a product message image
{' '} {' '}
Limited time offer
SAVE % on your upgrade

Page 1

Bestseller nr 1 w Norwegii


IBEN AKERLIE

Lars jest LOL z języka norweskiego przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak


© Iben Akerlie First published by H. Aschehoug & Co. (W. Nygaard) AS, 2016 Polish edition © by Grupa Wydawnicza Adamantan s.c., 2017 Published in agreement with Oslo Literary Agency, Norway and Book/lab Literary Agency, Poland. All rights reserved.


1 Kocham go

Adam. Adam, Adam, Adam. Dwie ławki przede mną w klasie rozgrzanej dorodnym sierpniowym słońcem. Przez otwarte na oścież okna tanecznym krokiem wpadają do środka jego promienie. Pierwszy dzień roku szkolnego, a ja myślę, jakie to musi być cudne uczucie przeczesać palcami te spływające po karku ciemnobrązowe loki. Gdy zamknę oczy, mogę sobie też wyobrazić ciemne oczy, które intensywnie wpatrują się w moje, choć w rzeczywistości nigdy tak się nie stało. W realu zaledwie wiedzą, że istnieję. Adam i Amanda. Przez całe lato unosiłam się jak balon w kształcie serca, marząc o świecie, w którym Adam + Amanda = prawda. W tych marzeniach miałam pewność, że skoro będę dorastała przez całe lato, to kiedy wrócę do szkoły, odważę się wreszcie do niego odezwać. Do Ada5


ma. Wtedy ośmielę się ostatecznie powiedzieć „siema” albo „halo”, a może nawet spytać, jak minęło mu lato? Czy tak samo jak ja spędził je w letnim domku? Ale nie. Kiedy dziś przyszłam do szkoły, odszukałam naszą nową klasę, znalazłam swoją najlepszą przyjaciółkę Sari i odkryłam, że Adam stoi pięć metrów przede mną, cała zesztywniałam. Stanęłam wyprostowana na baczność jak królewski gwardzista ze wzrokiem wbitym przed siebie, niezdolna nawet mrugnąć. Sari szturchnęła mnie lekko w plecy, ale ponieważ nogi wrosły mi w ziemię, padłam jak długa na twarz. Ledwo zdążyłam się podeprzeć rękami, które głucho stuknęły o brudną podłogę. Przez chwilę leżałam z nosem dwa centymetry nad linoleum i wpatrzona w nie czułam, że powoli, jak szarzejący z upływem jesieni brąz liści, wycieka ze mnie poczucie pewności siebie. Kiedy wreszcie się podniosłam i rozejrzałam dookoła, Adam zniknął już w klasie – ani się nie obejrzał, ani w ogóle nie zwrócił uwagi na mój upadek. – Jak tam, Amanda, w porządku? – spytała Sari. – No – odpowiedziałam. – Chociaż mogłoby być ­lepiej. Trudno powiedzieć, czy Sari także oczekiwała, że pójdzie mi lepiej czy że właśnie tak – że zesztywnieję, potknę się i właśnie się nie odważę. Sari zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny. A chociaż przez lato dużo rozmawiałyśmy 6


o tym, że po powrocie do szkoły mam się zdobyć na odwagę i odezwać do Adama, nie zdziwię się, jeżeli w głębi duszy sądziła albo nawet wiedziała, że jednak tak się nie stanie. Nie mieć odwagi to przecież cała ja. Wyrwało mi się żałosne westchnienie. Sari nie odezwała się, wsadziła mi tylko chudą rękę pod ramię i poprowadziła przez klasę do tylnego rzędu, gdzie w kącie znalazłyśmy dwa wolne stoliki. Przyglądam się jej z podziwem – jest najmądrzejsza i najlepsza spośród ludzi, których znam. Widzę, że przez lato bardzo urosły jej włosy, opadają na plecy jasnymi pasmami jak delta Amazonki uchodzącej do Atlantyku. Bystry wzrok łagodzi ciepły uśmiech, a niewielki nosek czerwieni się od opalenizny. Wyraźnie zaznaczone, gęste brwi marszczą się w trosce o mnie. Z całej siły staram się nie myśleć o Adamie, ale siedzi dwa rzędy przede mną i kręci w palcach ołówkiem. Jeden jedyny w klasie tak umie, a przez wakacje jeszcze udoskonalił tę sztukę. Opiera łokieć na pulpicie, trzyma ołówek między kciukiem a palcem wskazującym, a środkowym wprawia go w ruch jednostajnie wirujący. Trzy obroty i celowo go zatrzymuje, po czym uruchamia na nowo, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. Całe lato ćwiczyłam, ale udaje mi się tylko jeden pełny obrót i ołówek ląduje na ziemi. 7


Ołówek w palcach Adama całkowicie mnie hipnotyzuje, fantazjuję więc dalej o tym, że moja ręka przeczesuje jego miękkie loki. A gdybym tak w jakiś sposób postarała się stanąć za nim w kolejce na stołówce? Mogłabym wtedy prawie niezauważalnie pogładzić go po włosach. Na szczęście marzenia na jawie przerywa mi wychowawczyni, pani Jensen, która z impetem wpada do klasy. – Witajcie wszyscy i każdy z osobna! – woła radośnie, ale nie zwraca jeszcze niczyjej uwagi. Nadal gadamy ze sobą, gdy tymczasem nauczycielka porządkuje i układa przy tablicy wszystko, co znalazło się nie na swoim miejscu. Ćwiczenia do przyrody przenosi z parapetu na regał, wykłada pod tablicą nowe flamastry. Przy każdym ruchu tańczą wokół jej głowy rude kędziory. Cerę ma zaczerwienioną od słońca i obsypaną piegami, które skupiają się zwłaszcza wokół niewielkiego nosa. Na dzisiejszą okazję założyła szeroką, zwiewną, ­żółto-lila bati­kową sukienkę. Przenosząc ciężar ciała z pięt na palce, puszy się pod tablicą jak uradowany paw. W końcu odwraca się do nas i mówi serdecznie: – Nie macie pojęcia, jak mi was brakowało! Uśmiechamy się z Sari lekko do siebie i poznajemy po naszych spojrzeniach, że my też w gruncie rzeczy się za nią stęskniłyśmy. – Witajcie więc z powrotem – ciągnie. – Prawie was nie rozpoznaję, tak urośliście. – Parska radosnym śmiechem. 8


– Jak to miło, że znowu was wszystkich widzę. Strasznie się cieszę, że razem spędzimy ten nowy rok szkolny. Pani Jensen nawija dalej, a ja powoli odpływam. Nie mija wiele czasu, gdy myśli znowu lądują zupełnie gdzie indziej – dwa rzędy przede mną, na ciemnobrązowych lokach. Adam obraca w palcach ołówek, jakby w gruncie rzeczy znajdował się w całkiem innym i dużo ciekawszym miejscu. Wygiął plecy w kabłąk, a między łopatkami na czerwonym T-shircie pojawia się cienka strużka potu. – Kocham go – szepczę do Sari. Podnosi wzrok znad plecaka, w którym grzebie w poszukiwaniu pióra i papieru. – Naprawdę? – pyta z powagą w głosie. – No. Zrozumiałam to, kiedy go znowu zobaczyłam. Kocham go. – „Kocham” to mocne słowo – napomina mnie Sari. – Tata mówi, że powinno się go używać tylko wtedy, kiedy się naprawdę tak czuje. Tak samo, jak „nienawidzę”. Można tak powiedzieć tylko wtedy, gdy uczucie jest tak silne, że żadne inne słowo nie potrafi go opisać. – Ale na to nie ma innego słowa – stwierdzam.  – ­Kocham go. A przez lato jeszcze się pogorszyło. Potężne westchnienie powoduje, że jeszcze bardziej kurczę się w sobie. Nawet Sari nic tu nie pomoże. Przebija się do nas głos wychowawczyni: – No i w tym roku dostaniemy podopiecznych! 9


Entuzjazm pani Jensen jest zaraźliwy i nawet ja, mimo wszystkich swoich zmartwień, nie potrafię powstrzymać uśmiechu. Cała klasa już od dłuższego czasu, niewykluczone, że od chwili, gdy sami byliśmy podopiecznymi, z radością wyczekiwała momentu, kiedy zostaniemy patronami. Każdy z nas wyobrażał sobie, jak to będzie, gdy przydzieli się nam po słodkim pierwszoklasiście do pilnowania i chuchania. Prostuję się na krześle i po raz pierwszy tego dnia udaje mi się skoncentrować na czymś innym niż Adam. – Podopiecznych przydzielimy jutro – ciągnie wychowawczyni. – Wiąże się z tym kilka praktycznych informacji, ale tym zajmiemy się po przerwie na drugie śniadanie. Słychać pełne zawodu westchnienie, ale pani Jensen nie zwraca na nie uwagi. – Teraz chciałabym przede wszystkim, żebyśmy się na nowo poznali po wakacjach, poczuli siebie nawzajem, przyzwyczaili się po dwóch miesiącach rozłąki do brzmienia naszych głosów. „Poczuć siebie nawzajem”, „poznać się na nowo” oznacza w słowniku wychowawczyni, że możemy usiąść, koło kogo chcemy, i pogadać, z kim chcemy. Odwracam się do Sari i już mam powiedzieć coś na temat Adamowych loków, gdy za plecami odzywa się ochrypły głos: – Siemanko! 10


To Kay, który szybko przybija z nami głośną piątkę. Obie z Sari uśmiechamy się do niego ciepło. Dobrze go znowu widzieć. Dopełnia naszą trójkę – teraz jesteśmy w komplecie. – Jak sprawy? – pyta zdawkowo. – Nijak – odpowiada Sari w imieniu nas obu, robiąc miejsce dla Kaya na swoim krześle, tak że każde z nich sadowi się na nim połową pupy. – No, okej. – Kay siada obok Sari. – Nie widziałem was przez całe lato, ale nic się nie dzieje. Kapuję. Kay udaje obrażonego, ale z jego twarzy bije ciepło i przyjaźń. – Wiesz przecież, co mam na myśli – usprawiedliwia się Sari. – Akurat w tej chwili nie dzieje się nic. Wybuchamy we troje śmiechem, a potem Kay opowiada nam o swoich wakacjach. Jego ojciec pochodzi z Gambii, więc Kay był aż w Afryce w odwiedzinach u rodziny. Cera Kaya jest przez cały rok dość ciemna, ale teraz twarz mu płonie. Oczy ma zielone jak butelki po winie. Rozświetlają się, kiedy mówi albo się śmieje. Wargi, wydatne i jakby trochę obolałe, skrywają rząd kosmicznie powykrzywianych zębów. Kay i Sari opowiadają nadal o swoich wakacjach, a ja zerkam spod oka na Adama. Dlaczego tak okropnie trudno być zakochanym? Dlaczego to tak bez przerwy musi palić od środka? Jakbym nie miała ani sekundy dla siebie, 11


bo mikroskopijny karzełek w głębi serca bez ustanku, niecierpliwie postukuje od wewnątrz w ścianę. Nasze rozmowy przerywa dzwonek na przerwę i wszyscy sznureczkiem wychodzą z klasy przed szkołę, dokąd wabią ciepłe promienie słońca. Po drodze Kay dalej hałaśliwie nadaje o wujkach, ciotkach i bezpańskich kotach, a my z Sari dołączamy nasz śmiech do tego zgiełku. Nagle moją uwagę odwraca hipnotyzujący zapach, który przywodzi na myśl truskawkowy shake i ciasto czekoladowe. Podnoszę głowę i dostrzegam, że idę tuż za Adamem. Moje ruchy od razu robią się sztywne i niezgrabne. Czuję się, jakbym mdlała, nie tracąc świadomości, a idąca obok Sari to zauważa. – Amanda, zrób coś, wyglądasz jak zombie. Powiedziała to cicho, żeby Adam nie usłyszał, dotarło to jednak do Kaya. – Z czym ma coś zrobić? – pyta i przeciąga ręką po krótko ostrzyżonych włosach. – Z Adamem – zdradza Sari, zwalniając kroku, żeby zwiększyć odległość od przedmiotu wymiany zdań. – Ciągle? – Kaya zamurowało. – Zdawało mi się, że miałaś się z niego wyleczyć przez lato? Taki był plan, nie? – No tak – przyznaję – ale tylko się pogorszyło. ­ Kocham go. – Oj, oj, no to mamy spory problem – stwierdza Kay i kręci zrezygnowany głową. 12


Sari też potrząsa lekko głową, głównie jednak, jak sądzę, dlatego że zaczyna mieć dosyć starej śpiewki. Przecież kocham się w Adamie od czwartej klasy i jak dotąd nie udało mi się nic z tym zrobić. Gdy Adam przyszedł do naszej szkoły w czwartej klasie, zakochały się w nim wszystkie dziewczyny, ale on w żadnej. Interesowała go tylko piłka nożna. Początkowo nie miałam problemów, żeby z nim rozmawiać. Czasami nawet grałam w jego drużynie, kiedy organizował na długiej przerwie mecze z klasą B. Pewnego dnia jednak na lekcji przyrody podszedł do mnie i spytał, czy nie zechciałabym mu pomóc. Myślałam, że chodzi mu o ćwiczenia, które nam przydzielono. Kiedy poszłam z nim do stolika, okazało się, że potrzebuje pomocy, żeby zacząć chodzić z dziewczyną z klasy B. Nie potrafiłam mu nawet zwyczajnie odpowiedzieć „tak” albo „nie” – gapiłam się na niego i czułam, że wszystkie mięśnie odmawiają mi posłuszeństwa. Po raz pierwszy zdarzył mi się wtedy taki pełny paraliż i brak kontroli nad własnym ciałem. Od tamtego czasu działo się to często. Wydaje mi się, że Sari ulżyło, kiedy przed wakacjami postanowiłam go nie lubić. I że teraz jest rozczarowana, gdy się okazało, że jestem w nim zakochana bardziej niż przedtem. – Musimy coś z tym zrobić, Amanda – odzywa się zdecydowanie Kay. – Im szybciej, tym lepiej. 13


– Ale co? – pytam bez nadziei. – Podejdź do niego! – No nieee… – Nie da się – wtrąca Sari. – Dopiero co próbowała i po prostu się wywaliła. I oczywiście, jak zwykle, zesztyw­ niała. – Aż tak? – Kay znowu kręci głową. – Naprawdę jest aż tak źle? – Biedactwo – rzuca Sari bez adresu. – No – zgadza się Kay. – Ale musisz to zrobić. Od razu. Podejdziesz do niego i powiesz „siema” czy coś takiego. Udasz jak gdyby nigdy nic. To najlepszy sposób. Popychamy ciężkie drzwi wejściowe. Przed szkołą na chwilę oślepia nas ostre światło słońca. – No dobra… – odpowiadam, mrugając, żeby odzyskać wzrok. Idziemy przez szkolny dziedziniec do ławek w najdalszym jego kącie, do naszego stałego miejsca. Mamy stąd dobry widok na cały teren szkoły, więc Kay szybko lokalizuje Adama na boisku. Ja też go dostrzegam – wygłupia się na bocznej linii z chłopakiem z klasy B, którego nie znam. – No to rusz się, podejdź do niego, powiedz „cześć” i spytaj, czy miał fajne wakacje. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Mimo wszystko od ostatniej próby czuję jakiś przypływ odwagi, może dlate14


go że wspierają mnie Sari i Kay, a może z powodu karzełka w głębi serca, którego postukiwanie jest prawie nie do wytrzymania. Coś naprawdę trzeba przedsięwziąć. Wstaję z ławki powoli, biorę głęboki wdech, tak że płuca zmuszają kręgosłup do wyprostowania się. Przeciągam ręką po sztywnych włosach. Próbuję je w ten sposób ułożyć, choć wiem, że to niewykonalne – jak zwykle sterczą we wszystkie strony. – Okej – odzywam się, wypuszczając powietrze. Nie oglądając się na nich, ruszam w kierunku Adama. Droga do niego przez szkolne podwórko trwa mniej więcej dziesięć lat. Tak przynajmniej to odbieram. Powoli, ale do przodu. Nogi krok za krokiem przemierzają boisko. Denerwuję się, ale nie odpuszczam. Im bliżej jestem celu, tym mniej czuję ten lęk, który, jak wiem, z pewnością gdzieś we mnie narasta. Co ja robię? Co mam powiedzieć? Czy w ogóle mam jakiś plan? Może właśnie teraz pora, by delikatnie głasnąć miękkie loki? Uświadamiam sobie, że absolutnie nie mam planu i że jestem bardzo blisko. Tak blisko, że naturalną koleją rzeczy zaraz powinnam powiedzieć „cześć”. – Hejka – mówię, zatrzymując się kilka metrów od Adama. Nie odpowiada. Nawet nie podnosi wzroku, tylko dalej podbija piłkę. Rośnie we mnie panika, ale jakiś instynkt podpowiada mi, że nie powinnam się teraz 15


­ ycofywać, że muszę doprowadzić zamiar do końca. w Wyduszam z siebie kolejną „hejkę”. Tym razem spogląda na mnie, przez sekundę patrzy mi w oczy, po czym odwraca się do kumpla z klasy B i coś szepcze. Chłopak kiwa głową i wyciąga coś ze stojącego za nim na ławce plecaka. Mija kolejne dziesięć lat i Adam odpowiada mi wreszcie chłodnym „cześć”. – Jak tam wakacje? – rzucam niezłomnie. Jednocześnie zastanawiam się, skąd się we mnie bierze ta pewność siebie, bo w środku trzęsę się jak galareta. – Wporzo – odpowiada i wzrusza ramionami. Kołyszemy się naprzeciw siebie w milczeniu. Adam wydaje się trochę spięty, ale dobrze to ukrywa za wyluzowaną postawą – ręce wetknięte od niechcenia w kieszenie, plecy lekko zgarbione. – Ehm, no to… – zaczynam – do następnego razu! – Czekaj! – woła nagle głośno. Jeszcze się nie ruszyłam. Stoję dokładnie w tym samym miejscu wyasfaltowanego boiska, w którym stałam przez całą naszą dziwną „rozmowę”. Za plecami Adama pojawia się kumpel z równoległej klasy i podaje mu półtoralitrową butelkę wody mineralnej, starając się równocześnie stłumić atak chichotu. Odchodzi tyłem i nie spuszcza ze mnie wzroku. W tym momencie Adam zaczyna się do mnie zbliżać, a moje serce wykonuje tak obłędne salto, że na pewno to 16


widać. Biorę głęboki oddech i staram się zachować spokój. Na twarzy Adama pojawia się uśmieszek. Co teraz? Dlaczego Adam podchodzi tak blisko? I skąd ta dziwna mina? Pół metra ode mnie się zatrzymuje, nie odzywa się i nie patrzy na mnie. Uśmiech na jego ustach robi się coraz szerszy i przechodzi w lekki chichot. Stoję przed nim jak sparaliżowana, ale odnotowuję, że jego kumpel kilka metrów dalej wybucha histerycznym śmiechem. – Zrób to! – woła między atakami śmiechu. Adam odkręca butelkę i wkłada do szyjki kciuk. Powoli, potem coraz gwałtowniej zaczyna potrząsać trzymaną w rękach wodą. Trwa to dziesięć długich sekund, a ja nie jestem w stanie zareagować. Stoję sztywna jak tyczka i absolutnie nie rozumiem tego, co się dzieje na moich oczach. Nagle Adam odwraca butelkę w moją stronę i wyjmuje palec z szyjki. Silny strumień gazowanej wody oblewa mnie od stóp do głów i kompletnie moczy. Trwa to całą wieczność, wreszcie woda się kończy, a ja, mrugając, mogę dostrzec twarz Adama przez strugi mineralnej i łzy, które zaczęły mi się zbierać w kącikach oczu. Napotykam spojrzenie pełne złośliwej radości, ale nagle zasnuwa je cień i mina Adama zamienia się w maskę bez wyrazu. Znienacka odwraca się i odbiega w kierunku toalety dla chłopców, a za nim jego kumpel. 17


Za moimi plecami słychać tupot. – Nic ci nie jest? – W głosie Kaya słychać wściekłość. – A niech go! – woła Sari tak rozzłoszczona, że prawie dymi jej z uszu. – Chodź! – Kay otacza mnie ramieniem i prowadzi w kierunku wejścia do szkoły, które na nieszczęście znajduje się po drugiej stronie dziedzińca, czyli że droga ku bezpieczeństwu wiedzie obok całej reszty uczniów. Usilnie staram się unikać ich spojrzeń, nie da się jednak nie zauważyć, że wszyscy na podwórku przerwali swoje zajęcia i obserwowali oblewanie wodą. Nie mam odwagi spojrzeć po sobie, by potwierdzić to, co czuję – jasno­ niebieska sukienka, którą starannie wybrałam wczoraj wieczorem, zrobiła się całkowicie prześwitująca i lepi się do ciała tak, że widać mi majtki. Na korytarzu chowamy się pod schodami. Jestem w szoku. I ociekam wodą. Z oczu bez przerwy płyną mi łzy. Sari przygląda mi się z niedowierzaniem i dopiero teraz jest w stanie się odezwać. – Wybacz – szepcze. Zdejmuje sweter i mi go podaje. – Nie powinniśmy cię namawiać, żebyś do niego podeszła. – Skąd… mogliście… wiedzieć? – jąkam przez szloch. Kay przyniósł papierowe ręczniki i osusza mi twarz i włosy. – Ale co się stało? – pyta. – Coś ty mu u licha powiedziała? 18


– Nic – wyduszam z siebie. – Powiedziałam tylko ­„hejka”… i spytałam, jak… minęło… lato. Ostatnie słowa toną znowu w potokach łez, które Kay z trudem osusza. – Nic nie rozumiem – odzywa się zamyślona Sari. – Chyba że on też cię lubi – wyrywa się Kayowi. – Już to widzę – szepczę. – W życiu. On mnie nienawidzi. – No… na to raczej wygląda – zgadzają się chórem Kay i Sari. – Może teraz uda mi się z niego wyleczyć – mówię z odrobiną optymizmu w głosie. – Miejmy nadzieję. – Sari kiwa głową. – Ale to nie będzie łatwe. Po tym smutnym podsumowaniu wracamy do klasy jak trzej muszkieterowie po porażce na polu bitwy, którzy jednak mają siebie nawzajem.

19


Tytuł oryginału norweskiego: Lars er LOL Redaktor prowadzący: Witold Mizerski Redakcja: Monika Mielcarek Projekt okładki: Irene Marienborg Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, skanowanie i przekształcanie treści niniejszego utworu oraz jego nieautoryzowane publiczne rozpowszechnianie w całości lub we fragmentach, cyfrowo lub analogowo, jest zabronione i powoduje naruszenie praw autorskich dotyczących niniejszej publikacji.

Wydanie I Warszawa 2019 ISBN 978-83-7350-380-9 jest marką handlową Grupy Wydawniczej Adamantan s.c. www.finebooks.pl, facebook.com/wydawnictwo.finebooks Wydawca: Grupa Wydawnicza Adamantan s.c. Skrytka Pocztowa 73, 01-499 Warszawa 46 tel.: 222501091; fax: 222501095 e-mail: biuro@adamantan.pl Wydrukowano na papierze Classic 80 g/m2 dostarczonym przez firmę ZING Druk i oprawa: Łódzkie Zakłady Graficzne

1 2 3


Amanda nie może się doczekać rozpoczęcia szóstej klasy. Zgodnie ze szkolną tradycją ma otrzymać pod opiekę jakiegoś słodkiego pierwszoklasistę. Zamiast tego pod jej opiekę trafia Lars, nowy uczeń w klasie, który w dodatku ma zespół Downa. Czy z kimś takim można się zaprzyjaźnić? Jak ją będą traktować koleżanki i koledzy? Co na to powie Adam, który bardzo, ale to bardzo jej się podoba? „Lars jest LOL” to wciągająca i napisana z humorem książka dla dzieci o tym, że w życiu są sprawy znacznie ważniejsze niż popularność w mediach społecznościowych czy uznanie rówieśników. Debiutancka powieść norweskiej autorki Iben Akerlie uzyskała w swoim kraju tytuł książki roku i stała się bestsellerem.

Profile for finebooks

Lars jest LOL  

Fragment książki. Amanda nie może się doczekać rozpoczęcia szóstej klasy. Zgodnie ze szkolną tradycją ma otrzymać pod opiekę jakiegoś słodki...

Lars jest LOL  

Fragment książki. Amanda nie może się doczekać rozpoczęcia szóstej klasy. Zgodnie ze szkolną tradycją ma otrzymać pod opiekę jakiegoś słodki...

Profile for finebooks
Advertisement