Page 1


Lublin – Warszawa


Książka ta dedykowana jest pamięci Arminasa Pileckasa †11 I 2016 r., Broby


Rozdział I

Dzikie gęsi

W W

yprawa” – bu, ha, ha, ha – dałem czadu z tym ty­ tułem. Wyprawa to podróż kajakiem po Orinoko albo trekking wzdłuż Sudanu. Ale niech tam, ładny jest, więc zostaje. 20 czerwca wieczorem wsiedliśmy z Ojcem w nocny pociąg do Gdyni. Polska pożegnała nas brzyd­ ko. Wagony były po prostu brudne – w pierwszym prze­ dziale, który wybraliśmy, śmierdziało. Zmieniliśmy – na szczęście było dość luźno. 21 czerwca rankiem byliśmy w Gdyni. Poszliśmy pieszo do terminalu promowego. Po­ kazaliśmy paszporty i bilety. Wpuszczono nas na pokład. Zostawiliśmy plecaki w przechowalni i wdrapaliśmy się na wyższe pokłady. Podróż promem była dla mnie swego rodzaju nowoś­ cią. Wcześniej odbyłem tylko rejs po zatoce z Helu do Gdańska niewielkim statkiem wycieczkowym. Prom nie był szczególnie nowy – zapewne pływał uprzednio po in­


8  |  Wyprawa 1999

nych wodach, zakumulował się i trafił „na dorżnięcie” na Bałtyk. Widać było purchle rdzy pokryte grubą warstwą farby oraz przebijające się tu i ówdzie rude zacieki koro­ zji. Szyby brudne – jakby niemyte od nowości. W sklepie wolnocłowym wszystko było opisane po szwedzku – czu­ łem niemiły posmak bycia pasażerem drugiej kategorii. Kupiliśmy pół litra ginu w plastikowej butelce. Bardzo fajny wynalazek. Przedrzemałem trochę na fotelach lot­ niczych. O siedemnastej piętnaście zobaczyłem po raz pierwszy Szwecję – na horyzoncie spostrzegłem małą wyspę archipelagu szkierów. Zauważyłem kilka żagló­ wek buszujących pomiędzy wysepkami – i znowu zasko­ czenie. Po okresie komuny morze w moim umyśle było granicą. Zgoda na każde wyjście z portu, straż granicz­ na kontrolująca kutry rybackie et cetera. Tu można było swobodnie żeglować. Bierz sobie swoją żaglówkę i śmigaj między wyspami. Szwedzkie władze po prostu nie bały się, że niewolnicy skorzystają z okazji i spierniczą. Pły­ nęliśmy, skalistych wysepek pojawiało się coraz więcej. Była to dla mnie pewna nowość, bo do tej pory Bałtyk znałem tylko od tej polskiej strony. Dobiliśmy do brzegu. Ogólnie rzecz biorąc, przepły­ nięcie Bałtyku nie oznaczało automatycznie, że znajdzie­ my się w Szwecji, na odprawie paszportowej bowiem py­ tano o posiadane zasoby gotówki, żądając, aby przybysze mieli odpowiednią ilość waluty na każdy dzień pobytu. Przypuszczalnie Szwedzi zabezpieczali się w ten sposób przed gastarbeiterami, gdyż uzyskanie wiz pozwalają­ cych na pracę w Szwecji nie było łatwe i masa Polaków pracowała tam na czarno, zajmowała się handlem „ręcz­ nie malowanymi” obrazkami czy nawet żebraniną i zło­


Dzikie gęsi | 9

dziejstwem. Do tego pchała się tam na „gościnne wy­ stępy” masa polskich Cyganów vel Romów, dodatkowo bardzo psując nam opinię. Kwot konkretnych, jakich żą­ dano, nie pamiętam, ale były to sumy, jak na naszą kie­ szeń, horrendalne. Ergo: mieliśmy tej forsy znaaacznie mniej. Uratowało nas stanowcze zapewnienie, że jeste­ śmy turystami, i okazanie biletów Interrail. Co ciekawe, szwedzkich celników w ogóle nie interesowały karty kre­ dytowe – wyłącznie gotówka w postaci fizycznej. Nie sły­ szeli, że złoty polski jest już wymienialny, a nasze banki wydają karty Visa?! Nad wejściem do terminalu uwiły sobie gniazdo ja­ skółki oknówki – ptaszki przylepiły pacynę błota i śmi­ gały ludziom nad głowami, znosząc robale pisklętom. Nikt ich nie przepłoszył, nikomu nie przeszkadzało to gniazdo i ciut obesrana elewacja. To był pierwszy znak, że jesteśmy w trochę innym, bardziej życzliwym świecie. Dopłynęliśmy wieczorem. Trochę bez sensu. Złapaliśmy autobus do miasta – bilet za dwadzieścia dwie korony. Jak na naszą kieszeń, było to drogo... Wysiedliśmy przy dworcu i wsiedliśmy w pociąg – jedyny, jaki był – do miejscowości Hässleholm. Wyglądała na niewielką, ale z mapy wynikało, że jest tam węzeł kolejowy, więc uzna­ liśmy, że przenocujemy gdzieś w niej, a rano zobaczymy. Pociąg przez jakiś czas jechał brzegiem morza. Czułem ulgę i lekką euforię. Po niemal dwu dekadach marzeń dokonałem tego – przeszedłem długą drogę, ale byłem tam. Po drugiej stronie Bałtyku. Patrzyłem przez okno. Lasy. Skały. Niewielkie domki pomalowane na niepo­ wtarzalny rudobrązowy kolor. Jeziora, pomosty, łódki. Maszty i flagi z żółtym krzyżem na błękitnym tle. Jak


10  |  Wyprawa 1999

na obrazku, który namalowałem sobie osiemnaście lat wcześniej do piórnika. Szwecja... Dojechaliśmy do wybranej stacji, przebyliśmy rachi­ tyczny zagajnik. Koło jakiegoś pagórka rozstawiliśmy nasz tani chiński namiot. Grunt był pierońsko kamieni­ sty... Zauważyłem ciekawą rzecz: noc była jasna – znacz­ nie jaśniejsza niż w Polsce. Nie były to jeszcze białe noce, ale dało się zobaczyć tę odmienność. Odespaliśmy noc spędzoną w pociągu i cały dzień na morzu. Gdy o świ­ cie następnego dnia szliśmy z Ojcem przez przedmieścia Hässleholm, zobaczyłem Szwecję od jeszcze innej stro­ ny. Przedmieścia wyglądały archetypicznie – ładne, duże, parterowe domy. Płotki do kolan stanowiące tylko sym­ boliczną granicę działki – bo i po co komu wyższe w kra­ ju, gdzie nie ma złodziei i gdzie nikt nie trzyma groźnych psów. Dobre auta zaparkowane tu i ówdzie. Przy jednym z domów krzątał się Szwed. Montował docieplenie w pa­ nelu ściennym, który chciał niebawem wstawić na miejsce. Zaciekawiła nas ta technologia, więc idąc, popatrywali­ śmy, co robi. Zauważył nas, podniósł dłoń i pozdrowił typowym szwedzkim „haj”. Odpowiedzieliśmy tak samo. Musiał poznać, że nie jesteśmy jego krajanami. Żadnego zaniepokojenia faktem, że obcy gapią się, co robi. Żadne­ go poczucia zagrożenia. Życzliwa otwartość... Przypomi­ nam sobie to zdarzenie sprzed osiemnastu lat i zastana­ wiam się – jak dziś Szwed zareagowałby na widok obcych.

Pojechaliśmy tego dnia dość skomplikowaną trasą – naj­ pierw do Malmö, potem do Göteborga. W Malmö obej­


Dzikie gęsi | 11

rzeliśmy stare miasto. Nie było szczególnie interesują­ ce, ale ładne. W dodatku niepodobne do naszych. Tu i ówdzie otwierały się urocze zaułki małych kolorowych kamieniczek. Po ścianach pięły się róże. Mój Ojciec był przed laty w tym mieście, pamiętał to i owo. Najbardziej zapadł mi w pamięć sklepik z artykułami dla modelarzy – na wystawie stały bowiem butelki do makiet – bardzo realistyczne, a nie wyższe niż centymetr. Cyknąłem so­ bie zdjęcia kościoła irlandzkiego, ratusza i bardzo starej kamienicy zbudowanej w systemie muru pruskiego. Do kościoła udało się zajrzeć. Ze starówki poszliśmy dalej. Po raz pierwszy zobaczyłem wówczas typowy skan­ dynawski zamek. W XVI i XVII wieku nastawiali ich tu dużo. Są budowane najczęściej wedle jednego sprawdzo­ nego wzorca. Do wzniesienia murów zazwyczaj używa­ no dużych głazów, choć ten akurat zamek był pod tym względem nietypowy, bo głównie ceglany. Założenie na planie kwadratu, z dużym dziedzińcem i półokrągłymi basztami na rogach. W fosie trwały wykopaliska arche­ ologiczne – popatrzyłem na szwedzkich „kolegów”, któ­ rzy odsłaniali drewnianą konstrukcję dawnego mostu. Mimowolnie zgrzytną­ Płotki do kolan stanowiące tylko łem zębami. Fajnie by­ symboliczną granicę działki – bo łoby pokopać z  nimi... i po co komu wyższe w kraju, Zwłaszcza że to, co ro­ bili, dokładnie odpowia­ gdzie nie ma złodziei i gdzie dało mojej specjalizacji. nikt nie trzyma groźnych psów. Z całą pewnością w mule fosy znaleźli niejeden ciekawy artefakt – ta część Skandy­ nawii przechodziła z rąk do rąk, o żyzne południe kraju konkurowały Szwecja i Dania. Zamek był w remoncie,


12  |  Wyprawa 1999

więc musieliśmy darować sobie muzea i poczłapaliśmy dalej. Znaleźliśmy park, tam rozłożyliśmy się na posiłek. Na rozległej łące stał stary wiatrak, a obok wypatrzyłem stado dzikich gęsi. Przypomniała mi się „Cudowna po­ dróż”. Zrobiłem zdjęcia, ale marniuchne. Nie miałem tele­ obiektywu, a bałem się podejść bliżej, żeby nie spłoszyć ptaków... Ostatnim zaskoczeniem był parking rowerowy koło dworca. Czekaliśmy na pociąg i rozglądaliśmy się. Szwedzi kończyli pracę, zostawiali swoje jednoślady, cza­ sem nawet ich nie przypinając, i wsiadali do kolejki pod­ miejskiej. Byłem w lekkim szoku. Zostawić na noc rower, w dodatku przy dworcu?! Inny świat... Lepszy niż nasz. Wieczorem dojechaliśmy do Trollhättan. Wysiedli­ śmy z pociągu i poszliśmy ładną alejką wzdłuż torów na północ. Przebyliśmy słynny Kanał Gotyjski łączący wiel­ kie jeziora szwedzkie z Atlantykiem. Znaleźliśmy fajny kawałek ni to parku, ni lasu, zeszliśmy ze ścieżki i po­ stawiliśmy namiot. W Trollhättan jest piękny wodospad oraz punkt widokowy, z którego można zobaczyć kawał wybrzeża. Ale o tym nie wiedzieliśmy, przewodnik też nie wspominał, więc dwóch największych atrakcji oko­ licy nie zobaczyliśmy... Za to gdy wstawaliśmy rankiem, opodal namiotu pasła się sarna.


Rozdział II

Gangsterzy klawi jak cholera

N N

a dworcu w Oslo przyszło nam poczekać parę go­ dzin. Połaziliśmy, posiedzieliśmy. Obserwowaliśmy, jak żyje się tutaj ludziom. Zobaczyliśmy Murzynów wy­ glądających, jakby się urwali z Harlemu. Dwóch kolesi najpierw siedziało na ławce, prowadząc ożywioną kon­ wersację o kilkanaście decybeli za głośno, potem po­ szło sobie przez halę, nadal głośno gadając i paląc pety. Ochroniarz minął ich, udając, że nic nie widzi. To było moje pierwsze zetknięcie z polityczną poprawnością. Czarnym już wtedy wolno było po prostu więcej. Rzecz jasna, nie wszyscy kolorowi zachowywali się prowoka­ cyjnie i nie wszyscy wyglądali na lumpów. Przez chwilę stała obok nas Murzynka z walizką – ale nie czarna, lecz barwy czekolady mlecznej. Była szczupła jak trzcina, wy­ soka, zaskakująco ładna. W jej stroju i postawie była ja­


14  |  Wyprawa 1999

kaś prostota i elegancja. Wyglądała jak księżniczka, tyle że brązowa. Ojciec przypuszczał, że może być z Etiopii. Połaziliśmy znowu. Znaleźliśmy gigantyczny sklep z komiksami, a w przylegającej do dworca galerii hand­ lowej przytulną knajpkę, udekorowaną malunkami i fo­ tosami nawiązującymi do filmów o gangu Olsena. Nie byłem nigdy w Danii, ale ponieważ jest to kraj skandy­ nawski, pozwolę sobie na kolejną dygresję. Pierwszy od­ cinek cyklu obejrzałem, mając dwanaście, może trzyna­ ście lat. Całą serię nasza telewizja pokazała na początku lat dziewięćdziesiątych. Wiele razy śnił mi się identyczny sen – wędruję brzegiem morza wśród na wpół zatopio­ nych bloków skalnych... I pewnego dnia, oglądając po wieloletniej przerwie odcinek „Gang Olsena jedzie do Jutlandii”, skojarzyłem, że to chyba odbicie tego filmu. Tylko że tam były na wpół zatopione betonowe bunkry... Duńska kinematografia jest w Polsce praktycznie nie­ znana, wypada więc nakreślić szerzej tło kulturowe i opi­ sać odtwórców głównych ról. Gdy studiuje się listę płac, widać, że Duńczycy zgromadzili do tego projektu cieka­ wy i różnorodny zespół aktorów filmowych i teatralnych. Wspomnę zatem, że Ove Sprogøe (Olsen) miał w swoim dorobku role w stu czterdziestu trzech filmach (!), do tego śpiewał, podkładał głos jako lektor w filmach za­ granicznych, występował w teatrze, a nawet zajmował się teatrzykiem kukiełkowym i animacją. Morten Grun­ wald (Benny) – zagrał w kilkudziesięciu filmach, ale trak­ tował to raczej hobbystycznie, był bowiem częściej kie­ rownikiem planów filmowych, reżyserem, managerem, dyrektorem teatrów, organizatorem. Najciekawszą jed­ nak postacią aktorskiego trio był Poul Arne Bundgaard


Gangsterzy klawi jak cholera  |  15

(Kjeld) – w serii filmów pocieszny grubas, jąkający się ze strachu i wstrząsany tikami nerwowymi. Tchórz, fajtłapa, nieudacznik życiowy i pantoflarz, terroryzowany przez rzutką żonę – Yvonne. Wiecznie przestraszony, tulący się do starej, zniszczonej lekarskiej torby. Prywatnie, to znaczy poza planem filmowym, człowiek ten był wete­ ranem wojennym, bohaterskim uczestnikiem duńskiego ruchu oporu, a po wojnie zrobił karierę jako znany śpie­ wak operowy. Nagrania jego głosu pojawiły się na setce płyt z muzyką poważną. Nas ta komedia bawi. Ale bawi nas w warstwie czy­ sto fabularnej – a tymczasem film skrywa drugie dno. Wyobrażacie sobie, jaki ubaw mieli Duńczycy, widząc Bundgaarda w scenie, gdy koszmarnie fałszując, śpie­ wa na podwórku kamienicy, licząc na datki „do kapelu­ sza”? Ale nic nie przebije fragmentu filmu „Gang Olsena wpada w szał”. Bohaterowie kują ściany w podziemiach Teatru Królewskiego. Nie dość, że śpiewak Poul Arne Bund­gaard pojawia się w swoim normalnym miejscu pra­ cy – ale tym razem jako włamywacz – to jeszcze towa­ rzyszy mu Morten Grunwald, który kilka lat później zo­ stał tego teatru dyrektorem, oraz Ove Sprogøe, który też niejedno­k rotnie pojawiał się na deskach tej sceny. A co myśleli sobie pracownicy owej instytucji, widząc potem szefa w garniturze i za biurkiem? Teraz parę smutnych słów o starości i ­przemijaniu. Cykl filmów o perypetiach genialnego kasiarza i jego kumpli nieudaczników zaczęto kręcić pod koniec lat sześćdziesiątych. Ostatni, trzynasty odcinek serii powstał w roku 1981. Aktorzy zeszli ze sceny, kurtyna opadła, zda­ wało się, że na zawsze. W 1998 roku, po ­siedemnastoletniej


16  |  Wyprawa 1999

przerwie, pojawił się pomysł zmierzenia z legendą. Reży­ ser Tom Hedegaard zdołał skrzyknąć starą drużynę i po­ wstał jeszcze jeden film. Zebranie ekipy po latach prze­ rwy było zadaniem absolutnie karkołomnym. Odtwórca głównej roli, Ove Sprogøe, miał już siedemdziesiąt dzie­ więć lat i zasadniczo od dłuższego czasu wybierał się na zasłużoną emeryturę. Pracował jeszcze w kinematogra­ fii, ale głównie dubbingując filmy animowane. Morten Grunwald (Benny) został bardzo ważnym urzędasem „od kultury”, a do tego kierownikiem zjednoczenia kinemato­ graficznego. Utył, posiwiał, zapuścił brodę. Grywał w fil­ mach już bardzo sporadycznie, za to czasem reżysero­ wał. Poul Arne Bundgaard (Kjeld) był ciężko chory. Z ról drugo­planowych Preben Kaas (Dynamitowy Harry) uto­ nął w 1981 roku. „Yvonne” – filmowa żona Kjelda – także nie żyła – grająca ją duńska aktorka Kirsten Walther zgi­ nęła w roku 1987 w wypadku samochodowym. Jes Holtsø (Børge) porzucił aktorstwo i został muzykiem. Największy problem był z „Kjeldem”. Fakt, że w ogó­ le zdołał zagrać w czternastej części przygód, zakrawa na cud i pokazuje ogromny triumf żelaznej woli tego człowieka. W tym okresie poruszał się już wyłącznie na wózku inwalidzkim. Chorował ciężko na cukrzycę i z planu filmowego kilkakrotnie zabierała go karetka. Za którymś razem już do kolegów nie wrócił... Zmarł w szpitalu na skutek ostrej niewydolności nerek. Scena, w której śpiewa – tym razem na poważnie – była zarazem ostatnim nagraniem jego fenomenalnego głosu. Z relacji, które znalazłem, wynika, że liczył się z ryzykiem nagłe­ go zgonu i nalegał, aby wówczas film w miarę możliwo­ ści dokończyć.


Gangsterzy klawi jak cholera  |  17

Co gorsza, to nie był koniec czarnej serii – w trakcie kręcenia zdjęć zmarło jeszcze dwóch aktorów trzecio­ planowych – Benny Hansen grający portiera oraz Bjørn Watt-Boolsen, obsadzony w roli sekretarza stanu. Na do­ miar złego przed zakończeniem zdjęć zmarł także reży­ ser – Tom Hedegaard. Komedia zmieszała się z tragedią. Nie wiem, czy światowa kinematografia notuje podobny przypadek. Cztery zgony, w tym twórca i aktor wyko­ nujący jedną z głównych ról... Film mimo to ukończono. Reżyserię przejął Morten Arnfred, w kilku brakujących scenach „Kjelda” zastąpił pokazywany wyłącznie od tyłu dubler. Sekretarza stanu pokazano jako nogi wystające zza biurka – głos podłożył ktoś inny. Aktorstwo to sztu­ ka oszukiwania widza... Widać, że pierwotne plany były trochę odmienne. Scenariusz poprzerabiano i skróco­ no. Ale zważywszy na długość przerwy i tragiczne oko­ liczności powstawania tego filmu, efekt końcowy bu­ dzi szacunek. Dokonali tego. I wyszło im o niebo lepiej niż w przypadku podobnej inicjatywy amerykańskiej – „­Blues Brothers 2000”. Kolejne lata przyniosły, niestety, dalsze wykruszanie się zgranej paczki. Axel Strøbye – wybitny aktor teatralny i filmowy, artysta od ról tragicznych w dramatach Szeks­ pira, a tu grający leniwego, cynicznego i zgorzkniałego detektywa Jensena – zmarł w 2005 roku. W 2016 roku odszedł powalony zawałem serca Ove Verner Hansen. W serii o gangu Olsena grał zwalistego osiłka Bøffena („Stek”)  – speca od mokrej roboty, który regularnie otrzymywał zlecenie uciszenia Olsena na zawsze. W fil­ mie był postacią raczej trzecioplanową, ale za to w eki­ pie filmowej stanowił duszę towarzystwa. Organizował


18  |  Wyprawa 1999

przyjęcia na zakończenie dni zdjęciowych. Wspomina­ ny jest jako wybitny specjalista od aprowizacji i grillo­ wania. A poza planem? Człowiek orkiestra. Był w swoim długim życiu drwalem, śpiewakiem operowym, żegla­ rzem i instruktorem żeglarskim, gospodarzem mari­ ny oraz... autorem książek kucharskich. W chwili, gdy piszę te słowa, z aktorów, którzy wcielili się w niezapo­ mnianych członków gangu Olsena, żyją już tylko „Benny” i „Børge”. Warto wspomnieć jeszcze, że kilka lat temu ulicę wiodącą do starego więzienia w Kopenhadze prze­ mianowano na aleję Egona Olsena. Więcej ciekawostek? No niestety, nie wygrzebałem. Morten Grunwald napi­ sał książkę „Moje życie w żółtych skarpetkach”, opowia­ dającą o kręceniu serii i okraszoną anegdotami z planu filmowego. Jednak dostępna jest chyba tylko w języku duńskim i w przekładzie na niemiecki. Szwedzi i Norwegowie pozazdrościli Duńczykom sukcesu, więc bazując na ich pomysłach, nakręcili włas­ ne wersje tej serii – osadzone w swoich krajach i z ob­ sadą własnych ulubionych aktorów. Nie, nie zmyślam – jeśli ktoś chce zobaczyć znacznie młodszego Olsena albo znacznie szczuplejszego Kjelda, niech pogrzebie w ne­ cie. Co ciekawe, w filmach tych zobaczyć można też nie­ których aktorów z duńskiej wersji, na przykład Prebena ­Kaasa. „Dynamitowy Harry” wystąpił w wersji szwedz­ kiej, ale nie grał tam „siebie”, a Ove Verner Hansen (Stek) gościł u Norwegów. Po latach powstał też serial dla mło­ dzieży – o tym, co członkowie gangu robili, gdy cho­ dzili do szkoły, oraz dwa filmy animowane opowiadające mniej więcej o tym, co by zrobili w piętnastej i szesnastej części, gdyby była możliwość je nakręcić. Narysowano


Gangsterzy klawi jak cholera  |  19

także cykl komiksowy. A największy opad szczęki zali­ czyłem, oglądając konną rewię, którą Niemcy z Lipska wystawili w roku 2004, by uczcić Ove Sprogøe Olsena. Grupka ludzi w miarę podobnych do oryginałów, po­ przebierana w stroje nawiązujące do kostiumów boha­ terów filmu, kłusuje bez większego sensu na konikach po dużej hali. To chyba jest ten legendarny koniec in­ ternetu... Mimowolnie, gdy patrzę na pudełeczko z czternasto­ ma płytami i oglądam w necie fragmenty nieznanych mi wersji, przypomina mi się nasza komedia kryminalna „Vabank”. Tylko że u nas nakręcono jedynie dwa filmy tego cyklu. Gdybyśmy żyli w normalnym kraju kapita­ listycznym, zapewne reżyser poszedłby za ciosem i po­ wstałoby więcej części. Wróćmy do lokalu na dworcu. Ponownie ujrza­ łem ten szyld po latach, oglądając u teściów telewizję. W 2015 roku nasi niechciani bracia muzułmanie „ubo­ gacili kulturowo” Oslo, zabijając tam trzy osoby z broni automatycznej. Poczułem, że zdeptano moje podwórko. Zdeptano potrójnie. Znane mi miejsce. Ulubiony film. W dodatku pisząc „Norweski dziennik”, właśnie w tej galerii handlowej umieściłem scenę... strzelaniny.


Rozdział III

W krainie „Norweskiego dzieninka”

W W

ielka Droga Północna” – taki tytuł chciałem dać temu rozdziałowi. Prawda, że ładny? Ładny. Dlacze­ go zatem go nie użyłem? Ano cóż... Gdzieś kiedyś usły­ szałem, a może i przeczytałem, że tak nazywa się trasa ko­ lejowa biegnąca wzdłuż Norwegii za koło podbiegunowe. Problem w tym, że później nigdy i nigdzie nie natrafiłem na tę nazwę. Owszem, nazywa się tak trasę morską Ar­ changielsk – Władywostok, starą rzymską drogę w Anglii oraz jedną z linii kolejowych w Afryce – ale jako żywo nie trasę z Oslo na północ. Zapewne coś mi się pomyliło. W każdym razie po mniej więcej dwu godzinach oczekiwania przyjechał nasz pociąg. Zaczęła się podróż na północ. Jechaliśmy długo. Kraj stawał się coraz bar­ dziej górzysty i skalisty. Zobaczyliśmy długie rynnowe jezioro Mjøsa, niewielkie miasta i samotne domy na sto­


W krainie „ Norweskiego dzieninka”  |  21

kach gór. O ile w Szwecji wszystkie domy malowane są na czerwonobrązowy kolor, tu dominowały białe. Dzień trwał i trwał. Zbliżaliśmy się do krainy bia­ łych nocy. Wcześniej tylko słyszałem i czytałem o tym zjawisku. Zachód słońca przyszedł o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć. I trwał, i trwał... Pociąg jechał akurat brzegiem morza. Czerwone niebo odbijało się w wodzie, barwiąc ją na malinowo. Odpływ odsłonił setki głazów. W tym oświetleniu wydawały się smoliście czarne. Cyk­ nąłem kilka zdjęć, ale dają tylko marną namiastkę tamtej gry świateł... Patrzyłem na Atlantyk. Pierwszy raz w ży­ ciu widziałem nie morze, ale kawałek oceanu. Wysied­ liśmy w Trondheim. Na sąsiednim peronie stał pociąg do Bodø. Mieliśmy dwadzieścia parę minut na przesiadkę. Pognaliśmy do kasy, kupiliśmy miejscówki i po chwili jechaliśmy znowu – gnani moją idiotyczną obsesją do­ tknięcia miejsca znanego przez lata tylko jako punkt na mapie... Że niby mam kuku na muniu? Oczywiście, że mam. Z tego żyję i nie zgadzam się na żadne leczenie! Koło południa następnego dnia dojechaliśmy wresz­ cie do Bodø. O ile się orientuję, miejsce to nie jest znane z niczego. Miasto powstało w XIX wieku, w czasie wojny zrównał je z ziemią nalot. Nie ma ciekawych zabytków, nie mieszkał tu nikt sławny. Nawet okoliczne skały nie zawierają cennych rud metali. Kiedyś próbowano wydo­ bywać tu żelazo – ale pokłady były zbyt marne. Wokół rozciągają się góry, tylko że podobnie ładne znajdziemy w całej Norwegii. Jedyną osobliwością tego miejsca jest fakt, że rozgrywa się tu akcja mojej książki. Oj, kiep­ sko to miasto powitało swego wieszcza... Padał deszcz, a my byliśmy kompletnie wykończeni, jako że spędzili­


22  |  Wyprawa 1999

śmy w pociągu coś około osiemnastu godzin. Posiedzie­ liśmy na dworcu, czekając, aż niebo trochę się przetrze. ­Obejrzeliśmy wystawę zdjęć ukazujących historię linii kolejowej. Było wśród nich także kilka fotek z uroczy­ stego otwarcia dworca w 1963 roku. Wstęgę przecinał król we własnej osobie. „Wielka Droga Północna” (hłe, hłe, hłe) kończy się tutaj – tuż za kołem podbieguno­ wym. Dalej kolej nie dociera. Poprowadzenie jej brze­ giem morza jest niewykonalne – fiordy dalekiej półno­ cy są zbyt rozległe, więc nie da się postawić nad nimi mostów, a bardzo trudno byłoby je objechać. Człowiek przegrał tu z naturą i tysiące ton dynamitu w niczym nie pomogą. W Fauske pociąg zakręca zatem na zachód. Gdy przestało padać, ruszyliśmy poszukać terenu na obóz. Rozglądałem się ciekawie – w końcu byłem w jed­ nym z tych miejsc, o których nieraz marzyłem. Oczywi­ ście nic się nie zgadzało. Książka do przeróbki... Mia­ sto nie jest szczególnie ładne – to typowy dla Norwegii mały ośrodek administracyjno-przemysłowy. Dominuje nowoczesna – często dość paskudna – zabudowa, choć są też i sympatyczne zakątki z parterowymi drewniany­ mi domkami. Zaszliśmy na tyły jakiegoś osiedla, licząc na ścieżkę w góry – ale figa... Za blokami była jednolita skalna ściana. Ruszyliśmy zatem na północ, w kierunku, w którym na kartach książki znajdować się miał dom To­ masza Paczenki. Minęliśmy drewnianą budkę zamknię­ tą na głucho. Z wywieszki wynikało, że sklepik jest ot­ warty tylko raz w roku przez kilka dni, przed świętami Bożego Narodzenia, i wtedy można kupić w nim świece. Szosę na północ wyrąbano dynamitem przez grani­ towy masyw. To częsty widok zarówno w Szwecji, jak


W krainie „ Norweskiego dzieninka”  |  23

też w Norwegii. Droga biegnie sobie prosto jak strzelił i nagle po obu stronach wyrastają urwiska, poznaczone co metr czy dwa pionowymi kreskami – śladami odwier­ tów strzałowych. Patrząc na to, za każdym razem czu­ ję szacunek. Widać ogrom pracy włożonej w to, by po kraju można było podróżować wygodnie i bezpiecznie... Minęliśmy małe osiedle nad zatoczką – to miejsce nazywało się Kvalvika. Ojciec per analogiam z językiem szwedzkim wydedukował, że znaczy to „Zatoka Cieląt”. W rzeczywistości to miejsce nazwano ­Zatoką Wielory­ bów. Nie znam jego historii, w necie też nic nie znalaz­ łem. Być może kiedyś oprawiano tu wieloryby wyciąg­ nięte na brzeg? A może tylko jeden zabłądził i utknął na płyciznach? Pewnie miejscowi to wiedzą. Albo i nie, bo znajomość historii, tak ogólnokrajowej, jak i lokalnej, nie jest tam powszechna. Potem wyszliśmy na szosę wylotową wijącą się brze­ giem morza. Zeszliśmy w dół, w stronę Atlantyku. Tam wyszukaliśmy łąkę, postawiliśmy namiot i solidnie ode­ spaliśmy. A deszcz padał i padał...

Gdy się obudziliśmy, już nie padało. Zegarek pokazy­ wał kolejny dzień. Wysuszyliśmy namiot. Gorzej było z butami, te musiały doschnąć na nogach. Idąc w stro­ nę szosy, znaleźliśmy kwitnącą wełniankę. Powędrowa­ liśmy ponownie w kierunku Bodø. Znaleźliśmy nową, znacznie ciekawszą miejscówkę przy opuszczonej starej drodze nad wspomnianą wyżej zatoką. Postanowiłem sfotografować nasze obozowisko z góry. Za zagajnikiem


24  |  Wyprawa 1999

rachitycznych brzózek i choinek zaczynały się skały. Wspaniałe miejsce. Idealnie pasujące do moich wyobra­ żeń. Jałowy, surowy świat granitu i roślinności rozpacz­ liwie czepiającej się każdego skrawka ziemi. Wspinacz­ ka w górę była banalna – nachylenie niewielkie, dużo wygodnych miejsc do podpierania i chwytania. Większy kłopot był przy schodzeniu. Trudno było namacać nogą miejsca do postawienia stopy. Wdrapałem się na siod­ ło niewielkiej przełęczy. Mogłem wdrapać się wyżej, ale odpuściłem. Szło się wpraw­ dzie jak po drabinie, ale był­ by kłopot z zejściem. Schowaliśmy bagaże w  rozpadlinie pomiędzy głazami, a potem powędro­ waliśmy do miasta. W oko­ licy odbywał się jakiś zjazd motocyklowy. Szosą co ja­ kiś czas przemykały potęż­ ne maszyny dosiadane przez brodatych kolesi w skórach. Wychowany na filmach o Mad Maxie, popatrzyłem na to z pewnym niepokojem. Motocykliści jednak zacho­ wywali się zupełnie spokoj­ nie. Gdy z  ojcem podcho­ dziliśmy do przejścia dla pieszych, kawalkada kilku­ nastu maszyn zatrzymała Tadeusz Pilipiuk ogląda kwitnącą wełniankę się, by nas przepuścić.


Na szosie Bodø zostało zbombardowane w roku 1940. Przypo­ mina o tym pomnik ofiar wojny oraz paskudna betonowa katedra z jeszcze gorszą dzwonnicą. Pomniki ofiar woj­ ny to w Norwegii częsty widok. Są wszędzie. Okupację mieli znacznie łagodniejszą niż my – ale pomników na­ stawiali gęsto. Nie liczyłem, ale nie zdziwiłbym się, gdy­ by jeden pomnik przypadał na każde sto ofiar tej wojny. Może to element polityki historycznej? Czy chcieli w ten sposób zatrzeć wspomnienie o swojej kolaboracji z na­ zizmem? Szerzej o tych sprawach napiszę później. Cyk­ nąłem Ojcu zdjęcie pod pomnikiem króla Haakona VII. Pomnik postawiono, by uczcić fakt, że właśnie z Bodø władca w 1940 roku uciekł do Anglii, gdzie przeczekał wojnę. Khm... Dziwne to jakieś. Upamiętniać pomni­ kiem ucieczkę przed wrogiem? Nawet udaną?


26  |  Wyprawa 1999

Znaleźliśmy sex shop, ale nie taki normalny, tylko nastawiony raczej na zabawne gadżety, jak na przykład hełm wikinga z fallusami zamiast rogów czy wibrator ukryty w termosie i wyskakujący po zdjęciu wieczka. Wypatrzyliśmy też siedzibę loży masońskiej, kościół ka­ tolicki oraz małe muzeum regionalne. Tam spędziliśmy trochę czasu. W muzeum znajduje się ekspozycja etno­ graficzno‑archeologiczna. Zebrano w nim trochę róż­ nych przedmiotów lapońskich. Obejrzeliśmy je z zain­ teresowaniem. Przed wiekiem koczujący Saamowie byli w tych stronach czymś naturalnym. Dziś ulegli asymila­ cji. Na piętrze zebrano kilka drobiazgów odnalezionych w miejscu, gdzie mieszkał kiedyś lokalny wiking. Przed muzeum wkopano kamienny słup – jeden z trzech men­ hirów znalezionych w okolicy. Kawałek za lotniskiem leżała znacznie starsza miejsco­ wość, Bodin. Jedynym jej śladem jest niewielki kościółek Bodinkyrka. Zbudowano go z kamienia w XIII wieku. Za­ pewne warto by było przeprowadzić gruntowne wykopali­ ska wokoło. Nie potrafię powiedzieć, jak wygląda jego wy­ posażenie – był zamknięty, a okna nieco zbyt wysoko. Za to zastanowiła mnie jego wieża, ozdobiona cebulastą, jak­ by cerkiewną kopułą. Obok w trawie leżały dwie żeliwne płyty nagrobne, a w mur świątyni wpuszczono epitafium z rzeźbioną postacią Huliera Hansavritsona. Epitafium jest osiemnastowieczne, człowiek, któremu je poświęco­ no, ma pod brodą szeroką kryzę, ale najbardziej zaskaku­ jąca jest twarz, ozdobiona chytrym, choć sympatycznym uśmieszkiem. Ta postać i to nazwisko po latach zainspi­ rowały mnie do stworzenia postaci Petera Hansavritsona – kupca i ukrytego dyktatora Ligi Hanzeatyckiej.


W krainie „ Norweskiego dzieninka”  |  27

Opodal kościoła wypatrzyłem budynek szkoły. Był zamknięty – w końcu wakacje... Chciałem zajrzeć cho­ ciaż, jak to wygląda w środku, ale znowu – okna były zbyt wysoko. Niezależnie od tego, jak bardzo inaczej po­ toczyłoby się moje życie, raczej nie mógłbym być ucz­ niem tej placówki. Po prostu byłem ciekaw, na ile moje wyobrażenia odpowiadają rzeczywistości. Norweską podstawówkę od środka zo­ baczyłem dopiero po latach w kinie. Wracając w stronę obozo­ wiska, znaleźliśmy jeszcze Rønvik Asylum – szpital psy­ chiatryczny, a  przed nim za­ skakujące zjawisko, pokazują­ce przetasowanie stref klimatycz­ nych – jednocześnie kwitły tu­ lipany, krzew bzu i rozłożysty kasztanowiec. Jeśli kiedyś zwa­ riuję do reszty, możecie mnie tam zamknąć. Na obrzeżach Bodø wypatrzyliśmy sklep mo­ nopolowy. W dodatku akurat był czynny. Ojciec zanurko­ wał tam radośnie, a po chwili wynurzył się z  nieco kwaś­ ną miną – mała puszka piwa kosztowała na nasze pieniądze dychę... Przeszliśmy kładkę nad linią kolejową. Zafascyno­ Bodinkyrka. Nagrobek Huliera Hansavritsona wała nas barwa podsypki pod


28  |  Wyprawa 1999

torowiskiem. Kamienie były czerwonawe. Skoro w oko­ licy próbowano eksploatować rudy żelaza, być może pod budowę linii kolejowej wykorzystano odpady kopalniane. Wspięliśmy się na górę Rønvik. Otworzyliśmy nasze piwa. Pociągnęliśmy po łyku. Uuuuu... Szczyyyyyny... Zaciekawieni zaczęliśmy badać puszki. Okazało się, że jedna miała jeden przecinek jeden, a druga zero przeci­ nek dziewięć procent alkoholu. Dopiliśmy i poprawili­ śmy łykiem ginu. Wspięliśmy się na siodło góry i odkry­ liśmy piękne jezioro... Ono też wystąpiło w „Norweskim dzienniku”: gdy po powrocie z wyprawy nanosiłem jesz­ cze poprawki, umieściłem nad nim jedną ze scen. Zeszli­ śmy na nocleg. Noc była jasna jak dzień. Trochę to dez­ orientuje, ale rozpoznanie, czy za oknem jest druga po południu, czy druga w nocy, jest tak naprawdę banalne. W nocy sklepy są zamknięte.

Następnego dnia pokręciliśmy się jeszcze po mieście. Po­ szliśmy do portu, obejrzeliśmy łódki i jachciki cumu­ jące na marinie. Przeszliśmy długim molo na skalistą wyspę, gdzie Ojciec cyknął mi zdjęcie. Prawdziwe nor­ weskie zdjęcie, jak siedzę na skałach prawdziwej Norwe­ gii. Marzenie zostało zrealizowane. Połaziłem po krainie „Norweskiego dziennika”. Zobaczyłem, jak tam wygląda naprawdę. Cyknąłem garść fotek. Można było wracać na południe. Wsiedliśmy w nocny pociąg.


Kliknij

i przejdź do sklepu, by kupić książkę

Polub nas na

facebooku


A.Pilipiuk - Raport z północy (fragment)  
Advertisement