Page 1


6

Robert Foryś

rzeczy, która posłuży jej za rylec, odkryła dziurę. Niewielki zamaskowany otwór w kącie ciemnicy, zaraz przy miejscu, gdzie załatwiała naturalne potrzeby.  Nie wiedziała, któremu z małych więźniów udało się, pomimo braku narzędzi, przebić przez warstwę twardej gliny i dotrzeć do ziarnistej ziemi pod klepiskiem. Domyślała się jedynie, że bezimienne dziecko nie zdołało dokończyć rozpoczętej pracy. Musiała to zrobić sama.  Dlatego pracowała bez wytchnienia, skulona w kącie cuchnącej jamy, a grudki twardej, zmieszanej z drobnymi kamyczkami ziemi przesypywały się przez poranione do żywego mięsa palce, odmierzając bezlitosny czas. A jego, czuła to wyraźnie, miała coraz mniej. Upiory odwiedzały ją rzadziej niż na początku, zaraz po uwięzieniu, lecz gdy to czyniły, były niezwykle brutalne i okrutne. Marjta wiedziała, że musi się śpieszyć, nim przyprowadzą do ciemnicy nową ofiarę, a ona stanie się niepotrzebna.  Kopała niemal bez ustanku, nie zważając na omdlałe ramiona i rwący ból po głębokich ukąszeniach na piersiach, wnętrzach ud czy pośladkach. Jej dłonie stały się łopatami, a ona sama przemieniła się w wielkiego, białego kreta.  Czasem tylko, gdy zmęczenie i ból przedzierały się przez mentalny pancerz, pozwalała sobie na płacz. Świadectwo, że wciąż jest istotą ludzką.  Aż w końcu pozdzierane do żywego palce przebiły się na zewnątrz i poczuła chłód oblekający łagodnym balsamem krwawiące rany. Minęła chwila, nim pojęła, że znów oddycha świeżym powietrzem.


Prolog

7

 Teraz, gdy ocalenie było na wyciągnięcie ręki, wstąpiły w nią nowe siły. Rzuciła się do pracy z milczącą zaciekłością, nie zważając na potworny ból w dłoniach, w zgarbionych plecach i wyczerpanych mięśniach ramion.  Nie potrzebowała dużego otworu, była szczupła i drobnej budowy, nawet jak na swoje trzynaście wiosen. Pełzając na brzuchu, pomyślała, że wygląda niczym jedna z glist, które ojciec pokazał jej we wnętrznościach padłej krowy. Wpierw przeszła jej głowa, potem ramiona i biodra; rodziła się po raz drugi, wychodząc z wilgotnego, czarnego łona na świat.  Marjta otworzyła oczy. Na zewnątrz panowała noc. Spojrzała w niebo. Ogromny srebrzysty dysk sięgał zenitu, oświetlając stożkowate korony drzew. Wydała z siebie cichutki jęk rozpaczy. Była pełnia. Pora, podczas której upiory wychodziły na żer. Tak opowiadała jej stara Gerta, która opiekowała się nią po śmierci matki.  Przez chwilę wpatrywała się zahipnotyzowana w księżyc, sparaliżowana i niezdolna do podjęcia decyzji, jakby mdła poświata opadła na nią niewidzialną siecią. Z otępienia wyrwało ją ostrzegawcze nawoływanie puchacza. Opuściła głowę i powiodła wzrokiem po gęstej jak smoła ciemności zalegającej między pniami drzew.  Jeszcze niedawno las nocą wydawał jej się czymś niewyobrażalnie przerażającym, a żyjące tu wilki i dziki budziły przesadne dziewczęce lęki. Obecnie tamte strachy wydawały jej się nieistotne, wręcz żałośnie śmieszne.


8

Robert Foryś

 Upiory pokazały jej, czym jest prawdziwe przerażenie, i żadne dzikie zwierzę nie mogło wzbudzić w niej większego. Pchana przez tę samą wolę życia, która pozwoliła jej wydostać się na zewnątrz, poderwała się z ziemi i pobiegła przed siebie w paszczę mroku.  Poruszała się na oślep, gnana czystym instynktem, byle tylko oddalić się od jamy. Kluczyła między drzewami, których nisko zwisające gałęzie chłostały jej nagie ciało, a bose stopy niemal nie odczuwały ran zadawanych przez leśne poszycie. Biegnąc, zachłystywała się świeżym, pachnącym żywicą powietrzem i chłodem nocy, w którym rozwiewał się odór jej skóry.  Nie potrafiła określić, ile czasu zajęło jej dotarcie do pagórka, za którym kończył się las. Przywarła do szorstkiego pnia wysokiej sosny, patrząc z napięciem na rozpościerające się przed nią nadrzeczne łąki.  Po chwili dostrzegła coś jeszcze, ciemniejszą linię biegnącą wzdłuż rzeki. Zdecydowała, że to musi być trakt. Jej serce zabiło żywiej. Była ocalona, na końcu każdej drogi zawsze znajduje się siedziba ludzka.  Przez kilka chwil zbierała w sobie odwagę i siły, po czym opuściła względnie bezpieczną otulinę lasu. Biegła zgarbiona, przemykając się chyłkiem między oddalonymi od siebie kępami krzewów. Gdy dotarła do drogi, zdecydowała, że pójdzie na północ.  Wyprostowała się... i ujrzała upiora. Widziała go wyraźnie w mdłej, srebrzystej poświacie. Stał na skraju lasu, niemal w tym samym miejscu, co ona parę chwil wcześniej. Nie patrzył w jej stronę, lecz Marjta przysięgłaby, że słyszy jego węszenie. Przywarła do ziemi niczym zlęknione cielę sarny,


Prolog

9

kryjące się przed drapieżnikiem. Wiedziała, że nie powinna się poruszać, nawet drgnąć, jednak świadomość, że być może to stworzenie właśnie na nią patrzy, stała się nie do zniesienia.  Groza okazała się silniejsza niż rozum.  R zuciła się biegiem w stronę rzeki, nie oglądając się za siebie. Nawet gdy noc przeszyło skrzeczenie upiora.  Popędziła, ile tylko pozostało jej sił w nogach, gnana przerażeniem i wolą życia. Musiała dotrzeć do rzeki, jej ciemnych wód i gęstwiny trzcin porastających brzeg. Jednak zmaltretowane ciało nie mogło więcej znieść.  Stawiane przez Marjtę kroki stawały się coraz krótsze i mniej pewne, stopy zapadały się w podmokłym gruncie. Wiedziała, że jeśli upadnie, nie zdoła się podnieść. Ból palił ją ogniem, odcinał dech w piersiach, mącił wzrok.  Potknęła się raz i drugi na jakiejś dziurze, lecz utrzymała równowagę. Zrobiła kolejny chwiejny krok. Nagle zaczepiła o coś stopą, skręciła kostkę i krzyknęła z bólu. Prawa noga ugięła się pod ciężarem wychudzonego ciała. Odruchowo wyciągnęła przed siebie ręce, chroniąc twarz. Wbiła poranione palce w ziemię pachnącą wiosenną łąką.  Z wysuszonego gardła wydobył się bulgot, coś, co miało być wezwaniem o pomoc. Obróciła głowę i ujrzała postać upiora wyłaniającą się z mroku. Nie spieszył się, wiedział, że nie może mu umknąć.  Podpierając się na łokciach, zaczęła pełznąć w kierunku rzeki, tak bliskiej i jednocześnie tak odległej. Marjta słyszała, jak upiór podchodzi i zatrzymuje się nad nią. Jęknęła przeciągle i szlochając, ­w tuliła


10

Robert Foryś

twarz w wilgotną od rosy trawę, niezdolna do dalszego oporu.  Gdy pochylił się, poczuła woń pachnideł: jaśmin i piżmo.  Bezlitosne dłonie zacisnęły się na jej ramionach, obróciły na plecy.  Z jej oczu spłynęły łzy.


12

Robert Foryś

kali w dłoniach drzewca halabard, krzyżując broń ze sobą w wymownym geście ostrzeżenia, jakby same drzwi, grube na dwa kciuki i okute miedzią, nie stanowiły wystarczającej przeszkody w dostaniu się przed oblicze pani Wyrburga.  H rabina kazała mu czekać dłużej, niż wypadało. Tankrid spodziewał się, że nim wypełni postawione przed nim zadanie, będzie musiał ścierpieć sporo mniej lub bardziej dotkliwych obelg. W wielu ziemiach cesarstwa szlachetnie urodzonym wydawało się, że nie podlegają żadnym prawom prócz tych, które sami sobie wyznaczali.  Z tą myślą ponownie obrócił wzrok na pogrążający się w ulewie Wyrburg. Z zadumy wyrwał go odgłos otwieranych drzwi. Strażnicy rozstąpili się na boki, zabierając do siebie halabardy, i z sali audiencyjnej wyszedł rycerz o pociągłej twarzy, z zapadniętymi policzkami i siwymi wąsami opadającymi ku brodzie. Jeszcze na dziedzińcu przedstawił się Tankridowi jako Lowir z Vorn, kapitan straży domowej Srogoszów.  – Hrabina Irsana wraz z radą oczekuje cię, panie – głos mężczyzny brzmiał szorstko, wręcz nieprzyjaźnie.  Tankrid skinął głową. Bez słowa pozostawił kapitana wraz z wartownikami w holu i wkroczył do komnaty. Ta okazała się obszerną salą oświetloną przez dziewięć wysokich, pięcioramiennych świeczników, rozstawionych w równych odstępach. Ich blask odbijał się w dużych, wysoko rozmieszczonych oknach.  Na krześle tronowym zasiadała pani Wyrburga. Dojrzała i piękna, odziana była w szmaragdową suk-


Stare blizny

13

nię, której rękawy, kołnierz i głęboki dekolt zdobiła przetykana złotą i srebrną nicią koronka z Avers.  Tankrid szybko uniósł wzrok i napotkał czujne, ciemnozielone, oceniające go z rezerwą oczy. Jeśli cokolwiek mógł powiedzieć o hrabinie, to tyle, że twarz Irsany Srogosz – okolona falującymi kasztanowymi włosami, szczupła, o wysokich kościach policzkowych i doskonale ukształtowanych ustach – w najmniejszy sposób nie zdradzała trzydziestu sześciu przeżytych przez hrabinę wiosen.  By uświadomić sobie prawdziwy wiek kobiety, Tankrid musiał przenieść wzrok na dwudziestoletniego młodzieńca, stojącego tuż za oparciem tronu. Jego włosy i rysy twarzy nie pozostawiały wątpliwości, czyim jest synem, choć po ojcu – zmarłym przedwcześnie wojewodzie Srogoszu – odziedziczył wąskie usta i cofniętą brodę, której kształt starał się maskować szpiczastą bródką.  Tankrid przyjrzał się błękitnemu wamsowi z wyhaftowanym łabędziem na piersi, liliowym spodniom, skórzanym trzewikom ze srebrnymi klamrami i mieczowi przypasanemu do boku. Młody Srogosz stale trzymał dłoń na rękojeści oręża.  Po lewej stronie hrabiny stał kolejny mężczyzna. Posiadał ogorzałą, poprzecinaną zmarszczkami twarzy. Orus Gliński, chorąży wojewody Srogosza i starosta ziemi hołyńskiej.  „Jak widać, wciąż stoi u boku swych dobroczyńców” – pomyślał Tankrid. Co go zresztą nie zdziwiło. Wszyscy możni wykorzystywali każdą sposobność, by wyszarpać dla siebie kawałek sukna z postrzępionego i dziurawego płaszcza, jakim stało się cesarstwo.


14

Robert Foryś

 „Ja zaś jestem tu po to, aby płótno to zszywać, w miejscach gdzie pruje się najbardziej” – z tą myślą popatrzył na drugą z kobiet obecnych na sali. Spodziewał się obecności czcigodnej matki, lecz widok akurat jej był dla niego mocnym zaskoczeniem.  Stała po prawej ręce hrabiny. Wysoka, szczupła, odziana w prostą, pozbawioną zdobień suknię wstawienniczki, komponującą się z czernią jej włosów. Pochwycił jej spojrzenie. W głębi ciemnych oczu dojrzał... sam nie był pewien, co to było. Być może tylko cień własnych wspomnień, nadziei i pragnień.  Wykonał płytki ukłon.  – Tankrid z Krom – przedstawił się oficjalnie, nim przekazał Oficjum staroście Glińskiemu. Ten wręczył nakaz pani na Wyrburgu.  Irsana obejrzała z uwagą odcisk pieczęci umieszczony u spodu nakazu: pętle i miecz, symbole cesarskiej sprawiedliwości. A potem, mrużąc lekko powieki, zaczęła czytać treść. Jej oblicze pozostało spokojne, emanowało pewnością siebie.  I rsana Srogosz skończyła czytać, zwinęła pismo w rulon i oddała staroście, a ten przekazał je justycjariuszowi.  – Ufam, że śledztwo oczyści me dobre imię – odezwała się. – Oddaję się, panie, do twej całkowitej dyspozycji.  Tankrid zastanowił się przelotnie, czy celowo użyła tak dwuznacznego zwrotu.  Uczono go odczytywać prawdę i kłamstwo z ludzkiej twarzy, postaci oraz gestów. Tymczasem oblicze Irsany Srogosz, z wieloznacznym uśmieszkiem


Stare blizny

15

błąkającym się po zmysłowych wargach, jej drobne dłonie spoczywające swobodnie na poręczach tronu, rozluźniona sylwetka, nie powiedziały justycjariuszowi nic w żadnej z nurtujących go kwestii.  W Garonie przestrzegali go, że hrabina w młodości, nim wyszła za wojewodę Srogosza, przez lata była nowicjuszką w Morgling.  „Bądź przygotowany na wszystko” – oznajmił mu Ditrich z Bergen na dzień przed wyjazdem z Garony, gdy spotkali się w prywatnych komnatach wikariusza. „Wiedźmy z pewnością nauczyły ją swoich sztuczek”.  – Potrzebuję odizolowanych pomieszczeń na kwaterę dla mej Pięści – Tankrid zwrócił się bezpośrednio do hrabiny.  – Wieża Kruków z pewnością zadowoli cię, panie – wyręczył matkę Adrim Srogosz.  – Poleciłam przygotować na piętrze wygodną komnatę – dodała Irsana. – Ufam, panie, że zalety, które oferuje, sprostają twym oczekiwaniom.  „Małe pokusy, od nich wszystko się zaczyna”.  – Z pewnością tak właśnie będzie, pani – odparł uprzejmie. – Niemniej nad wygodę muszę przedkładać obowiązki.  Tankrid zerknął na wstawienniczkę i złożył hrabinie płytki ukłon. Zmierzając do drzwi, czuł skupione na sobie spojrzenia. Był więcej niż pewien, że jeszcze tego dnia z zamku do Garony wylecą gołębie z pytaniami o jego osobę i słabości.  „Choć o jednej mogli już wiedzieć. O ile zdradziła im swój sekret”.  Zamykając za sobą drzwi, z trudem powstrzymał się przed spojrzeniem na kobietę w czerni. Czcigod-


Stare blizny

17

 Obaj mężczyźni stanęli przed nią w postawie wyrażającej szacunek.  – Ktoś zostawił dla mnie wiadomość w alkowie – oznajmiła im Armina. – Ktoś, kto nie powinien móc tam wejść.  – Ja stałem u drzwi – przyznał Orson zakłopotany. – Ale wpuściłem wyłącznie pokojowe – zaręczył szybko. – Oraz kobietę, która przyszła opróżnić kubeł na nieczystości.  – Widziałeś ją już wcześniej?  Orson potarł bliznę na prawej stronie kanciastej szczęki.  – Nie, chyba nie.  – Jak wyglądała?  – Czarnowłosa, wysoka, ale nie bardzo, twarz... – Ramiona Orsona drgnęły w bezradnym geście. – Zwykła, ani ładna, ani brzydka. Kobieta jak inne.  A rmina westchnęła w duchu.  Orson nigdy nie był najbystrzejszy, zresztą nie tego po nim oczekiwała. Z pewnością mówił prawdę, był dla niej jak otwarta księga.  Odprawiła gwardiałów, rezygnując z dalszych dociekań. Zwróciłyby tylko uwagę donosicieli i przypominały szukanie igły w stogu siana. Hrabina wezwała na czas procesu kilkunastu najznaczniejszych wasali Srogoszów. Każdy z rycerzy przybył z gierm­ kami, knechtami i uzbrojoną czeladzią, niektórzy przywiedli ze sobą najemników. W zamku roiło się więc od obcej służby: praczek, szwaczek, kucharek i pospolitych dziwek.  Stanęła przy kominku, zamyślona, z wzrokiem wbitym w dopalające się polana. Przed oczyma stanął jej inny kominek, w innej komnacie, znajdującej


18

Robert Foryś

się w południowym skrzydle rezydencji arcytytulariusza Mostowa.  – Cieszę się, widząc cię w zdrowiu i urodzie, Armino – słowa te padły dziewięć dni temu z ust samego arcytytulariusza Ekberta. Jego eminencja wpatrywał się we wstawienniczkę z ruchomego fotela ustawionego blisko ognia. Wątłe, zniszczone przez chorobę ciało dostojnika okrywał koc z gęstej białej wełny.  Jedno spojrzenie w blade, zimne oczy tytulariusza ostrzegło Arminę, że starzec wcale nie jest tak cierpiący, za jakiego chciałby uchodzić.  Zgodnie z etykietą zgięła kolana i złożyła pocałunek na masywnym pierścieniu z oprawionym weń okiem Stwórcy. Dopełniwszy formalności, cofnęła się i popatrzyła na stojącego za oparciem fotela mężczyznę ubranego w szatę mnicha. W człowieku tym wszystko było przeciętne, wzrost, szczupła postura, oblicze mogące należeć do każdego. Twarz, której zwykle nie zapamiętuje się na dłużej.  Nazywał się Borso Torito i było w nim coś nienaturalnego. Mówiono, a raczej szeptano z najwyższą ostrożnością, że jest osobistym i niezawodnym sługą Ekberta, dzięki któremu jego eminencja pozbywał się niepotrzebnych kłopotów. Obecność tego człowieka podczas audiencji nie wróżyła nic dobrego.  A rmina wytrzymała spojrzenie ciemnych, beznamiętnych oczu Borso. „Nic na świecie nie może przerazić kogoś, kto przeszedł próbę Ciemnej Komnaty. Niech obaj to wiedzą”.  Pomarszczona, plamista dłoń arcytytulariusza uniosła się z nałokietników, wskazując stojący za kominkiem zydel.


Stare blizny

19

 – Proszę, spocznij, czcigodna matko, podróże o tej porze roku są wyczerpujące nawet dla młodych – głos Ekberta brzmiał o wiele mocniej i twardziej, niż sugerowała to jego cherlawa, zniszczona przez gościec sylwetka.  A rmina machinalnie zerknęła w okno, za którym mżył nieprzerwanie zimny deszcz. Skinęła głową, przesunęła zydel bliżej fotela dostojnika i usiadła, podciągając wilgotny płaszcz.  – Czcigodna matka wygląda na przemarzniętą, podaj jej kubek wina – polecił Ekbert. Borso natychmiast wykonał polecenie.  Armina przyjęła z wdzięcznością srebrny kielich i upiła łyk. Wino było mocne, o lekkiej miodowej nucie. Już po chwili poczuła przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. „Nie pozwól, by uśpił twą czujność” – napomniała się, zerkając znad srebrnej krawędzi w stronę wpatrzonych w nią mężczyzn. Przypominali skalne sępy wypatrujące przekąski... Czego od niej chcieli?  – Otrzymałem wiadomość z Garony – odparł Ekbert półgłosem, jakby odgadując jej myśli. – Mój człowiek służący w kancelarii wikariusza twierdzi, że Ditrich z Bergen podpisał Oficjum dotyczące hrabiny Wyrburga. To bardzo niefortunna decyzja. Nie można dopuścić, aby proces przybrał dla hrabiny niekorzystny obrót.  A rmina zmarszczyła czoło. Sprawa, o której wspomniał jego eminencja, wydawała się zamknięta na zawsze, wraz z kamienną płytą, która spoczęła na grobie tamtego biednego dziecka.  – Śmierć dziewczyny nastąpiła zeszłej jesieni – powiedziała, badając teren. – Czemu akurat teraz wikariusz postanowił wysłać oprawcę?


20

Robert Foryś

 – Polityka. Ditrich węszy zagrożenie, zawsze był sprytny – w głosie Ekberta zabrzmiało niechętne uznanie. – Nie jest pewien, kogo może jeszcze nazywać swym stronnikiem. Postanowił więc pokazać rodom Trójrzecza, że wciąż muszą się z nim liczyć. – Oblicze starca wykrzywił bezzębny uśmiech. – Nic tak nie podnosi autorytetu władzy, jak mała demonstracja siły.  – Kto otrzymał Oficjum? – zapytała.  – Tankrid z Krom. Wiem, że byliście ze sobą blisko – stwierdził Ekbert, nie spuszczając z niej wzroku.  Poczuła, że napina mięśnie. Użyła całej wpojonej przez lata szkolenia dyscypliny do zachowania obojętnego wyrazu twarzy.  – Kiedyś, dawno temu – potwierdziła, cedząc słowa przez ściśnięte, suche gardło. – Nim złożyłam śluby.  – To on był ojcem dziecka?  A rmina nie spuściła wzroku.  – Tak, eminencjo.  A rcytytulariusz wydawał się lekko zakłopotany, jednak wrażeniu temu przeczyły jego oczy, zimne i wyrachowane.  – Wierzę, że sprostasz tej misji, czcigodna matko.  Zgasiła w sobie uczucia, wyobrażając sobie, że zdmuchuje płomień świecy, tak jak wpojono jej w Morgling. Uniosła brodę, ściągnęła usta.  – Uczynię, co w mej mocy – odrzekła.  Jego eminencja skinął wyrozumiale głową.  – Borso będzie ci towarzyszył – oznajmił od niechcenia. – Oczywiście incognito.  „Oczy, uszy i ukryty nóż”.  A rmina uniosła wzrok. Oblicze mnicha pozostało nieprzeniknione. Starcza, poplamiona dłoń


Stare blizny

21

uniosła się nieco z nałokietnika. Gest ten oznaczał koniec audiencji.  Do rzeczywistości przywróciło ją poruszenie klamki. Zamrugała i odwróciła wzrok od ognia.  Przez drzwi weszła wysoka kobieta o kasztanowych, krótko przyciętych włosach. Rjana Orsey.  A rmina obserwowała złożoną z ostrych płaszczyzn twarz przybocznej, gdy ta zbliżyła się do niej z gracją dzikiego kota. Orsey nie rozstawała się z mieczem przypasanym do boku, i to mimo faktu, że w zamku znajdowała się blisko setka zbrojnych, zaprzysiężonych pani na Wyrburgu. A jednak Armina przekonała się już dawno temu, że pod tą szorstką powierzchownością kryje się ciepło i lojalność. Obrzuciła towarzyszkę pytającym spojrzeniem.  – Stało się coś?  – Przyleciał gołąb z Morgling. – Rjana wyciągnęła dłoń z miniaturową karteczką.  Nareszcie! Armina ledwie pohamowała ekscytację. Wzięła kartkę, muskając chłodne, nawykłe do ściskania broni palce.  – Przynieś lupę – poprosiła i wyjęła ze świecznika grubą, nieco stopioną świecę. Wróciła do kominka i zapaliła knot. Spotkały się przy stole. Rjana wręczyła lupę czcigodnej matce.  A rmina podciągnęła suknię i spoczęła na krześle. Rozwinęła skrawek papieru i nachyliła się nad miniaturowymi, pełnym zawijasów znakami. Pismo Ajrów, pierwsze, które Oczekiwana Matka podarowała ludziom. Niemal zapomniane przez wieki ciemności i znane tylko nielicznym.  Odczytanie zaszyfrowanej wiadomości zajęło jej kilka oddechów. Zgniotła papier w dłoni. Herjera


22

Robert Foryś

Eberh, przełożona klasztorów w Morgling, przedstawiła swe oczekiwania bez niedopowiedzeń.  A rmina cisnęła karteczkę w ogień. Rjana przypatrywała się jej w milczeniu.  – Złe wieści? – zapytała Orsey.  – Mam wypełniać polecenia Ekberta aż do odwołania.  – Nawet jeśli hrabina jest winna? – Orsey nie skrywała odczuwanej odrazy. – To były małe dziewczynki!  – Przysięgłam posłuszeństwo, ty również – przypomniała Armina chłodnym głosem. – Wybacz, chcę zostać sama.  Gdy Orsey opuściła jej pokoje, Armina podeszła do okna i odciągnęła kotarę.  Blade słońce spoglądało na zamek zza strzępów chmur gnanych przez wiatr. Spojrzała na najwyższą z baszt niskiego zamku. Nazywano ją Bocianią. Jak wyjaśnił jej kapitan Lowir, jeszcze za czasów jego młodości ptaki te zakładały gniazda na jej szczycie, zwabione obfitością pożywienia, jaką zapewniały ich młodym podmokłe ugory w dolinie. Potem jednak Wyrburg rozrósł się, łąki osuszono pod domy na przedmieściach. Jedynym śladem po dawnym krajobrazie pozostały stawy rybne, lecz tam bociany nie były już mile widziane.  „Chcąc stworzyć coś trwałego i pożytecznego, często trzeba dokonywać trudnych i nieuniknionych wyborów” – pomyślała, szukając usprawiedliwienia dla samej siebie.  Tylko gdzieś w głębi serca rozległo się słabe pytanie, czy podobne wytłumaczenia nie przychodzą jej coraz łatwiej.


Premiera 5 lipca

Profile for Fabryka Słów

Robert Forys - "Każdy musi płacić" - fragment  

Fragment nowej powieści Roberta Forysia

Robert Forys - "Każdy musi płacić" - fragment  

Fragment nowej powieści Roberta Forysia

Advertisement