Page 1


tłumaczył

Michał Gołkowski

LUBLIN 2015


Seria Fabryczna Zona: Michał Gołkowski – Ołowiany świt Michał Gołkowski – Drugi Brzeg Michał Gołkowski – Droga donikąd Michał Gołkowski – Sztywny (w przygotowaniu) Wiktor Noczkin – Ślepa plama Wiktor Noczkin – Czerep mutanta Wiktor Noczkin – Wektor zagrożenia Bartek Biedrzycki – Kompleks 7215 Andriej Lewicki – Łowca z Lasu


Od autora Włóczęga Aleks wbrew swej woli wplątuje się w poszukiwanie sekretów porzuconych laboratoriów naukowych. Naprzeciw siebie stają oddziały Czarnego Rynku oraz Armii Odrodzenia, chcące zdobyć odpowiedź na zagadkę z przeszłości... Ale tej samej odpowiedzi poszukuje też Szwed – przyjaciel Aleksa, któremu w nieznanych okolicznościach odebrano pamięć, pozostawiając tylko straszne blizny. Próbujący odnaleźć rozwiązanie towarzysze wpadają pomiędzy dwie gotujące się do boju frakcje.


Część pierwsza

Martwe pająki


Rozdział pierwszy

Domek pod Lasem

Z

dechłe pająki mutanty po­na­bijane na pale – oto główna atrakcja Wysiółek. Wkopane w ziemię kije stercza­ ły przed fasadą piętrowego bu­ dyneczku przy samym poboczu. Słońce wisiało nisko nad hory­ zontem, więc cienie pali z ponurymi ozdobami wycią­ gały się aż do samego środka drogi. Aleks odbił kawałek w bok, żeby nawet nie stąpnąć na te cienie – już na sam widok aż go wstrząsnęło. A miejscowi nic, przyzwy­ czaili się. Im tylko żywe pająki straszne.  Wielkie, jadowite stwory zagnieździły się w piwni­ cach budynku i miały chrapkę na górne pięterka, więc tubylcy zrobili takie ogrodzenie. Z jakiegoś powodu ocalałe pająki nie miały ochoty przełazić pomiędzy


10

Wiktor Noczkin

­k ijami, jakkolwiek w piwnicach nadal było ich od gro­ ma i ciut‑ciut. Odwłok wielkości ludzkiej głowy, pół­ metrowe, włochate odnóża – paskudztwo. Nawet na­ sadzone na kije wyglądały okropnie, więc do włażenia w podziemie, nawet celem ostatecznego wytrzebienia ich rodu, nikomu się nie spieszyło. Budynek i tak nie nadawał się do zamieszkania, bo Las nazbyt zbliżył się do jego tylnej ściany.  Kiedyś zdarzyło się Aleksowi spenetrować parter i pięterko, polazł nawet do piwnicy z pająkami, ale nic ciekawego tam nie było. Stwory siedziały u siebie i nie wadziły nikomu, a Wysiółki odgrodziły się od nich pa­ lisadą. Ech, żeby tak można się od Lasu odgrodzić...  Placyk przed budynkiem nocami pustoszał, a  te­ raz, za dnia, szumiał na nim ruchliwy ryneczek. Na­ prędce sklecone stragany, dwukółki, rozesłany na ziemi brezent – i gwar rozmów. Kilkadziesiąt osób zażarcie targuje się, przekrzykuje nazwami towarów, cenami, przekopuje i  przegląda plecaki, przerzuca sterty wy­ stawionych na pokaz rzeczy.  A leksiej wypatrzył Własowa, starostę Wysiółek, z ważną miną przechadzającego się pomiędzy wózka­ mi i namiotami handlarzy.  – Bądź nam zdrów, władyko potężnej metropolii! Jak życie?  – Aleks, witaj! No, jakie życie niby w tej... hm... me­ tropolii?  –  Zapewne wesołe?  – Aha, jasna sprawa. Radość od rana do wieczora. A ty co, po ruinach łazisz? Stare graty zbierasz? Patrzę, plecak pełny... Co tam masz?


Domek pod Lasem

11

 – A, w większości książki. No ale i na wymianę się coś niecoś znajdzie, jasne.  – Książki... No i po co się w to ładujesz? Aleks, słu­ chaj, a weź ty u nas, w Wysiółkach, zostań! Gospodar­ kę urządzisz, kobitkę ci znajdziemy... No? Gdzie tam ci wtedy do książek będzie?!  Podobną gadkę starosta zaczynał nie po raz pierwszy.  – Eee, nie, Własow. Nie lubię pająków.  – A co ci tam pająki? W piwnicy sobie siedzą, do nas nie lezą... Ejże, a co to za rejwach?  Pomiędzy stoiskami podniósł się rwetes, więc Wła­ sow ruszył w tamtą stronę, już po drodze ściągając śru­ tówkę z ramienia. Jakaś zażyła jejmość darła się wnie­ bogłosy:  – Ukradli! Miskę jabłek całą zabrali!  – Sukienkę nową! – podłapała druga. – Spod same­ go nosa! Tfu, wstydu żadnego, sumienia! Złodziejskie nasienie, niech ich Las wytłucze!  – Cicho! Cicho, co to za krzyki...?! – zawołał Wła­ sow, a jejmość w mgnieniu oka ucichła. – Mówi pani spokojnie, kto co ukradł?  – A kręciła się tutaj swołocz jedna taka i ja...  – Żołnierze! – zakrzyknął ktoś od drogi. – Odro­ dzeńcy! Idą tutaj!  I wtedy zaczęło się prawdziwe zamieszanie. Poja­ wienie się żołnierzy Armii Odrodzenia nie wróżyło nic dobrego, jako że w tej okolicy nie byli u siebie i nawet nie starali się podtrzymywać poprawnych stosunków z rolnikami. Żołnierze rekwirowali żywność, a czasami nawet „werbowali” miejscowych – czyli po prostu za­ bierali ze sobą młodych mężczyzn, a czasem i ­chłopców,


12

Wiktor Noczkin

więc tych przy ich nadejściu zwyczajnie ukrywano. Te­ raz też matki od razu rzuciły się do zaganiania chło­ paków do domów, zażywna przekupka zapomniała o jabłkach i zaczęła przeraźliwie wołać na swojego syna, który jednak nie odpowiadał. Jedni zaczęli pospiesznie zwijać kramy, inni pobiegli się chować, Własow wzywał co starszych mężczyzn – rzecz jasna, wszystkich pod bronią. Bliskość Lasu dyktowała własne prawa.  Na spotkanie z żołdakami Aleks nie miał szczegól­ nej ochoty, ale był ciekaw, co też ich tu sprowadza... Wy­ siółki były jednak dość daleko od ich baz, tutaj to prę­ dzej można by się spodziewać czarnorynkowców... A tu wojskowi. Niczego sobie odmiana!  Aleks pobiegł do „pajęczego” budyneczku. Wtula­ jąc głowę w ramiona, prześliznął się pomiędzy żerdzia­ mi z ponabijanymi truchłami mutantów, zanurkował w cień pod ścianą. Akurat chował się za węgłem, gdy na drodze pojawili się żołnierze. Szli niespiesznie, jak gdyby celowo dając czas miejscowym, żeby ci zdążyli się porządnie wystraszyć. Sześciu ludzi w hełmach, kami­ zelkach i pod bronią – robili o rząd wielkości większe wrażenie niż Własow i jego pospolite ruszenie.  Budynek dzieliło od ściany Lasu jakieś sto kroków – oplecione pędami zarośli ruiny, zarośnięte chwastami ulice, pordzewiałe wraki samochodów... Starą część wsi już na wpół pochłonęła zieleń, a to, co jeszcze zostało, niespecjalnie kusiło nowych osadników. Budyneczek niegdyś stał na peryferiach miasteczka, lecz teraz był granicą pomiędzy Lasem a nowymi Wysiółkami, pobu­ dowanymi przez uciekinierów. Aleks przebiegł wzdłuż nagrzanej przez słońce ściany ku znajomemu wyłomo­


Domek pod Lasem

13

wi. W środku było ciemno. Ledwo sięgające głębiej pro­ mienie słońca ginęły gdzieś pośród kołyszących się war­ stwami firan pajęczyny. Aleks zauważył, że ktoś musiał tędy niedawno iść – pajęczyna była porwana, jakby ktoś się przez nią przedzierał. Może dziś, a może kilka dni temu, trudno powiedzieć. Wyciągnął latarkę, na wszel­ ki wypadek przygotował też pistolet.  Aleks starał się podróżować bez obciążenia, bo też nic by mu nie przyszło z nieporęcznego karabinu – ale w nowym świecie broń była przedmiotem pierwszej po­ trzeby, więc miał przy sobie makarowa. Włączył latar­ kę, zanurkował w pełną kurzu, zapajęczynioną ciem­ ność. Światełko latarki zapląsało po sieciach, zsunęło się w ciąg wybitych w ścianie otworów, będących prze­ dłużeniem dziury, przez którą trafił tu sam Aleks. Na końcu tego swoistego tunelu ktoś się szamotał i chyba klął, choć słów nie dało się odróżnić. No tak, pajęczyna wydawała się na pierwszy rzut oka cienka i delikatna, ale jeśli człowiek zaplącze się w parę warstw naraz, to zaczynają się problemy.  Tkwiący w pułapce nieznajomy szarpnął się moc­ niej, błysnął odbitym światłem latarki pistolet. Lufa co prawda nie patrzyła w stronę Aleksa; chłopak prześle­ dził wzrokiem kierunek, zobaczył pająka, powoli pod­ kradającego się ku potencjalnej ofierze. Mutant nie był tak wyrośnięty jak jego tkwiący na palach pobratymcy, ale i tak niemały. Czyli pewnie już dorosły, jad też po­ trafił wytwarzać.  Przebierający włochatymi, cienkimi odnóżami pa­ jąk pełzł po nici, drgającej pod wpływem ruchów czło­ wieka. Uwięziony nieszczęśnik był wątły i chudy, Aleks


14

Wiktor Noczkin

doszedł do wniosku, że to pewnie któryś z lokalnych dzieciaków – ot, próbował ukryć się najpierw przed ro­ dzicami, a teraz żołnierzami Armii Odrodzenia, pew­ nie zdecydował, że z okienka podpiwniczenia będzie dobry widok.  – Nie strzelaj, żołnierze usłyszą.  Aleks ścisnął latarkę w zębach, wyciągnął z lepkich objęć pajęczyny kawałek spróchniałej deski i ruszył ku pająkowi. Pod wpływem światła stwór zamarł, podku­ lił pod siebie długaśne łapska i wściekle błysnął wszyst­ kimi ośmioma oczami. Aleks miał już z tymi mutan­ tami do czynienia, wiedział, że ta pasywność to tylko manewr – więc gdy pająk skoczył ku niemu, przebiera­ jąc odnóżami, był już gotowy. Deska trzasnęła stwora we włochaty łeb, plasnęło, pająk odleciał w ciemność. Upewniwszy się, że zagrożenie minęło, odwrócił się do nieznajomego, który nadal nie był w stanie uwolnić się z pajęczej sieci.  – No i po co w to wlazłeś? – mruknął Aleks przez zęby, odrywając lepkie płaty. – Zawsze można się po­ między pajęczynami prześliznąć, sam sprawdzałem. Tylko się wydaje, że przejścia nie ma, a tak naprawdę zawsze się znajdzie.  – Dobra – zgodził się obcy wysokim, zachrypnię­ tym głosem. – No i, ten... Dzięki, że pomogłeś. Faktycz­ nie, strzelać źle by było. Jabłko chcesz?  W snopie światła pojawiła się chuda ręka trzymają­ ca dorodny owoc.  Chrupiąc jabłkiem, Aleks przeszedł przez pomiesz­ czenie, schylając się pod zasłonami pajęczyn. W końcu przed nim pojawiły się prostokąty okienek; od ­strony


16

Wiktor Noczkin

Wysiółek budynek schodził w grunt głębiej, więc po­ mieszczenie częściowo chowało się w ziemi, zmieniając parter w suterenę. Aleks zgasił latarkę, oparł się o para­ pet; nieznajomy stanął tuż obok. Przed nimi widać było rządek palików z truchłami, dalej ciągnęła się droga, na której stał Własow, rozmawiający z dowódcą odrodzeń­ ców. Za plecami starszego wioski przestępowali z nogi na nogę jego poplecznicy, zaś żołnierze rozciągnęli się luźnym szeregiem i spoglądali leniwie spod hełmów z zasłonami. Dowódca oddziału mówił głośno i dobit­ nie, więc słychać było każde słowo:  – Nie, rekrutów teraz nie bierzemy. Armia Odro­ dzenia prowadzi operację w Kombinacie, potrzebuje­ my żywności.  – No a dużo? – zamruczał Własow. – Żywności tej?  Skoro wojskowi nie zamierzali zabierać młodych z Wysiółek, to już był to pewien sukces. Teraz starosta kombinował, jak by tu zminimalizować straty.  – Od was to ile się nie poprosi, zawsze będziecie ję­ czeć, że za dużo – uciął żołnierz. – Oczekujemy przy­ bycia większej grupy, powierzono mi przygotowanie furażu. W Kombinacie będą pracować naukowcy, ba­ dania mają potrwać jakiś czas, bo nasi specjaliści mu­ szą uzyskać pełny obraz sytuacji. Liczę więc na waszą daleko posuniętą współpracę.  – Współpraca, tak, oczywiście... – zacukał się Wła­ sow. – Do tego my zawsze gotowi, panie władzo. Ja bym tylko wiedzieć chciał, ile i na kiedy, a tak to zawsze go­ towi.  Wojskowy zaczął wyliczać: mąka, mięso, owoce... Już wcześniej sobie oszacował, ile będzie można ze­


Domek pod Lasem

17

drzeć z Wysiółek, i teraz ciągnął po maksymalnej staw­ ce. Aleksowi wydało się, że nawet stąd słyszy, jak stęka i jęczy gwałcone sknerstwo Własowa. Starosta był ty­ pem zachowawczym i skąpym, bo taki powinien być z założenia, ale i wojskowych nie chciał drażnić. Aleks dojadł jabłko, cisnął ogryzkiem w zwoje pajęczyny, po­ patrzył na stojącego tuż obok podrostka. W lejącym się przez pokryte kurzem firany pajęczyn świetle widać było tylko rękę z nadgryzionym jabłkiem i kędzierza­ wą czuprynę w nieładzie.  – Aha, czyli tak się sprawy mają  – powiedział Aleks. – Będą waszych grabić nie tylko w ramach swo­ jego pożal się Boże prawa, ale też jako przymusowych ochotników. No tak, czyli faktycznie odradza się cywi­ lizacja. Może tylko trochę poprzerastana przez prawa dżungli... znaczy się Lasu.  – Patrz, tam się chyba coś stało! – Jego rozmówca pokazał palcem, zamiast odpowiedzieć. – Ale się ru­ szyli nagle...!  R zeczywiście, na placyku pomiędzy straganami a wystawką mutantów na żerdziach coś się wydarzy­ ło. Własow pobiegł ze swoimi ludźmi ku nagle zanie­ pokojonym mieszkańcom, żołnierze odwrócili się ku drodze.  – Silnik słychać – szepnął podrostek. – Ktoś jedzie.  A leks też zdołał w  końcu wyłuskać spomiędzy dźwięków warkot motoru. Transport samochodowy to teraz luksus nie dla każdego, tylko co silniejsze klany mogą pozwolić sobie na taki bajer, więc nie dziwota, że żołnierze się spięli. Aleks widział wyraźnie, że szyku­ ją się jak do bitwy – dowódca rzucał krótkie ­komendy,


18

Wiktor Noczkin

­popierając każdą energicznym machnięciem ręką. Zbroj­ni roztasowali się na pozycjach ogniowych: część pochowała się między rachitycznymi drzewkami, jeden przyczaił się w rowie zarośniętym tak, że hełm ledwie pobłyskiwał spomiędzy zarośli.  Dowodzący wraz z przybocznym zajęli stanowisko za popękanymi betonowymi płytami, leżącymi kilka metrów od drogi. W tym czasie przekupnie pospiesz­ nie zwijali towar i ładowali dobytek na wozy, przy czym najszybsi już odjeżdżali. Nikt nie miał ochoty znaleźć się w strefie walki.  Zza zakrętu wyjechał obity blachą ni to autobus, ni to ciężarówka – ciężko było określić, czym był niegdyś przedziwny pojazd, obwieszony od góry do dołu pły­ tami, ale jego przynależność klanowa nie pozostawia­ ła wątpliwości – wymalowane na czarno burty, na nich czaszki i rogate łby, oraz wielka głowa szablastego odyń­ ca na przednim zderzaku.  – Ognia! – zawołał dowódca odrodzeńców. Huknę­ ły karabiny, kule uderzyły o pancerz.


Polub nas na

facebooku

kup teraz


Noczkin wektorzagrozenia fragment  

Wiktor Noczkin "Wektor Zagrożenia" Świat przyszłości, w którym ziemia powstała przeciwko człowiekowi, aby go zniszczyć. Na planecie pojawia...