Program meczowy na finał STS Pucharu Polski już dostępny
Drodzy Kibice!
Przed nami wielki finał STS Pucharu Polski – starcie, w którym o trofeum na PGE Narodowym w Warszawie powalczą Górnik Zabrze i Raków Częstochowa. To zwieńczenie rozgrywek nieprzypadkowo nazywanych Pucharem Tysiąca Drużyn – pełnych emocji, pasji i chwil, które zostają w pamięci na długo.
Na murawie spotkają się dwa utytułowane kluby. Górnik Zabrze sięgał po Puchar Polski w swojej historii sześciokrotnie, choć na kolejne zwycięstwo czeka już ponad pół wieku – ostatni raz triumfował w 1972 roku. Raków Częstochowa ma z kolei w dorobku dwa triumfy, odniesione w latach 2021 i 2022.
Tegoroczna edycja po raz kolejny udowodniła, że w tych rozgrywkach wszystko jest możliwe. Puchar Tysiąca Drużyn to scenariusze, których nie sposób napisać wcześniej – tu każdy może wygrać z każdym, bez względu na ligę, w której obecnie występuje. Jedną z najpiękniejszych historii stworzył Zawisza Bydgoszcz. Trzecioligowiec dotarł aż do półfinału, gdzie dopiero po zaciętym meczu musiał uznać wyższość Górnika (0:1).
Finał rozegrany w Dniu Flagi Rzeczypospolitej Polskiej zapowiada się jako wyjątkowe święto futbolu. Niech to będzie mecz, który zapamiętamy na długo – pełen pasji, zwrotów akcji i emocji do ostatniego gwizdka. Niech wygra lepszy!
Łączy nas piłka!
Wydawca: Polski Związek Piłki Nożnej ul. Bitwy Warszawskiej 1920 r. 7
Redaktor prowadzący: Jacek Janczewski. Redakcja: Paweł Drażba, Emil Kopański, Szymon Tomasik, Rafał Cepko, Tomasz Biliński, Rafał Byrski, Piotr Kuczkowski, Adrian Woźniak, Piotr Wiśniewski, Tadeusz Danisz, Piotr Chołdrych.
Michal Gasparik: Na tym trofeum zależy wszystkim kibicom
GÓRNIK STOI PRZED JEDNYM Z NAJWAŻNIEJSZYCH
MECZÓW W SWOJEJ NAJNOWSZEJ HISTORII – FINAŁEM STS
PUCHARU POLSKI NA PGE NARODOWYM. SZKOLENIOWIEC
ZABRZAŃSKIEGO ZESPOŁU MICHAL GASPARIK MA WIĘC
SZANSĘ ZAPISAĆ SIĘ W KLUBOWYCH KRONIKACH I PO PONAD
PÓŁ WIEKU PRZERWY SIĘGNĄĆ Z GÓRNIKIEM PO TROFEUM
W KRAJOWYM PUCHARZE. – JEST DODATKOWA PRESJA, BO WIEMY, ŻE WSZYSTKIM NA TYM BARDZO ZALEŻY, NASZYM
KIBICOM. DUŻE CIŚNIENIE BYŁO JUŻ W PÓŁFINALE.
KAŻDY OCZEKIWAŁ, ŻE SKORO GRAMY Z ZESPOŁEM
Z TRZECIEJ LIGI, TO NA PEWNO AWANSUJEMY DO FINAŁU.
TERAZ JUŻ W NIM JESTEŚMY I PRESJA JEST ZAWSZE
NORMALNA W TAKICH OKOLICZNOŚCIACH – POWIEDZIAŁ
PRZED MECZEM TRENER MICHAL GASPARIK.
Jest pan doświadczonym szkoleniowcem, jeśli chodzi o rozgrywki pucharowe. W swoim CV ma pan trzy triumfy ze Spartakiem Trnawa, więc doskonale wie pan, jak wygrywać mecze, w których nie ma miejsca na błędy. Czy to może być przewaga Górnika Zabrze nad Rakowem Częstochowa?
Te doświadczenia są ważne dla nas, dla sztabu szkoleniowego. Braliśmy już udział w takich meczach, ale na boisku o wszystkim decydować będą piłkarze – jaką formę będą mieli w danym dniu, jak będą przygotowani mentalnie. Myślę, że czeka nas otwarty mecz. Szanse oceniam 50 na 50.
To pana pierwszy sezon w Górniku Zabrze. W stosunkowo krótkim czasie doprowadził pan drużynę do finału STS Pucharu Polski. Jak ocenia pan postęp drużyny od momentu, gdy przejął stery w klubie? Co zmieniło się najbardziej? Każdy trener ma swój pomysł na to, jak ma wyglądać jego zespół. Ja teraz czuję, że chłopcy nam ufają. Wierzą, że to, co robimy, robimy dobrze, i że idziemy w dobrym kierunku. Zespół najbardziej zmienił się taktycznie. Mamy zbalansowaną ofensywę i defensywę. Piłkarze nawet w tych „nieładnych” meczach wiedzą, że przede wszystkim trzeba na boisku powalczyć. W szatni czujemy, że jesteśmy mocnym zespołem, z dobrym charakterem, trzymamy się razem. To jest dla nas najważniejsze, bo nie mamy tu gwiazd, ale prezentujemy się jako team z dobrą organizacją i dyscypliną.
Górnik Zabrze po raz ostatni sięgnął po Puchar Polski w 1972 roku. Czy w związku z tym odczuwa pan w klubie dodatkową presję? Z drugiej strony już sam awans do finału jest dużym osiągnięciem, zwłaszcza biorąc pod uwagę wcześniejsze lata niepowodzeń zespołu. Jest dodatkowa presja, bo wiemy, że wszystkim na tym bardzo zależy, naszym kibicom. Duże ciśnienie było już w półfinale. Każdy oczekiwał, że skoro gramy z zespołem z trzeciej ligi, to na pewno awansujemy do finału. Teraz już w nim jesteśmy i presja jest zawsze normalna w takich okolicznościach. Chłopcy na boisku muszą być mentalnie
MICHAL GASPARIK
Finał to zawsze mecz, któremu towarzyszą największe emocje, bo to tylko jedno spotkanie. Jeśli wygrasz, od razu masz trofeum w rękach. I to jest najlepsze w piłce nożnej.
bardzo mocni i potem jesteśmy w stanie zagrać na swoim poziomie.
Jak ważną rolę w szatni może odegrać Lukas Podolski, czyli zawodnik o ogromnym doświadczeniu, który widział i osiągnął bardzo wiele w europejskiej piłce? W jaki sposób jego obecność może wpłynąć na drużynę przed najważniejszym meczem Górnika od kilku dziesięciu lat?
Już sama obecność „Poldiego” w szatni, obok tych chłopaków, jest dla wszystkich dużym wsparciem. Zwraca uwagę na wiele szczegółów. Ma świetny kontakt z resztą zawodników, umie z nimi rozma wiać tak, by do nich trafić. Myślę, że oni czują, że nawet gdy Lukasa nie ma na boisku, jest w stanie im pomóc. Szczególnie młodszym chłopakom, którzy nie mają tyle doświadczenia.
Niewątpliwie jednak finał na PGE Narodowym to dla wielu zawodników coś nowego, być może „mecz życia”. Czy stara się pan ich chronić przed nadmierną ekscytacją, która mogłaby prze szkodzić im w skupieniu, czy wręcz przeciwnie – zachęca ich do tego, żeby w pełni cieszyli się wyjątkowością tej chwili?
Będziemy nad tym pracować, bo wiem, że w finale najważniejsza jest głowa. Zespół mocniejszy w tym aspekcie będzie w stanie lepiej realizować plan na ten mecz. Jasne, że starcie na PGE Narodowym jest to dla wszystkich coś niezwykłego – także dla nas trenerów i całego sztabu szkoleniowego. Na tym stadionie w zasadzie możesz zagrać tylko gdy jesteś w reprezentacji, a nie gdy pracujesz w klubie.
Kogo – poza Podolskim – wskazałby pan jako piłkarza stworzonego do meczów takich jak finał Pucharu Polski?
Kilku zawodników już grało w takich meczach i myślę, że tacy muszą się pojawić na boisku. Najbardziej doświadczeni są Erik Janża, Lukas Sadilek pięć razy był w finałach, Ondrej Zmrzly ze Slavią Praga poznał takie największe mecze, Jarek Kubicki był w finałach. To są piłkarze, którzy grają u nas w wyjściowej jedenastce i są obyci z takimi spotkaniami.
W marcu pokonaliście Raków w lidze 3:1. Czy tamto spotkanie dostarczyło panu jakieś wnioski w kontekście przygotowań do finału na PGE Narodowym, czy jednak należy spodziewać się zupełnie innego meczu i innego podejścia?
Być może będzie trochę inna taktyka, ale przygotowanie na ten finał w dużej mierze opierać się będzie
Łączy nas piłka
szanują naszą pracę, pracę całego klubu. Do tego dochodzą media społecznościowe. Korzystam z Instagrama i Facebooka i tam też dużo ludzi pisze do mnie.
Finał na PGE Narodowym to nie tylko wydarzenie sportowe, ale również ogromne emocje, dziesiątki tysięcy kibiców na trybunach i wyjątkowa atmosfera piłkarskiego święta. Jak przygotowuje pan zespół pod względem mentalnym, aby skala tego wydarzenia nie sparaliżowała zawodników, lecz stała się dla nich dodatkową motywacją?
Każdy trener ma swoje know-how na przygotowania do meczów pucharowych. Będzie to naprawdę wyjątkowy dzień. Finał to zawsze mecz, któremu towarzyszą największe emocje, bo to tylko jedno spotkanie. Jeśli wygrasz, od razu masz trofeum w rękach. I to jest najlepsze w piłce nożnej.
5 marca 2026, Świdnik Avia Świdnik – Raków Częstochowa
1:2 (0:1, 1:1) pd.
Bramki: Dominik Zawadzki 90
– Jonatan Brunes 45, Ariel Mosór 92
1/2 FINAŁU
9 kwietnia 2026, Częstochowa
Raków Częstochowa – GKS Katowice
4:4 (0:2, 3:3) pd. k. 4:2
Bramki: Jonatan Brunes 47, Bogdan Racovitan 49, Lamine Diaby-Fadiga 67, Alan Czerwiński 112 (s)
– Erik Jirka 21, Arkadiusz Jędrych 41 (k), Adam Zrelak 90, Eman Markovic 116
Sztab szkoleniowy Rakowa Częstochowa
Łukasz Tomczyk Trener
Kacper Jędrychowski Asystent trenera
Maciej Leszczyński Analityk
Konrad Czapeczka Psycholog sportu
Krzysztof Wdowik Sztab medyczny
Łukasz Ocimek Asystent trenera
Maciej Sikorski Trener bramkarzy
Stanisław Gadziński Trener przygotowania motorycznego
Grzegorz Mazur Sztab medyczny
Wojciech Kusak Lekarz
Patryk Węgrzyński Kit manager
Dawid Szulczek Asystent trenera
Jakub Jastrzębski Asystent trenera bramkarzy
Łukasz Juchnik Trener przygotowania motorycznego
Leszek Simiłowski Sztab medyczny
Kamil Waskowski Kierownik drużyny
Magdalena Zdybowicz Szef kuchni
Mateusz Wrana Asystent trenera
Filip Zaranek Trener analityk
Dawid Nabiałek Trener przygotowania motorycznego
Błażej Stępień Sztab medyczny
Oskar Koślik Asystent kierownika drużyny
Łukasz Tomczyk: Mecz finałowy nie będzie miał faworyta
PRZED FINAŁEM STS PUCHARU POLSKI
TRENER ŁUKASZ TOMCZYK PODKREŚLIŁ, ŻE JEGO ZESPÓŁ
JEST PRZYGOTOWANY ZARÓWNO MENTALNIE, JAK I TAKTYCZNIE DO DECYDUJĄCEGO STARCIA.
PROWADZONY PRZEZ NIEGO RAKÓW CZĘSTOCHOWA ZMIERZY SIĘ Z GÓRNIKIEM ZABRZE NA PGE NARODOWYM. – TRUDNO WSKAZAĆ FAWORYTA. MOIM ZDANIEM SPOTYKAJĄ SIĘ DWIE DRUŻYNY, KTÓRE SĄ W DOBREJ
FORMIE I MOGĄ POZYTYWNIE OCENIĆ CAŁY SEZON. OBA ZESPOŁY SĄ W STANIE ZAPREZENTOWAĆ SWOJĄ
NAJLEPSZĄ WERSJĘ, DLATEGO BARDZO TRUDNO JEDNOZNACZNIE WSKAZAĆ, KTO MA WIĘKSZE SZANSE – POWIEDZIAŁ SZKOLENIOWIEC.
Jeszcze kilka miesięcy temu prowadził pan drużynę w pierwszej lidze, dziś stoi przed szansą zdobycia trofeum na PGE Narodowym. Czy w natłoku przygotowań znalazł pan chwilę, by spojrzeć wstecz i poczuć dumę z tego, jak daleką drogę przeszedł w tak krót kim czasie?
Oczywiście tego czasu jest mało, żeby robić jakieś refleksje i często to przychodzi w takich trudniejszych momentach. Wówczas człowiek wraca do tego, żeby się podnieść na duchu. Miałem taką myśl, że jest to bardzo ciekawa droga, żeby dojść do takiego poziomu, patrząc na to, jakie miałem dzieciństwo i tak dalej.
Wytrzymałem to jednak, wziąłem odpowie dzialność i jestem tutaj. Reasumując, czasami, gdy masz takie dni, w których ci nie idzie, to warto wtedy przypomnieć sobie cały proces, swoją drogę...
Raków Częstochowa w tej dekadzie trzy razy grał w finale i dwukrotnie zdobył trofeum. W kadrze są zawodnicy, którzy tego dokonali.
Czy doświadczenie tych piłkarzy jest czymś, na czym można budować spokój i pewność siebie w przygotowaniach do finału?
Myślę, że to może tylko pomóc. Część tych zawodników ponownie zagra w finale, więc ich doświadczenie na pewno będzie cenne. Jednocześnie mamy w zespole piłkarzy, którzy jeszcze nie zdobyli tego trofeum i będą mieli dużą motywację, by sięgnąć po Puchar Polski.
To tworzy bardzo dobry balans – połączenie doświadczenia z głodem sukcesu, które może być naszym atutem.
Droga do finału była dla Rakowa wymagająca. Dogrywka z Avią Świdnik, później dramaturgia w meczu z GKS-em Katowice. Jakie emocje towarzyszyły panu, gdy o losach drużyny decydował konkurs rzutów karnych? Udało się utrzymać nerwy do samego końca? Nerwy w takich sytuacjach są nieuniknione, natomiast miałem pełne zaufanie do zawod ników i moich współpracowników. Byliśmy na to dobrze przygotowani, bowiem trenowaliśmy rzuty karne w trakcie mikrocyklu.
ŁUKASZ TOMCZYK
Chciałbym, aby piłkarze dali z siebie 100% i byli zadowoleni po zakończeniu finału.
które wchodzą w dobry moment i patrząc na całe rozgrywki, mogą ocenić sezon pozytywnie.
Oba zespoły są w stanie zaprezentować swoją najlepszą wersję, więc faworyta określić jest bardzo trudno.
Finał to mecz, w którym tabela ligowa przestaje mieć znaczenie, a wszystko rozstrzyga się w ciągu jednego spotkania. Czy to zmienia pański sposób myślenia o taktyce i składzie na ten mecz w porównaniu z przygotowaniami do zwykłej kolejki ligowej? Powinniśmy spodziewać się więcej pragmatyzmu z waszej strony czy dalej będziecie grać „swoje”? Jest to inny mecz niż taki „zwykły”, ligowy. Przygotowanie do samego finału też jest trochę inne.
Łączy nas piłka
Pod kątem zarządzania meczem finał rządzi się swoimi prawami, więc tutaj też będziemy trochę inaczej działać. Oczywiście, będziemy bazować na tym, co mamy wypracowane w treningu i mamy nadzieję to wszystko zrealizować w decydującym starciu.
PGE Narodowy, kilkadziesiąt tysięcy kibiców, finał STS Pucharu Polski. Dla wielu zawodników to nie tylko spełnienie marzenia, ale też sytuacja, z którą nie mieli jeszcze styczności. Co pan powie swoim piłkarzom przed wyjściem na murawę?
Jeszcze o tym nie myślałem, natomiast na pewno powiem zawodnikom, żeby trzymali się tego, co mamy wypracowane, aby dbali o dobre nastawienie mentalne, odwagę, by cieszyli się finałem, czerpali z tego jak najwięcej, ale oczywiście pamiętając o tym wszystkim, co mamy robić na boisku. Chciałbym, aby piłkarze dali z siebie 100% i byli zadowoleni po zakończeniu finału.
Jak ważna będzie rola kibiców Rakowa 2 maja? Czy liczy pan na to, że doping z trybun może być dla waszych zawodników dodatkową energią w kluczowych momentach spotkania?
Rola naszych kibiców będzie bardzo ważna. Gdy przypomnę sobie mecz z arcytrudnym rywalem, jakim była Fiorentina, i to, jak z pomocą fanów graliśmy jak równy z równym z ekipą z Serie A w Sosnowcu, to widać było, jak nasi kibice dali nam takiego pozytywnego kopa. To samo dzieje się w Częstochowie, tak też było w półfinale z GKS-em, czy podczas spotkania ligowego z Cracovią. Gdy nam nie szło, oni podnieśli nas na duchu i pomogli wygrać mecz. Ponadto, wracając do meczu z Górnikiem w Zabrzu, nie będzie już takiej przewagi na trybunach, gdy publika zdecydowanie pomogła gospodarzom. Teraz to będzie wyrównane, więc liczymy na to, że wraz z naszymi kibicami wygramy finał, a później będziemy wspólnie świętować zdobycie trofeum.
Dzień Chłania?
DLA TAKICH JAK ON PRZYCHODZI SIĘ NA STADIONY I WŁĄCZA TELEWIZORY. NIETUZINKOWY – SZYBKI, TECHNICZNY, Z WIZJĄ GRY.
JEDEN Z NAJBARDZIEJ WPŁYWOWYCH OFENSYWNYCH PIŁKARZY W POLSCE.
MAKSYM CHŁAŃ TO MATERIAŁ
NA GWIAZDĘ LIGI I KANDYDAT
NA BOHATERA DZISIEJSZEGO FINAŁU.
STS Puchar Polski to dla ukraińskiego skrzydłowego prawdziwa kolejka górska. Z jednej strony dwa ze swoich dotychczasowych pięciu spotkań w tych rozgrywkach kończył wyrzucany z boiska, z drugiej – to kapitalny występ w pierwszej rundzie trwającej edycji otworzył mu drogę do podstawowego składu
Górnika i to właśnie to trofeum może okazać się pierwszym w seniorskiej karierze Chłania. Do postawienia został ostatni krok. W spotkaniach takich jak to z Rakowem – o dużym ciężarze gatunkowym, a dodatkowo rozgrywanym poza Zabrzem – zespół trenera
Michala Gasparika bywa do bólu pragmatyczny. Wystarczy spojrzeć na ostatnie wyjazdy
Górnika: bezbramkowe remisy z Motorem i Widzewem oraz 1:1 z Legią, a także zwycięstwo z Jagiellonią Białystok 2:1. Wniosek jest prosty – w takich meczach najważniejsze jest nie przegrać. A jeśli dodatkowo uda się coś zdziałać z przodu – to przyjemny bonus.
To, czy się uda, zależy od takich piłkarzy, jak
Chłań – zdolnych zrobić różnicę jednym zagraniem. Napędzających akcje, odważnie wchodzących w pojedynki, potrafiących stworzyć przewagę. 23-letni Ukrainiec doskonale wpisuje się w ten zestaw cech, co widać gołym okiem i w statystykach. Zgodnie z wyliczeniami „Ekstra Trenera” w marcu Chłań brał udział w 12 akcjach Górnika uznanych za „szanse”.
To najlepszy wynik w lidze razem z Alim Gholizadehem z Lecha Poznań. To skrzydłowy, który ma wpływ na swoją drużynę – dzisiaj jest to Górnik, a przez dwa wcześniejsze sezony – Lechia Gdańsk.
W kwietniu 2024 roku Szymon Grabowski, ówczesny trener „Biało-Zielonych”, w taki sposób opisywał Chłania na antenie Meczyków: – To wspaniały chłopak. Patrząc na niego, widzę oczami wyobraźni dzieciaki pod blokiem, które bawią się w piłkę i gra dla nich jest najważniejsza. I tak Maks zachowuje się na treningach, poza nimi i na meczach. Ma duże możliwości, jeśli chodzi o rozwój, ale musi utrzymać mental na odpowiednim poziomie. (…) Myślę, że większy klub w Polsce
nie będzie w stanie go „sprzątnąć”. Jeżeli będzie oferta z zagranicy nie do odrzucenia, to pewnie nie będziemy mieli na to wpływu. Ale liczę, że gdy awansujemy do Ekstraklasy, to Maks z nami będzie, a co za tym idzie – jego wartość będzie jeszcze większa, a i on sam będzie rozwijał się harmonijnie.
Po awansie Lechii w 2024 roku, do którego Chłań walnie się przyczynił (dziewięć goli i pięć asyst), Ukrainiec rzeczywiście pozostał
w Gdańsku. W PKO BP Ekstraklasie potwierdził swoje atuty, zanotował pięć trafień i cztery asysty, pomagając drużynie z Pomorza utrzymać się w elicie. Wygasł mu wtedy kontrakt i choć po czasie przyznawał, że zakochał się w klubie i wiele mu zawdzięcza, doszedł do wniosku, że to dobry czas na postawienie kolejnego kroku. Długo dumał, z kim się związać. Miał na stole oferty z Polski i zapytania z zagranicy, choć tym drugim brakowało konkre-
tów. W pewnym momencie najgłośniej w jego kontekście mówiło się o dwóch krakowskich pierwszoligowcach: Wiśle oraz Wieczystej, jednak pod kątem sportowym sezon na zapleczu Ekstraklasy w tym momencie kariery byłby dla Chłania stratą czasu. Być może dlatego ostatecznie wybór padł na Górnika, z którym skrzydłowy związał się umową do końca sezonu 2026/27 z opcją przedłużenia. Ukrainiec i jego otoczenie lubują się w kontrak-
tach o niezbyt długim horyzoncie czasowym.
W 2023 roku długość umowy stała się kością niezgody między piłkarzem a jego ówczesnym pracodawcą – Zorią Ługańsk, która chciała zabezpieczyć swój interes, przedłużając kontrakt z Chłaniem na pięć kolejnych lat. Strony się nie dogadały, zawodnik został zawieszony i tylko wyczekiwał na zakończenie sezonu, aby otworzyć zupełnie nowy rozdział w swojej karierze i całym życiu. Przez zamieszanie w klubie ominęły go ME U-21 2023, w których Ukraina dotarła do półfinału, gwarantując sobie udział w Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu.
Do Polski przybył latem 2023 z czystą kartą i pakietem umiejętności, które podczas testów w Warcie Poznań wywarły wrażenie na piłkarzach, ale już nie na trenerze. Dawid Szulczek zrezygnował z Chłania, a ten wylądował na treningu rezerw Legii Warszawa, skąd niemal od razu ruszył w dalszą podróż na północ. Ostatecznie na początku września trafił do Lechii Gdańsk.
Od samego początku w Polsce Chłań pokazywał, że nie jest przezroczysty. Na boisku czarował, a w wypowiedziach potrafił wzbudzić kontrowersje. Po czasie, już jako piłkarz Górnika, stwierdził po wygranej z Arką Gdynia, że jej nie lubi i że dobrze było zobaczyć jej kibiców wkurzonych. Ten „charakterek” uwypuklał się czasem w newralgicznych momentach na murawie. Swoje pierwsze derby Trójmiasta Ukrainiec zakończył z czerwoną kartką, podobnie jak pełen dramaturgii pucharowy mecz z Wisłą Kraków. To samo przytrafiło mu się w ćwierćfinale tegorocznej edycji, gdy przez jego faul Górnik musiał kończyć mecz z Lechem Poznań w osłabieniu, a rywale dodatkowo wykonywali rzut karny. W głowie Chłania potrafi się gotować, a przecież dzisiejszy finał STS Pucharu Polski zostanie rozegrany przy komplecie widzów. Ci z Zabrza marzą o siódmym w historii, a pierwszym od 1972 roku triumfie w tych rozgrywkach. Choć czerwone kartki w ważnych meczach mogą świadczyć, że 23-latek ma tendencje do ponoszenia się emocjom, to on sam
podkreśla, że uwielbia grę przy żywiołowych trybunach. W niedawnej rozmowie z portalem Roosevelta81.pl przyznał, że pełny stadion go uskrzydla i nie pozwala odpuścić. – Zawsze, kiedy u siebie gramy, to jest mój najszczęśliwszy dzień w życiu – mówił. – Kibice w Zabrzu są najlepsi w Polsce i to bez czarowania. Grałem
Kibice w Zabrzu są najlepsi w Polsce i to bez czarowania. Grałem na wszystkich stadionach w Ekstraklasie. Takiego wsparcia nie ma nigdzie. Nawet gdy stadion jest pełny, jak ostatnio na Legii, to nie ma tam takiego kibicowania.
Maksym Chłań
na wszystkich stadionach w Ekstraklasie.
Takiego wsparcia nie ma nigdzie. Nawet gdy stadion jest pełny, jak ostatnio na Legii, to nie ma tam takiego kibicowania.
Atmosfera na PGE Narodowym może więc Chłania dodatkowo uskrzydlić. Jeśli tak będzie, Ukrainiec może wyrosnąć na kluczową
Łączy nas piłka
postać finału. Jeśli dynamiczny, odważny, świetnie panujący nad piłką piłkarz o lekkości ruchów charakterystycznych dla filigranowych piłkarzy (23-latek ma 173 cm wzrostu) będzie miał swój dzień, dla defensywy Rakowa może okazać się nie do zatrzymania.
RAFAŁ CEPKO
Pucharowy specjalista z przyszłością
– Michal Gasparik
TRENER GÓRNIKA ZABRZE TO POSTAĆ,
KTÓRA FUTBOL NOSI NIE TYLKO W SERCU, ALE CAŁKIEM PRAWDOPODOBNE,
ŻE JEST ON WPISANY TAKŻE W JEGO DNA.
CHOĆ TRENEREM JEST DOPIERO OD NIEDAWNA,
MA JUŻ SWOJĄ PIERWSZĄ SPECJALNOŚĆ: FINAŁY KRAJOWYCH PUCHARÓW.
Od piłkarza do trenera
Michal Gasparik na świat przyszedł w 1981 r. w Trnawie. W miejscowym Spartaku w piłkę grał jego tata, także Michal, który w pierwszej lidze czechosłowackiej występował w barwach tego klubu przez 13 lat. Piłkarskim tropem Gasparika seniora poszedł jego syn, który również przez 13 lat zbierał w Spartaku piłkarskie szlify. Obecny trener Górnika Zabrze przechodził w tym zespole kolejne stopnie futbolowego wtajemniczenia, od drużyn juniorskich aż po zawodowy futbol. To właśnie w czerwono-czarnych barwach Spartaka wchodził w dorosłą piłkę, a później trzykrotnie wracał jeszcze do pracy w rodzinnym mieście i klubie, który go wychował. Najpierw dwa razy jako piłkarz, aż w końcu powrócił w nowej roli – trenera.
Nowe życie Gasparika
Pracę jako szkoleniowiec rozpoczął w 2021 r. i szybko inaugurował, jak się później okazało, „nową świecką tradycję”: prowadzone przez niego zespoły zawsze grają w finale krajowego pucharu. Spotkanie z Rakowem Częstochowa będzie piątym kolejnym meczem decydującym o tym trofeum. Zanim Słowak podjął się pracy w Górniku, czterokrotnie prowadził drużynę w finałach Pucharu Słowacji. Zwyciężył trzy razy. – Myślę, że jest znakomicie przygotowany taktycznie i kocha piłkę nożną. To nie przypadek, że trafił do finału pucharu pięć razy. Trzymam za niego kciuki, zasługuje na to, bo jest pracowity, świetnie rozumie futbol i moim zdaniem, z perspektywy trenerskiej, ma przed sobą najjaśniejszą przyszłość na Słowacji – mówił na łamach portalu sport.sk jego znacznie bardziej doświadczony rywal ze Słowacji - Vladimir Weiss senior. Słowa szkoleniowca Slovana Bratysława brzmią mocno i być może proroczo, a warto pamiętać, że Vladimir Weiss raczej wie, o czym mówi. Należy do wąskiej grupy wybrańców, którzy na piłkarskie mistrzostwa świata pojechali zarówno w roli piłkarza, jak i selekcjonera. Gasparik na mundialu nie grał, ale jeśli marzy o awansie na turniej w roli trenera kadry, te marzenia nabierają coraz bardziej wyrazistych kształtów.
Człowiek z przyszłością
Temat ewentualnej nominacji Michala Gasparika na trenera reprezentacji Słowacji w kraju naszych południowych sąsiadów pojawił się po przegranych barażach o amerykański mundial. Wśród kilku najpoważniejszych kandydatów, którzy mogliby odmienić grę słowackiej drużyny narodowej, poczytny portal sport.sk wymienia właśnie trenera Górnika Zabrze. – Czytałem ten artykuł, ale myślę, że są na liście bardziej doświadczeni trenerzy, którzy na pewno są w kolejce do posady selekcjonera wyżej niż ja. Jestem jeszcze chyba zbyt młody, żeby zostać trenerem kadry narodowej. Lubię być też codziennie na treningu, pracować z chłopakami i wiedzieć, jakie postępy robią. Praca z reprezentacją ma zupełnie inną charakterystykę – komentował sam zainteresowany dla portalu Roosevelta81.pl.
MICHAL GASPARIK
Nie chce mi się wierzyć, że taka duża marka, jak Górnik Zabrze musiała czekać 25 lat, żeby zagrać w finale Pucharu Polski.
Trenerski warsztat Michala Gasparika w słowackich mediach doceniał także jego były klubowy kolega ze Spartaka, a zarazem dawny gracz Górnika Zabrze Roman Prochazka. – Czapki z głów, nie wiem, o co chodzi, ale naprawdę dobrze mu idzie w tym pucharze i oczywiście, wciąż jest wysoko w lidze. Trzymam za niego kciuki i wierzę, że zdobędzie puchar. Grałem w Górniku i kibice tam dawno czegoś takiego nie doświadczyli, życzę im szczęścia i trzymam kciuki za drużynę i trenera – mówił Prochazka dla sport.sk.
Kandydat na bohatera
Michal Gasparik, grając w Górniku w 2011 r., nie zrobił wielkiej kariery, ale w roli szkoleniowca jest dziś poważnym kandydatem na bohatera. Pracę
Łączy nas piłka
bie nie tylko fanów Górnika, ale wygląda na to, że przede wszystkim piłkarzy. W Zabrzu przez wiele lat trudno było nawet marzyć o trofeum, nie wspominając o podwójnej koronie. Pod wodzą słowackiego szkoleniowca Górnik przywrócił te marzenia, a od krajowego pucharu jego piłkarzy
– Możemy mieć w tym sezonie wszystko, ale możemy też przecież skończyć z niczym, zobaczymy, jak to się ułoży – ostrożnie mówił dziennikarzom Gasparik po wygranym półfinale STS Pucharu Polski nad Zawiszą Bydgoszcz. Zabrzanie zwyciężyli to spotkanie 1:0, a ich szkoleniowiec nie ukrywał, że w odróżnieniu od wyniku, nie podobało mu się to, co działo się na boisku. – Nie był to ładny mecz, ale pucharowe potyczki trzeba przede wszystkim wygrywać – komentował Słowak, który podkreślał, że w takich starciach najistotniejszą sprawą pozostaje końcowy wynik. Ten był na tyle dobry, że zapewnił jego drużynie przepustkę do
– Nie chce mi się wierzyć, że taka duża marka, jak Górnik Zabrze musiała czekać 25 lat, żeby zagrać w finale Pucharu Polski – mówił szkoleniowiec, któremu to, co nie udało się w Górniku przez ćwierć wieku, zajęło niecały rok. – Kilka miesięcy temu podszedł do mnie pan na stacji benzynowej i powiedział mi, że zmienił datę swojego wesela z 2 maja na inną, bo jest naszym kibicem i wierzy, że my zagramy w finale. To było dopiero po pierwszej rundzie… Dziś ten finał jest prezentem dla tych wszystkich kibiców, którzy tak wyjątkowo nas wspierają – deklaruje Michal Gasparik. Wciąż jest jeszcze w Zabrzu kandydatem na bohatera, ale po tym jednym meczu może zostać nim już
PIOTR CHOŁDRYCH
Lubański: Byliśmy częścią wielkiego spektaklu
GÓRNIK ZABRZE PO 54 LATACH STAJE PRZED SZANSĄ
NA SIÓDMY PUCHAR POLSKI W HISTORII. POPRZEDNIE
SZEŚĆ ZDOBYŁ NA PRZEŁOMIE LAT 60. I 70. REKORDU
PIĘCIU TRIUMFÓW Z RZĘDU DO DZIŚ NIKT NIE POBIŁ. JEDNYM Z BOHATERÓW TAMTEJ DRUŻYNY BYŁ WŁODZIMIERZ LUBAŃSKI. – MIELIŚMY WYJĄTKOWO SILNY
ZESPÓŁ, PEŁEN ZAWODNIKÓW GOTOWYCH DO GRY TAKŻE NA
POZIOMIE MIĘDZYNARODOWYM, TO PO PROSTU PRZEKŁADAŁO SIĘ
NA WYNIKI – OPOWIADA WYBITNY
NAPASTNIK REPREZENTACJI POLSKI.
Mijają 54 lata od ostatniego z sześciu Pucharów Polski dla Górnika. Pan zdobył je wszystkie, więc doskonale wie, ile to trofeum znaczy dla klubu. Jakie to uczucie patrzeć na drużynę, która jest o jeden mecz od przerwania tej długiej przerwy?
Bardzo miłe. Trzeba przede wszystkim pogratulować zawodnikom i całemu sztabowi, że doszli do tego momentu. W kluczowych fazach sezonu byli dobrze przygotowani i potrafili to wykorzystać. Finał to nagroda za tę pracę.
Tamte Puchary Polski bywają trochę w cieniu mistrzostw Polski czy finału Pucharu Zdobywców Pucharów, a przecież nikt przez ponad pół wieku nie powtórzył waszego wyczynu, czyli zdobycia pięciu trofeów z rzędu. W finale w 1972 roku Górnik wygrał 5:2 z Legią, pan strzelił cztery gole, a katowicki „Sport” pisał o pańskim występie „kaskada geniuszu”. Co najbardziej utkwiło panu w pamięci z tamtego meczu w Łodzi?
Przede wszystkim pamiętam zaciętą rywalizację z Legią. W obu drużynach grało bardzo wielu reprezentantów Polski, i my i oni rywalizowaliśmy wówczas także w europejskich pucharach. Spotkanie należało więc do tych wyjątkowych, którego prestiż był niezwykły, a poziom naprawdę wysoki. Ja tamtego dnia po prostu niezmiernie dobrze się czułem. Tak się ułożyło, że byłem skuteczny i udało mi się te gole strzelić. Nie będę ukrywał, to jeden z piękniejszych momentów w mojej karierze i mile go wspominam.
Rok wcześniej, w 1971, historia potoczyła się inaczej. Został pan królem strzelców rozgrywek, mimo że z powodu choroby nie zagrał pan w finale. Zastąpił pana Jerzy Wilim, który strzelił hat-tricka. Zaprosił pana potem na dobry obiad za to, że mógł zostać bohaterem?
Absolutnie nie było takiej potrzeby! Byliśmy ze sobą zaprzyjaźnieni, jeden drugiego szano-
WŁODZIMIERZ LUBAŃSKI
Zawsze kibicuję Górnikowi.
Konkurencja w lidze jest dziś duża, ale chciałbym, żeby ten klub w dalszym ciągu był drużyną, która się wyróżnia.
wał, nie było żadnych napięć. Cieszyliśmy się wspólnie z tego, co razem osiągaliśmy. Takie były tamte czasy i tamten Górnik.
Z kolei w 1969 roku dominowaliście nie tylko na boisku. Razem z Zygfrydem Szołtysikiem wygraliście popularny teleturniej „Małżeństwo doskonałe” prowadzony przez Jacka Fedorowicza. To była ustawka czy faktycznie znaliście się jak łyse konie?
Łączy nas piłka
Już wtedy znaliśmy się znakomicie, zarówno na boisku, jak i poza nim. Znały się też nasze rodziny, więc ze spokojem jechaliśmy na ten program. Pamiętam, że w pociągu parę rzeczy skonsultowaliśmy, żeby nie popełnić błędu – trochę tak jak na boisku przewiduje się ruchy kolegów. Myślę, że to była po prostu naturalna umiejętność czytania sytuacji, którą wynieśliśmy z futbolu. Fajna historia, która przypomina bardzo piękny okres naszej kariery.
Dziś finał odbywa się na PGE Narodowym w Warszawie, co wielu piłkarzy określa spełnieniem marzeń. Wy triumfowaliście na Stadionie Śląskim w Chorzowie albo na stadionie ŁKS-u Łódź. Jak wspomina pan tamtą otoczkę?
Narodowy to na pewno właściwe miejsce dla takiego wydarzenia, co do tego nie mam wątpliwości. Natomiast finały w tamtych latach były bardzo ciekawe. Zainteresowanie było ogromne, na trybunach były tłumy, czuć było emocje. Finał kojarzył się z dwoma najlepszymi drużynami ligi. Pamiętam, jak jechaliśmy tramwajem na Stadion Śląski – te wypełnione po brzegi wagony, podekscytowanie przed meczem. Byliśmy częścią wielkiego spektaklu i czuliśmy to na każdym kroku.
Pięć Pucharów Polski z rzędu to rekord niepobity od ponad pół wieku. Czy w tamtych latach mieliście świadomość, że robicie coś historycznego?
Przede wszystkim skupialiśmy się na tym, co do nas należało: wyjść na boisko i wygrać. Koncentracja przed ważnymi meczami, wspólne przygotowanie w szatni i wzajemne wsparcie były sprawami zupełnie naturalnymi. A że mieliśmy wyjątkowo silny zespół, pełen zawodników gotowych do gry także na poziomie międzynarodowym, to po prostu przekładało się na wyniki.
A jak ocenia pan obecny Górnik Michala Gasparika? Drużyna jest wysoko w lidze, od lutego nie przegrała, gra ofensywnie.
Widzi pan potencjał, żeby „Górnik grał jak za dawnych lat”, jak śpiewają kibice? Chciałbym, żeby tak było, bo sentyment zostaje na zawsze. Nie znam wszystkich detali związanych z dzisiejszym zespołem, ale kiedy oglądam mecz, zawsze kibicuję Górnikowi. Konkurencja w lidze jest dziś duża, ale chciałbym, żeby ten klub w dalszym ciągu był drużyną, która się wyróżnia.
Górnik przyjechał do Warszawy z bagażem 54 lat oczekiwania, Raków z szansą na trofeum i awansu do europejskich pucharów w obliczu wyrównanej rywalizacji w PKO BP Ekstraklasie. Obie drużyny mają sporo do stracenia. Czy taki ciężar może sprawić, że zobaczymy zachowawczy mecz, czy jednak piłkarze potrafią się od tego odciąć i obejrzymy efektowne widowisko?
Przewidywanie, co wydarzy się na boisku, to zawsze ryzykowna gra. Jedno jest dla mnie pewne: to jest finał. Wszyscy zawodnicy będą
WŁODZIMIERZ LUBAŃSKI
Trzeba przede wszystkim pogratulować zawodnikom i całemu sztabowi, że doszli do tego momentu. Finał to nagroda za tę pracę.
optymalnie przygotowani i będą chcieli pokazać się z jak najlepszej strony. A tam, gdzie jest prawdziwa chęć wygrania, emocje same się pojawiają.
Nie pytam, komu będzie pan kibicował. Zapytam za to, co by pan poczuł, gdyby zobaczył kapitana Górnika wznoszącego
STS Puchar Polski po tak długiej przerwie?
Przypomniałyby się czasy, kiedy myśmy to robili.
ROZMAWIAŁ TOMASZ BILIŃSKI
Łubik kontra Zych. Czy bramkarze napiszą historię?
BOHATERAMI FINAŁÓW STS PUCHARU POLSKI
NIERZADKO BYWALI BRAMKARZE. NIE INACZEJ MOŻE
BYĆ W KONFRONTACJI GÓRNIKA Z RAKOWEM. SMACZKU
DODAJE JEJ FAKT, ŻE NAPRZECIWKO SIEBIE MOGĄ STANĄĆ
KOLEDZY Z REPREZENTACJI POLSKI DO LAT 21,
A JEDNOCZEŚNIE RYWALE DO MIEJSCA MIĘDZY SŁUPKAMI – MARCEL ŁUBIK I OLIWIER ZYCH.
Finał Pucharu Polski nie zawsze wygrywa drużyna lepsza piłkarsko, nie zawsze decyduje liczba sytuacji. Często o wszystkim rozstrzyga jeden moment – interwencja bramkarza, która zmienia przebieg meczu i zapisuje się w historii.
W Zabrzu i Częstochowie przed finałem Górnika z Rakowem naturalnie myśli się i mówi o ofensywie, stylu, intensywności. Ale równie istotny – a może nawet kluczowy – będzie pojedynek Łubika i Zycha. Obaj reprezentanci Polski do lat 21 uchodzą za jednych z najbardziej perspektywicznych golkiperów swojego pokolenia. I obaj znajdują się pod baczną obserwacją Arkadiusza Onyszki, trenera bramkarzy kadry U-21, który nie ma wątpliwości co do jednego: polskie szkolenie bramkarzy stoi na bardzo wysokim poziomie. Mamy bardzo dobrze przygotowanych trenerów graczy na tej pozycji, którzy rozumieją, jakie wymogi przed golkiperami stawia „współczesny mecz”. – Wprawdzie Marcel przyjechał grać do Polski dwa lata temu, a Oliwier spędził kilka sezonów w Anglii, ale to nie zmienia faktu, że jeżeli chodzi o szkolenie bramkarzy, to mamy jedno z najlepszych na świecie. „Produkujemy” naprawdę wielu bardzo dobrych bramkarzy, nie tylko dla reprezentacji, ale i dla dużych klubów europejskich – podkreśla Onyszko. – To nie jest przypadek, że takich chłopaków jak Łubik i Zych widzimy w finale Pucharu Polski – dodaje były reprezentant kraju. Choć łączy ich pozycja i rocznik (2004), różni niemal wszystko, co widoczne jest na pierwszy rzut oka. Łubik to „ogień”, wpisujący się w modne przed laty stereotypowe postrzeganie bramkarza, który powinien być co najmniej odrobinę szalony. Jest głośny, ekspresyjny, żywiołowy, często dyryguje zespołem. „Charakterny”, nie chowa emocji. – Marcel to ogromna pewność siebie, która oddziałuje na całą drużynę. To ten typ człowieka, który gdy wchodzi do pomieszczenia, reszta podświadomie to wyczuwa – mówi Onyszko.
Zych to z kolei „woda”. Stonowany, spokojny na zewnątrz, ale bardzo wymagający wobec siebie. – Ogromna inteligencja, na boisku i poza nim. To też znakomite warunki fizyczne i ogromny upór w dążeniu do celu. Bardzo chciałby być pierwszym
bramkarzem w naszej reprezentacji – charakteryzuje piłkarza Rakowa wicemistrz olimpijski z Barcelony.
Zych przez kilka lat był numerem jeden w kadrze w swoim roczniku. Podczas mistrzostw Europy do lat 19 w 2023 roku u selekcjonera Marcina Brosza pełnił nawet funkcję kapitana. W 2024 roku był krok od wyjazdu na mistrzostwa Europy do Niemiec
z pierwszą reprezentacją jako czwarty bramkarz. W poprzedzającym zgrupowanie towarzyskim meczu kadry do lat 21 z Macedonią Północną doznał jednak kontuzji i wielka szansa przepadła. Dobra, równa forma Łubika oraz harmonijny rozwój Sławomira Abramowicza, który wyrósł na jednego z najlepszych bramkarzy w PKO PB Ekstraklasie, w połączeniu z miejscem na ławce rezerwowych
Łączy nas piłka
na początku sezonu w Rakowie spowodowały, że znów mozolnie musi piąć się w górę reprezentacyjnej hierarchii.
– Zaczynaliśmy te eliminacje z „Abramem” i z Marcelem, a w tym czasie akurat Oli nie był pierwszym bramkarzem Rakowa. Nie mieliśmy więc podstaw do tego, żeby go powołać i dać mu szansę. Gdy zaczął bronić w klubie, szybko wskoczył do ka-
dry. Drużyna cały czas wygrywała, nie traciła goli, Sławek i Marcel robili, co do nich należy. Nie było więc okoliczności sprzyjających do tego, by Zych dostał swoją szansę – tłumaczy Onyszko. – I to jest jedyny powód, ale nie jest wykluczone, że w przyszłości Oli taką szansę od nas dostanie. Widzimy, że zrobił ogromne postępy i jest bardzo pewnym punktem swojej drużyny. Udział Rakowa w finale, to
też jest jego zasługa, bo obronił rzut karny w meczu z GKS-em w półfinale. Oczywiście Oli nie jest zadowolony ze swojego statusu w reprezentacyjnej bramce, ale absolutnie nie widzę z jego strony focha czy zniechęcenia. To super charakter, ma bardzo dobry kontakt ze Sławkiem i Marcelem. Wszyscy napędzają się do pracy – opisuje trener bramkarzy w kadrze do lat 21.
Zych jest zawodnikiem angielskiej Aston Villi, wypożyczonym do Rakowa. Podobny jest status Łubika, piłkarza niemieckiego FC Augsburg. Dla obu nadchodzi więc ważny czas, w którym rozstrzygać się będą ich klubowe losy na najbliższe miesiące. Spektakularny występ w finale STS Pucharu Polski może im bardzo pomóc. – Nie wiemy, gdzie wylądują. Dla nas, dla reprezentacji, najważniejsze jest to, żeby bramkarz bronił, bo trudno postawić na tego, który nie gra regularnie. To specyficzna pozycja. Zawodnik z pola może wejść na kilka minut, pokazać się, ogrywać się, ale bramkarz jak już broni, to broni cały mecz. Życzę każdemu z nich, żeby dostąpił tego wyróżnienia i wygrał STS Puchar Polski. To miejsce w historii, ale też ważny wpis w piłkarskim CV – uważa Onyszko. W przypadku bramkarzy finał to zupełnie inny świat niż ligowy mecz. Jedno spotkanie, pełna presja, brak marginesu błędu. W takich spotkaniach szczegóły urastają do rangi klucza do trofeum. Jeden błąd może przesądzić o porażce, jedna interwencja – o chwale. Historia STS Pucharu Polski zna wiele finałów, w których to bramkarze stawali się bohaterami. Obrony rzutów karnych, kluczowe interwencje w dogrywce, mecze „na zero z tyłu” – to często oni budowali narrację finału. – To jest tylko jeden mecz, z każdą minutą temperatura rośnie, a gdy dochodzi do serii rzutów karnych, emocje są gigantyczne. Obciążenie psychiczne jest bardzo wysokie, ale akurat ci dwaj bramkarze są przygotowani mentalnie na bardzo dobrym poziomie. To dla nich będzie ogromne przeżycie. Nie mówię nawet o samym meczu, ale o całej otoczce.
PGE Narodowy wypełniony kibicami to będzie dla nich ogromne wyzwanie, ale myślę, że spokojnie sobie z tym poradzą – zaznacza nasz rozmówca. SZYMON TOMASIK
Najpierw marzył na trybunach. Dziś poprowadzi zespół na PGE Narodowym
OSIEM LAT TEMU SIEDZIAŁ NA TRYBUNACH
PGE NARODOWEGO I OGLĄDAŁ FINAŁ PUCHARU POLSKI.
DZIŚ ŁUKASZ TOMCZYK WRACA NA TEN SAM STADION
JAKO TRENER, BY POPROWADZIĆ SWÓJ ZESPÓŁ W NAJWAŻNIEJSZYM MECZU W KARIERZE.
DROGA Z MŁODZIEŻOWYCH BOISK W CZĘSTOCHOWIE NA KRAJOWY SZCZYT OKAZAŁA SIĘ KRÓTSZA, NIŻ MOŻNA BYŁO SIĘ SPODZIEWAĆ, ALE WCALE NIE BYŁA PROSTA.
Łukasz Tomczyk poprowadzi drużynę z Częstochowy w finale ogólnopolskiego turnieju na PGE Narodowym – to scenariusz, który mógł ziścić się już osiem lat temu. Niespełna 30-letni trener z akademii Rakowa od kilku sezonów opiekował się w rodzinnym mieście grupami młodzieżowymi, a z ekipą chłopców z rocznika 2006 przystąpił do Pucharu Tymbark – najsłynniejszego dziecięcego turnieju w tej części Europy.
Podopiecznym Tomczyka szło doskonale. Po wygraniu etapów powiatowych oraz wojewódzkich majówkę 2018 roku spędzili w Warszawie, gdzie przez dwa dni rywalizowali z mistrzami pozostałych województw o prawo występu w wielkim finale na największej sportowej arenie w kraju. Swoich pogromców Częstochowianie znaleźli dopiero w ćwierćfinale. Po serii rzutów karnych wyeliminowała ich drużyna z Koszalina, w której grał o rok młodszy Adrian Przyborek. Pokonanym pozostała gra o miejsca 5-8 oraz możliwość obejrzenia starcia Legii Warszawa z Arką Gdynia w finale Pucharu Polski.
Wśród ponad 50 tysięcy widzów na trybunach PGE Narodowego był tego popołudnia Łukasz Tomczyk – młody trener na dorobku, zdeterminowany, by pewnego dnia samemu poprowadzić zespół w meczu tej rangi.
Dziś ten dzień nadszedł, ale droga do niego nie była oczywista. Tomczyk nie przechodził kolejnych szczebli w klubowych strukturach. Nie piął się w hierarchii od jednego z trenerów w akademii do głównego szkoleniowca seniorskiej drużyny. Aby dotrzeć w to miejsce, musiał najpierw opuścić Raków i przez kilka sezonów pracować na swoje nazwisko w seniorskim futbolu od poziomu amatorskiego.
To że potrafi rozwijać dzieci i młodzież, udowodnił przez ponad dekadę pracy w Zniczu Kłobuck, APN-ie Częstochowa i Rakowie. Nie dziwi więc, że kiedy z początkiem se-
Łączy nas piłka
zonu 2019/20 objął A-klasową Victorię Częstochowa, jej skład postanowił oprzeć na młodych zawodnikach. – Tworząc ten zespół, inspirowałem się angielskim Brentford. To klub działający na zasadzie szukania „szepczących talentów”. Anglicy starają się wyciskać maksimum z zawodników odrzuconych przez większe kluby i my robimy podobnie. Victoria jest z założenia miejscem dla tych zawodników, którzy zostali odrzuceni przez Raków, Skrę i inne duże akademie z regionu. To przystań. Dobrze zorganizowana, będąca w stanie w mądry sposób wycisnąć ich potencjał mimo mniejszej liczby treningów – opowiadał na łamach „Łączy Nas Piłka”. Już w drugim sezonie kadencji Tomczyka Victoria zdominowała rozgrywki – zdobyła 70 na 78 możliwych punktów i awansowała do ligi okręgowej. Jako beniaminek zespół z Krakowskiej zaczął od zwycięstwa i dwóch porażek, co mogło zwiastować, że jego celem będzie utrzymanie. Potem jednak drużyna zanotowała passę jedenastu wygranych, stając się poważnym kandydatem do awansu do czwartej ligi. Victoria dopięła swego, ale już bez Tomczyka u sterów. Ten kilka dni po 33. urodzinach znalazł zatrudnienie w sztabie Dawida Kroczka w pierwszoligowej wówczas Resovii.
– Mam odpowiadać za analizę przeciwnika i trening indywidualny. (…) Będę także wnikliwie analizował postępy młodych zawodników akademii pod kątem potencjalnych w zmocnień kadry właśnie przez wychowanków SMS Resovia. Zanim otrzymałem propozycję pracy z Resovią, przez dwa tygodnie przyjeżdżałem z Częstochowy w ramach stażu w czasie dni wolnych, aby analizować przeciwników ligowych naszego zespołu. Wnikliwie przeglądałem mecze, tak aby zaznajomić się z kadrą zawodników oraz specyfiką ligi – wyjaśniał w rozmowie z klubowymi mediami Tomczyk.
Oddanie pracy było wpisane w model przyjęty przez Tomczyka. Przez kilka miesięcy
obowiązki trenera Victorii łączył z funkcją koordynatora grup w kategoriach od U-10 do U-15 w akademii Wisły Kraków. Zrezygnował, gdy utwierdził się w przekonaniu, że jego misją jest trenować, a nie koordynować. – Jestem dość mocno zajętym człowiekiem. Ostatnio zrezygnowałem z kilku rzeczy, ponieważ nie chcę się rozdrabniać. Wpłynęło to negatywnie na finanse, ale teraz czuję, że jestem skupiony na tym, z czym wiążę przyszłość. Wyrabiam sobie nawyki i kompetencje. Nie gonię za pieniędzmi, lecz za pasją, i wiem, że kiedyś to się opłaci. To naprawdę trudne, jeśli chcesz na amatorskim poziomie pracować zawodowo. Efektywna praca zawsze się obroni – przekonywał. Dołączenie do sztabu Resovii było gigantycznym krokiem w jego karierze. Kilkadziesiąt godzin po ograniu Sparty Szczekociny w 14. kolejce klasy okręgowej Tomczyk analizował GKS Katowice przed 18. serią gier w 1. lidze. Rok później sam był już w GieKSie.
W sztabie Rafała Góraka popracował do końca sezonu 2022/23, a przed startem kolejnego dołączył do Polonii Bytom. Po kiepskim początku w 2. lidze zwolniono Adama Burka, prowadzenie zespołu powierzając Tomczykowi. We wrześniu 2023 roku, niecałe dwa lata po odejściu z „okręgówki”, zadebiutował na poziomie centralnym. Urodzony w Częstochowie trener nie tylko dźwignął drużynę z kryzysu, ale doprowadził ją do baraży o awans na zaplecze Ekstraklasy. Wtedy jeszcze się nie udało, ale już w kolejnym sezonie Bytomianie cieszyli się z promocji do 1. ligi, a o ich trenerze zrobiło się głośno dzięki połączeniu efektownego stylu z imponującymi wynikami. Polonia nie zwolniła tempa również na wyższym poziomie, z mocniejszymi rywalami. Jesień zakończyła na drugim miejscu w tabeli, tylko za Wisłą Kraków. Na Śląsku miała być gra o awans do krajowej elity, ale wszystko posypało się po tym, jak Łukasz Tomczyk został wykupiony przez Raków Częstocho-
wa. W oczach działaczy 37-latek był idealnym kandydatem do zastąpienia odchodzącego do Legii Warszawa Marka Papszuna. W Rakowie Tomczyk odziedziczył po poprzedniku obiecującą sytuację w PKO BP Ekstraklasie, 1/8 finału Ligi Konferencji oraz ćwierćfinał STS Pucharu Polski. Zaczął kiepsko – od jednej wygranej w pierwszych pięciu kolejkach. Potem wreszcie przełamał klątwę Avii Świdnik, która w sezonach 2024/25 i 2025/26 eliminowała z rozgrywek pucharowych jego Polonię Bytom, a którą jako szkoleniowiec Rakowa wreszcie – choć nie bez przeszkód – pokonał. Z Ligi Konferencji Częstochowian wyrzuciła Fiorentina (2:4 w dwumeczu), a między starciami z ekipą z Toskanii przy-
Łączy nas piłka
trafiła się dość bolesna porażka z Górnikiem w lidze. Te trzy przegrane na przestrzeni jednego tygodnia pozostają ostatnimi dla Rakowa. Po nich mistrzowie Polski sprzed trzech lat zdobyli dziewięć punktów w Ekstraklasie i w dramatycznych okolicznościach wyszarpali awans do finału STS Pucharu Polski. Osiem lat temu Łukasz Tomczyk był jednym z ponad 50 tysięcy widzów na PGE Narodowym. Patrzył z trybun i wyobrażał sobie, że kiedyś znajdzie się po drugiej stronie. Dziś nie musi już niczego sobie wyobrażać – wyjdzie na ten sam stadion jako trener i poprowadzi swój zespół w finale STS Pucharu Polski.
RAFAŁ CEPKO
Kuzyn Haalanda królem strzelców STS
Pucharu Polski?
NORWEGIA ŚWIETNYMI
NAPASTNIKAMI STOI!
W EUROPIE MARKĘ „DZIEWIĄTKOM” Z TEGO
SKANDYNAWSKIEGO
KRAJU WYROBILI ERLING
HAALAND I ALEXANDER
SORLOTH, ALE I W POLSCE
BARDZO DOBRZE RADZI
SOBIE ICH KRAJAN.
CZOŁOWYM STRZELCEM
PKO BP EKSTRAKLASY
I STS PUCHARU POLSKI
JEST BOWIEM JONATAN BRUNES – PRYWATNIE
KUZYN HAALANDA.
DWUDZIESTOPIĘCIOLETNI SNAJPER ZDOBYŁ PIĘĆ
BRAMEK – TYLE SAMO, CO BARTOSZ NOWAK (GKS KATOWICE) I VALERIJS
SABALA (CHOJNICZANKA CHOJNICE), ALE PRZED NIM JESZCZE DECYDUJĄCA
POTYCZKA, W KTÓREJ
MOŻE SOBIE ZAPEWNIĆ
NIE TYLKO KOŃCOWY
TRIUMF W PUCHARZE TYSIĄCA DRUŻYN, LECZ TAKŻE KORONĘ
KRÓLA STRZELCÓW
CAŁYCH ROZGRYWEK.
Brunes już w poprzednim sezonie pokazał, że na czym jak na czym, ale na strzelaniu goli to się zna. W 32 meczach na poziomie Ekstraklasy 14-krotnie trafił do siatki rywali, kończąc sezon w ścisłym topie najskuteczniejszych zawodników całej ligi. W bieżącej kampanii także zalicza się do czołowych „strzelb” w PKO BP Ekstraklasie, w dodatku swoje walory strzeleckie uwydatnił w STS
Pucharze Polski. Raków w drodze do finału zdobył 11 bramek, niemal połowa była autorstwa norweskiego napastnika, który
strzelił gola w każdym z występów Częstochowian w bieżącej edycji Pucharu Tysiąca
Druży n. Zaczął z przytupem, bo od dubletu w wygranym meczu z Cracovią (3:0). Następnie pokonywał bramkarzy Śląska Wrocław, Avii Świdnik oraz GKS-u Katowice. W przypadku Brunesa można mówić o regularności w podwójnym tego słowa znaczeniu. Nie tyle odnosi się to do jego średniej bramek powyżej jednej w Pucharze Polski w przeliczeniu na liczbę meczów, ele też momentu strzelanych goli. Aż cztery z nich Nor-
weg uzyskał w pierwszych połowach. Tylko z GKS-em w poprzedniej rundzie trafił po przerwie, ale za to zaraz na początku.
Jak już się rozkręcił, to na dobre
Brunes z pięcioma golami zajmuje exaequo pierwsze miejsce w klasyfikacji najskuteczniejszych piłkarzy pucharowych rozgrywek w Polsce, razem z Bartoszem Nowakiem oraz Valerijsem Sabalą. W dniu finału stanie więc przed niepowtarzalną szansą, w końcu z grona tej trójki jako jedyny wciąż jest
w grze, aby zostać najlepszym strzelcem. – Brunes? W każdym zespole, który trenowałem, starałem się budować liderów. On jest takim zawodnikiem. To przyjemność z nim pracować – powiedział trener Rakowa Łukasz Tomczyk. W meczach przez niego prowadzonych w Rakowie (16 – stan na 20 kwietnia 2026), norweski napastnik strzelił osiem goli (we wszystkich rozgrywkach). Obecny szkoleniowiec wicemistrzów Polski ma prawo mówić o Norwegu w kontekście lidera, ponieważ jego bramki ważą na tyle dużo, że zespół walczy o najwyższe miejsca w lidze oraz końcowy triumf w STS Pucharze Polski. Brunes rozgrywa drugi sezon w drużynie „Medalików”, w którym to klubie ma szansę na kolejne dwa medale. Zdobył srebrny
Łączy nas piłka
krążek za drugie miejsce w Ekstraklasie w poprzednim sezonie. Teraz może dorzucić kolejny w lidze. Do tego razem z kolegami odbierze złoty bądź srebrny medal po majowym finale STS Pucharu Polski. Będzie to puenta na dotychczasowej przygodzie norweskiego piłkarza z Polską, która przecież nie zaczęła się zbyt dobrze. Piłkarz potrzebował czasu, żeby uwolnić swój potencjał strzelecki. Mimo otrzymania wielu szans w lidze na początku minionego sezonu, pierwszą bramkę zdobył dopiero w 14. kolejce. – Nie przeszedłem okresu przygotowawczego, zanim tu trafiłem. Przez 2,5 miesiąca w ogóle nie trenowałem. Ciężko było na początku się odnaleźć i rozpocząć w taki sposób rywalizację. Po kilku miesiącach czułem się już znacznie lepiej – opowiadał Brunes, który wcześniejsze lata spędził w Norwegii oraz w Belgii – stamtąd, a konkretnie z Oud-Heverlee Leuven został rok temu wykupiony przez Raków.
Złoty rocznik norweskiej piłki
Snajper wicemistrzów Polski w latach młodości uczył się piłkarskiego rzemiosła w akademii Bryne FK. W tym miejscu łączą się piłkarskie drogi Brunesa z... Erlingiem
Haalandem, prywatnie kuzynem napastnika ekipy z Częstochowy. Ten bardziej znany z kuzynów, rewelacyjny napastnik, czołowy zawodnik na swojej pozycji na świecie, w wieku 12 lat rozpoczął treningi w Bryne FK, gdzie spędził łącznie pięć lat i zaliczył kilkanaście występów w pierwszym zespole, zanim zaczął podbijać piłkarski świat.
Choć Brunes i Haaland byli w jednym czasie w Bryne FK, są zresztą z tego samego rocznika (2000), to spotkać ich na boisku razem było trudno. – Niestety rzadko mieliśmy okazję grać razem w zespole. W Bryne zawsze nas rozdzielano, żeby stworzyć dwa równe składy – mówił w rozmowie z norweskimi mediami napastnik Rakowa. Za to obaj debiutowali w pierwszym zespole niemal w tym samym czasie – w maju 2016 roku. Brunes zadebiutował cztery dni później niż jego kuzyn i szybko pobił rekord Erlinga (dokładnie o jedenaście dni), zostając najmłodszym zawodnikiem, jaki kiedykolwiek wystąpił w barwach tego klubu. Mieli wówczas piętnaście lat.
Ponad dekadę później Jonatan Brunes, z rewelacyjnego w historii Norwegii i Bryne FK rocznika 2000, walczy o koronę króla strzelców STS Pucharu Polski.
PIOTR WIŚNIEWSKI
Tomas Petrasek: Narodowy wiąże nogi. A le trzeba się uśmiechać, bo to spełnienie marzeń
TRZY FINAŁY PUCHARU POLSKI Z RZĘDU
Z RAKOWEM CZĘSTOCHOWA. ZWYCIĘSTWO,
PORAŻKA I TRIUMF OGLĄDANY Z TRYBUN.
BYŁY KAPITAN „MEDALIKÓW”, TOMAS PETRASEK,
JAK NIKT INNY ZNA SMAK I PRESJĘ MECZU
NA PGE NARODOWYM. PRZED FINAŁEM
GÓRNIK ZABRZE – RAKÓW CZĘSTOCHOWA
ROZMAWIAMY O TYM, CO DECYDUJE O ZWYCIĘSTWIE,
O SILE CZESKIEJ KOLONII W ZABRZU
I O TYM, DLACZEGO CZUJE SIĘ JEDNYM Z NAS.
Zamyka pan oczy, słyszy „finał Pucharu Polski” i co pan widzi?
Widzę najpierw swoją rodzinę, która zawsze mnie tam wspierała. Czuję te niesamowite emocje: lekką nerwowość przed początkiem i ekscytację, że tam jestem, że dotarliśmy tam z drużyną i idziemy walczyć o trofeum. To są przepiękne uczucia, które chciałbym jeszcze kilkakrotnie przeżywać. Aż mi mięknie głos, gdy o tym mówię.
Ostatnie wspomnienie jest jednak bolesne – porażka z Legią po rzutach karnych. To było ciężkie, ale to jest część naszego zawodu. Trzykrotnie byliśmy w finale i nie przegraliśmy w regulaminowym czasie. Z Legią była zacięta walka, a o wszystkim zdecydowały karne. Taki jest futbol.
Raków zagra w finale po raz czwarty w ostatnich sześciu latach. Pan brał udział w trzech poprzednich. Który był najtrudniejszy: w 2021 roku z Arką, gdy był pan kontuzjowany, czy rok później z Lechem, gdy prowadził pan drużynę na boisku?
W tym pierwszym finale byłem tak naprawdę tylko wsparciem na trybunach. To chłopaki osiągnęli
ten wielki sukces. Pamiętam, jak Arka strzeliła na 1:0. Patrzyliśmy po sobie na trybunach, co się tu dzieje, bo to był szok. Ale potem odpowiedzialność wziął w swoje ręce Ivi López i pociągnął ten super zespół do zwycięstwa. Oczywiście tym meczem bardziej się stresowałem, bo zawsze jest lepiej grać niż siedzieć na trybunach z poczuciem bezsilności. Proszę mi uwierzyć, że nawet bez kibiców w Lublinie emocje były niesamowite. Choć oczywiście rok później nasz pierwszy finał na Narodowym, kiedy mogliśmy świętować już z kibicami... To było coś pięknego.
Co jest kluczowe, żeby wygrać mecz na PGE Narodowym?
Trzeba starać się – wiem, że to jest trudne – ale odrzucić wszystkie emocje. Wszystko decyduje się na boisku, więc trzeba wytrzymać ciśnienie i dobrze przygotować się mentalnie. Mentalność jest kluczowa. Trzeba iść jako jedna drużyna, pokonywać trudności. Pojedynek po pojedynku, piłka po piłce, krok po kroku dążyć do zwycięstwa. Gdy trzeba się bronić, to trzeba się wybronić, nie ma w tym żadnego wstydu. Chodzi o to, żeby wygrać to trofeum i unieść je nad głową. Ale
trzeba mieć plan, nie grać na wariata. W Rakowie mieliśmy wtedy niesamowitą, systematyczną pracę i to była nasza największa karta przetargowa. Zespół, trener, pazerność... Po prostu team.
Tegoroczni finaliści to dwa różne światy. Górnik jest w dobrej formie od początku sezonu, Raków ma wahania, ale w decydujących momentach przechylał szalę na swoją korzyść. Jakbym nie miał za sobą historii w Rakowie, to kibicowałbym Górnikowi. Gra tam dużo moich rodaków, fajnych chłopaków, których znam. Gratuluję im tego finału, to coś pięknego w ich karierach. Ale wiadomo, mam czerwono-niebieską krew. Sprawa jest prosta. To dla mnie fajny finał i chyba dla wszystkich. Życzę zwycięstwa Rakowowi i jego kibicom.
O sile Górnika stanowi czeska ekipa. W Czechach zwraca się uwagę na ich grę w Polsce? U nas portal X nie grzeje się tak od komentarzy, jak u was, ha, ha! Ale ostatnio największa sportowa gazeta w Czechach o nich pisała. I trzeba powiedzieć, że to nie są przypadkowi zawodnicy. Jeszcze w tym sezonie rywalizowałem przeciwko
Sadilkowi i Zmrzlemu, bo grali w Sparcie i Slavii, gigantach czeskiej ligi. Hellebrand ma umiejętności na bardzo wysokim poziomie, a Ambros to wielki talent – czeka go fajny transfer. Sacek też ma przeszłość w Sparcie. To nie są anonimowi goście w Czechach.
Maczał pan palce w ich transferach? Może pytali o radę?
Nie. Choć kilku chłopaków pytało mnie o polską ligę, to żaden z tych, którzy trafili do Górnika. Ale agentem jeszcze nie jestem! Przygotowuję się jednak na karierę poza piłką. Mam dopiero 34 lata i chcę grać jeszcze długo, ale w wolnym czasie trzeba już myśleć, co dalej. Przy moim doświadczeniu, znajomości języka i relacjach nie ukrywam, że może w przyszłości będę gościem, który otwiera dobrym piłkarzom drzwi do Ekstraklasy.
Waga meczu jest ogromna. Dla Górnika to szansa na puchar po ponad 50 latach, dla Rakowa być może jedyna droga do Europy. Na kim ciąży większa presja?
Nawet nie wiedziałem, że taki klub jak Górnik tyle lat czeka. To dla tej społeczności musi być
coś wielkiego. Ale trzeba sobie przypomnieć, jaka presja była na Pogoni dwa lata temu. Cały Szczecin czekał, a przegrali z pierwszoligową Wisłą. Ta presja ze strony kibiców Górnika może być bardzo duża. Z drugiej strony obecny Raków ma wielkie doświadczenie finałowe, ale gra w pucharach i korzyści finansowe z nią związane są bardzo ważne dla klubu. Tyle że w trakcie meczu na boisku nikt o tym nie myśli. Liczy się tu i teraz.
W lidze Górnik dwa razy wygrał z Rakowem, za to Raków doszedł do 1/8 finału Ligi Konferencji. Z jednej strony takie historie mogą dać mentalnego kopa, z drugiej – im więcej meczów w sezonie, tym większe zmęczenie. W takich meczach zapominasz o zmęczeniu, o tym, z kim grałeś i jakie były wyniki. Mentalnie musisz być tak przygotowany, żebyś był nie do zatrzymania w tym dniu. Oczywiście kogoś ta atmosfera może paraliżować, bo już samo wyjście z tunelu potrafi zapierać dech. Dlatego tak ważna
jest wizualizacja dzień wcześniej, co będę robił, jak przyjadę na stadion, co się wydarzy. To jest naprawdę kluczowe. Ale przecież to jest marzenie każdego z nas.
PGE Narodowy wiąże nogi?
Tak, na początku to jest ekscytujące. Dlatego dzień wcześniej są treningi, żeby poczuć choć cząstkę tego, co czeka, bo wiadomo, że następnego dnia dojdą kibice. Pamiętam to uczucie z pierwszego treningu... To trzeba przeżyć, być na to gotowym. Ale tak jak mówię, to jest marzenie i trzeba się po prostu uśmiechać i cieszyć się, że to się dzieje.
Co mówi panu serce, to już wiemy. A co podpowiada rozum – kto zdobędzie puchar?
Jestem takim człowiekiem, że w takich sprawach nie da się kierować inaczej niż sercem. Dla mnie to jest sprawa jasna. Na finał jedzie się, żeby się tam bić i wygrać, a nie tylko zagrać. To po prostu musi być w głowach.
Łączy nas piłka
Będzie pan na finale?
Rozmawiałem z prezesem Wojtkiem Cyganem, zapraszał mnie serdecznie, ale żałuję, bo nie będę mógł być. W lidze czeskiej rozpoczyna się finałowa faza sezonu i z Hradec Kralove chcemy rywalizować o europejskie puchary. Mamy fajny skład, w tym sezonie jako pierwsi pokonaliśmy Slavię, a było to w 30. kolejce! Jesteśmy takim seksi klubem, który potrafi gonić największych.
Jak wygląda pana obecna sytuacja?
Wróciłem do zdrowia po kontuzji kolana, przez którą nie mogłem grać aż sześć tygodni. Co ciekawe, leczyłem się w Poznaniu u doktora Jacka Jaroszewskiego, któremu dziękuję za świetną opiekę. W tym czasie moja drużyna złapała świetną formę, więc czeka mnie zacięta walka o powrót do składu. Ale nie zamierzam czekać na szansę. Po prostu ją stworzę. Zdrowie jest i to najważniejsze.
A po karierze? Przeglądając pana social media, czyżby MMA?
Na pewno po karierze mogłoby to być jedno z wyzwań, bo uwielbiam ten sport. Mam ogromny szacunek do zawodników i myślę o tym czysto sportowo, nie interesują mnie freaki. Chciałbym się po prostu sprawdzić jako mężczyzna, czy jestem w stanie wejść do klatki i z dumą, z szacunkiem dla przeciwnika, powalczyć. Zawodowo jednak chciałbym zostać przy piłce. Może w Polsce? Ja i moja żona bardzo lubimy Polskę. Nawet przy okazji ostatniej kontuzji zawsze, kiedy jeździłem do doktora Jaroszewskiego, żona jechała ze mną. Spędzaliśmy czas w Poznaniu, zatrzymywaliśmy się we Wrocławiu. Bardzo lubię Polskę i tak jak wielokrotnie mówiłem, jest to dla mnie drugi dom. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi tego za złe, ale czuję się jednym z was. ROZMAWIAŁ TOMASZ BILIŃSKI
Po trzeci triumf
– W ROLI KOPCIUSZKA
Dziś być może niewiele osób już pamięta, że drużyna spod Jasnej Góry zagrała po raz pierwszy o drugie najważniejsze trofeum w kraju w sezonie 1966/67. Rywalem „Medalików” była krakowska Wisła, która w finale Pucharu Polski wystąpiła po raz czwarty. Dla zespołu z Częstochowy było to nie lada wydarzenie.
Klub ten występował w ówczesnej III lidze, tak więc sama możliwość powalczenia o wygraną z czterokrotnym mistrzem Polski była ogromnym wyróżnieniem.
Decydujące spotkanie odbyło się 9 lipca 1967 roku na nieistniejącym już stadionie Błękitnych w Kielcach (dziś w tym miejscu znajduje się Arena Kielce – domowy obiekt Korony). Na trybunach zasiadło około 6 tysięcy widzów. Transmisję zawodów przeprowadziła Telewizja Polska.
Częstochowianie, przystępujący do meczu z „Białą Gwiazdą” w roli Kopciuszka, od pierwszych minut starali się zaskoczyć bramkarza wiślaków Henryka Stroniarza. Bezskutecznie. Dopisało im również szczęście, bo Krakowianie nie wykorzystali rzutu karnego. Skuteczną obroną popisał się golkiper Rakowa Andrzej Czechowski. W końcówce spotkania zespół spod Jasnej Góry miał wyborną okazję do odniesienia sensacyjnego zwycięstwa, lecz zaprzepaścił ją Bernard Burczyk.
Tak więc w ciągu regulaminowego czasu gry kibice nie doczekali się goli. Doszło do dogrywki, a w niej swoją wyższość udowodnili przedstawiciele I ligi (dzisiejsza Ekstraklasa). Obie bramki dla Wisły padły w jej drugiej części. W 107. minucie do siatki trafił Andrzej Sykta, a w 111. wynik na 2:0 ustalił Hubert Skupnik.
Mimo porażki w finale Raków trenera Jerzego Wrzosa zebrał bardzo wiele pozytywnych opinii. Na kolejny występ w decydującym boju Pucharu Polski „Medalikom” przyszło czekać aż 54 lata.
– TRIUMF NA STULECIE
W 2021 roku drużyna z Częstochowy obchodziła jubileusz 100-lecia istnienia. Uczciła go w najlepszy możliwy sposób – zdobyciem Pucharu Polski oraz wicemistrzostwem kraju.
Aż trudno uwierzyć, że jeszcze dekadę przed wydarzeniami z 2 maja 2021 r., ekipa spod Jasnej Góry występowała w... 2. lidze i ledwo wiązała koniec z końcem. Wtedy nawet najbardziej niepoprawni optymiści nie przypuszczali, że wiele w tej materii zmieni się na przestrzeni kolejnych 10 lat.
Początkiem zmian na lepsze było przejęcie klubu przez Michała Świerczewskiego, przedsiębiorcy z branży komputerowej, w 2014 roku (trzy lata wcześniej jego firma została głównym sponsorem klubu). Nowy właściciel zapragnął przywrócić świetność częstochowskiej drużynie. W tym celu 18 kwietnia 2016 r. zatrudnił na stanowisku trenera
Marka Papszuna, człowieka z Warszawy, pracującego dotąd z zespołami z niższych lig z okolic stolicy, jak również pełniącego funkcję nauczyciela w jednej ze szkół w podwarszawskich Ząbkach. Ten ruch okazał się strzałem w dziesiątkę. Pod wodzą tego szkoleniowca Raków systematycznie piął się w ligowej hierarchii – z trzeciego poziomu
rozgrywkowego aż po Ekstraklasę, do której awansował w sezonie 2018/19.
Dwa lata spędzone na najwyższym szczeblu wystarczyły, aby prowadzone przez Papszuna „Medaliki” sięgnęły po tytuł wicemistrzowski oraz triumfowały w krajowym pucharze, pokonując w finale Arkę Gdynia 2:1. Częstochowianie odwrócili losy spotkania w końcowych jego fragmentach, do 81. minuty bowiem przegrywali 0:1. Wtedy to wyrównał niezawodny Ivi López, a w 89. zwycięską bramkę zdobył David Tijanić. Historyczne, pierwsze trofeum Raków wywalczył na Arenie Lublin. Finałowe starcie Pucharu Polski nie mogło odbyć się na PGE Narodowym w Warszawie. W dobie pandemii COVID-19 na stołecznym obiekcie znajdował się tymczasowy szpital dla chorych na koronawirusa.
– WRÓCILI PO SWOJE
2 maja 2022 r. Częstochowianie znów zameldowali się w wielkim finale. Tym razem rywalem zespołu trenera Papszuna był poznański Lech. Obie ekipy należały do najlepszych w sezonie 2021/22. Nikogo więc nie dziwiło, że to pomiędzy nimi miały się rozstrzygnąć nie tylko ligowe zmagania, ale również Puchar Polski.
Finał odbył się już w miejscu docelowym, czyli na PGE Narodowym, oraz z udziałem publiczności (rok wcześniej w Lublinie, z uwagi na obostrzenia sanitarne, grano bez widzów). Raków przyjechał do Warszawy z misją obrony trofeum. Piłkarzom spod Jasnej Góry przyświecało hasło: „Wracamy po swoje!”. Lechici liczyli natomiast na to, że na 100-lecie ich klubu uda się wreszcie „odczarować” stołeczny obiekt. Poprzednie cztery podejścia „Kolejorz” kończył na tarczy.
Spotkanie było godne finału. Sytuacji do strzelenia goli nie brakowało. Większą skutecznością wykazali się jednak zawodnicy z Częstochowy, którzy zwyciężyli 3:1. Bramki dla zwycięzców zdobyli: Vladislavs Gutkovskis, Mateusz Wdowiak oraz Ivi López.
– LEGIJNA OBRONA... CZĘSTOCHOWY
W pierwszej połowie lat 20. XXI wieku jedno wydawało się pewne, jeśli chodzi o finał Pucharu Polski. W finale musiał zagrać... Raków. Tak się bowiem złożyło, że 2 maja 2023 r. „Medalikom” przyszło powalczyć o to trofeum trzeci raz z rzędu. Zmieniali się tylko ich rywale. Tym razem oponentem była Legia Warszawa, czyli rekordzista pod względem zdobytych Pucharów Polski (do tego meczu było ich 19), której nie było w finale od pięciu lat.
Na PGE Narodowym naprzeciw siebie stanęły dwie czołowe drużyny w PKO BP Ekstraklasie. Raków był już niemalże pewny historycznego mistrzostwa (finalnie je wywalczył), bo cztery kolejki przed końcem miał nad druga Legią 11 punktów przewagi. Częstochowianie marzyli
jednak o dublecie. I wydawało się, że są na dobrej drodze, aby to osiągnąć...
Od 6. minuty „Medaliki” grały z przewagą jednego zawodnika. Wychodzącego na czystą pozycję Frana Tudora sfaulował Yuri Ribeiro i sędzia – po interwencji VAR-u – ukarał Portugalczyka czerwoną kartką. Od tego momentu Raków napierał, a Legia tylko się broniła. Chwilami była to wręcz rozpaczliwa obrona... Częstochowy w wykonaniu „Wojskowych”, których ratował z opresji Kacper Tobiasz. I tak też działo przez 120 minut rywalizacji, podczas których gole nie padły (zero strzałów celnych po stronie Warszawian!).
Do wyłonienia zwycięzcy potrzebny był konkurs rzutów karnych. Tutaj już nie miało znaczenia, kto gra w przewadze, kto w osłabieniu, lecz kto wytrzyma presję. Do szóstej serii obie drużyny szły w tej rywalizacji łeb w łeb. Dopiero wówczas pomylił się Mateusz Wdowiak, którego uderzenie obronił Tobiasz. Legioniści wygrali w jedenastkach 6:5, niwecząc tym samym marzenia piłkarzy Rakowa o trzecim z rzędu triumfie w Pucharze Tysiąca Drużyn.
2026
– TRÓJKA BEZ... STERNIKA?
Termin rodem z wioślarstwa pasuje do obecnej sytuacji „Medalików”. 2 maja 2026 roku, po trzech latach nieobecności w finale, Częstochowianie staną przed szansą zdobycia krajowego pucharu po raz trzeci w historii. W drużynie spod Jasnej Góry zabraknie jednak jej sternika, pod wodzą którego święciła (jak dotąd) największe triumfy. Mowa o trenerze
Papszunie, obecnym szkoleniowcu Legii. W bieżącej edycji STS Pucharu Polski poprowadził on Raków w dwóch spotkaniach (wygrane z Cracovią 3:0 oraz Śląskiem Wrocław 2:1), by 19 grudnia przenieść się do stolicy.
Trzy dni później jego miejsce w częstochowskim klubie zajął oficjalnie Łukasz Tomczyk. To z nim u steru „Medaliki” przeszły dwie kolejne rundy i wywalczyły awans do finału. Czy rodowity Częstochowianin nawiąże do sukcesów Papszuna i w starciu z Górnikiem Zabrze sięgnie po trofeum?
ADRIAN WOŹNIAK
Narodowe święto kibiców
Łączy nas
DLA KLUBÓW TO SUKCES SPORTOWY, MOŻLIWOŚĆ
„WŁOŻENIA TROFEUM DO GABLOTY” I CO RÓWNIE WAŻNE, SZANSA WYWALCZENIA PRZEPUSTEK
DO EUROPEJSKICH PUCHARÓW. DLA PIŁKARZY CZĘSTO
JEDNO Z NAJWAŻNIEJSZYCH WYDARZEŃ W KARIERZE
I OKAZJA DO WYSTĘPU NA NAJWIĘKSZYM STADIONIE W KRAJU. SWOJE ŚWIĘTO PRZY OKAZJI FINAŁU PUCHARU
TYSIĄCA DRUŻYN MAJĄ JEDNAK RÓWNIEŻ, A MOŻE PRZEDE
WSZYSTKIM, ONI – KIBICE, KTÓRZY CO ROKU CZEKAJĄ NA
2 MAJA, ABY MIEĆ MOŻLIWOŚĆ ZAPREZENTOWANIA SIĘ
PRZED CAŁĄ POLSKĄ Z JAK NAJLEPSZEJ STRONY.
Od ponad dekady (z dwuletnią przerwą na finały w Lublinie podczas pandemii COVID-19) to cel wszystkich sympatyków w kraju. „Majówka na Narodowym” to marzenie nie tylko fanów przedstawicieli najwyższej klasy rozgrywkowej, ale także klubów z niższych szczebli, dla których finał STS Pucharu Polski jest prawdopodobnie jedyną okazją w życiu, żeby zaprezentować swoją miłość i przywiązanie do swoich drużyn na największej scenie w kraju.
wą rozgrywania meczu finałowego w stolicy. Cel był jeden – podniesienie prestiżu rywalizacji, co – patrząc z perspektywy lat – niewątpliwie udało się zrealizować. Stała data – w Dniu Flagi Rzeczypospolitej Polskiej i miejsce – w „domu reprezentacji Polski” okazały się strzałem w dziesiątkę, choć pierwszy w historii finał rozgrywany według tego klucza, oprawą jeszcze nie przypominał tych znanych z ostatnich edycji. O końcowy triumf w sezonie 2013/14 dość
W dotychczasowych dziesięciu finałach na PGE Narodowym zameldowali się reprezentanci dokładnie dziesięciu klubów, którzy przy okazji rywalizacji sportowej, również na trybunach stworzyli niezapomniane widowiska.
Niewinne początki
Wszystko zaczęło się 2 maja 2014 roku. To właśnie 12 lat temu rozgrywki krajowego pucharu nabrały szczególnego wymiaru za spra-
niespodziewanie nie rywalizowali bowiem krajowi potentaci. W finale zmierzył się zespół środka tabeli Ekstraklasy – Zawisza Bydgoszcz z Zagłębiem Lubin, które po sezonie pożegnało się z krajową elitą. Wówczas na trybunach zameldowało się niespotykane od lat, blisko 40 tysięcy widzów, ale na zorganizowany doping i efektowne oprawy znane z kolejnych edycji, musieliśmy jednak poczekać 12 miesięcy.
Magia derbów Polski
Już przed kolejnym finałem było wiadomo, że pod względem zaangażowania kibiców czeka nas wydarzenie zupełnie innego kalibru. Wszystko za sprawą sportowych rozstrzygnięć, które w „orlim gnieździe” skojarzyły dwie krajowe potęgi mogące poszczycić się wielotysięczną rzeszą sympatyków. Pikanterii rywalizacji Legii Warszawa z Lechem Poznań dodawał fakt, że obie ekipy walczyły o trofeum również w lidze. Fani obu klubów do bezpośredniego starcia szykowali się
tygodniami, ale trzeba przyznać, że efekt okazał się imponujący. Widzowie na stadionie i przed telewizorami mogli po raz pierwszy w historii warszawskiego obiektu przekonać się, jak wielkie możliwości wizualne daje szczelne wypełnienie trybun za bramkami przez najbardziej zagorzałych fanów, którzy efektownymi oprawami ubarwili to wyjątkowe wydarzenie. Na boisku po zwycięstwie 2:1 triumfowali „Wojskowi”. „Kolejorz” zrewanżował się z kolei w Ekstraklasie, po dwóch latach detronizując odwiecznego rywala.
Stali bywalcy
Niewiele ponad trzy kilometry dzielą stadion Legii od PGE Narodowego. Jednak nie tylko ze względu na fakt bliskości geograficznej, kibice stołecznego klubu na większym z warszawskich obiektów, również mogą czuć się jak u siebie. Odkąd finał rozgrywany jest właśnie w tym miejscu, „Wojskowi” kontynuują swoją niesamowitą pucharową serię, w której są absolutnymi rekordzistami. Legia triumfowała w tych rozgrywkach aż 21 razy, a już pięciokrotnie uczyniła to 2 maja w tej lokalizacji. Sy mpatycy klubu z Łazienkowskiej nie tylko za każdym razem na Narodowym mogli cieszyć się z sukcesu swojego zespołu, ale również w każdym przypadku przygotowywali z tej okazji specjalną oprawę. We wspomnianym fina-
Łączy nas piłka
le z 2015 roku ich hasłem przewodnim była „Narodowa Duma”. Rok później, w starciu z tym samym rywalem (wygranym 1:0), stołeczni kibice motywowali swoich ulubieńców, m.in. twierdząc, że „Honorem legionisty jest zwycięstwo w walce”. W 2018 roku podczas konfrontacji z Arką (2:1) twierdzili z kolei, że bez nich „ten dzień nie wyglądałby tak samo”, żeby po kolejnych pięciu latach, w trakcie wygranej po serii jedenastek konfrontacji z Rakowem Częstochowa zaznaczyć, że „Warszawa kocha zwycięzców”. Przed rokiem natomiast postawili m.in. na olbrzymie zielono-biało-czerwone „flagowisko” prezentujące nazwę „Legia”. Niezależnie od sympatii klubowych, kibice futbolu nad Wisłą muszą z uznaniem przyznać, że fani spod znaku „eLki” należą pod względem ubarwiania piłkarskiego widowiska nie tylko do polskiej, ale w ręcz światowej czołówki.
Do trzech razy sztuka?
Niekoniecznie. Przykład poznańskiego Lecha pokazuje, że majowe wyprawy do stolicy mogą seryjnie kończyć się rozczarowaniem. „Kolejorz” w wielkim finale na PGE Narodowym zagrał dotychczas czterokrotnie i za każdym razem wracał do domu na tarczy. Poza dwoma potyczkami z Legią, lepsi w 2017 roku okazali się piłkarze Arki Gdynia, a w 2022 roku Rakowa Częstochowa. Tym samym przy Bułgarskiej na triumf w Pucharze Tysiąca Drużyn czekają już długich 17 lat. Sympatycy klubu z Wielkopolski robili wszystko, żeby fortuna w końcu uśmiechnęła się do ich ukochanego klubu. Nie tylko za sprawą głośnego dopingu, ale także odwołując się nawet do magicznej mocy popularnych przysłów.
Tak było w 2017 roku, kiedy po dwóch kolejnych porażkach z „Wojskowymi”, naprzeciw Lecha stanęła niżej notowana w ligowej hierarchii ekipa z Trójmiasta. Przywoływanie powiedzenia
„Do trzech razy sztuka” z perspektywy fanów z Wielkopolski niestety nic nie dało. Po dogrywce Poznaniacy musieli uznać wyższość Arki (1:2).
Poznali smak
Jak więc widzimy jedni, nawet próbując wielokrotnie, wciąż czekają na swoją chwilę triumfu. Inni zaś, choć nie są częstymi bywalcami sto-
łecznego giganta, mieli okazję do wielkiej radości już przy pierwszej okazji. Smak majówkowego zwycięstwa w Warszawie, mimo zaledwie jednego udziału w finale, poza wspomnianym na początku Zawiszą, poznali również piłkarze i kibice Lechii Gdańsk oraz Wisły Kraków. Tych pierwszych w 2019 roku nie przestraszył nawet groźny wzrok podlaskich pszczół i w ostatecznym rozrachunku okazali się lepsi od Jagiellonii Białystok (1:0).
Z kolei „Biała Gwiazda” była sprawczynią bodaj największej niespodzianki w najnowszej historii wielkich finałów Pucharu Polski. W 2024
roku jako przedstawiciele zaplecza Ekstraklasy, wiślacy po dogrywce okazali się lepsi od faworyzowanej Pogoni Szczecin (2:1). Trzeba przyznać, że w tamtej edycji równie efektowne widowisko, co piłkarze na murawie, sympatycy obu zespołów stworzyli na trybunach. Kibice spod Wawelu przy tej okazji nie omieszkali cho-
Łączy nas piłka
ciażby przypomnieć całej Polsce, że to ich klub, jako pierwszy już w 1926 roku sięgnął po to krajowe trofeum. „Portowcy” zaś w dwóch kolejnych sezonach musieli obejść się smakiem, również po porażce 3:4 w poprzedniej odsłonie rywalizacji z Legią Warszawa. Być może w niedalekiej przyszłości także oni liczyć będą na sukces za trzecim podejściem?
Debiutanci 2026
„Lubię wracać tam gdzie byłem” – w koszulkach z hasłem wprost nawiązującym do tytułu przeboju Zbigniewa Wodeckiego, piłkarze Rakowa Częstochowa świętowali awans do wielkiego finału tegorocznej edycji STS Pucharu Polski. Można też zakładać, że podobne uczucia towarzyszą obecnie sympatykom klubu spod Jasnej Góry. Na podróż w nieznane na początku maja udadzą się natomiast fani z Górnego Śląska. Górnik Zabrze do finału wraca po ćwierć wieku, a na sukces w rozgrywkach czeka od… 1972 roku! Znani z głośnego dopingu fani z Torcidy mieli więc sporo czasu, żeby przygotować się do tego wydarzenia. I możemy być pewni, że tak jak piłkarze Michala Gasparika, również oni 2 maja w Warszawie dadzą z siebie wszystko.
PIOTR KUCZKOWSKI
ZOSTAŁA JUŻ TYLKO JEDNA
NIEWIADOMA. 2 MAJA 2026
ROKU PRZEKONAMY SIĘ,
KTO SIĘGNIE PO TROFEUM
W 72. EDYCJI PUCHARU
TYSIĄCA DRUŻYN. PO RAZ
PIERWSZY W HISTORII
O KOŃCOWY TRIUMF
ZMIERZĄ SIĘ GÓRNIK
ZABRZE Z RAKOWEM
CZĘSTOCHOWA. CZEKAJĄC
NA WIELKIE EMOCJE, GRAD GOLI I WIDOWISKO
NA NAJWYŻSZYM
POZIOMIE, JUŻ TERAZ
– ROZPOCZYNAJĄC
WSTĘPNE PODSUMOWANIE
ROZGRYWEK – MOŻEMY
WYTYPOWAĆ TE
WYDARZENIA OSTATNICH
MIESIĘCY, KTÓRE
NAJMOCNIEJ ZAPISZĄ SIĘ W PAMIĘCI KIBICÓW.
Creme de la crème
Ostatecznie na PGE Narodowym spotkają się dwa zespoły z PKO BP Ekstraklasy, co jednak nie znaczy, że w poprzednich fazach świetnie nie spisywały się również ekipy z niższych klas rozgrywkowych. Dość powiedzieć, że w czołowej ósemce mieliśmy przedstawiciela trzeciego i dwóch reprezentantów czwartego poziomu ligowego. Nie zabrakło więc zaskoczeń, ale i rozczarowań, bo trudno powiedzieć, żeby ci, którzy ostatecznie zmierzą się w Warszawie o STS Puchar Polski, przed startem rozgrywek należeli do największych faworytów.
Powrót po latach
Takiego sezonu w Zabrzu nie było od dawna. Trochę wbrew sytuacji organizacyjno-finansowej i na przekór letnim przewidywaniom ekspertów, Górnik kampanię 2025/26 już na tym etapie może uznać za niezwykle udaną. Piłkarze prowadzeni od lipca przez Słowaka Michala Gasparika nie tylko niespodziewanie włączyli się do walki o najwyższe cele w lidze, ale także po raz pierwszy od ćwierć wieku awansowali do wielkiego finału Pucharu Tysiąca Drużyn. Urodzony w Trnawie szkoleniowiec po raz kolejny
udowodnił, że jest specjalistą od tego formatu rozgrywek. W swojej ojczyźnie czterokrotnie doprowadził do finału krajowego pucharu zespół z rodzinnego miasta, a Spartak pod jego wodzą aż trzy razy cieszył się z wywalczenia trofeum. Teraz to osiągnięcie będzie chciał powtórzyć podczas swojej pierwszej zagranicznej przygody na ławce i można powiedzieć, że jeszcze przed decydującym starciem już osiągnął coś, na co kibice przy ulicy Roosevelta czekali latami. Ewentualny triumf w stolicy byłby realizacją marzeń pokoleń kibiców z Zabrza, którzy na sukces swojego klubu w jakichkolwiek rozgrywkach czekają od 1988 roku, kiedy to Górnik ostatni raz sięgnął po mistrzostwo Polski. W drodze do Warszawy „Trójkolorowi” wyeliminowali rezerwy Legii Warszawa (3:0), Arkę Gdynia (2:1), Lechię Gdańsk (3:1), Lecha Poznań (1:0) i Zawiszę Bydgoszcz (1:0). Co warte szczególnego uznania, trzeba zauważyć, że ze względu na regulamin (na gospodarza wskazujący zespoły sklasyfikowane w niższych ligach) i brak szczęścia w losowaniu (w przypadku drużyn z tego samego poziomu) Górnik wszystkie spotkania rozgrywał na wyjeździe.
Półfinał z kosmosu
Tak jak w Zabrzu na swoje chwile radości czekają od blisko czterech dekad, tak w Częstochowie mogą powiedzieć, że ostatnie dziesięciolecie to najlepszy okres w historii Rakowa. Wraz z przejęciem sterów w klubie przez Michała Świerczewskiego pod Jasną Górą zaczęła się budowa silnej drużyny, mogącej stawić czoła każdemu rywalowi nad Wisłą. Ekipa latami prowadzona przez Marka Papszuna wróciła do Ekstraklasy i zadomowiła się w niej na dobre, a w 2023 roku pierwszy raz w historii sięgnęła po tytuł. „Medaliki” również trzykrotnie zagrały w finale Pucharu Tysiąca Drużyn, a dwa razy – w 2021 i 2022 roku wywalczyły trofeum. Co zrozumiałe, to przełożyło się również na występy w europejskich pucharach, w których Raków rywalizował już m.in. w fazie grupowej Ligi Europy, a ostatnio w fazie ligowej Ligi Konferencji. Sezon 2025/26 dla
Łączy nas piłka
zespołu z Częstochowy jest jednak wyjątkowy, ponieważ w jego trakcie doszło do zamknięcia ważnego etapu w jego dziejach. Trener Marek Papszun zdecydował się na powrót w rodzinne strony i przyjęcie propozycji pracy w Legii Warszawa. Z kolei jego miejsce w ekipie czerwono-niebieskich zajął pochodzący z hutniczego miasta, ale niedoświadczony na najwyższym szczeblu rozgrywek Łukasz Tomczyk. Pod wodzą 37-letniego szkoleniowca (choć z powodu zawieszenia, bez jego obecności na ławce) Raków rozegrał jeden z najciekawszych meczów w swojej historii, a z całą pewnością najbardziej emocjonujący w obecnej edycji STS Pucharu Polski. Półfinałowe starcie w Częstochowie z GKS-em Katowice przyniosło w sumie osiem bramek, 32 strzały (z czego 22 celne), zwroty akcji, wynik 3:3 po 90 minutach i 4:4 po dogrywce, a ostatecznie triumf gospodarzy po serii jedenastek.
Jeden gol od finału
Trener Tomczyk, który po odcierpieniu kary, na PGE Narodowym normalnie będzie mógł poprowadzić zespół, dokonał w tej edycji pucharowej rywalizacji rzeczy dość niespotykanej. Jego drużyna zagra o końcowy sukces, mimo że sam szkoleniowiec wcześniej… odpadł ze zmagań.
Jeszcze w grudniu prowadzona wówczas przez niego pierwszoligowa Polonia Bytom, niespodziewanie uległa w Świdniku reprezentującej III ligę Avii (2:4). Los sprawił, że szkoleniowiec, który pod koniec roku przejął stery w Rakowie, w kolejnej rundzie ponownie zmierzył się z rywalem z lotniczego miasta. Choć nie bez problemów (po dogrywce 2:1) zespół trenera Tomczyka tym razem okazał się lepszy, a po szalonym półfinale z GieKSą zameldował się w finale.
Mimo braku awansu do czołowej czwórki, ekipa z województwa lubelskiego była jedną z dwóch rewelacji tej edycji pucharowej rywalizacji. O szczebel wyżej zawędrował również trzecioligowy Zawisza Bydgoszcz. Mimo pokonania czterech rywali, w tym lidera Betclic 1. ligi – Wisły Kraków (4:1), podopieczni Adriana Stawskiego swoją niesamowitą przygodę zakończyli na półfinale, w którym o jedną bramkę lepszy okazał się Górnik Zabrze. Kibice w mieście nad Brdą, którzy w liczbie 20 tysięcy wypełnili stadion im. Zdzisława Krzyszkowiaka, do końca wierzyli, że sensacyjnie uda im się powtórzyć sukces z 2014 roku, kiedy to zostali pierwszymi triumfatorami Pucharu Polski rozgrywanego na Stadionie Narodowym w Warszawie.
Rozczarowani
W STS Pucharze Polski, jak to w sporcie, mniej uczestników rywalizacji może się cieszyć, a zdecydowana większość z końcowych rozstrzygnięć jest rozczarowana. Jeśli jednak na przestrzeni ostatnich miesięcy chcielibyśmy wskazać największych przegranych tej edycji, nie mielibyśmy z tym większego problemu. Pierwszym z nich bez wątpienia okazała się broniąca trofeum warszawska Legia. „Wojskowi” jako reprezentanci Polski w europejskiej rywalizacji, rozpoczynali udział w rozgrywkach od 1/16 finału i… od razu pożegnali się ze zmaganiami. Na własnym stadionie, prowadzeni w tym czasie przez Edwarda Iordanescu piłkarze ze stolicy, przegrali z Pogonią Szczecin 1:2, która tym samym wzięła rewanż za finał z maja 2025 roku.
„Portowcy”, którzy celowali w trzecią kolejną majówkę na PGE Narodowym, tym razem też musieli obejść się smakiem, a ich przygoda zakończyła się już w kolejnej fazie, kiedy u siebie ulegli Widzewowi 0:1. Zespół z Łodzi można wskazać jako drugiego, wielkiego przegranego tej edycji. Po olbrzymich inwestycjach nowego właściciela Roberta Dobrzyckiego i nakładach na transfery, czerwono-biało-czerwoni chcieli walczyć o europejskie puchary. W PKO BP Ekstraklasie jednak całkowicie zawodzili, niemal od samego początku zajmując miejsca w dolnej części tabeli. Nadzieją na zrealizowanie celu był więc STS Puchar Polski, ale w ćwierćfinale po serii rzutów karnych lepszy okazał się GKS Katowice. Za trzecie, największe rozczarowanie, można uznać końcowy rezultat poznańskiego Lecha. „Kolejorz” celował w podwójną koronę, ale podobnie jak Widzew, z nadzieją na wyjazd w maju do Warszawy pożegnał się w ćwierćfinale. Podopieczni Nielsa Frederiksena byli faworytami potyczki z Górnikiem Zabrze, ale nie wykorzystali atutu własnego stadionu, przegrywając 0:1.
PIOTR KUCZKOWSKI
Alfabet P ucharu Polski: sprintem przez stulecie
KIBICE OGLĄDAJĄCY MECZ NA DRZEWACH I DACHACH
SAMOCHODÓW. ZNAKOMITY BRAMKARZ HOKEJOWY,
KTÓRY OKAZAŁ SIĘ UTALENTOWANYM PIŁKARSKIM
NAPASTNIKIEM. FINAŁ PUCHARU POLSKI ROZEGRANY
NA TRZY DNI PRZED… WIGILIĄ BOŻEGO NARODZENIA.
EPIDEMIA CHOLERY, KTÓRA POKRZYŻOWAŁA PLANY
GÓRNIKOWI ZABRZE. MECZE TRWAJĄCE PONAD
150 MINUT I LOSOWANIE, W KTÓRYM GŁÓWNYM
REKWIZYTEM BYŁ KOMINIARSKI KAPELUSZ. KLUB GRAJĄCY W JEDNYM SEZONIE POD DWOMA NAZWAMI. DOŻYNKOWE
STADIONY I MROCZNE CZASY STALINIZMU. PRAWIE
100-LETNIA HISTORIA PUCHARU POLSKI (PIERWSZY FINAŁ
ODBYŁ SIĘ 5 WRZEŚNIA 1926 ROKU) BOGATA JEST W WIELE
TAKICH FRAPUJĄCYCH WYDARZEŃ. O KILKUNASTU Z NICH
OPOWIADAMY WŁAŚNIE W TYM ALFABECIE.
A– jak amatorzy. Rozgrywki Pucharu
Polski dają możliwość zmierzenia się drużynom o mocno zróżnicowanych umiejętnościach, z odległych klas rozgrywkowych. Tak było 5 września 1984 roku, gdy do wsi pod Brzeskiem w Małopolsce przyjechał wielki Widzew. Zainteresowanie meczem występującej w „okręgówce” Jadowniczanki było tak wielkie, że ludzie siedzieli na drzewach, lampach i dachach samochodów, bo na stadionie nie było gdzie wepchnąć szpilki. Wynik starcia gospodarzy z klubem Romana Wójcickiego, Włodzimierza Smolarka czy Dariusza Dziekanowskiego był łatwy do przewidzenia. Ale mimo porażki amatorów z zawodowcami 1:7, to spotkanie przeszło do legendy. Doczekało się nawet reportażu, który po 39 latach od tamtego wydarzenia zrealizował Arkadiusz Stolarek.
B– jak bramkarz. Józef Stogowski – ikona polskiego hokeja na lodzie, uczestnik trzech zimowych igrzysk olimpijskich (1928, 1932, 1936), dwukrotnie powołany na mecz reprezentacji Europy z Kana-
dą, odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari. Ale co ten wybitny hokeista ma wspólnego z piłkarskim Pucharem Polski? Okazuje się, że całkiem sporo. Zimą pan Józef zakładał wprawdzie łyżwy, ale latem i jesienią piłkarskie korki. I z bramkarza zmieniał się w napastnika. Z dużym powodzeniem. W pierwszej edycji (w sezonie 1925/26) występował w zespole TKS Toruń i razem z Wawrzyńcem Stalińskim (Warta Poznań) został… królem strzelców premierowych rozgrywek. W trzech meczach strzelił pięć goli.
C– jak czas. Ile minut może trwać mecz? Odpowiedź wydaje się prosta: 90 lub w razie dogrywki 120. W długiej historii Pucharu Polski spotkania trwały jednak 125, 130 lub nawet 150 minut! W sezonie 1950/51, zgodnie z regulaminem, dogrywka trwała 2x30 minut. Gol którejkolwiek z drużyn kończył mecz, a jeśli nie padł, zarządzano powtórkę. Tak było np. w starciu Broni Radom z Włókniarzem Pabianice w 1/16 finału. Po 150 minutach (łącznie z dogrywką) spotkanie zakończyło się remisem (2:2). Trzeba było rozegrać powtórkę, w której Włókniarz wygrał 4:1. W tych dwóch spotkaniach zawodnicy rywalizowali w sumie aż 240 minut! W takich wypadkach naprawdę przydaje się „końskie zdrowie”.
D– jak dożynki. W czasach PRL-u ważna uroczystość, na którą co roku przyjeżdżały najwyższe władze partyjno-państwowe. A do dużej imprezy potrzebny był duży stadion. Taką rolę spełniał m. in. obiekt w Piotrkowie Trybunalskim. Właśnie z myślą o uroczystościach dożynkowych w 1979 roku został rozbudowany i odnowiony. Na tym „liftingu” skorzystali, ale już cztery lata później, finaliści Pucharu Polski. W decydującym meczu, rozegranym na Stadionie 35-lecia PRL, Lechia Gdańsk pokonała 2:1 Piasta Gliwice.
E– jak Eureka! Tak często mówimy, gdy wpadniemy na znakomity pomysł. Jako pierwszy tego słowa użył Archimedes podczas kąpieli w wannie (wtedy właśnie odkrył słynne prawo nazwane później jego imieniem). A kto jako pierwszy wpadł na ideę rozgrywania Pucharu Polski? Wstępna koncepcja rozgrywek została zaproponowana już w 1921 roku przez dziennikarzy „Tygodnika Sportowego”, ale prace nad jego powstaniem PZPN rozpoczął cztery lata później. 16 września 1925 roku w Krakowie zarząd Związku, z prezesem Edwardem Cetnarowskim na czele, zatwierdził regulamin nowych rozgrywek. Finał, w którym Wisła Kraków pokonała 2:1 Spartę Lwów, odbył się 5 września 1926 roku.
F– jak finał. Od 2014 roku najważniejszy mecz Pucharu Polski zawsze odbywa się 2 maja, choć w 2020 roku, ze względu na pandemię koronawirusa, został rozegrany dopiero 24 lipca. Ale wcześniej z terminami finałów bywało różnie. W grę wchodził maj, czerwiec, lipiec, sierpień, czy nawet wrzesień. Do najbardziej nietypowej sytuacji doszło w 1952 roku, gdy spotkanie wyznaczono na… 21 grudnia (szczegóły pod literą Ś).
Z kolei w 1994 roku finałowy mecz Legii z ŁKS-em odbył się 18 czerwca, a dzień wcześniej rozpoczęły się mistrzostwa świata w Stanach Zjednoczonych. Wprawdzie bez reprezentacji Polski, ale dziś taka „zbitka” terminów byłaby nie do przyjęcia.
G– jak gablota. Najlepiej pełna trofeów. Są jednak takie kluby, które choć kilkakrotnie grały w finale Pucharu Polski, to ani razu nie wstawiły tej nagrody do swojej gabloty. Jest ich dokładnie jedenaście. Liderem w tej klasyfikacji jest Pogoń Szczecin. „Portowcy” aż pięć razy grali w finale (1981, 1982, 2010, 2024, 2025), ale za każdym razem musieli obejść się smakiem. Po trzy razy decydujące mecze Pucharu Polski przegrały Polonia Bytom i Zagłębie Lubin, a po dwa GKS Bełchatów i Piast Gliwice.
H– jak hiobowa wieść. Taką otrzymali piłkarze Górnika przed pierwszym meczem Pucharu Polski w sezonie 1970/71. Okazało się bowiem, że będą musieli przejść… kwarantannę. W Pucharze Zdobywców Pucharów trafili na turecki Göztepe Izmir, a w Turcji panowała wówczas epidemia cholery. Górnik zwrócił się wprawdzie o zmianę terminu meczu, ale UEFA wyraziła zgodę zbyt późno, gdy samolot z polskimi piłkarzami leciał już nad Bosfor. Po powrocie do Polski gracze zostali przewiezieni na kilkudniową kwarantannę do Lublińca. Jak wspominał Stanisław Oślizło, w trakcie tego przymusowego pobytu w szpitalu piłkarze, by nie stracić formy, w tajemnicy jeździli na treningi. A działacze zadbali o to, by zawodnicy nie chodzili głodni i przywozili im mięso. Cała operacja zakończyła się sukcesem, bo w pucharowym starciu Górnik wygrał na wyjeździe 2:0 z Wawelem Kraków.
I– jak imponujące archiwum. Takie w trakcie wielu lat zebrał znany dziennikarz i historyk futbolu Wojciech Frączek. To dzięki jego unikalnym statystykom możemy się dowiedzieć, że: w tegorocznym finale po raz szósty zagrają dwa kluby z jednego województwa, po raz 56. zmierzą się ze sobą w decydującym starciu zespoły z Ekstraklasy, jedenaście razy o zdobyciu krajowego pucharu decydowały serie rzutów karnych, dwudziestokrotnie w finale zarządzano dogrywkę, a po raz 19. decydujący mecz Pucharu Polski rozpocznie się o godzinie 16. Więcej takich ciekawostek można znaleźć w Bibliotece PZPN, której Pan Wojciech jest długoletnim współpracownikiem.
J– jak Juventus. Jedną z nagród za zdobycie
Pucharu Polski jest możliwość pokazania się w Europie. I zmierzenia się z legendarnym klubem. Taki zaszczyt spotkał trzecioligową Lechię. W 1983 roku Gdańszczanie trafili w 1. rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów na Juventus. W składzie „Starej Damy” było m.in. sześciu włoskich mistrzów świata, słynny Francuz
Michel Platini i Zbigniew Boniek. Zgodnie z przewidywaniami włoski klub potwierdził klasę na boisku (7:0, 3:2). Rewanż w Gdańsku z trybun obserwował Lech Wałęsa (przewodniczący zdelegalizowanego wówczas Związku Zawodowego „Solidarność”), a mecz był również okazją do manifestacji politycznej i sprzeciwu wobec władz komunistycznych.
K– jak kompromitacja. Tej obawiano się najbardziej w przypadku, gdy drużyna z niższej klasy miała nas reprezentować w Europie. Do takiej sytuacji doszło w 1965 roku. Puchar Polski zdobył Górnik Zabrze, który został również mistrzem kraju, więc wystąpił w Pucharze Europy. Zgodnie z regulaminem i zdrowym rozsądkiem w Pucharze Zdobywców Pucharów powinien zagrać finalista krajowego pucharu, czyli Czarni Żagań. PZPN nie zgłosił jednak trzecioligowca uznając, że to zbyt słaby klub jak na „europejskie salony”. Związek widział w rozgrywkach Legię, ale tym razem veto postawiła UEFA. W tej sytuacji w Pucharze Zdobywców Pucharów (w sezonie 1965/66) nie zagrał żaden polski zespół.
Łączy nas piłka
L– jak Lubański. Jedna z największych gwiazd Pucharu Polski. W pięciu edycjach strzelił aż 40 goli. To niepobity do dziś rekord. Za nim w tej snajperskiej klasyfikacji wszech czasów plasują się dwie legendy Legii: Lucjan Brychczy – 35 i Kazimierz Deyna – 30 bramek. Z Górnikiem Lubański triumfował sześciokrotnie. Jego popisowym meczem było starcie z… Legią (4 czerwca 1972 roku). Na Stadionie ŁKS-u w Łodzi odbył się jeden z najlepszych (a może najlepszy) finał w historii Pucharu Polski. W obu zespołach było aż tłoczno od reprezentantów Polski (nie dla wszystkich wystarczyło nawet miejsca w podstawowych składach). Górnik wygrał 5:2 (choć do przerwy przegrywał 1:2), a Pan Włodzimierz strzelił aż 4 gole. Wielki mecz, wielkiego piłkarza.
Ł– jak Łódź. Ważne miasto na piłkarskiej mapie Polski, także w kontekście pucharowych zmagań. ŁKS zdobył to cenne trofeum w 1957 roku (po wygranej 2:1 z Górnikiem Zabrze), a 37 lat później zagrał w finale (0:2 z Legią). Z kolei „rywal zza miedzy” świętował pucharowy triumf w 1985 roku. Widzew, na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie, lepiej strzelał „jedenastki” od GKS-u Katowice (0:0, karne 3:1). Ponadto Łódź sześciokrotnie była organizatorem finału (w latach: 1957, 1969, 1972, 1988, 1990 i 1997). Z kolei tylko Warszawa (Legia, Polonia i Gwardia), Kraków (Wisła i Cracovia) oraz właśnie Łódź (ŁKS i Widzew) – mogą pochwalić się przynajmniej dwoma klubami, które zdobyły Puchar Polski.
M– jak Monako. W tym mikroskopijnym księstwie „jest jakby luksusowo”. Mogli przekonać się o tym piłkarze drugoligowej Miedzi Legnica. W 1992 roku sensacyjnie zdobyli Puchar Polski (w finale pokonali w rzutach karnych Górnika Zabrze). W nagrodę, już w 1. rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów, trafili na klub z Wielkiego Księstwa. Przyjazd AS Monaco do Lubina (stadion w Legnicy nie spełniał wymogów UEFA) musiał być wydarzeniem. Na boisku m.in. mistrzowie świata: Juergen Klinsmann, Lilian Thuram i Youri Djorkaeff, a na trenerskiej ławce równie słynny Arsène Wenger, który dopiero za 17 lat spotka, w Arsenalu FC, Wojciecha Szczęsnego. Zamiast wysokiej wygranej gości skończyło się na skromnym 1:0, po trafieniu Djorkaeffa. Później Klinsmann nie wykorzystał karnego. A mogło być jeszcze lepiej dla Miedzi, bo „jedenastkę” zmarnował również Grzegorz Kochanek. Z Monako Legniczanie przywieźli nie tylko drobne upominki, ale również sensacyjny remis 0:0 i choć odpadli, to mocno postraszyli faworyta.
N– jak niespodzianki. W Pucharze Polski są gwarantowane, choć w obecnej edycji było ich jak na lekarstwo. To bowiem pierwszy w historii sezon, w którym tylko raz klub z niższego poziomu rozgrywkowego wyeliminował zespół z Ekstraklasy. Dokonała tego, występująca na trzecim szczeblu rozgrywkowym, Chojniczanka Chojnice w meczu z Koroną Kielce w 1/8 finału (1:1, w karnych 4:3).
O– jak Odra Opole. Nie wszyscy pamiętają, że Puchar Polski miał… konkurenta. W 1977 roku odbył się bowiem pierwszy finał Pucharu Ligi, w którym Odra pokonała 3:1 w finale Widzew Łódź. W nagrodę Opolanie uzyskali przepustkę do Pucharu UEFA, gdzie już w 1. rundzie odpadli po meczach z FC Magdeburg. Do powstania Pucharu Ligi przyczynili się dziennikarze katowickiego „Sportu”, którzy zaproponowali piłkarskiej centrali wprowadzenie tych rozgrywek do kalendarza. Kolejna edycja odbyła się rok później, a po latach rozgrywki wznowiono, ale już pod innymi nazwami: Puchar Ligi Polskiej (w latach 1999-2002) i Puchar Ekstraklasy (2006-2009).
P– jak pięć triumfów z rzędu. Takiego niesamowitego wyczynu dokonał Górnik w Pucharze Polski. 1968 – 3:0 z Ruchem Chorzów, 1969 – 2:0 z Legią Warszawa, 1970 – 3:1 ponownie z Ruchem, 1971 – 3:1 z Zagłębiem Sosnowiec, 1972 – 5:2 znowu z Legią. Pięć finałów i pięć zwycięstw.
Górnik był wtedy hegemonem na krajowym podwórku (mówiło się, że mając takich piłkarzy do dyspozycji, mogłaby ich trenować nawet klubowa sprzątaczka), choć mocno naciskanym przez Legię. To sukcesy tych dwóch klu-
Łączy nas piłka
bów w europejskich pucharach były podwaliną pod późniejsze medale reprezentacji Polski prowadzonej przez Kazimierza Górskiego. W pięciu zwycięskich edycjach Górnik wygrał w sumie 24 mecze, 6 zremisował i tylko 3 przegrał (od sezonu 1968/69 w ćwierćfinale i półfinale rozgrywano po dwa spotkania).
R– jak rzut monetą. To właśnie w taki sposób, tylko przez dwa sezony (1963/64 i 1964/65), wyłaniano zwycięzcę pucharowych zmagań. Do niecodziennej sytuacji doszło w półfinałowym
starciu Czarnych Żagań z ŁKS-em Łódź (31 marca 1965 roku). Po 90 minutach i dogrywce spotkanie zakończyło się remisem (1:1) i sędzia musiał rzucić monetą. Ale pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem. Błotnista murawa sprawiła, że pieniążek upadł na sztorc! Arbiter powtórzył losowanie, ale już w zmodyfikowanej formie: losy wyciągano z… kapelusza kominiarza! Fortuna sprzyjała piłkarzom z Żagania.
S– jak stalinizm. Mroczny okres w historii PRL, związany z kultem sowieckiego satrapy, nie ominął również Pucharu Polski. To właśnie wzorując się „na radzieckim modelu sportu”, jedyny raz (w sezonie 1950/51) zdecydowano, że triumfator krajowego pucharu zostanie uznany za… mistrza Polski! Istne pomieszanie z poplątaniem. A co z rozgrywkami Ekstraklasy? Ich zwycięzca (Wisła Kraków) musiał zadowolić się mianem „mistrza Ligi Polskiej”. Na szczęście do tak absurdalnej sytuacji doszło tylko raz. Co ciekawe, Ruch i Wisła zmierzyły się w wielkim finale Pucharu Polski właśnie w tym nietypowym sezonie. 16 września 1951 roku „Niebiescy” wygrali 2:0.
Ś– jak ślizgawka. Czy można rozegrać finał Pucharu Polski na trzy dni przed Wigilią Bożego Narodzenia? Dla chcącego nic trudnego. Do takiej nietypowej sytuacji doszło 21 grudnia 1952 roku. Na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie stołeczna Polonia pokonała rezerwy Legii 1:0, a mecz, mimo że rozegrany na ślizgawce (szczególnie w bocznych rejonach boiska widoczna była tafla lodu) okazał się interesującym widowiskiem. Gola strzelił Zdzisław Wesołowski w butach… Ryszarda Kuleszy. Podobno przyszły selekcjoner, a wówczas rezerwowy piłkarz Polonii, widząc ślizgającego się bezradnie po boisku kolegę, pożyczył mu swoje obuwie. I ten w tych nowych „korkach” zdobył zwycięską bramkę.
T– jak trofeum. Znakomity historyk
Andrzej Gowarzewski, w albumie o krajowych rozgrywkach (wydanym we współpracy z PZPN) napisał, że nie udało mu się ustalić, jak wyglądało trofeum za zdobycie pierwszego Pucharu Polski (1926). Na szczęście później nie było już takich problemów. Pierwszy puchar po wojnie (w latach 1951-89) miał formę czaszy, zwężonej u podstawy z godłem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej oraz odznaką Sprawny do Pracy i Obrony. Kolejny, wręczany w latach 1990-95, nawiązywał do starożytności (liście laurowe ułożone niczym w kolumnie w stylu jońskim). W 1996 roku po raz trzeci zmieniono trofeum – tym razem miało formę zbliżoną do kielicha, z finezyjnymi uchwytami i sylwetkami dwóch zawodników z piłką. Pięć lat później nowy puchar był zwężony i ozdobiony godłem Polski. Wreszcie w 2014 roku powrócono do klasycznej formy: kielicha z uchwytami, odlanego z brązu i chromowanego.
U– jak uczta. Ta piłkarska, ściśle związana z pasjonującymi meczami w Pucharze Polski. O jednym już pisaliśmy (Górnik – Legia 5:2). Ale takich pamiętnych finałów było znacznie więcej. My wybraliśmy dziesięć, naszym zdaniem najbardziej spektakularnych: Wisła Kraków – Sparta Lwów 2:1 (1926), Legia – Górnik 2:1 (1966), Górnik – Legia 5:2 (1972), GKS Katowice – Górnik 4:1 (1986), Legia – Jagiellonia 5:2 (1989), Miedź – Górnik 1:1, k. 4:3 (1992), Arka – Lech 2:1 (2017), Cracovia – Lechia 3:2 (2020), Wisła – Pogoń 2:1 (2024), Legia – Pogoń 4:3 (2025).
W– jak Wełnowiec. To część Katowic w północnym regionie miasta, na Wzgórzach Chorzowskich. A Rapid Wełnowiec, to klub będący jednym z protoplastów GKS-u. W sezonie 1963/64 Katowiczanie zagrali w Pucharze Polski pod… dwoma nazwami. W listopadzie 1963 roku zapadła decyzja o utworzeniu – na bazie sześciu klubów – Górniczego Klubu Sportowego Katowice. Ale ta nazwa uprawomocniła się dopiero 27 lutego
Łączy nas piłka
1964 roku. Z tego powodu końcówkę rundy jesiennej drużyna z Bukowej rozgrywała właśnie jako Rapid Wełnowiec. Jeden klub, dwie nazwy, a wszystko skończyło się na półfinale, bo do takiej fazy Pucharu Polski doszli wtedy piłkarze ze stolicy Górnego Śląska.
Z– jak ząb za ząb. Takich spotkań, w których „wymiana ciosów” szła na całego, było w ostatnich latach kilka, ale my wracamy do tego z 31 sierpnia 2022 roku. W 1. rundzie KKS Kalisz zremisował z Widzewem 5:5, wygrywając w karnych 4:3. Gospodarze prowadzili 3:0, 4:3 i 5:4, ale za każdym razem Łodzianie doprowadzali do remisu. Po raz ostatni w doliczonym czasie dogrywki! W serii „jedenastek” także była „jazda bez trzymanki” (m.in. dwa strzały w poprzeczkę), ale dla występujących na trzecim poziomie rozgrywkowym Kaliszan skończyło się happy endem. Zamiast długo opowiadać i tłumaczyć, za co można pokochać Puchar Tysiąca Drużyn, wystarczy zobaczyć w Bibliotece PZPN kapitalne spotkanie w Kaliszu. I wszystko będzie jasne.
Ż– jak Żagań. W czerwcu 1965 roku, chyba pół Polski sprawdzało w atlasach, gdzie dokładnie leży to miasto w województwie lubuskim (na tzw. ziemiach odzyskanych). Zainteresowanie było jednak zrozumiałe, gdyż miejscowi Czarni okazali się rewelacją krajowego pucharu. Trzecioligowy klub, w którym grali głównie… żołnierze w służbie czynnej, wyrzucał za burtę jednego faworyta za drugim: Polonię Bytom, Pogoń Szczecin i ŁKS Łódź. Aż trzykrotnie o awansie Czarnych zadecydował rzut monetą. W finale, w Zielonej Górze, do sensacji już dojść nie mogło. Górnik Zabrze był wtedy dużo lepszy od reszty polskich klubów. Nic dziwnego, że rozbił trzecioligowca 4:0, a klasycznym hat-trickiem w pierwszej połowie popisał się Ernest Pohl. Dzielni piłkarze z Żagania i tak zapisali się jednak w historii.
RAFAŁ BYRSKI
Przygoda trwająca 270 dni… lub dwie minuty.
Najważniejsze liczby STS Pucharu Polski
CO NAJBARDZIEJ ZAPAMIĘTAMY
Z BIEŻĄCEJ EDYCJI PUCHAROWYCH ZMAGAŃ?
ZAPRASZAMY NA PRZEGLĄD NAJWAŻNIEJSZYCH LICZB
ZWIĄZANYCH Z STS PUCHAREM POLSKI 2025/2026.
1
tylko jeden zawodnik może pochwalić się hat-trickiem zdobytym w obecnej edycji STS Pucharu Polski. To Bartosz Nowak z GKS Katowice, który w tak znaczący sposób przyczynił się swoimi trafieniami do wygranej Katowiczan w meczu z Wisłą Płock (4:2, zwycięstwo po dogrywce).
2
tylko tyle minut przebywał na boisku w meczu Stal Stalowa Wola – Skra Częstochowa zawodnik gości Nikodem Kossakowski, który ujrzał czerwoną kartkę. To najszybciej ukarany zawodnik w obecnej edycji PP. Łącznie w obecnej edycji przedwcześnie boisko musiało opuścić ośmiu piłkarzy, również z drużyn Zagłębia II Lubin, Śląska Wrocław, GKS-u Tychy, Gryfa Słupsk, Znicza Pruszków, Korony Kielce i Górnika Zabrze.
2
tylu trzecioligowców awansowało do ćwierćfinału STS Pucharu Polski. To z jednej strony Zawisza Bydgoszcz, z drugiej z kolei Avia Świdnik, która po dogrywce uległa Rakowowi Częstochowa. Zawisza ograł drugoligową Chojniczankę.
3
tyle drużyn z jednego województwa znalazło się w najlepszej czwórce STS Pucharu Polski. Po raz ostatni taka sytuacja zdarzyła się w roku 1972, trzy lata przed zwiększeniem liczby województw z 17 do 49. Wtedy 75% półfinalistów stanowiły zespoły z województwa katowickiego – Raków Częstochowa, Górnik Zabrze oraz Ruch Chorzów. Teraz miejsce Ruchu „zajął” GKS Katowice.
4
tyle lat drużyna z czwartego poziomu rozgrywkowego musiała czekać, by awansować do półfinału Pucharu Polski. W sezonie 2021/2022 uczyniła to Olimpia Grudziądz. Zawisza to w ogóle dopiero drugi klub trzecioligowy, który w XXI wieku awansował do najlepszej czwórki Pucharu Polski.
5
tyle goli mają na swoim koncie najlepsi strzelcy obecnej edycji STS Pucharu Polski. To Jonatan Braut Brunes (Raków Częstochowa), Bartosz Nowak (GKS Katowice) i Valerijs Sabala (Chojniczanka Chojnice). Ten pierwszy będzie miał okazję swój dorobek jeszcze poprawić.
7
tyle bramek, najwięcej w jednym spotkaniu, zdobyli piłkarze Polonii Bytom. To najlepszy wynik w tej edycji STS Pucharu Polski, a co ciekawe, niebiesko-czerwoni dwukrotnie trafiali do siatki rywali aż siedmiokrotnie. Najpierw w domowym spotkaniu z Zagłębiem II Lubin (7:1), a następnie w meczu z LKS-em II Goczałkowice-Zdrój (7:0).
8
tyle spotkań kończyło się w tej edycji PP rzutami karnymi. Dwukrotnie jedenastki wykonywali piłkarze Widzewa Łódź, Chojniczanki Chojnice oraz GKS Katowice. Każda z tych drużyn po jednym razie triumfowała w serii jedenastek.
9
tyle goli samobójczych padło w tej edycji pucharowych zmagań. Najbardziej „pechowym” klubem jest GKS Katowice, gdyż w tym gronie jest dwóch graczy półfinalisty: Alan Czerwiński oraz Arkadiusz Jędrych.
15
tyle rzutów karnych wykorzystali piłkarze drużyn grających na szczeblu centralnym w bieżącym sezonie STS Pucharu Polski. Do tego dochodzą trzy jedenastki niewykorzystane.
17
tyle bramek zdobyła najskuteczniejsza drużyna w obecnej edycji rozgrywek. To Polonia Bytom, która co prawda zakończyła zmagania w 1/8 finału, ale swój dorobek bramkowy wypracowała przede wszystkim dzięki meczom z rezerwami Zagłębia Lubin i LKS-u Goczałkowice Zdrój, w których strzeliła czternaście goli.
18
tyle drużyn w tym sezonie STS Pucharu Polski nie zdobyło bramki w regulaminowym czasie gry. Bez gola kończyły zmagania takie ekipy jak: Beskid Andrychów, GKS Tychy, Zagłębie Lubin, Radomiak Radom, Motor Lublin, Pogoń Grodzisk Mazowiecki, Odra Bytom Odrzański, Korona II Kielce, Legia II Warszawa, ŁKS Łomża, Stal Rzeszów, Polonia Warszawa, Pogoń Siedlce, Siarka Tarnobrzeg, Zagłębie Sosnowiec, KKS Kalisz, Wieczysta Kraków, Olimpia Elbląg.
66
tyle meczów zostało rozegranych w ramach obecnej edycji PP na szczeblu centralnym (dwa spotkania ostatecznie się nie odbyły). Finał pomiędzy Górnikiem Zabrze a Rakowem Częstochowa będzie meczem numer 67.
179
tyle bramek padło w obecnej edycji STS Pucharu Polski na szczeblu centralnym, w regulaminowym czasie gry. Najwięcej bramek obejrzeliśmy w półfinałowym spotkaniu Rakowa Częstochowa z GKS-em Katowice (4:4), w meczu ŁKS Łódź - Chrobry Głogów (5:3) oraz w spotkaniu Polonii Bytom z rezerwami Zagłębia Lubin (7:1). W dwóch pierwszych starciach dorobek bramkowy wypracowano również jednak w dodatkowym czasie gry.
270
tyle dni trwała tegoroczna edycja pucharowych zmagań. Rozpoczęło się wszystko 5 sierpnia od meczów w Stalowej Woli, Bytomiu, Bielsku-Białej i Krakowie. Pierwszą bramkę zdobył Damian Śliwa z Hutnika Kraków. Kończy się właśnie teraz, w stolicy.
20 000
taką najwyższą frekwencję odnotowano w tegorocznej edycji STS Pucharu Polski. Jak na razie największym zainteresowaniem cieszyło się spotkanie półfinałowe w Bydgoszczy, pomiędzy miejscowym Zawiszą a Górnikiem Zabrze. TADEUSZ DANISZ
Dziesięć finałów okiem statystyka
LICZNIK FINAŁÓW PUCHARU POLSKI NA PGE NARODOWYM
DOBIŁ DO „DZIESIĄTKI”. W TYCH SPOTKANIACH BYŁO
PRAKTYCZNIE WSZYSTKO, CO SKŁADA SIĘ NA DEFINICJĘ
PIŁKARSKIEGO WIDOWISKA: OPRAWA I ATMOSFERA,
PIĘKNE GOLE, KAPITALNE PARADY BRAMKARZY, DOGRYWKI I KARNE, SENSACJE, NIESPODZIANKI, ALE TAKŻE ZWYCIĘSTWA FAWORYTÓW. OCZYWIŚCIE
Z POZIOMEM BYWAŁO RÓŻNIE, ALE, CYTUJĄC KLASYKA,
TYCH „PLUSÓW DODATNICH” BYŁO ZNACZNIE WIĘCEJ. W UJĘCIU STATYSTYCZNYM TA HISTORIA JEST
RÓWNIE CIEKAWA, JAK SAME WYDARZENIA NA MURAWIE PGE NARODOWEGO.
Zaburzona równowaga
Idealna równowaga, która w tym roku została… zaburzona. W dziesięciu finałach wystąpiło dziesięć klubów. Najwięcej – pucharowi hegemoni, czyli Legia Warszawa. Piłkarze ze stolicy wyjątkowo upodobali sobie stołeczny obiekt, bo zagrali na nim w finale Pucharu Polski pięciokrotnie i osiągnęli stuprocentową skuteczność! Tuż za Legią jedzie „poznańska lokomotywa”. Ale jej skuteczność jest na przeciwnym biegunie. Cztery występy Lecha na PGE Narodowym (2015, 2016, 2017, 2022) i… żadnego zwycięstwa. Dwukrotnie na piękną murawę warszawskiego obiektu wbiegli piłkarze Arki Gdynia, Pogoni Szczecin i Rakowa Częstochowa. W tym roku „Medaliki” zrobią to po raz trzeci. A lista uczestników wielkiego finału powiększy o kolejny klub.
Chodzi o Górnika Zabrze, który po raz ostatni zagrał w finale Pucharu Polski w 2001 roku.
Wszyscy uczestnicy finałów na Narodowym (pogrubioną czcionką drużyny, które wygrały)
W 10 finałach strzelono 25 goli (nie licząc tych w seriach rzutów karnych w 2014 i 2023 roku).
Nie trzeba być wybitnym matematykiem, by wyliczyć średnią (2,5 gola na mecz). Najwięcej – aż siedem trafień – oglądali kibice ubiegłorocznego finału: Legia – Pogoń (4:3). W tym spotkaniu na listę strzelców wpisał się Efthymis Koulouris. Tym samym Grek przeszedł do historii, bo został pierwszym piłkarzem, który zdobył bramki w dwóch finałach na PGE Narodowym. I to dwóch z rzędu! Pierwszego gola strzelił w starciu „Portowców” z Wisłą Kraków. Dla Koulourisa te trafienia nie były powodem do przesadnej radości – w obu przypadkach jego drużyna została bez trofeum.
Reszta świata – Polska 13:9
Na liście strzelców goli znalazło się 13 graczy z zagranicy (Cafu, Prijović, Zarandia, Amaral, Gutkovskis, Lopez, Koulouris, Satrustegui, Rodado, Luquinhas, Morishita, Szkurin, Vinagre) i dziewięciu Polaków (Jodłowiec, Niezgoda, Saganowski, Siemaszko, Sołdecki, Trałka, Wdowiak, Smoliński i Sobiech).
WSZYSTKIE FINAŁY NA PGE NARODOWYM
2 maja 2014 ZAWISZA BYDGOSZCZ – Zagłębie Lubin 0:0, karne 6:5
2 maja 2015 LEGIA WARSZAWA – Lech Poznań 2:1 (1:1)
2 maja 2016 Lech Poznań – LEGIA WARSZAWA 0:1 (0:0)
2 maja 2017 Lech Poznań – ARKA GDYNIA 1:2 (0:0, 0:0) po dogrywce
2 maja 2018 Arka Gdynia – LEGIA WARSZAWA 1:2 (0:2)
Lech (3): Amaral, Trałka i samobójcza (Jodłowiec).
Raków (3): Gutkovskis, Lopez, Wdowiak.
Wisła (2): Satrustegui, Rodado.
Lechia (1): Sobiech.
Cztery z tych goli padły w doliczonym czasie drugiej połowy: Sołdecki (2018), Sobiech (2019),
Satrustegui (2024) i Smoliński (2025). Pierwsze i ostatnie trafienie zyskały miano honorowych (dla Arki i Pogoni), gol Sobiecha przesądził o triumfie Lechii, a bramka Satrustegui sprawiła, że arbiter musiał zarządzić dogrywkę.
Wbrew przepisom
W meczu tak wysokiej rangi żaden piłkarz nie cofa nogi. Niestety, nie zawsze gra zgodnie z przepisami. W 10 finałach sędziowie pokazali 6 czerwonych i 55 żółtych kartek (dane na pod-
stawie Biblioteki PZPN). Jedyny klub, który nie został ukarany żadną kartką, to Zagłębie Lubin (finalista z 2014 roku). Z 6 czerwonych tylko Barry Douglas z Lecha otrzymał ją w wyniku drugiej żółtej kartki. Jedynym piłkarzem, który zobaczył dwa żółte kartoniki w barwach dwóch klubów, był Zoran Arsenić (najpierw jako piłkarz Jagiellonii, a później Rakowa). Najwięcej kolorowych kartoników sędziowie pokazali w finałach z 2023 i 2024 roku (13 w meczu Raków – Legia i 12 w starciu Wisła – Pogoń).
Na czele listy klubów z największą liczbą żółtych kartek plasują się ubiegłoroczni finaliści. Co ciekawe, dwaj piłkarze „Portowców”: Rumun Valentin Cojocaru oraz Portugalczyk João
Gamboa zostali ukarani rok po roku w spotkaniach Pogoni z Wisłą i Legią. Z kolei legionista Paweł Wszołek zobaczył żółte kartoniki w dwuletnim odstępie czasu (2023 i 2025).
Finał krajowego pucharu to również rywalizacja trenerów. Także tych z polskim i zagranicznym paszportem. Do tej pory drużyny finalistów prowadziło na PGE Narodowym 17 szkoleniowców.
Ale tylko Maciej Skorża, Leszek Ojrzyński i Marek Papszun mogą pochwalić się dubletem. I wszyscy zrobili to z tymi samymi klubami. Ojrzyński (z Arką) i Papszun (z Rakowem) przyjechali na Narodowy rok po roku, ale Skorża (z Lechem) miał aż siedmioletnią przerwę. Z tej trójki tylko Skorży nie udało się zdobyć tego cennego trofeum.
Z grona tej „siedemnastki”, ośmiu to przedstawiciele zagranicznej myśli szkoleniowej, a sześciu z nich (Berg, Czerczesow, Klafurić, Runjaić, Feio – wszyscy z Legii oraz Rude z Wisły) mogło świętować zdobycie pucharu. Ta sztuka nie udała się jedynie Bjelicy i Gustafssonowi.
W tym roku do tej listy będzie można dopisać Słowaka Michala Gasparíka (Górnik Zabrze) i Łukasza Tomczyka (Raków Częstochowa). W szkoleniowej rywalizacji Polska vs Reszta Świata prowadzą (6:4) trenerzy z zagranicy. Ciekawe czy opiekunowi „Medalików” uda się zniwelować tę przewagę?
Trenerzy prowadzący zespoły w finałach na Narodowym (pogrubioną czcionką triumfatorzy)
Ryszard Tarasiewicz (Zawisza, 2014)
Orest Lenczyk (Zagłębie, 2014)
Henning Berg (Legia, 2015)
Maciej Skorża (Lech, 2015, 2022)
Jan Urban (Lech, 2016)
Stanisław Czerczesow (Legia, 2016)
Nenad Bjelica (Lech, 2017)
Leszek Ojrzyński (Arka, 2017, 2018)
Dean Klafurić (Legia, 2018)
Ireneusz Mamrot (Jagiellonia, 2019)
Piotr Stokowiec (Lechia, 2019)
Marek Papszun (Raków, 2022, 2023)
Kosta Runjaić (Legia, 2023)
Jens Gustafsson (Pogoń, 2024)
Albert Rude (Wisła, 2024)
Robert Kolendowicz (Pogoń, 2025)
Goncalo Feio (Legia, 2025)
Hat-trick Marciniaka
Sędziować finał Pucharu Polski na PGE Narodowym to zaszczyt i wyróżnienie, ale również odpowiedzialność oraz stres. Nawet dla najlepszego arbitra świata, który sędziował m.in. finał mundialu w Katarze (2022) oraz decydujący mecz Ligi Mistrzów (2023). Mowa oczywiście o Szymonie Marciniaku. W sumie dziesięć finałów sędziowało tylko 7 arbitrów.
Trzykrotnie pamiątkowe medale odbierał wspomniany Marciniak (2016, 2022, 2025), dwukrotnie Piotr Lasyk (2018, 2023), a po razie: Jarosław Przybył (2014), Daniel Stefański (2015), Tomasz Musiał (2017), Bartosz Frankowski (2019) i Tomasz Kwiatkowski (2024).
Ubiegłoroczny rekord
Teraz trochę o… nogach. Tak, to nie pomyłka. Chodzi o nogi kibiców, którzy co roku 2 maja zapełniają trybuny Narodowego. A z frekwencją
na Wielkim Finale nigdy nie było problemów.
Najlepszą miał ten ubiegłoroczny. Siedem goli w starciu Legii z Pogonią obejrzało na żywo dokładnie 51 tysięcy 233 kibiców.
A dziesięć finałów łącznie 445 tysięcy 104 widzów (średnia na mecz – 44 tysiące 510).
Liczba widzów na finałach Pucharu Polski
1. 2025 Pogoń – Legia 51 233
2. 2016 Lech – Legia 48 563
3 2024 Pogoń – Wisła 47 506
4 2018 Arka – Legia 47 037
5. 2015 Legia – Lech 45 332
6 2023 Legia – Raków 44 701
7 2019 Jagiellonia – Lechia 44 158
8 2017 Lech – Arka
43 760
9 2014 Zawisza – Zagłębie 37 120
10. 2022 Lech – Raków 35 694
RAFAŁ BYRSKI
Wszystko o reprezentacjach Polski znajdziesz na portalu
LACZYNASPILKA.PL
Bądź bliżej najważniejszych wydarzeń
NEWSY / VLOGI / UNIKATOWE ZDJĘCIA / EKSLUZYWNE WYWIADY