Page 1

Paweł Cwynar

PICIE W ZACHWYCIE


fot. www.pawelcwynar.org


PICIE W ZACHWYCIE


Paweł Cwynar

PICIE W ZACHWYCIE Prawdziwa historia życia z nałogiem, historia powstawania i upadków

Kraków 2020


© 2020 by Wydawnictwo Franciszkanów BRATNI ZEW spółka z o.o. ISBN 978-83-7485-359-0 Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana, ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Redakcja Katarzyna Gorgoń Korekta Agnieszka Gogola Projekt okładki Katarzyna Zapart

Wydawnictwo Franciszkanów BRATNI ZEW SPÓŁKA Z O.O. ul. Hetmana Żółkiewskiego 14, 31-539 Kraków tel. 12 428 32 40 www.bratnizew.pl


Człowiek w lustrze widzi jedynie swoje odbicie. Tylko w prawdzie widzi, kim jest w rzeczywistości.


Spis treści Dzieciństwo

........................

11

Przypowieść . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

16

Pierwszy kontakt . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

20

Pijak dobry, pijak zły . . . . . . . . . . . . . . . . .

25

Ruscy i Moskovskaya . . . . . . . . . . . . . . . . .

27

Silna głowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

30

Bastiony wolności . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

31

Przecierka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

33

Pierwszy raz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

36

Jak po sznurku . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

39

Kajdanowo . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

42

Za kratami . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

43

Krótki lot

..........................

46

.............................

48

Powrót . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

56

Ostatnie szlify

......................

61

Rajdy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

67

Rosja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

69

Życie na procentach nie procentuje . . . . . .

72

Jacek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

75

Pucha


Charakterniacy

.....................

80

Tyle o innych, teraz coś o sobie . . . . . . . . .

84

Picie na wypasie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

93

Trup

..............................

95

Rundka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

97

Spirytusy

..........................

99

Działkowicze . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

102

Wyklepka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

105

Pasja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

107

Wbijam dwójkę . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

109

Przymknięte oczy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

113

Popijanie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

119

Podsumowując . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

122

Od autora . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

124


To był mój najdłuższy ciąg. Piłem miesiąc. Nagle, niespodziewanie z hukiem wypadają drzwi. Antyterror wchodzi jednocześnie do kilkunastu mieszkań w kilku miastach w Polsce. Zostaję aresztowany. Działanie w grupie o charakterze zbrojnym. Zaleceniem CBŚ zostaję umieszczony w ścisłej izolacji po to, bym skruszał. Proponują mi koronę – instytucja świadka koronnego, czyli majątek zostaje, nowa tożsamość, a przede wszystkim wolność. Odmawiam. Więzienie we Wrocławiu, izolatka, rok. Nagle czas zatrzymuje się w miejscu. Nie widzę ludzi na oczy. Tylko ja i cztery ściany malutkiej celi. Czas nabiera innego znaczenia. Dłuży się wszystko. Jestem całkowicie odcięty od świata. Jedyne co słyszę, to swój oddech. Na spacery chodzę z samego rana do specjalnej klatki tak, by nikt mnie nie widział. Jest sroga zima, temperatury w nocy spadają do minus trzydziestu stopni. Pogrążony w apatii i beznadziei przestaję odliczać dni. Myśli nie pozwalają spać. Można zwariować. Aż niespodziewanie pewnego dnia, po powrocie do celi ze spaceru, znajduję kilka kartek z Nowego Testamentu. Nie mam pojęcia, skąd się tam wzięły. Przeczytałem je łapczywie. W głowie eksplodowały natrętne pytania, czy to mogło być prawdą? Zasypiam, śnię, że gram w pokera z szatanem i Panem 9


Bogiem. Szatan kładzie do puli bogactwa świata, Pan Bóg go przebija, jednak ja nie widzę czym! Żeby zostać w grze muszę przebić Pana Boga, ale jak?! Budzę się. Zrywam na równe nogi. Pytań jest coraz więcej. Ciekawość zżera, a może nawet nie ciekawość tylko coś więcej! Dręczy mnie dziwny niepokój. Mijają dni, a ja jestem coraz bardziej umęczony szukaniem odpowiedzi. Pewnej nocy, nie wiedzieć czemu, wstaję z łóżka. Otwieram okno na oścież, jest trzaskający mróz. Nie wiem po co to robię, ale coś zrobić muszę. Trudny do opisania ból niewiedzy jest tak silny, że niemal fizyczny. To jest coś nie do wytrzymania. Tak, jakby ktoś głośno mnie wołał po imieniu będąc tuż, tuż, a ja, nie wiedząc skąd dochodzi wołanie, szukam po omacku obijając się boleśnie od ścian. Rozbieram się do spodenek i kładę krzyżem na betonowej, lodowatej podłodze. Jakaś siła mi podpowiada, że tak trzeba. Czynność tę powtarzam przez trzydzieści dni. Dzień w dzień kładę się rozebrany do spodenek na betonie i leżę godzinę, pytając, nie wiadomo kogo, co mam robić. Aż… Pan Bóg udziela mi wyczerpującej odpowiedzi, że tym, co postawił w tamtej grze w pokera, było ŻYCIE WIECZNE! Moje zziębnięte ciało przeszywa ciepły dreszcz. Klękam i mówię: Panie Boże zgadzam się! Chcę być w Twojej drużynie. Chcę zawalczyć o życie wieczne! Wybacz mi! Prowadź mnie! Z samego rana walę w drzwi celi. Zdziwionemu klawiszowi zgłaszam, by przyprowadził księdza. Spowiadam się z całego życia. Wszystko staje się inne…

10


Dzieciństwo Ale zacznijmy od początku… Mieszkaliśmy, i do tej pory niektórzy z naszej rodziny mieszkają, w pięknym, książęcym mieście Legnicy, gdzie w centrum na wzgórzu ponad szeregowymi zabudowaniami wznosi się monumentalny piastowski zamek. Stąd odważny książę Henryk Pobożny ruszył na rozstrzygającą bitwę z Mongołami i Tatarami, która została stoczona nieopodal w Legnickim Polu. Tam, walcząc dzielnie, zginął i w sumie bitwę można by uznać za przegraną, ale wojska najeźdźców były na tyle osłabione przeprowadzoną batalią, że zaniechały kontynuacji podboju ziem polskich. Legnicę nazywano również „Małą Moskwą”, stacjonowały w niej bowiem wojska radzieckie, które wraz z rodzinami tworzyły niemal połowę ludności studwudziestotysięcznego miasta. Tutaj, przy ulicy niegdysiejszej Armii Czerwonej (dziś już gen. W. Andersa), w poniemieckiej, zdobnej w fantazyjne gzymsy kamienicy, zajmujemy mieszkanie na parterze. Pokoje niczym aule, trzynaście okien, parkiety, piece z koronami i rzeźbione sufity na wysokości nieba. Było gdzie poszaleć. Dzieciństwo zawsze wspominam ciepło. Rodzice, dziadkowie, ciocia… Każdy z dorosłych miał 11


mnóstwo zajęć, ale mimo to, nigdy nas – mnie i mojej siostry – nie zaniedbywano. Dziadek, Antoni Kupiec – głowa rodu, kulturalny i grzeczny, prowadził firmę parkieciarską i do tego dorabiał na dwóch innych etatach. Był przyzwoitym, zasadniczym i zdyscyplinowanym człowiekiem, ale i humorystą wszem i wobec lubianym i szanowanym. Babcia Janina, córka sołtysa wioski, z której pochodziła, była krawcową i zajmowała się domem. Zapalona podróżniczka, z pasją gromadząca przeróżne, mniej lub bardziej potrzebne, przedmioty (nawyk z wojny). Piekła przepyszne ciasta i naleśniki. Nieustannie w ruchu, gotowa co rusz podejmować to nowe wyzwania, w które najczęściej i ja byłem angażowany (chociażby jako stacz kolejkowy w konsumpcyjnym boju o nową franię, jako pachołek do nawijania wełny na motki albo podawacz odpowiedniej długości witek wiklinowych, kiedy wyplatała kosze). W jej obecności zawsze musiałem być czujny i gotowy do podjęcia z werwą przedziwnych działań. Ciocia Elżbieta, nieco tajemnicza, zamknięta w sobie. W jej pokoju z oknami od podwórza było wiele ciekawych bibelotów z różnych zakątków świata. Pracowała w „Hance”, niegdyś znanych w Polsce zakładach włókienniczych. Opowiadała mi i siostrze ciekawe historie z całego świata. Natchnienie czerpała najprawdopodobniej z książek o przedziwnych tytułach, od których uginały się regały jej biblioteczki. Ojciec Zdzisław, małomówny, często zatopiony w czytaniu, posiadacz wychuchanego białego 12


motoru WSK 126, którym – jadąc na ryby – brawurowo szalał wyżymając maksymalnie prędkościomierz do stu dziesięciu kilometrów na godzinę. Poły jego przeciwdeszczowego prochowca trzepotały niczym flaga na maszcie w czasie burzy, a ja, uczepiony jak kleszcz jego pleców, bałem się spojrzeć przed siebie. Zaraził mnie szybką jazdą, co w późniejszych latach przełożyło się na kilka moich złamań i zwichnięć. Mama Bogusława, troskliwie zajmowała się mną i siostrą. Obowiązek ten dzieliła z pracą w Narodowym Banku Polskim. Często prowadzała nas na długie spacery i do kościoła. Bardzo skromna, opiekuńcza, ale wymagająca. Dbała o nasz rozwój duchowy i intelektualny. Lubiła stawiać sobie cele, które dzięki swojej pracowitości i konsekwencji najczęściej osiągała. Ja i siostra żyliśmy w nieustającym konflikcie, jak to bywa u kochającego się rodzeństwa. Nasze mieszkanie śmiało można by nazwać domem otwartym. Dosłownie i w przenośni, co skwapliwie wykorzystywały zarówno zwierzęta domowe, jak i podwórkowe. Wchodził i wychodził, kto chciał i kiedy chciał. Długim korytarzem i przez wszystkie pokoje w nieustannej gonitwie biegały psy i koty, które ciężko było zliczyć: kiedy jedne wychodziły, inne wracały, wieczna migracja. Etatowymi, czyli na stałym wyposażeniu naszego domu, były: wielorasowy pies Rubin, najprawdopodobniej imię odziedziczył po ruskim telewizorze tejże marki, który w tamtych latach był obiektem westchnień wszystkich kinomaniaków, i rudy kot Maciek, mistrz w spaniu 13


i złodziejstwie ze stołu. Był tak duży, że wszyscy czuli do niego respekt, a on nas cwanie obserwował chytrymi oczyma. Czasy były trudne. Jednak dzięki temu, że niemalże dookoła nas mieszkali Rosjanie, którym niczego nie brakowało, i nam było lżej. Kiedy u nas na półkach stał ocet a w lodówkach gwizdał wiatr, w rosyjskich sklepach za wysokimi murami półki uginały się od polskiej i rosyjskiej żywności oraz innych produktów. Wielu legniczan, w tym i moja rodzina, prowadziła z Rosjanami różnego rodzaju drobne interesiki, przeważnie polegające na wykonywaniu usług za wymianę na deficytowe u nas produkty. Stąd też u babci często gościły Rosjanki, którym szyła wymyślne suknie, przeważnie w fantazyjne, kwieciste wzory. Dziadek jako znakomity fachowiec, tak zwana złota rączka, nierzadko ratował ich z opresji technicznych, ponieważ ludzi u nich było dużo, ale fachowców jak na lekarstwo. Takim oto sposobem w naszej rodzinie jedzenia nie brakowało, a i czasami można było przegryźć wyborną ruską chałwę lub jakieś czekoladowe frykasy. Na Rosjanach ciążył zakaz zażyłości z polską ludnością, ale co z tego, kiedy Polacy na bazarach handlowali różnego rodzaju tandetnymi błyskotkami przemycanymi z Niemiec, których oni na oczy nigdy nie widzieli. Dlatego najczęściej zakazy i nakazy szły swoją drogą, a życie swoją. Kto handlował, ten żył. W czasach, kiedy nie było Internetu, ludzie rozmawiali ze sobą twarzą w twarz. Nie rozmawiać 14


z sąsiadem z klatki obok? Absurd! Nie było problemu nawet wtedy, kiedy był on Mołdawianinem, Gruzinem, Czeczenem, Ukraińcem, Łotyszem czy kimkolwiek innym, kto w tamtych latach przynależał do wszechobecnego Związku Radzieckiego, był po prostu „ruskim”! To dopiero było multi-kulti! Tym bardziej, że każda rodzina miała u nas pobyt kadencyjny, pięcioletni. Częsta rotacja, nowe twarze, kolejne znajomości. Mieszanina kultur i obyczajów sprawiały, że ludzie musieli umieć porozumiewać się ze sobą bez niepotrzebnych wstępów i niuansów. Już od najmłodszych lat doskonale władałem językiem rosyjskim, co pomogło mi poznać zarówno bogactwo jak i patologie wielokulturowości wschodniego bloku Europy. Bogaty w zasoby kolos na glinianych nogach z dziurawymi kieszeniami, nieustannie zapewniający o swojej wszechmocy. Do dzisiaj znam na pamięć nadęte frazesy ich propagandowej tuby. Zresztą u nas było podobnie.


Paweł Cwynar ur. w 1972 roku w  Legnicy. Kiedyś gangster, wielokrotny recydywista, który za kratami spędził 15 lat. Tam też podjął trud autoedukacji, dzięki czemu dziś jest pisarzem, m.in. autorem bestsellera Wysłuchaj mnie, proszę… (2016). Był zakwalifikowany jako więzień szczególnie niebezpieczny, gdy w  celi izolacyjnej wszedł na drogę nawrócenia. Dziś ewangelizuje odwiedzając zakłady karne, mówi więźniom, że można żyć inaczej i  przestrzega młodzież przed zgubnymi skutkami przestępczej drogi. www.pawelcwynar.org


Pewnej nocy, nie wiedzieć czemu, wstaję z łóżka. Otwieram okno na oścież, jest trzaskający mróz. Nie wiem, po co to robię, ale coś zrobić muszę. Trudny do opisania ból niewiedzy jest tak silny, że niemal fizyczny. To jest coś nie do wytrzymania. Tak, jakby ktoś głośno mnie wołał po imieniu, będąc tuż, tuż, a ja nie wiedząc, skąd dochodzi wołanie, szukam po omacku, odbijając się boleśnie od ścian. Rozbieram się do spodenek i kładę krzyżem na betonowej, lodowatej podłodze. Jakaś siła mi podpowiada, że tak trzeba. Czynność tę powtarzam przez trzydzieści dni. Dzień w dzień kładę się rozebrany do spodenek na betonie i leżę godzinę, pytając, nie wiadomo kogo, co mam robić. Picie w zachwycie to w dynamiczny sposób opisana historia życia z nałogiem alkoholowym, historia upadków i ciągłego powstawania na nowo, odnalezienia Boga w najczarniejszym momencie życia. To świadectwo byłego gangstera, który o życiu mówi otwarcie, bez zbędnej słodyczy i  melancholii. To opowieść o  tym, że kiedy nałóg stanie się częścią życia człowieka, nie jest łatwo go pokonać.

Autor przeznacza swoje honorarium na cele charytatywne Patronat medialny

Cena 19.90 zł ISBN 978-83-7485-359-0

Bratni Zew Wydawnictwo Franciszkanów

Posłaniec osłaniec

św. Antoniego z Padwy

Profile for Wydawnictwo Franciszkanów Bratni Zew

Picie w zachwycie  

Pewnej nocy, nie wiedzieć czemu, wstaję z łóżka. Otwieram okno na oścież, jest trzaskający mróz. Nie wiem po co to robię, ale coś zrobić mus...

Picie w zachwycie  

Pewnej nocy, nie wiedzieć czemu, wstaję z łóżka. Otwieram okno na oścież, jest trzaskający mróz. Nie wiem po co to robię, ale coś zrobić mus...

Profile for bratnizew
Advertisement