Page 1

t ym 7% VA T

01|2009

7,50 zł w

czerwiec–sierpień

>warszawa >moda >koncerty >kawiarnie >sztuka >architektura >komiks

felietony: agata passent tomasz piątek polemika: tadeusz rolke vs grzegorz lewandowski

miejski salon wydarzenia koncert morrisseya w palladium

siti caf� opowieść o szpilce i szpulce

futu warszawa nowa wizja kruczej 50


03

Zapraszamy na wycieczkę po Warszawie – odwiedź wszystkie zaznaczone miejsca!

42

48

10 32 40

22

44

9 46

6 14 12

18

Direct Publishing Group Sp. z o.o., ul. Genewska 37, 03-940 Warszawa, tel. 022 617 93 23, www.dp-group.com.pl; Katarzyna Grabowska k.grabowska@dp-group.com.pl; Dyrektor artystyczny (proj. graficzny) Dennis Wojda; opracowanie zawartości magazynu Sylwia Bargieł ; Sekretarz redakcji Andrzej Opala; Współpracownicy Sylwia Banaszkiewicz, Krzysztof Gawronkiewicz, Ewa Koperska, Tomasz Markiewicz, Sylwia Omiotek, Agata Passent, Tomasz Piątek, Jacek Pióro, Maciej Tyśnicki, Anna Woźniakowska, Małgorzata Zera, Beata Zimnicka; Reklama Monika Gostołek m.gostolek@dp-group.com.pl; Dyrektor projektu Aleksandra Wasążnik; Prezes Zarządu Michał Sztand; koordynatorzy projektu Robert Gietko i Dorota Wojciechowska z Centrum Development and Investments Polska Sp. z o.o.; foto na okładce Phil Moore; autor czcionki „HOOge” wykorzystanej w tytułach Craig Kroeger (www.miniml.com) Wydawca

Redaktor naczelna

4 Agata Passent 6 Szpilka i Szpulka 9 Tomasz Piątek 10 Starbucks 12 Sorry, Ghettoblaster 14 Krucza 50 18 Ermenegildo Zegna 22 W  arsaw Fashion Street 24 Moda 1980 vs 2009 26 R  olke + Lewandowski 32 Bracka 20 34 Grupa 5 Architekci 38 Bogna Świątkowska 40 Sztuka ulicy 42 Warsaw Summer Jazz Days 44 Morrissey 46 A lina Szapocznikow 48 Komiks: Love terrorist 50 Blog

mapa treści

cedet | 01 | 2009


4

cedet | 01 | 2009

onogamia jest jednym z wielu sposobów na związek. Platynowe, diamentowe czy bombowe gody są podziwu godnym wyczynem – na pewno pary zdążą się poznać, wspólnie zmieniać, dotrzeć się. Dla mnie monogamia nie była nigdy tą wybraną formą współżycia z moim ukochanym miastem, czyli z Warszawą. Niewierność jest wskazana np. w kuchni: dążąc do mistrzostwa, należy szukać wciąż nowych idealnych połączeń smaków. Podobnie z winami – czy którykolwiek z enologów lub zaufana sommerlierka polecali Państwu wciąż to samo wino? Nie, oni wciąż gonią za kolejnym odkryciem. Nigdy nie uda nam się w pełni poznać Warszawy – to miasto jest zbyt złożone, wielowarstwowe, wielozakątkowe, ogrodzone, pełne gett, niezdyscyplinowane historycznie, społecznie, towarzysko. Poza tym Warszawa zmienia się zbyt szybko, abyśmy za nią nadążyli. Inna była, gdy Biuro Odbudowy Stolicy pochylało się nad marzeniami urbanistycznymi. Inna była w czasach straconego pokolenia Marka Hłaski, gdy nad Wisłą istniała plaża, a pływanie kajakiem po rzece stanowiło rozrywkę tak typową, jak

m

passent playgirl

tekst Agata Passent/Syndykat Autorów (2009)

foto wojtek wieteska

dziś flipy na deskorolkach pod pomnikiem Witosa. Moi znajomi, którzy miesiąc temu wrócili do Warszawy po 10 latach nieobecności, powiedzieli, że „nie poznają tego miasta, wszystko zabudowane, mrówkowce gorsze niż za Gierka“. Zmieniam miejsca w Warszawie jak rękawiczki. Był czas, kiedy z Warszawy uciekłam do szkoły i na studia do amerykańskiego Cambridge, do japiszońskiego, zabawowego Nowego Jorku, do purytańsko-portowego Bostonu. Ale tylko po to, by tęsknić i wrócić do stolicy. Mieszkałam tu już pod dziewięcioma różnymi adresami i wciąż się zastanawiam, które miejsca są w Warszawie bliskie ideału. Ostatnio przeprowadziłam się z okolic butikowo-giełdowego placu Trzech Krzyży na Sielce, czyli ulicę Iwicką – tereny znacznie bardziej alkoholiczno-czerniakowskie.


05

Podzielę się kilkoma migawkami z moich kolejnych romansów warszawskich. Dzieckiem w kolebce byłam na Żoliborzu. Porzuciłam go z werwą, choć wielu uznaje go za miejsce cudne. Elitarne, ciche, blisko centrum, z zachowaną modernistyczną architekturą, z romantycznymi małymi uliczkami wokół placu Słonecznego, etosem Jacka Kuronia, kościołem księdza Jerzego Popiełuszki, gdzie w latach 80. odbywały się słynne artystyczne wystawy, np. szopka Jerzego Kaliny. Żoliborz kojarzył się do niedawna z warszawską inteligencją – w końcu wciąż mieszka tu Andrzej Wajda i inteligenci z osiedli WSM-u, jednak dziś dzielnica ta przyciąga głównie dzieciatych japiszonów. Swoimi terenówkami i SUV-ami wielkości trzech pokoi akademickich próbują rozpychać niewielkie uliczki obsadzone mirabelkami. W weekendy nie da się spokojnie w parku Żeromskiego obalić piwka czy pojeździć na rowerze, gdyż setki aut oparkowują tutejsze uliczki, po czym wygramolają się z bagażników kosmiczno-tytanowe wózki z dziećmi i nadgorliwymi tatusiami. Dlatego jeśli mam ochotę na jogging albo sentymentalny spacer, wybieram Cytadelę, ale od strony ulicy Kaniowskiej. Jako dziecię uczęszczałam, z przykrością zresztą, do tysiąclatki mieszczącej się przy alei Wojska Polskiego. Przy tej ulicy było zagłębie melin, a na szkolnym murku wypisałam swoje pierwsze i jedyne graffiti – wielkimi wołami, białą farbą – Sex Pistols. Za murami Cytadeli mieściła się wtedy jednostka wojskowa i mam stąd traumatyczne wspomnienie. Po lekcjach przekradłam się z trójką chłopaków z klasy przez ogrodzenie za małą fosą i podglądaliśmy ciężarówki ZOMO, gdy wtem zaczęli do nas strzelać ze ślepaków, szybko nas złapali i zaprowadzili do jakiegoś porucznika. Ten, nie dość, że kazał nam za karę myć sedesy (!!!), to odstawił na dywanik do dyrektorki szkoły. Ach ten oficerski Żoliborz. Dziś wpadam tu chętnie na najlepsze flaki w mieście – w knajpce Żywiciel. Bardzo lubiłam mieszkać przy ulicy Boya-Żeleńskiego 6. Choć do snu, niczym szum fal morskich usypiał mnie szum samochodów. Od tego czasu mam teorię, iż stołeczne spaliny poprawiają cerę. Miałam widok na Puławską, nocą neony oświetlały mi sypialnię, a za oknem stała formalnie piękna, dynamiczna bryła sklepu Supersam. W czasie imprezek schodziliśmy podchmieleni do tutejszego McDrive’u po lód do drinków, którego całe worki wrzucałam do wanny. Mieszkałam tam w kamienicy zaprojektowanej przez mojego ukochanego polskiego architekta – Bohdana Pniewskiego. Wiele jego budynków, w tym „mój“, to połączenie luksusu, modernizmu, szacunku dla natury i jakiejś weneckości. Jeśli z bliżej nieznanych przyczyn nie zapoznali się Państwo z pracami Pniewskiego, polecam lekturę książki Marka Czapelskiego „Bohdan Pniewski – warszawski architekt XX wieku“. Warto zrobić sobie rowerową wycieczkę po stolicy śladami jego budynków. W pewne dzielnice nie zapuszczam się programowo – toleruję tylko centrum miasta. Co to znaczy centrum w mieście, które z przyczyn historycznych centrum nie posiada? To w Warszawie właśnie jest wspaniałe – każdy może sobie wyznaczyć własne centrum. Dla jednych to PKiN, dla innych wietnamskie miasteczko i pyszne zupki, dla jeszcze innych… grecka knajpa przy Dereniowej. Przyznaję bez bicia, choć to politycznie nie jest „correct“ – nie lubię Ursynowa, Kabat, Natolina, bo niedobrze czuję się w miejscach estetycznie i historycznie monotonnych. Na Kabaty jeżdżę dokładnie dwa razy w roku, do pewnego dentysty na tzw. przegląd. Za każdym razem przed wyjazdem na Kabaty czuję się, jakbym jechała za góry i za morze. Natomiast lubię spacerować po małych ulicach Pragi, Zacisza i Saskiej Kępy. Na Saskiej Kępie, która stała się dzielnicą snobów, miło poobserwować, jak rekiny finansowe prowadzą swą różowiutką dziatwę do przedszkola francuskiego wzdłuż wypielęgnowanych domków przy ulicy Nobla. Kiedyś była to dzielnica artystów – dziś nie ma tu żadnej liczącej się galerii. Te mieszczą się bliżej

każdy może dla siebie wyznaczyć własne centrum

Nowego Światu. Uliczki odchodzące od Stalowej pozwalają mi choć troszkę poczuć atmosferę, którą tak genialnie opisał felietonista Wiech, a Zacisze to taki melanż warszawski – trochę sajdingu, trochę ogródków z malwami, trochę hurtowni skarpet i nowych osiedli. A jak skończę pisać ten tekst, to wezmę wypożyczoną z Biblioteki Publicznej nr 70 powieść Philipa Rotha i usiądę w kawiarni Magiel na Sielcach, gdzie mają obecnie najlepszy sernik w mieście i gdzie spotkać można uduchowione reporterki z pobliskiej „Gazety Wyborczej“. W weekend zabieram rodzinę na Bielany, aby pojeździć rowerem uliczkami z ładnymi latarniami, obejrzeć modernistyczny gmach AWF i pograć w tenisa. Nigdzie w stolicy nie zagrzewam miejsca na dłużej, bo za dużo tu fantastycznych miejscówek. Muszę lecieć – może złapię króliczka? <

felieton

cedet | 01 | 2009


cedet | 01 | 2009

Szpilki nie wciSniesz


Marchewa, Kijanka i Łysy to barmani kultowi niemal tak samo jak Szpilka i Szpulka – lokale, w których pracowali prawie od początku ich istnienia. tekst Kasia Grabowska

foto joanna sanecka, dennissimo.com

łaściciele knajpek przy pl. Trzech Krzyży chcieli, by pracowały u nich ciekawe osobowości. Tak też się stało. Ksywka Kijanki wzięła się z uderzającego podobieństwa do Keanu Rivesa. Łysy to chłopak z Pragi. Marchewa wyznaczał trendy i wciąż mówił o tym, że zrobi sobie operację plastyczną. Kredka miała kolorowe włosy i mnóstwo tatuaży. Zdziś, kelner o artystycznych upodobaniach, był filozofem. Troll cały czas wypatrywał miłości (podobno już ją znalazł!) i zawsze nosił przy sobie pierścionek zaręczynowy. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie obsługa w dużej mierze przyczyniła się do sukcesu knajp przy placu Trzech Krzyży. Właściciele kultowych dzisiaj kawiarni chcieli, by klienci mogli porozmawiać z obsługą na każdy temat. Dlatego zatrudniali samych barwnych ludzi. Klienci często na własnej skórze odczuwali zadziorny charakter obsługi, jednak nie narzekali. Wiedzieli, że idąc do Szpilki, ryzykują niezbyt miłe traktowanie oraz fochy ze strony kelnerów i barmanów. To oni królowali w tym miejscu. Nikt nie miał co do tego wątpliwości. Zadziwiające, że nikogo to nie odstraszało, wręcz przeciwnie. Wiele osób przychodziło specjalnie po to, by pogadać z obsługą. Siadali przy barze i opowiadali o swoim życiu. Wytworzyła się bardzo rodzinna atmosfera. Było to możliwe między innymi dlatego, że Szpilkowy team nie zmieniał się przez wiele lat. Po odejściu Kredki, Kijanki i kilku innych osób, na forach internetowych zapanował nastrój wręcz żałobny. Niepodpisany użytkownik tak wypowiada się na forum: „Ostatnio wpadam i okazuje się, że nie mam z kim i o czym porozmawiać. Nikogo znanego za barem”, Korda dodaje: „Odkąd nie ma Łysego to totalnie do niczego. Nie ma legendy tego miejsca, klimat już nie ten sam”, wtóruje im Sławek: „Byli kiedyś tu barmani, były kiedyś tu barmanki, do których przychodziło się rozmawiać o wszystkim”. Na szczęście stęsknieni klienci mogą odnaleźć Marchewę i Trolla w kolejnej knajpie właścicieli Szpilki i Szpulki – otwartym niedawno przy Miodowej Skafandrze. Szpilka była pionierska pod wieloma względami. Przede wszystkich, jako jeden z pierwszych lokali, swoich klientów upatrywała nie w turystach, ale w warszawiakach. W czasach, kiedy otwierano Szpilkę (właśnie mija 10 lat od tego wydarzenia), nie istniało praktycznie żadne fajne miejsce, w którym mogliby się spotykać mieszkańcy stolicy. Wszystko się dopiero rozkręcało, działały jedynie Modulor i Między Nami. Były to jednak miejsca o bardziej elitarnym klimacie – do wizyty w Między Nami upoważniała karta klubowa. Szpilkę otworzono jako lokal śniadaniowy, co było nowatorskim pomysłem. „To był pierwszy lokal w Warszawie, który otwierano o 7 rano. Teraz nikt już tego nie pamięta, ale wtedy nie istniała kultura jedzenia śniadań na mieście, w ogóle nie było zwyczaju wychodzenia na zewnątrz, musieliśmy przekonać do tego gości” – wspominają właściciele Szpilki. Długo przekonywać nie trzeba było, bo Szpilka od razu zyskała grono wiernych fanów. Anonimowy internauta pisze: „Szpilkę uwielbiam, przesiaduję tam od początku i jak widzę, nie jestem jedyny – dokoła mnóstwo wiernych twarzy:-)”.

W

07

Ktoś inny dodaje: „Szpilkę odwiedzam odkąd pamiętam. Wtedy meble były błyszczące i nowiutkie, ściany nieodrapane, a wokół lokalu unosiła się atmosfera nowości i wyjątkowości. Nie było w Warszawie wielu podobnych miejsc, więc czasem trudno było tutaj znaleźć stolik”. Gościom dość szybko weszły w nawyk Szpilkowe śniadania. Szczególnie chętnie wpadano na nie prosto z imprezy. Gosc100

w szpilce i szpulce królowali barmani i kelnerzy

opowiada: „Fajne miejsce i ludzie również, barmani wyjątkowo wyrozumiali dla imprezowych, porannych gości. Jak śniadanie po imprezie, to tylko w Szpilce”. To także pierwszy gay-friendly lokal. Od początku miejsce było tłumnie odwiedzane przez osoby homoseksualne. Trudno stwierdzić, czy stało się to za sprawą luźnej atmosfery, niekonwencjonalnej obsługi czy legendarnego szaletu, znajdującego się po

siti café

cedet | 01 | 2009


cedet | 01 | 2009

Szpilka Cafe Bar, Plac Trzech Krzyży 18, czynny od 17.00 do ostatniego gościa. zupy po 16 zł, np. Serowa z łososiem i grzankami z serem; trzy Pasty do chleba w cenie 24 zł, np. Włoska (bakłażan, cukinia, papryka ,bazylia)

08

tradycji, tylko budują własną historię, jednak silna kawiarniana przeszłość niewątpliwie drugiej stronie ulicy. Szapomogła ich lokalom. Szpilka mieści się w miejscu założonej w roku 1945 kawiarni let od kilkudziesięciu lat był U Marca. W 1957 roku zastąpiła ją Antyczna, a jeszcze później nazwę zmieniono na zwyczajowym miejscem spotkań Pod Gryfami. Lokal obok miał jeszcze starsze korzenie. Miejsca chętnie odwiedzawarszawskich gejów. Jeszcze długo po jego zlikwidone przez warszawską elitę intelektualną istniały tu od 1875 roku. Zmieniali się ich waniu płonęły w tym miejscu znicze zapalane przez właściciele i nazwy, ale nie atmosfera. Niezależnie od tego, czy kawiarnia należała dawnych bywalców tego przybytku. Tak czy inaczej, do Aleksandra Paravaciniego, Karola Muekke, czy nazywała się akurat Lajkonik, o otwartości Szpilki wiedzieli wszyscy (oprócz przesiadywali w niej artyści: Jan Matejko, Bolesław Prus, Stanisław Witkiegejów chętnie przychodzili tu w pewnym wicz, Xawery Dunikowski, Stefan Żeromski, Władysław Reymont, Zofia momencie alfonsi i prostytutki). szpulka cafe bar, Plac Trzech Krzyży 18 , Nałkowska, Franc Fiszer, Eryk Lipiński, Aleksander Kobzdej, Maria TheNavigator tak charakteryzuje Szpilkę: czynny od 7.00 rano . Hiszpańska-Neuman, Mieczysław Kościelniak i Zbigniew Lengren. „Od zawsze pełno gości, od zawsze smasłynne śniadania od15 zł, Śniadanie angielskie Od samego początku w Szpilce i Szpulce nie wypadało nie bywać. cznie, od zawsze miła obsługa. I dodat– jajka sadzone na bekonie i frankfurterki; To tutaj towarzystwo się lansowało, to w Szpilce jadano śniadania kowo – od zawsze mile widziane pary bez Śniadanie norweskie po szaleństwach sobotnich nocy, a w Szpulce rozpoczynał się każdy względu na płeć”, atlantic dodaje: „Cały – łosoś wędzony, twarożek, ciabatta; weekend. Tutaj przychodziły sławy i różnej maści celebryci. »gay-friendly« klimat miejsca faktycznie sałatki od 24 zł Nawet bohaterowie serialu „Magda M.” spotykali się właśnie w tych sprzyja wizytom przeróżnych par kawiarniach. Dla niektórych właśnie to było wabikiem do pojawienia się na (i grup) ludzi. Nie rzuca się to w oczy i nie jest placu Trzech Krzyży, dla innych był to zdecydowany minus, tak jak dla internauty nachalnie podkreślane, ale klimat jest ewidentnie o nicku jacquespanek, który uważa, że Szpilka „to lokal służący do spotkań, rozmów, swobodny. Raczej nie spotkałem się z tym, żeby komukolale czasami odnoszę wrażenie, że do kreowania nowych postaci warszawskiego wiek to przeszkadzało”. środowiska celebryckiego. Niby nie mam nic przeciwko, a jednak”. Właściciel Szpilki Ale ta pierzeja placu Trzech Krzyży to nie tylko tradycja i Szpulki, Grzegorz Waligóra, uważa, że czasy, kiedy jego lokale były „warszawkowe”, tajemnego życia nocnego. To przede wszystkim legenda dawno minęły. Podobnego zdania jest Marcin Prokop, który lubi przychodzić do Szpilki. „Szpilek”, najdłużej ukazującego się polskiego pisma Co decyduje zatem, że Szpilka i Szpulka cieszą się nieustającą popularnością? Marcin satyrycznego. Publikowali w nim najlepsi twórcy, Prokop wśród atutów wymienia lokalizację. Według drugiego właściciela, zadecydowała a o debiucie w „Szpilkach” marzył każdy młody satyryk. o tym przede wszystkim atmosfera miejsca: „Udało nam się zrozumieć potrzeby gości W większości przypadków taki debiut był początkiem z różnych segmentów. A to goście tworzą lokal. Traktuję gastronomię jako wieczną wspaniałej kariery. obietnicę. My roztaczamy przed gośćmi wizję, a oni sprawdzają, czy umiemy ją spełnić. Przy placu Trzech Krzyży od zawsze istniały lokale, Dopóki będziemy to robić, nie stracimy klientów. Obiecujemy ludziom, że będą się tu w których spotykali się artyści. Właściciele Szpilki mówią czuli dobrze. I rzeczywiście tak jest. To po prostu fajne miejsce”. < co prawda, że nie kontynuują w sposób bezpośredni tej


cedet | 01 | 2009

Nie mam wspomnień dotyczących placu Trzech Krzyży, ponieważ pochodzą one z okresu, którego nie pamiętam, którego programowo nie pamiętam, którego nigdy nie było.

09

ie pamiętam Rubikonu, nie pamiętam nawet vitello tonnato w Rubikonie. Nie pamiętam Modulora. A najbardziej nie pamiętam Szpilki. Albo Szpulki. Albo Szparki. Nigdy nie pamiętam, której. Jeżeli coś pamiętam, to nie to, co było, tylko to, czego nie było. Pamiętam, jak niedaleko, w Centrum Sztuki Współczesnej (której też nie ma) odbyło się albo nie odbyło spotkanie. Na spotkaniu miałem być ja, Peja i Cezary Michalski. Peji nie było. A może nie było Pei. W każdym razie nie było żadnego z nich, w tym sensie, że ten, który nazywa się Peja i nie wiadomo, tekst foto jak się odmienia, nie dojechał. Mnie też nie było, bo tomasz piątek Hanna Gill-Piątek zamiast mnie przyszła moja choroba. Cezary Michalski niby przyszedł na spotkanie, ale tak naprawdę jego też nie było, bo nie zabrał ze sobą swojego mózgu. Mózg Cezarego Michalskiego funkcjonuje tak dobrze, bo on używa go tylko od czasu do czasu. Wtedy nie używał. Powiedziałem coś, co wcześniej przeczytałem w Biblii, a Michalski powiedział, że jestem gnostykiem. Jeśli ktoś nie wie, to dla teologów stwierdzenie: „jesteś gnostykiem“ ma taki sam wydźwięk, jak dla innych ludzi stwierdzenie: „jesteś złamanym kutasem”. Aha, powiedziałem sobie, czyli dla ciebie wszystko, czego nie powiedział twój papież, to gnostycyzm – choćby było to napisane w Biblii. Obraziłem się. Michalski przestał wtedy dla mnie istnieć. Gdy tylko się pojawiał, nie było go dla mnie, tak jakby mnie tam nie było. Ignorowałem go tak skutecznie, że pewnie tego nie zauważył. Odobraziłem się dopiero niedawno, kiedy przeczytałem w „Dzienniku” jego tekst o Pospieszalskim. Tekst, po którym to Pospieszalski powinien zniknąć. Pamiętam, a właściwie nie pamiętam, że po tym spotkaniu poszedłem do Szpilki. Albo do Szpulki. Albo do Szparki. Tam zupełnym przypadkiem nie spotkałem Frederica Beigbedera. On też miał spotkanie tego dnia w Centrum Sztuki Współczesnej. Tyle że on z czytelnikami, a ja nie wiadomo z kim. Po spotkaniu, nadal zupełnym przypadkiem, Beigbeder poszedł do Szpilki, Szpulki albo Szparki i usiadł przy stoliku naprzeciwko mojego stolika. Zupełnym przypadkiem nie odbyliśmy rozmowy, w której nie poruszyliśmy najważniejszych problemów współczesnych albo ponadczasowych, ponieważ Beigbeder siedział przy stoliku z dwiema paniami, organizatorkami z Centrum Sztuki Współczesnej (której też nie ma). Były to takie dwie panie, jakby ich nie było: w wieku nieprzemijającym, ondulowane na masło, w złotych okularach. Znały mnie, bo to one przecież organizowały rzeczy odbywające się lub nieodbywające w Centrum Sztuki Współczesnej. Nie powiedziały jednak: „proszę, panie Beigbeder, tu siedzi pisarz polski Piątek, mówi po angielsku i trochę po francusku, też pracował w reklamie, jak pan”. Siedziały tylko, patrzyły w ścianę, milczały i wzdychały. Pewnie kazano im zabrać pisarza z Zachodu w jakieś modne miejsce. Poszły w modne miejsce i siedziały w nim jak na szpilkach. Albo szpulkach. Albo szparkach. Wtedy nie żałowałem, bo programowo gardziłem innymi pisarzami. A poza tym, do mojego stolika przysiadła się pewna pani z Wrocławia, która urodziła się, aby zapełnić lukę pomiędzy Edith Piaf a Leni Riefenstahl. Po chwili śpiewaliśmy „Horst Wessel Lied”. Na swoje usprawiedliwienie podam, że śpiewałem fałszywie. Teraz trochę żałuję, bo gdybym porozmawiał wtedy z Beigbederem, może dowiedziałbym się czegoś ciekawszego niż to, że „swastyka masom niesie wolność – chleb!”. Chociaż, gdybym miał z kimś rozmawiać, to wolałbym z Martinem Walserem. Zasadniczo nie rozmawiam. Nie spotykam się już z nikim, nawet z ciałem Cezarego Michalskiego. Nic nie pamiętam. Nic nie wiem. Jedyne, czego się dowiedziałem, to to, jak odmienia się Peja. Peja odmienia się, bo został przedsiębiorcą. <

Piątek więcej szpilek nie pamiętam

felieton

N


cedet | 01 | 2009

kawowa kontrrewolucja tekst kasia grabowska

Od kawy plujki do Starbucksa. Tak oto dokonał się nasz los. Rewolucja skończona. W końcu jesteśmy prawdziwym zachodnim społeczeństwem i mamy na to mocne kwity. Po Tokio, Chicago, Nowym Jorku i Zakazanym Mieście w Pekinie na warszawski Nowy Świat zawitał Starbucks.

foto eric bednarski, starbucks, archiwum redakcji

a pojawienie się u nas najpopularniejszej na świecie sieci kawiarni czekano z niecierpliwością. Każda domniemana data wywoływała masę emocji. Plotki spijano sobie z ust. Wszelkie newsy obficie komentowano. I wreszcie na Nowym Świecie pojawił się lokal z zielonym logo. Na początku było ich trzech i wcale nie mieli zamiaru podbijać kawą globu. Po prostu otworzyli w deszczowym Seattle kawiarnię. Byli zwykłymi studentami: Gerald Baldwin, Gordon Bowker i Zev Siegl. Sukcesu Starbucksa nie kojarzy się jednak z ich nazwiskami. Gdy „sieć” miała już 6 lokali, wykupił ją zatrudniony wcześniej przez nich na stanowisku dyrektora marketingu Howard Schulz. Dwóm z trzech pierwotnych właścicieli zapłacił… 10 tys. dolarów. Nawet w 1987 roku były to śmiesznie małe pieniądze. To Schulz wymyślił globalną ekspansję sieci. U podstaw jego sukcesu stała idea przeszczepienia włoskiego sposobu picia kawy na grunt amerykański. Chciał, żeby kawiarnia stała się centrum życia. Miejscem, w którym będą krzyżować się ścieżki ludzi z najróżniejszych środowisk. Gdzie można zatrzymać się, porozmawiać i napić dobrej kawy oczywiście. Było to najlepiej zainwestowane 10 tys. dolarów w historii branży kawowej. W okresie największego rozkwitu Starbucks wart był na giełdzie ponad 5 mld USD (w 2007 roku firma miała 10 mld USD przychodu). Pięć lat po przejęciu sieci Schulz miał 165 coffeeshopów. 2002 rok zakończył z 5886 kawiarniami. Dziś na całym świecie działa ich 16 tys. Starbucks chce być znany ze swojej troski o pracowników. Firma już od roku 1988 zapewniała pełny pakiet świadczeń zdrowotnych dla wszystkich swoich pełnoi półetatowych pracowników – w Stanach Zjednoczonych, gdzie kilkadziesiąt milionów

n


cedet | 01 | 2009

a

b

c

d

11

ludzi nie ma żadnego ubezpieczenia zdrowotnego, to wielka sprawa. Firmowa ideologia twierdzi, że ta strategia ma źródło w dzieciństwie Howarda Schulza. Gdy miał 7 lat, jego ojciec uległ w pracy poważnemu wypadkowi. Pracodawca zamiast zapewnić mu opiekę lekarza czy odszkodowanie, zwolnił go. Howard nie chciał, by jego „partnerzy”, jak nazywa swoich pracowników, kiedykolwiek doświadczyli takiej sytuacji. Nie przeszkadza mu to jednak zmuszać ich do dzielenia się z nim napiwkami. „Partnerzy” nie przyjęli tej idei z entuzjazmem i pozwali go do sądu, który nakazał oddać im 106 mln dolarów. To niejedyna wpadka, jaką zaliczył koncern. Krytykuje się go za zbyt agresywne strategie rynkowe oraz za podejście do ochrony środowiska i idei Fair Trade, czyli kupowania od rolników z biednych krajów produktów rolnych za uczciwą, tj. zachodniorynkową stawkę. Firma chwali się, że jest największym na świecie odbiorcą kawy Fair Trade, ale w rzeczywistości jedynie 6 proc. zakupionego przez nich produktu sklasyfikowano w ten sposób. Wiele kontrowersji wzbudziło także otwarcie Starbucksa w cesarskim pałacu na terenie

starbucks to:

> 16 tys. lokali w 42 krajach > 140 tys. pracowników > 10 mln filiżanek kawy dziennie > w ytwórnia fonograficzna Hear Music > policjant, który w lipcu 2008 roku w jednej z kawiarni zażądał darmowej kawy, grożąc pracownikom, że w sytuacji zagrożenia nie odpowie na ich wezwanie > 7 nowych sklepów dziennie > starsza kobieta, która 27 lipca 2008 roku wjechała do Starbucks w Rogers Park, raniąc cztery osoby > 150 tys. ton ziaren kawy importowanej każdego roku na potrzeby sieci > 50 mln ludzi, którzy każdego tygodnia odwiedzają kawiarnie Starbucks na całym świecie

> trzej pracownicy kawiarni, których w 1997 roku zastrzelono w lokalu w Burleith w pobliżu Georgetown w stanie Waszyngton > 800 tys. kilometrów, które rocznie w poszukiwaniu najlepszych ziaren przebywa dział zakupu kawy w Starbucks > wg magazynu internetowego brandchannel.com to jeden z pięciu brandów, które mają największy wpływ na nasze życie >k  ultowa już opinia, że nawet gdyby w Starbucksie nie serwowano kawy, a jedynie pobierano opłatę za wstęp, i tak przychodziłyby tam tłumy > mężczyzna, który w styczniu 2006 roku groził, że wysadzi kawiarnię w San Francisco > 100 lokali w ciągu kilku lat w Polsce

siti café

A Seattle Zakazanego Miasta w Pekinie. Po pewnym czasie kawiarB Dubaj nia została zresztą zamknięta. C Seul Starbucks wspiera jednak wiele chwalebnych inicjatyw. D Pekin Założono The Starbucks Foundation walczącą m.in. z analfabetyzmem. Tylko na ten cel fundacja przekazała dotychczas ponad 11 mln USD, wspierając ponad 700 organizacji. Oprócz tego przekazano ponad 1,4 mln książek bibliotekom i klubom dla dzieci. Koncern szczyci się tym, że wspiera małych producentów kawy, dążąc do polepszenia ich warunków życia, przekazuje fundusze na projekty uzdatniania wody na całym świecie i promuje działania w zakresie ochrony środowiska naturalnego. Firma zaczęła także przekazywać Madonna, zużyte ziarna kawy ogrodnikom, którzy Paris Hilton wykorzystują je do użyźniania gleby. i Katie Holmes Tak czy owak, Polacy już mogą upodobały dorzucić się do biznesu Howarda sobie kawę Schulza i jego filantropijnych inicjatyw, z zielonym podobnie jak mieszkańcy prawie wszystlogo kich globalnych metropolii. Starbucksa można lubić lub nie, ale warto przejść się na Nowy Świat 62, by wyrobić sobie własne zdanie na temat podawanej przez nich kawy. Do wyboru mamy 12 różnych kaw i 15 innych napojów, w tym herbatę i czekoladę. Ceny wahają się od 6 do 14,50 zł. <


cedet | 01 | 2009

sorry, to jest fajne tekst mateusz skrzeczkowski

foto karol grygoruk

Na ich pierwsze wspólne imprezy przychodziła garstka znajomych. Dziś balangi pod szyldem Sorry, Ghettoblaster ma w swoim kalendarzu każdy, kto chce być na topie. omek Kosakot Kosiński i Janek Dudzik aka Sekta to liderzy projektu Sorry, Ghettoblaster, który obchodzi w czerwcu trzecie urodziny. Można się spodziewać, że tej nocy kolejka do klubu 55 w PKiN osiągnie rekordowe rozmiary. To popularność, jakiej pozazdrościć mogą nawet popowe „gwiazdy” polskiego show-biznesu. Muzycy świetnie wstrzelili się w lukę na stołecznej scenie klubowej, chociaż przyznają, że początki ich wspólnego grania miały dość egoistyczne pobudki: „Trzy lata temu na tej scenie niewiele się działo. Po złotym okresie warszawskiego clubbingu większość imprez przeniosła się do domów. W zasadzie nie mieliśmy gdzie z Jankiem grać. Chcieliśmy robić balangi, na których moglibyśmy sobie na luzie pograć” – wspomina Tomek. Na pierwszych dwóch imprezach zorganizowanych jeszcze w klubie Punkt przy Koszykowej, faktycznie pojawiła się jedynie garstka znajomych. Kiedy przenieśli się na Mazowiecką do Mono, na imprezy zaczęło przychodzić coraz więcej osób. Choć nadal był to krąg znajomych, których trzeba było obdzwaniać i namawiać, żeby wpadli. Ale to właśnie w Mono Sorry, Ghettoblaster zaczął kształtować swoją markę. Niestety atmosfera Mono jest bardziej barowa niż taneczna, więc

t

impreza przeniosła się do klubu 55, gdzie do dziś rezyduje. I wtedy sytuacja z telefonami odwróciła się o 180 stopni – wszyscy zaczęli dzwonić z prośbą o wpisanie na listę. Początki Sorry zbiegły się również z okresem maksymalnej popularności serwisów MySpace i Facebook, który służył za świetne PR-owe narzędzie do informowania o wszelkich wydarzeniach. Muzycznie Sorry, Ghettoblaster cały czas ewoluuje. W początkowym okresie klimat imprez oscylował w rejonach disco, klasyki house, funku i soulu, czyli gatunków, z którymi Tomek i Janek byli najbardziej związani. „W tej chwili Sorry, Ghettoblaster urósł do takich rozmiarów, że nie mieścimy się w klubie, nic więc dziwnego, że wymagania w stosunku do nas są coraz większe. Z ekskluzywnej imprezy dla znajomych Ghettoblaster przerodził się we wskaźnik tego, co jest fajne i na tej zasadzie zapraszamy didżejów” – wyjaśnia Janek, a Tomek dodaje: „Od początku chcieliśmy grać muzykę, którą lubimy. Niespecjalnie oglądając się na to, z jakiej niszy ona pochodzi. Na początku nasze sety były bardzo zróżnicowane i zwariowane. W roku 2008 ciężko było nie grać tych wszystkich modnych kawałków. Natomiast w tej chwili idziemy w różne strony, od klasycznego house’u i techno, przez najnowsze basowe produkcje”.


13

kosakot

„nerek” z logo imprezy. Janek zajmuje się całą oprawą Do tej pory na Ghettoblaster gościli Fake Blood, graficzną Ghettoblaster, stąd jego duże zaangażowanie. Zombie Disco Squad, The Bloody Beetroots, Fluokids, „Jest to chyba pierwszy tego typu projekt w Polsce. Boy&Bit oraz Jokers Of The Scene z Kanady. Sekta, który Miałem wpływ na dobór kolorów i nadruki. Chcieliśmy, zajmuje się bookowaniem artystów, przyznaje jednak, że mimo wielkiego entuzjazmu, jaki wykazują zaproszeni żeby kurtka nadawała się zarówno do jazdy na rowerze, jak i do wyjścia na miasto. Produkty te są dostępne didżeje, Polska nadal jest im nie po drodze. w sklepie Warszawska Nike” – wyjaśnia. W czerwcu na trzecich urodzinach Sorry, Ghettoblaster klub 55 przeżyje oblężenie. Jeśli komuś nie uda Wielbicieli Sorry, Ghettoblaster do pojawienia się na ich trzecich urodzinach nie trzeba namawiać. Kto cały się dostać do środka, wiele straci, ale zawsze może czas się waha, niech sprawdzi listę potwierobejrzeć fotorelację z imprezy na kilkunastu blogach. Popularność Sorry zbiegła się dzonych didżejów. Wśród nich najjaśniej 3 urodziny błyszczy gwiazda modnej londyńskiej sceny bowiem z erupcją niezliczonej liczby sorry, fotoblogów, dokumentujących tanecznoghettoblaster, heavybase’owej – Sinden. Ale to niejedyne atrakcje tego wieczoru. Tomek załatwia -alkoholowe ekscesy. Trzy czwarte osób 13 czerwca, maszynę do confetti, będzie też tort. na zdjęciach ma ciemne okulary lub klub 55, A co dalej? Muzycy są na etapie kla„zerówki”, dominują odblaskowe kolory Plac rowania nowych i niezwykle tajnych i niestandardowe formy ubrań. Wszyscy defilad 1 pomysłów, nie chcą więc zdradzać zbyt wiele. są nieprzytomnie rozbawieni, wszyscy się Janek zapewnia jednak, że podobnie jak trzy lata nawzajem uwielbiają. Według Tomka to fajne temu, gdy Ghettoblaster stworzył świeżą formułę na zjawisko. On sam wychował się w latach 90., kiedy ubrań i kolorów było mało. Teraz nareszcie są w Warszawie warszawskiej scenie, tak i teraz nie będą stać w miejscu. Już myślą nad rzeczami, które wskażą nowy kierunek dla dzieciaki, które wyglądają ciekawie i modnie. Ostatstołecznej sceny klubowej. Więc jeśli nie brakuje wam sił, nio Sorry, Ghettoblaster zaliczyło współpracę z firmą Turbokolor. Powstała limitowana seria kurtek i torebek parkiet klubu 55 to miejsce absolutnie obowiązkowe. <

miasto nocą

sekta


cedet | 01 | 2009

O rewitalizacji Cedetu i jego okolicy opowiada Tomasz P. Chenczke, prezes Zarządu i dyrektor zarządzający firmy Centrum Development and Investments. jak i kiedy narodził się pomysł na rewitalizację Cedetu?

> Geneza tej idei jest

skomplikowana, bo łączy w sobie dwa światy: przedwojenny i powojenny. Bracka jest jedną z najstarszych ulic w Warszawie. Po wojnie rejon Widok–Bracka stał się gruzowiskiem. Na pustej działce, między nową Kruczą a Bracką, powstał wtedy jeden z najciekawszych modernistycznych

na niej budynek miał się wyróżniać z otoczenia. Pewną częścią tego projektu, wymuszoną na jego twórcach, było to, co nazywamy „dostawką biurową”. To ten budynek z tyłu Cedetu, w innym stylu, sztuczny. Przez to właśnie, że w ogóle tu nie pasuje, był mocno krytykowany. Idea rewitalizacji, o której zaczęliśmy myśleć w roku 2000, obejmowała także odtworzenie ulicy Brackiej, tej historycznej pierzei.

nowocześniejszych

Czy Bracka będzie zatem

i usługową. Znikną z niej nawet – dziś istniejące – miejsca parkingowe. Myślę, że dużo zyskają na tym właściciele kafejek, barów, sklepików, biur i punktów usługowych przy Brackiej.

deptaków w mieście – śródmiejski Pasaż Wiecha...

> I jeden z najbardziej krytykowanych. My rozumiemy przestrzeń publiczną jako „zwracanie” jej mieszkańcom miasta. Dlatego Bracka na odcinku przy Cedecie pozostanie zamknięta dla ruchu samochodowego, stając się deptakiem, pasażem handlowym z częścią restauracyjną

rozmawiał andrzej opala wizualizacje cdi

charakter ikon. Niemal wszystkie wymagają kompletnej modernizacji lub odświeżenia. My chcemy nie tylko zachowywać to, co najistotniejsze i wartościowe w tych budynkach, ale także rozwijać całą przestrzeń miejską. Na tyle implementarnie, żeby budynki stawały się nowocześniejsze, lepsze, ładniejsze, by poprawiać życie ich mieszkańcom. W naszych propozycjach

towawczych, dokumentacji, pozwoleń. Sześć miesięcy to dla takiej inwestycji zaledwie krótka chwila. Obecnie jesteśmy na etapie uzgodnień z konserwatorem zabytków, a w tej chwili pracujemy nad decyzją środowiskową, która nieoczekiwanie stała się nowym elementem wniosku o warunki zabudowy. To była niespodzianka dla wszystkich inwestorów w mieście

nie ma nic rewolucyjnego. Po pierwsze, zawsze podchodzimy z szacunkiem do tego, co zastaliśmy. Z drugiej strony, staramy nie ograniczać się tylko do rewitalizacji, ale też wzbogacać przestrzeń miejską o nową jakość. Nie na zasadzie pastiszu, kopiowania, odtwarzania tego, co było, ale na zasadzie połączenia historycznego z nowoczesnym.

(chodzi o obowiązującą od listopada 2008 roku. ustawę o udostępnianiu informacji środowiskowej i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko, Dz.U. Nr 199, poz. 1227 – przyp. red.).

lepsza warszawa budynków w Polsce, zaprojektowany przez Zbigniewa Ihnatowicza i Jerzego Romańskiego. Dzisiaj jest wpisany do rejestru zabytków, choć przyznam, że wpis jest dosyć kuriozalny. Przedmiotem wpisu jest tylko fasada budynku nieistniejącego po pożarze...

Ona też była oryginalnym projektem Ihnatowicza i Romańskiego?

> Oczywiście, to

był swoisty wyróżnik tego miejsca. Jak już wspomniałem, jest to budynek modernistyczny, stojący niezależnie, nierespektujący przestrzeni dookoła. Architekci, mieli do zapełnienia działkę nieobciążoną przeszłością. Powstający

przejezdna, jak przed wojną?

> Niestety, nie będzie. Problemem Warszawy nie jest brak ulic dla samochodów, lecz brak przestrzeni publicznej. Nieszczęściem Warszawy jest to, że została całkowicie zburzona w czasie wojny, a odbudowywano ją w epoce samochodów. Dlatego jest takim dziwacznym tworem, w którym częściowo zachowano charakter architektoniczny starego miasta, ale w swej tkance urbanistycznej powstało miasto dla samochodów.

Własne pojmowanie przestrzeni publicznej firma CDI zademonstrowała tworząc jeden z naj-

Wróćmy jeszcze do roku 2000, gdy podjęto decyzję wkroczenia na teren Domu Towarowego „Smyk”...

> Decyzja ta była

oczywiście związana Co się wydarzyło od dnia 13 listopada ub.r., z charakterem naszego kiedy przedstawili portfela inwestycyjnego. państwo projekt Zajmujemy się zawsze rewitalizacji rewitalizacją podchodzimy z szacunkiem Cedetu? i rozbudową do wielu obiektów > Praca przy tego, co położonych takich projektach zastaliśmy w centrach w centrach miast wielkich miast. To przebiega powoli budynki niemal histoi wymaga olbrzymiego ryczne, często mające nakładu prac przygo-

jak długo będzie trwała rewitalizacja Cedetu?

> Jeżeli wszystko pójdzie według planu podwoje Cedetu otworzymy na Boże Narodzenie 2012 roku.

Cedet odzyska pierwotny wygląd...

> Przede wszystkim odtworzymy oryginalną, skomplikowaną, wielopłaszczyznową


cedet | 01 | 2009

fasadę i neon, który podkreśla modernistyczny charakter budynku.

15

Dzisiaj okolica budynku jest dość obskurna

> Wierzymy, że zmianie ulegnie całe otoczenie Cedetu. Naszym marzeniem jest przywrócenie dawnego pieszego szlaku handlowego, ciągnącego się od placu Defilad, przez Warsa, Sawę i Juniora, Pasaż Wiecha, Chmielną, Dom Braci Jabłkowskich, Bracką z Cedetem, Aleje Jerozolimskie i znowu Bracką, koło nowego budynku Wolfa, do placu Trzech Krzyży, który jest dzisiaj miejscem ekskluzywnych marek.

Czy czymś nas Państwo zaskoczą we wnętrzu Cedetu? Tu były drugie w Warszawie schody ruchome, kawiarenka dla dzieci „Jaś i Małgosia” oraz słynna kawiarnia na tarasie...

> Interesuje nas dzisiaj jedynie rewitalizacja historycznej bryły i fasady. Wypełnieniem przestrzeni handlowej zajmą się najwyżej dwie spółki mające własne koncepcje handlowe. Nie wiemy jeszcze, czy będzie to całkowity powrót do starego Cedetu. Zapewniam, że będą nowoczesne schody ruchome. Te poradzieckie były częściej „nieruchome”, kolejne też

futu warszawa

i przypadkowa...


cedet | 01 | 2009

Nasza inwestycja ma stać się częścią przestrzeni miejskiej, a nie wyizolowaną wyspą

szwankowały... Na trzech, góra czterech poziomach widzielibyśmy raczej coś w rodzaju domu handlowego typu Van Graaf – Peek & Cloppenburg czy Royal Collection. Dla nowej przeszklonej piramidy, która stanie na tyłach, u zbiegu ulic Brackiej i Kruczej, przewidujemy głównie funkcje handlowe i usługowe. Wiele doświadczeń w tym względzie przyniosła nam

zakończona niedawno rewitalizacja zabytkowej wrocławskiej Renomy, czyli monumentalnego, siedmiokondygnacyjnego domu handlowego Wertheima, zbudowanego w 1928 roku. Uciekamy od rozwiązań typu centra handlowe w kierunku koncepcji domów handlowych. Nasza inwestycja ma stać się częścią przestrzeni miejskiej, a nie wyizolowaną wyspą handlową. Dla nas nie jest istotne łączenie wszystkich funkcji w jednym budynku. Skupiamy się głównie na aspekcie handlowym, modowym, wspomaganym przez aspekt usługowy. Chcemy,

by przychodzono tu nie tylko na zakupy, ale i na spotkania. Dlatego do „nowego” Cedetu wróci m.in. słynna kawiarnia na tarasie, w której w latach 60. nagrywano sceny do wielu polskich filmów. CDI dba zarówno o zachowanie historycznych i kulturowych

16

szczęścia, by ją pomyślnie zakończyć. Jest to trudne, gdyż projekt zawsze musi zakończyć się kompromisem wielu stron – architekta, dewelopera, administracji i władz miasta, urzędu konserwatora oraz lokalnej społeczności. Ważne są także kontakty z mediami i środowiskami opiniotwórczymi.

wartości swoich budynków, jak i o wysoki

Czy napotkali Państwo

standard ich odbu-

głosy przeciwne

dowy. nie zapomina też

rewitalizacji Cedetu?

o ich otoczeniu. Który z tych elementów jest najtrudniejszy w realizacji?

> Najtrudniejsza jest faza projektowa, bo potrzeba wiele czasu, cierpliwości, a czasem

> Nie słyszymy takich donośnych głosów. Zanim zaprezentowaliśmy publicznie nasz pomysł, był on obiektem dyskusji z władzami miasta, kon-

serwatorem zabytków, środowiskami opiniotwórczymi, varsavianistami, urbanistami, znanymi architektami, naukowcami. Odzew przeważnie był bardzo pozytywny. Dlatego mamy poczucie, że nasz projekt ma nie tylko mnóstwo energii, ale też ludzi, którzy wspierają rozwój miasta. Mam nadzieję, że udało nam się stworzyć silne lobby wokół tego projektu. Trudno zrozumieć oponentów, którzy chcieliby wszystko pozostawić tak jak jest, niczego nie zmieniać, nie odnawiać.


6

cedet | 01 | 2009

Ale pojawi się trochę utrudnień w życiu mieszkańców miasta?

> Oczywiście, nie unikniemy słów krytyki. Gdy zacznie się budowa nastąpią ograniczenia w ruchu miejskim, przez pewien czas nasili się hałas, ale tym charakteryzuje się życie w mieście. Szczególnie w mieście dynamicznym, które próbuje dopiero uzyskać swoją „twarz”. Pamiętam wizytę w Nowym Jorku, będącym zawsze wielkim placem budowy. Tam spotkałem się z opinią, że miasto to byłoby piękne, gdyby

kiedykolwiek skończono je budować... Mam nadzieję, że Warszawa też będzie wciąż pięknieć, ale także będzie wiecznie niedokończona, bo tak naprawdę żywotne miasto ciągle się „przetwarza”. Dlatego istotne jest, by już nie tylko następne pokolenia, ale każda dekada przyniosła jakąś nową myśl urbanistyczną. Wszystkie inwestycje firmy CDI ulokowane są w śródmieściach. czym dla Pana jest centrum miasta?

> Salonem miejskim. To pierwsze, co przychodzi mi na myśl, gdy słyszę słowo śródmieście. Salon to najbardziej reprezentacyjna,

elegancka część domu. W mieście to miejsce, w którym ludzie lubią się spotykać, przebywać. To magnes przyciągający ludzi. Myślę, że każdy mieszkaniec ma jakiś emocjonalny stosunek do centrum. Chciałbym jeszcze nadmienić, że ów salon warszawski bardzo zepsuła inżynieria społeczna, gdy po wojnie na siłę wprowadzono lud do salonu, a on nie umiał się w nim odnaleźć. Nie pozwolono miastu na ewolucyjne obrastanie tkanką społeczną... dziękuję za rozmowę.

17 centrum to miejsce, gdzie ludzie lubią przebywać


cedet | 01 | 2009

włoski dla elegantOw

18

tekst Aga Ziółkowska

foto MATERIAŁY PRASOWE, dennissimo.com (backgrounds)

Salon Ermenegildo Zegny od 6 lat pokazuje Polakom, co nosi się w Europie. Plac Trzech Krzyży 3 to adres znany każdemu eleganckiemu mężczyźnie. nakiem firmowym marki są tkaniny własnej produkcji. Jest to element wyróżniający firmę od początku jej istnienia. Ermenegildo Zegna w pierwszych latach XX wieku właśnie za pomocą wytwarzanego przez siebie materiału postanowił złamać brytyjski monopol w branży mody męskiej. Włoch zaczął zgłębiać tajniki produkcji manchesterskiej wełny. Zdobyta wiedza pozwoliła mu opracować odpowiednią mieszankę wełny i innych surowców, z której wyprodukował legendarne nici. To one zapewniły najwyższą jakość jego tkanin i zbudowały markę. Potem udało mu się jeszcze uzyskać zgodę peruwiańskiego rządu na wykorzystywanie wełny z wigoni (gatunek lamy), których sierść jest wyjątkowo delikatna. Produkowany z niej materiał „oddycha” i nie przepuszcza wody. Tak powstała tkanina „high performance micronbuty, płaszcze oraz dodatki – wszystko uszyte z jednej sphere”, z której słynie marka. Firma nie ustaje w poszukiwaniach nowych rozwiązań z kilkuset sygnowanych przez Zegnę szlachetnych tkanin. włókienniczych, które zapewniłyby jeszcze większy komfort osobom noszącym odzież Klient może wybrać każdy szczegół swojego ubrania: Ermenegildo Zegny. W tym celu powołano nawet instytut wprowadzający innowacje od rodzaju użytej tkaniny, kształtu i materiału guzików, włókiennicze – Master Loom. Firma w swojej ofercie proponuje tkaniny reagujące na poprzez rodzaj dziurki od guzika w rękawie, kształt zmianę temperatury, odbijające 80 proc. promieni słonecznych, odporne na gniecenie. kołnierzyka czy kieszeni w spodniach i rodzaj mankietów, Absolutnym hitem jest odzież, która doładowuje baterie telefonów komórkowych, po szerokość i ciężkość krawata. iPodów czy palmtopów. Jest to możliwe dzięki umieszczonym przy kołnierzyku Włoska marka już dawno przekroczyła granice nie bateriom słonecznym i wszytym włóknom elektronicznym przesyłającym tylko geograficzne, ale również środowiskowe. Klasykę powstałą energię do specjalnej kieszeni kurtki, w której umieszcza się Ermenegildo Zegny wybierają politycy, gwiazdy rozładowane urządzenie. i sportowcy, np.: Adrien Brody, Leonardo di Caprio, salon Ermenegildo Zegna to przede wszystkim garnitury szyte na Sylwester Stallone, Bill Clinton, Jacques Chirac, ermenegildo miarę. Dzięki usłudze „Su Misura”, każdy mężczyzna może stać Leszek Miller, Aleksander Kwaśniewski oraz zegna, się właścicielem niepowtarzalnej garderoby o dopasowanym piłkarze klubów Inter Mediolan i AC Milan. Ze plac trzech kroju, starannym wykończeniu i dobranych przez siebie detalach. słabości do garniturów Zegny słynie także Andrzej krzyży 3, Na miarę wykonywana jest również galanteria skórzana, w tym Lepper, choć mało kto kojarzy go z elegancją. < pon. – pt. 11–19,

z

sobota 11–17


zegna to r贸wnie偶 mniej oficjalne ubrania; kolekcja upper casual

19

moda

cedet | 01 | 2009


cedet | 01 | 2009

20 ermenegildo zegna kolekcja upper casual. wiÄ&#x2122;cej informacji: zegna.com


w kolekcjach zegny znaleźć można także okrycia wierzchnie oraz ręcznie szyte dodatki

21

moda

cedet | 01 | 2009


cedet | 01 | 2009

modny nowy

O pomoc przy nowej kolekcji Olga Bittner powinna poprosić Edwarda Nożycorękiego. To nożyczki bowiem są najintensywniej używanym przez nią narzędziem. Efekty będziemy mogli oglądać na Warsaw Fashion Street. okaz autorskiej kolekcji podczas Warsaw Fashion Street Olga Bittner wygrała w ubiegłorocznym konkursie New Look Design. Przygotowane przez nią ubrania to efekt poszukiwania nowych form. Olga bawiła się cięciem i konstrukcją odzieży. Zainspirowała ją praca Ari Goldmanna „Man in the Forest”.

p

„Przedstawiała ona sylwetkę poszatkowaną cieniami drzew. Było to oczywiście złudzenie optyczne. Uświadomiło mi to, że używając tych samych środków, można osiągnąć różne efekty. Pomyślałam, że fajnie byłoby pobawić się w podobny sposób konstrukcją ubrań. Tak powstała zupełnie nowa jakość, coś, co wygląda świeżo”

– wyjaśnia projektantka. Olga nie bała się potraktować nożyczkami swoich projektów. „W tym przypadku rysunki, które zwykle są dokładnym odzwierciedleniem przyszłych ubrań, były tylko szkicami, punktem wyjścia. Aż do samego końca modyfikowałam projekty. Standardowe formy ubrań rozbudowałam na manekinie przy

użyciu tworzywa, które niedawno odkryłam. Jest ono bardzo plastyczne, choć z wyglądu przypomina papier. Do pierwotnej konstrukcji dodaję nowe elementy. Na kartce trudno wymyślić coś nowego, a tworząc w przestrzeni, ciągle mam fajne pomysły. Dzięki temu nie jestem wtórna, nie kopiuję ślepo trendów”. Projektantka wybrała drukowane tkaniny w bladopastelowej tonacji, z niewielkim dodatkiem żółci i zieleni. Przez to, że Olga w konstrukcję wkroczyła z nożyczkami, wzory są zaburzone, fragmentaryczne, urywają się, tworząc zupełnie nowe kompozycje. Przygoto-

wana przez projektantkę kolekcja to głównie seksowne tuniki o oversizowej sylwetce oraz sukienki. Zobaczymy też kurtki i płaszcze. To propozycja dla kobiet, które znudziła klasyka i chcą wyglądać trochę inaczej. „Projektuję ubrania dla osób lubiących rzucać się w oczy” – podsumowuje Olga Bittner. <


cedet | 01 | 2009

warsaw fashion street odbędzie się 28 czerwca na nowym świecie i krakowskim przedmieściu

nicy mierzą się z twórczością Fryderyka Chopina oraz klasyką w modzie. Kolekcje zainspirowane tym tematem zobaczymy podczas finałowych pokazów, do których jury, składające się z projektantów, stylistów i dziennikarzy związanych z modą, zakwalifikowało 36 osób. Tego dnia zostaną rozdane także statuetki w innych konkursach organizowanych w ramach Warsaw Fashion Street, m.in. Talent Of Warsaw Fashion Street 2009, Modne Miejsca 2009 i Szansa! – organizowany przez markę Orsay. Temat tegorocznej edycji WFS związany jest z Rokiem Chopinowskim 2010. Wokół ciekawie zaaranżowanych scen, na Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu znajdą się pufy, poduszki i krzesła, by spacerowicze mogli usiąść i wysłuchać na żywo koncertów. <

swiat

tekst aga ziółkowska ilustracja olga bittner foto Dawid Skoblewski

moda

arsaw Fashion Street to jedno z najważniejszych polskich wydarzeń związanych z modą. Pomysł, by pokazy mody, zarezerwowane do tej pory dla wąskiej grupy osób, otworzyć dla szerokiej publiczności, okazał się strzałem w dziesiątkę. Każdego roku coraz większe tłumy przychodzą na Nowy Świat, by uczestniczyć w tym modowym święcie. To tu na najdłuższym w Polsce wybiegu (50 metrów!) można obejrzeć kilkadziesiąt kolekcji zarówno znanych, jak i początkujących projektantów i designerów. Pokazom towarzyszą wystawy, projekcje filmów, koncerty. Od samego początku z Warsaw Fashion Street związany jest konkurs dla młodych projektantów New Look Design (przez pierwsze dwa lata odbywał się pod nazwą Oskary Mody New Look). W tym roku jego uczest-

W

23


cedet | 01 | 2009

Nie od dziś wiadomo, że moda co jakiś czas wraca. Teraz jednak jest to widoczne o wiele lepiej niż kiedyś – po ulicach chodzą dziewczyny jakby przeniesione z lat 80.

foto na tej stronie janusz sobolewski

24

foto na stronie obok karolina kosowicz

Janusz Sobolewski to znany fotograf mody. dzięki jego zdjęciom Możemy porównać dzisiejszą modę uliczną z tą z lat 80.


cedet | 01 | 2009

Krótkie sukienki i obowiązkowy pasek w talii. do tego koniecznie legginsy!

styl sportowy to drugie oblicze mody tamtych czasów. tutaj w ciekawej aranżacji

moda cool

neonowe kolory to wizytówka lat 80. Dziś znów wróciły do łask

warstwy i jeszcze raz warstwy! styl na cebulkę święcił triumfy wtedy, dziś znów na topie


cedet | 01 | 2009

sen o warszawie owski d n a w e l z r o g e z r g tadeusz rolke +

dy siejsz ych g ie n w ó sn ze ą aw jest Warsz Czy d zi siejsz a stolic a ied zieć Tadeu sz w o p d o ją u b ró p ie n ta e Warsz aw y, ci ży m ar zycieli? Na to py t la 0 6 d o y c ją f dokumentu Rolke, znany foto g ra ator kult ury. im an y n cz łe o st i, sk w i Grzegorz L ewando roz mawiali kas ia grabow ska macie j tyś nic ki +

ora my war szaws kie pan den nis sim o.com

por tre ty age ncja gaz eta

Panie Tadeuszu, jak 50 lat temu wyobrażał pan sobie Warszawę w 2009 roku?

> Tadeusz Rolke: Nie miałem jakiegoś jasnego obrazu. Jako dziecko, jeszcze przed wojną, widziałem futurologiczno-fantastyczny film pt. „Rok 2000”. Pokazywano w nim bezzałogowy samolot i dziwne domy, które bardzo mi się podobały. Niestety, były to olbrzymie bloki w typie

Le Corbusiera. Gdy w latach pięćdziesiątych pracowałem w piśmie „Stolica”, mogłem na bieżąco śledzić wszystkie plany odbudowy Warszawy. Oglądałem wystawy i fotografowałem makiety przyszłego miasta. To jednak było krótkodystansowe myślenie. Żyjąc w tamtym ustroju, wyobrażałem sobie raczej, że Warszawa może wyglądać jak Moskwa i zamiast jednego Pałacu Kultury stanie ich 14. Na szczęście te wizje skończyły się wraz z upadkiem stalinizmu. Dopiero wtedy pomyślałem, że stolica może zyskać zupełnie nowe oblicze.


27 Moim wielkim marzeniem jest stworzenie mody na warszawskość, na lokalność

CHAOS A jak pan wyobraża sobie Warszawę za 10 lat?

> T.R.: Nie wiem, czy zostanie opanowany chaos. Chyba Polacy nie są do tego zdolni. Z drugiej strony ten nieład zachwyca cudzoziemców. > Grzegorz Lewandowski: Jest inspirujący. > T.R.: Wielokrotnie miałem okazję słyszeć od młodych gości z zagranicy, że nasze miasto bardzo im się podoba. Lubią to zróżnicowanie, to połączenie brzydkiego z ładniejszym, te dziury niedobudowane. Ten chaos ma dla nich jakąś fajną energię. A skoro młodzi ją czują i w taki sposób wyobrażają sobie rozwój, to proszę bardzo. Ja słucham młodych. Wykładam w szkole, ale jednocześnie sam uczę się od moich studentów. Nie jestem w tej kwestii jakimś zatwardziałym konserwatystą albo wstecznikiem.

Grzegorzu, zgadzasz się z tą opinią? Jakie jest twoje wyobrażenie przyszłej Warszawy?

> g.l.: Wydaje mi się, że Warszawa idzie drogą Berlina, czy Paryża. To nieuniknione. Nadrabiamy kilkudekadowe zamrożenie. Potencjał tkwiący w naszej stolicy jest nawet większy niż ten berliński. Na Zachodzie coraz mniej jest przestrzeni niezorganizowanej, ludzie nie mają gdzie realizować swoich pomysłów. U nas wciąż jest tyle do zrobienia. To przyciągnie do Warszawy ludzi nie tylko z Polski, ale z całego świata. Tu będą chcieli się realizować i wgryzać w chaos przestrzeni miejskiej. Tu zderzać z wyzwaniami współczesnego świata. Warszawa daje olbrzymie możliwości. Gdybym otworzył zaangażowaną kawiarenkę w Londynie czy Paryżu, trudno byłoby mi przebić się do szerszej świadomości. Ileż tam jest takich małych świetlic i centrów kultury. W Warszawie łatwiej być zauważonym. Nawet na tak bardzo lokalnym poziomie. Będąc umiarkowanie zorientowanym studentem, otworzyłem lokal, który w ciągu 4 lat stał się przestrzenią dość popularną. Dlatego wierzę w Warszawę. Moim wielkim marzeniem jest wytworzenie mody na lokalność. Chciałbym, żeby

polemika

cedet | 01 | 2009


cedet | 01 | 2009

WSPOMNIEŃ CZAR Jaką Warszawę zachował pan na zdjęciach?

> T.R.: Wieczorną, kiedy na ulicach jest dużo pieszych, a wystawy oświetlają przestrzeń. W swoim archiwum mam dużo takich zdjęć z czasów ponurego PRL. Te zdjęcia są ponure?

> T.R.: Mówię o ponurości systemu, w którym żyliśmy. > g.l.: Czy dla was, młodych ludzi, on rzeczywiście był

ludzie, którzy zajmują się działalnością społeczno-kulturalną, skupili się tylko i wyłącznie na stolicy, a nie traktowali ją jako przystanek do czegoś więcej. Żeby ludzie mieszkający w Warszawie żyli jej życiem. Nie potrzebujemy tęsknie wypatrywać Zachodu. Tu mamy nasz własny, wspaniały świat. Zerwijmy z myśleniem typu: robię coś fajnego w Warszawie, to mam szansę zaistnieć w mediach ogólnokrajowych, więc już od początku w kręgu moich zainteresowań znajduje się cały kraj. Warszawa bardzo traci na tym, że wszystko, co się tutaj dzieje, jest od razu ogólnokrajowe. Skupmy się na naszych małych działaniach. Gdy zastanawiam się nad swoją przyszłością, to wiem, że chciałbym prowadzić Chłodną25 przez następne 40 lat. Nie wolałbyś dorastać w tamtych czasach?

> g.l.: Na studiach żałowałem, że urodziłem się „tak późno”. Zaczytywałem się w dziennikach Mycielskiego i Kisielewskiego i cierpiałem, myśląc, jakie to kiedyś było wspaniałe życie intelektualne, że ludzie zajmowali się wyłącznie ideą i sztuką, że toczyły się te dyskusje, trwała walka o wolność i demokrację. Wszystko takie fantastycznie ideowo naiwne. Ale teraz mówiąc serio: oczywiście nie żałuję. Żyję w wolnym kraju i mogę robić naprawdę to, na co mam ochotę. Mogę wpływać na otaczający świat. Trudno tęsknić do kraju opisywanego w książkach idoli mojej młodości.

ponury? > T.R.: To zależy od stanu świadomości i od oczekiwań. > g.l.: Ja kojarzę znanego fotografa Tadeusza Rolke ze zdjęciami Warszawy, którą wspomina się z pewnym sentymentem. > T.R.: Starsi ludzie mają to do siebie, że swoją młodość przywołują z dużym sentymentem. To, że moje pokolenie dorastało w PRL, nie znaczy, że wszyscy tak samo pamiętamy tamte czasy. Na pewno istnieje pewna ambiwalencja między rzeczywistością, która obiektywnie istniała, a tą, która zachowała się w naszej pamięci. > g.l.: To jest sentyment taki, jaki ma się również do Kabaretu Starszych Panów, Romana Polańskiego czy filmu „Niewinni czarodzieje”. Do tej magicznej Warszawy, która miała duszę, która była „jakaś”. Z jednej strony mrok służb bezpieczeństwa pilnujących każdego przejawu wolnej myśli, a z drugiej film Wajdy, który w 2009 roku wciąż jest niedościgłym wzorem. Czy to znaczy, że według ciebie Warszawa teraz nie ma duszy?

> g.l.: Oczywiście, że ma! Choć pewnie gubi się ona w stołecznym pędzie. Prawdopodobnie za 50 lat będziemy wspominali niesamowitą energię obecnych czasów. Jestem strasznie szczęśliwy, że żyję w Warszawie. Właśnie w tych czasach i z tymi ludźmi. W zeszły weekend byłem w Krakowie. W magicznym Krakowie z czasów mojego liceum i studiów, w mieście z duszą, gdzie zawsze wszyscy się dobrze bawili, oddychali wielką kulturą, inspirującą tradycją i magią Kazimierza. W mojej głowie Kraków cały czas funkcjonował jako kulturalna stolica i naprawdę mocno się zdziwiłem, kiedy znalazłem się tam po dwóch latach nieobecności. Ten magiczny Kraków umarł. To w Warszawie kumuluje się teraz ta niesamowita energia.


29

cedet | 01 | 2009

Pan dostrzega tę energię, o której mówi Grzegorz?

> T.R.: Odczuwam, ona mnie ładuje. Natomiast jeśli

mówimy, że w latach 60. Warszawa miała duszę, to miała ją raczej dla pewnego środowiska. „Niewinnych czarodziei” właśnie i Janusza Głowackiego, chodzącego po Nowym Świecie, pewnego swojej wspaniałej przyszłości artystycznej. Niewątpliwie w moim środowisku działy się rzeczy absolutnie niepowtarzalne. Takie były trasy i miejsca, do których się chodziło. Taką była ulica Foksal, przy której do dziś jest księgarnia PIW-u, a w której niegdyś znajdowała się malutka kawiarnia. Mieściło się tam na stojąco zaledwie 20 osób, ale to tam powtarzano najgorętsze plotki. Tam przyjeżdżały dziewczyny z prowincji, które chciały zmienić swoje życie. Tam królował Olek Drożdżyński, wszystkowiedzący dziennikarz. Wiedział, kto jest polityczny, z kim przespała się taka pani i który aktor dostał po mordzie. Potem szło się do stołówki w SARP-ie, gdzie spotykało się Henryka Stażewskiego i Wiesława Borowskiego. Z kolei trasa środowiska literackiego kończyła się w stołówce Związku Literatów Polskich. Tam przychodził Brandys, Konwicki i inne wielkie nazwiska. Wieczorem wszyscy, już ponadśrodowiskowo, spotykali się w SPATiF-ie. Czy dziś w Warszawie jest takie środowisko?

> T.R.: Nie.

NOWA ELITA > T.R.: Chłodna25 na pewno jest takim miejscem. > g.l.: Mieliśmy z czego czerpać. Od początku chodziło o to, by nawiązać do najlepszych tradycji miejsc integrujących lokalną elitę. Być porównywanym do SPATiF-u. Oprócz Chłodnej można wymienić kilka innych, podobnych miejsc z pomysłem. Są lokale, w których zawsze można kogoś spotkać. Nowe cały czas się rodzą. Na pewno takim integrującym klubem jest Plan b – to tam kształtuje się młoda warszawska scena muzyczna. Właściciele Planu b otworzyli właśnie przy Nowym Świecie Powiększenie. Wiadomo, że jest środowisko literatów skupione wokół Staromiejskiego Domu Kultury, a w nocy wszyscy chodzą na wódkę do Bistro w Hotelu Europejskim. Jest Café Kulturalna w Pałacu Kultury. Trudno się zdecydować, gdzie spędzić wieczór. Pan Rolke wymienia nazwiska znajomych i przyjaciół, które są dla nas klasykami. Jestem pewien, że inspirujący nas dziś artyści i społecznicy, jak chociażby Marcin Masecki, Kobas Laksa, Mikołaj Długosz, Kuba Przybyłowski czy Marcin Cecko, też staną się klasykami. Na razie robimy to samo, co nasi poprzednicy – siedzimy, wymyślamy kolejne projekty artystyczne, gadamy o dziewczynach, plotkujemy, kto z kim i po co oraz pijemy wódkę. Klimat jest podobny, choć czasy się zmieniły, tempo życia wzrosło, znaczenie kawiarniano-artystycznej refleksji spadło. Coraz częściej brak jest czasu na bywanie w lokalach.

INTELIGENCJA Jak to wyglądało czterdzieści lat temu?

Z pana wypowiedzi wyraźnie wynika, że życie

> T.R.: Czuło się istnienie inteligencji.

dzieliło się na elitę i całą resztę? Czy dziś jest bardziej demokratycznie?

> g.l.: Ja myślę, że jest dokładnie tak samo. Są

miejsca, gdzie spotykają się ci społeczno-artystycznie zaangażowani, pozarządowcy...

To była inteligencja przedwojenna?

> T.R.: To byli ludzie pochodzący z rodzin, w których pielęgnowało się tradycję. Poza tym lud wszedł do śródmieścia, jak powiedział Adam Ważyk.

polemika

ŚRODOWISKO


cedet | 01 | 2009

Jakie były tego konsekwencje?

> T.R.: Polaryzacja tej energii. Myśmy się czuli jednak inni. Nie wiem, czy lepsi. To były duże różnice cywilizacyjne i edukacyjne. Nie było tłumu młodych ludzi, którzy skończyli studia. > g.l.: Teraz jest podobnie. Spotykam młodych ludzi, którzy są inteligencją od pokoleń, chociażby dzieciaki z Żoliborza. Widać, że to jest zupełnie wyjątkowa, bardzo elitarna grupa. Poznaję ich w różnych miejscach, a potem na większych wydarzeniach okazuje się, że wszyscy się znają, bo razem jeździli na nartach, grali w tenisa i chodzili do francuskiego liceum. Na pewno jest też spora grupa ludzi, którzy mają to wyjątkowe doświadczenie młodości w stolicy z operą, kilkunastoma teatrami... Dziś tworzą elitę, z niej wywodzą się rozmaici lokalni liderzy. Równocześnie widać pozostawiony przez PRL spadek w postaci przetrzebionej inteligencji. Brakuje też wykształconych urzędników, którzy tworzą miasto. Z nadzieją patrzę na wchodzące w dorosłe życie nowe pokolenia. > T.R.: Dla mnie nową inteligencją są te wszystkie organizacje pozarządowe, chociażby Stowarzyszenie Inicjatyw Twórczych „ę”. > g.l.: Oczywiście, ale to wszystko się dopiero odradza. Nadrabiamy 50 lat zamrożenia. Pierwsze pokolenie, którego całe świadome życie społeczne przebiega w wolnym kraju. Nieraz zastanawialiśmy się ze znajomymi, dlaczego nie powstał nigdy więcej taki film, jak „Niewinni czarodzieje”. Przecież nie jesteśmy gorsi. Nie brakuje osób, które mogłyby napisać świetny scenariusz o dzisiejszej Warszawie. Wydaje mi się, że już niedługo będziemy ten film oglądać. Bo do głosu dochodzi pokolenie trzydziestolatków, którzy już nie pragną zarządzać firmami. Minęły już lata 90. i czasy Solidarności, kiedy po skończonych studiach wszyscy zajęli się zarabianiem

pieniędzy i okupowali adekwatne do tego stanowiska. To nie jest już pokolenie, które musiało studiować prawo albo ekonomię. > T.R.: W którym kierunku się teraz idzie? > g.l.: Myślę, że skończyła się moda na prawo, ekonomię, marketing i zarządzanie. Coraz częściej ważniejsze jest to, co siedzi głęboko w ludziach. Rozumiem to jako przekonanie w stylu „nie muszę skończyć studiów, ale mogę rysować, grać, kręcić filmy, bo taki mam pomysł na życie”. To działa. Ilość zjawisk, które obserwujemy w młodej, niezależnej kulturze, jest olbrzymia. Warszawa odurza bogactwem. Chciałbym, żeby na „warszawskość” nastała moda – tak, jak modna jest jazda na rowerze, tak samo modne mogłoby się stać „bycie warszawiakiem”.

DZIEDZICTWO Czy do zbudowania Warszawy, o której mówisz, niezbędna jest znajomość historii i tego wszystkiego, o czym mówi pan Rolke?

> g.l.: Nie jest to potrzebne. Np. na Wielkanoc Warszawa pustoszeje, bo wyjeżdżają wszyscy, którzy to cudowne miasto tworzą. Zastanawiam się, czy wśród osób, z którymi pracuję, jest więcej warszawiaków czy przyjezdnych. Chyba więcej jest przyjezdnych, a ich zainteresowanie tym miastem jest powierzchowne – ogranicza się do tu i teraz.

Czyli młodzi, warszawscy inteligenci nie chcą poznać etosu dawnej inteligencji?

> g.l.: Nie wiem, czy tego potrzebują. Na pewno część z tych ludzi doskonale zna te historie. Wie, co pół wieku temu działo się na Foksal oraz kto tu z kim pracował i szalał. Wydaje mi się jednak, że to raczej ów sentyment, o którym już rozmawialiśmy. Bazuje na nim wiele inicjatyw. Chociażby festiwal „Niewinni czarodzieje” organizowany przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Ale warto pamiętać, że istnieje druga strona tego sentymentu – jakiś czas temu odbyło się na Chłodnej spotkanie z Januszem Głowackim. Przez trzy godziny opowiadał on, jakim to był fantastycznym playboyem, a na koniec stwierdził, że dziś już nie ma takich kulturotwórczych miejsc i ludzie też nie ci. A na górze siedzieli właśnie ci, o których opowiadał. Poeci, malarze, którzy wieczorem piją wódkę, gadają o sztuce i mają tego starego dziada


31

cedet | 01 | 2009

Czy Warszawa, o jakiej mówisz, jest miejscem, w którym bez przeszkód mogą funkcjonować te dwa pokolenia?

> g.l.: Jak najbardziej. Jest to tak duże i pełne chaosu miasto, że każdy ma tu swoje miejsce.

Czy pan i wszyscy siedzący z panem w SPATiF-ie,

Czy Warszawa ma taką przestrzeń, gdzie Rolke z Lewandowskim mogą spotkać się na kawie?

> g.l.: Dziś spotkaliśmy się w Papu, następnym razem

możemy się spotkać na Chłodnej, na jakimś wykładzie o fotografii, czy na wystawie.

znaliście przeszłość inteligencji warszawskiej?

CODZIENNOŚĆ

Czy to było dla was ważne? Wypadało znać tę

Dlaczego fascynuje was codzienność?

przeszłość?

> T.R.: Myśmy nie pytali o żadne szczegóły. Wiedzieliśmy

jednak, czym była kawiarnia Ziemiańska, kim był Fiszer, kto się tam spotykał. Wypadało znać przeszłość, ale nie było to konieczne. Towarzystwo, w jakim pan się obracał, to byli rodowici warszawiacy?

> T.R.: Inteligencja przetrwała w zasadzie jedynie w Krakowie. Bardzo niewielu warszawiaków przeżyło wojnę. A spośród tych, którzy ocaleli, wielu wyemigrowało. Jeżeli chodzi o moich znajomych, to dużo osób było napływowych. Czy chodząc po Foksal i siedząc w SPATiF-ie myśleliście o sobie jako elicie warszawskiej, czy myśleliście o sobie przez pryzmat miasta?

> T.R.: Ja czułem się warszawiakiem. Myślę, że ci, którzy się szybko zintegrowali, też tak o sobie myśleli, ale o to musiałby pan ich spytać. Jednocześnie jestem kosmopolitą, nie tylko dzielnicowym, ale również międzynarodowym. Nie mam polskości przyklejonej na stałe.

> g.l.: Codzienność to dla mnie lokalność. Pamiętam film pt. „Dym”, którego bohater prowadził sklep. Codziennie wychodził przed ten sklep, robił zdjęcie skrzyżowania i spotykał rozmaitych wariatów. Fascynuje mnie takie życie, w którym świat można „zdobyć” gdzieś zupełnie oddolnie. Mogę siedzieć całe życie na Chłodnej, bo tam spotykam ludzi. A to jest dla mnie najważniejsze. Żyję dzięki tym ludziom, czerpię od nich energię. Cały świat jest w nich, oni mi coś opowiadają, coś pokazują. Niczego więcej nie potrzebuję, jest mi tutaj dobrze. > T.R.: Jeśli chodzi o moją fascynację codziennością, to jest ona głęboko związana z przeszłością. Na początku mojej pracy fotografowałem codzienność dla pisma „Stolica”. Zostałem dokumentalistą, a dokumentalista zajmuje się codziennością. Nie jest futurologiem, ani historykiem. Coś z tego zostało mi na całe życie. Jeżdżę teraz na Ukrainę, gdzie robię cykl związany z historią Żydów, ale jednocześnie fotografuję tamtejszą codzienność. Cały czas interesuje mnie, dlaczego ci ludzie tak żyją, tak się ubierają – od tego jestem fotografem. Dlatego nie miałem wizji Warszawy wykraczającej poza bieżące projekty. Cieszy pana to, co widzi pan na co dzień?

Grzegorzu, jak widziałbyś tę lokalność warszawską, czy byłaby ona kosmopolityczna, czy raczej konserwatywno-tradycyjna?

> g.l.: Myślę, że w jakimś sensie jesteśmy dziećmi pana Tadeusza, spadkobiercami tamtego sposobu myślenia. Osoby przychodzące na Chłodną to zdecydowanie kosmopolici.

> T.R.: Wiele rzeczy mnie cieszy, choć nie wszystkie tak, jak kiedyś. Cieszę się, gdy mogę pójść na Chłodną i zobaczyć tam twarze ludzi tworzących nową inteligencję. Poznać osoby, które będą decydować o przyszłym kształcie Warszawy. Dziękujemy za rozmowę.

polemika

głęboko gdzieś. Niech on sobie opowiada i wspomina. Może uda mu się nawet parę osób zaczarować tą historią. Ale ludzie, którzy – tak jak on kiedyś – tworzą kulturę, nie mają ochoty go słuchać.


cedet | 01 | 2009

a na brackiej... tekst na podstawie rozmowy z Tomaszem Markiewiczem, mateusz skrzeczkowski

foto archiwum CDI

Tu zawsze jest tłumnie i gwarnie. To zasługa nie tylko znajdującego się pod adresem Bracka 20 kultowego lokalu Między Nami, ale także burzliwej historii tej kamienicy. Warto ją poznać. la mojego pokolenia tu właśnie biło serce miasta” – pisał o zbiegu ulic Brackiej, Chmielnej, Zgody i Szpitalnej, dziennikarz i varsavianista Jerzy Kasprzycki. Również i dziś te okolice stanowią towarzyskie, nieformalne centrum stolicy. Klimat tego miejsca tworzą liczne kawiarnie i restauracje, butiki z odzieżą, ale przede wszystkim piękne kamienice. To one urzekają warszawiaków i turystów swoją architekturą i kuszą urokiem podwórek. Kamienica Jaroszyńskiego przy Brackiej 20 znana jest przede wszystkim dzięki Między Nami – lokalowi, który mimo rosnącej konkurencji, od lat jest ulubionym miejscem warszawki.

D

Podczas wojny budynek ten zniszczono, ale dzięki niebywałemu przykładowi prywatnej odbudowy, kamienica Jaroszyńskiego niewiele się dziś różni od pierwotnego projektu Henryka Marconiego. Posesja ta od połowy XIX wieku należała do rodziny Brzozowskich. Niewiele osób wie, że tworzy ją kompleks aż pięciu budynków, które powstawały w różnym czasie. Jej punktem centralnym był neobarokowy pałac Belina-Brzozowskich, wybudowany w głębi podwórza w 1881 roku wg projektu Bronisława Brodzic-Żochowskiego. Został on opisany przez Jarosława Iwaszkiewicza w „Sławie i chwale” jako siedziba księżnej Bilińskiej. W rzeczywistości pałacyk oraz skrywająca go kamienica dochodowa były własnością hrabiego Karola Brzozowskiego. Do dziś zachowały się również kordegarda, czyli dawny budynek stróża i służby, oficyna pełniąca przed wojną rolę bursy dla studentów oraz budynek za pałacem. Pałac spłonął już w roku 1939 roku, natomiast kamienica Jaroszyńskiego została zniszczona w wyniku bombardowań – ocalał tylko parter. Po wojnie Brzozowscy odbudowali ją, dobudowując trzecie piętro oraz poddasze. Niestety, w latach 1948–1950 budynki zostały zabrane rodzinie Brzozowskich. Starsi mieszkańcy pamiętają jeszcze pana Brzozowskiego, który dostał najgorsze mieszkanie w tym kompleksie i widział, jak władza ludowa marnuje dobytek jego rodziny.


kamienicę przy brackiej 20 zaprojektował w połowie XIX wieku znany architekt henryk marconi

Jerzy Kasprzycki pisze o swoistym klimacie panującym w stolicy lat 30. XX wieku: „Ówczesna Warszawa pachniała zupełnie inaczej niż dziś na tym samym skrzyżowaniu – zależnie zresztą od pory dnia i pogody. W lecie, po burzy unosiła się ozonowa świeżość z czysto wymytego asfaltu i z tynków często odkurzanych przez dozorców. Subiekci wynosili znów przed sklep braci Pakulskich reklamowe kosze z pachnącymi czereśniami i truskawkami, strąkami chlebków świętojańskich, wiązkami szparagów, łubiankami raków. Pod wieczór zapachy wyraźnie się zmieniały. Gęstniał tłum przechodniów, spieszących Chmielną do rozrywkowego Nowego Światu. Przeważały dobrze ubrane kobiety. Wyczuwałem za nimi smugę perfum, w tamtych latach na ulicach Warszawy modna była Cazimi »Karioka« z lekko egzotyczną pikanterią. Jestem przekonany, że tylko zwarta zabudowa po obu stronach chroniła wtedy przed wywietrzeniem zapachu wielkiego miasta, niezbędnego – przynajmniej dla mnie – do normalnego życia” – pisał dziennikarz. Wspomniany przez niego sklep Pakulskich, czyli luksusowe delikatesy sprzedające towary kolonialne, to fenomen tamtego okresu. Mieściły się w domu pod numerem 22. „Obok win i korzeni handlowano również piwem, cukrem, naftą, musztardą. Korzenie i przyprawy przechowywano w uwieszonych pod sufitem pęcherzach i w drewnianych skrzyniach-szufladach ułożonych na półkach. […] Uważałem – wraz z moimi rodzicami – że »Pakulscy« to najpiękniejszy sklep w sercu ówczesnej Warszawy, jakim było dla nas skrzyżowanie Brackiej z Chmielną. Sąsiedni dom towarowy braci Jabłkowskich przytłaczał małego człowieczka swym ogromem, zgiełkiem, nowoczesnością w stylu amerykańskim, natomiast sklep braci Pakulskich był swojski, przytulny, domowy. W moim światku dziecięcym większą rolę, niż nawet kosztowne zabawki od Jabłkowskich, odgrywały opakowania od

33

Pakulskich, te pomysłowe, do wszystkiego użyteczne pudełka po kawie, herbacie, figach, daktylach!” – wspomina Jerzy Kasprzycki. Pakulscy to oczywiście niejedyne interesujące miejsce starej ulicy Brackiej. Tuż po wojnie, pod numerem 20 mieścił się butik, który stał się bohaterem eseju profesora Jaroszewskiego. Pisał on: „Do sklepów tych nieraz trzeba się było przedzierać przez kupę gruzu lub skakać z cegły na cegłę, jednak ich wnętrza olśniewały wprost pomysłowością rozplanowania, starannością wykończenia, a nawet szlachetnością materiałów. Wnętrza te projektowane były przeważnie przez wybitnych architektów i grafików”. Profesor Tadeusz Jaroszewski z pierwszych powojennych lat wspomina jeszcze sklep z wytworną konfekcją, również mieszczący się pod tym adresem, prowadzony przez Henrykę Zygadlewiczową: „Jego rysem szczególnym była piękna krata oddzielająca lokal sklepowy od zaplecza. Całość projektował Michał Kuźma. Nieopodal, przy ul. Brackiej 22 była pijalnia kawy i herbaty Ara, która szczyciła się grafiką Lecha Zgrzeszkiewicza”. Sklep Zygadlewiczowej jej rodzina prowadziła aż do połowy lat 90., teraz znajduje się tam klub Między Nami. W podwórku przez wiele lat mieścił się zakład kapeluszniczy pana Sterkowskiego. Obecnie w pałacu działa gejowski klub Fantom. Z kolei w podwórzu przy Brackiej 22 do połowy lat 70. XX wieku funkcjonowała łaźnia

dawna warszawa pachniała zupełnie inaczej niż dziś Diana, którą wielokrotnie podpalano. Przestała działać, gdy higiena w mieście wzrosła na tyle, że łaźnie publiczne straciły rację bytu. Budynek niszczał razem ze swoją piękną ceramiką i secesyjnym wystrojem. W miejscu Diany powstał pensjonat i część biurowa z Instytutem Goethego. Mijając te kamienice, warto pamiętać o ich historii. Tym bardziej, że to my mamy wpływ na to, jak te miejsca będą wspominane za kilkadziesiąt lat. Czy Bracka stanie się bohaterką wielu wspomnień, biografii czy kultowych filmów w dużej mierze zależy od nas. <

architektura

cedet | 01 | 2009


cedet | 01 | 2009

maciej lewandowski

Warszawa według wizji architektów z Grupy 5 to przestrzeń przyjazna ludziom, wiele parków oraz łatwy dostęp do Wisły. Któż by nie chciał w niej zamieszkać?

roman dziedziejko

mikołaj kadłubowski

Jak panowie, jako architekci, widzą Warszawę?

> Maciej Lewandowski: Dla mnie, z punktu widzenia

34

zarówno użytkownika miasta, jak i architekta, Warszawa to miejsce wymagające wielu ulepszeń w zakresie jakości życia, na które składają się dostęp do zieleni, świeżego powietrza i łatwość poruszania się. Mieszkanie w tym mieście ma wiele niedogodności. Dlatego wszelkie myślenie o przyszłości wiąże się dla mnie z projektami ułatwiającymi życie. Jednak każda koncepcja powinna w jakiś sposób odwoływać się do przeszłości tego miasta. Projektowanie tutaj stanowi wyzwanie, bo ciągle trzeba uwzględniać skomplikowany kontekst historyczny. > Roman Dziedziejko: Historia pozostawiła na mapie Warszawy mnóstwo niezagospodarowanych działek. Ale paradoksalnie te luki w zabudowie powodują, że miasto ma duży potencjał. Wypełnienie tych pustych przestrzeni, połączenie oderwanych od siebie kawałków miasta, to ogromne wyzwanie dla architektów i planistów. Pod tym względem to miasto jest dużo ciekawsze od innych. > Mikołaj Kadłubowski: Chciałbym, żebyśmy odpowiadając na pytanie o jakość życia w Warszawie, nie wymieniali samych wad. Wychowałem się w Sopocie, potem mieszkałem w wielu miejscach za granicą, m.in. w Kanadzie i na Bliskim Wschodzie. Jakbym miał zestawiać Warszawę z tamtymi miastami, to porównanie nie wypadłoby na jej korzyść. Ale tu żyję, tu mam rodzinę, dlatego wolę szukać pozytywów. Widzę je właśnie w owej niekompletności i nieforemności. Stwarzają one unikatowe możliwości. Wystarczy je odpowiednio wykorzystać.

wizjonerzy rozmawiała Kasia Grabowska foto jacek pióro wizualizacje grupa 5, ALA Architects, Jarosław Kozakiewicz

> R.Dz.: Dla mnie najważniejsze jest usytuowanie człowieka w przestrzeni. Niebagatelne znaczenie ma to, czy miasto jest zdominowane przez samochody, czy jest przyjazne człowiekowi i zostawia miejsce na integrację.

> M.K.: Ja jednak będę się upierał, by nie koncentrować się na negatywach. Powtórzę tezę o olbrzymim potencjale i tysiącach pomysłów na Warszawę. Przed kilkoma dniami zaprezentowano koncepcję przebudowy ulicy Marszałkowskiej. Uważam, że to jest wspaniałe, bo każda zmiana będzie zmianą na lepsze. Już niewielkie ruchy mogą zaktywizować ludzi i życie społeczne. Ulica ożyłaby, gdyby na odcinku od placu Unii Lubelskiej na południe poszerzono chodniki, a na martwym obecnie odcinku od placu Zbawiciela do placu Unii Lubelskiej przywrócono ruch w obu kierunkach. Deptaki niedostępne dla samochodów sprawdzają się tylko w nielicznych przypadkach, np. na Krakowskim Przedmieściu. Tam są piesi, bo mają, dokąd iść.

Wydaje mi się, że większość pieszych spacerujących po Krakowskim Przedmieściu to turyści. Warszawiak nie ma po co tam iść, nie znajdzie fajnych lokali, w których mógłby usiąść. Skieruje się raczej na Nowy Świat, mimo że Krakowskie Przedmieście pięknie odrestaurowano i potencjalnie jest bardzo atrakcyjnym miejscem.

> M.L.: Krakowskie Przedmieście było projektowane jako salon Warszawy, a wiadomo, że w salonie nigdy nie będzie tak fajnie imprezowo. I wcale nie musi być. Od imprezowych klimatów jest np. Powiśle. Trakt Królewski zawsze będzie bardziej nobliwy, poważny. Dlatego zasadne jest, żeby znajdowały się tam bardziej ekskluzywne sklepy i oferta skierowana raczej do turystów i osób, które po ciężkim tygodniu pracy chcą się przejść eleganckim chodnikiem. To kwestia przeznaczenia poszczególnych części miasta. Nie ma co narzucać żadnemu miejscu funkcji, której nie musi pełnić. Z wcześniejszych wypowiedzi wnioskuję, że dla panów miasto przyszłości, to miasto zielone.

> M.L.: Oczywiście, jak najbardziej zbliżone do natury. > R.Dz.: Rzeczywiście bliscy jesteśmy takiemu

myśleniu. W nowoczesnym czy współczesnym mieście, powinno się więcej myśleć o człowieku i o jakości życia, o której już mówiliśmy.

Mówi pan, że liczba pustych działek, która w Warszawie jest do wypełnienia, inspiruje i ma

To usytuowanie człowieka w samym centrum

duży potencjał. nie ulega jednak wątpliwości, że

jest bardzo wyraźnie widoczne w projektach

jednocześnie generuje chaos. Każdy dobudowuje

Grupy 5...

przecież coś po swojemu i powstaje jeszcze większy zamęt.

> R.Dz.: Rzeczywiście tak jest.

> R.Dz.: Zdecydowanie człowiek jest dla nas najważniejszy. > M.K.: Jesteśmy pracownią antropocentryczną.


futu warszawa

RzeĹşbiarski projekt muzeum sztuki nowoczesnej przygotowany przez grupÄ&#x2122; 5


cedet | 01 | 2009

Czyli centrum zabudowane ścianą wysokościowców to nie jest wizja, pod którą chcieliby się panowie podpisać?

> M.K.: Faktycznie, miasto ostatnio zaprezentowało koncepcję centrum, jednocześnie porażającą swoim rozmachem i kuriozalną. Ten las wieżowców to wyraz jakiejś ambicji, żeby Warszawa była amerykańskim miastem, drugim Dallas czy Houston. Trzeba wziąć jednak pod uwagę, że Polska to kraj północy i powinniśmy się wzorować raczej na Niemcach czy Skandynawach. W Nowym Jorku ludzie w cieniu wieżowców szukają cienia i chłodu, w naszym klimacie potrzebujemy raczej dużo zieleni, słońca i powietrza. > R.Dz.: Ważne jest, aby ludzie identyfikowali się z miejscem, w którym żyją. Będzie to możliwe, gdy powiązania przestrzeni architektonicznych o różnej funkcji będą odpowiednio rozłożone. Umiejętne łączenie przestrzeni biurowych z mieszkalnymi i usługowymi generuje ruch ludzi, stwarza możliwości interakcji i identyfikacji. Tworzenie wyizolowanych wysp powoduje umieranie miasta. > M.K.: Dla mnie argument, że miasta nie stać

na to, by w centrum istniał park, jest dowodem na krótkowzroczne myślenie, które w Polsce ma swoją genezę we wczesnych latach 90. W Londynie jest wiele parków, które we wspaniały sposób humanizują miasto, podobnie jest z Central Parkiem w Nowym Jorku. Każdy w ciągu kilku minut może do niego dojść, usiąść tam na trawie i zjeść lunch. W Warszawie nie ma takiej możliwości i z zaprezentowanej koncepcji wynika, że pewnie nie będzie. Berlin co prawda zafundował sobie niedawno nowe centrum komercyjne w postaci Potsdamer Platz, ale zaraz obok jest wielokrotnie większy park – Tiergarten. W ścisłym centrum Warszawy nie ma podobnego oddechu. Myślę, że gdyby władze miasta miały tyle odwagi i determinacji, by zrealizować największy nowy park w tej części Europy, zapewniłyby sobie miejsce w historii i sercach warszawiaków na zawsze. > M.L.: Trudno o tym przesądzać, bo koncepcje zagospodarowania terenów wokół Pałacu Kultury ciągle się zmieniają. Z czego wynikają te wieczne zmiany planów? Już tyle lat różni ludzie zastanawiają się,

36 a

b co z nimi zrobić, łącznie z pomysłami, żeby Pałac kultury i nauki wyburzyć. Dlaczego nie da się wymyślić i zrealizować czegoś sensownego?

> R.Dz.: To pytanie proszę kierować do władz miasta, nie do nas. Niewątpliwie jednak to bardzo trudny teren. Przez wiele

tworzymy przestrzeń przyjazną dla człowieka

lat kwestie własnościowe ograniczały możliwości inwestycyjne. Oprócz tego pod tym terenem znajduje się bardzo skomplikowana infrastruktura techniczna i wszelkie inwestycje muszą brać to pod uwagę. A wymaga to dużych nakładów i bardzo skomplikowanej analizy specjalistycznej.

> M.L.: Jeżeli mówimy o naturze i zrównoważonym rozwoju, to rozbieranie Pałacu Kultury nie byłoby sensownym krokiem. Wrzucono w niego tyle betonu i stali, że z punktu widzenia ekologii rozbiórka jest zupełnie nieopłacalna. Abstrahując od Pałacu Kultury, uważają panowie, że takie sporne budynki, jak np. Dworzec Centralny, należy burzyć czy modernizować?

> M.L.: Irytuje mnie mówienie o Dworcu Centralnym jako o przestrzeni złej, brzydkiej i niepotrzebnej. Jest to bardzo piękny budynek ze wspaniałymi detalami. Przede wszystkim zrealizowano tu kapitalny pomysł na architekturę i usytuowanie w tkance miejskiej. To prawda, że dworzec jest oblepiony reklamami, śmierdzący i ciemny. Jednak zamiast o rozbiórce, powinniśmy zastanowić się raczej, w jaki sposób to zużycie techniczne naprawić i przywrócić budynek miastu. „Smyk” w tej chwili też nie jest jakimś wyjątkowym obiektem, ale po modernizacji ma szansę znów się takim stać, bo przecież to wyjątkowe dzieło architektury. Wszyscy, którzy mówią o burzeniu, wykazują się


AP  rojekt rewitalizacji Dworca Głównego we Wrocławiu BP  rojekt Centrum Edukacji Ekologicznej w Warszawie C P rojekt osiedla na morenie w Gdyni

c bardzo powierzchownym myśleniem o architekturze. > R.Dz.: Dworzec Centralny jest pewnym ewenementem i naprawdę warto zachować jego pierwotną formę i wszystkie architektoniczne założenia. Gdyby w jego użytkowaniu zachowano odpowiedni rygor, mielibyśmy w dalszym ciągu reprezentacyjny obiekt. Bardzo mi żal także Supersamu. Znamienne jest, że często zaciekle broni się starych budynków, które w zasadzie trudno zrekonstruować, a deprecjonuje się dokonania współczesnej architektury.

przyjazną dla człowieka. Tam, gdzie jest to możliwe, staramy się wprowadzać elementy natury. > M.K.: Niezależnie od tego, czy projektujemy mieszkaniówki, czy biura, pamiętamy o ludziach, którzy będą tam funkcjonować. Staramy się jak najbardziej wkomponowywać architekturę w zieleń. Za każdym razem jest trochę inaczej, musimy się dostosowywać do konkretnych warunków i użytkowników. Jesteśmy elastyczni. Wracając do Warszawy, czy mają panowie jakieś konkretne pomysły

Wolicie panowie projektować coś

na stolicę? Grupa 5 brała udział

od początku, czy rewitalizować?

w konkursie na zagospodarowanie

> M.K.: Projekty rewitalizacyjne są o tyle ciekawsze, że musimy zmierzyć się z konkretnymi uwarunkowaniami i kontekstem historycznym. co jest większym wyzwaniem – projektowanie budynków publicznych czy prywatnych?

> R.Dz.: Przy żadnym projekcie nie zapominamy o naszych podstawowych założeniach, tzn. tworzymy przestrzeń

lewego brzegu Wisły.

> R.Dz.: Ten konkurs idealnie wpisuje się w tematykę, wokół której cały czas krążymy. > M.K.: Od dawna są plany, by stworzyć na tym terenie pas rekreacyjno-edukacyjno-ekologiczny. Mamy już BUW i ogrody uniwersyteckie, buduje się Centrum Nauki Kopernik, mają powstać kolejne obiekty. My chcielibyśmy wkomponować je w zieleń, maksymalnie zachowując

charakter tego miejsca. > R.Dz.: Wracamy do tego, o czym mówiliśmy na początku, jakie powinno być miasto. W naszym rozumieniu miasto przyszłości nie jest jakimś futurystycznym tworem. To po prostu miejsce dobrej jakości, dostępne dla jak największej liczby osób. Mam nadzieję, że efektem tego konkursu będzie poprawa jakości przestrzeni publicznej. > M.K.: Chciałbym zaznaczyć, że my nie jesteśmy przeciwni budynkom wysokościowym. Też je projektujemy, mieliśmy być lokalnym partnerem Zahy Hadid. Bardzo nam się ten projekt podobał. Lubimy różne futurystyczne wizje, wyrazem tego jest chociażby nasz projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej, wykonany wspólnie z ALA Architects z Helsinek oraz artystą Jarosławem Kozakiewiczem. Nie planujemy wstrzymywać rozwoju placu Defilad. Zależy nam, żeby tam w końcu coś zaczęło się dziać. > R.Dz.: Nie zamierzamy również pokryć wszystkiego zielenią. Natura i człowiek są punktem wyjścia, ale nie odżegnujemy się od wysokiej zabudowy. Dziękuję za rozmowę.

futu warszawa

37

cedet | 01 | 2009


38 m u r t cen cedet | 01 | 2009

roz mawiała kas ia grabow ska

por tre t bog ny den nis sim o.com

fot o e mat eri ały pra sow

e n a w i k u z pos Fundacja „Bęc zmiana” to synonim niekonwencjonalnych działań w przestrzeni miejskiej. My w bardzo konwencjonalny Czy zmieniło się jednak sposób pytamy jej szefową, nastawienie warszawiaków do projektów Bognę Świątkowską, miejskich? Palma o Warszawę. wywołała olbrzymią dyskusję…

Czy Warszawa jest atrakcyjnym miejscem dla artysty?

> Zawsze powtarzam,

że to znakomita przestrzeń dla działań artystycznych. Przede wszystkim dlatego, że niewiele się tutaj dzieje i wciąż jest jeszcze tyle do zrobienia. Warszawa to miasto, w którym od co najmniej 20 lat poszukuje się centrum. Tutaj żadne problemy się nie rozwiązują. Ale to właśnie jest cudowne, bo to miasto zmusza do nieustannego myślenia, kwestionowania zastanego stanu i wynajdywania nowych formuł jego funkcjonowania. Właśnie to w Warszawie cenię najbardziej.

Czy centrum się kiedyś znajdzie i czy w ogóle chodzi o to, by je odnaleźć?

> To jest tak, jak z króliczkiem – w ogóle nie chodzi o to, żeby go złapać. Nie osiągnięcie celu wydaje mi się tutaj najbardziej pasjonujące, ale właśnie uruchomienie wszystkich możliwych sił intelektualnych do myślenia o mieście i przedefiniowania go.

a

b

Powiedziała Pani, że w Warszawie niewiele się dzieje, gdyby jednak spróbować zebrać wszystkie projekty zrealizowane w ciągu kilku ostatnich lat, zebrałoby się tego całkiem sporo.

> Stwierdziłam to raczej z przekory, bo to ton, w który lubi się wpadać: „ojej, tu nic się nie dzieje”. To oczywiście nieprawda. Warszawa ma bardzo bujne życie. Problemem jest raczej ciągle jeszcze zbyt małe przywiązanie mieszkańców do miasta. Ono się rodzi. Młodzi ludzie, którzy przyjeżdżają do Warszawy i uznają ją za swoje miasto, są grupą generującą entuzjazm do stolicy. Ale przydałaby się większa identyfikacja mieszkańców z Warszawą.

> Ale przez tę dyskusję nabrała całkiem nowych znaczeń. Trzeba pamiętać, że palma ma tytuł i autora. Projektem „Pozdrowienia z Alei Jerozolimskich” Joanna Rajkowska chciała przywołać społeczność żydowską, która w dramatycznych okolicznościach przestała tu istnieć. Palma jako przedmiot wzbudziła emocje. Ale przecież nie chodziło o to, żeby wszyscy ją kochali. Stosunek mieszkańców miasta do sztuki funkcjonującej w jego przestrzeni jest pewnym wyrazem poziomu kultury miasta.


39 A Alternatywny  przewodnik po Warszawie, fot. Jacek Kołodziejski B „ Pozdrowienia z Alei Jerozolimskich” Joanny Rajkowskiej C R óżowe jelonki Hanny Kokczyńskiej i Luizy Marklowskiej D N eon Janusza Łukowicza E B arwna instalacja świetlna, estakada pod Trasą Łazienkowską Jakuba Szczęsnego

c

Czy odbiorca, np. Palmy, musi rozumieć kontekst, w jakim osadzony jest dany projekt?

> On nie rozumie i nie ma szansy go zrozumieć. Idzie po prostu ulicą i nagle widzi palmę. Nie wie, jaki jest tytuł pracy, jak się nazywa artystka i co chciała powiedzieć. Podobnie było z Dotleniaczem, który przez mieszkańców okolicznych domów był odbierany po prostu jako bardzo przyjazna i dobrze zaprojektowana przestrzeń wypoczynku. Nie traktowali tego jako akcji artystycznej, ale jako wyciągnięcie do nich ręki i powiedzenie: „między tymi blokami, gdzie smażycie się na balkonach, dajemy wam przestrzeń, w której możecie się spotkać i posiedzieć razem na słońcu”. Wszystkie prace umieszczone w przestrzeni publicznej nie identyfikują się samodzielnie jako dzieła sztuki, nie mają tabliczek ani jednoznacznych wskazówek, co do interpretacji. One stają się po prostu przestrzenią publiczną miasta, wchodzą z nią w dialog. Każdy, kto przechodzi ulicą, ma prawo zinterpretować je dowolnie.

D

Co zatem jest celem takich projektów?

E

Czy należy traktować je jako sztukę, czy raczej oddolną inicjatywę umilającą życie pewnej grupie mieszkańców?

> Dla mnie projekt użytkowy to dobre umeblowanie miasta, ale o tym decydują urzędnicy, nie artyści. Decyzje te powinny być odpowiedzią na potrzeby miasta i jego mieszkańców. Artysta nie podlega temu porządkowi. Sztuka w przestrzeni publicznej nie ma jednoznacznej funkcji, ani jedynie dekoracyjnej, ani krytycznej, kwestionującej zastany porządek. Sztuka może posiadać te cechy, ale jest to uwarunkowane temperamentem, osobowością i zainteresowaniami artysty. W ubiegłym roku koło Dworca Centralnego Anka Myca zrealizowała pracę „Gra w bluszcze”, która polegała na opleceniu bluszczem filarów podpierających estakadę na skrzyżowaniu ulicy Chałubińskiego i Alei Jerozolimskich. Artystka chciała stworzyć wizualnie przyjazną przestrzeń w miejscu, które codziennie jest mijane przez tysiące ludzi. Jej intencje pozostają kompletnie niewidzialne dla ludzi stojących w korku czy czekających na tramwaj. Część z nich nawet nie zauważa tej pracy. Ta szeroka możliwość kontaktu odbiorcy z dziełem w przestrzeni publicznej jest fascynująca. Bo tutaj liczy się nie tylko artysta i jego projekt, ale także kontekst i moment życiowy, w którym odbiorca styka się z dziełem. Ta chwila, kiedy przechodzimy koło czegoś, co widzieliśmy tysiąc razy i nagle buch – okazuje się, że widzimy to po raz pierwszy. To jest według mnie bardzo ważny efekt działania projektów ingerujących w przestrzeń miasta.

awangarda

8

cedet | 01 | 2009


40

cedet | 01 | 2009

swięto ulicy tekst Sylwia omiotek

foto materiały prasowe

a

Między 26 a 30 czerwca na stołecznym bruku już po raz siedemnasty pojawią się uczestnicy Międzynarodowego Festiwalu Sztuka Ulicy.

od szyldem Sztuki Ulicy mieści się teatr, film, instalacja, happening, performance, muzyka, taniec i cyrk. To wydarzenie, organizowane przez Centrum Łowicka i Stowarzyszenie Scena 96, ma wyjątkową pozycję wśród polskich imprez plenerowych. Wizytówką festiwalu jest łączenie różnych trendów, wizji i form. Daje on możliwość zaprezentowania się zarówno twórcom znanym, jak i początkującym. W trakcie szesnastu edycji zobaczyliśmy już ponad sto teatrów i kilka tysięcy artystów z całego świata. Tego lata wystąpi kilkadziesiąt grup z Polski,

p

Austrii, Włoch, Francji, Holandii i Finlandii, dla których sceną będzie przede wszystkim plac Zamkowy, Podzamcze i Rynek Nowego Miasta. Ale artyści ruszą także do ścisłego centrum: pod Pałac Kultury i Nauki, do Parku Świętokrzyskiego, na Pola Mokotowskie i Agrykolę, pojawią się nawet na stacji metra Słodowiec. U genezy festiwalu stoi chęć udowodnienia, że Warszawa jest dobrym miejscem dla występów teatrów ulicznych. Dyrektor artystyczny, Dariusz Jarosiński,

b zapewnia: „Wyróżnia nas wierność ideałom, które przyświecały od początku Festiwalowi Sztuka Ulicy. Sztuka, artyści, teatr, plener w hołdzie naszemu miastu”. Miasto zatem ma być nie tylko miejscem rozrywki i pracy, ale

obszarem kulturotwórczym, oferującym całą gamę przeżyć estetycznych. Festiwal zacznie się występem Teatru Akt, który wyrasta z tradycji pantomimy. Znakiem rozpoznawczym grupy stał się absurdalny humor. Artyści wyjaśniają, że występy uliczne doprowadziły ich do znalezienia nowych form wyrazu. Obok sztuki mimu w ich spektaklach pojawiają się elementy cyrku i tańca. „Sen kustosza”, który zaprezentują,

ponad czterdzieści spektakli, pokazy filmów, dyskusje i spotkania z artystami


41 A Funny Faces Familly B Absolut Finland C Teatr Akt D Persona

c będzie właśnie takim teatralnym kolażem. Starym Miastem zawładną także Teatr from Poland, który zagra „Personę”, austriacki Theatre Irrwisch z przedstawieniem „Grannies”, Teatr Gry i Ludzie ze sztuką „Facelifting”. Szczególnie ciekawie zapowiada się występ grupy Irrwisch (niem. – błędny ognik), która wyrobiła sobie własny styl uprawiania teatru ulicznego. Irrwisch to rozrywka, zabawa, zaskoczenie i poruszenie. Ich akademią teatralną była ulica. Dzięki temu pozostali spontaniczni, potrafią nawiązać z widzem niezwykłą więź. Z kolei Teatr Gry i Ludzie to

widzom widowiska istniejąca od 12 lat grupa koncentrująca się przede aktorsko-taneczne. Teatr Porywacze Ciał wszystkim na wizualnym aspekcie swoich z Wrocławia pokaże na Rynku Nowego Miasta przedstawień. Ich spek„Paradę śmiesznych takle są kompilacją różnych technik: twarzy” – spektakl dużych od historyczXVII międzymasek, nych, narodowy poprzez odbijafestiwal jących technikę sztuka ulicy ludzkie mimu, po odbędzie się taniec nastroje, 26-30 i akrobację. grymasy czerwca Warto zobaczyć i typy fizjonomiczne. Maski również grupę Dance Theatre Minimi. będą reprezentowały różne ludzkie rasy, Artyści pochodzą z Finlanuwidaczniając dii, ale są znani na całym świecie. Od ponad 20 lat stereotypowość naszych wyobrażeń. Grupa kontynuują i rozwijają odwołuje się w swoich tradycję teatru objazdowego, oferując przedstawieniach do

d tradycji teatru alternatywnego lat 60. i 70. Liczne inspiracje znajduje także w kulturze masowej. Oprócz ponad 40 spektakli ulicznych, podczas festiwalu odbędą się prezentacje filmów, dyskusje i spotkania z artystami. Organizacja na tak dużą skalę stała się możliwa dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Miasta Stołecznego Warszawy. Pełną informację o wydarzeniach znaleźć można na stronie internetowej festiwalu: www.sztukaulicy.pl <

wydarzenia

0

cedet | 01 | 2009


42

cedet | 01 | 2009

wadada leo smith

John Zorn, Bill Laswell, Wadada Leo Smith czy znany z filmów akcji Steven Seagal, to gwiazdy Warsaw Summer Jazz Days 2009. W tym roku oprócz jazzu usłyszymy również blues i muzykę klezmerską.

jazzowo–letnia przyjemnosc tekst sylwia banaszkiewicz

foto materiały prasowe

rganizatorzy festiwalu, który zawsze prezentuje odważne, nowe trendy w muzyce jazzowej i jej okolicach, powracają do formuły programu skondensowanego na przestrzeni jednego tygodnia – od 1 do 8 lipca. Przez ostatnie kilka lat program festiwalu był bowiem rozłożony na całe wakacje. Pierwsze trzy dni w Sali Kongresowej to parada gigantów. Festiwal rozpocznie się od koncertu kwartetu Wadada Leo Smith, mistrza free jazzu, będącego jednym z najwybitniejszych obecnie trębaczy jazzowych. Kolejna gwiazda, jaką będziemy mieli okazję usłyszeć, to World Saxophone Quartet. Założony jeszcze w latach 70. zespół wplata do swojej muzyki elementy stylu free funk oraz niezwykle popularnego jazzu afrykańskiego. Środowy wieczór zakończy się występem Art Ensemble Chicago – gwiazd „czarnego” jazzu słynących ze spektakularnych koncertów, podczas których muzycy o pomalowanych w barwy plemienne ciałach i twarzach noszą tradycyjne afrykańskie stroje. Ich styl to przede wszystkim free jazz, zawierający jednak wiele pierwiastków jazzu nowoorleańskiego, bluesa, muzyki afrykańskiej, rock’n’rolla, a nawet wodewilu. 2 lipca odbędzie się koncert poświęcony pamięci Niny Simone, zmarłej w 2003 roku amerykańskiej pianistki i piosenkarki o charakterystycznym, niskim głosie. Podczas koncertu zatytułowanego „Sing the Truth” zaśpiewają gwiazdy jazzowego wokalu: Dianne Reeves, Angelique Kidjo, Lizz Wright oraz córka Niny Simone – Lisa Celeste Stroud. Kolejny dzień upłynie pod hasłem Zorn Fest. Zapowiada się prawdziwe święto Johna Zorna. Ten wybitny saksofonista i kompozytor, właściciel renomowanej wytwórni Tzadik (gdzie nagrywa również wspomniany Wadada Leo Smith), regularnie odwiedza Polskę. Nic więc dziwnego, że organizatorzy zdecydowali się poświęcić mu osobny blok festiwalowy. Na początku zagra więc Zorn Quartet w wyjątkowym,

o

ekscytującym składzie: John Zorn – saksofon, Anthony Braxton – instrumenty stroikowe, Bill Laswell – bas, Milford Graves – perkusja. Drugi zespół to romantyczno-taneczni The Dreamers, do których w finale dołączą Ikue Mori (brzmienia elektroniczne) i John Zorn, tworząc formację Electric Masada grającą jazz eksperymentalny, zainspirowany muzyką klezmerską. Po tych wydarzeniach festiwal przenosi się do Królikarni na warszawskim Mokotowie, gdzie na świeżym powietrzu będzie można posłuchać pozostałych występów. Wszystkich słuchaczy swoim bluesem niewątpliwie znokautuje Steven Seagal. Znany przede wszystkim z filmów akcji aktor wystąpi z zespołem Thunderbox. Seagal od 12. roku życia gra na gitarze, a o jego umiejętnościach entuzjastycznie wyraził się nawet król bluesa B.B. King. 5–7 lipca to Dni Narodowe, podczas których zagrają muzycy reprezentujący to, co najlepsze na scenach jazzowych wybranych krajów. 8 lipca zagra Maria Schneider Orchestra, która zdobyła nagrodę Grammy i o której krytycy piszą, że „poszerza granice jazzu”. Będzie to ostatni koncert festiwalu. Choć fani jazzu z żalem odnotowali „odchudzenie” swojej ukochanej imprezy, mogą być jednak zadowoleni z jakości i różnorodności tegorocznej oferty muzycznej, która może konkurować z poprzednimi edycjami festiwalu. Wydaje się, że występy gwiazd, starannie wybranych przez Mariusza Adamiaka, mają wielką szansę (zwłaszcza pierwszego i trzeciego dnia!) porwać warszawską publiczność, pozostawiając jej pewien niedosyt na resztę lata. To będzie bardzo intensywny tydzień. <

Warsaw summer jazz days, 1–8 lipca 2009 w sali kongresowej i królikarni


cedet | 01 | 2009

Maria Schneider

World Saxophone Quartet

43

wydarzenia

electric masada

john zorn

lizz wright


44

cedet | 01 | 2009

Ten facet nazwał Busha wieśniakiem i wyśmiał George’a Michaela! Na początku lipca w klubie Palladium przy ulicy Złotej w Warszawie zaśpiewa Morrissey, legenda brytyjskiej muzyki alternatywnej. Dawny frontman The Smiths promuje solowy album „Years of Refusal”. tekst Kasia Grabowska ilustracja krzysztof ostrowski (kostry.net)

a koncercie spotkają się dwa pokolenia fanów, bowiem Morrissey jest idolem zarówno obecnych trzydziestoparolatków, jak i dwudziestolatków. Ci pierwsi kojarzą go przede wszystkim jako frontmana The Smiths. Dla drugich jest fenomenalnym wokalistą, od wielu lat nagrywającym świetne płyty. Utożsamiało się z nim całe pokolenie rozczarowanej otaczającą rzeczywistością młodzieży. Morrissey śpiewał o społecznie wyobcowanych nadwrażliwcach, którym nieśmiałość nie pozwalała znaleźć pracy. Jego teksty mówiły o odrzuceniu i rozpaczy, których sam doświadczył. Nie upajał się jednak własnym nieszczęściem, ale podchodził do wszystkiego z ironią. Młodym ludziom to się spodobało, a artysta stał się głosem pokolenia. Pierwszą płytę kupił, gdy miał sześć lat. Od 44 lat ma te same inspiracje: Dusty Springfield, Marianne Faithfull, Cilla Black. W wieku dwunastu lat poszedł na pierwszy koncert, zaczął angażować się w działalność fanklubów i zasypywać listami redakcje magazynów muzycznych (wiele z nich zostało opublikowanych). Rok później odkrył zespół, który całkowicie zmienił jego życie – New York Dolls. Morrissey rzucił szkołę i w pełni poświęcił się udowadnianiu światu wyższości tej kapeli nad Led Zeppelin. Oczywiście został szefem brytyjskiego oddziału fanklubu grupy. Fascynacja była długotrwała. W 1981 roku napisał biografię zespołu, zatytułowaną po prostu „The New

n

Pierwszy solowy album „Viva Hate” Morrissey wydał ponad 10 lat temu w 1998 roku

York Dolls”. Nie jest to jedyna popełniona przez Morrisseya książka; powstały jeszcze: „James Dean is Not Dead” (1983) oraz „Exit Smiling” (1998). To właśnie do niego zwrócił się na początku lat 80. Johnny Marr, który poszukiwał tekściarza do tworzonego przez siebie zespołu. Teksty Morrisseya od razu stały się wizytówką The Smiths. Przetrwały nawet rozpad grupy i nadal są jego znakiem firmowym. Muzyk na pewno nie jest grzecznym chłopcem – to enfant terrible brytyjskiej sceny muzycznej, który nic sobie nie robi z poprawności politycznej. Jego wypowiedzi często cytuje prasa, a jest co cytować. Morrissey nazwał Busha wieśniakiem, wyśmiał George’a Michaela i Roberta Smitha, skrytykował Kylie Minogue, Brandona Flowersa, zaatakował Jamiego Olivera za promowanie jedzenia mięsa. Nie oszczędził nawet królowej popu, Madonny. Na adoptowanie przez nią dziecka z Afryki zareagował


cedet | 01 | 2009

słowami: „Nie byłbym zaskoczony, gdyby przerobiła je na Podobno to jego trudny charakter doprowadził do rozpadu The Smiths. Muzyk kontrowersyjne sądy wygłasza kurtkę, ponosiła przez 15 minut i wyrzuciła”. Wygłosił też także ze sceny. W jego tekstach doszukano się rasizmu, wiele gorzkich uwag pod adresem rodzinnej Anglii oraz Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał przez wiele lat pedofilii, usprawiedliwiania piłkarskich chuliganów, (ściągnęło mu to na głowę CIA i MI6). W 1992 roku antyamerykanizmu i gloryfikacji skrajnej prawicy naroMorrissey wywołał skandal, pojawiając się na dowej. Skandal towarzyszył wykonywanym przez The imprezie Madness Madstock w londyńskim Finsbury Smiths piosenkom: „Suffer Little Children”, „Reel Around the Fountain”, „Meat is Murder”, „The Headmaster RituPark, owinięty flagą Wielkiej Brytanii na tle zdjęcia skinheadów. Oskarżono go o rasizm, a wojna z meal”, „Barbarism Begins at Home”. Na pierwszej solowej płycie artysty znalazł się utwór „Margaret on the Guildiami krytykującymi artystę trwa do dziś. Morrissey nie oszczędza także dawnych kolegów z zespołu. Niedawno lotine”, jawnie krytykujący Margaret Thatcher. Podobno na łamach magazynu „NME” stwierdził, że czasy Żelazna Dama poczuła się dotknięta. To jednak woda The Smiths to najgorszy okres w jego życiu. Często na młyn Morrisseya, który zrobi wszystko, byśmy Koncert nadal widzieli w nim buntującego się młodzieńca. też zmienia zdanie na temat wartości wspólnie Morrisseya odbędzie się Jego strategia jest zadziwiająco skuteczna, nagranych piosenek, choć tak samo kry7 lipca w  klubie tyczny bywa w stosunku do swojego bowiem kolejne incydenty wzmacniają jedynie Palladium, przywiązanie fanów. <ko solowego materiału. ul. Złota 9

wydarzenia

autorem portretu mozzera jest krzysztof ostrowski, wokalista Łódzkiej kapeli cool kids of death


cedet | 01 | 2009

46 pomnik aliny tekst kasia grabowska

foto muzeum sztuki nowoczesnej


Jeszcze niedawno mało kto wiedział, kim jest Alina Szapocznikow, dziś jej rzeźby prezentują największe światowe muzea. Muzeum Sztuki Nowoczesnej wpisuje dorobek artystki w kontekst gigantów światowej rzeźby. rganizatorzy wystawy pokazują prace żyjącej w latach 1926–1973 Szapocznikow w dialogu z innymi artystkami tworzącymi w tym czasie. Jej rzeźby zestawiono z dziełami Louise Bourgeois, Evy Hesse, Marii Bartusowej i Pauline Boty. Te artystki próbowały odnaleźć nowy język, którym mogłyby wyrażać swoją sztukę. Okazało się, że zestawienie prac Polki ze współczesnymi jej mistrzyniami rzeźby jest krokiem logicznym i uwidacznia uniwersalny wymiar twórczości Szapocznikow. Wystawie towarzyszy prezentacja archiwów rzeźbiarki, na stałe znajdujących się w depozycie krakowskiego Muzeum Narodowego, które dla celów wystawy przygotowano razem z Pauliną Ołowską, wybitną artystką młodego pokolenia. „Niezgrabne przedmioty” – tytuł nadany przez organizatorów – jest parafrazą słów Szapocznikow, która zawsze powtarzała, że produkuje jedynie niezgrabne przedmioty. Tak określała swoje balansujące na granicy radości i bólu rzeźby, za pomocą których próbowała zmierzyć się z przemijaniem i kruchością ciała. Od początku ciało znajdowało się w kręgu jej zainteresowań, gdyż uważała je za nośnik prawdy i źródło wszelkich uczuć. W swoich rzeźbach zakuła własne zmagania z ciałem, a na tym polu życie naprawdę dotkliwie ją doświadczyło: najpierw przeżyła getto i obóz, potem przeszła gruźlicę otrzewnej, w końcu zdiagnozowano u niej raka. Nie mogła również mieć dzieci. To wszystko sprawiło, że mamy do czynienia z niezwykle osobistym przekazem. Najbardziej bezpośrednim przełożeniem jej własnej tragedii jest cykl „Nowotwory”. Składające się na niego obiekty, to zatopione w poliestrze sterty papieru, gazy i zdjęcia. Nowotwory mnożą się, a sama rzeźba przyjmuje rysy twarzy Szapocznikow. Z wnętrza prześwitują zwielokrotnione wizerunki autorki – śmiejące się lub wykrzywione grymasem cierpienia. Poprzez te prace rzeźbiarka próbuje dowiedzieć się, czy rozprzestrzeniające się w niej guzy są czymś obcym, czy częścią jej samej. Temat choroby i własnej śmierci nie był podejmowany w czasach, kiedy tworzyła – stalinizm zniechęcał artystów do zajmowania się prywatnością. Prace Szapocznikow były nowatorskie nie tylko poprzez wykraczanie poza tematy dozwolone przez ustrój socjalistyczny, ale także ze względu na przetwarzanie doświadczeń własnego ciała, swoisty ekshibicjonizm. Już 50 lat temu podejmowała tematy popularne wśród artystów

o

47

lat 90. Ciało, choroba, własna intymność – to motywy, wokół których krążyła. Reprodukowała fragmenty swojego ciała, a powstałe odlewy zwielokrotniała i odkształcała. W tych odciskach zatapiała fotografie swoje i bliskich, zakrwawione bandaże i papier. Jej praca „Da coule en rouge” składała się z wypchanej watą i usztywnionej poliestrem własnej bielizny. Szapocznikow była nowatorska także pod względem używanych materiałów – tworzyła rzeźby z brązu, szkła, żywicy syntetycznej, plastiku, marmuru, cementu inkrustowanego metalem, pianki poliuretanowej, ceramiki, kamienia, elementów mechanicznych, kawałków urządzeń, tworzyw sztucznych i gipsu. Używała koloru i światła, bawiła się przezroczystościami. Robiła też rzeźby z gumy do żucia. Swoje prace często osadzała na metalowych prętach unoszących je ku górze, co sprawiało, że wyglądały jak zawieszone w powietrzu. Jeszcze bardziej akcentowało to ulotność życia obecną we wszystkich pracach. Jej rzeźby są dowodem przetrwania, bo – jak sama pisała do męża – tak bardzo chciała żyć. <

wystawa „NIEZGRABNE PRZEDMIOTY”, 14 maja–6 lipca, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ul. pańska 3

wystawa

6

cedet | 01 | 2009


love terrorist

cedet | 01 | 2009


cedet | 01 | 2009

rysunki KRZYSZTOF GAWRONKIEWICZ

scenariusz dennis wojda


cedet | 01 | 2009

blog

tekst + foto ludwik lis

50 Ludwik Lis jest fotografem, kręci też komórką filmy dokumentalne. Jego film „Choinki” nagrodzono na Międzynarodowym Festiwalu Pocket, a „Domofonia” zdobyła Grandprix I Edycji Festiwalu Filmów Komórkowych

stylwarszawski.fotolog.pl estem z Warszawy, miasta, w którym mieszkam od urodzenia, czyli już 24 rok. Moja Warszawa to przede wszystkim Śródmieście. Ono jest moim domem, rzadko wypuszczam się gdzieś dalej. Tu chodziłem do podstawówki, później

j

do liceum (przynajmniej przez pierwsze dwa lata). Tu spotykam się ze znajomymi, imprezuję, jestem i obserwuję. To tu codziennie, choć znam te ulice na wylot, znajduję coś nowego lub na coś, co znam, spojrzę inaczej. Moja Warszawa to nocne

światła samochodów, to wiele pięknych dziewczyn, to smród zapiekanek, którego nienawidzę, w przejściu podziemnym przy Rotundzie, to uliczni grajkowie, to czekanie na poczcie 45 minut na paczkę, której nie dostarczył listonosz,

bo nie chciało mu się jej dźwigać, to piękne szare kamienice, nie te odmalowane na kremowy kolor. To także wiele różnych małych rzeczy, których się nie zauważa, tak jak Pałacu Kultury czy makdonalda przy Świętokrzyskiej. <

prowadzisz bloga o warszawie? napisz do nas maila , a pokażemy twoje foty


Cedet (#1, 2009)  

Urban magazine focusing on art, life and culture in Warsaw, Poland. Made for Centrum Development & Investments Polska. Awards: Grand Prix at...

Advertisement