Page 1

dwutygodnik akademicki w tym numerze:

Marcin Rosołowski

Zapotrzebowanie na ekspertów rośnie i będzie rosło. Takich, którzy mówią konkretnie, ostro, bez niuansów. Potrzebni są do tego stopnia, że czasem się ich str. 7 wymyśla. Tadeusz M. Płużański

Mojego ojca szantażowali siedzącą w celi obok żoną: skoro ty nie chcesz współpracować, z niej wszystko wybijemy. I wybili. Była w ciąży, poroniła. To wszystko spowodowało, że jako historyk i dziennikarz musiałem dowiedzieć się, kto zamordował Pileckiego, kto chciał posłać do piastr. 8 chu mojego ojca. 

I Ty możesz

obronić się przed niżem demograficznym! Już jest! Niż demograficzny ze świata statystyk urodzeń przeszedł w rzeczywistość. To już nie abstrakcyjne słupki w prognozie naukowej, czy artykule, a rzeczywiste zmiany wokoło nas. Najmocniej odczuwane jest to w edukacji. Już teraz dochody uczelni wyższych maleją. Mniejsza liczba studentów to niższe wpływy z czesnego lub niższe dot a c j e

Wiesław Chełminiak

Akcja „Obławy”, podobnie jak „Eukaliptusa”, rozgrywa się w rzeczywistości zdegradowanej. Tym razem przez wojnę i okupację. Zamiast spoconych i niechlujnych rewolwerowców mamy brudnych i wygłodniałych partyzantów. str. 9 Igor Zalewski

Do tej pory sądziłem, że newslettery rozsyłają firmy polujące na klientów, ale okazało się, że – jak zwykle – się myliłem. Newslettera może upitrasić zwykły śmiertelnik po to, żeby zamęczać przyjaciół nieciekawymi refleksjami z nieciestr. 12 kawej wyprawy. 

Helena Mychajlenko

Znajdź nas na facebook.com

ministerialne. By temu zapobiec uczelnie podnoszą opłaty i obniżają kryteria przyjmowania nowych studentów. Jednak i to ich nie obroni. W najbliższych latach czekają nas plajty części prywatnych uczelni. Mniejsza liczba dzieci, to mniejsza potrzeba zatrudnienia nauczycieli. Jeszcze nie tak dawno był to zawód, który choć nie uchodził za najlepiej opłacany, to w miarę dawał szanse łatwego znalezienia posady. Dziś młodym belfrom coraz trudniej o pracę. Najbardziej spektakularnym skutkiem niżu jest oczywiście zmiana w systemie emerytalnym. Tych szczęściarzy, którzy zaczną życie zawodowe dopiero po studiach, czeka praca przez 44 lata. Jak się zabezpieczyć przed nieuchronnym? Przede wszystkim szukać takich zawodów, które odpowiedzą na zmiany.

Przyszłe, starzejące się społeczeństwo, będzie potrzebowało geriatrów, obsługi domów starości, ludzi zajmujących się wszelkiego rodzaju ofertą dla seniorów. Masowa kultura, do niedawna młodzieńcza i skupiona głównie na promocji młodości, już teraz zaczyna dostrzegać zmiany i próbuje odpowiadać na nie. Odpowiedzią jest oczywiście podnoszenie kwalifikacji. Starzenie się społeczeństwa może powodować odpływ części inwestycji z Polski w poszukiwaniu młodszej, więc tańszej siły roboczej. Zatrzymać je będzie można poprzez dobrze wyedukowaną kadrę naukową, recepty na wdrażanie wynalazków w życie firm i ułatwienia dla inwestorów, w czym nie da się ukryć, póki co mocarzami nie jesteśmy. Jednak liczni socjologowie, w tym Francis Fukuyama, mówią o poważniejszej zmianie, która będzie najskuteczniejszą obroną przed niżem. O zmianie, której wzorce zaczerpnąć mamy od społeczeństw azjatyckich, a także tych, które funkcjonowały na naszym kontynencie niegdyś. Odwrocie od indywidualizmu i koncentracji na rodzinie. To dzieci, o ile o to zadbamy, będą zabezpieczały naszą przyszłość. Fukyama mówi wręcz o powrocie do modelu społeczeństwa opartego na rodzinnych firmach, dziedziczeniu nie tylko majątków, ale i miejsc pracy. A to - zabezpieczając nas przed upadkiem systemu emerytalnego - może sprawić, że █ znowu kiedyś wejdziemy w wyż.   str. 3

Jak się zabezpieczyć przed nieuchronnym? Przede wszystkim szukać takich zawodów, które odpowiedzą na zmiany. Przyszłe, starzejące się społeczeństwo, będzie potrzebowało geriatrów, obsługi domów starości, ludzi zajmujących się wszelkiego rodzaju ofertą dla seniorów.

Wy macie kolejki, my korupcję Na Ukrainie nie ma kolejek do dziekanatów, osoby tam pracujące, gdy trzeba, siedzą po dwanaście godzin. Kilkugodzinne stanie w ogonku, by w końcu pocałować klamkę, jest w Polsce zadziwiające nie tylko dla studentów z Zachodu. Ale za to u was nie zetknęłam się z uczelnianą korupcją. U nas to rzecz dość normalna, że za „drobną opłatą” można zostać zwolnionym z egzaminu. I nie da się ukryć, że niektórzy studenci to sobie chwalą. Wydawałoby się, że skoro wszyscy tu studiujemy w obcym języku, powinno być nam trudniej. Ale jest na odwrót – studenci w Polsce prawie nie mają dodatkowych ogólnych przedmiotów nie dotyczących obszaru ich przyszłego zawodu. Ale za to mają więcej czasu wolnego, by robić  str. 5 to, co chcą.

nr 2 26 listopada-9 grudnia 2012

foto Agencja Reporter

Pyta.pl Czy mainstream ich wykończy? Niektórzy internauci porównują ich do Sokratesa, który pozornie niegroźnymi pytaniami doprowadzał swoich rozmówców do tego, że zaprzeczali swoim poglądom. Inni uważają ich za prymitywów, których metodą działania jest infantylna prowokacja. Lewicowa Antifa nie znosi ich chyba już nawet bardziej od ONR-u, ale obrywało im się i od uczest-

ników prawicowych demonstracji. Siłą pyty. pl jest w gruncie rzeczy bezrefleksyjność ich rozmówców. Osoby o trochę większym dystansie do siebie i do rzeczywistości łatwo sobie z nimi radzą. Problem w tym, że autoironia nie jest naszą narodową cechą. Dlatego też racja bytu “pytaczy” nie powinna być zagrożona.

A jednak jest. Bo Pyta jest ostatnio uwodzona przez mainstream i chętnie daje się uwodzić. Jej twórcy przyjmują zaproszenia od największych mediów - pozostaje pytanie czy przyjmą też polecenia od ich prezesów. To dobrze im nie wróży, bo ich największą siłą była uliczna, offowa autentyczność. █  str. 4


2

starter

WIKTOR Świetlik

Mordowanie tego, co ważne W amerykańskiej komedii „Idiokracja” sprzed kliku lat, której akcja dzieje się w roku 2505 jest scena, kiedy społeczeństwo przyszłości ogląda film, który zdobył wszystkie Oskary, łącznie z tym za reżyserię i rolę pierwszoplanową. Akcja filmu polega na tym, że na ekranie przez 90 minut wyświetlane jest nieruchome zdjęcie pośladków. Niestety, coraz więcej osób ma wrażenie, że duża część naszego życia publicznego, zainteresowań społecznych, a nawet sporów politycznych kręci się właśnie wokoło równie istotnych problemów. Nie winiłbym za to masowego, a nawet elitarnego odbiorcy.

Problemem jest to, jak rzeczy kluczowe dla naszej przyszłości, te, które mogą być najciekawsze, są przez ludzi zajmujących się nimi sprzedawane. Czy tak właśnie nie jest z najważniejszą zmianą, jaka czeka nas w przyszłości? Którą już odczuwamy, a której skutki będziemy odczuwać coraz dotkliwiej? Ujemny przyrost ludności w Polsce i starzenie się społeczeństwa będą miały gigantyczny wpływ na moje życie. Na pewno nie mogę ze spokojem myśleć o emeryturze. Moje dzieci będą dorastać w zupełnie innym świecie, świecie ludzi starszych. Ratunkiem będzie imigracja, od której kierun-

ków w ogromnym stopniu zależy to, jak będzie wyglądała przyszła Polska - czy będzie nas rano budził śpiew muezinów, czy drugim językiem stanie się ukraiński, a może chiński lub wietnamski. Wszystko to sprawy, jakby na nie patrzeć, pasjonujące. I co? Przyznam się wam, że z reguły jak słyszę słowo „demografia”, to ziewam. Kojarzy mi się ona z nudnymi podręcznikami do socjologii, z wykresami i abstrakcyjnymi opiniami ekspertów. Chwała Wam, nasi dzielni akademicy za umiejętność przystępnej komunikacji ze społeczeństwem. Chwała Wam, dziennikarze za zdolność przekładania tego, o czym mówią akademicy na ludz-

ki język. Potraficie zanudzić człowieka najważniejszymi sprawami. Na stronie obok znajdziecie państwo artykuł Anity Sobczak o tym, jak zmieni się nasze życie, ale przede wszystkim krótki poradnik, jak się przygotować, by wygrać ze zmianami. Byśmy byli tymi, którzy wyjdą na tym zwycięsko, jak ci, wybaczcie porównanie, którzy zawarli odpowiednie kontrakty na spadki w obliczu kryzysu. Starzenie się społeczeństwa rodzi szanse. Także taką na odrodzenie się silnej roli rodziny, tworu, który najlepiej się sprawdzał w historii, nawet jeśli była to rodzina Borgiów.

Warto przygotować się na zmiany, zajmować tym, co ważne, a nie bezrefleksyjnie angażować w spory ideologiczne. Podobne zachowania dość skutecznie obnażali prowokatorzy z serwisu pyta.pl, choć uwzględniając poziom, jaki niekiedy prezentowali, oni sami świetnie daliby sobie radę w świecie opisanym w „Idiokracji”. Mam nadzieję, że przynajmniej po części, drugi numer naszego dwutygodnika pokaże, że można mówić o ważnych rzeczach (także demaskując te nieważne) w formie równie ciekawej jak widok pośladków dla bohaterów „Idiokracji” albo odbiorców dzisiejszej █ medialnej papki. 

było, jest, będzie gu ostatnich pięciu lat nie opublikowali nic.

Uczelni będzie już tylko mniej MOST – czyli Do 2015 roku, aż 2/3 działasemestr, rok na injących w Polsce prywatnych uczelni przestanie funkcjonej uczelni w kraju nować. Liczby już teraz bez-

Paranaukujemy Państwo źle wydaje pieniądze na naukę, a konkretnie na badania naukowe – to wniosek z raportu NIK, która przyjrzała się pracom 17 jednostek naukowych i czterem uczelniom wyższym. W 2009 r. tylko 12 proc. projektów finansowanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego było ukierunkowanych na zastosowanie w praktyce. Jeszcze gorzej było w roku 2010, kiedy odsetek ten nie przekroczył sześciu procent. Zdaniem NIK, większość zbadanych projektów naukowych nastawionych było „głównie na rozwój i utrzymanie kadr” uczelni i instytutów. W składzie 75 proc. zespołów oceniających działania naukowe (w tym jednoosobowych) znaleźli się ludzie, którzy byli jednocześnie pracownikami ocenianych przez siebie jednostek. Wskaźnik publikacji w międzynarodowych prestiżowych czasopismach naukowych oscylował w skontrolowanych instytucjach wokół 0,5. NIK trafiła na ośrodki, których pracownicy naukowi w cią-

Z początkiem listopada rozpoczyna się migracja studentów. Wszystkie uniwersytety w kraju zaczynają bowiem elektroniczną rejestrację do Programu Mobilności Studentów MOST. Projekt umożliwia studiowanie na innej, polskiej uczelni przez jeden lub dwa semestry. MOST reklamowany jest jako nowa forma studiowania, która umożliwia chętnym odbycie części studiów w uczelni innej niż macierzysta. Studenci mogą przez maksymalnie rok uczyć się przedmiotów, które nie są dostępne w ofercie ich uczelni. W programie bierze udział sporo uczelni: Uniwersytet Śląski w Katowicach, Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie czy Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie to tylko część długiej listy. Wnioski uczestnictwa w programie należy złożyć do 30 listopada. 30 grudnia zostaną opublikowane wyniki rekrutacji.

Agencja informacyjna „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” zbadała, które uczelnie publiczne kładą największy nacisk na komunikację i cieszą się dzięki temu najlepszą renomą. Wśród uniwersytetów klasycznych zdecydowanie najbardziej medialną szkołą w Polsce jest Uniwersytet Warszawski. W minionym roku akademickim (od 1 października 2011 do 30 września 2012) pojawiło się na jego temat ponad 44 tys. publikacji (badanie na podstawie monitoringu prasy, internetu, radia i telewizji). Wyniki analizy pokazują wzrost zainteresowania szkolnictwem wyższym w ogóle. Jedno-

cześnie w dalszym ciągu to uniwersytety klasyczne są tym typem uczelni, które najbardziej przyciągają uwagę mediów. Pomimo licznych

głosów mówiących o niedoborze inżynierów na polskim rynku pracy, uczelnie techniczne przegrywają z uniwersytetami.

ZEUS - najszybszy polski komputer, 106 pod tym kątem na świecie,własność krakowskiej AGH

Zeus najszybszy w Polsce Po raz szósty z kolei najszybszym komputerem w Polsce okazał się Zeus z Akademickiego Centrum Komputerowego Cyfronet Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Według listy Top500.org komputer Cyfronetu AGH zajmuje 106. miejsce na świecie. Na 143. miejscu jest komputer Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego. Na 344. miejscu uplasował się komputer Allegro; na 377. - komputer Poznańskiego Centrum Superkomputerowo Sieciowego. źródło: www.gazetaprawna.pl; www.zielonagora.gazeta.pl; www.nik.gov.pl; www.press-service.com.pl

foto Marek.magrys/Wikipedia

względnie dowodzą, że lawina upadłości ruszyła - z 338 szkół wyższych działających jeszcze w 2011 r. zamknięto 27, a 22 są w stanie likwidacji. A to dopiero początek czystki w branży uczelnianej, bo w miarę jak pogłębia się niż demograficzny i spada liczba studentów, będą pustoszały sale wykładowe. Z szacunków Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan wynika, że w ciągu najbliższych 2-3 lat zniknie ok. 200 niepublicznych uczelni. W pierwszej kolejności upadną te, które mają do tysiąca słuchaczy. W 2025 r. zostanie tylko ok. 50 uczelni prywatnych.

Ranking najbardziej medialnych szkół wyższych


3

koncept główny

Jak samemu pokonać kryzys demograficzny Autorka jest dziennikarką Polskiej Agencji Prasowej

Czy w starzejącym się społeczeństwie jesteśmy skazani na coraz gorsze, trudniejsze życie bez poczucia bezpieczeństwa? Niekoniecznie. A przynajmniej, nie wszyscy z nas. Na kryzysie demograficznym - tak jak na kryzysie ekonomicznym - niektórzy wygrają, wykorzystają go na własną korzyść. Co zrobić, żebyśmy to wlaśnie my wygrali?

Od kilku lat w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci - na 1000 mieszkańców rodzi się ich tylko 10. Według GUS za 25 lat będzie nas już tylko 36 mln, a za 50 lat - 31 milionów. Społeczeństwo będzie się starzeć. O przyczynach możemy usłyszeć na lewo i prawo. Młodzi nie chcą mieć potomstwa, bo tak im wygodniej, bo robią kariery, bo są egoistami, bo ich na to zwyczajnie nie stać. W każdej z tych opinii jest zapewne część prawdy, ale ważniejsza jest odpowiedź na inne pytanie. Jak przygotować się na zmiany? Po pierwsze, warto spojrzeć jak przygotowuje się do tego państwo. Abstrahując od tego, czy pomysły przedstawione ostatnio przez rząd mają szanse rzeczywiście zwiększyć dzietność, coś się jednak pojawiło. Wydłużenie urlopów macierzyńskich, program Mieszkanie dla młodych w miejsce Rodziny na swoim, zapowiedzi zwiększenia dotacji na żłobki i przedszkola. Wszystko wygląda pięknie, ale wiadomo jak to jest z obietnicami władzy - zaraz się okaże, że trzeba bardziej oszczędzać i wspomniane programy koncertowo wezmą w łeb. Co wtedy? Wszyscy - niezależnie od tego, czy posiadający potomstwo, czy nie - powinni mieć świadomość, że najbliższe dziesięciolecia upłyną nam pod hasłem: chcesz liczyć, licz na siebie. Nie łudźmy się, że jakoś to będzie. Nie będzie. Trzeba mieć na siebie pomysł.

Szczęśliwa starość nie będzie niemożliwa, ale trzeba będzie zatroszczyć się o nią bardziej niż dotychczas

Technika Aikido

Przy założeniu, że obecne tempo spadku urodzeń się utrzyma, za kilkanaście lat nie będziemy mogli liczyć na żaden system emerytalny. Już teraz trzeszczy on w szwach, a może być gorzej. W tej sytuacji każdy musi zadbać o swoją przyszłość sam. Jedną z najlepszych recept jest ta, która zalecana jest przy każdym kryzysie. Wykorzystać nadchodzące zmiany z korzyścią dla siebie, jak zawodnik Aikido wykorzystuje impet przeciwnika przeciwko jemu samemu. Jak? Jakkolwiek to nie zabrzmi, grupą docelową wielu działań instytucji rządowych i pozarządowych staną się starsi ludzie. Już teraz osoby powyżej 60. roku życia stanowią 17 proc. ogółu Polaków. GUS prognozuje, że w 2030 roku ponad 50 procent gospodarstw

jednoosobowych będzie prowadzonych przez osoby w wieku co najmniej 65 lat, w tym 17,3 proc. przez osoby w wieku 80 lat i więcej. Te dane można potraktować jako szansę. Studenci medycyny poważnie powinni rozważać specjalizację z geriatrii. Bardziej rzutcy dzisiejsi 20-, 30-latkowie mogą wziąć pod uwagę budowę, czy prowadzenie domów opieki społecznej. Wszelka rehabilitacja, zajęcia aktywizacyjne - na takie usługi będzie coraz większy popyt. Kamil Bobek z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej zapowie-

dział kilka tygodni temu, że w resorcie pracy powstaje departament dedykowany tematyce senioralnej. Ma się on zająć tworzeniem polityki państwa wobec osób starszych. Studenci czy absolwenci studiów humanistycznych w takich planach mogą szukać dla siebie szansy. Nauczyciele powinni zdobyć kwalifikacje, żeby edukować najstarszych. Eksperci wieszczą, że kryzys demograficzny nieuchronnie prowadzi do spadku PKB, co na pewno przełoży się na poziom życia. Straszą, że będziemy żyć w chronicznie trwającym kryzysie gospodarczym. W takim wypad-

ku trzeba mieć otwartą głowę - nie bać się zmieniać zawodu nawet co kilka lat. W niepewnych czasach elastyczność będzie na wagę złota.

Naukowcy na wagę złota

Podnoszenie kwalifikacji i samokształcenie nie zawsze było w Polsce w cenie. Dziś jest, a powinno być jeszcze bardziej. Rynek pracy będzie się kurczył. Z dużym prawdopodobieństwem można przewidzieć, że coraz mniejsza ilość osób w wieku produkcyjnym będzie oznaczać, że koszty pracy dla ewentualnych pracodawców będą coraz wyższe. Kryzys pokazał, że kapitał ma narodowość, więc wzrastające koszty utrzymania zakładów w Polsce plus kiepska kondycja ich rodzimych gospodarek, na pewno zachęcą inwestorów do poszukiwania lepszych warunków prowadzenia biznesu. Tu szansą może być zatrzymanie odpływu przedsiębiorców z naszego kraju wysoko wykwalifikowaną kadrą naukową. Biznesmenowi, który korzysta z osiągnięć miejscowych naukowców trudniej będzie się, ot tak, wynieść. Naukowcy, w was nadzieja.    Zapaść demograficzna, a raczej próba odwrócenia jej negatywnych konsekwencji będzie uczyła też tolerancji. Jednym bowiem ze sposobów radzenia sobie z coraz mniejszą liczbą urodzeń jest otwarcie granic. Naturalnym kierunkiem, z którego mogliby przyjeżdżać do nas imigranci to Europa Wschodnia. Nie zdziwmy się więc, jak na klatce schodowej coraz częściej będą nas mijać sąsiedzi z obcobrzmiącym akcentem. 

Make kids not war

I - last but not least - najprościej i najbanalniej w odpowiedzi na kryzys demograficzny mieć dzieci. Tę prawdę objawił nam już jakiś czas premier. Żeby być uczciwym, trzeba jednak przytoczyć pewne dane - otóż przedstawiciele Centrum im. Adama Smitha oszacowali koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia 20. roku życia) na 176 tys. złotych; dwójki dzieci na 317 tys. złotych. Przeraża, ale co by nie mówić - to najskuteczniejszy sposób na przygotowanie się do życia w kryzysie demograficz-

nym. Dzieci zapracują na nasze emerytury, pomogą. Przecież na początku kryzysu na przełomie 2008 i 2009 roku nawet minister finansów Jacek Rostowski podpowiadał, że dzieci to najlepsza lokata na przyszłość. Amerykański socjolog i politolog Francis Fukuyama idzie o krok dalej i w książce „O zaufaniu jako kapitale społecznym” twierdzi, że w epoce postindrustrialnej to rodzina, a nie jednostka, będzie najważniejszym podmiotem na rynku. Stworzona teraz firma za kilkanaście lat ma szanse stać się firmą rodzinną. A to dobrze wróży zarówno jej potencjalnym założycielom, czyli dzisiejszym 20-, 30-latkom jak i jej przyszłym właścicielom, █ czyli naszym dzieciom. 

Już dziś przez niż demograficzny:

Rosną opłaty na uczelniach Skutki niżu owocują mniejszą ilością kandydatów na uczelnie wyższe, co dotyka finansowo zarówno szkoły prywatne, jak i państwowe. Mniejsza ilość studentów to niższe wpływy z czesnego lub niższe dotacje ministerialne. By temu zapobiec uczelnie podnoszą opłaty i obniżają kryteria przyjmowania nowych studentów.

Brakuje miejsc pracy Mniejsza liczba uczniów w szkołach podstawowych nie jest niestety wykorzystywana do podniesienia poziomu nauczania. Łatwiej - co już się dzieje - likwidować placówki, w których uczy się mniej dzieci. To oznacza, że młodym nauczycielom coraz trudniej znaleźć pracę. Wydłuża się wiek emerytalny Tych szczęściarzy, którzy zaczną pracę dopiero po studiach, czeka praca przez 44 lata. Ci, którzy zaczną pracę w trakcie studiów, popracują jeszcze dłużej. Podwyższenie wieku emerytalnego do 67. roku życia to także pośredni skutek niżu demograficznego. Żeby przy rosnącej liczbie osób pobierających świadczenia dopiąć system, Polacy muszą dłużej pracować.  Zmienia się polityka Na własną rękę z problemami demograficznymi walczy Opolszczyzna, gdzie jest najniższa dzietność w kraju. Dlatego władze regionu chcą stworzyć Specjalną Strefę Demograficzną. Planują m.in. zatrudnić opiekunki do dzieci oraz dopłacać do żłobków i przedszkoli dla rodzin wielodzietnych. Chcą też utworzyć Specjalną Strefę Ekonomiczną, by ściągać inwestorów, tworzyć miejsca pracy i w ten sposób zatrzymywać osoby rozważające emigrację.

foto Agencja Reporter

Anita sobczak


4

kontrowersje

Czy to koniec pyty.pl

Stanisław Małolepszy

foto pyta.pl (3)

Dla jednych pyta.pl to tanie prowokatorstwo okraszone polityczną niepoprawnością, dla innych szansa na oddech od ludzi zaangażowanych w zwalczające się ideologie. Dla zaangażowanych w końcu to okazja, żeby nabrać ciut dystansu. Tyle, że sama Pyta może stracić swój dystans i zęby przez wchodzenie na medialne salony. Numer zrobiony przez dowcipnisiów z internetowego serwisu pyta.pl podczas kręcenia filmu w czasie tegorocznego Święta Niepodległości był pod kątem tematyki na swój sposób proroczy. Jeden z „pytaczy” podszedł do grupy policjantów zabezpieczających oficjalne obchody. Stanął spokojnie obok, ale z czegoś w rodzaju krótkofalówki, którą miał zawieszaną na ramieniu dochodziły odgłosy okrzyków w rodzaju tych wznoszonych przez islamskich fanatyków, a także rozważania „jak odpalić tę bombę”. Co ciekawe, policjanci, którzy widząc kogoś z puszką piwa w ręce zapewne rzuciliby się z miejsca do boju, w tym przypadku byli nieco zdeprymowani. Powoli odwracali się w kierunku „terrorysty”, przyglądali się, z ich zachowania widać było, że nie wiedzą co z fantem zrobić. Zapewne ich instrukcje nie przewidziały takiej sytuacji, a bez instrukcji ani rusz. Film z tą sceną obejrzano na Youtubie - w momencie pisania tego tekstu - grubo ponad 400 tysięcy razy. Relację pyty.pl z ostatniego Kongresu Kobiet dużo więcej, bo prawie 1,2 mln razy. Niejeden znany dziennikarz telewizyjny marzyłby o takiej popularności. Gdzie tkwi popularność Pyty? Jaok z Pyty w rozmowie z Joanną Berendt (Gazeta.pl): „Jak słyszę najaranego kolesia na marszu Wolnych Konopi, który mówi, że zakaz palenia trawki to „prawdziwy faszyzm”, albo taksówkarza, który utrzymuje, że deregulacja będzie oznaczała dla niego „koniec świata”, to wiem, że muszę tam pójść i sprawdzić, co ci ludzie mają w głowie. Czy widzą, że trochę jednak wyolbrzymiają swoje problemy, czy raczej starają się być tak radykalni, jak tylko możliwe, żeby zwrócić na siebie uwagę.” Pyta stosuje kilka metod. Po pierwsze, pozornie potwierdza

PYTA do policjanta, którego wezwali demonstranci: - Zadajemy pytania, zabawne, dowcipne, pokojowe.

PYTA: - Excuse me, do you speak English ? DEMONSTRANT: - A little. PYTA: - Thank you

PYTA: - A czy uważa pani, że dzięki takim kongresom, kobiety będą miały takie same prawa jak ludzie? FEMINISTKA: - (chwila namysłu) Sp…j.

PYTA: - Co jest dla pani bardziej interesujące, wyścigi kobiet, czy koni? FEMINISTKA: - Ja bym w ogóle nie chciała odpowiadać na takie pytania. PYTA: - Więcej zarabia sportsmenka od konia wyścigowego? FEMINISTKA: - A widzi pan. I tu nie o to chodzi.

poglądy osoby, z którą rozmawia, ale sprowadza je do absurdu - „przepraszam pana, czy uważa pan, że ma pan rację?”. Po drugie, bezczelnie atakuje - osławione „pani wykład ssie pałkę” do Kazimiery Szczuki. Po trzecie, jak w skeczach Monty Pythona, zadaje absurdalne pytania, np. uczestników prawicowej demonstracji w dniu Święta Niepodległości nieustannie pytano, czy podobał im się Bond lub po prostu nieco zniekształcając sztampowe pytanie, wykorzystuje brak zastanowienia u rozmówcy - „dlaczego dźwięk

błyskawicy jest szybszy niż błysk”. Reakcje też można podzielić. Rozgłos pycie zapewniły tak naprawdę środowiska radykalnie lewicowe. Ponieważ teleprowokatorzy początkowo wywiadowali głównie je, szybko za sprawą swojej złośliwej formy zyskali tam opinię faszystów. Na starych filmach widać jak działacze Antify czy Antyklerykalnej Partii Racja próbują wyrywać mikrofon, rzucają się z pięściami, obrzucają Pytę stertami wyzwisk. Na filmie z ostatniego Marszu Niepodległości „porządko-

d…y, Szczuka wymierzyła “pytaczowi” lewy sierpowy (co ciekawe, w serwisach internetowych, które pokazały ten film, pojawiło się całkiem sporo głosów broniących Szczuki). Są jednak ludzie, którzy z Pytą wygrywają. Jedna z działaczek feministycznych py tana, czy „kobiety powinny mieć takie praPYTA: wa jak ludzie”, odpowiada „sp…j”. - Demonstruje pani przeciwko Ale już jej koleżanka z ironią tługłodującym dzieciom? maczy, dlaczego kobiety „powinny DEMONSTRANTKA: mieć takie same prawa jak ludzie”. - Tak. Do tego siła Pyty staje się jej słabością. Stała się bardzo rozpoznawalPYTA: - Dziękuję bardzo. na. Stąd najłatwiej jej „wkręcać” starszych, jak uczestników demonstracji w obronie Telewizji Trwam, którzy z uporem starali się przekonać Pytę do swoich racji. Jednak - i to z kolei jest siłą Pyty - nie miałaby ona w ogóle racji bytu, gdyby ludzie w Polsce, szczególnie ci reprezentujący niektóre środowiska polityczne, mieli trochę więcej humoru i dystansu do siebie. Dowcip Pyty w gruncie rzeczy oparty jest zawsze na takim mechanizmie, że absurdalne, przerysowane, czy żartobliwie agresywne pytanie, traktowane jest w sposób poważny. W sposób poważny po polsku, czyli należy się zgadzać, albo traktować jako wrogie. Przecież Kazimiera Szczuka, gdyby było w niej ciut mniej zapalczywości, mając przed sobą niedoświadczonego młodziaka z amatorskim sprzętem mogła odpowiedzieć: „niech pan lepiej spojrzy na siebie, to zobaczy pan, czyj program ssie pałkę” i się roześmiać. Czy Pyta jest promocją bezideowości? W rozmowie z innym serwisem internetowym jeden z jej twórców pytany co ma do przekazania, odpowiada „one in the pink, one in the stink”. Odpowiedź godna wulgarnawego, acz niezbyt rozgarniętego 12-latka, który po raz pierwszy obejrzał film pornograficzny. Z drugiej strony niektóre z pytowych prowokacji wskazują na dużą bystrość i błyskotliwość jej twórców. Dla demonstrującej Polski, może poza nieznoszącą ich Antifą, stali się swoistym rozluźniaczem, a zarazem demonstracyjnym folklorem. Niezbyt bojowo PYTA: wyglądający mężczyzna na rowe- Nie będzie pani rze snuje przed meczem z Rosjabrała udziału nami w rozmowie z Pytą dywagaw zamieszkach? cje na temat ukrytego przez siebie STARSZ A PANI: arsenału. Niewątpliwie Pyta jest lustrem, - Nie, bo to młodzież przeważnie. w którym odbija się nadmierne ludzkie zacietrzewienie. SpojrzePYTA: - No tak, za stara na zamieszki. nie w nie jest czasem zdrową i często zabawną terapią. I tyle. STARSZ A PANI: W przypadku Pyty trudno nie - Tak. oprzeć się jeszcze jednej kwestii. Czy wejdą do mainstreamu? wy” - zamaskowany, wysoki działacz Podejmują od czasu do czasu Antify w hełmie na głowie i z tarczą takie próby. Niegdyś mieli epiw dłoni - odpycha Pytę od uczestni- zod z Tele 5, niedawno do współków lewicowego marszu krzycząc: pracy zaprosiło ich TOK FM, „Nie jesteście dziennikarzami, chętnie brylowali na zaproszejesteście pytą.pl, jakimś cho- nie TVP2. Czy będą więc śmiać rym, p…ym portalem interne- się pewnego dnia tylko z tych, towym”. „Czy to jest oficjalne których nie akceptuje szefostwo stanowisko Antify?” - odpowia- którejś stacji? da spokojnie odpychana Pyta. Uwzględniając jak dzisiejsi Polacy Zresztą swoją sławę serwis zawdzię- są zacietrzewieni, Pyta w starej forcza lewicowej działaczce Kazimie- mie miała jeszcze spore szanse przed rze Szczuce. Pytana o to, czy wie, że sobą, ale mainstream może być jej █ jej program ssie pałkę, czyli jest do końcem. 


5

edukacja O przewagach i słabościach polskiego szkolnictwa w porównaniu z ukraińskim pisze Helena Mychajlenko - młoda, ukraińska dziennikarka studiująca w Polsce.

Polacy dziwią się, że przyjechałam tu na studia Helena Mychajlenko Jedno z pierwszych pytań, jakie zadawano mi po przyjeździe do Polski brzmiało: dlaczego właśnie tu? Kolejne: sama tego chciałaś, czy nie miałaś wielkiego wyboru? Te pytania wprawiły mnie w osłupienie. Bardzo się cieszyłam z przyjazdu na studia do Polski. Tymczasem moi koledzy Polacy myśleli, że można tu przyjechać tylko z racji braku innych możliwości. Szczerze powiedziawszy, my na Ukrainie traktujemy sprawę tak samo. Może to słowiańska mentalność - przekonanie, że zawsze lepiej tam, gdzie nas nie ma. Po roku w Polsce i 5 latach studiów na Ukrainie mogę pokusić się o porównania.

NIE WIECIE CO TO KORUPCJA

Zacznijmy od plusów dla Polski. Po pierwsze, brak korupcji. Przynajmniej ja przez wspomniany rok nie miałam z nią żadnej styczności. Na Ukrainie o rozmiarze łapówek przeciętny kandydat na studia dowiaduje się niestety już na egzaminie wstępnym. Nie da się ukryć, że wielu studentów się z niej cieszy.

ani razu nie słyszałam o „innych sposobach załatwienia” egzaminów lub prac. Drugim plusem jest to, że w Polsce jest łatwiej. Studenci z krajów wschodnich z miejsca to odnotowują. Na polskich uczelniach studenci mniej muszą czytać i przygotowywać się na zajęcia. Wydawałoby się, że skoro wszyscy tu studiujemy w obcym języku, powinno być nam trudniej. Ale tak nie jest – polscy studenci prawie nie mają dodatkowych ogólnych przedmiotów nie dotyczących obszaru ich przyszłego zawodu. A więc w Polsce jest więcej czasu wolnego, by robić to, co się chce. Rozwijać się samodzielnie. Plusem Polski jest też życie studenckie. Niekoniecznie imprezy. Sport, koła naukowe, samorząd studencki – to wszystko tutaj działa o wiele lepiej niż na Ukrainie. Jeżeli bym powiedziała na swojej byłej uczelni, jaki budżet ma polski samorząd, nie uwierzono by mi. Na Ukrainie boją się dać studentom taką władzę - wszystko musi być pod kontrolą. To efekt komunizmu. Trochę inaczej odbywają się tutaj zajęcia. Na Ukrainie wszystkie one są obowiązkowe. Bez obecności i aktywności nie ma szans na

Jeżeli bym opowiedziała ukraińskim kolegom, jaki budżet ma polski samorząd studencki, to by nie uwierzyli. Na ukraińskich uczelniach jest korupcja, a wykładowcy mają ogromną władzę nad studentem. Ale absolwenci ukraińskich uczelni więcej czytają. No i macie w Polsce straszne kolejki do dziekanatów zdanie egzaminu. Wykładowcy nie mu i z reguły zgadzają się spotymają dyżurów. Każdy musi chodzić kać ze studentami w dogodnych dla za swoim promotorem i błagać go nich terminach. o poświęcenie trochę czasu. Ukraiński absolwent ma szeroki zakres wiedzy, oczywiście o ile nie JESTEŚMY ELASTYCZNIEJSI kupił studiów. Ale, wbrew pozorom, te różne Wady studiowania w Polsce? wady ukraińskiej nauki łatwo prze- Koszmarne kolejki do dziekanatu kuć w zalety. I właśnie na tym pole- - czasem trzeba w nich spędzić 3-4 ga sztuka bycia ukraińskim studen- godziny. Coś takiego widziałam tyltem. Brak dyżurów bywa bardzo ko tutaj - kilkugodzinne czekanie wygodny, ponieważ można umówić skończyło się tym, że pani zamknęsię z promotorem wtedy, kiedy obu ła drzwi przed nosem, bo idzie do stronom odpowiada. Wykładow- domu. Nie rozumiem czemu tego cy rozumieją ograniczenia syste- się nie zmienia. Gdy zaczyna się rok

sylwetka

foto Agencja Reporter

Temperatura powyżej czterdziestu stopni, dookoła palmy, bary pełne egzotycznych drinków i setki turystów – tak wygląda latem Sewilla, stolica hiszpańskiej Andaluzji. Dlatego wielu chętnie wybiera ten rejon na wakacyjny wyjazd. Daje on gwarancję, że urlop będzie udany. Tymczasem Wojciech Gorczyński, absolwent Wydziału Mechatroniki na Politechnice Warszawskiej pojechał do Sewilli, żeby przez pół roku zdobywać nowe umiejętności. - Pracuję w lotnictwie. W tej branży najwyższe standardy muszą być normą, aby było bezpiecz-

nie. Firma wysłała mnie do Hiszpanii, żebym zdobył uprawnienia dające mi większe możliwości zawodowe – mówi Gorczyński, który nie ma jeszcze trzydziestu lat, a pracuje jako inżynier, technolog produkcji w firmie Airbus Military Polska (dawniej EADS PZL). Koncern zajmuje się produkcją samolotów. Szkolenie odbyło się w Hiszpanii, ponieważ główna siedziba firmy znajduje się na Półwyspie Iberyjskim. Dlatego w Sewilli oraz w Madrycie inżynierowie oraz inni pracownicy Airbus Military z całej Europy zdobywają nowe umiejętno-

akademicki, to na Ukrainie dziekanaty czynne są po 12 godzin. Nikt nie czeka dłużej niż pół godziny.

NIE LUBICIE DYSKUSJI

Polscy wykładowcy, choć formalnie mają mniej władzy niż ukraińscy, bywają - przynajmniej część z nich - bardziej apodyktyczni. Dyskusja, odmienność zdania nie zawsze są mile widziane. Wielu z nauczycieli uważa, że tylko oni znają prawdę, a jeśli ktoś ma inne zdanie, to musi być to efekt ignorancji. Wbrew pozorom, różnice między Polską a Ukrainą nie są wielkie. Nasze kraje są podobne. Ale w Polsce widać pozytywne efekty wejścia do Unii - programy wymiany, staże międzynarodowe. Tylko wciąż nie rozumiem, dlaczego zamiast pytać „dlaczego przyjechałaś na studia do Polski” nie mówicie „jak się cieszę, że dałaś radę do nas przyjechać”. █ Helena Michajlenko, Ukrainka, studiuje politologię i dziennikarstwo na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pracowała jako dziennikarka w Kijowie, pisała o sprawach politycznych, biznesowych i prawnych. Jest absolwentką prawa na Wschodnioukraińskim Uniwersytecie Narodowym imienia W. Dala.

Polak z Airbusa ści potrzebne do tego, żeby efektywniej pracować w swoim kraju. Gorczyński okazał się jednym z najmłodszych uczestników elitarnego szkolenia. Aby wziąć w nim udział, musiał wykazać się zaangażowaniem oraz wysokim poziomem wiedzy i umiejętności. Zdobył certyfikat, dzięki któremu może podejmować decyzje dotyczące zaawansowanych problemów technicznych. Zarządza też grupą inżynierów. Został najmłodszym teamleaderem w firmie. – Pobyt w Hiszpanii na pewno pomoże mi podczas pracy w Warszawie – mówi Gorczyński.

Czy studia również pomogły mu w karierze zawodowej? – Na pewno w dużej mierze tak. Bez studiów zakończonych tytułem magistra nie mógłbym pracować na podobnym stanowisku – odpowiada Wojciech, który pracę magisterską napisał i obronił na piątkę już wtedy, kiedy zaczął pracować zawodowo. – W pewnym momencie trzeba postawić na jedną kartę. Albo w terminie skończone studia i dobre oceny w indeksie albo kariera. Ja postawiłem na to drugie i nie żałuję. – dodaje Gor█ czyński. 


6 Kto rządzi światem? Marki! praca i ekonomia

Jarosław Heinze

Pierwsza dziesiątka najbardziej wziętych marek świata warta jest łącznie około 900 mld dolarów. Tylko dwie z nich sięgają historią do końca dzięwietnastego wieku

Coca-Cola i AT&T znalazły się w gronie tych firm, które rozpoczęły nową erę w historii gospodarczej świata. Bo od XIX wieku (a konkretniej jego drugiej połowy) datuje się zjawisko, które trwa do dziś – marki rządzą światem pieniądza i naszymi zakupowymi wyborami. Wie o tym dobrze chociażby Naomi Klein, kanadyjska dziennikarka, twórczyni hasła „No logo” i autorka głośnej książki o takim właśnie tytule. Paradoks - a zarazem najlepszy dowód, że marki rządzą światem - polega na tym, że po ukazaniu się książki Klein mającej obnażać potworne praktyki koncernów, jak grzyby po deszczu zaczęły rosnąć w różnych częściach globu firmy i firemki oferujące swoje produkty pod marką… „No logo” (bodaj najbardziej znaną jest londyńska „No logo”, sprzedająca rowery). Szczerze powiedziawszy, więcej szkód w historii podbijania świata wyrządzili sobie sami twórcy znanych marek niż Naomi Klein, zwolennicy jej teorii i alterglobaliści razem wzięci. Z powodu ignorancji, pychy, a czasami zwykłej głupoty swoich pracowników koncerny miast zarobić, traciły dziesiątki milionów dolarów. Wiązało się to prze-

1. 2. 3. 4. 5. 6. 7. 8. 9. 10.

Br anża Technologie Technologie Technologie Żywność Technologie Napoje Papierosy Telekomunikacja Telekomunikacja Telekomunikacja

de wszystkim z wprowadzaniem konkretnych produktów na lokalne rynki zbytu. Przykłady? Szefom Chevroleta kilka miesięcy zabrało zrozumienie, czemu tak kiepsko sprzedaje się ich model Nova w Ameryce Łacińskiej. Wreszcie ktoś sięgnął po słownik angielsko-hiszpański i znalazł odpowiedź: „nova” po hiszpańsku znaczy tyle co „nie jedzie”. Podobną wpadkę odnotowała Toyota chcąca sprzedawać w Hiszpanii swoją Fierę – niektórzy machos byli oczywiście zachwyceni, ale w sumie niewielu chciało podpaść swoim żonom i teściowym kupując „starą, wredną babę”. KFC przejechało się w Hongkongu na swoim globalnym sloganie „Palce lizać”, bo przetłumaczony na chiński stanowił zachętę dla kanibali („Odgryź sobie palce”). I najlepsze: swego czasu American Airlines postanowiło skusić co bogatszych obywateli Meksyku do latania klasą biznes. Linie posłużyły się swoim hasłem reklamowym „Fly in leather”, przetłumaczyły na „Vuelo en cuero” i zdziwiły się mocno, kiedy okazało się, że niewielu meksykańskich biznesmenów ma ochotę latać nago („en cuero”). Nawet w klasie biznes.

Mark a Apple IBM Google McDonald’s Microsof t Coca-Col a Marlboro AT&T Verizon China Mobile

Źrodło: na podstawie raportu firmy badawczej Millward Brown

Wartość 183 116 108 95 77 74 74 69 49 47

Te i wiele innych przykładów kuriozalnych pomyłek rekinów biznesu przytacza w swojej świetnej książce „Porażki marek” Matt Haig, brytyjski dziennikarz i pisarz. Haig, w przeciwieństwie do Naomi Klein, nie podchodzi do tematu ideologicznie. Zachowuje charakterystyczny dla Brytyjczyka dystans podlany sarkastycznym sosem, ale wątpliwości nie ma – mimo zabawnych (z punktu widzenia postronnej osoby) faux pas – marki rządzą światem. Zresztą, czy większość z nas interesuje to, że Volvo przejęli Chińczycy, Allegro należy do koncernu z RPA, a największe udziały w UniCredit (właściciel Pekao S.A.) spośród wszystkich akcjonariuszy ma kapitał libijski? No właśnie – wybieramy i patrzymy na markę. Czasami też możemy być świadkami brutalnego sprawdzianu, ile warta jest jakaś marka. Najdobitniej to zjawisko widać przy okazji planowanych fuzji dwóch znanych graczy rynkowych. Żeby daleko nie szukać, weźmy aktualny przykład z polskiego podwórka. Mające wkrótce nastąpić „połączenie” banków: BZ WBK i Kredyt Banku oznacza zmierzch tego drugiego i wzmocnienie pierwszego. Zniknie marka KB, a do zarządu silniejszego „Bezetu” nie wejdzie nawet jedna osoba z dotychczasowych władz Kredyt Banku. Marka, której czas świetności przypadał na lata 90. (Kredyt Bank), nie ma po prostu szans z mającym teraz rynkową passę BZ WBK. Żyjemy w czasach, w których siła marki buduje wartość firmy i stanowi o jej „to be or not to be”. Niestety, to nie wszystko. Sami także dokonujemy „markowych”

wyborów n i e t yl ko z konsumenckiego punktu widzenia. Czy większość z nas nie wybrała przypadkiem liceum, a potem uczelni właśnie ze względu na ich renomę i prestiż? No właśnie – w dzisiejszych czasach nasze nazwisko to też marka. A zatem, być jak………………………………..… █ (dopisek własny). 

Matt Haig to realista, który nie ma wątpliwości - jesteśmy skazani na marki, wybieramy według marek wszystko - od uczelni po spodnie. I nawet spektakularne błędy wielkiego biznesu tego stanu nie zmienią. Matt Heig, Porażki marek. Największe wpadki rekinów biznesu, Bellona, Warszawa 2006

Naomi Klein w słynnym „No logo” wytoczyła wojnę „brandyzacji”, czyli opanowaniu świata przez marki, odniosła spektakularny sukces sprzedażowy, ale i porażkę ideologiczną. Chciała pokonać marki, a zamiast tego doprowadziła do powstania kilku marek „No logo”. Naomi Klein, „No logo”, Świat Literacki, Warszawa 2004


niebiesko Lubimy przedsiębiorczość

Pozytywne nastawienie do przedsiębiorczości: UE

69 % 85 % 73 % 59 % Dania

Polska

Niemcy

Źródło: Instytut badawczy GfK, 2012

czarno

Kiepsko z naszą innowacyjnością

Kraje wg liczby zarejestrowanych pomysłów w Europejskim Urzędzie Patentowym Niemcy

13 583 13 338 11 649 45 2 USA

Japonia Polska

Rumunia

Źrodło: Europejski Urząd Patentowy, dane za 2011 r.

7

praca i ekonomia

Skąd się biorą eksperci Marcin Rosołowski

Naukowe dzielenie włosa na czworo i akademickie nudziarstwa mogą być atrakcyjne dla uczestników seminarium, ale nie dla przeciętnego odbiorcy. On oczekuje przekazu prostego w swej wymowie i jednocześnie jasnego. Żadne „w zasadzie tak” czy „z naukowego punktu widzenia” – ekspert ma upraszczać, a nie komplikować rzeczywistość

Eksperta łakną dziś – bez przesady – wszyscy. Bez zgrabnego cytatu z jego wypowiedzi nie ma poważnej dziennikarskiej analizy, nie ma także sprawnej kampanii marketingowej i medialnej. Posłużenie się ekspertem w polemice z przeciwnikiem miewa siłę prawego sierpowego – powołanie się na taki autorytet jest argumentem samym w sobie. Trochę tak jak w niektórych kręgach przytoczenie opinii niemieckich mediów („spójrzcie, znowu się z nas śmieją!”). Genialna w swojej trafności jest definicja autorstwa kompozytora Augustyna Blocha: „Ekspert to ktoś, kto ma coraz większą wiedzę w coraz mniejszym zakresie, aż wreszcie wie absolutnie wszystko o niczym”.

SPECJALISTA Z PALCA

Znajomi niżej podpisanego w czasach studenckich mieli mały udział w pomnożeniu grona polskich ekspertów, choć sami zgoła do tego tytułu nie pretendowali. Pracowali wówczas w niewielkim portalu ekonomicznym, w którym teksty były redagowane według ścisłych zasad. Otóż dla dodania wiarygodności relacji, choćby dotyczyła ona spraw najoczywistszych w świecie, niezbędne było zacytowanie mądrego zdania fachowca. Rzecz jasna, telefony do rzeczywistych ekspertów na przykład z prośbą o potwierdzenie, czy wyższe ceny materiałów budowlanych spowodują wzrost kosztów inwestycji, wywoływały irytację bądź troskę o stopień intelektualnego rozwoju dzwoniącego. Redaktorskie g rono wpadło wówczas na genial- ny w swojej prostocie pomysł: gdy trzeba było zamieścić w tekście podobną wypowiedź, wkładało się ją w usta nieistniejącego eksperta o popularnym imieniu i nazwisku. Ów ekspert rozwijał coraz śmielej swoją aktywność, a przedruki jego mądrych stwierdzeń pojawiały się i na innych portalach. Niestety, bankructwo internetowego projektu uśmierciło speca od prostych, ale jakże potrzebnych prawd. Dziś, po kilkunastu latach, stworzenie eksperta – choć nie expressis verbis, jak w przypadku opisanej wyżej, grzesznej praktyki – odbywa się mniej więcej według tych samych zasad. Po prostu – potrzeba jest matką wynalazku.

EKSPERT MÓWI PROSTO

Nieprzypadkowo wiele osób o ogromnej wiedzy i doświadczeniu nie ma szans

na przebicie się do mediów. Naukowe dzielenie włosa na czworo i akademickie nudziarstwa mogą być atrakcyjne dla uczestników seminarium, ale nie dla przeciętnego odbiorcy. On oczekuje przekazu prostego w swej wymowie i jednocześnie jasnego. Żadne „w zasadzie tak” czy „z naukowego punktu widzenia” – ekspert ma upraszczać, a nie komplikować rzeczywistość. Rzecz jasna, znaczenie eksperta rośnie, gdy nazwisko ma poprzedzone stosownym tytułem – zwykły doktor zadowoli tylko niektórych, a profesor rację będzie mieć zawsze. Zasady proste, trochę jak gra w wojnę. Idealnym przykładem zastosowania tych zasad w praktyce może być tytuł depeszy z portalu Gazeta.pl: „Prof. Monika Płatek, karnistka:

Zbigniew Hołdys, Jerzy Dziewulski, Piotr Tymochowicz. Zawodowy ekspert wypowie się na każdy temat

W pedofilu trzeba odnaleźć człowieka”. Ten patetyczny aforyzm, w którym pobrzmiewają echa twórczości Maksyma Gorkiego, był sztychem w pojedynku z publicystami, lamentującymi, że na wolność wyjdą lada dzień mordercy, którym amnestia z 1989 roku zamieniła karę śmierci na 25 lat więzienia. Sięgnięcie po tytuł naukowy i podkreślenie specjaliza-

cji (wie, o czym mówi!) to ciężki cios zadany przeciwnikom miłosiernego podejścia do ludzkich błędów, którzy nie wystarali się zawczasu o żadnego profesora.

KOMÓRKA NA BACZNOŚĆ

Ekspert – wbrew mylnym opiniom – nie musi silić się na światopoglądowy obiektywizm. Era obłudnych stwierdzeń: „nie mam nic przeciwko Kościołowi / lewicy / prawicy, ale…” należy już do przeszłości. Ekspertowi nie wypada co prawda chwalić konkretnej partii, ale może konkretne ugrupowania krytykować. Ceną, jaką za to zapłaci, będzie jednak uparte kwestionowanie jego autorytetu przez tę stronę sceny politycznej, której akurat uparł

Zawsze włączona komórka to cecha nie tylko dobrego rzecznika prasowego, ale i eksperta. Rekordziści potrafią zabłysnąć w kanałach informacyjnych i po trzy razy danego dnia w bardzo różnych tematach. się dopiec. Trudno wyobrazić sobie, by premier techniczny in partibus profesor Gliński zagościł na łamach „Gazety Wyborczej”, albo by profesor Jan Hartman pojawił się w „Uważam Rze” w innym charakterze, niż jako współczesny święty Sebastian, przeszywany strzałami jadowitej krytyki. Im większy krąg spraw, w których zabiera się głos, tym większa jest szansa na zostanie ekspertem - autorytetem. Zawsze włączona komórka to cecha nie tylko dobrego rzecznika prasowego, ale i eksperta. Rekordziści potrafią zabłysnąć w kanałach informacyjnych i po trzy razy danego dnia w różnych tematach. Rosnąca konkurencja na rynku powoduje, że nawet ci, którzy jeszcze kilka lat temu kaprysili niczym filmowe gwiazdy, każąc się nagrywać w miejscu i czasie dla nich dogodnym, skwapliwie biegną do studia, by nie wypaść, jak się brzydko mówi, z obiegu. Tłok na rynku powoduje, że w krótkim czasie odnotujemy zapotrzebowanie na nowy typ eksperta – który będzie się specjalizował w ocenianiu rynku eksperckiego i odsiewa█ niu ziarna od plew… 

foto Wikipedia (3)

niebiesko


8

historia

Rozmowa z Tadeuszem M. Płużańskim, historykiem i dziennikarzem, autorem głośnej książki „Bestie” poświęconej zbrodniarzom stalinowskim.

Płacimy do dziś za to, że polską inteligencję wyrżnięto WIKTOR ŚWIETLIK: Napisał pan głośną książkę o najważniejszych stalinowskich zbrodniarzach w Polsce. Pana „bohaterowie” swoich przeciwników eliminowali fizycznie, ale przez „Bestie” cały czas w tle przewija się temat wymiany elit w Polsce, wyniszczenia starej inteligencji i zastąpienia jej nową, własną. Czy to był proces planowy, czy uboczny skutek stalinizmu? TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI: Owa wymiana elit nie odbywała się w sposób naturalny. Nie były to procesy pokoleniowe, na zasadzie sinusoidy, że jedno pokolenie walczy, a drugie odpoczywa, liże rany ojców. Choć warto dodać, że Polacy – przez ciągłe wojny i zabory – nigdy na luksus wyhamowania walki o wolność nie mieli czasu. Ale okupacja niemiecka, a potem sowiecka zdecydowanie zaburzyły tę zasadę. Tych, których nie zamordowali Niemcy, dorżnęli Sowieci. Oficerów wojska, policji, nauczycieli, lekarzy, inżynierów, pisarzy, przemysłowców, klasę średnią. To były akcje celowe, świadome, które miały przetrącić Polakom kręgosłup. Byłem ostatnio w Bykowni na otwarciu polskiego cmentarza wojennego. Tam, obok ok. 3,5 tysiąca Polaków z ukraińskiej listy katyńskiej, leżą też ofiary antypolskiej akcji NKWD z lat 1937–1938. Dodatkowe 4 tysiące nazwisk. Czyli niszczenie polskiej inteligencji przez Sowietów zaczęło się jeszcze przed wojną. Zresztą znany niemiecki napis „Arbeit macht frei” („Praca czyni wolnym”) jest kalką sowieckiego: „Czierez trud k oswobożdieniu” („Przez pracę do wolności”). Warto o tym pamiętać porównując oba zbrodnicze systemy. I w dużej mierze plan zniszczenia polskiej inteligencji się powiódł.

Niestety tak. Ale sowieckie bestie były od niemieckich sprytniejsze, a do tego miały więcej czasu. Tych, których nie zlikwidowały, przerobiły na homo sovieticus. Niemal każdy wyższy dowódca, rtm. Pilecki, gen. Fieldorf, dostał propozycję współpracy z „polską” bezpieką. Nasi bohaterowie odmówili, nie chcieli iść na żadne pakty z czerwonym diabłem - dlatego zginęli. Dla takich twardzieli nie było miejsca w „ludowej” ojczyźnie. Ale sporo było różnego rodzaju miernot, sprzedawczyków, zdrajców polskiej sprawy, którzy na taką kolaborację poszli. To niestety rzutuje na czasy współczesne. Gdzie dziś myśl, gdzie jakakolwiek idea? Pana ojciec, profesor Tadeusz Płużański, klasyczna ofiara „Bestii”, choć spędził lata w hitlerowskich obozach koncentracyjnych i stalinowskich więzieniach, zdołał w PRL zrobić karierę naukową. Jak to było możliwe, uwzględniając pańskie wcześniejsze słowa? Wymagało wielkiego hartu ducha. Wychodząc z 1956 r. z ciężkiego więzienia we Wronkach, po 13 latach spędzonych najpierw w niemieckim, a potem – z dwuletnią przerwą na walkę u boku rotmistrza Witolda Pileckiego – ubeckim piekle, jedyne, co ojciec potrafił, to ślusarka, której nauczył się w KL Stutthof. Potem – szukając odpowiedzi na podstawowe pytania o kondycję ludzkiej egzystencji – został filozofem. W ekspresowym tempie zrobił magisterium, doktorat,

Zbrodnie stalinowskie mają wpływ i na dzisiejszą Polskę

w celi obok żoną: skoro ty nie chcesz współpracować, z niej wszystko wybijemy. I wybili. Była w ciąży, poroniła. To wszystko spowodowało, że jako historyk i dziennikarz musiałem zgłębić te sprawy. Dowiedzieć się, kto zamordował Pileckiego. Kto chciał posłać do piachu mojego ojca (miał dwa wyroki śmierci zamienione przez Bieruta na dożywocie). Kto oskarżał, wyrokował. Kto był prokuratorem i sędzią, usłużnym władzy adwokatem i brutalnym śledczym. Jak to było w innych sprawach. Jeden przykład. Kiedyś rozmawiałem z synem wysokiego funkcjonariusza partii i UB z tamtych czasów. Spytałem go: jak to się stało, że twój ojciec chciał zabić mojego? Nie odpowiedział, ale nie pobiliśmy się. Tak że tu nie o zemstę chodzi, ale o odtworzenie tych spraw, przywrócenie ich historii. Żadna z „Bestii” nie doczekała się osądzenia realnego. Pana zdaniem ma to wpływ na dzisiejszą rzeczywistość? Wobec komunistycznych zbrodniarzy państwo, III RP zastosowała metodę totalnej abolicji. Żaden z wysokich funkcjonariuszy okupacyjnej partii i państwa komunistycznego nie został s k a -

zany. Żaden sędzia, czy prokurator. Jedynie „ślepa ręka” – podrzędni funkcjonariusze UB, Informacji Wojskowej. Prócz abolicji mamy relatywizowanie zbrodni - w nauce, mediach. W duchu pojednania, przebaczenia bez wyznania win. To fatalna perspektywa na przyszłość. Może pan przekonać młodego człowieka dlaczego warto, by przeczytał pana książkę albo chociaż zainteresował się tym, kim byli i co zrobili ludzie tacy jak Berman, Różański czy ich podwładni? Tak jak warto poznawać historie „nazistów”, czyli zbrodniarzy niemieckich, tak samo komunistycznych bestii. Bo czym różni się Hitler od Stalina, czy Bieruta? Himmler od Berii, Radkiewicza, czy Światły? Walka toczy się o to, żeby zło się nie powtórzyło.

Tadeusz M. Płużański - publicysta, historyk, szef działu Opinie „Super Expressu”, autor książki „Bestie” o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych

foto Agencja Reporter

Niszczenie polskiej inteligencji przez Sowietów zaczęło się jeszcze przed wojną. A znany niemiecki napis „Arbeit macht frei” („Praca czyni wolnym”) jest kalką sowieckiego: „Czierez trud k oswobożdieniu” („Przez pracę do wolności”).

habilitację, profesurę. Wykładał studentom personalizm Jana Pawła II, którym był zauroczony. Czyli jakoś sobie poradził… Ale to wcale nie była sielanka. Ojciec dopiero w latach 70. uzyskał tzw. „zatarcie śladów skazania”, a jako wróg Polski „ludowej” i imperialistyczny szpieg, do końca PRL był inwigilowany. A jeden naukowiec-ubek wytoczył mu nawet sprawę o pomówienie. Tylko nielicznym taka „kariera” się udawała. Większość pozostała w swojej obozowo-więziennej skorupie. Jedyne na co było ich intelektualnie stać, to kombatanctwo. Na ile losy Pana ojca były motorem do napisania książki? Istotnym. Może nie tyle losy, ale pewnego rodzaju zaniechanie. Jego też w jakimś stopniu dotknęła trauma zamknięcia. O najgorszych doświadczeniach okupacji niemieckiej: przesłuchaniach na Szucha, dodatkowych batach za inteligenckie pochodzenie, topieniu w korycie i karnej kompanii potrafił opowiadać. Jednak o „wczasach” na Rakowieckiej, stalinowskim śledztwie i procesie już nie. Przypomnę tylko słowa Pileckiego, który po przeżyciach w Auschwitz o ubeckim więzieniu powiedział: „Oświęcim przy tym to była igraszka”. Dlaczego tak uważał? Mojego ojca szantażowali siedząc ą


9

książki

Ameryka jak wódka Konrad Ligenza

Co za ulga! To nie jest kolejna książka o kulisach pracy reportera w Waszyngtonie. Ani czerstwe wspomnienia z cyklu „gdzie to ja nie byłem”. „Wrony w Ameryce” to

wciągające czytadło, nad którym człowiek kilka razy może się zadumać, parokrotnie westchnąć „a to dopiero” i z tuzin razy ryknąć śmiechem. Ale „Wrony…” mają też wadę – są za krótkie.

O wartości amerykańskich wspominków Wrony przesądza perspektywa, z jakiej dziennikarz TVN ogląda Stany Zjednoczone. Przede wszystkim jego opis nie jest powierzchowny, co przydarza się wielu naszym podróżnikom prześlizgującym się po jakichś krajach. Wydaje im się, że coś o tych miejscach wiedzą i tym cosiem się z nami dzielą. Wrona nie wyjechał za ocean na miesiąc, czy dwa, ale żyje tam już wiele lat. I zarazem jest reporterem „Faktów”, który śledzi z bliska najważniejsze wydarzenia. Ta mieszanka: dziennikarza i zwykłego przedstawiciela amerykańskiej klasy średniej, żyjącego na przedmieściach Waszyngtonu daje świetny efekt. Facet po prostu wie o czym pisze. Jak choćby wtedy, gdy opisuje ekscesy tamtejszej biurokracji, która – wbrew naszym wyobrażeniom, że USA to raj leseferyzmu – istnieje, ma się całkiem dobrze i potrafi swą upierdliwością uprzykrzyć życie każdemu. Nic dziwnego, że rozdział poświęcony bojom z Department of Motor Vehicles (po naszemu – wydział komunikacji) nazywa się „Bareja po amerykańsku”. I taka jest konstrukcja książki: Wrona wychodzi od swych osobistych lub familijnych doświadczeń, by zgrabnie przejść do opisu ogólniejszych zjawisk czy tendencji. Na przykład, gdy pisze

We „Wronach w Ameryce” można wyczytać sporo rzeczy zaskakujących, a czasami wręcz strasznych

Marcin Wrona „Wrony w Ameryce”, The Facto, 2012

wiesław Chełminiak

o inwazji ludzi rozmiarów XXXXL. Sam wyjeżdżając do USA ważył nieco ponad 100 kilo i poważnie martwił się swoim brzuchem. Ale za oceanem zasypano go komplementami na temat szczupłego wyglądu. W tamtym świecie rzeczywiście był chudziną, więc zajadał się ulubionymi „podwójnymi podwójniakami” (rozdział o hamburgerach jest taki, że… ślinka cieknie), aż pewnego dnia stanął na wadze i włosy stanęły mu dęba. Po tym wstępie następuje i śmieszny, i straszny opis zjawiska powszechnej amerykańskiej otyłości. Z którą Wrona skutecznie zawalczył także po amerykańsku – to znaczy lądując w grupie wsparcia i uczęszczając na meetingi. I stąd już tylko kroczek do odmalowania kolejnej amerykańskiej manii. „W naszym Falls Church – pisze Wrona – regularnie odbywają się meetingi Anonimowych Alkoholików, ludzi uzależnionych od seksu, jedzenia, narkotyków czy nawet miłości, w tym wypadku miłości w rozumieniu emocjonalnym”. A Falls Church to nawet nie miasto, lecz miasteczko. Aha, Anonimowi Nikotyniści też tam mają swoje kółko. We „Wronach w Ameryce” można wyczytać sporo rzeczy zaskakujących, a czasami wręcz strasznych. Kolory, w jakich Wrona maluje Stany bywają ciemne, a nawet bardzo ciemne (na przykład rasizm za oceanem ma się doskonale i działa w obie strony, a polityczna poprawność jedynie maskuje ten problem). A jednak z całej książki przebija zachwyt Ameryką, więcej – miłość do Ameryki. Ten kraj uzależnia, a stosunek do niego przypomina relację alkoholika z wódką: owszem, jest gorzka, ale █ żyć bez niej nie można. 

ODRAŻAJĄCY, BRUDNI, ŹLI

Quentin Tarantino, pokazując w „Bękartach wojny” Żydów dających łupnia nazistom, wysoko powiesił poprzeczkę. My, jak zwykle, jesteśmy opóźnieni, ale tylko czekać, aż ktoś nakręci film o nerwowym gajowym, który przepędził z lasu najpierw Niemców, a potem partyzantów. Na razie mamy fazę przejściową. Martyrologia w starym stylu już jest passé, totalna dekonstrukcja jeszcze czai się za płotem. Na bezpańskiej ziemi zakwitła „Róża” Wojciecha Smarzowskiego, a Władysław Pasikowski próbuje zebrać “Pokłosie” dyskusji (a raczej kłótni) o zbrodni w Jedwabnem. Marcin Krzyształowicz nie zdradzał dotąd podobnych zainteresowań. W 2001 roku debiutował „Eukaliptusem” – manierycznym spaghetti-westernem według własnego scenariusza. Fabułę napędzały erotyczne obsesje mieszkańców Dzikiego Zachodu. Aktorzy świntuszyli po angielsku, a polską listę dialogową czytał świętej pamięci Jan Suzin. Potem reżyser na długie lata (chyba w ramach pokuty) ugrzązł w świecie telewizyjnych seriali.

Akcja „Obławy”, podobnie jak „Eukaliptusa”, rozgrywa się w rzeczywistości zdegradowanej. Tym razem przez wojnę i okupację. Zamiast spoconych i niechlujnych rewolwerowców mamy brudnych i wygłodniałych partyzantów. „Chłopcami z lasu” nie targają niestosowne żądze,

Druga wojna światowa skończyła się już dawno temu, wymierają ostatni świadkowie. Filmowcy wreszcie mogą zaszaleć. bo regularnie zażywają brom. Sanitariuszka Weronika Rosati może się czuć wśród nich całkowicie bezpieczna, zwłaszcza że nie występuje tutaj w wersji glamour. Czekałem na moment, w którym Krzyształowicz nie wytrzyma i pokaże język, ale się nie doczekałem. „Obława” jest dziełem poważnym, a ściśle rzecz ujmując –

śmiertelnie poważnym. Temat główny to zdrada, pokazana w kilku wariacjach i z różnych punktów widzenia. Najlepszą robotę wykonał montażysta. Dzięki niemu film Krzyształowicza może kojarzyć się, jeśli nie z „Rashomonem”, to przynajmniej z „Pulp Fiction”. Pierwsza scena, w której kat i ofiara gawędzą sobie o piłce nożnej, to Tarantino w czystej postaci. Gwoli sprawiedliwości: pierwszeństwo w negliżowaniu partyzanckich opowieści z mchu i paproci należy się komuś innemu. W głębokim PRL Stanisław Różewicz, zainspirowany opowiadaniem Jana Józefa Szczepańskiego, nakręcił dla telewizji dramat „Na melinę”. Odkrycie, że wojna nikogo nie uszlachetnia, było dla ówczesnych włodarzy tak szokujące, że film doczekał się premiery dopiero po 16 latach, w czasach █ „Solidarności”. 

OBŁAWA, reżyseria: Marcin Krzyształowicz, zdjęcia: Arkadiusz Tomiak, obsada: Marcin Dorociński, Maciej Stuhr, Sonia Bohosiewicz, Weronika Rosati, Andrzej Zieliński


10

sport

Legenda w dziurawych pończochach Witold Skrzat

Dawne sławy polskiego tenisa wracają przy okazji sukcesów Janowicza i Radwańskiej. Ich życie to nie były jednak historie atletów zaprogramowanych na sukces. Gdy kilka miesięcy temu Agnieszka Radwańska doszła do finału Wimbledonu, amerykańska dziennikarka wcale nie chciała pytać o jej szanse w finale z Sereną Williams i setki tysięcy funtów nagrody za triumf. Zapytała: „A pamiętasz Jędrzejowską?”. Kolejna sława tenisa w ypłynę-

ła na w ier z c h po tym, jak Jerzy Janowicz stał się dla nas „Jerzykiem”, bohaterem turnieju w Paryżu, gwiazdą. Pod niebiosa wychwalał go Wojciech Fibak. Nie da się ukryć, że dawni mistrzowie tenisa „made in Poland” mają w sobie coś, czego wciąż brakuje Radwańskiej i Janowiczowi. Legendę.

Fajka, set i seta

Jerzy Janowicz jest dziś wielką nadzieją, ale od tego jeszcze daleko, by stać się legendą

tenis z dzisiejszego punktu widzenia to była amatorszczyzna. Amatorszczyzna dosłownie, bo przepisy zakazywały zarabiania na grze, pod rygorem wykreślenia z listy startowej w najważniejszych turniejach. Oficjalnie większość graczy deklarowała się więc jako amatorzy i zarabiała pokątnie. I takim właśnie sportowcem była Jadwiga Jędrzejowska - dziewczyna dorabiająca sobie na starcie jako podawaczka piłek na krakowskich kortach i ucząca się techniki serwisu z zagranicznych książek (bo trener był za drogi). Ta późniejsza finalistka wielkich szlemów w Wimbledonie, Paryżu i Nowym Jorku rytualnie, po meczu, wypalała kilka papierosów. - Ot, dla sportu – żartowała w wywiadach. Wieczorami Jędrzejowska namiętnie grywała w karty, nie stroniąc od mocniejszych trunków. W końcu mogła sobie na to pozwolić, większość meczów popularna „Jadzia” kończyła przecież zwycięstwem w dwóch setach.

:(

Wracanie do Jędrzejowskiej, ale i Fibaka to podróż do czasów, gdy odziane w pończochy tenisistki nie przypominały kulturystek, a tenisiści nie posyłali przeciwnikom piłek pędzących z prędkością rozpędzonego ferrari. A pomimo tego fascynowali kibiców nie mniej niż obecnie. Przedwojenny

foto Agencja Reporter (2)

Drewniane drajwy

Urodziłam się na korcie – tak zatytułowała swoją biografię krakowianka. Pomyliła się o jakieś 100 metrów - z kamienicy, w której mieszkali Jędrzejowscy słychać było odgłos uderzanej piłki. Grywająca na kortach AZS elita patrzyła na Jędrzejowską z pobłażaniem. Ale ta miała plan: talent, ambicje, znalezioną tenisową piłeczkę oraz rakietę wystruganą przez ojca. Dziurawe pończochy, pocerowana spódnica, wytarte trampki: to był jej strój. Z oporem, ale jednak przyjęto ją do AZS, przy czym krakowskie damy nie chciały grać z korpulentną nastolatką. Pozostawało ćwiczenie zabójczego forhendu z mężczyznami. Rozkręcała się z meczu na mecz, skończyła karierę w zaawansowanym PRL, jako kobieta w dojrzałym wieku zdobywając swój 65. tytuł mistrzyni Polski w tenisie. „Takich drajwów chyba nikt w Polsce nie ma. A zaciętość, a  talent!

Wciąż symbol polskiego tenisa numer jeden. To nie tylko kwe stia stylu gry Wojciecha Fibaka, ale i stylu w życiu

Dziewczyna zupełnie instynktownie wyczuwa każdą piłkę. Wszystko u niej to wrodzone” – relacjonował „Przegląd Sportowy” w 1929 r., gdy zdobywała swój pierwszy tytuł krajowej mistrzyni. Oczywiście nie tylko na tenisie kończył się jej świat. - Przy stoliku obok kortów Legii grywała w brydża m.in. z Januszem Kusocińskim, generałem Sosnkowskim i świetnym tenisistą Ignacym Tłoczyńskim – wspominał niedawno Bohdan Tomaszewski na łamach „Rzeczpospolitej”.

Tajemnica herbaty

Tłoczyński to kolejna z legend przedwojennego tenisa. W odróżnieniu od Jędrzejowskiej, starał się prowadzić sportowy tryb życia, co nie znaczy, że z dala od tenisowego światka. Popularny „Ignac” przez kilkanaście lat reprezentował barwy Legii, po wojnie osiadł w Wielkiej Brytanii. Lecz zanim stał się tenisistą podbijającym serca publiki na Wyspach, w 1939 r. doszedł do ćwierćfinału Wielkiego Szlema w Paryżu. Tuż przed wybuchem wojny, w pojedynkach międzypaństwowych, lał na korcie świetnych Niemców. Podczas wojny walczył już nie z rakietą a karabinem, prowadził też gospodę „Pod Kogutem”, w której schronienie znaleźli też m.in. Jędrzejowska i Kusociński. Tłoczyński, ciężko ranny w Powstaniu, cudem wyszedł żyw z wojennej zawieruchy. Jak żartowali jego znajomi, wylizał się z ran dzięki... herbacie. To aluzja do początków kariery Tłoczyńskiego, który w 1930 r., przy stanie 2:2 w setach w meczu z doświadczonym Rumunem Mishu, myślał o poddaniu pojedynku z racji na łapiące go skurcze. Wtedy to dostał do wypicia herbatę, wzmocnioną koniakiem. Wygrał w cuglach.

Bystry leń

Legendę „Ignaca”, który zmarł 12 lat temu w Edynburgu, doskonale zna Wojciech Fibak. Obaj tenisiści urodzili się w Poznaniu, obaj grywali na tych samych kortach. Tyle że Fibak trafił na czasy, gdy tenis wciąż miał sporo z dżentelmeńskiej gry rodem z XIX wieku, a jednocześnie, dzięki potędze telewizji, stał się sportem masowym i kasowym. I nic to, że Wojciech Fibak, za granicą zwany

zawsze może być gorzej

24-letni kierowca z Białorusi został zatrzymany przez funkcjonariuszy drogówki ze Słubic do rutynowej kontroli. Myśląc, że jest pijany, kierowca od razu zaproponował policjantom łapówkę w wysokości 250 euro w zamian za odstąpienie od czynności służbowych. Policjanci przeprowadzili badanie alkomatem, które wykazało wynik 0,00 proc. Radości Białorusina nie sposób opisać, ale trwała krótko. Policjanci bowiem nie przyjęli łapówki, tylko zakuli kierowcę w kajdanki i przewieźli na „dołek” z zarzutem próby przekupstwa.

Myśliwy z Lubszy poinformował policję o włamaniu do jego domu. Złodziej zabrał m.in. pozostawioną w ganku dubeltówkę. Policjanci już następnego dnia po zgłoszeniu przestępstwa ustalili podejrzewanego o to włamanie. 46-letni mieszkaniec powiatu brzeskiego został zatrzymany. Mężczyzna przyznał się do włamania i oświadczył policjantom, że dubeltówkę schował w piwnicy. W trakcie przeszukania domu złodzieja, funkcjonariusze nie znaleźli jednak dubeltówki we wskazanym przez niego miejscu. Okazało się, że

w międzyczasie broń z domu złodzieja skradł inny złodziej. Oprócz zarzutów dla złodziei, policjanci wystosowali również wniosek o cofnięcie zezwolenia na broń dla myśliwego, który nie zabezpieczył we właściwy sposób dubeltówki. Policjanci z Ustrzyk Dolnych zostali wezwani do interwencji w związku z awanturą domową. Na miejscu ustalili, że 28-letni mężczyzna rzucił kotem o podłogę. Awanturnik był pijany, miał blisko 2,5 promila alkoholu

po prostu Wojtkiem, karierę zaczynał w zgrzebnym PRL. - Wielki świat mnie nie przerażał, a ciekawił – wspomina. Efekt? Fibak do dziś dzierży miano najwybitniejszego gracza w polskiej historii. W swojej ponad 15-letniej karierze wygrał kilkanaście turniejów tenisowych najwyższej rangi, grał w ćwierćfinałach trzech turniejów Wielkiego Szlema. Był mistrzem świata deblistów i kilka piłek dzieliło go od triumfu w singlowym finale słynnego Masters. - Nie był silny, nie był szybki, brakowało mu kondycji. Miał za to naturalną technikę i inteligencję w grze, dlatego ludzie lubili go oglądać. Niektórzy zawodnicy do końca życia nie wiedzą, czemu przegrali – recenzował go na łamach „Rzeczpospolitej” nieżyjący już Andrzej Roman, dziennikarz i swego czasu jeden z członków towarzyskiej świty Fibaka. Jednocześnie Roman, jak i wielu innych speców, krytykował Polaka za niedostateczne zaangażowanie i determinację na korcie. Fibak odgryzał się im zwykle w najprostszy, skuteczny sposób. - Pokażcie mi swoje osiągnięcia w tenisie – powtarzał, a biegając z rakietą za piłką nie zapominał o sprawach doczesnych.

Nie tylko Prada

Z samych tylko nagród Fibak uzbierał niemal 3 mln dolarów, z reklam kilka kolejnych milionów „zielonych”. Większość pieniędzy wydawał nie tylko na dostatnie życie - inwestował w sztukę oraz nieruchomości. I choć nie raz, nie dwa stracił poważne sumy (np. na biznesach na rynku mediów), to dziś nie musi dorabiać grywaniem pokazówek na turniejach dla weteranów. Jego kolekcja polskiego, i nie tylko, malarstwa (głównie z lat 1920-1970) warta jest grube miliony. Do tego nieruchomości, znajomości, prestiż, inteligencja oraz obycie czynią Fibaka legendą tenisa w skali światowej. Powiedzmy sobie szczerze: nawet jeśli Agnieszka Radwańska dokupi kolejne torebki Prady do kolekcji, a Jerzy Janowicz dołoży jeszcze szybsze serwisy, to, ot tak, legendami tenisa nie zostaną. To jest sport, w którym ponad wylany pot na korcie i blichtr, ceni się klasę, inteligencję oraz zuchwałość. Choćby w postaci koniaku w herbacie.  █

:)

w organizmie. Funkcjonariusze zobowiązali rodzinę do opieki nad zwierzęciem i po wizycie u weterynarza okazało się, że kot doznał ogólnych potłuczeń i wstrząśnienia mózgu. Mężczyźnie wymierzono karę 10 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na okres 3 lat próby. 28-latek dobrowolnie poddał się karze, choć kot nie obciążył go swoimi zeznaniami. Źródła: http://moto.gadu-gadu.pl; www.24opole.pl; www.ustrzykidolne.pl


)

1

starter

Pomó˝ im rozwinàç skrzyd∏a! stypendia.mikolaj.org.pl Czy wiesz, ile zdolnych dzieci nie ma pieni´dzy na nauk´ i rozwijanie swoich talentów? JeÊli im pomo˝esz, spełnià swoje marzenia – zostanà lekarzami, in˝ynierami, naukowcami i artystami. Pomó˝ im rozwinàç skrzydła! Wejdê na stron´ www.stypendia.mikolaj.org.pl, znajdê swojà dawnà szkoł´ i wpłacaj co miesiàc nawet niewielkà kwot´ (np. 10, 20 lub 50 zł) na stypendia w programie Stypendia Êw. Mikołaja!


12

finisz

igor zalewski

lekcja zalewskiego

Milczenie to luksus Papież ma założyć konto na Twitterze. Tym samym stanie się znacznie nowocześniejszy ode mnie. Ja nie mam i mieć raczej nie będę. Ale nie dlatego, żebym był technologicznym impotentem (czy raczej nie tylko dlatego). Po prostu rzadko kiedy mam do powiedzenia coś na tyle sensownego, żeby dałoby się z tego urzeźbić twitta. To jednak papież ma rację, nie ja, co zresztą jest dość oczywiste, bo papieże są wszak nieomylni. Żeby istnieć, trzeba się komunikować. Czasem mam wrażenie, że komunikowanie to esencja człowieczeństwa, a większość rzeczy robi się nie po to, żeby je rozbić, tylko żeby o nich opowiedzieć w social mediach. Ostatnio dostałem na przykład maila od koleżanki, w którym poinformowała mnie, że będę od tej pory dostawał od niej… newslettera z podróży po Ameryce Południowej. Do tej pory sądziłem, że newslettery rozsyłają firmy polujące na klientów. Ale okazało się, że – jak zwykle – się myliłem. Newslettera

może upitrasić zwyczajny śmiertelnik po to, żeby zamęczać przyjaciół nieciekawymi refleksjami z nieciekawej wyprawy. To znaczy – nie mam nic przeciwko Amery-

z ryzykownego założenia, że to, co jest ciekawe dla nich (jak oliwkowe muskuły Pedra czy pokręcone życie osobiste Josego), jest pasjonujące również dla innych.

komunikacyjne pierdnięcie, nad którym traci się kontrolę. Jeśli ktoś jako szesnastolatek wrzuci do sieci filmik dokumentujący jak świetnie się bawił po tuzinie piwek (skakanie nago nad ogniskiem z opalaniem włosów łonowych włącznie i takie tam), to musi być przygotowany na to, że dzieło owo w przyszłości utrudni mu karierę na przykład biskupa. Ale to skrajny przykład. Najczęściej chodzi o to, że nowoczesne komunikatory dokumentują różne głupoty, o których w pewnym momencie życia sądziliśmy, że są niesłychanie mądre. Facebook czy Twitter nie ma wbudowanych zabezpieczeń w rodzaju mojej mamy, która wiele lat temu robiąc porządki w domu dość bezceremonialnie wywaliła do śmieci opasły tom moich licealno-studenckich zapisków

Nowoczesne komunikatory dokumentują różne głupoty, o których w pewnym momencie życia sądziliśmy, że są niesłychanie mądre ce Południowej (acz seriali raczej stamtąd nie powinniśmy sprowadzać), ale dość szczegółowe informacje o Diegach, Pedrach i Augustach poznawanych w rozmaitych barach raczej mnie – mówiąc niedyplomatycznie – walą. Ludzie jednak zazwyczaj wychodzą

A nowoczesne media pozwalają im być upierdliwym na setki różnych sposobów, z rozsyłaniem newsletterów włącznie. Owe media ułatwiają międzyludzkie kontakty, ale bywają zdradliwe. W mitycznej chmurze uwieczniają bowiem każde

zwanych górnolotnie dziennikiem. Wtedy miałem ochotę ją poćwiartować i umieścić w słojach. Dzisiaj dziękuję z całego serca, że oszczędziła światu i mnie samemu z przyszłości obcowania z moimi wypocinami. Gdyby tego nie zrobiła, a dziennik trafiłby w ręce jakiegoś złośliwego kolegi po fachu, albo mojej byłej żony, byłbym skończony. I jako dziennikarz, i jako ojciec – bo dzieci nie chciałby traktować mnie poważnie. Łatwość komunikowania – co dość oczywiste – obniża nieco jego jakość. Ale czyni też coś więcej. Kiedyś milczenie było niejako koniecznością. Nieliczni mogli się dzielić sobą z innymi i była to działalność zarezerwowana dla artystów lub bogaczy. Dzisiaj jest dokładnie na odwrót. To milczenie jest swego rodzaju snobizmem, na który nie stać każdego. I ja – mówiąc miedzy nami – lubię się czasem troszeczkę posnobować. Nie ubieram się u Prady, po prostu nie mówię, gdy nie mam █ nic do powiedzenia. 

kartka od mellera Andrzej meller

Podróż do miasta świtu Dojeżdżałem już do Auroville, kiedy mój skuter nagle stanął. Okazało się, że na stacji benzynowej w Pondicherry nalano mi pewnie ze 200 gramów paliwa zamiast litra. Poprosiłem moją partnerkę Elę, żeby poczekała w cieniu na poboczu, a sam stanąłem na drodze czekając na stopa. Po chwili zatrzymał się stary hipis na pięknym indyjskim motorze Royal Enfield. - Where you wanna go? - spytał z wyraźnie francuskim akcentem. Wytłumaczyłem mu o co chodzi i za chwilę mknęliśmy przez tamilskie wioski przy w tórze wspaniałej muz yki silnika Enfielda. Z rozmowy wynikało, że Thierry żyje w Auroville od 30 lat. - Tu znalazłem wolność i szczęście - powiedział wysadzając mnie pod stacją Indian Oil. Nie było czasu, żeby kontynuować rozmowę. Nie chciałem na długo zostawiać Eli w upale bez wody. Musiałem się zadowolić tą lakoniczną odpowiedzią Thierry’ego na pytanie „czemu tu żyje?” i założyć, że mówi prawdę, bo bił od niego zupełny spokój. Wracałem z półlitrową butelką po spricie napełnioną benzyną siedząc jako trzeci pasażer na motorze, którego kierowca mnie podwoził. Jechaliśmy inną drogą, ale zorientowałem się, gdzie jestem. Po lewej stronie stał wiatrak produkujący energię elektryczną, a za chwilę spomiędzy drzew wyłoniła się ogromna złota kula zbudowana z 1500

pozłacanych dysków. To Matrimandir - środek i „dusza” eksperymentalnego miasta Auroville. Ela uśmiechała się z daleka pewnie nie sądziła, że tak szybko wrócę. Dochodziła trzynasta, więc od razu pojechaliśmy

Matrimandir środek i dusza eksperymentalnego miasta Auroville w Indiach

do „Solar kitchen”. To główna stołówka miasta, gdzie po okazaniu specjalnej karty, na którą wcześniej w „ratuszu” (town hall) przelewa się środki, można zjeść pyszny wegański obiad, do syta, ile wlezie... Czym jest Auroville? Nazwa miasta pochodzi od imienia guru Szri Aurobindo, wielkiego mistyka, który żył i tworzył w położonej niedaleko byłej francuskiej kolo-

nii Pondicherry. Jego uczennica i „duchowa partnerka” Mirra Alfassa, zwana najczęściej „The Mother”, a po polsku niekiedy „Słodką Matką” powołała do życia Auroville w 1968 roku, czyli na pięć lat zanim jej „dusza opuściła ciało”.

mapie stanu Tamil Nadu miejsce. Jak się później okazało, dokładnie tam stał banian, drzewo czczone w wielu religiach Azji jako święte. Banian i wybudowany obok Matrimandir stał się centrum społeczności, o której mówiła „Matka”. Docelowo ma tu żyć 50 tysięcy

Według jej słów Auroville powstał „jako uniwersalne miasto, gdzie mężczyźni i kobiety ze wszystkich krajów są zdolni do życia w pokoju i harmonii, ponad podziałami, polityką i i narodowością. Celem Auroville jest stworzenie ludzkiej jedności”. Miasto zaprojektował w stylu modernistycznym architekt Roger Anger. „Matka” wskazała palcem na

ludzi. Na razie miasto zamieszkuje 2000 stałych mieszkańców, z czego około 500 to Hindusi, a reszta obywatele 45 państw świata. Pierwsza myśl - to pewnie komuna dzieci kwiatów, ludzi, którzy nic nie robią, tylko bujają się na hamakach z jointem i uprawiają wolną miłość. Nic bardziej mylnego. Nie łatwo się tu dostać. Na

dwutygodnik akademicki, Wydawca: FIM, adres redakcji: ul. Solec 81b; lok. 73, 00-382 Warszawa, Redaktor naczelny: Wiktor Świetlik, projekt graficzny: Piotr Dąbrowski, email: redakcja@gazetakoncept.pl

forum internetowym przeczytałem, że przyjeżdża tu mnóstwo matek z dziećmi, które uciekły od mężów, sądząc, że rozpoczną we wspólnocie nowe życie. Niestety, władze im dziękują, podobnie jak nieśmiałym poetom i innym artystom, a często takie zawody w formularzach wpisują przyjezdni licząc na schronienie. Tu każdy musi się wykazać pracą 6 dni w tygodniu. Ludzie zrzeszeni są we wspólnotach, z których każda zajmuje się swoją działką. Na farmach produkuje się np. sery (20 proc. serów pleśniowych w Indiach), miody, energię słoneczną. Prowadzi się stołówki, hotele, pracuje w miejscowym radio czy hoduje rośliny. Po przejściu selekcji każdy może tu kupić dom, który po jego śmierci wraca do miasta. Co miesiąc trzeba płacić podatki. Nie ma tu miejsca dla leni, którzy nie mogą odnaleźć swojego miejsca w życiu. Matrimandir, według słów „Matki”, nie powinien być świątynią, jako że Auroville nie kultywuje żadnej religii. Ma być miejscem, gdzie w ciszy człowiek może się skupić i usłyszeć wyraźnie własne myśli. Można podchodzić sceptycznie do idei miasta, może razić jego „kołchozowatość”, ale trzeba przyznać, że nikt nie każe nikomu żyć tu na siłę jak w ZSRR. Ci uśmiechnięci, zadbani ludzie chyba odnaleźli tu szczęście. Na razie w Aurovil█ le nie ma Polaków. 

Osoby zainteresowane dystrybucją „konceptu” na uczelniach, prosimy o kontakt pod adresem redakcja@gazetakoncept.pl

Koncept nr 2  
Koncept nr 2  
Advertisement