Page 1

Nr 5 Marzec 2011 r.

Jeśli rodzic będzie się zmuszał do czytania dziecku, to na pewno nie wychowa czytelnika Wywiad z Ireną Koźmińską

Ściągnij Literadar w interaktywnej wersji PDF!

rod

Kieku fragmen d t po Cha y U w ng- leg ieści: Rae Lee nę

Książki, k t przeczyt óre mojemu am synowi Piotr Sta nkiewicz

Elżbieta Cherezińska

Gra w kości


Edytorial

Spis treści

Z

astanawiam się jak to jest, że prawie nikt w tym w kraju nie czyta, a powstają kolejne oficyny, analizując podsumowania roku 2010 dla poszczególnych wydawnictw i księgarni, można odnieść wrażenie, że wszystkim wzrosły obroty. Rosnąca liczba czytelników Literadaru też zdaje się zadawać kłam tezom, że czytelnictwo upada. W lutym przeczytało nas 100 tysięcy osób!!!

fot. Mateusz Janusz

K

Piotr Stankiewicz

redaktor naczelny Literadar jest wydawany przez: Porta Capena Sp. z o.o. ul. Świdnicka 19/315, 50-066 Wrocław

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, jednocześnie zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów i poprawek w nadesłanych materiałach.

Wydawca: Adam Błażowski Redaktor naczelny: Piotr Stankiewicz piotr.stankiewicz@literadar.pl tel. 792 291 281 Współpracownicy: Bogusława Brojacz, Marcin Garlicki, Grzegorz Grzybczyk, Waldemar Jagodziński, Mieczysław Jędrzejowski, Dorota Jurek, Katarzyna Kędzierska, Przemysław Klaman, Joanna Krasińska, Bartek Łopatka (polter.pl), Maciej Malinowski, Joanna Marczuk, Artur Mars, Grzegorz Nowak, Marek Piwoński, Dagmara Puszko, Maciej Reputakowski, Iwona Romańska, Maciej Sabat, Krzysztof Schechtel, Łukasz Skoczylas, Sylwia Skulimowska, Michał Stańkowski, Dorota Tukaj, Michał Paweł Urbaniak, Mateusz Wielgosz, Tymoteusz Wronka, Roksana Ziora Newsy i społeczność: Dawid Sznajder, Natalia Szpak Korekta: Marta Świerczyńska - kierownik zespołu korektorskiego Projekt graficzny i skład: Mateusz Janusz (Studio DTP Hussars Creation)

2

nr 5 marzec 2011 r.

iedy jadąc samochodem słuchałem kolejnych wiadomości dotyczących wyników badań czytelnictwa wśród Polaków, zacząłem się zastanawiać kto z moich znajomych w ogóle nic nie czyta? I było mi trudno znaleźć takie osoby. Naprawdę! Oczywiście jestem świadomy faktu, że obracam się w określonym środowisku – wykształciuchów i pięknoduchów, którzy nie biorą życia na poważnie. Jednak byłem nieco skonsternowany myślą, że moje otoczenie nie jest prawdziwym polskim społeczeństwem. Na szczęście na drugi dzień musiałem wyregulować instalację gazową w samochodzie i spytałem z głupia frant mechanika o to, czy czyta książki. I okazało się, że „Panie, kto ma na to czas? Myśli Pan, żebym se nie poczytał?”. Potem przez kilka dni z rozbawieniem robiłem sondę wśród ludzi, których w tym czasie spotykałem. Okazało się, że jestem zdrowy, a wyniki badań Biblioteki Narodowej nie są skokiem na kolejne dotacje na krzewienie czytelnictwa. Pracownik hurtowni importującej z Chin czyta tylko forum dla użytkowników Daewoo Espero, pani w punkcie ksero nie czyta, bo ją bolą oczy, a pani sprzątająca na moim osiedlu idzie spać zaraz po Uwadze więc też nie. Co ciekawe nikt nie podnosił argumentu, że książki są za drogie. Pewnie z tego samego powodu z jakiego ja nie narzekam na ceny usług w salonach masażu. Nie bywam.

W

2 4 8 20 24 26 34 40 45 46 52 110

Edytorial Ściągnij tapetę! Newsy Wywiad z Ireną Koźmińską Książki, które przeczytam mojemu synowi O zdradliwości zapożyczeń (4) Wywiad z Markiem Lipskim Ta druga koza: Prawdziwe Męstwo Kropla krwi Nelsona (5) KONKURS Męska rzecz, damskie sprawy: Więzy rodzinne Recenzje książek Fragment powieści: Kiedy Ulegnę

tym numerze stawiamy mocno na publicystykę. Debiutuje na naszych łamach Mateusz Wielgosz w tekście porównującym książkę Prawdziwe męstwo, wydaną ostatnio przez Sonię Dragę, z jej dwiema ekranizacjami. Polecam, bo Mateusz wie o czym pisze i robi to nader ciekawie.

B

ardzo ważne jest to, żebyście Państwo przeczytali wywiad z Panią Ireną Koźmińską – prezesem fundacji i pomysłodawcą akcji Cała Polska Czyta Dzieciom. Jeszcze ważniejsze jest to, żebyście czytali dzieciom. Swoim, sąsiadów, siostry, brata. Jeśli nie będziemy czytać to staniemy się społeczeństwem idiotów, którymi łatwo się steruje i manipuluje. Będą to robić na wyścigi: media, koncerny, politycy. Nabywając wiedzę, nabywamy też świadomość.

Dołącz do nas na facebooku!

N

a koniec może coś z Herberta: „kolega lubi czytać - A lubię – odpowie tamten czas szybciej leci” Acha! Nie zrobiliśmy numeru walentynkowego, tak więc z tego miejsca spieszymy z wyznaniem – kochamy książki.

nr 5 marzec 2011 r.

3


Newsy 56% Polaków nie czyta książek

„Wroniec” we Wrocławskim Teatrze Lalek Wrocławski Teatr Lalek zaprasza na spektakl w reżyserii Jana Peszka na podstawie „Wrońca” Jacka Dukaja. Premiera 6 marca 2011 godz. 18.00. Spektakl pod patronatem Prezydenta Miasta Wrocławia Rafała Dutkiewicza. „Wroniec” to współczesna baśń z wielką historią w tle. Oszałamiająca scenografia i muzyka nawiązująca do największych hitów lat 70. i 80. wprowadzą małych widzów w klimat dzieciństwa ich rodziców. Głównym bohaterem „Wrońca” jest dziecko – mały Adaś, syn opozycyjnego pisarza. Pewnego dnia – 13 grudnia 1981 – w Polsce pojawia się tajemniczy Wroniec, który porywa rodziców chłopca. Adaś wyrusza na poszukiwania bliskich przez szare miasto, zaludnione przez Milipantów, Członków i bubeków na usługach Wrońca, z którym walczą Panowie Oporni. „Wroniec” jest wspaniałym spektaklem dla rodziców z dziećmi, ukazuje bowiem trudną polską historię z dziecięcej perspektywy. To poruszające przedstawienie, które nikogo nie pozostawi obojętnym – niezależnie od wieku. Jan Peszek: „Niezwykle istotny powód, dla którego warto sięgnąć po tekst „Wrońca”, to próba odbrązowienia historii, nałożenia innej soczewki na oko, które ogląda stan wojenny. Myślę, że ten spektakl nie powinien nas pogrążyć w jakiejś ciemnej otchłani, ale otworzyć nam oczy na pewne rzeczy.” George R.R. Martin w Polsce George R.R. Martin przyjedzie do Polski w czerwcu, będzie gościem 18. Międzynarodowego Festiwalu Fantastyki w Nidzicy (16-19 czerwca). Informacje na temat festiwalu znajdziecie: http://www.festiwal.solarisnet.pl/ Autor niedawno się ożenił. Jego wybranką okazała się wieloletnia przyjaciółka. Martin zaprzecza, by planowana podróż poślubna miała dodatkowo spowolnić pracę nad kolejnym tomem Pieśni Lodu i Ognia. „A Dance with Dragons” ma ukazać się w USA 12 lipca tego roku.

4

nr 5 marzec 2011 r.

Aż 56% Polaków nie zagląda do żadnych książek, nawet kucharskich czy słowników. 46% nie czyta choćby krótszych tekstów, artykułów lub opowiadań. Książek nie czytają nawet najlepiej wykształceni. Tegoroczne badanie pokazuje, że czytelnictwo w naszym kraju stoi nadal na bardzo niskim poziomie. Jakikolwiek kontakt z dowolną książką (także poradnikiem, albumem, książką umieszczoną w Internecie) w roku 2010 deklaruje zaledwie 44% badanych. W porównywalnych badaniach przeprowadzanych w Czechach i Francji liczby te wynoszą odpowiednio 83 i 69%. Kolejne zadane pytanie wykazało, że aż 46% badanych Polaków w ciągu ostatniego miesiąca nie przeczytało nie tylko książki, ale nawet dłuższego niż 3 strony artykułu czy opowiadania, choćby w Internecie. Żródło: Biblioteka Narodowa George R.R. Martin to jeden z najbardziej znanych na świecie pisarzy SF i fantasy, laureat najważniejszych nagród w świecie fantastyki. W kwietniu będzie miał premierę serial telewizyjny na podstawie Gry o tron.

Śląskie Cmentarzysko Zapomnianych Książek Z powodu przygotowań do EURO2012 jednej z największych sieci bukinistycznych w Polsce wypowiedziano miejsce do handlu. Jeżeli do końca marca należące do niej książki nie znajdą nowych właścicieli trafią do skupu makulatury. 2 tiry, 30 ton, 3000 kartonów, 200000 sztuk książek do uratowania! Bilet 30 zł – bierzesz ile uniesiesz. Wrocław ul. Szczytnicka 51 (okolice Antykwariatu Szarlatan) Czynne codziennie, od 10 do 18 Więcej informacji

Pierwszy na świecie thriller multimedialny Wydawnictwo W.A.B. przedstawia powieść twórcy serialu CSI. Level 26 to thriller multimedialny. Interaktywna gra dobra ze złem. Wplecione w treść linki i hasła pozwalają na śledzenie rozwoju akcji również w krótkich filmach na stronie www.level26.com.

Poezja Zagajewskiego po szwedzku. Prasa już przyznała mu nagrodę Nobla W Królewskim Teatrze Dramatycznym – Dramaten w Sztokholmie odbył się 27 lutego wieczór autorski Adama Zagajewskiego. Jego przyjazd wiązał się z wydaniem zbioru wierszy w przekładzie najwybitniejszego szwedzkiego tłumacza literatury polskiej Andersa Bodegarda. Książka nosi tytuł Anteny w deszczu i jest wyborem utworów powstałych w latach 2003-2009. Adam Zagajewski jest twórcą znanym szwedzkim miłośnikom poezji. Po

Funkcjonariusze organów ścigania doskonale znają klasyfikację morderców opartą na dwudziestopięciostopniowej skali okrucieństwa. Zaczyna się ona od naiwnych oportunistów z kategorii 1, a kończy na sprawcach zorganizowanych, dokonujących morderstw przemyślanych i szczególnie brutalnych, zaliczanych do kategorii 25. Jednak niewiele osób wie, że klasyfikacja ta została ostatnio poszerzona. Nowa kategoria odnosi się tylko do jednego mordercy. Potencjalne ofiary: przypadkowe Sposób zabijania: nie do przewidzenia Pseudomin: Sqweegel Klasyfikacja: level 26

wydaniu Anten w deszczu w prasie szwedzkiej ukazało się wiele niezwykle pochlebnych recenzji. W jednej z nich stwierdzono, że tegoroczny literacki Nobel powinien przypaść poecie a najlepiej, jeśli będzie nim Adam Zagajewski. Żródło: www.polskieradio.pl

Spotkania Klubu z Kawą nad Książką POZNAŃ Książka: „Białe Zęby” Zadie Smith Data spotkania: 26 marca 2011, godz. 15:00 Miejsce: Cafe Sensacja, Al. Marcinkowskiego 16/6, Poznań CHORZÓW Książka: „Erynie” Marka Krajewskiego Data spotkania: 26 marca 2011, godz. 16:00 Miejsce: I piętro w księgarni -antykwariacie „Słowo”, Chorzów, ul. Wolności 15 Więcej informacji: www.miastoslow.pl

nr 5 marzec 2011 r.

5


Newsy Empik ogłasza nominacje do tytułu: Najlepsza Książka Dziecięca „Przecinek i Kropka 2010” Czytelnicy wybiorą najbardziej wartościową i najładniej wydaną książkę dla dzieci w głosowaniu internetowym! Od 9 marca Empik zaprasza dzieci i rodziców do internetowego głosowania w Konkursie na Najlepszą Książkę Dziecięcą „Przecinek i Kropka” 2010. Za pośrednictwem portalu www. przecinekikropka.pl będzie można oddać głos na jedną z 10 książek, nominowanych przez grono ekspertów. Pozycja, która spotka się z największą sympatią odbiorców zostanie Najlepszą Książką Dziecięcą „Przecinek i Kropka” 2010. W tym roku zgłoszono ponad 100 tytułów, w tym także od młodych, niedawno powstałych oficyn. Poniżej pełna lista nominowanych tytułów: · „Co za szczęście! Co za pech!” – Thomas Halling, il. Eva Eriksson · „D.E.S.I.G.N.” – Ewa Solarz, il. Aleksandra i Daniel Mizielińscy · „Groszka. Piesek, który chciał mieć dziewczynkę” – Sari Peltoniemi, il. Liisa Kallio · „Król i morze.21 krótkich opowiastek” – Heinz Janisch , il. Wolf Erlbruch · „Krzyś jest wyjątkowy. Dla dzieci o autyzmie” – Charles A. Amenta III, il. Monika Pollak · „Kto kogo zjada” – Aleksandra Mizielińska, Daniel Mizieliński · „Leśne Głupki” – Małgorzata Strzałkowska · „Siedmiu Wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii” – Roksana Jędrzejewska-Wróbel, il. Joanna Olechnowicz-Czernichowska · „Zając” – Dorota Gellner, il. Piotr Rychel · „Zielone pomarańcze czyli PRL dla dzieci” – Aneta Górnicka-Boratyńska, oprac. graf. Bohdan Butenko Głosowanie potrwa do 30 kwietnia a laureata poznamy 12 maja. źródło: wirtualnywydawca.pl 6

nr 5 marzec 2011 r.

Nowości książkowe Do sprzedaży trafiła najnowsza książka Krzysztofa Piskorskiego pt. Krawędź czasu, natomiast w sieci ukazał się zapis video wywiadu z autorem. Zapraszamy na kanał YouTube Runy, gdzie prezentujemy dwuczęściowy wywiad z Krzysztofem Piskorskim przeprowadzony przez Krzysztofa Wójcikiewicza: cz.1 – http://www.youtube.com/watch?v=ee_IVil67y8 cz.2 – http://www.youtube.com/watch?v=2M9VY3WcFck

Jan Grabowski Judenjagd Polowanie na Żydów 1942-1945 Studium dziejów pewnego powiatu Książka ta opisuje ostatnią fazę zagłady żydowskiej ludności powiatu Dąbrowa Tarnowska. Na podstawie bogatej dokumentacji z archiwów polskich, niemieckich i izraelskich autor odtwarza wydarzenia z lat 1942–1945, kiedy to Niemcy próbowali wyłapać żydowskich niedobitków, tych, którzy latem 1942 r. uniknęli wywiezienia do obozu zagłady w Bełżcu. Książka opisuje z jednej strony działania policji niemieckiej, a z drugiej rolę polskiej policji granatowej, wiejskich straży nocnych, junaków z Baudienst czy też miejscowych strażaków w wykryciu i zamordowaniu żydowskich ofiar. Na tle trwającego aż do końca wojny Judenjagd („polowania na Żydów”) zostały również zarysowane dramatyczne wybory stojące przed ludźmi ratującymi Żydów. Artykuł o książce „Puścić Żyda na zajączka”

Terry Pratchett Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie Wolni Ciut Ludzie Kapelusz pełen nieba Nowe wydania książek z cyklu „Opowieści ze Świata Dysku” w przekładzie Piotra W. Cholewy! Maurycy, uliczny kocur, wymyślił perfekcyjny numer, gwarantujący godziwe zyski. Wszyscy znają historie o szczurach i grajkach, a Maurycy ma na podorędziu głupawego z wyglądu dzieciaka z fletem oraz własną plagę szczurów – dziwnie wyedukowanych szczurów. Ale w dalekim miasteczku Blintzowe Łaźnie chytry plan Maurycego zaczyna się sypać. Ktoś tu gra całkiem inną melodię i szczury muszą poznać nowe słowo: ZŁO. To już nie jest gra – to świat, w którym szczur pożera szczura. A być może to dopiero początek... Każda kraina potrzebuje własnej czarownicy... Na wysokich halach, w rzece pojawia się potwór, a na drodze bezgłowy jeździec. Teraz, kiedy nie ma już babci Obolałej, tylko młoda Tiffany Obolała może strzec granic. By nie wpuścić tu... różnych rzeczy. To jej kraina. Jej obowiązek. Ale zadziwiające, jak pomocna może się okazać horda niesfornych piktali, jeśli tylko skieruje się ich we właściwą stronę i jeśli najpierw przestaną bić się między sobą...

Ben Goldacre Lekarze, naukowcy, szarlatani. Od przerażonego pacjenta do świadomego konsumenta Masz dość bycia obiektem manipulacji? Zostań świadomym konsumentem i uzbrój się przeciw: - zgubnym praktykom wielkiego przemysłu farmaceutycznego, - nonsensom o przeciwrakowym działaniu tych czy innych produktów żywnościowych, - głupim formom informowania o wynikach badań naukowych, - szukającym sensacji i siejącym panikę dziennikarzom, - niewiarygodnym wynikom statystycznym i nierzetelnym badaniom naukowym, - cudownym skutkom stosowania homeopatii i suplementów diety.

Conradi Peter, Logue Mark Jak zostać królem Prawdziwa opowieść z życia brytyjskiej rodziny królewskiej. Jest rok 1936. Edward VIII abdykuje, by związać się z ukochaną Amerykanką, panią Simpson. Królem – Jerzym VI – zostaje niespodziewanie jego brat. Nowy monarcha ma jednak wielki problem: jąka się. Do wystąpień publicznych przygotowuje go australijski terapeuta mowy Lionel Logue. Zawiązują niezwykłą przyjaźń. Pruski Michał, Piepka Mirosław Czarny Czwartek Janek Wiśniewski Padł Fabularyzowany reportaż o tragicznych wypadkach w Gdyni z grudnia 1970 roku, podczas których zginęło 18 osób. Autorzy, dziennikarze, rozmawiali z bezpośrednimi świadkami masakry. Odnaleźli m.in. żonę Brunona Drywy, zastrzelonego portowca, ojca trojga małych dzieci, która opowiada dramatyczną historię swej rodziny. Spotkali się też z rodzicami Zbigniewa Godlewskiego, zabitego osiemnastolatka, znanego ze słynnej ballady jako Janek Wiśniewski. nr 5 marzec 2011 r.

7


Czytaj: książki, które przeczytam mojemu synowi >>>

Jeśli rodzic będzie się zmuszał do czytania dziecku, to na pewno nie wychowa czytelnika Z Ireną Koźmińską, prezesem Fundacji ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom rozmawia Piotr Stankiewicz

Czy wyniki badań Biblioteki Narodowej łeczeństwo ludzi nie czytających lub wręcz były dla Pani zaskoczeniem? wtórnych analfabetów, może wychować młoNie. Wydaje się wręcz, że statystycznie tro- dych czytelników? chę się poprawiło w stosunku do badań sprzed To dobre pytanie! Polacy nie czytają dwóch lat. Istotne jest jednak co innego. Miano- i przyznają się do tego bez żenady! Myślę, że wicie, w tym roku zostało inaczej skonstruowane jeśli nie czytają nauczyciele i rodzice, to jest to pytanie. Tak jak wtedy pytano, czy badany miał zły prognostyk dla poziomu czytelnictwa przyw ręku książkę, tak tym razem pytano również, szłych pokoleń, bo dzieci przyglądają się nam czy miał w ręku np. album. Zatem kartkując ob- i naśladują to, co robimy – lub czego nie robimy. razki w księgarni, można było na tak postawione Ale mimo wszystko wierzę, że można to zmienić. pytanie odpowiedzieć twierdząco. Nie wiem, czy Staramy się w wywiadach, podczas wykładów ma to coś wspólnego i w naszej książce Wyz czytaniem. Wprochowanie przez czytanie wadzono jeszcze jedną przekonywać rodziców kategorię. Pytano, czy i wychowawców, że Czytanie to najtańszy w miesiącu poprzeczytanie dzieciom to i najbardziej skuteczny dzającym badania znakomita inwestycja sposób stymulowania dana osoba przeczytała w ich przyszłość. Jest wszechstronnego rozwoju 3 strony tekstu, wszystto najtańszy i najbardziecka ko jedno czy wydrukodziej skuteczny sposób wane, czy na ekranie stymulowania wszechkomputera. Przerażająstronnego rozwoju ce jest to, że 27% uczniów i studentów nie prze- dziecka. Jeśli rodzic zacznie codziennie czytać czytało nawet tyle. Nie wiem, jak można uczyć dziecku na głos, przyczyni się do zbudowania się, nie czytając. Dalej jest jeszcze gorzej – 50% ogromnych zasobów psychicznych i intelektupracowników administracji, 30% procent ludzi alnych dziecka. z wyższym wykształceniem, a więc lekarzy, inżynierów, ludzi na co dzień podejmujących ważne Obawiam się jednak, że nawet jeśli rodzic decyzje. Podsumowując te wyniki, można za- zmusi się do czytania dziecku na głos, ale sam cytować Jima Trelease’a, jednego z najważniej- nie będzie sięgał po książki, to dziecko, które szych w USA propagatorów głośnego czytania uczy się przez naśladowanie, nigdy nie nabędzieciom: „Naród, który mało czyta, mało wie. dzie nawyku czytania. Naród, który mało wie, podejmuje złe decyzje To jest kluczowy problem. Pierwsza spraw domu, na rynku, w sądzie, przy urnach wy- wa – jeśli rodzic będzie się zmuszał do czytania, borczych”. to na pewno nie wychowa czytelnika. Dziecko jego niechęć do książek wyczuje – i podzieli. Państwa fundacja promuje czytanie dzie- A po wtóre – dzieci nie uczą się, słuchając naciom i wychowywanie ich w stałym kontak- szych poleceń, ale obserwując i naśladując nasze cie ze słowem drukowanym. Czy polskie spo- zachowania. Zatem jeśli tata nigdy nie czyta, tylnr 5 marzec 2011 r.

9


KONKURS ko wraca do domu z pracy, bierze puszkę piwa i zasiada na cały wieczór przed telewizorem, to jego synowi nawet do głowy nie przyjdzie, że czytanie to także męska rzecz. Dlatego jeśli ojcowie nie zaangażują się w proces codziennego głośnego czytania dzieciom, mogą zaprzepaścić szansę zaszczepienia w synach pasji do książek. Zwracam uwagę na chłopców, ponieważ dla nich czytanie w dzieciństwie jest szczególnie ważne. Lewa półkula mózgu, odpowiedzialna za język i myślenie, rozwija się u nich później i wolniej. Może rozwinąć się w mózg językowego geniusza, wymaga to jednak więcej świadomego wysiłku od rodziców i wychowawców we wczesnym okresie rozwoju. I tu przychodzi nam z pomocą głośne czytanie. Słuchając książek, dziecko oswaja się z brzmieniem języka, z prawidłową gramatyką i składnią oraz z bogactwem słownictwa, którego nie używamy w języku mówionym. Oczywiście oprócz czytania trzeba z dzieckiem rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Powinno być ono stale zanurzone w oceanie słów. I tu dobra wiadomość – mówienia do dziecka nie da się przedawkować! A czy można przedawkować czytanie? Niestety tak. Wspomniany Jim Trelease opisuje w swojej książce przypadek matki, która tak przyzwyczaiła do czytania na głos kilkumiesięczne dziecko, że czytała mu chyba po 6 czy 8 godzin dziennie. To się odbywa kosztem ruchu, innych doświadczeń i doznań. Być może wychowa geniusza, ale nieprzystosowanego społecznie, z brakiem podstawowych życiowych umiejętności. Nie wpadajmy zatem w przesadę. My mówimy, żeby czytać dziecku 20 minut dziennie, codziennie. To wystarczy, by zaszczepić pasję do czytania. Ale nie musi się to odbywać się ze stoperem w ręku. Jeśli dziecko ma początkowo problemy z koncentracją, niechęt10

nr 5 marzec 2011 r.

nie słucha czytania, zacznijmy od kilku minut. I odwrotnie, jeśli dobrze nam się czyta i wszyscy chcą kontynuować literacką biesiadę – to czytajmy dłużej. Dzisiaj rozmawiałem ze znajomą, wspomniałem o planowanym spotkaniu i wywiadzie z Panią. Następnie spytałem, czy czyta swojej niespełna dwuletniej córce Mai. Powiedziała, że próbowała, ale za każdym razem dziecko podchodziło do niej i kładło jej dłonie na ustach, chcąc najwyraźniej, żeby przestała. Co mogłaby Pani powiedzieć rodzicom, których dzieci nie chcą, by im czytano? Czytanie ma być dla dziecka czystą frajdą. Czytać trzeba tak, żeby rozkochać je w książkach, rozbudzić jego motywację. Czasami nie umiemy dziecka zachęcić, każemy cicho i nieruchomo siedzieć, nie zapoznajemy z książką jako ciekawym przedmiotem z frapującymi obrazkami – i dlatego nie jest ono gotowe, by słuchać. Czytanie powinno się dziecku zawsze kojarzyć z przyjemnością, nie z obowiązkiem, karą czy nudą. Wracając do Mai, chętnie dowiedziałabym się, jakie miała wcześniejsze doświadczenia z czytaniem, czy nie kojarzy go negatywnie. Sądzę, że dobrym pomysłem jest potraktowanie na początku książki jako zabawki. Dziecko powinno móc się nią pobawić, dotykać, oglądać, budować z książek ścieżki lub labirynty – tak wychowywaliśmy na czytelniczkę naszą córkę, gdy była maleńka. Można i warto z dzieckiem o książce najpierw rozmawiać, oglądać wspólnie obrazki i dopiero później przejść do samego czytania. Ważne jest, aby książka była dostosowana do poziomu rozwoju dziecka. Czasem trzeba po prostu cierpliwie i z szacunkiem do dziecka poczekać i powracać do propozycji wspólnej lektury. Możemy czytać na głos, gdy dziecko bawi nr 5 marzec 2011 r.

11


<<< Czytaj: fragment książki Kiedy ulegnę

Czytaj: książki, które przeczytam mojemu synowi >>>

tur szkolnych. Czy miałyście Panie sygnały krytyczne ze strony polonistów lub osób, które zajmują się układaniem kanonu lektur szkolnych? To dziwne, ale nauczyciele na tę książkę w ogóle nie zareagowali. Zresztą z badań, z jakimi się zetknęłam, wynikało, że nauczyciele też mało czytają.

„kasę”, wygląd, seks, przeżycia ekstremalne. W mieszkaniach serialowych bohaterów nie ma nawet książek na półkach, programy o książkach są likwidowane lub nadawane w porach „nieoglądalności”. Stworzyliście Państwo Złotą Listę książek, które polecacie jako lektury do czytania

Archiwum Fundacji ABCXXI

się lalką lub buduje zamek z klocków. Dla niektórych rodziców sposobem jest czytanie, gdy maluch leży już w łóżeczku – i wtedy za cenę przytrzymania u boku rodzica chętnie posłucha czytanej bajki. Kiedy przyzwyczai się do czytania – ta bajka będzie najważniejszą sprawą przed zaśnięciem! W swojej książce przytaczacie Panie szereg budujących historii, dodajmy autentycznych, opowiadających o tym, jak pozytywny wpływ wywarło czytanie dzieciom na życie szeregu rodzin. Czy zatem czytanie jest „lekiem na całe zło”? Jest lekiem, witaminą i szczepionką. Jeżeli rodzic codziennie czyta dziecku, z miłością i szacunkiem do dziecka i z entuzjazmem do czytania, daje dziecku najważniejszą rzecz – siebie! Czytanie, rozmowy, wspólna zabawa budują u dziecka ogromne wewnętrzne zasoby – przede wszystkim poczucie, że jest kochane i ważne dla 12

nr 5 marzec 2011 r.

swojej mamy lub taty, bo codziennie poświęcają mu czas. Rośnie poczucie własnej wartości dziecka. Rośnie jego wiedza, gdyż raz czytamy o podróżach balonem, innym razem o zwierzętach lub o tym, co dzieje się we wnętrzu Ziemi. Rozbudowuje się zasób słów i umiejętności językowe, rozwija się umiejętność myślenia, dzięki czemu dziecko coraz lepiej porusza się w świecie, zaczyna zastanawiać się nad konsekwencjami, potrafi odróżnić dobro od zła. Lektura książki powinna być zawsze zaproszeniem do rozmowy. Pamiętajmy – książki są fantastycznym sposobem spędzania czasu z naszym dzieckiem – ale to nasza obecność jest najważniejsza. Jeśli wiedza i nabyte dzięki książkom kompetencje są cegłami, to cała sfera emocjonalna i nasza serdeczna relacja z dzieckiem są zaprawą, która spaja to wszystko w trwały fundament przyszłego, kompetentnego i szczęśliwego życia. W książce Wychowanie przez czytanie sporo miejsca jest poświęconego krytyce lek-

Co w Pani mniemaniu jest przyczyną tego stanu rzeczy? Myślę, że jest to efekt szkoły, która większość osób trwale zniechęca do czytania, ale także sposobu kształcenia nauczycieli, doboru ludzi do tego zawodu, sposobu motywowania, oceny i wynagradzania ich pracy. Szwankuje cały system. Ale ważny jest też społeczny klimat przyzwolenia na nieczytanie, na bycie ćwierćinteligentem. Czytanie przestało być wartością – i do tego przyczyniają się także media, które bardzo mocno promują inne wartości – siłę,

dzieciom. Ta lista jest podzielona według wieku dzieci i cały czas się powiększa. Czy może Pani wskazać złe książki, te, których nie polecacie? Mówienie o złych książkach to dla nich promocja. My staramy się promować dobre książki, zarówno klasyczne, jak i napisane przez współczesnych autorów: Elizę Piotrowską, Roksanę Jędrzejewską-Wróbel, Marcina Szczygielskiego – nazwisk znakomitych polskich i zagranicznych autorów jest wiele. Powołaliśmy niedawno Radę Literacką fundacji złożoną nr 5 marzec 2011 r.

13


Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>> Ściągnij Literadar w interaktywnej wersji PDF!

Wśród nagrodzonych Liderów i Koordynatorów kampanii czytania – foto Krzysztof Wojcieski

z osób, które mają kontakt zawodowy z literaturą dziecięcą. Wskazują nam kolejne książki, na które warto zwrócić uwagę. Skąd rodzice mogą czerpać wiedzę potrzebną do wybierania tych naprawdę wartościowych tytułów? Na stronie www.calapolskaczytadzieciom. pl oprócz wspomnianej Złotej Listy umieściliśmy kryteria, którymi warto się kierować przy wyborze książek dla dzieci. Książka powinna być przede wszystkim ciekawa i napisana dla dziecka, a nie dla kolegów po piórze lub jurorów jakiegoś konkursu. Powinna przynosić wartościową rozrywkę i wiedzę, powinna poruszać w dziecku najlepsze cechy. Wszystko, co nie służy promowaniu piękna – rozumianego też jako wzorce pięknych postaw – ani pokazywaniu świata w jego fascynującym bogactwie, a służy jedynie budzeniu lęków lub wprowadzeniu wulgarnych tematów – jest poza kręgiem naszych zaintere14

nr 5 marzec 2011 r.

sowań. Trzeba wspomnieć, że Fundacja zajmuje się zdrowiem emocjonalnym dzieci i młodzieży, stąd książki przez nas polecane są narzędziem budowania zasobów dziecka. A książki dla dzieci promujące konkretne postawy seksualne stanowią przykład literatury chroniącej piękno i wydobywającej z dziecka najlepsze cechy? Nie jest to obszar, który mnie szczególnie interesuje i który chciałabym eksplorować... A wracając do kompetencji rodziców przy wyborze właściwych tytułów – na pewno nie będzie pomyłką sięgnięcie po klasyczne lektury – wiersze Brzechwy, Tuwima, Wandy Chotomskiej, a dla nieco starszych dzieci Kubuś Puchatek, Ania z Zielonego Wzgórza, Mikołajek. Pewne książki warto wprowadzać wcześniej, na przykład Anię z Zielonego Wzgórza lub Winnetou, zanim pod wpływem mediów i rówieśników dzieci nie nabiorą przekonania,

że czytanie o czymś, co działo się w epoce kamiennej, czyli w czasach poprzedzających najnowszą generację gier komputerowych, to obciach. Warto też zapoznać się z książką zanim zaczniemy ją czytać dziecku. Tak jak smakujemy potrawę i sprawdzamy jej temperaturę przed podaniem, przejrzyjmy książkę, by nie serwować byle czego. Zdarzało mi się wycofywać się z lektur czytanych córce, gdy źle oceniłam tematykę w stosunku do jej wieku lub gdy język stawał się nagle zbyt dosadny.

ko się z niej wycofywali. Myślę, że rodzic znając dobrze swe dziecko, może zawczasu przewidzieć, czy będzie ono przerażone – i oszczędzić mu traumy. Cena, jaką płaci się za chwilę rozrywki i za dreszcz emocji, jest czasem bardzo wysoka – nocne koszmary, a nawet lęki, które towarzyszą dziecku latami. W książce Joan Cantor Mommy, I am scared (Mamo, boję się) autorka pisze, że nie zna żadnych korzyści wynikających ze straszenia dzieci lekturami.

Mówiąc o książkach z dzieciństwa, nie sposób pominąć np. baśni braci Grimm. Wszyscy je znają, są jedną z najczęściej czytanych dzieciom książek. Tymczasem stoicie Panie na stanowisku, że baśnie to nie zawsze właściwe lektury dla dzieci. To zależy od wieku i wrażliwości dziecka, ale jeżeli będziemy cztero- czy pięciolatkowi czytać pełną wersję okrutnych baśni (a takie są zalecenia niektórych literaturoznawców) np. o Sinobrodym (jej autorem jest Charles Perrault – przyp. red.), który był seryjnym mordercą, to musimy się zastanowić, czy chcemy narażać naszego malca na taki szok poznawczy i nadszarpnięcie jego poczucia bezpieczeństwa. Okrutne baśnie były dawniej adresowane do dorosłych. Stopniowo stały się lekturą dla dzieci. Tymczasem mają one prawo do bezpiecznego, fot. Dariusz Kawka radosnego dzieciństwa i zbudowania zaufania do świata, a my mamy obowiązek chronić je, a nie od maleńkości oswajać z mrocznymi aspektami życia. Współcześnie dorośli, sami bombardowani stale przerażającymi obrazami i treściami, mają bardzo stępione poczucie wrażliwości. Kilkadziesiąt lat temu było oczywiste, że dzieciom pewnych tematów się nie przedstawia. Mądrzy rodzice albo taką lekturę modyfikowali, albo – widząc pełną lęku reakcję dziecka – szyb-

Z drugiej strony jednak czytano dzieciom te baśnie, opowiadano straszne historie, straszono dzieci w ogóle. Czy to znaczy, że od pokoleń popełniano ten sam błąd wychowawczy, powielając pewien schemat? Zwróciłam się kiedyś do Alice Miller, światowej sławy badaczki skutków traumy dziecięcej, z pytaniem, co sądzi na temat baśni Grimmów. Odpowiedziała, że jest to taka sama czarna, toksyczna pedagogika jak bicie dzieci, ponieważ poprzez zastraszenie dorośli je sobie podporządkowują. Jednak znakomita większość Polaków była straszona w dzieciństwie – Baba Jaga, Bobo, Czarny Lud, Rzepiór to stałe elementy opowiadanych bajek. A czy znakomita większość Polaków to ludzie radośni i zrelaksowani, pozbawieni lęków, z odwagą społeczną? Zresztą to nie jest tylko kwestia Polaków. Bracia Grimm to kanon, na którym wychowywała się cała Europa. A Andersen? Tam mamy, w moim odczuciu, do czynienia z głębokimi dramatami natury społecznej i psychologicznej. Andersen sam miał skomplikowaną psychikę, i prawdopodobnie pisanie baśni było dla nienr 5 marzec 2011 r.

15


KONKURS go formą psychoterapii – odreagowania stresów i fobii z dzieciństwa. Jednak w jego twórczości znajdziemy dużo więcej miłości niż zła i cynizmu, w przeciwieństwie do Grimmów czy Perraulta. Czyli nie zawsze bezpiecznie jest bezkrytycznie czytać dzieciom straszne książki? Myślę, że ochrona podstawowego zaufania do świata, wrażliwości dziecka oraz jego komfort psychiczny powinny być wartościami nadrzędnymi. Jeżeli nie będziemy chronić dzieci przed złymi treściami i przeżyciami w dzieciństwie, będziemy mieć coraz bardziej zaburzone emocjo-

Czytaj: książki, które przeczytam mojemu synowi >>>

ciu. Żłobek – lansowany w zachodnich krajach, za którymi ochoczo podążamy, to dla kilkumiesięcznych, a nawet rocznych czy dwuletnich dzieci źródło ogromnego stresu i zaburzeń więzi, które rzutują na całe ich przyszłe życie. Rosnąca liczba rozwodów… Rozwód rodziców jest dla dziecka takim stresem, że według długoletnich badań amerykańskich nie tylko wpływa destrukcyjnie na całe jego życie, ale je skraca. Nie wiem, po co dokładać małym dzieciom dodatkowe ciężary w postaci okrutnych tekstów. Literatura dla maluchów powinna być azylem bezpieczeństwa i źródłem siły, a nie lęku.

Irena Koźmińska z Rzecznikiem Praw Dziecka, Markiem Michalakiem, który na IX Finale kampanii czytania wręczył Fundacji medal

za kompetencje językowe czy relacje społeczne, bez których trudno jest osiągnąć sukces w pracy i w życiu. Rodzice maluszków są często zbałamuceni przez producentów gier edukacyjnych, ale dziecko szybko się uzależnia, a badania pokazują, że już dziewięciolatki nie interesują się grami edukacyjnymi, ale takimi, w których dominuje seks i krwawa przemoc – jeszcze 20-30 lat temu tematyka nie do pomyślenia dla dzieci w tym wieku. Konferencja, fot. Archiwum Fundacji ABCXXI

nalnie, przepełnione lękami i agresywne młode pokolenie. Symptomy tego są wyraźne – coraz młodsze dzieci cierpią na depresję, okaleczają się, popełniają samobójstwa, przestępstwa. Oczywiście, to nie tylko wina strasznych baśni w książkach. Współczesne dzieci mają do czynienia z przerażającymi baśniami i treściami na ekranie, i niestety coraz częściej z traumą we własnym ży16

nr 5 marzec 2011 r.

Czy gry komputerowe to narkotyk? Owszem, zwłaszcza jeśli dzieci zaczynają grać w wieku dwóch lat. Ich rodzice cieszą się, że dzięki temu będą one bardziej inteligentne, a nie mają wiedzy, że będzie wręcz przeciwnie – inteligencja emocjonalna komputerowych dzieci jest bardzo kiepska. Nie rozwijają się części mózgu odpowiedzialne

Ale jeśli ta tematyka to powszechny element naszej rzeczywistości? To trzeba się temu przeciwstawiać, a nie wciągać w to dzieci. Nikt pewnie nie twierdzi, że to jest dobre. Ale skoro takie jest życie, to czy należy tworzyć nad dziećmi ten przysłowiowy klosz i ryzykować, że kiedyś nie będą zdol-

ne do zmierzenia się z tą brutalną rzeczywistością? Polecam wywiad z Michaelem Medvedem, który znajduje się na końcu naszej* książki Wychowanie przez czytanie. Ten znany amerykański dziennikarz wraz z żoną – psychologiem, napisał książkę Saving childhood (Ocalić dzieciństwo). Pisze w niej, że koncepcja ochrony dzieciństwa została wyparta przez koncepcję przygotowania dzieci do życia w nowym, brutalnym świecie. Jakie są tego efekty? Nastolatki i młodzi dorośli są kompletnie nieprzygotowani do wyzwań dorosłości. Według psychologów współcześnie mężczyźni zaczynają być dojrzali, czyli odpowiedzialni za siebie i swych bliskich, dopiero w wieku 35 lat. Rosnący poziom narkomanii i innych uzależnień, zaburzeń psychicznych, ciąż wśród nastolatków, samobójstw, rozwodów, przestępczości świadczy o tym, że ani nie chronimy dzieci, ani dobrze nie przygotowujemy ich do życia. nr 5 marzec 2011 r.

17


<<< Czytaj: fragment książki Kiedy ulegnę

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

Michał Żebrowski czyta dzieciom, fot.Archiwum Fundacji ABCXXI

Z kolei Bettelheim, badając baśnie i ich wpływ na dzieci, twierdził, że te w sposób właściwy przygotowują je do dorosłego życia. Bettelheim miał trudne życie, które zakończył samobójstwem. Pochodził z Austrii. Alice Miller poświęciła całą książkę metodom wychowywania dzieci w Niemczech i Austrii, nazywając je czarną pedagogiką. Bettelheim był najpewniej ofiarą tej pedagogiki, gdyż była ona powszechna. Był też więźniem obozu koncentracyjnego. Trzeba dodać, że zajmował się dziećmi autystycznymi, a takie być może wymagały bardziej radykalnych metod. Jego metody pracy z dziećmi zostały zakwestionowane. Odnosiłabym się więc z dużą rezerwą do jego tez. Proszę opowiedzieć, jakie były początki fundacji ABC XXI – Cała Polska czyta dzieciom? Wszystko zaczęło się od tego, że uświadomiłam sobie, że jestem niekompetentną matką. Szukałam pomocy u psychologów. Jeden powiedział, że sama 18

nr 5 marzec 2011 r.

sobie z tym poradzę, drugi, że wymaga to lat terapii. Czyli skrajne opinie i brak wskazówek. Poradziłam sobie dzięki lekturze wielu mądrych książek, m.in. książki Rossa Campbella Jak kochać dziecko. Rodzicom często brakuje refleksji na temat tego, czego naprawdę potrzebuje dziecko. Mieszkając kilka lat w USA, zaczytywałam się książkami znakomitych amerykańskich psychologów, rozmawiałam z nimi, robiłam z nimi wywiady. Podoba mi się u Amerykanów to, z jaką pasją i rzetelnością zgłębiają problemy i szalenie przystępnie swą wiedzę przekazują. Chodziłam na przeróżne szkolenia i warsztaty, począwszy od kursów dla policji na temat przestępczości internetowej przeciwko dzieciom, po kursy z zakresu komunikacji z dzieckiem. Zakładam, że mąż nie zawsze mógł Pani towarzyszyć? Mój mąż miał swoje obowiązki związane z pełnioną funkcją (ambasadora RP

w USA – przyp. red.), ale zawsze aprobował moją potrzebę poszukiwań. Dodam, że funkcja męża otwierała mi wiele drzwi. Jeśli przeczytałam ciekawą książkę, natychmiast kontaktowałam się z autorem. Nie zdarzyło się, żeby któryś z nich odmówił spotkania i wywiadu. Wiele z nich było publikowanych w tygodniku „Polityka”, część znalazła się też w książce Wychowanie przez czytanie. W 1999 roku zorganizowaliśmy w Polsce konferencję „Jak kochać dziecko – nowe odkrycia psychologii”, na którą przyjechała plejada sław amerykańskiej psychologii.

uczestniczyli w warsztatach plastycznych, muzycznych i teatralnych i na koniec wystawili wspólne przedstawienia. Przez osiem miesięcy dzieci i seniorzy współpracowali, dając sobie mnóstwo wsparcia emocjonalnego i wiedzy. Zaowocowało to wspaniałymi przyjaźniami. Budujemy teraz program, który od przedszkola poprzez szkołę będzie prowadził dzieci oraz ich rodziców, aby świadomie towarzyszyli dzieciom w rozwoju i edukacji, a także wspólnie z nauczycielami pochylali się nad problemami dzieci i wspólnie szukali rozwiązań.

Wracając do fundacji… Skoro miałam szczęście zetknąć się z najlepszymi psychologami i ich dorobkiem naukowym i skoro miałam też szczęście uporządkować moje relacje z córką, uznałam, że powinnam za to podziękować losowi, przekazując innym rodzicom wiedzę, która pomoże im w wychowywaniu dzieci. Powstała fundacja. Wprawdzie jesteśmy kojarzeni z kampanią czytania, ale robimy znacznie więcej. Prowadzimy konferencje edukacyjne i szkolenia na temat rozwoju emocjonalnego dziecka, nauczania wartości, roli czytania w rozwoju dziecka i wpływu mediów na ich rozwój, wychowywania chłopców, skutków zaburzeń więzi. Prowadziliśmy szkolenie w więzieniu w Grudziądzu dla matek z małymi dziećmi. Niedawno zakończyliśmy program „Generacje - kreacji” w kilku miastach. Dzieci z domów dziecka i seniorzy z Uniwersytetów Trzeciego Wieku razem chodzili na koncerty, wystawy i do teatru, następnie wspólnie

Czy widzi Pani różnicę w podejściu do dobroczynności pomiędzy Polską a USA? Amerykanie traktują dobroczynność jak oczywistość, nikt nie robi z tego wielkiej sprawy. Dzieci od małego przyzwyczajane są do pracy na rzecz innych, cale rodziny uczestniczą w działaniach charytatywnych i traktują to jako radość dla siebie. Wydaje mi się, że w naszym kraju nie jest w modzie być dobrym, to jest chyba nawet postrzegane jako śmieszne. A dobroczynność naprawdę daje radość i przynosi mnóstwo wartości większych niż wynagrodzenie – pozwala poznać wspaniałych ludzi, dowiedzieć się nowych rzeczy o świecie, zjednuje przyjaciół. Jest Pani pozytywistką? Czy muszę na to pytanie odpowiadać? Rozmawiał Piotr Stankiewicz nr 5 marzec 2011 r.

19


Czytaj: o zdradliwości zapożyczeń >>>

shutterstock.com

Książki, które przeczytam synowi mojemu ankiewicz Piotr St

C

hyba każdy z nas ma listę ukochanych lektur z dzieciństwa, książkowych najlepszych przyjaciół i towarzyszy okresu dorastania. Mam i ja! Czasem wracam do nich jak do starych znajomych, jednak kiedy spoglądam wstecz, to okazuje się, że większości z nich nie odwiedzałem zbyt często przez ostatnie lata. Kiedy urodził się nasz syn Patryk (ma obecnie nieco ponad 2 lata), wiedziałem, że będę mu czytał książki, wręcz nie mogłem się doczekać chwil, kiedy razem siądziemy w dziecięcym pokoju, a ja skupię jego uwagę na historiach, które sam dla nie-

20

nr 5 marzec 2011 r.

go wybiorę. Robiłem w myślach kolejne listy książek, które koniecznie chciałem mu czytać, często wybiegałem daleko w przód, umieszczając na tych listach tytuły, które zrozumie dopiero jako siedmio- lub ośmiolatek. Bawiłem się w wyobraźni jego możliwymi reakcjami na kolejne perypetie i przygody bohaterów mojego dzieciństwa. Tak naprawdę historia z czytaniem dzieciom ma w moim życiu głębsze korzenie. Oczywiście kiedy byłem dzieckiem, czytano mi mnóstwo książek. Robiła to głównie moja mama. Były zatem baśnie, Koziołek Matołek, książeczki z serii Poczytaj mi mamo (ktoś to jeszcze pamięta?). Jednak pamiętam, jak mocno poruszyła mnie

historia pewnego chłopca, z którym byłem na kolonii w wieku 13 lat. Pochodził on z wielodzietnej rodziny, a jego ojciec wykonywał egzotyczny jeszcze wówczas zawód informatyka. Którejś nocy rozmawialiśmy o książkach, leżąc w łóżkach we wspólnym pokoju, a ja wspomniałem o mojej fascynacji Władcą pierścieni Tolkiena. Opowiedziałem chłopakom fragmenty fabuły. I wówczas Mateusz, dotychczas nie uczestniczący w dyskusji, rzucił od niechcenia, że to akurat zna, bo jego ojciec czytał im to na dobranoc. Jakże ja wtedy mu zazdrościłem. Musielibyście znać mnie lepiej, żeby zrozumieć dlaczego, lecz uwierzcie na słowo – chciałem się wtedy zamienić rodzinami. Sporo lat później poznałem moją przyszłą żonę i jednym ze sposobów spędzania czasu we dwoje stało się czytanie Agnieszce na głos. Wybierałem swoje ulubione opowiadania, a moja, wówczas jeszcze, narzeczona z wrażliwością dziecka (zachowała tę cechę do dzisiaj) słuchała i emocjonowała się ich fabułami ku mojej, co tu ukrywać, satysfakcji. Czytam jej do dziś, może nie tak często jak wtedy, ale równie chętnie. Wracając do mojego małego Patrysia, postanowiłem dać upust dalekosiężnym planom i podzielić się z Wami książkami, które kiedyś na pewno mu przeczytam. Od razu zastrzegam, że nie będzie to lista uwzględniająca zawsze jego obecny wiek. Od początku pragnąłem, aby były to książki ważne z mojego (subiektywnego) punktu widzenia. Chciałbym za ich pomocą podzielić się z Patrykiem moim dzieciństwem, zabrać go w cudowną podróż, którą ja kiedyś odbyłem i być może dane mi będzie odbyć jeszcze raz, dzięki mojemu małemu

synowi. Zatem wybaczcie mi zarówno dobór tytułów, jak też osobisty charakter tego cyklu. Jednakowoż to nasza podróż, moja i mojego synka. Dziś chciałem opowiedzieć o książce, którą znalazłem na zakurzonej półce u moich Dziadków. Często tam szperałem w poszukiwaniu czegoś ciekawego, najczęściej były to stare książki należące kiedyś do mojego Taty. Dodam, że Dziadkowie mieli przepastną biblioteczkę, która przez lata potrafiła mnie zaskakiwać. W ten sposób odkryłem dość wcześnie kilka wspaniałych tytułów, o których kiedyś być może opowiem. Dziś będzie tylko o jednym z nich. Zatem znalazłem ją na zakurzonej półce. Już wtedy, 25 lat temu, była dla mnie starocią. Data wydania, jeśli mnie pamięć nie myli, wskazywała na 1956 rok. Jak sobie wówczas szybko obliczyłem, mój Tata miał wtedy 8 lat. Piękne, szkicowane piórkiem obrazki w środku wydały mi się dość zachęcające. Spieszę dodać, że ich autorem nie

nr 5 marzec 2011 r.

21


KONKURS był Jan Marcin Szancer, ale Gustave Doré, ogromnie utalentowany XIX-wieczny rysownik niemiecki. Najbardziej jednak

zaintrygowała mnie okładka z postacią w mundurze huzara, lecącą na armatniej kuli, i tytuł – Przygody Münchhausena. Zacząłem czytać, a zrodzona wówczas fascynacja sprawiła, iż w ciągu całego dzieciństwa przeczytałem tę książkę kilkanaście razy. Fabuła przedstawia się mniej więcej tak: W trakcie suto zakrapianego przyjęcia, tytułowy bohater, posiadający tytuł barona, raczy zgromadzonych gości niesamowitymi historiami ze swojego bujnego życia (każdy rozdział jest osobną opowieścią). Nazwanie ich łgarstwami byłoby komplementem dla łgarstw. Trzeba jednak powiedzieć, że nawet jeśli baron Münchhausen kłamie, to robi to nad wyraz pięknie. Z ogromną swadą i animuszem, jednocześnie mając często 22

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

w pogardzie prawa fizyki, logikę oraz inteligencję słuchaczy, snuje opowieści o swoich przygodach, wychwalając raz po raz własny spryt, męstwo i umiejętności. To w czasie podróży do Rosji zaprzęga do sań atakujące go wilki, to znów, z niewielką pomocą przyjaciół, pokonuje flotę turecką, innym razem zwycięża w zapasach niedźwiedzia. Że nie wspomnę o uwiecznionym na okładce locie na kuli armatniej. Dodajmy, iż cały czas obraca się wśród wielkich ówczesnego świata, łącznie z tak fantastycznymi postaciami, jak władca księżyca czy bóg Wulkan. W trakcie opowiadania zaznacza raz po raz, iż wszystko, co mówi, jest najprawdziwszą prawdą, ale jakże mogłoby być inaczej, pan baron jest wszak szlachcicem, a szlachcicowi nie przystoi przecież kłamać. Książka wypełniona jest po brzegi zapierającymi dech w piersiach historiami, napisanymi pięknym, stylizowanym językiem. Jest

jednocześnie bogato zdobionym freskiem z epoki, z mnóstwem szczegółów dotyczących ówczesnego życia i zwyczajów. Należy jednak pamiętać, że najważniejsze są tu pełne fantazji i łgarstw przygody i anegdoty z życia osiemnastowiecznego szlachcica, których, w szczególności chłopcy, słuchać będą z wypiekami na policzkach. Zdarzą się czasem historie, które mogą wydać się na pierwszy rzut oka brutalne lub straszne. Jednak celem narratora nie jest straszenie, ale fascynowanie czytelnika kolejnymi, piramidalnymi konfabulacjami. Uwidocznia się to w sposobie prezentowania poszczególnych wydarzeń, doborze słów i wesołym tonie. Wielu starszych czytelników dostrzeże z pewnością w Münchhausenie po części Zagłobę czy Papkina, a nawet Hrabiego z Pana Tadeusza. Pewnym tropem będzie skojarzenie z filmem Stanleya Kubricka Barry Lyndon, choć ten do wesołych bynajmniej nie należy. Skoro przy filmie jesteśmy, wspomnieć należy ekranizację przygód barona w reżyserii Terry’ego Gilliama. Nie polecam (chyba że należycie do tych osób, którym podobał się Parnassus), a na pewno nie dzieciom. Sam Münchhausen jest postacią autentyczną, obrosłą już za życia legendą. Był niemieckim szlachcicem, zapalonym myśliwym, żołnierzem i awanturnikiem – przede wszystkim zaś człowiekiem swoich czasów, podróżującym po europejskich dworach i polach bitew. Pierwszą jego „biografię” spisał jeszcze za jego życia Rudolf Erich Raspe, jednak pewne wątki uzupełnił i rozwinął Gottfried August Bürger w swojej wersji wydanej niespełna rok później, w 1786 roku. I ta właśnie wersja stała się kanoniczna w krajach niemieckojęzycznych, a później także w Polsce, i to ją znalazłem onegdaj w domu moich

Dziadków. Smutne jest niestety to, że w trakcie rozlicznych przeprowadzek i remontów, a być może w wyniku mojego przyzwyczajenia polegającego na zabieraniu książek wszędzie, w każdą podróż (nawet do ośrodka zdrowia), zgubiłem mój ukochany egzemplarz. Kilka lat temu kupiłem sobie wznowienie, niestety było pozbawione ilustracji wewnątrz. I wiecie co, właśnie nabyłem na Allegro to samo stare wydanie, będzie u mnie pojutrze. Poczeka na mojego syna na półce z książkami, które mu kiedyś przeczytam. Przyznam się Wam szczerze – wyczekuję chwili, gdy będę mógł zobaczyć reakcję Patryka na Münchhausena. Wyobrażam sobie potok pytań „dlaczego?”, „jak to możli-

we?”. Uśmiecham się do tej myśli, wiedząc, że być może wbrew logice i prawom fizyki wejdę raz jeszcze do tej samej rzeki. Piotr Stankiewicz nr 5 marzec 2011 r.

23


Czytaj: wywiad z Markiem Lipskim >>>

<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

O zdradliwości zapożyczeń (4)

Co to jest butonierka? Maciej Malinowski jest mistrzem ortografii polskiej (katowickie „Dyktando”), autorem książek „(...) boby było lepiej. Mistrz polskiej ortografii pokazuje, jak trudna jest polszczyzna, i namawia językoznawców do... zmian w pisowni (Kraków 2002 r.); „Obcy język polski” (Łódź 2003 r.) oraz „Co z tą polszczyzną?” (Kraków 2007 r.). Od 2002 r. prowadzi rubrykę językową w ogólnopolskim tygodniku „Angora”.

Przed laty w TVN-owskim teleturnieju „Milionerzy” jedno z pytań brzmiało tak: – Co mężczyzna wkłada do butonierki? Ponieważ uczestnik nie miał o tym pojęcia, zwrócił się o pomoc do publiczności, a ta gremialnie odpowiedziała, że… buty. Owa nonsensowna odpowiedź wzięła się z tego, że większość osób zasiadających na widowni stanowili ludzie młodzi, którzy być może zapamiętali ze szkoły tytuł wiersza przedstawiciela futuryzmu Brunona Jasieńskiego But w butonierce, ale nie poznali przesłania całego utworu (że jest to prowokacja ze strony poety, który lubił się 24

nr 5 marzec 2011 r.

bawić językiem). Odebrali więc dosłownie słowa poety Idę młody, genialny, niosę but w butonierce, / Tym, co za mną nie zdążą, echopowiem (to jeden z licznych neologizmów poety): Adieu! Nie wiedząc, co znaczy butonierka, uwierzyli autorowi, że ów rzeczownik musi mieć związek z… butem. Wiemy już, że do butonierki nie wkłada się butów. Odpowiedzmy sobie jednak na pytanie, co to w ogóle jest butonierka. Czy chodzi o ‘małą kieszeń po lewej stronie marynarki bądź żakietu’, jak sądzi spora grupa rodaków? Otóż nie. Butonierka (z fr. boutonnière ‘dziurka od guzika, pętelka’; od bouton ‘guzik’) to dziurka, zamarkowana lub przecięta, umieszczona w klapie marynarki (w jednorzędówce na jednej klapie, w dwurzędówce na jednej klapie lub dwóch), w którą to dziurkę wkłada się kwiat, miniaturkę orderu itp., a można – przenośnie – również inne rzeczy, np. księżyc (U nas chodzi się z księżycem w butonierce / U nas wiosną wiersze rodzą się najlepsze – śpiewa Andrzej Sikorowski w piosence „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa”). Początkowo (jeszcze w XVIII w.) nasi przodkowie nie mówili butonierka, tylko butoniera. Włączając do zasobu leksykalnego polszczyzny żeńskie słowo boutonnière w postaci fonetycz-

nej [wym. butonier], językoznawcy dodali mu zakończenie -a, jednak miniaturowość marynarkowego szczegółu sprawiła, że jako jego nazwa upowszechniło się ostatecznie zdrobnienie butonierka. O tym, że butonierka nie może być ‘małą kieszenią’, przekonuje pewien fakt z dawnego projektowania męskich garniturów. Dawno temu marynarki miały inny fason niż dzisiaj – zapinano je wysoko pod szyją. Wraz z upływem czasu i zmieniającą się modą zaczęto odpinać najwyższy guzik i odchylać górną część marynarki. W końcu zniknął i sam guzik, jednak dziurka po lewej stronie pozostała. Początkowo jej nie rozcinano, aż w końcu rozcięto, żeby znalazła jakieś sensowne zastosowanie. I znalazła. Koniecznie muszę jednak w tym miejscu dodać, że wyraz butonierka miał jeszcze drugie znaczenie. Mówiono tak na ‘maleńki flakonik na kwiaty, przypinany przez kobiety do sukni balowej w XVIII i XIX w.’. Może dlatego także obecnie nazywa się potocznie butonierką ozdobę w klapie marynarki pana młodego, czyli kwiatek ze wstążeczką i z długą szpilką służącą jako przypinka… A co z tą nieszczęsną górną kieszonką marynarki, mylnie nazywaną butonierką? Okazuje się, że jest to tzw. brustasza, w którą wkłada się poszetkę, czyli ‘chustkę’ (złożoną na różne sposoby). Zwykle poszetka ozdabia smoking czy frak (musi być jedwabna), ale można ją także nosić do marynarki na co dzień. Zarówno brustasza, jak i poszetka są tworami zapożyczonymi. Pierwsze słowo wywodzi się z języka niemieckiego, w których die Brusttasche znaczy ‘kieszonka na piersi; kieszeń wewnętrzna (marynarki)’ (od Brust ‘pierś’ i Tasche ‘kieszeń’); drugie ma rodowód francuski – pochette [wym. poszet] w jednym ze znaczeń to ‘chusteczka do kieszonki’ (od poche ‘kieszeń’), w odróżnieniu od mouchoir [wym. muszuar], czyli ‘chustka do nosa lub na głowę’. Jak widać, obydwa rzeczowniki to pożyczki fonetyczne, a nie graficzne, jednak na gruncie polskim potraktowane przez językoznawców… niejednakowo. Adaptując germanizm Brusttasche, zrezygnowaliśmy z jednego t i zmieniliśmy

-e na -a, tworząc formę brustasza; przyswajając z kolei galicyzm pochette, nie zdecydowaliśmy się na postać poszeta, tylko na poszetka, tzn. przyrostkiem -ka utworzyliśmy deminutivum, czyli zdrobnienie. W takim postawieniu sprawy można (i należy) się doszukiwać niekonsekwencji. Skoro i w jednym wypadku, i w drugim mamy do czynienia w sensie dosłownym z czymś niewielkim (kieszonką na piersi, chusteczką), warto się było, sądzę, opowiedzieć za formą brustaszka, a nie brustasza. Niewykluczone, że lingwiści nie zdecydowali się swego czasu na brustaszkę, tylko pozostali przy brustaszy, z bardzo prozaicznego powodu: ze względu na funkcjonowanie od dawna w polszczyźnie zdrobnienia popularnego żeńskiego imienia Stanisława. Być może nie chcieli, żeby była i Staszka, i brustaszka… Wielka szkoda, że nie postawiono ostatecznie na brustaszkę. Na dziurkę umieszczoną w klapie marynarki też początkowo mówiono butoniera, jednak miniaturowość owego odzieżowego szczegółu sprawiła, że jego nazwą stało się z czasem słowo butonierka. Rzeczownik pochette od razu przerobiliśmy na poszetkę, więc byłoby o wiele prościej, gdyby do butonierki i poszetki dołączyła brustaszka. A tak jest kłopot. O brustaszy i poszetce mało kto słyszał, wyrazów tych nie notowały starsze słowniki języka polskiego, nie podają ich także nowe. Trudno się więc dziwić, że rodacy mówią później na brustaszę ‒ butonierka, a na poszetkę ‒ chusteczka. Przecież poszetka nie jest zwykłą chusteczką (taką do nosa czy na głowę), tylko specjalną, ozdobną chusteczką, wkładką do brustaszy. Używając zatem nazwy poszetka, wyrażalibyśmy się precyzyjniej, konkretniej. Czyż nie? Maciej Malinowski PS Nieoczekiwanie Wielki słownik wyrazów obcych PWN pod red. Mirosława Bańki (Warszawa 2003, s. 186) podaje nowe znaczenie słowa butonierka ‘płytka kieszonka na wysokości piersi w marynarce lub żakiecie, w której można nosić np. chusteczkę dla ozdoby’. Tymczasem wiadomo, że jest to brustasza… nr 5 marzec 2011 r.

25


Czytaj: o zdradliwości zapożyczeń >>>

o g e z Dlacjestem nie teistą a shutterstock.com

im iem Lipsk

iewicz Z Mark iotr Stank P ia w a m roz

Marek Lipski

to pseudonim doskonale znanego specjalisty branży finansowo-szkoleniowej. Jest on autorem świeżo wydanej książki Dlaczego nie jestem ateistą, będącej próbą analizy różnych postaw i światopoglądów, ale też pogłębioną o osobistą refleksję dotyczącą relacji człowieka z Bogiem. Już sama tematyka jest zachętą dla osób poszukujących odpowiedzi na ważne życiowe pytania. Jednak to, co stanowi o wyjątkowości tej publikacji, to boleśnie szczera i pełna krytycyzmu wobec samego siebie postawa autora oraz gotowość do stawiania odważnych tez w połączeniu z delikatnością i taktem, których poruszane zagadnienia niezmiennie wymagają. Jesteśmy w redakcji przekonani, że mimo to książka wzbudzi niemałe kontrowersje i właśnie dlatego jako jedni z pierwszych rozmawiamy z Markiem Lipskim. 26

nr 5 marzec 2011 r.

Piotr Stankiewicz: Czy potrzeba nam książek o wartościach? Marek Lipski: Mogę odpowiedzieć we własnym imieniu. Ja taką potrzebę w sobie odnalazłem. Dojrzewałem kilka lat do decyzji, żeby napisać tego typu książkę. W międzyczasie napisałem kilka innych, związanych z dziedziną, w której uważany jestem za specjalistę. Z czasem postanowiłem podjąć tę ciężką próbę. Ciężką, ponieważ pisanie na tematy związane z wykonywanym zawodem (szkolenia) wydaje mi się prostsze od poruszania w książce zagadnień wiary czy relacji z małżonkiem. Tym bardziej że zawarłem tam moje osobiste doświadczenia. Pisze Pan pod pseudonimem, w celu wydania Dlaczego nie jestem ateistą założył Pan wydawnictwo. Co skłoniło Pana do napisania tej książki?

Między innymi to, że chciałem pokazać kwestie światopoglądu z nieco innego punktu widzenia. Innego niż jaki? Innego niż ten, który powszechnie występuje. Innego niż katolicki? Niezupełnie, raczej chodziło o to, aby wskazać charakterystyczny podział. Osoba, która mówi, że nie wierzy w Boga, deklaruje się jako ateista, jest niemal automatycznie postrzegana jako racjonalista. Wybór odrzucenia Boga jest w odczuciu kogoś takiego wyborem opartym o racje i dowody. W mojej książce staram się pokazać, że wybór ateizmu jest tak samo emocjonalny jak wybór wiary, a ta w naszym kraju kojarzy się z Kościołem Katolickim.

dziś nieakceptowane przez młodych ludzi. Z drugiej strony są oni wnikliwymi obserwatorami i widząc, jak postępują ci, którzy deklarują swoją wiarę w Boga, dochodzą do wniosku, że ten nie istnieje. Zakładają, że gdyby istniał, wpływ wiary w Niego na postępowanie ludzi wierzących byłby o wiele większy. Przyzna Pan, że nawet jak na młodego człowieka jest to dość uproszczona logika? Być może, ale tak to wygląda. Ja zachęcam, jeśli ktoś ma krytyczne spojrzenie na wiarę i ludzi wierzących, żeby spróbował dojść do innego wniosku. Nie, że Boga nie

Choć tytuł książki mógłby sugerować rozbudowaną polemikę z szerzącym się ateizmem. I z pewnością ją tam znajdziemy, ale w rezultacie otrzymujemy również polemikę z obowiązującym podejściem do wiary, jak się okazuje podczas lektury niekoniecznie jedynie słusznym. Boli mnie to, że osoby młode, wychowane w określonych wartościach – np. wierze katolickiej, wchodzą w dorosłe życie i konfrontują to z rzeczywistością. Mam na myśli rzeczywistość, która na każdym kroku udowadnia, że Boga nie ma. Są różne zjawiska, różne publikacje, które wpływają na takie a nie inne postrzeganie tych spraw. Dodatkowo proszę zauważyć postępującą swobodę obyczajów – Bóg wymaga od nas przestrzegania określonych zasad, które są nr 5 marzec 2011 r.

27


KONKURS

<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

ma, ale być może należy Go poszukać gdzie indziej.

A pod wpływem Biblii? Pismo Święte jest wyjątkiem. Uściślając: jakiejkolwiek książki napisanej przez człowieka. Czytał Pan „biblię ateistów” (Bóg urojony Richarda Dawkinsa – przyp. red.)? Tak. Jestem pod wrażeniem erudycji i pasji autora. Pod tym względem nie dorastam panu Dawkinsowi do pięt. Zauważyłem jedno wielkie „ale” – jego niedojrzałość emocjonalną. Wyrobił Pan sobie takie zdanie tylko po przeczytaniu książki? 28

nr 5 marzec 2011 r.

Dostrzega Pan zwycięski pochód ateizmu na świecie? To jest nieprawdopodobne zjawisko, bardzo dynamiczne. Sądzę, że jesteśmy w przededniu eksplozji ateizmu w Polsce, na świecie już eksplodował. Był to też jeden z powodów napisania mojej książki. Są środowiska, w których powiedzenie, że jest się ateistą, jest zwyczajnie trendy. Mówiąc „wierzę w Boga”, ludzie często wstydzą się dodać, że wraz z tą wiarą oczekują konkretnych korzyści. Sam Jezus w wielu miejscach w Nowym Testamencie nie ukrywa, że każda osoba wierząca powinna oczekiwać określonych korzyści, np. życia wiecznego. Mało kto, mówiąc, że wierzy w Boga, dodaje, że oczekuje i wierzy w życie wieczne. Ja o tym mówię otwarcie, również w mojej książce. Mało kiedy w kontekście wiary i religii mówi się o swoistym qui pro quo. Co to za wyznanie – jestem chrześcijaninem, bo takie są korzenie Europy, albo – jestem katolikiem, bo jestem Polakiem etc. To są powody, które mają się raczej nijak do rzeczywistych przyczyn wiary. Podstawowa kwestia związana z wiarą w Boga to nadzieja na życie wieczne i zasłużenie na

tę wspaniałą nagrodę. Tylko tyle i aż tyle. Dlaczego zatem ateizm wygrywa? Przecież w kontekście tego, co Pan mówi, niczego nie oferuje? A brak zasad i wyrzutów sumienia? Bóg stawia określone wymagania. Konieczność spełnienia tych wymagań wywołuje ogromny dyskomfort. Dotyczy to w szczególności ludzi bardzo młodych, gdzie presja rówieśników jest ogromna. Co w takim razie należałoby takim młodym ludziom zaoferować w zamian? Ogromną rolę odgrywa tu relacja z rodzicami. Ich wpływ musi być silniejszy niż wpływ rówieśników. Poza tym rola rodzica powinna polegać na wspieraniu dzieci we właściwym doborze ich grupy rówieśniczej. Inaczej następuje coś, co psychologowie nazywają społecznym dowodem słuszności. Skoro większość deklaruje wiarę w Boga, jednocześnie nie stosując się do Jego zasad, to człowiek, w szczególności młody, nabiera subiektywnego przekonania, że można pozostać osobą wierzącą i nie stosować się do tych zasad. Coraz częściej jednak sporo osób odrzuca ten zgniły kompromis i świadomie neguje Boga, jako kogoś, kto kiedyś w przyszłości miałby ich za to ukarać.

shutterstock.com

Zajmuje się Pan zawodowo szkoleniem sprzedawców. Jak zatem zdaniem specjalisty należy „sprzedawać” Boga młodym ludziom? Nie mówić im o zakazach? Wiem doskonale, że nigdy racje nikogo nie przekonają. Trzeba kogoś poruszyć. Dlatego moja książka nie do końca jest próbą polemiki. Racjonalne przesłanki stanowią zwykle uzasadnienie ex post. Zawsze na początku są emocje lub potrzeba. Najważniejszym efektem, jaki chciałem wywołać tą książką, jest poruszenie czytelnika. Część ludzi z pewnością stwierdzi, że kompletnie się ze mną nie zgadza, w pełni zdaję sobie z tego sprawę – szczególnie, jeśli będzie ją czytać zdeklarowany ateista. Sądzę jednak, że wybór światopoglądu jest zbyt poważną sprawą, żeby można go było zmienić pod wpływem jakiejkolwiek książki.

Po przeczytaniu jednego zdania. Na początku swojej publikacji Dawkins stwierdza, że jego celem jest to, aby po jej przeczytaniu każdy religijny człowiek stał się ateistą. A przecież nawet Jezus wiedział, że nie jest w stanie przekonać do swoich nauk tzw. uczonych w Piśmie. Według mnie są trzy możliwości. Albo jest osobą bardzo naiwną, albo ogromnym megalomanem, albo nie mówi prawdy.

Zwycięża wstręt do hipokryzji? Tak. To jest bardzo odważna decyzja, ale nie ma nic wspólnego z racjami. Taka osoba musi sobie dopiero udowodnić, że Boga nie ma. Ateiści to ludzie bez zasad? W żadnym wypadku, mają swoje zasady, ustalane indywidualnie dla siebie. Czy ateizm jest nową religią? Jest bardzo wygodnym sposobem na życie. Kilkaset lat temu deklarowanie ateizmu wiązało się z dużą odwagą cywilną i negatywnymi konsekwencjami społecznymi. Dziś, kiedy rozmawia się z ateistami (odbyłem dziesiątki takich rozmów), nr 5 marzec 2011 r.

29


<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

można odnieść wrażenie, że uważają się za Cialdiniego, amerykańskich psychololudzi lepszej kategorii, uświadomionych. gów społecznych. Zastanawiałem się też, jaki jest sens, żeby Ci panowie pisali książki dla studentów, ateista czytał moją książkę. Mam na tyle starali się zaprezentować szereg czynników, pokory, żeby wiedzieć, iż żadnego z nich nie które ingerują w pozornie racjonalne wyprzekonam do zmiany stosunku do wiary. bory człowieka. Z racji wykonywanej pracy Chciałbym jedynie, aby przestał się czuć czytam też książki skierowane do specjalikomfortowo w związku ze swoim wyborem stów, którzy mają zawodowo wpływać na i być może zaakceptował fakt, iż za tą decyzją decyzje innych. W tych książkach nikt nanie stały czyste racje. wet nie udaje, jest to A przede wszystkim, tam napisane wprost, aby nabrał nieco że nie ma nic racjowięcej szacunku dla Jesteśmy w przededniu nalnego w decyzjach osób wierzących. podejmowanych eksplozji ateizmu przez człowieka. Zaw Polsce, na świecie Czytając Dlawsze na początku jest już eksplodował czego nie jestem impuls emocjonalny. ateistą, można odJestem też praktynieść wrażenie, że kiem i sprawdziłem w większym stopto podczas rozmów niu potępia Pan osoby, które deklarują z setkami klientów. W tym przypadku barprzynależność do Kościoła, a jednocze- dziej nawet ufam swojemu doświadczeniu śnie nie przestrzegają zasad, którymi po- niż Aronsonowi i Cialdiniemu. Ale muwinny się legitymować. siałem powołać się na ich autorytet, bo ja Tak. To jest bardzo wygodne, taka osoba przecież jestem nikim w porównaniu z tymi wyobraża sobie, że może żyć bez tych zasad, panami. a jednocześnie jest na tyle naiwna, że wierzy, iż Bóg jej wybaczy w momencie Sądu Jak to się stało, że Pan nigdy nie zoOstatecznego. Ateista ma na tyle odwagi, stał ateistą? żeby nie tworzyć tego rozdwojenia. Jednak Wychowałem się w katolickim domu, według mnie również wpada w pułapkę, ale dość szybko się zbuntowałem. Całe będąc przeświadczonym, że jego decyzja życie wierzyłem, że Bóg istnieje, ale nie była w stu procentach racjonalna. przywiązywałem do tego szczególnej wagi. Wszystko zaczęło się od braku akceptacji Nie pozostawia Pan czytelnikowi złu- dla śmierci, uczucie to stało się szczególnie dzeń odnośnie do suwerenności i racjo- dojmujące, kiedy się zakochałem. nalności wyborów podejmowanych przez człowieka. Powołuje się Pan przy tym Do kogo chciałby Pan dotrzeć swoją między innymi na badania Aronsona czy książką? 30

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

W szczególności do tych, którzy są na rozdrożu ważnych decyzji życiowych. Wahają się, nie znajdują odpowiedzi w swoim otoczeniu. Na pewno istotną grupę docelową stanowią, z mojego punktu widzenia, ludzie młodzi. Jakiś czas temu udzieliłem wywiadu dla portalu dla nastolatek, gdzie powiedziałem, że to książka o zwykłej miłości do wyjątkowej kobiety. Być może nawet w większym stopniu jest o zwykłej miłości między kobietą a mężczyzną w szarej rzeczywistości niż o wyborze światopoglądu. W książce jest ważny fragment poświęcony rozliczeniu z przeszłością i temu, jak bardzo krzywdził Pan swoją żonę. No tak. I temu, jak bardzo nie zasługiwałem na taką towarzyszkę życia. Ja nie byłem jakimś tam najgorszym facetem…

nadal) wyjątkową żonę, a ja byłem takim zwykłym, nijakim facetem, który żył tak, jak żyją wszyscy. Czym Pan zawalił? Tym że choć bardzo kochałem moją żonę, nie byłem w stanie jej tego okazać, nie poświęcałem jej dość uwagi. W pewnym momencie pogoń za utrzymaniem swojej pozycji w korporacji pochłonęła mnie bez reszty. Zarabiał Pan cały czas za mało? Nie zarabiałem ani więcej, ani mniej. Po prostu w dużych firmach czy korporacjach osoby zajmujące się sprzedażą muszą być w stałej gotowości, w stu procentach poświęcać się wyznaczonym zadaniom. To są frontowcy, którzy stale muszą walczyć o swoją pozycję. Walka toczyła się o to, aby się utrzymać, aby zasługiwać na pozostawanie w firmie. Muszę dodać, że w owym okresie byłem w firmie bardzo doceniany za tą gotowość.

Może to jest pułapka myślowa? Zresztą Pan sam o tym pisze. Przeświadczenie, że są ludzie gorsi od Rozumiem, że nas, może być taw domu było wręcz W mojej książce staram przeciwnie? bletką nasenną dla się pokazać, sumienia. W pewnym mo(śmiech) Postrzemencie spostrzegłem że wybór ateizmu jest gam to w kategorii straszną rzecz. Zotak samo emocjonalny upadku. I choć nie baczyłem w oczach jak wybór wiary próbuję się z nikim mojej żony, nigdy mi porównywać, to tego nie powiedziała, w moim życiu ten że mnie już nie koupadek niewiele różnił się od zwykłego cha. W takim przypadku ludzie często się stylu życia, który obserwowałem u moich rozstają. Dla mnie byłaby to katastrofa, bo kolegów, tzw. biznesmenów. U mnie pro- bardzo kochałem (i nadal kocham) swoją blem polegał na tym, że miałem (i mam żonę. Wiedziałem, że muszę coś z tym zronr 5 marzec 2011 r.

31


Czytaj: o zdradliwości zapożyczeń >>>

<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

bić, z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że sam nie dam sobie rady. Nie wystarczyło wyprowadzić się z rodziną z mieszkania do wynajętego wówczas przeze mnie domu, potrzebowałem diametralnych, rewolucyjnych zmian w swoim życiu. Potrzebowałem wsparcia, pomocy. Jak się okazało, potrzebowałem Boga. W tych okolicznościach zwróciłem się do Niego z prośbą o to, abym znów zasłużył na miłość mojej żony. W tym czasie nie liczył się dla mnie strach przed śmiercią czy pragnienie życia wiecznego. Wtedy najważniejsze było to, jak naprawić siebie dla mojej żony i moich dzieci. I Bóg odpowiedział? Nie odpowiedział. Zacząłem go szukać. Sięgnąłem do źródeł, zacząłem czytać Biblię.

wistość w korporacji jest w pewnym sensie wirtualna, tam wszyscy są uśmiechnięci, wszystko jest na swoim miejscu, ludzie wewnątrz tego układu mają prawo czuć się lepsi niż otaczający świat. Pod warunkiem, że na to zasłużą, bo korporacja stawia bardzo jasne wymagania – musisz mieć wyniki. Rozstania z ludźmi niepotrzebnymi ukazują charakter tych relacji. To są dwa światy, mam kolegów, którzy wciąż tam pracują. I czasem widzę ich żony – mają tak samo smutne oczy jak kiedyś moja. Niestety, ich żony stają się jeszcze smutniejsze, gdy oni tracą pracę. Również z myślą o takich osobach pisałem moją książkę, ale bez żadnych ambicji wskazywania, jak mają postąpić – po prostu napisałem, jak ja sobie poradziłem.

Treść książki wspiera się bardzo mocno na autorytecie Biblii. Nie boi się pan polemik zwiąW dużych firmach czy korporacjach osoby zajmujące zanych być może się sprzedażą muszą być w stałej z Pańską interpregotowości, w stu procentach tacją? poświęcać się wyznaczonym W jednej z recenzadaniom... Chciałem wrózji zwróciłem uwagę cić jeszcze do kwena pewne zdanie. stii rodziny i korpoDziennikarka pisze racji. Dziś na co dzień ma Pan styczność w niej, że cytując Pismo Święte, nie podaz pracownikami takich firm, szkoli ich ję, skąd pochodzi dany cytat. Oczywiście Pan z zagadnień skutecznej sprzedaży. w przypisach zaznaczam, że cytaty są wzięte Czy dramat, który był udziałem pań- z Biblii Tysiąclecia, najbardziej popularnej skiej rodziny, ma miejsce w wielu innych w Polsce. Jednak domyślam się, że ciężko rodzinach? jej było uwierzyć, iż cytuję tę samą książPodobne sytuacje można dostrzec we kę, którą posługują się wszystkie wyznania wszystkich środowiskach. Ja znam akurat chrześcijańskie. Tę samą, którą każdy wietakie – i tylko dlatego o nim piszę. Rzeczy- rzący powinien znać. Wybrałem te fragDlaczego nie Koran? Być może gdybym urodził się w Iranie, sięgnąłbym po Koran.

32

nr 5 marzec 2011 r.

menty, które zrobiły na mnie największe wrażenie – na mnie nie jako teoretykowi, ale osobie poszukującej konkretnych wskazówek – zrób to i to.

tować w nie do końca bezpośredniej formie, zostawiając czytelnikowi pole do własnej interpretacji.

Ale ta krytyka księży i hierarchów jest Czy da się prowadzić pełen sukcesów tutaj dość łatwa do odczytania. biznes, być skutecznym sprzedawcą i jedJeśli wczytać się w to, co mówi Jezus nocześnie hołdować zasadom, o których w Ewangeliach, jeśli wierzyć w to, że jest mówi Biblia? Mesjaszem, trzeba założyć, że kieruje swoje Myślę, że tak. To ja nie potrafiłem kie- słowa do wszystkich pokoleń. Zatem zawardyś skutecznie oddzielić tych elementów, ta tam krytyka „uczonych w Piśmie” odnomiałem zbyt słabą osobowość. Jeśli ktoś si się również do tych, którzy byli 500 lat to potrafi, to nie po Jezusie, są obecwidzę sprzeczności. nie i będą jeszcze po Książka nie jest krynas. Ja chcę zadać ...mam kolegów, którzy wciąż tyką korporacji, jest tylko pytanie: kogo tam pracują. I czasem widzę o tym, że ja sobie współcześnie krytyich żony – mają tak samo z tym nie radziłem kuje Jezus? smutne oczy jak kiedyś moja i dokonałem określonego wyboru. Czy Ewangelia może być wciąż akŻona już Pana tualna dla współkocha? czesnego człowieka? Mam nadzieję, że tak. Na pewno patrzy Z mojego punktu widzenia w najwyżna mnie bardziej łaskawym okiem. szym stopniu. Pragnę w mojej książce zachęcić czytelników, aby przeczytali jedną Ile minęło od tamtego czasu? lub dwie Ewangelie i samodzielnie wyciąSporo, 10 lat. gnęli wnioski. Dużo miejsca poświęca Pan w książce relacjom Jezusa z faryzeuszami, współczesnymi mu kapłanami. Choć mało kiedy pada przymiotnik katolicki, trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to de facto głęboka krytyka hierarchii kościoła rzymskokatolickiego. Każdy z nas ma poglądy. Poruszając te kwestie, musiałem się odnieść do własnych. Starałem się ewentualną krytykę zaprezen-

Jak Pan myśli, co by się stało, gdyby Jezus przyszedł dzisiaj np. do kraju nad Wisłą? To ciekawe pytanie. Podejrzewam, że skoro dzisiaj się nikogo (przynajmniej w Polsce) nie krzyżuje, to zamknięto by Go w szpitalu psychiatrycznym. Rozmawiał Piotr Stankiewicz nr 5 marzec 2011 r.

33


KONKURS

<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

Mateusz Wielgosz

rys. Maciej Dybał

Prawdziwe MEstwo

Męstwo, odwaga, zemsta, dorastanie, przyjaźń… Wielkie słowa i wielkie tematy, aż dziw, że tak mała książeczka jak Prawdziwe Męstwo (ang. tytuł – True Grit) była w stanie pomieścić je bez pęknięcia w szwach. To samo można powiedzieć o dwóch filmach, bardzo różnych i jednocześnie wiernych literackiemu dziełu Charlesa Portisa. Wszystkie trzy utwory pochłania się z przyjemnością – naiwny i zawadiacki klasyk z Johnem Wayne’em, ociekającą sarkazmem książkę czy wreszcie doskonale zagrany i prawdziwie „gritowy” film braci Coen. Cóż to za historia, którą można z powodzeniem wałkować kilkukrotnie? Ano taka, która nie sili się na zaskakiwanie widza czy przecieranie nowych szlaków. Zamiast tego serwuje szereg lubianych schematów w solidnie zrealizowanej i zabawnej formie, 34

nr 5 marzec 2011 r.

z wyrazistymi bohaterami, których można polubić. Z drugiej strony nie mogę sobie przypomnieć innego westernu, gdzie nastoletnia dziewczynka wyrusza z domu, by zabić zbója. Dlatego podczas oglądania nowego filmu Coenów, nie grozi nam mruczenie pod nosem: „to już było” (nie licząc ewentualnych przebłysków z 40-letniego poprzednika lub wspomnień z książki). Pod koniec dziewiętnastego wieku, z początkiem zimy Tom Chaney, niesiony pijackim gniewem, zabija Franka Rossa, życzliwego mu człowieka. Następnie zabiera nieboszczykowi dwie sztuki złota i uchodzi z jego koniem, jakby gnał go sam diabeł, choć najwyraźniej nikt w mieście nie kwapi się, by ruszyć w pościg. Po kilku dniach na miejsce przybywa 14-letnia Mattie Ross, córka zabitego. Świadoma tego, jak niewiele zrobiono, by ująć mordercę jej ojca i jak wielu przestępców cieszy się większym zainteresowaniem władz, postanawia wynająć zastępcę szeryfa. Chce najlepszego, a za takiego uważa się Roostera Cogburna, podstarzałego, zużytego kowboja, który uchodzi za nr 5 marzec 2011 r.

35


<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

bezlitosnego drania i człowieka nie znającego strachu. Upartej dziewczynie udaje się nie tylko wynająć Roostera, który okazuje się jednookim, otyłym flejtuchem, ale i (wbrew jego woli) wymusić na nim swoje towarzystwo w niebezpiecznej wyprawie. Jakby mało było tarć między tą dwójką, w towarzystwie pojawia się również strażnik Teksasu – LaBoeuf, działający na nerwy obojgu. I tak niedopasowane i zgrzytające trio wyrusza w głąb terytorium Indian, gdzie ukrywają się wszelacy bandyci ścigani w Arkansas i innych stanach. Clou Prawdziwego męstwa, w każdym wydaniu, są charaktery Mattie i Roostera. LaBoeuf stanowi języczek uwagi, dzięki któremu relacje między bohaterami nabierają dynamizmu, bo jeśli tylko nie panuje powszechna wrogość, to co najmniej dwie osoby są w opozycji do trzeciej. Ozdobą książki, jak i obu ekranizacji, są dialogi. Na szczęście scenarzystów nie swędziały ręce i skorzystali z kapitalnych, zadziornych kwestii spisanych przez Portisa. Jednocześnie warto w tym momencie zwrócić uwagę, że Prawdziwe męstwo to dzieło typowo męskie, gdzie liczą się czyny, a nie słowa. Zachwalane przeze mnie dialogi to ozdoba i świetny dodatek, ale bohaterów określają właśnie ich działania, a nie deklaracje czy górnolotne przemowy.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

rodzaju kuriozum. Zdaje się stać w rozkroku pomiędzy dwoma okresami kina. Z jednej strony mamy świetną realizację, zdjęcia, nie brak przemocy, z drugiej jednak towarzyszy mu teatralna maniera starego kina. Aktorzy nie rozmawiają ze sobą, tylko recytują swoje kwestie, sporo tu teatralności oraz miejscami sympatycznej naiwności. Ta naiwność niestety nie jest sympatyczna w przypadku 22-latki udającej 14-latkę. Mimo starań Kim Darby, jej bohaterka irytuje dziecinnym zachowaniem nie licującym z wyglądem. Mattie Ross winna być postacią upartą, ale i sprytną, zadziorną, ale i dzielną. Nie jest to jednak rażąca wada, gdyż film Henry’ego Hathawaya niemal w całości zagarnia (tak posturą, jak i charakterem) Rooster Cogburn. Nie jestem fanem Johna Wayne’a, ale to zdecydowanie świetna rola. Jako jedyny rzeczywiście gra, a nie tylko deklamuje. Jego Rooster jest

Mimo że w krótkim czasie przyszło mi zapoznać się z Prawdziwym Męstwem aż w trzech wersjach, to nie znalazłem ani chwili na nudę. Warto wspomnieć trochę o różnicach pomiędzy dwoma filmowymi adaptacjami. Obraz z 1969 roku stanowi pewnego 36

nr 5 marzec 2011 r.

nr 5 marzec 2011 r.

37


KONKURS

stary i gruby, ale nie jest wrakiem czy niedołęgą. Wręcz przeciwnie. Najpierw możemy odnieść wrażenie, co jest zgodne z literackim pierwowzorem, że to cień człowieka, o którym opowiadano Mattie. Z czasem jednak kolejne sceny wyprowadzają nas z błędu. Wizja braci Coen jest bliższa wersji książkowej i przenosi ciężar na Mattie, tym razem zagraną przez 14-latkę, w co aż trudno uwierzyć. Konkurencja Hailee Stenfeld w biegu po Oskary okazała się zbyt silna, ale jej zwycięstwo byłoby w pełni zasłużone. Seans Prawdziwego męstwa uświadomił mi, że rok 2010 był rokiem dobrych dziecięcych ról. Dzieciaki z Pozwól mi wejść, Saoirse Ronan z Nostalgii Anioła, socjopatyczna Chloe Moretz z Kick-Ass i właśnie Hailee u Coenów dowodzą, że da się coś takiego zrealizować, jeśli tylko połączyć talent i sprawne prowadzenie przez reżysera (reżyserów). Oczywiście dziewczynka nie jest 38

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: o zdradliwości zapożyczeń >>>

w stanie przyćmić Jeffa Bridgesa, idealnie dopasowanego do roli jednookiego kowboja. Również i w tym przypadku cieszyłbym się ze statuetki, ale jak wiadomo – nie wypada, żeby aktor rok po roku otrzymał taką nagrodę. Nie umniejszy to jednak przyjemności, jaką czerpie się z obserwowania bezwzględnego zastępcy szeryfa na ekranie. Otrzymujemy zatem Buddy movie z prawdziwego zdarzenia, ale zamiast Thelmy i Louise, eleganckiego Tango i zaniedbanego Casha, duetem jest pyskata dziewczynka i stary grubas. Dotrzymuje im kroku Matt Damon, podsycając ekranową chemię. W kilku scenach Coenowie, nie burząc stworzonego przez siebie nastroju, są w stanie jednak przypomnieć nam o swoim stylu. Bracia są niekwestionowanymi wyjadaczami w swoim fachu, więc bez problemu potrafią dzielić czas ekranowy. Ponadto wykazują się dbałością o najmniejsze detale, co owocuje doskonałą scenogra-

fią i kostiumami, wyśmienitymi zdjęciami i dopracowaną warstwą techniczną. Prawdziwe męstwo serwuje jednocześnie solidną dawkę tytułowego „gritu” – tego trudnego do przetłumaczenia terminu, którego znaczenie, oprócz męstwa niesie ze sobą odwagę, niezłomność, ale i „szorstkość” w sensie nieokrzesania. Czystą koszulę i czerwoną chustę Johna Wayne’a zastępują pożółkłe kalesony i prujące się płaszcze. Nie ma białych zębów, cukierkowego finału i cackania się z widzem. Wreszcie nie zaniedbano także łotra. I nie mam tu na myśli Toma Chaneya, tylko przywódcę bandy zbirów. Choć ma on marginalną rolę, nie brak mu iskry i charakteru. W dobie kina serwującego korporacyjnych dupków, bezwzględnych wojskowych czy szaleńców z przypadku w roli czarnych charakterów, farciarz Ned kryjący prawdziwy charakter za błyskiem w oku i kilkoma wypowiadanymi kwestiami jest kolejnym plusikiem dla filmu.

Książka Charlesa Portisa to świetna lektura i wyjątkowo wdzięczna podstawa do ekranizacji. Jak dotąd powstały dwie ekranizacje i bez wahania można powiedzieć, że film braci Coen powinien wystarczyć na kolejne 40 lat. Obie wersje są dobrymi filmami, ale nie zaskoczy nikogo, jeśli napiszę, że wersja uświetniona przez Bridgesa, Damona i młodziutką Steinfeld jest lepiej skrojona dla współczesnego widza. Jest też bardziej konsekwentna od rozdartego między dwie epoki filmu z Johnem Wayne’em. Nie ulega jednak wątpliwości, że Prawdziwe męstwo w każdej formie jest wdzięczną historią – zabawną, ale nie pozbawioną powagi. To jednocześnie przygoda i opowieść o nieuchronnej karze, z bohaterami mającymi ludzkie wady, upartymi i zawziętymi, ale i wzbudzającymi sympatię. To po prostu świetnie przygotowany posiłek – bez niespodzianki, ale ze składnikami, które lubimy w dobrych proporcjach. nr 5 marzec 2011 r.

39


<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

a n o s l e N i w r k a l p o r K

iąta

p Odsłona

– Nie – powiedziała. – Co nie? – Nie przeczytałam. Zaczęłam i odłożyłam. Nie mam ochoty na wyłupywanie oczu ani na dziewczynkę kopulującą z kozłem. Jak masz ochotę, to możesz wyrzygać się na papier, wypluć całe swoje bagno, ale ja nie mam obowiązku w tym grzebać, bo mam własne1. Będzie o bagnie. Bagnie, brudzie, deprawacji i poniżeniu. Każdy, kto nie ma ochoty się w tym grzebać, niech da sobie z tym odcinkiem spokój. Wybaczę. Zasadniczo to chyba sam chętnie dałbym sobie z nim spokój, ale jakoś nie mogę. Znowu walnęło mnie obuchem, ale nie tak, jak przy Kerouacu czy Vonnegucie. Inaczej. Tym razem naprawdę zabolało. Pamiętam taki obrazek – mam 17 lat. Jestem w Paryżu. Ot, szkolna wycieczka za gówniarza. Jest jakoś rano. Idziemy mniejszą grupką w okolicach Boulvard de Clichy. Wiecie, to miejsce, które wieczorami świeci neonami wszystkich kolorów, w każdej bramie albo burdel udający kabaret, albo ka1 Janusz Głowacki, Good night, Dżerzi, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2010.

40

nr 5 marzec 2011 r.

baret udający burdel, uśmiechnięci turyści, flesze itd. Więc rano jest inaczej. Skręciliśmy w jakąś uliczkę na chybił trafił, a tam w bramie starsza, mocno umalowana kobieta płacze na ramieniu drugiej. Zawód obu – najstarszy. Tusz ścieka po rzęsach, szminka niedokładnie starta. Dziura w dupie świata. Smutny widok. Nieprzypadkowo przywołałem go właśnie teraz. nr 5 marzec 2011 r.

41


KONKURS Polecany trunek – Stolichnaja. Pić z rozmachem. Podkład muzyczny – Hey Boy, Hey Girl – The Chemical Brothers. Fascynacja złem i niszczenie tabu to motywy powtarzające się w męskiej literaturze. Ba, to paliwo dla wielu męskich książek. Obsesje, obsesje, obsesje. Więc Głowacki o Kosińskim. A ja o książce Głowackiego. Good night, Dżerzi. W recenzjach tej książki, które miałem okazję przeglądać, przebijała nuta podejrzliwości – biograficzna czy nie? Na ile to prawdziwy Kosiński, a na ile nie? Czy naprawdę robił to? Czy naprawdę robił tamto? A co to ma za znaczenie? – odparłbym najchętniej. Janusz Głowacki napisał książkę o skomplikowanym i, w moim odczuciu, złym człowieku, który zarażał swoim złem wszystkich naokoło. A czy to Jerzy Kosiński? Who cares. Jeśli tak, to niezły był z niego bydlak. I tyle. Koncentrowanie się na tym aspekcie Good night, Dżerzi to absolutna strata czasu. Głowacki mówi w tej książce o czymś znacznie ważniejszym – o deprawacji, o fascynacji nią, o tym, że nawet śmierdzące bydlę ma swoje granice, a zwykły człowiek nosi w sobie ślad śmierdzącego bydlęcia. Ale po kolei. Fabuła – narrator dostaje propozycję nakręcenia filmu o Kosińskim. W tym celu zaczyna zbierać o nim materiały. O tym jest cała książka. 42

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: wywiad z Markiem Lipskim >>>

Czego więc się dowiadujemy. Dżerzi ma żonę, która pełni w jego życiu funkcję jakieś takiej przystani, tu posłużę się Kerouakiem: – Widzisz stary, to jest prawdziwa kobieta. Ani jednego cierpkiego słowa, ani jednej skargi, żadnych fochów. Jej stary może wrócić o dowolnej porze w środku nocy, z kim tylko zechce, pogadać sobie w kuchni, napić się piwa i wyjść też, kiedy zechce. Taki dom to prawdziwa twierdza dla mężczyzny2. Więc z grubsza rolę odgrywa taką. Poza tym, tenże Dżerzi ma kochankę, której, jak się okaże, spieprzył życie. W tym świecie, ni z tego, ni z owego, pojawia się Masza – kto wie, czy nie najważniejsza postać tej książki. Młoda, piękna Rosjanka, którą do Nowego Jorku, gdzie dzieje się akcja, przywiózł niemiecki designer. Całkiem niewinna, żyjąca wspomnieniami o średnio udanym związku z impotentem Kostią, korzystająca z luksusów życia u boku niemieckiego bogacza, lecz nie kochająca go. Dżerzi ją namierza. Ona daje się mu namierzyć, ale bez przesady. On nie daje za wygraną. Ją zaczyna on fascynować. W taki popaprany sposób, jak to niektóre kobiety mają – widać, że bydlak, widać że nie szanuje. Ale coś w nim jest. Więc zaczynają się spotykać. Ale nie są to randki w ścisłym tego słowa znaczeniu, że kolacja ze śniadaniem, „cześć” i te sprawy. Nie. Dżerzi, trochę jak taki Woland, a trochę jak Tom Waits w Parnassusie, chwyta ją za rękę i schodzi z nią do podziemnego świata. A tam brud, BDSM, zapach spermy

2 Jack Kerouac, W drodze, tłum. Anna Kołyszko, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2005.

i każdy z każdym. Ona niby nie uczestniczy, ale obserwuje, patrzy. Chłonie, łaknie. Bo zło kręci. Zło podnieca. Ktoś może zapytać, ale jakie zło – czysty, perwersyjny seks bez zahamowań! Szczyt wyzwolenia. Tak uważa i Dżerzi. Tym fascynuje się i Masza. Ale ja mówię: zło i to w czystej postaci. Złamanie granic, wyrzucenie tabu, pornografia wdrożona w życie. I to zło zaczyna Maszę wyniszczać. Żreć od środka. Niby nic złego jeszcze nie zrobiła, ale zobaczyła, ujrzała i się zafascynowała. A Dżerzi drąży, a Dżerzi się przypomina. – Wygląda na to, że nic nie zrozumiałaś, ale się paru rzeczy domyślasz. Spotkajmy się, to dowiesz się czegoś więcej3. I Masza się spotyka. Na nic zdają się przestrogi jego byłej kochanki: – Ty przyszłaś z Dżerzim? – Tak. – Uciekaj! – Co? – Pryskaj stąd! Tu jest wyjście przez kuchnię. – Bo co? – Zabierał Cię do szpitala i czytał chorym swoje koszmary? – Tak. – Mówił, że chce, żebyś poczuła zło? – Tak. – Zabierał do kazamatów gestapo, mówił, że miłość to agresja, opowiadał o dziewczynie i koźle? – Opowiadał. – Prosił, żebyś go ukarała za świństwa, kłamstwa, prosił, żebyś go biła? 3

Janusz Głowacki, op.cit.

– Nie – Masza przecząco kręci głową. – To może masz jeszcze szansę, uciekaj. Wyrzygaj się do końca i uciekaj. Czekam na ulicy4. Jody (dawna kochanka) może sobie czekać i do końca świata, bo Masza nie wyjdzie. Bo chce poczuć więcej. I będzie jej to dane. Gra z jej strony o tyle ryzykowna, że jest chora na serce, może umrzeć, czeka na operację. Lekarze zabraniają seksu i mocnych doznań. Niesamowity pomysł Głowackiego – jeden stosunek i może być po tobie. Jak zakosztujesz z drzewa Dżerziego – kaput, no way out. Czy Masza zakosztuje? Poczytajcie sami. Wyobraźmy sobie oś matematyczną. Jedną prostą linię ze strzałką na końcu. Każdy to kuma. Po lewej stronie napiszemy Konserwa, po prawej Kurewstwo. Po środku jest Yingyang. Dżerzi to Kurewstwo uosabia. Masza to punkcik w lewo za Ying-yang. I ten punkcik migruje. Rzecz jasna w prawo. A teraz dołóżmy jednak tę drugą oś. Jak na lekcji – przecina prostopadle pierwszą. Napiszmy u góry Szczęście, na dole Deprecha. Masza będzie na początku bliżej góry – ma spokojną linię czoła, ciało zdrowe jest5. Ale zaczyna lecieć w dół. Bo to jest właściwa cena poznania smaku drzewa kurewstwa. Wiesz więcej, bo dotykasz gówna. Wiesz więcej, bo nurzasz się w tym bagnie. Ale ono, jak to bagno, trampoliną do szczęścia nie jest. I każe płacić swoją cenę. I to jest między innymi książka o tym, o cenie, jaką płaci się za kurewstwo.

4 5

Ibidem. Hey, Anioł.

nr 5 marzec 2011 r.

43


<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

Ale nie tylko. To również rozważanie o tym, że czasami to, czego nie zrobi największy nawet „zwyrol”, może zrobić porządny obywatel. Niby truizm, ale warto go sobie uzmysławiać co rusz, na nowo. Głowacki jakby mówił: każdy może znaleźć w sobie tego „zwyrola”, każdy, w odpowiednich warunkach, może posunąć się bardzo daleko. Szczególnie, jeśli też opala się w cieniu takiego Dżerziego, kiedy widzi upadek barier i granic. Wówczas i on sam może spróbować je przekroczyć, sam być przez chwilę Dżerzim. Tylko z jakim skutkiem... Przekroczyć barierę. Po co? Dlaczego? Tego nie wiemy, dla samego faktu chyba. Jak Kapuściński, który chciał na początku znaleźć się po prostu za granicą – nie w Tajlandii, Indiach czy Afganistanie, nie – po prostu w innym kraju. Tak samo jest z barierą – nie do końca istotne jak, ważne,

KONKURS

żeby przekroczyć. I ważne, żeby kogoś za tę barierę ze sobą przeciągnąć, żeby dotknąć tego zła wspólnie. – Ja też byłem męczony jako dziecko i to mnie załatwiło na całe życie. Owszem, mam sukces, sławę i pieniądze, ale biorę drugi, chodzę do seksklubów, zadaję się z prostytutkami, nie mam dzieci ani rodziny. Czy chcecie, żeby wasze dzieci były takie jak ja? I ci wszyscy rodzice chórem wrzasnęli: – Tak!6 Więc „Tak!”, więc jak Dżerzi, bez opamiętania, obsesja, obsesja, obsesja. Seks, kozioł z czerwonymi oczami, seks. I karuzela się kręci, a robi to tak, że na końcu można już się jedynie porzygać. A jakby tak nie wsiąść? Jakby tak powiedzieć bileterowi: 6

Janusz Głowacki, op.cit.

Good night Dżerzi, go ahead and fuck yourself!

Laureatami konkursu z lutowego numeru Literadaru są: Dąbrówka Krzyżańska, Ewa Jaros, Przemysław Drewa, Marcin z Kościelca, Wojciech Włach. Serdecznie gratulujemy! Tym razem należy rozswiązać krzyżówkę oraz odpowiedzieć prawidłowo na dwa pytania. Pytanie 1 Kto napisał książkę Diabeł kulawy? Pytanie 2 Czyją biografią jest książka Hacker i samuraj? Na prawidłowe odpowiedzi czekamy do 25 marca 2011 roku, prosimy je słać na adres konkursy@literadar.pl Do wygrania 4x Namiestniczka, Mały brat, Dlaczego nie jestem ateistą

x4

Konkurs recenzencki Napisz recenzję książki o tematyce historyczno – przygodowej lub sensacyjnej wydanej w 2010 lub 2011 roku. Najlepsze recenzje nagrodzimy zestawami książek Więzień i Sprawiedliwy oraz opublikujemy na łamach Literadaru. Sponsorem konkursu jest wydawnictwo Bellona oraz Fabryka sensacji. Strona konkursu. Prace konkursowe prosimy nadsyłać do 15 kwietnia 2011 roku na adres piotr.stankiewicz@literadar.pl

44

nr 5 marzec 2011 r.

Znaczenia wyrazów:

1. Ta szesnastolatka z nagrodzonej powieści dla młodzieży spędz wakacje z małym miasteczku na południu Polski, gdzie – wbrew swoim przypuszczeniom – przeżywa niezwykłą przygodę. 2. Pluszowy zając z cyklu opowiadań dla dzieci, przyjaźniący się z dinozaurem i mrówką. 3. Powieść o nastolatku zauroczonym swoją nauczycielką języka francuskiego. 4. Z „mitologii” Jana Parandowskiego dowiadujemy się, że był on królem Orchomenos. 5. Pewien irlandzki pisarz ukazał w tej powieści (opublikowanej pod kobiecym pseudonimem) mężczyznę zdradzającego żonę z atrakcyjną bizneswoman. 6. Duchowny i misjonarz włoski, salezjanin (przez wiele lat pracował w Indiach), autor książek o tematyce religijnej.


<<< Czytaj: fragment książki Kiedy ulegnę

Czytaj: książki, które przeczytam mojemu synowi >>>

Męska rzecz, Damskie sprawy czyli płciowe dyskusje o książkach toczą Dorota Tukaj i Michał Urbaniak

Więzy rodzinne Danielle Steel

Oto

nadchodzi dwójka ponurych żniwiarzy, szalonych wiwisektorów, którzy bez litości rozprawią się z dowolnym literaturopodobnym produktem. Drżyjcie kiepskie książki i nieudolni autorzy. Choć dzieli ich prawie wszystko, to jednak łączy upodobanie do siania smutku i konsternacji. Wszystko to zaś zanurzone w genderowym sosie, pozbawione seksistowskich lęków. Ty razem na stole lądują Więzy rodzinne Danielle Steel. M. Według Słownika Literatury Popularnej Żabskiego Danielle Steel została nazwana wydawniczym fenomenem. W USA podobno od lat trwa dyskusja na temat przyczyn niezwykłej, zakrawającej na zjawisko natury socjologicznej, popularności jej książek. D. Coś w tym jest. Kilkanaście lat temu Mariusz Czubaj w „Polityce” podał, że łączny nakład jej wszystkich powieści w samych tyl-

46

nr 5 marzec 2011 r.

ko Stanach Zjednoczonych sięgnął 500 mln egzemplarzy. A to przecież nie wszystko, bo równym powodzeniem cieszą się tłumaczenia wydawane w kilkudziesięciu krajach. Również i u nas, bo kiedy swego czasu Ewa Milewicz i Ryszard Kapuściński rozmawiali o czytelnictwie na łamach „Gazety Wyborczej”, z ust tej pierwszej padło stwierdzenie: „Właścicielka księgarni w Ciechocinku mówi,

że świetnie idzie Danielle Steel – czytają ją kobiety”. M. Może Ty mi wyjaśnisz, co kobiety widzą w książkach Steel? Po lekturze Więzów rodzinnych zastanawiam się, kto może w tym pisarstwie cokolwiek zobaczyć. Liczyłem na to, że podczas rozmowy będziemy zanosić się rzewnymi łzami w rozpaczy nad zawikłanymi losami bohaterów i usłużnie podawać sobie przy tym chusteczki. A tymczasem mogę płakać tylko i wyłącznie nad panią Steel i poziomem, który reprezentuje jej pisarstwo. D. Problem tkwi w tym, że ja też nie odczułam podczas czytania żadnych głębszych emocji. Nic mną nie wstrząsnęło, nic nie zachwyciło, nie wzruszyło. A należę do osób, które potrafią się rzęsiście spłakać np. czytając, po raz dziesiąty, scenę mszy żałobnej w Panu Wołodyjowskim. Może Ty mi powinieneś wyjaśnić, co mnie tu miało wzruszyć? M. Historia młodej, pięknej i zdolnej pani architekt, która z dnia na dzień traci swój wypieszczony raj – po tragicznej śmierci siostry i szwagra musi zaopiekować się trójką ich potomstwa. Ponadto zakochany w niej od pierwszego wejrzenia facet pierzcha w popłochu, wyznając, że „ostatnie dwa miesiące były najwspanialsze w jego życiu, lecz obecna sytuacja kompletnie go przerosła”. D. Przyjemniaczek. M. Dobrze zrobił, bo ona i tak poświęca swoje szczęście osobiste dla wychowania dzieci! Choć czytelnik chyba nie zdąży się wzruszyć i poznać trudów życia Annie, skoro to wszystko rozgrywa się na raptem kilku stronach. Naprawdę nie wiem, dlaczego to wszystko jest takie powierzchowne – więcej głębi ma w sobie przepis umieszczony na torebce z przyprawami… Nie rozumiem, cze-

mu Steel nie rozpisała się o tym okresie, kiedy dzieciaki rosły, a bohaterka traciła swoje najlepsze lata? D. Bo cały ten okres był tylko wstępem do tego, co zaraz się zacznie dziać! Przecież autorka nie miała zamiaru pisać powieści obyczajowej o trudach wychowania w pojedynkę trojga dzieci. To jest romans i to poczwórny, bo przecież każde z trojga dorosłych już wychowanków Annie też przeżyje jakąś historię miłosną, a skoro romans – nie może w nim być za wiele miejsca na choroby dziecięce, poplamione ubrania i uwagi w dzienniczkach! M. Tak swoją drogą, zauważyłaś, że w tych historiach miłosnych wszystko się zazwyczaj kończy ślubem oraz „i żyli długo i szczęśliwie”? To totalne szachrajstwo, bo dalej to zwykle nie ma już serenad pod balkonem, a zostają przesolone zupy, brudne skarpetki i zbuntowane dzieci. D. I dlatego nie lubię romansów. Kiedy potrzebuję czegoś dla pokrzepienia, to biorę Harry’ego Pottera albo Władcę pierścieni, gdzie też się wszystko kończy dobrze, ale nikt mi nie wmawia, że to samo spotka mnie w realnym życiu. Mam jednak wrażenie, że dla autorki znacznie ważniejsze od głębszej refleksji nad dalszym losem bohaterów jest dopasowanie poszczególnych postaci do przyjętej konwencji. Spójrz tylko na zestaw cech zewnętrznych, jakimi obdarza swoje postaci. Annie na przyjęciu sylwestrowym „wyglądała wyjątkowo szykownie”, a w porównaniu ze swoimi plus minus rówieśnicami „miała najlepszą figurę z nich wszystkich”; zaś w oczach Toma „była dużo ładniejsza od Matki Teresy”… M. A Matka Teresa była ładna? Chyba że chodzi o piękno wewnętrzne? Zresztą tego również naszej Annie nie brakuje. Zjawiskowo pięknr 5 marzec 2011 r.

47


KONKURS na, niezwykle mądra, a do tego anielsko dobra. D. Jedźmy dalej. Liz „była piękną, utalentowaną, młodą kobietą”, która „zachwycała elegancją, wyczuciem i wyrafinowaniem”, Ted „był wysokim, przystojnym młodym człowiekiem” i miał „atletyczne ciało”, a wygląd Katie, ubranej „jak punkowa królewna”, „ratowała śliczna, delikatna twarz”. Przystojny, inteligentny, odważny, szykownie ubrany i wysportowany jest też oczywiście człowiek, który sprawia, że Annie zaczyna myśleć nie tylko o „swoich” dzieciach. M. I tak jest prawie zawsze u Danielle Steel. Wszyscy piękni, nawet jeśli już niemłodzi, a do tego bajecznie bogaci. No i oczywiście wybranek głównej bohaterki, obok urody, inteligencji i ogólnej klasy, musi być sławny. Przecież to nie może być jakiś byle John, jakiś pierwszy lepszy amant z Koziej Wólki. Bohaterka przecież zasługuje na prawdziwego księcia tabloidów. Gdyby bohaterowie Steel mieli jakieś skazy czy wady, nie łapałbym się na tych morderczych myślach w stylu: „A żeby ci… urwało, ty… bohaterze!”. D. Zdaje się, że ten, kto nie wygląda jak DiCaprio i Schwarzenegger w jednym, nie ma szans u Steel zostać pozytywnym bohaterem… M. Chciałbym Cię zapewnić, że według niektórych zostałbym najbardziej pozytywnym ze wszystkich bohaterów Steel, jakich kiedykolwiek wymyśliła. D. Pewnie niejeden facet by powiedział, że przeczytanie romansu i w dodatku dyskutowanie o nim to dopiero bohaterstwo! Ale w Więzach rodzinnych naprawdę powierzchowność jest odbiciem wnętrza postaci! Nieatrakcyjny fizycznie chirurg-transplantolog, swatany Annie przez przyjaciółkę, musi być 48

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: wywiad z Markiem Lipskim >>>

też nudny i zarozumiały. Niechlujnie ubrany Jean-Louis jest zarazem nieuczciwy i nieodpowiedzialny, więc jego miejsce u boku Liz musi zająć mężczyzna nie tylko przystojny, „poważny i elegancki”, ale także „sympatyczny, uprzejmy, inteligentny, zabawny, twórczy i naprawdę interesujący”. I do tego, w odróżnieniu od niewydarzonego fotografa, diabelnie bogaty. M. Zasadniczo autorka korzysta z przepisu uniwersalnego. Bierzesz piękną damę i wspaniałego herosa i ustawiasz ich wedle schematu: ona ma wszystko – pstryk, jedna tragedia i nie ma nic, choć podejrzanie szybko się po tej tragedii zbiera. Przeciętny Amerykanin potrzebowałby do tego z dziesięciu sesji terapeutycznych. No i oczywiście nasza bohaterka przy okazji napotyka mężczyznę swojego życia, ten albo jest tak nieuprzejmy, że umiera, albo okazuje się draniem lub żonatym. Biedna bohaterka znów musi czekać na następnego mężczyznę idealnego, nie da się ukryć, ciężki ma żywot. D. Jak na antyfana Steel jesteś doskonale obeznany… M. Jedna z moich eks czytała te romansidła, najpierw ukradkiem, potem już na głos. Myślałem, że takie książki mają działanie terapeutyczne, ale nie pomogły. D. Naprawdę zawsze tak to wygląda? Mam na myśli powieści Steel. M. Zasadniczo tak. Dlatego sięgając po książkę Steel, zawsze wiesz, czego możesz się spodziewać. To tak, jakby wkładać ulubione kapcie – niby znoszone i wyświechtane, ale za to jakie swojskie! Jednak – i to cały sekret tej twórczości – wszystko musi się skończyć szczęśliwie. D. Też lubię happy endy. Ale tu mechanizm nagradzania dobroci i rozsądku, a ka-

rania nieposłuszeństwa i nierozwagi jest rozdmuchany jak w czytankach z elementarza. Dobre i mądre postępowanie to takie, które akceptuje ciotka. Liz zadaje się wyłącznie z mężczyznami „w postrzępionych dżinsach i mocno podniszczonych koszulach i swetrach, z długimi włosami i brodami”, podczas gdy Annie „wolałaby zobaczyć siostrzenicę u boku elegancko ubranego i porządnie ostrzyżonego młodego człowieka”, co zostaje powtórzone w tekście kilka razy. M. Moja mama też mi ciągle powtarza, przy kim chciałaby mnie zobaczyć. D. Dlatego Ted ukrywa związek ze starszą o dwanaście lat Pattie, bo wie, że ciotka nie wyobraża sobie, by dwudziestoczterolatek zadawał się z kobietą blisko czterdziestki, na domiar złego rozwódką z dwojgiem dzieci. Kate, zamiast przykładnie studiować, bierze urlop na uczelni, by swoje zdolności plastyczne sprawdzić w salonie tatuażu, w otoczeniu ludzi, którzy „wyglądali naprawdę niebezpiecznie”; nie dość tego, pragnie wraz ze swoim chłopakiem pojechać do Iranu, w odwiedziny do jego krewnych, co zdaniem Annie jest niedopuszczalnym szaleństwem. I co się dzieje? Każdy, kto nie posłuchał albo nie postarał się zaspokoić oczekiwań Annie, dostaje po nosie, by natychmiast zrozumieć swój błąd i naprostować pokręcone ścieżki. M. To jest promocja pozytywnych wartości, taki świat, w którym oddana sobie rodzinka jest ogromną siłą. Jak możesz tego nie doceniać? D. Ależ doceniam, chociaż generalnie jestem takiego zdania, jak Whitney, przyjaciółka Annie – że „nie można bez końca rozpaczliwie trzymać się dzieci i pilnować ich, żeby przypadkiem nie popełniły jakiejś omyłki-

Danielle Steel, właśc. Danielle Fernande Dominique Schuelein-Steel (ur. 14 sierpnia 1947 r. w San Francisco w Kalifornii) – powieściopisarka amerykańska, popularna autorka kilkudziesięciu książek z gatunku literatury dla kobiet, z których duża część doczekała się adaptacji filmowych. Wydała też własne wiersze miłosne.

Za Wikipedia

”(sic!). Ale rzeczywiście, ostatecznie powstaje tu bardzo krzepiący obraz rodziny, w której jest miejsce dla każdego, niezależnie od tego, jak sobie skomplikował życie, nie słuchając cioci Annie. Jasne, że każda kobieta chciałaby, żeby wszyscy tęsknili za stworzonym przez nią domowym ogniskiem. Ja też. M. A ja, żeby można było grać całą rodziną w Monopol. I żeby wszyscy z samego rana wyglądali tak, jak na reklamach płatków śniadaniowych. I właśnie u Steel… D. Ale w prawdziwym życiu nie zawsze jest tak prosto. I może dlatego czytelnik woli uwierzyć, że prawdziwe życie to jest nr 5 marzec 2011 r.

49


<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

właśnie to, co proponuje Steel. Jak niebezpieczne misje w fantasy. Widzisz siebie w tym świecie? M. Żartujesz? Nie wiem, na ile powieści Steel są dostosowane do amerykańskich realiów, chociaż mam dziwne wrażenie, że i tam przeciętny człowiek pozostaje, choćby pod względem finansowym, daleko w tyle za Annie i Tomem. W polskich warunkach to jest jeszcze bardziej irytujące. Mnie moje zarobki nie wystarczyłyby na wzięcie na Bahamy nawet siebie. I na wynajęcie apartamentu z prywatną plażą, prywatnym morzem i może jeszcze prywatnymi syrenami śpiewającymi u brzegu. D. O syrenach mowy nie było! I nawet nie było napisane, jakiej marki kostiumy kąpielowe mieli na sobie, chociaż w innych miejscach autorka wymienia pochodzenie niejednej części garderoby. M. Nadrobiłaś braki? D. Zastanawiam się nad czymś innym, co mnie zdenerwowało chyba nawet bardziej niż kryptoreklamy. Autorka uważa czytelnika za tak mało pojętnego, że trzeba mu każdy element akcji objaśniać w sposób łopatologiczny. My już dawno wiemy, co jest grane, a pani Steel z uporem podsumowuje: „Lizzie musiała odrzucić wielu chłopców w rodzaju Jean-Louisa, aby odnaleźć w sobie odwagę i pokochać Alessandra”, i tak o każdym z bohaterów po kolei. W ten sam sposób tłumaczy czytelnikowi nawet rzeczy zupełnie oczywiste: „Miesiączka spóźnia mi się już całe trzy tygodnie – wyznała Pattie. Znaczyło to, że była w czwartym tygodniu ciąży”. Zupełnie jakby spodziewała się, że będą ją czytać uczniowie starszych klas szkoły podstawowej. 50

nr 5 marzec 2011 r.

M. Danielle Steel jest matką dziewięciorga dzieci, którym zresztą zadedykowała Więzy rodzinne! Myślisz, że przy takiej ilości potomstwa ma głowę do tego, żeby odpowiednio konstruować dialogi, opisać dogłębnie uczucia bohaterów? Dużo łatwiej jest wszystko zamknąć w kilkunastu morałach jak z wierszyków księdza Baki. To bardzo miłe z jej strony, że nie robiła tego do rymu. Mógłbym tę książkę czytać moim chrześnicom. D. Jasne, mógłbyś, ale wypadałoby omijać sceny erotyczne, które z pewnością zrobiły na Tobie wrażenie. M. Oczywiście! Razem z bohaterami stapiałem się z „atmosferą podniecenia, tajemnicy i głodnego pożądania, co podsycało ogień namiętności”. Wciąż moje „wargi, ciało i dusza płoną żywym ogniem”, choć już dawno skończyłem czytać. D. A w powodzi tego sztampowego języka tonie parę dobrych motywów, które tu są tylko tłem dla tego ostatecznego „długo, szczęśliwie i bogato”. A szkoda, bo z takiej na przykład historii usidlenia Teda przez Pattie można by zrobić porządny dramat psychologiczny. M. No to może Steel powinna odstąpić niektóre swoje pomysły komu innemu? Myślę, że na sprzedawaniu samych fabuł mogłaby się nieźle dorobić. D. Jeszcze jedna kwestia. Czy trzeba polecać Steel, skoro jest tak powszechnie znana, jak twierdzi Żabski czy właścicielka ciechocińskiej księgarni? M. Chyba tak. Steel powinny czytać nie tylko kobiety, ale i mężczyźni, żeby wiedzieli, o czym marzą ich wybranki. I żeby oszczędzali na weekend na Bahamach. I nie zapomnieli przy tym o wykupieniu kawałka prywatnej plaży...


KONKURS Ściągnij Literadar w interaktywnej wersji PDF!

Recenzje książek

54 56 58 61 63 66 68 69 71 73 74 76 77 79 81 82 84

52

Inna wersja życia Metoda 1 dnia Skład Główny Wilczy Miot Alaska Długi wrześniowy weekend Gorzka czekolada Lilith Gra w kości Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek? Moja winnica Nakręcana dziewczyna/ Pompa numer sześć Nowe nowe media Ogień na wodzie Papua Nowa Gwinea. W krainie rajskiego ptaka Nie myśl, że książki znikną Relacja z pierwszej ręki

nr 5 marzec 2011 r.

85 86 88 90 92 94 95 97 98 100 102 104 106 108 108

Pokuszenie historyczne Tajemnice wydarte zmarłym Uwięziona w bursztynie Wdowa Couderc Wergeld Królów Paskudna dziewczyna Zaskoczony radością Żona piekarza I pamiętaj, że cię kocham Dlaczego koty nie lubią pływać? Czy niedźwiedzie polarne czują się samotne? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Nie zapominam o niczym! Alan Moore. Wywiady Krew królów Uciekinierzy Dzień Orła

nr 5 marzec 2011 r.

53


<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

mawiając w ten sposób z nieżyjącą babką. To także Matylda rozwiązuje zawikłane tajemnice rodzinne, które piętrzą się z tomu na tom coraz bardziej. Bohaterów najnowszej części cyklu Inna wersja o Zawrociurównie często nurtują rozważania o tym, jak wyglądałoby ich życie, gdyby życia los inaczej wszystko poukładał, gdyby przeHanna Kowalewska znaczenie przyszło do nich w porę, wreszcie, gdyby oni sami dokonali innych wyborów, użyli innych słów, podjęli się innych działań. To jest właśnie ta tytułowa inna wersja Hanna Kowalewska to nie tylko jedna życia. Każdy – od Matyldy, przez jej krewz najciekawszych, ale również jedna z najbar- nych, aż po przyjaciół i znajomych, a nawet dziej wszechstronnych współczesnych pol- tych, którzy są w powieści tylko wspomniaskich pisarek. Jest autorką dramatów, słucho- ni – nosi w sobie jakieś tajemnice, niespełwisk i scenariuszy filmowych, opublikowała nienia i frustracje, a czasem i poczucie złego zarówno powieści, jak i tomiki poetyckie. Jej pokierowania swoim życiem. Jednak każda powieściowy debiut inna wersja życia – Tego lata, w Zawro– niczym ta rozumiaciu – zajął pierwsze na po kunderowsku Inna wersja życia ma miejsce w konkursie nieznośna lekkość w sobie coś z kryminału na najlepszą polską bytu – pozostaje – choć trupy są zasadniczo czymś w gruncie rzepowieść 1997 roku, tylko w szafie organizowanym czy straconym. przez Wydawnictwo Główna bohaZysk i S-ka oraz Świat terka Kowalewskiej Książki, jak również niejako próbuje oddał początek całemu cyklowi, którego Inna wrócić bieg spraw, ustawić się w kontrze wowersja życia – najnowsza książka Hanny bec dotychczasowych układów, aby naprawić Kowalewskiej – stanowi czwartą odsłonę. swoje relacje z siostrą. Czy jednak wieloletnia Poszczególne części łączy główna boha- wzajemna niechęć, podsycana umiejętnie terka – Matylda Malinowska-Just, młoda przez rodziców, da się przezwyciężyć? Czy warszawianka, która w pierwszym tomie ujawnienie szokujących tajemnic rodzinnych cyklu nieoczekiwanie dostaje w spadku jest w stanie wszystko wyjaśnić? A może mapo ekscentrycznej babce rodzinny dwo- gia Zawrocia zadziała i tym razem? rek zwany Zawrociem. To właśnie ona jest Matylda musi sobie również poradzić narratorką wszystkich powieści, to ona pi- z innymi problemami. Po dziesięciu latach sze swój intymny pamiętnik bez dat, roz- żałoby wreszcie pozwala odejść mężowi 54

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

na dobre. Jednak kto zajmie miejsce ekscentrycznego Filipa Justa? Może będzie to jego dokładne przeciwieństwo – stanowczy i zimny Igor, który nie bez przyczyny wszedł do życia Matyldy akurat przez okno? A może kobiecie uda się ułożyć życie z introwertycznym, skłonnym do depresji Jaśkiem Malinowskim, kiedyś niesłusznie uważanym przez nią za przyrodniego brata? I co z prawdziwym, choć przecież zakazanym uczuciem, jakie Matylda żywi do swojego kuzyna Pawła? Podobnie jak pierwsze trzy tomy cyklu, tak i ten trudno zakwalifikować pod względem gatunkowym. Inna wersja życia ma w sobie coś z kryminału – choć trupy są zasadniczo tylko w szafie. Mnożą się zagadki, mylą tropy, wzrasta napięcie. Podążanie za Matyldą krętymi ścieżkami powieści przypomina układanie puzzli i niezwykle wciąga, aż do samego finału, w którym niekoniecznie wszystko musi się wyjaśnić. Z drugiej

strony książka jest wyrafinowaną powieścią psychologiczną – portrety bohaterów z ich radościami, smutkami, dylematami, sukcesami i rozczarowaniami są nakreślone grubą kreską, relacje zachodzące między nimi głęboko niejednoznaczne, a podejmowane decyzje mocno kontrowersyjne. Osobiste dramaty poszczególnych postaci nie zawsze się rozwiążą, nie można liczyć na stuprocentową harmonię. Kowalewska buduje specyficzną powieściową rzeczywistość, opartą na dwóch wzajemnie przenikających się aspektach. To świat jak najbardziej realny, ale taką realnością, która chwieje się w posadach. Główna bohaterka w toku swoich poszukiwań raz po raz demaskuje los, pociągający za odpowiednie sznurki. Być może zresztą to właśnie Matylda – będąca przecież narratorką opowieści – kreuje krainę, w której wszystko jest znakiem, artefaktem, niesie ze sobą jakieś ukryte przesłanie. Ten świat wypełnia ma-

Portal cieszący się ogromną popularnością, dedykowany głownie mniejszościom seksualnym oraz osobom heteroseksualnym zainteresowanym kulturą i problematyką środowiska LGBT. Porusza i komentuje problemy przede wszystkim kulturalne, społeczne i lifestylowe, ale również z kręgu zdrowia i urody.

nr 5 marzec 2011 r.

55


Czytaj: książki, które przeczytam mojemu synowi >>>

<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

gia, jakiej najbarwniejszym wyrazem jest oczywiście Zawrocie – rodzinny dworek, będący poza zasadniczą rzeczywistością, bo usytuowany z dala od warszawskiego zgiełku, mający w sobie coś z Mickiewiczowskiego Soplicowa czy Iwaszkiewiczowskiego Wilka, pełen legend, duchów i symboli. Taki zabieg jest bardzo niebezpieczny i autorka chyba zdaje sobie z tego sprawę. Jej bohaterka często wpada w pretensjonalność, nie może się uchronić od patosu, nadaje symboliczne znaczenie wszystkiemu, co tylko nawinie się na jej drodze. Zresztą ta przypadłość dotyka niemal wszystkich postaci. Bohaterowie Kowalewskiej używają wzniosłych słów, filozofują, roztrząsają problemy egzystencjalne, posługując się przy tym wymyślnymi porównaniami i skomplikowanymi metaforami. Wynika to zapewne z umiejętności samej autorki, która potrafi wznieść się na wyżyny artystycznej maestrii i nie tylko serwuje książkę łatwą i przyjemną w odbiorze, ale również ambitną, a ponadto napisaną pięknym, niemal poetyckim językiem, który jednak nie zawsze wytrzymuje

Metoda 1 dnia Chantel Hobbs

56

nr 5 marzec 2011 r.

zderzenie z szarą rzeczywistością.Dlatego Hanna Kowalewska, z całą magią, wzniosłymi słowami, aforyzmami i nieustannymi ingerencjami losu, balansuje nieraz – najwyraźniej całkiem świadomie – na granicy kiczu, ale nigdy jej nie przekracza. Znając wcześniejsze dokonania pisarki, można sporo oczekiwać po jej najnowszym dziele. Na szczęście nie sposób się też zawieść. Inna wersja życia dorównuje poprzednim tomom cyklu. Jest to głęboko przemyślana, sprawnie napisana powieść, z szeregiem pełnokrwistych bohaterów, dobrą konstrukcją, niebanalną problematyką i wartką akcją. Hanna Kowalewska tym samym nie tylko potwierdza swój niewątpliwy talent pisarski, ale również okazuje sporo szacunku czytelnikom.

Hobbs prywatnie zajmuje się treningiem rozwoju osobowości, prowadzi wykłady oraz ćwiczenia dla osób z nadwagą. Na okładce widać atrakcyjną blondynkę w wieku około czterdziestu lat. Uśmiechniętą, zadowoloną. To autorka, matka czworga dzieci. Będzie to dla wielu najlepsza wizytówka, a zarazem dowód na to, że „metoda 1 dnia” naprawdę działa. Można by pomyśleć, że bierzemy do ręki kolejny poradnik z gatunku: „schudnij szybko i skutecznie, jedząc ile chcesz, leżąc w łóżku” itd. itp. Nic podobnego. Książka jest przeznaczona zarówno dla osób walczących ze znaczną otyłością, które „próbowały już wszystkiego” i poniosły porażkę, jak również dla tych, które chcą zrzucić tylko kilka kilogra-

mów. Przede wszystkim jednak dla ludzi, którzy pragną poprawić jakość swojego życia. Treść podzielona jest na cztery główne części. Pierwsza, zatytułowana Pora na demolkę, skupia uwagę na podjęciu decyzji o zmianie nawyków, sposobu myślenia, zburzenia wszystkiego, co dotychczas przeszkadzało w osiągnięciu sukcesu w walce z nadwagą. Autorka wprowadza tu pojęcie „metody 1 dnia”. Na tym jednym „dzisiaj” skupia się cała koncepcja skutecznej pracy nad sobą. Nowy sposób myślenia polega na odcięciu się od wszelkich niepowodzeń z przeszłości i podjęciu planowania małych kroków na bieżący dzień. Analogicznie – stawianie sobie długotrwałych, odległych celów w przyszłości, jest gwarancją niepowodze-

Tytuł: Inna wersja życia Autor: Hanna Kowalewska Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2010 Liczba stron: 400 Cena: 39,90 zł Twarda oprawa, obwoluta

Chantel Hobbs jest autorką książki Nie używaj słowa dieta wydanej niedawno przez wydawnictwo Esprit. Metoda 1 dnia jest kolejną pozycją na temat diety, a czytelniczka usatysfakcjonowana lekturą pierwszej z przyjemnością sięgnie po kolejną. Autorka jest osobą, która przez prawie trzydzieści lat zmagała się ze znaczną otyłością. Odniosła w tej dziedzinie spektakularne wyniki, zrzucając 90 kilo nadwagi. Książki, o których mowa powyżej, są rezultatem jej decyzji, aby podzielić się z innymi wszystkim, co przyczyniło się do jej sukcesu. nr 5 marzec 2011 r.

57


KONKURS

Czytaj: o zdradliwości zapożyczeń >>>

nia. Część druga – Kładziemy fundamenty – traktuje o tym, jak na przygotowanym wcześniej gruncie zacząć budować jeden mały sukces za drugim. Trzecia część – Budujemy nową ciebie – skupia się na umacnianiu „metody 1 dnia” poprzez właściwe odżywianie, gdzie podane są przykładowe jadłospisy, na budowaniu kondycji fizycznej z podanymi ilustracjami odpowiednich ćwiczeń, a także na elemencie równie istotnym – wierze w osiągnięcie sukcesu pomimo rozmaitych trudności. Czwarta część pokazuje, jak skutecznie chronić swoje nowe życie, skąd brać energię i moc do wytrwania, bo jak mówi sama autorka: „Kluczem jest dzień dzisiejszy, a zawsze będzie nowy dzień”. Wiarygodność metody proponowanej przez Chantel Hobbs gwarantuje nie tylko ona sama, ale również kilka innych kobiet przedstawionych w książ-

Skład Główny Regis Loisel Jean-Louis Tipp

Dopiero w październiku minionego roku ukazał się najlepszy komiks AD2010. Warto było poczekać. Nosi tytuł Skład główny, a jego autorami są Regis Loisel i Jean-Louis Tipp. Ta informacja powinna wy58

nr 5 marzec 2011 r.

ce, które opowiadają o swoich zmaganiach i osiągniętym sukcesie „metodą 1 dnia”. Ich historie ilustrowane są zdjęciami pokazującymi, jak każda z nich wyglądała „przed”, a jak wygląda obecnie. Książkę czyta się bez wysiłku, język jest bardzo przystępny, bez jakichkolwiek niepotrzebnych zawiłości. Tłumaczenie jest także bez zarzutu. Lektura tej książki to po prostu połączenie przyjemnego z pożytecznym, nawet dla tych, którzy nie mają większego problemu z nadwagą. Tytuł: Metoda 1 dnia Autorka: Chantel Hobbs Tłumacz: Tomasz Tesznar Wydawnictwo: Esprit 2010 Liczba stron: 302 Cena: 29,90 zł

starczyć w najbliższym punkcie sprzedaży komiksów. Oczywiście, możecie poświęcić jeszcze chwilę i przeczytać do końca niniejszą recenzję, ale i tak najważniejsze pozostanie jej pierwsze zdanie. Loisel to twórca o ustalonej pozycji. Serca polskich czytelników podbił już dawno, jeszcze w latach 90., gdy w ramach serii Komiks Fantastyka ukazało się jego bodaj najważniejsze dzieło – W poszukiwaniu ptaka czasu. Wspaniała epopeja fantasy sprawiła, że w nazwisko Loisela można było inwestować bez ryzyka. Dzięki temu poznaliśmy też Piotrusia Pana, czyli klasyczną opowieść podaną w tonacji bardzo serio, przesyconą przemocą i erotyką. Jak widać, fantastyczne wizje autora skierowane były raczej do dorosłego czytelnika.

Skład główny to wyprawa w zupełnie inne rejony. Tym razem Loisel, we współpracy z Jean-Louisem Tippem, postanowił wybrać się do Kanady, w czasy pionierów z początków XX wieku. Tandem świetnych rysowników powołał do życia krajobraz miasteczka na skraju cywilizacji, gdzie wszyscy się znają, a życie toczy się w stałym, wyznaczonym przez pory roku i tradycję rytmie. Domek na prerii pół wieku później. Główną bohaterkę, Marie, poznajemy w trudnej dla niej chwili. Właśnie umarł jej mąż, zostawiając jej na głowie tytułowy skład główny, jedyny sklep w miasteczku. Życie nie znosi próżni, więc i mieszkańcy Notre-Dame-Des-Lacs oczekują, że kobieta przejmie obowiązki męża. Obserwujemy więc zma-

gania Marie z samą sobą i nowymi wyzwaniami, poznając przy okazji dramatis personae. Społeczność kanadyjskiego Notre-Dame jest barwna i równie barwnie odmalowana, zarówno w słowie, jak i rysunku. Skład główny to komiks realistyczny, którego bohaterowie – od tercetu dewotek, przez nowego księdza, po samotnika Noela – posiadają własny, indywidualny rys psychologiczny. Emocje grają przede wszystkim na twarzach postaci oddanych dobrze znaną, charakterystyczną kreską Loisela. Chyba nikt nie potrafi tak umiejętnie dodawać obliczom bohaterów rysów lekko karyka-

nr 5 marzec 2011 r.

59


<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

turalnych, nie pozbawiając ich przy tym ich oczekiwania. Szybko odkrywają, kto wiarygodności. ponosi „winę” za ten stan rzeczy i katastrofa Skład główny to opowieść o akcepta- zawisa w powietrzu. cji. Gdy zaprzyjaźnimy się z mieszkańcami W komiksach Loisela pod powierzchosady drwali, na scenę wkracza centralna nią słów i obrazów zawsze czają się skrywapostać historii. Pod nieobecność większości ne żądze i groźba przemocy. Nie inaczej jest zdrowych, pracujących mężczyzn, którzy w Składzie głównym, gdzie na horyzoncie wyruszyli na wyrąb do lasów, do Notre-Da- przyjaznej, chwilami wręcz idyllicznej rzeme przyjeżdża – o, czywistości Notrezgrozo, na motorze! Dame majaczy cień Chyba nikt nie potrafi – tajemniczy Serge. zagrożenia. Jego źrótak umiejętnie dodawać Jest on uosobieniem dłem, odmiennie niż obliczom bohaterów rysów obcości i inności. w opowieściach fanlekko karykaturalnych, Wyróżnia się nienatastycznych, mogą nie pozbawiając ich przy gannymi manierami, być wyłącznie lutym wiarygodności bywał w świecie, jest dzie, ich uprzedzenia oczytany. Siłą rzeczy i kompleksy. Na razie w prostych ludziach w tej wojnie z ksenoz wioski na końcu świata budzi początkowo fobią i szowinizmem szala przechyla się na nieufność, szczególnie gdy blisko zaprzyjaź- stronę ludzi otwartych na inność czy odnia się z prowadzącą sklep wdową. mienność. Ale nie jest to zwycięstwo dane Aby przekonać do siebie ludzi, Ser- raz na zawsze. ge otwiera… restaurację. Wieść o cudach Komiks Loisela i Tippa, jak wiele świet(podniebienia), jakie mają miejsce w za- nych pozycji ukazujących się w Polsce, ma adaptowanym do tego celu składzie głów- jedną istotną wadę. To pokaźny, ale i drogi nym, rozchodzi się z szybkością plotki. Już album. Z tego powodu na pewno nie dotrze wkrótce każdy chce otrzymać zaproszenie do tylu odbiorców, do ilu powinien – czyna wytworną kolację i zakosztować świato- li do wszystkich. Jeżeli jednak mielibyście wego życia. Uprzejmość gospodarza i wspa- w tym roku (lub – co mi tam! – w całym żyniałe potrawy zmiękczają wszystkie serca, ciu) kupić tylko jeden komiks, niech będzie a Serge – za sprawą przyjętej strategii – staje to Skład główny. w jednym szeregu ze słynnymi bohaterkami Czekolady i Uczty u Babette. Wszystko do- Tytuł: Skład Główny brze się układa do chwili, gdy do miastecz- Autorzy: Regis Loisel, Jean-Louis Tipp ka na zimę wracają mężczyźni. Ci „praw- Tłumaczenie: Katarzyna Wójtowicz dziwi”, zajmujący się „męskimi” rzeczami, Wydawnictwo: Egmont 2010 nie nawykli do jedzenia nożem i widelcem. Liczba stron: 240 Odkrywają, że świat, który opuścili, się Cena: 119,90 zł zmienił. Zmieniły się też ich kobiety oraz Oprawa twarda, papier kredowy 60

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

stego wieku, rozdarte między krwawą, pogańską przeszłością, pełną leśnych bożków i zabobonów a nadchodzącym chrześcijaństwem, reprezentowanym przez miecze Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Nie znajdziemy tu fanatycznych inkwizytorów, brutalWilczy Miot nie uzyskujących swoją wersję prawdy z ust torturowanych heretyków. Nie uświadczyS. A. Swann my tu bizantyjskiej intrygi, skomplikowanego i tragicznego wątku miłosnego. Ten oczywiście jest, choć nie budzi emocji. Jednak żeby zrozumieć, dlaczego ta S. A. Swann (prawdziwe nazwisko książka nie jest warta naszej uwagi, propoSteven Swiniarski), piszący również pod nuję, byśmy na chwilę przenieśli się w realia pseudonimami S. Andrew Swann i Steven bardziej orientalne, czyli do Japonii – KraKrane, pochodzi ze Stanów Zjednoczonych ju Kwitnącej Wiśni, przekwitłych samurai znany jest tam jów, przecinających głównie ze swoich wszystko mieczy i auAutor z powodzeniem serii science fiction tomatów, w których mógłby zamienić swoje (The Hostile Takeover, możemy zakupić wymyślone Prusy na Moreau) oraz książek używaną bieliznę. Co dowolną „Nibylandię”, z gatunku urban ma wspólnego poa Krzyżaków na jakikolwiek fantasy, których wieść fantasy autora zakon rycerski z tej krainy akcja ma miejsce z Ohio z Japonią? Jest w Cleveland, gdzie ona również krajem mieszka sam pisarz. mangi i anime. Sam W tych seriach poruszał on również tema- Swann informuje we wstępie do książki, że tykę anarchokapitalistyczną i neoliberalną jego główną inspiracją była twórczość Lynn i być może szkoda, że właśnie te książki nie Okamoto, autora serii anime Elfen Lied. zostały przetłumaczone w Polsce wcześniej Jest to utrzymana w skrajnie brutalnej niż recenzowana przeze mnie pozycja. poetyce opowieść o małych dziewczynkach, Wilczy Miot jest jego pierwszą książką które od ludzi odróżniają dwa małe rożki fantasy i zarazem pierwszą wydaną na na- na głowie, z wyglądu przypominające kocie szym rynku. Wcześniej czytelnicy Nowej uszy. Hojnie obdarzone przez kreskę rysowFantastyki mieli okazję zapoznać się z jego nika lolitki posługują się w walce niedostrzeopowiadaniem Śmierć w Bawarii. galnymi przez ludzkie oko mackami, które Powieść Swanna nie przeniesie nas wyrastają im z pleców. Wszystko dzieje się w mgliste, ponure Prusy połowy trzyna- w małym i sennym miasteczku na wybrzeżu nr 5 marzec 2011 r.

61


<<< Czytaj: fragment książki Kiedy ulegnę

Japonii, a główną bohaterką jest dziewczyn- chowanie przedstawionych w niej postaci. ka o dwóch osobowościach. Pierwsza z nich Zabieg literacki, który można polubić na to beznadziejnie dziecinna i naiwna nasto- przykład w Pieśni lodu i ognia lub Malazańlatka, druga zaś, ta ukryta, jest bezduszną skiej Księdze Poległych, polegający na przedi okrutną morderczynią. Jej adwersarzami stawieniu tego samego wydarzenia z punktu są ponurzy przedstawiciele wojska, policji widzenia różnych, uczestniczących w nim i złe lolitki. Nastolatka, w przerwach mię- osób, tutaj służy często dopisaniu na siłę kodzy sikaniem na podłogę i wyrażaniem lejnych stron. Razi też niski poziom redakcji, swojej niczym niepodpartej, jednostronnej często natkniemy się na zdania ułożone bez miłości do wszystkielogicznego porządgo, co żyje, odkrywa ku. Samo tłumaczeZabieg literacki polegający tragiczną przeszłość, na przedstawieniu tego samego nie stoi jednak na jaka wiąże ją z obiekbardzo przyzwoitym wydarzenia z punktu widzenia tem jej najgorętszych poziomie. rożnych, uczestniczących uczuć – nieśmiałym Kilka przypisów w nim osób, tutaj służy studentem. W toku oraz wyciętych z Biczęsto dopisaniu na siłę kolejnych stron fabuły słowa „miblii psalmów, które łość” czy „kocham nijak mają się do precię” padają często zentowanej fabuły, i bez głębszego sensu, jako odpowiedź na obrazują próbę dodania tej pozycji pseudohiwszystko, co dzieje się wokół bohaterów. storycznej otoczki, tym samym wyróżniającej Ci z kolei, będąc szablonowymi i sztuczny- ją być może na rynku amerykańskim. Autor mi, nie mogą wywołać u odbiorcy żadnych z powodzeniem mógłby zamienić swoje wyuczuć. Może poza zażenowaniem. myślone Prusy na dowolną „Nibylandię”, Pozwólmy sobie teraz zamienić lolitki a Krzyżaków na jakikolwiek zakon rycerski z niewidzialnymi mackami na nastolatki-wil- z tej krainy. Książka pewnie by na tym zyskakołaczyce, a senne i pełne słońca japońskie ła. Uczciwie trzeba przyznać, że Wilczy miot miasteczko na średniowieczne Prusy. Takiego może sprawić przyjemność młodszym czytelzabiegu dokonał autor, otrzymując w efekcie nikom, zaś ci, którzy nie znają fabuły Elfen Wilczy Miot. Jednakże charakter emocji po- Lied mogą dodać jedną gwiazdkę do oceny. został taki sam jak w oryginale – bezbarwny W przygotowaniu, oczywiście, drugi i nijaki. I o ile Elfen Lied miejscami broni się tom. Nie możemy się doczekać. nawiązaniami do sztuki klasycznej, pięknymi animacjami i scenami, które można interpre- Tytuł: Wilczy Miot tować na wielu płaszczyznach, o tyle Wilczy Autor: S. A. Swann Miot, jako nieudane powielenie fabuły i po- Tłumaczenie: Marek Pawelec Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2010 staci, już nie jest w stanie. W książce dodatkowo drażni nudna, Liczba stron: 384 pełna powtórzeń narracja i sztuczne za- Cena: 35,00 zł 62

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: książki, które przeczytam mojemu synowi >>>

Alaska Piotr Kraśko

Jednym z zadań dziennikarza jest być tam, gdzie jego odbiorcy być nie mogą lub nie chcą. Następnie zaś powinien on rzetelnie wszystko opisać. Tyczy się to zarówno wywiadów, sprawozdań sportowych czy, jak w przypadku recenzowanej pozycji, reportaży z podróży. Jesteśmy gotowi płacić za namiastkę przeżyć i doświadczeń, które dla zwykłego zjadacza chleba byłyby bardzo trudne do osiągnięcia lub zgoła niemożliwe. Takie oczeki-

wania możemy żywić również w stosunku do książki Alaska Piotra Kraśki. Podtytuł Świat według reportera przywodzić może na myśl znany cykl Beaty Pawlikowskiej. Jest to pierwsza pozycja z zaplanowanej na sześć części serii reportaży, w których znany prezenter telewizyjnej „Jedynki” przybliżał nam będzie różne rejony naszego globu. Sama książka jest w dużym stopniu esejem na temat Alaski – począwszy od jej historii, poprzez geografię i przyrodę, a skończywszy na szczegółach dotyczących warunków życia obecnych mieszkańców. Autor przybliża nam sylwetki osób, które odegrały ważną rolę w kształtowaniu współczesnej Alaski, często w anegdotycznej formie opisuje najważniejsze dla regionu wydarzenia historyczne. Szkoda, że zabrakło przy tej okazji polskiego akcentu, choćby w formie wspomnienia osoby Włodzimierza Krzyżanowskiego – pierwszego federalnego urzędnika na Alasce. Niestety, braków

Ściągnij Literadar w interaktywnej wersji PDF! nr 5 marzec 2011 r.

63


KONKURS jest więcej. Kraśko pisze w sposób sprawny Rodzi się zatem naturalne pytanie: czy i ciekawy, nie serwuje jednak zbyt wielu in- ten człowiek naprawdę tam był i doświadformacji, które wykraczałyby poza te, które czył tego, co opisuje? Kiedy wczytamy się można znaleźć w dobrym przewodniku. dokładniej w treść, odkryjemy, że przewaW opisie własnych żają tu informacje doświadczeń z pobardzo ogólne, które Przeważają tu informacje dróży ogranicza się dziennikarz może bardzo ogólne, niemal wyłącznie zdobyć w ramach które dziennikarz może do miasta Fairbanks własnych badań, nie zdobyć w ramach własnych i jego okolic, co, ruszając się zza biurbadań, nie ruszając się wziąwszy pod uwaka i sprzed ekranu zza biurka i sprzed ekranu gę tak wielki obszar komputera. Natokomputera jak Alaska, świadczy miast to, co Kraśko o dość ograniczonym opisuje jako własne zakresie przedsięprzeżycia, może być wzięcia. w najlepszym razie sfabularyzowaną forWątpliwości budzi jeszcze inna kwestia. mą przekazania tej wiedzy, a w najgorszym Tekst zilustrowany jest sporą ilością kolo- – licentia poetica autora. Wpisuje się to rowych fotografii, co nie powinno dziwić, tym samym w nurt tzw. polskiej szkoły rewszak przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że portażu, której najsłynniejsi reprezentanci podróżnicy opisując swoje peregrynacje, dowolnie żonglowali czy wręcz manipulookraszają je mnóstwem zdjęć. Tu jednak wali faktami i biografiami. Zdarzało się im spotka nas pewien istotny zawód – na opisywać wydarzenia, w których nie uczestżadnym z nich nie ma Piotra Kraśki. niczyli, tak, jakby były one ich udziałem. I rzeczywiście, jeśli spojrzymy na ostatnią Należy dodać, iż wielu dziennikarzy nie stronę książki, czyli tzw. stopkę, dowie- widzi w tym zjawisku nic nagannego, wręcz my się, że znakomita większość fotografii dostrzega tu doskonałą okazję do uatrakcyj(poza raptem kilkoma) pochodzi z serwi- nienia mało spektakularnych obserwacji. su oferującego komercyjnie zdjęcia każDodatkowo irytująca może być mademu, kto gotów jest zapłacić za nie kilka niera, która każe autorowi co jakiś czas dolarów. Nie sposób uwierzyć, że repor- dokonywać średnio trafionych porównań, ter opisujący swoją podróż samolotem odwołujących się często do popularnych z nader oryginalnym pilotem czy rozmo- filmów. I tak pisząc o historiach związanych wę z najsłynniejszym alaskim maszerem z dawnym życiem na Alasce, które starzy – Lancem Mackeyem, nie skusił się na Indianie opowiadają dziś swoim wnukom, zrobienie choć kilku zdjęć ilustrujących stwierdza, że „dla młodych Alaskanów ich daną sytuację. Fotografię rzeczonego ma- historie brzmią jak z Gwiezdnych wojen”. szera umieszczoną w reportażu znaleźć Innym razem pisząc o pionierach podrómożna w Wikipedii (sic!). żujących przez tajgę i trudnych warunkach 64

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: o zdradliwości zapożyczeń >>>

przetrwania, odwołuje się do „ikony survivalu” – Indiany Jonesa. Tym, którzy poczuli się zachęceni do lektury, polecam próbę samodzielnej weryfikacji tez zawartych powyżej, jak również prześledzenie trasy podróży autora i porównanie jej z zamieszczonymi zdjęciami. Dla części czytelników książka może okazać się kpiną z nich samych i etosu dziennikarskiego, reportażem w wersji „dla ubogich”, boleśnie ilustrującym stosunek jakości do ceny (13,99 zł).

Pozostaje wygłosić na koniec komentarz (obowiązkowo przez zaciśnięte zęby), iż próba dołączenia do peletonu z Pawlikowską, Wojciechowską, Cejrowskim czy Pałkiewiczem na czele dla Piotra Kraśki okazała się falstartem. Tytuł: Alaska Autor: Piotr Kraśko Wydawnictwo: G+J RBA 2011 Liczba stron: 94 Cena: 13,99 zł

nr 5 marzec 2011 r.

65


<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

wą. Jej dorobek obejmuje pięć powieści, z czego jedna – To Die For – została w 1995 roku sfilmowana przez Gusa Van Santa. Maynard jest także autorką czterech książek niebeletrystycznych, tym raDługi zem jednak wróciła do literatury pięknej. wrześniowy Sam pomysł jest, można by powiedzieć, weekend banalny. Oto w świat samotnej matki i jej wyobcowanego nieco syna wkraJoyce Maynard cza nagle tajemniczy mężczyzna, który całkowicie odmienia ich życie. Tylko że ten mężczyzna okazuje się być zbiegłym Ta książka nie zapowiada się wybitnie. więźniem, oskarżonym o morderstwo. Półki w księgarniach uginają się pod cię- On sam twierdzi, że go nie popełnił, ale żarem tanich, sprzeczy można mu tak dawanych rzekomo po prostu uwiew milionowych narzyć? I zaczynają Maynard jest także kładach „bestsellesię schody, jak ujął autorką czterech książek rów”, pseudopowieto kiedyś Wienianiebeletrystycznych, ści napisanych przez wa. Rzecz dzieje tym razem jednak domorosłych Hesię w ciągu kilku wróciła do literatury mingwayów czy dni przedłużonepięknej Reymontów. Stango z okazji Święta dardowo, z tylnej Pracy weekendu, części okładki krzya cała historia nieczą do ewentualnekoniecznie kończy go nabywcy fragmenty uładzonych, jakże się tak dobrze, jak chciałby czytelnik przy(mało) przekonujących recenzyjek, a od zwyczajony do szczęśliwych zakończeń. nawału obecnych tam superlatyw robi się Żeby nie uczynić oceny całkowicie bezsłabo. Długi wrześniowy weekend nie wy- krytyczną, należy wytknąć książce Maynard chodzi niestety poza tę konwencję, co tyl- pewien minus. Wybór nastoletniego chłopko świadczy o tym, jak nisko trzeba zejść, ca jako narratora kształtuje formę całej pożeby przetrwać na współczesnym rynku wieści, wydaje się jednak, że autorka jest czytelniczym. A szkoda, bo ta książka to w tym wyborze trochę niekonsekwentna. istna perełka, która może umknąć w trakcie Z jednej strony poraża infantylizm wielu poszukiwań w księgarni, właśnie z powodu sformułowań, z drugiej zaś dziwi dojrzałość, pozornego przereklamowania. powaga i patos niektórych sądów, zupełnie Joyce Maynard była dziennikarką nieprzystających do tego wieku. Szczególnie New York Timesa i reporterką radio- na samym początku trudno jest uwierzyć, 66

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

że Henry naprawdę ma trzynaście lat. Fak- spraw niejasnych w trakcie lektury znajduje tem jest jednak, że pewne kroki podejmo- rozwiązanie dopiero pod koniec, co rzuca wane przez chłopca, wybory, jakich w swo- nowe światło na cały obraz. jej lekkomyślności Język powieści dokonuje, wywołują jest prosty, dostow czytelniku czyste, sowany do języka Wybór nastoletniego chłopca żywe emocje. I to jest narratora-nastolatka. jako narratora kształtuje jedna z największych Pod płaszczykiem formę całej powieści, wydaje zalet książki. W czapozornej prostoty się jednak, że autorka sie czytania zdarza autorka przemyciła jest w tym wyborze trochę się, że wręcz kibicujednak niebanalną niekonsekwentna jemy Henry’emu, historię miłości, cierzagrzewamy go do pienia, a także nieczynu lub przeodwracalnych konciwnie, próbujemy sekwencji ludzkich wyperswadować mu kolejny pochopnie czynów – wszystko to widziane z perspektypodjęty zamysł. Ktoś kiedyś powiedział, wy dorastającego młodego człowieka. Długi że jeżeli jakaś postać nas irytuje, oznacza wrześniowy weekend nie wejdzie raczej do to, że została dokanonu literatury brze skonstruowana. światowej, ale jest W tym przypadku dowodem na to, że Pod płaszczykiem potwierdza się to nie trzeba być Dostopozornej prostoty w stu procentach. Co jewskim, by stworzyć autorka przemyciła więcej, fabuła jest na powieść zmuszającą niebanalną historię tyle nieprzewidywaldo myślenia. To nie na, że przewracając jest pierwsze lepsze miłości, cierpienia kolejne strony, nie czytadło, ale pozycja, sposób się domyślić, która przywraca naco stanie się z Hendzieję w to, że pośród rym, Adele i Frankiem i jak zakończą się tysięcy „produkcyjniaków” zapychających ich losy. Nutka goryczy towarzysząca losom księgarniane półki da się jeszcze znaleźć coś bohaterów wzbogaca Długi wrześniowy wartego przeczytania. weekend o dozę autentyzmu i czyni tę opowieść przekonującą i naprawdę porusza- Tytuł: Długi wrześniowy weekend jącą. Mimo „rozleniwiającego” początku, Autor: Joyce Maynard który wydaje się ciągnąć w nieskończoność, Tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski a którym autorka, jak się okazuje, przygo- Wydawnictwo: Videograf II 2010 towuje „grunt” pod późniejsze wydarzenia, Liczba stron: 262 książkę czyta się bardzo przyjemnie. Wiele Cena: 32,90 zł nr 5 marzec 2011 r.

67


KONKURS za sobą niosą, Ian postanawia zabrać Ameline ze sobą do domu w Anglii. A Melanie? Po próbie uwiedzenia swojego ojczyma zostaje wysłana do ojca, do Los Angeles, gdzie zakochuje się w dealerze narkotyków, co nie Gorzka może skończyć się dobrze. Aby nie zdradzać kolejnych szczegółów czekolada fabuły książki, a tym samym nie zepsuć Lesley Lokko nikomu przyjemności poznawania losów bohaterek, wystarczy powiedzieć, że to, co zostało opisane powyżej, stanowi zaledwie początek historii. Kobiety podróżują mięGorzka czekolada to historia trzech dzy Anglią, USA, Ghaną i Haiti. Ich losy dziewcząt, pięknych i młodych, z planami zmieniają się dramatycznie w ciągu kilku na przyszłość i całym życiem przed sobą, ale chwil, a ścieżki życia krzyżują w nieoczekiróżniących się od siebie pod każdym wzglę- wanych momentach. Problemów starczydem. Laura pochodzi łoby na obdzielenie z bogatej haitańskiej jeszcze kilku osób. rodziny, Ameline Często są to sytuMamy okazję uświadomić – jej resteavec (osoacje, które spotykają sobie, jak wielki wpływ ba do towarzystwa) wielu ludzi, jednak na nasz los i podejmowane – nie wie nic o swonatężenie kłopotów decyzje może mieć miłość im pochodzeniu, w ciągu trzydziestu pomylona ze zwykłą a Melanie to zepsuta lat życia Melanie, sympatią czy litością i rozpieszczona córLaury i Ameline jest ka gwiazdy rocka. dość przytłaczające. Gdy dorastają, każda Autorka stawia swoz nich napotyka proje bohaterki przed blemy, z którymi musi się zmierzyć. Laura wieloma trudnymi wyborami życiowymi, zachodzi w ciążę i zostaje odesłana do Chi- których konsekwencje następnie ujawnia. cago, gdzie mieszka jej matka. Wyobrażenia Motywacje i postawy wszystkich trzech dziewczyny związane z mieszkaniem razem kobiet nie są wybielone, odzwierciedlają z rodzicielką znacznie odbiegają od rzeczy- prawdziwą ludzką naturę ze wszystkimi jej wistości. Sytuacja jest na tyle dramatyczna, słabościami. Tym samym skutki ich wyboże dziewczyna ucieka od własnej matki i za- rów często przynoszą wiele cierpienia. czyna żyć na własny rachunek. Po odejściu W książce podejmowanych jest szereg Laury Ameline poznaje Anglika – Iana, za- tematów związanych z relacjami międzyfascynowanego jej osobą pisarza. Z powodu ludzkimi. Jeden nich dotyczy związków walk politycznych na Haiti i zagrożeń, jakie damsko-męskich analizowanych z wielu 68

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: książki, które przeczytam mojemu synowi >>>

punktów widzenia. Poznajemy kulisy romansu Melanie z ojczymem oraz szczegóły historii uwiedzenia Laury przez amerykańskiego żołnierza. Następnie autorka zapoznaje nas z wieloaspektowością zdrady małżeńskiej, zarówno z perspektywy zdradzanej żony, jak i „tej drugiej”. Mamy okazję uświadomić sobie, jak wielki wpływ na nasz los i podejmowane decyzje może mieć miłość pomylona ze zwykłą sympatią czy litością. Innym poruszanym problemem jest związek rodzica z dzieckiem. Okazuje się,

Lilith Olga Rudnicka

Olga Rudnicka jest stosunkowo młodą autorką dwóch dylogii kryminalnych, na które składają się powieści: Martwe jezioro i Czy ten rudy kot to pies o przygodach Beaty i Uli oraz Zacisze 13 i jego kontynuacja – Zacisze 13: Powrót, tym razem opowiadające o perypetiach kryminalnych Marty i Anety. Najnowsza książka Rudnickiej – Lilith – nie wpisuje się w żaden z powyższych cykli. Ponadto obok elementów znanych z klasycznego kryminału pojawiają się akcenty charakterystyczne dla horroru.

jak bardzo ta więź jest ważna i jak wielką rolę odgrywa w dorosłym życiu. Zbyt wygórowane wymagania, odrzucenie i brak czasu dla dziecka to nader aktualna kwestia, z którą wielu z nas ma do czynienia. Tytuł: Gorzka czekolada Autor: Lesley Lokko Tłumaczenie: Rafał Lisiński Wydawnictwo: Świat książki 2010 Liczba stron: 544 Cena: 38,90 zł

Lipniów to urokliwe małe miasteczko. Jeszcze w dziewiętnastym wieku miał tu miejsce słynny proces czarownic, w wyniku którego kilkanaście kobiet oskarżonych o czary spłonęło na stosach bądź zmarło podczas tortur. W tym panteonie męczennic wyróżnia się postać Anastazji Lipowskiej. Owa młoda hrabina została uznana za wcielenie Lilith – demonicznej kusicielki, przeklętej pierwszej żony Adama, która według rozlicznych podań miała porywać małe dzieci i wypijać ich krew. Wiele lat później Lipniów niejako utrzymuje się właśnie z tej legendy i stanowi prawdziwą atrakcję turystyczną dla miłośników czarnej magii i wiedzy tajemnej. Jednak urocze miasteczko skrywa niejedną przerażającą tajemnicę. Dlaczego nagle znikają młode, jasnowłose dziewczyny, a lokalna policja za wszelką cenę próbuje zatuszować kolejne zaginięcia? Kto znajdzie odpowiedź na to pytanie – szlachetny komisarz Michał Nawrocki, eteryczna Edyta Mielnik, prowadząca lokalną księgarnię, czy ciężarna Lidka Sianecka, którą wraz z mężem do Lipniowa sprowadził nieoczekiwany nr 5 marzec 2011 r.

69


<<< Czytaj: fragment książki Kiedy ulegnę

spadek? Niewiadome się mnożą, a i pułapek ty ledwie muska autorskim piórem, a portrety jest więcej, niż można by przypuszczać. W tym szkicuje na czarno-białą modłę z mało wiarywszystkim trudno właściwie ocenić, kto jest godnym podłożem psychologicznym. Może wrogiem a kto sprzymierzeńcem. Lilith mogłaby jeszcze uratować mroczna Trzeba przyznać, że to dość dobry po- intryga kryminalna, jednak podkreślane przez mysł na pasjonującą powieść kryminalną, wydawcę wątki okultystyczne giną gdzieś a nawet na wciągający thriller lub krwawy w tle, za to zostaje zupełnie niepotrzebnie horror – jednak w tym przypadku na po- wyeksponowany tandetny wątek romansowy. myśle zalety Lilith Dopełnienie całości się kończą. Najwiękstanowi styl, który szym grzechem Rudsprawia, że książka Autorka traktuje nickiej wydaje się przywodzi raczej na właśnie niewykorzymyśl żenujące dzieło wszystko stany potencjał – ta średnio rozgarniętej z naganną wręcz historia obejmująca licealistki, aniżeli wypowierzchownością swoim zasięgiem robionej (na czterech kilka wieków, neopowieściach!) pisarki. pogańskie wierzenia Wśród oczywistych i kulty, a także probłędów można wyblemy natury obyczajowej niosła przecież mienić rozliczne powtórzenia, nieścisłości za sobą olbrzymie możliwości dla wprawne- językowe czy nieprzekonujące w swojej infango pisarza – tymczasem pod piórem młodej tylności partie dialogowe. autorki zamienia się w proste quasi-krymiWydaje się, że to niezwykle przykre, kienalne czytadło niezbyt wysokich lotów. dy książka sama w sobie staje się podręczniAutorka traktuje wszystko z naganną kiem do tego, jak tę samą książkę można by wręcz powierzchownością. Pokazuje historię napisać lepiej. Tak jest w przypadku Lilith, Lipniowa na dwóch płaszczyznach czasowych, która z mrożącego krew w żyłach kryminajednak skupia się wyłącznie na tej współcze- łu zamienia się w pospolite, bezwartościowe snej, ograniczając dziewiętnastowieczne wy- czytadło tylko dzięki pisarskiej nieudolnodarzenia do zaledwie kilku bardzo pobieżnych ści. Być może ktoś kiedyś oprze swoją powzmianek. Przez to dawne dzieje nie stają się wieść na kanwie podobnej historii – pozokomplementarną częścią całej opowieści, staje tylko wierzyć, że nie popełni błędów a jedynie służą budowaniu napięcia. Z kolei poprzedniczki i efekt będzie lepszy. umieszczenie akcji w małym miasteczku stwarzało możliwości pokazania całej galerii cieka- Tytuł: Lilith wych postaci czy namnożenia wątków, które Autor: Olga Rudnicka mogłyby urozmaicić dość płaską intrygę kry- Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2010 minalną. Jednak Rudnicka nie radzi sobie na- Liczba stron: 400 wet z wąskim gronem bohaterów, ich drama- Cena: 28,00 zł 70

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: o zdradliwości zapożyczeń >>>

rzonych takim talentem z pewnością należy znana przede wszystkim z nordyckiej sagi Północna droga Elżbieta Cherezińska. Jej najnowsza książka, Gra w kości, obejmuje fragment historii Europy z lat 997-1002. Akcja powieści przedstawia równolegle Gra w kości rozgrywające się wydarzenia, w których biorą udział dwaj równorzędni bohaterowie: Elżbieta Cherezińska Bolesław Chrobry i Otton III. Ich spotkanie w ważnym punkcie historii Europy i kulminacyjnym momencie Gry w kości – na I Zjeździe gnieźnieńskim – jest zderzeniem Co sprawia, że po przeczytaniu pierw- kontrastów. Kobieco piękny, młodziutki, szego zdania zarówno rewelacyjnie napisa- wykształcony cesarz stoi ramię w ramię nego, trzymającego w napięciu bestselleru, z silnym, dzikim, porywczym i skrajnie męjak i marnego powieścidła, do którego zna- skim księciem. Cherezińska bawi się tymi jomości przyznajeprzeciwieństwami, my się z rumieńcem zestawiając ze sobą wstydu, docieramy nie tylko tych konAutorka należy do ostatniej strony, kretnych bohaterów, zanim się obejrzyale i ich otoczenie – do osób obdarowanych my? To ciekawość, umiejętnością dostrzegania bizantyjski przepych która bywa tak silna, Cesarstwa i surowy, ludzi z krwi i kości wśród że oglądamy setny ale równie kosztowsuchych faktów odcinek serialu czy ny splendor dworu sięgamy po kolejny Bolesława Chrotom przydługiej sagi, brego. Pomiędzy ciekawość, z powowydarzenia wplata du której po prostu musimy wiedzieć, co studium postaci, łączącej ich nici przyjaźni, będzie dalej. Co jednak dzieje się w sytu- a nawet fascynacji, która w subtelnych nieacji, kiedy szczegółowy przebieg wydarzeń dopowiedzeniach ociera się o erotyzm. świeżo wydanej powieści zna (przynajmniej Autorka należy do osób obdarowanych według teoretycznych założeń) każdy polski umiejętnością dostrzegania ludzi z krwi i kouczeń? W tym przypadku sytuacja wyma- ści wśród suchych faktów. Świadoma, że za ga umiejętności ożywienia czegoś tak dla każdym wydarzeniem stoją czyjeś motywacje, wielu osób śmiertelnie nudnego, jak daty, decyzje, emocje i osobista historia, odkrywa wydarzenia i postacie historyczne i poda- je przed nami w sposób niezwykle plastycznia tego, co znamy, w sposób przyciagający ny i przekonująco przedstawia domniemane i utrzymujący uwagę. Do autorów obda- przyczyny wydarzeń z przeszłości i ich następnr 5 marzec 2011 r.

71


KONKURS stwa. Bowiem zarzutem, którego pisarce po- nie, postacie oraz ich stany emocjonalne, stawić nie można, a który pojawia się często a wszystko osnute jest misterną siecią intryg wobec autorów powieści historycznych, jest politycznych. naginanie faktów, brak rzetelności i rażące dla O wszechobecnym w średniowiecznej znawców tematu błędy. Cherezińska jest pod Europie chrześcijaństwie Cherezińska pisze tym względem wręcz pedantyczna, a wiary- w sposób złożony i wieloznaczny, co należy dogodności dodaje jej współpraca z profesorem cenić choćby z uwagi na fakt, że wśród współPrzemysławem Ubańczykiem, według które- czesnych pisarzy próba bezstronnego przyjgo przedstawiła ona ten okres w sposób praw- rzenia się temu zjawisku nie zdarza się często. dopodobny od strony Autorka nie pozwala naukowej. sobie na uproszczenia W Grze w koczy jednoznaczne oceTwórczość ści spotykamy się ny. Wśród bohaterów Cherezińskiej sprzyja z zupełnie innym znajdują się zarówno sposobem narracji bezmyślni fanatycy, delektowaniu się niż zaprezentowany jak i mądrzy, głębokażdą stroną w Północnej drodze ko wierzący ludzie, – autorka pokazuje a obok skorumpowazaskakująco dobrze nych i żądnych właoddany, szczególnie na tle skrajnie kobie- dzy hierarchów Kościoła stoją gotowi oddać cych opowieści o Sigrun i Halderd, męski swoje życie za innych misjonarze. Jest miejsce punkt widzenia. Narrator jest trzeciooso- na osobistą refleksję czytelnika i wnioski, bez bowy, nie ma też tak charakterystycznej dla narzucania punktu widzenia pisarki. poprzednich pozycji introspekcji, co wcale Twórczość Cherezińskiej nie jest tak nie zubaża psychologicznego rysu bohate- łatwa w odbiorze, jak porywające powieści rów. Ogromnym plusem są różne smaczki i sensacyjne czy przygodowe. Sprzyja raczej przemycane między wierszami aluzje, a do delektowaniu się każdą stroną, a zdarzają tego zabawne w swojej prostocie albo wręcz się również, co trzeba uczciwie przyznać, szalenie złożone emocjonalnie sceny. Akcja momenty nużące nawet najbardziej wyrozgrywa się w raczej powolnym tempie, trwałych. Równoważy je jednak niezwykła co zresztą jest charakterystyczne dla dzieł dojrzałość w postrzeganiu świata, którą autej pisarki, a czym zyskała sobie sympatię torka dzieli się z tymi, którzy chcą i potrafią jednych czytelników, tracąc jednocześnie ową dojrzałość docenić. tych, dla których szybkość i napięcie decydują o przyjemności czerpanej z lektury. Tytuł: Gra w kości Poszczególne rozdziały powieści w typowo Autor: Elżbieta Cherezińska oszczędnym językowo stylu przedstawiają Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2010 przebieg wybranych z pięcioletniego okre- Liczba stron: 408 su wydarzeń, szczegółowo opisując otocze- Cena: 32,90 zł 72

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: wywiad z Markiem Lipskim >>>

zmy. Tym samym udowadnia, że człowiek jest wytworem ewolucji, a ta ma ogromny wpływ na nasze codzienne życie, czy tego Ilu przyjaciół chcemy, czy nie. Aby przekonać o słuszności swej teorii, Dunbar zabiera nas na wędrówpotrzebuje kę po świecie antropologii, badań ewoczłowiek? lucyjnych, a także innych dziedzin nauki. To właśnie ten interdyscyplinarny charakNa tropie zagadek ewolucji ter książki zasługuje na szczególną uwagę, gdyż pozwala dostrzec, jak zdobycze jednej Robin Dunbar dziedziny nauki mogą zostać wykorzystane przez inną. Za przykład mogą posłużyć poIlu przyjaciół potrzebuje człowiek? to łączone siły badań antropologicznych oraz już kolejna na polskim rynku wydawniczym tych z zakresu teorii organizacji biznesu, książka wpisująca się w nurt publikacji po- które pozwalają zrozumieć, dlaczego człopularnonaukowych, które na zachodzie wiek może utrzymywać ok. 150 relacji spoEuropy cieszą się ogromnym rozgłosem, łecznych i to bez względu na dokonujący się natomiast wciąż zbyt mało doceniane są na naszych oczach postęp technologiczny. w Polsce. Świadczy Mnóstwo miejo tym chociażby sca poświęca Dunbar Aby przekonać o słuszności fakt, iż większość językowi jako narzęswej teorii, Dunbar zabiera dostępnych w księdziu komunikacji: nas na wędrówkę garniach książek jego rozwojowi, po świecie antropologii, tego rodzaju to tłuwpływowi na funkbadań ewolucyjnych, a także maczenia dokonane cjonowanie jednostinnych dziedzin nauki z języka niemieckieki w grupie, klanie, go bądź angielskiego. społeczeństwie. NiePonieważ rodzime wątpliwym plusem piśmiennictwo z tej dziedziny trudno uznać książki jest to, że jej autor nie rozstrzyga za zadowalające, czytelnikowi nie pozostaje autorytatywnie o słuszności przedstawianic innego, jak tylko sięgnąć po dostępne nych teorii naukowych, natomiast często tłumaczenia, a tych jest na szczęście niema- wyjaśnia sprzeczne poglądy, a decyzję, za ły wybór. którym z nich się opowiedzieć, pozostawia Przysłowie mówi, że każdy jest kowa- czytelnikowi. Jednakże w sytuacji obrony lem własnego losu. Kłam temu twierdzeniu prawa do dążenia do wiedzy i jej rozpozdaje się zadawać najnowsza książka Robi- wszechniania autor zajmuje jednoznaczne na Dunbara, w której autor przekonuje, że stanowisko: Odchodzi od rzetelnej uczow sposób nieprzerwany od kilkuset lat na- ności ku tonowi charakterystycznemu dla szym życiem rządzą pewne stare mechani- publicystyki. Przedstawia w tym kontekście nr 5 marzec 2011 r.

73


Czytaj: książki, które przeczytam mojemu synowi >>>

<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

informacje z historii nauki, by pokazać, jakie konsekwencje mogą mieć próby ograniczenia działalności naukowej. Kolejną zaletą publikacji jest dbałość Dunbara o przystępne przekazywanie treści – dzięki temu został spełniony podstawowy warunek stawiany dobrym książkom popularnonaukowym: Jest ona zrozumiała dla laika, który na co dzień nie ma nic wspólnego z antropologią czy innymi dziedzinami nauki, do których wyników badań autor tak chętnie nawiązuje. Warto również podkreślić, że liczne ciekawostki przyciągają uwagę i zachęcają do dalszej lektury. Na niektóre treści należy jednak spojrzeć z pewną dozą krytycyzmu. Trudno bowiem wygraną Baracka Obamy w wyborach prezydenckich uzasadniać faktem, iż był on najwyższy ze wszystkich kandydatów. Wszak teoria ta nie tak dawno w Polsce się nie sprawdziła.

Moja winnica. Saga rodzinna w trzech częściach Miriam Akavia

Przed wojną na Kazimierzu – a także w wielu innych dzielnicach wielu innych miast i miasteczek – mieszkali ludzie, w których dokumentach widniała adnotacja: „narodowość polska, wyznanie mojżeszowe”. 74

nr 5 marzec 2011 r.

Pewnym mankamentem omawianej publikacji może być jej konstrukcja, która wyłamuje się ze schematu typowego dla piśmiennictwa popularnonaukowego. Pomimo że książka podzielona jest na rozdziały (na pierwszy rzut oka tworzące odrębne całości), w kolejnych z nich Dunbar odwołuje się do wcześniej przedstawionych zagadnień. Ma to bez wątpienia wpływ na lekturę książki, która, choć napisana przystępnym językiem, stawia czytelnikowi pewne wymagania. Tytuł: Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek? Na tropie zagadek ewolucji. Autor: Robin Dunbar Tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska Wydawnictwo: Literackie 2010 Liczba stron: 333 Cena: 29,90 zł

Jedni pozostawali wierni religii i zwyczajom przodków, drudzy stopniowo zamieniali tradycyjne stroje na takie, jakie nosili sąsiedzi z innych dzielnic. „Z początku przestrzegali sobót i świąt, potem tylko świąt, a potem już tylko JomKippur, a w końcu nawet i tego nie”. Brajndł zmieniała się w Bronkę, Chana w Hanię, Wowek we Włodka, Mosze w Marka. Ale i to nie dawało im gwarancji, że będą się tu czuć jak u siebie.Ani że kiedy otworzy się najmroczniejsza karta historii Europy, uda się im uniknąć zagłady. Historię dwóch spowinowaconych ze sobą kupieckich familii opowiada tutaj przedstawicielka ich ostatniej przedwojennej generacji, jedna z sześciorga ocalałych spośród kilkudziesięcioosobowego grona wnuków i prawnuków

Mosze Weinfelda i AronaPlessmana. Po tych, wybryki kolegów ze studiów jako nietoleranktórzy nie przeżyli wojny, pozostało niewiele cję, że chuligani tylko przypadkiem pobili zdjęć i dokumentów; coś z tego, co opowiadali na śmierć ojca Icka, a nie innego przechodinni, albo co się widziało i słyszało samemu, nia. Ale kiedy tyle innych źródeł potwierdza przetrwało we wspoistnienie podobnych mnieniach, resztę zachowań – nie tylHistorię dwóch trzeba było sobie doko w Krakowie, ale spowinowaconych ze sobą powiedzieć. To jedpraktycznie w każdej kupieckich familii opowiada nak, że dialogi między miejscowości, gdzie tutaj przedstawicielka ich chłopcami spierającymieszkali obywatele ostatniej przedwojennej mi się o wygodniejsze wyznania mojżeszogeneracji miejsce do spania czy wego – trudno zakłamiędzy rodzicami dać, że to jedynie doomawiającymi zamążmysły i przypadki... pójście córek pochodzą z wyobraźni autorki, Moja winnica nie ma może tak dużej w niczym nie umniejsza autentyzmu jej opowartości dokumentalnej, jak W ogrodzie pawieści. Kto już wcześniej interesował się histomięci Olczak-Ronikierowej, ani tak silnego rią polskich Żydów, znajdzie tu kolejne opisy ładunku emocjonalnego, jak Memorbuch tego, co napotkał Grynberga lub Rogdzie indziej: obyczadzinna historia lęku To kolejny element jów towarzyszących Tuszyńskiej, i wyzbiorowego portretu świętom religijnym daje się nieco mniej i sprawom codziendoszlifowana pod polskich Żydów nym; wątpliwości względem literackim z pierwszych dekad co do własnej na(znacznie lepiej zroXX wieku rodowości i pozycji biłoby jej ujednolicew społeczeństwie, nie czasu narracji)niż a w związku z tym każdy z wymieniotakże do wyboru drogi życiowej; wreszcie – nych tu tytułów, niemniej jednak tak samo co najboleśniejsze – pozostawiającego wiele jak one zasługuje na uwagę, stanowiąc kodo życzenia, a często wręcz skandalicznego lejny element zbiorowego portretu polskich traktowania ich przez współobywateli wyŻydów z pierwszych dekad XX wieku. znających „odpowiednią” religię i noszących „odpowiednie” imiona. Można byłoby Tytuł: Moja winnica. Saga rodzinna powiedzieć, że Miriam/Matylda/Ania tylko w trzech częściach wymyśliła sobie obraźliwą uwagę sanitariuAutor: Miriam Akavia sza przyjmującego zgłoszenie o poważnym Wydawnictwo: Literackie 2010 wypadku dziecka Mani, że Olek był nadLiczba stron: 412 wrażliwy i mylnie odczytywał sztubackie Cena: 44,90 zł nr 5 marzec 2011 r.

75


<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

czyli profetyzmu. Autor opisuje w Nakręcanej dziewczynie; Pompie numer sześć kilka różnych wizji przyszłości, z których większość jest skrajnie pesymistyczna. W zbiorze opowiadań rozważa potencjalne konsekwencje inżynierii genetycznej, jej wpływu na ludzką cywilizację i tego, jak radzi sobie ona w obliczu kolejnych Bartłomiej Łopatka katastrof klimatycznych. Analizuje, jak kolejne zmiany wpływają na ludzką naturę. Znalazło się także miejsce dla jednego tekstu, w którym Nakręcana dominują zagadnienia psychologiczne. dziewczyna/ O ile opowiadania ledwie poruszają Pompa numer trudne tematy, oferują pobieżny rys realiów, zostawiając czytelnikowi pole do dywagacji, sześć o tyle powieść Nakręcana dziewczyna jest Paolo Bacigalupi dużo bardziej złożona, ponieważ ukazuje bogaty fresk namalowany wyobraźnią autora. Jej akcja toczy się w Tajlandii, jednym z niePaolo Bacigalupi, obwołany przez wielu wielu państw, które znośnie przetrwały kryzys krytyków największym objawieniem XXI wie- energetyczny. To tutaj mają miejsce kluczoku w fantastyce, to autor, który zebrał niemal we dla losów świata zdarzenia obserwowane wszystkie możliwe naz punktu widzenia grody w tej dziedzinie kilku bohaterów: To znakomity powrót literatury. W Polsce Agent Stanów Zjedbył do niedawna znado jednej z podstawowych noczonych próbuje ny jedynie z pojedynodnaleźć genhakera funkcji, jaką niegdyś czych opowiadań, zaś odpowiedzialnego za spełniała fantastyka od stycznia 2011 roku naukowa, czyli profetyzmu przełamanie mono– dzięki wydawnictwu polu tego nowopowMAG, które wydałostałego mocarstwa Nakręcaną dziewczyna choroboodporne nę; Pompę numer sześć – możemy poznać rośliny; tytułowa nakręcana dziewczyna to pełnię jego talentu. kobieta-maszyna zmagająca się ze społecznym Wspomniana książka to połączenie zbioru wykluczeniem i uprzedzeniami, szuka ona w opowiadań z powieścią. Tematyka tych utwo- sobie człowieczeństwa i stara się realizować rów koncentruje się na możliwych wersjach własne marzenia;chiński milioner próbuje przyszłości rodzaju ludzkiego – to znakomity odnaleźć się w nowej, wrogiej teraźniejszości. powrót do jednej z podstawowych funkcji, Jest to literatura, w której bardziej wyjaką niegdyś spełniała fantastyka naukowa, eksponowany jest element fiction niż science, 76

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

gdyż Bacigalupi nie rozpisuje się na temat mikrobiologii czy rozwoju technologicznego, ale skupia się na losie ludzi i zmianach w definicji człowieczeństwa. Przedstawia to, jak zmienia się charakter społeczeństwa wskutek katastrof ekologicznych, zaraz czy kryzysów finansowych. Wskazuje także, jak krucha linia oddziela nas od zezwierzęcenia. Wystarczy, by zabrakło rzeczy, które uważamy za podstawowe dla naszego funkcjonowania (prąd, internet), a w naszym zachowaniu można zauważyć postępującą barbaryzację, gdyż zaczynają działać pierwotne, normalnie sztucznie tłumione instynkty. To wspaniała ekstrapolacja tego, co dziś wiemy na temat ludzkiej natury. Warstwa językowa powieści stoi na bardzo wysokim poziomie, a styl autora, co równie ważne, sprawia, że przekaz jest dla odbiorcy w pełni zrozumiały. Bacigalupi nie stosuje wymyślnych metafor, niepotrzebnie skomplikowanego słownictwa – stara się wprowadzać opisy bez zbędnych ozdobni-

Nowe nowe media Paul Levinson

„W pewnym momencie zaczęliśmy się (…) zastanawiać, dlaczego proponowane na naszym wydziale zajęcia poświęcone

ków. Ten, momentami wręcz surowy, język potęguje tylko wrażenia i odbiór treści. Nakręcana dziewczyna; Pompa numer sześć stanie się z pewnością jedną z najważniejszych tegorocznych książek fantastycznych wydanych w Polsce. To lektura, którą będą zachwyceni nie tylko fani science fiction – jej wizjonerski charakter oraz rozważania nad ludzką naturą sprawiają, że powinna zaciekawić wszystkich interesujących się tym, co może przynieść przyszłość, choćby w jednym z możliwych scenariuszy. Tytuł: Nakręcana dziewczyna/Pompa numer sześć Autor: Paolo Bacigalupi Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz Wydawca: MAG 2011 Liczba stron: 702 Cena: 55,00 zł Oprawa twarda

<<nowym mediom>> są tak mało popularne wśród studentów. Nagle zrozumiałem, że te kursy, wbrew nazwie, przestały być aktualne. Odpowiadaliśmy na pytania: jak używać języka HTML, jaka jest rola Internetu i e-maila w dzisiejszym świecie i tak dalej. To było <<nowe>> w połowie lat dziewięćdziesiątych” – pisze Paul Levinson w przedmowie do swojej nowej książki Nowe nowe media. Tym samym wskazuje czytelnikom, czym zamierza zająć się w najnowszej publikacji – książka dotyczy bowiem zjawisk stosunkowo świeżych, aktualnie popularnych wśród internautów – serwisów społecznościowych, Wikipedii, Second Life itp. nr 5 marzec 2011 r.

77


KONKURS Paul Levinson, medioznawca, profe- blogosferę, Youtube, MySpace, Facebook, sor wykładający na Wydziale Komunikacji Twitter, Second Life, podcasty, Wikipedię i Medioznawstwa Fordham University i inne zjawiska, z którymi większość interw Nowym Jorku, to znany badacz i entuzja- nautów zdążyła się już oswoić, a które często sta nowych mediów. Jego wydane w 1997 nie zostały poddane rzetelnej krytyce i anaroku Miękkie ostrze lizie medioznawców. błyskotliwie wskazyOczywiście, autor wało kierunek, jakim wykracza poza sam Książka dotyczy zjawisk podążać miała techopis, sytuując owe stosunkowo świeżych, nika – wiele z przezjawiska w różnych aktualnie popularnych widywań Levinsona kontekstach spookazało się słusznych. łeczno-kulturowych, wśród internautów Zresztą poznaje on wskazuje ich wpływ nowe media nie tylna inne media i na ko jako naukowiec rzeczywistość off-line. – jest on jednocześnie autorem poczytnych Często bazując na własnych doświadczeblogów oraz wielu popularnych podcastów, niach, podaje liczne przykłady na to, że użytkownikiem większości portali społecz- nowe nowe media to coś więcej niż nowinnościowych i innych dóbr serwowanych ka – to coś, co całkowicie zrewolucjonizoprzez World Wide Web. Krótko mówiąc wało rzeczywistość i nasz sposób myślenia – Levinson, kiedy wypowiada się o nowych o niej. Żeby nie było za słodko, Levinson nowych mediach, wie, o czym mówi. nie jest bezkrytycznym fanem opisywanych Czym są tytułowe nowe nowe media? przez siebie zjawisk. Wręcz przeciwnie – w Autor używa tego terminu na określenie bardzo klarowny, ale także konstruktywny tego, co niektórzy nazywają mediami spo- sposób krytykuje ich wady i ostrzega przed łecznościowymi, inni Web 2.0, a jeszcze niebezpieczeństwami, które mogą ze sobą inni już Web 3.0. Sformułowanie to ma nieść. na celu odróżnienie ich od nowych meKiedy mowa o takich książkach jak diów – takich, jakimi opisywano je na Nowe nowe media, pojawia się zawsze wątwspomnianych przez autora w przedmo- pliwość, jak długo pozostaną one aktualne. wie kursach. Chodzi tu nie tylko o uzna- Wspomniane przez autora kursy, dotyczące nie istotności zjawisk, o których niektó- „nowych mediów”, w swoim czasie takrzy naukowcy wspominają najwyżej jako że były zapewne dość nowatorskie. Już w o ciekawostkach, ale także o wnikliwą analizę chwili polskiego wydania książki – ba, już przemian, jakim podlegają media, i dostrze- w chwili jej pisania – pojawiały się nowe ganie symptomów tych przemian w owych zjawiska po to, by inne mogły odejść w ciekawostkach właśnie. Levinson szczegó- zapomnienie. Nie o to jednak chodzi, aby łowo i ze znawstwem, ale bez naukowego chwytać wydarzenia i analizować je na gożargonu, w przystępny sposób przedstawia rąco – temu mogą służyć właśnie blogi lub 78

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: o zdradliwości zapożyczeń >>>

choćby „analogowe” publikacje prasowe, nie zaś książka, która z definicji, ze względu na długość cyklu wydawniczego, musi cechować się pewnym opóźnieniem w stosunku do opisywanych wydarzeń. Owo opóźnienie zachodzi jednak z pożytkiem dla wiarygodności publikacji naukowej – w przeciwnym razie moglibyśmy mieć do czynienia z gonitwą za tematami chwytliwymi, modnymi, choć pozbawioną istotnej wartości poznawczej. Mimo upływu kil-

Ogień na wodzie Joe Dever

Ucieczka przed mrokiem, pierwsza część przygód Samotnego Wilka, pozwoliła zapoznać się polskiemu czytelnikowi z najbardziej popularną grą książkową na Zachodzie. Szczęśliwie, wydawca polskiego przekładu bestsellerowej serii nie kazał czekać zbyt długo na kolejny jej tom – Ogień na wodzie – a dwa kolejne w chwili pisania tej recenzji również są dostępne na rynku. W drugim tomie po raz kolejny wcielamy się w rolę ostatniego z mnichów Kai – Samotnego Wilka – i kierujemy jego poczynaniami dzięki specjalnemu podziałowi książki na paragrafy. Decyzja czytelnika o tym,

kunastu miesięcy od napisania niektórych rozdziałów książka Levinsona nie tylko nie straciła na aktualności, ale także poruszane w niej tematy są nadal społecznie istotne. Tytuł: Nowe nowe media Autor: Paul Levinson Tłumaczenie: Maria Zawadzka Wydawnictwo: WAM 2010 Liczba stron: 328 Cena: 49,00 zł

z którym paragrafem należy się zapoznać, wpływa na losy głównego bohatera i decyduje o powodzeniu jego misji. Gry książkowe dają niespotykaną możliwość wpływania na opowiadaną historię i nie ograniczają czytelnika jedynie do biernego odbioru. Ogień na wodzie jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z pierwszego tomu. Po dostarczeniu do stolicy wiadomości o nadciągającej z zachodu Armii Ciemności, Samotny Wilk musi wyruszyć na kolejną niebezpieczną wyprawę. Tym razem zadaniem mnicha jest przyniesienie potężnego magicznego miecza – Sommerswerda – którego potęga znacznie wspomoże oblężoną stolicę. By to osiągnąć, Samotny Wilk (i tym samym czytelnik) będzie musiał dokonać szeregu ważnych wyborów na swej drodze, pokonać w walce czyhających na jego życie wrogów i przechytrzyć szpiegów depczących mu po piętach. Joe Dever jest mistrzem kreowania szybkiej i wartkiej akcji, w której czytelnik bierze bezpośredni udział. Narracja w drugiej osobie pozwala bez trudu postawić się w roli głównego bohatera i jednocześnie ułatwia podejmowanie kolejnych decyzji w trakcie gry. Świat nr 5 marzec 2011 r.

79


<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

Magnamund posiada cechy typowego fantasy dostaje możliwość zapoznania się z przyi jednocześnie zachwyca swoją złożonością. godami Lorda Porucznika Rhygara, jedneŚwiadomość brania udziału w przełomowych go z bohaterów drugoplanowych, którego wydarzeniach w jego historii jeszcze bardziej w czasie wyprawy po Sommerswerd spozwiększa satysfakcję tyka Samotny Wilk. z gry i jednocześnie W krótkiej, bo skłalektury. dającej się zaledwie Polskie wydanie oparte Krótkie paraz 75 paragrafów, jest na poprawionej grafy, które składają historii możemy poi rozszerzonej edycji się na opowiadaną kierować czynami oryginalnej historię, powodudzielnego wojownika ją, że książkę czyta i rozwiązać zagadkę się bardzo szybko, kradzieży królewskiej a sama akcja sprawia korony. I tym razem wrażenie niezwykle wartkiej. Jednocześnie od czytelnika zależeć będzie finał historii. nie można zarzucić autorowi lakoniczności Drugi tom bestsellerowej serii Joe opisów czy nadmiernego skupienia się na Devera, choć nieco ponad sto stron cieńfabule kosztem świaszy od poprzedniego, ta przedstawionego gwarantuje czytelniGry książkowe dają – oba te elementy kowi dobrą i nietuniespotykaną możliwość współgrają, tworząc zinkową rozrywkę, wpływania na opowiadaną wciągającą, interakw sam raz na jeden historię i nie ograniczają tywną opowieść. wieczór. Miłośnicy czytelnika jedynie Podobnie jak literatury fantasy do biernego odbioru w części pierwszej, będą zachwyceni, porządku rozgrywa dla pozostałych lekki strzegą zasady, tura może być zachędzięki którym ustalimy specjalne zdolności tą do skosztowania czegoś nowego. Książka Samotnego Wilka i rozstrzygniemy walkę z godna jest polecenia wszystkim, którzy nie dowolnym przeciwnikiem. Wszystkie cechy boją się eksperymentów. głównego bohatera i posiadany przez niego ekwipunek zapisywane są na specjalnej Karcie Tytuł: Ogień na wodzie Postaci (jeżeli udało nam się przejść pierwszy Autor: Joe Dever Tłumaczenie: Andrzej Jakubiec tom serii, możemy wykorzystać poprzednią). Polskie wydanie oparte jest na popra- Wydawnictwo: Copernicus Corporation 2010 wionej i rozszerzonej edycji oryginalnej, dla- Liczba stron: 304 tego po doprowadzeniu głównego bohatera Cena: 29,90 zł do szczęśliwego końca tomu nasza przygo- Seria: Samotny Wilk da jeszcze się nie kończy. Czytelnik bowiem Tom: 2 80

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

stępują osobiste obserwacje, szczegóły z życia mieszkańców i opis realnie istniejącego społeczeństwa. Podczas lektury czuje się, że jest to relacja naocznego świadka, a nie opis sporząPapua Nowa dzony na podstawie informacji z drugiej ręki. Gwinea. Relacja ojca Kaźmierczaka siłą rzeczy przefiltrowana jest przez jego wiarę i cel W krainie wizyty w Papui Nowej Gwinei. Bez obaw rajskiego ptaka – nie ma agresji w religijności autora, który, choć ani przez moment nie ukrywa swych Janusz Kaźmierczak OFM Cap. przekonań, wyraża je w sposób naturalny. Sporo miejsca poświęca oczywiście własnej Papua Nowa Gwinea jest jednym z naj- działalności misyjnej, ale stanowi to także dalszych i najbardziej egzotycznych dla Eu- pretekst do przekazania licznych obserwaropejczyka miejsc na świecie. Wydawać by cji i porównań życia duchowego w Europie się mogło, że to raj na ziemi: wszakże stam- i w Papui. Pod pozorem szacowania szans tąd pochodzą rajskie na dalszą ewangeliptaki. Niestety, ten zację prezentuje wiestosunkowo młody le własnych przewiCzytając, ma się wrażenie, kraj musi borykać dywań dotyczących że są to zapiski dokonywane się z licznymi prorozwoju społeczneprzez autora w biegu, między blemami. I właśnie go i gospodarczego kolejnymi misjami i zadaniami tę mieszaninę szarej tej drugiej. Wizja codzienności i trorozsnuwana przez pikalnego kolorytu zakonnika nie naopisuje Janusz Kaźstraja optymistyczmierczak w książce Papua Nowa Gwinea. nie i kładzie się cieniem na urokach krajoW krainie rajskiego ptaka. Jest to relacja, brazowych odległego kraju. W większości w formie dziennika, z roku spędzonego przypadków udało mu się też uniknąć doprzez polskiego zakonnika na antypodach. konywania ocen lokalnego społeczeństwa Podczas lektury poznajemy wiele intere- z punktu widzenia zachodniej kultury. Odsujących faktów dotyczących tego odległego dana jest sprawiedliwość miejscowym zwykraju. Co istotne, autor nie przesadza z in- czajom, wyjaśnione zostało też ich umoformacjami encyklopedycznymi. Owszem, cowanie w historii i tradycji. Co najwyżej gdzieniegdzie pojawiają się liczby i podstawo- zakonnik wskazuje, jakie istnieją zagrożewe informacje dostępne dla każdego w pięć nia dla papuańskiej społeczności – wszak minut, ale dzieje się tak w zasadzie wyłącznie w erze globalizacji nie może ono istnieć na początku. Z czasem, gdy autor dłużej prze- w oderwaniu od reszty świata, konieczne bywa w Papui Nowej Gwinei, ich miejsce za- jest więc przynajmniej częściowe dostosonr 5 marzec 2011 r.

81


Czytaj: książki, które przeczytam mojemu synowi >>>

<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

wanie się do światowych wzorców, a nie tkwienie w przeszłości. Niestety, ciekawe informacje i przemyślenia autora nie wystarczają, by można było uznać Papuę Nową Gwineę. W krainie rajskiego ptakaza publikację udaną i wartą polecenia. Zaważył element czysto techniczny: brak solidnej redakcji (bo jeśli wierzyć informacjom zawartym w książce, jakaś była). Jak wspominano wcześniej, książka ma formę dziennika… i niestety to widać. Czytając, ma się wrażenie, że są to zapiski dokonywane przez autora w biegu, między kolejnymi misjami i zadaniami, notatki, które nie zostały później przejrzane i zredagowane. Wiele informacji powtarza się po kilka razy, zdarzają się też długie fragmenty, które niewiele wnoszą: na przykład relacje z kolejnych wizyt w lokalnych kaplicach, następujące po sobie opisy mszy i miejscowych świąt. Początkowo budzą one zainteresowanie, jednak następne powodują potęgujące się znudzenie.

Nie myśl, że książki znikną Jean-Claude Carrière, Umberto Eco

Dyskusja o przyszłości książek w świecie nowych mediów nie ustaje. Nabrała ona rumieńców zwłaszcza po pojawieniu się na 82

nr 5 marzec 2011 r.

Papua Nowa Gwinea. W krainie rajskiego ptaka ma więc dwa oblicza. Pierwsze: fascynujące i egzotyczne, pobudzające wyobraźnię, ale też skłaniające do smutnych refleksji. Drugie, gdzie prosty język i brak redakcji powodują zniechęcenie podczas lektury,a niewiele wysiłku byłoby konieczne, aby podnieść ten drugi element do akceptowalnego poziomu. Ocena książki jest więc wypadkową tych dwóch składowych i niestety nie może być wysoka. W takiej wersji pozycja ta jest lekturą zawierającą wiele ciekawych informacji podanych w niezbyt przystępnej formie. Tytuł: Papua Nowa Gwinea. W krainie rajskiego ptaka Autor:Janusz Kaźmierczak OFM Cap. Wydawnictwo: WAM 2010 Liczba stron:288 Cena: 39,00 zł

rynku e-czytników, które miały całkowicie zrewolucjonizować proces czytania tzw. e-booków (zagadnieniu temu autorka niniejszej recenzji poświęciła obszerny raport w pierwszym numerze Literadaru – przyp. red.). Nic dziwnego, że o opinię prosi się ekspertów związanych ze światem książki oraz wybitnych intelektualistów. Jednym z głosów w dyskusji jest Nie myśl, że książki znikną – zapis rozmowy między JeanClaudem Carrièrem i Umbertem Eco. Carrière, francuski scenarzysta, pisarz, dramaturg, znany ze współpracy z Luisem Buñuelem (autorem m.in. scenariuszy Dziennika panny służącej, Piękności dnia,

Dyskretnego uroku burżuazji czy Mrocznego Nie myśl, że książki znikną czyta się przedmiotu pożądania), podobnie jak Eco z prawdziwą przyjemnością. Rzadko spoty(którego przedstawiać chyba nie trzeba), ka się tak udane pozycje, gdzie obu autorów jest słynnym miłośnikiem książek i wiel- wykazuje się ogromnym znawstwem, erukim bibliofilem. Czytelnik otrzymuje więc dycją i poczuciem humoru, nie popadając w postaci książki dyskusję prawdziwych przy tym w zbyt swobodny ton. Książka jest znawców, jednych z największych intelek- wartościowa nie tylko ze względu na wiedzę, tualistów naszych czasów. jaką niesie, czy też zawarte w niej liczne cieDyskusja owa dotyczy oczywiście ksią- kawostki, ale również ze względu na sposób, żek – ich przyszłości, w jaki rozmawiają ze procesu czytania, sobą Carrière i Eco. współistnienia z inTo przykład prawAutorzy o przyszłość nymi nośnikami. dziwej kultury dysksiążki nie martwią się Wbrew temu, czego kusji, pozbawionej wcale, zaznaczając, można by się spozbytniej familiarże jest ona w swojej dziewać po bibliofiności, przechwałek postaci tak uniwersalna, lach, gromadzących czy wymądrzania ogromne zbiory, się – to rozmowa, że nie sposób jej obaj autorzy nie są w której chciałoby się udoskonalić tradycjonalistami fawziąć udział, choćby natycznie przywiązajako postronny obnymi do papierowej serwator. formy książek, a w ich wywodach widać Wspólna książka Carrière’a i Eco to lekogromną dawkę optymizmu. O przyszłość tura obowiązkowa dla każdego miłośnika książki nie martwią się wcale, zaznaczając, książek – nie tylko ze względu na tematyże jest ona w swojej postaci tak uniwer- kę, ale także na czytelniczą i intelektualną salna, że nie sposób jej udoskonalić. Nie przyjemność, którą daje. Erudycja, dowcip, obawiają się również o konkurencję, jaką lekkość, trafne spostrzeżenia – to wszystko dla książek stanowić miałby Internet – Eco sprawia, że w lekturze Nie myśl, że książki powraca tu do tezy, którą swego czasu sta- znikną można się naprawdę rozsmakować. wiał w eseju Nowe środki masowego prze- Prawdziwy rarytas. kazu a przyszłość książki: sieć nie przenosi człowieka w świat cywilizacji obrazkowej Tytuł: Nie myśl, że książki znikną – wręcz przeciwnie, jeśli człowiek kiedy- Autor: Jean-Claude Carrière , Umberto Eco kolwiek opuścił galaktykę Gutenberga, to Tłumaczenie: Jan Kortas wraca do niej właśnie dzięki Internetowi, Wydawnictwo: W.A.B. 2010 który jest w przeważającej większości tek- Liczba stron: 280 stowy, a tym samym zmusza nas do czy- Cena: 30,90 zł Twarda oprawa tania. nr 5 marzec 2011 r.

83


KONKURS

Czytaj: wywiad z Markiem Lipskim >>>

Relacja z pierwszej ręki Janusz A. Zajdel, wybór Jadwiga Zajdel

Minęło z górą dwadzieścia lat od publikacji antologii List pożegnalny pośmiertnie zbierającej część tekstów Janusza Zajdla. Dwadzieścia długich lat bez wznowień i przedruków, dwadzieścia lat w pamięci fanów i miłośników literatury science fiction. Na szczęście, w 2010 roku wydawnictwo superNOWA wydało kolejną antologię, tym razem w wyborze Jadwigi Zajdel, wdowy po pisarzu. Zbiór zawiera 33 opowiadania publikowane na przestrzeni lat 19651989. Jak wygląda spotkanie z tekstami Zajdla po latach? Czy zaangażowana politycznie science fiction ma szansę obronić się w oczach czytelnika u progu trzeciego tysiąclecia? Czy antysocjalistyczne dystopie, kreowane przez pisarza, mają jeszcze jakąkolwiek rację bytu we współczesnym świecie demokracji i wolnego rynku?Mogłoby się wydawać, że teksty Zajdla uległy dezaktualizacji, że problemy, których się obawiał, zniknęły wraz z uwarunkowaniami poprzedniego ustroju. Tak naprawdę jednak niewiele się zmieniło od czasów debiutanckiego Tau wieloryba opublikowanego przez czasopismo Młody Technik.Szpony agre84

nr 5 marzec 2011 r.

sywnego konsumpcjonizmu zaciskają się, coraz większe znaczenie w życiu człowieka ma technologia. Zbliżamy się więc do technologicznej osobliwości, przewidywanej przez Zajdla wielokrotnie. Czy technologia i postęp połkną nas, tak jak zapowiada to opowiadanie Dokąd jedzie ten tramwaj? Czy może konieczne będzie wprowadzenie drastycznych środków kontroli, takich jak w Skorpionie? A może zostaniemy zredukowani do smaru między trybikami, jak zapowiada 869113325? Relacja z pierwszej rękijest zbiorem przenikliwym i mocno zapadającym w pamięć odbiorcy. To wciąż aktualne teksty, czasem nawet bardziej pasujące do współczesnych problemów niż do czasów autora. Czterdzieści pięć lat nie zostawiło na prozie Janusza Zajdla zbyt wielu oznak przemijania. Być może tak naprawdę natura człowieka niewiele się zmieniła, a kosmetyczne poprawki, które obserwujemy, są tylko nowym tynkiem na starej fasadzie. Wyboru tekstów dokonała wdowa po zmarłym autorze – Jadwiga Zajdel. To bardzo interesująca zmiana, szczególnie że to żona była zawsze pierwszą czytelniczką i krytykiem tekstów Zajdla. To ona najlepiej znała jego twórczość i rozumiała zamysł, jaki stał za pisarską misją. Można domniemywać, że układ i dobór opowiadań w zbiorze mógłby być naprawdę bliski pomysłowi samego autora. Tytuł: Relacja z pierwszej ręki Autor: Janusz A. Zajdel Wydawnictwo: SuperNowa 2010 Liczba stron: 582 Cena: 34,90 zł

granicza historii kultury i dziejów naszego państwa. Wbrew podtytułowi: Ze świata szabel i kontuszy, Pokuszenie historyczne dotyka bardzo wielu różnych aspektów polskości. Pokuszenie Autor patrzy na nasz naród i zamieszkiwany przez niego krajz dozą uszczypliwego historyczne krytycyzmu i niczym roztropny królewski Janusz Tazbir błazen z ironią i swadą komentuje postawy niektórychpostaci historycznych i wydarzenia znane z podręczników historii. Polska historiografia obrosła przez ostatnie stuOkładka najnowszej książki Janusza Ta- lecia szeregiem mitów i stereotypów. Dziś zbira z widniejącym na niej pasem słuckim często wierzymy w szczególną rolę naszego nawet w najmniejszym stopniu nie zapowia- państwa w dziejach Europy, dominujące da tego, co znajdziemy w środku, na blisko znaczenie położenia geograficznego Polski 300 stronach tej arcyciekawej i różnorodnej i swoiste fatum wiszące nad jej losami. Tatematycznie publikacji. Być może wydaw- zbir jest zagorzałym orędownikiem prawdy cy, skądinąd słusznie, historycznej, walcząwyszli z założenia, iż cym z przejawami samo nazwisko aupolskiej mitomanii. Dzięki wielu odniesieniom do wspołczesnych nam tora wystarczy, by Rozprawia się z nawydarzeń autor przekonująco przyciągnąć uwagę szą wiarą w spiskową ukazuje ciągłość historyczną czytelników. I rzeteorię dziejów, przei charakterystyczne cechy czywiście – po raz konaniem o stojącej polskości kolejny profesor Tazawsze za plecami zbir nie zawiódł. władców szarej emiJanusz Tazbir, nencji czy z polską wybitny humanista, tytułomanią. Rówhistoryk i badacz dziejów kultury, już daw- nie ciekawa jest ocena dwóch wielkich XIno dał się poznać jako wielki popularyzator X-wiecznych powstań, pozbawiona jednak rodzimej historii. Dziesiątki jego artykułów nudnej dla przeciętnego czytelnika faktoukazywały się na łamach pism, takich jak grafii i metodyki historycznej. Znajdziemy Polityka czy Rzeczpospolita, a na tym do- tu więcej niż satysfakcjonujące odpowierobek wydawniczy autora się przecież nie dzi na pytania: ilu było Polaków w Polsce, kończy – Tazbir wciąż pozostaje wybitnym dlaczego współcześni oskarżali Aleksandra naukowcem i autorytetem w dziedzinie hi- Fredrę o brak patriotyzmu oraz co łączy storii. Jego najnowsza książka jest zbiorem humor MonthyPythona i Rzeczpospolitą 28 esejów poświęconych tematyce z po- Babińską. nr 5 marzec 2011 r.

85


<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

Niczym pudełko czekoladek każdy kolejny esej oferuje coś nowego i ciekawego, a czytelnik za każdym razem może podziwiać elokwencję i wiedzę historyczną autora. Pomimo że przekrój tematów jest szeroki, ich wspólnym mianownikiem pozostaje kultura Polski od czasów demokracji szlacheckiej aż po dzień dzisiejszy. Dzięki wielu odniesieniom do współczesnych nam wydarzeń autor przekonująco ukazuje ciągłość historyczną i charakterystyczne cechy polskości. Tazbir też niejednokrotnie pouczająco udowadnia, jak wiele razy nie odrobiliśmy lekcji z własnej historii i wciąż, jako naród, popełniamy te same błędy. Pokuszenie historyczne to lektura, do której czytelnik często będzie wracał,

Tajemnice wydarte zmarłym Craig Emily

Sugerując się samym brzmieniem tytułu, można by przypuszczać, że zajrzawszy do środka, znajdziemy tam na przykład opowieść o eksploracji grobowców dostojników egipskich czy peruwiańskich sprzed kilkudziesięciu stuleci. Etykietka wskazująca na przynależność książki do „Twardej serii” powinna jednak naprowadzić nas na właściwy trop: to coś, co dostarczy nam 86

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

choćby po to, żeby przypomnieć sobie historyczną anegdotę czy trafne spostrzeżenie autora na temat dziejów naszego narodu. Pomimo ogromnego dorobku wydawniczego najnowsza książka pokazuje, że autor nie stracił formy i nie zamierza osiadać na laurach, za co miłośnicy historii i dobrej publicystyki powinni być mu wdzięczni. Tytuł: Pokuszenie historyczne Autor: Janusz Tazbir Wydawnictwo: Stopka Press 2011 Liczba stron: 296 Cena: 30,00 zł Oprawa twarda

znacznie mocniejszych wrażeń! Autorka tej pozycji wykonuje rzadki zawód antropologa sądowego; w uproszczeniu jest to ktoś, kto zajmuje się szczątkami doczesnymi osoby zmarłej w nieznanych lub nienaturalnych okolicznościach, wówczas gdy anatomopatolog sądowy/policyjny (taki jak dr KayScarpetta z cyklu powieściowego PatriciiCornwell) niewiele już może pomóc w ustaleniu jej tożsamości i przyczyn zgonu. Antropolog sądowy musi wiedzieć o budowie i fizjologii ciała ludzkiego tyle, co lekarz (a często, tak jak autorka, lekarzem nie jest), musi mieć pewne zdolności plastyczne (potrzebne np. do odtwarzania rysów twarzy na podstawie budowy czaszki) i co najważniejsze, musi cechować się wyjątkową odpornością psychiczną, przychodzi mu bowiem stykać się ze znaleziskami, na widok których przeciętny człowiek mdleje lub doznaje gwałtownych nudności. Ba, nie tylko na widok – opisy większości scen z praktyki

autorki należą do kategorii tekstów, których w amerykańskiej prasie. Widać, że mamy pod żadnym pozorem nie należy czytać przy do czynienia z kimś, dla kogo praca jest nie jedzeniu ani przed snem... tylko środkiem do zapewnienia sobie utrzyAle czy to znaczy, że Emily Craig i jej mania, ale i źródłem satysfakcji oraz poczupodobni fachowcy cia przyczyniania się nie powinni się dziedo tzw. dobra ogółu. lić z czytelnikami Bo w istocie rzeczy, Opisy większości wrażeniami ze swej czyż nie jest dobrym pracy zawodowej? uczynkiem przyscen z praktyki Czy kogoś, kto sięwrócenie tożsamości autorki należą do ga po książkę zanieznanej ofierze makategorii tekstów, wierającą podobnie sowej katastrofy albo drastyczne relacje, psychopatycznego których należy podejrzewać mordercy, podobnie pod żadnym o apetyt na tanią jak odkrycie faktów sensację albo zgoła pozwalających odnapozorem nie należy o czerpanie przyjemleźć i właściwie ukaczytać przy jedzeniu ności z obcowania rać sprawcę zbrodni? ani przed snem... z makabrą w najTrzeba jednak zaczystszej postaci? znaczyć, że nie jest to Po przeczytaniu Taksiążka dla każdego. jemnic wydartych Należy ją trzymać zmarłym odpowiedź na oba pytania brzmi: raczej poza zasięgiem dzieci, nie polecam „nie”. Nie ma nic złego czy niestosownego też sięgania po nią osobom, dla których ani w przybliżaniu ogółowi społeczeństwa thrillery kryminalne czy literatura faktu realiów pracy w jakimkolwiek zawodzie z wątkiem medycznym stanowią źródło i postępów nauki w dowolnej dziedzinie, zbyt mocnych wrażeń. Jeżeli natomiast ktoś ani w chęci poznania tychże przez osoby bez specjalnej abominacji przeczytał Stulecie postronne. Warunkiem jest tylko zachowa- detektywów i Triumf detektywów Thorvalda nie przez autora taktu i dyskrecji, zwłaszcza czy też oglądał seriale kryminalne typu Kowtedy, gdy – jak tutaj – przedmiotem opo- ści, może bez problemu zmierzyć się z Tawieści jest człowiek i jego ciało, i gdy ujaw- jemnicami wydartymi zmarłym. nienie pewnych szczegółów mogłoby kogoś skrzywdzić czy sprawić mu przykrość. Tytuł: Tajemnice wydarte zmarłym Craig spełnia ten warunek pod każdym Autor: Craig Emily względem; jeśli w jej relacjach pojawiają się Tłumaczenie: Hanna Pustuła jakieś dane personalne, to tylkowówczas, Wydawnictwo: Znak 2010 gdy mowa o sprawach z przeszłości, które Liczba stron: 304 zostały już wystarczająco obszernie opisane Cena: 36,90 zł nr 5 marzec 2011 r.

87


KONKURS

Czytaj: wywiad z Markiem Lipskim >>>

Uwięziona w bursztynie Diana Gabaldon

Uwięziona w bursztynie jest kontynuacją przygód ClaireRandall, Angielki przeniesionej z czasów II wojny światowej do XVII-wiecznej Szkocji. Tam właśnie (i jednocześnie na ostatnich stronach pierwszego tomu zatytułowanego Obca) pozostawiliśmy bohaterkę w ramionach ukochanego męża Jamiego Frasera. Z nadzieją patrzyła ona wówczas w ich wspólną przyszłość. W części drugiej spotykamy ją jako kobietę w średnim wieku. W towarzystwie dorosłej córki odwiedza po wielu latach Szkocję. I nie byłoby w tym niczego zaskakującego, gdyby nie fakt, że jest rok 1968, Claire mieszka w Bostonie, pracuje jako lekarz, a jej mąż, Frank Randall, z którym spędziła ostatnie dwadzieścia lat, niedawno umarł. Zaintrygowany tym stanem rzeczy czytelnik musi przewrócić wiele setek stron Uwięzionej w bursztynie, żeby poznać wydarzenia, które do tego doprowadziły. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi autorka upewniła się, że rzesza fanów (których zjednała sobie Obca w pierwszym tomie) nie spocznie, dopóki nie dowie się, jak potoczyły się losy bohaterów. 88

nr 5 marzec 2011 r.

Jak zatem przebiega akcja drugiej części? Claire i Jamie przenoszą się do Francji, gdzie usiłują nie dopuścić do wybuchu skazanego na porażkę powstania jakobitów. Uciekają się do podstępu, czasem oszukują i grają na dwa fronty, a wszystko to w dobrej wierze: żeby uratować tysiące istnień ludzkich. Zmienia się zatem sceneria, bowiem z gór i wrzosowisk Szkocji przenosimy się wraz z bohaterami na dwór Ludwika XV, na salony, przyjęcia i bale. Niestety, życie francuskiej arystokracji jest znacznie mniej zajmujące, przez co też akcja nieco zwalnia, a czasem staje się wręcz rozwlekła. Sceny szarpiące nerwy (którymi przesycona była Obca) tutaj dawkowane są bardzo oszczędnie. I mimo że Uwięziona w bursztynie jestnadal bardzo dobrą powieścią, autorka pozwoliła nam oczekiwać czegoś więcej. Jednak w połączeniu z naprawdę kiepskim miejscami tłumaczeniem (nad którym pracowało kilka osób, skąd zapewne wzięły się irytujące niespójności) i licznymi błędami korektorskimi, drugi tom czyta się gorzej. Do tego, niestety, w miłosnych dialogach pojawiają się momentami banały i nadmierny patos, a klimat taniego romansu, którego udało się Gabaldon uniknąć wcześniej, zakradł się pomiędzy Claire i Jamiego, odbierając im nieco autentyczności. Mimo tych mankamentów nadal jest to pozycja godna polecenia. Zdecydowanie wciąga, dlatego ogromna objętość nie zniechęca, a wręcz przeciwnie, pozwala dłużej cieszyć się obcowaniem z bohaterami i ich światem. Jest to możliwe też dzięki emocjom, pojawiającym się w odpowiedzi na dysonans wywołany specyficznym trójkątem miłosnym, i pytaniom, które powstają

w trakcie przebiegu wydarzeń. Dotyczą one Równie przekonująco przedstawia odczucia między innymi lojalności wobec ojczystego kobiety ciężarnej czy torturowanego człokraju, ale lojalności stojącej w opozycji do wieka, a duża wrażliwość w postrzeganiu wierności ludziom, wśród których się żyje, i przedstawianiu świata przejawia się w przeczy prawa do prób zmiany historii, której myśleniach – jakby mimochodem wplataprzebieg jest bohaterce znany. Kim tak na- nych i od razu uderzających swoją trafnoprawdę jest Claire? Czyją w końcu jest żoną ścią, a których często na własny użytek nie i który świat jest jej werbalizujemy. własnym? Sposób, Zarówno pierww jaki autorka podejsza, jak i druga Sceny szarpiące nerwy część cyklu Diany muje te tematy, sprawia, że czytelnik nie Gabaldon należą (ktorymi przesycona pozostaje obojętny do całkiem dobrych była Obca) tutaj i ponownie pozwapozycji literatudawkowane są bardzo ry kobiecej. I z tej la sobie na osobiste refleksje, sympatie perspektywy należy oszczędnie i antypatie oraz je oceniać, dlateuczucia, których nie go sięgnąć po nie sposób stłumić. powinny osoby, Od strony historycznej Gabaldon które ten gatunek lubią i których nie nie sili się na drobiazgowość i rzetelność. odstraszy mocno wyeksponowany wąW kilku fragmentach książki ustami boha- tek miłosny. Jest bowiem prawdą, że terów przedstawia podejście, według któ- wszystkie wydarzenia, postacie, opisy rego większość tak zwanych faktów histo- i wspomniane wyżej dylematy czy przerycznych to tylko domysły, oparte często na myślenia stanowią tło, a Obca jako seria niewiarygodnych źródłach, które z różnych jest rozbudowaną opowieścią o miłości. powodów mogły być poddane manipulacji. Silniejszej niż czas, odległość, a nawet Pozwala to na dużą dowolność i odsunię- śmierć; ze wszystkim, co to uczucie ze cie krytyki zapalonych tropicieli błędów sobą niesie. Dla zwolenników książek – mimo osadzenia fabuły w prawdziwych o tej tematyce będzie wspaniałą ucztą wydarzeniach z przeszłości, nie jest to książ- czytelniczą. ka historyczna i nie ma potrzeby oceniania jej pod tym kątem. Z drugiej strony, Tytuł: Uwięziona w bursztynie w opisach szpitali polowych, więzień, kom- Autor: Diana Gabaldon nat królewskich czy krajobrazu ujawnia się Tłumaczenie: Karolina Bober, Ewa Błaszczyk, ogromna wyobraźnia autorki, która potrafi Agata Puciłowska, Iwona Rutkowska, Lidia Rafa wejść w przedstawiony przez siebie świat Wydawnictwo: Świat Książki 2010 i oddać szczegóły związane z zapachami, od- Liczba stron: 840 głosami, barwami czy fakturą powierzchni. Cena: 42,90 zł nr 5 marzec 2011 r.

89


<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską Ściągnij Literadar w interaktywnej wersji PDF!

młodym człowiekiem, którego przeszłość skrywa mroczną tajemnicę. Tati, spotkana przypadkiem w autobusie, to dwukrotnie starsza od niego wdowa, a zarazem jego przyszła gospodyni i kochanka. Choć może Wdowa dziwić odwaga kobiety, która pod swój dach Couderc przygarnia „takiego człowieka”, wdowa Couderc nie wydaje się obawiać czegokolwiek Georges Simenon i zwyczajnie najmuje go na parobka. Ponieważ jest silna, zdecydowana i może zapewnić Jeanowi byt, wygląda na to, że wszystko idzie ku dobremu – młody człowiek wydaGeorges Simenon, belgijski pisarz je się bowiem pragnąć wyłącznie świętego i członek tamtejszej akademii literatury, był spokoju. Problem w tym, że w sąsiedztwie niewątpliwie płodnym twórcą – stworzył mieszka siostrzenica Tati, szesnastoletnia ponad 450 powieści Félicie, młoda mati opowiadań. Najka, na wdzięki której większą popularność Jean nie jest w stanie Trzeba przyznać, przyniósł mu cykl pozostać obojętnym. że Wdowa Couderc kryminalny o koTak rozwijająca się stanowi doskonały misarzu Maigrecie, historia nie przewimateriał do analizy jednak w ogromnym duje happy endu. psychologicznej dorobku Simenona I nasz bohater domożemy odnaleźć skonale o tym wie. także powieści psyŚwiat powiechologiczne. Choć ści został przedstate John Banville ocenił jednoznacznie jako wiony na dwóch różnych płaszczyznach. „posępne, drastyczne, przepełnione goryczą Z jednej strony oczarowuje czytelnika ciei poczuciem winy”, pozwolił sobie na ko- pło majowych dni i obraz wiejskiej sielanki, niec dodać, że są one „mimo to niesamo- które tworzą ramy dla opisywanej historii. wicie zajmujące”. Teraz, gdy na nasz rynek Z drugiej zaś, niejako dla kontrastu, ukatrafił przekład jednej z nich, polski czytelnik zana zostaje mu stopniowa, powolna węmoże osobiście przekonać się, czy Banvil- drówka głównego bohatera w otchłań jego le miał rację. Materiałem doświadczalnym wewnętrznego mroku. Narrator nie spieszy w tym wypadku będzie Wdowa Couderc, się z opisem zdarzeń – w tym świecie czas pierwotnie wydana w 1942 roku. płynie leniwie. A jednakkatastrofa musi naRzecz dzieje się w małej wiosce w Bur- dejść. Sam Jean podświadomie przeczuwa, bonii, w samym centrum Francji. Główny że nadciąga ku niemu coś przerażającego, bohater – Jean – jest dość nieciekawym zły los, który postrzega jako nieuchronny. 90

nr 5 marzec 2011 r.

W fatalistycznym przekonaniu czeka więc sów. Każda kolejna lektura odkrywa przed nań bezczynnie, nie okazując przy tym żad- odbiorcą zupełnie nowe, ukryte wcześniej nych emocji. Jest w tym jego spokoju coś elementy. Zdecydowanie nie jest to książka alarmującego, a gdy przyjrzeć się bliżej, na jeden raz. Nagle odnajdujemy pozornie wręcz patologicznego – bohater zdaje się nic nie znaczące szczegóły, które mają jednak umyślnie nie dostrzeniebagatelny wpływ gać faktu, że rozwiąna postępowanie zanie jego ewentualJeana, widzimy, jak Narrator nie spieszy się nych problemów jest rzucone mimochoz opisem zdarzeń tuż obok. Przecież dem zdanie zapowsiadając do pierwwiada niejako dal– w tym świecie czas szego lepszego autosze losy bohaterów. płynie leniwie busu i opuszczając I raptem okazuje się, w ten sposób okoliże pod przykrywką cę, mógłby uniknąć prostej historii wywszelkich przykrych rażonej nieskomkonsekwencji swoich czynów... plikowanym językiem, kryje się głęboki Język powieści charakteryzuje się wyjąt- obraz ludzkiej psychiki.Wdowa Couderc kową prostotą. „Jeśli jakieś zdanie wydaje ci analizuje przyczyny pewnych ludzkich zasię piękne, wykreśl chowań, nie daje je” mawiał autor i, jednak jednoznaczjak widać, był tej nych odpowiedzi na Z jednej strony oczarowuje zasadzie wyjątkowo zadawane w trakcie obraz wiejskiej sielanki. wierny. Zresztą, bolektury pytania. Czy Z drugiej ukazana zostaje haterowie Simenona Jeanem powodowapowolna wędrówka głównego nie wymagają szczeła natura, zmysły bohatera w otchłań jego gółowych opisów i pożądanie, czy też wewnętrznego mroku wyglądu ani analiz w jego „szaleństwie myśli czy uczuć. była metoda”? Tego Są to prości ludzie, dowiemy się tylko których cechy charakterystyczne autor za- po (kilkukrotnym) przeczytaniu Wdowy znacza, od czasu do czasu do nich wracając Couderc. (natrętne myśli Jeana na temat „myszki” na policzku Tati), nie są to jednak elementy Tytuł: Wdowa Couderc Autor: Georges Simenon decydujące o fabule czy rozwoju akcji. Trzeba przyznać, że Wdowa Couderc Tłumaczenie: Hanna Igalson-Tygielska stanowi doskonały materiał do analizy psy- Wydawnictwo: W.A.B. 2010 chologicznej, powieść spełniła więc swój Liczba stron: 167 podstawowy cel. To jednak nie koniec plu- Cena: 29,90 zł nr 5 marzec 2011 r.

91


<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

Wergeld Królów Jarosław Błotny

Starożytny Rzym, będący jedną z podwalin cywilizacji Zachodu, fascynuje od stuleci pisarzy i badaczy. Nieoczekiwany upadek imperium zawsze kusił do stawiania pytań o możliwy wygląd świata, w którym doszłoby do jego poważnych przemian. Ten nośny temat był i jest mocno eksploatowany przez twórców zachodnich (np. RomanitasSophii McDougall, Roma Eterna Roberta SilverbergaczyGunpowder EmpireHarry’egoTurtledove’a). Nawet Philip K. Dick w swym opus magnum – trylogii Boże Inwazje – wprowadził w tle wątek wiecznego Rzymu. W Polsce alternatywna historia Cesarstwa ukazana została w Quietusie Jacka Inglota z 1997 roku. Punktem zwrotnym w wariancie historii proponowanej przez Jarosława Błotnego jest wypadek cesarza Kommodusa (syna Marka Aureliusza, sportretowanego jako arcyłotr w GladiatorzeRidley’a Scotta), panującego w II wieku naszej ery. Uraz głowy imperatora doprowadził do przemiany hulaszczego władcy w męża opatrznościowego, niosącego miecze legionów za Dunaj i Ren, a także wizjonera wdrażającego różne technologiczne udogodnienia. Świat 92

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

poznajemy jednak z perspektywy Marka Katelli, namiestnika niedawno podbitej prowincji Sarmatia, gdzie żyje wandalskie plemię Asdingów. Taka fabularna zagrywka daje nam dostęp do wiedzy o zmieniającym się gwałtownie orbi romanum, a przede wszystkim szeroki wgląd w barbaricum – to już wchłonięte przez imperium i to dopiero przeznaczone do podboju. Dowiemy się sporo o zwyczajach i prawach germańskich: tytułowy Wergeld to w końcu instytucja obowiązująca wśród Germanów, jako forma okupu zapobiegającego zemście rodowej za wyrządzoną krzywdę. Efektem natłoku informacji może być lekki zawrót głowy czytelnika. Tym bardziej że w książce brak jest przypisów nie tylko do nazwisk znaczących postaci historycznych tego okresu (Błotny dokonał kilku interesujących zmian w ich biografiach), ale przed wszystkim do łacińskich nazw geograficznych. Pozwoliłoby to należycie docenić erudycję autora. Nawet dla wyrobionego czytelnika określenia: Viadua, TisiaczyCarrodonum brzmią równie znajomo, jak elfickie nazwy w powieściach fantasy. Nie dostaniemy też mapy (dostępnej dopiero na stronie autora: www.jaroslawblotny.pl/wergeld-krolow.html). Pomysł Błotnego jest niestety dość wtórny, a wykorzystanie prochu niebezpiecznie przybliża go do wizji Turtledove’a. Do tego unowocześniony Rzym nie jest szczególnie wiarygodny – bardziej przypomina świat rewolucji burżuazyjnej XVIII wieku. Owszem, Rzymianie znali wiele technologii, które potem trzeba było odkrywać na nowo: cement konstrukcyjny, ruchoma czcionka, silnik parowy. Jednak to nie kwestie tech-

niczne stanęły na przeszkodzie w ich szero- też silny przekaz antyreligijny i racjonalikim używaniu tylko mentalność. Starożytni styczny, przy jednoczesnym uczynieniu wiwierzyli na przykład, że każdy obiekt po zji i wieszczb jedną z osi fabuły. przekroczeniu prędkości 40 km/h musi się Zaznaczmy jednak, że książka nie rości rozpaść. Z takim podejściem, nastawionym sobie pretensji do bycia pozycją naukową. na stosowanie praw Poza wspomnianym boskich, a nie emwyżej zarysowaniem pirycznie poznawalrzeczywistości poliDowiemy się sporo nych praw natury, tycznej Rzymu nie nikt nie pokusiłby zagłębia się również o zwyczajach się o stworzenie w detale historyczne. i prawach balonu takiego jak To przede wszystkim germańskich w książce, nie módobrze napisana powiąc o lataniu nim wieść rozrywkowa, (mit o Ikarze!). Silz wyrazistymi bohanik parowy raczej też terami, niezgorszymi by przegrał konkurencję z mniej wydajnym, dialogami, dynamiczną i intrygującą akcją. ale tańszym niewolnikiem. Taka rewolucja Wergeld Królów prowadzi nas przez wydaw sposobie myślenia Rzymian, jaką założył rzenia związane z prącą nieustępliwie nad autor, wymagałaby społeczeństwa złożo- Ocean Sarmacki Expeditio Germanica Quarta. nego z „ludzi Turinga” (tj. takich, którzy Dalsze jej losy znajdziemy w tomie Purpura w pełnym zakresie poddają swoje życie Imperatora. Powinniśmy też dowiedzieć się wpływowi technologii i zawsze wybiera- więcej o wydarzeniach w sercu imperium oraz ją to, co bardziej racjonalne i skuteczne). czy wizja Jarosława Błotnego się obroni. Do tego tajemniczo zniknęły ograniczenia w handlu i produkcji, które w naszej rze- Tytuł: Wergeld Królów czywistości hamowały rozwój innowacyjnej Autor: Jarosław Błotny gospodarki. To słabe punkty wykreowanego Wydawnictwo: Fabryka Słów 2010 świata, wykraczające poza prawdopodobny Liczba stron: 312 przebieg alternatywnych wydarzeń. Drażni Cena: 31,90 zł

Ściągnij Literadar w interaktywnej wersji PDF! nr 5 marzec 2011 r.

93


KONKURS na chorobę genetyczną powodującą nadmierne owłosienie oraz na hipertrofię, przerost dziąseł. Co myśli i czuje człowiek zredukowany do roli eksponatu? Jak „kobieta-małpa” tłuPaskudna maczyła sobie swój wygląd? Czy uodporniła dziewczyna się na szyderczy śmiech gapiów? Margrit Schriber, autorka Paskudnej Margrit Schriber dziewczyny, nie pisze o tym wprost. Opisuje codzienne, sceniczne obowiązki Pastrany. Przedstawia metody pracy jej impresaria, Theodora Lenta, szkicuje jego osobowość. Urodziła się w Meksyku. Żyła dwa- Wzbogaca powieść o historyczne wyniki dzieścia sześć lat. Była potworem, atrakcją badań lekarskich, cytuje nagłówki gazet i widowiskiem dla mas, intrygującym przy- i tytuły plakatów, podaje daty i fakty. Najpadkiem naukowym, inwestycją biznesową, częściej jednak pokazuje czytelnikowi Julię zwierzęciem. Rzadko Pastranę oczami jej dostrzegano w niej służącej, młodziutczłowieka. Po śmierkiej i naiwnej Rosie Zbeletryzowana wizja ci zabalsamowano ją la Belle. życia Julii Pastrany jest i jako mumię wysłaUrocza dziewno w makabryczną czyna, przepełniona przejmująca, zmusza wędrówkę po jaroptymizmem i dziedo przemyśleń, drażni markach i muzealcięcą wiarą w spełi niepokoi nych wystawach. nienie marzeń, jest Całe ciało Julii niemal zupełnym Pastrany, z wyjątkiem pr zeciwieństwem wnętrza dłoni i spodu stóp, pokrywały gru- odrażającej, zamkniętej w sobie Julii. Czar be, czarne włosy. Zdeformowana, wystająca Rosie, jej wigor i życiowa energia sprawiaszczęka, szeroki nos, bardzo duże uszy i ni- ją, że wkrótce zaczyna występować u boku ski wzrost sprawiły, że wyglądała jak małpa, Pastrany w śmiałym tańcu erotycznym. Jej którą dla żartu przebrano w kobiecy strój. piękno i wdzięk podkreślają zwierzęcość PaTak też reklamowano jej pokazy. Porażająca strany. brzydota Pastrany odpychała i przyciągaMimo różnic, strachu i wzajemnej nieła, szokowała i fascynowała. Człowiek czy ufności Julia i Rosie powoli zbliżają się do zwierzę – zastanawiał się rozemocjonowa- siebie. Obie doświadczyły zdrady. Obie pony tłum. Nawet ówcześni lekarze widzieli rzucono we wczesnym dzieciństwie. Obie w niej hybrydę człowieka i orangutana. oszukano. Nawiązuje się między nimi nić Dziś wiadomo, że Julia Pastrana cierpiała sympatii. Po latach, przeczuwając nadcho94

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: o zdradliwości zapożyczeń >>>

dzący koniec, zubożała i zniesławiona Rosie ponownie próbuje spełnić ostatnią wolę Pastrany. Wraca do swojej rodzinnej wioski. Kiedyś dni mijały jej tu na pasaniu kóz. Był to najszczęśliwszy okres w jej życiu. Książka przygniata. Zbeletryzowana wizja życia Julii Pastrany jest przejmująca, zmusza do przemyśleń, drażni i niepokoi. Posępna atmosfera, trudne pytania o hierarchię wartości i subtelny, oryginalny styl powieści sprawiają, że jest wyjątkowa. Przeczytana i odłożona na półkę długo jeszcze nie daje o sobie zapomnieć. Margrit Schriber z poetyckim zmysłem odnajduje właściwe słowa i metafory, mistrzowsko obrazuje ponury świat, w którym rozrywka i pieniądz rządzą ludźmi. Akcja

Zaskoczony radością CliveStaples Lewis

CliveStaples Lewis, znany jako autor Kronik Narnii, a także wydanej ostatnio powieści dla dorosłychDopóki mamy twarze, tym razem proponuje czytelnikom osobistą autobiografię, o tyle specyficzną, że skupioną na myśli przewodniej, którą są rozważania nad tytułową „Radością”.

rozgrywa się w XIX wieku. W Europie trwa rewolucja przemysłowa, z fabryk wyjeżdżają pierwsze lokomotywy parowe, powstaje telegraf, rozwija się nauka, Darwin tworzy teorię ewolucji. Spokojne dotąd życie nabiera tempa. Czas nie ma tu jednak większego znaczenia, starożytny Rzym czy „tu i teraz”, ogarnięty chciwością człowiek wciąż moralnie karleje. Z lekturą warto poczekać na wiosenne słońce. Tytuł: Paskudna dziewczyna Autor: Margrit Schriber Tłumaczenie: Bożena Kurzydłowska Wydawnictwo: Hidari 2010 Liczba stron: 142 Cena: 28,00 zł

Miłośnicy pisarza zapewne znają niektóre fakty z jego życia, zwłaszcza te, które mogą uchodzić za ciekawe, może kontrowersyjne lub dziwaczne. Jednym z takich faktów była jego wieloletnia przyjaźń, zakończona związkiem małżeńskim, z pisarką Joy Gresham. Fabularnym ujęciem tego wątku biografii Lewisa jest film Cienista dolina z Anthonym Hopkinsem i Debrą Winger.Angielski tytuł książki brzmi Surprised by Joy (ang. joy – radość; też: Joy – imię żeńskie). Nasuwa się wniosek, że utwór zawiera wiele na tematprzyszłej żonypisarza i ich relacji, ale nic bardziej mylnego. Nie wiadomo, czy Lewis zdawał sobie sprawę z tego podwójnego znaczenia, natomiast jedno jest pewne – w tej autobiografii nie ma ani słowa o jego ukochanej. Cóż więc uzasadnia tytuł książki? Czym jestowa “Radość”, która tak zaskakuje autora? Warto tu przytoczyć piękne ujęcie tego tematu przez samego Lewisa: nr 5 marzec 2011 r.

95


<<< Czytaj: fragment książki Kiedy ulegnę Ściągnij Literadar w interaktywnej wersji PDF!

Książka ta została napisana po części jako odpowiedź na prośby, bym opowiedział, jak z ateisty stałem się chrześcijaninem, a częściowo po to, by skorygować fałszywe pogłoski, które się rozeszły tu i ówdzie. Na ile historia ta ma znaczenie dla kogokolwiek poza mną, zależy od stopnia, w jakim doświadczył on tego, co nazywam Radością. Jeśli Radość jest zjawiskiem choć trochę powszechnym, bardziej szczegółowe niż do tej pory potraktowanie tego tematu może okazać się pożyteczne. Pisarz już we wstępie zaznacza, że ta książka nie stanowi pełnej autobiografii oraz że jest “nieznośnie subiektywna“. Daje on do zrozumienia czytelnikowi, że jeżeli nie spodoba mu się pierwszy rozdział, powinien z lektury zrezygnować. Ci, którzy jednak postanowią czytać dalej, poznają frapującą historię chłopca wychowanego bez matki, na którego największy wpływ wywiera apodyktyczny, wymagający ojciec.Lata młodości chłopak spędza w szkole z internatem, gdzie mają miejsce rzeczy, które autor opisuje bez jakiejkolwiek żenady. Ze szczegółami omawia na przykład układy pomiędzy uczniami oparte na wykorzystywaniu seksualnym. Pierwsza wojna światowa przerywa edukację Lewisa, który bierze czynny udział w walkach. Wywiera to olbrzymie piętno na psychice młodzieńca, który traci resztki wiary w Boga. Po woj-

nie kontynuuje naukę na uniwersytecie. Opisuje swoje fascynacje studiami literatury starożytnej oraz angielskiej, spotkania z kręgami studentów o różnych poglądach. Na końcu daje jasne świadectwo tego, co sam odkrył i co stanowi jedyny sens jego życia. Niewątpliwym atutem tej autobiografii jest to, że autor nie narzuca nikomu swoich poglądów, więcej, okazuje wielkiej klasy tolerancję dla wszelakich przekonań. Zdaje się również nie interesować go, czy i jakie wrażenie wywiera na czytającym. Książka zachęca do własnych przemyśleń i wyciągania samodzielnych wniosków.Uważny czytelnik pozna nieprzeciętną inteligencję oraz wszechstronną wiedzę pisarza. Będzie też przez niego wielokrotnie nakłaniany do odkrycia tego, co chce on przekazać między wierszami. I właśnie to „wyzwanie” rzucone przez autora czytelnikowi powoduje, że pomimo fragmentów, które wydają się mało zrozumiałe czy wręcz nudne, chce się książkę przeczytać do końca. Tytuł: Zaskoczony radością Autor: CliveStaples Lewis Tłumaczenie: Magda Sobolewska Wydawnictwo: Esprit 2010 Liczba stron: 352 Cena: 34,90 zł

KONKURS 96

nr 5 marzec 2011 r.

Żona piekarza Marcel Pagnol

Marcel Pagnol był francuskim dramaturgiem i prozaikiem, a także reżyserem teatralnym i filmowym (nie bez kozery nazywa się go twórcą prowansalskiego Hollywood). W 1938 roku w swoim studiu nakręcił La femmeduboulanger – komedię, która weszła do kanonu francuskiego kina. Żona piekarza – pod takim tytułem to dzieło było znane w Polsce – to właściwie nic innego jak scenariusz filmowy. Wydaje się, że ta forma literatury nie jest u nas jeszcze zbyt popularna – i być może właśnie dlatego należałoby dać jej szansę. Sama historia powstania scenariusza jest dosyć osobliwa – początkowo Pagnol zamierzał nakręcić zupełnie inną opowieść (w pierwszej również występowała postać piekarza, który nieoczekiwanie buntuje się przeciwko swemu zajęciu). Jednak kiedy przeczytał zamieszczone w czasopiśmie literackim opowiadanie Jeana Giono, zupełnie zmienił koncepcję filmu – piekarza-alkoholika zastąpił piekarz-rogacz. Historia opisana w scenariuszu rozgrywa się w małej francuskiej wiosce. Tu życie toczy się wedle ustalonych od zawsze reguł – wszyscy wiedzą wszystko o wszyst-

kich, każdy się z każdym kłóci (na przykład o to, że wiązy z sąsiedniego ogródka rzucają cień na czyjś ogród warzywny, co nie pozwala rosnąć szpinakowi), a konflikty między rodzinami przechodzą z pokolenia na pokolenie (często wnuki nie wiedzą nawet dokładnie, o co kłócili się dziadkowie, ale kontynuują tradycję). Ponadto msza święta jest takim samym obowiązkiem, jak wypicie aperitifu w lokalnym barze, a w piekarni zawsze musi być świeży chleb. Mieszkańcy zatem są bardzo zadowoleni, kiedy do ich wioski przybywa nowy piekarz i ratuje społeczność z chlebowego deficytu po nagłej samobójczej śmierci swego poprzednika. Aimable jest pracowity i sumienny, a pieczenie doskonałego chleba to jego życiowa misja. Jednak kiedy wkrótce piękna i czarująca piekarzowa – Aurelia – ucieka z młodym pasterzem, Aimable ogłasza strajk – nie czuje się na siłach, aby w obliczu osobistej tragedii dostarczać pieczywo. Jak sam stwierdza, nie można być jednocześnie rogaczem i piekarzem. Mieszkańcy wioski wpadają w panikę. Postanawiają wspólnymi siłami sprowadzić ową femmefatalez powrotem – tylko dzięki temu na ich stołach może znów pojawić się świeży chleb. Historia trójkąta małżeńskiego jest stara jak świat i Pagnol w zasadzie niczego nowego nie wymyśla. A mimo to w tej skondensowanej, scenariuszowej formie przedstawia całą galerię typów ludzkich i ich zachowań w obliczu stanu wyjątkowego. Na swoich bohaterów i ich perypetie patrzy nie tylko z dużą dozą ciepła czy czułości, ale i ironicznego humoru, co sprawia, że Żona piekarza jest książką, przy której można się naprawdę zdrowo pośmiać. Jednak nie jest to nr 5 marzec 2011 r.

97


Czytaj: wywiad z Markiem Lipskim >>>

<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

jedynie zabawna opowiastka – Pagnol nie unika spraw przykrych i trudnych (zdrada, rutyna małżeńska, przedmiotowe traktowanie ukochanej osoby), ale wszystko koniec końców i tak oswaja poprzez śmiech. Niewątpliwie trafionym zabiegiem było zamieszczenie w jednej książce zarówno opowiadania, na kanwie którego pierwotnie miał opierać się film, jak i finalnego scenariusza stworzonego na podstawie podobnego tekstu. To daje czytelnikowi możliwość porównania obu utworów. Trzeba przyznać, że o ile Piekarz Aimablejest całkiem przyzwoitym opowiadaniem, to laur pierwszeństwa należy się scenariuszowi. Pagnol stworzył historię może naiwną (zdrada piekarzowej jednoczy całe miasteczko, a wszelkie waśnie zostają zażegnane) i nieco schematyczną (standardowe figury żony znudzonej małżeństwem, przebiegłego kochanka, któremu zależy po prostu na zbliżeniu z piękną kobietą), a momentami

I pamiętaj, że cię kocham Luis Leante

Montse, czterdziestoparoletnia Hiszpanka, budzi się pewnego dnia w arabskim szpitalu. Początkowo przypomina sobie tyl98

nr 5 marzec 2011 r.

mało przekonującą (mimo zdrady małżonki Aimable zastanawia się, czy nie jest jej za zimno tam, gdzie się znalazła i czy nie wymęczyła ją konna jazda), jednak nie należy być zbyt surowym w ocenie – te wszystkie środki służą parodii i/lub wzmagają ładunek optymizmu emanujący z tego utworu. Bo tym właśnie Żona piekarzajest – sympatyczną i pełną ciepła, a do tego zabawną opowiastką z morałem w tle. Warto przyjąć reguły proponowane przez francuskiego humorystę i przymknąć czytelnicze oko na naiwną idylliczność tej historii – wtedy książka Pagnola może zarówno bawić, jak i wzruszać – w obu przypadkach do łez. Tytuł: Żona piekarza Autor: Marcel Pagnol Tłumaczenie: Krzysztof Chodacki Wydawnictwo: Esprit 2010 Liczba stron: 240 Cena: 29,00 zł

ko strzępki wydarzeń poprzedzających przebudzenie: paniczną ucieczkę ukradzionym samochodem, ukąszenie przez skorpiona, śmierć współtowarzyszki… Santiago, żołnierz pułku Legii Cudzoziemskiej stacjonującego na terenie ówczesnej Sahary Hiszpańskiej, siedzi w garnizonowym więzieniu, oskarżony o współpracę z terrorystami. Nawet jego najbliższy przyjaciel nie wierzy, że miał on w zamiarze spełnić tylko „zwykłą przysługę” i nie był świadomy zawartości wynoszonej paczki… Co łączy te dwa wydarzenia i jaka jest między nimi relacja czasowa, czytelnik dowie się dopiero zagłębiając się w lekturę

kolejnych partii tekstu (chyba że wcześniej logicznie późniejszej, ze stopniowym odsłaniaprzeczytał notę wydawcy, w telegraficznym niem przeszłości we wstawkach retrospektywskrócie zdradzającą cel przybycia Montse nych, powinna się sprawdzić. I rzeczywiście do Afryki i przyczynę, która skłoniła ją do w wielu powieściach daje to efekt doskonały. wyruszenia na tę wyprawę). Tutaj jednak chwilami odnosi się wrażenie, że Takie dramatyczne przygody w egzo- autor po prostu pociął tekst na kawałki i wytycznej scenerii, prowadzące do rozwikłania mieszał je w sposób dość przypadkowy; wątek jakiejś rodzinnej czy Montse zaczyna się osobistej tajemniw punkcie czasowym cy lub ujawniające o dwadzieścia kilka lat Gdyby jeszcze usytuowanie trudne relacje popóźniejszym niż wąposzczególnych epizodów wykazywało jakiś logiczny między osobami tek Santiago, a potem związek zaangażowanymi oba są prowadzone na w akcję, bywały przemian, raz w przód, już nieraz brane na raz w tył, w dodatku warsztat przez znaz okresową zmianą nych i mniej znanych pisarzy (afrykańskie czasu narracji z przeszłego na teraźniejszy. opowiadania Hemingwaya, Pod osłoną słoń- Gdyby jeszcze usytuowanie poszczególnych ca Bowlesa, ostatnio Władca równin Yanesa) epizodów wykazywało jakiś logiczny związek – zwykle z doskonałym efektem. Niestety, z następującymi bezpośrednio po nich czy powieści Leantego sporo brakuje do tego, przed nimi wydarzeniami, można by ten chaby mogła być postawiona na równi z któ- os jakoś wytłumaczyć, ale nic z tych rzeczy: rymkolwiek z powyższych utworów. Udany o rozpadzie małżeństwa Montse i Alberta dopomysł, sprawność językowa i wiedza na wiadujemy się na samym początku akcji, po temat realiów, w których osadza się akcję, czym dopiero tuż przed finałową sceną – kiedy nie stanowią jeszcze gwarancji stworzenia o Albercie zdążyliśmy dawno zapomnieć, a ważdzieła wyjątkowego. ne jest już tylko, czy Montse odnajdzie Santiago Sposób przedstawienia tła historyczno-ge- – autor informuje nas, jak do niego doszło. ograficznego, którego znajomość jest konieczDramatyczny potencjał ostatniej sceny na dla zrozumienia położenia Santiago na pew- niweluje nieco niekorzystne wrażenia, ale to nym etapie akcji, może zadowolić czytelnika, i tak za mało, by uznać powieść za więcej niż który ma w małym palcu historię Hiszpanii i ru- przeciętną. chów niepodległościowych w Afryce Północnej w II połowie XX wieku. Pozostali – choć co nie- Tytuł: I pamiętaj, że cię kocham co wyjaśnią im przypisy tłumaczki – będą pew- Autor: Luis Leante nie musieli skorzystać z dodatkowych źródeł. Tłumaczenie: Teresa Tomczyńska Nie to jednak jest najsłabszą stroną I pamiętaj, Wydawnictwo: Świat Książki 2010 że cię kocham, lecz kompozycja. Teoretycznie Liczba stron: 304 koncepcja rozpoczęcia fabuły od sceny chrono- Cena: 32,90 zł nr 5 marzec 2011 r.

99


<<< Czytaj: fragment książki Kiedy ulegnę

Dlaczego koty nie lubią pływać?

Czy niedźwiedzie polarne czują się samotne? i 101 innych intrygujących pytań

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

111 zaskakujących pytań i odpowiedzi „Dlaczego?” – ulubione pytanie trzylatków i barometr cierpliwości rodziców. Krnąbrne słówko obalające schematy, mające swój udział we wszelkich odkryciach, robi karierę na rynku wydawniczym. Na księgarnianych półkach żartobliwe tytuły pytają nas z okładki: Dlaczego słonie nie skaczą?, Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy?, Czy jest coś, co jada osy? Nie wiesz? 100

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: o zdradliwości zapożyczeń >>>

Kup mnie, pośmiej się ze mną i dowiedz się nowych rzeczy! Wybór jest duży. Pomysł, by łączyć zabawne z pożytecznym, wykorzystało ostatnio kilka wydawnictw. Przyjrzyjmy się trzem tytułom. Poznański Vesper kusi amerykańską, dwunastotomową serią Imponderables, czyli jak sprytnie przetłumaczył Tomasz Illg, Zagwozdkami. Serię rozpoczyna tom Dlaczego koty nie lubią pływać? To lawina pytań, z którą na wesoło rozprawia się David Feldman, autor i pomysłodawca książki. Już na wstępie uprzedza on jednak, że nie wszystkie „zagadki współczesności” można wyjaśnić. Codzienne życie jest bardziej tajemnicze, niż można by sądzić. Czy niedźwiedzie polarne czują się samotne? to propozycja Insignis Media. Kontynuacja znanego bestselleru Dlaczego pingwinom nie zamarzają stopy? pod redakcją Micka O’Hare’a nadal trzyma wysoki poziom. Rzetelne opracowanie pytań, duża dawka humoru i ładna, niebanalna szata graficzna. Kartkując szybko książkę, zobaczymy w dolnym rogu stron cyrkowe wybryki foki i niedźwiedzia. Drobiazg, a cieszy. Wydawnictwo Literackie zachwala swoją książkę jako „ucztę dla miłośników ciekawostek”. W tym przypadku reklama nie kłamie. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Martina Fritza jest idealną pozycją dla wszystkich niezbyt dociekliwych, którym wystarcza powierzchowne dotknięcie tajemnicy, czyli ot, garść ciekawostek. Krótkie odpowiedzi, okraszone nieco wymuszonymi żartami, często prześlizgują się po temacie. O sposobie opracowania odpowiedzi czytelnik nie dowie się absolutnie niczego. Książka nie posiada ani wstępu, ani przedmowy.

Zupełnie inaczej jest w przypadku Za- lić, udziela odpowiedzi. Ich poprawność gwozdek. W książce Dlaczego koty nie sprawdza zespół dziennikarzy. Idealnym lubią pływać? nie tylko autor informuje narzędziem do tego typu gry jest oczywiście o tematyce pytań i sposobie dotarcia do Internet. Na http://www.last-word.com/ wiarygodnych odpowiedzi. Kilka słów wy- pytań wciąż przybywa. Najciekawsze opujaśniających skreślił nawet tłumacz. Oka- blikowano w książce. zuje się, że popkultura i życie codzienne David Klein z Nowej Zelandii zapobieosadzone w amerykańskich realiach pełne gliwie pyta, które fragmenty własnego ciała są niewyjaśnionych najlepiej zjeść, gdy zjawisk. David Feldzagrozi nam śmierć man z pomocą wielu głodowa. DwunaWiększość pytań badaczy i autorytestoletnią Leilę Gapobudza naszą tów stara się je wybasovą z Moskwy ciekawość. Szkoda jaśnić. Kto jednak interesuje, dlaczego wie, dlaczego kobietylko, że nie zawsze ją jedni ludzie są praty noszą niewygodne woręczni, a drudzy zaspokaja buty? Prościej wyleworęczni. Shannon jaśnić, dlaczego wySmith zastanawia się, bory prezydenckie jakim cudem włosy odbywają się zawsze we wtorek, dlaczego i paznokcie nadal rosną po śmierci. Międzynakoszykarze NBA mają na rozegranie akcji rodowa „sieć ekspertów” pomaga znaleźć wytylko 24 sekundy czy też dlaczego w skle- jaśnienie. Republika Południowej Afryki, Inpach nie znajdziemy świeżych sardynek. donezja, Wielka Brytania, Hiszpania, Australia Wybierając tę pozycję, należy wziąć – odpowiedzi napływają z całego świata. pod uwagę, że polskie Zagwozdki to tłuWszystkie trzy pozycje – Dlaczego koty maczenie amerykańskiej serii z 1987 roku. nie lubią pływać?, Dlaczego? Dlaczego? Od czasów prezydentury Ronalda Reagana Dlaczego?, Czy niedźwiedzie polarne wiele się zmieniło. Ślady przeszłości nie dla czują się samotne? – zawierają intrygujące wszystkich są równie interesujące. pytania. Wesołe szukanie właściwej odpoPytania do książki Czy niedźwiedzie wiedzi z czytelnikami NewScientist zaspopolarne czują się samotne? postawili koi nie tylko dziecięcą ciekawość świata, ale czytelnicy naukowego magazynu New- też i dorosłe, realistyczne upodobanie do Scientist. Co ciekawe, sami również na nie miar, liczb i definicji. odpowiedzieli. Redakcja pisma zaprosiła Zagwozdki spodobają się wszystkim wszystkich ciekawych świata do zabawy ciekawskim, a dla osób zainteresowanych w „Ostatnie słowo”. Ci, których nurtuje ja- amerykańską popkulturą to wręcz lektura kieś uporczywe „dlaczego”, zadają pytanie obowiązkowa. Warto zwrócić uwagę, że i wysyłają je do redakcji NewScientist. Kto spośród omawianych pozycji książka ta ma zna wyjaśnienie i ma ochotę się nim podzie- największą ilość stron i najniższą cenę. nr 5 marzec 2011 r.

101


<<< Czytaj: Kropla krwi Nelsona

W porównaniu z konkurencją Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? wypada blado. Zdarza się, że autor wyjaśnia to, co już dawno wyjaśniono. (Dla kogo nowością jest informacja, że kichając pozbywamy się mikrobów i wirusów?). Większość pytań pobudza naszą ciekawość. Szkoda tylko, że nie zawsze ją zaspokaja. Niemniej po ciężkim, pracowitym tygodniu czas spędzony z lekką i zabawną książką Martina Fritza będzie chwilą przyjemnego odprężenia. Tytuł: Dlaczego koty nie lubią pływać? Autor: David Feldman Tłumacz: Tomasz Illg Wydawnictwo: Vesper 2010 Liczba stron: 288 Cena: 23,90 zł

Nie zapominam o niczym! Giulio de Vita, Yves Sante

Kriss de Valnor jest typową femme fatale cyklu Thorgal stworzonego przez Grzegorza Rosińskiego oraz Jeana Van Hamme’a. Mimo iż przysparzała głównemu bohaterowi niezliczonych problemów, to cieszy się ona równie dużą popularnością, co sam Thorgal. Nic więc 102

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

Tytuł: Czy niedźwiedzie polarne czują się samotne? i 101 innych intrygujących pytań. Autor: Mick O’Hare (red.) Tłumacz: Maria Brzozowska Wydawnictwo: Insignis Media 2010 Liczba stron: 248 Cena: 32,00 zł Tytuł: Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? 111 zaskakujących pytań i odpowiedzi. Autor: Martin Fritz Tłumacz: Barbara Niedźwiecka Wydawnictwo: Literackie 2010 Liczba stron: 235 Cena: 28,00 zł

dziwnego, że w końcu doczekała się własnej serii, którą tworzą jednak osoby niezwiązane od początku z oryginalnym cyklem: Giulio de Vita oraz Yves Sante, nowy scenarzysta serii o Thorgalu. Czy udało im się unieść ciężar odpowiedzialności i oczekiwań fanów i w albumie Nie zapominam o niczym! stworzyć porywającą historię godną pierwowzoru? Grunt pod cykl o Kriss był budowany przez scenarzystów (najpierw jeszcze Van Hamme’a, a później Santego) od kilku albumów głównej serii. Sam omawiany tutaj komiks rozpoczyna się w punkcie, w którym czytelnik Thorgala się z nią pożegnał: po śmierci w albumie Kriss de Valnor bohaterka budzi się w pałacu walkirii, gdzie jej życie ma zostać poddane ocenie przez Freię: od jej osądu zależy, jakie będą dalsze losy bohaterki. W ten sposób rozpoczyna swoją

spowiedź Kriss. Kobieta opowiada o wydarzeniach, które nastąpiły, zanim pojawiła się w życiu Thorgala. Czytelnik ma okazję poznać jej dzieciństwo i czynniki, które ukształtowały jej charakter. Scenariuszowi albumu daleko do klasy, jaką miały pierwsze odcinki Thorgala, ale na tle późniejszych (po Wilczycy) nie wypada blado. Jest to poprawnie zbudowana historia, może bez fajerwerków, ale potrafiąca przyciągnąć uwagę. Trzeba jednocześnie zaznaczyć, że nie jest to opowieść oryginalna, nawet w skali serii Rosińskiego i Van Hamme’a. Podobne rozwiązania fabularne zdarzały się już wcześniej – Sante żongluje jedynie wymyślonymi wcześniej elementami. Stąd też wierni czytelnicy nie poczują dreszczyku emocji, ale będą mieli wrażenie, że śledzą znaną sobie opowieść, z nieco inaczej ułożonymi klockami, w której zmienione zostały scenografia i bohaterowie. Plansze również nie przynoszą zaskoczenia, gdyż de Vita stara się naśladować styl Rosińskiego; szczególnie z późniejszych (chociaż nie ostatnich) albumów o Thorgalu. Włoski grafik, jeżeli coś wnosi, to odrobinę więcej bajkowości i miększej kreski, przywodzącej czasem na myśl komiksy z serii Lanfeust z Troy. Efekt jest przyjemny dla oka i dobrze komponuje się ze scenariuszem. Duet odpowiedzialny za Nie zapominam o niczym! wybrał więc rozwiązanie bezpieczne, zahaczające wręcz o artystyczny epigonizm. Decyzja ta jest o tyle zrozumiała, iż nie mogąc przyciągnąć czytelników nazwiskami kojarzonymi z serią Thorgal, autorzy zmuszeni zostali do trzynr 5 marzec 2011 r.

103


Czytaj: wywiad z Markiem Lipskim >>>

<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

mania się wcześniejszych, dodajmy – nie swoich, wzorców. W efekcie stworzyli opowieść poprawną, ale pozbawioną pazura i animuszu. Czytelnik nie będzie zawiedziony historią, ale nie pozostanie ona na długo w pamięci i prawdopodobnie zleje się po pewnym czasie z innymi, mało wyrazistymi opowieściami ze świata Thorgala. Szkoda, że ten trochę nijaki album traktuje o tak zadziornej postaci, jaką jest Kriss de Valnor; z tak barwnego tematu można – a wręcz trzeba – wycisnąć znacznie więcej! Tytuł: Nie zapominam o niczym! Autor: Giulio de Vita, Yves Sante Wydawnictwo: Egmont 2010 Liczba stron: 56 Cena: 22,99 zł

Alan Moore. Wywiady Bill Baker

Pod koniec roku światkiem komiksiarzy wstrząsnęła niesamowita nowina – na niemalże martwym rynku publikacji okołokomiksowych pojawiła się gwiazda pierwszorzędnej jasności – książka zawierająca dwa 104

nr 5 marzec 2011 r.

niezwykłe wywiady z legendarnym Alanem Moore’em. Kilka słów przedstawienia należy się tym, którzy na komiksy spoglądają z rzadka i niechętnie – pan Moore to Brytyjczyk, którego dzieła powinna znać znakomita większość czytelników. A właściwie nie dzieła, tylko ich filmowe adaptacje – na motywach komiksów Moore’a powstały filmy: Z piekła rodem, V jak Vendetta, Liga niezwykłych dżentelmenów oraz Strażnicy. Wywiady przeprowadził Bill Baker, jeden z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy amerykańskich zajmujących się komiksem. Obie rozmowy są mocno przemyślane, Baker konsekwentnie drąży kilka najistotniejszych tematów. Interesuje go głównie proces twórczy, od inspiracji i zbierania materiałów aż po planowanie

i wykonania. Moore zdradza sporo ze swego rzyć klimat i ułatwiać odbiór tekstu. Otóż warsztatu, zaskakując niektórymi pomysła- tak nie jest. Pseudoartystyczne rysunki, mi na rozwiązania techniczne (gigantyczny wykonane, jak można domniemywać, przez arkusz z rozpisanymi wydarzeniami do Big krewnych i znajomych królika – wydawcy, Numbers czy zeszyty pełne notatek do Ligi przypominają prace średnio rozgarniętego niezwykłych dżentelmenów). Z kolei Mo- czterolatka. Wyrzygane na papier bohoore uparcie krąży dookoła swoich tematów mazy i straszą, i śmieszą. Miało być ładnie, – poglądów na branżę komiksową i społecz- a wyszło jak zwykle. Druga sprawa ności fanów oraz stosunku do ekranizacji – w dbałości o czytelnika redaktor zamieszswoich komiksów. cza masę przypisów. Nawet dla miłośniRzecz chwalebna? ków Moore’a niektóNiekoniecznie. Jeśli Jeśli przymknąć oko re informacje – jak czytelnikowi książki na przykład kulisy o scenarzyście kona oczywiste wady rozmów z Warner wydania i rozkoszować się miksowym wyjaśnia Bros i braćmi Wasię znaczenie termitreścią – będzie dobrze chowskimi – będą nu „pasek komiksodość zaskakujące. wy” w przypisie na W dwóch wywiastronie trzydziestej dach-rzekach Alan szóstej, to albo saMoore opowiada o swoim dzieciństwie, pasji memu jest się osobą ograniczoną, albo tworzenia, inspiracjach literackich i komik- za takiego uznaje się swego odbiorcę. Po sowych. Z wielką swadą opowiada też o an- trzecie – przypisów jest multum, ale regielskim fandomie komiksowym i amerykań- daktor ani razu nie miauknął nawet, skąd skim rynku. Odkrywa mechanizmy swojego pochodzi jakikolwiek z nich – czy jest procesu twórczego, czaruje i wciąga czytelnika tekstem autora, czy też może wypocinami w głębie swoich światów, podsuwając mu co- tłumacza bądź redakcji?! To najzwyklejsza raz to nowe klucze interpretacyjne. Doświad- obelga dla czytelnika. I tak dalej, i tak czony rozmówca – Bill Baker – umiejętnie dalej. podsyca narracyjną pasję Moore’a, naprowaOsobną sprawą jest kulawy przekład dza go na kolejne zagadnienia i zachowuje na poziomie licealisty. Tekst najeżony jest kontrolę nad przebiegiem wywiadu. To na- kalkami językowymi, błędami i dziwaczprawdę interesujący tekst, bardzo ważna lek- nymi konstrukcjami. Dobór słów jest nietura, nie tylko dla „komiksologów”. jasny – dla przykładu, Moore odnosi się Dlaczego ta idealna pozycja dokument- do jednego z projektów jako do pomysłu nie wk...wi każdego fana komiksu? Powo- „poronionego” – i zgaduj człowieku, czy dów jest kilka, wszystkie są winą polskiego w oryginale miałeś „aborted”, czyli porzuwydawcy. Po pierwsze, książkę zaopatrzono cony, „misscarried”, czyli niedokończony, w liczne ilustracje, które zapewne mają two- czy też może zwyczajnie „poor”, czyli kiepnr 5 marzec 2011 r.

105


<<< Czytaj: fragment książki Kiedy ulegnę

ski. Tłumaczowi radzę przekwalifikować się na kopanie rowów melioracyjnych. Dno. Podsumowując – polski wydawca zrobił tej książce wielką krzywdę swoją „pracą”. Niestety. Ale z dwojga złego lepiej mieć chyba takiego pokrzywionego, polepionego potworka, niż nie mieć go wcale. Jeśli przymknąć oko (nie da się) na oczywiste wady wydania i rozkoszować się treścią – czyli myślami Alana Moore’a – będzie dobrze. Stąd tak wysoka ocena tomu, mimo

Krew królów Jürgen Thorwald

Jak pisał kiedyś Jan Kochanowski, gdy ktoś jest zdrowy, z reguły nie zaprząta sobie głowy tym, jakby to było, gdyby zdrowy nie był. Tymczasem okazuje się, że bycie chorym może mieć swoje daleko idące konsekwencje, zwłaszcza jeżeli ten chory pochodzi z rodziny królewskiej i jest hemofilikiem. Krew królów autorstwa Jürgena Thorwalda opisuje trzy poruszające historie mężczyzn, którzy dotknięci zostali „przekleństwem” (bo i tak czasem traktowano tę chorobę) hemofilii. Wszyscy – bliżej lub dalej – skoligaceni byli z wielką angielską władczynią, królową Wiktorią, wskutek 106

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: wywiad z Markiem Lipskim >>>

jego dojmujących braków. Jednak tu idealnie sprawdza się powiedzenie: kto chce, znajdzie sposób, kto nie chce – powód. Tytuł: Alan Moore. Wywiady Autor: Bill Baker Tłumaczenie: Patryk Balawender Wydawnictwo: Viral & Miligram 2010 Liczba stron: 300 Cena: 30,00 zł

czego wszyscy urodzili się chorzy. I ją też za to winili. Jak mówi jeden z bohaterów: „Wiktoria – bez przerwy Wiktoria! Nikt (…) może nie chciał się domyślić, że Wiktoria, uwielbiana królowa, która stworzyła potęgę Anglii, była także nosicielką hemofilii”. Była, a poprzez liczne mariaże swych dzieci, przyczyniła się do rozpowszechnienia tej choroby na dworach w całej Europie. Książka jest podzielona na trzy części, z których każda opowiada losy jednego (dodajmy, że słynnego najczęściej z powodu swojej choroby) arystokraty: wydziedziczonego następcy tronu Hiszpanii Alfonsa, księcia pruskiego Waldemara i najbardziej spośród całej trójki znanego, carewicza Aleksego. Na losy tych ludzi patrzymy z wielu perspektyw. Raz jest to właściwie spowiedź bohatera, której dokonuje przed przypadkowo spotkaną dziewczyną (Alfons), innym razem przeważa narracja personalna, przy użyciu której historię losów arystokraty-hemofilika przekazują czytelnikowi bohaterowie otaczający tę centralną postać (Waldemar). Wreszcie, swoje spisane przeżycia udostępnia czytającemu petersburski chirurg (Aleksy). Ta różnorodność

stylów działa na korzyść książki. Czytając nowy rozdział, wkraczamy do zupełnie nowego świata, odrębnego od wykreowanych wcześniej, którego jednak zasadniczym spoiwem jest problem hemofilii. Poszczególne części tworzą całość. Zdarza się, że bohater jednej z nich, dzięki wypowiedziom czy wspomnieniom innych postaci, pojawia się nagle w innej, teoretycznie odrębnej, części. Opowiadając dzieje tych trzech postaci, autor oprócz wątków typowo fabularnych wprowadza opisy zdarzeń historycznych, które – nakreślone zwięźle i lekko – czyta się z przyjemnością. Odbiór wspomnianych opisów jest o tyle ułatwiony, że są one nacechowane gwałtownymi emocjami, które nie mogą pozostawić wrażliwego odbiorcy obojętnym. Przykładem niech będzie historia rewolucji hiszpańskiej z lat 1936-39, której przebieg czytelnik poznaje ze wspomnień Alfonsa, z jego perspektywy też zaczyna je oceniać. Dodatkowo, dla szczególnie zainteresowanych czytelników, na końcu książki zostało umieszczone posłowie. Jego tytuł Hemofilia. Rzut oka na aspekty medyczne mówi właściwie wszystko. Tu właśnie można znaleźć dokładny opis symptomów

hemofilii, środków stosowanych dla zminimalizowania niebezpieczeństw stwarzanych przez tę chorobę, a także krótką historię hemofilii jako schorzenia stopniowo poznawanego przez kolejne pokolenia lekarzy. Gdzieniegdzie pojawiają się również przypisy odsyłające do dokładniejszych informacji na temat osób takich jak królowa Wiktoria, książę Leopold czy ród Battenbergów. Te trzy historie są cenne jeszcze z innego powodu. Oto czytelnik ma szansę spojrzeć na dawną „wyższą klasę” z perspektywy czysto ludzkiej. Już nie zazdrościmy im majątku, sławy czy wpływów, nie myślimy jak jedna z bohaterek: „Mój Boże… (…) tyle pałaców…”. Nie, tym razem patrzymy na nich jak na synów, braci czy mężów, przypatrujemy się ich tragedii, której nie mogli zapobiec, a której – jak każdy normalny człowiek – nigdy nie chcieli przeżyć. Tytuł: Krew królów Autor: Jürgen Thorwald Tłumaczenie: Krzysztof Jachimczak Wydawnictwo: Znak 2010 Cena: 36,90 zł Liczba stron: 283 Cena: 39,90 zł Twarda oprawa

Ściągnij Literadar w interaktywnej wersji PDF! nr 5 marzec 2011 r.

107


<<< Czytaj: Wywiad z Ireną Koźmińską

Uciekinierzy Robert Muchamore

Dzień Orła Robert Muchamore

Czerwiec, rok 1940. W okupowanej Francji utalentowany konstruktor, Luc Mannstein, odrzuciwszy uprzednio ofertę aliantów, zgadza się pracować dla III Rzeszy. Zaprojektowana przez niego miniaturowa radiostacja może zrewolucjonizować komunikację i ułatwić armii Hitlera podbicie Europy. Brytyjski agent, Charles Henderson, dostaje rozkaz zlikwidowania Mannsteina i zdobycia planów radiostacji. Poluje na niego Gestapo i Abwehra, niemiecki wywiad wojskowy, który zdemaskował we Francji całą brytyjską siatkę szpiegowską. Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu trójka nastolatków. Angielski pisarz, Robert Muchamore, przygotował niespodziankę dla wszystkich entuzjastów szpiegowsko-sensacyjnych klimatów. Zachęcony sukcesem swojej serii Cherub rozpoczął nowy cykl książkowy – Henderson’s Boys. Dla 108

nr 5 marzec 2011 r.

Czytaj: Męska rzecz, damskie sprawy >>>

fanów przygód nastoletnich szpiegów z poprzedniej serii to okazja, by poznać historię narodzin organizacji wywiadowczej, która ich wyszkoliła i zatrudniła. Agenci Hendersona (polski tytuł serii) są bowiem prequelem serii Cherub. Na półkach polskich księgarni pojawiły się już pierwsze dwa tomy: Uciekinierzy i Dzień Orła. Akcja rozgrywa się podczas II wojny światowej. W Europie rozpoczyna się tzw. bitwa o Francję. Nowoczesna niemiecka armia szybko łamie opór francuskich wojsk. Naloty i bombardowania sieją ogromne spustoszenie. Tłumy Francuzów próbują uciec na południe. Kolumny uciekinierów blokują główne ulice kraju. Przybywa bezdomnych i zabitych. W przydrożnych rowach gniją niepochowane ludzkie zwłoki. Z każdym dniem wzrasta groźba wybuchu epidemii. Francję ogarnia głód. Wkrótce rozpoczyna się okupacja części kraju. Wydaje się, że horror wojny dotyka każdego człowieka. Cały świat dwunastoletniego Marca Kilgoura do wybuchu wojny ograniczał się tylko do sierocińca i okolic. Jego dni wypełnione były ciężką, monotonną pracą w gospodarstwie i konfliktami z sadystycznym dyrektorem placówki. Korzystając z zamieszania wywołanego nalotem, Marc ucieka z sierocińca i usiłuje dostać się do miasta swoich marzeń, Paryża. Rose i Paul Clarke są rodzeństwem. W przeciwieństwie do Marca uciekają ze stolicy. Ich ojciec wykrada niezwykle ważne dokumenty dotyczące budowy radiostacji Mannsteina. W pogoń za rodziną Clarków rusza niemiecki wywiad wojskowy. Od okrucieństwa wojny nie ma ucieczki. Marc, Rose i Paul na co dzień stykają się ze śmiercią. Widzą ofiary nalotów: dzieci, kobiety i mężczyzn, starych i młodych, bez wyjątku. Spotykają rzesze głodnych i bezdomnych ludzi,

dla których nie ma pomocy. Widzą ciała swoich bliskich pozbawione życia, ale przede wszystkim walczą, aby zachować swoje. Marc przyzwyczajony w sierocińcu do ciężkich warunków, głodówek i brutalności całkiem dobrze radzi sobie w nowej, wojennej rzeczywistości. Energiczna i rozsądna Rose pomaga osieroconym dzieciom. To pozwala jej otrząsnąć się z dramatycznych przeżyć. Najtrudniej jest Paulowi. Wrażliwy, jedenastoletni chłopiec zamyka się w sobie. W odosobnieniu maluje pełne emocji szkice i pastele. Dzieci są sprytne, ale sytuacja robi się coraz groźniejsza. Przypadek sprawia, że w ich życiu pojawia się brytyjski agent – Charles Henderson. Ten wcale nie kryształowy bohater ratuje nastolatkom życie i... naraża je na kolejne śmiertelne niebezpieczeństwo. W Dniu Orła, drugim tomie serii, pod opieką Hendersona (nieco przymusową) znajdzie się jeszcze jeden chłopiec, piętnastoletni Amerykanin francuskiego pochodzenia, Philippe Tomas Bivott, zwany PT. Mimo młodego wieku chłopak jest doświadczonym złodziejem i utalentowanym kłamcą. Nie uznaje żadnych autorytetów, gardzi przyjaźnią i zupełnie nie wzbudza zaufania. PT wraz z Markiem, Paulem i Rose pomagaja Hendersonowi w zdobyciu informacji o planowanym przez Niemców ataku na Wielką Brytanię. Seria adresowana jest do młodzieży, ale jej lektura powinna sprawić przyjemność również dorosłemu czytelnikowi. Robert Muchamore o wojnie mówi wprost. Jego język jest oszczędny i precyzyjny, momentami dosadny. Brak jest wymyślnych metafor. Nie ma patosu czy prób ubrania wojennej tragedii w baśniowe szaty. Tło historyczne jest starannie dopracowane. Pisarz umiejętnie, w niewymuszony sposób zaznajamia czytelnika z przebiegiem wojny i z tak-

tyką wojsk, pokazuje różne reakcje francuskiej ludności na niemiecką okupację, przedstawia szokujące metody pracy niemieckiego wywiadu i policji. Jedynie w drugim tomie autor nieco zbyt dużo miejsca poświęca na techniczno-militarne wyjaśnienia. Opisy przemocy mogą niektórym wydać się za bardzo drastyczne, jak na książki pisane dla młodzieży. Tortury, śmierć, krew – nie jest to z pewnością ugrzeczniona, skrótowa wersja II wojny światowej. Robert Muchamore nie popada jednak w przesadę. Brutalne sceny, choć częste, nie zmieniają sensacyjnej serii w horror. Pisarski talent autora pozwala spojrzeć na wojnę inaczej, niż tylko przez pryzmat suchych dat. Historia nie jest tu średnio ciekawym ciągiem zdarzeń, ale życiem pełnym dramatyzmu. Czytając, lepiej wyobrażamy sobie wojenny chaos i cierpienie. Szczere pisanie o wojennym koszmarze jest najlepszym sposobem, by przykuć uwagę młodego człowieka. Książki pozbawione emocji, tworzone w duchu źle pojętego dydaktyzmu są czytelnikowi obojętne. Przeczytane – zapomniane. Agenci Hendersona zaś zapadają w pamięć. Tytuł: Uciekinierzy Autor: Robert Muchamore Tłumaczenie: Bartłomiej Ulatowski Wydawca: Egmont 2010 Ilość stron: 272 Cena: 29,90 zł Tytuł: Dzień Orła Autor: Robert Muchamore Tłumaczenie: Bartłomiej Ulatowski Wydawca: Egmont 2010 Ilość stron: 360 Cena: 29,90 zł nr 5 marzec 2011 r.

109


Ściągnij tapetę!

110

nr 5 marzec 2011 r.

nr 5 marzec 2011 r.

111


Fragment powieści:

Kiedy Ulegnę Chang-Rae Lee

siążki

iata K w Ś i n r ięga

s Kup w k 112

nr 5 marzec 2011 r.

W końcu drzwi się uchyliły i June ujrzała przed sobą kobietę owiniętą prześcieradłem. Wyglądała jak uosobienie rozbuchanego życia, była jędrna i krzepka, pełny biust rysował się pod cienką tkaniną. – Zapomniałeś klucza...? – zaczęła, po czym gwałtownie umilkła. Oczy miała zaspane. – Och, przepraszam. Czym mogę służyć? Była nie tyle ładna, co ładnie się prezentowała, ożywiona, z potarganymi rudawoblond włosami, piegowatą skórą w dekolcie i jasnymi kształtnymi ramionami, które lekko połyskiwały w mętnym świetle. Z wyglądu była w tym samym wieku, co ona, może nawet nieco starsza, tyle że June w porównaniu z nią czuła się jak szkielet pokryty syntetyczną okleiną, którą można by zerwać bez większego wysiłku. – Przepraszam, że przeszkadzam. Nazywam się June Singer. Szukam Hectora Brennana. – Och... – zająknęła się tamta, prawą ręką ciaśniej obejmując poły prześcieradła na piersiach, a lewą kładąc szybko na klamce, jakby chciała jej zagrodzić drogę do środka. Zrobiła surową minę i wycedziła: – On nie chce już więcej dla pani pracować. – Więcej? – Nie chce pani widzieć. Przecież dał to już wyraźnie do zrozumienia. Dlatego myślę, że będzie lepiej, jeśli pani sobie pójdzie, i to już. – Proszę... – wyszeptała June, którą nagle zalała kolejna fala słabości. – Proszę... Musiałabym bardzo długo wyjaśniać, a chciałam tylko z nim porozmawiać. – Ja pani wysłucham. Proszę wyjaśniać. – Jakie to ma dla pani znaczenie? – zapytała ostro, zaskakując tym tonem na równi ją, jak i siebie. Kobieta instynktownie cofnęła się o krok, a June oparła się ramieniem o framugę, uniemożliwiając jej zamknięcie drzwi. – Bardzo przepraszam – powiedziała ociężale. Miała wrażenie, jakby wewnątrz zaczynała się osypywać, jej miękkie tkanki rozpływały się i wysychały na proch, opadając gdzieś w dół wzdłuż kręgosłupa. Kobieta najwyraźniej zdała sobie sprawę z jej stanu, gdyż błysk w jej oczach świadczył wyraźnie, iż zrozumiała, że stojąca przed nią natrętna Azjatka jest w rzeczywistości bardzo ciężko chora. – Bardzo przepraszam – powtórzyła June. – Mogę zapytać, jak ma pani na imię? nr 5 marzec 2011 r.

113


– Dora. – Zatem wybacz mi, Doro. Jeszcze raz przepraszam. Naprawdę muszę pilnie porozmawiać z Hectorem. Niczego więcej nie chcę. – Nie ma go – odparła Dora, bacznie jej się przyglądając. – Wyszedł jakiś czas temu. Ale nie wiem, dokąd poszedł. – I nie wiesz, kiedy wróci? – Chyba niedługo – mruknęła Dora, otwierając nieco szerzej drzwi. – Ale nie jestem pewna. Dobrze się pani czuje? June zachwiała się mocno, pewnie nawet bardziej teatralnie, niż chciałaby się do tego przyznać, ale zawroty głowy przejęły nad nią kontrolę, aż Dora w panice zrobiła krok do przodu i złapała ją pod rękę, bo w przeciwnym razie na pewno runęłaby jak długa na podłogę. – Już w porządku – wymamrotała. – Dziękuję. – Widzę, że nie jest w porządku. Jest pani bardzo ciężko chora, prawda? Zamiast odpowiedzi June znów się zachwiała i tym razem Dora musiała ją objąć obiema rękami. Jej uścisk, chociaż dosyć mocny, był jednak delikatny i wyważony. – Jak się pani tu dostała? Zaczęła wyjaśniać, że przywiózł ją znajomy, lecz nogi coraz bardziej się pod nią uginały, aż wsparła się na ramionach Dory całym ciężarem. – Lepiej wejdźmy do środka – powiedziała Dora, wprowadzając ją w głąb domu. – Jestem pewna, że Hector niedługo wróci. – Dziękuję. Jesteś bardzo uprzejma. Usadowiła ją w starym fotelu, po czym przeprosiła, tłumacząc, że musi wrócić do sypialni, żeby się ubrać. Po paru minutach wróciła ze szklanką zimnej wody. – Proszę. Może poczuje się pani trochę lepiej. – Dziękuję. June upiła kilka łyków i zawroty głowy szybko minęły. Popatrzył, jak Dora nalewa sobie do kieliszka resztki czerwonego wina z butelki i strząsa pieczołowicie ostatnie krople. Ubrała się w dość ładną, choć trochę nazbyt kolorową letnią sukienkę w paski. Zdecydowanie straciła w niej na uroku, bo przeistoczyła się w przeciętną kobietę w średnim wieku, nieco za szeroką w pasie, w szyi i ramionach, ale i tak pociągającą. Opiekuńcza i macierzyńska. W ciasnym pokoju panował porządek, na stole pozostały resztki obfitego i chyba dobrego domowego obiadu, bo ciasto z owocami było prawie nieruszone. Aż poczuła na ten widok krótkie uczucie zazdrości, choć było to dziwne, jako że nie oczekiwała niczego specjalnego po tej pa114

nr 5 marzec 2011 r.

rze, tyle że ten obraz zwykłego wspólnego życia podsycił w niej uczucie osamotnienia i izolacji. – Od dawna jesteście razem? – Ja i Hector? – zapytała Dora, siadając naprzeciwko niej z już opróżnionym kieliszkiem od wina w ręku. – Niezupełnie. To znaczy... nie, całkiem od niedawna. Szczerze mówiąc, sama jeszcze nie wiem, co naprawdę nas łączy. Ale na razie jest dobrze. Pani, jak sądzę, zna Hectora od dawna. – T ak – przyznała June. – Od bardzo dawna. – I znowu zależy pani na jego pomocy? – Tak, owszem. Mogę na niego liczyć? – No cóż, ma pracę, którą lubi. A przynajmniej się na nią nie skarży. Trudno mi powiedzieć, czy lubi zmieniać pracę. June nie do końca rozumiała, ale pozwoliła Dorze mówić dalej i po pewnym czasie uzmysłowiła sobie, że kobieta jest przekonana, iż Hector wykonywał dla niej jakieś drobne zlecenia, toteż przy najbliższej okazji bez wahania zaczęła snuć bajeczkę, że pomagał jej w sklepie z antykami i zajmował się dostarczaniem klientom zamówionych mebli. Nie martwiło jej, że Dora może już niedługo poznać prawdę, bo wiedziała, że więcej się nie zobaczą, skoro jutro ma wylecieć do Europy, jeśli chce zachować jakieś nadzieje na odnalezienie Nicholasa. Ale wszystko, co zmyśliła o Hectorze, wydawało się dość prawdopodobne, oparte na tym, czego Clines zdołał się o nim dowiedzieć, toteż Dora nie zakwestionowała ani jednego jej zdania. Wręcz przeciwnie, im bardziej June wychwalała jego solidność, rozwodziła się nad tym, jak ostrożnie obchodził się z transportowanymi zabytkowymi meblami i jak bardzo był lubiany przez jej klientów, tym bardziej Dora wyglądała na zadowoloną, jakby zyskiwała dowody na to, czego się do tej pory tylko domyślała i czego oczekiwała. Oczywiście była to raczej okrutna manipulacja, ale przecież wywoływała uśmiech Dory i rozpraszała jej podejrzenia, co z kolei podsycało pewność siebie June, która mimowolnie jeszcze bardziej wychwalała pod niebiosa jego zdolności manualne (bo przecież miała okazję je poznać w sierocińcu) i niespożyty zapał do pracy. Ich kontakt urwał się dopiero po tym, jak musiała zlikwidować sklep, zatem teraz mogła się tylko cieszyć, że zdołała go odszukać po tylu latach. – Widzę, że bardzo go pani szanuje – odezwała się Dora. – Uważa go pani za dobrego człowieka. – Tak, to prawda. Tamta spuściła głowę i zapatrzyła się na pusty kieliszek. nr 5 marzec 2011 r.

115


– Byliście kiedyś kochankami? – Nie – odparła stanowczo June, uznawszy, że ostatecznie wcale nie jest to kłamstwo, skoro tylko raz do czegoś między nimi doszło, tym bardziej, że oboje byli wtedy jeszcze zupełnie innymi ludźmi. – Nic z tych rzeczy. – Nie mówi pani tego z przekonaniem. June mimowolnie się uśmiechnęła, ale wolała nie ciągnąć tego tematu. Zauważyła więc: – Ale ty go kochasz. Dora westchnęła. – No cóż, nie jest takim egoistą, jak większość mężczyzn, których wcześniej poznałam, no i nie jest agresywny, nawet jeśli tylko wyjątkowo unika okazji do bójki. Za to potrafi być nadzwyczaj zabawny. I jest bardzo hojny, chociaż nie może większych rezerw niż kilkaset dolarów. Ale zdaje się, że to mi wystarczy. – Owszem. Mogłabyś trafić znacznie gorzej. – I trafiałam, wiele razy. – Nie wierzę. – Miło, że pani tak mówi. Więc jak, dowiem się wreszcie, czego pani od niego chce? – zapytała Dora, patrząc jej prosto w oczy. – Tylko proszę nie kłamać. Poza tym jest pani bardzo poważnie chora, to widać na pierwszy rzut oka. Zatem na pewno nie potrzebuje już pani jego pomocy w prowadzeniu swoich interesów. Więc jakiej pomocy oczekuje pani od niego? June zrobiła przerwę, żeby wypić jeszcze trochę wody. – Chciałabym, żeby pojechał ze mną na wyprawę. – Wyprawę? Jaką wyprawę? – Niezbyt długą, na tydzień, może dwa, ale nie dłużej. – Urwała na chwilę, lecz zaraz dodała, jak gdyby bardziej do samej siebie: – Na pewno nie potrwa to dłużej. – Ale z jakiego powodu? – Szukam swojego syna. – Syna? – powtórzyła zdumiona Dora. – A co Hector może mieć wspólnego z pani synem? June zamyśliła się na chwilę, próbując oszacować, czy cokolwiek zyska, jeśli powie prawdę. Była jednak bardzo zmęczona i skołowana, dlatego mruknęła tylko: – Nic. Zupełnie nic. – Więc do czego jest pani potrzebny w tej wyprawie? – Po prostu jest mi potrzebny. 116

nr 5 marzec 2011 r.

– To chyba nienajlepsza odpowiedź. – Być może – mruknęła June, czując, jak jej znużenie zmienia się w narastającą złość i irytację. Drobne ukłucia bólu znów przybierały na sile, światek jej ciała na nowo zaczynał pękać, mogła więc tylko żałować, że jeszcze w samochodzie nie wstrzyknęła sobie kolejnej dawki morfiny, której coraz bardziej domagał się jej organizm, podsuwając w wyobraźni widok małych ampułek z przezroczystym płynem. Nagle uświadomiła sobie (nie mając wcale pewności, czy nie śni), że ma przecież strzykawkę z morfiną w torebce. – W każdym razie ja w to nie wierzę! – wycedziła Dora. – Nie wierzę w ani jedno pani słowo! Musi się za tym kryć coś więcej. Mam rację? – Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. – Musi pani mieć coś na niego. Może jest pani winien pieniądze. Inaczej nie zrozumiem, dlaczego miałby się zgodzić na udział w pani wyprawie. Na pewno nie on. – A może nic o nim nie wiesz? – odezwała się June gardłowo, odnosząc wrażenie, że zamiast niej mówi to kobieta, którą kiedyś była, potrafiąca nadać słowom charakter zimnego stalowego ostrza. – Może wcale nie znasz prawdy? – Proszę sobie już iść – powiedziała Dora, wstając z krzesła. – I to natychmiast. Nie żartuję. June jednak odparła: – Zaczekam tutaj. – Wykluczone! – Zaczekam. Dora chwyciła ją pod rękę i choć nie ścisnęła jej specjalnie, June aż syknęła z bólu, odniósłszy wrażenie, że na jej ciele zacisnęły się rozpalone żelazne szczypce. Próbowała stawiać opór, ale w bezpośredniej konfrontacji dysponowała zaledwie siłą małego dziecka, przez co tym bardziej zdawało jej się, że Dora próbuje samym uciskiem palców zmiażdżyć jej kość przedramienia. Niemniej tamta zdołała ją zaledwie ściągnąć z fotela na podłogę. Zaczęła krzyczeć, że ma natychmiast wstać, ale June nie była w stanie się podnieść. Z trudem uklękła i choć na podłodze leżał dywan, poczuła się tak, jakby klęczała na tłuczonym szkle, gdyż długie igły nieznośnego bólu wbijały się stopniowo w coraz wyższe partie jej nóg, później powędrowały wzdłuż kręgosłupa, aż w końcu przeniknęły chyba każda komórkę jej ciała, tak samo zdrową, jak i zdegenerowaną. Dora nadal ciągnęła ją za rękę, więc i ją odczuwała tak, jakby za chwilę miała się wyrwać ze stawu barkowego niczym lekko wyskakująca ze stawu nóżka pieczonego kurczaka, toteż zawyła tak głośno, że tamta natychmiast ją puściła, nr 5 marzec 2011 r.

117


odstąpiła o krok i obiema dłońmi zasłoniła usta. June przez chwilę charczała i kasłała, potem znów ogarnęły ją torsje i zwróciła wodę, którą przed chwilą wypiła, wreszcie gdy jej łzy pociekły strumieniem i spłynęły z brody po rękach na wytarty zadeptany dywan, w głowie pozostała jej tylko jedna myśl: żeby za wszelką cenę dźwignąć się na nogi, bo jeśli pozostanie tu na podłodze, może już nigdy się nie podnieść. – Proszę, pomóż mi – wyszeptała. – Och, mój Boże – wymamrotała przerażona Dora. – Bardzo przepraszam. Nie chciałam zrobić pani krzywdy. – Pójdę. Tylko proszę mi pomóc. Zaraz pójdę. Mój kierowca powinien już wrócić. Dora najpierw próbowała ją podnieść, chwyciwszy pod pachy, ale to sprawiało June duży ból, toteż uklęknęła przed nią, zarzuciła sobie jej ręce na ramiona i zaczęła się wolno podnosić, żeby postawić ją na nogi. June zdołała jeszcze chwycić swoją torebkę. Pokonały w ten sposób kilka metrów, nim odzyskała w końcu choć częściową władzę w nogach. Kiedy się wyprostowała, Dora przerzuciła sobie jej rękę przez ramię, chwyciła ją wpół i poprowadziła do wyjścia. Zaczęło padać, powietrze zrobiło się parne i ciężkie. Dora zapytała raz i drugi, gdzie jest jej samochód, lecz June nie potrafiła odpowiedzieć. Na razie koncentrowała się na najprostszej czynności, jaką było przestawianie nóg w trakcie chodzenia. Jak na ironię, to właśnie ból zmusza ł ją teraz do trzymania się prosto, przeszywając jej kręgosłup przy każdym wyraźniejszym ruchu tułowia. Stąd też marzyła tylko o tym, żeby się położyć, choćby tylko na chwilę, nawet na tej zimnej i mokrej trawie frontowego trawnika, którą czuła wyraźnie na odsłoniętych częściach bosych stóp obutych w sandały. Tylko czy na pewno było jej wszystko jedno? Czy to nie ból narzucał jej aż tak skrajne rozwiązania? Pozwól mi się położyć.. Odpocząć przez chwilę. Tutaj... Dora uginała się pod jej ciężarem, próbując utrzymać ją na nogach. W końcu June osunęła się na kolana, podtrzymywana na klęczkach wyłącznie dzięki sile ramion Dory. Bezwarunkowo musiała się jednak położyć. – Moja torebka – wyszeptała. – Potrzebna mi moja torebka. Dora podniosła ją szybko i postawiła jej przed nosem, a June odszukała fiolkę z morfiną i maleńką strzykawkę. Co dziwne, ręce natychmiast przestały jej się trząść. Zerwała osłonkę z igły i nabrała do strzykawki nieco płynu z buteleczki. Było za ciemno, żeby odczytać objętość na strzykawce. 118

nr 5 marzec 2011 r.

– Chce pani to zrobić tutaj? – zdziwiła się Dora górująca nad nią z pozoru na setki kilometrów. – Mogę jakoś pomóc? June nie odpowiedziała. Leżąc na boku w zarośniętej chwastami trawie, bezskutecznie próbowała rozerwać woreczek z wacikiem nasączonym alkoholem. W końcu Dora wyjęła go z jej rąk i otworzyła, ale June, nie mogąc się już doczekać, podciągnęła spódnicę i na oślep wbiła sobie igłę w pośladek. Z radością powitała to lekkie ukłucie, jak użądlenie pszczoły, po którym pod skórą zaczął się błyskawicznie rozszerzać krąg cudownego chłodu, aż doszedł do jej gardła i do ust, gdzie niemal mogła poczuć jego smak. Chwilę później falą powrotną powędrowało w dół jej ciała uczucie ciepła okrywającego ją niczym niewidoczny nieważki koc. Świat wokół niej się zakołysał i ustawił we właściwej pozycji. Dora zapytała, czy chce teraz wstać, odpowiedziała więc, że tak, po czym bez żadnego bólu – a jeśli nawet z bólem, to nierejestrowanym – zdołała się podnieść i stanąć na nogi. Clinesa nie było nigdzie w zasięgu wzroku, ale ona już się tym nie martwiła, bo w tej chwili nie pamiętała nawet, co ją tu sprowadziło. Pamiętała tylko, że podtrzymująca ją kobieta ma na imię Dora i że Dora jest dla niej dobra, z natury uprzejma, dlatego dobrze byłoby zostać na dłużej w jej ramionach. Zapaliła się latarnia znajdująca się prosto nad nimi i June musiała zasłonić nazbyt wrażliwe oczy przed jaskrawym srebrzystym blaskiem, wtuliła więc głowę w zgięcie szyi Dory. W takiej pozycji dotarły krok za rokiem na skraj chodnika i zeszły z krawężnika na jezdnię. Trzy bezpańskie psy, które wcześniej groźnie na siebie warczały, teraz zaczęły się kręcić dookoła, obwąchując je i ocierając się o nogi w rywalizacji o względy, toteż Dora szybko je odegnała. Kilkadziesiąt metrów dalej z szerokiej dwujezdniowej przelotówki skręcił jakiś samochód z zapalonymi światłami. – Może to pani kierowca – powiedziała Dora i pomachała ręką, na co światła dwukrotnie zamrugały i samochód przyspieszył. – Nie chcę jeszcze odjeżdżać – odezwała się June słabo, do tego bełkotliwie, bo język jej się plątał. Ledwie zdołała dobyć z siebie głosu. Czuła też, że ponownie osuwa się na ziemię, aż Dora musiała ją oprzeć o bagażnik stojącego w pobliżu auta. Szybko odwróciła się w stronę nadjeżdżającego samochodu, nie zauważyła więc tego, co June: że za nimi, w cieniu między kręgami światła latarń, przemknął przez ulicę niczym cień mężczyzna z dwoma białymi reklamówkami w rękach. Czyżby to był on? June wymamrotała: – Hector... nr 5 marzec 2011 r.

119


Dora odpowiedziała szybko, że teraz będzie jednak musiała odjechać. Samochód zbliżał się szybko. Można już było dostrzec sylwetkę kierowcy, mającego okulary na nosie. Ale psy, podobnie jak June, zauważyły przebiegającego mężczyznę bądź też zwietrzyły jakiś smakowity zapach dochodzący od siatek z zakupami, gdyż rzuciły się za nim i wyskoczyły na jezdnię akurat pod samochód. Kierowca szarpnął kierownicą w bok, o centymetry minął pierwszego psa, ale stracił panowanie nad samochodem, który wpadł w poślizg na mokrym asfalcie i sunąc ukośnie, ściął z nóg Dorę stojącą przy skraju zderzaka zaparkowanego auta. June odniosła wrażenie, że wszystko rozegrało się w zupełnej ciszy, nie było nawet huku zderzenia. Otępienie zalało ją niczym półpłynny ciepły wosk, którego powierzchnia szybko twardniała. Samochód obrócił się łukiem przez całą szerokość jezdni i uderzył w słup telefoniczny. Róg stojącego przy krawężniku sedana, tuż obok June, był wgnieciony i porysowany. Ale jej nic się nie stało. Za to Dora leżała bez ruchu na ulicy. Mężczyzna klęczał przy niej, zwrócony plecami do June, porzuciwszy torby z zakupami na środku jezdni. Jedna noga Dory, zalana krwią, przypominała czerwoną miazgę, chociaż June nie była niczego pewna. Doleciały ją też ciche pojękiwania kobiety. Po chwili zapadła cisza, rozległo się jeszcze kilka stłumionych jęków, wreszcie Dora ucichła na dobre. Mężczyzna próbował jeszcze robić jej sztuczne oddychanie, lecz w końcu pocałował ją lekko w czoło i puścił jej rękę. Psy znowu wybiegły na jezdnię i zaczęły węszyć wokół reklamówek. Mężczyzna wstał i jakby nieświadomy obecności June, przeszedł obok nich w stronę rozbitego samochodu stojącego ukosem, tylnymi kołami na chodniku. June wyszła na jezdnię, żeby lepiej widzieć. Clines siedział pochylony w bok, z głową opartą o drzwi. Przednia szyba na wprost niego była roztrzaskana. On miał twarz zalaną krwią. Prawą dłoń zaciskał na gardle, a lewą próbował odciągnąć kołnierzyk, jakby koszula go dusiła. Mężczyzna stanął nad nim i spiorunował go wzrokiem, jak gdyby oceniał, jakim sposobem najłatwiej będzie skręcić kierowcy kark. Ale zanim zdążył wyciągnąć do niego ręce, Clines szarpnął się spazmatycznie raz i drugi, po czym głowa opadła mu do tyłu i znieruchomiał. Mężczyzna odstąpił o krok i odwrócił się do June. Dopiero teraz, gdy światło latarni wyłowiło z mroku jego twarz, zyskała pewność, że to on.

Kup w księgarni Świata Książki 120

nr 5 marzec 2011 r.


Literadar  

Literadar nr 5

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you