Skip to main content

Pismo Studentów WUJ - Wiadomości Uniwersytetu Jagiellońskiego, czerwiec 2026

Page 1


O presji dwudziestolatków  str. 5

Przyglądamy się sektom

 str. 14

Letnie smaki z Algierii

str. 20

Felieton

Ciekawość to pierwszy stopień do… kreatywnego życia

autorka: Izabela bIernat

„Kreatywne życie”, czyli życie, w którym nie tylko wszechobecna jest kreatywność, ale również w wyniku jej przetwarzania powstają dzieła sztuki, jak i nietuzinkowe rozwiązania problemów dnia codziennego.

Ta krótka i autorska definicja w dużej mierze wyczerpuje problematykę, której chciałam bliżej się przyjrzeć w niniejszym felietonie. W moją naturę na dobre wpisała się jednak maniera przyglądania się rzeczom, konceptom i wszelkim istniejącym (lub nie) zjawiskom z każdej możliwej strony w celu ich lepszego zrozumienia. Nie inaczej mogę więc postąpić przy próbie uchwycenia, co takiego kryje się pod hasłem „kreatywnego życia”.

Rozpisując sobie konstrukcję tego felietonu, wyłoniłam trzy główne obszary, o których chciałabym wspomnieć, przy czym zwizualizowałam je sobie w formie piramidy, gdzie by wspiąć się na wyższy stopień, konieczne jest „spełnianie” tego niżej. Na wstępie chciałabym również zaznaczyć, że nie ma absolutnie żadnych narzędzi, które pozwoliłyby na wiarygodną ocenę czyjegokolwiek poziomu realizowania każdego z fundamentów,

a tym samym prowadzenia kreatywnego życia, niż sama subiektywna ocena tejże osoby. Mając to na uwadze, mogę zatem przejść do meritum.

Pierwszym, fundamentalnym w zasadzie obszarem, jest kreatywność, którą na potrzeby tekstu określam mianem „codziennej”, bo przejawia się właśnie w przyziemnym życiu codziennym. Czym innym jest kreatywność, jeśli nie sposobem widzenia świata? Niekiedy wciąż patrzymy na osoby związane z szeroko pojętą sztuką jako osoby pochodzące z zupełnie innej rzeczywistości, ponieważ zachodzimy w głowę, skąd wpadły na tak oryginalne pomysły? W zdecydowanej większości przypadków odpowiedź jest identyczna, do czego powszechnie przyznają się nawet sami twórcy: z otaczającego nas świata. I nie chodzi tu tylko o bierne przyglądanie się światu jak puszczanemu w kinie filmowi, który nie wymaga

od nas żadnego zaangażowania. Kreatywność rozpoczyna się od myślenia, które zaś swoje korzenie ma nie tylko w obserwowaniu świata, ale i w umiejętności jego interpretowania, a następnie zadawania pytań wraz z próbą znalezienia odpowiedzi na nie. To nic innego jak bezustanne, aktywne podążanie za ciekawością.

Zatem, kreatywne życie to życie pełne „co by było, gdyby”, eksperymentów myślowych i otwarcia się na nowe punkty widzenia. By prowadzić kreatywne życie nie potrzeba wcale wiele – wystarczy tylko rozejrzeć się wkoło. Ale nie tak, jak mamy to w zwyczaju, gdy zastanawiamy się, gdzie odłożyliśmy parę okularów lub wyglądamy za okno sprawdzić, czy będzie dzisiaj padać, ale w taki sposób, jaki najczęściej wybierają dzieci. To właśnie one są największymi skupiskami kreatywności, którą, niestety, z biegiem lat jako dorośli każemy im porzucić, zmusza-

Prowadzenie życia twórczego to jedna z najskuteczniejszych dróg, by wieść życie naprawdę spełnione. Skupia w sobie wszystko to, co najwznioślejsze w człowieku: formułowanie i wyrażanie abstrakcyjnych idei, które inspirują innych ludzi.

jąc je, by przyjęły naszą optykę i wpasowały się w rzeczywistość, a więc i w nasz sposób myślenia. Pod „rozejrzeniem się wkoło” rozumiem więc puszczenie wodzy fantazji. „Skąd się bierze związek lawendy i dobrego snu? Jakiego koloru właściwie jest kameleon? Dlaczego powstaje różowe niebo?”. Ktoś nieprzychylny mógłby skrytykować taki tok myślenia sprowadzając go do „zajmowania się niepotrzebnymi rzeczami”. Być może samo zastanawianie się, czy gdyby borowiki były wielkości drzew, to czy wiewiórki przerabiałyby je na swoje dziuple, nieszczególnie jest potrzebne ludzkości. Ale kto wie, może taka choć z pozoru absurdalna idea przerodzi się w coś dużo większego? Być może ktoś na jej podstawie opracuje nowy system ochrony wiewiórek, zainicjuje badania nad ich układem pokarmowym lub odkryje nieznane dotąd właściwości borowika. Źródłem wszelkich tych poten-

cjalnie innowacyjnych pomysłów jest właśnie kreatywność, którą ukształtowało patrzenie na świat z zaciekawieniem.

Mając już omówioną kreatywność jako tok myślenia, który ma miejsce w naszych głowach, kolejnym kamieniem milowym jest przyjrzenie się jej jako sposobowi życia. Do opowiadania o tym bardzo lubię posługiwać się metaforą gry komputerowej, w której główną oś fabularną stanowi oś praca/ studia-dom. Związane z nią zadania zajmują nam stosunkowo najwięcej czasu, a także w znacznej mierze wpływają na naszą tożsamość, czego najlepszy dowód stanowi sposób, w jaki przedstawiamy się nowym osobom (co studiujemy lub gdzie pracujemy, czym się zajmujemy zarobkowo). Jasne, można przejść całą grę realizując tylko i wyłącznie zadania tego typu. Ale to właśnie te opcjonalne, poboczne misje urozmaicają całą rozgrywkę. Tymi pobocznymi misjami w prawdziwym życiu mogą być spotkania towarzyskie, hobby, wolontariat, aktywność fizyczna,

koncerty… Cokolwiek, co urozmaica nasze życie i sprawia, że kursowanie praca/studia-dom przestanie być nudne, monotonne. Cokolwiek, co sprawi, że poczujemy, że nasze życie jest pełniejsze i spowoduje, że na powrót zaczniemy żyć, a nie tylko egzystować. Wiele z tych pobocznych misji tylko czeka na to, abyśmy za nimi podążyli, a reszta z nich czeka, byśmy sami stworzyli sobie możliwości ich realizacji, bez czekania na gotowe rozwiązania. Reklama wyświetlona w mediach społecznościowych, rzucone mimochodem hasło w toku rozmowy, plakat wywieszony na wydziałowym korytarzu… Wystarczy tylko rozejrzeć się dookoła – czyli zrobić to, co kreatywnym ludziom wychodzi najlepiej.

Ostatnim wątkiem związanym z kreatywnym życiem, jaki chciałabym poruszyć, jest chyba najbardziej sztandarowe skojarzenie z tym zagadnieniem: twórczość. Powszechnie istnieje (mylne zresztą) przekonanie, że „kreatywność” to cecha dostępna tylko wąskiemu gronu wybitnych artystów i je-

Szukamy dziennikarzy, rySowników i fotografów

Publikuj w „wuJ‑u”!

śli ktoś nie urodził się z pewnymi talentami i predyspozycjami, nie ma się co łudzić, że sam doświadczy przypływu kreatywności, weny, a tym samym aktu twórczego. Przekonanie to mija się jednak z prawdą. Kreatywność, jak każdą umiejętność, można wyćwiczyć. Owszem, rodzą się osoby, którym przychodzi to naturalniej od innych – ale nawet one nie zajdą daleko, jeśli nie będą szlifować swoich zdolności. Innymi słowy, kreatywność i jej najwyższy stopień – tworzenie – dostępne są dla każdego z nas.

Życie twórcze to życie polegające na przekuwaniu wszechobecnych inspiracji przy pomocy umiejętności kreatywnych w pewną wiadomość od nas dla świata. To podanie dalej tych drobnych impulsów, które sprawiły, że zatrzymaliśmy się na moment i zaczęliśmy rozmyślać, snuć idee. Idee, które być może staną się sygnałem do zmiany dla innych ludzi – ich samych, a kto wie, czy zasięg ten nie sta-

Redakcja pisma „WUJ – Wiadomości Uniwersytetu Jagiellońskiego” poszukuje młodych dziennikarzy chętnych do współpracy. Szukamy osób piszących, fotografujących oraz rysowników. Jesteśmy otwarci na tych, którzy mają swoje pomysły na materiały, ale podpowiemy też, o czym warto napisać. Skupiamy się na tematach związanych ze studentami i naszą uczelnią. Zapraszamy do współtworzenia pisma wydawanego od 1990 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zainteresowane osoby prosimy o kontakt pod adresem e‑mail wuj.redakcja@gmail.com. Do zobaczenia w redakcji!

nie się globalny? Właśnie dlatego uważam, że punkt ten stanowi niejako zwieńczenie życia prowadzonego w kreatywny sposób. Do jego osiągnięcia poniekąd wymagane jest osiągnięcie „niższych stopni”, o których pisałam wyżej. Dlatego jest „najwyższym stopniem”, gdyż tutaj ujawnia się jego prawdziwe, głębokie znaczenie zarówno dla nas samych jako twórców, jak i świata; odbiorców tego, co próbujemy ubrać w słowa, namalować, uwiecznić fotografiami – bez względu na to, jakiej formy wyrazu byśmy nie wybrali. I właśnie dlatego uważam też, że prowadzenie życia twórczego to jedna z najskuteczniejszych (o ile nie najskuteczniejsza) dróg, by wieść życie naprawdę spełnione. Skupia w sobie wszystko to, co najwznioślejsze w człowieku: formułowanie i wyrażanie abstrakcyjnych idei, które inspirują innych ludzi. 

wiesz, że dzieje się coś ciekawego?

Daj nam znać!

Organizujesz ciekawą inicjatywę na UJ, którą chcesz nagłośnić? Wiesz, że na UJ powstaje coś, co warto przedstawić naszej społeczności akademickiej? Znasz kogoś z naszej uczelni, kto ma niecodzienną pasję lub dokonał czegoś wyjątkowego? Ruszasz z nowym projektem, skierowanym do studentów? Skontaktuj się z nami pod adresem wuj.redakcja@gmail.com, przesyłając szczegóły. Chętnie pomożemy!

Pismo Studentów „WUJ – Wiadomości Uniwersytetu Jagiellońskiego”

Redakcja: ul. Piastowska 47, 30-067 Kraków

Wydawca: Fundacja Studentów i Absolwentów UJ „Bratniak”

e‑mail: wuj.redakcja@gmail.com; tel. 668 717 167

Strony internetowe: www.issuu.com/pismowuj oraz www.facebook.com/pismowuj

Redaktor naczelny: Adrian Burtan

Zespół: LUDZIe I ReLACJe: Justyna Arlet-Głowacka, Alicja Bazan, Izabela Biernat, Karolina Jońca, Iwona Łaciak; SZTUKA I INSPIRACJe: Karolina Iwaniec, Michał Jarosz, Natalia Krajenta, Adam Kwiatek, Martyna Lalik, Wiktoria Piwowarska, Gabriela Wolińska, Oliwia Wójciak; SŁOWA I MyśLI: Zofia Betlej, Maja Janoszek, Klaudia Katarzyńska, Daria Kopczyńska, Wojciech Seweryn, Maria Wieruszewska; SPORT I ReKReACJA: Michał Kowal, Wojciech Skucha; KADR I OBRAZ: Mikołaj Cembaluk, emilia Czaja, Lucjan Kos, Agata Kurzepa, Martyna Szulakiewicz-Gaweł

Korekta: Karolina Iwaniec, Wiktoria Piwowarska

PR i marketing: Justyna Arlet-Głowacka

Media społecznościowe: Marta Kwasek

Okładka: emilia Czaja

Reklama: wuj_reklama@op.pl

Numer zamknięto: 1 czerwca 2026 roku

Znajdź nas!

Co nowego na uJ?

Prof. Anna sowa‑staszczak ponownie w radzie Doradczej enets

Prof. Anna Sowa-Staszczak, kierowniczka Zakładu Medycyny Nuklearnej Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie oraz ekspertka Katedry endokrynologii Wydziału Lekarskiego UJ CM, została ponownie powołana do Rady Doradczej european Neuroendocrine Tumor Society (e N e TS). To wyjątkowe, międzynarodowe wyróżnienie ma historyczne znaczenie. Prof. Sowa-Staszczak jest dopiero drugą Polką pełniącą tę prestiżową funkcję w strukturach organizacji. e N e TS, założone w 2004 roku, to jedna z najważniejszych europejskich instytucji zrzeszających ponad 1500 ekspertów zajmujących się nowotworami neuroendokrynnymi (N e N). Towarzystwo promuje nowoczesne, multidyscyplinarne podejście do diagnostyki i leczenia pacjentów. W skład elitarnej Rady Doradczej wchodzi zaledwie 40 przedstawicieli z całej europy, reprezentujących kluczowe dziedziny medycyny, takie jak onkologia, endokrynologia czy chirurgia. Ponowna nominacja dla polskiej badaczki stanowi wyraz ogromnego uznania dla jej osobistego dorobku naukowego i klinicznego. To także jednoznaczne potwierdzenie wysokiej pozycji krakowskiego zespołu oraz jego znaczącej roli w międzynarodowej współpracy medycznej na najwyższym światowym poziomie.

Przełomowy sondaż

Większość Polaków oczekuje zdecydowanych kroków ze strony państwa w celu uporządkowania przestrzeni cyfrowej. Z ogólnopolskiego sondażu CATI, przeprowadzonego przez Uniwersytet Warszawski oraz Uniwersytet Jagielloński na próbie 4515 respondentów, wynika, że obywatele domagają się twardszych regulacji prawnych zamiast samodzielnej walki z cyberzagrożeniami. Aż 76 proc. badanych popiera wprowadzenie mandatów za publiczne poniżanie w sieci, co stanowi najsilniejszy punkt społecznego konsensusu. Ponadto 65 proc. ankietowanych opowiada się za prawnym ograniczeniem tzw. sharentingu, czyli publikowania przez rodziców wizerunku dzieci. Istotne zmiany powinny objąć także młodzież – 51 proc. respondentów chce podniesienia minimalnego wieku użytkowników social mediów do co najmniej 16 lat, a 44 proc. popiera całkowity zakaz używania smartfonów w szkołach. eksperci podkreślają, że wysokie poparcie dla odgórnych zakazów wynika z bierności gigantów technologicznych oraz niskiej skuteczności samodzielnego zgłaszania szkodliwych treści przez użytkowników.

sukces młodych badaczy z uJ

Fundacja na rzecz Nauki Polskiej ogłosiła listę 100 najzdolniejszych polskich naukowców poniżej 30. roku życia. W gronie laureatów 34. edycji programu START tradycyjnie znaleźli się reprezentanci Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy z powodzeniem rywalizowali w gronie aż 807 kandydatów. Krakowska uczelnia może świętować ogromny sukces, ponieważ trzynastu jej przedstawicieli otrzyma roczne stypendia w wysokości 30 tysięcy złotych na dalszy rozwój badań.

Co więcej, Juliusz Banecki z Wydziału Matematyki i Informatyki UJ otrzymał wyróżnienie im. prof. Adama Sobiczewskiego za wybitny dorobek w dziedzinie matematyki. Prezes FNP, prof. Krzysztof Pyrć, podkreślił, że sukcesy tegorocznych stypendystów to wyraźny sygnał, że polska nauka nie tylko nadąża za światowymi trendami, ale coraz częściej je wyznacza.

Obchody Święta uniwersytetu

Jagiellońskiego

Przypadające na 12 maja święto Uniwersytetu Jagiellońskiego zgromadziło krakowską społeczność akademicką na najważniejszych uroczystościach w roku. Obchody zainaugurowano w Katedrze Wawelskiej, skąd świętowanie przeniosło się na Rynek Główny. Tam, po raz pierwszy w historii, z wieży Bazyliki Mariackiej zamiast tradycyjnego hejnału wybrzmiała pieśń „Gaudeamus igitur”. Główna część wydarzenia odbyła się w Collegium Novum. Podczas uroczystego posiedzenia Senatu odnowiono po 50 latach doktorat prof. Andrzeja Mani – wybitnego amerykanisty i politologa. Rektor UJ, prof. Piotr Jedynak, podsumował sukcesy uczelni, w tym nagrodę dla Oranżerii Warszewicza oraz rozwój Kampusu Medycznego w Prokocimiu. Podkreślił również, że krakowska uczelnia coraz silniej buduje pozycję lidera w międzynarodowych konsorcjach badawczych, takich jak sojusz Una europa, udowadniając, że pamięć o historycznych fundamentach ułatwia dynamiczne kształtowanie przyszłości nauki.

uJ popiera akcję „3% dla nauki, 100% dla Polski”

Uniwersytet Jagielloński oficjalnie poparł ogólnopolską akcję „3% dla nauki, 100% dla Polski”, pod którą w ciągu zaledwie dwóch tygodni zebrano już ponad 17,5 tysiąca podpisów. Inicjatywa ta postuluje zdecydowane zwiększenie krajowych nakładów finansowych na naukę i szkolnictwo wyższe, w tym na badania podstawowe, pensje pracowników oraz poprawę warunków socjalnych dla studentów i doktorantów. Krakowska uczelnia w pełni solidaryzuje się ze stanowiskiem Prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP). eksperci alarmują, że obecne finansowanie sektora na poziomie nieco ponad 1 proc. PKB pogłębia dystans dzielący Polskę od najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Zwiększenie tych funduszy jest kluczowe dla bezpieczeństwa technologicznego i konkurencyjności kraju.

Źródło informacji: uj.edu.pl

autorka: Martyna lalIk

Fatum dwudziestolatka

autorka: natalIa krajenta

Mówi się, że dwudziestka to wiek, w którym powinno się już coś o sobie wiedzieć. Nie wszystko, ale przynajmniej tyle, żeby mieć poczucie kierunku. Tymczasem często bywa inaczej. Praca, która miała być tymczasowa, trwa trzeci rok. Studia są skończone, ale nie do końca wiadomo po co. Jedni kupują mieszkania, inni awansują, jeszcze inni zakładają firmy. A ty próbujesz odpowiedzieć sobie na prostsze pytanie: czy w ogóle lubisz to, co robisz od poniedziałku do piątku.

Z czasem uczysz się maskować. Odpowiadać na pytania tak, żeby brzmiało spójniej, niż jest naprawdę. Układać z fragmentów jakąś opowieść o sobie, która ma sens dla innych. Ale gdzieś pod tym wszystkim kryje się prawda: nie wiesz. I to „nie wiem” wcale nie jest efektowne. Nie daje historii, którą można łatwo opowiedzieć przy stole. A jednak jest jednym z najbardziej uczciwych stanów, w jakich można się znaleźć.

Falstart

W wieku dwudziestu kilku lat wielu z nas doświadcza tego, co nazywa się kryzysem ćwierćwiecza. To nie jest jeden moment, raczej rozciągnięte w czasie napięcie. Pytanie „czy nie jestem w tyle?” wraca regularnie. Widzisz historie spektakularnych karier, udanych startupów i „osiągnięć przed trzydziestką”. świat zaczyna wyglądać jak wyścig, w którym ktoś już dawno biegnie szybciej, a linia mety znajduje się gdzieś w okolicach trzydziestki. Łatwo w to uwierzyć i potraktować własne życie jak spóźniony start. A przecież często to tylko złudzenie. Opowieść o wczesnym sukcesie ma więcej wspólnego z mitem niż z rzeczywistością. Jeśli do 25. roku życia nie osiągnąłeś nic spektakularnego, być może uniknąłeś jednej z bardziej podstępnych iluzji – iluzji wczesnego sukcesu.

Koniec sprintu

Psychologia rozwojowa opisuje ten etap jako czas intensywnego poszukiwania. Między 18. a 30. rokiem życia eksperymentujemy z pracą, relacjami i stylem życia –nie po to, aby jak najszybciej osiągnąć stabilność, lecz by sprawdzić, co w ogóle do nas pasuje. To etap otwarty, niedokończony, często chaotyczny.

Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy „zamknąć” swoją tożsamość zbyt wcześnie. W młodym wieku silnie potrzebujemy potwierdzenia własnej wartości. Status, uznanie i szybkie sukcesy

działają jak nagroda. Jednak pogoń za nimi może prowadzić do decyzji, które nie wynikają z refleksji, lecz z poczucia presji. W efekcie ktoś może „ustawić” swoje życie zawodowe czy osobiste, zanim tak naprawdę zrozumie, czego chce. Wbrew obiegowej opinii życie nie ma jednego właściwego tempa. To, co w wieku 25 lat wygląda jak opóźnienie, dekadę później bywa fundamentem dojrzałych decyzji. I odwrotnie – to, co wcześnie wydaje się sukcesem, czasem okazuje się ślepą uliczką.

Gotowi do startu

Fatum dwudziestokilkulatków to presja na bycie „gotowym produktem” tuż po odebraniu dowodu osobistego. Panuje przekonanie, że życie to sprint, a każdy rok spędzony na szukaniu, błądzeniu czy – co dla wielu najgorsze –odpoczynku, to czas bezpowrotnie stracony.

Nie oznacza to oczywiście, by nic nie robić i czekać, aż życie samo się ułoży. eksploracja nie jest biernością, a to właśnie ten wiek daje na nią przestrzeń. To aktyw-

Fatum dwudziesto kilkulatków to presja na bycie „gotowym produktem” tuż po odebraniu dowodu osobistego. Panuje przekonanie, że życie to sprint, a każdy rok spędzony na szukaniu, błądzeniu czy – co dla wielu najgorsze –odpoczynku, to czas bezpowrotnie stracony. Nie do końca tak jest.

ne próbowanie: różnych prac, środowisk, pomysłów. Różnica polega na tym, że nie traktujemy każdej decyzji jak ostatecznej deklaracji na całe życie.

Ten etap jest niewygodny. Czasem oznacza cofnięcie się o krok, gdy inni idą do przodu. Niekiedy wymaga tłumaczenia decyzji, które z zewnątrz wyglądają nierozsądnie. Ale właśnie wtedy pojawia się coś ważnego: zaczynasz odróżniać to, co naprawdę twoje, od tego, co tylko dobrze wygląda. Może więc to uczucie „bycia w tyle” nie jest sygnałem porażki, tylko znakiem, że proces jeszcze trwa; że nie zamknęliśmy się zbyt wcześnie. Jeśli więc dziś czujesz, że nic nie osiągnąłeś, odetchnij głęboko. Nie jesteś spóźniony. Jesteś po prostu wolny od iluzji, że musisz być gotową wersją siebie, zanim jeszcze zdążyłeś się poznać. W tym sensie „falstart” nie jest błędem, lecz pierwszym ruchem w stronę własnego tempa. Czasem trzeba wystartować „źle”, żeby w ogóle zorientować się, gdzie jest właściwy kierunek. Fatum młodości mija w momencie, gdy zrozumiesz, że życie nie jest wyścigiem, który można przegrać przed 30. urodzinami. To maraton, w którym najciekawsze etapy zaczynają się zazwyczaj wtedy, gdy inni już dawno złapali zadyszkę. 

fot. Pexels
o pinia

Język terapii

trigger, trauma i toksyczność.

Dlaczego

siebie

diagnozujemy?

autorka: klaudIa KatarzyńsKa

Nasze codzienne rozmowy coraz częściej zaczynają przypominać sesje terapeutyczne, tylko bez terapeuty. Czy naprawdę umiemy dziś lepiej mówić o emocjach, czy tylko sprawniej posługujemy się słowami, zasłyszanymi wcześniej w gabinetach specjalistów?

– Ludzie mają potrzebę mówienia o relacjach i emocjach. Istnieje także pewnego rodzaju przyzwolenie społeczne na wyrażanie i nazywanie, a nawet etykietowanie tego, co trudne do językowego określenia –zauważa prof. Załazińska.

Między zwykłym „co u ciebie?” a kłótnią przy kuchennym stole pojawiają się dziś „granice”, „traumy”, „triggery”, „gaslighting”, „toksyczne relacje”, „red flags” i „narcyzy”. Do tego dochodzi potrzeba, by coś „przepracować”, „zaopiekować się sobą”, „uregulować emocje”, znaleźć „bezpieczną przestrzeń”, zrobić miejsce na „self-care” albo dać sobie czas, żeby „się goić”. Jeszcze niedawno wiele z tych pojęć funkcjonowało przede wszystkim w języku specjalistycznym albo popularnonaukowym. Dziś ten język słyszymy już wszędzie. Dlaczego?

Diagnoza zamiast dialogu To, jak dziś ze sobą rozmawiamy, stanowi odbicie gwałtownych zmian zachodzących w naszej

kulturze i sposobie konsumowania treści. Perspektywę tę poszerza językoznawczyni, badaczka komunikacji interpersonalnej prof. Aneta Załazińska, kierowniczka Katedry Teorii Komunikacji Uniwersytetu Jagiellońskiego, która w popularności psychologicznych terminów dostrzega nie tylko zmianę naszych nawyków językowych, ale i głębszą potrzebę społeczną. – Ludzie mają potrzebę mówienia o relacjach i emocjach. Istnieje także pewnego rodzaju przyzwolenie społeczne na wyrażanie i nazywanie, a nawet etykietowanie tego, co trudne do językowego określenia – zauważa prof. Załazińska. Sięgnięcie po gotowy termin z psychologii przypomina więc odnalezienie brakującego elemen-

tu układanki. Problem pojawia się wtedy, gdy takie pojęcia przestają pomagać w rozmowie, a zaczynają ją zastępować. – W języku opartym na asertywności wybrzmiewa informacja o własnych potrzebach, ale też troskę o drugą osobę i sygnał, że relacja pozostaje ważna, na przykład: „To, co mówisz, jest dla mnie trudne. Potrzebuję chwili, ale chcę do tego wrócić później” – mówi mgr Natalia Bokowy, psycholog w trakcie specjalizacji z psychologii klinicznej, psychoterapeuta w trakcie szkolenia i komunikolog. W jej ocenie dojrzała komunikacja to taka, w której obok własnego „ja” wciąż pozostaje miejsce na „my”. Uczymy się mówić „nie”, dbać o swój dobrostan i komunikować potrzeby,

ale w tej pogoni za asertywnością łatwo przeoczyć moment, w którym zdrowy dystans zamienia się w mur nie do przebicia. Okazuje się bowiem, że to, co miało nas chronić, w niewłaściwej formie może stać się narzędziem izolacji. – „Terapeutyczny chłód” zaczyna się wtedy, gdy komunikat jest poprawny pod względem języka i teorii psychologicznych, ale brakuje w nim emocjonalnego przekazu. Różnica zatem nie tkwi w treści, lecz w intencji nadawcy – podkreśla mgr Bokowy.

Nazwać, nie zranić

Jednak nie każdy przejaw sięgania po język psychologii musi oznaczać emocjonalny dystans. Profesor Załazińska zwraca uwagę,

fot. Pixabay

że wiele zależy od tego, czy gotowe pojęcia zastępują autentyczny kontakt, czy też pomagają go dopiero nawiązać.

– Znalezienie odpowiedniego określenia z fachowej terminologii psychologicznej jest bardzo wygodne. I tu dochodzimy do sedna: to dobrze czy to źle? Odpowiem jak każdy naukowiec: to zależy. Zdecydowanie dobrze, jeśli te słowa pomagają wyrażać to, co czujemy, oswajając trudne, skomplikowane, a czasem bolesne doświadczenia –podkreśla językoznawczyni. Badaczka komunikacji zwraca jednak uwagę także na drugą stronę tego zjawiska. Pewne hasła, choć niedoskonałe, mogą otwierać rozmowę o problemach, które przez lata pozostawały w sferze tabu. –Wytrychy językowe, takie jak „red flags” czy „toksyczny związek”, pozwalają uruchomić narrację lub dialog na tematy trudne, ciążące, społecznie obecne, a jednocześnie niełatwe do uzewnętrznienia – doprecyzowuje ekspertka.

Jednak to, co w gabinecie terapeutycznym pomaga nazwać mechanizm, przy rodzinnym stole może zostać odebrane jak unik, osąd lub budowanie dystansu. Właśnie dlatego coraz ważniejsze staje się pytanie nie tylko o to, co mówimy, ale także z jakiego miejsca to mówimy.

– Fachowa terminologia jest precyzyjna, ale warto pamiętać, że więź buduje się raczej poprzez prosty, czasem nieporadny język uczuć niż poprawne definicje – mówi mgr Bokowy. – Ludzie mówią językiem, którego się nauczyli, ale nie zawsze jest to język, który naprawdę rozumieją i który wypływa z ich osobistych odczuć – dodaje.

Powiedz to prościej Jak zatem sprawdzić, czy nie wpadliśmy w pułapkę „terapeutyzowania” bliskich? Możemy wykonać prosty test. – Dobrym ćwiczeniem jest próba powiedzenia tego samego zwykłym, codziennym językiem. Jeśli wtedy komunikat brzmi bardziej osobiście, to najpewniej ta wersja ma większą szansę pomóc nam w budowaniu relacji –podpowiada mgr Bokowy. Zwraca przy tym uwagę, że w komunikacji zawsze powinniśmy zadawać sobie pytanie o cel naszych słów. Bo w bliskiej rozmowie znaczenie ma nie tylko to, czy komunikat jest poprawny, ale także to, dokąd ma prowadzić. – Kluczowa jest tu intencja: czy używamy tych słów, by osiągnąć porozumienie, czy aby zdystansować się od rozmowy i emocji – mówi.

Podobnie działa język, który pozwala naprawdę opisać i uchwycić

indywidualny wymiar doświadczenia. – Próba indywidualizowania języka, na przykład poprzez metaforę, obraz, analogię, daje nam prawdziwy wgląd w to, co czujemy i co się z nami dzieje – przekonuje prof. Załazińska.

Warto też zauważyć, że niektóre pojęcia zamiast pomagać w nazwaniu trudnego doświadczenia, stają się czasem gotową etykietą, którą można przykleić drugiej osobie najczęściej podczas kłótni. – Zamiast mówienia o własnym doświadczeniu „twoje zachowanie mnie zraniło”, pojawia się diagnoza drugiej osoby: „jesteś narcystyczny” – dodaje mgr Bokowy. Według niej to moment krytyczny dla porozumienia, ponieważ zamiast otwierać drzwi do rozmowy, z hukiem je zamyka. – W efekcie pojęcia te zatracają swój sens i siłę. Ponadto taka komunikacja sprawia, że rozmówca zamyka się w sobie z powodu poczucia bycia ocenianym, a nie zaproszonym do dialogu – podsumowuje.

Moda na traumę

Problem nie kończy się jednak na tym, że takie słowa utrudniają konkretną rozmowę. Ich nadużywanie zmienia także znaczenie samych

Niektóre pojęcia, zamiast pomagać w nazwaniu trudnego doświadczenia, stają się czasem gotową etykietą, którą można przykleić drugiej osobie najczęściej podczas kłótni. – Zamiast mówienia o własnym doświadczeniu „twoje zachowanie mnie zraniło”, pojawia się diagnoza drugiej osoby „jesteś narcystyczny” –mówi mgr Bokowy.

pojęć: im częściej pojawiają się w potocznych, błahych sytuacjach, tym szybciej tracą ciężar, z którym pierwotnie były związane. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie słowa „trauma”. – Doświadczenie traumy jest ogromnie trudnym psychicznym wydarzeniem. Zdaję sobie sprawę, że traumatyczne wydarzenia mogą mieć różny kaliber w zależności od osoby . Jednak dziś określenie „być straumatyzowanym” językowo stało się po prostu modne. Z jednej strony trywializujemy prawdziwe doświadczenia, które określa się w specjalistycznym dyskursie danym terminem, a z drugiej strony upraszczamy to, co czujemy. Przestajemy niuansować, zastanawiać się nad tym, co naprawdę odczuwamy i jak to przeżywamy – alarmuje prof. Załazińska. Dopiero kiedy coś nazwiemy, łatwiej nam o tym rozmawiać zarówno z innymi, jak i z samym sobą. –W wielu koncepcjach językoznawczych pojawia się twierdzenie, że to, co nienazwane, nie istnieje: język staje się więc sposobem kategoryzacji, opisu i uporządkowania w ten sposób złożonej wewnętrznej rzeczywistości psychologicznej, emocjonalnej, społecznej odczu-

wanej i przeżywanej przez każdego z nas indywidualnie – wyjaśnia prof. Załazińska. Właśnie dlatego, że język ma taką moc porządkowania doświadczeń, łatwo przecenić jego neutralność. Według ekspertki to językowy miecz obosieczny: nawet jeśli intencje mówiącego są wspierające, użycie niewłaściwego, „ciężkiego” słowa może przynieść więcej szkody niż pożytku. – Nie każdy jest na tyle świadomy, by potrafił oddzielić dobre intencje domorosłego psychologa od użycia przez niego niewłaściwych narzędzi językowych – zauważa językoznawczyni. Język terapii ma być pomocnym narzędziem do zrozumienia siebie, a nie gotowym zestawem haseł, których używamy, gdy oceniamy innych. Prawdziwe porozumienie rodzi się ze szczerości i prostych słów, a nie z chłodnych, fachowych definicji. A jeśli ktoś mówi do nas językiem, którego nie rozumiemy, warto poprosić o wyjaśnienie, zamiast od razu się wycofywać. Warto też samemu sprawdzić, czy używane przez nas pojęcia są dla drugiej osoby jasne. Korzystajmy z nowej wiedzy tak, by zbliżała nas do ludzi, a nie budowała emocjonalny dystans. 

fot. Pexels

Korowód juwenaliowy

Korowód Pokoleń przeszedł ulicami Krakowa

Tegoroczne Juwenalia

Krakoskie już po raz siedemdziesiąty oficjalnie przejęły władzę nad miastem. Wielki jubileusz połączył pokolenia. Na czele pochodu, oprócz obecnych żaków, dumnie maszerowali absolwenci z ostatnich dziesięcioleci, udowadniając, że studencki duch Krakowa nigdy się nie starzeje.

Chociaż pogoda początkowo sugerowała, że przemarsz okaże się wielką walką z deszczem, juwenaliowy duch rozproszył chmury i pozwolił uczestnikom przejść bez przeszkód. W piątek 15 maja studenci, ubrani w kolorowe stroje, spotkali się pod Klubem Studio na tradycyjne juwenaliowe śniadanie, aby posileni rosołem i obwarzankiem, pełni sił, wyruszyć ulice Krakowa.

A kogo można było zobaczyć pośród uczestników korowodu? W barwnym tłumie maszerowa-

li starożytni legioniści pod wodzą Juliusza Cezara, dzielni kowboje, Smerfy, a nawet ślepe myszki ze „Shreka” czy uciekające Kung Fu Pandy. Nie zabrakło też akcentów lokalnych – dumnie prezentowała się grupa studentów przebrana w tradycyjne stroje krakowiaków, a tuż obok nich kroczyły... krakowskie gołębie.

W korowodzie mogliśmy zobaczyć również wiele postaci związanych z popkulturą i jedzeniem. Maszerowały więc ożywione klocki L eGO, banany, chodzące butelki

piwa, a nawet kultowe Simsy z zielonymi kryształkami nad głowami. Uwagę przykuwały też gigantyczne, jeżdżące konstrukcje, takie jak: płynąca po asfalcie łódka, cały studencki akademik, żywa Mona Lisa, grill, a nawet monumentalny czerw pustynny z „Diuny”.

Studenci, jak co roku, wykorzystali również fakt, że są obserwowani przez lokalną społeczność, dlatego dumnie obnosili się ze swoimi postulatami. Na przedzie korowodu można było zobaczyć wielki baner z napisem: „Żądamy

tramwaju nad morze, taniego piwa i juwenaliów raz w miesiącu”. To jednak nie koniec postulatów, jakie studenci postanowili zamanifestować wobec mieszkańców Krakowa. Wzdłuż całego pochodu przemykały mniejsze, równie błyskotliwe transparenty. Studenci domagali się m.in.: „zniesienia porannych wykładów”, „wprowadzenia darmowej kawy do akademików” oraz „oficjalnego uznania krakowskiego gołębia za maskotkę sesji egzaminacyjnej”. Przechodnie z uśmiechem reagowali na te humorystyczne hasła, a wielu krakowian głośno deklarowało swoje pełne poparcie – zwłaszcza dla pomysłu bezpośredniego tramwaju nad Bałtyk.

Reakcje uczestników korowodu tylko potwierdzają, że tegoroczna edycja, przez swój jubileuszowy charakter, była naprawdę wyjątkowa. – To już siedemdziesiąt lat, chociaż ja jestem tutaj dopiero po raz czwarty, ale na pewno nie ostatni – wyznał Kuba studiujący historię na UJ. – Uwielbiam tę tradycję. Chociaż ciężko było wstać, bo już od wczoraj chodzę na koncerty – wspominała Asia, studentka AGH.

Przemarsz zakończył się na Rynku Głównym przy Adasiu, aby tam z dachu Sukiennic kolorowy, roztańczony tłum odebrał z rąk prezydenta miasta symboliczne klucze do bram Krakowa, rozpoczynając tym samym kilkudniowe, legendarne świętowanie. 

autorka: Martyna lalIk
zdjęcia: MiKołaj CeMbaluk
fot. Mikołaj Cembaluk

Kraków znów studencki. Za nami jubileuszowe Juwenalia Krakoskie

Tegoroczne Juwenalia Krakoskie oznaczały dla studentów aż 11 dni wypełnionymi muzyką, śpiewem i przede wszystkim dobrą zabawą. W dniach 13–23 maja studenci Krakowa już po raz siedemdziesiąty przejęli miasto. Koncerty pod gołym niebem, jak co roku, odbywały się w kilku lokalizacjach: Strefie Żaczek, na Polibudzie oraz w Strefie Plaża AGH. Każda z nich przyciągnęła tłumy studentów i dostarczyła uczestnikom mnóstwa emocji. Czego można było posłuchać w tym roku?

autorka: WIktorIa PiwowarsKa

autorka: Martyna lalIk

autorka: Maja janoszeK

Strefa Żaczek w tym roku wypełniła się miłośnikami rapu, hip-hopu, popu i polskiej alternatywy. Zabawę rozpoczęli Reto i Modelki, rozgrzewając tłumy do zabawy przez resztę Juwenaliów. Potem na strefie zawitali Kosma Król, CatchUp, Miły ATZ, bracia Kacperczyk, Chivas, Sarius i Pawbeats, HAPPySAD oraz Miętha. JuweCzwartek – 14 maja – był tym najgłośniejszym. Sam Kosma Król przyznał, że na Żaczku podczas jego występu było głośniej niż w jego rodzinnej Warszawie. Fani bardzo czekali na Kacperczyków, ponieważ na ich tegorocznej trasie koncertowej zabrakło Krakowa. Artyści zrekompensowali to fantastycznym występem, doborem utworów i aranżacją. Niejeden fan zdarł swoje gardło i uronił łzę podczas ich części wieczoru. Jak co roku Miasteczko Studenckie AGH przyciągnęło studentów rozsypanym piaskiem i wielką sceną ozdobioną palmami. Tym samym klimatyczna Strefa Plaża na kilka dni zamieniła się w przestrzeń pełną muzyki, tańca i letniej atmosfery, idealną dla fanów disco polo, hip-hopu, rocka oraz popu. W pierwszych dniach na scenie wystąpili między innymi: Kukon, Jan Rapowanie, Zalia, BSK, Nocny Kochanek, Bracia Figo Fagot oraz Skolim. Piątkowy wieczór, 22 maja, otworzył koncert zespołu M e TRO, który wprowadził publiczność w spokojny, wakacyjny klimat. Charakterystyczne brzmienia i nastrojowe utwory pozwoliły choć na chwilę zapomnieć o codzienności i po prostu cieszyć się beztroską chwilą „tu i teraz”. Jednak to występ zespołu LemON sprawił, że publika szalała

juwenaliach dopisała, a studenci na koncertach zdzierali gardła i bawili się do późnej nocy.

z zachwytu. Tłum śpiewał razem z artystami największe przeboje, a energia nie osłabła ani przez chwilę. Tuż po nich na scenę wkroczył zespół, na który czekaliśmy wszyscy – jedna z największych gwiazd polskiej muzyki rockowej –Myslovitz, który porwał publiczność do wspólnej zabawy aż do późnej nocy. Zwieńczeniem tego wspaniałego wieczoru był występ Tommy’ego Casha.

Finał Juwenaliów Ostatniego dnia juwenaliowego szaleństwa na Strefie Plaża mogliśmy zobaczyć dwa studenckie

zespoły: Orkiestrę Reprezentacyjną AGH oraz Con Fuoco AGH, którzy zagrali zarówno klasyczne, jak i rozrywkowe utwory. Późnym wieczorem uczestnicy wytańczyli się przy muzyce Dżemu, Pidżamy Porno oraz Golec uOrkiestry, która przeniosła nas swoją muzyką prosto do Beskidu Żywieckiego. Zapytaliśmy studentów, jak podobała się im siedemdziesiąta edycja Juwenaliów Krakoskich. – Tegoroczne juwenalia były męczące, ale nie w negatywnym tego słowa znaczeniu. Po prostu nie mam pojęcia, co się działo przez te ostatnie dwa tygodnie, ale wybawiłam

się jak nigdy w życiu – podzieliła się z nami Asia, studentka AGH, która uczestniczyła w finałowym koncercie na Plaży. – Najbardziej podobało mi się, gdy bracia Golec wyciągnęli swoje masywne tuby i zaczęli w nie dąć – wspominał Adam, który przyjechał na nasze juwenalia prosto z Warszawy. Pomimo początkowych głosów o nieurozmaiconym line upie i wygórowanych cenach za bilety, możemy z pełnym przekonaniem stwierdzić, że frekwencja dopisała, a studenci na koncertach zdzierali gardła i bawili się do późnej nocy. 

fot. Lucjan Kos

Frekwencja na krakowskich

Juwenaliowe szaleństwo

fot. Justyna Arlet-Głowacka, Agata Kurzepa, Mikołaj Cembaluk, Lucjan Kos
autorka: agata kurzepa
autor: MiKołaj CeMbaluk
autorka: eMIlIa Czaja
autor: luCjan Kos
autorka: justyna arlet‑GłowacKa
fot. Emilia Czaja, Agata Kurzepa, Mikołaj Cembaluk
fot. Emilia Czaja, Agata Kurzepa, Justyna Arlet-Głowacka, Lucjan Kos

Każdy z nas ma w sobie pierwiastek smutku

Sekta czy nowy ruch religijny? Popkultura i ruch antykultowy zniekształciły nam obraz tych grup, ale co na ich temat mówi nam nauka?

Sekty od dawna pobudzają ludzką wyobraźnię, skrywają tajemnice i obrastają w tabu, jednocześnie przyciągając wyznawców obietnicami lepszego życia. Warto zestawić wyobrażenia z religioznawczymi faktami i przyjrzeć się temu, jak te grupy funkcjonowały również w Polsce.

Sequor, czyli podążać Żeby zacząć mówić o sektach, warto najpierw zdefiniować, czym one są. Okazuje się, że termin ten nie funkcjonuje w ścisłej naukowej nomenklaturze. – Religioznawcy nie używają słowa „sekta” ze względu na pejoratywny charakter – podkreśla dr hab. Piotr Czarnecki, religioznawca i historyk zajmujący się nowymi ruchami religijnymi. – Termin ten etymologicznie pochodzi od łacińskiego „sequor” („podążać za” – w domyśle za przywódcą bądź doktryną religijną) albo „secare” („odcinać” – to grupa, która odcina się od oficjalnego Kościoła) –tłumaczy specjalista. – Max Weber i ernst Troeltsch już na początku XX w. definiowali sektę w opozycji do Kościoła, podkreślając, że jest to mniejszościowa wspólnota religijna, w której członkostwo jest dobrowolne i, często pod wodzą charyzmatycznego przywódcy – dodaje.

W powszechnym użyciu słowo „sekta” ma zdecydowanie pejoratywne konotacje. Co zrobić, aby uniknąć wartościowania oraz zachować neutralność w badaniach naukowych?

– Brytyjska socjolożka religii eileen Barker w latach 80. zaproponowała neutralny termin: nowe ruchy religijne, który jest dzisiaj powszechnie stosowany w naukach społecznych. Oczywiście istnieją także niebezpieczne nowe ruchy religijne (w dyskursie antykultowej funkcjonujące jako odpowied-

autorka: justyna arlet‑GłowacKa

– Sekty to grupy, w których zwierzchnicy nadużywają swojej władzy nad wiernymi, ograniczając ich wolność, wykorzystując finansowo, seksualnie lub nakłaniając do czynów kryminalnych, a nawet (w skrajnych przypadkach) do samobójstwa – tłumaczy dr hab. Piotr Czarnecki.

niki „sekt”), w których dochodzi do nadużyć, psychomanipulacji czy łamania prawa. Stanowią one jednak mniejszość, a sam termin „nowy ruch religijny” nie nie niesie ze sobą negatywnych konotacji – zaznacza religioznawca.

Nowe ruchy religijne po polsku Przyjrzyjmy się bliżej tym grupom. Na czym polega ich działalność? – Są to grupy, w których zwierzchnicy nadużywają swojej władzy nad wiernymi, ograniczając ich wolność, wykorzystując finansowo, seksualnie lub nakłaniając do czynów kryminalnych, a nawet (w skrajnych przypadkach) do samobójstwa – tłumaczy dr hab. Piotr Czarnecki. Na świecie funkcjonowało wiele takich ugrupowań. Jednymi z najbardziej znanych, przywołanych przez naszego

rozmówcę, są m.in.: świątynia Ludu (People’s Temple) Jima Jonesa, odpowiedzialna za masowe samobójstwo członków w Jonestown, w Gujanie w 1978 roku, Children of God (obecnie Family International) Davida Berga, w której dochodziło do nadużyć seksualnych, w tym wobec nieletnich, oraz Aum Shinrikyo (Najwyższa Prawda), organizację odpowiedzialną za zamach przy użyciu sarinu w metrze tokijskim w 1995 roku.

Również w Polsce nowe ruchy religijne, także te kontrowersyjne, cieszyły się dużą popularnością. – Takie grupy okres świetności mają już zdecydowanie za sobą. Szczyt ich popularności to lata 90. XX wieku, czyli czas przywrócenia wolności religijnej po upadku komunizmu. Wtedy do kraju przybywały znane za granicą ruchy religijne takie jak np. Ko-

ściół Zjednoczeniowy Sun Myung Moona, Misja Czaitanii. Powstały także polskie ruchy, jak np. Niebo, Himavanti czy UFO-kult Antrovis –wymienia badacz.

Idziesz z nami?

Nowe ruchy religijne (także te niebezpieczne) pojawiają się również w przestrzeni artystycznej. Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie w 2022 roku zaprezentowała widzom spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego pt. „Next Level”. Twórcy próbowali odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie dołączają do sekt i czego w nich szukają. Sztuka prezentowała sylwetki kilku najbardziej znanych na świecie ugrupowań, a jej finał stanowiła scena zbiorowego, performatywnego samobójstwa, do którego zaproszono także publiczność. Okazało się,

fot. Freepik

że na pytanie „Czy idziesz z nami?” nie tak łatwo jest odpowiedzieć przecząco. O rozliczeniu z przeszłością i religijnym Ruchu Rodzin Nazaretańskich opowiada z kolei autobiograficzny spektakl-performance Hany Umedy pt. „Wiarołomna” zrealizowany w Teatrze Współczesnym w Szczecinie (2022). świat kina również obfituje w wątki sekciarskie oraz filmy dokumenty o funkcjonowaniu niebezpiecznych nowych ruchów religijnych. Jednym z nich jest „Jonestown” (2006) przedstawiający historię wspomnianej świątyni Ludu i zbiorowego samobójstwa ponad 900 wyznawców. Tematyka ta pojawia się także w literaturze i jej ekranizacjach. Na podstawie książki „Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary”, która ukazała się w Polsce nakładem Wydawnictwa Czarnego, w 2015 roku powstał film dokumentalny o ruchu religijnym scjentologii.

Też dałbym się nabrać Tematyka działalności sekt powróciła żywo do mainstreamu poprzez polską produkcję miniserialu „Niebo. Rok w piekle”. Reżyser Bartosz Blaschke podjął się ekranizacji książki Sebastiana Kellera

pt. „Niebo. Pięć lat w sekcie”, opartej na doświadczeniach autora z pobytu w Zborze Leczenia Duchem świętym „Niebo”. Sebastian (grany przez Stanisława Linowskiego), u boku charyzmatycznego guru (w tej roli Tomasz Kot), stopniowo przekracza kolejne kręgi piekielne nowego ruchu religijnego.

Pierwowzór postaci ma dziś ponad pięćdziesiąt lat i chociaż odszedł ze Zboru trzy dekady temu, doświadczenie „Nieba” odcisnęło na nim i jego życiu przytłaczające piętno. W powszechnym rozumieniu sekty wydają nam się być czymś nierealnym, odległym od naszego „racjonalnego” życia, a dla wielu są wręcz zjawiskiem abstrakcyjnym.

Zapytałam Stanisława Linowskiego, jakie są jego odczucia po przygodzie na planie serialu i czy zmieniło się jego postrzeganie tego typu ugrupowań. – Sebastiana poznajemy w momencie w chodzenia w świadomą dorosłość. Wtedy człowiek jest bardzo plastyczny, zmienia się względem tego, czego chce od niego środowisko i osoby, które go otaczają. Większość z nas ma w sobie dużo strachu i niepewności, chęci bycia zaakceptowanym – opowiada aktor. – To nie jest kwestia

– Żyjemy w czasach samotności, a to jest najlepsza atmosfera dla tych, którzy wyłapują słabsze jednostki i chcą mieć „rząd dusz” – mówi aktor Stanisław Linowski.

tego, co ma w sobie sekta, tylko tego, czego nie ma w sobie człowiek. Grupa daje nam dokładnie to, czego potrzebujemy w danym momencie, a potem wykorzystuje to przeciwko swoim wyznawcom –podkreśla Linowski. Serialowe doświadczenie bycia członkiem sekty sprawiło, że odtwórca roli Kellera inaczej patrzy na członków takich organizacji. – Czytając scenariusz, pomyślałem, że to musi być wyjątkowo słaba jednostka, że ten chłopak jest naprawdę pokiereszowany, bo kim trzeba być, żeby się dać na to nabrać? Dopiero lektura książki Sebastiana i innych świadectw, a potem obecność na planie sprawiła, że zdałem sobie sprawę, że ja również mam w sobie ten pierwiastek i też dałbym się nabrać… – dodaje.

Pierwiastek smutku

Religia przestaje odgrywać istotną rolę w życiu jednostki, na co zwraca uwagę dr hab. Piotr Czarnecki. – Teraz nic już nie przyciąga ludzi do religii, pokazują to statystyki – w większości wspólnot liczba członków maleje. Sekularyzacja postępuje, ludzie nie są zainteresowani religią, inaczej niż we wspomnianych latach 90. –tłumaczy badacz. Mimo tego, że

ugrupowania takie jak „Niebo” pozostają w cieniu przeszłości, nie powinny być nam obojętne. Nowe czasy to także nowe pułapki. Stanisław Linowski podkreśla, że serial Bartosza Blaschke to opowieść o nas samych. – To niesamowicie rażące odbicie lustrzane dzisiejszego świata. Wydaje mi się, że jesteśmy podatni na te manipulacje tysiąc razy bardziej niż w latach 90. – zauważa aktor. – Żyjemy w czasach samotności, a to jest najlepsza atmosfera dla tych, którzy wyłapują słabsze jednostki i chcą mieć „rząd dusz”. Wokół tego chłopaka zabrakło ludzi, więc może to jest lekcja dla nas, żebyśmy schowali na chwilę telefony i rozejrzeli się, zaczęli ze sobą rozmawiać – zachęca Stanisław. Jaką lekcję dało mu doświadczenie na planie zdjęciowym? – Zacząłem bardziej zwracać uwagę na ludzi. Wydaje mi się, że każdy z nas jest narażony na manipulację. Mamy w sobie pierwiastek smutku, samotności i wiele zależy od szczęścia, naszej kondycji i tego, czy w danym momencie nie trafimy na kogoś, kto to wykorzysta. Musimy sobie przypomnieć, że trzeba być czujnym i warto o siebie dbać – podsumowuje Stanisław Linowski. 

w iedza o śnie w pigułce

(nie) wyśpisz się w grobie

autorka: justyna arlet‑GłowacKa

Sen bywa niedoceniany, bagatelizowany i osnuty mitami, które często okazują się szkodliwe. Warto więc zastanowić się, jakie korzyści płyną z odpowiedniego odpoczynku oraz jakie są konsekwencje wynikające z jego niedoboru.

Współczesna gonitwa i szybki tryb życia spychają sen na przeciwległy biegun, przypisując mu marnotrawstwo czasu. Tymczasem dłuższy sen może wpływać nie tylko na jakość życia, ale także na jego długość. Nieprzespane noce to dług, którego odsetek nigdy nie uda nam się spłacić.

Sen stanowi nieodłączny element życia każdego człowieka i jest jego niezbędnym mechanizmem. Niezależnie od tego, jak bardzo umniejszalibyśmy jego rolę, i tak wrócimy do punktu wyjścia –musimy spać, bo rytm, w którym żyje nasz gatunek, towarzyszy ludziom od samego początku istnienia. – Tak jak inne organizmy na Ziemi, funkcjonujemy zgodnie z cyklem związanym z ruchem obrotowym planety. Cykl ten trwa dobę, regulując fazy snu oraz czuwania, ewolucyjnie związane ze światłem i ciemnością (a także ciepłem i chłodem) – tłumaczy dr Aleksandra Domagalik-Pittner, biofizyczka zajmująca się m.in. chronobiologią i wpływem światła niebieskiego na rytm okołodobowy, pracująca w Centrum Badań Mózgu UJ. – Głównym synchronizatorem naszego wewnętrznego zegara biologicznego jest światło, lecz istotne są również nasze nawyki, tj. pory posiłków czy życie społeczne. Gdy żyjemy zgodnie z rytmem dobowym, nasz organizm funkcjonuje prawidłowo. Problem pojawia się, gdy ten rytm zaburzamy, np. przesuwając porę snu lub go skracając, ale także pracując zmianowo, czy zmieniając strefy czasowe. Zaburzamy w ten sposób wiele procesów, które w naszym organizmie działają w synchronizacji z rytmem dobowym – podkreśla badaczka.

Znaczenie tego problemu zauważono m.in. w Danii po raporcie Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem. Przyznano wówczas odszkodowanie pracowniczkom nocnych zmian ze względu na raka piersi, który pojawił się u nich na skutek długotrwałej pracy zmianowej, zaburzającej naturalne rytmy organizmu.

Wyspany, czyli atrakcyjny

Lista korzyści płynących ze snu jest tak długa, że nie sposób wymienić wszystkich benefitów tego najtańszego leku dostępnego bez recepty. Lepsza odporność czy wydajniejsze działanie układu immunologicznego to tylko jedna strona medalu. Naukowcy podkreślają rolę snu przy leczeniu chorób psychicznych i PTSD, bo przespana noc skutecznie odziera nasze wspomnienia z trudnych emocji i pomaga je regulować. Okazuje się, że wyspany człowiek to człowiek nie tylko zdrowszy z medycznego punktu widzenia, ale także bardziej atrakcyjny w oczach innych, co pokazał szwedzki eksperyment „Beauty sleep” z 2010 roku. Wśród

kolejnych korzyści warto wymienić większą kreatywność oraz lepsze rozumienie i rozpoznawanie emocji, w przeciwieństwie do irracjonalności emocjonalnej, która objawia się nieadekwatnymi zachowaniami spowodowanymi przez utratę równowagi neuronalnej wskutek niedoboru snu. Niewyspany student ma mniejsze szanse na sukces w trakcie sesji, ponieważ zarwana noc utrudnia konsolidację wiedzy. Podobnie jest z rozwiązywaniem problemów –anegdota głosi, że Mendelejew ułożył swoją tablicę okresową, dopiero wtedy, kiedy po bezowocnych próbach położył się spać. Być może więc zalecenie, by „przespać się z problemem”, rzeczywiście ma naukowe uzasadnienie. – Przez

Sen stanowi nieodłączny element życia każdego człowieka i jest jego niezbędnym mechanizmem. Niezależnie od tego, jak bardzo umniejszalibyśmy jego rolę, i tak wrócimy do punktu wyjścia – musimy spać, bo rytm, w którym żyje nasz gatunek, towarzyszy ludziom od samego początku istnienia.

wiele lat sen był bagatelizowany przez naukowców i uważany za zbędny mechanizm. Jednakże coraz więcej badań wskazuje na ogromne korzyści z niego wynikające. Regeneracja i oczyszczanie (usuwanie toksyn), konsolidacja pamięci, utrwalenie nabytych umiejętności i wiedzy czy wzmocnienie odporności to tylko niektóre z nich – podsumowuje dr Aleksandra Domagalik-Pittner.

Krótszy sen – krótsze życie

Wiemy już, że sen to lekarstwo na wszystko, zastanówmy się więc, jakie są konsekwencje jego niedoboru. Jednym z najczęściej wymienianych zagrożeń jest zwiększone ryzyko zachorowań na… większość znanych nam chorób. Alzheimer, demencja, otyłość, cukrzyca typu 2, choroby serca, a do tego problemy z płodnością, poziomem testosteronu czy hormonów. Znajdziemy również badania pokazujące, że metastaza, czyli przerzuty nowotworowe, mogą być skorelowane z nieprzespanymi nocami. Pytania związane ze snem pojawiają się coraz częściej także w badaniach nad autyzmem oraz ADHD. – Niedobór snu wiąże się z podwyższonym ryzykiem chorób neurodegeneracyjnych, metabolicznych, sercowo-naczyniowych oraz zaburzeń psychicznych. Często też bagatelizujemy wpływ braku snu na funkcje poznawcze: koncentrację, pamięć, podejmowanie decyzji oraz na regulację emocji. W badaniach neuroobrazowych obserwujemy znaczne zmiany w funkcjono-

– Często bagatelizujemy wpływ braku snu na funkcje poznawcze: koncentrację, pamięć, podejmowanie decyzji oraz na regulację emocji. W badaniach neuroobrazowych obserwujemy znaczne zmiany w funkcjonowaniu mózgu po zaledwie jednej nieprzespanej nocy – zaznacza dr Domagalik Pittner.

waniu mózgu po zaledwie jednej nieprzespanej nocy – zaznacza dr Domagalik-Pittner.

Okazuje się, że efekty niewyspania oddziałujące na prowadzenie pojazdów mogą być porównywalne z działaniem alkoholu. U kierowców, którzy spali krócej niż pięć godzin, trzykrotnie (a czasem nawet pięciokrotnie) ryzyko spowodowania wypadku wzrasta. Takich danych dostarcza m.in. fundacja AAA, amerykańska organizacja non-profit, zajmująca się bezpieczeństwem transportu.

Warto wspomnieć także o ekonomicznych kosztach niedoboru snu, (liczonych w miliardach złotych. Przejawiają się one chociażby w mniejszej wydajności pracowników, większej liczbie wypadków przy pracy oraz częstszym i popełnianiem błędów. Według raportu „Sen Polaków. Straty dla gospodarki. edycja 2024” problemy ze snem kosztują naszą gospodarkę 8 mld zł rocznie.

Somnambulizm, elitarność i smartfony

Chociaż sen jest jednym z podstawowych procesów biologicznych i zarazem niezwykłym lekarstwem, niektórzy borykają się z jego zaburzeniami. Mimo zaawansowania współczesnej medycyny, choroby związane ze snem wciąż stanowią zagadkę, często nierozwiązywalną. Jedną z najrzadszych jednostek chorobowych, której nie jesteśmy w stanie wyleczyć, jest śmiertelna bezsenność rodzinna (ang. fatal familial insomnia, FFI). To dziedziczna neurodegeneracyjna choroba mózgu, wykryta u zaledwie kilkudziesięciu osób na świecie, która stopniowo odbiera człowiekowi zdolność snu i prowadzi do śmierci. Wśród innych zaburzeń możemy wymienić somnambulizm (pot. lunatyzm) czy narkolepsję – nadmierną senność w ciągu dnia, nagłymi napadami snu oraz epizodami nagłej utraty napięcia mięśniowego. Warto wspomnieć również o grupie ludzi, tzw. elicie snu (z ang. sleepless elite), której do prawidłowego funkcjonowania wystarczy

około sześciu godzin snu (a nawet mniej). Pozwala im na to mutacja genetyczna, jednak występuje ona niezwykle rzadko.

Czasem problemy ze spaniem fundujemy sobie sami, korzystając wieczorem z urządzeń elektronicznych. Zwraca na to uwagę również dr Domagalik-Pittner. – Smartfony i tablety używane tuż przed snem mogą go zaburzać. Po pierwsze, światło o krótkiej długości fali (tzw. niebieskie światło) hamuje wydzielanie melatoniny – hormonu regulującego rytm snu, który pomaga nam zasnąć. Po drugie, sama aktywność przed ekranem aktywuje nasz mózg: scrollowanie mediów społecznościowych, oglądanie filmów czy czytanie wia-

domości utrzymuje nas w stanie pobudzenia – zaznacza specjalistka. – Aby ograniczyć te negatywne skutki, wystarczy tylko (i aż!) odłożyć telefon. Najlepiej zrobić to przynajmniej na godzinę przed planowanym pójściem spać. Warto wtedy sięgnąć po książkę albo posłuchać muzyki –radzi naukowczyni.

Dług nieprzespanych nocy Wokół snu narosło wiele mitów powielanych w dyskursie społecznym, które kłócą się z obecną wiedzą naukową i bagatelizują znaczenie tego biologicznego i ważnego procesu. Wspomina o nich także dr Aleksandra Domagalik-Pittner. – Jednym z przykładów jest

traktowanie snu jako straty czasu i przekonanie, że można odespać zarwane noce. Znane powiedzenie „wyśpisz się w grobie”, czy skracanie snu w tygodniu z myślą o nadrobieniu go w weekend są w rzeczywistości bardzo szkodliwe. Niedobory snu z kolejnych nocy kumulują się (nazywamy je wtedy chronicznym deficytem snu) i prowadzą do zmian w naszym organizmie, przede wszystkim w mózgu, których nie da się odwrócić w ciągu zaledwie dwóch kolejnych dni – podkreśla naukowczyni. Według niektórych badań konsekwencje nieprzespanej nocy są widoczne nawet po roku. Nie możemy tak po prostu odespać tego, czego nie przespaliśmy. 

autorka: darIa KoPczyńsKa

Człowiek jak weneckie lustro

Wielowymiarowe dbanie o siebie czy legitymizowany egocentryzm? Sylwetka self‑made mana obecna w mediach wydaje się nie tyle otoczona kultem, ile stanowić archetyp dla zupełnie nowego sposobu, w jaki zaczęliśmy postrzegać własną tożsamość. Rodzi to wiele pytań o to, jak zmienia się stosunek społeczeństwa do życia i spontaniczności, a także o granicę, za którą idea self care zaczyna przeradzać się w ignorancję.

Kult sukcesu nie jest niczym nowym. Marzenia przesiąknięte amerykańskim snem o Wall Street stały się pierwowzorem dla formującej się w europie klasy aspiracyjnej. Powojennych i ustrojowych traumach – szczególnie tych, które upychały jednostkę w jednakowe betonowe m2 czy Fiata 126p –człowiekowi pozostało strzepać tynkowy pył z dłoni i szukać siebie w nowych obszarach. Kapitalizm, pozostający w namiętnym związku z kulturą masową, zdawał się stopniowo przejmować wszystkie narracje, a w Polsce społeczeństwo indywidualistyczne dopiero się rodziło. Najpierw z wizji

jednostki, gdzie kontury jej twarzy nie były zatarte, a przywierająca do pleców etykieta miała słaby klej – schodziła ze skóry łatwo i w jednym plastrze. Bo istniało tyle pytań bez odpowiedzi, gdy zastanawiano się nad naturą człowieka. Co wówczas definiowało jego wartość? Skuteczność. Ale na ile skuteczna była sama jednostka wychowana w realiach komunistycznej machiny? Kolektywizm i dopatrywanie się w nim serdeczności wywoływały w społeczeństwie podskórny, wzajemny resentyment. To przemęczenie, niczym sztuczne uśmiechy do rodzinnych

zdjęć i kwaśna atmosfera niedzielnych obiadów, sprawiało, że człowiek stopniowo tracił apetyt na życie, które zostało mu wytyczone. Mentalność „zrobię to sam” wyrasta więc na żyznych ziemiach demokratyzmu. Filmy gloryfikujące drogę „od zera do bohatera” od lat cieszą się wielką popularnością. „The Pursuit of Happyness” w reżyserii Gabriele Muccino czy „Rocky” Johna G. Avildsena przedstawiają sukces, który nie polega na wygranej, a na udowodnieniu swojej wartości. Wiara w tak rozumianą skuteczność – zindywidualizowaną i wynikającą z własnego wyboru – staje się pierw-

Z drugiej strony przejście między „ja zasługuję” a „mi się należy” bywa wyjątkowo płynne i wynika z nadinterpretacji reguł, które przyjęliśmy jako własne. Czy projektując siebie i swoje wszechświaty, nie ignorujemy czegoś znacznie ważniejszego –sedna, którego nie da się zamknąć w excelowskiej tabelce skuteczności i konieczności, jaką sami nałożyliśmy na siebie?

szym aktem zerwania z systemem, tylko po to, by wpisać się w nowy porządek, w którym to jednostka nadaje sens własnemu życiu. Każdy ma swoje „szklane domy”, a choć odpowiadające im „amerykańskie sny” intensywnie zasilały mit self-made mana, tej koncepcji nie trzeba sprowadzać wyłącznie do korporacyjnej wspinaczki.

Człowiek nowoczesny O samoregulacyjnym i jednocześnie aspiracyjnym podejściu człowieka do własnej tożsamości od lat dyskutują kultury, religie i filozofie, często dochodząc do wyraźnego konfliktu interesów. Z jednej

fot. Justyna Kopczyńska

strony nowoczesna wizja jednostki, zarządzającej sobą niczym planem biznesowym i ukierunkowanej na sukces, może wydawać się czymś naturalnym, a nawet zdrowym i wynikającym ze stanu dobrobytu, jaki osiągnęliśmy. Bo co może być złego w tym, że na nowo zdefiniowaliśmy własną skuteczność – co prawda w zgodzie z zinternalizowanymi oczekiwaniami płynącymi nie z zewnątrz, ale z wnętrza społeczeństwa? Uczymy się optymalizować wszystko: sen, obliczając fazę R e M, produktywność, a nawet relacje, kiedy to poszukujemy czasu dla bliskich w swoich napiętych wieczornych harmonogramach. Człowiek nowoczesny dobrze wie, że aby uniknąć wypalenia, nie może nieustannie odmawiać sobie wszystkiego. Wie również, że jest tylko człowiekiem – zna swoje potrzeby i granice. Potrafi zatem ułożyć się wygodnie gdzieś w szczelinie pomiędzy ascetyzmem a hedonizmem. Pojawia się jednak pytanie, czy to mapowanie służy rozwojowi, nadaniu swojemu życiu uporządkowanego

kształtu, czy może pełni wyłącznie funkcję kompensacyjną? Czy obsesyjną starannością o złotą proporcję sprzyjających nam działań, doświadczeń i wyborów nie czynimy ich instrumentalnymi? Mniej spontanicznymi? Nienaturalnymi – bo robimy coś, mówimy coś, idziemy gdzieś, tylko dlatego, że ten dany krok wpisuje się w nasz projekt, wielki i szlachetny plan stawania się. Granica między zdrowym egoizmem a nieuświadomionym oportunizmem pozostaje niejasna. To, że we własnych głowach jesteśmy dla siebie najważniejsi, nie budzi już kontrowersji.

Z drugiej strony przejście między „ja zasługuję” a „mi się należy” bywa wyjątkowo płynne i wynika z nadinterpretacji reguł, które przyjęliśmy jako własne. Czy projektując siebie i swoje wszechświaty, nie ignorujemy czegoś znacznie ważniejszego – sedna, którego nie da się zamknąć w excelowskiej tabelce skuteczności i konieczności, jaką sami nałożyliśmy na siebie? Ramy takiego myślenia bywają radykalne, sprowadzając świat

wyłącznie do tego, co odnosi się do nas samych i naszym potrzeb.

Dobro bezwiedne

A jednak zapomina się o tym, że przestrzeń, w której tak autonomicznie bytuje człowiek, rozrasta się poza jego perspektywę. Mnoży w sobie zjawiska, w obliczu których jednostka jest jedynie atomem, cieniem na ścianie, anonimową twarzą w kolejce, inicjałami na akcie urodzenia. Poza sekwencyjnością pragnień i potrzeb, nadwyrężonych pojemności emocjonalnych, sztuką wymuszonych uśmiechów i spektakularnych gestów istnieją przestrzenie, do których one nie docierają, gdyż nie noszą piętna. Poza ramą i formą istnieje inne życie. Cisza pomiędzy słowami, która należy do nikogo. Marszczenia jezior, których nikt nigdy nie policzy, szum odrębnych wątków i kontekstów, sięgające przechodnia jedynie strzępami dialogów. Przyjaźnie, miłości, resentymenty rządzące się własnymi prawami – w obcych tłumach, na prostopadłych ulicach,

definiowane tamtejszymi regułami, nie bardziej mylnymi niż te „tutejsze”. Nie sposób upchnąć w kalendarzu białych pasków słońca ani wszelkich perypetii codzienności: zagubionych portfeli, porzuconych parasoli, smutków, które pojawiają się mimowolnie. Być może sens nie wynika z nieustannego projektowania siebie i świata, lecz pojawia się obok – w tym, co niezamierzone. „Dobro ma znaczenie tylko wtedy, gdy jest bezwiedne” – mówi Anthony de Mello. Może podobnie jest z życiem.

Czasem więcej sensu odkrywamy, nie dopatrując się go świadomie, ale otwierając nasze okna pogodowe na optymizm, a harmonogramy na piękno. Nie doszukując się w nim siebie ani nie sięgając po potwierdzenia, wiadome i stałe odniesienia. Być może lepiej stracić się z oczu na chwilę. Nie patrzeć, by zobaczyć. Bo w końcu człowiek powinien wiedzieć, że jest tylko człowiekiem. A jego system – delikatna konstrukcja weneckich luster – łatwo ulega zniekształceniu. 

Studenckie przepiSy kulinarne

Podróż do Algierii – przepis na mule z krewetkami po algiersku

Czerwiec to idealny miesiąc, aby wpuścić do kuchni trochę słońca i egzotyki, które pozwolą choć na chwilę przenieść się w inne miejsce. Gdy wokół jest już zielono i świeżo, warto sięgnąć po dania lekkie, aromatyczne i pełne wyrazistych przypraw. Tym razem zapraszam w kulinarną podróż do Algierii.

Algierska kuchnia zachwyca prostotą, a jednocześnie bogactwem smaków – czosnek, pomidory, papryka i przyprawy tworzą intensywne, rozgrzewające kompozycje. Na wybrzeżu szczególne miejsce zajmują owoce morza, które w połączeniu z aromatycznym sosem nabierają wyjątkowego charakteru.

Dziś proponuję danie, które oddaje ten klimat bez konieczności wyjazdu – mule z krewetkami po algiersku. To szybka, efektowna potrawa, prosta w przygotowaniu, a jednocześnie pełna smaku, który przenosi prosto nad śródziemnomorskie wybrzeże.

Składniki:

y 500 g świeżych muli

y 400 g świeżych lub mrożonych krewetek

y oliwa z oliwek

y 200 g pomidorków koktajlowych

y 1 cebula

y 2 ząbki czosnku

y natka pietruszki y cytryna

y woda

y masło

y sól

y pieprz y cukier

y ostra papryka

Sposób przygotowania:

Przygotowanie dania rozpoczynamy od dokładnego oczyszczenia muli. Płuczemy je krótko pod zimną, bieżącą wodą i odrzucamy wszystkie otwarte muszle. Krewetki oczyszczamy (jeśli są świeże) lub rozmrażamy. Następnie dokładnie myjemy pomidorki koktajlowe i kroimy je na połówki. Cebulę obieramy i kroimy w kostkę. Kolejnym krokiem jest rozgrzanie oliwy na patelni oraz dodanie pokrojonej cebuli, przeciśniętego przez praskę czosnku oraz dwóch łyżeczek ostrej papryki.

Całość smażymy przez około trzy minuty, następnie dodajemy pomidorki, doprawiamy solą, pieprzem i szczyptą cukru, po czym delikatnie mieszamy. Wlewamy szklankę wody i dodajemy mule. Przykrywamy naczynie i gotujemy przez około siedem minut, aż muszle się otworzą.

Ugotowane mule wyjmujemy łyżką cedzakową i odkładamy na bok. Do powstałego, aromatycznego sosu dodajemy krewetki i gotujemy przez około pięć minut. Następnie dodajemy łyżkę masła, mieszamy, po czym ponownie wkładamy mule na patelnię i podgrzewamy wszystko jeszcze przez chwilę, aby smaki się połączyły. Gotowe danie przekładamy na talerz, posypujemy świeżą natką pietruszki i skrapiamy sokiem z cytryny.

Wskazówka:

Danie to rewelacyjnie smakuje podane z bagietką. Warto ją pokroić, skropić oliwą i delikatnie zapiec w piekarniku przed podaniem. Smacznego! 

autorka: olIWIa WójCIak

relac Ja z 19. edyc J i m a S tercard off camera

Kino, które kruszy mury

i łączy tłumy

Kraków na 10 dni stał się stolicą niezależnego kina. Czerwone dywany ustąpiły miejsca autentycznym emocjom, a festiwalowa gorączka objawiała się nie tylko na ekranach, ale także w gestach solidarności. Tłum wolontariuszy, 17 festiwalowych lokalizacji oraz program tak różnorodny, że każdy widz mógł w nim odnaleźć cząstkę siebie podczas Mastercard OFF CAMERA.

Mastercard OFF CAMERA to nie tylko seanse przyciągające tłumy, lecz przede wszystkim przestrzeń wykraczająca poza ramy kina i realnie docierająca do drugiego człowieka.

Uczestnicy docenili okazję do bezpośrednich spotkań z twórcami. Spotkanie z Wojciechem Smarzowskim i Marcinem Dorocińskim wypełniło salę po brzegi, a dyskusjom, anegdotom i wspólnym śmiechom nie było końca.

– To nie są hollywoodzkie, puste obrazy. Na ekranie widzimy ludzi z pasją i chęcią przekazu, a organizatorzy co roku wybierają prawdziwe perełki – ocenia festiwal pani Krystyna.

Festiwal to także rywalizacja. Krakowską Nagrodę Filmową Andrzeja Wajdy zdobyła Gabrielė Urbonaitė za film „Renovation”. W Konkursie Polskich Filmów Fabularnych triumfował „Klarnet” w reżyserii Toli Jasionowskiej. Nagrodę Female Voice odebrała Maria Wojtyszko, twórczyni „Miłych Kobiet”, a publiczność oddała swoje serca „Ministrantom” Piotra Do-

malewskiego. Doceniono również kunszt aktorski: najlepszą aktorką została Marta Nieradkiewicz („Trzy miłości”), a najlepszym aktorem Tomasz Ziętek („Wielka Warszawska”). Laur dla wschodzącej gwiazdy – nagroda Mastercard Rising Star – trafił do Tobiasza Wajdy. Co wolontariusze zapamiętali najbardziej z tegorocznej edycji? Magda, jedna z nich, zamiast odpowiedzi pokazała zdjęcie ogolonych na łyso Nikodema Rozbickiego i dyrektora festiwalu, Szymona Miszczaka. Ten bezkompromisowy gest solidarności z podopiecznymi fundacji Cancer Fighters stał się symbolem najnowszej edycji wydarzenia. Mastercard OFF CAM e RA to nie tylko seanse przyciągające tłumy, lecz przede wszystkim przestrzeń wykraczająca poza ramy kina i realnie docierająca do drugiego człowieka. 

Maja Janoszek, Maks Małota
autorka: Maja janoszeK

kulturalne dziennikarzy „wuJ a”:

Jak być buntownikiem?

Autor, amerykański psycholog organizacji i profesor na Wharton School Uniwersytetu Pensylwanii, zaczyna swoją książkę od tezy, że kreatywność i liderstwo nie są cechami wrodzonymi, ale można się ich nauczyć. Zachęca do stania się tytułowymi buntownikami, czyli osobami, którzy wykazują inicjatywę i kwestionują zastany „status quo”. Podpowiada również, jak przewidzieć, czy dany pomysł okaże się sukcesem. Przełamuje popularne mity – między innymi uświadamia, że podejmowanie ekstremalnego ryzyka wcale nie jest dobre i w przypadku nowatorskich projektów nie warto stawiać wszystkiego na jedną kartę. Pisze o sztuce jako źródle kreatywnych wglądów i zachęca, by

tworzyć jak najwięcej. Wyjaśnia, kim są „pionierzy” oraz „osadnicy” i dlaczego często bardziej opłaca się być w grupie tych drugich. Ostrzega przed myśleniem grupowym i nadmierną pewnością siebie. Tłumaczy, jak głośno wyrażać swoje opinie, a także w jaki sposób radzić sobie z lękiem i gniewem. Podkreśla, że należy konfrontować się z odmiennymi opiniami. Na końcu książki zamieszcza rady dla rodziców i nauczycieli dotyczące tego, jak wzmacniać w dzieciach poczucie niepowtarzalności oraz kształtować w nich odpowiedzialną postawę moralną. Treści zawarte w publikacji są wynikiem nie tylko eksperckiej wiedzy Adama Granta, ale opierają się na licznych badaniach naukowych. Autor

odwołuje się do historii znanych i cenionych osób, które wpłynęły na rzeczywistość ludzi wokół siebie, takich jak: Martin Luther King Jr., serbski aktywista polityczny Srđa Popović czy jedna z pierwszych amerykańskich sufrażystek –Lucy Stone. Dzięki temu pozycja jest wciągająca i ilustruje praktyczne przykłady tego, jak można zmieniać świat, nie głosząc jedynie pustych haseł. Alicja Bazan

Adam Grant, „Buntownicy. Jak kreatywni i odważni ludzie zmieniają świat”, wydawnictwo Mt Biznes, warszawa 2026

Piekło w niebie

Jak narodzili się bogowie?

Każdy z nas ma w sobie jakieś braki, bardziej wrażliwe przestrzenie i pytania, które pozostają bez odpowiedzi. Kiedy te bolączki trafiają na podatny grunt w postaci charyzmatycznych ludzi i pozornej akceptacji, nietrudno o tragedię. Polski serial „Niebo. Rok w piekle” to opowieść inspirowana prawdziwą historią Sebastiana Kellera (w tej roli Stanisław Linowski), młodego chłopaka, który trafia do Zboru Leczenia Duchem świętym „Niebo”. Ta wspólnota wyznaniowa, dzisiaj określana mianem sekty, działała w Polsce w latach 90., a jej najważniejszą postacią był Bogdan Kacmajor (filmowy Piotr grany przez Tomasza Kota). To właśnie jego rzekome zdolności uzdrawiania dotykiem i przewidywania przyszłości

„Bogowie i Roboty” to popularnonaukowa książka próbująca odpowiedzieć na pytanie, w jakim kierunku zmierza współczesny świat i czy rozwój sztucznej inteligencji może kiedyś doprowadzić do zastąpienia człowieka przez AI. Usiłując znaleźć odpowiedzi, autorka sięga do starożytności i przywołuje postacie z greckich legend, takie jak Dedal, Hefajstos, Medea i Pandora, którzy tworzyli sztuczne byty imitujące to, co żywe i zrodzone. Adrienne Mayor pokazuje, że marzenia o kreowaniu życia i budowaniu automatów towarzyszą ludzkości od tysięcy lat. Autorka stara się udowodnić, że dawne opowieści można potraktować jako punkt wyjścia do refleksji nad automatami, mechanizmami oraz tworzeniem sztucznych form ży-

przyciągnęły Sebastiana do tego środowiska.

Obiecane „niebo” stało się dla młodego bohatera drogą przez mękę i piekłem, które pozostawiło w nim nieodwracalne piętno. Chociaż Sebastian ma dziś 54 lata, czas spędzony w sekcie nie pozwala mu zapomnieć o przeżytym cierpieniu. Produkcja oddaje głos ofiarom „Nieba” i przybliża Polakom historię z naszego podwórka, która mogła przytrafić się każdemu, bez względu na wykształcenie czy status społeczny. To także cenna lekcja dla nas wszystkich: lekcja pokory, empatii, uważności i ostrożności. Choć sekty swój „złoty wiek” mają już za sobą, to internet jest dzisiaj przestrzenią pełną samozwańczych guru od

cia. Mayor odwraca znaną sentencję chrześcijańską: „zrodzony, a nie stworzony”. W tej popularnonaukowej opowieści to byty stworzone, a nie zrodzone, grają pierwsze skrzypce.

Sporo miejsca poświęcono potencjalnym zagrożeniom płynącym z coraz szybciej rozwijającej się technologii oraz niebezpieczeństwom wynikającym z niewłaściwego wykorzystywania AI. Co interesujące, autorka wskazuje również, że wiele motywów obecnych w literaturze i filmach science fiction – w tym lęk przed sztuczną inteligencją – ma swoje korzenie w mitach.

Ta popularnonaukowa pozycja, choć momentami może przytłaczać objętością i bogactwem analiz, pokazuje, jak marzenia, które

samoakceptacji oraz ugrupowań obiecujących, że odmienią nasze życie. Twórcy zwracają także uwagę na znaczenie międzyludzkich relacji, potrzebę akceptacji, bycia słyszanym i zauważonym. Wszyscy mamy swoje słabości, bardzo ważne jest, żeby zdawać sobie z nich sprawę i mieć wokół siebie ludzi, na których możemy liczyć. Wtedy żadne „Niebo” nie będzie nam potrzebne.

Justyna Arlet Głowacka

„niebo. rok w piekle”, reż. Bartosz Blaschke, Polska 2025–2026

kiedyś pozostawały jedynie fikcją, stopniowo stają się rzeczywistością. Zachęca do refleksji i ostrożności wobec tego, jak wiele czasu spędzamy w sieci oraz jak wiele informacji o sobie powierzamy chatbotom i nowoczesnym technologiom. To dzieło, po które zdecydowanie warto sięgnąć i poświęcić mu kilka wieczorów. Trzeba jednak przygotować się na to, że nie będzie to lektura ani łatwa, ani lekka.

wiktoria Piwowarska

Adrienne Mayor, „Bogowie i roboty. Jak ludzie starożytności wymyślili sztuczne życie?”, wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2026

Odejście

po cichu

Cienie transformacji

Kolejne desperackie poszukiwanie bliskości, następna tragedia i rozpaczliwy krzyk samotności. Chińska pisarka Lu Min zabiera nas do azjatyckiego świata, w którym głos jednostki tłamszony jest przez społeczną presję i pęd codzienności.

„Być może się wydarzyło” to nie tylko historia śmierci, ale także diagnoza chińskiego społeczeństwa. Oczy zamglone blaskiem ekranów, nieobecność oraz pusta egzystencja pozbawiona celu, marzeń i radości życia. Zatomizowane i zindywidualizowane jednostki zatraciły w sobie empatię, a jednak wciąż z desperacją poszukują bliskości.

W latach 90. autor tej książki zostałby posądzony w Polsce co najmniej o irracjonalizm. Nawet w 2012 roku, gdy ukazało się pierwsze wydanie „Patologii transformacji”, wzbudziło ono niemałe kontrowersje i wpisało się w coraz głośniejszą dyskusję, która wcześniej była ledwie słyszalna. Prof. Witold Kieżun w przekrojowej, świetnie napisanej publikacji wskazuje bowiem na ciemną stronę polskiej transformacji ustrojowej, która po upadku reżimu komunistycznego przyjęła formę neoliberalnej fali mającej wprowadzić w Polsce zachodnie standardy gospodarcze, kulturowe i społeczne. Wielu ocenia ten proces pozytywnie – wszak dzisiaj, niemal cztery dekady po upadku komunizmu, Polacy dołączyli do grona najzamożniejszych narodów świata, dokonując przy tym ogromnego skoku cywilizacyjnego i wkraczając z impetem, cytując prof. Marcina Piątkowskiego, w erę „złotego wieku”.

„Czarownice” Jakuba Lubowicza i Jakuba Szydłowskiego, inspirowany nie tyle samym dramatem Arthura Millera, co opisanymi w nim wypadkami, to pierwszy autorski musical w historii Krakowskiego Teatru VARI e T e

Historia związana jest z wydarzeniami, które w 1692 roku wstrząsnęły Salem. W noc wiosennego przesilenia niewinna zabawa młodych dziewcząt, zafascynowanych opowieściami niewolnicy Tituby o wróżbach z patyków i muszelek, zostaje szybko przerwana przez miejscowego pastora oraz uznana za przejaw działania sił nieczystych. Aby uniknąć kary, dziewczęta zaczynają wskazywać kolejnych rzekomych wspólników diabła. Oskarżenia prowadzą do

Historia Mimi zaczyna się od jej końca – cichego samobójstwa, którego zagadkę próbuje rozwiązać ambitny dziennikarz. Próby wytłumaczenia tego aktu rozpaczy rozbijają się o ścianę obojętności ludzi otaczających bohaterkę. Anonimowi sąsiedzi, „przyjaciółka”, która raczej nie zasługuje na to miano, partner zaspokajający jedynie potrzeby seksualne, nieobecni rodzice. Życie toczy się dalej, pędzi – nie wiadomo dokąd… Autorka noweli diagnozuje obojętność, bezsilność, utratę sensu, a przede wszystkim samotność w cyfrowym świecie, której ciężar zdaje się nie do uniesienia. W dobie popularności komunika-

To wszystko prawda. Jako kraj dogoniliśmy Zachód, jednak przywołując kolejne narracje sukcesu i pokazując wykresy z zielonymi strzałkami wzrostu gospodarczego, nierzadko zapomina się o tych, którzy na polskiej transformacji przegrali – oraz o tym, dlaczego tak się stało. Właśnie tym aspektom przygląda się prof. Kieżun. Autor pokazuje, że naprędce planowane zmiany, inspirowane amerykańskimi koncepcjami, nie uwzględniały wystarczająco skali potencjalnych szkód społecznych, mogących wynikać z „terapii szokowej”. Skutki takiego myślenia okazały się dla dużej części społeczeństwa bardzo dotkliwe: rosnące bezrobocie, rozpad relacji społecznych, upadek wielu przedsiębiorstw i deklasacja.

Autor szczegółowo przygląda się przyczynom tego wstrząsu. Analizuje proces radykalnej prywatyzacji firm, krytycznie ocenia merytoryczne przygotowanie polskich elit, w tym decyzje eko-

zbiorowej histerii, a zdrowy rozsądek próbuje opierać się narastającej fali absurdalnych oszczerstw. Losy kobiet oskarżonych o czary to jedna z najciemniejszych plam w dziejach zachodniej cywilizacji. Zwłaszcza, że żadnymi czarownicami nie były, a zabobony i strach przed nieznanym doprowadzały często do ich śmierci. Spektakl Szydłowskiego i Lubowicza nie tylko pokazał brutalność tamtych zdarzeń, ale również wziął pod wątpliwość, kto tak naprawdę był ofiarą, a kto katem.

Na scenie można będzie zobaczyć całą plejadę największych gwiazd polskiej sceny musicalowej: Małgorzatę Chruściel, Julię Totoszko, Pawła Milewicza czy Jakuba Szyperskiego.

tora WeChat chińskie społeczeństwo walczy o uwagę, sławę i pieniądze. Tu nie można pozwolić sobie na przeciętność. Gdzie w tym wszystkim jesteśmy my sami? To pytanie o obecność, wartości, cenę sławy, o rozpad relacji oraz o to, czy w tym wyścigu donikąd potrafimy jeszcze dostrzec drugiego człowieka. Jak czytamy na tylnej okładce, zniknięcie Mimi to „nie jednostkowy dramat, lecz głos całego pokolenia”.

Justyna Arlet Głowacka

Lu Min, „Być może się wydarzyło”, wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2026

nomiczne wykonawców transformacyjnego planu. Prof. Kieżun nie jest jednak bezwarunkowym krytykiem zmian. Ma świadomość, że Polska na transformacji długofalowo skorzystała, ale zaznacza, że stało się to dopiero po wielu latach od rozpoczęcia przebudowy systemu gospodarczego. W tym czasie wiele polskich rodzin wyraźnie zubożało, a liczne branże zostały zdominowane przez zagraniczny kapitał, wypychający rodzime biznesy.

„Patologia transformacji” to cenna lektura dla tych, którzy chcieliby głębiej poznać proces polskiej zmiany ustrojowej. Nie tylko jej blaski, ale również liczne cienie. Adrian Burtan

Prof. witold Kieżun, „Patologia transformacji”, wydawnictwo Prześwity, warszawa 2025

Realizacja musicalowa „Czarownic” przemawiają do widza w inny, alegoryczny sposób. Jak podkreślają sami twórcy, choć współcześnie żyjemy w innych czasach niż bohaterowie spektaklu, w globalnym świecie mediów i sztucznej inteligencji zbiorowa psychoza czai się pod powierzchnią poprawności. Czy historia z Salem na pewno opowiada o czarownicach?

A co, jeśli kryje się za nią diagnoza ciągle istniejących ludzkich uprzedzeń i lęków?

Martyna Lalik

„Czarownice”, reż. Jakub szydłowski, Krakowski teatr VAriete, Kraków 2026

autorka: agata kurzepa

autor: MiKołaj CeMbaluk

autorka: eMIlIa Czaja

autor: luCjan Kos

Kolor

Juwenaliów Krakoskich

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook