Page 1

GREY RZECZPOSPOLITA KOŁTUŃSKA czyli folklor polski XXI wieku z filozoficzną prydumką OSOBY: BALTAZAR CIOŁEK-KASZYŃSKI​ - kiep uniwersalny i bezwzględny, członek partii rządzącej, poseł do parlamentu. JACENTY ŚWIATŁY​ - kawaler trzydziestoletni, gminny nauczyciel historii, patriota-tradycjonalista i kartezjanista. KLIMEK BYWALEC ​- były kilkunastoletni "gastarbeiter", cieszy się uznaniem ludu jako "bywały w świecie", operujący szczątkami francuskiego i niemieckiego. WALDEMAR PRZEWROTNY​ - wójt i polityk gminny, zawsze pozytywnie "ustawiony" - tak do przełożonych, jak i trendów politycznych. TADEUSZ MASŁOWICZ​ - kowal-alkoholik, jako uczynna "złota rączka" cieszy się sympatią całej wsi. LEON PRZEPIÓRKA​ - emerytowany leśniczy, dorabiający handlem choinkami, grzybami i rybami. BENIO WSZĘDOBYLSKI​ - wieczny student prawa, chwilowo na wsi, u cioci spędza kolejny tzw. urlop dziekański. WERNYHORA​ - postać mityczna oraz ​DWAJ OFICEROWIE ​w mundurach i czakach z 1831 roku. RYSIEK ZŁOTOUSTY​ - permanentny agitator do wynajęcia, dorabiający korespondencjami i donosami zamieszczanymi w gazecie powiatowej. WALERIA MASZTALERZ​ - obywatelka miasta powiatowego, emerytowana nauczycielka spędzająca weekendy na wsi. KUZYNKA ZENOBIA​ - stara panna, rencistka, kuzynka p. Masztalerz towarzysząca jej w weekendach na wsi. ANATOL KROKIEWKA ​ps.​ LOLO -​ barman gospody w pensjonacie "Pod Lipami" we wsi Podlesie. JERZY DRATEWKA​ - były naczelnik poczty, ps. ​HYCEL​, wróg psów i kotów. Ponadto występują epizodycznie ekumenista, wikary JAN, kelnerka MADZIA, BABY wiejskie, LETNICY z miasta powiatowego, tudzież niezidentyfikowani GAPIE etc. Gminna wieś Podlesie. Przy budynkach gospody dwa kubły; w każdym po jednej chuderlawej lipie. Akcja toczy się nieopodal, w gospodzie "Pod Lipami", w głównej sali restauracyjnej lub na przyległym tarasie przykrytym dwuspadowym dachem. Wieś odległa od powiatu o 7 km, ze względu na stawy rybne i rozległe lasy w okolicy, pełni rolę ośrodka wypoczynku weekendowego dla mieszczuchów i entuzjastów "łona przyrody". Wszyscy bohaterowie główni zaliczani są do elity intelektualnej gminy. Połowa z nich ma wyższe wykształcenie, a połowa średnie. Na ogół są to tzw. społecznicy, czynni w życiu publicznym. Na drewnianej podłodze tarasu ustawiono 10 stolików czteroosobowych i dwa prostokątne stoły ośmioosobowe. Dach nad tarasem podtrzymują słupy; nie ma ścian. Koniec sierpnia, słoneczne popołudnie. Przy jednym z mniejszych stolików dwóch tubylców przy piwie. Barman Krokiewka wyciera ścierką blat większego stołu. Prosto z ulicy wchodzi po schodach leśniczy Przepiórka. PRZEPIÓRKA​: Dzień dobry, panie Lolo - co tak ubogo klientów? LOLO​: Ano, pora jeszcze obiadowa - a pan na kufelek? PRZEPIÓRKA​: Ano, trzeba przepłukać gardziołko, podaj pan jedną halbę! LOLO​: Już się robi! A pan co tak dziś bez towarzystwa? PRZEPIÓRKA​: Zaraz się ktoś znajdzie, co ma czas i chce pogadać. Lolo idzie do baru po piwo; równocześnie nadchodzi z ulicy Jacenty Światły, którego gestem przywołuje Przepiórka. Jacenty Ś. wita się serdecznie z Przepiórką i przysiada do jego stolika. Nadchodzi Lolo z piwem, które stawia przed Przepiórką. LOLO ​(do Jacentego): Dla Profesorka też halbę - nieprawdaż? JACENTY​: Prawdaż, tylko dla mnie Tyskie! Lolo odchodzi i zaraz wraca z butelką Tyskiego i szklanicą, stawia je przed przybyłym i wraca do baru. JACENTY​: Straszne dziś pustki. Dzień targowy a takie bezludzie! Co to za epidemia?


PRZEPIÓRKA​: Za to jutro się zakotłuje, bo oprócz normalnych letników szykują nam wiec przedwyborczy. Tak że zjedzie nam tu, oprócz miejscowych, sporo agitatorów i tych, pożal się Boże, polityków od siedmiu boleści. JACENTY​: No wie pan... Czasem trafi się i taki, co ma trochę oleju w głowie. W tamtym roku był u nas pan Ziętara. Mówił całkiem do rzeczy... PRZEPIÓRKA​: I co z tego, jak go nikt nie słucha. Przecież on z opozycji, a ta nie ma u nas nic do gadania. A wiadomo przecież, że u nas ci, co rządzą, zawsze są najmądrzejsi. JACENTY​: Nie bez kozery nieboszczyk Piłsudski ocenił nas jako naród idiotów. Znajdź pan drugi taki naród w Europie, gdzie w wyborach największą popularność zyskują pospolici durnie, obiecujący naiwnym gruszki na wierzbie. A że bezmyślni durnie stanowią większość wyborców, trudno się spodziewać, by wybierali mądrzejszych od siebie. Już Kartezjusz odkrył, że nikt nie jest zadowolony ze swojej pozycji, ale każdy zadowolony ze swego rozumu. Zatem przeciętny polski wyborca oddaje głos na durnia, bo nie ścierpiałby mądrzejszego od siebie.

W tym momencie do stolika przysiada się Klimek Bywalec, dzierżąc w ręku kufel piwa przyniesiony z baru. KLIMEK B.​: Tu mogę pana Jacentego poprzeć bez zastrzeżeń. Przez prawie piętnaście lat pobytu za granicą niejedno podpatrzyłem. Na przykład Niemiec, zanim kogoś wysunie na kierowniczą funkcję, to najpierw latami go obserwuje i ocenia jego robotę. Jak uzna go za dobrego fachowca, który dobrze radzi sobie w swoich sprawach i daje dobry przykład innym, to dopiero wysunie go na funkcję publiczną, np. radnego czy posła. Czyli ocenia go po efektach jego dotychczasowej pracy. A u nas o funkcje publiczne zabiega nieraz nierozgarnięty partyjny młokos, który nie zdążył jeszcze nic pożytecznego zdziałać, ale ma wielkie polityczne ambicje, licząc na swoje oratorskie talenty i poparcie partyjnych kolesiów. A Francuzi o takich amatorach kołaczy bez pracy wyrażają się lekceważąco: ​un freluguet albo u​ n peu béte poéte, co znaczy "chłystek" albo "głupkowaty poeta". Podobnie ocenia kandydata na stanowisko publiczne Anglik, bez względu na przynależność partyjną. On kalkuluje na zimno możliwości kandydata a także realną wartość jego obietnic. PRZEPIÓRKA​: Zapomniał pan wspomnieć o polskim piekiełku i zwyczajnej zawiści, jeśli chodzi o stosunek do ludzi wybitniejszych. U nas prawie każdy, kto jest coś wart i odnosi sukces, jest z miejsca podejrzany i oskarżany o nieprawości. Zazdrość i zawiść rodzi praktykę, którą Wańkowicz ochrzcił mianem "kundlizmu", a który to proceder z zamiłowaniem uprawiają wszelkie miernoty, nieudacznicy i pesymiści. Ten gatunek wyborców będzie zawsze robić wszystko, by zniszczyć lepszych i wartościowszych od siebie, promując zera i nicość. Do stolika dosiada się Jerzy Dratewka, podnosząc rękę z wyprostowanymi palcami tworzącymi literę "V", co ma sygnalizować barmanowi żądanie piwa. DRATEWKA​: Słyszę, że towarzystwo gwarzy na tematy mocno polityczne. Czy nie lepiej pogadać o zaletach i wadach naszych panienek. PRZEPIÓRKA​: Juruś to jak zwykle najchętniej o dupie Maryni, jak by nie było ważniejszych spraw na tym świecie. DRATEWKA​: Może i są ważniejsze, ale nie dają tyle przyjemności, co damska de. JACENTY​: Nie można mieć pretensji o to, że pan Jerzy ma takie hobby; przecież każdy z nas ma jakiegoś swojego "konika". Mnie na przykład bardzo ciekawi polityka naszych sąsiadów wobec nas. KLIMEK​: A co może być za polityka? Rosja traktuje nas jako notorycznych półgłówków i w gruncie rzeczy nie bierze poważnie. Niemiec komenderuje naszą gospodarką i łaskawie nas toleruje, a Czech pilnuje tylko, żebyśmy się nie wtrącali w jego sprawy. A o innych krajach nie ma co wspominać. Jak nasi mędrcy zaczęli się wygłupiać i krytykować Unię, od razu ci zachodni wycofali nas na drugi plan. Nie tyko Francuzi i Anglicy, ale i te mniejsze kraje, na przykład Belgia czy Holandia. PRZEPIÓRKA​: No, ale inni nas popierają, choćby ten Urban i Węgrzy... KLIMEK​: Który Urban? Ten, co ma gazetę w Warszawie? On w polityce nic nie znaczy, to stary dziad z komuszych układów. PRZEPIÓRKA​: Nie ten, tylko ten z Budapesztu, węgierski Urban. JACENTY​: Ten Urban z Budapesztu ma podobnego konika, co nasz Prezes Kaszyński. Tyle tylko, że idolem Prezesa jest dziadek Piłsudski, a idolem tamtego nieboszczyk Miklós Horthy, co w czasie drugiej wojny kolaborował z Hitlerem przeciw nam, czyli pod hasłem "Hitler - Horthy dwa bratanki". A poza tym - co znaczą Węgry? Wiecznie się tam kotłuje, a zamęt w gospodarce mają większy niż my. Byłem tam w zeszłym roku i po tym, co widziałem i słyszałem, nie widzę w nich wartościowego sojusznika. Ten Urban chce reformować Unię, i to na spółkę z Rosją, a u siebie, jak na razie, nie pokazał nic mądrego.


DRATEWKA​: Dlatego pasuje on, jak ulał, do naszego Prezesa Kwaszyńskiego i jego towarzystwa. Ci też zajmują się pierdołami bez znaczenia i wartości. A to katastrofa smoleńska, a to znów dawni ubowcy, a to znów zapomniani bohaterowie narodowi itp., itd. Komu to wszystko potrzebne i co z tego za pożytek? PRZEPIÓRKA​: No wiecie, katastrofę trzeba wyjaśnić, żeby wszystko było czytelne. DRATEWKA​: Co tu trzeba jeszcze wyjaśniać! Dla mnie ci, co zginęli, są ofiarami zwykłej ludzkiej głupoty i lekkomyślności, a nie jakiegoś zamachu. A robi się z nich bohaterów narodowych. A co po 60 latach po śmierci wyjaśnili nasi mędrcy w sprawie generała Sikorskiego? Nic, poza tym, co ustalono 60 lat wcześniej. Lepiej już na bohatera narodowego pasuje taki na przykład Kozietulski spod Somosierry albo choćby Wernyhora z Ukrainy. JACENTY​: Pan nie zna szczegółów. Kozietulski wcale nie zginął pod Somosierrą, a znacznie później zmarł w Warszawie. Taki, co nie zginął, nie może u nas być bohaterem. A Wernyhora nie został przez historyków zidentyfikowany i nie wiadomo, czy żył i gdzie. Dla Polaka prawdziwy bohater, to martwy bohater, chociaż przegrany. DRATEWKA​: To już pan przesadza. Taki na przykład Kościuszko został przez Amerykanów uznany bohaterem za życia, mimo że przeżył ich wojnę z Anglikami o niepodległość. A ci, co pokonali Napoleona pod Waterloo, taki np. Wellington, to co - nie bohaterowie? A nasi choćby, którzy przeżyli i zwyciężyli na Monte Cassino? Pojawia się Tadeusz Masłowicz. Wita się z całą czwórką przez podanie ręki, siada bez słowa, bo wszyscy zajęci toczącym się dialogiem. JACENTY​: Faktycznie w naszych dziejach najwięcej mamy bohaterów przegranych, bo to i Żółkiewski, i Poniatowski, i Kościuszko, i powstańcy z XIX wieku, i powstańcy warszawscy z 1944. roku, nie mówiąc już o innych. Do tych, którzy pod Monte Cassino ustawiali tabliczki z napisem: "Nie bądź głupi, nie daj się zabić", podobno - jak pisze Wańkowicz - niektórzy koledzy mieli o to pretensje, że to niby fortel Polaka niegodny; Polak ma zginąć, wystawiając bohatersko pierś pod kule. O tych, co zwyciężyli i przeżyli szybko się zapomina i mówi o nich z niechęcią albo wcale. Taki to jest u nas bohaterski etos, utrwalony nawet w popularnym wierszyku: "Siądę na konika, podkręcę wąsika, dobędę pałasza, wiwat Polska nasza!" I oczywiście wyskoczył z okopu, dostał serię z CKM-u, zalał się krwią i padł trupem. Czyli zginął głupio. Ale w ocenie naszych polityków jest to wielkie bohaterstwo. Tę naszą skłonność do głupkowatej brawury, nazywanej przez nas bohaterstwem, nasi niby-sprzymierzeńcy, jak Napoleon ponad 200 lat temu czy Anglicy w czasie II wojny światowej, jedynie cynicznie wykorzystywali, nie nagradzając w zamian niczym. Kto dziś pamięta o polskich Legionach, wysłanych przez Napoleona na San Domingo do walki z murzyńskimi powstańcami, wykończonych tam przez tubylców i malarię? DRATEWKA​: Wiecie co? Ja jutro, na tym wiecu, jak będzie Prezes, zaproponuję wystawienie Kozietulskiemu pomnika, jako bohaterowi, co się zasłużył i przeżył. A i Wernyhorze, bo to przecież zasłużony prorok. Ciekawy jestem, jak się do tego projektu odniesie. Myślę, że się zgodzi, bo przecież nigdzie w Polsce takich pomników nie ma. Tu chodzi przecież o właściwe wychowanie obywatelskie młodego pokolenia. JACENTY​: Ja bym dodał jeszcze Towiańskiego, bo on podkreślał naszą misję dziejową i posłannictwo w Europie, a to pasuje, jak ulał, do naszych dzisiejszych koncepcji przebudowy Europy pod naszym przewodem. MASŁOWICZ​: Kochany, ale nikt jeszcze naszego przywództwa w Unii nie uznał, a waszego Prezesa traktują w Europie, jak postrzeleńca. DRATEWKA​: Z ciebie, Tadziu, wieczny niedowiarek. Nie uznał, bo nie było jeszcze możliwości przedstawienia projektu reformy Unii. Ale myślę, że Prezes już się o to postara. To tylko kwestia czasu. PRZEPIÓRKA​: No, już sobie wyobrażam tę reformę Europy. To będzie jeden wielki burdel i powszechna rewolucja. Bo do którego narodu ma nasz Prezes sentyment? Prawie wszystkim narodom przypiął jakąś łatkę. To jak on może być uznany za przywódcę? Przecież to jest typ, który nie nadaje się na sołtysa, bo od razu skłóci nawet najmniejszą wioskę Ten człowiek nie może żyć bez wrogów. Chwila milczenia, popijają piwo. DRATEWKA​: Ciekawe, kogo to jutro nam zaprezentują na tym wiecu? PRZEPIÓRKA​: Ma być kandydat z tej paczki, która teraz rządzi. To jakiś facet z Warszawy, podobno przyboczny Prezesa, a sam Baltazar Ciołek-Kaszyński ma go zaprezentować. MASŁOWICZ​: Na cholerę nam jakiś obcy przybłęda!? Dlaczego nie wyznaczy na kandydata kogoś stąd? Po co nam taki warszawski spadochroniarz? PRZEPIÓRKA​: No, to podobno jakiś zasłużony, wieloletni działacz partyjny.


MASŁOWICZ​: To dlaczego nie kandyduje w Warszawie, gdzie go ludzie znają? DRATEWKA​: Bo w Warszawie ciasno. Tam najwięcej obiboków pcha się do żłobu, więc ciężko się przebić. A u nas naród głupszy, więc łatwiej. MASŁOWICZ​: Wcale nie głupszy niż gdzie indziej. Jak przyjdą wybory, to cała Polska głupieje od tego tumanienia. Tylko agitacja i obiecanki ze wszystkich stron. Każdy z nich opowiada, jak to on naród uszczęśliwi. A tak faktycznie, to wszyscy kręcą swój interes i mają swoich wyborców głęboko w nosie. A ci partyjni działacze, którzy tak gorliwie doradzają ludziom, na kogo głosować, to zwyczajni płatni służalcy, którzy tak, jak prostytutki użyczają dupy każdemu, kto płaci. DRATEWKA​: Że naród durny i ulega doradcom, to dużo w tym prawdy. Mój nieboszczyk ojciec nieraz mówił: Nie udzielaj swojemu bliźniemu nigdy rad, bo to nie ma sensu; głupi z takiej rady nie skorzysta, a mądry nie potrzebuje. A przecież każdy pospolity dureń zawsze uważa się za mądrzejszego od innych. JACENTY​: To święta prawda. Kartezjusz prawie czterysta lat temu w swojej "Rozprawie o metodzie" napisał, że rozum jest dobrem najsprawiedliwiej rozdzielonym przez Stwórcę, bo nikt nie żąda go więcej, niż ma. MASŁOWICZ​: Popatrzcie, jak to zgrabnie wykombinował. Faktycznie ludzie mają najrozmaitsze żądze: a to bogactwa, a to awansu, a to żony bliźniego swego, a to orderu, a to sławy. Ale rozumu nie szukają. DRATEWKA​: I dlatego do polityki, do władzy pcha się najwięcej hołoty. Większość tych kandydatów to pospolite nieroby i pasożyty, którzy własną pracą do niczego nie doszli. Rzadko się trafia jakiś porządny, właściwy kandydat. A taki się nie pcha, bo wysuwają go przeważnie inni. Przyzwoity człowiek nie narzuca się innym. JACENTY​: Ma pan rację. Świadomy i przestrzegający zasad moralnych człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że władza nad drugim człowiekiem zawsze wiąże się z uciskiem, stosowaniem przymusu i różnymi ograniczeniami. Po to jest armia, policja, rozmaite urzędy i opinia publiczna. A każdy, kto pragnie zachować wolność nie będzie dążył do ucisku bliźniego i panowania nad nim, bo to jest niemoralne. Dlatego starożytni Grecy, np. Platon, uważali, że skoro ze względu na bezpieczeństwo wszystkich musi być państwo, to rządy w tym państwie powinna sprawować "arystokracja", czyli "najlepsi" rozumem i moralnością, a nie elita złożona z najbogatszych, tak jak my to dzisiaj rozumiemy, czyli hrabiów, baronów, książąt czy milionerów. KLIMEK​: Słyszałem. Ci starożytni uważali, że władzę trzeba oddać filozofom, bo niby najmądrzejsi. Tak, jak u nas profesorowie czy doktorowie. Ale ci nieraz także bujają w obłokach. Co, na przykład, w polityce pożytek z takiego uczonego astronoma albo badacza wirusów, jak on zapatrzony jest tylko w swoje teorie, nieraz zupełnie oderwane od życia? Nawet Bismarck się na nich poznał i powiedział Niemcom: ​Zwanzig hundert Professoren, Deutschland ist verloren, co znaczy po naszemu: "Stu dwudziestu profesorów i Niemcy są zgubione". Co na przykład taki uczony, poeta i fantasta może zrobić w polityce? JACENTY​: Lepiej patrz pan na to, co u nas się dzieje. Ci najbogatsi na ogół pilnują swoich interesów, a do władzy i stanowisk pcha się przeważnie dziadostwo w nadziei, że dostanie jakąś dobrze płatną "fuchę" i poprawi swój byt. Zaś wyborcy, mamieni przez agitatorów różnymi obiecankami, idą jak barany prosto na rzeź. Bo Polak kocha sielanki, różne mity, urojenia i fantazje. Za to nie lubi ciężkiej pracy, wysiłku a zwłaszcza tak zwanej nagiej prawdy, czyli realnej rzeczywistości. A jak dotknie go jakieś większe nieszczęście albo rozczarowanie, to oczekuje na zbawienny cud albo pomoc bliźniego. Osobiście znam takiego jednego ancymonka, który już trzydzieści lat żyje z uprawiania tak zwanej polityki, czyli na koszt społeczeństwa. W tym czasie zdążył się przykleić do czterech czy pięciu partii najrozmaitszych barw, a dziś jest posłem do Parlamentu Unii Europejskiej. Każdy z nas wie, że taka funkcja to dobra fucha; taki poseł zarabia dziesięć razy więcej, niż u nas. Jedyna rzecz, która tego pana tak naprawdę interesuje, to dobra wyżerka. W opinii kolegów uchodzi za smakosza. Jedyną jego troską jest dobre lądowanie w kolejnej partii w okresach "zawirowań politycznych" i zmiany władzy, a potem "lizanie tyłka" liderowi takiej partii. Cynizm, fałsz i obłudę ma wypisane na gębie. Jacenty przerywa, bo prosto z ulicy wkracza wójt Waldemar Przewrotny, który zabiera od sąsiedniego stolika puste krzesło i dosiada się bez indywidualnych przywitań. WÓJT​: Witam panów wszystkich! Wpadłem tu zobaczyć, jak wyglądają przygotowania do jutrzejszego spotkania, a przy okazji obejrzeć pensjonat, bo jeszcze dziś przyjedzie Prezes Baltazar Ciołek-Kaszyński z kandydatem na posła. Będą to nocować, a przedtem będzie małe spotkanie z władzami powiatu i gminy. Wchodzi Rysiek Złotousty, ale już brakuje miejsca przy stoliku, więc wszyscy przenoszą się do jednego z większych stołów, gdzie rozsiadają się wygodnie, gotowi do dalszych rozmów. Rysiek tylko coś do kogoś zagadał w tym zamieszaniu i usiadł, by słuchać toczącej się rozmowy. PRZEPIÓRKA​: To będziemy mieli okazję do spotkania z panem Prezesem. WÓJT​: Myślę, że tak; skoro będzie tu nocował, to skorzysta chyba i z tej restauracji. Na pewno nie odmówi


rozmowy z mieszkańcami. KLIMEK​: Ciekawy jestem, jaki pan Prezes będzie miał stosunek do tutejszej opozycji. Ja sam osobiście mam dużo zastrzeżeń do jego teorii politycznych. WÓJT​: No, myślę że taki, jaki wszędzie prezentuje publicznie. Ale niech pan będzie trochę powściągliwy, bo w końcu Prezes to nasz gość; nie wypada go zbyt ostro atakować. Można coś przekazać, ale delikatnie. JACENTY​: Delikatnie. Dobre sobie! Pan wójt to by każdego wycałował z dubeltówki. Tak jakby pan nie wiedział, jak zachowuje się Prezes publicznie, zwłaszcza wobec przeciwników. Czasami z jego ust lecą takie epitety i wyzwiska, że słuchać nie sposób. WÓJT​: No, wie pan przecież, że przeciwnik polityczny nieraz prowokuje. Każdy ma prawo się zdenerwować. To i Prezes nieraz coś chlapnie nie tak, jak się ludzie spodziewają. W wielkiej polityce to rzecz zwyczajna. JACENTY​: O jakiej wielkiej polityce pan mówi!? To dotyczy spraw krajowych. On każdemu narzuca swój punkt widzenia, i to na siłę. Wystarczy posłuchać tego, co mówi w sejmie. Każdy, kto się z nim nie zgadza, to od razu jego śmiertelny wróg, czyli zdrajca, ubek, komunista albo skończony łajdak. A on sam prezentuje się jako zbawca narodu i nieomylny prorok. WÓJT​: (​wypatrując pilnie, zauważył coś na zewnątrz) O! Nasi goście już przyjechali! Przepraszam całe towarzystwo, ale wypada mi ich przywitać. Wójt wychodzi przed taras. KLIMEK​: Zaraz zobaczycie, jak będzie się łasił i nadskakiwał. WÓJT​: Witamy serdecznie pana Prezesa! Właśnie tu rozmawialiśmy o panu w przyjacielskim gronie (​gestami wskazuje i zaprasza na taras). PREZES​ (​wkracza bez ceregieli, za nim Kandydat, podchodzą do siedzących): Witam wszystkich. Myślę, że będziemy mieli okazję porozmawiać o naszej działalności, a szczególnie o naszej partii, o sprawach naszych wyborów, o wychowaniu patriotycznym. Przedstawię też nasze ostatnie osiągnięcia i zasługi. RYSIEK ZŁOTOUSTY​: Co pan tu wychwala tę swoją operetkową partię i mówi o zasługach. Pańska partia to zwyczajna mafia złożona z pospolitych oszustów i złodziei! PREZES​: Wypraszam sobie takie epitety! Jakim prawem pan nas obraża i dyskwalifikuje pod względem moralnym!? RYSIEK Z.​: Niech pan mnie nie rozśmiesza! Pan i pana zwolennicy pod względem moralnym nie kwalifikujecie się do poziomu troglodytów, bo troglodyci przynajmniej odróżniają dobro od zła, a wy nawet tego nie potraficie. Gdy oglądam i słucham któregoś z waszej przywódczej czołówki w telewizji, robi mi się niedobrze. Co druga gęba, to fizjonomia oszusta i szulera. Macie to wypisane na waszych łajdackich gębach. Niech pan popatrzy dobrze w lustro i obejrzy sobie swoją przewrotną, jaszczurzą mordę. Fizjonomia typowego oszusta, zupełnie zgodna z opisami nieboszczyka Lombroso. PREZES​: Pan obraża mnie i moich kolegów. Ja pana pozwę przed sąd. Pan narusza moją godność i dobra osobiste. RYSIEK Z.​: O jakiej godności pan mówi? Pan nie wie w ogóle, co to znaczy. Gdyby było inaczej, nie pokazywałbyś się pan ludziom na oczy. Jesteś pan jedynie nędzną, dwunożną kreaturą, tylko przez pomyłkę nazywaną człowiekiem. Co pan dobrego w swoim próżniaczym życiu ludziom wyświadczył? Otoczył się pan stadem głupkowatych pochlebców, myślących tylko o własnym tyłku i awansach. Wszystkich, którzy odrobiną rozumu przewyższają pana, dawno się pan pozbył. A politycznych przeciwników pan nienawidzi i obrzuca błotem nieustannie. W istocie pan nienawidzi ludzi za to, że są inni od pana, a zwłaszcza tych, którzy są lepsi od pana. Takich nie może pan ścierpieć. Kogo reprezentuje ta pańska niby partia? Samych siebie i swoje interesy. Ilu was jest? Piętnaście dwadzieścia tysięcy, a wypowiadacie się bezczelnie w imieniu czterdziestu milionów! Jakim to prawem? Dlaczego nie powołuje się pan tylko na tych najgłupszych, którzy w swojej naiwności głosują na pana licząc, że ich pan uszczęśliwi? Mądrzejsi nie muszą wierzyć w obiecanki, bo sami wykuwają swój los. Tylko durnie wierzą w moce sprawcze fałszywych cudotwórców i proroków. Prezes pąsowieje na twarzy i spogląda na Kandydata i ochroniarza. WALERIA M.​ (​nadciągnęły niepostrzeżenie we dwie z Zenobią podczas trwania powyższego monologu i zasłuchały się): Faktycznie, poprzednie wyborcze obietnice nie zostały spełnione. Ja na przykład dalej nie mam własnego mieszkania i siedzę na sublokatorce. A obiecaliście mieszkania tym najbiedniejszym. Miały być tanie kredyty, także dla emerytów. Do dziś nie ma niczego. Dlaczego nikt z was nie odpowiada za niespełnione obietnice? PREZES​: To wyjaśnimy jutro na spotkaniu.


ZENOBIA​: Emerytur nauczycielom też nie podnieśliście, choć obiecywaliście. Ludzie mówią, że to za karę, dlatego żeście uznali ich za element buntowniczy. A wy tłumaczycie, że to wina opozycji, bo to przez jej działania nie może państwo osiągnąć planowanych dochodów. WALERIA​: W ogóle szkolnictwo rozłożyliście na łopatki. Czy naród was o to prosił? Nie. Wymyśliliście tę swoją "reformę" po to, żeby go do reszty ogłupić. I zaczęliście od najmłodszego pokolenia. Wcale nie po to, by je lepiej wychować, bo dobre wychowanie, to przede wszystkim rozwinięcie u człowieka umiejętności myślenia, i to krytycznego myślenia. A na tym wam wcale nie zależy; wy chcecie młodzież po prostu wytresować, zrobić z niej stado bezmózgich manekinów żywiących się waszymi głupkowatymi pseudopatriotycznymi sloganami, spełniających wasze życzenia bezkrytycznie i bez sprzeciwu. KLIMEK​: Czyli będziemy ćwiczyć społeczeństwo dokładnie tak, jak za komuny albo jak Hitler Niemców w czasach faszyzmu: "Eine Volk, eine Reich, eine Führer", "Ordnung mus sein", "Deutschland über alles". Tak to się wtedy u nich mówiło. Jak się komuś nie podobało, to lądował od razu w kacecie. Nie życzyłbym sobie, by u nas doszło do czegoś podobnego. ​RYSIEK​: A kto was tu w ogóle prosił? Jak nadchodzą wybory, to pchacie się nachalnie wszędzie, gdzie się da i tumanicie ludzi. DZIAŁACZ​: O, przepraszam, to myśmy zaprosili, jako aktyw powiatowy. RYSIEK​: To ich u siebie podejmujcie, a nie podrzucajcie nam na siłę! DZIAŁACZ​: Mamy prawo przedstawiać nasze osiągnięcia wszędzie. JACENTY​: Osiągnięcia?! Pan sobie urządza kpiny! Cała Europa z was się śmieje. Wyście tylko nas wszystkich skompromitowali. A o waszym wodzu, to nawet mój znajomy dziennikarz rosyjski, akredytowany w Warszawie, wyraził się krótko i dobitnie: ​sawsiem durak, czyli po naszemu: kompletny idiota". PREZES​: Ciekawy jestem, który to? JACENTY​: A, chciałby pan wiedzieć? Pewnie po oto, by oskarżyć go o szpiegostwo i wyrzucić z Polski na zbity łeb. Nie tym razem! Wszystkim chcielibyście zatkać gęby, nawet tym z zagranicy. Wie pan, co do takich, jak pan, powiedział marszałek Piłsudski? "Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić". Powinien pan to wiedzieć, bo przecież marszałek, to pański idol! Ogólny śmiech wszystkich zebranych. Prezes, Kandydat, Działacz i "Borowik" bez pożegnania, w milczeniu, opuszczają taras i podchodzą do samochodu stojącego przy chodniku. Wsiadają i samochód odjeżdża. Do stołu dołącza Benio Wszędobylski, który się akurat napatoczył. WÓJT​: Wracając do wypowiedzi pana Klimka o komunie i faszyzmie, to z takich wzorów nie musimy przecież korzystać. Możemy poszukać wzorów lepszych, w innych państwach, u naszych sojuszników. Nasz minister spraw zagranicznych to sprytny chłop. Już on poszuka, gdzie trzeba. BENIO​: Pan wójt pozwala sobie na żarty. Wrzeszczykowski sprytny minister? Dobre sobie! Toż to idiota rzadkiej klasy. On nawet angielskiego przyzwoicie nie opanował. On nawet nie jest w stanie zrozumieć, co w poszczególnych państwach Europy się teraz dzieje, nie mówiąc już o reszcie świata. A co dopiero mówić o przyszłości. WÓJT​: Jeśli chodzi o nasze interesy, to minister kilka razy wyraźnie je wypunktował. Tak samo, jak nasze ambicje narodowe. BENIO​: Tak, tak, słyszałem. Chce z nas zrobić słomiane mocarstwo; wrócimy do Polski Jagiellonów, "od morza do morza". Śni się idiocie jakaś federacja, czyli my, Litwa, Białoruś, Ukraina, może nie cała, ale chociaż Lwów, no i oczywiście Zaolzie. JACENTY​: A o Spiszu i Orawie zapomniałeś? Nie wstyd ci? BENIO​: O jakim znowu Spiszu? Spisz jest w Słowacji. JACENTY​: Ale nam się należy od czasów Jagiełły! Wtedy Spisz był węgierski, bo Słowacji nie było. A nasz król pożyczył panującemu na Węgrzech Zygmuntowi Luksemburskiemu 40 000 kop groszy praskich i dostał w zastaw trzynaście starostw na Spiszu i Orawie. Węgrzy nigdy tego długu nie spłacili i nasi starostwie siedzieli na tym terenie ponad 350 lat, aż do konfederacji barskiej, bo wtedy cale to terytorium zagrabiła Austria. Ale do dziś nikt nam tego długu nie spłacił, więc z mocy prawa Spisz nam się należy. BENIO​: To trochę podejrzane, bo u nas żaden król groszem nie śmierdział. JACENTY​: Ale Jagiełło to był Litwin, więc oszczędny był. On, mój kochany, skromnie żył, kaszę gryczaną jadł, piwkiem popijał, to i zaoszczędził, więc pożyczył. BENIO​: Ale co to za pożyczka w groszach - śmiechu warte! JACENTY​: O, kochany! Wtedy grosz miał inną wartość. Za dwa grosze mógł pan wtedy byka kupić. WÓJT​: Patrzcie no, jaki to Jacenty sprytny gracz. Mógłby być doradcą Wrzeszczykowskiego, skoro taki biegły w historii. Może by jeszcze co odnalazł, co nam się należy? Może Madagaskar? (​uśmiecha się szyderczo) KLIMEK​: Ludzie! Czyście przytomni, czy pijani? Przecież żaden kraj niczego dobrowolnie nie odda! I nie


wiadomo, czy tamtejsi mieszkańcy zechcą się skumać z naszą władzą. JACENTY​: Jak nie zechcą, to im się wyperswaduje. A jak to nie pomoże, to mamy przecież armię, która chyba potrafi zrobić, co trzeba. BENIO​: A idź, sieroto, z tą naszą armią i z tym pomyleńcem, ministrem obrony! Ładna mi armia, uzbrojona w jakieś drony, łopatki saperskie i zardzewiałe karabiny! KLIMEK​: No, armię można dozbroić, a jej stan liczebny podwoić wystawiając na froncie w okopach na przykład gumowe manekiny dmuchane powietrzem. Nieprzyjaciel będzie do nich strzelał, jak do żywych, zużyje dużo amunicji i tym sposobem od razu osłabnie jego siła bojowa. A wtedy nasz żywy żołnierz do ataku i położy ich na łopatki. BENIO​: Chyba na te saperskie! A co z przestrzelonymi, poległymi manekinami? KLIMEK​: Żaden problem! Pozbiera się je z pola walki, podklei gumowe łatki, podwulkanizuje, na powrót ponadyma powietrzem i makietowa armia znów gotowa do użytku. BENIO​: Nie wiedziałem, że w panu Klimku drzemie taki talent strategiczny. Trzeba go koniecznie polecić panu ministrowi obrony Ciarewiczowi. Co dwóch geniuszy, to nie jeden. KLIMEK​: Coś mi się zdaje, że do jutrzejszego wiecu nie dojdzie, bo Kandydat i Prezes wsiedli do samochodu i odjechali. Mocno obrażeni, na pewno będą bruździć. RYSIEK Z.​: To bardzo dobrze. Jutro napiszemy w naszej gazecie, że spotkali się z bardzo gorącym przyjęciem miejscowego społeczeństwa, i że do spotkania Kandydata nie doszło ze względu na warunki atmosferyczne, czyli zbyt wysoką temperaturę. Będzie brzmiało niewinnie a zarazem poprawnie politycznie. Wypromujemy swojego kandydata. WÓJT​: No, nie wiem, czy to się uda, bo Prezes przed odjazdem pytał mnie, czy mamy zezwolenie na zgromadzenie. Powiedziałem mu, że nie, bo to przecież kampania wyborcza. A on na to, że wiec, czyli zgromadzenie, i zezwolenie musi być. Inaczej działania zostaną uznane za nielegalne. JACENTY​: Kompletny idiota! W takim razie tłum widzów w kinie czy teatrze, procesja w Boże Ciało albo korowód weselny w drodze do domu panny młodej też należałoby uznać za zgromadzenie publiczne wymagające zezwolenia. KLIMEK​: No nie. Kościół jest obiektem zamkniętym, tak jak kino i teatr. Ludzie nie muszą wychodzić na ulicę. Tam się modlą i celebrują obrzędy religijne. JACENTY​: Modlić się można wszędzie, również na ulicy. Chodzi o to, co jest zgromadzeniem publicznym, a co nie. BENIO​: Jak mnie na studiach uczono, zgromadzenie publiczne jest wtedy, kiedy jest kolegialne, czyli musi być przynajmniej kilka osób, więc quorum, a quorum czynią co najmniej trzy osoby. I dlatego starożytni Rzymianie mówili: ​tres faciunt collegium, co znaczy "trzech tworzy kolegium", czyli zgromadzenie w tłumaczeniu dosłownym. DRATEWKA​: Kochany studencie, gdyby przyjąć pańską interpretację, to znaczyłoby, że jak siadam do obiadu w swoim domu z żoną, teściową i trojgiem dzieci, to biorę udział w zgromadzeniu. BENIO​: Zapomniał pan, że prywatny dom nie jest miejscem publicznym. DRATEWKA​: No dobrze! A gdy ta sama rodzina spożywa obiad na kempingu albo w restauracji, która jest miejscem publicznym, to biorą udział w zgromadzeniu, czy nie? BENIO ​(​zaskoczony, zrazu milczy): No wie pan..., to sytuacja nietypowa, to zależy, o czym te osoby rozmawiają: o jedzeniu czy o polityce. Przecież wiec można zorganizować także w restauracji, przy piwku. Wtedy zezwolenie na pewno będzie potrzebne. DRATEWKA​: A jeżeli publicznie, na podwórku przy mojej kamienicy rozmawiam o wyborach z sąsiadami, czy można uznać to za wiec, czyli zgromadzenie, czy nie? BENIO​: Widzi pan, problem polega na tym, że ustawa o zgromadzeniach jest nieprecyzyjna i nie określa dokładnie różnych okoliczności. Dlatego właśnie aktualne władze chcą ją poprawić i wszystko doprecyzować od a do zet. Wtedy wszystko będzie ścisłe i jasne. DRATEWKA​: Ale póki co, to jedziemy na starych przepisach i moim zdaniem wytypowanie kandydata przez miejscowych obywateli na zebraniu będzie całkowicie legalne. Potem utworzy się komitet wyborczy, zbierze podpisy, zgłosi, gdzie trzeba, kandydatów itp., itd. BENIO​: A co będzie, jak Prezes zaserwuje kontrę i na siłę zgłosi swojego warszawskiego kandydata, a naszego utrąci jako nielegalnego - pomyślał pan o tym? RYSIEK​: Wtedy sprawę powinien rozpatrzyć sąd w ramach protestów wyborczych. BENIO​: Sąd niczego nie rozpatrzy, bo to jeszcze nie wybory, a dopiero kwalifikacja kandydatów. Od tego są komisje wyborcze. RYSIEK​: No to w takim wypadku, skoro liczba kandydatów jest nieograniczona, zdecydują w głosowaniu wyborcy. Myślę, że miejscowi poprą swojego kandydata. DRATEWKA​: A jaką mamy pewność, że wybory nie zostaną sfałszowane? Po dzisiejszej władzy można


spodziewać się wszystkiego. Wystarczy, że obstawią swoimi ludźmi wszystkie komisje i nikt niczego nie dojdzie, bo wszystko zostanie utajnione. RYSIEK​: Ale są przecież jakieś organy kontroli, sądy, prokuratura, w końcu opinia publiczna. DRATEWKA​: Panie! A kto się z tym liczy?! Prokuratura działa pod dyktando pana ministra, a opinię publiczną nasza władza ma w nosie. Ma pan przykład na szkolnictwie. Dotychczas funkcjonowało całkiem dobrze; ludzie byli zadowoleni. Nikt nie chciał zmian. A nasi władcy, nie pytając nikogo, nagle doszli do wniosku, że wszystko trzeba wywrócić do góry nogami, bo należy wychować młodzież po nowemu, niby w duchu patriotycznym, na wzór zasłużonych kiedyś bohaterów narodowych, których listę wyselekcjonowali według swojego uznania. JACENTY​: Jak się popatrzyłem na te nazwiska jako zawodowy historyk, to od razu ogarnął mnie śmiech. Zaraz widać, kto z zasłużonych w dziejach nieboszczyków przystaje do ideologii naszej partii rządzącej, a kto nie. I dotyczy to nie tylko dawnych działaczy politycznych, ale także ludzi zasłużonych dla kultury, literatury albo nauki. DRATEWKA​: Może pan by podał, dla przykładu, jakieś nazwiska? JACENTY​: A proszę bardzo. Z polityków np. Jagiełło, Sobieski, Piłsudski; z literatów Kochanowski, Sienkiewicz, Mickiewicz, Słowacki; jeszcze oczywiście Chopin i Matejko, ale twórców z ostatnich stu lat jakoś nie widać, bo to w oczach naszej władzy okres dekadencji, dlatego nie znaleźli się tam Wajda, Penderecki, Gombrowicz, Mrożek, Witkiewicz, Dunikowski czy choćby Norwid. A przecież twórczość właśnie tych ludzi jest znana i ceniona w szerokim świecie. Czyli dobór tych wzorców dokonał się według kryteriów politycznych. BENIO​: No dobrze, ale co ma pan przeciwko takiemu na przykład Sobieskiemu czy królowi Poniatowskiemu? JACENTY​: Ano to, że są to bohaterowie o obliczu co najmniej dwuznacznym. Z jednej strony zasłużeni jako dobrzy wodzowie, jak np. Sobieski czy Jagiełło, ale z drugiej nieudolni politycy. I tu przykładem może być Sobieski. Co z tego, że kilkakrotnie pobił Turków, jeśli nie potrafił politycznie tego wykorzystać? Przykładem może być bitwa pod Wiedniem. Nie odnieśliśmy z niej żadnego pożytku. Została jedynie idiotyczna legenda o Polsce jako "przedmurzu chrześcijaństwa", w oczywisty sposób fałszywa, bo tym rzeczywistym przedmurzem były kraje wschodniej Europy, czyli Grecja, Bułgaria, Serbia, Albania, Bośnia, Węgry czy dzisiejsza Rumunia. A nie Polska granicząca na południu z tatarskim Krymem i Mołdawią. Sam Sobieski, jako polityk, okazał się skończonym fajtłapą, bo zarówno w sprawach krajowych, jak i zagranicznych nie potrafił uzyskać żadnego znaczącego efektu. Całe życie ulegał kaprysom ukochanej Marysieńki, a na dworze królewskim wśród dygnitarzy kwitły nepotyzm i przekupstwo, co podkreślają wszyscy poważniejsi historycy. Przykład dawał sam król, przyjmując wartościowe podarki rzeczowe albo pieniądze od osób wdzięcznych za nominacje na stanowiska. To za panowania Sobieskiego wyrosły pod jego okiem Prusy, dzięki litościwemu potraktowaniu rodu brandenburskich Hohenzolernów, którym oficjalnie pozwolono połączyć się z polskim obszarem lennym, jakim były Prusy Książęce. A zaledwie 46 lat po śmierci "zasłużonego pogromcy Turków" zaczął swoje panowanie Fryderyk Wielki, inicjator rozbiorów Polski. Natomiast jeśli chodzi o króla Poniatowskiego, to można uznać jego zasługi jedynie dla kultury. W polityce, zwłaszcza zagranicznej, okazał się nijaki, zupełnie bez charakteru, o czym świadczy jego stosunek do konfederacji barskiej i targowickiej oraz Konstytucji 3 Maja. Nie bez kozery ówcześni satyrycy, wyszydzając jego uległość wobec carycy Katarzyny II, przedstawiali go jako ciołka ssącego pierś imperatorowej. Trzeba wam wiedzieć, że młody cielak widnieje w herbie rodowym Poniatowskich. Tenże Poniatowski jest do dzisiaj przedstawiany jako niewinna ofiara skrzywdzona przez trzech wiarołomnych zaborców. Już jego bratanek, książę Józef, zapisał się w dziejach naszego narodu o wiele korzystniej. BENIO​: A Sienkiewicz? Ten co panu zawinił? JACENTY​: O wiele mniej niż królowie. Jest na pewno atrakcyjny jako prozaik, o czym świadczy to, że do dzisiaj chętnie jest czytany, ale w jego "Trylogii" wyraźnie widać sfałszowane realia. Ukraińców pokazał jako zdziczałych barbarzyńców, żądnych jedynie krwi i mordu, a Polaków jako bohaterów broniących cywilizacji, kultury i religii katolickiej, zapominając zupełnie o tym, jak nasi "bohaterowie" traktowali podbite narody, ich język czy religię. W "Potopie" Szwedzi przedstawieni zostali jako krwiożerczy rabusie, których celem było zniszczenie Polski, a bardzo niewiele się mówi o szerokiej kolaboracji Polaków ze szwedzkim królem, a już zupełnie nie ma wzmianki o tym, że po stronie szwedzkiej walczyła część wojsk polskich, nie mówiąc już o kolaboracji lokalnych władz. W "Panu Wołodyjowskim" Sienkiewicz wynosi pod niebiosa bohaterstwo i poświęcenie tytułowego bohatera i jego kompanii, bo giną przecież w obronie "jedynie słusznej wiary", ale słowem nie wspomina o tym, że efektem tego bohaterstwa był haniebny traktat buczacki, w myśl którego Rzeczpospolita musiała oddać sułtanowi tureckiemu połowę ówczesnego Podola razem z Kamieńcem. Dziś, w świetle wielokrotnie przebadanych dokumentów historycznych, wszystko jest jasne i jednoznaczne, a mimo to nasi obecni władcy podtrzymują fałszywe mity, chcąc je na dodatek zaszczepić na trwałe w głowach młodego pokolenia. Mogę tylko was zapytać - komu potrzebna taka edukacja i jaki z niej pożytek? BENIO​: Faktycznie, to co dziś nieużyteczne, powinno iść do lamusa, czyli do archiwów i muzeów, które są


powszechnie dostępne. Każdy historyk, pasjonat czy hobbysta może tam grzebać do woli i zaspakajać swoją ciekawość czy publikować w specjalistycznych pismach. Ale to nie znaczy, że wszyscy muszą być historykami czy hobbystami. A włączanie do dzisiejszych ideologii partyjnych zafałszowanych wątków historycznych albo postaci ze sfałszowanym życiorysem, mających stanowić wzorzec moralny czy patriotyczny, jest po prostu zwykłym oszustem i kpiną z rozsądku. KLIMEK​: Ale zgodzi się pan chyba z tym, że powinniśmy się wzorować na przykładach postępowania branych z historii naszych przodków. BENIO​: Tak, na pewno, ale trzeba uważnie takie przykłady dobierać i obiektywnie uzasadniać. Przede wszystkim powinniśmy brać przykład z tych, którym się powiodło i osiągnęli zamierzony cel, a nie z tych, co przegrali, niczego nie osiągnąwszy poza tak zwaną wiekopomną chwałą. Podnośmy bohaterstwo tych, którzy zwyciężyli w walce zbrojnej, odnieśli sukcesy naukowe, stworzyli wartościowe dzieła muzyczne czy literackie, dokonali jakiegoś ważnego odkrycia czy wynalazku technicznego, albo nawet osiągnęli duże sukcesy w prowadzeniu biznesu czy jakiejś działalności gospodarczej. Bo przecież jest jasne dla każdego, że droga, którą ci ludzie szli, lub metoda, którą się posługiwali, były zapewne odkrywcze, a więc wzorcowe, jeśli doszli oni do zamierzonego celu. Tylko tacy ludzie mogą być użytecznym dla nas przykładem. KLIMEK​: Z tego by wynikało, że nie można wierzyć propagandzie, a tym samym ludziom, którzy się nią posługują, czyli politykom. BENIO​: Jasne, jak słońce! Bo co to, panie, jest polityka? To sztuka skutecznego oszukiwania partnera. Tak samo, jak dyplomacja. Skuteczny polityk, to taki typ, który przekona do swoich racji partnera i przekabaci go na swoją stronę po to, by coś uzyskać. A przecież wiadomo, że jak jeden zyska, to drugi straci. Ale w tym połapie się dopiero wtedy, jak straci, jak go wykantują. Ot i wszystko! Weź pan na przykład te obietnice przedwyborcze dotyczące podatków. Wszystkie partie obiecują, że nie podwyższają podatków. A ja wiem, że ta partia, która najwięcej obiecuje, na pewno je podniesie, no bo przecież prawie wszystko stale drożeje. A skoro takie są prawa ekonomiki, wzrastają również koszty utrzymania władzy i całego aparatu państwowego. Trzeba ten wzrost z czegoś pokryć, czyli z dodatkowych dochodów państwa. Ale cwani politycy nie nazywają tych wpływów podatkiem. Mają na to cały arsenał zastępczych nazw, jak np. opłata skarbowa, koszty manipulacyjne, akcyza, opłata stemplowa, klimatyczna, tranzytowa itp, itd., byle do swojej kasy. No i są formalnie czyści, bo podatków rzeczywiście nie podnieśli. A to, że dodatkowo wyciągnęli z kieszeni każdemu obywatelowi w ciągu roku 100 czy 200 zł, to przecież nie podatek, a dobrowolna danina. Chyba pan kapuje, gdzie tu pies pogrzebany? KLIMEK​: Pewnie coś w tym jest, bo np. w ciągu ostatniego roku wszystkie opłaty pocztowe wzrosły dwukrotnie. BENIO​: A widzi pan! Ta poczta, teraz niby spółka akcyjna, jest przecież własnością Skarbu Państwa i państwo przejmuje jej dochody. To samo robią w terenie władze samorządowe, podnosząc stale ceny usług w swoich firmach, czyli ceny wody, odbioru ścieków i odpadów, ogrzewania mieszkań itp. Dlatego nie wierzę w żadne przedwyborcze obietnice, bez względu na to, czy głosi je prawica, lewica czy centrum. Dla mnie to są zwyczajne oszustwa, głoszone dla naiwnych albo tłuków, czyli durniów. KLIMEK​: W takim razie nie ma sensu typować kandydatów do władz i brać udział w wyborach. BENIO​: No nie! Tak stawiać sprawy nie można. Wybierać ludzi trzeba, choćby po to, żeby patrzeć władzom na ręce, kontrolować te władze, no i wymieniać okresowo, jako że nasz naród bardzo lubi przywiązywać się do koryta i do funkcji publicznych. Tyle tylko, że do tych funkcji powinniśmy typować ludzi w miarę przyzwoitych i rozgarniętych, wyznających jakieś zasady moralne, ogólnie uznane, w każdym razie uznanych za porządnych. Ideałów oczywiście nie ma, bo ludzie, jak wszystkie żywe stworzenia, podlegają zmianom, czyli ewolucji. Charakter człowieka też jest zmienny. Bywa tak, że z porządnego młodzieńca wyrósł dorosły łajdak. KLIMEK​: A jaką mamy gwarancję, że ci porządni i przyzwoici jutro albo pojutrze nie zmienią poglądów lub nie ulegną złym wpływom? BENIO​: Formalnie żadnych gwarancji nie mamy i nie ma też możliwości odwołania posła czy radnego. Jedyną skuteczną metodą jest wzajemna obserwacja postępowania i kontrola. To w praktyce oznacza, że nasz wybraniec, prowadząc swoich zwolenników, czyli wyborców, powinien w interesie własnym, w ramach samokontroli, od czasu do czasu spoglądać w tył, by się przekonać, czy jego zwolennicy jeszcze za nim idą. Oni natomiast powinni - jak tylko stwierdzą, że zbacza on ze wspólnie określonej drogi - od razu podnosić alarm i przywoływać błądzącego delikwenta do porządku. Jeśli będziemy się trzymać tych reguł, jest duże prawdopodobieństwo, że dojdziemy do zamierzonego celu i obie strony będą zadowolone. PRZEPIÓRKA​: Czyli na poprawę sytuacji materialnej ludzi politycy nie mają wpływu? Przecież narodowa kasa jest w rękach państwa. BENIO​: Panie - tak! Ale ta kasa jest dziurawa. To pan nie wie, że budżet państwa choruje na chroniczny deficyt? Że nasze państwo jest jednym z najbardziej zadłużonych na świecie? PRZEPIÓRKA​: No, a tyle obiecywali! Na przykład rodzinom wielodzietnym, rencistom, emerytom, darmowe leki starszym.


BENIO​: Kochany! Idea państwa opiekuńczego już dawno wzięła w łeb. I to nie tylko w krajach tzw. socjalizmu, ale nawet w tych najbogatszych kapitalistycznych, jak USA, Szwecja czy Szwajcaria. Tam praktycznie została podstawowa opieka zdrowotna, a państwo nie dokłada ani centa obywatelowi, który chce się wzbogacić. Proszę bardzo! Bogać się, ale własnym przemysłem i sposobem. A u nas całe zastępy durniów łudzą się, że jak dojdzie do władzy partia X czy partia Y, to poprawi im byt materialny. Znajdź mi pan drugi kraj, który ma podobny procent takich durniów. To przecież w naszym kraju funkcjonuje mądre przysłowie: "Każdy jest kowalem swojego losu". Ale niewielu się nad nim zastanawia. RYSIEK​: A co pan myśli o tych, jak to mówią, jednostkowych prawach obywatelskich? BENIO​: Tu trzeba przeprowadzić podział, bo jedne dotyczą tylko mojej osoby i mojego życia prywatnego, a drugie regulują moje związki z państwem i społeczeństwem. Generalnie sytuacja wtedy jest optymalna, gdy państwo nie ingeruje w moje życie prywatne. W Anglii np. obowiązuje zasada ​My home is my castle, co się tłumaczy "Mój dom moim zamkiem". U nas powinno być podobnie, a nie jest. Doszło już do zakładania podsłuchów, szpiegowania ludzi, nie mówiąc o nieproszonych wizytach różnych państwowych agencji ochrony czy też określonych urzędów. Co np. państwu do tego, co ja czytam czy oglądam w telewizji, albo z kim utrzymuję stosunki towarzyskie? A naszych władców to bardzo interesuje, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby aktywne społecznie czy politycznie, będące na dodatek ich politycznymi przeciwnikami. Relacje między obywatelem a organami państwa winny być oparte na poszanowaniu prawa i wzajemnych zobowiązań. Na przykład w sprawach podatkowych, wolności słowa czy uprawnień wyborczych. Tu nie może być żadnych ograniczeń albo dyskryminacji. Jeżeli chcemy zachować status państwa demokratycznego, to prawo musi być bezwzględnie przestrzegane, zwłaszcza konstytucja. Zapisy o wolności słowa, prasy, druku, dostępie do informacji czy też o prawie do prezentowania odmiennych poglądów nie mogą być martwe. Powinny być po prostu realizowane. Nie można też dyskryminować kogokolwiek ze względów narodowościowych, językowych, światopoglądowych czy religijnych. A co robią nasi rządzący? Najbezczelniej, jak tylko można, uprzywilejowują Kościół katolicki czy wyznawców religii katolickiej w działaniach, odmawiając jednocześnie tych przywilejów innym wyznaniom. To samo robią w odniesieniu do szeregowych obywateli. Ci, którzy sympatyzują z rządzącymi są "cacy", a ci nastawieni krytycznie są nie tylko "be", ale dodatkowo obrzucani wyzwiskami i inwektywami, zaliczani są do tej gorszej kategorii społeczeństwa. Tak w praktyce pojmuje równość obywatelską nasza rządząca elita. RYSIEK​: Ale społeczeństwo powinno w tych przypadkach reagować. Przecież rządzący powinni liczyć się z opinią publiczną. BENIO​: Okazało się, że w naszym, polskim przypadku partyjni władcy z głosem swoich poddanych w ogóle się nie liczą. Ba, udają, że nawet go nie słyszą. Ta mania władzy, kierowania wszystkim i wszystkimi tak ich zaślepiła, że nie są już w stanie rozpoznać rzeczywistości. W rezultacie ten dystans między władzą a obywatelem ciągle się powiększa i, jak rządzący się nie opamiętają, może dojść do strasznych rzeczy, łącznie z rozlewem krwi - co nie daj Boże! Bo wtedy nasz nieomylny prorok, wódz partii rządzącej, może skończyć swój żywot tak, jak go zakończył w Rumunii niejaki towarzysz Ceauşescu. RYSIEK​: E..., chyba pan przesadza. Przecież nawet podczas manifestacji ludzie zachowują się kulturalnie, nie widać jakiejś szczególnej agresji. BENIO​: Nie bądź, chłopie, naiwny! Chyba pan wie, co to jest eskalacja nastrojów, zwłaszcza tłumu, którego nikt nie jest w stanie opanować. A przecież ten lud jest suwerenem, czyli panem, a jak mówi znane przysłowie "łaska pańska na pstrym koniu jeździ". I nie kto inny, tylko wielki Napoleon Bonaparte wypowiedział złotą myśl: "Od wielkości do śmieszności jest tylko jeden krok". MASŁOWICZ​: Faktycznie! W takiej sytuacji nie można siedzieć z założonymi rękami; trzeba coś zrobić, bo może dojść do jakiejś rewolucji. RYSIEK​: Ja myślę, że do tego nie dojdzie. Wystarczy, jak w całej Polsce, w jednym czasie ludzie wyjdą na ulice dwa, trzy razy i ogłoszą coś w rodzaju strajku generalnego. Taki powszechny protest obywatelski. To chyba otrzeźwi tę partię wiodącą i ten cały jej rząd. A jeśli to nie pomoże, to znaczyć będzie, że cała czołówka tej partii i cały rząd składa się z kompletnych idiotów. Wtedy trzeba będzie usunąć ich siłą, jako szaleńców niebezpiecznych dla otoczenia. JACENTY​: O! To mi się podoba. To byłaby taka powtórka z naszej historii. Może nie pamiętacie, ale w czasach insurekcji kościuszkowskiej lud warszawski wyszedł zbuntowany na ulice, powywlekał z więzień zdrajców, którzy sprzedali nas Rosjanom, zrobił na miejscu samosądy i powywieszał ich wszystkich na latarniach, w tym jakiegoś biskupa, którego nazwiska zapomniałem, ale chyba to był Kossakowski. A król Poniatowski też trząsł portkami, bo czuł, że jemu również grozi stryczek. Ale naczelnik Kościuszko jakoś go z tej opresji wyratował. RYSIEK​: Ano nie jeden, co pchał się na świecznik, zawisł na latarni! Ale naszym stryczek nie grozi, bośmy karę śmierci dawno znieśli. Chociaż można zrobić to, co robili Francuzi podczas swojej rewolucji, to znaczy wyjąć spod prawa, czyli pozbawić praw i możliwości obrony, i od razu zgilotynować, szczególnie tych


najważniejszych. JACENTY​: U nas to nie przejdzie, bo nigdy w Polsce nie było gilotyn i nikt takiej maszynerii nie potrafi obsługiwać. U nas zawsze łeb ucinano toporem. A i z wieszaniem też byłaby trudność, bo fachowcy tej branży zdążyli zakończyć swoje żywoty. Ostatni, słynny przed drugą wojną światową Maciejewski, dawno już zamknął oczy i jest na sądzie boskim. Żyje już tylko w balladach przestępczego światka. WÓJT​: Ponieważ towarzystwo siedzi już przy pustych kuflach, pozwolę sobie zamówić dla wszystkich następną kolejkę. Nie będziemy przecież gadać o suchym pysku. OSOBY OBECNE ​(​chóralnie, bezładnie): Brawo wójt! Chwała wójtowi! Zdrowie wójta! Niech żyje! Podchodzi kelnerka Madzia z tacą, zbiera puste kufle. Po pięciu minutach wraca z pełnymi kuflami i rozstawia je na stole. Madzia jest ubrana w ludowy strój łowicki. DRATEWKA​: Pani Madziu, pani ma najbardziej apetyczny tyłeczek w całej wsi. Po prostu palce lizać! Mogę pogłaskać? MADZIA​: Absolutnie zabraniam. DRATEWKA​: To może chociaż cycuszki, takie krąglutkie, apetyczne... MADZIA​: Absolutnie nie! Zabraniam! DRATEWKA ​(​podnosi rękę, usiłując dotknąć biustu Madzi) MADZIA​: Odczep się pan! Zabieraj swoje brudne łapy! DRATEWKA​: A jak umyję ręce, to pani pozwoli? MADZIA​: Niczego nie pozwolę, co panu odbiło?! DRATEWKA​: Namiętność, pani Madziu, namiętność! MADZIA​: Jeszcze czego! Nie dla psa kiełbasa. DRATEWKA​: Oj, to szkoda, wielka szkoda! MADZIA​: Musi się pan obejść smakiem. DRATEWKA​: Ja pani nie odpuszczę. Ja jeszcze kiedyś panią zgwałcę. MADZIA​: Słyszycie, co ten dureń wygaduje? WÓJT​: Juruś, daj Madzi spokój! Rozkazuję ci z urzędu - jasne?! DRATEWKA​: No dobrze, tym razem jeszcze jej odpuszczę. MASŁOWICZ​: Na czym to stanęliśmy w tej politycznej debacie? RYSIEK​: Na Rewolucji Francuskiej i kacie Maciejewskim. MASŁOWICZ​: No to czas, byśmy wrócili na swoje podwórko, do dzisiejszej Polski. JACENTY​: A o czym tu jeszcze można mówić? Wszystko, co ważne, zostało powiedziane. MASŁOWICZ​: No, na pewno nie wszystko! Nie ustaliliśmy nic na przyszłość. A wybory mamy już za sześć tygodni. WÓJT​: Najważniejsza sprawa, to nasz kandydat. Trzeba kogoś zaproponować. Ale kogo? Może kogoś z nauczycieli, na przykład pana Jacentego. Człowiek, jak widać, wykształcony, wymowny; da sobie radę. JACENTY​: Ja się do takiej funkcji wcale nie palę. Owszem, wiem coś o polityce, ale ja nie pasuję do tego sejmowego towarzystwa. Nie ten charakter. Nie lubię draństwa, obłudy i intrygi. To mi działa na nerwy. Robię się wtedy wybuchowy, a polityk musi być opanowany. Nie! Nie! Nie! RYSIEK​: A ja bym zaproponował pana wójta. Człowiek stateczny i doświadczony. Wykształcenie ma, choć rolnicze, ale doświadczenie polityczne zdążył nabyć. Najlepszy dowód, że wójtuje już trzecią kadencję, choć konkurentów mu nie brakowało. Co pan na to, panie wójcie? WÓJT​ (​wyraźnie zadowolony): Nie mówię nie, bo posłowanie to wielki honor, ale zanim się zdecyduję, muszę mieć pewność, że będę miał odpowiednie poparcie. Wiecie przecież, że wrogów mi nie brakuje. I to nie tylko w czasie wyborów, ale na co dzień. Wypisują zawistnicy jakieś donosy, oskarżają o kumoterstwo i inne podobne bzdury. RYSIEK​: Tym się pan nie przejmuj! Nie tylko u nas świntuszą. Wszędzie są malkontenci i rozrabiacze. My tu wszyscy pana poprzemy. I jeszcze pomożemy w czasie kampanii. Zgadzamy się? OSOBY OBECNE ​(​chórem, bezładnie): Tak! Tak! Niech kandyduje! WÓJT​: Skoro taka wasza wola, to zgadzam się. Mogę kandydować, ale musicie się włączyć i trochę poagitować. Zrobimy program rozwoju gminy, bo to zachęci ludzi i da poparcie. A szczegóły zostawmy na później. Proponuję zacząć od poniedziałku, bo trzeba najpierw utworzyć jakiś komitet i zebrać podpisy. A na razie proponuję jeszcze po piwku. (​Do kelnerki, głośno) Pani Madziu! Jeszcze raz po piwku dla każdego! KLIMEK​: Nie wiem, jak wypadną te wybory, bo sytuacja w kraju jest bardzo napięta. W sejmie jeden wielki bajzel. Ludzie wychodzą na ulice. Te nasze partyjki bez przerwy skaczą sobie do oczu. Zrobił się taki zamęt, że nie można już rozeznać, o co komu chodzi. JACENTY​: To wszystko przejdzie, uspokoi się. U nas naród podnieca się okresowo. Jak paliwo wygaśnie, to i


ogień zamiera. To tak, jak fermentacja zacieru na bimber. Najpierw bąbelkuje, burzy się, pieni, a w końcu uspokaja. Tak i z naszym narodem. Psioczy, burzy się, buntuje, a później uspokaja, bo go to już znudziło. To, co wczoraj było ważne, dziś już nie ma znaczenia. Źle czy dobrze, ale zawsze hasło "jakoś to będzie" zwycięża. KLIMEK​: A co będzie dalej, jak wybory wygrają np. ci radykałowie? JACENTY​: Nic szczególnego ani niebezpiecznego nam nie zagraża. Moim zdaniem będzie jeszcze raz to samo, tylko w lewo. KLIMEK​: Jak to? Czy to znaczy, że wszystko będzie tak, jak za czasów Prezesa? JACENTY​: No, niezupełnie. Dostaniemy do poczytania nowy program, może plan nowych reform, stołki zajmą ludzie z partii wygranej. I to właśnie będzie ta "nowa zmiana". RYSIEK​: No dobrze - a co na to powiedzą władze Unii i nasi sąsiedzi? JACENTY​: To, co zawsze. Skontrolują procedury i jeśli stwierdzą, że wybory przeprowadzono zgodnie z prawem, w sposób demokratyczny, to znaczy, że wszystko jest OK. A że inna partia wygrała, taka wola ludu. Vox populi, vox Dei. A jeśli chodzi o naszych sąsiadów, to wszyscy się niewątpliwie ucieszą. Bo im u nas większy zamęt, tym lepiej dla nich. Nie muszą się z nami liczyć, nie muszą konkurować z naszą rachityczną gospodarką, nie muszą obawiać się naszej operetkowej armii i naszych sojuszy, bo jako podejrzani będziemy już wyizolowani na scenie europejskiej. Jednym słowem, sąsiedzi odniosą wyłącznie korzyści. Na taras wchodzi wikary Jan i podchodzi do stołu piwoszy. WIKARY​: Pochwalony Jezus Chrystus! (odpowiadają - Na wieki wieków!): No tak, w kościele pustki, bo wierni modlą się przy piwku. Ale żeby choć jeden wysłuchał mszy w kościele, to zbyt wielkie poświęcenie. PRZEPIÓRKA​: O, przepraszam księdza! Ja w każdą niedzielę przychodzę na sumę, a większość kolegów też. I regularnie daję ofiarę na tacę. A dziś dzień roboczy; każdy ma prawo do wypoczynku po pracy. WIKARY​: No dobrze, niech wam będzie Wojtek. A nad czym tak obradujecie? PRZEPIÓRKA​: Ano nad wyborami i tym, co się u nas ogólnie dzieje, to znaczy nad sytuacją polityczną. Zrobił się straszny zamęt. WIKARY​: Bo ludziom brakuje chrześcijańskiej pokory. Odwracają się od Boga, zapominają o miłości bliźniego. A to przecież pycha, czyli grzech. Jeden na drugiego patrzy wilkiem. A gdzie dziesięć przykazań boskich? W książeczce do nabożeństwa, a nie w ludzkich uczynkach. PRZEPIÓRKA​: No, nie jest jeszcze tak źle; bandytów i morderców na wsi nie ma. WIKARY​: Ale tych mniejszych nieprawości mamy bez miary, chociażby ta chciwość grosza, żądza posiadania za wszelką cenę. Pokażcie mi chociaż jednego, który prowadzi żywot na wzór Franciszka z Asyżu. PRZEPIÓRKA​: Ale za życia św. Franciszka były inne czasy. Ludzie nie mieli takich potrzeb, to żyli skromnie. WIKARY​: Nieprawda. Tak samo, jak dziś, byli biedni i bogaci, ale bardziej przywiązani do wiary i kościoła, niż my. JACENTY​: No, nie wszędzie. Były przecież wojny religijne, różne sekty, różne herezje, a papieże też nie żyli bez grzechu i żądz. WIKARY​: To prawda, ale to nie znaczy, że mamy wzorować się na złych przykładach. Trzeba stosować się do wskazać Chrystusa i Ewangelii. JACENTY​: A dlaczego do tych wskazań nie nawiązuje nasza elita polityczna? Czy ksiądz nie widzi, że się gryzą na co dzień, jak wściekłe psy? Dlaczego Kościół nie stara się, by ich poskromić, utemperować? WIKARY​: Kochani moi! Kościół nie miesza się do polityki i do partyjnych rozgrywek. To są rzeczy ziemskie, a Kościół operuje w sferze duchowej, w myśl zasady: "Co boskie Bogu, co cesarskie Cesarzowi". JACENTY​: Ale nasi politycy, to w 95 procentach katolicy, chrześcijanie, więc można ich chyba rozliczyć pod względem moralnym. WIKARY​: Ale tylko w formach przyjętych w naszym Kościele, czyli może to być wyznanie grzechów, rozgrzeszenie i pokuta. Może jeszcze w skrajnych przypadkach ekskomunika. JACENTY​: Z tego wynika, że jeśli poseł-katolik albo polityk-katolik jest zatwardziałym grzesznikiem, unika spowiedzi, choć grzeszy, i nie podporządkowuje się wskazaniom Ewangelii - władze Kościoła, to znaczy w ogóle Kościół nie ma środków zaradczych przeciwdziałających złemu postępowaniu takiego polityka. WIKARY​: Tak, praktycznie nie ma i tu się z panem zgadzam, bowiem rozliczenie postępowania, nagroda czy kara, następuje dopiero po śmierci grzesznika, na Sądzie Ostatecznym. BENIO​: Ha, ha! Piękna perspektywa! To taki łotr będzie sobie przez całe życie grzeszył i rozrabiał, a na koniec, dziesięć minut przed śmiercią się wyspowiada, a jeszcze, jeśli będzie bogaty, bo w okresie politycznej kariery obrósł w piórka, pokaże spowiednikowi papierek poświadczający, że jest fundatorem jakiejś kapliczki albo świętego obrazu - otrzyma rozgrzeszenie, zmówi pokutny paciorek i pójdzie prosto do nieba. Dobre sobie! Czy tak ma wyglądać boska sprawiedliwość wymierzana za życia przez funkcjonariuszy Kościoła, czyli księży? WIKARY​: No, tu mnie pan trochę przycisnął. Problem wymaga dłuższej dyskusji, zapraszam do parafii. Teraz


muszę już iść, bo za godzinę nieszpory. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! WSZYSCY​: Na wieki wieków! Wikary odchodzi WÓJT​: No to ładnie nasz Benio księżulkowi przyłożył; będzie miał twardy orzeszek do rozgryzienia. RYSIEK​: Panie wójcie! To już nie orzeszek, a dużego kalibru orzech​ ​kokosowy! Wątpię, by nasz wikary zdołał go rozgryźć. Chciałem pana wójta zapytać, czy zamierza w wyborach przedstawić swój program? I co chce pan w nim pokazać? WÓJT​: Oczywiście, że tak. Bez tego nie da się prowadzić kampanii. Na pewno będą tam sprawy dotyczące rozwoju naszego terenu, gminy i powiatu. PRZEPIÓRKA​: Bo ja bym proponował, żeby pan zwrócił uwagę na sprawy ogólnopaństwowe i reformy, w tym kierunku. Mamy za dużo biurokracji. Widać to gołym okiem. W sejmie, w rządzie, w kancelarii prezydenta, no i oczywiście w terenie, w powiatach, w województwach. Tam siedzi cała kupa niepotrzebnych ludzi, którzy produkują niepotrzebne nikomu papierki i nie wiadomo, czym się zajmują, ale pieniądze biorą. RYSIEK​: Tak, tak! To prawda! Cała armia bezużytecznych pasożytów. Weźmy taki sejm; nie wiem, po jaką cholerę nam tylu posłów, skoro jesteśmy w Unii i wszystkie ważniejsze sprawy rozpatrują władze Unii, a my to prawie bez poprawek przyjmujemy. Moim zdaniem wystarczy zostawić połowę, a resztę rozpędzić. A jeszcze do tego kancelaria sejmu, która podobno zatrudnia półtora tysiąca ludzi. To samo biuro prezydenckie. Przed wojną kancelaria prezydenta Mościckiego zatrudniała podobno 124 osoby, a dziś ponad 700, pomimo że państwo jest mniejsze. To samo w ministerstwach i w terenie. Przykładem jest urząd marszałkowski w województwie. Jak go utworzyli, zatrudnionych było około 250 osób, a dziś ponad tysiąc. Za co ci ludzie biorą pieniądze? Jaki z tej biurokracji pożytek? PRZEPIÓRKA​: Wygląda na to, że cały ten biurokratyczny moloch utrzymuje się tylko po to, by zapewnić fuchy i synekurki dla wszystkich, którzy mają powiązania rodzinne i towarzyskie z rządzącą partią, z rządem, sejmem i prezydentem. Jak w filmie "Sami swoi". A mówi się o walce z nepotyzmem, prywatą i kumoterstwem. Przecież to jest jawna degeneracja całego aparatu państwowego. Wszyscy, którzy po kolei rządzą, obiecują, że ograniczą biurokrację. I na tym się kończy. Jak się dorwą do koryta, to od razu robią przysługi żonom, wujom, stryjom, własnym dzieciom, ciotkom i pociotkom. Przykładem mogą być biura poselskie, które już dawno zamieniono na rodzinne firmy panów posłów. I to wszystko dzieje się pod hasłami: "Dla dobra obywateli" i "W interesie narodu". Jak długo jeszcze można tak ordynarnie i prostacko oszukiwać ludzi? JACENTY​: To, że biurokracja się rozrasta, jest chorobą ogólnoświatową, więc ma miejsce nie tylko u nas. Poczytajcie sobie tylko "Prawo Parkinsona", a się dowiecie, że nie jesteśmy najgorszego sortu. W takich na przykład Włoszech długo po wojnie funkcjonował w Rzymie "Centralny Zarząd Wodociągów w Koloniach". Ludzie brali pensje, przechodzili na emerytury i dopiero po 1960 roku ktoś przytomniejszy połapał się, że przecież już dawno, bo w 1944 roku Włochy utraciły swoje mizerne kolonie i cały ten "Zarząd" jest fikcją. Podobnie było w Anglii. Ogólny tonaż marynarki wojennej między latami 1909 a 1937 spadł trzykrotnie, ale personel admiralicji zarządzającej tym majdanem wzrósł w tym czasie czterokrotnie. Gdzie tu logia i rozsądek? Ale minister Parkinson, w oparciu o dokładne statystyki i analizy naukowe, sformułował "Prawo koniecznego rozrostu biurokracji", i na to nie ma ratunku, bo skoro pojawia się jeden czy dwa problemy do rozwiązania, to trzeba dodatkowo zatrudnić nie jednego czy dwóch pracowników, ale dwóch albo czterech. Nie trzeba zresztą przykładów zagranicznych. Prześledźcie tylko czołówkę jakiegoś programu telewizyjnego, prezentującego np. półgodzinny film przyrodniczy. Dawniej, trzydzieści lat temu, taka czołówka obejmowała 25-30 nazwisk twórców filmu, a dziś taki sam film pokazuje 90-100 nazwisk, nie licząc współpracujących instytucji, urzędów, agencji itp. Czyli na skutek rozwoju cywilizacji technicznej, chcąc nie chcąc, sami sobie zafundowaliśmy tę "żabę". Ale zgadzam się z tym, że w naszych warunkach machinę biurokratyczną można wydatnie ograniczyć. WÓJT​: Ciekawe to, co pan powiedział. Muszę koniecznie tego Parkinisona przeczytać. Ale problem będzie ciężki do rozwiązania. Sam na pewno nie dam rady. Naród polski ma pewne obyczaje i nawyki, które jakby wchodzą w charakter. Jak swój, czyli ktoś z bliższej lub dalszej rodziny ma problemy i kłopoty, to trzeba mu pomóc, bo inaczej będę "zakałą rodziny", sobkiem albo wyrzutkiem. Czyli obowiązek solidarności rodzinnej staje się jakby nakazem moralnym. Odnosi się to również do bliskich przyjaciół. Jak zwalnia się etat, no to trzeba kumowi pomóc, bo akurat bezrobotny, a kwalifikacje ma. W sumie zachowujemy się tak, jak Żydzi, którzy popierają zawsze swoich. Te obyczaje i nawyki przechodzą z pokolenia na pokolenie. Przy naszej mentalności nie do pomyślenia jest na przykład taki stosunek do dorastającego dziecka, jaki mają Amerykanie. Jak chłopak skończył 18 lat, każą mu płacić czynsz za mieszkanie w rodzinnym domu i zarabiać dolary, a jak się nie wywiązuje, to fora ze dwora i zdychaj z głodu, boś niezaradny. Wyobraźcie sobie taką sytuację u nas. Takich "wyrodnych rodziców",


którzy nie chcą pomóc własnemu dziecku, od razu by ukamienowano. Dlatego tak ciężko walczyć z nepotyzmem i prywatą. Tolerowanie tego zjawiska wynika z atmosfery cichego przyzwolenia i dotyczy wszystkich środowisk zawodowych i społecznych. BENIO​: Jeżeli tak sprawa ma wyglądać, to dlaczego nasi politycy deklarują obłudnie, że będą walczyć z tymi zjawiskami. Znacznie uczciwiej byłoby, gdyby powiedzieli od razu, po objęciu władzy: "popierajmy się wzajemnie". Przynajmniej nie byłoby tej obłudy. Tak przecież robią Amerykanie po każdorazowej zmianie prezydenta. I nie tylko oni, bo Europejczycy także. A my słowa "równość i braterstwo" mamy tylko zapisane w Konstytucji. W rzeczywistości nie ma i nigdy nie było ani prawdziwej równości, ani też braterstwa. Byli i są "równi" i "równiejsi" oraz wolni i zniewoleni. RYSIEK​: Tego nie można zostawić tak, jak jest. Wygląda na to, że wyrosła nam nowa klasa, taka, jaką opisywał Dżilas. Klasa cwaniaków, którzy niejako zawodowo zajmują się rządzeniem. Nie ma żadnej rotacji w tych naszych partyjkach. Ciągle, od lat, są te same gęby. To samo w sejmie. Jak przychodzą wybory, to 99 procent starych posłów pcha się z powrotem na te same stołki. Partyjki ich popierają i kołomyjka zaczyna się od nowa, a szary obywatel ma gówno do gadania. O jednomandatowych okręgach już się nie mówi. Wyborca ma jedynie zagłosować pod dyktando agitatorów. BENIO​: Moim zdaniem trzeba to nasze poletko polityczne gruntownie przeorać. Potrzebna jest personalna "czystka", bo to towarzystwo, które nami rządzi, nie nadaje się do reedukacji. Należy potraktować je jako bezużyteczne śmieci. A zacząć trzeba od Konstytucji i ordynacji wyborczych. Trzeba ograniczyć okresy sprawowania funkcji, na przykład tylko do jednej kadencji. Trzeba dać szaremu obywatelowi możliwość wysuwania kandydatów do władz bez pośrednictwa tych zgniłych partyjek. Ludzie dobrze wiedzą, kto jest przyzwoity, a kto łajdak. Liczy się też oblicze moralne każdego śmiertelnika. A kto nami teraz rządzi? Obłudnik i łajdak, czyli ludzie, którzy zgnili zanim dojrzeli. Musi być nieustająca rotacja na stanowiskach publicznych, bo wtedy nie będą przyrastać do stołków, bo muszą wrócić do normalnej pracy w swoim zawodzie. Jak kto się szczególnie zasłuży, to można mu na pożegnanie dać jakiś order albo nagrodę, a po śmierci wystawić pomnik. A jak ktoś zawiedzie, złajdaczy się, skorumpuje, to wyborca musi mieć możliwość odwołania go z funkcji i to powinno być zagwarantowane w ordynacji wyborczej. Jak tego wszystkiego nie zrobimy, to dalej ta nasza demokracja będzie chora. JACENTY​: Można powiedzieć, że to, co pan proponuje, to niemal rewolucja. Ale skoro nie stać nas na dokonywanie zmian w drodze ewolucji, to trzeba stosować metody bardziej radykalne. Chociaż muszę panu powiedzieć, że nawet gruntowne przeoranie politycznego pola nie daje gwarancji uzyskania planowanego efektu. Ma pan przykład rewolucji bolszewickiej w Rosji. Założenia były szlachetne i powszechnie akceptowane, a co z tego wyszło? Zbrodniczy system i państwo totalitarne, podobnie jak w Korei Północnej i na Kubie. BENIO​: Bo dopuszczono do władzy jednostki zdegenerowane. To samo zrobili Niemcy w czasach faszyzmu. MASŁOWICZ​: A czy ktoś jest w stanie przejrzeć naturę człowieka i odkryć, co się w nim kryje, jakie ma zamiary? Dziś może być porządny, a jutro będzie mordował. JACENTY​: Faktycznie, macie rację. Ale z każdym wyborem wiąże się jakieś ryzyko. Dziś nasz wybraniec jest normalny, a jutro może zapaść na jakąś chorobę psychiczną, która zakłóci mu normalne funkcjonowanie. DRATEWKA​: Ha, ha! Jak się patrzę w telewizji na gęby naszych polityków i słucham głupot, jakie wygadują, za każdym razem odnoszę wrażenie, że co drugi jest stuknięty, czyli chory psychicznie. MASŁOWICZ​: Już ktoś kiedyś powiedział, że Polska to jeden wielki dom wariatów. JACENTY​: A Churchill w czasie drugiej wojny to uzupełnił, bo dodał, że "Polacy to naród najdzielniejszy z dzielnych, rządzony przez najpodlejszych z podłych". Niestety, przynajmniej w części jest to prawda. RYSIEK​: Najgorsze to to, że z tą głupotą obnoszą się poza granicami kraju. Weźmy na przykład taki Janaszak, poseł do unijnego parlamentu. Wygaduje takie niestworzone brednie, zupełnie oderwane od rzeczywistości. I już od początku wszyscy traktują go, jak pajaca, rozrywkowego błazna. I taki błazen reprezentuje nasz kraj. I taką opinię mają o Polsce. Nie wspominam już o tym kopniętym Prezesie, który chce reformować Unię ​á la mode polonaise, bo to postać żałosna. BENIO​: A widać też, że rząd i prezydent szukają sprzymierzeńców poza Unią. Jeżdżą przecież po świecie, prowadzą rozmowy, mówią o kontaktach gospodarczych. JACENTY​: I co z tego, że jeżdżą? Można powiedzieć, że w większości jest to zwyczajna turystyka. Szczególnie prezydent. Ten z żonusią podróżuje nieustannie, często do egzotycznych krajów. I co tam załatwia? Nic konkretnego. Przywozi tylko zapowiedzi, tak jak ksiądz przed ślubem młodej pary. A to zacieśnimy stosunki, a to rozwiniemy wymianę handlową, a to wymienimy doświadczenia, a to nawiążemy współpracę, a to kulturalną, a to naukową. Ale nic konkretnego. Od czasu do czasu urozmaica sobie wizytę spotkaniami z przedstawicielami Polonii, jeśli tam akurat taka jest. Takie jest pokłosie tej turystyki. A jeśli chodzi o władze, to też te wizyty nie przynoszą większych efektów. Czego na przykład szukał taki marszałek senatu na Białorusi? Wymieniał doświadczenia z tamtejszym dyktatorkiem? Zawarł jakiś traktat handlowy? A co konkretnego załatwiła za granicą nasza pierwsza dama rządowa? Nic! Pojechała tam z


pouczeniami, wymówkami, bo nie podobały się jej krytyki kierowane pod adresem naszych władz. BENIO​: Wygląda na to, że mamy, jak to się mówi, "przechlapane" zarówno u wrogów, jak i u niepewnych przyjaciół Co prawda nie jesteśmy jeszcze osądzeni, ale już podejrzani. JACENTY​: Dlatego najwyższy czas, aby wyczyścić tę stajnię Augiasza. Trzeba wykorzystać najbliższe wybory i przepędzić to całe parlamentarne towarzystwo wzajemnej adoracji. Dość draństwa! Ale musimy to zrobić własnymi rękami. Sami nabałaganiliśmy przez lekkomyślność i głupotę, więc sami musimy zrobić porządek. DRATEWKA​: Ciekawy jestem, jak do naszych zamiarów odniosą się zagraniczni sprzymierzeńcy naszej aktualnej władzy, na przykład Węgrzy, Słowacy, Czesi albo Anglicy? JACENTY​: Jeśli będą nasze władze popierać, to raczej po cichu, bo w końcu wybory to rzecz krajowa i nie wypada obcemu państwu wtrącać się w nasze sprawy. Ale mogą nabruździć w inny sposób; zrobić na przykład jakieś utrudnienia w gospodarce, handlu, może w ruchu turystycznym itd. BENIO​: W takim wypadku możemy, jako państwo, zastosować retorsje. W stosunkach międzynarodowych jest to praktykowane. RYSIEK​: Akurat! Trafił, jak kulą w płot! Retorsje w stosunku do politycznego sprzymierzeńca? Zapomniał pan, w czyich rękach jest władza. MASŁOWICZ​: Jak będą jakieś trudności gospodarcze i utrudnienia dla ludzi, to nasze władze zaraz zwalą winę na opozycję. Nieraz już tak było. A same będą się reklamować jako niewinne baranki. JACENTY​: To pewne, że władzy nie oddadzą bez walki. Będą jej bronić do ostatka, jak wściekłe psy. Może nawet polać się krew. PRZEPIÓRKA​: Przypuszczam, że do takiej sytuacji nie dojdzie. Po takich doświadczeniach, jakie mamy, wątpię, czy Polak do Polaka będzie strzelał. JACENTY​: O nieprawda! Strzelał i to wiele razy. A mam na myśli tylko to, co się działo po 1944 roku, czyli od czasu, gdy komuna zagrabiła władzę, do 1989 roku, zatem raptem 45 lat. W tym czasie strzelali do akowców, powstańców warszawskich, żołnierzy NSZ, poznańskich robotników w 1956 roku, potem w 1970 do stoczniowców w Szczecinie i Gdańsku, i wreszcie w 1981 roku, jak powstała Solidarność. A nie liczę już tych pojedynczych mordów dokonywanych na przeciwnikach politycznych. Mało panu? Co pan sobie wyobraża, że jesteśmy narodem aniołków? Zawsze byli wśród nas łotry, dranie i pospolici mordercy, którzy za judaszowskie srebrniki gotowi byli podjąć się wykonania każdej zbrodni. Tak było zresztą w całej naszej historii. Weź pan okres po rozbiorach. Jedni spiskowali, walczyli w powstaniach, szli na szubienice albo na Sybir, a drudzy przymilali się do zaborców, kolaborowali, wynaradawiali dla zrobienia kariery, a nawet strzelali do rodaków. MASŁOWICZ​: Faktycznie! Nie da się zaprzeczyć. Pan Jacenty mądrze gada. Jak wygramy wybory, to trzeba go wysunąć na jakieś stanowisko. Ja bym zrobił go ministrem oświaty albo jakiejś propagandy. Nadałby dobry kierunek wychowaniu młodego pokolenia. JACENTY ​(​zadowolony): Do tego jeszcze daleka droga, a poza tym nie lubię biurokracji, a bez tego nie może się obejść żaden minister. BENIO​: Nie wiem, czy jutro dojdzie do tego wiecu. Pan Prezes i Kandydat odjechali obrażeni i chyba wyczuli nieprzyjazny klimat. Jakby jutro nasi powtórzyli te krytyki, to warszawski kandydat nie ma u nas szans. Może niepotrzebnie powiesiliśmy ten sztandar i godło państwowe. RYSIEK​: Przyjadą czy nie - to ich sprawa. Niech sobie Prezes z Kandydatem przekalkulują swoje szanse bez nas. A krytyki i tak nie odpuścimy, bo na nią zasłużyli. A sztandar i orzeł państwowy niech sobie wiszą. Nikomu to nie przeszkadza. Z oddali zaczyna dochodzić gwar i pokrzykiwania; hałas się przybliża, aż pojawiają się grupki osób płci obojga, które stopniowo wypełniają taras. Kilka kobiet podchodzi do stołu piwnego. KOBIETA​ ​PIERWSZA​: Chłopy! Wy sobie spokojnie żłopiecie piwo, a nie wiecie, co się dzieje! RYSIEK​: A co się takiego stało? Pożar jaki wybuchł, czy co? KOBIETA PIERWSZA​: Jak to co? Dziesięć minut temu, w telewizji, prezydent ogłosił stan wyjątkowy! I że od jutra ten stan, i że idzie niby o bezpieczeństwo państwa! RYSIEK​: Jak to! Nic nie słyszeliśmy. Nie mamy tu telewizora. KOBIETA DRUGA​: Mówili, że za godzinę to powtórzą. To znaczy przemówienie prezydenta. Ale wyraźnie słyszałam, co mówił - że od jutra, że godzina policyjna, że nie wolno się gromadzić i że wojsko ma kontrolować. MASŁOWICZ​: O cholera! To tak samo, jak Jaruzelski. Znowu poleje się krew. A miały być spokojne wybory! BENIO​: Jakie wybory! Teraz już żadnych wyborów nie będzie. Zakaz zgromadzeń, więc nie może być żadnej agitacji. Nie wiadomo, czy ludzie będą mogli zebrać się w kościołach. Nie wiadomo, czy kandydatów przeciwników rządu - nie pozamykają w aresztach, tak jak internowali w "81.". PRZEPIÓRKA​ (​woła do barmana): Panie Leonie! Przekręć pan ten swój telewizorek w naszą stronę i otwórz pan te drzwi, żebyśmy trochę widzieli i słyszeli, jak będzie mówił prezydent. I przynieś pan wszystkim po


piwku, póki jeszcze nie ma godziny policyjnej! LOLO​: Już się robi! Telewizorek ustawię wam za drzwiami, bo mam tutaj przedłużacz, ale najpierw piwko, bo widzę w kufelkach pustki. Madzia, pozbieraj kufelki! Wchodzi Madzia z tacą, zbiera kufle. Część nowo przybyłych siada za stolikami na tarasie i w restauracji, reszta odchodzi. MASŁOWICZ​: No tośmy się doczekali pełnej demokracji i wolności. BENIO​: A czego się pan spodziewał? Za dużo się zrobiło zamętu. Ciągle jakieś manifestacje, protesty, a jeszcze do tego strajki; jednym słowem destabilizacja. MASŁOWICZ​: Ale to nie jest to, co było w 81. roku. Dobrze jeszcze pamiętam. A strajki i manifestacje ciągle w zachodnich krajach organizują i jakoś tamte rządy nie wprowadzają stanu wyjątkowego. BENIO​: Bo tamte narody są bardziej zdyscyplinowane od naszego. Na przykład Niemcy; tam wszystko idzie pod sznureczek, dokładnie, precyzyjnie, co do sekundy. Nawet manifestacje. Ich policja ma posłuch. A u nas zawsze muszą być przepychanki. Wraca Madzia z pełnymi kuflami na tacy, które ustawia przed siedzącymi, a Lolo ustawia telewizor, włącza i wybiera tzw. kanał rządowy. Wszyscy popijając piwo patrzą w telewizor. KLIMEK​: Na razie lecą reklamy, ale za chwilę powinni zacząć. Na monitorze ukazuje się napis "Wydanie nadzwyczajne", a po chwili twarz prezydenta, który rozpoczyna słowami: Rodacy! Po czym opisuje aktualną sytuację w kraju, czego zebrani niezbyt uważnie słuchają, zajęci raczej piwem. JACENTY​: Zwróciliście uwagę? Pan prezydent najpierw czyta uzasadnienie, a potem będzie wyrok. A w naszych sądach jest odwrotnie; najpierw sędzia ogłasza wyrok, a potem dopiero uzasadnienie. MASŁOWICZ​: A jaka to różnica i co to zmienia? JACENTY​: Zasadnicza. Jak się ktoś najpierw tłumaczy, to znaczy, że ma nieczyste sumienie wobec ofiary, której wymierza karę. I nie musi tej kary uzasadniać, bo mają zapisaną w kodeksie. Nic to co prawda nie zmienia, ale świadczy o intencjach stron. Tymczasem prezydent dochodzi do wniosków końcowych i czyta listę ograniczeń wolnościowych. Między innymi, że termin wyborów przesuwa się o pół roku, i że działania rządu oraz wojska nadzorować będzie komisja z udziałem przedstawicieli obcych państw a także zespół doradców zagranicznych. BENIO​: Słyszeliście? Ma być jakaś komisja zagraniczna, doradcy do kontrolowania działań rządu; czy działa praworządnie​ i nie narusza Konstytucji - co wy na to? MASŁOWICZ​: A kto ma być w tej komisji? BENIO​: Tego nie mówił, powiedział tylko, że przedstawiciele zaprzyjaźnionych państw. MASŁOWICZ​: A ci doradcy, to nasi, czy cudzoziemcy? BENIO​: Przecież powiedział, że cudzoziemscy, a więc z państw współpracujących z nami. To ma być gwarancją przestrzegania przez nasz rząd prawa międzynarodowego. JACENTY​: Szanowni koledzy! To wszystko, co prezydent powiedział, to zwyczajny pic i fotomontaż skierowany do durniów i naiwnych. Chodzi jedynie o zachowanie pozorów, zwłaszcza wobec zagranicy, a jednocześnie o ukrycie bezprawia i samowoli, nie mówiąc już o naruszeniu podstawowych praw i swobód obywatelskich. Przecież ten dekret nie został nawet sejmowi przedstawiony do zatwierdzenia. A co może zrobić jakaś międzynarodowa komisja bez uprawnień, bo przecież nie będzie to misja ONZ czy Unii, ale komisja z udziałem państw czy osób, których sobie pan prezydent według własnego uznania wybierze, np. przedstawiciel Farlandii, Ostlandii czy Nordlandii. BENIO​: A co pan powie o tych doradcach z zaprzyjaźnionych państw? JACENTY​: To już szwindel najwyższej klasy! Bo z kim to niby tak szczególnie się przyjaźnimy, że aż muszą nas wyręczać w naszych sprawach? Nie widzę takich serdecznych, bezinteresownych przyjaciół. Chyba, że za takich uznamy pana Urbana, pana Łukaszenkę i do kompanii pana Sobotę. To już sobie wyobrażam, co oni nam mogą doradzić. RYSIEK​: A nie grozi nam jakaś zbrojna bratnia pomoc albo nawet okupacja? JACENTY​: Myślę, że nie, chociaż wszystko jest możliwe. Ale sądzę, że coś takiego, jak okupacja kraju, wywołałaby interwencję międzynarodową. Zresztą nie jest to potrzebne, gdy w kraju działają cudzoziemscy


doradcy. MASŁOWICZ​: A niby dlaczego? A co tacy doradcy mogą złego zrobić? JACENTY​: Panie Tadziu! Cudzoziemscy doradcy są gorsi od zbrojnego okupanta. Przecież myśmy przez to już przeszli. Niech pan się wczyta dobrze w historię naszych rozbiorów. Dowie się pan wtedy, że tacy "doradcy", występujący wówczas w roli ambasadorów obcych państw w Warszawie, osobiście przygotowywali traktaty rozbiorowe, nie mówiąc już o przekupstwach politycznych czy interwencjach zbrojnych. Taki Igelström, ambasador Katarzyny II, jawnie nieomal dyrygował naszą rządzącą wówczas arystokracją, a król Staś bez zgody nie mógł kiwnąć nawet małym palcem. Drugi taki cynamonek, niejaki Girolamo Lucchesini, markiz oczywiście, oficjalny przedstawiciel króla Fryderyka Wielkiego, przyjaciel wielu polskich znakomitości, w tym literatów, m.in. biskupa Krasickiego, też nam "życzliwie" doradzał, a za plecami negocjował treść traktatu w sprawie pierwszego, a później drugiego rozbioru Polski. I tak właśnie, "wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły", jak to przytomnie zapisał nasz poeta. Ten cynizm Lucchesiniego od razu bezbłędnie rozszyfrował Fryderyk Wielki, ale on doskonale wiedział, że takich właśnie łotrów trzeba wykorzystać maksymalnie, bo - jak powiedział ojczulek Stalin - w polityce nie ma sentymentów. WÓJT​: No, no... Nie powiem, ładnie to pan wypunktował. Muszę poprzewracać w swojej bibliotece i znaleźć coś obszerniejszego o naszej historii narodowej, bo to, widzę, bardzo pouczające. Moja wiedza ogranicza się w zasadzie do wiadomości zdobytych w szkole średniej. No, ale pan, zawodowy historyk, wiadomo że przerasta nas w tej dziedzinie o głowę. JACENTY​: Co mi po tej wiedzy! Wolałbym ją przenieść do głów naszych polityków, bo wtedy byłaby jakaś szansa, by przynajmniej niektórzy z nich wyciągali z dawnych wydarzeń właściwe wnioski. PRZEPIÓRKA​: Słyszeliście? Przed chwilą spiker powiedział, że przyjechały do nas jakieś ekipy z zaprzyjaźnionych krajów. To chyba ci doradcy. Ale nie przyjechali do Warszawy, tylko są gdzieś przy granicach, na jakichś lotniskach wojskowych. DRATEWKA​: A co na to nasze wojsko? Minister z Prezesem? MASŁOWICZ​: Daj pan spokój! Minister pojechał na spotkanie z Prezesem w góry, do jakiejś bacówki. PRZEPIÓRKA​: Na lotnisku ich przywitali, czyli wszystko z góry było uzgodnione. Spiker podał tylko, że mają się spotkać z naszymi władzami. Ciekaw jestem, co oni kombinują? MASŁOWICZ​: No, na pewno już uzgadniają jakieś działania, może nawet jakieś wojskowe. Jak nasz rząd wyliczy, że naszego wojska mu nie wystarczy, to może ściągnąć do pomocy wojsko sojuszników. Tak było kiedyś w Czechosłowacji. DRATEWKA​: No tak, bratnia pomoc..., bandzior wspomaga bandziora. JACENTY​: Dzięki Bogu krew się jeszcze nie leje. Trzeba będzie cierpliwie poczekać i ustalić, jakie rząd ma zamiary i o co mu chodzi. DRATEWKA​: Zaraz ma wystąpić minister spraw wewnętrznych, a po nim minister obrony, to chyba powiedzą coś konkretnego. Część obecnych podchodzi z kuflami do telewizora, by powrócić po 10 minutach do stołu. Pozostali przy stołach pytają, jeden przez drugiego: I co? I co podali? PRZEPIÓRKA​: E..., nic szczególnego. Najpierw, że sejm i senat zawieszają obrady, potem, że będzie godzina policyjna od 20. do 6. rano, że nie można organizować żadnych zebrań, że ruch lotniczy będzie się odbywał normalnie, że żadnych aresztowań opozycji nie będzie, a jak komuś się coś nie podoba, to może w każdej chwili wyjechać z kraju. JACENTY​: No to rzeczywiście, potraktowani zostaliśmy bardzo łaskawie, brakuje tylko kapusiów i kolaborantów, którzy będą nas śledzić i donosić tam, gdzie trzeba. Ale myślę, że za dwa-trzy dni te braki zostaną uzupełnione, bo zawodowych służalców u nas nie brakuje. A że zachęcają do wyjazdu za granicę? Sam zysk. Jak wyjechały już dwa miliony, mogą wyjechać jeszcze dwa, szczególnie ci "niepokorni", będą mieli mniej osób do pilnowania i mniej wydatków socjalnych. A to już duży zysk. A najważniejsze, że skończy się ta - jak to pan prezydent powiedział - "niebezpieczna anarchia zagrażająca państwu". Krótko mówiąc, chodzi o to, żeby nasi władcy wzięli nas za mordę i zatkali nam gęby, ma się rozumieć bez użycia przemocy i z zachowaniem reguł demokracji wymyślonych przez pana Prezesa i jego wiernych paladynów. DRATEWKA​: No to w praktyce staniemy się półniewolnikami zależnymi wyłącznie od kaprysów naszych panów. MASŁOWICZ​: A gdzie to napisano, że wszyscy muszą mieć nieograniczoną wolność? Jedni mają jej mniej, drudzy więcej. Porównajcie na przykład taką Rosję z Francją. Różnicę widać gołym okiem. A nie mówiąc już o północnej Korei czy tych bananowych republiczkach amerykańskich. Ale wszyscy jakoś żyją, a przynajmniej wegetują. BENIO​: Ale my nie chcemy wegetować! Chcemy normalnie żyć, w normalnych warunkach, jak to przystoi


ludziom cywilizowanego kraju. JACENTY​: A, mój kochany, to najpierw takie warunki trzeba sobie stworzyć, wypracować. A to, co się dziś stało i o czym mówił pan prezydent, świadczy jednoznacznie o tym, że nie jesteśmy, niestety, jeszcze krajem w pełni ucywilizowanym. BENIO​: Z taką oceną, to już chyba pan przesadził. Jak to? To jesteśmy barbarzyńcami? Nie jesteśmy cywilizowanym narodem? JACENTY​: Młody człowieku! Rozszerz pan trochę swoje pole widzenia. Nie powiedziałem, że jesteśmy barbarzyńcami. Podkreśliłem tylko, że jesteśmy nie w pełni ucywilizowani. Pan, jak większość rodaków, pojmuje rozwój cywilizacji w sensie, że się tak wyrażę, technicznym, czyli w sferze wyłącznie materialnej. I tu dystans między nami a krajami najbardziej rozwiniętymi jest stosunkowo niewielki, łatwy do odrobienia. Natomiast ja pojmuję ten rozwój nieco odmiennie. Dla mnie postępy w rozwoju cywilizacyjnym następują równoległe; także - że tak się wyrażę - w sferze ducha, a konkretnie w mentalności każdego z nas. I tu jest pies pogrzebany. O ile w tej sferze materialnej, czyli technicznej czy technologicznej, jesteśmy blisko tych najlepszych, to w tej drugiej sferze, mentalnej czy duchowej, jesteśmy daleko. Nasi zachodni sąsiedzi mentalnie siedzą już w kosmosie, o czym świadczą chociażby ich sympatie do filmów fantastycznych i fabuły kosmicznej, a my uparcie preferujemy tematykę klasyczną rodem z XIX, a najpóźniej z początków XX wieku. Takie też myślenie dominuje też w naszej polityce. Koncepcje polityczne Zachodu wybiegają już po wiek XXII, a my uparcie trzymamy się XIX i XX. To, co w swoich politycznych koncepcjach prezentuje nasza dzisiejsza elita polityczna, to są po prostu jakieś neoromantyczne mrzonki, opierające się na dawno przebrzmiałych wydarzeniach historycznych, sentymentach czy też dawnym etosie narodowym, w dzisiejszych warunkach zupełnie bezużytecznym. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że pseudopatriotyczną i postroomantyczną papką karmi się młode pokolenie, wpajając mu wiedzę i tzw. wartości zupełnie bezużyteczne. Jaki praktyczny pożytek wyniesie młody człowiek z przesadnego kultu etosu powstańczego, bohaterszczyzny czy czci dla przegranych bohaterów? Co komu z tego, że kiedyś tam, w XVI wieku, Polska była mocarstwowa? A przecież każda polityka odnosi się do świata bieżących realiów. Tak też powinna się kształtować mentalność każdego świadomego obywatela. Innymi słowy, te dwa elementy ogólnego pojęcia "cywilizacja" powinny się rozwijać równolegle, nadążając w rozwoju jeden za drugim i wzajemnie się uzupełniać. Jeśli dany naród spełnia te warunki, można wtedy powiedzieć, że jest w pełni cywilizowany. My natomiast, odwołując się do post- czy neoromantycznych mrzonek, próbujemy z nich sklecić jakiś twór, w istocie do niczego nieprzydatny. Osobiście mam wielki szacunek do Czechów za ich kult przeszłości oraz pieczołowite przechowywanie i udostępnianie wszelkiego rodzaju pamiątek narodowych i dokumentów, ale jeszcze bardziej cenię ich za polityczny realizm i trzeźwe spojrzenie na otaczającą ich rzeczywistość. Nie wiem, co przeszkadza naszym politykom w braniu z nich przykładu. BENIO​: Pański wywód był bardzo interesujący, ale nie ma w nim odpowiedzi na pytanie podstawowe: Co konkretnie powinniśmy robić w sytuacji, w jakiej się wszyscy znaleźliśmy? JACENTY​: Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Ja nie zamierzam nikogo do niczego namawiać czy przekonywać. To są sprawy poważne i każdy musi decydować o sobie. Każdy ma swoje sprawy osobiste, rodzinne, swoje plany i swoje interesy. Uważam jedynie, że każdy z nas powinien działać rozważnie, a decyzje powinny być przemyślane. WÓJT​: Chyba się nie pomylę, jak powiem, że my wszyscy też tak uważamy. Mamy zresztą za mało informacji o tym, co nas czeka jutro czy pojutrze. Zapowiedzieli, że jutro już od rana podawane będą dodatkowe informacje szczegółowe i jakieś zarządzenia władz. Myślę, że warto poczekać do jutra. Im więcej się dowiemy, tym łatwiej będzie nam zająć jakieś stanowisko. MASŁOWICZ​: Myślę, że propozycja wójta jest rozsądna. Za mało mamy danych, żeby wyrokować, w jakim to wszystko pójdzie kierunku. Trzeba poczekać do jutra. DRATEWKA​: No to poczekajmy. PRZEPIÓRKA​: Ano poczekajmy. Obecni milczą zamyśleni i z wolna sączą piwo. Odzywa się dzwon kościelny, bijący "na trwogę", a po dłuższej chwili zjawia się dziwna postać i zbliża do stołu, gdzie siedzą. Czyni na nich widoczne wrażenie; nie odrywając odeń wzroku wszyscy odstawiają kufle. Przybysz wygląda na starca; odziany w długą włosienicę, po której broda spływa do pasa, pod pachą trzyma bardzo starą lirę, twarz nienaturalnie wychudła i pożółkła, brwi bujne, krzaczaste, zupełnie siwe, takież włosy - długie, zakrywające uszy, dłonie żylaste, pomarszczone, na stopach drewniane łapcie. JACENTY​: A skąd to do nas przywędrowaliście, dziadku, boście - widzę - nietutejsi? WERNYHORA​: Ano ze świata, panoczku, ze świata.


JACENTY​: A kto wy, dziadku, jesteście z nazwiska? WERNYHORA​: Ano, panoczku, nie wiem. Zawsze nazywali mnie Wernyhora. JACENTY​: Wernyhora? Czy może to wy byliście przy konfederacji barskiej? WERNYHORA​: Ano, panoczku, to ja byłem przy konfederatach. Dawno to już było. Będzie jakieś 250 lat. Młody wtedy jeszcze byłem, panoczku. JACENTY​: Jak to? Tyle czasu minęło, a jeszcze żyjecie? WERNYHORA​: Niezupełnie, panoczku. Umarłem tego roku, jak Polska upadła, za króla Stanisława. Ale muszę dwa razy do roku wstawać z grobu i chodzić po bożym świecie; raz w dzień umarłych, a drugi raz takiego dnia, kiedy Polskę spotka wielkie nieszczęście. Taką mi Pan Bóg wyznaczył pokutę za moje grzechy i za grzechy tamtej dawnej Polski. JACENTY​: A skąd, dziadku, wiecie, kiedy Polskę spotyka coś złego? WERNYHORA​: Nie wiem skąd. Mam takie przeczucie. To Pan Bóg mnie tym obdarował. Jeszcze jak żyłem, przepowiadałem różne nieszczęścia. Upadek Polski, a później powstania i wojny. I tak to się ciągnie po śmierci. JACENTY​: A jak długo musicie tak pokutować? WERNYHORA​: Tego nie wiem, panoczku, to wola boska. Swoje grzechy odpokutowałem, ale zostały tamte polskie. Ale Pan Bóg mnie oświecił i powiedział, że moja pokuta skończy się wtedy, kiedy Polska przestanie grzeszyć. Tak, że nie wiem, panoczku, kiedy to będzie. A dziś przyszedłem, bo Polskę znów spotkało nieszczęście. Wszyscy stoją w milczeniu wstrząśnięci relacją Wernyhory. JACENTY​: Nie traćcie nadziei, dziadku. To, co nas dzisiaj spotkało, nie potrwa długo. To się za jakieś pół roku skończy i wszystko wróci do normy. WERNYHORA​: Panoczku! To nie o dzisiejszy dzień chodzi. Tu chodzi o to, co się stanie z Polską za miesiąc, a to już postanowione. Waszą Polskę rozdrapią znowu sąsiedzi. To jest to nieszczęście i wasz kolejny grzech! MASŁOWICZ​: Dziadku! Co wy wygadujecie! To byłby czwarty rozbiór​ Polski! JACENTY​: Nie czwarty, panie Tadziu, a piąty. Czwarty rozbiór to był w 39. roku, kiedy zniszczył Polskę Hitler w spółce ze Stalinem. Wszyscy nadal stoją w osłupieniu. Na ścianie bocznej, wieńczącej obie połacie dachu, tworzącej niewielki tympanon obity z obu stron deskami, zawieszony jest sztandar narodowy - transparent dwubarwny w pozycji poziomej, szeroki ok. 1,2 m, długi ok. 5 m. Tuż nad sztandarem, pośrodku, zawieszone jest godło państwowe, tj. ukoronowany orzeł wykonany z masy gipsowej, pomalowany z zewnątrz we właściwe kolory: biały i złoty. Końcówki sztandaru w pionie owinięte są wokół kijków dochodzących do podłogi i przybitych do desek ściany gwoździkami, tak ze sztandar może być użyty jako transparent. Dolna, czerwona część sztandaru jest lekko wygięta w środkowej części na zewnątrz i tworzy półokrągłe korytko. Boczne kijki podtrzymujące tkaninę przy podłodze lekko wygięte w kierunku środka sztandaru. Orzeł nad środkiem sztandaru zawieszony na cienkim druciku zakręconym na górze w pętelkę wchodzącą poza główkę gwoździka wbitego w deskę. Niespodziewanie na taras wchodzą dwaj mężczyźni odziani w historyczne mundury oficerskie z czasu powstania 1831 r. i bardzo wysokie czaka z tego samego okresu. Zbliżają się do Wernyhory i stają na baczność po jego bokach. Za chwilę słychać jakiś szelest i figura orła spada ze ściany na podłogę z głośnym hukiem, pociągając (za półkolista fałdę) za sobą sztandar. Dzięki temu obydwa boczne kijki przewracają się do środka, przykrywając połamane szczątki orła. Oba pasy sztandaru zmięte w różne strony. Wszyscy stoją nieruchomo oniemiali. Po chwili dwaj żołnierze śpiewają: Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór: czapkę wicher niesie, róg huka po lesie, ostał ci się ino, ostał ci się ino, ostał ci się ino sznur. Z oczu Wernyhory płyną rzęsiste łzy. Nad wejściem, w miejscu, gdzie wisiał sztandar, pojawia się płonący napis: MANE, TEKEL, FARES


Koniec, kurtyna

RZECZPOSPOLITA KOŁTUŃSKA  

czyli folklor polski XXI wieku z filozoficzną prydumką

RZECZPOSPOLITA KOŁTUŃSKA  

czyli folklor polski XXI wieku z filozoficzną prydumką

Advertisement