Page 1

nr 56 listopad 2017

NA ROZDROŻU UKRAINY DR TOMASZ LACHOWSKI WITALIJ MAZURENKO

JAKO POLACY JESTEŚMY NARODEM HISTORYCZNYM SPECJALNIE DLA „KONCEPTU” JAN OŁDAKOWSKI

TERMOJĄDROWE BOMBY KIMA DR NICOLAS LEVI

LODOWI WOJOWNICY NA K2 MARTYNA KOŚKA

BITWY POMNIKOWE DR PAWEŁ ZYZAK


RELACJA

Obóz liderski w Jadwisinie SŁAWOMIR STARZEC

koordynator projek tu „eduk acja ekonomiczna w ramach ak ademii liderów rzecz ypospolite j”

Ktoś kiedyś powiedział, że liderem można stać się na dwa sposoby – albo urodzić się z odpowiednimi cechami, albo je w sobie wykształcić. Druga odpowiedź brzmi interesująco, jednak od razu nasuwa się pytanie – gdzie nabyć takie cechy? Taką szansę mieli uczestnicy Obozu „Edukacji Ekonomicznej w ramach Akademii Liderów Rzeczypospolitej” w Jadwisinie w dniach od 25 do 29 września.

T

LIDERZY W DZIAŁANIU Od samego początku obozu przyszli liderzy intensywnie się szkolili. Pierwszy dzień rozpoczął się od zwiedzania Centrum Pieniądza Narodowego Banku Polskiego w Warszawie, gdzie obozowicze zdobyli gruntowną wiedzę na temat pieniądza. Tego samego dnia odwiedzili jeszcze Urząd Komisji Nadzoru Finansowego, gdzie przyjął ich Przewodniczący KNF – Marek Chrzanowski, a potem już dojechali do ośrodka, gdzie spotkali się ze specjalistą z zakresu start-upów oraz praktykiem tego zagadnienia. W programie znalazło się także miejsce na integrację – Obóz to nie tylko szkolenia, ale również miejsce na zawieranie nowych przyjaźni, które w przyszłości mogą owocować nowymi pomysłami na działanie. W trakcie wyjazdu przyszli liderzy

zapoznali się z takimi tematami, jak fundamenty finansowych strategii rozwoju organizacji czy budowa własnego biznesu w Polsce. Interesującymi zajęciami również okazały się te z zakresu projektowania pracy zespołu z elementami planowania i rozliczania finansów. Największym zainteresowaniem cieszyło się jednak spotkanie z Mateuszem Morawieckim – Wiceprezesem Rady Ministrów, Ministrem Rozwoju i Finansów. Poprowadził on wykład pt. „Gospodarka a społeczeństwo”. Wicepremier Morawiecki starał się odpowiedzieć na każde pytanie uczestników. Nie były to jedyne panele, które miały miejsce podczas Obozu – uczestnicy poznali tajniki pozyskiwania, wydawania i rozliczania środków w organizacjach, dowiedzieli się, czym jest Design Thinking oraz wzięli udział w ekonomicznej grze strategicznej. KONKURENCYJNI NA RYNKU PRACY Zarządzanie projektami niewątpliwie jest umiejętnością, która gwarantuje powodzenie na rynku pracy. Wzbogacenie tej wiedzy o ekonomiczne aspekty sprawia, że absolwent projektu „Edukacja Ekonomiczna w ramach Akademii Liderów Rzeczypospolitej” ma jeszcze większe szanse na znalezienie satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy. Ważny jest też wkład własny uczestników – do projektu rekrutowane są osoby, które realizują ambitne i ciekawe wyzwania. Działalność społeczna, którą podejmują oraz udział w projekcie to z pewnością recepta na sukces.

FOT. DOROTA NOWACZEWSKA

rzydzieści pięć osób zebrało się na pięć dni, aby wspólnie dążyć do celu – być jeszcze lepszymi liderami w każdym tego słowa znaczeniu. Przez ten czas mieli okazję doskonalić swoje umiejętności pod okiem profesjonalistów, ale także poznawać ludzi, którzy

są z najróżniejszych stron Polski i mają najrozmaitsze zainteresowania, jednak łączy ich jedno – zmienianie rzeczywistości na lepszą, to ich sposób na życie. Ludzie, którzy podejmują inicjatywy na szczeblu lokalnym i nie tylko, posiadają nierzadko imponującą wiedzę z zakresu zarządzania projektami. Problemem, na który jednak często się uskarżają są aspekty ekonomiczne: finansowanie działalności, pozyskiwanie oraz wydawanie funduszy – wielu osobom, które podejmują inicjatywy sprawia to problem. Moduł „Edukacja Ekonomiczna w ramach Akademii Liderów Rzeczypospolitej” jest odpowiedzią na te trudności.

Organizator:

2 | koncept | listopad 2017


NA POCZĄTEK

Święto wolności TOMASZ GRZYWACZEWSKI

redak tor naczelny „konceptu”

W

ukraińskim miasteczku Krasnohoriwka kilkanaście kilometrów od Doniecka latem 2016 r. zobaczyłem przepiękny widok. Na postumencie znajdującym się na centralnym placu miasta w miejscu obalonego pomnika Włodzimierza Iljicza Lenina powiewała ukraińska flaga. Kilka tygodni wcześniej na Ukrainie przeprowadzono dekomunizację, usuwając symbolikę związaną z minionym zbrodniczym ustrojem. I tak przyfrontowe miasto Krasnoarmiejsk (czyli czerwono-armijne) stało się Pokrowskiem, położony nieopodal Odessy port Iliczewsk (od imienia wodza rewolucji) zamienił się w Czarnomorsk. Jedno z największych miast wschodniej części kraju, Dniepropietrowsk, przemianowano na Dnipro (czyli po prostu Dniepr), usuwając człon upamiętniający komunistycznego działacza, Hryhorija Petrowskiego. Wielu Ukraińców burzyło się, że po co to zmieniać! Szkoda pieniędzy, czasu, robienia zamętu. Co to niby komu przeszkadza jakiś Leninek czy Czerwonowsk? Ale mnie jeden mądry facet wyjaśnił to w prosty sposób: z ludźmi w Poradziecji jest jak z Żydami wyprowadzonymi przez

Mojżesza z Egiptu. Oni na pustyni chcieli wracać w niewolę, bo tam wprawdzie byli poniżani, ale chociaż mieli michę żarcia. Dopiero młode pokolenie Żydów zrozumiało, że liczy się wolność. Ona jest najważniejsza. I tak samo tutaj homo sovieticusa trzeba tępić w głowach, wymazywać tę zbrodniczą ideologię budowaną właśnie w sferze symboli. Na koniec mój znajomy pochwalił Polskę za skuteczną dekomunizację. Nie minęło kilka tygodni i nagle okazało się, że również na naszym ojczystym podwórku sprawa symboli sprzed dekad wcale nie jest tak oczywista jak mogłoby się wydawać. Otóż policja zatrzymała dwóch ziomków, którzy na grobie Bolesława Bieruta napisali „kat” i dorysowali czerwoną gwiazdę, a minister Ziobro niemalże własnoręcznie ich uwolnił. Zgodnie z logiką światopoglądowej wojny media natychmiast albo w czambuł potępiły, albo wzięły w obronę patriotów-grafficiarzy. Ja mam w tym temacie własne zdanie. Osobiście mierzi mnie naruszanie miejsc pochówku, ale tak naprawdę tych dwóch gości po prostu wzięło na siebie obowiązek, który powinno wykonać państwo: usunięcie z przestrzeni publicznej miejsca hołdu dla zbrodniarza, tyrana i zdrajcy Polski. A ten obowiązek trzeba wykonać, nie bazgrząc jakieś napisy, ale zwyczajnie rozbierając sarkofag, ekshumując ciało i przenosząc je w jakiś kąt cmentarza. No ale trudno, żeby taką operację przeprowadziło dwóch chłopaków, więc pozostał im spray. Problem budowania wspólnej pamięci historycznej i, co za tym idzie, naszej współczesnej tożsamości nie dotyczy bynajmniej tylko krajów posttotalitarnych. We wrześniu w jednym z parków w Dallas zburzono monument upamiętniający Roberta Lee, dowódcę wojsk Konfederacji w czasie wojny secesyjnej. I nagle okazało

się, że w aż do bólu wolnościowym i zachwyconym samym sobą USA pomniki również potrafią wywołać zażarte bitwy ideologiczne. Specjalnie dla „Konceptu” dr Paweł Zyzak zajrzał w głąb amerykańskiej duszy, kreśląc obraz społeczeństwa, które pomimo patriotycznego popkulturowego sztafażu również musi mierzyć się ze swoją historią. A przecież my bierzemy się za bary z przeszłością nieporównywalnie bardziej skomplikowaną, bo naznaczoną wpływami wrogich, często zbrodniczych mocarstw. Dlatego tak często symbole dzielą Polaków zamiast ich jednoczyć. Ale może nie warto popadać w przesadny pesymizm, bo jednak na wielu płaszczyznach potrafimy się dogadać. Spektakularna animacja „Niezwyciężeni”, opowiadająca o chwalebnych chwilach z najnowszej historii Polski, zdobyła poklask i po lewej, i po prawej stronie sceny politycznej. Jak mówi Rafał Pękała, koordynator projektu z ramienia IPN: „Chodziło nam o to, żeby zachęcić młodych ludzi do poznawania naszej historii. Osiągnęliśmy jednak jeszcze jeden cel. Film wzbudza poczucie dumy z własnej historii”. A w rozmowie z Jankiem Rojewskim dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, Jan Ołdakowski, dodaje: „Jako Polacy jesteśmy narodem historycznym. Czerpiemy z II Wojny Światowej, z Solidarności, z marzenia o wspólnocie, którą budował Papież”. W okolicznościach politycznej awantury, która zapewne jak co roku wybuchnie z tytułu Marszu Niepodległości, łatwo zapomnieć, że przecież potrafiliśmy pokonać niemieckiego i sowieckiego okupanta i dzisiaj w wolnej Polsce możemy sami decydować o swoich pomnikach. To luksus, na który nasi przodkowie od trzystu lat nie mogli sobie pozwolić. Więc 11 listopada zamiast się kłócić lepiej świętować, bo naprawdę jest co.

„KONCEPT” MAGAZYN AKADEMICKI Wydawca: Fundacja Inicjatyw Młodzieżowych Adres: ul. Solec 81b; lok. 73A, 00-382 Warszawa Strona: www.FundacjaInicjatywMlodziezowych.pl www.gazetakoncept.pl E-mail: redakcja@gazetakoncept.pl Redakcja: Tomasz Grzywaczewski (red. nacz.), Mikołaj Różycki (zast. red. nacz.), Marta Rybicka (sekr. red.), Dominika Palcar, Wiktor Świetlik, Mateusz Zardzewiały, Monika Wiśniowska, Tomasz Lachowski, Marcin Malec i inni. Skład i łamanie: Shine Art Studio | Korekta: Ewa Rżysko Druk prasowy wykonuje Drukarnia Kolumb z siedzibą w Siemianowicach Śląskich. Aby poznać ofertę reklamową prosimy o kontakt pod adresem: redakcja@gazetakoncept.pl Chcesz dystrybuować „Koncept” na swojej uczelni? -> PISZ: redakcja@gazetakoncept.pl ZNAJDŹ NAS:

@GazetaKoncept

@FundacjaFIM

/fundacjainicjatywmlodziezowych

3


SPIS TREŚCI

NR 56 listopad 2017

TEMAT NUMERU 6 |  POSTUMENT, KTÓRY ZAWINIŁ DR PAWEŁ ZYZAK

8 |  HISTORIA, KTÓRA WBIJA W FOTEL

Z RAFAŁEM PĘKAŁĄ ROZMAWIA AGNIESZKA NIEWIŃSKA

RELACJA

SPORT

ŚWIAT

2 |  OBÓZ LIDERSKI W JADWISINIE

14  | LODOWI WOJOWNICY NA K2

22 |  TERMOJĄDROWE BOMBY KIMA

NA POCZĄTEK

KULTURA

3 |  ŚWIĘTO WOLNOŚCI

16 |  GRAĆ NA WSZYSTKICH INSTRUMENTACH, NIE DOTYKAJĄC ŻADNEGO

SŁAWOMIR STARZEC

TOMASZ GRZYWACZEWSKI

5 |  BYŁO JEST BĘDZIE

SPOŁECZEŃSTWO 9 |  FINANSOWY PORTRET STUDENTA MICHAŁ POLAK

MARTYNA KOŚKA

Z MARZENĄ DIAKUN ROZMAWIA ALEXANDRA KOZOWICZ

ORLEN

FOTOREPORTAŻ

18 |  KURS NA ORLEN

26 |  POLSKA OCZAMI POLAKA Z WILNA

ANTONI M. CIESZKOWSKI

PSRP

10 |  „LIDEREM TRZEBA SIĘ STAWAĆ” DR SERGIUSZ TRZECIAK

19 |  NARODOWY KONGRES NAUKI – KOLEJNY ETAP PRAC NAD NOWĄ USTAWĄ

11 |  PRAWDZIWY PRZYWÓDCA – ZASADY BYCIA LIDEREM?

NZS

SYLWIA BOGDAN, ŁUKASZ RUSAJCZYK

20 |  USTAWA 2.0 OKIEM STUDENTÓW CEZARY HURYSZ

MNISW 21 |  STYPENDIA DLA WSZYSTKICH DOKTORANTÓW KATARZYNA ZAWADA

WYWIAD NUMERU 12 |  JAKO POLACY JESTEŚMY NARODEM HISTORYCZNYM Z JANEM OŁDAKOWSKIM ROZMAWIA JAN ROJEWSKI

EDUKACJA EKONOMICZNA 24 |  ZDOBYWAJ PUNKTY W BIK I WYMIENIAJ NA… WIARYGODNOŚĆ KREDYTOWĄ

PRACA

MONIKA WIŚNIOWSKA

NICOLAS LEVI

AUGUSTYN ILCEWICZ

PODRÓŻE 28 |  NA ROZDROŻU UKRAINY

DR TOMASZ LACHOWSKI, WITALIJ MAZURENKO

HISTORIA 30 |  PIŁSUDSKI JAKIEGO NIE ZNACIEA

Z MIKOŁAJEM MIROWSKIM ROZMAWIA SEBASTIAN RYBARCZYK


NA POCZĄTEK

BYŁO JEST BĘDZIE:

że nie przewiduje przywrócenia obowiązkowego szkolenia wojskowego studentów. - Chcemy oprzeć się na ochotnikach – dodaje resort obrony.

RANKING: NAJLEPSZE UCZELNIE EKONOMICZNE „Rzeczpospolita” opublikowała ranking najlepszych polskich uczelni ekonomicznych. Im wyższe miejsce w zestawieniu, tym lepiej uczelnia przygotowuje studentów do wejścia na rynek pracy, może pochwalić się największym odsetkiem przyszłych prezesów. No i oczywiście, ich absolwenci mogą liczyć na najwyższe zarobki. Oto pierwsza piątka: 1. Szkoła Główna Handlowa (Warszawa) 2. Akademia L. Koźmińskiego (Warszawa) 3. Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu 4. Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławi 5. Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie. OCHOTNICY – WYSTĄP! Blisko 40 proc. studentek i studentów, bez żadnej reklamy, jest zainteresowanych przeszkoleniem wojskowym i krótkoterminową ochotniczą służbą – poinformowało Ministerstwo Obrony Narodowej. W roku akademickim 2017/18, MON przewidziało 10 tys. miejsc dla szkolonych studentów. Samo szkolenie ma trwać od 3 do 6 tygodni, a do programu przystąpiły dotychczas 52 uczelnie. MON zapewnia,

ŚWIADCZENIA FINANSOWE DLA STUDENTÓW Przypominajka – w tym roku akademickim, studenci mogą liczyć na wymienione poniżej formy wsparcia finansowego: • Stypendium socjalne – decyduje poziom dochodu netto na osobę w rodzinie studenta • Zapomoga – chodzi o zdarzenia losowe dotykające studenta lub jego najbliższej rodziny • Stypendium naukowe/rektora – nagroda za b. dobre wyniki w nauce • Stypendium od ministra – nagroda za wybitne osiągnięcia naukowe, artystyczne lub sportowe • Kredyt studencki – każdy student ma prawo ubiegać się o taką pożyczkę.

BARDZIEJ NIŻ NORMALNIE: • Na 2 lata w zawieszeniu, sąd skazał wykładowcę Politechniki Częstochowskiej za… wykorzystywanie studentów do prac porządkowych na swojej działce (w ramach praktyk). Pracę studentów wyceniono na 5 tys. zł. • Wpadło nam do skrzynki intrygujące ogłoszenie o pracę. 30 zł netto można zarobić biorąc udział „w ekspe-

Comiesięcznik grantowy Na co?

rymentalnym badaniu, którego celem jest poznanie natury bólu”. Firmuje sam UJ. Już boli. • O tym, jaki jest stan usieciowienia polskich uczelni, najlepiej świadczy fakt, że po miesiącu od rozpoczęcia roku akademickiego wciąż nie wiadomo, ilu mamy w Polsce studentów. Także tego.

Opracował: Janusz Wdzięczak. Masz pytanie? Pisz: js.wdzieczak@vp.pl

Kto daje?

Ile?

Termin?

Granty w ramach programu grantowego KPMG Ideas Loading

KPG

Granty po 10 000, 5 000 i 3 000 zł

do 13 listopada

Nagrody za prace dyplomowe

Polsko-Chińska Rada Biznesu

Sfinansowane staże w Chinach

do 15 listopada

Nagrody technologiczne dla studentów

Grupa Europa

Pula nagród do 34 000 zł

do 17 listopada

Narody za najlepsze prace magisterskie na temat „Solidarności”

Europejskie Centrum Solidarności

Pula nagród wynosi 12 000 zł

do 24 listopada

Stypendia na studia i kursy językowe w Izraelu

Państwo Izrael

Pokrycie kosztów pobytu i nauki

do 30 listopada

5


TEMAT NUMERU

Postument, który zawinił DR PAWEŁ ZYZAK

staż ysta w Institute of World Politics oraz st ypendysta The Albert Shanker Institute w Wasz yngtonie, Institute for Democracy in Eastern Europe i Polish & Sl avic FCU

Jedną z pierwszych symbolicznych decyzji podjętych przez obecny polski Rząd była ustawa dekomunizacyjna, zakazująca propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego w nazwach ulic, obiektów itd. Przed miesiącem upłynął termin jej wykonania.

U

stawa wzburzyła samorządy, w których wciąż zasiadają zarówno ostatni, jak i środowiskowi spadkobiercy partii komunistycznych. Obnażyła również kilka autentycznych dylematów. Jak przykładowo potraktować nazwy instytucji, które zostały przez komunistów po prostu skradzione grupom niepodległościowym? Tu kłania się przykład Armii Ludowej. Niespełna dwa tygodnie temu przypadek zawiódł mnie na ulicę Bitwy pod Lenino w Warszawie. Mocno się zdziwiłem. Jak traktować bitwę, która została zaprojektowana przez sztab Stalina, lecz w której jednocześnie wykrwawiło się na śmierć wielu Polaków pogardliwie

6 | koncept | listopad 2017

odnoszących się do komunizmu? Są to wszakże dylematy moralne, które bledną w zestawieniu z problemami Amerykanów z ich własną historią. W całych Stanach Zjednoczonych, według Southern Poverty Law Center, znajdują się 1 503 pomniki upamiętniające Konfederację, z czego 718 to posągi głównych bohaterów „Południa” w dobie wojny secesyjnej. Większość z nich znajduje się w południowo-wschodnich stanach, leżących równocześnie w tzw. „pasie biblijnym”, w którym dominują kościoły i grupy protestanckie. Nie od wczoraj pomniki te znajdują się na celowniku wielu amerykańskich organizacji społecznych, politycznych oraz władz municypalnych. We wrześniu w jednym z parków Dallas zburzono monument przedstawiający Roberta Lee, dowódcę wojsk „Południa”. Dokonana pod osłoną nocy egzekucja wywołała wrzenie w USA. BURZLIWE POCZĄTKI Amerykanie mają duży problem z własną historią. Ubolewamy często, że jesteśmy państwem postkolonialnym, podbitym w XVIII w. przez trzech zaborców, zaś wkrótce po odzyskaniu wolności przez dwa totalitaryzmy. Z zazdrością patrzymy na USA. Niesłusznie. USA do dziś zmagają się z postkolonialnymi powikłaniami. USA nie powstały w wyniku naturalnych procesów migracyjnych, ale w drodze gwałtownego podboju kolonialnego. W kolonizacji terytorium Ameryki

Niewolnictwo rozwijało się na terenach późniejszych Stanów Zjednoczonych od początku XVII w. Nie wynaleźli go Brytyjczycy. Istniało od zarania dziejów. uczestniczyły potęgi: brytyjska, hiszpańska, holenderska, francuska. Najszybciej postępował podbój anglosaski. Anglosasi byli tak skuteczni, że podbili później pozostałych kolonizatorów. Im bliżej 1776 roku, czyli ogłoszenia przez kolonie brytyjskie niepodległości tym mocniej sprawy się komplikują. Weźmy przykładowo rok 1774 i zapytajmy, kto wówczas kolonizował tereny na południe od 45 równoleżnika: Brytyjczycy, czy też autonomiczni już od pewnego czasu „Amerykanie”? Jak sprawiedliwie zmierzyć rozmiar odpowiedzialności? Wydawałoby się, że wystarczy znaleźć właściwe kryterium. Jednakże żadne tzw. „kryterium naukowe” nie jest jednowymiarowe, jest to tak naprawdę zbiór wielu niezależnych wskaźników. Musimy być pewni do jakiej nauki się odwołujemy: do biologii, matematyki i statystyki, lingwistyki czy też historiografii z jej chronologizacją? Nawet wskaźnik metafizyczny niewiele


TEMAT NUMERU nam tutaj pomoże, bowiem jak pisał Sienkiewicz w „Listach z podróży po Ameryce”, jest to kraj najróżniejszych protestanckich sekt. Oprócz protestantów do kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej już w XVI w. napływali np. polscy katolicy, przedstawiciele różnych denominacji judaistycznych czy w końcu, sprowadzani akurat siłą, Murzyni. Niewolnictwo rozwijało się bowiem na terenach późniejszych Stanów Zjednoczonych od początku XVII wieku. Nie wynaleźli go Brytyjczycy. Istniało od zarania dziejów. Dotyczyło ludów zamieszkujących obszary od Afryki, przez Bliski Wschód i Azję Środkową, aż po podbitą przez Islam Europę Wschodnią. Zapytałbym teraz prowokacyjnie: gdzie szukać odpowiedzialnych za niewolnictwo? Czy odpowiadają za nie wszyscy nieczarni obywatele USA, czy też każdy stan odpowiada za swoje własne grzechy? Czy stany, które nie zniosły niewolnictwa tuż po 1776 r. – nie ma takich – mają w ogóle „moralne prawo” sądzić stany konfederackie? Ohio najwcześniej stało się „free state”, bo w roku 1803. Do liberalnego dziś stanu Nowy Jork pierwszych niewolników sprowadzili Holendrzy w XVI wieku. BRYTYJSKI KOMPLEKS Wielka Brytania… Londyn prezentuje się dziś w liberalnych mediach barbarzyńskim Amerykanom jako chlubny przykład abolicjonizmu. W okresie wojny z USA w 1812 r. wyzwalali niewolników we wszystkich okupowanych stanach. Murzyni mieli – lub też musieli – odwdzięczyć się swym dobroczyńcom, walcząc w ich szeregach z barbarzyńcami… Ale czy wyzysk niewolniczy przestał obciążać Wielką Brytanię już po utracie kolonii na południe od Wielkich Jezior? Owszem, Wielka Brytania zabroniła w 1807 r. swym obywatelom procederu wywożenia niewolników do kolonii, ale obywatele brytyjscy, w tym brytyjskie elity, stali się w dobie rewolucji przemysłowej głównym importerem amerykańskiej bawełny uprawianej przez kogo? Prostymi słowy, zachwalana dziś industrializacja na Wyspach napędzała amerykańskie niewolnictwo w południowych stanach i odwrotnie. Właścicieli niewolników porównuje się w liberalnych mediach – wciąż jeszcze ostrożnie – do hitlerowców. Jakie miejsce zajmować powinna Wielka Brytania w tej narracji? Należałoby ją konsekwentnie przyrównać stricte do III Rzeszy, jej przemysł przędzalniczy do dziedzictwa Boscha i Siemensa, natomiast jej kolonie i to, co się w nich działo, do kolonii hitlerowskich: Generalnego Gubernatorstwa, Komisariatów Estonii, Ukrainy, Białorusi

itd., wybijających się na niezależność pod wodzą lokalnych nazistowskich elit. ZŁOŻONE PRZYCZYNY Niełatwo jednak zrazu zrozumieć, jaka jest ogólna przyczyna fali burzenia pomników w USA. Dyskurs otarł się o granice absurdu. Jeżeli powodem dekapitacji cokołu jest niewolnictwo, w państwie prawa precedensowego należałoby podobnież potraktować wszystkie pamiątki odnoszące się do właścicieli niewolników bez względu na ramy chronologiczne. A więc między innymi także około połowę delegatów na amerykańską Konwencję Konstytucyjną w roku 1787. Potępia się nie tylko właścicieli niewolników, lecz również zwolenników segregacji rasowej, poniekąd spadkobierców spuścizny tych pierwszych. Jednakże większość, zarówno jednych, jak i drugich, była „ojcami założycielami” dzisiejszej amerykańskiej lewicy zrzeszonej w Partii Demokratycznej. Do „ojców założycieli” nurtu progresywnego wewnątrz owej formacji zalicza się Woodrowa Wilsona, który jeszcze jako profesor uczelniany zachwycał się Ku Klux Klanem, także w czynie. W trosce o „spokój” zamknął uczelnię przed czarnoskórymi studentami. Warto wspomnieć o jeszcze jednej ikonie demokratów – Margaret Sanger. Jej admiratorką ogłosiła się, podczas ostatniej kampanii wyborczej, Hillary Clinton. Sanger należała do wiodących przedstawicieli ruchu eugenicznego. Była zatem rasistką, a słynną organizację „Planned Parenthood”, dziś kojarzoną głównie z siecią klinik aborcyjnych, zakładała z myślą o ograniczaniu populacji Murzynów. Widzimy więc ową ciągłość między demokratyczną konfederacją i demokratycznym segregacjonizmem, a nawet obecną polityką Partii Demokratycznej wobec Murzynów, służącą podtrzymywaniu gettyzacji i demoralizacji, drogi uzależniania od systemu pomocy społecznej. Warto pamiętać, że faktycznie Konfederaci byli nie tylko wybitnymi generałami, których znamy z książek, z filmów amerykańskich czy gier komputerowych. Mało kto wie, że stworzyli własną konstytucję. Czym różniła się od tej skrojonej w 1787 r.? Konfederaci wprowadzili do konstytucji termin „niewolnictwo”, legalizując je na terenie USA... CZAS PARADOKSÓW Niektórzy uczestnicy „pomnikowej debaty”, próbując uciec przed pułapką absurdu, odrzucili argument niewolnictwa jako wtórny. Wodzów konfederackich poczęli więc nazywać: „symbols of resistance to

integration” oraz zarzucać im… zdradę. Zdradę czego? Stanów Zjednoczonych, narodu amerykańskiego, chrześcijaństwa, humanizmu czy też konstytucji? Jeżeli idzie o symbole, powinniśmy zapytać, co konkretnie dany pomnik symbolizuje. Każdy monument konfederacki coś symbolizuje, ale najpewniej żaden nie symbolizuje „sprzeciwu wobec integracji”

Systemy polityczne, które panowały w Polsce między październikiem 1939 r. a czerwcem 1989 r., były formą ustrojową narzuconą przez okupanta. oraz zaangażowania bohatera w ideologię „white supremacy”. Pomniki symbolizują najróżniejsze wydarzenia: zwycięską bitwę, odparcie wroga czy przemarsz triumfalny. Żyjemy więc w czasach skrajnych i częstych paradoksów. Condoleezza Rice, czarnoskóra republikanka, zauważyła przytomnie, że konfederackie pomniki uczą o części dziedzictwa Ameryki. Według Rice powinny pomagać w edukowaniu ludzi przechodzących obok nich w zakresie historii, także tej niewygodnej. Ale lewica jest elastyczna. Dla odmiany tutejsza walczy o zachowanie „pomników”, np. komunistycznych – o nich jeszcze wspominamy – hojnie wręcz przypisując Polakom zbrodnie, do których zwyczajnie nie mają prawa. Historia Ameryki jest jaka jest. Bez pamięci o jej przeszłości Ameryce grozić będzie powtórka ze skompromitowanych eksperymentów takich jak Ku Klux Klan, ruch eugeniczny i sterylizacyjny czy prohitlerowski, antyimigracyjny i izolacjonistyczny komitet „America First”. POLSKIE REALIA Obecna debata pomnikowa w USA nie ma prawie żadnego odniesienia do debaty pomnikowej, która od czasu do czasu toczy się w Polsce. Wojna secesyjna była wojną totalną, brutalną. Zostawiła głębokie rany w mentalności całego narodu. Ale była wojną domową. Natomiast systemy polityczne, który panowały w Polsce między październikiem 1939 r. a czerwcem 1989 r., były formą ustrojową narzuconą przez okupanta. O „polityce historycznej” decydował okupant, a nie społeczeństwo czy też społeczności lokalne. Nie wszystkie pomniki okupanta jeszcze w Polsce strącono.

7


TEMAT NUMERU

Historia, która wbija w fotel O sukcesie filmu „Niezwyciężeni” z Rafałem Pękałą z IPN, koordynatorem tego projektu, rozmawia Agnieszka Niewińska. Agnieszka Niewińska: Film „Niezwyciężeni” zdobył dużą popularność w Internecie. Skąd pomysł, by o historii Polski opowiedzieć w stylistyce gry komputerowej? Rafał Pękała: Pomysł na taką produkcję narodził się w IPN. To, jak ostatecznie wygląda, to efekt współpracy ze studiem Fish Ladder / Platige Image i firmą Juice, które nadały mu charakter artystyczny. Nie chodziło nam o stworzenie filmu przypominającego grę komputerową. Mieliśmy pomysł na animację pokazującą w atrakcyjny sposób historię Polski, której głównym odbiorcą będą młodzi ludzie oraz obcokrajowcy. Chodziło nam o to, żeby zachęcić młodych ludzi do poznawania naszej historii. Osiągnęliśmy jednak jeszcze jeden cel. Film wzbudza poczucie dumy z własnej historii. Nie do końca się tego spodziewaliśmy. Chcieliście w nieco ponad cztery minuty opowiedzieć 50 lat historii Polski? Plan był taki, żeby pokazać rolę Polaków w II wojnie światowej. A w naszym przekonaniu wojna nie skończyła się dla nas w 1945 r. Wpadliśmy w łapy kolejnego okupanta, zniewolenie przeciągnęło się na

kolejne 45 lat. Chcieliśmy pokazać drogę Polaków do odzyskania niepodległości w 1989 r. i to, że od początku wojny stawialiśmy najeźdźcom opór, sprzeciwiliśmy się zniewoleniu zarówno zbrojnemu, jak i mentalnemu. Film kończą nieco zapomniane już słowa gen. Witolda Urbanowicza, dowódcy Dywizjonu 303: „My nie błagamy o wolność. My o nią walczymy”. Wypowiedział to zdanie w jednym z wywiadów dla brytyjskiej prasy. Doskonale oddaje postawę Polaków. W filmie jest wiele alegorycznych scen. Żołnierz zamknięty między dwiema ścianami, symbolizującymi napad Niemców i ZSRS, czy pomnik amerykańskiego prezydenta, który odwraca się od Karskiego przynoszącego informacje o Holokauście. IPN musiał ściśle współpracować z twórcami. Film powstawał przez rok i choć główny proces twórczy odbywał się w studiu Platige, to wielokrotnie konfrontowaliśmy nasze pomysły. Dopiero w ostatnich miesiącach mogliśmy zobaczyć, jak ten film będzie wyglądał. Wcześniej pracowaliśmy na uproszczonych rysunkach i prostej animacji. Wyzwaniem było przekroczenie progu własnej wyobraźni. Wiele symbolicznych scen powstało w ramach dyskusji. Dwie ściany, które próbują zamknąć osamotnionego żołnierza, to zasługa Krzysztofa Noworyty, Marcina Kobyleckiego oraz Michała Misińskiego. My początkowo myśleliśmy o dwóch kulach, które uderzają w polskiego żołnierza. Ściany okazały się świetnym pomysłem. Scena z Karskim od początku była pewna – wiedzieliśmy, że wejdzie do filmu – artyści z Fish Ladder wyobrazili sobie amerykańskiego prezydenta jako pana świata, który patrzy z wysoka na młodego Karskiego, przybywającego z misją poinformowania opinii publicznej i przywódców Zachodu o sytuacji w Polsce i o losie Żydów. Scena ma odzwierciedlać postawę Zachodu, który mając wiedzę, nie zrobił nic w kwestii pomocy Żydom. Lektorem wersji angielskiej został znany m.in. z „Gry o tron” Sean Bean. Trudno było go namówić do udziału w projekcie? Zwróciliśmy się do kilku aktorów m.in. do Toma Hanksa. Odpowiedział nam właśnie Sean Bean. Zobaczył

8 | koncept | listopad 2017

film i szybko się zgodził. Nagranie odbyło się w Rzymie i choć Bean miał dla nas mniej niż godzinę, ostatecznie w studiu spędził trzy. Uważał, że pewne rzeczy można poprawić, powiedzieć inaczej. Chciał wiedzieć, co czyta, rozumieć kontekst. Tłumaczyliśmy mu sceny z filmu. To, co słyszymy w wersji angielskiej, to duży wysiłek interpretacyjny Seana Beana. Feministki narzekają, że w filmie poza Ireną Sendlerową nie pojawia się żadna inna kobieta. Chciałbym to sprostować. W filmie pokazujemy trzy kobiety. Nie chcieliśmy jednak nazywać postaci. Nie mają autentycznych fizjonomii, a jedynie pewne atrybuty, po których można je rozpoznać. To jest pewnego rodzaju gra z odbiorcą. Pierwowzorem przy scenie skoku cichociemnych była Elżbieta Zawacka „Zo”. Kształty kobiece są w animacji zachowane, ale Zawacka jest przedstawiona w stroju komandosów brytyjskich. Trzecią kobiecą postacią jest mało znana Teodora Żukowska „Milena” ‒ agentka kontrwywiadu AK. Widzimy ją za szybą, kiedy kopiuje tajne dokumenty. Żukowska pracowała w urzędzie gubernatora dys-

RAFAŁ PĘKAŁA tryktu warszawskiego i przyczyniła się do powodzenia zamachu na Franza Kutscherę. Była naszym asem wywiadu. Czy film był oglądany za granicą? Po premierze 15 września film masowo oglądali Polacy. Po kilku dniach zwróciliśmy uwagę, że 70 proc. odtworzeń jest z zagranicy: z Rosji, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Ukrainy. Odkąd pojawiły się napisy w języku hiszpańskim i koreańskim był oglądany i w Hiszpanii, i w Korei. Myślę, że Polacy, w tym osoby publiczne, politycy, ambasadorzy, po zapoznaniu się z filmem udostępniali go zagranicznym znajomym. Film w pewnym momencie zaczął się sam promować. To był efekt kuli śnieżnej, ale nie byłoby tego, gdyby nie był dobry jakościowo, gdyby nie przyciągał uwagi odbiorcy.


SPOŁECZEŃSTWO

Finansowy portret studenta MICHAŁ POLAK

Koordynator projek tów w Związku Banków Polskich, Warszawskim Inst y tucie Bankowości oraz Centrum Prawa Bankowego i Informacji

W październiku mury polskich uczelni zapełniły się prawie 1,5 mln studentów. W większości mają za sobą intensywne wakacje, coraz częściej związane nie tylko z odpoczynkiem czy podróżami, ale również ze zdobywaniem doświadczenia na rynku pracy i pierwszymi zarobkami.

jednego studenta to 1 710 zł. Na Politechnice Warszawskiej te liczby to odpowiednio 45,6 mln i 1 418 zł na studenta. Trzecim największym budżetem stypendialnym dysponuje Uniwersytet Jagielloński. Z kolei największa polska uczelnia, Uniwersytet Warszawski, otrzymuje z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego 42 mln zł dotacji na ten cel, co przy dużej liczbie studentów daje 942 zł wsparcia na osobę. To zdecydowanie poniżej średniej, która w przypadku 10 największych szkół wyższych wynosi prawie 1 200 zł. STUDENT BANKOWO AKTYWNY Raport pokazuje, że studenci coraz aktywniej korzystają z oferty kredytowej instytucji finansowych. Z kredytów, pożyczek, kart kredytowych oraz debetu na koncie korzysta już 600 tys. osób w wieku 18-24 lat. Łącznie mają oni zaciągniętych 1 mln zobowiązań na kwotę 6,81 mld zł. W 70 proc. są to kredyty konsumpcyjne, 17 proc. stanowią limity na koncie osobistym, rosnącą popularnością cieszą się też karty kredytowe, których udział wynosi 15 proc. wśród wszystkich umów kredytowych zawartych przez młode osoby. Kredyty mieszkaniowe to zaledwie

rachunek bankowy posiada 58 proc. osób w grupie wiekowej 18-24 lat. Gros z nich to rachunki bezpłatne lub kosztujące nie więcej niż 5 zł miesięcznie. Aż 62 proc. studentów i osób w wieku do 24 lat nie płaci za swoje konto. 11 proc. przeznacza na ten cel nie więcej niż 5 zł. Dla kolejnych 24 proc. to wydatek rzędu 6-10 zł – być może w wyniku braku rozeznania w ofertach banków, które często proponują bezpłatne prowadzenie konta dla studentów. Standardem dla młodych klientów banków jest posiadanie karty płatniczej. Aż 93 proc. posiadających rachunek ma do niego kartę. To najwyższy odsetek wśród wszystkich grup wiekowych całej polskiej populacji. NIE TYLKO FACEBOOK I INSTAGRAM Studenci są zanurzeni w Internecie – to żadna nowość. Jak się okazuje dotyczy to nie tylko mediów społecznościowych, ale także robienia zakupów i korzystania z bankowości internetowej. Wśród najmłodszych klientów instytucji finansowych odsetek osób, które korzystają z rozwiązań internetowych dostarczanych przez banki jest najwyższy. Aż 89 proc. młodych ludzi

U

miejętne i bezpieczne zarządzanie finansami osobistymi zarówno w świecie realnym, jak i w cyberprzestrzeni to z dzisiejszej perspektywy codzienność, również dla studentów. Jak pokazuje najnowsza edycja raportu „Portfel Studenta”, wydanego przez Związek Banków Polskich, konto bankowe, karta płatnicza czy przelew są dla wielu z nich równie naturalne, jak korzystanie z telefonu komórkowego czy zakupy przez Internet. RODZICE ALBO PRACA Trzy podstawowe źródła dochodów studentów to wsparcie finansowe od rodziców, praca zarobkowa oraz stypendia. Łącznie na pomoc materialną Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego przeznaczyło w ubiegłym roku ponad 1,5 mld zł. Dodatkowo studenci mogą skorzystać z oferty preferencyjnych kredytów studenckich lub innych produktów finansowych. Jak wygląda sytuacja stypendialna studentów z 10 najlepszych uczelni w Polsce według rankingu magazynu „Perspektywy”? Na największe wsparcie mogą liczyć studenci czołowych uczelni technicznych z Krakowa i Warszawy. Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie na pomoc dla studentów otrzymała największą dotację w wysokości 49 mln zł. W przeliczeniu na

1,4 proc. wszystkich umów, co nie jest bardzo zaskakujące. Studenci na każdym etapie studiów mogą skorzystać z preferencyjnych kredytów studenckich. Takie kredyty wypłacane są w transzach, podobnie jak stypendia. Przez 10 miesięcy w roku, czyli w czasie zajęć na konto studenta wpływa po 400, 600, 800 lub nawet 1000 zł. Trafiają one do najmniej zamożnych studentów. Najwytrwalsi w nauce mogą liczyć na umorzenie części kredytu. Dotyczy to osób, które znalazły się w gronie 5 proc. najlepszych absolwentów swojej uczelni. Na specjalne traktowanie mogą też liczyć ci będący w naprawdę trudnej sytuacji materialnej. Autorzy raportu wskazują także, że

(w wieku 18-24 lat) loguje się na swoje konto i wykonuje operacje online. Coraz większą popularnością cieszy się także bankowość mobilna. Ze specjalnych aplikacji korzysta 59 proc. osób w grupie 18-24 lat. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku zakupów mobilnych, czyli realizowanych przy pomocy smartfona lub tabletu. Grupa wiekowa 18-24 jest liderem wśród korzystających z takiego rozwiązania. Na zakupy mobilne decyduje się ponad połowa osób w tym wieku. Jak wynika z badań, młodzi chętnie korzystają z różnych form płatności. Zarówno szybkich przelewów, płatności mobilnych, kart kredytowych, płatności ratalnych, płatności SMS, jak i przelewów tradycyjnych.

9


PRACA

„Liderem trzeba się stawać” Dr Sergiusz Trzeciak opowiada o tym, czy liderem można się „urodzić” i w jaki sposób można się nim stawać.

DR SERGIUSZ TRZECIAK EKSPERT DS. WIZERUNKU PUBLICZNEGO, PERSONAL BRANDING I MARKETINGU POLITYCZNEGO, AUTOR 9 KSIĄŻEK M.IN. „WIZERUNEK PUBLICZNY W INTERNECIE”. KONSULTANT I TRENER Z MIĘDZYNARODOWYM DOŚWIADCZENIEM

Monika Wiśniowska: Co to znaczy „być liderem”? Sergiusz Trzeciak: Lider to nie tylko ktoś, kto sprawuje formalnie daną funkcję czy zarządza organizacją. To przede wszystkim osoba, która jest przewodnikiem, za którym podążają inni ze względu na jej cechy osobowości, wiedzę, kompetencje, umiejętności czy doświadczenie. Czy liderem trzeba się „urodzić”, czy też można się tego nauczyć? Z tym pytaniem spotykam się bardzo często. Oczywiście może być tak, że ktoś ma naturalne predyspozycje w tym kierunku, ale najczęściej zdarza się tak, że liderem trzeba się stawać – jest to proces, będący efektem pracy, zaangażowania, doświadczenia. To są niezbędne czynniki do rozwoju osoby jako lidera. Kiedy więc warto zacząć się tego uczyć? Możliwie jak najszybciej – jeszcze zanim rozpocznie się studia, czyli w szkole średniej, a być może i wcześniej. Niestety

10 | koncept | listopad 2017

w polskim systemie szkolnictwa wciąż niewielki nacisk kładzie się na pracę w grupie i umiejętności miękkie. Niemniej jednak warto samodzielnie szukać takich możliwości wokół siebie – choćby w samorządach szkolnych, gazetach czy mediach młodzieżowych, organizacjach czy nawet w młodzieżówkach partyjnych. W każdym takim miejscu istnieje możliwość rozwoju, realizacji projektów, współpracy z innymi ludźmi i sprawdzenia swoich umiejętności w praktyce. Czyli nie samą nauką żyje człowiek? Spójrzmy na to w ten sposób – podczas rekrutacji do pracy spotka się kilku kandydatów. Wszyscy będą mieli dobre stopnie i dyplomy ukończenia prestiżowych uczelni. Ale tylko jeden z nich będzie mógł się dodatkowo pochwalić doświadczeniem w organizacjach czy samorządach. Taki człowiek, nawet nie mając wielkiego doświadczenia zawodowego, będzie mógł wpisać w swoje CV zrealizowane projekty, zorganizowane konferencje czy eventy. Pozostali kandydaci nie będą mieli takich doświadczeń i w efekcie ich szanse w procesie rekrutacji będą znacznie niższe. Oczywiście – nauka jest ważna, ale trzeba zdać sobie sprawę z tego, że dobre oceny to za mało. Znam wielu młodych ludzi,

w życiu. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Podsumowując – warto być aktywnym i szukać dla siebie właściwego miejsca, bo rzeczywistość bywa bardzo odmienna od naszych wyobrażeń. A im szybciej dana osoba zweryfikuje swoje plany, tym lepiej dla niej. Wróćmy jeszcze do pierwszego wątku, czyli do bycia liderem – w jaki sposób można się tego nauczyć? Książki? Kursy? Oczywiście istnieje wiele książek dotyczących rozwoju osobistego, zarządzania zespołem czy przywództwa. Ze swojej strony polecam książkę „Coaching marki osobistej, czyli kariera lidera”, której jestem autorem (śmiech). Warto sięgać po różne publikacje, zarówno tradycyjne, jak i coraz popularniejsze publikacje w Internecie np. podcasty. Stawanie się liderem to proces, który wymaga lat nauki w szkole, na studiach, ale przede wszystkim samodzielnych poszukiwań. Przydatne mogą być studia kierunkowe, cenna jest wiedza książkowa, ale najwięcej praktycznych umiejętności daje samo działanie i realizowanie kolejnych projektów. Dzięki temu nie tylko uczymy się bycia liderem, ale również poznajemy aktywnych, zaangażowanych ludzi – a takie kontakty niezwykle procentują w późniejszej karierze zawodowej.

Stawanie się liderem to proces, który wymaga lat nauki w szkole, na studiach, ale przede wszystkim samodzielnych poszukiwań. którzy jednocześnie studiują i osiągają dobre wyniki, pracują i udzielają się społecznie. Może nie mają tak wiele czasu na imprezy, ale świadomie budują swoje CV i zwiększają swoje szanse na rynku pracy. Co jeszcze może pomóc w starcie zawodowym? Oczywiście znajomość języków obcych, aktywność – o której już mówiłem – oraz udokumentowane doświadczenie. Nie należy bać się staży, praktyk czy pracy w różnych firmach. Dopiero kiedy znajdziemy się w danym środowisku, jesteśmy w stanie ocenić, czy jest to właściwe miejsce. Przykładowo – jeśli ktoś przez całe życie chciał być dziennikarzem, po kilkumiesięcznym stażu może zmienić swoje plany zawodowe. Ktoś inny marzył o zawodzie prawnika, ale po praktykach w kancelarii uznał, że nie to chce robić

Projek t dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjat yw Obywatelskich


PRACA

Prawdziwy przywódca – zasady bycia liderem MONIKA WIŚNIOWSKA

student e-biznesu w sgh, specjalizuje się w mediach społecznościowych i brandingu, interesuje się motoryzacją

Prawdziwy lider to przywódca – grupy, zespołu, organizacji. Ma wizję, ale potrafi rozmawiać, wymaga, ale również pomaga, ciężko pracuje, ale nie próbuje zrobić wszystkiego sam. Oto 10 podstawowych zasad bycia liderem.

O

czywiście nie każdy musi być wizjonerem jak Steve Jobs, ale najczęściej to od lidera (szefa, kierownika, menadżera) wymaga się tworzenia koncepcji i posiadania wizji na temat funkcjonowania projektu i kierunku, w którym powinien podążać. Co ważne – lider odpowiada nie tylko za ogólny pomysł, ale również za przygotowywanie (i pilnowanie realizacji) planów, terminarzy i budżetów. UCZ SIĘ NIEUSTAJĄCO I ZWRÓĆ UWAGĘ NA KOMUNIKACJĘ W wielu branżach (o ile nie w większości!), żeby nie „wypaść z obiegu” należy nieustannie podnosić swoje kwalifikacje i aktualizować posiadaną wiedzę. Lekarze muszą na bieżąco uczyć się nowości medycznych, prawnicy muszą znać aktualny stan prawny, specjaliści IT uczyć się nowych języków czy rozwiązań informatycznych, marketingowcy poznawać nowe narzędzia do promocji… Bez względu na to, czym się zajmujesz, nieustająca nauka jest konieczna, żeby współpracować z osobami mającymi różny stopień doświadczenia – od takich, które dopiero zaczynają swoją przygodę z daną branżą, do osób biegłych. Istotne jest również to, że to do lidera większość osób zgłasza się z pytaniami czy wątpliwościami. Oczywiście, nie ma osób, które wiedzą wszystko, ale jeśli członkowie zespołu wielokrotnie spotkają się z niewiedzą (niekompetencją?) swoje-

go szefa, może to znacznie obniżyć jego pozycję w zespole. Lider to osoba, która wyznacza zadania – musi więc komunikować się w zrozumiały i jasny sposób, żeby wszystkie osoby w zespole wiedziały, czego się od nich oczekuje. Ważne jest również to, by wyznaczać terminy realizacji poszczególnych zadań oraz osoby, które są za nie odpowiedzialne. Niezwykle istotna jest komunikacja w przypadku problemów/nieporozumień w zespole. Lider powinien rozwiązywać spory, a czasem wręcz prowadzić mediacje między poszczególnymi stronami. Największym błędem lidera jest zaognianie kłótni, co w efekcie przekłada się na brak motywacji i spadek wydajności zespołu. SŁUCHAJ INNYCH Nikt nie jest nieomylny! To hasło jak mantrę powinien powtarzać każdy lider – szczególnie taki, który osiąga sukcesy i zaczyna mieć nieco zbyt wysokie mniemanie o sobie… Warto więc słuchać swojego zespołu, współpracowników i przełożonych. Zarówno wtedy, kiedy zgadzają się z naszym zdaniem, jak i w sytuacjach, kiedy ich poglądy zdecydowanie się różnią od naszych. To właśnie dzięki wewnętrznym dyskusjom udaje się uniknąć wielu zewnętrznych wpadek oraz eliminować potencjalne problemy jeszcze zanim staną się realnym kłopotem. Kasia jest świetna w wystąpieniach publicznych, a Rafał umie genialnie zarządzać budżetem? Wykorzystaj to! Każda osoba ma inne predyspozycje i innymi kwestiami lubi się zajmować. Najskuteczniej swoje zadania wykonują właśnie osoby, które czują się w nich pewnie i (przede wszystkim!) lubią swoją pracę – bez względu na to, czy jest to organizacja studencka, czy korporacja. SKUP SIĘ NA INNYCH I NIE PRÓBUJ ZA WSZELKĄ CENĘ BYĆ PERFEKCYJNYM Dobry projekt to suma dobrych działań, współpracy i zaangażowanych osób. Te osoby powinny być dla lidera niezwykle ważne, bo tylko dzięki nim jest w stanie osiągnąć sukces. Lider musi umieć dostrzegać potencjalne problemy swoich współpracowników – ktoś ma kłopoty rodzinne albo zachorował? Będzie potrzebował wsparcia. A niestety nie każdy jest na tyle otwarty, żeby przyjść do przełożonego i się pożalić. Trzeba mieć otwarte oczy i umieć to dostrzec. Nikt nie jest idealny i każdemu zdarzają się porażki, słabsze dni albo

po prostu nieznośny ból głowy. Wielu liderów popada w pułapkę bycia idealnym i niczym „perfekcyjna pani domu” usiłują przekonać cały świat, że w ich życiu i pracy wszystko jest idealne. Niestety może to przynieść efekt odwrotny od zamierzonego, począwszy od wzbudzania niepotrzebnej zawiści. Zdecydowanie bardziej chcemy współpracować z ludźmi (nawet bardzo zapracowanymi i zaangażowanymi) niż z robotami, które wydają się nie mieć uczuć i bólu głowy. NIE RÓB WSZYSTKIEGO SAMODZIELNIE Od tego jesteś liderem, żeby zarządzać zespołem. Co oznacza, że powinien mieć on swoje zadania. Niestety, wiele zaangażowanych osób ma tendencję do robienia wszystkiego samodzielnie, nawet jeśli mają do pomocy sporą ekipę. Ważną cechą lidera jest umiejętność rozdzielania zadań i egzekwowanie ich wykonania. Nikt nie lubi być nieustająco sprawdzany. Jeśli wiesz, że masz niezły zespół, pozwól mu działać. Jeśli zaś zdajesz sobie sprawę, że niektóre osoby potrzebują wsparcia, poświęć im więcej czasu. Daj ludziom odetchnąć i pozwól wykazać się kreatywnością i inicjatywą. W większości przypadków wszystkim wyjdzie to na dobre. W dużej mierze od reakcji przełożonego na ewentualne problemy zależy dalsze zaangażowanie, a z pewnością dobre samopoczucie danej osoby. Różne bywają sytuacje – czasem kogoś przerośnie zadanie, czasem dłuższa choroba utrudnia mu wykonywanie obowiązków, czasem sytuacja rodzinna jest na tyle trudna, że uniemożliwia skupienie się na zadaniach. Dobry lider to przewodnik, który w trudniejszych sytuacjach wysłucha i pomoże. Nie bez przyczyny tak wiele mówi się w ostatnim czasie o umiejętnościach miękkich – o pracy w grupie czy właściwej komunikacji. To one są podstawą warsztatu lidera. Ale – prawdę mówiąc – powinny być podstawą dla każdego, kto jakkolwiek współpracuje z ludźmi.

Projek t dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjat yw Obywatelskich

11


WYWIAD NUMERU

Jako Polacy jesteśmy narodem historycznym O polityce historycznej, roli, jaką od prawie 15 lat odgrywa Muzeum Powstania Warszawskiego i kulcie Żołnierzy Wyklętych z Janem Ołdakowskim, dyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego, rozmawia Jan Rojewski. Jan Rojewski: Od 2004 roku minęło sporo czasu, wtedy hasło „wybierzmy przyszłość” zdawało się całkiem aktualne. Co – z pańskiej perspektywy – zmieniło się w ciągu tych niecałych 15 lat? Jan Ołdakowski: Pierwszą rzeczą, która się udała, i należy to podkreślić, jest fakt, że dziś dyskurs o przeszłości jest pełnoprawną formą rozmowy o współczesności. W Europie to bardzo częste, począwszy od postaw, które zmierzają do wyeliminowania błędów, które popełnialiśmy kiedyś, aż po gloryfikowanie przeszłości. Pamiętam jak wiosną 2004 roku, podczas jednej z konferencji jeszcze przed otwarciem muzeum, Władysław Bartoszewski prowokacyjnie zapytał, czy można z dziedzictwem Powstania Warszawskiego wejść do Unii Europejskiej i sam sobie odpowiedział na to pytanie pozytywnie. Dzisiaj pytanie, czy można wejść do Unii Europejskiej z dziedzictwem powstania styczniowego, Warszawskiego czy Solidarności nie budzi już zdziwienia. Drugą rzeczą, którą udało się wypracować to polifoniczność dyskusji. Mówiąc o polskiej historii, możemy odwoływać się do różnych nurtów i modeli. Trzecia rzecz, która się pojawiła to czytelna zgoda społeczna co do tego, że do zrozumienia Polski kluczowe nie jest średniowiecze, nie losy konfederacji barskiej, a XX wiek, czyli opozycja Polski i jej pozycjonowanie się wobec dwóch totalitaryzmów. Pytanie zadane przez Władysława Bartoszewskiego mogłoby wydawać się interesujące w kontekście European House of History. Dużo miejsca tej brukselskiej wystawie poświęciła ostatnio weekendowa „Rzeczpospolita”, dodając, również prowokacyjnie: „Czy niemiecka wizja historii zwycięży?”. W związku z tym może wracać pytanie, czy da się opowiedzieć historię „polskiego wieku XX” z zachowaniem racji stanu,

12 | koncept | listopad 2017

a jednocześnie nie antagonizować relacji z sąsiadami? Zacznę od opowiedzenia o jednym z aspektów naszej działalności: jako muzeum badamy rzeź Woli i okazuje się, że jest to zbrodnia przemilczana przez PRL. Straty w cywilach są do dziś niezbadane. Mam nadzieję, że działający od niedawna Ośrodek Badań nad Totalitaryzmami im. Witolda Pileckiego okaże się w tych badaniach pomocny. Po 10 latach pracy zidentyfikowaliśmy niecałą połowę zabitych cywilów. Pewnie gdyby robić to zaraz po wojnie, sytuacja miałaby się inaczej. Nie wierzę, że w tej sprawie nastąpi jakiś przełom. My musimy sami tę historię opo-

Dziś dyskurs o przeszłości jest pełnoprawną formą rozmowy o współczesności. wiedzieć. Odziedziczyliśmy po PRL-u trochę wiedzy i trochę stereotypów i naszym celem jest uporządkowanie tego bagażu. Musimy upamiętniać nasze ofiary. Odpowiedź na pytanie, czy szukanie imion i nazwisk tych, których Trzecia Rzesza starła z powierzchni ziemi jest działaniem przeciwko pojednaniu, brzmi: nie jest. Jako Polacy jesteśmy narodem historycznym. Czerpiemy z II Wojny Światowej, z Solidarności, z marzenia o wspólnocie, którą budował Papież. Współczesne Niemcy są narodem posthistorycznym. Rozumiem, że dzisiejsi wnukowie sprawców mają dość spłacania długów swoich dziadków. Przecież to nie dzisiejsze pokolenie ludzi w wieku 30-40 lat głosowało na Hitlera. To widać po sposobie, w jaki została przygotowana wystawa w Deutsche Historische Museum. Ona pokazuje, że Niemcy chcieliby mieć to już za sobą.

Wystawa jest poświęcona procesom historycznym i piętnowaniu nienawiści jako takiej. Współcześnie Niemcy są obok USA jednym z naszych najważniejszych partnerów, a w Unii Europejskiej w ogóle najważniejszym. Nasze gospodarki są ze sobą zrośnięte. To obliguje do rozumienia wzajemnych różnic. Skoro Niemcy szanują historyczność i samoświadomość Izraela, to powinni też szanować naszą. Zrozumieć to, że ciągle opłakujemy tych, których ich dziadkowie nam zabrali. Dla przykładu Ormianie przeżywali swoją traumę kilkadziesiąt lat dłużej. Na tym budują też swoją komunikację z innymi państwami. Wspomniał Pan, że wciąż opłakujemy tych, którzy zginęli. Przez ostatnie lata najciekawsze książki historyczne, które były wydawane, dotyczyły problemów tożsamościowych Polaków – innych traum niż te, które nasuwają nam się na myśl jako pierwsze. Czy historia poszczególnych grup społecznych czy nawet – nie bójmy się tego słowa – klas, jest w Polsce potrzebna? Wszyscy pochodzimy od chłopów, ale świat opisujemy językiem drobnej szlachty. Kiedy obywatel czy dziennikarz ma opisać to, co widzi, to czerpie z księdza Skargi – hiperbola jest najczęstszym środkiem stylistycznym. Powoduje to zbrutalizowanie debaty publicznej, ale to na szczęście nie wychodzi poza sferę werbalną. Konfederacja jest naszą ulubioną formą aktywności politycznej. W tym kontekście cudem była Solidarność, która użyła jedynie pozytywnych cech konfederacji i wyrugowała złe. Solidarność mieści w sobie wszystko. Dla amerykańskich konserwatystów będzie efektem współpracy Regana z Papieżem, inni zobaczą w niej – podobnie jak Pan – konfederację szlachecką, a pamiętam, że gdzieś czytałem nawet o analogii pomiędzy pierwszym zjazdem delegatów Solidarności a ateńskim wzgórzem Pnyks. Tak, ale niezależnie jakie rozumienie uznamy za najtrafniejsze, wszyscy jesteśmy dumni, ponieważ Solidarność się udała. Dla mnie to doświadczenie pokoleniowe. Pamiętam wystąpienie Wałęsy w 1988 roku oglądane na małym biało-czarnym telewizorze. Podczas debaty z szefem OPZZ-etu, Alfredem Miodowiczem, występował sam przeciwko całej propagandowej machinie PRL-u. Miałem wrażenie, że oglądam western. Wałęsa trochę mówił do telewidzów, trochę do władzy, nie przejmował się rozmówcą.


WYWIAD NUMERU Przez niego też przemawiał szlachcic? On zawsze miał cechy kilku wcieleń Polaków. Trochę król, trochę szlachcic, trochę przedstawiciel ludu. Sprytny chłop, który oszukał diabła. Dyl Sowizdrzał... Ale też Szewczyk Dratewka. Odwołałem się do Solidarności, bo jest to doświadczenie, które zostało przez moje pokolenie całkowicie ukonstytuowane. Każdy miał wrażenie, że brał w tym udział. Znalazło się miejsce i dla tych, którzy uważają, że „Duch Święty zmienił oblicze ziemi”, i dla tych, którzy czerpią z innych tradycji politycznych.

Podobnym przykładem jest flaga. Kiedy kilka lat temu młodzi ludzie walczyli przeciwko „zamknięciu Internetu”, czyli ACTA, używali i biało-czerwonych flag, i symbolu Polski Walczącej, bo te symbole były dla nich czytelne. Znak Polski Walczącej stał się symbolem słusznego sprzeciwu, a to, że czasami ktoś go nadużywa jest rzeczą w otwartym społeczeństwie normalną. Grupy kibicowskie? Każdy widzi, kto tego znaku używa. Fakt, że wykorzystuje go tyle osób jest dowodem jego życia. Ten symbol niesie ze sobą konkretne informacje. Dyskusja, wynikająca z tego, że jedni go nadużywają, a inni chcieliby, żeby im go nie zabierać, jest rzeczą normalną. My chcemy informować o treściach i wartościach, które ten znak ze sobą niesie. Nie zajmujemy się pedagogiką, tylko edukacją. Kiedy widzimy na samochodzie znak ryby, to oczekujemy, że kierowca będzie się zachowywać zgodnie z wartościami, pod którymi się podpisuje: nie zajedzie drogi, nie pokaże obraźliwego gestu. Tak samo jest z symbolem Polski Walczącej, to nie tylko symbol walki, to symbol pewnej postawy.

FOT. JAKUB SZYMCZUK

Rozmawiamy więc zarówno o doświadczeniu Solidarności, jak i o Powstaniu Warszawskim, a oba te wydarzenia zbiegają się w tekście Marii Janion o trzech falach polskiego romantyzmu i „paradygmacie romantycznym”. Dziś zdaje się, że katastrofa Smoleńska otwiera nowe romantyczne rozdanie. Siłą rzeczy ulegają pauperyzacji symbole, którymi się posługujemy. Nie ma Pan wrażenia, że symbol Polski Walczącej, który ma Pan wpięty w klapę marynarki, staje się dziś orężem dla różnych, czasem antagonistycznych wobec siebie grup? Przez ostatnie kilka dni byłem na Festiwalu Niepokorni Niezłomni Wyklęci w Gdyni i tam symbol Polski Walczącej był używany na każdym kroku. Pozostawiając na boku sprawę rzetelności przedstawienia trudnej i wielowątkowej historii Żołnierzy Wyklętych, nie obawia się Pan, że kult walki po 1945 roku zepchnie na drugi plan fenomen Polskiego Państwa Podziemnego? Problem Żołnierzy Wyklętych jest ciekawym tematem do dyskusji. Dla części Żołnierzy Wyklętych pójście do lasu było po prostu wyborem śmierci na własnych zasadach. W tym roku będziemy mieć w Muzeum najwięcej gości od 2004 roku. Oczywiście to też efekt wizyty Donalda Trumpa, który w swoim przemówieniu wspomniał o walkach, które toczyły się podczas Powstania, i pary książęcej z Wielkiej Brytanii, która ma status celebrytów. Moment, w którym obywatel może wybierać tradycję, do której nawiązuje jest ważny. To są różne modele. My na przykład każdego roku wręczamy nagrodę Jana Rodowicza „Anody”, żeby pokazać, że etos Polskiego Państwa Podziemnego polegał też na budowaniu społeczeństwa w sytuacji

zagrożenia. Festiwal, o którym Pan wspomniał traktuję jako propozycję. Na końcu przemówią fakty. Nie zgodzę się z tym. Na końcu przemówi mniej lub bardziej brutalna narracja, która okaże się dominująca. W porządku, ale jeśli ta narracja będzie nieudolnie zrobiona, to ludzie nie będą chodzić na złe filmy, czytać złych komiksów itd. Mam na myśli złych w sensie artystycznym. Nie wiem. Polski gust bardzo się zmienia. Kiedyś człowiek wstydził się, gdy oglądał coś żenującego, dzisiaj to bywa powodem do dumy. Wystarczy zerknąć na aktualny box office polskich kin. Pytanie, czy popularyzacja nie równa się pauperyzacji. Na różny sposób upraszcza się wiedzę. Wydajemy komiksy, ale z nadzieją, żeby tylko zainteresować czytelnika. Jednocześnie wydajemy monografie i prowadzimy działalność edukacyjną. Czym innym jest przyciąganie uwagi, a czym innym zdobywanie rzetelnej wiedzy. Jedna forma nigdy nie zastąpi drugiej.

13


Lodowi wojownicy na K2 MARTYNA KOŚKA

Prawnik, dziennik arz gospodarcz y, miłośnik podróż y

„Każdy himalaista musi się w końcu zabić w górach, jeśli konsekwentnie będzie rzucał wyzwanie śmierci przez udział w kolejnych wyprawach” – powiedział wybitny wspinacz Aleksander Lwow. Mimo to Polacy uczestniczyli w najbardziej niebezpiecznych wyprawach na ośmiotysięczniki, a wkrótce wyruszy najważniejsza od lat ekspedycja – zimowe wejście na K2 w Karakorum, drugi najwyższy szczyt Ziemi.

K2

to jedyny jeszcze niezdobyty zimą ośmiotysięcznik. Polacy robili dwa podejścia o tej porze roku (na przełomie 1987 i 1988 r. i w 2003 r.). Lepiej wygląda bilans wejść letnich: w sumie na tym jednym z najtrudniejszych szczytów świata stanęło 12 naszych rodaków, a pierwszą kobietą,

14 | koncept | listopad 2017

która w ogóle tego dokonała była Wanda Rutkiewicz. Wreszcie, to polscy wspinacze wytyczyli dwie najtrudniejsze drogi na K2. To dość powodów uzasadniających nazwanie K2 „polską górą”. Aby jednak obraz był pełen, potrzeba jeszcze tylko jednego – postawienia stopy na szczycie w sezonie zimowym. Świadkami tego historycznego wydarzenia możemy być już wkrótce. Pod koniec grudnia do Pakistanu wyrusza 11-osobowa grupa, która podejmie kolejną próbę wejścia na szczyt. Kierownikiem wyprawy jest Krzysztof Wielicki, który ma piękną kartę w historii himalaizmu zimowego. W 1980 r. wraz z Leszkiem Cichym dokonał pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest. ZŁOTY OKRES POLSKIEGO HIMALAIZMU Takich pięknych kart jest zresztą znacznie więcej, zwłaszcza z lat 80., które nazywane są złotą dekadą polskiego himalaizmu. Po odwilży w 1956 r. dla polskich wspinaczy otworzyły się Alpy. Nasi alpiniści robili tam bardzo trudne trasy, wzbudzając ogólny podziw. Jednak z powodu dużej izolacji naszego kraju Polacy przez wiele lat nie mogli wspinać się w Himalajach i Karakorum, a gdy wreszcie zagraniczne wyjazdy stały się możliwe, wszystkie najwyższe szczyty były już zdobyte. Aby nie powielać wypróbowa-

nych tras i schematów, polscy wspinacze zaczęli specjalizować się w wejściach zimowych – dużo trudniejszych niż letnie. Pierwsze ważne wejście zimowe miało miejsce w 1973 r., gdy Andrzej Zawada i Tadeusz Piotrowski weszli na najwyższy szczyt Afganistanu – Noszak (7 492 m n.p.m.). Rok później pokonana została bariera 8 tys. metrów. „Marzenie o zimowych wejściach nabrało realnych kształtów. Jednocześnie jednak wspinacze musieli uznać, że w nowej formule himalaizmu czynniki zewnętrzne odgrywają znacznie większą rolę niż w himalaizmie letnim” – napisali Bartek Dobroch i Przemysław Wilczyński w książce „Broad Peak. Niebo i piekło”, która opowiada o tragicznej śmierci dwóch polskich wspinaczy podczas zimowego wejścia na tytułowy szczyt. Niesprzyjającym czynnikiem jest pogoda – na takich wysokościach temperatura może spaść do -50 stopni, a prędkość wiatru przekracza 120 km/h. Przez wiele dni mogą się także nie pojawić okna pogodowe, co zatrzymuje himalaistów w bazie. LODOWI WOJOWNICY Zdobycie Mount Everestu przez duet Wielicki – Cichy zapoczątkowało okres największych sukcesów polskich himalaistów. Do 1988 r. dokonali pierwszych zimowych wejść na siedem z czternastu ośmiotysięczników, w efekcie czego

FOT. MARIA LY

SPORT


SPORT

POLSKI HIMALAIZM ZIMOWY: BY WRÓCIĆ W WYSOKIE GÓRY Na początku lat 90. z wypraw nie wróciło dwoje wybitnych himalaistów. W 1989 r. od ściany Lhotse odpadł zdobywca wszystkich ośmiotysięczników, Jerzy Kukuczka. W 1992 r. przy próbie zdobycia Kanczendzongi w Himalajach zaginęła Wanda Rutkiewicz, pierwsza Polka, która stanęła na szczycie Mount Everest. Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Przed kilkoma laty wspomniany Artur Hajzer zainicjował program pod nazwą „Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015” mający odbudować „polską potęgę” w górach. Niestety, sukcesy programu zostały przyćmione przez tragedię, która miała miejsce w 2013 r. po zdobyciu Broad Peak przez czterech himalaistów. Zdobycie K2 zimą byłoby dowodem na to, że Polacy w górach wysokich nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. WYPRAWA NA JEDYNY NIEZDOBYTY ZIMĄ OŚMIOTYSIĘCZNIK  „K2 dla Polaków jest trochę jak lądowanie na Księżycu, tyle że na Księżycu już ktoś był” – powiedział Krzysztof Wielicki o wyprawie na ostatni niezdobyty zimą szczyt świata. Jeśli Polakom uda się ta sztuka, świat znów usłyszy o Lodowych Wojownikach – nieposkromionych zdo-

bywcach gór. O specyfice K2 wypowiadał się w rozmowie z serwisem Onet Janusz Gołąb, kierownik sportowy polskiej wyprawy, która w grudniu wyruszy do Pakistanu: „K2 jest specyficzną górą. To tzw. wysoki ośmiotysięcznik – wraz z każdymi 500 metrami bardzo zmienia się ilość tlenu. Ciężko się tam oddycha, a planujemy wejście bez butli. Na szczęście nie ma wtedy obfitych opadów śniegu, a nawet jeśli śnieg spadnie, to jest zwiewany. Za to pojawia się inny problem – wychodzą skały, a na nich gromadzi się twardy lód. Największyą przeszkodą jest jednak wiatr. K2 narażony jest w zimie na wiatry, stoi na ryglu i nie jest osłonięty innymi siedmiotysięcznikami. Nad Karakorum zimą – wskutek zmiany pór roku – przesuwa się wiatr „jet stream”. Na wysokości 10 tys. metrów potrafi wiać do 300 km/h. Pamiętam, że na szczycie Gasherbrum (8 800 m n.p.m.) wiatr wiał 200 km/h. W takich warunkach nie da się iść”. Na wyprawę pojedzie 11 osób: Krzysztof Wielicki (kierownik wyprawy), Janusz Gołąb (kierownik sportowy), Krzysztof Wranicz (lekarz wyprawy), Dariusz Załuski (filmowiec) oraz Adam Bielecki, Marek Chmielarski, Rafał Fronia, Marcin Kaczkan, Artur Małek, Piotr Tomala i Denis Urubko. Jako ostatni do grupy dołączył Denis Urubko. Ma korzenie kazachsko-rosyjskie, ale przed dwoma laty otrzymał polskie obywatelstwo. Należy do grupy 15

sze doświadczenia. Jeden z warunków – wszyscy muszą mieć włączone telefony cały czas, nawet kosztem większego obciążenia dodatkowymi bateriami”.

ludzi na świecie, którzy zdobyli wszystkie ośmiotysięczniki (Koronę Ziemi) bez użycia aparatu tlenowego. Długo wahał się, czy wziąć udział w wyprawie, ale jego zgoda oznacza bardzo silne wzmocnienie ekipy. Na konferencji prasowej, w trakcie której przedstawiono skład ekipy, Krzysztof Wielicki podkreślał, że najważniejsze jest bezpieczeństwo uczestników: „Nie chcemy zostać zdobywcami za wszelką cenę. Weźmiemy pod uwagę wcześniej-

9 na 14 pierwszych zimowych wejść na ośmiotysięczniki dokonali Polacy, a jedno wejście było mieszane, to fajnie byłoby, gdybyśmy zakończyli to, co rozpoczęliśmy w 1980 roku na Mount Evereście. Fajnie byłoby nie machnąć teraz ręką i nie zrzucać tego na wspinaczy z innych krajów”. W pierwszych miesiącach 2018 r. powinniśmy już wiedzieć, czy polscy himalaiści zdołali domknąć ten rozdział historii.

CEL: DOKOŃCZYĆ TO, CO POLACY ROZPOCZĘLI W 1980 ROKU Koszt wyprawy szacowany jest na 1,3 mln złotych. Ekspedycja startuje 20 grudnia. Wspinacze mają czas na wejście na szczyt do 20 marca, wtedy bowiem kończy się kalendarzowa zima w Karakorum. Jakie mają szanse? Biorąc pod uwagę ekstremalnie trudne warunki, jakie panują na K2 – małe. Mimo wszystko warto spróbować, bo jak wyjaśnia w rozmowie z serwisem OffSport Jerzy Natkański, kierownik letniej wprawy na K2: „Zimowa wyprawa ma zamknąć erę zdobywania ośmiotysięczników o tej porze roku. Wymyślił to Andrzej Zawada, a potem kontynuował Artur Hajzer. Szkoda byłoby to zaprzepaścić, choć szanse, że uda się wejść na K2 w zimie są małe. Ale skoro

Zdobycie K2 zimą byłoby dowodem na to, że Polacy w górach wysokich nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

GRAFFITI: IMP2K / FOT. MICHAŁ BULSA

przylgnęło do nich określenie: Lodowi Wojownicy (Ice Warriors). Sukcesy odnosili Jerzy Kukuczka i Wojciech Kurtyka, a z kobiet Wanda Rutkiewicz i Anna Czerwińska. Nie można pominąć również Andrzeja Zawady, który przez lata był kierownikiem wielu ważnych wypraw. Wśród uczestników było też wielu ludzi kultury (np. Michał Jagiełło, późniejszy dyrektor Biblioteki Narodowej) i polityki (np. Janusz Onyszkiewicz, późniejszy minister obrony i eurodeputowany), a także opozycjonistów. W 1970 r. odbył się tzw. proces taterników – skazano kilku wspinaczy, którzy przemycali zakazane wydawnictwa za granicę. Początek lat 90. i związana z nimi zmiana systemu politycznego zupełnie odmieniła oblicze polskiego himalaizmu. Dobroch i Wilczyński piszą, że „wymusiła konieczność zabiegania o pracę, interes, karierę. Nie było już czasu na wielomiesięczne wyprawy”. Wyczerpały się dotychczasowe sposoby pozyskiwania środków na zdobywanie szczytów, a himalaiści zajęli się regularną pracą „na nizinach”. Przykładowo Artur Hajzer, zdobywca Annapurny, założył firmę i stworzył popularną markę „Alpinus”.

15


KULTURA

Grać na wszystkich instrumentach, nie dotykając żadnego Z Marzeną Diakun, laureatką poprzedniej edycji Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga, która światową sławę zyskała, zastępując Mikko Francka na koncertach filharmoników Radia Francuskiego, rozmawia Alexandra Kozowicz. Alexandra Kozowicz: Dyrygent czy dyrygentka? Marzena Diakun: Pani dyrygent. Nie podoba mi się na siłę wprowadzana forma żeńska. W ogóle jestem przeciwniczką parytetów, także w świecie muzycznym. Mówię to jako stypendystka nagrody przyznawanej przez Marin Alsop, amerykańską dyrygent z Baltimore Symphony Orchestra, która współpracuje z najlepszymi zespołami na świecie. Nagrody przyznawanej jedynie dyrygującym kobietom. To nie fair. Dlaczego? Bo to zaburza naturalną selekcję. Niech tę selekcję przeprowadzają orkiestry, we-

ryfikując potencjalnych kandydatów. Nie twórzmy kolejnych sztucznych podziałów ze względu na płeć w postaci np. kursu dyrygenckiego przeznaczonego tylko dla kobiet. Ale kobiet dyrygentów w świecie muzycznym jest nadal nieproporcjonalnie mało. To ukłon w stronę pań. Emancypacja kobiet wciąż, choć od ponad stulecia, trwa. Nie tylko w dyrygenturze, ale i w innych dziedzinach. Kobiety zostały dopuszczone do kształcenia i to się będzie powoli wyrównywać. Ważne jest, żeby mieć mocną, także męską konkurencję. Nie trzeba się jej bać. A co z uprzedzeniami? Jurij Temir-

kanow powiedział kiedyś: „esencją dyrygowania jest siła, esencją kobiecości – słabość”. Siła fizyczna czy hart ducha? W zawodzie dyrygenta na pewno trzeba być zdeterminowanym. Żeby uzyskać to, co chce się uzyskać w pracy z orkiestrą i w realizacji pomysłu na siebie, w budowaniu ścieżki kariery. Dotyczy to wszystkich – kobiet i mężczyzn. Powiedziałabym raczej, że esencją dyrygowania jest wrażliwość, którą powinien mieć każdy artysta. Wrażliwość rozumiana jako umiejętność odbierania fluidów ze świata i przetwarzania ich w artystyczny sposób. W czysto praktycznym aspekcie trzeba mieć siłę, by żyć na walizkach. Siła w rozumieniu 17 listopada w Katowicach rusza Międzynarodowy Konkurs Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga, jeden z najważniejszych polskich wydarzeń muzycznych na świecie. Należy do Światowej Federacji Międzynarodowych Konkursów Muzycznych, zajmując honorowe miejsce obok Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. Wszystkie zmagania będzie można śledzić na żywo w telewizji i w Internecie.

16 | koncept | listopad 2017


KULTURA hardości nie jest dla mnie wyznacznikiem bycia dobrym dyrygentem. A co nim jest?

gentów im. W. Lutosławskiego, Cadaqués Competition w Barcelonie i Donatella Flick Competition w Londynie.

Muzykalność, wiedza, a przede wszystkim osobowość. Trzeba umieć porwać ludzi, tych, którzy cię słuchają i tych, którymi dyrygujesz. Na scenie nie ma demokracji, narzuca się swoją wizję muzyki i albo odbywa się to dobrowolnie na zasadzie współpracy i zaufania, albo jest się dyktatorem.

I IX edycji Międzynarodowego Konkursu im. G. Fitelberga w Katowicach, który uważam za najtrudniejszy z nich wszystkich. Każdy konkurs wywołuje ogromny stres spowodowany dziwną, bardzo sztuczną sytuacją, w której w krótkim czasie trzeba pokazać się z jak najlepszej strony w repertuarze obejmującym dziesiątki godzin muzyki.

Dyrygent może być dyktatorem? Może o tej esencji siły mówił Temirkanow?

Który z tych występów był dla ciebie przełomem?

Są orkiestry, którym narzuca się własną koncepcję. Są też takie, które nie tylko czytają w muzycznych myślach, ale potrafią pójść dalej, niż dyrygent mógłby się spodziewać. Sztuką jest umiejętność wykorzystania tego rodzaju orkiestrowej chemii.

Moje pierwsze spotkanie z profesjonalną orkiestrą w cztery oczy. A właściwie w setkę oczu! Przekonałam się wówczas, że dyrygowanie jest rzeczą karkołomną, ale też wiedziałam już, że w życiu niczego innego nie będę bardziej chciała robić. To niesamowite grać na wszystkich

instrumentach, nie dotykając żadnego. I jak każdy muzyk chcę mieć coraz lepszy instrument i dyrygować coraz lepszymi orkiestrami. Paszport Polityki był dla Ciebie jakimś przełomem? Jury pięknie uzasadniło jego przyznanie – „za konsekwentny i błyskotliwy rozwój osobowości i kariery dyrygenckiej mimo wszelkich trudności”. Myślę, że nie tylko dla mnie, ale i dla nowego pokolenia polskich dyrygentów. Ta nagroda jest przykładem, że sukces w tak, wydawałoby się, niedostępnej dziedzinie sztuki jaką jest dyrygowanie jest możliwy. Myślę, że ten fakt otworzył oczy wielu młodym ludziom na to, że można samemu szukać dla siebie różnych ścieżek kariery i konsekwentnie budować swoją pozycję. Wielki świat nie otwiera się przypadkiem. Trzeba zapukać do jego drzwi, a potem własnoręcznie je otworzyć.

Za to docenili Cię filharmonicy Radia Francuskiego, kiedy zastępowałaś Mikko Francka? Spośród ponad trzystu pięćdziesięciu kandydatów, którzy zgłosili się z całego świata, wybrano właśnie Ciebie. Co ciekawe filharmonicy mieli przywilej współdecydowania o wyborze zastępcy dyrygenta. I wybrali właśnie mnie. To była szkoła życia. Kontrakt narzucił dotąd nieznany mi tryb pracy – co tydzień nowy, szeroki program do opanowania. Poza moimi projektami dyrygowałam też nagłymi zastępstwami, o których dowiadywałam się w ostatniej chwili, czasem z tylko jedną próbą generalną przed koncertem. Znacząco poszerzyłam swój repertuar. Rok w Paryżu to były setki prób, wiele nagrań i prawykonań oraz dziesiątki koncertów transmitowanych na żywo w radiu. Na których często byłaś owacyjnie przyjmowana. A zaczęło się od prostego: „a czemu by nie spróbować?”, dzięki któremu zdecydowałam się wysłać zgłoszenie do Francji. Wszystko sprzysięgało się przeciwko mnie, nawet nie dotarły do mnie maile zapraszające na konkurs. Ale siła marzeń jest ogromna – w końcu moje wymarzone miasto otworzyło przede mną drzwi. Paryż zawsze mnie pociągał. Wysyłając zgłoszenie, byłaś już laureatką II nagrody na prestiżowym Konkursie Dyrygenckim w ramach Festiwalu „Praskiej Wiosny” (2007), finalistką Międzynarodowego Konkursu dla Dyry-

17


ORLEN

Kurs na ORLEN

FOT. ARCHIWUM

Możliwość nauki od najlepszych w swojej branży to niepowtarzalna okazja, z której korzystają studenci najlepszych uczelni technicznych i biznesowych w Polsce. Półroczną przygodę z PKN ORLEN stażyści mogą odbyć w ramach dwóch niezależnych programów stażowych. Koncern przygotowuje młodą kadrę, umożliwiając zdobycie praktycznego doświadczenia w autorskim programie stażowym „Kurs na ORLEN” oraz w programie „#Energia dla przyszłości” realizowanym przez Ministerstwo Energii.

STAŻYŚCI PODCZAS SPOTKANIA POWITALNEGO W PKN ORLEN. LISTOPAD 2016 R.

O

becnie trwa druga już edycja „Kursu na ORLEN”, programu półrocznych płatnych staży w strukturach Koncernu. Program został zaprojektowany z myślą o absolwentach szkół średnich technicznych, studentach ostatnich lat studiów i absolwentach szkół wyższych. Rekrutacja do programu rozpoczęła się w pierwszym kwartale, a staże rozpoczęły się w lipcu. Stażyści mają okazję wykorzystać wiedzę akademicką w praktyce – biorą udział w projektach i realizują zadania pod okiem doświadczonych ekspertów giełdowej spółki. W aktualnej edycji programu staże odbywają się w Płocku i w Warszawie w obszarach Audytu, Kontroli i Zarządzania Ryzykiem Korporacyjnym, Badań Materiałowych, Dozoru Technicznego i Materiałoznawstwa, Efektywności i Rozwoju Sprzedaży, IT, Jakości, Benchmarków i Katalogów, Maszyn Wirujących Rafinerii, Nadzoru Inżynierskiego Energetyki, Paliw i Normalizacji, Własności Intelektualnej, Windykacji i Zakupów. Najlepsi stażyści mają szansę na zatrudnienie. PKN ORLEN już po raz drugi jest partnerem projektu „#Energia dla przy-

18 | koncept | listopad 2017

szłości”. Uczestnicy projektu, w ramach przygotowania do pracy w sektorze energetycznym, zapoznają się ze specyfiką pracy w Ministerstwie Energii oraz w kluczowych spółkach energetycznych. Celem programu jest budowanie zaplecza kadrowego dla polskiego sektora energetycznego. Zgodnie z ideą programu, każdy stażysta zdobywa konkretne umiejętności oraz doświadczenie z zakresu interesujących go obszarów energetyki. Może również zaplanować drogę swojego rozwoju zawodowego. We wrześniu zakończył się roczny staż w ramach I edycji programu, w której uczestniczyło 21 osób. Sześć spośród nich zdobywało pierwsze doświadczenia zawodowe pod okiem ekspertów z Biura Energetyki oraz Biura Rozwoju i Technologii PKN ORLEN. W listopadzie i w grudniu ubiegłego roku stażyści mieli okazję wstępnie zapoznać się z pracą w każdej z trzech Spółek uczestniczących w projekcie, realizując miesięczne staże w grupach 7 osobowych. Natomiast już z początkiem tego roku stażyści trafili do wybranej przez siebie Spółki, w której przez kolejne miesiące realizują zadania z ekspertami tychże firm.

Na zakończenie projektu stażyści, tak jak miało to miejsce na początku stażu, będą zdobywali doświadczenie zawodowe w Ministerstwie Energii. Program „#Energia dla przyszłości” adresowany jest do studentów wybranych wydziałów uczelni technicznych: Politechniki Warszawskiej, Politechniki Wrocławskiej, Politechniki Gdańskiej, Politechniki Łódzkiej, Politechniki Poznańskiej, Politechniki Lubelskiej, Politechniki Śląskiej w Gliwicach, Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie, Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie. W tegorocznej, drugiej już, edycji programu, udział biorą studenci V roku studiów jednolitych, III lub IV semestru studiów stacjonarnych i niestacjonarnych II stopnia oraz absolwenci, którzy ukończyli studia w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Ważna jest znajomość języka angielskiego na poziomie co najmniej B2 oraz legitymowanie się średnią z ocen w ramach ostatniego roku studiów na poziomie nie niższym niż 4,0. Antoni M. Cieszkowski


PSRP

Narodowy Kongres Nauki – kolejny etap prac nad nową ustawą SYLWIA BOGDAN

członek Rady Studentów oraz Komisji Informacji i Promocji PSRP

ŁUKASZ RUSAJCZYK

RZECZNIK PRASOWY PSRP

W dniach 19-20 września w Krakowie odbył się Narodowy Kongres Nauki, na którym Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosław Gowin przedstawił projekt nowej ustawy – „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce”. Wydarzenie to jednocześnie rozpoczęło okres konsultacji projektu tej ustawy nazywanej 2.0.

nia. Wiele osób w ramach Narodowego Kongresu Nauki mówiło o odwadze środowiska wobec zmian. Bez odwagi do partnerskiej współpracy z młodym pokoleniem uczelnie mogą nie być w stanie w pełni wykorzystać swojego potencjału. Projekt nowej ustawy poszerzy autonomię uczelni, co w praktyce oznacza zwiększenie roli jej statutu, w którym znajdzie się spora część zagadnień regulowanych przez obecne ustawy. Wicepremier podkreślił, że jeśli ustawa wejdzie w życie, uczelnie będą miały rok na przygotowanie dokumentów, dodał też jednak: „Już teraz chciałbym do rektorów zaapelować, aby – nie czekając na wejście w życie ustawy – rozpocząć refleksję nad kształtem nowych statutów”. Z naszej perspektywy ważne jest, aby samorządy studenckie aktywnie uczestniczyły w tym procesie oraz by upewniły się, że kwestie studenckie są odpowiednio zabezpieczo-

N

a wcześniejszych konferencjach programowych Narodowego Kongresu Nauki była mowa o poszczególnych, ważnych dla środowiska aspektach uregulowań wokół szkolnictwa wyższego, a już w trakcie samego wydarzenia w Krakowie odbyło się podsumowanie tych spotkań, uwzględniające także liczne rozmowy z instytucjami przedstawicielskimi środowiska akademickiego takimi jak Krajowa Reprezentacja Doktorantów, Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich czy też przede wszystkim Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej. WIĘKSZA AUTONOMIA W trakcie Kongresu na licznych seminariach i panelach omawiano szczegółowo wszelkie aspekty propozycji regulujących z projektu ustawy. Na Kongresie obecnych było wielu przedstawicieli środowiska akademickiego, w tym też liczna reprezentacja Parlamentu Studentów RP. W trakcie dyskusji wielokrotnie zabierali głos. Padło wiele ważnych stwierdzeń, między innymi o pozytywnej roli studentów w ramach zarządzania uczelnią. Niezaprzeczalnym faktem jest to, że obecność przedstawicieli studentów w najważniejszych organach uczelni jest kluczowa dla jej dobrego funkcjonowa-

ne. Wicepremier Gowin zwrócił też uwagę na to, że reforma musi iść w parze ze zwiększeniem środków przeznaczonych na naukę i szkolnictwo. Ponadto podkreślił, że dyplom polskiej uczelni musi odzyskać prestiż: „Uczelnie będą kształcić na zdecydowanie wyższym poziomie, co oznacza też wyższe wymagania w stosunku do studentów”. PIERWSZE OPINIE O PROJEKCIE USTAWY „Projekt ustawy reformy szkolnictwa to dobry punkt wyjścia do dalszych działań” – komentował przewodniczący Parlamentu Studentów RP Tomasz To-

karski. – „Cieszymy się, że wiele naszych postulatów zostało uwzględnionych przez Ministerstwo”. Ważną nowością w projekcie ustawy 2.0 jest wprowadzenie tzw. rad uczelni. Jest to duża zmiana, potrzebna nie tylko dla lepszej współpracy uczelni z jej otoczeniem, ale także dla wprowadzenia równowagi wewnętrznej przez wzmocnienie pozycji innych organów uczelni kosztem niezależności wydziałów. Oczywiście rada nie spełniałaby dobrze swojej funkcji, gdyby w jej składzie nie było studenta. W zaproponowanym projekcie ustawy jest przepis, że jednym z członków nowego organu będzie z mandatu przewodniczący samorządu studenckiego. „To jest duży sukces, ponieważ w 7- lub 9-osobowej radzie uczelni, której 50 proc. członków będzie pochodziło spoza wspólnoty uczelni, przewodniczący samorządu studenckiego będzie miał istotny głos” – wskazał Przewodniczący Parlamentu Studentów RP. Dodał też: „Dobrze, że zachowujemy przedstawicielstwo studentów i doktorantów w ramach Senatu oraz Kolegium Elektorów na poziomie co najmniej 20 procent”. Patrzymy tutaj na przykład poszczególnych zachodnich uczelni, w których w podobnego typu organach także uczestniczą studenci jako ich pełnoprawni członkowie. Z tego powodu postulatem PSRP było, aby student był członkiem także Rady Uczelni. W zaproponowanym projekcie znalazł się przepis uwzględniający to założenie, co pokazuje dojrzałe, przemyślane oraz prostudenckie podejście wicepremiera Jarosława Gowina. Przewodniczący Parlamentu Studentów RP wśród ważnych punktów ustawy wymienia także zachowanie prerogatywy samorządu studenckiego do opinii wiążącej przy wyborze kandydatów na stanowiska kierownicze uczelni, w których zakres kompetencji wchodzą sprawy studenckie. Oczywiście cała ustawa to bardzo złożony dokument i po oficjalnej publikacji projektu Parlament Studentów RP rozpoczął ponowną, skrupulatną analizę nowych przepisów. Już teraz jednak widać, że kierunek zmian prowadzi nie tylko do lepszego funkcjonowania uczelni, ale też do wyraźniejszego zaznaczenia obecności największej grupy wśród społeczności akademickiej – studentów.

19


NZS

Ustawa 2.0 okiem studentów CEZARY HURYSZ

Wiceprzewodniczący Zarządu Kra jowego ds. Studenckich NZS

Ostatnie miesiące przynoszą wiele opinii dotyczących kierunku i kształtu zmian w szkolnictwie wyższym. Jedni mówią, że to rewolucja, inni, że tylko ewolucja, która niewiele zmieni. Z dala od tych głosów pojawia się jednak pytanie o konsekwencje, które niesie ze sobą wprowadzenie planowanej nowelizacji. Warto też zastanowić się nad możliwym kształtem szkolnictwa wyższego po zapowiadanych zmianach. Wszak nowe prawo nie zapewnia nowych porządków. ECHO HISTORII

Z

miany prawa zawsze niosą ze sobą pewne kontrowersje, choć swoistym paradoksem było w okresie transformacji ustrojowej przyjmowanie przez społeczeństwo zmian praktycznie z marszu. Niewielu zastanawiało się podczas reformy szkolnictwa wyższego, czy sposób, w jaki zmiany te były przeprowadzane był w stu procentach zgodny z zasadami demokracji obywatelskiej. Obecnie, po 25 latach wszelkie próby nowelizacji prawa wiążą się z szeroką debatą publiczną i lobbowaniem stanowisk przez konkretne grupy interesariuszy. Czas pokazuje, że zmiany w szkolnictwie wyższym (przynajmniej w państwach demokratycznych) odnoszą się głównie do powiększania autonomii uczelni. Zauważa się regularne i systematyczne ograniczanie wpływu władzy na działania lokalne, co może wynikać z założenia, że wolność nie jest dana raz na zawsze. W 1990 r. politycy oraz przedstawiciele społeczności akademickiej stali przed

20 | koncept | listopad 2017

poważnym wyzwaniem dokonania gruntownej reformy szkolnictwa wyższego. Transformacja ustrojowa wiązała się z koniecznością dostosowania wszystkich sektorów działalności społeczno-gospodarczej do wymogów nowej, kapitalistycznej i demokratycznej rzeczywistości. Liczne problemy i dylematy takie jak obcięcie funduszy przeznaczonych na szkolnictwo wyższe, inflacja czy „zabetonowana” kadra naukowa z pewnością nie ułatwiały procesu tej transformacji. Podobnie jak teraz, Niezależne Zrzeszenie Studentów postulowało o możliwie jak najszerszą autonomię uczelni wyższych. W okresie transformacji ustrojowej poziom zaufania względem władz centralnych był zerowy, zatem jednym z wniosków było wykluczenie uczesntnictwa Państwa z nominacji władz uczelnianych. NZS postulował również o wprowadzenie samorządów studenckich, które przez ostatnie pięć lat w praktyce nie istniały. Miały być one wyłącznym i bezpośrednim reprezentantem studentów. Istotnym elementem postulatów Zrzeszenia było wprowadzenie dydaktycznej elastyczności, która zapewniałaby uczelniom możliwość tworzenia programów studiów. CO TERAZ? W obrębie zmian dotyczących ustroju uczelni i organizacji studiów samych studentów czeka niewiele nowości. Konkretne zmiany dotyczą na przykład warunków uzyskania kredytu studenckiego. Według obecnych przepisów kredyt mogą dostać wszyscy studenci niezależnie od ich sytuacji materialnej. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego chce wprowadzić zapis ograniczający tę możliwość osobom o dochodzie powyżej określonego limitu na osobę w rodzinie. Oznacza to, że ci, którzy nie są ubodzy, ale też nie posia-

dają wystarczającego wsparcia finansowego od rodziców, będą musieli „obejść się smakiem” finansowej niezależności. Większa niepewność czeka przyszłych kandydatów na studia. Uczelnie mogą wprowadzić (ale nie muszą) na swoje kierunki egzaminy wstępne i rozmowy kwalifikacyjne. Prawdopodobnie szkoły wyższe będą wprowadzać takie praktyki w celu zrekrutowania jak najlepszych kandydatów. Jako że kategoryzacja uczelni jest prawdopodobnie nieunikniona, Niezależne Zrzeszenie Studentów zadba o to, aby kandydaci na studia byli merytorycznie jak najlepiej przygotowani. Dodatkowo osoby, które będą chciały za rok aplikować na studia niestacjonarne

Czas pokazuje, że zmiany w szkolnictwie wyższym odnoszą się głównie do powiększania autonomii uczelni. muszą liczyć się z przedłużeniem toku nauczania o dwa semestry. Takie rozwiązanie jest argumentowane zbyt dużymi różnicami między programami studiów stacjonarnych i zaocznych (głównie pod względem liczby godzin do wyrobienia). Być może uda się wypracować kompromis w postaci – przykładowo – wydłużenia studiów tylko o jeden semestr. Zmiana prawa zawsze wiąże się z pewnymi zagrożeniami. Najważniejsze jest jednak to, aby przedstawiciele społeczności akademickiej stali na straży jego funkcjonowania. Jeśli studenci, doktoranci oraz reprezentanci kadry naukowej będą tak samo zaangażowani w opiniowanie projektu ustawy jak przez ostatni rok konsultacji z Ministerstwem, to możemy być spokojni o przyszłość szkolnictwa wyższego.


MNiSW

Stypendia dla wszystkich doktorantów KATARZYNA ZAWADA

RZECZNIK PRASOWY MNiSW

Środowisko akademickie od lat mówiło o potrzebie reformy studiów trzeciego stopnia, jednak dopiero zaproponowana przez ministra Jarosława Gowina Konstytucja dla Nauki kompleksowo podchodzi do tej kwestii. Szkoły doktorskie, powszechny system stypendialny i „ślepi” recenzenci – to tylko niektóre rozwiązania, jakie proponuje resort nauki.

P

onad 42 tys. – tylu doktorantów studiowało w Polsce w roku akademickim 2015/2016. Od 2008 roku liczba uczestników stacjonarnych studiów doktoranckich wzrosła blisko o 2/3, jednak nie przełożyło się to na liczbę nadawanych stopni doktora. Ta zatrzymała się na poziomie 6 tys. rocznie. Oznacza to, że o ile zdolnych i chętnych do rozpoczęcia studiów doktoranckich w Polsce nie brakuje, o tyle uzyskanie tytułu doktora udaje się tylko nielicznym. To zresztą trend trwały. Z ostatniego raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że w latach 2013 – 2014 spośród 7 681 doktorantów tylko 45 proc. uzyskało stopień naukowy doktora. W 30 ankietowanych jednostkach odsetek ten wyniósł nawet mniej niż 25 procent. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest umasowienie studiów doktoranckich, które w coraz większym stopniu upodabniają się do studiów pierwszego i drugiego stopnia. Kolejnym problemem, z którym borykają się doktoranci, jest konieczność połączenia pracy zawodowej z pracą badawczą. W efekcie wielu młodych naukowców nie jest w stanie zaangażować się w pełni w przygotowanie rozprawy doktorskiej. Właśnie to skutkuje niskim odsetkiem uzyskiwania stopnia naukowego. Jedno z rozwiązań MNiSW, wychodzących naprzeciw temu problemowi, już weszło w życie. Z tzw. ustawy deregulacyj-

nej, która obowiązuje od 1 października 2016 roku, wynika, że co najmniej połowa doktorantów musi otrzymywać stypendium. To jednak nie koniec zmian. STYPENDIUM DLA KAŻDEGO DOKTORANTA Projektowana Konstytucja dla Nauki idzie o krok dalej i wprowadza powszechny system stypendialny dla studentów trzeciego stopnia. Przez pierwsze dwa lata wysokość stypendium będzie wynosiła 110 proc. minimalnego wynagrodzenia, a po ocenie śródokresowej wzrośnie do minimum 170 proc. To niewątpliwie jeden z najbardziej kosztownych elementów Konstytucji dla Nauki, jednak w resorcie nauki panuje przekonanie, że to krok absolutnie konieczny. SZKOŁY DOKTORSKIE Nowa ustawa wprowadza kształcenie w szkołach doktorskich, czyli rozwiązanie znane w Europie od lat. W Danii i innych państwach nordyckich szkoły doktorskie są podstawowym trybem realizowania doktoratu. Trwają 3-4 lata i oparte są o indywidualny plan studiów, których efekty weryfikuje ocena śródokresowa bądź coroczna weryfikacja. Taki model sprzyja powstawaniu wysokiej jakości rozpraw doktorskich, interdyscyplinarności w badaniach naukowych oraz kształceniu zaawansowanych kompetencji ogólnych – szczególnie ważnych w przypadku tych, którzy nie pozostaną w uczelniach, tylko będą zasilać gospodarkę, administrację publiczną czy sektor organizacji pozarządowych. Szkoła doktorska będzie mogła być utworzona docelowo dla co najmniej dwóch dyscyplin naukowych (według nowej klasyfikacji dziedzin i dyscyplin), w których uczelnia posiada co najmniej kategorię B+ uzyskaną w ramach ewaluacji jakości działalności naukowej. Ma to podnieść poziom studiów doktoranckich i wzmocnić ich interdyscyplinarność. ROZWIĄZANIA PROJAKOŚCIOWE Konstytucja dla Nauki wprowadza również szereg rozwiązań, które mają zdecydowanie podnieść jakość studiów doktoranckich. Przede wszystkim ustawa znosi niestacjonarne studia doktoranckie, które okazały się nieefektywne. Dla tych jednak, którzy chcą zdobyć tytuł naukowy, ale karierę zawodową wolą realizować poza murami uczelni, pozostawia tryb eksternistyczny stanowiący kontynuację tzw. ścieżki z wolnej stopy. Podniesienia jakości potrzebuje

także system oceny rozpraw doktorskich. Dlatego też każdą pracę oceniać będzie trzeci recenzent (tzw. „ślepy” recenzent), pochodzący spoza instytucji, w której przygotowywana jest rozprawa. ZMIANY JUŻ SIĘ DZIEJĄ Konstytucja dla Nauki to projekt ustawy przygotowywany przez kilkanaście miesięcy z udziałem wielu różnorodnych środowisk akademickich i studenckich. Dyskusja nad jej założeniami trwa i będzie trwać do momentu jej uchwalenia, bo to reforma inna niż wszystkie – wypracowywana nie na urzędniczych biurkach, ale w nieustannej rozmowie z rektorami uczelni, nauczycielami akademickimi, badaczami i studentami. Jednak pierwsze zmiany poprawiające sytuację doktorantów już zostały wprowadzone. DOKTORAT WDROŻENIOWY I NAWA Oprócz wspomnianej ustawy deregulacyjnej, która zobowiązuje uczelnie do wypłaty stypendiów co najmniej połowie doktorantów, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wprowadziło również ustawę o doktoratach wdrożeniowych. To nowa ścieżka kariery przeznaczona dla tych, którzy wynikami swoich badań chcą wspomagać gospodarkę. Zadaniem doktoranta wdrożeniowego jest rozwiązanie problemu, stojącego przed przedsiębiorcą, ale we współpracy z uczelnią. Otrzymuje on zarówno pensję (jest bowiem zatrudniony w przedsiębiorstwie w pełnym wymiarze godzin), jak i stypendium z ministerstwa. Ci z doktorantów, którzy myślą o kształceniu za granicą, mogą skorzystać z pomocy nowej instytucji, czyli Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej działającej od 1 października tego roku. NAWA, oprócz pomocy stypendialnej udzielanej studentom i młodym naukowcom, stworzy mechanizmy zachęcające wybitnych polskich badaczy do powrotu do Polski. Wicepremier Jarosław Gowin podkreślał podczas Narodowego Kongresu Nauki w Krakowie, gdzie prezentowane były założenia do Konstytucji dla Nauki, że radykalna poprawa warunków rozwoju i pracy doktorantów to kwestia polskiej racji stanu. Nie sposób z tym polemizować. Ale żeby stanąć na wysokości zadania i wydobyć ogromny potencjał drzemiący w młodych badaczach konieczne jest działanie wspólne i w głębokim porozumieniu. Dlatego zachęcam do odwiedzenia strony KonstytucjaDlaNauki.gov.pl i zapoznania się z projektem reformy, która na wiele lat odmieni polską naukę.

21


ŚWIAT

Termojądrowe bomby Kima NICOLAS LEVI

AUTOR KSIĄŻEK O KOREI PÓŁNOCNEJ, KONSULTANT DS. KOREI DLA ORGANIZACJI RZĄDOWYCH I POZARZĄDOWYCH

W ostatnich miesiącach skala napięć na Półwyspie Koreańskim zaczęła rosnąć w szalonym tempie. Władze Pjongjangu w obawie przed atakiem amerykańskim zwiększyły liczbę demonstracji swoich sił pomimo nałożonych kolejnych sankcji. Ile dzieli nas od wojny na Półwyspie Koreańskim?

M

imo ostatnich prób jądrowych i termojądrowych władz północnokoreańskich, sposób retoryki władz amerykańskich nie zmienił się diametralnie. W mniejszym lub większym stopniu Korea Północna od zawsze była rozpatrywana jako zagrożenie dla pokoju w Azji Wschodniej, czy to za czasów Busha Jr., Obamy czy Trumpa. Sytuacja zmieniła się w momencie, gdy Donald Trump objął stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych po wygranej w wyborach w listopadzie 2016 roku. Żaden z poprzednich przywódców amerykańskich nie używał Półwyspu Koreańskiego jako instrumentu dominacji w Azji Wschodniej w tak rażący sposób. PÓŁWYSEP KOREAŃSKI JEST TYLKO NARZĘDZIEM W POLITYCE DONALDA TRUMPA Władze Chin nie chcą oczywiście doprowadzić do hegemonii amerykańskiej w Azji Wschodniej, dlatego Pekin stara się z ogromną dokładnością przestrzegać sankcji nałożonych na Koreę Północną, jak również chce dać w tej dziedzinie przykład innym państwom. Sankcje wynikają między innymi z rezolucji 2375 z 27 września 2017 r. o ograniczeniu dostawy ropy naftowej do Korei Północnej, zakazują one otwierania rachunków bankowych w Chinach przez obywateli z Korei Północnej oraz nakazują bezwzględne zamknięcie przedsiębiorstw północnokoreańskich działających w Chinach do

22 | koncept | listopad 2017

1 lutego 2018 r. Wyjątkiem mają być spółki o celach charytatywnych i fundacje (jako ciekawostkę dodam, że w Polsce również funkcjonują spółki założone przez Koreańczyków z Północy). Jest to nowy kierunek polityki władz chińskich wobec spraw północnokoreańskich, gdyż do ubiegłego roku władze chińskie publicznie dążyły do uspokojenia sytuacji w Azji Wschodniej, natomiast od 2017 r. otwarcie mówią o nowych sankcjach przeciwko Korei Północnej. Władze rozumieją że każda północnokoreańska próba bombowa może mieć negatywne skutki dla ich kraju, a promieniowanie takiej bomby może bezpośrednio dotknąć chińskie terytoria graniczne. Nieprzypadkowo więc też w ostatnich dniach w stronę granicy z Koreą Północną kierują się dywizje czołgów chińskich. Dlaczego Donald Trump jest więc taki zawzięty, jeśli chodzi o sprawy na Półwyspie Koreańskim? Strategia objęta przez przywódcę amerykańskiego wynika prawdopodobnie z następujących przyczyn. Po pierwsze Donald Trump dąży do tego, aby Stany Zjednoczone stały się niekwestionowanym liderem geopolitycznym w Azji Wschodniej. Przy relatywnej

Dlaczego Donald Trump jest więc taki zawzięty, jeśli chodzi o sprawy na Półwyspie Koreańskim? bierności politycznej władz chińskich jest coraz bliżej osiągnięcia swojego celu. Po drugie chce odbudować swój wizerunek. Niestety, spośród ostatnich prezydentów amerykańskich Trump ma najsłabsze poparcie wśród obywateli Stanów Zjednoczonych, co może być częściowo przyczyną jego agresywnej retoryki. Warto również przypomnieć, że Donald Trump chce likwidacji umowy o bezcłowym handlu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Koreą Południową. POWRÓT DO NEGOCJACJI Z KOREĄ PÓŁNOCNĄ STAŁ SIĘ NIEMOŻLIWY Powrót do negocjacji jest niemożliwy, szczególnie po ostatniej eskalacji werbalnej pomiędzy przywódcami amerykańskimi i północnokoreańskimi. Nie

będzie łatwo wrócić do sześciostronnych rozmów mających na celu zakończenie programu jądrowego Korei Północnej lub przynajmniej jego wstrzymanie. Elity północnokoreańskie doskonale sobie zdają sprawę, że jest on ich zabezpieczeniem. Mają w pamięci przykład Ukrainy i Libii, które po tym, jak zrezygnowały z programów jądrowych, zostały zaatakowane przez Rosję i Stany Zjednoczone. Bardziej realnym działaniem jest cierpliwość strategiczna mająca na celu uspokojenie władz północnokoreańskich. Gdyby udało się załagodzić sytuację, moglibyśmy czekać na zmianę przywódców w Korei Północnej na takich, którzy nie będą dążyć do destabilizacji geopolitycznej na Półwyspie Koreańskim, lub podjąć próby znalezienia innego rozwiązania. Niestety, póki co nie możemy mówić o dążeniu do ustabilizowania sytuacji – na Półwyspie Koreańskim pojawia się coraz większe napięcie, a głównym celem armii północnokoreańskiej nie jest Korea Południowa, ale armia amerykańska. Uważam, że pewnym punktem strategii północnokoreańskiej będą igrzyska w Pjongjangu w 2018 r. Prawdopodobnie dojdzie do nowych prowokacji ze strony władz, które będą miały na celu udowodnienie, że żadne państwo i żadne wydarzenie nie jest w stanie powstrzymać ich działań. Drugi scenariusz zakłada, że władze północnokoreańskie na kilka dni przed rozpoczęciem igrzysk ogłoszą przerwę we wrogich działaniach, biorąc pod uwagę to, że gdyby jakieś państwo miało pod wpływem presji wycofać się z igrzysk, zrobiłoby to wcześniej. Ostatnie próby jądrowe i termojądrowe udowadniają jedno – Kim Dzong-un nie boi się żadnych rezolucji. Nawet najnowszej, zakazującej importu wyrobów tekstylnych z Korei Północnej, które przynosiły władzom północnokoreańskim dochody rzędu 800 milionów dolarów. Kim Dzong-un boi się tylko tego, że władze amerykańskie mogłyby niespodziewanie zaatakować Koreę Północną, aby zrealizować cele Donalda Trumpa. Dlatego też próby rakiet i bomb przeprowadzone przez władze północnokoreańskie są według mnie pewnego rodzaju ćwiczeniami na wypadek ataku amerykańskiego. Patrząc z innej perspektywy, próby rakiet i bomb nie zostały podjęte przez Koreę Północną w ostatniej chwili. Wymagają paru miesięcy przygo-


ŚWIAT towań, szczególnie przy próbach bomb termojądrowych, co by oznaczało, że Kim Dzong-un podjął je jeszcze zanim Donald Trump rozpoczął wojnę werbalną z Koreą Północną w połowie 2017 r. Kto najbardziej ucierpi? Oczywiście naród północnokoreański, który ma niewiele wspólnego z polityką Kim Dzong-una. Najnowsze sankcje na pewno utrudnią życie w Korei Północnej. Od dawna system gospodarczy tego państwa opiera się na małych i średnich przedsiębiorstwach, które w dużej mierze importują towary z Chin. Jeśli nałożone sankcje będą przestrzegane przez Chiny i Rosję, skąd pochodzi 90 proc. produktów zagranicznych, może to doprowadzić do braku towarów w sklepach północnokoreańskich,

Głównym celem armii północnokoreańskiej nie jest Korea Południowa, ale armia amerykańska. a w konsekwencji do kryzysu żywnościowego w tym państwie, więc również do anomii społecznej. Skutki takich działań na pewno nie doprowadzą do rewolucji

wewnętrznej, gdyż w Korei Północnej społeczeństwo nie chce przeciwstawiać się władzom (co ciekawe, Kim Dzong-un ma wysokie notowanie wśród swoich obywateli m.in. za przeprowadzone reformy oraz za umożliwienie handlu transgranicznego z Chinami). Skutki sankcji mogą być trudne do określenia z punktu widzenia polityki Korei Północnej, szczególnie biorąc pod uwagę tajemniczość tego państwa.

Ostatnie próby jądrowe i termojądrowe udowadniają jedno – Kim Dzong-un nie boi się żadnych rezolucji.

W tym wszystkim warto też zastanowić się nad postawą władz seulskich, znajdujących się zaledwie 60 kilometrów od granicy północnokoreańskiej.

dobna. Kim Dzong-un zdaje sobie sprawę, że jego armia nie jest mu całkowicie oddana. Szczególnie osłabione jest jej przywództwo, którego wielu członków ucieka do innych państw. Prowadzi to w konsekwencji do osłabienia szans Korei Północnej w przypadku otwartego konfliktu. Można więc przypuszczać,

Oficjalnie władze południowokoreańskie wyrażają niepokój, lecz żadna z ostatnich prób zbrojeniowych Korei Północnej nie celowała w Koreę Południową, a więc kraj ten zniknął przynajmniej tymczasowo z retoryki wojennej władz północnokoreańskich. Możemy więc definitywnie mówić o konflikcie Korea Północna – Stany Zjednoczone, w którym Pjongjang stał się instrumentem polityki azjatyckiej Trumpa, a Seul zakładnikiem Pjongjangu. W takiej konfiguracji wojna na Półwyspie wydaje się mało prawdopo-

że jeśli już ma dojść do konfliktu, to nie będzie to typowa wojna lądowa, a raczej szybka wojna o dramatycznych konsekwencjach. Jej skutki będą fatalne nie tylko dla Półwyspu Koreańskiego, ale i dla szerszego regionu, jeśli weźmiemy pod uwagę promieniowanie radioaktywne wynikające z potencjalnego użycia bomb jądrowych i termojądrowych. Nie sądzę jednak, żeby władze amerykańskie zaryzykowały użycie broni jądrowej, mając w pamięci konsekwencje zrzucenia bomb na Nagasaki i Hiroszimę.

SEUL: ZAKŁADNIK PJONGJANGU

23


EDUKACJA EKONOMICZNA

Zdobywaj punkty w BIK

i wymieniaj na… wiarygodność kredytową Twoje wysokie zarobki i niezaleganie z opłatami to czasami za mało, aby przekonać bank do udzielenia Ci kredytu. Liczy się też scoring, czyli punktowa ocena Twojej wiarygodności kredytowej. I co ciekawe, ta wiarygodność zależy nie tylko od Ciebie, ale także od wielu nieznanych Ci osób, do których jesteś podobny.

J

ak to możliwe? Aby to zrozumieć, warto zapoznać się z definicją scoringu, którą podaje Biuro Informacji Kredy-

towej. „Scoring jest metodą oceny ryzyka kredytowego. Polega ona na określeniu wiarygodności kredytowej klienta na podstawie porównania jego profilu z profilem Klientów, którzy już otrzymali kredyty. Im bardziej profil danego klienta jest podobny do profilu klientów terminowo spłacających swoje kredyty w przeszłości, tym lepszą ocenę otrzyma ten Klient”. Czyli, krótko mówiąc – im bardziej przypominasz klientów, którzy spłacają swoje kredyty w terminie, tym wyższą otrzymasz ocenę. Jeśli okazałoby się, że mężczyźni w wieku 20–24 lat, kawalerowie, mieszkający na Śląsku i jednocześnie będący studentami, są grupą niesolidnych kredytobiorców, a Ty mieszkasz w Katowi-

cach i jesteś studentem, to możesz mieć obniżoną ocenę punktową. Ale jeśli ta grupa kredytobiorców regularnie spłaca swoje zobowiązania, to Twoja ocena ulegnie podwyższeniu. Jednak wystarczy, że zmienisz swój stan cywilny czy przejdziesz do starszej grupy wiekowej, i Twój scoring może się zmienić. Jakie dokładnie kryteria wydzielania poszczególnych grup kredytobiorców stosuje BIK? Tego nie wiemy, ale można przypuszczać, że są zbliżone do powyższego przykładu. OCENA PUNKTOWA W JEDNYM MIEJSCU Pocieszające jest to, że o ile Twoją zdolność kredytową, która uwzględnia

SZKOLENIE NZB Z WIEDZY DOT. BIK DLA STUDENTÓW I ROKU UNIWERSYTETU WARSZAWSKIEGO 10 PAŹDZIERNIKA 2017 R.

24 | koncept | listopad 2017


EDUKACJA EKONOMICZNA

Czyli, krótko mówiąc – im bardziej przypominasz klientów, którzy spłacają swoje kredyty w terminie, tym wyższą otrzymasz ocenę. dochody i wydatki, ocenia każdy bank z osobna, o tyle Twoją wiarygodność kredytową ocenia dla wszystkich banków jedna instytucja, czyli Biuro Informacji Kredytowej. Do wyliczenia oceny punktowej jest używana odpowiednia formuła matematyczna. To gwarantuje bezstronny i obiektywny wynik, z którym oczywiście możesz się nie zgadzać. Ale nie zmienia to faktu, że banki, rozważając udzielenie Ci kredytu i określenie jego warunków, biorą także pod uwagę Twój scoring. Jednak dzięki temu, że tylko w jednym miejscu powstaje Twoja ocena punktowa, masz łatwą możliwość sprawdzania swojego scoringu. Wystarczy tylko wystąpić do BIK z wnioskiem o tzw. Raport Plus z Informacją o Ocenie Punktowej. POŻĄDANE GWIAZDKI Twój scoring jest przedstawiany w punktach i dodatkowo w postaci gwiazdek: • od 192 do 279 punktów – jedna gwiazdka; • od 280 do 367 punktów – dwie gwiazdki; • od 368 do 455 punktów – trzy gwiazdki; • od 456 do 543 punktów – cztery gwiazdki; • od 544 do 631 punktów – pięć gwiazdek. Jeśli jednak nie ma w BIK informacji na Twój temat, to nie ma też Twojej oceny punktowej. Może tak się zdarzyć, nawet jeśli kiedyś miałeś kredyt, że nie zalegałeś z jego spłatą i już go spłaciłeś. Taka informacja na Twój temat mogła już zniknąć z rejestrów BIK. W tym przypadku powinieneś zabiegać, żeby te korzystne dane nadal pozostawały w Biurze Informacji

Kredytowej. Aby tak się stało, powinieneś zezwolić BIK na przetwarzanie danych o Twoich kredytach. Możesz to zrobić w Centrum Obsługi Klienta BIK. Pamiętaj jednak – nawet jeśli nie wyraziłeś zgody BIK na przetwarzanie Twoich danych, to i tak wszystkie negatywne informacje o obsłudze Twoich kredytów, o opóźnieniach w spłacie rat, pozostaną w rejestrach BIK przez 5 lat. I one oczywiście będą rzutowały na Twoją wiarygodność kredytową i na Twoją ocenę punktową. WARTO DBAĆ O SWÓJ SCORING Twoją ocenę punktową w Biurze Informacji Kredytowej może obniżyć m.in.: • opóźnienie w spłacie rat kredytu. W tym przypadku są brane pod uwagę takie czynniki jak: długość trwania opóźnienia w spłacie zobowiązania, także czas, jaki minął od ostatniego opóźnienia w spłacie, wystąpienie zaległości w spłacie i wysokość tej zaległości; • wykorzystanie limitu kredytowego. Brane jest pod uwagę przekroczenie limitu kredytowego, a także wysoki poziom wykorzystania limitu kredytowego; • duża aktywność kredytowa. Zwraca się uwagę na dużą liczbę nowych umów kredytowych, dużą liczbę wniosków kredytowych złożonych w ostatnim czasie i na krótki czas od złożenia ostatniego wniosku kredytowego.

Pożyczaj pieniądze rozważnie, tak abyś zawsze na czas mógł spłacać raty kredytów. Pamiętaj też, że banki wymieniają się informacjami na Twój temat, i każde opóźnienie w spłacie kredytu pozostawia po sobie ślad.

BIK informuje, że prawie ¾ wagi ogólnej oceny punktowej stanowi terminowość w spłacie kredytów. Jeśli nie masz zaległości, to ten czynnik wyraźnie poprawia Twoją ocenę. Natomiast aktywność kredytowa to około 11 proc. ogólnej oceny punktowej. Dużo kredytów zaciągniętych w krótkich odstępach czasu może obniżyć Twój scoring. Podobnie częste korzystanie z limitów kredytowych w koncie bankowym, też nie służy dobrze Twojej ocenie. Waga tego kryterium w ocenie to 8 proc. Jeśli ubiegasz się jednocześnie o kilka kredytów i otrzymujesz odmowy, to musisz się liczyć z obniżeniem Twojej oceny. Waga tego z kolei kryterium w ogólnej ocenie to około 5 proc. TWÓJ SCORING W TWOICH RĘKACH Podsumowując, Twoja ocena punktowa w BIK zależy przede wszystkim od Ciebie. W Twoim interesie jest pozostawianie w BIK pozytywnych informacji na swój temat. Pozwól więc BIK przetwarzać dane o Twoich kredytach. Pożyczaj pieniądze rozważnie, tak abyś zawsze na czas mógł spłacać raty kredytów. Pamiętaj też, że banki wymieniają się informacjami na Twój temat i każde opóźnienie w spłacie kredytu pozostawia po sobie ślad. Kiedy będziesz chciał wziąć większy kredyt, np. na zakup mieszkania, to być może będziesz żałował, że kiedyś na czas nie spłaciłeś swojego zobowiązania. A przed wystąpieniem o większy kredyt sprawdź, co banki wiedzą na Twój temat i zamów w BIK Raport Plus z Informacją o Ocenie Punktowej. *** Biuro Informacji Kredytowej jest partnerem programu edukacyjnego Nowoczesne Zarządzanie Biznesem, w module „Zarządzanie ryzykiem finansowym w biznesie i życiu osobistym”. Więcej: www.nzb.pl oraz www.facebook.com/NowoczesneZarzadzanieBiznesem

25


FOTOREPORTAÅ»

26 | koncept | listopad 2017


FOTOREPORTAŻ

POLSKA OCZAMI POLAKA Z WILNA

AUGUSTYN ILCEWICZ POLAK Z WILNA, WIELBICIEL GÓR, PASJONAT ZWIEDZANIA POLSKI, DZIENNIKARZ

Znasz swój kraj? Rozpoznajesz te miejsca? Będąc Polakiem, ale mieszkającym na stałe od dziada pradziada na Wileńszczyźnie, chętnie przyjeżdżam do Polski, by się spotkać ze znajomymi i zwiedzić ten piękny kraj od morza aż po szczyty górskie. Trudno jest mi wyrazić w kilkunastu zdaniach i na kilku zdjęciach to, co

czuję i to, co widzę, podróżując po Polsce. Są miejsca, które trzeba raz zobaczyć, by pojechać dalej, a są takie, do których czuję ogromny sentyment i pomimo braku czasu i dużej odległości wciąż tam wracam. Jednym z takich miejsc jest na pewno Kraków, w którym toczy się życie w klimacie przypominającym mi Wilno.

27


PODRÓŻE

Na rozdrożu Ukrainy „Odessa doświadcza właśnie przełomu, może najważniejszego w swoich dziejach” – twierdzi pani Hałyna, prowadząca jedną z nielicznych w mieście ukraińskojęzycznych księgarni. „Jeszcze do niedawna Ukrainiec ze swoim językiem czy rodzimą kulturą był uznawany za mieszkańca co najwyżej drugiej kategorii” – dodaje.

D

ziś ta sytuacja ulega zmianie – odbywa się proces powrotu do korzeni. Wciąż jednak na ulicach najczęściej można usłyszeć język rosyjski, a homo (post)sovieticus dominują w tkance miasta. Odessa – Odessa Mama, prawdziwa Perła nad Morzem Czarnym. To niezwykłe miasto na Ukrainie, wbrew obiegowej opinii, ma w sobie dużo z ukraińskości, także w znaczeniu historycznym. Do dziś jednak walczy o swoje ukraińskie oblicze, starając się obalić wciąż istniejące i opisujące ją mity. Po pierwsze rosyjskiego miasta rodem z Imperium Carskiego, a także radzieckiego, gdzie specyficzny humor i zróżnicowanie etniczne mogło rozwijać się tylko pod czujnym okiem starszego brata z Moskwy. Ukraiński rdzeń kultury Odessy, skutecznie zamkniętej w getto radosnego współistnienia nacji w okresie sowieckim, od 1991 roku powoli wraca na swoje tory, co widać szczególnie teraz, po wydarzeniach Rewolucji Godności z przełomu 2013 i 2014 roku oraz odbywającego się w chwili obecnej procesu dekomunizacji. WYSPA UKRAIŃSKOŚCI Hałyna Dolnyk jest jedną z tych osób, dzięki którym ukraińskość mogła przetrwać i przeżywać dziś swój renesans. To właśnie ona podtrzymała tradycję organizacji „Ukraińska Hromada”, założonej w 1905 roku, w istocie tworzącej ukraińskie życie kulturowe w Odessie w czasach Imperium Rosyjskiego. W latach 90. ubiegłego stulecia stanęła na czele lokalnego oddziału Stowarzyszenia Naukowego Proswita oraz założyła księgarnię, w której sprzedawała jako jedyna w całym mieście ukraińskie publikacje. Dzisiaj jej autorska Księgarnia-Kawiarnia to kultowe miejsce ukraińskojęzycznej wspólnoty Odessy, gdzie dojrzewało niejedno poko-

28 | koncept | listopad 2017

lenie miejscowych intelektualistów oraz młodych polityków. Bardzo często występuje tam również ze swoimi wierszami Borys Chersoński, jeden z najważniejszych poetów Odessy, a także znanych psychologów klinicznych całej Ukrainy. „Kiedyś pisałem wyłącznie po rosyjsku, ale po Majdanie coś się we mnie zmieniło” – opowiada, goszcząc nas w swoim ogrodzie. Ostatnią książkę napisał w połowie po rosyjsku, w połowie po ukraińsku. Jest za wsparciem ukraińskiej kultury i języka w swojej ojczyźnie, chociaż przeciwstawia się jej bezwolnemu narzucaniu wszystkim bez wyjątku. „Ten, kto urodził się w rosyjskojęzycznym środowisku, powinien mieć prawo do dokonania w nim swojego żywota” – twierdzi. „Tak nie uda nam się przekonać mieszkańców Donbasu czy Krymu do powrotu do ojczyzny” – wskazuje Chersoński. „Jedno jednak czego nie zaakceptuję, to pogarda dla rodzimego, ukraińskiego języka” – kończy ze smutkiem. Problem

ukraińskim, w tym pozyskiwać potencjalnych inwestorów zagranicznych. ROZRACHUNKI Z MINIONYM Co ciekawe, wśród – czym szczyci się Odessa – ponad 100 różnych narodowości i religii zamieszkujących to miasto nad Morzem Czarnym, jedną z najbardziej aktywnych w aspekcie ukrainizacji miasta jest wspólnota żydowska. Zręby dekomunizacji rozpoczęły się wszak za drugiej kadencji mera Eduarda Gurwica, po Pomarańczowej Rewolucji z 2004 roku, aczkolwiek właściwa desowietyzacja całej Ukrainy została prawnie uchwalona dopiero w 2015 roku. Na podstawie ustawy o dekomunizacji zmieniły się nazwy ulic i skwerów, choć i tak większość miejscowych umówi się z nami przy ulicy Armii Czerwonej czy dawnym pomniku Lenina. Jedna noga wyciągana jest ku Europie, druga tkwi w radzieckiej przeszłości. Wciąż na rozdrożu. Jeszcze dosadniej widać to poza stolicą obwodu. Najbardziej uderzającym przykładem zawirowań wokół procesu dekomunizacji jest miasto Podilsk, do niedawna Kotowsk, nazwane tak na cześć dowódcy bolszewickiego – Grigorija Kotowskiego. W mieście znajduje

Siła państwa po odzyskaniu niepodległości w 1991 roku okazała się zbyt wątła, żeby móc istotnie wpłynąć na jedność kraju. separatyzmu jest aktualny nie tylko na wschodnich rubieżach Ukrainy. Dziś pobrzmiewają przecież dyskusje o węgierskim odrodzeniu na Zakarpaciu, a i wielonarodowa Odessa z równie skomplikowanym etnicznie obwodem, granicząca z nieuznanym, utrzymywanym przez Kreml Naddniestrzem, również narażona jest na polityczno-społeczne turbulencje, do których wzburzenia najlepiej nadaje się „karta językowa”. Wcześniej wzorem społeczno-kulturowym była Moskwa, lecz wraz z agresją rosyjską na Ukrainę bardzo wiele się zmieniło. Widać to na przykładzie corocznego festiwalu literackiego „Zielona Fala” (Zełena Chwyla), na który ostatnio zaczęto zapraszać ukraińskich pisarzy i poetów. Odessa zaczęła wreszcie przyciągać do siebie działaczy literatury, którzy tworzą jawnie w opozycji do wizji świata Kremla. Równie aktywnie działa Impact Hub Odessa, nietuzinkowy ośrodek intelektualny, starający się promować także pomysły biznesowe, zanurzone w kontekście

DR TOMASZ LACHOWSKI REDAKTOR NACZELNY PORTALU „OBSERWATOR MIĘDZYNARODOWY”, ADIUNKT NA WYDZIALE PRAWA I ADMINISTRACJI UŁ

WITALIJ MAZURENKO AUTOR PORTALU „OBSERWATOR MIĘDZYNARODOWY”; DOKTORANT PRAWA NA KUL-U


PODRÓŻE i ludzi różnych wyznań. Spotkać można tu rosyjskich starowierców, Gagauzów, mołdawskie sioła, wspólnotę bułgarską w Bołgradzie czy nawet Albańczyków. Większość przedstawicieli administracji jednym tchem jednak wyzna, że całym sercem popiera frakcję obecnego prezydenta Ukrainy, Blok Petra Poroszenki (który zresztą urodził się w Bołgradzie), a Saakaszwili był zbyt szalony jak na „miłujących pracę i pokój mieszkańców Besarabii”.

Odessa – Odessa Mama, prawdziwa Perła nad Morzem Czarnym.

się jego mauzoleum (historycy do dziś toczą spory, czy faktycznie są tam zwłoki radzieckiego wojskowego), przeznaczone do rozbiórki na fali rozliczeń z radziecką przeszłością, na co jednak większość miejscowych nie chce się zgodzić. Proces dekomunizacji wygląda tu specyficznie – jako zjawisko narzucone z góry. Mer nie zmieniał się bowiem w Podilsku od ostatnich 30 lat, tworząc sytuację impasu i znużenia. Jedyny ruch i miejsce wymiany informacji stanowi w praktyce rozległy bazar, gdzie zbierają się ludzie z całej północy obwodu oraz z sąsiedniego Naddniestrza. Większość z nich nosi jednak w sobie niewykorzeniony radziecki paternalizm, a nieliczni aktywiści społeczni, mający zresztą nieraz sprzeczne poglądy, nie są w stanie przebić muru społecznej stagnacji. W miejscowym parku, gdzie obok siebie funkcjonuje mały skansen Związku Radzieckiego ze szlabanem granicznym i czołgiem czasów sowieckich oraz pomnik poległych żołnierzy w strefie ATO, a faktycznie w wojnie z Rosją w Donbasie, spotykamy dwóch aktywistów, Witalija i Serhija. Nie są nastolatkami, raczej panami w średnim wieku, kolegami, choć tak bardzo różniącymi się od siebie. Witalij mówi po ukraińsku, Serhij po rosyjsku, chociaż jak twierdzi: „Jeśli przyjdą tu

rosyjscy żołnierze, to ja wtedy zacznę mówić po ukraińsku”. Sprzeczności jest zresztą więcej. Serhij bez kozery przyznaje się do swoich częściowo prorosyjskich poglądów, co tłumaczyć można jego przynależnością do cerkwi patriarchatu moskiewskiego, zapewniając jednocześnie, że Patriarcha Cyryl nie jest dla niego żadnym autorytetem. „Dekomunizacja, jaka dekomunizacja?” – w tym jednym są jednak zgodni. – „Kijów, ani nawet Odessa w ogóle nas nie słuchają” – wskazują z rozgoryczeniem. W 2014 roku mieli jeszcze jakąś nadzieję, kiedy gubernatorem obwodu odeskiego ukraiński prezydent Petro Poroszenko mianował Micheiła Saakaszwilego. „On jednak nawet nie raczył się spotkać z nami” – gorzko kończy Witalij, gdy nas właśnie minął ukraiński żołnierz, podchodząc do miejsca pamięci bojowników ATO, gdzie oddał cześć zabitym kolegom. PUSTE COKOŁY Po szturmującym niedawno granicę polsko-ukraińską byłym prezydencie Gruzji odetchnięto też na ukraińskiej Besarabii, części obwodu odeskiego wysuniętej najbardziej na południowy zachód. To właśnie w Budziaku (z języka tureckiego – „kąt”) żyje cały konglomerat narodowości

Miejscowych aktywistów nie jest zbyt wielu, udaje się jednak zorganizować letni festiwal rockowy w położonym nad Dunajem zmierzającym niechybnie do Morza Czarnego Izmaile, na którym w tym roku główną gwiazdą był znany także i w Polsce ukraiński zespół Haydamaky. Wdrażany proces „łagodnej ukrainizacji” jest jednak wciąż podważany przez – zwłaszcza – mniejszość bułgarską, związaną historycznie z Rosją (też przez silny wpływ cerkwi patriarchatu moskiewskiego), współpracującą bardziej z Sofią niż z Kijowem, oraz nielubianych tu specjalnie Gagauzów. Bliskość Unii Europejskiej na granicy z Rumunią nęci zresztą wielu i niekoniecznie służy zacieśnianiu więzów z resztą Ukrainy. O jakości tych więzów świadczy główna ulica w Bołgradzie, gdzie co prawda Lenina z cokołu zniesiono, ale wciąż trwają targi kogo postawić w miejsce Włodzimierza Ilicza. „Siła państwa po odzyskaniu niepodległości w 1991 roku okazała się zbyt wątła, żeby móc istotnie wpłynąć na jedność kraju” – tłumaczy fenomen Ukrainy Borys Chersoński. Politycy zawarli układ z oligarchami, państwo nie mogło wyrwać się ze szponów Federacji Rosyjskiej, a faktyczną władzę w poszczególnych regionach – jak zwłaszcza na Zakarpaciu – zaczęły sprawować klany. Podobnie jak w Odessie, tak jest i w całym regionie, gdzie jak w soczewce skupiają się wszystkie problemy kraju, dając jednocześnie cichą nadzieję na zmiany. „Odessa to wciąż miasto mitów: rosyjskiego, radzieckiego, żydowskiego czy wielonarodowego miasta żartu i humoreski” – pointuje nasze spotkanie Chersoński. Jak każdy mit, tak i te nie zawsze odpowiadają rzeczywistości. Dziś odradza się ukraiński. „Oby tylko rzeczywiście coś stało za tą fasadą ukraińskości” – rzuca na pożegnanie odeski poeta.

29


HISTORIA

Piłsudski jakiego nie znacie O niesztampowym i kontrowersyjnym Naczelniku, który nie mieścił się w żadnych politycznych ramach, ale zawsze działał zgodnie z polskim interesem narodowym, z Mikołajem Mirowskim, koordynatorem „Piłsudski – Festiwal”, rozmawia Sebastian Rybarczyk. Sebastian Rybarczyk: Czy należy Józefa Piłsudskiego odkrywać na nowo? Główny cykl odbywającego się od początku września w Łodzi wydarzenia pt. „Piłsudski – Festiwal”, którego „Koncept” jest patronem medialnym, nazywa się „Piłsudski (nie)znany” – czy tak faktycznie jest? Mikołaj Mirowski: Niestety tak jest. Zresztą cykl „Piłsudski (nie)znany”, w ramach którego w poszczególnych panelach dyskusyjnych historycy i publicyści pochylają się nad wielorakimi aspektami biografii Marszałka, temu właśnie służy. Marzy mi się, by dzięki temu Piłsudski wreszcie choć trochę zszedł z cokołu, na którym go usadowiliśmy, i przestał kojarzyć się tylko ze sztampową celebrą. Obecnie mamy do czynienia ze stylizacją jego osoby na rycerza niepodległości i nic więcej, a przecież Marszałek był różnobarwną, nieoczywistą i dyskusyjną postacią, która u wielu naszych rodaków wzbudzała liczne kontrowersje.

30 | koncept | listopad 2017

Proszę wymienić kilka przykładów… Po pierwsze Marszałek należał do współtwórców Polskiej Partii Socjalistycznej, tworzył jej podwaliny tak ideowe, jak praktyczne – myślę tu o Organizacji Bojowej PPS. Przypomnijmy: to on i jego sympatycy uważali, że podstawowym celem PPS winna być walka o niepodległość. I dopiero po jej odzyskaniu należy myśleć o kwestiach socjalnych czy społecznych. Na tym tle wybuchł konflikt z tymi socjalistami, dla których podstawowym punktem odniesienia był internacjonalizm i rewolucja społeczna. Grupy te po 1918 roku w kontrze do PPS, a tym bardziej do Piłsudskiego, powołały do życia Komunistyczną Partię Robotniczą Polski. Rzecz kolejna to odejście Piłsudskiego od socjalizmu i jego słynna wypowiedź, że wysiada on z czerwonego tramwaju na przystanku „Niepodległość”. Następnie już w wolnej Polsce Marszałek głęboko rozczarowuje się demokracją, w wyniku zabójstwa w grudniu 1922 r. prezydenta Narutowicza, i bezpardonowo wypowiada wojnę Narodowej Demokracji. A to właśnie endecja – czy się ją lubi, czy nie – miała wtedy większościowe poparcie społeczeństwa polskiego i w wyniku demokratycznych wyborów rządziła w koalicji z PSL Piast. Konsekwencją tego był zamach majowy – najbardziej kontrowersyjne wydarzenie w życiu Piłsudskiego. A potem dryf w stronę konserwatystów i coraz większy autorytaryzm. Zresztą gwałtownych wolt

politycznych czy taktycznych u Piłsudskiego było naprawdę bardzo dużo. Po zamachu majowym bardzo popularny był między innymi następujący ironiczny wierszyk o Marszałku: „To nie sztuka zabić kruka, ani sowę trafić w głowę, ale sztuka całkiem świeża trafić z Bezdan do Nieświeża”. Wyjaśnię – obraz Piłsudskiego jako socjalisty to głównie obraz „bandyty spod Bezdan”, który w akcji, dziś powiedzielibyśmy terrorystycznej, napada na pociąg, by zdobyć fundusze dla PPS. Natomiast w Nieświeżu ten były socjalista zawiera sojusz polityczny z przedstawicielami wielkiego przemysłu i bogatego ziemiaństwa – wnet zapominając o reformach społecznych oczekiwanych przez lewicę, która poparła go w maju 1926 r. To jest wciąż ten sam Piłsudski. Z czego to wynikało? Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że z tych dwóch ostatnich przykładów wypływa obraz polityka wiarołomnego i koniec końców bezideowego. Posługując się pańskimi słowami, czy Romana Dmowskiego byśmy lubili, czy nie, takim chyba nie był? To nieporozumienie. Wszystkie wolty Piłsudskiego wynikały z czegoś konkretnego, były też efektem ideowości, ale także pewnej refleksji i realizmu politycznego. Zresztą wymieniony Dmowski też nieraz potrafił postawić w dużym kłopocie swoje własne środowisko. Niemniej z racji tego, że Dmowski nie był człowiekiem czynu,


HISTORIA a raczej świetnym pisarzem i teoretykiem polityki, jego wolty nie są aż tak spektakularne. Wracając do Piłsudskiego, trzeba jasno określić, że był on postacią na tyle charyzmatyczną, że wielokrotnie nie mieścił się w ramach jednego śro-

Piłsudski był postacią na tyle charyzmatyczną, że wielokrotnie nie mieścił się w ramach jednego środowiska politycznego. dowiska politycznego. Dość szybko też zrozumiał, że powinien nałożyć na siebie rolę państwowca, a także arbitra sporu politycznego. Podam pierwszy z brzegu przykład – gdy został Naczelnikiem Państwa, zrozumiał, że nie może być związany z jedną partią czy jedną wizją ideową nawet dla niego samego najmilszą, gdyż musi łączyć wszystkie polskie nurty polityczne. Dlatego też Piłsudski doprowadził do rozwiązania „ludowego” rządu Daszyńskiego, poparł mniej socjalistyczny gabinet Moraczewskiego, a potem

wsparł Ignacego Paderewskiego jako człowieka, który może być dla wszystkich do zaakceptowania. Z tych samych powodów, mimo animozji, Piłsudski doskonale współpracował z Dmowskim, gdy ten był przedstawicielem Polski na pokojowej konferencji w Paryżu. Marszałek wiedział, że tylko takie postępowanie służy interesowi narodowemu. Pojęcie, które dziś w niezliczonych sporach politycznych gdzieś umyka. Czy zawsze tak było? Wydaje się, że zamach majowy i jego możliwe konsekwencje pokazują, że nie do końca. Ma Pan rację, nie zamierzam na każdym kroku idealizować Piłsudskiego. Państwowcem podczas przewrotu okazał się prezydent Stanisław Wojciechowski. Warto to także przypominać! To nie kto inny jak Wojciechowski miał powiedzieć zaskoczonemu Marszałkowi, że jako prezydent „reprezentuje tutaj Polskę i żąda dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej”. Duch legalizmu i etos poszanowania prawa zwyciężył, a przecież Wojciechowski, stary druh z czasów PPS, podobnie jak Piłsudski, szczerze nie znosił rządzącej krajem endecji. „Wolę,

by Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat – miał powiedzieć, podając się do dymisji z urzędu prezydenta – niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety”. Wojciechowski potrafił w odpowiednim momencie się cofnąć i na tym polega jego wielkość. Jakie imprezy podczas „Piłsudski – Festiwal” może Pan polecić? Przede wszystkim cykl debat, gdzie większość tematów, na które dziś rozmawiamy były i będą poruszane. Odbędą się jeszcze m.in. dyskusje o literaturze i poezji poświęconych Marszałkowi, które w najwyższym stopniu utrwalały jego mit, o najbardziej dramatycznym wydarzeniu w jego życiu, czyli właśnie o zamachu majowym, o spadkobiercach idei piłsudczykowskiej, o tym, kto realizował czy realizuje jego polityczny testament. Będziemy też rozmawiać o rywalizacji Marszałka z Dmowskim, a także zadamy pytanie: jak Piłsudskiego umiejętnie pokazywać przez popkulturowe okulary. To wszystko to bardzo gorące tematy! Krótko mówiąc, zapraszamy, a ja dziękuję za rozmowę.

Listopad miesiącem patriotyzmu

Krzyżówka

31


Akademia NGO’S Bezpłatne szkolenia w Twoim mieście

Ostatnie dwa szkolenia: 18.11.2017 – Kraków - zgłoszenia do 12.11 25.11.2017 – Kielce - zgłoszenia do 19.11 www.akademialiderowrp.pl

Projekt dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich

Organizator:

Koncept nr 56  
Advertisement