Page 1

1


2


Dominika Kowal

Szympans Bubbles i jego pan. O małpach i ludziach. promotor: prof. ASP Joanna Kaiser × dyplom 2012 ×


Szympans Bubbles i jego pan. O małpach i ludziach.

Moja decyzja o wyborze tematu pracy dyplomowej zapadła 2 lata temu, gdy odbywałam stypednium na uczelni Bauhaus w Weimarze. Byłam wówczas studentką wzornictwa i rozpracowywałam model porcelanowej obudowy do pilota telewizyjnego. Jednocześnie zastanawiałam się, jaki temat jest lub mógłby stać się dla mnie na tyle intrygujący rysunkowo i merytorycznie, bym mogła go z zainteresowaniem zgłębiać przez kolejne miesiące pracy. Pomyślałam wtedy, że lubię małpy i chętnie nawiążę z nimi poważną relację. Małpy są podobne do ludzi. Ich mimika i gesty bywają tak zbliżone do naszych, że nieraz trudno się oprzeć złudzeniu, że to jakiś człowiek został uwięziony w owłosionym małpim ciele, a teraz tam siedzi, oczekując, że ktoś go odczaruje, rozpoznawszy w jego zachowaniu ludzkie nawyki. Czasem przytrafi mu się wielkie ciało goryla, który z niezgrabnym trudem przemieszcza się po ciasnym akwarium krakowskiego zoo, innym razem ma więcej szczęścia i staje się zwinnym gibonem, skaczącym swobodnie po drzewach lasu tropikalnego. Złudzenie człowieczeństwa w małpach jest tak prowokujące, że ludzie wciąż podejmują próby zaprzyjaźnienia się z nimi na tych samych zasadach, jakie obowiązują w relacjach międzyludzkich. Jednym z bardziej znanych publicznie przykładów takiego związku jest duet Michaela Jacksona i szympansa Bubbles’a uwieczniony w porcelanowych rzeźbach Jeffa Koonsa (wystawa „Banality”, 1988). Bubbles mieszkał z Jacksonem, jeździł z nim w trasy koncertowe i towarzyszył w życiu codziennym. Na niekorzyść muzyka przyczyniło się to do utrwalenia opinii o jego ekscentryzmie. Opiekował się szympansem przez kilkanaście lat, jednak po narodzinach swojego syna - w czasie, kiedy Bubbles przechodził burzliwy okres dojrzewania, stał się agresywny i zaczął stanowić zagrożenie dla rodziny, oddał go do ośrodka. Jackson nie pozostaje jedyny w gronie muzycznych królów, którzy podjęli próbę hodowania albo raczej wychowywania szympansa. Elvis Presley także miał wśród człeko4


kształtnych własnego pupila imieniem Scatter. Historie adopcji małp przez ludzi miewają różne finały, jednak najczęściej kończą się fiaskiem. W tygodniku „Polityka” z 9. listopada 2009 r. opublikowano artykuł Marzeny Nowakowskiej pt. „Planeta bez małp”. Tekst traktuje o alarmującym spadku liczby szympansów, która w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat skurczyła się pięciokrotnie. Nowakowska poza opisem rzezi małp, które są zabijane, by zaspokoić głód zubożałego kongijskiego społeczeństwa, podejmuje problem sprzedaży szympansów z Afryki centralnej do Europy i USA. Pisze: „Początkowo mała małpka pełni rolę maskotki, z czasem zaczyna sprawiać poważne kłopoty. Nabiera krnąbrności niekochanego nastolatka, co w połączeniu z siłą mięśni trzykrotnie większą niż ludzka i potężnymi kłami gwarantuje problemy.” W latach 60. i 70. XX w. amerykański antropolog Louis Leaky objął swoim patronatem działania trzech młodych miłośniczek zwierząt (później wybitnych prymatolożek), badających małpy człekokształtne: Jane Goodall – szympansy, Diane Fossey – goryle i Birute Galdikas – orangutany. Jane Goodall w roku 1960. wprowadziła się do rezerwatu Gombe w Tanganice. Nie miała wówczas żadnego doświadczenia naukowego. Żyjąc w bezpośrednim sąsiedztwie z szympansami, zapoczątkowała serię przełomowych odkryć, które wstrząsnęły światem. Zauważyła na przykład, że szympansy jedzą mięso. Do tej pory sądzono natomiast, że wszystkie małpy są roślinożerne. Spostrzegła również, że, podobnie jak ludzie, używają narzędzi, a co więcej – potrafią samodzielnie je wytworzyć. Posługują się źdźbłem trawy do wyławiania termitów i mrówek oraz piją z liści, pełniących funkcję kubków. Wyniki badań Goodall znacząco pomniejszyły różnicę w wyobrażeniu inteligencji i kultury w świecie ludzi i szympansów. Louis Leaky żartobliwie podsumował jej odkrycia, mówiąc: „Musimy albo na nowo zdefiniować „narzędzie” i „człowieka”, albo uznać szympansy za ludzi”. Małpy człekokształtne stały się również przedmiotem zainteresowań w zakresie lingwistyki. W 1967 r. Allen i Beatrix Gardner z Uniwersytetu Nevady podjęli się przeprowadzenia tzw. „Projektu Washoe”, polegającego na adopcji nowonarodzonej samicy szympansa i wychowaniu jej w takich warunkach jak własne dziecko. Washoe miała w domu własny pokój, a w nim kanapę, szafkę, lodówkę, łóżko z prześcieradłem i kocem, zabawki, ubrania, grzebień i szczoteczkę do zębów, którymi umiała się posługiwać. Spędzała czas podobnie jak ludzkie dziecko - na wypełnianiu drobnych obowiązków domowych, nauce, zabawach na podwórku i aktywnościach w towarzystwie przybranej rodziny. Opanowała ok. 350 wyrazów z zakresu języka migowego, których potem uczyła zaadoptowanego syna Loulisa. Na ich bazie potrafiła tworzyć własne kombinacje słowne służące opisywaniu rzeczywistości. Raz, ujrzawszy łabędzia, powiedziała „woda” i „ptak”. Nie znała bowiem wyrazu „łabędź”. Joan Dunayer (adwokat 5


zajmująca się prawami zwierząt) uznała, że w odniesieniu do niebagatelnych trudności ludzi w opanowywaniu mowy zwierzęcej, postępy Washoe są wysoce imponujące. Psycholog Roger Brown z Uniwersytetu Harvarda stwierdził zaś, że to doświadczenie było dla niego jak dostanie sygnału S.  O. S. z przestrzeni kosmicznej. Washoe wykazywała się wysoką samoświadomością i dojrzałością emocjonalną, a także niektórymi reakcjami typowymi dla człowieka. Gdy przez jakiś czas osoby zwykle przy niej obecne się nie zjawiały, dąsała się i przy następnym spotkaniu była wobec nich zdystansowana. Jedna z jej opiekunek – Kat – przez wiele tygodni nie przychodziła, co było spowodowane komplikacjami ciąży i poronieniem. Kiedy w końcu wróciła do pracy, szympansica gniewała się. Kat zdecydowała się wyjawić przed nią prawdę i powiedziała: „moje dziecko umarło”. Washoe wówczas spuściła wzrok, po czym ostrożnie spojrzała na opiekunkę i z nabożną uwagą pokazała „płakać”. Dotykając swojego policzka narysowała drogę ludzkiej łzy (szympansy nie ronią łez). Kat wyznała później, że to wydarzenie dało jej poczucie głębokiej więzi i emocjonalnego porozumienia z Washoe, które miały dla niej znacznie większą wartość niż wszystkie dotychczasowe postępy lingwistyczne. Washoe nie była szympansem odosobnionym, tj. nawiązała przyjaźnie nie tylko z ludźmi, ale także z innymi szympansami. Jej koleżanka o imieniu Moja, która również była szkolona w języku migowym, podobnie jak Washoe potrafiła samodzielnie wymyślać własne kompilacje słowne. Chcąc wskazać termos, którego nazwy jeszcze nie znała, użyła wyrazów „metal cup drink”. W 2011 r. na ekrany kin wszedł film Jamesa Marsha pt. „Projekt Nim”, ukazujący dokumentację jednego z podobnych eksperymentów naukowych z lat 70. Szympans Nim Chimpsky stopniowo opanowywał nowe słownictwo i uczył się ludzkich manier. Potrafił klarownie wyrażać swoje potrzeby, komunikując np.: „hug me Nim” czy „finish hug Nim”. Niektórzy z często zmieniających się opiekunów, wśród których znaleźli się także ochotnicy – amatorzy, nie potrafili się oprzeć pokusie, by traktować szympansa jak zwyczajnego kumpla. Jeden z nich wyznał: „Nim lubił sobie wypić i zapalić jointa tak samo jak my”. Herbert Terrace – inicjator tego projektu badawczego – nie był jednak zadowolony z efektów eksperymentu, ponieważ Nim nie przewyższył swoimi osiągnięciami umiejętności wcześniej szkolonej lingwistycznie szympansicy Washoe. Naukowiec szukał lepszych metod, przekazując Nima z rąk do rąk i wypróbowując coraz to bardziej restrykcyjne sposoby nauczania. W końcu ogłosił niepowodzenie eksperymentu i bez skrupułów porzucił zwierzę, które wylądowało w zoologicznym Alcatraz – nowojorskim laboratorium medycyny doświadczalnej. Historię tak komentuje Michał Oleszczyk w swojej recenzji filmu na łamach Portalu Filmowego: „Na tym etapie Nim nie był przyzwyczajony do obecności innych szympansów – mentalnie bliżej było mu do Kaspara Hausera niż do faktycznych pobratymców – co zaowocowało 6


alienacją i depresją. W błyskawicznym tempie mordka Nima zmieniła się w karykaturę twarzy starego, zgorzkniałego człowieka. (...) To, co zaczyna się jak hipisowsko – disnejowska fantazja o rodzince adoptującej szympansa i zmieniającej go w znaną z setek pocztówek parodię człowieka – odzianą w artefakty naszej codzienności (pieluchy, baseballówki, etc.) – kończy się rozpaczą zwierzęcych oczu wpatrzonych w obiektyw: niezdolnych do płaczu, ale pełnych głębokiego wyrzutu.” Oleszczyk podsumowuje, stwierdzając: „Podobnie jak „King Kong” – najsłynniejsza ekranowa opowieść o nieudanej podróży człekokształtnego w świat ludzi – tak i „Projekt Nim” Jamesa Marsha jest przede wszystkim historią złamanego serca.” Przykładów małp, które opanowały umiejętność posługiwania się ludzkim językiem poza szympansami można szukać także wśród innych człekokształtnych. Samica goryla imieniem Koko opanowała rozumienie ponad 1000 wyrazów z zakresu języka migowego i ok. 2000 mówionego języka angielskiego. Wykazała się zdolnością do tworzenia własnych struktur słownych, mówiąc „palec” i „bransoletka”, gdy chciała wskazać obrączkę, której nazwy nie znała. Poza rozumieniem mowy ludzkiej, Koko zaadaptowała też inne zachowania typowe dla człowieka. Udokumentowano, że jako jedna z kilku nie - ludzi w historii hodowała własne zwierzęta. Miała kilka kotów, które sama wybrała spośród czworonogów żyjących na śmietniku. Jednym z nich był przedstawiciel rasy Manx, jaka charakteryzuje się brakiem ogona. Z racji osobliwej fizjonomii, nazwała go imieniem „All Ball”. Troszczyła się o podopiecznego niczym o małe gorylątko. Gdy kilka miesięcy później kot zginął pod kołami samochodu, Koko przeżyła rozpacz. Pewien bonobo (szympans karłowaty) imieniem Kanzi, rozwijający się pod opieką amerykańskiej psycholożki i prymatolożki Sue Savage-Rumbaugh, przejął od Koko znajomość kilku wyrazów, kiedy oglądał nagrania wideo z dokumentacją językowych postępów gorylicy. Kanzi nauczył się także porozumiewać za pomocą klawiatury z lexigramami i rysować ich odpowiedniki kredą na podłodze. Fragmenty archiwów filmowych ukazujące jego postępy Sue Savage-Rumbaugh przedstawiła w ramach wykładu na konferencji TED. Podczas wędrówek po lesie ze swoją opiekunką Kanzi nosi plecak, a do jego ulubionych czynności należy rozpalanie ogniska przy użyciu zapalniczki. Gdy płomyk jest uregulowany, nadziewa na patyk pianki marshmallows i podpieka, wiedząc, że po obróbce termicznej smakują znacznie lepiej. Moim nieobiektywnym zdaniem wszystko to nie należy jednak do najbardziej spektakularnych osiągnięć tego beztroskiego bonobo. Ma jeszcze jeden niestandardowy talent, który przysparza mu entuzjazmu szerokiej publiczności. Podczas obserwacji Kanziego, kiedy z joystickiem w dłoni stoi przed monitorem i sprytnie pokonuje przeszkody planszy słynnej gry zręcznościowej Pacman, trudno powstrzymać się od śmiechu, podziwu i niedowierzania. 7


*

Nie przypuszczałam, że mój romans z małpami stanie się taki poważny. Powinnam wziąć sobie do serca przykład Margaret Jones – bohaterki filmu „Max, mon amour” – która nie potrafiła oprzeć się urokowi ujmującego szympansa. U mnie zaczęło się całkiem niewinnie: wycieczka do zoo, pamiątkowe zdjęcia – zwierzęta zawsze prowokują, by wziąć do ręki aparat – niezależnie od tego czy stanowią temat pracy dyplomowej, czy nie. W zoo trudno byłoby się skupić na rysowaniu, wszak małpie figle skutecznie odwracają uwagę od białej kartki szkicownika. Pierwsze szkice powstały więc po cichutku – w domu zupełnie wolnym od zwierzęcej wrzawy. Początkowe studia pojedynczych gibonów, goryli i rozczochranych orangutanów miały surową kompozycję. Najpierw wystarczał ciekawy grymas mordki czy niezwykle ludzka poza – radosnego dzieciaka, troskliwej matki, strapionego myśliciela czy schorowanego starca. Na tym etapie rysunkom towarzyszył kameralny format, wewnątrz którego moi bohaterowie dobrze się czuli w swoich niewymuszonych pozach. W którymś momencie przyszło mi do głowy, że moje małpy zasługują na serię prawdziwych portretów. W sieci wiodą prym zabawno infantylne fotografie zwierząt, na których psy, koty czy małpy udają ludzi, przyodziane w sweterki, okulary i czapeczki – wszystko w zestawie ze słodką minką. Postanowiłam iść na ratunek małpiemu honorowi i przywrócić im godność, tworząc portrety duże, dostojne i poważne. Wykonałam kilka takich prac, przy okazji których poznałam twórczość Franka Noelkera – fotografa zwierząt i autora serii portretów szympansów okrutnie doświadczonych przez los, a po latach wybawionych przez kanadyjską Fundację Fauny, by dożywać spokojnej starości w przytulnym rezerwacie w Quebecu. Osiemnaście wrażliwych portretów autorstwa artysty, który cierpliwie wsłuchał się w tragiczną historię osiemnastu bohaterów o przejmująco smutnym spojrzeniu – fotografie Noelkera były zbyt mocne, by z nimi konkurować. W kolejnym etapie rozpoczęłam eksperymenty z kolorem – umiejętność posługiwania się nim uważam za swoją mocną stronę, mimo tego w większości prac starałam się go poskromić na korzyść rozwiązań graficznych, które ustanowiłam swym nowym wyzwaniem. Kolor wkraczał do akcji, kiedy czułam się znużona wnikliwym studiowaniem możliwości węgla drzewnego. Sucha i tłusta pastel, ekolina, tusze oraz kolorowe arkusze papieru pomogły mi ujrzeć małpy w nowych barwach. W wielu przypadkach powielałam poprzednie rysunki, nadając tym samym kompozycjom nowy charakter. W ten sposób powstało kilka krótkich serii z udziałem tych samych bohaterów w nie8


zmienionych pozach, ale w nowym wydaniu. Ten system pracy pozwolił na swobodne próby, przysparzając mi dużo radości. Małpy zostały zmultiplikowane, ale nie sklonowane. Poszczególne grupy szympansów czy orangutanów są sobie bliskie jak rodzeństwo - trochę się ze sobą kłócą, jednocześnie wzajemnie dopełniając. Kilka miesięcy od pierwszego razu zdecydowałam się w relacji z małpami pójść o jeden, a nawet dwa kroki dalej. Ta myśl wprawiała mnie w ekscytację. Pojechałam do północnego Maroka i udałam się do rezerwatu magotów, czyli makaków berberyjskich na Górze Gourgou w północno – zachodnim paśmie Gór Atlas. Tamtejsze małpy pełnią funkcję lokalnych celebrytów, które świadome zainteresowania, jakie budzą, bez skrupułów wykorzystują swoje możliwości. Wysiadłszy z autobusu, poddałam analizie przywieziony ekwipunek. Z zawodem odkryłam, że moje zapasy prowiantu nieopatrznie skurczyły się podczas podróży do niezwykle skromnych rozmiarów, co stanowiło w tych okolicznościach dramatyczną przeszkodę. Do pokonania pierwszej bariery w relacji z makakami niezbędne mi było jedzenie, bo – co każda babcia potwierdzi – do serca tylko przez żołądek. Plan spaliłby na panewce, gdyby nie moja mama, która jak zwykle przyszła z pomocą we właściwym momencie. Po chwilowym, ale dłużącym się procesie poszukiwawczym, który wszczyna zawsze, ilekroć usiłuje wydobyć coś ze swojej przepastnej torby, mama wysupłała w końcu lekko zmęczonego podróżą banana – idealną kartę przetargową do przełamania pierwszych lodów w relacji z makakami. Uzbrojona w smakołyk, ochoczo ruszyłam na podbój serc obywateli rezerwatu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy najmniejszy z nich w mgnieniu oka wyrwał mi z ręki owoc, wcale nie czekając aż go obiorę i podzielę między kilku osobników. Skórkę zręcznie zdjął sam, po czym pożarł banana, wcześniej oddaliwszy się ode mnie na bezpieczną odległość. Przez parę minut stałam zawiedziona, jednocześnie obserwując scenkę z udziałem grupy pozostałych turystów, których życzliwość na moich oczach była niecnie wykorzystywana przez makaki. Okazało się, że opiekunowie rezerwatu byli przygotowani na odwiedziny gości i mieli w zapasie wielki wór z orzeszkami ziemnymi. Hojnie obdarowali nimi przybyłych, by ci oddali je zwierzętom, które tylko w ten sposób dawały się zwabić, przerywając zabawę na drzewach. Magoty błyskawicznie sięgały po nasiona w taki sposób, by, w miarę możliwości, nie dotknąć ręki człowieka, jakby ta parzyła lub miała jakieś toksyczne właściwości. Niebacznie rozsypane orzeszki wybierały z małpią zręcznością spośród żwiru, którego kamyczki niemal nie różniły się kolorem i rozmiarem od fistaszków obranych ze skorupek. Doświadczenie w rezerwacie uświadomiło mi, że moja relacja z małpami opiera się na jednostronnym uczuciu i muszę się z tym pogodzić. Przy tym wszystkim istniał istotny argument przemawiający za rozgrzeszeniem zuchwałej postawy makaków berberyjskich - jest to gatunek wysoce zagrożony i na pewno właśnie z tej przyczyny jego przedstawiciele, którzy się jeszcze ostali, muszą dbać o swoje interesy i nie przebierają 9


w środkach, walcząc o swoje. Na odchodne zrobiłam magotom obfitą serię zdjęć i wsiadłam do autobusu. Moje rysunki z czasem osiągały coraz większe rozmiary. Ta tendencja szła w parze ze zmianą pomysłu na kompozycję. Dotąd sylwetka i ekspresja gestów stanowiły trzon moich zainteresowań, a po kilkunastu tygodniach pracy coraz bardziej absorbowała mnie przestrzeń funkcjonowania bohaterów planu. Inaczej jawił się małpi świat pod postacią realnego lasu, a inaczej z perspektywy niewielkich pomieszczeń w krakowskim zoo, które starają się udawać prawdziwe plenery zwierzęcych wybiegów. Panuje tu atmosfera skrajnego zagęszczenia. Skręcone z włókien liny naśladują liany, a półki zamontowane na surowych ścianach - półki skalne. Rozrośnięta rodzina pawianów mrowi się w spójnej grupie, wyglądając jak jeden organizm z wieloma mackami, które raz po raz ujawniają się w poszukiwaniu nieoczyszczonego fragmentu sierści do wyiskania. Przy ścianie dwie małpy bezwstydnie ze sobą kopulują, ignorując przy tym osobniczkę, która bezskutecznie usiłuje do nich dołączyć. Tuż obok maleńki pawian przystawia nos do szyby, racząc mnie swoim urokiem, a następnie urządza akrobatryczny popis, z dziecięcą niezgrabnością fikając koziołki. Zwykle w mojej dotychczasowej karierze rysunkowej nie wykraczałam poza format 100 x 70 cm. Teraz postanowiłam zmierzyć się z arkuszem 150 x 130 cm. Na początku największą trudnością był dla mnie wydłużony czas powstawania pracy. Nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie zobaczę pełny rysunek. Ponadto przy tym formacie musiałam się pilnować, by poszczególne fragmenty nie były tworzone mechanicznie. Bardzo podobało mi się natomiast, że elementy krajobrazu i bohaterowie zyskiwali teraz stosowne rozmiary i zostali przedstawieni w skali bliskiej 1:1. Do wyboru większego formatu po trosze przyczynił się również pewien album, którego pożyczyła mi koleżanka. Była to duża czerwona księga pt. „Pancha tantra” Waltona Forda - współczesnego amerykańskiego artysty, tworzącego gigantyczne akwarele w stylu naturalistycznych ilustracji XIX – wiecznego przyrodnika Jamesa Audubona. Specjalnością Forda są drobiazgowe studia fauny i flory pełne symboli i wątków odnoszących się do literatury kolonialnej i opowieści ludowych. Do jego prac zbliża mnie wydobycie ludzkiego pierwiastka ze zwierząt, w tym - jak się zdaje - ulubionych przez niego małp. Z czasem w pracy na dużej powierzchni papieru czułam się coraz swobodniej. Odbiło się to także na moim sposobie rysowania, kiedy wracałam do mniejszych formatów. W kompozycji małpy musiały zacząć konkurować z coraz bardziej rozbudowanymi przestrzeniami wokół nich, a na niektórych rysunkach prawie nie widać tytułowych bohaterek, bo gałęzie drzew, liście czy fragmenty lin zaakcentowanych grubym obrysem przejęły władzę nad rysunkiem. W kilku pracach wykorzystałam papier kredowy w połączeniu z tuszem i ekoliną. Cenię tą technikę za jej malarski charakter. Pozwala na wielokrotne zmiany decyzji, poprawki i zwroty akcji. Możliwość ponownego od10


krywania starszych warstw obrazu sprawia, że proces rysowania momentami przypomina pracę archeologa. Pod najwyższą warstwą rysunku kryje się cała jego historia. Często stosowanym przeze mnie narzędziem rysunkowym jest pędzel w zespole ze sproszkowanym węglem. Ten zestaw również służy technice o malarskim wyrazie. Mam do niej szczególną słabość, dlatego wyraźnie dominuje w serii moich dyplomowych prac. Najczęściej używam sypkiego węgla, kiedy zaczynam rysunek. Pomaga mi w zagospodarowaniu kompozycji i przyspiesza początkowy etap pracy. Lubię powstałe w ten sposób efekty nieprecyzyjnych plam, które potem mogę dowolnie przetwarzać lub pozostawiać w formie nieforemnych popielatych obłoczków. Następnie tworzę kolejne warstwy rysunku, używając grubych oraz cienkich lasek węgla drzewnego. Czasem na lekkiej warstwie chmurki z węgla wyrysowuję precyzyjne kształty za pomocą gumki chlebowej. W poprawianiu sprawności rysunkowej pomaga mi metoda kilkakrotnego przetwarzania tych samych fragmentów kompozycji transponowanych na różne formaty i techniki. Posługując się szkicem czy pełnym rysunkiem z tym samym układem elementów na płaszczyźnie, swobodniej sięgam po nieodkryte dotąd rozwiązania formalne i odważniej eksperymentuję. Podczas powstawania cyklu rysunków pt. „Szympans Bubbles i jego pan” ważną inspiracją był dla mnie atlas pt. „Małpy i małpiatki” z wybornymi ilustracjami autorstwa Janusza Towpika oraz węgierska książka o ewolucji, którą kupiłam w pewnym budapesztańskim antykwariacie. Choć nie rozumiem z niej ani słowa, oczarowały mnie jej zasobne ilustracje pełne wymownych scenek rodzajowych z udziałem australopiteków, neandertalczyków i innych hominidów. Innymi ważnymi przewodnikami po małpim świecie byli dla mnie Henri Rousseau i Frida Kahlo. Małpy są dla mnie szczególnie fascynujące, bo wydają się być kimś w rodzaju hybrydy zwierzęcia i człowieka – gałęzią, łączącą te dwa światy. To, co dla nas intrygujące, pragniemy opisać w słowach lub obrazach. Dzięki temu możemy zbliżyć się do przedmiotu zainteresowań i w pewnym sensie z nim zjednoczyć. Tak postępowali nasi paleolityczni przodkowie – autorzy rytów z wizerunkami zwierząt w Grocie Lascaux. Rysowałam małpy, idąc drogą wyznaczoną przez protoplastów. W ten sposób narodziła się przyjaźń, która trwa do dziś. Przedstawiam Państwu małpy – w wydaniu własnym. październik 2012 r.

11


12


13


14


15


16


17


18


19


20


21


22


23


28


29


30


31


32


33


34


35


36


37


38


39


42


43


44


45


48


49


50


51


52


53


54


55


56


57


58


59


60


61


64


65


66


67


72


73


74


75


76


77


82

The Bubbles chimpanzee and his master  

Catalog of the diploma drawings

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you