FIGHT CLUB art book

Page 1

F

I

C

L

G H T

U

B


2



4



6

powieść

film


Chuck Palahniuk

David Fincher


4

8


Napierając lufą pistoletu na moje podniebienie, Tyler mówi: — Tak naprawdę to nie umieramy.


10



Tyler załatwia mi posadę kelnera, a potem ten sam Tyler pakuje mi pistolet w usta i mówi, że aby dostąpić życia wiecznego, trzeba najpierw umrzeć. Ale przez długi czas byliśmy z Tylerem przyjaciółmi. Ludzie wciąż mnie pytają, czy znałem Tylera Durdena.

12


, czy znałem

Wyczuwam pod językiem dziurki tłumika, które wywierciliśmy w lufie pistoletu. Za większą część huku, jaki się rozlega przy wystrzale, odpowiedzialne są rozprężające się gazy, do tego dochodzi niezbyt głośny łoskot, z jakim rozpędzający się pocisk przekracza barierę dźwięku. Żeby wyciszyć te odgłosy, wierci się po prostu dziurki w lufie, mnóstwo dziurek. Dzięki nim gazy mają którędy ulecieć, pocisk zaś nie osiąga prędkości rozchodzenia się dźwięku. Spróbuj jednak źle wywiercić te dziurki, a wybuch urwie ci rękę.

Przesuwam językiem lufę do policzka i zwracam Tylerowi uwagę, że ma chyba na myśli wampiry.

Tylera Durdena.


Budynku, na którego dachu stoimy, za dziesięć minut już nie będzie. Bierze się dziewięćdziesięcioośmioprocentowy koncentrat dymiącego kwasu azotowego i dodaje trzy razy tyle kwasu siarkowego. Wkłada się tę mieszankę do lodowej kąpieli. Potem, zakraplaczem do oczu, wkrapia się kropla po kropli glicerynę. I wychodzi nam nitrogliceryna. Wiem, bo Tyler to wie. Mieszasz nitro z trocinami i otrzymujesz pierwsza klasa wybuchowy plastik. Niektórzy mieszają nitro z bawełną i dosypują epsomitu w charakterze siarczanu. Tak też można. Jeszcze inni mieszają nitro z parafiną. Tej ostatniej mikstury nigdy, przenigdy nie udało mi się przyrządzić. Za dziewięć minut nie będzie tu już Budynku Parkera-Morrisa. Tak, to stare powiedzenie, że zawsze zabijasz to, co kochasz, obowiązuje w obie strony. Mając w ustach pistolet, a jego lufę między zębami, możesz mówić tylko samogłoskami. To nasze ostatnie dziesięć minut. Biorąc stosowną ilość wybuchowej żelatyny i owijając nią filary fundamentów czegokolwiek, jesteś w stanie zburzyć każdy budynek na świecie. Musisz tylko szczelnie obłożyć te filary workami z piaskiem, żeby cała siła eksplozji poszła w filary, a nie rozpełzła się po podziemnym garażu, którego strop podpierają. Tego przepisu nie znajdziecie w żadnej książce historycznej. A oto trzy sposoby otrzymywania napalmu: Pierwszy — miesza się równe porcje benzyny i zamrożonego koncentratu soku pomarańczowego. Drugi — miesza się równe porcje benzyny i dietetycznej coli. Trzeci — rozpuszcza się w benzynie rozdrobnione kocie odchody, aż do zgęstnienia roztworu. Spytajcie mnie, jak się otrzymuje gaz paraliżujący. Albo jak się uzbraja wszystkie te samochody pułapki. Dziewięć 9 minut. Budynek Parkera-Morrisa, wszystkie sto dziewięćdziesiąt jeden pięter, runie w zwolnionym tempie, jak przewracające się 14


w lesie drzewo. Jak drzewo. Przewrócić można wszystko. Niesamowita jest świadomość, że miejsce, w którym teraz stoimy, za chwilę będzie tylko punkcikiem w przestworzach. Stoimy z Tylerem na krawędzi dachu, a ja zastanawiam się, czy pistolet, który mam w ustach, jest aby czysty. — To teraz nasz świat, nasz—mówi Tyler — a tamci ludzie z przeszłości nie żyją. Gdybym wiedział, jaki obrót przyjmą sprawy, też wolałbym już nieżyć i być teraz w Niebie. Seria pięciu zdjęć robionych w równych odstępach czasu. Na ostatnim zdjęciu budynek, wszystkie sto dziewięćdziesiąt jeden pięter, wali się na gmach muzeum narodowego, które jest rzeczywistym celem Tylera. Siedem minut. Stoję na dachu Budynku ParkeraMorrisa, z lufą pistoletu Tylera w ustach. Na głowy ludzi zgromadzonych wokół budynku lecą niczym deszcz meteorytów biurka, szafki na akta i komputery, z wybitych okien unoszą się słupy dymu, trzy przecznice dalej drużyna dywersyjna śledzi wskazówki zegara, a ja zaczynam wszystko rozumieć: ten pistolet, ta anarchia, ten wybuch, wszystko to ma związek z Marlą Singer. Mamy tu do czynienia ze swoistym trójkątem. Ja chcę być z Tylerem. Tyler chce być z Marlą. Marla chce być ze mną. Ja nie chcę Marli, a Tyler nie chce już mnie. Nie chodzi tu o żadną miłość. Tu chodzi o żądzę posiadania. Gdyby nie Marla, Tyler nie miałby nic. Pięć 5 minut. Może przejdziemy do legendy, może nie. Moim zdaniem nie przejdziemy, ale chwileczkę. Kto pamiętałby o Jezusie, gdyby nikt nie napisał ewangelii? Cztery 4 minuty. Przesuwam językiem lufę do policzka i mówię Tylerowi, że jeśli chce, kurczę, przejść do legendy, to ja mu to załatwię. Jestem tu przecież od samego początku. Wszystko pamiętam. Oto jak poznałem Marlę Singer.

— Trudno to nazwać śmiercią— mówi Tyler. — Przejdziemy do legendy. Nigdy się nie zestarzejemy. —


16



18

Za dużo estrogenu i wyrastają ci babskie cycki.

Bob mnie kocha, bo myśli, że mnie również usunięto jądra.

& Bob a

2

c

c


How I met Marla Singer wymionami. Tonąłem w objęciach Boba; stałem z twarzą wciśniętą w mrok zalegający między jego nowiutkimi, spoconymi, obwisającymi ciężko, monstrualnymi wymionami.

Jedyna kobieta na spotkaniu Wspólnoty Byłych Mężczyzn, grupy wsparcia dotkniętych rakiem jąder, zapala papierosa pod brzemieniem obcego sobie człowieka i nasze oczy się spotykają.


Oh, yeah, Chloe... Chloe looked the way Meryl Streep’s skeleton would look if you made it smile and walk around the party being extra nice to everybody.

20

Tonąłem w objęciach Boba; stałem z twarzą wciśniętą w mrok zalegający między jego nowiutkimi, spoconymi, obwisającymi ciężko, monstrualnymi wymionami. Bob, trzymając mnie w objęciach, dociska mi dłonią głowę do swoich cycków, które wyrosły mu niedawno na potężnej klatce piersiowej. Będzie dobrze mówi Bob. Wypłacz się. Od kolan po czoło czuję reakcje chemiczne zachodzące w spalającym żywność i tlen Bobie. Może dostatecznie wcześnie to wykryli mówi Bob. Może to tylko seminoma. Z seminomą masz niemal stuprocen­tową szansę przeżycia. Bob bierze długi wdech i jego ramiona unoszą się, a potem opadają, opadają, opadają w spazmatycznych szlochach. Unoszą się. Opadają, opadają, opadają. Całe moje życie na nic szlocha Bob. Wszystko na marne.

udders.


sexu


22 INSOMNIAAA

A ja chciałem tylko spać. And I just wanted to sleep.

Lekarz powiedział, że jeśli chcę zobaczyć prawdziwe cierpienie, to powinienem zajrzeć w czwartkowy wieczór do Pierwszego Eucharystycznego. Popatrzeć na cierpiących na pasożytnicze choroby mózgu. Popatrzeć na cierpiących na zwyrodnieniowe choroby kości. Na cierpiących na organiczne dysfunkcje mózgu. Popatrzeć na przychodzących tam nowotworowców. To poszedłem.


o o szustka szustka o o szust szust o o szustka szustka

Całe to umieranie zaczęło się od tego, że Chloe poczuła się trochę zmęczona, a teraz Chloe jest zbyt znudzona, by się leczyć. Pornosy, ma w domu całą kolekcję filmów pornograficznych. Powiedziała mi, że podczas rewolucji francuskiej kobiety wtrącone do lochu, księżne, baronowe, markizy i co tam jeszcze, pieprzyły się z każdym mężczyzną, który był skłonny na nie wieźć. Chloe dyszy mi w szyję. Wleźć na nie. Dosiąść, czy wiem, co to znaczy? Na pieprzeniu się czas szybciej mijał. Francuzi nazywają to la petite mort.


24



26

Chloe wygląda na to, czym jest, a jest niczym. Nawet mniej niż niczym. Mimo to trąca mnie łokciem, kiedy siedzimy w kółku na wytartym dywanie. Zamykamy wszyscy oczy. To kolej Chloe na prowadzenie nas poprzez kierowaną medytację.

MEDITATION



28


2

2 a

Tak to już jest z bezsennością. Wszystko wydaje się takie odległe — — kopia kopii kopii.

copy

of a copy of a copy


30

hu

c

j


31


32

hu evos

c A potem ten Bob.

j



Rozwód, rozwód, rozwód, opowiadał Bob i pokazał mi swoją portfelową fotografię. Prężył się na niej w wyszukanej pozie, ogromny i na pierwszy rzut oka nagi, na jakichś zawodach. To idiotyczny sposób na życie, zwierzył mi się, ale co za frajda, kiedy napakowany i wygolony stajesz na scenie zupełnie rozebrany, z poziomem tłuszczu zbitym do zaledwie dwóch procent, zimny i twardy w dotyku jak beton, od środków moczopędnych, oślepiony reflektorami, ogłuszony podkładem muzycznym, lecącym z systemu nagłaśniającego, a sędzia mówi:

34

„Zaprezen­tuj prawy mięsień czworoboczny, napnij i przytrzymaj”.



36



38



40


BUDZISZ SIĘ NA

Podczas każdego startu i lądowania, kiedy samolot przechylał się zbytnio na jedną stronę, modliłem się o katastrofę. Ten moment kiedy zdaję sobie sprawę, że wszyscy, ten bezradny ludzki tytoń ubity w kadłubie, możemy zginąć nagłą śmiercią, leczy moją bezsenność narkolepsją. W ten sposób poznałem Tylera Durdena.

Tyler pracował jako niepełnoetatowy kinooperator. Tyler miał taką naturę, że mógł pracować tylko nocami. Kiedy jakiś kinooperator zachorował, związek wzywał Tylera. Ludzie dzielą się na stworzenia nocne i dzienne. Ja mogłem pracować tylko za dnia.


Towarzystwa ubezpieczeniowe wypłacają z polisy na życie potrójną stawkę, jeśli giniesz w podróży służbowej. Modliłem się o dziury powietrzne. Modliłem się o zassanie pelikanów przez turbiny, o obluzowane sworznie, o oblodzenie skrzydeł. Podczas startu, kiedy samolot mknie pasem startowym z wychylonymi w górę lotkami, kiedy oparcia naszych foteli ustawione są w pozycji pionowej, stoliki poskładane i cały osobisty bagaż podręczny znajduje się w schowkach nad głowami, kiedy na spotkanie wybiega nam koniec pasa startowego i nie wolno palić, modlę się to katastrofę.

3

42 2


budzisz siÄ™ na


44

Przyglądam się ludziom na laminowanej miejscówce linii lotniczej. Jakaś kobieta pływa w oceanie, wloką się za nią brązowe włosy, do piersi przylega jej kamizelka ratunkowa. Oczy ma szeroko rozwarte, ale ani się nie uśmiecha, ani nie widać po niej strachu. Na drugiej ilustracji ludzie spokojni jak indyjskie święte krowy, siedząc w fotelach, sięgają po maski tlenowe, które wystrzeliły z sufitu. Pewnie jakaś sytuacja awaryjna. Ojej. Kabina pasażerska się rozhermetyzowała.


Tyler pracował jako niepełnoetatowy kinooperator.

(

Ojej

Jeśli kino było starego typu, Tyler musiał przełączać pro­jektory. W kabinach projekcyjnych starszych kin znajdują się dwa projektory, z których w danej chwili pracuje tylko jeden.


46


Przełączenie.


Czego jeszcze nie powinien robić kinooperator: Tyler wy­konuje przezrocza z najlepszych pojedynczych klatek filmu. W pierwszym odważnym filmie, który chyba wszyscy pamięta­ją, występowała naga aktorka nazwiskiem Angie Dickinson. Zanim kopia tego filmu dotarła z kin Zachodniego Wybrzeża do kin Wschodniego Wybrzeża, naga scena wyparowała. Ten kinooperator wydął klatkę. Tamten kinooperator wyciął klatkę. Wszyscy chcieli mieć przezrocze z nagą Angie Dickinson. Porno podbijało kina i kinooperatorzy, niektórzy z nich, gromadzili na prywatny użytek wspaniałe kolekcje.

Jesteś kinooperatorem i jesteś zmęczony i zły, ale przede wszystkim jesteś znudzony, zaczynasz więc od tego, że bierzesz pojedynczą klatkę ze znalezionej w kabinie kolekcji porno­graficznej, zgromadzonej przez jakiegoś innego kinooperatora, i wstawiasz tę klatkę przedstawiającą, dajmy na to, zbliżenie nabrzmiałego czerwonego penisa albo rozwartej, wilgotnej pochwy do filmu, który aktualnie wyświetlasz. Tak się składa, że jest to film familijny o psie i kocie, które odłączyły się od właścicieli podczas podróży i teraz muszą same odnaleźć drogę do domu. Na trzeciej szpuli, zaraz po tym, jak pies i kot, zwierzątka, które mają ludzkie głosy i rozmawiają ze sobą, posiliły się na śmietniku, miga wzwiedziony członek.

48

1.

Tr To ko

Tyler to robi.

2.

2.


1.

rzeba wypat­rywać dwóch białych kropek w prawym górnym rogu ekranu. o ostrzeżenie. Obserwujcie uważnie film, a zobaczycie te dwie kropki oznaczające, że ończy się szpula. 1. 2.

Druga biała kropka to ostrzeżenie, że szpula kończy się za pięć sekund. Mobilizujesz się. Stajesz między oboma projekto­rami, w kabinie duchota jak w saunie od lamp ksenonowych, które oślepią cię, jeśli spojrzysz na nie gołym okiem. Na ekranie rozbłyskuje pierwsza kropka.


edyncza klatka filmu wyświetlana jest na ekranie przez jedną sześćdziesiątą sekundy. dzielmy sekundę na sześć­dziesiąt równych części. Tak długo pozostaje na ekranie wzwie­dziony członek onek. Pręży się na wysokość czterech pięter, nad skubiącą popcorn widownią, lśniący, czerwony raszny, a nikt go nie widzi.

50

PORNO


członek

PORNO

budzisz się na


Tylko koliber mógłby przyłapać Tylera na gorącym uczynku.

52

a hummingbird


bird


L

Budzisz się znowu na

To straszny sposób podróżowania. Szef wysyła mnie na spotkania, na które sam nie ma ochoty jeździć. Robię notatki. Odezwę się do ciebie. Gdziekolwiek się udaję, jadę tam po to, by podstawić dane do ustalonego wzoru. Nie zdradzam tu żadnej tajemnicy.To prosta arytmetyka. Matematyczny problem.

54

O

a

x

b

x

c

=

x

G


G

A

N

Gdziekolwiek się udaję, czeka tam na mnie zawsze wypalony, rozbity wrak samochodu. Wiem, gdzie się znajdują wszystkie te szkielety. To należy do moich obowiązków służbowych. Pobyt w hotelu, posiłki w restauracji. Gdziekolwiek się udaję, nawiązuję znajomości z ludźmi siedzącymi w samolocie obok mnie, od Logan do Krissy, do Willow Run. Jestem koordynatorem akcji bezpłatnego usuwania wad fab­rycznych, mówię jednorazowemu znajomemu w samolocie, ale marzy mi się kariera pomywacza.

x


56

Tyler wstawiał potem penisa do wszystkiego. Zwykle jego zbliżenia, czasem z Wielkim Kanionem sromu w tle, wysokie na cztery piętra i drgające pod wpływem ciśnienia krwi; Kop­ciuszek tańczący ze swoim Czarującym Księciem. A ludzie patrzyli Nikt się nie skarżył. Ludzie jedli i pili, ale wieczór nie był taki jak inne. Ludzie dostawali mdłości albo zaczynali płakać i sami nie wiedzieli dlaczego. Budzisz się znowu na 0’Hara.



58


sssss


60



62 50


4


6452



Są tu dziś wieczorem wszystkie co zwykle pasożyty mózgu. Na spotkaniach Ponad i Poza frekwencja zawsze dopisuje. To jest Peter. To Aldo. To Marcy. Cześć. Na spotkaniach Ponad i Poza zaczynamy od Rap-Rozgrzewki. Grupa nie nazywa się Pasożytnicze Choroby Móz­gu. Nie usłyszysz tu nigdy słowa „pasożyt”. Każdemu zawsze się

6654

52

poprawia. Och, ten nowy lek. Każdy zawsze wy­chodzi właśnie z dołka. A przecież, na kogo spojrzeć, twarz wykrzywiona grymasem nieustępującego od pięciu dni bólu głowy. Każdy dostaje plakietkę z imieniem, i ludzie, których spotykasz tu od roku w każdy wtorkowy wieczór, podchodzą do ciebie, podają rękę na powitanie i zerkają na twoją pla­kietkę.

Positive Positivity



6856


Chloe biegnie w nocy labiryntem własnych zapadających się żył i porozrywanych naczyń krwionośnych, tryskających gorącą limfą. Potyka się o wynurzające się z tkanki nerwy. Wokół niej, niczym białe gorące perły, wzbierają w tkance wrzody. Megafon zarządza przygotowanie do opróżnienia jelit za 10, za 9, 8, 7... Przygotować się do ewakuacji duszy za 10, za 9, 8... Chloe brodzi po kostki w płynie nerkowym, wyciekającym z kończących pracę nerek. Zgon nastąpi za 5... 5, 4... 4... Wokół pasożytnicze życie bazgrze farbą w sprayu jej serce. 4, 3... 3, 2... Chloe podciąga się ręka za ręką po wysychającej wy ściółce w górę własnego przełyku. Zgon nastąpi za 3, za 2... Widać już księżycową poświatę, wlewającą się przez otwarte usta. Przygotować się teraz na wydanie ostatniego tchnienia. Ewakuacja. Teraz. Dusza opuszcza ciało. Teraz. Następuje zgon. Teraz.


70

cze Marla

Och, wspomnienie ciepłej roztrzęsione i świadomość, że Chloe spoczyw powinny wprawiać mnie w takie u obserwowany przez Marlę.


Marla

ść

ej Chloe w mych ramionach wa już gdzieś tam martwa, uniesienie. Ale nic z tego, jestem


72


Podczas kierowanej medytacji otwieram ramiona, by przyjąć me wewnętrzne dziecko, i tym dzieckiem jest Marla paląca papierosa. Żadnej białej kuli uzdrawiającego światła. Oszust. Żadnych czakr. Wyobraźcie sobie swoje czakry otwierające się niczym kwiaty, i pośrodku każdej, w zwolnionym tempie, następuje eksplozja słodkiego światła. Oszust. Moje czakry pozostają zamknięte.


Podczas kierowanej medytacji otwieram ramiona, by przyjąć me wewnętrzne dziecko, i tym dzieckiem jest Marla paląca papierosa. Żadnej białej kuli uzdrawiającego światła. Oszust. Żadnych czakr. Wyobraźcie sobie swoje czakry otwierające się niczym kwiaty, i pośrodku każdej, w zwolnionym tempie, następuje eksplozja słodkiego światła.

74


embrion


Naprawdę dopiero teraz czuje, co to znaczy żyć. Skóra jej się wygładzała. Przez całe życie nie widziała nieboszczyka. Nie wiedziała, co to prawdziwe poczucie życia, bo nie miała kontrastowego punktu odniesienia. Teraz ma i umieranie, i śmierć, i stratę, i rozpacz. Szloch i dygotanie, przerażenie i wyrzuty sumienia. Teraz wie, dokąd wszyscy odchodzimy. Marla czuje każdą chwilę swojego życia.

76

— No, dobrze — mówi Marla — dobrze, bierz sobie tego raka jąder.

ti

s te

ar

l cu



78


part

5/


80


30

5/

Facet z ochrony wszystko mi wytłumaczył. Bagażowi mogą machnąć ręką na tykającą walizkę. Facet z ochrony nazywał bagażowych Przerzucaczami. Nowoczesne bomby nie tykają. Ale natrafiwszy na wibrującą walizkę, baga­żowy, inaczej Przerzucacz, ma obowiązek powiadomić policję. Właśnie to podejście do wibrujących walizek kultywowane przez większość linii lotniczych sprawiło, że odnowiłem swoją znajomość z Tylerem.

Facet z ochrony powiedział mi, że podczas załadunku bagażu na Dulles moja torba zaczęła wibrować i policja ją zatrzymała.

Facet z ochrony przyznaje, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć okazuje się, że wibracje pochodziły od elektrycznej maszynki do golenia, która sama się włączyła. Zdarza się też, że wibracje wywołuje sztuczny penis.


6

12111

82

2

6

6

6266


6

Miałem w tej torbie wszystko.

Wsiadając na Dulles do samolotu, by wrócić do domu, miałem wszystko w jednej torbie. Kiedy dużo podróżujesz, wyrabiasz sobie z czasem zwyczaj pakowania na każdy wyjazd tego samego. Sześć białych koszul. Dwie pary czarnych spodni. Podstawowe minimum niezbędne do przetrwania. Podróżny budzik. Bezprzewodowa elektryczna maszynka do golenia. Szczoteczka do zębów. Sześć par majtek. Sześć par czarnych skarpetek. Szkła kontaktowe. Jeden czerwony krawat w niebieskie paski. Jeden niebieski krawat w czerwone paski. I jeden krawat jednolicie czerwony. Lista tych pozycji wisiała na drzwiach mojej sypialni w domu. Tym domem było mieszkanie na piętnastym piętrze wieżowca, rodzaj przegródki w szafce na akta dla wdów i młodych profesjonalistów

1


84

Sztuczny penis. Nigdy twój sztuczny penis. Nigdy, ale to nigdy nie mówią, że sztuczny penis przypadkowo sam się włączył. Sztuczny penis uaktywnił się i stworzył sytuację awaryjną, która wymagała zatrzymania twojego bagażu.

dildo



86

T w s z

y d

a a

p r

k a i z

d a

i j

k ą

e i ę .


Ten wybuch wymiata na zewnątrz wszystko, włącznie z twoim ozdobnym zestawem ręcznie dmuchanego zielonego szkła z maleńkimi pęcherzykami i skazami, z zatopionymi ziarenkami piasku, będącymi dowodem na to, że zestaw został wykonany przez autentycznych, prostych, ciężko pracujących tubylców skądś tam. Wyobraź sobie długie od sufitu do podłogi kotary wydmuchiwane za wybite okno, i ich płonące strzępy unoszone przez gorący wiatr.

Wszystko to płonie i spada z grzechotem z wysokości pięt­nastu pięter na dachy przejeżdżających dołem samochodów. Coś, co było bomb dużą bombą, rozwaliło w drzazgi moje pomysłowe stolik do kawy Njurunda w kształcie limonowozielonej jin i pomarańczowego jang, które po złączeniu ze sobą tworzyły koło. Mój komplet wypoczynkowy Haparanda z pomarańczowymi zdejmowanymi pokryciami, zaprojektowany przez Erikę Pekkari, nadawał się teraz na śmieci.


88


Z cieni wyłania się portier i mówi, że zdarzył się wypadek. Była tu policja i zadawała mnóstwo pytań. Policja podejrzewa, że to był gaz. Może zgasł płomyk w łazienkowym piecyku albo któryś z palników w kuchence był niedokręcony. Gaz się ulatniał, zbierał pod sufitem, wypeł­nił stopniowo całe mieszkanie od sufitu po podłogę. Miesz­kanie miało tysiąc siedemset stóp kwadratowych, wysokie sufity, i gaz musiał się ulatniać przez wiele dni, żeby wypeł­nić wszystkie pomieszczenia. Kiedy wszystkie pomieszczenia były już wypełnione gazem, włączyła się sprężarka lodówki. Zaiskrzyło. Wybuch.

WYBUCH


90


78

detonacja


Kupujesz meble. Wmawiasz sobie, że ta sofa starczy ci już do śmierci. Kupujesz tę sofę, a potem przez parę lat żyjesz z błogim poczuciem, że cokolwiek się stanie, problem sofy masz rozwiązany. Potem kupujesz komplet talerzy. Potem idealne łóżko. Zasłony. Dywan.

k

o n

s

Mnóstwo młodych ludzi próbuje zaimponować światu i kupuje za dużo rzeczy — powiedział portier. m u

p

c

Jak się nie wie, czego się chce, to się ma, czego się nie chce. 92

ja


a


Zadzwoniłem do Tylera. W wynajętym domu Tylera przy Paper Street zadzwonił telefon. Och, Tyler, błagam, pomóż. A telefon dzwonił.

t

h

y e Ratuj mnie przed szwedzkimi meblami. Ratuj mnie przed sztuką nowoczesną. A telefon dzwonił i Tyler w końcu odebrał.

l l

Młodzi ludzie myślą, że cały świat im się należy.

Umówiliśmy się z Tylerem w barze. Spotkaliśmy się z Tylerem, wypiliśmy morze piwa i Tyler powiedział, że tak, mogę się do niego wprowadzić, ale będę mu musiał wyświadczyć pewną przysługę. Pijany, w barze, gdzie nikt na nas nie patrzył i nikt się nami nie interesował, zapytałem Tylera, co to za przysługa.

94

e

p


p r

83


96

Och, Tyler, błagam, ratuj. Och, Tyler, błagam, ratuj. Ratuj, Tyler, nie chcę być urzeczywistnionym, zadowolonym z siebie ideałem.



98

TYLER


WAS HERE


— Chcę, żebyś mnie z całych sił uderzył— 100


powiedział Tyler.


102



104

g

w


w

n

o


106


Im częściej zlizuję krew, tym więcej mam jej w ustach.


108

Przy drugim slajdzie mojej prezentacji dla Microsoftu czuję w ustach smak krwi i nie ma siły, muszę przełknąć. Szef nie zna materiału, ale nie pozwoli mi prowadzić prezentacji z podbitym okiem i połową twarzy spuchniętą od szwów założonych po wewnętrznej stronie policzka. Szwy musiały się poluzować, wyczuwam je pod językiem. Wyobraźcie sobie splątaną żyłkę wędkarską na plaży. Ja wyobrażam je sobie jako czarne nici na brzuchu psa, którego zszyto po operacji, i przełykam krew. Szef prowadzi prezentację, korzystając z moich notatek, a ja siedzę w ciemnościach zalegających pod ścianą i obsługuję sterowany z laptopa rzutnik.



110

1/2


Krwi można przełknąć z pintę, potem robi się człowiekowi niedobrze. Dziś zbiera się fight club, a ja ani myślę przepuścić sesji fight clubu.


112

— Strach pomyśleć, co spotkało gościa, który ci to zrobił. Pierwsza zasada fight clubu to nie mówić o fight clubie.


To, kim faceci są w fight clubie, nie ma żadnego związku z tym, kim są w realnym świecie. Nawet gdybyś powiedział małolatowi z kopiami, że stoczył dobrą walkę, nie mówiłbyś do tego samego człowieka. Człowiek, którym jestem w fight clubie, nie jest człowiekiem, którego zna mój szef.


szef mi przerwał. W co ty się pakujesz w każdy weekend? — pyta. powiadam mu, że po prostu nie chcę umrzeć bez paru zn. Pięknie zbudowane, nieskazitelne ciało nie jest już modzie. Na widok tych odpicowanych aut rocznik 1955, glądających tak, jakby przed chwilą wyjechały z salonu zedaży,myślę sobie zawsze, co za marnotrawstwo.

114



Druga zasada fight clubu to nie mówić o fight clubie. W pierwszej sesji fight clubu udział, okładając się nawzajem pięściami, braliśmy tylko ja i Tyler.

116

DO NOT TALK ABOUT FIGHT CLUB DO NOT TALK ABOUT FIGHT CLUB


6/30


118

boy


O

samodestrukcji.

Moje życie wydawało mi się wówczas zbyt uładzone, a kto wie, czy nie trzeba wszystkiego rozwalić, żeby wykrzesać z siebie coś lepszego. — W fight clubie spotyka się pokolenie mężczyzn wychowanych przez kobiety. —


No i wyszliśmy na zewnątrz i spytałem Tylera, czy chce dostać w twarz, czy w brzuch. — Zaskocz mnie — rzekł Tyler. Przyznałem, że nikogo jeszcze nie uderzyłem. — No to zaświruj, stary — powiedział Tyler. Kazałem mu zamknąć oczy. — Nie — oświadczył Tyler. Jak każdy facet, który jest pierwszy raz na sesji fight clubu, odetchnąłem głęboko i naśladując kowbojów, których wszyscy oglądamy na westernach, wyprowadziłem szerokiego sierpa, mierząc w szczękę Tylera, ale moja pięść wylądowała z boku szyi Tylera.

120


Nigdzie tak nie czujesz, że żyjesz, jak na sesjach fight clubu. Kiedy pod tą jedyną żarówką jesteś tylko ty i ten drugi, otoczeni kręgiem obserwatorów. W fight clubie nie chodzi o wygrywanie czy przegrywanie walk. W fight clubie nie chodzi o słowa. Widzisz faceta, który jest na sesji fight clubu pierwszy raz — dupsko ma jak bochen białego chleba. Widzisz tu tego samego faceta sześć miesięcy później, i wygląda jak wyrzeźbiony z drewna. Ten facet wierzy, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Na sesjach fight clubu usłyszeć można takie same pochrząkiwania i odgłosy, jak na siłowni, ale w fight clubie nie chodzi o ładny wygląd. Można tu usłyszeć histeryczne pokrzykiwania w różnych językach, jak w kościele, i kiedy budzisz się w niedzielę po południu, czujesz się zbawiony.


122


Nie myślałem już, że się biję z Tylerem, za to czułem, że potrafię sobie poradzić ze wszystkim, co mi dotąd nie wychodziło, z praniem, z którego wyciągam koszule z pokruszonymi guzikami, z bankiem, który twierdzi, że jestem sto dolarów na debecie. Z pracą, gdzie szef przysiadł się do mojego komputera i namieszał mi w DOS-owskich komendach, wykonywalnych z rozszerzeniem exe. I z Marlą Singer, która ukradła mi moje grupy wsparcia. Walka nie rozwiązała żadnego z tych problemów, ale po jej zakończeniu nic się nie liczyło.


124


W fight clubie zawiązywanych jest wiele trwałych przyjaźni. Uczestniczę teraz w zebraniach i konferencjach i przy stole konferencyjnym widzę księgowych, młodszych referentów albo doradców prawnych z połamanymi nosami, które wyłażą im spod bandaży niczym oberżyna, albo z paroma szwami pod okiem, albo z zadrutowaną szczęką. Są to wszystko spokojni młodzi ludzie, posłuszni, dopóki nie przyjdzie czas na podjęcie decyzji. Pozdrawiamy się kiwnięciami głowy. Później szef zapyta mnie, skąd znam tylu z tych facetów. Szef twierdzi, że w branży pracuje coraz mniej dżentelmenów, za to coraz więcej oprychów.

111


126



128

DO NO T

talk


T

T


130


Pewnego ranka w muszli klozetowej pływa zużyty kondom, przywodzący na myśl zdechłą meduzę. Tak właśnie Tyler poznaje Marlę. Wstaję, żeby się odlać, a tu, na tle brązowych przypominają­cych malowidła naskalne zacieków, ten eksponat. Nie ma siły, samo nasuwa się pytanie, co też myśli sperma. To? To ma być pochwa? Przez całą noc śniło mi się, że posuwam Marlę Singer. Marla Singer paląca papierosa. Marla Singer przewracająca oczami. Budzę się w łóżku sam, a drzwi od pokoju Tylera są zamknięte. Tyler nigdy nie zamyka drzwi swojego pokoju. Całą noc padało. Dachówk na dachu łuszczą się, wypaczają, odłażą, deszczówka dostaje się pod nie, zbiera na suficie pod tynkiem i ścieka po oprawach oświetleniowych.

Kafelki w łazience są pomalowane w małe kwiatki, ładniejsze od chińskiej porcelany, którą wszyscy nowożeńcy dostają w prezencie ślubnym, a w muszli klozetowej pływa zużyty kondom.


Znalazłem sterty „Reader’s Digest” w piwnicy, i teraz w każ­dym pokoju piętrzy się stos ,,Reader’s Digest”. Życie w Tych Stanach Zjednoczonych. Śmiech to zdrowie. Stosy czasopism to właściwie jedyne umeblowanie. W najstarszych egzemplarzach jest seria artykułów, w których rozmaite narządy wewnętrzne ludzkiego ciała mówią o sobie w pierwszej osobie: Jestem Macica Jane.

132


Jestem Prostata Johna. Poważnie. A Tyler podchodzi do kuchennego stołu bez koszuli, cały pokryty malinkami, i mówi, ble, ble, ble, ble, ble, poznał wczoraj wieczorem Marlę Singer i poszli razem do łóżka. Słuchając tego, identyfikuję się bez reszty z Woreczkiem Żółciowym Joego. To wszystko moja wina. Czasami robisz coś i zostajesz wyrolowany. Czasami czegoś nie robisz i też zostajesz wyrolowany.

Poprzedniego wieczoru zadzwoniłem do Marli.

Marla mamrotała w zwolnionym tempie.

Wyobraźcie sobie, jadę do Regent Hotel i patrzę, jak Marla miota się po swojej zagraconej klitce, jęcząc: Ja umieram. Umieram. Ja umieram. Umieram. U-mie-ram. Umieram. To mogło się ciągnąć godzinami. A więc nigdzie się dzisiaj wieczorem nie wybiera, tak? Marla na to, że realizuje odejście w wielkim stylu. Jak chcę popatrzeć, to mogę przyjechać. Odparłem, że dziękuję, ale mam inne plany.


Poprzedniego dnia wieczorem wróciłem do domu z Czerniaka Złośliwego, położyłem się do łóżka i zasnąłem. I śniło mi się, że posuwam, posuwam, posuwam Marlę Singer. A dzisiaj rano udaję, że czytam Reader’s Digest” i słucham Tylera. Zboczona suka, jakbym nie wiedział. „Reader’s Digest”. Humor w Mundurze.

134

Reader’s Digest



136

Tyler i Marla

baraszkowali przez

prawie

całą noc

w pokoju, który sąsiaduje z moim.

T



138



Poprzedniego wieczoru zadzwoniłem do Marli. Wypracowaliśmy sobie taki system, że kiedy chciałem pójść na spotkanie jakiejś grupy wsparcia, dzwoniłem najpierw do Marli i pytałem, czy ona też się tam aby nie wybiera.Zadzwoniłem do Regent Hotel do Marli, żeby spytać, czy idzie na Czerniaka Złośliwego. Marla mamrotała w zwolnionym tempie. Powiedziała mi, że to nie jest samobójstwo w pełnym tego słowa znaczeniu, prędzej już krok z gatunku wołanie-o-pomoc, ale wzięła za dużo xanaksów.

140

Marla na to, że realizuje odejście w wielkim stylu. Jak chcę popatrzeć, to mogę przyjechać. Odparłem, że dziękuję, ale mam inne plany. Marla powiedziała, że w porządku, równie dobrze może umrzeć, oglądając telewizję. Ma tylko nadzieję, że będzie leciało coś warte obejrzenia. Pognałem na Czerniaka Złośliwego. Wróciłem do domu wcześnie. Położyłem się spać.


Poprzedniego dnia wieczorem wróciłem do domu z Czerniaka Złośliwego, położyłem się do łóżka i zasnąłem. I śniło mi się, że posuwam, posuwam, posuwam Marlę Singer.


142



Tyler i Marla baraszkowali przez prawie całą noc w pokoju, który sąsiaduje z moim. Kiedy Tyler się obudził, Marli już nie było. Wróciła do Regent Hotel. Mówię Tylerowi, że Marla nie potrzebuje kochanka, że jej potrzebny psychiatra.

144

Jak mogłem współzawodniczyć o względy Tylera. Jestem Wściekłym, Rozjuszonym Poczuciem Odtrącenia Joego.



146



Spodnie mam sztywne od zakrzepłej krwi, więc szef każe mi iść do domu, a mnie rozpiera euforia. Dziura wybita w policzku nie zaczęła się nawet goić. Idę do pracy z podbitymi oczami, przypominającymi dwa napuchłe czarne bajgle z małymi szparkami pośrodku, dzięki którym coś tam jeszcze widzę. Aż do dzisiaj wkurzało mnie strasznie, że stałem się takim całkowicie skoncentrowanym Mistrzem Zen, a nikt jakoś tego nie zauważa. Mimo to siadam znowu do FAKS-u. Piszę krótkie HAIKU i rozsyłam je FAKS-em do każdego, kto mi wpadnie do głowy. Mijając ludzi na korytarzu w pracy, jestem całkowicie ZEN wobec każdej wrogiej TWARZY.

148



Liczę na palcach: pięć, siedem, pięć. Ta krew, czy jest moja? Odpowiadam, że tak. Po części. To zła odpowiedz.

150


13 1


152

5

7


5

Pszczoła swobodna Truteń dokąd chce leci

Królowa więźniem

Nie mając gniazda Ptak ma za dom cały świat Życie przed tobą

Wielka mi rzecz. Mam dwie pary czarnych spodni. Sześć białych koszul. Sześć par majtek. Niezbędne minimum. Idę na spotkanie fight clubu. To się zdarza. — Idź do domu — mówi szef. — Przebierz się. Zaczynam się zastanawiać, czy Tyler i Marla nie są czasem jedną i tą samą osobą. Ale jakby się bzykali co noc w pokoju Tylera? Raz po raz. Raz po raz. Raz po raz.


Ojciec mawiał zawsze: „Żeń się, zanim seks zacznie cię nudzić, bo inaczej nigdy się nie ożenisz”. Matka mawiała: „Nie kupuj nigdy niczego z nylonowym zamkiem błyskawicznym”,

154

— Pozwoliłam sobie wejść. Myślałam, że nikogo nie ma w domu. Wasze drzwi frontowe nie zamykają się na klucz. Nie odzywam się

— Wiesz co, kondom jest szklanym pantofelkiem naszego pokolenia. Nakładasz go, kiedy poznajesz kogoś obcego. Tańczysz całą noc, a potem go wyrzucasz. Znaczy, kondom. Nie obcego. — Cały ranek tu na ciebie czekałam.

Marla wstaje od kuchennego stołu. Ma na sobie niebieską sukienkę bez rękawów, uszytą z jakiegoś błyszczącego materiału. Bierze kraj sukienki w dwa palce i unosi ją, pokazując mi małe kropeczki szwu po lewej stronie. Nie ma majtek. I puszcza do mnie oko.

— Chciałam ci pokazać moją nową sukienkę — mówi Marla.

— To suknia druhny, ręcznie szyta. Podoba ci się? Kupiłam ją na wyprzedaży w Goodwill za jednego dolara. Ktoś tyle się napocił przy tych drobniutkich ściegach, żeby uszyć taką paskudną, paskudną sukienkę — mówi Marla. — Dasz wiarę? Sukienka jest z jednej strony dłuższa, a talia orbituje wokół bioder Marli. Marla mówi, że kocha wszystko to, nad czym ludzie pieją z zachwytu, po godzinie zaś albo na drugi dzień wyrzucają.


13 5


156

S

O

A P

Mydło, Tyler. Mówię, że potrzebne mi mydło. Musimy zrobić trochę mydła. Muszę sobie wyprać spodnie.


13 7


Za mało wody, i tłuszcz, wydzielając łój, ściemnieje.

— Najpierw—mówi Tyler, doskakuje do lodówki i zaczyna grzebać w zamrażalniku. — Najpierw musimy wytopić trochę Zmniejszyć gaz pod garem. tłuszczu. Mieszam wrzącą wodę. Na powierzchnię wypływa coraz więcej łoju i w końcu woda pokryta jest mieniącą się tęczowo warstwą, która przypomina macicę perłową. Zgarnąć tę warstwę dużą łyżką i przenieść do innego naczynia.

Zbierać łój, dopóki nie przestanie wypływać. O ten łój właśnie chodzi. Dobry, czysty łój.

dy tłuszcz tak się już gotuje, że łój przestanie pływać, wylać wrzątek. Umyć i napełnić go ponownie ystą wodą.

158

Powtórzyć proces z zebranym łojem. Gotować łój w wodzie. Zbierać go bez przerwy. — Tłuszcz, którego używamy, ma w sobie dużo soli—mówi Tyler. — Za dużo soli i mydło nie stwardnieje. — Gotować i zbierać. Gotować i zbierać.

Gotować i zbierać. Gotować i zbierać. Wkładać zebrany łój do kartonów po mleku z rozciętymi wierzchami.


Zwracam Tylerowi uwagę, że z łoju coś się wytrąca.

— Spokojnie—mówi Tyler.—Ta przezroczysta warstewka to gliceryna. Przy robieniu mydła można tę glicerynę wmieszać z powrotem. Albo ją zebrać.

— Glicerynę możesz zmieszać z kwasem azotowym i wyjdzie ci nitrogliceryna — mówi Tyler.

— Nitroglicerynę możesz zmieszać z azotanem sodu i trocinami i wyjdzie ci dynamit — mówi Tyler.

— Możesz zmieszać nitroglicerynę z większą ilością kwasu azotowego i parafiny, i wyjdzie ci materiał wybuchowy o konsystencji żelatyny — mówi. — Takim czymś mógłbyś z łatwością wysadzić w powietrze budynek — mówi.

— Mając dostatecznie dużo mydła — mówi Tyler — mógłbyś wysadzić w powietrze cały świat. Pamiętaj o swojej obietnicy.

Pytam, jak tam z Marlą.


— Maria próbuje przynajmniej sięgnąć dna — mówi Tyler.

— Dopiero kiedy wszystko stracisz — mówi Tyler — będziesz mógł coś osiągnąć.

Pytam, ile mi jeszcze brakuje, żeby sięgnąć dna.

— Na etapie, na którym teraz jesteś — mówi Tyler — nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, jak wygląda dno.

160

— Chcę cię prosić o jeszcze jedną przysługę—mówi Tyler. Chodzi o Marlę, prawda?

— Nigdy nic jej o mnie nie mów — mówi Tyler. — Nie rozmawiaj o mnie za moimi plecami. Obiecujesz? Obiecuję.

— Jeśli kiedykolwiek wspomnisz przy niej o mnie, nigdy już mnie nie zobaczysz.

— Zadzwoń do mnie, proszę — mówi. — Proszę. Musimy pogadać.

Odpowiadam, że tak, tak, tak, tak, tak, zadzwonię. I w momencie kiedy za Marlą zamykają się drzwi, w kuchni zjawia się znowu Tyler. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Moi rodzice przez pięć lat robili takie sztuczki.



Tyler przechyla puszkę z ługiem nad wilgotnym, błyszczącym śladem po pocałunku, który złożył na grzbiecie mojej dłoni.

— To oparzenie chemiczne — mówi. — Będzie bolało bardziej niż zwyczajne. Bardziej niż przypalenie.

162


OPARZENIE

linia życia

1

linia serca

2

/

CHEMICZNE


164

OPARZENIE

/

CHEMICZNE


1

linia Ĺźycia

2

linia serca


— Bo wszystko, co było do tej pory, to już historia — mówi Tyler — a wszystko, co będzie od teraz, przejdzie do historii. To najdonioślejsza chwila naszego życia. Ług przylegający do śladu po pocałunku Tylera i układający się dokładnie w kształt tego śladu, jest płonącym ogniskiem albo rozpalonym do czerwoności żelazem do piętnowania, albo stosem atomowym topiącym się na mojej dłoni wiele mil ode mnie, na końcu długiej, długiej drogi, którą sobie wyobrażam. Tyler mówi, żebym wracał i był z nim. Dłoń mnie opuszcza, maleje, oddala się ku widnokręgowi, ku końcowi drogi.

— Wracaj do bólu — mówi Tyler. To rodzaj kierowanej medytacji, którą praktykuje się na spotkaniach grup wsparcia. Wyrzucić z myśli nawet słowo „ból”. Kierowana medytacja skutkuje na nowotwór, może poskutkować i na to. — Patrz na swoją dłoń — mówi Tyler. Nie patrzeć na dłoń. Wyrzucić z myśli słowa

ciało , tkanka ,

166

przeżeranie zwęglona


rozdział

9


h a

b贸l 168


hero

l

— Możesz płakać — mówi Tyler — ale każda łza skapująca na płatki ługu, które masz na skórze, pozostawi bliznę jak po oparzeniu papierosem. — Możemy zneutralizować oparzenie octem — mówi Tyler — ale najpierw musisz się poddać. Najpierw musisz stoczyć się na samo dno. — To najdonioślejsza chwila twojego życia — mówi Tyler — i umyka ci, bo bujasz gdzieś w obłokach. Czuć octem, i ogień na twojej dłoni, hen na końcu drogi, gaśnie. — Otwórz oczy — mówi Tyler. Jego twarz lśni od łez. — Moje gratulacje — mówi Tyler. — Jesteś o krok bliżej dna. — Musisz mieć świadomość — mówi Tyler — że pierwsze mydło wytworzone zostało z bohaterów. — Gdyby nie ich śmierć, ich ból, gdyby nie ich poświęcenie — mówi Tyler — do niczego byśmy nie doszli.


ten

170



ten

172

Zeszliśmy z Tylerem do podziemia i staliśmy się partyzantamiterrorystami sektora usług. Sabotażystami wieczornych bankietów. Hotel świadczy usługi cateringowe i każdemu, kto chce urządzić wieczorny bankiet, oferuje potrawy i wino, i zastawę, i szkło, i kelnerów. Wszystko to wliczone w jeden rachunek. A ponieważ klienci wiedzą, że nie możesz ich zaszantażować napiwkiem, jesteś dla nich karaluchem.


Tyler otrząsa małego nad wazą z zupą i mówi, że opróżnił pęcherz do sucha. Łatwiej jest z tym w wypadku zup zimnych, ziemniaczano-cebulowych, albo kiedy kucharze przyrządzą naprawdę świeże gazpacho. Jest to niemożliwe w wypadku tych zup cebulowych, na których pływa krucha warstewka stopionego sera. Jeśli zdarza mi się tu jadać, tylko taką zupę zamawiam.

Tylerowi i mnie kończyły się pomysły. Doprawianie posiłków musi się w końcu znudzić, staje się niemal częścią obowiązków służbowych. I pewnego razu obija mi się o uszy, że lekarze, prawnicy, czy kto tam, twierdzą, iż wirusy zapalenia wątroby potrafią przeżyć sześć miesięcy na stall nierdzewnej. Nie ma siły, samo nasuwa ci się pytanie, jak długo taki wirus przeżyłby na torcie biszkoptowym z bitą śmietaną. Albo na pasztecie z łososia w cieście.

Trzymając palec na guziku windy, pytam Tylera, czy jest gotowy. Blizna na grzbiecie mojej dłoni jest czerwonym, błyszczącym bąblem, przypominającym parę warg ułożonych dokładnie w kształt pocałunku Tylera. Jedna sekundka — mówi Tyler. Zupa pomidorowa musi być wciąż gorąca, bo pomarszczony organ, który Tyler upycha z powrotem w spodnie, jest sparzony na czerwono niczym olbrzymia krewetka.


174


11


176

Tyler mówi: — Opowiedz mi jeszcze raz, co się właściwie stało. Przez kilka tygodni było mi obojętne, co zamierza Tyler. Pewnego razu poszedłem z Tylerem do placówki Western Union i byłem świadkiem, jak wysyła do matki Marli telegram.

OKROPNIE POMARSZCZONA (stop) BŁAGAM, POMÓŻ! (koniec)


Tyler okazał urzędniczce kartę biblioteczną Marli, podpisał się imieniem Marla na blankiecie telegramu i wrzasnął, że tak, czasami faceci też miewają na imię Marla, i żeby urzędniczka robiła, co do niej należy.

Dziś wieczorem, kiedy to wszystko się zaczęło, Tyler się ukrywał. Marla pojawiła się w naszym domu. Uchyla bez pukania frontowe drzwi i krzyczy: — Puk, puk. Siedzę w kuchni i czytam „Reader’a Digest”. Jestem kompletnie zaskoczony. — Tyler! — wrzeszczy Marla. — Mogę wejść? Jesteś w domu? Odkrzykuję, że Tylera nie ma w domu. — Nie bądź niegrzeczny! — krzyczy Maria. Wychodzę jej na spotkanie. Marla stoi w sieni z paczką Federal Express w rękach i mówi: — Muszę coś włożyć do waszej lodówki. Drepczę za nią do kuchni, powtarzając, że nie. Nie. Nie. Nie. Nie dopuszczę, żeby zaczęła trzymać w tym domu swoje śmieci

— Ależ Robaczku — mówi Marla — w hotelu nie mam lodówki, a powiedziałeś, że będę mogła. Nieprawda, niczego takiego nie powiedziałem. Tylko tego brakowało, żeby Marla, znosząc po jednym swoje barachło, w końcu na dobre się tu wprowadziła. Marla stawia paczkę Federal Express na kuchennym stole, rozdziera ją, wyciąga ze styropianowego pudełka coś białego i potrząsa mi tym czymś przed nosem. — To nie żadne barachło — mówi. — To moja matka, a więc z szacunkiem. To coś, co Marla wyciągnęła z paczki, to plastikowy woreczek śniadaniowy wypełniony białą substancją, taką samą jak ta, z której Tyler wytopił łój na mydło.


Spytałem, po co jej ta biała substancja? — Chcę mieć paryskie usta — odparła Marla. — W miarę starzenia się wargi zapadają ci się w głąb ust. Zbieram kolagen na ich powiększenie. Mam już w waszej lodówce prawie trzydzieści funtów kolagenu.

Substancja w naszej domowej lodówce stanowiła swoisty fundusz powierniczy Marli. Jej mamusia, ilekroć wyhodowała nadmiar tłuszczu, odciągała go sobie z ud i pakowała. Marla mówi, że ten proces nazywa się „zbieraniem”. Jeśli mamusia Marli nie potrzebuje kolagenu dla siebie, wysyła go w paczuszkach Marli. Marla nigdy nie ma na zbyciu własnego tłuszczu, a jej mamusia jest zdania, że lepszy już rodzinny kolagen, niż gdyby Marla miała stosować ten tani, krowi.

178

Mówię w impali Tylerowi, że substancja z paczki Federal Express była identyczna z tą, z której wyprodukowaliśmy mydło.

= Śpimy dzisiaj w samochodzie, bo Marla przyszła do naszego domu i zagroziła, że wezwie policję i każe mnie aresztować za ugotowanie jej matki, a potem Marla zaczęła miotać się po domu i wywrzaskiwać, że jestem wampirem i kanibalem.


— Co robiłaby Mariiyn Monroe, gdyby teraz ożyła? — zadaje mi pytanie. Mówię mu dobranoc. Z sufitu zwisa w strzępach obicie, a Tyler odpowiada sam sobie: — Drapałaby wieko trumny od spodu.

hihihi


180


Tyler prosił mnie, żebym przepisał mu na maszynie zasady fight clubu i odbił je w dziesięciu kopiach.

I w tym tygodniu powraca bezsenność. Bezsenność, i cały świat postanawia przykucnąć i wypróżnić się na mój grób. Szef jest w szarym krawacie, a więc to pewnie wtorek. Szef podchodzi do mojego biurka, z kartką papieru, i pyta, czy coś mi aby nie zginęło. Informuje mnie, że ktoś zostawił tę kartkę w kopiarce, i zaczyna czytać: — Pierwsza zasada fight clubu to nie mówić o fight clubie. Wodzi po kartce oczami od brzegu do brzegu i chichocze. — Druga zasada fight clubu to nie mówić o fight clubie. Słyszę słowa Tylera, które padają z ust mojego szefa, Pana Szefa, mężczyzny w średnim wieku, trzymającego rodzinną fotografię na biurku i marzącego o wcześniejszej emeryturze oraz o spędzaniu zim na parkingu dla luksusowych przyczep kempingowych na jakiejś pustyni w Arizonie. Mój szef, facet paradujący w wykrochmalonych koszulach i w każdy wtorek po lunchu odwiedzający regularnie fryzjera, spogląda na mnie i mówi: — Mam nadzieję, że to nie twoje.

12

Jestem Ślepą Furią Joego. Co to ma być? Potrząsa mi kartką przed nosem. Pyta, co ja na to, co on powinien zrobić z pracownikiem, który w godzinach pracy buja sobie w obłokach? Co ja bym zrobił na jego miejscu? Co ja bym zrobił?


Facet, ciągnę, co wieczór siedzi pewnie w domu z małym pilniczkiem i nacina krzyżyki na czubku każdego pocisku. W ten sposób, kiedy pewnego dnia zjawi się w pracy i wygarnie do swojego upierdliwego, nieudolnego, ślamazarnego, skamlącego, lizusowatego, dupowatego szefa, pocisk, wchodząc w ciało, pęknie wzdłuż naciętych pilnikiem rowków i rozpadnie się jak zakwitająca kulka dum-dum, szatkując pełne cuchnącej zawartości bebechy albo przetrącając kręgosłup. Wyobraźcie sobie czakrę trzewi, otwierającą się w zwolnionej eksplozji przypominającego kiełbasę jelita cienkiego. I uśmiecham się. Krawędzie małej, przypominającej odbyt dziurki w moim policzku są granatowe niczym dziąsła psa. Skóra obciągająca mi opuchlizny pod oczami błyszczy jak polakierowana. Proponuję, że mu pomogę. Mówię jak Tyler. A taki był ze mnie sympatyczny gość. Mówię, że to straszne. Że to prawdopodobnie ktoś, kogo on zna od lat. Prawdopodobnie facet wie o nim wszystko, gdzie mieszka, gdzie pracuje jego żona i do której szkoły chodzą dzieci. Mówię, że nie, ta kartka nie należy do mnie. Biorę kartkę w dwa palce i wyrywam mu ją z ręki. Mówię szefowi, żeby może nie znosił mi wszystkich strzępów makulatury, jakie znajdzie.

182

Szef patrzy na mnie bez słowa. Szef patrzy na mnie bez słowa.


Szef patrzy na mnie bez słowa.


W niedzielny wieczór idę na spotkanie Wspólnoty Byłych Mężczyzn i zastaję podziemną salkę kościoła episkopalnego pod wezwaniem Świętej Trójcy prawie pustą. Jest tam tylko Wielki Bob.

184

dobre wieści—mówi Wielki Bob. - Grupa się rozwiązała. — Powstała nowa grupa — mówi Wielki Bob — ale pierwsza zasada tej grupy to nie mówić o niej.

gentlemen’s


O, cholera.

a

Otwieram oczy.

Kurwa.

club


186



188 TYLER WAS HERE


— Walki — mówi Wielki Bob — trwają do skutku. To zasady opracowane przez gościa, który wymyślił fight club. — Znasz go? — pyta Wielki Bob. — Bo ja go jeszcze na oczy nie widziałem — mówi Wielki Bob — ale gościu nazywa się Tyler Durden. Firma Mydlarska z Paper Street. Czy go znam? Mówię, że nie wiem. Może.

W środowe, czwartkowe i piątkowe wieczory Tyler pracuje jako kinooperator, W zeszłym tygodniu widziałem jego pasek od wypłaty.


190

2 18



192

g


G Marla zadzwoniła właśnie do mnie, bo mnie nienawidzi. Nie wspomina słowem o swoim kolagenowym funduszu powierniczym. Pyta tylko, czy nie wyświadczyłbym jej przysługi. Przez cale dzisiejsze popołudnie Marla leżała w łóżku. Marla od paru lat niema ubezpieczenia zdrowotnego, a więc przestała sprawdzać, ale dzisiejszego ranka sprawdza i wyczuwa zgrubienie, a węzły chłonne pod pachą w pobliżu tego zgrubienia są twarde i zarazem wrażliwe na dotyk. Marla mówi, że wybaczy mi ten kolagenowy numer, jeśli pomogę jej sprawdzić. Marla pęka ze śmiechu, momentalnie jednak poważnieje, kiedy moje palce się zatrzymują. Tak jakby coś wymacały. Marla wstrzymuje oddech, żołądek wibruje jej jak bęben, a serce jest niczym pięść waląca od spodu w napiętą skórę tego bębna. Marla się nie śmieje. Chcę ją rozśmieszyć, rozruszać. Sprawić, żeby puściła w niepamięć ten kolagen. Chcę powiedzieć Marli, że nie mam czego szukać. Jeśli nawet wymacała sobie coś rano, to była to pomyłka. Znamię.

14

13

U

Marla zaczęła chodzić na spotkania grup wsparcia po wykryciu u siebie pierwszego guza. Nazajutrz po wykryciu drugiego Marla wkicała do kuchni na dwóch nogach wciśniętych w jedną nogawkę rajstop i powiedziała: — Patrz, jestem syreną. — To nie to samo — powiedziała Marla — co usiąść tyłem do przodu na muszli klozetowej i udawać, że to motocykl. To autentyczny wypadek. Marla wykryła u siebie pierwszego guza na krótko przed tym, jak poznaliśmy się na spotkaniu Wspólnoty Byłych Mężczyzn, a teraz pojawił się drugi guz. Trzeba wam wiedzieć, że Marla wciąż żyje. Marla powiedziała mi, że jej filozofia życia to świadomość, iż w każdej chwili może umrzeć. Tragedią jej życia jest to, że nie umiera.


Serce Marli wyglądało jak moja twarz. Gówno i śmieci tego świata. Postkonsumpcyjna ludzka srajtaśma, której powtórnym przetworzeniem nikt nie będzie już sobie zawracał głowy Marla powiedziała mi, że między swoim pierwszym udziałem w spotkaniu grupy wsparcia a wizytą w klinice poznała mnóstwo osób, które już nie żyją. Ci nieboszczycy wydzwaniali do niej wieczorami z tamtej strony. Dajmy na to siedzi w barze, barman wywołuje jej nazwisko, ona podchodzi do telefonu, a w słuchawce martwa cisza. W takich chwilach myślała, że to już samo dno. — W wieku dwudziestu czterech lat — mówi Marla — nie masz pojęcia, jak nisko naprawdę możesz upaść, ale ja szybko się uczyłam.

194



Do domu przy Paper Street zaczął wydzwaniać policyjny detektyw w sprawie wybuchu w moim mieszkaniu. Detektyw powiedział, że to był dynamit. Znaleziono zanieczyszczenia, pozostałości szczawianu amonowego i nadchloranu potasowego wskazujące, że mogła to być bomba domowej roboty, a bolec zatrzasku w drzwiach frontowych był skruszony.

Detektyw wyjaśnił mi przez telefon, że ktoś przez dziurkę do klucza napsikał freonem w aerozolu do wnętrza zatrzasku, a potem postukał w zatrzask zimnym dłutem i cylinder się rozkruszył. W taki sposób przestępcy kradną rowery.

196


Podczas pewnej takiej rozmowy trzymałem słuchawkę przy jednym uchu, a Tyler stał tuż za mną i szeptał mi do drugiego. — Katastrofa to naturalny etap mojej ewolucji — wyszeptał Tyler — zmierzającej ku tragedii i rozkładowi. Powiedziałem detektywowi, że to lodówka spowodowała wybuch w moim mieszkaniu. — Przełamuję swoje przywiązanie do siły fizycznej i żądzy posiadania — wyszeptał Tyler — bo tylko niszcząc samego siebie, jestem w stanie odkrywać coraz większą potęgę własnego ducha. Powiedziałem, że byłem tej nocy w Waszyngtonie.

— Wyzwoliciel, który niszczy moją własność — mówił Tyler — walczy o zbawienie mej duszy. Nauczyciel, który usuwa z mojej drogi wszelką własność, uwolni mnie.


16

198



Czy to sprawka Komitetu Figli,

czy może raczej Komitetu Podpaleń?

200


Projekt Feniks?

Podpalenia spotykają się w poniedziałki. Prowokacje we wtorki. Figle spotykają się we środy. A Dezinformacja we czwartki. Zorganizowany Chaos. Biurokracja Anarchii. Grupy wsparcia. Coś w tym stylu.

Rozumiecie.


190

202


19 1


196

204


miałem ochotę zniszcz yć coś pięknego.


206

beauty


beauty


Tamtego wieczoru na spotkaniu fight clubu rzuciłem się z furią na naszego nowicjusza i okładałem jego piękną anielską buźkę najpierw jak kafarem kościstymi kłykciami pięści, a kiedy pościerałem sobie kłykcie o jego zęby, które poprzebijały wargi, napiętą nasadą pięści. W końcu dzieciak osunął mi się bezwładnie w ramiona. Tyler powiedział mi potem, że nie widział jeszcze, żebym coś tak kompletnie skasował. Tamtego wieczoru Tyler zdał sobie sprawę, że albo podniesie trochę poprzeczkę dla wstępujących do fight clubu, albo będzie musiał zawiesić jego działalność.

z czym tak naprawdę walczysz /

Nazajutrz przy śniadaniu Tyler powiedział: — Wyglądałeś jak furiat, jak psychol. Co cię naszło? Odparłem, że gówniano się czuję i że walka wcale nie poprawiła mi nastroju. Ani trochę mnie nie podrajcowała. Może to przesyt. Z czasem w człowieku wykształca się tolerancja na walkę i kto wie, czy nie powinienem przerzucić się na coś mocniejszego. I tamtego właśnie ranka Tyler wpadł na pomysł zainicjowania Projektu Feniks. Tyler spytał mnie, z czym tak naprawdę walczę.

208

miałem ochotę zniszczyć coś pięknego.


Trzymałem głowę pana aniołka pod pachą jak dynię albo futbolówkę i waliłem go w twarz pięścią, waliłem, dopóki zęby nie poprzebijały mu warg. Potem waliłem go w twarz łokciem dopóty, dopóki nie zwiotczał wi nie osunął się bezwładnie na posadzkę u mych stóp. Dopóki nie sczerniała mu obita skóra na kościach policzkowych. Pragnąłem wdychać dym.

Tyler rozprawiał często o ludzkiej mierzwie i niewolnikach historii, i ja właśnie takim kimś się czułem. Pragnąłem niszczyć wszystko, co piękne, a czego nigdy nie będzie mi dane mieć. Palić amazońskie lasy deszczowe. Wypuszczać w powietrze chmury freonu, by niszczyły warstwę ozonową. Otwierać zawory spustowe supertankowców i odczopowywać szyby naftowe na platformach wiertniczych. Pragnąłem zabijać ryby, na których jedzenie nigdy nie będzie mnie stać, i zanieczyszczać francuskie plaże, których nigdy nie zobaczę. Pragnąłem, by cały świat sięgnął dna. Tłukłem wtedy tamtego dzieciaka, a tak naprawdę, to pragnąłem wpakować kulkę między oczy każdej zagrożonej wymarciem pandzie, która nie chce się pieprzyć dla podtrzymania gatunku, każdemu wielorybowi i delfinowi, który dał za wygraną i w akcie desperacji rzucił się na plażę.

Pragnąłem spalić Luwr. Najchętniej rozwaliłbym młotem kowalskim w drobny mak Marmury Elgina i podtarł sobie tyłek Moną Lisą. To teraz mój świat. To mój świat, mój, a tamci ludzie dawno nie żyją. To tamtego ranka Tyler wpadł na pomysł Projektu Feniks. Pragnąłem uwolnić świat od historii.


jednym z wieczornych spotkań fight clubu wyzwałem wicjusza. Tego sobotniego wieczoru na spotkanie fight clubu yszedł po raz pierwszy młodzieniec o anielskiej twarzy yzwałem go na pojedynek. Taka obowiązuje zasada. Jeśli zestniczysz w spotkaniu fight clubu po raz pierwszy, musisz lczyć. A wyzwałem go, bo znowu dopadła mnie bezsenność najdowałem się w podłym nastroju; miałem ochotę zniszczyć ś pięknego.

210



212



214



216

Tyler powiedział, że celem Projektu Feniks jest zapoczątkowanie i doprowadzenie do końca procesu niszczenia cywilizacji. Jaki będzie następny etap Projektu Feniks, nie wie nikt prócz Tylera. Druga zasada to nie zadawać - Nie zaopatrujcie się w żadną amunicję - powiedział Tyler Komitetowi Napadów - Dzięki temu Podpalenia. Prowokacje. Figle i Dezinformacja. Żadnych pytań. Żadnych pytań. Żadnego migania się i żadnych kłamstw. Piąta zasada Projektu Feniks to ufać bezgranicznie Tylerowi.

1


17

Szef podchodzi do mojego biurka z kolejną kartką papieru i kładzie ją przy moim łokciu. Nie noszę już krawata. Szef jest w krawacie niebieskim, a więc to pewnie czwartek.

Tyler wręczył mi kartkę ze spisaną ręcznie listą i poprosił, żebym przepisał ją na maszynie i zrobił siedemdziesiąt dwie kopie. Po co aż tyle? — Bo — powiedział Tyler — tylu chłopaków może spać w tej piwnicy, jeśli położymy ich na potrójnych łóżkach piętrowych z demobilu. Spytałem, co z ich rzeczami? — Będzie im potrzebne tylko to, co jest na tej liście — odparł Tyler — a to wszystko powinno się spokojnie zmieścić pod materacem. Nagłówek listy, którą szef znalazł w kopiarce nastawionej wciąż na wykonanie siedemdziesięciu dwóch kopii, brzmi następująco: „Przyniesienie niezbędnych akcesoriów nie gwarantuje jeszcze przyjęcia na szkolenie, ale pod uwagę nie będzie brany żaden kandydat, który przyjdzie bez wyszczególnionego poniżej ekwipunku plus dokładnie pięćset dolarów w gotówce na pokrycie kosztów swojego pochówku”.


Oprócz pieniędzy kandydat musi przynieść ze sobą następujący ekwipunek: Dwie czarne koszule. Dwie pary czarnych spodni. Jedną parę ciężkich czarnych butów. Dwie pary czarnych skarpet i dwie pary majtek. Jedną grubą czarną kurtkę. Wlicza się w to odzież, którą kandydat ma na sobie. Jeden biały ręcznik. Jeden materac na pryczę z demobilu. Jedną białą plastikową miseczkę.

Po pracy oddaję Tylerowi sporządzone kopie i tak płyną dni. Wychodzę do pracy. Wracam do domu. Wychodzę do pracy. Wracam do domu, a na naszym frontowym ganku stoi jakiś facet.

218



Mówię więc panu aniołkowi, że jest za młody, ale przychodzi pora lunchu, a on wciąż tam stoi. Po lunchu wychodzę na ganek, zdzielam pana aniołka miotłą i wykopuję rzeczy faceta na ulicę. Tyler przygląda się z góry, jak końcem kija od miotły walę chłopaka w ucho. Ten dalej stoi. Wykopuję jego manele do rynsztoka i krzyczę. Jazda stąd, krzyczę. Nie słyszałeś? Za młody jesteś. Nie dasz sobie rady, krzyczę. Wróć za parę lat, to pogadamy. No już. Wynocha z mojego ganku.

Facet nie odchodzi. Jego ubrania leżą wciąż w rynsztoku. Wiatr porywa podartą papierową torbę. Facet nie odchodzi. Trzeciego dnia przed drzwiami frontowymi zjawia się następny kandydat. Pan aniołek wciąż tam stoi, więc Tyler schodzi na dół i mówi panu aniołkowi:

— Wchodź. Pozbieraj swoje bambetle z ulicy i wchodź.

— Nie przeszkadzaj im. Wszyscy wiedzą, co mają robić. To istota Projektu Feniks. Żaden z nich nie zna całego planu, ale każdy jest przyuczony do perfekcyjnego wykonywania jednego prostego zadania. Żelazna zasada Projektu Feniks to ufać bezgranicznie Tylerowi. Potem Tyler znika. Zastępy facetów uczestniczących w Projekcie Feniks całymi dniami wytapiają tłuszcz. Całymi nocami słyszę, jak inne zastępy mieszają ług, tną mydło w laski, pieką laski mydła na blachach do pieczenia, a potem zawijają każdą laskę w bibułę i naklejają etykiety Firmy Mydlarskiej z Paper Street. Każdy, z wyjątkiem mnie, wie najwyraźniej, co ma robić, a Tylera jak nie ma, tak nie ma.

220


Wracam teraz z pracy do domu, a dom jest pełen obcych, przyjętych przez Tylera. Wszyscy oni pracują. Cały parter jest teraz kuchnią i fabryką mydła. Łazienka nigdy nie pustoszeje. Zastępy mężczyzn znikają na kilka dni i wracają do domu z czerwonymi gumowymi torbami rzadkiego, wodnistego tłuszczu.

Kłącze kosaćca, dziki hiszpański irys.


222



224

Tylera jak nie ma,


tak nie ma.


226



228

W niektóre wieczory, po pracy, chodzę na spotkania rozmaitych fight clubów, odbywające się w piwnicy jakiegoś baru albo w jakimś garażu, i pytam, czy ktoś nie widział Tylera Durdena.

Kiedy zaczynają się walki, biorę przewodniczącego klubu na stronę i pytam go, czy nie widział Tylera. Mówię mu, że mieszkam z Tylerem i od jakiegoś czasu nie ma go w domu.

Nie, proszę pana. Niestety, proszę pana. Nie znają nikogo, kto by znał osobiście Tylera Durdena. Tylera Durdena znali osobiście znajomi znajomych, i to oni założyli ten oddział fight clubu, proszę pana. I mrugają do mnie. Nie znają nikogo, kto choćby raz widział Tylera Durdena na własne oczy. Proszę pana.


Wszyscy pytają, czy to prawda. Czy Tyler Durden tworzy jakąś armię? Bo takie krążą pogłoski. Czy Tyler Durden naprawdę sypia tylko jedną godzinę na dobę? Plotka głosi, że Tyler Durden ruszył w trasę i zakłada fight cluby w całym kraju. Wszyscy chcą wiedzieć, co będzie dalej.

— Co wy chcecie zrobić? — pyta Marla. Jak by to powiedzieć? W ziemi błyszczy coś złotego. Klękam, by się temu przyjrzeć. Mówię Marli, że nie wiem, co będzie dalej.


W ten piątkowy wieczór zasypiam w pracy przy biurku. Budzę się z policzkiem wtulonym w skrzyżowane na blacie biurka przedramiona, telefon dzwoni, w biurze nie ma już nikogo. Sięgam po słuchawkę, Skargi i Reklamacje. Skargi i Reklamacje to mój dział.

230

Dłonie śmierdzą mi benzyną.

Podnoszę słuchawkę. To Tyler. — Wyjdź na zewnątrz — mówi Tyler. — Na parkingu czeka na ciebie paru chłopaków. Pytam, co to za jedni? — Schodź, oni czekają — mówi Tyler. Dłonie śmierdzą mi benzyną. — Rusz tyłek — mówi Tyler. — Czekają na ciebie w samochodzie. W cadillacu. Nie mam pewności, czy Tyler czasem mi się nie śni. Ewentualnie czy to ja nie śnię się Tylerowi.



232

wsiadam

ruszamy

Nie mam pewności, czy Tyler czasem mi się nie śni. Ewentualnie czy to ja nie śnię się Tylerowi.

Wącham swoje śmierdzące benzyną dłonie. W biurze prócz mnie nie ma nikogo. Wstaję i wychodzę na parking.


Na tylnej kanapie siedzą trzy kosmiczne małpy w czarnych koszulach i czarnych spodniach. Nic nie widzą. Nic nie słyszą. Nic nie mówią. Pytam, gdzie jest Tyler?


234

Gdzie jest

Tyler?


Wącham swoje śmierdzące benzyną dłonie.

— Pierwsza zasada fight clubu to nie mówić o fight clubie— mówi mechanik. — A ostatnia zasada Projektu Feniks to nie zadawać żadnych pytań. No więc co może mi powiedzieć? — Na pewno zdajesz sobie sprawę — mówi mechanik — że ojciec był dla ciebie uosobieniem Boga.

— Jeśli jesteś mężczyzną i chrześcijaninem i mieszkasz w Ameryce — mówi mechanik — to ojciec jest dla ciebie uosobieniem Boga. A jeśli nie znasz swojego ojca, jeśli twój ojciec dał nogę albo umarł, albo nigdy nie ma go w domu, to jakie jest twoje wyobrażenie o Bogu? To dogmat Tylera Durdena. Tyler zapisywał swoje złote myśli na kawałkach papieru, kiedy spałem, a potem dawał mi je do przepisania na maszynie i skopiowania w pracy. Czytałem wszystkie. Prawdopodobnie nawet mój szef wszystkie czytał. — Kończy się na tym — mówi mechanik — że całe życie upływa ci na szukaniu ojca i Boga.


236

— mówi mechanik


— Dopóki jesteście w fight clubie nie liczy się, ile pieniędzy macie w banku! Nie liczy się wasza praca! Nie liczy się wasza rodzina i nie liczy się, za kogo się uważacie! — Nie liczy się wasze nazwisko! — wrzeszczy na wiatr mechanik. Któraś z kosmicznych małp z tylnej kanapy podchwytuje: — Nie liczą się wasze problemy!


238


—Nie liczy się wasz wiek! — krzyczy kosmiczna małpa. — Nie liczy się wasz wiek! — drze się mechanik.


240

Chcę wiedzieć, co kombinuje Tyler.

Mechanik otwiera popielniczkę i wciska zapalniczkę.


?

— To jakiś test? — pyta. — Sprawdzasz nas?


242

—T

c z

19 19


Teraz już wiesz,

co to znaczy zajrzeć śmierci w oczy —

mówi mechanik.


Częściowo — mówi. — Muszę złożyć ofiarę z czterech ób i wrócić z transportem tłuszczu.

244

— Tłuszcz —

mówi mechanik — tłuszcz z zabiegów liposukcji, odessany z najbogatszych ud Ameryki. Z najbogatszych, najtłustszych kończyn świata.


Tłuszczu? — Na mydło. Co planuje Tyler?

217


246

— I właśnie dlatego tu dzisiaj jesteśmy — mówi mechanik. Jesteśmy łowcami i polujemy na tłuszcz.



248


— A co do tego rzucenia pracy, to mówiłeś poważnie? — pyta mechanik.

Tak, jak najpoważniej.


20 / 3 0

zystko poszło tak gładko, że dziw. Robiłem, co mi kazał chanik. To po to mieliśmy bie kupić pistolety. rabiałem swoją pracę mową. Każdy z nas miał ynieść Tylerowi dwanaście w jazdy. Na dowód, że każdy as złożył ofiarę z dwunastu zi.

250

Teraz łzy płynęły już ciurkiem i jeden szczególnie dorodny okaz stoczył się po lufie pistoletu, potem po osłonie spustu, by na koniec rozpłynąć się po moim palcu wskazującym. Raymond Hessel zamknął oczy, a ja, stojąc obok niego, docisnąłem mu pistolet mocno do skroni, żeby dobrze poczuł ten ucisk. To było jego życie i w każdej chwili mógł je zakończyć.


20 / 3 0

Raymond Hessel

No, co studiowałeś? Gdzie? W college’u, powiedziałem. Masz legitymację studencką. Och, nie wiedziałeś, szloch, przełknięcie, pociągnięcie nosem, no, biologię. Posłuchaj teraz, Raymondzie K.K.K. Hessel, umrzesz tej nocy. Możesz umrzeć zaraz albo za godzinę, decyzja należy do ciebie. A więc okłam mnie. Powiedz mi pierwszą banialukę, jaka przyjdzie ci do głowy. Wymyśl coś. Wszystko jedno co. Mam pistolet.


252

Powiedziałem, żebyś nie chrzanił. Potem spytałem, co chciałbyś w życiu robić? Gdybyś miał jeszcze przed sobą jakąś przyszłość. Wymyśl coś. Nie wiedziałeś.

Powiedziałem, że w takim razie zaraz umrzesz. Kazałem ci odwrócić głowę. Śmierć nastąpi za dziesięć, za dziewięć, za osiem.

Albo pójdziesz do szkoły i będziesz tam zakuwał w pocie czoła, Raymondzie Hessel, albo umrzesz. Wybieraj. Wepchnąłem ci twój portfel do tylnej kieszeni dżinsów.



254


Weterynarzem?

Powiedziałem, żebyś wobec tego wracał do szkoły. Jeśli obudzisz się jutro rano żywy, na pewno znajdziesz jakiś sposób, by wznowić naukę.

Wiem, kim jesteś. Wiem, gdzie mieszkasz. Zatrzymuję sobie twoje prawo jazdy i będę miał cię na oku, panie Raymondzie K. Hessel. Sprawdzę za trzy miesiące, potem za sześć, potem za rok, i jeśli stwierdzę, że nie wróciłeś do szkoły, by kształcić się na weterynarza, zginiesz.

Nic nie powiedziałeś.


256


Odejdę teraz, a ty się nie odwracaj. Tego właśnie oczekuje ode mnie Tyler. To słowa Tylera padają z moich ust. Jestem ustami Tylera. Jestem dłońmi Tylera. Każdy z Projektu Feniks jest cząstką Tylera Durdena i vice versa.


258

21

21

21


21

21


260

budzisz siÄ™ na


Tylera nie ma od jakiegoś czasu w domu. Ja pracuję dalej tam, gdzie pracowałem. Latam z lotniska na lotnisko i oglądam samochody, w których zginęli ludzie. Magia podróży. Maleńkie życie. Maleńkie mydełka. Maleńkie lotniskowe krzesełka. Wszędzie, gdzie rzucą mnie obowiązki służbowe, pytam o Tylera. Wszędzie wożę ze sobą prawa jazdy świadczące, że złożyłem ofiarę z dwunastu ludzi. To na wypadek, gdybym go odnalazł.


W każdym barze, do jakiego zachodzę, w każdym z tych pieprzonych barów, spotykam facetów z pokiereszowanymi w walce gębami. W każdym barze ktoś obejmuje mnie ramieniem i chce stawiać piwo. Od razu poznaję, który bar jest barem fight clubowym. O to, czy wiedzą o fight clubie, pytać nie muszę. Pierwsza zasada to nie mówić o fight clubie. Odpowiadają, że nie, nigdy o kimś takim nie słyszeliśmy, proszę pana. Ale może jest w Chicago, proszę pana. To chyba przez tę dziurę w policzku wszyscy zwracają się do mnie per proszę pana.

Pytam, czy widzieli faceta nazwiskiem Tyler Durden.

Ale czy widzieli Tylera Durdena?

I mrugają porozumiewawczo.

262

Gdybyś tak mógł obudzić się w innym miejscu. Gdybyś tak mógł obudzić się w innym czasie. Dlaczego nie możesz się obudzić jako inna osoba?


W każdym barze, do jakiego zachodzisz, pokancerowani faceci chcą ci stawiać piwo. Nie, proszę pana, nie znamy Tylera Durdena. I porozumiewawcze mrugnięcie. Nigdy nie słyszeli tego nazwiska. Proszę pana. Pytam o fight club. Czy odbywa się tu dziś wieczorem spotkanie jakiegoś fight clubu? Nie, proszę pana. Druga zasada fight clubu to nie mówić o fight clubie. Pokancerowani faceci przy barze kręcą głowami. Nigdy o niczym takim nie słyszeli. Proszę pana. Ale może znajdzie pan ten swój fight club w Seattle, proszę pana.

I porozumiewawcze mrugnię


Autobus lotniskowy dowozi cię do śródmieścia Seattle i barman w pierwszym barze, do którego zaglądasz, ma na szyi kołnierz usztywniający, który odchyla mu głowę do tyłu podtakim kątem, że jeśli chce na ciebie spojrzeć, musi zezować wzdłuż swojego rozkwaszonego, sinego jak oberżyna nosa. Bar jest pusty, a barman mówi z uśmiechem: — Witamy znowu w naszych skromnych progach, proszę pana. Jeszcze nigdy, ale to nigdy nie byłem w tym barze. Pytam, czy znane mu jest nazwisko Tyler Durden. Barman stoi z brodą zadartą wysoko przez krawędź białego kołnierza usztywniającego, uśmiecha się ni to do mnie, ni do sufitu, i pyta: — To jakiś test? Odpowiadam, że tak, test. Czy zna Tylera Durdena?

264


— Był pan tu w zeszłym tygodniu, panie Durden — mówi barman — Nie pamięta pan? A więc Tyler tu był. — Był pan tu, proszę pana. Jestem tu dzisiaj pierwszy raz w życiu. — Skoro pan tak twierdzi, proszę pana — mówi barman — ale w czwartek wieczorem wpadł pan tu zapytać, kiedy policja zamierza zamknąć nasz lokal.


266

znam je znamie



— Pusto tu dzisiaj, a więc nikt nas nie usłyszy, panie Durden, proszę pana. Wczoraj wieczorem było na fight clubie dwudziestu siedmiu chłopaków. Po wieczorze fight clubowym zawsze tu pusto. W każdym barze, do jakiego zachodziłem w tym tygodniu, każdy zwracał się do mnie per pan. W każdym barze, do jakiego zachodzę, wszyscy obtłuczeni faceci z fight clubu zaczynają zachowywać się podobnie. Skąd obcy mogą wiedzieć, kim jestem?

268


— Ma pan znamię, panie Durden — mówi barman. — Na stopie. Przypomina ciemnoczerwoną Australię z Nową Zelandią tuż obok. Wie o tym tylko Marla. Marla i mój ojciec. Poza nimi nie wie tego nawet Tyler. Na plaży siedzę zawsze z nogą podwiniętą pod siebie. znam je znamje

— Wszyscy wiedzą o tym znamieniu — mówi barman. — To część legendy. Człowieku, ty się, kurczę, stajesz legendą.


270

I’m



272

Dzwonię z motelowego pokoju w Seattle do Marli, żeby spytać, czy kiedykolwiek to robiliśmy. No, wiecie.

—C

Czy

—C No,

—J No —C

Czy

—A

To m

—N

Tak,

—W pala a po

Szcz

—N Pot

Urat

—U

To T

—T

yler

Wpy ból

—T Hot pam

Och

—T że c

Prze Pyta


Co? — pyta Marla z drugiego końca kraju.

y spaliśmy ze sobą?

Co takiego?!

czy kiedykolwiek miałem z nią stosunek płciowy?

Jezu! więc? Co, no więc? — pyta Marla.

y mieliśmy kiedykolwiek stosunek?

Ależ z ciebie kawał gówna.

mieliśmy ten stosunek, czy nie?

Najchętniej bym cię zabiła!

, czy nie?

Wiedziałam, że tak będzie — mówi Marla. — Ależ z ciebie ant. Kochasz mnie. Zaniedbujesz mnie. Ratujesz mi życie, otem przerabiasz moją matkę na mydło.

zypię się w policzek. Pytam Marlę, jak się poznaliśmy.

Na tej imprezie chorych na raka jąder — mówi Marla. — tem uratowałeś mi życie.

towałem jej życie?

Uratowałeś mi życie.

Tyler uratował jej życie.

Ty uratowałeś mi życie.

ycham sobie palec w dziurę w policzku i kręcę nim. Taki powinien mnie obudzić.

To ty uratowałeś mi życie — mówi Marla. — W Regent tel. Przypadkowo próbowałam popełnić samobójstwo. Nie miętasz?

h.

Tamtego wieczoru — mówi Marla — kiedy powiedziałam, chcę mieć po tobie skrobankę.

ed chwilą doszło do rozhermetyzowania kabiny. am Marlę, jak się nazywam. Wszyscy zginiemy.

- Tyler Durden - mówi Marla - Nazywasz się Tyler Dupek Durden.


274

2


22


276

Liczysz dni, godziny, minuty od czasu, kiedy ostatni raz spałeś. Twój lekarz się śmieje. Z braku snu nikt jeszcze nie umarł. A patrząc na twoją posiniaczoną gębę, która wygląda jak stary obity owoc, można by pomyśleć, że już nie żyjesz.



Musisz odnaleźć Tylera. Musisz się trochę przespać. Budzisz się nagle i obok łóżka stoi w ciemnościach

278

Tyler.

— Obudź się. Obudź się, rozwiązaliśmy tu, w Seattle, proble z policją. Obudź się.


em

— Nie ma już mnie i ciebie — mówi Tyler i szczypie mnie w czubek nosa. — Chyba zdążyłeś to zauważyć. Obaj korzystamy z tego samego ciała, ale każdy w różnym czasie. — Zadaliśmy do odrobienia specjalną pracę domową — mówi Tyler. — Powiedzieliśmy: „Przynieście mi parujące jądra Jego Ekscelencji komisarza policji w Seattle, pana Jakiegośtam”. To mi się nie śni. — Owszem — mówi Tyler — śni ci się. Skompletowaliśmy zastęp składający się z czternastu kosmicznych małp, z czego pięć kosmicznych małp było policjantami, i obstawiliśmy wczoraj wieczorem park, w którym Jego Ekscelencja zwykł spacerować ze swoim psem. — Spokojna głowa — mówi Tyler — psu nic się nie stało. Cała akcja trwała o trzy minuty krócej, niż wyniósł nasz rekord podczas ćwiczeń. Zakładaliśmy, że zajmie dwanaście minut. Nasz najlepszy czas podczas ćwiczeń wyniósł dziewięć minut.


2

3

A więc Tyler szastał moimi pieniędzmi. Nic dziwnego, że jestem ciągle na debecie. — A co do tych posad, to jak myślisz? Dlaczego jesteś wciąż taki zmęczony? Kurde, to żadna tam bezsenność. Z chwilą kiedy ty zasypiasz, ja przejmuję pałeczkę i idę do roboty albo do fight clubu, czy gdzie tam. Masz szczęście, że nie trafiła ci się posada zaklinacza węży. Pytam, co w takim razie z Marlą? — Marla cię kocha. Marla kocha ciebie. — Marla nie odróżnia ciebie ode mnie. Tamtego wieczoru, kiedy się poznaliście, podałeś jej zmyślone nazwisko. Na grupach wsparcia nie posługiwałeś się nigdy swoim prawdziwym nazwiskiem, ty fałszywy zasrańcu. Od dnia kiedy ocaliłem Marli życie, ona myśli, że nazywasz się Tyler Durden. Czy teraz, kiedy już znam całą prawdę o Tylerze, on zniknie? — Nie — mówi Tyler, nie puszczając mojej dłoni. — Po pierwsze, nie byłoby mnie tutaj, gdybyś sam tego nie chciał. Żyję swoim życiem, kiedy ty śpisz, ale jeśli mnie wyrolujesz, jeśli przykujesz się do łóżka łańcuchem albo zażyjesz końską dawkę proszków nasennych, staniemy się wrogami. E, tam. Pic na wodę, fotomontaż. To tylko sen. Tyler mi się śni. Jest przejawem skojarzeniowego zaburzenia osobowości. Stanem fugi psychogenicznej. Tyler Durden to halucynacja. — Pieprzysz jak potłuczony — mówi Tyler. — Może to ty jesteś moją schizofreniczną halucynacją. Byłem tu pierwszy.

280


O, Boże. Tyler. Marla mnie kocha. Marla nie dostrzega różnicy. — Cieszę się, że wróciłeś—mówi Marla.—Musimy pogadać. Mówię, że tak. Musimy pogadać.

Mówię Marli, żeby nie dotykała niczego, co jest w tym zamrażalniku. Żeby go nawet nie otwierała. Jeśli kiedykolwiek coś tam znajdzie, to niech tego nie je ani nie karmi tym kota, niech w ogóle tego nie rusza. Kosmiczna małpa z lusterkiem przypatruje się nam, mówię więc Marli, że musimy stąd wyjść. Porozmawiamy gdzie indziej. Na schodach do piwnicy jedna kosmiczna małpa czyta drugiej: — „Trzy sposoby otrzymywania napalmu: Pierwszy—miesza się równe porcje benzyny i zamrożonego koncentratu soku pomarańczowego — czyta kosmiczna mał­pa. — Drugi — miesza się równe porcje benzyny i dietetycznej coli. Trzeci — rozpuszcza się w benzynie rozdrobnione kocie odchody, aż do zgęstnienia roztworu”.


Mówię Marli, że od tej chwili ma chodzić za mną co wieczór i zapisywać, dokąd mnie nosi. Z kim się spotykam. Czy wykast­ rowałem kogoś ważnego. Tego rodzaju sprawy. Wyjmuję portfel i pokazuję Marli prawo jazdy ze swoim prawdziwym nazwiskiem. Nie brzmi ono Tyler Durden. — Przecież wszyscy znają cię jako Tylera Durdena—mówi Marla. Wszyscy, tylko nie ja.

W pracy nikt nie nazywa mnie Tylerem Durdenem. Szef, zwracając się do mnie, używa mojego prawdziwego nazwiska. Moi rodzice mogą zaświadczyć, kim naprawdę jestem. — Więc jak to się dzieje — pyta Marla — że dla jednych jesteś Tylerem Durdenem, a dla innych nie?

282


Po raz pierwszy zobaczyłem Tylera, budząc się ze snu.

Byłem zmęczony, zły, zaganiany i wsiadając do samolotu, marzyłem zawsze, żeby ten się rozbił. Zazdrościłem ludziom umierającym na raka. Nienawidziłem swojego życia. Byłem zmęczony i znudzony swoją pracą, swoimi meblami, i nie widziałem sposobu na zmianę czegokolwiek. Innego niż zakończenie tego wszystkiego. Czułem się jak w potrzasku. Byłem zbyt zrealizowany. Byłem zbyt idealny. Pragnąłem się oderwać od swojego maleńkiego życia. Od porcjowanych masełek i ciasnych lotniczych foteli. Od szwedzkich mebli. Od wydumanej sztuki nowoczesnej.


284



Wcale nie spałem, choć wydawało mi się, że zasnąłem.

— Nie — mówi Marla — ty nie śnisz. Tyler Durden jest odrębną stworzoną przeze mnie osobowoś­cią, i teraz grozi, że odbierze mi moje realne życie.

286


Następnego wieczoru kładę się wcześniej do łóżka. I tej nocy Tyler prowadzi kontrolę trochę dłużej. Z dnia na dzień kładę się coraz wcześniej i Tyler coraz dłużej dysponuje moim ciałem. — Ależ to ty jesteś Tylerem — mówi Marla. Nie. Nie jestem.

Kocham w Tylerze Durdenie wszystko, jego odwagę i jego spryt. Jego zimną krew. Tyler jest dowcipny i czarujący, i silny, i niezależny, ludzie są w niego zapatrzeni i wierzą, że potrafi zmienić ich świat. Tyler jest zdolny i wolny, w odróżnieniu ode mnie. Nie jestem Tylerem Durdenem. — Ależ jesteś, Tyler — mówi Marla. Tyler i ja dzielimy to samo ciało, co dopiero teraz odkryłem. Ilekroć Tyler kochał się z Marlą, ja spałem. Tyler chodził i rozmawiał, kiedy mnie wydawało się, że śpię. Wszyscy z fight clubu i Projektu Feniks znają mnie jako Tylera Durdena.


288

— No, dobrze — mówi Marla — powiedzmy, że ci wierzę. Czego ode mnie chcesz? Chcę, żeby Marla nie pozwalała mi zasnąć. Wtedy Tyler będzie mógł mnie kontrolować. Koło się zamyka. Tamtej nocy, kiedy Tyler uratował jej życie Marla poprosiła go, żeby przez całą noc nie dał jej zmrużyć oka. W momencie kiedy zasnę, pałeczkę przejmie Tyler i stanie się coś strasznego.


257


290

48

Nazywa się Robert Paulson i ma czterdzieści osiem lat. Nazywa się Robert Paulson, ma czterdzieści osiem lat, i Robert Paulson już nigdy więcej lat mieć nie będzie.

Robert Paulson

part 24 of 30


— Robert Paulson — ryczy tłum. — Robert Paulson — ryczy tłum. Idę dziś wieczorem na spotkanie fight clubu, żeby go rozwią­ zać. Staję pośrodku pomieszczenia w blasku jedynej żarówki, a tłum wiwatuje. Dla wszystkich tutaj jestem Tylerem Durdenem. Bystrym. Zdecydowanym. Pewnym siebie. Unoszę w górę ręce, proszę o ciszę i sugeruję, że może byśmy tak dali już sobie spokój. Rozejdźcie się do domów i zapomnijcie o fight clubie. Moim zdaniem fight club spełnił już swoją funkcję, a wa­szym? Projekt Feniks jest zamknięty.

Mówię, że zginął człowiek. Gra skończona. To przestało być zabawne.

zginął człowiek


Przygotować się do wydalenia członka za trzy, dwie, jedną. ąg mężczyzn rzuca się na mnie, dwieście dłoni chwyta każdy skrawek moich rąk i nóg i unosi mnie ku światłu. ygotować się do ewakuacji duszy za pięć, za cztery, trzy, dwie, jedną. m, przekazując mnie sobie nad głowami, sunie w kierunku drzwi. Płynę. Lecę. zeszczę, że fight club jest mój. Projekt Feniks to mój po­mysł. Nie możecie mnie wyrzucić. Ja tu rządzę. Idźcie do domu! Zapisani do pierwszej walki — ryczy głos przewodniczą­cego oddziału — na środek pomieszczenia wystąp. Wykonać! wyjdę. Nie poddam się. Opanuję sytuację. Ja tu rządzę. Wydalić członka fight clubu. Wykonać! akuacja duszy. Wykonać.

I wyfruwam powoli za drzwi w rozgwieżdżoną noc i chłodne powietrze i ląduję na betonowej płycie parkingu. W stu miastach fight club kontynuuje działalność beze mnie.

292


— Wydalić członka fight clubu. Wykonać!


294


25

Od wielu już lat pragnąłem zasnąć. Sen był dla mnie formą ucieczki, rezygnacji. Teraz boję się zasnąć. Jestem w Regent Hotel u Marli, pokój 8G. Świadomość bliskości tylu staruszków i ćpunów, którzy siedzą tu pozamykani na trzy spusty w swoich małych klitkach, sprawia, że moja postępująca desperacja wy­daje się czymś normalnym i oczekiwanym. Mówię, że wszędzie, gdzie chodzimy, faceci z ulicy biorą mnie za Tylera Durdena. — To dlatego ten kierowca autobusu nie chciał od nas pieniędzy za przejazd? Tak. I dlatego tych dwóch gości ustąpiło nam w autobusie miejsca. — Do czego zmierzasz? Nie wydaje mi się, żeby samo ukrywanie się wystarczyło. Musimy się jakoś pozbyć Tylera.


296


26

Tak, to stare powiedzenie, że zawsze zabijasz to, co kochasz, obowiązuje w obie strony. Nie da się ukryć. Tego ranka, dojeżdżając do pracy, już z daleka zobaczyłem policyjne zapory między budynkiem a parkingiem. Policjanci przed wejściem zbierali oświadczenia od ludzi, z którymi pracowałem. Istny młyn. Tlące się biurko wypychane przez wybite okno przez dwóch innych strażaków przechyla się, a potem ześlizguje i spada z wysokości trzech pięter na chodnik. Rozlatuje się na kawałki i wciąż dymi. Jestem Skurczem Żołądka Joego. To moje biurko. Wiem, że mój szef nie żyje. Nie chcę tego wiedzieć, ale wiem, że

Wiem, że mój szef nie żyje. Trzy sposoby uzyskiwania napalmu. Wiedziałem, że Tyler zamierza zabić mojego szefa. Z chwilą kiedy poczułem, że moje dłonie śmierdzą benzyną, kiedy powiedziałem, że chcę zrezygno­wać z pracy, dałem mu na to przyzwolenie. Bądź moim gościem. Zabij mojego szefa. Och, Tyler. Wiem, że wybuchł komputer. Wiem, bo Tyler to wie.

wierci się jubilerską wiertarką dziurkę w wierzchu obudowy monitora. Wiedzą to wszystkie kosmiczne małpy. Przepisywałem na maszynie za­piski Tylera. To nowa wersja bomby z żarówki. Bombę z ża­rówki sporządza się, wiercąc dziurkę w bańce żarówki i napeł­niając ją benzyną. Potem zalepia się dziurkę woskiem albo silikonem, wkręca żarówkę z powrotem w oprawkę i czeka, aż ktoś wejdzie do pokoju i zapali światło. Lampa obrazowa komputerowego monitora mieści o wiele więcej benzyny niż żarówka. Albo zdejmuje się z lampy obrazowej plastikową osłonę, to łatwe, albo wierci się dziurkę przez wierzch obudowy. Przedtem trzeba odłączyć monitor od źródła zasilania i od komputera.


Sęk w tym, że ja nawet lubiłem swojego szefa. Jesteś osobnikiem płci męskiej, chrześcijaninem, mieszkasz w Ameryce, a twój ojciec jest dla ciebie modelem Boga. I cza­sami odkrywasz ojca w swoim miejscu pracy. Tylko że Tyler mojego szefa nie lubił. Policja będzie mnie szukała. W piątek wieczorem jako ostatni wyszedłem z budynku. Obudziłem się przy swoim biurku, blat zaparował od mojego oddechu, odebrałem telefon i Tyler powie­ dział; „Wyjdź na zewnątrz. Czekają tam na ciebie w samochodzie”. W cadillacu. Dłonie wciąż śmierdziały mi benzyną. Mechanik z fight clubu zapytał, co jeszcze chciałbym zrobić przed śmiercią.

298

Odpowiedziałem, że rzucić pracę. Tym samym udzielałem Tylerowi przyzwolenia. Bądź moim gościem. Zabij mojego szefa.


szefa


— Proszę nie mieć mi tego za złe — mówi kierowca. — Na komitecie mówili, że to pański własny pomysł, proszę pana. Wygolone głowy odwracają się jedna po drugiej. A potem ich właściciele jeden po drugim wstają z miejsc. Jeden trzyma w ręku szmatkę, czuję zapach eteru. Ten najbliżej mnie ma nóż myśliwski. Rozpoznaję w nim mechanika z fight clubu. — Odważny z pana gość — mówi kierowca autobusu. — Żeby tak samego siebie wyznaczyć na obiekt pracy domowej, no, no. — Zamknij się — mówi do kierowcy autobusu mechanik z fight clubu. — Gęba na kłódkę i filuj, czy teren czysty. Nie ulega wątpliwości, że jedna z kosmicznych małp ma gumową taśmę do ściśnięcia jąder. Gromadzą się wszystkie z przodu autobusu. — Zna pan regulamin, panie Durden — mówi mechanik. — Sam pan to powiedział. Powiedział pan, że jeśli ktoś kiedyś będzie próbował zamknąć fight club, to nawet gdyby był to pan, musimy chwycić go za jaja. Gonady. Klejnoty. Wisienki. Huevos. Wyobrażam sobie najlepszy fragment siebie zamrożony w woreczku śniadaniowym i przechowywany w siedzibie Firmy Mydlarskiej z Paper Street.

300


— Odbyliśmy właśnie małą naradę — mówi mechanik z fight clubu. — Tym razem nie jest to pogróżka, panie Durden. Tym razem musimy je naprawdę obciąć. jaja. Gonady. Klejnoty. Wisienki. Huevos.

Czyjeś ramię obejmuje cię za klatkę piersiową. Terapeutyczny kontakt fizyczny. Pora na uścisk. Nasączona eterem szmatka przywiera ci szczelnie do nosa i ust. Potem już nic, mniej niż nic. Otchłań. — Staraj się, żeby nie bolało — mówi ktoś. Ręce trzymające mnie za kostki są milion mil stąd. Wyob­rażam je sobie na końcu długiej, długiej drogi. Kierowana medytacja. Byle tylko nie wyobrażać sobie, że rama okna to tępy, gorący nóż, który przecina ci brzuch.


302

Angela-Baronin-white-stockings-red-boots.jpg



N OTHING

 Noc, W rozerwanej wybuchem, wypalonej skorupie mojego mieszkania jest ciemno jak w kosmosie. Nie docierają tu mdłe światła miasta. Na krawędzi piętnastopiętrowej przepaści, tam gdzie kiedyś było okno, trzepocze i wydyma się żółta policyjna taśma.

Świat staje na głowie. Moj szef nie żyje. Nie mam już domu. Nie mam pracy. Jestem za to wszystko odpowiedzialny. Nic mi nie zostało. W banku jestem na debecie. Przekrocz krawędź. Między mną a otchłanią furkocze policyjna taśma. Przekrocz krawędź. Co ci pozostało? Przekrocz krawędź. Jest jeszcze Marla. Przeskocz przez krawędź. Jest jeszcze Marla, Marla stanowi centrum wszystkiego i o tym nie wie. I kocha cię. Kocha Tylera. Nie dostrzega różnicy. Ktoś musi jej powiedzieć. Uciekaj. Uciekaj. Uciekaj. Ratuj się.

304


Nic

27 MARLA Ratuj się.

JA


306

piece ofshit



Chce pan skorzystać z telefonu? Dzwonisz do Regent Hotel, do Marli. — Jedną chwileczkę, panie Durden — mówi recepcjonista z Regent Hotel. W słuchawce rozlega się głos Marli. Portier stoi nad tobą i nastawia ucha. Recepcjonista z Regent Hotel też pewnie podsłuchuje. Mówisz Marli, że musicie porozmawiać. — Wypchaj się — odpowiada Marla. Mówisz, że nie jest bezpieczna. Ze zasługuje na to, by dowie­dzieć się, co jest grane. Musicie się spotkać. Musicie porozmawiać.

Jest sobotni wieczór, w podziemiach Pierwszego Kościoła Metodystów zbiera się dzisiaj nowotwór jelita. Marla już tam na ciebie czeka. Marla Singer pali papierosa. Marla Singer przewraca oczami. Marla Singer z podbitym okiem.

308


Marla w trzech susach jest przy mnie i wymierza mi siarczysty policzek. Otwórzcie się przed sobą całkowicie.

Zabiłeś człowieka!

— Ty pieprzona, śmierdząca kupo gówna — mówi Marla. Wszyscy na nas patrzą. Obie piąstki Marli zaczynają mnie okładać, gdzie popadnie. — Zabiłeś człowieka! — krzyczy Marla. — Zadzwoniłam na policję! Zaraz powinni tu być! Chwytam ją za nadgarstki i mówię, że policja może i przyje­dzie, ale raczej nie przyjedzie.


— Zastrzeliłeś specjalnego pełnomocnika burmistrza do spraw wtórnego przetwarzania odpadów! — wrzeszczy Marla. To Tyler zastrzelił specjalnego pełnomocnika burmistrza do jakichś tam spraw. — I wcale nie masz raka! — mówi Marla. To dzieje się tak szybko. Jak pstryknięcie palcami. Wszyscy patrzą. Wrzeszczę, że ona też nie ma raka! — Przyłazi tu od dwóch lat — krzyczy Marla — a nic mu nie jest! Próbuję ratować ci życie! — Co? Niby to czemu moje życia wymaga ratowania? Bo mnie śledziłaś. Bo poszłaś za mną dziś wieczorem, bo widziałaś, jak Tyler Durden kogoś zabił, a Tyler zabije każdego, kto zagrozi Projektowi Feniks. Wszyscy obecni jakby zapomnieli o swoich małych drama­tach. O swoich nic nieznaczących nowotworach. Nawet ludzie na środkach przeciwbólowych gapią się na nas z przejęciem w szeroko otwartych oczach. Przepraszam tłumek. Mówię, że nie chciałem im zakłócać spokoju. Już wychodzimy. Dokończymy tę rozmowę na ze­wnątrz. — Nie! — krzyczą. — Zostańcie! Jak to było?!

310


Mówię, że nikogo nie zabiłem. Nie jestem Tylerem Durdenem. Tyler to druga strona mojej natury. Pytam, czy ktoś z obecnych widział film „Sybil”? — No to kto w końcu chce mnie zabić? — pyta Marla Tyler. — Czyli ty? Mówię, że Tyler, ale Tylerem sam potrafię się zająć. Ona niech się strzeże członków Projektu Feniks. Tyler mógł wydać im rozkaz śledzenia jej, uprowadzenia czy coś w tym rodzaju. — Dlaczego miałabym w to wszystko wierzyć? To dzieje się tak szybko. Mówię, że dlatego, bo ją chyba lubię. — A nie kochasz? — pyta Marla.

Na mnie pora. Muszę stąd wyjść. Mówię, żeby wystrzegała się facetów z ogolonymi głowami albo facetów ze śladami pobicia. Z podbitymi oczami. Z wybitymi zębami. I tak dalej. — A dokąd idziesz? — pyta Marla. Muszę się zająć Tylerem Durdenem.


312


Nazywał się Patrick Madden i był specjalnym pełnomocnikiem burmistrza do spraw wtórnego Nazywał się Patrick Madden i był wrogiem Projektu Feniks. Wychodzę z Pierwszego Kościoła Metodystów w noc i wszystko mi się przypomina. Przypomina mi się wszystko to, co wie Tyler.

28

Wiem, co doprowadziło do pojawienia się Tylera. Tyler kochał Marlę. Od tamtego pierwszego wieczoru, kiedy ją poznałem, Tyler, czy raczej jakaś cząst sposobu, by być z Marlą. Nie ma to większego znaczenia. Już nie ma. Ale teraz, kiedy idę przez noc do najbliższego fight clubu, przypominają mi się wszystkie szczegóły.


— Witamy w fight clubie, proszę pana. Moja potworna twarz zaczyna się właśnie wygajać. Dziura w policzku uśmiecha się, za to moje prawdziwe usta są ściągnięte. Ponieważ jestem Tylerem Durdenem i wszyscy mogą pocałować mnie w dupę, zapisuję się na wszystkie walki z każdym facetem, który przyszedł tego wieczoru na spotkanie fight clubu. Pięćdziesiąt walk pod rząd. Jeden na jednego. Bez butów. Bez koszul. Walki trwają do skutku. A jeśli Tyler kocha Marlę. To ja kocham Marlę.

314

2 W drugiej walce facet pakuje mi kolano między łopatki. Następnie wykręca obie ręce do tyłu i zaczyna walić moim torsem w betonową posadzkę. Słyszę, jak trzaska mi obojczyk.


Numer trzeci ma już pięść pościeraną do żywego mięsa, ale wali mnie dalej. A ja płaczę. Wszystko, co kiedykolwiek kochałeś, odrzuci cię albo umrze. Wszystko, co kiedykolwiek stworzyłeś, zostanie wyrzucone. Wszystko, z czego jesteś taki dumny, powędruje do kosza. Jestem Ozymandiasem, królem królów. Jeszcze jeden cios i zęby zatrzaskują mi się na języku. Połowa mojego języka ląduje na podłodze i zostaje odkopnięta.

3


A w piwnicy Armory Bar skatowany Tyler Durden osuwa się bezwładnie na posadzkę. Tyler Durden Wielki, który przez jedną chwilę był ideałem i który powiedział, że ideał może trwać najwyżej chwilę. A walka trwa, bo ja chcę umrzeć. Bo tylko po śmierci wracamy do swoich nazwisk. Tylko śmierć zwalnia nas od uczestniczenia w Projekcie Feniks.

316


od uczestniczenia

w Projekcie Feniks. PF


Tyler stoi nade mną idealnie przystojny, jasnowłosy, istny anioł. Zadziwia mnie moja wola życia. Co do mnie, to jestem krwawym wycinkiem tkanki, schnącym na gołym materacu w swoim pokoju w Firmie Mydlarskiej z Paper Street. Z mojego pokoju wszystko zniknęło. Moje lustro z zatkniętym za ramę zdjęciem mojej stopy z dnia, kiedy przez dziesięć minut miałem raka. Gorzej niż raka. Tego lustra nie ma. Drzwi szafy stoją otworem i nie ma w niej moich sześciu białych koszul, czarnych spodni, majtek, skarpetek ani butów. — Wstawaj — mówi Tyler. Wokół i wewnątrz wszystkiego, co uznawałem za raz na zawsze przesądzone, narasta coś strasznego. Wszystko się rozpada.

318

29 Wiem, bo Tyler to wie.


— Ostatnie, co nam pozostało do przeprowadzenia, to twoje odejście w wielkim stylu — mówi Tyler. — Twoja męczeńska śmierć.

Nie śmierć, która zasmuca i przygnębia. To ma być śmierć radosna, podnosząca na duchu. Och, Tyler, taki jestem obolały. Zabij mnie tutaj. — Wstawaj. Zabij mnie od razu. Zabij mnie. Zabij. Zabij. Zabij. — To musi być śmierć z fasonem — mówi Tyler. — Wyob­ raź sobie: ty na dachu najwyższego budynku na świecie, cały budynek opanowany przez Projekt Feniks. Dym wali przez okna. Biurka lecą na zebranych na ulicy gapiów. Prawdziwat opera śmierci, tak to się odbędzie. Mówię, że nie. Ze wystarczająco już mnie wykorzystał. — Jeśli będziesz się opierał, dobierzemy się do Marli. Mówię, żeby prowadził.


— No, to zwlekaj się z tego pieprzonego barłogu — powie­dział Tyler — i ładuj dupsko do samochodu. I stoję teraz z Tylerem na dachu Budynku Parkera-Morrisa, z lufą pistoletu w ustach. To nasze ostatnie dziesięć minut. Za dziesięć minut Budynku Parkera-Morrisa już tu nie będzie. Wiem, bo Tyler to wie.

320

Nie musisz tego robić.

Odłóż pistolet


Napierając lufą pistoletu na moje podniebienie, Tyler mówi: — Tak naprawdę to nie umieramy. Przesuwam językiem lufę do zdrowego policzka i zwracam Tylerowi uwagę, że ma chyba na myśli wampiry. 8 To nasze ostatnie osiem minut. Pistolet jest na wypadek, gdyby wcześniej nadleciały tu policyjne helikoptery. Bóg ze swoich wyżyn widzi na dachu samotnego mężczyznę trzymającego w ustach pistolet, ale to Tyler trzyma pistolet, a życie jest moje.

Pufff.

4

Cztery minuty. Ktoś krzyczy. — Wstrzymaj się! — To Marla biegnie do nas po dachu. Marla biegnie do mnie, bo Tyler zniknął. Pufff. Tyler jest moim przywidzeniem, ona go nie widzi. Tyler zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I jestem teraz samotnym człowiekiem trzymającym w ustach pistolet. — Przyszliśmy tu za tobą! — krzyczy Marla. — Wszyscy ludzie z grup wsparcia. Nie musisz tego robić. Odłóż pistolet!


— Wstrzymaj się — mówią. Zimny wiatr przynosi mi ich głosy. — Stój — mówią. — Możemy ci pomóc — mówią. — Pozwól nam sobie pomóc. Niebem nadlatują, łup, łup, łup, policyjne helikoptery. Wrzeszczę, żeby cię cofnęli. Żeby stąd uciekali. Budynek wyleci zaraz w powietrze. — Wiemy! — krzyczy Marla. Ten moment jest dla mnie jak święto. Krzyczę, że nie zabijam siebie, że zabijam Tylera. Jestem Niezłomną Wolą Joego. Wszystko pamiętam.

322

Budynek wyleci zaraz w powietrze.

1


— To nie miłość ani nic w tym rodzaju — krzyczy Marla — ale ja chyba też cię lubię! Jedna minuta. Marla lubi Tylera. — Nie, lubię ciebie! — krzyczy Marla. — Dostrzegam różnicę! I nic. Nie ma żadnej eksplozji. Z lufą pistoletu napierającą na zdrowy policzek pytam Tylera, czy aby nie zmieszał nitro z parafiną. Z parafiną nigdy się nie udaje. Muszę to zrobić. Policyjne helikoptery. I naciskam spust.

I nic. Nie ma żadnej eksplozji.

2

naciskam spust.

3


324



326

318


 W domu mojego ojca jest wiele pałaców. Naturalnie, naciskając spust, umarłem. Kłamca. I Tyler umarł.


328


,,

To było lepsze niż realne życie.


330


Nadlatywały przecież z hukiem policyjne helikoptery. Nad­biegała Marla ze wszystkimi tymi ludźmi z grup wsparcia, którzy nie potrafili pomóc sobie, a starali się pomóc mnie, nie mogłem nie nacisnąć spustu. To było lepsze niż realne życie. A wasz jeden idealny moment nie będzie trwał wiecznie. W niebie wszystko jest czarne i białe. Oszust. W niebie jest cicho, jakby wszyscy chodzili w butach na gumowych podeszwach. W niebie nie mam trudności z zasypianiem. Ludzie piszą do mnie do nieba i donoszą, że jestem pamiętany. Ze jestem ich bohaterem. Ze wydobrzeję.


332


Stanąłem przed Bogiem. Siedział za orzechowym biurkiem, a na ścianie za nim wisiały jego dyplomy. — Dlaczego? — spytał mnie Bóg. Dlaczego spowodowałem tyle bólu? Czyż nie rozumiałem, że każde z nas jest świętym, niepowtarzalnym płatkiem śniegu specjaln ności? Czy nie widzę, że jesteśmy wszyscy manifestacją miłości? Patrzę na Boga, który siedzi za biurkiem i robi notatki, i myślę sobie, że Bóg się myli. Nie jesteśmy niczym specjalnym. Gównem i śmieciem też nie jesteśmy. Po prostu jesteśmy. Po prostu jesteśmy i jest jak jest. A Bóg mówi: — Nie, nieprawda. Tak. No cóż. Niech Mu będzie. Boga nie przekonasz. Bóg pyta mnie, co pamiętam. Pamiętam wszystko. Pocisk z pistoletu Tylera rozorał mi policzek i przyprawił mi uśmiech od ucha do ucha. Tak, wyglądam zupełnie jak nabzdyczona halloweenowa dynia. Marla jest wciąż na Ziemi i pisuje do mnie. Pisze, że któregoś dnia sprowadzą mnie z powrotem. I gdyby w Niebie był telefon, zadzwoniłbym z Nieba do Marli, a kiedy powiedziałaby „Słucham”, nie odłożyłbym słuchawki. Powiedziałbym: „Cześć. wszystko ze szczegółami”. Lecz wracać nie chcę. Jeszcze nie teraz. A oto dlaczego. Dlatego że ilekroć ktoś przynosi mi tacę z lunchem i moimi lekarstwami, to jest to ktoś z podbitym okiem albo ze spuchniętym czołem z założonymi szwami. — Brakuje nam pana, panie Durden. Albo ktoś ze złamanym nosem przechodzi obok mnie, pchając po podłodze mopa i szepcze: — Wszystko idzie zgodnie z planem. Szepcze: — Dążymy do zniszczenia cywilizacji, żeby na jej gruzach lepiej urządzić świat. Szepcze: — Czekamy na pana powrót.


334


panie Durden.


336



338



340



342

art book


Katarzyna Smoczyńska Poznań 2014


344