Page 1

eru H bestsell a k r o TÓ R YC t K u A A L D , JCA WO DY EGO O J 52 PO O M WIDZĘ NIENA

OD R B A J E S S IC

Gdy zadzierasz z karmą, licz się z tym, że oberwiesz!

Y


od r B a J e s s ic

 Tłumaczyli

Dominika Repeczko  oraz Krzysztof Pacyński

Lublin 2014

y


Dla Elizabeth Fisher NamastĂŠ


Prolog

Od razu wam powiem, to wszystko wina karmy.

 Tak, karmy. Tej jedynej w swoim rodzaju siły we wszechświecie, która sprawia, że dobre uczynki zosta­ ją nagrodzone, a złe ukarane.  Na przykład jak wtedy, gdy zwinęłam lunch mojej młodszej siostry, bo wstałam za późno i nie zdąży­ łam sobie przygotować własnych kanapek. Ale kiedy już dotarłam do szkoły, zorientowałam się, że wędlina w ukradzionych kanapkach jest nieświeża. No i reszt­ kę kieszonkowego musiałam wydać w stołówce na bre­ ję niewiadomego koloru i pochodzenia.  Karma.  A lbo gdy pewnego letniego dnia moja przyja­ ciółka Angie i ja uznałyśmy, że lepiej spożytkujemy czas wolny w galerii handlowej, niż dotrzymując sło­ wa i pomagając mamie Angie posprzątać garaż. No


8    Klub

Karmy

i w połowie drogi do galerii skończyło się nam paliwo. I tak spędziłyśmy przedpołudnie, maszerując w czter­ dziestostopniowym upale do najbliższej stacji benzy­ nowej, do której miałyśmy oczywiście cztery mile jak obszył, i z powrotem do samochodu, z kanistrem wa­ żącym tonę. Chyba nie muszę wspominać, że ta eska­ pada kosztowała nas dziesięć razy tyle wysiłku, ile po­ moc przy uporządkowaniu kilku zakurzonych pudeł.  Karma.  Albo gdy w trzeciej klasie podstawówki nieustan­ nie błagałam rodziców o psa. Odmawiali i odmawiali, zdecydowałam więc zgłosić się do pobliskiego schro­ niska jako wolontariuszka do wyprowadzania psów, bo to była najlepsza namiastka własnego czworonoga, na jaką wtedy było mnie stać. No i moi rodzice pod wra­ żeniem tego „bezinteresownego poświęcenia”, jak mó­ wili, pozwolili mi zaadoptować psiaka ze schroniska.  Karma. Jak widać, działa w obie strony.  Dobre uczynki zostają nagrodzone, a złe ukarane. Dobrych ludzi spotykają dobre rzeczy, a złych złe. Na tym polega karma.  Przynajmniej tak myślałam do rozpoczęcia dru­ giego półrocza w klasie maturalnej. Wtedy właśnie wszystko się zmieniło. Wszystko, co uważałam za pewnik, na czym, jak myślałam, mogę się oprzeć, oka­ zało się warte co najwyżej funta kłaków.  I kiedy wracam myślami do tamtych wydarzeń, bez trudu potrafię wskazać ten jeden dzień, kiedy to wszystko się zaczęło.


Prolog    9

 To był ten znamienny dzień, gdy Angie zadzwo­ niła do mnie z epokową wiadomością.  Tak, to wtedy wszystko się zaczęło. Wcześniej mój niewielki świat był nieskończenie prosty: góra była górą, dół dołem, a zło różniło się od dobra jak noc od dnia. Później natomiast żadnego aspektu mojego życia nie mogłabym określić słowem „proste”.


Ciacho od ciasta

Miałam wrażenie, że mój telefon dzwoni jakoś głoś­

niej niż zwykle i jakoś bardziej natarczywie. Zupełnie jakby ta konkretna rozmowa była szczególnie ważna, ważniejsza niż jakakolwiek inna.  Przez sekundę patrzyłam na wyświetlacz, po czym postanowiłam zignorować rozmowę. Akurat uczyłam się do testu z historii Europy i nie chciałam, żeby ktoś mi przeszkadzał.  Ale telefon zadzwonił ponownie.  Nie musiałam sprawdzać, kto dzwoni, wiedziałam, że to Angie była tak cholernie uparta. Każdy z moich przyjaciół miał przypisany własny dzwonek. Dla An­ gie wybrałam popularny hiphopowy kawałek. Ponoć słuchała go, zanim jeszcze stał się popularny. Moim zdaniem, Angie za żadne skarby nie chciała przy­ znać, że mogłaby podzielać gusta ogółu. Nie mog­


Ciacho od ciasta    11

ła przecież okazać się pod żadnym względem main­ streamowa. To by bezpowrotnie zniszczyło wizerunek przedstawicielki wysmakowanej kontrkultury, który tak długo budowała.  W każdym razie, ten kawałek po dwunastu dzwonkach stracił mocno w moich oczach, a raczej uszach. A jeśli wziąć pod uwagę, że Angie miała zwy­ czaj dzwonić do mnie sześć razy dziennie, to szybko zaczęłam mieć go dość.  Wyciszyłam dzwonek i dalej czytałam o szturmie Bastylii. Bez względu na to, z jak ważną sprawą wy­ dzwaniała Angie, mogło to poczekać, aż król Ludwik xvi straci głowę na szafocie.  Telefon zadzwonił po raz trzeci.  Z jękiem zniecierpliwienia podniosłam go do ucha.  – Co?  W normalnych okolicznościach Angie ochrzani­ łaby mnie za takie powitanie, ale najwyraźniej tym razem miała na głowie coś daleko istotniejszego niż mój brak manier.  – Maddy, przyjedź do Millera. Natychmiast.  – Nie mogę. Uczę się do testu – odpowiedziałam poirytowana.  – Rzucaj wszystko i przywlecz tu swój tyłek – nie­ mal ryknęła. – Przysięgam, że mam dla ciebie coś o wiele bardziej interesującego niż rewolucja francuska.  – Jakby to było trudne – prychnęłam sarkastycznie.  – Oj, daj spokój. – I z tymi słowami Angie się roz­ łączyła.


12    Klub

Karmy

 Angie była moją przyjaciółką od szóstej klasy. Na pewno znała mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Wie­ działa, że po jej telefonie najpierw będę siedzieć z po­ nurą miną w swoim pokoju, zastanawiając się, czy w ogóle chcę jej ustąpić. Wreszcie zamknę podręcz­ nik i przejadę te dwanaście przecznic, jakie dzielą mnie od drogerii, gdzie Angie pracuje na ćwierć eta­ tu jako kasjerka. Mówię ćwierć, choć to praca na pół etatu, jednak Angie tyle samo czasu spędza, obsłu­ gując klientów, co i przeglądając magazyny wyłożone na stojaku przy kasie.  Zaparkowałam przed drogerią równo dziewięć mi­ nut później. Nie miałam wątpliwości, że Angie gratu­ luje sobie w duchu, że wyliczyła moje podejmowanie decyzji i reakcję co do minuty.  Angie stała przy kasie w pustym sklepie i prze­ glądała lutowy numer Contempo Girl. To ulubiony magazyn nas obu, choć każda lubi go z zupełnie in­ nych powodów. Ja wolałam czytać o nowych trendach w modzie, ploteczki z życia gwiazd i przeglądać pora­ dy odnośnie związków. Angie natomiast, na ile mog­ łam to stwierdzić, czytywała go, żeby mieć świeże za­ soby osób i rzeczy, które mogła krytykować.  – Co jest takiego ważnego, że nie mogłaś powie­ dzieć mi przez telefon?  Angie podniosła głowę i bez jednego słowa rzuci­ ła mi czasopismo. Zdążyłam je złapać, zanim pole­ ciało na podłogę.  – Strona trzydziesta piąta.


Ciacho od ciasta    13

 Z pełnym frustracji westchnieniem przestąpiłam z nogi na nogę i otworzyłam pognieciony już maga­ zyn. Zaczęłam szybko przerzucać kolejne kartki.  – Wiesz, ten jutrzejszy test z historii to moja je­ dyna szansa, żeby zamienić czwórkę na piątkę, i nie podoba mi się wcale, że mnie tu ściągnęłaś, żeby na­ rzekać na cokolwiek.... – Gwałtownie nabrałam powie­ trza na widok strony trzydziestej piątej.  Angie przyglądała mi się z zadowolonym uśmiesz­ kiem w stylu „a nie mówiłam”.  – O mój Boże! – krzyknęłam, gapiąc się na maga­ zyn z niedowierzaniem. – Opublikowali to?  – Tak! – Angie kiwnęła głową energicznie.  – Naprawdę to wydrukowali?!  – Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.  – Powiedziałam ci, że to ciekawsze niż rewolucja francuska!  Podniosłam pismo, żeby dokładnie przestudiować tekst zajmujący jedną piątą strony. Zaczynał się od na­ zwiska Mason Brooks, napisanego dużymi, wytłusz­ czonymi literami. A zaraz obok było zdjęcie mojego chłopaka. Tak. Mojego chłopaka w Contempo Girl!  Wysłałam to zdjęcie na comiesięczny konkurs „Poznaj mojego chłopaka”, ale to było jakieś pół roku temu. Przez pierwsze trzy miesiące biegałam do skle­ pu minutę po ukazaniu się najnowszego numeru, po­ tem sobie odpuściłam.  Każdego miesiąca redakcja magazynu wybiera za­ ledwie pięciu chłopaków, których przedstawi w kolej­


14    Klub

Karmy

nym numerze. Mason pełnił funkcję przewodniczące­ go klas maturalnych, ostatnio osiągnął aż dwa tysiące trzysta pięćdziesiąt punktów na egzaminach sat i był jednym z najlepszych graczy w szkolnej drużynie pił­ ki nożnej, a do tego został już przyjęty do Amherst College, w postępowaniu przedrekrutacyjnym. No i moim zdaniem był przystojny. Naprawdę przystoj­ ny. Wiem, że jako jego dziewczyna nie mogłam być obiektywna i w ogóle, ale Mason miał takie niesamo­ wite zielone oczy i wyjątkowo długie rzęsy. Do tego oliwkową cerę i ciemne gęste włosy, które uwielbiałam przeczesywać palcami.  W każdym razie, moim zdaniem, to naprawdę imponujące, że Mason był taki przystojny, świet­ nie grał w piłkę i do tego udawało mu się wypełniać obowiązki przewodniczącego. To znaczy mnie im­ ponował każdego dnia. Jednak nie liczyłam na to, że Contempo go wybierze. No dobrze, trochę fanta­ zjowałam na ten temat. Że wybiorą zdjęcie Masona, że cała szkoła je zobaczy i natychmiast stanę się superpopularna, jak to się zazwyczaj zdarza tylko w kiczowatych filmach dla nastolatek, i może nawet zostanę wybrana królową balu maturalnego. Moje ciuchy magicznie staną się modne (albo ja nagle będę wiedziała, jak się ubrać modnie, albo wszyscy będą mnie podziwiać tak czy inaczej, więc nie bę­ dzie miało znaczenia, co na siebie założę). I tak po prostu Mason i ja będziemy najpopularniejszą parą w całej szkole.


Ciacho od ciasta    15

 Jednakże rzeczywistość okazała się dużo bardziej ekscytująca. Nie wspominając już o tym, że surrea­ listyczna.  – Czytaj głośno – zachęciła mnie Angie. – To na­ prawdę dobry artykuł.  – Mason Brooks, tegoroczny maturzysta ze szko­ ły Colonial High w Pine Valley w Kalifornii, jest bez reszty oddany swej dziewczynie Madison Kaspar­ kovej, od początków trzeciej klasy szkoły średniej. – Podniosłam wzrok znad strony i popatrzyłam na An­ gie z niemądrym uśmiechem. – To o mnie!  – Wiem! – Wywróciła oczami. – Czytaj dalej.  – Rocznik maturalny liczy sobie czterystu stu­ dentów, dlatego Maddy i Mason spotkali się dopiero wtedy, gdy zdecydowali się pracować jako doradcy na obozie letnim. Od tamtego czasu są razem. „Mason jest fantastyczny”, mówi Madison, lat siedemnaście, „zawsze wie, kiedy mam zły dzień albo nie najlepszy humor, i pojawia się na moim progu z paczką moich ulubionych słodyczy: Chewy Runts. A te cukierki cza­ sem naprawdę trudno dostać, nie wszędzie je sprze­ dają. Ale Mason zawsze potrafi je dla mnie znaleźć. Zupełnie jakby miał w szafie Urządzenie do Lokali­ zowania Chewy Runts”.  Ponownie popatrzyłam na Angie.  – Dokładnie tak napisałam! Naprawdę! – Cieszy­ łam się jak dziecko.  – Wiem – powtórzyła Angie. – Kazałaś mi prze­ czytać ten list tylko jakieś pięćdziesiąt razy.


16    Klub

Karmy

 – I to jest zabawne, prawda? Myślisz, że jest za­ bawne? – dopytywałam się, bo nagle dopadła mnie paranoja, że każdy, kto to przeczyta, uzna określenie, „Urządzenie do Lokalizowania Chewy Runts” za wy­ bitnie słabe.  – Taa – zapewniła mnie ponuro Angie. – Jest za­ bawne. Było zabawne, gdy to napisałaś. I nadal jest zabawne.  Usatysfakcjonowana do pewnego stopnia wróci­ łam do artykułu.  – Kiedy Mason Brooks nie spędza czasu ze swoją uroczą dziewczyną z apetytem na słodycze, pełni obo­ wiązki przewodniczącego klas maturalnych i pracuje w lokalnej pizzerii. Ale, drogie panie, nie róbcie so­ bie apetytu na to ciacho od ciasta. Mason i Madison postanowili po ukończeniu szkoły średniej pójść do tego samego college’u. Wszystko wskazuje na to, że ta idealnie dobrana para będzie ze sobą bardzo długo.  Stałam oszołomiona, próbując jakoś ogarnąć to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku minut. Mój chłopak, Mason Brooks, w Contempo Girl! Na­zwali go nawet ciachem od ciasta. Nieco kiczowate, ale co z tego! To coś niesamowitego! Każda dziewczy­ na w tym kraju to zobaczy, będą sobie przypinać na ścianie zdjęcie mojego chłopaka.  Nagle usłyszałam wysoki pisk nadmiernego pod­ niecenia dochodzący od strony wejścia i zrozumia­ łam, że z tą wiadomością Angie zadzwoniła nie tyl­ ko do mnie.


Ciacho od ciasta    17

 – Pokażcie to! Gdzie jest? Jak wyszedł? O mój Boże, jestem taka podniecona!  Jade, nasza wspólna najlepsza przyjaciółka, wpadła do sklepu, czerwona jak piwonia. Długie do ramion blond włosy miała dziko rozwiane. Podbiegła do kasy i wyrwała czasopismo z moich zaciśniętych palców.  – Pokażcie! – zapiszczała.  Oddałam jej magazyn i patrzyłam, jak przerzu­ ca kartki, jak oczy jej rozbłyskują niczym choinkowe lampki i jak zabiera się do czytania. W pewnym mo­ mencie poderwała głowę.  – Zacytowali cię!  Ani na moment nie mogłam przestać się uśmie­ chać.  – Wiem!  – Ale super! – ucieszyła się Jade, wracając do lek­ tury. Nie oderwałam wzroku od jej twarzy i doczeka­ łam się wreszcie momentu, gdy Jade parsknęła śmie­ chem. – Urządzenie do Lokalizowania Chewy Runts. To prześmieszne.  – Naprawdę? – upewniłam się po raz kolejny.  Jade zdecydowanie kiwnęła głową.  – Definitywnie.  Angie pokiwała głową i odwróciła się do klienta, który akurat podszedł do kasy. Jade i ja odsunęłyśmy się odruchowo, żeby oszczędzić obcemu człowiekowi naszych pisków.  – Ale Mason już nie pracuje w pizzerii – przypo­ mniała mi Jade.


18    Klub

Karmy

 Wzruszyłam ramionami.  – Pracował, jak wysłałam zdjęcie. Ale wątpię, czy to ma znaczenie.  Mason rzucił pracę w Brooklyn Pizza po sześciu miesiącach. I szczerze powiedziawszy, nie bardzo ro­ zumiałam, po co w ogóle się zatrudnił, nie potrzebo­ wał pieniędzy, jego rodzice płacili za wszystko, czego Mason chciał.  Jade skończyła czytać i popatrzyła na mnie za­ chwycona.  – Łał.  Odebrałam jej magazyn i zacisnęłam na nim pal­ ce, jak gdyby mógł się rozbić przy upadku jak szkło. A wtedy zapewne okazałoby się, że to wszystko to był tylko zwariowany sen.  Jade z uczuciem objęła mnie za ramiona.  – To jest wielka rzecz – powiedziała, podsumowu­ jąc tymi słowami wszystko, co czułam.  Patrzyłam przed siebie nieprzytomnym wzrokiem.  – Nie wiem, co teraz zrobić.  Angie parsknęła śmiechem.  – No, Maddy – zaczęła poważnym tonem – za­ cznij od kupienia tego pisma, całe je pogniotłaś tymi spoconymi łapami i jest do niczego. A potem idź do domu pouczyć się historii Europy, bo, wierz albo nie, pani Spitz na pewno nie uzna tego – poklepała cza­ sopismo – za usprawiedliwienie totalnej niewiedzy w temacie Marii Antoniny i Ludwika trzydziestego drugiego.


Ciacho od ciasta    19

 – Szesnastego – poprawiłam ją odruchowo.  – Wszystko jedno. Wszyscy byli paskudni i ­mieli wielkie nosy. Louis la Wielgachny Kinol pasowałby o wiele lepiej.  Roześmiałam się. Angie należała do osób, które zawsze zachowują spokój i zimną krew, nawet w mo­ mencie jakiegoś kryzysu czy wyjątkowych emocji. Gdyby była na Titanicu, to z pewnością nie wrzesz­ czałaby i nie biegała w kółko jak bezgłowy kurczak. Dyrygowałaby wszystkimi, każąc się ludziom za­ mknąć i wsiadać do łodzi, bo krzyki i lamenty ni­ gdzie ich nie zaprowadzą... no chyba że na dno ­oceanu.  Sięgnęłam do kieszeni jeansów i wyciągnęłam kil­ ka zmiętych banknotów. Angie podeszła do kasy, na­ biła czasopismo i oddała mi je razem z resztą pie­ niędzy.  – Dziękujemy za zakupy w drogerii Millera – po­ wiedziała z radosną uprzejmością i nutą sarkazmu.  Pożegnałam się z dziewczynami, mamrocząc coś o teście, i jak lekko nieprzytomna ruszyłam do domu. Po drodze obiecałam sobie wrócić do drogerii i kupić co najmniej dwadzieścia egzemplarzy tego numeru, czy tam tylu, na ile pozwolą moje uszczuplone zasoby. To jest z pewnością rzecz, którą będę chciała pokazać moim wnukom, kiedy... Cholera! Muszę zadzwonić do Masona. On przecież nie wiedział nawet, że zo­ stał uwieczniony w ogólnokrajowym czasopiśmie, i to ubrany w poplamiony sosem fartuch i ze smugą mąki


20    Klub

Karmy

na lewym policzku. Wybrałam to zdjęcie, bo różni­ ło się od typowego „bezkoszulkowego”, jakie zwykle wybierały dziewczyny. Na zdjęciu Mason wyglądał w mojej opinii na skromnego faceta, który mocno stoi na ziemi, i naprawdę oddawało jego osobowość.  Nie mogłam się doczekać, żeby dotrzeć do domu i wyciągnąć z torebki komórkę. Za często słyszałam wykład taty na temat prawa obowiązującego w Ka­ lifornii, które zabraniało rozmawiać przez telefon w czasie jazdy inaczej niż przy użyciu zestawu słu­ chawkowego. Ale jeśli nie ma się ukończonych osiem­ nastu lat, to nawet używanie zestawów głośnomówią­ cych jest niedozwolone. Ja natomiast bardzo sobie ceniłam możliwość korzystania z samochodu i nie zamierzałam ryzykować, dlatego z  dzwonieniem ­zawsze czekałam, choć niecierpliwie, póki nie dotar­ łam do celu. A to czasami było prawdziwe wyzwa­ nie, jeśli wziąć pod uwagę irytujący zwyczaj Angie dzwonienia raz po raz, póki nie odebrałam wreszcie telefonu.  Zatrzymałam samochód i natychmiast zadzwoni­ łam do Masona. Włączyła się poczta głosowa. No tak. Wciąż był jeszcze na treningu.  Przez moment miałam ochotę pojechać na boisko i poczekać na koniec treningu, żeby pokazać Maso­ nowi artykuł, ale pamiętałam o podręczniku do hi­ storii, który czekał na mnie na biurku. Nie mogłam oblać tego testu. Jeśli miałam się dostać do Amherst, to musiałam mieć naprawdę dobre oceny.


Ciacho od ciasta    21

 Niezbyt chętnie pomaszerowałam więc do swoje­ go pokoju, ale ledwie zaczęłam czytać o upodobaniu Francuzów do gilotyny, telefon zadzwonił ponownie. Tym razem to była Jade, sięgnęłam po komórkę, mó­ wiąc sobie, że rewolucja francuska wydarzyła się set­ ki lat temu, a w moim życiu ważne rzeczy dzieją się teraz. I czy wszyscy nie powtarzają ciągle, żeby żyć teraźniejszością?  – Omójboże! – krzyknęła Jade bez tchu, gdy tyl­ ko odebrałam. – Właśnie dotarło do mnie, co znaczy ten cały artykuł.  – Co niby?  – Że wreszcie będziemy mogły pójść do Loftu – wymówiła ostatnie słowo głośnym szeptem, jakby była to nazwa tajnej bazy cia.  – Myślisz? Że niby z tego powodu? – spytałam ze sporą dozą sceptycyzmu.  – Oczywiście! – wrzasnęła Jade. – No halo?! Te­ raz Mason będzie najpopularniejszym chłopakiem w szkole. A ponieważ ty jesteś jego dziewczyną, to jak nic wejdziemy.  Cieszący się złą sławą Loft był tak naprawdę mieszkaniem w śródmieściu, należącym do rodzi­ ców Spencera Coopera. Oni jednak rzadko z niego korzystali, bo nieustannie podróżowali po rozmai­ tych wspaniałych miejscach na całym świecie. Naj­ wyraźniej nasze maleńkie miasteczko na północny wschód od San Francisco nie było dla nich wystarcza­ jąco ciekawe, by zatrzymać się w nim na dłużej. A to


22    Klub

Karmy

znaczyło, że Spencer często zostawał sam ze swoim nowiutkim bmw, kartami kredytowymi i co najważ­ niejsze, kluczami do Loftu. Spencer Cooper cieszył się sławą, czy może raczej niesławą, z powodu dwóch rzeczy: był najbogatszym dzieciakiem w szkole i za­ razem największym snobem. Nigdy z nim nie rozma­ wiałam (i szczerze mówiąc, nawet chyba nie miałam na to ochoty), ale z tego, co słyszałam, należał do tych gości, którzy uważają, że są lepsi od całej reszty tylko z powodu pieniędzy rodziców.  Mówiło się, że zapłacił nauczycielowi angielskie­ go piętnaście tysięcy dolarów, żeby zmienił mu ocenę z trói na czwórkę. Moim zdaniem nie miał smykałki do interesów. Jak już komuś płaci się takie pieniądze, to chyba za piątkę, a nie czwórkę.  W każdym razie Spencer zaczął urządzać impre­ zy w Lofcie od początku roku i bardzo szybko Loft stał się miejscem, gdzie każdy chciał bywać i być tam widziany. Każdy, kto się liczył, chodził do Loftu. Lu­ dzie jak Heather Campbell, najpopularniejsza dziew­ czyna w szkole, jej najlepsza przyjaciółka Jenna Le­ Roux, która akurat była obecną dziewczyną Spencera, i każdy, którego Heather i Jenna uznały za godnego.  Ja i moje przyjaciółki nigdy tam jeszcze nie były­ śmy. Tylko słyszałyśmy, jakie to niesamowite impre­ zy. Bo nie każdy może wziąć w nich udział. Istnieje ponoć lista gości, kto się na niej nie znalazł, jest od­ prawiany od drzwi. Niestety, nas jeszcze na tej liście nie było.


Ciacho od ciasta    23

 Nie byłam pewna, kto decyduje o tym, czyje na­ zwisko trafi na listę, ale jej istnienie jest niepodwa­ żalne. Wiedziałam to z pierwszej ręki, bo spróbowa­ łyśmy raz wejść do Loftu, zaraz po tym, jak Mason wygrał wybory, a ja byłam związana z tym zwycię­ stwem nie tylko jako jego dziewczyna, ale i szef kam­ panii, ale odprawiono nas w sposób wyjątkowo nie­ miły. Najwyraźniej szkolna polityka nie wpływa na stopień popularności w szkole.  jfk pewnie też nie zostałby wpuszczony.  – Nie wiem – w moim głosie było wyraźne waha­ nie. – A jak nas nie wpuszczą? Nie chcę po raz drugi przeżyć tego upokorzenia.  – Niemożliwe – upierała się Jade. – Jak Mason bę­ dzie zaproszony, a będzie na pewno, jak tylko rozej­ dzie się wieść o artykule, mamy wejście jak w banku.  Gdy odłożyłam słuchawkę, spróbowałam wrócić do historii, ale nie mogłam przestać myśleć o tym, co mówiła Jade. Czy ten głupi artykuł naprawdę mógł nam załatwić wejściówkę do Loftu?  Może moje fantazje nie były wcale tak odległe od prawdy? Może przez ten artykuł będziemy najpopu­ larniejszą parą w szkole? Może Heather Campbell zacznie w końcu dzwonić do mnie po radę w sprawie najnowszej mody i gdzie iść zrobić sobie dobry ma­ nicure, i jak poderwać chłopaka tak fantastycznego jak mój Mason. Nie dziwiłabym się jej. Było nie było, jestem teraz publikowaną autorką. Kto nie chciałby rady od osoby, którą cytowało Contempo Girl?


24    Klub

Karmy

 I nagle rewolucja francuska wydała mi się strasz­ nie trywialna w zestawieniu z moją własną drogą ku tronowi. Porzuciłam podręcznik i zaczęłam grzebać w szafie w poszukiwaniu najbardziej modnych ciu­ chów na kolejny szkolny dzień.

m p re

20

ie r a

a c w r cze


Polub nas na

facebooku

zobacz filmy

kup teraz


Ma d i s o np z najpop rzyłapała chło pak ul Ka ż d ą i n a r n i e j s z ą d z i e w a n a z d r a d z i e c ną nast o l a t kę t z y n ą w s z ko l e . Jednak en f nie p l a n o w a M a d i s o n . On a k t b y z a ł a m a ł ab . ćz z któr ym emstę. I to nie owiem woli ty jeszcze d o n i e d l ko n a f r a j e r z e awna by , Równow ła. aga mus i a s ko ro wszechś zostać zachow ana wia zajmie s ię tym K t o to nie dba , , l u b Ka r Jarka m y. Tr o c k a – www. ba

z g r o l y. n

et

Polub nas na

facebooku fabrykaslow.com.pl ISBN 978-83-7574-998-4 978-83-7574-998-

9 788375 749984

34, zł

44,9090 zł**

* cena zawiera 5% VAT

Patronat medialny

Wyłączny dystrybutor

Jessica Brody - Klub Karmy - fragment  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you