Page 1


przełożył

Andrzej Kossakowski  ilustracje

Przemysław Truściński

Lublin – Warszawa


Rozdział pierwszy

J

eszcze raz? – Oter wprawdzie mnie zapytał, ale równo­cześ­ nie jednoznacznym gestem za­ mówił u kelnera kolejną rundę. Wiedziałem, że kiedy ją skoń­ czymy, we krwi krążyć mi bę­ dzie o  pół litra piwa i  jedną setkę alkoholu więcej niż porcja, do której byłem przy­ zwyczajony. Właściwie wcale mi to nie przeszkadza­ ło. Oter dostał dobrą zapłatę za zboże, a mnie się tra­ fiła transakcja roku. Za układ ultrastabilnej pamięci otrzymałem cenę, jakiej zażądałem, a o tuzin elektrod klienci prawie się pobili, licytując jeden przez drugie­ go. Ponadto zgromadziłem wszystkie części zamienne potrzebne do naprawy maszyn w osadzie, większość z nich w drodze wymiany na usprawnione alterna­ tory, odzyskane ze złomowanych maszyn. Część pie­ niędzy zdążyłem umieścić w filii Pierwszego Banku


6

Zakuty w stal

­ lobalnego. Byłem z siebie zadowolony. Nieczęste G uczucie, ale bardzo przyjemne.  Przynieśli nam kolejne piwo i małą porcję krysz­ tałowo czystego alkoholu, łańcuszek bąbelków świad­ czył o tym, że to nie woda. Napitek wyglądał tak samo jak podczas pierwszej kolejki, mimo to wyciągnąłem z nadgarstkowego komputerka sondę i zanurzyłem ją w dzbanie. Żadnych chemicznych trucizn, żadnej radio­aktywności nie stwierdziłem.  – Ostrożny jesteś – zauważył Oter z rozbawieniem, prawie ze śmiechem.  – Słyszałem o  takich miejscach, w  których na­ leją ci uczciwy pierwszy puchar, a kolejne są już tru­ jące.  Tutaj jednak nic takiego nie groziło. Postolov nie był ani wioską, ani osadą, tylko prawdziwym miastem, należącym do Ligi Miast, co gwarantowało przestrze­ ganie prawa.  – Kociak. – Oter wskazał kierunek wzrokiem.  Nie byłem przyzwyczajony, żeby dziewczyny i mło­ de kobiety wchodziły do lokali z wyszynkiem czy do gospód bez męskiego towarzystwa, ale musiałem zgo­ dzić się z Oterem.  Nie miała więcej niż dwadzieścia lat, nosiła spódni­ cę do kostek, spod której widać było skórzane buty ze sprzączkami. Rozpięte dwa górne guziki dopasowanej koszuli kontrastowały z włosami mocno splecionymi w długi, ciężki warkocz. Wyraźnie nie pasowała do trzeciorzędnej knajpy, w której my zwykliśmy bywać, żeby nie tracić pieniędzy na droższy lokal.


Rozdział pier wszy

7

 – Ano, kociak – zgodziłem się.  R zuciła mi przelotne spojrzenie, ale to wystarczy­ ło, żebym prawie się zakrztusił. Może to spojrzenie było więcej niż przelotne. Przechodziła obok stołu, przy którym siedziało trzech mężczyzn. Jeden szero­ ki w ramionach, z twarzą naznaczoną oparzeniami; drugi masywny, z brzuchem wylewającym się spod pasa; trzeci mały, ze szczurzym pyskiem.  Grubas nieoczekiwanie złapał ją za ramiona i za­ trzymał tak gwałtownie, że mało nie upadła.  W panującym gwarze nie usłyszałem, co jej powie­ dział, ale ona wymierzyła mu ostry policzek, aż został mu po nim na twarzy czerwony ślad. Nie wyglądała na przestraszoną.  Barczysty zaśmiał się i klepnął dziewczynę w ty­ łek.  Coś warknęła, a grubas przyciągnął ją bliżej.  Już dawno się nauczyłem, że nie powinienem mie­ szać się do cudzych spraw, ale kiedy jeden z nich trzy­ mał dziewczynę, a drugi poklepywał, nie zdołałem się powstrzymać. Może winne temu było piwo, a może spojrzenie dziewczyny?  Spostrzegli mnie, zanim zdążyłem dojść do ich stołu. Natychmiast cała trójka, a właściwie czwórka, ­licząc i ją, skojarzyli mi się z rzeźbą grupową.  – Mężczyźni nie zachowują się tak wobec damy – powiedziałem. – Puśćcie ją.  Szczurek wyglądał na zadowolonego. Grubas się zaśmiał. Barczysty sięgnął ku mnie. Na pewno był silniejszy ode mnie, ale podczas szperania po złomo­


8

Zakuty w stal

wiskach spotykałem się z brutalną konkurencją, co nauczyło mnie dbać o siebie. Trzasnąłem go w łokieć obuszkiem nie dłuższym niż dwadzieścia centyme­ trów, lecz z głowicą wypełnioną ołowianym śrutem. Ryknął z bólu, ale mimo to sięgnął ku mnie drugą ręką. Uderzyłem go powtórnie z całej siły, tym razem w ra­ mię, równocześnie kopniakiem posyłając na podłogę grubasa, usiłującego wstać z krzesła.  Szczurek pomachał do kogoś za mną, dla pewno­ ści nadepnąłem grubasowi na stopę i odwróciłem się. Od dalszego stołu podnosiło się trzech kolejnych męż­ czyzn, wyglądających na podejrzane indywidua, kon­ centrujących swoją uwagę na mnie.  Zdałem sobie sprawę, że moją jedyną szansą jest wziąć nogi za pas. Wypadłem przez drzwi, oni za mną. Nie było jeszcze całkiem ciemno, na ulicach znajdowa­ ło się więcej ludzi niż u nas w środku dnia. Zwolniłem, myśląc, że tutaj nie będą mnie napastować.  Myliłem się.  – Tam jest! – usłyszałem, jak wołają.  Ludzie rozstępowali się przed nimi i nic poza tym. Cholera. Znów przyspieszyłem. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, choć nadal byłem pewny, że im ucieknę. Miasto było w końcu dość duże.  Nagle ktoś, chyba dla sportu, podstawił mi nogę. Przewróciłem się, ale poderwałem natychmiast. W ciemnej uliczce, w którą wpadłem, próbowało mi zastawić drogę trzech wyrostków. Udało mi się prze­ skoczyć pomiędzy nimi. Panowały tu inne warunki, niż sobie wyobrażałem.


Rozdział pier wszy

9

 Pomyślałem, że ucieknę im i schowam się gdzieś bliżej centrum miasta, gdzie ulice są oświetlone, jest siedziba starosty i innych bogatych ludzi.  Huknął strzał. Świstu kuli nie usłyszałem, ale ude­ rzyła w ścianę bardzo blisko mnie. Jeszcze przyspieszy­ łem, chociaż brakowało mi tchu i się potknąłem. Może ze zmęczenia, a może z powodu ciemności.  Kolejny zakręt, skrzyżowanie.  W płucach mi grało, nogi ciążyły, a moi prześla­ dowcy nadal nie ustawali w pościgu. Nie rozumiałem tego, nie wyglądali na tęgich biegaczy. Tuż obok mnie przeleciało kilka kamieni rzucanych z cienia okolicz­ nych domów. Jednak już przybliżało się światło latarń centrum miasta. Może już byłem bezpieczny.  Plac.  Okna ratusza były ciemne, ale na posterunku po­ licji się świeciło.  Dzięki Bogu.  Przebiegłem przez drzwi i stanąłem przed żelazną kratą zagradzającą wstęp do wnętrza budynku.  – Gonią mnie – wycharczałem. – Banda krymi­ nalistów.  Młody człowiek za kratą, ubrany w błyszczący mundur z drogiego materiału, zmierzył mnie taksu­ jącym spojrzeniem.  – Pana nazwisko, adres i kod osobisty mieszkań­ ca – powiedział nieco zaskakująco.  – Nazywam się Matyas Sanders, pochodzę z Krisz­ kowa! – wykrzyknąłem spiesznie, jako że w każdym momencie mogli pojawić się moi prześladowcy.


10

Zakuty w stal

 – A więc cudzoziemiec – skonstatował młodzian ze znudzeniem i stracił zainteresowanie moją osobą.  Tutaj mi nie pomogą, zrozumiałem. Wbiegłem w pułapkę.  Rozejrzałem się za jakąś drogą ucieczki.  Gdzieś z zewnątrz posterunku dobiegał odgłos ożywionej rozmowy.  Krata była masywna, z grubych na kciuk prętów zbrojeniowych, ale z bliska odkryłem, że zasuwa nie była zamknięta.  Otworzyłem kratę, zostawiłem zdezorientowane­ go młodziana w mundurze z jego głupimi pytaniami, wśliznąłem się do wnętrza i zasunąłem zaworę. Ten typ zatrzasku nie potrzebował na szczęście klucza do zamknięcia. Przynajmniej zyskałem nieco czasu.  Zniknąłem w półmroku korytarza, kiedy na poste­ runek wtargnęli bandyci. Zdziwiło mnie to, krymina­ liści na ogół unikają policji. Schowałem się za rogiem, żeby mnie nie dostrzegli.  Z korytarza przede mną dobiegał odgłos rozmo­ wy, za mną słychać było chaotyczne okrzyki bandytów. Koniecznie musiałem znaleźć drogę ucieczki i wrócić do domu.  Jednak korytarz prowadził tylko w jedną stronę, skąd dobiegały głosy, postępowałem w tym kierun­ ku ostrożnie i po chwili mogłem rozróżnić poszcze­ gólne słowa.  – Jeżeli nie zgromadził pan ludzi o żądanych kwa­ lifikacjach, nie mogę panu pomóc. A w więzieniu nie


Rozdział pier wszy

11

mam nikogo przydatnego. Pytanie, czy zdołałbym ko­ gokolwiek odwieść od wymiaru kary równego karze śmierci ze względu na stan pańskiej maszyny. Tak to wygląda, kapitanie.  Za mną bandyci nadal wykłócali się z policjantem w uniformie, czułem się jak lis osaczony w norze.  Musiałem zaryzykować.  – Proszę mi pomóc. – Wpadłem do pomieszczenia.  Surowo wyglądający mężczyzna w szarym ubraniu, przypominającym mundur pozbawiony jakichkolwiek dystynkcji czy odznaczeń, siedział przy stole obok po­ licjanta, sądząc po złotych naramiennikach, o wiele wyższego rangą niż młodzik przy kracie. Naprzeciw nich zobaczyłem dużego mężczyznę o nieruchomej twarzy. Nie siedział wraz z pozostałymi u stołu, lecz stał pod oknem i wyglądał na zewnątrz, jakby rozmo­ wa go nie interesowała. Był nie tyle duży, co ogromny, uświadomiłem sobie.  – Gonią mnie – udało mi się jeszcze powiedzieć.  Policjant popatrzył na mnie srogo, musiałem przy­ znać, że poruszył nawet brwiami, kiedy wpadłem do jego biura.  – Mógłbym kazać pana zamknąć za nieuprawnio­ ne wtargnięcie na posterunek policji i zagrożenie dla osoby naczelnika – oznajmił.  – Ale oni mnie gonią, chcą mnie zabić, strzelali do mnie – zawołałem.  Za sobą usłyszałem metaliczny dźwięk otwieranej kraty.


12

Zakuty w stal

 Wiedziałem, że jeśli naczelnik policji nie stanie po mojej stronie, będzie ze mną źle.  – Przyjechaliśmy tylko sprzedać swoje plony i ku­ pić części zamienne – mówiłem szybko. – Nic innego, nie potrzebujemy kłopotów.  – A więc cudzoziemiec – powiedział naczelnik. W jego głosie zabrzmiała pogarda.  Ubrany na szaro mężczyzna spojrzał na mnie z za­ interesowaniem.  Odezwało się pukanie do drzwi. Stanął w nich zdenerwowany młody policjant, a za nim cały tłum ludzi.  – Panie naczelniku, proszę o wybaczenie, ale mam tutaj szereg poważnych zarzutów przeciw obecnemu tu mężczyźnie. Napad na mieszkańca miasta z obra­ żeniami ciała, niszczenie majątku, ucieczka bez zapła­ cenia rachunku...  Cholerny Oter!  – To nieprawda, mam świadka. – Starałem się od­ wrócić sytuację na swoją korzyść.  – Nie przypuszczam, żeby miał pan tylu świadków, ilu uczciwych obywateli się tu znajduje.  Naczelnik wyraźnie nie lubił cudzoziemców. Zro­ zumiałem, że miejscowa policja mi nie pomoże.  – Mówił pan, że przyjechaliście kupić części za­ mienne – zwrócił się do mnie mężczyzna ubrany na szaro.  – Tak, jestem mechanikiem, zajmuję się u  nas wszystkimi maszynami. Mam klientów również w okolicznych osadach.


Rozdział pier wszy

13

 – Poszukuję mechanika. Niech pan zostanie człon­ kiem mojej ekipy, a zatroszczę się o pana. – Rzucił krótkie spojrzenie na ludzi tłoczących się w drzwiach.  – To niemożliwe – zaprotestował naczelnik. – Za­ mknijcie go – rozkazał swojemu podwładnemu, wska­ zując na mnie.  U brany na szaro otworzył leżącą na stole teczkę. Zdołałem przeczytać napis: „Umowa najemnicza”.  – Dodajcie do tych zarzutów jeszcze próbę gwałtu – odezwało się z gromadki przy drzwiach.  Na czoło przepchnęła się młoda kobieta, od której wszystko się zaczęło.  Podpisałem bez czytania.  – Panie naczelniku, ten człowiek jest członkiem mojej załogi. Ręczę, że stawi się przed sądem, ale do czasu osądzenia pozostaje pod moją opieką. Ściśle we­ dług umów zawartych pomiędzy wolnymi najemnika­ mi a miastem. Dziękuję za pomoc i żegnam.  Mój nowy szef podniósł podpisaną przeze mnie umowę i jej kopię, którą mi podał. Oryginał schował u siebie. Zrobiłem to samo. Ciągle jeszcze nie wiedzia­ łem, czy wyjdę z tego cało, czy raczej wpadłem z desz­ czu pod rynnę.  Naczelnik policji usiłował zachować profesjonal­ ny wyraz twarzy. To, że był wściekły, można było po­ znać po czerwonej jak pomidor barwie policzków i na­ brzmiałych żyłach na czole.  – To pańskie prawo – potwierdził niechętnie. – Ponieważ nie jest pan obywatelem tego miasta, nie podlega pan ochronie policji. – Popatrzył znacząco


14

Zakuty w stal

na pozostałych. – A ja nie odpowiadam za pańskie bezpieczeństwo.  Nie mógł dać bandzie lepszego zezwolenia. Mój nowy szef, czy może dowódca, nie poruszył nawet brwią.  – A  teraz wszyscy opuścicie teren posterunku, w przeciwnym razie każę was zamknąć.  Żaden z bandytów nie zaprotestował, wiedząc, że na zewnątrz mogą z nami zrobić, co zechcą.  Ogromny mężczyzna, przez cały czas niewzru­ szenie stojący pod oknem, ruszył do wyjścia, a kie­ dy bandyci wyszli, dowódca poszedł w jego ślady. Nie wiedząc, co powinienem zrobić, dołączyłem do nich.  Ciemny otwór zewnętrznych drzwi wydawał mi się gębą potwora, który szykuje się mnie pożreć. Od­ prowadzały mnie złe spojrzenia naczelnika i jego pod­ władnego.  Większość lamp ulicznych nie świeciła, pew­ nie bandyci zdążyli się już o to postarać. Przeszed­ łem przez drzwi, które zamknęły się za mną ze zło­ wieszczym trzaskiem. Usłyszałem odgłos otwieranego wziernika. Naczelnik wyraźnie był ciekawy. Chociaż tej jednej ludzkiej cechy mu nie brakowało.  Prześladowcy oczekiwali nas praktycznie tuż przed posterunkiem, rozstawieni w nieforemny półokrąg. Było ich o wiele więcej niż wewnątrz; zauważyłem, że dziewczyna z knajpy rozmawia ze Szczurkiem. Bar­ czysty trzymał się z tyłu, w słabym świetle wydawał się bledszy niż śmierć, jedną rękę wspierał na prowi­ zorycznym temblaku. Dwa ciosy obuszkiem ­zrobiły


16

Zakuty w stal

­swoje. Miałem wrażenie, że ja wyjdę z tego gorzej, o wiele gorzej. O ile przeżyję.  Ogromny mężczyzna ruszył ku grubasowi, któ­ ry ostentacyjnie uderzał w dłoń małym drewnianym obuchem. Bardzo skutecznym w łamaniu kości, po­ myślałem. Olbrzym, dochodząc do przeciwnika, nag­ le wyrzucił rękę w przód, waląc w gruby, sterczący brzuch. Kiedy grubas padał, uderzył silnie jego twa­ rzą o swoje kolano. Trzask miażdżonego nosa usłyszeli wszyscy bardzo wyraźnie.  Wszystko rozegrało się tak szybko, że nikt nie zdo­ łał się nawet poruszyć. Ogromny mężczyzna poszedł dalej w tym samym kierunku i kopniakiem w kolano posłał na ziemię kolejnego bandziora. Stojący najbli­ żej skoczyli ku niemu. Nie wiem, jak to zrobił, ale naj­ szybszego z nich po prostu cisnął na kompanów i sam rzucił się na nich w ślad za nim.  Był niewiarygodnie silny, lecz w  pojedynkę nie mógł dać im rady. Przyłączyłem się do bójki, czyjaś pięść otarła mi się o skroń, jakiś cios trafił mnie w żebra. Czołem rozbiłem komuś wielki nos, obaliłem go na zie­ mię, uderzyłem podeszwą buta w twarz. Ktoś mnie po­ walił, wymierzyłem tęgiego kopniaka, s­ zczęśliwie tra­ fiłem w krocze, przetoczyłem się i stanąłem na n ­ ogach.  Nagle zatrzymał mnie odgłos odbezpieczanej bro­ ni palnej. Wszyscy znieruchomieli.  Szczurek trzymał w dłoni pistolet automatyczny, za nim kryli się inni również uzbrojeni ludzie.  – Myślę, że to najważniejszy as – oznajmił z zado­ woleniem.


Rozdział pier wszy

17

 – Co najwyżej król – odezwał się suchy głos, który bez trudu zidentyfikowałem.  Dowódca celował z wielkiego rewolweru prosto w głowę Szczurka.  Była to naprawdę masywna, ciężka broń, a mimo to trzymał ją bardzo pewnie.  Szczurek popatrzył na rewolwer, potem na najem­ nika. Nie wyglądał na przestraszonego.  – Taką armatę to chyba na słonie.  Strzelił palcami i z ciemności wyłonili się jego kamraci z odbezpieczonymi pistoletami. Na nas to całkiem wystarczało.  – Nadal twierdzę, że mam asa.  Na twarzy dowódcy nie drgnął żaden mięsień, a wielki rewolwer dalej mierzył w głowę Szczurka.  – Tak jak powiedziałem, najwyżej króla – powtó­ rzył najemnik.  W ciemności narastał szum, który słyszałem już od pewnego czasu.  Poznałem miękkie staccato keracelowych gąsienic, podobne do odgłosu tych używanych w naszych naj­ silniejszych traktorach. Brzmiało jednak inaczej. Poza tym brakowało warkotu silnika.  Słyszeli to już wszyscy i odwracali się w stronę ha­ łasu.  Z mroku wynurzyła się ogromna ciemna masa, lu­ dzie rozstępowali się przed nią. Zatrzymała się tuż za dowódcą i na pancerzu zapaliły się dwa reflektory, nie­ omylnie wyłuskując z ciemności Szczurka i jego lu­ dzi. W odbitym świetle dostrzegłem lufy karabinów


18

Zakuty w stal

maszynowych, płynnie śledzących każde poruszenie bandytów. Masywna, długa lufa armatnia wznosiła się nad nami.  Czołg. Największy, jaki kiedykolwiek widziałem.  – Macie trzy sekundy, żeby stąd zniknąć – powie­ dział dowódca tym samym wyzutym z emocji gło­ sem. – Później zostaniecie zabici. Przypominam tyl­ ko, że dysponuję doskonałymi przyrządami do nocnej obserwacji.


Polub nas na

facebooku Kliknij

i przejdź do sklepu, by kupić książkę


M. Žamboch - Zakuty w stal (fragment)  
Advertisement