Cały pokój jest z kamienia: surowa kamienna podłoga, kamienne ściany, na których miejscami widać cienką warstwę grzyba, i staromodny kamienny zlew wyposażony w zardzewiały kran, który najwyraźniej nie był używany od lat. Leżę na twardym, wąskim łóżku polowym, pokrytym zniszczonymi kołdrami. Ono, kilka blaszanych wiader w kącie pod nieczynnym zlewem oraz drewniane krzesło stanowią całe wyposażenie pokoju. Nie ma tu okien, nie ma też lamp – jedynie dwie latarenki na baterie wypełniają pokój wątłym niebieskawym światłem. Do jednej ze ścian przybity jest mały drewniany krzyż z zawieszoną na nim postacią mężczyzny. Poznaję go – to symbol jednej z dawnych religii, z czasów sprzed remedium, aczkolwiek nie pamiętam już, której. Nagle przypomina mi się trzecia klasa szkoły średniej, lekcja historii Stanów Zjednoczonych, kiedy to pani Dernler spoglądała na nas spoza tych swoich ogromnych okularów, stukała palcem w otwarty podręcznik i mówiła: „A widzicie? Widzicie? Popatrzcie na te wszystkie dawne religie, na każdym kroku splamione miłością. Cuchnęły delirią, ociekały nią”. I oczywiście wtedy wydawało się to okropne, i prawdziwe. Miłość, najbardziej zdradliwa choroba na świecie. Miłość, zabije cię... Alex. Zarówno wtedy, gdy cię spotka... Alex. Jak i wtedy, kiedy cię omija. Alex. – Byłaś półżywa, kiedy cię znaleźliśmy – mówi rzeczowo czarnowłosa dziewczyna, wracając do pokoju. Trzyma 16