__MAIN_TEXT__
feature-image

Page 1

nr 51 MARZEC 2017

ZMIERZCH ISIS W IRAKU – FOTOREPORTAŻ MACIEJA MOSKWY

NIE KONCENTRUJMY SIĘ NA SKANDALACH

SPECJALNIE DLA „KONCEPTU”

MATEUSZ MATYSZKOWICZ

MBA – STUDIA DLA PREZESÓW? MONIKA WIŚNIOWSKA

KOMPROMAT, CZYLI W ŁÓŻKU Z MOSKWĄ DR KORDIAN KUCZMA

KONSERWATYSTA W POSZUKIWANIU KULTURY AGNIESZKA NIEWIŃSKA


NA POCZĄTEK

Anarchistyczna konserwa TOMASZ GRZYWACZEWSKI

redak tor naczelny „konceptu”

P

odobnież Marszałek Józef Piłsudski zwykł mawiać: „Kto w młodości nie był socjalistą, ten na starość będzie skurw***”. Znany z dosadnego słownictwa wybitny mąż stanu w zwięzły sposób podsumował swe romanse z ponętnymi społeczno-politycznymi wynalazkami. Muszę przyznać, że miał w tym wiele racji, bo faktycznie lewicowe ideały potrafią być niezwykle pociągające. Ja sam w czasach licealnych i wczesnostudenckich miałem słabość do anarchistów. Nosiłem T-shirty z napisami w stylu „I’m not a number, I’m a free Man” i słuchałem antysystemowych kawałków. Dopadła mnie nostalgia za hipisami, bo wykonawczyni piosenki „Born to be Wild” zespołu „Easy Rider” naprawdę rozwala system, a musical „Hair” przemieszany z „Wilkiem Stepowym” Hessego sieje w młodej głowie solidny zamęt. A potem się postarzałem i przeszedłem na, z góry upatrzone, konserwatywne pozycje. Ale tymczasem w postmodernistycznym świecie ten szeroko rozumiany konserwatyzm stał się towarem offowym, buntowniczym wobec mainstreamowej lewicującej kultury. A przynajmniej taka jest powszechna opinia. Czy słuszna?

stwierdza, że prawica zwyczajnie odpuściła sobie kulturę, oddając pole lewicującym twórcom. Dalej okazuje się, że wśród samych twórców nie widać szczególnej dominacji „lewaków” nad „prawakami”. Wreszcie, jak zauważa dyrektor TVP Kultura Mateusz Matyszkowicz: „Często niestety zdarza się, że jedynym lub głównym kryterium, według którego konserwatyści oceniają jakiś wytwór kultury jest to, czy jest on słuszny, czy niesłuszny. Może być największym paździerzem, ale wystarczy, że jest słuszny. Zaś takie podejście jest niekonserwatywne”. Czyżby więc konserwatywni twórcy musieli po prostu odrobić lekcję i wziąć się do solidnej pracy? Badania socjologiczne pokazują ewidentny skręt społeczeństwa, a przede wszystkim młodych ludzi, w stronę tradycyjnych wartości. Mówiąc językiem ekonomii, popyt już jest, więc trzeba teraz zapewnić podaż. I to nie przysłowiowej taniej chińszczyzny, ale solidnych, wysokiej jakości produktów. Gołym okiem widać to chociażby w Internecie, gdzie tryumfy święci akcja #GermanDeathCamps mająca na celu walkę z używanym w zagranicznych mediach zwrotem „polskie obozy śmierci”.

W marcowym „Koncepcie” Agnieszka Niewińska rozkłada na czynniki pierwsze oblicza kulturalnego sporu (a czasami wręcz wojny) pomiędzy liberałami i „konserwą”. Wnioski mogą zaskakiwać. Piotr Pałka z kwartalnika „Fronda Lux” wprost

À propos netu, Marcin Malec, opisując obywatelskie działania w mediach społecznościowych, zwraca uwagę na niebywałą siłę globalnej sieci w mobilizowaniu ludzi do wspólnych działań. Oczywiście każdy kij ma dwa końce.

Z jednej strony Internet fantastycznie ułatwia choćby zbieranie pieniędzy na cele charytatywne, z drugiej jednak zalewa nas hejtem generowanym przez różnej maści trolli. Jednak nawet wtedy okazuje się, że globalna sieć jest wyjątkowo pluralistyczna. Są tu i prawicowcy, i socjaliści, i liberałowie, i anarchiści, i każdy, kto chce wyrazić swoje poglądy. Ale może dlatego paradoksalnie jest on na swój sposób konserwatywny. Jak zauważył Michał Łuczewski, dyrektor programowy Centrum Myśli Jana Pawła II, sztuka pojawia się, gdy nasze przekonania wchodzą w dialog z cudzymi przekonaniami. „Nie byłoby dobrze, gdybyśmy przejęli myślenie lewicy i postrzegali kulturę jako narzędzie rewolucji. Coś przeciw czemu ja sam jako konserwatysta protestuję to traktowanie kultury jako elementu społecznej manipulacji”, mówi wprost Mateusz Matyszkowicz. No bo w sumie kto widział konserwatystę-rewolucjonistę? Może więc zamiast prowadzić walkę ideologiczną lepiej dyskutować? A nuż okaże się, że znajdziemy wspólną płaszczyznę porozumienia i wspólnie stworzymy coś wartościowego? Dlatego jako konserwatysta całym sercem mogę teraz spokojnie oddać się lekturze „hipisowskiej Biblii”, czyli „W drodze” Jacka Kerouaca. Swoje przekonania i wartości już mam, a teraz z przyjemnością zobaczę, jak patrzą na świat inni.

„KONCEPT” MAGAZYN AKADEMICKI Wydawca: FIM, adres red.: ul. Solec 81b; lok. 73A, 00-382 Wa-wa Redakcja: Tomasz Grzywaczewski (red. nacz.), Mikołaj Różycki (zast. red. nacz.), Marta Rybicka (sekr. red.), Dominika Palcar, Wiktor Świetlik, Mateusz Zardzewiały, Monika Wiśniowska, Tomasz Lachowski, Marcin Malec i inni Projekt graficzny: Shine Art Studio Korekta: Ewa Rżysko E-mail: redakcja@gazetakoncept.pl, www.gazetakoncept.pl Druk prasowy wykonuje Drukarnia Kolumb z siedzibą w Siemianowicach Śląskich. Aby poznać ofertę reklamową prosimy o kontakt pod adresem: reklama@gazetakoncept.pl, osoby zainteresowane dystrybucją „KONCEPTU” na uczelniach prosimy o kontakt pod adresem: redacja@gazetakoncept.pl

3


SPIS TREŚCI

NR 51 marzec 2017

TEMAT NUMERU 6 |  KONSERWATYSTA W POSZUKIWANIU KULTURY AGNIESZKA NIEWIŃSKA

8 |  HOLLYWOODZKA WOJNA ŚWIATÓW ŁUKASZ ADAMSKI

NA POCZĄTEK

HISTORIA

2 |  ZOSTAŃ SATYRYKIEM „KONCEPTU”! – KONKURS

22 |  TYCH LUDZI MOŻNA BYŁO ZAMORDOWAĆ, ALE NIE ZŁAMAĆ Z TADEUSZEM PŁUŻAŃSKIM ROZMAWIA MATEUSZ ZARDZEWIAŁY

3 |  ANARCHISTYCZNA KONSERWA TOMASZ GRZYWACZEWSKI

FOTOREPORTAŻ

5 |  BYŁO JEST BĘDZIE

IMPREZA

WYWIAD NUMERU

9 |  MUZYKA CAŁEGO ŚWIATA W STOLICY, CZYLI CZAS NA WORLD WIDE WARSAW

14 |  NIE KONCENTRUJMY SIĘ NA SKANDALACH

KAMIL KIJANKA

SPOŁECZEŃSTWO 10 |  FACEBOOK OBYWATELSKI

Z MATEUSZEM MATYSZKOWICZEM ROZMAWIA ANIESZKA NIEWIŃSKA

PODRÓŻE

MARCIN MALEC

16 | ZROZUMIEĆ KRAINĘ SMUTKU

11 |  TRZEBA KRZYCZEĆ, ŻE NIE BYŁO ŻADNYCH „POLSKICH OBOZÓW”

EDUKACJA EKONOMICZNA

Z MICHAŁEM WLAZŁO ROZMAWIA MARTYNA KOŚKA

Z RAFAŁEM TOMAŃSKIM ROZMAWIA OLIWIA KACPRZAK

PRACA

18 | AŻ JEDNA PIĄTA POLAKÓW NIE ZAWSZE WIE, W JAKIEJ KONDYCJI FINANSOWEJ JEST ICH PARTNER

12 |  MBA – STUDIA DLA PREZESÓW?

20 | CO POWINIEN WIEDZIEĆ WSPÓŁCZESNY LIDER?

SPORT

LAJFSTAJL

13 | POKONAĆ EVEREST BIEGANIA

21 |  NA RATUNEK STAROCIOM

MONIKA WIŚNIOWSKA

DOROTA MARIA NOWAK

JAKUB NOWAK

MIKOŁAJ RÓŻYCKI

24 |  ZMIERZCH ISIS W IRAKU MACIEJ MOSKWA

ORLEN 26 | KREDYT ZAUFANIA ADAM CZYŻEWSKI

ŚWIAT 28 |  KOMPROMAT, CZYLI W ŁÓŻKU Z MOSKWĄ KORDIAN KUCZMA

MNiSW 30 |  DUŻE DOKTORATY, CZYLI O SZANSIE DLA MŁODYCH BADACZY ŁUKASZ SZUMOWSKI

FELIETON 31 |  JESTEM LEMINGIEM? WIKTOR ŚWIETLIK


NA POCZĄTEK

BYŁO JEST BĘDZIE: RANKING ZAROBKÓW ABSOLWENTÓW Najwyższe wynagrodzenia wśród absolwentów czołowych szkół wyższych w Polsce otrzymują ci z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej, najniższe zaś z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń (OBW), publikowanego przez Kancelarię Sedlak&Sedlak. W badaniu obejmującym 2016 r. uwzględniono 33 państwowe uczelnie i absolwentów studiów drugiego stopnia. Poniżej przedstawiamy pierwszą i ostatnią piątkę uczelni oraz średnią zarobków (brutto w złotówkach) jej absolwentów. Gwoli sprawiedliwości warto dodać, że o wysokości pensji decyduje nie tylko dyplom danej uczelni, ale też zróżnicowany poziom wynagrodzeń w poszczególnych województwach. 1. SGH 2. Politechnika Warszawska 3. Politechnika Wrocławska 4. Politechnika Gdańska 5. AGH …………. 29. UMCS 30. Uniwersytet Śląski 31. Uniwersytet Szczeciński 32. Uniwersytet Warm.-Mazur. 33. KUL

8 000 6 500 6 160 5 600 5 500 4 000 3 900 3 900 3 800 3 600

medyczne powinny być płatne. – Tu chodzi o ufundowanie systemu stypendiów, które pokrywałyby w 100 procentach koszty studiów, ale potem trzeba byłoby je odpracować – podkreślił wicepremier, zapewniając zarazem, że bez akceptacji ministra zdrowia nie zamierza forsować żadnych rozwiązań.

w Polsce ma dodatkowe miejsce pracy: 14% wszystkich ankietowanych dorabia na innej uczelni, 12% w firmie czy przedsiębiorstwie prywatnym, 5%. w urzędzie państwowym lub samorządowym, a 4% – w instytucji naukowo-badawczej.

„STUDENCI-WYNALAZCY” POJADĄ DO GENEWY

Cztery polskie uczelnie znalazły się wśród 500 najbardziej widocznych w Internecie szkół wyższych na świecie – wynika z najnowszej edycji rankingu „Web of Universities”. To zestawienie, które na podstawie o nieziemsko złożonych wskaźników bada obecność instytucji akademickich i badawczych w Internecie. I tu pojawia się tytułowe „ale”. Spośród polskich uczelni najwyższą – ale dopiero 349. pozycję – zajął Uniwersytet Warszawski. W rankingu uplasowały się też: UJ (387.), Politechnika Warszawska (436.) oraz AGH (455.). Trzy najlepsze okazały się – uwaga, powieje nudą – amerykańskie szkoły wyższe. Są to Harvard University, Stanford University i Massachusetts Institute of Technology.

W tegorocznej edycji ogólnopolskiego konkursu „Student-wynalazca” wzięła udział rekordowa liczba osób – napłynęło 90 projektów z 25 uczelni. Główną nagrodę, którą jest udział w 45. Międzynarodowej Wystawie Wynalazków w Genewie, przyznano aż pięciu propozycjom. Oto one: • urządzenie do wspomagania osób niewidomych i niedowidzących (studenci z Politechniki Rzeszowskiej) • system chroniący kierowców przed zaśnięciem i badający koncentrację (UW) • pojazd podwodny z kadłubem o zmiennej geometrii (AGH) • głowica pomiarowa do pomiaru przemieszczeń względnych (Politechnika Świętokrzyska) • sposób i układ magazynowania ciepła albo chłodu w pojazdach z napędem elektrycznym (Politechnika Lubelska)

GOWIN O ODPŁATNOŚCI ZA STUDIA

BADANIE: ZADOWOLONY PROFESOR

– Wprowadzenie płatnych studiów w Polsce jest sprzeczne z konstytucją. Ubolewam nad tym – powiedział wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin. Zaznaczył, że na takie rozwiązanie nie byłoby też społecznego przyzwolenia. Jednak zdaniem ministra, w Polsce przynajmniej studia

Z warunków materialnych swojej rodziny zadowolonych jest 64% badanych doktorów i aż 86% profesorów – wynika z badań polskiego środowiska akademickiego przedstawionych w ramach prac nad założeniami nowej ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym. Z badania wynika też, że co czwarty naukowiec

„WEB OF UNIVERSITIES”: SĄ NASI, ALE…



BARDZIEJ NIŻ NORMALNIE:

• Uniwersytet Rzeszowski zamierza kształcić studentów z Mongolii. Naukowcy z SGGW uczą Tanzańczyków robić sery z oscypka. Umiędzynarodowienie polskich uczelni idzie pełną parą. • Naukowcy z Politechniki Wrocławskiej rozpoczęli pracę nad sztucznym liściem. To może być przełomowe odkrycie w służbie czystego powietrza. – Przed nami lata pracy – podkreślają polscy naukowcy. Uuuuu, no to zanim wymyślimy sztuczny liść, inni wymyślą sztuczną dżunglę.

Comiesięcznik grantowo-stypendialny Na co?

Kto daje?

Ile?

Termin?

Konkurs na pracę magisterską na temat wsi

Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN

Nagrody od 2 000 do 5 000 zł

do 31 marca

Stypendia dla studentów humanistów

Fundacja Identitas

Stypendia od 2 000 do 20 000 zł

do 30 marca

Uproszczony konkurs na granty

Polsko-Niemiecka Fundacja na rzecz Nauki

Granty do 12 000 euro

do 20 marca

Wydanie monografii

Fundacja na rzecz Nauki Polskiej

Sfinansowanie wydania książki

do 11 kwietnia

Wymiana w ramach programu Maria Skłodowska-Curie

Komisja Europejska

Sfinansowanie pobytu

do 15 kwietnia

Opracował: Janusz Wdzięczak. Masz pytanie? Pisz: js.wdzieczak@vp.pl

5


TEMAT NUMERU

Konserwatysta w poszukiwaniu kultury AGNIESZKA NIEWIŃSKA

reporter, współpracuje z t ygodnikiem „do rzecz y”

Znani z mediów i nagradzani w konkursach są głównie artyści o liberalnej czy lewicowej wrażliwości, co sprawia, że i kultura jest postrzegana jako domena lewicy. Czy w gąszczu propozycji kinowych, teatralnych i książkowych każdy może znaleźć coś dla siebie?

O

d kilku lat coraz głośniej mówi się o tym, że młodzi ludzie skręcają w prawo: mają konserwatywne poglądy, cenią tradycyjne wartości, a dają temu wyraz przy urnie wyborczej. – Coś się stało w ostatnich latach, można to nazwać rosnącą polaryzacją postaw wśród młodych. Zanika neutralny środek, rosną grupy zdecydowanych liberałów i konserwatystów. Ta druga znacznie

Postawy młodych przesunęły się znacznie w prawą stronę – komentował na antenie radia TOK FM prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny prowadzący badania „Diagnoza Społeczna” tuż po ostatnich wyborach parlamentarnych. szybciej. Postawy młodych przesunęły się znacznie w prawą stronę – komentował na antenie radia TOK FM prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny prowa-

6 | koncept | marzec 2017

dzący badania „Diagnoza Społeczna” tuż po ostatnich wyborach parlamentarnych. Okazało się bowiem, że dwie trzecie młodych ludzi w wieku 18-29 lat oddało głos na partie reprezentujące prawicę. Blisko 26% głosowało na PiS, prawie 20% na Kukiz’15, a 16,8% na partię KORWiN – pokazały badania Exit Poll ośrodka Ipsos. Z sondaży wynika także, że to w grupie wiekowej 18-24 największa jest niechęć do przyjmowania uchodźców. Sondaż IBRiS z maja ubiegłego roku pokazał z kolei, że w tej grupie jest również najwyższe poparcie dla całkowitego zakazu aborcji z zachowaniem możliwości ratowania życia matki (79,2% wskazań). Można zatem zapytać, czy poglądy młodych Polaków sprawiły, że i kultura – której mainstream uznawany jest za dość lewicowy – odbiła nieco w prawo? ARTYŚCI NA LEWO? Martyna, absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, określa siebie jako umiarkowaną konserwatystkę. Przyznaje, że od pewnego czasu z kulturą jest na bakier. – Nie chodzi mi o książki, bo w nich można przebierać. Jest dużo wydawnictw, spora konkurencja, wielu różnych autorów. Filmy, których nie znajdzie się w kinie czy na festiwalu można odszukać w Internecie albo zamówić w formacie Blu-ray w zagranicznym sklepie internetowym. Mnie brakuje teatru – mówi i dodaje, że od ponad dwóch lat nie była na żadnym przedstawieniu. – Ostatnie, jakie obejrzałam, definitywnie zraziły mnie do teatru. Zamiast poruszyć, po prostu szokują. Mam wrażenie, że reżyserzy teatralni prześcigają się w tym szokowaniu, w łamaniu tabu. W teatrach publicznych brakuje mi klasyki, za to dużo jest obyczajowych prowokacji. Bardziej wyważone propozycje są chyba w teatrach prywatnych, ale ceny biletów nie są tam na studencką kieszeń – narzeka.

Piotr Pałka z kwartalnika „Fronda Lux” jest zdania, że w sferze kultury mamy wyraźny przechył w lewą stronę. – Winna temu po części jest sama prawica. Zauważyła, że przegrywa w sferze kultury z lewicą, więc wycofała się i zajęła czym innym: polityką, historią, tworzeniem idei społecznych zamiast teatrem, sztukami wizualnymi czy plastycznymi – uważa publicysta i dodaje, że „w efekcie w dziedzinie literatury twórcy, którzy są nagradzani, to w zasadzie wyłącznie osoby o lewicowej wrażliwości”. Polski teatr został wręcz skolonizowany przez lewicę. Reprezentują go głównie Krystian Lupa, Krzysztof Warlikowski czy Jan Klata. Czasami wystarczy jedynie posłuchać wypowiedzi naszych twórców na tematy społeczne. Niby jako artyści kontestują rzeczywistość, ale faktycznie ich krytyka dotyczy tylko jej prawej strony. Michał Łuczewski, socjolog, dyrektor programowy Centrum Myśli Jana Pawła II – instytucji kultury m.st. Warszawy – przywołuje, prawdopodobnie największe ze zrealizowanych w III RP, badania przeprowadzone wśród artystów przez Narodowe Centrum Kultury. Wynika z nich, że statystyczny twórca kultury nie różni się znacznie poglądami od statystycznego Polaka. – Prawie 70% respondentów zgodziło się, że „rozwój sztuki

Piotr Pałka z kwartalnika „Fronda Lux” jest zdania, że w sferze kultury mamy wyraźny przechył w lewą stronę. – Winna temu po części jest sama prawica. Zauważyła, że przegrywa w sferze kultury z lewicą, więc wycofała się i zajęła czym innym: polityką, historią, tworzeniem idei społecznych. to przekraczanie granic i walka z tabu”. Kolejne 20% było niezdecydowanych, a 10% nie zgodziło się z tym zdaniem. Nie oznacza to, że artyści, a w związku z tym również kultura, którą tworzą, są tylko progresywni. Odpowiednio bowiem 50% respondentów zgodziło się z tym, że „rozwój sztuki to pielęgnowanie i udoskonalanie tradycyjnych wzorów”, 27% było niezdecydowanych, a 25% się nie zgodziło – mówi Łuczewski. – Zatem wzór, który się wyłania z tej ankiety to paradoksalne połączenie przekraczania i pielęgnowania tradycji. Na tym być może po prostu polega sztuka: tradycją jest tutaj przekraczanie, a przekraczanie – tradycją. Sztuka


TEMAT NUMERU

nie trwa w miejscu, lecz nieustannie się rozwija. Z tą równowagą współgra także fakt, że przebadani przez NCK artyści mają w większości poglądy centrowe z delikatnym przechyłem na prawo. Dążenie poszczególnych artystów do którejś z dwóch skrajności będzie się oczywiście różnić w zależności od typu uprawianej sztuki: muzycy będą bardziej konserwatywni, a artyści wizualni czy ludzie teatru bardziej progresywni – wyjaśnia.

Katarzyna Osior, koordynator projektu „Inkubator Miłosierdzia” w Centrum Myśli Jana Pawła II, zauważa, że młodzi ludzie potrzebują powrotu do głębokich wartości. – Właśnie takich, które głosił Jan Paweł II. Jednak w głównych mediach najczęściej widzimy artystów o poglądach bardziej liberalnych i lewicowych. Pałka przyznaje, że wciąż duże znaczenie w rozwoju kultury mają państwowe dotacje. – Prawda jest taka, że artyści i reżyserzy, teatry oraz instytuty, choć mocno kontestują obecnie rządzących, to wciąż są pod państwową kroplówką. Przez lata finansowani byli z budżetu państwa, który de facto płacił za dzieła krytykujące polską historię i tradycję i nawołujące do rozliczenia się z jakąś rzekomo niechlubną przeszłością – mówi. Choć rozdział dotacji

Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, np. dla czasopism kulturalnych, zmienił się w porównaniu z tym, jak wyglądał w czasach rządów koalicji PO-PSL, to Pałka nie wierzy, że chociażby wielkie kino da się zrobić na ministerialne zamówienie. – Nie sadzę, by taki projekt się powiódł. Jeśli rzeczywiście chce się doprowadzić do pewnej równowagi w kulturze, to trzeba raczej postawić na wspieranie rozwoju i edukacji młodych twórców. POSZUKIWANIA Czego wśród propozycji kulturalnych szukają młodzi ludzie? Katarzyna Osior, koordynator projektu „Inkubator Miłosierdzia” w Centrum Myśli Jana Pawła II, zauważa, że potrzebują powrotu do głębokich wartości. – Właśnie takich, które głosił Jan Paweł II. Pragną tworzyć wspólnotę osób, które mogą razem obejrzeć wartościowy film, wymienić się refleksjami po lekturze dobrej książki, a także, na co zwracamy szczególną uwagę w Centrum Myśli Jana Pawła II, razem zrobić coś dobrego, na przykład w wolontariacie – mówi i przypomina, że Centrum oferuje nie tylko stypendia, których fundatorem jest m.st. Warszawa, ale także prowadzi program, w ramach którego organizowane są warsztaty dla uczestników z każdej grupy wiekowej. Piotr Pałka jest zdania, że młody człowiek o konserwatywnej wrażliwości może w dzisiejszej kulturalnej

ofercie znaleźć coś dla siebie. – Przede wszystkim konserwatyzm nie jest ideologiczny, to jest, wbrew stereotypowemu pojmowaniu, pewna otwartość na świat, a nie wąska ścieżka starych, sztywnych prawd. Dlatego polecam omijać miejsca i ludzi, którzy chcą nas w prymitywny sposób indoktrynować. Sztuka ma nas wzbogacać intelektualnie i moralnie, pomagać nam poznawać ideały prawdy, dobra i piękna. Jest wielu muzyków, pisarzy czy reżyserów wiernych tej misji i mają oni bardzo różne poglądy. Ja na przykład odnalazłem sporo dobrej sztuki w krakowskim MOCAK-u – Muzeum Sztuki Współczesnej, choć nie jest przecież uznawane za bastion konserwatyzmu – tłumaczy. Michał Łuczewski podkreśla, że mimo różnych poglądów występujących wśród artystów kultura nie powinna należeć do żadnej grupy politycznej ani do żadnego stronnictwa politycznego. – W Centrum Myśli Jana Pawła II patrzymy na kulturę jako przestrzeń, która należy do każdego. W momencie, kiedy zaczyna służyć jakiemuś projektowi ideologicznemu przestaje być kulturą, a staje się ideologią. Oczywiście, każdy z nas ma swoje przekonania – konserwatywne, liberalne, lewicowe czy jeszcze jakieś inne, ale sztuka pojawia się wówczas, gdy wchodzą one w dialog z cudzymi przekonaniami. Dlatego zapraszamy do nas, do dialogu, osoby o bardzo różnej wrażliwości. Tylko u nas mogą ze sobą porozmawiać, a nawet się pokłócić, Katarzyna Kozyra i Bronisław Wildstein – mówi.

7


TEMAT NUMERU

Hollywoodzka wojna światów ŁUKASZ ADAMSKI

dziennik arz, publicysta, kry t yk filmowy t ygodnik a „w sieci”

Hollywood to stolica światowego lewactwa? Taki mit jest chętnie powtarzany wśród prawicy. Jest w nim jakaś prawda. Hollywood jest przesiąknięte lewicową ideologią od rewolucji pokolenia ‘68, które przecież naznaczyło całą zachodnią cywilizację. Liberalne (w rozumieniu jankeskim – lewicowe) dogmaty są w fabryce snów szczególnie mocno pielęgnowane.

H

ejt (bo krytyką tego nazwać nie można) płynący z Hollywood w stronę Donalda Trumpa potwierdza to w 100%. A przecież jeszcze niedawno Trump znajdował się w samym jądrze hollywoodzkiej popkultury. Niemniej jednak utożsamianie Hollywood przez prawicę z całym złem świata wynika z jej kompletnej nieznajomości kultury popularnej. Trudno się temu dziwić. Prawica dawno porzuciła zainteresowanie kulturą w ogóle, gdy już przegrała wojnę światów z Antonio Gramscim. Trudno oczekiwać by zrozumiała jej wersję pop. „BÓG W HOLLYWOOD” Pisałem w wielu tekstach i w mojej książce „Bóg w Hollywood”, że amerykańskie kino mimo wszystko wciąż jest wrażliwe na chrześcijan. Z powodów czysto komercyjnych. Amerykanie to wciąż najbardziej religijny naród zachodniej cywilizacji, co przekłada się na oczekiwania widzów. Dowód? Choćby ostatni rok.

8 | koncept | marzec 2017

Dowiódł on, że konserwatywne wartości są coraz mocniej akcentowane w mainstreamowym kinie. Nie chodzi mi już tylko o omawiany, również w Polsce, na każdej możliwej płaszczyźnie serial „Młody papież” Paola Sorrentino, który mimo swojej przewrotności i niejednoznaczności zachwycił nawet tradycjonalistów katolickich. Konserwatywne i chrześcijańskie wartości są coraz mocniej akcentowane także w kinie, bo zachodnie społeczeństwa wyraźnie skręcają w prawo. Producenci z Hollywood są tego świadomi, a oni ponad każdą ideologię czy wartości kochają zielone banknoty. EASTWOOD, SCORSESE, GIBSON Tylko w roku 2016 powstało w amerykańskim kinie kilka znaczących filmów z silnym akcentem konserwatywnym. Clint Eastwood dwa lata temu oburzył lewicę i zachwycił prawicę „Snajperem”. W tym roku nakręcił „Sully” – biografię bohaterskiego pilota, który wylądował boeingiem na rzece Hudson. Film ten był jednak libertariański, a nie konserwatywny. Chrześcijańskie przebudzenie nastąpiło natomiast u Martina Scorsesego, który po nakręceniu najbardziej grzesznej w swojej karierze wizji, czyli „Wilka z Wall Street”, zrealizował „Milczenie”. Opowieść o jezuickich misjonarzach, którzy doświadczają prześladowania w XVII-wiecznej Japonii pokazuje, że Scorsese wciąż ma wiele pytań o istotę wiary. Nie jest to już „bluźnierca” z niesłusznie potępianego „Ostatniego kuszenia Chrystusa”, ale wciąż wątpi i doświadcza dramatycznego rozdarcia między duchowością a cielesnością. Być może właśnie dlatego nikt dawno nie stawiał w kinie tak poważnych teologicznych pytań i nie zrobił filmu tak religijnie dojrzałego jak on. Po dekadzie banicji powrócił też Mel Gibson. Upadła moralnie po spektakularnym sukcesie „Pasji” czarna owca Hollywood zekranizowała biografię żołnierza, który podczas wojny z Japonią na Pacyfiku odmówił noszenia karabinu. Mimo prześladowania ze strony innych żołnierzy i wizji więzienia niezłomnie bronił swoich religijnych przekonań. Stał

się bohaterem, który mimo spadającego wokół gradu kul uratował dziesiątki amerykańskich żołnierzy. Stał się sumieniem armii. Został uhonorowany najwyższymi odznaczeniami przez prezydenta Trumana. Obronił swoje przekonania i dał świadectwo tego, czym jest istota wiary. Zarówno subtelny teologiczny traktat Scorsesego, jak i krwawa, szalona katecheza Gibsona opowiadały o tym samym: o potrzebie obrony wartości mimo faktu, że świat oszalał. Czyż to nie perfekcyjne obrazy w dzisiejszym, pełnym cywilizacyjnych napięć świecie? POPKULTUROWY KONSERWATYZM Również w czysto rozrywkowym kinie można dostrzec starcie wielkich idei. „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” poza tym, że jest kolejną częścią komiksowej, widowiskowej sagi spółki Disney-Marvel, prezentuje świetnie nakreślone, typowo amerykańskie starcie libertarianizmu z neokonserwatyzmem. Drużyna Avengers rozpadła się przez zderzenie dwóch wizji Ameryki. Czy można poświęcić wolność w imię bezpieczeństwa, czy jednak do końca należy bronić wolności jednostki przed wszechwładnym rządem? Nie mniej ciekawie takie wartości jak

Chrześcijańskie przebudzenie nastąpiło u Martina Scorsesego, który po nakręceniu najbardziej grzesznej w swojej karierze wizji, czyli „Wilka z Wall Street”, zrealizował „Milczenie” opowiadające o prześladowaniach misjonarzy w XVII-wiecznej Japonii. rodzina, wiara i poświęcenie dla bliźnich nakreślono w niezależnym połączeniu westernu i horroru – „Bone Tomahawk” z Kurtem Russellem w roli głównej. Nieczęsto się zdarza by w tak eklektycznym gatunkowo filmie to chrześcijanin był jedynym czystym bohaterem i wzorem do naśladowania. Jeżeli dodamy do tego bardzo ciekawy biblijny dramat – „Zmartwychwstały”, który przypomina tradycyjne, sandałowe kino konserwatywnego Hollywood lat 50. czy kolejną teologiczną perełkę ekscentrycznego Terrence’a Malicka „Rycerz Pucharów”, to możemy śmiało powiedzieć, że 2016 rok pokazał mocny powrót chrześcijańskich wartości do mainstreamu. Czy jest to stały trend? To się okaże.


IMPREZA

Muzyka całego świata w stolicy, czyli czas na World Wide Warsaw KAMIL KIJANKA

dziennik arz, miłośnik kultury hip-hopu i historii futbolu

Ogromna różnorodność i propagowanie muzyki z wielu zakątków świata – te cechy oddają ducha World Wide Warsaw (WWW). Jest to festiwal inny niż wszystkie, który bardzo szybko zjednał sobie wielu miłośników. Wszystkich muzycznych maniaków czeka miesiąc wspaniałych koncertów. Festiwal potrwa do 19 marca.

W

WW z roku na rok rośnie w siłę i ma coraz więcej do zaoferowania wszystkim spragnionym interesujących doznań muzycznych. Festiwal składa się z wielu odrębnych koncertów, odbywających się przez najbliższy miesiąc w wielu klubach Warszawy. Wydarzenie to odbędzie się w naszym kraju po raz trzeci. Dla porównania premierowa odsłona WWW trwała zaledwie trzy dni. DLA KAŻDEGO COŚ INNEGO Na podstawie wcześniejszych edycji można zauważyć, że organizatorzy nie zamykają się na żadne brzmienia. Nie boją się eksperymentów, chętnie zapraszając wykonawców żonglujących muzycznymi stylami i gatunkami. W tym tkwi poniekąd siła festiwalu, który dzięki tej różnorodności może zainteresować nawet najbardziej wymagającego słuchacza i wprowadzić pewien powiew świeżości. Wyświechtane stwierdzenie: „każdy znajdzie tu coś dla siebie” jest w tym wypadku jak najbardziej na miejscu. Festiwal nastawiony jest przede wszystkim na propagowanie nowych rozwiązań muzycznych. Nie da się stwierdzić, że WWW promuje jeden konkretny gatunek. Wprost przeciwnie. Impreza stawia na pierwszym miejscu na kombinacje elementów wywodzących się z różnych

nurtów. Czy oznacza to, że koneserzy tradycyjnych rozwiązań mogą czuć się zawiedzeni? Niekoniecznie. Swoje miejsce znajdują tu zarówno miłośnicy klubowych klimatów: house, techno i elektro (DVS1, DJ EZ, Omar S), jak również sympatycy czarnych rytmów: funku, hip-hopu, jazzu i soulu (Sampha, Thundercat, Yussef Kamaal). Różnorodność ta z jednej strony sprawia, że festiwal jest tak wyjątkowy, z drugiej zaś powoduje, że nie da się go zamknąć w klamry gatunkowe. W poprzednich latach w ramach WWW grali m.in. The Internet, Anderson .Paak czy Mount Kimbie. WWW składa się z trzech części: before, koncerty główne i after. Wystąpią nie tylko interesujący wokaliści, ale również utalentowani producenci i DJ-e. Headlinerem techno będzie Zak Khutoretsky, lepiej znany jako DVS1. Urodzony w Petersburgu DJ i producent, który w młodym wieku wyjechał do Stanów Zjednoczonych i tam zaczął tworzyć muzykę. Pierwszy raz zrobiło się o nim głośno osiem lat temu, gdy światło dzienne ujrzało bardzo dobrze przyjęte „Klockworks 05” – debiutancki winyl wydany przez wytwórnię Bena Klocka. DWIE WISIENKI NA TORCIE Prawdziwą ucztą dla uszu powinny być dwa ostatnie koncerty. Odpowiednio 18 i 19 marca w Warszawie wystąpią Thundercat i Sampha. Stephen Bruner, czyli Thundercat, wystąpił podczas zeszłorocznego OFF Festiwalu i był jednym z najbardziej wyczekiwanych artystów. Jest człowiekiem orkiestrą, który miłość do muzyki wyssał z mlekiem matki. Ojciec muzyka współpracował m.in. z legendarną Dianą Ross. Sam Thundercat wraz z bratem przez jakiś czas byli członkami słynącej z ostrych brzmień grupy Suicidal Tendencies. Jeśli wśród czytelników nie znajdują się miłośnicy muzyki hardcore – uspokajam. Bruner obecnie eksperymentuje i zawiera w swoich utworach elementy soulu, funku, jazzu i hip-hopu. Ponadto jego twórczość można usłyszeć na płytach tak cenionych artystów jak Erykah Badu, Kendrick Lamar czy Kamasi Washington. Sampha został ogłoszony najważniej-

WYBRANE KONCERTY: Thundercat – Bar Niebo, ul. Nowy Świat 21, Warszawa, 18 marca, godzina 19:00 DVS1 – Klub Jasna 1, ul. Jasna 1, Warszawa, 18 marca, godzina 22:00 Sampha – Klub Proxima, ul. Żwirki i Wigury 99a, 19 marca, godzina 19:00 szą postacią tegorocznego WWW i chyba bez cienia wątpliwości należy przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Brytyjski wokalista będzie promował swój debiutancki album „Process”, który został wydany całkiem niedawno, bo 3 lutego bieżącego roku. Sampha nie jest postacią anonimową w świecie muzycznym – użyczał swojego głosu i występował obok takich wykonawców jak Frank Ocean, Solange, Drake czy Kanye West. W swoich utworach nie boi się łączyć elektronicznych i soulowych brzmień, co w parze z charakterystycznym, przejmującym wokalem daje naprawdę ciekawą kompozycję.

Organizatorzy festiwalu WWW nie boją się eksperymentów, chętnie zapraszają wykonawców żonglujących muzycznymi stylami i gatunkami. W tym tkwi siła tej imprezy. „Process”, jak już zostało wspomniane, ukazał się w lutym, lecz wielu krytyków już teraz widzi tę płytę jako jeden z najlepszych debiutów 2017 roku. Wydaje się, że na festiwalu WWW każdy znajdzie coś dla siebie. Jego siłą jest różnorodność i otwartość na nowe eksperymenty muzyczne. Trwająca miesiąc podróż po wielu muzycznych zakątkach świata? Ja jestem na tak.

9


SPOŁECZEŃSTWO

Facebook obywatelski MARCIN MALEC

student e-biznesu w sgh, specjalizuje się w mediach społecznościowych i brandingu, interesuje się motoryzacją

Czy z mariażu celów społecznych i nowych technologii może narodzić się sukces? Wydaje się, że Internet stworzył nieograniczoną przestrzeń dla różnego rodzaju kampanii społecznych.

P

odobno w życiu pewne są tylko dwie rzeczy – śmierć i podatki. Jest jednak jeszcze jedna dziedzina, która śmiało może uchodzić za aksjomat codziennego życia, a są to poglądy. Od tych politycznych, które nieustannie podsycane przez media wywołują skrajne emocje, zaczynając, poprzez poglądy dotyczące religii, orientacji seksualnej, na tych odnoszących się do kultury kończąc. Jak widać, spektrum możliwych tematów do dyskusji

Najlepszym przykładem obrazującym siłę Internetu, jeśli mowa o kampaniach społecznych, jest ostatnia, bardzo głośna akcja #GermanDeathCamps. Jakie były jej początki? jest ogromne. Co człowiek, to opinia. Przy takiej światopoglądowej różnorodności społeczeństwa w pewnym momencie może się w nas narodzić potrzeba podzielenia się naszymi prywatnymi postulatami z (najlepiej) całym światem. Pojawia się pytanie, jak to zrobić? NOWE MOŻLIWOŚCI Z pomocą, niczym deus ex machina, przychodzi Internet. Wynalazek, który zmienił nasze życie o 180 stopni. Idąc o krok dalej, natrafimy na media społecznościowe, których celem jest budowanie sieci powiązań między ludźmi i umożliwienie im komunikacji między sobą. Mogą to być Facebook, Twitter, Instagram, a nawet Snapchat, jednym słowem do wyboru, do koloru. Raj dla wszystkich, którzy chcą się podzielić swoimi poglądami

10 | koncept | marzec 2017

z innymi, a może nawet nakłonić ich do działania. Nic więc dziwnego, że wirtualne społeczności stały się domem dla wielu kampanii społecznych. To tutaj rodzą się największe akcje, o których często mówi Polska, Europa, a nawet świat. #GERMANDEATHCAMPS Najlepszym przykładem obrazującym siłę Internetu, jeśli mowa o kampaniach społecznych, jest ostatnia, bardzo głośna akcja #GermanDeathCamps. Jakie były jej początki? Światowe media w swoich wypowiedziach bardzo często wypaczały historię. Chociaż słowo „wypaczanie” i tak jest jednym z najdelikatniejszych, jakich można było użyć w tym kontekście. Wprost pisały, że obozy koncentracyjne to dzieło Polaków. W odpowiedzi na te kłamstwa, w czerwcu 2015 roku, przy pomocy popularnego portalu Wykop.pl została zainicjowana akcja German Death Camps. Jej formalną stroną zajęła się Fundacja Tradycji Miast i Wsi. Obecnie na oficjalnym profilu facebookowym akcji jest ponad 30 tysięcy fanów. Co ciekawe, organizatorzy nie ograniczyli się tylko i wyłącznie do sfery wirtualnej. Niedawno banner o treści „DEATH CAMPS WERE NAZI GERMAN. ZDF APOLOGIZE!” ruszył w trasę po Europie. Dzięki temu ludzie z innych krajów mogli poznać prawdę o obozach koncentracyjnych i ich historii. W planach jest nawet podróż z bannerem po USA! Niektórzy pewnie pomyślą: po co tyle wysiłku, skoro my wiemy, jaka jest prawda. Niestety, okazuje się, że poza granicami naszego kraju panuje przekonanie, że mieliśmy do czynienia z #PolishDeathCamps, co jest wielce krzywdzące. A TY ILE PRZECZYTAŁEŚ KSIĄŻEK? TRENING ZROBIONY? Innym typem akcji są akcje zachęcające do różnych rodzajów aktywności. Nie jest źle, jest znacznie gorzej – rzekłby pewien klasyk. Co tu dużo mówić – Polacy nie czytają. Można się bulwersować, można narzekać i przywoływać wszelkie powody takiej sytuacji, ale od gadania jeszcze nic się nie zmieniło. Na przekór badaniom udostępnionym przez Bibliotekę Narodową, w których w 2015 roku lekturę co najmniej jednej książki zadeklarowało 37% badanych, Marcin Gnat postanowił ruszyć z czytelniczą kampanią społeczną. I to nie byle jaką, bo internauta rzucił Po-

lakom wyzwanie przeczytania 52 książek w ciągu roku. Jeżeli dobrze liczę, to wychodzi jedna książka tygodniowo. Dla jednych będzie to chleb powszedni, a dla innych może to być o 51 książek za dużo. Chętnych były dziesiątki tysięcy, problem w tym, że tak naprawdę nie wiadomo, ile osób

Marcin Gnat rzucił Polakom wyzwanie przeczytania 52 książek w ciągu roku. Jeżeli dobrze liczę, to wychodzi jedna książka tygodniowo. rzeczywiście wzięło sobie tę inicjatywę do serca. Ale w tym wypadku liczy się nie tyle wygranie, co przede wszystkim podjęcie internetowej rywalizacji. Sukcesem jest już samo zachęcenie osób programowo nieczytających do lektury choćby kilku książek w ciągu roku. Z drugiej strony kto jak kto, ale my studenci wiemy najlepiej, że nie samą literaturą żyje człowiek. Czasem warto wyjść i przewietrzyć głowę. Marcin Gnat zapewne również podziela tę opinię i dlatego jego kolejną inicjatywą jest „100 treningów w 2017 roku”. Cieszy się ona ogromnym zainteresowaniem, na oficjalnym wydarzeniu na FB ludzie co kilkadziesiąt minut wrzucają posty o postępach w ćwiczeniach. Niektórzy rzucają lakoniczne „14/100”, a inni dokładnie rozpisują czego dzisiaj dokonali. Super motywacja do ruszenia się sprzed telewizora! To zaledwie ułamek wszystkich kampanii społecznych, z jakimi możemy spotkać się w Internecie. Wiele jest tych, które mają na celu pomaganie chorym i potrzebującym. Są też te dotyczące crowdfundingu na cele społeczne. Jednak pomimo swojej różnorodności łączy je jedno – słuszna idea.


SPOŁECZEŃSTWO

Trzeba krzyczeć, że nie było żadnych „polskich obozów” Z Michałem Wlazło z Fundacji Tradycji Miast i Wsi współorganizującej akcję German Death Camps rozmawia Martyna Kośka. Celem akcji jest uświadamianie dziennikarzom i odbiorcom mediów, że nie ma czegoś takiego, jak „polskie obozy śmierci”. Więcej na ten temat można przeczytać na stronie www.germandeathcamps.org. Martyna Kośka: Co było impulsem dla podjęcia akcji German Death Camps? Michał Wlazło: Impuls pojawił się w 2015 r., kiedy użytkownicy popularnego serwisu Wykop.pl zwrócili uwagę na coraz częstsze pojawianie się w światowych mediach frazy „polskie obozy śmierci”. Jako Fundacja postanowiliśmy włączyć się w piętnowanie tego zjawiska. Przygotowaliśmy bilbordy, założyliśmy stronę internetową. Chcieliśmy też naciskać na polskie władze, by aktywniej przeciwdziałały powielaniu kłamstwa o polskich

Naszym celem nie jest walczyć z Niemcami, ale z pewną coraz popularniejszą narracją. Musimy krzyczeć, że nie było żadnych „polskich obozów śmierci”. obozach. Dziś jest to o tyle łatwiejsze, że nowa ekipa rządząca jest tym tematem naprawdę zainteresowana. W tym miejscu chciałbym nadmienić, że Fundacja jest całkowicie apolityczna. W trakcie Światowych Dni Młodzieży zaprezentowaliśmy nasze plakaty. Wtedy też doszliśmy do wniosku, że takie działania nie przynoszą oczekiwanego efektu. Uznaliśmy, że wstrzymujemy akcję, mając nadzieję, że pojawi się odpowiedni moment na jej wznowienie. Taka chwila nadeszła, gdy krakowski sąd zobowiązał niemiecką stację telewizyjną ZDF do przeproszenia Karola Tendery, byłego więźnia obozu Auschwitz, za użycie określenia „polskie obozy zagłady Majdanek i Auschwitz”. W ocenie naszej – ale i innych obserwatorów – ZDF nie zrobiła tego prawidłowo: zamiast zamieścić przeprosiny w widocznym miejscu na stronie głównej, ograniczyła się do umieszczenia na niej linku do nich prowadzącego. To była nieuczciwa zagrywka. Uznaliśmy, że trzeba działać. To miało

być mocne uderzenie. Wyraźny przekaz skierowany do telewizji ZDF, by w przyszłości inne redakcje zastanowiły się dwa razy, czy warto powielać kłamstwo. Na jakie działania informacyjne zdecydowaliście się w ramach akcji? Kiedy zobaczyliśmy akcję nakręconą przez Żelazną Logikę, w której internauci zaspamowali profile ZDF-u na Facebooku i Twitterze obrazkami, hashtagami #GermanDeathCamps i wezwaniami do należytych przeprosin uznaliśmy, że warto temat kontynuować. Praktycznie pod każdym postem stacji pojawiały się setki komentarzy polskich internautów, a zbanowanych przez nich użytkowników można było liczyć w tysiącach. To był bardzo dobry moment, aby wyjść z akcją poza Internet i zacząć działać na większą skalę. Po rozważeniu kilku opcji uznaliśmy, że podświetlany bilbord ciągnięty po Europie przez zabytkowego Mercedesa najlepiej spełni swoje zadanie. Z jakim odzewem spotkała się akcja i jakie były reakcje ludzi, z którymi organizatorzy spotkali się przy okazji przejazdu mobilnego bilbordu? Odzew i reakcje były zróżnicowane. W Niemczech przeszliśmy praktycznie niezauważeni, poza redakcją „Deutsche Welle” właściwie nikt nie wykazał zainteresowania (jeszcze oprócz „Russia Today”, ale w tym przypadku my nie byliśmy chętni do współpracy). Z kolei w Belgii i Wielkiej Brytanii udało się zaintereso-

wać wiele przypadkowych osób. Ludzie podchodzili i pytali, co to za akcja, a później samodzielnie weryfikowali nową wiedzę w Internecie. Naszą akcję dostrzegły wszystkie polskie redakcje i wiele zagranicznych, na przykład BBC. Dzięki temu informacje o nas docierały do tak odległych miejsc jak Pakistan czy kraje afrykańskie. Dla nas najważniejszy jest jednak przekaz skierowany do mieszkańców Europy Zachodniej i USA, bo to oni najczęściej powielają kłamstwo. Naszym celem nie jest walczyć z Niemcami, ale z pewną coraz popularniejszą narracją. Musimy o tym krzyczeć, tylko w ten sposób ludzie poznają prawdę. Karać czy edukować? Która metoda jest lepsza w zwalczaniu kłamstwa polegającego na używaniu wyrażenia „polskie obozy śmierci”? Edukacja ma kluczowe znaczenie. Zdajemy sobie sprawę, że użycie błędnej nazwy z reguły nie wynika ze złej woli, lecz z niewiedzy lub niezręcznego skrótu myślowego, jednak nie można tego bagatelizować, gdyż rodzi ona określoną narrację. Jeśli dziennikarze zupełnie świadomie piszą i mówią o „polskich obozach śmierci”, to powinni ponieść karę, poza tym ich niewiedza powinna być po prostu piętnowana. Dobrym pomysłem jest prowadzenie monitoringu – może za każdym razem, gdy dziennikarz pisze nieprawdę, należy wysyłać do redakcji specjalnie na tę okoliczność przygotowywaną broszurę informacyjną? Wątpliwości budzi natomiast użycie tej frazy przez stację niemiecką, bo trudno uwierzyć w nieświadomy błąd Niemców w tej właśnie sprawie. Wątpimy, że to był przypadek. Czy Państwa działania będą kontynuowane? Tak. Planujemy szerszą akcję, ale już we współpracy z innymi organizacjami (np. Redutą Dobrego Imienia). Tym razem chcemy adresować nasze działania do Amerykanów, bo media w USA nagminnie piszą o „polskich obozach”.

11


NZS

MBA – studia dla prezesów? PEŁEN PAKIET WIEDZY DYREKTORA? MONIKA WIŚNIOWSKA

dziennik ark a i miŁośniczk a mediów społecznościowych

Studia dla wybitnych, które pozwalają znaleźć się w biznesowej pierwszej lidze czy strata czasu, za którą trzeba słono zapłacić? Spróbujmy rozwikłać prestiżowo brzmiący skrót – MBA.

M

ożna powiedzieć, że studia Master of Business Administration związane są z wysokim poziomem biznesowego rozwoju społeczeństwa. Na świecie pojawiły się w połowie XX wieku, ale Polska z przyczyn oczywistych doczekała się ich na uczelniach dopiero na początku lat 90. CZYM JEST MBA? To program edukacyjny adresowany do menadżerów, kadry zarządzającej albo osób, które chcą w krótkim czasie znaleźć się w tej grupie. Studia trwające zazwyczaj rok albo dwa pozwalają nie tylko rozwinąć praktyczne umiejętności menadżerskie, ale również znacznie poszerzyć sieć kontaktów biznesowych.

W podobnym tonie wypowiada się Andrzej. – Wiadomo, że samo MBA nie zagwarantuje od razu awansu czy podwyżki, ale zdobyta wiedza, doświadczenie i kontakty biznesowe zaprocentują, i to nawet w krótkim czasie. Rozróżnia się kilka rodzajów studiów MBA. Poza tym menadżerskim, najczęściej spotykanym, wymienić można również EMBA (Executive MBA) skierowany do osób z większym stażem zawodowym i GEMBA (Global Executive MBA) dla osób pracujących w firmach międzynarodowych. Często spotykaną ostatnio formą takich studiów menadżerskich są kursy tematyczne przeznaczone dla określonych branż – np. IT czy HR.

12 | koncept | marzec 2017

Większość kursów MBA oferuje szeroki zakres wiedzy z dziedzin, które są niezbędne podczas zarządzania zespołem, firmą czy prowadzenia negocjacji biznesowych. Możemy się więc spodziewać zajęć z zarządzania, prowadzenia księgowości, finansów, prawa czy marketingu. Niezwykle ważnym elementem programu jest nauka praktyczna, w trakcie której studenci uczą się negocjować, prowadzić rozmowy biznesowe czy radzić sobie w sytuacjach kryzysowych. LICENCJAT, MAGISTERKA, MBA? Program MBA skierowany jest głównie do osób, które już pracują na kierowniczych stanowiskach. W ostatnich latach widać jednak pewną zmianę podejścia – coraz częściej na takie studia decydują się młodzi ludzie, którzy nie tylko nie zajmują jeszcze wyższych stanowisk, ale nawet nie posiadają zbyt bogatego doświadczenia zawodowego. – Moim zdaniem takie podejście nie ma sensu – przekonuje Andrzej, prezes firmy zajmującej się sprzedażą międzynarodową. – studia MBA przeznaczone są dla osób, które już sprawdziły swoje możliwości w biznesie i wiedzą, że chcą tą drogą podążać. To też wpływa na poziom zajęć praktycznych. Zupełnie inaczej przebiega dyskusja wśród osób znających rynek, zupełnie inaczej w grupie, która tylko przeczytała o nim w podręcznikach. Podobnie zdaniem Gabrieli na wartość tych studiów wpływa wiedza praktyczna uczestników. – Przede wszystkim ma się do czynienia z ludźmi, którzy na co dzień pracują w biznesie, w różnych branżach. Na moich studiach było parę osób z zagranicy, menadżerowie z różnych firm, na różnych stanowiskach. Dzięki temu, że było sporo czasu na dyskusje, dużo się nauczyliśmy od siebie nawzajem. STRATA CZASU I PIENIĘDZY? Szukając w Internecie informacji na temat studiów MBA, chyba nie da się nie trafić na opinie osób, które uważają, że spory wydatek – a do takich należy zaliczyć większość programów MBA – to nieopłacalna inwestycja. Szczególnie duże emocje towarzyszą dyskusjom na forach zawodowych.

– Bez względu na to, jakie stanowisko zajmujecie lub macie nadzieję zająć (choćby to miała być jakaś specjalność poboczna), to i tak będziecie uważani za potencjalne zagrożenie dla szefów i dyrektorów. W końcu ciągle jeszcze większość kadry zarządzającej nie ma takich studiów, zwłaszcza w średnich lub małych firmach – twierdzi Gabriel na forum GoldenLine. – Jakbym wysłał CV z takim wpisem to szef nie zaprosiłby mnie na rozmowę, bo myślałby, że jestem od niego mądrzejszy, co i tak ma miejsce bez takich studiów – wtóruje mu na trójmiejskim forum użytkownik „M”. – Po skończeniu szkoły dostałam się do głównego oddziału firmy w Luksemburgu – odpowiada na takie zarzuty Gabriela. Więc uważam, że ukończenie MBA było kluczowe. W podobnym tonie wypowiada się Andrzej. – Wiadomo, że samo MBA nie zagwarantuje od razu awansu czy podwyżki, ale zdobyta wiedza, doświadczenie i kontakty biznesowe zaprocentują, i to nawet w krótkim czasie. Ile osób, tyle opinii. Bez wątpienia skuteczność studiów MBA zależy w dużej mierze od indywidualnej sytuacji danej osoby. Dyplom może przyczynić się do szybkiego awansu, ale może być też zbędnym balastem, który w dodatku sporo kosztuje. Nie należy go więc traktować jak o kolejnego szczebla edukacyjnego, ale przeanalizować własne potrzeby i możliwości, a dopiero wtedy podjąć świadomą decyzję. GDZIE NA STUDIA MBA? Jak wynika z popularnego rankingu MBA Perspektywy 2016, najlepszym miastem na studia jest Warszawa. Oto lista najwyżej ocenionych uczelni, które oferują taki program: 1. C  anadian Executive MBA (CEMBA) – Szkoła Główna Handlowa 2.emba@uw – Executive MBA na Uniwersytecie Warszawskim – Międzynarodowe Centrum Zarządzania Wydział Zarządzania UW 3. Executive MBA – Akademia Leona Koźmińskiego ex aequo z Executive MBA Katalyst – Szkoła Biznesu Politechniki Warszawskiej 5.MBA-SGH – Szkoła Główna Handlowa


NA ZDJĘCIU ROBERT CELIŃSKI

SPORT

Pokonać Everest biegania DOROTA MARIA NOWAK

DZIENNIKARKA SPORTOWA

Ponad 5 tys. m n.p.m., w zimnie i nerwach. Stać na starcie odbywającego się najwyżej na świecie maratonu i za cel obrać sobie dotarcie do mety w jak najkrótszym czasie. Stuprocentowa koncentracja i niesamowita motywacja. O Robercie Celińskim, człowieku mierzącym się z tym morderczym wyzwaniem, opowiada film „Chasing the breath”.

M

ając brata maratończyka, nie raz mogłam obserwować jak trudne są przygotowania do tego rodzaju zawodów, jak wymagające są codzienne treningi i jak nadludzki wysiłek należy włożyć w każdy kilometr takiego biegu. Mogłoby się wydawać, że jest to jedna z najtrudniejszych dyscyplin świata. Jednak czy najtrudniejsza? Gdy słyszy się o Tenzing Hillary Everest Marathon to odpowiedź nasuwa się sama. Te zawody dosłownie i w przenośni zapierają dech w piersiach. ZAPALONY BIEGACZ W OBIEKTYWIE KAMERY Robert Celiński to typ człowieka, który coraz trudniej spotkać. Dla pochodzącego z Trzebieszowa, niewielkiej wsi w powiecie łukowskim, biegacza nie ma bowiem żadnych ograniczeń. Wszystko uważa za możliwe do zrealizowania. Można go nazwać sportowym wariatem w najbardziej pozytywnym tego słowa

znaczeniu. W wieku 44 lat postawił sobie za cel wygrać nepalski maraton. Podczas ostatniego pobytu w Nepalu w maju 2015 roku towarzyszył mu Adrian Dmoch. Wspólnie postanowili spełnić jedno z licznych marzeń Roberta – nakręcić film dokumentalny. Niesamowite ujęcia i świetna muzyka pozwalają widzowi przeżyć podróż na najwyższą górę świata i obserwować krok po kroku mentalne i fizyczne przygotowania Roberta do startu w biegu odbywającym się na wysokości ponad 5 tys. m n.p.m. BIEG PONAD GRANICĄ LUDZKIEJ WYOBRAŹNI By bezpośrednio przygotować się do startu, Celiński spędza minimum trzy tygodnie na wysokości ponad 3 tys. metrów, codziennie biegając po skalistych górach. Aklimatyzacja jest procesem bardzo wymagającym. Przykładowo, na trasie zawartość tlenu w powietrzu wynosi o 50% mniej niż na obszarach nizinnych. Bardzo trudno przyzwyczaić się do tak ekstremalnych realiów. W himalajskim biegu udział bierze około dwustu zawodników, wśród których znakomitą większość stanowią Szerpowie, doskonale przystosowani do tamtejszych warunków. W pierwszej dwudziestce zeszłorocznej edycji znalazło się jedynie trzech zagranicznych śmiałków. Konkurowanie z miejscowymi jest więc nie lada wyzwaniem. Maraton spokojnie można nazwać męczarnią. Ponad 42 kilometry ciągłego biegu po skałach i ogromne trudności w złapaniu oddechu… Baza, z której wyruszają odważni biegacze znajduje się na wysokości 5,264 tys. m n.p.m. i prowadzi do Namcze Bazar (3,444 tys. m n.p.m.), ale wbrew pozorom zawodnicy nie biegną tylko w dół. Po drodze czekają na nich liczne wzniesienia i zakręty. Muszą także omijać przeszkody w postaci dołków czy wybo-

„Mam pięć sióstr i dwóch braci. Wychowywanie się w licznej rodzinie uczy swoistej rywalizacji. To ona dobrze wpływała na kształtowanie się mojego charakteru i uczyła odpowiedzialności. Nie było lekko. Była zabawa, ale także liczne obowiązki w gospodarstwie. Im stawałem się starszy, tym więcej ich było. Musiałem godzić naukę, pomoc w domu i chęć realizacji marzeń, jakie ma każdy dzieciak. Kształtowany za młodych lat charakter rzutował na moje późniejsze decyzje. Pragnienie urzeczywistniania marzeń rosło wtedy, gdy nie było łatwo. Mam tak do dzisiaj”. Robert Celiński.

istych skał, by nie nabawić się kontuzji. Ze względu na tak skomplikowane warunki najlepszy zawodnik 2016 roku na mecie znalazł się po 4 godzinach i 10 sekundach od startu (dla porównania, najszybsi zawodnicy maratonu w Polsce osiągają czas ok. 2 godzin i 10 minut). Celiński miał do niego mniej niż 24 minuty straty. PRAWDZIWY WOJOWNIK Polak startował w Himalajach już kilka razy. Z każdym rokiem jego rezultat się poprawia. W maju zajął piąte miejsce i dotarł na metę jako pierwszy z cudzoziemców. To trzeci wyścig z rzędu, w którym Celiński okazał się najlepszym zagranicznym zawodnikiem. Mimo tak rewelacyjnych wyników Robert nadal nie czuje pełnej satysfakcji. Jego celem jest wygranie himalajskiego maratonu... „Chasing the breath” to produkcja,

Gdy słyszy się o Tenzing Hillary Everest Marathon to odpowiedź nasuwa się sama. Te zawody dosłownie i w przenośni zapierają dech w piersiach. którą warto obejrzeć i która niewątpliwie będzie ciekawa nawet dla osób niekoniecznie interesujących się sportem. To po prostu inspirujące, jak wiele można poświęcić dla swojej pasji i jak niestrudzenie da się walczyć o to, by spełniać nawet najbardziej szalone marzenia. Film wkrótce będzie dostępny w wybranych kinach. A tej wiosny wszyscy trzymajmy kciuki za Roberta. Dopingujmy go w trakcie zawodów tak mocno, by potem móc cieszyć się z jego wygranej w tym wyjątkowym biegu i naszego udziału w jego zwycięstwie.

13


WYWIAD NUMERU

Nie koncentrujmy się na skandalach O kontrrewolucji w kulturze, ideologicznej orientacji repertuaru filharmonicznego i nowych formatach TVP Kultura oraz klasyce kina amerykańskiego, którą od kwietnia będzie można w tej stacji oglądać, opowiada w rozmowie z Agnieszką Niewińską Mateusz Matyszkowicz, dyrektor TVP Kultura. znach: obyczajowej, estetycznej, patriotycznej. To powodowało niechęć i narastającą potrzebę kontrrewolucji. Stąd oczekiwanie, że teraz w sferze kultury nastąpią zmiany. Pytanie tylko, jakie one być powinny. Nie byłoby dobrze, gdybyśmy przejęli myślenie lewicy i postrzegali kulturę jako narzędzie rewolucji. Coś przeciw czemu ja sam jako konserwatysta protestuję to traktowanie kultury jako elementu społecznej manipulacji, patrzenie nie na to, jakie wartości ona nam przynosi, ale jakiej zmiany społecznej możemy dokonać za jej pomocą. Jakie zatem byłoby to konserwatywne oblicze kultury?

Agnieszka Niewińska: Dostrzega pan konserwatywną rewolucję w kulturze? Od ostatnich wyborów parlamentarnych lewica nią straszy, a prawica mówi o niej z nadzieją. Mateusz Matyszkowicz: Przez lata u osób konserwatywnych narastała niechęć do mainstreamu kulturowego w Polsce, a to dlatego, że nasze kluczowe odniesienia kulturowe były przewartościowywane i to na różnych płaszczy-

14 | koncept | marzec 2017

Konserwatysta uznaje, że są pewne stałe punkty odniesienia, niezależne od ewolucji społecznej. Można tu przywołać klasyczną triadę: prawdę, dobro i piękno. Celem kultury jest kształtowanie wspólnoty i jednostki, a kryteria oceny wytworu kulturowego są niepolityczne. Polityka jest wtórna w stosunku do kultury, choć ta wpływa na decyzje wyborców i na to, w jaki sposób politycy sprawują władzę. Kultura sprawia, że ci ostatni mają język, którym mogą się komunikować. Zarówno, kiedy odwołują się do szatanów – jak zrobił to Jarosław Kaczyński, cytując Kornela Ujejskiego, jak i na zupełnie podstawowym poziomie.

Dostrzega pan po wyborach zmiany w sferze kultury? Wszyscy się ich spodziewają, bo w końcu rządzi partia uznawana za konserwatywną. Zmiany następują. Polegają one na rozszerzeniu spektrum tematów, którymi interesują się twórcy, do których się odnoszą oraz form, którymi się posługują. Zarówno lewica, jak i część prawicy powie, że tu chodzi o redystrybucję środków. Dominacja kultury lewicowej była oparta na przewadze ekonomicznej związanej z łatwiejszym dostępem do grantów. To jest jednak tylko część prawdy. Rzeczywiście łatwiej było być twórcą lewicowym i uzyskać dofinansowanie swoich działań,

Nie byłoby dobrze, gdybyśmy przejęli myślenie lewicy i postrzegali kulturę jako narzędzie rewolucji. Coś przeciw czemu ja sam jako konserwatysta protestuję to traktowanie kultury jako elementu społecznej manipulacji. ale nie usprawiedliwia to tych, którzy uważają się za konserwatystów. To jest tak jak z człowiekiem, który mówi, że napisałby największą powieść w historii literatury tylko nie ma maszyny do pisania. Zwykle ci, którzy tak mówią, nie stworzą żadnych „Biesów” nawet kiedy tę maszynę dostaną. Potrzebne jest pogodzenie się konserwatystów z kulturą, bo przez lata stawiali oni na takie dziedziny jak historia, sprawy gospodarcze czy społeczne, odsuwając kulturę na bok. Nie jestem za porzuceniem tamtych sfer, ale za poszerzeniem spektrum. Kolejny problem z konserwatywną rewolucją polega na tym, że jesteśmy jak Styka malujący obraz Jezusa Miłosiernego. Postanowił malować go na kolanach.


WYWIAD NUMERU

„Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze”, powiedział mu Pan Jezus. Jeżeli wierzymy w stały punkt odniesienia to to, co wytwarzamy jako konserwatyści musi być jakościowo dobre. Często niestety się zdarza, że jedynym lub głównym

Zgadzam się z tym, że TVP Kultura miała ofertę przechyloną bardziej na lewo. Nasza misja polega na jej zrównoważeniu, ale nawet zrównoważona będzie zawierać takie produkcje, z którymi konserwatysta się nie zgodzi. kryterium, według którego konserwatyści oceniają jakiś wytwór kultury jest to, czy jest on słuszny, czy niesłuszny. Może być największym paździerzem, ale wystarczy, że jest słuszny. Zaś takie podejście jest niekonserwatywne. Konserwatyści rzeczywiście za mało uwagi poświęcają kulturze? Bardzo łatwo można to zweryfikować. Zobaczmy, ile miejsca poświęcają jej tygodniki konserwatywne w Polsce. Mam wrażenie, że zamiast promować dobrą kulturę, koncentrują się na wyszukiwaniu skandali. W czasie, gdy wybuchła awantura wokół spektaklu „Golgota Picnic”, w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej był wystawiany „Moby Dick” z muzyką Eugeniusza Knapika i librettem Krzysztofa Koehlera. Media chętnie napędzały szum wokół „Golgoty Picnic”, a na palcach jednej ręki mogę policzyć recenzje „Moby Dicka”. Skandal się lepiej klika. Mam wrażenie, że nastąpiła tabloidyzacja konserwatyzmu w Polsce. Ja zamiast listy dziesięciu książek, których nie powinienem przeczytać, wolę wybór dziesięciu książek, które przeczytać warto. Młody człowiek postrzegający się jako konserwatysta może wybierać w ofercie kulturalnej? Ponieważ konserwatywne media tak bardzo skupiły się na podkreślaniu skandali, wiele osób myśli, że oferta kulturalna jest lewicowa. Pomagają w tym sami artyści. Wystawienie koszmarnej „Klątwy” rzuca cień na cały polski teatr, a tak nie powinno być. Czy w warszawskiej Operze w ciągu ostatnich pięciu lat była choć

jedna premiera, którą można określić jako lewicową? „Nabucco” jest lewicowy? Podobnie jest w przypadku warszawskiego Teatru Dramatycznego. Oprócz kilku – i to bardzo ciekawych – spektakli Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego oraz jednego spektaklu Tadeusza Słobodzianka nie ma tam stricte lewicowej oferty. Przeciwko czemu się tu buntować? To, że jest kilka teatrów o mocnym odchyleniu lewicowym nie oznacza, że do nich ogranicza się oferta kulturalna. Czy w filharmoniach grają jakieś lewactwo i dlatego nie ma tam konserwatystów? Te najbardziej prawicowe media nie oszczędzają pana. Był pan krytykowany za pokazanie „Sponsoringu” Małgorzaty Szumowskiej, nazwanego przez jeden z portali „pornogniotem”. TVP Kultura oberwało się także za „Ukrzyżowanie – święty skandal” i „Salò, czyli 120 dni Sodomy” Pasoliniego. Chciałbym zapytać te osoby, czy płacą abonament i czy zdają sobie sprawę z tego, że budżet produkcyjny TVP Kultura na 2017 rok wynosi 0 zł. To, co w tej chwili produkujemy powstaje dzięki współpracy z Narodowym Instytutem Audiowizualnym, czyli dzięki pomocy finansowej MKiDN. Czy te osoby, które tak nas krytykują zdają sobie sprawę z kosztów licencji filmowych? Niektórzy chyba uważają, że Matyszkowicz przyszedł do TVP Kultura i z iPhone’a będzie puszczał filmy i muzykę, które mu się podobają. Zdobycie każdej złotówki kosztuje nas wiele wysiłku, a w ubiegłym roku udało nam się pozyskać dla TVP Kultura 8 mln zł i za to przeprowadziliśmy prawdziwą rewolucję w publicystyce kulturalnej. Zgadzam się z tym, że TVP Kultura miała ofertę przechyloną bardziej na lewo. Nasza misja polega na jej zrównoważeniu, ale nawet zrównoważona będzie zawierać takie produkcje, z którymi konserwatysta się nie zgodzi. Chciałbym, żeby ci, którzy nie oglądają TVP Kultura, a próbują tylko wywołać skandal, wychwytując w naszym programie pojedyncze tytuły emitowane w nocy, zobaczyli całość ramówki oraz ewolucję oferty. Przypomnę, że każda nowość na naszej antenie wymaga wielu zabiegów związanych z pozyskiwaniem środków finansowych. Prosił pan, żeby nie oceniać TVP Kultura po pierwszym roku, bo dopiero w kolejnym stanie się ona pana autorską stacją. Co zatem spośród propozycji nowej ramówki poleciłby pan młodym ludziom do obejrzenia?

Mamy najlepszą ofertę klasyki kina. Nie ma takiej żaden inny kanał telewizyjny w Polsce. Od kwietnia nastąpi widoczna zmiana w repertuarze filmowym, bo zakupiliśmy duży pakiet klasyki kina amerykańskiego. Będzie można u nas zobaczyć filmy reżyserów, których nikt inny nie pokazuje oraz mniej znane tytuły wielkich artystów kina, których dotąd – z niewiadomych przyczyn – nie pokazywano. Chciałbym, żeby było także więcej polskiej klasyki, ale niestety w ostatnich latach stacja straciła prawa niemal do wszystkiego. Krok po kroku próbujemy to odzyskiwać. Będzie także szersza oferta muzyczna – zarówno jeśli chodzi o muzykę klasyczną, jak i alternatywną. A publicystyka kulturalna? Mam nadzieję, że uda nam się wprowadzić nową ofertę. Ubiegamy się o środki na ten cel. Planujemy dwa nowe programy w ciągu dnia: jeden w formacie magazynowym, a drugi typu late night show. O ile nasze magazyny publicystyczne w swojej estetyce są surowe, wręcz punkowe, to nowe wieczorne programy będą glamour. Już w ubiegłym roku spośród wszystkich stacji telewizji polskiej to nam udało się wprowadzić najwięcej nowych formatów. Na naszej antenie pojawiły się osoby, które w ostatnich latach nie miały tutaj wstępu. Przypomnę, że w 2010 roku zniknął „Trzeci punkt widzenia” – program prowadzony przez środowisko Teologii Politycznej. Teraz znów jest w naszej

O ile nasze magazyny publicystyczne w swojej estetyce są surowe, wręcz punkowe, to nowe wieczorne programy będą glamour. ramówce. W TVP Kultura można obejrzeć także Krzysztofa Kłopotowskiego i Jakuba Moroza. Czy wcześniej ktoś wyobrażał sobie, że taki program może pojawić się w medium publicznym? Przypomnę także gości, którzy pojawili się w programie „Chuligan literacki”. Czy do tej pory było gdzieś miejsce dla Przemysława Dakowicza czy Antoniego Libery? A Redbad Klijnstra i Emilia Komarnicka oraz ich program „Nienasyceni”, w którym tropią ludzi realizujących swoje pasje daleko od wielkich ośrodków? W skrajnie trudnej sytuacji finansowej wprowadziliśmy największą ofertę publicystyki kulturalnej.

15


PODRÓŻE

Zrozumieć krainę smutku „Kiedyś wydawało mi się, że japońskie realia są wyjątkowe w skali świata. Dziś im lepiej znam Azję, tym wyraźniej widzę podobne mechanizmy także u nas”. Z Rafałem Tomańskim, japonistą, dziennikarzem i autorem książek o krajach Azji, rozmawia Oliwia Kacprzak. RAFAŁ TOMAŃSKI Oliwia Kacprzak: Z wykształcenia jesteś japonistą – co zadecydowało o takim wyborze życiowej drogi? Rafał Tomański: O Japonii chciałem dowiedzieć się więcej po przeczytaniu „Na uwięzi” Yukio Mishimy. Był to przykład niezwykłej literatury i myślenia tak nietypowego, tak innego od tych, z którymi miałem wcześniej do czynienia, że musiałem lepiej poznać kraj, z którego pochodził. W swoich książkach o Japonii – „Tatami kontra krzesła” i „Made in Japan” – ukazujesz niezwykłe kontrasty tego kraju, dzielisz się swoimi spostrzeżeniami, ale też obnażasz społeczne wady. Czy pomysł na pisanie narodził się w tobie po zetknięciu ze skomplikowanymi japońskimi realiami? Napisanie książki wydawało mi się kiedyś bardzo trudnym zadaniem, ale któregoś razu spróbowałem i okazało się, że nie jest to aż tak niewyobrażalne. Dobrze jest robić to, co siedzi w środku najmocniej, bo wtedy kolejne tematy rozwijają się właściwie same z siebie. Trzeba jedynie kontrolować źródła i trzymać się

faktów, a reszta przychodzi naturalnie. Kiedyś wydawało mi się, że japońskie realia są wyjątkowe w skali świata. Dziś im lepiej znam Azję, tym wyraźniej widzę podobne mechanizmy także u nas. Chodzi nie tylko o to, że ludzie wszędzie czują czy cierpią tak samo, ale także o to, że systemy polityczne, budowanie zależności i relacje międzyludzkie zaczynają wykazywać coraz większe podobieństwa. Na azjatycką rzeczywistość dobrze jest spojrzeć z oddalenia, pod szerszym kątem. Od początku Japonia dawała mi się poznać jako kraina ludzi smutnych i w pewien sposób przegranych, jakby w każdej chwili swojego istnienia i tak myślała o śmierci. „Tatami” miało być przewodnikiem i poradnikiem jak w takim świecie nie popełniać podstawowych błędów i rozumieć możliwie najwięcej. „Made in...” to opowieść o tym samym kraju, ale po nałożeniu filtra z 11 marca 2011 roku, czyli trzęsienia ziemi w Fukushimie. Wówczas Japonia stanęła przed problemem znacznie większym niż wspomniane poczucie rezygnacji – tak zwaną „potrójną katastrofą” sejsmiczno-morsko-atomową – ale ludzie i tak musieli sobie jakoś radzić. To zaś zrodziło kolejne pytania: dlaczego Japończykom udaje się tak szybko przy-

stosować do skrajnie trudnych sytuacji, dlaczego państwo nie przeszło w międzyczasie kilku poważnych rewolucji? Pamiętam jak Wojciech Tochman podczas premiery „Made in...” zarzucał mi, że tak naprawdę muszę tego kraju bardzo nie lubić, skoro opisuję jedynie jego negatywne aspekty. Jednak powód jest o wiele prostszy – krytyka pod adresem Japonii pomaga ją lepiej zrozumieć i opisać istotę problemów, z powodu których społeczeństwo zmierza ku przepaści. W twoim życiu zagościła również Korea, co zaowocowało kolejną publikacją – „Piekło-niebo. Zrozumieć Koreę”. Skąd zainteresowanie tą częścią Azji? Czy, zgodnie z tytułem książki, faktycznie zgłębiłeś tajniki koreańskiej mentalności? Koreańczycy są znacznie bardziej otwarci na kontakt z innymi. Japończycy utwierdzili się w przekonaniu, że żaden cudzoziemiec i tak nigdy ich nie

Wojciech Tochman podczas premiery „Made in Japan” zarzucał mi, że tak naprawdę muszę tego kraju bardzo nie lubić, skoro opisuję jedynie jego negatywne aspekty. Jednak powód jest o wiele prostszy – krytyka pod adresem Japonii pomaga ją lepiej zrozumieć. zrozumie, że nie potrzebują pomocy, nie interesuje ich współpraca w działaniach kulturalnych. Żałuję, że takich rzeczy nie uświadamia się na studiach, można by przynajmniej uniknąć w przyszłości kilku poważnych złudzeń. Japonia przez długi czas nie prowadziła żadnych konkretnych działań poprawiających jej wizerunek na świecie. Wpadła w pułapkę myślenia, że skoro wszyscy kojarzą samurajów, wojowników ninja czy Hello Kitty, jej marka obroni się sama. Po latach okazało się, że

16 | koncept | marzec 2017


PODRÓŻE ludzie lubią poznawać nowe rzeczy i do odkrywania świata potrzebują kompetentnych przewodników. Koreańczycy postawili zatem na promocję zwaną miękką dyplomacją i nagle okazało się, że najpopularniejszym utworem Internetu jest koreański „Gangnam Style”, że w Korei jest znakomita kuchnia oparta na niespotykanej zasadzie kiszenia i fermentowania praktycznie każdego składnika, że Koreańczycy muszą mieć żelazne przekonanie o własnej wyjątkowości, skoro przez wieki podbojów nie stracili charakteru. W koreańskim centrum kultury w Warszawie można znaleźć na przykład ulotki, które uczą, że koreański strój narodowy to nie kimono, choć wygląda na pierwszy rzut oka podobnie. Ten kraj nie

Japończycy utwierdzili się w przekonaniu, że żaden cudzoziemiec i tak nigdy ich nie zrozumie, że nie potrzebują pomocy, nie interesuje ich współpraca w działaniach kulturalnych. bał się eksperymentowania z japońskimi pomysłami i robienia na nich pieniędzy. Młodzieżowe zespoły spod znaku K-popu to kopie japońskich pomysłów. Koreańskie seriale, tak zwane dramy, również opierają się na japońskich pierwowzorach. Widać było coraz wyraźniej, że te pomysły podobają się w kraju, że można nimi zainteresować ogromny rynek w Chinach, że koreański taniec boys- i girlsbandów może się przyjąć w akademiach w Meksyku czy Iranie. Po latach okazuje się, że ten mechanizm oparty był w pewnej części na nie do końca transparentnych powiązaniach wielkiego biznesu i polityki. Koreańska soft diplomacy jest teraz na liście

Korea i Japonia mają jeszcze jeden wspólny mianownik – nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mogłoby nam się tam stać coś złego. potencjalnych ofiar skandalu z udziałem prezydent Park Geun-hye, jednak nie może to przysłonić obrazu całości kraju, który w taką muzykę i produkcje filmowe uwierzył. W największym skrócie można stwierdzić, że Korea robi to samo, co Japonia, tyle że z pewnym opóźnieniem i z lepszym efektem. Pod względem kulturalnym te kraje wzajemnie prze-

nikają się od wieków i choć uważają się za odwiecznych wrogów – Japończycy gardzili rzekomo niższymi pod względem rozwoju Koreańczykami, a ci z kolei nie chcą Japończykom zapomnieć okrucieństwa z czasów kolonialnej zależności i koszmaru II wojny światowej – miały na siebie niezaprzeczalny wpływ. Korea niestety także podąża japońską drogą do wewnętrznego smutku i poczucia nieodwracalnej przegranej. Nawet śmierć z przepracowania czy samobójstwa ze względu na brak perspektyw w życiu nie są już tylko japońską domeną, a Korea wręcz zaczyna wygrywać w rankingach. Teraz pytanie praktyczne – z jakimi trudnościami wiąże się podróżowanie po Azji? Co mógłbyś poradzić ludziom marzącym o poznaniu Dalekiego Wschodu? Problemem mogą być jedynie pieniądze na opłacenie lotu. Korea nie jest tanim krajem, Japonia jeszcze droższym, ale w dobie serwisów hotelarskich i ekonomii współdzielenia można bez żadnych problemów z poziomu kanapy we własnym domu zarezerwować sobie świetne miejsce na drugim końcu świata. Wystarczy jedynie Internet i przełamanie strachu. Azjaci są bardzo miłymi i serdecznymi ludźmi. Nie trzeba bać się nieznajomości języka, bo nawet po nauce języka konkretnego kraju Azji i tak lokalna wymowa i tempo mówienia mogą znacznie utrudniać porozumienie. Wystarczy jednak kilka słów po angielsku i – powtarzam – brak lęku, że się nie uda. Z Azją wiąże się wiele stereotypów, a z jakimi może spotkać się w Azji Europejczyk? Czy Japończycy lub Koreańczycy mają jakieś skojarzenia z Polską? Teraz stereotyp może sprowadzić się do tego, że miejscowi będą dla nas o wiele bardziej mili niż dla siebie samych. W Japonii będzie to wprawdzie jedynie pozorny obraz – tam cudzoziemców wciąż uważa się za tych, którzy najczęściej robią niedozwolone rzeczy i oczywiście kompletnie nie rozumieją tego kraju. Nigdzie indziej w regionie nie doświadczy się czegoś podobnego. Koreańczycy sami z siebie w metrze podają plastikowe torby, gdy widzą, że wracamy z miasta obwieszeni zakupami. Chińczycy dołożą wszelkich starań, żeby wskazać nam drogę, chociaż w 99% przypadków na nic nam się to nie przyda. Wietnamczycy otoczą nas opieką i pomogą we wszystkim, o co poprosimy. Najwięcej załatwia uśmiech i szczerość. Korea i Japonia mają jeszcze jeden wspólny mianownik – nie wyobrażam sobie

sytuacji, w której mogłoby nam się tam stać coś złego. W Korei można zostawić na stoliku w kawiarni portfel i iść do toalety, w Japonii – zasnąć w dowolnym miejscu z dowolnym sprzętem elektronicznym i obudzić się bez żadnej straty. To wyjątkowo rzadki komfort, którego w naszej części świata nie ma. Azjaci kojarzą nas z Chopinem, Janem Pawłem II i Wałęsą, w dodatku coraz chętniej sami przyjeżdżają do Polski. Dobrym sposobem na dodatkową promocję naszego kraju byłoby pokazanie w Azji filmu rozgrywającego się w polskim mieście, na polskiej wsi, na Mazurach, nad morzem i w Tatrach. Takie realia przyciągnęłyby z pewnością jeszcze więcej fanów. Pracujesz nad kolejną książką? Oczywiście, ale na razie nie mogę niczego zdradzić.

Wywiad przeprowadzony został w ramach cyklu spotkań „Orient Express” organizowanego przez Studenckie Koło Naukowe Azji Wschodniej i Pacyfiku przy Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego pod patronatem „Konceptu”.

17


EDUKACJA WYWIAD EKONOMICZNA NUMERU

Aż jedna piąta Polaków nie zawsze wie, w jakiej kondycji finansowej jest ich partner Badanie „Finanse w związkach” zrealizowane na zlecenie BIK ujawniło, że ponad jedna trzecia Polaków ukrywa wydatki przed swoim partnerem. Częściej zdarza się to kobietom (41%) i osobom w wieku 25-34 lat (43%). 12% respondentów przyznało, że wzięło kredyt bez wiedzy swojej drugiej połówki. Blisko trzy czwarte Polaków mieszkających razem z partnerem dokładnie zna jego sytuację finansową, a 64% par posiada wspólny budżet domowy, z którego pokrywa wszystkie wydatki – tak wynika z badania przeprowadzonego przez instytut badawczy ARC Rynek i Opinia* na zlecenie Biura Informacji Kredytowej. Prawie połowa badanych stwierdziła, że ma wspólne konto ze swoim partnerem, częściej jednak dotyczy to osób w związkach formalnych. JAK KREDYT MIESZKANIOWY, TO WE DWOJE Jak wynika ze struktury kredytobiorców BIK, obecnie w Polsce kredyt mieszkaniowy najczęściej zaciągany jest przez dwie osoby (65% przypadków), bez względu na to czy żyją w związku małżeńskim, czy partnerskim. Osoby, które łączą swoje dochody zwiększają swoją zdolność kredytową i potencjalnie mogą uzyskać atrakcyjniejsze warunki umowy. – Dochody uzyskiwane przez dwóch kredytobiorców są dla banku zabezpieczeniem terminowej spłaty kredytu. To oznacza, że nawet w przypadku utraty dochodów przez jednego z nich, np. w wyniku utraty pracy, choroby czy innego zdarzenia losowego, pozostają dochody drugiej osoby, które mogą być przeznaczane na spłatę raty – mówi Alina * W treści przytoczono dane z badania „Finanse w związkach” zrealizowanego w 2016 r. na zlecenie BIK przez ARC Rynek i Opinia na reprezentatywnej próbie Polaków 25-60 lat, N=1 092 oraz badania „Booster: Polacy mieszkający z partnerem lub partnerką”, N=808.

18 | koncept | marzec 2017

Stahl, dyrektor Biura Komunikacji BIK. – Trzeba przy tym pamiętać, że obie osoby w przypadku problemów z terminowym spłacaniem zobowiązania ponoszą przed bankiem solidarną odpowiedzialność. Oznacza to, że bank może oczekiwać zwrotu zadłużenia od każdego z nich. UFAĆ ZNACZY KONTROLOWAĆ... Jeśliby założyć, że dla większości par ich związek opiera się na akceptacji, bliskości i zaufaniu, to gdy chodzi o kwestie finansowe nie zawsze jest to regułą. Część par unika rozmów o pieniądzach – aż jedna piąta respondentów nie zawsze wie, w jakiej kondycji finansowej jest ich partner. 13% badanych będących w związku twierdzi również, że do tej pory nie stworzyła wspólnie z partnerem zadowalającego systemu podziału wydatków. Ponad jedna trzecia Polaków ukrywa wydatki przed swoim partnerem. Częściej zdarza się to kobietom (41%) i osobom w przedziale wiekowym 25-34 lata (43%). – Być może właśnie dlatego ponad połowa Polaków (51%) sprawdza historię konta swojego partnera. Jednocześnie aż dwie trzecie badanych twierdzi, że ich partner nie sprawdza historii ich konta. Z jednej strony Polacy postępują więc w myśl zasady „ufać znaczy kontrolować”, z drugiej zaś wierzą, że partnerzy obdarzają ich znacznie większym zaufaniem niż jest to w rzeczywistości – komentuje Alina Stahl z BIK. POPATRZEĆ NA SIEBIE SAMYCH Choć mamy skłonność do kontrolowania innych, warto także regularnie sprawdzać stan własnych finansów, a w szczególności to, czy w naszej historii kredytowej nie ma opóźnień w spłacie, których możemy być zupełnie nieświadomi. Jest to szczególnie ważne dla osób, które są aktywne kredytowo, czyli posiadają kredyt własny, wspólny lub nawet poręczony. Nierzadko prowadzimy wszystkie te działania w kilku bankach jednocześnie. By nie pogubić się w swoich kredytach, warto czytać raport BIK, który bez trudu można przeanalizować samemu, a także omówić ze swoim partnerem pod kątem

podjęcia decyzji o ewentualnym kolejnym kredycie, np. na częściowe sfinansowanie wspólnych marzeń. Kontrolując spłaty i swoją historię kredytową, odnosimy także inne korzyści. W przypadku wątpliwości odnośnie do naszych danych, możemy zwrócić się do instytucji, która przesłała informację o nas do BIK i prosić ją o dokonanie korekty. Z kolei osoby ceniące sobie wygodę mogą aktywować w BIK specjalne alerty i w przypadku nawet najdrobniejszych opóźnień otrzymywać powiadomienia SMS-em i mailem lub być chronione przed próbami wyłudzenia kredytu. ROMANTYCZNIE I PRAKTYCZNIE „Miłość to znaczy popatrzeć na siebie”, tak pisał w latach 40. XX w. nasz polski noblista, Czesław Miłosz. Jednak poetycka interpretacja istoty tego uczucia, jakkolwiek nadal aktualna, staje w bezpośredniej konfrontacji z potrzebami współczesnych par, dla których oznacza ono coś więcej. Obecnie ważne staje się wspólne rozumienie kwestii finansowych, współodpowiedzialność za decyzje finansowe i zarządzanie pieniędzmi. Porozumienie w sprawach finansowych staje się zatem kluczowe dla udanego związku. Warto więc nie wzbraniać się przed otwartą rozmową o swoich potrzebach i wydatkach, a mogą ją ułatwić takie rozwiązania, jak sięgnięcie po raport BIK. Przedstawienie partnerowi swojej historii kredytowej, kwoty obecnych kredytów oraz wysokości spłacanych rat pomoże nam uniknąć kłótni o pieniądze i z pewnością przyczyni się do wzrostu wzajemnego zaufania w związku.

*** Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor jest partnerem programu edukacyjnego Nowoczesne Zarządzanie Biznesem, w module „Zarządzanie ryzykiem finansowym w biznesie i życiu osobistym”. Więcej: www.nzb.pl oraz www.facebook.com/ NowoczesneZarzadzanieBiznesem


EDUKACJA EKSPERCI EKONOMICZNA

19


EDUKACJA EKONOMICZNA

Co powinien wiedzieć współczesny lider? nym przez współczesność. W tym roku do podstawowej puli szkoleń dołączył moduł ekonomiczny – projekt „Edukacja ekonomiczna w ramach Akademii Liderów Rzeczpospolitej”, który wzbogaca program o zagadnienia z zakresu pracy metodą projektową, a także ekonomiczne aspekty zarządzania organizacją, m.in. finansowanie jej działalności.

JAKUB NOWAK

Absolwent szkoleń Ak ademiI Liderów RP, sympat yk projek tu

W sobotę 25 lutego 2017 roku w Warszawie odbyło się szkolenie I stopnia w ramach Akademii Liderów Rzeczypospolitej organizowanej przez Fundację Inicjatyw Młodzieżowych. Udział w wydarzeniu wzięło 25 studentów wybranych spośród około 100 zgłoszonych! Już niedługo odbędą się kolejne szkolenia!

DLACZEGO TEMATYKA EKONOMICZNA JEST WAŻNA W KSZTAŁCENIU MŁODEGO LIDERA? „Edukacja ekonomiczna w ramach Akademii Liderów Rzeczypospolitej” to projekt realizowany wspólnie z Narodowym Bankiem Polskim w ramach Programu Edukacji Ekonomicznej. Dlaczego ta tematyka została włączona do programu szkoleń? Młodzi ludzie odznaczają się niebywałą kreatywnością, a dzięki temu są kluczem do budowy innowacyjnej gospodarki. Upowszechnianie wiedzy ekonomicznej wśród dzisiejszych studentów, liderów środowisk lokalnych i akademickich pozwoli im w niedalekiej przyszłości

A

kademia Liderów Rzeczypospolitej to projekt skierowany do studentów i młodych absolwentów, który wychodzi naprzeciw wyzwaniom stawia-

skutecznie poruszać się w świecie finansów, a także przyczyni się do buowania gospodarki opartej na wiedzy. Aby dołączyć do projektu i wziąć udział w szkoleniu I stopnia, wystarczy wejść na stronę i wypełnić formularz. Po terminie przyjmowania zgłoszeń organizatorzy skontaktują się z wybranymi kandydatami, którzy zostaną zaproszeni na szkolenia. Zapisy na stronie: www.akademialiderowrp.pl/zgloszenia

KOLEJNE SZKOLENIA JUŻ WKRÓTCE! Wilno Olsztyn

Warszawa

Opole

Kielce

Lublin

Kraków Rzeszów

Na trasie szkoleń I stopnia znajdują się: Łódź – 04.03.2017 (rekrutacja zakończona) Poznań – 11.03.2017 (zgłoszenia do 04.03) Gdańsk – 01.04.2017 (zgłoszenia do 16.03) Wrocław – 08.04.2017 (zgłoszenia do 01.04) Lublin – 13.05.2017 (zgłoszenia do 06.05) Rzeszów – 27.05.2017 (zgłoszenia do 20.05) Wilno – 03.06.2017 (zgłoszenia do 27.05) Olsztyn – 14.10.2017 (zgłoszenia do 07.10) Białystok – 21.10.2017 (zgłoszenia do 14.10) Opole – 28.10.2017 (zgłoszenia do 21.10) Kraków – 18.11.2017 (zgłoszenia do 11.11) Kielce – 25.11.2017 (zgłoszenia do 18.11)

Organizator:

20 | koncept | marzec 2017


LAJFSTAJL

Na ratunek starociom MIKOŁAJ RÓŻYCKI

POLITOLOG, ZASTĘPCA REDAKTORA NACZELNEGO „KONCEPTU”

Zmieniasz telefon po trzech latach, bo bateria w ogóle nie trzyma energii? Czujesz, że twój komputer działa dziwnie wolno już po kilkunastu miesiącach od zakupu? Witaj w gronie współczesnych użytkowników nowoczesnych urządzeń z krótkim terminem ważności. A gdyby tak spróbować tchnąć drugie życie w sprzęty pamiętające jeszcze stare (dobre) czasy? RÓŻNE MOTYWACJE, ZBLIŻONY EFEKT Dane z 2015 roku z raportu jednej z amerykańskich agend rządowych – Federalnej Agencji Ochrony Środowiska – mówią, że „średnia długość życia” wytwarzanych przez człowieka rzeczy drastycznie się skróciła: 10-letnia pralka czy lodówka jest taką samą rzadkością jak sprawny człowiek dobiegający setnej rocznicy urodzin. Nie ma w tym przypadku, tak skonstruowany jest model gospodarki, zmuszający klienta do ciągłej zmiany (i kupna) produktów. Twoje dzieci bawią się twoimi lalkami Barbie, matchboxami lub klockami Lego? Czytasz z nimi książki ze swojego dzieciństwa, które przechowywane były

WARTE UWAGI: www.secondlife.toys/en – naprawa zabawek w Japonii Wymiennik. Społecznościowy System Wymiany – grupa na Facebooku Lumpex. Sprzedajemy i wymieniamy ubrania – grupa na Facebooku Drugie życie starych rzeczy – grupa na Facebooku www.zycierzeczy.pl – czyli jakie rzeczy można zrobić z innych rzeczy

przez lata w łóżku lub w pudle w piwnicy? Zauważyłeś, że gdzieś w pobliżu twojego domu ktoś otworzył punkt naprawy parasolek jaki pamiętasz z dzieciństwa jako doskonałe miejsce wypraw z dziadkami? Jeśli tak, to nawet o tym nie wiesz, ale mimochodem dołączyłeś do coraz popularniejszego nurtu „drugiego życia rzeczy”.

Internet (a zwłaszcza Facebook) pełen jest inicjatyw zwanych „wymienialniami”, „przymierzalniami” czy „wieszakami”, w ramach których ludzie regularnie umawiają się na spotkania i transakcje wymienne. Dla jednych to moda i pewien styl życia stojący na przeciwnym biegunie konsumpcjonizmu. Dla innych czysta pragmatyka i chęć oszczędzenia pieniędzy. Motywacje są różne, ale cel ten sam: mniej kupować, za to dbać i naprawiać, a jeżeli już nabywać to coś, co rzeczywiście dłużej nam posłuży lub nie jest przesadnie napakowane elektroniką. LUMPEKSOWA REWOLUCJA Zaczęło się od ubrań, bo ponad 10 lat temu przez Polskę przetoczyła się swoista rewolucja odzieżowa. Wzorem Anglików Polacy zaczęli masowo otwierać i odwiedzać second handy (nie będzie wielkim odkryciem stwierdzenie, że duży wpływ miała na to emigracja zarobkowa młodych po 2004 roku i przeniesienie zagranicznych wzorców na własne podwórko). Początkowo lekko wyszydzane, traktowane jako miejsce dla klienteli o niższym statusie, z czasem zaczęły być doceniane, by dziś stać się miejscem regularnego zaopatrywania się całych rodzin (uwaga: bez poczucia tzw. obciachu), a nie tylko wielkomiejskich singli. Nie dziwi już widok kobiety w wieku naszych mam cierpliwie przerzucającej kolejne stosy sukienek czy dżinsów w koszach i pojemnikach. Są w Polsce miasteczka, gdzie zagęszczenie takich sklepów wynosi od 6 do 10 na 2,5 tys. mieszkańców. Internet (a zwłaszcza Facebook) pełen jest inicjatyw zwanych „wymienialniami”, „przymierzalniami” czy „wieszakami”, w ramach których ludzie regularnie umawiają się na spotkania i transakcje wymienne.

TRANSPLANTOLOGIA W ŚWIECIE… ZABAWEK „Od 2012 roku specjalizujemy się (…) w naprawach elektronicznych karuzelek, bujaczków i huśtawek dla niemowląt (…). Przyjmujemy do naprawy zabawki wszystkich producentów, zarówno te wyprodukowane kilkadziesiąt lat temu, jak również te najnowsze, interaktywne, sterowane procesorem” – tak brzmi fragment opisu usług, jaki na swojej stronie internetowej umieściła Klinika Zabawek. Czy jest zainteresowanie? Duże. Przynoszą lub przysyłają zabawki nie tylko pojedyncze osoby, ale nawet… hurtownie czy sklepy. Łatwiej wymienić drobną, wartą kilkadziesiąt złotych część niż kupować nową zabawkę. Ten trend wciąż rośnie i nawet zaczyna ocierać się o granice absurdu, na przykład w Japonii proces naprawy zabawek pluszaków ujęto

„Średnia długość życia” wytwarzanych przez człowieka rzeczy drastycznie się skróciła. w ramy programu wzorowanego na… transplantologii. Są bazy zabawek dawców i bazy zabawek biorców. Jest kolejka, decyzja o operacji, hospitalizacja. To co, drogi czytelniku, zastanowisz się dwa razy, czy kupować nowy prezent pod choinkę lub na urodziny najlepszego kumpla? Może jednak warto tchnąć od czasu do czasu nowe życie w starą rzecz? Wymaga to z pewnością większego wysiłku niż kupienie nowej, ale za to będzie taniej, ekologicznej, oryginalniej i będziemy wiedzieć, komu daliśmy zarobić. A przy okazji, w starzyźnie łatwiej odnaleźć duszę, której próżno szukać w nowoczesnych gadżetach.

21


HISTORIA

Tych ludzi można było zamordować, ale nie złamać O Żołnierzach Niezłomnych Wyklętych, przywracaniu pamięci i odkłamywaniu historii z Tadeuszem Markiem Płużańskim, historykiem, autorem książek o komunistycznych zbrodniarzach i prezesem Fundacji Łączka, rozmawia Mateusz Zardzewiały. Mateusz Zardzewiały: 1 marca obchodzimy święto państwowe – Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Wiem, że pan woli określenie Żołnierze Wyklęci Niezłomni. Dlaczego?

FOT. MARTA RYBICKA

Tadeusz Płużański: Ponieważ samo określenie „żołnierze wyklęci” czy też tylko „żołnierze niezłomni” nie wyczerpuje tematu, używam więc nazwy Żołnierze Niezłomni Wyklęci. Najlepiej byłoby jeszcze dodać „wyklęci przez komunistów”, co oddawałoby dokładniej sytuację, w której się znajdowali, a nawet znajdują do dziś. Koronnym dowodem na ich wyklęcie jest fakt, że większości szczątków tych ludzi ciągle nie udało się odnaleźć. Natomiast jeśli chodzi o człon „niezłomni” sprawa jest oczywista – określa on ich postawę. To byli ludzie, którzy w sytuacji tragicznej, czy wręcz beznadziejnej, mimo wszystko walczyli o Polskę.

22 | koncept | marzec 2017

Na czym polegał tragizm tej sytuacji? Po pierwsze kraj był pacyfikowany przez Stalina, NKWD i ich polskich kolaborantów. Po drugie sytuacja międzynarodowa była równie dramatyczna, bo zostaliśmy zdradzeni przez naszych sojuszników i oddani w ręce ZSRR. Z militarnego punktu widzenia można powiedzieć, że walka Żołnierzy Wyklętych Niezłomnych nie miała sensu, miała natomiast sens moralny i patriotyczny. Jest wielce prawdopodobne, że gdyby nie ci żołnierze, nie doczekalibyśmy dzisiejszych czasów jako kraj wolny i niepodległy. Dlaczego komuniści tak bardzo bali się tych ludzi, że próbowali wymazać ich z historii? To jest dobrze postawione pytanie – rzeczywiście chodzi tu o strach komu-

nistów. Bali się tego polskiego pokolenia, które wyrosło z II RP, ponieważ była to wyjątkowo patriotyczna generacja, głęboko przeżywająca fakt odzyskania przez Polskę niepodległości po 123 latach zaborów. Ci ludzie byli zdolni do pracy w warunkach pokoju i do walki w chwili zagrożenia militarnego. I tę walkę toczyli od 1939 roku aż do lat 40. i 50. Było to pokolenie bardzo oddane swojej idei i właśnie dlatego wywoływało zbrodniczą agresję okupanta sowieckiego. Wschodni najeźdźca zdawał sobie sprawę z tego, że oni będą niezłomni do końca, że nawet jeżeli trafią do więzień czy na zsyłkę to i tak zachowają postawę godności i patriotyzmu. Można było ich zamordować, ale nie złamać – w tym wyraża się ich niezłomność. Był pan jednym z pionierów walki o przywracanie pamięci o Żołnierzach Niezłomnych Wyklętych. Co pana skłoniło do zajęcia się tym tematem? To dziedzina moich zainteresowań z czasów studenckich, choć na początku lat 90. ani w szkołach, ani na Uniwersytecie Warszawskim nie uczono o Żołnierzach Niezłomnych Wyklętych. Moją wiedzę na ten temat pogłębiałem poza podjętymi przeze mnie studiami historycznymi. Na Uczelni nikt nie prowadził o tym zajęć.


HISTORIA Przesądzające natomiast były bez wątpienia kwestie rodzinne – działalność mojego taty u boku rotmistrza Witolda Pileckiego. Dowiedziałem się o niej w 1989 roku i informacja ta była dla mnie szokiem. Wcześniej nic w domu na ten temat nie słyszałem. Nie miałem pojęcia o zaangażowaniu ojca w te sprawy, byłem jedynie świadomy, że działał w konspiracji

Komuniści bali się tego polskiego pokolenia, które wyrosło z II RP, ponieważ była to wyjątkowo patriotyczna generacja, głęboko przeżywająca fakt odzyskania przez Polskę niepodległości po 123 latach zaborów. antyniemieckiej i był więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof. Lata 1945-1956 były dla mnie niewiadomą. Jak się pan dowiedział o tym epizodzie działalności niepodległościowej pańskiego ojca? Nie dlatego, że ojciec nagle zechciał mi o tym opowiedzieć, ale z powodu rewizji procesu grupy rotmistrza Pileckiego. Ojciec wziął mnie na salę sądową, żebym się czegoś nauczył. Więc poszedłem z nim i nagle dowiedziałem się, że była jakaś druga konspiracja niepodległościowa. Czego konkretnie nauczył się Pan podczas rewizji procesu? Że jest ktoś taki jak Witold Pilecki i jest on postacią ważną w naszej historii – był m. in. ochotnikiem do obozu Auschwitz, do którego poszedł, by zorganizować tam konspirację oraz zdobyć informacje o niemieckich zbrodniach. Rotmistrz Pilecki jest oczywiście również kwalifiko-

Przesądzające były bez wątpienia kwestie rodzinne – działalność mojego taty u boku rotmistrza Witolda Pileckiego. wany jako Żołnierz Niezłomny Wyklęty, natomiast jego działalność nie była klasyczną działalnością żołnierską, ponieważ podobnie jak w Auschwitz, także później był on członkiem grupy wywiadowczej. Była to próba wyjścia naprzód i położenia nacisku na działalność polityczną i szpiegowską, aby Polacy nie wykrwawiali się w otwartej walce.

Poszukiwał pan oprawców Żołnierzy Niezłomnych Wyklętych. Jak wyglądały pańskie kontakty z tymi ludźmi? Czy kiedykolwiek spotkał się pan ze skruchą z ich strony? Dotarcie do tych ludzi nie dość, że nie było proste, to jeszcze nie było przyjemne. Serce zawsze biło mocniej, gdy umawiałem się na spotkanie z bestią. Oczywiście jeżeli taki człowiek w ogóle chciał się ze mną zobaczyć. Tylko w wyjątkowych przypadkach zgadzali się na spotkanie w cztery oczy i gdy już do niego dochodziło, to wiązało się ono z dużymi i mocnymi przeżyciami. Natomiast częściej rozmawiałem z nimi przez telefon. Jeśli chodzi o skruchę, która być może mogłaby spowodować jakąś rewizję mojego stosunku do tych oprawców, to ona się nigdy nie pojawiała. Dlatego też nie mam powodu, by komukolwiek wybaczać czy odpuszczać, skoro nikt z tych ludzi nigdy nie miał potrzeby choćby opowiedzenia o zdarzeniach i postaciach z przeszłości. Jeżeli ktoś się nawet zgodził na rozmowę, to zawsze przedstawiał siebie w samych superlatywach, a przynajmniej jako osobę, która nic nie mogła zrobić, bo wykonywała tylko rozkazy w ramach działalności w imieniu Polski i dla jej dobra. Z przykrością stwierdzam, że u żadnego z funkcjonariuszy nie dostrzegłem choćby cienia skruchy. Spotykałem tylko próby obrony swoich działań i usprawiedliwiania tzw. Polski Ludowej. Wielokrotnie słyszałem od tych ludzi, że rozumieją, że jestem synem osoby zaangażowanej w powojenną konspirację, ale niestety mój ojciec źle wybrał i stanął przeciwko Polsce, przeciwko odbudowie, prowadził działalność szpiegowską. – A więc co my mogliśmy? – pytali. Czym pański ojciec zajmował się w grupie rotmistrza Pileckiego? Ojciec odpowiadał za cały szereg działań. To była mała, elitarna grupa i wszyscy jej członkowie musieli podejmować różnorodne zadania. Działała ona do 1947 roku, kiedy to nastąpiły aresztowania jej członków. Jej działalność, dość specyficzna, polegała przede wszystkim na zbieraniu informacji z terenu okupowanej Polski i przekazywaniu ich generałowi Andersowi, do którego jako kurier jeździł również mój ojciec, szmuglując informacje wywiadowcze. O co chodziło w pracy grupy Pileckiego? O zapewnienie generałowi Andersowi jak najszerszego spektrum informacji

na temat tego, co dzieje się w kraju, jaki jest stopień okupacji i barbarzyństwa sowieckiego. Były to informacje związane z polityką np. dotyczące tego, czy

Z przykrością stwierdzam, że u żadnego z funkcjonariuszy nie dostrzegłem choćby cienia skruchy. Spotykałem tylko próby obrony swoich działań i usprawiedliwiania tzw. Polski Ludowej. komuniści pozwalają na działanie jakichś niezależnych partii i stowarzyszeń. Były to też dane o gospodarczym wyniszczaniu kraju. Ale grupa rotmistrza Pileckiego interesowała się również strukturami bezpieki, dysponowała listą osób piastujących wysokie stanowiska w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Jej członkowie wiedzieli, którzy z funkcjonariuszy byli szczególnie groźni. Ojciec jeździł też często w teren, gdzie starał się „rozładowywać las”. Czym było to „rozładowywanie”? Rozmawiał on z dowódcami partyzanckimi, m.in. ze słynnym dowódcą Kazimierzem Kamieńskim „Huzarem”. Chodziło o to, by namawiać ich do składania broni i przestawiania się na działalność polityczną. Oczywiście nie można tego mylić z rezygnowaniem z dalszej walki, bo walka miała być kontynuowana, ale w innym charakterze. Inną ważną częścią działalności grupy Pileckiego było poszukiwanie dróg ewakuacji z kraju służących do przerzucania ludzi na Zachód – wielu żołnierzy skorzystało z takiej możliwości, ale nie była to ucieczka, tylko przeniesienie działalności za granicę, analogicznie do września 1939 roku.

23


ORLEN

Kredyt zaufania ADAM CZYŻEWSKI

GŁÓWNY EKONOMISTA PKN ORLEN

„Intuicyjny umysł jest świętym darem, a racjonalny umysł wiernym sługą. Paradoksem jest, że w kontekście współczesnego życia zaczęliśmy czcić sługi, ignorując to, co boskie”.

D

ziś, ponad 60 lat po wypowiedzeniu tych słów przez Alberta Einsteina, rola intuicji w podejmowaniu decyzji biznesowych jest nadal niedoceniana. Wciąż preferuje się racjonalne, celowe kalkulowanie opłacalności alternatywnych rozwiązań, podczas gdy wyniki badań nad procesami podejmowania decyzji potwierdzają tezę twórcy teorii względności. Okazuje się, że w wielu procesach biznesowych intuicja jest lepszym narzędziem decyzyjnym, niż racjonalne modelowe kalkulacje. Do nich należą innowacje. Z tego powodu przestawianie biznesu na innowacyjne tory jest nie lada wyzwaniem, bo nie da się tego zrobić bez zaufania w ekspercką intuicję. Gdy zamierzamy powtórzyć, czy też udoskonalić to, co (z sukcesem) zrobili inni, już na starcie procesu decyzyjnego wiemy, że sięgamy po coś, co działa. Poruszając się w przestrzeni sprawdzonych rozwiązań i technologii, możemy zmierzyć i wycenić ryzyko naszego przedsięwzięcia. Przeprowadzenie ekonomicznego rachunku opłacalności inwestycji nie gwarantuje, że i nasz projekt zakończy się sukcesem, ale utrzymuje nas w przekonaniu, że oparliśmy decyzję o alokacji kapitału na solidnych, racjonalnych przesłankach. W przypadku innowacji jest zgoła inaczej. Z powodu niepełnej informacji o innowacyjnym przedsięwzięciu nie może być mowy o rachunku opłacalności,

26 | koncept | marzec 2017

nie da się oszacować kosztów związanych z realizacją projektu ani też strumienia przyszłych dochodów. Nowy projekt biznesowy jest na tyle unikalny, że nie można poddać go racjonalnej, celowej ocenie i na tej podstawie dokonać wyboru. W tym procesie decyzyjnym inwestor jest skazany wyłącznie na własną intuicję. W świecie projektów tradycyjnych, oparcie decyzji wyłącznie na intuicji byłoby przejawem ekonomicznej nieracjonalności i biznesowej niegospodarności. Ale projekt innowacyjny należy do świata, w którym poleganie na intuicji jest normą. Po prostu nie ma innego wyjścia. Odwoływanie się do intuicji w podejmowaniu decyzji biznesowych dotyczy intuicji eksperckiej, czyli tzw. eksperckiego nosa. Badając ducha przedsiębiorczości, austriacki ekonomista i noblista (1974) Friedrich Hayek zauważył, że przedsiębiorcy dochodzą do swoich charakterystycznych opinii, poprzez swoje charakterystyczne osobiste doświadczenia i – będącą ich rezultatem – osobistą wiedzę. Większość wiedzy, z której korzystają, w żaden sposób nie istnieje w formie gotowej do użycia. Składa się na nią metoda myślenia, która umożliwia

osobom przedsiębiorczym znajdowanie nowych rozwiązań. Hayek nazwał to czerpaniem z wiedzy milczącej lub osobistej (tacit knowledge, w odróżnieniu od wiedzy formalnej, udokumentowanej), bo więcej wiemy, niż jesteśmy w stanie powiedzieć. Wyniki badań procesów decyzyjnych potwierdzają obserwację Hayeka. Okazuje się, że w połowie przypadków o alokacji kapitału decyduje właśnie ekspercka intuicja. Polegamy na niej także wówczas, kiedy można i korzysta się z narzędzi formalnych, wspomagających proces decyzyjny. Ponieważ generalnie biznes ceni sobie racjonalne myślenie, więc niewielu decydentów przyznaje się do tego, że zaufali eksperckiej intuicji, a kalkulacje jedynie pomogły im przekonać innych do swojego wyboru. Na rolę intuicji w decyzjach biznesowych można też spojrzeć z perspektywy niepewności. Niepewność jest pochodną niepełnej informacji i dobrze charakteryzuje procesy inwestowania w innowacje. Odróżnienie niepewności od ryzyka w decyzjach biznesowych zawdzięczamy Frankowi H. Knightowi, amerykańskiemu ekonomiście, przedstawicielowi szko-


ORLEN

ły chicagowskiej. Otóż według Knighta z ryzykiem mamy do czynienia, kiedy na podstawie znanych informacji jesteśmy w stanie określić prawdopodobieństwo wystąpienia poszczególnych przyszłych zdarzeń, np. przyszłych zwrotów z inwestycji. Ryzyko da się zmierzyć i na tej podstawie wycenić. Natomiast niepewność to niemożność podjęcia racjonalnej decyzji z powodu braku informacji o przyszłych wydarzeniach. Zatem jeśli gramy w kości, stajemy wobec ryzyka, natomiast zastanawiając się nad zainwestowaniem w innowacyjny start-up mamy do czynienia z niepewnością. Knight stwierdził, że większość decyzji biznesowych – a właściwie wszystkie te, które mogą wpływać na ekonomiczny zysk decydenta – są podejmowane w warunkach niepewności. Te niepewne sytuacje mają zbyt wiele niewiadomych i są zbyt skomplikowane, by poddać się statystycznej analizie. Nie ma znaczenia, jak bardzo będziesz się starał, nigdy nie zdołasz tak ograniczyć niepewności, by podnieść ją do poziomu mierzalnego ryzyka. I taka sytuacja decyzyjna odnosi się też do projektów innowacyjnych.

Dlatego też powodzenie strategii innowacji (firmy, kraju) zależy od udzielenia kredytu zaufania osobom podejmującym decyzje – managerom wykonawczym, z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem. Jednak obdarzenie zaufaniem managera od innowacji nie jest łatwe, zwłaszcza w przypadku firm, które dopiero przestawiają się na innowacyjne tory. Wiedza i doświadczenie managera rosną wraz z liczbą realizowanych projektów, niezależnie od tego, czy są to projekty modernizacyjne, czy innowacyjne. Kłopot w tym, że w biznesie innowacyjnym doświadczony manager ma na swoim koncie nieproporcjonalnie więcej projektów zakończonych niepowodzeniem, niż jego równie doświadczony kolega, zajmujący się projektami modernizacyjnymi. Powodem jest obiektywnie niskie prawdopodobieństwo sukcesu pojedynczego projektu innowacyjnego w porównaniu z wysokim prawdopodobieństwem sukcesu projektu modernizacyjnego. Udzielenie kredytu zaufania w tej sytuacji nie jest proste. Problem komplikuje się jeszcze bardziej w przypadku spółek giełdowych. Na relację pomiędzy „apetytem na ryzyko”

a formą własności zwracał uwagę w swoich pracach Edmund Phelps, amerykański ekonomista, który w 2006 roku został uhonorowany nagrodą Nobla za wkład w rozwój teorii innowacji. Chodzi o to, że w przypadku klasycznej formy sprawowania własności prywatnej, właściciel przedsiębiorstwa jest jednocześnie wyłącznym podmiotem, którego dotyczy innowacyjna niepewność. To on bierze na siebie całe ryzyko. Natomiast duże korporacje, które z reguły są spółkami giełdowymi, nęka problem odseparowania własności od zarządzania. CEO „igrający” z niepewnością, może zostać zastąpiony, jeśli oceny jego działalności zostaną odebrane przez udziałowców jako „wystarczająco rozczarowujące”. Jak zatem sprostać wyzwaniu przestawiania gospodarki na innowacyjne tory? Zaufajmy biznesowi i eksperckiej intuicji, bo innej drogi nie ma. *** Artykuł pochodzi z bloga www.napedzamyprzyszlosc.pl/blog prowadzonego przez dr Adama Czyżewskiego.

27


ŚWIAT

Kompromat, czyli w łóżku z Moskwą KORDIAN KUCZMA

dok tor nauk polit ycznych, pracownik PAP, ekspert Forum Inicjat yw Bezpieczeńst wo-Rozwój-Energia (FIBRE), publicysta „Sk arpy Warszawskie j”

Gdyby Steven Soderbergh był Rosjaninem, jego film „Seks, kłamstwa i kasety wideo” nosiłby jednowyrazowy tytuł – „Kompromat”. Jak można się domyślić, jest to skrót od słów „materiał kompromitujący” i prawie zawsze oznacza wrabianie przeciwników politycznych w mniejsze lub większe skandale seksualne. Czyżby w ten sposób Rosja chciała również sobie zapewnić życzliwość ze strony Donalda Trumpa. (NIE)PIĘKNA BROŃ Ostatnie stulecia przyniosły widoczny wzrost znaczenia dziejowej roli kobiet, także w wywiadowczych posunięciach naszego wschodniego sąsiada. Czasami łagodzą one medialny obraz operacji wymierzonych w państwa Zachodu. Czy po sześciu latach od zdemaskowania ktoś pamiętałby o dziesięcioosobowej siatce rosyjskich „nielegałów” podszywających

się pod Brytyjczyków i Amerykanów, gdyby nie było wśród nich seksownej Anny Chapman (z domu Kuszczenko)? Podobnie inwazję na Krym wielu mężczyzn z różnych krajów (szczególnie fanów japońskiej mangi) postrzegało przez pryzmat publicznych wystąpień blondwłosej rzeczniczki tamtejszej prokuratury, Natalii Pokłońskiej. W przypadku tych pań uroda pełniła rolę nieco incydentalną, jednak została z premedytacją wykorzystana przez kremlowskich propagandzistów do kreowania wizerunku ich ojczyzny jako matecznika piękności rzucających swym wdziękiem na kolana „zgniły Zachód” zamieszkany przez androgyniczne feministki i sobowtóry Conchity Wurst. O najbardziej znanym, dzięki popkulturze, przypadku wykorzystania przez KGB wdzięków dziewczyn lekkich obyczajów do uzyskania tajemnic państwowych pisałem w poprzednim numerze. Było ich jednak znacznie więcej, chociaż erotyczny „kompromat” ma długie tradycje przede wszystkim jako narzędzie wewnętrznych rozgrywek moskiewskich elit. ZASADZKA NA NIEPOKORNYCH W 1997 roku rosyjski minister sprawiedliwości Walentin Kowaliow stracił stanowisko po tym, jak został sfotografowany z prostytutkami w łaźni należącej do mafii. Dwa lata później media obiegła taśma wideo, na której prokurator generalny Jurij Skuratow dzieli łóżko z dwiema

kobietami. Tak dla tego polityka skończyła się podjęta przez niego próba rozwikłania korupcyjnych powiązań rodziny Borysa Jelcyna. Objęcie władzy przez Władimira Putina nie zrewolucjonizowało metod stosowanych przez służby specjalne pilnujące spokoju głowy państwa. W kwietniu 2010 roku znajdująca się na ich usługach Jeka-

Kreml kreuje wizerunek Rosji jako matecznika piękności rzucających swym wdziękiem na kolana „zgniły Zachód” zamieszkany przez feministki i sobowtóry Conchity Wurst. tierina Gierasimienko uwiodła opozycjonistę Ilię Jaszyna i opozycyjnego satyryka Wiktora Szenderowicza – scenarzystę programu „Kukły”, czyli niepokornego lokalnego odpowiednika „Polskiego Zoo”. Akcja była o tyle perfidna, że odbyła się dwa dni przed ślubem córki satyryka. Jedną z najbardziej prominentnych ofiar kompromatu był były rosyjski premier Michaił Kasjanow. Ujawnienie w ubiegłym roku jego dwuznacznych nagrań miało zaszkodzić, w perspektywie wyborów parlamentarnych, jego Partii Wolności Ludu (PARNAS) i osiągnęło ten cel. Można zastanawiać się, czy opinia publiczna nie zauważa wielokrotnego stosowania tych samych socjotechnicznych sztuczek. Następczyni KGB, czyli FSB chyba również zadała sobie to pytanie, ponieważ względnie niedawno włączyła do swego arsenału oskarżenia o rozprzestrzenianie dziecięcej pornografii. W 2015

FSB względnie niedawno włączyła do swego arsenału oskarżenia o rozprzestrzenianie dziecięcej pornografii. W 2015 roku brytyjska prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko mieszkającemu w Anglii Władimirowi Bukowskiemu – ikonie antykremlowskiej opozycji. Jednak wkrótce zostało ono wstrzymane. roku brytyjska prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko mieszkającemu w Anglii Władimirowi Bukowskiemu – ikonie antykremlowskiej opozycji. Jednak wkrótce zostało ono wstrzymane, ponieważ nie było jasne, kto umieścił obsceniczne zdjęcia na jego twardym dysku.

28 | koncept | marzec 2017


ŚWIAT

ZSRR bezwzględnie wykorzystywał fakt, że w okresie największego natężenia zimnej wojny prawa gejów w zachodniej Europie wciąż były melodią przyszłości. W 1957 roku w moskiewskim hotelu KGB sfotografowała amerykańskiego dziennikarza Jamesa Alsopa uprawiającego seks z mężczyzną. Musiał się z tego incydentu gęsto tłumaczyć przed CIA. W 1962 roku na 18 lat więzienia został skazany urzędnik brytyjskiej marynarki wojennej John Vassall, który z obawy przed ujawnieniem jego orientacji seksualnej przekazywał KGB informacje o sprzęcie Royal Navy. Także pod tym względem ewolucja rosyjskiej państwowości nie przyniosła znaczących zmian. W 2009 roku wyciekła rzekoma sekstaśma Brendana Kyle’a Hatchera, urzędnika amerykańskiej ambasady w Moskwie, odpowiadającego za promocję praw człowieka i wolności wyznania. Skandal miał zatrzeć złe wrażenie wywołane przez wizytę prezydenta Baracka Obamy, w trakcie której poruszane były niewygodne dla Kremla tematy. USA wzięły w obronę swego reprezentanta, któremu w czasie misji na wschodzie przypięto etykietę szpiega CIA, przyznając mu nagrodę za „okazaną odwagę i poświęcenie w trudnych warunkach pracy”. W 2010 roku Hatcher opuścił Rosję.

Krzyżówka

BOMBA DOPIERO WYBUCHNIE? Rozwiązłych polityków, na których kompromat wydawałby się idealną bronią, jest wielu. W ciągu ostatniego roku Donald Trump w każdej nadającej się do eksploatowania przez media kwestii, także balansowania na granicy molestowania seksualnego, przyćmił nawet Silvio Berlusconiego i Dominique’a Strauss-Kahna. Zdaniem korespondenta BBC w Wa-

Zdaniem korespondenta BBC w Waszyngtonie, Paula Wooda amerykański wywiad wie, że FSB nagrała w moskiewskim hotelu Ritz-Carlton oraz w Sankt Petersburgu kilka sekstaśm z udziałem Donalda Trumpa. szyngtonie, Paula Wooda, amerykański wywiad wie, że FSB nagrała w moskiewskim hotelu Ritz-Carlton oraz w Sankt Petersburgu kilka sekstaśm z udziałem miliardera. Trump miał specjalnie wybrać na miejsce orgii z prostytutkami miejsce, w którym zatrzymali się Obamowie podczas wizyty w Rosji. Według Wooda o kompromitującym dossier wiedział już latem 2016 roku

szef wywiadu jednego z państw Europy Środkowej. Trump w swoim pierwszym przemówieniu po wyborze na urząd prezydenta kategorycznie zaprzeczył oskarżeniom, twierdząc, że nigdy nie wziąłby udziału w podobnej zabawie, ponieważ zbyt mocno boi się zarazków. Plotki o prezydencie USA skłoniły byłego amerykańskiego ministra ds. europejskich Chrisa Bryanta z Partii Pracy do podzielenia się z mediami obawą, że rosyjskie tajne służby zbierają „haki” na wszystkich polityków amerykańskich aktywnych na „odcinku wschodnim”. Bryant twierdzi, że sam był obiektem homofobicznej kampanii prowadzonej przez rosyjską ambasadę w okresie sprawowania funkcji przewodniczącego parlamentarnej grupy do spraw Rosji. Uważa, że tamtejszy wywiad bacznie obserwuje także ministra spraw zagranicznych Borisa Johnsona, sekretarza stanu Alana Duncana oraz odpowiadającego w gabinecie za handel zagraniczny Liama Foxa. Londyńscy przeciwnicy Putina uważają, że w zbieraniu kompromitujących materiałów pomagają Rosjanom byli współpracownicy brytyjskiego wywiadu, a nawet miejscowe firmy PR-owskie. Jak widać, przybysze ze wschodu przynoszą wyspiarzom nie tylko dywidendy, a kompromat przeżywa już kolejną młodość na salonach, które bohaterowie seksafery w Samoobronie widzieli tylko w wyobraźni.

Studentek jest więcej niż studentów

SZANTAŻEM W ANGLOSASÓW

29


MNiSW

Duże doktoraty, czyli o szansie dla młodych badaczy ŁUKASZ SZUMOWSKI

PROF. DR HAB. N. MED. PODSEKRETARZ STANU W MNiSW

G

łęboka reforma szkolnictwa wyższego jest konieczna – najlepiej pokazują to dane liczbowe. Udział polskich ośrodków akademickich w międzynarodowych grantach jest znikomy. Na blisko 7 500 grantów European Research Council Polacy uzyskali 25 – tyle samo, co znacznie mniejsze Czechy i dwa razy mniej niż Węgry. Sytuacja okazuje się jeszcze gorsza, gdy weźmiemy pod uwagę rankingi uczelni. Uniwersytet Warszawski i Jagielloński, czyli najlepsze uczelnie w Polsce, spadły w ubiegłym roku do piątej setki w tzw. rankingu szanghajskim. Oprócz wielu wyzwań, takich jak konieczność poprawy jakości kształcenia, zbyt niskie dofinansowanie nauki i za mała liczba wdrożeń innowacyjnych koncepcji, przed szkolnictwem wyższym stoi jeszcze jedno. To przebudowa ścieżki kariery akademickiej. Tylko przeprowadzając zmiany w tych wszystkich obszarach, możemy poprawić pozycję Polski w świecie nauki i szkolnictwa wyższego. SAMODZIELNOŚĆ NAUKOWA I SYNDROM WYPALENIA Zwiększenie finansowania nauki – które jest niewątpliwie potrzebne – bez otwarcia i przyspieszenia kariery akademickiej może doprowadzić do zabetonowania niewydolnego systemu. Średni wiek, w którym doktoranci bronią swoje prace doktorskie, wynosi w Polsce 34 lata. Na zrobienie habilitacji potrzebują kolejnych 12 lat. Łatwo obliczyć, że samodzielne stanowisko naukowe osiągają w wieku 46 lat. Dopiero od tego momentu mogą kompletować swój zespół i planować badania – można przyjąć, że pierwsze rezultaty pojawią się nawet po kilku lub kilkunastu latach.

30 | koncept | marzec 2017

A więc wtedy, kiedy naukowcy są już po 50. roku życia. To stanowczo zbyt późno – w tym wieku okres najwyższej aktywności twórczej jest już za nami, przed nami zaś często syndrom wypalenia zawodowego. Dla porównania średnia wieku noblistów z chemii i fizyki wynosi 45-46 lat. To oznacza, że naukową samodzielność musieli osiągnąć o wiele wcześniej. CO Z TĄ HABILITACJĄ? W wielu krajach habilitacji albo nie ma, albo jest likwidowana. Likwidacja tego stopnia samodzielności naukowej w Polsce przy obecnym obniżonym poziomie doktoratów mogłaby doprowadzić do katastrofy nasze szkolnictwo wyższe. Musimy więc zaproponować coś zupełnie innego. Naszym pomysłem są tzw. duże doktoraty, które będą gwarancją z jednej strony doskonałości badawczej, a z drugiej – dobrego przygotowania do samodzielności naukowej. Duże doktoraty (możemy je nazywać również doktoratami badawczymi lub po prostu PhD) dawałyby uprawnienia równe habilitacji, trwałyby dłużej niż te obecne, ale równocześnie skracałyby czas dojścia do samodzielności naukowej o połowę. Po pierwsze oznaczałoby to dopuszczenie młodych i ambitnych badaczy do środowiska akademickiego, a po drugie wpłynęłoby w znacznym stopniu na atrakcyjność Polski w oczach obcokrajowców i ściągnęłoby zagranicznych studentów na nasze uczelnie.

GRANT PROMOTORSKI Warunkiem powodzenia tego projektu jest zapewnienie jak najwyższego poziomu dużych doktoratów. Świeżo upieczony magister zwykle nie ma jeszcze na tyle wykształconego warsztatu badawczego, by móc samodzielnie zaprojektować i przeprowadzić badania. To zadanie należy zazwyczaj do promotora i również w dużym doktoracie znalazłoby się na nie miejsce. Innowacją jest tutaj tzw. grant promotorski. Promotorzy mogliby startować w otwartych konkursach, które z jednej strony byłyby surowo oceniane, ale z drugiej gwarantowałyby wysokie dofinansowanie. I to zarówno dla promotora (w ramach success fee), jak i dla doktoranta (jako wynagrodzenie za prowadzone badania). Założenie programu jest bowiem takie, że to właśnie doktorant prowadziłby grant, nabierałby doświadczenia w zakresie zarządzania, finansowania i sprawozdawczości, a promotor pełniłby rolę jedynie mentora i konsultanta. Uzyskanie dużego doktoratu powinno być możliwe na najlepszych uczelniach w kraju – w jednostkach naukowych, które mają wysokie osiągnięcia w działalności zarówno dydaktycznej, jak i badawczej oraz w jednostkach naukowych, które w ewaluacji wypadają najlepiej w danej dyscyplinie. Być może najlepszym miejscem do realizacji tego typu nowej ścieżki kariery akademickiej byłyby uczelnie badawcze. NOWE ŚCIEŻKI KARIERY Propozycja wprowadzenia dużego doktoratu to kolejny obok doktoratów wdrożeniowych pomysł na ułatwienie młodym badaczom realizacji ich własnych ambicji zawodowych, które często nie mogą być rozwijane w zabetonowanej rzeczywistości akademickiej. Dokonując zmian systemowych, pamiętać musimy o najważniejszym czynniku, który może uczynić polską naukę wielką. Są to naukowcy.


FELIETON

Jestem lemingiem?

WIKTOR ŚWIETLIK

dyrek tor centrum monitoringu wolności prasy sdp

Tytułowa wątpliwość nie jest łatwa do rozstrzygnięcia. Określenie „leming”, które zrodziło się przed kilku laty w głowie błyskotliwej blogerki Kataryny, początkowo oznaczało ludzi, którzy pod wpływem paniki wywoływanej przez media brali udział w wyborach, przypominając w tym małe zwierzątka stadnie pędzące ku zagładzie. Z czasem definicja „leminga” zaczęła się jednak rozszerzać. Uświadomił mi to pewien znajomy, konserwatywny publicysta, zawsze idący na przekór powszechnym modom.

O

to więc lubię biegać. Właściwie jestem od tego uzależniony. Typowe dla leminga. Gram w tenisa, jeżdżę na rowerze, konno – sportowe nawyki pomnikowego leminga. Lubię sushi. Odpowiedzcie sobie sami. Ubiór – lemingowy, czyli nic szczególnego. Z dziećmi od czasu do czasu jeżdżę do multipleksów i oglądamy tam bajki, jedząc popcorn

i popijając colę. Lubię wino i mądrzę się na jego temat ponad swoje kompetencje. Gotuję i czasem podglądam Okrasę w programach kulinarnych. Pijam kawę w sieciówkach. W weekendy wypadam za miasto. Zimą – na narty. Robię zakupy w Internecie. Unikam produktów zawierających gluten, bo kilka lat temu wykryto u mnie celiakię. Wymieniać dalej? Nie dość tego wszystkiego. Ostatnio stwierdziłem, że dostrzegam coś, czego porządny antylemingowiec, człowiek gardzący polskim, współczesnym drobnomieszczaństwem, absolutnie zauważać nie powinien. Powinien być twardy jak mój znajomy, który ma na sprowadzonym z USA samochodzie nalepkę, że to auto jest wybitnie nieekologiczne albo daleki krewniak, który nie może szkła wyrzucać do osobnego pojemnika, bo nie będzie ulegał ekoterrorystom. A ja, choć we wpływ człowieka na zmiany klimatyczne raczej nie wierzę, choć uważam, że autostrada na estakadach już lata temu powinna przeciąć dolinkę malowniczej rzeczki Rospudy, której bronili ekolodzy, to z drugiej strony, uwaga, dostrzegam smog. Tak, zimą, przy minus dziesięciu, a tyle jest za oknem, gdy piszę te słowa, jest smog. Albo, jak wolicie, syf w powietrzu. Osiada na szybach samochodu, czuć go nosem (córka tłumaczy, że w całej Warszawie „jakoś tak pachnie kiełbaską”), widać go. Wiem, że panikę wokół tego tematu nakręcają rozmaici polityczni psychole i biznesowi lobbyści. Że za sanacji, Gierka i Tuska

bywał jeszcze większy i za tego ostatniego „Gazeta Wyborcza” do żadnego numeru maseczek nie dołączała. Nie zmienia to faktu, że ten syf w powietrzu istnieje i powinno się coś z nim zrobić. A może jednak to nie ja jestem lemingiem? Może bezmyślne lemingi dorobiły się swoich lustrzanych odbić – antylemingów? Jak leming powie „tak”, to antyleming z automatu odpowie „nie”. Żadnego nie obchodzi, jak jest naprawdę. Leming musi mówić, co mu każą jego media i mentorzy – manipulatorzy. Antyleming w niczym nie może się zgodzić z lemingiem, co więcej, musi wszędzie lemingi tropić.

Może bezmyślne lemingi dorobiły się swoich lustrzanych odbić – antylemingów. Jak leming powie „tak”, to antyleming z automatu odpowie „nie”. Chyba nie chce mi się zapisywać ani do jednych, ani do drugich. Nie zamierzam ani walczyć z efektem klimatycznym, ani maszerować w czarnych marszach, których uczestnicy średnio wiedzieli, o co w ogóle chodzi. Ale lubię biegać i chciałbym, żeby ktoś wreszcie zrobił coś z tym cholernym smogiem bez względu na to, który rząd rządzi. Poza tym, co to za leming, który zawsze biega samotnie?

31


PROGRAM PRAKTYK I STAŻY

a. rac a! p ac em pot bra pł a , o ż Sta tego d o Ad

Staż w PZU dobrze wróży na przyszłość Wybierz prawdziwe doświadczenie, a nie "wpis w CV". Podnoś swoje kwalifikacje pod okiem ekspertów. Staże rozpoczynają się od 15 kwietnia, 15 lipca i 15 września. Ponad 60% stażystów zostaje z nami na dłużej! Szczegóły na pzu.pl/kariera PZU. Przyciągamy najlepszych.

Profile for Koncept

Koncept NR 51  

Koncept NR 51