym H.M. i niech tak zostanie. Znamy przykłady kapel, które wprowadziły zmiany i źle na tym wyszły... Najnowszym utworem jest chyba przejmujący "Dla Janusza", upamiętniający postać Waszego zmarłego tragicznie basisty? "Dla Janusza" jest nowym utworem, ale nie całkowicie... Zaczęliśmy go robić jeszcze w składzie z Januszem... Wtedy był jeszcze w powijakach, kilka motywów nie posklejanych w kupę, bez linii melodycznej i tekstu. Januszowi bardzo się ten "utwór" podobał... Miał być poświęcony Jaśkowi Kardasowi... a niestety nomen-omen został poświęcony Januszowi… Który wielbiał grać i śmierć przyszła po niego w cza -

Foto: Paweł Olewniczak

od wielu lat - miało to jakiś wpływ na sfinalizowanie umowy i podpisanie kontraktu? Z Jackiem znamy się jeszcze z czasów Metalmanii. Po kilkudziesięciu latach odnowiliśmy kontakty... Jacek poszedł w kierunku wydawnictw płytowych, myśmy akurat nagrali materiał i w ten sposób doszło do wydania płyty przez RDS. Przyszedł e-mail od Jacka, że szuka grających kapel z 80-tych lat, że ma pewne plany i projekty... Spotkaliśmy się, dogadali sprawy i tak zostaliśmy pod skrzydłami RDS. Z nagraniami, miksem i masteringiem albumu poszło wam sprawnie, co nie dziwi w kontekście tego, że materiał był dopracowany niemal w całości od lat. Interesuje mnie bardziej, dlaczego wybraliście rybnickie studio No Fear Records? Lokalizacja nie była chyba jedynym atutem, wnioskując po brzmieniu "Jeźdźców nocy"? Gdy szukaliśmy studia, to prawdę mówiąc lokalizacja nas nie interesowała... Zwracaliśmy uwagę na brzmienie, co w danym studio było nagrywane, inaczej mówiąc badaliśmy doświadczenie reżysera dźwięku z muzą H.M., opinie itp. Przesłuchaliśmy kilka próbek z różnych źródeł i zdecydowaliśmy, że będzie to Fear Records. Podobało nam się brzmienie, produkty końcowe i to, że szefem studia jest muzyk. Po spotkaniu z Leonem (bo o nim mowa), byliśmy już pewni, że to będzie to. Nagrania odbyły się w super atmosferze. Le-

ba, jak dotąd, największym sukcesem koncertowym obecnego składu Stosu? Zresztą gdzie jak gdzie, ale w rodzinnym mieście i na takim festiwalu nie mogło was zabraknąć? W tym składzie tak... To był pierwszy występ na tak dużym festiwalu, a że odbył się w Jaworznie, to w sumie graliśmy u siebie i byliśmy poniekąd gospodarzami (śmiech)... Fajny festiwal - trzy dni ostrej metalowej muzy, świetny zestaw kapel i wspaniały klimat! Przypomniały się wam wtedy czasy festiwali w Jarocinie, różnych innych przeglądów, pierwszych Metalmanii? Warto chyba poświęcać czas i pieniądze na granie, by stanąć na dużej scenie przed ludźmi, którzy kochają metal i waszą muzykę? Dla takich chwil... warto poświęcić czas i pieniądze warto żyć! Każdy koncert czy mniejszy czy też wielki, na dużej scenie... To są niesamowite wrażenia, spotkania z fanami i ludźmi z innych kapel... Piwko i rozmowy bez końca. Ta atmosfera jest największą nagrodą dla muzyków!!! Dziękujemy serdecznie za spotkanie, pozdrawiamy redakcję, wszystkich naszych fanów i wszystkich fanów heavy metalu!!! Wojciech Chamryk

STOS

43


spiracji. Możemy nawet brzmieć całkiem brytyjsko (śmiech). Ale naszym fundamentem jest chyba wszystko to, co jest związane z Dio, Judas Priest, Iron Maiden, Motörhead, Saxon. Dodaj do tego trochę Thin Lizzy, Black Sabbath oraz Deep Purple i odrobinę potężnego Europe i wyjdzie ci Screamer.

Nie ma snu dla grzeszników! Młodzi Szwedzi ze Screamer bezlitośnie prą do przodu. Ich druga płyta "Phoenix" to nie tylko kolejny krok w muzycznym rozwoju grupy, ale przede wszystkim bardzo czytelna deklaracja tego, co ich najbardziej interesuje. Przypuszczam, że zagranemu z taką energią tradycyjnemu heavy metalowi, inspirowanemu NWOBHM, grupami europejskimi oraz klasycznym hard rockiem, pewnie niewielu czytelników zdoła się oprzeć. Ewentualnych niedowiarków przekona zaś zapewne perkusista grupy, Henrik Petersson: HMP: Pomimo tego, że po wydaniu debiutanckiego "Adrenaline Distractions" sporo koncertowaliście, dość szybko uwinęliście się z nagraniem jego następcy - wygląda na to, że nie brakuje wam pomysłów? Henrik Petersson: Przebywanie w trasie bardzo nas inspirowało, zarówno pod względem muzycznym jak i tekstowym. Wydaje mi się, że jest to słyszalne w piosenkach na "Phoenix". Kiedy nie koncertujemy zawsze ćwiczymy i piszemy nowe utwory. Nie ma snu dla grzeszników! Zdarza się, że komponujecie w trasie czy też po powrocie z koncertów poświęcacie kilka tygodni na pracę nad nowymi utworami oraz dopracowanie pomy-

Zważywszy na rosnącą popularność nie tylko waszego zespołu, ale również Bullet, Enforcer, Steelwing czy Helvetets Port nie jest to chyba inter pretacja pozbawiona podstaw? Być może, ale jak już wspomniałem, tytuł albumu w ogóle do tego nie nawiązuje. Jak sądzisz, co sprawiło, że klasyczny heavy wrócił w Szwecji do łask? Sukcesy HammerFall czy Sabaton to chyba tylko jedna z przyczyn, bo przecież zawsze mieliście fantastyczne zespoły, że wymienię cho ciażby: 220 Volt, Axe Witch, Crystal Pride, Mercy, Silver Mountain czy legendarny Heavy Load? Powiedziałbym, że wierzę w to, że HammerFall odeFoto: High Roller

Wasz gitarowy duet jest czasem porównywany do legendarnych tandemów Murray - Smith i Tipton Downing. To chyba spory komplement dla młodych muzyków? No pewnie, że jest!! Nie ma większego komplementu! Wygląda na to, że Dejan Rosic szybko zaaklimatyzował się w składzie zespołu? Tak, był idealną osobą do przyłączenia się do zespołu. Mnóstwo pomysłów na piosenki, oddanie i absolutnie świetna osobowość sceniczna - na pewno! Dlatego właśnie na waszej stronie można przeczytać, że ten skład Screamer był i będzie zawsze? Dokładnie tak. Czujemy, że teraz wszystko w naszej grupie jest solidne, wszyscy doskonale się uzupełniamy. Pod względem muzycznym to chyba idealny skład i nie chcemy już niczego zmieniać! Do klasycznego heavy metalu dorzuciliście na "Phoenix" sporo innych wpływów. Lubicie chyba klasycznego hard rocka, co udowodniliście w "Far Away From Home", przebojowym "Mr. Noman" czy finałowym "Lady Of The River"? Tak, to prawda. Wierzymy, że ciężka praca jaką włożyliśmy w pracę nad albumem głęboko odzwierciedla nasze muzyczne wcielenia i muzykę, którą kochamy zarówno słuchać, jak i grać. Nie jesteśmy typem zespołu, który chce być po prostu "prawdziwy" (cokolwiek to znaczy), ale skupiamy się na tworzeniu muzyki, na którą możemy postawić na 100%. Nie słuchamy tylko NWOBHM. Słuchamy też dużo klasycznego rocka, hard rocka, stoner rocka i death metalu, rocka z lat 70., ale to właśnie z heavy metalu czerpiemy muzyczną mądrość. Możliwe, że będzie to łatwo zauważyć, kiedy przesłucha się cały album (śmiech). Ta ostatnia kompozycja ma wręcz progresywny klimat, rozwija się stopniowo - zależało wam, żeby zakończyć płytę takim wielowątkowym, urozmaiconym utworem? Dokładnie taki mieliśmy na nią pomysł. Kiedy tworzymy piosenki możemy jamować godzinami. To właściwie była nasza ostatnia sesja improwizacyjna przed wejściem do studia. Improwizowaliśmy ją chyba dwa razy. Pomyśleliśmy, że brzmi świetnie i dziwnie, spróbowaliśmy ją zagrać dwa razy i była gotowa. Równie ciekawa jest "No Sleep 'Til Hamilton". Z jej powstaniem wiążą się jakieś szczególne okolicznoś ci? Część muzyczna tego utworu nie była jakoś specjalnie nadzwyczajna. Chcieliśmy zagrać ją w średnim tempie, ale Chris napisał do niej tekst zeszłego lata, podczas trasy po Kanadzie, krótko przed wejściem do studia. To esencja życia w trasie. Po spędzeniu dwóch nocy jako bezdomni w Toronto i Hamilton mieliśmy sporo opowieści do rozprowadzenia po albumie (śmiech).

słów, które narodziły się wcześniej? Jak dotąd tworzyliśmy nasze kompozycje jedynie w studiu do prób. Prawdopodobnie niektóre pomysły rodzą się w trasie, ale główna praca odbywa się po powrocie do domu. Polega na tym, żeby połączyć ze sobą wszystkie pomysły w jedną, pasującą do siebie całość. Na "Phoenix" trafiły więc najnowsze kompozycje, przygotowane specjalnie z myślą o tym albumie? Tak, wszystkie utwory na tym albumie zostały napisane specjalnie na "Phoenix". Przy "Adrenaline Distraction" mieliśmy kilka kompozycji, które wcześniej były demami. Tym razem stworzyliśmy wszystkie utwory w 7 miesięcy. Myślę, że album pozostawia całkiem dobre wrażenie ponieważ mieliśmy pomysł "jakiego rodzaju" piosenki chcieliśmy na nim umieścić. Szybkie utwory, rockowe kawałki w średnim tempie, typowe outra itd. Jaka jest geneza tego tytułu? Można go niejako odczytywać jako symbol odrodzenia się klasycznego heavy metalu w Szwecji? Nie, gdyby było to coś takiego, to raczej wolałbym nazwać to odrodzeniem i stworzeniem stabilnego gruntu dla zespołu. W końcu udało nam się zebrać solidny line-up z ludźmi urodzonymi by tworzyć, grać, występować i jeździć w trasy heavy metalowe. Klasyczny heavy metal zawsze był obecny, po prostu w tym momencie jest więcej zespołów grających ten gatunek muzyki.

44

SCREAMER

grał ważną rolę w utrzymaniu przy życiu sceny hard rockowej/heavy metalowej w latach '90 (HammerFall w Mejeriet w Lund '99 był właśnie moim pierwszy koncertem heavy metalowym), ale oczywiście tradycje w tym gatunku są również silne. Prawdopodobnie może to być także reakcja na rozwój produkowanej masowo, syntetycznej metal-core'owej sceny. Ludzie chcą wrócić do korzeni i grać to, co kochają całym sercem. Nie chcą grać tego, co w danym momencie jest modne. Spójrz tylko na scenę death metalu, rocka i heavy metalu. Wszyscy poszukują swoich korzeni, gdzie muzyka jest autentyczna, prawdziwa.

Jednak to, co wam w duszach gra to klasyczny heavy, przechodzący czasem, jak w utworze tytułowym, speed metal lat 80.? Tak, to heavy metal!! Cóż, po prostu lubimy zagrać coś szybkiego od czasu do czasu (śmiech). Takie utwory jak "Slavegrinder" zawsze świetnie sprawdzają się na koncertach - pewnie na trasie pro mującej "Phoenix" gracie przede wszystkim utwory z tej płyty? Mamy 70 minutowy set, podczas którego stare i nowe utwory gramy w proporcjach "fifty/fifty", nie włączając możliwych bisów.

Czy któryś z tych zespołów wywarł na was szczególny wpływ? Słuchaliście ich, byliście ich fanami, inspirują was do dziś? Cóż, HammerFall jest zespołem, który bardzo szanujemy, niektórzy z nas słuchają ich więcej niż inni. Poza tym mają w składzie (oczywiście Silver Mountain też) najlepszego szwedzkiego perkusistę (Anders Johansson, znany też z zespołu Y. J. Malmsteena - red.), co sprawia, że są jeszcze bardziej interesujący.

Grywacie czasem covery? Bo nie poszliście w ślady wielu innych zespołów i na płytach nie umieszczacie przeróbek, bazując na własnym repertuarze? Nie, nie gramy żadnych coverów, jak do tej pory nie doszliśmy do tego. Kiedy jesteśmy na scenie chcemy grać swoje własne utwory, nikogo innego. Po prostu myślimy, że jesteśmy wystarczająco dobrzy w pisaniu naszych piosenek. Prawdopodobnie umieścimy kilka coverów na B-sidach niektórych 7". Przyszłość pokaże, czy nam się uda.

A co z innymi wpływami? Nigdy nie ukrywaliście tego, że uwielbiacie Iron Maiden, zresztą chyba generalnie nurt NWOBHM jest dla was źródłem inspiracji? Tak, miłość do Iron Maiden jest niezniszczalna. Racja, nurt NWOBHM jest dla nas głównym źródłem in-

Zastanawia mnie w jaki sposób pracowaliście nad "Phoenix", bo brzmienie nawiązuje do lat '80, ale dźwięk jest zarazem mocny, klarowny i bardzo dynamiczny. Nagrywaliście na setkę, korzystając z analogowego sprzętu w Racetrack studio, po czym było to miksowane cyfrowo?


Na początku mieliśmy pomysł, że wszystkie instrumenty powinny brzmieć naturalnie, organicznie, całkowicie bez typowych zastępników dźwięku typu "kopiuj - wklej" (drum trigger), nagranie powinno być nagraniem. Bębny nagrywaliśmy w Ljungby, naszym rodzinnym mieście, a resztę w Racetrack Studios, poza Växjö. Wszystko było zarejestrowane cyfrowo, ale kiedy wysłaliśmy materiał do Freda Estby'ego (byłego członka Dismember) został analogowo zmiksowany. Chcieliśmy, żeby brzmiał jak "Powerslave", ponieważ uważamy, że to najlepiej brzmiący album wszechczasów. Zabawnym faktem jest, że to właśnie Fred śpiewa chórki w "Red Moon Rising". Czyli dlatego ponownie nagrywaliście w Racetrack, bo zależało wam na takim naturalnym, klasycznym brzmieniu, pozbawionym cyfrowej sztuczności? Nie, ale właśnie dlatego chcieliśmy, żeby materiał miksował Fred Estby. Zastanawiamy się jeszcze co zrobimy z następnym albumem, ale myślimy nad pójściem odrobinę dalej w naszej współpracy z Fredem. W czasach dominacji komputerów to pewnie niemal magiczne przeżycie pracować w ten sposób? Właściwie nie boimy się zbytnio komputerów. Bardzo wygodnie pracuje się od momentu kiedy podczas nagrywania żadne dźwięki nie znikają z taśm i w ogóle. Jednak, jak już wspomniałem, ważniejsze jest dla nas miksowanie. Nie mniej jednak, byłoby naprawdę fajnie spróbować nagrać cały album analogowo. Jesteście też tradycjonalistami jeśli chodzi o oprawę graficzną waszych albumów. Ponownie pracowaliś cie więc z Robinem Gnista, który jest znany z tego, że maluje i rysuje, unikając komputerowych technik? Robin jest fantastyczny! Rozumie wszystkie nasze pomysły i wykonuje je z wielką precyzją. Wpadliśmy w euforię, kiedy dostaliśmy ostateczną wersję okładki winylu! Robi dla nas także plakaty i nadruki na koszulkach. Często mówi nam, że nie będzie pracował z żadnym innym heavy metalowym zespołem, oprócz nas! (śmiech). Tego typu prace świetnie wyglądają w dużym forma cie i zapewniacie fanom tego typu wrażenia, wydając również swoje albumy na winylu. Jesteście fanami tego nośnika, zbieracie czarne płyty i dlatego zależało wam, żeby wasze albumy również ukazały się w tej wersji? Porównywanie CD do LP jest śmieszne. Na okładce winyla widzisz każdy detal, a kiedy zobaczy się, że jest ręcznie malowany uczucie jest po prostu fantastyczne. Komputerowo ilustrowana okładka nigdy nie będzie miała dla kolekcjonerów winyli takiej wartości. CD to raczej coś, co wozisz w samochodzie, podczas gdy płyty winylowe z dumą wystawiasz na dobrze widocznej półce w domu! Do kompletu brakuje nam więc tylko edycji kase towych. Sądząc z poprzednich lat najbliższe miesiące spędzicie zapewne w trasie, promując "Phoenix"? Będziemy próbowali wypuścić też coś na kasetach, możecie nam wierzyć! Tak, będziemy koncertować w Europie prawie przez cały marzec, później znowu przez trzy tygodnie w maju, a w sierpniu spędzimy 4 tygodnie w trasie po Ameryce Północnej. Mam nadzieję, że jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to uda nam się jeszcze jedną trasę po Europie na jesień.

Własna wizja prawdziwego metalu O oficjalnym debiucie tej nowozelandzkiej grupy można powiedzieć wiele rzeczy. Zarówno skrajnie wzniosłych jak również tych skrajnie negatywnych. Każdy ma szansę wyrobić sobie własną opinię. Jedno jest jednak pewne. Dla piątki zakręconych muzyków praca nad tym albumem była przeżyciem jedynym w swoim rodzaju. Na nasze pytania odpowiadał gitarzysta Chris Calavrias. Swoje trzy grosze dorzucił także wokalista Z Chylde. HMP: Kilka miesięcy temu ukazał się wasz debiutancki "Another Dimension". No i jak tam wrażenia? Chris Calavrias: Hej! Przede wszystkim, wielkie dzięki za zainteresowanie! Na razie jesteśmy zajęci ustawianiem grafiku koncertów przed europejskim Keep It True Festival. Aż się nie mogę doczekać! A mówiąc o wrażeniach po wydaniu naszego pierwszego albumu są świetne! (śmiech) Bardzo dobrze się przyjął i osobiście nie mógłbym oczekiwać więcej. Jesteście więc zadowoleni z finalnego kształtu waszego dzieła? Może jednak wprowadzilibyście jakieś małe zmianki, jakby była okazja? Chris Calavrias: Zmieniać cokolwiek? Krótko mówiąc - pod żadnym pozorem. Jestem bardzo z niego zadowolony. Gdybym jednak mógł podróżować w czasie z pewnością chciałbym móc przeżyć montowanie tego albumu jeszcze raz (śmiech). To było coś epickiego, od pisania po nagrywanie. I to imprezowanie! Nie wiem czy nasz basista Tim, który zajmował się także czuwaniem nad tym wszystkim oraz miksami, by powiedział to samo. To był długi i żmudny proces, gdyż nagrywaliśmy album w naszym czasie wolnym, po pracy i tak dalej. Jak wygląda odzew, który do was dociera, po pre mierze "Another Dimension"? Z Chylde: O stary, od samego początku to było czyste szaleństwo. Naprawdę, ale rozumiesz - taki naprawdę, naprawdę - mocno pozytywnie przytłaczający. Ciągle jestem tym zaskoczony. Pamiętam jak mnie to z początku nieźle zaszokowało. Wiesz, zakładasz zespół grający w stylu za którym szalejesz, wiesz - prawdziwy heavy metal, a dookoła nas, w Nowej Zelandii, nie było takich bandów w ogóle. Nawet gości, którzy się taką muzyką interesują. A tu nagle masa ludzi niemalże nosi nas na rękach. Jestem z tego powodu zajebiście szczęśliwy. Jakie są wasze inspiracje? Z Chylde: Muzyka metalowa, tak ogólnie. Wiesz, tradycyjna, NWOBHM, power, speed. Te wszystkie legendarne klasyki jak Iron Maiden, Judas Priest, Accept, Savatage oraz cała masa tego old-schoolowego grania jakie kochamy. Opowiedz nam trochę o tekstach w waszych utwo-

rach. Z Chylde: Są bardzo konkretne i bezpośrednie. Bardzo interesuję się historią. Jestem też wielkim fanem horrorów. Zawsze chciałem pisać takie mroczne historie wojenne. "Battleshark" jest o radzieckich łodziach podwodnych w czasie Zimnej Wojny. "Market Garden" oraz "Desert Inferno" są utworami osadzonymi w realiach II Wojny Światowej. "Suspiria" to oczywiste nawiązanie do klasycznego horrorowego arcydzieła Argento. Tekst do "Knights of Fire" został zainspirowany przez fantastyczną książkę o Hunach jaką czytałem. "Conjuror" też został zainspirowany książką, tym razem taką o czarnej magii, czarownictwie i podobnym badziewiu. Wygląda na to, że nasze teksty są po prostu do bólu typowo metalowe. A jest jeszcze więcej różnych tematów, które zamierzam poruszyć w przyszłości w naszych utworach! Jakie są te dziedziny czy też tematyki jakie chciałbyś poruszyć? Z Chylde: Jak mówiłem, głównie skupiałem się na historiach z horrorów oraz tematyce wojny. Jest jeszcze tyle ciekawych i mrocznych historii, całe tony genialnych książek i masa świetnych filmów. To wszystko może być inspiracją i płonącą weną, pasującą świetnie do klasycznego heavy metalu. O tylu rzeczach jeszcze chcę napisać. Sprawa wygląda tak, że prawdę powiedziawszy większa część z tego już się gdzieś pojawiała w utworach przeróżnych kapel. Na przykład chcę zrobić utwór inspirowany na twórczości Edgara Allana Poe, ale zobacz na Crimson Glory i ichni "Masque of Red Death". Nie przebiję tego, to jest zajebiście fantastyczny utwór. Klasyk! Opowiedz nam trochę o tym jak przebiegały pracę nagraniowe "Another Dimension". Chris Calavrias: Czuwał nad nimi nasz basista Tim "Diamond" Shann. Ma w tym trochę doświadczenia, gdyż czasem się zajmuje inżynierią dźwięku i miksowaniem ścieżek. Robi to przynajmniej odkąd go znam, czyli od jakiś 9 lat. Uwielbiam gościa oraz to, co zrobił z naszym dźwiękiem na naszej płycie. Wzięliśmy wszyscy tydzień urlopu, wynajęliśmy domek na wybrzeżu, niedaleko Wellington gdzie mieszkamy. Potem dokończyliśmy to wszystko w jego studio domowym. Trochę to zajęło, gdyż robiliśmy to w czasie wolnym, popołudniami, nocami i tak dalej. Świetna sprawa.

Uważasz więc, że promocja w internecie to nie wszystko i wciąż podstawą dla takich młodych zespołów jak Screamer są koncerty, bo właśnie na nich najłatwiej przekonać do siebie potencjalnych fanów? Nadal wierzymy, że trasa koncertowa to najlepszy sposób na to, żeby fani i publiczność mogli cię lepiej poznać. Oglądanie filmów na YouTube nigdy nie da ci takiej satysfakcji jaką daje prawdziwy heavy metalowy koncert! Oczywiście, od kiedy większość ludzi nie potrafi odejść na chwilę od komputera, internet jest bardzo potrzebny do promocji koncertów. Myślicie o jakimś koncertowym wydawnictwie audio lub DVD czy też jest na to jeszcze zdecydowanie za wcześnie? Chcemy zrobić teledysk, to wszystkie nasze plany na tą chwilę. Wiosną tego roku wydamy 7" singiel w północnoamerykańskiej wytwórni Onslaught Of Steel Records. Na stronie B będzie zawierał utwory zarejestrowane na żywo podczas koncertów. Dziękujemy za zainteresowanie Screamerem! Wojciech Chamryk Tłumaczenie: Anna Kozłowska Foto: Inferno

RAZORWYRE

45


HMP: Może rozpocznijmy od pytania dotyczącego początków zespołu. Jak wyglądała ta sytuacja z per spektywy muzyków Holy Grail, że zostali tak hurtem naraz wyrzuceni z White Wizzard? Eli Santana: Nie byłem członkiem White Wizzard, ale trzech z czworga założycieli White Wizzard założyło projekt, znany teraz jako Holy Grail. James Paul Luna, James Larue oraz Tyler Meahl byli gotowi pójść krok dalej, by bardziej pogłębić i polepszyć muzykę, którą grają. Dlatego zdecydowali się odejść z White Wizzard, zostawiając w nim jednego członka zamiast wykopywać go z kapeli. Wtedy wydawało się to najlepszym rozwiązaniem.

Foto: Inferno

Cóż, trochę to dziwne. Holy Grail został zawiązany tuż po tym? Tak właściwie to Holy Grail powstał jeszcze, gdy Tyler z obydwoma Jamesami technicznie byli jeszcze członkami White Wizzard. Pierwsze utwory Holy Grail były "zbyt ekstremalne" by się pojawić pod szyldem tamtej kapeli, więc zostały zaadaptowane jako materiał nowego projektu. Jestem zresztą bardzo zadowolony z tego, że sprawy obrały taki bieg.

Wcześniej nie mieliśmy zbytniego do czynienia z nagrywaniem, no przynajmniej ja nie miałem, więc to była naprawdę duża przyjemność i fantastyczne doświadczenie (śmiech). Jaka była największa przeszkoda na jaką natrafiliście w tym czasie? Chris Calavrias: Bycie nie do końca przygotowanym (śmiech). Przynajmniej jeżeli chodzi o mnie. Macie może jakieś swoje ulubione numery z waszej płyty? Mi osobiście bardzo spodobała szybkość i zadziorność "Nightblade". Z Chylde: Wygląda na to, że każdy ma zupełnie innych faworytów na naszym albumie. Mnie osobiście jest trudno zdecydować, który utwór mi się najbardziej podoba. Co tydzień, co dzień, czasem co chwilę mi się zmieniają. Czasem jest tak, że wszystkie tak samo nienawidzę (śmiech). Muszę przyznać, że przy "Nightblade" najczęściej naciskam repeat, gdy płyta jest w odtwarzaczu. Ma w sobie ten czar i urok NWOBHM. Chris Calavrias: Gdybym musiał wybierać, wybrałbym "The Fort" albo "Another Dimension (of Hell)". Kończąc pytania na temat waszego najnowszego dzieła - dlaczego wybraliście taki tytuł na płytę? Chris Calavrias: "Another Dimension" to, po prostu, krótszy tytuł od "Another Dimension of Hell". Chodzi tutaj o pewien sen który Z miał. Który ciągle co jakiś czas miewa. Wcześniej funkcjonowaliście pod bardzo ciekawą nazwą - Gaywyre. Dlaczego ją porzuciliście. Mogliście przecież tyle dzięki niej osiągnąć! Grać na tych wszystkich paradach i w ogóle… (śmiech) Chris Calavrias: A co, bardzo cię boli zmiana tej nazwy z Gaywyre? (śmiech) W skrócie - załóż zespół, zmieniaj kilka razy nazwę, jedna z nich to nawet była Haywire. Po kilku zmianach posłuchaj kogoś kto dla żartu rzuca "czemu nie Gaywyre?", weź dodaj do tego nas - gości, którzy są idiotami (no przynajmniej ja jestem), stwierdź "hej, to jest naprawdę zabawne, przecież i tak nigdzie nie dojdziemy, nikt o nas nie usłyszy". Oficjalnie zmień nazwę na Gaywyre - zauważ jaka świetna symetria dla logo! Potem dopiero się ogarnij. Resztę już znasz (śmiech). Kto stworzył wasze nowe logo? Chris Calavrias: Lucas Brooking, mój najlepszy przyjaciel (śmiech). Zajmuje się grafiką i projektowaniem banerów oraz logo. Jest w tym naprawdę dobry. Będziecie grali na Keep It True 2013 obok takich leg end jak Possessed, Liege Lord, Medieval Steel i tak dalej. Jak nastawienie? Chris Calavrias: Nie mogę się doczekać, fuck yeah! (żeby ironii losu stało się zadość, kilka dni po tym wywiadzie Razorwyre wypadł z rozpiski festiwalu Keep It True. Z powodu pewnego niezbyt szczęśliwego wypadku perkusista Nick Oakes złamał obie ręce, zmuszając zespół do odwołania swojego występu - przyp. red.) (Śmiech) Przybliżcie nam, proszę, wasze plany na

46

RAZORWYRE

najbliższą przyszłość. Robicie już pierwsze kroczki względem następnego albumu? Chris Calavrias: Planujemy nasze najbliższe koncerty! (śmiech) To jest zdecydowanie o wiele bardziej skomplikowane niż się z pozoru wydawało. Na razie skupiamy się na naszej nowozelandzkiej trasie. Wiele się zdołałem nauczyć i już myślę nad następnymi trasami. Na następny album przyjdzie czas. Cóż, od Nowej Zelandii dzieli nas kawał świata. Czy moglibyście nam przybliżyć jak wygląda scena metalowa w waszym kraju, nie tylko w Wellington? Czy znacie jakieś kapele, młode lub niemłode, warte polecenia? Chris Calavrias: Metalowa scena w Nowej Zelandii jest co prawda bardzo mała, ale daje radę. To nie jest Bay Area ani nic podobnego. Jest kilka fajnych kapel, ale naprawdę wsparcie dla nich tutaj nie jest takie jakie być powinno. Co jest trochę zawstydzające, prawdę powiedziawszy. W Europie ta sprawa wygląda zupełnie inaczej. Masa krajów, masa miast, masa ludzi i wszystko to bardzo fajnie zorientowane na nasz styl. Było u nas całkiem sporo dobrze funkcjonujących, czasowych scen, jak pop punkowa w latach 90tych, hardcore'owa na początku XXI wieku. Teraz dominują klimaty black /deathowe - Diocletian, Witchcrist, Numbskull (w którym bębni nasz pałker) oraz stoner/doomowe Beastwars, Arc of Ascent. To są naprawdę świetne zespoły. Skoro już tak jesteśmy przy kręgach kulturoznaw czych, jakie są wasze ulubione nowozelandzkie piwa? Z Chylde: Moje ulubione krajowe piwa to Epic Hop Zombie oraz No. 8 Wired Hopwired. Nowa Zelandia zawsze była dużym rynkiem zbytu dla produktów browarniczych, jednak nasze rodzime piwowarnie jakoś tak uaktywniły się bardziej dopiero na przestrzeni ostatnich pięciu czy dziesięciu lat. Teraz jest tu całkiem spory wybór piw z browarów z całego kraju. Wasz kraj ostatnio jakoś tak jednoznacznie jest kojarzony z pewną epicką ekranizacją… Z Chylde: U nas nie utożsamiamy się jednoznacznie z trylogią "Władcy Pierścieni", jednak muszę przyznać, że jest tutaj sporo fanów twórczości J.R.R. Tolkiena. Co i rusz można spotkać coś związanego ze światem Śródziemia, zwłaszcza gdy ostatnio kręcono tu "Hobbita" w okolicach Wellington. Jak była premiera filmu, to już w ogóle. Całe śródmieście wyłączone z ruchu, wielkie przyjęcia, banery, flagi, billboardy. Na ulicy na której mieszkam postawili wielką statuę Gandalfa. W parku Wataingi walnęli wielki ekran oraz przeogromne głośniki do oglądania "Hobbita" oraz "Władcy…" na świeżym powietrzu. Osobiście nie cierpię tej całej szopki oraz Trylogii, ale każda moda ma swoich wiernych fanów. Naprawdę - każda. Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Dalej są pewne animozje między wami a Jonem Leonem z White Wizzard czy też obie kapele wspierają się nawzajem. Nie za bardzo. Ciągle istnieją pewne kwestie prawne, które musimy z nim rozwiązać. Tak naprawdę w ogóle o nim nie myślimy ani nie rozmawiamy. No chyba, że nas ktoś o niego albo o White Wizzard spyta. Jesteśmy zakumplowani z paroma byłymi muzykami z White Wizzard, jednak żaden z nich już w tej kapeli już nie gra. W sumie to nawet nie wiemy kto tam konkretnie teraz gra albo czy White Wizzard w ogóle działa, jednak jeżeli im się układa, to tylko pozostaje nam życzyć im szczęścia. Ciągle docierają do nas wieści o tym jak Jon Leon obrabia nam dupy za naszymi plecami, udzielając szkalujących nas wywiadów na blogach i w prasie. Można więc spokojnie przyjąć, że raczej nas nie lubi i nie zamierza wspierać w jakikolwiek sposób. Raczej nie uciekniecie prędko od porównywania obu zespołów przez fanów. Jak zamierzacie z tym żyć? W sumie to nawet nie wiem. Nie wydaję mi się, że jest to kwestia nie do ominięcia, przez ostatnie kilka lat jakoś udaje się jej uniknąć. Myślę, że na papierze można prowadzić dywagację na ten temat, jednak wystarczy posłuchać naszego ostatniego albumu i ichniego ostatniego albumu. Dla prawdziwego fana metalu różnica będzie niezmiernie łatwa do wychwycenia. Jeżeli jednak ktoś ciągle patrzy na zakładki w stylu "Podobni wykonawcy" albo "Możesz także polubić" na Spotify, Pandorze czy iTunes i ciągle będzie się starał porównywać obie kapele, nie oznacza to dla nas jakiegoś mitycznego końca świata. Nie jest w końcu tak, że ludzie nas ze sobą mylą czy coś. Zostawiając już ten drażliwy temat - jak dołączyła do zespołu reszta składu? Trafiłem do zespołu na miejsce drugiego gitarzysty, a chwilę późnje skład uzupełnił basista Blake Mount. W momencie, gdy jeden z założycieli zespołu - James Larue zdecydował się odejść, bardzo szybko znaleźliśmy zastępstwo na jego miejsce. Alex Lee akurat opuścił wtedy szeregi retro-thrashowh grupy Bonded By Blood i wyraził chęć grania z nami. Niedawno w świat poleciał wasz drugi album "Ride the Void". Jakbyś go porównał do waszego ebiu tanckiego "Crisis In Utopia". "Ride the Void" jest bezpośrednią kontynuacją naszego stylu z "Crisis In Utopia". Pokierowaliśmy go tym razem w rejony bardziej mroczne i cięższe. Utwory były konstruowane z większą starannością. Podczas procesu pisania utworów przyłożyliśmy większą wagę do subtelnych szczegółów. "Ride the Void" jest efektem większego nacisku położonego na przemyślane utwory i ciężkie brzmienie. Jak bardzo zadowala cię poziom produkcji brzmienia tego albumu? Jestem z niego bardzo zadowolony. Bardzo podoba mi się brzmienie gitar. Przed procesem masteringu było znakomite, ale efekt końcowy jest genialny. Wiosła brzmią ostro i głośno, jednak nie zagłuszają całości. Inną rzeczą, która bardzo mi się podoba w brzmieniu naszego albumu to namacalny dźwięk basu. Słuchacz jest w stanie wychwycić wszelkie zawiłości linii basowych. Bas jest żywym instrumentem na "Ride the Void" a nie zamulającą ścianą dźwięku w tle. Jestem świadom tego, że wielu ludziom nie poboda się brzmienie naszych albumów, bo mamy naprawdę nowoczesną produkcję. Wydaję mi się, że jednak temu udało nam się


Dostrzec pustkę O silę zespołu często decydują nie tylko umiejętności muzyków, ale także determinacja oraz wyraźnie zaznaczone cele. Gdy w starym zespole coś nie trybi czasem trzeba wyjść, by skonstruować coś, co będzie bardziej odpowiadało temu, co siedzi w głowie i duszy. O tym, co się tak właściwie stało w White Wizzard nie ma sensu szerzej dyskutować. Po pierwsze - jakie to ma w sumie znaczenie, po drugie - kogo to tak właściwie obchodzi. Nie mówimy tutaj o Judas Priest czy Slayerze, lecz o młodych kapelach. Kilka pytań na temat tego, dlaczego z większości składu White Wizzard kilka lat temu niespodziewanie uformował się Holy Grail, trzeba jednak zadać. osiągnąć moc i siłę dźwięku, do których dążyliśmy od samego początku. Celowe podstarzanie produkcji tylko by zabiło feeling naszych utworów. Tak sądzę. Myślę także, że produkcja Matta Hyde'a, miksowanie Marka Lewisa oraz mastering Alana Douchesa było zabójczo zwycięską kombinacją. Mógłbyś nam co nieco opowiedzieć o tym jak pisaliś cie i nagrywaliście utwory? Mieliśmy garść utworów, które nam pozostały z procesu twórczego nad "Crisis In Utopia". Chcieliśmy je zawrzeć na pierwszym albumie, niestety z powodu różnych przeszkód nie udało się nam tego dokonać. Na przeszkodzie stawał zwykle brak czasu lub nasza niedojrzałość twórcza. Dlatego za nie wzięliśmy się w pierwszej kolejności, a potem wzięliśmy się za pomysły i riffy, które spisaliśmy podczas przerw na naszych trasach. Szybko zwróciliśmy uwagę na fakt, że utwory, które zaczynają się nam formować, mają o wiele mroczniejszą i głębszą naturę, niż się spodziewaliśmy. Były także bardzo ciężkie. Dlatego staraliśmy się dopasować do nich adekwatnie mroczne i ciężkie teksty. Głównym wątkiem, wokół którego obracają się teksty do naszych utworów, był triumf ludzkiej duszy i parcie do przodu w niepewną i posepną przyszłość. Liryki na tym albumie są o wiele bardziej osobiste i bardziej emocjonalne. Nie chcieliśmy znowu babrać się w jakiś fantastycznych historiach, które zdarzało nam się wplatać do utworów w przeszłości. Zaintrygowało mnie intro otwierające wasz najnowszy album. Dlaczego nazwaliście je "Archeus"? Czyżbyście się interesowali pradawną sztuką alchemii. Tytuł bardzo pasuje do warstwy instrumental nej, gdyż i jedno i drugie niesie ze sobą pewną nutkę tajemniczości i mistycyzmu… Trafiłeś w sedno, gdyż dokładnie takie było nasze zamierzenie. Alex Lee wymyślił to intro oraz tytuł dla niego. My jako reszta zespołu stwierdziliśmy, że pasuje ono do naszej nowej płyty. Jest jakby swoistą esencją, która rozmywa różnice między obydwoma nasyzmi albumami, płynnie je zlewając na krawędziach. Dzięki temu feeling z pierwszej płyty przechodzi w feeling z drugiej. Tytuł jest tym bardziej adekwatny dzięki temu, gdyż Archeus jest rodzajem pomostu między sferą duchową a światem materialnym. Od wydania waszej debiutanckiej płyty minęły trzy lata. Czy przez ten czas wasze inspiracje muzyczne uległy zmianom? Nasze muzyczne insperado w tym czasie znacznie ewoluowało. Naszą uwagę przykuł nawet fakt, że bardzo na nas wpłynęły zespoły, z którymi graliśmy koncerty i trasy. Rozwijamy się w ramach tego, czym w naszych głowach miał być Holy Grail, ale takie zespoły jak Amon Amarth, Exodus oraz Blind Guardian, wpłynęły na nas jako artystów. Ich wpływy delikatnie wlewają się do naszego procesu twórczego. Inspirują nas nawet takie dziwne zespoły jak Toxic Holocaust czy teksański punkowy Krum Bums. Trochę nas to śmieszy, że zafascynowały nas punkowe i thrashowe kapele i że takie klimaty gdzieniegdzie się pojawiają w naszych utworach. "Ride the Void" posiada bardzo interesującą oprawę graficzną. Z jednej strony bardzo kolorową, z drugiej strony ponurą i tajemniczą. Jak wyglądała wasza współpraca z Dylanem Colem, artystą odpowiedzialnym za tę okładkę? Daliście mu zupełnie wolną ręke przy tworzeniu tego dzieła? Przekazaliśmy Dylanowi nasz ogólny pomysł, a on sam potem dopracował szczegóły. Korespondowaliśmy z nim podczas naszej trasy z Valient Thorr. On sam wtedy zajmował się remakiem disneyowskiej "Śpiącej Królewny" w Londynie. Dylan zasadniczo wysłał nam wtedy to co można zobaczyć na okładce. Dopracował później kilka pobocznych szczegółów, jednak to były raptem detale. Całość od razu wyglądała dobrze, bo

Dylan jest świetnym artystą. Moją ulubioną rzeczą na tej okładce jest brak centralnego elementu na niej. Dzięki temu można "dostrzec" tytułową pustkę. Czyj był pomysł na dodanie wiolonczeli w "Ride the Void" oraz "Wake Me When It's Over"? Pomysł na wykorzystanie wiolonczeli wyszedł od na-

Dopiero co wróciliście z festiwalu 70,000 Tons of Metal. Jak tam wasze wrażenia po tym rejsie? Obstawiam, że zabawa była przednia. Określenie, że zabawa była przednia nie wyraża w pełni co tam się działo. 40 zespołów i 2000 fanów, bawiących się wspólnie na statku rejsowym. Daliśmy tam dwa koncerty oraz oglądaliśmy inne zespoły, jedliśmy, piliśmy, pływaliśmy i śpiewaliśmy karaoke przez resztę czasu. Spałem chyba tylko przez 8 godzin przez cały czas trwania tego rejsu. To było niesamowite i nieziemskie przeżycie. Naprawdę mam nadzieję, że zaproszą nas tam znowu za rok. Macie już plany na jakąś trasę po Europie? Nie jesteście tu częstym gościem, a i promocje waszych płyt nie należą do najlepszych na Starym Konty-nen cie… Mamy plany na trasę europejską, przygotowania nie zostały jednak jeszcze dopięte na ostatni guzik. Nie mogę się doczekać, by znowu polecieć przez Atlantyk. Wiem o tym, ze nasz pierwszy album nie zaznaczył zbytnio swej obecności na kontynencie europejskim. Myślę, że jednak nie musimy się tego obawiać w kon-

Foto: Nuclear Blast

szego producenta Matta Hyde'a. Nie powiem, byłem do tego nastawiony sceptycznie i trochę się obawiałem się efektu końcowego. Myślałem, że wprowadzanie kolejnego instrumentu w nasze aranżacje, nad którymi spędziliśmy wiele czasu, może je w jakiś sposób zaburzyć. Nie byliśmy obecni podczas nagrywania partii wiolonczeli, co jeszcze bardziej mnei zdenerwowało. Matt na szczęście posiada dużą wiedzę na temat muzyki i aranżacji utworów. Był też bardzo zaangażowany w proces nagrywania naszego krążka. To było dziwne uczucie nagle dostać od niego maila w stylu "wiesz, w sumie to macie teraz wiolonczelę na waszej płycie". Koniec końców, w sumie wyszło nawet spoko. Czy wydaję ci się, że dołączenie do was Alexa Lee wprowadziło do waszej muzyki nowego ducha? Nie wydaję mi się by tak było. Na styl naszego nowego krążka zaczęliśmy pracować tuż po ukończeniu debiutanckiego LP. Nie staraliśmy się także dokooptować sobie muzyka, który będzie zmieniał nasz styl czy brzmienie które chcielibyśmy osiągnąć. Naszym celem było znalezienie muzyka, który będzie tryskać entuzjazmem i będzie wykazywać chęć by rozwijać się razem z nami. Alex jednak wprowadził lekki kontrast do mojej gry solowej i wpłynął znacząco na obecność shreddingu na albumie. Wokale Jamesa Paula Luny należą do ponadprzecięt nych. Czy brał wcześniej lekcje śpiewu? Jakie są jego techniki konserwacji strun głosowych dla zachowania jego wyróżniającego się głosu? Uczęszczał na takie lekcje i emisje głosu. Techniki, których się tam nauczył używa do dziś, zwłaszcza do rozgrzania gardła przed śpiewaniem. Świetną sprawą jest to, że Luna traktuje swój głos jako instrument. Ćwiczy go regularnie. Nie jest typem wokalisty, który zachowuje się wyłącznie jak jakaś domorosła gwiazda rocka.

tekście drugiego albumu. W końcu jego promocją zajmuje się Nuclear Blast. Ponieważ zakończył się nam niedawno rok 2012, z ciekawości pytam muzyków, czy mają jakieś swoje ulubione płyty z minionego rocznika. Posiadasz jakiekolwiek? Owszem. Zawsze śledzę, co nowego się pojawia na scenie muzycznej. Z zeszłego roku najbardziej przypadły mi do gustu Neurosis "Honor Found in Decay", Admiral Sir Cloudesley Shovel "Don't Hear It", Royal Thunder "CVI", 3 Inches of Blood "Long Live Heavy Metal", Deftones "Koi No Yokan", Dawnbringer "Into the Lair of the Sun God", Converge "All We Love We Leave Behind", Eluveitie "Helvetios", Pallbearer "Sorrow and Extinction", Scott Kelly "The Forgiven Ghost In Me" oraz Uncle Acid & The Deadbeats '"Blood Lust". Kiedy możemy się spodziewać startu prac nad następnym albumem? Naturalnie, o ile planujecie nagrywać kolejne płyty. Pytanie, naturalnie że mamy plany na następny album. Ciągle mówimy sobie, ze należy zacząć coś już na niego tam tworzyć, jednak nie bylibyśmy Holy Grail, gdybyśmy nie czekali z tym na ostatnią chwilę! Dziękuję za twój czas, który nam poświęciłeś. Wszystkiego najlepszego i obyście dalej tworzyli dobre albumy. Ostatnie słowa należą do ciebie: Wielkie dzięki za chęć przeprowadzenia wywiadu z nami. Bardzo poważnie traktujemy wszelkie miłe słowa wsparcia oraz zainteresowanie naszym zespołem. Mam nadzieję, że trafimy też do was i będziemy mogli wspólnie młócić baniami. Aleksander "Sterviss" Trojanowski

HOLY GRAIL

47


my nie mieliśmy pojęcia na jakim poziomie były jego umiejętności. Tak czy inaczej, pozwoliliśmy mu spróbować. Przyszedł i kompletnie nas rozwalił. Kosta spojrzał na mnie i powiedział: "Ja pierdolę!" - po prostu nie mogliśmy uwierzyć w to, jak dobry był Nick. Alex był niesamowitym perkusistą i trudno było znaleźć dla niego godne zastępstwo. Nick przyszedł i zajął jego miejsce nie pozostawiając nam żadnych wątpliwości. Jestem dumny z obu moich chłopców!

Wznieść się ponad chaos ku zwycięstwu Czy istnieje jakikolwiek thrasher, który by nie tęsknił za jego głosem? Po 9 latach od opuszczenia Exodus Steve "Zetro" Souza powraca na scenę. Jego nowy band Hatriot wydał właśnie debiutancki album zatytułowany "Heroes of Origin", który jest konkretnym i kopiącym dupę kawałkiem Thrash Metalu. Na pytania odpowiada podekscytowany tym faktem i pełen wiary w zespół Zetro. HMP: Witam! Jak samopoczucie po wydaniu debiutu? Steve "Zetro" Souza: W tej chwili nasze uczucia są bardzo pozytywne. W miesiącach poprzedzających nagranie byliśmy tak skupieni na dopięciu materiału i zebraniu utworów razem, że nigdy tak naprawdę nie mieliśmy czasu, żeby to wszystko poukładać, zrobić krok do tyłu i spojrzeć na wszystko co osiągnęliśmy w tak krótkim czasie. To naprawdę niesamowite i nie mógłbym być szczęśliwszy. Hatriot wzbudza bardzo duże zainteresowania, więc chyba musicie być bardzo zapracowani ostatnio? Miałem masę konferencji prasowych każdego tygodnia i zajmowało to coraz więcej czasu. W ciągu ostatniej dekady brałem udział w wielu różnych projektach, ale Hatriot jest moim pierwszym prawdziwym zespołem

była rozpruwająca flaki decyzja, ale musiałem to zrobić. Teraz moje dzieci grają w moim zespole i wszystko jest świetnie. Wróciłem z najcięższym albumem w mojej karierze. To wspaniałe! Masz do nich podejście bardziej kumpelskie czy jed nak czasem odzywa się w Tobie rodzic (śmiech)? Wiesz, to trochę zabawne, ale rzadko muszę traktować ich typowo jak ojciec. Są bardzo dojrzali i ułożeni. Nie ma różnicy między nimi a innymi członkami zespołu. Oczywiście musisz rozumieć, że oni dojrzewali w tym biznesie. Nie robi na nich wrażenia widok chłopaków z Testament czy Motorhead oglądających mecz w naszym domu, czy grillujących w naszym ogródku. Moje dzieci dosłownie wyrosły wśród heavy metalu. Więc tak, w pewien sposób jesteśmy po prostu bardzo dobrymi przyjaciółmi i kumplami z zespołu. Nie ma dla

Czytałem, że swoją pierwszą gitarę basową Cody dostał w prezencie od Ciebie, i że odkupiłeś ją od basisty Exodus Jacka Gibsona? Tak mniej więcej było. Cody miał 12 czy 13 lat i prosił o gitarę basową. Jack miał jedną, z którą chciał się rozstać więc kupiłem ją tanio i dałem Codyemu. Powiedziałem mu: "Masz - naucz się na nim grać" i pracował bardzo ciężko, żeby nauczyć się grać na tym cholerstwie, muszę przyznać, że bardzo dobrze mu to wyszło. Nickowi też kupiłem jego pierwszy zestaw perkusyjny. Kiedy chłopcy chcieli dostać na święta czy urodziny jakiś sprzęt, odkładałem trochę pieniędzy i kupowałem im to. Ta inwestycja na pewno się opłaciła! Nie dziwi mnie, że mając takiego ojca chłopaki grają Thrash Metal. Grali wcześniej w jakichś zespołach? Grali w kilku lokalnych kapelach po Kalifornii, ale żaden z nich nie wszedł na wyższy poziom. Nie wydawali żadnych demówek i w ogóle, ale dawali dużo koncertów i nawet supportowali jakieś krajowe sławy, które przyjeżdżały. Byli całkiem dobrze przygotowani do grania na żywo zanim dołączyli do Hatriot. Heavy metal płynie w ich żyłach i jest dla nich czymś naturalnym. Wiadomo, że od porównań z Exodus ciężko będzie wam uciec. Jakie inne zespoły mają na was wpływ? Cóż, wszystko co jest szybkie lub zorientowane na riffy będzie brzmieć w jakiś sposób podobnie do Exodus, jeżeli do tego towarzyszy temu mój głos. Po prostu mam charakterystyczny wokal i prawdę mówiąc nie da się tego obejść. Uwielbiam masę innych zespołów, przede wszystkim stare, klasyczne thrashowe i hard rockowe zespoły moich czasów. Kocham też brytyjski metal. Długo by wymieniać nazwy, ale zdecydowanie jestem wielkim fanem heavy metalu. Do dzisiaj słucham tylko tego. Nadal kupuję płyty i ekscytuję się kiedy wychodzą nowe albumy. Gitarzyści Kosta V. i Miguel Esparza prezentują naprawdę wysoki poziom. Jaka jest ich droga muzyczna? Czy Hatriot jest ich pierwszym zespołem? Hatriot nie jest ich pierwszym zespołem, ale pierwszym znanym w całym kraju. Oboje zjedli zęby grając w lokalnych kapelach. Oboje mają zaledwie 20 kilka lat, ale duże doświadczenie w graniu na lokalnych scenach. Otwierali wiele koncertów krajowych gwiazd i są bardzo doświadczonymi graczami jak na tak młody wiek.

Foto: Massacre

od czasu opuszczenia Exodus w 2004 roku. Wszystko inne było albo pojedynczymi projektami, albo gościnnymi wystąpieniami. To jest prawdziwa okazja, a fani są podekscytowani widząc mnie ponownie w akcji. Ja jestem równie podekscytowany! Kto jest głównym pomysłodawcą i założycielem zespołu? To byłbym ja i mój gitarzysta, Kosta Varvatakis. Stworzyłem ten zespół wokół jego wspaniałych umiejętności do tworzenia i aranżacji tego typu muzyki. Przez lata byłem przeciwny zakładaniu nowego zespołu, szczególnie w moim wieku, ale spotkałem Kostę i naprawdę rozpalił ogień pod moim tyłkiem. Jest między nami niesamowita chemia. Jest moim Jimmym Pagem albo Joem Perrym. Jako frontman potrzebuję specjalnego gitarzysty, który będzie moim partnerem do pisania, partnera z charyzmą, który w razie potrzeby będzie też moją kopią zapasową. Kosta jest właśnie tym facetem. Zetro, jakie to uczucie grać z synami w jednym zes pole? Szczerze, to najwspanialsze uczucie na Ziemi. Świadomość, że moi chłopcy dorośli i mają teraz takie same marzenia jak ja kiedyś jest po prostu wspaniała. Moje życie zatoczyło pełny krąg. Opuściłem Exodus w 2004 roku, ponieważ miałem świetną pracę w pobliżu domu i musiałem zapewnić utrzymanie moim dzieciom. To

48

HATRIOT

nich dziwnej atmosfery czy czegokolwiek. Znają moją pozycję w biznesie i bardzo ją szanują. Oczywiście jeżeli tylko potrzebują mnie jako ojca to mogą na mnie liczyć. Cody dostał posadę z urzędu czy też musiał pokazać, że jest odpowiednim muzykiem? Myślę, że świat nie rozumie jak świetnym basista jest Cody. Jest pieprzonym potworem grając na basie. Gra tylko palcami, nigdy nawet nie posiadał piórka. Cody był spokojnym dzieckiem. Jedyne co robił to siedział w swoim pokoju i ćwiczył grę na basie. Poświęciłby cały dzień, każdy dzień pracując nad swoją techniką. Więc kiedy przyszedł czas, że Hatriot szukało basisty poprosił o wysłuchanie, a ja zaznaczyłem, że zamierzam być bardzo krytyczny. Musiał być niesamowity, inaczej nie przyjąłbym go ponieważ media i fani rozszarpaliby go na strzępy. Trzeba powiedzieć, że był właściwym człowiekiem do tego zadania. Perkusista Nick dołączył do zespołu w 2012r. Obecnie ma zaledwie 18 lat, ale umiejętności ogromne. I to samo pytanie co odnośnie Codyego. Czy po odejś ciu Alexa Nick był naturalnym nastepcą czy też po prostu okazał się najlepszym ze wszystkich kandy datów? Wielu perkusistów chciało do nas dołączyć, patrząc na to z perspektywy czasu, kilku z nich nosiło wielkie nazwiska. Nick wspomniał, że chciałby spróbować, a

Macie jakiegoś głównego kompozytora czy może pracujecie zespołowo? Kosta pisze i aranżuje całą muzykę. Właściwie przynosi kompletne pomysły do wypróbowania w zespole i zaprezentowania chłopakom. Jest prawdziwym geniuszem. Dosłownie potrafi wprowadzić w życie pomysł na riff i przekształcić go w kompletny fragment muzyki. Pozostali członkowie zespołu odciskają na nich swoje ślady dodając trochę tu i tam, ale to Kosta jest głównym kompozytorem. Nagrywamy próby zespołu, ja zabieram instrumentalne nagrania jamów do domu i dopisuję do nich tekst. Taka metoda bardzo dobrze działa w Hatriot. Ile czasu zajęło wam napisanie materiału na album? Cały czas tworzymy, więc zawsze mamy w głowach nowe pomysły. Jednak główna część materiału na tą płytę powstała w czasie około dwóch lat. Trzy z piosenek pojawiły się na naszej EP-ce demo z 2011 roku, reszta jest nowsza. Cały czas piszemy i prawdę mówiąc, mamy już gotowych kilka utworów na drugi album! Powaliła mnie masa naprawdę doskonałych klasycznych solówek i riffów z moim ulubionym lekko Testamentowym "The violent times of my dark passen ger". Wydaje mi się, że bardzo lekko przychodzi wam ich tworzenie? Po prostu jest między nami wszystkimi dobra chemia. Oczywiście wszystko co śpiewam będzie czuć Testamentem lub Exodusem. Kosta czerpie inspirację z wszystkich klasycznych thrashowych zespołów, więc nadaje wszystkiemu klasycznego old schoolowego brzmienia kiedy pisze muzykę. Proces twórczy jest w


Hatriot praktycznie bezbolesny. Jest bardzo naturalny, a nowy materiał przychodzi nam bardzo szybko. Chemia między nami jest niesamowita.

Foto: Massacre

Na płycie pojawili się goś cie tacy jak Phil Demmel (Vio-lence, Machine Head) czy Chuck Billy (Testament). Może parę słów na temat ich udziału? Chuck miał nagrać dla nas trochę chórków, ale niestety z przyczyn harmonogramowych nie mogliśmy go do nas ściągnąć. Phil był częścią gangu krzykliwego wokalu w ostatnim dniu nagrań. Myśleliśmy też, żeby wstawić go na solo gitary. Jednak chcieliśmy, żeby zespół był oceniany za swój własny wkład, szczególnie dlatego, że chodziło o nasz debiut. Może na przyszłych albumach będą jakieś gitarowe solówki gości i tego typu rzeczy. Brzmienie jest bardzo klasyczne a jednocześnie mocno kopie dupę. Kto jest za nie odpowiedzialny? Gdzie nagrywaliście "Heroes of Origin"? Jesteście zadowoleni z efektu? Nagrywaliśmy z Juanem Urtegą w Trident Studios, tutaj w Bay. Juan wyrobił sobie całkiem dobre imię na scenie metalowej przez kilka ostatnich lat. Nagrał Testament, Exodus, Machine Head, Vicious Rumors i wielu innych. Jesteśmy usatysfakcjonowani rezultatem. Otoczenie było bardzo spokojne, po prostu weszliśmy tam i nagraliśmy album bez żadnych nacisków. Było bardzo na luzie. Poleciłbym Juana każdemu zespołowi, któremu zależy na wysokiej jakości, ale nie może sobie pozwolić na takie nazwiska jak Andy Sneap. Juan zrobił świetną robotę. Zastanawia mnie co oznacza nazwa Hatriot? Mi się skojarzyła z połączeniem słów hate i patriot. To kombinacja słów "Hate" i "Patriot". Zaczerpnąłem ją z tekstu utworu Exodusa, "Scar Spangled Banner", gdzie śpiewam: "I'm no patriot, just a hatriot". Brzmiało jak idealna nazwa dla thrash metalowego zespołu i wiązało nas z moją przeszłością w Exodus, więc użycie jej wydawało się mieć sens. Dla mnie "hatriot" jest kimś, kto kocha kraj, ale nie zgadza się z działaniami swojego rządu. Teksty wydają się mocno zaangażoweane politycznie i społecznie. Jakie kwestie w nich poruszacie? Teksty nie są tak polityczne jak sądzą ludzie. Czasami piszę o tym, ale większość moich tekstów jest o śmierci i przemocy albo wampirach i horrorach. Lubię wszystko co mroczne i pokręcone. Tematy polityczne traktujemy z pewną lekkością ponieważ są przewidywalne i przestały już być zabawne. Preferuję mroczne i złowrogie tematy. W logo macie odwróconą i nadpaloną amerykańską flagę. Aż taką niechęcią darzycie swój kraj? Jaki jest wasz stosunek do patriotyzmu? Na fladze Hatriot znajdują się pentagramy. To nie tradycyjne gwiazdy z amerykańskiej flagi. Nasz kraj jest teraz mocno podzielony, a ludzie walczą. Nasza ekonomia jest gorsza niż kiedykolwiek. Podoba mi się myśl o patriotyzmie, ale coraz trudniej jest mieć pozytywne poglądy na rzeczy kiedy kurs nie jest dla ciebie korzystny. Muzyka Hatriot jest ekstremalnie agresywna i stanowi odbicie czasów w jakich przyszło nam żyć. Okładkę płyty zaprojektował Mark DeVito pracujący wcześniej dla Motorhead czy Anvil Chorus. Niesie ona jakieś przesłanie? To był wasz pomysł czy zostawiliście wszystko Markowi? Powiedziałem Markowi, że chcemy mieć na okładce zdjęcie zespołu ponieważ większość kapel już tego nie robi. Chciałem, żeby okładka rzucała się na ciebie kiedy przechodzisz obok sklepu muzycznego. Powiedziałem mu, że ma sprawić by była brutalna i pełna rzezi, więc to co widzisz jest tym co on wymyślił. Myślę, że okładka jest wspaniała. Można ją od razu rozpoznać i stwierdzić: "Patrz, płyta Hatriot" - i dokładnie o to mi chodziło - taka jakie zazwyczaj były old schoolowe rockowe albumy. Jej przekazem jest, że zespół wznosi się ponad chaos ku zwycięstwu. To pod-

sumowuje wszystko. Wasz debiut został wydany w barwach Massacre rec. Co spowodowało ten wybór? Mieliście inne propozycje? Jesteście zadowoleni z tego co dla was robią? Jeden z moich managerów pracował również z Laaz Rockit, wypuścili przez Massacre katalog, więc mieliśmy już jakieś powiązania z tą wytwórnią. Przeprowadziliśmy również rozmowy z innymi wytwórniami na temat podpisania umowy, ale to w Massacre wyczuliśmy od wszystkich ludzi dobre wibracje i pomyśleliśmy, że to dobre miejsce. Jak dotąd jesteśmy zadowoleni z ich starań. Czy nazwisko Souza i przeszłość Zetro pomagają wam? Wydaje się, że macie lekko uprzywilejowaną pozycję na starcie względem zespołów z całkiem anoni mowymi muzykami. Oczywiście bronicie się zaje bistą muzyką, więc to nie jest zarzut (śmiech). Oczywiście! Nie ma wątpliwości co do tego, że pomogło wywołać szum związany z założeniem Hatriot. W rzeczywistości, gdyby moje nazwisko nie było znane w tym biznesie z moich dokonań z Exodus to nie wiem czy założyłbym nowy zespół. Na rynku zrobiło się tłoczno za sprawą małych kapel. Wszyscy mają dzisiaj zespół. Moje nazwisko i baza fanów jaką zdobyłem z Exodus zdecydowanie dało mi również przewagę przy wybieraniu wytwórni. Szykujecie jakąś większą trasę koncertową? Jeśli tak to czy jako headliner czy może support dla jakiejś dużej nazwy? Zdecydowanie, planujemy ruszyć w trasę, ale jak na razie to jeszcze nic pewnego. W chwili obecnej szukamy agenta i nawiązujemy kontakty z promotorami. Idealną sytuacją byłoby supportować jakiś większy zespół. W tej chwili taki jest nasz cel. Nagraliście teledysk do utworu "Blood stained wings". Jak się pracowało na planie? Mieliśmy dużo zabawy. Pracowaliśmy z reżyserem, Mikem Sloatem, który pracował z wieloma wielkimi kapelami - wszystkimi, zaczynając od Testament a kończąc na Lynyrd Skynyrd. Właściwie to nagraliśmy go przed podpisaniem umowy z wytwórnią, dlatego musieliśmy finansować wszystko z własnej kieszeni. Mike jest dobrym przyjacielem i fanem zespołu więc spuścił dużo z ceny i dobrze na tym wyszliśmy. Jakość jest zadziwiająca. Będziemy pracować z Mikem nad wszystkimi naszymi klipami. Czy istnieje szansa zobaczenia was na żywo w Polsce? Zetro już był w Polsce z Exodus w 2004 r. Pamiętasz coś jeszcze z tego pobytu? Kocham Polskę! W Polsce macie świetnych fanów metalu i zawsze podziwiam Twój kraj. Naszym celem jest dotarcie z Hatriot do Polski tak samo jak i do reszty świata. Dużo zależy od sprzedaży płyty. Namawiam więc fanów, żeby poszli do sklepu i kupili "Heroes Of Origin", żebyśmy mogli pokazać promotorom na całym świecie, że jest popyt na Hatriot. Jestem gotowy na wizytę i thrash! To już wszystkie moje pytania. Wielkie dzięki za wywiad. Życzę wam wszystkiego najlepszego i poproszę o kilka tradycyjnych słów dla maniaków w Polsce. Chcę podziękować Wam za ten wywiad i wszystkim fanom z Polski za bycie ze mną na każdym etapie mojej kariery. Myślę, że będziecie pod wrażeniem albumu Hatriot i mam nadzieję, że wszyscy dacie mu szansę. Nie mogę się doczekać, żeby spotkać się z Wami w trasie! Stay heavy! Maciej Osipiak Tłumaczenie: Anna Kozłowska

HATRIOT

49


Inspiracja z ludzkiej pogardy Maniakom old-schoolowego grania nie trzeba przybliżać takich nazw jak Abattoir czy Evildead. Dawni muzycy tych zespołów funkcjonują teraz pod szyldem Anger As Art. O tym jak wyglądają założenia tego projektu, o najnowszej płycie oraz o gniewie i nienawiści porozmawialiśmy z założycielem tej grupy - Stevem Gainesem. HMP: Anger As Art było z początku twym solowem porjektem? Steve Gaines: Niezupełnie. To nie miał być mój jednoosobowy projekt, nie takie było moje zamierzenie. W tamtym czasie, to miało być swoiste zwieńczenie mojej kariery muzycznej. Grałem wtedy w paru zespołach, które wszystkie rozpadły się mniej więcej w tym samym momencie. A ja w głowie miałem jeszcze tyle nienagranych pomysłów na utwory. Dlatego chciałem je nagrać i wydać. Byłem przekonany, że to już koniec mojej przygody z muzyką metalową, a to będzie moje ostatnie dzieło. Metalowy underground z różnych zakątków świata przyjął ten album jednak zaskakująco pozytywnie. Docierały do mnie pytania,

konaniu, że jest potrzebny świeży, nowy początek i nigdy nie zamierzam zmieniać nazwy tego zespołu. Anger As Art jest więc zespołem, gdzie każdy członek zespołu stoi na równi, a nie jest to tylko i wyłącznie twój projekt? Jest to normalny zespół - wszyscy stoją na równi. Wkład każdego muzyka jest potrzebny i pożądany. Podkreślę jeszcze raz to nie jest, i nie miał nigdy być, tylko i wyłącznie mój projekt. Większość muzyków tworzących Anger As Art, była wcześniej w Abattoir. Myślę, że da się wyczuć w waszej muzyce ducha tamtej kapeli. Czy uważasz, że Anger As Art jest swoistym dziedzicem Foto: Old School Metal

Danem przedstawiliśmy ten utwór zespołowi w 1984 roku. Nagraliśmy go teraz. Czyż to nie jest idealny przykład na różnice między Abattoir a Anger As Art? To tak na marginesie. Teraz ten utwór w naszym wykonaniu brzmi jakby piosenka innego zespołu. Poza tym to też jest coś dla starych fanów, którzy inaczej by go nigdy nie usłyszeli. To ma być jasny przekaz, że Abattoir się skończył, raz i na zawsze. Jasno napisaliśmy, że jest to utwór bonusowy, jeden z dwóch. Drugim jest "Rage and Retribution" z gościnnym występem Betsy Bitch, Jima Durkina oraz mojego brata Timothy'ego ze Strypera. Coś specjalnego, coś co tylko my mogliśmy nagrać. Masz może więcej materiału napisanego jeszcze w latach 80tych, jednak nigdy nie nagranego? Mnóstwo, ale żaden nie był przeznaczony do Abattoir albo Bloodlust. Napisałem bardzo dużo utworów, a moja kariera muzyczna składała się głównie z okresów, kiedy byłem poza składem tych dwóch starych dinozaurów. Nie zamierzamy jednak budować naszego wizerunku na tym, kim byliśmy dawniej. Przeszłość jest przeszłością - to fajne miejsce by tam wpaść od czasu do czasu, nie jest to jednak miejsce w którym chciałbym wiecznie mieszkać. Przejdźmy zatem do waszej ostatniej płyty. "Hubris Inc."… bardzo nieszablonowy pomysł na tytuł albumu. Co cię skłoniło do takiej nazwy na wasze najnowsze wydawnictwo? Pewnego dnia siedziałem i nieustannie narzekałem na ludzi z którymi pracuję. Na ich głupotę, zachowanie, nawyki, takie tam… i wtedy jakoś użyłem zwrotu w stylu: "Czuję się jakbym pracował dla Aroganckiej Spółki Akcyjnej (Hubris, Incorporated)". Chwilę później nasz perkusista Rob powiedział, że to jest odpowiedni tytuł na płytę. Znaczenie? Po prostu zwykłe zadufanie i debilizm ludzi naokoło. Taka obserwacja. "Hubris…" nagraliście w Trench Studio w Corona. To już kolejny album, który tam nagrywacie, chyba wam podpasowało to studio. To drugi album, z całych czterech, który nagraliśmy w Trench. Nagraliśmy tam nasz poprzedni album z 2009 roku - "Disfigured". John Haddad jest świetnym gościem.. Ma świetny słuch. Poza tym to bardzo przyjemne studio, ma bardzo dobrą atmosferę. Sesja nagraniowa przebiegła gładko i jesteśmy zadowoleni zarówno z niej, jak i z rezultatów.

właściwie to niemal żądania, by zaprezentować ten materiał na żywo. Dlatego dzięki temu powstał pełnoprawny zespół. Reszta to historia. Pierwszy album oryginalnie nazywał się "Anger As Art" i został oznakowany twoim nazwiskiem. Nagrałeś wszystkie partie instrumentalne. Nagraliście go potem ponownie jako Anger As Art? Nie. Ten album nigdy nie został nagrany ponownie. Został wydany potem przez Old School Metal Records z inną okładką oraz z czterema bonusowymi nagraniami live. To jest jednak dokładnie ten sam album, który wcześniej pojawił się pod szyldem z moim nazwiskiem. Dlaczego zdecydowałeś nazwać zespół od tytułu debiutanckiej płyty, zamiast dalej kontynuować pracę pod swym własnym nazwiskiem? Ponieważ tu nie chodzi o mnie albo o moje ego. Tu chodzi przede wszystkim o muzykę. Projekt solowy od razu implikuje arogancję, a ja nie jestem człowiekiem hołubiącym aroganckie podejście do tego, co robi. Wybraliśmy razem, że tytuł tej pierwszej płyty będzie nazwą naszego zespołu. Myślałem nad tym, by to podczepić pod Pagan War Machine, jednak szybko zarzuciłem ten pomysł. Utwierdziłem się w prze-

52

ANGER AS ART

Abattoir? Nie mogę się zgodzić z takim stwierdzeniem. Pomysł na ten zespół powstał na kanwie Pagan War Machine. Tak właściwie, gdy Anger As Art został powołany do życia, to składał się z trzech muzyków z Pagan War Machine. Jest nawet muzyczną kontynuacją konceptu Pagan War Machine w pewnym stopniu. Ten projekt był pierwszym zespołem, gdzie robiłem muzykę dokładnie taką jaką zawsze chciałem. To, że w Anger As Art wylądowała dość spora liczba muzyków z Abattoir, jest jedynie przypadkiem. W żadnym razie nie traktujemy siebie jako swojego rodzaju jakąś tam kontynuację. Nie chcę, by fani patrzyli na pryzmat Anger As Art pod kątem historii muzyków, którzy tworzą tę kapelę. W ten sposób nie dostrzegają tego, co mają tuż przed nosami. Poza tym połowa naszych nagrań nie ma żadnych muzyków Abattoir na nich, prócz mnie. Utwór "Speed Kills" został napisany jeszcze dla Abattoir w 1984 roku, jeśli wierzyć waszym mate riałom promocyjnym. Dlaczego nie został nagrany wcześniej? Zwłaszcza, że jest naprawdę dobrym utworem! Po prostu - nie mogliśmy dawać wtedy własnej muzyki do zespołu. To usłyszeliśmy od reszty, kiedy z

Wasz nowy album jest po brzegi wyładowany materiałem. Nie obawialiście się, że 14 utworów to może być trochę za dużo? Nie chcieliście czegoś zostawić na dalsze wydawnictwa? Inne zespoły po prostu nie piszą tyle materiału ile my. Mamy się obawiać? A niby czego? Za moich czasów ludzie bardzo nie lubili zbyt krótkich nagrań. Z drugiej strony, nie nagraliśmy przecież drugiego "Physical Graffiti". Czasem zdarza nam się słyszeć różnego rodzaju narzekania, że nasze płyty są "za długie". Zwykle wtedy przypominam tym ludziom, że przecież "słuchacie raptem jeden utwór na raz". Już od pierwszego albumu było takie gadanie. Nasz pierwszy album miał 12 utworów, drugi aż 13… trzeci co prawda miał tylko 10. Dostarczamy wam dużo muzyki za cenę, za którą dostaniecie zaledwie EP innego zespołu, więc w czym problem? Przyświeca nam jedna zasada - każdy album może być naszym ostatnim. Co jeżeli nie uda nam się już żadnego nagrać? Nie chcę widzieć siebie w sytuacji, że żałuję tego, że czegoś nie zrobiłem. Spójrz też na to z tej perspektywy - instrumentalne intro, dwa utwory po dwie minuty oraz dwa utwory bonusowe. I już ci się robi pięć utworów na trackliście. Swoistym motywem przewodnim na płycie jawi się gniew i nienawiść. Po tych wszystkich latach te uczucia nadal goszczą w twoim sercu? Co sprawia, że udaje ci się je przelać w muzykę? Chwila, w której będzie tak, że nie będę miał nic do powiedzenia pod kątem muzycznym, będzie ostatnią moją chwilą. Do tego momentu, jedynym stałym elementem mojego życia są ludzie, którzy mnie krytykują lub którzy próbują mnie oszwabić. Dobrze, więc - ukierunkowuję mój gniew z tym związany to w tworzenie muzyki. Dopóki ludzie okazują mi pogardę i brak szacunku, dopóty mam inspirację twórczą. Rozwijając to zagadnienie: Anger As Art nie jest zespołem, który będzie się w tekstach koncentrował na


szturmach na zamki, latających spodkach albo niekończącym się wznoszeniu kielichów ku czci naszej muzyki. Jak dla mnie takie tematy są już oklepane i wykorzystane do granic. Gdybym miał tak pisać, nie byłoby to szczere, nie płynęłoby to ode mnie serca, gdyż nie są to sytuacje, które zdarzają się w mym życiu. A co się zdarza? Ból, gniew, rozczarowanie. I to łączy nas z prawdziwym życiem. Tam na zewnątrz można spotkać całą mnogość metalowców, którzy muszą radzić sobie z podobnymi sytuacjami, a społeczeństwo nas jedynej zachęca do trzymania naszego gniewu w sobie. Anger As Art jest nieskażoną i czystą kaskadą uwolnionych emocji. Gdybyśmy nagle wyskoczyli z utworem, gdzie "walczymy za metal", myślę, że ludzie nie wzięliby nas potem na serio. To jest wymuszony koncept, albo nawet próba wymuszenia jakiś emocji u innych. Nie mogę być nieszczerym człowiekiem, to po prostu nie leży w mojej naturze, w moim DNA. Macie nowego basistę na tym albumie. Możesz nam przybliżyć jego sylwetkę w kilku słowach? Nazywa się Henry De La Cruz. Wcześniej grał w Maniacal Genocide oraz w Revmatrix. Niesamowicie zdolny basista, świetny śpiewak oraz kompozytor. Nie do zastąpienia na scenie, naprawdę miło się z nim gra. Ludzie najzwyczajniej w świecie go uwielbiają. Znamy się zresztą od jakiś 20 lat. Przez pewien czas pracował dla którejś tam kolejnej odsłony Abattoir. Naprawdę, Angelo jest bardzo trudny do zastąpienia, jednak już od pierwszej chwili wiedzieliśmy, że Henry podoła temu zadaniu. I mieliśmy rację. Co się stało, że Angelo opuścił wasze szeregi? Jego odejście jest jak najbardziej dla nas zrozumiałe. Gra teraz razem z Heretic. Angelo grał razem z Brianem Korbanem w Reverend oraz z Glennem Rogersem w Hirax. Zawsze był bliskim kumplem "Heretyków", dorastał razem z nimi, poznawał metal razem z nimi. Podejrzewam, że nie podobało mu się tempo naszego rozwoju oraz naszej pracy. Tak czy inaczej, szczerze życzymy mu jak najlepiej. Jest dobrym człowiekiem i wspaniałym przyjacielem. Czy nadal gra z wami w Bitch? Nie, z Bitch także odszedł. Henry wskoczył na jego miejsce także tam. Razem z Dannym oraz Robem, a także jak widać z Henrym, grasz w Bitch, wspierając Betsy na scenie. Co było pierwsze? Najpierw graliście wspólnie w Bitch czy też najpierw graliście wspólnie w Anger As Art? Zostałem członkiem Bitch zanim w ogóle powstało Anger As Art. Gdy Robby Settles odszedł z tego świata w 2010r., po bardzo długiej walce z białaczką, nadal mieliśmy zabookowany występ na festiwalu Keep It True. Nikt z pozostałych członków nie chciał jednak nawet o tym słyszeć. Wyglądało na to, że wszystko będzie pozamiatane na amen, zaproponowałem jednak Betsy, że Anger As Art będzie zaszczycone, żeby zagrać jako Bitch razem z nią na scenie. Na początku spróbowaliśmy tego pomysłu podczas koncertu Anger As Art. Betsy wyszła na scenę w trakcie naszego występu i zagraliśmy wspólnie kilka utworów z repertuaru Bitch. Potem kilku moich znajomych promotorów z Europy zaproponowało nam kilka występów w Europie i dla Bitch i dla Anger As Art. I tak to ruszyło. Muszę ci jednak powiedzieć, to by w żaden sposób nie wypaliło, gdyby nie to, że wszyscy jesteśmy fanami twórczości Betsy i darzymy wielką estymą zespół Bitch. Każdy inny by spojrzał na taką możliwość niewiele cieplejszym spojrzeniem niż na talon obiadowy w knajpie. Powiedz, są jakieś plany nagraniowe pod szyldem Bitch? Pokrótce - tak, są. Wszystko jednak zależy od brzmienia i od wyglądu samej muzyki. To nie zadziała, jeżeli wyskoczymy z brzmieniem jak Anger As Art tyle, że z Betsy na wokalu. To nie tak ma wyglądać. To musi być prawdziwe Bitch. Zapisałem już kilka pomysłów na utwory, które według mnie będą wpasowywały się w tę stylistykę. Nie jest to jednak mój typowy styl pisania, więc robię to powoli, by zrobić to w stu procentach dobrze. Nie chcę, by granica między Anger As Art oraz Bitch była rozmyta. To musi być wyraźnie od siebie rozdzielone. Na razie wszystko idzie stopniowo w dobrym kierunku, myślę że nagramy jakieś premiksy już pod koniec obecnego

roku. Wiesz może czy będą jeszcze jakieś koncerty, nagra nia, słowem cokolwiek, ze strony Evildead albo Abattoir? Co do Evildead to nie wiem. Abattoir… jeżeli tak, to ja na pewno nie będę brał w tym udziału. Nadal czekam na wydanie naszego comeback albumu, który nagraliśmy ponad 10 lat temu. Jeden z członków grupy nie ukończył nagrywać swoich ścieżek i w ten sposób całe nagranie nigdy nie zostało ukończone. Nie mam kompletnie ani krzty jakiejkolwiek chęci, by znów podążać tamtą ścieżką. Słuchaj, to nie jest przypadek, że byli członkowie Abattoir trafili do tego zespołu. Bo my po prostu jak coś mamy do zrobienia, to to robimy. To nie jest dla mnie - siedzieć na tronie i nakazywać wszystkim czczenie mnie, bo byłem członkiem zespołu, który po trzydziestu latach dziś nie robi nic. A grupka łysiejących pięćdziesięciolatków, która nic nie robi tylko wspomina jak super ekstra było kilka dekad temu, to kompania najgorszego sortu, w której nie chcę się znaleźć. No i kwestia bycia ograniczonym tylko do jakiś 2 płyt, razem 20 utworów? Rozumiem, że to jakby reprezentuje ten magiczny okres naszej młodości, ale to już minęło i to dawno temu. Wkurzałem się przez te wszystkie lata na durnych dziennikarzy, którzy wyskakiwali z tekstami w stylu "wasza nowa muzyka zupełnie nie przypomina Abattoir". Dokładnie o to chodzi! Ponieważ my nie jesteśmy Abattoir! Są podobieństwa, ale te dwa akty się nie pokrywają. Ja to zaakceptowałem, inni też powinni. Gracie jednak parę utworów Abattoir na żywo, no nie? Owszem, mamy w swym repertuarze scenicznym parę kawałków naszej starej kapeli, zwłaszcza gdy gramy na festiwalach. Albo w krajach gdzie Abattoir nigdy nie miało okazji grać. Gdy prawie cały zespół składa się z dawnych członków tej kapeli to czemu nie? To jest coś, co możemy ofiarować ludziom, którzy pamiętają jeszcze tę kapelę. Idąc śladem kontrowersyjnych pytań: porównując Anger As Art z twoimi poprzednimi zespołami. Uważasz, że teraz udaje ci się robić lepszą muzykę, muzykę z której jesteś bardziej zadowolony? Nie odpowiem wprost na to pytanie. Powiem tylko, że patrzę na wszystkie cztery albumy Anger As Art i widzę muzykę, która jest bardzo i głęboko osobista dla mnie. A gdy sobie zdasz sprawę, że kiedyś tak bardzo wiele ludzi robiło wszystko, by przeszkodzić mi w kreaowaniu mej twórczości poza ichnimi zespołami, zrozumiesz, że każdy z tych czterech albumów to swoisty triumf. Każdy jest uosobieniem zwycięskiej bitwy. Wielu, tak bardzo darzonych przez fanów estymą, muzyków z tamtych kapel, ciągle sączyło jad do mojego ucha. Mówili mi, że nigdy nie uda mi się osiągnąć sukcesu poza ich zespołami, gdzie będę z dala od ich rad i przewodnictwa. Odpowiadając na to pytanie - muzyka którą tworzę dziś znaczy dla mnie o wiele więcej i jest więcej niż satysfakcjonującym osiągnięciem. Rozwój Anger As Art przypadł na swoistą erę ponownej "mody" na thrash metal. Jak się zapatru jesz na tą całą "New Wave of Thrash Metal"? Szczerze? Jakoś nie wydaję mi się, żebyśmy zostali zaakceptowani przez ten ruch jako jego część i bardzo jestem z tego powodu zadowolony. Mimo, że zespół jest stosunkowo świeży i młody, wszyscy jesteśmy starymi dziadami, którzy grali jeszcze w latach 80tych, w czasach, które oni próbują naśladować. Patrzą więc na nas bardziej jak na old-school, a nie jak na coś nowego. A teraz ta "moda" zaczyna tracić rozpęd. Nie my, my jesteśmy ponad to. Wolno, ale pewnie przemy do przodu. Moim zdecydowanie najbardziej ulubionym nowofalowym zespołem jest Warbringer. Uwielbiam ich utworu, ich występy na żywo, przede wszystkim dlatego, że oni nie starają się na siłę naśladować retro-thrash z dawnej sceny. Żadnych sloganów w postaci "Thrash Is Back". Oni po prostu robią swoje. Ciężko pracują i klarują swoje własne brzmienie. Zawsze im życzę jak najlepiej, gdy mam okazję spotkać ich po koncertach. Aleksander "Sterviss" Trojanowski

ANGER AS ART

53


ostatnim albumie - "Unholy War" - wyglądało podobnie jak wtedy? Zawsze Jeff był tą osobą, która pisała riffy. Aranżacje poszczególnych kawałków zawsze robimy wspólnie. Wszystkie teksty pisałem ja. Zwykle Rev rzucał jakieś swoje pomysły, jednak gdy pisaliśmy utwory na "Unholy War" wszystkie kawałki zostały zrobione przeze mnie i Jeffa.

Zmotywowani i pełni energii Kwartet z Oklahomy wraca w eleganckim stylu. Ponowne wydanie debiutu i piorunująca najnowsza płyta sprawiły, że nad tym starym zespołem pojawia się promyczek glorii i chwały w mrocznym tunelu czeluści zapomnienia. Wygląda na to, że z tego ciemnego tunelu wyjedzie potężny cios, a każdy kto się z nim spotka zostanie zelektryzowany potęgą i siłą ciężkich, mocarnych brzmień. HMP: Zacznijmy może od samego początku waszej historii. Jak wyglądały pierwsze chwile zespołu Forté? Greg Scott: Razem z moim bratem Jeffem, zaczęliśmy grać w 1982 roku. Założyliśmy kilka cover bandów, jak to zwykle robią młodzi ludzie. Graliśmy utwory Judasów, Maidenów, AC/DC, Black Sabbath i tak dalej. Razem z Ralphem Lundem za mikrofonem oraz Gregiem Gourleyem na basie sformowaliśmy Forté na początku 1987 roku. Nasz pierwszy koncert odbył się chyba 10 kwietnia 1987… wykonywaliśmy covery, które inne kapele nie za często grały - np. "Black Friday" Megadethu, "Battery" Metalliki. Zawsze to były szybkie kawałki, w ogóle nie chcieliśmy grać wolniejszej muzyki. W 1989 roku dołączł do nas Rev Jones jako basista oraz wokalista James Randel. James

pyt na nie był nawet za oceanem, co nas niezmiernie cieszyło. Te kilka utworów wszystko zaczęło. Niesamowite jest to, że te kompozycje dalej się dobrze prezentują. Gramy przynajmniej ze trzy albo ze cztery z nich podczas każdego występu. Śmiało mogę powiedzieć, że przetrwały próbę czasu. Dołączyliśmy obie nasze demówki do wznowienia "Stranger Than Fiction" z 2011 roku. Możesz nam przybliżyć to, co się stało z zespołem po wydaniu "Rise Above"? Czy Forté się wtedy rozpadło? Cisza z waszego obozu trwała ponad dekadę. Ostro koncertowaliśmy aż do roku 2001. Supportowaliśmy Kinga Diamonda, Manowar, Death, Testament, Hammerfall, The Haunted, Suicidal Tendencies. Daliśmy też dużo koncertów jako

Foto: Tribunal

wcześniej grał trochę z Oliver Magnum zanim do nas trafił. Jak wówczas wyglądała sprawa z graniem na żywo? Wtedy zaczęliśmy koncertować często i regularnie. Uważam, że zawsze byliśmy zespołem nastawionym na dawanie koncertów. Bardzo to lubiliśmy i robiliśmy to bez żadnych obaw. Zanim nagraliśmy swe pierwsze demo, mieliśmy na koncie występy przed takimi grupami jak Overkill, Watchtower, Gammacide i tym podobne. A pierwsze demo? Czy w takim razie były oczekiwania na jakieś taśmy nagrane przez waszą kapelę? Jak już poszła fama, zaczęły narastać oczekiwania co do naszego pierwszego demo. Pojechaliśmy więc do Dallas Sound Lab w Texasie, ponieważ chcieliśmy mieć profejsonalne brzmienie i dobrą produkcję. Zarejestrowaliśmy cyfrowo pięć utworów, a efekt końcowy przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Sami wysyłaliśmy kopie naszego demo. Po-

54

FORTE

headliner. Zdawaliśmy sobie sprawę, że kontrakt z Massacre był lekką wtopą - nie byli w ogóle zainteresowani promowaniem "Rise Above" i przez to pozwolili przejść całkiem dobremu albumowi zupełnie niezauważenie. Tak w ramach przykładu materiały promo dla prasy zostały udostępnione dopiero miesiąc po premierze płyty. Nie do uwierzenia. Wtedy byli bardziej zainteresowani promowaniem Theater of Tragedy i takimi tam innymi, podobnymi zespołami. Nie powiem, wpłynęło to na nas przygnębiająco. Po 2001 roku zagraliśmy parę koncertów. Wydaję mi się, że z Nile i Morbid Angel w 2002r… i jeszcze z Solitude Aeternus w Dallas… W tamtym czasie sprawy rodzinne troszkę bardziej przykuły naszą uwagę - pomagaliśmy Jeffowi wychować jego syna Chase'a. Nawiasem mówiąc rośnie z niego bardzo utalentowany gitarzysta. Naturalnie przez cały ten okres ciągle pisaliśmy nowe utwory, dawaliśmy okazjonalne występy i tak dalej. Potem, w 2006 roku, znowu się zeszliśmy, by ograć i dopracować nowy materiał. Kto był główną siłą napędową procesu twórczego na pierwszej płycie? Czy pisanie utworów na

Co było waszą inspiracją? Wasza muzyka niekiedy ociera się stylistycznie o klimaty podobne do Vicious Rumors i Iced Earth. Czy znaliście wcześniej te zespoły? Obiły nam się o uszy, to prawda, jednak będąc w Oklahomie nie masz za bardzo okazji natrafić na ich albumy. Myślę, że należy ich traktować bardziej jako współzawodniczące kapele niż jako zespoły, które miały na nas jakiś wpływ. Nasze inspiracje czerpaliśmy od The Beatles, Kiss, Black Sabbath, UFO, Dio, Rainbow, Van Halen, Judas Priest, Iron Maiden… Metallica… lubiliśmy i dalej lubimy także kapele pokroju Exodus, Testament, Rage, Metal Church, Toxik, Fates Warning, Helloween, Heathen i chłopaków z Pantery. Dobrą wiadomością była informacja o tym, że zasilacie szeregi kapel, które będą grały na najbliższej edycji festiwalu Headbangers Open Air. Mieliście już wcześniej okazję grać w Europie czy też będzie to wasz pierwszy występ tutaj? Zdradzisz nam czego możemy się spodziewać w setliście? Kilka utworów ze "Stranger Than Fiction" i ze trzy, cztery utwory z "Unholy War". Tak przynajmniej na razie ćwiczymy na próbach. Zagraliśmy kilka koncertów w Niemczech w 1992 roku, gdy nagrywaliśmy debiutancki album dla Massacre. Przyjęcie i reakcja fanów były naprawdę żywiołowe, jednak Massacre dała ciała i nie mogła albo nie chciała zrobić nam szerszej trasy promocyjnej. Już wtedy byliśmy z tego powodu źli i sfrustrowani. Co kilka miesięcy robili nam smaka na jakąś szerszą, fajną trasę, jednak zawsze milkli jak już miało dochodzić co do czego. No nie wkurzyłbyś się? Masz wspaniały zespół, którego płyty dostają 5 na 5, albo 10 na 10 w magazynach muzycznych, a ty nie robisz dla nich koncertów. Żałosne. Mówię ci, teraz jesteśmy tak samo zmotywowani i pełni energii jak nigdy - mój brat jest genialnym instrumentalistą, Rev niszczycielem, który spędził lata pracując z Michaelem Schenkerem, Steelheart i Mountain, Randel jest w życiowej formie, a ja jestem wręcz nabuzowany czystą, ognistą siłą. Przybędziemy do Niemiec, by siać zamęt i trwogę. Mam nadzieję, że się tam spotkamy. Nie jesteście zbyt rozpoznawalnym zespołem, mimo świetnych płyt i koncertowania z kultowy mi zespołami. Obwiniasz o ten stan rzeczy Massacre? Czy też są inne ku temu powody? Cóż, jesteśmy z Oklahomy, a podpisaliśmy kontrakt z europejską wytwórnią, oddaloną o jakąś chorą liczbę kilometrów od nas, a która ponadto nie jest zainteresowana dystrybucją, promocją i organizowaniem tras dla nas, mimo że jesteśmy świetnym zespołem. Zarówno pod względem koncertowym jak i studyjnym. Tutaj byliśmy otwieraczami koncertów dla Pantery, Anthraxu, Overkilla, a nasza wytwórnia skupia się na pchaniu po świecie innych kapel. Błędy młodości i naiwność to są główne powody. Inaczej byśmy na pewno nie podpisali kontraktu z tak nieodpowiedzialną i niedoświadczoną wytwórnią. To było naturalnie dawno temu, teraz już chyba są bardziej ogarnięci. Wtedy to byli świetni ludzie, lecz z porażająco ułomną organizacją. Jak myślisz, wznowione wydawnictwo waszego debiutu plus świeżutki i całkiem świetny "Unholy War" sprawią, że skupi się na was uwaga więk szej liczby fanów? Tak. To już się dzieje. Kontaktuje sięz nami spora liczba starych fanów jak i tych zupełnie nowych. Przywrócenie "Stranger Than Fiction" było dobrym ruchem, a nasz ostatni album sprzedaje się


tak dobrze, że musieliśmy zrobić dodatkowe dotłoczenie. Z tego powodu zdecydowaliśmy się także wydać go wiosną na winylu.

Młoda scena thrash metalowa ma swoje silne korzenie w różnych zakątkach naszego globu. Od słonecznej Kalifornii po chłodne rubieże Kanady. Od smaganych wichrami brzegów Szwecji po jałowe pustkowia andaluzyjskich ziem. Także w gorącej Grecji wykwitło kilka interesujących młodych kapel thrashowych, wśród których bezapelacyjnie przoduje ateński Suicidal Angels. Grecki kwartet lekko zelektryzował thrashowych maniaków jakiś czas temu swoim debiutem i teraz sukcesywnie, co kilka lat, dostarcza nowe płyty. Niestety z każdą kolejną płytą zauważalna jest stała zniżka formy i zanik tej pierwotnej magii obecnej na początku. O tym jak to naprawdę wygląda opowiedział nam frontman tego zespołu - Nick Melissourgos.

Czyli przyjęcie waszego najnowszego dzieła wygląda nieźle? Uwierz mi, słowo "nieźle" nie oddaje tego, co się dzieje. Wszystkie recenzje jakie do mnie docierają, wręcz pieją z zachwytu nad nim. Mieliśmy taką nadzieję, że się ludziom spodoba, to co nagraliśmy, ale szczerze - nie spodziewałem się tak dobrego odbioru! To jest po prostu zajebista płyta, bez wypełniaczy, wypełniona po brzegi genialnymi hiciorami. Jej entuzjastyczne przyjęcie dało nam solidny zastrzyk motywacji, bo zamierzamy nagrać następny album już w przyszłym roku. Jak wyglądały zaczątki waszej współpracy z Tribunal Records? Skontaktował się z nami Matt Rudzinski z Tribunal w sprawie ponownego wydania "Stranger Than Fiction". Bardzo nas to ucieszyło, a współpraca przebiegła sprawnie i z dobrym skutkiem. Przy okazji pokazaliśmy mu utwory na nasz nowy album. Bardzo mu się spodobały i zaproponował nam jego wydanie. Bardzo szybko dogadaliśmy szczegóły, czego efekt widać w pełnej krasie. Matt nalegał, by cała oprawa graficzna, okładka, lay out i tak dalej, prezentował jak najwyższą klasę. Uważam, że to wspaniały przykład tego, że i artyście i wydawcy może mocno zależeć na jak najlepszej prezencji swego dzieła. Jest to przykład szczerości i wzajemnego szacunku, czego trochę brak w dzisiejszych, niezbyt ciekawych dla artystów, czasach. Bardzo chwalimy Matta i całe Tribunal-Divebomb Records. Planujemy razem z nim wydać także "Invictus" - dwupłytowe wydawnictwa w pełni zremasterowanych pozostałych płyt Forté: "Division", "Destructive" oraz "Rise Above". Dołączymy do niego także opasłą wkładkę, by w pełni dopracować to przedsięwzięcie. To sprawi, że cała nasza dyskografia będzie w pełni dostępna. Wydawnictwo będzie dostępne w postaci tradycyjnych płyt jak i w formie cyfrowej. Zaczepiąjąc jeszcze o wasz ostatni album. Mam wrażenie, że oprawa liryczna jest usytuowana wokół jednego konceptu, tytułowej (nie)świętej wojny, sprowadzającej zagładę na ludzkość. Nie tylko w znaczeniu religijnym. Rozumiem, że takie skojarzenie może się mimowolnie nasunąć. Myślę, że jednak jest to spowodowane moim nastrojem, wtedy gdy pisałem teksty do kawałków znajdujących się na tej płycie. Moje myśli wówczas błądziły wokół ludzi w moim życiu, którzy umarli lub umierali. Moja własna ojczyzna jest uwikłana w szesnaście konfliktów zbrojnych. Religia wydaje się tylko podsycać piekielne ognie nienawiści w masach, gniew, chciwość, hipokryzję… Ciągle człowiek natyka się na dowody ludzkiej głupoty, prywatę polityków i religijnych oszołomów. Można powiedzieć, że cały album obraca się w tej tematyce. Z wyjątkiem "Undying", pieśni, którą napisałem o moim ojcu.

Agresywne podejście do tematu HMP: Witaj, Nick! Jak się masz? Nick Melissourgos: Witaj, Aleksander! Dzięki za chęć przeprowadzenia z nami wywiadu. Wielkie thrashowe pozdrowienia dla was i dla waszych czytelników! Co słychać w obozie Suicidal Angels? A wszystko u nas jest w jak najlepszym porządku. Na razie. Jak zapewne wiesz mamy nowego członka w zespole… Właśnie. Nowy gitarzysta - Chris Tsitsis. Tak, to jest właśnie najnowszy członek naszej rodziny. To młody i wygłodniały wilk, genialny gitarzysta, a przy okazji świetny gość. Gramy teraz z nim próby, by się nauczył wszystkich naszych utworów, starych oraz nowych. Ponadto szykujemy się na serię koncertów po Grecji oraz na letnie szaleństwo festiwalowe. Przede wszystkim jednak szlifujemy nowe utwory na następną płytę, by jak najszybciej wejść do studia. Ostatnio wydaliście ponownie swój świetny debiu tancki krążek. Co wpłynęło na fakt, by znowu go wydać, od jego premiery minęło przecież raptem sześć lat. Wielkie dzięki za to, że doceniasz nasze pierwsze dzieło! Rzeczywiście "Eternal Domination" jest ponownie wydana, jednak za tym wznowieniem kryje się trochę dziwna historia. "Eternal…" została wypuszczona na rynek przez OSM Records w 2007 roku. Krótko po tym zmieniliśmy wytwórnie i przez to ta płyta nie była ani promowana, ani sprzedawana. Jedynym medium przez które można było dotrzeć do niej to był właściwie wyłącznie internet. Jakiś czas temu otrzymaliśmy serię maili od ludzi, którzy nacięli się przez jakiegoś gościa. Typ niby sprzedawał kopie "Eternal Domination". To były zwyczajne cd-r z naklejonym obrazkiem na nie. Paranoja. Przedyskutowaliśmy tę sprawę między sobą oraz z naszą aktualną wytwórnią i doszliśmy do wniosku, że wznowienie "Eternal Domination" będzie dobrym pomysłem. Ponadto dodaliśmy bonusowy krążek do niektórych wersji wznowionego wydawnictwa. Można na nim znaleźć nagrania z naszych wcześniejszych demówek.

Dlaczego nie gracie już z Panosem Spanosem? To była jego własna, autonomiczna decyzja, by odejść z zespołu. Stwierdził, że potrzebuje więcej czasu dla swojej rodziny. Spotkałem się z dość mieszanymi opiniami dotyczącymi waszego ostatniego albumu "Bloodbath". Pomijam te skrajnie niegatywnie - głównie chodzi o to, że nie dostarczacie nam nic nowego, że wszystko to już słyszeliśmy na waszych poprzednich płytach i tym podobne. A jakie są twoje odczucia na temat "Bloodbath"? "Bloodbath" jest naszym bezsprzecznie najlepszym albumem w naszej dyskografii. To bardzo dojrzała produkcja. Jej brzmienie jest najbliższe temu, jak się prezentujemy na żywo. Moja satysfakcja z tego dzieła jest przeogromna. Z drugiej strony jest rzeczą naturalną, że muzyka jest sprawą gustu. To jest sztuka, którą każdy odbiera w sposób bardzo osobisty. To zrozumiałe, że jednym podoba się nasza ostatnia płyta, a drugim już niezbyt. Faktem pozostaje to, że wleciała w pierwszym tygodniu po premierze na drugie miejsce na liście sprzedaży w aż dwóch krajach europejskich - Austrii i Niemczech. Jest to coś, z czego można być dumnym i co motywuje nas do dalszej pracy. A jak wygląda sprawa z następcą "Bloodbath"? Zamierzamy wejść do studia jeszcze tego lata. Tak jak wspomniałem, większość materiału jest już napisana. Skupiamy się na ostatnich szlifach, na drobnych detalach, by wszystko było dopracowane. Jak myślisz, są jakieś znaczne różnice w tym, jak przyjmują was fani w Grecji, a jak w innych krajach? Gdy schodzimy ze sceny po koncercie, zawsze przepełniają nas fantastyczne wrażenia i emocje. Olbrzymie ilości energii urządzają sobie wyścigi w górę i w dół twoich żył. Rzeczywiście, to jak na nas reaguje publika różni się w zależności od kraju. Czasem nawet w zależności od miasta. Nie jest to łatwa rzecz do prostego porównania. Grecja jest tradycyjnie ostoją bardzo żywiołowych, wręcz dzikich, metalheadów. Jest to opinia wielu różnych zespołów z którą się w pełni zgadzam. Podobnie fani w Meksyku i Amerycę Południowej to

Mam nieodparte wrażenie, że nawet kolejność utworów została tak ustawiona, by opowiedzieć jakąś mniej lub bardziej jednolitą historię. Nie było to celowe, lecz nie powiem, intrygująca interpretacja. Jak będzie wyglądał rok 2013 dla Forté? To będzie pracowity rok. Mamy zabookowaną pokaźną liczbę konertów jako headliner. "Unholy War" wyjdzie na czarnym krążku, "Invictus"… Koncert na Headbangers Open Air 2013, na który w szczególności czekamy, no i początki pracy nad nowym albumem, który nabierze konkretnych kształtów w styczniu 2014r. Takie są przynajmniej założenia. Wielkie dzięki za wywiad! Ja tobie również dziękuję i wszystkim pozostałym prawdziwym maniakom metalu. Aleksander "Sterviss" Trojanowski Foto: NoiseArt

SUICIDAL ANGELS

55


szalona zgraja. Nie oznacza to jednak, że nie mieliśmy okazji grać na szalonych i brutalnych koncertach w innych częściach Europy niż Grecja. Mieliście okazję grać parę razy w Polsce z Exodusem i Death Angel. Macie jeszcze w pamięci wspom nienia z tych koncertów? Jasna sprawa! Polska jest jednym z naszych najbardziej ulubionych miejsc do grania. Każdy wieczór był naprawdę wspaniały. Pamiętam, że podczas naszego ostatniego pobytu u was z Exodusem, wszystkie nasze płyty poszły jak świeże bułeczki. Czy jesteś podekscytowany tym, że Suicidal Angels będize znowu grało w Polsce na naszej edycji Metalfestu? Prawdę powiedziawszy, to nawet bardziej niż podekscytowany. Chyba można wywnioskować z moich wypowiedzi jaka jest moja opinia o polskich fanach muzyki metalowej. Rządzicie! Spodziewam się, że to będzie kolejny niezapomniany wieczór i kolejna niezapomniana noc (śmiech). Jakie, według ciebie, jest największe wyzwanie, które stoi aktualnie przed Suicidal Angels? Praca nad naszym nowym albumem i nadchodząca sesja nagraniowa. Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie związane z muzyka metalową? Co było tym bodźcem, który spowodował, że metal będzie jednym z ważniejszych ele mentów twojego życia? To chyba będzie… gdy pierwszy raz słuchałem swojego pierwszego heavy metalowego albumu - "A Real Live Dead One" Iron Maiden. Urwał mi dupę i wprasował w ścianę! A czego słuchasz aktualnie? Wszystkiego, co dobrze mi akurat "leży" w uszach. Od Pink Floyd i ZZ Top do Slayera oraz Cannibal Corpse. Udaje ci się łączyć swoje życie prywatne z tą mnogością koncertów? Taaak, to nie jest wcale takie trudne. Po prostu trzeba znaleźć właściwą równowagę między jednym i drugim. To zabiera trochę czasu i cierpliwości. Tak samo jak utrzymywanie tego wszystkiego w ciągłej równowadzę. Zespół wymaga 100% twojego zaangażowania, dlatego nie pozostaje ci wiele więcej na inne rzeczy. Dlatego trzeba uważnie połączyć obie dziedziny i wtedy wszystko leży tak jak powinno. Brałeś kiedykolwiek jakieś lekcje wokalne? Masz bardzo charakterystyczny głos, przypominający głos Petrozzy z "Endless Pain", jednak wydaje mi się, że czasem jest zbyt płaski. Niektóre wasze utwory by wiele zyskały, gdyby wokal w nich miał trochę szer sze spektrum tonów. Nigdy nie zapisywałem się na żadne lekcje śpiewania. Wykonuję tylko parę rozgrzewających gardło zabiegów, zanim wychodzimy na scenę. W czasie nagrań zawsze nagrywamy kilka różnych ścieżek wokalnych, by potem wybrać tę która będzie pasować najlepiej. Nie wiem czy istnieje jakaś dalsza droga rozwoju dla mojego głosu. Wiem tylko jedno - nasza następna płyta będzie miała bardziej agresywne wokale niż ostatnia.

Święta ścieżka ludożercy Krakowski Saratan wraz z wydaniem trzeciej płyty otworzył nowy rozdział swojej egzystencji. "Martya Xwar" zawiera muzykę niełatwą, ale niezmiernie ciekawą i zasługujące na zainteresowanie i uznanie, a kontrakt z Massacre Records daje zespołowi możliwość zaistnienia również na europejskim rynku, czego im serdecznie życzę. Na pytania odpowiadali Jarek Niemiec (wokal/bas) oraz Robert Zembrzycki (gitara/live). Zapraszam do lektury! HMP: Witam! Na początek gratuluję świetnego albumu. Jakie są wasze odczucia na jego temat w kilka miesięcy po premierze? Jesteście w pełni z niego zadowoleni? Jarosław Niemiec: Cześć! Dziękujemy za miłe słowa. Jesteśmy zadowoleni z naszej trzeciej płyty, co oczywiście nie oznacza, że dzisiaj czegoś byśmy nie zmienili, czy poprawili. Album został wydany pod koniec listopada 2012, tak więc jest to jeszcze stosunkowo świeża płyta, natomiast już teraz wiemy, że był to dla nas spory krok naprzód. Jakie są reakcje fanów i dziennikarzy na "Martya Xwar"? Robert Zembrzycki: Reakcje są różne, bo tyle opinii ilu dziennikarzy, ale w znacznej większości są one bardzo pozytywne. Reakcje fanów które do nas docierają czy to na facebooku czy na koncertach, także są bardzo pozytywne. Mamy fanów, którzy po jednym koncercie nabywają całą naszą dyskografię! Jarosław Niemiec: Nasza wytwórnia porozsyłała nasz album gdzie się da, tak więc ilość recenzji jest naprawdę duża. Cieszy mnie to, że zdecydowana większość recenzji jest bardzo pozytywna, jednak do takich ocen nie przykładamy jakiejś większej wagi. Ważniejszy jest dla nas odbiór zespołu na koncertach. Jak przebiegał proces twórczy? Ile czasu zajęło wam napisanie muzyki na płytę? Jarosław Niemiec: Utwory powstawały około rok. Do tego podczas samej sesji nagraniowej wprowadziliśmy sporo zmian. Sam proces jest raczej nieciekawy - siedzę w domu, gram na różnych instrumentach, zapisuję w programach muzycznych i na końcu prezentuję reszcie zespołu. Gdzie nagrywaliście "Martya Xwar" i kto jest odpowiedzialny za brzmienie? Jarosław Niemiec: Nagrania trwały długo, ale było to działanie celowe. Mogliśmy dopracowywać materiał, zmieniać go, tak żeby wszystko było przemyślane. Ślady nagraliśmy w JR Studio w Skarżysku-Kamiennej. Tam pracowaliśmy z Jackiem Gruszką przez blisko cztery miesiące. Oczywiście nie była to ciągła sesja - zazwyczaj wyglądało to tak, że nagrywaliśmy jakiś instrument przez kilka dni, a potem robiliśmy parę dni przerwy. Żeńskie wokale nagraliśmy w krakowskim studiu Nieustraszeni Łowcy Dźwięków, a fortepian w Studio Centrum. Sample i klawi-

sze nagrałem u siebie w domu. Następnie przekazaliśmy materiał V.Santurze z niemieckiego Woodshed Studio, by go zmiksował i zmasterował. Nie da się ukryć, że nie jest to łatwa muzyka. Ja potrzebowałem kilku przesłuchań, żeby się w nią wgryźć, ale jak już się udało to byłem kupiony. Zgadzacie się z taką opinią? Jarosław Niemiec: Tak jest. Muzyka jest bardziej złożona, aranżacje są bardziej skomplikowane, tak więc może ona nie "wejść" od pierwszego przesłuchania. Jednak jestem przekonany, że szybko się nie będzie nudzić, bo jest w sporym stopniu oryginalna i złożona. Robert Zembrzycki: Zgadzam się. Ja sam, jak słuchałem tego materiału kiedy uczyłem się go grać, miałem numery które "wchodziły" od razu, ale też numery które wkręciły mi się dopiero po miesiącu. Natomiast im dłużej słucham tej płyty i gram te numery, tym więcej dostrzegam w niej naprawdę fantastycznych motywów. Są momenty kiedy przechodzą mnie ciarki, a to najważniejsze. Jakich nietypowych instrumentów użyliście pod czas nagrywania płyty i kto na nich grał? Idealnie pasują do klimatu albumu. Jarosław Niemiec: Na fortepianie zagrała Marina Novikova, a na instrumentach etnicznych ja i nasz perkusista. Ja zagrałem na tarze, a Michał na etnicznych instrumentach perkusyjnych, między innymi na tych we wstępie do "Ba'al Zevuv". Resztę instrumentów nagrałem sam w różnych programach muzycznych u siebie w domu. Czemu, do cholery, ta płyta jest tak krótka (śmiech)? Człowiek dopiero co się mocno wkręci, a tu nagle koniec. Jarosław Niemiec: Robiąc krótkie płyty unikam możliwości zrobienia czegoś słabszego. Skomponowałem osiem utworów i na więcej nie miałem pomysłów, albo mi się nie podobały. Na płycie znalazło się tylko to z czego byłem naprawdę zadowolony! "Martya Xwar" to dość tajemniczy tytuł. W jakim jest języku i co oznacza? Robert Zembrzycki: "Martya Xwar" to w średnioperskim ludożerca, od tej nazwy powstało słowo Mantikora. Jarosław Niemiec: Tytuł jest tajemniczy i pasuje do

W waszej twórczości bardzo często przewijają się wątki antychrześcijańskie. To bardzo popularna tem atyka w muzyce metalowej. Nie dotykacie jednak kwestii anty-muzułmańskiej. Czy to z powodu waszego położenia geograficznego czy też z powodu poprawności politycznej? To nie jest tak, że są to wyłącznie teksty anty-chrześcijańskie. Znaczy, większość na pewno tak, jednak to dlatego, bo jest to religia, którą znam lepiej. Nie mam żadnej styczności z islamem. Nie wiem czy zauważyłeś, ale z biegiem czasu w naszej dyskografii teksty trochę ewoluowały. Koncentrują się głównie na niechęci do wszystkich religii jako takich, do wszystkich form wywierania wpływów na ludzi, które pożądają ślepych szarych mas, bez osobowości i wolnej woli. Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Foto: Massacre

56

SUICIDAL ANGELS


muzyki. Podkreśla między innymi to, że warstwa muzyczna albumu jest dużo bardziej etniczna. Powiedzcie parę słów na temat tekstów. Kto jest za nie odpowiedzialne i o czym traktują? Jarosław Niemiec: Za teksty, podobnie jak za muzykę, odpowiedzialny jestem ja. Tym razem nie koncentrowałem się na tekstach antypolitycznych i antyreligijnych, lecz wprowadziłem więcej klimatu. Teksty do "Mastema", czy "Sacred path of Martya Xwar" są mroczne i nawiązują do okultyzmu. "Verminous Disease" jest tekstem, który spokojnie mógłby znaleźć się na naszej poprzedniej płycie. Najbardziej wyjątkowy jest tekst do "Silent Sound of Mourning", który traktuje o naszej potrzebie życia w żałobie i smutku. Tekst jest mocno związany z warstwą muzyczną, a inspiracją były ciągle ogłaszane żałoby narodowe w naszym kraju. Odnosiłem wtedy wrażenie, że warstwa rządząca traktuje żałobę narodową jako narzędzie autopromocyjne, nakierowane na PR, a nie na potrzeby ludzi.

sample? Robert Zembrzycki: Gramy z samplerem, więc wszystkie orientalne smaczki które są na albumie, są też na żywo. I naprawdę brzmią potężnie! Zapraszamy serdecznie wszystkich na nasze koncerty, przekonajcie się sami! Jarosław Niemiec: Jest to jedyna możliwa opcja. Gra bez tych ścieżek byłaby słaba, a utwory brzmiałyby ubogo. Na grę z wszystkimi prawdziwymi instrumentami nas nie stać. Wiele zespołów używa samperów, my zagraliśmy z nim już 12 koncertów i uważam, że dla nas jest to optymalne rozwiązanie. Oficjalnie Saratan to trio. Jacyś dodatkowi muzycy wspierają was podczas koncertów? Robert Zembrzycki: Ja wspieram! (śmiech) Jarosław Niemiec: Tak, Saratan to trio, bo ostatnia płytę nagrywaliśmy w takim składzie. Od jakiegoś

niedalekiej przyszłości. Wybraliśmy "Ba'al. Zevuv" bo w naszym odczuciu jest to kawałek najbardziej charakterystyczny. Co więcej na koncertach najlepsze przyjęcia ma właśnie on, co pokazuje że nasza decyzja była słuszna. Przeszliście dosyć dużą rewolucję. Od thrash met alu do czegoś niewątpliwie na wskroś metalowego, ale trudnego do sklasyfikowania. Jak Wy byście scharakteryzowali swoją muzykę? Robert Zembrzycki: Nie jestem fanem szufladkowania muzyki, ale gdybym miał ułatwić komuś wyobrażenie sobie tego co gramy, to powiedziałbym że jest to death/thrash z wpływami orientalnymi. Jarosław Niemiec: Granie muzyki międzygatunkowej moim zdaniem jest dużym plusem. Jeśli musiałbym określić nasz styl, odpowiedziałbym tak samo jak Robert. Nie zmienia to jednak faktu, że w grun-

Trzeci album, czyli tak jak "Martya Xwar" powszechnie jest traktowany jako przełomowy. Do tego nowa i renomowana wytwórnia czyli Massacre Records. Liczycie, że to naprawdę będzie dla was duży przełom? Robert Zembrzycki: Bardzo byśmy sobie tego życzyli, cały czas na to pracujemy. Czas pokaże czy się uda, ale jesteśmy raczej dobrej myśli. Jarosław Niemiec: Na tak zwany "przełom" składa się bardzo wiele czynników. Już teraz są pierwsze tego symptomy, czyli zainteresowanie zespołem, wywiady i recenzje w najważniejszych europejskich magazynach, kontrakt z agencją koncertową i tak dalej. Jednak jesteśmy dopiero na początku promocji albumu i wydaje mi się, że dopiero za około rok będę w stanie powiedzieć coś więcej na ten temat. Teraz najważniejszą sprawą dla nas jest zrobienie drugiego klipu i zaprezentowanie się na wielu koncertach. Nie ukrywam, że bez koncertów zagranicznych, promocja płyty będzie niekompletna. Jak doszło do podpisania kontraktu z Massacre Records? Jarosław Niemiec: Dość standardowo. Po nagraniu płyty i stworzeniu grafik, zrobiliśmy promopacki, które rozesłałem do najważniejszych wytwórni. Bardzo szybko dostałem odpowiedź od Massacre i wtedy zaczęła się rozmowa. Po około miesiącu zdecydowaliśmy się na podpisanie kontraktu. Było to gdzieś w kwietniu, natomiast z e względu na mnogość zespołów w wytwórni, wolny czas na wydanie płyty był dopiero w listopadzie 2012. Jest to bardzo duża wytwórnia posiadająca w swoich szeregach wiele nazw światowego formatu. Nie boicie się, że będziecie traktowani trochę po macoszemu i bardziej jako dodatek do tych wielkich? Jarosław Niemiec: Nie, w ogóle mi to nie przeszkadza. Massacre ma dobrą dystrybucje, w Polsce płyty sprzedaje Mystic, a dzięki temu że jest to duża firma płyta dociera w bardzo wiele miejsc. To są plusy większych wytwórni. Wiadomo, że jak byliśmy w My Kingom Music kontakt był bardziej koleżeński, ale możliwości Massacre wielokrotnie przewyższają te naszej poprzedniej wytwórni. Jak do tej pory wygląda współpraca z nimi? Jak kwestia promocji? Robert Zembrzycki: Dzięki Massacre Records mamy zapewnioną dystrybucję albumu w sklepach w Polsce i w Europie, kilka dużych wywiadów w znaczących zagranicznych pismach, takich jak np. niemieckie Legacy. Jarosław Niemiec: Działają sprawnie - dostajemy dużo wywiadów i zestawienia z recenzjami. Widać, że promują swoje zespoły należycie! Jak wyglądają wasze plany koncertowe? Jakieś kon certy poza granicami? Może jakaś trasa? Jarosław Niemiec: Nie mogę podać konkretów, ale pracujemy nad tym żebyśmy promowali nową płytę w jak największej ilości miejsc, nie tylko w Polsce. Intensywnie będziemy koncertować na pewno na jesieni 2013 roku. Ponadto planujemy też zagraniczne wyjazdy. Jak radzicie sobie z na żywo z dodatkowymi instru mentami? Gracie bez nic czy może są puszczane

Foto: Massacre

czasu gra z nami Robert i traktujemy go w zasadzie jako formalnego członka zespołu.

cie rzeczy takie klasyfikacje niewiele mówią o samej muzyce.

Nie myśleliście o tym, by wziąć na stałe do składu drugiego gitarzystę? Jarosław Niemiec: Tak myślimy i w zasadzie już go mamy. Robert jest u nas na "okresie próbnym" ale wszystko idzie w dobrym kierunku i wkrótce dołączy do nas "na stałe". To jest naturalny proces, zgrywamy się, wszystko się dobrze układa.

W jakim kierunku pójdzie w przyszłości Saratan. Będziecie bardziej brutalizować muzykę, może więcej eksperymentować? Jarosław Niemiec: Jest zbyt wcześnie żeby definiować to co przyniesie nowy album. Na pewno nowej produkcji będzie bliżej do "Martya Xwar" niż do poprzednich dwóch płyt Saratan. Bardzo lubię te orientalne akcenty na naszej nowej płycie, więc wydaje mi się, że można się spodziewać rozwinięcia przede wszystkim na tej płaszczyźnie.

Z jakim zespołem z waszej stajni widzielibyście siebie na trasie? Jarosław Niemiec: Wolę raczej odpowiedzieć na pytanie z kim z naszej agencji koncertowej zagrałbym trasę. A tam świetnych kapel jest wiele: Rage, Primordial, Hatesphere, Grave, Engel, Finntroll i Dark Funeral… Chętnie zagrałbym z każdym wymienionym wcześniej zespołem. Nagraliście ciekawy i profesjonalny klip do utworu "Ba'al Zevuv". Może kilka słów na jego temat? Jarosław Niemiec: Praca nad zdjęciami trwała jeden dzień, natomiast praca nad renderowaniem grafik i obróbką - około dwa miesiące. Klip wyszedł dobrze, jesteśmy zadowoleni z efektów i już planujemy kolejny! Robert Zembrzycki: Ja jedynie robiłem zdjęcia dokumentujące powstawanie klipu, gdyż wtedy nie byłem jeszcze członkiem zespołu, mogę więc tylko powiedzieć, że atmosfera na planie była niezwykle sympatyczna, a ekipa z Red Pig Productions jak zawsze wykazała się dużym profesjonalizmem. Czemu akurat wybraliście ten numer? Jest bardzo dobry, ale jednak nie zabija od pierwszego przesłuchania tak jak choćby "The Sacred Path of Martya Xwar" czy "God that Disappears". Jarosław Niemiec: Następny teledysk będzie do właśnie takiego - szybkiego - kawałka, ale o tym w

Co was inspiruje do tworzenia takiej bądź co bądź oryginalnej muzyki? Jarosław Niemiec: Rzadko inspiruje mnie muzyka. Jeżeli już coś bezpośrednio wpływa na proces tworzenia to wydaje mi się że bardziej filmy, książki i sztuka. Tak było na przykład z utworem "Asmodea" inspiracją był jeden obraz Francisco Goya z serii "pinturas negras". Jeśli miałbym wskazać zespoły, których najczęściej słucham i w jakimś stopniu się nimi inspiruje, byłyby to Celtic Frost, Triptikon, Anaal Nathrakh, cała masa muzyki filmowej i niemetalowej. Oczywiście słucham dalej również thrashu, ale bardziej w wykonaniu "live", niż z płyt. Bardzo się cieszę, że w marcu kolejny raz zobaczę Testament. To wszystkie pytania z mojej strony. Życzę powodzenia i jeszcze lepszych płyt niż "Martya Xwar". Jarosław Niemiec: Dziękuję! Zachęcam wszystkich do zapoznania się z "Martya Xwar", teledyskiem do "Ba'al. Zevuv", oraz do przychodzenia na nasze koncerty! Robert Zembrzycki: Dzięki! Maciej Osipiak

SARATAN

57


Przede wszystkim bardzo dziękuję za tak miłe słowa! Włożyłem wiele wysiłku w swoją pracę oraz bardzo wytrwale zgłębiałem tajniki obróbki dźwięku. W końcu mogę powiedzieć, że mam doświadczenie oraz wiedzę na temat bardzo wielu różnych czynników, które się składają na nagrywanie instrumentów w studio. Po wydaniu "Evolution" trafiło do mnie kilka ofert pracy jako producent, więc myślę, że w niedalekiej przyszłości zdecydowanie się za to wezmę!

Wiele wysiłku Po co użerać się z rzępolącymi szarpidrutami z sąsiedztwa, skoro można pracować z najlepszymi w branży? Z wielkimi nazwiskami, znanymi z wkładek z kultowych płyt? Z takiego założenia wyszedł Ilias Papadakis z greckiego Memorain. Nagrał płytę z takim składem, że aż włosy same siwieją z wrażenia. Zwłaszcza, że owa płyta jest naprawdę niczego sobie! HMP: Zacznijmy od tego, co oznacza nazwa waszego zespołu? Ilias Papadakis: Pomysł na nazwę przyszedł w czasie, gdy nagrywaliśmy naszą pierwszą EPkę w 2001 roku. Chcieliśmy by nasza nazwa była wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju oraz żeby wyrażała to jak zamierzamy podejść do sprawy muzyki! Dla nas muzyka jest jak podróż przez emocje i wspomnienia, czasem silne i agresywne, czasem spokojne i delikatne. Chociaż w sumie, raczej bardziej nam wychodzą te agresywne i silne (śmiech). Skład, który spłodził "Evolution" wygląda jak metalowy dream team. Hoglan, Santolla, DiGiorgio, Valagao, Owen, i tak dalej, i tak dalej… Skąd pomysł na taki właśnie układ członków zespołu? Pierwszy raz pracowałem z wielkimi nazwiskami podczas prac nad "White Line" w 2003 roku. Tworzyłem wtedy wspólnie z Jamesem Murphy z Testament i Obituary. W 2005 roku pracowałem wespół z Nickiem Menzą oraz Jeffem Watersem. Przez te wszystkie lata udało mi się wypracować znajomości z wieloma muzykami z wielkiej sceny metalowej, których podziwiałem będąc młodym gitarzystą. Dlatego, gdy skomponowałem większość materiału na następną płytę, stwierdziłem, że to świetna okazja, by niektórym z nich zaproponować współpracę. Jak wyglądała taka współpraca na odległość? To było jak wielkie marzenie, które się spełnia na moich oczach! Jestem bardzo szczęśliwy, że miałem okazję pracować z tymi ludźmi! Każdy z nich jest profesjonalnym i bardzo doświadczonym muzykiem, a przy okazji fantastycznym gościem. Sam proces nagrywania był wspaniały. Wszystko było bardzo pozytywne i pełne energii. Głęboko wierzę, że każdy z nich bawił się tak samo dobrze, przy tworzeniu tego albumu. Jedyną wadą takiego procesu tworzenia jest to, że nie mieliśmy okazji przebywać razem w tym samym pomieszczeniu. Każdy z nich ma napięty grafik, więc niemożliwością było, byśmy wszyscy nagrywali w tym samym miejscu i w tym samym czasie. To ty skomponowałeś większą część "Evolution" czy też pozostali muzycy mogli wnieść do albumu własne kompozycję? Dziesięć utworów to moje kompozycje. Jeden utwór napisałem razem z Timem Owensem oraz Davidem Ellefsonem, a jeden utwór został stworzony przez Steve'a DiGiorgio i Chrisa Valagao. Jak długo trwał proces tworzenia "Evolution"? O stary, ten album był robiony przez naprawdę spory kawał czasu! Każdy z nas żyję w zupełnie innym miejscu na naszej planecie plus każdy ma do bólu napięty grafik. Wszystko zajęło jakieś dwa lata! By być jednak kompletnie szczerym muszę dodać, że zdecydowanie było warto poświęcić tyle czasu. Dlaczego stwierdziłeś, że głos Chrisa Valagao będzie najlepiej pasował do twojej muzyki? Właściwie to był pomysł Gene'a. Razem nagrali kilka albumów w Zimmer's Hole. Gdy się zwierzyłem Gene'owi, że poszukuję wokalisty, ten od razu zasugerował mi Chrisa. Zawsze go podziwiałem jako wokalistę, uważam że ma naprawdę oszałamiającą technikę śpiewania!

58

MEMORAIN

Najpierw zrobiliśmy kilka testów brzmienia. Nagraliśmy wokale do jednego utworu, chyba to był "Where Hate Lies". Gdy skończyliśmy byłem w stu procentach przekonany, że Chris będzie idealnym wokalistą na tym albumie! Kto pisał teksty - ty czy Valagao? Wszystkie teksty są moje prócz dwóch utworów. Tam liryki zostały stworzone przez Valagao oraz przez Davida Ellefsona. Kto śpiewał na poprzednich albumach Memorain? Ja byłem wokalistą na pozostałych płytach Memorain. Po tym jak zacząłem tworzyć zręby utworów na nowy album, stwierdziłem jednak, że chcę się bardziej skupić na gitarze. Nie wiem czy to efekt samych kompozycji wywarł na mnie takie pragnienie, czy może była to ukryta we mnie przez lata wewnętrzna chęć. Wierzę jednak, że dzięki temu mogłem bardziej rozwinąć się jako instrumentalista, podnosząc moje umiejętności gitarowe na wyższy poziom! Zdecydowałeś się zgarnąć paru muzyków sesyjnych z Grecji, by grać jako Memorain na żywo. Jaki jest więc główny cel Twojego zespołu - nagrywać kopiące dupska albumy z niesamowitym składem czy też jed nak grać na żywo z przygodnymi grajkami? Po wydaniu "Evolution" staraliśmy się zaaranżować kilka koncertów z line-upem z płyty. Albo przynajmniej ze składem bardzo zbliżonym do niego. Niestety nie było to możliwe! Grafik różnorakich nagrań i koncertów jaki mają goście jest i tak napięty do granic możliwości i nie da się ustalić terminu odpowiadającego wszystkim. Pragnę jednak grać swoją muzykę na żywo, więc naturalną rzeczą było dla mnie szukanie alternatywy dla takiego stanu rzeczy. Stąd muzycy, którzy mi towarzyszą na trasie. Skoro jesteśmy już przy trasie koncertowej. Dlaczego gracie wyłącznie w Rosji? Przynajmniej tylko te koncerty są obecne u was na stronie internetowej… To nie jest tak, że gramy wyłącznie w Rosji, chcemy grać gdziekolwiek tylko będziemy mieli możliwość! Parę miesięcy temu dostałem ofertę trasy, więc z niej skorzystałem. Teraz robimy ostatnie ustalenia dotyczące naszej australijskiej trasy we wrześniu. Mam nadzieję, że potem uda nam się zagrać też w Europie. Dlaczego nie pracujesz z "normalnym" zespołem przy swoim boku tylko tak… korespondencyjnie? Lubię tworzyć muzykę razem z ludźmi, którzy mają czas oraz chęć by pracować na sukces zespołu. Udało mi się stworzyć dobry album z tą załogą i jestem przez to bardzo szczęśliwy. Teraz, skoro mam trochę bardziej elastyczny skład, mam szansę skupić się nie tylko na koncertowaniu, ale także na pisaniu nowego materiału. Udało ci się

osiągnąć w s p a n i a ł e brzmienie na "Evolution". Czy zastanawiałeś się nad tym, by pracować jako inżynier dźwięku oraz producent dla innych zespołów? Foto: Maple Metal

Który utwór sprawił ci najwięcej trudności przy nagrywaniu? Hmm, nie mogę powiedzieć by którykolwiek numer sprawił mi jakąkolwiek trudność, gdyż w końcu prawie wszystkie są moimi kompozycjami. Bardzo interesujące było nagrywanie "Rules of Engagement". Tim skomponował linie melodyczne wokalu do tekstu, który napisał David, a moim zadaniem było napisanie do tego wszystkiego warstwy muzycznej. To było coś zupełnie odwrotnego do tego jak dotychczas tworzyłem utwory. Najpierw pisałem muzykę dopiero później tekst. Dlatego ten utwór to było całkiem spore wyzwanie! Muszę ci pogratulować - sprawiłeś, że głos Tima "Rippera" Owensa na rzeczonym "Rules of Engagement" brzmi naprawdę dobrze. Zawsze doceniałem jego umiejętności wokalne, ale jakoś nigdy nie pasował mi w Iced Earth, Judas Priest czy podczas swojej współpracy z Malmsteemem… Fajnie, że doceniasz takie rzeczy! (śmiech) Całą zasługę należy jednak przypisać Timowi, a nie mnie (śmiech). W tym utworze Tim sam komponował ścieżkę wokalną, miał całkowicie wolną rękę jeżeli chodzi o dobranie melodii. Ani ja, ani David, nie narzucaliśmy mu żadnych restrykcji. Według mnie Tim jest jednym z najlepszych na świecie wokalistów. Gdy pracujesz z jednym z najwybitniejszych gardeł to nie możesz go zamykać w klatcę nakazów i zakazów! Musisz mu dać całkowitą wolność wyboru, by uwolnić tę wewnetrzną pasję i feeling, który przekuje się w genialny utwór. Naprawdę doceniam to, co osiągnął w tym utworze, to naprawdę coś wspaniałego! Kto stworzył okładkę do "Evolution"? Cała oprawa graficzna, łącznie z zawartością bookletu została zrobiona przez Marię Sakantanis. Prawdziwy talent graficzny! Miałem w głowie pomysł na płonącą czaszkę i lekko ironiczny tytuł "Evolution". Gdy przedstawiłem jej swoją koncepcję po niedługim czasie miałem ją już zwizualizowaną na ekranie! To było naprawdę niesamowite! To jest jej mail, gdyby ktoś chciał jakąś graficzną pracę u niej: countessmarland@gmail. com. Uważam, że należy jej się z mojej strony trochę promocji, ponieważ nie byłem łatwym do współpracy człowiekiem, gdy pracowaliśmy razem! Kiedy możemy się spodziewać następnego albumu? Mam nadzieję, że naprawdę niedługo! Pracuję już nad nowym materiałym i jestem naprawdę skrajnie szczęśliwy z aktualnego obrotu ogółu spraw. Wierzę, że podąże scieżką utartą przez "Evolution". Planujesz ponowne wydanie waszych poprzednich płyt? Naprawdę chciałbym to kiedyś zrobić! Prawa do pierwszych dwóch wydawnictw należą teraz do mnie, więc mogę je ponownie zmiksować oraz wydać, jednak "Reduced To Ashes" należy do EMI i tutaj zaczynają się drobne problemy (śmiech). Zobaczymy! To jest sprawa nad która bardzo intensywnie myślę. Opowiedz nam o tym jak zrobiliście utwór dla telewizyjnego show "TV War". "TV War" jest programem na kanale TV MAD i jest wspierany przez grecki Metal Hammer. Gdy ten program obchodził swoje piąte urodziny gospodarz programu zaprosił kilka zespołów do skomponowania motywu przewodniego dla tego show. Wśród nich miał być wyłoniony zwycięzca. Teraz ten program jest na antenie już jakieś czternaście lat, a nasz utwór dalej jest tam obecny! Fajna sprawa (śmiech). To by było na tyle. Wielkie dzięki za wywiad i wspaniałą płytę! Dziękuję ci bardzo za pytania oraz za bardzo miłe słowa. Mam wielką nadzieję, że wasi czytelnicy będą mieli okazję do zapoznania się z naszym ostatnim dziełem i mam też nadzieję, że będziemy mieli okazję pokazać im naszą twórczość na żywo! Aleksaner "Sterviss" Trojanowski


były w końcu pisane w jakimś stopniu przez wszystkich członków zespołu, gdyż Josh i inni przynieśli ze sobą garść naprawdę udanych pomysłów.

Kalifornijska żmija Istnieje pewna grupka ludzi, a wierzę, że jest to nawet dość liczna rzesza, która reaguje wypiekami na twarzy, gdy się przytacza nazwę Imagika. Po rozpadzie tego zespołu, dwójka muzyków z tej formacji, w tym założyciel Imagiki - Steve Rice, sformowała zupełnie nowy zespół. Steve znalazł też chwilę czasu, by podzielić się z nami swoimi wrażeniami odnośnie swej nowej kapeli. HMP: Witaj, Steve. W tym tygodniu właśnie mieliście zacząć swoją trasę po USA, odwołaliście ją jednak w ostatniej chwili. Co się stało? Steve Rice: Nasz nowy gitarzysta doznał bardzo poważnego urazu lewego ramienia. Potrzebuje przynajmniej sześciu tygodni rehabilitacji, żeby wrócić do stanu pełnego zdrowia. Braliśmy pod uwagę to, by grać jako kwartet na tej trasie. Na próbach to jednak kompletnie nie wypaliło. Wyraźnie brakowało mocy bez jednej gitary. A moc na występach na żywo jest jednym z priorytetów. Staraliśmy się też znaleźć zastępstwo na ostatnią chwilę, jednak nie mogliśmy znaleźć nikogo odpowiedniego na trzytygodniową trasę. Fiasko zrodzone ze złego fatum. Przenieśliśmy ją jednak na wrzesień.

Produkcja dźwięku na "The Serpentine Ritual" jest bardzo czysta i niemal sterylnie nowoczesna. Nie uważasz, że to trochę może zabić dobre wrażenia z odbioru nagrań, skoro gracie w, bądź co bądź, starym stylu? Nie, nie wydaję mi się. Nie ma nic złego w dążeniu do czystego dźwięku w swoich nagraniach. Zwłaszcza jak osiaga się brzmienie konkurujące z innymi nowoczesnymi albumami. Myślę, że w porównaniu z innymi, ostatnio wydanymi albumami metalowymi, które są bezlitośnie wypomadowane upiększającymi cyfrowymi technikami, nasz album brzmi wyjątkowo surowo i

Jaka jest historia stojąca za nazwą waszego zespołu? To, do czego dążyliśmy w nazewnictwie zespołu było dla nas bardzo jasne i klarowne. Prawdą jest jednak, że to tytaniczny wysiłek, by wymyślić jakąś fajną, a jednocześnie oryginalną nazwę. Coraz więcej tych cholernych zespołów powstaje z dnia na dzień. Gdy już ustaliliśmy nazwę, sprawdziliśmy czy nie jest przypadkiem zajęta przez jakiś grajków. Na szczęście nikt na nią nie wpadł przed nami. Zamierzacie się skupić na tworzeniu następnych albumów czy bardziej na koncertowaniu? Nowa płyta jest już w połowie zrobiona, więc pracujemy nad jednym jak i nad drugim. Na pewno będziemy chcieli podkreślić naszą obecność na scenach. Waszym managementem zajmuje się niemiecka agencja Rock 'n' Growl. Na pewno satysfakcjonuje was to, że zajmują się wami ludzie zza Oceanu? Zawarłem umowę z RNG już we wczesnym okresie funkcjonowania zespołu, by zwiększyć nasze szansę na podpisanie kontraktu wydawniczego. W Imagice zawsze był z tym problem, gdyż nigdy nie mieliśmy managementu z prawdziwego zdarzenia. Chciałem to

Opowiedz nam trochę o tym nowym gitarzyście. Nowy, choć lekko poturbowany, członek naszego zespołu to Mehl Anoma. Zatwardziały metalowiec. Grał w Potential Threat SF podczas ich niedawnej trasy z Death Angel. Dlaczego zdecydowaliście się wyrzucić z zespołu Roberto Proiettiego? Roberto nie został wyrzucony. Po prostu nie był w stanie poświęcić wystarczająco dużo czasu na nasze nagrania, próby i koncerty. Przebywa w Stanach na wizie pracowniczej i będzie musiał niedługo wrócić do siebie do Włoch na określony czas. Wszyscy wspólnie zdecydowaliśmy, ze najlepiej dla zespołu będzie, gdy nasze ścieżki się rozejdą. Roberto zresztą był pierwszym, który zasugerował taki obrót spraw. Kto założył Kill Ritual? Ja z Waynem DeVecchim, krótko po tym, jak Imagika zaprzestała funkcjonowania. Czy mamy przez to traktować Kill Ritual jako swoistego sukcesora Imagiki? Mimo bezsprzecznie widocznego powiązania z dziedzictwem Imagiki, Kill Ritual jest zupełnie oddzielnym aktem. Ma zupełnie inny styl i brzmienie. Dalej osadzone wyraźnie w thrashowych rytmach, jednak teraz jest bardziej prostolinijnie i chwytliwej. Jakbyś opisał nam wasz debiutancki album? Styl na nim zawarty, styl jaki prezentuje Kill Ritual, nazywamy między sobą Thrash And Roll. Definitywnie posiada namacalne thrashowe korzenie, jednak także przywodzi na myśl tradycyjny metal, NWOB HM czy hard rock. Na "The Serpentine Ritual" pojawił się utwór zaty tułowany "Old School Thrasher". Czyżby był to przejaw tego, że zamierzacie być postrzegani jako zespół, który podąża szlakami old-schoolowego thrashu z Bay Area? Absolutnie nie. Ten jeden utwór po prostu ma taką thrashującą naturę. Świetnie się bawiliśmy pisząc muzykę i tekst do niego. To było taki jajcarski wybryk, który nam się spodobał i trafił na płytę. Szczególnie tekst jest momentami bardzo humorystyczny. Taka tam dykteryjka o dołączeniu do zespołu w waleniu browarów. Typowo stereotypowy metalowy kicz. Jest wystarczająco wielu naśladowców Bay Area, my nie jesteśmy takim procederem zainteresowani. Nakręciliście nawet teledysk do tego utworu. Dlaczego akurat do niego? Ponieważ to utwór krótki, chwytliwy, fajny i nadający się do niskobudżetowego kręcenia. Dostaliśmy bardzo pozytywny odzew w bardzo wczesnym stadium tworzenia materiału na płytę, dlatego stwierdziliśmy, że zrobimy z niego singiel promujący nasz album. Mimo, że nie odzwierciedla zbytnio jego zawartości.

Foto: Scarlet

świeżo. Wokalista Josh Gibson posiada bardzo… dziwaczną manierą śpiewania. Bardzo podobają mi się wysokie zaśpiewy w metalu, jednak jego głos jakoś do mnie nie trafia. Choć w niektórych utworach, jak w "Coat of Blood" albo "Ambush", gdzie śpiewa nieco niżej, jego głos bardzo dobrze współgra z muzyką. Josh ma zupełnie wolną rękę, co do wyglądu i brzmienia jego partii wokalnych. Może je sobie ustawiać tak jak mu się podoba. Wykonuje dobrą pracę, nawet jeżeli się z tym nie zgadzasz, ponieważ jego głos jest bardzo rozpoznawalny. Na pewno utkwi ci w głowie, niezależnie od tego czy ci się on podoba czy też nie. Nie chcieliśmy mieć w zespole kolejnego mało oryginalnego gardłującego śpiewaczynę. To było dla nas bardzo ważne. Nie chcieliśmy pójść na łatwiznę. W tym biznesie jest naprawdę mrowie gości, którzy brzmią tak samo, dlatego bardzo trudno jest znaleźć kogoś, kto by się z tej tłuszczy wyróżniał. A coś takiego może zupełnie położyć nawet najlepsze riffy jakie kiedykolwiek napiszesz. Wokalista jest najważniejszym punktem w zespole, a będąc dwadzieścia pięć tysiące pierwszym zespołem z jakimś przeciętnym krzykaczem nie sprawi, że ktokolwiek zauważy twój zespół.

bez wątpienia poprawić w przypadku Kill Ritual. Sprawy z RNG układają się po naszej myśli. Oni w nas wierzą, a my brniemy niestrudzenie do przodu. Zamierzacie w przyszłości przyatakować jakąś trasą po Europie? Na pewno tak zrobimy, gdy nadaży się ku temu jakakolwiek okazja. Zamierzamy się też nad tym skupić i popracować. Na razie naszą uwagę absorbują problemy z amerykańską trasą. Gdy się z tym uporamy, przyjdzie czas na resztę świata! Dlatego pozdrawiam wszystkich czytelników Heavy Metal Pages i naszych fanów w Polsce oraz Europie. Metal On! Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Opiszesz nam przebieg prac nad materiałem, który miał się znaleźć na waszym debiucie? Czy te utwory były przeznaczone jeszcze dla Imagiki? Parę z utworów rzeczywiście miało być w zamierzeniu utworami Imagiki. Gdy jednak skompletowaliśmy cały zespół, uległy one przearanżowaniu. Wszystkie utwory

KILL RITUAL

59


Po wydanym trzy lata temu urozmaiconym i perfekcyjnym "HellWood" Hunter nie spoczął na laurach. Najnowszy album zespołu "Królestwo" to dzieło wynoszące Hunter na kolejny poziom pod względem kompozytorskim, wykonawczym i produkcyjnym. Grupa pokusiła się bowiem o nie lada eksperyment, rejestrując większość materiału w leśnej głuszy, w warunkach dalece odbiegających od sterylności współczesnych studiów nagraniowych. Efektem jest płyta brzmiąca jednocześnie klasycznie i nowocześnie, łącząca ducha albumów rejestrowanych wiele lat temu na żywo w zaimprowizowanych studiach przez gigantów rocka z wymykającym się jednoznacznym klasyfikacjom stylem Hunter. O tym wszystkim rozmawiamy z liderem, gitarzystą i wokalistą Hunter, Pawłem "Drakiem" Grzegorczykiem:

Królestwo dla każdego HMP: Na początek pytanie z gatunku rozgrze wających: "Intro" rozpoczyna śpiew trznadla czy pełzacza leśnego? To też efekt nagrywania "Królestwa" w siedlisku Letkiego? Paweł "Drak" Grzegorczyk: To śpiew dzika, który tak się wystraszył, że zaświergotał słowiczym dyszkantem. Aaa i jest tam też mucha. Muchy zwykle pojawiają się tam, gdzie jest lub będzie mięso. Jak widzisz waszych płyt słuchają też osoby interesujące się ornitologią (śmiech). Co sprawiło, że postanowiliście nagrać nową płytę nie w studio, a w zwykłej stodole? Przekora, ciekawość, chęć przeżycia ciekawej przygody, poznania interesujących gatunków zwierząt, chęć zagrania na nosie tym, którzy uważają, że bez wypasionego studia się nie da i zwykła oszczędność. Słychać, że warto było podjąć to ryzyko - całość

kusji. Byłaby to zbyt duża strata jakości sygnału, nawet dla tak tolerancyjnego nastawienia jak nasze. Co sprawiło wam największe problemy w czasie tych nagrań? Mikrofony są przecież bardzo czułe, bywały sytuacje, że musieliście coś powtarzać z powodu nieprzewidzianych dodatkowych dźwięków? Dziki, ptaki, krowy, psy, wilki i żarłoczne ryby ze stawu nam zupełnie nie przeszkadzały. Powiem więcej, zaprosiliśmy je nawet do nagrań i występują w wiekszości utworów. Jedynym problemem była burza. Wtedy musieliśmy rozpinać kabelki, żeby nie było ACpiorunDC. Mam rozumieć, że jesteście tak zadowoleni z efektów tej sesji, że nie wyobrażasz już sobie pracy w innych warunkach? Tak, stodoła jest super i pewnie tam już skończymy. Foto: Katarzyna Maruszko

nagraliśmy w Sonusie, również ze względów logistyczno-czasowych. Niektórzy nie mogli się wyrwać na Mazury na tak długi okres czasu. Jelonek nagrałwiększość smyków w ciągu trzech dni w siedlisku, ale później po naszym wyjeździe dograł jeszcze przy okazji swojego wyjazdu partie do "Innych" i "Intro" w Siedlcach, u naszego przyjaciela w jego studio SDR. Następnym razem jednak spróbujemy wszystko zgrać tak, żeby zrobić całość w stodole i jej bezpośrednim otoczeniu. Efektem tej wieloetapowej sesji w warunkach nie zawsze studyjnych jest płyta studyjna powalająca szlachetnością i naturalnością brzmienia, co można docenić szczególnie wykorzystując słuchawki. Wygląda na to, że weszliście na kolejny poziom pro dukcyjny? Tak, jest to w Hunterze kolejna rewolucja nagraniowa. I bardzo nas to cieszy. Dzięki temu "Królestwo" różni sie brzmieniowo od poprzednich wydawnictw a na tym nam również bardzo zależało. Czy to takie a nie inne metody pracy sprawiły, że podeszliście inaczej do kompozycji? Są zdecydowanie krótsze, bardziej zwarte, często nawiązują do klasycznego hard rocka czy metalu. Cała płyta trwa 39 minut, nie ma na niej zakręconych, quasi progresywnych, długich utworów, takich jak np. "Arges" czy "Labirynt Fauna" z "HellWood"… Są i takie utwory. Zarejestrowaliśmy ich w sumie około dwudziestu. Te, do których teksty byly skończone weszły po prostu na część pierwszą. Wiadomo, krótszy utwór - krótszy tekst (śmiech). Reszta czeka już tylko na teksty, wokale, smyki i smaki. Ciężar perkusyjno-gitarowo-basowy jest już nagrany. I czeka na rozwój sytuacji z "Królestwem". Jeśli okaże się, że jednak większość fanów zassie płytę z netu to będziemy się dość długo zbierać po tym ciosie. Wydaliśmy "Królestwo" sami i stąd ta obawa o niepewną jednak w tych czasach przyszłość. Nowy materiał jest też niewątpliwie bardzo prze bojowy. Mamy na "Królestwie" co najmniej kilka potencjalnych singli - nie tylko dynamicznych jak "Trumian Show", ale też ballad - dobrym przykładem jest tu chociażby "Inni"… Tak, każdy z utworów traktowaliśmy jakby miał być singlem. I dlatego ciężko by mi było jakikolwiek z czystym sumieniem wyrzucić. Na tym chyba polega moc tego "Królestwa". Tworzy spójną całość i należy go słuchać w całości. Dopiero wtedy będzie czuć co jest naprawdę warte. Jednak nikt wam raczej nie zarzuci prób podbicia list przebojów, bo po pierwsze tematyka tekstów jest zdecydowanie powyżej ich średniej. Po drugie zaś nawet jeśli łączycie w "PSI" poruszający tekst o bezdomności ludziach i zwierząt z przebojową początkowo muzyką, to w końcówce i tak dokłada cie do pieca, jak się patrzy? Bardzo chętnie podbilibyśmy listy przebojów. Ale to nie jest wystarczający argument, żeby przestać być sobą. Nigdy nie unikaliśmy trudnych tematów a wręcz przeciwnie. I nie każdy jest w stanie to znieść. No trudno. Ktoś musi o tym śpiewać. Wypadło na nas. Robimy więc to najlepiej jak potrafimy. A "PSI"? To dopiero cios. Taka ładna piosenka, a w środku mrok jak chuj. Masz rację, niewiele stacji będzie na tyle odważnych, żeby to puścić.

materiału brzmi bardzo przestrzennie i pomimo wykorzystania cyfrowego sprzętu sprawia wrażenie klasycznej, analogowej produkcji - o taki efekt zapewne wam chodziło? Dokładnie o taki. Cyfra to złe blaszane słowo a analog to dobre drewniane słowo. Różnica jest słyszalna i ma znaczenie. Ograniczaliśmy więc jak mogliśmy używania złych, blaszanych słów na korzyść świetnych, zdrowych, drewnianych. Miał to być wasz powrót do korzeni, w sensie podejścia do samej sesji i nagrywania? Esencja procesu twórczego zarejestrowanego bez technologicznego przerostu formy nad artystyczną treścią? Tak, coś w tym jest. Wprawdzie nasze korzenie sięgają nawet jeszcze głębiej, bo do magnetofonów szpulowych, no ale nie ma co wpadać w paranoję. Trochę cyfry nie zaszkodzi, zwłaszcza przy transmisji danych na dużą odległość, a tu mieliśmy ponad 30 metrów i tyle samo kabli mikrofonowych do per-

60

HUNTER

No chyba, że znajdziemy jeszcze ciekawsze miejsce. Kto wie? Natomiast ranczo będzie zawsze w odwodzie, tak, że nie myślimy już nawet o studiu. Jednak gwoli ścisłości nagraliście "Królestwo" nie tylko w plenerze: gitary i część wokali zarejestrowaliście w MDK w Szczytnie, resztę materiału w studiach Sonus i SDR. Co wpływało na taki wybór? Wiadomo, że chóru nie mogliście nagrać w siedlisku, a jak było z innymi partiami? Chór mogliśmy bez problemu nagrać w stodole, nawet byłoby to akustycznie lepsze niż w dużo mniejszym pomieszczeniu MDK. Ale logistycznie było łatwiej zebrać kilkanaście osób i wyrwać je na kilka godzin z codziennego życia. Wybór nagrań gitar był również celowy. Dla nas to jednocześnie podróż bardzo sentymentalna. W tej sali graliśmy pierwsze koncerty, próby, tam właściwie na dobre powstaliśmy. To dało nam niezłego kopa, energię i stworzyło klimat, którego szukaliśmy. Kilka partii

Bo ten utwór rozwija się muzycznie wraz z naras tajacymi w tekście emocjami... Poza charakterystycznymi dla waszego stylu inspiracjami klasy cznym hard & heavy mamy również na "Królestwie" dość nietypowe, ubarwiające całość mate riału, nawiązania. Mam tu na myśli czerpiące z punka "Dwie siekiery" oraz zainspirowany nieco dokonaniami awangardowego Kronos Quartet finał "Kostian"…. Zawsze lubiliśmy muzę punkową, do tej pory gramy na przykład cover Bad Religion. Dla nas to normalne i naturalne. Jelonek jest skrzypkiem wybitnym, więc nawet jeśli się inspiruje, to robi to i tak po swojemu i rzadko kogo nie kładzie przy tym na kolana. Robiliśmy takie rzeczy już dawno, trzeba tylko uważnie posłuchac między dźwiękami i słowami. Czasem po prostu to głębiej ukrywaliśmy. Czyli w waszym przypadku nie ma mowy o twór-


czym zasklepieniu na raz obranych pozycjach? Ortodoksyjnie słuchacze, wielbiący bezkrytycznie np. album "Requiem" czy przebój "Kiedy umieram" muszą nastawić się na poszerzanie muzycznych horyzontów? Jeśli tego do tej pory nie zauważyli tzn., że nawet nie chcą i nie dopuszczają niczego innego poza "Requiem". Szanuję to, sam uważałem "Requiem" w 90tych latach za nasze największe osiągnięcie. I tak było. To płyta do której najdłużej sie przygotowywaliśmy ze względu, że studio ciągle się odwlekało, nie mielismy pieniędzy itd itd. Ale w trakcie przygotowań do "MedeiS" postanowiliśmy, że chcemy się rozwijać, szukać a co za tym idzie - nie chcemy kopiować, nawet sami siebie. To bardzo uczciwe, szczere, zgodne z tym co czujemy i w gruncie rzeczy tego właśnie chcemy. Dbacie o to nieustannie: ledwo co ukazało się "Królestwo", a tu okazuje się, że zarejestrowaliście znacznie więcej materiału, który mógłby wypełnić następną płytę! W dodatku już jakiś czas temu zapowiedzieliście album akustyczny - wygląda na to, że nie narzekacie na brak pomysłów i weny? Tak, jest o czym myśleć. Staramy się konsekwentnie to wszystko teraz realizować. Dlatego założyliśmy firmę, dlatego wydaliśmy się sami. To nas zmobilizuje do pracy i nie będzie wykrętów, że ktoś z zewnątrz zawalił. Jeśli zawalimy, to będziemy mogli mieć pretensje do samych siebie. Jak na razie nie ma obsuw. Premiera zgodnie z planem, a to najważniejsze. Pierwsza obsuwka to premiera klipów, a nakręciliśmy od razu dwa. Niestety montaż ich okazał się dużo bardziej skomplikowany niż zakładaliśmy. Ale już to nadrabiamy. Problem pewnie tylko tradycyjnie w tym, skąd znaleźć środki na kolejne sesje nagraniowe i wydanie tych materiałów? Płyty sprzedają się coraz słabiej, a z wpływów z koncertów wszystkiego nie da się sfinansować… Tak, dlatego liczymy na uczciwość naszych fanów. Wierzymy, że jeśli stwierdzą, że nie zawiedliśmy i "Królestwo" jest ich płytą to wesprą nas kupując te płyty, chodząc na koncerty. To nam pomoże dalej normalnie funkcjonować i dać sobie i fanom kolejną, porządną płytę. I stanie się to szybciej niż do tej pory. Ale, skoro już o tym mówimy, trasa koncertowa "Królestwa" trwa - na początek zagracie 12 koncertów, kolejne na wiosnę. Publiczność, z tego co słyszałem, dopisuje. A jak ludzie odbierają nowe utwory? Doskonale. Jak zwykle pojawiły się opinie, że na koncertach brzmią lepiej. Oczywiście. Na koncertach jest duuużo głośniej, jest czad, show i człowiek odbiera to większą ilością zmysłów. To naturalne, że większość utworów zabrzmi lepiej. Na tym polega właśnie magia koncertów. Może w związku z tym rozważycie granie "Królestwa" w całości? Ten materiał jest tak urozmaicony, że spokojnie można się o taki eksperyment pokusić. A ponieważ jest dość krótki, zostanie jeszcze sporo czasu na starsze kompozycje… Tak, planujemy to zrobić na wiosnę. Na poprawiny. A więc dla każdego, kto przyjdzie - "Królestwo". Tym razem w całości. Plus best hits rzecz jasna...

Na nasze pytania odpowiedzieli basista Angelo Espino oraz gitarzysta Brian Korban. Nie wiem jak wy, ale dla mnie wiadomość o reaktywacji tej legendarnej grupy została pobita tylko przez news dotyczący wznowienia działalności przez monumentalny Metal Church. Obie kapele zresztą mają wspólną historię oraz wspólną przeszłość. Teraz Heretic wraca z rozmachem po ponad dwóch dekadach ciszy. Rozmach mógłby być co prawda ciut większy, jednak nie zamierzam narzekać w tej materii.

Nie odwracaj się plecami do heretyka HMP: Przede wszystkim gratulację z powodu wydania waszej nowej płyty. Jak wyglądają wasze opinie o niej już pół roku po jej premierze? Angelo Espino: Jestem bardzo zadowolony z rezultatów jakie osiągneliśmy. Po ponad dwudziestu latach przerwy udało nam się powrócić z solidną płytą. Brian Korban: Ciągle jej słucham To jest moja ulubiona płyta przy której miałem szczęście i okazję pracować. Płytę otwiera instrumentalne intro bardzo łudząco podobne do pierwszych dźwięków waszego klasycznego albumu "Breaking Point". Było to zamierzone? Brian Korban: Tak. Wychwyciłeś to idealnie. Chciałem by taki zabieg był obecny w tym miejscu na naszej nowej płycie. Taki drobny symbol łączący oba nagrania przez te wszystkie lata. Także utwór "For Your Faith" ma podobną manierę w swoim intro. Czy utwory na "A Time of Crisis" to zupełnie nowe kompozycje czy też są to utwory napisane w dawnych latach? Naturalnie pomijając "Heretic". Angelo Espino: Zupełnie nowy materiał. Wyjątkiem jest "Tomorrow's Plague", którą napisałem z Glennem, gdy byliśmy w Once Dead. Właściwie to chyba nawet jeszcze jak byłem z nim w Hirax. Brian Korban: Materiał napisaliśmy bardzo szybko. Wyjątkiem jest muzyka do "Tomorrow's Plague", ale tekst i tytuł napisałem ja. Przearanżowaliśmy zresztą ten numer. Ponadto "Remains" jest utworem stworzonym parę lat temu. A propos samego "Heretic". Dlaczego zdecydowaliś cie się nagrać ponownie tę kompozycję? Angelo Espino: Po prostu chcieliśmy wziąć klasyczny materiał i go trochę uaktualnić. Zrobimy to z kolejnymi utworami w przyszłości. Brian Korban: Nagraliśmy też "Blood Will Tell" podczas sesji do "A Time of Crisis". Dołączymy ten numer do box setu, który wyda Metal Blade. Pod koniec kwietnia wydają wszystkie płyty Heretic razem z live DVD. Kto jest twórcą i pomysłodawcą okładki do "A Time of Crisis?" Angelo Espino: Motyw przewodni okładki jest wypadkową pomysłów wszystkich członków zespołu.

Artysta Tom Berg zebrał nasze koncepty do kupy i stworzył to dzieło. Tom jest także wybitnym tatuażystą z którego usług miałem przyjemność korzystać Brian Korban: Ja chciałem ponadto podziękować Simone'owi oraz Jowicie z Metal On Metal Records za świętny wygląd naszego bookletu. Dlaczego zdecydowaliście się na taki tytuł a nie inny? O jaki konkretny kryzys tutaj chodzi? Angelo Espino: Wpadłem na ten pomysł z powodu tego, co się dzieje naokoło nas. Świat jest pogrążony w chaosie. Morderstwa, zepsucie, skandale, wojny, bieda. Żyjemy w czasach Kryzysu. Brian Korban: Liryki to swoista kapsuła czasu świata, w którym żyjemy. Jego karygodny stan jest świetną pożywką dla niezliczonej liczby metalowych tekstów. Wolę nawet nie myśleć jak papieska abdykacja wpłynie na nowe pomysły dla zespołów metalowych, wow! Wydaliście płytę przez Metal On Metal Records. To nie lada osiągnięcie, w końcu Simone i Jowita nie wybierają byle kogo, tylko i wyłącznie te zespoły, których muzyka im się bardzo podoba. Brian Korban: Skontaktowanie się z Metal On Metal było pomysłem Glenna Rogersa. Wyszło świetnie, bo wszystko przebiegło sprawnie i szybko. Wydanie naszej płyty było bardzo profesjonalne. Co doprowadziło do upadku zespołu w 1988 roku? Po świetnym debiucie nagle Heretic przestał istnieć… Brian Korban: Uznaliśmy, że Heretic nie będzie miał szans by wznieść się wyżej niż miał okazję. Gdy Mike Howe odszedł do Metal Church, zdecydowaliśmy się, o ironio, założyć projekt muzyczny z poprzednim wokalistą Metal Church - Davidem Waynem. Dave nie zgodził się byśmy grali pod nazwą Heretic. Dlatego nasz projekt był znany pod nazwą Reverend. Zreaktywowaliście zespół z Julianem Mendezem za mikrofonem. Braliście pod uwagę innych wokalistów, którzy przewinęli się przez Heretic? Dlaczego nie Mike Howe albo Mike Torres? Angelo Espino: Mike Howe wycofał się już z biznesu muzycznego, więc ta opcja pozostaje poza tą dyskusją. Mike Torres gdzieś tam niby działa, ale wątpie by chciał wracać do Heretic. Poza tym to Julian nakręcił tę całą spiralę wskrzeszania tego zespołu oraz miał najdłuższy staż wokalny w tym zespole. Dlatego pozostali dwaj nigdy nie byli brani pod uwagę.

Foto: Metal On Metal

Podsumowując: pomimo różnych trudności i prob lemów nie wyobrażasz sobie, byś mógł robić coś innego? Pewnie nic nie może się równać z chwilą, gdy stajesz przed publicznością, skandującą Hunter! Hunter! Najbardziej lubię jak wspólnie śpiewamy teksty. Wtedy można mówić o prawdziwym raju. Życzę ci więc, by taki stan rzeczy trwał jak najdłużej i dziękuję za rozmowę! Ja również dziękuję, pozdrawiam i do zobaczenia na koncertach! Wojciech Chamryk

HERETIC

61


Ciekawe, że po takiej długiej przerwie udało się zre formować na nowo skład Heretic… Brian Korban: Jakiś czas temu Julian Mendez zaproponował mi byśmy zagrali parę lokalnych koncertów pod starą nazwą. Jak tylko zaczęliśmy grać w mojej głowie zapalił się wielki napis "czas nagrać nową płytę". Nie miałem styczności z metalem od wielu lat, lecz Glenn ciągle mnie nagabywał, mówiąc jak to w Europie ludzie ciągle szaleją za taką muzyką. Sam mnie cisnął byśmy rozpalili na nowo ogień Heretic. Jak odpaliliśmy wzmacniacze to wiedziałem, że wracamy już by pozostać na scenie na dłużej… Wrócę jeszcze na chwilę do osoby Mike'a Howe. Wiecie może co się z nim dzieję? Brian Korban: Jakiś czas temu natrafiałem na jego wpisy na Facebooku. Nie mamy jednak z nim bezpośredniego kontaktu. Gdy ostatnio z nim rozmawiałem, twierdził, że zerwał już z branżą muzyczną i nie zamierza do niej wracać. Z pierwotnego składu ostali się wyłącznie Brian Korban oraz Julian Mendez. Jak do zespołu trafiła reszta aktualnego składu? Brian Korban: Razem z Angelo oraz Glennem posiadam bardzo bogatą historię wspólnego grania i jammowania. Obaj grali razem w Once Dead oraz Hirax. Ja z Angelo grałem w Reverend oraz w Seed. Z Glennem znam się od dziecka. Niedawno opuścił szeregi Hirax, więc to był idealny momenty by go zaprosić do wspólnego grania. Angelo postanowił do nas dołączyć, porzucając szeregi Anger As Art. Perkusista Iggy Coppola został nam zasugerowany przez Juliana. Po kilku próbach wiedzieliśmy, że będzie się nadawał idealnie. Czy gracie jeszcze w jakiś zespołach czy też poświęciliście się w całości pracy w Heretic? Brian Korban: Dorabiam na boku pisząc w Garageband na moim MACu muzykę do klipów, filmików i drobnych folkrockowych chałturkowych majstersztyków. Tak to Heretic jest naszym głównym priorytetem. Dlaczego Julian Mendez opuścił szeregi zespołu po nagraniu Epki w 1986 roku? Brian Korban: Julian był bardzo chory, gdy przyszedł czas sesji nagraniowej do naszej EPki. Wtedy to były czasy, kiedy ni śnieg ni deszcz nie mógł być wymówką, jeżeli label wyznaczył konkretną datę nagrań. Musiałeś być, gotowy czy też nie. Pamiętam jak Julian siedział w przerwach między jednym numerem a drugim, pochylony nad miską z parującą, gorącą wodą i ręcznikiem na głowie, by oczyścić swe drogi oddechowe. Metal Blade oraz nasz management nie były zadowolone z takiego przebiegu sesji nagraniowej, ani też z jej efektów. Dlatego wymusiły na nas zastąpienie Juliana osobą Mike'a Howe. Do dnia dzisiejszego widzę Juliana jako jednego z najlepszych metalowych wokalistów. Porzucając już pytania o historię, założę się, że planujecie nagrywanie kolejnej płyty. Mam rację? Angelo Espino: Owszem, piszemy materiał. Mamy już 6 skończonych kompozycji i dalsze 8 - 10 w planach. Musimy je jeszcze dopracować. Brian Korban: Pracę nad tą płytą będą poruszały się trochę wolniej. Będziemy jeszcze dużo dodawać do kwestii aranżacyjnych. Julian ma większy udział w tworzeniu linii melodycznych oraz tekstów utworów. Na razie koncentrujemy nasze siły na marcowym koncercie w Nowym Yorku oraz na letnim występie na Headbangers Open Air. Wielkie dzięki za wywiad i do zobaczenia w Niemczech na Headbangers Open Air! Angelo Espino: Dzięki. Bardzo doceniamy wszelkie formy zainteresowania naszą twórczością z jakimi się spotykamy. Nie możemy się doczekać balangi i wznoszenia puszek z browarem razem z naszymi fanami. Do zobaczenia! Brian Korban: Ja także bardzo dziękuję za ten wywiad oraz wasze zainteresowanie. Cześć! Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Myślę, że każdemu fanowi muzyki metalowej obiła się o uszy przynajmniej nazwa tego zespołu z uprzemysłowionego Mansfield. Debiutancki krążek Brytyjczyków "Loose 'n Lethal" jest jednym z ciekawszych albumów NWOBHM. Po równo trzydziestu latach od debiutu na świat przyszło szóste już diabelskie dziecko Savage zatytułowane "Sons of Malice". To odpowiedni moment by przysiąść i porozmawiać z muzykami tego zespołu o czasach tych starych i dobrych oraz o tych trochę nowszych i w sumie tak samo dobrych.

Energia i nowoczesność HMP: Fani Savage byli zmuszeni czekać ponad dekadę na wasz nowy album. Co wpłynęło na tak długi zastój? Czy w międzyczasie zespół miał jakieś problemy i przestał istnieć? Chris Bradley: Nie, po prostu, był to okres niekończących się problemów i absorbujących sytuacji życiowych. Narodziny, pogrzeby, rozwody. To dzięki Markowi (Nelsonowi - przyp. red.) udało się nam to wszystko przezwyciężyć. Andy Dawson: Zespół nie funkcjonował wtedy aktywnie. Nasza wytwórnia została sprzedana, nie mieliśmy więc żadnych propozycji wydawniczych. Osobiście ciągle tworzę muzykę, jestem członkiem kilku zespołów, dlatego ciągle jestem czymś zajęty artystycznie. Studio nagrań jest miejscem, gdzie przebywam aż nader często. Dużą część mojego czasu poświęcam także na pomoc młodym zespołom. Nie skończyliśmy wtedy z Savage, po prostu czekaliśmy na stosowny moment do jego przebudzenia! "Sons of Malice" jest bardzo ciekawym wydawnictwem. Jak wiele czasu zajęło wam tworzenie utworów na ten album? Kiedy zaczęły się pierwsze podry gi w kształtowaniu tej płyty? Andy Dawson: Kilka lat temu podzieliłem się paroma pomysłami na kompozycje z Chrisem. Gdy już zaczęliśmy tworzyć kawałki, większość z nich koniec końców nie wykorzystałem, bo miałem już nowe pomysły. Prócz dwóch utworów, te zostały. Co jakiś czas spotykaliśmy się w sali prób, aż do momentu, gdy mieliśmy 16 zupełnie nowych utworów z których byliśmy zadowoleni. Potem nagraliśmy piloty do nich, co było bardzo pomocne już podczas właściwej pracy w studio. Kristian Bradley: W pewnym momencie wydawało się, że to trwa wiecznie. W sali prób spotykaliśmy się raz w tygodniu, wieczorami w środy. Zaczynaliśmy od tego, że Andy przynosił riffy, dopracowywaliśmy je, nagrywaliśmy by nie zapomnieć, a potem budowaliśmy melodie, harmonie, i tym podobne. Chris Bradley: Właściwe prace zaczęły się jakoś w 2010 roku. Tak jak powiedział Andy, pracowaliśmy nad materiałem, póki nie otrzymaliśmy 16 utworów. Cały proces tworzenia wyglądał tak, jak przebiegała sesja twórcza do "Loose 'n' Lethal". Czterech gości, ciasne pomieszczenie, muzyczna burza mózgów, nagrywanie pomysłów. Bardzo mi się podoba taki schemat! Wiele utworów łączy w sobie energię NWOBHM z bluesową atmosferą. Takie połączenie było zamier zonym zabiegiem? Chris Bradley: Nie było żadnego odgórnie wyznaczonego celu dotyczącego brzmienia utworów. Jedynym celem było stworzenie kilkunastu utworów z których będziemy zadowoleni. Nie chcemy także, by nasze albumy brzmiały podobnie do siebie. Kristian Bradley: Właśnie, jedynym celem było nagranie albumu, który nam się będzie podobać. Nie zamierzaliśmy popełnić "Loose 'n' Lethal" cz. II Andy Dawson: Wydaję mi się, że po prostu za bardzo przesiąkłem bluesem przez te lata. Podstawą dobrego rockowego grania jest blues. Nie byłoby rocka albo metalu bez bluesa. Poza tym, dużo słuchaliśmy także zespołów, które nas inspirowały, gdy byliśmy młodsi Thin Lizzy, UFO, Deep Purple. Oni także mieli dużo elementów blues rockowych. Nam się też zdarzyło połączyć energię z taką atmosferą. Co to za tajemnicza wytwórnia, która wypuściła "Sons of Malice"? Czym jest te Minus2Zdebra? Kristian Bradley: Oglądałeś film "Madagaskar"? Zebra (Chris Rock) - to jego wytwórnia! (śmiech) Żartuję, oczywiście. Andy Dawson: To nasza wytwórnia. Stworzyliśmy ją

62

HERETIC

jakiś czas temu w studio, by promować młode zespoły. Woleliśmy wydać naszą płytę przez własną wytwórnię, by mieć nad tym procesem więcej kontroli. Kto stworzył okładkę do waszej płyty? Kristian Bradley: A, to dzieło mojego syna, namalował je pastelami. (śmiech) Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Andy Dawson: Pierwotna wersja została stworzona przez młodego artystę Toma Snowdona. Dokończył i polepszył ją Andy Warwick. Idea jest wypadkową pomysłów wielu ludzi. To nie była łatwa rzecz, by umieścić na okładce wszystko to, co chcieliśmy. Chris Bradley: Okładka była robiona w zbytnim pośpiechu. Długo nie mogliśmy znaleźć kogoś, kto by poskładał nasze pomysły w jedno. Koncept był, jednak wczesne wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Na szczęście nieco pomógł nam właśnie Andy. Przez okładkę w sumie musieliśmy przełożyć premierę "Sons of Malice" z maja na listopad. W końcu byliśmy tak zdesperowani, by użyć tego, co już mieliśmy, ale tak jak mówie koncept jest wyraźny i koresponduję z tekstem do ścieżki tytułowej. Postać na okładce to Mamona - demon, pomiot diabła, kojarzony jednoznacznie z pieniędzmi. Możecie nam po krótce opowiedzieć o nowych członkach zespołu? Kim są i kiedy dołączyli Mark Nelson oraz Kristian Bradley? Czy jesteś Krisitan jakoś spokrewniony z Chrisem Bradleyem? Kristian Bradley: Chris Bradley? A kto to jest? Chris Bradley: Twój własny ojciec, niedojdo. Widzisz z kim muszę pracować? Andy Dawson: Mark jest moim przyjacielem już od ponad dwudziestu lat. Po raz pierwszy zagrał w Savage w 2000 roku, kiedy graliśmy na Wacken oraz po Stanach. To właśnie Mark zasugerował nam pracę nad następnym albumem. Zajął się także inżynierią dźwięku i miksami! Dzięki temu to nasz najlepiej brzmiący album i najlepiej brzmiąca perkusja. Kristian jest moim siostrzeńcem, gdyż Chris był mężem mojej siostry. Jego gra dodała zupełnie inny wymiar do naszej muzyki. Według was, jak ważną częścią waszych utworów są wasze teksty do nich? Chris Bradley: Piszę teksty o rzeczach ważnych w kontekście społecznym. O tym co mnie wkurza, o niesprawiedliwości, generalnie o sprawach ludzkich. Można je w pewnym stopniu porównać do utworów z lat 60tych. Czasami zdarza mi się to ubrać fabularnie w krótką historię. Tak jest w przypadku "The Hangin' Tree", który napisałem dla mojego wnuka Jacka! Andy Dawson: Moim zdaniem, w muzyce rockowej i metalowej, teksty są traktowane niekiedy po macoszemu. Wolałbym, by opowiadały jakąś historię albo wyrażały jakąś opinię o otaczającym nas świecie. Teksty Chrisa zwykle należą albo do tej pierwszej albo do tej drugiej grupy. Magia i miecz to temat nie dla nas. Bardziej nas interesują kryzys ekonomiczny i machlojki banków. Prawdę powiedziawszy nie mam zielonego pojęcia czy gracie jeszcze jakieś koncerty. Czy zamierzacie zagrać jakieś show poza Wielką Brytanią. Naturalnie prócz Headbanger Open Air 2013. Andy Dawson: Graliśmy już na dwóch festiwalach, zagramy jeszcze w Belgii, Holandii oraz w Niemczech. Jak ktoś nam zorganizuje podróż do Polski to zagramy także u was! Chris Bradley: Tak jak powiedział Andy - jesteśmy zespołem aktywnie koncertującym, zagramy wszędzie. Dlatego zapraszamy do skontaktowania się z nami po-


tencjalnych promotorów i właścicieli klubów! Jeżeli nie macie nic przeciwko skupimy się trochę na historii zespołu. Kto i kiedy utworzył Savage? Andy Dawson: Dołączyłem do Chrisa razem ze swoim bratem Simonem, który był perkusistą. Simon niestety odszedł od nas (w 2012 roku) po ciężkiej walce z rakiem. To był cios dla mojej rodziny, z którym nadal próbujemy się jakoś pogodzić. Wracając, to był rok 1978, ja miałem piętnaście lat, a Chris osiemnaście. Zaczęliśmy jako cover band UFO i Thin Lizzy, ale wkrótce, już w trakcie pierwszego roku trwania zespołu, pisaliśmy własny materiał Chris Bradley: Tak to właśnie wyglądało. Mieliśmy kilku pałkerów po tym jak Simon już z nami nie grał. Dave Lindley grał z nami na wczesnych demówkach, na kompilacjach "Scene of the Crime" oraz "Metal Fatigue", a także na podwójnym singlu "Ain't No Fit Place/The China Run". Po tym jak opuścił zespół na jego miejsce wskoczył Mark Brown, który wcześniej grał w sąsiedzkim zespole Tyrant. Oni też pojawili się na składancę "Scene of the Crime". Zespół powstał ciutek wcześniej, niż powiedział Andy, bo założyłem zespół z innym gitarzystą, ale nasze drogi szybko się rozeszły. Andy tak właściwie był dodatkiem, na który nalegał Simon, który był perkusistą na którym mi bardzo zależało. Jak widać było to wyjątkowo szczęśliwe zrządzenie losu! Na miejsce tamtego gitarzysty Simon polecił Wayne'a Renshawa. Zresztą zaprosił go do grania z nami zanim w ogóle usłyszał jak on gra. Niezbyt dobry plan, musisz przyznać. Na szczęście Andy był wspaniałym gitarzystą i "krył" niedoskonałości Wayne'a.

Kristian Bradley: Ja myślę, że "Sons…" jest lepszym albumem. O wiele bardziej dojrzałym i przemyślanym. Lepiej oddaje dźwięk i styl Savage. Andy Dawson: Podoban energia, podobny genotyp, "Sons…" brzmi po prostu bardziej nowocześniej. Tak samo wspaniałe riffy, tak samo dobre wokale, tak samo fajny klimat. To naprawdę ważne, po tych wszystkich dziesięcioleciach. Oba albumy są świetne, jednak są owocem czasów różnych od siebie o trzy dekady. A gdybyście mieli wybrać swój jeden ulubiony album Savage, to króry by to był? Andy Dawson: "Sons of Malice". Kristian Bradley: Dla mnie to pewnie "Babylon". Będziemy grali garśc utworów z niego podczas naszych koncertów. Chris Bradley: O tak, "Temple of Deceit" będzie świetne na żywo, z tym wyjebanym w kosmos ciężarem i brudem! Mi się podobają wszystkie nasze albumy, każdy z nich jednak z innego powodu. "Sons of Malice" na pewno jest najlepiej brzmiącym i najbardziej zbliżonym do tego jak brzmiemy na żywo. Mamy trzydziestą rocznicę wydania "Loose 'n Lethal". Nie myśleliście o tym, by zagrać ten album w całości na jakimś koncercie z tej okazji? Chris Bradley: Zagramy go całego od deski do deski na najbliższym Headbangers Open Air. Na razie gramy raptem parę utworów z niego na koncertach. Na naszych występach zamierzamy grać utwory z każdego naszego wydawnictwa. Na każdym kolejnym show zresztą trochę inną setlistę, by nie popaść w monotonnie.

Aardshock 1984". Andy Dawson: Wszystko o czym wiem zostało już opublikowane i wydane. Jest jeszcze nagranie z festiwalu Bang Your Head z 1996, jednak w fatalnej jakości. Chris Bradley: Jest jednak trochę materiału, który napisaliśmy do zespołów, w których byliśmy po rozpadzie Savage w latach 80tych. To by się nawet nadawało na jakieś bonusy na nasze przyszłe płyty. Zwłaszcza, że Andy remasteruje moje wczesne nagrania z XL, a i sam musi gdzieś mieć swoje nagrania z tego okresu. Przewinął się przecież przez jakieś pięć czy sześć zespołów - Red, Rebel, Clownhouse, Quango, Husk, Republic… sam nawet udzielałem się gościnnie na nagraniu któregoś z tych zespołu. Myśleliście nad wydaniem zremasterowanych wznowień waszych pierwszy albumów? Chris Bradley: Pozwól, że cię trochę ostudzę. Nic nie możemy zrobić w sprawie "Loose 'n Lethal", gdyż taśmy-matki zaginęły już dawno temu. Mamy jednak oryginalne nagrania analogowe do drugiego albumu. Jakbyśmy skłonili Marka do wrzucenia ich w Pro Tools. W końcu może "Hyperactive" byłby dobrym albumem, bo miksy zostały spieprzone przez gości w studio, gdy nagrywaliśmy ten album. Andy Dawson: Ja nie jestem jednak co do tego przekonany. Wolałbym się skoncentrować na nowym materiale. To jakie są wasze plany na przyszłość, w takim układzie?

"No Cause To Kill" z 1980 było waszą pierwszą demówką? Chris Bradley: Pierwszym naszym nagraniem był singiel "Back on the Road", ale nie mogę sobie przypomnieć czy był nagrany wcześniej czy mniej więcej w tym samym momencie co "No Cause…". Nie mam już tych nagrań. Może Wayne coś jeszcze miał, bo miał je dać komuś jako bonusy do wznowienia "Loose 'n' Lethal". "Back on the Road" był zresztą naszym pierwszym utworem jaki napisaliśmy razem z Andym! Savage jest głównie znane ze swojego mocarnego debiutu "Loose 'n' Lethal". Mija równo trzydzieści lat od jego premiery - jakie są wasze wrażenia na jego temat po tych trzech dekadach? Chris Bradley: Wtedy nie przepadaliśmy za tym albumem. Produkcja była okropna, dźwięk był wyjątkowo do dupy, a gitary na nagraniu zupełnie nie brzmiały tak jak Andy na żywo. Mimo to ciągle go słucham! Słucham zresztą wszystkich naszych nagrań, każde lubię na swój sposób. Andy Dawson: To świetny album, chciałbym jednak by był nagrany o wiele lepiej. Nie podoba mi się to brzmienie, jednak jestem dumny z tego, że nawet po 30 latach ludzie dalej słuchają tego nagrania. To naprawdę coś! Mamy takie małe marzenie, by nagrać ten album w wersji live, myślę, że coś takiego spodobałoby się fanom. Metallica, gdy była jeszcze raczkującym zespołem, nagrała cover waszego utworu "Let It Loose" na swoim demo. Rusza was fakt, że byliście w jakimś stop niu inspiracją dla tego zespołu? Chris Bradley: Nie wiem czy byliśmy dla nich jakąś inspiracją, w końcu byliśmy wtedy mniej więcej w tym samym wieku co oni. Słuchali zapewne mniej więcej tych samych kapel co i my. To, co ich wtedy charakteryzowało to było to, że byli amerykańskim zespołem, który chciał brzmieć "brytyjsko" Andy Dawson: Można śmiało powiedzieć, że są teraz największym i najsławniejszym zespołem na świecie, więc świadomość wpłynięcia na ich twórczość jest bardzo przyjemna. Muszą jednak nagrać nasz utwór trochę lepiej niż ostatnio. I niech nie zapomną nam wysłać naszej części tantiem! Jakbyście porównali "Loose 'n Lethal" do "Sons of Malice"? Chris Bradley: Dwa wspaniałe albumy, zakorzenione w tym samym miejscu, jednak 30 lat dojrzewania artystycznego zrobiły swoje. Lubię je oba tak samo, choć nie mam zamiaru nagrywać takich samych albumów, zawsze kolejna płyta musi być trochę inna. "L 'n' L" jest ikoną swoich czasów, klasykiem. Każdy następny album miał mniej lub więcej zwolenników. Myślę, że to coś wspaniałego nagrywać różne albumy, jednak dalej łączące w sobie nasz styl i inspiracje i to bez zjadania własnego ogona.

Foto: Savage

Na początku lat 90tych założyliście zespół XL. Dlaczego porzuciliście ten projekt? Andy Dawson: Grałem na pierwszym demo, jednak to nie był mój projekt. Byłem zajęty innymi sprawami wtedy, jednak ja i Chris jesteśmy członkami jednej rodziny, więc zawsze byliśmy w kontakcie. Savage zostało wskrzeszone w 1995 roku i od tamtej pory funkcjonuje nieprzerwanie. Chris Bradley: XL był zespołem, który utworzyłem po Savage. Byłem naprawdę rozczarowany tym jak nasz pierwszy zespół się rozpadł oraz tym, co się działo tuż po tym. Teraz jak na to patrzę to muszę przyznać, że rozegraliśmy to naprawdę fatalnie. Trzeba było wyjebać Marka oraz Wayne'a i kontynuować pracę z Andym pod szyldem Savage. To Richard Kirk, mój kumpel ze szkoły, zmotywował mnie do dalszej pracy muzycznej. Dołączył zresztą potem do Savage, gdzie bębnił na "Holy Wars" oraz "Babylon". Andy pomógł z dograniem drugiej gitary (w XL ja grałem na gitarzę wtedy) na naszym drugim demo. Nie był jednak członkiem zespołu, choć napisaliśmy razem utwór do XL. Koniec końców wylądował na "Holy Wars" pod tytułem "Down 'n' Dangerous". Jesteście może w posiadaniu jakiegoś niepublikowanego wcześniej materiału audio lub video z czasu początków waszego działania jako Savage? Zastanawiam się czy macie więcej materiału w stylu "Live

Andy Dawson: Jak wszystko pójdzie tak jak zaplanowaliśmy to koncerty oraz nowy album w 2014 roku. Zamierzamy także nagrać wideoklip do któregoś z bonusowych utworów z podwójnego wydania "Sons of Malice", które zostanie wydane w Niemczech przez High Roller Records pod nazwą "Better Believe It". Singiel z tego wydawnictwa będzie do ściągnięcia z sieci za darmo. Kristian Bradley: Mamy zabookowane parę letnich koncertów. Nie mogę się doczekać kręcenia tego teledysku! Chris Bradley: Chciałbym zagrać mnóstwo koncertów w miejscach, gdzie nigdy nie mieliśmy okazji grać - Europa Wschodnia, Południowa Ameryka, Azja, Australia. W przyszłym roku zabierzemy się za robienie nowego albumu, jak powiedział Andy. Osobiście marzy mi się podwójny album live, zwłaszcza, że mamy trzydziestolecie naszej debiutanckiej płyty. Tak żeby na jednej płycie było całe "Loose 'n Lethal" a na drugim krążku utwory z innych albumów. To by było na tyle z mojej strony. Wielkie dzięki za wasz poświęcony czas, to był prawdziwy honor, by móc przeprowadzić z wami wywiad. Do zobaczenia na Headbangers Open Air! Aleksander "Sterviss" Trojanowski

SAVAGE

63


tak tęskniłam!!! Co za facet! (śmiech)

Żeński Motörhead Girlschool, nazywany również żeńskim Motörhead to chyba najbardziej znany zespół należący do Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, w którego skład wchodzą wyłącznie kobiety. Powstał w 1978 roku i wraz z drobnymi zmianami w składzie wciąż funkcjonuje do dziś i całkiem nieźle sobie radzi na metalowej scenie. Zapraszam na wywiad z dziewczynami dotyczący historii kapeli, planów koncertowych oraz ich najnowszej płyty "Hit and Run: Revisited". Niestety wywiad nie do końca mnie satysfakcjonujący, ale cóż poradzić… HMP: Witajcie! Girlschool to jeden z najbardziej znanych żeńskich heavy metalowych formacji. Aż trudno w to uwierzyć, ale działasz wraz z dziew czynami na metalowej scenie ponad trzy dekady. To naprawdę wielki wyczyn. Gratulacje! Enid Williams: Dzięki! Zacznijmy od samych początków, czyli od genezy powstania kapeli Girlschool. Co było waszą największą inspiracją do założenia metalowej kapeli? Dlaczego postanowiłyście chwycić za instrumenty i to zrobić? Jak na tamte czasy tworze-

spole? Mamy oryginalny skład poza Kelly, która zmarła w 2007. Robimy inne rzeczy poza graniem w kapeli, wiec pomiędzy graniem koncertów mamy od siebie odpoczynek! Posiadanie własnych pokoi hotelowych jest bardzo ważne. Obowiązki mamy różne. Dlaczego porzuciłyście nazwę Painted Lady i skąd wziął się pomysł na nazwę kapeli Girlschool w 78 roku oraz kto był jego pomysłodawcą? W końcu poczułyśmy, że skład kapeli działa i nasz

Czego słuchałyście w latach 70/80 i czego słuchacie teraz? Co sądzicie o żeńskich kapelach Rock Goddess i The Runaways? Zaczynałyście grać muzykę w podobnym czasie. Wasza muzyka jest bardzo często porównywana. Zgadasz się z tym? Równie dobrze, jak zespoły powyżej kochałyśmy Bowiego, Bolana i Coopera. The Runaways powstało kilka miesiecy pozniej jak zaczynałyśmy z Painted Lady, mogły grać nieźle, ale sprzedały się w sposób który nie skończył sie dla nich dobrze. Jesteście nazywane żeńskim odpowiednikiem Motorhead. To spory komplement. Opowiedzcie jak się stało, że nawiązałyście współpracę z Lemmy'm? Jak wspominacie koncerty u boku ekipy Lemmego jako Headgirl? Czy wspominacie ten okres jako nieustający czas picia i rock'n'rollowania? Menadżer Motorhead ustałyszał nasz singiel wypuszczony przez niezależną stację "At The Time of Punk" i zaprosił nas na trasę z nimi. Mieliśmy wspaniały czas, mnóstwo picia i imprez. Czy jest jakiś zespół, z którym chciałyście wyruszyć w trasę? Lub przynajmniej dzielić scenę? Foo Fighters i Rammstein. Czy zakładając Girlschool zdawałyście sobie sprawę, że po tylu latach wciąż będziecie grały muzykę, koncerty, wydawały płyty? Nie sądzę byśmy sobie wyobrażały, że będziemy grały muzykę lub były starsze niż 30 lat! Muzyka Girlschool to przebojowy heavy rock'n'roll. Zwłaszcza pierwsze cztery albumy to klasyczny heavy metal. Dlaczego na piątym albu mie "Running Wild" nastąpił przełom i zdecy dowałyście się zmienić stylistykę odchodząc na nieco lżejszą, bardziej hard rockowo/AOR ową stronę? Jak album ten został oceniony przez waszych fanów? Czy zmiana z hardych rock'n'ol lówek z jajami w wymalowane lalki był według was korzystnym posunięciem? Myślałyśmy (teraz to się wydaje głupie!) że powinnyśmy się zmienić. Obrałyśmy zły kierunek, ale muszę powiedzieć, że ja i Denise wciąż myślimy, że na "Running Wild" jest kilka cholernie dobrych kawalków! Jednak to nie jest Girlschhol! (śmiech)

Foto: Cherry Red

nie muzyki przez kobiety musiało być nie lada sensacją… Czy jako żeński zespół byłyście traktowane poważnie zwłaszcza przez płeć męską? Czy miałyście problemy w związku z tym, że jesteście kobietami i gracie heavy metal? Uwielbiałyśmy Black Sabbath, Deep Purple i Led Zeppelin. Chciałyśmy grać muzykę, podróżować i robić wszystkie rzeczy, jakie faceci mogą robić. Muzycy, z którymi grałyśmy zawsze traktowali jak poważnie, nie zawsze jednak ludzie biznesu. Pomiędzy latami 1975-1978 byłyście znane jako Painted Lady i grałyście koncerty po londyńskich spelunach. Opowiedzcie kilka slow o tym tajemniczym okresie. Kim i ja założyłyśmy kapelę gdy byłyśmy jeszcze w szkole i miałyśmy różne składy... Grałyśmy dużo po pubach i klubach, aż wszystko wróciło do normy w klasycznym składzie. Jak obecnie prezentuje się skład zespołu? Kto pozostał z oryginalnego początkowego składu? Na przestrzeni tych 35 lat ulegał zmianom kilka krotnie. Jak wytrzymujecie ze sobą? Jak wygląda wasza współpraca i podział obowiązków w ze-

64

GIRLSCHOOL

menadżer nam to zasugerował - nazwa zespołu to tytuł kawałka Paula McCartneya. Wymieńcie kilka najważniejszych faktów z his torii zespołu. Które z nich były dla was przełomowe, a które chciałybyście wymazać z pamięci? Najważniejszym faktem jest to że jesteśmy najdłużej działającym kobiecym zespołem i przetarłyśmy szlaki dla innych kobiet. Chciałabym wymazać z pamięci wokalistkę z albumu "Running Wild". W 1983 roku wyruszałyście w trasę z legendami: Iron Maiden, Deep Purple, Scorpions i Blue Oyster Cult. Jak wyglądało to tournee? Na pewno macie jakieś ciekawe historie z nim związane. Tak, to był niezwykły czas! Nasze najdłuższe tournee - 3 miesiące z dala od domu! Miałyśmy listę spotkań na naszych drzwiach i była ona taka długa! Spędziłyśmy cudowny czas z Iron Maiden, bo są Londyńczykami jak i my i była to ich pierwsze wielka trasa po USA! Musieli opuścić tournee na tydzień i pozałatwiać jakieś sprawy w Europie i kiedy wrócili, Steve (Harris - przyp. red..) przywiózł mi dwie ogromne czekolady Cadburys, za którymi

W trakcie waszej długiej kariery muzycznej nawiązywałyście współpracę z wieloma wielkimi muzykami, m.in. Lemmy'm Kilmisterem, Doro Pesch, Tony'm Iommi'm. Na albumie "The Legacy" z 2008 wystąpił Ronnie James Dio. Jak wyglądała wasza współpraca z Dio, jak go wspominacie jako człowieka? Czy Dio był waszą inspiracją? Kochałyśmy Dio. Był wspaniałym człowiekiem. Wasza bogata dyskografia zawiera 12 albumów studyjnych. Czy jest jakaś płyta w dorobku Girlschool, za którą nie przepadacie i żałujecie, że w ogóle ujrzała światło dzienne? Która według was jest najbardziej udana i dlaczego? Moje ulubione to "Demolition" oraz "Legacy" Myślę, że były one najbardziej natchnione i autentyczne. Jest kilka utworów na niektórych albumach z lat 90-tych, które nie sądzę są tak silne jak wcześniejsze. Którą z kobiet działająca na rockowej/ metalowej scenie najbardziej cenicie? Macie jakieś ulubione wokalistki, gitarzystki..itp? Mogłybyście polecić jakieś żeńskie bandy? Czy przyjaźnicie się ze sobą czy raczej rywalizujecie? Trzymamy się z wszystkimi damskimi zespołami. Gitarszystka Jennifer Batten jest znakomita, ja podziwiam Fanny. Dlaczego zdecydowałyście się nagrać wasz klasyk "Hit and Run" w odświeżonych wersjach? Czemu miał służyć zabieg nagrania tego albumu na nowo? Czu uważacie że jest najbardziej


udany w waszej karierze dlatego postanowiłyście nagrać jego reedycję? To nasz najbardziej znany album i gramy z niego najwięcej kawałków na żywo.

Brytyjskich list przebojów, pojawił się również w muzycznym show na BBC "Top of the Pops". Cztery laski odziane w czarne skóry udowodniły, że heavy metal nie jest tylko grą dla facetów i nie trzeba mieć jaj, żeby tworzyć tak świetną muzykę. Na albumie znajdziemy również podobnie jak na debiucie, cover - tym razem grupy ZZ TOP "Tush", który wypadł heavy metalowo i chyba jeszcze lepiej niż oryginał. Muzyka Girlschool zdecydowanie nie nadaje się do słuchanie na romantyczną kolacji przy winie i świecach. Najlepiej brzmi odpalona z czarnego krążka, podczas degustowania się szklaneczką Jacka Daniellsa. "Hit and Run" to prawdziwy klasyk i kompletny must have w dyskografii Girlschool jak i fanów heavy metalu! Yeahhhhhh right!!! (5)

Co obecnie porabiacie? Od nagrania "Hit and Run: Revisited" minęły 2 lata. Czy zamierzacie wydać niebawem jakiś nowy album studyjny? Czy przygotowujecie już nowy materiał? DVD będzie następne! Wszystkie jesteście atrakcyjnymi kobietami, czy zdarzyło się wam dostać jakieś propozycje matry monialne od fanów? Dzięki. Czy mężczyźni w Polsce są przystojni? Czy potraficie utrzymać się z muzyki? Czym zaj mujecie się w życiu prywatnym. Czy wasi mężowie/chłopaki są zadowoleni z faktu, że gracie na scenie i gapi się na was zgraja napalonych sam ców? (śmiech) Jestem również astrologiem a Kim i ja kochamy się zajmować ogrodem. Niektórzy faceci bywają zazdrośni, niektórzy wyrażają się pochlebnie - tak czy inaczej, ostatecznie to z nimi idziemy do domu! Jak układa się wasza współpraca z wytwórnią Wacken Records? Z Wacken układa się świetnie! Wspaniali ludzie, którzy znają się na rzeczy! Jak kształtują się wasze plany koncertowe w roku 2013? Czy można będzie was zobaczyć na letnich metalowych festiwalach? Jeśli tak, to jakich? Koncerty w klubach w całej Europie, kolejna wizyta w Ameryce Południowej i zwiedzanie miejsc, w których nie byłyśmy nigdy przedtem! Co można usłyszeć na waszych koncertach? Stare klasyki, czy raczej kładziecie nacisk na nowsze albumy? Macie w planach wydać jakieś DVD? Zawsze gramy mix nowych i starych, jednak oczywiście, wszystkie stare klasyki są w secie! Rozmiwamy na temat DVD, tak. Jednak żadnych konkretów w tym momencie. Czy jest szansa, że zobaczymy was kiedyś w Polsce? Wciąż jesteście chętnie zapraszane do grania koncertów. Dostałyście w ogóle kiedyś propozycje zagrania w moim kraju? Oczywiście, że jest szansa. Mam nadzieję, że dobry promotor skontaktuje się z nami w sprawie koncertu lub festiwalu. Dzięki za wywiad i wasz czas. To dla mnie naprawdę przyjemność móc go z wami przeprowadzić. Ostatnie słowo należy do was. Jakaś wiadomość dla polskich fanów? Mam nadzieję, że się zobaczymy na jakimś koncercie! Joanna Denicka

HMP: Wasza najnowsza płyta "Be3" przynosi sporo

Screaming Blue Murder

Girlschool - The Bronze Years 2013 Lemon

Demolition Każdy szanujący się fan NWOBHM musi znać Girlschool. Kapela powstała w roku 1978 w Londynie i składała się wyłącznie z samych dziewczyn, pragnących grać heavy metal, co na tamte czasy było pewnego rodzaju anomalią. Pierwszy singiel "Take it All away" z 1979r., (który rok później znalazł się na debiucie) został wyemitowany na brytyjskich antenach radiowych i usłyszany przez samego Lemmy'ego Kilmistera z Motorhead, który tak bardzo zachwycił się muzyką Girlschool, że wraz ze swym menadżerem Dougiem Smithem poszli zobaczyć dziewczyny na żywo. Smith zaproponował im wówczas trasę z Motorhead (były to czasy "Overkill"). Tym samym rozpoczęła się bliska przyjaźń i relacja między obiema kapelami, Smith stał się menadżerem Girlschool, pomagając im nawiązać kontrakt wraz z Motorhead, Nazareth i Uriah Heep z wytwórnią Bronze Records i tym samym wyprodukować ich pierwszy LP. Debiutancki album Brytyjek "Demolition" ujrzał światło dzienne w 1980 roku, dzięki pomocy Smitha oraz kiedy w końcu udało się dziewczynom na dobre skompletować skład. Prezentował się on wówczas następująco: na wokalach i gitarach Kim McAuliffe oraz Kelly Johnson, na wokalu i gitarze basowej Enid Williams oraz na perkusji Denise Dufort. Album "Demolition" to bardzo udana mieszanka punka (słuchać inspirację The Ramones), hard rocka i heavy metalu spod znaku The Runnaways (jednak bardziej metalizowana niż Amerykanek) i 100% rock'n'rolla (Motorhead). Można śmiało rzec, że Girlschool to nic innego jak właśnie Motorhead, tyle, że w spódnicach i na szpilkach. Muzyka na debiucie brzmi bardzo świeżo, utwory są proste, szybkie, chwytliwie, energiczne, zaś refreny powtarzane wielokrotnie bardzo łatwo wpadają w ucho. Choć brzmienie gitar i perkusji jest dość brudne i surowe oraz da się wyłapać pewne niedociągnięcia i prostotę w graniu, nadają one jednak swoistego uroku. Płyta zawiera 10 utworów, jednak jest bardzo krótka, trwa zaledwie 32 minuty. Najjaśniejsze punkty na "Demolition" to między innymi numery takie jak: "Race With The Devil" (cover kapeli The Gun z 1968 roku, jednak w wersji Girlschool wypada fenomenalnie!), "Emergency" (świetne riffy i bardzo chwytliwy refren), "Demolition Boys" (otwierający płytę, doskonała praca gitar, utwór przebojowy i rock'n' rollowy na maksa). Choć "Demolition" nie odniósł takiego sukcesu jak drugi album Brytyjek "Hit and Run", był on jednak ważny dla nurtu NWOBHM jak i stał się jednym z najważniejszych albumów wszechczasów dla całego heavy metalu. (4,8) Hit And Run Rok później po udanym debucie, Girlschool postanowiły uderzyć ponownie nie pozostawiając jeńców, wydając drugi album pod szyldem Bronze Records, który nosił nazwę "Hit and Run" i był jeszcze bardziej rock'n'rollowy, naspeedowany, agresywny i gitarowy niż debiut uroczych Brytyjek. Już otwierający riff pierwszego kawałka "Cmon Lets Go" brzmiał ciężko, niszczycielsko, Motorheadowsko. Surowe i oldschoolowe brzmienie nadawało jeszcze większego charakteru. Ciężkie riffy i brudna produkcja to zdecydowany znak rozpoznawczy "Hit and Run". Drugi album brzmiał cholernie świeżo, dobrze, ciężko a melodyjnie i hiciarsko zarazem. Riffy i solówki są wprost genialne. Dziewczyny doskonale wiedziały jak należy grać heavy metal Rock'n' Roll. Na albumie znajdziemy same świetne utwory takie jak "(I Am Your) Victim", "The Hunter", "Yeah Right". Tytułowy kawałek natomiast był hitem

Dziewczyny nie zwalniając tempa w 1982 roku wydały na świat swoje trzecie dziecko. Wraz z trzecim albumem, nastąpiły również małe zmiany w składzie - basistkę Enid Williams zastąpiła Ghislaine 'Gil' Weston, założycielka punk rockowej kapeli The Killjoys. Choć "Screaming Blue Murders" nie był już tak dobrym albumem jak jego poprzednicy "Demolition" oraz "Hit and Run", nie można powiedzieć, że nie był on udany. Nie brzmiał jendak już tak świeżo, a zarazem surowo i brudno jak jego poprzednicy. Brzmienie na "Screaming Blue Murders" jest nieco bardziej wygładzone. Również poszczególne utwory są bardziej melodyjne, bardziej heavy-rockowe, mniej agresywne. Na "Screaming.." zastąpiła również mała zmiana jeśli chodzi o wokale. Wszystkie utwory są wykonywane przez Kim McAuliffe, a nie przez Kim i Kelly Johnson jak to było na dwóch poprzednich albumach. Mogło to być oznaką braku zainteresowania Kelly kontynuacją pracy z zespołem i presją związaną z trasami. Na uwagę zasługuje praca basu - na tym albumie słychać go naprawdę czysto i przejrzyście. Gil udowodniła tym samym, że jest godną zastępczynią Enid. Jest wiele hitów, ale też kilka zupełnie przeciętnych kompozycji - wypełniaczy jak "Hellrazor", "Take It From Me", "When Your Blond Runs Cold". Na płycie znajdziemy również cover The Rolling Stones "Live With Me". Świetne teksty, dobre riffy i miłe dla ucha melodie są zauważalne w niemal każdym utworze. Najfajniejsze kawałki na "Screaming…" to dla mnie: zdecydowanie utwór tytułowy, "Don't Call It Love", "Flesh & Blood". I chociaż mam do niej ambiwalentne uczucia, to ogólnie rzecz biorąc jest to wciąż udany album, sygnalizujący jednak zmiany w stylistyce muzyki Girlschool na następnych albumach. (4) Play Dirty Po jeszcze udanym "Screaming Blue Murder" nadeszło rozczarowanie w postaci "Play Dirty". Album ukazał się w roku 1983 i było to odejście od przebojowego rock'n'rolla, w lżejszą stronę hard rocka, glamu, AOR, ocierając się momentami o pop. Dziewczyny postanowiły zmienić stylistykę Girlschool z niegrzecznych rock'n'rollowych panienek w wypindrzone lalki. Już okładka sugerowała, że nie będzie dobrze (no, może poza perkusistką Denis, która zawsze była wierna swojemu stylowi). Jak zwykle nie zabrakło coveru - tym bardziej grupy T.Rex "20th Century Boy". Tym razem dziewczyny się nie popisały, bo przeróbka wypadła nieciekawie. Ogólnie rzecz biorąc, poza kilkoma przebłyskami ("Running In The Heat", "Going Under") jest raczej słabo. I nie chodzi o to, że utwory są beznadziejne, bo nie są. Ten album po prostu nie brzmi jak Girlschool. Muzyka na "Play Dirty", nie jest "dirty", jest zbyt słodka i kiczowata. Bliżej im do Vixen, Robin Beck, Def Leppard niż do Motorhead czy Ramones. W produkcji "Play Dirty" maczali goście z kapeli Slade Jim Lea i Noddy Holder, którzy znając życie mieli wpływ na to, że ten album brzmi tak a nie inaczej. Dziewczyny obrały świetną drogę na trzech pierwszych klasycznych albumach, producenci powinni byli je zachować w podobnym duchu. Zabrakło zadziornych dobrych i ciężkich gitarowych riffów, brudnego brzmienia, czadu, dudniącego basu, który tym razem został ukryty gdzieś w tle na rzecz nadmiaru melodii, sentyzatorków, jałowego i zbyt sterylnego brzmienia bębnów i ogólnej sztuczności i dziwactw ("Rock Me Shock Me"). Produkcja albumu wygładzona do granic. Dziewczyny starały się brzmieć, jakby nagrywały to w Los Angeles. Szkoda, że obrały taką drogę... (3) Joanna Denicka

GIRLSCHOOL

65


pewien… to Kruk.

Stępione pazury Kruka Najnowszą płytę Kruka, "Be3" można odbierać dwojako. Dla wielu słuchaczy oraz samego zespołu jest ona dowodem na pójście do przodu, rozwój i zerwanie ze schematami klasycznego hard rocka. Druga grupa, szczególnie fanów starszych wiekiem, kwestionuje złagodzenie brzmienia i pewne próby pójścia na komercyjny kompromis. Jak by jednak nie oceniać tej płyty - "Be3" to wciąż kawał dobrego grania, z rewelacyjnymi partiami wokalnymi Tomasza Wiśniewskiego oraz gitarowymi solówkami mego rozmówcy, Piotra Brzychcy:

HMP: Wasza najnowsza płyta "Be3" przynosi sporo niespodzianek. Co sprawiło, że ten materiał przybrał taki właśnie kształt? Piotr Brzychcy: Wiele czynników sprawiło, że ten materiał jest taki jaki jest. My sami nabierając doświadczenia, zarówno w studiu, na scenie, jak i na rynku muzycznym, inaczej postrzegamy już pewne aspekty dotyczące tworzenia, wydawania, a może i nawet produkowania naszej muzyki. Do tego dochodzą oczywiście także zmiany personalne, które mają wpływ na ten finalny kształt. Kasa, ta wbrew pozorom ma chyba jeden z największych wpływów, więc porównując poprzedni budżet płytowy do tego aktualnego mogę śmiało stwierdzić, że mieliśmy zdecydowanie więcej możliwości. Do tego dochodzi pewność siebie, którą budowaliśmy na przestrzeni wielu lat. Najważniejsze jest jednak zaufanie, którym obdarowali nas ludzie. Być może to oni mieli finalny wpływ na taki, a nie inny kształt albumu "Be3". Już sam tytuł albumu jest swoistym manifestem, który można odczytać nie tylko informacyjnie, w

jakakolwiek forma przesady sprawi, że można zatracić świadomość o jej wyjątkowości. Z niczym nie można przesadzić. Z drugiej zaś strony, nic nie robiliśmy wedle wcześniej uknutego i dobrze przemyślanego planu. Rzuciliśmy się w objęcia spontanicznej energii, która była tu i teraz, bez zbędnej filozofii i niepotrzebnego analizowania. Takie podejście daje niesamowitą frajdę, bo muzyka która powstaje zachowuje pewną dozę tajemniczości, która pełne oblicze pokazuje tak naprawdę w momencie, w którym płyta trafia do rąk słuchacza i to on ją ocenia, i ewentualnie klasyfikuje. Stąd więcej brzmień syntezatora, nie Hammonda, krótsze solówki gitarowe, więcej nawiązań do chociażby Rainbow lat 80., jak na przykład w "Steal Your Heart"? Przy poprzedniej naszej płycie "It Will Not Come Back" byłem tak napalony na brzmienia hammondowe, że w głębi duszy marzyłem o tym aby wywalić wszystkie syntetyki na ich konto. Ba, chciałem nawet przykryć gitary tym zacnym, przesterowanym

Foto: MetalMind

sensie, że to wasza trzecia - nie licząc "Memories" - płyta, ale jako pewną deklarację wolności? Człowiek chyba nigdy do końca nie może być wolny, ale ma prawo do pewnych pragnień i chęci. Tak było w przypadku naszego podejścia do trzeciej płyty autorskiej. Staraliśmy się wyrwać z łańcuchów, które skazywały nas na pewne standardy. Udało nam się ponieważ przede wszystkim przełamaliśmy własne schematy myślenia. Reszta przyszła sama. Oczywiście gramy dalej rocka i to kręci nas najbardziej. Przy tym pytaniu trzeba głośno powiedzieć o tym, że muzyka rockowa sama w sobie jest manifestem wolności. Podpisaliśmy się więc pod nim po raz kolejny. "Be3" określacie jako "manifest kruczej wolności" oraz "furtkę pozwalającą wejść do innego świata muzyki". Znudził się wam klasyczny hard rock lat 70., postanowiliście pójść dalej? Hard rock lat 70. jest w nas, jest na tej płycie, jest na naszych koncertach… Generalnie to z hard rockiem lat 70. jest jak z najlepszą przyprawą w kuchni, która uczyni z każdej potrawy wykwintne danie, ale

66

KRUK

brzmieniem organowym. Podchodząc do płyty "Be3" urosłem już w świadomość, że jest wiele osób, którym brzmienia hammondowe, te mocno wysunięte do przodu, ograniczają przyjemność przy odbiorze muzyki. Moje napalenie jednak w ogóle się nie zmniejszyło. To co stało się w procesie produkcji, to była już zupełnie inna bajka. To było moje dojrzewanie i świadome dostrzeganie tego, że nie na Hammondach rocka zbudowano (śmiech). Jest więc ukochany Hammond, ale jest z nim dokładnie tak jak z hard rockiem lat 70. Jest dozowany, i nie sztucznie, a bardzo naturalnie, przez co teraz dopiero dostrzegam jego prawdziwą siłę. Jest go mniej, jest schowany, ale bez niego ta muzyka byłaby zupełnie inna, pozbawiona pewnego magicznego wymiaru. Przy okazji wszyscy ci, którzy nie przepadają za tym brzmieniem dostają coś co ich nie odrzuca. A Rainbow? Nie wiem, może tak. Może Whitesnake? Ta muzyka jest w nas tak głęboko zakorzeniona, że ja już nie czuję granic. Natomiast takie nazwy i takie porównania w kontekście naszej twórczości sprawiają, że odczuwam dumę. Jednego jestem też finalnie

Muzyka Kruka stała się generalnie bardziej przystępna, brzmi lżej, bez tej charakterystycznej dla waszych pierwszych albumów zadziorności - to kontynuacja niektórych muzycznych wątków z "It Will Not Come Back" czy bardziej wpływ produ centów, Michała Kuczery i Marcina Kindli? To kontynuacja naszej chęci do grania muzyk bardziej w stronę rocka niż metalu. Kocham metal, grałem go i będę grał, ale Kruk to przede wszystkim rock. Nie dało się tego zrealizować wcześniej, więc jest teraz. To oczywiście tak szeroko pojęty grunt, że jeśli przetrwamy, to jeszcze nie raz się zdziwicie. Reszta to już tylko kwestia gustu. Ja jestem dumny z tej płyty ponieważ pokazuje, że w Polsce można grać taką właśnie odmianę rocka i mieć mnóstwo zwolenników takiego grania. To tak naprawdę jest w tym wszystkim i najważniejsze, i najpiękniejsze. Jak zakładałem Kruka to ludzie, z przeróżnych sfer mówili, że nie mam szans, że takie płyty się nie sprzedają, że na koncerty nikt nie będzie chodził, że media nie będą zainteresowane. Tymczasem Kruk został doceniony, dostrzeżony nie tylko w kraju, ale i na świecie, i to jest najważniejsze. Każda para rąk, każdy świadomy umysł, który bierze udział w danej pracy ma swój wpływ. Michał Kuczera walczył ze mną o to aby na tej płycie było więcej przesterowanych, mocnych gitar, zresztą dałby się pokroić za Stevea Vai'a, więc doskonale wie o co chodzi w muzyce gitarowej. Marcin Kindla uświadamiał mi jak wiele jest przeróżnych rozwiązań, które z rockiem nie mają nic wspólnego, a dodają mu nowego wymiaru i świeżości. Bez Michała i Marcina ta płyta byłaby zupełnie inna. Szkoda, że to upraszczanie formy i czynienie jej bardziej przystępną dla masowej publiczności skutkuje wyciszaniem solówek gitarowych - szczególnie stracił na tym według mnie "On The Station"… To są dwie sytuacje, w których wyciszenie kończy solową partię gitary. Dodam, że jest to ruch świadomy, gdyż to co miało zostać powiedziane, zostało powiedziane, a wyciszenie ma swój przekaz. W przypadku "On The Station" mówimy wszystkim: teraz kończymy, ale ciąg dalszy nastąpi. Każdy tego chce, i my, i słuchacz. Na koncertach ten utwór rozwija się w niesamowite formy, tylko dlatego, że nie zamknęliśmy go w oczywiste ramy na płycie. W przypadku "At The Desert" solo gaśnie, bo gaśnie puls kawałka, to bardzo naturalne i często stosowane posunięcie w trakcie produkcji płyty, idealnie nam w tym wypadku pasowało. Dowody złagodzenia brzmienia Kruka były już zresztą słyszalne na poprzedniej płycie, zwłaszcza w bonusowym "The Best" z udziałem Piotra Kupichy (Feel). Im częściej słucham "Be3" tym bardziej zauważam pójście właśnie w tym kierunku… W tej materii też zabrzmi to paradoksalnie, ale Piotrek wręcz domagał się mocnych gitar. Oczywiście kompozycja "The Best" sama w sobie narzuca już jasno określony charakter i te gitary tam odgrywają tylko pewną, dodatkową rolę, ale jak się w nie dokładnie wsłuchasz to brzmią ciężej niż inne na tej płycie. Czy jest to pójście w tym właśnie kierunku? Być może tak. Podobało nam się to, że mogliśmy przy tym utworze poświęcić więcej czasu niż przy nagrywaniu całej płyty. Jest większa przestrzeń, jednocześnie większa dynamika, a tego fan od dzisiejszych produkcji spod znaku hard'n'heavy zwyczajnie wymaga. Dlaczego płytę promuje jeden z bonusowych utworów, "Gdyby upadł świat"? Czy umieszczenie tych trzech numerów z polskimi tekstami nie jest czasem próbą upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu: starsi fani mają materiał podstawowy, zwolennicy lżejszych klimatów przebojowe bonusy? Jest próbą upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu, ale nie w kontekście pozyskiwania fanów lżejszych klimatów. Przecież obok "Gdyby upadł świat" w polskiej wersji językowej znajdują się tam utwory "Jak głaz", klasyczny rocker i jeden z najbardziej zadziornych momentów w twórczości Kruka - "Jestem Bogiem", z growlem, który nigdy nie pojawił się w Kruku. Nie zgodziłbym się więc z twoją tezą, chyba, że sam język polski traktujesz


jako łagodzenie formy. To jest kompromis przede wszystkim polegający na tym, że najchętniej nagralibyśmy płytę w dwóch wersjach językowych i w jednej cenie, oczywiście w jednym opakowaniu sprzedali całość. Względy biznesowe na to jednak na razie nie pozwalają. Dlatego wolną przestrzeń wykorzystujemy tak, a nie inaczej. Wiele osób lubi Kruka w wersji polskojęzycznej, a my im to z chęcią w każdej postaci serwujemy. Artyści często tłumaczą złagodzenie brzmienia i pójście w stronę pop rozwojem, poszukiwaniami, etc., czyli podobnie jak wy. Tymczasem efektów tegoż na listach - przebojów oraz OLiS - nie widać - wygląda na to, że konserwatywna część pub liczności woli klasyczne, hard rockowe wcielenie Kruka, a jej zdecydowana większość, w dodatku nie kupująca płyt, woli jeszcze lżej grające zespoły? Jak to nie, płyta sprzedaje się świetnie, a chyba zapomniałeś o prawach biznesowych rządzących OLiS'em i innymi tego typu zestawieniami. Nam to co jest wystarczy, a od ostatniego albumu sprzedaż zdecydowanie się zwiększyła… Ale trudno mi to jednoznacznie tłumaczyć, skoro wysuwasz taką tezę poprzez pryzmat jednego, balladowego kawałka. Każdy zespół rockowy ma taki kawałek, a i zazwyczaj na każdej swojej płycie. Mało tego, często właśnie ten balladowy kawałek jest singlem promujący dany album. Jeśli rozpatrujemy "Be3" w kategorii "pójście w pop" to musimy ją także rozpatrywać w kategoriach: pójście w rock progresywny, w metal, w blues, folk, country, core i parę innych. Gdybym chciał atakować OLiS to w pierwszej kolejności postawiłbym na właściwy image, później szukałbym sponsora, oczywiście z gotowym biznesplanem, a później pisałbym piosenki i skakał z nimi od producenta do producenta. Oczywiście mógłbym pisać także brutalny metal, z nadzieją, że trafię na jakąś historię, która mnie wyniesie na ten OLiS. W końcu tak wygląda rynek w tym kraju, ze skrajności w skrajność. Kruk ma swoją przestrzeń powietrzną, po niej się porusza, dociera, a i owszem, do nowych miejsc, do nowych odbiorców, to co robi, robi solidnie i z pełną dozą uczciwości, osadzoną w granicach normy i tyle. Oczywiście przy takim traktowaniu muzyki rockowej jak to ma miejsce w naszym kraju, czasem zastanawiam się nad przebranżowieniem samego siebie, ale mam na to jeszcze chyba czas. Pomimo tych wycieczek w bardziej przystępne rejony mamy na "Be3" sporo konkretnego grania. "Master Blaster", nie tylko ze względu na udział Aumana z Fronside, to potężne, riffowe uderzenie, ubarwione solówką klawiszy. "Burnin' Inside" to nowoczesne spojrzenie na hard rock, z mroczną elektroniką, z kolei "Calling You" nawiązuje zarówno do bluesa jak i dokonań Deep Purple. Wspominam zaś o tym wszystkim, bo jesteście, z Tomaszem Wiśniewskim, autorami niemal całego, tak urozmaiconego materiału? No właśnie (śmiech)… Tych wycieczek jest względnie mało, a już na pewno za mało żeby uznać to za próby podbicia nowych lądów. Fani rocka są wszędzie, nie zawsze jednak słuchają Antyradia, nie zawsze kupują Metal Hammer i nie zawsze bywają na koncertach. Trzeba czasem zagrać dla nich w lokalnej stacji radiowej żeby usłyszeli o takiej, a nie innej nazwie. Jeśli jeszcze robisz to z pomocą swojego utworu, który czujesz i ma on dla ciebie znaczenie, to chyba nic więcej nie potrzeba. A jeśli chodzi o autorstwo, to każdy ma swoją rolę, każdy dał z siebie charakter, my natomiast z Wiśnią zweryfikowaliśmy pewną drogę naznaczoną takimi a nie innymi klimatami, takim a nie innym charakterem. Tu przewija się cała masa naszych inspiracji, które są niezwykle zbieżne. Co ciekawe, punktem stycznym między mną i Wiśnią jest twórczość zespołów Megadeth i Carcass. Zanim poznaliśmy się i zaczęliśmy grać w Kruku, Wiśnia raczej nie słuchał rocka, hard rocka, czy tym bardziej bluesa. Znał na przykład "Child In Time" z płyty "Inspiration" Yngwie Malmsteena, odkrywał zatem te lądy na nowo. Czasem mu zazdrościłem, bo to było piękne obserwować jak się w tej muzyce zakochuje… a jak już się w tej muzyce zakochał, to na amen (śmiech).

Wokale to było oczko w głowie zarówno dla nas jak i dla producentów. Wiadomo przecież, że wokal jest w 90% wyznacznikiem tej pierwszej, powierzchownej oceny i wiele osób odrzuca daną płytę jeśli w tej materii nie jest jak należy. My walczyliśmy o każdy fragment, a i tak wiadomo, że mogło być lepiej. Jeśli jednak zwracasz na to uwagę, to znaczy, że jest postęp i to bardzo cieszy. Wszystkie światowe produkcje charakteryzują się wspaniałymi, charakternymi wokalami. Trzeba też wspomnieć, że do niektórych utworów są także inne teksty i inne linie wokalne, które odrzuciliśmy szukając lepszych rzeczy. Teraz kiedy powracam do starych wersji, spoglądam na nie okiem sentymentalnym i dochodzę do wniosku, że może kiedyś warto byłoby to wydać. Kunszt Tomasza słychać szczególnie w przeróbce "Child In Time". Zastanawiam się jednak, po co nagraliście ten utwór ponownie, tym razem w wersji znanej z debiutanckiego LP Ian Gillan Band? To nie jest wersja znana z debiutu Gillana, a że klimatycznie pojawia się pewne podobieństwo, to nie oznacza, że coverowaliśmy przeróbkę wersji Gillana. Zresztą wystarczy zagłębić się w harmonię, w akordy i cały aranż żeby wszystko stało się jasne. To dwie różne wersje. Bardzo zbliżoną wersję, ale również inną, gdyż zagraną na gitarę akustyczną i bas akustyczny wykonywaliśmy podczas gościnnych koncertów u boku Debbie Davies. Przyjęcie tej wersji było niesamowite i już wtedy pojawiły się głosy wśród naszych fanów żeby zrobić z tym coś więcej. Utwór został także bardzo dobrze oceniony przez muzyków i środowisko związane z zespołem Deep Purple. Nasi fani pokochali tą wersję. My sami mamy mnóstwo uciechy z faktu, że potrafiliśmy odsunąć rockową energię na cześć klimatu i poszukiwania w emocjach. Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, komu coś może się nie podobać, ale to już są kwestie dotyczące gustów, a o tych nie warto rozmawiać, skoro tej przeróbki nijak nie można wrzucić do szufladki z napisem "porażka". Dyskusyjne jest też dla mnie umieszczenie na krążku instrumentalnych wersji "Rising Anger" i "Burnin' Inside" - po co trafiły na płytę, skoro chyba nie różnią się niczym od tych z partiami wokalnymi? Tylko i wyłącznie po to żeby po pierwsze pokazać słuchaczowi jak inny jest odbiór tych dwóch przykładowych utworów, kiedy ściągnięty jest element nadrzędny, czyli wokal. Wielowarstwowość tej, zdawałoby się, dość prostej formy rockowej nagle nabiera zupełnie innych, nowych wymiarów. Po drugie z zamysłem utrwalenia dla nas samych ważnych etapów. Zanim pojawił się wokal, ciężko pracowaliśmy nad tymi właśnie wersjami instrumentalnymi. Emocje są w tych wersjach i to chcieliśmy pokazać naszym fanom. Płyta kończy się wraz z utworem "Child In Time", który jest opatrzony numerkiem 10. To co jest dalej to bonusy, jeśli ktoś nie chce tego słuchać to może to wyłączyć. Dodaliśmy coś więcej nie po to żeby podnosić cenę płyty, albo pieprzyć marketingowe farmazony, tylko po to żeby ktoś, kto zechce mieć coś więcej w tej samej cenie, to zwyczajnie dostał. List przebojów może nie podbiliście, ale nowy materiał świetnie sprawdza się na żywo. Planujecie więcej występów w 2013 roku, na przykład regu larną trasę promującą "Be3"? Nie chcemy grać za wszelką cenę koncertów, bo jak wiesz muzyka tego typu wymaga pewnej oprawy zarówno dźwiękowej jak i wizualnej, na którą potrzebne są pieniądze. Oczywiście nie mamy kosmicznych wymagań i zawsze idziemy na rękę, ale w dobie kryzysu zawsze pojawia się ten sam problem i te same wątpliwości. Pracujemy wciąż nad trasą koncertową, którą chcielibyśmy podsumować album "Be3" i brać się za kolejne rzeczy. Oczywiście na te koncerty czekają też ludzie i mam nadzieję, że z uwagi na ich chęci uda się to wszystko pozytywne poukładać. Wojciech Chamryk

To właśnie wspólne komponowanie z wokalistą sprawiło, że powstała płyta tak ciekawa i dopracowana od strony wokalnej?

KRUK

67


Ten charyzmatyczny, obdarzony wyjątkowym głosem wokalista znany jest przede wszystkim ze współpracy z legendarnym gitarzystą Michaelem Schenkerem na przełomie lat 80. i 90. Jednak po rozpadzie ówczesnego składu MSG Robin McAuley nie zrezygnował ze śpiewania. Nie jest już może człowiekiem z pierwszych stron gazet, ale wciąż jest popularny, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Opowiedział nam więc nieco więcej o początkach swej kariery, latach triumfów z MSG oraz o tym, czym zajmuje się obecnie:

Nie tylko MSG HMP: Informacje o początkach twojej kariery są więcej niż skromne, ale wydaje mi się, że śpiewałeś już na długo przed tym, zanim dołączyłeś do Grand Prix? Robin McAuley: Dokładnie tak! Właściwie to przez wiele lat grałem na perkusji zanim zacząłem śpiewać w zespołach grających w pubach w Londynie. Granie w londyńskich pubach to właściwe początki mojej kariery jako wokalisty. Jednej nocy w pubie podeszli do mnie gitarzysta i basista. Zaproponowali mi dołączenie do ich zespołu Raw Deal. Gitarzysta nazywał się Mick O'Donaghue, a basistą był Ralph Hood. Obaj stali się głównymi muzykami w Grand Prix. Zastąpiłem Bernie'go Shawa (obecnie główny wokalista Uriah Heep) po wydaniu pierwszego albumu Grand Prix i nagrałem z nimi "There For None To See" i "Samurai". Właśnie w tym czasie Michael Schenker zaproponował mi zastąpienie Gary'ego Bardena w MSG, ale wtedy odrzuciłem ofertę dołączenia do tego zespołu. Miałeś wtedy ulubionych wokalistów, którzy wywarli na ciebie wpływ i sprawili, że zająłeś się śpiewaniem na serio? Sądząc z tego, jak porywająco zaśpiewałeś "Stairway To Heaven" na płycie Far Corporation, był pewnie wśród nich Robert Plant? Ta nowa wersja evergreenu Led Zeppelin zasłużenie stała się wielkim przebojem! Muzyka z wytwórni Motown Records była tą, którą wybrałem i słuchałem zanim dorosłem. The Four Tops, Drifters, Platters, Temptations itd. Kochałem ją za te proste melodie i teksty. Ich głosy były niesamowite i takie uduchowione, pełne uczucia, jak można było nie kochać tej świetnej muzyki. Później usłyszałem Paula Rodgersa/Free i to była muzyka dla mnie. Facet, który śpiewa jak szalony, z tak żarliwie i melodyjnie, ale z zespołem rockowym. Do tego mieli świetne partie gitarowe z niezapomnianymi solówkami, które były potężne same w sobie i wprowadzały już doskonały utwór na jeszcze wyższy poziom. Robert Plant, zawsze niesamowity! Thin Lizzy osobiście mój najbardziej ulubiony zespół z niezapomnianym głosem Phila Lynotta. Wielką inspiracją był też dla mnie Lou Gramm, od kiedy zacząłem słuchać Foreigner. On robi znacznie więcej niż tylko śpiewanie, wciąga cię w melodię i tekst tak, jakby były napisane specjalnie dla ciebie, o tobie. Jakbys to był ty. Miałem ta niesamowitą przyjemność dzielić scenę z Lou przy wielu okazjach, była to też okazja do prywatnych rozmów z nim. Far Corporation dzieliła tą samą scenę z Robertem Plantem kiedy graliśmy w berlińskiej telewizji "Stairway To Heaven"! Mamy wiele wspólnych zdjęć z Robertem. Singiel doszedł do 8. miejsca British Charts w 1985 roku. Nigdy wcześniej ten utwór nie był wydany jako singiel.

Jak trafiłeś do MSG? Michael Schenker nie zrezyg nował po tej pierwszej próbie, o której wspominałeś? Nie miałeś obaw nawiązując współpracę ze znanym z trudnego charakteru, porywczym liderem MSG? Przecież skład tej grupy zmieniał się bardzo często, Graham Bonnet wyleciał po kilku miesiącach, zastępujący go wcześniejszy wokalista grupy, Gary Barden też długo nie wytrzymał i odszedł… Rudolf Schenker usłyszał w radiu "Stairway To Heaven" i powiedział o tym Michaelowi. Odkryli, że to ja śpiewam i zrobili wszystko co się dało, żeby się ze mną skontaktować. Michael przypomniał wtedy, że zaproponował mi współprace już cztery lata wcześniej. Nadal miałem zastrzeżenia co do spotkania z Michaelem, ale w końcu poleciałem do Hannoveru, żeby spotkać się z nim i Rudolfem w jego studio. Pracowaliśmy przez sobotnią noc i niedzielne popołudnie nad kilkoma utworami, po czym w poniedziałek wróciłem do Londynu. "No Time For Losers" napisałem w pokoju hotelowym po tym, jak Michael dał mi na kasecie kilka gitarowych riffów, zanim opuściłem studio w sobotnią noc. Dowodem na to, że szybko doszliście do porozu mienia, nie tylko pod względem artystycznym, zdaje się też być zmieniona nazwa zespołu, który z Michael Schenker Group stał się McAuley Schenker Group. Jest to ostateczne potwierdzenie, że byłeś współ liderem tego wcielenia MSG? Ponoć to sam Michael Schenker zaproponował tę zmianę nazwy? Zespół w składzie: Michael, jego brat Rudolf i Klaus Meine, (obaj znani ze Scorpions) spędzili kilka dni na odsłuchiwaniu nagrań wszystkich wokalistów, których przesłuchiwali. I zdecydowali, że to powinienem być właśnie ja! Michael zadzwonił do mnie kiedy byłem w Londynie i spotkałem się z nim. Miałem wtedy okazję bardzo krótko z nim popracować i przyjąłem ofertę przystąpienia do MSG. Wtedy też Michael powiedział mi, że chciałby zmienić nazwę zespołu na McAuley Schenker Group. Powiedziałem mu wtedy, że kompletnie się z tym nie zgadzam ze względu na to, że zawsze lubiłem siłę jaka biła od logo MSG i jak dużo czasu poświęcił na zbudowanie The Michael Schenker Group. Odpowiedział mi wtedy, że szukał równorzędnego partnera oraz, że dzięki M na początku mojego nazwiska nadal możemy zachować logo MSG. Ale on chciałby jednak, żeby zespół nazywał się teraz Mc Auley Schenker Group. Druga połowa lat 80. to okres ogromnej popularności melodyjnego heavy metalu. Czułeś się bardzo dobrze w tej konwencji i dlatego pociągnąłeś zespół w tym kierunku? Już wasza pierwsza wspólna płyta "Perfect Timing" odniosła sukces, dzięki takim utworom jak "Gimme Your Love" czy "Time"! Po nim nagraliście znacznie ciekawszy, według mnie, kolejny album "Save Yourself" z ponadczasowym "Anytime". Interesujące jest to, o czym nie zawsze się pamięta, że pisałeś w MSG nie tylko teksty, ale komponowałeś też sporo muzyki? McAuley Schenker Group odniosło swój pierwszy sukces na listach przebojów w Wielkiej Brytanii i na MTV z singlem "Gimme Your Love". Następnie były "Love Is Not a Game", "This Is My Heart", power ballady: "Time", "Anytime", "When I'm Gone" i "Never Ending Nightmare". Rock radio (KNAC) gra wciąż "Save Yourself", "Bad Boys" i kilka innych numerów z albumów McAuley Schenker Group Napisałem wszystkie teksty i melodie do tych utworów. Tak właśnie piszę i tak to wychodzi. Ale niektórzy ludzie twierdzili, że były zbyt komercyjne dla Michaela Schenkera.

Jednak odnosząc sukces zdaliście się w pewnym sensie na łaskę i niełaskę masowej publiczności, która, w przeciwieństwie do prawdziwych i wiernych fanów, szybko zapomina o wczorajszych ulubieńcach. Czy była to jedna z przyczyn niepowodzenia kolejnej płyty, "M.S.G."? Prawie trzy lata to długa przerwa, słuchacze zapomnieli o MSG… Poza tym zmieniły się muzyczne mody, surowy grunge podbił Foto: Cherry Red

68

MCAULEY SHENKER GROUP

szczyty list przebojów, a "M.S.G." brzmi jednak bardzo komercyjnie - Kevin Beamish chyba za bardzo wygładził jej brzmienie? Kevin Beamish odwalił na ostatnim albumie studyjnym MSG kawał roboty. James Kottak (Scorpions) i Jeff Pilson (Dokken) również pojawili się na tej płycie. Tak, brzmienie z Seattle spowodowało śmierć wielu zespołów z lat 80. i ówczesnego stylu pisania piosenek. Nie w przeciwieństwie do muzyki punk, kiedy ta trafiła na rynek. Na początku lat 90. pojawił się i zmienił sposób działania przemysłu muzycznego i rodzaj zespołów oraz muzyki jaką wykonywały. Pearl Jam i Soundgarden to na pewno niewiarygodnie dobre zespoły, podobnie jak Metallica. Ale mamy rok 2013, a w ciągu ostatnich kilku lat da się zauważyć gwałtowny wzrost zainteresowania muzyką rockową lat 80. Dlaczego? Bo to wesoła muzyka, zapadające w pamięć piosenki i cudowne lata. Wszystko tak samo świeże jak wtedy, kiedy słyszeliśmy je po raz pierwszy! Niech żyje Rock 'n' roll!!! Właśnie dlatego postanowiliście wrócić do korzeni, przygotowując akustyczną płytkę "Nightmare: The Acoustic M.S.G.". Powodzenie tych nagrań zain spirowało was do przygotowania akustycznych kon certów w modnej wówczas konwencji unplugged? Unplugged było innym sposobem na zaprezentowanie fanom swojej twórczości, w bardziej intymnej atmosferze. Z bliska i osobiście. Świetnie bawiłem się podczas tej trasy. Mieliśmy na scenie tylko dwie gitary akustyczne, wokal i tamburyn. Na drugiej gitarze grał Spencer Sercombe (Shark Island). Jeff Pilson (Dokken/Foreigner) był naszą drugą gitarą podczas pierwszego etapu trasy unplugged. Sukces tej trasy sprawił, że wydaliście album "Unplugged Live". Została ona gorąco przyjęta przez starszych fanów nie tylko MSG, ale także UFO, bo trafiły na nią również klasyki takie jak "Natural Thing", "Doctor Doctor" i "Light's Out". Większość zespołów występujących w "MTV Unplugged" miało w tamtym czasie ze sobą orkiestrę lub zestaw perkusyjny. My byliśmy bardzo prości i prawdziwi, jak słychać na naszym albumie "Unplugged". Zespół jednak rozpadł się krótko po wydaniu tej płyty. Co sprawiło, że zdecydowaliście się na ten krok? Koncertowaliśmy jako zespół otwierający koncerty Rush, Whitesnake, Def Leppard, również jako główny zespół no i oczywiście wystąpiliśmy na Monster's Of Rock. Wydaliśmy trzy albumy studyjne oraz album "Unplugged", stworzone w ciągu siedmiu lat od rozpoczęcia naszej współpracy. Były one jednak dla mnie dużym rozczarowaniem, bo uważam, że powinniśmy zdziałać o wiele więcej. W 1992 roku McAuley Schenker Group zmieniło swój line-up. Miałeś wtedy przerwę, jednak w końcu wróciłeś do muzyki. Okazjonalnie nagrywasz, występujesz, bywa też, że wiążesz się z jakimś zespołem na dłużej, jak z Survivor. Zdarza się nawet, że stajesz na scenie razem z Michaelem Schenkerem, jak w czasie ubiegłorocznych amerykańskich koncertów MSG? W lutym i marcu 2012 roku koncertowaliśmy z MSG przez sześć tygodni promując album Michaela, "Temple Of Rock". Odzew był niesamowity, ale również wielu fanów było zawiedzionych, ponieważ spodziewali się usłyszeć materiał McAuley Schenker Group. Są w takim razie szanse na to, że "Unplugged Live" nie będzie waszą ostatnią wspólną płytą czy też dyskografia McAuley Schenker Group jest już nieod wołalnie zamknięta? Zawsze będą pojawiać się spekulacje dotyczące tego kiedy i czy w ogóle dojdzie do reaktywacji McAuley Schenker Group. Odpowiedź brzmi oczywiście: kto wie? Jak na razie nie ma żadnych takich planów. A jak wyglądają twoje plany solowe, nad czym pracujesz obecnie? Obecnie daję w Las Vegas pięć występów tygodniowo w słynnym LVH (Las Vegas Hilton). To to samo miejsce, w którym Elvis Presley dał 858 całkowicie wyprzedanych koncertów. Nazywamy się Raiding the Rock Vault. To historia klasycznego rocka obejmująca lata 60., 70. i 80. Na gitarze gra Howard Leese (Heart, Bad Company), Tracii Guns (LA Guns), John Payne (Asia) i wielu innych. Show będziemy dawać przez rok w Las Vegas. Wojciech Chamryk Anna Kozłowska


Współczesne niewolnictwo według Riverside "Shrine Of New Generation Slaves", to najnowszy album naszego rodzimego Riverside. Chociaż na sklepowych półkach pojawił sie niecały miesiąc temu już zdobył status złotej płyty. Strach pomyśleć co będzie później! Po debiucie na trzecim miejscu listy sprzedaży OLiS grupa dotarła na drugie miejsce zestawienia. Polskie i europejskie recenzje tylko potwierdzają wysoki poziom albumu jaki zaprezentowało Riverside. O "Shrine Of New Generation Slaves", pracy nad płytą, przyszłej trasie koncertowej i kilku innych rzeczach opowiedział nam perkusista grupy, Piotr Kozieradzki. HMP: Co działo się przez te cztery lata od momentu wydania ostatniego albumu? Piotr Kozieradzki: Sporo się działo w Riverside i nie tylko przez te 4 lata. Celebrowaliśmy nasze dziesięciolecie sporą trasą po Europie i w Polsce, Mariusz nagrał 2 płyty z Lunatic Soul, wydaliśmy mini "Memories In My Head" z 35 minutami nowego materiału. Jak widzisz to nie były 4 lata z leniuchowaniem. Nie należymy do osób nic nie robiących. Jesteśmy aktywni w różnych dziedzinach koncertowo show - biznesowych. Osobiście uważam, że wolny czas to przeżytek, a pracoholik to nie człowiek chory...

Od samego początku za warstwę graficzną waszych albumów odpowiada Travis Smith. Jak udało wam się nawiązać współpracę z tym amerykańskim grafikiem? Travis to taki artysta, który po prostu trafia w nasz gust i bardzo szybko wie o co nam chodzi. Ostatnie okładki zazwyczaj są przesyłane w 2 wersjach i jedna z nich zostaje. Pracujemy nad kolorem loga, typografią, ale sam obrazek jest zazwyczaj na tyle genialny, że go nie zmieniamy. Mariusz przedstawia mu historię, on tworzy i jest efekt przy pierwszym, góra drugim podejściu. To fajne jak gość taki jak Travis rozumie co zespół chce pokazać poprzez okładkę. Na dodatek on jest fanem Riverside więc wszystko jest w klimacie jaki nam pasuje. Oczywiście jemu też jest pewnie prościej tworzyć coś dla zespołu, który lubi.

Czy macie jakieś swoje ulubione utwory z nowej płyty? Nie mam takowego. Lubię je wszystkie jak na razie po równo. Pewnie się to zmieni, ale jak dotąd jest bez ukierunkowania. Lubię całą płytę. Dobrze się jej słucha.

Wielu ludzi zastanawia się, co tak właściwie przed stawia okładka "Shrine Of New Generation Slaves". Skąd biorą się pomysły na okładki waszych albumów? Przedstawia przysłowiowych niewolników. Umiejscowieni są w świątyni, czyli w galerii handlowej na schodach ruchomych. O pomysł musisz spytać Travisa.

Czy są jakieś utwory na nowym albumie, których nie możecie się już doczekać zagrać na żywo?

Jak opisalibyście zmiany, jakie zaszły w zespole od

Foto: InsideOut/ Mystic

Wasza najnowsza płyta zbiera znakomite recenzje nie tylko w Polsce, ale również w innych krajach. Wielu krytyków twierdzi, że reprezentuje poziom światowy. Jak się z tym czujecie? Nie wiem co to znaczy "poziom światowy". Albo płyta jest dobra albo zła. Nasza jest dobra, podoba się w bardzo wielu krajach, sądząc po recenzjach jakie dostaje. Poziom światowy to tylko pusty slogan. Często występuje przy strasznie kiepskich płytach i nie do końca można się nim sugerować. Trzeba słuchać muzyki. To jest najważniejsze, a nie jakieś pierdoły i wytarte slogany, które mamią tylko niezorientowanych fanów. Moim zdaniem już dawno pokazaliśmy, że Riverside to nie zespół tylko dla rodzimych fanów. Staramy się dotrzeć do słuchaczy zainteresowanych właśnie taką muzyką na całym świecie. Jak na razie się to udaje. Postęp jest widoczny więc trzeba się tylko z tego cieszyć, że to co robimy podoba się innym i to nie tylko w Polsce. Taki był zamiar, nie przypadek. Skąd pomysł na tytuł albumu? To dobry tytuł. Odzwierciedla to co dzieje się naokoło z ludźmi. Jak brną ślepo w kierunku, w którym nie do końca się dobrze czują. To komentarz dzisiejszego "niewolnictwa". Niby wolny, ale czy naprawdę tak jest? Co was zainspirowało do stworzenia tego albumu? Jak zwykle życie jest najlepsza inspiracją. Jak wyglądała praca nad płytą? Było ciężko, czy poszło jak po maśle? Zawsze jest ciężko. Nie w sensie muzycznym tylko bardziej z obraniem drogi podczas produkcji samej płyty. W którą stronę pójdziemy? Czy jest to dobre dla zespołu, czy nie? Czy pomysły są trafione? Jest sporo spraw związanych z nagrywaniem, aby można było powiedzieć, że zawsze jest ciężko. Tym razem mieliśmy jeden duży plus podczas nagrywania. Wcześniej zrobiliśmy demo wersje utworów i podczas pracy już nad sama płytą nagrywaliśmy ją w częściach, co dało nam świeże spojrzenie na kolejne etapy nagrań. To bardzo pomaga podczas produkcji. Można testować różne rozwiązania. Poza tym mieliśmy totalny luz w studio. Nic nas nie goniło. A to pozwala na relaks w nagrywaniu i mocno pomaga. Niestety sporo kosztuje, ale za dobre "fale" trzeba płacić. Co chcieliście przekazać ludziom tą płytą? Jaka jest jej tematyka? Najwięcej to chcieliśmy sobie udowodnić. Na przykład to, że potrafimy pisać ładne piosenki w zaskakującym dla nas stylu. Udowodnić, że słuchając swoich nagrań potrafimy mieć jeszcze gęsią skórkę na rękach i tzw. banana na gębie. Po kilku płytach z jednym zespołem można popaść w rutynę. Tego za wszelką cenę chcemy uniknąć. Świeże spojrzenie na muzykę jest tu kluczowe. Zawsze staramy się robić po swojemu, nie pod publiczkę, więc głównym motorem, krytykiem i słuchaczem jesteśmy my. Jak nam się podoba to wszyscy inni będą mieli podobnie. Zazwyczaj w moim odczuciu się to sprawdzało. Tematyka płyty to głównie spojrzenie na pewne tematy z naszego otoczenia, które nas zastanawiają, zaskakują i nasuwają temat do drwin i refleksji.

Tak naprawdę to nie możemy się doczekać w ogóle koncertowania. Taka długa przerwa naprawdę sprawia, że chce się grać i grać na żywo. Ja osobiście lubię trasy, wyjazdy i taką pracę. Nakręca mnie to pozytywnie, widząc reakcje ludzi na naszych koncertach, rozmowa z nimi przed czy po sztucę. To naprawdę daje napęd do tego wszystkiego co robimy. Wiemy, że do kogoś to trafia, że nie gramy w próżnię. To jest najważniejsze. Ludzie, którzy słuchają tego co prezentujesz na scenie nie patrząc czy się pomyliłeś, czy wypadła ci pałka, czy ktoś puścił fałsz. To jest nasza siła. Po prostu ludzie chcą nas słuchać, podoba im się to co tworzymy i to jest bardzo budujące. Dlaczego na singiel promujący wybraliście numer "Celebrity Touch"? Bo jest zupełnie od tzw. czapy. Totalnie oszukuje obraz płyty i muzyki która na niej się znajduje. Zawsze wybieramy numery "inne" na single. Nie koniecznie te najbardziej "radiowe". Tak już z nami jest. Jesteście dobrze znani w Polsce, odbyliście też trasy koncertowe po Europie. Wasza najnowsza trasa zahaczy też o Stany Zjednoczone, a nawet Meksyk. Czy jesteście gotowi na podbój Ameryki? Trzeba się spytać czy Ameryka jest na nas gotowa (śmiech). A tak poważnie to będzie nasza pierwsza trasa w Stanach i tak prawdę mówiąc nie wiemy czego się spodziewać. To nawet fajne. To jak byśmy się wrócili do roku 2004 i wyjeżdżali na pierwszą trasę do Europy. Wszystko było dla nas nowe, ciekawe, wywołujące strasznie skrajne emocje. Mam nadzieję, że teraz będzie podobnie. Trzymajcie za nas kciuki a będzie dobrze.

początku jego istnienia aż do dzisiaj? Jednym słowem. Kolosalne!!! To odzwierciedlenie zmian w Riverside od 2001 roku aż do dziś. To 12 lat, a mi się wydaje, że to lata świetlne. To zupełnie inny zespół, jednocześnie z tym samym klimatem, składem i nazwą. Trochę to pokrętne, ale prawdziwe. Zmieniliśmy się dosłownie w każdym calu. Jako muzycy, producenci, instrumentaliści, słuchacze czy ludzie. Każdy z nas stoi twardo na ziemi, wiemy czego chcemy i co sprawia, że idziemy jedną drogą w tym samym kierunku. To ważne dla zespołu. Nie boicie się, że taki szybki rozwój kariery może zmienić wasze życie w dość nieprzewidziany sposób? Nie boicie się, że przysłowiowa woda sodowa może uderzyć do głowy nawet wam? To chyba nie w naszym stylu. Wiemy czego chcemy, w którą stronę podążamy i co jest jeszcze do zrobienia. Spełniamy swoje szczenięce marzenia o graniu dużych koncertów, wyjazdach w trasy koncertowe, zarabianiu i utrzymaniu się z grania muzyki. To najlepsze co może cię spotkać jak jesteś muzykiem lub, jak kto woli, grajkiem. Jak można chcieć z tego zrezygnować i dla kogo lub czego? Nie wiem jak i mam nadzieję, że tych trzech gości stojących obok mnie na zdjęciach myśli podobnie jak ja. To najpiękniejsze chwile w naszym życiu, więc trzeba tylko sobie życzyć aby to przynosiło nam taką satysfakcję jak dotąd, to jeszcze trochę ze sobą wytrzymamy (śmiech) i nagramy kilka super płyt. Tego nam życzcie. Anna Kozłowska

RIVERSIDE

69


Decibels’ Storm recenzje płyt CD 1 - dno, 2 - słaba, 3 - przeciętna, 4 - dobra, 5 - bardzo dobra, 6 - wybitna

Alastor - Out Of Anger 2012 MetalMind

Alastor nadrabia stracony czas. Po ukazaniu się dwóch starszych materiałów, z których "Syndroms Of The Cities" doczekał się wydania na CD, a "Destiny" premiery, przyszła pora na kolejny album studyjny. "Out Of Anger" został nagrany w zmienionym składzie. Najważniejszą roszadą personalną okazała się ta za mikrofonem - śpiewającego na wszystkich dotychczasowych wydawnictwach Alastora Roberta Stankiewicza zastąpił Michał Jarski. Jeśli ktoś miał cień wątpliwości czy wokalista progresywnego Xanadu poradzi sobie w thrashowej stylistyce, to już opener "Beaten" rozwiał je całkowicie. Jarski jawi się bowiem na "Out Of Anger", jako nie tylko godny następca Stankiewicza, dysponujący niskim, mocnym, potężnie brzmiącym głosem. Potrafi też ciekawie urozmaicać swoje partie: brzmi równie przekonywująco w urozmaiconym, trwającym prawie osiem minut, nawiązującym do najlepszych lat techno thrashu "Beaten" wściekłym, agresywnym "Righteous Kill" jak i porażającym histeryczną interpretacją "Hatemate". Stronę wokalną płyty jeszcze bardziej urozmaica udział gości. Adam Bryłka (Horrorscope) udziela się w "Beaten", a Bartosz Szarek (Lostbone, Chain Reaction) w "Crawling". Muzycznie zespół również stanął na wysokości zadania. "Out Of Anger" to 43 minuty thrashu na najwyższym poziomie. Rozwijającego zarówno patenty znane z płyt Alastora sprzed lat ("Beaten", utwór tytułowy) oraz czerpiącego z nowocześniejszego spojrzenia na thrashowe łojenie, zaprezentowane na "Spaazm…" sprzed trzech lat ("Righteous Kill", "My Soul"). Porównania do dokonań Overkill, Testament, Pantery czy nawet Machine Head też są jak najbardziej uzasadnione, jednak tylko w sensie inspiracji, a nie pozbawionych oryginalności zapożyczeń. Zespołowi udała się więc trudna sztuka powrotu na szczyt - na razie pod względem artystycznym, ale mam nadzieję, że z taką płytą i w tak silnym składzie Alastorowi uda się w końcu dokonać tego, do czego był predestynowany w końcu lat 80tych! (5). Wojciech Chamryk Album - Zephaniah 2013 High Roller

Być może Album to nie jest jakaś specjalnie oryginalna nazwa dla zespołu, ale skoro grupa nagrała tak urozmaicone dziełko jak "Zephaniah" to jej nazwa przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Szkoda tylko, że ów materiał to MLP i zawiera tylko cztery utwory, ale liczę na to, że Amerykanie wkrótce pójdą za ciosem i nagrają drugi pełno wymiarowy krążek, po debiucie z 2009r. Oczywiście

70

RECENZJE

Album nie odkrywają prochu, czerpiąc obiema garściami z dokonań takich mistrzów jak Black Sabbath, Grand Funk Railroad, Manilla Road, Danzig, Mercyful Fate czy Metallica. Szybki s to połączenie ostrego thrashu z hard rockowymi patentami, co daje bardzo ciekawe efekty. Dodajcie do tego mroczne, często kojarzące się z rockiem progresywnym i space rockiem, wysuwające się często na plan pierwszy syntezatory i macie pełny obraz mrocznej hybrydy łączącej klasyczny heavy rock ze sludge i stoner rockiem. Grupa chętnie powołuje się też na inspiracje country & western, ale tych akurat nie słyszę. Jestem za to pewny, że "Zephaniah" uraduje wszystkich wielbicieli surowego, klasycznego starego rocka, nawet jeśli nie przypadnie im do gustu inspirowana Biblią opowieść, tworząca koncept warstwy lirycznej. (5) Wojciech Chamryk

Angband - Saved From The Truth 2012 Pure Steel

Power metal z progresywnymi wpływami można z powodzeniem grać nawet w Iranie. "Saved From The Truth" to już trzeci album Angband i porównując go z poprzednim "Visions Of The Seeker" można już mówić o krystalizowaniu się stylu grupy. Jego podstawą są niewątpliwie pomysły i umiejętności gitarzysty Mahyara Deana oraz oryginalny głos Ashkana Yazdani. Pierwszy czuje się doskonale zarówno w szybszych, opartych na dynamicznych riffach utworach jak "Fight For Life", rozbudowanych rockerach pokroju "Man Of The New Time" jak i power balladach łączących subtelne partie z przyspieszeniami ("Angel") oraz akustyczno-elektryczne fragmenty z orientalnym klimatem ("Bitter Truth"). Orientalnych rytmów i egzotycznie brzmiących instrumentów nie brakuje również w instrumentalnym numerze "Persia". Dean radzi sobie wyśmienicie nie tylko z grą rytmiczną - jest równie dobrym solistą, łączącym imponujące wirtuozowskie popisy z umiejętnością stworzenia pasującego do danego utworu nastroju. Na płycie nie brakuje również wyraźniejszego zaznaczenia obecności sekcji rytmicznej, jak w perkusyjnych przejściach w "Man Of The New Time" oraz krótkim popisie basisty w "Bitter Truth". Jednak, jak to zwykle bywa, najwięcej uwagi przykuwa wokalista. AshkanYazdani śpiewa z niemal

aktorską artykulacją, równie pewnie czując się w wysokich jak i niższych rejestrach. Momentami brzmi mrocznie jak sam King Diamond ("Fight For Life"), czasem przechodzi płynnie od subtelnego, delikatnego śpiewu do agresywnych, niżej brzmiących wokali ("Angel"), a nawet próbuje czegoś na kształt black metalowej partii w agresywniej brzmiącym fragmencie "Saved From The Truth". Nie wydaje mi się, by tworzący w Teheranie muzycy mieli jakieś niezwykle sprzyjające warunki do grania takiej muzyki - tym większy szacunek za nagranie tak ciekawej, urozmaiconej płyty. (4,5) Wojciech Chamryk

Anger As Art - Hubris Inc.

pisałem - riffy gitarowe są bardzo dobre. Są proste, czasem banalne, jak w "Divided We Fall", "Head of the Snake", "This Is why I Hate", "Rage and Retribution", a mimo to przyjemne i składające się na dobry odbiór całościowego brzmienia. Na "Hubris Inc." pojawiło się gościnnie takze kilkoro zaproszonych artystów. Na "Rage and Retribution" pojawia się Betsy Bitch, Jim Durkin z Dark Angel na gitarze oraz Tim Gaines ze Strypera na basie. Głos Steve'a Nelsona z Evildead pojawia się w "The Evil You Create". Ponadto w zabójczym "Speed Kills" na gitarze gra Mark Caro, znany wcześniej z Abattoir. Dodatkowo sam utwór "Speed Kills" jest kompozycją napisaną w latach 80-tych jako utwór Abattoir. Jest zresztą bezapelacyjnie najlepszym utworem na tej płycie. Wyraźnie słychać, że pozostałe 13 utworów odstaje od niego mniej lub bardziej znacząco. Nie oznacza to bynajmniej, że są złe. Mają po prostu zupełnie odmienną stylistykę i aranżacje. Po prostu w "Speed Kills" dusza lat 80tych jest bardzo wyraźna. W reszcie słychać, że mamy do czynienia z nowszą odsłoną wybuchowej mieszanki speed i thrash metalu. I to nie w sensie pejoratywnym! (4)

2013 Old School Metal

Podczas, gdy wiele młodych zespołów prześciga się w coraz to bardziej wymyślnych pastiszach cudownego stylu lat 80-tych, Anger As Art ma bardzo wiele wspólnego z tamtą minioną epoką. Choć jest to kapela relatywnie młoda, bo założona w 2004 roku, jednak grają w niej muzycy znani z kultowych aktów ze złotego okresu muzyki metalowej perkusista Rob Alaniz z Evildead oraz Danny Oliverio i Steve Gaines z Abbatoir. Wszyscy trzej aktualnie wspierają także Betsy Weiss w zespole Bitch. Skład bardzo zaostrza apetyt na to, co się znajduje na czwartym już krążku Kalifornijczyków. A znajduje się całkiem sporo dobrych rzeczy i smacznych kąsków. Brzmienie jest bardzo nowoczesne, miejscami nawet trochę zbyt. Lekka syntetyczność przebija się gdzieniegdzie jak w "Anger Is The Reason" oraz subtelnie miejscami w "Time Devours Life". Nasuwa to lekkie skojarzenia z "Left For Dead" Laaz Rockit czy "Dark Roots of Earth" Testamentu. Na szczęście właśnie - tylko lekkie, bo nawet najbardziej sterylny i cyfrowy moment na "Hubris Inc." do pięt nie dorasta do tego, co zostało popełnione na tych płytach. No, i produkcja ścieżek wokalnych jest diametralnie inna. Dominują kompozycje dynamiczne i agresywne. W nich dzikie riffy i demoniczna, łomocąca perkusja hulają aż miło. Bębny brzmią wyśmienicie, a praca Boba Alaniza dalej przywodzi na myśl pierwszą płytę kultowego Evildead. Choć jego umiejętnośći rozwinęły się, a przekrój przejść i różnorakich patentów się powiększył, to dalej da się wyczuć tę charakterystyczną nostalgiczną nutkę. W większośći utworów perka szaleje, lecz niestety, zdarza się, że podkład perkusyjny jest właśnie, głównie monotonnym podkładem. "Pearls Before the Swine" przez to leży i sprawia wrażenie średniego wypełniacza. Gitary jak na mój gust są miejscami trochę zbyt schowane za wokalem i perkusją. Nie jest to jednak jakaś wyraźna skaza na całokształcie brzmienia "Hubris Inc.". Jak już na-

Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Anthem - Burning Oath 2012 Universal

Przyznam szczerze, że japoński zespół Anthem to dla mnie zupełna nowość, mimo, że powstali w latach 80 i mają w swoim dorobku całkiem bogatą dyskografię. Znam i cenię japońskie heavy metalowe kapele takie jak Loudness, XJapan, Ezo. Moją uwagę zawrócił fakt, że dwóch muzyków Anthem basista Naoto Shibata i perkusista Hirotsugu Homma to byli muzycy Loudness i Saber Tiger. "Burning Oath" to już 15 ich dziecko, a mój pierwszy styk z twórczością Anthem. Muzyka jaką serwują na swoim najnowszym albumie to fuzja klasycznego heavy metalu (słychać wpływy Judas Priest, Halford czy Accept), power metalu (Primal Fear, nowsze dokonania Helloween) z neo-klasycznymi akcentami (jakieś smyczki, elementy symfoniczne). Produkcja albumu jest bardzo czysta wypolerowana, brzmienie nowoczesne, solówki niczym spod ręki samego Malmsteena, chwytliwe refreny, wiec fani melodyjnego power metalu powinni być zachwyceni. Wokalista Eizo Sakamoto ma czystą barwę głosu, zdarza się, że chwilę śpiewa po angielsku, a po chwili w języku japońskim. Reasumując - fani old schoolowego, heavy metalowego brzmienia raczej nie będą usatysfakcjonowani, zaś miłośnicy nowoczesnego bardzo melodyjnego power metalu z wypolerowanym brzmieniem oraz symfonii - tak. Mnie nie przekonują. Amen. (2,5) Joanna Denicka


Arkham Witch - Legions Of The Deep 2012 Metal On Metal

"Legions Of The Deep" to drugi album czworga młodych Brytyjczyków. Zastanawiam się czasem jak to jest możliwe, że tak młodzi ludzie zamiast grać nowoczesne odmiany metalu, parają się tak klasycznymi dźwiękami. Wygląda na to, że kochają bezgranicznie stary heavy metal i NWOBHM, dodając do nich elementy doom metalu, który grali w The Lamp Of Thoth. Rezultatem jest płyta porywająca od pierwszych sekund openera, epickiego doom metalowego walca "David Lund", pełna bezkompromisowej energii i świeżości. Nie ma tu mowy o zwykłym odgrywaniu patentów sprzed wielu lat, ta muzyka tętni życiem, przywołując czasy świetności takich zespołów jak: Angel Witch, Cloven Hoof, Demon, Hell czy Witchfinder General. Zespół nie ogranicza się w żadnym aspekcie, umieszczając na początku płyty dwie długie, urozmaicone kompozycje. Później chętnie sięga do patentów sprawdzonych przez Black Sabbath ("Iron Shadows Of The Moon"), Running Wild (piracki "The Cloven Sea") czy bardziej przebojowych, kojarzących się z Def Leppard czy Kiss ("Gods Of Storm And Thunder"). Momentami robi się nawet bardzo ostro ("On A Horse Called Vengeance") jednak zespół najlepiej czuje się w doomowej lub zbliżonej do stoner rocka estetyce ("Infernal Machine", utwór tytułowy). Mamy też akustyczny żart "Blood On Satan's Claw", dopełniający tę bardzo udaną płytę. (5) Wojciech Chamryk

Astaroth - The End Of Silence 2012 She Wolf

Powrotów ciąg dalszy. Włoski Astaroth jest znany z cieszącej się kultowym statusem wśród kolekcjonerów EPki "The Long Loud Silence". Zespół rozpadł się wkrótce po jej nagraniu, mimo przeprowadzki do Stanów Zjednoczonych i szans na podpisanie tamże kontraktu. Grupa wznowiła działalność niedawno, a nawiązująca tytułem do pierwszego wydawnictwa "The End Of Silence" jest jej debiutancką płytą. Można pogratulować zespołowi wytrwałości, ale musi też od razu paść pytanie, jaki jest jego obecny status? Skład tworzy bowiem dwóch muzyków nagrywających jeszcze "The Long Loud Silence" w 1985r., perkusista który dołączył trzy lata później i… to wszyscy. Wokale na najnowszą płytę nagrał sesyjnie Ace Alexander, tak więc być może obecna aktywność zespołu ograniczy się tylko do wydania tej płyty i zapełnienia luki w dyskografii. Czas pokaże, jednak zawartość "The End Of Silence" wskazuje jednak na to, że artystycznie nie był to

powrót udany. Astaroth nie udało się bowiem nawiązać do czasów świetności, kiedy grali bezkompromisowy, ostry speed metal. Na płycie muzyka Włochów stała się bardziej wygładzona, odarta z surowości i pozbawiona tego specyficznego klimatu. Tylko nieliczne utwory, jak "Neros Fire", "Mystic As Tarot" czy "In Spite Of Destiny" przypadną pewnie do gustu starszym fanom. Gitarom często brakuje zadziorności, riffy są ugrzecznione ("Stand Or Fail Together"), a gdy nawet riff jest ciężki to dopełnia go złagodzone brzmienie ("The Siren Song") lub delikatniejsze wokale ("Dreams Die First"). Efektem jest urozmaicona, czasem inspirowana nawet hard rockiem czy rockiem progresywnym, płyta, ale jako całość nieprzekonywująca i bez wyrazu. (3,5) Wojciech Chamryk

Attacker - Giants of Canaan 2013 Metal On Metal

To już prawie 7 lat minęło od ukazania się ostatniego albumu Atackera "The Unknown". Nie będę się teraz rozpisywał nad powodami tak długiej przerwy, zainteresowanych odsyłam do wywiadu z zespołem. W ubiegłym roku w grupie pojawiło się dwóch nowych muzyków, basista Jon Hanemann i wokalista Bobby "Leather Lungs" Lucas i to właśnie z nimi w składzie Attacker zabrał się do prac nad nowym krążkiem. Tak długi okres oczekiwania spowodował, że oczekiwałem naprawdę konkretnego uderzenia, ale to co usłyszałem sponiewierało mnie całkowicie. "Giants of Canaan" morduje! Od pierwszego do ostatniego dźwięku jesteśmy atakowani agresywnymi, ale melodyjnymi i co najważniejsze znakomitymi riffami wygrywanymi przez duet Benetatos/ Marinelli. To co wyprawiają Ci goście to absolutne mistrzostwo świata. Jest to obecnie jeden z najlepszych duetów gitarowych na scenie heavy/power. Nowi muzycy wpasowali się idealnie, ale jednak kilka osobnych słów należy się wokaliście. Nie jest łatwo zastąpić taki głos jaki miała Bobby Mitchel, jednak Lucasowi udało się to fantastycznie. Jego wokalizy są przepotężne, momentami miałem ciary na całym ciele jak np. podczas spokojnego fragmentu w utworze tytułowym. Attacker na "Giants of Canaan" sprawia wrażenie monolitu i zdaje się silniejszy niż kiedykolwiek. Nie będę wymieniał najlepszych numerów, bo musiałbym wypisać wszystkie tytuły. Nie ma na tej płycie ani jednego słabszego momentu. US power metal w najlepszej postaci. Całości dopełnia genialna okładka autorstwa Jowity Kamińskiej idealnie oddająca tytuł płyty. Czyżby krążek idealny? Na pewno ciężko wyobrazić sobie coś jeszcze lepszego stworzonego w tym gatunku. Jest niesamowita moc, energia, agresja, są fantastyczne melodie i refreny. Attacker powrócił i nagrał najlepszy album od czasów legendarnego debiutu "Battle at Helms Deep". Jeśli nie podoba ci się "Giants of Canaan" toś kutas nie metalowiec. (6) Maciej Osipiak

śń "Na zielonej Ukrainie (Hej sokoły)". Nasz Hetman poradził sobie z tą piosenką zdecydowanie lepiej. Ale nie tylko dlatego "Beyond The Invisible Line" to płyta idealna dla rednecków czy syberyjskich drwali - innym słuchaczom zdecydowanie odradzam. (2) Wojciech Chamryk Audrey Horne - Youngblood 2013 Napalm

Należę to tradycjonalistów muzycznych. Jak coś jest czarne to takie ma być, jak białe - adekwatnie. Niestety w przypadku tej płyty nic nie jest czarne ani białe. Szczerze mówiąc kapeli nie znałem. Dostając ją do przesłuchania miałem nadzieję, na coś ciekawego, nowego i odkrywczego. Niestety już sama okładka płyty nastawiła mnie dość pesymistycznie. Jakiś koszmarek! Z każdym następnym kawałkiem moje niezadowolenie rosło. Nie powiem początek był obiecujący, a potem równia pochyła. Spokojnie. Nie będę rozbierał każdego utworu na czynniki pierwsze. Nie miałoby to sensu, tym bardziej, że nie ma czego rozbierać. Monotonne brzmienie, te same riffy, solówki schematyczne, mało melodyjne. Trudno mi nawet sklasyfikować gatunek jaki gra zespół. Dla mnie to nie jest hard rock, ani nu metal. Może inni słuchacze lepiej to sklasyfikują ode mnie. Wracając do zawartości to same utwory są mało melodyczne. Ciężko odróżnić jeden od drugiego. Produkcja jest też nietypowa (jak dla mnie). Wokal jest traktowany jak instrument, a w niektórych utworach jest jakby za gitarami. Mało wyrazisty, dlatego trudno mi nawet ocenić samego wokalistę. Reszta instrumentalistów też nie wybija się ponad przeciętność. Podsumowując. Płyta na własne ryzyko. Podobno na zachodzie się podoba. Mnie się nie podoba i na pewno szybko o niej zapomnę. (1,5) Tomasz Kwiatkowski

Beer Bear - Beyond The Invisible Line 2012 Sound Age

Sukcesy takich zespołów folk metalowych jak Korpiklaani, Otyg czy Finntroll sprawiły, że kolejne zaczęły pojawiać się niczym grzyby po deszczu latem. Niestety, tak jak wśród borowików lub prawdziwków może trafić się niejadalny okaz, zwany szatanem, tak wśród reprezentantów metalizowanego folku pojawił się rosyjski Beer Bear. Zespół poszedł po najmniejszej linii oporu, zapożyczając co skoczniejsze i bardziej chwytliwe motywy z rodzimego folkloru, dodając do nich metalową sekcję i ostre riffy. Efektem jest kuriozalna mieszanka rosyjskich czastuszek, melodii kojarzących się z koszmarnym disco lat 80., biesiadnych klimatów i kinder metalu. Nieliczne momenty z wykorzystaniem ludowych i akustycznych instrumentów, jak chociażby w "Intro" czy oparty na partii skrzypiec utwór tytułowy śpiewany przez altowiolistkę Murkę to zdecydowanie za mało. Niestety znacznie bardziej zapada w pamięć zaiste niedźwiedzie porykiwanie wokalisty czy zaśpiewana nieudolną polszczyzną pie-

Bloodbound - In the Name of Metal 2012 AFM

Bloodbound długo szukał swojej drogi. Po sześciu latach tułaczki wygląda na to, że ją znalazł. Szkoda, że nie taką, na jaką zapowiadało się w 2006 roku. Zespół debiutował jako mocno inspirowany Maiden, lekki, przebojowy hard' n'heavy. Muzykę grał prostą (tak dla kontrastu ze skomplikowanymi dziejami), momentami wręcz prostacką, ale czarował absolutnie genialnym wokalem człowieka-muzyki Urbana Breeda. Dzięki niemu Bloodbound wykreował dwa hity: "Nosferatu" i "Metal Monster", które zaśpiewane z innym wokalistą traciły połowę swojego uroku. Ci, którzy naiwnie wierzyli, że ekipa Szwedów to jednak coś więcej, niż Breed, dostali kubeł zimnej wody na łeb wraz z nagraniem chwytliwej, ale nijakiej "Book of the Dead" z niejakim Michaelem Bormannem. Kiedy zespół pomny porażki zaprosił ponownie Breeda do swoich szeregów, okazało się, że i tym razem grupa nie powtórzyła sukcesu debiutu, bo totalnie zmieniła kurs, na "poważniejszą" muzykę niż przebojowe, "melodyjne" heavy. I tu zawiła i niezdecydowana historia Bloodbound się nie kończy. Kiedy Breed ponownie odszedł, a jego miejsce zajął Patrik Johansson, w Europie odnotowano świst opadających rąk dziesiątek miłośników ekipy ze Szwecji. Zespól znów postanowił zmienić kurs na "patataj". Na obranie stałego kursu czy prostej zespół wybrał najgorszą opcję z możliwych - "patataj" bez Breeda. Cóż. Mamy to, co mamy i nic poza przyjrzeniem się temu osobliwemu tworowi z bliska nam nie zostało. Podchodziłam do tego krążka jak do jeża. Okazało się, że to co najwyżej niegroźna kolczatka, którą ponoć nawet da się pogłaskać. "In the Name of Metal" to zwierzątko bardzo przyjemne, niegroźne, chętnie gnieżdżące się ludzkich uchu. Brakuje mu drapieżności, charakteru i pazura, ale nie jest też nadmiernie przymilne. Są i amatorzy takich pupili. W ogólnym widoku przypomina bardziej Dream Evil i Edguy niż Maiden, oszukuje nas bardzo dobrą produkcją mocnego i przejrzystego brzmienia i zgrabnie skleconymi hitami. Na krążku nie ma ani jednego utworu, o którym można powiedzieć cokolwiek jednoznacznie złego. Chyba, że jest się fanem li tylko black metalu. Zespół dba o kreowanie swojej tożsamości, stąd "Monstermind" i tytułowy "In the Name of Metal" nawiązujący do tytułowego z "Book of the Dead", stąd chóry i tubalno-gremialne"ooo-wanie". Dba też o pozyskanie słuchacza i rzeczywiście bombarduje nas samymi przebojami, których naprawdę dobrze się słucha. Zwłaszcza, że Patrik śpiewa - jak na gatunek - mocno i przekonująco, a same kompozycje czerpią garściami z najlep-

RECENZJE

71


szej szkoły hitów od klasyki Bon Jovi począwszy. Niestety słucha się tego tak samo dobrze, jak trafiających się rzadko świetnych hitów pop, które atakują nas z odbiorników radiowych. Dodają energii, poprawiają nastrój, ale nie dają nic, co pozwoliłoby włączyć ten krążek ponownie za kilka miesięcy, o latach nie wspominając. Nie ma na nim ani przykuwających słuch riffów, ani solówek, ani tekstów, ani linii melodycznych. Ot, "ciężki pop". Można rzec, że Bloodbound od początku nie celował w ambitne granie. Nie szkodzi. Potrafił znaleźć epicką ścieżkę na tej banalnej drodze. Pytanie może jednak brzmi czy na pewno sam tylko Bloodbound, czy może jeden z jego byłych członków? (3,5) Strati

Chaos Theory - Bio-Death 2012 Massacre

Włoska młoda scena jest bardzo prężnie rozwijającym się terytorium muzycznym. Co prawda muzyka metalowa, która jest tam tworzona, na ogół bywa osadzona w bardziej tradycyjnych i epickich klimatach, jednak funkcjonuje tam też spora liczba zespołów typowo thrash metalowych. Kolejną taką grupą, która próbuje zaprezentować trochę swojej muzyki dzięki impetowi nowej fali thrashu jest Chaos Theory, które właśnie zadebiutowało swoim krążkiem "Bio-Death". To, co wywołuje zainteresowanie tym wydawnictwem, spośród mnogości pierdyliarda innych nowofalowych thrashyków, jest fakt, że debiut został wydany pod skrzydłami osławionej stajni Massacre Records, a bardzo ładną okładkę wykonał Jan Yrlund, ten sam człowiek, który wykonał między innymi okładki "Invictus" Necronomiconu oraz "The Lord of Steel" Manowaru. Zanim przeszedłem do zagłębienia się w muzyczną otchłań cudownych doznań słuchowych, jakie towarzyszą prawie wszystkim niesamowitym tworom tak zwanej nowej fali thrashu, rzuciłem okiem na tył okładki i nie powiem - odetchnąłem z ulgą. Długo ta męka nie będzie trwać, bo 10 kawałków jakie składają się na "Bio-Death" trwa dokładnie 30 minut. Swoją drogą panowie młodzieniaszkowie powinni popracować nad nazewnictwem swoich dzieł, bo prawie wszystkie utwory posiadają nazwy składające się z jednego słowa. Prostota zakrawająca na prostackość. No, ale nic. Nie uprzedzajmy faktów. Zwłaszcza, że zawartość krążka mnie zaskoczyła i bardzo szybko rozwiała moje uprzedzenia. Nie jest to dzieło wybitne, ale jak na debiut młodej kapeli, płynącej w nurcie, gdzie zrzynka goni zrzynkę, mierność goni mierność, a prostactwo jest gloryfikowane pod firmament, jest to bardzo interesująca płyta. Pomijam już fakt, że włosi kupili mnie zupełnie pierwszymi piętnastoma sekundami pierwszego utworu. Otwarcie albumu takim płomiennym i wyścigowym tappingiem to był strzał w dziesiątkę. Nie dajmy się jednak ponieść przedwczesnemu entuzjazmowi i spójrzmy trzeźwo na to, co się dzieje w naszych głośnikach. Słychać, że Włosi z Chaos Theory starają się urozmaicać swoje krótkie kawałki i silą się na oryginalne rozwiązania. Perkusyjna wstawka

72

RECENZJE

z "Virus", która lekko zalatuje perkusyjnymi patentami Sepultury, jest na to koronnym przykładem. Tak samo jak nieoczekiwana zmiana klimatu, która pojawia się po solówce w "Spyral". Oprócz tego utwory z "Bio-Death" posiadają proste, lecz przyjemne dla ucha solówki. Riffy, choć niezbyt wyrafinowane, jednak także cieszą zmysł słuchu. Problemem jest trochę wokalista. Posiada ciekawą barwę głosu, jednak jego głos na dłuższą metę zaczyna irytować. A szkoda, bo to zaniża przyjemność z odbioru całości. Ogólnie "Bio-Death" jest albumem niejednoznacznym. Może w tym leży jego siła, jednak mam w związku z nim naprawdę mieszane odczucia. Z jednej strony otwierający album, płomienity i miażdżący "Faith" oraz thrash metalowe niszczyciele w postaci "Xenotransplant" oraz "Final Solution", a z drugiej strony kwadratowa forma utworów (zwrotka - refren - zwrotka - refren - solo - refren), udziwniony "Dawn of Death" oraz utwór tytułowy, który budzi we mnie miejscami silne skojarzenia z graniem w stylu Lamb of God. Mimo wszystkich swoich wad, "Bio-Death" jest jednym z najlepszych albumów jakie wypluła nowa fala thrash metalu w 2012 roku. Jest się przy czym bawić, a i jest na czym ucho zawiesić. (4) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Crashdiet - The Savage Playground 2013 Frontiers

Losy tego zespołu śledzę niemal od samego początku jego istnienia i nie mogę doczekać się każdej ich kolejnej płyty bo jak do tej pory twórczość tego czołowego szwedzkiego przedstawiciela sleaze metalu nigdy mnie nie zawiodła. No właśnie do tej pory... Po śmierci Dave Lepparda i krótkim epizodzie słodziutkiego Olivera Hermana, który do nich nie pasował znaleźli wokalistę Simona Cruza, który idealnie wkomponował się w zespół, co było słychać na genialnym "Generation Wild". Tym bardziej moje oczekiwania co do nowych "Crashów" były większe. Rozpoczyna się fajnie, od "Change The World", mocne gitary, ciekawe przejścia i popisy wokalne Cruza. Znakomity początek, właśnie do utworów dającego takiego kopa chłopaki z Crashdiet zawsze rozpieszczali swoich fanów. Później jest już niestety gorzej bo "Cocaine Cowboys" nie podobał mi się w ogóle, nie wiem czemu ten kawałek wybrali na singla, nie prezentują nim niczego ciekawego. Nadrabiają za to kolejnym "Anarchy", który jest już nagrany w typowym dla nich stylu i mógłby z powodzeniem znaleźć się na równej i dopracowanej ich poprzedniej płycie. Następnie mamy "California", lekki, przyjemny dla ucha choć nie powalający na kolana numer pasujący bardziej do Reckless Love niż do grających zawsze brudniej i ostrzej Crashdiet. Następnie mamy średni, przeciętny wręcz "Lickin' Dog", który powinni sobie darować wybierając utwory na nowa płytę a tuż za nim najrówniejsze kawałki na tym krążku "Circus" i "Sin City", najlepiej przemyślane i dopracowane, które brzmią jeszcze lepiej niż na demach nagrywanych przed wydaniem "The Savage Play-

ground". "Got a Reason" ma fajny, chwytliwy refren i po którymś tam kolejnym przesłuchaniu może się podobać. "Drinkin Without You" z kolei, mimo, że fajnie się zaczyna to później robi się maksymalnie nudny. Ubolewam nad tym, że na tej płycie praktycznie nie ma kawałka dobrego od samego początku do końca. "Snakes In Paradise" to już zdecydowanie najgorszy kawałek nie tylko na tej płycie ale ogólnie nagrany przez ten zespół kiedykolwiek! Brzmi to zbyt nowocześnie, takie efekty i klawisze nie pasują do tego zespołu, nie takiego Crashdiet słuchaliśmy na poprzednich płytach. "Damage Kid" rozkręca się mniej więcej w połowie, jednak jeśli chodzi o solo i końcówkę jestem zdecydowanie na nie. Kolejny "No Excited" brzmi jak typowy komercyjny numer, nagrany specjalnie dla radia i mimo przyjemnych fragmentów z melodyjnie grającą gitarą Martina Sweeta nie urzekł mnie ten kawałek ani trochę. "Gardens Of Babylon" mógłby być najlepszym numerem na płycie bijącym na łeb na szyję całą resztę gdyby był krótszy o jakieś 2 minuty. Mimo mocnych gitar, przyjemnych orientalnych wstawek i refrenom w których wokalnie Cruz jest po prostu fenomenalny ten numer psują nudne przejścia i zbyt długie, niepotrzebne zakończenie, które zdaje się trwać w nieskończoność. Jako bonus dodano wesoły "Liquid Jezus", w którym słychać elementy bluesa, punka, rock & rolla a nawet gospel. Fajny i ciekawy dodatek oczywiście tylko jako bonus. Crashdiet swoją dotychczasową twórczością postawili sobie bardzo wysoko poprzeczkę a nowym albumem nie udało im się podskoczyć nawet do połowy tej wysokości. Gdyby z całej tej płyty zebrać wszystkie ciekawe pomysły to starczyło by ich na jakieś 5-6 kawałków. Reszta jest jakby naciągana na siłę. Byłby to dobry materiał ale na EPke nie na całą płytę. Wolałbym jeszcze poczekać na ten album nawet rok czy dwa ale usłyszeć taki materiał jakiego ja i mnóstwo innych fanów tej kapeli oczekiwaliśmy. Wielka szkoda. (3,75) Michał Piecykowski

Destruction - Spiritual Genocide 2012 Nuclear Blast

Po instrumentalnej pierwszej ścieżce "Exordium" (oraz pierwszych dziesięciu sekundach następującego po niej utworu "Renegades") Destruction utopiło mnie w morzu nudy i banału. Tutaj recenzja powinna się skończyć, gdyż niewiele więcej jest do powiedzenia. Niech jednak stracę. Przytoczę dokładnie, co w tym albumie jest nie tak. Wspomniane "Renegades" zaczyna się niezłym riffem, to trzeba przyznać. Już jednak po chwili słychać, że Schmier i spółka zamierzają ten króciutki patent męczyć prawie przez cały utwór z zaciętością godną młodej, początkującej kapeli, która jeden motyw wałkuje przez 64 kółka. Główny riff "Spiritual Genocide" brzmi jak wypadkowa Mekong Delty ze wczesnym Annihilatorem. Niesamowite połączenie, które wkrótce przechodzi w nudnawe zwrotki, zaśpiewy i taki sobie refren. Szkoda, bo ten utwór mógł mieć o wiele lepszy potencjał. Wymęczony "Cyanide" sprawia, że powieki sa-

me zaczynają ciążyć. Nużący i nierealizujący swojego potencjały (znów) "City of Doom" wręcz boli. Brakuje mu kończącej siły, która synergizująco by współgrała z pojawiajacą się gdzieniegdzie szybkością. Ale nie powiem, nawet zaśmiałem się z ironii towarzyszącej temu, że niemiecki zespół zrobił utwór o Oświęcimiu. Nawet w refrenie nazywają Oświęcim po polsku. Chociaż w życiu bym się nie domyślił, gdybym nie przeczytał potem tekstu. Ach, ten akcent. Przy "No Sign of Repentance" maniera sztampowego i do bólu kwadratowego stylu pisania kawałków przez Destruction autentycznie irytuje. Ile można. "Legacy of the Past"... hej, napiszmy utwór, gdzie liryki będą wychwalały stare, dobre czasy, poprzez przytaczanie tytułów utworów! To takie oryginalne! Może i by było słuchalne, gdyby nie nudnawa otoczka muzyczna. Nawet gościnny (i bardzo schowany) udział Toma Angelrippera oraz Gerrego z Tankard nie uratował tego kawałka. Szybki i bezkompromisowy "Under Violent Sledge" jest w porządku. Posiada szybki, niemalże niezakłócony do pewnego momentu żadnymi bzdurami, rytm. Opatrzony jest również odpowiednimi refrenami. Pachnie niestety zanadto zjadaniem własnego ogona. My te riffy chyba już słyszeliśmy na poprzednich płytach Destruction. Nie mogłem też nie odnieść wrażenia, z powodu tytułu i refrenu, że ktoś tu słuchał Pantery w nadmiarze. Może to już czepianie się o detale, dlatego nie drążę tego tematu, z czego muzycy Destruction czerpią inspirację na swe przeciętne utwory. Tłumiąc ziewanie można zaobserwować lekkie odbicie od dna na "Carnivore", który jest utworem czerpiącym garściami ze starego Destruction. Nie jest wybitny, jednak ujdzie w tłumie. To miła odmiana od bezkresu nudy, obecnej przez całą płytę. Podobnie mógłbym się wypowiedzieć na temat "Riot Squad" gdyby nie jakieś udziwnione synkopy, które nagle załamują utwór w jego połowie. No bez jaj. Takie zagrywki się aż za często zdarzają na "Spiritual Genocide". Daleko temu wydawnictwu do "D.E.V.O.L.U.T.I.O.N." a jeszcze dalej do monumentalnego "The Antichrist". Nie jest tak, że jest to jednoznacznie marny album. Jest na nim kilka ciekawych pomysłów i kombinacji. Perkusja oraz solowa gitara czasem zaskoczą. Wszystko to jednak jest przytłoczone ciężarem monotonii, toczącej się niby stado słoni - nie za szybko, jednak dość znacząco akcentując swoją obecność. Destruction na "Spiritual Genocide" brzmi jak jakaś młoda kapela starająca się jednowymiarowo naśladować styl Destruction. (2) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Disarm Goliath - Born To Rule 2012 Pure Steel

Wygląda na to, że w okolicach Birmingham tradycje metalowe nie giną. Disarm Goliath ze swym drugim albumem dołącza więc do takich tuzów jak Black Sabbath i Judas Priest. Oczywiście mamy rok 2013 i kariera jaka stała się dziełem poprzedników raczej Disarm Goliath nie grozi, bo zmieniło się praktycznie wszystko. Oczywiście kie-


dyś też bywało różnie i szczęście nie zawsze dopisywało nawet świetnym zespołom, które nie zdołały się przebić. Ale obecnie zespołów jest tyle, że warto wyłowić spośród nich taką perełkę jak ten brytyjski kwintet. Klasycznie grający, czerpiący z dokonań Priest czy Maiden, ale brzmiący świeżo i naturalnie. Słuchając tej płyty odnoszę zresztą wrażenie, że interesuje ich tylko granie, związana z nim frajda, a ewentualna kariera jest tylko niewiele znaczącym dodatkiem. Dlatego CD wydali własnym nakładem, tylko LP ukazał się dzięki Pure Steel Records. Nie dziwi to zupełnie w kontekście zawartości "Born To Rule", gdyż jest to materiał, który równie dobrze mógł powstać w czasach największej świetności NWOBHM. Dynamiczna sekcja (utwór tytułowy, "Raining Steel") mocarne riffy i duet gitarzystów prowadzących, a to wymieniających się solówkami ("Cry Of The Banshee") lub fundującym słuchaczom melodyjne unisona ("Who Rules The Night") to nie jedyne atuty tej płyty. Zespół ma bowiem jeszcze w składzie świetnego wokalistę. Steve Bell ma nie tylko - nawiązując do jego nazwiska głos jak dzwon. Poraża z równą łatwością obłędnymi falsetami ("Embrace The Abyss"), mocnym śpiewem w stylu Paula Di' Anno ("Who Rules The Night"), wokalami niższymi (halfordowy "Betrayer", "Man Of Sins") oraz ostrzejszymi, często urozmaicanymi nakładkami ("Cry Of The Banshee", "Raining Steel"). "Born To Rule" to świetna, dopracowana płyta - idealna do uzupełnienia kolekcji każdego fana NWOBHM, o ile nie jest ortodoksem i dopuszcza istnienie krążków wydanych po 1984 roku… (5,5) Wojciech Chamryk

- czyli tego, z czym Warlock najdobitniej jest kojarzony, to jeszcze Doro "Królowa Ballad" Pesch zaśpiewała... tylko trzy wolne utwory. Pomysł wydawać by się mogło był dobrze przemyślany - nie kombinujemy. Płyta oparta jest na prościutkich, chwytliwych rockowych i heavymetalowych numerach pisanych... jakby specjalnie na scenę. Teksty idealne do skandowania, powtarzające się refreny i energiczne wokale Doro wprost stworzone są do grania na żywo. Co ciekawe, ten zabieg także wpisuje się w powrót do tradycji - do zamierzchłych czasów, gdy muzycy nagrywali płytę już po tym jak sprawdzą utwory na koncertach. Nie sposób nie zauważyć, że tytułowy kawałek z krążka grany był już grubo rok przed premierą. Kompozycje, które uzupełniają główną, rockową konstrukcję to bez wyjątku utwory, które w zbliżonej formie w dorobku Doro się już pojawiły. Najbardziej wyraziste przykłady to zaśpiewany w duecie z Lemmym "It Still Hurts" niemal odpowiednik "Love me Forever" czy "Engel" - rodzeństwo "Für Immer". Choć z płyty nie tryska tyle dzikiej i świeżej energii co z pierwszych płyt Warlock, podejrzewam, że Doro po prostu celowała w nieskomplikowany pakiet do machania banią pod sceną. Mnie jednak najbardziej przekonują te nieco bardziej zaskakujące, choć zapewne mniej klasycznie heavymetalowe numery takie jak "Victory" czerpiący garściami z "Turbo" Judas Priest czy kroczący "Grab the Bull". To dzięki nim "Raise Your Fist" jest nie tylko krążkiem wycelowanym w fanów Warlock i miłośników zabawy pod sceną, ale też puszczeniem oka do tych, którzy wciąż doceniają zapomniany już nieco "Calling the Wild". Uważny słuchacz być może znajdzie więcej odniesień to tego krążka z końca lat dziewięćdziesiątych, niż do samego Warlock. (4) Strati

Doro - Raise Your Fist 2012 Nuclear Blast

Uprzedzam, że recenzja tej płyty napisana przez fana Doro nigdy nie będzie rzetelna. "Raise Your Fist" to wszakże zbiór prostych, naiwnych tekstów, nieskomplikowanych kompozycji, trywialnych riffów podanych momentami w wręcz kiczowatej, różanej konwencji "ciernie i płatki" (te ciernie to rzecz jasna dynamiczne, hardrockowe numery typu "Rock Till Death" czy "Revenge", a płatki to pompatyczne ballady takie jak "Engel" i "Free my Heart"). Dlatego też, każdemu nie-fanowi Doro pewnie "Raise Your Fist" przemknie koło ucha. Tymczasem ci, którzy doceniają Doro za kreowanie klimatu, jej magiczny głos i charyzmę, dostrzegą w piętnastym już krążku wokalistki wszystko to, co sprawia, że warto go słuchać. Od kiedy Doro zaczęła zrywać z konwencją industrialno-nu-metalową, na jej płytach zaczęły się pojawiać pojedyncze wątki rodem z Warlock. Nigdy nie były tak doskonałe, jak te z lat osiemdziesiątych, ale tendencja była czytelna. Kiedy wydawało się, że "Night of the Warlock" z poprzedniej płyty okaże się kumulacją, pojawiły się nie wątki, ale całe ich stado - prosty, energetyczny "Raise Your Fist". Nie dość, że na krążku nie zabrakło klasycznie heavymetalowych, dynamicznych numerów, męskich warlockowych chórków, melodii do wykrzykiwania

Dr. Living Dead! - Radioactive Intervention 2012 High Roller

Liczba przeciętnych thrashowych bandów jest oszałamiająca. Cóż, najwyraźniej taka jest cena swoistego "revivalu" thrash metalowej sceny w połowie pierwszego dziesięciolecia XXI wieku. Dr. Living Dead! który zaszczycił nas swoim drugim albumem plasuje się na szczęście (?) w górnej warstwie tej przeciętnej zgrai. Nie jest to dobry zespół, nie mogę go też jednak zrównać do tego całego grona marnych thrashyków. Na pewno druga płyta, czyli omawiany "Radioactive Intervention", jest lepsza od ich debiutanckiego krążka. Dalej mamy do czynienia z lekko punkującym, na szczęście juz ciutek mniej, thrash metalem. Skojarzenia z S.O.D., środkowym Anthrax i Nuclear Assault (te tak bardzo podobne riffy...) narzucają się same. Najbardziej jednak rzucają się w oczy próby naśladowania Suicidal Tendencies. Wokalista momentami naprawdę bardzo mocno inspiruje się manierą śpiewania Mike'a Muira. Słychać to szczególnie w "Signs From The Other Side" oraz "The Meaning of Life". "Radioactive Intervention" to bardzo nierówny album. Zlepek przeróżnych paten-

tów z różnych amerykańskich szkół thrash metalu. Obok całkiem niezłych utworów w postaci "Dead New World" oraz kawałka tytułowego stoją utwory kiepskie jak na przykład "Life Sucks". Liryczna warstwa też nie powala. Wbrew pozorom nawet proste utwory trzeba umieć pisać. Inaczej wychodzi prostactwo i miernota. (3) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Enforcer - Death By Fire 2013 Nuclear Blast Ten zespół jakos nigdy nie potrafił do mnie przemówić. Ani na płytach, ani na żywo. Najnowszy krążek młodych Szwedów odstaje trochę od ich poprzednich dwóch płyt. Wszyscy określali ich twórczość jako heavy/speed metal i porównywali do Judas Priest. Nie wiem skąd to porównanie, gdyż na swych pierwszych dwóch płytach Enforcer wyraźnie czerpie garściami z amerykańskiego grania, z wypadkowej między W.A.S.P., Lizzy Borden, Skid Row oraz Twisted Sister. Niekiedy przewijały się także rytmy inspirowane wyraźnie brytyjskimi Def Leppard albo Tokyo Blade. Sam utwór "Katana" z ich drugiej płyty "Diamonds" miał bardzo głęboko zaczerpnięte riffy z "Break Out", "Sunrise in Tokio" oraz "Warrior of Rising Sun", czyli z aż trzech utworów Tokyo Blade! Trzecia płyta przynosi lekki przełom. Kawałki są lepiej napisane, a i teksty są bardziej przemyślane. Nie oznacza to tego, że są wybitne, ale widać progres w porównaniu z tymi, które dotychczas serwował nam Enforcer. Na "Death By Fire" składają się bardzo przyjemne utwory, takie że aż nóżka sama rwie się do radosnego przytupowania. Wcześniejsze wpływy, które aż wylewały się z poprzednich dwóch płyt zostały nieco przygaszone. Choć wciąż słychać, że są obecne, zwłaszcza na "Take Me Out Of This Nightmare" oraz w "Death Rides This Night". Teraz na pierwszy plan wyskakuje stara dobra szkoła NWOBHM i to tym razem nie tylko Tokyo Blade ("Crystal Suite"!) oraz Riot, Savage Grace czy Malice. Solówki błyszczą, melodie są lepiej dopracowane i w ogóle są takie bardziej metalowe, w porównaniu z cukierkowymi zagrywkami z "Diamonds". Udane wydawnictwo, brzmienie żyleta. (4) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Eugenic Death - Crimes Against Humanity 2012 Heaven And Hell

Pierwsze co się rzuca w oczy, w nasze tak bardzo biedne oczy, to okładka. Okładka-koszmarek. Jak można popełnić coś tak brzydkiego? Pomijam już dobrane dość losowo i alternatywnie pro-

porcje twarzy przerażonej dziewoi, ale co się stało z jej prawym cycuszkiem? Czy aż tak przeraziła się tego ostrego noża, typ bojowy Rambo, że aż się jej prawa pierś wzięła i wklęsła nazad w żebra? Tak fatalnej i przypadkowej kreski to ja dawno nie widziałem. Co prawda nie może konkurować z okładką debiutanckiej płyty alaskiańskiego Crillson, jednak na pewno stanowi dość barwną pozycję w galerii zatytułowanej Najbrzydsze Okładki Metalowych Albumów. Niezłe pierwsze wrażenie, nie ma co. Przejdźmy zatem do zawartości samej płyty. Eugenic Death na swym debiutanckim albumie dostarcza nam sporą dozę powrotu w czasie do złotych czasów retro, thrashu z drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Surowa produkcja i typowe thrashowe riffy promieniują sloganem "old school" na wskroś. Ten album spokojnie mógłby zostać wydany równocześnie z "Terrible Certainy" i "The Ultra-Violence". To lekko odróżnia "Crimes Against Humanity" od większości tzw. nowej fali thrashu. większość nagrań z tego swoistego ruchu stylizuje się na lata 80-te muzycznie, jednak produkcja jest zwykle bardziej dopracowana i nowocześniejsza. Eugenic Death ma produkcję niemal żywcem wyjętą sprzed ćwierćwiecza. Nie jest to jakaś super genialna koncepcja i muzycznie i technicznie, mimo to muzyka dostarczana nam przez Eugenic Death jest bardzo smaczna i łatwo akceptowalna przez zmysł estetyki. Wokale bardzo przypominają manierę Bruce'a Corbitta z Rigor Mortis. Klasyczny głęboki, chropowaty wokal, świetnie wpasowujący się w szorstkie, przesterowane gitary. Old-school pełną gębą. Proste, lecz fajne i wpadające w ucho solówki uzupełniają całokształt. "Crimes Against Humanity" nie jest dziełem wybitnym. Nie jest dziełem do którego będzie się często wracać. Jest to jednak poprawna płyta, w której niewiele rzeczy będzie razić słuchacza, o ile jest miłośnikiem oldschoolowych rytmów sprzed dwudziestu pięciu lat. (4) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Flotsam And Jetsam - Ugly Noise 2013 Metal Blade

Jestem absolutnym fanem pierwszych dwóch płyt tego, najsłynniejszego zespołu metalowego z Phoenix. Mam jednak problem z odbiorem większej części reszty ichniej twórczości. Flotsam and Jetsam w pewnym momencie swojego istnienia postawiło nacisk na dziwne eksperymenty i do dziś ma się wrażenie, że właśnie one są najważniejszym elementem dla muzyków tego zespołu. Nie wiem czy różnego rodzaju próby udziwniania swojej muzyki powinny być wartością samą w sobie i głównym celem artystycznym. Zwłaszcza w muzyce metalowej, a śmiem nawet dodać, że głównie w thrashu, takie rzeczy trzeba robić umiejętnie i z rozwagą. Niestety, trzeba się pogodzić z faktem, że energia, feeling i koncepcja gry Flotsamów, znane z pierwszych dzieł tej kapeli, uległy nieodwracalnemu przekształceniu. Efektem tego, ma się wrażenie, że na jedenastym krążku studyjnym Flotsam and Jetsam brzmi jak nieco dociążone Arctic Monkeys czy inny Franz Ferdi-

RECENZJE

73


nand z lepszym wokalistą. Muzycznie jest bardzo spokojne i wręcz... cicho. Nawet te szybsze utwory, jak "Rage" czy "Carry On", wydają się być spokojne niczym flegmatyczni starcy z klubu seniora. Ponadto, regres w poziomie tekstów utworów jest tak rażący, że aż ściska za pęchęrz. Głębia i wizjonerstwo niemalże w stylu zespołów pokroju rodzimej Comy. W skrócie - teksty są kiepskie. Niestety, są elementem na który zwraca się uwagę, gdyż partie wokalne zostały bardzo wyeksponowane. Wszystkie inne instrumenty są schowane za śladem wokalnym. Sam głos Erica Knutsona jest bardzo dobry, jednak jest ewidentnie używany jest w bardzo zły sposób. Skoro zwróciliśmy uwagę na poziom tekstów w utworach, przyjrzyjmy się samym nazwom kawałków. "Rage", "To Be Free", "Machine Gun", "Carry On", "I Believe"... myślę, że każdy przeciętny headbanger jest w stanie wymienić przynajmniej kilka kapel, gdzie można się spotkać z podobnymi tytułami utworów. Może jest to już czepianie się o szczegóły, ale naprawdę nie dało się podejść do tego zagadnienia bardziej oryginalnie? Zwłaszcza, że coś takiego negatywnie współgra z nieszczególną warstwą muzyczną albumu. Zupełnie inną historią jest "Motherfuckery", które nie dość, że ma kuriozalny tytuł, jakby wyprodukowany przez jakiegos czarnoskórego rappera z wielkomiejskiego getta, to jeszcze sam utwór jest bardzo dziwnie zmiksowany. Problemem jest fakt, że większość tych eksperymentów i dziwnych pomysłów dałoby się przełknąć, gdyby muzycznie album nie lezał jak kościsty chuderlak po pierwszym kilometrze maratonu. "Ugly Noise" nie wytrzymuje porównania nawet z "The Cold", którego lubi wielu "twardogłowych" fanów wczesnych dokonań Flotsamów. Najnowsze ich dzieło jest bardziej proste, o wiele mniej dynamiczne i o wiele mniej melodyjne. Nawet jeżeli chodzi o dział gry solowej gitar. Na zakończenie dodam, że nie rozumiem tego albumu. Nie rozumiem także muzyków z Flotsam and Jetsam, którzy nagrali jedenaście słabych kawałków i jeden naprawdę dobry. W dodatku schowali go prawie na samym końcu płyty, jakby nie był niczym specjalnym, wyjątkowym i pełnił tylko rolę wypełniacza. Mówię o "To Be Free", który ma bardzo przyjemne riffy, bardzo smaczną perkusję, nie stroniącą od podwójnej stópki. Nawet tekst, choć prosty, jest lepiej napisany i zaaranżowany niż każdy inny na tej płycie. W głowie mi się to nie mieści. Ten krótki, trzyminutowy utwór spokojnie mógłby zostać napisany w latach osiemdziesiątych. Czemu, u licha, reszta "Ugly Noise" nie jest tak "sthrashna" albo przynajmniej tak metalowa jak ten utwór? (2,5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Gaskin - Edge of Madness 2012 High Roller

Gaskin to kolejny niedoceniony zespół NWOBHM. Pierwszy album anglików "End of the World" pochodzi z 1980 r., rok później wydali kolejny "No Way Out" i słuch po nich zaginął. Dwadzieścia lat minęło i zespół znów wynurzył się na powierzchnię, nagrywając w 2000

74

RECENZJE

roku płytę o nazwie "Stand or Fall". Ponoć wokalista/gitarzysta Paul Gaskin miał poważne problemy zdrowotne w związku z nadużywaniem narkotyków i alkoholu. Na całe szczęście Gaskin wygrzebał się z choróbska, reanimował zespół i postanowił wypłodzić coś nowego. Czwarty album w dorobku brytyjskiego kwartetu nosi nazwę "Edge of Madness". Mamy tu wiele odniesień do mrocznego epizodu w życiu Paula Gaskina związanego z jego przeżyciami depresją, paranoją, pobytem w szpitalu dla obłąkanych. To co obecnie prezentuje załoga Gaskin to raczej odejście od stylistyki heavy metalowej w stronę melodyjnego hard rocka, blues rocka z cięższymi gitarowymi elementami. Generalnie płyta jest dość nierówna, bo są na niej zarówno fantastyczne utwory, jak "Bedlam" z klasycznymi NWOBHM riffami, "Edge of Madness", jak i zupełnie przeciętne, jak np. przymulający "The Contract". Na plus zasługują: dobra produkcja, wyśmienite solówki, wokal Paula Gaskina, ciekawa tematyka tekstów oraz intrygująca okładka, na minus: nadmiar klawiszy, zastosowanie dziwnych instrumentów typu saksofon ("Man's World"), które zupełnie nie pasują do hard rocka. Momentami "Edge of Madness" zalatuje nudą. Ogólnie rzecz biorąc album nie jest zły, co mocno przeciętny. Żałuję, że na nowym albumie Anglików duch NWOBHM z dawnych czasów już się ulotnił. Fani starszych dokonać Gaskin mogą być nieco zawiedzeni. (3)

tko co najlepsze w każdym calu! "Are You Gonna Cry Now?", trochę zbyt nowoczesny kawałek ale absolutnie nie psuje tej płyty i może się podobać ze względu na przyjemny refren i tekst, oraz "Because Of You" z melodią bardzo podobną do tej z "Jag Har Penis" zespołu Alter Egon ale Peter London jest zaprzyjaźniony z członkami HCSS więc też musiał dołożyć do ich nowej płyty swoje trzy grosze. Na nowej płycie Hardcore Superstar każdy znajdzie coś dla siebie. Płyta na pewno będzie się podobać zarówno starszym jak i zupełnie nowym fanom, którzy po jej przesłuchaniu zapewnie przekonają się do twórczości szwedzkich hardrockowców. Z jednej strony takie nowoczesne rockowo-sleazeowe kawałki, a z drugiej strony rock'n'rollowe, soczyste brzmienie nawiązujące do starych zespołów sprawia, że ma się ochotę słuchać tej płyty na okrągło. Mimo że HCSS jest na scenie już dobrych kilkanaście lat wciąż są zespołem na poziomie, nie zmieniają się, ciągle pozostają przy swoim i robią to co wychodzi im najlepiej a "C'Mon Take On Me" stanowi jakby podsumowanie ich dotychczasowego dorobku płytowego. Odpalam ten album po raz kolejny i Wam polecam to samo! (5) Michał Piecykowski

Joanna Denicka

Hatriot - Heroes of Origin 2013 Massacre

Hardcore Superstar - C'mon Take On Me 2013 Nuclear Blast

Przyznam się, że miłośnikiem muzyki tego zespołu jestem dopiero od niedawna, ale każda ich kolejna płyta zaskakuje czymś nowym i jest coraz lepsza. Trafnie wybrane single promujące ten album czyli "One More Minute" i "Above The Law" sprawiły, że pomyślałem że to jest właśnie to! To, czego oczekiwałem po nowych płytach wydanych w tym roku. Siła, moc i energia, które emanują z tych kawałków sprawia, że ma się ochotę skakać i machać głową w rytm ich muzyki a teksty i linie wokalne wyśpiewywać a raczej wykrzykiwać wraz z Jocke Bergiem. Płyta "C'mon Take On Me" to nawiązanie do klasyki hard rocka z jednoczesnym zachowaniem swojego własnego stylu znanego z poprzednich płyt. I tak możemy usłyszeć tu m.in. Kiss (intro "Cutting The Slack" z cyrkowym motywem podobnym do tego z "Psycho Circus"), typową budowę kompozycji, chórki i riffy dla AC/DC w kawałku "Too Much Buisness", wstęp przypominający "Wild Child" grupy W.A.S.P. w kawałku "Dead Man's Shoes", w którym słychać również twórczość amerykańskich zespołów glam/ hair metalowych z lat 80-tych. "Long Time No See" z kolei słychać nieco zafascynowanie twórczością Aerosmith, a w balladzie "Stranger Of Mine" czy dwuczęściowym podzielonym "Wont Take The Blame" Guns N' Roses. Całość uzupełnia tytułowy "C'mon Take On Me", dynamiczny i wesoły numer, który mimo, że jest krótki to zawiera wszys-

To był na pewno jeden z najbardziej oczekiwanych debiutów w ostatnim czasie. Nowy zespół popularnego Zetro Souzy, do tego z jego dwoma synami odpowiadającymi za sekcję rytmiczną musiał wzbudzać ogromne zainteresowanie. Czy spełnił pokładane w nim nadzieje? Moje na pewno. "Heroes of Origin" wydany przez Massacre Records, to potężna i bardzo konkretna dawka oldskulowego thrash metalu obleczonego w dzisiejsze brzmienie. O jakiejś wybitnej oryginalności nie mogło być tutaj mowy. Słychać zarówno Exodus ("Weapon of Class Destruction") jak i Testament ("The Violent Times of My Dark Passenger"), a więc poprzednie zespoły Souzy, no i oczywiście Slayer. Nasz główny bohater jest tutaj w doskonałej formie i nikt chyba nie będzie mógł się za bardzo przyczepić do jego wokali. Brzmi jak za swoich najlepszych lat (zresztą czy kiedykolwiek było inaczej?). Jego potomkowie również odwalili kawał dobrej roboty jednak prawdziwą siłą uderzeniową tej płyty jest duet gitarzystów Kosta V./Miguel Esparza. Ich riffy wyrywają z butów, a to wszystko jeszcze doprawiają zajebistymi solówkami. Ich gra zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Na płycie pojawili się również goście w postaci Chuck'a Billy'ego (Testament) i Phil'a Demmel' a (Vio-lence, Machine Head). "Heroes of Origin" oceniam jako naprawdę wystrzałowy debiut i ze względu na ich wiek (oczywiście poza Zetro), aż strach pomyśleć co "hatrioci" stworzą na następnych wydawnictwach. Coś czuję, że ta płytka może ostro na mieszać w thrash' owym światku. Hatriot niszczy! (5,2) Maciej Osipiak

Helker - Somewhere In The Circle 2013 AFM

Pomimo tego, że świat, dzięki różnym zdobyczom najnowszych technologii, nie jest już tak odległy, jak jeszcze kilkanaście lat temu, nie znałem dotąd tej grupy. A istniejący od 15 lat Helker cieszy się sporą popularnością w rodzimej Argentynie, mając na koncie trzy albumy i kilka mniej oficjalnych wydawnictw. Wydana właśnie czwarta płyta "Somewhere In The Circle" ma spore szanse na dotarcie do fanów na całym świecie, ponieważ ukazała się nakładem niemieckiej AFM Records i zawiera mnóstwo świetnej muzyki. Prochu ani nowych lądów oczywiście nikt tu nie odkrywa - Helker łoi klasyczny heavy/ power metal w duchu lat 80. Może mamy tu schematy kompozycyjne wypracowane w najlepszych dla tradycyjnego metalu latach, ale słychać, że tych pięciu facetów uwielbia takie granie - dlatego wszystko brzmi niesamowicie wiarygodnie i szczerze. Przeważają szybkie tempa, oparte na bardzo solidnej sekcji rytmicznej i gitarowym duecie Mariano Rios - Leo Aristu. Takich wymiataczy, idealnie zgranych w partiach rytmicznych oraz prezentujących urozmaicone, siarczyste solówki, może pozazdrościć Helkerowi wiele znacznie bardziej utytułowanych zespołów. Myślę jednak, że nie zwróciłbym aż takiej uwagi na tę grupę, gdyby nie wokalista. Wygląda bowiem na to, że Diego Valdez jest kolejnym wcieleniem wielkiego Ronniego Jamesa Dio. Argentyńczyk z wielką lekkością przechodzi z niższych w wysokie rejestry, równie dobrze radzi sobie również z agresywnymi jak i melodyjniej brzmiącymi partiami, jak w balladzie "Flying". A demonicznie brzmiące końcówki wersów refrenów "No Chance To Be Reborn" oraz "Still Alive" czy charakterystyczne frazowanie w "At The End Of Journey" mogłyby w pierwszej chwili zmylić co niektórych, czy czasem nie udziela się w nich sam R. J. Dio. Nie było to niestety możliwe, ale Valdez z wielką klasą nawiązuje do mistrzowskiego stylu Dio - o tym, jaki trzeba mieć głos, by się na coś takiego porwać, nie muszę chyba przekonywać. Mimo to frontmana Helter wspierają w "Beginning For Forgiveness" dwaj inni, znakomici wokaliści, Tim "Ripper" Owens i Ralf Scheepers. Ale nie tylko dlatego warto sięgnąć po "Somewhere In The Circle" - ten album jest bowiem bardzo ciekawy i wyrównany jako całość! (5,5) Wojciech Chamryk Hellbringer - Dominion of Darkness 2012 High Roller

Hellbringer to Austrialijskie trio, powstali w 2007, znani wcześniej pod nazwa Forgery. Na koncie mają już niezłą EP, teraz zaś przyszedł czas na "Dominion of Darkness" i jest to debiutancki album chłopaków z Canberry. Produkcją albumu zajął się legendarny Harris Johns (Kreator, Coroner, Sodom, etc.) , który przebył kawał drogi specjalnie z Niemiec, by ich nagrać. Już od pierwszego riffu słychać, że nie będzie żadnej nudy i pierdolenia smutów, tylko potężny cios w ryj. Chłopaki napierdzie-


lają old schoolowy thrash zakorzeniony w latach 80., w stylu wczesnego Slayer, Kreator, Sodom, rodzimego Hobbs' Angel of Death oraz pierwszych zespołów pierwszej fali black metalu jak Venom, Hellhammer, Bathory. Hellbringer udowadnia, że obok swoim kolegów po fachu Deströyer 666, Gospel Of The Horns, Trench Hell, Australia jest silna w kapele thrash/black metalowe na wysokim poziomie. To, co ich wyróżnia, porzucenie techniki, kombinowania i ozdobników na rzecz brudnego, niemieckiego przesiąkniętego wściekłością thrashu. Chłopaki brzmią bardzo "po niemiecku". Rewelacyjny poziom muzyczny młodzieńców z Hellbringer, doskonałe brzmienie, szaleńcze tempa, agresywne i obskurne wokale przywołujące na myśl Angelrippera, zajebiste solówki cieszą ucho i miażdżą jaja. I co z tego, że grają jak 30 lat temu? Duch bluźnierczego i opętanego, obskurnego thrashu z lat 80. unosi się w powietrzu już w pierwszym riffie. Goście mają jaja, bije od nich szczerością, w tym co robią, mają w dupie modę, a old schoolową prezencję, zaś ich muza mimo wtórności brzmi świeżo i interesująco. Na "Dominion of Darkness" każdego kawałka słucha się z prawdziwą przyjemnością. Choć brzmi agresywnie, szybko i brutalnie, nie brak mu melodyjności, dzięki wplataniu świetnych solówek oraz wpadających w ucho refrenów ("Satanic Destructor" świetne melodyjne przejście w środku utworu). Naprawdę fantastyczna produkcja albumu zasługuje na duże uznanie. Okładka również niezwykle przyjemna dla oka. Doskonały przykład jak powinno się grać black/thrash w dzisiejszych czasach. Ten materiał naprawdę skopie wam tyłki i sprawi, że łepetyny same będą się rwać do headbangingu. Rewelacja panowie! Must have dla maniaków black/speed/thrash metalu Slayer, Sodom, czy nowszych bandów jak Desaster, Ketzer, Nifelheim. (5) Joanna Denicka

Helloween - Straight Out Of Hell 2013 Sony Music

Wydaje się, że tak niedawno pędziłem do księgarni po pierwszą część "Keeper Of The Seven Keys" wydaną na winylu przez Polskie Nagrania, tymczasem Helloween będzie obchodzić w tym roku 30-lecie. Zespół nie poszedł w związku z tym na łatwiznę, zresztą rozmaitych składanek i płyt koncertowych ma w dyskografii sporo, ale przygotował kolejny album studyjny. Teoretycznie 16, jednak jeśli odliczymy wydany trzy lata temu "Unarmed", z nowymi wersjami starszych kompozycji, to "Straight Out Of Hell" jest 15 albumem Niemców. I trzeba przyznać, że jubilaci sprężyli się, nagrywając jeden z najlepszych albu-

mów w swym dorobku. Znam wielu ludzi, dla których Helloween bez Hansena czy Kiske to już nie ten sam zespół i po części mają oni rację. Z drugiej strony jednak dwaj weterani Grosskopf i Weikath nie wypadli sroce spod ogona, a ich młodsi koledzy to również zawodowcy. Udowadniają to już w trwającym ponad 7 minut openerze "Nabataea", bardzo urozmaiconym, łączącym dynamiczny power metal z niemal ekstremalnymi przyspieszeniami, orientalnym klimatem i przebojowym refrenem. Takiego starego, dobrego Helloween mamy jeszcze na "Straight Out Of Hell" sporo, począwszy od utworu tytułowego, "World Of War", "Far From The Stars" aż do "Make Fire Catch The Fly". Nie brakuje też aranżacyjnych smaczków i nieoczywistych rozwiązań. "Church Breaks Down" urozmaicają brzmiące niczym kościelny instrument organy oraz podniosłe chóry. W "Burning Sun" mamy pojedynki gitar i klawiszy oraz Derisa śpiewającego niczym sam Rob Halford. Dopełniony brzmieniami orkiestrowymi "Years" oraz łączący typowe dla Helloween refreny z ciężej brzmiącymi zwrotkami też powinny przypaść do gustu starszym fanom zespołu. Czasy takich utworów jak "Dr Stein" przypominają zaś z powodzeniem radosny "Live Now!" oraz potencjalny koncertowy hit do śpiewania z publicznością "Wanna Be God". Może nie do końca przekonują mnie brzmiący lżej "Asshole" oraz ballada "Hold Me In Your Arms", ale i tak "Straight Out Of Hell" robi spore wrażenie. (5). Wojciech Chamryk

Hellwell - Beyond the Boundaries of Sin 2012 High Roller

Hellwell to kolejny, drugi już projekt legendarnego Marka "The Sharka" Sheltona założyciela, gitarzysty oraz wokalisty Manilla Road po "Circus Maximus". Może tym razem nie do końca solowy, gdyż oprócz Sheltona swoje paluchy maczał tu inny członek Manilli Road E.C. Hellwell, który to grał na basie na ostatnim albumie "Playground of The Damned". W Hellwell natomiast przeobraził się w klawiszowca oraz zajął się tekstami. Muzycznie debiut Hellwell to synergia epickiego heavy/doom metalu z pod znaku ostatnich dokonań Manilla Road z dużą dawką klimatycznych klawiszy i psychodelicznych organów Hammonda, charakterystycznych dla zespołów z lat 70., jak Deep Purple, Uriah Heep czy King Crimson. Sam Mark Shelton opisuje muzykę Hellwell jako brata bliźniaka Manilla Road. Można tu faktycznie odnaleźć wiele podobieństw i śmiało powiedzieć, że Hellwell to w rzeczy samej Manilla Road tylko… z organami. Czynnikiem, który jednak zdecydowanie różni te dwa twory to właśnie wysunięte na pierwszy plan klawisze, które w Hellwell budują nastrój, tworzą tajemniczą otoczkę i nadają złowieszczej atmosfery dla klimatycznych liryków. Teksty autorstwa E.C. Hellwella dotyczą fantastyki, obrazy makabry oraz horroru, głównie inspiracje dokonaniami opowiadań H.P. Lovecrafta,

Edgara Allana Poe, E. Howarda. Poszczególne utwory są raczej w średnich tempach, momentami wręcz doomowe, mocno rozbudowane. Shelton operuje swoim głosem w przeróżny sposób. Na uwagę zasługuję ostatni, prawie 14 minutowy utwór "End Of Days" z niezwykle epickim klawiszowym intrem. Jak dla mnie hybryda tradycyjnego epic/heavy metalu Manilla Road, unikatowego wokalu Sheltona, świetnych gitarowych riffów z naleciałościami melodyjnego hard rocka z lat 70. jak Uriah Heep, i tworzących nastrój klawiszy to strzał w dziesiątkę. Sporym minusem jest jednak cienka jakość produkcji, album jest źle zmiksowany, brzmienie jest słabiutkie jak barszcz. Mimo, że "Beyond the Boundaries of Sin" z pewnością zasługuje na lepsze brzmienie. Hellwell powinien zadowolić nie tylko fanów Manilla Road. (4,5) Joanna Denicka

codziennej, sprawia, że jestem jeszcze bardziej zaciekawiony tym jak brzmi płyta. A płyta brzmi dobrze. Brzmienie jest potężne, trochę zbyt sterylne jak na mój gust, ale taki jest już urok nowoczesnych produkcji power metalowych. Mendez nie posiada takiego głosu jak Howe w czasach swej świetności, ale barwa jego wokali przyjemnie się komponuje z resztą warstwy muzycznej. Można było z takich swoistych zasobów wykuć porządny album, a niestety wyszło przeciętnie. Niby dużej jakości półprodukty powinny zwiastować porażający efekt. Z przykrością muszę zawiadomić, że tak nie jest. Prócz przyprawiającego o nostalgiczne ciary instrumentalnego otwieracza oraz nagranego na nowo "Heretic", który miał zapewne informować, że panowie chcą nawiązać stylistycznie do swej debiutanckiej płyty, nic nie zostaje w głowie na dłużej. Płyta nie powala. Taka marka jak Heretic zasługuje na lepsze wydawnictwa niż przeciętne albumy. (3,5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Heretic - A Time of Crisis 2012 Metal On Metal

Debiutancki krążek amerykanów, zatytułowany "Breaking Point" należy do jednych z najlepszych i najbardziej interesujących płyt power metalowych. Swą siłę i moc bezapelacyjnie zawdzięczał kunsztowi muzyków, którzy w późniejszym okresie weszli w skład takich power metalowych potężnych projektów jak Metal Church oraz Reverend. I to było niestety w konsekwencji przyczyną zagłady machiny wojny jaką był Heretic. Wokalista Mike Howe dołączył do Metal Church, gdzie jego głos wpasował się wprost idealnie, a Brian Korban, główny kompozytor Heretica, Stuart Fujinami oraz Dennis O'Hara dołączyli do Davida Wayne'a (nota bene też legendy sławnego Metal Church), tworząc kolejny solidny zespół pod nazwą Reverend. Wyglądało na to, że Heretic został już pogrzebany na amen i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek zostanie ponownie wskrzeszony. Pozory jednak mylą i tak też było w tym przypadku. Po ponad dwóch dekadach śmierci klinicznej Heretyk ożywa. I to w dodatku mniej więcej w tym samym okresie, co Metal Church, choć ten ostatni po o wiele, wiele krótszym okresie zawieszenia. No, ale żeby nie było za super-ekstra-świetnie, to żadna z tych dwóch formacji nie reaktywowała się z Mikem Howe za mikrofonem. Szkoda, bo jego mocny i rozpoznawalny głos byłby bardzo pożądanym aspektem dla każdego miłośnika twórczości tych zespołów. Nie skupiajmy się jednak na Kościele Metalu. Wracajamy do Heretyka, który krótko po reaktywacji raczy nas następcą genialnej jedynki. Z oryginalnych muzyków ostał się tylko Brian Korban, osoba która była odpowiedzialna za popełnienie kompozycji większości utworów na debiucie oraz Julian Mendez, wokalista, który był poprzednikiem Mike'a Howe'a. Pierwsze co przykuwa wzrok to porządna szata graficzna, "A Time of Crisis", tak jak inne płyty wydane przez Metal On Metal Records przykuwa wzrok ciekawą okładką oraz niebanalną szatą graficzną wnętrza. Oryginalne wykonanie bookletu, który przypomina wycinki z gazety

Holy Grail - Ride The Void 2013 Nuclear Blast

Od razu, z miejsca, bez zbędnych ogródek klimatyczne instrumentalne intro wprowadza nas w tętniącą rozpalonym ogniem atmosferę wyższych światów i dalszych bytów. "Archeus" - tytuł adekwatny do tego, co mozemy usłyszeć, a co najważniejsze, także poczuć, czyli tajemniczość i pierwotna magia. Muzyka Holy Grail na "Ride The Void" sprawia, że pod naszymi powiekami pojawiają się niezwykle plastyczne obrazy. Tak to wygląda na drugim albumie kalifornijskich odrzutków z White Wizzard i Bonded By Blood. Album wydany pod szyldem Nuclear Blast jest godnym reprezentantem tej wytwórni. Co prawda mamy do czynienia z kolejną próbą grania starego klasycznego, wyspiarskiego metalu z lat 80-tych, ubranego w nowocześniejszą, mocniejszą i szybszą formę, tak jak to robi Enforcer, Striker, wspomniany White Wizzard i cała falanga innych (przede wszystkim bardzo do siebie podobnych) kapel. Trzeba jednak podkreślić, że chłopaki z Holy Grail mają głowę pełną pomysłów i potrafią się delikatnie wyróżnić na tle innych młodych kapel grających taką muzykę. Gra solowa Alexa Lee i oryginalna barwa głosu frontmana Jamesa Paula Luny dobitnie się do tego przyczyniają. Całość brzmi bardzo profesjonalnie. Słychać, że wszystko zostało dopracowane co do taktu. Zabawne, bo Luna, tak jak inni byli członkowie White Wizzard, którzy potem powołali do życia Holy Grail, zostali oficjalnie wyrzuceni z zespołu właśnie z powodu braku profesjonalizmu i amatorskiego poziomu ich umiejętności. Nie można po prawdzie użyć stwierdzenia, że teraz Holy Grail zjada twórczość White Wizzard bez popity, jednak bezsprzecznie jest bardziej oryginalna, wyrazista i bardziej do mnie przemawia. Na "Ride The Void", najnowszym dziele Holy Grail, mamy bardzo dużo melodii oraz tony muzycznego feelingu. Muzyczne doznania chwytają za prawą komorę serducha, nieznacznie ją ściskając - tej płyty na-

RECENZJE

75


prawdę dobrze się słucha. Gwarantuję, że po jej odtworzeniu, z tyłu czaszki pojawi się imperatyw, by posłuchać jej znowu, od początku. A potem znowu, i znowu, i znowu. Brakuję mi jednak trochę... luzu(?) w muzyce, jaką prezentuje Holy Grail. No i dalej, niestety nie jest to na tyle oryginalne dzieło, na jakie bym liczył. Odrębność od reszty młodej sceny, inspirującej się klasycznym heavy/speedem, choć jest obecna, nie jest na tyle wyraźna, by się tym przesadnie egzaltować. W dodatku, wśród trzynastu utworów, składających się na "Ride The Void", obecne są średniaki, typowe zapełniacze. Naprawdę, utwory pokroju "Crosswinds" powinny zostać odrzutami z sesji, lub po prostu zostać zawczasu lepiej dopracowane. Analogiczne kawałek tytułowy oraz "Bleeding Stone", które nie dość, że mają łudzaco podobne riffy miejscami, bardzo podobne do siebie wokalizy, to jeszcze znajdują się obok siebie na płycie. Na szczęście reszta to świetne utwory - szybkie, fajne, zagrane z jajem, z maidenowymi refrenami, helstarowymi zaśpiewami oraz chwytliwymi riffami i melodiami. "Bestia Triumphans", "Dark Passenger", szybki "Take It To The Grave" oraz rzewny "Rain of Sorrow" to utwory, które nie tylko brzmią świetnie, ale też zapadaja w pamięć i pobrzmiewają gdzieś w naszym umyśle. (4,5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

I Compagni Di Baal - I Compagni Di Baal 2012 Jolly Roger

Lubię takie przyjemne niespodzianki. Nazwa zupełnie nieznana, debiutant w dodatku, a dźwięki zawarte na płycie dojrzałe i robiące wrażenie. Wygląda na to, że Włosi coraz częściej z powodzeniem sięgają do klasyki rocka, czego płyta I Compagni Di Baal jest kolejnym dowodem. Zespołowi udała się bowiem trudna sztuka połączenia heavy rocka, rocka progresywnego i hard rocka z nieco nowszymi, chociaż równie archetypowymi heavy i doom metalem. Wyszła z tego mieszanka iście piorunująca, skrząca się bogactwem barw, mnogością pomysłów i oparta na doskonałym warsztacie muzyków. Nie brakuje na "I Compagni Di Baal" akustycznych i orientalnie brzmiących partii, jednak w głównych rolach występują Daniele Carnali (gitara elektryczna) oraz biorący gościnny udział w nagraniu tego materiału Stefan Secli (instrumenty klawiszowe). Moog, organy, syntezatory - różnorakie i dostarczające bardzo urozmaiconej palety brzmień instrumenty sprawiają, że debiut Włochów jawi się niczym dzieło nagrane kilkadziesiąt lat temu, nie w roku ubiegłym. Tęsknotę za tymi czasami zdaje się symbolizować "Oltre la Luna", rozpoczynający się od dźwięku opuszczania ramienia gramofonu na płytę i trzasków winylowego krążka. Poza popisami klawiszowca mamy też na "I Compagni Di Baal" wiele interesujących partii gitarowych. Nader liczne są też momenty, kiedy to klawiszowiec i gitarzysta toczą ze sobą niemal pojedynki na solówki, lub też wymieniają się nimi, oddając sobie prowadzenie niczym kolarze z tego

samego teamu w rozpędzonym peletonie. Może to i wtórna płyta, ale zachwycająca i pełna wdzięku, godna polecenia niemal każdemu, kto interesuje się ambitniejszymi dźwiękami! (5,5) Wojciech Chamryk

In Aevum Agere - The Shadow Tower 2012 Pure Steel

Bruno Masulli gra power, speed i thrash metal w takich zespołach jak, m.in., Annihilationmancer, Loadstar, Power Beyond oraz Savior From Anger. Nie są to jednak jedyne przejawy jego twórczej aktywności, bo od ośmiu lat ma też poboczny projekt doom metalowy In Aevum Agere. Zespół popełnił niedawno debiutancki album "The Shadow Tower", na który składa się 10 klimatycznych, melancholijnych, mrocznych i epickich kompozycji. Już po wysłuchaniu pierwszego po intro właściwego utworu, tytułowego "The Shadow Tower", wszystko staje się jasne. In Aevum Agere są bowiem bezkrytycznymi wyznawcami kultu takich legend gatunku, jak Candlemass i Solitude Aeturnus, a Masulli brzmi niczym połączenie Johana Langqvista i Roba Lowe. "The Last Farewell", "Act of Faith" oraz "Ire Of Solitude" to doomowe perełki najwyższej próby. Na szczęście zespół nie zadowolił się rolą tylko wybitnie utalentowanego, ale jednak imitatora. Bruno Masulli do doom metalowego szkieletu większości utworów dorzucił więc inne inspiracje, jak chociażby grupami NWOBHM Angel Witch i Witchfinder General ("Domino"), nie zabrakło też partii kojarzących się z dynamicznym speed metalem (finałowy "Son Of Unknown"). Sprawia to, że warstwa muzyczna poszczególnych kompozycji jest urozmaicona, dzięki czemu trwająca blisko godzinę płyta nie nuży i na pewno zainteresuje fanów doom metalu. (4) Wojciech Chamryk

Jorn - Symphonic 2013 Frontiers

Urodzony w Norwegii i wychowany na hard rocku i heavy metalu Jorn Lande raczył już swoim potężnym głosem takie zespoły jak Masterplan, Avantasia, Millenium, Ark, Vagabond czy The Snakes a od 2000 roku rozpoczął swoją solową karierę i stał się jednym z najbardziej płodnych artystów bo od tego czasu zdążył już wydać pod szyldem Jorn 9 albumów studyjnych, koncertówke, DVD i kilka kompilacji a teraz przyszedł czas na płytę "Symphonic". Płyta zawiera 14 przeaaranżowanych utworów z dodanymi elementami gry orkiestry klasycznej. Oprócz nowych wersji utworów znanych z poprzednich

płyt Jorna znalazły się tu covery takich grup jak Masterplan ("Time to be King"), Black Sabbath ("The Mob Rules") i Dio ("Rock And Roll Children"). Nie ma się co dziwić, że Lande zdecydował się właśnie na takie a nie inne covery jako ogromny fan Dio (Jorn nagrał w roku jego śmierci tribute album) i były członek grupy Masterplan. O ile takie symfoniczne płyty nigdy zbytnio mi się nie podobały tak w tym przypadku ten zabieg wypadł całkiem ciekawie. Wszystkie nagrania brzmią przez to bardziej potężnie, wzniośle, ekscytująco i subtelnie z zapierającymi dech w piersiach riffami co w połączeniu z lekko chrypliwym, pełnym uczucia i emocji głosem Landego daje perfekcyjny efekt. Niektórym z tych numerów zabieg ten sprawił więc, że brzmią lepiej niż w poprzednich wersjach. Tym bardziej, że partie smyczków itp są bardzo umiejętnie dodane, nie wyróżniają się na pierwszym planie tylko przewijają się w tle w najbardziej odpowiednich momentach. Lande podjął się trudnego wyzwania bo nie każdemu tego typu remiksy wychodzą na dobre, jednak w tym przypadku śmiało mogę powiedzieć, że ten eksperyment udał się w 100%-ach. Polecam założyć słuchawki na uszy, ustawić maksymalną głośność i rozkoszować się tą magiczną płytą. Robi wrażenie! (4,25) Michał Piecykowski

Kill Ritual - The Serpentine Ritual 2012 Scarlet

Ależ ciekawa mamałyga. Ciekawość jej polega na tym, że jest cholernie niejednoznaczna i pełna przeciwstawnych sprzeczności. Po w miarę interesującym pierwszym utworze, następuje nierówna seria. Coraz bardziej zaczyna wiać nudą, patenty gitarowe stają się coraz dziwniejsze, a perkusista szybko traci pomysły na grę. Z drugiej strony zdarzają się ciekawsze momenty i album potrafi nie raz zaskoczyć. Jestem ciekaw czy istnieje ktoś, kogo nie będzie irytować niewieścia maniera śpiewania wokalisty, Josha Gibsona. Dla mnie jest on jedyną w swoim rodzaju personifikacją barda Kakofoniksa z komiksów o Galu Asteriksie. Nie chodzi nawet o to, że ma zły głos. Teoretycznie nie ma. Nie fałszuje. Jego dziewicza barwa oraz nieodparte wrażenie, że zaraz zejdzie przy tym mikrofonie jednak powodują, że małżowiny uszne same rolują się by chronić bębenki. Nie wiem, może jego inspiracjami są wysoko śpiewający wokaliści power metalowi. Oni jednak na ogół potrafią śpiewać, a ich wysokie zaśpiewy są niczym balsam oliwiący mocne dźwięki pozostałych instrumentów. Wokale na debiucie Kill Ritual takie nie są, oględnie rzecz ujmując. Są pewne wzloty. Nawet nie jest ich tak mało. Nie mam zielonego pojęcia, kto śpiewa w "Ambush", nie znalazłem żadnej wzmianki, by ktoś inny udzielał się wokalnie oprócz Josha Gibsona, jednak wokale tam brzmia zupełnie inaczej niż na większości innych utworów. W końcu mają normalną barwę, bez żadnych udziwnionych, niestrawnych wyjcowatych paskudztw. W tym utworze widać jaki potencjał mógł mieć ten al-

bum. Podobnie jest z ośmiominutowym "Coat of Blood" czy mrocznym "The Day The World Dies". "Time To Kill" miałby zadatki na coś, co można by było nawet posłuchać dla przyjemności wiele razy. Szybka, ciekawa aranżacja, połozona jednak bezwstydnie przez wokalistę. Kogóż by innego przecież. Nawet porządna gra solowa gitar na tym albumie nie rekompensuje tego, co popełnia ten wyjec. Niby taka bzdura, a razi jak słońce o poranku. (3) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Knight Fury - Time to Rock 2012 Pure Steel

Knight Fury to kapela założona przez starych wyjadaczy amerykańskiej sceny metalowej jak gitarzysta Chris Sanders (ex - Lizzy Borden), basista Dave Ellefson (Megadeth), bębniarz Ken Mary (ex- TKO, ex-Accept, ex-Chastain, exFifth Angel, ex-Alice Cooper). Debiutancki album "Time to Rock" został wyprodukowany samodzielnie przez zespół w 2011 roku. Sama muzyka to nic innego jak melodyjny hard'n'heavy zagrany w średnich tempach w stylu Fifth Angel czy starego Leatherwolf. Wyraźnie amerykańskiego akcentu nadają tu wokale Williama Kinga charakterystyczne dla wokalistów kapel takich jak Queensryche, Lizzy Borden czy Crimson Glory. Kawałki na "Time to Rock" są w istocie bardzo melodyjne, chwytliwe, harmonijne. Na uwagę zasługują wysuwające się na pierwszy plan świetne partie gitarowe Sandersa - melodyjne i wirtuozerskie w stylu Randyego Rhoadsa, Davida T.Chastaina czy Chrisa Impallitierego. Trzeba przyznać, że Sanders odwalił kawał dobrej roboty. On sam napisał i skomponował całą muzykę. Podsumowując, Knigt Fury to nic nadzwyczajnego, lecz dobry kąsek dla fanów old schoolowego amerykańskiego power/heavy metalu w tradycyjnej formie, z domieszką hard rockowego brzmienia oraz z wyraźnymi europejskimi neoklasycznymi wpływami. (4) Joanna Denicka

Korpiklaani - Manala 2012 Nuclear Blast

"Manala" to ósmy studyjny album w dorobku Finów. Z pewnością nie można powiedzieć, że zespół próżnuje, bo regularnie co roku uszczęśliwia fanów nowym, udanym krążkiem. Manala według fińskiej mitologii oznacza "dolny świat", królestwo umarłych osadzone w podziemiach. Ich najnowsze dzieło opowiada historię zaczerpniętą z fińskiego folkloru o szamanie Väinämöinenie, głównym bohaterze poematu "Kalevala" z XVI wieku. Goście z Korpiklaani

RECENZJE

77


zdaje się nieco spoważnieli i przetrzeźwieli oraz porzucili swoje alkoholickie przyśpiewki na nieco bardziej liryczną i melancholijną nutę. Muzyka na nowym albumie to wciąż typowy dla Korpiklaani żywiołowy i energiczny folk/ pagan metal, bogaty w heavy metalowe riffy, popisy na akordeonie, wygibasy na skrzypach, solówki na smyczkch. Utwory są urozmaicone, energiczne ("Kunnia"), cieżkie i wolne ("Sumussa Hämärän Aamun"), znalazła się także ckliwa ballada ("Synkkä"). Nigdy nie byłam zagorzałym fanem folk metalu i muzyka Korpiklaani nie porywa mnie do tańców, hulanek i swawoli. Zespołowi można im jednak odmówić profesjonalizmu ani zaangażowania w pracę nad nowymi albumami. Zjednali sobie wielu zagorzałych i oddanych fanów i dla niektórych są już wręcz kultowym przedstawicielem sceny folk/ pagan metalowej. Niestety jak dla mnie Korpiklaani brzmi zbyt mało klasycznie metalowo, gitary i perkusja nie są zanadto wyeksponowane. To co wysuwa się na pierwszy plan w ich muzyce to akordeon, a za nim cała reszta folkowych instrumentów. Dla tych, którzy bardziej chcieli by się wgłębić w historię Manali, a nie rozumieją fińskiego, Finowie przygotowali niespodziankę - limitowany, bonusowy krążek z angielskimi wersjami utworów. (3)

czy czerpiący zarówno z bluesa jak i dokonań Deep Purple "Calling You". Generalnie nie zmienia to jednak faktu, że często, gdyby nie solówki Piotra Brzychcego i Michała Kurysia oraz fenomenalne partie, będącego chyba w życiowej formie wokalnej, Tomasza Wiśniewskiego, byłoby mizernie. Umiejętności Tomasza słychać szczególnie w przeróbce "Child In Time", ale tym razem w wersji znanej z debiutanckiego LP Ian Gillan Band. Mam nadzieję, że nie jest to symboliczne pożegnanie, jednego z najlepszych polskich zespołów, z hard rockiem. Tym bardziej, że złagodzenie brzmienia Kruka nie przyniosło jednak, póki co, efektów: "Be3" nie trafiło na listę OLiS, próżno też szukać utworów z tej płyty na radiowych playlistach. Wygląda na to, że album jest zbyt delikatny i popowy dla fanów hard rocka, a za mocny dla masowej, w dodatku nie kupującej płyt, publiczności. Dlatego traktuję go jako wypadek przy pracy i liczę, że kolejnym albumem zespół wróci do formy prezentowanej na wcześniejszych płytach. (3) Wojciech Chamryk

Joanna Denicka

Lancer - Lancer 2013 Doolittle

Kruk - Be3 2012 MetalMind

Okładka tej płyty od razu wprowadza w nastrój znajdującej się na niej muzyki. "Be3" to bowiem Kruk odarty z magii słyszalnej na jego pierwszych albumach, sztuczny i nawet nieco koniunkturalny. Po porywającym szczerością, świeżością i energią twórczym podejściu do hard rockowej klasyki pozostało na "Be3" naprawdę niewiele. Zespół postanowił chyba powalczyć o masową publiczność i takąż popularność, krocząc drogą zapoczątkowaną na poprzedniej płycie popowym "The Best", nagranym z udziałem wokalisty Feel, Piotra Kupichy. Takie podejście jest szczególnie słyszalne w polskojęzycznych utworach bonusowych z "Be3". Co ciekawe, płytę promuje jeden z nich; do "Gdyby upadł świat" powstał nawet teledysk. Również utwory z anglojęzycznego materiału podstawowego są bardziej przystępne, brzmią znacznie lżej. Bliżej im do hard & heavy a nawet AOR lat 80-tych, niż do rasowego hard rocka wcześniejszej dekady. Całość materiału utrzymana jest więc w stylu Rainbow, ale raczej tego z Joe Lynn Turnerem, niż Ronnie Jamesem Dio. Mamy więc na "Be3" więcej syntezatorowych brzmień i solówek, hammondowe brzmienia odeszły wraz z Krzysztofem Walczykiem. Gitarowe partie solowe są krótsze, a czasem nawet bezpardonowo wyciszane, co szczególnie rażąco brzmi w "On The Station". Nie za bardzo też rozumiem, po co umieszczono na płycie instrumentalne wersje "Rising Anger" i "Burnin' Inside", dokładnie takie same, tyle, że bez wokali. Owszem, są na "Be3" utwory udane: dynamiczny opener "Rising Anger", wzbogacony udziałem Aumana z Frontside mroczny "Master Blaster"

78

RECENZJE

Lancer ze swym debiutanckim album zgłasza akces do wciąż powiększającego się grona szwedzkich zespołów kultywujących z powodzeniem tradycje klasycznego heavy metalu. Do oczywistych inspiracji Iron Maiden oraz innymi grupami nurtu NWOBHM młodzi Szwedzi dorzucają też jednak inne, znacznie mniej oczywiste. Pierwsza to dynamiczne, hard rockowe granie w stylu najlepszego okresu UFO, które możemy usłyszeć w przebojowych "Purple Sky" oraz "Young And Alive". Klasycznie hard rockowy jest też "Don't Go Changing" z oszczędnie zaaranżowanymi zwrotkami, przebojowymi refrenami oraz popisami obu gitarzystów. Słychać również, że muzycy dorastali zapewne przy dźwiękach takich zespołów jak Helloween, HammerFall oraz Edguy. Szybki, dynamiczny wczesny power metal charakterystyczny dla Helloween mamy więc w "Dreamchasers" i "Mr. Starlight", a echa stylu dwóch wspomnianych również grup zawierają balladowy "Seventh Angel" oraz ostry, zadziorny "Deja vu". Isak Stenvall brzmi niczym osobliwe połączenie Dickonsona, Kiske i Sammeta, ale wbrew pozorom owa mieszanka nie sprawia sztucznego wrażenia. Może w finałowym, bardzo kojarzącym się z rozbudowanymi kompozycjami Iron Maiden "Between The Devil And The Deep" za bardzo stara się naśladować najbardziej znanego wokalistę Brytyjczyków, jednak już w równie maidenowym "The Exiled" śpiewa wyżej, inaczej. Może i "Lancer" jest takim swoistym deja vu przenoszącym nas we wczesne lata 80., ale to muzyka zagrana szczerze, nie sprawiająca wrażenia koniunkturalnego podłączania się pod obecnie panujący trend. Dlatego: (4,5) Wojciech Chamryk Liv Kristine - Libertine 2012 Napalm

"Libertine" to czwarty solowy album byłej wokalistki Theatre Of Tragedy Liv Kristine, która równocześnie z karierą solową działa też w zespole Leave's Eyes. Czy warto sięgnąć po tą płytę? Na pewno tak. Mamy tutaj coś z pogranicza popu i gothicu. Muszę przyznać, że to dość ciekawe połączenie. Nawet jeżeli któryś z utworów zmierza bardziej w kierunku popu, to i tak jest zagrany i zaśpiewany w taki sposób, że nie ma się wątpliwości co do tego, że mamy do czynienia z rockiem. Osobiście raczej nie jestem zbytnim fanem tych stylów (pop i gotyk), ale "Libertine" zaskoczyła mnie w pozytywny sposób. Może nie rzuciła na kolana, ale jest w niej coś, co sprawia, że przyjemnie się tego słucha. Znaleźć tutaj można wiele świetnych kawałków. Pierwszym z nich jest niewątpliwie "Solve Me". To jedna z bardziej kreatywnych kompozycji. Ciekawy, klasycznie rockowy riff gitarowy w zwrotce w refrenie przechodzi w typowo metalowy, gotycki, w każdym bądź razie ciężki riff. W połączeniu z innymi przewijającymi się w trakcie trwania piosenki dźwiękami i ciekawym głosem Liv powstaje coś, co zaliczyłabym do pierwszej trójki najlepszych kompozycji na płycie. Podobne odczucia mam w odniesieniu do piosenki tytułowej, czyli "Libertine". Z tym, że ta jest troszkę bardziej mroczna, mocniejsza. Również solidny kandydat na pierwszą trójkę. "Silence" stylistycznie nawiązuje do zespołów takich jak Evanesescence. Zaczyna się spokojnie, głos Liv Kristine jest tutaj dość klimatyczny. Pod koniec czeka nas znowu mocniejsze uderzenie. Chociaż nie przepadam za taką stylistyką, to utwór broni się jako całość. Po współpracy z Nickiem Holmsem czy Johnym Kelly i jego żoną Maite Itoiz przyszedł czas na Tobiasa Regnera, zwycięzcę jednej z edycji niemieckiego Idola. Wynikiem tej kooperacji jest "Vanilla Skin Delight", czyli znowu coś znacznie odbiegającego stylistyką od pozostałych 10 piosenek. Reprezentantem bardziej popowej strony "Libertine" jest "Paris, Paris". O dziwo, głos Liv Kristine brzmi dobrze nawet w tego typu klimatach. Na albumie znajdziemy również cover utworu "The Man With The Child In His Eyes". Dobrze zaśpiewane i zagrane, ale mną jakoś specjalnie nie wstrząsnął. "Panic" i "Wait For The Rain" należą do grupy piosenek, które nie wywarły na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia, na tle pozostałych kompozycji wypadły według mnie dość słabo. Może dlatego, że to kompletnie nie moja stylistyka. "Libertine" to jak dla mnie prawdziwa mieszanka stylistyczna. Niektóre utwory są lepsze, inne słabsze. Plusem jest to, że nawet jeżeli coś mogłoby przypominać pop, to zagrane jest w bardzo rockowy sposób. Głos Liv do tej pory kojarzony raczej tylko z muzyką mocniejszą sprawdził się dobrze także w lżejszych kompozycjach. Dziwię się, że to piszę, ale taka właśnie mieszanka jako całość bardzo dobrze się broni. Myślę, że fani poprzednich albumów Liv, czy to solowych, czy tych z Leave's Eyes nie będą zawiedzeni. (4) Anna Kozłowska

Lordi - To Beast Or Not To Beast 2013 The End

Nie mogłem doczekać się nowej płyty finów na którą czekałem od trzech lat czyli od momentu wydania ich poprzedniego albumu, genialnego "Babez For Breakfest". Bardzo obawiałem się o poziom nowej płyty słuchając wcześniej singla "The Riff" ale o tym za chwilę. Rozpoczęło się od mocnego uderzenia w "We are not Bad for the Kids (We're Worse)". Dobrze dobrany "otwieracz". Właśnie do takich kawałków zespół Lordi zdążył już przyzwyczaić swoich słuchaczy. Następnie "I Luv Ugly" mocny numer z bardzo przyjemnym refrenem a następnie ten nieszczęsny "The Riff", który niewiadomo czemu znalazł się na singlu zapowiadającym ta płytę. Nowoczesny kawałek bez polotu, który w ogóle nie zapada w pamięć. Na szczęście dalej jest już tylko lepiej. "Something Wicked This Ways Comes" w średnim tempie z bardzo fajnymi przejściami i solówkami , które są mocną stroną na całej tej płycie. Numer ten kończy się trochę nudnawo ale zaraz po nim słychać już za to super szybki wstęp do kolejnego kawałka "I'm The Best" i kiedy Mr. Lordi wykrzykuje to zdanie w refrenie aż ma się ochotę odpowiedzieć "Yes, they are the best!". Kolejny mocny punkt tej płyty. Świetnie prezentują się te wspólne chórki w refrenach. Następnie mamy "Horrification", który przypomina największe hity tego zespołu. Doskonała gra klawiszy. Ten kawałek jest absolutnie jednym z najlepszych numerów na tej płycie a na pewno najbardziej przebojowym. W dalszej kolejności słyszymy "Happy New Fear", dziwny i niepasujący do reszty. Jakby zbytnio naciągany na siłę. Szkoda bo ujmuje całościowej ocenie tej naprawdę dobrej płycie. "Shizo Doll" z fajnymi i rytmicznymi zwrotkami choć refren nie powala ale ten numer jak z resztą i cała ta płyta naszpikowany jest świetnymi pomysłami i ciągle dzieje się coś nowego. Zwolnienia, grająca pozytywka, śpiew dzieci to wszystko w pędza w bardzo mroczny klimat rodem z horrorów. Czyli typowe Lordi! "Candy for the Cannibal" to kawałek ze sporą dawką humoru, bardzo wesoły, chwytliwy i idealnie skomponowany. Aż gęba się sama uśmiecha. Fuck You Ashole! i rozpoczyna się kolejny numer "Sincerealy with Love" ze świetnym tekstem i muzycznie również nie można mieć niczego do zarzucenia. Całość kończy "SCG6 Otus Buther Clinic", będącym czymś w rodzaju outra ze złowrogimi głosami i solem perkusyjnym. Super sprawa, że oddali w ten sposób hołd zmarłemu niedawno Otusowi. Podsumowując, nie jest to najlepsza płyta Lordi w ich karierze ale zespół nadal trzyma równy, bardzo wysoki poziom . Słucham "To Beast Or Not to Beast" już chyba po raz dziesiąty raz z rzędu i na pewno będę jeszcze do tej płyty wracał wiele wiele razy bo warto. (4,75) Michał Piecykowski Maelstrom - It Was Predestined 2012 Itchy Metal Entertainment Zespołów o tej nazwie namnożyło się


jak "mrówków". Śpieszę z wyjaśnieniem, że ten konkretny Maelstrom to formacja, która powstała pod koniec lat osiemdziesiątych, niczego ważnego po drodze nie nagrywając, prócz garści nieznanych szerzej demówek. Aktualnie mamy okazję spotkać i zaprzyjaźnić się z ich EPką, na której znajduje się materiał napisany w 1988 roku, a nagrany w 2008, równo po dwudziestu latach. Kolorowa przygoda nie trwa zbyt długo, gdyż trzy utwory składające się na tę EPkę, zabiorą nam raptem trochę ponad osiemnaście minut naszego żywota. Dlaczego użyłem zwrotu kolorowa? Różnorakie klimaty i inspiracje przewijają się przez te trzy utwory, niemal jak w kalejdoskopie. To wszystko zostało opakowane w bardzo umiejętne i jak najbardziej poprawne użycie przedmiotów, które uchodzą w naszej cywilizacji za instrumenty muzyczne. Praca gitar ma niesamowity warsztat. Pomijam już zróżnicowane i dobrze dopasowane riffy - raz dudniące od agresji, raz przepełnionę atmosferyczną melancholią. Melodyjne, zahaczające momentami o neoklasyczny shredding, harmonie gitarowe, to absolutny majstersztyk. Neoklasyczne inspiracje słychać także w akustycznym wstępie do otwierającego płytę "Arise", który jest jednym z wielu aspektów różnorodności, dostarczanej nam na "It Was Predestined". ciekawa barwa głosu wokalisty, uciekająca od growlu do głębokich, kontratenorów, jest adekwatnym uzupełnieniem całości materiału. Wszystkie trzy utwory to wspaniałe kompozycje, pełne zaciekle bijacej podwójnej stopy, galopad, riffów w klimatach thrash metalowych oraz US power metalowych (nie mylić z europejskimi cukierkowymi patatajami). Klimat aranżacji zmienia się w sposób bardzo plastyczny. Szybkie tempa przechodzą w wyjące gitarowe melodie, które po chwili przechodzą w twarde, ostre jak brzytwa, średnie tempo, by po chwili uraczyć nas neoklasycznym shreddingiem gitar. Wszystko poprzeplatane ze sobą, dopasowane z dokładnością zegarmistrza. Produkcja jest wyśmienita. Co nie dziwi, biorąc pod uwagę jaki sztab za nią stał. Za nagranie bębnów odpowiedzialny był Greg Marchak, który jest znany z tego, że był odpowiedzialny za inżynierię dźwięku płyt Jon Oliva's Pain oraz grupy Nocturnus. Miksem i masteringiem utworów zajął się Tue Madsen, współpracujący z Dark Tranquility, Moonspell, Kataklysm, Behemothem i pokaźną liczbą innych solidnych marek. Efekt przeszedł chyba oczekiwania wszystkich. Brzmieniowo i kompozycyjnie bardzo trudno jest przywołać z pamięci zespół, który prezentowałby porównywalne podejście do muzyki metalowej. Może to było z góry przeznaczone, ale "It Was Predestined" jest bardzo dobrym wydawnictwem, niestety bardzo krótkim, bo zmysły aż wołają o więcej. Niemniej zaostrza apetyt na nadchodzącego długograja Maelstrom, który jeżeli będzie tak samo dobry jak to EP to najlepiej by ujrzał światło dzienne jak najprędzej! (5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski Magistr - God Of Deception 2012 Metalism

Ten rosyjski zespół istnieje ponad 20 lat i ma na koncie osiem albumów studyjnych, nie licząc innych wydawnictw. Tymczasem zawartość "God Of Deception" jest tak mizerna, że zastanawiam się, jak tak długie istnienie Magistr jest możliwe. Dawno nie słyszałem bowiem tak miałkiego, wtórnego, pozbawionego pomysłów power metalu. Metalu tu zresztą jak na lekarstwo, o energii też zapomnijcie. Tych 12 utworów to wtórne, nijakie kompozycje, których autorzy próbują za quasi symfonicznymi aranżacjami ukryć ich przerażającą przeciętność. Czasem udaje im się odbić od dna, szczególnie we fragmentach czerpiących z folkloru czy brzmiących orientalnie. Poza dominującymi instrumentami klawiszowymi są też partie oryginalnych instrumentów, na przykład skrzypiec, co podnosi ogólną ocenę takich utworów jak "W sieti". Generalnie jednak królują sztampa i pseudo przebojowość, szczególnie w brzmiących jak pop balladach oraz w będącym połączeniem cięższych dźwięków z… dance i techno "Drakuli". "Wozdusznyj zamok" jest opisany jako wersja orkiestrowa i tak, jak warstwa instrumentalna tego utworu jeszcze jakoś się broni, to już Dmitriy Vasilenko wokalnie i interpretacyjnie nie staje na wysokości zadania. Wokalista jest zresztą najsłabszym ogniwem w składzie Magistr, co słychać szczególnie, gdy porówna się jego partie z tym, co prezentuje na "God Of Deception" sześcioro występujących gościnnie wokalistów. Omijać z daleka. (2) Wojciech Chamryk

Majesty - Thunder Rider 2013 NoiseArt

Domorosły mini-Manowar z Niemiec spłodził kolejną płytę. Aż nie mogę znaleźć słów by opisać mój entuzjazm i radość z tym związaną. Tarek Maghary, od czasu gdy stwierdził, że chciałby grać, jak Manowar, bardzo stara się dosięgnąć gwiazd tak jak jego bożyszcza. Niezależnie jednak ile szumu będzie robił wokół swojej kapeli, jak będzie pompował oczekiwania, zachęcał do machania baniami do jego "true metalu", to dalej pozostanie raptem niezbyt wyraźną odbitką oryginału. Pozostawmy człowieka w pogoni za jego snami, przejdźmy do dźwiękowej zawartości nowego płodu Majesty. Muzycznie jest tak samo jak poprzednio. Freedom Call szczepione z Rhapsody of Fire otoczone klimatem Manowar z czasów "Fighting the World" oraz "Kings of Metal". Niby ma być epicko a jest wręcz dziewiczo i trochę aż nadto cukierkowo. Wysoka jakość produkcji to już standard, jeżeli chodzi o power metal płodzony w Niemczech, a Majesty w tym przypadku nie odbiega na szczęście od

standardu. Gdyby trochę powściągnąć melodyjność gitar, która aż za często urządza sobie wypady w remizowe klimaty tak bardzo charakterystyczne dla tej niezbyt chlubnej części europejskiego power metalu, to wystarczyłoby tylko dodać wokale Erica Adamsa i byśmy mieli w rezultacie płytę Manowar. Sztampową co prawda, ale jednak taką która bije na głowę ostatnie dokonania samozwańczych królów metalu. Są chóry, są hymny, są epickie zagrywki, są wręcz archetypowe Manowarowe teksty. Dodam jeszcze, że interesującym elementem albumu jest utwór "Metal Union". Gościnnie na nim zaśpiewali Andreas Babuschkin (Paragon), Patrick Fuchs (Ross The Boss), Marta Gabriel (Crystal Viper), Mat Sinner (Sinner), Sven D'Anna (Wizard) oraz Johannes Braun (Kissin'Dynamite). Ciekawy kolaż oprawiony w jeden z najbardziej kiczowaty tekst jaki kiedykolwiek słyszałem, ale cóż... rozumiem, że to styl wymusza taką konieczność. (3,5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Malice - New Breed Of Godz 2012 SPV

"New Breed Of Godz" to dopiero trzeci album amerykańskiego kwintetu. Poprzedni, "License To Kill", ukazał się - bagatela! - ćwierć wieku temu. Zespół wrócił do świata żywych sześć lat temu i niedawno uraczył słuchaczy kolejnym materiałem. Tym wszystkim, którzy mieli już okazję zetknąć się z Malice tytuły utworów z nowej płyty mogą brzmieć znajomo. I nie ma w tym nic dziwnego, bowiem z 12 zamieszczonych na "New Breed Of Godz" utworów aż osiem to nagrane na nowo klasyki grupy z LP's wydanych w latach 1985 -87. Nigdy nie byłem zwolennikiem takich zabiegów, tym bardziej, że oryginalne edycje tych płyt są łatwo dostępne, ukazały się też ich wznowienia. Okazało się jednak, że te nowe wersje bronią się i możemy potraktować "New Breed Of Godz" jako swoiste wprowadzenie do świata Malice. Jest to właściwie płyta the best of, zawierająca również cztery nowe utwory. Co do klasyki, to zespół nie ingerował zbytnio w znane od lat utwory. Owszem, brzmienie jest potężniejsze, ale w ogólnych zarysach to wciąż te same kompozycje. Podobnie z partiami wokalnymi. Śpiewający obecnie w Malice James Rivera to wokalista fenomenalny, jednak raczej powtarza to, co w latach 80. wymyślił jego poprzednik, James Neal. Jedyne, co da się zauważyć, że z Riverą za mikrofonem Malice upodabnia się jeszcze bardziej do Judas Priest, mimo tego, że Neal też czuł się doskonale w wysokich rejestrach. Pełnię swych możliwości, skalę głosu i kreatywność Rivera pokazuje dopiero w premierowych utworach: motorycznym tytułowym openerze, łączącym speed i US power metal "Branded", mroczniejszym, balladowym "Wind Of Death (Angel Of Light)" oraz ostrym, zadziornym "Slipping Through The Cracks". Dlatego warto kibicować Malice licząc na to, że kolejnym, już w pełni premierowym albumem zaznaczą swój powrót jeszcze dobitniej. (4,5)

Manilla Road - Mysterium 2013 Shadow Kingdom

Muszę się przyznać, że Manillę darzę fanatycznym uwielbieniem. Jednak do każdego kolejnego albumu staram się podejść jak najbardziej obiektywnie bez przesadnej egzaltacji. Doszło nawet do tego, że zacząłem ostatnie wydawnictwa Marka i chłopaków traktować z dużą dozą krytycyzmu. Oczywiścię kocham każdą ich płytę, jednak zawsze było jakieś małe ale (no może poza "Voyagerem"). "Mysterium" uakazała się zaledwie półtora roku po "Playground of the Damned" czyli bardzo szybko jak na ich ostatnie standarty. W między czasie ukazała się też fantastyczna płyta projektu Sheltona - Hellwell. Bałem się, że napisanie naprawdę dobrego materiału w tak krótkim czasie może być zadaniem niewykonalnym. Ależ byłem głupi! Biję się w piersi i pokornie błagam o wybaczenie. Mark jest geniuszem i basta, a "Mysterium" tylko to potwierdza. Jest to chyba ich najlepsza płyta nagrana w 21 wieku. Zespół tym razem zamiast długich, rozwlekłych kompozycji utrzymanych raczej w wolnych tempach postawił na konkretne metalowe uderzenie. Utwory są zwarte, oparte na klasycznych Sheltonowych riffach, a nad wszystkim unosi się duch takich płyt jak "Open the Gates", "The Deluge" czy "Mystification". Nowi w zespole czyli basista Josh Castillo i bębniarz Neudi wnieśli naprawdę dużo świeżego powietrza. Bas Josha tworzy naprawdę znakomity podkład pod riffy, a momentami jego pulsowanie powoduje ciary. Bębny wreszcie nie brzmią tak sucho jak poprzednio tylko naprawdę potężnie, nadając niesamowitej dynamiki tym kompozycjom. Mam nadzieję, że ten skład utrzyma się jak najdłużej. Jeśli chodzi o materiał to jest on bardzo wyrównany i ciężko wybrać jakiegoś faworyta. Większość utworów nie przekracza 5 minut poza tytułowym, ponad 11-minutowym, epickim kolosem i 6 minutowym, genialnym "Hermitage". Płyta pomimo tego, że jest bardzo zwarta stylistycznie to jednak nie jest na jedno kopyto. Obok utworów marszowych, utrzymanych w średnim tempie tj. "The Great God Passess", "Do What Thou Will", "Hallowed be Thy Grave" czy wspomnianego wcześniej "Hermitage", znajdziemy szybkie i ostre kawałki, które na koncertach będą mordować (jeśli je zagrają oczywiście) czyli "Stan Your Ground" i "Only the Brave". Są tu też spokojniejsze utwory - "Battle of Bonchester Bridge", trochę southernowy nawiązujący do Voyagerowego "Tree of Life", "The Fountain" oraz instrumentalny "The Calling" przywołujący klimatem. Płyta jest fenomenalna. Zespół zebrał wszystkie elementy składowe swojego stylu i stworzył kolejne wybitne dzieło. Całości dopełnia jeszcze znakomita, klimatyczna okładka idealnie komponująca się z muzyką. Nie wiem czym Mark zaskoczy nas na kolejnych wydawnictwach, ale wiem, że ten album już dziś jest klasykiem. Up the Hammers! (5,8) Maciej Osipiak

Wojciech Chamryk

RECENZJE

79


Manowar - The Lord of Steel 2012 Magic Circle

Od pewnego czasu do każdej kolejnej płyty, ukutej przez samozwańczych królów metalu, należy podchodzić z dużą rezerwą i bez zbyt wybujałych oczekiwań. Co prawda, krąży w środowisku opinia, że przed pierwszym odsłuchaniem, wystarczy się solidnie upić i wtedy inne zawory bezpieczeństwa nie będą potrzebne. Prawda jest taka, że płyty Manowar (te ostatnie naturalnie) mają to do siebie, że nie ma o nich zgodnych opinii. Jakkolwiek by jednak nie krzyczeli zagorzali fani lekko podstarzałych, napompowanych piewców "prawdziwego metalu", to forma Manowar od kilku(nastu) lat przybiera z grubsza postać prostej pochyłej w dół. Polecą na moją głowę gromy, ale niestety ostatnie ichnie dokonanie w postaci "The Lord of Steel" jest kolejnym symptomem opadającej kondycji Joeya De Maio i spółki. Oszczędzę wam czasu i przykrości już na wstępie - nie słuchajcie tej płyty. Po prostu. Nie i już. Nie warto. Brzmienie jest fatalne, a w szczególności brzmienie basu. Nie wiem co się uroiło im pod głowami, ale naprawdę - syntetyczna barwa gitary basowej rujnuje praktycznie wszystko, co się na "The Lord of Steel" znajduje. Wokale Erica Adamsa są jakby przydymione i... apatyczne (apatia i Manowar raczej nieczęsto są ze sobą kojarzone). Wygląda to tak, jakby swoje ścieżki nagrywał skacowany i niewyspany. Nawet solówki gitarowe przynudzają i nie mają tego pierwotnego ognia, który tak często wybija się w nagraniach Manowar. Wisienką na tym zakalcu są kuriozalne tytuły utworów. Naprawdę, twór językowy w postaci "Manowarriors" zabił mnie swoim gimnazjalnym klimatem. Smutne jest to, że są na tym albumie utwory, które, gdyby nie fatalna kondycja muzyków (i to brzmienie basu rodem z imprezy dubstepowej), to byłyby nawet miłe dla ucha. "Born In a Grave", "Touch The Sky", "Hail, Kill and Die" mają drzemiący w sobie potencjał, który można było ukształtować w odpowiedni sposób. Kolejnym dowodem na to jest "El Gringo", który jest głównym motywem przewodnim ścieżki dźwiękowej do flimu Eduardo Rodrigueza o tym samym tytule - z tym, że wersja do soundtracku ma przykręconą nieco głosność basu (i chyba nawet ciut inną barwę) i brzmi o niebo lepiej niż na albumie Manowar. Irytująca jest myśl, że właśnie - można to było zrobić lepiej, a zrobiono to nieudolnie. Kończąc z tym albumem, i to definitywnie, bo wracać do niego nigdy nie będę, mam wrażenie, że DeMaio z Adamsem są już zbyt odrealnieni. Co oni sobie myśleli wypuszczając coś takiego? Przykro się człowiekowi robi. To nie jest owoc jakiego sie człowiek spodziewał. Gdzie ten prawdziwy metal? Gdzie ta obiecana Valhalla? Może następnym razem, jednak do następnej płyty Manowar będę podchodził z jeszcze większą nieufnością i rezerwą. Zwłaszcza po czymś takim jak kiepski "The Lord of Steel". (2,5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

80

RECENZJE

Memorain - Evolution 2012 Maple Metal Nazwiska we wkładce robią wrażenie. Niewiele jest projektów, które mogą się pochwalić taką plejadą znanych muzyków. Sam zespół składa się z takich osobników jak Gene Hoglan, Steve Di Giorgio, Ralph Santolla oraz Chris Valagao. Żadnego z nich nie ma sensu szerzej przedstawiać, bo wszyscy znają takie nazwy jak Testament, Death, Sadus, Deicide, Obituary i tak dalej, i tak dalej, możemy tę listę ciągnąć przez pół recenzji. Ponadto na spisie atystów, którzy pojawili się gościnnie są takie nazwiska jak Tim "Ripper" Owens, Jeff Waters, David Ellefson i inni. Grubo. A zawartość muzyczna krążka jest równie gruba. Thrash metal pod dyktando amerykańskiej szkoły. Twardo i solidnie, a jednocześnie melodyjnie i z polotem. Całościowo da się wyczuć lekki aromat Testamentu i Nuclear Assault. Siłą rzeczy także Zimmer's Hole, bo i Gene Hoglan i Chris Valagao tam grają od dłuższego czasu. Memorain na "Evolution" na szczęście nie jest kalką powyższych kapel. Bardzo charakterystycznym punktem jest wokal Chrisa Valagao. Jego szeroka skala głosu jest znana z jego popisów wokalnych w Zimmer's Hole. Na "Evolution" śpiewa z mniej humorystyczną manierą, jednak jego głos pasuje idealnie do muzyki. Wysoki poziom wokalu jest uzupełniany przez wysoki poziom na wszystkich możliwych frontach. Tam, gdzie Gene Hoglan siedzi za garami, nie może być lipy. I nie ma, gdyż praca perkusji jest wyśmienita. Jego łydy o średnicy pięćdziesięcioletniej topoli po prostu niszczą centrale swymi galopadami i rajdami na podwójnej stopie. Podejrzewam, że sam werbel był zmieniany przynajmniej trzy razy przy sesji nagraniowej, a talerze są powgniatane niczym Matiz po zderzeniu z przydrożną latarnią. Przekuwa się to na klasę "Evolution". Ogólnie poziom utworów jest dobry, z paroma odchyłami w jedną, jak i drugą stronę. Do lepszych momentów na "Evolution" jest otwierający przebojowy "Nations on Fire". Genialnie zaaranżowany hicior z partiami szybszymi i tymi w średnim tempie oraz z wpadającymi ucho melodyjnymi refrenami i solówkami. No i to bardzo klimatyczne intro, po prostu jak marzenie! Mocne "Circle" wbija w ściane, łamiąc nosy i miażdżąc żebra. Wyrazistym daniem w metalowej uczcie jest tętniacy klimatem amerykańskich tuzów w postaci wspominanego już Testamentu, Sacred Reich i zapewne kilku innych przedstawicieli amerykańskiej sceny, mięsisty "Power Out". Dodać do tego należy umiejętnie manipulujący agresją "Scratching the Surface". Forma zaproszonych muzyków, pojawiających się w kilku utworach, jest ponadprzeciętna. Głos Owensa na szybkim "Rules of Engagement" brzmi bardzo i dobrze oraz, co należy zaznaczyć, pasuje do muzyki. W prawie wszystkich projektach, w których się Tim udzielał, jego wokale, które nota bene stoją przecież na wysokim poziomie, gryzły mi się straszliwie z resztą warstwy muzycznej. Nie pasowały ani w Iced Earth, ani w Judas Priest, ani u

Malmsteema, ani nawet w jego solowym projekcie. A tutaj aż się żałuje, że udziela się on gardłowo tylko na jednym utworze. Szybkie i pełne furii riffy połączone z thrashującymi "nieco" wolniejszymi zagrywkami w instrumentalnym "A New Era" genialnie uzupełnił Jeff Waters swoja płomienną gitarą prowadzącą. Słychać tam także basowe popisy Davida Ellefsona. Żeby jednak nie było zbyt słodko i wspaniale, musiały się pojawić pewne zgrzyty. Jest niestety parę utworów, które trochę zaniżają formę całości. Swoiste wypełniacze, które z grubsza są zbędne. "Destiny Found" by przeszło niezauważenie, pozostawiając niesmak z powodu dziwnych riffów, gdyby nie całkiem smaczna solówka Laury Christine (Meldrum, Warface), zagrana w prostej, bo prostej, ale fajnie brzmiącej harmonii. "Misery", mimo bardzo zachęcającego początku i misternie poprzeplatanych talerzy, przynudza i męczy. Mierne melodie i niesmiało pojawiające się gdzieniegdzie prostackie riffy w "Death Shop" ratuje wyłącznie nies amowita aranżacja wokali Chrisa Valagao na demoniczny dwugłos. Nawet w chwalonym już przeze mnie "Scratching the Surface" pojawia się moment dezorientacji, gdy do głosu dochodzi zwolnienie z bardzo marną figurą gitarową. Jak widać, niestety nie uniknięto drobnych potknięć. Da się je jednak przełknąć i cieszyć wysokim poziomem nagrania i zawartych na nim kompozycji. (4,5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Menace - Heavy Lethal 2012 My Graveyard

Kiedy po raz pierwszy słuchałem tych nagrań byłem przekonany, że mam do czynienia z jakimś nieznanym mi zespołem z lat 80. Tymczasem Menace to włoski zespół istniejący od 1997 roku, zaś "Heavy Lethal" jest ich debiutanckim albumem. Wydawałoby się, że heavy/speed metal jest już obecnie podgatunkiem archaicznym, a Menace z powodzeniem udowadniają, że tak nie jest. Czerpiąc z tego, co stworzyli przed wielu laty Exciter, Anvil, Abattoir czy Agent Steel, dorzucając do tego mrok charakterystyczny dla Mercyful Fate oraz szczyptę melodyki Iron Maiden nagrali bardzo udany album. Wolniej jest tylko w poprzedzonym klimatycznym intro "Godzilla Rides Again" oraz w finałowym "Steel Rain". Pozostałe utwory to szybka, ostra jazda bez trzymanki. Momentami ocierająca się nawet o thrash ("Straight To The Grave", "Crabro Attack"), łącząca speed z tradycyjnym heavy ("Duke Of Death") oraz power metalem lat 80. ("She-Spider"). Wokalista Rob Savegnago świetnie odnajduje się w tej stylistyce, a wrażenie obcowania z klasycznym materiałem potęguje jeszcze surowa produkcja - "Heavy Lethal" brzmi tak, jakby został nagrany w niewielkim analogowym studio ćwierć wieku temu. Czyli generalnie album, który powinien trafić do wszystkich miłośników retro klimatów w świeżym wydaniu. (5) Wojciech Chamryk

Michael Schenker - Temple Of Rock Live In Europe 2012 Inakustiks

Michael Schenker miał spory wkład w powstanie przywołanej w tytule jego najnowszej płyty koncertowej świątyni rocka. Zadebiutował na debiutanckim albumie Scorpions jako 17-letni młodzian, by krótko po tym trafić do UFO. Spędził w tym zespole cztery lata i nagrał kilka pomnikowych dla hard & heavy albumów, z koncertowym "Strangers In The Night" na czele. Od 1980r. z krótkimi przerwami stoi zaś na czele swego własnego M.S.G., nagrywając przy okazji albumy solowe i biorąc udział w licznych nagraniach innych artystów. "Temple Of Rock - Live In Europe" w pewnym sensie podsumowuje dorobek 58-letniego artysty, będąc takim greatest hits live z niespodziankami - personalnymi i repertuarowymi. Podstawą programu jest koncert z maja ubiegłego roku, zarejestrowany w składzie: Schenker, Doogie White, Herman Rarebell, Francis Buchholz i Wayne Findley. Na scenie spotyka się więc trzech byłych muzyków Scorpions oraz wyśmienity wokalista. Dlatego w programie, oprócz klasyki M.S.G. w rodzaju: "Into The Arena", "Armed And Ready", "Cry For The Nations" czy "Assault Attack" mamy też garść numerów niemieckiej legendy hard rocka. O dziwo White radzi sobie całkiem do-brze z tonacjami Klausa Meine, dlate-go "Lovedrive", "Another Piece Of Meat", "Rock You Like A Hurricane", "Holiday" oraz "Blackout" nie są tylko okazjonalną ciekawostką. Równie efektownie wypada instrumentalny "Coast To Coast" a przysłowiową kropką nad I są klasyki UFO, w tym "Lights Out", "Let It Roll" i ponadczasowy "Doctor Doctor". Jednak to nie koniec atrakcji, bo drugi dysk uzupełniają nagrania z High Voltage Festival w roku 2011. Śpiewa w nich Michael Voss, w trzech utworach na gitarze rytmicznej gra starszy brat Michaela, Rudolf, zaś "Doctor Doctor" ma już iście gwiazdorską obsadę. Oprócz gitarowego duetu Schenkerów udziela się w nim bowiem basista UFO Pete Way, śpiewają zaś Doogie White i Jeff Scott Soto. Atutami "Temple Of Rock - Live In Europe", poza repertuarem i gwiazdorską obsadą jest też wykonanie i naturalny, koncertowy feeling - dlatego warto kupić ten album! (5) Wojciech Chamryk

Mortalicum - The Endtime Prophecy 2012 Metal On Metal

Poznałem ten zespół dzięki promocyjnym składankom "Compendium Of Metal Vol. 3" oraz "Tales Of Doom". Oba pochodzą z debiutu Szwedów "Progress Of Doom", tymczasem od


kilku ładnych miesięcy jest już dostępny jego następca. "The Endtime Prophecy" to płyta oparta na prostych, ale zapadających w pamięć riffach, dudniącym basie oraz równie nieskomplikowanych partiach perkusji. Słychać rzecz jasna sporo inspiracji wczesnymi płytami Black Sabbath, od galopującego, ale ze zwolnieniami, "Revelation Within", równie dynamicznego "Embracing Our Doom", aż do kojarzącego się z onirycznym "Planet Caravan", lecz ostatecznie rozwijającego się w zupełnie innym kierunku, "Ballad Of A Sorrowful Man". Mamy też akcenty świadczące o tym, że "The Endtime Prophecy" powstała współcześnie, a nie chociażby w 1972r. Stąd obecność nawiązującego do stoner rocka "My Dying Soul", kojarzącego się z Candlemass utworu tytułowego oraz momentami nieźle przyspieszającego "Dark Night", który mógłby spokojnie trafić na którąś z płyt Trouble. Z kolei majestatyczny, czasem tylko rozpędzający się, "When Hell Freezes Over" brzmi tak ponadczasowo, że byłby ozdobą zarówno jakiegoś albumu heavy rockowego z wczesnych lat 70., jak i płyt Blood Ceremony czy Spiritual Beggars. Wygląda na to, że rzeczone zespoły oraz inne, parające się takim graniem, zyskały w Mortalicum konkurenta, którego nie sposób lekceważyć. (5) Wojciech Chamryk

NightFear - Inception 2012 Self-Released

Okazuje się, że słuchanie nieopisanych promówek, w dodatku z takiego "nośnika" jak mp3 może sprawić niespodziankę. Na podstawie tego, co słyszałem, obstawiałem bowiem, że NightFear to zespół amerykański. Tymczasem panowie pochodzą z Hiszpanii, istnieją od niespełna pięciu lat i wydali własnym nakładem debiutancki album "Inception". Nie przeszkadza im to jednak w żadnym stopniu brzmieć niczym rasowy, amerykański zespół z dekady lat 80. Jest więc ostro, drapieżnie, momentami nawet agresywnie ("Storm Watcher") ale zarazem bywa melodyjnie, zwłaszcza w refrenach ("Nightmare"). Powiedzieć jednak, że młodzi Hiszpanie są jednowymiarowym klonem zespołów z nurtu US power metalu byłoby niesprawiedliwym uproszczeniem. Owszem, wiele tu, momentami nawet ewidentnych zapożyczeń, z "Holy Diver" Dio cytowanym w "Gates Of Fire". Jednak mimo to "Inception" brzmi świeżo, dzięki słyszalnemu zaangażowaniu muzyków, co czyni poszczególne utwory wiarygodnymi. Wykazuje się tu szczególnie wokalista Lorenzo Mutiozabal obdarzony mocnym, doskonale sprawdzającym się zarówno w niższych ("Steel Warrior"), jak i wysokich rejestrach głosem ("Immortal"). Dwa ostatnie utwory, opisane jako bonusowe, to z kolei Ameryka przełomu lat 70. i 80.: w "Neverending Lie" zespół czerpie z melodyjnego hard rocka, w "The Best Night" brzmi zaś niczym rasowy, amerykański band hard'n'heavy, pokroju Americade czy White Sister. Tak więc nie jest to debiut z gatunku rzucających na kolana, ale na pewno warto poświę-

cić mu więcej niż jedno przesłuchanie. (4) Wojciech Chamryk

NoNe - Six 2012 Mystic

Tytuł jasno wskazuje który to już album bydgoskiego zespołu. Jednak poprzedni ukazał się ponad trzy lata temu i była to akustyczna płyta koncertowa "My Only Heart Of Lion". Krążki studyjne NoNe oddziela aż pięcioletnia przerwa i sporo się w tym czasie zmieniło. Najważniejszą zmianą było odejście basisty Mihaua, mającego duży wpływ na ostateczny kształt ostatnich wydawnictw NoNe. Nie wiem na ile miało to wpływ na kształt najnowszej płyty, ale "Six" jest nie tylko najbardziej dojrzałym, ale zarazem najbardziej zróżnicowanym albumem w dyskografii zespołu. Oczywiście podstawowe założenia nie uległy zmianie - NoNe wciąż wymiata bezkompromisową mieszankę metalcore'a, groove i thrash metalu. Jednak utwory są znacznie bardziej urozmaicone i dopracowane aranżacyjnie niż jeszcze kilka lat temu. Więcej w nich melodii, czasem nawet zdecydowanie przebojowych, jak w inspirowanym nu metalem "Understanding" czy charakteryzujących się melodyjnymi, zapadającymi w pamięć refrenami "Some Of Them" oraz "Veteran". Prawdziwym zaskoczeniem w sensie pozytywnym jest też bonusowy "Yesterday" - piękna, akustyczna ballada, będąca idealnym wyciszeniem po kilkudziesięciu minutach dźwiękowej nawałnicy. Mamy też dłuższe, wielowątkowe kompozycje, jak "Collect The Pieces", będącą połączeniem ostrej thrashowej jazdy z melodyjnym refrenem i trwającą ponad 8 minut "Home Of The Ghosts", urozmaiconą akustyczną wstawką. Jednak zwolennicy muzycznej agresji też na pewno będą usatysfakcjonowani zawartością "Six". Utwór tytułowy jest bowiem bezlitosnym, pełnym agresji i dynamiki killerem. "The Darkness" to ostra, bezkompromisowa thrashowa młócka na najwyższych obrotach, mogąca kojarzyć się z Acid Drinkers. Nie ma tu mowy o jakichś muzycznych objawieniach, ale generalnie "Six" to bardzo solidna, dopracowana i urozmaicona płyta, perfekcyjnie łącząca muzyczną agresję z przebojowością. (4,5) Wojciech Chamryk

N.O.W. - Bohemian Kingdom 2013 Escape Music

Brazylijska scena melodic rock/AOR jest dość uboga, nie mniej jednak działa tam kilka wartych uwagi zespołów. Jednym z nich jest założony przez urodzonego w Los Angeles basistę Aleca Mendonce słabo znany jeszcze w naszym kraju

N.O.W., który swoją debiutancką płytę "Force Of Nature" nagrał w 2010 roku. Po trzech latach i małej zmianie składu przyszedł czas na ich drugi album. Na wokalu Philip Bardowell (znany ze współpracy m.in. z Peterem Crissem i Ace'm Frahleyem z Kiss oraz zespołem Unruly Child), któremu tak spodobała się twórczość młodych Brazylijczyków, że postanowił do nich dołączyć jeszcze przed nagraniem debiutanckiej płyty. Słuchając "Bohemian Kingdom" od pierwszych dźwięków ma się wrażenie, jakby została ona nagrana w latach 80tych gdzieś w USA lub Szwecji. Jest to bardzo melodyjny AOR bez nowoczesnych udziwnień i ciężko doszukać się na tej płycie słabego kawałka. Gościnnie w trzech utworach wokalu użyczył weteran szweckiej sceny hard rockowej Matti Alfonzetti (Jagged Edge). Z pośród całej dziesiątki najbardziej w pamięć zapadają "I'A m Alive" ze znakomitym refrenem i solówką Juno Moraesa, "Tonight is the Night" wzbogacony o partie saksofonu czy ostatni i najdłuższy numer na płycie "No One Can Feel It's Over", dedykowany zmarłemu na białaczkę w wieku 17 lat przyjacielowi Aleca. Nie jest to płyta wybitna bo przez cały czas ma się wrażenie jakby już gdzieś wcześniej słyszało się podobne pomysły, ale na pewno "Bohemian Kingdom" jest dowodem, na to, że da się jeszcze w dzisiejszych czasach nagrać dobry i solidny album w klimacie AOR. Płyta dla fanów klasyki gatunku z Journey, Boston, Foreginer czy Rainbow na czele. Każdy miłośnik tego typu muzyki powinien zaznajomić się z twórczością brazylijczyków. Polecam. (4) Michał Piecykowski

Paradox - Tales of the Weird 2012 AFM

Rok 2012 był całkiem tłustym okresem dla teutońskiego thrash metalu. Większość, znanych bardziej lub mniej, kapel starej daty zza Odry wydało bardzo dobre, dobre lub po prostu całkiem przyzwoite płyty. Tę serię zamyka wydany w połowie grudnia "Tales of the Weird" szósty już album grupy Paradox. W dodatku zamyka w bardzo udany sposób, gdyż można śmiało powiedzieć, że jest to najlepszy album Paradoxu od czasu nieśmiertelnej, klasycznej "Heresy". Tutaj praktycznie każdy kawałek jest bardzo dobrą kompozycją metalową. Zawartość krążka to tętniące gniewem idealne połączenie melodii i mięsa. Już sam otwierający płytę utwór tytułowy to ociekająca klimatem bomba. Coś co zasługuje na podkreslenie to wyjące, pełne ognia solówki. Na każdym albumie Paradoxu możemy spotkać pracę solowej gitary na najwyższym poziomie i tak też jest na "Tales of the Weird". Idące z tym w parze niszczące, mocne riffy, poprzeplatane umiejętnie z akustycznymi wstawkami, składają się na bardzo dobre kompozycje. Ten album jest tak wspaniale nagrany i zmasterowany, że jestem o krok od użycia słowa "wybitny" jako jego określenie. Tak nasiąkniętego pomysłowością i energią albumu dawno nie słyszałem, a przecież rok 2012 wręcz obfitował w udane płyty i to nie tylko te

od niemieckich lordów thrash metalu. Absolutny klejnot i przykład na to, że nie trzeba "brudzić" dźwięku na siłę, by osiągnąć właściwe metalowe brzmienie. Produkcja bowiem jest niemalże czysta jak łza, a mimo to nie wyczuwa się żadnej syntetycznej nutki. Moc, moc i jeszcze raz moc. Uprzejmie zapraszam wszystkie metalowe kapele, a zwłaszcza te obracajace się w nurcie speed/thrashu o otwarcie swoich kajecików i pilną naukę. Charly Steinhauer ze swoimi zausznikami popełnił właśnie klasyka. (6) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Phantom-X - The Opera Of The Phantom 2012 Pure Steel

Najnowsza płyta amerykańskiego Phantom-X to koncept album. W większości złożony ze znanych już wcześniej utworów, uzupełniony kilkoma nowymi, dopełniającymi opowieść. Ponieważ nie dysponuję tekstami skoncentruję się jednak na warstwie muzycznej. Jest ona bardzo dopracowana i robi wrażenie. Zespół - co zresztą nie dziwi, skoro wokalista Kevin Goocher i basista Glenn Malicki grali wcześniej, m.in., w Omen - bardzo dobrze czuje się w epickim power metalu. Jest więc ostro, dynamicznie i zadziornie ("The Mask", "Storm Riders", "13th Hour", "Deep Six Down"), ale i pomysłowo. "Storms Of Hell" łączy symfoniczny rozmach z metalowym uderzeniem. "The Rise Of The Phantom" to ballada rozwijająca się niczym klasyki Black Sababath pokroju "Lonely Is The Word" czy "Over And Over". Z najlepszym okresem Queensryche mogą kojarzyć się "A Strange World" oraz balladowy "Discovery II". O czasach, kiedy panowie terminowali w Stargazer, tribute band R. J. Dio, przypominają zaś takie utwory jak utrzymany w stylu Black Sabbath wczesnych lat 80. "Cloning The Christ", hołd dla małego człowieka o wielkim głosie "Your Majesty" oraz, przede wszystkim, "Everspell". Tu nie tylko Kevin Goocher brzmi niczym sam mistrz, ale warstwa rytmiczna, riff, nawet wejścia gitary solowej kojarzą się jednoznacznie z Dio lat 1983-85. Jednak wokalista nie ogranicza się tylko do kopiowania Dio, często demonstrując moc swego głosu ("Storms Of Hell"), skalę ("Holy Hell") czy umiejętność pięknego przejścia z niższych w wysokie rejestry ("Your Majesty"). "The Opera Of The Phantom" na pewno nie jest płytą odkrywczą, ale warto poświęcić jej więcej czasu! (5) Wojciech Chamryk Picture - Warhorse 2012 Artist Station

Holenderscy weterani nie odpuszczają. Po udanym CD "Old Dogs New Tricks" i zmianie obu gitarzystów przygotowali kolejny, trzymający poziom, album. Obyło się bez prób rozwoju czy unowocześniania stylu - zespół wciąż gra tradycyjny, klasyczny niczym wzorzec metra heavy metal. Gdyby nie mocarna, typowo współczesna produkcja można by się zastanawiać czy te nagrania nie powstały czasem w okolicach 1983 roku. I nie chodzi tylko o to, że za

RECENZJE

81


mikrofonem stoi w Picture od kilku lat wokalista z tamtego okresu, Pete Lovell. Ostry, singlowy "Battle Plan", równie rozpędzony, ale jeszcze bardziej surowy "Shadow Of The Damned" czy utwór tytułowy byłyby ozdobą klasycznych LP's Picture z lat 80. Melodyjny, bliższy hard rocka wcześniejszej dekady "My Kinda Woman" z chóralnym, nośnym refrenem, pasowałby z kolei do pierwszych płyt Holendrów. Bardziej urozmaicone granie zespół proponuje w momentami ostro przyspieszającym "The King Is Losing His Crown" oraz dynamicznym "The Price I Pay", a "Think I Lost My Way" to piękna, staroświecka ballada. Szkoda tylko, że muzycy trochę przedobrzyli, przygotowując najdłuższą płytę w historii Picture, bo bez nijakiego "We're Not Alone" oraz chyba niepotrzebnie ponownie nagranego klasyka "Eternal Dark" płyta byłaby bardziej wyrównana. Ale i tak "Warhorse" nie może zabraknąć w zbiorach maniaków klasycznego heavy. (4,5) Wojciech Chamryk

płycie utrzymana jest właśnie w takim klimacie. Na szczególną uwagę zasługują m.in. "Horseshoes & Hand Grenades", "Diggin' In The Well" czy "Low Grade Man" (w którym usłyszymy nawet saksofon, co jest jeszcze ciekawszym połączeniem). Nie można nie wspomnieć o "Carve Your Name", jak dla mnie jedna z najlepszych kompozycji. Trochę lżejsza, ale nadal mocna. Powiedziałabym, że to bardzo klasyczny rock z wieloma ciekawymi elementami. "The Tide Within" bardziej przypomina ciężkiego rocka, albo nawet metal. Mnie osobiście do gustu nie przypadła, ale na pewno może się podobać. Odstaje od reszty kompozycji. W zestawie mamy do czynienia z dwoma utworami instrumentalnymi. Wprowadzają one słuchacza w błąd. Na przykład "Chapter 6" wydaje się być wprowadzeniem do czegoś fantastycznego, może nawet z lekkimi folkowymi naleciałościami. Szkoda, że kończy się w momencie, kiedy mógłby się rozwinąć. Podobne odczucia budzi we mnie zamykające album "Grave's End". Oczywiście spotkamy się z troszkę gorszymi kompozycjami, jak na przykład "The Curse Of An Aching Heart". Nie oznacza to, że nie jest ciekawy. Jak dla mnie jest po prostu najsłabszy w całej stawce. Podsumowując, "IV" to dawka solidnego rocka z bluesowymi naleciałościami. Trzeba przyznać, że Pig Iron połączyło je w odpowiedni sposób. Dziwi mnie trochę, że tak trudno znaleźć w Internecie jakiekolwiek informacje na temat tej grupy. Dział promocji się tutaj nie popisał. Szkoda, że dobrze zapowiadający się zespół jest tak słabo promowany. W każdym bądź razie, moim zdaniem, warto poświęcić cenne 50 minut swojego czasu na przesłuchanie tego albumu. Wydaje mi się, że nawet fanom Led Zeppelin czy Deep Purple powinien przypaść do gustu (ale głowy nie dam sobie za to uciąć). (4,7) Anna Kozłowska

Pig Iron - IV 2013 Hear No Evil

Pig Iron - "IV" nazwa albumu mówi wszystko. Autor: Pig Iron, czwarta płyta w dorobku. Zespół stosunkowo młody, bo założony w 2004 roku. Panowie pochodzą z Londynu i widać, że wiedzą o co chodzi w rocku. Patrząc na ich styl można by przypuszczać, że to amerykański zespół. W swojej twórczości łączą elementy ciężkiego rocka podchodzącego czasami pod metal, klasycznego rocka, bluesa i ogólnie rzecz biorąc amerykańskiej muzyki z południa. Sięgają do korzeni rocka i to w ich muzyce jest najlepsze. Na najnowszym albumie dotychczasowego gitarzystę grupy, Dave'a Pattendena, zastąpił Dan Edwards. Po brzmieniu płyty można z pewnością stwierdzić, że jest to bardzo dobry nabytek. Riffy i solówki jakie wybrzmiewają z jego gitary są naprawdę wysokiej klasy. Jego talent można podziwiać w każdej piosence, ale najjaśniej błyszczy chyba w utworze "Good Man, Poor Man". Johnny Ogle niezaprzeczalnie ma kawał głosu i potrafi "drzeć mordę", ale wydaje mi się, że momentami nie pasuje do całości. W wielu kompozycjach przewija się element, który uwielbiam. Mieszanka rocka wpadającego w blues i do tego z bluesową harmonijką to coś pięknego. Od razu przychodzi mi na myśl fantastyczne "When The Levee Breaks" Led Zeppelin. Cudowne połączenie! W ogóle połączenie rocka z bluesem jest świetnym pomysłem. Oba gatunki doskonale do siebie pasują. W końcu rock to dziecko bluesa, więc dlaczego miałoby być inaczej? Większość utworów na

82

RECENZJE

Pink Cream 69 - Ceremonial 2013 Frontiers

Zawsze uważałem włoski Frontiers za dobrą wytwórnię. Wydają muzykę, jaką lubię. Tak jest i tym razem. Samej kapeli opisywać nie będę, bo znawcy tematu znają Pink Cream bardzo dobrze. Spodziewałem się sporej dawki mocnych, melodyjnych riffów i dobrego wokalu Davida Readmana i się nie zawiodłem, ale po kolei. Ostatnio muzyka hard rockowa coraz częściej jest puszczana w różnych mediach. Nawet w niektórych talent shows pojawiają się ciekawe hard rockowe kapele. Daje to nadzieję, że ta muzyka jeszcze się nie skończyła i jeszcze długo, długo będzie trwać i się rozwijać. To słychać też na płycie Pink Cream. Zespół idzie z duchem czasu. Do swojej muzyki dodaje ciekawe elementy, które nie zagłuszają samego gorącego, hard rockowego ducha. Okładka płyty jest nietypowa moim zdaniem (mało rockowa), mi się jednak podoba. Opisze tylko kilka kawałków z tej płyty. Pierwsze nagranie rozpoczyna się dalekowschodnim elementem, który zamiast przeszkadzać intryguje. Po nim następuje burza dźwięków i oczywiście wokal Davida. Pomimo upływającego nie-

ubłaganie czasu nie słychać w jego głosie cienia słabości. Wszystko jest spójne, zawodowo zagrane. Wiadomo, że w kapeli nie ma młodzieniaszków. Ja uwielbiam taką dojrzałość. W moim ulubionym kawałku "Wasted Years" jest wszystko co lubię. Świetny wstęp, tempo, mocny, melodyjny refren. W "Passage of Time" znowu jest nietypowy wstęp - tym razem są to dźwięki z jakiegoś dworca kolejowego (albo lotniska). Wolniejsze tempo, świetny refren i piękna solówka. W "I Came to Rock" futurystyczny wstęp, a potem świetne wejście gitary i wszystko na miejscu. Melodia, chórki, solówka. "King for One Day" przedostatni utwór na płycie - przypomina mi najlepsze lata hard rocka. Świetnie zaaranżowany, monumentalny refren. Po prostu wisienka na torcie. Płyta nie nudzi. Jest równa. Nie ma wypełniaczy. Polecam każdemu maniakowi tradycyjnego, mocnego hard rocka. Oby takich płyt wychodziło jak najwięcej. Może dzięki "Ceremonial" przybędzie więcej nowych słuchaczy i maniaków starego, dobrego hard rocka. Na razie jest to mój numer jeden w 2013 rocku! Tomasz Kwiatkowski

Pretty Maids - It Comes Alive 2012 Frontiers

Na wstępie muszę szczerze przyznać, że nie przepadam za albumami koncertowymi i zwykle ich nie kupuję. Chyba, że był to koncert, w którym sama uczestniczyłam, wtedy chętnie kupuję, ze względów sentymentalnych. Na 30 lecie kariery muzycznej grupa Pretty Maids przygotowała swoim fanom niespodziankę. Prawie dwugodzinny koncert Duńczyków zagrany zarejestrowany w Szwajcarii w 2012 roku. Z pewnością była to nie lada uczta muzyczna, dla tych, którzy uczestniczyli w tym wydarzeniu. Zespół zaprezentował bowiem swoje największe przeboje, takie jak "Yellow Rain", "Back to Back", "Savage Heart", "Walk Away" jak i wiele innych. Album koncertowy liczy dwie płyty CD/ DVD i dostajemy aż 21 kawałków. Znajdziecie tu kawałki z albumów Pretty Maids z lat 80-tych ("Red, Hot and Heavy", "Future World"), 90-tych ("Lethal Heroes", "Sin Decade", "Scream and Anything Worth Doing is Worth Overdoing"), jak i z nowszych ("Carpe Diem", "Wake up to the Real World", "Pandemonium"), tak więc fani starszych, jak i nowszych dokonań grupy powinni być w pełni usatysfakcjonowani. Setlista utworów prezentuje się imponująco. Sam koncert wydaje się być niezłym przeżyciem (i jak przyznałam, nie lubię albumów koncertowych) , tak ten mi się podoba. Nie brak tu urokliwych balladek, jak i konkretnych killerów, zwłaszcza z wczesnych lat działalności Pretty Maids ("Back to Back"! Cóż za fenomenalne wykonanie!). Koncert jest energetyczny, żywiołowy, publika śpiewa refreny wspólnie wraz z wokalistą Ronniem Atkinsem, a on sam ma świetny kontakt z ludźmi. Głos Atkinsa brzmi czyściutko i przejrzyście, żadnych wpadek i fałszów. Pozostaje jedynie żałować, że się tam nie było. Czekam z niecierpliwością na jakiś koncert Pretty Maids w przyszłości, w którym

będzie mi dane uczestniczyć na żywo. (4,5) Joanna Denicka

RAM - Death 2012 Metal Blade

RAM jest jednym z tych szwedzkich zespołów, które wydają się pieczołowicie odtwarzać tradycyjny heavy metal sprzed 25 lat. Słuchając każdej kolejnej ich płyty, można jednak nabrać wrażenia, że nie o odtwarzanie, ale raczej o pierwotne i archetypiczne granie tu chodzi. Pewne niedociągnięcia, nieznaczna "garażowość" brzmienia, brak klasycznych hitów stawia RAM na zupełnie innej półce, niż ich efekciarskich kolegów ze Steelwing czy Enforcer. Trzecia już płyta Szwedów prezentuje się jak na RAM przystało - jak zakurzony winyl znaleziony na giełdzie z muzycznymi starociami. Charakteryzują ją analogowe, nieselektywne, miejscami miękkie brzmienie, bogactwo riffów i z pozoru niechlujne, ale dzięki temu urozmaicone wokale. Oscar Carlquist porusza się w przestrzeni między deklamacją, wrzaskiem, a pianiem. Można by zarzucić Szwedom, że to już trzecia płyta, a Carlquist nadal śpiewa "byle jak". Na tym jednak polega cały urok RAM Oscar pasuje do grona kultowych, choć niedoskonałych wokalistów dawnych czasów, jak choćby Brian Thomas z Halloween. Można zaobserwować, że choć zespól stylistycznie wędruje od pierwszego krążka tą samą ścieżką, na "Death" znalazło się więcej epickich akcentów. Wydaje się, że takie numery jak wolniejsze, kroczące "Frozen" czy "Hypnos" to naturalne rozwinięcie rozpoczętego epickiego tematu "Suomussalmi" z poprzedniego krążka. "Death" to zresztą album na miarę swojego tytułu. Nie chodzi rzecz jasna o zanudzenie się na śmierć - warstwa muzyczna jest podobnie jak nazwa - oszczędna, lakoniczna i nie owija w bawełnę. "Death" to po prostu osiem klasycznych numerów zagranych na luzie, bez "napinania się" na historyczne odtwarzanie albumu sprzed prawie trzech dekad. Nawet długie, instrumentalne intro i outro w zasadzie nie pasuje do dzisiejszych czasów, w których poznawanie nowych numerów często oparte jest na sekundowym rzucie ucha na kawałek z "youtube'a". Zapewne samo intro ma nawiązywać do swoich prekursorów z dawnych płyt, takich jak choćby "Power of the Night" Savatage, co nie zmienia faktu, że RAMowi należy się plus za odwagę i bezkompromisową jazdę wehikułem czasu. (4) Strati Raw - Rawzilla 2012 MDD

Który zespół jest najlepszy z nowej fali thrash metalu? Jak to który - pierwszy lepszy! No dobrze, skoro mamy już odfajkowany żenujący żart sceptycznego recenzenta, możemy przejść dalej. Naturalnie nawet wśród młodych (choć siłą rzeczy już nie tak młodych jak niedawno) kapel z nurtu old-school thrash można wyłapać kilka dobrych zespołów i parę przekozackich liderów, to jednak


Raw nie zalicza się ani do tych pierwszych, ani do tych drugich. Opiszmy jednak na początku, z czym dokładnie mamy do czynienia. Raw prezentuje nam szybki thrash z death metalowymi elementami, reprezentowanymi głównie przez niski, growlujący wokal oraz od czasu do czasu przez pracę perkusji, gdy sobie o tym perkusista przypomni. Muzycznie, niekiedy da się wyczuć inspiracje crossoverowymi rytmami, przede wszystkim za sprawą prostych, punkujących, szybkich riffów. Mam nieodparte wrażenie, że niemieccy muzycy kiedyś bardzo lubili także te... alternatywne odmiany metalu i rocka. To da się wyczuć w większości utworów. Kompozycje są krótkie (najdłuższa ma trzy minuty i jedenaście sekund), konkretne i pieruńsko schematycznie kwadratowe. Wytwórnia MDD w materiałach promocyjnych wstawiła zdanie, że gitarowe solówki brzmią jak hołd dla Motorheadu. Można o nich wiele powiedzieć, ale nie, że brzmią jak te, które były montowane przez te wszystkie dekady przez gitarzystów wspierajacych Lemmy'ego. Same solówki są krótkie, szybkie i niestety często grane w ogóle nie w tonacji, przez co bardzo kłócą sie z podkładem gitary rytmicznej. Raw na "Rawzilli" brzmi jak kiepska wypadkowa wczesnej Metalliki, Ramones, Suicidal Tendencies i wczesnego Slipknota. Nie jest to mieszanka, która chwyta za przeponę tudzież inne wnętrzności. Nie jest zupełnie źle, podejrzewam, że ludziom, którzy lubią wymienione przed chwilą zespoły, Raw ma szansę przypaść do gustu. Zwłaszcza, że produkcja jest wyśmienita, gdyż za konsoletą siedział nie kto inny, lecz sam Andy Classen z Holy Moses. Dla wszystkich innych jednak jest to abominacja, która należy obchodzić możliwe szerokim łukiem. Warto jest także mieć ze sobą jakiś patyk, gdyby jednak wyżej wspomniana abominacja usilnie starała się skrócić dystans między sobą a nami. (2,5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Raven Lord - Descent to the Underworld 2013 Mausoleum

Gitarowy wirtuoz Joe Stump znany z takich grup jak chociażby HolyHell czy Obsession wystartował z nowym projektem Raven Lord, którego debiut właśnie się ukazał. Obawiałem się trochę, przerostu formy nad treścią i muzycznego onanizmu zamiast po prostu dobrych numerów. Na całe szczęście jest inaczej i tylko w solówkach notabene granych trochę na jedno kopyto Joe pozwala sobie na pokaz umiejętności. Muzyka jaką uraczył nas mr. Stump to grany w średnich tempach heavy metal oparty na dość prostych i ciężkich rif-

fach. Klawisze obecne przez cały czas i schowane za gitarami tworzą interesujący, trochę mroczny klimat. Bas również na drugim planie dodaje tej muzyce głębi. Czasem jest ostro, a niekiedy robi się bardziej epicko. Mamy też trochę true metalowych klimatów, wystarczy spojrzeć na tytuły takie jak "World out of Steel" czy "Metal Knights". Kolejnym bardzo mocnym punktem jest wokalista o węgiersko brzmiącym nazwisku Csaba Zvekan (Emergency, Killing Machine). Śpiewa bardzo pewnie, zadziornie, czasem agresywnie i dysponuje naprawdę ciekawym głosem. Płyta czego można się było spodziewać brzmi zawodowo. Heavy metal grany przez Raven Lord może nie jest niczym nowym, rynku muzycznego też (chyba) nie podbije, ale jest na wystarczająco wysokim poziomie, żeby zainteresować trochę osób. Ciekawy materiał, który zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem, więc może za jakiś czas wystawiłbym jeszcze wyższą ocenę. (4,8)

tym samym poziomie Razorwyre ma swój jeden charakterystyczny przewodni hymn, który sprawia lepsze wrażenie od pozostałych utworów - "Nightblade". Skocznie i szybko - może następnym razem pora na jakąś sporą dozę oryginalności, ukształtowanie swojego stylu i w ogóle jakąś próbe oddzielenia się od tej rozlazłej szarej masy, która powstała z mody na przekolorowane retro 80's pastisze? Dla fanów Steelwing, Enforcer, Bullet, White Wizzard, Striker, RAM, Metal Law i bóg tylko jeden wie ilu jeszcze podobnych kapel. Widocznie nie tylko Szwecja, Niemcy, Stany oraz Kanada mają monopol na takie zespoły. Do posłuchania na jakimś koncercie czy festiwalu. (3,5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Maciej Osipiak

Rebellion - Arminius: Furor Teutonicus 2012 Massacre

Razorwyre - Another Dimension 2012 Inferno

Ach, jakie to musi być przyjemne uczucie, gdy będąc młodą kapelą wydaję się swój debiutancki pełniak. Serce rośnie, gdy jeszcze czuje się świeżość tłoczni i delikatnie drażniący nozdrza zapach farby. Radość rozpiera płucotchawki, a endorfiny w żyłach urządzają szalone wyścigi w tę i z powrotem, połączone z degustacją prowansalskich win i tańczeniem kankana. Tyle wygrać! Odpowiedni poziom sarkazmu został osiągniety, mogę uchylić rąbka tajemnicy na temat tego, jak brzmi pierwsze dzieło kapeli, która niegdyś miała różowe logo i nazywała się Gaywire. Nie wiem, co to miało być i co miało osiągnąć, ale zmiana nazwy chyba była nieunikniona w pewnym momencie rozwoju kapeli. Otóż w pudełku opakowanym w okładkę, której motyw przewodni jest juz tak oklepany, że aż mimowolnie ziewnąłem, mamy schowaną płytę, która promieniuje feerią niejasnych bodźców słuchowych i odczuć audialnych. To, co jest bezdyskusyjnie obiektywnym pewnikiem to fakt, że mamy do czynienia z kolejną młodą kapelą, która gra w stylu tradycyjnego heavy/speed metalu z błogich i złotych lat 80-tych. Mamy więc tu rytmy skoczne, old-schoolowe, szybkie i pełne wysokich zaśpiewów. Zaznaczam, że zagrane poprawnie. Wokalista posiada ciekawą barwę głosu (czyt. nie jest bezmyślnym wyjcem), jednak jak na złość przez połowę kawałków śpiewa bez serca i bardzo płasko. Innymi słowy przyjemność ze słuchania jest taka sama jak w przypadku mnogości innych, podobnych kapel, wzorujących się na wczesnym Helloween, Judas Priest, Risk, Riot, W.A.S.P. i podobnych klasykach. I tak jak w przypadku innych młodych kapel wzorujących się na starym, dobrym heavy/speedziem są też kawałki w miare charakterystyczne, zapadajace w pamięci dłużej niż pozostałe. Striker ma swój "Full Speed or No Speed", Skull Fist swoje "No False Metal", Enforcer swój "Roll the Dice", analogicznie aspirujący do grania na

Szósty album studyjny Rebellion ukazuje się w szczególnym momencie: to pierwsza płyta zespołu po odejściu jego współzałożyciela Uwe Lulisa oraz Simone Wenzel i Gerda Luckinga. Jednak Tomi Göttlich i wokalista Michael Seifert nie tylko zdołali skompletować nowy skład, ale również nagrać płytę, która z powodzeniem nawiązuje do wcześniejszych krążków zespołu. Oczywiście nie ma tu zaskoczeń. Po szekspirowskich opowieściach i sagach o wikingach tym razem Rebellion zabrał się za historię swych przodków walczących z Cesarstwem Rzymskim. Muzycznie zaś, mimo zmiany obojga gitarzystów, też nic się nie zmieniło. Podstawą jest wciąż klasyczny heavy i power metal. Czerpiący przede wszystkim z zespołu, w którym założyciele Rebellion zdobyli sławę czyli Grave Gigger. Nawet Michael Seifert kilkakrotnie brzmi niczym Chris Boltendahl. Mimo tego, że nie brakuje urozmaiceń, jak chóralne refreny "Prince Of The Cheruscer" czy emocjonalna interpretacja w finałowym "Requiem", kiedy głosowi Seiferta towarzyszy tylko partia fortepianu, wokalista w większości utworów śpiewa tak jak zawsze - niskim, potężnie brzmiącym głosem. Mnie najbardziej przypadły do gustu wspomniane już "Requiem" oraz szybkie, kojarzące się z najlepszymi latami nie tylko niemieckiego klasycznego heavy metalu, "The Tribes United" oraz "Ghost Of Freedom". Ale przy 12. tak wyrównanych utworach i płycie trwającej blisko godzinę każdy będzie miał do wyboru kilka innych, potencjalnie ulubionych. (4,5) Wojciech Chamryk

Red Eyes - Obey the Beast 2012 Noisehead

Nie za bardzo rozumiem dlaczego re-

cenzenci zachodnich portali tak zachwycają się debiutancką płytą kwintetu z Amsterdamu. Owszem, sporo na niej interesujących fragmentów. Trafiają się nawet całe takie utwory, jak ostry, surowo brzmiący, inspirowany latami 80tymi. "Crash" czy urozmaicony, na poły balladowy "Nightmare". Nieźle brzmi również dynamiczny, riffowy "Wash" i na tym kończy się lista atutów "Obey the Beast". Głównym minusem tej płyty jest jej czas trwania - aż siedem z dziesięciu utworów przekracza 5 minut, kiedy zespołowi najzwyczajniej w świecie zabrakło pomysłów na tak długie kompozycje. Zabrakło też producenta lub kogoś, kto zwróciłby uwagę na fakt, że ciągłe powtarzanie tego samego riffu lub refrenu przez długi czas jest bardzo monotonne. Tracą na tym utwory takie jak "Wicked Devils", który trwając 3'45 byłby jednym z lepszych numerów na płycie. Dodatkowe półtorej minuty odarło go z dynamiki, sprawiając, że stał się rozlazły i nudny. Do tego zespół nie do końca jest zdecydowany, co chce grać. Niby to klasyczny heavy metal, ale nie brakuje na "Obey the Beast" elementów kojarzących się z nowoczesnym, pseudo metalowym graniem ("Bloodshed") a w dziwnie syntetycznie brzmiącym "Smoking Guns" wokalista Lucas Pruim próbuje rapować. Pruim nie jest najmocniejszym punktem zespołu nie tylko z tego powodu, ponieważ przez ponad 50 minut śpiewa niemal cały czas tak samo, a większe zróżnicowanie partii wokalnych na pewno przydałoby temu materiałowi atrakcyjności. Tak więc generalnie nie jest to zła płyta, ale przy ogromnej konkurencji i istnym wysypie tego typu wydawnictw nie ma zbyt wielu atutów. (3) Wojciech Chamryk

Repent - Vortex of Violence 2012 High Roller

Pewna dość charakterystyczna cecha odróżnia "Vortex of Violence" od innych płyt, wypuszczanych w ilościach hurtowych przez mrowie nowofalowej zarazy. Ten album nie jest stylizowany tak, by brzmiał jak stary dobry thrash z lat 80-tych ubiegłego wieku. On brzmi jak żywcem wyrwany z tamtych lat. Gdyby nie data na nagraniu, dałbym sobie rękę odrąbać, że to produkt lat 1986-1989. Niestety mało jest punktów charakterystycznych na nim, wszystkie utwory zlewają się w jedną młóckę. To jest nagranie, które się puszcza, by przez te czterdzieści minut leciało sobie w tle. W gruncie rzeczy cała płyta praktycznie brzmi jak jeden bardzo gniewny utwór. Gniewne gitary z zabójczymi riffami okraszone gniewną perkusją i bardzo, ale to bardzo gniewnym wokalem. Bardzo wyraźnie słychać inspirację Sepulturą i Excel. Sepultura wręcz przeziera się przez pracę perkusji, gitar oraz wokal. Mimo, że Repent jest kapelą niemiecką, ich pomysł na thrash różni się kompletnie od tego, do czego nas przyzwyczaiła teutońska scena. Może to dzięki temu, że Repent nie jest świeżynką wykreowaną przez nowofalową pożogę, która dalej zatacza kręgi po naszej planecie. Zespół istnieje już od dobrych dwóch dekad i muzycznie bar-

RECENZJE

83


dziej jest skierowany ku standardom wyznaczonym przez kapele zza oceanu. Jak już wspomniałem, niewiele się wyróżnia spośród zawartości "Vortex of Violence", który przypomina upłynniony zmiksowany posiłek. Smaczny co prawda, jednak dalej zmielony i pozbawiony większych aspektów wyrózniających. Od tej mamałygi lekko odstaje "Rat Race", który ma zupełnie inną manierę wokalną w refrenie niż pozostałe utwory (co zresztą wyszło mu na plus) oraz atmosferyczny "Human Hell". Nie można powiedzieć, żeby tętnił klimatem, jednak mglisty początek utworu oraz umiejętnie zwolnione niektóre partie zapadają w pamięć i pozostawiają miłe wspomnienie. Wielka szkoda, że nie ma więcej tego typu smaczków i reszta aranżów wygląda podobnie do siebie. "Vortex of Violence" to nic specjalnego na rynku wydawniczym, jednak zawieruchę rozpętuje. (4) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Riverside - Shrine Of New Generation Slave 2013 InsideOut/Mystic

Wstyd się przyznać, ale o Riverside usłyszałam dopiero w tym roku. A szkoda, bo to naprawdę chluba polskiego rocka. Podejrzewam, że gdyby nie sukces ich najnowszej płyty nadal żyłabym w niewiedzy. To chyba jeden z niewielu polskich zespołów, który może się pochwalić tak dobrymi recenzjami nie tylko w kraju, ale również poza jego granicami. I tak "Shrine Of New Generation Slaves" zbiera najwyższe noty w Wielkiej Brytanii, Czechach, Niemczech, Estonii czy na Węgrzech. Duma mnie rozpiera tym bardziej, że po przesłuchaniu albumu jestem całkowicie przekonana, że takie oceny nie są na wyrost. Panowie z Riverside dali nam kawał naprawdę dobrej muzyki. Spotkamy się na nim z muzyką inną niż wcześniej (a przynajmniej taki był ogólny zamysł). Usłyszymy kompozycje typowo rockowe, hardrockowe, a nawet lekko bluesowe. Pod względem czysto muzycznym, czyli instrumentalnym jest świetnie. Od strony perkusyjnej wszystko chodzi jak w zegarku. Gitarowo również nienagannie. Piotr Grudziński udowodnił, że doskonale wie o co chodzi w grze na tym zacnym instrumencie. Ciekawe riffy i solówki dodają całości smaczku. Muszę przyznać, że chociaż może nie znam tej grupy tak dobrze jak bym tego chciała, to naprawdę zdobyła moją wielką sympatię. Dlaczego? To jeden z tych niewielu zespołów, w których gitara basowa nie jest traktowana tylko jako dodatek, na który nie zwraca się zbytniej uwagi. A przecież już dawno temu Jimmy Page powiedział, że najważniejsza jest perkusja i gitara basowa. W końcu ktoś, kto traktuje mój ulubiony instrument jak należy. Tutaj linia basowa, to nie tylko element sekcji rytmicznej, ale jeden z najważniejszych elementów w ogóle. I chwała wam za to panowie! Jeśli chodzi o stronę wokalną, cóż, Mariusz Duda jest profesjonalistą. Dobrze komponuje się z sekcją muzyczną nawet wtedy, kiedy jego głos jest przesterowany. Została zachowana również ciągłość tekstowa. Każdy z utwo-

84

RECENZJE

rów nawiązuje do tytułu "Shrine Of New Generation Slaves". Mamy więc teksty nawiązujące do różnego typu współczesnych uzależnień takich jak sława czy bogactwo. Natkniemy się na wspomnienie czasów dzieciństwa, kiedy dzieci od szarej rzeczywistości uciekały w świat wyobraźni. Na koniec "Coda" z optymistycznym przesłaniem: najważniejsza w życiu jest rodzina. Na albumie spotkamy się również z organami Hammonda, używanymi na poprzednich płytach, ale nie w taki sposób jak tutaj. Muszę przyznać, że jak nie lubię takich dodatków do rocka, to o dziwo tutaj harmonizują z brzmieniem zespołu. Pierwszym singlem promującym album było "Celebrity Touch", czyli coś całkowicie innego niż reszta kompozycji. Mamy do czynienia z hard rockowymi klimatami z tą tylko różnicą, że podstawę stanowią tutaj wspomniane już Hammondy. Brzmieniowo nawiązuje do Deep Purple z lat '70. Po przesłuchaniu tylko tej jednej piosenki ma się ochotę zapoznać z całą płytą. Z klawiszami jako podstawą mamy do czynienia również w "Escalator Shrine" i "Deprived (Irretrievably Lost Imagination)". Pierwszy utwór bardzo rozbudowany. Rozpoczyna się dość balladowo, taki klimat nie trwa jednak do końca. W połowie uderzy nas organowe solo i ogólnie rzecz biorąc mocniejsze brzmienie. Po czym wracamy do spokojnych gitarowych dźwięków, trochę przypominających Pink Floyd. Pomimo tego, że utwór trwa prawie 13 minut nie ciągnie się, ani nie dłuży. Nie można się przy nim nudzić. W "Deprived", kolejnej balladzie, warto zwrócić uwagę na zakończenie. Ciekawa linia melodyczna z dodatkiem saksofonu (zagrał na nim Marcin Odyniec) jest tutaj esencją utworu. "New Generation Slave" to utwór otwierający album. Nagłe "wybuchy" gitary i organów w pierwszej części robią wrażenie. Na początku dość spokojnie, później sytuacja się rozkręca, żeby w końcówce znowu wrócić do klimatów początkowych i zakończyć całość bardzo miłym dla ucha, delikatnym dźwiękiem gitary. Do tego tekst jest naprawdę bardzo inteligentny. Moim zdaniem najlepsza pozycja na płycie to "Depth Of Self - Delusion". Powiedziałabym, że to bardzo klasyczny numer zawierający wszystko co lubię. Największe wrażenie robi bogate tło muzyczne. Oprócz doskonale brzmiącej gitary elektrycznej, akustycznej i basowej usłyszymy tutaj instrumenty smyczkowe, czy nawet cymbałki. Czuje hit w powietrzu. Prawdziwa uczta dla ucha. Bardziej nastrojowa "We Got Used To Us" to również bardzo mocna pozycja na płycie. Kompozycja oparta jest na dźwiękach pianina i klimatycznych partiach gitarowych. "Feel Like Falling" bardzo odbiega od reszty utworów. Każde brzmienie jest tutaj przesterowane. Wszystko oparte na hard rocku co potwierdza psychodeliczne solo gitarowe kończące kompozycję. Na zakończenie panowie z Riverside zafundowali nam chyba najbardziej optymistyczną kompozycję, jaką jest "Coda". Co tu dużo pisać, to akustyczna miniaturka dopełniająca całość. Po czterech latach od wydania ostatniego albumu studyjnego Riverside wydał naprawdę fantastyczny "Shrine Of New Generation Slaves". Krótko mówiąc, warto było czekać. Oprócz bardzo dobrych kompozycji pod względem muzycznym otrzymaliśmy sporą dawkę inteligentnych tekstów. Można powiedzieć, że to ukłon w stronę lat '70 i zespołów takich jak Deep Purple czy Pink Floyd. Z tak wspaniałą płytą nie pozostaje Riverside nic innego jak tylko zdobyć światowe rynki mu-

zyczne. Szczerze polecam. (5,7) Anna Kozłowska

utowym krążku brakuje porządnych, kąpiących dupę epic metalowych hymnów. Ogólnie rzecz biorąc tragedii nie ma, ale szału również, mogło być znacznie lepiej. Na następnym albumie poproszę o więcej szybszych utworów z pazurem i heavy metalowym zacięciem. (3,5) Joanna Denicka

Sacred Blood - Alexandros 2012 Pitch Black

Drugie dziecię greckiego tria Sacred Blood "Alexandros" to koncept album złożony z 15 utworów, opiewający życie i czasy Aleksandra Wielkiego. Jako że zespół pochodzi z Grecji i gra epicki heavy/power metal nie jest niczym zdumiewającym, że głównym tematem ich tekstów jest historia antyczna Grecji (jak na pierwszym albumie "The Battle Of Thermopylae"), tak na drugim krążku otrzymujemy muzyczną interpretację czasów panowania niezwyciężonego Macedońskiego króla. Powiało mi tu trochę Włoską grupą Holy Martyr, która również nagrał koncept album na temat Helleńskich wojowników "Hellenic Warrior Spirit", ale zrobił to znacznie lepiej. Głos wokalisty Epeiosa Focaeusa jest dość przyjemny, choć również trochę zbyt podobny do Alessandro Mereu z Holy Martyr. Słychać również, że podczas nagrywania "Alexandros" Grecy byli pod silnym wpływem Virgin Steele "House of Atreus". Choć "Alexandros" to przywołanie najważniejszych faktów z życia i panowania Aleksandra Wielkiego od chwili objęcia tronu, przekroczenie Granikonu, podbój Imperium Perskiego, podróż do Indii i w końcu śmierć Aleksandra Macedońskiego, to odniesienia do Holy Martyr czy Virgin Steele są tu oczywiste. Album Greków natomiast nagrany jest bez szału jeśli chodzi o kompozycje utworów, żaden kawałek tak naprawdę nie pozostaje w głowie na dłużej. Jest kilka dobrych momentów, album bogaty jest w podniosłe, epickie instrumentalne interludia, akustyczne brzmienia, folkowe wstawki, chórki, kobiece wokalizy, odgłosy mieczy czy szumu morza w tle i inne urozmaicenia. Nie jest to jednak w stanie uratować przeciętnego muzycznie albumu. Kolejny, wielki minus to paskudna okładka, komiczny, marny obrazek, chyba narysowany w paintcie przez niedorozwiniętego malarza pokojowego. Nieoficjalne źródła donoszą, że pieniądze na nagranie tego wiekopomnego dzieła potomków Sokratesa wyłożyła firma Nestle, i Zeusowi tylko można dziękować, że akurat promowali nowy baton "Lion" a nie płatki owsiane, bo zamiast ryczącego groźnie lwa, na okładce znalazłby się wesoły króliczek Bunny z radośnie zawiniętymi uszami. Poza tym czekoladowo komercyjnym akcentem symbolika okładki jest głęboka jak tolerancja członków ONR-u. Aleksander zmierza na wielkim czarnym Bucefale plecami do słońca w kraine mroku, cienia i epickiego heavy metalu. Tak naprawdę na "Alexandros" więcej jest przerywników niż stricte metalowych hitów. Z całej 15 utworowej płyty mogę wyróżnić jedynie trzy dobre metalowe kompozycje, "Death Behind The Walls" z fajnym otwierającym riffem, dość szybki i melodyjny "Ride Through The Achaemenid" z chwytliwym refrenem, utwór, który najbardziej przypadł mi do gustu i galopujący "The Battle of the Granicus (Persian in Throes)". Na ponad 51 min-

Sacred Gate - When Eternity Ends 2013 Metal On Metal

Wygląda na to, że Niemcy nie zdołają się już uwolnić od etykietki tribute bandu Iron Maiden. I nie chodzi tu o to, że podrabiają na siłę patenty swych popularniejszych kolegów po fachu. To chyba raczej kwestia podświadomego nawet czerpania z ich dokonań, mimo tego, że Made Of Iron, poprzednie "hołdowe" wcielenie Sacred Gate, wydał swą jedyną płytę niemal 10 lat temu i grupa działa pond nową nazwą już piąty rok. Nowa nazwa nie zawsze oznacza jednak zrezygnowanie ze starych nawyków. Dlatego mamy na "When Eternity Ends" kolejny hołd dla Maiden. Owszem, sięgający niekiedy dalej, czerpiący też z innych sław metalu lat 80., jak w dynamicznym openerze "Creators Of The Downfall", balladowym "Freedom Of Death" czy urozmaiconym "Heaven Under Siege". Jednak zbyt często barwa głosu Jima Overa i jego charakterystyczne frazowanie kojarzą się z Dickinsonem, za dużo tu również trademarkowych gitarowych unison duetu Murray/ Smith. Czasem zaś, jak chociażby przy utworze tytułowym, można zadać sobie pytanie kiedy inspiracja zaczyna przybierać zbyt zbliżone do oryginału, w tym wypadku "2 Minutes To Midnight", kształty. Generalnie to album na poziomie, świetnie zagrany, zaśpiewany i brzmiący, ale oryginalności się tu nie spodziewajcie. (3,5) Wojciech Chamryk

Sacred Steel - The Bloodshed Summoning 2013 Cruz Del Sur

Stylizowana na komiksową oprawę okładka nowej płyty Sacred Steel jest czynnikiem, który wyróżnia "The Bloodshed Summoning" nie tylko wśród dyskografii tej niemieckiej kapeli, ale także ogólnie wsród nowości, które pojawiają się na metalowym rynku muzycznym. Ósmy już longplay tego barwnego zespołu jest solidną kontynuacją dobrej serii wydawnictw jakie są nam od kilku lat dostarczane przez Sacred Steel. Mamy tutaj do czynienia dokładnie z tym samym, co było nam serwowane przez ostatnie albumy. Mocne, mięsiste brzmienie gitar i basu, dobrze podkreślane przez kaskadę dobrych i umiejętnych riffów. Dobrze komponu-


jąca się z całością aranży perkusja, która nawiasem mówiąc brzmi lepiej niż te garnki jakie nam zostały podane na "Carnage Victory". Do tego bardzo charakterystyczny wokal Gerrita Mutza, który uległ lekkiej zmianie. Zmianie dość znacznej, gdyż można ją wychwycić praktycznie od razu. Wokalista Sacred Steel przyzwyczaił nas przez te wszystkie lata do swojej dość... specyficznej, oględnie rzecz ujmując, maniery śpiewania, która przez jednych jest lubiana, przez innych traktowana jako asłuchalne wypaczenie. Na "The Bloodshed Summoning" Mutz już nie urządza szalonych eskapad po losowych częstotliwościach. Unika też śpiewania w wysokich rejestrach, z którymi jest dość jednoznacznie kojarzony. Ścieżki wokalne na najnowszym krążku Sacred Steel są bardziej demoniczne, niższe, niemalże charczone. Dalej jest melodyjnie, ale już bardziej z umiarem i mniej chaotycznie jak to bywało na poprzednich nagraniach zespołu. Nie powiem, brzmi to ciekawiej i lepiej. Oprócz tego mozemy tutaj uświadczyć cechy typowe dla muzyki Sacred Steel - epicki klimat, wpadające w ucho utwory, część zapadajaca w pamięć, część od razu z niej wylatująca, innymi słowy standard. Szczęśliwie nie stwierdzam trendu w postaci zjadania własnego ogona, mamy podane nowe danie w takim samym stylu jak poprzednie. Zachęcam do zapoznania się z powyższym albumem, a ja wracam do pysznych killerów z tejże właśnie płyty, w postaci "The Night They Came To Kill", "No God / No Religion" oraz otwierającego i pełnego furii "Storm of Fire 1916". (4) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Saratan - Martya Xwar 2012 Massacre

Mój pierwszy kontakt z tym materiałem nie był zbyt udany. Muzyka niebardzo mi podeszła, uważałem ją za zbyt przekombinowaną, a samo jej słuchanie było dla mnie męczące. Po dłuższej przerwie postanowiłem dać Saratnowi kolejną szansę. Kilkanaście przesłuchań z rzędu sprawiło, że zostałem zauroczony. To nie jest muzyka łatwa, której się słucha podczas sprzątania, golenia czy innych zwykłych czynności. Tutaj potrzeba całkowitego skupienia się na tych dźwiękach i wczucia się w klimat. To już nie jest thrash albo death metal, to jest Saratan. Grupa doskonale łączy brutalność z bliskowschodnim klimatem, a każdy utwór z osobna posiada swoją własną tożsamość. Jednak pomimo tego, że cały materiał jest wyrównany i nie ma słabych punktów to jednak druga część płyty całkowicie mnie nokautuje. Trzy zabójcze ciosy w postaci ponurego, wolnego, bardzo doom' owego okraszonego bardzo klimatycznym pianinem "Silent sound of Mourning" oraz dwóch szybkich killerów z rozpieprzającymi, wkręcającymi się w mózg riffami czyli "The Sacred Path of Martya Xwar" oraz "The God That Dissapear". W wersji live to musi być istne morderstwo. Na całej płycie słychać też różne instrumenty etniczne wprowadzające tajemniczy nastrój i bliskowschodni klimat. Płyta jest krótka, bo trwa zaledwie 37 minut, tak więc nie

ma możliwości, żeby się znudzić. "Martya Xwar" jest jednym z ciekawszych albumów nagranych w Polsce jakie ostatnio słyszałem i najlepszym jaki nagrał Saratan. Zespół odnalazł już chyba swoją ścieżkę i jeśli będzie rozwijać się w tym tempie to aż strach pomyśleć co stworzy w przyszłości. Jeśli dacie tej płycie szansę nie zrażając się po pierwszy przesłuchu, to jest szansa, że długo się od niej nie uwolnicie. Ta muzyka uzależnia! (5)

właśnie... Savage. Co prawda "Sons of Malice" nie jest tak dobry jak klasyczny i, można śmiało rzecz, że już kultowy "Loose 'N Lethal", jednak jest godnym, trzymającym fason, następcą. (4,5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Maciej Osipiak

do tego świetny wokalista potrafiący zaśpiewać w różnych rejestrach. Ta płytka zajebiście sprawdza się na imprezach, nawet na kacu nie męczy hehe. Scream Maker dorobił się już hitu w postaci "Wanna be a Star", do którego nakręcili też bardzo udany klip, który na pewno spodoba się męskiej części widzów. Tak naprawdę nie ma tutaj żadnego słabego numeru, niespełna 38 minut muzyki przelatuje błyskawicznie rozbudzając apetyt na więcej. Scream Maker podobno tworzy właśnie materiał na debiutancki album. Jeśli uda im się przebić tą ep to może być o nich naprawdę głośno. (5) Maciej Osipiak

Screamer - Phoenix 2013 High Roller

Savage - Sons of Malice 2012 Minus2Zebra

Ostatnimi czasy coraz więcej dinozaurów brytyjskiej sceny złotej ery NWOB HM przełamuje cisze wydawnicze, wydając swe nowe dzieła. Dzieła udane mniej lub bardziej. Na szczęście najnowsze dziecko brytyjskiej grupy Savage należy do tej drugiej grupy. Już od pierwszych dźwięków tętno delikatnie rośnie, a na twarzy pojawia się delikatny, nostalgiczny uśmiech. Płytę otwiera tryskający przebojowością "The Rage Within", utwór utrzymany w stylistyce imprezowego rock'n'rollowego klimatu. Od razu rzuca się w uszy potężne i przestrzenne brzmienie gitar, przepysznie dudniący bas oraz wyrazisty głos Chrisa Bradleya. Jego barwa głosu oraz maniera śpiewania, bardzo wyraźnie akcentują swoją twardą pozycję w produkcji, stanowiąc jeden z najbardziej charakterystycznych elementów tego albumu. Stylistyka oraz klimat NWOB HM zostały bezsprzecznie zachowane i bardzo dobrze skonstruowane. Savage na "Sons of Malice" pokazuje swoje oblicze także z perspektywy innych nurtów muzycznych. W "Black N Blue" mamy do czynienia ze stylistyką niemal blues rockową, jednak zakrzywiony szpon brytyjskiego metalu jest nadal w tym utworze obecny. Zaowocowało to bardzo ciekawą, eklektyczną kompozycją. Akustyczne gitarowe intro do "The Hanging Tree" dla odmiany jest utrzymane w konwencji brudnego pustynnego country, przepełnionego złowieszczym, ponurym klimatem Dzikiego Zachodu. Pozostała część utworu to fajne, tradycyjne metalowe granie. Tak jak i reszta utworów na najnowszym albumie grupy Savage - jest prosto, fajnie, bez zbędnej ekwilibrystyki i udziwniania. Przyjemne, proste solówki, siarczyste, nieskomplikowane, mięsne riffy - wszystko składajace się na typowo wyspiarski klimat z początku lat 80-tych. Idealne do puszczenia jako tło rozmów w knajpie, do obierania ziemniaków, podczas jazdy samochodem albo po prostu, zwyczajnie - do posłuchania. "Sons of Malice" to płyta wypakowana typowym brytyjskim metalem sprzed 30 lat, z brzmieniem i technologią obecnych czasów. Znajdują się na niej utwory nie za szybkie, epatujące zadymionym klubem z rockowej epoki retro, jak i te szybsze ("Waking the Dead") oraz te niosące ze sobą trochę amerykańskiej zadziorności rodem z W.A.S.P. czy Twisted Sisters ("Now"). Płytka jak najbardziej godna polecenia, zwłaszcza dla fanów brzmienia w stylu Tygers of Pan-Tang, Tanka z płyty "Power of the Hunter" albo

Już debiutanckim "Adrenaline Distractions" młodzi Szwedzi wysoko zawiesili sobie poprzeczkę, udanie łącząc klasyczne heavy metalowe wpływy z bezkompromisową przebojowością i ogromną energią. Na najnowszym "Phoenix" poszli jeszcze dalej. To oczywiście wciąż klasyczne, czerpiące z dokonań przede wszystkim wczesnego Iron Maiden, Judas Priest z okresu 1978 - 84 czy Accept, dźwięki. Zespół jednak w ciekawy sposób urozmaicił swe utwory, dodając do nich jeszcze więcej wpływów i inspiracji. Po dynamicznym i rozpędzonym początku płyty w postaci "Demon Rider", "No Regrets" i "Slavegrinder" pojawia się więc czerpiący z hard rocka, melodyjny "Far Away From Home". Ostre, szybkie utwory w rodzaju speed metalowego numeru tytułowego czy "Red Moon Rising" sąsiadują z równie szybkim, ale znacznie lżejszym, dość przebojowym, "Mr. Noman". To jeden z dłuższych utworów na płycie, ale przebijają go zdecydowanie "No Sleep 'Til Hamilton" oraz finałowy "Lady Of The River". Oba charakteryzują się złożoną formą, momentami nawiązując nawet do rocka progresywnego o hard rockowych inklinacjach. Co prawda sam zespół określa swoją muzykę jako full throttle heavy metal 'n' Roll, jednak owe hard rockowe i inne wpływy to tylko dodatkowe, ubarwiające całość, smaczki. "Phoenix" jest bowiem przede wszystkim fantastyczną, klasycznie heavy metalową płytą i to wielbiciele takiego grania będą mieli z niej najwięcej radości! (5,5) Wojciech Chamryk

Shadows Past - Perfect Chapter 2013 Doolitlle Group

Paręnaście lat temu wokalista Ola Halen bliżej znany z zespołu Insania, miał w głowie mnóstwo pomysłów na swoje własne kompozycję. Tak narodziła się grupa Shadows Past, która ma na koncie pięć demówek ale dopiero teraz doczekała się debiutanckiego albumu. Jest to typowy, szybki i melodyjny power metal, którego wyróżnia na pewno nieprzeciętny głos Halena, momentami łudząco podobny do Andiego Derisa. Od czasu do czasu przewija się również growlujący wokal co kompletnie nie pasuje do tego typu muzyki i tylko psuje partie wokalne na tej płycie. Instrumentalnie jest poprawnie i słychać spore umiejętności muzyków. Niemal w każdym kawałku świetnie brzmią solówki. I to niestety było by na tyle jeśli chodzi o plusy tej płyty. Poza tym nudny i monotonny album od początku do końca, a ostatni na płycie, jedyny wolny kawałek "Believe" sprawia, że na koniec można już całkowicie zasnąć. Szkoda bo jako fan szwedzkiej sceny metalowej różnych gatunków, spodziewałem się czegoś znacznie lepszego po tej płycie i niestety się zawiodłem. "Perfect Chapter" nie porywa, na krążku brakuje fajnych pomysłów przez co wszystko jakby zlewa się w całość i leci sobie bezpłciowo nie wywołując u słuchacza żadnych szczególnych doznań. Tym debiutem Shadows Past na pewno nie zawojują metalowego światka a jeśli nadal będą nagrywać takie przeciętne płyty to nie wróże im żadnej oszałamiającej kariery. Szkoda, bo jest potencjał ale brakuje jaj. (2,5) Michał Piecykowski

Scream Maker - We Are Not The Same 2012 Self-Released

Opisywany tutaj materiał to debiutancka EP warszawskiej grupy Scream Maker. Nazwa do tej pory nie była mi znana, więc dość sceptycznie podszedłem do pierwszego odsłuchu. No i tutaj spotkało mnie ogromne i bardzo pozytywne zaskoczenie. Muzyka to klasyczny heavy metal z lekkim hard rockowym zacięciem, zagrany niezwykle żywiołowo i z niesamowitą lekkością i luzem. Słychać tutaj oczywiście takie tuzy jak Judas Priest, Saxon czy Scorpions, ale bez ślepego naśladownictwa. Wszystko jest na swoim miejscu, muzycy pokazują naprawdę duże umiejętności,

Skelator - Agents Of Power 2012 Metal On Metal

Pracowite z nich chłopaki, bez dwóch zdań. Co dwa lata nagrywają kolejny album, do tego nie można odmówić im też talentu, bo każda z płyt Skelator

RECENZJE

85


jest ciekawsza od poprzedniej. Podobnie jest z "Agents Of Power", który jest najbardziej dojrzałym dziełem w dyskografii zespołu. Muzycy stopniowo odchodzą od preferowanego w pierwszych latach istnienia thrash/speed metalu, koncentrując się na surowo brzmiącym epic power metalu. Nowe utwory, nie tracąc nic z tak charakterystycznych dla Skelator energii i dynamiki, stały się bardziej urozmaicone oraz znacznie ciekawsze. Nie jest to może jeszcze liga Agent Steel, Attacker, Helstar, Jag Panzer czy Omen z najlepszy lat, ale jak tak dalej pójdzie młodzi Amerykanie dołączą do znacznie bardziej znanych rodaków szybciej niż ktokolwiek by się spodziewał. A to dzięki takim albumom jak "Agents Of Power". Jest to album koncepcyjny, ale zanim zacznie się wypełniająca drugą część płyty opowieść na motywach twórczości Michaela Moorcock'a "Elric: The Dragon Prince (A Tale Of Tragic Destiny In 12 Parts)", mamy cztery nie powiązane z nią utwory. Wyróżniają się wśród nich dynamiczny utwór tytułowy oraz urozmaicony, wielowątkowy "Dream Dictator". W koncepcie też nie brakuje potężnych metalowych uderzeń pokroju "The Dark Tower" lub "Stormbringer And Mournblade", jednak całość jest bardzo dopracowana, czerpiąca również z epic metalu. Mamy więc nastrojowe "Overture", klimatyczne "Outro" oraz liczne balladowo - akustyczne partie, szczególnie w "Cymoril" i "Fate, The Dreadful Curse". Wokalista Jason Conde - Hudson również stanął na wysokości zadania. Co prawda specyficzna barwa jego wysokiego głosu oraz interpretacja kojarząca się z Markiem Sheltonem czy Timem Bakerem pewnie nie każdemu przypadnie do gustu, ale w stylistyce obranej przez zespół sprawdza się fenomenalnie. Najlepsza płyta Skelator? Do momentu wydania kolejnej na pewno tak! (5,5) Wojciech Chamryk

Snakecharmer - Snakecharmer 2013 Frontiers

Wygląda na to, że rockowi weterani Micky Moody / Neil Murray postanowili wziąć przykład z sukcesów Black Country Communion i Chickenfoot. Dokooptowawszy do składu kilku starszych oraz młodszych przyjaciół podpisali więc kontrakt z Frontiers Records i nagrali debiutancką płytę. Każdy, komu nie są obce nazwy przynajmniej kilku zespołów, w których występowali muzycy Snakecharmer, by wymienić tylko: Whitesnake, Black Sabbath, Wishbone Ash czy Magnum, będzie wiedział, co panowie grają na tej płycie. To klasyczny, inspirowany blues rockiem, hard rock w najczystszej postaci. Sporo tu wpływów Whitesnake, ale inaczej być nie może, skoro basista Neil Murray spędził w tym zespole dziewięć, a gitarzysta Micky Moody siedem lat. Dlatego "A Little Rock 'N' Roll" może się kojarzyć z "Sailing Ships", równie znajomo brzmią refreny "Nothing To Loose" czy "Guilty As Charged". Dynamiczny, singlowy "Accident Prone" ma klimat utworów Free, również Chris Ousey śpiewa manierą Paula Rodgersa. Ballada "Falling Leaves" to wpływy

86

RECENZJE

Deep Purple z okresu "Soldier Of Fortune", a "Cover Me In You" dzięki melodyjnym partiom gitar kojarzy się z Thin Lizzy. Wstęp "My Angel" to bluesowe zagrywki, mamy też wpływy southern rocka w "Smoking Gun". Do przeszłości wokalisty w grającym melodyjny AOR Virginia Wolf odnosi się zaś przebojowy "Stand Up". Wbrew tej wyliczance płyta nie sprawia wrażenia zlepku przypadkowych utworów - to dopracowany, solidny materiał, z kilkoma naprawdę udanymi kompozycjami. Szkoda tylko, że liderzy nie dali się za bardzo wykazać klawiszowcowi Adamowi Wakemanowi. Syn słynnego ojca zabłysnął co prawda organowymi barwami w "Accident Prone" i "Guilty As Charged", zaś w "Smoking Gun" popisuje się nawet brzmieniami klawiszowymi pod Yes, ale solówki nie zagrał ani razu. Momentami zabrakło też chyba pomysłów na zakończenia utworów - "Falling Leaves" oraz "Stand Up" kończą się wyciszeniami ciekawych, gitarowych solówek. Gdyby nie te drobne mankamenty ocena byłaby pewnie wyższa, ale i tak debiut Snakecharmer mogę polecić wszystkim fanom klasycznego, melodyjnego hard rocka. (4,5) Wojciech Chamryk

Stos - Jeźdźcy nocy 2012 RDS

Do niedawna debiutancki LP "Stos" był jedynym albumem tej formacji z Jaworzna pośród różnego rodzaju składanek i koncertowych kompilacji. Aż 18 lat trzeba było czekać na jego kompaktowe wznowienia, a jeszcze dłużej na kolejny album Stosu. Zapowiadano go już kilkanaście lat temu, zespół przygotowywał kolejne materiały demo i na tym się kończyło. Sytuacji na pewno nie ułatwiały też liczne zmiany składu oraz śmierć aż dwóch muzyków grupy: gitarzysty Jana Kardasa w roku 2006 oraz basisty Janusza Sołomy w 2010. Jednak zespół zdołał, po podpisaniu kontraktu z RDS Music, wydać wreszcie kolejny album. Trafiło na niego aż 14 kompozycji. Są wśród nich ten najstarsze w dorobku grupy, które nie doczekały się dotąd nagrania, jak "Spalinowy diabeł" czy "Hej ty". Jest też nagrany ponownie "Ognisty ptak", znany również pod tytułem "Bóg piekieł", z gościnnym udziałem Grzegorza Kupczyka. Podstawą są jednak utwory wybrane z materiałów demo "Przebudzenie" i "Za horyzont". Zespół tak jak w latach 80tych. łączy w nich bardziej klasyczne podejście z dynamicznym speed metalem ("Schizofrenia"), a power metal w stylu wczesnego Helloween ("Za horyzont") spotyka się z iście maidenowskim przyspieszeniem ("Przebudzenie"). Mocnymi punktami programu tej płyty są też podniosły "Krajobraz po bitwie" oraz przejmująca ballada "Dla Janusza", dedykowana tragicznie zmarłemu koledze. Od czasów debiutu zespołu zmieniło się praktycznie wszystko, począwszy od realiów a skończywszy na tym, że Stos nie jest już jedynym metalowym zespołem z wokalistką w Polsce. Jednak grupa na "Jeźdźcach nocy" udowadnia, że nie jest tylko muzycznym wykopaliskiem i myślę, że ta płyta zainteresuje fanów klasycznego heavy. Osobiście mam zaś

nadzieję, że na kolejną nie trzeba będzie czekać kolejnych kilkunastu lat (5,5) Wojciech Chamryk

Terror Empire - Face the Terror 2012 Self-Released

Na początku myślałem, że przez przypadek puściłem sobie jakiś szybszy kawałek Hatebreed. Okazało się, że jednak pomyłki nie ma i w odtwarzaczu wylądowała EP piątki portugalskich thrasherów. Na "Face the Terror" znalazło się sześć kompozycji grooove'owo zabarwionego thrashu. Nie przypadnie on raczej do gustu obszytym kataniarzom, jednak osoby lubujące sie w rytmach w stylu tej kapeli, o której pomyślałem na samym początku recenzji, mogą znaleźć coś dla siebie w muzyce Terror Empire. Brutalizujący (bynajmniej brutalny) thrash metal z jakimś wydumanym i głębokim przesłaniem na temat New World Order oraz zepsucia społecznego. Urocze, nieprawdaż? Generalnie jest szybko, choć zdarzaja się gdzieniegdzie zwolnienia i załamania rytmu. Najbardziej to sie napracował pałker, gdyż praca perkusji jest niejednostajna i niejednorodna. Bębny są bardzo urozmaicone, niestroniące od bardzo gniewnej podwójnej stopy i ciekawych patentów. Wokale bardzo przypominają mi te ze Stormwrath z sąsiedniej Hiszpanii, jednak brakuje w nich głębi i zróżnicowania. Zaśpiewy na wszystkich kawałkach brzmią z grubsza bardzo podobnie. Nowoczesny, nisko zagrany thrash metal, miejscami silnie zalatujący groovem oraz hardcore punkiem, rodem z północno-wschodniego wybrzeża USA. Biorąc pod uwagę tę stylistykę oraz tematykę, to trzeba przyznać, że Teror Empire na "Face the Terror" gra poprawnie, jednak cytując klasyka - "szału nie ma". Jest bez rewelacji. (3) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

The Prophecy 23 - Green Machine Laser Beam 2012 Massacre

Ach, nie ma to jak niedojrzały, młodzieniaszkowy, toporny thrashyk, pozujący na imprezowo-piwne granie. Tematycznie, stylistycznie, muzycznie, mamy kolejną crossoverowo-thrashową papkę, którą piątka hożych niemieckich podrostków próbuje sprzedać pod plakietką "brutal thrash metal". Skojarzenia z Municipal Waste czy tworami w stylu Gama Bomb są jak najbardziej na miejscu. Oddając jednak trochę honoru TP23 dodam, że obecne są także elementy odbiegające nieco od utartej stylistyki tych zespołów, choćby grindcore'owe elementy (ach te zarzynane prosiaki) oraz wokale, które niekiedy zahaczają o styl serwowany nam przez norweskie Blood Tsunami. Niestety

słowo "niekiedy" jest tutaj kluczowe. Na ogół, przez całą płytę, mamy do czynienia z miernymi crossoverowymi wokalizami, które zamiast wypieków na twarzy mogą jedynie wywołać grymas zażenowania oraz wrzody dwunastnicy. Bardzo wiele czynników przeszkadza w odbiorze muzyki na tym albumie. Jak nie marne wokale, to monotonna perkusja, jak nie monotonna perkusja, to wtórne i ograne przez chyba wszystkie kapele nowej fali thrash metalu riffy. Jak nie one, to pseudodowcipne wstawki, które zapewne miały być humorystycznymi akcentami. Niestety, zawiodły. Pomijam już fakt, jak bardzo, ale to bardzo mnie kręci archaiczna i prosta gra solowa oraz tematyka tekstów piosenek, dotycząca niemal wyłącznie moshowania, rzygania piwem i gier komputerowych. Może gdybym prowadził bloga, gdzie bym z namaszczeniem podniecał się każdą taką marną, w porywach przeciętną, płytką. Niestety tak nie jest i muszę z bólem przyznać, że nowa fala thrashu zawodzi po raz kolejny. (2,5) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

U.D.O. - Live In Sofia 2012 AFM

Niezmordowany Udo Dirkschneider nie zwalnia tempa. Jego dyskografia powiększyła się kilka miesięcy temu o kolejny, już czwarty album koncertowy. Jednak poprzedni, "Mastercutor Alive", ukazał się w 2008r., do tego zaś bodajże tylko osiem znajdujących się na nim utworów powtarza się na najnowszym "Live In Sofia". Są to jednak kompozycje, których na tego typu wydawnictwie zabraknąć nie mogło czyli najbardziej znane utwory legendarnego Accept. Pomimo bardzo bogatego dorobku solowego Udo pewnie do końca swych dni będzie przez większość fanów kojarzony z tym zespołem i nic dziwnego, że domagają się oni takich ponadczasowych klasyków jak "Metal Heart", "Princess Of The Dawn", "Balls To The Wall" czy "Burning". Większość z nich zespół zagrał w znacznie dłuższych, czasem przekraczających nawet 10 minut, wersjach. Mające 20 -30 lat utwory brzmią wciąż świeżo i dobrze pasują do nich nowsze kompozycje U.D.O. Wokalista postawił na zróżnicowaną setlistę. Promując album "Rev-Raptor" nie pominął pochodzących z niego "Leatherhead", "I Give As Good As I Get" oraz tytułowego. Mamy też utwory z poprzedniego CD "Dominator" oraz reprezentatywny wybór z płyt wcześniejszych, z "Man And Machine", "Thunderball" oraz "Vendetta" na czele. Poza klasykami Accept Udo przypomniał też swoje starsze utwory, w tym "Heart Of Gold" i "Living On A Frontline". Łącznie mamy na "Live In Sofia" 21 świetnie wykonanych oraz brzmiących utworów, plus sola perkusji i gitar - to drugie zdecydowanie przydługie. Ale i tak śmiało można określić to wydawnictwo mianem reprezentatywnego wyboru najlepszych utworów z dorobku Accept, a także U.D.O. z ostatnich lat, tym bardziej, że bułgarska publiczność reagowała naprawdę żywiołowo. (4,5) Wojciech Chamryk


robią na was wrażenia. Są to bowiem tylko etykietki, a zbytnie zapatrzenie w takowe może sprawić, że można przegapić tak udany album jak "The Bivouac" właśnie. (4,5) Wojciech Chamryk

Validor - Dawn Of The Avenger 2012 Iron On Iron

Grecki one man band uderza ponownie. Odi Thunderer na drugiej płycie Validor znowu manifestuje uwielbienie dla epickiego i klasycznego metalu, z niewielkimi elementami folk i power metalu. Efekty są jednak dyskusyjne. Nie brakuje co prawda na "Dawn Of The Avenger" utworów udanych, jak przywołujący ducha Manowar "Son Of Achilles", czerpiący z klasycznego heavy wczesnych lat 80., z powerowymi przyspieszeniami "The Way Of Steel" czy ostry, dynamiczny "Grayskull". Jednak całość materiału nie wypada już tak efektownie, rażąc nie tylko syntetycznym, jakże dalekim od ideału, brzmieniem ("Thunder Rider") ale również grzęznąc na mieliznach wtórności i sztampy ("King Of Steel"). Owszem, cover "Hour Of The Dragon" Manilla Road brzmi i został zagrany jak należy - ostro, z pazurem, ale to jednak przeróbka i podpieranie się geniuszem Sheltona jeszcze bardziej uwidocznia przepaść pomiędzy pomysłami jego, a lidera Validor. Można posłuchać, ale generalnie lepiej rozejrzeć się za znacznie lepszymi płytami. (3,5). Wojciech Chamryk

Vexillum - The Bivouac 2012 Limb Music

Włosi na swej drugiej płycie z powodzeniem eksplorują poletko power folk metalu. Wydanego dwa lata temu "The Wandering Notes" nie słyszałem, jednak "The Bivouac" to ciekawe połączenie klasycznego, inspirowanego latami 80. heavy, power i symfonicznego metalu oraz folk metalu. Płyta trwa blisko 70 minut, jednak materiał jest na tyle urozmaicony, a umiejętności muzyków tak duże, że nie ma mowy o monotonii. Szybkie, dynamiczne, przebojowe, kojarzące się z dokonaniami Edguy czy Falconer, utwory takie jak "The Wanderer's Note" czy "Dancing Goddess" to czysto power metalowe oblicze Vexillum. Dynamiczna "Valhalla" ma, oprócz powerowej dynamiki również nieco epicki charakter, zaś "Dethrone The Tyrant" łączy nowoczesny power metal z tradycyjnym heavy. Mamy też momenty zwolnień w na poły balladowym "The Oak And Lady Flame", łączącym folkowe akcenty z dynamicznymi partiami "The Hunt" oraz w bazującym na instrumentach akustycznych "The Dream". Zwolenników folku na pewno zachwycą zaś "The Marketsquare Of Dooley" oraz "The Way Behind The Hill". Jeszcze bardziej urozmaicony jest "Letter from The Earth", w którym muzyka dawna spotyka się z heavy metalem. Warto posłuchać tej płyty, nawet jeśli terminy power metal czy folk/power metal nie

Voodoo Circle - Than One Way Home 2013 AMF

To już trzeci album w dorobku tego niemieckiego projektu. Krążek zawiera 12 bardzo równych i przemyślanych kompozycji. Już pierwszy, żywiołowy numer "Graveyard Train" z bardzo chwytliwym zapadającym w pamięć refrenem zwiastuje, że Alex Beyrodt i spółka są w dalszym ciągu w świetnej formie. Ale czego można spodziewać się po tak doświadczonych muzykach? Na największą uwagę zasługują oprócz wyżej wymienionego "otwieracza", spokojniejszy "Cry For Love", "The Ghost In Your Heart", w którym bardzo wyczuwalne są klimaty Deep Purple czy też "The Saint And The Sinner" zawierający zarówno wolniejsze jak i szybsze partie ale nie nudny ani przez sekundę numer. Tak jak i cała płyta. "The One Way Home" to polaczenie instrumentalnych możliwości byłych muzyków m.in. Sinner, Kiske, Desperadoz i Primal Fear ze świetnych głosem Davida Readmana (Pink Cream 69). Z każdą kolejną ich płytą spodziewam się czegoś bardzo dobrego i jak dotąd mnie nie zawiedli, a swoim nowym dorobkiem jeszcze bardziej utwierdzili mnie w przekonaniu, że tego typu projekty są bardzo potrzebne. Warto czasem odpocząć od swoich macierzystych zespołów i wspólnie z kolegami wymienić się ciekawymi pomysłami. Voodoo Circle są tego najlepszym przykładem. Klasyczny, melodyjny hard rock z power metalowym pazurem! Oby nagrano więcej takich płyt w tym roku. (4,5) Michał Piecykowski

Voz - Shadows of Death 2012 Self-Released

Voz to nowiutka kapela, powstała w 2012 roku w Tampie, na Florydzie. "Shadows of Death" to debiutancki album Amerykańców. Nie jest to jednak band założony przez młodych chłopaczków, tylko starych wyjadaczy działających na metalowej scenie ładnych paręnaście lat. A więc mamy tu takie persony jak: Morrie Vozdecky (wokal, gitary), Shane French (założyciel Jon Oliva's Pain, Circle II Circle, Teer, Millenium), John Teer (założyciel Teer) i Raven Blakkwell. Ponadto album wzbogacają o solówki goście specjalni: Pete Blakk z King Diamond oraz Dave Garcia z Cage. Brzmi obiecująco… Muzyka jaką serwują to agresywny

heavy/power metal w stylu Cage, Iced Earth z wpływami Judas Priest i Accept. "Shadows of Death" brzmi bardzo poprawnie, dopracowane kompozycje, galopujące tempa, ciężkie riffy, Halfordowskie wokale, czyli to, co fani power metalu kochają.. No i co z tego, skoro album sam w sobie jest po prostu nudny. Żadnych ciekawych pomysłów, ot dobrze zagrany, ale przeciętny power metalowy album. Nic specjalnego. Właściwie wszystkie kawałki są do siebie podobne, monotonne. Po przesłuchaniu dziesięciu kawałków, naprawdę żaden z nich nie utknął mi w pamięci. Jeżeli ktoś jest fanem Cage czy Judasów z ery z Owensem debiut Amerykanów powinien mu podejść, bo choć nie powala na kolana, nie jest to też zły album. Mnie natomiast średnio przekonuje i pewnie więcej razy do niego nie powrócę.. (3) Joanna Denicka

cowata miazga przechodząca w bezkompromisową rzeźnię. Dużo perkusyji w stylu tupa-tupa oraz lejącego się mięsa z gitar. Pozytywnie zaskoczył mnie "Master and Slave" dość niespodziewaną heavy metalową przebojowością. Momentami nie mogłem się uwolnić od wrażenia, że niektóre riffy słyszałem już na płytach Sodom, jednak nie udało mi się "wytropić" żadnych konkretnych zrzynek. Innym fajnym smaczkiem jest intro do otwieracza "Sermon of Profanity". Jestem wielkim entuzjastą udanych intro, ociekających klimatem i tajemnoczością. Jezeli kapela potrafi umiejętnie wpowadzić słuchacza w swoją płytę, od razu wiele zyskuje w moich oczach. Sam utwór byłby nawet całkiem w cipkę, gdyby nie to, że jest to chyba najgorzej zaśpiewany kawałek na całej płycie. Trochę szkoda, bo utwór który figuruje pod cyferką jeden powinien być najbardziej mocarnym wałkiem na albumie. Fani Skeletonwitch, Nocturnal, Hellbringer i inszych podobnych kapel mogą sobie spokojnie dodać oczko wyżej do oceny albumu. (4) Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Witchburner - Bloodthirsty Eyes 2013 High Roller

W porównaniu z innymi płytami w swoim dorobku, najnowszy Witchburner wypada naprawdę nieźle. Solidna black/ thrashowa łupanka. "Bloodthirsty Eyes" jest pierwszym albumem na którym śpiewa Pino Hecker. Nie powiem, zmiana wokalsity wyszła kapeli na zdrowie. Poprzedni gardłowy, Andy, brzmiał jak opętana wiewiórka, pieszczona elektrycznym pastuchem po odbycie. Nowy wokalista nie jest super nabytkiem, sam brzmi jak bardzo rozłoszczony dziadek, chwilę po przedrylowaniu swoich sutków, jednak dysponuje, w mojej opinii, lepszym wokalem. Choć można by go było bardziej dopracować, bo słychać, że nie był w swojej najlepszej formie podczas sesji nagraniowej. Witchburner przeszedł sporą drogę, rozwijając i ulepszając swoje brzmienie. Muzyka z pierwszych płyt tej kapeli była bardzo prostym thrashem, mocno inspirującym się wczesnym Sodom, Living Death oraz Destruction. Wpływy trio Schmiera były bardzo dobrze słyszalne w tych "bardziej" skomplikowanych i dłuższych kompozycjach Witchburner. Ach, te lekkie mariaże z black metalowymi klimatami. witchburner to była surowa, nieskomplikowana, ale miła dla ucha naparzanka, jednak niezbyt oryginalna i do bólu wtórna. Z czasem jednak kapela zaczęła zarysowywać swoją odrębność, rozwijając swe ramy i stosując nowe patenty. Poza tym większa uwaga została przyłożona do gry solowej, praktycznie nieobecnej na pierwszych płytach. Pomijając lekką wtopę w postacji słabej "Final Detonation" ostatnie płyty Witchburner były w miarę solidnymi pozycjami. Bez zbędnych spustów, szybko i konkretnie na temat. Bez sztampy, lecz także bez szału. Po dobrym "Demons", gdzie wokale wściekłej wiewiórki Andy' ego były nawet znośne, przyszedł czas na najnowsze "Bloodthirsty Eyes". Bardzo przyjemna dla ucha produkcja, fajne thrashujące riffy i bardzo mało krzty oryginalności. Na szczęście album nie przynudza. Szybkie zabójstwa w postaci "Path of the Sinner", "Possession" czy "The Bringer of Disease" rozgrzeją krew w żyłach. Utwór tytułowy to fajna wal-

Witchgrave - Witchgrave 2013 High Roller

Szwedzi nie odkrywają bynajmniej na swym debiutanckim krążku prochu. Łącząc różne odmiany klasycznego heavy metalu, sięgając nawet czasem do sprawdzonych hard rockowych patentów, zdołali nagrać może nie powalający oryginalnością, ale interesujący album. "Witchgrave" zdradza właściwie tylko brzmienie, bo gdyby nie owa klarowność dźwięku i jego moc, większość słuchaczy pewnie mogłaby się zarzekać, że te nagrania powstały w połowie lat 80., a może nawet wcześniej. Joakim Norberg i spółka zdecydowanie najbardziej cenią Venom, co słychać w większości ich kompozycji. Pamiętają też o Celtic Frost ("Seduced By The Dark"), chętnie sięgają również po patenty sprawdzone przez Iron Maiden ("The Virgin Must Die") oraz Mercyful Fate ("Shun The Light"). Legendarni Duńczycy, dokładniej King Diamond, inspirują też Norberga wokalnie, co udowadnia w "The Apparition". Ta trwająca niewiele ponad 30 minut płyta na pewno ucieszy wszystkich lubiących w/w zespoły oraz siarczystego black 'n' rolla! (5) Wojciech Chamryk

RECENZJE

87


Alastor - Syndroms Of The Cities

Big Daisy - Big Daisy

2012/1989 MetalMind

2012 High Roller

Klasyk rodzimego thrashu! Tak po krótce można by podsumować debiutancki album kutnian. Ale bez wątpienia jedno zdanie to za mało... Gdy pod koniec lat 80-tych w naszym pięknym kraju nastąpił wysyp zespołów thrash metalowych, Alastora bez cienia wątpliwości zaliczano do czołówki. Wraz ze swoim dziewiczym "Syndroms Of The Cities" zespół narobił hałasu nie tylko na krajowych włościach... Album pierwotnie został wydany za pośrednictwem włoskiej wytwórni Metal Master Records a winyl trafił w ręce fanów gatunku z całej Europy. Polskojęzyczną wersję można było upolować na taśmach wydanych przez Polmusic, szkoda, że ten materiał oficjalnie nie doczekał się wznowienia. Na wstępie albumu krótkie akustyczne intro, które z wolna wprowadza nas w kierunku ośmiu bezkompromisowych thrashowych gniotów. Zapowiada się syta uczta dla najbardziej wygłodniałych thrash maniaków. Na powitanie trącący Slayerem wstęp "Go Away" i już jesteśmy w domu mięsiste riffy, gitarowe galopady i stale skaczące tempo to twarda reguła tej pozycji. "Ides Of March" napędza klimat płyty, ukazuje zespół, jako świetnych instrumentalistów, tempo tutaj nie zwalnia. Roberta Stankiewicza, ówczesnego gardłowego wyróżnia, wibrująca na dodatek wysoka barwa głosu. Kolejny utwór to prawdziwy techniczny połamaniec, mowa o "The Time Of Judgements". Od tego momentu robi się coraz ciekawiej, akustyczne wstawki w "Epitaph" i "Adrian's Son" to nie lada urozmaicenie dla uszu i chwila odpoczynku. Akustyczny nastrój przeplata się z mocarnymi riffami, do tego pędząca sekcja rytmiczna, momentami można odnieść wrażenie, że to już jest speed metal. "Emily" to gniot rodem z Bay Area, tutaj słychać naprawdę światowy poziom, ten utwór jest niczym jazda na rowerze bez trzymania kierownicy, śmiało przyznaje mu miano najlepszego na płycie. Skondensowana moc "O.N.A. 88 10 21" nie co odbiega od całości, jest to kolejny kolos urozmaicony nastrojowym, akustycznym przerywnikiem. Na dodatek napakowany zrywnymi riffami i wirującymi solówkami, czuć nutkę Testamentowskiego grania. Z perspektywy czasu płyta wzbudza dozę podziwu, jak na ówczesne realia została zrealizowana bardzo przyzwoicie. Zastanawiam się tylko nad tym, dlaczego zespół z tak świetnym albumem nie wypłynął na szersze, europejskie wody? Kompozycje zawarte na "Syndrom Of The Cities" prezentują światowy poziom, każdy polski fan thrashu powinien zaznajomić się z tym albumem.

Dyskografia hard rockowego bandu powstałego pod koniec lat 70-tych - Big Daisy do najbogatszych nie należy. Udało im się zrealizować jedynie singiel w latach 80-tych. W 1985 roku wokalista/basista Mervyn Spence postanowił opuścić szeregi Wielkiej Stokrotki i najpierw przyłączył się do Trapeze, Phenomen, aż w końcu wylądował w bardziej znanym Wishbone Ash. W 2012 roku niemiecka wytwórnia High Roller Records postanowiła przypomnieć o Big Daisy wydając kompilację starych kawałków tej zapomnianej brytyjskiej kapeli. Czego możemy oczekiwać po tym wydawnictwie? Muzyka Big Daisy to prymitywny, aczkolwiek przyjemny hard rock/NWOBHM z dobrymi, galopującymi gitarowymi riffami i wysoko-tonowymi wokalami Spence'a. Najmocniejszymi momentami na płycie są kawałki takie jak: otwierający "Fever" z chwytliwym refrenem i preryjną pracą bębnów, świetny, klasyczny numer z miażdżącymi riffami, zajebistym solo w środku "UFO" przywołujący mi nieco na myśl Lizzy Borden oraz melodyjny wpadający w ucho hicior "Don't go". Aż trudno wierzyć, że kapela z tak wsiową okładką, może grać tak dobrą muzykę. Nie jest to jakiś mega rarytas i rzecz absolutnie niezbędna w kolekcji każdego fana metalu, ale dla tych, którzy z chęcią zapoznaliby się z muzą Big Daisy, a zdobycie ich wczesnego materiału graniczy z cudem, a nie ma zamiaru wydać 2,000 $ za ich singiel, High Roller Records przygotował wersję na formacie CD oraz LP.

mi dzięki temu słucha się jej z czystą przyjemnością. Szybkie i mocne melodie oraz zagrywki, tak charakterystyczne dla amerykańskiej sceny metalowej z tamtego okresu, a zwłaszcza dla zespołów w postaci Laaz Rockit, Vicious Rumors oraz Powerlord, do których bania sama lata w przód i w tył. Bardzo wyraźne thrashowe naleciałości, sugerują inspirowanie się też stylem zespołów "z sąsiedztwa" w postaci Overkill, a nawet Nuclear Assault. Mieszanka nie dość, że bardzo efektowna, to ponadto efektywna. Popisy gitarzysty Davida Smitha oraz wysoka forma śpiewu Malcolma Lovegrove'a to kandyzowana wisienka na czubeczku. Wszystko ze sobą współgra i komponuje się razem bardzo dobrze. "Time Out of Mind" to koronny przykład na to jak thrashowa oprawa tradycyjnego amerykańskiego metalu brzmi konkretnie i solidnie. Speed metalowy atak w postaci "Powerhead" to cios łamiący nosy. Łączący thrashowy charakter z epickim klimatem "Burn Down the World" aż kipi, gdy do głosu dochodzi hymnowy zaśpiew w refrenie. Zamykający album "Live / Die" to cetnarowy kafar wymierzony prosto w serce, tętniący pierwotną energią i nieujarzmionym dynamizmem rys kończący. Na wyróżnienie zasługuje też metalowy cover hitu The Ramones "Blitzkrieg Bop". Udany i stanowiący interesujący akcent na tym krążku. Główną wadą "Time Out of Mind" jest niestety jakość dźwięku, mimo tego, że Jamie King wykonał tytaniczną pracę przy jego odrestaurowywaniu. Dzięki jego kunsztowi i wysiłkowi jakość brzmienia stoi na akceptowalnym poziomie, choć przyznać trzeba, że szału nie ma. Biorąc jednak pod uwagę, że jest to cena jaką się płaci, by usłyszeć dawno zapomniany relikt, to mi w ogóle to nie przeszkadzało w odbiorze muzyki na krążku. "Time Out of Mind" powinna zostać oflagowana dumnym sztandarem metalowej archeologii, bo jest to przykład, że nawet po dwóch dekadach z górką można wydrzeć z odmętów i czeluści zapomnienia takiego klasyka.

Joanna Denicka

Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Kamil Białek

88

RECENZJE

Blacksmith - Time Out of Mind 2012 Heaven And Hell

Drugi album nowojorskiej formacji, który w końcu wychynął z mroków zapomnienia na światło dzienne. Pierwotnie nagrany na początku lat 90-tych, jednak z powodu ówczesnych problemów wytwórni w której stacjonował Blacksmith, nigdy nie wydany. Historia jakich niestety swojego czasu było wiele. Na szczęście ten stan rzeczy trwał zaledwie dwie krótkie dekady, gdyż od lata 2012 roku możemy w końcu usłyszeć "Time Out of Mind". Ta płyta to relikt minionej epoki i między inny-

Dead On - Dead On 2012 Divebomb

Oto przed nami leży zremasterowane wydanie epickiego debiutu Dead On. Divebomb naprawdę dostarcza nam świetne, mniej znane klasyki, wyładowane po brzegi bonusami i dodatkami. Oprócz debiutanckiego krążka na dodatkowej płytce znalazły się utwory z EPki "All For You" oraz z demo z 1987 roku "The Limit". Ponadto dodano trzy teledyski, niepublikowany wcześniej cover "Turning Japanese", a do książeczki włożono sporo starych fotografii i zdjęć plakatów koncertowych. Standard jeżeli chodzi o wznowienia Divebomb.

Cieszy wielce, że standardem stała się naprawdę wysoka jakość i profesjonalne podejście do wydawania takich wznowień. Sama płyta swojego czasu miała wszelkie znamiona do tego, by stać się klasykiem swojej ery. Udany amalgamat różnych metalowych wpływów, od Iron Maiden przez Mercyful Fate po Sanctuary, lekko przyprószony tu i ówdzie thrashowymi dodatkami. Fajna sprawa, że istnieją inicjatywy, zainteresowane ponownym wydawaniem takich płyt. Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Hektor - The Inner Dementia 2012 Thrashing Madness

Po 23 latach ukazała się wreszcie reedycja, kultowego już, materiału z debiutanckiego albumu gdyńskiej grupy Hektor. Co tu dużo pisać - "The Inner Dementia" to kawał dobrej muzyki, a także bardzo interesujący aspekt polskiej historii muzyki metalowej. W tamtym okresie, w którym album został nagrany, bardzo niewiele kapel grało w ten sposób jak to robił Hektor. Przed upadkiem ustroju w Polsce z relatywnie niewielkiej liczby zespołów thrash metalowch można naliczyć raptem garstkę, która miała takie podejście do tego stylu muzycznego. Reedycja z 2012 roku jest wspaniałą okazją dla odświeżenia sobie pamięci o tym, jak świetną kapelą był gdyński Hektor, a dla tych którzy nie mieli szczęścia, aby zaznajomić się wcześniej z twórczoscią tego zespołu, to dobry moment by to naprawić. Profesjonalnie napisane i, przede wszystkim, wykonane utwory, uciekające niekiedy do eklektycznego łączenia różnych stylów muzycznych (nie mówię tylko o poszczególnych gatunkach muzyki metalowej), dalej potrafią zachwycić swą jakością. Studyjny materiał grupy Hektor, który w końcu się doczekał swej odsłony na srebrnym krążku, poraża wciąż mocą, mimo upływu lat. Zaskakujące patenty, jakie członkowie kapeli stosowali w swoich utworach, brzmią świeżo (przynajmniej większość z nich), nawet po ponad dwóch dekadach. Szkoda, że taki geniusz nie wyszedł poza underground. Chwała Thrashing Madness, że ratują ten wspaniały album i przy okazji kawałek historii polskiej muzyki od zapomnienia. Aleksander "Sterviss" Trojanowski Heavenward - Within These Dreams 2012/1991 Pure Underground

Nazwa tego niemieckiego zespołu jakoś nigdy nie obiła mi się o uszy, płyt także nie miałem okazji słyszeć aż do tej chwili. "Within These Dreams" to ich debiutancki, wydany pierwotnie 22 lata temu album, który właśnie doczekał się poszerzonego wznowienia. Pominąwszy fakt, że jako pierwszy umieszczono nowy, na szczęście pasujący muzycznie i


lekko zapomniany klejnot z dawnych, dobrych czasów. Dla wszystkich innych, tych, którzy lubują się w muzyce Coroner, Watchtower, Geisha Goner, Deathrow, Sabbat, Vendetty, jest to równie dobra okazja do zapoznania się z tym ciekawym "zespołem jednego albumu". Aleksander "Sterviss" Trojanowski brzmieniowo do reszty materiału, utwór, można tej reedycji tylko przyklasnąć. Heavenward prezentował bowiem ciekawe połączenie power i speed metalu z bardziej progresywnymi formami. Płytę wypełniają długie, wielowątkowe kompozycje, kojarzące się jednoznacznie z dokonaniami Metal Church, Queensryche, Crimson Glory, Helloween oraz Blind Guardian z okresu pierwszych płyt. Ta ostania nazwa nie pojawia się tu zresztą bez przyczyny, bo perkusista Heavenward, Thomas Kelleners był w składzie Lucifer's Heritage, czyli pierwszym wcieleniu Blind Guardian właśnie. Najlepsze z tych ośmiu utworów to zdecydowanie stopniowo się rozpędzający "At First Nature" z dwiema solówkami gitarowymi oraz solowym popisem basisty, a także power ballada "Within These Walls" z emocjonalnym śpiewem Stefana Kessela. Pozostałe utwory niewiele im jednak ustępują, a dodatkowym bonusem są nagrania pochodzące z drugiego demo zespołu, "At First Nature", dzięki czemu można porównać, jak ewoluowały do wersji ostatecznych zamieszczonych na płycie. Wojciech Chamryk

Midas Touch - Presage of Disaster 2012/1989 Divebomb

Lata 1988-1992 to okres w którym wydawnictwa z technicznym thrash metalem pojawiały się jak grzyby po deszczu. Jedna z takich perełek zrodziła się ze szwedzkiej krwi pięciu bardzo zdeterminowanych młodych ludzi. Zdeterminowanych, bo Szwecja, oględnie rzecz ujmując, mekką thrash metalu nigdy nie była. Mamy teraz okazję posłuchać wznowienia pierwszej, a zarazem ostatniej płyty Midas Touch, wydanego sumptem Divebomb Records. Pozycja jest o tyle ciekawa, że jest naszpikowana do granic możliwości różnymi smaczkami. Na dwóch krążkach, oprócz głównego dania, w postaci debiutanckiej płyty Midas Touch, znajdziemy ich niepublikowane wcześniej demo z 1988 roku, ich pierwsze demo "Ground To Zero" - które przykuło wtedy uwagę prominentnego niemieckiego Noise Records (co zaowocowało wydaniem tej jednej jedynej płyty długogrającej) oraz nagrania demo z nigdy nie ukończonej drugiej płyty. Duża ilość muzycznych doznań jest wspierana przez dość grubą książeczkę, zawierającą wywiady z członkami grupy i, tak jak w przypadku wszystkich innych wznowień Divebomb Records, garść archiwalnych zdjęć grupy. Wydanie co najmniej przyzwoite, idealne dla miłośników technicznych brzmień, którzy są zapoznani z tą kapelą. Jest to dobra okazja, by umieścić na swej półce ten

Bloodgood - Bloodgood/ Detonation/ Rock In A Hard Place/ Out Of The Darkness 2012 Frontline

Nightmare - Cryptic Songs 2012 Thrashing Madness

Polska scena thrashowa na początku lat 90tych miała kilka całkiem udanych wydawnictw. Jednym z nich jest nagrany w spartańskich warunkach drugi album kutnowskiej formacji Nightmare. Ukazał się on oryginalnie w 1993 roku, jednak niedawno ujrzało światło dzienne jego wznowienie, wydane dzięki Thrashing Madness. Reedycja, oprócz 10 utworów z pierwotnego wydania, zawiera także utwory z demo "The Evil" z 1992 roku oraz dwa utowy koncertowe z tego samego roku. Biorąc pod uwagę w jakich warunkach był ten album nagrywany, muzykom z Nightmare udało się spłodzić ciekawy i urozmaicony materiał. Całość brzmi bardzo surowo, co dla niektórych ludków, przyzwyczajonych do wypolerowanych nowoczesnych produkcji, moze być barierą nie do przebycia. Intensywna warstwa muzyczna, skryta pod tą surową skorupą, jest jednak świetnie przygotowana i skomponowana. Ciężkie, miażdżące uderzenia jakimi zostaliśmy uraczeni w "Nocturnal Winds" i "The Conscience" jasno pokazują, że nacisk został jednoznacznie położony na ciężar, mięso i twarde brzmienia z nieco schowaną pod nawałą ściany dźwięku grą gitary solowej. W "Cryptic Songs" oraz "Looking For Paradise" szybkie, mocne uderzenia o sile młota pneumatycznego zostały zespawane z wręcz doomowymi zwolenianimi i thrashowymi riffami w średnim tempie. Nie zabrakło też utworów, które mają bardzo szybkie partie - "Picture of Evil" oraz "Celebration of the Wolf". To istne kolczaste metalowe pięści, lecące z furią wprost do celu w który zostały wymierzone. Cała seria mocnych riffów, które pojawiają się w utworze "Fallen Love" wpasowywuje się bardz dobrze do obecnego tam połączenia czystych wokali z tymi bardziej agresywnymi, chropowatymi niczym papier ścierny. Atakująca prędkość zręcznie zestalona z melancholią i melodią. Płyta brzmi niczym antyczny demon z czeluści chaosu, ścierający swe czarne pazury o skalne ściany otchłani piekielnych. Nagrania demo oraz dwa utwory w wersji live, na które natrafiamy pod koniec płyty, brzmią jeszcze bardziej archaiczniej z powodu prymitywniejszej jakości i produkcji. Album "Cryptic Songs" urzeka swoją szczerością i bezkompromisowością. Tradycyjny, agresywny thrash, czerpiący garściami z Sepultury oraz Demolition Hammer, nagrany bez zbędnego kombinowania, a z zaskakującą dozą różnorodności, jak na nagranie tego typu. Bez dwóch zdań - polecam. Aleksander "Sterviss" Trojanowski

Bloodgood to jeden z amerykańskich zespołów grających tzw. christian metal. Określają siebie mianem metalowych misjonarzy, ale na szczęście poza warstwą tekstową ich utwory są też opatrzone interesującą, bliską klasycznemu, inspirowanemu NWOB HM metalowi, muzyką. Spośród czterech albumów wydanych w latach 1986-1989 zdecydowanie wyróżniają się dwa pierwsze. Debiutancki "Bloodgood" to robiące do dziś wrażenie połączenie charakterystycznej dla amerykańskich zespołów z tamtego okresu przebojowości z metalowym uderzeniem. Jest ostro, surowo i dynamicznie, a melodyjne refreny tylko dopełniają strukturę poszczególnych kompozycji, dodając im swoistego blasku. Do tego wokalista Les Carlsen śpiewa przede wszystkim nisko, korzystając ze środkowych rejestrów, co też wpływa na zwiększenie dynamiki - najlepszymi przykładami są "Accept The Lamb" i "Demon On The Run". Słychać też, że liderem zespołu jest basista, bo partie Michaela Bloodgood'a często są wyeksponowane w miksie i nie ogranicza się on tylko do tworzenia podkładu pod gitarowe popisy Davida Zaffiro. Na LP "Detonation" (1987) zespół zaprezentował się z jeszcze lepszej strony. Być może na takie dopracowanie materiału miała wpływ zmiana perkusisty debiutujący w zespole na tej płycie i grający w nim z przerwami do dziś - Mark Welling miał zapewne spory wpływ na urozmaicenie partii perkusji. Na tym solidnym

Open Fire - Lwy Ognia 2013 Klub Razem

Nareszcie jest! Po ponad 25 latach od nagrania dzięki reaktywowanemu klubowi płytowemu "razem" ukazał się oficjalnie debiut legendarnego Open Fire. Jak stwierdza wokalista Mariusz Sobiela, to chyba jakiś rekord. Ja również nie

podkładzie mamy mnóstwo interesujących riffów, ciekawe solówki, basowe galopady kojarzące się momentami z popisami lidera Iron Maiden oraz zadziorny, ostry wokal Carlsena. Mimo tego, że koledzy często wspierają go w chórkach nie ma tu mowy o plastikowym brzmieniu połowy lat 80. - "Battle Of The Flesh", "SelfDestruction" oraz finałowy "Live Wire" to ciosy jak się patrzy. Niestety na kolejnym albumie "Rock In A Hard Place" zyskujący na popularności zespół chyba za bardzo zapatrzył się na listy przebojów. W sumie nie może to dziwić, bo był rok 1988 i taka muzyka królowała nie tylko na antenach radiowych oraz w stacjach telewizyjnych, ale też na listach sprzedaży. Utwory są więc krótsze, wygładzone brzmieniowo. Mogą się podobać, zresztą niektóre z nich zespół do dziś gra na koncertach, generalnie jednak ta krótka, trwająca niewiele ponad 30 minut płyta, nie zniosła według mnie próby czasu. Znacznie ciekawsza jest "Out Of The Darkness". Wygląda na to, że muzycy postanowili nie sugerować się perspektywami kariery, etc. i dobrze zrobili. Brzmienie nie jest co prawda już tak surowe, jak na pierwszych albumach, ale w porównaniu z poprzednią płytą jest zdecydowanie ostrzej. Nowy gitarzysta Paul Jackson dwoi się i troi, nie tylko w szybszych numerach takich jak utwór tytułowy, ale też w tych utrzymanych w średnim tempie, jak "Let My People". Równie ciekawe są kończące płytę rozbudowana "Changing Me" oraz ostry, motoryczny "New Age Illusion". Bloodgood był jednym z licznych zespołów, które nie przetrwały ery dominacji grunge i rocka alternatywnego, dlatego jego wydawnictwa z lat 1990 - 1993 nie cieszyły się już takim powodzeniem jak wcześniejsze i w 1994r. grupa rozpadła się. Wznowiła działalność po 10 latach, ale od tej pory nie nagrała jeszcze albumu studyjnego. W oczekiwaniu na ten krążek warto więc sięgnąć po reedycje ich wczesnych płyt, zwłaszcza dwóch pierwszych. Wojciech Chamryk przypominam sobie teraz podobnego przypadku. Zresztą nie ma co roztrząsać tego tematu. Radujmy się i cieszmy nasze uszy jednym z najlepszych metalowych albumów stworzonych w PRL-u. Podejrzewam, że większość zainteresowanych zna ten materiał czy to z empetrójek czy też z kasetowego bootlegu krążącego wśród fanów. Dopiero co wydana płyta CD zawiera dokładnie ten sam materiał nagrany podczas sesji w 1987r. bez żadnych poprawek czy też bonusów. Ten album wygląda i brzmi tak jak miał wyglądać i brzmieć 25 lat temu. Sama muzyka to oczywiście wielka klasa. Oczywiście brzmienie pozostawia wiele do życzenia i u wielu młodych fanów słuchających nowocześniejszych odmian metalu może wzbudzać

RECENZJE

89


M.S.G. - Perfect Timing / M.S.G. Unplugged Live 2013 Hear No Evil

Solowy zespół Michaela Schenkera przeżywał wzloty i upadki. Tak, jak artystycznie bywało najczęściej bardzo ciekawie, czego najlepszymi dowodami są cztery pierwsze albumy studyjne grupy oraz podwójna koncertówka "One Night At Budokan", pod innymi względami nie było już tak dobrze. Zmaganie się lidera z nałogami, ciągłe zmiany personalne, często wynikające również, jak chociażby w przypadku Grahama Bonneta, z problemów muzyków z alkoholem zaważyły na losach M.S.G. Dlatego w 1986 roku Schenker po raz kolejny zreformował skład zespołu. Nowym wokalistą został znany z Grand Prix oraz Far Corporation Robin Mc Auley a jego wiodącą rolę podkreślała zmiana nazwy, która od tego czasu brzmiała McAuley Schenker Group. Zespół zadebiutował albumem "Perfect Timing" i płyta ta podzieliła fanów grupy. Schenker nastawił się bowiem na podbicie rynku amerykańskiego i zaproponował, stworzony w większości z McAuley'em, repertuar skrojony na potrzeby tamtejszych słuchaczy. Dlatego rasowego i szlachetnego zarazem grania, do którego zespół przyzwyczaił wcześniej fanów, nie mamy na "Perfect Timing" za wiele. Przeważają mdłe, niezbyt przekonywujące utwory, jak niewielki amerykański przebój "Gimme Your Love", "Don't Stop Me Now", "I Don't Wanna Lose" czy "Love Is Not A Game". Honoru dawnego wcielenia M.S.G. bronią ostry "No Time For Losers", równie dynamiczny "Get Out" oraz mocna ballada "Time", ale to zdecydowanie za mało, by z perspektywy lat jakoś szczególnie doceniać ten album. Znacznie ciekawszy wydaje mi się uśmiech, ale to nie jest raczej płyta skierowana do nich. Starzy maniacy i wszelcy zwolennicy oldskulu pewnie już zaopatrzyli się w tą płytę i słuchają jej z łezką wzruszenia. Heavy/speed metal wzorowany mocno na wczesnym Helloween ("Walls of Jerycho") czy Running Wild porywa tak samo jak kiedyś. Takie numery jak "Open Fire", "Twardy jak skała", "Ogień i stal" czy "Lwy Ognia" to kwintesencja tej grupy i jedne z najlepszych utworów wykutych z polskiej stali. Dla starych fanów ten album to taki wehikuł czasu zabierający ich z po-

90

RECENZJE

bowiem wydany dwa lata później "Save Yourself". Niestety zespół zbyt dużo czasu spędził w studio przygotowując i nagrywając trzeci album. Dlatego wydany wiosną 1992 r. "M.S.G." nie trafił w swój czas, bo amerykańskie nastolatki szalały już za zupełnie inną muzyką, a starsi, coraz mniej liczni fani, jasno dali do zrozumienia, że tak komercyjne wcielenie Schenkera i spółki zupełnie im nie odpowiada. Problemem "M.S.G." jest bowiem to, że producenci i muzycy chyba za wszelką cenę starali się nadać większości kompozycji jak najbardziej komercyjny, przebojowy szlif. Efektem jest zbyt wygładzone brzmienie, które bardzo się zestarzało. Dlatego gdyby nie zadziorny, fantastyczny głos McAuleya oraz nieliczne mocniejsze utwory jak "Crazy", "Invisible" oraz "Lonely Nights", nie byłoby tu na czym zawiesić ucha. Schenker zauważył chyba, że czasy się zmieniły, bo kolejna, ostatnia nagrana z Robinem płyta okazała się… koncertem akustycznym. Powrót do źródeł okazał się dla M.S.G. wybawieniem artystycznym. "Unplugged Live" panowie McAuley i Schenker nagrali bowiem tylko z drugim gitarzystą, Spencerem Sercombe, rezygnując z dużego składu i bombastycznej produkcji. Efektem jest jedna z najlepszych płyt w dorobku obu artystów. Złożona w większości z nowszych utworów, jak "Anytime", "Bad Boys" czy "Gimme Your Love". Sporo też na "Unplugged Live" kompozycji z wydanej rok wcześniej "M.S.G.". I tak, jak w wersjach studyjnych "We Believe In Love", "What Happens To Me", "When I'm Gone" oraz "Nightmare" były nijakimi, ociekającymi lukrem utworkami, tak w wersjach akustycznych lśnią pełnym blaskiem. Program dopełniają jeszcze ponadczasowe klasyki UFO: "Natural Thing", "Doctor Doctor" i "Light's Out", w których McAuley udowadnia jak fenomenalnym jest wokalistą. Szkoda, że jak dotąd jest to ostatni płytowy efekt współpracy obu liderów tego wcielenia M.S.G., ale skoro występują okazjonalnie razem, jak chociażby w roku ubiegłym, być może jest szansa na kolejne wspólne nagrania? Wojciech Chamryk

wrotem do lat młodości. Dla młodych natomiast może być lekcją pokory, dzięki której zobaczą, że w tak podłych czasach, gdy był problem z miejscami do grania, sprzętem, koncertami itd., mimo tych wszystkich przeciwności tworzono w naszym kraju doskonały heavy metal w niczym niestepujący "gwiazdom" z zachodu. Ten album to kult i obowiązek! Maciej Osipiak

Outbreak - Master Sroke 1986 Pro Canada Side

Czas na kolejne rzadkie wydawnictwo z lat 80., a dokładniej z roku 1986, album, który został wydany tylko w liczbie 1000 kopii, album, który został okryty kurzem, album, który prezentuje muzykę z kręgu speed/power metalu z pewnymi cechami thrashu łącząca elementy Helloween z „Walls Of Jericho”, Iron Maiden, Judas Priest, Carrion, czy też Metal Church. Tym albumem jest „Master Stroke” kanadyjskiego Outbreak. Może okładka nie należy do najpiękniejszych, ale to znajdziemy w środku przechodzi wszelkie oczekiwania. Nie oczekujcie jakiejś bogatej historii na temat zespołu, bo takowej nigdzie nie ma. Wiadomo że kapela została założona w roku 1984, a dwa lata później rozpadła się, a muzycy poszli w kierunku innych kapel, jednak zostawili po sobie jeden album, a le za to jaki. Na jakże wysoki poziom owego albumu składa się wiele czynników. Mroczny klimat nasuwający oczywiście płyty Metal Church z początku działalności, typowe dla lat 80. brzmienie, będące nieco surowe, nieco prymitywne, aczkolwiek odkrywające to co najlepsze w heavy metalu. Na tym nie koniec plusów tego wydawnictwa. Wyobraźcie sobie, że sekcja rytmiczna nawiązuje do legendarnego Iron Maiden z pierwszych płyt i to wyraźnie słychać w urozmaiconym, zadziornym „Hell On Earth”. Z kolei wokalista Kaizer Fist przypomina mi manierą swoją wokalistów Metal Church z naciskiem na Mik'e Howe'a , który występował również w Heretic i w każdym utworze można poczuć ten klimatyczny wokal, który niszczy obiekty zadziornością, owym zachrypniętym charakterem czy też śpiewaniem w wysokich rejestrach, gdzie zbliża się do stylu śpiewania Johna Olivy z Savage. Świetnie się spisuje w rozpędzonym, ocierającym się o thrash metal „Mein Kampf” który pokazuje jak urozmaicony jest album i jak dużo pozytywnej energii nie się ze sobą. To co sprawia że album zapada w pamięci, że nie nudzi, to bez wątpienia wyjątkowy styl grania muzyki przez Kanadyjczyków, to ich umiejętności, poziom grania, czy też w końcu urozmaicony materiał, który jest wypchany świetnymi oryginalnie brzmiącymi kompozycjami, które są perfekcyjne w strukturze, w aranżacji jak i pomysłowości. Mamy urozmaicony i zakręcony „Master Stroke” który zaczyna się w dość stonowanej konwencji, ocierając się o heavy metal/ NWOBHM, przechodząc w środkowej części w power metalową petardę, ten chwyt jest dość często powtarzany, ale nic dziwnego skoro to jest potęgą tego albumu. O atrakcyjności krążka przesądza również urozmaicenie, wprowadzanie nieco bardziej wyrazistych utworów, w nieco innej konwencji jak choćby „Uber Alles” z zapadającym wolnym motywem i wyrazistym wokalem Kaizera. Jeśli ktoś wątpi w zdolności gitarowe Henricka Manna to radzę się zapoznać choćby z takim nieco rockowym „Love” czy też power metalową petardą „Leader” nawiązującą do Helloween, Metal Church jak wybornym gitarzystą jest

Henrick, który ma spory wachlarz pomysłów, wygrywa przeróżne motywy, solówki, ma nie złe wyczucie rytmiki, cechuje się swobodą, i stawianiem w partiach swoich na melodyjność, dynamikę i złożoną formę. Piękne, melodyjne partie znajdziemy w stonowanym i zadziornym „Spy Killer”. Urozmaicenie, złożoność, sporo pokręconych i świeżych melodii, pomysłowość to epitety pasujące do zamykającego „Triumph” będący swego rodzaju popisem umiejętności gitarzysty Henricka. Kanadyjczycy nie potrzebowali kilku lat i płyt żeby nagrać arcydzieło, płytę które od początku do końca będzie trzymać w napięciu słuchacza. Dając mu cały czas powód do radości,zachwytów, bo co kompozycja to przebój, killer. Nie ma wad, jest za to masa silnych argumentów które sprawiają że nie można inaczej ocenić tego albumu. Niesamowity wokal, mroczny klimat, a także świeżo brzmiące kompozycje sprawiają że nie sposób zapomnieć o tym świetnym albumie, który porwie każdego fana starej szkoły speed/power metalu, kiedy to melodie nie musiały być słodkie, żeby wpadać w ucho. Po tym albumie jednak drzwi do wielkiej kariery niestały otworem, lecz nastąpiło rozpadnięcie kapeli, a szkoda bo mieli ogromny potencjał. Łukasz Frasek

Pagan Altar - The Lords Of Hypocrisy 2013/2004 Cruz Del Sur

Ten angielski zespół nadrabia obecnie falstart z pierwszych lat kariery. Pierwsze cztery lata istnienia grupy, uwieńczone nagraniem kasety demo w 1982 roku, zaowocowały bowiem jej rozpadem. Po reaktywacji dziewięć lat temu Pagan Altar regularnie wydaje kolejne płyty. "The Lords Of Hypocrisy" jest drugą z nich i zawiera nagrane ponownie utwory z lat 1982-84. Im częściej słucham Pagan Altar tym częściej dochodzę do wniosku, że po prostu nie trafili w swój czas. Obecnie te utwory brzmią klasycznie oraz ponadczasowo, ale w momencie gdy powstawały słuchaczom, a przede wszystkim ludziom z wytwórni płytowych, wydawały się pewnie staroświeckie i przestarzałe. Tymczasem o wielu ówczesnych, nowocześnie jak na tamte lata brzmiących odkryciach dawno już zapomniano, gdy Pagan Altar jawi się jako naturalny łącznik pomiędzy czasami świetności klasycznego hard rocka oraz heavy metalu. Słychać to doskonale w trwającym niewiele ponad 3 minuty, łączącym siarczyste, ostre riffowanie z onirycznym klimatem zbliżonym do "Planet Caravan" Black Sabbath "Satan's Henchen" czy czerpiącym z bardziej dynamicznych utworów kwartetu z Birmingham "The Aftermath". Sporo też na tej płycie balladowych i nawiązujących do muzyki dawnej partii ("Sentinels Of Hate") oraz dźwięków zdecydowanie zaczerpniętych ze skocznej muzyki ludowej (instrumentalna miniatura "The Devil Came Down To Brockley"). Jednak na" The Lords Of Hypocrisy" najwięcej mamy surowo brzmiącego heavy/doom metalu, z opis magnum albumu, blisko 11-minutowym "Armageddon" na czele. Dlatego jeśli ktoś ma ochotę na pasjo-


nującą wyprawę w przeszłość, a nie jest zdecydowany czy warto - ten utwór powinien pozbawić go resztek wątpliwości. Wojciech Chamryk

Pagan Altar - Mythical And Magical 2013/2006 Cruz Del Sur

"Mythical And Magical" jest ostatnim, jak dotąd, wydawnictwem podziemnej legendy NWOBHM oraz doom metalu, Pagan Altar. Wydana sześć lat temu płyta zawiera utwory powstałe na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Dlatego album ten jest skierowany przede wszystkim do zadeklarowanych wielbicieli takich klasycznych, nieco staromodnych już dźwięków. Czerpiących z jednej strony z klasycznego hard rocka, jak inspirowany Rainbow riffowo - klimatyczny "Samhein" czy nawet dokonań Jethro Tull w wykorzystującym akustyczne brzmienia "The Crowman". Zresztą we "Flight Of The Witch Queen" zespół idzie jeszcze dalej, czerpiąc wyraźnie natchnienie nie tylko od Jethro Tull, ale też z muzyki staroangielskiej. Pomimo tego, że sporo na "Mythical And Magical" akustycznych oraz balladowych partii słychać jednak, że zespół szedł w znacznie cięższym kierunku, a owe lżejsze fragmenty służyły mu tylko do stworzenia specyficznego klimatu oraz urozmaicenia, często dość długich, utworów. Takich, jak stricte metalowy, szybki "The Witches Patway" czy utrzymany w średnim tempie finałowy "The Rising Of The Dark Lord". Najwięcej mamy jednak na tej płycie dźwięków, których w momencie ich powstawania nikt tak jeszcze nie nazywał, ale obecnie z pewnością zainteresują każdego fana doom metalu. "The Sorcerer", "Dance Of The Druids" a także wspomniany już "The Rising Of The Dark Lord" to prawdziwe perełki gatunku - tym bardziej warto się cieszyć, że nie spoczęły gdzieś w archiwach, ale w końcu ukazały się i są ogólnie dostępne! Wojciech Chamryk

Reaper - Fairies Return 2012 Karthago

Każdy kraj ma swoich nielicznych Metalowych bohaterów, którym dane było rozwinąć skrzydła i dać o sobie znać Metalheads'om na w najdalszych zakątkach globu, oraz wiele zapomnianych demonów przeszłości, którym nigdy nie było dane wynurzyć się z dusznego, mrocznego podziemia. Tyczy to się zwłaszcza Niemiec, gdzie niestety wiele rewelacyjnych zespołów nigdy się nie wybiło, pozostały w cieniu, niemal całkiem zapomniane. Otóż nie wszystkie germańskie zespoły miały tyle szczęścia co Helloween, Running Wild, Accept czy Grave Digger. Jednym z nich z pewnością jest grupa Reaper. Kompletnie

niedoceniona kapela na początku lat 90 wydała dwa całkiem niezłe albumy, które raczej przeszły bez większego zainteresowania. Jeszcze w latach 80 zespół nagrał dwa świetne dema, "Reaper" w 1985r., "Metal or What?" w 1988r. i pewnie pozostałyby całkiem zapomniane, gdyby muzycy Reaper nie podjęli decyzji o odkopaniu ich z czeluści piekła i wydaniu pięknie na jednej płycie. Na "Fairies Return" można również znaleźć fantastyczną EP "Fairies Return" z 1986r. oraz nie wydany nigdzie wcześniej utwór "Fountain of Youth". Muzyka Reaper to melodyjny lecz surowy niemiecki heavy metal, który śmiało można porównać do swoich niedocenionych kolegów Stormwitch, Atlain, Steeler, Gravestone. Z pewnością zasługują na większą uwagę i zainteresowanie. Kompilacja "Fairies Return" zremasterowana przez Saschę Menschla, gościa znanego z Mighty Monster Records nie straciło ducha nagrań ze starych czasów. Jeśli kochasz heavy metal z lat 80, a obca jest Ci nazwa Reaper, zdecydowanie powinieneś zaznajomić się z tą kapelą. Gwarantuję, że utwory takie jak "In The Middle Of The Night", "Invader" czy "Killing Machine" sprawią, że będziesz machał dynią bez opamiętania. 100% Teutońska Stal dla heavymetalowych maniaków! Joanna Denicka

Rock Goddess - Hell Hath No Fury 2010/1983 Lemon

Rok 1983 był chyba najlepszym karierze tego dziewczęcego zespołu. W lutym ukazał się debiutancki LP "Rock Goddess", w październiku zaś, poprzedzony zmianą basistki, rzeczony "Hell Hath No Fury". Wyprodukowany przez Chrisa Tsangaridesa przyniósł nieco delikatniej brzmiący, ale wciąż zdecydowanie metalowy materiał. Surowość i szorstką melodykę utworów z pierwszej płyty zastąpiły bardziej dopracowane brzmienie oraz lepsze aranżacje, eksponujące melodie, zadziorny śpiew Jody Turner, chórki, czasem też brzmienia instrumentów klawiszowych. Bez cienia przesady można Rock Goddess określić mianem zespołu będącego w pewnym sensie konkurencją dla innej żeńskiej grupy Girlschool ("Hold Me Down", "You've Got Fire"). Sporo też na tej płycie odniesień do uwielbianych przez siostry Turner, The Runaways ("No More", "Don't Want Your Love", "In The Night"), są też echa dynamicznego stylu tak niegdyś popularnej Suzi Quatro ("Gotta Let Your Hair Down"). Producent zadbał jednak o wyeksponowanie, poza chwytliwymi melodiami również solidnie brzmiących riffów, dlatego ani w latach 80., ani tym bardziej teraz "Hell Hath No Fury" nie robi wrażenia przestarzałego, opartego na patentach lat 70., grania. Nie jest to może klasyczne dzieło nurtu NWOB HM - tu zdecydowanie lepiej prezentuje się debiut - jest to jednak solidna, urozmaicona płyta. Zespół pokusił się nawet o eksperyment: niepokojący "The Visitors Are Here" jest oparty na partiach klawiszy, grająca na nich basistka Dee O' Malley pokusiła się nawet o zagranie solówki. Tym większa szkoda,

Sanctuary - Refuge Denied / Into The Mirror Black 2010/1988/1990 Iron Bird

Warrel Dane nie miał łatwego życia zakładając kapelę Sanctuary. Kalifornijski thrash metal ustępował pola młodszemu opalonemu bratu z Florydy w koszulce Death a widocznym symptomem podupadającej świetności gatunku była rosnąca ilość zespołów grających coraz bardziej techniczną odmianę muzyki. Rządni wrażeń fani chcieli coraz więcej krwi i muzycznej rzeźni thrash już nie był tak ekstremalny a płyty nie sprzedawały się, jak ciepłe bułeczki. W zaszczytnej misji utrzymania gatunku na jako takim poziomie podtrzymywał debiutanta Dane'a starszy towarzysz w biedzie, niejaki Dave Mustaine. To jedna z nielicznych płyt, na których możemy podziwiać umiejętności szefa Megadeth w roli producenta ale o tym za chwil kilka. I co my tu mamy? - na pierwszy rzut oka jakże charakterystyczna dla gatunku okładka, która wyszła spod ręki ówczesnego guru graficznego tamtej epoki, Edwarda Repki. Jeżeli to nazwisko nic Wam nie mówi, to zerknijcie na grafiki pierwszych płyt Death, Dark Angel czy choćby postać Vic'a Rattlehead'a - maskotki Megadeth. Buntownicze motywy antyreligijne na okładce nie dziwią, zważywszy na społeczne zacięcie ambitnych tekstów Warrela. W tym temacie zdecydowanie znalazł bratnią duszę w osobie Mustaine'a (śmiech). A muzyka? - no cóż, nie jest to jeszcze ten kunszt techniczny, jaki objawił się w Nevermore ale Sanctuary idzie w dobrym kierunku. Solidny melodyjny thrash, nie tak sztampowy, jak w przypadku całej rzeszy kapel kopiujących Metallikę i Testament. Prawidłowe, choć nie powalające brzmienie może z uwagi na fakt, że oprawia ono raczej klasyczne metalowe aranże, bliższe szkole NWOBHM niż estetyce thrash. Większość utworów w rytmie tzw. "marszowego thrashu", bardzo dobre aranżacje, kilka spokojniejszych momentów i przede wszystkim doskonała robota gitarzystów - do tego typu fachowców Warrel Dane ma zresztą do dzisiaj świetną rękę. Solówki, które wykonują Lenny Rutledge i Sean Blosl to warsztat najwyższych lotów i czasami słychać (początkowa solówka do coveru Jefferson Airplane "White Rabbit"), że zwłaszcza tutaj mógł co nieco podpowiedzieć Mustaine. Na ten numer tym bardziej warto zwrócić uwagę, że jego współproducentem jest Paul Lani, który zrealizował "So Far, So Good… So What!". Na szczęście na tym podobieństwa się kończą - mimo tego samego studia, słynnego Music Grinder w Mieście Aniołów (co słychać po bębnach), Sanctuary nikogo nie kopiuje ani tym bardziej nie ma kompleksów gwiazdy formatu Megadeth. Właściwie gdy bardziej wsłuchamy się w tę płytę i głos Warrela, to bliższe skojarzenia mamy

w kierunku Judas Priest z najlepszych lat (utwór "Ascension To Destiny"), wiec jaki thrash lub tym bardziej power metal? Heavy metal z technicznym pazurem i niech tak zostanie. Amen! Jeżeli chcecie wiedzieć, kochani, jak będzie wyglądać nadal aktywny na scenie metalowej Warrel Dane za kilkanaście lat, to obejrzyjcie okładkę drugiej płyty Sanctuary. A wiem co mówię, bowiem reaktywując niedawno ten zespół w oryginalnym składzie po prawie 20-letniej przerwie jakby oznajmiał prowokacyjnie wszem i wobec, że ma się nadal świetnie i nikt mu nie podskoczy. Jakby było mu mało wrażeń muzycznych z Nevermore... Okładka ta mówi jeszcze dodatkowo o jednej rzeczy - Sanctuary z drugiej płyty to zespół dojrzały, który wie czego chce i którego muzyka jest naturalnym przejściem do twórczości genialnego Nevermore. Dotyczy to zwłaszcza stylu wokalnego Warrela, jego melodyki i swobodnej zmiany stylu śpiewania. To wspaniały wokalista umiejętnie operujący dramaturgią głosu. Pierwszy utwór z płyty, "Future Tense", miał nie byle jaki rozgłos, bowiem doczekał się wideoklipu w MTV, który oglądali zapewne wszyscy liczący się producenci anty-łupieżowych szamponów - zresztą sprawdźcie sami. To dobry numer na rozpoczęcie, tym bardziej że później jest tylko lepiej. Propozycja muzyczna Sanctuary nie jest wprawdzie niczym rewolucyjnym w porównaniu z pierwszym albumem ale utwory są dłuższe, bardziej rozbudowane, muzycy częściej operują spokojnymi fragmentami (doskonały "Epitaph"). Na korzyść zespołu przemawia także fakt, że w czasach wszechobecnego szufladkowania muzyki Sanctuary wymyka się klasyfikowaniu - to nie jest czysty thrash, power metal ani techniczny heavy metal sauté. To po prostu Sanctuary, rozpoznawalny głównie dzięki swojemu wokaliście. A utwory porażają wręcz swoją metalową prostotą ("One More Murder") i raczą gitarowymi smaczkami ("Seasons Of Destruction"), nie mówiąc o doskonałym numerze na finał ("Communion") - duch Nevermore już sączył się w powietrzu… Jeżeli zespół ten w najbliższym czasie zaskoczy nas nowym materiałem, to jestem pierwszy w kolejce do jego zakupu. Siłą ostatniego albumu, jaki mamy, jest fakt, że muzyka na nim wcale się nie zestarzała - gdyby "Into The Mirror Black" pojawił się w tym roku, nikt by zapewne nie zauważył, że materiał ten odstaje nawet brzmieniowo a tym bardziej muzycznie od współczesnych płyt. Biorąc pod uwagę fakt, ile muzycy zdobyli doświadczeń, także życiowych, przez te 20 lat, wypada tylko zacierać ręce za rychłą muzyczną materializację tej reaktywacji. Czego Państwu i sobie życzę! wasz Pit

RECENZJE

91


Silver Mountain - Shakin' Brains / Universe/ Hibya: Live In Japan'85 / Roses & Champagne / Breakin' Chains 2009 MetalMind

Dobrze się stało, że płyty Silver Mountain są znowu dostępne. Inspirujący się nagraniami klasyków hard rocka Szwedzi, co manifestowali nawet nazwą, pochodzącą z tytułu jednego z utworów Rainbow, pozostawili bowiem po sobie kilka naprawdę udanych albumów. Pierwszy z nich, wydany w 1983r. "Shakin' Brains", to jeszcze klasyczny hard rock w najczystszej postaci, zakorzeniony w poprzedniej dekadzie. Mnóstwo tu odniesień nie tylko do Rainbow, ale również do Deep Purple (rozpędzony "Aftermath") oraz Uriah Heep ("Necrosexual Killer"). Pojawiają się też partie zwłaszcza klawiszowe - kojarzące się jednoznacznie z rockiem progresywnym ("1789", bonusowy "Keep On Keepin' On"). Do nowocześniejszego heavy metalu nawiązują zwłaszcza inspirowane stylem Randy' ego Rhoadsa partie gitarowe Jonasa Hanssona ("1789"), który zresztą momentami upodabnia się również wokalnie do mentora Rhoadsa, Ozzy'ego Osbourne'a ("Vikings"). Generalnie "Shakin' Brains" to album godny polecenia nie tylko miłośnikom klasycznego metalu, ale również klasycznego hard rocka oraz rocka progresywnego, którzy na pewno docenią bogactwo i piękno klawiszowo - organowych solówek i pasaży Jensa Johanssona. Wydany rok później "Universe" to już klasyczny heavy metal połowy lat 80., delikatnie tylko inspirowany hard rockiem. Hanssona zastąpił za mikrofonem rasowy metalowy krzykacz Christian Mentzer. Klawisze zeszły zdecydowanie na plan dalszy, dominują dość agresywne brzmienia gitar oraz dynamiczna sekcja rytmiczna. Dla wielu fanów "Universe" jest najlepszą płytą Silver Mountain i można się z tym zgodzić pod warunkiem, że mowa o klasycznie metalowym okresie działalności tej formacji. Grupa szybko dopełniła dyskografię koncertowym "Hibya: Live In Japan'85" (1986r.), nie wiem jednak czy nie nastąpiło to za wcześnie. Płyta jest bowiem krótka, nawet jak na standardy tamtych lat, kiedy to na rynku dominowały jeszcze winylowe, nie tak długie jak płyty CD, krążki. Do tego większość utworów na "Hibya…" to kompozycje pochodzące z promowanego wówczas LP "Universe", dlatego całość materiału nie jest zbyt urozmaicona. Z

92

RECENZJE

debiutu pojawił się tylko "Always", mam też nową, powstałą kilka tygodni przed koncertem szybką, ale sztampową "Meaningless". Dlatego można ten koncertowy album traktować jako uzupełnienie dyskografii zespołu oraz rzecz dla fanów kompletujących wszystkie płyty swego ulubionego zespołu. Nie wiem, jak owi zwolennicy Silver Mountain zareagowali na kolejny, wydany po trzech latach przerwy, krążek grupy. Był już rok 1988, dominowały wtedy AOR, komercyjny hard rock oraz hair metal - być może dlatego grupa w całkowicie zmienionym składzie (nowi: wokalista, klawiszowiec i perkusista) nagrała taki popowy koszmarek. "Roses & Champagne" to bowiem płyta nieporozumienie, pełna nijakich melodii, pseudo przebojowych refrenów, brzmiąca tak, że nawet nagrania Belindy Carlisle czy Cher z tego okresu to przy niej potężne uderzenia. Jedynymi plusami tej płyty są urozmaicone, często klasycyzujące solówki gitarowe Hanssona, klawiszowiec Nielsen też próbuje kombinować, sięga po różne brzmienia, również inspiruje się klasyką, ale to zdecydowanie zbyt mało. Na okładce można przeczytać: "This album can be played on any volume", ale to tylko reklamowy slogan, bo można słuchać tej płyty głośno, można cicho - nic to nie zmienia. Sytuacji nie poprawiają też bonusy: instrumentalny "Spring Time" oraz video do "Romeo & Juliet". Nic dziwnego, że zespół po takim wydawnictwie zamilkł na wiele lat. Grupa wznowiła działalność po powrocie do składu braci Andersa (perkusja, m.in. HammerFall i Y.J. Malmsteen) oraz Jensa (klawisze, m.in. Stratovarius, Y.J. Malmsteen, Blue Murder) Johanssonów. Wrócił też pierwszy basista, obecny na wszystkich płytach, grupy Per Stadin. Zainspirowało to lidera zespołu, Jonasa Hanssona, do powrotu do korzeni. Wydany w 2001r. album "Breakin' Chains" to znowu purpurowo - tęczowe klimaty znane z pierwszego okresu działalności Silver Mountain. Na płytę, poza nowymi kompozycjami trafiły też utwory z przełomu lat 70. i 80., wydane wówczas na debiutanckim singlu oraz kasecie demo. Dlatego, podobnie jak na "Shakin' Brains" mnóstwo tu gitarowo - klawiszowych dialogów, partii solowych inspirowanych klasyką - nie tylko w wydaniu poważnym, ale również hard rockową, oraz dynamicznego, surowo brzmiącego śpiewu lidera. Szkoda, że od tamtej pory zespól, poza okazjonalnymi wydawnictwami składankowymi oraz koncertowymi, milczy. Jednak oczekiwanie na kolejny, ewentualny album studyjny Silver Mountain zawsze można sobie umilić słuchając wcześniejszych wydawnictw tego zespołu… Wojciech Chamryk

że był to łabędzi śpiew formacji, bo w 1987 roku ukazał się jeszcze LP "Young & Free", wydany tylko we Francji, zawierający przeciętny, inspirowany metalem pop rock. Wznowienie "Hell Hath No Fury" zawiera trzy utwory dodatkowe. Nie wiedzieć czemu są to dwa utwory z 12"EP "My Angel", wydanej przed premierą debiutu: "In The Heat Of The Night" i "Our Love's Gone" oraz "Hell Hath No Fury" - znany z amerykańskiej edycji LP oraz singla. Dlaczego zabrakło strony A owego singla, pochodzącego również z amerykańskiego wydania oraz tytułowego nagrania z EP "My Angel", który trafił na pierwszą płytę, pozostaje tajemnicą wydawcy tej kompaktowej edycji. Wojciech Chamryk

dodatkowe utwory. Świetny, kojarzące się z N.W.O.B.H.M, a w szczególności z Maiden z czasów Di'Anno "Walpurgis Night" i kolejny klasycznie Runningowy "Satan". Oba utwory idealnie pasują do tej magicznej płyty i nie odstają od największych hitów. Podsumowując, jest to jeden z najlepszych debiutów w historii muzyki metalowej. Płyta mająca niebagatelne znaczenie dla całej sceny. Ileż do razy w późniejszych latach na płytach innych wykonawców można było wychwycić znajome riffy z "jedynki" Running Wild? Ta płyta dla całej rzeszy młodych chłopaków chcących grać metal była elementarzem, wyznacznikiem jak powinno się grać ten rodzaj muzyki. Chwała Rock'n Rolfowi i Running Wild za wszystko co kiedykolwiek nagrali. Prawie każdy ich album to klasyk, ale to jednak "Gates to Purgatory" darzę specjalnym sentymentem, gdyż od niego zaczęła się ta piękna historia. To ta płyta określiła ich styl, stworzyła nową jakość w heavy metalu. Long Live the Wild!!! We are prisoners of our time But we are still alive Fight for the freedom, Fight for the right We are Running Wild!!!

Maciej Osipiak

Running Wild - Gates Of Purgatory 2012/1984 Lemon

Tym razem przyszło mi opisać płytę, którą zna chyba każdy, biblię fanatyków diabelskiego speed/black metalu Running Wild - "Gates to Purgatory"! No to jedziemy! Na początek mamy znakomity, rozpędzony, speedowy "Victim of States Power". Świetny prosty riff i soczyście brzmiące bębny. Wokal Kasparka z dodatkowym pogłosem to po prostu magia. Klimat i atmosfera prawdziwego metalu połowy lat 80'. Jako drugi kolejny hit. Tym razem bardziej rock'n rollowy "Black Demon". Średnie tempo momentami klimat podobny do Venom i ten refren, który zostaje w głowie po pierwszym przesłuchaniu. Pora na kolejny satanistyczny manifest: "Preacher". Dzisiejsze "powerowe" misie muszą być w niezłym szoku słuchając tej muzyki i tekstu. W 1984 na taką muzykę mówiło się black metal! Majestatyczny walec miażdży każdego na swojej drodze, a atmosfera grozy wywołuje dreszcze. "Soldiers of Hell", czyli znowu przyspieszamy. Kolejny hit ze znakomitym skandowanym refrenem. Fenomenalne melodyjne solo rozkłada mnie za każdym razem na łopatki. Miód na moje metalowe uszy. Do kolejnego "Diabolic Force". Brakuje mi już przymiotników jakimi można opisać ten utwór, żeby się nie powtarzać. To daimondowsko wyciągane "toniiiiiight" i znowu kapitalny refren zabijają. Heavy metalowe mistrzostwo świata. Do tego kolejna fantastyczna solówka. "Adrian S.O.S." to speed metalowy killer trwający nie całe 3 minuty i niszczące każde pozerskie ścierwo. Następnie mój ulubiony "Genghis Khan"! Na początek świetny prosty riff przechodzące w galopadę, przy której można urwać sobie łeb. Cudowne zwrotki przechodzą w skandowany refren. Utwór idealny na koncerty i wielokrotnie grany przez zespół w pięknych dla metalu czasach . No i wreszcie hymn zespołu (myślę, że również wielu metalowców) potężny "Prisoners of our Time". Słowa są tu zbędne. Ten riff zna chyba każdy. Fantastycznie rozpędzony w zwrotkach z cudownym zwolnieniem w majestatycznym, hymnicznym refrenie. Ileż to razy po którymś piwie z kolei wykrzykiwało się ten refren do księżyca swoimi przepitymi głosami. Czysty Kult! Na tym kończy się pierwotna wersja tego albumu, jednak na cd są zamieszczone 2

Sabre - On the Prowl 1985 Blade

Sabre to dość popularna nazwa wśród kapel metalowych i można tutaj wymienić aż sześć kapel o takiej nazwie, jednak ja chciałbym podzielić się z wami wrażeniami na temat jedynego albumu kanadyjskiego zespołu hard rockowego Sabre o tytule „On the Prowl”, który ukazał się w 1985 roku. Sama kapela jak i album nie zdobyły większej sławy, nie zdobyły popularności i nie przebiły się przez dość silną konkurencję. Słaba promocja, niczym nie wyróżniający się styl czy tylko średniej klasy utwory nie mogły sprzyjać rozwojowi kariery zespołu, ani w zdobywaniu szerokiego grona fanów. Zespół został założony w latach 80 i ich celem było granie hard rocka z elementami heavy metalu czy NWOBHM i w muzyce tej kapeli słychać wpływy Def Leppard, Nightwing, Witchfynder General czy Meat Loaf. Tak więc można rzec, że kanadyjski zespół grał muzykę bardzo brytyjską z ciepłymi, prostymi, zapadającymi melodiami, popartymi wyraźną, urozmaiconą i pełną niespodzianek sekcją rytmiczną i finezyjnymi, energicznymi partiami Stephena Malcolma Fife'a, który wszystko spina swoim mocnym, wyraźnym wokalem, który jest zadziorny i melodyjny. To wszystko sprzyja łatwemu odbiorowi całości, która przecież niczym się nie wyróżnia na tle innych hard rockowych płyt lat 80. Co charakteryzuje debiutancki album tej formacji to dopracowanie swojego debiutu pod każdym względem, zarówno tym wzrokowy tj szata graficznym jak i audialnym czyli brzmienie, które jest soczyste i takie nasuwające hard rock brytyjski. Choć na płycie jest sporo kawałków, bo aż 12, to jednak całość trwa około 45 minut, co akurat można uznać za plus, bo przy


dłuższym trwaniu mogłoby zmęczyć jeszcze bardziej słuchacza. Całość otwiera „Crusin”, który jest utrzymany w stylizacji Def Leppard, jednak nie do końca przekonuje mnie w tym utworze główny motyw czy sam refren, jednak partie gitarowe są tutaj bardzo atrakcyjne. Nieco AC/DC można wyłapać w „Bring On The Night” zwłaszcza w początkowej fazie utworu, zaś same solówki tutaj nasuwają NWOBHM i Iron Maiden czy Def Leppard. Bardziej stonowany, bardziej posępny jest tutaj „Feel ( My Rage)” z wyeksponowanym basem i mocną zadziorną gitarą, która momentami ociera się o Queen. Wspomniany wcześniej Meat Loaf dość mocno wybrzmiewa z romantycznej ballady „Worlds Away”. Jednym z największych przebojów na płycie jest bez wątpienia energiczny „Lets Ride”, który brzmi jak zagubiony utwór Def Leppard. Podobnie można napisać o kolejnych utworach w tym „Take the Wheel”, rockowym „Taste The Fear” czy heavy metalowym, rock'n rollowym „Savage Tales”, które są prawdziwą ucztą dla fanów hard rocka i właściwie złego słowa nie można napisać o pozostałej części. Solidny materiał, dobrzy muzycy, którzy znają się na swojej robocie, jednak mimo tego, kapeli nie udało się przebić przez konkurencję i nagrać kolejne albumy. Po wydaniu debiutanckiego albumu kapela się rozpadła, jednak Sabre zapisał się w historii hard rocka. Kto kocha brytyjskie granie, brytyjski hard rock i Def Leppard ten z pewnością przekona się do tego co zaprezentował na tym krążku Sabre. Łukasz Frasek

bluesowo/hard rockowa. Jednak to tylko ozdobniki, bo domeną Strike było rasowe hard'n'heavy i właśnie takie dźwięki stanowią o ponadczasowej sile i klasie "Back In Flames". Wojciech Chamryk

Strike - Back In Flames 2012 Jolly Roger

Nie zanosi się na to, by Strike, jeden z pierwszych, jak nie pionierski zespół heavy metalowy we Włoszech, wznowił działalność. Dobrze przynajmniej, że na kompilacji "Back In Flames" przypomniano ich dorobek, z jedynym LP wydanym w 1981 roku, na czele. Strike, jak na zespół założony w roku 1979 przystało wymiata siarczysty, inspirowany hard rockiem, melodyjny metal. Czasem ostry, zadziorny, mogący kojarzyć się zarówno z dokonaniami UFO z tego okresu ("Short Cut To Hell", Head Out"), jak i właśnie rosnącym w siłę nurtem NWOBHM ("We've Got The Music"). Bywa, że grupa proponuje bardziej melodyjne, kojarzące się jeszcze jednoznacznie z dekadą lat 70. utwory ("I Want To Rock", "Go Your Way"), czasem sięga też do nietypowych, jak na tamte lata rozwiązań (inspirowana flamenco partia gitary w "HM Army"). Słychać też, że AC/DC byli wtedy na absolutnym topie i Włosi nie oparli się ich wpływowi, przemycając charakterystyczne, hard rockowe boogie w "Running The Race" czy zbliżając się do rytmiki "Touch Too Much" we "Flames", jednym z bonusowych utworów z "Demo"85". Zresztą w kończącym album "Fly" w wersji unplugged poszli jeszcze dalej, brzmiąc już niczym rasowa grupa

Sudden Death - All Or Nothing 1987 MPB

Mam słabość do niemieckiej sceny heavy metalowej nie zależnie od tego czy jest to staroć, czy nowość. I tak w ramach akcji poszukiwawczej znalazłem jedyny album jaki został wydany przez niemiecki Sudden Death. Nazwa zbytnio wiele nie zdradza, bo tą samą nazwą kryje się thrash metalowy band z Biebesheim oraz death metalowy z Osnabrucku. Natomiast zespół na który ja się natknąłem to rasowy heavy metal „Made in Germany”. Zespół został założony na początku lat 80 i zostawił po sobie tylko jeden, debiutancki album, które został zatytułowany „All or Nothing”. Na albumie usłyszymy przede wszystkim heavy metal niemiecki ocierający się o dokonania Running Wild z pierwszej płyty, Accept, czy też Grave Digger z „Heavy Metal Breakdown”. Siła tego debiutanckiego lp tkwi jednak nie w skojarzeniach, ale w umiejętnościach muzyków, którzy zagwarantowali bardzo przebojowy materiał, który jest

bez skazy. Stworzono odpowiednie brzmienie, które cechuje się naturalnością i drapieżnością. Zadbano także o sam materiał, który odgrywa tutaj kluczową rolę. Bo kiedy nie ma mowy o oryginalności, to właśnie zaczyna nabierać większego znaczenia sama przebojowość i pomysłowość na melodie, a te tutaj są z górnej półki. Tą którą słyszymy w otwierającym „Blood Consclusion” mogłaby zdobić „Branded & Exiled” Running Wild. Takich heavy metalowych przebojów, zbudowanych na dynamicznej sekcji rytmicznej, na ostrym, rasowym riffie i zadziornym wokalu Arno Scharnberga, który łączy w sobie manierę Rolfa Kasperka i Udo Dirkschneidera jest znacznie więcej. Śmiało można tutaj wymienić rozpędzony, wręcz speed metalowy „Killer”, który gdzieś przemyca nieco Motorhead, a także urozmaicony i pełen werwy „Backstage Queen”. Zespół świetnie sobie radzi w bardziej stonowanych klimatach co słychać w „Dust In The Wind”, który przypomina mi poniekąd Saxon i w podobnej stylizacji jest utrzymany najdłuższy utwór na płycie, czyli „Loaded Brain”. Niemieckie kapele niemal zawsze muszą umieścić taki bardziej true metalowy hymn i tym razem taką rolę pełni „All Or Nothing”. Całość zamyka bardziej hard rockowe, czy też rock'n rollowe wcielenie zespołu, czyli „I want It”. Muszą przyznać, że w każdym wcieleniu podoba mi się Sudden Death, czy to w tym speed metalowym, czy w tym true metalowym, czy w tym bardziej rock'n rollowym. To tylko świadczy o elastyczności zespołu i o tym jak dobrze sobie radzą z komponowaniem. Od początku do końca album jest wypełniony przebojami, a i warstwa instrumentalna zachwyca pomysłowością na poszczególne melodie i


Steel Vengeance - Call Of The Dogs/Second Offense/ Prisoners 2013 MetalMind

Steel Vengeance to jeden z mniej znanych amerykańskich zespołów lat 80., któremu nie było dane zdobyć większej popularności. Jest to tym bardziej zaskakujące, że w rosnącej wtedy w USA niemal lawinowo ilości zespołów grających heavy metal, kwartet z Michigan zdecydowanie wyróżniał się umiejętnościami i potencjałem. Zespół zasygnalizował go już na debiutanckim "Call Of The Dogs" z 1985 roku. To dość surowo brzmiący, zwłaszcza, jeśli porównamy go do obecnych standardów, materiał, w połowie lat 80. też pewnie nie demolował głośników. Jednak niedostatki brzmieniowe rekompensuje z nawiązką ostra, bezkompromisowa muzyka. Młodzi Amerykanie czerpią zarówno z rodzimej klasyki pokroju Kiss czy Alice Coopera, jak i klasycznego, dominującego wówczas w świecie, brytyjskiego metalu. Efektem jest może nie porywający, ale robiący nadal wrażenie przebojowy US power metal, z licznymi odniesieniami do klasycznego heavy i speed metalu. Zespół świetnie czuje się w szybkich, rozpędzonych utworach ("Night Turns To Day", "Midnight Machine"), często też urozmaica takie szybkie kompozycje pomysłowymi zwolnieniami, jak w "Victim Of Love". Na "Call Of The Dogs" przeważają jednak potężnie brzmiące, utrzymane w średnim tempie utwory. Mamy też balladowe partie w "Dreams Come True" oraz finałową power balladę "Our Love Was Yesterday". Wydany rok później "Second Offense" to już zdecydowanie wyższy poziom produkcyjno - aranżacyjny. Głos partie gitarowe. Tak, nie ma w tym za grosz oryginalności, ale kiedy usłyszycie pierwszy utwór, to przestaniecie zwracać na to uwagę i będzie się liczyć tylko kolejny przebój, kolejne chwytliwy refren, kolejna energiczna, pełna finezji solówka. „All Or Nothing” nie jest gorszy od debiutów wielkich kapel z tego kraju, a jednak marka Sudden Death nie przetrwała i dzisiaj znana jest tylko wśród zapalonych słuchaczy i historyków muzyki heavy metalowej. Szkoda, nic pozostaje tylko odpalić album jeszcze raz w końcu po to jest krótki czas płyty – 35min aby w ciągu godziny przesłuchać ją dwa razy, czego nie można powtórzyć ze współczesnym

94

RECENZJE

jeszcze lepiej śpiewającego Scotta Carlsona niewątpliwie na tym zyskał - wokalista brzmi bardzo przekonywująco zarówno w lirycznych fragmentach jaki i tych podanych z agresją i dynamiką. Momentami grupa sięga wręcz po thrashowe tempa, jak w "Just One More Time", a liczne szybkie killery pokroju "Beware The Wizard" czy "Don't Waste It On Me" stanowią o jej sile. Są też dłuższe, rozbudowane formy: na poły balladowy, mroczny "Eyes That Cannot See" oraz ładnie rozwijająca się ballada "Pleasure With Pain", nie brakuje również przebojowych refrenów oraz urozmaiconych solówek. Na "Prisoners" z 1988r. nie wpłynęły negatywnie nawet zmiany składu. Nowi gitarzysta i perkusista musieli nieźle dogadywać się z kolegami, bo powstała bodaj najlepsza płyta Steel Vengeance. Jeszcze bardziej dynamiczna i agresywna, zarówno w warstwie wokalnej jak i instrumentalnej. Słychać, że to już rok 1988, bębny brzmią potężniej, riffy też raczej nie z tych celujących w listy przebojów - chociaż przebojowy, lżej brzmiący "Under World" i melodyjny "Can't Stop The Rain" też tu mamy. Zespół ponownie dopełnia materiał dłuższymi utworami. "Streets Of Gold" to ciekawe połączenie balladowych i lżej brzmiących partii z urozmaiconymi rytmicznie, zróżnicowanymi fragmentami. Z kolei ballada "Till Tomorrow" nie ma w sobie nic z ckliwości podobnych nagrań z tego okresu, będąc jednym z mocniejszych utworów na płycie. Wszystkie płyty Steel Vengeance wznowione przez Metal Mind zawierają bonusy audio i video. Szkoda tylko, że utwory z demo '85 "Never Lettin' Go" zostały rozrzucone po wszystkich trzech krążkach z lat 1985 - 88 - znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby umieszczenie ich na jednym, a dopełnienie dwóch pozostałych filmowymi dodatkami koncertowymi. Szkoda również, że w nowych edycjach ingerowano w oprawę graficzną płyt, na czym szczególnie straciła okładka "Prisoner". Wojciech Chamryk

albumem, który trwa przynajmniej 45 min. Polecam. Łukasz Frasek Talion - Killing The World 1989 Major

Wielka Brytania zawsze kojarzona była z NWOBHM, z heavy metalem lat 80 typu Iron Maiden czy Saxon, czy też klimatycznym rockiem i power metal to gatunek, który był bardzo rzadko spotykany w ramach tego kraju. Rzadko w tym przypadku nie oznacza, że nie było takich kapela w latach 80, które były zapatrzone w amerykański speed/power metal i kapele jak Metal Church czy

Helstar. Jednym właśnie z takich zespołów był Talion, który został założony w 1988 roku i zostawił po sobie jedynie debiutancki album „Killing The World” z 1989 roku. Sam zespół jak i ów album nie należy do grona rozpoznawalnych i znanych wszystkim osobom słuchającym melodyjny heavy/ speed/ power metal z elementami thrash metalu. Silna konkurencja, wiele innych ciekawszych płyt i kiepska promocja sprawiła, że debiutancki album tej formacji nie spotkał się z dużym zainteresowaniem, co akurat jest krzywdzące dla tego wydawnictwa, bo choć kapela nie była znana, to jednak nagrała znakomity album, wypełniony energiczną, ostrą muzyką, która oddaje to co najlepsze speed/power metalu, trzymając się jednocześnie tego co amerykańskie kapele już wypracowały. Co jest godne uwagi i warte odnotowania w historii brytyjskiego metalu to, że w końcu jakaś kapela przeniosła na tą scenę metalową stylistykę amerykańskiego power metalu i to na wysokim poziomie. Jak przystało na stylistykę speed/power metalowa w wykonaniu amerykańskich kapel mamy szorstki, drapieżny, nieco nie okiełznany i taki naturalny wokal Graemiego Wyata, który przy ozdabia owe kompozycje surowością, melodyjnością i taką mocą, która daje prawdziwego kopa. Amerykański charakter można wyczuć w partiach gitarowych Pete'a Wadesona, który łączy klimat, agresje i ciężar, zostawiając tą lekkość i finezję z której słynie przecież scena brytyjska. Tutaj wszystko idzie w kierunku bardziej amerykańskim, nawet sekcja rytmiczna, mocne, nieco surowe, mroczne brzmienie czy komiksowa, miła dla oka okładka też mają coś z amerykańskiego speed/power metalu. Ta brytyjska formacja nie miała okazji nagrać coś więcej niż tylko ten debiutancki album i trzeba przyznać, że udało im się stworzyć znakomity album, który mimo swoich lat wciąż niszczy, wciąż porywa swoją energią, drapieżnością i melodyjnością. Tak całość dopracowana jest pod względem technicznym i detali, tak również zawartość jest dopieszczona pod względem pomysłów, melodii, motywów, solówek, refrenów i przebojowego charakteru. Nie ma tutaj wypełniaczy i słabych momentów. Znajdziemy tutaj 7 utworów dających prawie 37 minut muzyki, dynamicznej, równej i trzymającej w napięciu. Zaczyna się od epickiego „Killing The World”, który jest zróżnicowany, ostry, agresywny i pełen odesłań do muzyki thrash metalowej. Nieco toporności i kwadratowego grania wkrada się do nieco stonowanego „Sanctuary”, ale to wciąż granie na wysokim poziomie i nie można tutaj pominąć znakomitych solówek gitarowych, które potrafią przyprawić o dreszcze. Heavy metal i nieco hard rocka można uchwycić w mocniejszym, lżejszym „Living On The Edge”. Speed/ power metalowy instrumentalny kawałek „Speed Thrills” jest znakomity i potwierdza, że muzycy znają się na swojej robocie i nie są jakimiś tam rzemieślnikami. Najdłuższym utworem na płycie jest 10 minutowy „Law Of Retalation”, który ma coś z progresywnego metalu, coś z speed/ power metalu i coś z thrash metalu. Dzieje

się w tym utworze całkiem sporo i nie ma mowy o nudzie. Jednym z najszybszych utworów na płycie jest „Screaming For Mercy”, który również jest znakomitym przykładem przebojowości na tym albumie. Całość zamyka równie szybki i energiczny „Premonition”. Ten album jest znakomitym dowodem na to, że speed/power metal na scenie brytyjskiej też się pojawił i to nie było wcale jakieś klonowanie, czy amatorskie granie, lecz grania na wysokim poziomie z wzorowaniem się na tym co grały amerykańskie kapele. Znakomita mieszanka speed/power metalu z elementami thrash metalu, którą każdy fan tych gatunków powinien znać, bo jest to prawdziwa uczta dla maniaka tego rodzaju grania. Łukasz Frasek

Uriah Heep - Sea Of Light/ Spellbinder - Live/ Sonic Origami 2013 Hear No Evil

Po katastrofalnym artystycznie oraz pod względem komercyjnym przełomie lat 80. i 90. Uriah Heep zdołali odbić się od dna w połowie następnej dekady. O wzlotach z początków lat 70. nie było rzecz jasna mowy, bo nie było to już czasy tak przychylne dla hard rocka, a przede wszystkim nie był to już ten sam zespół. Jednak weteranom udało się wówczas nagrać sporo interesującej muzyki. Być może wpływ na taki stan rzeczy miała długa, bo aż czteroletnia przerwa oddzielająca albumy "Different World" i "Sea Of Light"? Przyciągający wzrok bajeczną okładką autorstwa Rogera Deana album ten jest swoistym pomostem pomiędzy Heep lat 70., a tym bardziej komercyjnym z następnej dekady. Starszych fanów na pewno zachwycą uroczo archaiczny "Logical Progression" oraz zadziorny "Universal Wheels" z popisami klawiszowca Phila Lanzona oraz gitarzysty Micka Boxa. Są też piękne, typowe dla Heep ballady, w rodzaju "Mistress Of All Time" czy "Dream On". W tym pierwszym utworze zespół jakby momentami nawiązywał do stylistyki wczesnego Yes. Z lat 80. czerpią zaś chyba najbardziej udane: szybki, zadziorny, z niżej śpiewającym Shawem "Time Of Revelation" oraz kojarzący się, dzięki chórkom, z dokonaniami Styx czy późnego Kansas, "Spirit Of Freedom". Niestety utwory bonusowe tego wznowienia są niezbyt ciekawe. "She Still Calls His Name" oraz "Sail The Rivers" to nijakie i sztampowe odrzuty z sesji, zaś singlowa wersja "Dream On" nie rzuca na kolana tak, jak nieco dłuższy oryginał. W czasie trasy promującej "Sea Of Light" zarejestrowano kolejną w dyskografii Heep koncertówkę - "Spellbinder - Live". Trafiły jednak na nią głównie sprawdzone przez kilka dziesięcioleci koncertów pewniaki, jak: "Stealin'", "Rainbow Demon", "Wizard", "Circle Of Hands" oraz "Gypsy". Nie zabrakło również nieśmiertelnych evergrenów "Look At Yourself" i zagranych na bis "Lady In Black" oraz "Easy Livin'". To kompetentne, pełne ognia, nieźle zaśpiewane wykonania, łącznie z trademarkowymi dla Heep chórkami, ale trochę szkoda, że zespół nie postawił na bardziej zróżnicowany repertuar. Dlatego ze staroci mamy rza-


dziej wykonywany na koncertach "Devil's Daughter" z LP "Return To Fantasy", a z nowszych raptem dwa utwory. Honoru płyty "Sea Of Light" broni utrzymany w średnim tempie "Words In A Distance", mamy też szybki, ostry, jednoznacznie kojarzący się z estetyką lat 80. "Bad Bad Man", pochodzący z wydanej w 1989r. płyty "Raging Silence". Na tegorocznym wznowieniu "Spellbinder - Live" również mamy bonusy, jednak dodane trochę na siłę. Są to bowiem dwa… utwory studyjne. W dodatku "Sail The Rivers", odrzut z sesji CD "Sea Of Light" znajdziemy wśród bonusów na wznowieniu tejże płyty, a "Across The Miles" pochodzi z albumu "Sonic Origami". Wątpię, by jego wersja radiowa była wystarczającą zachętą do kupienia tej płyty, jeśli ktoś ma już oryginalne wydanie z 1996r. Pochodzący z 1998 r. album "Sonic Origami" zebrał wówczas niezłe recenzje i słuchany po latach również może się podobać. Zespół ponownie postarał się połączyć to co najlepsze w swojej muzyce z lat 70. i 80., jednak ze znacznie ciekawszym skutkiem niż na "Sea Of Light". Tak więc mamy tu zdecydowanie więcej klasycznego hard rocka ("In The Moment", "Everything In Life"), czasem nawet kojarzącego się z dokonaniami Deep Purple z lat 80. ("I Hear Voices", bonusowy "Sweet Pretender"). Są też dłuższe, bardziej rozbudowane utwory z progresywnymi elementami, jak opener "Between Two Worlds" czy trwający ponad osiem minut, wykorzystujący brzmienia orkiestrowe "The Golden Palace". Sporo też na "Sonic Origami" zgrabnych, ciekawie zaaranżowanych ballad. Stopniowo się rozwijających, jak "Shelter From The Rain" i "Heartless Land", jak i bazujących na brzmieniach akustycznych. Tu największe wrażenie robi "Question", z piękną gitarą Boxa i pełnym emocji śpiewem Shawa. Nie zabrakło również przebojowego grania w tradycji melodyjnego hard rocka i AOR lat 80.: "Perfect Little Heart", "Change". Jednak w tej stylistyce zespół nie czuł się już chyba najlepiej, co potwierdzają nijaka ballada "Across The Miles" i drugi bonus, niby przebojowy, lecz niezbyt wpadający w ucho "Heartless Land". Na szczęście zespół wyciągnął z tego wnioski i na kolejnych albumach Uriah Heep szlachetny hard rock lśnił już pełnym blaskiem, niczym w latach 70. Wojciech Chamryk

Wolf Spider - Hue Of Evil 2009/1991

Materiał ten został zrealizowany po odejściu Leszka Szpiegla mniej więcej w 1989 roku. Ale zanim wspomniane odejście nastąpiło, to Szpiegiel wziął jeszcze udział w nagraniu materiału "Barwy Zła". Był to materiał, który zespół wykorzystał z następcą wspomnianego wokalisty. A został nim wówczas na krótko Tomek Zwierzchowski i mniej więcej w tym czasie kwintet przybrał angielski odpowiednik swojej nazwy i zaczął działać, jako Wolf Spider. Nie tylko nazwa stała się angielska, ale także teksty. "Hue Of Evil" to nic innego jak anglojęzyczna wersja wspomnianych "Barw...". Warto dodać, że w dysko-

Tokyo Blade - Tokyo Blade/ Blackhearts & Jaded Spades/ Ain't Misbehavin'/No Remorse/Burning Down Paradise/ Anthology 2010 - 2013 Cherry Red/ Lemon/ Hear No Evil

Tokyo Blade ostatnim udanym albumem studyjnym "Thousand Men Strong" odzyskali zaufanie starszych, jednak pewnie już coraz mniej licznych fanów. Nie zmienia to jednak faktu, że przez wiele lat kariery obok fantastycznych albumów nagrali też sporo gniotów i płyt najzwyczajniej nieudanych. Zaczęli w roku 1983 od bardzo wysokiego C - debiutancki "Tokyo Blade" to nie tylko jeden z najlepszych, obok wydanego rok później "Night of The Blade", albumów zespołu, ale również całego nurtu NWOB HM. Z ośmiu, nie licząc finałowego żartu, zamieszczonych na LP utworów aż siedem to prawdziwe killery - w większości szybkie, dynamiczne, piekielnie zadziorne i zarazem chwytliwe. Są też utrzymane w średnim tempie potężne, bardziej urozmaicone, dłuższe utwory. Jedyny odstający nieco od reszty utwór to "Tonight" - nie najgorszy, ale pomiędzy rozpędzonym "Liar" i rozbudowanym "Sunrise In Tokyo" wypada nieco blado. Najnowsza reedycja debiutu zawiera sporo bonusów - utworów znanych z singli oraz oficjalnego bootlega. Były one co prawda już dostępne na innych płytach, ale w takiej ilości i zestawieniu pojawiają się na albumie Tokyo Blade po raz pierwszy. W 1984 po zmianie wokalisty Tokyo Blade nagrali równie dobry "Night of The Blade", jednak nie zdobyli większej popularności. Było to zapewne powodem złagodzenia brzmienia i lekkiego "pójścia na lep komercji" w roku następnym. Płyta "Blackhearts & Jaded Spades" z perspektywy czasu nie jest jednak jeszcze taka zła. Zyskuje zwłaszcza w konfrontacji z kolejnymi krążkami w dyskografii zespołu. Mamy bowiem na niej sporo prób podbicia list przebojów, jak naśladujący numery Diamentowego Dave'a Lee Rotha "Loving You Is An Easy Thing To Do" z solem harmonijki w wykonaniu wokalisty. Są też

jednak ostre, szybkie, utrzymane w starym stylu "Make It Through The Night" oraz "Monkey Blood". Niestety po wydaniu tej płyty sytuacja zespołu nie zmieniła się, sukces pokroju Def Leppard był dla muzyków nieosiągalny. Do tego wokalista Vicki James Wright odszedł, słusznie zapewne rozumując, że jeśli marzyć o sukcesie, to lepiej na własny rachunek. Niestety, on też nie podbił list przebojów z własnym Johnny Crash, a Tokyo Blade zaczęli zjazd po równi pochyłej. Potwierdza to już "Ain't Misbehavin'" z 1987r. Firmowany przypadkowym składem i nazwą Andy Boulton's Tokyo Blade. Peter Zito wokalnie nie był w stanie dorównać swym poprzednikom, zaś Andy Boulton w tym okresie zapomniał już, że był jednym z lepszych gitarowych wymiataczy NWOBHM, komponując utwory brzmiące jak popłuczyny po Van Halen ("Movie Star") lub wtórne do bólu ("Tokyo City"). Generalnie za dużo tu lekkich brzmień, partii instrumentów klawiszowych i komercji kojarzącej się z muzyczną konfekcją. Riff z "Hot For Love" w stylu Accept czy nawiązujący do klasycznych dokonań zespołu z wczesnych lat 80. "Love And Hate" niczego tu nie zmienią. Tym gorzej, że brak sukcesu spowodował w Tokyo Blade istną karuzelę personalną. Na wydanej dwa lata później "No Remorse" z poprzedniego składu ostał się tylko lider. Znakiem czasu i sytuacji w zespole jest to, że klawiszowiec jest już regularnym członkiem zespołu. Niestety Martin Machwitz rzadko wykazuje się pozytywnie - czasem korzysta z hammondowych brzmień, a klawisze fajnie napędzają progresywne w klimacie, kojarzące się z Saracen, "The Eyes Of The Storm" i "Shadows Of Insanity". Generalnie jednak przeważają pop rockowe schematy, pseudo przebojowe refreny, z którymi śpiewający drażniącą, jakby nosową barwą - Michael Pozz generalnie sobie nie radzi. Jeśli jakiś fragment wypada ciekawiej, to na bank jest zapożyczeniem od Black Sabbath czy Aerosmith. Momentami brzmi to chociażby w "Chains Of Love", jakby płyta była odtwarzana na zwolnionych obrotach. Nic dziwnego, że po takiej wpadce zespół zamilkł na sześć lat. Pomocną dłoń Boultonowi podali muzycy klasycznego składu Blade, Alan Marsh i John Wiggins. Z ich udziałem powstał album "Burning Down Paradise". Z jednej strony sporo na nim nawiązań do klasycznych utworów Tokyo Blade, a Marsh śpiewa nie gorzej niż w 1983r.

Jednak większość utworów przekracza znacznie pięć minut, co sprawia, że słuchanie po raz n-ty tego samego, oklepanego refrenu staje się męczarnią. Do tego Boulton znowu jest naśladowcą, czerpiąc zdecydowanie zbyt często od będących wówczas na fali weteranów z Aerosmith oraz gwiazd młodszego pokolenia, Faith No More. Charakterystyczne brzmienie i partie wyeksponowanego basu zdecydowanie za bardzo kojarzą się z nowszymi odmianami ciężkiego grania, a w "Kickback" Coling Riggs wchodzi wręcz w rejony zarezerwowane dla Red Hot Chili Peppers. Przynajmniej pod względem gitarowym jest czego posłuchać - we wspomnianym utworze oraz "Wing And A Prayer" czy "Woman And Love" Boulton wyraźnie sygnalizuje, że jest w formie. Wszystkie atuty i wątpliwe artystycznie kompromisy podsumowuje najnowsza kompilacja w dyskografii zespołu. "Anthology" to łącznie aż 34 utwory. Pierwsza płyta jest zdecydowanie ciekawsza, ale nie mogło być inaczej, skoro trafiło na nią po pięć utworów z dwóch pierwszych albumów formacji, z ponadczasowymi "Night Of The Blade", "Sunrise In Tokyo" oraz "Meanstreak". Mamy też kompletną zawartość 12"EP "Madame Guillotine" z 1985r. Drugi krążek zaczyna się już bardziej komercyjnymi utworami, nagranymi jeszcze z V. J. Wright'em na LP "Blackhearts & Jaded Spades". Są też wątpliwej jakości popisy Petera Zito oraz Michaela Pozza z kolejnych albumów. Dobrze przynajmniej, że na "Anthology" trafiły również utwory nagrane z udziałem Alana Marsha na CD "Burning Down Paradise". Nie zmienia to jednak faktu, że kupowanie podwójnej składanki dla pierwszej płyty mija się z celem - lepiej zainwestować w dwa pierwsze albumy Tokyo Blade, lub zawierającą mniej, ale lepszych utworów kompilację, jeśli komuś takowa wystarczy. Wojciech Chamryk

RECENZJE

95


grafii zespołu album został wydany, jako póki co ostatni. W 2009 roku za pośrednictwem krajowych monopolistów z MMP ukazały się wznowienia wszystkich czterech albumów zespołu. Nie zapomniano również o "Barwach..." tych po polsku, które znajdziemy w postaci smaczków na albumach "Kingdom Of Paranoia" i "Driffting in the Sullen Sea". Na metalmindowskiej wersji płyty, pomimo dziewięciu premierowych utworów usłyszymy aż pięć bonusów w tym jak podejrzewam dwa odrzuty z sesji a także materiał live. Dzięki remasteringowi płyta nie brzmi już tak płasko jak to było w przypadku pierwotnego wydania. Co cechuję tą płyte i co konkretnie można o niej powiedzieć? Płytę cechuje pewnego rodzaju wyścig z czasem i poszukiwanie przez zespół własnego ja, wyznaczenie pewnej ścieżki. "Sex Shop" jest utworem otwierającym płytę, na pierwotnym wydaniu z 1991 posiadał on wstęp w postaci odgłosów znanych z filmów dla dorosłych na wznowieniu zrezygnowano z tego. Już na starcie Spajderzy serwują nam rytmiczną gonitwę z zawrotnymi gitarowymi riffami i prostymi dynamicznymi biciami perkusji, w mgnieniu zmieniającymi się w masę bezpruderyjnych dźwięków. Do tego dochodzi melodyjna aczkolwiek mało agresywna barwa głosu Zwierza jest wspomagana przez chórki w refrenach. Solówki Popcorna i Mankovera wgniatają w fotel, ten duet gitarowy stworzył gamę porywających, pokręconych dźwięków. "I'ts Only Vodka" potwierdza tylko iście thrashowe zacięcie, szalone tempo, które w zasadzie gości we wszystkich utworach zamieszczonych na krążku. Miażdżące, łamane riffy znajdziemy w "Sex Maniac" czy "Homless Children". Końcówka "Verge Of Sanity" to już gra na bardzo wysokich obrotach, muzyka szarżuje, rzadko kiedy zwalnia. Ciekawymi utworami są bez wątpienia bonusy "Girl For Sale" czy "Television", które bez wątpienia pochodzą z tej sesji. Szkoda tylko, że nie znalazły swojego miejsca na pierwszym wydaniu. Słuchając tego albumu doceniłem przedewszystkim jego stylistykę, bardzo zbliżoną do dokonań Anthrax z czasów "The State Of Euphoria". Porywające riffy, wgniatające solówki, chórki w refrenach a wszystko to utrzymane w zabójczym rytmie. Krótko i na temat. Jest to najbardziej dynamiczna płyta w repertuarze Spajderów a zarazem najmniej doceniona. Z kompozycji czuć moc i solidny wykop nie słychać różnic między utworami co dodaje tylko patosu. Warto posłuchać archiwalnych "Barw...", które na pewno przypadną do gustu zwolennikom debiutanckiego długograja. Poprawione brzmienie albumu może tylko zachęcić do wysłuchania tego albumu. Kamil Białek

Wiolf Spider - Kingdom Of Paranoia 2009/1990MetalMind

Ten album doskonale ukazuję jak, bardzo do przodu ze swoją muzyką posunął się Wolf Spider. Zarówno w sferze technicznej jak i kompozytorskiej. Równocześnie dając dowód na to, że za coraz bardziej odkrywającą się dla świa-

96

RECENZJE

ta żelazną kurtyną nie brakuję muzyków o równie imponujących umiejętnościach połamanego grania. Trzeci album Poznaniaków to solidna dawka technicznego thrashu na światowym poziomie. Pierwotnie pozycja została wydana za pośrednictwem zachodniej wytwórni Under One Flag, która w tamtym czasie zainteresowała się poza Wolf Spiderami jeszcze dwoma kapelami ze stolicy Wielkopolski. A mianowicie równie znanemu na polskim rynku Turbo, których to sztuka przechodziła przelotny romans z surowym thrashowym graniem. Jak i wówczas wchodzącej z dużym impetem na krajową scenę, dzisiejszej gwieździe Acid Drinkers. Warto przypomnieć, że te trzy zespoły były znacznie ze sobą powiązane personalnie w tamtym okresie. Otóż zarówno w Acidach jak i w Wolf Spider posadę wioślarza zajmował Darek "Popcorn" Popowicz. Zaś Turbo zaopatrzyło się w nową turbinę w postaci Roberta "Litzy" Friedricha, równie dobrze znanego kwasożłopa co poprzednik. Kolejnym spójnikiem w tej poznańskiej rodzinie jest Tomek Goehs utalentowany pałker, napędzający tempo zarówno w Turbo jak i Wolf Spider. W zespole pojawił się kolejny, bo już trzeci wokalista Jacek "Jacky" Piotrowski, tym samym doskonale wpasowując się w semi-progresywny klimat albumu. Wieść o "Kingdom Of Paranoia" w skali europejskiej odbiła się tylko echem, no może poza Wielką Brytanią, gdzie ów krążek przez miesiąc plasował się dosyć wysoko na liście sprzedażowej. Warto przypomnieć, że kontrakt z brytyjską wytwórnią wówczas zawarł Metal Mind Production a jak często w tamtych realiach bywało, współpraca z MMP nie przynosiła oczekiwanych korzyści dla rodzimych zespołów. Ale można im przypisać tak że zasługę, bowiem to oni odświeżyli pamięć wznawiając po wielu, wielu latach albumy poznańskiej formacji wzbogacone o bonusy. Może jakością owa reedycja nie powala, ale na pewno ma duży wpływ w ocaleniu zespołu od zapomnienia. Dosyć tych wspominek i zanudzania, najważniejsza jest muzyka w tym przypadku, muzyka zawarta na "Kingdom Of Paranoia". Jest to nie wątpliwy pokaz wielkich ambicji i możliwości drzemiących w muzyce zespołu, pokazuję w pewnym rodzaju ewolucje, której kontynuacji doświadczać będzie można na kolejnych albumach. Niezliczone kanonady perkusyjne, i połamane riffy sprawiają, że tempo ulega częstym zmianom zachowując przy tym płynność a wszystko to wysoko ponad poprzeczką. Zawrotne solówki, to tylko potwierdzenie sprawności tandemu gitarowego Mańkowski - Popowicz. Warto wyróżnić utwory takie jak "Desert", czy "Black 'N' Whites", które porywają słuchacza duża dawką melodyjnych zagrywek co zresztą charakterystyczne jest od początku do końca płyty. Obroty zwalniają na chwilę w nad wyraz melodyjnym "Survive". Słyszalne są inspiracje dokonaniami Mekong Delta pomieszane z żywiołowością i luzem znanym z dokonań Anthrax. Warstwa tekstowa porusza jakże ważne tematy polityczno-społeczne dla narodu, których dotychczas głośno nie można było manifestować, a to wszystko już na samym początku, w otwierającym utworze "Manifestants". Wiadomo dla Polski był to tak zwany okres przemian i w pewnym sensie trzeba było odważnie podsumować poprzedni system, tłamszący naród od kilku dekad, o czym możemy się przekonać we wspomnianym utworze a także na okładce gdzie swoją obecność zaznaczyła postać towarzysza

generała Wojciecha w towarzystwie psiaka z głową protoplasty Lenina. Na deser znalazło się tutaj kilka bonusów, część z nich znalazła swoje miejsce na tym krążku, druga część została umieszczona na reedycji następcy czyli "Drifting In the Sullen Sea". Mianowicie chodzi o perełki w postaci materiału "Barwy Zła", nagranego jeszcze z udziałem wokalisty Leszka Szpiegla. Jest to nic innego jak polskojęzyczne wersje utworów znanych z "Hue Of Evil", nagranych już z udziałem następcy Leo, Tomkiem Zwierzchowskim (R.I.P). Krążek wzbudza do dzisiaj dużą dozę podziwu, dumy, że i w Polsce ewoluowały zespoły, które w tamtym okresie potrafiły grać na tak technicznie zachowując przy tym wysoki poziom. Na dodatek nie trąci myszką. A więc, kto nie miał okazji zapoznać się z tym albumem, niech jak najszybciej nadrobi tę zaległość, bowiem warto! Kamil Białek

Paranoia". "Enterprising Man" to kompozycja w której wstępie pojawia się nieco flamenco, kpo chwili przeradzającego się w speedowy zastrzyk energii. Speed czuć także w coverze Queenów "Mustapha", który moim zdaniem urywa łeb przy samej dupie! Podobnie jak na "Kingdom Of Paranoia" i tutaj pojawiły się bonusy w postaci materiału "Barwy Zła" nagranego jeszcze w pierwotnym składzie zespołu, podzielonego na dwie części pewnie ze względów marketingowych, znanego, jako polskojęzyczny pierwowzór "Hue Of Evil". Jest to nie lada gratka dla fanów, ponieważ materiał przeleżał gdzieś w szufladzie 20 lat zanim ujrzał światło dzienne. Podsumowując, jest to płyta która potwierdza wielkość oraz znaczenie ekipy z Poznania na krajowej scenie. Gdyby zarówno "Kingdom…" jak i "Drifting…" otrzymały promocję jaka im się należała, to kto wie czy nie byłoby sukcesu na miarę Europejską? Jak wiadomo los potoczył się inaczej w tym przypadku był dość surowy wręcz nie sprawiedliwy. Kamil Białek

Wolf Spider - Drifting in the Sullen Sea 2009/1991 MetalMind

Jest to nic innego jak kontynuacja bardzo udanej wycieczki w techniczne granie, na którą zespół wyruszył na swoim poprzednim albumie "Kingdom Of Paranoia". I tym razem mamy do czynienia z bardzo wysokimi progami, charakterystycznymi dla techno-thrashu. Można by rzec, że "Drifting In the Sullen Sea" jest albumem, który na dwie dekady zamyka krótką karierę tej jakże fenomenalnej formacji polskiej sceny metalowej, jest także albumem, na którym znajdują się dojrzałe kompozycje. Mimo, że nagrany jako ostatni, to swojej premiery doczekał się jeszcze przed "Hue Of Evil". Nie będę się spuszczał nad strukturą kompozycji ponieważ po raz kolejny są na bardzo wysokim poziomie, zabierają słuchacza w rejs po naprawdę ponurych a jakże zaskakujących wodach. Można przyczepić się tylko do płaskiego brzmienia, które nawet na remasterowanym, metalmindowskim digipacku jest słyszalne. Jest to tylko drobny mankament, pomimo którego album nie traci za wiele na swojej wielkości. Mniej melodii niż na poprzednim albumie, za to tytułowy utwór zwiastuje słyszalne inspiracje jazzowo - funkowym graniem z dodatkiem porywających zawrotnych riffów. Świetnie oddają klimat płyty utwory "Liberated Woman" czy wpadający momentalnie w ucho "King Of Animal", ten drugi utwór określiłbym za kompozycje, która w każdym calu potwierdza wysokie umiejętności wokalne Jacka Piotrowskiego. Partie basowe to kolejny atut w ewolucji Wolf Spider, słychać to nie tylko w tytułowym utworze, ale i we wstępie "Freedom". Otóż basowy Maciej Matuszak, w pierwszym składzie grupy współtworzył duet gitarowy wraz z trzonem zespołu Piotrem Mańkowskim. Wyraźnie słychać, że przesiadka z gitary na bas podczas nagrywania "Hue Of Evil" była dobrym posunięciem, podobne mniemania można mieć co do wcielenia do składu Dariusza "Popcorna" Popowicza. "Black 'N' White, pt.2" to nic innego jak kontynuacja utworu znanego z "Kingdom Of

Xxaron - The Legacy 1985 Earthshaker

Xxaron to jedna z tych kapel, która znikła ze sceny metalowej tak szybko jak się pojawiła. Ta mało znana kapela niemiecka działała w latach 80 i głównie reprezentowała nurt heavy metal z elementami power metalu. Xxaron powstał w 1983 roku i zapisał się w historii niemieckiego heavy/power metalu za sprawą debiutanckiego albumu „The Legacy”, który ukazał się w 1985 roku. Do kogo jest kierowany ów album? Jakie wpływy tutaj słychać? Jaki poziom muzyczny zespół zaprezentował na tym albumie? Mało komu znana niemiecka formacja wykreowała styl, w którym znalazło się miejsce na heavy metal w stylu Judas Priest, Iron Maiden, Anvil, dla hard rocka w stylu Def Leppard, rock'n rollowego Motorhead, amerykańskiego power metalu w stylu Metal Church, jednak listę muzycznych inspiracji można by znacznie poszerzyć. Tak więc mamy wtórne granie, pozbawione oryginalności, świeżości, jednak w tym przypadku nie jest to żadną ujmą, bo kapela nastawiła się na energiczność, przebojowość, melodyjność, co zresztą im dobrze wychodziło. „The Legacy” te cechy znakomicie piętnuje i trzeba przyznać, że jak na owe warunki, jak na konkurencję w owym czasie i silną niemiecką scenę album wypada naprawdę dobrze, pomimo że nie mamowy o genialnym albumie, a muzycy też nie robią niczego nadzwyczajnego, jednak solidność i pomysłowość dała znakomity efekt w postaci dynamicznego albumu wypchanego przebojami. Jak przystało na album z tamtego okresu mamy niższej jakości brzmienie, ale z pazurem, z klimatem, naturalne i w pełni oddające charakter heavy/power metalu lat 80. Nie tylko brzmienie na tym albumie jest specyficzne, bo również wokal Andrea Kwiatkowskiego można do takich zaliczyć. Nie jest to ten typ wokalu, który jest techniczny, emocjonalny, ale solid-


ny, taki nieokiełznany i naturalny. Dobrze na tej płycie wypada również sekcja rytmiczna i partie gitarowe, które w dużej mierze są proste, klimatyczne, dynamiczne i bardzo melodyjne, tak więc mamy tutaj wszystko co potrzeba, a kompozycje znakomicie potrafią umilić czas. Zaczyna się dość wyjątkowo i mrocznie bo od intra „The Legacy”, które łączy w sobie formę Black Sabbath z klimatem Mercyful Fate i potrafi przyprawić o ciarki i w podobnej tonacji utrzymany jest „Straight From Hell”. Nieco hard rockowy feeling można wyłapać w „Normed Rules Again” i gdzieś podobny charakter można wychwycić w „Dust And Diamonds”. Nieco rock'n rolla można usłyszeć w dynamicznym, lekkim „Born By The Sin”, zaś progresywny rock i nieco Black Sabbath, czy też Metal Church można uchwycić w rozbudowanym „Son of Light”. Jednak album zdominowany jest przez szybkie kompozycje jak: ”The Key”, przebojowy „Dance On Fire”, speed metalowy „Lost In The Dark”. Całość urozmaica klimatyczna, mroczna ballada „Black Magic Mystery”. Xxaron to kapela mało znana i o małym dorobku płytowym, jednak ich jedyny album jest solidnym, rzemieślniczym albumem utrzymany w konwencji heavy/power metalowej z elementami hard rocka czy speed metalu. Klimatyczne brzmienie, specyficzny wokalista, dobrze zgrani gitarzyści i przemyślane, dobrze wykonane kompozycje sprawiają, że jest to kolejny staroć, który warto odkurzyć. Łukasz Frasek

wręcz idealnie. Do relacji z koncertu dorzucono bonus w postaci scen za kulis. Nie jest to nic, co mogłoby zanudzić, nawet mnie, osoby która nie przepada za gadającymi głowami. Z prostej przyczyny, trwa on dość krótko. Myślę, że fani HammerFall będą tym wydawnictwem usatysfakcjonowani. Ja na pewno, bowiem czeka mnie jeszcze większa zabawa przy wysłuchaniu dwóch dysków z zapisem audio. Acha, ci co są uprzedzeni do tej grupy nie maja co tu szukać. HammerFall - Gates of Dalhalla \m/\m/

2012 Nuclear Blast

Zacznę od tego, że "Gates of Dalhalla" jest świetnie wydane. Gruba okładka, świetne ilustracje, dysk DVD i dwa dyski CD. Dlaczego zdecydowałem się na opisanie ruchomych obrazów, gdy bardziej wolę odsłuch audio? A to dlatego, że koncert odbył się w niesamowitej scenerii. Nie wiem kto to wymyślił ale w starym, wyeksploatowanym kamieniołomie wybudowano fantastyczny amfiteatr. W głębokiej dziurze, na samym dnie, na zalanej części kamieniołomu wybudowano zadaszoną scenę z pełnym zapleczem. Na przeciwko sceny wybudowano miejsca do siedzenia, które wkomponowano w stoki tegoż kamieniołomu. Scena i siedzenia dla widzów oddzielone są dość dużą fosą. No i to jest problem. Heavy metal to kontaktowa muza, a ta przerwa między muzykami a publiką mocno oziębiła tą relację. Na początku miałem w ogóle wrażenie, że na ten koncert przyszła publiczność z turnusu pobliskiego sanatorium. Jednak w miarę rozwijania się akcji, publiczność i jej reakcja normalnieje. Nie studzi jej nawet deszcz, który rozpadł się w drugiej części koncertu. Choć do atmosfery koncertu na prawdziwym open air typu Wacken, bardzo dużo brakuje. Trochę szkoda, ale rozumiem, że samo miejsce mogło mocno zaabsorbować sam zespół. Sam byłem nim zafascynowany. A co się dzieje na scenie? A nic szczególnego, wypracowany do perfekcji show tradycyjnego heavy metalowego zespołu. Światła, dymy, itd... Ze względu, że był to jubileuszowy koncert - chyba piętnasta rocznica istnienia HammerFall - zespół zaprosił sporo gości. Na scenę trafili m.in. byli muzycy; gitarzyści Stefan Elmgren i Jesper Stromblad, wokalista Mikael Stanne. Pojawił się szwedzki szansonista Roger Pontare. Chór składający się z uczestników telewizyjnego show w stylu "Bitwa na głosy". Niejakie Momo Jord preferujące zabawę z ogniem. No i panie z Crucified Barbara. 25 kawałków, ponad dwie godziny muzyki, w sumie fajnie skompilowanej. A mieli z czego wybierać Szwedzi. Osiem studyjnych albumów (chyba dobrze policzyłem) to niezły wynik. HammerFall uchwycono w wybornej formie, gdyby nie kontrowersje z lokalizacją koncertu, byłoby

"Breadfan", do którego to, żaden nowszy twór amerykanów nie ma startu. Chociaż, niektóre ujęcia na filmie pokazują zupełnie co innego, bowiem zdarzali się ludzie, którzy nawet znali teksty nowych kawałków. Owszem "Quebec Magnetic" to odcinanie kuponów, czy w wersji łagodniejszej, podtrzymywanie zainteresowania Metalliką, ale wolę to w takiej formie, niż niezrozumiałego posunięcia w stylu "Lulu" czy też totalnej porażki w postaci "St. Anger". Niespodziewanie zespół zaserwował nam dobre wydawnictwo. Liczę, że Amerykanie nie będzie nadużywać tego pomysłu i w końcu wezmą się za nagrywanie solidnych płyt studyjnych. Ponoć nadzieja umiera ostatnia... \m/\m/

Metallica - Quebec Magnetic 2012 Universal

Dwu płytowe wydawnictwo "Quebec Magnetic" to zapis dwóch koncertów z 2009 roku w Quebec, które zespół zagrał w ramach trasy promującej "Death Magnetic". Ponoć utwory, które znalazły się na tej rejestracji, to wybór samych fanów, którzy głosowali po przez Internet. Reżyserią materiału zajął się stary znajomy zespołu, Wayne Isham. Nie tylko zarejestrował i zmontował występ Metalliki ale także nagrał sceny zza kulis, wywiady z muzykami i fanami. Praca ta miała kolosalny wpływ na to co dostał fan do ręki. A otrzymał film mistrzowsko nagrany i zmontowany o idealnym obrazie. Szybkie ujęcia, perfekcyjnie zsynchronizowane, wciągają widza niczym majstersztyk kina akcji. Do tego fenomenalny dźwięk i każdy fan Metalliki jest kupiony. Sama sceneria spektaklu jest niesamowita. Olbrzymia scena na samym środku areny, dookoła cały tłum widzów, cztery trumny podwieszone nad sceną, laserowe światła, skromne efekty, pozwala muzykom, którzy mają zniewalający wpływ na publiczność, zabłyszczeć pełnią blasku gwiazd estrady. Bo Metallika to teraz głównie zespół koncertowy, bowiem od dawna niczego dobrego nie nagrał. To co widza najbardziej wciąga, tego zgrzybiałego i zupełnie nowego, to stare kompozycje z pierwszych pięciu płyt. Pozostałe kawałki, w tym wypadku w większości z promowanej "Death Magnetic", choć dzięki niegasnącej magii wysłużonych hitów, pięknie wpasowują się w klimat całego show, to na dłuższą metę nie są w stanie pozostać w pamięci fana na dłużej. Doskonałym przykładem jest cover Budgie,

Queen - Hungarian Rhapsody Live in Budapest 2012 Universal

"Hungarian Rhapsody" to rejestracja pobytu zespołu na Węgrzech w 1986r. Queen wystąpił wtedy 27 lipca na stadionie Nepstadion w Budapeszcie. Była to jedna z części Magic Tour promującego nową płytę "A Kind of Magic". Cała trasa była wyprzedana i przyniosła m.in. znane nam doskonale wydawnictwo "Live at Wembley Stadium". Taki stan rzeczy był wynikiem występu Queen na Live Aid, 13 lipca 1985r. na stadionie Wembley, gdzie zespół zaprezentował się w niezwykłej formie. Tak się złożyło, że wtedy wszyscy chcieli oglądać Queen. Trasa po latach okazała się ważna z jeszcze kilku powodów. Były to ostatnie występy Brytyjczyków w oryginalnym składzie. Wiadomo z jakich przyczyn. Po koncercie w Budapeszcie, 9 sierpnia w Knebworth Park, Freddie i spółka wystąpili w ogóle po raz ostatni. Występ w Budapeszcie był pierwszą wizytą Queen za Żelazną Kurtyną. Taki motyw w karierze był powodem zatrudnienia ekipy, która zarejestrowała to wydarzenie. Reżyserem został Janos Zsombolya, który nie tylko nagrał to co działo się na deskach sceny, ale także poza nią. Materiał został wydany w rok po wydarzeniu na taśmie VHS. Nie bardzo pamiętam, albo wtedy miałem możliwość obejrzenia tego filmu we własnym odtwarzaczu, albo wręcz zapodała go nasza ukochana telewizja. W każdym

RECENZJE

97


razie gdy zapuściłem "Hungarian Rhapsody", tym razem na dysku DVD, to wspomnienia powróciły. Szkoda tylko, że nie były zdecydowanie wyraźniejsze. Zawartość pod względem muzycznym nie wiele różni się od tej, którą znamy z "Live at Wembley Stadium". Zamiast "Another One Bites the Dust", Freddie zaśpiewał "Tavaszi Szel Vizet Araszt", ludową pieśń węgierską i to w oryginalnym języku. Z resztą tu nie o zawartość chodzi. Bowiem Queen zawsze był wstanie dobrać tak set listę, że wszystkie przeboje mogły pojawić się w naprawdę przeróżnych zestawieniach. Generalnie Brytyjczycy udowadniają, że gorsze muzyczne momenty nie mogą przekreślić ich całego dorobku, oraz, że na scenie są nie do pobicia. Myślę, że każdy widz ani na moment nie odrywa wzroku od Mercury'ego. A show i jego oprawa robi wrażenie nawet dzisiaj. Po prostu udowodnili, że na scenie nie stracili nic ze swojego majestatu. Niestety na płytach studyjnych z lat osiemdziesiątych różnie to bywało, i nie wszystkim podobało się, że muzycy ambicje zamienili na blichtr komercji. Niemniej na "Hungarian Rhapsody" umiejętnie zestawiono utwory z starszych i nowszych czasów, także fasada prostolinijności ówczesnych hitów wytraciła swój cekinowy blask na rzecz starszych i ambitniejszych kompozycji, dając nam pompatyczną a zarazem majestatyczną dawkę znakomitej muzyki z pod znaku Queen. I to w lepszej zremasterowanej wersji, co jest bardzo dużym atutem tego wydawnictwa. Fani z pewnością długo nie będą się zastanawiali, i szybko zakupią tą pozycję. Innych też namawiam do takiego posunięcia, bowiem dobrego starego Queen nigdy nie jest za wiele. Na koniec jeszcze jedna uwaga. Posiadam wersję "Zagraniczna płyta - Polska cena". Nie mam nic przeciwko tej inicjatywie, bowiem polski fan z dziurawą kieszenią może nabyć coś za w miarę rozsądną cenę. W tym wypadku jednak, należy skusić się na wydanie "zachodnie" w boksie z dwoma płytami CD i jedną DVD, bo nie zawsze obrazki są najważniejsze...

dostatecznie albo w ogóle zaprzestałem jej słuchać. Wymienię tu chociażby amerykańskie zespoły z lat siedemdziesiątych, brytyjski glam rock, itd. Jedną z takich odskoczni jest właśnie Rammstein. Lubię sobie ich posłuchać. Tak po prostu. "Videos 1995 - 2012" to nie lada gratka dla wszelkiej maści fanów, w tym "niedzielnych" takich jak ja. Piękne wydawnictwo, a raczej boks, z niesamowitą grafiką i trzema dyskami, na których znalazło sie 25 teledysków. Idealne uzupełnienie kompilacji hitów z "Made in Germany 1995 2011", który w wersji rozszerzonej (super deluxe edition) też miał zbiór z klipami. Teledyski zebrane na tych trzech płytach uświadamiają, jaką ważną rolę odegrały w karierze Niemców. Zastanawiam się, czy bez nich zespół uzyskał ten poziom popularności, jaki ma obecnie. Oczywiście widać jak na dłoni, w jaki sposób rozwijało sie podejście do tej formy promocji. Na początku były to proste i surowe formy, a nawet nieporadne. Z czasem nabierały pełnego wręcz aktorskiego profesjonalizmu. Dużą rolę odgrywali tu zatrudnieni reżyserzy m.in. Jörn Heitmann, Zoran Bihac, Jonas Akerlund. Samych muzyków też należy pochwalić, bowiem dzięki ich aktorstwu, a raczej naturalnemu talentowi do odgrywania ról, filmiki nabierały niezwykłego charakteru. Myślę, że przeboje, do których nakręcono klipy, w świadomości fanów istnieją nierozłącznie z ruchomymi obrazkami. Pewnie też każdy z nich ma swojego faworyta. Moim jest "Keine Lust". Za każdym razem gdy go oglądam, humor i autoironia muzyków zwala mnie z nóg. Oczywiście jest tu coś takiego jak "making of", czyli wszelkie ciekawostki zza kulis. Mnie takie rzeczy nie interesują, choć w tym wypadku są ciekawsze niż to zwykle bywa. Generalnie dobra robota. \m/\m/

wycięte sceny oraz 5 utworów z koncertu na Download Festiwal 2012. Dodatkowo opakowanie zawiera również 16-stronicową kolorową książeczkę. "British Invasion" został wyreżyserowany i wyprodukowany przez wielokrotnie nagradzanego reżysera Daniella E. Catullo (Rush, Nickelback, Godsmack) i zmiksowany przez Jaya Rustona, który współpracował z zespołem na dwóch poprzednich płytach. Nagrany z 16 kamer w jakości HD koncert rozpoczyna się krótkim intrem i standardowo kawałkiem "The Eyes Of The Panther". Jest to początek prawie półtoragodzinnego show w wypełnionej po brzegi Brixton Academy. Między każdym kawałkiem chłopaki robią dłuższe przerwy na rzucaniu typowymi dla siebie tekstami o seksie, imprezach i rock & rollu. Satchel ssie mikrofon, Michael udaje nim że się masturbuje, Lexxi przegląda się w lusterku a Stix lakieruje sobie włosy. Publika szaleje, kobiety odsłaniają swoje nagie piersi, podczas utworu "Stripper Girl" na scenie tańczą rozebrane laski a w "We want Pussy" w publikę zostaje wyrzucona cała armia dmuchanych lal. Tak właśnie wyglądają występy Steel Panther, które mimo że często bardziej przypominają kabaret niż koncert a Starr i reszta robią z siebie błaznów na scenie to na pewno nie można im odmówić umiejętności. Muzycznie zespół ten prezentuje najwyższy światowy poziom co w połączeniu z tą sceniczną otoczką sprawia, że ludzie ich kochają i "British Invasion" tylko to potwierdza. Koncerty Steel Panther sprawiają, że można przenieść się w czasie do lat 80-tych gdzie rządził glam hair metal, skóry, błyskotki, natapirowane włosy i obcisłe gacie. Mimo, że Steel Panther stara się zbyt dosadnie i nieco karykaturalnie odzwierciedlić tamte czasy to oprócz tego, że fajnie się ich słucha to ich koncerty to wielki show i przede wszystkim dobra zabawa. A oto przecież chodzi. Michał Piecykowski

\m/\m/

Steel Panther - British Invasion 2012 Universal Republic

Rammstein - Videos 1995 - 2012 2012 Universal

Współczesny przemysł fonograficzny, mimo że ma przetrącone nóżki i mocno kuleje, to wypuszcza na rynek niesamowitą ilość tytułów z jednego gatunku. Nie sposób bez jakiejś odskoczni zachować w tym zdrowy rozsądek. Najprawdopodobniej z tychże powodów coraz częściej sięgam po stare rzeczy i muzykę, którą znałem ale nie zagłębiłem się w nią

98

RECENZJE

Wydanie pierwszej oficjalnej płyty DVD Steel Panther było nieuniknione już od paru lat i wydawało się to być już tylko kwestią czasu. Wiadomo bowiem, że zespół stał się w niedługim czasie znany na całym świecie a jednym z głównych atutów Steel Panther są właśnie bardzo widowiskowe i żywiołowe koncerty. W skład "British Invasion" wchodzi zapis video z koncertu w Brixton Academy w Londynie z 2010 roku (13 utworów) oraz jako bonus dodany na drugim dysku pełen zabawnych momentów i tekstów 40-minutowy film dokumentalny o zespole,

Tank - War Machine Live 2012 MetalMind

Doogie White'a w szeregach Tank przyjąłem z pewna dozą nieśmiałości. Nie bardzo podobał mi się ten pomysł. A i efekty współpracy oceniam dość średnio, ale co trzeba zaznaczyć, z tendencjami zwyżkowymi. Ostatnio pomocny w tym był album "War Nation" oraz w większym wymiarze DVD "War Machine Live". Przede wszystkim bardzo fajnie było wrócić na klubową scenę, a że była to nasza warszawska Stodoła, tym bardziej zrobiło mi się swojsko. Nie ma tu mega produkcji,

choć to, jak ma wyglądać scena i jak mają działać światła, na pewno było przemyślane. W dodatku uzyskano zadawalające efekty. Mimo, że jestem miło połechtany tym, że zespół zdecydował sie nagrać DVD w Polsce, to tym razem musze przyznać, że nasi fani trochę mnie rozczarowali. Coraz bardziej przypominają mi zblazowanych fanów za zachodniej granicy. Całe szczęście, że nie oni są bohaterami takich rejestracji. A sam zespół pokazał się z dobrej strony. Zagrali bardzo sprawnie, na rockową modę, także montażysta nie miał problemu z dynamicznym scenami. Dobór kawałków był dla mnie trafiony. Cztery z nich pochodziło z promowanej "War Machine", jeden z mającej nadejść "War Nation". Pozostałe utwory to przekrój z zasobów zgromadzonych przez całą karierę. I to one mnie najbardziej zadowoliły. Muszę przyznać, że nie tylko instrumentaliści tu znakomicie wypadli, ale Doogie dał również radę. A przy "Power of the Hunter" pomyślałem sobie, że chłopaki mogliby do nowego repertuaru wplatać więcej kompozycji z takim - nomen omen - powerem. Naprawdę bardzo dobry klubowy koncert. Poza zapisem ze Stodoły na dysku znajdują się całe multum dodatków. Mamy teledysk do "War Nation". Dość prosty obrazek, ale wiadomo, zespół nie dysponuje nieograniczonymi środkami. Wywiad z gitarzystami Mickiem Tuckerem i Cliffem Evansem. Wywiad z wokalistą Doogie Whitem. Amatorski zapis z występu Tank na Metal Hammer Ferstival 2011. Podobnej jakości dokument "At the Studio/On the Road". Dodatkowo galeria zdjęć, dyskografia, biografia i tapety. Full wypas. \m/\m/


ARTYKUL

Heavy Metal Pages_No. 52  

Nowy numer – No. 52 - e-Magazynu Heavy Metal Pages to 42 wywiady i ponad 120 recenzji. 100 stron, które na pewno zadowolą maniaka tradycyjny...

Advertisement