Page 1


CZŁOWIEK KTÓRY

WKRADŁ SIĘ DO

AUSCHWITZ DENIS AVEY i ROB BROOMBY PRZEKŁAD

ROMAN PALEWICZ


Tytuł oryginału

The Man Who Broke into Auschwitz Copyright © 2011 Denis Avey. All rights reserved. Hodder & Stoughton Ltd 338 Euston Road, London NW1 3BH www.hodder.co.uk First published in Great Britiain by Hodder & Stoughton 2010 An Hachette UK company Przedmowa: Copyright © 2011 Martin Gilbert Przekład

Roman Palewicz Redakcja

Anna Gabryś Redakcja i korekta

Piotr Mocniak Maria Brzozowska Dominika Pycińska Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone.


4/32

ISBN: 978-83-61428-83-1

Insignis Media ul. Sereno Fenna 6/10 31-143 Krak贸w telefon/fax +48 12 636 01 90 www.insignis.pl biuro@insignis.pl facebook.com/Wydawnictwo.Insignis Konwersja

NetPress Digital


Pamięci Erniego Lobeta oraz człowieka, którego znałem tylko jako Hansa


Przedmowa To książka niezwykle ważna, w samą porę przypominająca o zagrożeniach, wobec których staje każde społeczeństwo skażone nietolerancją i rasizmem. Denis Avey, liczący obecnie dziewięćdziesiąt trzy lata, chce, by jego książka nie pozwoliła zapomnieć, że faszyzm i ludobójstwo nie zniknęły. Powiedział: „to mogłoby zdarzyć się tutaj”. Rzeczywiście, to mogłoby zdarzyć się wszędzie tam, gdzie pozwoli się na całkowite odrzucenie pozorów cywilizacji, bądź zedrze się je przez złą wolę i pragnienie destrukcji. Dobrze, że Denis Avey znalazł w końcu siłę, żeby opowiedzieć swoją historię. Wielu mających za sobą koszmar wojny, łącznie z Żydami ocalałymi z Holokaustu, podobnie jak on stwierdza, że w 1945 roku „nikt nie chciał słuchać”. Sześćdziesiąt pięć lat później premier Gordon Brown wita Denisa Aveya przy Downing Street 10. Chce wysłuchać jego historii, pochwalić odwagę i odznaczyć go medalem, na którym wyryto napis: „W służbie ludzkości”. Potrzeba odwagi, żeby być świadkiem. Do dziś, z tylu innych okropnych wspomnień, Denis Avey ze zgrozą przywołuje obraz żydowskiego chłopca, który „spływając krwią, stoi na baczność i znosi zadawane w głowę razy”. Tę książkę powinni przeczytać ci, którzy chcą poznać relację naocznego świadka koszmaru, jaki rozgrywał się w znajdującym się obok Auschwitz obozie


7/32

niewolniczej pracy Monowitz, gdzie więźniów, szczególnie żydowskich, traktowano w nadzwyczaj surowy sposób i zabijano, kiedy byli już zbyt słabi, żeby dalej pracować dla oprawców z SS. Snute przez Denisa Aveya wspomnienia o traktowaniu Żydów przez nazistów są przerażające – i uczucie przerażenia powinny wywoływać, bo ludzkiemu umysłowi trudno jest wejść w świat zdominowany przez okrucieństwo, świat, w którym drobny gest Denisa Aveya wobec żydowskiego więźnia pochodzącego z Holandii jest niespotykanym snopem światła i otuchy. Avey opowiada nam również o okresie poprzedzającym chwilę, w której został jeńcem wojennym – o walkach w Afryce Północnej. To opowieść równie przejmująca. Autor nie uchyla się przed pokazaniem okropności, przed opisem śmierci swojego przyjaciela Lesa, który odszedł na tamten świat tuż obok niego. „Les był facetem o pełnych blasku oczach. Przemierzyłem z nim całą drogę z Liverpoolu, tańczyłem z jego siostrą Marjorie, siedziałem przy kuchennym stole z jego staruszkami, śmiałem się z ich żartów, jadłem z nimi”. A jednak jego pierwszą reakcją, gdy znalazł „na sobie połowę biednego Lesa”, było stwierdzenie: „Bogu dzięki, to nie ja”. Do dziś go to przytłacza. Szczerość tej książki stanowi jej siłę. Opis obozu Monowitz jest surowy i prawdziwy. Zamieniając brytyjski mundur wojskowy na pasiaste łachmany żydowskiego więźnia i udając się do żydowskiego sektora ogromnego obozu pracy niewolniczej, Denis Avey stał się świadkiem. „Sam musiałem zobaczyć, co się tam dzieje” – pisze. Dzięki temu nasza wiedza o jednym z najgorszych zakątków państwa SS jest pełniejsza. Książka


8/32

ta jest hołdem zarówno dla Denisa Aveya, jak i tych, których historię postanowił opowiedzieć, narażając własne życie. Sir Martin Gilbert 8 lutego 2011


Prolog 22 stycznia 2010 Ledwie wysiadłem z taksówki przy pilnie strzeżonej bramie Downing Street, a już przed moimi ustami pojawił się mikrofon. Cóż mogłem powiedzieć? Znalazłem się tam z powodu moich dokonań w czasie wojny. I nie chodziło ani o moją walkę w Afryce Północnej, ani że zostałem schwytany przez Niemców, ale o to, co zdarzyło się w Auschwitz. W 1945 roku nikt nie chciał słuchać, więc przestałem o tym mówić na niemal sześćdziesiąt lat. W najgorszej sytuacji była moja pierwsza żona. Budziłem się zlany potem, w przemoczonej pościeli, nękany przez ten sam sen. Do dziś widzę tego biednego chłopaka, jak spływając krwią, stoi na baczność i znosi zadawane w głowę razy. Przeżywam to każdego dnia, nawet teraz, po niemal siedemdziesięciu latach. Kiedy poznałem moją drugą żonę, Audrey zorientowała się, że coś jest nie tak i że wiąże się to z Auschwitz, ale nie potrafiłem z nią na ten temat rozmawiać przez całe dziesięciolecia. Teraz nie mogę przestać o tym mówić. A Audrey myśli, że przeszłość mnie pochłonęła; uważa, że powinienem się od niej uwolnić i iść dalej, iść do przodu. W moim wieku to nie takie proste.


10/32

Błyszczące drzwi budynku przy Downing Street 10, które tak często widywałem w wiadomościach poświęconych władzom państwowym, otworzyły się i wszedłem do środka. W holu oddałem płaszcz. Skierowano mnie na górę, schodami, wzdłuż których rozwieszono oprawione w ramy portrety byłych premierów. Przystanąłem przed podobizną Churchilla. Pomyślałem sobie, że fotografia jest zaskakująco mała, jak na tak wielkiego przywódcę. Musiałem zaczerpnąć tchu, oparłem się na mojej metalowej lasce, po czym ruszyłem dalej, mijając powojennych premierów – najwyżej znaleźli się Thatcher, Major i Blair. Na górze opadłem na krzesło. Miałem dziewięćdziesiąt jeden lat, potrzebowałem trochę czasu, żeby dojść do siebie po takiej wspinaczce. Spojrzałem z podziwem na wspaniałą Salę Terakotową, na jej wysoki sufit i żyrandole. Wiedziałem, że tego ranka premier Gordon Brown ogłosił, iż będzie zeznawał w sprawie wojny w Iraku, zbliżały się wybory, zastanawiałem się więc, czy znajdzie czas, by mnie przyjąć. Panująca w pokoju atmosfera zmieniła się błyskawicznie, kiedy wszedł premier. Od razu skierował się w moją stronę i uścisnął mi dłoń. Mówił bardzo cicho, prawie szeptem. Salę wypełniali ludzie, lecz mimo to wydawało mi się, że spotkanie jest prywatne. – Jesteśmy z pana dumni, bardzo dumni. To zaszczyt móc pana tutaj gościć – powiedział. Poruszyły mnie te słowa. Jego żona, Sarah, także podeszła i przedstawiła się. Nie wiedziałem, co robić, więc pocałowałem ją w rękę i powiedziałem, że jest piękniejsza niż w telewizji. To była prawda, ale chyba nie powinienem tego mówić. Na


11/32

szczęście dziewięćdziesięciolatkowi można wybaczyć taki nietakt. Szybko zmieniłem temat na bezpieczniejszy: – Podobało mi się pani niedawne przemówienie. Uśmiechnęła się i podziękowała. Ekipy telewizyjne i fotografowie prasowi chcieli uwiecznić nas obu. Premier przeżywał w tym czasie polityczne trudne chwile. Powiedziałem mu więc, że nie podoba mi się, jak koledzy wbijają mu nóż w plecy i gdyby potrzebował ochroniarza, to jestem do dyspozycji. Słysząc te słowa, uśmiechnął się i obiecał, że będzie o tym pamiętał. – Nie chciałbym pańskiej posady za żadne skarby świata – dodałem. Choć na niego nie głosowałem, wiedziałem, że jest porządnym człowiekiem, i podziwiałem jego szczerość. Gordon Brown poświęcił mi całą uwagę i przez chwilę miałem wrażenie, że nie interesują go inni obecni. Jedno moje oko jest szklane – to kolejna spuścizna po Auschwitz – starałem się zatem patrzeć na niego tym prawdziwym. Premier też widzi tylko na jedno oko. Rozmawiając, siedzieliśmy tak blisko, że prawie dotykaliśmy się czołami. Premier mówił o „odwadze” i „męstwie”, a ja zacząłem mu opowiadać o Auschwitz, IG Farben, SS, o wszystkich tych rzeczach, podając dość chaotycznie różne szczegóły. W pewnym momencie nie mogłem znaleźć odpowiedniego określenia i posłużyłem się niemieckim słowem Häftling, oznaczającym więźnia. – Mnie też się to zdarza, kiedy wspominam tamte dni – powiedział jeden z obecnych, który przeżył obóz koncentracyjny.


12/32

Wkrótce potem uhonorowano mnie jako jednego z dwudziestu siedmiu brytyjskich „bohaterów Holokaustu”, co nauczyło mnie pokory, gdyż większość odznaczono pośmiertnie. Żyło jeszcze tylko dwóch; tym drugim był Sir Nicholas Winton, który na terenie okupowanej Czechosłowacji uratował ponad sześćset dzieci. Otrzymałem medal z litego srebra, z wyrytymi słowami: „W służbie ludzkości”. Po drodze wyznałem jakiemuś dziennikarzowi, że teraz umrę jako szczęśliwy człowiek. Musiało minąć niemal siedemdziesiąt lat, żebym mógł to powiedzieć. Potrafię już mówić o tych strasznych czasach, czuję, że przygniatający mnie ciężar powoli staje się lżejszy. Sięgam pamięcią do sedna tych wydarzeń, do momentu wymiany.

Połowa roku 1944 Wiedziałem, że musimy się śpieszyć. Czekałem, ukryty w małej szopie. Nie mogłem mieć pewności, czy przyjdzie. A jednak się zjawił. Wsunął się do środka, a ja zdjąłem bluzę. Zamknął drzwi, odcinając nas od jazgotu panującego na tym przerażającym placu budowy. Wyśliznął się ze swojego brudnego pasiaka i rzucił go w moją stronę. Założyłem szmaty bez wahania. Patrzyłem, jak ubiera mój mundur polowy, spoglądając przez ramię na drzwi. Był holenderskim Żydem i wiedziałem o nim tylko tyle, że ma na imię Hans. Ta, wydawałoby się, prosta wymiana sprawiła, że oddałem innemu człowiekowi ochronę, którą zapewniała mi konwencja genewska.


13/32

Pozbyłem się munduru, ostatniej deski ratunku, szansy na przetrwanie w tym potwornym miejscu. Od tej pory, nosząc jego ubranie, miałem być traktowany tak, jak traktowano jego. Gdyby mnie złapano, jako oszust zostałbym natychmiast zastrzelony. Nie miałem co do tego żadnych złudzeń. Do Auschwitz III wszedłem z własnej i nieprzymuszonej woli w połowie 1944 roku.


Rozdział 1 Nie wstąpiłem do armii po to, żeby walczyć za króla i ojczyznę, choć przecież wystarczająco kochałem mój kraj. Nie, zaciągnąłem się po prostu dla piekła, dla przygody. Ale nie miałem pojęcia, jak straszne będzie to piekło. Mój wyjazd na wojnę nie miał w sobie nic bohaterskiego. Wypłynęliśmy z Liverpoolu transportowcem „Otranto” w pogodny sierpniowy poranek 1940 roku, nie wiedząc, dokąd zmierzamy. Patrzyłem na Royal Liver Building, wznoszący się za coraz szerszym pasem brązowych wód rzeki Mersey, i zastanawiałem się, czy jeszcze kiedyś zobaczę zielone ptaki na jego szczycie. Wtedy jeszcze Liverpool nie doświadczył zbyt wielu bombardowań. Bomby przeznaczone dla tego miasta spadły miesiąc po moim wyjeździe. Jak dotąd, było dość spokojnie. Ja zaś miałem dwadzieścia jeden lat i wydawało mi się, że jestem niezniszczalny. Obiecałem sobie, że jeśli stracę rękę lub nogę, nie wrócę do domu. Rudy żołnierz o temperamencie równie ognistym, jak jego włosy – to miało przysporzyć mi wielu kłopotów. Taki byłem. Za bardzo mi się śpieszyło, nie chciałem więc tracić czasu na formalności, potrzebne by iść do RAF-u. Wstąpiłem do armii. Dzięki temu, po raz pierwszy


15/32

o włos uniknąłem nieszczęścia, choć patrząc na Spitfire’y przebijające chmury nad moją głową, nadal chciałem latać. Jednak w tym czasie wstąpienie do RAFu oznaczało niemal pewną śmierć. Piloci wojskowi byli rycerzami przestworzy, lecz po rozpoczęciu bitwy o Anglię nie wróżono tym biedakom długiego życia. Miałem szczęście, że nie trafiłem do lotnictwa. Zaciągnąłem się 16 października 1939 roku. Ponieważ dobrze strzelałem, przydzielono mnie do 2. Batalionu Brygady Strzelców i tak oto strzelec Denis George Avey, nr 6914761, został wysłany na szkolenie do koszar w Winchester. Trening był dość surowy, nie oglądano się na pogodę. Dostawaliśmy szczególny wycisk – nękanie młodych należało do tradycji. Każdego wieczoru przez intensywną musztrę, ćwiczenia fizyczne i niekończące się tory przeszkód padaliśmy na łóżka zupełnie wyczerpani, lecz dzięki temu pod koniec mogliśmy wykazać się całkiem niezłą sprawnością. Uczono nas posługiwania się każdym rodzajem broni dostępnym w brytyjskiej armii – ja z bronią palną byłem obeznany od dzieciństwa. Gdy miałem osiem lat ojciec kupił mi pierwszą, dwunastomilimetrową śrutówkę. Miała specjalnie skróconą kolbę, abym mógł objąć ją ramieniem. Do dziś wisi u mnie na ścianie. Gdy chodziło o broń, mój ojciec był bezwzględnie surowy. Na wsi nie znano żadnych wykrętów, wszystko było albo czarne, albo białe. Dorastałem w świecie moralnych pewników i oczekiwano, że stanę po stronie tego, co słuszne. Ojciec nauczył mnie szanować ludzi i zwierzęta. Ptaki zabijało się z myślą o spiżarni, a nie dla sportu. Uczyłem się strzelać do rzutków i po dość


16/32

krótkim czasie potrafiłem samodzielnie cisnąć w górę gliniany krążek, złapać strzelbę i rozwalić go, nim spadł na ziemię. Zupełnie czym innym było strzelanie z wojskowego karabinu, jednak szybko to rozgryzłem i wkrótce trafiałem w dziesiątkę z każdej odległości do pół kilometra. Pod koniec pewnego wyjątkowo długiego, wypełnionego ćwiczeniami fizycznymi dnia trenowaliśmy na strzelnicy w Winchester. Nacisnąłem spust Lee-Enfielda .303, poczułem kopnięcie kolby i bez trudu trafiłem w dziesiątkę. Chłopcy obsługujący tarcze chowali się za wałem z ziemi. Wskazywali trafienia za pomocą długiej tyczki, na końcu której znajdował się biały krążek o średnicy trzydziestu centymetrów. Gdy jeden z nich niepewnie podniósł ją, żeby pokazać moje trafienie, odciągnąłem zamek i strzeliłem w biały krążek, wytrącając mu tyczkę z dłoni. Chłopakowi od tarcz nic nie groziło, ale ze wstydem przyznaję, że się popisywałem. Choć spotkała mnie surowa reprymenda, zyskałem popularność wśród żołnierzy. Wyróżniono moje umiejętności strzeleckie i w dowód na to nosiłem odpowiedni znaczek na mundurze. Natomiast dość nieprzyjemna była nauka walki na bagnety. W Brygadzie Strzelców bagnety zawsze nazywano mieczami. Uczono nas zabijać ludzi z tak bliska, że można było poczuć oddech przeciwnika; zobaczyć, czy tego ranka się ogolił. Uczono nas, jak szarżując z wrzaskiem i wyciem, biec trzydzieści metrów w stronę kukły. Bagnet wbijało się w bebechy, potem wyciągało


17/32

się go i obracało karabin, aby móc błyskawicznie uderzyć kolbą w głowę. Obserwował nas, patrząc z ukosa, krępy i niski prawdziwy twardziel. Sierżant Bendle. – Głośniej, głośniej! – wrzeszczał, aż czerwieniała mu twarz. Zadowolony dopiero wtedy, gdy wydzieraliśmy się tak samo jak on. To była broń psychologiczna, krzyk pomagał też przetrwać. By nabrać wprawy, ćwiczenie musieliśmy powtarzać bez końca. Wiedziałem, że gdy dojdzie do sytuacji „ja albo on”, to nie ja będę wił się w męczarniach. Szermierka na bagnety była lepsza, bo przynajmniej miała w sobie coś z męskiego sportu. Do karabinów przymocowywano sprężynowe bagnety z ochronną kulką na szpicu. Jeśli nie udało się zablokować otrzymanego pchnięcia, ostrze powinno się cofnąć. Jednak zawodowi po zatrzymaniu ostrza pchali jeszcze trochę, co było diabelnie bolesne. Przypominało, czym może grozić opuszczenie gardy. Po szkoleniu w Winchester pojechaliśmy do Tidworth, leżącego na Salisbury Plain. Pewien oficer cieszył się szczególną popularnością wśród tamtejszych rekrutów. Był wytworny, elegancki, z ciemnym wąsikiem i starannym uczesaniem. Wtedy miał chyba stopień podporucznika i choć znano go jako świetnego oficera, to my nazywaliśmy go „Raffles”, złodziej dżentelmen. Tuż przed wybuchem wojny na ekrany kin wszedł film pod tym tytułem i wciąż jeszcze w wielu miejscach wisiały reklamujące go plakaty. A oficerem tym był znakomity gwiazdor filmowy David Niven.


18/32

Po którymś ćwiczeniu zebraliśmy się wokół Nivena w celu omówienia wyników, jednak wszyscy chcieliśmy słuchać przede wszystkim plotek z filmowego światka. Aktor czuł się dobrze wśród wielbicieli, ale przed wojną ukończył także szkołę wojskową w Sandhurst i teraz ponownie próbował przywyknąć do wojskowego trybu życia. Dopiero co partnerował Olivii de Havilland w Raffles, ale najwięcej mówił o Ginger, gwieździe filmu Bachelor Mother – wszyscy wiedzieliśmy, o kogo chodzi. Dużo żartowaliśmy, aż w końcu jeden z chłopaków bąknął: – Założę się, że wolałby pan być wszędzie, tylko nie tutaj, sir? Zapadła cisza, po czym Niven oświadczył: – Powiedzmy, że wolałbym pieścić cycki Ginger Rogers. Rzeczywistość dopadła nas w ostatnim tygodniu maja, kiedy bez podania powodu wybrano stu z naszej grupy i poprowadzono na stację kolejową w Tidworth. Wiedzieliśmy, że sprawy we Francji mają się źle. Mnie powierzono około dwudziestu ludzi i kazano rozdzielić między nich moździerze, karabiny maszynowe Bren oraz zwykłe karabiny. Po około godzinie z chmur pary i dymu wyłonił się nadjeżdżający pociąg. Wraz z cywilami wsiedliśmy do wagonów i rozpoczęliśmy powolną podróż w kierunku wybrzeża. Brytyjskie Siły Ekspedycyjne były w poważnych kłopotach. Calais było oblężone, niemiecka pętla się zaciskała. Naszą jednostkę, wyłonioną z 2. Batalionu


19/32

Brygady Strzelców, postawiono w stan gotowości, żeby pomóc przygwożdżonemu 1. Batalionowi. Utknęliśmy po niewłaściwej stronie Kanału. Patrząc na jaskrawe światła na wybrzeżach bezpiecznej Anglii, trudno było sobie wyobrazić katastrofę rozgrywającą się za tym wąskim pasem wody, ale słyszeliśmy huk wielkich dział – upiorny, melancholijny odgłos. We Francji 1. Batalion był dopiero od dwóch lub trzech dni. Wysłano go tam, by utrzymał port w Calais i pomógł w ewakuacji naszej armii. Stawiał twardy opór, walcząc, dopóki nie zabrakło amunicji. Garstkę ocalonych przywiozła do kraju Królewska Marynarka Wojenna; reszta zginęła lub trafiła do niewoli. Dziękował im później Winston Churchill. Powiedział, że ich działania unieruchomiły co najmniej dwie niemieckie dywizje pancerne, podczas gdy „stateczki” zabierały z Dunkierki wielu ludzi. Włączenie się w tę walkę byłoby samobójstwem – zginęlibyśmy jeszcze na wodzie. Na szczęście uświadomił nam to huk wystrzałów. Plan porzucono. Jeżeli miałem anioła stróża, to właśnie po raz kolejny objawił swoją obecność. Wliczając fakt, że nie wstąpiłem do RAF-u, drugi raz wywinąłem się śmierci. W końcu miałem trafić na kontynent europejski, ale jako jeniec. Przeniesiono nas następnie na północ, do Liverpoolu. Mieliśmy obozować na Aintree Racecourse, czyli torze wyścigów konnych, na którym odbywa się gonitwa Wielka Liverpoolska. Teraz rozpościerał się tam ocean żołnierzy, czekających na wysłanie Bóg raczy wiedzieć gdzie.


20/32

Spaliśmy pod gołym niebem i choć zaczynało się już lato, to człowiek budził się obolały, w posłaniu wilgotnym od rosy. Spanie obok Canal Turn, przeszkody ze słynnym skrętem pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, było gratką dla chłopaka wychowanego na farmie pośród koni. Po trzech tygodniach takich rozkoszy przeniesiono nas do wielkiego budynku w mieście i nareszcie uwolniliśmy się od wilgoci. Właśnie tutaj po raz pierwszy spotkałem Eddiego Richardsona. Miły gość. Pochodził z rodziny o tradycjach wojskowych, więc nazywaliśmy go „Regimental Eddie” – „Pułkowym Eddiem” – albo w skrócie „Reggie”. Był wygadany, może nieco snobistyczny – przynajmniej w porównaniu z resztą. Mieszkałem z nim w jednym pokoju. Kilka miesięcy później miał się wpakować w tarapaty na pustyni, tego samego dnia, którego i mnie opuściło szczęście. Szkolenie w Liverpoolu obejmowało inny zakres. Szykowano nas do walk ulicznych w mieście, którego zabudowa miała zostać zniszczona. Opanowywaliśmy niełatwą sztukę przygotowywania koktajli Mołotowa – szklanych butelek wypełnionych benzyną – i rzucania nimi. Nauczyliśmy się posługiwać bombami Millsa – ręcznymi granatami ze stalową skorupą podzieloną na sekcje, przypominającymi małe ananasy. Miałem je bardzo dobrze poznać w nadchodzących miesiącach. Były wredne, a zarazem proste. Można było zmieniać długość lontu, tak by do wybuchu zostały trzy, siedem albo dziewięć sekund, ale czas trzeba było dobrze obliczyć. Ostatnia rzecz, jakiej sobie życzyłeś, to odrzucenie takiego granatu przez przeciwnika. Wyciągałeś


21/32

zawleczkę, podbiegałeś i rzucałeś wyprostowaną ręką, padając na brzuch. Zgodnie z planem granat miał wylądować w jakimś wielkim leju – o ile nie wysadziłeś się od razu na tamten świat – gdzie siła eksplozji była stosunkowo ograniczona. Jako szesnastolatek potrafiłem rzucić piłkę do krykieta na jakieś sto metrów. I tu wciąż była ta sama zabawa. Wypływając z Liverpoolu na „Otranto”, wiedzieliśmy, że zostawiamy Wielką Brytanię w opłakanym stanie. W czerwcu Francja poddała się Niemcom, Włochy wypowiedziały wojnę aliantom, nad południową częścią naszej wyspy dochodziło do prawdziwych walk powietrznych między myśliwcami Luftwaffe i RAF-u, a sama bitwa o Anglię właśnie się zaczynała. Gdy wchodziłem na pokład, dwa okopcone kominy statku buchały nade mną dymem. Pośród lekkiego wiatru dochodziły do mnie bezładne głosy mężczyzn, usiłujących znaleźć koje. Jedni z workami z ekwipunkiem szukali kabin, inni nawoływali kumpli, próbując się odnaleźć na statku. Pod pokładem, na samym dnie, umieszczono pojazdy i ciężki sprzęt. Les Jackson, zawodowy żołnierz, wtedy jeszcze kapral, znajdował się tam od samego początku. Chociaż był starszy od większości z nas (przekroczył trzydziestkę), to od razu czuło się, że ten pierwszorzędny facet z błyskiem w oku i szelmowskim poczuciem humoru ma z nami wiele wspólnego. To, co nas połączyło, sprawiło, że byliśmy razem aż do końca. Osiemnaście miesięcy później jechałem z nim ramię w ramię, wprost na ścianę ognia z broni maszynowej.


22/32

W Liverpoolu Les przedstawił mnie swojej rodzinie. Od razu polubiłem jego siostrę Marjorie, miłą, atrakcyjną, jasnowłosą dziewczynę z lekkim liverpoolskim akcentem. Świetnie tańczyła; spotkałem się z nią kilka razy, ale oboje byliśmy uosobieniem niewinności. W tamtych czasach można było odprowadzać dziewczynę wiele kilometrów, a potem liczyć co najwyżej na buziaka w policzek. A jednak było w tym coś szczególnego. Rodzina Lesa okazała mi wielką gościnność. Jego ojciec lubił się czasem napić, ale zanim znowu przestąpiłem próg jego domu i zabrałem go na piwo, musiało minąć aż pięć lat. I nie miało to być radosne spotkanie. Zdjęcie Marjorie przykleiłem na ścianie maleńkiej, dusznej kabiny, którą dzieliłem z czterema innymi żołnierzami kilka pięter pod pokładem. Jej zdjęcie nie było jedyne – zawsze znałem mnóstwo dziewczyn i zdążyłem już zebrać sporą kolekcję podobizn. Spałem na górnej koi, nad Billem Chipperfieldem. Pochodził z ubogiej rodziny z południa. Szczery do bólu, twardo stąpał po ziemi, ale zawsze był świetnym kompanem. Mieszkało z nami jeszcze dwóch innych chłopaków. Musieli, biedaczyska, spać na podłodze. Leżeliśmy ściśnięci jak sardynki w puszce i w ciemnościach nie dało się przejść bez zdeptania choć jednego. Przed zaokrętowaniem dostaliśmy dwudziestoczterogodzinną przepustkę. Większość tego czasu upłynęła mi na podróży do domu, tam i z powrotem, bo moja rodzina mieszkała daleko na południu, w wiosce North Weald w Essex. Gospodarstwo nieźle prosperowało, więc nigdy


23/32

niczego nam nie brakowało. Przeżyłem spokojne dzieciństwo na wsi. Matka bardzo płakała, całując mnie na pożegnanie. Pozowałem do fotografii z moją siostrą Winifred. Nadal mam to zdjęcie – jej ciemne, falujące włosy powiewają na wietrze. Ma sukienkę zrobioną na drutach i sznur koralików na szyi. Ja jestem w mundurze – wysoko podciągnięte spodnie, krótka bluza ściągnięta mocno w pasie i furażerka zawadiacko przekrzywiona na bakier. Żegnając się, nie przyszło mi do głowy, że mogę nie wrócić. Czułem, że potrafię o siebie zadbać. Taka jest młodość. Zaś Winifred głęboko skrywała swoje uczucia. Nie wiedzieliśmy, co przyniesie wojna, więc po co było się martwić? Tym, który zdawał sobie ze wszystkiego sprawę, ale milczał, był mój ojciec, George. Walczył w pierwszej wojnie światowej i wiedział, czym to pachnie: brudem, krwią i trudami. Uścisnął mi po prostu rękę i życzył powodzenia. Był wspaniałym, dumnym człowiekiem o gęstych, ciemnych włosach, wyznającym surowe zasady chrześcijaninem, przy tym obdarzonym potężnymi mięśniami, które pozwalały mu wprowadzać w życie własne przekonania. Nigdy nie potrafił okazać mi dużo ciepła, ale wiele z tego, co stało się później, zawdzięczam właśnie jemu – zadbał o to, bym wierzył, iż zasady są po to, by się nimi kierować. Pełnił funkcję urzędnika w samorządzie w czasach, gdy takie stanowisko zapewniało szacunek i w wymiarze lokalnym dawało ogromną władzę – ale w wiosce był popularny, bo chętnie pomagał każdemu, kto znalazł się w opałach. Później dowiedziałem się, że z własnej kieszeni płacił podatki za kilku ubogich mieszkańców.


24/32

Miał trudności z okazywaniem uczuć w domu i oszczędnie obdarzał pochwałami. Kiedy jako dziecko zdobyłem upragnioną nagrodę sportową, powiedział tylko: „Dobra robota, chłopcze” i już nigdy więcej o tym nie wspomniał. Dopiero po wojnie uświadomiłem sobie, jak często o mnie myślał. Wkrótce po moim wypłynięciu też się zaciągnął – chciał walczyć. Podając wiek, skłamał. Powiedziano mi później, że wciąż pytał o mnie, gdziekolwiek stacjonował. Próbował się dowiedzieć, gdzie mogę być. Pewnie sobie wyobrażał, że mógłby się o mnie zatroszczyć, ale oczywiście nigdy się nie spotkaliśmy. Trafił do niewoli na Krecie i wysłano go do Niemiec na ciężkie roboty przy budowie górskiej kolei, choć chorował na zapalenie płuc. Przez większość czasu nie przykładał się do pracy, żeby dowieść, że nie został pokonany. Muszę przyznać, że potrafił być zrzędliwy. Pewnie to po nim odziedziczyłem tę cechę. Tymczasem, na pokładzie, obserwowałem załogę przygotowującą się na potencjalne zagrożenia – okręty podwodne i miny przyczajone pod powierzchnią morza, tylko czekające na to, by przedziurawić burtę i posłać nas na dno. Jedyną prawdziwą ochroną przed minami był parawan, trał z pływakiem w kształcie torpedy z ostrymi statecznikami. Przewieszony przez reling, obserwowałem, jak opuszczany jest za burtę i osiada na wodzie. Zetknąwszy się z falami, ten podobny do rekina przedmiot ożył – stateczniki ściągnęły go w morską głębię. Grubą linę rozwijano do czasu, gdy trał oddalił się i płynął równolegle do statku. Ta właśnie lina miała wyrwać minę z cum mocujących ją do dna, żeby, po wypłynięciu na powierzchnię, można ją było rozwalić z broni


25/32

maszynowej. Lina mogła również tak przesunąć ładunek, by uderzył w parawan, wzbijając w górę słup spienionej wody, ale nie czyniąc szkody statkowi. Stanowiło to dla nas pewną pociechę. Fascynowały mnie takie urządzenia. Zawsze majstrowałem przy samochodach i motocyklach, już w szkole myślałem o porządnym wykształceniu technicznym. Nawet wtedy byłem trudny do opanowania – to ja chciałem być tym, który wydaje rozkazy. Zawsze tak było. Będąc małym chłopcem, przewodziłem złożonej z dzieciaków armii. Paradowaliśmy z prawdziwymi, choć bez amunicji, strzelbami na ramionach. W szkole mianowano mnie przewodniczącym, bo miałem dość siły, by skutecznie podporządkować sobie rozrabiaków. Później Audrey, moja żona, dokuczała mi, że stałem się łobuzem. Podejrzewam, że w jej żartach jest trochę prawdy. A z pewnością nie wiedziałem, co to strach. Poszedłem w końcu do Leyton Technical College we wschodnim Londynie, gdzie radziłem sobie całkiem nieźle. W 1933 roku, kiedy Hitler został kanclerzem Niemiec, wkroczyłem na podium w ratuszu w Leyton i od pana za biurkiem odebrałem nagrodę za wyniki w nauce. Wprawdzie miałem wówczas zaledwie czternaście lat, ale powinien był on wywrzeć na mnie większe wrażenie. Był to Siegfried Sassoon, weteran pierwszej wojny światowej i poeta. Miał czterdzieści parę lat, ciemne włosy zaczesał na wysokie czoło. Pogratulował mi w kilku słowach i wręczył dwa bordowe tomy ze złotymi tłoczeniami, przedstawiającymi tarczę i miecz. Otrzymałem książki Roberta Louisa Stevensona i Edgara Alana Poe.


26/32

Wydaje się, jakby wszystko to zdarzyło się tak dawno temu. Stałem na pokładzie, a ląd znikał w przesiąkniętej dymem mgle. Cywilizowany świat, który znałem, z jego zasadami i zwyczajami, z poczuciem przyzwoitości, też się powoli oddalał.


Źródła zdjęć Zbiory autora: strony 1, 2, 4, 6. Za zgodą BBC News: 7 u dołu z lewej. © Getty Images: 3 u góry z lewej. © Imperial War Museum w Londynie: 3 u góry z prawej (H23490), u dołu z lewej (E1383), u dołu z prawej (E5512). © Dave Poole: 8 u dołu. Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu: 4 pośrodku, 5. Za zgodą Susanne Timms: 7 u góry z lewej i z prawej. © Yakir Zur: 8 u góry. Zdjęcie ze sfilmowanego wywiadu z Ernstem Lobetem dostarczone przez Wizualne Archiwum Historii i Edukacji Instytutu Fundacji Shoah przy Uniwersytecie Południowej Kalifornii, www.college.usc.edu/vhi: 7 u dołu z prawej.


Holocaust Educational Trust Organizacja Holocaust Educational Trust (HET) została założona w 1988 roku przez lorda Jannera z Braunstone oraz świętej pamięci lorda Merlyn-Reesa. Członkowie brytyjskiego parlamentu stworzyli HET w reakcji na zwiększone zainteresowanie Holokaustem i potrzebą pogłębiania wiedzy na jego temat, w trakcie prac nad ustawą o zbrodniach wojennych prowadzonych pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku. Naszym celem jest uświadamianie, czym był Holokaust i jakie ma znaczenie dzisiaj. Działalność prowadzimy w szkołach i w szerszych kręgach społecznych. Uważamy, że Holokaust musi zająć stałe miejsce w zbiorowej pamięci naszego narodu. Jednym z pierwszych osiągnięć HET było wprowadzenie w roku 1991 Holokaustu do narodowego programu nauczania dla uczniów w wieku 11–14 lat. Toczyliśmy również skuteczną kampanię na rzecz zwrócenia prawowitym właścicielom majątku ofiar oraz osób ocalonych z Holokaustu. Odegrawszy kluczową rolę w ustanowieniu Dnia Pamięci o Holokauście w Wielkiej Brytanii, HET nadal aktywnie uczestniczy w organizowaniu obchodów tego dnia. Pracujemy w placówkach szkolnictwa średniego oraz wyższego, organizując warsztaty i wykłady dla nauczycieli, a także dostarczając pomoce naukowe i materiały źródłowe. Prowadzony przez Holocaust Educational Trust program „Nauka płynąca z Auschwitz”, przeznaczony dla uczniów powyżej 16. roku życia oraz nauczycieli, trwa już trzynasty rok i ponad dwanaście tysięcy


29/32

uczniów oraz nauczycieli z Wielkiej Brytanii wyjechało dzięki niemu do Auschwitz-Birkenau. Więcej szczegółów na temat Holocaust Educational Trust można znaleźć pod adresem: www.het.org.uk


www.insignis.pl facebook.com/Wydawnictwo.Insignis


@Created by PDF to ePub

Człowiek, który wkradł się do Auschwitz  

Człowiek, który wkradł się do Auschwitz to historia brytyjskiego żołnierza, który z własnej woli przedostał się do obozu Auschwitz III-Monow...