Page 1

nr 49 styczeń 2017

UNIA EUROPEJSKA AD 2017 DR TOMASZ KAMIŃSKI

W DZIENNIKARSTWIE TRZEBA BYĆ SOBĄ

SPECJALNIE DLA „KONCEPTU”

BOGDAN RYMANOWSKI

CHARAKTERNE FERAJNY MATEUSZ ZARDZEWIAŁY

OKO W OKO Z REKRUTEREM AGNIESZKA NIEWIŃSKA

JEŚLI NIE KORPO, TO CO? O KORPORACJACH, FREELANCERACH I START-UPACH MARCIN MALEC I MIKOŁAJ RÓŻYCKI


RELACJA

Jak rodzi się międzynarodowa przyjaźń DOMINIKA PALCAR

Kierownik projek tów Fundacji Inicjat yw Młodzieżowych

W dniach 26.11-02.12.2016 r. w Cisnej odbyła się już czwarta edycja polsko-gruzińsko-ukraińskiej szkoły liderów pt.: „Bliżej Demokracji”, organizowanej wspólnie przez Fundację Inicjatyw Młodzieżowych oraz Niezależne Zrzeszenie Studentów.

P

rojekt „Bliżej Demokracji” został zorganizowany w ramach programu „Erasmus+”. Sponsorem projektu była także Fundacja PKO Banku Polskiego, a całe wydarzenie zostało objęte patronatem honorowym Ambasady Gruzji w Rzeczpospolitej Polskiej. Międzynarodowa współpraca polegała na uczestnictwie w wydarzeniu studentów z Gruzji z organizacji Student-Youth Council, Ukrainy oraz Polski. Podczas tygodniowej szkoły uczestnicy zdobyli wiedzę oraz umiejętności przydatne w działalności społecznej. Wzięli udział w specjalnie przygotowanych warsztatach, wykładach i debatach prowadzonych przez dziennikarzy oraz ludzi ze świata biznesu i aktywistów społecznych. Główne cele przedsięwzięcia to podnoszenie kompetencji młodych ludzi w obszarach działalności publicznej, zawodowej i obywatelskiej, zwiększanie ich zaangażowania w rozwój demokracji oraz pokazywanie, jak organizacje młodzieżowe mogą wpływać na życie społeczne i polityczne kraju. W trakcie kilkudniowego pobytu naszych gości w Polsce znaleźliśmy również czas na wycieczkę z przewodnikiem szlakiem edukacyjnym w Cisnej. Mieliśmy okazję wspiąć się na punkt widokowy i podziwiać piękno natury. Odwiedziliśmy Muzeum Polaków Ratujących Żydów

ORGANIZATORZY:

2 | koncept | styczeń 2017

podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej, gdzie poznaliśmy historie Polaków pomagających z narażeniem życia Żydom skazanym na Zagładę. W sposób szczególny upamiętniono w nim małżeństwo Ulmów oraz ich sześcioro dzieci bestialsko zamordowanych przez Niemców za ukrywanie ośmiu Żydów. NASI GOŚCIE SPECJALNI Podczas prowadzonego przez uczestników dnia historycznego odwiedzili nas uczniowie gimnazjum z Cisnej, którzy mieli okazję poznać kulturę i tradycję gruzińską oraz porozmawiać z naszymi gośćmi. W  konkursie tematycznym do zdobycia były przywiezione prosto z Gruzji pamiątki i nawet mnie udało się coś wygrać. Nikt więc nie wyjechał z Bieszczad z pustymi rękami. Ponadto czas poświęcony na historię Polski umilił nam zespół folklorystyczny „Tereściacy” z Zawadki Rymanowskiej, który wystąpił z repertuarem pięknych piosenek łemkowskich. Uczestnicy przyłączyli się do wspólnego śpiewania, a nawet przygrywania na gitarze. „RZUCIĆ WSZYSTKO I WYJECHAĆ W BIESZCZADY” – to dosyć powszechne teraz powiedzenie, które towarzyszyło nam podczas pobytu w Cisnej, gdzie byliśmy gośćmi Ośrodka wypoczynkowego „Wołosań”. Świeże powietrze, pyszne jedzenie, wspaniali ludzie – czegóż można pragnąć więcej od życia? Więcej takich projektów! Śmiesznym jest fakt, że wszyscy pytali nas: „dlaczego Bieszczady?”. Odpowiedź była prosta i za każdym razem jednakowa: „a dlaczego nie?”. Bieszczadzki klimat zauroczył każdego z nas, a zima zdecydowanie nie

PATRONAT HONOROWY:

skąpiła śniegu i przygód z nim związanych. Możemy teraz wspominać lepienie bałwana czy gorącą, pomimo mroźnej aury, bitwę na śnieżki. PROJEKT, KTÓRY SIĘ NIE KOŃCZY Już podczas trwania projektu rozmawiałam z naszymi gośćmi, którzy sami wyszli z inicjatywą kontynuowania współpracy i organizowania kolejnych międzynarodowych warsztatów. Dla mnie jako koordynatora najważniejsze było widzieć pasję i zaangażowanie

Podczas tygodniowej szkoły uczestnicy zdobyli wiedzę oraz umiejętności przydatne w działalności społecznej. uczestników, nawet jeśli zajęcia zaczynaliśmy wczesnym rankiem, a kończyliśmy późnym wieczorem. Pomimo zmęczenia – tego jak najbardziej pozytywnego – podjęliśmy decyzję, że chcemy wspólnie rozwijać projekt. Dlatego bierzemy się do działania, a Wy bądźcie pewni, że jeszcze o „Bliżej Demokracji” usłyszycie! Wszystkich chętnych zapraszam do obejrzenia fotorelacji z tego wydarzenia, która dostępna jest na naszym fanpage’u @blizejdemokracji. Może po kolejnej edycji będziecie szukać na zdjęciach samych siebie. Nie zapomnijcie także zostawić like’a oraz rzucić okiem na stronę projektu www.blizejdemokracji.pl.

SPONSORZY:


NA POCZĄTEK

Własny wybór TOMASZ GRZYWACZEWSKI

redak tor naczelny „konceptu”

B

iurowce osaczały nas ze wszystkich stron. Przysłaniały horyzont mieszaniną szkła i stali. Był paskudny, styczniowy wieczór i przez padający deszcz ze śniegiem przebijały się tylko setki świateł pozapalanych w korporacyjnych open space’ach. Przez wielkie szyby widać było elegancko ubranych ludzi siedzących przy komputerach, walczących z jakimiś papierami, prowadzących ważne negocjacje przy długich stołach konferencyjnych. – Stary, straszne! Jak w jakimś cyberpunkowym kołchozie. Teraz już wiem dlaczego mówi się o tym „Mordor na Domaniewskiej” – mruknąłem do mojego kumpla Przemka. Korporacje zawsze mnie przerażały. Perspektywa wejścia w ich trybiki napawała mnie lękiem graniczącym z paniką. Ale w sumie był to lęk irracjonalny, bo ani dnia w takiej firmie nie przepracowałem. Zawsze z uporem maniaka oddawałem się przyjemnościom freelancingu. I teraz czasem jak gadam ze znajomymi z tych demonicznych molochów, to pracuję znacznie więcej od nich, a urlopu mam znacznie mniej (albo raczej wcale). Niby jestem panem własnego losu, ale i tak trzymają mnie różne, mówiąc korpomową (której słownik przygotował Kuba Grabski): deadliny, asapy i fucked-upy.

Niby więc w Mordorze nie siedzę, ale i tak jestem po uszy uwikłany w niezliczone zobowiązania. Może więc korpo nie jest takie straszne jak je malują? Na początek AD 2017 Marcin Malec i Mikołaj Różycki sprawdzają dla Was uroki i przekleństwa kariery, jaka Was czeka, jeśli pójdziecie do wielkiej firmy, zostaniecie pozornie wyluzowanymi freelancerami albo zaryzykujecie wypłynięcie na szeroki przestwór biznesu i założycie swój własny start-up. Unię Europejską czeka bardzo trudny rok. Niewykluczone, że przez najbliższe dwanaście miesięcy nasz kontynent zmieni się nie do poznania. Stare chińskie przekleństwo mówiące: „obyś żył w ciekawych czasach” właśnie spełnia się na naszych oczach. Żeby usłyszeć dobre wiadomości najlepiej wyłączyć telewizor i pod żadnym pozorem nie przeglądać portali informacyjnych. Wbrew jednak tym kasandrycznym przewidywaniom, żyjąc w Europie, ciągle mamy jedną wspaniałą rzecz, której miliony ludzi mogą nam szczerze pozazdrościć: wolność wyboru. Bez względu na to, co będziecie robić, najważniejsza jest być może prosta rada Bogdana Rymanowskiego: „trzeba być sobą”. I to nie tylko w zawodzie reportera. Łukasz Smogorowski z potrzeby serca

zorganizował akcję charytatywną dla dzieciaków z Nepalu, chłopaki z Fellow Skateboards stworzyli firmę produkującą blaty deskorolkowe, a Kila Zamana poświęciła się pasji powożenia psimi zaprzęgami. Ilu ludzi, tyle pomysłów na życie. Mniej lub bardziej spektakularnych. Sporo udanych i zdecydowanie więcej zupełnie nietrafionych. Korpo gorsze od freelancingu? Start-up spełnieniem marzeń? Dla jednych tak, dla innych nie. Wbrew wylewającym się z Internetu poradnikom o tym, jak zostać pięknym, bogatym i nieśmiertelnym w weekend o dziwo nikt nie da nam recepty na udane życie. Nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Wyjechaliśmy z okolic Domaniewskiej. Za plecami zniknęły rozświetlone wieżowce, faceci w garniturach, zakleszczone w absurdalnie długich korkach samochody. Odetchnąłem z ulgą. Uciekłem z Mordoru. Teraz mogłem spokojnie wyciągnąć telefon i rzucić się w wir rozmów, rzecz jasna zawodowych. Bo przecież jako freelancer jestem permanentnie w robocie. Ale jednego jestem pewien. To był mój własny wybór. I w Nowym Roku tego właśnie Wam życzę: własnych, dobrych wyborów. Żebyście byli sobą.

„KONCEPT” MAGAZYN AKADEMICKI Wydawca: FIM, adres red.: ul. Solec 81b; lok. 73A, 00-382 Wa-wa, Redakcja: Tomasz Grzywaczewski (red. nacz.), Mikołaj Różycki (zast. red nacz.), Marta Rybicka (sekr. red.), Dominika Palcar, Wiktor Świetlik, Mateusz Zardzewiały, Monika Wiśniowska, Tomasz Lachowski, Marcin Malec i inni Projekt graficzny: Shine Art Studio Korekta: Ewa Rżysko E-mail: redakcja@gazetakoncept.pl, www.gazetakoncept.pl Druk prasowy wykonuje Drukarnia Kolumb z siedzibą w Siemianowicach Śląskich. Aby poznać ofertę reklamową prosimy o kontakt pod adresem: reklama@gazetakoncept.pl, osoby zainteresowane dystrybucją „KONCEPTU” na uczelniach prosimy o kontakt pod adresem: redacja@gazetakoncept.pl

3


SPIS TREŚCI

NR 49 styczeń 2017

TEMAT NUMERU 6 |  JEŚLI NIE KORPO, TO CO? O KORPORACJACH, FREELANCERACH I START-UPACH MARCIN MALEC I MIKOŁAJ RÓŻYCKI

NA POCZĄTEK

HISTORIA

2 |  JAK RODZI SIĘ MIĘDZYNARODOWA PRZYJAŹŃ

22 |  CHARAKTERNE FERAJNY MATEUSZ ZARDZEWIAŁY

DOMINIKA PALCAR

FOTOREPORTAŻ

3 |  WŁASNY WYBÓR

TOMASZ GRZYWACZEWSKI

5 |  BYŁO JEST BĘDZIE

WYWIAD NUMERU

PRACA

16 |  W DZIENNIKARSTWIE TRZEBA BYĆ SOBĄ

10 |  OKO W OKO Z REKRUTEREM AGNIESZKA NIEWIŃSKA

KONKURS KONCEPTU 11 |  JAKIE WYZWANIA EDUKACYJNE CZEKAJĄ NA MNIE W NOWYM ROKU AKADEMICKIM AGNIESZKA MADYS

PODRÓŻE 18 |  PODRÓŻOWANIE I POMAGANIE: JAK SPAKOWAĆ DO SAKWY UŚMIECH ŁUKASZ SMOGOROWSKI

24 | TUTEJSI MATEUSZ BAJ

LAJFSTAJL 26 | GŁOSY Z MORDORU MARCIN MALEC

SPORT 27 |  ŁAPY, ŁAPY... DUŻO ŁAP. ŚWIAT PSICH ZAPRZĘGÓW ŁUKASZ SMOGOROWSKI

EKSPERCI

MNiSW

12 |  CZY DZIELI NAS HISTORIA? OLIWIA KACPRZAK

19 | PROGRAM „NOWOCZESNE ZARZĄDZANIE BIZNESEM” – DOBRY DIALOG BIZNESU Z NAUKĄ

28 |  KONIEC Z DYLEMATEM – PRACA W BIZNESIE CZY W NAUCE

NZS

KULTURA

ŚWIAT

14 |  CZAS NA PRZERWĘ!

21 |  O MZK, CZYLI MIĘDZYLUDZKIEJ ZWODNICZEJ KOMUNIKACJI

29 |  CO CZEKA UNIĘ EUROPEJSKĄ W 2017?

SPOŁECZEŃSTWO

JUSTYNA PELC

KUBA GRABSKI

DR PIOTR DARDZIŃSKI

DR TOMASZ KAMIŃSKI

FELIETON 31 |  MODNI PANOWIE WIKTOR ŚWIETLIK


NA POCZĄTEK

BYŁO JEST BĘDZIE: PIERWSZY UCZELNIANY BUDŻET OBYWATELSKI Politechnika Gdańska jako pierwsza w Polsce uczelnia zdecydowała się na wprowadzenie własnego budżetu obywatelskiego. W jego ramach wartość realizowanych projektów w 2017 roku wyniesie łącznie 500 tys. zł. Głosowanie (w którym może wziąć udział 26 tys. studentów i pracowników) rozpoczęło się w grudniu, a jego wyniki poznamy w tym miesiącu. Ostatecznie do rywalizacji stanie 17 projektów studenckich i 11 pracowniczych. Wśród propozycji są m.in. szafki dla studentów, sauna, trampolina czy system ułatwiający organizację kolejek do dziekanatów (patrz też: rubryka „Bardziej niż normalnie”). 116 MLN DLA TWÓRCÓW GIER – Polski rząd będzie wspierać twórców gier. To tu kryje się przyszłość – zapowiedział minister nauki Jarosław Gowin podczas ogłoszenia wyników pierwszego konkursu GameINN. W ramach tego programu, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR), przeznaczy 11 mln zł na 38 projektów z branży gier komputerowych. Najwięcej dofinansowanych projektów zgłosiła firma CD Projekt, znana z serii gier o „Wiedźminie”. Otrzyma ona m.in. 9,9 mln zł na prace nad technologią „City Creation”, służącą do stworzenia miasta w wielkiej skali, w którym gra toczy się

w czasie rzeczywistym. Warto dodać, że równie aktywna jest na tym polu Agencja Rozwoju Przemysłu (ARP) poprzez swoją spółkę ARP Games Sp. z o.o. Do końca stycznia 2017 roku będzie przyjmować wnioski na projektowanie gier. Głównym celem spółki jest finansowe i mentorskie wsparcie start-upów działających na rynku gier. STARTUJĄ DOKTORATY PRZEMYSŁOWE Aż 500 stypendiów w ramach tzw. doktoratów wdrożeniowych będzie dostępnych od roku akademickiego 2017/2018 – poinformowało Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW). Doktoraty te będą współfinansowane przez rząd (nawet przez 4 lata) na kwotę 2450 zł miesięcznie. Drugim źródłem dochodu dla młodych naukowców będzie pensja wypłacana przez pracodawcę, dla którego będą prowadzili badania. Jak podkreśla MNiSW, projekt był inspirowany rozwiązaniami istniejącymi w Danii i we Francji, a jego idea została zgłoszona przez przedsiębiorców i naukowców, a nie wymyślona przez urzędników. ERASMUS+ ZWOLNIONY OD PODATKU! Studenci i akademicy, którzy jadą na stypendium w ramach programu Erasmus+ nie będą musieli płacić podatku dochodowego od stypendium. Zgodnie z rozporządzeniem ministra rozwoju i finansów Mateusza Morawieckiego

(weszło w życie pod koniec grudnia 2016), zwolnione z opodatkowania będą też osoby przyjeżdżające do Polski z państw partnerskich Erasmusa. Oznacza to w praktyce, że podatku od stypendium nie zapłacą zarówno studenci, kadra akademicka, jak i uczniowie, którzy w okresie między 1 stycznia 2017 roku, a 31 grudnia 2018 roku będą przebywać na Erasmusie.

BARDZIEJ NIŻ NORMALNIE: • My w „Koncepcie” to tacy głupi jesteśmy i nieraz mocno wczytujemy się w niektóre informacje. I chyba słusznie. Bo w przypadku budżetu obywatelskiego na gdańskiej politechnice okazało się, że te pół miliona złotych podzielono tak: 350 tys. zł idzie na projekty pracowników uczelni, a tylko 150 na projekty studentów. Przypomniała się nam scena z polskiej komedii, kiedy to jeden z rektorów strofuje prostudencką panią profesor słowami: – Dość tego! Bo jeszcze studenci będą gotowi pomyśleć, że MY TU JESTEŚMY DLA NICH! • Władze pewnej uczelni na Tajwanie zaproponowały, żeby z okazji założenia szkoły, studenci przebrali się w historyczne stroje. Obowiązywała dowolność epok. Zatem pojawili się m.in. studenci w mundurach SS z hitlerowskimi sztandarami, którzy, maszerując dumnie za czołgiem z tektury, wznosili pozdrowienia: „Sieg Heil!”.

Comiesięcznik grantowo-stypendialny Przełom roku to również czas na przełomowe konkursy grantowe: Na co?

Kto daje?

Ile?

Termin?

FameLab 2017: Konkurs dla popularyzatorów nauki

British Council Polska oraz Centrum Nauki Kopernik w Warszawie

43 000 zł

do 23 stycznia

Nagroda im. Karola Wielkiego dla młodych ludzi realizujących projekty

Parlament Europejski i Fundacja im. Karola Wielkiego

Nagrody po 5 000, 3 000 i 2 000 euro

do 30 stycznia

Stypendia doktoranckie

European University Institute we Florencji

1 250 euro miesięcznie

do 31 stycznia

Granty dla młodych dziennikarzy

Fundacja „Fundusz Mediów” i Warszawski Instytutu Bankowości

4 500 zł + wsparcie merytoryczne

nabór od 10 stycznia

Konkurs na prace licencjackie, magisterskie i doktorskie z zakresu finansów

Bankowy Fundusz Gwarancyjny

Nagrody od 2 500 do 15 000 zł

do 31 stycznia

Opracował: Janusz Wdzięczak, js.wdzieczak@vp.pl

5


TEMAT NUMERU

Jeśeli nie korpo, to co? MARCIN MALEC

student e-biznesu w sgh, specjalizuje się w mediach społecznościowych i brandingu, interesuje się motoryzacją

Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady. Realizuj swoje pasje. Bądź sobą! Albo inaczej. Zdobądź konkretne wykształcenie, rozwijaj kompetencje, znajdź dobrze płatną i pewną pracę.

W

szyscy wokoło sprzedają nam receptę na cudowne życie. Szczególnie młodym ludziom zależy na pewnej przyszłości, chociaż w dzisiejszych czasach stabilizacja brzmi dosyć abstrakcyjnie. Pokolenie Y, z jednej strony poszukuje nowych wyzwań i bodźców, z drugiej strony ma świadomość, że „za coś trzeba żyć”. Dla pracodawców jest to twardy orzech do zgryzienia. A co na to wszystko studenci? Studia to wyjątkowy okres w życiu, w którym podobno można poznać miłość życia (nadal się łudzę, że to jeszcze przede mną). Można też poznać prawdziwych

6 | koncept | styczeń 2017

przyjaciół, takich przez duże P, najlepsze puby w mieście, też przez duże P i dziesięć sposobów na to, jak przeżyć za 5 złotych dziennie. Innymi słowy, studia dają ogromne możliwości tym, którzy rozpoczęli je z zamiarem wyniesienia z nich czegoś więcej, niż tylko bezwartościowego papierka, który równie dobrze mógłby służyć za substytut papieru toaletowego. Niestety wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Po błogich i sielankowych latach studiowania, w końcu nadejdzie czas, aby zmierzyć się z okrutną rzeczywistością – pracą. ZAKAZANE SŁOWO NA K Wielu ludziom jeży się włos na karku na samą myśl o korporacji. W niektórych kręgach słowo to urosło do rangi „Sam Wiesz Gdzie” albo po prostu słowa, którego nie wolno wymawiać. Budzi grozę wśród największych twardzieli i potrafi z nich zrobić zapłakanych maminsynków. Tak naprawdę ile osób na świecie, tyle mitów o korporacjach. Jedno jest pewne – wśród wielu studentów, szczególnie tych studiujących kierunki biznesowe, korpo nadal jest niezwykle łakomym kąskiem. To, co się zmieniło na przestrzeni lat, to przywiązanie. Dawniej ten, kto zaczynał pracę w wielkiej, międzynarodowej firmie traktowany

był przez innych jak wybraniec. „Chwycił Pana Boga za nogi, skubany” – mówili pod nosem. Wydaje mi się, że w tej kwestii nic się nie zmieniło. Nadal ogromnym sukcesem jest pracowanie dla wielkich firm i znanych marek. Niezaprzeczalnie wiąże się to z wysokimi zarobkami, benefitami, a przede wszystkim poczuciem bezpieczeństwa. Zmiana nastąpiła jednak na dalszym etapie kariery. Ludzie zaczynają odchodzić z korporacji po kilku latach i zaczynają realizować swoje najskrytsze marzenia – podróże, poświęcanie czasu rodzinie, rozkręcanie własnej działalności czy próbowanie swoich sił jako freelancer. Co jest tym punktem zapalnym? Częste nadgodziny? Ogromna presja ze strony szefa? Wyścig szczurów? Ograniczanie kreatywności przez globalne wytyczne? Nie ma rzeczy idealnych, zawsze jest ta mniej lubiana strona medalu. Wszystko zależy od firmy. Są takie, gdzie nie spotkasz żadnej z wyżej wymienionych cech. Są też niestety takie, które spełniają wszystkie powyższe kryteria. Na szczęście masz wolny wybór.

Wbrew powszechnej opinii praca w korporacji może się podobać i wielu ludziom rzeczywiście sprawia przyjemność. STRACH MA WIELKIE OCZY Najgłośniej krzyczą ci, którzy mają najmniej do powiedzenia. To właśnie te osoby podsycają wieczną burzę wokół tematów pracy w korporacji. Szukają dziury w całym i wbijają szpilki tym, którzy rzeczywiście cieszą się swoją pracą. Zaskoczeni? Wbrew powszechnej opinii, praca w korporacji może się podobać i wielu ludziom rzeczywiście sprawia przyjemność. Są to ludzie, którzy cenią sobie dobrą organizację, jasność i przejrzystość zasad oraz możliwości rozwoju w tym, co ich interesuje. Nie ma co ukrywać, że korporacja daje duże pole do popisu. Trzeba tylko wiedzieć, jak z tego umiejętnie i mądrze skorzystać. Trzeba znaleźć złoty środek, balans między ciemną i jasną stroną medalu. – W korpo najbardziej cenię stabilność i przewidywalność. Pracuję dużo, ale też odpowiednio dużo zarabiam. Szczególnie na samym początku moja krzywa uczenia się rosła praktycznie pionowo. Mam możliwość rozwoju i czerpania wiedzy od najlepszych. Na tę chwilę, jest mi bardzo dobrze tu, gdzie jestem – opowiada To-


TEMAT NUMERU W TAKIM RAZIE – JAK ŻYĆ?

mek, menadżer ds. sprzedaży w międzynarodowej firmie IT. To, czego na co dzień często się nie docenia, to benefity. Prywatna opieka medyczna, karta Multisport czy karta lunchowa. Dopiero kiedy nagle dopadnie cię grypa albo poczujesz w sobie zew kulturysty docenisz to, co oferuje ci twoja firma. Benefitów jest znacznie więcej. Nauka języków obcych, możliwość rozwijania swoich zainteresowań. Na wyższych stanowiskach pracownik może liczyć na służbowy samochód albo wykupienie akcji firmy na bardzo korzystnych warunkach. Jednak co, jeśli mimo tych argumentów, na myśl o korporacji nadal robi ci się niedobrze? FREELANCER, CZYLI KTO? Ostatnio pojęcie równie modne, co jarmuż, mleko sojowe czy wypalenie zawodowe. Freelancer to taki wolny elektron, który wejdzie w reakcję tam, gdzie mu się najbardziej spodoba. Nie ma etatu, nie ma jednego, konkretnego pracodawcy i tak naprawdę jest sam sobie szefem. Na pierwszy rzut oka – praca marzeń. Pobudka o godzinie 11, kawka w centrum, kilka spotkań z grubymi rybami, a wieczorem siłownia i kino. Niestety w tym wszystkim ludzie zapominają o jednej, najważniejszej rzeczy, czyli o czasie przeznaczonym na pracę. Bo to ona jest tym, co sprawi, że będziesz mógł żyć ze zleceń dłużej, niż dwa tygodnie. Jeśli skusiła cię wizja pracy z domu, w ulubionym dresie, w godzinach takich, jakie tobie odpowiadają, to niestety muszę cię rozczarować. Nie każdy nadaje się do bycia freelancerem. Najważniejsza jest samodyscyplina. Nikt cię nie wyciągnie za uszy i nie zmusi do pracy. Nie masz nad sobą szefa, który co pięć minut pyta, czy zdążysz do dedlajnu. Ty jesteś swoim szefem i to ty decydujesz, czy będziesz ro-

bił projekt na asapie, czy popijając kawkę i ciesząc się życiem. Kolejną kwestią, o której trzeba pamiętać, to niepewność. Niepewność jutra, bo jesteś sam kontra cały świat. Często pieniądze za projekt przychodzą z opóźnieniem. Nie masz benefitów i o wszystko musisz się zatroszczyć osobiście. Klient bywa wybredny i projekt, który miałeś skończyć w tydzień, ciągnie się miesiąca-

W byciu freelancerem najważniejsza jest samodyscyplina. mi. Są okresy, w których nie wiesz, w co masz włożyć ręce, ale są też takie, kiedy podjąłbyś się nawet zrobienia kolejnego logo do XX edycji „Tańca z Gwiazdami”. Według Piotra, który od samego początku swojej kariery skupił się na byciu freelancerem, wybór projektów, w których może dać z siebie wszystko jest najważniejszy – Bardzo doceniam również możliwość odrzucania projektów, które mnie nie jarają, jak i bardzo dużą elastyczność pracy.

PAWEŁ GNIAZDOWSKI COUNTRY HEAD W FIRMIE LEE HECHT HARRISON DBM

Niestety odpowiedzi na to pytanie nie zna nikt oprócz ciebie. Z pomocą przychodzą właśnie studia, które są tym czasem, w którym powinieneś nieustannie się rozwijać i eksperymentować. Z jednej strony warto pójść na letnie praktyki do korporacji i zobaczyć, czy to jest twój świat. Nawet jeśli na początku się zrazisz, nie poddawaj się. To, że dana firma albo stanowisko cię nie zachwyciły, nie oznacza wcale, że wszędzie będzie ci źle. Nie martw się też brakiem doświadczenia. Obecnie zmierzamy w kierunku rynku pracownika, a nie pracodawcy. To ty będziesz wybierał, który staż najbardziej cię interesuje i nie będziesz musiał brać byle czego tylko po to, aby odbębnić praktyki. Z drugiej strony, jeśli czujesz, że masz w ręku fach, o który inni będą się zabijali, spróbuj swoich sił jako freelancer. Pokaż swoją wartość i sumienność, a na pewno nie będziesz mógł opędzić się od kolejnych ofert współpracy. Pamiętaj jednak z czym to się je oraz jakie są plusy i minusy takiej pracy. Niech sielankowa wizja niczym nieograniczonej kreatywności i swobody nie przesłoni ci świadomości ciężkiej pracy, jaką trzeba włożyć, aby wypromować swoje nazwisko. Klasyk powiedziałby „coś za coś”. Ja mówię – takie życie. Warto pomyśleć o swojej przyszłości już dzisiaj. Poznać samego siebie najlepiej, jak się tylko da. Dzięki temu wybór pracy marzeń będzie tylko formalnością. Nie ważne, czy będzie to stanowisko dyrektora sprzedaży w międzynarodowej firmie FMCG, czy grafika działającego na własną rękę. Najważniejsze jest to, abyś czuł się spełniony i czerpał radość z życia, bo praca będzie jego nieodłącznym kompanem. A chyba warto iść przez życie z przyjacielem u boku, nieprawdaż?

Myśląc o korporacji, warto odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: Do czego są ci potrzebne pieniądze? Jeśli masz przysłowiowy kredyt na karku, to korporacja rzeczywiście zagwarantuje ci dobre zarobki i benefity. Z całą pewnością będzie to też przepustka do kariery w międzynarodowym biznesie. Jednak nie bój się też traktować tego jako epizodu – ważnego, ale jednego z wielu elementów twojego rozwoju. Gdybym mógł ci doradzić jedną, najważniejszą rzecz, to byłoby to po prostu zachowanie dystansu.

7


TEMAT NUMERU

Na deski z filmu „Powrót do przyszłości” musimy jeszcze trochę poczekać Skaterzy zużywają średnio cztery deski w roku. O połączeniu pasji z zarobkowaniem, a także o wykorzystaniu nowoczesnych technologii do budowania polskiej społeczności skateboarderów rozmawiamy z Adamem Warskim i Dominikiem Stępniakiem – twórcami i właścicielami start-upu Fellow Skateboards. Fellow Skateboards… brzmi intrygująco, ale powiedzcie naszym czytelnikom, co to takiego.

Fellow Skateboards to marka blatów deskorolkowych, która dzięki technologii pomaga swoim użytkownikom w codziennym przemieszczaniu się po mieście, dbając o ich bezpieczeństwo oraz rozwój umiejętności. Skąd pomysł na taki biznes? Czy sami jesteście skaterami? Sami jeździmy mniej więcej odkąd skończyliśmy 14 lat, choć teraz już nie tak intensywnie jak przed rozpoczęciem studiów i pracy. Każdy skater chciałby mieć swoją markę blatów i myteż o tym marzyliśmy, jak byliśmy dzieciakami. Na studiach Adam zaczął wdrażać ten

Ciekawsze miejsca w sieci, gdzie znajdziecie informacje o start-upach, trendach rynkowych, finansowaniu. Nasz subiektywny przegląd. MAMSTARTUP.PL

STARTUPPOLAND.ORG

NA PLUS: Oferty pracy, osobny serwis o źródłach i sposobach finansowania, informacje prasowe i artykułu. Serwis należy do Antygrupy. NA MINUS: Nie jest to portal, na którym regularnie pojawia się dużo nowych treści.

Nie jest to serwis newsowy, lecz bardziej branżowy. Przydatnym narzędziem jest kalendarz warsztatów, szkoleń, konferencji i eventów z całej Polski. Zebrano w jedno miejsce informacje o wszystkich inwestorach zainteresowanych kapitałowym „wchodzeniem” w start-upy. W bazie wiedzy znajdziecie pogłębione raporty (np. „Raport Polskie Startupy 2016”), choć mogłoby ich być więcej. Natomiast jakość porad prawnych odpowiadających na potrzeby start-upowców i osób dopiero myślących o wejściu w ten biznes bije inne miejsca dostępne w sieci na głowę. Portal jest częścią działań Fundacji Startup Poland.

INNPOLAND.PL NA PLUS: Atrakcyjna szata graficzna, kilkuset autorów, dużo informacji z zagranicy, przykładów ciekawych rozwiązań, wywiadów z przedsiębiorcami i ekspertami, studia przypadku. Portal należy do grupy natemat.pl. NA MINUS: Sporo polityki.

8 | koncept | styczeń 2017

Umieszczanie w desce sensorów, które umożliwią połączenie ze specjalną mobilną aplikacją. Na chwilę obecną robimy prototyp. pomysł w życie, a później już pozostawała tylko decyzja, czy ciągnąć to samemu. Ile osób jeździ w Polsce na desce? Czy jest w ogóle miejsce dla Was na naszym rynku? Szacujemy rynek na ponad 100 tys. użytkowników, oczywiście chodzi o skaterów oraz osoby jeżdżące na longobardach i cruiserach. Ale tak naprawdę nasz produkt trafia nie tylko do polskich deskorolkarzy. Podobnie jak wiele innych polskich firm celujemy w odbiorcę zagranicznego, globalnego. Na świecie użytkowników jest około 12 mln.


TEMAT NUMERU Jaka jest Waszym zdaniem przyszłość świata deskorolek? Co będzie następnym krokiem – deska unosząca się w powietrzu? Sporty deskowe to raczej sporty tradycyjne, w których nie było większych rewolucji. Na pewno deskorolka w różnej postaci (longboard, cruiser itp.) coraz częściej służy nam jako środek transportu. Producenci powinni ulepszać sprzęt tak, by ułatwiał nam uprawianie sportu, ale na deski z filmu „Powrót do przyszłości” musimy jeszcze trochę poczekać.

OKIEM EKSPERTA ADAM WARSKI

Czym Wasze deski różną się od konkurencji. Jest w nich coś wyjątkowego? Dajemy naszym klientom unikalną technologię materiałową: nasze produkty są wzmacniane kompozytami, klejone żywicami. Sam sposób produkcji deski i jej finalny kształt jest dopracowany i daje możliwość wyciągnięcia jak najlepszych parametrów. Dzięki temu użytkownik ma trwalszą deskę, która pozwala mu osiągać lepsze wyniki. Kiedy wpadliście na pomysł zrobienia swojej deski? Pomysł powstał kilka lat temu jeszcze na początku studiów, ale działać na poważnie zaczęliśmy w 2014 roku, a intensywnie nad projektem pracujemy od 2015 roku. Od tego czasu powstają produkty, które aktualnie oferujemy w sprzedaży. Wiemy, że pracujecie też nad oryginalnym pomysłem wbudowania w deskę specjalnego czipu połączonego z aplikacją internetową? Czy możecie uchylić rąbka tajemnicy przed naszymi czytelnikami? Co to za projekt? Planujemy umieszczanie w desce sensorów, które umożliwią połączenie ze specjalną mobilną aplikacją. Na chwilę obecną robimy prototyp, jeszcze nie chcemy i nie możemy ujawniać zbyt wielu szczegółów. Konkurencja nie śpi… Ale liczymy, że to będzie coś wyjątkowego, dzięki czemu pokonamy innych. Jak zdobyliście finansowanie na rozpoczęcie biznesu? Projekt finansowaliśmy z własnych środków zarobionych w innych miejscach. Teraz zakładamy, że w niedługim czasie wypracujemy zysk, z którego będziemy mogli się utrzymywać. Jest to Wasze główne zajęcie, czy na co dzień musicie zarabiać w innym miejscu?

DOMINIK STĘPNIAK Prowadzimy inne działalności związane z usługami na rynku reklamy czy przemysłu. Raczej godzimy wszystko ze sobą – jest to nasza, można powiedzieć, trzecia działalność. Mamy już za sobą nieudane projekty. Ale wszystko da się pogodzić, szczególnie jeśli chce się rozwijać biznes, a nie tkwić w miejscu. Czy to jeszcze pasja, czy już praca? Produkcja desek jest pracą, a sama jazda pasją, myślę że rozdzielamy to w taki właśnie sposób. Który moment rozwoju był do tej pory dla Was najtrudniejszy? Na pewno bardzo trudna była podjęta dwa lata temu decyzja o zainwestowaniu w rozwijanie nowoczesnych technologii. Dziś jesteśmy w drugim trudnym, a wręcz kluczowym momencie. Musimy rozpocząć intensywne działania sprzedażowe, które wymagają dużych nakładów finansowych, a efekt jest niepewny.

Zakładanie start-upu zaczyna się od pomysłu. Początkową wizję unikalności i genialności warto krytycznie sprawdzić pod kątem realności, konkurencyjności i zapotrzebowania rynku. Po wstępnej weryfikacji najlepiej podpisać ze współpracownikami umowę, tzw. founders’ agreement, w której warto uregulować warunki współpracy, proces decyzyjny, kwestie rozliczeń czy własności intelektualnej (tzw. IP). Doświadczenie nauczyło mnie, że im wcześniej wyjaśni się podstawowe kwestie organizacyjno-prawne, tym większe są szanse na powodzenie projektu. To, że na początku współpraca układa się bez konfliktów nie daje takiej gwarancji w przyszłości. Naturalne jest, że role pomysłodawców mogą zmieniać się w czasie. Warto jednak na początku ustalić, kto odpowiada za rozwój technologiczny produktu, kto za finanse, a kto za zarządzanie. Pozwoli to szybko oraz sprawnie działać i egzekwować odpowiedzialność za realizację wyznaczonych celów. TOMASZ SNAŻYK DORADZAŁ PRZY WIELU INWESTYCJACH, REPREZENTUJĄC FUNDUSZE VENTURE CAPITAL, ANIOŁÓW BIZNESU ORAZ ZAŁOŻYCIELI START-UPÓW. PARTNER W KANCELARII SGP LEGAL SNAŻYK&GRANICKI

Wasza rada dla tych, którzy także myślą o własnym biznesie i produkcji? Ciężko nam dawać rady, bo my sami działamy na zasadzie prób i błędów. Na pewno dobrze jest zebrać wcześniej zamówienia na rzecz, którą chce się produkować, ale zdajemy sobie sprawę jakie to jest trudne. Gdzie kupić Wasze deski? www.fellowskateboards.com www.facebook.com/FellowSkateboardsBrand

Wywiad przeprowadzono w gościnnej przestrzeni Fundacji FIRE, pomagającej także startupom. Więcej na www.innowacje.org.pl.

9


PRACA

Oko w oko z rekruterem AGNIESZKA NIEWIŃSKA

reporter, współpracuje z t ygodnikiem „do rzecz y” i magaz ynem „rzeczpospolite j”– „plus minus”

Rozmowy o pracę się zmieniają, pojawiają się nowe pytania i dlatego nie warto poprzestawać na wykuciu na blachę odpowiedzi na te sztampowe, które znajdziemy w Internecie.

S

tres, drżące ręce, konsternacja, gdy słyszymy pytanie, którego zupełnie się nie spodziewaliśmy. Zna to każdy, kto szukając pierwszej poważnej pracy, stawił się na rozmowę z rekruterem. – Na początku jest to bardzo trudne, ale po drugiej, trzeciej czy kolejnej rozmowie człowiek zaczyna się czuć swobodniej – mówi Alicja, absolwentka zarządzania na SGH, która zaraz po studiach zaczęła szukać pracy i zdobyła w tym już spore doświadczenie. – Zanim znalazłam pracę byłam na bardzo wielu rozmowach. Mam ich za sobą 20, może nawet 30 – mówi. I dodaje, że choć w Internecie są setki stron o tym, jak odpowiadać na dziesiątki powtarzających się na nich pytań, to takie przygotowanie nie wystarczy. PYTANIA PUŁAPKI Schemat rozmowy zazwyczaj jest ten sam. – Moje najczęściej zaczynały się od sprawdzenia poziomu znajomości

10 | koncept | styczeń 2017

języka angielskiego, trzeba było po prostu opowiedzieć coś po angielsku, taka luźna rozmowa – wspomina Alicja. Potem pada zazwyczaj kilka pytań dotyczących kandydata, jego doświadczenia zawodowego, cech, oczekiwań. Internauci pasjami wyliczają też pytania pułapki, z którymi się zetknęli: o stosunek do związków zawodowych, palenie papierosów lub jakim zwierzęciem zostałby kandydat, gdyby mógł. Jednak to i tak nic w porównaniu z zestawieniem jakie robi amerykański serwis Glassdoor, który tworzy listę najdziwniejszych pytań z rozmów o pracę. Znalazły się na niej następujące: o czym myślisz, gdy jesteś sam w samochodzie, ile krów jest w Kanadzie, gdybyś miał się pozbyć jednego stanu w USA, to który by to był i dlaczego. – Mnie tak dziwne pytania się nie zdarzyły, choć zauważyłam, że w ich zadawaniu pojawiają się różne trendy – mówi Alicja. Tłumaczy, że podchodząc kilka razy do szukania pracy, zwróciła uwagę, że zmieniają się rodzaje zadawanych pytań. – Bardzo często rekruterzy pytają o to, gdzie kandydat się widzi za pięć lat, jakie ma zalety i wady. O ile z pierwszymi jest łatwo, o tyle przy wadach człowiek kombinuje, bo przecież nie chce się pokazać w złym świetle. Internet oczywiście radzi, jak z tego

Ale podstawą jest zdroworozsądkowe podejście do naszych sukcesów i wad.

wybrnąć. Mimo panujących trendów, nagle w kilku firmach w zbliżonym czasie padły nieco inne pytania. Na przykład proszono mnie o wskazanie największego sukcesu i największej porażki w pracy. Nie chodziło o ogólne stwierdzenie, tylko podanie bardzo konkretnej sytuacji. Nie zetknęłam się z tym na internetowych forach, więc uznałam, że najwłaściwsze jest powiedzenie prawdy, bo być może chodzi o sprawdzenie prawdomówności kandydata – mówi absolwentka SGH. Alicja zaznacza, że istnieją również niezmienne elementy rozmów. – Z każdej wychodzi się zadowolonym, ma się przekonanie, że poszło dobrze. Rekruterzy stwarzają taką atmosferę, że ma się wrażenie bycia najlepszym kandydatem. Potem tylko człowiek się dziwi, że nikt nie dzwoni, choć obiecują, że dadzą odpowiedź, nawet jeśli będzie negatywna. Nie można się tym jednak zrażać, tak po prostu jest. WADA JAK ZALETA Aleksandra Wesołowska z Praca.pl przyznaje, że rozmowy kwalifikacyjne się zmieniają. – Trudno, by rekruterzy przez lata zadawali te same pytania – zwraca uwagę. – Obserwujemy, że ostatnio odchodzi się od pytań sztampowych, różnego rodzaju testów psychologicznych i na inteligencję. Kandydaci są za to częściej sprawdzani pod względem tego, co konkretnie potrafią, w czym są dobrzy, jak mogliby się przydać firmie. W takiej rozmowie przechodzi się od ogółu do szczegółu – mówi Wesołowska. Dodaje, że nie zawsze zadawane pytanie musi być podchwytliwe. – Jeśli jesteśmy pytani o to, czy bierzemy udział w innych procesach rekrutacyjnych, to często dlatego, że pracodawca jest nami zainteresowany i chce ocenić swoje szanse. Wesołowska przestrzega przed recytowaniem odpowiedzi polecanych w Internecie. – To już klasyka, kiedy kandydat pytany o wadę przedstawia ją tak, by jednak pokazać zaletę – wyjaśnia. Radzi by przed rozmową kwalifikacyjną dokładnie zastanowić się nad karierą zawodową na jakiej nam zależy. – Warto posiłkować się Internetem i sięgać do serwisów poświęconych pracy, ale podstawą jest zdroworozsądkowe podejście do naszych sukcesów i wad. Trzeba wiedzieć, dlaczego oferta pracy, na którą odpowiedzieliśmy jest odpowiednia dla nas, dlaczego jesteśmy właściwym kandydatem dla danej firmy. Kiedy będziemy mieli poukładane w głowie, rekruterowi trudno będzie zaskoczyć nas inaczej zadanym pytaniem – podsumowuje.


NZS KONKURS KONCEPTU I PKN ORLEN

Jakie wyzwania edukacyjne czekają na mnie w nowym roku akademickim MÓJ AFRYKAŃSKI SKANSEN

AGNIESZKA MADYS

L aureatk a konkursu konceptu

Uwielbiam miejsca niezmienne od wieków. Wiem, że każde z nich ma do opowiedzenia historię. Piaszczysty bezkres. Miejsca odległe, naszpikowane prastarą tradycją i symboliką. Plemienny kult zapomnianych znaczeń, praktykowany nadal, na przekór wszystkim. Bogaty i zarazem odległy, pradawny afrykański skansen…

J

estem doktorantką Uniwersytetu Szczecińskiego, magistrem Stosunków Międzynarodowych oraz Pedagogiki. Nie, nie jestem intelektualistką sensu stricto. Nie siedzę w mydlanej bańce, opisując mądrze różnorakie frazesy. Ja to przeżywam. To zostawia we mnie ślad. „Żadnego dnia bez kreski” – mawiali Rzymianie. Każdego dnia trzeba coś stworzyć. Pozwala to uniknąć zbędnego „odpominania”. Długa droga bez wsparcia ze strony rodziny zaprowadziła mnie właśnie tam.

SPOTKANIE UCZESTNIKÓW ZNANEJ EKSPEDYCJI AFRYKA 76-77, KTÓRE ODBYŁO SIĘ W GRUDNIU 2016 ROKU W MUZEUM MIEJSKIM W ŻORACH.

Czarny ląd. Duchota, spiekota i skwar. Wilgoć i dżdżyste deszcze. Inspirująca afrykańska dychotomia i koszmar mojej własnej. Czekające mnie wyzwania edukacyjne to elementy, które na styku z moimi wewnętrznymi wyzwaniami tworzą komplementarną całość. Dzisiaj już jestem silna. Brak wsparcia i miłości działa na mnie jak krew na piranie. Jest moim wewnętrznym upiorem. Najsilniejszą motywacją. Moim niezniszczalnym daimonionem. Dzisiaj już go cenię. Porozumieliśmy się. Czy nasz sojusz jest stabilny, zweryfikują wyzwania, które nadejdą w najbliższym roku akademickim. Jestem badaczem. Afrykanistką. Przygotowuję się do wyjazdu badawczego do Mali. Poszukiwać tam będę Tuaregów. I siebie. Koczownicze plemię, przemierzające pustynne obszary oraz stepy Sahelu, intryguje mnie niezmiernie. Hermetyczna i tradycyjna społeczność tuareska posiada swój własny etos. To połączenie prastarych wierzeń i zwyczajów przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Silnie zakorzeniony plemienny szacunek do własnych klanów. Wsparcie i lojalność. Badając Tuaregów, chcę sprawdzić, czy mogę. Czy moja życiowa samotność da potężny badawczy plon. To dla mnie wszystko. Cała ja. I mój własny czarny ląd. Chcę badać to, co niezbadane. Mam dramatyczne zacięcie. Rozpacz i ogrom złych doświadczeń to za mało, by mnie powstrzymać. Zamierzam prowadzić ba-

dania terenowe w Mali, a także w Burkina Faso, uwzględniając bezpieczną granicę na linii Mopti – Gao, zgodnie z wytycznymi miejscowej służby bezpieczeństwa. A Afryki badać się nie da bez uwzględnienia kontekstu kulturowego. Badania terenowe w Afryce to kompilacja kilku mniejszych wyzwań edukacyjnych w nowym roku akademickim. Pierwszy komponent stanowi nauka języka francuskiego. Nie, nie tego pięknego języka, którym zachwycają się intelektualiści. Mnie dotyczy język francuski w wydaniu barbarzyńskim. Takiej formy wymaga należyta komunikacja w badanych przeze mnie regionach. Kolejny czynnik to nauka korzystania z cyfrowych narzędzi edukacyjnych. Dla mnie, miłośniczki tradycji, negatywnie nastawionej do tempa współczesnego postępu, upatrującej w nim wiele zagrożeń, to faktycznie wyzwanie. Kolejna cząstka to wiedza. Brak możliwości edukacyjnych dzieci i młodzieży powoduje późniejszy brak szans na godną egzystencję. . Dostęp do nauki jest jednym z podstawowych praw człowieka. Bazując na swojej wiedzy pedagogicznej, chcę udowodnić, że wiele powszechnie utartych półprawd na temat nauczania w Afryce, tam w ogóle nie ma znaczenia. Europejczycy częstokroć popadają w schematyczne myślenie, warto więc czerpać z myśli afrykanistycznej, gdyż ta oferuje świeży, zupełnie inny punkt widzenia zarówno na sprawy istotne dla ogółu ludzkości, jak i indywidualne, codzienne problemy każdego z nas. Zgłębiając afrykańskie zagadki, otwieramy szereg ścieżek interpretacyjnych, z których faktycznie niektóre mogą okazać się ślepymi uliczkami, nieliczne zaś naprowadzą na właściwy badawczy trop. Afrykanistyczna myśl może nam się kojarzyć ze stanem alienacji. Tymczasem poruszanie się w obrębie międzykontynentalnych kulturowych porównań uczy nas akceptacji inności. Moim kluczowym wyzwaniem edukacyjnym w nowym roku będzie realizacja postulatu: tolerujmy się, akceptując naszą inność, nie zaś jedynie znosząc obecność obcych. Ja jestem inna. W moim życiu dużą rolę odgrywają emocje. Kierowanie się nimi nakazuje mi uznać wyższość Afryki. Mojej Afryki. Mego jej oddania. Afrykańska codzienność to moje wyzwanie edukacyjne.

PARTNER:

11


SPOŁECZEŃSTWO

Czy dzieli nas historia?

Oliwia Kacprzak: Zgodnie z raportem z badania zrealizowanego przez TNS Polska dla Narodowego Centrum Kultury wyraźnie zwiększa się u Polaków poczucie dumy ze swojej historii. Jednocześnie przy wskazaniach najbardziej wstydliwych wydarzeń brakuje konkretnych odpowiedzi. Czy duma wiąże się zatem z bezrefleksyjnością? prof. Wojciech Roszkowski: Gdy pytamy o różne epizody z historii Polski, respondenci nastawieni pozytywnie często pomniejszają rolę wydarzeń wstydliwych na rzecz tych, które wywołują dumę. Przy negatywnym nastawieniu mechanizm jest przeciwny. Problem polega tu na właściwym postawieniu pytania. Sformułowanie: „Czy jesteś dumny z historii Polski?” prowokuje niechętnych do odpowiedzi: „nie”, choćby nawet widzieli pewne powody do dumy – i odwrotnie. Pytanie powinno być zatem bardziej złożone: „Jakie elementy dumy i jakie elementy wstydu by Pan(i) wymienił(a)?”. W tej sytuacji badani musieliby wziąć pod uwagę oba te uczucia. Jeśli pytamy tylko o jedno z nich, każdy odpowiada w zależności od swojego ogólnego nastawienia – mam wrażenie, że niestety w dużej mierze upolitycznionego. prof. Paweł Śpiewak: Po pierwsze, musimy wziąć pod uwagę, że ponad 80% polskiego społeczeństwa w ogóle nie interesuje się historią, w związku z tym wyniki przywołanych badań są bardzo niemiarodajne. Po drugie, odwołanie się do wspomnianych kategorii dumy i wstydu w socjologii nie jest do końca przeko-

12 | koncept | styczeń 2017

nujące, ponieważ trudno określić, co one naprawdę znaczą. Czy duma wiąże się z tym, że ludzie bezrefleksyjnie coś cenią, czy po prostu akceptują takim, jakie jest? Wyniki badań będą bardziej wiarygodne dopiero wtedy, gdy zestawimy je z poczuciem własnej wartości Polaków. Wydaje mi się, że gdybyśmy zbadali samoocenę polskiego społeczeństwa, okazałaby się ona raczej niska – nie wiemy zatem, czy duma, na którą wskazują badania, jest rzeczywista, czy tylko deklarowana. Widzimy natomiast, że propaganda ostatniego roku, prezentująca Polskę jedynie w pozytywnych kontekstach, rzeczywiście zmienia ludzką mentalność. Na pytanie, na ile to uczucie jest głębokie i trwałe, nie umiem jednak odpowiedzieć.

PROF. WOJCIECH ROSZKOWSKI

NCK / KATARZYNA BĄBA

Rozmowa Oliwii Kacprzak z prof. Wojciechem Roszkowskim i prof. Pawłem Śpiewakiem wokół wyników badań przeprowadzonych przez TNS Polska dla Narodowego Centrum Kultury na potrzeby wieloletniego programu rządowego „Niepodległa”. Jednym z podstawowych celów badawczych programu było określenie postawy Polaków wobec przeszłości narodowej jako źródła dumy i wstydu.

Badania wskazują również, że historii nie traktuje się już jako „nauczycielki życia”, co może oznaczać, że traci ona uniwersalność i coraz bardziej różnicuje społeczeństwo. Dlaczego tak się dzieje? W.R.: Historia stała się rezerwuarem argumentów umożliwiających pokonanie przeciwnika, co wynika ze spłycenia jej przekazu. Nawet w szkole PRL-owskiej, poza faktami dotyczącymi samego komunizmu, niektóre wydarzenia były naświetlane w sposób pozostawiający pole do myślenia. Dziś młody człowiek czerpie wiedzę z mediów, które przedstawiają dzieje Polski w uproszczonym kontekście politycznym. Informacje docierają do odbiorców głównie poprzez gry komputerowe, programy telewizyjne czy krótkie artykuły, a tych nie poddaje się weryfikacji. Ludzie czytają jedynie nagłówki gazet i pierwsze wiadomości, rzadziej zastanawiając się nad tym, co one znaczą. P.Ś.: Koncepcja historii jako „nauczycielki życia” zdezaktualizowała się już kilka pokoleń wcześniej. Czego możemy nauczyć się z przeszłości? Że ludzie są okrutni i potrafią zadawać innym ból w nieograniczony sposób? To w pewnym sensie oczywiste. Historia natomiast od zawsze jest podstawowym źródłem tożsamości, ma dawać nam poczucie oparcia w tym, kim byliśmy. Biorąc pod uwagę obecne tendencje, nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że dzieli ona Polaków. Przeszłość jest dziś sprawą ważną jedynie dla środowisk inteligenckich, podczas gdy

PROF. PAWEŁ ŚPIEWAK 80% społeczeństwa traktuje ją z lekceważeniem i obojętnością. W dużej mierze wynika to z rosnącego indywidualizmu i przekonania, że wszystko, co dzieje się w moim życiu, zależy tylko ode mnie. Młodzi ludzie zachowują się tak, jakby świat przed ich narodzinami w ogóle nie istniał. To obecnie wyraźny nurt kulturowy i właśnie on doprowadzi kiedyś do utraty narodowej tożsamości. Pojęcie polskiego patriotyzmu budzi obecnie liczne kontrowersje – społeczeństwo dzielą choćby kolejne marsze organizowane 11 listopada. Jak zatem kompromisowo uzewnętrzniać polską dumę? Czy patriotyzm ma szansę połączyć Polaków? W.R.: Głębokie podziały polityczne w społeczeństwie bardzo osłabiają państwo. Oficjalne obchody organizowane przez władze – niezależnie od tego, kto w danej chwili rządzi – powinny cieszyć się większym szacunkiem. Nie mogą być przy tym wykorzystywane do podkreślania wyborów politycznych warstw rządzących i prezentowanej przez nich


SPOŁECZEŃSTWO wizji historii. Apeluję do wszystkich polityków, by pamiętali, że naszym wspólnym dobrem jest państwo. Każdy oczywiście ma prawo do manifestowania swoich poglądów, ale powinno się to odbywać przy innych okazjach. Jeśli ktoś chce dać wyraz socjalistycznej wrażliwości na niepodległość, może sobie wybrać za święto rocznicę powołania Tymczasowego Rządu Ludowego. Jeśli nawiązuje do tradycji endecji – niech świętuje rocznicę powołania Komitetu Narodowego Polski. Natomiast 11 listopada powinien być naszym wspólnym świętem. Patriotyzm rozumiany bardzo partykularnie dzisiaj niestety nas dzieli. Przyczyną może być między innymi niezgoda na sposób świętowania. Jeśli dla kogoś wystrzały armatnie czy parada kompanii honorowej są zbyt nudne, może zorganizować coś innego, pod warunkiem jednak, że nie będzie to pozbawione dobrego smaku. Mam tu na myśli choćby nieszczęsnego orła z czekolady. Być może za tym pomysłem stała dobra wola, ale zabrakło wyobrażenia o jego możliwym odbiorze. Uroczystości państwowe powinny być traktowane z odpowiednim uznaniem. Pod tym względem ważne jest również, by rządzący zapraszali na nie opozycję,

a ona nie odmawiała uczestnictwa. Dziś podziały są jednak tak głębokie, że ludzie często pozbawiają siebie wzajemnie prawa do czci i honoru. P.Ś.: Nie widzę miejsca na kompromis z narodowcami czy nacjonalistami. Jeżeli ktoś występuje pod flagą nienawiści i używa języka pełnego pogardy, to czy mój kompromis ma polegać na stwierdzeniu: „nienawidźcie tych, ale tamtych już lubcie”? Nie ma takiej możliwości, a myślenie w tych kategoriach nie ma sensu. Marsze organizowane 11 listopada nazywamy obchodami Święta Niepodległości, ale to w rzeczywistości dalszy ciąg walki politycznej, wielkiej wojny o dusze Polaków. Momentami mam wrażenie, że przewagę w niej mają w tej chwili właśnie nacjonaliści i bardzo mnie to niepokoi. Ostatnio zauważalna jest także rosnąca popularność historii rodzinnej i lokalnej. Czy jej uzasadnieniem może być brak oparcia we wspólnocie narodowej? W.R.: Instynktownie cieszymy się z patriotyzmów lokalnych, ale faktycznie mogą się one manifestować kosztem szacunku dla wspólnoty narodowej. Jeśli

ludzie zamykają się w społecznościach lokalnych, ponieważ nie wierzą w państwo, to jest to bardzo zła tendencja. Patriotyzm lokalny powinien wspomagać patriotyzm ogólnonarodowy, a nie być dla niego alternatywą. P.Ś.: Ze wszystkich danych socjologicznych wynika, że w Polsce coraz rzadziej rozmawia się w rodzinach. Oznacza to, że przekaz treści i doświadczenia jest w nich również coraz mniejszy, co każe mi wątpić, czy poczucie związku z przeszłością rzeczywiście manifestuje się obecnie w ten sposób. Faktycznie zaś powstaje bardzo dużo stowarzyszeń pielęgnujących lokalne dzieje. Mam wrażenie, że ciągle próbują one odejść od nacjonalistyczno-komunistycznej wersji historii, która głosiła, że była jedna Polska, jeden naród i jedna przeszłość. W rzeczywistości było przecież wiele różnych historii i coraz wyraźniej to widzimy – inne były wydarzenia na Śląsku, inne na Wołyniu, inne w Polsce centralnej. Zaczynamy dziś dostrzegać coraz bogatszy obraz Polski, który nie stanowi konkurencji dla utożsamienia się z całym krajem, a jedynie pokazuje, że ma on więcej głębi i więcej wymiarów.

Rowiązanie krzyżówki: Nowy rok w przyszłość krok.

Krzyżówka

13


NZS

WIDOK W RUMUNII

Czas na przerwę! JUSTYNA PELC

studentk a Automat yki i Robot yki, związana z Niezależnym Zrzeszeniem Studentów

Powrót z zajęć, godzina 17:00. Patrzysz na pokój i Twój wzrok pada na samoprzylepne karteczki, informujące o terminach egzaminów, porozrzucane na podłodze notatki, a na łóżku włączony laptop z ledwo rozpoczętym projektem. Tak, dobrze wiesz, co to znaczy – sesja is coming.

O

czyma wyobraźni widzisz już ostatni dzień sesji i siebie, gratulującego sobie następnego, zakończonego sukcesem semestru. Zasługujesz na nagrodę! Właśnie – jaką? Wyrwałbyś się gdzieś na weekend, najlepiej daleko. Słyszałeś, że Wiedeń jest piękny. A może Budapeszt? Od razu masz więcej ochoty do nauki! Tylko fundusze ograniczone… No nic, nadrobisz zaległości w serialach. PODRÓŻE NIE MUSZĄ BYĆ DROGIE Ale, ale – budżet nie musi Cię ograniczać! Na tym polega urok studenckich podróży. Budapeszt, Praga, Berlin czy Wiedeń – co wybierasz? Wystarczy dobre

14 | koncept | styczeń 2017

planowanie i nowy semestr rozpoczniesz, zwiedzając stolicę sąsiadującego z Polską kraju albo na drugim końcu Europy! Zacznij od przejrzenia aktualnych promocji – sprawdź ofertę tanich linii lotniczych, takich jak Wizz Air czy Ryanair albo śledź popularne portale (typu fly4free.pl), aby złapać okazję na bardziej egzotyczne kierunki. Do wielu europejskich miast dojedziesz autobusem – sprawdź PolskiBus.com czy Lux Express. Podróż trwa wprawdzie dłużej, ale możesz kupić bilety już od złotówki. Warto zapisać się do newsletterów przewoźników na interesujących Cię trasach – dzięki temu nie przegapisz żadnej promocji. Na pewno słyszałeś też o portalu Blablacar. Carpooling działa świetnie nie tylko w Polsce – poszukaj, może ktoś inny jedzie w to samo miejsce co ty i ma wolne miejsce w aucie.

Budżet nie musi Cię ograniczać! Na tym polega urok studenckich podróży. Budapeszt, Praga, Berlin czy Wiedeń – co wybierasz? Natomiast jeżeli chcesz po danym kraju podróżować pociągiem, to sprawdź, czy nie mają weekendowych promocji, dzięki którym zakupiony bilet będzie uprawniał Cię do nieograniczonej liczby przejazdów w danym czasie. Studia to też dobry czas na poznanie zalet podróżowania autostopem! Żaden inny środek transportu nie dostarczy Ci tylu przygód.

KAWAŁEK PODŁOGI POSZUKIWANY Jeśli chodzi o nocleg, spróbuj couchsurfingu. Ludzie z całego świata oferują darmowe miejsca do spania we własnych mieszkaniach. Nie dość, że sporo zaoszczędzisz, to jeszcze nikt nie doradzi Ci lepiej, co warto zobaczyć w danym mieście, niż jego mieszkaniec. Jeśli nie straszne Ci niskie temperatury lub planujesz podróż na cieplejsze dni, pożycz namiot, śpiwór i poszukaj campingu. Przejrzyj lokalne grupy na portalu facebook.com i zapytaj miejscowych o możliwość przenocowania Cię lub chociaż polecenie niedrogich schronisk i hosteli. W poszukiwaniu tanich noclegów zajrzyj na booking.com czy airbnb.com – dają możliwość wynajęcia pokoju w prywatnym mieszkaniu, a w Internecie znajdziesz linki afiliacyjne, dzięki którym po założeniu konta dostaniesz upust na rezerwację w wysokości kilkudziesięciu złotych. Dodatkowe zniżki możesz też uzyskać za polecenie tych portali znajomym. Jeżeli zdecydujesz się na hostel, użyj porównywarki cen, jak np. Trivago, aby znaleźć najlepszą ofertę. Bardzo ciekawą usługę wprowadziła brytyjska wersja tego serwisu – możesz zostać testerem i za wypełnienie ankiety po noclegu otrzymać pieniądze (sprawdź sam – Trivago Quality Test). ZWIEDZANIE NISKOBUDŻETOWE Przemyśl zakup ISIC (międzynarodowej legitymacji studenckiej) albo karty EURO26. Na ich posiadaczy czekają zniżki w lokalach na całym świecie. Dodatko-


NZS

ZŁA POGODA WCALE NIE MUSI BYĆ PRZESZKODĄ W PODRÓŻACH

ŚWIAT Z PERSPEKTYWY PASAŻERA CIĘŻARÓWKI

wo w wielu miejscach traktowane są równoważnie z lokalnymi legitymacjami studenckimi, co pozwoli Ci korzystać ze zniżek, np. w środkach komunikacji. Jeśli podróżujesz po Unii Europejskiej, koniecznie wyrób Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ). To dokument potwierdzający Twoje ubezpieczenie w Polsce i uprawniający do darmowego korzystania ze świadczeń zdrowotnych w całej Unii (i nie tylko). Nie wszystkie atrakcje turystyczne są płatne, a wiele ciekawych miejsc oferuje promocje w konkretne dni lub godziny, poszukaj informacji na ich stronach internetowych. Niektóre miasta oferują specjalne karty,

dzięki którym będziesz mógł korzystać z komunikacji miejskiej i mieć bezpłatny wstęp do większości miejsc. SPAKUJ PLECAK I RUSZAJ W PODRÓŻE Jak widzisz, istnieje wiele sposobów na tanie podróżowanie! Jedyne, co musisz zrobić, to włożyć odrobinę wysiłku w zaplanowanie podróży i wyszukanie okazji, a wizja wyjazdu w niedalekiej perspektywie na pewno będzie motywacją do szybkiego zaliczenia egzaminów. Na co więc czekasz?

PODRÓŻE AUTOSTOPEM TO NIEZAWODNY SPOSÓB NA NIEZAPOMNIANE PRZYGODY

15


WYWIAD NUMERU

W dziennikarstwie trzeba być sobą ROZMOWA Z BOGDANEM RYMANOWSKIM O przyzwoitości, politykach i wyboistych dziennikarskich ścieżkach – z Bogdanem Rymanowskim, dziennikarzem informacyjnym i prezenterem stacji TVN24, laureatem Wiktora 2007 oraz Dziennikarza Roku 2008 magazynu „Press” rozmawia Martyna Kośka. Martyna Kośka: Czy łatwo jest być przyzwoitym dziennikarzem w czasach ogromnej polaryzacji polityki, a co za tym idzie, mediów z jednej strony, a koniecznością przyciągnięcia widzów atrakcyjnymi treściami – z drugiej? Bogdan Rymanowski: Bycie przyzwoitym nie jest cechą dziennikarską, ale ludzką. Dla mnie przyzwoitość dziennikarska polega na tym, że traktuję obie strony sporu politycznego w taki sam sposób. Nikomu nie daję forów i nawet jeśli się z kimś zgadzam, to próbuję rozmawiać z nim na zasadzie adwokata diabła. Szukam dziury w całym. Przyzwoitość łączy się z rzetelnością. Dziś trudno być dziennikarzem, bo środowisko podzieliło się na dwa zwalczające się plemiona i oflagowało jako zwolennicy tego czy innego ugrupowania. Nie chcę tego potępiać w czambuł, bo w wielu sytuacjach dziennikarze nie mieli na te podziały wpływu, ale ja wolę nie opowiadać się wyraźnie po jednej tylko stronie sporu. Jestem po to, aby pytać i coś wyciągnąć, a nie po to, aby demonstrować swoje poglądy. Taką przyjąłem konwencję i tego się trzymam. Choć często politycy i dziennikarze naciskają, żebym się wyraźnie opowiedział – i tutaj jest największa trudność w byciu przyzwoitym. Taki dziennikarz często obrywa od obu „plemion”. To nie znaczy, że nie mam poglądów – mam, jednak nie muszę się z nimi afiszować. To widz ma sobie wyrobić zdanie na temat gościa, z którym rozmawiam. Jakimi rozmówcami są politycy?

FOT. MARTA RYBICKA

Trudnymi. Dodatkowo jest pewna zależność: politycy opozycji zarzucają dziennikarza esemesami, telefonami z propozycjami spotkań, ale gdy tyko ten polityk obejmuje władzę, to w 90% przypadków przestaje odbierać telefon albo odbiera go jego asystent. Ma to na celu zbudowanie muru między dziennikarzem a politykiem.

16 | koncept | styczeń 2017


WYWIAD NUMERU

Brakuje im klasy, tej przyzwoitości, od której zaczęliśmy? Tak, bo klasę albo się ma, albo się jej po prostu nie ma. Dużo bardziej wolę polityka, który odbierze telefon i wprost powie, że nie może rozmawiać, niż tego, który boi się odebrać albo przesyła jakieś mętne tłumaczenia. Często słyszę zarzut, że zapraszam do programów tych samych ludzi. Tylko że dziś na 560 parlamentarzystów jest może z pięćdziesięciu, którzy dobrze wypadają przed kamerami. Jeśli więc dziennikarz chce przeprowadzić atrakcyjną rozmowę (a atrakcyjność jest wymierna w słupkach oglądalności) i widzi, że merytoryczna, mająca tysiąc metrów głębokości rozmowa z profesorem nie sprzedaje się tak dobrze jak rozmowa z wyrazistym politykiem, to musi wszystko wypośrodkować. Idealnie, gdy rzeczowość idzie w parze z atrakcyjnością, ale to nieczęsto się zdarza. Jest więc wiele dylematów. Niestety, bądź stety, nie ma co się przecież obrażać na widzów – obowiązuje zasada znana z filmu „Rejs”: ludzie z większą ochotą oglądają postaci, które są im znane. Cały szkopuł polega na tym, by przy każdej kolejnej zmianie władzy przyciągać nowych ludzi. Czuję ogromną satysfakcję, gdy udaje mi się wychować kogoś nowego: zaprosić, dać mu szansę i obserwować, jak ten ktoś staje się wschodzącą gwiazdą. Kogo może Pan pochwalić? Przykładem z tej kadencji jest Liroy. Wydawało się, że to facet, który stanie się pośmiewiskiem Sejmu, a gdy z nim rozmawiam, to widzę, że to jeden z najrozsądniej myślących polityków. Dzieje się tak z jednej prostej przyczyny: nie jest jeszcze skażony partyjniactwem i nie mówi przekazami dnia, tylko przedstawia swoje opinie. Zwrócę uwagę na pewien paradoks. Interesy polityków i dziennikarzy są często przeciwstawne. W interesie dziennikarza jest to, by polityka działa się w studiu telewizyjnym, to znaczy, by jak najbardziej skłonić polityka do wypowiedzi na każdy możliwy temat. Z kolei oficjele (zajmujący się np. dyplomacją) muszą powstrzymywać się od pewnych stwierdzeń. Mam wrażenie, że dzisiejsi politycy zbyt często mówią bez zastanowienia. Tymczasem

w interesie Polski leży, aby pewne opinie czy informacje mogące zaszkodzić naszemu krajowi nie zostały pochopnie ujawnione. To, co mówię, jest sprzeczne z moim zawodowym interesem, ale jako obywatel tego właśnie bym sobie życzył. Zarzucił Pan kiedyś kolegom, że w sprawie smoleńskiej byliście, jako środowisko, niewystarczająco dociekliwi, nie zadawaliście niewygodnych pytań. To nie był zarzut wobec środowiska, a raczej określonych kolegów. Nadal się pod nim podpisuję. Uważam, że część z nas miała zbyt duże zaufanie do polityków sprawujących wtedy władzę. Dzisiaj okazuje się, że mamy protesty części rodzin, które nie chcą dopuścić do ekshumacji ciał ich bliskich. Rozumiem ich ból i delikatność materii, jeśli jednak spojrzymy sześć lat wstecz, to zobaczymy, jak wiele błędów zostało wtedy popełnionych. Prokuratorzy nie uczestniczyli w sekcjach, nie mówiąc o tym, że były one przeprowadzone w zaledwie kilka godzin. Gdyby część dziennikarzy, którzy wtedy mieli wpływ na opinię publiczną, była bardziej dociekliwa, gdyby nie zadowalała się zapewnieniami polityków, że współpraca z Rosjanami układa się bez zarzutów, to może uniknęlibyśmy niepotrzebnych sporów, a rodziny nie przeżywałyby teraz gehenny. Nie bał się Pan reakcji na wywiad-rzekę z Małgorzatą Wassermann? Jej poglądy nie są, delikatnie mówiąc, zbieżne z tym, co prezentuje stacja TVN. Chodzę własnymi ścieżkami i telewizja dała mi dużą wolność. Nie spotkała mnie z tego powodu żadna przykrość. Szefostwo mnie ani publicznie, ani prywatnie nie skrytykowało, co świadczy o tym, że szanują moją niezależność. Dziennikarstwo polega na tym, aby być sobą. Czułem, że świadectwo pani Wasserman jest warte upublicznienia, a poniekąd chciałem też nadrobić to, co nie zostało wcześniej odpowiednio podjęte. Wykonuje Pan zawód dziennikarza od 30 lat, zdobył Pan wiele nagród. Co mógłby Pan powiedzieć młodym ludziom, którzy marzą o tej profesji? Jedna ze szkół wyższych dwukrotnie poprosiła mnie o przeprowadzenie

semestralnego kursu ze studentami. Było to dla mnie fajne doświadczenie. Szybko zauważyłem, że wśród studentów wyodrębniły się dwie grupy: zaangażowana mniejszość, prawdziwi pasjonaci, i druga, liczniejsza grupa studentów, którzy przychodzili tylko po zaliczenie. A dziś jest tak, że jeśli pracodawca nie zobaczy w oczach młodego stażysty pasji, ale też poświęcenia – bo trzeba być dyspozycyjnym praktycznie przez całą dobę – to on kariery nie zrobi. Jeśli chcesz mieć robotę, z której wychodzisz o 16.00, to zapomnij o dziennikarstwie. Trzeba brać wszystko, co ci proponują i zdobywać doświadczenie. Nikt nie osiągnie sukcesu i nie dostanie własnego programu, jeśli wcześniej przez kilka lat nie będzie człowiekiem od robienia kawy i asystentem głównych reporterów. Nazywamy ich „Rysiami”. To ludzie, którzy jeżdżą robić nagrania na przykład do „Faktów”. Nie znam dziennikarzy, którzy by nie przeszli tej drogi. Podstawową cechą dziennikarza powinna być ciekawość oraz chęć pogłębiania wiedzy. Kandydat musi pokazać, że jest w czymś lepszy. Porównałbym dziennikarza do lekarza, który się cofa, jeśli nie czyta o najnowszych badaniach. Gdy dziennikarz uzna, że wszystko już wie, to zaczyna się cofać. Rutyna jest największym przeciwnikiem w momencie, gdy osiąga się pewną pozycję. Nieustannie rośnie grupa ludzi, których polityka w żaden sposób nie zajmuje. Gdy o nich myślę, przypomina mi się zdanie Jacka Dukaja, że „polityką nie interesują się tylko niewolnicy i szaleńcy, bo jest im wszystko jedno, jak żyją”. Pana to niepokoi? To ja dopowiem, że jeśli ty nie zainteresujesz się polityką, to ona zainteresuje się tobą. Przepraszam, ale jeśli ktoś nie idzie na wybory, odrzuca możliwość wpływania na rzeczywistość, to niech potem nie narzeka. Wielu ludzi sądzi, że jeden głos nic nie znaczy, ale ja uważam, że znaczy wiele, bo często to jest ten języczek u wagi. Poza tym, żeby wyrobić sobie własne zdanie, trzeba się interesować życiem publicznym, a nie tylko poddawać presji i manipulacji polityków.

17


PODRÓŻE

Podróżowanie i pomaganie: jak spakować do sakwy uśmiech

ŁUKASZ SMOGOROWSKI

PRACOWNIK FUNDACJI ROZWOJU SYSTEMU EDUKACJI (ERASMUS+), ULTRAMARATOŃCZYK, PODRÓŻNIK, PROWADZI FANPAGE FB.COM/MIEDZYSZLAKAMI

Zaczęło się od… trzęsienia ziemi. Rok temu, niedługo po tym, jak Nepal zadrżał w posadach, zaangażowałem się w zbiórkę dla ofiar tej katastrofy. Wsparli mnie pracownicy Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji i polska firma RaviMed. Dzięki temu do Katmandu poleciały między innymi bardzo tam potrzebne środki odkażające i antybakteryjne. A ja niedługo potem poleciałem na zaplanowaną wcześniej ekspedycję rowerową w Himalaje indyjskie. MARZĄC O HIMALAJACH… W HIMALAJACH Ladakh w północnych Indiach to piękna, choć surowa kraina. Nepal zdążył jednak wcześniej zakiełkować w moich podróżniczych planach i często przenosiłem się tam myślami. Kraj kontrastów. Jeden z uboższych na świecie, a jednocze-

18 | koncept | styczeń 2017

śnie – jak mało który na świecie – bogaty w ludzką otwartość, życzliwość, gościnność. Kraj, w którym siedząc w cieniu bananowca, chroniąc się przed skwarem, można podziwiać – zdawałoby się, że na wyciągnięcie ręki – śnieg i lód, zalegający na szczytach ośmiotysięczników. Ocierając pot z czoła – patrzeć na lawiny. Taki obraz rysował się w opowieściach towarzyszącego mi w Indiach Tomka Kostołowskiego, który przemierzał wcześniej Nepal i podróżniczo, i charytatywnie. Zainspirował mnie. DZIAŁAMY, ZBIERAMY, WSPIERAMY – PODRÓŻUJEMY To był impuls. Tomek, przygotowując pod skrzydłami MTB Academy kolejną wyprawę rowerową do Nepalu, zaproponował mi dołączenie do ekipy. Szybkie bicie serca, jak na himalajskiej przełęczy, i decyzja – jadę. Lecę. O rany… Właściwie nie musiałem się przygotowywać. Tak jakbym na to czekał. Może, gdzieś tam w środku, czekałem. Mogłem skupić się na tym, jak przy okazji przemierzania Nepalu na rowerze pomóc choć trochę mieszkańcom tego poturbowanego kraju. Kolejną porcją inspiracji było spotkanie z przedstawicielami Polskiej Akcji Humanitarnej w warszawskiej kawiarni podróżniczej Południk Zero. Tam poznałem Chhiringa Sherpę ze współpracującej z PAH-em organizacji Village Nepal. Nawiązaliśmy kontakt i… zaczęło się. PLUSZAKI Z POLSKI ZMIENIAJĄ OBYWATELSTWO Crowdfunding, logistyka, dziesiątki maili, spotkań, rozruszanie fanpage’a fb. com/miedzyszlakami – to niesamowite, że dwa miesiące przygotowań mieszczą się teraz w jednym zdaniu. W drugim zmieści się ponad 25 kg środków medycznych i dobrze wyposażonych apteczek, które poleciały z nami do Katmandu. Część trafiła dzięki Village Nepal do odbudowanych szkół, a większość – w sakwach – do

małych, trudnodostępnych wioseczek, wzbogacając ich skromny asortyment punktów medycznych. Ich pracownicy naprawdę się ucieszyli. Dzięki RaviMed w podróż z Polski wyruszyło także kilka kilogramów… pluszaków. Kilka kilogramów dziecięcych uśmiechów. Zmieniły ochoczo obywatelstwo na nepalskie. Zostawiając za sobą ostatni pakunek, odciążeni, wyruszyliśmy na finalny szlak wokół Annapurny. ROWEREM PRZEZ PRZEŁĘCZE, NEPALSKĄ KUCHNIĘ I… W GŁĄB SIEBIE Nepal poznawany z rowerowego siodełka okazał się taki jak w opowieściach Tomka. Pełen kontrastów. Prostota życia codziennego sąsiaduje z bogactwem rytuałów, świąt, wierzeń. To prawdziwy kulturowy i etniczny tygiel. Hinduizm i buddyzm, liczne plemiona, ludy, wszystko to tworzy kolorową, żywą mozaikę. Na wysokich przełęczach – a dotarliśmy na wysokość aż 5 416 metrów n.p.m. – powiewają kolorowe flagi modlitewne. Wszędzie można dobrze zjeść: daal bhat tarkari, którego istotą jest… dokładka, chowmain, gotowane na parze pierożki mo:mo, pożywną thukpę, omlety masala, samosy, sukuti czy słodkości – postakari, a na południu – halucynogenny miód (Google w dłoń!). Skosztujemy też domowe wino, zwane popularnie raksi (lub rakshi), przygotowywane z ryżu lub prosa, lokalne piwa Chhang lub nepalską whisky tongbę, którą pije się podobnie do yerba mate. Byle z umiarem! – zachowując siły i ostrość zmysłów na odczuwanie gór. Na słuchanie ciszy, wiatru. Liczenie gwiazd i podziwianie przecinających noc śnieżnych szczytów. Na zmagania z własnymi słabościami. Na poszukiwanie siebie. Wszystko to tam, wysoko, zapiera (także dosłownie!) dech. Oszałamia. Wszystko to było warte każdego wysiłku. Namaste! fb.com/miedzyszlakami


EKSPERCI

Program „Nowoczesne Zarządzanie Biznesem” – dobry dialog biznesu z nauką Umowy o współpracy z ponad 130 polskimi uczelniami, ponad 900 wykładów dla blisko 50 tys. studentów, ponad 200 stref edukacyjnych NZB dla ok. 30 tys. uczestników, 8 szkoleń dla ponad 300 pracowników naukowych, kilkunastu dużych partnerów instytucjonalnych – program „Nowoczesne Zarządzanie Biznesem” w ciągu ostatnich trzech lat stał się najdynamiczniej rozwijającą się inicjatywą łączącą środowisko naukowe z biznesem.

P

rogram NZB wspiera rozwój współpracy sektora finansowego i biznesu ze szkołami wyższymi. Przeznaczony jest dla kadry naukowej oraz dziesiątek tysięcy studentów. Misją NZB jest podnoszenie poziomu praktycznej wiedzy o rynkach finansowych, ubezpiecze-

niach, przedsiębiorczości i zarządzaniu biznesem. Program powstał z inicjatywy Związku Banków Polskich, Biura Informacji Kredytowej oraz Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor, a jego partnerami są: Fundacja Giełdy Papierów Wartościowych, Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych, Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami, Krajowa Izba Rozliczeniowa, Polska Izba Ubezpieczeniowa, Spółdzielcza Grupa Bankowa, Bank Polskiej Spółdzielczości i Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Ważnymi partnerami Programu są również wszystkie instytucje działające na rzecz środowiska akademickiego, w tym w szczególności Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich oraz Parlament Studentów RP. – Ośrodki akademickie to kolebka polskiej gospodarki. Realizując program NZB, główny nacisk kładziemy na

stopniowy wzrost wiedzy ekonomicznej wśród studentów, co jest gwarantem zapewnienia dopływu na rynek lepiej wykwalifikowanej i zapoznanej z praktyką gospodarczą kadry oraz kreowanie bardziej świadomego uczestnika życia ekonomicznego kraju, którym jest każdy student. – Nie zapominamy także o działaniach podnoszących kwalifikacje wykładowców akademickich, bo ich merytoryka stanowi o jakości uczelni – podkreśla Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes ZBP. – Naszym silnym wsparciem są partnerzy programu, których know-how pozwala budować merytoryczne podstawy Programu. Program „Nowoczesne Zarządzanie Biznesem” oparty jest na realizacji wykładów prowadzonych zarówno przez praktyków reprezentujących jego partnerów, jak i przeszkolonych nauczycieli akademickich i koordynatorów NZB. Obecnie realizowanych jest pięć modułów tematycznych:

19


EKSPERCI • zarządzanie ryzykiem finansowym w biznesie i życiu osobistym, • popularyzacja elektronicznego obrotu gospodarczego, wykorzystywania nowoczesnych, elektronicznych systemów płatności i rozliczeń oraz bezpieczeństwa i szybkości płatności bezgotówkowych, • ubezpieczenia społeczne niezbędne w prowadzeniu firmy i codziennym życiu każdego człowieka, • nowy wymiar bankowości spółdzielczej. Banki spółdzielcze – banki społecznie odpowiedzialne, • oszczędzanie oraz inwestowanie długoterminowe. Dodatkowo, w ramach rozwoju Programu, wspólnie z zespołami IT polskich banków oraz największymi firmami tego rynku, prowadzone są intensywne prace nad wprowadzeniem nowego modułu tematycznego programu NZB poruszającego kwestię cyberbezpieczeństwa. Równolegle do wykładów realizowane są strefy edukacyjne NZB – punkty informacyjne o działalności partnerów programu, konferencje naukowe i biznesowe pod patronatem programu NZB, szkolenia pracowników akademickich oraz działania skierowane bezpośrednio do studentów. W mijającym roku dzięki wszystkim działaniom prowadzonym w ramach programu NZB dotarliśmy do blisko 60 tys. studentów i pracowników naukowych. Ważnym elementem rozwoju tego programu edukacyjnego jest pogłębiona współpraca z mediami akademickimi, szczególnie w zakresie inspiracji do podejmowania tematyki ekonomicznej. Udało się to m.in. dzięki powołaniu wspólnie z kilkudziesięcioma redakcjami Ogólnopolskiego Forum Mediów Akademickich (OFMA), co już przynosi konkretne efekty. Uruchomiono radiową Ekonomiczną Redakcję Akademicką. Pod koniec listopada 2016 r. w Gdańsku odbyła się II Krajowa Konferencja OFMA towarzysząca spotkaniu Europejskiej Unii Studentów, w której udział wziął m.in. Wicepremier

20 | koncept | styczeń 2017

i Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego – Jarosław Gowin. Na początek tego roku zaplanowany jest także start Funduszu Grantowego dla Mediów Akademickich. Dodatkowo, dzięki bieżącej współpracy ze środowiskiem mediów akademickich, udało się wydać ponad 250 publikacji związanych z tematyką programu NZB i dotrzeć w ten sposób do ponad 150 tys. studentów. DYNAMIKA I ROZWÓJ – TE SŁOWA DOSKONALE PODSUMOWUJĄ MINIONY ROK – Kończący się właśnie rok potwierdził raz jeszcze szerokie zainteresowanie Programem zarówno uczelni jak i studentów, a rozwój współpracy z dotychczasowymi partnerami Programu oraz włączanie się do jego realizacji nowych podmiotów wskazuje na jego atrakcyjność również dla instytucji i firm. Zależy nam na utrzymaniu poziomu merytorycznego Programu, ale jednocześnie naszym założeniem jest docieranie do jak największej części środowiska akademickiego – bo tylko wtedy jego realizacja może mieć realny wpływ na poziom wiedzy młodych ludzi w Polsce. Cieszy nas zatem zainteresowanie Programem nowych uczelni oraz jego szybki rozwój w instytucjach realizujących go już wcześniej – mówi Waldemar Zbytek, Wiceprezes Zarządu Centrum Prawa Bankowego i Informacji, Dyrektor programu NZB. Dzięki skali oraz charakterystyce działania program NZB jest dzisiaj traktowany jako poważny partner do dyskusji

nad sposobem kształcenia kompetencji, rodzajem i formą przekazywania wiedzy czy odpowiedzią na potrzeby rynku pracy. Uczestniczy w najważniejszych konferencjach i debatach i jest ceniony ze względu na istotny wkład merytoryczny w dyskusję nad nowymi rozwiązaniami. W samym tylko 2016 roku był obecny na m.in. Forum Ekonomicznym w Krynicy, Kongresie 590, Konferencji Katedr Finansów oraz Krajowej Konferencji Parlamentu Studentów RP, a także patronował projektowi badawczemu – „Start na rynku pracy”. Jednak pomimo już osiągniętych wysokich i skutecznych efektów działalności, kolejne lata powinny sprzyjać dalszemu rozwojowi programu NZB. Do kluczowych zadań projektu będą należeć: przyczynianie się do wzrostu wiedzy ekonomicznej w społeczeństwie oraz do realizacji długofalowego celu polskich władz, czyli symbiozy nauki i biznesu, rozpowszechnianie dobrych wzorców i sprawdzonych praktyk biznesowych, budowa potencjału polskiej przedsiębiorczości oraz skuteczniejsze oddziaływanie na wzrost efektywności przedsiębiorców i całej gospodarki. Więcej informacji o programie „Nowoczesne Zarządzanie Biznesem”: www.nzb.pl oraz www.facebook.com/ NowoczesneZarzadzanieBiznesem


KULTURA

O MZK, czyli międzyludzkiej zwodniczej komunikacji KUBA GRABSKI

DZIENNIKARZ, PREZENTER, ANIMATOR KULTURY, MUZYK

Jeszcze nie tak dawno, 175 lat temu, Juliusz Słowacki pisał: „Chodzi mi o to, aby język giętki, powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. Mądrala, w jego czasach nie było Internetu i braku czasu na wszystko!

C

zy rzeczywiście to język ciągle jest podstawą międzyludzkiej komunikacji? Wydaje się, że z powodu braku czasu trend się zmienił, że kilka lat temu wróciliśmy do kultury obrazkowej (w tym memów), a dzisiaj świat napędzają filmiki. Co zatem ze słowem, które jak to od dawna wiemy, „było na początku”? Ktoś się pomylił czy nie przewidział rozwoju wypadków? W 1887 roku Ludwik Zamenhoff zainicjował powstanie esperanto, które miało stać się językiem międzynarodowym, jak w czasach przed Wieżą Babel, ale choć jest wielokrotnie prostszym językiem do nauczenia się od innych, to jednak na świecie posługuje się nim tylko kilka milionów osób. ŁAMANIE BARIER JĘZYKOWYCH Zatem czy wspólny język to utopia? Najwięcej ludzi na świecie mówi po mandaryńsku (15% populacji), kolejne miejsca zajmują hiszpański i angielski. Trudno sobie wyobrazić, żeby większość Ziemian posługiwała się tymi trzema językami, a przecież podróżując po całym niemal świecie, jakoś się porozumiewamy lub raczej dogadujemy. Jak? Oprócz słów używamy mowy niewerbalnej, tzw. body language. Tym łatwiej nam o skuteczną komunikację, im bardziej łączy nas wspólny cel. Dotyczy to np. aktu seksualnego między nieznającymi swych języków Wietnamką i Szkotem. Z drugiej zaś strony, na innym poziomie, byłem świadkiem porozumiewania się członków międzynarodowej grupy młodzieży nie-

pełnosprawnej intelektualnie i zdumiało mnie, jak mało czasu potrzebowali na znalezienie „wspólnego języka”. Zatem upraszczając, jeśli łączy nas wspólny interes, to bariera kultury i języka jest do pokonania. JĘZYK TWORZY ŚWIAT? Cofnijmy się znów o kilkadziesiąt lat, kiedy to swoje prace językoznawcze prowadzili amerykańscy naukowcy

Nieporozumienia językowe mogą dotyczyć także tzw. nowomowy, która była językiem propagandy PRL-u, albo wynalazku ostatnich lat, czyli korpomowy. Edward Sapir i Benjamin Lee Whorf. Z ich spuścizny najlepiej zapamiętano tezę relatywizmu językowego, mówiącą o tym, że język, którego używamy, kształtuje postrzegany przez nas świat. A ponieważ używamy różnych języków, to rozmaicie widzimy rzeczywistość. Czegoś odwrotnego, czyli że to świat tworzy język, dowodzi przykład Eskimosów, którzy w przeciwieństwie do Europejczyków mają kilkadziesiąt słów na określenie bieli. Europę było stać tylko na „Whiter shade of pale” (Bielszy odcień bieli) – wielki przebój zespołu Procol Harum. Niezależnie od prawdziwości tych teorii wydaje się oczywiste, że nasz język ewoluuje i jego treść ma silny związek ze zmieniającym się otoczeniem. NOWE ZNACZENIA SŁÓW Spójrzmy zatem na nasz język ojczysty. Osoby, które pamiętają czasy minione, zauważają nowe znaczenia znanych sobie słów – „portal”, kiedyś ozdobne obramowanie drzwi, dzisiaj – wiadomo. „Witryna” – kiedyś sklepowa, dzisiaj internetowa. Bardziej złożona jest historia słowa „czat” – kiedyś stało się na czatach lub na warcie, dziś czatujemy w sieci. Tyle, że w sieci używamy angielskiego słowa chat oznaczającego pogawędkę. Są też takie słowa, które pochodzą z czasów przedwojennych i, dla odmiany, z ich rozumieniem nie lada problem mają współcześni

nastolatkowie, jak np. ze zwrotem „taki ze mnie gagatek, nie lada to kram”, z piosenki Jerzego Jurandota pt. „Ada, to nie wypada”. Znajdujemy tam także „trzpiotkę” i „sztubaka”. Inną grupę stanowią wyrażenia gwarowe, które powstały ze słów istniejących w polskiej mowie. „Czaić bazę”, „wyczochrać”, „beka”, „meta”, „towar”, „wyczesany” – mają dziś nowe, często inne od pierwotnego znaczenia. Nieporozumienia językowe mogą dotyczyć także tzw. nowomowy, która była językiem propagandy PRL-u, albo wynalazku ostatnich lat, czyli korpomowy. Oto próbka bełkotu z minionego ustroju: „Praktyka dnia codziennego dowodzi, że dalszy rozwój różnych form działalności spełnia ważne zadania w wprowadzaniu kierunków postępowego wychowania”. Dzisiaj dla odmiany możemy przeczytać: „Osobne autorshipy są zastrzeżone wyłącznie dla dziennikarzy. W przypadku wszystkich syndykowanych treści zarówno autor, jak i źródło…”. Brr, cóż za okropności! NOWE BARIERY POKOLENIOWE Czy za kilka lat będziemy potrzebowali słownika polsko-polskiego? Czy technologia stworzy nowych analfabetów? Czy sieciowe pisanie wyprze „ą”, ”ę” i „ż”? Jakim językiem porozmawiamy z alienami? Co wyniknęło ze słynnych językowych pomyłek? O tym wszystkim w kolejnej części rozważań o międzyludzkiej zwodniczej komunikacji.

KORPOSŁOWNIK Ponieważ nie zanosi się na zmierzch korporacji, warto poznać niektóre korposłowa wciąż nieznane niekorporacyjnym Polakom. Korpo – miejsce, gdzie czelendżuje się kejsy, fokusując się na ekszyn pointach, czyli: tam staje się wobec wyzwań, jakie stanowią projekty, skupiając się na wskazówkach do działania, ASAP (as soon as possible) – najszybciej, jak się da, czyli na wczoraj, Brif (brief) – spotkanie, na którym poznaje się projekty, Fidbek (feedback) – potwierdzenie, że zrozumiało się polecenie przełożonego, Pressingi – ponaglające wiadomości z ASAP-ami, Dedlajn (deadline) – nieprzekraczalny termin zakończenia kejsa (case), FYI (for your information) – najczęściej poprzedza informację o brifie, Wpół do fakapa (fucked up) – w oczekiwaniu na nieuchronną klęskę, Krancztajm (crunch time) – ma miejsce wtedy, gdy w obawie przed fakapem, w związku zz dużą ilością ASAP-ów i pressingów, musisz zostać w korpo po godzinach.

21


HISTORIA

Charakterne ferajny MATEUSZ ZARDZEWIAŁY

DZIENNIKARZ SUPER EXPRESSU

Przechodzień mógłby dostrzec w oddali tylko żar tlących się papierosów. Mógłby, gdyby był na tyle nierozsądnym człowiekiem, by zapuścić się do któregoś z miejskich ogrodów będących solidnymi przyczółkami dla niezbyt solidnych przestępców. Szczególnie po zapadnięciu zmroku.

Z

mroku, który był największym sprzymierzeńcem rzezimieszków grasujących po miastach i miasteczkach dawnej Polski. A tych było niemało. Szef głównej komendy policji Wiktor Hoszowski u progu lat 20. XX wieku mówił w wywiadzie dla „Kuriera Warszawskiego”: „Bandytyzm wzrasta stale z rozmaitych powodów, a mianowicie: skutkiem masowych zwolnień ze służby wojskowej, bezrobocia, trudnych stosunków ekonomicznych, dezercji z wojska, wreszcie całej masy przybyszów obcych, rekrutujących się przeważnie spośród mętów społecznych”.. ZŁODZIEJASZKOWIE Samo słowo „rzezimieszek” dziś wydaje się określeniem niewinnym, jakby wyjętym wprost z komiksu. Tymczasem w odległych czasach oznaczało ono złodzieja, który najzwyczajniej w świecie

odcinał swoim ofiarom noszone przy pasie mieszki z pieniędzmi. Jak widać dzisiejszy „rzezimieszek” ma już niewielki związek z typem człowieka, od którego wyrosło to określenie. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu złodziejskie specjalności również muszą nadążać za upływem czasu. Niektóre z nich odchodzą jednak jako relikty minionych epok. Taki los spotkał np. bardzo uciążliwą kategorię przestępczego rzemiosła jaką była kradzież koni oraz – co naturalne – jej wykonawców, koniokradów. A ci byli surowo karni, również bezpośrednio przez samych poszkodowanych. Jak podaje Stanisław Milewski w swojej książce „Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy”: „Chłopi walczyli więc z koniokradami na własną rękę. I tak – kiedyś chłopi z powiatu Radzymin zatłukli złodzieja kłonicami. Dwóch z nich skazano na 8, trzech na 3 miesiące wieży, czyli najłagodniejszego więzienia”. Rolnicy byli jedną z głównych grup społecznych, która padała ofiarą tego typu przestępstw. Kradziono im wierzchowce – często włącznie z bryczką lub wozem – gdy po załatwieniu spraw w mieście zatrzymali się w jednym z szynków na małe co nieco. Jednak ten sposób wydaje się dość banalny, a przecież złodzieje to często ludzie z fantazją. Miewali więc również cokolwiek bardziej brawurowe sposoby na pozbawienie swoich ofiar cennego zwierzęcia. Niejednokrotnie zdarzało się, że wracający z miejskiego targu woźnica zmrużył na trakcie oczy i drzemał na wozie. Wówczas przestępcza

SPRZEDAWCY FARMAZONÓW Niecodzienną kategorię przestępców stanowili oszuści naciągacze. Wykorzystywali oni zgubny dla ofiar pęd do łatwego i szybkiego zysku, który często tak zaprzątał im umysł, że zaburzał trzeźwy osąd sytuacji. Sztandarowym przykładem takiego „skoku” była, pozostająca do dziś niedoścignionym ideałem farmazoniarstwa, transakcja zawarta pomiędzy niejakim Alfonsem Cynjanem a nieznanym z nazwiska obywatelem. Cynjan sprzedał swojej ofierze... kolumnę Zygmunta, jeden z najbardziej charakterystycznych obiektów warszawskiej Starówki!

22 | koncept | styczeń 2017

szajka dzieliła się na dwie grupy, z których jedna pchała wóz, a druga odcinała od niego konie. Po operacji złodzieje natychmiast się ulatniali, a chłop mógł już tylko szpetnie zakląć. GANG W WARSZAWIE To był przykład dość prymitywnej, często krótkoterminowej współpracy szemranych typów. Tymczasem do międzywojennej Polski napływały nowości z szerokiego świata, w tym również zza oceanu. Już w latach 20. w Warszawie działała grupa przestępcza zorganizo-

Już w latach 20. w Warszawie działała grupa przestępcza zorganizowana na wzór amerykańskich gangów. wana na wzór amerykańskich gangów. Hersztem bandy był Łukasz Siemiątkowski ps. Tasiemka. Głównym terenem ich działalności było największe targowisko ówczesnej Warszawy – popularny Kercelak. Zastraszano tam kupców i pobierano od nich haracze. Jakie warunki w realiach międzywojennej Polski umożliwiły Tasiemce wdrożenie tego amerykańskiego modelu prowadzenia działalności przestępczej? Czynnikiem kluczowym była niewątpliwie sama postać Siemiątkowskiego. Przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości Tasiemka był zaprawionym w boju działaczem PPS, został nawet skazany przez Niemców na śmierć przez rozstrzelanie, ale chwilę po zapadnięciu wyroku zakończyła się Wielka Wojna, a więc i niemieckie panowanie w Warszawie. W rozmowie z dziennikarzem „Tajnego Detektywa” Siemiątkowski mówił: „Miast pod kasztan poszedłem na wolność. Tak, panie, to bywało. Robiło się wiele, a człowiek nie pamięta, ilu szpiclów carskich i niemieckich sprzątnął”. Ta patriotyczna działalność w II RP przyniosła mu wymierne korzyści, jakie dawało posiadanie wielu wpływowych przyjaciół – Spokój, porządek i bezpieczeństwo straganów Kercelaka spoczy-


HISTORIA wa na dyskretnych chłopcach Tasiemki – wspominał minister spraw wewnętrznych Felicjan Sławoj-Składkowski. A doskonale wiedział o czym mówi – gdy warszawskie andrusy „skroiły” mu portfel, w którym oprócz pieniędzy znajdowały się ważne dokumenty, to właśnie zawiadomiony o tej niezręczności Tasiemka, korzystając ze swojej wyjątkowej pozycji w światku przestępczej Warszawy, błyskawicznie pomógł odzyskać skradzioną „skórę” (jak w slangu określano portfel). Oczywiście bez gotówki, którą – za zgodą Sławoja-Składkowskiego – zachował opryszek. A jakim człowiekiem był sam Tasiemka? Czy to ktoś na wzór postaci dona Corleone znanego z powieści Maria Puzo „Ojciec chrzestny”? Czy wręcz przeciwnie, pospolity bandzior? Oddajmy głos Jerzemu Rawiczowi, biografowi Siemiątkowskiego: „Pół analfabeta, ledwie umiejący się podpisać, brat łata, odprawiający swe sądy w knajpach wolskich czy powązkowskich, zlumpowany proletariusz o drobnomieszczańskiej elegancji w połączeniu z niebywałym prymitywem, postrach i mediator kupców z Kercelaka”. Oto Tasiemka.

biegł pod ruchliwą ulicą i kończył się w bankowym skarbcu. Skarbcu, z którego szajka zrabowała ogromny łup.

Banda Tasiemki to mimo wszystko zbiorowisko przestępczych prymitywów. Prawdziwą szemraną arystokracją byli kasiarze. „Magnatem” wśród nich, a przynajmniej najbardziej sławną postacią ze środowiska, był Stanisław Cichocki, lepiej

znany w szerokich kręgach ówczesnego półświatka pod pseudonimem Szpicbródka. Kim był ten człowiek? Niech wypowie się o nim Henryk Lange, funkcjonariusz urzędu śledczego policji, który zawodowo zajmował się działalnością przestępczą Cichockiego: „Podczas wytężonej pracy w postępowaniu osaczania przestępcy, którego inteligencja mogła zaimponować, zadawałem sobie niejednokrotnie pytanie kim był Szpicbródka w rzeczywistości. Z jego różnych powiedzeń, z jego zachowania, sposobu bycia, choćby nawet podczas przesłuchań w Urzędzie Śledczym, doszedłem do wniosku, iż Szpicbródka stworzył wokół własnej osoby jakieś wyobrażenie wielkiego przestępcy, dżentelmena włamywacza, bohatera własnej powieści, którą realizował w życiu”.

„Szpicbródka stworzył wokół własnej osoby jakieś wyobrażenie wielkiego przestępcy, dżentelmena włamywacza, bohatera własnej powieści, którą realizował w życiu”.

Ta powieść z pewnością nie była nudnym romansem dla pensjonarki! Bo Cichocki był autorem wielu przeprowadzonych z brawurą złodziejskich akcji. Niektóre z nich przeszły do historii kryminalistyki, jak np. operacja przedostania się do bankowego skarbca w Rostowie. Przestępcy wynajęli piwnicę znajdującą się naprzeciw instytucji finansowej. Tam był punkt początkowy podkopu, który

Współcześnie wiele z tych, tak barwnych, jak dotkliwych, przestępstw wygląda niczym kadr z wesołego filmu z pogranicza kryminału i komedii. Bo i historia niejednego skoku to gotowy scenariusz na kinowy hit – niczym życie-powieść, którą swoją biografią pisał Szpicbródka.

Ostatecznie ręka sprawiedliwości sięgnęła i w jego kierunku. Początkowo Siemiątkowski został skazany na 3 lata więzienia, lecz Sąd Apelacyjny zmniejszył wymiar kary do 2 lat. Jednak Tasiemka nawet tyle nie spędził w więzieniu – został ułaskawiony przez prezydenta. Dowodzi to jego wysokiej pozycji w świecie ówczesnych elit politycznych. POSTRACH BANKIERÓW

Szpicbródka był jednym z ojców niesamowitej legendy, jaką otoczeni byli kasiarze. A elementami tej legendy były m. in. szczera sympatia ze strony zwykłych obywateli, niebywały szacunek, jakim darzyli ich zawodowi przestępcy innych specjalności, a nawet respekt ze strony stróżów prawa – gdy na terenach cesarstwa rosyjskiego dochodziło do dokonanego z rozmachem i profesjonalizmem nieautoryzowanego otwarcia skarbca, carska policja zakładała, że jest to zapewne robota „warszawskich worów”. KONIEC EPOKIE

23


FOTOREPORTAŻ

MATEUSZ BAJ ABSOLWENT PFP NA UW, STUDENT FOTOGRAFII DOKUMENTALNEJ NA LCC, WSPÓŁZAŁOŻYCIEL KOLEKTYWU inPRO

Tutejsi „Tutejsi” – tak mieszkańcy Polesia Zachodniego odpowiadali na pytanie o narodowość podczas spisu powszechnego w 1931 r. Ludność ta wyznawała różne religie, posługiwała się językiem chachłackim. Po II wojnie światowej obszar ten podzieliły granice Polski, Białorusi i Ukrainy. Mimo podziału, nadal widoczne są ślady tamtej społeczności. Okuninka, Sławatycze, Sobibór, Zaświatycze (Polska), Switaź, Szack, Hołowno (Ukraina), listopad 2010 r. - maj 2014 r. Projekt „Tutejsi” powstał w ramach projektu „Mistrz i Uczeń” Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „Ę” i był wielokrotnie nagradzany.

24 | koncept | styczeń 2017


FOTOREPORTAÅ»

25


LAJFSTAJL

Głosy z Mordoru MARCIN MALEC

student e-biznesu w sgh, specjalizuje się w mediach społecznościowych i brandingu, interesuje się motoryzacją

Rzucam to wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady. Pójdę dzisiaj do szefa i złożę wypowiedzenie.

K

oniec wstawania o 7 rano. Koniec przedzierania się przez zatłoczone ulice. Koniec słuchania o tym, jakim jestem fantastycznym pracownikiem, ale jak przychodzi do podwyżki, to jednak jeszcze wiele pracy przede mną. Czemu ja to sobie robię? Jest tyle możliwości, tyle okazji, a ja nadal jestem w tym samym miejscu. Brzmi znajomo? POGOŃ ZA UTRACONYMI MARZENIAMI O ile większość ludzi na tym kończy swoje postanowienia, o tyle są też tacy, którzy zakasują rękawy i słowa przekuwają w czyny. Oczywiście zdarzają się „niewypały” i wtedy taki wojownik wraca do korporacji z podkulonym ogonem, ale life is life – kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Natomiast tych, którym się udało, z dnia na dzień przybywa coraz więcej. Słyszy się o ludziach, którzy wyjechali na Dominikanę i tam prowadzą działalność turystyczną. Słyszy się o tych, którzy klawiaturę i monitor zamienili na targ warzywny i fartuch. Po wielu latach gonienia za pieniądzem i ulotną sławą, za kolejnymi szczeblami w strukturach firmy ludzie zaczynają zwalniać. Zaczynają dbać o swoje „ja”. Przypominają sobie o pasjach z okresu młodości. Siedząc w pracy po kilkanaście godzin dziennie, zaczynają odczuwać samotność. Ludzie zdają sobie sprawę, że kiedy ich pociecha robiła pierwszy krok, kiedy otrzymała pierwszą szóstkę w szkole, ich nie było w domu, bo albo byli w delegacji, albo gonili za, i tak już wyśrubowanymi, „targetami”. W takich chwilach człowieka dopada życie, które stojąc tuż za nim, szepcze mu do ucha: Ile

26 | koncept | styczeń 2017

jeszcze będziesz tak żyć? Nie widzisz, że gubisz to, co najważniejsze? VA BANQUE! Justyna Szawłowska przez dziesięć lat pracowała w korporacji. – Zajmowałam się marketingiem w branży nieruchomości. Nie ukrywam, że to nie była moja praca marzeń. Od pierwszego dnia w słynnym Mordorze, czyli okolicach ulicy Domaniewskiej, w mojej głowie kłębiły się pomysły na to, jak skutecznie uciec z korpozagłębia. Z pomocą, niczym grom z jasnego nieba, nadeszło macierzyństwo. To właśnie ono sprawiło, że zagrałam va banque – tak o początkach czegoś zaskakującego i przełomowego, ale i bardzo ryzykownego opowiada Justyna. Nadeszła ostra jazda bez trzymanki, czyli jedyny w swoim rodzaju projekt wydawniczy o życiu w Mordorze, ale nie tylko – „Głos Mordoru”.

Ostra jazda bez trzymanki, czyli jedyny w swoim rodzaju projekt wydawniczy o życiu w Mordorze, ale nie tylko – „Głos Mordoru”. Był pomysł, brakowało tylko jednego – równie pozytywnie zakręconej głowy, która ciepłą korpoposadę jest w stanie porzucić na rzecz ryzykowniejszej własnej inicjatywy. – W pewnym momencie do gry wkroczyła Sisi Lohman, czyli druga ze współzałożycielek „Głosu Mordoru”. Poznałyśmy się przez swoich partnerów, którzy przyjaźnią się od wielu lat. Nie musiałam jej długo namawiać, aby zdecydowała się towarzyszyć mi w rozwijaniu gazety – opowiada Justyna. To było półtora roku temu. Dzisiaj „Głos Mordoru” wydawany

jest w nakładzie 20 tys. egzemplarzy, co ciekawe nie tylko w Mordorze, bo zaczyna również z sukcesem podbijać inne dzielnice stolicy. Plany są bardzo ambitne – obecność w całej Polsce. Nie zawsze jednak było tak kolorowo. W dobie cyfryzacji i wszechobecnego internetu, który brutalnie i bez skrupułów wdziera się do naszej codzienności, wydanie gazety papierowej zakrawało na szaleństwo. Sama Sisi mówi otwarcie, że na początku wszyscy dziwili się, drukowanej, bezpłatnej gazecie. To nie powinno się udać. Kluczem do sukcesu było to, co kryło się za gazetą, czyli rzetelność, pasja i odwaga. Może dla wielu te słowa brzmią jak puste frazesy, ale rynek sam weryfikuje pomysły. Mogą być innowacyjne, ale bez odpowiedniego kapitana za sterami, nawet najszybszy statek nie dopłynie do portu. TERAZ ALBO NIGDY Podejmując decyzję o nagłym odejściu z korporacji, trzeba mieć świadomość, że prawdopodobnie nadejdzie jeszcze trudniejszy okres, niż dotychczas. Jeden ze start-upowców, z którymi miałem okazję niedawno rozmawiać, porzucił dobrze opłacane stanowisko menadżera ds. IT i wystartował z własnym pomysłem. Wiecie, co go najbardziej zaskoczyło? Nie był to brak zaufania ze strony klientów, opór wśród inwestorów czy zacięta walka konkurencyjna. To, co zachwiało jego dotychczas stabilnym i ułożonym życiem to zarobki. W korporacji zarabiał bardzo dużo. Teraz dokłada z własnych oszczędności, które topnieją szybciej, niż lody w czerwcowe, upalne popołudnie. Jednak zapytany o to, czy żałuje, odpowiedział: – Nie. To była najlepsza decyzja w moim życiu. Spełnianie swoich marzeń, to najpiękniejsza rzecz, jaka mnie spotkała.


SPORT

Łapy, łapy... dużo łap. Świat psich zaprzęgów ŁUKASZ SMOGOROWSKI

PRACOWNIK FUNDACJI ROZWOJU SYSTEMU EDUKACJI (ERASMUS+), ULTRAMARATOŃCZYK, PODRÓŻNIK, PROWADZI FANPAGE FB.COM/MIEDZYSZLAKAMI

Ucieczka od codziennego zgiełku. Doświadczanie natury. Budowanie głębokich relacji człowieka z czworonogiem. Smak rywalizacji. Poszukiwanie siebie... Powodów prowadzenia zaprzęgu jest więcej, podobnie jak emocji i przeżyć, które temu towarzyszą.

S

zerokość geograficzna w dużym stopniu determinuje to, jaką postać przybiera świat psich zaprzęgów w danym kraju. Południe, czyli także Polska, to głównie zawody, rywalizacja, walka na krótkich dystansach. Sukces – dosłownie! – goni sukces. Czołowi polscy zawodnicy to Igor Traczyk, wielokrotny mistrz Polski, Europy i świata oraz Waldemar Stawowczyk, także mający na swoim koncie tytuły mistrzowskie w kraju i za granicą. Legendą tej dyscypliny jest, nieżyjący już, Andrzej Wilczopolski, który był mentorem Kili Zamany. JESZCZE DALEJ NIŻ PÓŁNOC Im wyżej przesuniemy palcem po mapie, tym bardziej psie zaprzęgi zmieniają swój charakter. Skandynawia, dzięki swoim warunkom klimatycznym, pozwala zbliżyć się do korzeni: długie wędrówki, sanie ciągnące ekwipunek, zimowe obozowiska, obcowanie z surową naturą – to inny świat, inne relacje z czworonogami. Krok dalej są już tylko ekspedycje polarne. Kila nazywa to „wymiarem pierwotnym” i jako przykład podaje elitarną duńską jednostkę patrolową Syriusz – Sladepatru-ljen Sirius – której członkowie od ponad 60 lat przemierzają na psich zaprzęgach – wzdłuż, wszerz i wokół – mroźne pustkowia Grenlandii. W dwuosobowych zespołach, w dwuletnich cyklach pokonują tysiące kilometrów. Szukając jednak prawdziwych korzeni powożenia psimi zaprzęgami, trzeba cofnąć się stulecia wstecz i poznać lud Inuitów.

JAK PIES Z CZŁOWIEKIEM Kila miała szczęście być posiadaczką psa grenlandzkiego (obruszyłaby się zapewne na określenie „posiadaczka”). Grenlandy są najlepiej przystosowane do długich, ekstremalnych ekspedycji, najbardziej wytrzymałe i nieskażone hodowlą – to właśnie z tej rasy korzystał Amundsen, zdobywając biegun. Na dalekiej północy psy traktowane są wyjątkowo, a ich więź z człowiekiem jest bardzo mocna – zdobycie psa grenlandzkiego na Grenlandii graniczy z cudem, nie są na sprzedaż. Kila podkreśla, że tak, jak ludzie z Północy, nie powinniśmy zapominać o podstawowej sprawie: pies jest duszą i sercem całego zaprzęgu. Trzeba zrozumieć funkcjonowanie tego zespołu. Wyczuwać emocje, energię, a nawet agresję i panować nad nimi. Maszer, czyli osoba powożąca zaprzęgiem, świadomie lub nie, staje się „psim behawiorystą”.

Pies jest duszą i sercem całego zaprzęgu. także koń). Jeżeli dla kogoś śnieg nie jest w tym wszystkim istotną sprawą, wtedy możliwości jest więcej: psie zaprzęgi kołowe, canicrossing, czyli bieganie z psem (a dokładnie za psem, na specjalnej uprzęży), wymagające od właściciela największej kondycji fizycznej, oraz bikejoring, odbywający się na podobnej zasadzie co skijoring. Obie te dyscypliny, skijoring i bikejoring, odbywają się na krótkich dystansach. Jako środek transportu wykorzystuje się rower, a jako łącznik z psią siłą napędową (oprócz więzi duchowej!) – linę z amortyzatorem.

ŚNIEŻYCA NA DOBRY POCZĄTEK Kilka lat temu, na początku swojej przygody z psimi zaprzęgami, Kila wzięła udział w międzynarodowej ekspedycji Fjällräven Polar, jako jedna z nielicznych osób z Polski w historii tych wypraw. Wyjątkowo silne śnieżyce mocno dały się wszystkim we znaki, ale była to szansa na zdobycie cennego doświadczenia, którego nie wymaga się od kandydatów na uczestników. Innym sposobem zaznajomienia się z pracą zaprzęgów jest wolontariat: maszerzy, szczególnie ze Skandynawii, często przyjmują wolontariuszy. To okazja do poznania tego świata od kuchni. I od budy. ŚNIEGU JAK NA… BIKEJORING. ALBO CANICROSSING Zimy w Polsce są coraz cieplejsze, jeździć z psami po śniegu można coraz krócej i tylko w niektórych regionach kraju. Łatwiej znaleźć warunki do uprawiania skijoringu, w którym maszerem staje się narciarz, ciągnięty przez jednego lub dwa czworonogi (czworonogiem może być

W POGONI ZA UTRACONYM Kila Zamana (fb.com/nordickila), artystka, doświadczona podróżniczka i maszerka; uważa powożenie psim zaprzęgiem za kontakt z utraconym światem pierwotnych więzi człowieka ze zwierzętami i naturą; zwraca jednak uwagę na różne oblicza psich i ludzkich zmagań.

27


MNiSW

Koniec z dylematem – praca w biznesie czy w nauce DR PIOTR DARDZIŃSKI

PODSEKRETARZ STANU W MNISW

Resort nauki chce uruchomić nową ścieżkę rozwoju kariery akademickiej, która przyniesie korzyści doktorantom, przedsiębiorcom i uczelniom. Od następnego roku akademickiego nawet pięćset osób będzie mogło pobierać stypendia z MNiSW w ramach doktoratu wdrożeniowego.

Z

bliżenie nauki i biznesu jest jednym z podstawowych zadań, jakie chce zrealizować Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Stoi za tym przekonanie, że budowa globalnie konkurencyjnej i opartej na wiedzy gospodarki pozwoli na podwyższenie poziomu życia Polaków. Przeprogramowanie gospodarki z trybu odtwórczego na tryb innowacyjny dokona się zaś tylko za sprawą dobrej współpracy między nauką a biznesem. Ta z kolei polega na swobodnym przepływie wiedzy i kadry oraz na wdrażaniu nowych rozwiązań na rynku. Jedną z przeszkód, które tamują ten przepływ, jest brak jasno określonych możliwości rozwoju kariery akademickiej przez osiągnięcia w pracach wdrożeniowych. A przecież w Polsce studiuje wielu zdolnych ludzi, którzy chcą wykorzystywać efekty swoich badań laboratoryjnych do zmiany rzeczywistości – choćby tej rynkowej. Z drugiej strony z konsultacji, które MNiSW przeprowadziło podczas opracowywania Białej Księgi Innowacji, wynika, że wielu polskich przedsiębiorców widzi potrzebę inwestowania w badania i rozwój, chce także zatrudniać naukowców, czyli pracowników wysoko wykwalifikowanych. Zadaniem doktoratów wdrożeniowych, zwanych też przemysłowymi, jest umożliwienie nieskrępowanej współpracy tym dwóm, pozornie odległym od siebie, światom. Doktorat przemysłowy pomyślany został

28 | koncept | styczeń 2017

tak, żeby wszystkim trzem stronom – oprócz badaczy i przedsiębiorców jest nią również uczelnia – przyniósł korzyści. DOKTORAT W SYSTEMIE DUALNYM Doktorat wdrożeniowy to szybka ścieżka dojścia do pierwszego stopnia naukowego. W znacznej części pracuje się poza murami akademii czy instytutu badawczego, jednak przy ścisłej współpracy z uczelnią. Studia trzeciego stopnia tego typu mają być prowadzone w systemie dualnym. Jednostka naukowa po nawiązaniu współpracy z przedsiębiorstwem ustala z nim plan badań, który skupiony jest na rozwiązaniu konkretnego problemu wskazanego przez pracodawcę. Doktorant zyskuje dwóch opiekunów – naukowego, który pracuje na uczelni i czuwa nad jakością realizacji planu badawczego, oraz pomocniczego, który jest wyznaczony przez pracodawcę i nadzoruje całość prac. CO ZYSKUJE STUDENT? Aby jednak w ogóle była mowa o doktoracie wdrożeniowym, trzeba spełnić jeden niezbędny warunek: doktorant musi zostać zatrudniony przez pracodawcę w pełnym wymiarze czasu pracy. W ten sposób młody naukowiec ma dwa źródła dochodu – wynagrodzenie od przedsiębiorstwa, na rzecz którego prowadzi badania, a także stypendium wypłacane przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ministerialne stypendium doktoranckie wypłacane nawet przez cztery lata wynosić będzie 2450 zł, a więc równowartość obecnego minimalnego wynagrodzenia zasadniczego asystenta. Na początek, już w roku akademickim 2017/2018, MNiSW chce przeznaczyć sumę pozwalającą na wypłatę stypendiów pięciuset osobom. Po pomyślnym zakończeniu cyklu doktor z doktoratem przemysłowym będzie miał możliwość powrotu na uczelnię. Resort nauki planuje bowiem uruchomienie kolejnej ścieżki kariery, która da możliwość uzyskania uprawnień doktora

habilitowanego tylko na podstawie znaczących sukcesów wdrożeniowych. KORZYŚCI DLA UCZELNI I FIRM, CZYLI DLA PAŃSTWA Podczas trwania doktoratu wdrożeniowego jednostka naukowa będzie zobowiązana do udostępnienia swojej aparatury badawczej młodemu naukowcowi. Zrobi to jednak odpłatnie – otrzyma za to ryczałtową opłatę, której wysokość będzie zmienna w zależności od kosztochłonności badań w danej dziedzinie naukowej. Oprócz uzyskania korzyści finansowej uczelnia będzie zmotywowana do otwarcia się na otoczenie społeczno-gospodarcze, oraz wykształci kompetentną i otwartą na potrzeby rynku kadrę. Przedsiębiorcy z kolei będą mieli możliwość zyskania rynkowej przewagi nad konkurencją (również tą zagraniczną) poprzez wprowadzenie do obrotu innowacyjnych produktów i usług lub też usprawnienie wewnętrznych procesów. Stosowany zamiennie w stosunku do doktoratów wdrożeniowych przymiotnik „przemysłowy” może sugerować, że beneficjentami propozycji MNiSW będą wyłącznie uczelnie techniczne czy badacze z zakresu nauk ścisłych. Nic bardziej mylnego. Pracodawcą w tym trójstronnym porozumieniu będzie mogła być również instytucja publiczna lub organizacja pozarządowa, zajmująca się na przykład kwestiami społecznymi czy kulturowymi. Wdrożenia możliwe są przecież także w naukach humanistycznych i społecznych. Dobrym przykładem na rynkowe wykorzystanie innowacji społecznej jest ogólnopolski system monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwenta, który wykorzystuje Ministerstwo Nauki. Doktorat wdrożeniowy to bardzo ważny krok w kierunku budowy gospodarki opartej na wiedzy, a nie tylko taniej sile roboczej. Zamiast wykonawców możemy stać się pomysłodawcami, zamiast epigonów – pionierami. Warunkiem jest intensyfikacja kontaktów między nauką a biznesem.


ŚWIAT

Co czeka Unię Europejską w 2017 roku? DR TOMASZ KAMIŃSKI

adiunk t na Wydziale Studiów Międz ynarodowych i Politologicznych Uniwersy te tu Łódzkiego

Unię Europejską czeka wielki test z wartości, obrona fundamentalnych założeń całego procesu integracji europejskiej. Będzie musiała się zmierzyć z co najmniej pięcioma trudnymi pytaniami. Od udzielonych odpowiedzi zależy, czy uda się przeprowadzić wspólnotę przez okres bardzo silnych turbulencji, czy też

niebezpiecznie przybliżymy się do katastrofy, jaką byłby rozpad Unii Europejskiej. 1. JAK DOGADAĆ SIĘ Z BRYTYJCZYKAMI, CZYLI PYTANIE O PRYNCYPIA Rozwód z Wielką Brytanią będzie jednym z największych wyzwań, przed którymi stanie europejska klasa polityczna. Podczas oficjalnych rozmów, które zaczną się prawdopodobnie w marcu, gdy rząd brytyjski formalnie zgłosi wolę wystąpienia z Unii, będzie musiał zostać ustalony nowy rodzaj relacji ze Zjednoczonym Królestwem. Czy Wielka Brytania zostanie członkiem wspólnego rynku i unii celnej?

Ile będzie musiała płacić za ten przywilej? Czy nadal będzie związana zasadami wolnego przepływu osób? Jak w związku z tym będzie wyglądała jej granica z Irlandią, dotąd przecież zupełnie otwarta? Co z obowiązywaniem przepisów prawa europejskiego, regulującego wszak setki istotnych obszarów: od zasad oznaczeń produktów do prawa patentowego? Na razie przywódcy unijni podkreślają wolę zakończenia pertraktacji w obowiązującym okresie dwóch lat oraz nienaruszalność zasady niepodzielności czterech swobód (przepływu osób, towarów, usług i kapitału). Jeśli Unia Europejska utrzyma to stanowisko to Wielka Brytania zostanie postawiona pod ścianą: albo „hard Brexit” oznaczający gwałtowne (i bardzo kosztowne) zerwanie relacji, albo… rezygnacja z Brexitu. Trudno bowiem uwierzyć, że Brytyjczycy (jak Norwegowie) zaakceptują „unijny dyktat” i zgodzą się na wszystkie koszty członkostwa we wspólnym rynku, ale bez możliwości współdecydowania o jego regułach. Teoretycznie Unia jest więc w komfortowej sytuacji, bo może Brytyjczykom narzucić tak ciężkie warunki rozwodu, że stanie się on zupełnie nieopłacalny. W praktyce postawienie sprawy na ostrzu noża, choć pożądane, jest jednak mało prawdopodobne i unijni negocjatorzy będą prawdopodobnie szukać rozwiązań kompromisowych. Wynegocjowanie korzystnych dla Brytyjczyków warunków wyjścia może w konsekwencji jedynie zachęcić inne kraje członkowskie do kolejnych „exitów”, co będzie gwoździem do trumny dla UE.

29


ŚWIAT 2. JAK ROZWIĄZAĆ KRYZYS MIGRACYJNY, CZYLI PYTANIE O ZAKRES SOLIDARNOŚCI Nacisk migracyjny nieznacznie osłabł w porównaniu z 2015 rokiem, ale wciąż do Europy przybywają setki tysięcy osób, w poszukiwaniu bezpieczeństwa i lepszego życia – większość z nich stanowią uchodźcy. Tylko w trzecim kwartale 2016 roku aż 358 tysięcy ludzi poprosiło o azyl w krajach unijnych, z czego aż dwie trzecie w Niemczech. Nic nie wskazuje na to, żeby w nadchodzącym roku udało się ten napływ obcokrajowców do Europy istotnie zmniejszyć. Trudno bowiem wyobrazić sobie realne zamknięcie granic europejskich – tak z przyczyn humanitarnych, jak i z konieczności ekonomicznej (starzejąca się Europa cierpi na deficyt pracowników w wielu branżach). W efekcie Unia stoi przed wyzwaniem pomocy państwom członkowskim w wypracowaniu efektywnych rozwiązań w zakresie integracji przybyszów, co nieuchronnie spowoduje napięcia społeczne. Teoretycznie włączenie kwartalnie kilkuset tysięcy osób do 500-milionowego społeczeństwa europejskiego nie powinno być większym problemem. Do tego jednak potrzebne byłoby pragmatyczne podejście i solidarność w dzieleniu kosztów i ciężarów integracji, co jest bardzo trudne w sytuacji, gdy wykreowano wizerunek muzułmańskich uchodźców jako terrorystów, co jest szczególnie silnie obecne w krajach Europy Środkowej i Wschodniej. 3. JAK ZATRZYMAĆ FALĘ ANTYEUROPEJSKIEGO POPULIZMU, CZYLI PYTANIE O RACJĘ BYTU W 2017 roku odbędą się wybory w Holandii, Francji i Niemczech, być może także we Włoszech, w których po przegranym przez premiera Mattea Renziego referendum sytuacja znowu stała się politycznie niestabilna. We wszystkich tych

30 | koncept | styczeń 2017

krajach rosną w siłę partie odwołujące się do społecznych lęków, antyestablishmentowe i nacjonalistyczne. W ich politycznej narracji Bruksela jest winna niekorzystnych skutków globalizacji, utraty suwerenności oraz napływu obcych do Europy. Mieszkańcy Unii Europejskiej mało o niej wiedzą, dlatego tego typu oskarżenia trafiają na podatny grunt. Co więcej, nowe pokolenia, niepamiętające już traumy dwóch wojen światowych, nie widzą w integracji europejskiej gwarancji pokoju i drogi do dobrobytu, co dodatkowo ułatwia populistom kreowanie antyunijnych nastrojów i postaw. Instytucje unijne wciąż nie potrafią odpowiedzieć na zalew antyeuropejskiej propagandy, nie potrafią przebić się z własną narracją, uzasadnić swojej racji bytu. Oczywiście wpływ tego czynnika na wyniki wyborów w poszczególnych krajach nie będzie przesądzający, ale Unia nie powinna jedynie biernie się przyglądać. Paradoksalnie, w walce z eurosceptycyzmem najskuteczniejsze byłoby dalsze zacieśnianie integracji w obszarach ważnych dla obywateli – np. dokończenie tworzenia jednolitego rynku cyfrowego. Zniesienie w czerwcu przyszłego roku opłat roamingowych stworzy szansę na poprawę wizerunku Unii Europejskiej w oczach obywateli, ale muszą za tym pójść jeszcze inne działania. W przedstawionym na jesieni planie prac Komisji Europejskiej na 2017 rok niestety próżno szukać działań na tyle ambitnych, żeby mogły wywołać entuzjazm milionów Europejczyków. 4. JAK UŁOŻYĆ STOSUNKI Z ROSJĄ, CZYLI PYTANIE O JEDNOŚĆ W nadchodzącym roku wróci kwestia przedłużenia sankcji nałożonych na Rosję. Z jednej strony coraz głośniej mówi się, że na dłuższą metę polityka UE wobec Rosji nie może się opierać wyłącznie na sankcjach i współpraca jest niezbędna. Z drugiej zaś – ich zniesienie bez spełnienia przez Moskwę warunków politycznych, byłoby przyznaniem się do porażki. W perspektywie średniookresowej i dłuższej oczywiście pytanie o całościową wizję stosunków z kłopotliwym sąsiadem jest bardzo zasadne, ale priorytetem „na teraz” jest utrzymanie osiągniętego z trudem konsensusu. Putin z pewnością będzie robił wszystko, co w jego mocy, żeby tę jedność wokół sankcji, która utrzymuje się zadziwiająco długo, rozbić. Może mu w tym pomóc ewentualna wymiana przewodniczącego Rady Europejskiej. Kończący w maju pierwszą kadencję Donald Tusk, gorący orędownik sankcji, niekoniecznie musi zostać wybrany ponow-

nie, tym bardziej, że poparcie dla niego wycofała Polska. Nie wiadomo kto będzie jego następcą, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że będzie to osoba mniej zainteresowana kwestią rosyjską. Zniknie też prawdopodobnie czynnik amerykański, który skłania Europejczyków do przyjęcia jednolitego stanowiska. Zastąpienie Obamy, twardego zwolennika sankcji, przez Trumpa, złagodzi amerykańską politykę wobec Rosji. Wszystko to sprawia, że utrzymanie w 2017 roku konsensusu wokół relacji z Rosją będzie niezwykle trudne. 5. CO ZROBIĆ Z POLSKĄ, CZYLI PYTANIE O WIARYGODNOŚĆ W ROLI STRAŻNIKA WARTOŚCI W kolejnych miesiącach finał musi też znaleźć procedura kontroli praworządności wszczęta przez Komisję Europejską przeciwko Polsce w styczniu 2016 roku. Nic nie wskazuje na to, aby rząd Polski podporządkował się zaleceniom Komisji, szczególnie kiedy rzucił komisarzom w twarz bezkompromisowe: „sprawdzam”. W zaistniałej sytuacji powinni oni skorzystać z mechanizmu przewidzianego w art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej, czyli zwrócić się do Rady Unii Europejskiej o stwierdzenie poważnego ryzyka naruszania wartości wspólnoty przez kraj unijny. Jednak nawet jeśli w Radzie ministrów znajdzie się większość 4/5 członków, która przychyli się do zdania Komisji, to z góry wiadomo, że to nie wystarczy do podjęcia właściwych decyzji. Ostatecznie na forum Rady Europejskiej (składającej się z szefów rządów), decyzja w sprawie zastosowania wobec Polski przewidzianych Traktatem twardych sankcji nie zostanie podjęta, z uwagi na zapowiedź węgierskiego veta. Unia stanie więc przed problemem stwierdzenia własnej wiarygodności jako strażnika wartości demokratycznych. Wbrew opiniom wielu osób umniejszających znaczenie procedury przeciwko Polsce jej rezultat ustali skalę wpływu instytucji europejskich na procesy polityczne wewnątrz państw członkowskich. Oczywiście powyższa lista nie wyczerpuje wszystkich wyzwań, które stoją przed Unią Europejską. Pozostaje pytanie, jak ułożyć relację z Ameryką Trumpa? Co dalej z liberalizacją handlu? Jak włączyć się w stworzenie programu pokojowego dla Bliskiego Wschodu? To są już jednak wyzwania znacznie wykraczające poza horyzont roku 2017. Zmierzenie się z nimi będzie w znacznej mierze uzależnione od odpowiedzi, których Unia udzieli na pięć pytań przywołanych powyżej.


FELIETON

Modni Panowie WIKTOR ŚWIETLIK

dyrek tor centrum monitoringu wolności prasy sdp

Przeczytałem ostatnio biografie dwóch gości. Pierwszy z nich to miły, elegancki facet. Dobrze wykształcony, zaradny. Kulturalny przedstawiciel klasy średniej. Drugi to oczytany dyplomata. Uwielbiany w towarzystwie za swój indywidualizm, kochany przez kobiety.

P

ierwszy nieźle ubrany, ceniący sport, turystykę, sztukę i dobrą lekturę. Zawsze nowoczesny i zawsze na czasie, rozumiejący współczesność. Pracowity i kreatywny. Odnajdował się w korporacjach, partiach i samorządzie. Ludzie, którzy mu podlegali bardzo go chwalili. Bez względu na czasy, czy był młodym, ambitnym aktywistą, czy pewnym swej siły mężczyzną w średnim wieku, czy starszym dżentelmenem, znakomicie łapiącym kontakt z młodzieżą, zawsze można było śmiało go nazwać nowoczesnym Europejczykiem, reprezentantem najbardziej aktualnych zachodnich trendów. Drugi mieszkał na wschodzie. Pod kątem intelektu porównywano go do Charlesa Maurice’a de Talleyranda-Périgorda, ikony dyplomacji kroczącej ponad szaleństwami dziejów. Najzdolniejszy w swojej miejscowości. Chłonął książki i od młodego zachowywał dystans. Robił błyskawiczną karierę i szybko łapał

kontakty, nie dając się ponosić burzliwym prądom ideologicznym, które kłębiły się wokół niego. Modny i elegancki. Ulubieniec kobiet. Reformator, organizator, świetny menadżer. Człowiek zawsze wiedzący swoje i, jak kot, chodzący własnymi ścieżkami. Kosmopolita. Pierwszy z tych gości to Heinz Reinefarth, zbrodniarz hitlerowski, członek NSDAP i Gruppenfuhrer SS, któremu książkę poświęcił wytrawny szwajcarski historyk Philipp Marti. Bezpośredni sprawca Rzezi Woli, kiedy w ciągu kilkudziesięciu godzin zamordowano kilkadziesiąt tysięcy osób, przeważnie kobiet, dzieci i starców. Po wojnie był

Każdy z tych facetów, gdyby go obedrzeć ze zbrodni, to prawdziwie europejski elegant, taki jakiego żadna z telewizji informacyjnych nie powstydziłaby się w swoim studio. burmistrzem miasta Westerland, rozwijał turystykę, za osiągnięcia chwalono go w całych Niemczech. Zmarł pod koniec lat 70., wykonując dostojny zawód adwokata. Dopiero niedawno w mieście tym postawiono tablicę upamiętniającą powstańców warszawskich – gest wstydu za to, że zbrodniarz przez lata był tam traktowany jako pierwszy z obywateli. Drugi z bohaterów moich najnowszych lektur to Ławrientij Beria, którego opisała z kolei francuska sowietolog Françoise Thom. Beria do historii przeszedł nie

jako arbiter elegancji, ale jako masowy morderca, sadysta i zboczeniec. Współsprawca mordu katyńskiego i organizator syberyjskiego systemu obozów pracy i zagłady, po śmierci Stalina nie został reformatorem czy nawet likwidatorem komunizmu, bo szybcy koledzy w ramach walki o władzę zdążyli go rozstrzelać. Kto wie, gdyby historia się inaczej ułożyła, być może przeszedłby do historii jako ktoś w rodzaju reformatora Gorbaczowa, tylko 45 lat wcześniejszego (miał podobne pomysły). Takie to właśnie dwie biografie przeczytałem. Każdy z tych facetów, gdyby go obedrzeć ze zbrodni, to prawdziwie europejski elegant, taki jakiego żadna z telewizji informacyjnych nie powstydziłaby się w swoim studio. A jednak dużo ważniejszy jest fakt, że obaj byli masowymi mordercami, zbrodniarzami, zakałą XX-wiecznej historii ludzkości. Sprawcami nieszczęść setek tysięcy rodzin. Myślę, że warto o tym pamiętać, kiedy słyszymy, jaki to autorytet ze starszego profesora socjologa, okrzykniętego gwiazdorem, mimo tego, że nawet nie przeprosił za udział we wzmacnianiu agentury stalinowskiej w Polsce (Informacji Wojskowej). I kiedy oglądamy starszych panów, czasem dziś już dziadziów, domagających się przywilejów emerytalnych wysłużonych w esbecji i wojskowych służbach PRL. I kiedy oglądamy kolejne (całkiem niezłe zresztą) filmy o przedśmiertnych dylematach i bólach rozmaitych stalinowskich zbrodniarek i sadystek. Jakkolwiek wsteczna, zaściankowa i nieeuropejska byłaby ta pamięć.

31


Koncept nr 49  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you