Page 1


Ilustracje: Paweł Zaręba Przełożył: Marek Najter

"trylogia nadzoru" tom 1 - nadzór tom 2 - the paradox tom 3 - the remnant

Lublin – Warszawa


Ś

miertelnicy i istoty nadnaturalne za­ mieszkują równolegle ten sam świat, ale nie widzą się nawzajem – jak mieszkańcy domu, którzy bywają w nim o różnych po­ rach i tylko czasem mijają się na wąskich schodach. Nie mówią tym samym językiem, mają inne zwyczaje, a ich postrzeganie świa­ ta, praw i zachowań, które nim rządzą, jest całkiem przeciwstawne.  Dostrzegają się tylko wtedy, gdy na sie­ bie wpadną, a kiedy tak się dzieje, zachodzą wydarzenia tajemne i niefortunne zarazem. To ze względu na to tak ważne jest, by nie­ wielkie przestrzenie, w  których to przeni­ kanie jest możliwe, rządziły się określony­ mi zasadami i by przestrzegania tych zasad ktoś pilnował.


Przez całe wieki niewiele było równie dużych skupisk ludzkich, co wielkie cielsko miejskie rozciągnięte na brzegach Tamizy, i właśnie w celu uregulowania interakcji po­ między istotami śmiertelnymi i  nadnatu­ ralnymi zostało utworzone prastare Wolne Bractwo znane jako Nadzór Londyński.  Paradoksem jest, być może budzącym zainteresowanie tylko kolekcjonerów osob­ liwych i ironicznych zdarzeń, że ta cienista granica jest pilnowana przez tych, w  któ­ rych żyłach płynie krew obu ras... Ujmując to inaczej, niewidzialnego kordonu zapo­ biegającego przenikaniu się światów pilnu­ ją mieszańcy. Wyjątek z Wielkiej i tajemnej historii świata autorstwa rabina doktora Hayyima Samuela Falka (znanego również jako Ba’al Shem z Londynu)


Dla Margaret Fletcher, z wyrazami miłości


rozdział

i

dom przy wellclose square

G

dyby tylko ta przeklęta dziewczyna się tak nie mio­ tała.  Gdyby tylko tak nie wrzeszczała – wtedy nie musiał­ by jej kneblować.  Gdyby była cicho i dała się związać, nie musiałby jej wsadzać do worka.  A gdyby nie musiał jej wsadzać do worka, mogłaby iść, a tak zmuszony był targać ją na plecach przez całą drogę do domu Żyda.  Bill Ketch nie był brutalem. Życie pozbawiło go paru zębów i więcej niż raz złamało mu nos, ale nie zmieniło go w zwierzę – miał w sobie na tyle człowieczeństwa, by czuć się źle z powodu tego, co robił. Nie podobało mu się, że dziewczyna jęczy tak głośno i rzuca się w worku, ściągając uwagę przechodniów.  Lanie niczego nie zmieniło. Może i dużo krzyczała, ale w oczach miała ten błysk, coś twardego, ­niezłomnego,


10

krzycząca dziewczyna

i to właśnie ta hardość drażniła go i przyczyniła się do decyzji, by sprzedać ją Żydowi.  Tak podpowiadał mu głos w głowie, cichy, nieśmiały, ale skutecznie zagłuszający podszepty sumienia.  U lice były opustoszałe, a  unosząca się znad Tami­ zy mgła tłumiła światła lamp gazowych przy Seaman’s Hostel, zmieniając je w  plamy jasności. Kiedy skręcił na Wellclose Square, zauważył mignięcie ognika zapał­ ki. Wielki brodaty rudzielec zapalał sobie fajkę. Stał pod duńskim kościołem razem z grupką ludzi skupionych wokół wózka pełnego pudeł ze świecami. Na szczęście nie zauważyli, jak Ketch przekrada się pospiesznie dru­ gą stroną ulicy w kierunku domu przy końcu placu. Pod pokaźnym budynkiem rafinerii, który mijał, stał zaprzę­ żony powóz, ale nikogo przy nim nie było.  Cieszył się, że plac jest o tej porze tak wyludniony. Nie miał ochoty nikomu się tłumaczyć, dlaczego dźwi­ ga taki dziwny ładunek ani dokąd zmierza.  Kudłacz w Trzech Kulasach dał mu dokładne wska­ zówki. Stosując się do nich, pochylił się, przechodząc przed bramą frontową, i ominąwszy główne wejście, skie­ rował się za róg, a następnie śliskimi schodkami w dół, do bocznych drzwi. Ciemne przejście pomiędzy budynkami oświetlała jedna lampa, która walczyła dzielnie z mro­ kiem jeszcze gęstszym tu, na końcu placu, bliżej Tamizy.  Przed nim znajdowało się dwoje drzwi. ­Pierwsze, zro­ bione z żelaznych sztab, jak więzienne, stały na oścież, przylegając do ceglanej ściany budynku. Drugie, z ciem­ nej dębiny, nabijane wypukłymi ćwiekami, były za­ mknięte, a  wieniec gwoździ stwarzał wrażenie, jakby zostały zabite.


dom przy wellclose square

11

 Ketch zauważył obok rączkę z napisem pociągnąć, jednak gdy to zrobił, z wnętrza nie dobiegł żaden odgłos dzwonka. Pociągnął ponownie. I znów cisza. Już miał szarpnąć po raz trzeci, gdy rozległ się metaliczny zgrzyt i w wąskiej szparze wizjera pojawiło się dwoje oczu. Poza nimi widać było tylko półmrok panujący w pomieszcze­ niu.  Właściciel oczu milczał. Przez chwilę ciszę zakłócało jedynie dobiegające z worka pojękiwanie.  Oczy wodziły od Ketcha do worka i z powrotem. Po­ tem rozległ się odgłos niuchania, jakby strażnik obwą­ chiwał gościa.  Ketch odchrząknął.  – To dom Żyda?  Właściciel oczu nadal milczał, taksując go w wyjąt­ kowo niepokojący sposób.  – Eee... – Ketch przełknął nerwowo ślinę. – Mam dla niego dziewczynę. Krzykaczkę, taką, jakie ponoć lubi.  Uśmiech towarzyszący tym słowom miał być przypo­ chlebny, jednak w rzeczywistości jedynie ukazał resztki zębów Ketcha.  Oczy najwyraźniej dodały to do swych szacunków, po czym zniknęły przy wtórze zgrzytu zamykanego wi­ zjera. Dziewczyna wzdrygnęła się na ten dźwięk, a Ketch łupnął ją pięścią – nie mocno, nie tak, żeby ją skrzywdzić: po prostu odruchowo.  Gapił się na ciemne drzwi. Mimo że nie miały już oczu, i tak odnosił wrażenie, jakby mu się przyglądały. Oceniały go. Stał stropiony. Nie wiedział, co teraz. Miał odejść? Czyżby taskał tę dziewuchę całą drogę – a nie robiła się lżejsza z czasem – na darmo? Poczuł znajome


12

krzycząca dziewczyna

oznaki narastającego gniewu, jakby morze taniego dżinu i kwaśnego piwa zaczęło wrzeć mu w żołądku, wysyłając ku policzkom falę gorąca. Zacisnął pięść i postąpił krok z zamiarem załomotania w drzwi.  Zamachnął się ze złością, ale w  momencie, kiedy opuszczał ramię, drzwi otworzyły się, a on, nie natrafia­ jąc na opór, wtoczył się do środka, omal nie upuszczając worka na ziemię.  – Co, do...?! – zaczął i urwał.  Znajdował się w pomieszczeniu wielkości i kształtu celi wartowniczej, bez widocznego drugiego wyjścia. Już miał się cofnąć w chłodną mgłę, gdy boczna ściana się odsunęła, tworząc przejście do sąsiedniej izby.  Spore pomieszczenie zostało wybite boazerią. Rów­ nież sufit i podłoga były drewniane. Wewnątrz znajdo­ wały się stół, krzesła i lampa naftowa dająca słabe światło. W powietrzu unosił się zapach gliny. Panowała tu atmo­ sfera – może właśnie przez ten zapach – iście grobowa. Ketch zadrżał.  – Wejdź – odezwał się głos za jego plecami.  – Nie. – Bill przełknął z trudem ślinę. – Nie. I wiesz co? To chyba pomyłka...  Żar w żołądku ostygł nagle, zmieniając się w bryłę lodu. Ketch poczuł, że ma gęsią skórkę, i nagle wiedział już z całą pewnością, że nie powinien wchodzić dalej, inaczej już może stąd nie wyjść.  Odwrócił się błyskawicznie, obijając przy okazji dziewczynę o ościeżnicę. Jej jęk utonął w huku zatrza­ skujących się drzwi, po którym rozległ się zgrzyt zasuwa­ nych rygli. Droga ucieczki była zamknięta. Ketch naparł na drzwi, potem w nie kopnął. Nie drgnęły. Stał, dysząc


dom przy wellclose square

13

ciężko, po czym zdjął worek z ramienia i położył go na ziemi, przytrzymując jednak mocno.  – Nie ruszaj się albo oberwiesz kopniaka – syknął do worka, odwrócił się i zamarł.  Pod ścianą siedział wielki mężczyzna, gigant odziany w szynel z kapturem, taki, jakie nosili stangreci. Płaszcz miał niespotykanie wysoki kołnierz, a na głowie olbrzy­ ma tkwił trójgraniasty kapelusz w stylu popularnym całe pokolenie temu, na początku dziewiętnastego wieku. Ka­ pelusz sterczał poza kołnierz, pogrążając twarz mężczyz­ ny w tak głębokim cieniu, że Ketch zupełnie jej nie wi­ dział. Gapił się na siedzącego, ale ten nie drgnął.  – Ej – powiedział Ketch w ramach powitania.  Olbrzym się nie poruszył. Bill postąpił krok w jego kierunku i zdał sobie sprawę, że głowa nieznajomego jest lekko odwrócona, jakby ten na niego nie patrzył.  –  Ej – powtórzył.  Postać pozostała nieruchoma. Ketch oblizał wargi i zrobił kolejny krok. Zerknął pod kapelusz. Skóra męż­ czyzny była brązowa.  – Hej, czerniawy, mówię do ciebie  – powiedział Ketch, przyjmując groźną postawę, pod którą starał się ukryć, że nieruchoma pozycja giganta i brak reakcji na jego obecność napędzają mu niezłego stracha.  Mężczyzna równie dobrze mógł być wykuty z kamie­ nia. Właściwie to...  Ketch wyciągnął rękę i ostrożnie podniósł kapelusz nieznajomego.  Okazało się, że olbrzym, którego brał za człowieka, to gliniany posąg. Bill potarł palcem bok jego twarzy. Na ręce została mu brązowa smuga. Glina, niewypalona,


14

krzycząca dziewczyna

jeszcze mokra. Figura była wykonana realistycznie: twarz przystojna, o wysokich kościach policzkowych i imponu­ jącym orlim nosie. Ale w miejscu oczu ziały dziury.  – A niech mnie diabli porwą... – szepnął Ketch, co­ fając się.  – Owszem – rozbrzmiał kobiecy głos za jego plecami, zimny, cichy jak brzytwa przecinająca jedwab. – Zapew­ ne właśnie tak się stanie. rozdział

ii

kobieta w czerni i mężczyzna w granacie

S

tała po przeciwnej stronie izby niczym cień utkany z ciała, odziana w długą suknię o sztywnym gorsecie, zapiętą pod szyję na guziki, takie same jak przy wąskich rękawach. Na skrzyżowanych na piersiach rękach miała czarne skórzane rękawiczki. Tkanina sukni połyskiwa­ ła jak natłuszczony jedwab. Kobieta trzymała się prosto i była tak szczupła – a przy okazji dobrze umięśniona – że przypominała groźną parasolkę opartą o boazerię.  Jedyne wyjątki od całej tej czerni stanowiły twarz, dwa złote pierścionki na rękawiczkach i białe włosy, kon­ trastujące z młodym wyglądem. Nieznajoma nosiła je spięte w ciasny warkocz, który wił się jej na ramieniu niczym wąż albinos.  Nie było jej, kiedy Ketch wszedł do izby, i nie mog­ ła wejść tymi drzwiami co on, ponieważ zerkał na nie kątem oka, ale nie to niepokoiło go najbardziej. Naj­ straszniejsze były jej oczy, a raczej fakt, że ich nie wi­


kobieta w czerni i...

15

dział, ponieważ ukrywała je za małymi okrągłymi szkła­ mi ciemnych okularów.  –  Kim... – zaczął.  Uniosła palec. Jakimś cudem to wystarczyło, żeby go uciszyć.  –  Czego chcesz?  Ketch przełknął ślinę, czując smak strachu, który w gardle tworzył mu gulę.  – Chcę rozmawiać z Żydem.  –  Dlaczego?  Dostrzegł pęk kluczy wiszący u jej paska. Mimo że wyglądała zbyt młodo, jak na gospodynię, uznał, że właś­ nie tym jest – gospodynią Żyda. Uczepił się tej myśli, żeby odzyskać równowagę – zdenerwowało go nagłe po­ jawienie się kobiety, to wszystko. Pewnie w ścianie były ukryte drzwi, łatwo przeoczyć ich zarys w pionowym deskowaniu boazerii. Nie zamierzał dać się zastraszyć służącej. Tym bardziej że miał do ubicia dobry interes z jej chlebodawcą.  – Mam coś dla niego.  –  Co?  –  Krzyczącą dziewczynę.  Spojrzała na worek na podłodze.  – W tym worku jest dziewczyna?  W tonie, jakim zadała to pytanie, czaiła się poważ­ na groźba.  – Chcę rozmawiać z Żydem – powtórzył Ketch.  Kobieta odwróciła głowę i stuknęła w boazerię, a po­ tem przemówiła do małej, okrągłej, mosiężnej kratki.  – Panie Sharp? Niech pan będzie tak miły i poświę­ ci nam chwilkę.


16

krzycząca dziewczyna

 Ciemne szkła znów zwróciły się na Ketcha. Cisza zro­ biła się ciężka, nie do zniesienia. Musiał ją przerwać.  – Człowiek w Trzech Kulasach powiedział, że Żyd płaci za krzykaczki.  Złoty pierścionek zamigotał w świetle lampy, kiedy kobieta zacisnęła i rozwarła pięść, jakby coś trzymała w ręce.  – A więc jesteś tu, by sprzedać dziewczynę?  – Za godziwą cenę.  Jej skąpy uśmieszek nie odsłonił zębów, ale głos po­ został lodowato uprzejmy.  – Niektórzy powiedzieliby, że każda zapłata byłaby niegodziwa. Pan Wilberforce prawem zakazał niewolnic­ twa już prawie cztery dekady temu, czyż nie?  Ketch załatwiał sprawy prosto – miał coś na sprzedaż, a niedawno usłyszał o chętnym kupcu. To prawda, czuł się jak Złodziej Ciał, przemykając we mgle z dziewczyną w worku na plecach, ale nie była przecież trupem, a on nie był Złodziejem. A teraz ta kobieta zadaje mu pytania, które komplikują tę łatwą sprawę. Kiedy życie toczyło się prosto, Ketch płynął po spokojnych wodach. Kiedy nato­ miast się komplikowało, gubił się, a kiedy się gubił, ogar­ niał go gniew. A kiedy ogarniał go gniew, używał pięści i nóg, póki na powrót wszystkiego nie wyprostował.  – Nie znam żadnego Wilberforce’a. Chcę mówić z Żydem – burknął.  – A  po co, według ciebie, Żydowi ta dziewczyna? Czyli prościej: co z nią zrobi? – zapytała drwiąco, wyma­ wiając słowa tak ostrożnie, jak ostrożnie się uśmiechała.  – Nie mój interes. – Wzruszył ramionami i wetknął pięści w kieszenie płaszcza.


kobieta w czerni i...

17

 Jej słowa chlasnęły ostro jak bat:  – Ale moim jest to, co sądzisz o sprzedaży tej dziew­ czyny. Odpowiadaj!  Ta nagła zmiana tonu zakłuła go. Miał ochotę prze­ wrócić stół i przyskoczyć do kobiety z groźną miną.  – Nikt nie będzie mówić Billowi Ketchowi, co robić, a już na pewno nie jakieś przeklęte babsko! Chcę się wi­ dzieć z cholernym Żydem i, na Boga...  Zdawało się, że ściana obok kobiety się poruszyła. Wyłonił się z niej mężczyzna, który śmignął przez izbę tak szybko, że Ketch dostrzegł tylko granatową smugę, błysk stali i wir klap płaszcza nad stołem. Nagle poczuł przerażające łaskotanie na jabłku Adama.  Oczy, które taksowały go przez wizjer, spoglądały te­ raz na niego z odległości równej długości ostrza, któ­ re tworzyło osiemnastocalowy stalowy most opierający się jednym krańcem na gardle Billa. Sztych dotykał jego skóry z naciskiem wystarczającym, by powstrzymać go przed zrobieniem czegoś niebezpiecznego, jak na przy­ kład poruszeniem się. W zasadzie nawet przełknięcie śli­ ny mogło w tej sytuacji oznaczać samobójstwo.  – Na każdego z bogów, lepiej nie drgnij, panie...? – Mężczyzna omiótł jego twarz przenikliwym spojrze­ niem. – Panie Ketch, prawda? Panie Williamie Ketch?  Nieznajomy pochylił się i Ketch niczym sparaliżo­ wany obserwował, jak jego nozdrza się poruszają, jakby mężczyzna go obwąchiwał. Granat, w który odziany był właściciel ostrza, zdawał się pochłaniać światło jeszcze mocniej niż czerń stroju kobiety. Sięgająca kolan dopa­ sowana kurta jeździecka odsłaniała dwurzędową skórza­ ną kamizelkę w tym samym kolorze, a jednobarwnego


18

krzycząca dziewczyna

ubioru dopełniały koszula i ciasno związany halsztuk. Jedynym odstępstwem kolorystycznym w  stroju męż­ czyzny były brązowe buty z cholewami.  Ciemnobrązowe były także jego włosy, jak również grube, kształtne brwi oraz oczy, które okazały się niesa­ mowicie... zaskakujące.  Patrząc w nie, Ketch przez mgnienie poczuł zawrót głowy i ekscytację. Oczy te nie były po prostu brązowe, ani nawet w odcieniu brązu – były we wszystkich tona­ cjach wszystkich brązów. Przypominały jesienne liście tańczące radośnie w oślepiająco złotych promieniach ba­ biego lata.  Jedno spojrzenie wystarczyło, by Ketch zapomniał o ostrzu na gardle.  By cały gniew się ulotnił i życie znów stało się proste.  By Bill Ketch z zakłopotaniem poczuł, że jego ser­ ce nieodwołalnie wypełnia coś tak bliskiego miłości, że w zasadzie jest mu bez różnicy.  Właściciel oczu musiał to dostrzec, bo jego ostrze wy­ konało serię szybkich, zawiłych ruchów i zniknęło w fał­ dach płaszcza. Położył Ketchowi dłonie na ramionach, przysunął się, obwąchał go znowu, uniósł brwi ze zdu­ mienia, po czym cofnął się z przyjacielskim uśmiechem.  – Jest tym, czym się wydaje, i nikim więcej – rzucił przez ramię.  Kobieta podeszła do niego.  –  Jesteś pewien?  – Kiedy stał przed drzwiami, wydawało mi się, że coś poczułem, ale zapach nie podążył tutaj za nim. Może się pomyliłem. Przy tak wysokim przypływie woda w rzece niesie wiele różnych smrodów.


kobieta w czerni i...

19

 –  Jesteś pewien?  – Tak samo jak jestem pewien, że nigdy nie przesta­ niesz zadawać mi tego pytania.  – Lepiej dwa razy zmierzyć, niż skroić i płakać. Ten na­ wyk pomagał mi, odkąd nauczyłam się myśleć – oświad­ czyła obojętnie. – Pomógł mi też zachować ten dom.  – Ty jesteś Żydem? – zapytał Ketch. Jego głos brzmiał nieco piskliwie, bo rozpierało go szczęście, jako że opro­ mieniał go szczery uśmiech tamtego przystojnego mło­ dzieńca.  – Niestety – odparł mężczyzna.  Nad jego ramieniem pojawiła się twarz kobiety.  – To jak?  – odezwała się tonem, który sprawił, że w sercu Ketcha zagościł chłód.  – Jest tak nieszkodliwy, jak się wydaje, zapewniam cię – powtórzył mężczyzna.  Zdjęła okulary i złożyła jedną ręką. Jej oczy były sza­ ro-zielone i zimne jak mroźny wicher. Jej słowa – nie mniej lodowate.  – Nazywam się Sara Falk. To ja jestem Żydem.  Kiedy Ketch usiłował dopasować ten fakt do swoje­ go sposobu postrzegania świata, kobieta położyła dłoń na ramieniu towarzysza i wskazała mu leżący na podło­ dze tobołek.  – W worku jest dziewczyna, panie Sharp. Proszę się tym zająć, jeśli łaska.  Mężczyzna w mgnieniu oka – zupełnie jakby poru­ szał się poza czasem – znalazł się przy worku. Ostrze mignęło w jego dłoni, pomknęło w dół, w górę i już po­ magał się podnieść dziewczynie, jednocześnie obwąchu­ jąc jej głowę.


20

krzycząca dziewczyna

 – Panie Sharp? – odezwała się kobieta pytająco.  – Tak jak mówiłem, to musiało być coś z zewnątrz. Myślałem, że to on, ale nie. Ona również nie.  – To dobrze – stwierdziła kobieta, a na jej wargach pojawił się cień uśmiechu. – Może to twoja wyobraźnia.  – Bawi cię żartowanie sobie ze mnie, panno Falk, ale śmiem zauważyć, że ponieważ spodziewamy się niewy­ obrażalnego, moja „wyobraźnia” jest tak samo skutecz­ nym narzędziem jak twoja przezorność – odparł męż­ czyzna, przyglądając się baczniej dziewczynie. – A ze względu na fakt, że nasze szeregi są tak skromne, wy­ baczysz mi chyba, że wolę w tych sprawach zachować ostrożność.  Dziewczyna była szczupła i trzęsła się z zimna – bosa, odziana jedynie w brudną sukienkę bez rękawów. Splą­ tane, niemyte włosy opadały jej na twarz rudą falą, pod którą nic nie było widać. Mimo to na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że nie jest już dzieckiem. Mogła mieć szesnaście do dwudziestu lat. Cofnęła się gwałtownie, kiedy młody człowiek wyciągnął rękę, by odgarnąć jej włosy i bliżej ocenić jej wiek. Powstrzymał się i przemó­ wił łagodnie.  – Spokojnie, moja droga, spójrz na mnie. Spójrz na mnie, a zobaczysz, że nie ma się czego bać.  Uniosła głowę i popatrzyła na niego pytająco wielki­ mi okrągłymi oczami. Natychmiast przestała drżeć i po­ zwoliła odgarnąć sobie włosy. Wtedy zobaczyli, co uczy­ niono, by powstrzymać ją od krzyków.  Młodzieniec aż syknął gniewnie, po czym odwrócił dziewczynę ku Sarze. Ta w zdumieniu zapatrzyła się na


kobieta w czerni i...

21

czarny kawałek juty, który zakrywał fragment twarzy dziewczyny od nosa do brody.  – Co to jest? – zapytał pan Sharp zdławionym gło­ sem, nadal uspokajając dziewczynę spojrzeniem.  – To smolny lepiec. Strzęp juty, trochę paku, trochę smoły. Taki lepki kompres, jakich używają w szpitalu Bedlam, żeby uciszyć wariatów... – wyjaśnił Ketch gło­ sem drżącym pod wzrokiem pana Sharpa, który tym ra­ zem patrzył na niego już całkiem inaczej, bez tego zło­ tego ciepła, za którym Bill zaczynał już tęsknić. – A co, przecież nic jej...  – Spójrz na jej ręce – odezwała się Sara Falk.  Dłonie dziewczyny były ciasno obwiązane pasami brudnej tkaniny na kształt owijek bokserskich.  – O nie, to zrobiła sobie sama – pospieszył z zapew­ nieniem Ketch. – Zdjąłem to, bo nie było z niej pożytku z takimi rękami, ale wraz je obwiązała. Starczy się od­ wrócić, a łapie co popadnie i znów zawija. Jak nie ma nic, to rwie własne ubrania. Nic więcej nie robi. Nic, tylko dotyka rzeczy, a potem wrzeszczy i zawija te ręce w szar­ pie, żeby niczego nie dotykać...  Sara i pan Sharp wymienili spojrzenia.  – Dotyka przedmiotów? A potem krzyczy? – powtó­ rzył pan Sharp. – Starych kamieni, murów, tak?  Ketch potaknął żywo.  – Ścian, domów i różnych takich na ulicach. Potem wpada w ten szał, straszny...  – Dosyć – rzekł pan Sharp, obserwując Sarę głasz­ czącą wystraszoną dziewczynę po głowie. Ich spojrzenia skrzyżowały się ponownie.


22

krzycząca dziewczyna

 – Wobec tego jest Wejrzeńcem – powiedział cicho.  Sara tylko kiwnęła, jakby odebrało jej mowę.  – Ma niedobrze w głowie i tyle – stwierdził Ketch. – I...  – To twoja córka?  – zapytała Sara Falk, odchrząk­ nąwszy.  – Nie. Żadna tam krewna. Jest... podopieczną, tak jakby. Ale nie mogę jej już trzymać, więc miałem ją za­ prowadzić do przytułku, ale w przytułkach nie płacą, więc...  Jego oczy zalśniły żądzą zysku.  – Niech się paniusia nie martwi o ten plaster. Star­ czy na parę minut przyłożyć gałgan z ciepłą wodą, a da się łatwo zerwać.  Para gapiła się na niego bez słowa.  – Zaczerwienienie zejdzie za dwa dni – zapewniał. – Próbowaliśmy ją zatkać szmatą, ale wypluwała ją albo przegryzała. Ma werwę...  – Jak się nazywa? – zapytała Sara.  – Lucy. Lucy Harker. Jest...  – Panie Sharp, proszę – przerwała mu Sara, klękając przed dziewczyną.  – Co chcesz, żebym z nim zrobił? – zapytał mężczy­ zna w granacie.  – To, co bym chciała zrobić człowiekowi sprzedające­ mu młodą kobietę, który nie troszczy się o to, co uczyni z nią jej kupiec, jest niewątpliwie nielegalne – wyszep­ tała Sara Falk.  – Ale byłoby sprawiedliwe – odparł młodzieniec rów­ nie cicho.  – Owszem. Jednakże my, jak już mówiłam po wiele­ kroć, służymy Prawu i Obyczajowi, nie Sprawiedliwości,


kobieta w czerni i...

23

a według Prawa i Obyczaju kara musi być adekwatna do czynu. Rób, co należy.  Lucy Harker spojrzała na nią sponad plastra.  Pan Sharp odwrócił się do Ketcha, który natychmiast się uspokoił i odpowiedział wyczekującym uśmiechem.  – Cóż – rzekł pan Sharp. – Wygląda na to, że musi­ my się rozliczyć, panie Ketch.  Myśl o pieniądzach była dla Ketcha tak kusząca, że zagłuszyła potrzebę zadania pytania dręczącego go od dłuższego czasu, a mianowicie skąd ten elegancki mło­ dzieniec wiedział, jak on się nazywa. Pozostał zatem przy chciwym śledzeniu ruchów Sharpa, który sięgnął za pa­ zuchę i wyjął niewielką kaletę.  – Hm – mruknął przy tym. – Chyba najlepsze będzie złoto. Wyciągnij rękę.  Ketch zrobił to jak we śnie, a choć w pierwszej chwili zdawało mu się, że Sharp odlicza miedziane pensówki, to już w następnej widział dokładnie wielkie, lśniące złote monety. Uspokoił się i przestawszy wpatrywać się w zło­ to, przeniósł całą uwagę na pana Sharpa. Ciemne włosy młodzieńca były krótko przystrzyżone po bokach, ale długie na czubku, skręcone w kosmyk opadający na czo­ ło w miłym dla oka nieładzie. Kiedy Sharp kończył odli­ czanie, tkwiący w jego uchu granatowy kamień oprawny w złoto zamigotał w świetle lampy.  – Dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć, trzydzie­ ści. Wystarczy, jak sądzę, przynajmniej aby uczynić za­ dość... tradycji.  Gdy wypowiedział te słowa, sakiewka zniknęła, a  przyjacielskie ramię objęło Ketcha i  nim ten się zo­ rientował, co się dzieje, szli już we dwóch przez mgłę, za­


24

krzycząca dziewczyna

nurzając się w labirynt ciemnych uliczek odchodzących od Wellclose Square.  Ketchowi serce rosło, czuł się szczęśliwszy niż kie­ dykolwiek przedtem, choć nie umiał powiedzieć, czy przyczyną tego stanu jest niespodziewanie wielka liczba złotych monet ciążących mu w kieszeni, czy też nowo nawiązana przyjaźń.


Polub nas na

facebooku Kliknij

i przejdź do sklepu, by kupić książkę


Ch.Fletcher - Nadzór (fragment)