Issuu on Google+

ISSN 2082-8810

2/2011

Nie tylko dla kobiet

Gutowska-Adamczyk - Koziarski - Siwmir 1


Rozmawianie

Jestem z tej samej gliny - wywiad z Małgorzatą Gutkowską-Adamczyk Zbrodnia w raju - wywiad z Magdaleną Lewańską

Nie tylko dla kobiet

Mysz zastępczą, proszę - Magdalena Lewańska Kwiatkiem w kobietę - Jan Siwmir Lektury „nie tylko dla kobiet” - okiem Prowincjonalnej nauczycielki Kultura „nie tylko dla kobiet” - Kamil Świątkowski Zadręczanie Innego - Gabriel Augustyn Wiersze - Jan Siwmir Monodram - Daniel Koziarski Ogólna teoria jesieni - Tomasz Sobieraj Aleja róż #1 - Wioletta Sobieraj Wiosna przyjdzie i tak... - Katarzyna Enerlich Precz z Dietą Dukana! (I innymi torturami) - Jan Giemza Film a sprawa kobieca - Małgorzata Gołaszewska Kobiecość to siła, nie słabość - Adam Maniura Kobiety Średniowiecza. Zofia - siostrzenica cesarzowej Teodory - Michael Morys-Twarowski

4 8 12 14 16 18 20 24 26 30 32 34 38 40 42 44

Podpatrywanie

Gloria Victos - chwała zwyciężonym w plebiscycie „Najlepsza Książka Roku 2011” 48 Historia e-książki 50 Nie czytamy - Agnieszka Żak 54 Czy stać nas na czytanie? - Sławomir Krempa 56

Punktowanie

Sukces gwarantowany - Jan Koźbiel Cudaczne cuda codzienne - Jolanta Kwiatkowska

Odsłanianie

„Oto powierzchnia...” - Agnieszka Rozner Coetzee i Kapuściński. Próba zestawienia afrykańskich motywów twórczości - Małgorzata Kasperska

Oglądanie

Legenda utracona - Gabriel Augustyn Brunet niezbyt tajemniczy - Sławomir Krempa

58 60 63 66 71 72

Adres redakcji: Wojciech Polak, Magazyn “Czytam”, Pl. Gen. Sikorskiego 2/8, 41-902 Bytom czytam@granice.pl, redakcja@granice.pl, skrempa@granice.pl Wydawca: Redaktor naczelny: Wojciech Polak Sławomir Krempa Redaktor prowadząca: Justyna Gul Zespół: Gabriel Augustyn, Magdalena Galiczek, Małgorzata Gołaszewska, Krzysztof Grudnik, Anna Kołodziejska, Mariusz Kołodziejski, Damian Kopeć, Stale współpracują: Katarzyna Chruścicka, Joanna Janowicz, Malwina Szymańska, Agnieszka Żak, Niżej Podpisany, Jan Koźbiel Projekt graficzny, DTP: Tomasz Baran Reklama: Danuta Bujak, 603 610 667, Patrycja Palion, 666 716 586,

dbujak@granice.pl 2 ppalion@granice.pl

ISSN 2082-8810

3


z tej samej gliny

Z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, popularną pisarką, autorką bestsellerowej „Cukierni pod Amorem” oraz farsy „Mariola, moje krople…”, która ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Świat Książki, rozmawia Justyna Gul. Justyna Gul: Obecnie cała Polska kojarzy nazwisko Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk z klimatycznymi okładkami rodzinnej sagi „Cukiernia Pod Amorem”. Jednak Pani zawodowa przeszłość to nie tylko książki, ale i seriale – takie jak choćby „Tata, a Marcin powiedział…”. Zanim „przepytam” Panią na tematy literackie, proszę powiedzieć, jak powstawał ten serial i jak wyglądała praca na planie? Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Serial powstał na bazie niemieckich słuchowisk radiowych: „Tata, a Charlie powiedział”. Mniej więcej po roku emisji zaczęły powstawać polskie scenariusze. Jako scenarzystka zaistniałam przez przypadek. Mój mąż, który był reżyserem tego serialu, poszukiwał wraz z producentem polskich autorów. Dostałam szansę, z której skwapliwie skorzystałam. To była fantastyczna szkoła precyzyjnego myślenia, krótkiego dialogu i... pokory. Wojtek się ze mną nie cackał i częściej rzucał do kosza to, co napisałam, niż oddawał do realizacji. Na planie nie bywałam. Jedyny raz, kiedy zostałam tam zaproszona przez producenta, po realizacjii setnego odcinka, zresztą mojego autorstwa, mój mąż skwitował pełnym zdziwienia pytaniem: „A co ty tu robisz?”

właściwie zamówiony przez wydawnictwo Akapit-Press. J.G.: Pisze Pani o sobie, że poza pisarstwem jest Pani również businesswoman… Nie oznacza to jednak, że do literatury podchodzi Pani w kategoriach biznesu? M.G.-A.: I tak, i nie. Z jednej strony piszę tylko o rzeczach, które wydają mi się ważne, ale mam na uwadze również to, aby nie znudzić czytelnika, by moje propozycje – czy te dla młodzieży, czy kierowane do dorosłych – były atrakcyjne. J.G.: „110 ulic”, „220 linii”, „Niebieskie nitki”, „13. Poprzeczna”, „Wystarczy, że jesteś”, „Serenada, czyli moje życie niecodzienne” i kilka innych to książki dla nastolatek. Skąd czerpie Pani inspirację do tworzenia tego rodzaju literatury? Jak zbiera Pani informacje o problemach i życiu młodzieży – z telewizji, gazet, obserwacji własnych? Jak udaje się Pani być tak blisko młodych ludzi i ich problemów, że mogą uznać Pani książki za wiarygodne? Zdarza się przecież, że powieści autorek chwalonych przez krytykę, przez młodych ludzi są z miejsca dyskwalifikowane… Co jest trudniejsze – pisanie dla ludzi młodych, czy też dla osób dorosłych? M.G.-A.: Staram się być uważną obserwatorką tego, co dzieje się dookoła, mam dwóch synów, interesują mnie żywo ich sprawy. Kiedy piszę o świecie nastolatków, ich świat, ich problemy, stają się moimi. Może to jest recepta? Nie staram się podawać rozwiązań, tylko drogę do nich i nie przekreślam żadnego z moich bohaterów, bo nie ma zła bez przyczyny. Tak więc wspólnie z moim czytelnikiem staram się szukać przyczyn właśnie.

J.G. : Czy to, że absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze PWST, była nauczycielka, właścicielka firmy handlowej, została pisarką, to wynik chęci dotarcia do szerokich rzesz czytelników, przypadek, powołanie, zbieg okoliczności? M.G.-A.: Myślę, że wszystkie te czynniki zadziałały wspólnie. Nie wyobrażałam sobie siebie nigdy jako kogoś innego, a fakt, że byłam i wciąż jestem wspólniczką w firmie, pozwala mi pisać bez konieczności utrzymywania się z literatury. Zadziałał też zbieg okoliczności, ponieważ mój debiut jako autorki powieści dla młodzieży był

J.G.: „13. Poprzeczna” została wyróżniona przez Polską Sekcję IBBY tytułem Książki roku 2008, 4

fot. Agata Napiórska

Rozmawianie

Jestem

Lubię wszystkich moich bohaterów, staram się ich usprawiedliwić i nawet, jeśli piszę o nich z przymrużeniem oka, motto tej książki mówi przecież dobitnie, że jestem ulepiona z tej samej gliny. 5


Nie t ylko dl a kobiet

Kultura

„nie tylko dla kobiet” Książki i filmy „nie tylko dla kobiet” wybiera Kamil Świątkowski, współautor blogu przykominku.com Literatura:

w podróży pod nóż.

„Póki pies nas nie rozłączy”, Romuald Pawlak. Historia stara jak świat. On... Ona... i to trzecie, które pojawiło się, kiedy między pierwszą dwójką już prawie całkiem wygasło uczucie. W chwili, kiedy przynajmniej jedno z nich myślało o odejściu, pojawił się dodatkowy czworonożny element wiążący.

Aspekt „nietylkokobiecy”: ta mała dziewczynka zagnie Was niejednokrotnie swoim zmysłem technicznym i zaskakującą logiką. „Czarny Łabędź” Osobiście nie jestem zachwycony, ani filmem, ani jego niedociągnięciami. Jestem jednak skłonny uwierzyć, że nakład pracy włożony przez aktorów w jego realizację był naprawdę ogromny. Jest to o tyle znaczące, że sama historia również o tym mówi – o morderczej pracy i wyrzeczeniach, by choć raz na koniec dostać owację na stojąco i zapisać się w historii baletu.

Aspekt „nietylkokobiecy”: narracja przeprowadzona przez dwóch głównych bohaterów – psa i pełnego rozterek Michała – męski punkt widzenia. „Zła miłość”, Aleksander Sowa To książka pod kilkoma względami wyjątkowa – jest bardzo krótka, ale też bardzo poruszająca. Historia w „Złej miłości” opowiadana jest przez sześciolatkę, która śni dziwne sny i która, być może, wie i widzi za dużo. To również opowieść o uciekających – jak poranne wspomnienie spod powiek – marzeniach

Aspekt „nietylkokobiecy”: wyobraź sobie, że Twój syn nie chce grać w piłkę nożną, albo – gorzej – chce grać tak bardzo, że zrobi wszystko, by wyjść na boisko w pierwszym składzie... w tym również to „nielegalne” wszystko. „Rabbit Hole” Tematem filmu jest rodzina, która do niedawna miała prawie wszystko. Wtedy jednak zdarzył się wypadek i wszystko się zmieniło. Para próbuje wrócić do czegoś, co można określić mianem normalności, a każde z nich szuka swojej „kotwicy”. Problem w tym, że to może nie być ta sama kotwica. Historia z „Rabbit Hole” czasem bawi, czasem – porządnie przeraża, i pewnie u niejednej niewiasty spowoduje potliwość oczu.

Aspekt „nietylkokobiecy”: jeden z komentarzy na recenzenckim blogu stwierdzał: „Nie sądziłam, że mężczyzna może tak pięknie pisać o miłości”. Warto brać przykład. Film: Temple Grandin Najpierw mała dziewczynka, a później – młoda kobieta walczy z całym światem, który ogarnia ją swoim chaosem i niezrozumieniem. Z bardzo prozaicznego powodu kluczem do samodzielności stają się krowy, oczekujące na swoją kolej

Aspekt „nietylkokobiecy”: tym razem nie jest to Nicole Kidman, tylko Aaron Eckhart, który pokazuje, że nie zawsze faceci są w stanie poradzić sobie ze wszystkim w milczeniu. 18

19


Nie t ylko dl a kobiet

Ogólna teoria jesieni Tomasz Sobieraj Babie lato Najbardziej lubił wrzesień. Szczególnie jego ostatnie dni, należące już bezwzględnie do jesieni, całkowicie i niedemokratycznie przez nią zawładnięte, wtulone w jej bujną kobiecość, odurzone bezgraniczną anarchią kolorów. Dni o chłodnych porankach, przesycone niemal erotycznym zapachem przejrzałych owoców, leżących w ogrodach na trawie. Ten czas estetycznej obfitości i dojrzałości ciągnął się zwykle do połowy października, a gdy nie pojawiały się przymrozki i chłodne, północno-zachodnie wiatry, trwał do początku listopada, pozwalając mu sycić się walką kolorów z zapachami. Walką, co zawsze stwierdzał z satysfakcją, nigdy nie rozstrzygniętą, bowiem nawet, jeśli jedna ze stron wydawała się pokonana, to tylko na chwilę, kilka godzin, by po upozorowanym odwrocie powrócić ze wzmożoną siłą i toczyć niemy bój do ostatniego liścia, do ostatnich, unoszących się w powietrzu atomów obezwładniającej woni. Dopiero nadejście atlantyckich niżów, niosących ze sobą kłęby ciemnoszarych chmur i strumienie gniewnych podmuchów, kończyło ten wyrównany i szlachetny pojedynek. Patrzył wtedy ze smutkiem, jak ostatni maruderzy, porywani wiatrem z drzew, kończyli krótki, barwny żywot heretyków w płomieniach stosów wznoszonych przez ponurych grabarzy i żegnał zapachy rozpływające się w eterycznej nicości, odchodzące dyskretnie i ostatecznie.

tłumaczyć najwięksi specjaliści od przyrodniczego obyczaju, zdumieni niezgodną z ich naukowym poglądem bezczelnością natury, mającej za nic ustalone przez nich porządki i z niezwykłą swobodą podchodzącej do statystycznie ustalonych praw. Oburzenie naukowców udzielało się również łabędziom, stałym lokatorom akwenu, zwykle pyszniącym się swoją urodą, w bezdennym podziwie przyglądającym się swoim odbiciom w zielonej wodzie. Właśnie we wrześniu ptaki stawały się niespokojne, jakby przeczuwały nadejście nieposkromionych hord babiego lata. Nerwowo pływały od chińskiego mostku nad kanałem do drewnianej przystani, wyczekując pajęczej awangardy. I zawsze były zaskoczone, bowiem lotne nitki pojawiały się znienacka, frunęły znad usypiających już łąk za miastem, urządzając nad stawem coś na wzór zgromadzenia wojsk. Wtedy łabędzie, początkowo oniemiałe ze zgorszenia, że ktoś próbuje pozbawić je hegemonii nad skrawkiem wody, usiłowały za pomocą trzepotania skrzydeł i przerażających dźwięków rozgromić błyszczącą w słońcu niespokojną armię. Po kilku dniach udawało im się, albo – jak twierdzą niektórzy znawcy entomologicznej etykiety – babie lato samo opuszczało przestrzeń powietrzną stawu, kierując się nad tereny bardziej sprzyjające niezakłóconej kontemplacji jesieni. Siadywał na jedynej ławce w stylu wiedeńskim, zupełnie niepasującej do pozostałych elementów parkowej architektury, utrzymanych w stylu chińskim. Zwykle czytał książki, co wydawało się w tych czasach czynnością tajemniczą, niemal metafizyczną – szczególnie, gdy dzień był chłodniejszy, wtedy bowiem zakładał na garnitur długi za kolana, wełniany płaszcz, kapelusz, a na ręce cienkie, skórzane rękawiczki – wszystko czarne, co podkreślało jego wygląd starego

Zwykle od połowy września, gdy park prawie pustoszał i wakacyjny nastrój był już tylko wspomnieniem, utrwalanym w szkolnych wypracowaniach, przychodził codziennie wczesnym popołudniem i siadał na ławce, stojącej tuż przy brzegu stawu, nazywanego stawem Babiego Lata. Nazwa wzięła się od wyjątkowego w tym miejscu natężenia srebrnych nitek, którego nie mogli wy30

Tomasz Sobieraj. Urodzony roku 1964

w Łodzi; prozaik, poeta, eseista, krytyk literacki, fotografik; zajmuje się także sztuką wideo i grafiką. Ukończył geografię (hydrologię i klimatologię) na Uniwersytecie Łódzkim i program GIS w Instytucie Statystyki Informatycznej Uniwersytetu w Lizbonie. Opublikował książki poetyckie: Gra (2008), Wojna Kwiatów (2009), zbiór opowiadań Dom Nadzoru (2009).Współautor zbioru utworów erotycznych Eroticon– drugikrąg piekła (2010) oraz antologii opowiadań Wbrew naturze (2010); autor kilkudziesięciu esejów poświęconych sztuce, felietonów i recenzji. „Babie lato” to pierwszy odcinek mikropowieści „Ogólna teoria jesieni”, która ukazywać się będzie regularnie w e-magazynie o książkach „Czytam”.

kruka albo kapłana mrocznej sekty, wyznającej starodawną wiarę, że istnieją książki mające siłę dynamitu, ale wybuchającego nie raz, a tysiące razy. Czasem przerywał lekturę, wyjmował małą lornetkę i uważnie, niemal w napięciu, obserwował spadające z drzew liście, pyszniące się przedśmiertnymi barwami, bezwolnie poddające się bezdusznej grawitacji i delikatnym tchnieniom wiatru. Wtedy wyglądał trochę jak hazardzista, oglądający wyścigi koni, który postawił wszystko na szlachetną klacz, posiadającą na koncie tyle samo gonitw wygranych, co przegranych. W tych chwilach wydawał się szczęśliwy; mimowolnie przybierał wyraz twarzy, jakby wygrał najwyższą stawkę, niekiedy zaś okazywał niezadowolenie, zaciskając usta. Zdarzało się też, że przynosił ze sobą stary aparat fotograficzny i krążył z nim wokół stawu. Podpierał się statywem, wyszukiwał, jak się wydawało, najbardziej funeralnych tonów jesieni i zainspirowanych nimi najniezwyklejszych przepoczwarzeń, rejestrując na kliszy wyłącznie degeneraty i nowotwory, skupiając się na wszelkich niedoskonałościach, jakby chciał z całą mocą zaprzeczyć własnej śmiałej wizji tej pory roku jako najbardziej dojrzałej, bujnej i kobiecej. 31


Nie t ylko dl a kobiet

Michael

i Ewagriusza Scholastyka można zestawić z utworami FlaviusaCresconiusaCorippusa, powstałymi krótko po śmierci Justyniana Wielkiego. Poeta wychwala w nich Zofię i Wigilancję, matkę Justyna, jako boginie, które zastępują mu muzy jako źródło inspiracji. Nowa para cesarska próbowała doprowadzić do zjednoczenia Kościoła, czyli w ówczesnych warunkach do pogodzenia zwolenników ortodoksji i monofizytyzmu. Próby te zakończyły się fiaskiem w 571 roku i zdenerwowany Justyn II rozpoczął prześladowania monofizytów.

Morys-Twarowski.

Absolwent prawa i amerykanistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktorant w Instytucie Historii UJ. Współautor monografii Dzieje Cieszyna (2010). Publikował artykuły m.in. w „Polskim Słowniku Biograficznym”, „Studiach Historycznych” i „Pamiętniku Cieszyńskim”. Członek redakcji portalu „Histmag.org”.

Kobietyśredniowiecza Zofia – siostrzenica cesarzowej Teodory

Jej dziadek tresował niedźwiedzie. Ciotka Teodora była aktorką i prostytutką, która spotkała swojego księcia z bajki, cesarza Justyniana I. Dzięki temu Zofia miała ułatwiony start w dorosłe życie. Pozostała jednak w cieniu słynnej krewniaczki – choć była kobietą ambitną, inteligentną i okrutną, jej kariera nie okazała się tak spektakularna. Po wejściu na absolutny szczyt bizantyńskiego społeczeństwa, cesarzowa Teodora zadbała o swoich krewnych. Jej siostra Komito została żoną Sittasa, znanego dowódcy wojskowego. Z tego małżeństwa pochodziła Zofia, która urodziła się przypuszczalnie około 530 roku. Wcześnie straciła ojca, który zginął w walkach na pograniczu armeńskim w roku 538. Związek Komito i Sittasa nie był jedynym zaaranżowanym przez cesarzową Teodorę. Jej wnuk Anastazjusz ożenił się z córką Belizariusza, chyba najsłynniejszego bizantyńskiego dowódcy wszechczasów, pogromcy Wandalów i Ostrogotów. Z kolei Zofia, gdy osiągnęła odpowiedni wiek, została żoną Justyna, syna Wigilancji, siostry cesarza Justyniana I. Do małżeństwa doszło przypuszczalnie jeszcze za

życia cesarzowej, czyli najpóźniej w 548 roku. Zofia i Justyn mieli dwoje dzieci: córkę Arabię, urodzoną około 550 roku, i zmarłego w dzieciństwie syna Justusa. Niewiele więcej można powiedzieć o losach naszej bohaterki w tym czasie. Pochodziła z monofizyckiej rodziny i mimo przyjęcia chalcedońskiego wyznania wiary nadal utrzymywała kontakty z monofizytami. Warto nadmienić, że monofizytką była sama Teodora. Początkowo nie zanosiło się, że Zofia pójdzie w ślady ciotki i zostanie cesarzową. Jej mąż nie wyróżniał się spośród licznych krewniaków cesarza Justyniana, którego następcą miał być jego kuzyn Germanus. Ten jednak zmarł w 550 roku i od tego 44

Należy podkreślić, że w 565 roku po śmierci Justyniana II rządy w Cesarstwie Bizantyńskim objęły dwie osoby: siostrzeniec zmarłego i jego żona. Ta ostatnia przyjęła tytuł „Aelia”, przysługujący wcześniej cesarzowom z dynastii teodozjańskiej. Kiedy Justyn II zaczął zdradzać objawy choroby umysłowej, faktycznie rządy w państwie spoczęły w rękach Zofii.

czasu kwestia sukcesji pozostawała nierozstrzygnięta. Jako potencjalnych następców cesarza wymieniano zwykle dwie osoby: męża Zofii i Justyna, najstarszego syna Germanusa. Obaj Justynowie żyli ze sobą w pozornej zgodzie, ale prawda miała wyjść na jaw dopiero po śmierci starego cesarza.

Tymczasem nad Bizancjum zaczęły się zbierać ciemne chmury. Do Italii, której zajęcie kosztowało Justyniana mnóstwo lat i pieniędzy, wtargnęli w 568 roku Longobardowie. Od północy zagrażali Awarowie. Jeszcze gorzej działo się na wschodzie. W 570 roku Justyn II odmówił płacenia haraczu Persom (w polskim tłumaczeniu książki Jamesa Allana Evansa haracz jest określony mianem „rocznej subwencji”), co oznaczało wojnę. Bizancjum nie było na nią przygotowane i na efekty nie trzeba było długo czekać. W listopadzie 573 roku Persowie zdobyli twierdzę Darę. To na wieść o jej upadku Justyn II miał popaść w chorobę umysłową.

Na szczycie Justynian zmarł w nocy z 14 na 15 listopada 565 roku w wieku około 82 lat. Według Kallinika (Callinicusa), jedynego dostojnika obecnego przy umierającym władcy, wyznaczył on na swojego następcę Justyna, męża Zofii. Czy tak było naprawdę? Nie wiadomo. Fakty są takie, że następnego dnia został on Justynem II, a Zofia stała się kolejną cesarzową bizantyńską. Pozostała kwestia niedoszłego władcy – Justyna, syna Germanusa. Zesłano go na wygnanie do Aleksandrii, gdzie został zasztyletowany w 566 roku. Według hiszpańskiego kronikarza Jana z Binclair, który spędził jakiś czas w Konstantynopolu, osobą odpowiedzialną za to zabójstwo była cesarzowa. Inny historyk, Ewagriusz Scholastyk, przekazał relację, że głowę Justyna, syna Germanusa, dostarczono do Konstynatynopola, gdzie cesarska para z satysfakcją ją deptała i kopała. Trudno ocenić, ile jest prawdy w tej ostatniej relacji. W każdym razie nie był to spokojny czas dla Zofii i Justyna II. 3 października 566 roku ścięto dwóch senatorów, stojących na czele spisku przeciwko nowemu władcy.

Kolejne lata pokazały, że Zofia była właściwą osobą na właściwym miejscu. Kupiła zawieszenie broni z Persami. W 574 roku doprowadziła do tego, że jej mąż adoptował swojego przyjaciela Tyberiusza, który otrzymał godność cezara. 26 września 578 roku zezwolił nawet na jego koronację. W tym czasie Bizancjum miało faktycznie trzech władców: Zofię, Justyna i Tyberiusza. Sytuacja miała zmienić się diametralnie w ciągu kilku tygodni. 5 października zmarł Justyn II, a niebawem nastąpił upadek jego żony. Upadek Na początku panowania Tyberiusza namawiano nowego cesarza, by poślubił albo Zofię, albo jej córkę Arabię. Władca oświadczył, że jest już żonaty i kazał koronować swoją małżonkę.

Mimo wszystko w zakresie polityki wewnętrznej początki rządów Zofii i Justyna zapowiadały się obiecująco. Małżonkowie prowadzili działalność charytatywną, zakładali lepozytoria i sierocińce. W Konstantynopolu przebudowano port Juliana, który nazwano na cześć cesarzowej portem Zofii. Nieprzychylne jej relacje Jana z Binclair

Jedno ze źródeł powiada, że Zofia nie miała pojęcia o istnieniu żony Tyberiusza. Jest to nieprawda, bo ce45


50 51

Podpatrywanie


Podpatrywanie

Czy stać

śmy się na świat i nowe formy rozrywki, wcześniej nieznane lub niedostępne, nagle jako nowość wyparły to, do czego mieliśmy dostęp przez cały czas, a więc książkę ponad wszystko. Wygląda na to, że trend spadkowy udało nam się zatrzymać. I to już połowa sukcesu.

nas na czytanie?

Biblioteka Narodowa opublikowała już po raz kolejny raport dotyczący stanu czytelnictwa w Polsce. Jak co roku odezwą się teraz intelektualiści i specjaliści z zakresu rynku wydawniczego, lamentując, że jest źle, fatalnie, tragicznie. Dowiemy się, że nie czytamy przez Tuska lub Kaczyńskiego, że winny jest rząd, bo podniósł podatki; opozycja, bo wciąż ględzi o Smoleńsku; wydawcy, bo ustalają za wysokie ceny i drukarze, bo wysokim cenom są winni. Odpowiedzialni są Chińczycy, bo jest ich za dużo i papier jest za drogi. Winni są nadto masoni, Żydzi, cykliści i Adam Michnik. Co w sumie na jedno wychodzi. Umiemy czytać… Pozwólcie, że spojrzę na to z innej strony. W Polsce wciąż istnieje spora, bo licząca około 12%, niezmienna od lat grupa osób, które czytają relatywnie dużo (ponad 6 książek rocznie). Owszem, to mniejsza grupa niż w Europie Zachodniej, ale też – powiedzmy to raz a wyraźnie – nasza stopa życiowa jest nieco inna niż choćby w Niemczech. Sprzedaż książek utrzymuje się na przyzwoitym poziomie, po książki sięga wielu ludzi młodych (wiem, wiem, szkoła do czytania zmusza). Serwisy literackie odwiedzają setki tysięcy internautów, którzy tworzą wirtualne biblioteczki, oznaczając między innymi, co chcą przeczytać. W Empikach setki książek i komiksów są po prostu „zaczytywane”, na co narzekają ich wydawcy. Targi książki biją rekordy popularności, a w zeszłym roku zorganizowanie w Warszawie dwóch imprez tydzień po tygodniu spowodowało łącznie chyba niemal dwukrotnie większą liczbę odwiedzających niż rok wcześniej. Rynek e-booków powoli się budzi i choć liczbę sprzedanych książek w tej postaci – nawet w przypadku bestsellerów – liczy się na sztuki, widać wyraźnie, że sytuacja ulega poprawie. Akcje promocji czytelnictwa – jak na przykład „Cała Polska czyta dzieciom” czy popularne w ostatnim roku „52 książki” przyciągają tysiące uczestników i chyba większość Polaków ma okazję o nich usłyszeć.

… i pisać. Polacy również piszą. Piszą dużo, niekoniecznie dobrze, nie bardzo nad swoim warsztatem chcą pracować, nie zawsze mają coś do powiedzenia, ale piszą. Starają się – naile to możliwe – wyrażać swoje myśli jasno i tak, by zainteresować innych. I to, co piszą, bardzo ich interesuje. Najlepszym dowodem byłaby tu temperatura dyskusji na internetowych forach czy portalach pisarskich. Polacy marzą też o wydaniu książki – choćby tej elektronicznej – proszę spojrzeć choćby na liczbę serwisów służących self-publishingowi, które powstały w ostatnich miesiącach, gdy przez lata orędownikiem tego rodzaju działalności, raczej niezbyt popularnym w kraju, za to odnoszącym sukcesy za granicą był Piotrek Kowalczyk vel „Niżej Podpisany”. Sporo wątpliwości Kilka wątpliwości nasuwa się już w momencie, gdy przejrzymy pytania dotyczące „czytania z ekranu”. Po pierwsze: rzekomo bardzo niewielu internautów przeczytało tekst dłuższy niż liczący 3 ekrany komputera. Co oznacza właściwie to sformułowanie? 3 razy tekst mieszczący się na ekranie? Ekranie czego? Ekranie jakiej wielkości? O wyświetlaniu tekstu w jakiej rozdzielczości tu mówimy? A może chodzi raczej o tekst podzielony na 3 podstrony jakiegoś serwisu? Rzecz w tym, że o ile na Onecie tekst zwyczajowo dzieli się na 56

Z drugiej strony: żyjemy w kulturze blitzkriegu, kulturze błyskawicznej. Więcej czasu niż w domu (jeśli wyłączyć sen) spędzamy w korkach, o miejscu pracy nawet nie wspominając. Po zamknięciu obowiązków zawodowych staje przed nami bardzo długa lista spraw domowych. A chcemy jeszcze pobyć z rodziną. Książka – niestety – nie jest formą rozrywki, umożliwiającą interakcję z innymi ludźmi (jeśli pominąć wspólne czytanie z dziećmi, bardzo ważne i w Polsce przecież mocno promowane). Siłą rzeczy więc brakuje nam na nią czasu. Tymczasem popularne seriale pozwalają w godzinę (a niektóre w 20 minut) poznać ciekawą i spójną, choć niekoniecznie głęboką historię. Są one dla nas czymś stosunkowo nowym, świeżym, oryginalnym, a więc – szczególnie interesującym. Za pewien czas przyjdzie przesyt tą formą rozrywki i część z nas – być może – zapragnie czegoś głębszego. Za pewien czas ustabilizuje nam się sytuacja na rynku pracy i choć będziemy pracowali dłużej (tzn. do późnego wieku), być może zaczniemy też pracować krócej (to znaczy: mniej godzin dziennie spędzać będziemy w pracy). W wypełnianiu obowiązków domowych wyręczą nas coraz bardziej sprawne aparatury i maszynerie. Nasze społeczeństwo zacznie się bogacić, albo przynajmniej przestanie tak rażąco odbiegać pod względem zamożności od naszych zachodnich sąsiadów. Będzie nas po prostu stać na kulturę. Pozostaną wówczas do wyboru co bardziej ambitne filmy lub zajmujące więcej czasu, ale i dające więcej satysfakcji – książki. Być może w formie innej niż ta, którą dziś znamy, ale jednak do książek wrócimy.

Sławomir Krempa. Tak zwany

redaktor naczelny wortalu literackiego Granice.pl Autor blogu NoBooks. pl Miłośnik Google, Twittera i nowych technologii.

stosunkowo wiele podstron, o tyle na stronach „Rzepy” o odsłony się nie walczy i sążniste teksty potrafią mieścić się na jednej podstronie. Znam serwisy, w których bardzo długie opowiadania zajmują również jedną podstronę. Co z gazetami większego formatu? Rozumiem, że jakoś warto było to pytanie zadać, jednak formuła, w jakiej zaistniało, wydaje mi się trudna do przyjęcia. Co z ludźmi, którzy na poetyckich stronach i forachspędzają całe dni i noce, czytając tysiące króciutkich tekstów? Czy ich czytanie „nie włącza” albo „włącza” w mniejszym stopniu niż każdego z nas – deklarujących się jako miłośnicy książki nade wszystko w tej najbardziej tradycyjnej z form? Co z tymi, którzy książek nie czytają lub czytają ich bardzo mało, równocześnie w sposób bardzo aktywny (i często – ogromnie inteligentny i dowcipny) udzielając się na przykład na Twitterze, tworząc tam błyskotliwe aforyzmy, lapidarne notki, zamykające otaczającą nas rzeczywistość w obrębie 140 znaków?

Pytanie tylko, czy stać nas na to, byśmy tymczasem po prostu po nie nie sięgali. I czy po latach jeszcze w ogóle będziemy potrafili czytać?

Prawda czasu, prawda ekranu Taka już jest specyfika Internetu, specyfika czasów, w jakich przyszło nam żyć. Taka jest też specyfika kraju rozwijającego się i nie tak dawno otwartego na świat po latach izolacji. Taka jest specyfika społeczeństwa „na dorobku”. Krótko mówiąc: z jednej strony otworzyli57


Punktowanie

Cudaczne

mówił tego, co mówił, tylko wszystkim się zdawało, że on to mówił, co inni słyszeli. I zacietrzewił się, krzycząc: - To jest nieistotne! Zajmijmy się naprawdę poważnymi problemami. Liczy się to, co powiedział pan B. Mianowicie: pan B powiedział, że pan C dwa dni temu w innej audycji wiele mówił o tym, czego nie powinien mówić, bo nic na ten temat prawdziwego nie mógł powiedzieć.

cuda codzienne

Kiedyś, ale wcale nie tak dawno i zupełnie nie ostatnio, raczej przed, przed, przed…wczoraj, któregoś dziś... Nieważne. Na pewno to było wtedy, gdy byłam chora. Nie dosyć, że ległam w szponach choróbska, to jeszcze byłam zbulwersowana. Co prawda nie wiem, czy taka byłam, ale staram się używać modnych określeń, żeby przypadkiem ktoś nie śmiał uznać mnie za dinozaura. „Zbulwersowana(y)” to jest bardzo powszechny przymiotnik wśród wypowiadających się medialnie, to może i wśród internatów. Odkryłam u siebie „kurzą ślepotę”. Muszę ten dręczący mnie do dzisiaj koszmar z siebie zrzucić, wyrzucić albo podrzucić. „Gdzie?” – spytałam samą siebie. Odpowiedź przyszła sama: „W necie”. wały się same cuda.Już po godzinie, okazało się, że to, co ja widzę, to wcale nie jest to, co widzę, tylko to, co mnie się wydaje, bo widzę to, czego nie powinnam widzieć i czego w ogóle nie ma, bo nie było wcale.

Wszyscy chcą, wprost domagają się cudów. Wszyscy, to znaczy, że i ja chciałam, tylko widocznie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Cuda się najzwyczajniej po ludzku wkurzyły, bo mimo, że wiedzą, iż są zjawiskiem paranormalnym lub z różnych przyczyn nie dającym się naukowo wytłumaczyć, to wiedzą też, że są i już. Gdy są, to nie dadzą się dłużej ignorować ani lekceważyć. Tym bardziej, że spora grupa olewa je. Gorzej! Gwiżdże i kicha na nie. Jednak ostatnią kroplą goryczy dla cudów były okrzyki: „I gdzie ten cud?” I dodawane, nieprzyzwoite, bo nieadekwatne wobec cudu, wyzwiska: „materialny, gospodarczy, polityczny…”.

Na wszelki wypadek zmierzyłam temperaturę. Normalna. Przetarłam okulary, podejrzewając, że może szkła też nie są czyste, tylko tak mi się wydaje, a one są tak zabrudzone, że niczego przez nie nie widać. Przez parę minut wpatrywałam się w młodego, według mnie wyglądającego na zdrowego mężczyznę, który jednak miał demencję starczą. Mówił, że on dwa dni temu wcale nie był tam, gdzie go sfilmowano i co na tym nagraniu akurat pokazywano. Pomyślałam: „To musiał być cud, bo inaczej nie da się tego wytłumaczyć”. Później zabrał głos starszy mężczyzna i prawie pod przysięgą (to, że „prawie” robi różnicę, to żaden cud, tylko zwyczajny chwyt reklamowy) zeznawał, że młodszy mężczyzna, siedzący (ku jasności: naprzeciw tego, co właśnie mówił), kłamie jak z nut. Jeszcze nie skończył, gdy dorwał się do głosu ten młodszy: „To pan kłamie!”. Wzięłam głośniej, bo poczułam się zdezorientowana. Dwóch facetów, przy świadkach, nagrywanej transmisji, patrzy sobie w oczy i któryś z nich musi mówić prawdę. Myśląc logicznie: tylko jeden może tak bezczelnie łgać. Myliłam się. Każdy z nich mówił najprawdziwszą prawdę. Skąd wiem? Jeden i drugi powiedział, że spotkają się w Sądzie. Znów byłam świadkiem cudu.

Zbulwersowane cuda postanowiły: „Dość tego. Ludzie muszą nas wreszcie zobaczyć”. A że cuda mają nadprzyrodzone logiczne myślenie, to wymyśliły, że najlepiej zacząć uświadamianie o swoim istnieniu od tych, leniuchujących na chorobowym. I tak– trafiłona mnie. Wystarczyło parę dni osiemdziesięcioprocentowego chorobowego, żebym współżyła z codziennymi cudami. Pierwszy cud, który mógłby być „zapchajdziurą”, to chorobowy cud gospodarczy. Wystarczy wysłać wszystkich na L4. 20% razy miliony pensji to kupa forsy. Czytać nie miałam siły, włączyłam telewizor i wzięłam do ręki pilota. Pyk! I stał się cud. Zmaterializo-

I poczułam się, jakbym oglądała dreszczowiec. Pan C z wypiekami na twarzy i zaciśniętymi pięściami wykrzyczał:

Jolanta Kwiatkowska . Autorka powieści „Jesienny koktajl”, „Tak dobrze, że aż źle” oraz „Kod emocji”.

- Jak pan mówisz, panie A, to milcz, bo nie było Cię przy tym, jak to właśnie mówiłem, co mówił pan B. – I zwrócił się całą sobą w stronę pana B: - Pan nie mogłeś słyszeć, co mówiłem, boś był Pan, ale tak jakby Cię nie było.

Pisze o sobie: „Urodziłam się jako płeć żeńska. (tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce). Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać). Nie zdobyłam żadnego szczytu. Nie odkryłam żadnego lądu. Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam. Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam. Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham. Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam. Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie. Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęścia, które zsyła nam każdy dzień.”

I wtedy, znów słysząc swoje nazwisko, Pan B spienił się i wyznał całą najprawdziwszą prawdę. Tak powiedział: „To ja powiem, jak było naprawdę naprawdę”. I dotrzymał słowa. Powiedział: - Pan, panie C, kłamał, kłamie i zawsze będzie kłamał. Donosił i dalej donosi. W amoku zapomniał wyjaśnić, co tamten donosił i przez to trochę się pogubiłam, ale w wypiekach śledziłam akcję dalej. Okazało się, że pan C musiał kłamać, bo to wszystko działo się wtedy, gdy pan B rozmawiał z panem A, a pana C przy tym nie było, więc trudno, żeby coś mówił, a tym bardziej – wiedział, co i kto powiedział panu B. Zaproszeni do studia panowie zaczęli się przekrzykiwać nie tylko słownie, ale i mową ciała. Zdecydowanie włączył się redaktor, puszczając kolejny odcinek nagrania, który miał silną moc zdrowotno-uspokajającą, ale tylko na pana B i C. Pana A rozpierała energia. Podniósł się z krzesła, ale tylko torsem, rękami i głową.

Poczułam się troszkę skołowana. Pokrzepiłam się herbatą z termosu. Nic to nie dało. Musiałam sobie wyczarować własny cud, co oznacza tylko tyle, że przez kilka minut leczyłam chore gardło ciepłym, wieloskładnikowym dymkiem. Nie pomogło, ale tylko na gardło. Znów nabrałam ochoty na oglądanie tele. Przełączyłam telewizor na inną stację. W godzinę rozsypał się worek z cudami. Trzech panów: A, B i C w obecności redaktora udowadniało mi cud nad cudami. Pokazano nagrany urywek publicznej wypowiedzi pana A sprzed trzech dni. Redaktor poprosił pana A o ustosunkowanie się do własnej wypowiedzi.

- Wierutnekłamstwo. – Wzrokiem zabił (na szczęście, nie na śmierć) redaktora. I dalej już mówił do kamery, czyli do mnie, trzymając przy tym dłonie wnętrzem do góry: - Dziennikarze manipulują faktami. Nigdy nie spotkałem się z C i B, bo byłem w tym czasie nieobecnym, a tak naprawdę, to ja ich nie znam. I stał się cud na cudami. Pan B, powiedział: - A mówi prawdę

Pan A stwierdził z oburzeniem, że trzy dni temu nie 60

61


Odsł anianie

Coetzee i Kapuściński

Próba zestawienia afrykańskich motywów twórczości Znany francuski reporter wojenny Patrick Chauvel powiedział kiedyś, że obserwować znaczy to samo, co brać odpowiedzialność. Świadomość tej zależności stoi prawdopodobnie za wszystkimi jego niezwykle poruszającymi fotografiami, reportażami i filmami. Dzięki temu powiązaniu, jego praca spełnia najwyższą misję nie tylko wykonywanego zawodu, ale sięga dalej do najgłębszych pokładów człowieczeństwa. Tę wyjątkową cechę znaleźć można też w pisarstwie Ryszarda Kapuścińskiego i Johna Maxwella Coetzee’ego. Tych dwóch wybitnych twórców łączy przede wszystkim głęboki humanizm, z jakim opisują Afrykę. Obydwaj bowiem, choć dzieli ich wiele, upodobali sobie ten wyjątkowy kontynent i zapragnęli nie tylko przekazać czytelnikom jego obraz, ale też poprawić los jego mieszkańców.

różniają ją z jednej strony niezwykła egzotyka, dzikość, magia, tajemniczość, życie plemienne, łagodna i bardzo humanistyczna kultura, powszechna solidarność, życzliwość, empatia oraz ufność mieszkańców. Drugie oblicze Afryki ukazuje region dziesiątkowany chorobami, głodem, wewnętrznymi walkami, aktami ludobójstwa i okrutnymi zbrodniami. Oswajana w naszej wyobraźni wieloma stereotypami i traktowana jak jednorodna całość, jest w rzeczywistości mozaiką około pięćdziesięciu państw i jeszcze większej liczby kultur i plemion. Wszystko to przyciąga i odpycha, budzi skrajne emocje. Podobne nastroje znajdziemy wśród autorów licznych publikacji o Afryce, od reportażystów odwiedzających głównie zapalne punkty regionu, poprzez

Kraj kontrastów Afryka to kontynent niespotykanych nigdzie indziej kontrastów i różnic. Jej animistyczna przeszłość przesądziła o najbardziej charakterystycznych cechach Czarnego Lądu, czyniąc go tym samym tak wyjątkowym i unikalnym. Wy66

ekonomistów badających przyczyny jej gospodarczej stagnacji, aż po podróżników, czy prozaików i eseistów.

na język polski i jest w naszym kraju znacznie mniej znany, niż Coetzee, którego popularność w ostatnich latach szczególnie rozkwitła.

Trudna historia Sytuacja, w jakiej znalazła się Afryka, jest skutkiem setek lat bezwzględnego wyzysku tej ziemi i jej mieszkańców przez europejskich kolonialistów. Od średniowiecza, z rosnącym nasileniem i bez przerwy do drugiej połowy XX wieku, trwała prowadzona przez nich penetracja kontynentu. W tym samym czasie rozpoczął się również wyjątkowo haniebny proceder uprowadzania rdzennych mieszkańców kontynentu, by ich następnie sprzedać na rynkach państw śródziemnomorskich jako niewolników. Od połowy XVI wieku wywożono ich też do Brazylii i Ameryki Północnej, gdzie pracowali głównie w kopalniach i na plantacjach. W Europie tamtego okresu brakowało surowców, a w Ameryce – rąk do pracy. Całkowita i bezwzględna eksploatacja Afryki rozwiązywała te problemy.

Tego laureata Nagrody Nobla z 2003 roku często porównuje się z Josephem Conradem czy Gabrielem Garcíą Márquezem, dużo zaś rzadziej ze wspomnianym wcześniej podróżnikiem z Pińska, co musi dziwić czytelników znających ich twórczość i wzajemną sympatię. Ciekawe jest, że dopiero ostatnie lata przyniosły wzmożone zainteresowanie ich dorobkiem. Na pozór dzieli ich wiele – pochodzenie, wykształcenie, losy, zainteresowania, wykonywany zawód, czy – wreszcie – stosowana forma literacka. Jednak niewielu tak jak oni dostrzegało i rozumiało problemy dzisiejszego świata czy jego mieszkańców. Przy tym, znając słabość ludzkiej kondycji, obydwaj twórcy wierzyli, że próby budowania świadomości społecznej poprzez wpływanie słowem na czytelnika mają sens. Coetzee i Kapuściński. Cichy samotnik z południa i nieśmiały popularyzator dialogu z północy… Warto zestawić ze sobą ich twórczość.

Pomimo zrzucenia po II wojnie jarzma kolonializmu, Afryka cierpi nadal. Ryszard Kapuściński, który spędził tam kilka lat jako reporter Polskiej Agencji Prasowej, zapowiadał że systemowe wychodzenie Afryki z zapaści będzie trwać latami. Od momentu, kiedy polski dziennikarz pierwszy raz oglądał ten kontynent, minęło pięć dekad, które poświadczają słuszność jego tezy. Sytuacja nie poprawiła się, a większość krajów ma obecnie niższą zdolność działania, niż w chwili uzyskania niepodległości1. Podobne spostrzeżenia znajdziemy w literaturze białych Afrykańczyków. Wystarczy przywołać nazwiska noblistów – Johna Maxwella Coetzee’go i Nadine Gordimer.

Między południem a północą Pisarstwo tych dwóch autorów znacznie różni się od siebie stylem czy doborem tematów, jednak łączy je oczarowanie Afryką, która staje się zarazem bohaterką ich dzieł. Znajdujemy u nich obie odsłony Afryki – fascynującą, ale też cierpiącą. W ten sposób obrazy kontynentu dopełniają się, mimo że obydwaj twórcy uważali, że obcy, Europejczyk, nie potrafi we właściwy sposób wyrazić tego, co zastaje w Afryce. Coetzee John Maxwell Coetzee urodził się w 1940 roku w Kapsztadzie jako potomek holenderskich osadników z XVII wieku. Po ojcu jest afrykanerem, białym mieszkańcem Afryki Południowej, zaś ze strony matki jest pół-Niemcem z Pomorza i pół-Polakiem z Wielkopolski (podczas wizyty w naszym kraju odwiedził miejsce, z którego pochodził jego polski przodek). Naukę rozpoczął w Cape Town, następnie przeniósł się do Anglii i USA, gdzie zdobył tytuł doktora i wykładał angielski oraz literaturę. Udział w protestach przeciwko wojnie w Wietnamie uniemożliwił mu uzyskanie statusu rezydenta USA. Powrócił do RPA. Noblista mówi o sobie, że jest pisarzem zachodnim, który mieszka w Afryce Południowej.

Znani i zapomniani… Dużo więcej wiary w wewnętrzną siłę Afryki odnaleźć można u czarnego dramaturga Wole Soyinki. Jego twórczość to walka o polepszenie sytuacji polityczno-społecznej w ojczystej Nigerii, ale też w całej Afryce. Krytykował negrofilię, charakterystyczny dla wszystkich krajów kontynentu kult jednostki, władzę wojskową i podkreślał, że możliwe jest zgodne współistnienie różnych kultur, pełen ich synkretyzm w określonych ramach. Słowo pisane potwierdzał czynami, za co był dwukrotnie aresztowany przez nigeryjskie reżimy. W 1986 roku został laureatem literackiej Nagrody Nobla. Wole Soyinki na razie nie doczekał się pełnego tłumaczenia swoich dzieł 67


O gl ądanie

Brunet niezbyt tajemniczy

Jeśli nie kochacie nowojorskiego mistrza, seans „Poznasz przystojnego bruneta” raczej sobie odpuśćcie. Bo film ten to wszystko, co najlepsze w kinie Woody’ego Allena. Ale też wszystko to, co z jego kina doskonale znamy… A znamy doskonale Roya (Josh Brolin) – pisarza, który przechodzi kryzys twórczy (choć w starszych filmach bohater ten nazywał się zupełnie inaczej. Znamy Alfiego (Anthony Hopkins, który z rolą mierzy się bez wysiłku, za to z przyjemnością – nie wiadomo, czy większą dla siebie, czy dla widza) – poczciwego staruszka, który nagle wpada w sam środek kryzysu wieku średniego i ramiona kochanki, dla której porzuca żonę, co z kolei prowadzi go do kryzysu finansów – i to nie tych publicznych. Znamy ową kochankę, o wiele lat młodszą od swego partnera i niekoniecznie pasującą do jego świata Charmaine (bardzo charakterystycznie obsadzona Lucy Punch). Znamy porzuconą żonę, która po rozstaniu pod wpływem osoby trzeciej (tu – wróżki) odkrywa w sobie zupełnie nowe zainteresowania. Również właściciel galerii sztuki (Antonio Banderas), który woli rozsmakowywać się w ciałach pracownic niż w „ciele / dziele artystycznym”, wydaje nam się nieobcy. Wszyscy ci bohaterowie bez większych dramatów i napięć poszukują szczęścia, odkrywając, „co ich kręci, co ich podnieca” i robiąc wszystko, cokolwiek zadziała („whateverworks”), by szczęście to odnaleźć. A swymi okruchami szczęścia, promykami radości i przebłyskami uśmiechu dzielą się z widzem.

dza swoich bohaterów, nie podkreśla, że zdrada małżeńska to nie tylko domena staruszków, dla których jest ona naturalną kontynuacją procesu, rozpoczynającego się od zakupu sportowego samochodu, ale i poważny problem społeczny. Reżyser po prostu opowiada zgrabną historyjkę, którą chce (musi?) podzielić się z widzami. Zgrabną, ale nie – rzucającą na kolana śmiechem. „Poznasz przystojnego bruneta” to film śmieszny, zabawny, ale raczej dzięki subtelnej ironii narracyjnej niż dzięki zaplanowanym przez twórców wybuchom śmiechu. Tych nie będzie, nie mamy bowiem do czynienia z rubaszną komedią. Nieco gorzej, że film nie dorównuje pod tym względem nawet znakomitemu „Whateverworks” (polski tytuł jednak nie przejdzie mi przez gardło) samego Allena. Przytyki wobec wróżki, dialogi, kłótnie bohaterów uśmiech na twarzy wywołają, na więcej jednak nie możemy liczyć. Czy to wszystko znaczy jednak, że mamy do czynienia z filmem złym? Przeciwnie: to kolejny dowód na poparcie tezy, że nawet słabszy film Allena na tle komercyjnej papki wypada doskonale. Tyle, że reżyser swoich miłośników przyzwyczaił już do tego, iż nieustannie ich zaskakuje, że zmienia styl, estetykę, że bawi się konwencjami i gatunkami. Że po filmie zabawnym serwuje im coś zaskakująco serio, by w końcu powalić na kolana śmiechem. Komedia „Poznasz przystojnego bruneta” na pewno nie powala, ale daje nadzieję. Tym bardziej, że pojawienie się filmu Allena w polskich kinach nieodmiennie od lat oznacza, że właśnie na świecie ma miejsce premiera kolejnego obrazu. Cóż, czekamy, Woody. Czekamy…

Powiedzmy szczerze: to nie jest najbardziej udany z filmów Allena. Wszyscy ci, którzy wieszczą od lat zmierzch świetności nowojorskiego reżysera, odnajdą w nim masę argumentów na poparcie swojej tezy. Przede wszystkim jest to bowiem obraz, który ucieka od jakichkolwiek problemów, od głębszej analizy jakichkolwiek zjawisk czy postaci. Allen nie ocenia, nie osą72

Za miesiąc weźmiecie udział w... ...zbrodni

www.magazynczytam.pl 73


Czytam 11