Issuu on Google+

6%&-, %0%1)((-2)

1-786>

343;-)的'-


6EFML%PEQIHHMRI

,EOE[EXM QMWXV^STS[MIƦGM

TV^IOùEH %RRE+VEPEO 1EVME1EOYGL 1EXIYW^&SVS[WOM

;]HE[RMGX[S>REO /VEO¶[


ROZDZIAŁ

PIERWSZY

S

łuchaj. Będę teraz twoim bogiem. Pozwól, że zabiorę cię w podróż poza kres twej wyobraźni. Pozwól, że opowiem ci historię. Dawno, dawno temu pewien emir żył w dalekiej krainie, w przepięknym mieście pełnym zieleni z cudownie szemrzącymi fontannami, które nocą kołysały do snu jego mieszkańców. Emir posiadał niemal wszystko, lecz wciąż pożądał jednej jedynej rzeczy na świecie – pragnął mieć syna. Opływał w bogactwa, które odziedziczył i pomnożył. Był silny, miał zdrowe białe zęby. Miał pozycję, urok i budził szacunek. Miał piękną, kochającą żonę. Często odwiedzali go krewni. Miał także świetnego pedikiurzystę. Od dwudziestu lat był żonaty, spłodził dwanaście przepięknych córek i ani jednego syna. Co miał począć? Posłał zatem po swego wezyra. – Mądry wezyrze – zwrócił się do niego – potrzebuję twej pomocy. Jak ci wiadomo, moja piękna żona nie może dać mi syna. Wszystkie moje córki odznaczają się cudowną urodą. Ich biała jak mleko skóra gładsza jest od najdelikatniejszego chińskiego jedwabiu. Najpiękniejsze perły z dna Zatoki Arabskiej bledną, gdy ich oczy rzucają lśniące spojrzenia. Blask ich czarnych włosów przyćmiewa najciemniejsze barwniki sprowadzane z krainy Sind. Siedemnastu poetów opiewa najstarszą z nich. Moje córki dają mi wielką radość, przepełniają mnie głęboką dumą. Wciąż jednak pragnę ujrzeć potomka z małym penisem, biegającego tu i tam chłopczyka, który będzie nosił moje imię i w przyszłości stanie na czele naszego klanu. Jestem na dnie rozpaczy. Żona radzi, abyśmy spróbowali jeszcze raz, ale nie mogę

11


R A B I H A L A M E D DI N E

narażać jej znowu na cierpienia po to, by urodziła się kolejna dziewczynka. Powiedz mi, co mam zrobić, aby na świat przyszedł mój syn. Wezyr po raz tysięczny nie wiadomo który poradził swemu panu, by wziął sobie drugą żonę. – Zrób to, zanim będzie za późno, panie. Twoja żona już nigdy nie wyda na świat syna. Trzeba znaleźć kogoś, kto zrobi to za nią. Ty, panie, jesteś jedynym mężczyzną w tej okolicy, który ma tylko jedną żonę. Emir odrzucał to rozwiązanie niezliczoną ilość razy i tego dnia postąpił tak samo. Popatrzył ze smutkiem na ogród. – Nie potrafię poślubić innej. Strasznie kocham moją żonę. Wiem, jest wredna i porywcza, próżna i drażliwa, czasami wręcz niemądra i nie daje sobie nic powiedzieć, a gdy wpada w gniew, robi się wściekle złośliwa, lecz dla mnie jest tą jedną jedyną na całym świecie. – Miej więc syna z którąś ze swych niewolnic. Egipcjanka Fatima jest świetną kandydatką. Ma więcej niż prawidłowe biodra, a jej piersi są idealnie ukształtowane. Fantastyczny wybór, jeśli wolno mi cokolwiek powiedzieć. – Ale ja nie mam ochoty być z inną. – Sara podsunęła swemu mężowi egipską niewolnicę, by urodziła mu syna. Jeśli nasz prorok był z tego całkiem zadowolony, dlaczego nie mamy być i my? Tej nocy w sypialni emir i jego żona poruszyli ten temat. Żona zgadzała się z wezyrem. – Wiem, że pragniesz syna – powiedziała – i wierzę, że to nie jest tylko sprawa zaspokojenia twej żądzy. Sytuacja jest niemal tragiczna. Ludzie zaczynają o tym mówić. Wszyscy martwią się, co będzie, kiedy pójdziesz do nieba. Kto poprowadzi nasze plemiona? Przeczuwam, że niedługo ktoś postawi takie pytanie. – Wszystkich ich pozabijam – krzyknął emir. – Rozniosę ich w pył. Któż śmie wtrącać się w moje życie? – Uspokój się i pomyśl rozsądnie. Mógłbyś zbliżyć się do Fatimy tyle razy, aż pocznie. Jest śliczna, gotowa cię przyjąć i uległa. Za jej sprawą możemy mieć naszego chłopczyka.

12


H A K AWAT I  M I S T R Z O P OW I E Ś C I

– Nie wydaje mi się, abym był do tego zdolny. Żona powstała z uśmiechem. – Nie zamartwiaj się, mężu. Dopilnuję wszystkiego i sprawię ci radość. Wezwę Fatimę i oboje powiemy jej, czego od niej chcemy. Wyznaczymy nasze spotkanie na środę w nocy podczas pełni księżyca. Gdy Fatima dowiedziała się o zamiarach wobec jej osoby, nie zawahała się ani przez moment. – Jestem zawsze do usług – rzekła. – Aczkolwiek jeśli emir pragnie mieć syna ze swoją żoną, jest na to inny sposób. W mym rodzinnym mieście, Aleksandrii, mieszka pewna kobieta, która ma cudowne uzdrowicielskie moce. W prostej linii pochodzi od samej Ankary, która leczyła Kleopatrę i hodowała jej żmije. Jeśli otrzyma kosmyk włosów mej pani, na pewno wyjaśni, dlaczego nie może ona począć syna, i znajdzie na to odpowiedni lek. Nigdy dotąd się nie pomyliła. – To niesłychane! – wykrzyknął emir. – Niebo nam cię zesłało, moja droga Fatimo. Musimy natychmiast sprowadzić tę uzdrowicielkę. Fatima potrząsnęła przecząco głową. – Niestety nie, mój panie. Uzdrowicielka nie może opuszczać miejsca swego urodzenia. Stamtąd płyną jej moce. Poza nim jest bezwartościowa i pozbawiona uzdrowicielskich sił. Może podróżować, podejmować wyzwania, lecz aby mogła zachować swe największe zdolności, nie wolno jej zbytnio oddalać się od domu. Mogę udać się do niej z kosmykiem włosów mej pani i powrócić z lekarstwem. – Zatem podróż przed tobą – powiedziała żona emira. A emir dodał: – Niech Bóg cię prowadzi i rozświetla twą drogę.

Czułem się jak cudzoziemiec. Wątpliwość, ten ślepy kret, drążyła tunel w dół mojego kręgosłupa. Oparłem się plecami o samochód, zlustrowałem okolicę, krew huczała w żyłach moich rąk. Słyszałem ciche bulgotanie, ale

13


R A B I H A L A M E D DI N E

nie byłem pewien, skąd dobiega: z fontanny czy z pękniętej rury. Kiedyś, dawno temu, w głównym holu budynku stała rzeźbiona fontanna z marmuru, lecz już jej tam nie było. Bum. Byłem turystą w dziwacznym kraju. Byłem w domu. Wokół nie widziałem zbyt wielu ludzi. Jakiś posępny staruszek przycupnął na taborecie z siedzeniem zrobionym ze splecionego zmiękczonego szpagatu. Jego siwe włosy były naturalnie nastroszone, prawie jakby położył dłonie na kuli plazmowej. Pasował do otoczenia, jednej z nielicznych dzielnic Bejrutu, w których nadal szalała wojna. – Kiedyś ten budynek był nasz – powiedziałem do niego, bo musiałem coś powiedzieć. Skinąłem w stronę holu, przepastnego i pozbawionego fontanny, teraz zupełnie odkrytego. Zdałem sobie sprawę, że staruszek nie patrzy na mnie, tylko na samochód, którym przyjechałem, na czarnego bmw sedana mojego ojca. Ulica zmieniła się w błotnistą ścieżkę. Dzielnica była oddalona od głównych dróg. Dawniej jeździło tamtędy niewiele samochodów. Teraz miałem wrażenie, że jest ich jeszcze mniej. Gdzieś niedaleko warczała betoniarka. Stawiano dwa budynki. Stare popadały w ruinę, bez większych nadziei na reanimację. Mój dom wydawał się opuszczony. Wiedziałem, że wcale nie jest pusty – dzicy lokatorzy i uchodźcy zamieszkali w nim na początku wojny domowej, gdy my się wynieśliśmy – ale nie rozumiałem, jak ktokolwiek mógłby tam teraz mieszkać. Posłuchaj. Mieszkałem tam dwadzieścia sześć lat temu. Naprzeciw naszego budynku, naszego dawnego domu, był kiedyś wielki ogród otoczony murem, z bramą z misternie rzeźbionych źdźbeł. Nie było już tego ogrodu, a tym bardziej bramy. Kawałki metalu, bezkształtny gruz, resztki dachówek i potłuczone szkło leżały rozrzucone na górach ziemi. Olbrzymi biały rododendron kwitł pośrodku ruin. Dwie begonie, biała i czerwona, rozwijały kwiaty przed niedawno wybudowanym trzypiętrowcem. Nowy budynek wyglądał dziwnie: bez leju po bombie, bez dziur po kulach, bez wyrastających ze środka drzew. Begonie, zwycięskie

14


H A K AWAT I  M I S T R Z O P OW I E Ś C I

begonie zdawały się tryskać z każdej łodygi, nie było widać żadnych zamkniętych pąków. Rozkwitające życie, lecz kolor przygaszony. Czerwień – czerwień była wyblakła. Bledsza niżbym chciał. Czerwienie mojego Bejrutu, rodzinnego miasta z mojej pamięci, były bardziej dzikie, pierwotne. W tamtych czasach kolory były lepsze, jaskrawsze, żywsze. Obok przeszedł syryjski robotnik, który starał się omijać kałuże i unikał mojego wzroku. Był luty dwa tysiące trzeciego roku, minęło przeszło dwanaście lat od zakończenia wojny domowej, a mimo to prace budowlane w okolicy nadal pozostawały w tyle. Większa część Bejrutu została już odbudowana, lecz ta dzielnica ciągle była zniszczona i przysypana gruzami. Zauważyłem Maryję w gablotce. Przeszklona gablotka stała przed naszym domem, zamknięta we własnej osobnej kapliczce z cementu i cegły, zwieńczona sztabami włoskiego marmuru w kształcie litery A, katolicka wersja dzieła Josepha Cornella. W środku stali łaskawa Maryja i zaciekawiony święty Antoni, otoczeni koralowym różańcem, trzema cienkimi świeczkami, samotną dalią i płatkami róż, a do tła z białego styropianu przypięto pinezkami obrazek ze świętym Mikołajem. Kiedy to dziwactwo obudziło się do życia? Czy Dziewica Maryja stała tam w czasach mojego dzieciństwa? Nie powinienem był tam przyjeżdżać. Miałem zabrać Fatimę i pojechać do szpitala odwiedzić ojca, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że zmierzam w stronę swojej dawnej dzielnicy, jakbym był miniaturką ciężarówki ciągniętą przez uparte dziecko. Wcześniej zaplanowałem wyprawę do Bejrutu, żeby spędzić Święto Ofiarowania z rodziną, lecz po przyjeździe przeżyłem szok na wieść, że ojciec leży w szpitalu. A mimo to wcale nie byłem z rodziną. Stałem rozkojarzony i oszołomiony przed swoim dawnym domem, zanurzony w przeszłości. Jakaś młoda kobieta w obcisłych dżinsach i kusym białym sweterku wyszła z budynku. Niosła zeszyty i podręcznik. Chciałem zapytać, na którym piętrze mieszkają ona i jej rodzina. Na pewno nie na pierwszym, bo tam zapuścił korzenie figowiec. Dawniej należało do wuja Halima.

15


R A B I H A L A M E D DI N E

Właścicielem budynku była rodzina: mój ojciec i jego rodzeństwo. Zajmowaliśmy pięć spośród dwunastu mieszkań. Do ciotki Samii z rodziną należał luksusowy apartament na piątym piętrze. Mój ojciec mieszkał w jednym z lokali na trzecim piętrze, a wujowi Dżihadowi przypadł drugi. Apartament na czwartym należał do wuja Wadżiha, a wuj Halim zajmował mieszkanie na pierwszym – to, gdzie, jak przypuszczałem, wyrósł figowiec. Mieszkanie na parterze należało do dozorcy. Jego syn Elie w wieku kilkunastu lat został dowódcą milicji i zabił sporo ludzi podczas wojny domowej. Nasz salon samochodowy, korporacja al-Charrat, źródło rodzinnej fortuny, stał kilka kroków od domu, przy głównej ulicy. Libańczycy nie dostrzegali ironii. Nikt nie zwracał uwagi na drobnostki. Nikomu nie wydawało się dziwne, że nazwa salonu samochodowego i zarazem nazwisko jego właścicieli oznacza „bajeranta”, „mitomana”, „kłamcę”. Dziewczyna przeszła obok mnie obojętnie, uwodzicielsko, ukrywając spojrzenie za tanimi okularami słonecznymi. Gdy minęła staruszka, ten wyprostował się. – Nie uważasz, że te spodnie są zbyt obcisłe? – zapytał. – Pocałuj mnie w dupę, wujek – odparła. Pochylił się. Dziewczyna szła dalej. – Dzisiaj już nikt nikogo nie słucha – powiedział cicho. Nie byłbym w stanie powiedzieć, kiedy po raz ostatni widziałem tę okolicę, ale dokładnie pamiętam dzień naszego wyjazdu, bo uciekaliśmy pośród totalnego chaosu, całą gromadą, a mój ojciec okazał się kimś w rodzaju bohatera. Był luty tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku i wojna, która trwała niemal od dwóch lat, w końcu dotarła do naszej dzielnicy. Wcześniej, przez dwadzieścia jeden miesięcy przemocy, podziemny garaż domu, podobnie jak garaże innych budynków w mieście, był dla nas doskonałym schronieniem. Jednak później oddziały milicji zaczęły panoszyć się stanowczo zbyt blisko nas. Ci członkowie rodziny, którzy jeszcze nie uciekli, musieli poszukać bezpiecznego miejsca w górach.

16


H A K AWAT I  M I S T R Z O P OW I E Ś C I

Moja matka, zawsze przejmująca dowództwo w czasach kryzysu, przydzieliła nas do czterech samochodów: ja miałem jechać z nią, moja siostra z ojcem, wuj Halim i jego dwie córki z wujem Dżihadem, a żona wuja Halima, ciotka Nazek, z ich trzecią córką May. Dobytek trzech rodzin wrzucono do samochodów. Jechaliśmy osobno, zachowując pięciominutowe odstępy, żeby nie tworzyć konwoju, który mógłby obrócić się w pył w zetknięciu ze zbłąkanym pociskiem rakietowym albo celowo spuszczoną bombą. Mieliśmy się spotkać pod kościołem oddalonym od Bejrutu zaledwie dziesięć minut drogi pod górę. Matka i ja dotarliśmy tam pierwsi. Chociaż zdążyłem już nieco przywyknąć do odgłosów ostrzału, to gdy samochód stanął, moje siedzenie było całkiem mokre. Kilka minut później, jak gdyby oznajmiając przybycie wuja Dżihada, Bejrut jeszcze raz eksplodował wściekłą kakofonią. Obserwowaliśmy z góry ten obłęd i nieufnie czekaliśmy na pozostałe dwa samochody. Matka kurczowo ściskała kierownicę. Trzeci przyjechał mój ojciec, a ponieważ miał opuścić dom na końcu, zrozumieliśmy, że coś musiało stanąć na drodze ciotce Nazek. Ojciec nie wysiadł z samochodu, nie odezwał się do nas. Wyrzucił moją siostrę na ulicę, zawrócił i ruszył w dół, w sam środek tego szaleństwa. Moja siostra, zdumiona i pałająca gniewem, stała na krawężniku i patrzyła, jak jego samochód znika pośród płomieni Bejrutu. Matka chciała ruszyć za nim, lecz ja nadal siedziałem z nią w samochodzie. Wrzasnęła na mnie: – Wyłaź. Muszę jechać za nim. Jestem lepszym kierowcą. – Byłem jednak zbyt odrętwiały, aby się ruszyć. Po chwili moja siostra otworzyła drzwi, usiadła obok mnie i było już za późno, żeby jechać za ojcem. Mieliśmy szczęście. Samochód ciotki Nazek zgasł, gdy tylko dotarła do pierwszego wzgórza. Jako przykładna obywatelka zaparkowała na poboczu, pomimo że na drodze nie było innych samochodów. Ojciec minął ją, jadąc pod górę, i niczego nie zauważył. Potem znalazł obydwie kobiety. Kuzynka May od razu wskoczyła do jego samochodu, musiał jednak poczekać na ciotkę Nazek, która próbowała przypomnieć sobie, gdzie ukryła wszystkie cenne przedmioty. Przywiózł je do nas całe i zdrowe, lecz

17


R A B I H A L A M E D DI N E

gdy jechali z powrotem, jakieś pięćdziesiąt metrów od samochodu spadła bomba i odłamek utkwił w przedniej szybie. Nikomu nic się nie stało, nie licząc tego, że zarówno ciotka Nazek, jak i May na jakiś czas straciły głos, bo krzyczały tak bardzo, że zdarły sobie gardła. Kuzynka May powiedziała, że gdy odłamek uderzył w szybę, mój ojciec też krzyczał, wydając z siebie wysoki operowy dźwięk. Jednak mój ojciec i ciotka Nazek zaprzeczyli tym słowom. – Był bohaterem – mawiała ciotka. – Prawdziwym bohaterem. – To nie był żaden heroizm – odpowiadał ojciec. – To było tchórzostwo. Za bardzo bałbym się spojrzeć w twarz swojemu bratu, gdybym nie wrócił po jego żonę. Tamten dzień wydarzył się dwadzieścia sześć lat temu. Fatima czekała przed domem pokrytym od góry do dołu czarnym marmurem, przed jednym z nowych afrontów wyrosłych w nowoczesnym Bejrucie. Jakby chcąc zrekompensować mieszkańcom kilka dzielnic, których nie odbudowano od czasów wojny, Bejrut przywdział nowy betonowy strój. W całym mieście na każdym rogu budowano ekskluzywne wieżowce, nouveau-riche i bétonné. – Przepraszam za spóźnienie – powiedziałem z szerokim uśmiechem. Zwykle potrafiłem przewidzieć jej reakcję, ponieważ była moją starą przyjaciółką i powierniczką. Szykowałem się na udawaną awanturę, która musiała wybuchnąć bez względu na to, co zrobię. – Wysiadaj z tego pieprzonego samochodu. – Nie podeszła do drzwi pasażera, stała podparta pod boki, a niebiesko-zielona torebka dyndała na jej nadgarstku, sięgając prawie do kolan. Jej strój miał olśniewać. Wszystko, co miała na sobie, błyszczało, a pierścionek na palcu lewej dłoni wręcz krzyczał: sześciokątna szmaragdowa matka otoczona sześciorgiem dzieci. – Nie widziałeś mnie pół roku i tak się ze mną witasz? – Wysiadłem z samochodu, a ona zamknęła mnie w dławiącym uścisku, pokrywając swoimi perfumami i pocałunkami. – To rozumiem – dodała. – A teraz w drogę.

18


H A K AWAT I  M I S T R Z O P OW I E Ś C I

Na widok pierwszych zwiastunów zbliżającego się korka opuściła osłonę przeciwsłoneczną i przejrzała się w lusterku. – Musisz mi pomóc z Liną. – Jej głos brzmiał dziwnie, usta wykrzywiły się, gdy poprawiała ich kontur. – Całymi nocami śpi na krześle w jego pokoju. Twoja siostra jak zwykle nie słucha głosu rozsądku. Chciałabym ją trochę odciążyć, ale mi nie pozwala. Nie odpowiedziałem i pewnie wcale tego nie oczekiwała. Obydwoje wiedzieliśmy, że ojciec nie oddałby się w opiekę nikomu z wyjątkiem mojej siostry i że perspektywa samotnego spędzenia nocy napawała go przerażeniem. Śniły mu się koszmary, w których umierał samotny i zapomniany w szpitalnej sali. – Kiedy przyjedziemy – powiedziała – ucałuj wszystkich na powitanie i idź prosto do jego pokoju. Pewnie nie będzie za dużo ludzi, lecz nie pozwól, żeby reszta rodziny cię zatrzymała. Ja poczekam z gośćmi, nie ty. Poczuje się obrażony, jeśli jak najszybciej się z nim nie zobaczysz. – Nie musisz mi tego mówić, moja droga – powiedziałem. – To mój ojciec, nie twój.

Fatima opuściła miasto pełne zieleni z niewielką karawaną, w kompanii pięciu najodważniejszych żołnierzy emira i Dżawada, jednego z chłopców stajennych. Doskonale rozumiała obecność Dżawada, konie i wielbłądy wymagały wytężonej opieki, jednak wątpiła, aby żołnierze na coś się przydali. – Czy nie sądzisz, że ktoś powinien nas ochraniać? – spytał Dżawad, kiedy wyruszali. – Nie, nie sądzę – odparła. – Z paroma zbójcami sobie poradzę, a jeśli zaatakuje nas cała zgraja, pięciu ludzi i tak nic nie zdziała. Co gorsza, ich obecność może przyciągnąć jakąś większą bandę. – Czuła ciężar pięćdziesięciu złotych dinarów od emira ukrytych na piersi. – Gdybyśmy byli tylko we dwoje, nie zwracalibyśmy na siebie takiej uwagi. Lecz teraz już nic nie zrobimy. Wszystko w ręku Boga.

19


R A B I H A L A M E D DI N E

Tak jak przeczuwała Fatima, czwartego wieczoru, zanim słońce całkiem schowało się za horyzontem, daleko na pustyni Synaj, karawana została zaatakowana. Dwudziestu Beduinów rozniosło w puch żołnierzy emira. Wśród ich rzeczy nie było nic wartościowego, więc napastnicy postanowili równo podzielić się innym łupem: pierwsza dziesiątka miała wziąć Fatimę, a druga Dżawada. Fatima zaśmiała się. – Jesteście mężczyznami czy chłopaczkami? – Postąpiła naprzód, pozostawiając wystraszonego Dżawada za sobą. – Macie szansę doznać rozkoszy tylko ze mną, a bierzecie jeszcze tego smarkacza? – Milcz, kobieto – powiedział ich herszt. – Musimy podzielić się wami równo. Nie mamy zamiaru ryzykować bitki o łupy. A ty bądź nam wdzięczna. Już dziesięciu z nas doszczętnie wyczerpie twoje siły. Fatima zaśmiała się i zwróciła do Dżawada. – Te nędzne pustynne szczury nigdy o mnie nie słyszały. – Odkryła głowę i jej twarz spowiła gęstwa czarnych włosów. – Dzieci tej jałowej ziemi jeszcze nie śpiewały o mnie pieśni. – Odpięła łańcuch złotych monet zdobiących jej czoło. – Myślą, że dwudziestu niedorostków to dla mnie za dużo. – Zrzuciła abaję, ukazując zmysłową figurę, i stanęła przed Beduinami w sukni z błękitnego jedwabiu i złota. – Spójrzcie – powiedziała – jestem Fatima, zaklinam ludzi, czaruję niebiosa. Patrzcie, jak księżyc wzywa chmury. Widzicie, jak kryje się za zasłonami, jak skrywa swój wstyd, bo nie waży się ukazać, kiedy ja odsłaniam twarz? Myślicie, że tacy nędznicy wyczerpią mnie, Fatimę? – Uniosła ramiona w kierunku zachodzącego księżyca. – Martwcie się raczej, czy was dwudziestu będzie w stanie zadowolić mnie, Fatimę, pogromczynię Ifrit-Dżehanama. – Spojrzała gniewnie na mężczyzn. – Drżyjcie wszyscy. – Ifrit-Dżehanama? – spytał herszt. – Pokonałaś potężnego dżinna? – Ifrit-Dżehanam jest moim kochankiem. Jest igraszką w moich rękach. Czyni wszystko, co mu każę. – Chcę jej. Nie chcę chłopaka. Musimy ponownie podzielić łupy. Zmieńmy ustalenia.

20


H A K AWAT I  M I S T R Z O P OW I E Ś C I

– Nie – powiedział herszt. – Nie będzie tak, że każdy otrzyma, co tylko zechce. Arabowie tak nie postępują. Już zostało postanowione. – Ja też pragnę tej kobiety – krzyknął inny. – Nie możesz zatrzymać jej dla siebie, a nam wcisnąć tego bezdomnego sierotę. – Rozgorzała kłótnia. Każdy chciał posiąść Fatimę z wyjątkiem jednego mężczyzny imieniem Chajal, który w kółko powtarzał: – Naprawdę chcę chłopca. Nikt go jednak nie słuchał. Dziewięciu mężczyzn, którzy dostali Dżawada, a chcieli posiąść Fatimę, wpadło w nieposkromioną wściekłość. Ustalenia swoją drogą, lecz oni czuli się oszukani. Przedtem nic nie wiedzieli o talentach Fatimy. Zostali wywiedzeni w pole i teraz domagali się sprawiedliwego podziału. Każdy dureń mógł gołym okiem zobaczyć, że łupy nie zostały równo rozdane. Pole bitwy było więc wyznaczone, błysnęły miecze. W mgnieniu oka dziesięciu zadało śmierć dziewięciu. – Chłopak chyba ma szczęście – powiedział Chajal. Dwadzieścioro oczu z pożądaniem wpatrywało się w Fatimę. – Spokojnie, chłopcy – powiedziała z fałszywą skromnością. – Czy to naprawdę było konieczne? – Teraz nadszedł nasz czas, Sitt Fatimo – odezwał się herszt. – Jesteśmy gotowi. – A ja jeszcze nie. Muszę zdecydować, który z was będzie pierwszy. Pierwszy kochanek jest zawsze najważniejszy. On ustawi późniejszy bieg wydarzeń na scenie. Czy zacznie ten z największym penisem? To może nawet jest kuszące, ale ten z największym bywa czasem najgorszym kochankiem, co z kolei zmusiłoby mnie do bardziej wytężonej pracy. Chcemy przecież mieć przyjemność, a nie ciężką harówkę. Który z was ma najmniejszego? Kochanek z małym członkiem będzie bardzo starał się mnie zadowolić, lecz mimo wysiłków nie osiągniemy pełni szczęścia. Wybór pierwszego kochanka nie może zatem być pochopny, muszę poważnie to rozważyć. Herszt na przemian sapał i dyszał. – Nie ma co rozważać. Ja idę pierwszy. Jestem najlepszym kochankiem, a reszta zabawi się po mnie, kiedy będę już nasycony.

21


R A B I H A L A M E D DI N E

– Wcale nie jesteś najlepszym kochankiem – odezwał się jeden ze zbójców. – Gdybyś nim był, twoja żona nie wymykałaby się z domu ukradkiem w środku nocy. – Były to ostatnie słowa, jakie wypowiedział. Herszt po raz drugi dobył miecza i głowa zbójcy potoczyła się po ziemi. – Nie powinieneś go zabijać! – krzyknął następny. – To niesprawiedliwe, że będziesz pierwszy. Niech Sitt Fatima zdecyduje. Ona zna się na tym najlepiej, nie ty. Ona ma wyznaczyć kolejność. Mam największego członka z was wszystkich, więc powinienem być pierwszy. – Wcale nie masz największego – wtrącił się inny zbójca. – Bo ja go mam. – Podniósł swoje pustynne okrycie. – Spójrz tylko, Sitt Fatimo. Mój jest największy i uwierz mi, nie jestem najgorszym kochankiem. Musisz wybrać mnie. – Schowaj sobie tę maliznę, gdzie chcesz – powiedział herszt. – Jestem waszym dowódcą i będę pierwszy. – Grubość ma znaczenie, a nie długość. – Ja chcę chłopca. Tylko chłopca. – A twój cały zmieści się w naparstku. – Cofnij te słowa. Albo przyznasz, że mam największego, albo zginiesz. Mężczyźni rozpoczęli bitwę na śmierć i życie. Tylko herszt i chłopiec ocaleli, gdyż trzymali się z dala od wiru walki. – Oto twój najlepszy kochanek do usług, czcigodna pani. – Herszt puszył się jak gruchający gołąb. – Zacznijmy wreszcie. – Zacznijmy – powtórzyła. – Zrzuć szatę i ukaż mi moją nagrodę. – Zbliż się do mnie – rzekł, gdy stał całkiem nagi. – Spójrz, mam naprawdę największego. – Mylisz się – odparła Fatima. – Mój jest większy. – Wyszarpnęła spod sukni nóż, odcięła jego członek i poderżnęła mu gardło. – Pakuj wszystko do juków – rozkazała Dżawadowi. – Mamy sporo do przebycia, zanim zapadnie noc. Zbierz konie po zabitych. Ja przepatrzę ich rzeczy. Opuścimy to jałowe pustkowie o wiele bogatsi, niż kiedy tu przybyliśmy.

22


H A K AWAT I  M I S T R Z O P OW I E Ś C I

– A co z tym człowiekiem? – spytał Dżawad, wskazując na swego wielbiciela. – Za twoim pozwoleniem, chciałbym zaprosić chłopca do mego namiotu – powiedział Chajal. – Chłopiec nie jest ani jeńcem, ani niewolnikiem – rzekła Fatima. – Ma wolną wolę, przeto musisz go do siebie przekonać i oczarować. Mamy przed sobą siedem nocy, zanim dotrzemy do mojego miasta, do Aleksandrii. Masz siedem nocy, aby go uwieść. Możesz zacząć jutro. Fatima skierowała swój wzrok w niebo, spojrzała na gwiazdy i podziękowała księżycowi za pomoc. A potem Fatima, Dżawad i Chajal popędzili swoje liczne konie, muły i wielbłądy w rozgwieżdżoną jasną noc. – Ach, czuję zapach soli i piasku – powiedziała Fatima do swych towarzyszy. – Żaden cudowny eliksir nie wydziela piękniejszej woni. Maszerując już za dnia, troje wędrowców dotarło do muskanych błękitnym jęzorem wybrzeży Morza Śródziemnego. Noc postanowili spędzić w obozowisku na plaży. Chajal zmartwił się, kiedy Dżawad, skończywszy poić, karmić i szczotkować zwierzęta, rozłożył własny namiot. Po posiłku, na który składały się daktyle, chleb i suszone mięso, Fatima nalała sobie kielich wina. – Zaczynamy? – Zaczynamy? – zdziwił się Chajal. – Masz na myśli uwodzenie? Mam to czynić na widoku wszystkich? Wolałbym porozmawiać z Dżawadem na osobności. – Opuścił głowę ze smutkiem. – Jestem, ogólnie biorąc, bardzo dyskretnym człowiekiem. – Podniósł głowę i spojrzał na Dżawada siedzącego obok Fatimy. – Z pewnością cenisz dyskrecję. Dżawad zadrżał. Fatima rzekła: – Dyskrecja jest nudna. – Moja pani – odezwał się Chajal – umówiliśmy się, że uwiodę chłopca, i mam na to siedem nocy, nie było mowy o czynieniu tego przy wszystkich. Czułbym się czymś takim głęboko upokorzony.

23


R A B I H A L A M E D DI N E

– Miłość jest głęboko upokarzająca. Dżawad przytaknął. – Niewiele wiem o miłości, ale wiem już na pewno, że jest upokarzająca. – Muszę zaprotestować – powiedział Chajal. – Nasz Prorok, niech Bóg Go błogosławi, powiedział: „Ten, który kocha i skrywa swe uczucie, jest kimś wartościowym”. – Nudziarz w swej istocie jest niepociągający – stwierdziła Fatima. – A nudziarz i w dodatku zatwardziały kłamca staje się odstręczający i pozbawiony wszelkiej godności. Czyżbym zadawała kłam słowom Proroka? Równie dobrze moglibyście nie przykrywać głów i zgolić brody. Prorok, niech pokój będzie z Nim, rzekł: „Ten, który kocha, a ukrywa swe uczucie i pozostaje czysty, umiera jako męczennik”. Jeśli chcesz zostać męczennikiem, możemy to załatwić w prostszy sposób, ale na skrywanie uczuć jest już za późno. – A tak naprawdę On wcale nie pochwala czystości – dodał Dżawad. – Noce na pustyni są długie i martwe – powiedziała Fatima. – Zabaw nas albo idź precz. Jeśli pragniesz posiąść chłopca, musisz go do tego przekonać. – Przekonaj mnie. – Porusz go. – Porusz mnie. – Zaczekaj. – Chajal wstał. Na jego białej szacie tańczył ruchomy cień płomienia ogniska. Miał silne ramiona, orli nos i mocno zarysowane czarne brwi. – Zrobię to, o co prosisz, jeśli już muszę. Jednak pozwól mi, abym po raz ostatni mógł cię przekonać, że dyskrecja w miłości jest najważniejsza. Jeśli się zgodzisz, opowiem ci historię Badera, syna Fateha. – Nie jestem pewna, czy chcę, aby ktoś mnie do czegoś przekonywał. A ty, drogi Dżawadzie? – Hm, lubię słuchać historii. – No cóż, chłopiec lubi historie. Opowiedz nam o owym Baderze. Chajal rozpoczął opowieść.

24


H A K AWAT I  M I S T R Z O P OW I E Ś C I

– Mieszkał w Kordobie człowiek, który pochodził ze znamienitej rodziny i miał na imię Bader ben Fateh. Był religijny, gościnny, powściągliwy w słowach, o doskonałych manierach, świetnie wychowany. Akurat byłem w Jativie, kiedy usłyszałem o jego miłosnych wyczynach. Całkowicie postradał wszelki rozum, kiedy zakochał się w muzyku o imieniu Moktadda. Znałem tego chłopczynę i uważam, że nie zasługiwał na miłość Badera. Nie zasługiwał także na miłość któregokolwiek z jego niewolników. Bader wydał fortunę na owego durnia bez honoru, trzymał go u siebie w domu, tym samym nie wpuszczając nikogo innego. Raczył tego prostaka najlepszymi winami. Słyszałem także, że przestał nosić kafiję, odrzucił z głowy ikal, obnażył całą twarz i podwinął rękawy. Zaniedbał wszelkie formy. Padł ofiarą udręki ze strony tej bestii, którą jest pożądanie. Był przedmiotem plotek, głównym tematem rozmów w haremach i na publicznych zgromadzeniach. Jego reputacja stała się obiektem drwin. Stracił twarz, honor i szacunek. Młody muzyk nigdy nie chciał, aby ich związek wyszedł na jaw. A Bader, utraciwszy swą pozycję, nie budził już tak silnego pożądania swego kochanka, który w końcu uciekł od niego i nie chciał go więcej widzieć na oczy. Gdyby Bader docenił wagę dyskrecji, zatrzymał w sercu tajemnicę o swym związku, w ciszy domostwa zaspokajał pożądanie, nie utraciłby wszystkiego. Dalej nosiłby szatę dobrobytu i powszechnego uznania, a nie wytarte łachmany. Gdyby był bardziej powściągliwy w słowach i postępowaniu, zachowałby zarówno honor, jak i kochanka. Pozwól mi wybrać drogę skromności. – Skromność jest nudna – powiedziała Fatima. – Tak samo jak twoja opowieść – dodał Dżawad. – To prawda. Pouczające historie powinno się opowiadać dzieciom i ludziom religijnym. – Współczuję dzieciom, które muszą wysłuchiwać czegoś takiego. – Dżawadzie, czy czujesz się uwiedziony? – Czuję się śpiący.

25


R A B I H A L A M E D DI N E

– Lecz przynajmniej jakoś mijają nam nocne godziny. Błagam w modlitwach, by jutro przyniosło nam mocniejszą dawkę uwodzenia. Dobranoc wszystkim.

Twarz mojego ojca była zupełnie odmieniona. Wydawał się słaby, zmizerniały i stary – bardzo stary. Był chudy. Obrączka tańczyła mu na palcu jak kółeczko prysznicowej zasłony. Przez godzinę zapewniał mnie i Linę, że czuje się wspaniale. Cieszył się, że przyleciałem, aby spędzić z nim Święto Ofiarowania, ale uważał, że powinniśmy świętować w domu. Nie był już chory. Wydawał się zdrowszy. Sprawniej się poruszał. Głośniej się śmiał. Chciał wracać do domu. Światło wpadające do pomieszczenia budziło niepokój, przyprawiało o lekkie mdłości. Wyjałowione białe ściany. Jarzeniówki. Ranek był w pełni, lecz ziemista zasłona rozsiewała bladą szarozieloną poświatę. Co jakiś czas Lina wychodziła na balkon zapalić, zawsze jednak pamiętała o zaciągnięciu zasłony, bo nie chciała, żeby ojciec ją zauważył i zapragnął papierosa. – Czuję się znacznie lepiej – oznajmił. – Czuję się doskonale. Odciągnąłem zasłonę, żeby wpuścić trochę prawdziwego światła, otworzyłem rozsuwane drzwi, żeby wpadło świeże powietrze. Pogoda była idealna: dwie chmury plamiły czystą połać błękitnego nieba, w lutym nastała wczesna wiosna. Stałem przez chwilę odwrócony plecami do pokoju, delektując się lekką bryzą, która muskała mi twarz. Przez moment zastanawiałem się, czy nie wrócić do poczekalni, żeby przyjść z pomocą Fatimie i Salwie, córce mojej siostry, które zabawiały gości. – Pewnie myślicie, że gadam bzdury – ciągnął ojciec – ale czuję się lepiej i nie chcę spędzić kolejnej nocy w tej zapadłej dziurze. Chińczycy mawiają, że długotrwała choroba może przemienić człowieka w lekarza. Moja matka zawsze twierdziła, że długotrwała choroba zmienia człowieka w marudę. Miała rację. Odwróciłem się i spojrzałem na wysoki stolik nocny, upewniłem się, że jej oprawione paszportowe zdjęcie

26


H A K AWAT I  M I S T R Z O P OW I E Ś C I

nadal stoi na swoim miejscu, tuż obok jej srebrnego medalionu, który rzekomo przynosił szczęście ojcu. – Musimy poczekać na to, co powie doktor Konserwa – Lina patrzyła na ojca łagodnym wzrokiem. Kiedy była młodsza, przypominała matkę, lecz gdy dorosła, delikatniejsze rysy ojca zawładnęły jej twarzą. Lina zwinęła się w kłębek na rozkładanym fotelu i odchyliła głowę, imitując rzeźbę Henry’ego Moore’a. Jej obcasy wbijały się w syntetyczne obicie. – Porozmawiaj z nim, kochanie – jęknął ojciec. Chwycił poręcz łóżka i podźwignął się na bok, żeby spojrzeć jej w twarz. Podrapał małą wypukłość na piersi skrywającą rozrusznik i defibrylator. Znowu odwróciłem się do okna i spojrzałem na niebo. Ojca było stać na najlepszą opiekę medyczną na świecie. Lina zaciągnęła go do Johnsa Hopkinsa, do kliniki w Cleveland, do Paryża, Londynu. On jednak zawsze wracał do zaledwie kompetentnego doktora Konserwy. Nie miał żadnych złudzeń. To właśnie mój ojciec przezwał go doktorem Konserwą, bo lekarz był równie skuteczny jak blaszana puszka. Ale należał do rodziny, był bratem ciotki Nazek, bratem żony Halima, brata mojego ojca, a to było dla mojego ojca cenniejsze niż referencje i dyplomy prestiżowych uczelni. W ostatnich latach odmówił podróżowania w poszukiwaniu opieki medycznej i zwracał się wyłącznie do lekarza rodzinnego. Usłyszałem swój głos: – I lekarz powiedział biednemu ojcu: „Jedynym sposobem na uleczenie twojego syna jest wyrwanie mu serca”. Ich głosy zawtórowały mojemu: – „Albowiem zadomowił się w nim zły dżinn”. Ojciec roześmiał się. – Nie rób mi tego. – Chwycił się za serce, udając atak bólu. – Mój zły dżinn nie lubi, gdy ktoś go rozśmiesza. – Jesteś takim samym dziwakiem jak dawniej – powiedziała moja siostra. – Co ci przyszło do głowy? Kiedy słyszałeś to zdanie po raz ostatni? Trzydzieści lat temu?

27


R A B I H A L A M E D DI N E

– Więcej – powiedział ojciec. – Mój ojciec zmarł trzydzieści lat temu, a pod koniec życia nie opowiadał już tych swoich historii. To musiało być jakieś trzydzieści pięć, trzydzieści siedem lat temu. – Wziął charczący oddech. – Mój Boże, Osama, byłeś wtedy taki mały. Tak naprawdę dziadek opowiadał mi tamte historie do dnia swojej śmierci. W końcu był gawędziarzem, zarówno z zamiłowania, jak i z zawodu. Ojciec kilkakrotnie próbował powstrzymać go od nabijania mi głowy fantazyjnymi opowieściami, ale nigdy nie dopiął swego. – Na co się gapisz? – zapytała mnie Lina. – Odwróć się i spójrz na nas. – Popatrz – powiedziałem. – Popatrz na to. Przyszedł marzec. Niebo wyglądało jak doskonale przycięty akwamaryn. Podobnie jak w większości śródziemnomorskich miast, późna zima w Bejrucie może być albo burzowa i mroźna, albo cudownie jasna i pachnąca praniem wysuszonym na słońcu. – Mamy jeszcze luty, głuptasie – powiedziała Lina. – To tylko przerwa. Burze powrócą. – Wspaniała przerwa. Stanęła za moimi plecami. – Masz rację. Wspaniała. – Objęła mnie ramionami i poczułem jej ciężar na barkach. – Ja też chcę zobaczyć – jęknął ojciec ze swojego łóżka. – Pomóżcie mi wstać. Chcę to zobaczyć. Podeszliśmy do łóżka, pomogliśmy mu usiąść, obrócić się i wstać. Wsparł się na mojej siostrze, najwyższej z nas trojga. Ciągnąłem za nim stojak ze sflaczałymi workami kroplówek, a ojciec, powłócząc nogami, zrobił osiem kroków w stronę balkonu. Jego pośladki dygotały i z każdym stąpnięciem zdawały się opadać trochę niżej. Na balkonie nasza trójka stanęła w rządku, by podziwiać fałszywą wiosnę i słońce, które zalewało rozległy gąszcz dachów. Ojciec drzemał na szpitalnym łóżku. Na zewnątrz Lina wciągała każdą chmurę tytoniowego dymu jak ostatnią w życiu. Paliła tak gwałtownie, że koniuszek papierosa żarzył się jak miniaturowy czerwony węgielek.

28


H A K AWAT I  M I S T R Z O P OW I E Ś C I

Oparła się o balustradę, utkwiła wzrok w niebie. Ja gapiłem się w dół. Na drugim piętrze szpitala, gdzie choroby były mniej poważne, dwie kobiety szeptały na balkonie jak gruchające gołębie. Po drugiej stronie ulicy, w oddali, stał dom noszący wyraźne znamiona starości. Z miejsca, w którym się znajdowałem, jego okiennice wyglądały na zgniłe. – On umiera – powiedziała obojętnym głosem. Gruba warstwa chwastów porastała ogród przy domu. Wysokie pierzaste liście dzikiego ostu, kilka wierzchołków kwitło na żółto. – Wszyscy umieramy – powiedziałem. – To tylko kwestia czasu. – Bardzo cię proszę, nie zaczynaj z tymi swoimi amerykańskimi banałami. Nie jestem w humorze. – Pokręciła głową, a jej czarne włosy na chwilę zasłoniły twarz. – On umiera. Słyszysz, co mówię? – Słyszę. – Dokładnie w tej chwili zawył klakson jakiegoś samochodu: jeden długi nieprzerwany ryk. Moja siostra zerwała się z miejsca, żeby sprawdzić, czy drzwi balkonowe są szczelnie zamknięte. – Dlaczego myślisz, że tym razem jest inaczej? – zapytałem. – On umiera już tyle lat. Zawsze udaje mu się wywinąć. – Kiedyś mu się nie uda. Za każdym razem jest trudniej. – Wiem. Ale dlaczego właśnie teraz? Wzięła głęboki oddech i spojrzała mi w oczy. Widziałem, jak jej pierś unosi się i opada. Moja siostra była znacznie wyższa ode mnie. To właśnie ten wzrost odziedziczyła po matce – z tym że Lina była jeszcze wyższa, jeszcze większa. Boucher kazał swojemu uczniowi Fragonardowi malować kobiety tak, jakby nie miały kości. Fragonard mógłby namalować Linę. Była antytezą linii prostych i kątów. Była pełna wdzięku, jak moja matka. Z kolei ja odziedziczyłem po matce nie wzrost, lecz zęby. Obydwoje mieliśmy krzywe górne siekacze. Ona nigdy nie poprawiła swoich, gdyż podkreślały jej urodę, były skazą, dzięki której wydawała się bardziej ludzka, dostępna, była raczej Heleną niż Afrodytą. Nie skorygowała również moich, ponieważ myślała, że w moim wypadku spełnią podobną funkcję. Pomyliła się. Niestety, w przeciwieństwie do niej miałem również kilka innych wad.

29


KA¿ DY C Z ’O W I E K M A S W O Jk O P O WIE¥m , KA¿ DA O P O W I E¥ m M A S W O J E G O MIST RZ A .

,EOE[EXM^EVEFMEREDŽ]GMISTS[MEHERMIQLMWXSVMM8SNIKSTVE GETS[SùERMIMTV^I^REG^IRMI.IWXǂV¶HùIQSTS[MIƦGMFSKMIQ OX¶V]WX[EV^EMRMW^G^]1MWXV^IQSTS[MIƦGM 3TS[MIƦŚ 3WEQ] EP'LEVVEXE MRJSVQEX]OE ^ 0SW%RKIPIW ^E G^]REWMŬ[&INVYGMI3WEQE[VEGEHSVSH^MRRIKSQMEWXEDŽIF] TSDŽIKREŚWMŬ^GLSV]QSNGIQM^EOSƓG^]ŚLMWXSVMŬOX¶VE^EG^Ŭ ùEWMŬXY[MIPIPEXXIQY2ENTMIV[NIHREOQYWM[V¶GMŚHSWEQI KSTSG^ŘXOY(SW[SNIKSH^MEHOEWù]RRIKSPMFEƓWOMIKSLEOE [EXMIKS /MIH]3WEQE^EG^]REW[SNŘSTS[MIƦŚ[WOV^IW^ERMIDŽ]NŘG]GL NYDŽ SH HE[RE PYH^M W[SMGL TVEH^MEHO¶[ ^[EVMS[ERI GMSXOM MFEV[R]GL[YNO¶[.IKSWùS[ESDŽ][MENŘNIHREO^REG^RMI[MŬGIN OSGLEROŬHDŽMRRE*EXMQŬSGMŬX]QNŬ^]OYMRMI^V¶[RER]QTSG^Y GMYLYQSVYPEXENŘGIH][ER]H^MIPRIKSOWMŬGMEMTI[RIKSV^I^M QMIW^OEOX¶V]FYH^MWXVEGL[GEù]Q0MFERMI-QMùSƦŚTV^IHOX¶ VŘQSDŽREYGMIOEŚ[RMIWOSƓG^SRSƦŚEPIMXEO^E[W^IHSTEHRMI G^ùS[MIOE[RENQRMINSG^IOM[ER]QQSQIRGMI 3H TV^I^REG^IRME RMI QSDŽRE YGMIG E TV^I^REG^IRMIQ 3WEQ] NIWX WRYGMI STS[MIƦGM OX¶VE WGEPM NIKS VSH^MRŬ TV^][V¶GM QY NIKS XSDŽWEQSƦŚ TS^[SPM KSHRMI SHINƦŚ SNGY E TV^IHI [W^]WX OMQ^EG^EVYNIWùYGLEG^]

'IREHIXEP^ù ISBN 978-83-240-1241-1

9 788324 012411


Hakawati Mistrz opowieści