Page 1

MAGAZYN

POLONIA KWARTALNIK POLAKÓW W NIEMCZECH

Berlin – 2017 – nr9


MAGAZYN

POLONIA KWARTALNIK POLAKÓW W NIEMCZECH

Berlin – 2017 – nr9


POLONIA

MAGAZYN Kwartalnik, rok założenia – 2013 www.magazyn-polonia.de Wydawca: Konwent Organizacji Polskich w Niemczech www.konwent.de Redaktor wydania: Agata Lewandowski Redaguje zespół: Arkadiusz B. Kulaszewski, Agata Lewandowski, Wiesław Lewicki, Bogdan Żurek Redaktor odpowiedzialny: Alexander Zając Współpraca: Krystyna Koziewicz (Berlin), Barbara Małoszewska (Monachium), Romuald Mieczkowski (Wilno), Sława Ratajczak (Hamburg), Sławomir Sobczak (Chicago), Andrzej Szulczyński (Berlin), Joanna Trümner, Tadeusz Urbański (Sztokholm) i inni Fotografie: Haas, Janusz Halczewski, Anna Jagodzińska, Krystyna Koziewicz, Grażyna Kunicka, Elżbieta Lewak, Agata Lewandowski, Maciej Osiadły, Dominika Rotthaler, Ewa Maria Slaska, Jacek Kadaj, Bogdan Żurek Korekta: Elżbieta Lewak Kwartalnik powstaje we współpracy z Związkiem Dziennikarzy Polskich w Niemczech T.z.; http://zdpn.wordpress.com/ Opracowanie i koncepcja graficzna: Agata Lewandowski Zdjęcie na okładce: Warum - (tłum. dlaczego) - miejsce pamięci zamachu terrorystycznego na Breitscheidtplatz 19.12.2017 w Berlinie, fot. Agata Lewandowski ISSN 2197-9324 ©Konwent Organizacji Polskich w Niemczech, 2013


SPIS TREŚCI OD REDAKCJI Alexander Zając .............................................................................. 5 Z REGIONÓW Berlin: Krystyna Koziewicz, „Z narażeniem życia...” ............................... 9 Krystyna Koziewicz, Fasching w Berlinie z minutą ciszy ............ 10 Krystyna Koziewicz, Wspomnienie o profesorze Bartoszewskim ..... 12 Krystyna Koziewicz, „Nie umarłem. Ich bin nicht tot” Ewy Marii Slaskiej i Michała Rembasa .......................................... 13 Krystyna Koziewicz, Dzień Kobiet w Berlinie ............................. 14 Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska, Karnawał Kultur ........ 16 Monachium: BogdanŻurek, Leszek Żądło laureatem „Jazzowego Oscara” – Grand Prix Jazz Melomani 2016 ..................................................... 19 Izabela Kulesza-Kowalczyk, Jolanta Solarz, Pożegnanie z Radą .... 21 Bogdan Żurek, Śladami Żołnierzy II Korpusu Polskiego i Brygady Świętokrzyskiej. Rajd motocyklowy: Schwäbisch Gmünd – Monachium – Bolonia – Loreto – Monte Cassino .......... 25 Dominika Rotthaler, 10 powodów, dla których kocham Monachium ...................................................................................... 28 Nadrenia Północna-Westfalia: Wiesław Lewicki, Nagrody Polonicus 2017 przyznane ................. 34 Leonard Paszek, „Polregionale 2017” czyli Granie bez granic w Düsseldorfie ................................................................................. 35 Redakcja Polonia Viva, Ambasador RP gościem PolenMobil w Berlinie ........................................................................................ 36 Leonard Paszek, Neptun z fontanną przy „Gdańskiej” w Oberhausen .................................................................................. 37 Agata Lewandowski, Lewan-gol-ski ............................................. 38 KONKURS SENATU RP – POLSKA RODZINA ZA GRANICĄ Kuzynka, Rodzina .......................................................................... 41 Monika Tomaszewska, Tu nawet małe dzieci mówią po polsku ... 48 Agnieszka Lewczyńska, Scenariusz z życia wzięty albo Mamo, to kim ja jestem? .............................................................................. 52

KAWIARNIA ARTYSTYCZNA Literatura: Ewa Maria Slaska, Leśmian (nie) dla Niemców ........................... 59 Agata Lewandowski, Joseph Conrad czy Józef Konrad Korzeniowski? ... 64 3


Film: Bogdan Żurek, Niemiecka premiera filmu „Wyklęty” .................. 66 Jadwiga Zabierska, „Sekunden entscheiden” czyli „Stawka większa niż życie” po niemiecku ............................ 68 Architektura: Krystyna Koziewicz, Franz Schwechten – zapomniany polsko-niemiecki architekt .............................................................. 71

KĄTEM OKA – KORESPONDENCJE WŁASNE Małgorzata Karolina Piekarska, Syn dwóch matek – Polska ..... 73 Krystyna Koziewicz, Festyn Polonijny – Tag der Polonia w Berlinie 2017 .............................................................................. 80 Ela Lewak, Niemcy. Czyli kto? – Ukraina .................................... 82

KORESPONDENCJA Z DANII Na podstawie Informatora Polskiego – red. Roman Śmigielski Hygge. Klucz do szczęścia ............................................................. 86 Szczęście, komfort i poczucie bezpieczeństwa? Hygge! ................ 87 Kanon duńskich wartości ................................................................ 89

MEDIA Grzegorz Spisla, Bogdan Żurek, „Moje Miasto” ma 10 lat ......... 90 Maja Jonecko, Jak powstawało „Moje Miasto” ............................ 101 Krystyna Koziewicz, Polsko-Niemieckie Dni Mediów ................ 104 MŁODZIEŻ Anastasiya Karpovich, Gwiazdka i motylek – praca młodej Polki z Niemiec, nagrodzona w tegorocznym konkursie „Być Polakiem” ... 106 NAGRODY – ODZNACZENIA – WYRÓŻNIENIA Krystyna Koziewicz, „Złote Sowy Polonii” – Wiedeń 2016 ........ 110 Krzysztof Piechociński, Festiwal „Nadzieja” im. Jacka Kaczmarskiego w Kołobrzegu – XI wyróżnienie niemieckiej Polonii przyznane! .. 113 HISTORIA Jacek Szela, Pociąg do Polski – praca nagrodzona w I Ogólnopolskim Konkursie Historycznym „Solidarność Walcząca 1982–1990” ...... 117 Anna Jagodzińska, Mauthausen-Gusen i „Różańce z Gusen” ...... 133 IN MEMORIAM Nie prof. Piotr Małoszewski – opr. Bogdan Żurek ......................... 145 Nie żyje Andrzej Dalkowski ........................................................... 148 4


Inhalt VORWORT Alexander Zajac .............................................................................. 5 AUS DEN REGIONEN Berlin: Krystyna Koziewicz, „Unter Lebensgefahr…“ ............................. 9 Krystyna Koziewicz, Fasching in Berlin mit einer Schweigeminute .... 10 Krystyna Koziewicz, Erinnerung an Władysław Bartoszewski ..... 12 Krystyna Koziewicz, „Nie umarłem. Ich bin nicht tot” von Ewa Maria Slaska und Michał Rembas .................................... 13 Krystyna Koziewicz, Internationaler Frauentag in Berlin ............. 14 Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska, Karneval der Kulturen ..... 16 München: Bogdan Zurek, Leszek Zadło erhält den „Jazz-Oscar“ – Grand Prix Jazz Melomani 2016 ..................................................... 19 Izabela Kulesza-Kowalczyk, Jolanta Solarz – Abschied von dem Rat ..................................................................... 21 Bogdan Zurek, Auf den Spuren des II Polnischen Korps und der Brigade „Swiętokrzyska“. Eine Motorradrallye – Schwäbisch Gmünd – München-Bologna –Loreto-Monte Cassino ..... 25 Dominika Rotthaler, Zehn Gründe, warum ich München liebe .... 28 Nordrhein-Westfalen Wiesław Lewicki, Die Polonicus-Preise 2017 wurden vergeben ... 34 Leonard Paszek, „Polregionale 2017“ - Spielen ohne Grenzen in Düsseldorf ................................................................................... 35 Redaktion von Polonia Viva, Botschafter der Republik Polen ..... 36 zu Gast beim PolenMobil in Berlin ................................................. 37 Leonard Paszek, Neptun mit einem Brunnen bei „Gdańska“ in Oberhausen Agata Lewandowski, Lewan-gol-ski ............................................. 38 DER WETTBEWERB DES SENATS DER REPUBLIK POLEN – POLNISCHE FAMILIE IM AUSLAND Cousine, Familie ............................................................................. 41 Monika Tomaszewska, Hier sprechen sogar kleine Kinder Polnisch ............................................................................... 48 Agnieszka Lewczyńska, Ein Szenario aus dem Leben – „Mama, wer bin ich?“ ..................................................................... 52 LITERARISCHES CAFE Literatur: Ewa Maria Slaska, Leśmian (nicht) für die Deutschen ................ 59 5


Agata Lewandowski, Joseph Conrad oder Józef Konrad Korzeniowski? ............................................................................... 64 Film: Bogdan Zurek, Deutsche Premiere von „Wyklęty”(Der Verstoßene) Jadwiga Zabierska, „Sekunden entscheiden“ also „Stawka większa niż życie“ auf Deutsch ..................................................... 68 Architektur: Krystyna Koziewicz, Franz Schwechten – ein in Vergessenheit geratener polnischer Architekt ....................................................... 71 AM RANDE BEMERKT – EIGENE KORRESPONDENZ Małgorzata Karolina Piekarska, Sohn zweier Mütter – Polen ... 73 Krystyna Koziewicz, „Tag der Polonia“ in Berlin 2017 – ein Fest der Polonia ........................................................................ 80 Ela Lewak, Die Deutschen. Also wer? – Ukraine ......................... 82 KORRESPONDENZ AUS DÄNEMARK Nach „Informator Polski“ – Red. Roman Smigielski Hygge. Der Schlüssel zum Glück .................................................. 86 Glück, Komfort und Gefühl der Sicherheit? Hygge! ..................... 87 Die dänischen Tugenden ................................................................ 89 MEDIEN Grzegorz Spisla, Bogdan Zurek, „Moje miasto” wird 10 Jahre alt ..... 90 Maja Jonecko, Wie „Moje miasto” entstanden ist ........................ 101 Krystyna Koziewicz, Die Deutsch-Polnischen Medientage ......... 104 PREISE-AUSZEICHNUNGEN-ANERKENNUNGEN Krystyna Koziewicz, „Złote Sowy Polonii” (Auszeichnung „Goldene Eule der Polonia”) in Wien 2016 .......... 110 Krzysztof Piechociński, Jacek-Kaczmarski-Festival „Nadzieja” in Kołobrzeg – XI Preis der deutschen Polonia vergeben ................ 113 GESCHICHTE Jacek Szela, Der Zug nach Polen – der erste Preis im I. Landeswettbewerb in Geschichte „Solidarność Walcząca 1982-1990“..................................................................... 117 Anna Jagodzińska, Mauthausen-Gusen und „Rosenkränze aus Gusen“ .. 133 IN MEMORIAM Zum Tod von Professor Piotr Małoszewski – Bogdan Zurek ........ 145 Zum Tod von Andrzej Dałkowski .................................................. 148

6


Od redakcji Rozpoczęliśmy kolejny rok z naszym Magazynem Polonia. Tematem przewodnim dziewiątego wydania MP jest - Polska rodzina za granicą. Senat RP ogłosił pod tym właśnie hasłem konkurs dla dziennikarzy polskich z całego świata. Drukujemy trzy prace sygnowane pseudonimami jak wymaga regulamin konkursu, które przesłaliśmy do Warszawy i trzymamy kciuki za zwycięstwo ich autorów. Nawiązując tematycznie do Roku Conrada ogłoszonego przez Sejm RP publikujemy felieton Agaty Lewandowski, w którym autorka stara się odpowiedzieć czy Józef Conrad Korzeniowski był najbardziej polskim z angielskich pisarzy czy najbardziej angielskim z polskich twórców. Do grona naszych korespondentów dołączyła Małgorzata Karolina Piekarska - pisarka i prezes warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Staramy się cały czas rozwijać zarówno wśród Polaków w Niemczech, jak i wśród naszych rodaków na całym świecie. Dzięki wieloletniej współpracy z Romanem Śmigielskim wydawcą Informatora Polskiego w Danii mamy możliwość poznać tajemnice szczęścia naszych sąsiadów Duńczyków. W ramach obchodów 35. rocznicy Solidarności Walczącej zamieszczamy nagrodzoną w I Ogólnopolskim Konkursie Historycznym „Solidarność Walcząca 1982–1990” – pracę historyka Jacka Szeli, który literacko we wzruszający sposób opisał fragmenty działalności Andrzeja i Joli Wirgów w Niemczech na rzecz wolnej Polski, „Solidarności”, a przede wszystkim Solidarności Walczącej. W tym roku po raz pierwszy nadaliśmy nagrodę Magazynu Polonia na festiwalu Jacka Kaczmarskiego. Otrzymała ją młoda Polka ze Lwowa Ela Lewak. Musieliśmy w tym roku z żalem pożegnać niezastąpionych dla Polonii niemieckiej działaczy - profesora Piotra Małoszewskiego, Andrzeja Dalkowskiego i Bolko Kliemka. Ale pierwsze półrocze 2017 owocowało też w wiele pozytywnych dla Polaków Niemczech wydarzeń. W czerwcu koncertem zorganizowanym dla ponad 150 tysięcznej Polonii berlińskiej świętowaliśmy Dzień Polonii. Gratulujemy redaktorowi Bogusławowi Żurkowi i jego zespołowi redakcyjnemu 10 lecia wydawanego przez nich w Monachium „Mojego miasta”. Podobne gratulacje przesyłamy Krystynie Koziewicz za nagrodę Złotej Sowy, jaką otrzymała w tym roku w Wiedniu. Cieszymy się, że Leszek Żądło otrzymał „Jazzowego Oscara” czyli Grand Prix Jazz Melomani 2016.

7


Vorwort Ein neues Jahr mit unserem Magazyn Polonia ist angebrochen. Das Leitthema der neunten Ausgabe von Magazyn Polonia ist „Die Polnische Familie im Ausland”. Der Senat der Republik Polen hat zu diesem Thema einen Wettbewerb für polnische Journalisten aus der ganzen Welt durchgeführt. Wir veröffentlichen drei der eingereichten Arbeiten, die unter Berücksichtigung des Reglements mit einem Pseudonym unterschrieben wurden, und drücken den Wettbewerbsteilnehmern die Daumen. In Anknüpfung an das durch den Sejm der Republik Polen ausgerufene Jahr von Joseph Conrad veröffentlichen wir ein Feuilleton von Agata Lewandowski, in dem die Autorin versucht, die Frage, ob Joseph Conrad Korzeniowski der polnischste der englischen Schriftsteller oder aber der englischste der polnischen Schriftsteller war, zu beantworten. Der Kreis unserer Korrespondenten vergrößerte sich um die Schriftstellerin und Vorsitzende der Vereinigung der Polnischen Schriftsteller, Abteilung Warschau, Małgorzata Karolina Piekarska . Wir sind stets bemüht uns weiter zu entwickeln und sowohl die in Deutschland lebenden Polen als auch unsere weltweit zerstreuten Landsleute einzubeziehen. Unsere langjährige Mitarbeit mit dem Herausgeber von Informator Polski in Dänemark – Roman Śmigielski ermöglichte es uns, das Geheimnis des Glücks unserer dänischen Nachbarn zu ergründen. Im Rahmen der Feierlichkeiten aus dem Anlass des 35. Jahrestages von „Solidarność Walcząca“ veröffentlichen wir ein Werk des Historikers Jacek Szela „Solidarność Walcząca 1982-1990“, in dem er auf eine rührende Weise die Aktivitäten der in Deutschland lebenden Andrzej und Jola Wirga für das freie Polen, „Solidarność“ und vor allem für „Solidarność Walcząca“ beschrieben hat. Für diese Arbeit wurde er in Polen mit dem ersten Preis im Ersten Landeswettbewerb in Geschichte ausgezeichnet. Während des diesjährigen Jacek-Kaczmarski-Festivals haben wir zum ersten Mal einen Preis des Magazyn Polonia an Ela Lewak, eine junge Polin aus Lemberg, verliehen. Das Jahr brachte auch traurige Abschiede von unersetzbaren Freunden und Vertretern der aktiven deutschen Polonia - Professor Piotr Małoszewski, Andrzej Dałkowski und Bolko Kliemek mit sich. Andererseits fehlte es im ersten Halbjahr nicht an positiven Ereignissen. So haben wir beispielsweise mit einem Konzert für die fast 150.000 Menschen zählende Polonia in Berlin den Tag der Polonia gefeiert. Wir gratulieren dem Redakteur Bogdan Żurek und seinem Redaktionsteam zum 10. Jahrestag der in München herausgegebenen Zeitschrift „Moje miasto“. Genauso gratulieren wir Krystyna Koziewicz zum Preis „Złota Sowa“ („Goldene Eule“), der ihr in Wien übergeben wurde. Wir freuen uns auch, dass Leszek Żądło den „Jazz-Oscar“, den Grand Prix der Vereinigung „Jazz Melomani“ erhalten hat.

8


Berlin „Z narażeniem życia…” 17 stycznia 2017 r. w siedzibie Konrad Adenauer Stiftung w Berlinie odbył się wernisaż wystawy „Z narażeniem życia – Polacy ratujący Żydów podczas Zagłady”. Otwarcia dokonał Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Niemczech Andrzej Przyłębski. Wystawa przygotowana została przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP. W Niemczech w siedzibie Fundacji Konrada Adenauera w Berlinie była pokazywana do 15 lutego. Wystawa ma pokazać widzom z zagranicy polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata jako grupę unikatową na tle narodów europejskich. Jej docelowymi odbiorcami są zagraniczne środowiska opiniotwórcze na całym świecie, które biorą udział w wydarzeniach kulturalnych organizowanych przez polskie ambasady, konsulaty i instytuty kultury polskiej. Na wystawie „Z narażeniem życia – Polacy ratujący Żydów podczas Zagłady” na 18 planszach pokazane są historie Polaków, którzy, ryzykując życie swoje i swoich rodzin, nieśli pomoc prześladowanym Żydom, chociaż w okupowanej przez Niemców Polsce za pomoc Żydom groziła kara śmierci. W wystawie wykorzystane zostały cytaty oraz ikonografia pochodzące z zasobów projektu „Polscy Sprawiedliwi – Przywracanie Pamięci” realizowanego przez Muzeum Historii Żydów Polskich od 2007 roku. Poznajemy twarze, historie i emocje polskich Sprawiedliwych oraz osób przez nich uratowanych. Objaśniony jest kontekst historyczny okupowanej przez Niemców Polski – ukazane są zarówno sankcje grożące za udzielanie pomocy Żydom, jak i motywacje osób niosących ratunek, działalność polskiego podziemia, Rządu RP na uchodźstwie, a także księży i zakonnic na rzecz ratowania Żydów. Ponadto wystawa ta zwraca uwagę, w jaki sposób tematyka Sprawiedliwych jest obecna we współczesnym polskim dyskursie publicznym. Krystyna Koziewicz 9


Fasching w Berlinie z minutą ciszy Niemcy lubią bawić się na ulicach, karnawałowych balach i maskaradach, przebierając się w szalone stroje, śpiewając i tańcząc, zwłaszcza w okresie karnawału. Odbywają się różnego rodzaju maskowe imprezy, w czasie których mieszkańcy Niemiec przebierają się zarówno za fantastyczne postacie, jak i całkiem realne osobistości ze świata polityki. W czasie kolorowych pochodów na wielkich platformach pojawiają się gigantyczne kukły symbolizujące znane postacie. Przebierańcy rozdają zgromadzonym tłumom słodycze, wybiera się także króla i królową karnawału. W czasie tzw. Tłustego Czwartku, czyli po niemiecku Weiberfastnacht, mężczyźni muszą się bardzo pilnować, gdyż to właśnie w ten dzień panie mają pełne prawo obcinać im krawaty. Kobiety przejmują całkowitą władzę w państwie i wykorzystują ją na różne sposoby. Na południu Niemiec z kolei popularne są przemarsze „śpiochów”, czy-

Miejsce upamiętniające zamach terrorystyczny przy Breitschadplatz 10


Krystyna Koziewicz

li ludzi ubranych w koszule nocne i pidżamy. Jak widać, Niemcy potrafią się hucznie bawić. Ich karnawał jest niewątpliwie bardzo barwny i radosny. Tradycja pochodzi z Kolonii, Düsseldorfu i Moguncji. Berlin także organizuje paradę karnawałową, która w tym roku odbyła się w niedzielę 19 lutego tego roku na Kudammie. Kulminacyjnym punktem było wielkie party na Wittenbergplatz, a do ubiegłego roku wokół Gedächtniskirche. W tegorocznej paradzie nie byłoby nic specjalnego, gdyby nie fakt, że trasa korowodu przebiegała wzdłuż Breitscheidplatz, na którym miał miejsce straszliwy atak terrorystyczny.  Zginęło wówczas 12 turystów, w tym polski kierowca. To tragiczne zdarzenie już nigdy nie będzie miejscem radosnych imprez. Uczestnicy marszu właśnie na tym odcinku przeszli w zupełnej ciszy, wyłączając muzykę, oddając tym samym hołd ofiarom terroru z grudnia 2016 roku. Zapanowała przejmująca cisza jako symbol pamięci o ofiarach oraz refleksji i zadumy. Centralne party przeniesione zostało na Wittenbergplatz. Wokół kościoła Gedächtniskirche wciąż gromadzą się cały czas turyści i berlińczycy, zapalają świece, składają kwiaty, kartki z przesłaniem. Prasa donosi, że Berlin upamiętni ofiary ataku terrorystycznego. Właśnie został rozpisany konkurs na formę upamiętnienia. W centrum turystycznego Berlina nie zapomina się też o dawnych miejscach zagłady. Tuż obok wejścia do metra Wittenbergplatz na Kudammie znajduje się tablica z nazwami miejscowości, gdzie znajdowały sie obozy koncentracyjne, w tym Auschwitz, Majdanek, Treblinka. Tymczasem karnawał życia trwa dalej. Ale pamiętamy o niewinnych, co odeszli... Krystyna Koziewicz

11


Wspomnienie o profesorze Bartoszewskim W 95. rocznicę urodzin profesora Władysława Bartoszewskiego w Konrad Adenauer Stiftung odbyła się prezentacja książki Bettiny Schaeffer „Für Freiheit kämpfen – selbstbestimmt leben”. Udział w spotkaniu wzięli: dr Hans Poettering – b. prezydent Europejskiego Parlamentu, dr Wolfgang Schuessel – były prezydent Austrii, Martin Barcz – osobisty referent profesora Bartoszewskiego oraz autorka książki Bettina Schaeffer z moderacją dziennikarki Gemmy Poerzgen. Spotkanie upamiętniło wielkiego polityka, jakim był Władysław Bartoszewski – były więzień obozu koncentracyjnego Auschwitz, uczestnik Powstania Warszawskiego, dziennikarz, naukowiec, minister spraw zagranicznych i orędownik pojednania polsko-niemieckiego. W dyskusji wyrażano pełny podziw i respekt dla zasług profesora, który doceniony został w Niemczech właśnie za prowadzenie dialogu polsko-niemieckiego. O książce Jakim był człowiekiem Władysław Bartoszewski? Na to pytanie w rozmowie z Bettiną Schaefer odpowiedziało 17 świadków z Polski, Austrii, Francji i Niemiec, także żona Zofia Bartoszewska, przyjaciele, koleżanki, koledzy. Dzisiaj – wspominali rozmówcy – odczuwamy ogromny brak donośnego głosu profesora, a przede wszystkim celnych, trafiających w punkt komentarzy. Osobiście miałam zaszczyt kilkakrotnie spotkać Pana Profesora, który zawsze miał do powiedzenia coś, co poruszało i zmuszało do refleksji. Krystyna Koziewicz

12


„Nie umarłem. Ich bin nicht tot” Ewy Marii Slaskiej i Michała Rembasa W ten sam piątek 10 lutego odbyło się inne ważne wydarzenie, a mianowicie prezentacja książki o polskich grobach w Berlinie i niemieckich w Szczecinie „Nie umarłem. Ich bin nicht tot” Ewy Marii Slaskiej i Michała Rembasa ze Szczecina. Polska dziennikarka i przewodnicząca Stowarzyszenia Partnerstwa Miast Berlin Friedrichshain/Kreuzberg – Szczecin, Ewa Maria Slaska, zajmująca się od lat polskimi grobami w Berlinie, spotkała się ze sponsorami wydanego albumu, bez których publikacja byłaby niemożliwa. Dla przypomnienia, trzy i pół roku temu odbyła się wystawa pod tym samym tytułem, ciesząca się sporym zainteresowaniem publiczności, ale niestety nie pracowników instytucji służbowo zobowiązanych do kultywowania pamięci narodowej. Trzeba to jasno powiedzieć – wielu z nas, Polaków przebywających na emigracji, dba o pamięć wybitnych Polaków, propagując dorobek twórczy tych, którzy zaznaczyli swoją obecność na obcej ziemi. A któż inny ma dla dziedzictwa kultury polskiej przywracać pamięć o ważnych Polakach poza granicami kraju, jak nie my, Polonusi? Toteż album dokumentujący miejsca pochówku znanych Polaków i Niemców zasługuje na szczególne uznanie dla tej inicjatywy i jej mozolnej realizacji, jakiej podjęli się Ewa Maria Slaska i Michał Rembas. To wydawnictwo przyczynia się do zacieśnienia stosunków polsko-niemieckich. Szkoda, że to wydarzenie, jakim była prezentacja książki w kaplicy na cmentarzu na Kreuzbergu, nie spotkało się z zainteresowaniem polskich instytucji, fundacji czy konsulatu, którzy zawiedli także jako sponsorzy. Mamy wiele powodów do satysfakcji, bo dbamy o pamięć historyczną bez potrzeby przypominania nam o tym. Na spotkaniu obecni byli sponsorzy, członkowie Stowarzyszenia, przedstawiciele władz dzielnicy i jedyny przedstawiciel Polonii – kierownik Biura Polonii w Berlinie, Aleksander Zając. Krystyna Koziewicz 13


Dzień Kobiet w Berlinie Spotkania z okazji Dnia Kobiet organizowane są rokrocznie od 6 lat, czyli od czasu założenia Polskiej Rady w Berlinie. Przewodniczący Ferdynand Domaradzki i Konsul Generalny Ambasady RP Marcin Jakubowski 11 marca br. zaprosili polskie kobiety do zabytkowej auli z unikatowymi filarami i oświetleniem w Katharina-Heinroth-Grundschule, by celebrować marcowe święto przy dźwiękach najpiękniejszych przebojów operetkowych. Soliści Opery Berlińskiej Małgorzata (sopran) i Marek Picz (bas) przy akompaniamencie fortepianu Kaliny Dworzyńskiej-Marszałek zachwycili publiczność swoimi cudownymi głosami, a także czarem, jaki roztaczali wokół siebie. Dowcipne aforyzmy Marka Picza pozwoliły stworzyć radosny nastrój wśród zgromadzonych na sali kobiet. W dalszej części programu wystąpiła berlińska grupa muzyczna „Stan zawieszenia” z wokalistką Dorotą Puszakowską i Wojtkiem Sową. Repertuar koncertu nawiązywał do kobiecych tekstów piosenek, jak: „Naprawdę jaka jesteś” czy „Baby, ach te baby” (nie lubię tego określenia, czemu nie „Damy”?). Uroczystościom z okazji Dnia Kobiet towarzyszyła wystawa prac malarskich Izabeli Labanowicz i Grażyny Krzystek, które przestrzennej auli szkolnej nadały nieco blasku i świet-

Wojciech Sowa i Dorota Puszakowska 14


Krystyna Koziewicz

ności. To tradycja i cenna inicjatywa wprowadzona przez Ferdynanda Domaradzkiego, który promuje polonijnych twórców kultury i sztuki podczas świętowania Dnia Kobiet. Nie zabrakło mowy powitalnej Konsula Marcina Jakubowskiego i przewodniczącego Ferdynanda Domaradzkiego, którzy w żartobliwy nieco sposób obdarowywali przybyłe kobiety komplementami. Ich wystąpienia zabrzmiały Małgorzata i Marek Picz niezwykle sympatycznie, padały słowa pełne serdeczności, respektu i podziwu. W tym dniu rzeczywiście poczułyśmy się nareszcie kobietami. Eleganccy mężczyźni przygotowali obfity bufet, serwując smakowitości z uśmiechem na twarzy. Ach, jak to dobrze nareszcie być kobietą, kiedy nic nie trzeba robić! Nastrój panował wyśmienity, wszystkim kobietom dopisywał humor. Jednym słowem, udany wieczór! – jak słyszałam w rozmowach kuluarowych. Uroczystość z okazji Dnia Kobiet zawierała wiele zaskakujących niespodzianek. Ewa Dmoch podarowała dwa bilety wstępu na spektakle komediowe. Państwo Beata i Marian Banachowie obdarowali wszystkie Panie wiosennymi prymulkami. Nieliczni sponsorzy dopisali, bez ich konkretnego wsparcia impreza miałaby zapewne nieco skromniejszy charakter. I tak, w dobrych nastrojach, po wielogodzinnych towarzyskich rozmowach, rozgorzałych dyskusjach, z tradycyjną prymulką i z pozytywnymi emocjami powracano do domów. Słowo na koniec! Jak każdego roku, przewodniczący Domaradzki dwoi się i troi, by tradycja spotkań marcowych z kobietami nadal była kontynuowana. Podziękowanie należy się organizatorom, artystom, sponsorom oraz PANOM za fantastyczną obsługę. Krystyna Koziewicz

15


Polskie akcenty na Karnawale Kultur w Berlinie Berlin – w kilka godzin po ataku terrorystycznym w Londynie – wesoło bawił się, tańczył i śpiewał podczas Karnawału Kultur. Berlińczycy powiedzieli TAK! Tak, bo terroryści właśnie tego by nie chcieli. Za to chcieliby, żebyśmy się przelękli, pochowali w domach, nie wychodzili na ulice, byśmy przestali być światem, w którym wspólnie świętować można naszą różnorodność! Prawie dwieście narodowości mieszka w Berlinie. Tybetańczycy, Czukcze, Lapończycy, Masaje, Ekwadorczycy. Arabowie i mieszkańcy czarnej Afryki. Azjaci i Indianie. Przedstawiciele wszystkich krajów świata, wyznający dziesiątki religii i mówiący setkami języków... Zielone Świątki to święto tych różnych języków. Bóg zesłał na Apostołów Ducha Świętego, by za Jego przyczyną zaczęli – jak to kiedyś określała Biblia – „mówić językami”. Biblia Tysiąclecia określa to już precyzyjnie – apostołowie zaczęli mówić różnymi językami. O tym mówił podczas kazania proboszcz parafii polskiej w Berlinie, ksiądz

16


Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz

Marek Kędzierski, w bazylice św. Jana. Wymienił dziesiątki języków, którymi mówili ludzie mieszkający w Jerozolimie za czasów Jezusa, m.in. aramejski, hetycki, medyjski, partyjski… Co ludzie zepsuli, zbudowawszy Wieżę Babel, za co Bóg ukarał ich pomieszaniem języków, to naprawił Duch Święty, pozwalając nam rozumieć mowę innych ludzi. Ksiądz Kędzierski opowiedział o spotkaniach 17 berlińskich kościołów misyjnych – w tym i polskiego – które, planując wspólną pracę, jeden tylko język mają naprawdę wspólny – niemiecki. Mówił też o Karnawale Kultur, który za chwilę miał rozpocząć przemarsz na sąsiedniej ulicy, o tym, że mieszkamy tu razem i to nasze wielkie wspólne radosne święto, święto wszystkich ludów świata. Wprawdzie pogoda była paskudna, lało jak z cebra, ale berlińczycy nie zrezygnowali ze spaceru trasą, którą przechodzi Parada Kultur. Karnawał Kultur jest największym świętem organizowanym na Kreuzbergu. Parada złożona z ponad 60 formacji wyruszyła o godzinie 12 z odległego od nas o trzy przystanki metra Her17


Z regionów

mannplatz i o godzinie 15 dotarła właśnie do ratusza Kreuzberg. Wspólnie z członkami Staedtepartner-Stettin i jego przewodniczącą Ewą Marią Slaską siedzieliśmy na trybunie honorowej. Podobało nam się bardzo, mimo że wciąż padało. Przestało padać, gdy parada się kończyła. Pod wieczór niebo było już błękitne, czyste, bez jednej chmurki, a słońce błyszczało olśniewająco w każdej kropli deszczu na liściach zakwitających właśnie lip. Ale Karnawał Kultur to nie tylko Parada ustrojonych wozów, pokaz wspaniałych strojów i tańców czy koncert muzyki z całego świata. To też zabawa dla wszystkich, którzy przyszli popatrzeć. Niekiedy tych patrzących bywa nawet około miliona. Za niektórymi wozami, np. za ciężarówką bębniarzy afrykańskich czy Hare-Krisznowców, szły tanecznym krokiem przeogromne kolorowe tłumy... Jak co roku bogato prezentował się międzynarodowy festyn. Stanowił ogromną platformę wyrazu kulturowego ze stoiskami oferującymi regionalne potrawy, biżuterie, wyroby z drewna, kamieni, plastiku, odzież, pamiątki z danego kraju. W tym roku spotkać można było polskie akcenty wśród barwnych kramów i straganów z piwami Żubr i Żywiec, bigosem, kiełbasą i pierogami. Szkoda, że nie byliśmy obecni na scenie na paradzie, a przecież w Berlinie działa ponad setka stowarzyszeń kulturalnych, w których figuruje słowo „Polska”. Ciekawe, dlaczego podczas Karnawału Kultur jesteśmy nieobecni? Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz 18


Monachium LESZEK ŻĄDŁO laureatem „Jazzowego Oscara” Grand Prix Jazz Melomani 2016 Podczas 25. edycji Grand Prix Jazz Melomani 2016 na uroczystej gali, która odbyła się 23 czerwca br. w Teatrze Wielkim w Łodzi, statuetkę „Jazzowego Oscara” za całokształt działalności otrzymał Leszek Żądło, europejskiej klasy saksofonista tenorowy i sopranowy, kompozytor, bandleader i pedagog, który od pół wieku mieszka na Zachodzie, ale regularnie koncertuje w Polsce. Leszek Żądło – urodzony w Krako- Leszek Żądło wie mistrz saksofonu, flecista, kompozytor, band leader, profesor w Wyższej Szkole Muzycznej w Würzburgu i Konserwatorium w Monachium. Współpracował z licznymi zespołami i muzykami sceny jazzowej, takimi jak Elvin Jones (Jazzmachine), the ORF-, NDR-, WDR-Bigband, Thad Jones Bigband, Slide Hampton Bigband, RIAS Symphony Orchestra, European Jazz Ouintet, Experimenti Berlin i Overtone Orchestra. Założył własne formacje: Leszek Żądło Ensemble (1972) oraz Polski Jazz Ensemble (1983). Przez ponad 20 lat pracował z Clausem Banze-

Leszek Żądło z zespołem 19


Z regionów

rem; efektem tej współpracy stała się płyta „Illumination”. Leszek Żądło jest ponadto kompozytorem muzyki scenicznej i filmowej. Muzyczny dorobek to ponad 80 płyt, w których nagraniu uczestniczył, nagrania radiowe i telewizyjne, liczne koncerty, także charytatywne. Leszek Żądło to także działacz społeczny i polonijny. Odznaczony Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

20


Pożegnanie z Radą Przez ponad 6 lat, od listopada 2010 do marca 2017, dwie Polki – Izabela Kulesza-Kowalczyk i Jolanta Sularz – działały w monachijskiej Radzie Cudzoziemców. Na łamach „Magazynu POLONIA” podsumowują swoją kadencję. Izabela Kulesza-Kowalczyk

© B. Żurek

Do Rady Cudzoziemców weszłam z listy „Katholiken für München” z zamiarem wyko­rzystania moich doświadczeń w roli matki dwujęzycznych dzieci, pedagoga oraz ówczesnego dyrektora Szkoły Przedmiotów Ojczystych im. bł. Michała Kozala przy Polskiej Parafii KatolicOd prawej: Izabela Kulesza-Kowalczyk i Jolanta Sularz kiej w Monachium. Działalność rozpoczęłam od Komisji do spraw Kształcenia i Wychowania, Dzieci i Młodzieży oraz Rodzin, by w roku 2014 objąć jej przewodnictwo, co poskutkowało wejściem do Zarządu Rady Cudzoziemców. Dodatkowo doradzałam w Komisji do spraw Socjalnych, spraw Kobiet, Pracy, Gospodarki i Ochrony Środowiska. Z ramienia Rady Cudzoziemców zostałam powołana do Komisji do spraw Równouprawnienia Kobiet Rady Miasta Monachium oraz uczestniczyłam w obradach Okrągłego Stołu do spraw Integracji Uczniów z Rodzin Emigrantów. Reprezentowałam też interesy polskich dzieci, młodzieży i nauczycieli na organizowanych przez MEN Zjazdach Oświatowych do spraw Polonii. Uczestniczyłam także w naradach z udziałem przedstawicieli naszej placówki dyplomatycznej, mających na celu wypracowanie skutecznych metod pomocy w zakresie edukacji na tym terenie. Efektem mojej pracy w wyżej wymienionych gremiach było również kilka wykładów i prezentacji multimedialnych w języku polskim i niemieckim na temat wielojęzyczności i bawarskiego systemu kształcenia. Ważną inicjatywą komisji, której przewodniczyłam, stało się utworzenie „BildunsBrückenBauen”. Projekt ten (teraz już niezależna insty21


Z regionów

Jolanta Sularz na stoisku Rady Cudzoziemców

tucja miejska) zajmuje się przygotowaniem tłumaczy i multiplikatorów bezpłatnie pomagających obcokrajowcom w rozmowach ze szkołą lub inną placówką oświatową. Wysoko sobie cenię udział i pomoc w organizacji imprez promujących wielojęzyczne wychowanie dzieci i młodzieży, takich jak Międzynarodowe Dni Wielojęzyczności na Uniwersytecie Monachijskim, czy czytanie dla dzieci w języku ojczystym. Sukcesem, do którego w dużej mierze przyczyniła się aktywność komisji, było zniesienie opłat za wynajem sal lekcyjnych do nauki języka ojczystego w szkołach miejskich i państwowych. Niestety, nie wszystko się udało. Walka o dobre poradnictwo w sprawach kształcenia i wychowania w języku polskim zakończyła się fiaskiem. Otwartą zostaje natomiast bardzo ciekawa inicjatywa Konsulatu RP w Monachium – stworzenia informatora o systemie oświatowym dla Polaków przybywających do Bawarii. Na propozycję współpracy przy jej realizacji jestem gotowa. Kończąc moją działalność, chciałam przekazać pałeczkę i mandat Rady Cudzoziemców mojemu rodakowi. Z przykrością więc przyjęłam 22


Izabela Kulesza-Kowalczyk, Jolanta Solarz

wiadomość, że w kolejnej kadencji Polacy nie bedą mieć w niej swojego reprezentanta. Mimo to zachęcam, by interesować się pracami Rady działającej na rzecz wszystkich obcokrajowców. Zawsze można się zwrócić do niej z nurtującymi nas problemami. Moja działalność w Radzie Cudzoziemców została nagrodzona wyróżnieniem Burmistrza Miasta Monachium „München Dankt”. Jolanta Sularz Spoglądając wstecz, przyznam, że te 6 lat działalności minęło bardzo szybko i intensywnie. Pierwsze dwa lata zainwestowałam w aktywne działanie w Radzie Cudzoziemców, wchodząc w skład Komisji Finansów oraz Komisji do spraw Kultury, Religii, Sportu i Porozumienia między Narodami, w której od 2014 roku przejęłam funkcję przewodniczącej. Korzystając z zainteresowania środowiska Polskiej Misji Katolickiej, zaczęłam organizować spotkania informacyjne dotyczące rozmaitej tematyki, od przybliżenia funkcjonowania instytucji miejskich, doradztwa szkolnego, do sposobu składania wniosków. W czasie tych spotkań zaobserwowałam bardzo duże zainteresowanie Polonii monachijskiej polityką miejską, sprawami i problematyką środowisk polonijnych oraz potrzebą spotykania się i rozmawiania na różne tematy. Zaczęłam więc organizować otwarte, tematyczne Spotkania

Izabela Kulesza-Kowalczyk i Jolanta Sularz z byłym burmistrzem Monachium Christianem Ude 23


Z regionów

Polonijne, które odbywały się 1–2 razy w roku i cieszyły ogromnym zainteresowaniem. Potem już wszystko poszło jak z płatka… Najpierw powstała tzw. grupa robocza, która z czasem przyjęła nazwę Grupa Inicjatywna Polskich Organizacji w Monachium (GIPOM). Jednym z większych osiągnięć GIPOM, której przewodniczyłam, było zorganizowanie w 2015 roku Dnia Polskiego, którego program artystyczny i kulturalny tworzyli polonijni artyści, malarze, pisarze, grupy taneczne, wokalne i teatralne. Nie mniej znaczące było zorganizowanie kilku spotkań z przedstawicielami Rady Miasta Monachium oraz pracownikami instytucji miejskich. Ich owocem był list skierowany do Burmistrza Monachium Dietera Reitera dotyczący integracji środowisk polonijnych oraz sytuacji i potrzeb Polonii żyjącej w Monachium. W reakcji na to pismo przedstawiciele Grupy zostali zaproszeni na spotkanie do Sozialreferat. Uważam, że dzięki wtedy podjętym krokom możemy dzisiaj mówić między innymi o utworzonym przy Caritas München doradztwie w języku polskim z opieką psycho-socjalną i wsparciem dla emigrantów. W zakresie moich obowiązków w Radzie Cudzoziemców leżało m.in. reprezentowanie RC przy stoisku na różnych imprezach miejskich, nawiązywanie kontaktów z organizacjami i instytucjami jak np. Wydziałem Kultury, Sportu czy muzeami – celem inicjowania nowych imprez oraz wspierania integracji środowisk lokalnych. Dzięki doświadczeniom zebranym w Komisji Finansów mogłam wreszcie pomóc także polskim organizacjom przy skutecznym składaniu wniosków o dofinansowanie imprez. Korzysta z tego m.in. Szopka Bożonarodzeniowa na Dworcu Głównym w Monachium, festyny sportowe, kulturalne i integracyjne, festyny dziecięce, zabawy polonijne, koncerty… Moja działalność w Radzie Cudzoziemców została nagrodzona wyróżnieniami Burmistrza Miasta Monachium „München Dankt” oraz Ministerstwa do spraw Pracy, Socjalnych, Rodziny i Integracji – „Ehrenamtsnachweis Bayern”, za działalność społeczną i zaangażowanie w integracji środowisk lokalnych.

24


Śladami Żołnierzy II Korpusu Polskiego i Brygady Świętokrzyskiej Rajd motocyklowy: Schwäbisch Gmünd – Monachium – Bolonia – Loreto – Monte Cassino Bractwo Motocyklistów Polskich na Obczyźnie zorganizowało rajd pod hasłem: „Śladami Żołnierzy II Korpusu Polskiego i Brygady Świętokrzyskiej”. Komandorzy: Prezydent Bractwa – Mariusz Romanowski (Smyku), Artur Zabielski (Kruszyna) – kierujący Bractwem na południu Niemiec (odpowiadał za finanse i organizację) oraz Emilian Richter, któremu podlegało zakwaterowanie i miejsca Pamięci. W rajdzie uczestniczyło 46 osób na 35 motocyklach, z Niemiec, a także m.in. ze Szkocji, z Holandii, Belgii i Polski. Imprezę ochraniał samochód techniczny z lawetą. 14 maja 2017, po Mszy Św. wyruszono ze Schwäbisch Gmünd (Badenia Wirtembergia), by udać się do Monachium, gdzie uczestnicy

Komandorzy Rajdu w Bolonii. Mariusz Romanowski (Smyku) i Artur Zabielski (Kruszyna) 25


Z regionów

rajdu złożyli kwiaty w Kwaterze Żołnierzy Polskich na cmentarzu Perlacher Forst. Spoczywają tam żołnierze Brygady Świętokrzyskiej. Kolejnymi etapami, na których czczono poległych żołnierzy II Korpusu generała Andersa, były Polskie Cmentarze Wojenne w Bolonii i Loreto. W Bolonii spoczywa 1 432, a w Loreto – 1 112 naszych bohaterów, którzy oddali życie za wolność Włoch. Do Monte Cassino uczestnicy rajdu dotarli 18 maja, dokładnie na obchody 73. rocznicy zwycięstwa, które otworzyło aliantom drogę na Rzym. Na tamtejszym Polskim Cmentarzu Wojennym wieczny odpoczynek znalazło 1 072 żołnierzy, wśród których spoczywa też ich dowódca – generał Władysław Anders. Po Mszy Św. i uroczystościach z udziałem weteranów II Korpusu oraz oficjeli znalazł się czas na rozmowę i wspólne zdjęcie z Minister w Kancelarii Premiera Anną Marią Anders, córką generała Andersa.

18.05.2017 – Monte Cassino. Anna Maria Anders wśród członków Bractwa Motocyklistów Polskich na Obczyźnie 26


Bogdan Żurek

Ze zdjęciem tym wiąże się mało zabawna historia. Dnia następnego fotka Bractwa Motocyklistów Polskich na Obczyźnie z Anną Marią Anders ukazała się bowiem w krajowej prasie z opisem: „Anna Maria Anders, córka generała Andersa, (...) spotkała się z uczestnikami motocyklowego rajdu z podwarszawskich Marek”. Należy mieć nadzieję, że to tylko dziennikarska kaczka, gdyż zarejestrowane w Niemczech Bractwo Motocyklistów Polskich na Obczyźnie nie ma nic wspólnego z podwarszawskimi Markami. Po wypełnieniu programu rajdu „Śladami Żołnierzy II Korpusu Polskiego i Brygady Świętokrzyskiej”, jego uczestnicy modlili się u grobu Jana Pawła II i zwiedzili Rzym. W zależności od miejsca zamieszkania, przejechano od 3 200 km (ci z południa Niemiec) do nawet 5 400 km, jakie mieli do pokonania motocykliści ze Szkocji. – Rajd odbył się w bardzo miłej i koleżeńskiej atmosferze. Nasi chłopcy stanęli na wysokości zadania. Oddaliśmy Pokłon tym, którzy za nas przelewali krew. Chwała Bohaterom! – podsumowuje komandor, a zarazem działacz polonijny, Emilian Richter. Wypada tylko pogratulować i zachęcić do kolejnych rajdów pod tak szczytnymi hasłami. Bogdan Żurek

27


10 powodów, dla których kocham Monachium

Całkiem niedawno spotkałam młodą, sympatyczną Polkę, która przyjechała do Monachium zaledwie parę miesięcy temu. Mimo dobrych chęci, nadal nie może zapałać sympatią do stolicy Bawarii, czuje się tu obco i dosyć samotnie. Jeszcze nie zdążyła na tyle dobrze poznać języka, żeby swobodnie porozumiewać się z miejscowymi po niemiecku. Nadal nie była na żadnej malowniczej wędrówce po górach ani nad jednym z pięknych bawarskich jezior. Mieszkam w Monachium zaledwie od 2010 roku – to tylko 7 lat, jednak wystarczyło, abym to miasto pokochała! Tutaj urodziły się moje dzieci, tutaj poznałam nowych przyjaciół i wreszcie nauczyłam się porządnie mówić po niemiecku, a nawet trochę po bawarsku. ;) Dlatego dziś chciałabym przedstawić zarówno mojej nowej znajomej, jak i wszystkim sceptycznym lub wątpiącym, subiektywną listę rzeczy, za które można pokochać Monachium. Listę rzeczy, za które ja Monachium pokochałam i dzięki którym stało się ono moim domem. Dialekt bawarski Dla przyjezdnych, uczących się języka niemieckiego w szkole lub na jakimś kursie, pierwsze spotkanie z bawarskim dialektem może okazać się dużym szokiem! Nagle okazuje się, że nasza znajomość języka jest za mała, aby cokolwiek zrozumieć. Chcę Was jednak pocieszyć – ba28


Dominika Rotthaler

warski dialekt, mimo że jest dosyć trudny, jest jednocześnie przyjemny dla ucha. Raczej nie ma sposobu na nauczenie się go – można jedynie starać się wsłuchiwać w mowę otoczenia i po jakimś czasie na pewno opanujecie podstawy tej bawarskiej wymowy. Ja nawet nie staram się naśladować tego dialektu, po prostu go akceptuję i uznaję za koloryt lokalny. A jeśli rzeczywiście mam duże problemy ze zrozumieniem rozmówcy, proszę go o wolniejsze powtórzenie zdania, z nadzieją, że za drugim razem wyłapię więcej słów. Izara

Mimo że nie mieszkam w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki Izary, nasze rodzinne rowerowe wycieczki nad rzekę należały do stałych punktów weekendowych. Beztroski piknik nad rzeką, szczęśliwe dzieci budujące tamy z patyków i kamieni lub wrzucające patyki do wody, grillujące grupki młodych ludzi, zapach lata unoszący się wokół – takie obrazy i wspomnienia stają mi przed oczami, kiedy myślę o Izarze. Ogródki piwne Monachijskie ogródki piwne są przepiękne! Często położone w cieniu starych, rozłożystych kasztanowców lub w zielonych parkach 29


Z regionów

i zakątkach. W niedzielę gra orkiestra dęta, a luźna atmosfera tych miejsc sprzyja spontanicznym rozmowom (zob. punkt nr 2). Bardzo lubię bawarską tradycję, według której do ogródków piwnych można wnosić własne jedzenie – jedynie napoje należy zakupić u gastronoma. Przygotowanie piknikowego kosza z dobrociami do zjedzenia w ogródku piwnym to nie tylko przyjemność, lecz także oszczędność, gdyż ceny w ogródkach piwnych często są wygórowane. Warto pamiętać o obrusie w czerwoną kratę, który uprzyjemni Wam posiłek i zaostrzy apetyt! Jeśli wybieracie się do ogródka piwnego całą rodziną i szukacie atrakcji dla dzieci, polecam ogródki, w których właściciele pomyśleli o placu zabaw – dzięki temu jako młodzi rodzice lub dziadkowie będziecie mieli możliwość w spokoju cieszyć się atmosferą tych miejsc. Oktoberfest Tego święta nie muszę Wam chyba przedstawiać, bowiem Oktoberfest znany jest na całym świecie! Jego ponad 200-letnia tradycja wiąże się z zaślubinami bawarskiego księcia Ludwika, późniejszego króla Bawarii, i jego wybranki, księżniczki Therese von Sachsen-Hildburghausen. Od 1810 roku z małymi przerwami Oktoberfest odbywa się co roku w Monachium i obecnie przyciąga do miasta kilka milionów turystów. Mimo tłoku, stresu i dużego zamieszania, lubię tę atmosferę festynu i swobody. Warto wypić tutaj tzw. Mass, czyli duże, litrowe piwo, wsłuchać się w

30


Dominika Rotthaler

dźwięki ludowej muzyki granej na żywo i chłonąć tę atmosferę największego na świecie jarmarku! Pamiętajcie, że Bawarczycy nazywają Oktoberfest „Wiesn”. Bawarskie stroje ludowe Punkt ten wiąże się nierozerwalnie z festynem Oktoberfest, gdyż każdy szanujący się Monachijczyk, a nawet turysta, przyjdzie na to święto właśnie w stroju ludowym. To znaczy panowie zakładają kraciaste koszule i Lederhose (skórzane spodnie), panie natomiast – podkreślającą kobiece kształty sukienkę z fartuszkiem, zwaną Dirndl. Te ludowe stroje w Bawarii nie są żadnych przeżytkiem ani nie są kojarzone ze skansenem. Zarówno Lederhose, jak i Dirndl funkcjonują w kulturze bawarskiej przy okazji różnych świąt lub rodzinnych uroczystości jak śluby czy komunie. To tradycja, która ma się dobrze i którą często można spotkać na ulicach miasta lub w bawarskich wioskach. I, co podkreślałam już na łamach MM, każda kobieta wygląda w Dirndl wspaniale, więc naprawdę warto przemyśleć zakup tego stroju. Środki transportu publicznego Mimo że dosyć drogie (jeden bilet normalny kosztuje 2,80 euro), środki transportu publicznego w Monachium mają doskonale rozwiniętą siatkę połączeń, dzięki której szybko i sprawnie można poruszać się po całym mieście. Wiem, o czym mówię, bo sama nie mam samochodu i jestem zdana na tego typu transport. Metro, autobusy i tramwaje jeżdżą z reguły bardzo punktualnie i są niezawodne. Bilety można kupić w specjalnych punktach sprzedaży, automatach umieszczonych na przystankach, stacjach metra lub w autobusach albo przez specjalną aplikację na smartfona. Jeśli korzystając ze środków transportu publicznego macie ze sobą również np. spacerówkę, powinniście zwracać uwagi na oznaczenia na autobusach i tramwajach, gdyż na wózki dziecięce przewidziane są specjalne miejsca. Niedostosowanie się do tej zasady może spowodować, że kierowca pojazdu upomni Was przez mikrofon, co z kolei jest jednym z powodów, za które Monachium nie lubię. Rowerem po mieście Tym, którzy nie lubią siedzieć w zamkniętych pomieszczeniach, polecam jazdę po mieście rowerem. W Monachium doskonale działają 31


Z regionów

ścieżki rowerowe, którymi można jechać nawet po ścisłym centrum miasta. Przystanki kolejki miejskiej lub metra często wyposażone są w duże parkingi dla rowerów, dzięki czemu można po Monachium i jego obrzeżach poruszać się według zasady „Park and Ride”. Dojeżdżasz rowerem do stacji metra, parkujesz pojazd i przesiadasz się w środki komunikacji miejskiej, jadąc dalej do celu. Wygodnie i zdrowo! O wielu innych zaletach korzystania z rowerów w Monachium pisałam w ostatnim numerze MM – zapraszam do lektury. Jeziora Bawaria to kraina jezior! Naokoło miasta oraz w kierunku Alp jest sporo czystych jezior, z których zalet można korzystać o każdej porze roku. Jesienią – przyjemny spacer w złotych kolorach lub

przejażdżka statkiem po gładkiej tafli. Latem z kolei – kąpiel w jeziorze lub grill nad jego brzegiem. Już w godzinę drogi autem od Monachium możecie poczuć się jak na urlopie i zanurzyć stopy w chłodnej wodzie jednego z jezior bawarskich. Tak, bawarskie jeziora to niewątpliwie jeden z głównych elementów, jakie rozkochują turystów w tym regionie – mnie też przekonały swoim pięknem i czarem! 32


Dominika Rotthaler

Alpy Jedną z wielkich zalet Monachium jest jego położenie geograficzne. Stąd niedaleko do Czech, Szwajcarii, Austrii oraz do Włoch. Dla chcących zwiedzać okolice jest oczywiście także dużo atrakcji! Szczęśliwi będą tu narciarze oraz zapaleni wędrownicy górscy, bowiem Alpy są na wyciągnięcie ręki. Właśnie w kombinacji z jeziorami tworzą niesamowitą panoramę i niepowtarzalny klimat. A wysoko w górach – wiadomo – wszystkie problemy tego świata stają się mniejsze i mniej znaczące, człowiek nabiera dystansu do siebie i do własnych kłopotów. Dlatego wizyta w tutejszych górach to nie tylko wielka frajda dla oka, ale również rodzaj duchowej terapii. Szczerze polecam, również z dziećmi – także dla rodzin jest wiele łagodnych tras, których uwieńczeniem są przyjemne i dobrze wyposażone schroniska. Tu można zregenerować się, wypić kawę czy piwo lub skosztować kilku bawarskich specjałów. Taki rodzinny wypad w góry to wspaniałe wrażenia i piękna wycieczka – gwarantuję! Parki Dla tych, którzy chcą wypocząć i mimo to wolą zostać w mieście, pozostają jeszcze wspomniane ogródki piwne lub monachijskie parki. W każdym z nich są wyjątkowe rzeczy do okrycia: małe wzgórza, widokowe wzniesienia, baseny na wolnym powietrzu, liczne place zabaw, zielone łąki czy restauracje. Tutaj można odpocząć od miejskiego zgiełku, zaszyć się w jakiś spokojnym kąciku i czytać książkę, medytować lub po prostu spacerować. Takich parków małych i dużych jest naprawdę sporo – odkryliście już najbliższy w Waszej okolicy? Dominika Rotthaler Od redakcji: Dominika Rotthaler jest autorką popularnego bloga „Polka w Monachium” http://polkawmonachium.blogspot.de

33


Nadrenia Północna-Westfalia:

Nagrody Polonicus 2017 przyznane

Jury przyznało tegoroczne nagrody Polonicus 2017. Europejski Instytut Kultury i Mediów POLONICUS VoG honoruje działania i postawy prowadzące do poprawy dialogu polsko-niemieckiego w wymiarze europejskim, oraz do rozwoju i pogłębienia znajomości Polski i kultury polskiej w Europie. Wręczając tę nagrodę, europejska Polonia chce wyrazić swoją wdzięczność i szacunek za wyjątkowe zaangażowanie na rzecz integracji i wzbogacenia życia Polaków w Europie. Laureatami tegorocznej nagrody POLONICUS są znane i szanowane przez europejską Polonię osobistości: Agnieszka Holland, reżyserka i scenarzystka filmowa, laureatka Srebrnego Lwa na Berlinale 2017, za jej znaczący wkład w światowy rozwój sztuki filmowej; Werner Jostmeier MdL, przewodniczacy grupy parlamentarnej NRW-Polska w parlamencie Nadrenii Północnej-Westfalii, za zaangażowanie w dialog niemiecko-polski, Aldona Głowacka-Silberner, przewodnicząca Biura Łączności Organizacji Polonijnych w Hanowerze i w Dolnej Saksonii, za jej wieloletnie zaangażowanie dla Polonii i Polaków w Niemczech Nagrodę Honorową za całokształt działalności oraz za wyjątkowy wkład w szerzenie świadomości obywatelskiej w jednoczącej się Europie odbierze Lech Wałęsa, dr h. c. mult., pierwszy przewodniczący NSZZ „Solidarność”, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, były Prezydent RP. Gala Polonii oraz wręczenie nagród POLONICUS 2017 odbyła się w sobotę, 6 maja 2017 roku w historycznej Sali Koronacyjnej w akwizgrańskim ratuszu. Muzyczną oprawę wieczoru zapewnił Chór Polskiej Misji Katolickiej „Benedictus” z Wuppertalu. Tegoroczna Gala Polonii zorganizowana przez Polregio e.V. oraz Europejski Instytut Kultury i Mediów Polonicus VoG, przy współpracy z Europejską Unią Wspólnot Polonijnych, finansowana jest przez Pełnomocnika Rządu Federalnego ds Kultury i Mediów. Wiesław Lewicki Przewodniczący Jury Nagrody POLONICUS

34


„Polregionale 2017” czyli Granie bez granic w Düsseldorfie W sobotę 24 czerwca w parku Hofgarten, w samym niemal centrum Düsseldorfu odbyła się kolejna edycja Festiwalu Muzyki Polskiej „Polregionale 2017”. Imprezę rozpoczął Konkurs Młodych Talentów oraz koncert zwycięzców Polonijnej Listy Przebojów PEPE TV. Do finału Konkursu po wstępnej audiosegregacji dostało się 8 wykonawców. Każdy z nich wykonywał polski repertuar. Oceniało ich jury w składzie: Róża Frąckiewicz, Roma Stacherska i Alexandra Stegh. Nagrody przyznano: 1. miejsce – Klaudia Kozyrska (300 euro oraz Vocal Coaching zasponsorowany przez Benrose), 2. miejsce Helena Coviello (200 euro), 3. miejsce Ewelina Komorowska oraz Daniel Sierzputowski (po 100 euro). Według jury wszyscy finaliści byli bardzo dobrze przygotowani i ciekawie interpretowali utwory polskich wykonawców. W ramach „Polregionale” odbyła się również druga koncertowa edycja Polonijnej Listy Przebojów PEPE TV, na której wystąpili: Andy & Lucia, Janusz Bury, duet Benrose, Nadia, Stach Kittel, Lidia Maria Krüger oraz Anna i Elo Badura. W części wieczornej, poza konkursem na scenie wystąpili goście specjalni: Agnieszka Skowronek – laureatka „Polregionale 2012” oraz Magdalena Baryła – laureatka konkursu „Voice of Polonia”. Po nich na scenie pojawił się Benrose Band, czyli Róża i Benek Frąckiewicz, którym towarzyszył sześcioosobowy Band. Na zakończenie „Polregionale 2017” wystąpił zespół Polish Funk and Blues z Janem Błędowskim na skrzypcach oraz Arkiem Bleszynskim na gitarze. Tegoroczne „Polregionale” odbyło się po raz szósty. Wcześniejsze edycje odbywały się m.in. na zamku Eyneburg, na wzgórzu Lousberg oraz w Würselen. Ideą koncertu jest spotkanie „trzech państw”: Belgii, Holandii i Niemiec oraz prezentacja polonijnego dorobku artystycznego. Impreza firmowana była przez Towarzystwo Kulturalne „Polregio” z Aachen oraz PEPE TV. Finansowego wsparcia udzieliło: Beauftragte der Bundesregierung für Kultur und Medien. Pomysłodawcą oraz odpowiedzialnym za zorganizowanie festiwalu był Wiesław Lewicki. Leonard Paszek Artykuł ukazał się w czasopiśmie „Samo Życie”

35


Ambasador RP gościem PolenMobil w Berlinie W środę 21 czerwca 2017 r., w gimnazjum im. Gabriele von Bülow w Berlinie odbyła się pokazowa lekcja języka polskiego z udziałem Pana Ambasadora Andrzeja Przyłębskiego. Oferta PolenMobil to prowadzone przez dwie animatorki gry i zabawy z zakresu historii, geografii kultury i języka polskiego, które mają na celu przybliżenie niemieckim uczniom ich wschodniego sąsiada. Ambasador miał okazję osobiście przekonać się, jak na zajęcia reagują niemieckie dzieci. – Jest to ciekawa próba zachęty do nauki polskiego jako języka bliskiego sąsiada. A poprzez język – zainteresowanie polską kulturą i polskim stylem życia – chwalił projekt w powitaniu skierowanym do VII i VIII klas gimnazjalnych. Powiedział również, że sympatyzuje z ideą PolenMobil i zdecydowanie ją wspiera. Dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej (FWPN), która finansuje ten projekt, Cornelius Ochmann zaznaczył, że lepsza znajomość polskiej tematyki w Niemczech jest warunkiem dalszego rozwoju polsko-niemieckiej współpracy. „PolenMobil jest najlepszym przykładem zainteresowania młodych Niemców Polską” – powiedział. Na koniec, prof. Przyłębski pogratulował twórcom PolenMobil udanej inicjatywy i wyraził nadzieję, że projekt ten będzie kontynuowany oraz że uda się zainteresować Polską jeszcze więcej uczniów w całych Niemczech. PolenMobil to projekt Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich (DPI) i FWPN we współpracy z Towarzystwem Polsko-Niemieckim Brandenburgii oraz z Polsko-Niemiecką Współpracą Młodzieży (PNWM). Jest on finansowany ze środków FWPN, DPI, Fundacji Sanddorf w Regensburgu oraz Fundacji im. F. C. Flicka. W roku szkolnym 2016/2017 PolenMobil dotarł do 152 szkół na terenie Niemiec. W lekcjach uczestniczyło 4,5 tys. uczniów z 237 klas. Projekt zaczął działać na jesieni 2015 r. Od tego czasu pracownicy PolenMobil przemierzyli ponad 37 tys. km., aby dotrzeć do uczniów na terenie całych Niemiec. Zajęcia mają na celu przybliżenie sąsiadom języka polskiego w atrakcyjny sposób i przekazanie podstawowej wiedzy z zakresu historii i kultury Polski. Zespół PolenMobil był też często zapraszany, aby przygotować uczniów do wymiany naukowej, które prowadzą między sobą niemieckie i polskie szkoły. Reakcja nauczycieli i uczniów na projekt jest bardzo pozytywna. 36


Leonard Paszek

Coraz więcej szkół interesuje się ofertą PolenMobil i pyta o możliwość udziału w kolejnych jego edycjach. Zapotrzebowanie na projekt przewyższa możliwości zespołu. Nie dysponuje on obecnie wystarczającymi środkami, aby dotrzeć do wszystkich zainteresowanych. Redakcja Polonia Viva Quelle: www.fwpn.org.pl Neptun z fontanną przy „Gdańskiej” w Oberhausen Urodziny restauracji „Gdańska” w Oberhausen to zawsze okazja do polonijnego święta. W tym roku „Gdańska” obchodzi 17. urodziny. Jest to bardzo specyficzna restauracja. Prawdopodobnie jedyna o tej nazwie w całych Niemczech. Restauracja, która od początku walczy nie tylko o polskie menu w Nadrenii-Westfalii, ale również o promocje polskiej i polonijnej kultury i zbliżenie polsko-niemieckie. W tym roku uroczystym urodzinom towarzyszyło odsłonięcie pomnika Neptuna, wykonanego przez Anne Mrzygłód, artystkę pochodzącą z Wadowic, a obecie zamieszkałą w Straelen. Pomnik ma 3 metry wysokości, sfinansowany został przez Marię i Czesława Gołębiewskich, właścicieli „Gdańskiej” i ofiarowany w prezencie miastu Oberhausen. Równocześnie w tym dniu wręczone zostały tradycyjnie statuetki Neptuna dla osób szczególnie zasłużonych dla polsko-niemieckiej współpracy. Otrzymali je: Franz Muckel, dyrektor Biura Turystyki i Marketingu miasta Oberhausen oraz istniejące od 23 lat stowarzyszenie Gmina Polska Piast z Essen. Muzycznie imprezę uświetniły zespoły: Naked Mind z Krakowa, niemiecki SpielArt oraz polonijny rock band z Solingen Communa. Jak zwykle w Gdańskiej spotkała się muzyczna mieszkanka niemiecko-polsko-polonijna. Leonard Paszek

37


LeWAN-goL-sKi Bobek Wychował się w domu z ogrodem w podwarszawskim Lesznie, gdzie przez cały czas kopał piłkę. Zamiłowanie do sportu od najmłodszych lat wpoili mu mama Iwona – siatkarka ręczna i tata Krzysztof – judoka. To właśnie ojciec jako nauczyciel wuefu próbował z synem wszystkie możliwe dyscypliny sportowe, ale to, co najważniejsze, dał mu ducha, który potrzebny jest prawdziwemu sportowcowi. Bobek był zawsze najdrobniejszym piłkarzem w swoich drużynach, a do tego nie był wysoki i miał chude nogi, wiec nie widziano przed nim profesjonalnych sportowych perspektyw. Miał za to tę zawziętość i wytrwałość, których nie mieli inni koledzy. Wszędzie chciał być pierwszy. Zaczynał kopać piłkę na boisku będącym praktycznie klepiskiem w klubie Varsovia, który teraz reklamuje się plakatem z podobizną Lewandowskiego i jego podpisem „Zaczynałem na Varsovii”. Kiedy dostał się do warszawskiej Legii, był dumny, że klub sprezentował mu buty piłkarskie i nie musiał ich sam kupować. W 2006 roku miał kontuzję nogi. Legia zapewniła mu tylko niezbędną rehabilitację, ale jak wrócił na boisko, zrezygnowała z niego ze względu na mało obiecujące warunki zdrowotne. Nikt nie zwracał uwagi na to, że młody Robert poza problemami z nogą, jeszcze nie otrząsnął się po śmierci ojca w 2005 i był tuż przed maturą. Do tej pory nie można ustalić w Legii, kto podpisał wykreślenie Lewandowskiego 38


Agata Lewandowski

z listy zawodników. Mama Roberta zawsze wierzyła w syna i za radą znajomych trenerów zapisała go do Znicza Pruszków, gdzie młody trener tworzył młodą drużynę. To właśnie w Zniczu Robert rozwinął się na tyle, że Legia zaczęła się nim znowu interesować. Jednak ówczesny dyrektor Legii podjął decyzje, że zatrudni jako napastnika Arruabarrenę, który okazał się potem fiaskiem. Rodzice Lewandowskiego od początku przeczuwali, że ich syn kiedyś zostanie sportowcem na skalę światową i dlatego dali mu międzynarodowe imię, mające jednakową pisownię w wielu językach – Robert. The Body Kiedyś wątły Bobek ma dziś 185 cm wzrostu i waży 80 kilogramów, dzięki swojej ciągłej pracy nad kondycją nazywany jest The Body. Panuje opinia wśród trenerów piłkarskich, że w dzisiejszych czasach nie ma już dobrych napastników, bo „dobry napastnik to łowca, który ma instynkt”. Zdaniem specjalistów od futbolu, zachodni piłkarze żyją w strefie komfortu i stracili już te wyjątkowe zdolności łowieckie. Wielu z nich ma talent, ale nie wykorzystuje go, a tylko ciężka praca daje efekty. Lewandowski nawet kiedy odpoczywa, to przygotowuje się na następne mecze, bo odpoczynek dla niego jest częścią składową treningu. Jego najbliżsi współpracownicy mówią, że jest ciągle niezadowolony. Kiedy strzelił dla Borussii Dortmund cztery bramki, żałował, że nie pięć. Może dlatego potem w meczu z Wolfsburgiem strzelił w ciągu dziewięciu minut pięć goli. Pomiędzy nimi spojrzał w niebo, jakby chciał powiedzieć – tato, widzisz mnie. Przyznaje, że czuł się wtedy jak w transie. Lewy W 2007 roku na obozie integracyjnym przed rozpoczęciem studiów poznał Annę Stachurską, wielokrotną mistrzynię świata w karate, która „prywatnie” w 2013 roku została jego żoną. Anna Lewandowska nigdy nie chciała być tylko żoną piłkarza i to się jej udało. Poza sukcesami w karate promuje zdrowy tryb życia poprzez treningi i dietę. Prowadzi blog Healthy Plan by Ann i wydaje książki z przepisami na zdrowy styl jedzenia i życia. Jest osobistą dietetyczka męża, który już dawno przestał jeść nabiał i stosuje dietę bezglutenową. W restauracjach w Monachium, gdzie czasem jadają Lewandowscy, nikt już się nie dziwi, że zaczynają obiad od deseru, a kończą na zupie. Monachijczycy, którzy rozpoznają 39


Z regionów

wśród gości Lewandowskiego – mówią – O, to nasz Polak! W maju tego roku urodziła się państwu Lewandowskim córeczka Klara. Wybrali to imię, ponieważ składa się z inicjałów ojca Roberta i ich własnych. 3-miesięczna Klara ubrana w koszulkę klubową Bayernu kibicowała razem z mamą jej tacie. Robert przed każdym meczem sprawdza wzrokiem, czy Ania jest blisko niego na trybunach. Nienasycony Lewandowski jest ciągle nienasycony i chce więcej. Dlatego taki tytuł nosi jego biografia, wydana w 2016 roku, napisana przez dziennikarza sportowego Pawła Wilkowicza. Nie jest to przy tym zwykła biografia piłkarza. Jest to książka interesująca dla wszystkich, bez względu na wiek czy pleć. Dla fanów piłki nożnej to skarbnica informacji, których by nigdzie nie znaleźli na temat różnic pomiędzy futbolem polskim i niemieckim, metodami treningu w poszczególnych klubach. Dla części żeńskiej czytelników stanowi ona także źródło bezcennej, prosto, ale ciekawie napisanej wiedzy niezbędnej do zrozumienia sensu piłki nożnej. Wyjątkową wartość przedstawia ta biografia dla rodziców, którzy chcieliby, aby ich dzieci trenowały piłkę nożną. Ta książka wiele uczy, zarówno młodych, jak starszych czytelników. Uczy, że sukces jest okupiony wieloma porażkami i ciężką pracą, która jest więcej niż pasją. Uczy, że podstawą sukcesu jest wsparcie rodziny i przyjaciół. Robert Lewandowski, kiedy przyjechał do Niemiec, chciał na początku grać sercem, ale zdawał sobie też sprawę, że musi przede wszystkim dobrze się rozumieć z trenerem i współzawodnikami w drużynie. Dzisiaj podkreśla – jeśli chcesz osiągnąć sukces, musisz nauczyć się języka. Agata Lewandowski (artykuł został napisany na podstawie książki pt. „Nienasycony” – Robert Lewandowski, autor Paweł Wilkowicz, Warszawa 2016, cytaty w artykule pochodzą również z tej publikacji)

40


„Polska rodzina poza Polską” KONKURS DLA DZIENNIKARZY POLSKICH I O NAGRODĘ MARSZAŁKA SENATU 2016/2017 Celem konkursu jest pokazanie obrazu polskiej rodziny żyjącej z dala od Polski. Polski rząd i parlament tej kadencji przykładają wielką wagę do kondycji rodziny. Senat, który jest opiekunem Polonii i Polaków za granicą, interesuje się także tym, jak radzi sobie polska rodzina poza granicami. Poza Polską rodzi się coraz więcej dzieci. W ostatnich 5 latach tylko w Wielkiej Brytanii urodziło się pond 150 tys. polskich dzieci. Dlatego chcielibyśmy wiedzieć, jak poza granicami Polski funkcjonuje polska rodzina, która oprócz zwykłego zmagania się z codziennością, ma też specyficzne problemy związane z obcym otoczeniem, z integracją. Czy pozostaje nośnikiem tradycyjnych wartości, czy przekazuje dzieciom wiarę, polskie tradycje, kulturę, język? Czy ma wpływ na tożsamość młodego pokolenia i zachowanie więzi z ojczyzną? Jak radzi sobie z konfliktem pokoleń, na który nakładają się problemy z integracją? Czy rodzina pomaga zakorzenić się poza granicami dzieciom, wnukom i czy pomaga osiągnąć sukces za granicą? Czy rodziny polskie tworzą wspólnoty poza ojczyzną, czy pomagają w ten sposób asymilować się swoim dzieciom, czy tworzą więzi z lokalnymi społecznościami, wreszcie –czy wnoszą jakieś wartości w społeczeństwa innych krajów? Jak radzą sobie polskie rodziny, które z różnych powodów wyjechały z naszego kraju, a jak radzą sobie polskie rodziny, które nie opuściły nigdy Polski, ale znalazły się poza granicami na skutek powojennego przesunięcia granic. Czy trwają przy polskości i czy polskość pomogła im przetrwać? Senat, ogłaszając ten konkurs, pragnie zainspirować media, a za ich pośrednictwem środowiska polonijne do refleksji nad kondycją polskiej rodziny poza Polską. Te refleksje pozwolą Senatowi spojrzeć na polską rodzinę na emigracji i zastanowić się, co można w kraju zrobić dla wzmocnienia tej rodziny. Dział Prasowy Kancelaria Senatu ul. Wiejska 6 00-902 Warszawa Tel. 22 694 95 22 Fax. 22 694 90 26 41


KONKURS SENATU RP – POLSKA RODZINA ZA GRANICĄ

REGULAMIN KONKURSU §1 Cel Konkursu Celem Konkursu jest pokazanie obrazu Polonii przez pryzmat polskiej rodziny żyjącej poza granicami Polski. §2 Organizator i uczestnicy Konkursu 1. Organizatorem Konkursu jest Kancelaria Senatu. 2. W Konkursie mogą wziąć udział dziennikarze pracujący w krajowych i polonijnych gazetach, czasopismach, rozgłośniach radiowych, stacjach telewizyjnych, portalach internetowych, a także współpracownicy tych mediów. §3 Warunki udziału w Konkursie 1. Warunkiem udziału w Konkursie jest: A. opublikowanie materiału dziennikarskiego lub wyemitowanie programu, filmu, reportażu w terminie od 1 lipca 2016 r. do 1 lipca 2017 r. B. przesłanie dwóch kopii publikacji na adres organizatora C. wyrażenie zgody na publiczną prezentację zgłoszonej pracy, w całości bądź fragmentach, w czasie wręczania nagród, a także na wszystkich polach eksploatacji, jakimi w dniu prezentacji dysponować będzie Kancelaria Senatu. 2. Prace zgłoszone na Konkurs powinny odpowiadać następującym kryteriom: A. treść publikacji powinna być zgodna z celem konkursu, B. forma pracy – dowolna, C. w przypadku formatów elektronicznych wymagane dostarczanie prac w jednym z preferowanych formatów: mp3, pdf, jpeg, mpeg4, D. kopie prac powinny być opatrzone pseudonimem, a dane autora umieszczone w osobnej kopercie, znajdującej się w przesyłce zawierającej materiał dziennikarski na konkurs, 42


E. na konkurs prace mogą zgłaszać dziennikarze (autorzy) lub redakcje, F. jeżeli jeden autor chce przesłać więcej prac konkursowych, każda musi być opatrzona innym pseudonimem i nadejść w odrębnej przesyłce, G. jeżeli praca opublikowana została w obcojęzycznej prasie należy przesłać jej tekst wraz z tłumaczeniem na język polski. 1. Prace należy przesyłać do 15 lipca 2017 r. – o dacie przesyłki decyduje data stempla pocztowego, na adres: Kancelaria Senatu – Dział prasowy – pok. nr 175 ul. Wiejska 6, 00 -902 Warszawa z dopiskiem na kopercie: „Konkurs dla dziennikarzy” §4 Jury Konkursu i nagrody 1. Zgłoszone prace oceni i laureatów wyłoni jury złożone z dziennikarzy, senatorów i pracowników Kancelarii Senatu. 2. Decyzja jury jest ostateczna i nie podlega odwołaniu, 3. Fundatorem nagród w Konkursie jest Kancelaria Senatu, 4. Nagrodami w Konkursie są: A. 1 x 7000 zł – I nagroda, B. 1 x 5000 zł – II nagroda, C. 1 x 3000 zł – III nagroda, D. 4 x 1750 zł – wyróżnienie 1. Jury zastrzega sobie prawo do innego podziału nagród, w zależności od jakości i ilości nadesłanych prac konkursowych. 2. Jury zastrzega sobie prawo nie przyznania którejś z wyżej wymienionych nagród.

43


Rodzina Ze zdziwieniem patrzyłam na księdza wyjmującego z teczki małe skórzane pudełko z miniaturowym świecznikiem na dwie świeczki i małą buteleczkę z olejem. „Zestaw ostatnie namaszczenie” – pomyślałam, zaskoczona, że przemysł zajmuje się produkcją takich przedmiotów. Odmawiałam wraz z innymi w pokoju modlitwy – dawno nie używane, schowane w zakamarkach pamięci słowa – i myślałam o tym, że każdy ksiądz jest tylko urzędnikiem. Ten urzędnik nie zadał sobie nawet trudu, żeby zapamiętać twoje imię i kilkakrotnie podczas odmawiania modlitw patrzył najpierw na ciebie, a potem na zebranych w pokoju, z pewnym zażenowaniem i niemą prośbą o podpowiedź. „Brakuje tylko, żeby pożyczył ci szybkiego powrotu do zdrowia” – pomyślałam. Niestety i tego nie zabrakło. Dla niego cała ta absurdalna sytuacja to tylko jeden z terminów zapisanych w rozliczeniu godzin pracy w rubryce „ostatnie namaszczenie” – wiek, adres, godzina. Nie mogłam dłużej znieść tej atmosfery śmierci w twoim domu, wyszłam na spacer do niedaleko położonego parku i, siedząc na ławce, myślałam o tym, jak różne były nasze drogi na emigracji – moja w Berlinie Zachodnim i twoja w Anglii. I o tym, że zawsze podczas różnych zawirowań życiowych mogłam wyciągnąć do ciebie rękę i poprosić o pomoc. Przyjechałeś do Londynu jako 19-latek do ojca, którego znałeś tylko z fotografii i którego obraz coraz bardziej ci się zamazywał. On był jednym z tysięcy żołnierzy armii Andersa, nie mogących po wojnie wrócić do Polski, nie mówiąc już o powrocie do żony i dzieci w Wilnie. Nie wiem, jak wtedy wyglądało to miasto-moloch, mogę sobie tylko wyobrazić, jak przerażony byłeś nieznanym językiem, ogromem Londynu i sytuacją rodzinną. Ojciec, już odbierając was ze statku w Tilbury, powiedział, że pomoże tobie i siostrze, i że bądziecie z nim mieszkać, a „ona” (nigdy potem nie nazwał twojej matki inaczej) ma załatwioną pracę i mieszkanie gdzie indziej i zawiezie „ją” tam jeszcze dzisiaj. Zobaczyłeś w oczach matki zagubienie i strach – strach, który z latami zmienił się w chorobę psychiczną. Jeszcze tego samego wieczoru, po wspólnej kolacji, z której pamiętasz wściekłe spojrzenia ojca i milczenie przerywane tylko uwagą „Ale z was zrobili Rusków!”, zawiózł matkę samochodem do nowego mieszkania. Matka zamieszkała w wynajmowanym pokoju na Finchley Road, który przez następnych 26 lat stał się jej refugium. W miarę upływu lat zamieszkiwało w nim coraz więcej osób – zmarła przed wieloma laty 44


Kuzynka

matka, przyjaciółki z Wilna i głosy, które przemawiały do niej z radia, a później z telewizora. Matka żyła w swoim własnym świecie – świat na zewnątrz składał się z drogi z pracy do domu i zakupów u Zyda, który miał sklepik na rogu ulicy. Jej Londyn składał się z dwóch ulic na prawo i jednej na lewo. Gdyby kiedykolwiek odważyła się pójść dalej, na pewno zgubiłaby się w bezmiarze domków podobnych do siebie jak dwie krople deszczu. W torebce zawsze nosiła kartkę z adresem i telefonem ojca, której nie musiała wyjąć ani razu przez 26 lat życia w Londynie. Ojciec załatwił jej pracę w pracowni kapeluszy, wykonywanych na zlecenie dworu królowej. Matka była prawdziwą mistrzynią, nikt w całym zakładzie nie miał tyle cierpliwości do igły i nici co ona, przed dostarczeniem kapeluszy do Buckingham Palace były one poddawane jej inspekcji – znałazła każdy błąd, niechlujnie skrojony wzór, byle jakie wykończenie. Dzięki temu talentowi przepracowała tam 20 lat, nikomu w pracowni nie przeszkadzały jej podekscytowane rozmowy z nieistniejącymi osobami. Miłość do męża i żal o to, że nie ma przy sobie dzieci, zastąpiła miłością do pieniędzy, wpadła w obsesję oszczędzania, gromadziła funty pochowane w gotówce w kilku miejscach pokoiku na Finchley Road, nie udało ci się nigdy przekonać jej do założenia konta w banku. Co tydzień w sobotnie popołudnie wyjmowała pieniądze z różnych skrytek w pokoiku, liczyła je i pokazywała wszystkim wyimaginowanym osobom, które z nią mieszkały. Przed przeprowadzeniem się do domu starców zaszyła swoje skarby w poduszkach, których prawie nigdy nie wypuszczała z rąk. Tymczasem ty z siostrą zamieszkałeś w domku kupionym przez ojca na południu Londynu. Zadbał o was, znalazł ci pracę w zakładzie samochodowym. Dzięki życzliwemu właścicielowi – Polakowi – wiele się mogłeś nauczyć i poznałeś kilku rówieśników. Zacząłeś chodzić na potańcówki do polskiego kościoła na Devonia Road i po roku miałeś już spore grono znajomych. Zacząłeś powoli uczyć się angielskiego i zapuszczać korzenie w tym nowym miejscu. Twoje stosunki z ojcem poprawiły się od czasu, kiedy przestałeś poruszać sprawę matki. Opowiedziałeś mu o przesłuchaniach przez KGB w Wilnie i o tym, że tylko jakimś cudem (nie wiedziałeś wtedy, że tym „cudem” była zapłacona przez ojca dziwnymi kanałami łapówka) udało wam się repatriować do Polski i uniknąć wywózki na Syberię. Od tej rozmowy ojciec zaglądał do matki częściej, kupował jej czasami coś do jedzenia albo jakiś kosmetyk. Święta spędzaliście razem – ojciec, matka i dzieci – nieistniejąca rodzina, która przez kilka dni starała się zachowywać pozory normalności. Zacząłeś poznawać świat ojca i jego podejście do życia. W czasie wojny został ciężko postrzelony przez Niemców i tygodniami walczył o 45


KONKURS SENATU RP – POLSKA RODZINA ZA GRANICĄ

życie. Przyjechał do Anglii bez jednej nerki i jako schorowany mężczyzna nie musiał przechodzić typowej dla byłych żołnierzy armii Andersa drogi – na nich czekały w Anglii najcięższe fizyczne prace w cementowiach, kopalniach i na polach. Ojcu udało się uzyskać rentę z Niemiec, dzięki której nie musiał pracować. Żył tak, jakby każdy dzień był ostatnim dniem w jego życiu – na początku twojego pobytu w jego domu zachowywał jeszcze pozory, tylko czasami zostawiał was i wychodził wieczorami. W miarę upływu czasu zaczął opowiadać ci o wyścigach psów i pokerze, na których wygrywał i tracił duże pieniądze. „To tylko papier, zdrowia za to nie kupisz” – mówił, pożyczając nieraz od ciebie drobne sumy. Nie opowiadał ci o kobietach, z którymi spędzał wieczory wolne od wyścigów. Prawdę o nich poznałeś, porządkując zdjęcia po jego śmierci. Na jednym z nich uśmiechnęła się do ciebie śliczna, młoda kobieta trzymająca w ramionach niemowlę – „Your Francis”. Ojciec zapoznał cię też ze światem polityki – podobnie jak dla tysięcy innych, mieszkających w Anglii byłych żołnierzy armii Andersa, jedynym legalnym reprezentantem Polski był dla niego rząd w Londynie. Pilnie śledził nowe ustawy i komunikaty publikowane w polskiej prasie. Dla ciebie, który do dnia przyjazdu do Londynu nie wiedziałeś nawet o istnieniu tego rządu z teczkami, ministerstwami i zmieniającymi się co kilka lat siedzibami – rządu bez kraju, wydawało się to na początku dziwne, momentami nawet śmieszne – nie wyrażałeś jednak przed ojcem swoich opinii, bojąc się go zranić. Z latami przyzwyczaiłeś się do tej fikcji, a z upływem lat spędzonych w Anglii zacząłeś się posługiwać pełnym pogardy do „tymczasowych” władz komunistycznych w Polsce językiem „Dziennika Polskiego”. Matkę odwiedzałeś raz w tygodniu i nie mogłeś zaakceptować tego, co się z nią działo. Nieraz myślałeś ze złością o ludziach, którzy uciekają od życia. Bo ta jej choroba była dla ciebie, podobnie jak alkoholizm albo uzależnienie od narkotyków, tylko tchórzostwem – ucieczką od realnego świata, pełnego rozczarowań i niespełnionych marzeń, zobowiązań, rachunków, zależności i rezygnacją z codziennej walki. Po rozmowie z kilkoma polskimi lekarzami dowiedziałeś się, że jej choroba nie jest świadomym wyborem, a jedyną możliwą kuracją byłoby umieszczenie jej w szpitalu psychiatrycznym. W miarę upływu lat coraz bardziej zacząłeś marzyć o założeniu własnej rodziny. Miłość, której tak bardzo szukałeś, przyszła do ciebie niespodziewanie w postaci zdjęcia podsuniętego ci przez kolegę. „Przyjechała tu do ciotki z Manchesteru i nie chce wracać do Polski” – to jedyna informacja, jaką otrzymałeś na temat kobiety, z którą spędziłeś potem pięćdziesiąt wspólnych lat. Na kopercie, w której było jej zdjęcie, 46


Kuzynka

napisany był numer telefonu w Manchesterze i „Wiktoria – 19 lat”. W kilka miesięcy po pierwszym spotkaniu z Wiktorią zdecydowałeś się przedstawić ją matce. Niewielu rzeczy bałeś się tak bardzo jak tego spotkania. Kiedy po wyjściu z pokoiku na Finchley Road usłyszałeś „Przecież ona nic za to nie może”, wiedziałeś już, że los się do ciebie uśmiechnął i poprosiłeś Wiktorię o rękę. Po kilku latach małżeństwa przeprowadziliście się do miasta, które w porównaniu z Londynem było i jest głęboką angielską prowincją. Znalazłeś tam dobrze płatną pracę w fabryce samochodów i kolejne lata mijały na poznawaniu się, oczekiwaniu na dzieci i spokoju. Spokój ten zakłócały tylko stosunki z resztą rodziny. Ojciec zgadzał się z twoim wyborem i niecierpliwie czekał na pojawienie się wnuków, ale matka nie potrafiła zaakceptować kobiety, która zabrała jej syna. W tej walce popierała ją twoja siostra, która nie potrafiła zrozumieć i zaakceptować waszego szczęścia. Na szczęście spotykaliście się tylko tylko dwa razy w miesiącu, no i na te przez wszystkich znienawidzone Święta. Kupiliście sobie mały domek – nazywałam go Domkiem Barbie, bo nie znam bardziej czystego i poukładanego domu. W salonie na widocznym miejscu wisiał łabądź z koroną – herb naszej rodziny, który twojemu ojcu otworzył drzwi na bankiety u Pani Generałowej i u członków Rządu, a tobie dawał w ciężkich chwilach złudzenie, że nie jesteś tylko prostym robotnikiem, że czeka cię lepsze życie, że pójdziesz na studia i będziesz wykonywał łatwiejszą i lepiej płatną pracę. I w Twoim życiu nie zabrakło pytań bez odpowiedzi: Dlaczego dziewczyna, z którą chciałeś się związać, zostawiła cię dla kolegi? Dlaczego właśnie ty nie miałeś ani ojca, ani matki, tylko pozory rodziny? Dlaczego nie udało ci się nauczyć dzieci dobrze mówić po polsku? Dlaczego dobry kolega – Anglik – ukradł wymyślony przez ciebie patent i sprzedał za duże pieniądze jako swój? Dlaczego nie masz wnuków? Dlaczego synom nie zależało na skończeniu studiów? Dlaczego młodszy syn związał się ze starszą od siebie o piętnaście lat kobietą? Wróciłam z parku do Domku Barbie, żeby przed powrotem do domu spędzić jeszcze trochę czasu z tobą. Rozmowa bardzo cię męczy, długo cię trzymam za rękę, chcę, żebyś wiedział, że jestem i że bardzo będzie mi ciebie brakowało. Razem z tobą odejdzie jeszcze dalej moje dzieciństwo, równocześnie cieszę się, że mimo tej potwornej, długiej choroby mogłeś ostatnie chwile spędzić w swoim domu, z kobietą, która była miłością twojego życia, z dziećmi i przyjaciółmi. To dobry bilans. Kuzynka 47


Tutaj już nawet małe dzieci umieją po polsku Jak zwykle przed polskimi świętami zaczynają się rozdzwaniać rodzinne telefony. U kogo w tym roku i gdzie robimy święta? To już chyba taki polski rytuał przedświąteczny, w większości krajów za granicą nieznany. Starsza generacja tradycyjnie dzwoni do siebie, a młodsza rozmawia ze sobą przez WhatsAppa. Niestety starsi też musieli nauczyć się obsługi tych nowych „telekomunikatorów”, kiedy ich dzieci mieszkają poza Unią Europejską. W ten sposób widzą, słyszą i czują się ze sobą ciągle blisko... Wilno w Warszawie Wszystko, co jest po prawej stronie rzeki Wisły, to dla starych warszawiaków Praga. I kto po lewej stronie całe życie mieszkał, z reguły nie wie, gdzie jest Praga Północ albo Południe, ale z dawnych czasów wie, że lepiej na Ząbkowską po zmroku nie chodzić. Zagraniczni turyści w ramach poszukiwania mocnych wrażeń coraz częściej zaglądają na Pragę, tym bardziej, że niebezpieczna Ząbkowska staje się kultowym miejscem w stolicy, a najbardziej znany polski emigrant, który z sukcesem powrócił do kraju – Czesław Mozil – założył tam swoją restaurację. Tuż obok jest słynny przedwojenny Dworzec Wileński, z którego niegdyś kursowały pociągi do Petersburga, a teraz odjeżdżają pociągi do… Tłuszcza, Wołomina i Kobyłki. Pierwszą stacją na ich trasie jest Warszawa – Wilno – Zacisze. Kiedy tam wysiadamy, widzimy dookoła ogródki działkowe i pola, a na tych polach nawet ładne niewysokie bloki. Znany deweloper mieszkaniowy w ramach przedwojennych sentymentów nadał nowo budowanej dzielnicy nazwę Wilno. I jest tu plac Ostrej Bramy, i nawet tablice pamiątkowe znanych wilniuków – z Miłoszem na czele. Tylko pytanie, kogo to interesuje? Większość mieszkańców tego osiedla nie ma pojęcia, czym było i jest Wilno dla Polski. Ale są tu też wyjątkowi właściciele mieszkań – kilkoro wilnian kupiło tu mieszkania dla swoich dzieci i wnuków. W ten sposób połączyło znowu swoje dwie stolice... Sobota na Krakowskim Obowiązkowo tradycyjnie spotykamy się na Krakowskim Przedmieściu, żeby pójść ze święconką do kościoła Świętego Krzyża. My – to znaczy: Paulina i Janusz z Berlina, Marcin z Evą i synami Leo i Maxem z Litwy, Ukrainy i Niemiec, oraz mniej „egzotyczni” czysto polscy członkowie rodziny. 48


Monika Tomaszewska

Paulina i Janusz są rodzeństwem, urodzili się w stolicy Niemiec, ale mówią po polsku tak, że Polacy w Polsce nie rozpoznają, że są Polakami z zagranicy. Oboje studiują w Niemczech, ale od najmłodszych lat naturalnym było w ich domu mówienie i czytanie po polsku. Paulina zdała kilka lat temu pierwszą oficjalną polsko-niemiecką maturę w Berlinie i chce zostać tam nauczycielką polskiego. Marcin z Evą, Maxem i Leo przyjechali ze Lwowa, gdzie akurat zostali służbowo oddelegowani. Marcin urodził się w Wilnie jako kolejny potomek Polaków mieszkających tam od wieków. Tam poznali się z Evą, która jest Niemką spod holenderskiej granicy. Mają oboje dwóch wspaniałych synów – pięcio- i dwulatka – Maxa i Leo. Marcin z Evą na początku porozumiewali się ze sobą po angielsku. Teraz oboje nauczyli się swoich wzajemnych języków na tyle, że mogą mówić w każdym z nich. W domu mają jedną zasadę – każdy rozmawia ze swoimi dziećmi w języku ojczystym. Maximilian chodzi do przedszkola we Lwowie, rozumie rosyjski i ukraiński, a nawet odpowiada czasem automatycznie w tych językach. Do tej pory rozmawiał z Polakami po polsku zawsze za granicą. Wiedział teoretycznie, że istnieje jakiś kraj, w którym mówi się tym językiem, ale nigdy w nim nie był. Kiedy po przyjedzie do Warszawy pierwszy raz poszedł na plac zabaw – wykrzyknął: „Tato, tutaj nawet małe dzieci umieją po polsku!”. W kościele Max dostał zadanie pilnowania naszej pięknie przystrojonej święconki, więc pilnie stoi jak najbliżej przy stole, kiedy ksiądz święci potrawy, a obok niego… ciemnoskóra dziewczynka mówiąca po polsku tak jak on. Śmiejemy się, że nie ma przypadków w życiu. Potem idziemy na tradycyjny spacer po Krakowskim Przedmieściu, a żeby było jeszcze bardziej warszawsko – na lody do kawiarni Grycana. Specjalnie opowiadam „wschodnio-zachodnim przybyszom” historię najbardziej znanej kiedyś lodziarni w Warszawie, która była prawdziwą zieloną budką na ulicy Puławskiej, potem została sprzedana jako marka, a rodzina Grycanów dalej prowadzi swój familijny biznes. Wiem, że kiedyś Paulina, Janusz, Eva i Marcin będą tutaj przyprowadzać swoje dzieci, urodzone nie wiadomo gdzie, i opowiadać im też tę historię... Niedzielne jaj bicie i słodyczy w trawie szukanie No wreszcie można jeść mięso – a to wszystko polskie, najsmaczniejsze. Paulina i Janusz uwielbiają tradycyjne polskie potrawy świąteczne. Mówią, że kiedy je jedzą, to czują Polskę. „Żureczek, biała kiełbaska, 49


KONKURS SENATU RP – POLSKA RODZINA ZA GRANICĄ

szyneczka” bez konserwantów z polskim majonezem Winiary (żaden majonez na świecie tak nie smakuje), ćwikła – wszyscy wygłodniali jak zwykle spóźnionym wielkanocnym śniadaniem, wprost rzucają się na polskie pyszności serwowane na świątecznym stole w Wilnie… warszawskim. Oczywiście musi też być polska sałatka – wprawdzie robią podobną na całym świecie, ale nigdzie nie smakuje ona tak, jak w Polsce. Strona polsko-litewska twierdzi, że żurek nie jest u nich zbyt znany, strona polsko-niemiecka śmieje się, ze żaden Niemiec nie gotowałby zupy z kwaśnej mąki (tak dokładne brzmi tłumaczenie nazwy żurku po niemiecku), a strona polsko-grecka dodaje, że nikomu w Grecji nie przyszłoby nawet do głowy robić takiej dziwnej potrawy. Rodzinny stół wielkanocny w warszawskim Wilnie wzbogacił się o kuzyna Georgiosa, którego ojciec jest Grekiem, a mama Polką – i większą cześć swojego życia spędził w Salonikach. Georgios jest inżynierem, kiedy zaczął się kryzys w Grecji, postanowił spróbować swoich zawodowych sił w Polsce, ponieważ większość greckich inwestycji budowlanych upadła. Georgios czuje się bardziej łodzianinem niż warszawiakiem, ponieważ stamtąd pochodzi jego mama i tam po urodzeniu mieszkał. Wie dobrze, że polska ryba po grecku nie ma nic wspólnego z Grecją. Wie też, co znaczy po polsku „udawać Greka”. Marcin tłumaczy wszystkim, na czym polega wileńska wielkanocna zabawa „bicia się jajkami” – czyli stukania skorupką o skorupkę, aż pozostanie jeden zwycięzca z niepękniętym jajkiem. Potem Eva i Marcin wychodzą z dziećmi do ogródka, żeby poszukać schowanych w trawie i gdzie się da słodkości, co jest typowym niemieckim zwyczajem, ale kultywowanym też na Śląsku. Szybko wracają, ponieważ pada deszcz. Wszyscy siedzą przy warszawskim wielkonocnym stole, mówią po polsku, bo to normalne, jedzą typowo polskie potrawy, chociaż urodzeni są co najmniej w 4 różnych krajach. Czują się ze sobą swobodnie, bo nikt nie zachwyca się, jak dobrze nauczyli się polskiego, albo nie pyta ich czy są Litwinami, Grekami, Niemcami, albo kim się czują. Wiedzą, że dla Polaków w Polsce są trochę inni i budzą ich zdziwienie, ale wśród Polaków z zagranicy są normalnymi Polakami, a kiedy są w Warszawie, są oczywiście warszawiakami, bo to też ich stolica. Przy kawie, mazurkach i babce drożdżowej Georgios śpiewa greckie piosenki akompaniując sobie gitarą, ponieważ buzuki zostawił w domu. Dzwonimy do mamy Georgiosa w Salonikach, żeby złożyć jej życzenia z okazji polskiej Wielkanocy, bo grecką będą obchodzić później. Pod wieczór wielkanocnego śniadania wszyscy w żartobliwym prezencie dostają kubki z Robertem Lewandowskim i bardzo się z nich cieszą, bo każdy kibicuje mu bez względu na to, w jakim kraju mieszka. 50


Monika Tomaszewska

Paulina i Janusz muszą wrócić szybko do Berlina, ponieważ już następnego dnia mają zajęcia na uniwersytecie. Na szczęście mogą zjeść śniadanie w Warszawie, a na obiad są już w Berlinie – codziennie kursują 4 pociągi. Mimo to w okresie świątecznym trudno dostać na nie bilety – tak wielu Polaków przejeżdża do kraju z zagranicy. Dla nich Warszawa-Berlin Express to tak jak trochę dłużej jadący tramwaj miejski. Miejski, bo mają dwa rodzinne oddalone od siebie 550 kilometrów miasta. Marcin bardzo się cieszy, że Max przez tydzień pobytu w Polsce bardzo „rozmówił się” po polsku. Uruchomił w sobie pokłady wielu znanych mu dawno słów, kiedy przekonał się, że kraj, w którym mówią tym językiem, naprawdę istnieje. W zeszłym roku kręcony był film o młodych Polakach na Ukrainie „PL w UA”. Wtedy spytano Marcina, jak się czuje jako Polak z Wilna we Lwowie? „Czuję się normalnie. Jestem po prostu członkiem wielkiej polskiej rodziny za granicą”. Monika Tomaszewska

51


Scenariusz z życia wzięty albo Mamo, to kim ja jestem? Plener. Bujając się na boki, tramwaj katula się przez lwowskie śródmieście. Siedzę na metalowym szarym krzesełku i szuram czubkami butów po podłodze. Nie sięgam jej. Zadzieram nos, by dostrzec atlasy – brodatych, umięśnionych mężczyzn podtrzymujących balkony kamienic. Pewna myśl nie daje mi spokoju od dłuższego czasu. Wreszcie zbieram całą odwagę do zadania jednego pytania i odwracam się do mamy. – Mamuś, to jak to jest? Tato jest Ukraińcem. Ty jesteś Polką… To kim ja jestem? Cięcie. Lato. Upał. Otwarte na oścież drzwi mieszkania. Mama pierze ręcznie pościel w łazience. – Mamooo, mogę iść się pobawić? Jest tam jakaś dziewczynka też. – Możesz. Wybiegam na podwórko. Po chwili wracam. – Mamo... a jak powiedzieć po ukraińsku „cześć, ile masz lat”? Mama, nie podnosząc się znad prania: – Привіт, скільки тобі років. – Привіт… скільки… – Скільки тобі років. Lecę na podwórko. Pod nosem: „привіт, скільки тобі років”, „привіт, скільки тобі років”... – Привіт! – wołam do dziewczynki w moim wieku. – Скільки тобі років? Cięcie. Wnętrze. Pokój przedwojennej kamienicy o wysokich ścianach. Rodzina przy zastawionym wigilijnym stole. Na jednym z talerzyków leży kawałek opłatka. Talerze po rybie odstawione. Julia – starsza z dwóch córek – opowiada historię. – Агнешка, смотри, как кушаешь, а то сейчас будет так… (Agnieszko, patrz, jak jesz, bo zaraz będzie tak...) – tato zwraca się do mnie, imitując ruch wkładania łyżki do ucha. Parskam śmiechem, a wigilijny barszcz rozpryskuje się po białym obrusie. – Zdejmujemy – zarządza mama, upewniwszy się, czy nic mi nie jest. Zapiera go jeszcze przed wyjściem na pasterkę o osiemnastej. 52


Agnieszka Lewczyńska

– No cóż... Raz w życiu zachciało się zjeść kolację przed mszą... – uśmiecha się, gdy siadamy do bezobrusowego stołu. Cięcie. Wnętrze. Ten sam pokój przedwojennej kamienicy o wysokich ścianach. Mama siedzi przy stole. Przepisuje z książki wiersz na jutrzejsze zajęcia. – Kto ty jesteś.... Polak mały.... Mama spogląda znad okularów. Po chwili przysuwa mi książkę. – Zobacz, tu jest jeszcze jedna wersja. „Kto ty jesteś? Polka mała. Jaki znak twój? Lilia biała. Gdzie ty mieszkasz? Między swemi. W jakim kraju? W polskiej ziemi”. Mielę to chwilę w głowie. – Ale my przecież mieszkamy na Ukrainie. Mama odkłada okulary. – Lwów należał kiedyś do Polski. Stąd tylu tu Polaków, tyle polskich zabytków, kościołów, książek – zerka na regał wypełniony polską i światową literaturą. – Nasze groby. Babcia Rózia urodziła się w Polsce, ja – w Związku Radzieckim, a ty – już na Ukrainie, choć wszystkie urodziłyśmy się w tym samym mieście. Nie do końca to rozumiem, ale kiwam głową. Cięcie. Niedzielne przedpołudnie. Na stole leży stary koc. Tato prasuje białą koszulę. Żelazko co chwilę prycha parą, która wypełnia, wraz z wpadającym przez wysokie okna słońcem, cały salon. – Агнешка, принеси пожалуйста воды (Agnieszko, przynieś proszę wody) – rękaw zdecydowanie nie chce puścić. – Dużo? – Один стакан. (Jedną szklankę.) Po chwili wracam ze szklanką wody, która pomaga uprasować nie tylko niesforny rękaw, ale też dwie niedzielne sukienki. Cięcie. – Nastraszymy ich, co ty na to? Julia skrada się cicho przez klatkę schodową kamienicy. Koszyki z wielkanocną święconką przytulamy do siebie. – WESOŁEGO ALLELUJA! – krzyczymy wniebogłosy, wpadając przez otwarte kuchenne drzwi. – Ciiiiicho – mama się śmieje znad stolnicy.– Przecież zmartwychwstanie dopiero jutro! 53


KONKURS SENATU RP – POLSKA RODZINA ZA GRANICĄ

Ma ręce całe w mące, a w misce obok czeka surowe ciasto kolejnych babek. Cięcie. Pociąg. Do dwóch nastolatek dosiada się dwóch chłopaków. – Привіт, дівчата. Ви до Львова? (Cześć, dziewczyny. Wy do Lwowa?) Wymieniamy z koleżanką spojrzenia. Staramy się ukryć uśmiechy. – До Львова. (Do Lwowa.) – Ми теж (My też) – jeden z nich przejmuje inicjatywę. – Давайте знайомитись. Я – Остап, а це – Міша. А вас як звати? (Poznajmy się. Jestem – Ostap, a to – Misza. A jak wy się nazywacie?) – Мене Маргарита (Jestem Margaryta) – mówi Małgosia. – Мене Агнєшка. (Jestem Agnieszka) – ЯК? (JAK?) – Агнєшка. (Agnieszka) – Що це за ім’я таке? (Co to za takie imię?) – wybuchają śmiechem. – Польське. (Polskie) – А ти виходить полячка? (A ty zatem jesteś Polaczka?) – Не полячка. Полька. (Nie Polaczka. Polka.) Chłopcy wyraźnie tracą zainteresowanie. Cięcie. Wnętrze. Klasa na parterze. Nad tablicą – godło Polski. Obok – plakaty z matematycznymi wzorami. – O co chodzi? Staję przy oknie wraz z innymi kolegami z klasy. – Dzieci, proszę siadać – grzmi nauczycielka, wchodząc do klasy. Uczniowie pierzchają spod okien i zastygają w ławkach. – Co się stało? – pyta najbardziej przebojowy z nas, Karol. – Ktoś znów wylał farbę na tablicę Szuchewycza na naszej szkole. Znowu będą mówić, że to prowokacja ze strony Polaków. – Wypuszcza długo powietrze z płuc. – Nie do wiary – mówi w końcu. – Zwłaszcza że dopiero wczoraj dzwonili do nas z propozycją, żebyśmy wyznaczyli delegację uczniów do niesienia kwiatów podczas otwarcia pomnika Bandery. Zapytałam ich tylko, czy wiedzą, gdzie się dodzwonili. Cięcie. Wnętrze miejskiego wielkiego teatru. Na ogromnej scenie – trzeciomajowe dekoracje i biało-czerwona flaga. Za kulisami szepczę mamie do ucha, że strasznie się denerwuję. 54


Agnieszka Lewczyńska

Pierwszy raz mam wystąpić na tak dużej scenie przed tyloma osobami. W dodatku – tańcząc krakowiaka. Do mikrofonu podchodzi wysoko postawiony gość z Polski. – Rodacy! – woła. – Dziękuję w imieniu Rzeczypospolitej, że wciąż trwacie! Jesteście ambasadorami Polski! Sala rozbrzmiewa głośnymi brawami. Cięcie. Plener. Noc. Na przystanku trolejbusowym stoi troje nastolatków: chłopak i dwie dziewczyny. Każde z nich trzyma w ramionach tubę malarską. – Агнєшка, а чому тебе так назвали? (Agnieszko, a czemu cię tak nazwano?) – pyta chłopak. – Я – полька. (Jestem Polką) – Аааа… Класно! Але ти дуже добре говориш по-українськи! То коли ви сюди переїхали? (Aaaa... Super! Ale bardzo dobrze mówisz po ukraińsku! To kiedy się tu przeprowadziliście?) Śmieję się. – Ми не переїжджали. Я тут народилась. (Nie przeprowadzaliśmy się. Urodziłam się tutaj.) – Ну то яка ти полька! Ти – українка! (To co z ciebie za Polka! Jesteś Ukrainką!) – woła dziewczyna, ściskając mnie radośnie. – Як – українка? (Jak – Ukrainką?) – pytam. – Я ж ні свят ваших не святкую, ні мови української вдома не маю… Ну яка з мене українка? (Przecież ani świąt waszych nie obchodzę, ani języka ukraińskiego w domu nie mam... No co ze mnie za Ukrainka?) – Ну але ж паспорт в тебе – український? (Ale paszport masz – ukraiński?) – stara się obronić swoją teorię chłopak. – Ну український. (No ukraiński.) – Ну так значить ти – українка! (No więc jesteś Ukrainką!) – podsumowuje chłopak. – А якби в мене був китайський паспорт, то я що – китаянка? (A gdybym miała chiński paszport, to co – byłabym Chinką?) Wszyscy się śmieją. – Але моя мама тут народилась, вся сім’я моєї мами. Тут ж Польща була! Моя мама – полька. А тато – хоч і українець, то і так все життя говорить по-російськи. А я до нього – по-польськи. (Ale moja mama tu się urodziła, cała rodzina mojej mamy. Przecież tu Polska była! Moja mama jest Polką. A tato – choć jest Ukraińcem, to całe życie mówi po rosyjsku. A ja do niego – po polsku.) 55


KONKURS SENATU RP – POLSKA RODZINA ZA GRANICĄ

– То ти наша чи не наша? (To ty nasza czy nie nasza?) – pyta dziewczyna. Cięcie. Plener. Przed polskim konsulatem długa kolejka na rozmowę o Kartę Polaka. Zaczyna mi rosnąć ciśnienie, gdy widzę Ukraińców w szortach na szybko uczących się słów polskiego hymnu i nucących pod nosem „Rotę”. W tym momencie zostaję wywołana do środka na rozmowę. Cięcie. Wnętrze. Zaskakuje mnie widok nowego konsula, który we Lwowie jest najwidoczniej od niedawna. Czuję, jak zaczynają mi się pocić dłonie. Skoro my, Polacy ze Lwowa, go nie znamy – on nie zna również nas. – Proszę usiąść. Siadam przed konsulem. Po krótkim wstępie, przedstawieniu się i wybadaniu tego, że studiuję na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, pada: – A, to dlatego pani tak pięknie mówi po polsku! Mrozi mnie. Mrużę oczy. – Nie. To dzięki mojej mamie. Konsul się lekko miesza, ale kontynuuje. – Dobrze, zatem przejdźmy do pytań. Czy... czy wie pani, co to jest pasterka? Pytanie nie wydaje się być podchwytliwe, raczej absurdalnie proste, więc zdobywam się jedynie na: – Wiem...? Konsul się miesza jeszcze bardziej. – No dobrze... A kim jest Andrzej Wajda pani wie? Ucieszona oczywistością odpowiedzi mówię: – Wiem! I uśmiecham się do konsula, który lekko spina usta. Czy nie takich odpowiedzi się spodziewał? Po kilku kolejnych pytaniach odczytuję z podpisanego przeze mnie dokumentu: – Potwierdzam przynależność do narodu polskiego. Cięcie. Wnętrze. Sekretariat pełen jest interesantów. Pani po lewej, w dużych okularach, zaprasza mnie do siebie. – W czym mogę pomóc? – Jestem na I roku studiów magisterskich. Poproszono nas o przed56


Agnieszka Lewczyńska

stawienie dokumentów potwierdzających polskie pochodzenie. Mam Kartę Polaka. Czy to wystarczy? – Nie, proszę pani, Karta Polaka nie potwierdza pochodzenia. – Jak to: nie potwierdza? – Niestety, nie potwierdza. – To po co ją robiłam? Pauza. – Widzi pani – kobieta poprawia okulary – Karta Polaka umożliwia studiowanie na tych samych zasadach co obywatele Polski, ale wcale nie potwierdza pani pochodzenia. Zamilkam, mając przed oczyma kolejkę Ukraińców, którzy „potwierdzają przynależność do narodu polskiego” w lwowskim konsulacie. Cięcie. Wnętrze. Przedsionek czytelni na Wydziale Polonistyki. Wąskie przejście, jeden stolik na wypisywanie rewersów, po lewej i prawej stronie szufladki z sygnaturami książek. – Cześć, Agnieszka! - woła ktoś za mną. Odwracam się. Ewa zmierza do biblioteki, a w rękach trzyma dużą brytfankę. – Chcesz kawałek ciasta? – pyta i odsłania pyszność przyprószoną kokosowymi wiórkami. Chwilę się waham i sięgam. – Dziękuję. – A wiesz – rozbłysły jej oczy – niektórzy moi krewni też pochodzili z Ukrainy. Stoję chwilę. – Fajnie. – A ty bardzo dobrze mówisz po polsku! Czuję, jak zbiera mi się w odpowiedzi „dziękuję, ty również”. Odpowiadam jednak krótko: – Moja mama jest Polką. To mój pierwszy język. – Wow! Naprawdę? Bo wiesz, tu się tak mówi, że gdzieś tam na wschodzie są Polacy, niby się o tym wie, ale jak się kogoś takiego spotka, to i tak ma się poczucie, że jesteście Ukraińcami. Milczę. – Ale to bardzo fajnie. Ostatnio poznałam jeszcze jedną Ukrainkę! Dużo was. Trzymacie się razem? – Trzymam się z koleżanką ze szkoły. Ula Grabowska. Polka z krwi i kości. – Nieźle! A w domu mówiłaś po polsku? – Po polsku. I po rosyjsku. Późno zaczęłam mówić po rosyjsku z tatą. Wsty57


KONKURS SENATU RP – POLSKA RODZINA ZA GRANICĄ

dziłam się, że nie będzie mi się udawało, bo nigdy nie uczyłam się tego języka. Ale potem się okazało, że bardzo dobrze mi to wychodzi. Osłuchałam się. – I co, rodzice mówili w różnych? – Tak. Mama – po polsku, tata – po rosyjku. Albo odwrotnie, mama potrafiła mówić do taty w jego języku, a on do niej – w jej. – I czujesz się Polką czy Ukrainką? Czy Rosjanką? – Polką. I pamiętam, że jechałyśmy kiedyś z mamą tramwajem przez śródmieście. Byłam bardzo mała. I że ja za cholerę nie potrafiłam zrozumieć, o co chodzi z tym całym polskim Lwowem. Kim ja właściwie jestem? Wszyscy wokół mówili po polsku, tata, niektórzy jego koledzy, a nawet niektóre panie we wiadomościach – po rosyjsku, ale w sklepie chleb kupowałam po ukraińsku. I w przychodni trzeba było mówić po ukraińsku. A tak właściwie to wszystkie te języki rozumiałam. Zaśmiałam się. – Pamiętam, że kiedyś koleżanka, w dzieciństwie jeszcze, poszła do okulisty. Ula właśnie. No i lekarz zbadał jej wzrok i orzekł: dziecko nie widzi. Matka zabrała ją w przerażeniu do domu, aż wreszcie pyta się Uli: jak to? Naprawdę nie widziałaś tych obrazków? (Bo była jeszcze w takim wieku, że okulista pokazywał obrazki, a nie literki). Na co koleżanka odpowiada: Widziałam, ale nie wiedziałam, jak się to nazywa po ukraińsku... Ewa się roześmiała. – Ale... co do tego tramwaju. Bujając się na boki, tramwaj katulał się przez lwowskie śródmieście. Siedziałam na metalowym szarym krzesełku i szurałam czubkami butów po podłodze. Nie sięgałam jej. Zadzierałam nos, by dostrzec atlasy – brodatych, umięśnionych mężczyzn podtrzymujących balkony kamienic. Pewna myśl nie dawała mi spokoju od dłuższego czasu. Wreszcie zebrałam całą odwagę do zadania jednego pytania i odwróciłam się do mamy: »Mamuś, jak to jest? Tato jest Ukraińcem. Ty jesteś Polką… To kim ja jestem?«. Cięcie. Tramwaj zatrzymuje się na przystanku. Na moment przestaję szurać czubkami butów po podłodze. Mama spogląda na mnie dużymi oczami, które ja również otrzymałam w spadku. – Polką, dziecko. Jesteś Polką. KONIEC

Agnieszka Lewczyńska

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu www.kuriergalicyjski.com 58


Literatura Leśmian (nie) dla Niemców Przypadek zdarzył, że kiedyś z jakiegoś powodu musiałam poszukać fragmentu pewnego wiersza Leśmiana po niemiecku. Niewiele myśląc, zrobiłam to, co w dzisiejszych czasach robi każdy dziennikarz – weszłam do Internetu. Ufnie wpisałam tytuł wiersza – Dziewczyna – i nic nie znalazłam. Pomyślałam, że ten wiersz po niemiecku nazywa się zapewne Mur – i byłoby to logiczne, żeby Niemcy, naród doświadczony realną egzystencją muru dzielącego nie tylko Berlin, ale cały kraj „na dwie nierówne połowy”, w symbolicznym wierszu Leśmiana odczytali najpierw mur, a dopiero potem, w drugiej niejako kolejności, nieziszczalną miłość. Nie znalazłam. Machnęłam ręką na tytuł, wpisałam w Google’a po prostu słowa „Leśmian Gedichte” (wiersze), a potem jeszcze dla ułatwienia „Lesmian Gedichte” i… zamarłam. Bo nie było żadnej dziewczyny, żadnego muru i żadnych wierszy… Po prostu nie było Leśmiana. Bywa oczywiście tak, że poeta w jednym kraju czytany, w sąsiednim nie będzie tak dobrze znany. Na pewno Rosjanie lepiej znają swojego Puszkina i swojego Lermontowa niż my, choć przecież od lat czytamy ich wiersze. Ale tak po prostu nic? NIC? To przecież Leśmian!!! Leśmian! Nowoczesny, szalony, tajemniczy, oniryczny, niesamowity, absurdalny, Leśmian, u nas kochany, czytany, cytowany, śpiewany, wydawany bez pamięci, żeby w sąsiadującym kraju nie znalazł się nikt, NIKT!, kogo by on zafascynował! Karl Dedecius? Henryk Berezka? Albrecht Lempp! Te trzy gwiazdy na firmamencie polsko-niemieckiej poetyckiej translatorystyki! Studiuję niemiecki wpis w Wikipedii. Autor podaje tylko książki Leśmiana po polsku. Mało, ale też przecież Leśmian tak mało napisał, te trzy tomy wierszy – Sad rozstajny, Łąka i Napój cienisty – i te trzy książki dla dzieci – Klechdy sezamowe, Klechdy polskie i Przygody Sindbada Żeglarza, takie śmieszne i straszne zarazem, z tym szalonym wujem Tarabukiem, który szukał coraz to nowych sposobów zabezpieczenia swych poezji i wciąż je tracił… Czytałam je dziesiątki razy. Do dziś, nie sięgając po żadną z tych sześciu książek, mogę z nich garściami rwać cytaty i rzucać Ci je, Czytelniku, na papier, pisząc tekst pełen zdumienia, 59


KAWIARNIA ARTYSTYCZNA

że tych wierszy, tych baśni, tych książek, tego poety nie ma u Niemców. I ja tu żyję od ponad 30 lat i tego wstrząsającego faktu nie zauważyłam. Po długiej szukaninie znajduję w sieci jeden wiersz Leśmiana po niemiecku. Jeden! Przełożony w latach 30. To Umwerbung / Zaloty w tłumaczeniu Lorenza Scherlaga. Opublikowany jeszcze przed śmiercią poety w antologii poezji polskiej (Moderne polnische Lyrik; Eine Anthologie deutscher Übertragungen; Herausgegeben von Lorenz Scherlag; Amalthea Verlag Zürich Leipzig Wien 1923). Moja uparta tatarska natura nie chce dać temu wiary. No nie! Jak to, przecież Dedecius, Berezka, Lempp… Kto szuka, ten wreszcie znajdzie. W zbiorach Biblioteki Narodowej w Lipsku znajduję wreszcie dwie leśmianowskie książki dla dzieci: Die Abenteuer Sindbads des Seefahrers i Sesam-Märchen, obie wydane w latach 90, Klechdy sezamowe w tłumaczeniu Roswithy Matwin-Buschmann i Margi Erb, Sindbada w przekładzie Ulrike Herbst-Rosocha. Obu pozycji Biblioteka Narodowa nie wypożycza. Po Klechdy sezamowe mogę sobie co najwyżej pojechać do Lipska, po Sindbada – do Lipska lub do Frankfurtu nad Menem. Sindbada nie da się też kupić w Internecie, żadną ze znanych mi metod. Sesam-Märchen zamówiłam i zapłaciłam PayPalem. Ale jeszcze nie przyszły. Mogę je też wypożyczyć w Bibliotece Uniwersyteckiej w Berlinie. Są coraz bliżej, coraz bliżej, na pewno dziś-jutro wezmę je do ręki, ale to nie poezje… Wreszcie jednak dokopuję się do samodzielnego tomu wierszy w dwujęzycznym wydaniu z roku 1988, ale to nie książka, tylko, jak głosi notka, ein Buchobjekt – obiekt książkowy. Tym niemniej jest, jak chciałam – wiersze Leśmiana w tłumaczeniu Karla Dedeciusa. 150 numerowanych egzemplarzy. Wydawca Verlag Aldus-Presse w Reicheneck / Reutlingen. Presse, Handpresse, ręczna prasa drukarska. Bibliofilski obiekt wydrukowany na maszynie drukarskiej mniej więcej takiej jak za czasów Gutenberga. Wydawnictwo, założone w roku 1980, nie próbujące podbić rynku, bo druk na ręcznej maszynie drukarskiej jest potwornie drogi, a wydawca-drukarz, Arno Piechorowski, oficjalnie przyznaje, że i tak nie drukuje pod publiczkę, tylko to, co jemu się podoba! Przez 30 lat pracy 120 książek i tyleż samo tek graficznych. 60


Ewa Maria Slaska

Piechorowski przy prasie graficznej Korrex, pokazuje wydanie Kruka Poego z czterema grafikami nie żyjącego już warszawskiego artysty Zbigniewa Dolatowskiego. Autor zdjęcia: Haas (kontakt do redakcji redaktion@tagblatt.de)

Piechorowski, rocznik 1930, próbuje (sztucznie – jak sam przyznaje) przedłużyć życie czemuś, co przez 500 lat stanowiło o jakości naszego życia intelektualnego – tradycyjnie drukowanej książce. „Dziś już nikt nie składa książek, a jak autor ma pecha, to nawet korekty redakcyjnej się nie doczeka”. Ku czci upartego drukarza piszę ten tekst w komputerze czcionką Garamond. Piechorowski ceni ją jako najstarszą europejską czcionkę drukarską, stosowaną na naszym kontynencie od roku 1535. Wiersze Leśmiana, wydane w roku 1988, były 44 drukiem, który wyszedł spod prasy Drukarni Ręcznej Piechorowskiego. Liczą 28 stron, w tym okładka i strona tytułowa, na wiersze pozostało więc 20 stron – jest ich zatem w tej książeczce co najwyżej dziesięć. Na okładce grafika strukturalna Dolatowskiego, który był, jak się zdaje, nadwornym ilustratorem Drukarni. Książkę wydrukowano na papierze czerpanym drukarskim z firmy Zerkall Bütten N° 145/150. Książka ma – czytam! nie widzę! w Internecie nie ma nawet najmniejszego zdjątka! – lnianą oprawę, seledynową lub jasnozieloną (Hellgrün), i zapakowana jest w kasetę. Antykwariusz, u którego znalazłam tę informację, dodaje, że 61


KAWIARNIA ARTYSTYCZNA

książka jest nadzwyczajnie rzadka (SELTEN!), a w katalogu przekładów polsko-niemieckich znajduję informację, że w ogóle nie ma jej w handlu. Nie ma jej też w Bibliotece Uniwersyteckiej w Berlinie, ale, co ciekawe, znajduje ją w takiejże instytucji uniwersyteckiej w Poznaniu, i można by ją było sobie wypożyczyć, gdyby nie to, że – niestety – jest wypożyczona. Mimo to wysyłam „posły” do Biblioteki, bo a nuż… Przy okazji sprawdzam, co to jest grafika strukturalna. Oto odpowiedź z Wikipedii: Kolagrafia, grafika strukturalna – technika graficzna stosowana od XX wieku. Matrycę przygotowuje się, przyklejając do podstawowej płyty (z drewna, metalu, tkaniny, tworzywa sztucznego itp.) materiały o różnych fakturach. Technika ta różni się od metod druku wklęsłego i wypukłego tym, że płyta graficzna powstaje poprzez dodawanie do niej elementów, a nie eliminowanie (jak podczas rytowania lub trawienia w tradycyjnych technikach graficznych). Inną charakterystyczną cechą jest różnica w wysokości poszczególnych elementów drukujących, przez co najczęściej druku nie można wykonać maszynowo. Nazwano tę technikę kolagrafią, wskazując na podobieństwa do techniki kolażu. Zbigniew Dolatowski (1927–2001), grafik; w katalogu wystawy jego ekslibrisów znajduję informację, że w roku 1978 wykonał Ex libris Arno Piechorowskiego o wymiarach 33 x 45, i że był to jego op. 509. W tym samym roku wykonał też Ex libris Addy [Piechorowskiej] o wymiarach 37 x 35, op. 527. To takie wycieczki poza główny nurt rozważań: Leśmian dla Niemców. Szukam już wiele dni i zdołałam zdobyć zaledwie garsteczkę informacji. Żadnej z tych książek nie wzięłam do ręki, tylko jedną zdołałam wytropić, by wiedzieć, gdzie jest i gdzie ją mogę zdobyć. A jestem Polką, znam książki Leśmiana, wiem, czego szukam, a przy tym jeszcze jestem uparta, wytrwała w poszukiwaniach i przyzwyczajona do kupowania książek w księgarniach wysyłkowych i korzystania z bibliotek. Sprawdzam więc różne formy sprzedaży wysyłkowej. Ebay, najsłynniejszy portal zakupowy na świecie. Słowo Lesmian zostaje natychmiast przerobione na: lesbian, lesbijski po angielsku. Myślę, że Leśmianowi to w zaświatach nie wadzi. Gdy jednak wpiszę Leśmian, Ebay znajduje nawet całkiem sporo Leśmiana po polsku oraz po jednym egzemplarzu Klechd sezamowych i Sindbada… Poezji nie ma. Amazon (nie lubię firmy, ale czego się nie robi dla sprawdzenia, czy własna teza jest słuszna czy nie) – jeszcze gorzej: dużo propozycji książek po polsku, kilka po angielsku, jedna po włosku, po niemiecku – ani jednej. Słowo Lesmian zostaje, tak jak w Ebayu, przerobione na 62


Ewa Maria Slaska

Lesbian. Na przykład Mary Dugger – The History of the Lesbian Hair. Czyli trzeba wiedzieć, jak się tego poetę pisze po polsku, żeby go znaleźć (albo nie znaleźć) po niemiecku. Z uporem maniaka szukam dalej. A tego już nie po każdym można się spodziewać. Po każdym Niemcu też nie. Bo po co miałby się upierać, żeby znaleźć coś, o czym nawet nie wie, że jest… Po dwóch dniach zamawiam w końcu również Sindbada po niemiecku. Znajduję też wreszcie w katalogu biblioteki dla dzieci, i to po sąsiedzku, Klechdy sezamowe po niemiecku. Więc niby wszystko w porządku. Jest. Ale ja się będę upierać, że nie, że nie ma. Książki dla dzieci zdobywam z ogromnym trudem. Poezji nie ma w ogóle. Nie ma. Nie ma. Nie ma. Czyli nawet jak udowodnimy sobie i innym, że coś jest, że gdzieś są te Klechdy sezamowe po niemiecku i ten Sindbad, i nawet ten obiekt bibliofilski spod ręcznej prasy, to jednak tak naprawdę tego w ogóle nie ma. Nie ma Leśmiana dla Niemców i myślę, że my, jako Polacy w Niemczech, jako Polonia, moglibyśmy to zmienić. Moglibyśmy ogłosić konkurs na tłumaczenie, zwrócić się do znanych tłumaczy, zainicjować warsztaty tłumaczeniowe… Szkoda Leśmiana na niepamięć. Ewa Maria Slaska

63


Joseph Conrad czy Józef Konrad Korzeniowski? „Józef Teodor Konrad Korzeniowski (Joseph Conrad), urodził się 3 grudnia 1857 roku w Berdyczowie (obecnie Ukraina), zmarł 3 sierpnia 1924 w Oswalds, pod Canterbury, w południowo-wschodniej Anglii”. Tyle możemy dowiedzieć się z encyklopedii o pisarzu, który często określany jest jako „polski szlachcic – brytyjski pisarz i żeglarz”. Profesor Zdzisław Najder – znany polski conradzista – twierdzi, że ostatnio obserwujemy „odpływ” zainteresowania twórczością Conrada. Są jednak miejsca i ludzie, którzy od lat fascynują się twórczością tego „znanego – nieznanego” Polaka trzech kultur, tak jak na przykład Piotr Fudakowski czy członkowie Joseph Conrad Society – Towarzystwa Conradowskiego, które ma swoja główną siedzibę w Londynie, a filie w Ameryce, Australii, Kanadzie, Francji, Włoszech, Polsce, Hiszpanii, Skandynawii, Japonii i Afryce Południowej. Conradowska filmografia Pytałam przedstawicieli młodego pokolenia Polaków w kraju i za granicą, czy kiedyś słyszeli o Josephie Conradzie, niestety w większości nie mieli o nim pojęcia. Dopiero kiedy dopytywałam się dodatkowo, czy znają film Czas apokalipsy w reżyserii Francisa Forda Coppoli, zaczynałam wzbudzać ich zainteresowanie, mówiąc, że powstał na podstawie opowiadania Jądro ciemności. Kiedy dodawałam, że Hitchcock w ‘36 roku nakręcił kryminał na podstawie Tajnego agenta, Ridley Scott w ‘77 roku Pojedynek na podstawie opowiadania Conrada, a tytułowy Nostromo z filmu Obcy – ósmy pasażer został zaczerpnięty też z twórczości Korzeniowskiego, zarówno młodsi, jak i starsi widzowie zaczęli doceniać tego „znanego – nieznanego” pisarza. Mało kto wie, że na podstawie utworów Conrada nakręcono ponad 70 filmów.

Fotel Conrada w Restauracji „Literatka” przy Krakowskim Przedmieś­ciu w Warszawie w Domu Literatury

Tajemniczy sojusznik Fudakowskiego Ostatnią adaptacją zrealizowaną na podstawie twórczości Conrada jest Tajemniczy sojusznik w reżyserii Piotra Fudakowskiego – producenta filmowego i reżysera, urodzonego w Londynie w polskiej rodzinie, laureata Oscara w 2006 za film Tsotsi. Fudakowski jako „brytyjski Polak” na swój debiut reżyserski wybrał właśnie opowiadanie Josepha Conrada. Tajemniczy sojusznik (Secret Sharer) to współczesna, a jednocześnie ponadczasowa, czasem wręcz bajkowa historia dojrzewania młodego mężczyzny, opowiedziana z dużym poczuciem humoru. Na dalekim Morzu 64


Agata Lewandowski

Południowochińskim polski kapitan po raz pierwszy dowodzi statkiem, przerdzewiałym chińskim frachtowcem. Załoga jest wrogo nastawiona, podejrzewa go o udział w spisku armatora, mającym na celu zatopienie ich pływającego domu. Gdy młody kapitan zostaje na chwile sam na pokładzie, zauważa unoszące się na wodzie koło statku nagie ciało. Piękna Chinka prosi „ukryj mnie”... Fudakowski wplótł w tę historię elementy autobiograficzne Józefa Korzeniowskiego, dlatego słyszymy jako motyw przewodni fragmenty Kołysanki leśnej (Dziś do Ciebie przyjść nie mogę), a główny bohater kilka razy machinalnie wtrąca polskie słowa. Tajemniczy sojusznik Piotra Fudakowskiego to malownicza i romantyczna historia, którą w ramach obchodów ogłoszonego w 2017 przez Sejm RP Roku Conrada mogą zobaczyć widzowie na całym świecie. W 1976 roku Andrzej Wajda zrealizował podobną marynistyczna fabułę na podstawie prozy Conrada – Smugę cienia z Markiem Kondratem w roli głównej i z muzyką Wojciecha Kilara. Wajda nie był zadowolony z tego filmu. Trudno się dziwić, ponieważ wszyscy reżyserzy, którzy podejmują się ekranizacji prozy Conrada, podkreślają, że nie zdawali sobie sprawy, jak trudne to jest zadanie. Kinomani jednak do tej pory uważają Smugę cienia za film interesujący i godny polecenia. Korzeniowski trzech kultur Podobno Joseph Conrad Korzeniowski to najbardziej brytyjski z polskich pisarzy i najbardziej polski z brytyjskich? Niestety za granicą najczęściej jest on postrzegany jako twórca angielski, ponieważ pisał po angielsku i wywarł duży wpływ na kulturę anglosaską. Zafascynowani jego twórczością byli tacy światowi pisarze jak Marquez, Coetzee czy Faulkner. Lord Jim był kultową książką żołnierzy AK i podobno Piłsudski miał ją też na swoim stoliku nocnym. Tymczasem okazuje się, że angielski był dla Conrada dopiero trzecim językiem po polskim i francuskim i mówił nim do końca życia z wyraźnym akcentem. Angielskiego jako emigrant nauczył się praktycznie po dwudziestce. Pomimo tego pisał właśnie w tym języku. Istnieje teoria, że poezję w języku kraju emigracji może tworzyć dopiero druga generacja emigrantów. Czy Conrad zdawał sobie już wtedy sprawę, ze pisząc po angielsku będzie miał o wiele większe szanse stać się twórcą światowym? Do końca życia uważał się za Polaka, mimo lat spędzonych w Wielkiej Brytanii. Jego ostatnią wolą było, aby na nagrobku w w Oswalds pod Canterbury jego imię i nazwisko napisane było po polsku. Agata Lewandowski 65


FILM NIEMIECKA PREMIERA FILMU „WYKLĘTY” 27 maja 2017r. w Monachium, przy Prinzregentenstraße 7 (Centrum Konferencyjne Konsulatu Generalnego), miała miejsce niemiecka premiera filmu „Wyklęty”. Po cieszącej się dużym zainteresowaniem projekcji odbyło się spotkanie z reżyserem Konradem Łęckim. Organizatorem seansu były działające w Bawarii kluby „Idź Pod Prąd”. „Wyklęty” to oparty na faktach film, którego akcja toczy się w powojennej Polsce. Jego bohaterami są, walczący z władzą ludową o kształt Polski, członkowie zbrojnego podziemia niepodległościowego. Ludzie, którzy mimo olbrzymiej przewagi resortu bezpieczeństwa, wspieranego przez radzieckie NKWD, walczyli do końca o swoją sprawę. Przed monachijską premierą autor scenariusza i reżyser Konrad Łęcki odpowiedział na kilka pytań redaktora Bogdana Żurka. Red: Z jakich środków powstał film? KŁ: Produkcja filmu trwała prawie trzy lata. W początkowej fazie pieniądze zbieraliśmy od osób prywatnych, ogłosiliśmy się też na stronie internetowej. Wpłacali wszyscy Polacy, bardzo dużo wpłaciła Polonia. Następnie, po zmianie politycznej w naszym kraju – co chcę podkreślić – i zmianie ekipy rządzącej, udało się pozyskać do współpracy spółki skarbu państwa, gdyż wcześniej nikt nie chciał z nami rozmawiać. Dzięki tym środkom mogliśmy film dokończyć. Całościowy koszt filmu to dwa i pół miliona złotych. Dla porównania „Wołyń” kosztował 14 milionów, a „Miasto 44” – 44 miliony złotych. Red: – Premiera miała miejsce 28 lutego, jak przyjęto film w kraju? KŁ – Premiera odbyła się z osobistym udziałem Pana Prezydenta Andrzeja Dudy, który pogratulował mi tego filmu, co dla mnie też jest powodem do dumy. Niestety nie udało nam się uniknąć wkomponowania filmu w bieżącą sytuację polityczną, gdzie próbowano filmowi za wszel66


©Bogdan Żurek

Bogdan Żurek

Po projekcji filmu odbyło się spotkanie z reżyserem

ką cenę przypisać cechy, których nie posiada. Jeżeli chodzi o widzów, film w Polsce ma średni wynik i obejrzało go około 100 tysięcy osób. Red: – Monachium – to niemiecka premiera. Czy w innych krajach również pokazujecie ten film? KŁ – Tak, oczywiście. Ten film jest w dystrybucji kinowej w Wielkiej Brytanii i tam Polonia ogląda go na bieżąco. Były też pokazy w Stanach Zjednoczonych, w Chicago, Los Angeles, w Nowym Jorku – tam byłem osobiście. Był pokaz w Kanadzie, Norwegii, Szwajcarii… Red: – Pana dziełem są filmy o stanie wojennym, Katyniu, teraz o Żołnierzach Wyklętych… Co dalej? KŁ – Jest kilka projektów, ale chciałbym przynajmniej na razie pozostać w takiej sferze filmów historycznych. To jest dziedzina, która mnie najbardziej interesuje. Ale wszystko jest uzależnione oczywiście od tego, czy uda mi się pozyskać środki na te filmy, bo filmy historyczne są drogimi filmami. To naprawdę trudna dziedzina. Dziękuję za rozmowę.

Bogdan Żurek

67


SEKUNDEN ENTSCHEIDEN czyli STAWKA WIĘKSZA NIŻ ŻYCIE po niemiecku „Janek-23 sendet wieder!” – słyszymy pod koniec pierwszego odcinka serialu, który Niemcy określili gatunkowo jako thriller wojenny, a głównego bohatera, Staszka Kolickiego vel Hansa Klossa o kryptonimie J-23, nazwali „czerwonym Bondem”. Niemiecka wersja filmu podbiła również serca obywateli NRD pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jak wiadomo, Niemcy stosują dubbing do zagranicznych filmów, więc i w „Sekunden entscheiden” polscy aktorzy mają podłożone niemieckie głosy. Niektóre brzmią dość Hans Kloss podobnie, np. niemal identyczne otrzymali Emil Karewicz i Halina Kossobudzka. Co do głosu Hansa Klossa, ma w niemieckiej wersji nieco niższą barwę. W synchronizacji często występują luki. Bywa, że postacie na ekranie prowadzą dialog po niemiecku, który nagle zostaje przerwany i pojawia się oryginalna, polska wersja, opatrzona niemieckimi napisami. Większość Niemców uważa to za irytujące. Polacy, którzy oglądali serial na YouTube twierdzą, że bohaterowie polscy i niemieccy powinni mówić w swoich językach. Gdyby twórcy filmu zdecydowali się na wersję poprawną językowo, musieliby wziąć pod uwagę, że w serialu występują też Rosjanie, Turcy („Café Rosé”), Francuzi („Hasło”) i Anglicy („Bez instrukcji”). W 1969 r. widzowie w NRD mieli możliwość obejrzenia w telewizji wszystkich odcinków „Stawki...” z wyjątkiem „Bez instrukcji”. Cenzura nie dopuściła go do emisji, tłumacząc, że część akcji rozgrywa się w Londynie, a główny bohater podejmuje współpracę z Anglikami. Nie jest to do końca trafne spostrzeżenie, bo agentowi J-23, mimo że działa bez tytułowej instrukcji, udaje się przechytrzyć zarówno Niemców, jak i Anglików, którzy prowadzą grę między sobą. Wyżej wymieniony odcinek (niem. „Ohne Anweisung”) został później dołączony do całości jako całkowicie zsynchronizowany; nie pada tam ani jedno słowo po polsku. „Bei mir lass du die Kunststücke, Brunner!”… czyli „takie sztuczki nie ze mną, Brunner!” – tak brzmi po niemiecku jedna z najpopularniejszych kwestii „Stawki...”. W poniższej wypowiedzi poznamy od razu hasło kontaktowe francuskiego ruchu oporu: „In Paris werden die lieblichsten Kastanien feilgeboten am Place Pigalle”. Treść niektórych 68


Jadwiga Zabierska

kwestii została złagodzona, inne podano w sposób bardziej dobitny. Uwaga Dibeliusa z odcinka „Żelazny krzyż”: „W tym kraju polujemy nie na zwierzęta, lecz na podludzi”, nie została przetłumaczona dosłownie. Kuzynka Edyta, podczas dramatycznej rozmowy z Hansem, który się ujawnia, powtarza dwa razy „jesteś Polakiem”. W oryginale stwierdzenie to pada tylko raz. Niemieccy producenci opatrzyli kilkoro bohaterów innymi nazwiskami. Przykładowo Stedtke nazywa się Stängl, Gerda Laschke z odcinka „Oblężenie” otrzymała nazwisko Gelert, gestapowiec Lohse nazywa się Leise, natomiast standartenführer Max Dibelius – Dupalius (choć w napisach pojawia się jego pierwotne nazwisko). Ideał niemieckiego antyfaszysty Serial cieszył się w byłej NRD dużym powodzeniem i też otrzymał status kultowego. Pojawiła się nawet seria opracowań książkowych na temat kapitana Klossa, wydana przez Deutscher Militärverlag, z których ostatnie ukazało się w 1990 r. Zastanawiające, że tamtejsi widzowie polubili agenta Janka, mimo że stale wyprowadzał w pole ich rodaków, chociaż hitlerowców. Ingo Loose, autor artykułu poświęconego „Stawce...” w pracy zbiorowej pt. „Deutschland und Polen. Filmische Grenzen und Nachbarschaften” tłumaczy to następująco: „Można było identyfikować się z człowiekiem, który wprawdzie wyglądał i zachowywał się jak Niemiec, ale jednocześnie całym sobą uosabiał sprzeciw wobec Trzeciej Rzeszy i tym sposobem wspaniale wpisywał się w antyfaszystowski charakter NRD”. Wschodnioniemiecka krytyka także wysoko oceniła polską produkcję. W 1970 r. Nagrody Telewizji NRD otrzymali obaj reżyserzy: Janusz Morgenstern i Andrzej Konic, scenarzyści: Zbigniew Safjan i Andrzej Szypulski oraz Stanisław Mikulski i autor zdjęć Antoni Wójtowicz. Obecnie na jednym z portali internetowych można kupić wszystkie części serialu na DVD za niebagatelną sumę 35,99 euro. Ciekawej lektury dostarczają teksty recenzentów. Jedna osoba cieszy się na „nostalgische Abende”, spędzane na oglądaniu przygód Hansa Klossa, inna zauważa, że historia opowiadana w filmie ciągle „przykuwa do fotela”, na co wpływa m.in. wysoki poziom aktorstwa. Mimo mankamentów synchronizacji i zbyt łagodnego, zdaniem niektórych, przedstawienia gestapowców i oficerów Abwehry, Niemcy polecają do oglądania zarówno serial „Sekunden entscheiden”, jak i jego kontynuację w reżyserii Partyka Vegi, która nosi tytuł „Hans Kloss, Spion zwischen zwei Fronten” (w oryginale „Stawka większa niż śmierć”). 69


KAWiArNiA ArtystycZNA

Co się tyczy polskich widzów, oczywiście niemieckojęzycznych, to jeśli ktoś dobrze zna oryginał, oglądanie „Sekunden entscheiden” powinno dostarczyć mu wiele rozrywki. Ewentualnie mógłby obejrzeć jeszcze „Vier Panzersoldaten und Hund”; tu nie ma najmniejszych wątpliwości, co oznacza tytuł... jadwiga Zabierska

70


ARCHITEKTURA Franz Schwechten – zapomniany polsko-niemiecki architekt Czytając relacje Ewy Marii Slaskiej z pobytu w Szczecinie na stronie http://staedtepartner-stettin.org/language/de/quistorp-rembas-und-slaska/ zainteresowanie wzbudziły zdjęcia ruin Wieży Quistorpa w Parku Leśnym Arkońskim. Okazuje się, że twórcą Wieży był berliński architekt Franz Schwechten, którego budowle stoją w Niemczech i Polsce po dzień dzisiejszy. Projekty Schwechtena uważane są za najbardziej rozpoznawalne obiekty architektoniczne w Berlinie, Kolonii, Poznaniu, Łodzi i Szczecinie. Kim był Franz Schwechten? W latach 1861–1869 studiował na berlińskiej Bauakademie, ucząc się od takich profesorów jak Julius Raschdorff i Karl Boetticher. Po powrocie z rocznej podróży do Włoch zaczął pracę jako samodzielny architekt. W latach 1871–1882 pracował dla kolei niemieckiej, projektując dworce, w tym Anhalter Bahnhof w Berlinie (1875–1880). Zaprojektował również mosty kolejowe, np. most na Renie w Moguncji czy Hohenzollernbrücke

Kościól pamięci - Berlin - Breitscheidplatz 71


KAWIARNIA ARTYSTYCZNA

Zamek w Poznaniu

i Südbrücke w Kolonii. Schwechten współpracował również z firmą AEG, projektując dla niej fabrykę przy Ackerstraße w Berlinie oraz portal w kompleksie fabrycznym przy Brunnenstrasse (1897) w Berlinie. Jego osiągnięcia sprawiły, że został mianowany członkiem pruskiej Akademii Sztuk Pięknych i Akademii Budownictwa, zaś w 1902 otworzył własne atelier przy Technische Hochschule w Charlottenburgu. Najbardziej znaną częścią twórczości Schwechtena są jednak jego projekty finansowane przez rząd. W 1890 roku jego projekt wygrał w konkursie na Kościół Pamięci w Berlinie (1891–1895); częściowo zniszczony w 1945; stał się wzorem dla wielu późniejszych kościołów w Niemczech. Jest on również twórcą projektu Wieży Quistorpa w Szczecinie (1900–04), Zamku Cesarskiego w Poznaniu wraz z Ziemstwem Kredytowym (1905–1910) oraz Grunewaldturm (1897–1898) w Teltow i kaplicy książąt Anhalt w Dessau-Rosslau. Swój udział miał też w projekcie kaplicy grobowej rodziny baronów Heinzel von Hohenfels (1899–1903) na Starym Cmentarzu w Łodzi oraz kościoła św. Mateusza. Często zapomina się o twórcach, którzy służyli swoim talentem miastu i jego mieszkańcom. Franz Schwechten zostawił po sobie trwały ślad, który przez kolejne pokolenia będzie wzbudzał nasz podziw i zachwyt zarówno w Niemczech, jak i w Polsce. Krystyna Koziewicz 72


KĄTEM OKA – KORESPONDENCJE WŁASNE syN DWóch mAteK Książka o zagładzie Zamojszczyzny pokazana przez pryzmat losów Jana Tchórza, dziś emerytowanego gospodarza we wsi Borowina Starozamojska. Wtedy 2,5-letniego chłopca dwukrotnie wydzieranego od matki – raz biologicznej, drugi raz – adopcyjnej. W 1943 roku Janina i Bronisław Piekarscy, rodzice Macieja Piekarskiego, wzięli z sierocińca pozbawione rodziców dziecko o nieznanej tożsamości, uratowane przez warszawskich kolejarzy z tzw. transportu śmierci. Ta decyzja na zawsze splotła ze sobą losy dwóch rodzin. Autorami są zmarły w 1999 roku Maciej Piekarski i jego córka Małgorzata Karolina Piekarska. To swoisty dwugłos, w którym napisany w latach 70. reportaż przeplata się ze współczesną opowieścią, jaką snuje zmarłemu Ojcu córka. Opowiada mu, jak przed laty odebrała historię swojego przybranego Stryja, jak zmieniła ona jej spojrzenie na świat oraz o obecnych losach Jana Tchórza. Książka jest próbą odpowiedzi na pytanie: czy wojna i jej okrucieństwo istnieją tylko dopóty, dopóki żyje ostatni świadek? (fragmenty) (…) Różnie kształtuje się pojęcie Niemca w naszej polskiej świadomości. Należę do pokolenia, które zna różnych Niemców o różnych obliczach. Gdybym nie pamiętał okropności wojny, nie pisałbym tego reportażu. Moja teściowa, lubiana przez zięcia – a to rzadki podobno wypadek – mieszka na stałe w Chełmie Lubelskim. Kiedyś z tego tytułu, że znam język niemiecki, powierzono mi funkcję gospodarza w stosunku do pewnego Niemca, który odwiedził Polskę. Ten Niemiec, pan G., urodził się w Gdańsku, obecnie mieszka w RFN. Wypełniając testament swego ojca, który przed wojną był konserwatorem Gdańska, pan G. przyjechał do Polski, aby zwrócić dokumenty: plany oraz pomiary inwentaryzacyjne Gdańska i jego zabytków. My, Polacy, jesteśmy gościnni i uprzejmi. Przez cały tydzień od rana do wieczora zajęty byłem miłym panem G. Małgosia dopytywała się niecierpliwie: – Co jest z Tatusiem? Gdzie jest Tatuś? 73


KĄTEM OKA – KORESPONDENCJE WŁASNE

– Pojechał do Niemca – powiedziała Halina. Po chwili Małgosia zapytała: – Mamusiu, a czy ten Niemiec będzie w hełmie? – Ależ Małgosiu – tłumaczy Halina – po co on ma jechać do Chełma? On przyjechał do Warszawy. – Oj, Mamusiu, ja nie pytam, czy on jest u babci! Ja się pytam, czy on jest w hełmie na głowie! Małgosia dwa dni przedtem oglądała film Czterej pancerni i pies. Polskie dzieci z trudem wyobrażają sobie Niemców w cywilu. (…) MOI NIEMCY Tak, Tato. Z Niemcami mam od dziecka problem. Moje pytanie o Niemca w hełmie to taki drobny dowód na to, jak to u mnie wygląda. I przez lata nic się w tej kwestii nie zmienia. Gdy w 1992 roku pojechałam z koleżankami i kolegami do Berlina na wielką wystawę Rembrandta, uważnie przyglądałam się wszystkim mijającym nas starszym Niemcom. Zastanawiałam się, w jakich mundurach chodzili pół wieku wcześniej. Czy to było SS, czy Abwehra, czy może Wehrmacht? Podzieliłam się myślą z jedną z koleżanek. Zwróciła mi uwagę, że może któryś z nich nie był w mundurze, bo zwolniony ze służby, ale... przecież Niemcy rzadko kogoś zwalniali. Pod koniec wojny brali do wojska nawet nastolatków i wysyłali ich na front. Tak więc... wszyscy mijani w metrze, tramwaju czy autobusie w moim pojęciu musieli pół wieku wcześniej nosić mundury. Nie umiałam w nich widzieć cywili. Zastanawiałam się, gdzie byli w czasie wojny. Może w Warszawie? Pamiętasz, Tato, opowieść Jana Kurdwanowskiego? Kolegi stryja Antka z Powstania? Tę o Niemcu, którego poznał w obozie dla uchodźców w Niemczech? Były lata sześćdziesiąte, gdy lekarz Jan Kurdwanowski zdecydował się wyjechać na zachód przez Niemcy. Tam w obozie trafił na niemieckiego lekarza, z którym rozmawiał o tym i owym i zeszło im na temat Powstania Warszawskiego. Okazało się bowiem, że ów Niemiec był w Warszawie w czasie Powstania jako żołnierz Wehrmachtu. Mało tego! Próbował zdobyć Arsenał, którego bronił Jan Kurdwanowski. Dwadzieścia lat po wojnie dwaj lekarze rozrysowali sobie plan Arsenału i nanieśli na nim swoje pozycje. W ten sposób stwierdzili, że dwadzieścia lat wcześniej strzelali do siebie. Pan Janek mówił mi kiedyś, że przez wiele lat, nawet gdy wylądował już w Stanach Zjednoczonych, słali z tym Niemcem do siebie kartki z życzeniami na święta. Może ci Niemcy, których w 1992 roku mijałam na ulicach Berlina, 74


Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski też byli w Warszawie podczas Powstania? Co mieli pod powiekami, gdy zasypiali? Pytam o to, bo skoro Ty i Twoje pokolenie miewacie sny z czasów wojny, to i oni takie mieć muszą. Z Niemcami mam też innego rodzaju problem. Pamiętasz, Tato, sprawę wuja Stefana Steca? Twojego szwagra, brata mamy? Za przynależność do Armii Krajowej był poszukiwany przez bezpiekę. Po wojnie uciekł więc wraz z narzeczoną Bertą Momocińską, swoją późniejszą żoną, do Szczecina. Dorwali go dopiero po słynnym referacie Chruszczowa. Dlatego już tylko zamknęli go na 48 godzin. Danusia, jego córka, do dziś wspomina, jak robili w mieszkaniu rewizję i przy niej ojca bili po twarzy. W latach siedemdziesiątych, gdy wujkowi zaczęło szwankować zdrowie, gdy mocno dokuczała mu cukrzyca, sam mu powiedziałeś: – Idź, Stefan, i zapisz się do ZBOWiD-u! Będziesz miał lepszą opiekę medyczną. No i wujek poszedł. Pamiętasz, Tato, jego opowieść, jak wszedł do sekretariatu, a tam w roli przewodniczącego koła siedział ubek, który wtedy, w latach pięćdziesiątych, w czasie rewizji bił go po twarzy? Tenże ubek zakwestionował partyzancką działalność wujka. Pamiętasz, co mu wujek wykrzyczał? – To sprawdź sobie, skurwysynu, w swoich ubeckich papierach! I wyszedł. Zapisał się potem do jakiegoś innego koła ZBOWiD-u. Dzięki temu potem Ty załatwiłeś mu pogrzeb z honorami. W tych samych latach siedemdziesiątych Danusia, jego córka, zakochała się. Powiedziała wujkowi, że chce wyjść za mąź̇. – Nazwisko ukochanego? – spytał wujek. Tu Danusia podała obco brzmiące nazwisko. – To Niemiec jest! – Tatusiu! Polak! Wujek jednak swoje wiedział i krzyczał, walać pięścią w stół: – To jest Niemiec! Ja w partyzantce, w Armii Krajowej byłem i z Niemcami walczyłem, a ty za Niemca chcesz wyjść?! – Tata! On Polak! – przekonywała zakochana córka, bijąc się przy tym w piersi. – Ale ja się dowiadywałem i jego matka to na pewno Niemka. Spod Chełmna pochodzi. Na imię ma Marta. Któż przed wojną dawał dziecku na imię Marta? Tylko Niemcy! A to jego nazwisko na pewno jest niemieckie. Oni zresztą w domu wszyscy tam niemiecki perfekt znają. – Tata! A kto po wojnie nie zna! – Ja perfekt nie znam! – Ale ona w czasie okupacji pracowała w kasie w kinie. 75


KĄTEM OKA – KORESPONDENCJE WŁASNE

– No i widzisz! Tam tylko Niemców zatrudniali! Danusia była jednak nieprzejednana i dopiekła swego. Małżeństwo zostało zawarte. Nadeszła pierwsza Wigilia nowo poślubionych. Przy stole zebrały się obie rodziny. Wujek spytał matkę swojego zięcia: – Przyznaj się, Marta. W końcu jest już po ślubie. Przecież ich nie rozwiedziemy. Czy wy jesteście Niemcami? – My Polaki! – mówiła Danusi teściowa, bijąc się w piersi. Danusia urodziła dwóch synów. Minęły lata, najpierw umarła jej matka, ciocia Berta, potem ojciec – wuj Stefan, a także Danusi teść. Przez nasz kraj przetoczyła się fala strajków, a potem nastał czas kartek na cukier, mięso i wszystko inne. Małżeństwo rozpadło się. Mój szwagier, wbrew wcześniejszym zapewnieniom swojej matki o polskości rodziny, wyciągnął dokumenty, którymi udowodnił swoje niemieckie pochodzenie i... wyjechał do kraju przodków, bo tam był dobrobyt. Przy okazji wyszło na jaw, że niemieckie nazwisko, które do tej pory nosił, nie należało do jego ojca. To taki szczegół. Okazało się bowiem, że mężczyzna, do którego mówił per „tato”, a synowie per „dziadku”, był jedynie mężem jego matki i usynowił go jako bodajże kilkumiesięcznego brzdąca. Prawdziwym ojcem był inny pan, choć również Niemiec. Ponoć niezwykle przystojny, ale żonaty i obarczony rodziną gestapowiec. Matka mojego szwagra poznała go, pracując w czasie wojny w kinie w Chełmnie. Gdy zaszła w ciążę i urodziła syna, znalazł się taki, co zechciał ją z dzieckiem i dał małemu nazwisko. Szwagier dowiedział się o tym, mając na karku czterdziestkę i starając się o wyjazd do Niemiec. Wykrzyczał wtedy matce cały swój ból, bo człowiek, do którego mówił „tato”, miał podobno ciężką rękę i nie oszczędzał chłopaka. Tak zatrzasnąwszy drzwi za Polską, wyjechał do Berlina Zachodniego. Jego, jak się okazało, niemiecką matką opiekowała się moja siostra Danusia, czyli była synowa. Szwagier wziął ze sobą nową polską żonę i starszego z synów. Kilka lat temu przeszedł na emeryturę, swój niemiecki dorobek sprzedał i.… wrócił spędzić starość w Polsce. Jego starszy syn, mój siostrzeniec, któremu kiedyś w prezencie dałeś jeden ze swoich tatarskich sztyletów, mieszka w Berlinie. Odwiedziłam go jakiś czas temu. Z dokumentów wynika, że jest Niemcem. Ogląda jednak polską telewizję, ożenił się z Polką i w domu mówi po polsku. Jak powiedział, na starość przyjedzie mieszkać w Polsce. Gdy oprowadzał mnie po Berlinie i zwiedzaliśmy muzeum dawnego muru berlińskiego, na murze pamięci, na którym zapisane są nazwiska ludzi, którym nie udało się uciec z Berlina Wschodniego, pokazał mi swoje nazwisko. Zastanawiał się nawet, czy to ktoś z rodziny tego przybranego ojca jego ojca. Sam 76


Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski ciągle szuka swoich korzeni. Z jednej strony prosił o przesłanie skanów książeczki wojskowej mojego dziadka, a swojego pradziadka Juliana Steca, bohatera wojny polsko-bolszewickiej, hołubi też dokumenty świadczące o przeszłości akowskiej swojego dziadka, wuja Stefana. A z drugiej strony pielęgnuje w sobie to, co niemieckie. Stoi w rozkroku między dwiema kulturami i nacjami, które złączyły się w jego postaci w jedność na skutek zawirowań II wojny światowej. Myślę, że oboje żałujemy, iż jego niemiecka babcia aż do śmierci milczała. Ja mocno tego żałuję, bo zawsze fascynowała mnie historia, a szczególnie ta żywa. On pewnie żałuje, bo niewiele wie o tym, kim byli jego przodkowie ze strony biologicznego dziadka. A może podczas drugiej wojny światowej obaj biologiczni dziadkowie strzelali do siebie? W końcu jeden był w Armii Krajowej, a drugi – w niemieckiej. Od czasów wojny minęło siedemdziesiąt lat, ale o Niemcach cały czas myślę. Analizuję, kim byli ponad siedemdziesiąt lat temu. Badam korzenie niemieckich muzyków rockowych, niemieckich aktorów, a przede wszystkim pisarzy. Ty zresztą mnie tego nauczyłeś. Pamiętasz, jak zaczytywałam się Erichem Kästnerem? Miałam wyrzuty sumienia, że Niemiec, a ja tak go pochłaniam. Zwierzyłam Ci się z tego, a Ty powiedziałeś, że też się nim zaczytywałeś i że to jeden z lepszych pisarzy dla dzieci. – Kiedy to czytałeś ? – pytałam. Powiedziałeś, że w czasie okupacji. – Niemca? – zdziwiłam się. Przytaknąłeś. Tłumaczyłeś mi, że to nie był zwykły Niemiec, ale wtedy nie mogłam zrozumieć, na czym polegała jego niezwykłość, a Ty chyba nie miałeś czasu tłumaczyć. Nie wiedziałam, że Kästner był wielokrotnie przesłuchiwany przez gestapo i został wykluczony ze stowarzyszenia pisarzy, zaś jego utwory zostały spalone podczas niszczenia książek z powodu „sprzeczności z niemieckim duchem”. Kästner był zresztą tego świadkiem. Hitlerowcy pozwolili właściwie tylko na czytanie jego Emila i detektywów, choć książki nie wznawiano. Mówiłeś, że też to czytałeś. Tak jak życiorys Kästnera, analizuję też życiorysy niemieckich polityków. Tylko Horsta Köhlera nie musiałam, bo sam o sobie opowiedział. Ale już na przykład taka Angela Merkel, obecna kanclerz Niemiec? Ty wiesz, Tato, że ona ma polskie korzenie? Jej dziadek ze strony ojca nazywał się Ludwig Kaźmierczak i pochodził z Poznania. W 1915 roku został zmobilizowany do armii niemieckiej i walczył przeciw Francji. Następnie w nieznanych okolicznościach znalazł się po drugiej stronie 77


KĄTEM OKA – KORESPONDENCJE WŁASNE

frontu. Służył nawet w armii generała Józefa Hallera. Po kapitulacji Niemiec znalazł się w Polsce, gdzie prawdopodobnie walczył przeciw Ukraińcom i bolszewikom. Po wojnie wyjechał z narzeczoną do Berlina, a w 1930 roku zdecydował się na zmianę nazwiska na Kasner. To dlatego panieńskie nazwisko kanclerz Niemiec brzmi Kasner. Ale gdyby nie ta zmiana, brzmiałoby Kaźmierczak. Dziwne te losy. Bardzo poplątane. Prawda? Ale wiesz, Tato, że od kilku lat w sprawie Niemców pojawia się coś niepokojącego? W artykułach o drugiej wojnie światowej coraz częściej słowo „Niemcy” zastępuje się słowem „naziści”. Nie pamiętam, byś kiedykolwiek użył słowa „nazista”. Nie umiem nawet sobie wyobrazić, jak brzmi w Twoich ustach. Zawsze mówiłeś „Niemcy”. Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski Notki o autorach Maciej Piekarski (urodzony 21 października 1932 w Warszawie – zmarły tamże 14 czerwca 1999) Historyk sztuki, dziennikarz, publicysta, varsavianista. Jako dziecko brał udział w Powstaniu Warszawskim. Był posługaczem filii szpitala Ujazdowskiego na Sadybie. Przeżycia wojenne, które opisał w opublikowanej w 1979 roku książce Tak zapamiętałem, zaważyły na całym jego dorosłym życiu. Nie przywiązywał wagi do dóbr materialnych. Każdą wolną chwilę przeznaczał na spisywanie, filmowanie i dokumentowanie faktów dotyczących II wojny światowej i Powstania Warszawskiego. W latach 1955–1972 pracował w Muzeum Narodowym w Warszawie. Od 1972 roku dziennikarz Telewizji Polskiej. Najpierw w Redakcji Publicystyki Kulturalnej programu 2 TVP, gdzie współpracował m.in. z programem publicystycznym Pegaz, a także tworzył program Detektyw historii. Od 1982 roku związany z Warszawskim Ośrodkiem Telewizyjnym i Telewizyjnym Kurierem Warszawskim. Na antenie WOT przygotowywał cykliczny program Warszawskie miejsca pamięci. Przez 10 lat prowadził też program Wiarus – Magazyn Kombatantów Warszawskich, który po jego śmierci przez dwa lata przygotowywała córka Małgorzata Karolina Piekarska. Zrealizował kilkadziesiąt reportaży i filmów dokumentalnych poświęconych historii II wojny światowej i Powstaniu Warszawskiemu, m.in. Ochotnik Janusz Kusociński. W prasie polskiej i polonijnej opublikował kilka tysięcy artykułów – 78


Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski głównie związanych z Powstaniem Warszawskim i II wojną światową. Był rzecznikiem prasowym Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Powstania Warszawskiego, który po latach bojów stanął na placu Krasińskich. Wymyślił m.in. srebrne obrączki „cegiełki” z napisem „Bohaterom Powstania Warszawskiego 1944”. Był też jednym z inicjatorów utworzenia Muzeum Powstania Warszawskiego. W lipcu 1981 roku zrealizował reportaż o pierwszej zbiórce powstańczych pamiątek. Był także pomysłodawcą utworzenia na terenie Fortu IX („Czerniaków”) Muzeum Katyńskiego. W dowód uznania zasług dla tego miejsca w 2000 roku sala wystawowa w głównej kalamicie fortu otrzymała Jego imię̨.

Fot. Jacek Kadaj

Małgorzata Karolina Piekarska (urodzona 24 lipca 1967 w Warszawie) Zadebiutowała w 1986 roku na łamach miesięcznika społeczno-literackiego „Okolice” czterema opowiadaniami. W latach 1994–2006 współpracowała z dwutygodnikiem „Cogito”. Publikowane w latach 1998–2005 na łamach pisma felietony „Wzrockowisko” ukazały się drukiem jako książka. Do 2006 roku współpracowała z dwutygodnikiem „Victor gimnazjalista”, na łamach którego publikowała w odcinkach powieści Klasa pani Czajki, Tropiciele i Dzika. W roku 2008 wróciła na łamy „Cogito” felietonami „Sztuka pisania”, a na łamy „Victora gimnazjalisty” „Muzycznymi podróżami” – krótkimi felietonami o gwiazdach muzyki rozrywkowej. Współpracuje z południowopraskim pismem społeczno-samorządowym „Mieszkaniec”. W latach 2008–2011 prowadziła rubrykę „Zapytaj Gośkę” w Magazynie 13-tka. Autorka książek dla dzieci i młodzieży, których akcja rozgrywa się na Saskiej Kępie, gdzie sama mieszka i skąd pochodzą jej przodkowie. Opublikowała dokumentalną książkę Dziewiętnastoletni marynarz – zbiór listów ze Szkoły Morskiej w Tczewie pisanych przez jej stryjecznego dziadka Zbigniewa Piekarskiego oraz do spółki z nieżyjącym ojcem Maciejem Piekarskim – poświęconą zagładzie Zamojszczyzny w czasie II wojny światowej książkę w formie osobistego reportażu pt. Syn dwóch matek. Jest członkiem polskiej sekcji IBBY oraz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Od 2011 – w Zarządzie Oddziału Warszawskiego SPP. W 2014 wybrana na prezesa Oddziału Warszawskiego SPP na kadencję 2014–2017. 79


Festyn Polonijny – Tag der Polonia w Berlinie 21 maja 2017 r. z okazji Dnia Polonii i Polaków za Granicą na skwerze ratusza dzielnicy Reinickendorf w Berlinie odbył się Festyn Polonijny Tag der Polonia. Tradycyjnie w większych skupiskach polonijnych na całym świecie ten dzień obchodzony jest niezwykle uroczyście. Święto jednoczące Polaków organizują najczęściej aktywni Polacy skupiający się wokół organizacji polonijnych. W Dniu Polonii tworzymy jedną wielką wspólnotę z polskimi korzeniami. Polacy chcą być widoczni w multikulturowym Berlinie, chcą zaprezentować swoją różnorodną działalność, która ma wiele do zaoferowania. W Berlinie słyniemy m.in. z wielu spektakularnych wydarzeń, którymi interesują się niemieckie instytucje, politycy, media. Przykładem jest zyskujący coraz większą popularność Festyn Polonijny – Tag der Polonia, organizowany przez Polską Radę Związek Krajowy w Berlinie. To już niemal tradycja, na którą od ośmiu lat zapraszane są rodziny, berlińczycy. Przewodniczący PR Ferdynand Domaradzki wraz z 40 wolontariuszami wspierającymi komitet organizacyjny obchodów Dnia Polonii każdego roku staje przed wielkim wyzwaniem logistycznym. Obrana forma festynu jest dość popularna w Niemczech i dobrze się stało, że także My, Polacy, mamy też swoją tradycję w przestrzeni publicznej miasta. W tym roku na festynie prezentowały się organizacje polonijne, media, wydawnictwa, towarzystwa, kluby sportowe. Jednym słowem barwny pejzaż najbardziej aktywnych środowisk działających w Berlinie. To dobry moment na pokazanie profilu swojej działalności, osiągnięć czy perspektyw rozwojowych. Ferdynand Domaradzki wielokrotnie udowodnił swoim zdeterminowaniem, że potrafi zintegrować środowisko Polaków na obczyźnie. To niezwykle ważne i szlachetne zadanie, a także ogromna odpowiedzialność. Dzisiaj bardzo łatwo można manipulować masami. W tym wypadku dbałość o dobre wzajemne relacje pozwoliła zjednoczyć Polaków w Berlinie przy okazji Dnia Polonii. To osobisty sukces charyzmatycznego lidera, jakim jest niewątpliwie Ferdynand Domaradzki wraz z pozostałymi członkami Zarządu Polskiej Rady w Berlinie. Tak a propos dodam, że czasy skłóconej Polonii w Berlinie minęły, miejmy nadzieję bezpowrotnie! Przewodniczący Polskiej Rady wielokrotnie udowodnił, że cel, jaki sobie postawił, konsekwentnie realizuje. Zadanie z pozoru łatwe. Problem polega na tym, że każdego roku w kółko Macieju inicjator i organizator musi przekonywać władze polskie i niemieckie, że finansowanie tego typu imprez jest niezwykle ważne. Wielkie znaczenie ma fakt, że przy okazji festynu pokazujemy w kraju emigracji przyjazną twarz, obalając tym samym istniejące do niedawna negatywne stereotypy. Chcemy dalej zmieniać nasz wizerunek i pokazywać, że tu istniejemy podobnie jak inne grupy etniczne. 80


Dzień Polonii w Berlinie Tag der Polonia in Berlin 21.05.2017

Ferdynand Domaradzki - Przewodniczący Polskiej Rady w Berlinie, Alexander Zajac - Dyrektor Biura Polonii w Berlinie, Marek Sorgowicki - Konsul ds. Polonii w Berlinie, Wojciech Ziemniak - Wiceprzewodniczący Komisji Łączności z Polakami za Granicą w Sejmie RP, Małgorzata Tuszyńska - Wiceprzewodnicząca Polskiej Rady w Berlinie


Rautsz Reinickendorf

URSZULA z zespołem


Krystyna Koziewicz

Co było na festynie polonijnym w roku 2017? Otóż, program artystyczny wypełniała tradycyjnie polska muzyka ludowa, rozrywkowa, rock, pop z najbardziej znanymi i popularnymi przebojami. Na scenie tańczyły polonijne zespoły tańca ludowego, klasycznego i nowoczesnego. Gwiazdą wieczoru była Urszula z zespołem muzycznym. Czyli dla każdego coś miłego. Najważniejsze, że Polonia pokazała własny potencjał, jak: młodzieżowe zespoły taneczne, muzyczne, które pokazały różnorodne gatunki artystyczne. Festyn rozpoczął się o godzinie 11.00 i trwał do późnych godzin nocnych. Oficjalne otwarcie nastąpiło o godzinie 15.00, kiedy plac wokół ratusza zapełniony był po wszystkie brzegi. Przez cały dzień przewinęły się tłumy ludzi, więc sukces frekwencyjny pobił rekord w tym roku! W części oficjalnej Polonię powitał gospodarz festynu Ferdynand Domaradzki wraz z Konsulem Generalnym Polskiej Ambasady w Berlinie Marcinem Jakubowskim, burmistrz dzielnicy Berlin-Reinickendorf Frank Balzer, poseł na Sejm Wojciech Ziemniak oraz dyrektor Biura Polonii Aleksander Zając. W imieniu tegorocznego gościa specjalnego Festynu – gminy i miasta Międzyrzecz głos zabrał starosta powiatu Międzyrzecz Grzegorz Gabryelski oraz Burmistrz miasta Międzyrzecz Remigiusz Lorenz. Dyrektorka Wydziału Nadzoru i Kontroli Urzędu Wojewody Lubuskiego Teresa Kaczmarek odczytała list Wojewody Lubuskiego – Władysława Dajczaka. Koncert poprowadzili – polonistka Małgorzata Tuszyńska wspólnie z muzykiem i wokalistą zespołu „Bez Zawieszenia” Wojtkiem Sowińskim. Klimat imprezy był znakomity, licznie odwiedziły ją całe rodziny z pociechami, latoroślami i młodocianymi – tzw. cały przekrój wiekowy, od małych dzieci po seniorów. Miło było spotkać znajome twarze, porozmawiać ze sobą w luźnej, wolnej przestrzeni publicznej. Reprezentowałam wspólnie z Joanną Truemner, Ewą Marią Slaska stoisko Biura Polonii, Polskiej Rady oraz Stowarzyszenia Miasta Partnerskie Berlin-Szczecin. Koncepcja ze stoiskami jest jak najbardziej trafna, sądząc po liczbie osób odwiedzających. Czym się interesowano? Najczęściej możliwościami włączenia się w działalność polonijną, sposobu finansowania organizacji i projektów kulturalnych. Nawiązywano kontakty, wymieniano się informacjami, delektując się polskimi smakami, które oferowały naturalnie dania kuchni regionalnej. Królowała polska kiełbasa, bigos, pierogi i nie było mowy, by mogło tych smaków zabraknąć na polskim festynie. Dzień Polonii zakończył się recitalem Urszuli z zespołem muzycznym, przypominając największe hity, jak: „Dmuchawce, latawce”, „Konik na biegunach” czy „Malinowy król”. Jak bawiła się Polonia, pokazuje mini fotorelacja! Krystyna Koziewicz 81


Niemcy. Czyli kto? Panowie w mundurach, ze swastykami, o spopielającym wzroku. Niemcy. Taki obraz zagwarantowały nam podręczniki od historii, historyczne filmy i przekazy, a dorosłe życie ubarwiło je jedynie relacjami z posiedzeń członków NATO i Unii Europejskiej. I głównie z tym długo kojarzyli mi się zachodni sąsiedzi Polski. Do czasu. Dorastając we Lwowie, poznałam przedstawicieli wielu narodowości. Byli to Ukraińcy, Rosjanie, Żydzi, Ormianie, Krymscy Tatarzy... (No i Polacy, oczywiście). Podobno znałam jednego Niemca, ale chodził do rzymskokatolickiego kościoła, mówił po ukraińsku, a życzenia świąteczne do moich rodziców wysyłał po polsku. Dlatego w subiektywnym odczuciu niejako „nie kwalifikował się” na „standardowego Niemca”. Ot tylko – kim są ci „standardowi” Niemcy? To z pewnością ci od rozbiorów Polski. Proste. Można też wspomnieć o hołdzie pruskim i bitwie pod Grunwaldem (no ba!). To, od biedy, ci od prawa magdeburskiego. I... od piosenki „Lu-Lu-Lu Lucas Podolski”. W Warszawie już, na studiach, zaprzyjaźniłam się z Polką z Kijowa. O Niemcach też rozmawiałyśmy. W kontekście 8–9 maja. Alina, bo tak ma na imię koleżanka z Kijowa, powiedziała mi interesującą rzecz. Ponoć Niemcy nie rozumieją postawy gloryfikującej bohaterów i zwycięzców wojennych. Nie pytałam o to nigdy Niemca, więc nie wiem, czy to prawda. Ten, którego poznała Alina, nie rozumiał, czym jest Święto Zwycięstwa. Zgodziłyśmy się jednak w tym, że tak naprawdę nie wiemy, kim są Niemcy. I że funkcjonują w naszej świadomości jedynie stereotypowo-historycznie: obraz zakodowany przez lata edukacji sprawia, że słysząc „Niemiec”, rozumiemy „nazista”. Ale zanim wywołam tym zdaniem burzę, spieszę ze sprostowaniem: nie, nie uważamy, że po ulicach Berlina chodzą dziś naziści. I nie, nie sądzimy, że rozwój państwa skończył się na etapie III Rzeszy. Jednak wydarzenia historyczne, przypominane kilka razy w roku, przywołują właśnie takie zdjęcia, właśnie takie nagrania: Niemców w nazistowskich mundurach. I budują negatywny obraz – „tych, którzy rozpętali II wojnę światową”. Nic więc dziwnego, że gdy poznałam w Warszawie dwudziestolatkę z Niemiec, byłam zaskoczona. Nie tylko tym, że po raz pierwszy w życiu rozmawiałam z Niemką, ale też tym, że pochodziła z rodzinnego miasta Einsteina (no właśnie), że robiła policealne studia medyczne (jak ja w tym czasie), że do Polski przyjechała na wolontariat jako opiekunka osób starszych, że jest zakochana w rosyjskiej kulturze i że opanowała polski w trzy miesiące, bo już znała perfekcyjnie język rosyjski. I to ona pierwsza mi powiedziała, że od szkoły uczą ich o II wojnie światowej i o tym, „jak 82


Ela Lewak

bardzo to było złe z ich strony, że dopuścili się takiego czynu. I że powinni przepraszać i pamiętać, by nic takiego się więcej nie zdarzyło”. Dwa lata później nadarzyła się okazja wyjazdu do Niemiec. Wybrałam się na konferencję z koleżanką z wydziału, na którym studiowałam. Ona dowodziła naszą wyprawą, ja robiłam milion zdjęć. Bo przecież jestem w Berlinie! W Berlinie, rozumiecie? W potężnym, barwnym, przypominającym międzynarodowy, wielki akademik Berlinie. Pamiętam z tamtej podróży kilka szczególnie jaskrawych scen. Dwie będą tu najistotniejsze. Jechałyśmy z koleżanką metrem i dostrzegłam niedaleko nas chłopaka... w uszance z czerwoną radziecką gwiazdą na czole. Podeszłam i spytałam po angielsku, skąd ją ma. On: że kupił na jakimś straganie. Ja pytam, czy wie, co to za „czapka” i czego symbolem jest ta gwiazda? On: że nie. Ale już na pomoc przyszedł mu kolega, który – również po angielsku – napomknął coś o sowieckiej armii. Ten ich angielski mnie zastanowił. Spytałam, czy są Niemcami. Oni: że nie, że przyjechali... ze Stanów. Uśmiechnęłam się. No tak. Skąd chłopaki ze Stanów mogli wiedzieć, że zakładanie takiej czapki w Berlinie może wzbudzić emocje... Polki z Kresów. Z drugiej strony – dla mnie, znowuż: jako Polki z Kresów, niezrozumiały był pomysł sprzedawania takich czapek w centrum Berlina jako pamiątek. I jeszcze jedno mogę stwierdzić z całą pewnością: Polacy są wszędzie. Przytoczę w tym miejscu fragment wspomnienia, które opublikowałam na portalu społecznościowym po powrocie: „Gdy wysiadłyśmy z metra, natknęłyśmy się na grupkę Polek w średnim wieku. Stwierdziłyśmy, że lepszego źródła informacji nie znajdziemy, więc to do nich skierowałyśmy pytanie o peron i pociąg do Trebnitz. Panie się niezwykle ucieszyły, że się zgłosiłyśmy, i bardzo rzeczowo podeszły do sprawy. Zaproponowały nam wspólną podróż i… wspólny bilet. Spojrzałam na Marlenę. To ona jest obyta w niemieckiej rzeczywistości. Próbowałyśmy wyjaśnić, ile kosztuje taki „grupowy” bilet i czy na pewno się to opłaca. One, że tak i że gdzieś jeszcze jest Marylka/Basia/Kasia – ich koleżanka – która szuka współpodróżników na innych peronach. Postałyśmy tam chwilę, nie wiedząc do końca, jaką podjąć decyzję, aż w końcu uświadomiłyśmy sobie, że liczymy na zwrot kosztów podróży, więc wspólny bilet nie wchodzi w 83


KĄTEM OKA – KORESPONDENCJE WŁASNE

grę. Bo przecież nam go nie oddadzą, a nawet gdyby oddały, nie zostanie nam zwrócony jego koszt.(...). Podziękowałyśmy uprzejmie paniom i ruszyłyśmy na wskazany peron. Pociąg już tam stał. I niby już wszystko miało sprawnie doprowadzić (a właściwie: dowieźć) nas do Trebnitz. A jednak! Jako posłuszne obywatelki świata, chciałyśmy kupić bilety w biletomacie. Sprzęt nas jednak zaskoczył, bo proponował nam dwie trasy: droższą i tańszą. A która była nasza? Nie wiadomo. Jako chojrak i największa poliglotka świata przyciągająca same niesamowitości ruszyłam do konduktorów na peronie. Dwóch panów i jedna pani. Bełkocząc trzy po trzy coś o Trebnitz, pociągu, Marlenie, konferencji i Warszawie, pytam o bilet. Trójka patrzy na mnie z lekkim uśmiechem, ja czuję stres i zaczynam się zastanawiać, co jest nie tak z moim angielskim, skoro rozbawiłam nim obcych ludzi... Mężczyźni spojrzeli na kobietę, kobieta na mnie i wtedy pada odpowiedź. Odpowiedź na niemieckim peronie – PO POLSKU: Jadą panie tym pociągiem? Proszę się nie martwić i niczego nie kupować. Do Trebnitz i tak nie będę sprawdzała biletów”. Do dziś wspominam tę kobietę. I Berlin. Duży, przysadzisty jak Wrocław, miedzynarodowy jak akademik. I Polaków, którzy mnie tam gościli innego razu, gdy przyjechałam na Festiwal Filmów Emigracyjnych „Emigra”. I „Ich bin ein Berliner”. Teraz właśnie tak kojarzy mi się Berlin. Z mieszkającymi tam Polakami. Dla mnie, urodzonej za granicą, na wcześniej należących do Polski terenach, polski emigrant jest niezwykle ekscytującą postacią. A co z Niemcami, zapytacie? Przestają się kojarzyć z wydarzeniami historycznymi. Bo zaczęłam budować nową – własną, moją historię z Niemcami. Jako krajem. Jako ludźmi. To koleżanka Elena, która przyjeżdża nieraz z Ulmu i z którą wybieramy się na kawę albo lody na Krakowskim Przedmieściu (i której zaproszenie do rodzinnej miejscowości jest wciąż aktualne). To siedzący obok w metrze nastolatkowie, szybko rozmawiający w języku, którego absolutnie nie rozumiem, ale który mnie fascynuje 84


Ela Lewak

do tego stopnia, że powoli zgłębiam jego podstawy. To państwo, jak każde inne, choć pamiętające bardzo dokładnie i boleśnie swoją historię, państwo i jego stolica – wciąż się scalające. Najpiękniejsze jest jednak to, że w ogóle miałam szansę pojechać do zachodnich sąsiadów. Mnie się to udało – mimo ukraińskiego paszportu, a dzięki Karcie Stałego Pobytu. Teraz poznawać Niemcy i inne kraje Europy mogą również obywatele Ukrainy – dzięki wprowadzeniu 11 czerwca bezwizowego wjazdu na teren UE (oprócz Wielkiej Brytanii, Irlandii, Szwajcarii, Lichtenstein, Islandii i Norwegii). Przekroczyć granicę z Polską mogą z paszportem biometrycznym, muszą jednak wskazać konkretny cel podróży, trasę, nocleg i udowodnić straży granicznej, że mają wystarczającą ilość pieniędzy na każdy dzień pobytu. W ten sposób granicę z Polską w ciagu zaledwie pierwszego miesiąca przekroczyło ponad 95 tysięcy Ukraińców. Wielu wróciło z granicy z przysłowiowym kwitkiem, bo nie spełniło któregoś z wymogów. Jak się jednak okazało, przekroczenie polskiej granicy w praktyce nie gwarantuje sukcesu dalszej podróży. Tak w każdym razie zdecydował jeden z przewoźników autobusowych, kursujący m.in. na trasie Warszawa-Berlin. Odmówił zabrania Ukraińców z paszportami biometrycznymi, którzy wjechali na teren Polski dzięki bezwizowemu ruchowi. W sieci rozpętała się awantura. Ile będzie takich sytuacji? Nie wiadomo. Mam jednak nadzieję, że jak najwięcej osób będzie mogło zapoznać się i z Polską, i z pozostałymi krajami Unii. W szczególności z Niemcami. Aby „odczarować” ten kraj i naród. A może by tak zorganizować niemiecko-ukraińskie kolonie dla młodzieży? Ja w latach szkolnych chętnie bym na taki wyjazd się wybrała. Teraz – w sumie – też. Ela Lewak 85


KORESPONDENCJA Z DANII Na podstawie Informatora Polskiego – red. Roman Śmigielski Hygge. Klucz do szczęścia Książki Szczęście jest czymś, za czym większość ludzi goni nieustannie, starając się je stworzyć na najróżniejsze sposoby. Bardzo często jednak okazuje się, że coś, o czym marzyliśmy przez długi czas, wcale nie przynosi pełnego szczęścia. Przeciwnie, często zrealizowanie swoich planów przynosi wyłącznie kolejne cele, które musimy osiągnąć, abyśmy byli szczęśliwi – przynajmniej tak sobie wmawiamy. Warto więc zmienić swoje podejście i zaczerpnąć nieco przykładu od ludzi, którzy potrafią osiągać prawdziwe szczęście. Hygge jest pojęciem, którego nie da się dosłownie przetłumaczyć na język polski, a które jest jednym z najpiękniejszych duńskich słów. Oznacza ono stan, w którym znajduje się człowiek rzeczywiście szczęśliwy. To uczucia takie jak szczęście, ciepło, komfort i bezpieczeństwo, relaks, spokój, brak zmartwień, poczucie bliskości z innymi. Okazuje się, że ich osiągnięcie jest o wiele łatwiejsze, niż nam się wydaje. Trzeba zacząć zwracać więcej uwagi na drobne, małe rzeczy, które dają nam radość i dbać o relacje z innymi ludźmi. Wyobraź sobie, że jest deszczowy dzień, a ty siedzisz w fotelu pod kocem i czytasz książkę. Wyobraź sobie, że jesz kolację przy świecach z przyjaciółmi i świetnie się bawisz. Wyobraź sobie, że siedzisz przed kominkiem z ukochaną osobą, a na zewnątrz szaleje zamieć. To, co właśnie odczuwasz, to hygge. Meik Wiking, autor książki i dyrektor Instytutu Szczęścia w Kopenhadze, przybliża nam duński przepis na szczęście, którym jest właśnie filozofia hygge. Meik Wiking opisał, na czym polega poszukiwanie ich w życiu i którędy wiedzie najprostsza droga do nich. Książka skupia się przede wszystkim na podejściu Duńczyków do tego tematu – są oni uważani za najszczęśliwszy naród na świecie. W książce autor wyjaśnia, w czym tkwi sekret szczęścia tak wielu ludzi w tym kraju. Każdy czytelnik może się dzięki temu wiele nauczyć i wreszcie otworzyć oczy na te sprawy w naszym życiu, które dają człowiekowi prawdziwą radość. Duńczycy cieszą się z drobnostek, żyją wolniej i spędzają dużo czasu z bliskimi. Bo w końcu szczęście to radość z małych rzeczy! (Meik Wiking: Hygge. Klucz do szczęścia, Wydawnictwo: Czarna Owca) Informator Polski nr 1(96) 2017 86


Szczęście, komfort i poczucie bezpieczeństwa? HYGGE! Książki Duńczycy są najszczęśliwszym narodem na świecie i choć nikt nie odkrył jeszcze tajemnicy ich szczęścia, to cały świat próbuje ich naśladować. Brytyjska dziennikarka Helen Russell postanowiła przeprowadzić się na rok do Danii, żeby poznać przepis jej mieszkańców na zadowolenie z życia. W każdym rozdziale autorka przygląda się innemu elementowi kultury Danii lub jej społeczeństwa. Z poczuciem humoru opowiada o duńskim dizajnie, podejściu do pracy i sposobach spędzania wolnego czasu. Obserwuje też tradycje związane z jedzeniem, religią, wychowywaniem dzieci czy opieką zdrowotną. „Życie po duńsku” pokazuje, co w najmniejszym z państw skandynawskich się sprawdza, czego nie warto naśladować i co zrobić, żeby wprowadzić elementy duńskiego życia do naszej codzienności. Przeprowadzka do wiejskiej Jutlandii uświadomiła Russell, że Dania ma do zaoferowania o wiele więcej niż długie zimy, wędzone śledzie, klocki Lego i słodkie bułki. Próbując zrozumieć poczucie szczęścia u Duńczyków, dziennikarka sama poczuła się szczęśliwa. Na końcu książki przekazuje 10 porad dotyczących tego, jak żyć po duńsku, przez co dzieli się tym szczęściem z Czytelnikami. Nad wyraz przyjemna opowieść o wadach i zaletach przenosin do innego kraju. Guardian Russell nie stroni od ciętego humoru, ale zachowuje przy tym skromność i dystans do samej siebie – takie połączenie sprawia, że lektura jej książki to czysta przyjemność. Independent Urocze połączenie brytyjskiej wrażliwości i duńskiego pragmatyzmu. Sandi Toksvig „Dowiaduję się, że Duńczycy piją najwięcej kawy w Europie, a przy tym spożywają rocznie 11 litrów alkoholu na głowę. Może jednak się 87


KORESPONDENCJA Z DANII

dostosujemy. Przy okazji trafiam na stronę trenerki integracji kulturalnej Pernille Chaggar. Wiedziona myślą, że kogoś takiego dokładnie teraz potrzebuję na dobry początek rocznego pobytu w Danii – i rozochocona drugą filiżanką mocnej duńskiej kawy – dzwonię do Pernille, proponując jej udział w projekcie „szczęście”. Zgadza się i nie każe wyciągnąć numerka na okoliczność kolejnej rozmowy. Moja rozmówczyni jest zdziwiona faktem, że przenieśliśmy się z Londynu do odludnej Jutlandii, zwłaszcza w styczniu. – Osoby z zewnątrz mają tu zimą trudniej – wyjaśnia. – To czas, który spędzamy z rodziną, za zamkniętymi drzwiami. Od listopada do lutego Duńczycy są całkowicie pochłonięci swoimi sprawami, dlatego niech cię nie zdziwi widok wyludnionych ulic, szczególnie w regionach wiejskich. – Cudownie. Gdzie się zatem podziali? Co teraz robią? – Cieszą się hygge – odpowiada, wydając przy tym dźwięk, jakby się krztusiła. – Przepraszam, co takiego? – Hygge. To typowo duński termin. – A co oznacza? – Trudno to wyjaśnić, ale znają go wszyscy mieszkańcy Danii. To coś jakby „przytulna chwila”. Nie czuję się mądrzejsza. – To czasownik? Czy przymiotnik? – Jedno i drugie – tłumaczy Pernille. – Hygge jest wtedy, kiedy zostajesz w domu i odpoczywasz przy świecach.” Hellen Russel, Życie po duńsku – Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2017 Helen Russell jest brytyjską dziennikarką i autorką poradników. Pisze dla takich magazynów jak: „The Times”, „Marie Claire”, „The Guardian”, „Grazia” czy „The Wall Street Journal”. Jej książka „Życie pod duńsku” ukazała się w 2015 roku i szybko została okrzyknięta bestsellerem.

Informator Polski nr 1(96) 2017

88


Kanon duńskich wartości Duńczycy głosowali i wybrali 10 wartości, które charakteryzują Danię. Rozpoczęto od zgłoszenia 2 425 propozycji, z których 20 zostało nominowanych do głosowania. Z tych 20 nominowanych wartości Duńczycy poprzez Internet wybrali 10, które tworzą kanon duńskich wartości. Prace nad kanonem wartości rozpoczął w czerwcu 2016 r. były duński minister kultury Bertel Haarder, który powiedział, że wybrane przez Duńczyków wartości tworzą „nasze wspólne kulturowe DNA”. Oto kanon duńskich wartości (w przypadkowej kolejności): Wolność – jako podstawa duńskiej demokracji. W zachodniej tradycji wolność narodu jest ściśle związana z wolnością pojedynczego obywatela. Równość wobec prawa – Dania tradycjonalnie zajmuje najwyższe miejsca w międzynarodowych badaniach zaufania społecznego i niskiej korupcji. Równouprawnienie płci – duńskie społeczeństwo opiera się na równowadze płci. Oznacza to, że kobiety i mężczyźni mają takie same prawa i możliwości. Hygge – słowo, którego nie da się przetłumaczyć. Oznacza specjalny, bezstresowy sposób współżycia, dobre samopoczucie. Społeczeństwo dobrobytu – w duńskim społeczeństwie dobrobytu obywatele czują się zabezpieczeni przed socjalnymi i fizycznymi niebezpieczeństwami i mogą korzystać z wielu dóbr publicznych. Zaufanie – duńska kultura zaufania oparta jest na oczekiwaniu, że zarówno obywatele, jak i instytucje publiczne są wiarygodne. Język duński – duński jest językiem ojczystym dla ponad 90 % mieszkańców Danii. Stanowi nie tylko środek komunikacji, ale jest też nośnikiem kultury. Stowarzyszenia i wolontariat – Stowarzyszenia to podstawowa forma organizowania się wspólnot w całej Danii. Jednocześnie uczą one demokracji. Tolerancja – tolerancja opiera się na zasadzie, że wszyscy ludzie mają prawo decydować o swoim życiu. Tolerancyjność oznacza wykazywanie otwartej (bez uprzedzeń) postawy i sposobu myślenia. Chrześcijańskie dziedzictwo kulturowe – chrześcijańska koncepcja miłości bliźniego, protestancka idea istoty i znaczenia pracy, odpowiedzialność osobista i równość wszystkich ludzi wobec Boga odcisnęły swój ślad na nowoczesnej Danii. Informator Polski nr 1(96) 2017 89


MEDIA „moje miAsto” mA 10 LAt W Monachium hucznie obchodzono 10-lecie polonijnego czasopisma „Moje Miasto”. Główne obchody jubileuszu miały miejsce 20 maja 2017r. w ogrodach Konsulatu Generalnego Rzeczypospolitej Polskiej w Monachium. W części oficjalnej głos zabrali Konsul Generalny Andrzej Osiak, wydawca i właściciel periodyku Grzegorz Spisla i redaktor naczelny Bogdan Żurek. W budynku konsulatu pokazano wystawę wszystkich okładek „Mojego Miasta” wraz z numerami archiwalnymi. Tam też można było otrzymać najnowsze wydania „Magazynu Polonia” i spotkać się z przybyłym z Berlina szefem jego redakcji Aleksandrem Zającem. Obchody uświetniło jubileuszowe wydanie „Mojego Miasta”, które jest do pobrania na stronie internetowej: mm-gazeta.de. W części artystycznej ze suitą starowarszawską pt. „Bielany” wystąpił kierowany przez dr Elżbietę Zawadzką zespół Polonia. Doskonale zaprezentowała się grupa wokalna Redemptor. Rarytasem zaś stał się

twórcy „mojego miasta” 90


Grzegorz Spisla, Bogdan Żurek

występ publikującej na łamach „Mojego Miasta” Agnieszki Hekiert – działającej na europejskiej scenie wokalistki jazzowej i znanej trenerki śpiewu (vocal coach). Towarzyszyli jej – profesor Leszek Żądło, także europejskiej sławy saksofonista, laureat tegorocznego jazzowego Oscara w Polsce, oraz wybitny klawiszowiec Konstantin Kostov. Na wielkie słowa uznania zasługuje postawa pracowników Konsulatu Generalnego, z Konsulem Generalnym Andrzejem Osiakiem na czele, którzy wsparli i czynnie uczestniczyli w przygotowaniach jubileuszu „Mojego Miasta”. Do takiego traktowania polonijnej prasy nie byliśmy dotychczas przyzwyczajeni. To bardzo dobry znak! *** 10 lat „Mojego Miasta” – Obchody jubileuszowe – 20 maja 2017 Konsulat Generalny RP w Monachium PRZEMÓWIENIE WYDAWCY – GRZEGORZA SPISLI Szanowny Panie Konsulu, Szanowni Goście, wśród których witam przybyłego z Berlina szefa Biura Polonii pana Aleksandra Zająca, Bliscy, Przyjaciele... Jubileusz jest niezwykłym świętem i wydarzeniem. Dokonuje się oceny dotychczasowych osiągnieć oraz wyznacza się nowe cele i zadania. Jubileusz skłania także do refleksji, wspomnień i przemyśleń. Właśnie mija 10 lat od kiedy kilka pełnych zapału osób powołało do życia polonijne czasopismo „Moje Miasto”. W 2006 roku, jako współudziałowiec spółki „mojemiasto multimedia KG”, zaproponowałem, by wydać polskie czasopismo, miłe dla oka i praktyczne dla mieszkającej tu Polonii. Pomysł „chwycił” i w trójkę – prezes Piotr Sowada, nieżyjąca już niestety, do dziś niezastąpiona, Grzegorz Spisla 91


MEDIA

Joanna Wagner i ja – rozpoczęliśmy wdrażanie projektu w życie. Prace nad pierwszym wydaniem rozpoczęliśmy już w listopadzie 2006 roku. Po dwóch miesiącach stwierdziliśmy, że nie damy rady. Nie mieliśmy doświadczenia, nie znaliśmy branży. Podjęliśmy więc decyzję, że będzie to jedyne wydanie, że trzeba je dokończyć i zamknąć temat. Stało się inaczej. Po ukazaniu się pierwszego numeru (na przełomie kwietnia i maja 2007 roku) pozytywna reakcja czytelników przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Obdarowano nas tyloma pochwałami, że postanowiliśmy ten projekt nie tylko kontynuować, ale i rozwinąć, wydając „Moje Miasto” w każdym większym mieście Niemiec. W ten sposób czasopismo rozrosło się na kilka regionów. W krótkim czasie ukazaliśmy się w ośmiu miastach, a nasz jednorazowy nakład wzrósł do 37 000 egzemplarzy. Niestety, po szybkim wzlocie przyszedł jeszcze szybszy upadek. Spółka, która miała nie tylko gazetę „Moje Miasto”, ale i portal internetowy o tej samej nazwie, w 2008 roku ogłosiła upadłość i wystawiła swoje produkty na sprzedaż. Jako jeden z założycieli, emocjonalnie związany z projektem czasopisma, w który zainwestowałem nie tylko zaoszczędzone pieniądze, ale i serce, postanowiłem ten projekt odkupić i uratować. I tak od października 2008 roku stałem się właścicielem Czasopisma Polonijnego MOJE MIASTO. Skupiłem się na własnym podwórku i wydawaniem gazety na południu Niemiec. Na początku tylko w Bawarii, a później także w Badenii-Wirtemberdze. A teraz kilka faktow: - W ciągu tych dziesięciu lat powstało 80 różnych okładek, które mogą dziś Państwo podziwiać w salonach Konsulatu. Jest wśród nich okładka NIESPODZIANKA, która została wydrukowana jednorazowo. Polecam ten unikat! - Do dziś zapisaliśmy drukiem prawie 3 000 stron „Mojego Miasto”. - Wydrukowaliśmy około pół miliona egzemplarzy. - Najmniejsza objętość gazety wynosiła 12 stron, a największa – 54. - Na początku byliśmy dostępni w 37 miejscach, dziś jest ich prawie 300 i to tylko na terenie południowych Niemiec. - Naszą stronę na Facebooku regularnie odwiedza ponad 3 000 osób w tygodniu. - Rozpoczynaliśmy w trójkę, a dziś jest nas prawie dziesięć razy tyle. Szanowni Państwo! To, że możemy dzisiaj mówić o sukcesie „Mojego Miasta”, to nie tylko nasza... – to przede wszystkim WASZA zasługa – drodzy sponsorzy i re92


Grzegorz Spisla, Bogdan Żurek

klamodawcy. DZIĘKUJĘ Wam, że obdarowaliście nas swoim zaufaniem, wierząc, że nasza praca przełoży się na wasz sukces, że stworzymy na tyle ciekawą gazetę, że jej czytelnik trafi do Was. Zresztą o atrakcyjność pisma dba wielu z Was osobiście, zamieszczając – cieszące się dużym zainteresowaniem – porady na bardzo wysokim poziomie. Ich autorom składam najwyższe wyrazy uznania za fachowość tych materiałów. Zapewniam Państwa, że dołożymy wszelkich starań, by „Moje Miasto” było nadal bezpośrednią drogą do Waszego sukcesu. Nie spoczniemy na laurach. Podejmiemy kroki powiększające nakład, objętość i zasięg oddziaływania pisma. Myślimy o miesięczniku, a także magazynie dwujęzycznym. Zależy też nam bardzo, byście byli dumni z tego, że wspieracie dzieło, które pomaga innym, które łączy i integruje. Dziękuję, szanowni sponsorzy i reklamodawcy, że jesteście tu dziś z nami i razem możemy świętować ten nasz wspólny jubileusz. Autorom, członkom Redakcji, podziękujemy za chwilę. Teraz chcę podziękować wszystkim tym, dzięki którym „Moje Miasto” dociera do czytelników: księżom z Polskich Parafiii Katolickich zazwalających na rozpowszechnianie gazety na ich terenie, Konsulatowi, organizacjom polonijnym, reklamodawcom udostępniającym pismo w swoich praktykach, biurach i firmach. Dziękuję prenumeratorom, a przede wszystkim kolporterom. Kończąc, chciałbym podziękować sponsorom, dzięki którym udało się zorganizować dzisiejszą uroczystość: pracownikom Konsulatu, z Konsulem Generalnym Panem Andrzejem Osiakiem na czele, Paniom Wandzie Schleicher, Anji Czech-Grolmann, Agnieszce Miller, Państwu Piotrkowskim, Państwu Nowakom, Panu Mirosławowi Koziołowi i wszystkim tym, którzy w jakikolwiek sposób pomogli w przygotowaniu naszego jubileuszu. DZIĘKUJĘ! Dziękuję też mojej wspaniałej żonie Wioletcie i dwóm moim kochanym chłopakom – Marcelowi i Filipowi, za wsparcie w rodzinie, której nie zawsze mogę poświęcić tyle czasu, ile bym chciał. DZIĘKUJĘ ŻE JESTEŚCIE I ZAWSZE MNIE WSPIERACIE! Swoje wystąpienie chcę zakończyć podziękowaniami skierowanymi do osoby, do której mam sentyment szczególny, która swoim przykładem – swoimi dokonaniami, uporem, mądrymi wskazówkami i brakiem strachu – stała się wzorem do naśladowania. Osobie, która nie tylko na płaszczyźnie zawodowej, ale i prywatnej, dodaje otuchy i energii do walki i przetrwania, która wcale nie śpi, tylko czuwa nad całością. Bez niej – być może – nie byłoby dzisiejszego jubileuszu. To nie tylko mój przyjaciel, ale i mentor – REDAKTOR BOGDAN ŻUREK. Jestem mu bardzo wdzięczny i dziękuję za wszystko z całego serca! 93


MEDIA

Proszę Państwa, redaktor Żurek mówi że 10 lat to jest nic, to „pikuś”, dodając, że prawdziwa „balanga” będzie dopiero na 25-leciu „Mojego Miasta”. Życzę więc mu – i nam wszystkim, by tak się stało, byśmy za 15 lat spotkali się w tym samym składzie i w tym samym miejscu! A teraz zostawiam Państwa z Redaktorem, który przedstawi zespół redakcyjny „Mojego Miasta”. Dziękuję!!! *** 10 lat Mojego Miasta – Obchody jubileuszowe – 20 maja 2017 Konsulat Generalny RP w Monachium PREZENTACJA ZESPOŁU – redaktor naczelny Bogdan Żurek Proszę Państwa, w „Moim Mieście” publikuje stale kilkunastu autorów z Niemiec i Polski. Nie mamy – jak to kiedyś bywało – konferencji redakcyjnych, kontaktujemy się za pomocą intrenetu. Stąd dzisiejszy jubileusz jest nie tylko dla 94

Redaktor Bogdan Żurek przedstawia zespół „Mojego Miasta”


Grzegorz Spisla, Bogdan Żurek

Państwa, ale dla wielu z nas, okazją do poznania się osobiście. Przedstawię teraz Państwu podstawowy skład zespołu, który obecnie tworzy publicystykę „Mojego Miasta”. Zacznę o tych, którzy pracują z nami najdłużej….alfabetycznie, bo tu nie ma lepszych i gorszych, Panie zaczynają: Aldona Likus-Cannon – pisarka, felietonistka i dziennikarka. Z pasją fotografuje, wiele podróżuje. Autorka dwóch książek, podgląda życie codzienne i umie to opisać. Cóż więcej potrzeba. Zapraszam tu, do nas. Dziękuję! Jolanta Łada-Zielke, kiedyś Monachium, dzisiaj Hamburg – zawodowa dziennikarka, profesjonalne wywiady, recenzje, reportaże... U Joli mogę zamówić każdą formę. Napisze... Dziękuję bardzo! Daria Nadolska – absolwentka gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, artysta plastyk i jej stałe pół strony, z grafiką tworzoną specjalnie dla „Mojego Miasta”. Zrobimy kiedyś wystawę z dzieł Darii, stworzonych dla nas - dziękuję! Jolanta Helena Stranzenbach – to fascynujące, często mrożące krew w żyłach, mało znane fakty historyczne – doskonałe pióro! Dziękuję bardzo! Ksiądz dr Jerzy Grześkowiak – kościół i religia przełożone na język zrozumiały dla każdego – serdeczne Bóg zapłać! Krzysztof Dobrecki – zawodowy dziennikarz, nasz stały felietonista, który nie mógł przyjechać z Polski (jest na Ukrainie). Pozdrawia Państwa serdecznie. Są jeszcze dwie osoby, które pragnę dołączyć do tej grupy. „Baśka“ – to Barbara Zataj, nasza grafik z Opola. Witamy w Monachium! Z „Moim Miastem” od początku. Zawsze w cieniu, w drugiej, a najchętniej chyba w trzeciej linii. Skromna, za skromna. Stuprocentowy fachowiec, nieprzeciętne umiejętności i talent. Wystarczy spojrzeć na wystawę naszych okładek – w budynku Konsulatu – to prawie wszystko Baśka! Wiele z nich jest prawdziwymi dziełami sztuki. Dziękuję Basiu! Jest jeszcze jedna osoba, której – jak mało komu – należy się tutaj miejsce. Wspomniał o NIEJ już wydawca. To „Jo”, czyli Joanna Wagner z Krakowa – której „Moje Miasto” zawdzięcza bardzo, bardzo wiele. Związana z gazetą od początku, była wszystkim: sekretarzem, korektorką, autorką tekstów, ekonomem trzymającym dyscyplinę i aniołem łagodzącym konflikty. To ona nadała „Mojemu Miastu” ramy, które przetrwały do dzisiaj. Joanna zmarła przedwcześnie i niespodziewanie trzy lata temu. Do tej pory nie możemy się po Jej stracie pozbierać. W tym miejscu chcę wspomnieć zmarłego tutaj w Monachium, w 95


MEDIA

miniony poniedziałek – Andrzeja Dalkowskiego, wielkiego polskiego patriotę, strażnika miejsc pamięci narodowej, który wielokrotnie gościł na łamach „Mojego Miasta”. Uczcijmy Pamięć Joanny i Andrzeja chwilą milczenia. Dziękuję bardzo. A teraz autorzy trochę młodsi stażem, goszczący obecnie na łamach „Mojego Miasta”: „Jedz z apetytem“ – to porady kulinarne blogerki Ewy Duszkiewicz, która – zaraz po mielonym z buraczkami swojej Mamy mieszkającej na Warmii, stawia kuchnię śródziemnomorską… ale nie tylko. Dziękujemy, Ewo! Małgorzata Gąsiorowska – miłośniczka książek, prowadzi popularny blog „Czytadła Magoty“. Ceniona recenzentka współpracująca z wieloma wydawnictwami. Zachęca naszych czytelników do lektury najnowszych pozycji na rynku. Dziękuję! Agnieszka Hekiert – wybitna wokalistka jazzowa, powszechnie ceniona czołowa trenerka śpiewu, prowadzi w „Moim Mieście” swój stały Kącik Muzyczny. Wystąpi dzisiaj przed Państwem. Dziękujemy, Agnieszko! Polscy Studenci i Absolwenci w Monachium. Stronę organizacji redaguje, jak zawsze „rzutem na taśmę”, czyli pięć po dwunastej – Katarzyna Kozak. Dziękuję, Kasiu! Dominika Rotthaler – autorka popularnego bloga „Polka w Monachium”, nie mogła dzisiaj przybyć. Pozdrawia, a zarazem żegna się z Państwem. Po kilku latach opuszcza bowiem Monachium. Dziękujemy, Dominiko, to była bardzo udana współpraca. Agnieszka Spiżewska – redaguje stronę „Miasto Dzieci”. Założycielka „Little Lab” – Małego Laboratorium, w ramach którego popularyzuje naukę wśród dzieci i robi to w sposób nader przekonujący. Na przykład w najnowszym numerze „Chodzenie na bosaka po jajkach” – za przeproszeniem. Dziękujemy Ci, Agnieszko! Korespondenci Z Lanshutu otrzymujemy relacje od Sylwii Cieplak – założycielki działającego tam prężnie Stowarzyszenia POL-LA. Dziękujemy! O tym, co dzieje się w Stuttgarcie i okolicach (czyli Badenia-Wirtembergia), informuje nas mocna grupa w składzie: Anja Kawaletz Edyta Mitka-Matejko Magorzata Piegsa i Witold Szrek. Dziękuję! 96


Grzegorz Spisla, Bogdan Żurek

Marek Prorok – pisze o polskich śladach w Monachium i okolicy, słusznie zauważając, że w nawale codziennych zajęć nie przypuszczamy nawet, jak wiele jest tu miejsc związanych z Polską i Polakami. Dziękuję, Marku. Grupa fanów prawdziwego rocka z Monachium – Rocker Zone – przekazuje na swojej stronie informacje o działalności grupy, koncertach i organizowanych imprezach. Dzisiaj reprezentuje ją tutaj wiceprezes Piotr Godos – prosimy bardzo! Historię polskiej emigracji po 1945 roku opisuje od niedawna w „Moim Mieście” historyk i dokumentalista dr Łukasz Wolak. Zależy nam na przybliżeniu tego właśnie okresu naszym czytelnikom, dlatego też dziękujemy i liczymy na dalszą współpracę. Sport Mirosław Jęczała – zdobywca Kilimandżaro i Elbrusu. Doradza mniej i bardziej zaawansowanym miłośnikom gór. Wskazuje na najbardziej interesujące szlaki i relacjonuje swoje wyprawy. Jest właśnie w przededniu ataku na Mont Blanc. Dziękujemy bardzo! Od jesieni ubiegłego roku współpracujemy z Jakubem Malczewskim – trenerem bawarskiej kadry regionalnej w narciarstwie alpejskim, polskim olimpijczykiem z 1992 roku, wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski. Lepszego fachowca do doradzania miłośnikom narciarstwa nie mogliśmy sobie wymarzyć. Witamy, dziękujemy i liczymy na długą i owocną współpracę. Materiały na stronę klubu piłkarskiego SV POLONIA Monachium dostarcza nam sam prezes Janusz Stankowski. Nie zawsze na czas i nie zawsze fotki są najlepszej jakości, ale czego się polskim piłkarzom nie wybacza! Dziękujemy, Januszu! Szanowni Państwo! Na ręce Małgorzaty Kmicik-Vondracek, która od początku zajmuje się rozprowadzaniem „Mojego Miasta”, składamy podziękowania wszystkim tym, dzięki którym docieramy do czytelników. Zapraszam, Małgosiu! Grzegorz Wac – organizuje kolportaż, robi zdjęcia z imprez kulturalych, sportowych i... jak dzisiaj widać – także jubileuszowych. Zapomniałem kogoś? Nie, nie zapomniałem: Magda – Magdalena Dominika Felchnerowska, czyli „Em” – od 97


MEDIA

niedawna moja prawa ręka, sekretarz redakcji, korekta, kontakty z autorami i reklamodawcami. Duży potencjał, bardzo duży... Dziękuję Ci, Em! Szanowni Państwo! Na dzisiejszy sukces „Mojego Miasta” pracował na przestrzeni 10 lat ponad stuosobowy zespół. Choćby Maja Jonecko, której wspomnienie o pierwszych latach „Mojego Miasta” polecam na stronie 5. bieżącego wydania. Nie jestem jednak w stanie wymienić wszystkich. Wszystkim jednak gorąco dziękuję! Choć to nie moja działka – i uczynił to już Wydawca – dziękuję również autorom tekstów sponsorowanych, ekspertom z różnych dziedzin. Ich fachowe porady cieszą się dużą popularnością, podnosząc atrakcyjność pisma. Dziękuję także anonimowym bohaterom naszego sukcesu: wspomnianym kolporterom, drukarzom, kierowcom. Wszyscy oni przyczynili się do tego, że możemy dzisiaj świętować 10-lecie pisma, któremu na początku nie dawano żadnych szans. Obok wydania jubileuszowego „Mojego Miasta”, polecam Państwu najnowsze numery „Magazynu POLONIA”, którego redakcją (mam zaszczyt być w jej składzie) kieruje obecny dzisiaj wśród nas pan Aleksander Zając z Berlina. W „Magazynie POLONIA” publikują także nasi autorzy.

Od lewej: Aleksander Zając. Marlies de Koning, konsul Andrzej Osiak i Maciej Żurek 98


Grzegorz Spisla, Bogdan Żurek

Dr Elżbieta Zawadzka z grupą dziecięcą zespołu „Polonia”

Grupa wokalna „Redemptor” 99


MEDIA

Leszek Żądło, Konstantin Kostov, Agnieszka Hekiert

Szanowni Państwo, jubileusz „Mojego Miasta” zgodzili się uświetnić artyści, przyjaciele naszej gazety, goszczący wielokrotnie na jej łamach. Dziękując im za to, zapraszam na występ grupy dziecięcej zespołu „Polonia” pod kierownictwem dr Elżbiety Zawadzkiej. Po zespole „Polonia” wystąpi grupa wokalna Redemptor. A na zakończenie jazz na najwyższym poziomie i powszechnie znana, działająca na europejskiej scenie wokalistka, najlepsza w kraju trenerka śpiewu – Agnieszka Hekiert. Towarzyszą jej – profesor Leszek Żądło, także europejskiej sławy saksofonista, laureat tegorocznego jazzowego Oscara w Polsce, oraz wybitny – nie mający sobie równych – klawiszowiec, Konstantin Kostov. Życzę Państwu miłego popołudnia i wieczoru z „Moim Miastem”.

100


NIESAMOWITA ENERGIA POCZĄTKU – jak powstawało „MOJE MIASTO” wspomina Maja Jonecko – Siedzę w pracy i finalizuję kolejny przetarg na reklamę video w Internecie, skierowaną do świeżo upieczonych mam. Kolejny już w tym tygodniu. Udało się, wygraliśmy! Dostaję na maila wymagany format reklamy, sprawdzam wszystko kilka razy i pod koniec dnia reklama ukazuje się w sieci. Mój zespół na bieżąco ją monitoruje i optymalizuje, aby na czas „dowieźć” wymaganą ilość wyświetleń i klików. W agencji reklamowej wszystko dzieje się szybko, a każda pomyłka to punkt dla konkurencji. Zerkam na telefon, nowa wiadomość... Bogdan. Pyta, czy nie napisałabym artykułu do jubileuszowego wydania czasopisma „Moje Maja Jonecko Miasto”. To już naprawdę 10 lat?! Są takie drogi, które zawsze będą wiły się przez pejzaże moich wspomnień. Poczułam się w pierwszej chwili zaszczycona, że akurat do mnie Bogdan się odezwał. Byłam co prawda gdzieś tam prawie na początku tej przygody i przez dłuższą chwilę, ale jednak z czasem odeszłam. Swoją przygodę z mediami zaczynałam właśnie wiele lat temu w „Moim Mieście”. Wiele się nauczyłam. Media offline, takie jak czasopismo, gdzie każda strona jest osobnym projektem do zrealizowania, a wszystko razem musi się zgadzać, sfinansować i ukazać się na rynku na czas, naprawdę wiele uczą. Nie bardzo więc wiedząc, od czego zacząć, udałam się do piwnicy, by odkopać „puszkę Pandory”... choć to regał właściwie – tyle tego nazbierało się przez lata. Zachowane kolejne wydania czasopisma, artykuły lub pomysły na nie, przydatne adresy i numery telefonów, inspiracje „na później“, dziesiątki 101


MEDIA

małych kartek pisanych jeszcze wtedy odręcznie. To były czasy! Sporo tego. Jak o tym napisać na jednej stronie? Boże, uśmiecham się do siebie, patrząc na to wszystko – jaka byłam młoda, ile miałam energii i pomysłów! Wracam do mieszkania z kopertą opisaną czerwonym markerem z tytułem „WAŻNE”. Wtedy wszystko było ważne, „na wczoraj” – nie bardzo więc pamiętam, dlaczego uznałam zawartość tej koperty za ważniejszą aniżeli cała ważna reszta, ale widocznie musiał istnieć ku temu wyraźnie ważny powód. Tak właśnie wspominam ten czas. Tę NIESAMOWITĄ ENERGIĘ POCZĄTKU, narodzin każdej strony, Piotrka, Joannę, Grzegorza, Bogdana, jeszcze raz Joannę i wielu innych... wracają wspomnienia i te noce spędzone nad „Moim Miastem”. Żyrafy śpią zaledwie dwie godziny na dobę. Niedźwiedzie zapadają w kilkumiesięczną zimową hibernację. U psów, delfinów, fok i pingwinów półkule mózgowe śpią na zmianę. Człowiek przesypia jedną trzecią swojego życia, a Redaktor Bogdan Żurek chyba nigdy nie śpi... Bogdan – skreśl „chyba” w poprawce, bo przecież Ty nie śpisz! Bywały takie noce, że budziłam się w ich samym środku, wyrwana dźwiękiem telefonu. Bogdan... Zdezorientowana, jak wyrwana z zimowego letargu mucha, próbując dojść tego, gdzie jestem, dlaczego i która w ogóle jest godzina?! – pytałam. „Jak to która?” – odpowiedź. – „Ta sama, co zawsze, za 5 dwunasta! W czasopiśmie na krótko przed drukiem to jest aktualny czas i tylko ten obowiązuje. Na jutro rano wszystko ma być gotowe do druku!”. Wstaję i dowlekam się do komputera. Skrzynka mailowa pełna, nie wiadomo, od czego zacząć, znowu gdzieś coś nie pasuje. Kolejny e-mail wpada. I jeszcze jeden. Sprawdź to i tamto. Skonsultuj reklamę z Grzegorzem. Z Joanną. Z drukarnią. Z grafikiem. A może jednak inaczej to poskładamy i przerzucimy to na stronę 10? Aaaa może...... Prawie świt. Last check. Gotowe. Wysyłamy do JOANNY! DONE. Gdyby nie Joanna, nic by nie było na czas ani dobrze, a może nawet w ogóle by nie było „wtedy”. To ona trzymała reżim i porządek. Nadała ramy „Mojemu Miastu”, które przetrwały do dzisiaj – choć jestem pewna, że jeśli można by było z nieba przysyłać uwagi i poprawki, pewnie nie odkopalibyśmy się z JEJ maili... PAMIĘTAMY! Daliśmy radę. Kolejny raz udowodniliśmy sobie i światu, że chcieć to móc, choć nieraz sceptycyzm, czy zdążymy na czas, przysiadał nam jak piracka papuga na ramieniu. Podsumujmy: – 60 razy, 10 lat (!) z rzędu co 2 miesiące – 2 6577 maili w skrzynce odbiorczej, a przecież tyle kolejnych wydań ukazało się jeszcze po moim odejściu 102


Maja Jonecko

– Tysiące minut telefonicznych – Kilkadziesiąt zarwanych nocy – Dziesiątki napisanych artykułów – Dziesiątki zdjęć – Tysiące wyłapanych w ostatniej chwili literówek i błędów, które mogły dużo kosztować – Niejedna awantura i dramat – Kilka napotkanych „wrzaskunów pospolitych” (z tego typu, które wszędzie o wszystko robią awantury – tym głośniej i uporczywiej, im mniej mają racji) – Kilka drukarni i firm transportowych – Setki paczek opasanych szarym papierem, kryjących kolejne kolorowe okładki „Mojego Miasta” – Dziesiątki punktów dystrybucji rozsypanych po mieście i okolicy – Tysiące kilometrów, aby do nich dotrzeć – Dziesiątki godzin spędzonych w korkach – Wielu dobrych ludzi, którzy nam pomogli, współtworzyli „Moje Miasto” i dzięki których pomocy to wszystko było możliwe – Niewielu, którzy dotrwali z „Moim Miastem” do dzisiaj. Chyba jedynie Bogdan i Grzegorz, no i Baśka – nasza wspaniała graficzka. „Moje Miasto” dojrzało, znalazło swoich stałych autorów i odbiorców, swój pomysł na siebie, ramówkę, reklamodawców i punkty dystrybucji. Co dwa miesiące „składa się” żmudnie niczym skręcane meble Ikea, strona po stronie, w swoim przez lata sprawdzonym i zoptymalizowanym wedle lat doświadczeń trybie, z zapasem czasu na ewentualne poprawki i informacje napływające w ostatniej chwili. Na dobre wpisało się w monachijską scenę polonijną. Patrząc przez pryzmat ubiegłych 10 lat, naprawdę widać, jak bardzo czasopismo się zmieniło. „Moje Miasto” przeszło wiele etapów: rodziło się w bólu, ogromnym wysiłkiem strona po stronie, przeszło przez okresy buntu, zmieniało właścicieli, wyprowadzało się z domu i gościło jednocześnie nawet w kilku miastach: Monachium, Norymberdze, Stuttgarcie, Hamburgu, Berlinie, Frankfurcie, w Westfalii, aby jednak, koniec końców, wrócić na dobre tam, gdzie powstało – na Bawarię. Prost! Korzystając z tej okazji, chciałam Wam podziękować, tym Wam, którzy byli przez te wszystkie wspólne lata w sytuacjach niezapomnianych i kryzysowych. Dzisiaj, po latach, kiedy nasze ciuchy jakoś dziwnie się skurczyły, życzę Wam tej NIESAMOWITEJ ENERGII POCZĄTKU na kolejną dekadę. Maja Jonecko 103


Polsko-Niemieckie Dni Mediów 31 maja – 1 czerwca w Zielonej Górze odbyły się Polsko-Niemieckie Dni Mediów. Dni Mediów to miejsce spotkań i wymiany poglądów przedstawicieli świata mediów, a także okazja do osobistych rozmów dziennikarzy i medioznawców z Polski i Niemiec na temat szczególnej roli mediów i ich odpowiedzialności za kształtowanie stosunków polsko-niemieckich. Najważniejszym elementem spotkania było wręczenie Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego. Gospodarzem tegorocznego spotkania była marszałek lubuski Anna Polak. Inaugurująca Dni Mediów debata dotyczyła nowej politycznej rzeczywistości oraz jej skutków dla stosunków polsko-niemieckich. W dyskusji uczestniczyli: marszałek województwa lubuskiego Elżbieta Polak, z Fundacji Polsko-Niemieckiej Krzysztof Rak, prorektor Uniwersytetu Zielonogórskiego Wojciech Strzyżewski, ambasadorowie: RP w Niem-

Dyrektor Biura Polonii w Berlinie - Alexander Zając 104


Krystyna Koziewicz

czech – Andrzej Przyłębski i RFN w Polsce – Rolf Nikel oraz przedstawiciele środowisk medialnych. Temat dotyczący wspólnoty przygranicznej był obecny w dyskusji przez cały czas. Lubuska marszałek Anna Polak z dumą wymieniała inicjatywy, jakie jej samorząd podjął w celu głębszej integracji między województwem lubuskim a niemieckimi landami granicznymi. Media przygraniczne różnią się Ambasador Niemiec w Polsce Rolf Nikel zasadniczo tematyką od tych z centralnych ośrodków. Życie przy granicy toczy się obok siebie, czyli po sąsiedzku, a to uruchamia naturalne powiązania, wzajemną współpracę. W tych regionach nie stawia się barier, ale usuwa kamienie, które być może wciąż jeszcze leżą na naszej wspólnej drodze. Tutaj zawiązywane są trwałe więzi, czego efektem jest dobrze funkcjonująca infrastruktura, wymiana kulturalna. Na pograniczu myśli się o przyszłości, administratorzy prowadzą bezustanny dialog partnerski poprzez jednostki koordynacyjne, które opracowują wspólne koncepcje, realizują projekty. Wracając na koniec do stosunków polsko-niemieckich. W obliczu niełatwej historii powinno nam wszystkim zależeć na pielęgnowaniu wspólnego dorobku, jaki osiągnęliśmy przez 25 lat dobrego sąsiedztwa. „Wszak oba narody mają wspólne wartości europejskie, jak: demokracja, wolność, prawa człowieka i wolność” – powiedział ambasador Niemiec w Polsce Rolf Nikel. Dobrymi przykładami wzajemnej współpracy możemy się pochwalić od wielu lat. Weźmy pod uwagę Stowarzyszenie Miasta Partnerskie Szczecin–Berlin, które miało swoje stoisko na tegorocznych Dniach Mediów, na którym prezentowały się też berlińskie media: „Magazyn Polonia”, „Kontakty” oraz portal Blog Polonia. Polonijne media reprezentował wydawca kwartalnika „Magazynu Polonia” – Aleksander Zając oraz niżej podpisana. Relację z Gali przyznania XX Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego 2017 roku z Winnego Dworka w Górzykowie można zobaczyć na stronie Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej www.fwpn.org Krystyna Koziewicz 105


MŁODZIEŻ

Anastasiya Karpovich, Gwiazdka i motylek – praca młodej Polki z Niemiec, nagrodzona w tegorocznym konkursie „Być Polakiem”

106


Anastasiya Karpovich

107


MŁODZIEŻ

108


Anastasiya Karpovich

109


NAGRODY – ODZNACZENIA – WYRÓŻNIENIA Złote Sowy Polonii – Wiedeń 2016 Trzech berlińczyków otrzymało statuetkę „Złote Sowy 2016” za działalność polonijną! „Złota Sowa Polonii” jest uhonorowaniem dokonań twórczych, artystycznych, naukowych bądź społecznych przedstawicieli światowej Polonii oraz Polaków aktywnych poza Polską, a przyznaje ją od 2005 roku redakcja wiedeńskiego „Jupitera”. „Złota Sowa Polonii” to nagroda od Polonii dla Polonii w zakresie ponadregionalnym. Może się mylę, ale wydaje mi się, że poza „Sowami” nie istnieje żadne inne polonijne odznaczenie o wymiarze światowym, którego kryterium stanowiłaby praca dla środowiska polonijnego. Trochę szkoda, bo każdy, kto w kraju emigracji pielęgnuje polską tożsamość, powinien kiedyś usłyszeć słowa uznania i akceptacji, bo motywują one do dalszej, jeszcze bardziej wytężonej pracy. Aktywność społeczna na rzecz Polonii to praktycznie pojmowany patriotyzm, o niebo lepszy niż wygłaszanie okolicznościowych haseł bez pokrycia. To właśnie dzięki dorobkowi twórczemu elit polonijnych jesteśmy widoczni w kulturowym pejzażu Berlina, Paryża, Nowego Jorku, Londynu, Lwowa, Kijowa czy Wiednia. Na emigracji żyje przecież spora rzesza ludzi wybitnie zdolnych, których działalność wzbogaca nie tylko

Janina Szarek z Berlina otrzymała „Złotą Sowę” w kategorii Teatr 110


Krystyna Koziewicz

Polonię. Przyjemnie słyszeć, gdy to przedstawiciele społeczeństwa przyjmującego mówią: „a, to Polak prowadzi u nas galerię, teatr, klub, wydaje gazetę, pisze książki, gra w filharmonii, jest dyrygentem, śpiewa w operze, prowadzi biznes”. Zapewne nie jest łatwo wyłonić laureatów spośród licznej rzeszy Polaków pracujących na rzecz Polski i Polaków na całym świecie. To nie tylko Polacy w Polsce, to również Polacy poza granicami kraju, wytężoną pracą sprawili, że cieszymy się w świecie coraz większym szacunkiem. Tak, to również my budujemy, najlepiej jak potrafimy, pozytywny wizerunek Polaka. „Nasze »Sowy« mają za zadanie pokazać tych ludzi i przynajmniej w skromnym wymiarze nagrodzić ich za codzienną, mrówczą pracę »u podstaw«. Za pracę, talenty, radość, jaką niosą innym swoim twórczym istnieniem” – podkreśliła redaktor naczelna „Jupitera” – Jadwiga Hafner. Do Wiednia na uroczystą galę przybyło ośmioro z dziesięciorga laureatów „Złotej Sowy” – z Niemiec, Austrii, Francji, Kanady i USA. Oprawa artystyczna wydarzenia była nader uroczysta. W przeddzień laureaci zostali zaproszeni na koncert Orkiestry „Camerata Polonia”. Orkiestra, której założycielem jest mieszkający w Wiedniu wirtuoz organowy i dyrygent – Marek Kudlicki, składa się wyłącznie z polskich muzyków mieszkających na terenie Austrii i jest to jedyna polska orkiestra działająca na stałe za granicą. W skład zespołu wchodzą głównie młodzi artyści, mający już na swoim koncie liczne sukcesy jako soliści, muzycy kameralni oraz orkiestrowi, będący laureatami międzynarodowych konkursów muzycznych, są zatrudnieni na stałe w Filharmonikach i Symfonikach Wiedeńskich i Symfonicznej Orkiestrze Radiowej. Na koncercie obecny był Konsul Generalny Polski w Austrii dr Aleksander Korybut z małżonką. Przybył też profesor Edward Zienkowski, który wykształcił wielu muzyków „Cameraty”, w tym skrzypaczkę, która w tym roku dostała „Sowę”. Obecny był dyrektor PAN Bogusław Dybaś, dyrektor Instytutu Polskiego, dyrektorka Szkoły Polskiej Hanna Kaczmarczyk oraz przedstawiciele mediów Polonii austriackiej. „Polonikę” reprezentował Sławomir Iwanowski, Portal „Elipsa” – Barbara Kalczyńska. Po koncercie, przy lampce wina, laureaci spotkali się z licznie przybyłą na galę wiedeńską Polonią. Uroczystość wręczenia nagród odbyła się następnego dnia w sali im. Jana III Sobieskiego w wiedeńskiej Stacji PAN. Obecni byli dyrektor PAN z małżonką oraz liczna Polonia wiedeńska. Uroczystość poprowadziła inicjatorka projektu Jadwiga Hafner. Ceremonia była piękna, a zaczęła się wręcz wzruszająco – odśpie111


NAGRODY – ODZNACZENIA – WYRÓŻNIENIA

waniem Hymnu Polonii czyli pieśni „Marsz, marsz Polonia”. Mieszkam od 27 lat poza granicami kraju, ale Hymn Polonii usłyszałam po raz pierwszy. Za tę chwilę wzruszenia, za poczucie jedności i wspólnoty polskiej serdecznie dziękuję Jadwidze Hafner. „Złote Sowy” przyznawane są w kategorii: Działalność na rzecz Polonii, Literatura, Media, Muzyka, Teatr, Sztuki wizualne, Film, Zasługi dla Polski i Polaków. Każdemu laureatowi poświęcono osobną laudację, prezentującą jego dorobek twórczy i społeczny, otrzymaliśmy też statuetki, dyplomy i kwiaty. Z naszej strony padło wiele serdeczności i słów podziękowań skierowanych do inicjatorki „Złotej Sowy”. Osobiście pragnę wyrazić wdzięczność za przyznanie mi „Złotej Sowy”. Byłam mile zaskoczona decyzja kapituły, mam poczucie ogromnej satysfakcji, że po wielu latach pracy publicystycznej, społecznej zostałam wyróżniona tą nagrodą. Cieszę się do dzisiaj i żartuję sobie, że – mając w domu sowę, symbol mądrości – nie muszę już niczego udowadniać. :) Krystyna Koziewicz „Złote Sowy Polonii” za rok 2016 przyznano w kategoriach: • Działacz Polonijny: Magdalena Bykowska-Pignard – Francja • Literatura: Krzysztof Niewrzęda – Niemcy • Muzyka: Chanelle Bednarczyk – Austria; Grażyna Auguścik – USA • Media: Małgorzata P. Bonikowska – Kanada; Krystyna Koziewicz – Niemcy • Teatr, Scena: Krystyna Mazurówna – Francja; Janina Szarek – Niemcy • Sztuki wizualne: Krystyna Andryszkiewicz – Niemcy • Film: Vladek Juszkiewicz – USA • Zasługi dla Polski i Polaków: Wilhelm Meduna – Austria

112


XI wyróżnienie Polonii Niemieckiej przyznane! XIV Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja” w Kołobrzegu Galeria Sztuki i Lekcja Historii Jacka Kaczmarskiego Polonia niemiecka przyznaje swoje wyróżnienie na Festiwalu „Nadzieja” od jedenastu lat. Jednak po raz pierwszy przyznał je... właśnie Magazyn POLONIA. Redaktor Alexander Zając wręczył je Elżbiecie Lewak – lwowiance, aktorce, dziennikarce – za poruszające wykonanie „Opowieści pewnego emigranRedaktor Alexander Zając przyznał Wyta” Jacka Kaczmarskiego. Festiwal „Nadzieja” jest różnienie Magazynu POLONIA wspierany przez niemiecką Polonię – w osobach redaktora Alexandra Zająca i Bogdana Żurka – od samych początków tej imprezy. Laureaci „Nadziei” – a w szczególności ci odznaczeni przez Polonię – są zapraszani do Niemiec, na występy podczas imprez polonijnych. Jedną z takich osób jest chociażby Piotr Kajetan Matczuk – którego zna Polonia z wielu niemieckich miast – lider zespołu „Piramidy”, niegdyś – laureat, dziś – współorganizator „Nadziei”. W tegorocznej edycji wystartowało 24 wykonawców, między innymi z Krakowa, Torunia, Gdańska, Dąbrowy Górniczej, Słupska, Warszawy, Lwowa. Wśród nich – poeci, wokaliści, aktorzy, bardowie, muzycy. Pierwsze miejsce zdobyła Zuzanna Wiśniewska z Torunia, która zaprezentowała utwór „Obłomow, Stolz i ja” według powieści Iwana Gonczarowa. Jej autorski utwór „Litania” został również przyjęty z ogromnym entuzjazmem. Główna nagroda – 17 000 złotych – została ufundowana przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego oraz prezesa TVP Jacka Kurskiego, a także Fundację PZU. Zuzanna Wiśniewska otrzymała również Nagrodę Specjalną im. Władysława Stasiaka ufundowaną przez Barbarę Stasiak. Drugie miejsce – i nagrodę w wysokości 9 tysięcy złotych – zajęła Magdalena Fennig z Krakowa, studentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Publiczność usłyszała w jej wykonaniu „Niech” Jacka Kaczmarskiego i piosenkę autorską do 113


NAGRODY – ODZNACZENIA – WYRÓŻNIENIA

wiersza Jana Lechonia „Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną”. Trzecie miejsce zdobył Grzegorz Grunwald z miejscowości Dębska Kuźnia k. Opola. Bardowi przyznano nagrodę 6 tysięcy złotych. Wykonał „Przechadzkę z Orfeuszem” Jacka Kaczmarskiego oraz autorski utwór „W dzień deszczowy”. Jednak Festiwal „Nadzieja” to również szereg wyróżnień. Zostały one przyznane: Izabeli Szafrańskiej z Białegostoku, Bartoszowi Kaiserowi z Gdań- Elżbieta Lewak wykonała „Opowieść pewneska, Szymonowi Bruckiemu go emigranta” Jacka Kaczmarskiego z Torunia, a także  Marcinowi Gąbce za autorską piosenkę „Vanitas”. Publiczność przyznała swoją nagrodę zespołowi Patka i Wilgoccy. Nagrody i wyróżnienia przyznawało jury w składzie: Marcin Kunicki, Elżbieta Adamiak, Grzegorz Tomczak i Magdalena Kawczyńska. Warto podkreślić, że ten festiwal to nie zwykły konkurs. To przede wszystkim spotkanie przyjaciół i miłośników twórczości Jacka Kaczmar-

Zwyciężczyni XIV „Nadziei” i laureatka Nagrody Specjalnej im. Władysława Stasiaka – Zuzanna Wiśniewska 114


Krzysztof Piechociński

skiego. To wykonanie jego utworów na wysokim poziomie artystycznym, w sposób, który często pozwala odkryć na nowo znane teksty i melodie. Może dzięki temu jest to konkurs, w którym nie czuje się rywalizacji między uczestnikami, a ich wyjście na scenę, jak mówią sami artyści, to raczej szacunek do utworów i ciekawość tego, co nowego zaproponują sceniczni koledzy. *** Jak co roku, Festiwal zapraszał uczestników i gości na szereg imprez towarzyszących głównemu konkursowi. Jedną z nich był koncert „Galeria Sztuki – Kaczmarski” w wykonaniu aktorów gdyńskiego Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej. Program nawiązywał do inspiracji Kaczmarskiego, jaką było malarstwo – obce i polskie. Kto nie pamięta chociażby takich utworów Barda Solidarności jak „Rejtan, czyli Raport ambasadora” czy „Stańczyk”? Malarstwo było też sposobem na przypomnienie ważnych wydarzeń historycznych, inspirowane nim piosenki były nieraz upomnieniem dla współczesnych Barda. Uczestnicy i goście Festiwalu mieli okazję wysłuchać koncertu „Trwaj chwilo” w wykonaniu Elżbiety Adamiak z zespołem w składzie: Piotr Górka (kontrabas), Piotr Goljat (fortepian, śpiew) i Sebastian Magdalena Fennig – zwyciężczyni II nagrody Ruciński (gitara); Grzegorz Tomczak z towarzystwem Dawida Troczewskiego (fortepian); Szymon Zychowicz; oraz Dominika Świątek z Kubą Mędrzyckim (fortepian). Nie zabrakło również konkursu Wiedzy o Życiu i Twórczości Jacka Kaczmarskiego, przygotowanego i prowadzonego przez Krzysztofa Nowaka. W tym roku była to już czwarta edycja tej imprezy. Następnie Elżbieta Adamiak 115


NAGRODY – ODZNACZENIA – WYRÓŻNIENIA

wykład wygłosił dr Andrzej Kasperek: „Ambasadorowie według Hansa Holbeina i Jacka Kaczmarskiego”. Zgodnie z festiwalową tradycją odbył się też mecz piłkarski między „Kuglarzami” a zespołem Fundacji im. Jacka Kaczmarskiego. Festiwal uwieńczył spektakl Teatru Ateneum „Jacek Kaczmarski – Lekcja Grzegorz Grunwald – laureat III miejsca Historii” w reżyserii Jacka Bończyka, a w aranżacji i kierownictwie muzycznym Fabiana Włodarka. Przypomnijmy, że organizatorem Festiwalu była Fundacja im. Jacka Kaczmarskiego. Partnerzy wydarzenia: Gmina Miasto Kołobrzeg, Starostwo Powiatowe w Kołobrzegu, Fundacja PZU oraz Totalizator Sportowy Sp. z o.o. LOTTO, Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych w Warszawie. Festiwal Nadzieja został dofinansowany ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Gminy Miasto Kołobrzeg, Fundacji PZU oraz Funduszu Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAiKS im. Andrzeja Szczypiorskiego.  Sponsorami Festiwalu są: Miejska Energetyka Cieplna w Kołobrzegu, Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji w Kołobrzegu,, Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Szczecinku i drukarnia Origami w Gdańsku. Głównym patronem medialnym było Polskie Radio Program 1. Patronatem medialnym wydarzenie objęło również TVP2, tygodniki „Wprost”, „Gość Niedzielny”, „Do Rzeczy” oraz Polskie Radio Koszalin i portal internetowy miastokolobrzeg.pl. *** Czym zaskoczą nas uczestnicy i organizatorzy Festiwalu na jubileuszowej w pewnym sensie, XV Nadziei? Będziemy mogli przekonać się już za rok, gdy w Regionalnym Centrum Kultury im. Zbigniewa Herberta ponownie usłyszymy utwory mistrza słowa – Jacka Kaczmarskiego. Krzysztof Piechociński Zdjęcia: Janusz Halczewski, Grażyna Kunicka 116


HISTORIA Poniżej zamieszczamy pracę nagrodzoną w I Ogólnopolskim Konkursie Historycznym „Solidarność Walcząca 1982–1990” – pracę historyka Jacka Szeli, który pięknie literacko i we wzruszający sposób opisał fragmenty działalności Andrzeja i Joli Wirgów w Niemczech na rzecz wolnej Polski, „Solidarności”, a przede wszystkim Solidarności Walczącej. Uroczystość miała miejsce 10.06.2017 r. w ramach obchodów 35. rocznicy Solidarności Walczącej, w Zajezdni przy ul. Grabiszyńskiej we Wrocławiu (kolebce wrocławskiej „Solidarności”). Obchody 35. rocznicy powstania Solidarności Walczącej odbyły się we Wrocławiu, Szczecinie i Warszawie. Andrzej Wirga był przedstawicielem Solidarności Walczącej w Niemczech oraz przewodniczącym Hilfskomitee Solidarność Mainz e.V., organizatorem pomocy materialnej i technicznej dla „Solidarności”, Solidarności Walczącej oraz demokratycznej opozycji w Polsce. POCIĄG DO POLSKI Peron dworca kolejowego we Frankfurcie. Wieczór. Nad nami czasza hali, w której rozbrzmiewa echo wygłaszanych od czasu do czasu zapowiedzi przyjazdów, zapowiedzi odjazdów. Na torowisku opodal pociąg, na innym lokomotywa jedynie; na naszym pustka, oczekiwanie.

Lider Solidarności Walczącej – Kornel Morawiecki wręcza Jackowi Szeli nagrodę 117


HISTORIA

Wciąż widzę ten dworzec, wciąż stoję tam na peronie, czekam na pociąg. Gdzieś między Paryżem a Warszawą, między narodzinami a śmiercią, między początkiem a końcem wygnania, między wyjazdem z Polski a do niej powrotem. W dzień bojkotu środków komunikacji, komunikacji przestrzennej i międzyludzkiej. Ten dzień jest jak wyrwana z kalendarza kartka, trzymana w portfelu, bez daty rocznej, ponadczasowy dzień, gdy na peronie stałem, oczekiwałem. O oczekiwaniu wspominam, o dworcu frankfurckim, o moim pociągu do Polski. Przyciszony rozgwar dworcowy. Jakiś mężczyzna się spieszy; jakaś kobieta, z dziećmi za rękę, stanęła. Tu ktoś na ławce, tam ktoś na stojąco: czytają gazety. Kolejarz w mundurze, z narzędziem w ręku; przy obładowanych wózkach – bagażowy. Gołąb u stóp dziecka, które dzieli się herbatnikiem. Oczekiwanie. Zapowiedź. Zrywają się ludzie. Z głośników dochodzą nas słowa, że pociąg taki a taki, że zaraz, za chwilę, że tutaj. Gęstnieje tłum. Pojawiają się ludzie nie wiadomo skąd, wychodzą z przejścia pod peronami, odrywają się od sklepików, od kiosków, podrywają się z siedzeń. Przebrzmiała zapowiedź w dworcowej czaszy. Już widać, już rośnie, wjeżdża już. Nie nasz. Nie tego czekamy. Narasta szum, pociąg wypełnia sobą dworzec, wtacza się, zwalnia, hamuje, staje. Przy innym peronie. Jednych jak magnes przyciąga, innych wypuszcza z otwierających się drzwi. Lustruję nasz peron. Jest grupa. Są wszyscy. Porozstawiani to tu, to tam. Ci stoją, przechadzają się tamci; zwyczajni podróżni, rzekłbyś. U tego mężczyzny, znam go, plastikowa torebka. Rozpylacz z farbą w niej. U tej kobiety pokaźnych rozmiarów teczka: w niej szablon, napis do naniesienia. Znam treść napisu, kobietę znam. Tam dalej para, ona i on. Wyglądają tak naturalnie. Wakacyjny wyjazd? Delegacja służbowa? Ja wiem, członkowie grupy wiedzą: nie przyjedzie dziś pociąg, na który by wsiąść chcieli, nie przyjedzie, z którego by mieli kogokolwiek odebrać. A jednak czekają. Dworcowe echo wzmacnia kolejną zapowiedź. Że oto zaraz, za chwilę, że odjedzie, ten, który dopiero co wjechał. Zamykają się drzwi wagonów, odsuwają się od żelaznej stonogi ludzie. Ach, móc wsiąść i wyruszyć! Żeby tak wsiąść i opuścić to miejsce, i ruszyć na wschód, na wschód, do domu! Wsłuchać się w stukot kół, przymknąć znużone oczy i jechać, jechać, jechać, na wschód, gdzie dom. Poruszyły się wagony w mych oczach, zakołysały się wystające z okien, zakołysały się dłonie, pożegnania ślące z peronu, zatrzepotały przesyłające pozdrowienia palce. Wyśliznął się z dworcowej hali pociąg na wschód, zostawił mnie na peronie, odjechał beze mnie. 118


Jacek Szela

Nie wiedzą na dworcu obecni Niemcy, bo i skąd mieliby wiedzieć, żeśmy tu obcy. Marokańczyk, Turek rzuca się w oczy, ust mu nie trzeba otwierać, wizytówkę nosi na twarzy. Inaczej niż my. Że też wypadło nam w tym kraju pozostać. Nikt nie wyganiał od siebie, a jakby wygonił; nikt nie zabraniał powrotu do siebie, a jakby zabronił. Wystarczyłoby kupić bilet i za godzin kilka znaleźć się w domu, a nie wystarcza jednak. Przyjechałem tu tylko do pracy, jak setki, tysiące rodaków. Zarobić chciałem i wrócić. I przyszło mi zostać, z niemieckiej skorzystać gościnności. Przyjechali do wrocławskiego zarządu regionu w roku osiemdziesiątym, może w osiemdziesiątym pierwszym. Delegacja związków zawodowych z Niemiec, powiedział ktoś. Mówi kto z was po niemiecku? zapytał ktoś inny. Koledzy popadli w popłoch. Trzeba przywitać, oprowadzić trzeba, odpowiedzieć na ich pytania. Czy mówi ktoś po niemiecku? Nie zgłaszał się nikt, nie było wyjścia, przyznałem się ja i obarczono mnie zadaniem obsługiwania delegacji. Delegacji z Zachodnich Niemiec. Długo czekaliśmy na to, co nareszcie się stało – opowiadałem im. Co wreszcie wybuchło. Tak dłużej, mówiłem, nie dało się żyć. Kraj nasz niby zasobny, ludzie pracowici, a w sklepach pustki. Kraj nasz chce duchem wolności oddychać, a na wszystko łapę położyła partia, ust otworzyć nie da. Niegospodarność w zakładach pracy, w zakładach pracy kumoterstwo, kradzież i znajomości. Nie chcieliśmy tak, nie mogliśmy i się zerwaliśmy! Jak zarządzacie zakładem, spytali. Jak organizuje się pracę, jak sprawy społeczne. Mamy zakładowe rady, odpowiedziałem. Wskazujemy, kto dyrektorem, kto zastępcą jego ma być. Spodobało się im. I że dość mamy partii socjalistycznej, tej robotniczej, dodałem z przekąsem. Skrzywili się. Myślałem wtedy, że nie zrozumieli, może niezrozumiale mówię. Pamiętam, że się skrzywili. Pamiętam pamiętny sierpień. Entuzjazm w całym narodzie, jakiego nigdy przedtem i nigdy już potem. Życzliwość ludzka stała się zaraźliwa. Czy potrzeba podwieźć? pytali przypadkowi kierowcy i bezinteresownie brali z przystanków autobusowych, z tramwajowych. W miejscach pracy powoływano komitety, w sklepowych kolejkach organizowano porządek. Rozbijane latami społeczeństwo na nowo się spajało, rozpoznawało się w sobie. Zapoczątkowany w Gdańsku związkowy, właściwie społeczny ruch, rozlewał się po kraju. Gdy tylko dowiedziałem się o tym, wątpliwości nie miałem: zabrałem się za zakładanie komórki związkowej w zakładzie moim. Wątpliwości nie miałem, gdyż, jak wielu rodaków, wychowywany byłem partii na przekór, obowiązującej ideologii pod prąd. Założyłem zakładowy oddział Solidarności i zgłosiłem jego istnienie do komitetu regionalnego. Polska Zjednoczona Partia Robotnicza traciła grunt pod 119


HISTORIA

nogami. Ach, nawet jej członkowie zapisywali się do ruchu naszego. Opowiedziałem Niemcom o ogólnopolskim gdańskim zjeździe Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność. Byłem tam, gość z gości wielu. Wymieniałem się spostrzeżeniami z ludźmi z różnych stron Polski. Wielka radość i lęk niemały; oby tylko nikt nam nie przeszkodził w tym wielkim dziele odnowy, oby nasi przywódcy nie dali się ogłupić, zmanipulować, obyśmy tylko nie utracili entuzjazmu, rozpędu i bojowości. System polityczny, który nas od trzydziestu pięciu lat ujarzmiał, który jak skalista czapa wulkanu dusił gorącą, nabrzmiałą, prącą ku wyzwoleniu narodową lawę, w oczach się rozsypywał, zaś wzburzona, wybijająca się lawa wydawała się jednolita. Przynajmniej takie było wrażenie na samym początku. W gdańskiej Hali Olivii zacząłem dostrzegać pęknięcia, dowiadywać się o rozbieżnościach. Przywieźli nam, jak wtedy mówiliśmy, inteligentów z Warszawy, i obawialiśmy się, że skierują oni związek na niepożądane tory. Już wtedy usłyszałem o niechlubnej przeszłości Lecha Wałęsy, choć wówczas był on dla mnie niewątpliwie charyzmatycznym przywódcą, urodzonym trybunem ludowym. Gdybym jednak miał prawo głosu, opowiedziałbym się za Andrzejem Gwiazdą. Bo nie ku ugadywaniu się z komunistami, na co stawiał Wałęsa, skłaniało się serce moje, ale ku zdecydowanej z nimi rozprawie. Wszak widać było, że przegrali z kretesem, że żadnego w narodzie nie mają oparcia, że do żadnego czynu nie są już zdolni. Bo się na całej linii skompromitowali. Ponowna zapowiedź. Patrzę na dworcowy zegar, na swój zegarek. Znów słyszę, że za chwilę, że zaraz, pociąg relacji, że wjedzie, że się zatrzyma. Nie nasz jeszcze. Poruszyli się ludzie, którzy na zapowiadane czekali połączenie; nie drgnęliśmy my. Spośród nas znam lepiej tych, mniej tamtych znam. Przyszli, którzy wraz ze mną wydają Biuletyn Informacyjny. Ten chłopak: od kurierów odbiera podziemną prasę. Z Polski. Tamten maszyny drukarskie wydębił. Od komunistów. Zachodni lewacy przeciwnikami wschodnich! Kto by pomyślał! A tamta dziewczyna zajmuje się rozsyłaniem. Do gazet ślemy, agencji informacyjnych, do posłów nawet. Niech wiedzą. Ta tutaj tłumaczkę znalazła. Pociąg wjechał. Trzy tysiące nakładu co miesiąc. Wysypali się z niego ludzie. Trzy tysiące robione tu przez nas, w Niemczech, a pewnie drugie tyle we Francji. Dobiegli do pociągu ostatni spóźnialscy, zaraz odjedzie. Niech wiedzą, co w Polsce naprawdę się dzieje. Mają to po niemiecku i po francusku mają. Żeby nie mówili potem, że nie wiedzieli. Jak gdy po wojnie światowej mówili. Rozbrzmiewa zapowiedź z głośników. A tych kilkoro znam słabo. Przyszli nam pomóc. Że są działaczami, chcieli, żebyśmy poświadczyli. Bo azyl, rozumiecie, bo zapomogi. Że skoro o 120


Jacek Szela

wolność walczyli, przed reżimem uciekać musieli, to się należy. Rozległ się gwizdek. Kochani, my im mówimy, przecież nie wiemy, co robiliście w Polsce. Chodźcie na akcję, to poświadczymy. I przyszli. Dla Polski przyszli? Ruszyły wagony, stukać zaczęły koła, zacichał znikającego dźwięk elektrowozu. Dla Polski tu przyszli czy dla azylu? Długo obchodziliśmy się bez niego, ja z żoną. Po co nam azyl? Cholera, ja chcę do kraju, do siebie, do domu! Ja nie chcę tutaj! Z mojej ziemi ja się nie ustąpię! Niech komuniści się zabierają! Przyszli z bolszewikami, niech do nich wracają! Niechaj pakują manatki i won! Za góry i rzeki! Za Okę! Precz do mocodawców swoich! Za Poznań, za Gdańsk, za Radom, za stan wojenny, za kartki, za upokorzenie, za sierpem ścinane nadzieje, za młotem roztrzaskiwane marzenia, za orła zlanego czerwienią! Wynoście się z domu naszego! A ci tu, na peronie? Ci, co nam pomagać przyszli? Tak łatwo dom swój oddają? Podchodzę do młodej kobiety: Dokąd uciekasz? Do młodego podchodzę mężczyzny: A dokąd ty? Nie odpowiedzą myślom moim. Polacy w Niemczech, we Francji, i w Belgii Polacy. Polacy nawet w Australii. Wiesz, mówił mi Jacek Samotus, wychodzą na plażę w dalekiej Australii i patrzą w ocean. Wychodzą i w morze się patrzą. Pokazał mi fotografie. Horyzont w poprzek, gdzieś zapada się słońce i oni... patrzą w dal. Podchodzę do niego i do niej podchodzę i krzyczę myślami. Nie daj się, nie daj się wypchnąć z domu własnego! Nie usuwaj im się tak łatwo z drogi. Wyrzucą cię drzwiami, wróć oknem. Aż wracać nie będzie po co. Jak mi. Przyjechał kurier, wcisnął mi w dłoń. Pamiętam, przyjechał kurier, wcisnął mi w rękę Trybunę Ludu, Żołnierza Wolności. Ostro się za ciebie zabrali, powiedział. Tknęło mnie. Tu, palcem pokazał. I tu, w drugiej gazecie to samo. Wtopiłem wzrok. Czego nie było tam o mnie! Że zaprzedałem ojczyznę, że na własny kraj szczuję, że broń przemycam, materiały wybuchowe przemycać pomagam; że do kraju przerzucam instrukcje podburzające ludność do zbrojnych wystąpień przeciwko władzy i porządkowi publicznemu; słowem, że zdrajca ze mnie i, czytelniku, ze zdrajcą wiesz, jak postąpić należy. Że jestem członkiem ekstremy, solidarnościowej ekstremy. Że ja jednym z takich, z którymi i gadać nie warto, Kornela Morawieckiego żołnierz, a Kornel Morawiecki, że zaprzedańcem. Podpisano Władysław Pożoga. Wracać nie masz po co, usłyszałem jeszcze. Krew uderzyła do głowy. Gorąco. Że nie mam, przytaknąłem. Uścisnął mi dłoń, poszedł. Zostałem się sam. Gazety w rękach, opadające, zwiotczałe papieru płachty. Jadem ściekał Władysław Pożoga, generał. Jak się macie, Andrzeju, prześwidrował mnie wzrokiem. Dwóch dra121


HISTORIA

bów z tyłu, rękami ruszyć nie mogę. Lampa u sufitu, obskurne ściany i wzrok generała-towarzysza na mnie. Czy tak kończyli przez UB łapani w czerwcowym Poznaniu? Czy takie w oczy świeciło światło w grudniowym Gdańsku schwytanym? Czy takie typy zniewalały ręce pozamykanym w Radomiu? Czy taki wzrok przygważdżał straceńców lat powojennych? Wykonać, usłyszałem. Wróciłem na dworzec. Wróciłem na dworzec, podszedłem do tego, który o zaświadczenie mnie prosił, by dostać azyl. Nie długo już, powiedziałem; nie oddawajcie domu waszego Pożogom, powiedzieć chciałem. Czy wszyscy gotowi? spytałem. Czy wszyscy chcecie wyjechać? zapytać chciałem. Nie oddawajcie domu waszego, naszego domu Pożogom, Szlachcicom, Jaruzelskim, Milewskim, Kaniom i Gierkom, Rakowskim i Jaroszewiczom. Nie oddawajcie tak łatwo! Jeśli nie wy, kto wyrok na mnie uchyli? I przyszło zdać się na Niemców. My, działacze Solidarności, my z Polski uchodźcy, jak przodki nasze, powstańcy listopadowi, wlaliśmy się do Niemiec, a Niemcy współcześni, jak ówcześni Niemcy, otworzyli szeroko podwoje. My, z Wrocławia i Gdańska, my ze Szczecina, z Olsztyna, znaleźliśmy życzliwe przyjęcie od synów i córek tych z Wrocławia i Gdańska, z Olsztyna tych i tych ze Szczecina. Deutsche Gewerkschaftsbund, Federacja Niemieckich Związków Zawodowych; Gewerkschaft Erziehung und Wissenschaft, Związek Zawodowy Wychowanie i Nauka; Internationale Gesellschaft für Menschenrechte, Międzynarodowe Towarzystwo Praw Człowieka i wiele innych organizacji, rozgłośnie radiowo-telewizyjne i prasa, i politycy, i zwykli ludzie, i, i, i... I BND, twierdzi generał-towarzysz Pożoga. I Bundes Nachrichten Dienst, zarzuca mi. Że niemieckiemu wywiadowi służę, wrogowi do ojczyzny uchylam drzwi. Poderwały się gołębie, wózek bagażowy przejechał. Że odwiecznemu wrogowi drogi do ojczyzny wskazuję. Przysiadły na belkach, na ławkach, poddaszu. Nie wątpię, okazji takiej jak ta nie przepuści ni BND, ni CIA, ni MI6. Kobieta o coś mnie pyta, nie odpowiadam. Nie jeden z naszych, tych, co to o azyl, co rodzinę sprowadzić chcą, co nagle odkryli, że nie Polska im matką, że matką im Francja, Anglia, że matką im Niemcy… Głupi by tylko zaprzeczał. Że są w czyichś rękach narzędziem, nawet nie wiedzą o tym. Może nie wiem i ja. Od Niemców elektroniczny sprzęt w Polskę ślemy, odbiera go ktoś. Odbiera go swój, komunistyczna odbiera go wtyczka, odbiera go ktoś, kto na dwie strony pracuje, odbiera go ktoś, kto pod wywiadu niemieckiego kontrolą? A nie mówiłem, światłem po oczach mnie razi towarzysz generał. Przyznajecie się sami, policzkuje mnie światłem towarzysz Władysław. To wy tak ojczyznę, która was, dla was; to wy tak się ojczyźnie tej odwzajemniacie? 122


Jacek Szela

I czuję, stoją za plecami, do skoku gotowi. I słyszę tych, którzy tu kiedyś przede mną, którzy tu w latach czterdziestych, w pięćdziesiątych latach, w sześćdziesiątych, latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, na tym miejscu siedzieli, obici światłem, głaskani pałkami, o wszelką bezecność, łajdactwo wszelkie oskarżani. Generale, powiadam, źdźbło w oku mym, we własnym nie zauważa pan? Nie Związek Radziecki panu ojczyzną? Dostałbym w pysk, gdyby na jawie to wszystko, nie w mojej głowie. Aż wzdrygam się. Wyjechałem na miesiąc przed. Boska mnie wyprowadziła dłoń z domu na miesiąc, nim piorun weń strzelił, w mój dom, by wyprowadzać mnie z późniejszej nie musiała pożogi. A brakowało jakże niewiele! Kolejna zapowiedź, że pociąg relacji, że o godzinie, spóźnienie niewielkie, że wjedzie na tor, że przy peronie wskazanym. Ludzkie znów poruszenie, furkot gołębich skrzydeł. Nieporuszona jest grupa nasza, czekamy. Ci stoją, siedzą tamci, ten się, ta się nerwowo? spokojnie? przechadza. Tę znam jeszcze z Polski, tego tutaj dopiero poznałem, tamten jak tamta jest nowy. Ideowi są jedni, drudzy interesowni, dzisiaj potrzebni tu wszyscy. Kto z nich od generała Pożogi? Był taki dzień, z kraju przyjechał kurier i ostrzeżenie nam dał. Ona i on, powiedział, bez wątpliwości cienia. Mają ubecy swych ludzi u nas, mamy i my na ubecji. Więc ona i on, to wiemy na pewno. Ostrzeżcie go. Ona i on? Na pewno? Nie zdążyłem się z kurierem pożegnać, rozmawiam z księdzem Blachnickim. Ona i on, przekazuję. Na pewno. Ona i on? zapytuje, wiary kapłan nie daje. Dowodów nie mam, powiada, nie mogę skrzywdzić. Księże Franciszku, zaklinam! A jeśli alarm fałszywy? Ona i on. Andrzej Gontarczyk i żona jego Jolanta. Podpory dwie Blachnickiego. Pojawili się dnia pewnego, przymilili się, wkręcili się, i powoli, powolutku, te dwie łapy generała Pożogi stały się prawą i lewą ręką księdza Franciszka Blachnickiego, pomagając mu w działalności założonej przez niego Chrześcijańskiej Służbie Wyzwolenia Narodów. Ależ, panie Andrzeju, powtórzył mi ksiądz, dowodów nie mam. Odtrącić nie wolno mi, ona i on, też dzieci Boże, nawet jeśli zbłąkane. Morawiecki, mówiłem, czczych nie wysyła ostrzeżeń. Niech ksiądz się strzeże. I złość mnie wzięła. Drugi, pomyślałem, nadstaw policzek, bo dzieci Boże! Ucieszył się pająk sieć w łapach dzierżący; ucieszył się towarzysz Pożoga. Pociągał nitki, a pajączki mniejszego płazu owijały księdza Franciszka kokonem. I myślał kapłan, na rzecz narodów działa, działał na rzecz komunistów; i sądził kapłan, na rzecz opozycji się stara, wysiłki konsumowała bezpieka. Czy ja, czy i żona moja, czy wtajemniczonych krąg… aż strach pomyśleć. Czy i w kręgu naszym, Gontarczyk jakiś, jakaś Gontarczykowa? 123


HISTORIA

Mówiło się, przyjechała ona na pochodzenie. Ciotkę tu miała. Łączenie rodzin, prawa człowieka i temu podobne sprawy. Więc wypuścili ją z Polski, z mężem ją wypuścili. Czy ot tak, po prostu? Puścili, bo Niemką była? Dużo tu takich Polaków. Że dziad pod Monte Cassino, tylko że z drugiej strony, że stryj ze Śląska wygnany, że babcia niemieckiego uczyła pacierza, że wujek, że siostrzenica… a gdy z żadnego krewnego Niemca się zrobić nie dało, o azyl, o paszport prosili na niemieckiego owczarka. Polacy. Ziomkostwo też nas prosiło, by ich odwiedzić. Któż nas nie prosił? Prawica i komuniści, partie i związki, stowarzyszenia, redakcje, kościoły. Wreszcie ziomkostwo. A wy, pytali, tak bez azylu? Bez obywatelstwa tak? dziwili się. Myśmy są Polska, mówiłem. A gdzie pan rodzony, pytają. In Lemberg, powiadam, we Lwowie. Doch! mówią z ulgą. W polskim, tłumaczę im, Lwowie. A żona, pytają? In Breslau, powiadam. Doch! cieszą się gospodarze. W polskim, podkreślam, Wrocławiu. I cisza zapada, spojrzenia badawcze, i zdanie jak krzyż zasługi: Z Polaków nam znanych pierwsi jesteście, że za Polaków się podajecie. Wsunął się pociąg pod halę dworca, zwolnił, przystanął. I otworzyły się drzwi, ludzie się wysypali. Zagwizdał ktoś, coś komuś upadło, pochylił się ktoś. Drepczę to w tę, to we w tę, mijam kiosk, ławeczki mijam. Przyjechał pociąg, odjechał pociąg, czekamy na pociąg. Mruga mi, którego znam dobrze, uśmiecha się, którą niedawno poznałem; zniecierpliwienie wyraża twarz tego, który tu z nami po azyl, po zaświadczenie tylko. Tak generale, by nici twe pociąć, niemieckiej zgłosiłem policji. Zgłosiłem niemieckiej policji, jakbym niemieckiej bezpiece zgłosił. Niemieckiej zgłosiłem bezpiece, że polska, że twoja bezpieka mój naród psami tu szczuje. Doniosłem niemieckiej bezpiece, niech będzie! Ty będziesz mnie sądził? Ty, sługo moskiewski? Dozorco narodu mego? Treserze Polaków, ty sądził mnie będziesz na łamach Żołnierza (niech skonam!) Wolności, na stronach Trybuny (nie wierzę!) Ludu? Gdy przyjechali do domu, nie było w nim Gontarczyków. Ostrzeżono ich w chwili ostatniej. Jedzenie na stole, porozrzucane ubrania. Już nie wrócili do nas. Już się wśród nas nie zjawili. Wrócili do mocodawcy. Otrząsnął się ksiądz Franciszek po rozmowie ze mną, pozbierał się w sobie. Przeglądnął wydarzenia ostatnich lat, w pamięci przetasował wspomnień karty, kiedy sukcesy odnosił i z kim, kiedy ponosił porażki i z kim. I dostrzegł, coś dojrzał, i się odważył. Za późno. Gontarczykowie ostatnimi byli, którzy go żywym widzieli. Na godzin kilka przed zgonem. Jaka była Blachnickiego ostatnia z Gontarczykami rozmowa? Przygwoździł ich pytaniami? Zapytał dlaczego ze zgrają na 124


Jacek Szela

niego? Chleb w winie wraz z nimi zamoczył? W policzek go całowali? Nie było z nim uczniów jego, ze Stowarzyszenia jego, to wiemy. Czy napuścili zgraję na niego, nie wiemy. Że zainkasowali srebrniki, dziś wiemy. Do dziś wiemy, że się nie powiesili. Zapowiedź z głośników. Że pociąg takiej a takiej relacji, że zaraz, za chwilę, że wjeżdża na tor przy peronie. Że jaki? Wracam na dworzec. Z przeszłości, z przesuwającej się w przyszłość teraźniejszości wracam na dworzec, słucham. Że pociąg relacji Paryż-Warszawa, że zaraz, za chwilę, że wjedzie na tor przy peronie, naszym peronie. Mobilizacja. Nieruchomieją ci z nas, którzy się przechadzali; zrywają się ci, którzy na ławkach siedzieli; poruszają się, którzy stali. Wzrok, słuch w gotowości bojowej. Porozumiewawcze spojrzenia, twarze, choć skupione, to udające, jak gdyby nigdy nic. Patrzę na prawo, na lewo patrzę, przed siebie i w tył. Na stanowiskach. Na stanowiskach wszyscy. Ci, których od lat, i ci, których niedługo znam. Czekamy. Czekamy, nic się nie dzieje. Ludzie leniwo się snują. Ktoś rozkład jazdy, ktoś książkę, ktoś inny gazetę czyta. Rozmawia z kimś ktoś, ktoś się z kimś żegna, oczekuje na kogoś ktoś. Gołębie zwyczajem swoim między szynami, pasażerami żerują. Czekamy. Gwar ludzki, a w uszach naszych cisza. Szum od urządzeń, a w uszach naszych głucho. Wpatrujemy się tam, skąd nadjechać ma. Przywołujemy go wzrokiem, w pustkę go wpisujemy. Czekamy. Jest. Nareszcie jest. Wyłania się z tła, wyróżnia się, rośnie, rośnie, nadciąga. Szum narasta lokomotywy szum, sunie wężowy skład. Wjeżdżają wagony w halę, pod dach, jeden, drugi, trzeci. Na peronie pojawiają się ludzie. Mija nas czwarty, piąty wagon szósty. W oknach zaciekawione, znużone, smutne, radosne twarze. Zwalnia siódmy, ósmy, się zatrzymuje dziewiąty wagon, pociąg staje. Otwierają się liczne drzwi. Dyskretnie daję znak: nie teraz. Odczekujemy chwilę. Wysypują się ludzie, wsiadają inni. Jeszcze chwileczkę. Wysiadają ostatni, witani, oczekiwani pasażerowie i ci, nieoczekiwani. Zacicha zgiełk. Teraz! Rozchodzi się ludzka ciżba. Znak ręką: do dzieła! Wyciągamy szablony, wydobywamy spreje, przyskakujemy do burt wagonów. Opuszczone niektóre okna. Ciśniemy się do boków wagonów. Lęk w oczach pasażerów niektórych. Na pociąg napad? W dzień biały? Na dworcu w Frankfurcie? Przykładamy szablony, to tu, to tam, farbą spryskujemy. Na tym wagonie, na tamtym, na jeszcze innym. Szarawy wąż pstrzyć się zaczyna. Bezbarwny wąż rozkwita. Pojawiają się wzorki na skórze. A jeden Solidarność krzyczy, a drugi Polskę wolną oznajmia; trzeci zapowiada Opór i łączy się z czwartym, który Precz mówi komunie! A jest i 125


HISTORIA

piąty, i jedenasty, jest i dwudziesty. I oznajmiają światu, że Nie zginęła, póki żyjemy; że Solidarnie zło zwyciężymy; że walczyć będziemy, nie ustąpimy. Generale Pożogo, patrz! Towarzyszu Pożogo, bój się! Wyjrzał z okna zdziwiony. – I po co wam to? – mówi jeden. – Jak dzieci! – odzywa się drugi. Z delegacji się wraca, trzymam szablon i myślami go pytam, myślami się z nim przekomarzam. Partia posłała, partia wynagrodziła towarzysza, partia dietę w walucie dała, pozwoliła zabrać ze sobą małżonkę, pozwala przed znajomymi, rodziną się chwalić, gdzie się nie było. – Brawo, brawo! – szepta głos inny, głowa nisko z okna otwartego. – Tak trzymać! – odzywa się ktoś jeszcze. Pewnie do kraju wraca, duchem, szeptem utożsamia się z nami. Bóg zapłać, dobry człowieku. Ten drugi odważny. Straceniec? Na niczym mu już nie zależy? Ach, może wcale do kraju nie wraca, wysiądzie za stacji kilka. A może generała Pożogi podwładny? Bać się nie musi. – Znowu stać na granicy nam przyjdzie! – Inaczej protestować się nie da? Kolejna powierzchnia, maluję, ktoś szablon mi trzyma. Inaczej nie da się protestować! Co wiedział, powiedział. Na granicy sobie postoi, psiak jeden. – Niech żyje Solidarność! – Jesteśmy z wami, chłopaki! I ci, i tamci nasz naród. Czy ci i na pewno czy tamci? Ci a już nie tamci? Tamci, ale na pewno nie ci? Z nich wszystkich, którzy to my, z tych wszystkich, którzy to oni? Nasz naród. I zdrowe, i chore ma tkanki, narządy. I ciała krążą w nim obce, z którymi od czterdziestego piątego, od czterdziestego czwartego roku się zmaga, usunąć nie może. My i oni. My, od Piłsudskich, od Dmowskich my; od Nowotków, od Bierutów oni; my od Wyszyńskiego, od Wojtyły my; oni od Gierka, od Gomułki oni; od Bożego Narodzenia, od Zmartwychwstania Pańskiego my; od Wielkiej Październikowej, od pierwszomajowych pochodów oni; od Roty my, od Międzynarodówki oni; od Listopada Jedenastego my, od Dwudziestego Drugiego Lipca oni. I tak już pół wieku. – Co to da, że pociąg pomalujecie? – Zrezygnowany ktoś. – Niech kłuje ich w oczy. – Na smutno rzeczowy ktoś. A jeszcze kobieta jakaś, po francusku coś. I Niemka dorzuca od siebie. Pociąg-Europa i wagon-Polska, a w nim naród nasz podzielony, chrobry i skundlony zarazem, rosnący i zarazem skarlały, odwaga i strach naprzemiennie, i ciała w nim obce. A i Judasze, oportuniści. Dziś wrogami my 126


Jacek Szela

dla nich, bohaterami jutro. Dziś partii służą, jutro posłużą nam, gdy dla nas nastanie jutro. Jak wiatr zawieje, jak zawieje wiatr. Pociąg i wagon, z zachodu na wschód, do Polski. W takim wagonie, w pociągu takim, mówiono mi, bo pamięć własna nie sięga, jechali rodzice moi. W takim pociągu, przez Małopolskę ze Lwowa, przez Śląsk, przez Wielkopolskę, na zachód, na zachód, ze wschodu żelaznymi drogami krętymi. Opuszczaliśmy Polskę i przez Polskę, tę małą i wielką, jechaliśmy do Polski. Kończyła, skończyła się wojna. Nasz wagon na stacjach przystawał, odczepiano go doczepiano, przetrzymywano go, w pęd go wprawiano. Aż dnia któregoś wjechaliśmy we Wrocław. Uchodzili stąd, którzy się tu byli zagnieździli Niemcy, zniemczeni Polacy, wchodziliśmy my. My ze Lwowa, z Polski Centralnej, my z Wilna, z Wołynia my. Naród jechał z dolą swą i niedolą. Jechali zadziorni i wystraszeni; jechali nadziei pełni, jechali nadziei tej pozbawieni; politycznie nieprzekonani, urabiani politycznie, już urobieni. Ze Lwowa jechał wtedy naród na Wrocław, jak dziś ci z Paryża na Warszawę jechali. Najrozmaitsi. Kolejna zapowiedź w uszach. Że pociąg, że relacji, że zaraz, za chwilę, że wjedzie, na tor przy peronie. I znów poruszenie ludzi, niepokój pszczelego roju. Skończyliśmy pracę. – Ihr Ausweiss, bitte! – stanęła przy nas policja. – Poproszę o dokumenty. – Przeciw wam nawet oni – z okna wagonu słyszymy. – Nie dajcie się – słyszymy z innego. Daszek u czapki, zielony mundur, niemiecka mowa. I my, przyłapani na gorącym uczynku. – Ihr Ausweiss, bitte! – powtórzył. I już na komisariacie, na przydworcowym: – Vorname? – Andrzej. – Nachname? – Wirga. – Vorname? – Jolanta. – Nachname? – Wirga. Żona moja. I razy tak kilkanaście. Pociąg do Polski pewnie wciąż stał, my na komisariacie dworcowym. Nasz naród gdzieś między Zachodem a Wschodem, my na komisariacie. – Asylant? Flüchtling? Keine Bürgerschaft? A czy Niemcami być chcemy? W domu waszym mieszkamy, do wła127


HISTORIA

snego nas nie wpuszczają. Przyszło nam zapuścić w tej ziemi korzenie, jak powstańcom listopadowym, styczniowym powstańcom, jak żołnierzom z AK, z NSZ, jak tylu innym. My chcemy do domu, ale nas nie wpuszczają. My chcemy do siebie, ale nie-swoi obleźli nasz dom, rozsiedli się w nim i wstępu wzbraniają. Patrzę na Jolę. Pamiętasz? Pamiętam. Odcięci od bliskich, od mowy naszej słyszanej wokoło, od zapachu, widoków, napisów swojskich i od, i od. Snuliśmy się niemieckimi ulicami. Ej, zawołaj, to przecież brat twój! I biegłem, i omal obcego nie zaczepiałem mężczyzny. Entschuldigung, bitte. Widziałem dziś siostrę twoją, mówiłem jej i wiedziałem, oboje wiedzieliśmy, że widzieć nie mogłem. Tak snuliśmy się ulicami miast, za ręce się trzymając; tak snuliśmy się ulicami miast, za ręce się nie trzymając; tak wypatrywaliśmy, nasłuchiwaliśmy, tęskniliśmy tak. Ech wy, tak łatwo wam opuszczać dom wasz. Nie lubicie wy go ani wy go nie znacie! Niemcami, Francuzami, byle Holendrami, Szwedami być chcecie. Ech wy, nielubiący, niecierpiący polskości swej Polacy! Ech wy… Jakże łatwo wyzbywacie się jej, jakże łatwo o niej zapominacie. Jakże łatwo oddajecie swój dom. Jakże łatwo nawet ci, co w ruchu naszym, tak łatwo… SB proponuje, wy korzystacie z ochotą. Towarzysz Pożoga się śmieje. Nie tak mój przełożony z Solidarności Walczącej. Przyjdzie dzień, wyrzucą go z domu naszego, za polski go wypchną próg. Na samolot do Rzymu wsadzą, kopa na drogę dadzą, drzwi zamkną. I dowiemy się o tym, przyjaciele pomogą, rozdzwonią się telefony, do Wiecznego udamy się Miasta. Odbierzemy Kornela, pogawędzimy w biegu, samolotem go do Frankfurtu poślemy. A tam, przyjaciele pomogą, na samolot do Warszawy, do domu naszego z powrotem, na samolot Lufthansy. Bo na pokładzie LOTu bezpieczny by nie był. I poleci do Warszawy, drzwi przed niemieckim otworzyć będą musieli samolotem komunistyczni władcy nasi, niemiecki do domu wpuszczą samolot, lecz nie Kornela. Jemu wysiąść nie dadzą. Wyrzucili go drzwiami, oknem wrócił, drugim go drzwiami wyrzucą. I znajdzie się w Wiedniu. – Asylant? Flüchtling? Keine Bürgerschaft? – Nur Duldung – powiadam. Nasza obecność jest tu tolerowana. Patrzy na nas policjant, papiery przegląda, ogląda się na kolegę. – Staatliches Eigentum geschadet – powiada. – Własność państwowa zniszczona. Własność innego państwa. Pociąg, eksterytorialna powierzchnia, wyjaśnia urzędnik państwowy. Ukarać trzeba. Siedzimy to tu, to tam w pomieszczeniu. Niemiecka policja w obronie własności polskiej przed Polakami. Pomyślałby kto! Tkwimy na tym ko128


Jacek Szela

misariacie, czas się rozciąga, porozsadzani to tu, to tam. Niech sobie robią z nami, co chcą. Kręci głową niemiecki policjant, drugi przegląda papiery. Pociąg, terytorium państwa obcego. Wagony, zniszczone, własność tegoż. Zerkają na nas, uśmiech gdzieś tli się pod wąsem. I zamieszanie powstaje. Ktoś wchodzi? Wychodzi ktoś? Szum, hałas. Dziennikarze! Powiadamialiśmy. Przyszli. W dzień bojkotu środków komunikacji publicznej, my, Solidarność Walcząca w Niemczech, zdanie nasze o położeniu ojczyzny wyrazić chcemy, na dworcu je wyrazimy. W Niemczech a na polskiej ziemi. Wobec Niemców, a pod adresem Polaków. Zaciekawili się. Przyszli: aparaty fotograficzne na nas, w nas mikrofony. Pytania, odpowiedzi. Grożą nam karą, mówimy. Nie martwcie się, odpowiadają. Grzywna może być nie do uniesienia, skarżymy się. Żeby nawet -naście, -dziesiąt tysięcy, zapewniają, redakcja pokryje. A i pokrywać nie będzie musiała, zapewniają. Takiej narobimy wrzawy! Gdzieś tam na dworcu stał pociąg. A może już ruszył. My tu, na dworcowym komisariacie. Mediów zainteresowanie. Gdzieś tam w wagonach Polacy. Ci, którzy sympatyzują z nami; i ci, którzy nie. Odważni i lękliwi, dzielący te same wagony, ten sam kraj. Starzy i młodzi, z dziećmi i bez. Patrzyli. Przyskakiwaliśmy do burt, okładaliśmy je szablonami, mazali farbą, sprejem natryskiwali. Odcisnęliśmy na nich, że wolność, że niepodległość, że się nie damy. Jak wtedy. Jak wtedy, gdy wybuchła swoboda, gdy za zakładanie związku się zabrałem. I byli, którzy ochoczo ze mną, którzy nie szczędzili trudu; i byli, którzy lękliwi, na innych się oglądali; i byli, którzy na garnuszku tej władzy, którzy władzy tej coś zawdzięczali, do boju się nie przyłączali. Nie, nie że władza im miła. Że matka chora, mówili, że dzieci na utrzymaniu, że to bez sensu, że szans nie mamy, że na co to wszystko. Przy wagonie, przy wagonach tak samo. Szablon trzymam, ktoś farbą pustkę wypełnia. Na co wam to? pada z góry. Sensu żadnego, słyszę. Odrywam szablon, przykładam gdzieindziej. Dobrze robicie, słyszę i słyszę: Trzymajcie tak dalej. Ot Polska w wagonie. Są, którzy urządzać się będą przy każdym ustroju; są, którzy sprzeciwiać się będą. Wśród nich bohaterzy, tchórze wśród nich; wśród nich są, którzy jak wiatr powieje. To ci, w pociągu, do Polski w drodze, i ci, w Polsce, i na świecie porozsypywani ci. I są wśród nas, tu na peronie, co z poświęceniem; i są wśród nas, tu przy wagonach, którzy z przypadku, wyboru nie mając. I są wśród nas, którzy się ugną, którzy nas zdradzą, zdradzają, zdradzili. I są, którzy się za granicą urządzą, bez żalu; i są, którzy za granicą więdnąć, usychać będą. To my, Polska od Polski daleka. Policjant spisuje, telefonuje. Rozdokazywali się dziennikarze. Są wśród 129


HISTORIA

nas, którzy do kamer, do mikrofonów się cisną. Bohaterowie. Są także, którzy pod ścianą, z oddali, z oczami skromnie do ziemi. Ten cierpi, wrócić do kraju nie może; ta cierpienie udaje, wrócić do kraju nie chce. Wdziewa żałobną suknię, bluzkę rozpaczy nakłada, rękę po współczucie wyciąga, po wsparcie. I tacy tu są. A policjant spisuje, telefonuje; dziennikarze się rozgorączkowali. Zamykam oczy. Przyjechał z Polski wysłaniec. Od Kornela przyjechał. Na prawo, na lewo patrzymy, patrzymy za siebie, jakbyśmy w Polsce byli. Wchodzimy do domu. Zatrzaskują się drzwi. Cisza. Tykanie zegara, oddech ulicy głuchy, echo z podwórza. Staje przed nami, prężymy się przed nim. Chwila jest uroczysta. Żona i ja, życie bierzemy w dłonie, składamy w ofierze, składamy na dłonie posłańca, przysięgę składamy. Że od dziś aż do zwycięstwa, ciałem i duchem, dla Polski, dla sprawy, dla Solidarności, dla tej Walczącej. Tak Bóg nam dopomóż. Oddech ulicy głuchej, z podwórza echo, zegara tykanie. Solidarność Walcząca, nasz wybór. Ze złem nie negocjuje się. Ogrodu nie pieli się połowicznie, nie naprawia się maszyny w połowie. Są wśród nas, którzy paktować by chcieli; są, którzy nadzieję mają, że rozmowami, przekonywaniem, że argumentacją. Ze złem nie negocjuje się. Są, którzy jak Radziwiłłowie w czasie Potopu; są którzy jak Potoccy, Braniccy, Rzewuscy w rozbiorów przeddzień; są, którzy jak naiwny Mikołajczyk, którzy jak owych szesnastu łatwowiernych do układów z wrogiem, spodziewając się ustępstw, licząc na wspaniałomyślność jego, na jego wyrozumiałość, na człowieczeństwo jego, przystąpić by chcieli. Nie nasza to droga, nie jest to droga Kornela. Dzwonimy do Anki, córki jego. Jak w kraju? Sypie informacjami, ziarnem zgłodniałe karmi gołębie. Że we Wrocławiu to, że tamto w Krakowie. Tu demonstracja skuteczna, tam program radiowy udany. Jest w tym nasz udział. Dostajemy sprzęt, wysyłamy w częściach, pośredniczymy. Że w Poznaniu, niestety, wpadka drukarni, że w Katowicach kolejne aresztowanie. Refleksja po naszej stronie: nam ono nie grozi. Że w Warszawie w jednostce wojskowej… i trzask w słuchawce. Rozmowa urwana. Kontrolowana? Za tydzień połączymy się znowu. Otwieram oczy. Przysnąłeś? pyta mnie żona. Tak trochę. Nie wierzę! powiada. Normalnie nie wierzę, powtarza, telewizor pogłaśnia. Polacy prezydenta wybrali, informuje nas niemiecki redaktor. Jest nim (kaleczy redaktor wymowę) Aleksander... (jeszcze szkaradniej kaleczy) Kwaśniewski... Socjaldemokrata (wyjaśnia) dzisiejszy, komunista (dodaje) wczorajszy. Wczorajszy zwolennik przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, dzisiejszy Unii Europejskiej orędownik. 130


Jacek Szela

W pokoju śmiech towarzysza Pożogi. Dosięgnął nas, celniej ugodzić nas nie mógł. Tego dnia alkoholem krew rozcieńczyłem, oj, rozcieńczyłem, Narodzie mój… Wychylił się jeden z okna pociągu i, Na co wam to było, powiedział. Milcząco trzymałem szablon. Niepotrzebne wysiłki wasze, kobieta szydziła, żona nanosiła farbę. Czterdzieści lat, pokolenia dwa, przywykli do jarzma swego. Przywykli do jarzma, wolności się wystraszyli. Zakładanie związku, ulotek roznoszenie, dni w Hali Olivii; wyjazd za pracą, wojenny stan, wyobcowanie w Niemczech; śmierć ojca Joli, tęsknota za krajem, klepanie powszedniej biedy; wywiady dla ZDFu, kontakty ze związkowcami, i ksiądz Blachnicki; materiały na kasetach VHS od Władimira, od Bukowskiego; akcja na targach książki frankfurckich; paryskie porady Księcia, od Księcia finansowe wsparcie; Jacka Kaczmarskiego koncerty, kurierzy z kraju, do kraju; Bewis, Będziemy Wolni i Solidarni, pies, naszej doli towarzysz; niedojadanie, niedopałków z ulicy zbieranie, brak pracy; pojawiający się znikający znajomi i krewni, rozczarowana nadzieja; farbiarski napad na pociąg w Frankfurcie, komisariat na dworcu; pieriestrojka w Sowietach, Reagan-latarnia morska i Thatcher; kolejne wieści z Polski, strzały w Rumunii, Praga usłana kwiatami; enerdowcy szturmują Budapeszt, stół okrągły w ojczyźnie, pakt z diabłem, wyniesienie Wałęsy. I gdy wracać się chciało, wracać gdy było można, wiadomość-grom. Nie wierzę, powtórzyła Jola, nie wierzę! Z telewizora swąd, generała Pożogi chichot. Tego dnia tęgą opróżniłem butelkę. Na co ci to było, powiedział. Na co mi to było, zadałem sobie pytanie. Pies spojrzał na mnie litośnie, podkulił ogon. Będziemy Wolni i Solidarni. Już telewizora nie chciało się włączać ni gazet czytać. Wybory w kraju zmiatały solidarnościowe rządy, wynosiły do władzy komunę, tę samą, która nas lat tyle, z którą my tyle lat! „Solidaruchów” zaczęli ludzie przeklinać, że znowu im źle, że się pourządzali, którzy wiedzieli jak, że biedni zostali biednymi; że w miejsce legitymacji partyjnej pieniądz przepustką do życia lepszego, ot cała różnica. Że pieniądz w pieniądz porasta i radź sobie kto może a mieliśmy wolni być i solidarni. I solidarni. W te dni zapomnieć chciałem o dniach bieżących i o minionych. Zagłuszyć wieści z ojczyzny, nie widzieć triumfu towarzysza Pożogi. Zapominałem. Wycierałem tablicę wspomnień gąbką mokrą, oj, mokrą, upajałem się zapomnieniem. Pies wlepiał we mnie oczy swe smutne; merdał, kiedy głaskałem; w zębach przynosił miskę, kiedy zapominałem nakarmić; gdy z zapominaniem miarę gubiłem, mokrym nosem tchnienie me badał. Będziemy Wolni i Solidarni. Bewis, nazwała go Jola i tak zostało. Otwieram oczy. Znowu? pyta mnie Jola z wyrzutem. Tak tylko tro131


HISTORIA

Bohaterowie relacji: Andrzej Wirga, Jola Wirga razem z Kornelem Morawieckim

chę, odpieram. Mój głos skruszony. Patrz, co się dzieje, powiada. Choć brak ostrości w oczach, patrzę. Niemiecki redaktor, obrazki z Polski, komentarz niemiecki, polskie na ekranie gęby. Potop! Patrz Wrocław! mówi żona z przejęciem. Nasz Wrocław! Domy, wysepki, stateczki w morzu i tłumy ludzi. Chwytają ostrość me oczy. Łopaty w rękach, piach sypią, w ich dłoniach worki-pustaki olbrzymie, i mur powstaje, wał wężowaty, rozdzielający miejsca suche z ich siedliskami od wód pod sklepieniem niebieskim, jak w dniu trzecim Stworzenia, i widzę polskie na ekranie gęby, kochane gęby, przygłupie i przemądrzałe, prostacze jedne, inteligentne drugie, te wiecznie zacięte i te przejęte wiecznie, i te solidarne, jak wtedy, jak lat temu dziesięć, i te jak lat temu dziesięć walczące! Prostuję się w krześle, momentalnie trzeźwieję, wzrok ostrość trzyma, pies wstaje, merda ogonem. Ja wracam, słyszę od żony. Ja chcę do domu. Czy stoi jeszcze ten pociąg na dworcu, nasz pociąg do Polski? Jacek Szela

132


Mauthausen-Gusen i „Różańce z Gusen” Wśród publikacji o Gusen najliczniejsze są wspomnienia więźniów, ale nie brak zbiorów poezji i beletrystyki. Ci, co ocaleli, chcieli przede wszystkim utrwalić obraz przeżytych cierpień i opisać zjawisko zorganizowanego ludobójstwa. Wiedza na temat funkcjonowania niemieckich obozów koncentracyjnych – pomimo wielu wspomnień przekazanych, spisanych, publikacji, które systematycznie ukazywały się po 1945 roku – jest jednak ciągle zbyt mało znana. Po napaści na Polskę 1 września 1939 roku na ziemiach okupowanych przez Niemców i wcielonych do Rzeszy realizowany był plan Adolfa Hitlera mający na celu eksterminację polskiej inteligencji. Głosił on, że tylko naród, którego warstwy kierownicze zostaną zniszczone, da się zepchnąć do roli niewolników: Polska będzie traktowana jak kolonia, Polacy staną się niewolnikami światowego imperium wielkoniemieckiego, oświadczył w początku października 1939 r. Hans Frank, który niedługo po tym objął władzę „generalnego gubernatora” w Krakowie. Niemcy w ramach Intelligenzaktion przeprowadzali masowe aresztowania ziemian, nauczycieli, urzędników, a także duchowieństwa. U podstaw eksterminacji inteligencji polskiej, do której władze hitlerowskie zaliczały także polskie duchowieństwo katolickie, leżało głębokie przekonanie Niemców o jej szczególnej roli przywódczej w dziejach

Widok obozu Gusen 133


HISTORIA

narodu i państwa polskiego. Stąd likwidacja inteligencji była próbą pozbawienia narodu elit politycznych, intelektualnych i moralnych. Powodzenie tej akcji było dla Niemców jednym z warunków realizacji programu wyniszczenia narodu polskiego. Plan ten realizowano także przez zamykanie kościołów, aresztowania, mordy lub wywózki do niemieckich obozów koncentracyjnych, od wiosny 1940 roku do niemieckiego obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen I. Mauthausen – macierzysty (Stammlager) dla wszystkich obozów znajdujących się na terenie Austrii był pierwszym obozem koncentracyjnym założonym przez Niemcy poza granicami III Rzeszy. Powstał w sierpniu 1938 roku, pięć miesięcy po aneksji Austrii, w pobliżu położonej w Małych Alpach pięknej miejscowości Mauthausen, nad rzeką Dunaj, niedaleko kamieniołomów Wiener Graben oraz kamieniołomów Gusen-Kastenhofen, tzw. Unterbruch (tereny odkrywkowe) i Oberbruch (górny – tutaj wydobywano kamień). Mauthausen został zakwalifikowany przez SS do Stule III – obozów trzeciej kategorii, najcięższych, przeznaczonych dla więźniów, którzy nie nadawali się do resocjalizacji. Do budowy obozu początkowo sprowadzono austriackich więźniów, głównie kryminalistów. Powstał – podobnie jak większość obozów koncentracyjnych – na wzór pierwszego, założonego w 1933 roku obozu KL Dachau, tzw. Musterlager – wzorcowego dla wszystkich powstających kolejnych obozów w latach 1933–1945. Obóz Mauthausen ogrodzono murem granitowym wysokości 3,5 metra z umieszczonymi wokół wieżami strażniczymi. Do obozu sprowadzono psy, niemieckie owczarki. Uwiązane na łańcuchu, rzucały się na każdego, kto zbliżył się do muru. Dalsza rozbudowa obozu nastąpiła w 1942 roku. Wybór Mauthausen i filii Gusen na siedziby obozów koncentracyjnych miał motywy polityczne i ekonomiczne, przy czym te ostatnie były decydujące. Utworzony wiosną 1940 roku podobóz Gusen I (Oberösterreich) był największą filią (Unterkunft) obozu koncentracyjnego Mauthausen. Usytuowany nad rzeczką Gusen w odległości 5 kilometrów od obozu macierzystego zachował pewną odrębność. Od samego początku przeznaczony był dla eksterminacji polskiej inteligencji i polskiego duchowieństwa. Esesmani nadzorujący budowę tego obozu w Gusen nazywali go „Vernichtungslager für die polnische Intelligenz”. Obóz nazywano „ostatecznym rozwiązaniem”, a jedyne wyjście, jak mówił komendant nowo przybyłym więźniom, prowadziło przez komin krematorium. Większość więźniów, natychmiast po przybyciu do obozu, kierowana była do pracy w kamieniołomach lub na odkrywkę do kamieniołomu Kastenhofen. Pozostali więźniowie pracowali przy wykończeniu budo134


dr Anna Jagodzińska

wy baraków, urządzeń sanitarnych, ulic obozowych, placu obozowego, sieci elektrycznej i wodociągowej, znoszeniu darni do budowy alejek obozowych, wznosili wieże strażnicze itp. Wszystkie prace, nawet te najcięższe, były wykonywane ręcznie. Z górnego kamieniołomu Kastenhofen więźniowie nosili na barkach do położonego 500 m poniżej, będącego w budowie obozu granitowe, 40–60–kilogramowe kamienie. To była droga śmierci, gdyż pilnujący kapo (często więźniowie kryminalni) i esesmani zabawiali się, popychając, bijąc więźniów drągami i szczując psami. Drogę powrotną – bez kamienia – więźniowie pokonywali biegiem. Jednym ze sposobów uśmiercania więźniów w kamieniołomach przy obozie Mauthausen było zrzucanie ich z kamiennych schodów(186 wysokich stopni) w przepaść kamieniołomu. Esesmani nazwali ten odcinek drogi ścianą spadochroniarzy. W systemie obozów Mauthausen (Gusen I i Gusen II) Polacy stanowili największą narodową grupę. W latach 1940–1945 w tym obozie zginął co czwarty z więzionych. W Gusen I zamordowano 27 000 tysięcy Polaków na 34 000 więzionych. W 1944 roku otwarto Gusen III. Wyczerpująca praca w kamieniołomach, głód, zimno, wszechobecny brud dawały się więźniom mocno we znaki. Praca w Gusen trwała od 10 do 12 godzin, zimą – 8 godzin. Ponieważ duchowni rzadko mieli inny wyuczony zawód, brano ich – poza pracą w kamieniołomach – do najcięższych i najgorszych prac, np. oczyszczania dołów kloacznych. Początkowo obóz w Gusen nie miał własnego krematorium i szpitala obozowego. Ciała zmarłych wywożono do krematorium w Mauthausen. Na porządku dziennym były liczne wypadki przy pracy, dlatego wybudowano szpital obozowy, zwany rewirem, a w jego sąsiedztwie – krematorium. Lekarz obozowy był panem życia i śmierci: selekcjonował więźniów do bloku inwalidzkiego, a stamtąd do Zamku Hatrheim koło Lincu w Austrii, w którym urządzono komorę gazową, wybierał więźniów na eksperymenty medyczne, organizował masowe eksterminacje. Mało kto wracał stąd na blok. Największe możliwości w ratowaniu chorych miał dr Antoni Gościński, wybrany na początku 1942 roku naczelnym lekarzem rewiru przez zespół pracujących tam więźniów, m.in. starał się o polepszenie zaopatrzenia w leki i środki opatrunkowe oraz o poprawę żywienia chorych. Także pisarze rewirowi mieli duże zasługi w ratowaniu chorych więźniów. Dzięki ich współdziałaniu z lekarzami było możliwe przyjmowanie do rewiru, jako chorych, więźniów przeznaczonych do eksterminacji lub selekcja poprzez zamianę kart chorych i zmarłych. 135


HISTORIA

Pierwsze transporty Polaków i polskich księży do Gusen I przybyły w marcu i kwietniu 1940 roku, z Dachau – w maju 1940 roku. W transporcie z Dachau 2 sierpnia 1940 r., z grupą 1 000 polskich więźniów, przywieziono 150 polskich duchownych. Transporty więźniów z Dachau do Mauthausen dojeżdżały koleją do stacji Mauthausen, a stamtąd więźniowie maszerowali pod eskortą esesmanów do obozu w Gusen. Ksiądz Leon Stępniak, więzień Dachau-Gusen I (numer obozowy 7181) – Dachau (numer obozowy 22036), po wojnie wspominał: „Gdy dotarliśmy do Gusen, myślałem, że jestem u »bram piekła«. Obóz był w trakcie budowy. Brakowało łóżek, spaliśmy na gołej podłodze, na której rozesłano słomę. W blokach nie było urządzeń sanitarnych, nocą w samych koszulach biegliśmy do oddalonych około 200 metrów dołów kloacznych. Jesień tego roku była wyjątkowo chłodna, wielu z nas przeziębiło się i chorowało wtedy. Kto nie zdążył wyjść z baraku, był dotkliwie bity przez blokowego. Nie przypuszczałem, że spotkam się tam z tak wyrafinowanym okrucieństwem i zezwierzęceniem esesmanów”. Ponieważ obóz Gusen I należał do najcięższej, trzeciej kategorii obozów koncentracyjnych, obowiązywał zakaz posiadania czegokolwiek przy sobie. Więzień był pozbawiony wszystkich rzeczy osobistych, nawet chusteczki do nosa, miał tylko numer przyczepiony na drucie do lewej ręki. Pasiaste drelichy, jakie otrzymywali więźniowie po przybyciu do obozu, miały zaszyte wszystkie kieszenie, toteż schowanie czegokolwiek było niemożliwe, a rozprucie kieszeni groziło pobiciem, a nawet zabiciem. W miesiącach sierpień–grudzień 1940 r. władze obozowe w wyjątkowy sposób znęcały się nad polskimi kapłanami. Męczeńską śmierć poniosło wtedy 50 księży. Wśród pierwszych zmarłych z powodu ciężkiej pracy, głodu i bicia był m.in. ks. Stefan Drygas, profesor gimnazjum w Poznaniu, w Gusen numer 5400; ks. prob. Wacław Kula (ur. 1878 r.), emeryt z Poznania, numer obozowy w Gusen 5514; ks. Franciszek Harwaczyński (ur. 1884 r.), proboszcz w Kębłowie, uczestnik Powstania Wielkopolskiego, został pokonany pracą w kamieniołomach, głodem. Chory na krwawą biegunkę zmarł 7 października 1940 r. Wśród pierwszych zabitych przez obozowe kapo czy esesmanów księży byli: ks. dziekan Włodzimierz Laskowski, proboszcz we Lwówku: „Po rannym apelu (7 sierpnia 1940 r.), podobnie jak wszyscy wyruszył do pracy w kamieniołomach w Kastenhofen. Schodząc z góry, zwrócił na siebie uwagę członków SS i kapów, którzy rekrutowali się z zawodowych przestępców. Zapytano go, czy jest księdzem (…), dał odpowiedź twierdzącą, że tak, jest księdzem. Wtedy rozpoczęła się orgia. Zaprowadzono go do szopy i tam znęcano się, bito, kopano […]. 136


dr Anna Jagodzińska

W dniu 7 sierpnia 1940 r. oddał swą umęczoną duszę Bogu. Na wieść o tym każdy z nas orzekł, że umarł prawdziwy męczennik” – tak pisał ks. Z. Ogrodowski. Dziś ks. Włodzimierz Laskowski jest wśród grona błogosławionych. Dnia 13 sierpnia 1940 roku, w „krwawy wtorek”, z kamieniami na ramionach (każdy kamień ważył od 40–60 kg), śmierć poniosło około 30 kapłanów, bezlitośnie bitych pałkami przez kapo. Wśród tych, którzy ponieśli męczeńską śmierć był ks. Czesław Graetz, proboszcz w Ludomach – numer obozowy 11460: „bity pałkami, potrąciwszy korzeń, upadł z kamieniem na twardej drodze przy budce strażniczej SS. Sadystyczni kapowie z posterunkiem SS rzucili się na swą ofiarę, katując ją okrutnie z piekielną nienawiścią. Odwiedziłem go później na bloku. Na ciele nosił straszliwe sińce, na twarzy wyraz wielkiego cierpienia, skarżył się na straszny ból głowy. Pytał, czy ja wyzdrowieję? (…), udzieliłem mu błogosławieństwa i wnet zasnął. Rano zastałem go już martwego” (ks. Wł. Swoboda, jeden ze świadków). Większość ustalonych centralnie przepisów w obozie Gusen i innych filiach Mauthausen nie była stosowana w ogóle. Więzień był zdany na samowolę komendanta i jego kilkuosobowego sztabu. Makabryczne marsze więźniów z dworca kolejowego Mauthausen do obozu, kończące się zazwyczaj kilkunastoma ofiarami śmiertelnymi i kilkudziesięcioma ciężko rannymi, uświadamiały więźniom, że nie mogą liczyć na żadne ludzkie względy. Wielogodzinne stójki po wprowadzeniu do obozu, często bez ubrania, na deszczu i chłodzie lub w letnim skwarze, pogłębiały tę świadomość. Inwestycje po 1942 roku przekształciły obóz w Gusen w wielką fabrykę sprzętu wojennego. Niepowodzenia wojenne na wschodzie, przystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny (11.12.1941 r.) oraz skuteczność bombardowań alianckich zmusiły Niemcy hitlerowskie do mobilizacji wszystkich sił produkcyjnych na potrzeby wojny. Gusen I stało się na terenie Austrii jednym z pierwszych i największych ośrodków produkcji sprzętu wojennego. Przekształcenie części wielkiej fabryki kamienia budowlanego w fabrykę pistoletów maszynowych trwało zaledwie kilka tygodni. Powstały w 1944 r. Gusen II był filią Gusen I i był wyłącznie obozem pracy. W 1944 r. utworzono w pobliżu Kadsdorf-Lungiz Gusen III, kolejną filię Gusen I. Część budynków przeznaczono na piekarnię i cegielnię, część przeznaczono do budowy kadłubów samolotów Messerschmitt. Pod koniec wojny w tych trzech podobozach przebywało około 30 000 więźniów. W listopadzie 1943 r. podjęto budowę wielkich podziemnych pomieszczeń do produkcji samolotów Me-2. W Gusen przełożonymi obozu oraz blokowymi, izbowymi i kapo 137


HISTORIA

byli przestępcy kryminalni. Komendantem obozu do listopada 1942 r. był Karl Walter Chmielewski. Postawę moralną Karla Chmielewskiego ukształtowała kilkuletnia służba w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. Haupsturmführer Chmielewski nienawidził Polaków. Brał udział w rozstrzeliwaniu więźniów, organizował masowe ich katowanie. Nocą lubił przychodzić do baraków i bić, często do nieprzytomności: „Wśród śmiechów pijanych esesmanów Chmielewski, sam tak pijany, że ledwo trzymał się na nogach, bił własnoręcznie. Chwiejąc się, młócił, gdzie popadnie. Głowa , plecy nerki Nieprzytomnych zrzucano z kozła, dokładano jeszcze kilka kopniaków i kazano zanieść na kupę zabitych i ciężko pobitych leżących przy swoich blokach. Rekordową liczbę uderzeń bykowcem – sto czterdzieści – wytrzymał 45-letni Kazimierz Zamyśliński. […] Po wyleczeniu ran powstałych na skutek przecięcia skóry w wielu miejscach, pozostał paraliż niektórych mięśni, co utrudniało mu swobodne stąpanie. Od tej pory cierpiał na nerki, ale żył” (J. Osuchowski). W Gusen, podobnie jak w Dachau, praktyki religijne były surowo zabronione przez władze obozowe: „Ks. Ludwik Bielerzewski nie tylko spowiadał i udzielał rozgrzeszenia więźniom, a w chwilach zwątpienia wspierał duchowo, ale dzielił się ostatnią kromką chleba czy miską zupy. Na równi z innymi pracował przy noszeniu ciężkich kamieni, w podziemnych sztolniach przemysłu zbrojeniowego, przy budowie linii elektrycznej. Nazywany był przez współwięźniów Polaków »biskupem więziennej rzeczypospolitej w Gusen«” (J. Woś, W. Jacewicz, Martyrologium polskiego duchowieństwa rzymskokatolickiego pod okupacją). Niestety, w grudniu 1944 roku wywieziono ks. Ludwika Bielerzewskiego i pozostałych księży do Dachau. W Gusen pozostał tylko karmelita bosy – ojciec Pere Jaque. Ks. Józef Maksymiuk i ks. Józef Pielorz zapamiętali, że w Gusen odprawiono w ciągu 5 lat funkcjonowania obozu tylko jedną Mszę Św.: „W oznaczoną niedzielę zebrało się nas około 30 osób. Piere Jaque w kącie baraku, bez szat liturgicznych, bez szerokich gestów liturgicznych, bez szat odpowiednich i naczyń sprawował Najświętsza Ofiarę, udzielał wtajemniczonym Komunię Św. jak w pierwszych czasach prześladowań chrześcijan”. Eksperymenty pseudomedyczne W Mauthausen-Gusen, podobnie jak w Dachau, przeprowadzano na zdrowych więźniach eksperymenty pseudomedyczne. W latach 1940–1943 prawie wszyscy lekarze obozowi interesowali się chirurgią. Najbardziej niebezpieczne zabiegi przeprowadzał na rewirze (szpital 138


dr Anna Jagodzińska

obozowy) dr Hermann Richter z Linzu, lekarz w Gusen na przełomie 1940/1941 roku. Do sporządzania fachowych opisów i fotografowania zabiegów zmuszał polskich lekarzy-więźniów Gusen. W wyniku eksperymentów pseudomedycznych w krótkim czasie spowodował w Gusen śmierć około 30 więźniów a w Mauthausen – 300. Przeglądając znajdujące się w zasobie IPN materiały archiwalne dotyczące niemieckich obozów koncentracyjnych, natrafiłam na wstrząsającą relację Feliksa Kamińskiego, lekarza z Poznania – byłego więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen w latach 1940–1945. Dr medycyny Feliks Kamiński w Gusen (dr Fridrich Entress, wizytujący w kwietniu 1941 roku obóz w Gusen rozpoznał w chorym więźniu dr. Feliksie Kamińskim swego nauczyciela anatomii z czasów studenckich na Uniwersytecie Poznańskim i polecił go komendantowi obozu na kierownika oddziału anatomiczngo) wykonywał preparaty histopatologiczne z narządów zmarłych. Preparaty te były przesyłane do Wyższej Szkoły Medycznej SS w Grazu i sprzedawane uniwersytetom, głównie w Wiedniu i Berlinie. Dr Feliks Kamiński zeznał, że dla eksperymentów pseudomedycznych zakopywano żywych ludzi. Ruch Oporu w Gusen I W tych beznadziejnych warunkach eksterminacji więźniów (m.in. uśmiercanie w komorach gazowych inwalidów z Gusen I, mordowanie siekierami inwalidów w Gusen II, ciężka praca, codzienne szykany ze strony esesmanów, blokowych i kapo, głód, choroby, badania pseudomedyczne) w obozie wśród więźniów świeckich uformował się tajny Ruch Oporu. Warunkiem podjęcia walki o przetrwanie w obozie była niewątpliwie silna postawa duchowa. Jedną z form Ruchu Oporu była modlitwa do Matki Boskiej. Modlitwa stała się silnym ogniwem łączącym umęczonych i głodnych więźniów różnych wyznań, a nawet niewierzących. W Gusen formujący się Ruch Oporu poprzez modlitwę, śpiewanie pieśni religijnych mniej lub bardziej świadomie ogarniał całą społeczność obozową: przetrwać wszystko, innych ocalić od śmierci, pomóc słabszym. Każdy, kto wierzył w Boga, wierzył, że miłość zwycięży nienawiść. Ludzie, którzy organizowali ten osobliwy Ruch Oporu w Gusen, to byli księża diecezjalni (Władysław Woźniak, Marian Marcinkowski, Tadeusz Pilarczyk i inni), klerycy zakonni (Werbiści z Chludowa, salezjanie, jezuici, oblaci – Józef Pielorz – mieszka obecnie w Imielinie k. Katowic, Józef Maksymiuk, Paweł Kurda, Franciszkanie), jak również katolicy różnych wyznań i zawodów np. Wacław Milke, Władysław Gębik. Śp. ks. Józef Maksy139


HISTORIA

miuk, oblat, od 2 sierpnia 1940 r. więzień Gusen, po wojnie wspominał: „W Gusen zastałem specyficzną atmosferę religijną, a nawet można by rzec unikalną. We wszystkich obozach ludzie wierzący w Boga modlili się, szukając samoobrony przed bestialstwem hitlerowców mających na celu eksterminację tysięcy więźniów. Ale Gusen było owiane jakimś tajemniczym mistycyzmem. Nic dziwnego, że niektórzy więźniowie w swoich wspomnieniach nazwą go »modlącym się obozem«. Na pewno wpłynęły na to gorsze warunki bytowania, groza śmierci na co dzień, a szczególnie w pierwszych miesiącach czysto polski charakter tego obozu”. W Gusen I, gdzie z 34 tysięcy uwięzionych Polaków zginęło 27 tysięcy, w tej wydawałoby się beznadziejnej sytuacji, każda drobna pomoc, uśmiech, życzliwe słowo stawały się „skrawkiem nieba”, przywracały wiarę w człowieka, często ratowały życie. Przez Ruch Oporu – także sztukę – więźniowie pragnęli pokazać, że sens życia nie ulega przemianom i można go odnaleźć pomimo cierpienia. Jednym ze sposobów na odnajdywanie tego sensu było doświadczenie dobroci, miłości, prawdy i piękna w bezpośrednim kontakcie z drugim człowiekiem. Więźniem – a było ich wielu – który swoją postawą dawał nadzieję przetrwania obozowego piekła, był m.in. Mirosław Szopiński. Przywieziony do kamieniołomów Gusen w maju 1940 roku, jeszcze tego samego roku stworzył chór obozowy. Wyszukał więźniów, którzy potrafili odśpiewać trudną, chociaż melodyjną, skomponowaną pieśń Sen więźnia; „Chór w Gusen – diabeł by się uśmiał! Tu, gdzie ludzi topiono w gnojówkach, gdzie mary ludzkie przewracały się przy pracy z głodu i wycieńczenia, tu, w Gusen, myśleć o chórze” – wspomina Włodzimierz Wnuk, więzień Gusen. Ćwiczyli w baraku, tzw. Trupiarni, gdzie prawie nikt nie zaglądał. Późną jesienią 1940 roku , w bloku nr 10 zaśpiewali po raz pierwszy Sen więźnia dla prawie 400 słuchaczy. Potem Mirosław Szopiński ze swoim chórem śpiewał w szpitalu obozowym dla leżących tam chorych. Pieśń Sen więźnia – przypomnienie matki, domu rodzinnego, polskiego morza, lasu i łąk było dla nich, ciężko chorych – skrawkiem nieba: Śniła mi się nasza wioska, Mazowieckie nasze piaski, A pod gruszą Matka Boska, strojna w swej korony blaski, na rozstajnych drogach stała. Śniła mi się nasza chatka. Nad kądzielą pochylona Przędła sobie nasza matka[…]. 140


dr Anna Jagodzińska

Mirosław Szopiński doczekał wyzwolenia 5 maja 1945 r. Po wojnie z chórem „Cecylia” jeździł z tą pieśnią po Polsce. Członkom drużyny piłkarskiej obozowe kapo zapewniało lepsze wyżywienie, odpowiednie ubranie oraz pracę w komandach, która nie niszczyła kondycji fizycznej. Różańce z Gusen W obozie Gusen I w wieczór wigilijny 1941 roku piętnastoosobowa grupa bliskich sobie kolegów, między innymi Wacław Milke, Stefan Niewiada, kleryk Piotr Naruszewicz, Mieczysław Paszkiewicz, Alojzy Waluś i inni, utworzyła tzw. Żywy Różaniec. Była to jedna z form oporu. Każdy z uczestników zobowiązał się odmawiać codziennie jedną dziesiątkę różańca i zachęcać do odmawiania różańca innych kolegów. W dniu 2 lutego 1942 roku, w Święto Matki Boskiej Gromnicznej, na zorganizowanym potajemnie koncercie, na którym śpiewano pieśni religijne i patriotyczne, z inicjatywy członków „Żywego Różańca” nastąpił akt zawierzenia Matce Bożej całego obozu. Ziarenkami różańca, przemyconego z magazynu odzieżowego przez Teofila Czepionkę, więźniowie otoczyli obóz. Członkowie „Żywego Różańca” postanowili także wykonać różaniec-wotum, by po powrocie do Kraju złożyć różaniec Matce Boskiej na Jasnej Górze. Pomysłodawcą był wspomniany Wacław Milke z Płocka i Władysław Gębik z Olsztyna.

Różaniec z Gusen 141


HISTORIA

Ostatecznie do dnia wyzwolenia obozu wykonano 200 kostek-urn. Zostały wykonane z granitu, drewna i szyby wojskowego samolotu amerykańskiego zestrzelonego nad Gusen. We wspomnieniach byłych więźniów czytamy, że inspiracją wykonania pierwszej części różańca-wotum było zamordowanie przez esesmana księdza, modlącego się w ukryciu na różańcu, prawdopodobnie otrzymanym od kolegów zatrudnionych w magazynach odzieżowych: „Pobity, zlany krwią, na wpół przytomny więzień, połykał ziarenka różańca dopóki przy akompaniamencie szyderczych i ordynarnych śmiechów zebranych esesmanów, dalej bity i kopany, nie zakończył życia. Wiadomość o bestialskim zamordowaniu księdza błyskawicznie rozeszła się wśród więźniów, wywołując oburzenie nie tylko wśród więźniów katolików, ale także innych wyznań i niewierzących. W pierwszej gusenowskiej wersji – jeszcze podczas pobytu w obozie – „Różaniec miał składać się z 150 połączonych kostek-urn i miał stanowić symbol, który zawieszony na potężnym krzyżu, wykutym przez kolegów z gusenowskiego granitu, miał przypominać światu zbeszczeszczenie człowieczeństwa przez ludobójców spod znaku swastyki. Surowy krzyż ten miał być jedyną ozdobą głównego ołtarza Świątyni Męczenników – centralnego pomnika wieloczłonowego wybudowanego przez wszystkie narody, których przedstawicieli zakatowano w obozach koncentracyjnych. Opracowany przez nas szczegółowy plan tego gigantycznego memento dla ludzkości przewidywał zlokalizowanie go na terenie Polski jako państwa, które w latach 1939-1945 poniosło największe ofiary, i to nie tylko w ludziach”. Pomnika Świątyni Męczenników nie ma, pozostały trzy różańce. Pierwszą część – radosną – różańca wykonano w połowie 1943 roku z granitu, z kamienia, tego, który więźniowie nosili na swoich plecach. Kostki granitowe w ilości 59 sztuk wykonali więźniowie, Hiszpanie, Francuzi i Włosi, pracujący w komandzie obróbki kamienia. Każda kostka posiadała wywiercony otwór, w którym złożono prochy zamordowanych i spalonych w krematorium więźniów. Następnie kostki zagipsowano i pomalowano na czarny kolor z białymi kropkami od 1 do 6, imitującymi kostki do gry. Wykonanie kostek odbyło się w wielkiej tajemnicy. Wszystkie kostki zostały rozdane wśród uczestników więźniów „Żywego Różańca” i wyniesione po wyzwoleniu obozu 5 maja 1945 roku. Uroczyste przekazanie złożonego z ocalałych kostek różańca-wotum na Jasną Górę w Częstochowie odbyło się w sierpniu 1960 roku podczas Mszy Św. celebrowanej przez b. więźnia, ks. Antoniego Jezierskiego w obecności byłych więźniów Gusen – uczestników 142


dr Anna Jagodzińska

„Żywego Różańca”. Organizatorem złożenia Różańca był druh Wacław Milke z Płocka, przedwojenny działacz harcerski. Kostki granitowe–urny zostały umieszczone w ziarenkach wykonanych ze srebra. Wykonawcą był Bronisław Piotrowski z Płocka. W 1943 roku w Gusen wykonano drugą część różańca – bolesną. Kostki tej części różańca zrobiono z kawałka drewna ułamanego z obozowej szubienicy. W nich również umieszczono prochy więźniów spalonych w krematorium. Podobno została wykonana dla uczczenia śmierci 17-letniego chłopca, który, przywieziony do obozu, został rozstrzelany w bestialski sposób. W tych kostkach także umieszczono prochy więźniów. Druga część różańca – bolesna, została złożona w 1979 roku w kościele akademickim św. Anny na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie w obecności byłych więźniów Gusen. Oprawę artystyczną ze srebra wykonała artystka plastyk Anna Grocholska z Warszawy (także dla Różańca złożonego w Katedrze Wrocławskiej). Każdego roku w październiku nabożeństwa różańcowe odmawiane są na tym Różańcu. 1 października w Nabożeństwie Różańcowym uczestniczą byli więźniowie Mauthausen-Gusen i ich rodziny. W 1944 roku podczas jednego z nalotów alianckich nad obozem Gusen został zestrzelony samolot amerykański. Część jego siedmioosobowej załogi została zabita przez esesmanów jeszcze w trakcie opadania na spadochronach. Pozostałych członków załogi Niemcy także zastrzelili i spalili w krematorium w Mauthausen. To bestialskie zamordowanie bezbronnych lotników wstrząsnęło polskimi więźniami. Wtedy powstała myśl wykonania trzeciej części różańca – chwalebnej. Z części plastikowej szyby, oderwanej z zestrzelonego samolotu, wykonano 55 sztuk kostek-urn z prochami, pomalowano na czarno, by, jak poprzednie, imitowały kostki do gry. W kostkach-urnach umieszczono prochy zamordowanych i spalonych lotników. Trzecia część różańca – chwalebna – została złożona w październiku 1980 r. w Katedrze Wrocławskiej w asyście księży – byłych więźniów – i w obecności byłych więźniów obozu Gusen. Więźniowie Gusen poprzez te trzy Różańce oddali hołd wszystkim tym, którzy zginęli z rąk zbrodniarzy w niemieckich obozach koncentracyjnych. Wspomniany więzień Gusen, druh Wacław Milke, w drewnianym pudelku do mydła, schowanym w Gusen w szafce z podwójnym dnem, wyniósł z obozu garstkę prochów więźniów spalonych w krematorium. W październiku 1947 roku w obecności mieszkańców Płocka odbył się symboliczny pogrzeb tych płotczan, którzy zginęli w czasie wojny. Malutka trumienka z prochami została wmurowana w kaplicy Sierpskich w Katedrze Płockiej na pamiątkę przeżytej gehenny obozowej. 143


HISTORIA

Kolejne wydarzenie, jakże wymowne i warte przypomnienia: Ksiądz Piotr Naruszewicz i wtajemniczeni więźniowie (m.in. Wacław Milke) przechowywali w magazynie krzyż. Ludzie idący do gazu całowali ten krzyż, prosili Jezusa o przebaczenie grzechów. Po opuszczeniu obozu, krzyż zabrał ze sobą Milke, nosił go zawsze przy sobie. Drugi krzyż, który jakiś czas wisiał w obozowej kostnicy, przechował i zabrał ze sobą do Polski także Wacław Milke. Do końca życia krzyż ten wisiał w pokoju byłego więźnia Gusen. Wyzwolenie W dniu 5 maja 1945 roku o godzinie 17:00 Mauthausen-Gusen został wyzwolony przez żołnierzy amerykańskich. Polscy więźniowie odśpiewali hymn narodowy i „Rotę”. Na betonową latarnię-szubienicę wciągnęli biało-czerwoną flagę. Byli wolni. Z dokonanego podczas wieczornego apelu obliczenia wynikało, ze w dniu 4 maja 1945 roku w Gusen było około 24 000 więźniów. W sztolniach Gusen Niemcy zamierzali pogrzebać żywcem wszystkich więźniów, by nie było świadków ich zbrodni. Więźniowie nie dopuścili do tego, a żołnierze amerykańscy zdążyli dotrzeć do obozu przed zagładą tysięcy ludzi. Przez Mauthausen i jego podobozy przeszło około 200 000 więźniów kilkudziesięciu narodowości. Zginęło 35 000 Polaków. Od 2015 roku przez dr. Hansa-Petera Jeschke z Uniwersytetu w Linzu oraz dr Annę Jagodzińską z Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie jest realizowany projekt badawczy „Różańce z Gusen”(Gusener Rosenkranze), mający na celu uczczenie i promowanie pamięci o martyrologii polskiego duchowieństwa w niemieckich obozach koncentracyjnych i obozach zagłady, a jednym z nich był Mauthausen-Gusen. W ramach projektu 2 czerwca 2016 roku w siedzibie Instytutu Pamięci Narodowej odbyła się konferencja poświęcona polskim więźniom Mauthausen i Gusen. Obecnie w projekcie realizacja filmu dokumentalnego – Różańce z Gusen. dr Anna Jagodzińska

144


IN MEMORIAM

NIE ŻYJE PROF. PIOTR MAŁOSZEWSKI Prof. dr hab. inż. Piotr Jan MAŁOSZEWSKI Profesor Piotr Małoszewski pochodził z Krakowa, gdzie urodził się w roku 1950. W Niemczech przebywał od 1984 roku. Byl żonaty i miał dwoje dorosłych dzieci. Zmarł w Monachium po ciężkiej chorobie 21 marca 2017 roku. Absolwent Wydziału Elektrotechniki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie (1973). Karierę naukową rozpoczynał w Prof. Piotr Małoszewski tamtejszym Instytutcie Fizyki Jądrowej, by zwieńczyć ją profesurą na Uniwersytecie we Freiburgu i tytułem profesora RP. Pracownik naukowy i wicedyrektor Instytutu Ekologii Wód Podziemnych w Centrum Badawczym Helmholtza w Monachium (2003–2015), a także – od listopada 2014 – profesor na Wydziale Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska AGH w Krakowie. Wybitny naukowiec i wykładowca, autor blisko 190 prac z zakresu hydrogeologii i hydrologii znacznikowej, które były cytowane już ponad 3000 razy. Prezydent Międzynarodowej Komisji Znacznikowej w

145


IN MEMORIAM

Międzynarodowej Asocjacji Nauk Hydrologicznych (IAHS). Ekspert IAEA delegowany na misje naukowo-badawcze do kilkunastu krajów trzeciego świata. Wykładowca na uniwersytetach w Szwajcarii, Niemczech, Kanadzie i w Polsce. Promotor 11 prac doktorskich. Działacz katolicki, szczególnie zaangażowany w rozwój polskiego szkolnictwa w Niemczech. Był m.in. dyrektorem Szkoły Przedmiotów Ojczystych w polskiej parafii w Monachium. Przewodniczył Radzie Naczelnej Polskich Katolików Świeckich w Niemczech. W latach 2006–2010 wiceprzewodniczący Diecezjalnej Rady Katolików Świeckich (archidiecezja Monachium-Freising), wybrany jako pierwszy cudzoziemiec na tak wysoką funkcję. W 2013 r. – jako pierwszy Polak w historii – wszedł w skład Komitetu Centralnego Katolików Niemieckich. Członek założyciel i wiceprzewodniczący Chrześcijańskiego Centrum Krzewienia Kultury, Tradycji i Języka Polskiego w Niemczech. Reprezentował je w Konwencie Organizacji Polskich w Niemczech, pełniąc funkcję prezydenta Konwentu. Członek Bawarskiej Rady Integracyjnej (od 2011). Członek Polonijnej Rady Konsultacyjnej przy Marszałku Senatu RP. 146


Opr. Bogdan Żurek

Komandor Zakonu Rycerskiego Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie. Członek Rady Zwierzchnictwa Polskiego odpowiedzialny za współpracę międzynarodową. Od 8 marca 2017 Jego Ekscelencja Komandor, Zwierzchnik Zwierzchnictwa w Polsce Zakonu Rycerskiego Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie. Kawaler Orderu Świętego Sylwestra Papieża. Odznaczony m.in. Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą, Krzyżem Komandorskim i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Wyróżniony Złotym Medalem Wspólnoty Polskiej, najwyższym wyróżnieniem archidiecezji Monachium-Freising – Medalem św. Korbiniana. POGRZEB 31 marca 2017 prof. Piotr Małoszewski spoczął w Alei Zasłużonych krakowskiego Cmentarza Rakowickiego. Mszy Św. w kościele Mariackim przewodniczył kard. Kazimierz Nycz. Uroczystościom pogrzebowym towarzyszyła kompania reprezentacyjna Wojska Polskiego. Kardynał Nycz: „Stajemy przy trumnie Pana Profesora, by dziękować Panu Bogu za jego owocne życie. Życie profesora, naukowca, ojca rodziny, które poświęcał dla Polonii w Niemczech, dla Zakonu Bożogrobców, którego był polskim zwierzchnikiem. Módlmy się, abyśmy potrafili uczyć się z życia śp. Piotra tych postaw, którymi on się odznaczał wtedy, kiedy był razem z nami”. Z listu pożegnalnego Prezydenta RP: „Żegnamy dzisiaj człowieka wiary i czynu, żarliwego patriotę, znakomitego uczonego. A także godnego ambasadora polskości na obczyźnie – działacza, którego dokonania stanowią ważny wkład w budowę dobrosąsiedzkich relacji polsko-niemieckich”. Profesora Małoszewskiego wspominali m.in. bp Wiesław Lechowicz i Marszałek Senatu RP Stanisław Karczewski. W pogrzebie uczestniczyli reprezentanci Polonii niemieckiej oraz przyjaciele i znajomi zmarłego z Monachium. Opr. Bogdan Żurek Fot. Maciej Osiadły 147


NIE ŻYJE ANDRZEJ DALKOWSKI Andrzej Dalkowski urodził się w Toruniu w dniu 8 października 1927 r. Zmarł w Monachium 15 maja 2017 r. Pomimo blisko 70-letniego pobytu w Niemczech pozostał tylko obywatelem polskim. Wywodził się z rodziny powstańca wielkopolskiego, polskiego legionisty; został wychowany w wierności polskim narodowym tradycjom oraz w szacunku i tolerancji do innych. Hasło Bóg-Honor-Ojczyzna, wyniesione z domu rodzinnego, stało się podstawą jego całego życia. Andrzej Dalkowski W okresie wojny traci ojca zamordowanego przez niemieckich nazistów. W grudniu 1940 r., mając 13 lat, wstępuje do konspiracji, w której pozostaje po zakończeniu wojny; staje się emisariuszem londyńskiej Rady Politycznej na Kraj. W 1950 r. ucieka z Kraju przed oczekującym go wyrokiem śmierci i zatrzymuje się w Niemczech Zachodnich, skąd było „bliżej” do ukochanej Ojczyzny. Natychmiast angażuje się w pracę nie tylko Związku Uchodźców Polskich, ale też Międzynarodowego Związku Uchodźców; staje się wiceprezesem Zarządu Głównego tej organizacji i orędownikiem spraw Polaków. W 1953 r. podejmuje służbę w Kompaniach Wartowniczych i Technicznych przy oddziałach Amerykańskich Sił Zbrojnych w Niemczech, w których przepracowuje 37 lat, przechodząc w 1990 roku na emeryturę. W uznaniu jego wzorowej służby otrzymuje dożywotnie członkowstwo 69 Batalionu Kompanii Sygnalizacyjnej Armii Amerykańskiej. Poza służbą niezwykle aktywnie i ofiarnie poświęca się działalności społeczno-charytatywnej obejmującej m.in. pomoc chorym, opiekę nad polskimi dziećmi czy sprawy socjalne polskich żołnierzy, opiekę nad miejscami polskiej pamięci narodowej czy organizowanie bibliotek, kursów dokształcających i zespołów. Współorganizował Fundusz Kulturalno-Oświatowy oraz Samopomoc Polskich Odziałów Wartowniczych, organizował polskie ogniwa harcerskie oraz zbiórki pieniężne na potrzeby polskiej parafii. Długi czas pełnił funkcję przewodniczącego Rady Parafialnej, początkowo Polskiej Parafii, a następnie, po likwidacji Samodzielnej Diecezji Polskiej w Niemczech, Polskiej Misji Katolickiej w Monachium. Działając i pracując w Niemczech, był zaproszony do udziału w Kongresie Polonii Amerykańskiej w 1975 r. w Waszyngtonie. 148


Prof. Piotr Małoszewski

W 1978 r. był delegatem Polaków w Niemczech na obrady Kongresu Polonii Jutra w Toronto. Współpracował z tygodnikiem „Polak”, a także przez wiele lat pełnił funkcję przedstawiciela Muzeum Polskiego w Rapperswilu na Niemcy Zachodnie. Andrzej Dalkowski – niezmordowany w poszukiwaniu i ocalaniu polskich mogił i pamiątek w Bawarii. Dzięki jego inicjatywie i uporowi odrestaurowano m.in. mogiły Powstańców Styczniowych w Monachium, polskie mogiły i pomnik Polaków na cmentarzu w Dachau, tablicę pamiątkową Maksymiliana Gierymskiego na cmentarzu w Bad Reichenhall, ocalono szczątki polskich oficerów poległych w II wojnie światowej i przeniesiono je do Kwatery Aliantów na Cmentarzu Perlacher Forst w Monachium; oraz wielu innych. Ze szczególnym zaangażowaniem dążył pan Andrzej Dalkowski do upamiętnienia Polaków zamęczonych w obozie koncentracyjnym KL Dachau, doprawadzając do wykonania i odsłonięcia w 1999 r. polskiego pomnika na wzgórzu-cmentarzu Leitenberg przy obozie KL Dachau. Każdego roku czuwał i organizował uroczyte składanie kwiatów i wieńców w dniu wyzwolenia obozu oraz w dniu 1 listopada w obozie i na innych polskich cmentarzach w Bawarii. Niemal do końca angażował się w utrwalanie, rozwijanie i upowszechnianie kultury i tradycji polskich, działał aktywnie na polu współpracy polsko-niemieckiej w dziedzinie kontaktów międzyludz-

Msza pożegnalna w Monachium 149


IN MEMORIAM

kich i gospodarczych. Był dla polonijnego środowiska wzorem Polaka mieszkającego w Niemczech, demonstracyjnie zachowującego swoją polskość, a równocześnie otwartego na partnerski dialog ze wszystkimi środowiskami niemieckimi. Był niezwykle szanowany w środowisku nie tylko polskim, lecz także niemieckim. Za swoje zaangażowanie w sprawy polskie pan Andrzej Dalkowski został wyróżniony: Złotym Krzyżem Zasługi Rządu Polskiego na Uchodźstwie (1978), Złotym Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej (1995), Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1998) i Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2008). Msza Św. pożegnalna (na zdjęciu) odbyła się w kościele pw. św. Józefa w Monachium w niedzielę 21 maja 2017. Pogrzeb Andrzeja Dalkowskiego – poprzedzony Mszą Św. w bazylice katedralnej pw. św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty – odbył się w Toruniu, 29 maja 2017 r., na cmentarzu św. Jerzego przy ul. Gałczyńskiego.   źródła: prof. Piotr Małoszewski /2008/, archiwum, Fot. B. Żurek

150


151


Adres redakcji i wydawcy: Konwent Organizacji Polskich w Niemczech Sigmundstr. 8, 52070 Aachen Tel. +49 30 505 780 96 E-mail: kwartalnik.polonia@gmail.com

Druk: Drukarnia „Efekt” – Jan Piotrowski, Tadeusz Markiewicz. Spółka jawna, ul. Lubelska 30/32, 03-802 Warszawa 8 arkuszy drukarskich. Format A5, papier 80 g. Nakład: 800 egzemplarzy Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do ich redagowania, zmiany tytułów i skracania. W sprawie prenumeraty prosimy o kontakt z Redakcją.

Przedsięwzięcie jest współfinansowane przez Stowarzyszenie Wspólnota Polska ze środków otrzymanych od Kancelarii Senatu w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą.


Zainteresowane osoby i organizacje prosimy o kontakt. Tel.: +4930 186 8114 183, buero@konwent.de, www.polonia-biuro.de Bundeshaus, Bundesallee 216 - 218, 10719 Berlin


Kwartalnik polonia nr9  
Advertisement