Page 1


SHANNON DITTEMORE

OCZY ANIOナ、


Tytuł oryginału: Angel Eyes © 2012 Shannon Dittemore All Rights Reserved. This Licensed Work published under license. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej pozycji nie może być, bez pisemnej zgody Wydawcy, w żaden sposób i w żadnej formie publikowana przez przedruk, skopiowanie, transmitowanie, kserowanie, nagranie czy wprowadzenie do systemu przechowywania i udostępniania informacji, z wyjątkiem krótkich cytatów w recenzjach i artykułach. Wydano w Nashville, stan Tennessee, przez Thomas Nelson. Thomas Nelson jest zarejestrowanym znakiem handlowym należącym do Thomas Nelson, Inc. Tłumaczenie: Katarzyna Przybylska Redakcja: Ewa Stuła Skład i łamanie: Tomasz Mstowski Projekt okładki: Anna Kawecka Zdjęcie na okładce: Druk i oprawa: ISBN 978-83-7797-154-3 © Edycja Świętego Pawła, 2013 ul. Św. Pawła 13/15 • 42-221 Częstochowa tel. 34.362.06.89 • fax 34.362.09.89 www.edycja.com.pl • e-mail: edycja@edycja.com.pl Dystrybucja: Centrum Logistyczne Edycji Świętego Pawła ul. Hutnicza 46 • 42-263 Wrzosowa k. Częstochowy tel. 34.366.15.50 • fax 34.370.83.74 e-mail: dystrybucja@edycja.com.pl

Dla Matta, który mnie wybrał, oraz dla Justusa i Jazlyn, którzy nie mieli w tym względzie wyboru.

Księgarnia internetowa: www.edycja.pl

154A_Oczy aniola_inside.indd 2-3

07.03.2014 08:23


Tytuł oryginału: Angel Eyes © 2012 Shannon Dittemore All Rights Reserved. This Licensed Work published under license. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej pozycji nie może być, bez pisemnej zgody Wydawcy, w żaden sposób i w żadnej formie publikowana przez przedruk, skopiowanie, transmitowanie, kserowanie, nagranie czy wprowadzenie do systemu przechowywania i udostępniania informacji, z wyjątkiem krótkich cytatów w recenzjach i artykułach. Wydano w Nashville, stan Tennessee, przez Thomas Nelson. Thomas Nelson jest zarejestrowanym znakiem handlowym należącym do Thomas Nelson, Inc. Tłumaczenie: Katarzyna Przybylska Redakcja: Ewa Stuła Skład i łamanie: Tomasz Mstowski Projekt okładki: Anna Kawecka Zdjęcie na okładce: Druk i oprawa: ISBN 978-83-7797-154-3 © Edycja Świętego Pawła, 2013 ul. Św. Pawła 13/15 • 42-221 Częstochowa tel. 34.362.06.89 • fax 34.362.09.89 www.edycja.com.pl • e-mail: edycja@edycja.com.pl Dystrybucja: Centrum Logistyczne Edycji Świętego Pawła ul. Hutnicza 46 • 42-263 Wrzosowa k. Częstochowy tel. 34.366.15.50 • fax 34.370.83.74 e-mail: dystrybucja@edycja.com.pl

Dla Matta, który mnie wybrał, oraz dla Justusa i Jazlyn, którzy nie mieli w tym względzie wyboru.

Księgarnia internetowa: www.edycja.pl

154A_Oczy aniola_inside.indd 2-3

07.03.2014 08:23


Nota od Wydawcy

„Nie bój się, gdyż tych, którzy są z nami, jest więcej od nich!”. 2 Krl 6,16

N

iniejsza powieść jest fikcją literacką. Przedstawione w niej miejsca i zdarzenia stanowią wytwór wyobraźni autora. Wszystkie postaci są fikcyjne i jakakolwiek ich zbieżność z ludźmi żyjącymi bądź zmarłymi jest czysto przypadkowa.

‚“

5

154A_Oczy aniola_inside.indd 4-5

07.03.2014 08:23


Nota od Wydawcy

„Nie bój się, gdyż tych, którzy są z nami, jest więcej od nich!”. 2 Krl 6,16

N

iniejsza powieść jest fikcją literacką. Przedstawione w niej miejsca i zdarzenia stanowią wytwór wyobraźni autora. Wszystkie postaci są fikcyjne i jakakolwiek ich zbieżność z ludźmi żyjącymi bądź zmarłymi jest czysto przypadkowa.

‚“

5

154A_Oczy aniola_inside.indd 4-5

07.03.2014 08:23


Wstęp

Dotan, Izrael – 2500 lat temu

C

hłopiec cały drży. Jego młodzieńcza postura wzdryga się w mocnych objęciach strachu. Patrzy na armię przybyłą pod osłoną nocy. Widzi, jak hordy żołnierzy zalewają wnętrze kanionu i otaczają ich ze wszystkich stron. Ci złorzeczący, plujący żołnierze przybyli tu po jego pana. Widzi tabuny koni i powozy wiozące łuczników, którzy zagęszczają poranne powietrze niczym mgła. Widzi brązowe ostrza włóczni i żelazne miecze pobłyskujące w świetle przedświtu. Jego wyobraźnia budzi się. Wyobraża sobie swojego pana skutego w kajdany. Widzi swoją krew szklącą się na jednym z tych mieczy. Wyobraża sobie śmierć. Tak wyobraźnia reaguje na strach. – Panie, co teraz poczniemy? – pyta. Prorok w milczeniu zmaga się z prawdą. Wie o czymś, o czym chłopiec nie ma pojęcia. Widzi coś, czego tamten nie jest w stanie dostrzec. Widzi zastępy wroga, i to bardzo dobrze. Są otoczone przez armię aniołów. Postawne, skrzydlate postaci ze świetlistymi mieczami i złotymi aureolami stoją na szczytach wzniesień okalających kanion. Widzi konie zstępujące z ognistych niebios i rydwany na kulistych obłokach zachodzącego słońca, a także jeźdźców z napiętymi łukami i płonące strzały wymierzone w ich przeciwników. On wie. Wie, że przybyli tu, by go chronić. Jego i chłopca. Tak serce reaguje na prawdę. Prorok wie jedno: Nie ma tu miejsca na strach. Jedynie na prawdę. 7

154A_Oczy aniola_inside.indd 6-7

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore Chłopiec też powinien to wiedzieć. Powinien wiedzieć, że istnieją rzeczy niewidoczne dla oczu, siły dobra i siły zła. Musi wiedzieć, że po ich stronie walczy o wielu więcej niż po stronie ich wrogów. Nad horyzontem majaczą promienie świtu, a prorok wznosi swój głos. Krzykiem zdolnym zagłuszyć rżące konie i złorzeczących żołnierzy modli się za swojego sługę. – Panie, otwórz jego oczy, aby przejrzał. Bóg wysłuchuje modlitwy proroka. Czyni to ręką anioła ze złotą aureolą. Po raz pierwszy w swoim młodym życiu chłopiec naprawdę widzi.

‚“

8

154A_Oczy aniola_inside.indd 8-9

Rozdział pierwszy

Brielle

M

oje gardło paraliżuje nieustanny ucisk. Bolesna gula. Wokół niej świszczą krótkie oddechy, które uderzają w moje spierzchnięte wargi i unoszą się w powietrzu niczym smoki białego dymu. Musi minąć dziewięć sekund, żeby znikły. Dziewięć sekund, aby te stworzone przeze mnie zjawy rozpłynęły się w nicości. Ile musi minąć czasu, żeby tak samo zniknęła ta, która nawiedza moje sny? Z braku odpowiedzi drżą mi ręce. Sięgam więc do torby po rękawiczki z owczej skóry, które wsuwam na dłonie. Gdyby tylko to było takie proste. Moja krew jest jak sunące masy lodowca, w moich żyłach płynie lód, mrożący skórę i odrętwiający wnętrzności. Trzy tygodnie tego dojmującego chłodu są dotkliwsze nawet od dręczących mnie koszmarów, ale wiem, że nie dość jeszcze wycierpiałam. – Panienko, czy to nie panienki stacja? – pyta męski głos, przeszywając lodowate powietrze. Chcę odpowiedzieć, ale nie mogę wydobyć z siebie głosu. Pojedyncza, roztopiona łza ucieka z zakamarków moich rzęs i triumfalnie spływa po policzku. Wsiąka w dziergany szalik, a jej istnienie potwierdza jedynie ledwo widoczny ślad. – Panienko? – zagadnął ponownie. – Jesteśmy na miejscu. Dojechaliśmy do Stratus. Moje zesztywniałe nogi odmawiają posłuszeństwa. Potrzebuję dosłownie minuty. Powinnam przynajmniej się odezwać – odpowiedzieć 9

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore Chłopiec też powinien to wiedzieć. Powinien wiedzieć, że istnieją rzeczy niewidoczne dla oczu, siły dobra i siły zła. Musi wiedzieć, że po ich stronie walczy o wielu więcej niż po stronie ich wrogów. Nad horyzontem majaczą promienie świtu, a prorok wznosi swój głos. Krzykiem zdolnym zagłuszyć rżące konie i złorzeczących żołnierzy modli się za swojego sługę. – Panie, otwórz jego oczy, aby przejrzał. Bóg wysłuchuje modlitwy proroka. Czyni to ręką anioła ze złotą aureolą. Po raz pierwszy w swoim młodym życiu chłopiec naprawdę widzi.

‚“

8

154A_Oczy aniola_inside.indd 8-9

Rozdział pierwszy

Brielle

M

oje gardło paraliżuje nieustanny ucisk. Bolesna gula. Wokół niej świszczą krótkie oddechy, które uderzają w moje spierzchnięte wargi i unoszą się w powietrzu niczym smoki białego dymu. Musi minąć dziewięć sekund, żeby znikły. Dziewięć sekund, aby te stworzone przeze mnie zjawy rozpłynęły się w nicości. Ile musi minąć czasu, żeby tak samo zniknęła ta, która nawiedza moje sny? Z braku odpowiedzi drżą mi ręce. Sięgam więc do torby po rękawiczki z owczej skóry, które wsuwam na dłonie. Gdyby tylko to było takie proste. Moja krew jest jak sunące masy lodowca, w moich żyłach płynie lód, mrożący skórę i odrętwiający wnętrzności. Trzy tygodnie tego dojmującego chłodu są dotkliwsze nawet od dręczących mnie koszmarów, ale wiem, że nie dość jeszcze wycierpiałam. – Panienko, czy to nie panienki stacja? – pyta męski głos, przeszywając lodowate powietrze. Chcę odpowiedzieć, ale nie mogę wydobyć z siebie głosu. Pojedyncza, roztopiona łza ucieka z zakamarków moich rzęs i triumfalnie spływa po policzku. Wsiąka w dziergany szalik, a jej istnienie potwierdza jedynie ledwo widoczny ślad. – Panienko? – zagadnął ponownie. – Jesteśmy na miejscu. Dojechaliśmy do Stratus. Moje zesztywniałe nogi odmawiają posłuszeństwa. Potrzebuję dosłownie minuty. Powinnam przynajmniej się odezwać – odpowiedzieć 9

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

mu – ale węzeł w moim gardle ani drgnie. Podnoszę swoją opatuloną w rękawiczkę dłoń, aby jakoś je rozluźnić. – Przykro mi, skarbie, ale konduktor jest dzisiaj wyjątkowo niecierpliwy. Jeśli zaraz nie wysiądziesz z pociągu, będziesz musiała wrócić z nami do Portland. Odwracam się w stronę korytarza i spoglądam na biedaka. Ma przynajmniej sześćdziesiąt lat, zmierzwione siwe włosy i pokaźnych rozmiarów muszkę. Taką, jaką spotyka się tylko w filmach. On także jest w rękawiczkach. To nawet pocieszające, że nie tylko mnie jest zimno. Naraz jego twarz spina pajęczyna zmarszczek, a kąciki ust unoszą się do góry. – Oczywiście, jeśli chcesz wrócić tym pociągiem, czuj się zaproszona. Przyda mi się towarzystwo. – Mówiąc to, wskazuje na rzędy pustych siedzeń. – Nie – odpowiadam, podrywając się z siedzenia. Nie mogę wrócić tym pociągiem. Nie do miejsca, gdzie to wszystko się wydarzyło. – Ma pan rację. To moja stacja. – Zabieram swój bagaż i przed wyjściem na peron opatulam się w puchową kurtkę. Dlaczego jest tak zimno? Dokładnie owijam szyję szalem i wspominam Hanka, współpracownika ojca, który co roku wspina się na Mount Hood. W wyniku odmrożenia stracił wszystkie palce u prawej stopy, a któregoś razu jego towarzysz zsunął się z południowego stoku góry i runął w przepaść niczym ofiara złożona bożkowi adrenaliny. Czy taka wyprawa może być warta aż tak wielkiej ofiary? Pociąg odjechał. Stacja jest pusta, ale ja nadal wpatruję się w niewidocznego już stalowego węża, a ciężar pożegnania wije się w mojej piersi, uwięziony w klatce zamarzniętych kości i tkanek. Czy kiedykolwiek odtaję na tyle, by wypowiedzieć słowo „żegnaj”? Parking jest mały, ale przemierzając go ukradkiem, spoglądam na mężczyznę stojącego przy pikapie. Mój ojciec, wysoki i barczysty, czeka z upartym uśmiechem, gdy ja drepczę powoli w jego kierunku. „Nie przyjeżdżaj – mówiłam mu – wezmę taksówkę”. Ale i tak wiedziałam, że będzie tu czekał. Ciężki bagaż wysuwa mi się z rąk. Z chrzęstem ląduje na zamarzniętym bagażniku, a ja opieram się o bok samochodu i udaje mi

się po cichu doliczyć do pięćdziesięciu ośmiu, zanim on decyduje się odezwać. – Wiem, że nie chciałaś, żebym przyjeżdżał, Brielle, ale nie jesteś już w mieście. Tu jest tylko jedna taksówka. Nie mogłem pozwolić, żebyś stała tu całą noc i na nią czekała. – Nieporadnie obejmuje mnie swoim ramieniem drwala. – Poza tym nie mogłem się ciebie doczekać. Minęło tyle czasu. Ostatnie zdanie wypowiada bardzo cicho, a ja udaję, że go nie dosłyszałam. Zdradza mnie jednak uścisk w gardle, z którego nagle wyrywa się strumień powietrza. Szloch, który ranił mnie od wewnątrz, ulatuje ze mnie w momencie, gdy ramiona ojca obejmują mnie i przyciskają do jego flanelowej kurtki. Pozwala mi się wypłakać, przytulając mnie tak mocno, że muszę siłą wyrwać się z jego objęć, kiedy płacz ustaje. Nadal pociągając nosem, wycieram twarz rękawem i powoli wsiadam do samochodu. Zapach drewnianych trocin i miętowej gumy od razu uderza moje nozdrza. Wdycham go głęboko, osuwając się na siedzenie. Do samochodu wsiada ojciec i muszę przytrzymać się drzwi, aby nie zsunąć się w jego kierunku po nierównym dwuosobowym siedzeniu. – Przepraszam – mówi. Odpala samochód i wyjeżdżamy z parkingu. Stacja kolejowa znajduje się tylko trzy mile od domu, w którym dorastałam. Droga przelatuje mi przed oczami, sprawiając, że czuję się obco. Nie potrafię wskazać żadnej konkretnej zmiany, ale wszystko wydaje się takie obce. Szachownica iglastych drzew i pastwisk dla bydła stanowi dziwaczne przeciwieństwo miejskich wieżowców i starannie wystrzyżonych parków. Nie chcę tu wracać, ale gdy spostrzegam stary dąb rosnący na naszym trawniku, mój ból jakby odrobinę maleje. Budynek sam w sobie nie jest niczym szczególnym, chociaż zawsze odczuwałam radość, nazywając to miejsce domem. Typowa farmerska zabudowa, biała z żółtymi dekoracjami, otoczona gęstwiną wiecznie zielonych krzewów. Wewnątrz wszystkie sprzęty dorównują wielkością mojemu ojcu. Wjeżdżamy w długą, żwirową alejkę. Widok niedorzecznej skrzynki na listy, postawionej tu podczas mojej nieobecności, wywołuje grymas na mojej twarzy.

10

11

154A_Oczy aniola_inside.indd 10-11

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

mu – ale węzeł w moim gardle ani drgnie. Podnoszę swoją opatuloną w rękawiczkę dłoń, aby jakoś je rozluźnić. – Przykro mi, skarbie, ale konduktor jest dzisiaj wyjątkowo niecierpliwy. Jeśli zaraz nie wysiądziesz z pociągu, będziesz musiała wrócić z nami do Portland. Odwracam się w stronę korytarza i spoglądam na biedaka. Ma przynajmniej sześćdziesiąt lat, zmierzwione siwe włosy i pokaźnych rozmiarów muszkę. Taką, jaką spotyka się tylko w filmach. On także jest w rękawiczkach. To nawet pocieszające, że nie tylko mnie jest zimno. Naraz jego twarz spina pajęczyna zmarszczek, a kąciki ust unoszą się do góry. – Oczywiście, jeśli chcesz wrócić tym pociągiem, czuj się zaproszona. Przyda mi się towarzystwo. – Mówiąc to, wskazuje na rzędy pustych siedzeń. – Nie – odpowiadam, podrywając się z siedzenia. Nie mogę wrócić tym pociągiem. Nie do miejsca, gdzie to wszystko się wydarzyło. – Ma pan rację. To moja stacja. – Zabieram swój bagaż i przed wyjściem na peron opatulam się w puchową kurtkę. Dlaczego jest tak zimno? Dokładnie owijam szyję szalem i wspominam Hanka, współpracownika ojca, który co roku wspina się na Mount Hood. W wyniku odmrożenia stracił wszystkie palce u prawej stopy, a któregoś razu jego towarzysz zsunął się z południowego stoku góry i runął w przepaść niczym ofiara złożona bożkowi adrenaliny. Czy taka wyprawa może być warta aż tak wielkiej ofiary? Pociąg odjechał. Stacja jest pusta, ale ja nadal wpatruję się w niewidocznego już stalowego węża, a ciężar pożegnania wije się w mojej piersi, uwięziony w klatce zamarzniętych kości i tkanek. Czy kiedykolwiek odtaję na tyle, by wypowiedzieć słowo „żegnaj”? Parking jest mały, ale przemierzając go ukradkiem, spoglądam na mężczyznę stojącego przy pikapie. Mój ojciec, wysoki i barczysty, czeka z upartym uśmiechem, gdy ja drepczę powoli w jego kierunku. „Nie przyjeżdżaj – mówiłam mu – wezmę taksówkę”. Ale i tak wiedziałam, że będzie tu czekał. Ciężki bagaż wysuwa mi się z rąk. Z chrzęstem ląduje na zamarzniętym bagażniku, a ja opieram się o bok samochodu i udaje mi

się po cichu doliczyć do pięćdziesięciu ośmiu, zanim on decyduje się odezwać. – Wiem, że nie chciałaś, żebym przyjeżdżał, Brielle, ale nie jesteś już w mieście. Tu jest tylko jedna taksówka. Nie mogłem pozwolić, żebyś stała tu całą noc i na nią czekała. – Nieporadnie obejmuje mnie swoim ramieniem drwala. – Poza tym nie mogłem się ciebie doczekać. Minęło tyle czasu. Ostatnie zdanie wypowiada bardzo cicho, a ja udaję, że go nie dosłyszałam. Zdradza mnie jednak uścisk w gardle, z którego nagle wyrywa się strumień powietrza. Szloch, który ranił mnie od wewnątrz, ulatuje ze mnie w momencie, gdy ramiona ojca obejmują mnie i przyciskają do jego flanelowej kurtki. Pozwala mi się wypłakać, przytulając mnie tak mocno, że muszę siłą wyrwać się z jego objęć, kiedy płacz ustaje. Nadal pociągając nosem, wycieram twarz rękawem i powoli wsiadam do samochodu. Zapach drewnianych trocin i miętowej gumy od razu uderza moje nozdrza. Wdycham go głęboko, osuwając się na siedzenie. Do samochodu wsiada ojciec i muszę przytrzymać się drzwi, aby nie zsunąć się w jego kierunku po nierównym dwuosobowym siedzeniu. – Przepraszam – mówi. Odpala samochód i wyjeżdżamy z parkingu. Stacja kolejowa znajduje się tylko trzy mile od domu, w którym dorastałam. Droga przelatuje mi przed oczami, sprawiając, że czuję się obco. Nie potrafię wskazać żadnej konkretnej zmiany, ale wszystko wydaje się takie obce. Szachownica iglastych drzew i pastwisk dla bydła stanowi dziwaczne przeciwieństwo miejskich wieżowców i starannie wystrzyżonych parków. Nie chcę tu wracać, ale gdy spostrzegam stary dąb rosnący na naszym trawniku, mój ból jakby odrobinę maleje. Budynek sam w sobie nie jest niczym szczególnym, chociaż zawsze odczuwałam radość, nazywając to miejsce domem. Typowa farmerska zabudowa, biała z żółtymi dekoracjami, otoczona gęstwiną wiecznie zielonych krzewów. Wewnątrz wszystkie sprzęty dorównują wielkością mojemu ojcu. Wjeżdżamy w długą, żwirową alejkę. Widok niedorzecznej skrzynki na listy, postawionej tu podczas mojej nieobecności, wywołuje grymas na mojej twarzy.

10

11

154A_Oczy aniola_inside.indd 10-11

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

– Skąd to się tu wzięło? – Sam zrobiłem – mówi z dumą w głosie ojciec. Skrzynka wygląda upiornie: umocowane na starym słupie trzydziestolitrowe wiadro z naszym nazwiskiem nagryzmolonym na całej jego długości. – Co o tym sądzisz? – Co stało się ze starą normalną skrzynką? – Wjechałem w nią, jak cofałem wozem. – Ojciec chichocze, a gumowy pas zaciśnięty wokół mojego serca staje się jakby odrobinę luźniejszy. – Przynajmniej wiem, co ci kupić na gwiazdkę. Ojciec parkuje samochód, a z moich ust wyrywa się ciche westchnienie. Nie planowałam znowu tu zamieszkać, nigdy w życiu. Od wewnątrz przeszywa mnie żądło rozczarowania: nie dokończyłam tego, co chciałam osiągnąć. Ale nie mogę tam wrócić. Nie mogę. Potrzebuję tego domu tak samo, jak potrzebuję mojego ojca. – Kto mieszka teraz w starym domu Millerów? – pytam, wskazując na jedyną zabudowę w okolicy – farmę oddaloną o jakieś sto metrów na wschód. Obraca się, by spojrzeć ponad moją głową. – Nie wiem. Ktoś dopiero co się tam wprowadził. Niektóre z okien ożywiają zapalone światła. Samochód podryguje od głośnej muzyki, a moje serce zwalnia do rytmu linii basów, kojącego niczym metronom. Opieram głowę o zagłówek. – Niech to. Pójdę tam po kolacji i każę im to ściszyć. – Nie. Nie rób tego. Proszę. Jego ramiona opadają, a ja zdaję sobie sprawę, że zrobi dosłownie wszystko, żebym tego wieczoru czuła się dobrze. Jedziemy, milcząc, słychać tylko grzechot karoserii i dźwięk gitarowego basu. – Wiesz, dzieciaku, nie musisz o tym mówić. Naprawdę. Przez jakiś czas nic nie musisz. – Od razu widzę, że ćwiczył tę przemowę. – Po prostu bądź, dobrze? Bądź tutaj. Mam nadzieję, że pewnego dnia zrozumiesz, że to nie była twoja wina. Czuję, jak zaciska mi się gardło, spoglądam w jego wielką, misiowatą twarz. Nie może tego wiedzieć. Jest moim ojcem. Widzi tylko to, co chce widzieć. Nigdy nie zrozumie, że mogłam do tego nie dopuścić. Spoglądam przez szybę po stronie pasażera, błądząc wzorkiem ponad połaciami suchej trawy usianej brązowymi liśćmi.

Wpatrzona w nadchodzącą zimę i zachodzące słońce, mówię tylko to, co postanowiłam w tej sprawie powiedzieć. – Ali miała osiemnaście lat, tato. Była w moim wieku. A właściwie trochę młodsza. – Moje ciało, nawet moja skóra odczuwa lodowaty ciężar wypowiadanych przeze mnie słów. – Mogłam temu wszystkiemu zapobiec. Nie można temu zaprzeczyć, ale jak sam powiedziałeś, nie muszę o tym rozmawiać. Odwracam głowę w stronę ojca. Musi wiedzieć, że mówię poważnie. Temat zamknięty. Do czasu procesu, do chwili gdy zajmę miejsce dla świadków, nie ma potrzeby, aby ktokolwiek wysłuchiwał mojej historii. Patrzę ojcu prosto w oczy. Zachodzą łzami, które ściekają mu po twarzy i pobłyskują na brodzie. – Dobrze. Nie będziemy o tym rozmawiać. – Przystaje i całuje mnie w nos. – Jakiś gość o imieniu Pizza Hut zrobił nam kolację, więc się za nią weźmy. Wysiada z auta i rzuca wrogie spojrzenie w kierunku starej farmy Millerów. Wreszcie zabiera moje bagaże z tyłu samochodu, po czym znów gramoli się do środka. – To co, Pizza Hut? Podążam za nim w kierunku domu. Jego ciężkie buty zostawiają zabłocone ślady na schodach werandy i na podłogowym linoleum. Kiedyś zwykłam go za to strofować, ale nie dzisiaj. Dzisiaj przemykam obok niczym duch. Lawirując pomiędzy śladami błota, mijam kuchnię i wchodzę do mojego starego pokoju. Wygląda tak samo jak dwa lata temu, gdy go opuszczałam. Pociągam nerwowo za nitkę w moich dżinsach, czując się nieswojo wobec tego braku jakiejkolwiek zmiany. To małe miasteczko nie oferuje zbyt wielu rozrywek, więc możliwe, że już wykorzystałam swój przydział. Bolesna perspektywa. Czuję się, jakbym wyciągnęła z dna kieszeni zaśniedziałą, dawno zapomnianą monetę – taką, co to ma z osiemdziesiąt lat, i zdrapując z niej klejącą warstwę brudu z przerażeniem odkryłam, jak jest nowa. Nowsza i bardziej realna, niż mogłabym przypuszczać. Jak przez te parę lat mogłam zostać tak zbrukana i zniszczona? Otrzymałam życiową szansę, a teraz, dwa lata później, moja własna bezczynność przekreśliła nie tylko moje marzenia, ale również życie kogoś, kogo kochałam. Ze straconymi marzeniami

12

13

154A_Oczy aniola_inside.indd 12-13

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

– Skąd to się tu wzięło? – Sam zrobiłem – mówi z dumą w głosie ojciec. Skrzynka wygląda upiornie: umocowane na starym słupie trzydziestolitrowe wiadro z naszym nazwiskiem nagryzmolonym na całej jego długości. – Co o tym sądzisz? – Co stało się ze starą normalną skrzynką? – Wjechałem w nią, jak cofałem wozem. – Ojciec chichocze, a gumowy pas zaciśnięty wokół mojego serca staje się jakby odrobinę luźniejszy. – Przynajmniej wiem, co ci kupić na gwiazdkę. Ojciec parkuje samochód, a z moich ust wyrywa się ciche westchnienie. Nie planowałam znowu tu zamieszkać, nigdy w życiu. Od wewnątrz przeszywa mnie żądło rozczarowania: nie dokończyłam tego, co chciałam osiągnąć. Ale nie mogę tam wrócić. Nie mogę. Potrzebuję tego domu tak samo, jak potrzebuję mojego ojca. – Kto mieszka teraz w starym domu Millerów? – pytam, wskazując na jedyną zabudowę w okolicy – farmę oddaloną o jakieś sto metrów na wschód. Obraca się, by spojrzeć ponad moją głową. – Nie wiem. Ktoś dopiero co się tam wprowadził. Niektóre z okien ożywiają zapalone światła. Samochód podryguje od głośnej muzyki, a moje serce zwalnia do rytmu linii basów, kojącego niczym metronom. Opieram głowę o zagłówek. – Niech to. Pójdę tam po kolacji i każę im to ściszyć. – Nie. Nie rób tego. Proszę. Jego ramiona opadają, a ja zdaję sobie sprawę, że zrobi dosłownie wszystko, żebym tego wieczoru czuła się dobrze. Jedziemy, milcząc, słychać tylko grzechot karoserii i dźwięk gitarowego basu. – Wiesz, dzieciaku, nie musisz o tym mówić. Naprawdę. Przez jakiś czas nic nie musisz. – Od razu widzę, że ćwiczył tę przemowę. – Po prostu bądź, dobrze? Bądź tutaj. Mam nadzieję, że pewnego dnia zrozumiesz, że to nie była twoja wina. Czuję, jak zaciska mi się gardło, spoglądam w jego wielką, misiowatą twarz. Nie może tego wiedzieć. Jest moim ojcem. Widzi tylko to, co chce widzieć. Nigdy nie zrozumie, że mogłam do tego nie dopuścić. Spoglądam przez szybę po stronie pasażera, błądząc wzorkiem ponad połaciami suchej trawy usianej brązowymi liśćmi.

Wpatrzona w nadchodzącą zimę i zachodzące słońce, mówię tylko to, co postanowiłam w tej sprawie powiedzieć. – Ali miała osiemnaście lat, tato. Była w moim wieku. A właściwie trochę młodsza. – Moje ciało, nawet moja skóra odczuwa lodowaty ciężar wypowiadanych przeze mnie słów. – Mogłam temu wszystkiemu zapobiec. Nie można temu zaprzeczyć, ale jak sam powiedziałeś, nie muszę o tym rozmawiać. Odwracam głowę w stronę ojca. Musi wiedzieć, że mówię poważnie. Temat zamknięty. Do czasu procesu, do chwili gdy zajmę miejsce dla świadków, nie ma potrzeby, aby ktokolwiek wysłuchiwał mojej historii. Patrzę ojcu prosto w oczy. Zachodzą łzami, które ściekają mu po twarzy i pobłyskują na brodzie. – Dobrze. Nie będziemy o tym rozmawiać. – Przystaje i całuje mnie w nos. – Jakiś gość o imieniu Pizza Hut zrobił nam kolację, więc się za nią weźmy. Wysiada z auta i rzuca wrogie spojrzenie w kierunku starej farmy Millerów. Wreszcie zabiera moje bagaże z tyłu samochodu, po czym znów gramoli się do środka. – To co, Pizza Hut? Podążam za nim w kierunku domu. Jego ciężkie buty zostawiają zabłocone ślady na schodach werandy i na podłogowym linoleum. Kiedyś zwykłam go za to strofować, ale nie dzisiaj. Dzisiaj przemykam obok niczym duch. Lawirując pomiędzy śladami błota, mijam kuchnię i wchodzę do mojego starego pokoju. Wygląda tak samo jak dwa lata temu, gdy go opuszczałam. Pociągam nerwowo za nitkę w moich dżinsach, czując się nieswojo wobec tego braku jakiejkolwiek zmiany. To małe miasteczko nie oferuje zbyt wielu rozrywek, więc możliwe, że już wykorzystałam swój przydział. Bolesna perspektywa. Czuję się, jakbym wyciągnęła z dna kieszeni zaśniedziałą, dawno zapomnianą monetę – taką, co to ma z osiemdziesiąt lat, i zdrapując z niej klejącą warstwę brudu z przerażeniem odkryłam, jak jest nowa. Nowsza i bardziej realna, niż mogłabym przypuszczać. Jak przez te parę lat mogłam zostać tak zbrukana i zniszczona? Otrzymałam życiową szansę, a teraz, dwa lata później, moja własna bezczynność przekreśliła nie tylko moje marzenia, ale również życie kogoś, kogo kochałam. Ze straconymi marzeniami

12

13

154A_Oczy aniola_inside.indd 12-13

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

jakoś sobie poradzę, ale oddałabym wszystko, żeby cofnąć czas i pomóc Ali. Oczywiście, to niemożliwe. Niektóre rzeczy trzeba zrobić dobrze za pierwszym razem. Jeżeli ostatnie trzy tygodnie czegokolwiek mnie nauczyły, to właśnie tego. Nie zawsze dostajemy drugą szansę. Ktoś dzwoni do drzwi, miłosiernie wyrywając mnie z myśli, które mogą prowadzić jedynie do łez. – Brielle! Goście. Zbyt wiele wymagałam od losu, licząc na cichy i niezauważony powrót do domu. Zdaję sobie z tego sprawę dopiero teraz, ponownie wchodząc do kuchni w otoczeniu moich dawnych znajomych. Jest to dość różnorodna grupa, która nazbierała się przy mnie przez lata: softballistka, czirliderka, pierwsza koleżanka ze szkolnego laboratorium, dziewczyna, którą znam jeszcze z czasów harcerstwa, i dwie tancerki ze studia panny Macy przy ulicy Main. Zawsze byłam duszą towarzystwa. Baleriną, modelką. Mój dom zawsze był miejscem spotkań. Dom bez zrzędzącej matki. Bez obowiązków. Bez natrętnego rodzeństwa. Razem dorastałyśmy, w jednej grupie. Ich matki piekły dla mnie ciasteczka i podszywały moje stroje do tańca. Ich ojcowie dotrzymywali towarzystwa mojemu, gdy wyjeżdżałam na wakacyjne obozy. Te dziewczyny i ich rodziny zawsze będą aktorami sceny mojego dzieciństwa, po optymistycznym i radosnym wyrazie ich twarzy wnioskuję, że wierzą w to, iż możemy podjąć naszą znajomość w miejscu, w którym się urwała. Ale są w błędzie. Nic już nie będzie takie samo. Staram się uśmiechać i kiwać głową w odpowiednich momentach, ale jestem zziębnięta i powolna. W końcu ich uśmiechy gasną. Zadają kilka pytań o podróż pociągiem do domu, o moją szkołę w mieście. Nikt nie podchodzi do ręcznie farbowanego słonia, ale unikają mojego wzroku, a ja wiem, że i tak przyglądają się ukradkiem biednemu zwierzakowi. Większość z nich wierci się nerwowo. Mija pół godziny i cała gromadka wychodzi jedna po drugiej wśród grzecznościowych uśmiechów i naciąganych wymówek. Tylko Kaylee, moja najwierniejsza towarzyszka z lat dziecięcych, pozostaje na tyle długo, by sięgnąć po kawałek pizzy i podjąć próbę wyrwania mnie z objęć melancholii.

– Brielle, musisz to zostawić – mówi, ściągając jednocześnie pepperoni ze swojego kawałka pizzy. Zastanawiam się, czy ta próba przejścia na wegetarianizm potrwa u niej dłużej niż faza emo. – Kay, jeżeli ci to nie przeszkadza, wolałabym o tym nie rozmawiać – odpowiadam jej z kuchni. – Wiem, ale kiedyś będziesz chciała, a ja tu wtedy będę, dobrze? Będę przy tobie. – Kaylee mówiąc to, nie patrzy na mnie, tylko wpatruje się w swój kawałek pizzy, za co jestem jej wdzięczna. – Świetna ta pizza. To znaczy, wiem, że jestem wegetarianką, ale jeśli to ściągnę – i macha mi przed oczami plasterkiem pepperoni – ser nadal ma posmak mięsa. – W tym momencie wyszczerza zęby w szerokim uśmiechu, który odsłania resztki sosu pomidorowego na jej aparacie. Stłumiony w moim wnętrzu chichot przeciska się ku górze, zaskakując zarówno ją, jak i mnie. – No, jeszcze nie wypuszczasz coli nosem, ale i tak wyglądasz lepiej, niż kiedy tu przyszłam. Będziesz jutro w szkole? – Oczywiście, że będę. Co innego można tutaj robić? – Wszystko słyszę. – Fotel ojca skrzypi, a sekundę później on sam wtacza się do kuchni. Cały czas udawał, że ogląda jakieś japońskie reality show, a teraz opiera się ciężko o stół, uważnie przyglądając się mojej twarzy. – Nie musisz się tak spieszyć, dzieciaku. Przerwa świąteczna dopiero się kończy. Zrób sobie tydzień wolnego. Przyzwyczaj się. – Tato, to tylko Stratus. – Brielle… – Wiadro powieszone zamiast skrzynki na listy – to jedyna rzecz, która się tutaj zmieniła, tato. – Szczypię go w nos, próbując włożyć w ten gest jak najwięcej mojego dawnego, żywotnego ja. On bierze moją dłoń i zamyka ją w swojej. – Ty też się zmieniłaś, dziecinko. Nie miałaś wyjścia. Uwalniam palce z jego ręki i odwracam głowę. – Nie mam problemu ze szkołą. Tak naprawdę panicznie się boję tych wszystkich przypatrujących mi się twarzy. Tego, że wiedzą. Tych wszystkich pytań piętrzących się za wyrazami współczucia. Tak, przeraża mnie to. Totalnie. Nagle pizza przestaje mi smakować i robi mi się niedobrze.

14

15

154A_Oczy aniola_inside.indd 14-15

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

jakoś sobie poradzę, ale oddałabym wszystko, żeby cofnąć czas i pomóc Ali. Oczywiście, to niemożliwe. Niektóre rzeczy trzeba zrobić dobrze za pierwszym razem. Jeżeli ostatnie trzy tygodnie czegokolwiek mnie nauczyły, to właśnie tego. Nie zawsze dostajemy drugą szansę. Ktoś dzwoni do drzwi, miłosiernie wyrywając mnie z myśli, które mogą prowadzić jedynie do łez. – Brielle! Goście. Zbyt wiele wymagałam od losu, licząc na cichy i niezauważony powrót do domu. Zdaję sobie z tego sprawę dopiero teraz, ponownie wchodząc do kuchni w otoczeniu moich dawnych znajomych. Jest to dość różnorodna grupa, która nazbierała się przy mnie przez lata: softballistka, czirliderka, pierwsza koleżanka ze szkolnego laboratorium, dziewczyna, którą znam jeszcze z czasów harcerstwa, i dwie tancerki ze studia panny Macy przy ulicy Main. Zawsze byłam duszą towarzystwa. Baleriną, modelką. Mój dom zawsze był miejscem spotkań. Dom bez zrzędzącej matki. Bez obowiązków. Bez natrętnego rodzeństwa. Razem dorastałyśmy, w jednej grupie. Ich matki piekły dla mnie ciasteczka i podszywały moje stroje do tańca. Ich ojcowie dotrzymywali towarzystwa mojemu, gdy wyjeżdżałam na wakacyjne obozy. Te dziewczyny i ich rodziny zawsze będą aktorami sceny mojego dzieciństwa, po optymistycznym i radosnym wyrazie ich twarzy wnioskuję, że wierzą w to, iż możemy podjąć naszą znajomość w miejscu, w którym się urwała. Ale są w błędzie. Nic już nie będzie takie samo. Staram się uśmiechać i kiwać głową w odpowiednich momentach, ale jestem zziębnięta i powolna. W końcu ich uśmiechy gasną. Zadają kilka pytań o podróż pociągiem do domu, o moją szkołę w mieście. Nikt nie podchodzi do ręcznie farbowanego słonia, ale unikają mojego wzroku, a ja wiem, że i tak przyglądają się ukradkiem biednemu zwierzakowi. Większość z nich wierci się nerwowo. Mija pół godziny i cała gromadka wychodzi jedna po drugiej wśród grzecznościowych uśmiechów i naciąganych wymówek. Tylko Kaylee, moja najwierniejsza towarzyszka z lat dziecięcych, pozostaje na tyle długo, by sięgnąć po kawałek pizzy i podjąć próbę wyrwania mnie z objęć melancholii.

– Brielle, musisz to zostawić – mówi, ściągając jednocześnie pepperoni ze swojego kawałka pizzy. Zastanawiam się, czy ta próba przejścia na wegetarianizm potrwa u niej dłużej niż faza emo. – Kay, jeżeli ci to nie przeszkadza, wolałabym o tym nie rozmawiać – odpowiadam jej z kuchni. – Wiem, ale kiedyś będziesz chciała, a ja tu wtedy będę, dobrze? Będę przy tobie. – Kaylee mówiąc to, nie patrzy na mnie, tylko wpatruje się w swój kawałek pizzy, za co jestem jej wdzięczna. – Świetna ta pizza. To znaczy, wiem, że jestem wegetarianką, ale jeśli to ściągnę – i macha mi przed oczami plasterkiem pepperoni – ser nadal ma posmak mięsa. – W tym momencie wyszczerza zęby w szerokim uśmiechu, który odsłania resztki sosu pomidorowego na jej aparacie. Stłumiony w moim wnętrzu chichot przeciska się ku górze, zaskakując zarówno ją, jak i mnie. – No, jeszcze nie wypuszczasz coli nosem, ale i tak wyglądasz lepiej, niż kiedy tu przyszłam. Będziesz jutro w szkole? – Oczywiście, że będę. Co innego można tutaj robić? – Wszystko słyszę. – Fotel ojca skrzypi, a sekundę później on sam wtacza się do kuchni. Cały czas udawał, że ogląda jakieś japońskie reality show, a teraz opiera się ciężko o stół, uważnie przyglądając się mojej twarzy. – Nie musisz się tak spieszyć, dzieciaku. Przerwa świąteczna dopiero się kończy. Zrób sobie tydzień wolnego. Przyzwyczaj się. – Tato, to tylko Stratus. – Brielle… – Wiadro powieszone zamiast skrzynki na listy – to jedyna rzecz, która się tutaj zmieniła, tato. – Szczypię go w nos, próbując włożyć w ten gest jak najwięcej mojego dawnego, żywotnego ja. On bierze moją dłoń i zamyka ją w swojej. – Ty też się zmieniłaś, dziecinko. Nie miałaś wyjścia. Uwalniam palce z jego ręki i odwracam głowę. – Nie mam problemu ze szkołą. Tak naprawdę panicznie się boję tych wszystkich przypatrujących mi się twarzy. Tego, że wiedzą. Tych wszystkich pytań piętrzących się za wyrazami współczucia. Tak, przeraża mnie to. Totalnie. Nagle pizza przestaje mi smakować i robi mi się niedobrze.

14

15

154A_Oczy aniola_inside.indd 14-15

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

– Brielle? Jesteś blada jak ściana. Może powinnaś posłuchać swojego taty. – Muszę się tylko położyć. Zobaczymy się jutro, Kay. – Wybiegam z pokoju, bełkocząc w locie ostatnie słowa. Dobiegam do łazienki i od razu zaczynam wymiotować. Ledwo zdążyłam. Ojciec przynosi mi szklankę wody i ręcznik. Odsyłam go do łóżka i mówię, żeby się nie martwił, że to pewnie tylko ta tłusta pizza. Wiem, że mi nie wierzy, ale rozumie, że wolę zostać sam na sam ze swoim nieszczęściem i jest na tyle wyrozumiały, by mi na to pozwolić. Reszta nocy jakoś mi mija – niespokojnie, ale mija. Nie śpię zbyt wiele, a budząc się, czuję, jak drżą mi ręce. Przerażają mnie moje sny. Nie dlatego, że zawsze dotyczą Ali, ale dlatego, że zawsze boję się, że będą jej dotyczyć. Strach jest niczym zmora nawiedzająca moje sny. Jednak gdy już się obudzę, to nie strach sprawia, że cała się trzęsę. To poczucie winy. Lodowate i wiecznie obecne. Odgłos opon chrzęszczących na żwirze oznacza, że auto ojca odjeżdża z podjazdu. Pociągam za sznurek od okiennych rolet. Podskakują gwałtownie do góry, a ja rozcieram dłonie jedna o drugą, patrząc na niebo, które delikatnie przejaśnia się pod kopułą siwych chmur. Pościel i koce zrolowały się na moim brzuchu w jeden wałek. Zrzucam je i wchodzę pod prysznic, przekręcając kurek mocno w lewą stronę – tak mocno, że rury piszczą na znak protestu. Gorąca woda, w kaskadzie kropel i kłębach pary, spływa po mojej skórze. Mimo wszystko kąpię się krótko. Nie wiem, jak to możliwe, że prysznic parzy moje ciało, a jednocześnie pozostawia we mnie ten nieznośny chłód, ale prawda jest taka, że przez ostatnie dwadzieścia trzy dni każda kolejna kąpiel tylko mnie rozczarowywała. Jest zbyt wcześnie, by iść do szkoły, więc wstawiam ojcu pranie. Rozładowuję zmywarkę i szybko rozpakowuję plecak, upychając, gdzie popadnie, koszulki i spodnie, zanim będę zmuszona przypomnieć sobie, dlaczego i z kim je kupiłam. Opatulona w koc, snuję się po pustym domu. Jest solidnie wysprzątany, ale podejrzewam, że ojciec komuś za to zapłacił. Na białych ścianach nie ma pajęczyn, a plazmowy telewizor nie jest ani trochę zakurzony. Gruby, brązowy dywan został dokładnie odkurzony.

Rozkładany fotel i sofa pachną detergentem. Na oparciu mojego ulubionego fotela do czytania leży równo poskładany wełniany pled. Na skórzanej otomanie położono książki, a w łazience pojawił się nowy nabytek: elektryczny odświeżacz powietrza. Tak, na pewno komuś płaci. Ściany i stoliki zasypane są zdjęciami mojej zmarłej matki, robiącej rzeczy, których w ogóle nie pamiętam: trzymającej mnie za pulchną, dziecięcą rączkę w czasie spaceru po parku, ubranej w kwiecisty strój i kąpiącej się w morzu, całującej ojca pod jemiołą. Zatrzymuję się przed fotografią wiszącą przy wejściu. To rodzinne zdjęcie zrobione przed studiem panny Macy z okazji mojego pierwszego występu. Ojciec wygląda niemal tak samo: zaczerwieniona twarz, potargane włosy i broda, flanelowa koszula. Myślę, że był wtedy szczęśliwszy. Na zdjęciu mama trzyma mnie mocno w objęciach. Moje nogi, ubrane w białe getry, opasują ją w talii. Na czubku mojej głowy ledwo trzyma się maleńki koczek, ale i tak widać podobieństwo. Już jako trzylatka byłam do niej bardzo podobna. Niebieskie oczy, czerwone usta, jasna cera… Ale jej złociste blond włosy opadały falami na ramiona w sposób, w jaki moje długie i proste kosmyki nigdy się nie ułożą. Nadal jednak mam jej delikatnie okrągłe policzki i mały podbródek. Przesuwam palcem po jej twarzy. W ogóle jej nie pamiętam. Ubrawszy się tak ciepło, jak tylko się dało, wciągam jeszcze puchową kurtkę i rękawiczki. Wychodzę na ganek i przetrząsam torebkę w poszukiwaniu samochodowych kluczyków, których nie potrzebowałam w ciągu ostatnich dwóch lat. Mieszkamy przy dość odludnym odcinku drogi. Z naszego ganku rozciąga się widok na mały lasek, autostradę i wreszcie na niezliczone akry opuszczonej ziemi. Stara farma Millerów położona jest bardziej na wschód, o jakąś milę za nią znajduje się cmentarz miejski w Stratus. Niedaleko znajduje się też zjazd na drogę międzystanową. Reszta miasta usytuowana jest po stronie zachodniej. Z pełnym lęku westchnieniem wsiadam do odziedziczonego garbusa – rocznik 1967, czarny, z bagażnikiem na dachu. Nazywamy go Ślimak. Ślimak należał do mamy, więc tata zawsze o niego dbał, choć nie wolno nim wyjeżdżać poza miasto. Ojciec twierdzi, że jest

16

17

154A_Oczy aniola_inside.indd 16-17

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

– Brielle? Jesteś blada jak ściana. Może powinnaś posłuchać swojego taty. – Muszę się tylko położyć. Zobaczymy się jutro, Kay. – Wybiegam z pokoju, bełkocząc w locie ostatnie słowa. Dobiegam do łazienki i od razu zaczynam wymiotować. Ledwo zdążyłam. Ojciec przynosi mi szklankę wody i ręcznik. Odsyłam go do łóżka i mówię, żeby się nie martwił, że to pewnie tylko ta tłusta pizza. Wiem, że mi nie wierzy, ale rozumie, że wolę zostać sam na sam ze swoim nieszczęściem i jest na tyle wyrozumiały, by mi na to pozwolić. Reszta nocy jakoś mi mija – niespokojnie, ale mija. Nie śpię zbyt wiele, a budząc się, czuję, jak drżą mi ręce. Przerażają mnie moje sny. Nie dlatego, że zawsze dotyczą Ali, ale dlatego, że zawsze boję się, że będą jej dotyczyć. Strach jest niczym zmora nawiedzająca moje sny. Jednak gdy już się obudzę, to nie strach sprawia, że cała się trzęsę. To poczucie winy. Lodowate i wiecznie obecne. Odgłos opon chrzęszczących na żwirze oznacza, że auto ojca odjeżdża z podjazdu. Pociągam za sznurek od okiennych rolet. Podskakują gwałtownie do góry, a ja rozcieram dłonie jedna o drugą, patrząc na niebo, które delikatnie przejaśnia się pod kopułą siwych chmur. Pościel i koce zrolowały się na moim brzuchu w jeden wałek. Zrzucam je i wchodzę pod prysznic, przekręcając kurek mocno w lewą stronę – tak mocno, że rury piszczą na znak protestu. Gorąca woda, w kaskadzie kropel i kłębach pary, spływa po mojej skórze. Mimo wszystko kąpię się krótko. Nie wiem, jak to możliwe, że prysznic parzy moje ciało, a jednocześnie pozostawia we mnie ten nieznośny chłód, ale prawda jest taka, że przez ostatnie dwadzieścia trzy dni każda kolejna kąpiel tylko mnie rozczarowywała. Jest zbyt wcześnie, by iść do szkoły, więc wstawiam ojcu pranie. Rozładowuję zmywarkę i szybko rozpakowuję plecak, upychając, gdzie popadnie, koszulki i spodnie, zanim będę zmuszona przypomnieć sobie, dlaczego i z kim je kupiłam. Opatulona w koc, snuję się po pustym domu. Jest solidnie wysprzątany, ale podejrzewam, że ojciec komuś za to zapłacił. Na białych ścianach nie ma pajęczyn, a plazmowy telewizor nie jest ani trochę zakurzony. Gruby, brązowy dywan został dokładnie odkurzony.

Rozkładany fotel i sofa pachną detergentem. Na oparciu mojego ulubionego fotela do czytania leży równo poskładany wełniany pled. Na skórzanej otomanie położono książki, a w łazience pojawił się nowy nabytek: elektryczny odświeżacz powietrza. Tak, na pewno komuś płaci. Ściany i stoliki zasypane są zdjęciami mojej zmarłej matki, robiącej rzeczy, których w ogóle nie pamiętam: trzymającej mnie za pulchną, dziecięcą rączkę w czasie spaceru po parku, ubranej w kwiecisty strój i kąpiącej się w morzu, całującej ojca pod jemiołą. Zatrzymuję się przed fotografią wiszącą przy wejściu. To rodzinne zdjęcie zrobione przed studiem panny Macy z okazji mojego pierwszego występu. Ojciec wygląda niemal tak samo: zaczerwieniona twarz, potargane włosy i broda, flanelowa koszula. Myślę, że był wtedy szczęśliwszy. Na zdjęciu mama trzyma mnie mocno w objęciach. Moje nogi, ubrane w białe getry, opasują ją w talii. Na czubku mojej głowy ledwo trzyma się maleńki koczek, ale i tak widać podobieństwo. Już jako trzylatka byłam do niej bardzo podobna. Niebieskie oczy, czerwone usta, jasna cera… Ale jej złociste blond włosy opadały falami na ramiona w sposób, w jaki moje długie i proste kosmyki nigdy się nie ułożą. Nadal jednak mam jej delikatnie okrągłe policzki i mały podbródek. Przesuwam palcem po jej twarzy. W ogóle jej nie pamiętam. Ubrawszy się tak ciepło, jak tylko się dało, wciągam jeszcze puchową kurtkę i rękawiczki. Wychodzę na ganek i przetrząsam torebkę w poszukiwaniu samochodowych kluczyków, których nie potrzebowałam w ciągu ostatnich dwóch lat. Mieszkamy przy dość odludnym odcinku drogi. Z naszego ganku rozciąga się widok na mały lasek, autostradę i wreszcie na niezliczone akry opuszczonej ziemi. Stara farma Millerów położona jest bardziej na wschód, o jakąś milę za nią znajduje się cmentarz miejski w Stratus. Niedaleko znajduje się też zjazd na drogę międzystanową. Reszta miasta usytuowana jest po stronie zachodniej. Z pełnym lęku westchnieniem wsiadam do odziedziczonego garbusa – rocznik 1967, czarny, z bagażnikiem na dachu. Nazywamy go Ślimak. Ślimak należał do mamy, więc tata zawsze o niego dbał, choć nie wolno nim wyjeżdżać poza miasto. Ojciec twierdzi, że jest

16

17

154A_Oczy aniola_inside.indd 16-17

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

za stary. Ja – że za wolny. Zresztą nieważne. Ślimak jest cząstką mamy i kocham go. Liceum w Stratus jest niedaleko: krótka przejażdżka w górę szosy i dalej ulicą Main. Kiedy zobaczysz nad sobą neon w kształcie słoja winogronowej galaretki, wiesz, że dotarłeś na miejsce. Galaretka to miejscowy odpowiednik kawiarni. Po drugiej stronie ulicy znajduje się mały teatr. Naprzeciwko stoi stary zegar otoczony metalowymi ławkami. Nazywamy to miejsce rynkiem. Szybkie spojrzenie na zegar uświadamia mi, że jeszcze nie przystosowałam się do małomiasteczkowego rytmu życia. Wszystko tu zaczyna się znacznie później niż w Portland. Przyjechałam dwadzieścia pięć minut za wcześnie. Światła wyznaczające środek ulicy Main właśnie zmieniły się na czerwone, a ja zastanawiam się, czy nie zawrócić. Kubek czegoś ciepłego w Galaretce wydaje się dobrym pomysłem, chociażby dla zabicia czasu. Ale tuż za rogiem, zaraz za światłami, jest studio panny Macy. Szkoła tańca, która jeszcze dwa lata temu była moim drugim domem. Tutaj tańczyłam. Rozmyślałam. Pociłam się. Miło byłoby znowu się spocić. W oknach jest ciemno, ale przecież nadal mam swój klucz. Pobrzękuje w stacyjce razem z pękiem innych. Zanim światła zmieniają się na zielone, podejmuję decyzję. Ślimak przetacza się przez skrzyżowanie, a ja parkuję przed studiem. Moje dłonie, choć schowane bezpiecznie w rękawiczkach, drżą. Dawno już nie tańczyłam tylko dla siebie. Szklane drzwi świecą czystością. Wyobrażam sobie, jak nauczycielka, która zamykała wczoraj wieczorem szkołę, starła z nich wszystkie ślady małych paluszków. Otwieram je i wchodzę do środka. Oparta plecami o drzwi, oddycham głęboko, szukając znajomych zapachów, ale wszystko pachnie inaczej niż kiedyś. Może to wina nowej farby? Niewielka recepcja prawie się nie zmieniła. Po jednej stronie małej drewnianej lady stoją niebieskie segregatory, a po drugiej – biały wazon ze sztucznymi różami. Osiem składanych krzeseł, ustawionych wzdłuż okiennej witryny i przylegającej do niej ściany, tworzy zgrabną literę L. Pomieszczenie wypełniają poustawiane na półkach

i w gablotach zdjęcia obecnych i dawnych uczennic. Z wielu z nich uśmiechają się do mnie młodsze, pogodniejsze wersje mnie samej. Zupełnie jakbym weszła do albumu mojego życia. Przez kolejne drzwi wchodzę na jedyną tutaj salę. Zimowe światło ledwie oświetla pomieszczenie, przesączając się przez ścianę okien wychodzących na ulicę. Naciskam włącznik po prawej i salę wypełnia ciepła, żółtawa poświata. Rozlewa się po drewnianej podłodze i odbija od lustra na przeciwległej ścianie. Za oknem, po drugiej stronie ulicy, gdzie zaparkowałam swój samochód, trzech mężczyzn siedzi przed ciastkarnią. Jest zimno, są opatuleni we flanelowe koszule, kurtki i szaliki, a mimo to siedzą tam z kubkami parującej kawy. To samo robili dwa lata temu, gdy stąd wyjeżdżałam. Jeden z nich, chudy jak patyk i ubrany w pilotkę – chyba Bob – zauważa mnie i macha w moją stronę. Odmachuję, ale on zdążył już odwrócić się do swoich towarzyszy. Potrząsam głową, przykucając nad odtwarzaczem CD ustawionym w samych drzwiach. Dostrzegam opartą o niego białą kopertę z płytą. Widnieją na niej zamaszyste fioletowe litery. Napis brzmi: „Witaj w domu, Brielle”. Przesuwam otulonym w rękawiczkę palcem po krętym piśmie pani Macy. Mogłam napisać. Zadzwonić. Zamiast tego, prąc z zadowoleniem do przodu, przesiąkałam życiem miasta, w myślach spychając Stratus i wiecznie taką samą panią Macy na drugi plan. Ona jednak wiedziała, że tu przyjdę i zostawiła coś dla mnie. Muzykę na tej płycie dobrała zapewne osobiście. Czuję ucisk w piersiach, wsuwając płytę do odtwarzacza i naciskając przycisk „Play”. Nie mam zamiaru ściągać rękawiczek ani kurtki. Będę tu tylko chwilę. Muzyka zaczyna grać, a moje stopy odnajdują drogę do środka sali. Wybrany utwór jest w stylu pani Macy. Melodyjny, a nawet kwiecisty. Nie rozpoznaję go. Brzmi jak ścieżka dźwiękowa z jakiegoś filmu. Przypomina którąś z powieści Jane Austen albo coś w tym stylu. Stoję przed lustrem, ale mam zamknięte oczy. Wiem, co w nim zobaczę: chudą dziewczynę przebraną za żelkową piankę – puchata kurtka, rękawiczki, czapka, buty. Mimo wszystko tańczę. I płaczę.

18

19

154A_Oczy aniola_inside.indd 18-19

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

za stary. Ja – że za wolny. Zresztą nieważne. Ślimak jest cząstką mamy i kocham go. Liceum w Stratus jest niedaleko: krótka przejażdżka w górę szosy i dalej ulicą Main. Kiedy zobaczysz nad sobą neon w kształcie słoja winogronowej galaretki, wiesz, że dotarłeś na miejsce. Galaretka to miejscowy odpowiednik kawiarni. Po drugiej stronie ulicy znajduje się mały teatr. Naprzeciwko stoi stary zegar otoczony metalowymi ławkami. Nazywamy to miejsce rynkiem. Szybkie spojrzenie na zegar uświadamia mi, że jeszcze nie przystosowałam się do małomiasteczkowego rytmu życia. Wszystko tu zaczyna się znacznie później niż w Portland. Przyjechałam dwadzieścia pięć minut za wcześnie. Światła wyznaczające środek ulicy Main właśnie zmieniły się na czerwone, a ja zastanawiam się, czy nie zawrócić. Kubek czegoś ciepłego w Galaretce wydaje się dobrym pomysłem, chociażby dla zabicia czasu. Ale tuż za rogiem, zaraz za światłami, jest studio panny Macy. Szkoła tańca, która jeszcze dwa lata temu była moim drugim domem. Tutaj tańczyłam. Rozmyślałam. Pociłam się. Miło byłoby znowu się spocić. W oknach jest ciemno, ale przecież nadal mam swój klucz. Pobrzękuje w stacyjce razem z pękiem innych. Zanim światła zmieniają się na zielone, podejmuję decyzję. Ślimak przetacza się przez skrzyżowanie, a ja parkuję przed studiem. Moje dłonie, choć schowane bezpiecznie w rękawiczkach, drżą. Dawno już nie tańczyłam tylko dla siebie. Szklane drzwi świecą czystością. Wyobrażam sobie, jak nauczycielka, która zamykała wczoraj wieczorem szkołę, starła z nich wszystkie ślady małych paluszków. Otwieram je i wchodzę do środka. Oparta plecami o drzwi, oddycham głęboko, szukając znajomych zapachów, ale wszystko pachnie inaczej niż kiedyś. Może to wina nowej farby? Niewielka recepcja prawie się nie zmieniła. Po jednej stronie małej drewnianej lady stoją niebieskie segregatory, a po drugiej – biały wazon ze sztucznymi różami. Osiem składanych krzeseł, ustawionych wzdłuż okiennej witryny i przylegającej do niej ściany, tworzy zgrabną literę L. Pomieszczenie wypełniają poustawiane na półkach

i w gablotach zdjęcia obecnych i dawnych uczennic. Z wielu z nich uśmiechają się do mnie młodsze, pogodniejsze wersje mnie samej. Zupełnie jakbym weszła do albumu mojego życia. Przez kolejne drzwi wchodzę na jedyną tutaj salę. Zimowe światło ledwie oświetla pomieszczenie, przesączając się przez ścianę okien wychodzących na ulicę. Naciskam włącznik po prawej i salę wypełnia ciepła, żółtawa poświata. Rozlewa się po drewnianej podłodze i odbija od lustra na przeciwległej ścianie. Za oknem, po drugiej stronie ulicy, gdzie zaparkowałam swój samochód, trzech mężczyzn siedzi przed ciastkarnią. Jest zimno, są opatuleni we flanelowe koszule, kurtki i szaliki, a mimo to siedzą tam z kubkami parującej kawy. To samo robili dwa lata temu, gdy stąd wyjeżdżałam. Jeden z nich, chudy jak patyk i ubrany w pilotkę – chyba Bob – zauważa mnie i macha w moją stronę. Odmachuję, ale on zdążył już odwrócić się do swoich towarzyszy. Potrząsam głową, przykucając nad odtwarzaczem CD ustawionym w samych drzwiach. Dostrzegam opartą o niego białą kopertę z płytą. Widnieją na niej zamaszyste fioletowe litery. Napis brzmi: „Witaj w domu, Brielle”. Przesuwam otulonym w rękawiczkę palcem po krętym piśmie pani Macy. Mogłam napisać. Zadzwonić. Zamiast tego, prąc z zadowoleniem do przodu, przesiąkałam życiem miasta, w myślach spychając Stratus i wiecznie taką samą panią Macy na drugi plan. Ona jednak wiedziała, że tu przyjdę i zostawiła coś dla mnie. Muzykę na tej płycie dobrała zapewne osobiście. Czuję ucisk w piersiach, wsuwając płytę do odtwarzacza i naciskając przycisk „Play”. Nie mam zamiaru ściągać rękawiczek ani kurtki. Będę tu tylko chwilę. Muzyka zaczyna grać, a moje stopy odnajdują drogę do środka sali. Wybrany utwór jest w stylu pani Macy. Melodyjny, a nawet kwiecisty. Nie rozpoznaję go. Brzmi jak ścieżka dźwiękowa z jakiegoś filmu. Przypomina którąś z powieści Jane Austen albo coś w tym stylu. Stoję przed lustrem, ale mam zamknięte oczy. Wiem, co w nim zobaczę: chudą dziewczynę przebraną za żelkową piankę – puchata kurtka, rękawiczki, czapka, buty. Mimo wszystko tańczę. I płaczę.

18

19

154A_Oczy aniola_inside.indd 18-19

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

Muzyka wyrywa moje ramiona do przodu i ku górze, każe wspiąć się na palce i wejść w siebie. Zatracam się w niej na trzy, może cztery minuty. Jest tylko muzyka i ja. Kiedy przemierzam parkiet, przeszkadza mi piszczący dźwięk butów i szelest kurtki. Zatrzymuję się więc, by pogłośnić muzykę i zagłuszyć moje wdzianko dziewczyny z gór. Po chwili znowu wspinam się na palce i zaczynam tańczyć. Melodia wybrzmiewa do końca, a moje ciało zastyga w pierwszej pozycji w oczekiwaniu na następny utwór. Słysząc go, parskam śmiechem. Dobrze, że jestem sama. Piosenka pochodzi z mojego pokazu tanecznego w piątej klasie. Bezsensowna przyśpiewka o zwierzętach w dżungli. Dudniące bębny i brzęczące gitary wyraźnie kontrastują z duetem na fortepian i flet z poprzedniego kawałka. Moje stopy wystukują rytm. To silniejsze ode mnie. Muzyka staje się głośniejsza i zaczynam tupać nogami. Moje plecy wyginają się raz do przodu, raz do tyłu. Wymachuję ramionami nad głową, na zmianę raz jednym, raz drugim, a kiedy wchodzą odgłosy zwierząt, zaczynam uderzać się w piersi niczym goryl, zupełnie jak wtedy, gdy miałam jedenaście lat. Odchylam głowę do tyłu i wyję. I wtedy zauważam przelotnie swoje odbicie w lustrze. Nie tylko ja wyję. Na zewnątrz, tuż za szybą, stoi chłopak oparty o niebieską skrzynkę na listy. Chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Śmieje się ze mnie. Odginam się szybko do przodu i odwracam w stronę okna. Moje włosy rozsypują się w powietrzu. Chłopak prostuje się. Wie, że został przyłapany na podglądaniu. Od razu zwracam uwagę na jego jasnopiwne oczy – mają zielonkawy odcień, a ze źrenic wydobywają się rdzawe płomienie. Podchodzę do szyby. Teraz widzę wyraźnie błyszczące piwne oczy oprawione gęstymi czarnymi rzęsami – podobnymi do tych, które kobiety kupują i przyklejają do powiek. Jego brwi są ciemne, zbyt ciemne w stosunku do piaskowych włosów okalających jego twarz. Jest nad wyraz… opalony. Stojąc na chodniku naszego zamarzniętego miasteczka, wydaje się być trochę nie na miejscu, choć równie trudno jest mi wyobrazić go sobie w dużym mieście. Z pewnością nie należy do owej eklektycznej bandy, z którą zwykłam spędzać czas:

ambitnych tancerzy, plastikowych modelek, wyniosłych aktorów i bezwzględnych łowców talentów. Nie potrafię sobie wyobrazić odpowiedniej dla niego scenerii. Może w jakichś tropikach. Gdzieś, gdzie jest gorąco. Chłopak ma na sobie koszulkę z długim rękawem, na której widnieje nazwa jakiejś kapeli, o której nigdy nie słyszałam, do tego sprane dżinsy i trampki. Jego ubiór jest tak mało porywający, że cała moja uwaga skupia się na jego twarzy. Wygląda tak ciepło. Odgarniam włosy na plecy i poprawiam kurtkę. Moja twarz i szyja nabiegają krwią. Pomimo upokorzenia stoję niemal w bezruchu. Tak chyba powinno się postępować w razie ataku niedźwiedzia? Czy sprawdza się to również w przypadku chłopaków? Najwidoczniej nie. Podnosi ręce do góry w powszechnie rozpoznawalnym geście skruchy, a w miejsce wstrząsającego nim śmiechu pojawia się wzrok skruszonego szczeniaczka. Jednak wygląda na to, że nie jest w stanie na dłużej zdusić w sobie rozbawienia. Wyraz jego twarzy załamuje się i pojawia się na niej uśmiech. Przynajmniej ma na tyle przyzwoitości, żeby zakryć usta. Ale zaraz opuszcza ręce, odsłaniając szeroki uśmiech. Wstrętny, głupawy uśmiech. Podchodzi do okna i przyciska do niego swoją dłoń. Szyba wokół niej natychmiast zachodzi mgiełką, a on otwiera usta jakby chciał coś powiedzieć. Unoszę głowę w oczekiwaniu. Może chce przeprosić? Albo się przywitać. Jednak on zamyka usta i odrywa dłoń od szyby. W pozostawionym na szkle zamgleniu wyskrobuje palcem wskazującym jedno słowo: „Przepraszam”. Napisane jest oczywiście od tyłu. Nie przychodzi mi do głowy żadna sensowna odpowiedź, ale z jakiegoś powodu kładę ręce na biodrach. On odwraca się, a na jego twarzy nadal widnieje ten głupi uśmieszek. W końcu znika za okienną witryną, zostawiając mnie wściekłą i nadąsaną. Z zażenowania nie mogę wziąć oddechu, ale jeśli mam być szczera, to jeszcze nigdy nie było mi tak ciepło. Mężczyźni stojący po drugiej stronie ulicy wymachują w moim kierunku swoimi kubkami z kawą. Bob wstał i klaszcze. Jego kolega gwiżdże, wydając przeszywający dźwięk, który słyszę nawet w studiu. Wygląda na to, że im również spodobał się mój występ.

20

21

154A_Oczy aniola_inside.indd 20-21

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

Muzyka wyrywa moje ramiona do przodu i ku górze, każe wspiąć się na palce i wejść w siebie. Zatracam się w niej na trzy, może cztery minuty. Jest tylko muzyka i ja. Kiedy przemierzam parkiet, przeszkadza mi piszczący dźwięk butów i szelest kurtki. Zatrzymuję się więc, by pogłośnić muzykę i zagłuszyć moje wdzianko dziewczyny z gór. Po chwili znowu wspinam się na palce i zaczynam tańczyć. Melodia wybrzmiewa do końca, a moje ciało zastyga w pierwszej pozycji w oczekiwaniu na następny utwór. Słysząc go, parskam śmiechem. Dobrze, że jestem sama. Piosenka pochodzi z mojego pokazu tanecznego w piątej klasie. Bezsensowna przyśpiewka o zwierzętach w dżungli. Dudniące bębny i brzęczące gitary wyraźnie kontrastują z duetem na fortepian i flet z poprzedniego kawałka. Moje stopy wystukują rytm. To silniejsze ode mnie. Muzyka staje się głośniejsza i zaczynam tupać nogami. Moje plecy wyginają się raz do przodu, raz do tyłu. Wymachuję ramionami nad głową, na zmianę raz jednym, raz drugim, a kiedy wchodzą odgłosy zwierząt, zaczynam uderzać się w piersi niczym goryl, zupełnie jak wtedy, gdy miałam jedenaście lat. Odchylam głowę do tyłu i wyję. I wtedy zauważam przelotnie swoje odbicie w lustrze. Nie tylko ja wyję. Na zewnątrz, tuż za szybą, stoi chłopak oparty o niebieską skrzynkę na listy. Chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Śmieje się ze mnie. Odginam się szybko do przodu i odwracam w stronę okna. Moje włosy rozsypują się w powietrzu. Chłopak prostuje się. Wie, że został przyłapany na podglądaniu. Od razu zwracam uwagę na jego jasnopiwne oczy – mają zielonkawy odcień, a ze źrenic wydobywają się rdzawe płomienie. Podchodzę do szyby. Teraz widzę wyraźnie błyszczące piwne oczy oprawione gęstymi czarnymi rzęsami – podobnymi do tych, które kobiety kupują i przyklejają do powiek. Jego brwi są ciemne, zbyt ciemne w stosunku do piaskowych włosów okalających jego twarz. Jest nad wyraz… opalony. Stojąc na chodniku naszego zamarzniętego miasteczka, wydaje się być trochę nie na miejscu, choć równie trudno jest mi wyobrazić go sobie w dużym mieście. Z pewnością nie należy do owej eklektycznej bandy, z którą zwykłam spędzać czas:

ambitnych tancerzy, plastikowych modelek, wyniosłych aktorów i bezwzględnych łowców talentów. Nie potrafię sobie wyobrazić odpowiedniej dla niego scenerii. Może w jakichś tropikach. Gdzieś, gdzie jest gorąco. Chłopak ma na sobie koszulkę z długim rękawem, na której widnieje nazwa jakiejś kapeli, o której nigdy nie słyszałam, do tego sprane dżinsy i trampki. Jego ubiór jest tak mało porywający, że cała moja uwaga skupia się na jego twarzy. Wygląda tak ciepło. Odgarniam włosy na plecy i poprawiam kurtkę. Moja twarz i szyja nabiegają krwią. Pomimo upokorzenia stoję niemal w bezruchu. Tak chyba powinno się postępować w razie ataku niedźwiedzia? Czy sprawdza się to również w przypadku chłopaków? Najwidoczniej nie. Podnosi ręce do góry w powszechnie rozpoznawalnym geście skruchy, a w miejsce wstrząsającego nim śmiechu pojawia się wzrok skruszonego szczeniaczka. Jednak wygląda na to, że nie jest w stanie na dłużej zdusić w sobie rozbawienia. Wyraz jego twarzy załamuje się i pojawia się na niej uśmiech. Przynajmniej ma na tyle przyzwoitości, żeby zakryć usta. Ale zaraz opuszcza ręce, odsłaniając szeroki uśmiech. Wstrętny, głupawy uśmiech. Podchodzi do okna i przyciska do niego swoją dłoń. Szyba wokół niej natychmiast zachodzi mgiełką, a on otwiera usta jakby chciał coś powiedzieć. Unoszę głowę w oczekiwaniu. Może chce przeprosić? Albo się przywitać. Jednak on zamyka usta i odrywa dłoń od szyby. W pozostawionym na szkle zamgleniu wyskrobuje palcem wskazującym jedno słowo: „Przepraszam”. Napisane jest oczywiście od tyłu. Nie przychodzi mi do głowy żadna sensowna odpowiedź, ale z jakiegoś powodu kładę ręce na biodrach. On odwraca się, a na jego twarzy nadal widnieje ten głupi uśmieszek. W końcu znika za okienną witryną, zostawiając mnie wściekłą i nadąsaną. Z zażenowania nie mogę wziąć oddechu, ale jeśli mam być szczera, to jeszcze nigdy nie było mi tak ciepło. Mężczyźni stojący po drugiej stronie ulicy wymachują w moim kierunku swoimi kubkami z kawą. Bob wstał i klaszcze. Jego kolega gwiżdże, wydając przeszywający dźwięk, który słyszę nawet w studiu. Wygląda na to, że im również spodobał się mój występ.

20

21

154A_Oczy aniola_inside.indd 20-21

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore Ukłoniłabym się, ale mój zwierzęcy taniec dżungli zupełnie stłumił we mnie zmysł przekory. Zakradam się do okna i przyciskam do niego twarz. Jest zimne, a chłopak już sobie poszedł. Miejski plac odstaje od chodnika niczym ośmioboczny półwysep, a moją uwagę znowu przykuwa zegar. Z ciężkim westchnieniem zapinam kurtkę. Po tym, jak się tu upokorzyłam, szkoła powinna być łatwizną.

‚“

22

154A_Oczy aniola_inside.indd 22-23

Rozdział drugi

Brielle

L

iceum w Stratus emanuje chłodem. Pewnie zawsze tak wyglądało, ale po moim porannym treningu liczyłam na coś kojącego. A przynajmniej na coś umiarkowanego. Blaszane dachy przykrywają białe, impregnowane budynki: salę gimnastyczną, dwa pawilony z salami lekcyjnymi i salę spotkań. Na tle bladego nieba i białych funkcjonalnych budynków rośnie mnóstwo iglaków: ostrokrzewy, sosny, cyprysy. Pierwsze zajęcia to zaawansowany rachunek, tak przynajmniej napisano w planie, który wręczyła mi dobrze poinformowana i przesadnie życzliwa sekretarka, której imienia nie pamiętam. Nauczyciel natomiast jest nowy i najwidoczniej zupełnie niepoinformowany. Omal nie mdleję, gdy przedstawia mnie reszcie klasy. Ręce trzęsą mi się tak bardzo, że muszę aż wsunąć je do kieszeni, by nie przyciągały uwagi. Znowu jest mi niedobrze, ale na siłę przełykam ślinę. Najszybciej, jak to możliwe, zajmuję miejsce z tyłu sali i kładę głowę na ławce. To żałosne, ale konieczne. Kręci mi się w głowie, i to bardzo. Dwie trzecie ludzi w tej sali przez wiele lat chodziło ze mną do jednej klasy, a każdy z nich musiał widzieć wiadomości sprzed trzech tygodni. Było to aż nazbyt oczywiste, wnioskując po zbolałym wyrazie ich twarzy. Moja poranna taneczna improwizacja zwróciła wystarczająco dużo uwagi. Nie ma potrzeby skupiać jej jeszcze bardziej na sobie. Tym bardziej że odnoszę wrażenie, iż istnieje jakiś kosmiczny reflektor ustawiony na moją porażkę. 23

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore Ukłoniłabym się, ale mój zwierzęcy taniec dżungli zupełnie stłumił we mnie zmysł przekory. Zakradam się do okna i przyciskam do niego twarz. Jest zimne, a chłopak już sobie poszedł. Miejski plac odstaje od chodnika niczym ośmioboczny półwysep, a moją uwagę znowu przykuwa zegar. Z ciężkim westchnieniem zapinam kurtkę. Po tym, jak się tu upokorzyłam, szkoła powinna być łatwizną.

‚“

22

154A_Oczy aniola_inside.indd 22-23

Rozdział drugi

Brielle

L

iceum w Stratus emanuje chłodem. Pewnie zawsze tak wyglądało, ale po moim porannym treningu liczyłam na coś kojącego. A przynajmniej na coś umiarkowanego. Blaszane dachy przykrywają białe, impregnowane budynki: salę gimnastyczną, dwa pawilony z salami lekcyjnymi i salę spotkań. Na tle bladego nieba i białych funkcjonalnych budynków rośnie mnóstwo iglaków: ostrokrzewy, sosny, cyprysy. Pierwsze zajęcia to zaawansowany rachunek, tak przynajmniej napisano w planie, który wręczyła mi dobrze poinformowana i przesadnie życzliwa sekretarka, której imienia nie pamiętam. Nauczyciel natomiast jest nowy i najwidoczniej zupełnie niepoinformowany. Omal nie mdleję, gdy przedstawia mnie reszcie klasy. Ręce trzęsą mi się tak bardzo, że muszę aż wsunąć je do kieszeni, by nie przyciągały uwagi. Znowu jest mi niedobrze, ale na siłę przełykam ślinę. Najszybciej, jak to możliwe, zajmuję miejsce z tyłu sali i kładę głowę na ławce. To żałosne, ale konieczne. Kręci mi się w głowie, i to bardzo. Dwie trzecie ludzi w tej sali przez wiele lat chodziło ze mną do jednej klasy, a każdy z nich musiał widzieć wiadomości sprzed trzech tygodni. Było to aż nazbyt oczywiste, wnioskując po zbolałym wyrazie ich twarzy. Moja poranna taneczna improwizacja zwróciła wystarczająco dużo uwagi. Nie ma potrzeby skupiać jej jeszcze bardziej na sobie. Tym bardziej że odnoszę wrażenie, iż istnieje jakiś kosmiczny reflektor ustawiony na moją porażkę. 23

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

Powtarzam sobie w myślach: Oddychaj, uspokój się. Pomaga mi wsłuchanie się w głos nauczyciela. Monotonny i oszczędny. Zastanawiam się, ilu ludzi zdąży zasnąć, zanim skończy się lekcja. Zamykam oczy, gdy on zaczyna powtarzać materiał, na którym ani nie mogę się skupić, ani mi zbytnio nie zależy. Pół lekcji mija, zanim do kogokolwiek dociera to, o czym mówi, i właśnie wtedy jego cichy, beznamiętny głos mnie zaskakuje. – Aha – mówi – wygląda na to, że nie tylko ty jesteś tu nowa, Brielle. Poznajcie Jake’a. Jake to twoja klasa. Bez podnoszenia głowy i patrzenia domyślam się, kto to jest, i głęboko zapadam się w kurtkę. Dwoje nowych uczniów jednego dnia w liceum w Stratus? To musi być on. – Jest kilka wolnych miejsc z tyłu, obok panny Matthews. Wybierz sobie. Matematyk macha nerwowo ręką, wskazując tył sali, a ja chowam twarz w kurtkę. Cała klasa obraca się w moją stronę, ale nie patrzą na mnie. Nie tym razem. Wszyscy wydają się zafascynowani chłopakiem, który siada obok mnie. Dziewczyny – cały rząd – odwracają głowy, by lepiej widzieć, a kilku futbolistów w dżersejowych swetrach szturcha się nawzajem, przyglądając się badawczo nowemu uczniowi. Nauczyciel próbuje dalej prowadzić zajęcia, ale atmosfera panująca w sali jest raczej niezręczna. Nie zrozumcie mnie źle. Cieszę się, że uwaga całej klasy nie skupia się na mnie, ale żal mi tego chłopaka. Dla zasady nie przyłączam się do grona szyderców, którzy chichoczą i łypią oczami, ale ich fascynacja mnie intryguje. Czyżbym dzisiaj rano nie dostrzegła w tym chłopaku czegoś niezwykłego? Może błyszczy się w słońcu? Albo ma kły? O co chodzi? Nauczyciel uderza linijką o tablicę, aby przywołać nas do porządku, ale ja odwracam głowę, żeby lepiej widzieć. Tak, to on. Chłopak z pierwszego rzędu na porannym występie dziewczyny z dżungli. Jednak w zamkniętej przestrzeni klasy wydaje się jeszcze bardziej nie stąd niż na chodniku. Jego skóra jest ciemniejsza, ramiona szersze, a oczy mają w sobie jakąś intensywność – połączenie ciemności i światła.

Pierwszy raz od niemal miesiąca przestają mi się trząść dłonie. Ściągam rękawiczki, palec po palcu, starając się nie patrzeć na nieznajomego, który tak ostentacyjnie przyglądał mi się dzisiejszego ranka. Tutaj, w klasie, jego zachowanie jest bardziej formalne, wręcz stoickie. Do końca lekcji patrzy na tablicę. Ignoruje dziewczyny, które odrzucają włosy i ukradkiem spoglądają na niego z pierwszego rzędu. Nie zwraca uwagi na prężących się futbolistów. Ignoruje także mnie. Dźwięk dzwonka zaskakuje mnie. Prawie wszyscy są już spakowani, a ja nadal wpatruję się w podręcznik do rachunków. Nowy chłopak, Jake, wychodzi z ławki i zawiązuje sobie buta. – Rano było super. No, wiesz, twój taniec. – W jego głosie słychać chłopięcą chrypkę. Nie mogę przestać myśleć, że to od zbyt dużej dawki śmiechu. Podnosi z podłogi moją rękawiczkę i kładzie ją przede mną na ławce. – Dobra jesteś. Zamykam książkę. – Ty… no. Tam naprawdę były słowa. Przysięgam. On tymczasem przygryza wargę. Zupełnie jak wtedy przed studiem. – To niegrzecznie tak się gapić – cedzę przez zęby. – Mamusia chyba ci to mówiła. Jego twarz nagle się zmienia. Jest jakby smutniejsza. – Gdzieś o tym słyszałem. I nie chciałem się gapić. Po prostu znalazłem się w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu. – Wstaje i zarzuca plecak na ramię. – Masz talent. Nabija się ze mnie, jestem tego pewna. Bo przecież mój dziki taniec raczej nie wskazywał na to, że mam jakieś wybitne zdolności. Niezły powrót urządziłam. Pod znakiem małp i chłopców. Słowa jakoś ugrzęzły mi w gardle. Zamarzły na końcu języka. Z lekko przechyloną głową Jake wychodzi z sali, a ja zostaję, gryząc sopel kolejnych niewypowiedzianych słów. Nauczyć się znowu mówić to na dzisiaj zadanie numer jeden – myślę. Po minucie zauważam, że moje ręce znów się trzęsą. Tym razem tak mocno, że ponowne założenie rękawiczek zajmuje mi jakieś trzydzieści sekund. Gdybym mogła odczuwać wstyd przez cały

24

25

154A_Oczy aniola_inside.indd 24-25

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

Powtarzam sobie w myślach: Oddychaj, uspokój się. Pomaga mi wsłuchanie się w głos nauczyciela. Monotonny i oszczędny. Zastanawiam się, ilu ludzi zdąży zasnąć, zanim skończy się lekcja. Zamykam oczy, gdy on zaczyna powtarzać materiał, na którym ani nie mogę się skupić, ani mi zbytnio nie zależy. Pół lekcji mija, zanim do kogokolwiek dociera to, o czym mówi, i właśnie wtedy jego cichy, beznamiętny głos mnie zaskakuje. – Aha – mówi – wygląda na to, że nie tylko ty jesteś tu nowa, Brielle. Poznajcie Jake’a. Jake to twoja klasa. Bez podnoszenia głowy i patrzenia domyślam się, kto to jest, i głęboko zapadam się w kurtkę. Dwoje nowych uczniów jednego dnia w liceum w Stratus? To musi być on. – Jest kilka wolnych miejsc z tyłu, obok panny Matthews. Wybierz sobie. Matematyk macha nerwowo ręką, wskazując tył sali, a ja chowam twarz w kurtkę. Cała klasa obraca się w moją stronę, ale nie patrzą na mnie. Nie tym razem. Wszyscy wydają się zafascynowani chłopakiem, który siada obok mnie. Dziewczyny – cały rząd – odwracają głowy, by lepiej widzieć, a kilku futbolistów w dżersejowych swetrach szturcha się nawzajem, przyglądając się badawczo nowemu uczniowi. Nauczyciel próbuje dalej prowadzić zajęcia, ale atmosfera panująca w sali jest raczej niezręczna. Nie zrozumcie mnie źle. Cieszę się, że uwaga całej klasy nie skupia się na mnie, ale żal mi tego chłopaka. Dla zasady nie przyłączam się do grona szyderców, którzy chichoczą i łypią oczami, ale ich fascynacja mnie intryguje. Czyżbym dzisiaj rano nie dostrzegła w tym chłopaku czegoś niezwykłego? Może błyszczy się w słońcu? Albo ma kły? O co chodzi? Nauczyciel uderza linijką o tablicę, aby przywołać nas do porządku, ale ja odwracam głowę, żeby lepiej widzieć. Tak, to on. Chłopak z pierwszego rzędu na porannym występie dziewczyny z dżungli. Jednak w zamkniętej przestrzeni klasy wydaje się jeszcze bardziej nie stąd niż na chodniku. Jego skóra jest ciemniejsza, ramiona szersze, a oczy mają w sobie jakąś intensywność – połączenie ciemności i światła.

Pierwszy raz od niemal miesiąca przestają mi się trząść dłonie. Ściągam rękawiczki, palec po palcu, starając się nie patrzeć na nieznajomego, który tak ostentacyjnie przyglądał mi się dzisiejszego ranka. Tutaj, w klasie, jego zachowanie jest bardziej formalne, wręcz stoickie. Do końca lekcji patrzy na tablicę. Ignoruje dziewczyny, które odrzucają włosy i ukradkiem spoglądają na niego z pierwszego rzędu. Nie zwraca uwagi na prężących się futbolistów. Ignoruje także mnie. Dźwięk dzwonka zaskakuje mnie. Prawie wszyscy są już spakowani, a ja nadal wpatruję się w podręcznik do rachunków. Nowy chłopak, Jake, wychodzi z ławki i zawiązuje sobie buta. – Rano było super. No, wiesz, twój taniec. – W jego głosie słychać chłopięcą chrypkę. Nie mogę przestać myśleć, że to od zbyt dużej dawki śmiechu. Podnosi z podłogi moją rękawiczkę i kładzie ją przede mną na ławce. – Dobra jesteś. Zamykam książkę. – Ty… no. Tam naprawdę były słowa. Przysięgam. On tymczasem przygryza wargę. Zupełnie jak wtedy przed studiem. – To niegrzecznie tak się gapić – cedzę przez zęby. – Mamusia chyba ci to mówiła. Jego twarz nagle się zmienia. Jest jakby smutniejsza. – Gdzieś o tym słyszałem. I nie chciałem się gapić. Po prostu znalazłem się w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu. – Wstaje i zarzuca plecak na ramię. – Masz talent. Nabija się ze mnie, jestem tego pewna. Bo przecież mój dziki taniec raczej nie wskazywał na to, że mam jakieś wybitne zdolności. Niezły powrót urządziłam. Pod znakiem małp i chłopców. Słowa jakoś ugrzęzły mi w gardle. Zamarzły na końcu języka. Z lekko przechyloną głową Jake wychodzi z sali, a ja zostaję, gryząc sopel kolejnych niewypowiedzianych słów. Nauczyć się znowu mówić to na dzisiaj zadanie numer jeden – myślę. Po minucie zauważam, że moje ręce znów się trzęsą. Tym razem tak mocno, że ponowne założenie rękawiczek zajmuje mi jakieś trzydzieści sekund. Gdybym mogła odczuwać wstyd przez cały

24

25

154A_Oczy aniola_inside.indd 24-25

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

dzień, to może bym wreszcie odtajała. Ale zasłużyłam sobie na to przenikliwe zimno, więc strącam z powieki łzę ofiarującą mi swoje słone pocieszenie. Naciągam na głowę kaptur – tarczę chroniącą przed ukłuciami cudzych spojrzeń – i przemierzam oszroniony, szkolny dziedziniec. Nie myślę o tym nowym chłopaku. Wcale.

Reszta zajęć przebiega bez zakłóceń: literatura, wiedza o społeczeństwie, język francuski. Jedyne zajęcia, które wybrałam sama, to zaawansowana fotografia. Idąc tam, przyspieszam kroku. Dawno nie byłam w prawdziwej ciemni. Austen – moja szkoła w mieście – nie oferuje tradycyjnych zajęć z fotografii. Zamiast tego proponuje kurs z cyfrowej obróbki obrazu, który skupia się głównie na manipulowaniu fotografią za pomocą programów komputerowych. Klisza jest niepotrzebna. Ciemnia też nie. Tylko kamery cyfrowe i pracownia z MAC-ami. I chociaż podobały mi się tamte zajęcia, to ręczna obróbka i wywoływanie kliszy ma w sobie coś wszechogarniającego. Możesz tego dotknąć i to zobaczyć. A nawet poczuć zapach. Całym procesem rządzą nieustanne zmiany – ma on swój rytm tak jak taniec. Może dlatego tak bardzo to lubię. Bezsprzecznie jest to wymierająca forma sztuki. I chociaż skok w nowoczesną rzeczywistość jest tym, czego potrzebuje nasze miasteczko, cieszę się, że zanim tradycyjna fotografia zniknie z liceum w Stratus, mnie dawno już tu nie będzie. Od razu znikam w ciemni, napotykając w przelocie mrugnięcie nauczyciela. Pan Burns jest ekscentrycznym starszym człowiekiem i nie prowadzi typowych zajęć w klasie. Raz w tygodniu ma wykład o jakiejś technice lub urządzeniu, a w czwartki prowadzi spotkanie dyskusyjne. Każdy przedstawia jedno zdjęcie i każdy głosuje. Wygranym przyznawane są nawet wstęgi. Przez resztę tygodnia możemy pracować nad swoimi bieżącymi projektami. Ciemnia jest mała i chociaż jest tu jeszcze tylko dwóch uczniów, wydaje się zatłoczona. Nie wpływa to na mnie korzystnie ze względu

na nabyte ostatnimi czasy skłonności do klaustrofobii, ale z radia w rogu dobiega śpiew Johna Mayera i jest tu cieplej niż na zewnątrz. Rzucam swoje rzeczy na stanowisku w rogu, zamierzam bowiem wywołać klisze od dawna zalegające w torbie od aparatu. Nie mając dostępu do ciemni, nazbierałam ich trochę. Kiedy otwieram kieszeń w przedniej klapie, wypada z niej sześć rolek. Mam więc na czym się skupić. Bezmyślne powtarzanie czynności przynosi oczyszczenie. Nawet moje zgrabiałe palce współpracują ściśnięte wewnątrz światłoszczelnej torby. Odbezpieczam końcówkę kasetki, żeby wyjąć kliszę i ostrożnie nawinąć ją na szpulę, tak by nie zostawić na niej śladów palców. Moje palce poruszają się szybko, podczas gdy ja obmyślam plan na następne kilka dni. Dzisiaj skupię się na wywołaniu tych filmów i rozwieszeniu ich do wyschnięcia. Ponieważ dopiero wróciłam, wykręcę się z jutrzejszej dyskusji i przejrzę wywołane klisze, zrobię stykówki i zobaczę, czy mam tu coś, nad czym mogę dalej pracować. Wkładam szpulę do koreksu i otwieram torbę, a moje myśli zaczynają wędrować. Myślę o niczym niezakłóconym odosobnieniu, które zagwarantowali mi inni uczniowie. Teraz, na ostatnich zajęciach tego dnia, jestem w zasadzie ignorowana. Wygląda na to, że mój chłód jest zaraźliwy, bo dziewczyna siedząca obok mnie na wiedzy o społeczeństwie autentycznie się zatrzęsła, gdy otarła się o moje ramię. Dobrze, że ten pokój jest ciemny. Jeżeli zaczną mi się trząść ręce, nie muszę zbytnio się starać, by to ukryć. Pan Burns musiał jednak włączyć ogrzewanie, ponieważ trzeci raz tego dnia jest mi ciepło. Przyjmując z ulgą brak chłodu, ściągam sweter. Czuję się teraz trochę bardziej normalnie: bez rękawiczek, bez kurtki i swetra. Tylko w białej koszulce z długimi rękawami i w spranych, niebieskich dżinsach. Moje myśli kontynuują swoją wędrówkę. Z pewnym wysiłkiem odciągam je z dala od tego, co wydarzyło się trzy tygodnie temu, z dala od miasta. Są inne rzeczy, które trzeba przemyśleć. Inni ludzie. Ludzie stąd. Ludzie, którzy nie mają nic wspólnego z tamtym miejscem.

26

27

***

154A_Oczy aniola_inside.indd 26-27

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

dzień, to może bym wreszcie odtajała. Ale zasłużyłam sobie na to przenikliwe zimno, więc strącam z powieki łzę ofiarującą mi swoje słone pocieszenie. Naciągam na głowę kaptur – tarczę chroniącą przed ukłuciami cudzych spojrzeń – i przemierzam oszroniony, szkolny dziedziniec. Nie myślę o tym nowym chłopaku. Wcale.

Reszta zajęć przebiega bez zakłóceń: literatura, wiedza o społeczeństwie, język francuski. Jedyne zajęcia, które wybrałam sama, to zaawansowana fotografia. Idąc tam, przyspieszam kroku. Dawno nie byłam w prawdziwej ciemni. Austen – moja szkoła w mieście – nie oferuje tradycyjnych zajęć z fotografii. Zamiast tego proponuje kurs z cyfrowej obróbki obrazu, który skupia się głównie na manipulowaniu fotografią za pomocą programów komputerowych. Klisza jest niepotrzebna. Ciemnia też nie. Tylko kamery cyfrowe i pracownia z MAC-ami. I chociaż podobały mi się tamte zajęcia, to ręczna obróbka i wywoływanie kliszy ma w sobie coś wszechogarniającego. Możesz tego dotknąć i to zobaczyć. A nawet poczuć zapach. Całym procesem rządzą nieustanne zmiany – ma on swój rytm tak jak taniec. Może dlatego tak bardzo to lubię. Bezsprzecznie jest to wymierająca forma sztuki. I chociaż skok w nowoczesną rzeczywistość jest tym, czego potrzebuje nasze miasteczko, cieszę się, że zanim tradycyjna fotografia zniknie z liceum w Stratus, mnie dawno już tu nie będzie. Od razu znikam w ciemni, napotykając w przelocie mrugnięcie nauczyciela. Pan Burns jest ekscentrycznym starszym człowiekiem i nie prowadzi typowych zajęć w klasie. Raz w tygodniu ma wykład o jakiejś technice lub urządzeniu, a w czwartki prowadzi spotkanie dyskusyjne. Każdy przedstawia jedno zdjęcie i każdy głosuje. Wygranym przyznawane są nawet wstęgi. Przez resztę tygodnia możemy pracować nad swoimi bieżącymi projektami. Ciemnia jest mała i chociaż jest tu jeszcze tylko dwóch uczniów, wydaje się zatłoczona. Nie wpływa to na mnie korzystnie ze względu

na nabyte ostatnimi czasy skłonności do klaustrofobii, ale z radia w rogu dobiega śpiew Johna Mayera i jest tu cieplej niż na zewnątrz. Rzucam swoje rzeczy na stanowisku w rogu, zamierzam bowiem wywołać klisze od dawna zalegające w torbie od aparatu. Nie mając dostępu do ciemni, nazbierałam ich trochę. Kiedy otwieram kieszeń w przedniej klapie, wypada z niej sześć rolek. Mam więc na czym się skupić. Bezmyślne powtarzanie czynności przynosi oczyszczenie. Nawet moje zgrabiałe palce współpracują ściśnięte wewnątrz światłoszczelnej torby. Odbezpieczam końcówkę kasetki, żeby wyjąć kliszę i ostrożnie nawinąć ją na szpulę, tak by nie zostawić na niej śladów palców. Moje palce poruszają się szybko, podczas gdy ja obmyślam plan na następne kilka dni. Dzisiaj skupię się na wywołaniu tych filmów i rozwieszeniu ich do wyschnięcia. Ponieważ dopiero wróciłam, wykręcę się z jutrzejszej dyskusji i przejrzę wywołane klisze, zrobię stykówki i zobaczę, czy mam tu coś, nad czym mogę dalej pracować. Wkładam szpulę do koreksu i otwieram torbę, a moje myśli zaczynają wędrować. Myślę o niczym niezakłóconym odosobnieniu, które zagwarantowali mi inni uczniowie. Teraz, na ostatnich zajęciach tego dnia, jestem w zasadzie ignorowana. Wygląda na to, że mój chłód jest zaraźliwy, bo dziewczyna siedząca obok mnie na wiedzy o społeczeństwie autentycznie się zatrzęsła, gdy otarła się o moje ramię. Dobrze, że ten pokój jest ciemny. Jeżeli zaczną mi się trząść ręce, nie muszę zbytnio się starać, by to ukryć. Pan Burns musiał jednak włączyć ogrzewanie, ponieważ trzeci raz tego dnia jest mi ciepło. Przyjmując z ulgą brak chłodu, ściągam sweter. Czuję się teraz trochę bardziej normalnie: bez rękawiczek, bez kurtki i swetra. Tylko w białej koszulce z długimi rękawami i w spranych, niebieskich dżinsach. Moje myśli kontynuują swoją wędrówkę. Z pewnym wysiłkiem odciągam je z dala od tego, co wydarzyło się trzy tygodnie temu, z dala od miasta. Są inne rzeczy, które trzeba przemyśleć. Inni ludzie. Ludzie stąd. Ludzie, którzy nie mają nic wspólnego z tamtym miejscem.

26

27

***

154A_Oczy aniola_inside.indd 26-27

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

Ludzie jak Kaylee. Dziwne, że nie jestem z nią na żadnych zajęciach. Chciałabym zmartwić się tym faktem, ale nie wzbudza to we mnie większych emocji. I ten nowy chłopak. Jake. Skąd on się w ogóle wziął? Czy nauczyciel wspominał o tym? Odwracam się energicznie, by sięgnąć po wywoływacz stojący na stoliku za mną. Pogrążona w myślach, wpadam na kogoś, mocno uderzając tę osobę w brzuch trzymanym w ręku metalowym koreksem. – Oj… Jest mi przykro i powinnam przeprosić. Ale nie robię tego. Rozprasza mnie ręka trzymająca mnie za nadgarstek. To ręka Jake’a, jak się okazuje, mojego prześladowcy. – Cześć – mówi. Opiera na swojej piersi obydwa moje nadgarstki i koreks. Jego serce uderza równomiernie pod moimi rękami, a moje wyraźnie przyspiesza. Wygląda na to, że moim przeznaczeniem jest zrobienie z siebie idiotki na oczach tego gościa. Nie wiedziałem, że razem chodzimy na te zajęcia – tłumaczy. Ja… też – dukam. – Też nie wiedziałam. Uśmiecha się. Z bliska jego uśmiech wydaje się wykrzywiony i złowieszczy, i zaraz przypomina mi się piosenka Pink, ta o tabletkach i morfinie. Myślę o tym, jak niebezpieczne jest zauroczenie. Jak niebezpieczne okazało się dla niej. Robię krok do tyłu i zauważam, że nadal trzyma mnie za nadgarstek. Próbuję zebrać myśli i zbudować jakieś sensowne zdanie, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Za Jakiem otwierają się drzwi, przez które wchodzi pan Burns. – Jake, mogę cię na chwilę prosić? Potrzebuję pomocy przy wniesieniu nowego powiększalnika. – Oczywiście, panie Burns. – Cały czas wpatruje się w moją twarz, a w jego krzywym uśmiechu czai się drwina. Mija sekunda albo dwie, zanim puszcza moje nadgarstki i podąża do sali za nauczycielem. – Elle, czy mogłabyś przytrzymać nam wewnętrzne drzwi? Grace trzyma te na zewnątrz. Pomiędzy ciemnią a klasą znajduje się krótki korytarz z drzwiami na każdym z jego końców. Miejsce to jest nieoświetlone i służy

jako strefa przejściowa, chroniąca ciemnię przed białym światłem dochodzącym z sali. – Oczywiście… – Odstawiam koreks na swoje stanowisko pracy i pospiesznie biegnę do drzwi, by tam na nich czekać. Kiedy dobiegam, Jake i pan Burns właśnie przechodzą przez pierwsze drzwi. W jasnym świetle, bijącym z sali za nimi, widzę, jak mijają Grace, której rudą czuprynę znam od czasu przedszkola. Trzyma otwarte drzwi od klasy i w momencie gdy przechodzi obok niej Jake, udaje odruch omdlenia, który widzę tylko ja. Grace zachowuje się po przyjacielsku. Powinnam do niej mrugnąć i powtórzyć jej omdlewający gest, po czym mogłybyśmy zachichotać jak przyjaciółki. Jednak z jakiegoś powodu jej zainteresowanie Jakiem mnie irytuje. Pan Burns i Jake zatrzymują się. – Jeszcze raz cześć – mówi Jake. Stoi tak blisko. Odchrząkuję. – W porządku, Grace. Gotowe. Możesz już zamknąć tamte drzwi – instruuje pan Burns. – Baw się dobrze, Brielle. – Grace zamyka za sobą drzwi i zapada ciemność. Przez chwilę odczuwam wdzięczność, że jest tu pan Burns. Nie ufam sobie, będąc sam na sam z tym nieznajomym. Kto wie, co mogłabym powiedzieć albo zrobić. Po omacku otwieram drzwi do ciemni. Oni przeciskają się obok mnie – najpierw Jake, z łatwością podnosząc swoją stronę powiększalnika, a za nim pan Burns, sapiąc z wysiłku. Ustawiają powiększalnik na jego nowym miejscu, zabezpieczają jakieś przewody i podłączają do prądu. Pan Burns dziękuję Jake’owi i szybko znika za drzwiami, przeklinając cicho pod nosem i rozcierając ramię. Pozostała dwójka uczniów korzystających z ciemni zaczyna się śmiać z niezrozumiałego dla mnie powodu, po czym mijając mnie po kolei, wychodzi do klasy. Jesteśmy teraz sami: Jake i ja. To nie wróży nic dobrego. Co jeśli znowu odtańczę jakieś irlandzkie podskoki albo, co gorsza, jeszcze raz na niego wpadnę? Jednak Jake siedzi na drugim końcu pomieszczenia z głową pochyloną nad powiększalnikiem, odwrócony do mnie plecami.

28

29

154A_Oczy aniola_inside.indd 28-29

07.03.2014 08:23


Shannon dittemore

Oczy anioła

Ludzie jak Kaylee. Dziwne, że nie jestem z nią na żadnych zajęciach. Chciałabym zmartwić się tym faktem, ale nie wzbudza to we mnie większych emocji. I ten nowy chłopak. Jake. Skąd on się w ogóle wziął? Czy nauczyciel wspominał o tym? Odwracam się energicznie, by sięgnąć po wywoływacz stojący na stoliku za mną. Pogrążona w myślach, wpadam na kogoś, mocno uderzając tę osobę w brzuch trzymanym w ręku metalowym koreksem. – Oj… Jest mi przykro i powinnam przeprosić. Ale nie robię tego. Rozprasza mnie ręka trzymająca mnie za nadgarstek. To ręka Jake’a, jak się okazuje, mojego prześladowcy. – Cześć – mówi. Opiera na swojej piersi obydwa moje nadgarstki i koreks. Jego serce uderza równomiernie pod moimi rękami, a moje wyraźnie przyspiesza. Wygląda na to, że moim przeznaczeniem jest zrobienie z siebie idiotki na oczach tego gościa. Nie wiedziałem, że razem chodzimy na te zajęcia – tłumaczy. Ja… też – dukam. – Też nie wiedziałam. Uśmiecha się. Z bliska jego uśmiech wydaje się wykrzywiony i złowieszczy, i zaraz przypomina mi się piosenka Pink, ta o tabletkach i morfinie. Myślę o tym, jak niebezpieczne jest zauroczenie. Jak niebezpieczne okazało się dla niej. Robię krok do tyłu i zauważam, że nadal trzyma mnie za nadgarstek. Próbuję zebrać myśli i zbudować jakieś sensowne zdanie, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Za Jakiem otwierają się drzwi, przez które wchodzi pan Burns. – Jake, mogę cię na chwilę prosić? Potrzebuję pomocy przy wniesieniu nowego powiększalnika. – Oczywiście, panie Burns. – Cały czas wpatruje się w moją twarz, a w jego krzywym uśmiechu czai się drwina. Mija sekunda albo dwie, zanim puszcza moje nadgarstki i podąża do sali za nauczycielem. – Elle, czy mogłabyś przytrzymać nam wewnętrzne drzwi? Grace trzyma te na zewnątrz. Pomiędzy ciemnią a klasą znajduje się krótki korytarz z drzwiami na każdym z jego końców. Miejsce to jest nieoświetlone i służy

jako strefa przejściowa, chroniąca ciemnię przed białym światłem dochodzącym z sali. – Oczywiście… – Odstawiam koreks na swoje stanowisko pracy i pospiesznie biegnę do drzwi, by tam na nich czekać. Kiedy dobiegam, Jake i pan Burns właśnie przechodzą przez pierwsze drzwi. W jasnym świetle, bijącym z sali za nimi, widzę, jak mijają Grace, której rudą czuprynę znam od czasu przedszkola. Trzyma otwarte drzwi od klasy i w momencie gdy przechodzi obok niej Jake, udaje odruch omdlenia, który widzę tylko ja. Grace zachowuje się po przyjacielsku. Powinnam do niej mrugnąć i powtórzyć jej omdlewający gest, po czym mogłybyśmy zachichotać jak przyjaciółki. Jednak z jakiegoś powodu jej zainteresowanie Jakiem mnie irytuje. Pan Burns i Jake zatrzymują się. – Jeszcze raz cześć – mówi Jake. Stoi tak blisko. Odchrząkuję. – W porządku, Grace. Gotowe. Możesz już zamknąć tamte drzwi – instruuje pan Burns. – Baw się dobrze, Brielle. – Grace zamyka za sobą drzwi i zapada ciemność. Przez chwilę odczuwam wdzięczność, że jest tu pan Burns. Nie ufam sobie, będąc sam na sam z tym nieznajomym. Kto wie, co mogłabym powiedzieć albo zrobić. Po omacku otwieram drzwi do ciemni. Oni przeciskają się obok mnie – najpierw Jake, z łatwością podnosząc swoją stronę powiększalnika, a za nim pan Burns, sapiąc z wysiłku. Ustawiają powiększalnik na jego nowym miejscu, zabezpieczają jakieś przewody i podłączają do prądu. Pan Burns dziękuję Jake’owi i szybko znika za drzwiami, przeklinając cicho pod nosem i rozcierając ramię. Pozostała dwójka uczniów korzystających z ciemni zaczyna się śmiać z niezrozumiałego dla mnie powodu, po czym mijając mnie po kolei, wychodzi do klasy. Jesteśmy teraz sami: Jake i ja. To nie wróży nic dobrego. Co jeśli znowu odtańczę jakieś irlandzkie podskoki albo, co gorsza, jeszcze raz na niego wpadnę? Jednak Jake siedzi na drugim końcu pomieszczenia z głową pochyloną nad powiększalnikiem, odwrócony do mnie plecami.

28

29

154A_Oczy aniola_inside.indd 28-29

07.03.2014 08:23


Spis treści

Aby dowiedzieć się czegoś więcej o tragedii, jaką jest handel ludźmi, o sposobach przeciwdziałania, odwiedź strony:

Nota od Wydawcy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5 Wstęp. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Oczy anioła. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9 Posłowie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 279 Wskazówki do czytania w grupie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 282 Podziękowania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 284

www.chabdai.org, http://eurohelp.com.pl/nie-niewolnictwu/, http://www.strada.org.pl, http://www.po-moc.pl/uwaga-handel-ludzmi.html.

154A_Oczy aniola_inside.indd 286-287

07.03.2014 08:24


Spis treści

Aby dowiedzieć się czegoś więcej o tragedii, jaką jest handel ludźmi, o sposobach przeciwdziałania, odwiedź strony:

Nota od Wydawcy. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5 Wstęp. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Oczy anioła. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9 Posłowie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 279 Wskazówki do czytania w grupie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 282 Podziękowania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 284

www.chabdai.org, http://eurohelp.com.pl/nie-niewolnictwu/, http://www.strada.org.pl, http://www.po-moc.pl/uwaga-handel-ludzmi.html.

154A_Oczy aniola_inside.indd 286-287

07.03.2014 08:24


Oczy anioła