Page 1

nr 47 listopad 2016

USA 2016: TRYUMF KŁAMSTWA MICHAŁ KOLANKO

O PASJI ŻYCIA I PODRÓŻY SPECJALNIE DLA „KONCEPTU” JACEK PAŁKIEWICZ

ŻYCIE W RYTMIE MOTO MARCIN MALEC

CZY POTRZEBUJESZ COACHA?

MONIKA WIŚNIOWSKA

Z UNIWERSYTETU DO RIO OLIMPIJCZYCY O SWEJ DRODZE NA IGRZYSKA DOROTA MARIA NOWAK


Co Akademia Liderów RP dała Polsce? MATEUSZ BARTELA

student Szkoły Główne j Handlowe j

Poświęcenie dla innych, silne i mądre przywództwo, aktywna działalność akademicka i społeczna – niezbyt często zdarza się znaleźć te cechy wśród młodego pokolenia. Jednak to one łączyły uczestników Akademii Liderów RP.

liści ze świata biznesu, polityki, mediów i środowiska naukowego. Obóz dał nam ogromne możliwości: nie tylko uzyskania wiedzy od tak wybitnych osób czy podniesienia własnych umiejętności miękkich, lecz także zjedzenia karkówki z grilla razem z wicepremierem albo sprawdzenia się na strzelnicy.

K

to nie poświęca swojego życia dla innych, ten nie żyje w pełni. Pogląd, który różni się od przekazu świata mediów i popularnej wersji rozwoju osobistego. Perspektywa skupienia się na potrzebach innych osób lub interesie ojczyzny zwykle jest nam po prostu nie na rękę. Jak często zdarza nam się przedkładać sprawę innego człowieka nad osobistą korzyść z chwili spokoju czy odpoczynku? Pojęcie to może wydawać się abstrakcyjne. Czy jednak nie chcielibyśmy, żeby młode pokolenie, które już niedługo przejmie ster w sferze publicznej, biznesie i instytucjach państwowych, właśnie takim poglądem się kierowało? GDY PREMIER ZACZYNA OPOWIADAĆ Trzy tygodnie temu zakończył się letni obóz Akademii Liderów RP: pięciodniowe szkolenie w zakresie przywództwa, biznesu i komunikacji. Uczestniczyło w nim ponad 30 studentów i absolwentów uczelni wyższych z całego kraju, którzy uprzednio wyróżniali się znaczącą działalnością akademicką i społeczną. Jako jeden z uczestników miałem okazję słuchać wykładów m.in. premiera Morawieckiego, profesora Glapińskiego czy pułkownika Kukuły. W ciągu całego szkolenia swoją wiedzę przekazywali nam czołowi specja-

KUŹNIA ELIT? Gdy wracałem do domu po Akademii, zacząłem zastanawiać się, po co to wszystko. Co się po tym szkoleniu zmieni? Czy tylko dostałem możliwość wpisania do CV, że uczestniczyłem w pięciodniowych warsztatach z przywództwa? Czy uda mi się wykorzystać zdobytą wiedzę i kontakty? Pełne odpowiedzi na te pytania będę mógł uzyskać za wiele lat, zresztą jak każdy z pozostałych uczestników. Jednak sądzę, że nic z tego, co otrzymaliśmy na Akademii, się nie zmarnuje. Tą pewność dają mi ludzie, których tam poznałem. Pasja, chęć działania i poświęcenia się, kreatywność, zdolności przywódcze – tymi cechami można by opisać niemal każdego uczestnika. Skala działań już przez nich podjęta jest imponująca. Ale

Troska i praca o dobro wspólne – Polskę. Wpojenie tych zasad oraz ich realizacja to cel Akademii Liderów RP. to nic w porównaniu z pomysłami, które na Akademii się pojawiały. Czy obóz był kuźnią nowej polskiej elity, której tak nam dzisiaj brakuje? To stwierdzenie byłoby zbyt egoistyczne. Był na pewno początkiem dla wielu, aby w przyszłości preten-

PARTNER STRATEGICZNY PROJEKTU

2 | koncept | listopad 2016

dować do miana członka tej grupy. WIZJA DLA POLSKI Troska i praca o dobro wspólne – Polskę. Wpojenie tych zasad oraz ich realizacja to cel Akademii Liderów RP. W trakcie obozu można było spotkać różne wizje, poglądy i opinie. Jednak wspólnym mianownikiem była chęć pracy dla ojczyzny i całego społeczeństwa, a w szczególności ludzi młodych. Chęć poświęcenia i przewodzenia. Z obozu wyjechała grupa młodych ludzi gotowych do realizacji swoich wizji.

Chcę was zachęcić do kierowania się zasadą wspomnianą na początku. Poświęćcie się dla innych, zacznijcie działać i troszczyć się o dobro wspólne. Polska silna gospodarczo i społecznie, otwarta i dynamiczna to nie utopijna wizja. W tym roku Akademia będzie organizowała jeszcze kilka spotkań w kilku miastach wojewódzkich. Nie znaczy to, że bez jej pomocy i przygotowania nie można zacząć działać! Chcę was zachęcić do kierowania się zasadą wspomnianą na początku. Poświęćcie się dla innych, zacznijcie działać i troszczyć się o dobro wspólne. Polska silna gospodarczo i społecznie, otwarta i dynamiczna to nie utopijna wizja. Oczywiście to prawda, że nie stworzymy jej w dzień, dwa czy nawet kilka lat. Jednak to my, młodzi, musimy zacząć taką Polskę budować. SPONSOR PROJEKTU


NA POCZĄTEK

Jedno ważne pytanie TOMASZ GRZYWACZEWSKI

redak tor naczelny „konceptu”

O

dkryj siebie, żyj z pasją, realizuj marzenia, zostań zwycięzcą. Cały świat wokół nas krzyczy, że jesteśmy jedyni, wyjątkowi i najlepsi. Że świat jest nasz i mamy prawo brać go garściami. Wszyscy tak nas motywują do działania, że aż w Internetach spontanicznie powstały demotywatory ściągające nasze głowy z chmur na twardą ziemię. Złote rady o tym, jak wystrzałowo przeżyć tych parędziesiąt danych nam lat, stały się wreszcie intratnym biznesem. Coachowie, mentorzy, mówcy motywacyjni i trenerzy osobiści za grubą kasę podpowiedzą nam, co zrobić, żeby być Kimś. Podzielą się swoimi przemyśleniami na blogach i fejsbukach, opiszą w książkach, opowiedzą na YouTubie. Dadzą receptę na spełnioną egzystencję. Ale jak już przetrawimy te wszystkie cudowne wytrychy, to nagle może spaść na nas przerażająca refleksja: „wszystko pięknie, tylko w zasadzie co ja chcę takiego wyjątkowo w tym swoim życiu robić?”. I tutaj w sukurs przychodzi nam najwybitniejszy – w moi prywatnym odczuciu – polski coach. Mówca motywacyjny wszech czasów. Niejaki Laska z Polski, który w pamiętnej scenie z „Chłopaki nie płaczą” rzuca do młodego Stuhra: „W życiu musisz sobie odpowiedzieć na

jedno zaj*******, ale to zaje******* ważne pytanie: co chcesz robić w życiu. A potem zacznij to robić!”. Odpowiedź nie nadaje się do druku, ale wiemy, że miał on w planach zostać ambasadorem na Jamajce. Nie każdemu polecałbym akurat takie zajęcie, jednak czasami szukając swojej drogi, warto spojrzeć na tych, którzy nie tylko mówią o tym, jak żyć z pasją, lecz także po prostu tak żyją. Listopad to podobno najbardziej depresyjny miesiąc roku. Wkurza pogoda, wkurza brak słońca, wkurza, że do ferii, wakacji czy choćby świąt daleko. Dlatego żeby trochę wyjść z tej ponurej atmosfery, przedstawiamy Wam w listopadowym numerze osoby, które wprawdzie mentorami nie są, ale odpowiedziały sobie na zadane przez coacha Laskę z Polski pytanie. Wioślarka Agnieszka Kobus, maratończyk Artur Kozłowski i biegaczka Danuta Cieślik na studiach rozpoczęli przygodę ze sportem akademickim. W 2016 roku pojechali reprezentować Polskę na igrzyskach olimpijskich w Rio. Agnieszka zdobyła brąz w wioślarskiej czwórce podwójnej i już przygotowuje się do startu w Tokio. Jej recepta na sukces jest dosyć prosta: „Ciężka praca doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem teraz”. Odkrywca, członek brytyjskiego

Królewskiego Towarzystwa Geograficznego Jacek Pałkiewicz poświęcił swoje życie wyprawom w najodleglejsze i najmniej dostępne zakątki naszego globu. W rozmowie z Agnieszką Niewińską opowiada, że kiedy był dzieckiem i do rodzinnego domu przychodzili przyjaciele rodziców i pytali, kim chce być, jak dorośniesz, odpowiadał, że będzie podróżnikiem. Był o tym przekonany. Dla Adama Radonia pasją stał się komiks i od kilkunastu lat organizuje w Łodzi jeden z największych w Europie festiwali komiksów. Dla miłośników motoryzacji inspiracją mogą być młodzi ludzie, którzy jeszcze na studiach zasiadają jako testerzy za kierownicą superszybkich albo superluksusowych samochodów. I to wszystko dzieje się nie hen za oceanem, gdzie króluje „American dream” albo w mitycznych mlekiem i miodem płynących krainach zachodniej Europy pokroju Niemiec czy Francji. Ale tutaj, w Polsce, gdzie podobno ciągle nic się nie udaje, a perspektywy są żadne. Może czasami trzeba wziąć sprawy swoje ręce i, idąc za bon motem Laski, „zacząć to robić”?

„KONCEPT” MAGAZYN AKADEMICKI Wydawca: FIM, adres red.: ul. Solec 81b; lok. 73A, 00-382 Wa-wa, Redakcja: Tomasz Grzywaczewski (red. nacz.), Mikołaj Różycki (zast. red nacz.), Marta Rybicka (sekr. red.), Dominika Palcar, Wiktor Świetlik, Mateusz Zardzewiały, Monika Wiśniowska, Tomasz Lachowski, Marcin Malec i inni Projekt graficzny: Martyna Majda Korekta: Magdalena Rudnik E-mail: redakcja@gazetakoncept.pl, www.gazetakoncept.pl Druk prasowy wykonuje Drukarnia Kolumb z siedzibą w Siemianowicach Śląskich. Aby poznać ofertę reklamową prosimy o kontakt pod adresem: reklama@gazetakoncept.pl, osoby zainteresowane dystrybucją „KONCEPTU” na uczelniach prosimy o kontakt pod adresem: redacja@gazetakoncept.pl

3


SPIS TREŚCI

NR 47 listopad 2016

TEMAT NUMERU 6 |  Z UNIWERSYTETU DO RIO OLIMPIJCZYCY O SWEJ DRODZE NA IGRZYSKA DOROTA MARIA NOWAK

NA POCZĄTEK

KULTURA

HISTORIA

2 |  CO AKADEMIA LIDERÓW RP DAŁA POLSCE?

16 |  OD ŻÓŁTEGO CHŁOPCA PO SUPERBOHATERÓW

28 |  NAJWAŻNIEJSZE ŚWIĘTO – 11 LISTOPADA

3 |  JEDNO WAŻNE PYTANIE

17 |  ŁÓDŹ POLSKĄ STOLICĄ KOMIKSU

LAJFSTAJL

MATEUSZ BARTELA

TOMASZ GRZYWACZEWSKI

5 |  BYŁO JEST BĘDZIE

PRACA 9 |  MENTOR, TUTOR, COACH MONIKA WIŚNIOWSKA

10 |  ZWIĄZKI ZAWODOWE MATEUSZ KALINOWSKI

SPOŁECZEŃSTWO 11 |  WEGANIZM – MODA CZY RATUNEK? MAJA KĄDZIELA

12 |  WEGANIZM WYMAGA ROZMOWY MONIKA WIŚNIOWSKA

NZS 13 |  STUDENCI RUSZAJĄ NA PODBÓJ KOSMOSU JUSTYNA PELC

MARTYNA KOŚKA

ROZMOWA Z ADAMEM RADONIEM

PODRÓŻE 18 |  TYLKO NIE JEDŹ DO KABULU GRZEGORZ KRÓL

EKSPERCI

14 |  NIE MA PODRÓŻY BEZ PASJI JACEK PAŁKIEWICZ

29 |  ŻYCIE W RYTMIE MOTO MARCIN MALEC

RECENZJA 30 |  SPORT TO ZDROWIE – SZCZEGÓLNIE Z APLIKACJĄ MONIKA WIŚNIOWSKA

20 |  WIELKIE KOJARZENIE

30 |  GADŻETY

PSRP

MNISW

22 |  PROJUVENES, CZYLI NAGRODA DLA WSPÓŁPRACUJĄCYCH Z MŁODZIEŻĄ AKADEMICKĄ!

31 |  NOWY ALGORYTM FINANSOWY

EKSPERCI

32 |  MIKOŁAJKI W… NADDNIESTRZU?

ADAM CZYŻEWSKI

MIESZKO CZERNIAWSKI

23 |  ŻYJ PEŁNIĄ MUZYKI MARCIN MALEC

24 |  EDUKACJA Z GIEŁDĄ: SZKOŁA GIEŁDOWA 24 |  KOLEJNA EDYCJA PROGRAMU NZB

WYWIAD NUMERU

MATEUSZ ZARDZEWIAŁY

25 |  ZOBOWIĄZANIA POLAKÓW Z TYTUŁU KREDYTÓW MIESZKANIOWYCH PRZEKROCZYŁY 400 MLD ZŁ

FOTOREPORTAŻ 26 |  NUBIJSKI WRESTLING MARTA RYBICKA

MARCIN MALEC

MINISTER TERESA CZERWIŃSKA

ŚWIAT TOMASZ GRZYWACZEWSKI

33 |  ZORGANIZUJMY MIKOŁAJKI W NADDNIESTRZU! 34 |  USA 2016 – TRYUMF KŁAMSTWA MICHAŁ KOLANKO

FELIETON 35 |  KORZYŚCI Z TŁUMU WIKTOR ŚWIETLIK


NA POCZĄTEK

BYŁO JEST BĘDZIE:

a tym, jak wygląda w praktyce zawodowa codzienność pracującego studenta.

CROWDFUNDING DLA NAUKOWCÓW

NAWA OKNEM NA ŚWIAT? Najpóźniej w styczniu 2018 roku zacznie działać w Polsce Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej (NAWA). – Ta instytucja będzie odpowiedzialna za większe umiędzynarodowienie naszych uczelni, doprowadzi do ściągnięcia do Polski wielu wybitnych naukowców po to, żeby prowadzili tutaj badania i kształcili polskich studentów. NAWA przyczyni się też do zwiększenia współpracy między nauką a gospodarką – uważa Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego. NAWA będzie również oferować system stypendiów adresowanych zarówno do studentów, jak i naukowców polskich wyjeżdżających za granicę. Ponadto ma prowadzić program grantowy wspierający powrót do kraju polskich naukowców, którzy pracują dziś w zagranicznych ośrodkach akademickich.

ScienceShip.com to platforma internetowa, dzięki której polscy naukowcy będą mogli sfinansować swoje projekty z pomocą internautów. Zdaniem twórców projektu działające dotychczas platformy – takie jak PolakPotrafi.pl, Wspieram.to czy Odpalprojekt.pl – kojarzone są zwłaszcza z szeroko pojętą rozrywką. ScienceShip.com umożliwi nie tylko pozyskanie finansowania, lecz także sprawdzenie pomysłu na rynku, ponieważ internauci będą mogli „głosować” za jego przydatnością w przypadku komercjalizacji projektu. Internauci już mogą zapoznawać się z pierwszymi projektami zamieszczonymi na platformie, a naukowcy wprowadzać swoje projekty. CO DRUGI STUDENT PRACUJE Średnie zarobki polskiego studenta „na rękę” wynoszą około 1,8 tysiąca złotych miesięcznie – wynika z raportu Jobsquare „Student w pracy 2016”. Ale tu dwie uwagi: przepytano 600 studiujących osób tylko w największych aglomeracjach, czyli Warszawie, Krakowie, Katowicach, Poznaniu, Wrocławiu i Trójmieście. I w przypadku pierwszego zatrudnienia stawki są zazwyczaj niższe, średnio o 500 złotych miesięcznie. Z badania wynika także, że połowa studentów narzeka na „brak atrakcyjnych ofert pracy”, a blisko 40% uważa, że istnieje duży rozdźwięk między opisem stanowiska i wymaganiami

DOKTORATY PRZEMYSŁOWE Już od przyszłego roku akademickiego planowane jest wprowadzenie programu, który pozwoli uzyskać doktorat za tzw. pracę wdrożeniową. Doktoraty te – znane m.in. z krajów skandynawskich – mają na celu rozwiązanie konkretnego problemu przedsiębiorcy. Prowadzone będą w systemie dualnym, czyli doktorant pracowałby nad rozprawą jednocześnie i w jednostce naukowej, i w konkretnej firmie. Przy wyborze tego rodzaju kariery naukowej, doktorant będzie otrzymywał od państwa

stypendium w wysokości 2,5 tysiąca złotych miesięcznie, a przedsiębiorca powinien mu wypłacić co najmniej pensję minimalną (czyli około 2 tysięcy złotych). Z programu mogłoby skorzystać rocznie maksymalne 500 młodych naukowców.

BARDZIEJ NIŻ NORMALNIE: • Krakowski Uniwersytet Rolniczy uruchamia pionierskie studia z browarnictwa. Potrwają one 3 lata, a w programie są: staże, praktyki, podróże i miesięczne stypendium w wysokości 2500 euro. Wszystko finansuje Unia. Szkoda, że tylko 8 polskim doktorantom. • Pewna Wyższa Szkoła Bankowa przygotowała ankietę dla swoich studentów „o zainteresowaniu barem przy uczelni”. A w niej pytanie „które z wymienionych dań spełniałoby Pana(i) oczekiwania?” Na pierwszym miejscu taka oto propozycja: „Makaron tagiatelle z kurczakiem i suszonymi pomidorami w sosie śmietanowo-ziołowym”. Czy aby na pewno sektor bankowy ma kryzys? • A w Koninie jak w Indiach – konkretny podział na kasty. Przed Państwową Wyższą Szkołą Zawodową parking wielki jak dwa stadiony narodowe, ale dostępny tylko dla pracowników i wykładowców. Studenci muszą zadowolić się pobliskimi chodnikami, trawnikami oraz rywalizacją o nie z psami. Okoliczni mieszkańcy zachodzą w głowę, co lepsze: kupa czy samochód?

Comiesięcznik grantowo-stypendialny Rok akademicki nabiera rozpędu. Konkursy na granty i stypendia również ruszają z kopyta! Co?

Kto daje?

Ile?

Termin?

Stypendium naukowe

Fundacja im. Anny Pasek

22 500,00 zł

18 listopada

Stypendia na wyjazd

Akademie Schloss Solitude

1 150 €

30 listopada

Konkursy Opus 12, Preludium 12, Sonata 12, Polonez 3, Beethoven 2 dla badaczy

Narodowe Centrum Nauki

do 250 tys. zł, zależnie od konkursu

15 grudnia

Konkurs na najlepszy artykuł naukowy

Diametros

6000 zł

15 grudnia

Stypendium w Islandii

University of Iceland w Reykjavíku

4450 zł miesięcznie

1 grudnia

Opracował Janusz Wdzięczak, js.wdzieczak@vp.pl

5


TEMAT NUMERU

Z Uniwersytetu do Rio. Olimpijczycy o swej drodze na Igrzyska DOROTA MARIA NOWAK

dziennik ark a sportowa

Połączenie sportu i studiów to z pozoru nie lada wyzwanie. Treningi, zawody, obozy – to wszystko wymaga czasu i zaangażowania. Czy warto rozpoczynać swoją sportową przygodę jako student? Jak równocześnie rozwijać karierę sportową i akademicką? Na te pytania odpowiedzieli mi sportowcy o wyjątkowym prestiżu – tegoroczni reprezentanci Polski na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro.

A

gnieszka Kobus z igrzysk w Rio wróciła z wyjątkowym osiągnięciem. Wraz z Marią Springwald, Joanną Leszczyńską i Moniką Ciaciuch wywalczyła brąz w wioślarskiej czwórce podwójnej. 26-letnia wioślarka przyznaje, że droga do sukcesu nie była prosta. Agnieszka skończyła z tytułem magistra warszawski AWF, a następnie zdecydowała się na rozpoczęcie studiów na kierunku zarządzania. Pogodzenie nauki z przygotowaniami do startu w Brazylii było niezwykle trudnym przedsięwzięciem. Przed igrzyskami nasza zawodniczka spędziła 317 dni poza domem. Bała się, że nie uda się jej zaliczyć pierwszego roku studiów. Wiązało się to z ogromnym stresem, który jednak motywował ją do pracy. Zdaniem wioślarki uprzejme podejście uczelni, Akademii Leona Koźmińskiego, sprawiło, że udało jej się połączyć wszystkie obowiązki. To, co studenci robili w grupach na zajęciach, Agnieszka opracowywała sama i zaliczała wszystko indywidualnie. Reprezentantka Polski przyznaje, że medal olimpijski to taka rzecz, która

6 | koncept | listopad 2016

wynagradza wszystkie wcześniejsze wyrzeczenia. Niczego w swojej karierze zawodowo-sportowej nie żałuje, bo, jak mówi: „Ciężka praca doprowadziła mnie do miejsca, którym jestem teraz. Medal to spełnienie marzeń”. PRZYGODA ŻYCIA Czy warto rozpocząć swoją sportową historię na studiach? Według Agnieszki Kobus – zdecydowanie. Nazywa ona sport wspaniałą przygodą, która rozwija w ludziach potrzebne na co dzień cechy, takie jak dyscyplina, zaangażowanie czy wytrwałość w dążeniu do celu. Poza tym, jak mówi wioślarka, sport to ludzie, znajomości i przyjaźnie na całe życie. „Aktywność fizyczna uzależnia i sportowcem zostaje się na całe życie” – śmieje się brązowa medalistka.

„Aktywność fizyczna uzależnia i sportowcem zostaje się na całe życie” – śmieje się brązowa medalistka. Wszystkim młodym ludziom zastanawiającym się, jak zrobić pierwszy sportowy krok w trakcie studiów, nasza reprezentantka daje prostą instrukcję – pójść do sekcji AZS na swojej uczelni i zacząć treningi. „Na mojej uczelni na przykład sekcja ta bardzo prężnie działa: jest wiele sukcesów, wyjazdów, zawodów. Często ludzie, którzy trafiają do sekcji uczelnianej, stają się potem zawodnikami reprezentującymi miasto, a nawet cały kraj. Po prostu od czegoś trzeba zacząć. A jak ktoś chce spróbować wioślarstwa, to zapraszam do kontaktu ze mną – podpowiem, co z tym zrobić. Wioślarstwo wbrew pozorom nie jest to takie łatwe i nudne jak widać w telewizji” – z uśmiechem opowiada sportsmenka. Co więcej, szczyt kondycji zawodnicy często osiągają w wieku 28-30 lat, dlatego spokojnie można zacząć wio-

słować na studiach. Agnieszka Kobus już teraz czeka na swoje maksimum formy, które, jakby nie patrzeć, wypada na Tokio. SPORTOWE SPEŁNIENIE Artur Kozłowski dość niespodziewanie zakwalifikował się na Igrzyska Olimpijskie. Swoim rezultatem 2:11:56 podczas kwietniowego Orlen Warsaw Marathon zapewnił sobie mistrzostwo Polski w maratonie i możliwość startu w Brazylii. Choć oczekiwał od siebie lepszego rezultatu (udało mu się zająć 29 miejsce z czasem 2:17), to do Polski nie wrócił zawiedziony. „Najpiękniejsza chwila to moment startu maratonu, kiedy zawodnik, słysząc niesamowitą wrzawę z trybun, uświadamia sobie, że bierze udział w najważniejszym w swoim życiu sportowym momencie. Tłum kibiców zebranych na sambodromie robił niesłychane wrażenie. Pełno trąbek, flag i innych dopingowych akcesoriów pochodzących ze wszystkich zakątków świata. Niezapomniane uczucie, które towarzyszyło praktycznie przez całe 42 kilometry trasy, ponieważ była ona po prostu oblężona przez wiwatujących kibiców” – opowiada maratończyk. „To właśnie dla takich momentów warto uprawiać sport. Warto codziennie trenować, niezmordowanie udowadniać innym, że się da”. ORGANIZACJA PRZEDE WSZYSTKIM Dobra organizacja i odpowiednie zarządzanie czasem to zdaniem pana Artura podstawa tego, by móc łączyć studia ze sportem. Sam w czasach studenckich układał plan dnia w ten sposób, żeby wszystko było zgrane co do minuty. Z poczuciem ulgi dziś już tylko wspomina dni, które zaczynały się treningiem o szóstej rano i były wypełnione całodziennymi zajęciami na uczelni. Zauważa, że jako biegacz miał trochę uproszczoną sytuację – nie musiał umawiać się z trenerem czy grupą treningową, tylko zawsze w wolnych chwilach czy podczas okienka


w zajęciach mógł założyć buty sportowe i pójść pobiegać. Pomimo trudności wiążących się z łączeniem różnych obowiązków reprezentant Polski nie ma najmniejszych wątpliwości, że sport jest warty poświęceń. Wie, że daje radość i poczucie spełnienia. UPARCIE DĄŻYĆ DO CELÓW Historię następnej olimpijki miałam okazję przywoływać w styczniowym numerze „Konceptu”. Danusia Urbanik, teraz już Cieślik, była potencjalną kandydatką na wyjazd do Rio de Janeiro. To właśnie jej, jako jedynej z trzech sportowców biorących udział w akcji Droga do Rio, udało się zdobyć kwalifikację olimpijską. Co więcej, ta niepozorna dziewczyna pokazała w Brazylii pazur i wystąpiła w półfinale biegu na 1500 metrów. Zawodniczka swój udział na igrzyskach olimpijskich wspominać będzie do końca życia. Z radością stwierdza, że start na tak ważnej imprezie był jednym z najważniejszych wydarzeń w jej życiu. Rozpierająca duma i poczucie szczęścia z powodu możliwości reprezentowania swojej ojczyzny to bezcenne pamiątki, które Danusia przywiozła ze sobą z południowej półkuli. Start na igrzyskach był dla biegaczki dowodem tego, że warto ryzykować. Dwudziestosześciolatka jest niezwykle ambitną osobą. Udało jej się uzyskać licencjat z europeistyki, a z tytułem magistra skończyła administrację. Nie mówi, że było łatwo i przyjemnie. Wspomina czasy, w których zdarzało się, że miała 11 egzaminów w ciągu jednego tygodnia. Teraz zawodniczka mierzy się z podyplomowymi studiami z przygotowania pedagogicznego. Na szczęście uczelnia z nią współpracuje i pozwoliła na indywidualny tok studiów. Danusia swoim przykładem zaświadcza, że wszystko jest możliwe, a chcieć to po prostu móc. W ciągu jednego roku udało się jej studiować, zdobyć na własną rękę odpowiednie

Foto: Łukasz Trzeszczkowski, lukasz@trzeszczkowski.pl

TEMAT NUMERU

środki na pokrycie przygotowań do startu na Igrzyskach Olimpijskich i wystartować w półfinale biegu na 1500 metrów podczas największej imprezy sportowej świata. Mało? Zawodniczka przed kilkoma tygodniami wzięła ślub. Pozostaje jedynie pogratulować naszej reprezentantce samozaparcia i wytrwałości. Danusia wie jednak, że warto. „Trzeba próbować

Znakomitych sportowców po studiach jest dużo, dużo więcej. Każdy ma swoją własną historię, ale żaden z nich nie żałuje rozpoczęcia sportowej przygody. swoich sił w sporcie, bo nic nie daje takiej satysfakcji jak wygrana z własnymi słabościami” – stwierdza. WARTO PRÓBOWAĆ Znakomitych sportowców po studiach jest dużo, dużo więcej. Każdy ma swoją własną historię, ale żaden z nich nie żałuje rozpoczęcia sportowej przygody. Uczelnie w Polsce coraz bardziej otwierają się na rozwój aktywności fizycznej. Spróbowanie swoich sił nic nie kosztuje, a może dać okazję do przeżycia niezapomnianych chwil. Choć nie wszyscy sportowcy osiągną wspaniałe rezultaty i międzynarodowe sukcesy, to każdy bez wyjątku doświadczy uczucia spełnienia i satysfakcji, jakie daje rywalizacja sportowa. Warto spróbować, bo „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. Projekt dofinansowany ze środków Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego

OLIMPIJCZYCY RADZĄ STUDENTOM: 1. ZAPISAĆ SIĘ DO SEKCJI AZS NA SWOJEJ UCZELNI. 2. ZACZĄĆ TRENOWAĆ! 3. DOBRZE ZORGANIZOWAĆ SWÓJ CZAS. 4. NIE PODDAWAĆ SIĘ! 5. SZUKAĆ MOTYWACJI W PRZECIWNOŚCIACH. 6. ODNALEŹĆ W SPORCIE ŹRÓDŁO SATYSFAKCJI. 7. BRAĆ PRZYKŁAD Z NAJLEPSZYCH. 8. EFEKTYWNIE WYKORZYSTYWAĆ KAŻDĄ MINUTĘ DNIA. 9. UWIERZYĆ W TO, ŻE MARZENIA MOGĄ SIĘ SPEŁNIĆ. 10. WYZNACZAĆ SOBIE CELE I JE REALIZOWAĆ.

7


TEMAT NUMERU

Korzystajcie ze sportowych okazji O sporcie akademickim z dr. Michałem Bernardellim, wielokrotnym medalistą akademickich mistrzostw Polski, prezesem Klubu Uczelnianego Akademickiego Związku Sportowego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie rozmawia Dorota Nowak. Dorota Nowak: Jak połączył pan zawodowe bieganie ze studiami? Michał Bernadelli: W moim przypadku ciężko mówić o zawodowym bieganiu, gdyż nigdy nie stanowiło ono dla mnie źródła utrzymania. Miałem w kieszeni stopnie magistra na kierunku matematycznym i informatycznym, więc rynek pracy zawsze stał dla mnie otworem. Niemniej jednak uważałem się i uważam się za wyczynowca. Niestety, właśnie ze względu na studia nie mogłem w pełni korzystać z obozów oferowanych członkom kadry narodowej. Ograniczałem się do wyjazdów w przerwach międzysemestralnych, świątecznych i wakacyjnych. Z jednej strony moje wyniki sportowe mogły być lepsze, ale odbiłoby się to na wykształceniu i późniejszej pracy. Z drugiej – osiągnięcia w nauce na pewno byłyby łatwiejsze, gdyby nie czas i energia poświęcona na sport. Każdy sam musi znaleźć swój złoty środek. Sądzę jednak, że ważne jest, by rozpatrywać wybory z szerszej perspektywy: nie konkretnych zawodów, semestru czy choćby studiów, lecz w perspektywie dziesięciu lub nawet pięćdziesięciu lat. Jeżeli po takim czasie nadal będziemy uważać, że nasz wybór był słuszny, to znaczy, że było warto. Zatem trzeba korzystać z okazji (tych sportowych, naukowych, organizacyjnych i towarzyskich) – to moja rada. Jak ocenia pan obecny stan sportu akademickiego? Jak wpłynąć na jego rozwój? Aktualnie sport akademicki stoi na naprawdę wysokim poziomie. Zawsze można powiedzieć, że problemem są

8 | koncept | listopad 2016

pieniądze. Jednak ich nigdy nie będzie wystarczająco dużo. Wydaje się jednak, że większym problemem jest nadmiar możliwości stojących przed współczesnymi ludźmi. Kiedyś lekkoatletyka rywalizowała popularnością z piłką nożną czy siatkową, teraz sport rywalizuje ze wszystkimi dziedzinami życia. Dawniej ludzie nie mieli tak dużego wyboru, a teraz nie potrafią skoncentrować się na jednej aktywności. Trudno stwierdzić, czy to dobrze, czy nie – jest po prostu inaczej. Za 50 lat też będą inne uwarunkowania. Sport pozostanie jednak taką sferą życia, która przetrwa. Rywalizacja, emocje, walka z własnymi słabościami – na to zawsze będzie zapotrzebowanie, a to właśnie jest jego kwintesencją. Pomysłów na rozwój sportu akademickiego jest wiele. Kluczowa jest jednak konsekwencja. Rozbudowa czegoś tak fundamentalnego nie trwa miesiąc czy dwa. W kontekście zmian regulacji warto jest przypomnieć rządzącym, że sport stanowi formę wychowania i powinien być nieodłącznym elementem każdego programu studiów. W jaki sposób uczelnie wspierają sportowców? Przede wszystkim poprzez obiekty, trenerów, instruktorów. To są olbrzymie koszty. Do tego dochodzą wyjazdy na zawody czy stroje sportowe. Na SGH ze stypendiami sportowymi nie jest rewelacyjnie. Mimo to dzięki przychylności władz uczelni od kilku lat mamy naprawdę dobre warunki do trenowania i rozwoju. W tym roku rektorem został wieloletni prezes AZS, prof. dr hab. Marek Rocki, który doskonale rozumie potrzeby sportowców i jest otwarty na wszelkie

sugestie. Prężnie działający zarząd AZS SGH, kilkuset pełnych energii członków naszego Klubu Uczelnianego, ale też pracownicy Centrum Wychowania Fizycznego i Sportu – to oni sprawiają, że jestem pełen nadziei, jeżeli chodzi o dalszy rozwój sportu akademickiego na mojej Alma Mater. Czy obecnie, gdy młodzi ludzie pędzą za karierą, da się w ogóle znaleźć czas na sport? Dla chcącego nic trudnego. Patrzę z boku na studentów i sądzę, że ani sport nie przeszkadza w karierze naukowej, ani nauka w sporcie. Można w to wpasować pracę oraz spotkania towarzyskie. To, co według mnie zabiera najwięcej czasu dzisiejszej młodzieży, to dobrodziejstwa Internetu. Właśnie takie kilkuminutowe przerywniki na sprawdzenie maila, odpowiedzenie na sms-a czy zrobienie milionowego zdjęcia „z dziubkiem” zebrane w ciągu jednego dnia dają czas, który kiedyś można było poświęcić na hobby. Wbrew pozorom to właśnie w okresie studiów ma się najwięcej czasu. Często ciężko to porównać, ale programy studiów skonstruowane są tak, że w danym semestrze przedmiotów związanych z wybranym kierunkiem jest raptem 20-25 godzin tygodniowo. Tymczasem tydzień ma 168 godzin! Kiedy zatem zabrać się za sport, jeśli nie na studiach? Projekt dofinansowany ze środków Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego


PRACA

Mentor, tutor, coach. Czy potrzebujemy osoby, która pomoże nam w rozwoju? MONIKA WIŚNIOWSKA

dziennik ark a i pasjonatk a mediów społecznościowych

Zacznij pisać „pamiętnik przyszłości”, wyobraź sobie siebie za kilka miesięcy lub lat. Jak będzie wyglądać twoje życie? Jakie wspaniałe rzeczy zrobisz? Uwierz w siebie! Możesz wszystko! I tak dalej…

K

iedy wybierałam się ostatnio na wykład motywacyjny Łukasza Jakóbiaka przy okazji Kongresu Online Marketingu, w głowie cały czas kołatał mi się filmik, który 3 lata temu zrobił zawrotną „karierę” na YouTube. Jego autor, Piotr Blandford, próbował przekonać internautów, że wszyscy jesteśmy „zwycięzcami”. Pamiętasz to? Sprawdziłam – w tym momencie filmik ma już prawie 4 miliony wyświetleń. Czarny humor ma się dobrze. WIEK „COACHÓW”? Mówcy motywacyjni, trenerzy, mentorzy – znamy całą paletę określeń, jednak wielu osobom wciąż kojarzą się właśnie z podobnymi przemowami. Pod tym względem opisywany wcześniej wykład motywacyjny był nadzwyczaj profesjonalny – prowadzący pokazywał na własnym przykładzie, że warto próbować, spełniać marzenia i, oczywiście, że nie ma rzeczy niewykonalnych. Entuzjastyczne reakcje osób siedzących na sali świadczyły o tym, że liczyli na takie właśnie energiczne wystąpienie. I co dalej? Czy ich życie się zmieniło? Czy którakolwiek ze złotych rad diametralnie wpłynęła na ich codzienność? Rozmawiałam z wieloma uczestnikami po zakończeniu tej prelekcji i wniosek był jeden – bardziej przekonują nas przykłady, a nie piękne motywacyjne slogany. Skąd więc w ostatnim czasie taki bum na mentorów, coachów, trenerów? Czy XXI wiek jest tak trudny, że nie radzimy sobie bez pomocy? Zawodowy coach

Robert Jasiński w wypowiedzi dla „Gazety Praca” mówi: „Moje osobiste doświadczenie wskazuje, że dzięki tej metodzie mogę wspierać zarówno osoby, które chcą zwiększać swoją efektywność i osiągać jeszcze więcej, jak i tych, którzy utknęli w miejscu, znaleźli się w sytuacji, z którą nie mogą sobie sami poradzić. Często żartobliwie parafrazuję pewne powiedzenie, „Daj mi człowieka, a ja zrobię mu coaching”, bo prawie każdy może odnaleźć coś dla siebie w tej metodzie”. Czy to zatem remedium na wszelkie problemy? WIEDZA I UMIEJĘTNOŚCI, GŁUPCZE! Coaching nic nie da, jeśli pracownik będzie miał braki merytoryczne. W takiej sytuacji, nawet jeśli będzie najbardziej „zmotywowany” i „nastawiony na sukces”, nie ma dla niego szans – powinien się po prostu doszkolić. Jak trafnie opisuje Katarzyna Bogusz-Przybylska, coach

Coaching nic nie da, jeśli pracownik będzie miał braki merytoryczne. Coaching nie zastąpi psychoterapii. rozwoju osobistego i doradca kariery, „Trzeba jednak pamiętać, że stosowanie coachingu ma sens dopiero wówczas, gdy coachee (czyli klient coachingowy, osoba korzystająca z pomocy coacha) ma już zasób wiedzy merytorycznej i pewne doświadczenie w swoim obszarze działania. Dlaczego? Coach nie jest doradcą ani trenerem. Coach nie podaje wiedzy na tacy, nie podpowiada rozwiązań. Coaching najlepiej sprawdza się wtedy, gdy chcemy pobudzić w pracowniku uśpiony potencjał i zasoby, z których dana osoba dotąd nie korzystała”. Coaching nie zastąpi psychoterapii – wysłanie do coacha osoby z depresją może przynieść opłakane skutki. Różnicę trafnie opisuje Elżbieta Dybińska, coach, psycholog, terapeuta: „Coach koncentruje się na mocnych stronach klienta, na jego wiedzy, na doświadczeniu i umiejętnościach już zdobytych, odwołuje się do jego wewnętrznej siły. Swoją postawą, wiedzą i umiejętnościami wspiera klienta i stawia

przed nim kolejne wyzwania”. Dodaje, że „Psychoterapia jest specjalistyczną metodą leczenia, w której wykorzystywana jest wiedza teoretyczna i umiejętności psychoterapeuty niosącego pomoc – głównie osobom z zaburzeniami osobowości, neurotycznymi i psychosomatycznymi, czyli z zaburzeniami psychogennymi”. Jak widać – nie należy tych dwóch dziedzin mylić! ZŁOTY BIZNES Coaching jest drogi – o ile dla firm taki wydatek może nie być wielkim problemem, o tyle osoba prywatna, która chce podjąć współpracę z mentorem, zazwyczaj staje przed poważnym kłopotem finansowym. A to, że inwestycja się zwróci, nie jest wcale pewne. Jak na forum portalu Goldenline opisuje coach Marcin Maserak, „Efektywność jest największa raczej przy osobach ze środka, jeśli chodzi o życiową zaradność, kompetencje i samoświadomość. Ci, którzy są w pełni sobie sterem, żeglarzem i okrętem, radzą sobie świetnie bez coachingu, a ci, którzy mają wiele deficytów w tym zakresie, niekoniecznie dobrze sobie poradzą w sytuacji coachingu, bo może im brakować niektórych umiejętności”. Anna Kowalczyk, psycholog, koordynator projektów HR w Qualent Software, zauważa, że „Coaching to nie tylko spotkania z coachem, to także ogrom pracy własnej, w tym ćwiczenie nowych umiejętności w realnych sytuacjach”. Nie wszyscy mają tyle czasu i chęci, by te spotkania rzeczywiście przełożyły się na realny skutek. Zanim więc postanowisz wydać na coaching, mentora czy trenera spore pieniądze, zastanów się, czy rzeczywiście jest to potrzebne. Coaching to świetny biznes – świadczą o tym okrągłe sumy i coraz większe zainteresowanie, ale faktycznymi „zwycięzcami” są sami mówcy motywacyjni. projekt dofinansowany ze środków programu fundusz inicjatyw obywatelskich

9


PRACA

Związki zawodowe MATEUSZ KALINOWSKI

wiceprzewodniczący ds. studenckich i alumnów zarządu kra jowego nzs

Świadomy swoich praw pracownik to skarb. Takie stwierdzenie u wielu tzw. „januszów biznesu” wywołałby pogardliwe prychnięcie: „Jak to? Przecież pracownik nie ma nic do gadania!”. Na szczęście taki model prowadzenia biznesu odchodzi powoli w zapomnienie.

C

oraz większa świadomość swoich praw i obowiązków popycha pracowników w kierunku różnych form zrzeszeń. Wokół związków zawodowych narosło wiele mitów. W Polsce charakter postrzegania zrzeszeń pracowników został ukształtowany przez wydarzenia z lat 80. oraz 90. Przyjrzyjmy się im w kontekście roli, którą odgrywają w zakładach pracy. WSZYSTKIE ZWIĄZKI NA POWĄZKI? Uzwiązkowienie w Polsce kształtuje się na stosunkowo niskim poziomie w porównaniu do europejskiej średniej. Według danych GUS z 2014 r. do związków zawodowych należało 1,6 mln pracujących, co stanowi 11% ogólnej liczby pracowników. Dla przykładu – w Finlandii uzwiązkowienie wynosi ponad 70%, ale już np. we Francji około 8%. Gdy spojrzymy na niedawną mobilizację pracowników francuskich przez centrale związkowe, łatwo dojdziemy jednak do wniosku, że o sile związków świadczy ich jakość, a nie liczba zrzeszonych pracowników. W naszym kraju do największych central związkowych należą NSZZ Solidarność, OPZZ i Forum Związków Zawodowych. Do podstawowych zadań tego rodzaju zrzeszeń należy dbanie o dobro zarówno pracowników, jak i całej firmy.

10 | koncept | listopad 2016

Stereotypowe postrzeganie związków zawodowych ogranicza się zazwyczaj do lansowania teorii na temat roszczeniowych pracowników. Tymczasem coraz częściej zrzeszenia pracownicze nawiązują dialog z pracodawcami. Za dobry przykład niech posłuży polski oddział Volkswagena, w którym pracownicy uczestniczą w procesie kształtowania polityki firmy. Niski procent uzwiązkowienia w Polsce wynika również z obaw pracowników przed zbytnią aktywnością społeczną. Takie podejście jest przede wszystkim efektem przeświadczenia o negatywnym nastawieniu pracodawców do prób budowania samorządności pracowniczej. PODSTAWY PRAWNE Podstawą działania związków zawodowych jest Ustawa z dnia 23 maja 1991 r. o związkach zawodowych. W jej świetle do zrzeszeń mogą przystąpić wszyscy pracownicy bez względu na podstawę stosunku pracy, członkowie rolniczych spółdzielni produkcyjnych oraz osoby wykonujące pracę nakładczą, te zatrudnione na podstawie umowy agencyjnej, emeryci i renciści oraz bezrobotni. W 2015

Przystąpienie do związku zawodowego niesie ze sobą wiele korzyści, obarcza jednak odpowiedzialnością za wpływanie na wizerunek i działalność danej firmy. r. doszło do poważnej zmiany w możliwościach przystępowania do związków zawodowych. Trybunał Konstytucyjny orzekł niekonstytucyjność zapisów prawnych dotyczących ograniczania udziału w związkach zawodowych pracowników zatrudnionych na etacie. Zmieniający się rynek pracy powoduje, że coraz mniej z nas może pochwalić się umową o pracę. Możliwość zrzeszania się pracowników zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych znacząco przyczyni się do poprawy warunków pracy wielu z nich. W art. I ustawy o związkach możemy

przeczytać, że związek zawodowy jest dobrowolną i samorządną organizacją ludzi pracy powołaną do reprezentowania i obrony ich praw, interesów zawodowych i socjalnych. Obok ustawy o związkach zawodowych działalność tego typu zrzeszeń reguluje również Kodeks pracy. W obu tych aktach prawnych zapisane są uprawnienia związków, należą do nich m.in.: prawo do strajku, prowadzenia rokowań zbiorowych i zawierania układów oraz wspieranie indywidualnych praw pracowników. DIALOG SIĘ LICZY Niezwykle ważnym instrumentem w działaniach na rzecz porozumienia między pracodawcami a pracownikami jest Ustawa z dnia 24 lipca 2015 r. o Radzie Dialogu Społecznego i innych instytucjach dialogu społecznego. Dzięki niej możliwe jest tworzenie forum dialogu trójstronnego oraz wytworzenie warunków do współpracy pracowników, pracodawców i strony rządowej w przypadku konfliktów. Najwięcej takich konfliktów powodują oczywiście zapowiedzi zwolnień. Obalmy popularny mit, który wciąż pokutuje w zbiorowej świadomości – sama przynależność do związku nie chroni stosunku pracy. Tym przywilejem objęci są członkowie zarządu danego związku oraz reprezentacja związku przed pracodawcą. Taką ochronę pracownikom daje art. 32 ust. 1 ustawy o związkach dotyczący zakazu wypowiadania i rozwiązywania umowy o pracę bez uprzedniej zgody zarządu organizacji związkowej. Z punktu widzenia szeregowego pracownika znacznie ważniejszy jest wcześniejszy zapis znajdujący się a art. 21. ust. 1. Znajdziemy w nim zapisy o prawie do prowadzenia rokowań zbiorowych oraz zawierania układów zbiorowych pracy, a także innych porozumień przewidzianych przepisami prawa pracy. projekt dofinansowany ze środków programu fundusz inicjatyw obywatelskich


SPOŁECZEŃSTWO

Weganizm – moda czy ratunek? MAJA KĄDZIELA

wegank a, za jmuje się social media

„W jakim stanie duszy czy umysłu (…), człowiek dopuścił się tego, żeby dotknąć wargami krzepnącej krwi i zbliżyć usta do ciała martwej istoty, ten, który zapoczątkował stoły pełne martwych, rozkładających się ciał i postanowił nazwać jedzeniem i pokarmem szczątki, które kilka chwil wcześniej żałośnie ryczały i płakały, ruszały się i żyły” – te słowa przypisywane są Plutarchowi.

J

edni rezygnują z mięsa z powodów zdrowotnych, inni z pobudek moralnych, niektórzy działają pod wpływem mody. Ostatnia motywacja zazwyczaj kończy się wraz z przemijającymi trendami… W przypadku osób decydujących się na weganizm ze względów zdrowotnych to, czy pozostaną przy diecie, zależy od ich umiejętności dostarczania organizmowi wszelkich niezbędnych składników. Choć oczywiście dieta uwzględniająca mięso także musi być odpowiednio skomponowana, aby była dobra dla zdrowia. Motywacja moralna jest silnie związana z naszymi przekonaniami, a te trudno zmienić. ZASŁUGA MEDIÓW Dlaczego ostatnio tak dużo się mówi o weganizmie? Czemu stał się tak popularny? W dużej mierze zawdzięczamy to mediom społecznościowym. Grupy wegańskie oraz grupy obrońców zwierząt są bardzo dobrze zorganizowaną i mocno obecną w „social media” społecznością. Najwięcej przywoływanych dziś w dyskusjach argumentów dotyczy zagadnienia

niehumanitarnego traktowania zwierząt w chowie przemysłowym i związanych z tym kwestii zdrowotnych. Zwierzęta hodowane na mięso trzyma się w ciasnych klatkach, samice są regularnie sztucznie zapładniane. Małe są odbierane matkom w kilka w dni po porodzie, choć więź emocjonalna u ssaków jest mocno rozwinięta. Kury mają obcinanie dzioby, a wszystkie zwierzęta przez całe życie nie widzą słońca, nie mają dostępu do świeżego powietrza, ich smutne życie kończy się transportem do rzeźni, gdzie, widząc śmierć swoich towarzyszy, doskonale wiedzą, co je czeka. W Polsce są też mniejsze gospodarstwa, w których zwierzęta żyją w nieporównywalnie lepszych warunkach, ale ich życie także kończy się ubojem. Humanitarnym. Ale czy ubój może być humanitarny? Czy „hodowanie” kogoś od urodzenia tylko po to, żeby go zabić, może nosić w sobie jakiekolwiek znamiona człowieczeństwa? MIĘSNE EMOCJE Wybór weganizu ze względów zdrowotnych wywołuje niemałe emocje. W październiku 2015 roku WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) wpisała mięso na listę czynników rakotwórczych. Mięso znalazło się obok papierosów, azbestu i spalin. Potwierdzono 34 tysiące zgonów z powodu nadmiernego spożywania mięsa. Badań dostarczających argumenty „za” i „przeciw” wegańskiej diecie są pewnie tysiące. Jednak z większości wynika, że weganie są zdrowsi od osób spożywających mięso. Często wiąże się to z ogólnie zdrowszym trybem życia – osoby niespożywające mięsa częściej czytają składy produktów, zwracają uwagę na odpowiednie bilansowanie posiłków, wybierają mniej przetworzoną żywność.

PORTFEL DECYDUJE Przemysłowy chów zwierząt wiąże się z chciwością. Chcemy więcej i taniej, a producenci nam to dają. Efektem jest odarcie zwierząt z godności. Może gdybyśmy spożywali mniej, chów przemysłowy straciłby rację bytu. Może kupując mięso czy jajka, nie powinniśmy dziwić się, że „tamto” jest takie drogie, tylko zastanowić się czemu „to” jest takie tanie. Każdego dnia, robiąc zakupy, oddajemy nasz głos na gorszy lub lepszy los zwierząt. CZY TRUDNO BYĆ „WEGE”? Jeśli myślimy o ofiarach, to nie. Dziś wielość wegeproduktów jest naprawdę duża. W Polsce mamy do wyboru kasze, warzywa, owoce, przyprawy. Rynek produktów wegańskich jest bardzo szeroki. Asortyment skierowany do wegan możemy znaleźć w lokalnych sklepikach, supermarketach, w sklepach stacjonarnych i internetowych z wyłącznie wegańską żywnością. W miastach są restauracje i knajpki oferujące tylko potrawy wegańskie – od burgerów po wykwintne dania. Grupy promujące weganizm są bardzo aktywne w mediach społecznościowych. Wiele osób potwierdza, że o traktowaniu zwierząt rzeźnych dowiedziało się właśnie z Facebooka czy Twittera. Powstają grupy, w których można się poradzić, jak zacząć swoją przygodę z weganizmem albo poprosić o szybki przepis na obiad. Wiele osób mówi, że skoro nie można uratować wszystkich zwierząt, to nie warto rezygnować z mięsa. Jako wegetarianka od 15 lat i weganka od 2, mogę z pełną świadomością powiedzieć, że warto. Widzisz 20 rozbitków i możesz uratować tylko 2 – co robisz? Nie ratujesz tych 2, a o pozostałych nie mówisz innym, żeby nie ruszyli im na ratunek?

11


SPOŁECZEŃSTWO

Weganizm wymaga rozmowy MONIKA WIŚNIOWSKA

dziennik ark a i pasjonatk a mediów społecznościowych

Idea walki o prawa zwierząt jest szczytna. Warto jednak zastanowić się nad tym, czy zamiast odmawiać sobie burgera, nie lepiej zaangażować się w działania, które mają realny wpływ na poprawę warunków życia zwierząt.

Z

ogromną energią toczy się dyskusja między zwolennikami i przeciwnikami jedzenia mięsa. Pewne argumenty są niepodważalne – karygodne jest przewożenie i ubój zwierząt w koszmarnych warunkach, karygodne jest bezsensowne cierpienie zwierząt. Nie ma tu miejsca na dyskusję. Ale być może warto zastanowić się raczej nad poprawą (systemową, prawną?) warunków życia i uboju zwierząt, zamiast tak znacząco minimalizować dietę? W przypadku weganizmu nie mówimy przecież jedynie o rezygnacji z mięsa, lecz także z ryb, jajek czy mleka. Hodowanie kur czy krów jest przecież możliwe w dobrych warunkach (i wiele firm tak robi), a dzięki temu możemy dostarczyć do organizmu wiele potrzebnych produktów. RYZYKO JEST SPORE Dlaczego na własne życzenie ograniczać pokarmy zawierające na przykład witaminę D, białka, żelazo czy witaminę B? Jak pisze dietetyk mgr inż. Milena Rogowska, “Wadą diety wegańskiej jest również fakt, że nie dostarcza ona organizmowi wszystkich substratów budulcowych czyli aminokwasów (choć w dzisiejszych czasach udaje się to uzupełnić sztucznymi preparatami). Naturalne produkty roślinne, nawet te bogate w białko, nie zapewniają odpowiedniej ilości

12 | koncept | listopad 2016

wszystkich niezbędnych składników”. Po co ryzykować – szczególnie w przypadku dzieci, kobiet w ciąży, karmiących albo osób uprawiających sport wyczynowo? Jednym z podstawowych problemów tej diety jest konieczność poświęcania ogromnej uwagi temu, co akurat planujemy zjeść. Warto zastanowić się nad tym, czy dysponujemy czasem i, co równie ważne, czy chcemy go w ten sposób spożytkować. Walczyć z cierpieniem zwierząt

Weganie żyją dłużej – to kolejny mit na temat tego stylu życia. można przecież skuteczniej niż przeglądanie etykiet kupowanych produktów czy studiowanie przez godzinę karty dań w restauracji. Może lepiej zaangażować się w działalność organizacji walczących o prawa zwierząt? Może pomóc w schronisku? Istnieje przecież wiele scenariuszy, a w każdym z nich w namacalny sposób wpłyniemy na poprawę losu zwierząt. DZIĘKUJĘ, NIE JEM Zgadzam się, istnieją specjalne restauracje wegańskie, gdzie nie ma tego problemu, ponieważ menu dostosowane jest do odwiedzających. Kłopot w tym, że najczęściej można je spotkać w dużych miastach, gdzie grupa osób zainteresowanych tego rodzaju dietą jest odpowiednio liczna. Co w przypadku wsi i małych miasteczek? Pozostaje gotowanie w domu i brak wyjść ze znajomymi? Warto też pomyśleć nad jeszcze innym wątkiem, jakim są podróże. Duża część młodych ludzi je lubi – chcemy poznawać nowe miejsca, kulturę, zwyczaje. A one bardzo często związane są z lokalną

gastronomią. Czy będziemy pytać za każdym razem kelnerów i pracowników hoteli o to, czy aby w tej sałatce nie ma niczego pochodzenia zwierzęcego? Dość trudna sprawa, szczególnie jeśli nie znamy języka danego kraju i zmuszeni jesteśmy do posługiwania się łamanym angielskim, który jest jedyną opcją pozwalającą na komunikację. Nie mówiąc już o tym, że czasem spróbowanie lokalnych potraw staje się elementem okazywania sympatii i szacunku gospodarzowi. BĘDĘ ŻYĆ DŁUŻEJ? Weganie żyją dłużej – to kolejny mit na temat tego stylu życia. Rzeczywiście, co chwilę można spotkać się z wynikami badań, które wskazują na to, że rezygnacja z mięsa ma pozytywny wpływ na ludzkie zdrowie. Najczęściej jednak naukowcy skupiają się jedynie na rezygnacji z samego mięsa (a nie ze wszystkich produktów pochodzenia zwierzęcego). Wiele badań mówi ponadto, że wystarczy jeść chude mięso w niezbyt wielkich ilościach, a wtedy będzie ono miało pozytywny skutek zdrowotny. Warto wziąć pod uwagę jeszcze jeden fakt – weganizm jako styl odżywania wymaga ogromnej ilości uwagi i czasu, a co za tym idzie, jeśli ktoś się na to decyduje, bardzo często jest to po prostu logiczna konsekwencja prowadzenia zdrowego stylu życia i uprawiania sportu albo jeden z wielu elementów “stawania się fit”. Jeśli ktoś postanawia tak radykalne zmienić styl życia, ma bardzo duże szanse na pozytywny skutek zdrowotny. Idea ratowania świata brzmi dumnie – bez wątpienia. Chęć pomocy zwierzętom jest jeszcze bardziej szczytna. Pytanie tylko, czy nie ma skuteczniejszych sposobów, niż ograniczanie się do własnej lodówki. Może jednak lepiej wyjść z domu i po prostu zacząć działać?


NZS

Studenci ruszają na podbój kosmosu JUSTYNA PELC

Studentk a Automat yki i Robot yki, związana z Niezależnym Zrzeszeniem Studentów

Semestr rozpoczął się na dobre i wielu z was przemknęło pewnie przez myśl słynne: „A może by to rzucić i pojechać w Bieszczady?”. Ale Bieszczady to za mało dla studentów Politechniki Wrocławskiej. Oni celują wyżej – w Marsa!

E

lon Musk udowadnia, że dziecięce marzenia o podbojach kosmosu można przenieść w dorosłość. Podczas gdy jego firma SpaceX pracuje nad rakietami, które znacząco obniżą koszty wynoszenia ładunków w przestrzeń kosmiczną, żacy z Politechniki Wrocławskiej już zastanawiają się, jak można to wykorzystać. A plany mają ambitne! Poznajcie cztery ekipy, które badają możliwości otwierające się przed nami na innych planetach. ZAWODY ŁAZIKÓW MARSJAŃSKICH Projekt Scorpio to młode koło naukowe – istnieje dopiero 5 lat, a już może pochwalić się sukcesami na prestiżowych zawodach University Rover Challenge w USA. Studenci pracują nad budową łazików marsjańskich, które mają służyć do eksploracji tej planety. Na konstruowaniu pojazdów ich zadanie się jednak nie kończy. Każdy wynalazek należy przecież przetestować. Dlatego rok w rok wybierają się na pustynię w stanie Utah, gdzie konkurują z innymi drużynami na URC. Konkurencji jest wiele – sprawdzane

ZESPÓŁ PROJEKTU SCORPIO PODCZAS UNIVERSITY ROVER CHALLENGE W USA

są wszystkie te wymogi, które taki robot musi spełnić, a budżet jest ograniczony – według zasad konkursu koszt konstrukcji musi się mieścić w 15 000 $. Dla Scorpio nie ma jednak rzeczy niemożliwych! ZASOBY NATURALNE W KOSMOSIE Studenci z DREAM Project chcą rozwi-

Skoro chcemy Marsa eksplorować, to dlaczego na nim również nie zamieszkać? Z takiego założenia wyszli studenci ze Space is more. jać górnictwo w przestrzeni kosmicznej. Brzmi abstrakcyjnie? Nie dla nich. W tym celu badają proces wiercenia w warunkach kosmicznych. W ramach międzynarodowego programu stworzonego przez Europejską Agencję Kosmiczną, REXUS/ BEXUS (Rocket/Baloon EXperiment for University Students), przeprowadzają eksperymenty na pokładzie rakiety suborbitalnej, która wznosi się na wysokość 100 km. Wyniki tych badań dają im podstawę do dalszej pracy nad procesem wiercenia i zachowania urobku. PRZESTRONNE MIESZKANKO NA MARSIE

Skoro chcemy Marsa eksplorować, to dlaczego na nim również nie zamieszkać? Z takiego założenia wyszli studenci ze Space is more. Wierzą, że zasiedlenie Marsa to nie odległe science fiction, lecz najbliższa „DREAM PROJECT” przyszłość i pracują nad konstrukcjami umożliSilniki rakiety REXUS mogą dostać się w przewiającymi długotrwałe strzeń kosmiczną w mniej niż dwie minuty. przebywanie ludzi na W projekcie DREAM cały lot zajmuje mniej niż 6 powierzchni Czerwonej minut, a drużyny mają tylko 120 sekund na przebyPlanety. Zaprojektowanie ich konstrukcji w warunkach mikrograwiwane przez zespół tacji. Cały eksperyment musi więc zająć mniej niż młodych naukowców 2 minuty.

habitaty, czyli specjalne kompleksy mieszkalne, naprawdę robią wrażenie! Dzięki ich pracy życie na Marsie może nie będzie jeszcze wycieczką do pięciogwiazdkowego hotelu, ale staje się już realną możliwością, a nie tylko futurystyczną mrzonką. CIĄGLE ZA MAŁO Trzy zespoły, zupełnie różne obszary badań, a jednak coś ich łączy – wszyscy mają głowy w chmurach. Wydawałoby się, że każdy zainteresowany tematyką kosmiczną student Politechniki Wrocławskiej znajdzie miejsce dla siebie w jednej z ekip. Innego zdania był jednak Grzesiek, który postanowił w tym roku akademickim założyć PWr Into Space. Jak sam twierdzi, chce pogłębić swoją wiedzę z zakresu eksploracji kosmosu, technologii satelitarnych i rakietowych. Koło dopiero rusza, ale członkowie już mają wielkie plany – prace nad balonem stratosferycznym. Ich mentorem jest Paweł Kabacik, przewodniczący zespołu dostarczającego system telekomunikacyjny dla satelity European Student Earth Orbiter, która ma zostać wyniesiona na orbitę w 2018 roku. Na razie więc będą obserwować zespół pracujący przy ESEO by, jak sami twierdzą, zdobyć niezbędną wiedzę. Planują także nawiązać kontakt z innymi kołami zajmującymi się podobną tematyką z Polski i Europy. ODLEGŁE MARZENIA CZY RZECZYWISTOŚĆ? Fascynacja kosmosem dosięgła nawet Politechnikę Wrocławską. I dobrze! Studenci udowadniają, że to, co dziś wydaje się nam być jeszcze nieosiągalne, jest tak naprawdę w zasięgu ręki. Trzecia edycja Konkursu Konstrukcji Studenckich KOKOS się zbliża, a te ekipy pokazują, że istnieje na naszych uczelniach wiele zespołów, które mają się czym pochwalić. Jako NZS zapraszamy i trzymamy kciuki za dalsze sukcesy!

13


WYWIAD NUMERU

Nie ma podróży bez pasji ROZMOWA Z JACKIEM PAŁKIEWICZEM O życiu odkrywcy w dobie globalizacji, Nowym Jedwabnym Szlaku i pierwszych w życiu wakacjach z Jackiem Pałkiewiczem, podróżnikiem, odkrywcą i członkiem brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, rozmawia Agnieszka Niewińska. Agnieszka Niewińska: Kiedy czytam listę pana wypraw i doświadczeń, choćby tych związanych z pracą w kopali diamentów w Sierra Leone czy złota w Ghanie, mam wrażenie, że to gotowy scenariusz na film. Kiedy postanowił pan, że zostanie podróżnikiem? Jacek Pałkiewicz: Pamiętam głównie opowiadania swojej mamy na ten temat, bo moja droga do kariery podróżniczej miała swój początek w dzieciństwie. Nie chodziłem jeszcze do szkoły, gdy ciocia czytała mi dostępne książki podróżnicze. Od taty dostałem globus i podróżowałem po nim palcem. Egzotyczne nazwy jak Timbuktu czy Samarkanda leżąca na starożytnym Jedwabnym Szlaku utkwiły mi w pamięci i już jako dziecko marzyłem o tym, żeby tam pojechać. Kiedy do domu przychodzili goście i pytali mnie, kim chcę być, jak dorosnę, odpowiadałem, że będę podróżnikiem. Nawet nie, że chcę nim zostać, tylko że nim będę. Pana pierwsze większe wyprawy to lata 70. Wówczas wyjazdy nie były tak proste jak dziś. Transport lotniczy nie był rozpowszechniony, dla Polaków wszystko było drogie… Przede wszystkim problemem było zdobycie paszportu. A kiedy się już go miało, to można było wywieźć z kraju pięć dolarów. Nie było ani tak dostępnego transportu jak dzisiaj, ani sprzętu, komputera, Internetu czy kart płatniczych. Kiedy w 1975 roku samotnie przepływałem szalupą ratunkową Atlantyk, miałem tylko kompas. Nikt nie wyobrażał sobie, że powstanie jakiś GPS. W Afryce, gdy chciałem się z kimś skontaktować, szedłem na pocztę, podawałem numer telefonu w Polsce, tłumaczyłem, że to w Europie, że sąsiadujemy z Rosją. Gdy pytałem, kiedy możliwe będzie połączenie, dowiadywałem się, że może za godzinę, może za trzy, a może następnego dnia.

14 | koncept | listopad 2016

Ale paradoksalnie chyba kilkadziesiąt lat temu łatwiej było stać się podróżnikiem. Dziś jest już niewiele miejsc do odkrycia i opisania. Wówczas potrzebna była pasja do tego, by w ogóle się ruszyć, znaleźć sposób na wyjazd. Dzisiaj tej pasji tak wiele nie potrzeba, bo wszystko mamy podane na tacy. Świat się skurczył. Dwa lata temu zjadłem śniadanie w Warszawie, obiad w Lizbonie, kolację w Buenos Aires i nocowałem w Montevideo. Tymczasem mój tata w latach 30. do Ameryki Południowej płynął statkiem miesiąc. Dziś w Europie nie ma granic, zdobycie wizy na jakiś dalszy wyjazd jest bardzo proste, a koszty nie są już tak duże. Dawniej daleko od kraju spotykałem Polaka może raz na rok, dzisiaj rodacy są w każdym zakątku globu. Uważam jednak, że i teraz potrzebna jest chociażby minimalna doza pasji, bo bez tego trudno wrócić zadowolonym z wyjazdu. Potrzebna jest do tego, by w odwiedzanym miejscu znaleźć coś niebanalnego, wyjść poza zapchane turystyczne ścieżki, spotkać miejscową ludność, spróbować lokalnej kuchni. Dziś w odległych zakątkach świata proponowane nam jedzenie to pizza i McDonald’s. Niedawno byłem z rodziną w Laosie. Nie mogliśmy znaleźć w pobliżu innego lokalu jak tylko taki z kebabem. W dodatki okazało się, że arabskie danie w Laosie przygotowuje przybysz z Buenos Aires.

Co zrobić, by podczas podróży zobaczyć kawałek prawdziwego życia? Trzeba sobie najpierw wszystko dobrze zaplanować. Jeszcze przed wyjazdem? Tak. Organizacja wyjazdu to temat podstawowy. Jeśli ktoś się do tego nie zabierze, ryzykuje, że straci czas, wróci bez żadnego wyniku i niezadowolony. Nie raz o mnie mówią, że ponieważ urodziłem się w Niemczech, to wyprawy organizuję z pruską dokładnością. Ja wolę przesadę niż zdanie się na szczęście. O tym, jak ważna jest organizacja, świadczy taka scenka. Jurek Kukuczka zaprosił mnie kiedyś na zimową, a więc bardzo trudną wyprawę na Annapurnę. Lecieliśmy samolotem, kiedy Jurek powiedział: „Jacek, ja to już jestem na szczycie”. Wyjaśnił, że po raz pierwszy mógł zaplanować wyprawę perfekcyjnie, w najdrobniejszych szczegółach, więc od szczytu dzielił go krok. Skrupulatne przygotowanie to podstawa. I nie musi to być wyprawa w Himalaje. Wyjazd w Bieszczady czy nad polskie morze też dobrze jest zaplanować w każdym szczególe. Pan właśnie planuje wyprawę Nowy Jedwabny Szlak, która wyruszy w czerwcu 2017 roku. Nawiązuje ona do historycznego Jedwabnego Szlaku, a jeszcze silniej do

Z PRYWATNEGO ARCHIWUM. WYPRAWA DO PLEMIENIA JARAI W PROWINCJI PLEJKU (WIETNAM), 2001 ROK.


Foto - Marta Rybicka, Horizon Agency

WYWIAD NUMERU

inicjatywy prezydenta Chin Xi Jinpinga, który rzucił ideę zbudowania sieci korytarzy transportowych i handlowych z Chin do Europy. Projekt ma szanse popchnięcia polskiej gospodarki do przodu. Prezydent Duda już w zeszłym roku podpisał w Chinach stosowną umowę. Nasz kraj to niezwykle interesujący partner dla Chin dlatego, że jest bramą do Europy. Przeanalizowałem wszystko i doszedłem do wniosku, że daje to możliwości szerszego zaprezentowania Polski. Postanowiłem zorganizować wyprawę – dwa miesiące i konwój samochodów, który jedzie z Chin. W każdym mijanym kraju spędzamy 7-10 dni i pokazujemy tam Polskę. Projekt spodobał się od razu w MSZ, które objęło go patronatem podobnie jak Ministerstwo Rozwoju oraz Ministerstwo Infrastruktury. Dziś stawia pan sobie właśnie takie wzywania jak promocja Polski? Dwadzieścia lat temu bym się tym nie zajął, bo były rzeczy bardziej intrygujące – miejsca, w których nie byłem, jakieś nowe odkrycia. Nawet nie przyszłaby mi taka myśl do głowy, żeby zająć się PR-em Rzeczypospolitej na świecie, choć powiewałem polską banderą. A Nowy Jedwabny Szlak to wyzwanie nie mniejsze niż samotna wyprawa przez Atlantyk. Niedawno wicepremier Piotr Gliński powiedział, że należy wzmocnić walkę o wizerunek Polski, nie skrywając przy tym, że „tworzenie polskiej marki to jednak skomplikowana misja”. I chyba się nie pomylił, bo mimo że w maju zaczął pracę

międzyresortowy zespół do koordynowania takich działań, mimo że powstaje Polska Fundacja Narodowa i wymieniono kierownictwo Departamentu Dyplomacji Publicznej MSZ i zwolniono połowę dyrektorów podległych mu instytutów polskich, to efektów kreowania polskiej marki wciąż nie widać. Ja chcę pokazać, że nie potrzeba ogromnego aparatu, żeby dobrze sprzedać Polskę. Jest pan autorem kilkudziesięciu książek. Ostatnio głośno jest o wywiadzie-rzece. Tomasz Michniewicz, który go przeprowadził, ogłosił, że wycofał się pan z projektu, nie zaakceptował pan spisanego już materiału. Dlaczego? Nie zaakceptowałem, bo autor narzucił swoje poprawnie politycznie spojrzenie na islamizację Europy. Tracił instynkt samozachowawczy i naiwnie kwestionował inwazję islamską, naruszanie naszych wartości, które oburzają każdego człowieka z ulicy. Dołączył do brukselskich oszustów, którzy nie potrafią obronić cywilizacji europejskiej przed islamem niezgodnym z modelem naszej egzystencji. Wolą nie drażnić wrażliwości muzułmańskiej. Lepiej jest narzucić wymuszoną propagandę i przekłamane analizy naukowe. Ostatnia pana książka dotyczy Dubaju. Skąd pomysł, by opisać właśnie to miejsce? Książka powstała za sprawą mojej żony Lindy. Nigdy nie byliśmy na prawdziwych wakacjach. Linda uznaje tylko pięciogwiazdkowe wyjazdy, a u mnie z tymi

gwiazdkami było różnie. Jeździliśmy na kilka dni do Paryża, Barcelony czy Istambułu, ale to nie były normalne wakacje. Żona biegała po muzeach, a mnie to nie interesuje, więc spotykaliśmy się tylko na kolacji. Kiedy w 37. rocznicę ślubu wszedłem do domu, zobaczyłem wielki bukiet kwiatów z bilecikiem „Dla siebie samej. Z szacunkiem, Linda”. Te kwiaty tak mnie wzruszyły, że postanowiłem wyjechać z żoną w podróż życia. Zwłaszcza, że rok wcześniej obiecywałem jej to na kolanach. Padło na Azję południowo-wschodnią. Była biznes klasa w samolocie, odwiedziliśmy Bali i Dubaj. Ostatnie trzy dni mieszkaliśmy w ekskluzywnym Burdż al-Arab – to był element wyjazdu, który dodał mu splendoru. Bałem się nawet, że żona będzie chciała wrócić do tego hotelu, ale kiedy jeszcze byłem pogrążony w tych myślach powiedziała, że na takie wakacje można sobie pozwolić raz w życiu. Odetchnąłem. I na „wakacjach życia” powstała książka o Dubaju? Musiałem tam pojechać jeszcze kilkukrotnie, żeby zebrać materiał, ale więcej już się tam nie wybiorę. Za to, co napisałem o Dubaju, grozi mi tam kilka ładnych lat więzienia. projekt dofinansowany ze środków programu fundusz inicjatyw obywatelskich

15


KULTURA

Od Żółtego Chłopca po superbohaterów

MARTYNA KOŚKA

prawnik , współpracuje z portalem obserwatorfinansowy . pl

Wszystko zaczęło się, gdy w 1895 roku w amerykańskiej gazecie „The New York World” ukazał się mały czarno-biały rysunek przedstawiający grupę dzieci, z których jedno, chłopiec, ubrany był w sięgającwą do ziemi koszulę.

C

zytelnicy szybko polubili malca, więc jego twórca, rysownik Richard Felton Outcault, wymyślił serię przygód chłopca znanego później jako „The Yellow Kid” – bo z czasem rysunki stały się kolorowe i chłopiec przywdział żółtą koszulę. Ku zaskoczeniu wydawców gazety okazało się, że dobrze napisany komiks może zachęcać klientów do kupna gazety tak samo skutecznie, jak ciekawy artykuł, wobec czego od początku XX wieku komiksy stawały się stałymi częściami gazet. BOGATE POLSKIE TRADYCJE W naszym kraju komiksy – zwane kiedyś filmami obrazkowymi lub historyjkami w obrazkach – pojawiły się w okresie międzywojennym. Kierowane były przede wszystkim do dorosłych, choć zdarzały się wyjątki takie jak czytane do dziś przygody Koziołka Matołka z 1932 roku. W latach powojennych władze miały nieprzychylny stosunek do komiksu, widziały w nim środek amerykańskiej propagandy. Mimo to w okresie PRL-u komiks przeżywał okres świetności, a wiele powstałych wtedy komiksów zyskało status kultowych. Choć część z nich przeznaczona była dla dzieci („Kajtek i Koko”, „Tytus, Romek i A’Tomek”, „Podróż Smokiem Diplodokiem”), to zawierały treści na tyle uniwersalne, że czytali je również dorośli. Z czasem władze przekonały się do tej formy i zaczęły ją wykorzystywać do przekazywania swoich treści, czego najlep-

16 | koncept | listopad 2016

szym dowodem jest cieszący się ogromną popularnością kolorowy zeszyt (słowo „komiks” jeszcze się wtedy nie przyjęło) z przygodami kapitana Żbika. Postać nieustraszonego funkcjonariusza milicji obywatelskiej miała zbudować pozytywny obraz tej instytucji w oczach młodych ludzi. Czasy się zmieniły, milicja od blisko trzech dekad nie istnieje, ale kapitana Żbika wciąż wielu ludzi kojarzy, nawet

„Polski komiks ma się bardzo dobrze. Mamy mnóstwo gatunków na rodzimym rynku – od baśni przez superherosów, horror, aż po komedie.” jeśli nie czytali o nim historyjek. Niech to będzie dowodem na magię komiksu. Zainteresowanie komiksami z biegiem czasu wcale nie zmalało. „Polski komiks ma się bardzo dobrze. Mamy mnóstwo gatunków na rodzimym rynku – od baśni przez superherosów, horror, aż po komedie. Coraz więcej wydawnictw wspiera młode talenty, publikując ich prace” – wyjaśnia Paweł Kicman z komiksowego portalu Panteon. Najbardziej znanym za granicą polskim rysownikiem jest Grzegorz Rosiński, który współtworzył serię przygód Thorgala. Szansą na większe zaistnienie artystów na arenie międzynarodowej jest współpraca z zagranicznymi wydawnictwami (tak zrobili np. Z. Dzierżawska czy duet T. Leśniak i R. Skarżycki) oraz działanie polskich wydawców poza krajem. Najlepszym przykładem jest specjalizujące się w komiksach polskich i środkowoeuropejskich wydawnictwo Centrala, które przeniosło siedzibę do Londynu właśnie po to, by przybliżyć Brytyjczykom twórczość naszych artystów.

ŚWIAT POKOCHAŁ SUPERBOHATERÓW W USA komiks ma rangę niemal sztuki narodowej. Wydawnictwa „sprzedały” wielu komiksowych bohaterów daleko poza granice kraju i dzięki temu są one znane na całym świecie. Najwięcej emocji wzbudzają superbohaterowie. Pierwszym z nich był Superman, który pojawił się na kartach magazynu „Action Comics” w 1938 roku. Superbohaterem może też być kobieta – od 1941 roku fani śledzą przygody Wonder Woman, która, walcząc ze złym traktowaniem kobiet i udowadniając, że kobieta może dorównać w boju i zręczności mężczyźnie, dołączyła do popkulturowych ikon feminizmu. Zapytany, skąd bierze się popularność superbohaterów, Paweł Kicman wskazuje, że komiks superbohaterski to szerokie pojęcie, w którym można zmieścić historie z przeróżnych gatunków. „Znajdzie tu coś dla siebie zarówno miłośnik kryminału, postmodernistyczny intelektualista, a także niedzielny czytelnik, który chce się niezobowiązująco rozerwać” – wyjaśnia. REKORD FINANSOWY Wspomniany już magazyn „Action Comics”, a konkretnie jego pierwszy numer (czyli ten, w którym po raz pierwszy pojawił się Superman), jest najbardziej pożądanym komiksem świata. W 1938 roku wydano go w 200 tysiącach egzemplarzy. Do naszych czasów zachowało się ich niewiele i dziś na aukcjach osiągają bajońskie sumy. W 2014 roku na portalu eBay sprzedano egzemplarz „Action Comics”, który nie dość, że liczył sobie 76 lat, to jeszcze został wystawiony w praktycznie niezniszczonym stanie. Nabywca zapłacił za niego ponad 3 miliony dolarów, dzięki czemu zeszyt stał się najdroższym komiksem świata.


KULTURA

Łódź polską stolicą komiksu ROZMOWA Z ADAMEM RADONIEM, DYREKTOREM MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU KOMIKSU I GIER W ŁODZI

O

polskich komiksach, fascynacji Papciem Chmielem oraz pracach nad stworzeniem Centrum Komiksu i Narracji Interaktywnej z Adamem Radoniem, dyrektorem Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi, rozmawia Martyna Kośka. Martyna Kośka: Czy polskie komiksy są rozpoznawalną marką na świecie? Adam Radoń: O ile polscy artyści zdecydowanie cieszą się dużą popularnością i są rozpoznawani przez czytelników komiksów na całym świecie, o tyle polskiego stylu tworzenia komiksów się nie doczekaliśmy. To, co dzieje się w polskim komiksie, jest inspirowane trendami w komiksach tworzonych w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. To konsekwencja wydarzeń historycznych – gdy Włosi tworzyli tradycję fumetti, my mieliśmy w kraju socjalizm i nasze komiksy były podporządkowane realizacji określonych zadań. W tamtych czasach wykształciło się też rozumienie komiksu jako czegoś pejoratywnego; „komiksowy” znaczyło śmieszny, zły. Na szczęście to się zmienia i do tej zmiany percepcji w dużej mierze przyczynił się Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi. Jak wygląda dziś branża komiksowa w naszym kraju? Rynek wydawniczy wciąż rośnie. Widać to choćby po tym, że co roku przyjeżdżają na festiwal nowe wydawnictwa, które albo drukują zagraniczne komiksy na licencjach, albo wydają autorów krajowych. W tym roku mieliśmy ponad stu

wystawców. W tym momencie w Polsce wydaje się tak wiele tytułów, że chyba nie ma nikogo, kto byłby w stanie je wszystkie przeczytać. Niech to świadczy o rozmiarach rynku. Potentatem jest wydawnictwo Egmont, które w Polsce w serii „Klub Świata Komiksu” wydało już 1000 tytułów. Coraz odważniej depczą mu po piętach polscy wydawcy i niezmiernie mnie to cieszy. Gdybyśmy mieli stworzyć listę najważniejszych polskich komiksów, takich, które najbardziej przyczyniły się do rozwoju tej branży, to co by się na niej znalazło? To bardzo niewdzięczne pytanie do dyrektora Festiwalu Komiksów, bo trudno mi oceniać – wielu twórców znam przecież osobiście, więc nie podejmę się takiego wypunktowania. Komiksy czytam od dziecka i gdyby miał wybrać te, do których czuję największy sentyment, to z cała pewnością będą to komiksy autorstwa Henryka Jerzego Chmielewskiego, czyli Pacia Chmiela. Łączy mnie z nim wiele wspomnień, w przeszłości współpracowaliśmy. Obecnie pracujemy nad wielką wystawą poświęconą twórczości Papcia. Za rok zostanie ona zaprezentowana na Festiwalu. Chcemy przygotować sektory, z których każdy będzie poświęcony jednej wybranej książeczce. W pierwszej kolejności musimy wybrać te, które chcemy zaprezentować. Wystawa będzie w pełni interaktywna. I wszystko wskazuje na to, że pokażemy ją w superscenerii nowego miejsca w Łodzi, EC1 Łódź – Miasto Kultury.

Festiwal od kilkunastu lat odbywa się w Łodzi. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że Łódź to polska stolica komiksu? Jestem o tym przekonany. Z Łodzi pochodzi wielu uznanych twórców, pozwolę sobie wspomnieć o Przemku Truścińskim (znanym jako „Trust”), Krzysztofie Ostrowski, Tomaszu Tomaszewskim, Marcinie Podolcu, Adrianie Madeju. Łódź jest ponadto chyba jedynym w Polsce miejscem, w którym można się profesjonalnie uczyć tworzenia komiksów. Na Akademii Sztuk Pięknych działa pracownia komiksu, można też skorzystać z oferty studiów podyplomowych; mam przyjemność prowadzić tam zajęcia. I to wszystko dzieje się, o ironio, na uczelni imienia Władysława Strzemińskiego, którego twórczość była bardzo daleka od estetyki komiksowej! Jeśli ktoś chce się kształcić w kierunku tworzenia komiksów, to powinien, a nawet musi, wybrać Łódź. Wkrótce miasto wzbogaci się o kolejne ważne dla komiksu miejsce. Przystępujemy do prac nad utworzeniem Centrum Komiksu i Narracji Interaktywnej, w którym będziemy kształcić w zakresie tworzenia komiksów i multimediów z naciskiem na rozrywkę i projektowanie aplikacji. Oferta będzie skierowana do ludzi w różnym wieku. Jeśli chodzi o pracę z młodymi osobami, to zależy nam na tym, by weszły w dorosłość z tymi umiejętnościami, bo to dziś bardzo ważne. Centrum zostanie ukończone do 2018 roku. Już mamy koncepcję tego miejsca. Jesteśmy bardzo dumni, bo to pierwsza taka instytucja w Polsce i, w tej formule, także w Europie.

17


PODRÓŻE

Tylko nie jedź do Kabulu GRZEGORZ KRÓL

dziennikarz , turysta , „ peron 4. pl ”

prowadzi portal

G

dzie jedziesz? Do Afganistanu? – spytał, przybierając groźną minę, uzbrojony po zęby irański żołnierz. – To ty żaden turysta nie jesteś, tylko agent secret service – nagle zaczął się śmiać. – Nic się nie martw, wszyscy tu będą twoimi przyjaciółmi. To było późnym wieczorem na granicy turecko-irańskiej. Za żelazną bramą przywitały mnie portrety Chomeiniego, telewizory nadające mecz krykieta i informacje z Al Jazeery oraz celnicy z ciekawością oglądający paszport z orzełkiem w koronie. Nie było powodu, żeby nie wierzyć ostatnim słowom faceta w moro, ciężko jednak było się pozbyć pewnego nieuzasadnionego niepokoju. Wkraczałem w końcu na terytorium okrzyknięte osią zła.

Fot. Grzegorz Król

Afganistan to chyba jedno z ostatnich miejsc na ziemi, które kojarzy się ze słowami „turystyka” i „podróże”. A jednak wystarczy postarać się o wizę. DROGA

świtu do zmierzchu powstrzymują się od jedzenia i picia, nie palą papierosów i nie uprawiają seksu. Nikt się też nigdzie nie spieszy, nie wykonuje zbędnych czynności. Grunt to się nie przemęczać i uzbroić w cierpliwość – bez tego w ogóle szkoda się zapuszczać na wschód. W końcu, po jakichś trzech godzinach granicznych formalności, ruszyliśmy dalej prostą jak strzała drogą rozcinającą na pół ciągnącą się po horyzont pustynię. W oddali majaczyły kamieniste góry, za którymi coraz szybciej zaczęło się chować słońce. Na twarzach towarzyszy, których liczba na granicy nieco wzrosła, widać było coraz większe podniecenie. Gdy tylko świat pogrążył się w mroku, z siat i tobołków zaczęli wyciągać jedzenie – płaskie chleby, jabłka i termosy pełne herbaty. Każdy dzielił, co miał i rozdawał dookoła, żeby wszyscy mogli się nacieszyć posiłkiem. Dziwne? Nie – w końcu byłem w jednym z najgościnniejszych krajów świata, o czym jeszcze nieraz przyszło mi się przekonać.

W Teheranie szybka przesiadka, rozlatująca się taksówka pędząca na dworzec południowy, skąd odjeżdżał autobus do Meszhedu. Stamtąd już tylko niewielki krok, jedna tylko granica dzieli od celu podróży. Następnego dnia nad ranem w załadowanym do połowy wielkimi tobołami autobusie byłem ja i sześciu zaciekawionych tym faktem Afgańczyków. Bus, rzężąc i trzęsąc się, ruszył na wchód. Nie należał do najnowszych, w Polsce już dawno skończyłby na złomowisku, tutaj dzielnie toczył się ku granicy. Wszystko było ospałe. Trwał ramadan, święty miesiąc, w trakcie którego muzułmanie przestrzegają ścisłego postu – od

Fot. Grzegorz Król

LATAWCE

18 | koncept | listopad 2016

Mapa miasta Herat w północno-zachodnim Afganistanie była upstrzona szarymi plamami. Jedne mniejsze, inne całkiem rozległe. To cmentarze, pamiątki po hulających od lat po Afganistanie wojnach. – Najpierw przyszli Rosjanie, później kraj opanowali talibowie. Przez chwilę było spokojnie, ale wojna rozpętała się na nowo – opowiadał starszy mężczy-


PODRÓŻE

TALIBOWIE Pierwsze dni przeznaczyłem na odpoczynek po kilkudniowej podróży i odwiedziny w ogrodzonym wysokim, betonowym murem konsulacie Iranu. Cel: zdobyć wizę tranzytową, dzięki której będę mógł lądem wrócić do Polski. – Trzeba czekać około 10 dni, ale nie powinno być z tym problemu – usłyszałem w miniaturowym okienku, kiedy udało mi się przepchnąć przez otaczający je tłum. Dziesięć dni plus standardowe wschodnie opóźnienie to akurat tyle, żeby wyruszyć w dalszą drogę. Odwiedzić Kabul, zwiedzić prowincję Bamian, zobaczyć śnieg na szczytach Hindukuszu. Pomyśleć łatwo, gorzej z wykonaniem. Autobusy do Kabulu jeździły tylko jedną trasą. Najpierw prowadzi ona na południe, później skręca na wschód do Kandaharu, by stamtąd odbić na północ w kierunku stolicy. Graniczące z Pakistanem prowincje, które przecina po drodze, to tereny, gdzie więcej od lokalnej władzy do powiedzenia mieli talibowie. – Zabiją cię – krótkie zdanie to odpowiedź na pytanie o cenę biletu. Facet, który powinien być jak najbardziej zainteresowany tym, by na mnie zarobić, tylko lekko się uśmiechnął. Nie tak zwyczajnie,

po przyjacielsku. Raczej w sposób, jakby zobaczył wariata. Nie inaczej było u moich gospodarzy. Wieczorem Walid, u którego się zatrzymałem, zawołał mnie do salonu z telewizorem. Zazwyczaj leciały w nim kolorowe produkcje z Bollywood i indyjskie wersje „Idola”. Teraz miałem obejrzeć wiadomości. – Zobaczymy, czy nadal będziesz chciał jechać do Kabulu autobusem – powiedział. Na ekranie szlochająca kobieta w czarnym czadorze. – Dzisiaj rano talibowie zabili jej męża. Wyciągnęli ludzi z autobusu i zaczęli sprawdzać dokumenty. Pracował dla jednej z amerykańskich organizacji, to wystarczyło, by go rozstrzelać. W telewizji nowe obrazy. Jak w jakimś makabrycznym teledysku przewijały się porozbijane szyby, szkło na popękanym chodniku, ślady po kulach na odrapanym budynku. W końcu pojawiła się twarz mężczyzny w mundurze. Powiedział, że od początku roku na drodze Herat – Kandahar – Kabul w opanowanych przez talibów prowincjach zginęło 750 Afgańczyków. Zostałem w Heracie. OBCY W NASZYM KRAJU Jaweda poznałem w parku, niedaleko konsulatu, w którym po zapowiadanych dziesięciu dniach usłyszałem, że to jeszcze chwilę potrwa. Może dwa, może trzy dni. Jak Allah pozwoli. Jawed z szerokim i szczerym uśmiechem zapytał, jak się miewam. Standardowa rozmowa, standardowe pytania – co tu robisz, po co przyjechałeś do Afganistanu, co myślisz o jego mieszkańcach. On opowiadał o planach na przyszłość. Chciał zdać egzaminy, wyjechać za granicę na dalsze studia i kiedyś, jak się już uspokoi, wrócić do kraju.

Chciałby też poznać dziewczynę, umówić się z nią, zaprosić na lody, zabrać do kina. W domu, do którego zaciągnął mnie na obiad, opowiadał o swojej miłości – o rok młodszej, opatulonej w chustę dziewczynie, która jechała z nami busem na przedmieścia. – Pogadaj z nią, wymieńcie numery telefonów – zaproponowałem niepewnie. – No co ty, jej bracia szybko by mnie znaleźli i pewnie bym oberwał – powiedział. – U nas to się odbywa tak, że najpierw do jej rodziny muszę wysłać swoich rodziców, żeby przedstawili moje zamiary i spróbowali umówić nas na spotkanie. Skomplikowana historia, opowiedz lepiej, jak to jest w Polsce. Później rozmawialiśmy o Ismaelu Chanie, słynnym komendancie mudżahedinów, który w prowincji Herat bił się z radzieckim najeźdźcą. W końcu spytałem, co Afgańczycy myślą o stacjonujących w ich kraju wojskach sprzymierzonej z Ameryką koalicji. – To nie jest dobre. My, Afgańczycy, nigdy nie lubiliśmy, gdy rządy nad naszym krajem próbowali przejąć obcy. – Bez nich nie wygracie walki z talibami – powiedziałem, a w zasadzie spytałem, bo jakoś głupio wyrażać tego typu opinie w obcym kraju. – Z nimi nie wygramy tej wojny tym bardziej – odpowiedział. – Uwierz mi, my tylko chcemy wreszcie pokoju, jak każdy inny kraj na tym świecie – dodał po chwili. Po południu jedną z bocznych uliczek miasta szybko przejechały trzy transportery opancerzone. Z każdego wystawał uzbrojony po zęby żołnierz z karabinem maszynowym. Potężne kaski nasunięte na czoła, ciemne okulary i arafatki zasłaniające pół twarzy. Wyglądali niezwykle groźnie, jak roboty szkolone do zabijania. Podobne wrażenie musieli sprawiać rosyjscy żołnierze, którzy w ubiegłym stuleciu przez dziesięć lat okupowali Afganistan. Tylko z tej ich grozy niewiele zostało.

Fot. Grzegorz Król

zna. – Boję się myśleć, jak to się wszystko zakończy. Codziennie modlę się o pokój. Jeśli nie dla mnie, to przynajmniej dla moich wnuków. Dzieciaki, te najmłodsze, żyły w zupełnie innym świecie. Świecie wypełnionym kolorowymi wzorami latawców. To pierwszy widok, który rzuca się w oczy w tym kraju. Od rana do wieczora nad Heratem unoszą się ich dziesiątki. Kiedyś, gdy talibowie przez kilka lat panowali nad całym Afganistanem, ich puszczanie, podobnie jak wiele innych rozrywkowych rzeczy, było zakazane. Teraz trzepoczą na wietrze, wprowadzając koloryt w zdominowaną przez piaskowe odcienie rzeczywistość. Latawce były wszędzie, cały dziecięcy świat kręcił się wokół nich. Nic dziwnego – to najprostsza zabawka, którą buduje się z dwóch kijków i kawałka plastikowej reklamówki. Takie proste konstrukcje dominowały w biedniejszych częściach miasta. W bogatszych maluchy prześcigały się w tym, czyj latawiec jest większy, czyj piękniejszy. W centrum rozlokowały się sklepy sprzedające tylko latawce. Ogromne, kolorowe, skonstruowane tak, że bez problemów wzbijały się na kilkadziesiąt metrów. Większość kończyła na drzewach albo drutach wysokiego napięcia. Ich poszarpane szczątki widać było w całym mieście.

19


EKSPERCI

Wielkie kojarzenie W ADAM CZYŻEWSKI

główny ekonomista pkn orlen

Co wspólnego mają ze sobą Uber, Airbnb, Kickstarter czy Spotify? Są to firmy internetowe, które docierają do indywidualnych odbiorców, oferując im tradycyjne usługi (taksówkarskie, rekreacyjne, finansowe czy kulturalne) taniej, szybciej, wygodniej. 20 | koncept | listopad 2016

ykorzystują do tego samochody, apartamenty i domy, wolną gotówkę czy też prawa do muzyki, które są w posiadaniu osób prywatnych. Te aktywa nieprodukcyjne zostały nabyte, by zaspokajać potrzeby konsumpcyjne ich właścicieli, jednak z reguły nie są przez nich w pełni wykorzystywane. Wymienione przeze mnie firmy dostrzegły olbrzymi potencjał korzyści drzemiący w składnikach majątku osobistego, gdy wykorzysta się je do pracy zarobkowej. W tym celu trzeba jedynie skojarzyć indywidualnego klienta, poszukującego konkretnej usługi, z osobą skłonną do jej świadczenia przy pomocy składników osobistego majątku. Do tego świetnie nadaje się Internet. Wielkie kojarzenie klienta z dostawcą i pełna obsługa zawartej między

nimi transakcji odbywa się w sposób zautomatyzowany, na odpowiednich internetowych platformach cyfrowych, co znakomicie obniża koszty transakcji. Skoro do świadczenia usług wykorzystuje się niezagospodarowany potencjał już istniejących aktywów konsumpcyjnych, nie ma potrzeby ich amortyzacji. Dzięki temu można świadczyć usługi po koszcie krańcowym. Zarabiają wszyscy: klienci mają szeroki wybór dostawców i płacą za usługę taniej, prywatni właściciele stają się dostawcami usług, dzięki czemu otrzymują źródło dodatkowego dochodu, a „orkiestratorzy sieci”, (bo tak fachowo nazywa się ten model biznesowy, w którym firmy zarządzają siecią rozrzuconych po świecie klientów i dostawców) biorą dla siebie marżę.


EKSPERCI

wpływ rewolucji IT na gospodarkę, twierdzą, że mamy do czynienia z rewolucyjną zmianą modeli biznesowych. Ich zdaniem, Rewolucja Sieci, bo tak nazwali tę zmianę, nieuchronnie obejmie każdą gałąź przemysłu. NA CZYM POLEGA REWOLUCJA SIECI I JAKIE TWORZY WYZWANIA? Naukowcy z Wharton wyszli z prostego założenia, że modele biznesowe dostosowują się do różnych typów aktywów i technologii, którymi dysponują i z tego powodu generują różne rezultaty ekonomiczne. Do trzech znanych już modeli biznesowych, opartych na kapitale fizycznym, ludzkim i intelektualnym, które dostarczają nową wartość poprzez dobra fizyczne, wykwalifikowanych ludzi (usługi) oraz nowe technologie, dołożyli czwarty model, oparty na kapitale sieci, który tworzy wartość dodaną poprzez relacje. W tym modelu biznes polega na stworzeniu platformy cyfrowej, która będzie wykorzystana przez użytkowników sieci do interakcji i transakcji z wieloma innymi członkami sieci. Mogą oni sprzedawać produkty, budować relacje, dzielić się radami, opiniować, współpracować itd. Okazuje się, że firmy stosujące różne modele biznesowe istotnie się od siebie różnią, gdy chodzi o efektywność. Na przykładzie firm wchodzących w skład indeksu S&P1500 naukowcy z Wharton wykazali, że orkiestratorzy sieci biją na głowę pozostałe trzy modele biznesowe: szybciej zwiększają przychody, generują wyższą stopę zysku i efektywniej wykorzystują aktywa. Nie ulega wątpliwości, że orkiestratorzy sieci stworzyli silną konkurencję dla firm dostarczających usługi w tradycyjny sposób. Wdrożony przez nich model cyfrowego biznesu jest jednak czymś więcej niż tylko konkurencją. Doskonale wpisuje się on w nurt głębokich przemian dotyczących sieci, platform, ludzi i technologii cyfrowych, które zacierają linie podziału między sferą fizyczną, cyfrową i biologiczną. Nurt ten został nazwany przez Klausa Schwaba, założyciela i szefa World Economic Forum, czwartą rewolucją przemysłową. Przemiany te wywierają silny wpływ na możliwości i sposoby prowadzenia biznesu. Naukowcy ze znakomitej amerykańskiej szkoły zarządzania Wharton na Uniwersytecie Pensylwanii, badający

Powody są dość intuicyjne. Aktywa fizyczne nie powstają tak szybko, łatwo i kosztowo efektywnie jak aktywa internetowe. Budowanie sieci amerykańskich autostrad międzystanowych zajęło 35 lat i kosztowało około 425 miliardów dolarów. Dla porównania Facebook urósł do 500 milionów użytkowników w ciągu niecałych sześciu lat. Technologia cyfrowa i sieci naprawdę robią różnicę. I mają przed sobą przyszłość. Najbardziej wartościowe dobra na rynku, takie jak pomysły, kapitał intelektualny czy dostęp, dają się przedstawić w formie cyfr. Z kolei cyfrowe sieci pozwalają tym dobrom mnożyć się z dużą łatwością. Koszt skalowania jest bliski zeru. Gdy dołożymy do tego efekt sieci polegający na tym, że każdy dodatkowy uczestnik (lub węzeł) w sieci podnosi wartość dla każdego innego uczestnika, sieć napędza swój własny wzrost.

Jednak do tej pory niewiele firm przemysłowych na świecie dostosowało swój model biznesowy do nowych możliwości. Przejście z modelu biznesowego bazującego na tradycyjnych aktywach fizycznych, ludzkich i intelektualnych do modelu efemerycznego, bazującego na relacjach między uczestnikami sieci, nie jest proste. Żeby zmienić model biznesowy, liderzy muszą realokować wydatki inwestycyjne na budowanie kapitału sieci. Okazuje się, że większość liderów utknęła w pułapce coraz bardziej starzejących się modeli mentalnych. Badani przez naukowców z Wharton liderzy nie kwestionowali co prawda korzyści z cyfryzacji i z sieci, ale wskazywali na poważne przeszkody w realizacji tych korzyści – organizacja nie zaczynała działania jako sieć i ma dziedzictwo w postaci tradycyjnych aktywów. KIERUNEK ZMIAN Naukowcy z Wharton przekonują jednak, że inny punkt wyjścia nie jest przeszkodą w zmianie modelu biznesowego. Przecież każda firma ma także te zasoby, które umożliwiają kreowanie potężnych modeli biznesowych opartych na sieciach, czyli ludzi i dane. I nie chodzi o to, by zupełnie zastąpić tradycyjne aktywa. Korzyść przynosi wprowadzenie aktualnie drzemiącego i niewykorzystanego myślenia sieciowego do centrum organizacji. Przykład z naszej branży. Firmy mające sieć własnych stacji paliwowych oraz sieć klientów mogą myśleć o wykorzystaniu platform cyfrowych do oferowania nowych usług jak car-sharing czy zakupy na indywidualne zamówienie z odbiorem podczas tankowania. Dzisiaj orkiestratorzy sieci stanowią zaledwie 2% populacji firm giełdowych. Dla reszty orkiestracja sieci jest nadal niezbadanym terytorium. Dopiero uczymy się, czym jest nowy świat sieci i jakie skutki może przynieść Rewolucja Sieci. Dlatego warto poznawać tajniki modeli biznesowych firm, które zbudowały prawdziwe organizacje orkiestrujące sieci. Co te firmy robią inaczej niż firmy tradycyjne? Okazuje się, wszystko robią inaczej – od przywództwa poprzez rekrutację i produkcję, aż do reklamy. Sieci rozwijają się różnie w różnych przemysłach: od platform transakcyjnych, jak Apple Pay i PayPal, poprzez rynki, jak Etsy i Ebay do platform społecznych, jak Facebook i LinkedIn. Sieci przekraczają granice tradycyjnych przemysłów oraz granice geograficzne, czyniąc nasze tradycyjne spojrzenie na rynki przestarzałym.

21


PSRP

ProJuvenes, czyli nagroda dla współpracujących z młodzieżą akademicką! MIESZKO CZERNIAWSKI

pełnomocnik parlamentu studentów rzeczypospolitej polskiej ds . kontaktów zewnętrznych

Już po raz czwarty Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej organizuje plebiscyt ProJuvenes, którego celem jest wyłonienie organizacji, firm i instytucji sprzyjających środowisku studenckiemu. Tegoroczna edycja konkursu składa się z 3 etapów, lecz o ostatecznych wynikach zdecydują studenci z całego kraju. Zwycięzców w 10 kategoriach poznamy na początku listopada.

N

agroda ProJuvenes przyznawana jest corocznie od 2013 roku wyróżniającym się w skali krajowej projektom i działaniom podejmowanym przez studentów. Od 4 lat przyczynia się ona do popularyzacji niezwykłych inicjatyw organizowanych przez najmłodszych członków społeczności akademickiej lub z myślą o nich. W tym roku statuetki zostaną przyznane w rekordowej liczbie 10 kategorii: Dziennikarz Roku, Juwenalia, Kultura Studencka, Media Studenckie, Naukowy Projekt Roku, NGO, Przedsiębiorczość, Sportowiec Roku, Studencki Projekt Roku oraz Studia Bez Barier. SPORT I PRZEDSIĘBIORCZOŚĆ Po raz pierwszy Parlament Studentów RP uhonoruje studentów, którzy na co dzień realizują swoje pasje poprzez uprawianie aktywności sportowej. Chcemy pokazać szerszej publiczności tych, którzy nie tylko reprezentują swoje uczelnie i kluby akademickie, lecz także mają w swoim dorobku sukcesy w mistrzostwach Polski,

22 | koncept | listopad 2016

mistrzostwach Europy czy igrzyskach olimpijskich w danej dyscyplinie – mówi Ariel Wojciechowski, Przewodniczący Parlamentu Studentów RP.

W tym roku statuetki zostaną przyznane w rekordowej liczbie 10 kategorii. Kolejna innowacja czwartej edycji ProJuvenes to przyznanie nagrody w dziedzinie przedsiębiorczości. Jej celem jest propagowanie firm i instytucji zarówno ułatwiających żakom start na rynku pracy, jak i wspierających ich w zdobywaniu umiejętności miękkich czy rozwijaniu kompetencji przydatnych w późniejszej karierze zawodowej. BIERZCIE I ZGŁASZAJCIE! Aby wziąć udział w konkursie, należało zgłosić osobę, instytucję, organizację lub inicjatywę przez formularz dostępny na stronie projektu do 23 października. Spośród nadesłanych kandydatur kapituła konkursu, w skład której wchodzą przedstawiciele władz statutowych PSRP, wybierze 6 zgłoszeń z każdej kategorii, które przejdą do drugiego etapu. Następnie finaliści będą rywalizować o sympatię internautów, którzy za pomocą specjalnej aplikacji będą mogli oddawać głosy na swoich faworytów. 3 listopada rezultaty głosowania elektronicznego zostaną podsumowane i przeliczone na punkty od 1 do 6, w zależności

od uzyskanej liczby głosów publiczności. W podobny sposób zakwalifikowane projekty oceni kapituła, której wyniki zostaną zsumowane z tabelą internautów w proporcji 40/60. Wyłonieni w ten sposób zwycięzcy otrzymają statuetki ProJuvenes podczas uroczystej gali, która odbędzie się 4 listopada w warszawskim hotelu Novotel Airport. NASI LAUREACI W poprzedniej edycji laureatami plebiscytu zostali: Fundacja na Rzecz Integracji Środowiska Akademickiego Miasta Poznania „Jeden Uniwersytet” (kategoria NGO), Niezależny Miesięcznik Studentów MAGIEL (kategoria Media Studenckie), Integracja Środowiska Artystycznego IŚA (kategoria Kultura Studencka), Zrzeszenie Studentów Niepełnosprawnych Ad Astra (kategoria Studia Bez Barier), projekt „Po marzenia na Hel” (kategoria Studencki Projekt Roku 2015), projekt „HEART” (kategoria Naukowy Projekt Roku), Juwenalia Politechniki Wrocławskiej – Wittigalia (kategoria Juwenalia) oraz Katarzyna Wójcik z „Rzeczpospolitej” (kategoria Dziennikarz Roku).


EKSPERCI

Żyj pełnią muzyki C

M

Y

MARCIN MALEC

CM

MY

CY

30 milionów piosenek do wyboru każdego dnia. Wyobrażasz to sobie? W każdej chwili – czy w drodze na uczelnię, czy w przerwie między zajęciami, czy podczas wieczornych spotkań ze znajomymi. Taka wizja brzmi jak spełnienie marzeń. Co ważniejsze, dostęp do muzyki można mieć wprost ze swojego smartfona, komputera czy tabletu. Wypróbuj zatem muzyczne oferty Spotify Premium w Orange.

R

ozwój Internetu zmienił sposób słuchania muzyki, która towarzyszy nam wszędzie – na spacerze, w komunikacji miejskiej, podczas treningów. Najczęściej słuchamy jej na telefonie, tablecie czy komputerze, a dzięki temu, że platformy udostępniające muzykę oferują coraz lepszą jakość, nie musimy już kupować płyt CD, żeby posłuchać ulubionych utworów w wysokiej jakości. MUZYKA WSZĘDZIE TAM, GDZIE TY Gdy pierwszy raz usłyszałem o Spotify Premium w Orange, w mojej głowie błyskawicznie mnożyły się setki pomysłów na to, jak wykorzystać jego potencjał. Zacząłem od bazy, czyli tego, czego jestem pewien. Możliwość słuchania muzyki offline, odkrywanie nowych zakątków muzycznego świata dzięki fantastycznym playlistom czy w końcu słuchanie muzyki w dowolnym miejscu. Właśnie w tym momencie przez moją głowę, niczym klatki filmu, przelatywały pomysły na miejsca, w których będę mógł się cieszyć moimi ulubionymi hitami. Pierwsza do głowy przyszła mi siłownia i motywujący kawałek „Eye of the Tiger”. Z taką muzyką w słuchawkach od razu mamy więcej siły. Czym byłoby życie studenta bez imprezy? Ze Spotify Pre-

CMY

K

mium w Orange i gotowymi playlistami śmiało mogę wpadać do swoich znajomych ze szkoły muzycznej, z którymi wspólnie pozachwycamy się uwerturami i toccatami, aby potem zmienić całkowicie otoczenie i dobrze pobawić się przy Coldplay czy Florence and the Machine. W życiu piękne jest to, że każdy poprzez muzykę może wyrazić samego siebie. Jest jeszcze jedno miejsce, w którym Spotify okazuje się zbawienne. Gdy jesteś w drodze do pracy czy na uczelnię, wystarczy, że założysz słuchawki i odpłyniesz do krain muzyką płynących. Wtedy twoim jedynym ograniczeniem będzie… wyobraźnia. Dlatego, że ze Spotify Premium w Orange można korzystać przez Wi-Fi lub lub offline. Możemy mieć w pełni legalny dostęp do ogromnych zasobów muzycznych bez żadnych wyrzutów sumienia. Wszystko odbywa się za pośrednictwem chmury, dzięki której nie trzeba mieć tysięcy plików na twardym dysku. Czasy piractwa stopniowo odchodzą w niepamięć.

tify Premium w Orange można mieć za darmo nawet przez 2 lata! Natomiast jeśli skorzystasz z pozostałych planów Smart, będziesz mógł cieszyć się muzyką za darmo przez trzy miesiące. Ktoś kiedyś powiedział „jak dają, to bierz.” Nie pozostaje mi nic innego, jak całkowicie zgodzić się z owym mądrym jegomościem i życzyć ci niezapomnianej, muzycznej przygody. Ja tymczasem zakładam słuchawki, odpalam Spotify Premium w Orange i uciekam na poszukiwania nieznanych mi jeszcze, a przez to jeszcze bardziej ekscytujących brzmień.

CHCESZ DOWIEDZIEĆ SIĘ WIĘCEJ? Usługę można aktywować na www.spotify.orange.pl. Szczegóły na www.orange.pl/spotify.

GDZIE, CO I JAK? Na koniec pozostało najważniejsze pytanie – dla kogo takie cuda? Skorzystać może ten, kto ma telefon w Orange z wybraną ofertą Smart Plan LTE. Wtedy Spo-

23


EKSPERCI

Edukacja z Giełdą: Szkoła Giełdowa

J

ednym z celów podejmowanych przez Fundację GPW zadań jest budowanie świadomości finansowej Polaków oraz wypełnienie luki w zakresie kształcenia i doskonalenia zawodowego kadr dla rynku finansowego. Upowszechnianie wiedzy z zakresu inwestowania w instrumenty finansowe możliwe jest dzięki realizowanemu przez Fundację GPW projektowi Szkoły Giełdowej. We współpracy z ośrodkami akademickimi, Fundacja GPW organizuje kursy dla początkujących inwestorów a także szkolenia, seminaria i konferencje dla wszystkich pozostałych zainteresowanych podmiotów i uczestników rynku kapitałowego. Wiele z działań edukacyjnych prowadzonych pod marką Szkoły Giełdowej wzbogacone jest wykładami i prelekcjami specjalistów

Kolejna edycja Programu NZB

R

ok akademicki 2016/2017 to kolejna edycja Programu „Nowoczesne Zarządzanie Biznesem”, który zagości na 125 uczelniach państwowych i prywatnych w całej Polsce. Dziś, dzięki współpracy szkół wyższych i sektora finansowego, ten największy w skali kraju program edukacyjny o tematyce ekonomicznej dociera do tysięcy polskich studentów z praktyczną wiedzą z zakresu finansów, ekonomii i bankowości. Program NZB jest realizowany poprzez takie działania jak: • certyfikowane szkolenia e-learningowe dla studentó, • wykłady tematyczne prowadzone przez nauczycieli akademickich, jak i praktyków, • współpraca z organizacjami studenckimi, • ogólnopolskie Forum Mediów Akademickich,

24 | koncept | listopad 2016

z współpracujących z Giełdą instytucji rynku kapitałowego.

www.gpw.pl/edukacja Fundacja Giełdy Papierów Wartościowych jest partnerem programu edukacyjnego Nowoczesne Zarządzanie Biznesem, w module „Oszczędzanie oraz inwestowanie długoterminowe”. Moduł ma na celu zachęcenie do długoterminowego oszczędzania i inwestowania poprzez zwiększenie świadomości na temat różnych form oraz korzyści płynących z podejmowania tego typu • regionalne konferencje naukowe, • materiały merytoryczne i pomoce naukowe (skrypty), • strefy NZB na uczelniach, • spotkania i debaty nt. edukacji ekonomicznej, • cykliczne szkolenia dla pracowników naukowych, • współpraca międzynarodowa. Dotychczas w ramach Programu NZB zrealizowano 880 wykładów, w których uczestniczyło blisko 80 tys. studentów. Zorganizowano także 230 spotkań informacyjnych w ramach tzw. Stref NZB, w których udział wzięło ponad 30 tys. osób. W ramach działań dodatkowych, zorganizowano 10 kompleksowych szkoleń dla ponad 350 pracowników naukowych oraz uczestniczono w 150 konferencjach naukowych.

działań. W szczególności moduł poszerza wiedzę uczestników z zakresu metod dywersyfikacji ryzyka, systemów emerytalnych w Polsce i na świecie, różnych form inwestowania (w tym na giełdzie) oraz ubezpieczeń. Partnerami modułu są także: Związek Banków Polskich, Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych, Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami, Polska Izba Ubezpieczeniowa, Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Więcej: www.nzb.pl oraz www.facebook.com/ NowoczesneZarzadzanieBiznesem

Program NZB powstał z inicjatywy Związku Banków Polskich, a partnerami projektu są także: Biuro Informacji Gospodarczej, Biuro Informacji Kredytowej, Fundacja Giełdy Papierów Wartościowych, Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych, Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami, Krajowa Izba Rozliczeniowa, Polska Izba Ubezpieczeniowa, SGB-Bank S.A., Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Program NZB współpracuje także z takimi organizacjami jak m.in. Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich, Parlament Studentów RP oraz Fundacja Inicjatyw Młodzieżowych oraz jest partnerem m.in. Forum Ekonomicznego Młodych Liderów oraz projektu „Start na rynku pracy”. Więcej: www.nzb.pl oraz www.facebook.com/ NowoczesneZarzadzanieBiznesemm


EKSPERCI

Zobowiązania Polaków z tytułu kredytów mieszkaniowych przekroczyły 400 mld zł W lipcu br. kwota do spłaty kredytów mieszkaniowych wynosiła 401,5 mld zł. Zobowiązanie to należało do 3,583 mln Polaków, którzy posiadali 3,991 mln kredytów mieszkaniowych. Na jednego kredytobiorcę mieszkaniowego przypadało 1,1 kredytu i 112 tys. zł średniej kwoty zadłużenia do spłaty.

Z

decydowana większość tj. aż 73%, kredytobiorców mieszkaniowych w Polsce posiada kredyty złotówkowe, a 27% kredyty walutowe. Z łącznej kwoty 401,5 mld zł 58% zadłużenia, czyli 235,7 mld zł przypada na kredyty złotówkowe, natomiast 42%, czyli 165,8 mld zł, na kredyty walutowe.

NIE TYLKO MIESZKANIA NA KREDYT Posiadacze kredytów mieszkaniowych mają również inne zobowiązania kredytowe: • 36,0% kredytobiorców mieszkaniowych (1,289 mln) zaciągnęło 2,31 mln kredytów konsumpcyjnych, • 33,2% kredytobiorców mieszkaniowych (1,191 mln) korzysta z 1,56 mln kart kredytowych, • 40,0% kredytobiorców mieszkaniowych (1,45 mln) posiada 1,64 mln limitów kredytowych. Łączne zadłużenie kredytobiorców mieszkaniowych na koniec lipca 2016 r. wynosiło 436,5 mld zł, z czego: 401,5 mld to kredyty mieszkaniowe, 27,8 mld kredyty konsumpcyjne, 3,9 mld karty kredytowe oraz 3,3 mld limity kredytowe.

SPŁACALNOŚĆ KREDYTÓW MIESZKANIOWYCH WCIĄŻ BARDZO DOBRA Kredytobiorcy mieszkaniowi bardzo dobrze spłacają posiadane kredyty. Tylko 1,2% kredytobiorców nie obsługuje terminowo kredytu mieszkaniowego (44,8 tys.). Z 1,289 mln kredytobiorców mieszkaniowych, posiadających kredyt konsumpcyjny, 4,2% (53,5 tys.) nie spłaca terminowo tego kredytu (opóźnienie wynosi > 90 dni). Z kolei raty z tytułu posiadanych kart kredytowych nieterminowo reguluje tylko 2,3% z 1,191 mln kredytobiorców mieszkaniowych. W przypadku limitów kredytowych opóźnienie powyżej 90 dni ma 1,5% kredytobiorców mieszkaniowych. Suma zaległości kredytobiorców mieszkaniowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych wynosi 18 mld zł, co stanowi 4,1% łącznego zadłużenia. *** Biuro Informacji Kredytowej jest partnerem programu edukacyjnego Nowoczesne Zarządzanie Biznesem, w module „Zarządzanie ryzykiem finansowym w biznesie i życiu osobistym”. Więcej: www.nzb.pl oraz www.facebook.com/ NowoczesneZarzadzanieBiznesem

25


FOTOREPORTAŻ

MARTA RYBICKA FOTOGRAF DOKUMENTALNY, PODRÓŻNIK, WSPÓŁZAŁOŻYCIEL HORIZON AGENCY

Nubijski wrestling Podróżując, obserwujemy świat, widzimy rzeczy dla nas nowe, inspirujące, uruchamiające inny punkt widzenia. Zauważamy, jak mają inni, próbujemy to poczuć, porównać do tego, co znamy. Szukamy punktów odniesienia. Jednym z nich jest na przykład sport. Sudańczycy nie mają wielu okazji do rozrywki. Zabawy weselne kończą się po kilku godzinach, nie ma kin, nie ma klubów... Organizowane są jednak cotygodniowe zawody w zapasach. Walki zwane „Nubian wrestling” są pozostałością dawnej kultury nubijskiej. Obecnie praktykuje je grupa młodzieży w północnej części Chartumu, w miejscu nazwanym Souk SITTA. To jeden z najstarszych sportów w dziejach ludzkości, a mieszkańcy Pustyni Nubijskiej są w nim mistrzami. Już faraonowie wiedzieli, że prawdziwy Nubijczyk jest niepokonanym wojownikiem na zapaśniczym ringu. Pomimo iż starożytnych i obecnych Nubijczyków biorących udział w walkach niekoniecznie łączą więzy krwi, to z pewnością mają w sobie ten sam ogien do walki, który nosili w sobie ich starożytni przodkowie.

26 | koncept | listopad 2016


FOTOREPORTAÅ»

27


HISTORIA

Najważniejsze święto – 11 listopada MATEUSZ ZARDZEWIAŁY

dziennik arz super expressu

11 listopada 1918 roku to data znana wszystkim Polakom jako symboliczne zwieńczenie niepodległościowych dążeń kilku pokoleń naszych przodków. Po 123 latach zaborów nasz kraj ponownie powrócił na mapy Europy. Jak do tego doszło?

O

czywiście tak trudna rzecz jak przywrócenie niezależności państwa polskiego była skomplikowanym procesem, na którego ostateczny sukces musiało złożyć się wiele różnych czynników. Kamykiem, który uruchomił lawinę, było zabicie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i wybuch wielkiej wojny, w którą zaangażowane zostały wszystkie okupujące nasze ziemie mocarstwa. Przy czym w 1914 roku trudno było przewidzieć, w jak dużym stopniu potęga zaborców zostanie osłabiona. KOMPOZYTOR POLITYKI Kwestią nie bez znaczenia była również wieloletnia działalność polityczna naszych rodaków, jak choćby kompozytora Ignacego Paderewskiego, który, wykorzystując

swoją popularność wśród elit zachodnich społeczeństw, starał się uświadomić znaczące osobistości ówczesnego świata o polskich losach i aspiracjach. Punktem kulminacyjnym jego starań było tournée po Stanach Zjednoczonych; przed każdym swoim występem wygłaszał przemówienia, których punktem programowym był postulat przywrócenia Polsce niepodległości. Kto wie, czy to właśnie nie propolska propaganda uznanego twórcy przyczyniła się do tego, że kwestia wolności naszej ojczyzny została podjęta w tzw. 14. punktach Wilsona – orędziu, w którym prezydent Stanów Zjednoczonych zawarł postulaty, których realizacja miała uczynić powojenny świat bardziej sprawiedliwym i jednocześnie zapobiec wybuchowi kolejnej wojny światowej. Jednym z punktów programu Wilsona było właśnie stworzenie niepodległego państwa polskiego z dostępem do Bałtyku. PUNKT ZWROTNY 11 listopada 1918 roku. Ten dzień jest punktem zwrotnym nie tylko w polskiej, lecz także światowej historiografii. To właśnie wtedy podpisano zawieszenie broni kończące Wielką Wojnę. Broń składali nie tylko żołnierze walczący na frontach tego krwawego konfliktu – musieli się z nią rozstać również ci, którzy stacjonowali w Warszawie, ponieważ bojownicy Polskiej Organizacji Wojskowej rozpo-

WIENIAWY-DŁUGOSZOWSKIEGO SŁÓW KILKA O ODWADZE KOMENDANTA: Zaledwie minąłem nieznaczne wzniesienie, skąd pozostała część drogi była widoczna z przeciwnego brzegu, usłyszałem nad uchem świst kuli. (…) Niezbyt tym przywitaniem zaskoczony szedłem spokojnie swoją drogą. Po kilkudziesięciu krokach znowu prześwisnęła koło mnie kula. Tym razem zrobiło mi się trochę nieprzyjemnie. Zrozumiałem, że jakiś ukryty w zaroślach kozak czy dragon, zapewne wyborowy strzelec, łupi do mnie na zimno, niby na konkursie, a ja idę mu na strzał jak dzik. [Nazajutrz] oznajmił mi Komendant, że musi osobiście rozmówić się z oboma pułkownikami i zaraz wybiera się do okopów. (...) Gdy ruszyliśmy (…), rozmowę z komendantem przerwał mi (...) gwizd kuli i odgłos strzału. Strach mnie ogarnął okropny. Szedł przecie ze mną Komendant, nasz Komendant, (...) dla nas jasnym było, że „Piłsudski w sercu Polskę nosił”. Toteż na myśl, co by się stało, gdyby głupia kozacka kula trafiła w to serce, ogarniała mnie rozpacz. A tymczasem mój Komendant po kilku krokach, wydobywając z kieszeni papierośnicę, przystaje zapytaniem: „Wieniawa, nie macie przypadkiem zapałek?”.

28 | koncept | listopad 2016

częli rozbrajanie niemieckich wojaków. Najbardziej zasłużonym człowiekiem dla militarnego czynu niepodległościowego był chyba Józef Piłsudski. To właśnie na jego ręce Rada Regencyjna przekazała władzę wojskową w dniu 11 listopada 1918 roku, co stało się symbolem podkreślającym zakończenie długiego i trudnego procesu odzyskiwania przez Polskę suwerenności. Choć warto pamiętać, że tę datę, jako symboliczne święto odzyskania niepodległości, II RP ustanowiła dopiero ustawą z 23 kwietnia 1937 roku. KONIEC WOJNY, POCZĄTEK WALKI Proces ten w dominującej większości przypadków miał spokojny przebieg – żołnierze zaborcy myślami byli w domach, nie wyrywali się do walki z Polakami. Już 12 listopada Piłsudski zwrócił się do polskich oddziałów tymi słowami: „Żołnierze! Obejmuję nad wami komendę

„Żołnierze! Obejmuję nad wami komendę w chwili, gdy serce w każdym Polaku bije silniej i żywiej, gdy dzieci naszej ziemi ujrzały słońce swobody w całym jej blasku! w chwili, gdy serce w każdym Polaku bije silniej i żywiej, gdy dzieci naszej ziemi ujrzały słońce swobody w całym jej blasku! Z wami razem przeżywam wzruszenie tej godziny dziejowej, z wami razem ślubuję życie i krew swoją poświęcić na rzecz dobra ojczyzny i szczęścia jej obywateli!”. Jednak mylił się ten, kto miał nadzieję na świętowanie tej bez wątpienia ważnej chwili. Bardzo szybko okazało się, że ślubowanie, które Józef Piłsudski złożył polskim żołnierzom, trzeba wypełnić, walcząc o granice podnoszącego się z niewoli państwa polskiego, o integralność ziem Rzeczypospolitej, wreszcie – w kulminacyjnym momencie – o wolność nie tylko Polski, lecz także reszty Europy, gdy w 1920 roku nasza armia bohatersko i brawurowo zatrzymała marsz Armii Czerwonej ku Zachodowi w zwycięskiej Bitwie Warszawskiej.


LAJFSTAJL

Życie w rytmie moto MARCIN MALEC

student e - biznesu w sgh , specjalizuje się w mediach społecznościowych i brandingu , interesuje się motoryzacją

Wszystko zaczęło się od małego, zabawkowego samochodziku. Wściekle żółty, plastikowy Volkswagen Golf II. Pamiętam, że wtedy kosztował majątek. Gdy go po raz pierwszy ujrzałem, zakochałem się na zabój.

P

łakałem, krzyczałem, ale moje teatralne zdolności nie przynosiły żadnego efektu i sklep musiałem opuścić bez niego. Dopiero po kilku tygodniach pod choinką znalazłem swój pierwszy, wymarzony samochód. Kto by się spodziewał, że był to początek miłości gorętszej niż ta, która łączyła bohaterów „Titanica”. Dziś, po 18 latach od pamiętnej sceny w osiedlowym sklepiku, motoryzacja jest moją pasją, a ja zajmuję się testowaniem samochodów. CO CZŁOWIEK, TO INNA MOTORYZACJA Gdy mowa o ludziach i ich nastawieniu do samochodów, można wyróżnić dwa typy: 1. Ludzie traktujący samochód jako środek transportu, który ma ich (miejmy nadzieję bezpiecznie) przewieźć z punktu A do punktu B. Na widok ferrari lekko się uśmiechną i pomyślą, że przyjemnie by było się takim samochodem przejechać, ale już po kilku sekundach o nim zapominają i wracają myślami do swoich spraw. 2. Ludzie, którzy zamiast porannej kawy piją napar z ropy, zamiast perfum używają smrodu palonej gumy sygnowanego przez Lewisa Hamiltona, a zamiast w garniturze do pracy chodzą w kombinezonie i kasku. Na widok ferrari tracą oddech, ręce zaczynają im się pocić, a serce łomocze jak oszalałe. Nawet po miesiącu wspominają tę chwilę z łezką w oku i na dobranoc puszczają sobie dźwięk widlastej ósemki.

Z testowaniem samochodów jest jak z gotowaniem. Sam proces pichcenia i odkrywania nowych smaków sprawia ci mnóstwo frajdy, a konsumpcja jest najszczęśliwszym momentem życia (oczywiście jeśli twoje zdolności wykraczają poza jajecznicę i herbatę). Niestety, potem ktoś musi pozmywać. W motoryzacji jest tak samo. Jazda, odkrywanie nowych funkcji i gadżetów, poznawanie samochodów, które wcześniej mogłeś jedynie podziwiać na plakacie, daje ogromną frajdę. Niestety, potem trzeba siąść na kilka lub kilkanaście godzin i to wszystko opisać, obrobić zdjęcia, przygotować cały materiał i wypuścić go w świat. Oczywiście gdyby zmywanie przeważało nad smakiem, nikt by nie gotował. Warto jest poświęcić tych kilka godzin na sprawy techniczno-organizacyjne, bo dzięki temu każdy miesiąc jest inny. Testując konkretny samochód, zawsze staram się do niego przygotować psy-

Każdy samochód ma w sobie coś wyjątkowego. Trzeba tylko to odkryć. chicznie. Gdy mam sprawdzić limuzynę wartą pół miliona, zakładam koszulę, puszczam muzykę klasyczną i z gracją płynę po mieście. Do sportowego samochodu, który w każdy zakręt wchodzi bokiem, ubieram się luźno, puszczam żywą muzykę i pozwalam, aby adrenalina robiła z moim ciałem to, co się jej żywnie podoba. Tyle, jeśli chodzi o mnie. TESTOWANIE SAMOCHODÓW OD KUCHNI Jeżeli chcecie otrzymać samochód do testów, musicie przekonać dział PR do tego, że jesteście czytani i lubiani. Jeśli was nie czytają, to nikt nie da samochodu tylko po to, żeby dać. Dlatego warto skupić się na rozwijaniu społeczności skupionej wokół bloga lub strony, aby móc

się pochwalić jak największym zasięgiem i zaangażowaniem czytelników. To oczywiście dopiero początek. Kiedy uda wam się przekonać markę do współpracy, trzeba będzie czekać. Na najgorętsze modele czeka się często miesiącami. Chętnych jest wielu, co raczej nie powinno dziwić. No, ale w końcu nadchodzi ta wyjątkowa chwila, kiedy odbieracie samochód testowy. Co się dzieje dalej? Niektóre marki wraz z pojazdem oferują kartę paliwową. Taką informację śmiało możecie traktować jak drugą Gwiazdkę. Jednak najczęściej do testów oferowany jest samochód z pełnym bakiem. O ile w przypadku samochodów rodzinnych z mniejszym silnikiem takie rozwiązanie w zupełności wystarcza, o tyle w przypadku samochodów sportowych pełen bak jest niczym kropla w morzu. Nie da się ukryć, że ilość paliwa w baku jest odwrotnie proporcjonalna do wielkości banana na twarzy. Samochód jest również czysty i błyszczący, co bardzo ułatwia sprawę podczas fotografowania. PO CO TO WSZYSTKO? Testy uczą swego rodzaju pokory. Nie zawsze będzie możliwość przetestowania 400-konnego mercedesa czy najnowszego hot hatcha. Często trafiają się samochody, które w codziennym życiu nawet u prawdziwych petrolheadów nie wzbudzają większych emocji. Wtedy trzeba dostrzec w tych autach to, co jest najważniejsze i przedstawić je jak najbardziej rzetelnie i profesjonalnie. Chociaż uważam, że każdy samochód ma w sobie coś wyjątkowego. Trzeba tylko to odkryć. Najważniejsze zostawiłem na sam koniec. Nigdy nie wolno się poddawać i zawsze trzeba iść za swoimi marzeniami. Będzie trudno, będzie często pod górkę, ale warto. Warto się starać dla chwil, których nie zapomnisz do końca życia. Bo chyba nie ma nic piękniejszego niż podróż kabrioletem o zachodzie słońca, gdzie czujesz wiatr we włosach, a do twoich uszu dociera basowy pomruk wydechu silnika.

5 ZASAD DOBREGO TESTERA: 1. Dbaj o to, aby twoja strona była nowoczesna, dopracowana graficznie i miła dla oka. 2. Angażuj czytelników i buduj wokół swojego pomysłu zaufaną społeczność. 3. Bądź cierpliwy i dbaj o dobre kontakty z PR-owcami. 4. Pamiętaj, że to, co publikujesz, powinno być zawsze dopieszczone i interesujące. 5. Dbaj o testowany samochód tak, jakbyś jeździł swoim własnym.

29


RECENZJA

Sport to zdrowie – szczególnie z aplikacją

z wysiłkiem umiarkowanym. Wystarczy kilkanaście lub kilkadziesiąt minut dziennie, by dość skutecznie zwalczać tkankę tłuszczową. Aplikacja zawiera m.in. rozbudowany minutnik i harmonogram ćwiczeń na wiele dni do przodu.

GROUND MILES MONIKA WIŚNIOWSKA

dziennik ark a i pasjonatk a mediów społecznościowych

C

hcesz poczuć się jak gwiazda i też mieć osobistego trenera? To wcale nie kosztuje dużo, najczęściej jest zupełnie darmowe, a trener zmieści się w… kieszeni. Mowa oczywiście o rozbudowanych i pełnych ciekawych funkcji aplikacjach, które ułatwią uprawianie sportu. Nie szukaj wymówek – niska temperatura, śnieg i deszcz nie powinny przeszkadzać w aktywności.

Nie jesteś fanem sportu? Chcesz ćwiczyć bezboleśnie i skuteczne? Zastanów się nad zwykłym chodzeniem. Zamiast przejechać 3 przystanki autobusem, możesz po prostu iść spacerem. Ta prosta aplikacja śledzi pokonany dystans i liczy kalorie – pokazuje, że nawet 30 minut ruchu dziennie może przynieść zbawienne skutki.

Gadżety

ENDOMONDO Tej aplikacji chyba nie trzeba nikomu przedstawiać – jak często widzisz na Facebooku wpisy znajomych, którzy właśnie przebiegli 5, 10 czy 15 kilometrów? Co i rusz, prawda? Ta aplikacja ma miliony użytkowników na całym świecie. Pokazuje m.in. dystans, prędkość, czas trwania aktywności i – oczywiście – spalone kalorie.

DAILY YOGA Jesteś fanem jogi? Ćwiczysz od dawna, czy dopiero planujesz rozpocząć swoją przygodę? Ta ciekawa aplikacja zawiera sporo materiałów treningowych, a także bazę utworów, które umilą czas ćwiczeń. Osoby na różnych poziomach zaawansowania znajdą tam ćwiczenia dla siebie, a osiągnięciami można chwalić się w mediach społecznościowych.

7-MINUTOWE ĆWICZENIA Aplikacja dla tych wiecznie zajętych – opiera się na intensywnym treningu kondycyjnym i pozwala na wybór zestawu ćwiczeń, który można dostosować do możliwości własnego organizmu.

HIIT Trening interwałowy polega na przeplataniu bardzo intensywnego wysiłku

30 | koncept | listopad 2016

MARCIN MALEC

student e - biznesu w sgh , specjalizuje się w mediach społecznościowych i brandingu , interesuje się motoryzacją

JBL CHARGE 3 Piękna, słoneczna pogoda, wokół paczka najlepszych znajomych, w tle leniwie płynąca Wisła, a w powietrzu wyczuwalny zapach grillowanej kiełbasy. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie mały szczegół. Brakuje tylko nieodłącznego elementu każdej imprezy, swego rodzaju składnika X – muzyki. Z pomocą przychodzą bezprzewodowe głośniki JBL Charge 3, które jeszcze tak naprawdę nie zdążyły porządnie ostygnąć (swoją premierę miały pod koniec maja). Ktoś zaraz powie, że można przecież puścić muzykę z telefonu. Owszem, można. Tylko oprócz ciebie nikt z tego nie skorzysta. JBL Charge 3 to kawał porządnego sprzętu. Jakość dźwięku jest bardzo dobra. Ten z pozoru niewielkich rozmiarów głośnik potrafi zawstydzić niejednego większego grajka. Czym? Wyglądem, głośnością i funkcjonalnością. Idealnie wpisuje się w dzisiejszy trend bycia „designerskim i oryginalnym”. Potrafi wytrzymać na baterii do 20 godzin, a jego ładowanie zajmuje tylko 4,5 godziny. Ponadto może ci służyć jako powerbank!

Jest również wodoodporny, co przy naszej pogodzie i znajomości możliwych scenariuszy imprezowych sprawi, że kąpiel w basenie czy nagła ulewa nie zrobią na nim większego wrażenia. Ciągle za mało? Śmiało używaj go do rozmów – jednym kliknięciem zamień sprzęt w zestaw głośnomówiący. CENA: 769 zł

PRZENOŚNA ŁADOWARKA USB SONY CP-V5A Przenośna ładowarka USB to nic innego jak popularny dzisiaj powerbank. Nie wiem, jak u was, ale w moim przypadku komórka lubi się rozładować zawsze wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebuję. Czekam na ważny telefon, muszę pilnie wysłać komuś wiadomość albo akurat w tym momencie potrzebuję coś sprawdzić w Internecie. Sięgam po telefon, klikam i nic. Klikam znowu i nadal nic. Padł. No pięknie! W takiej sytuacji z pomocą przychodzi Sony CP-V5A. Bez owijania w bawełnę – powerbank od Sony gwarantuje 2 pełne ładowania! Został wyposażony w 4 wskaźniki LED pokazujące stan baterii. Jest lekki, poręczny, a do tego bardzo ładnie wygląda. Nie jesteś skazany tylko i wyłącznie na biel i czerń. Możesz zaszaleć i wybrać np. różowy albo niebieski. Boisz się, że straci swoją żywotność? Nic bardziej mylnego. Wykazuje żywotność do 1000 ładowań. Oczywiście bezpieczeństwo na najwyższym poziomie, bez typowych „wypieków”, a to wszystko za sprawą unikalnej technologii Hybrid Gel. Z takim orężem możesz spokojnie wybierać się w dzicz, aby odpocząć od codzienności i naładować – tym razem swoje – baterie. Cena: 119,99 zł


MNiSW

Nowy algorytm finansowy uczelni do zmian – aż 65 proc. środków stanowiła tzw. stała przeniesienia, czyli część wynikająca z uprzednio przyznanych dotacji. O pozostałej części decydowały kryteria dotyczące bieżącej działalności uczelni, takie jak choćby liczba studentów, czy poziom umiędzynarodowienia. dr hab . teresa czerwińska , podsekretarz stanu , ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego

Jednym z głównych celów strategii dla nauki i szkolnictwa wyższego zaprezentowanej przez Jarosława Gowina jest praca na rzecz doskonałości naukowej. Poziom scholaryzacji w Polsce jest jednym z najwyższych w Europie – w ubiegłym roku niemal 45 proc. osób w wieku 30-34 lat mogło pochwalić się wyższym wykształceniem. Istnieje jednak niekorzystna korelacja między masowością kształcenia a jego jakością. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest nadmierne zaangażowanie badaczy w dydaktykę, na czym cierpią i badania, i dydaktyka. NOWY ALGORYTM PROJAKOŚCIOWY Nowy sposób finansowania to czytelna wskazówka dla władz uczelni, w którym kierunku podążać. Celem ma być przede wszystkim kształcenie na możliwie najwyższym poziomie – tak, aby w przyszłości w sposób naturalny część obecnych studentów zasiliła kadrę badawczą, a część z nich weszła na rynek pracy z możliwie najlepiej dopasowanymi kompetencjami do oczekiwań pracodawców. Tylko projakościowe i efektywne finansowanie uczelni może spowodować, że nasze uniwersytety będą mogły stawać w szranki z zachodnimi uczelniami. Dotychczas dotacja podstawowa była tak skonstruowana, że nie motywowała

50 PROC. STAŁEJ PRZENIESIENIA W ministerstwie nauki chcemy zwiększyć wpływ wskaźników świadczących o jakości nauczania na wysokość kwoty otrzymywanej z budżetu państwa. Stała przeniesienia ma wynieść 50 proc. Pozostała część będzie zależała od efektywności wprowadzanych zmian. Niektóre środowiska obawiają się, że negatywnie wpłynie to na finanse uczelni, szczególnie tych mniejszych, regionalnych. Ministerstwo – wychodząc naprzeciw tym obawom – zaproponowało tzw. bezpiecznik. Rozwiązanie ma ograniczyć spadek i wzrost dotacji rok do roku do maksymalnie 5 proc. Dzięki temu rozwiązaniu uczelnie w perspektywie kilkuletniej utrzymają płynność finansową. RELACJA STUDENTÓW DO KADRY Nowy algorytm będzie prostszy. Wskaźników będzie mniej, ale będą one baczniej zwracały uwagę na jakość. Na wysokość dotacji wpływ będą miały następujące składniki: studencko-doktorancki (40 proc.), kadrowy (45 proc.), badawczy (10 proc.) i umiędzynarodowienia (5 proc.). Pierwszy z nich zawiera w sobie bardzo istotne kryterium projakościowe, mianowicie relację kadry do studentów. Tylko w mniejszych grupach możliwe jest indywidualne podejście do studenta, które jest warunkiem dobrego procesu kształcenia. Najbardziej optymalna proporcja zaproponowana przez MNiSW wynosi 1 do 11-13. A więc na jednego nauczyciela akademickiego powinno przypadać od 11 do 13 studentów. Tutaj zależność jest bardzo prosta: uczelnie, które zmieszczą się we wskazanym przedziale, dostaną więcej pieniędzy. Do ministerstwa docierają oczywiście głosy sprzeciwu, że relacja ta nie zda egzaminu w przypadku uczelni artystycznych i medycznych. Obawy te nie mają jednak

pokrycia w rzeczywistości. Przedział 11-13 dotyczy tylko i wyłącznie uczelni ogólnoakademickich. Dla uczelni medycznych podlegających resortowi zdrowia wysokość dotacji oblicza się za pomocą innych wartości referencyjnych, podobnie jak w przypadku uczelni artystycznych. Podobnie rzecz się ma z Państwowymi Wyższymi Szkołami Zawodowymi – tutaj zasady dofinansowania będą nieco inne. Algorytm dla PWSZ premiuje przede wszystkim kierunki praktyczne, a także efektywność w zdobywaniu zewnętrznego finansowania. Ministerstwu zależy na tym, aby wyższe szkoły zawodowe jak najściślej współpracowały z lokalnym otoczeniem gospodarczym i odpowiadały na potrzeby rynku pracy. WSKAŹNIK KADROWY Kolejną projakościową zmianą w algorytmie będzie powiązanie dotacji ze średnią kategorią naukową jednostek, które wchodzą w skład uczelni. Mechanizm jest prosty – im wyższa średnia kategoria naukowa uczelni, tym wyższy mnożnik, a więc kwota dofinansowania. INNOWACJE I UMIĘDZYNARODOWIENIE Kryterium badawcze będzie brane pod uwagę przy wyliczaniu dotacji dokładnie w taki sposób, jak to się działo w starym algorytmie. Z tą tylko różnicą, że – zgodnie ze strategią na rzecz partnerstwa z biznesem – największe znaczenie będą miały projekty innowacyjne, realizowane w ramach programu „Horyzont 2020”. Podobnie rzecz się ma z umiędzynarodowieniem. Jedyną zmianą w tym kontekście jest położenie większego nacisku na obcokrajowców, którzy w Polsce odbędą cały cykl kształcenia. Zależy nam na tym, aby cudzoziemcy uzyskiwali u nas dyplom, a nie jedynie przyjeżdżali na krótkookresową wymianę. Uproszczenie sposobu finansowania uczelni ogólnoakademickich i wskazanie projakościowych kryteriów przyznawania dotacji pomoże w sprawnym reformowaniu uczelni publicznych. Te muszą zaś dokonać zmian, jeśli chcą na poważnie konkurować z europejskimi czy azjatyckimi uczelniami.

31


ŚWIAT

Mikołajki w… Naddniestrzu? TOMASZ GRZYWACZEWSKI

redak tor naczelny „konceptu”

K

rąg trzeci Rzeczpospolitej w Naddniestrzu leżał jakieś dziesięć kilometrów od Raszkowa. Autobus dojeżdżał tam tylko raz w tygodniu. Podziurawiona jak sito asfaltowo-szutrowa szosa wrzynała się w obłędne słonecznikowe pola, mijała posterunek celników pilnujących przejścia granicznego z Ukrainą i wypluwała podróżnych w kłębowisku drewnianych chat o malowanych na niebiesko okiennych ramach. W środku kręgu trzeciego mieszkała pani Mirosława. Do bielonego domku szło się przez swojskie podwórko odgrodzone od świata odrapanym drewnianym płotem. Brakowało tylko strzechy albo czerwonej ceglanej dachówki, którą zeżarł ponury szarobury eternit. Ale w środku nie było już po nim śladu. W pokoju o drewnianym niebieskim suficie stał wysoki tapczan nakryty wyszywaną kapą, usłany puchowymi poduszkami w haftowanych poszewkach. Ścianę przyozdobiono grubym brązowym dywanem w kwieciste wzory. Z zakamarków wychodziły święte obrazki i obrazy. „Jezu, ufam Tobie”, Maryja trzymająca na rękach Dzieciątko, pobożny ksiądz w aureoli chylący czoła przed monstrancją. Zaplątała się też ikona, choć to dom katolicki, a nie prawosławny. A obok nich czarno-białe pozowane zdjęcia krewnych. Jest nawet monidło przedstawiające – o dziwo – nie nowożeńców, lecz młodą panienkę z kokardami upinającymi skromną fryzurę. Gospodyni tego mikroświata była absolutnie zjawiskowa. Wręcz archetypiczna. W zielonej sukience przepasanej fartuszkiem. W miękkich papciach opatulających stopy. W chuście zakrywającej siwe włosy. Lekko przygarbiona, ale energiczna. Mówiąca cichym, miłym głosem. Pani Mirosława wyglądała tak, jak powinna wyglądać każda babcia z ludowych podań i opowieści. A teraz siedzi za solidnym drewnianym stołem i próbuje zwalić nas z nóg.

32 | koncept | listopad 2016

Nakryty ceratą w słoneczniki blat zastawiony jest jedzeniem. Solianka, smażone jajka, zimne nóżki, sałatka ze świeżych pomidorów i ogórków, pachnące morele. Pośród tych przysmaków gospodyni położyła narzędzia zbrodni. Plastikowe butelki wypełnione domowym czerwonym winem, proste flaszki po wódce skrywające siedemdziesięcioprocentowy samogon, bardziej wykwintne flakony zalane ciemnobursztynowym koniakiem pędzonym z rosnących w ogródku winorośli. Pani Mirosława z babciną gorliwością nakłada nam kolejne porcje jedzenia, nie mogąc uwierzyć, że brzuchy mamy wypchane do granic możliwości. Każdą dokładkę okrasza toastem. A to koniaczku, a to samogonu. W przerwach od mocnych trunków dolewa wina i opowiada o swojej rodzinie. Im więcej opowiada, tym więcej dolewa. Im więcej dolewa, tym trudniej jest skupić się na tej opowieści. Czuję, jak głębiej i głębiej zapadam się w miękkie obicie krzesła. – Tutaj zawsze była Ukraina! Ale ja mam wpisane w paszporcie Polka – mówi Mirosława płynną ukraińską mową. Po polsku potrafi się pomodlić i zaśpiewać pieśni religijne. – Za Sowietów nie mogliśmy uczyć się polskiego, dlatego pamiętam tylko modlitwy, których nauczyła mnie mama. Dobrze, że teraz młodzi znają mowę swoich przodków – wyznaje. W Słobodzie działa jedyna w cały Naddniestrzu szkoła z obowiązkowym językiem polskim. Misjonarze organizują dla młodzieży wyjazdy do ojczyzny. – A co słychać u mojej rodziny w Polsce? Jejku, tak się cieszę, że nas odnaleźliście! Ile to już lat minęło, jak ostatni raz widziałam Piotra – starsza pani ma łzy w oczach. Kręci z niedowierzaniem głową, kiedy opowiadamy historię, która doprowadziła nas do jej stołu. Jeszcze w Polsce zupełnie przypadkowo poznałem Andrzeja, który na wieść o podróży do Naddniestrza oznajmił, że Piotr, jego dziadek od strony ojca, pochodzi z państwa-widma. Do domku Pani Mirosławy trafia się przez kościół. Na mszy świętej gromadzi się prawie cała żeńska część wioski. Mszę koncelebruje sercanin, ksiądz Marcin Januś. Nabożeństwo trwa grubo ponad dwie godziny i prowadzone jest w trzech językach. Wierni modlą się po ukraińsku, kazania słuchają po rosyjsku, a śpiewają po polsku. Tak jakby w tych murach wykuwała się przedziwna, ale uniwersalna

lingua slavica. Kościół w Słobodzie to, jak w wiekach średnich, nie tylko miejsce spotkania z Bogiem, lecz także bastion. Przez kilkadziesiąt lat broniono się w nim przed ateizacją i sowietyzacją. Wioska pierwotnie nazywała się Księdzówka, bo założył ją pod koniec XVII wieku ksiądz Wardieriesowicz, proboszcz parafii w pobliskim Raszkowie, który osiedlił tutaj chłopów z, jak podają źródła, „dalekich stron”. Prawdopodobnie byli to włościanie z południowej Rzeczypospolitej. Dopiero w 1927 roku zdecydowanie zbyt katolicką nazwę wsi zastąpiono Słobodą Raszków. Kilka lat później raszkowski kościół zamieniono na magazyn i stolarnię. Pozbawieni swojego duszpasterza mieszkańcy Słobody zaczęli organizować religijną partyzantkę. Chcieli wznieść swój własny kościół, ale władze nie wydawały na to zgody i dwukrotnie siłą burzyły zaczątki nowej świątyni. – W Słobodzie żyje twardy naród. Komuniści byli zawzięci, ale słobodzianie jeszcze bardziej. Nie da się zgodnie z prawem, nie idzie siłą, to trzeba podstępem. Totalitarny ustrój nauczył nas sztuki kombinowania – śmieje się ojciec Dima. – Obecny kościół powstał na bazie prywatnego domu. Jego właścicielka systematycznie dobudowywała kolejne pomieszczenia, aż wreszcie powstała kaplica z prawdziwego zdarzenia. Nawet wieżę wierni wznieśli własnym sumptem. W pobliskim Raszkowie na jednym z domów wisi mosiężna tablica: „Dom Polski „Wołodyjowski” w Raszkowie”. – Chciałabym, żeby przyjeżdżało do nas jak najwięcej rodaków. Powiedzcie wszystkim swoim znajomym, że u nas w Naddniestrzu też mamy swój skrawek Polski – mówi pani Natalia, założycielka Domu. Fragment książki Tomasza Grzywaczewskiego poświęconej państwom nieuznawanym, która ukaże się w 2017 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.


ŚWIAT

Zorganizujmy Mikołajki w Naddniestrzu! OPIS PROJEKTU Towarzystwo Kultury Polskiej „Jasna Góra” tzw. w Mołdawskiej Republice Naddniestrzańskiej, powstałe z inicjatywy Polaków zamieszkujących tamte tereny, wraz z Horizon Agency, niezależną grupą reporterów oraz osób związanych z działalnością charytatywną, organizuje MIKOŁAJKI dla dzieci polskiego pochodzenia mieszkających w najbiedniejszych miejscowościach Naddniestrza. Naddniestrze jest nieuznawanym na arenie międzynarodowej parapaństwem, stanowiąc formalnie integralną część Mołdawii z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Jednocześnie, to izolowany i najuboższy region Europy, w którym mieszka ponad 8 tysięcy osób polskiego pochodzenia. Działania Towarzystwa aktywnie dążą do zachowania kultury, tradycji i mowy polskiej poprzez sięganie do korzeni swoich przodków. ORGANIZATORZY

Rowiązanie krzyżówki: Stażowanie to praktykowanie

Obecnie sytuacja polityczna całkowicie ograniczyła zainteresowanie tym regionem i dostarczanie jakiejkolwiek pomocy jest prawie niemożliwe z powodu ogromnych trudności w uzyskaniu zgody na przewóz darów przez „granicę” mołdawsko-naddniestrzańską i ukraińsko-naddniestrzańską. ZADBAJMY O DZIECI Dzięki wsparciu różnych organizacji i osób prywatnych akcja mikołajkowa dla polskich dzieci jest organizowana już od kilku lat. Dlatego i w tym roku chcielibyśmy przygotować drobne upominki ze słodyczami, żywnością, a także podstawowymi środkami czystości, które zostaną przekazane rodzinom polskim w ramach pomocy przedświątecznej. Produkty mogą zostać zakupione na fakturę tylko w Naddniestrzu. Paczki zostaną rozdystrybuowane dzieciom w jednym z trzech miast: Tyraspol, Raszków i Słoboda-Raszków.

Zostanie przygotowany materiał filmowy i fotograficzny z akcji.

Środki można wpłacać na konto: BANK PKO BP SA O/1 w PRZEMYŚLU Nr rachunku: 07 1020 4274 0000 1102 0056 3643 Towarzystwo Polskiej Kultury „Jasna Góra” Więcej informacji na www.dompolskiwraszkowie.cba.pl Kontakt: Marta Rybicka marta.rybicka@gmail.com tel. 606 619 589

PATRONI MEDIALNI

33


ŚWIAT

USA 2016 – tryumf kłamstwa MICHAŁ KOLANKO

Autor jest współ założ ycielem serwisu 300polit yk a

„Zmiana” – to było hasło Baracka Obamy w 2008 roku. Ale chociaż Trump i Clinton nie odnosili się w swoich politycznych przekazach do „zmiany” tak bezpośrednio jak odchodzący prezydent USA, to jednak ta kampania bezpowrotnie zmieniła Amerykę.

I

to musi przyznać każdy, niezależnie od tego, czy wygrała Clinton, czy też Donald Trump. Bo chociaż w chwili pisania tego tekstu wynik wyborów nie jest jeszcze znany, to już teraz można powiedzieć, że takiej kampanii nigdy jeszcze nie było. Amerykańska, a częściowo też światowa polityka już nie będzie taka sama. PORAŻKA FACT CHECKERÓW W ostatnich latach w USA popularną gałęzią dziennikarstwa stało się tzw. fact checking – sprawdzanie wypowiedzi i argumentów polityków pod kątem tego, czy są zgodne z rzeczywistością i nie zawierają kłamstw. W redakcjach powstały wyspecjalizowane serwisy i działy. Ale w 2016 roku okazało się, że wyborców już coraz mniej obchodzi, czy ktoś mówi prawdę, czy też nie. Donald Trump mijał się z prawdą, zaprzeczał sam sobie i kluczył dziesiątki, setki razy. Nie tylko w sprawie faktów, lecz także swoich wcześniejszych wypowiedzi, np. dotyczących poparcia wojny w Iraku. Każdy inny kandydat, każda inna kampania załamałaby się pod ciężarem tych wszystkich kłamstw już dawno. Ale nie Trump – on nie tylko pokonał swoich nieco bliższych prawdzie kontrkandydatów w prawyborach, lecz także stawił czoło potężnej maszynie Clintonów. To najlepiej pokazuje, jak bardzo zmieniła się polityka w ostatnich dekadach. Teraz można powiedzieć dosłownie wszystko – i nie ma za to żadnych albo prawie żadnych konsekwencji. Post-truth politics – to termin, który najlepiej oddaje rok 2016 w polityce. Przez zamknięcie

34 | koncept | listopad 2016

się we własnych ideologicznych silosach, bierności, frustracji i rozczarowaniu całą klasą polityczną, wyborcy uznali prawdę za towar niemal całkowicie zbędny. Trump to wykorzystał i odniósł bezprecedensowy sukces jako kandydat, który nigdy wcześniej nie uczestniczył w polityce, nigdy nie został wybrany na żadne stanowisko, nigdy nie odpowiadał przed wyborcami. Nawet gdy pojawiły się oskarżenia o molestowanie seksualne, nawet gdy ujawniona została taśma z jego seksistowskimi komentarzami, Trump mógł odwrócić sytuację i powiedzieć: „To spisek, media razem z Clinton są przeciwko mnie”. TRYUMF EMOCJI? Trump pokazał jeszcze jedno. W świecie, w którym prawda przestała mieć znaczenie, kluczowe stały się czyste emocje. Bez odwoływania się do skomplikowanych propozycji merytorycznych i programowych. Trump perfekcyjnie wykorzystał niemal wszystkie resentymenty wśród kilku najważniejszych grup amerykańskich wyborców: wściekłość na imigrantów, lęk przed globalizacją symbolizowaną wolnym handlem i umową TTIP, przekonanie o coraz gorszej pozycji USA, utracie pozycji międzynarodowej hegemonii na rzecz Chin i Rosji, słabości i „miękkości” przywódców. Rozwiązania tych problemów są czysto personalne. Trump powiedział na konwencji GOP w Cleveland, że „tylko ja potrafię to naprawić”. Jego przekaz to niemal bezpośrednie odwoływanie się tylko do siły woli polityka jako jego kluczowej cechy. Oczywiście to okazało się jego

słabością, którą sztab Clinton doskonale zrozumiał. Pokazały to trzy debaty prezydenckie. W każdej z nich Hillary Clinton udało się sprowokować Trumpa do wypowiedzenia słów (jak powtórzenie obelg pod adresem byłej Miss Universe Alicii Macondo), które po debacie stawały się tematami tygodnia. Trump nie mógł się powstrzymać, jego emocje i charakter doprowadziły do porażki w każdej z debat. Ale nie była to porażka na argumenty, tylko na dane i fakty. WYBORY 2020 Politycy po obu stronach barykady, zwłaszcza republikanie, już teraz zastanawiają się, jak będzie wyglądać kampania w 2020 roku. Te wybory pokazały między innymi, że zmniejsza się siła ognia tradycyjnych spotów wyborczych, tak jak zmniejsza się znaczenie telewizji w docieraniu z politycznym przekazem do elektoratu, zwłaszcza tego z tzw. pokolenia milenijnego. Ale to tylko technika. Kluczowe jest to, że kampania 2016 pokazała nie tyko głębokie oderwanie się społeczeństwa od elit w USA, lecz także uzewnętrzniła podziały ideologiczne, społeczne, gospodarcze i wszelkie inne. Nie chodzi o “niebieskie” czy “czerwone” stany, ale o silosy odporne na prawdę i argumenty, w których zamykają się kolejne grupy. I tego już chyba nic w USA nie będzie mogło skleić. Nie jest to na pewno zmiana, o której w 2008 roku myślał Barack Obama. Tekst został napisany przed ogłoszeniem wyniku wyborów prezydenckich w USA.

8 LISTOPADA 2016 R. AMERYKANIE ZDECYDOWALI, ŻE 45. PREZYDENTEM USA ZOSTANIE DONALDA TRUMP. JEGO HASŁEM WYBORCZYM BYŁO „MAKE AMERICA GREAT AGAIN”. PO PRZELICZENIU GŁOSÓW Z 50 STANÓW KANDYDAT REPUBLIKANÓW ZDOBYŁ 276 GŁOSÓW ELEKTORSKICH A HILLARY CLINTON 228. TRUMP WYGRAŁ M.IN. NA FLORYDZIE I W OHIO.


FELIETON

Korzyści z tłumu WIKTOR ŚWIETLIK

dyrek tor centrum monitoringu wolności prasy sdp

J

eden ze znanych profesorów, z którym często zdarza mi się spotykać w programach publicystycznych, zwykł kpić z „suwerena”, czyli inaczej mówiąc z ludu, który wybiera dżentelmenów zasiadających w sejmie i w senacie. Babka w ulicznej sondzie zastanawia się, jak nazywa się minister spraw wewnętrznych. Toż to dopiero darcie z niej łacha. „Ot suweren, tacy ludzie fundują nam władzę”. Niby coś w tym jest. Ostatnio rozmawiałem „o polityce” z moim dobrym znajomym, który jest mechanikiem samochodowym. To, co mówił, było – delikatnie mówiąc – nieco irytujące. Nie ze względu na niezgodność naszych poglądów, ostatecznie żyję z rozmów z ludzi o innych poglądach niż swoje. Potworne było powtarzanie zasłyszanych w mediach uproszczeń mających się do rzeczywistości jak pięść do nosa, jak choćby tego, że „projekt ustawy antyaborcyjnej zgłosił Kaczyński” (tak naprawdę to ten polityk właśnie zadecydował o tym, by wspomniany pomysł utopić). W złości pozwoliłem sobie nawet na małą złośliwość i wytłumaczyłem koledze: − Słuchaj, wyobraź sobie, że ja przeglądam i naprawiam twój samochód. Sprawdzam po swojemu hamulce, płyny, zbieżność kół, szczelność układu paliwowego, pracę silnika, elektrykę, a potem ty wsiadasz z rodziną do auta po takim przeglądzie i jedziesz na wakacje. Pojechałbyś? − No nie.

Profesorowie i telewizyjni mędrkowie z upodobaniem krytykują szarą masę, ale czy na pewno są od niej mądrzejsi? − Widzisz? A moja wiedza w dziedzinie mechaniki odpowiada twojej w dziedzinie polityki, mimo tego co cztery lata tacy jak ty wysyłają moją rodzinę w kolejną podróż.

Nikt nie ulega tak bardzo rozmaitym kretyńskim modom i „narracjom” środowiskowym, jak właśnie elity. Tyle że i od znajomych dziennikarzy i biznesmenów słyszę na przykład, że ludzi oszukano, bo „nie mówiono im o różnicach kursowych”. Naciąganie ludzi na kredyty frankowe kilkanaście lat temu nie było niczym ani przyzwoitym, ani uczciwym, ale akurat istnienie dynamicznych różnić między wartością walut jest rzeczą tak oczywistą jak fakt, że przy przechodzeniu przez jezdnię na czerwonym świetle można wpaść pod samochód. Nawet w krajach, gdzie wolno to robić. Polityczne kłamstwa i brednie ludzie powtarzają za tak zwanymi liderami opinii, aktorami, celebrytami, telewizyjnymi gadającymi głowami, a ci powtarzają to, co wyczytają w „swojej” prasie lub usłyszą od „swoich” polityków, a także „swoich” profesorów. Zresztą nikt nie ulega tak bardzo rozmaitym kretyńskim modom i „narracjom” środowiskowym jak właśnie

wspomniane elity. Nie na darmo wszelkiej maści trockizmy, socjalizmy utopijne, ale i eugeniki i teorie rasistowskie rodziły się na uniwersytetach, a nie wśród robotników rolnych. Zatem kto ma najwięcej racji? Amerykański badacz o swojsko brzmiącym nazwisku James Surowiecki badał grupy ludzi, którzy mieli zgadnąć od ręki, czy w słoiku pełnym wymieszanych kulek o dwóch kolorach więcej jest kulek czerwonych czy białych. Któż więc najszybciej zgadywał? Inteligenci, technicy, humaniści, robotnicy, matematycy? Żadna z tych grup. Wygrywała średnia. Wygrywał tłum ze statystycznym, uśrednionym głosem, który niwelował pojedyncze błędy. Tak właśnie wybiera suweren. I ten suweren ma jeszcze jedną zaletę. W przeciwieństwie do zacnego profesorstwa nie tkwi w swoich błędach wiecznie, wstydząc się do nich przyznać, lecz je koryguje, dzięki czemu banda złodziei może rządzić przez 4 czy 8 lat, ale w końcu zostaje wymieniona na kogoś innego. Czy wniosek z tego dla was, że macie przestać się starać i rozwijać i po prostu zostać częścią szarego tłumu? Mam nadzieję, że sam jestem jego zaprzeczeniem. Ale kiedy słyszę, że „suweren to matoł”, że „Polacy nie dorośli”, że „ludzie są ogłupiali”, to z dużym dystansem spoglądam na głowy tych, którzy takie słowa wypowiadają. Choćby i były siwe i cieszyły się powszechnym autorytetem.

35


INWESTYCJA W PRZYSZŁOŚĆ Z PULĄ NAGRÓD 60 000 ZŁ

Dla najlepszych studentów mamy piątkę... KONKURS INWESTYCJA W PRZYSZŁOŚĆ Masz na swoim koncie ciekawe projekty studenckie? Mierzysz wysoko i stawiasz sobie ambitne cele? Pokaż, jaka jest Twoja #najlepszastrona i wygraj 5000 zł stypendium rozwojowego. Na zgłoszenia czekamy do 8 grudnia.

Szczegóły na stronie pzu.pl/inwestycja-w-przyszlosc

Koncept nr 47  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you