Issuu on Google+

FRANCJA  2008   11  września  2008   Prawie  spakowani,  zestresowani,  podekscytowani.  Jutro  ruszamy.  Ekipa  bombowca:  ja,Adam  i  Agata.   Nic  nam  nie  straszne!  Francjo  strzeż  się,bo  nadchodzimy!  :)    Już  za  Wami  tęsknię,  trzymajcie  kciuki  i  do  napisania!   Buziaki         Komentarze:   Hej  ho     czy  ja  się  doczekam  w  końcu  jakiś  wieści  o  Kobiecie  Kocie,  Spidermanie,  zielonym  berecie,  aparacie  pękającym   od  zdjęć,  bombowcu...no  i  w  ogóle,  coo?     Gorące  buziaki  dla  Was!     Korzystająca  z  ostatnich  chwil  błogiego  lenistwa     -­‐Kropla   11  października  2008  /  Noo  w  końcu!!   Doczekaliśmy  się  –  podłączyli  nam  neta  w  mieszkaniu  (po  miesiącu,  cholibka!).  Zatem  czym  prędzej  spieszymy,   aby  zamieścić  przekaz  z  wygnania.  Co  do  zdjęć,  to  można  powiedzieć,  że  wszystkie  są  zrobione  telefonem,  bo   nawet   te,   które   są   zrobione   aparatem   są   obrabiane   na   szybko,   dlatego   też   cierpią   na   jakości   i   kolorach.   Dlatego  proszę  pamiętać,  że  nie  są  to  zdjęcia  na  poziomie  moich  ambicji  i  możliwości  J  (eh  te  ambicje  mojego   męścizny).  Notki  są  wspólne,  uzupełniane,  więc  nie  pogubcie  się  :)   Przedwyjazdowe   pakowanie,   które   odbyło   się   w   noc   przed   dniem   wyjazdu   musiało   zostać   wzbogacone     o   emocje   mojej   beztroskości   i   robienia   wszystkiego   na   ostatnią   chwile   (Adam   beztroski).   O   dziwo   udało   się   spakować  wszystko  i  nie  było  tragedii,  Jettka  nawet  załadowana  mruczała  radośnie.  

  Podróż   minęła   nam   bezstresowo.   Przez   niemieckie   autostrady   (świetnie   oznaczone   i   niepłatne)   przemknęliśmy  dzielnie,  wieczorem  docierając  już  do  granicy  francuskiej.  


Wjechawszy   na   teren   Francji   zatrzymaliśmy   się   na   parkingu   w   celu   zaczerpnięcia   odrobiny   snu.   Nie   był   to  sen  najwyższej  jakości,  bo  niewygodny  i  zmarznięty,  ale  konieczny.  Adam,  super  wytrwały  kierowca  naszego   super  sprawnego  bombowca  wykorzystał  go  jednak  na  tyle,  żeby  jeszcze  w  środku  nocy  ruszyć  w  dalszą  drogę.   Mknąc   kawałek   płatną   autostradą   francuską   trochę   się   pogubiliśmy,   ale   ostatecznie   wyjechaliśmy   na   drogę   prowadzącą  nas  do  Poitiers,  krótki  sen  o  świcie  w  niebieskiej  krainie,  

  przez   malownicze   miasteczka   francuskie.   Niesamowity   klimat,   białe   krowy,   małe   domki,   stare   zabudowania     i  dużo  zieleni.   Ostatni  odcinek  bardzo  nam  się  dłużył  ze  względu  na  zmęczenie,  ale  ok.  15:00  dotarliśmy  do  Poitiers.   Dziwnym  zbiegiem  okoliczności  znaleźliśmy  miejsce  do  parkowania  (a  znaleźć  miejsce  parkingowe  w  centrum   w  sobotę  graniczy  z  cudem)  na  ulicy,  przy  której  mieszka  kobieta,  która  wynajmuje  nam  mieszkanie.  


Nie  mając  karty  francuskiej  zdecydowałyśmy  z  Agatą  pójść  do  niej  osobiście.  Na  początku  zebrało  nam  się,  że   niby  nie  jesteśmy  wtedy,  kiedy  powinniśmy  itd.,  ale  jakimś  cudem  dogadawszy  się  z  nią,  zaprowadziła  nas  do   naszego   studio   na   ulicy   Renaudot.   Bombowiec   znalazł   dla   siebie   miejsce   pod   domem,   wypakowaliśmy   się     i  z  radością  wzięliśmy  prysznic.    W   Poitiers   są   wąskie   uliczki,   większość   jednokierunkowych,   na   szczęście   Adam   poradził   sobie   z   tym   francuskim   zamieszaniem   i   mamy   autko   na   oku.   Francuzi   parkują   dosłownie   na   zderzaki,   są   w   tym   niesamowici,  wciskają  się,  gdzie  tylko  się  da.  Na  jezdniach  są  wyrysowane  linie,  gdzie  można  stawać,  w  wielu   miejscach  postoje  są  płatne.  Idealnie  sprawdzają  się  tu  stare  Mini,  które  okrutnie  mi  się  podobają.  Poza  tym   francuscy   kierowcy   prawie   zawsze   zatrzymują   się   na   przejściach,   mimo   że   ludzie   często   przechodzą   na   czerwonym  świetle.   Miasteczko   zrobiło   na   nas   od   razu   wielkie   wrażenie   ze   względu   na   swoją   starą   zabudowę     i  klimat,  jaki  to  tu  stwarza.  We  wszystkich  oknach  są  zamontowane  okiennice,  a  drzwi  mają  klamki  po  środku  i   są   w   różnych   kolorach   (głównie   zieleń,   bordo   i   granat).   My   mieszkamy     w  nowym  budynku,  ale  jego  obecność  specjalnie  się  nie  wyróżnia.  Spory  pokoik,  duży  balkon,  kuchnia,  duży   przedpokój  i  łazienka  to  nasza  rezydencja:)  

 

 


Komentarze:   przemo_z  polski:   wreszcie   -­‐   relacjonujcie   ile   wlezie,   cykajcie   foty   (ps.   ładne   tapety   w   mieszkanku).   powodzenia   amigos   i   do   uslyszenia.     12  października  2008/    Formalności  i  takie  tam  różne   Od   poniedziałku   zaczęło   się   nasze   bieganie   z   papierami   to   tu   to   tam   i   z   powrotem.   Wszyscy   ludzie,   których   spotykałyśmy   w   biurach   i   na   uczelni   byli   uprzejmi,   pomocni,   uśmiechnięci    i   starali   się   mówić   do   nas   wyraźnie  J   Więc   jakoś   poszło,   ale   trwało   to   kilka   dni,   więc     z   opóźnieniem   zaczęłyśmy   ogarniać   zajęcia   na   uczelni.   Szokiem   było   dla   nas,   jak   jedna     z   pierwszych   osób,   z   którymi   miałyśmy   kontakt   w   biurze   współpracy   międzynarodowej   okazała   się   być   Marcinem   z   Wrocławia  J  Więc   miałyśmy   okazję   załatwić   część   spraw   po   polsku.   Dostałyśmy   legitymację   studencką,   otworzyłyśmy   konto   w   banku   itd.   Papierki     i  papierki.  Jakiś  tydzień  zajęło  nam  odnalezienie  się  w  planie  zajęć  na  socjologii,  bo  wybierałyśmy  przedmioty   ze  wszystkich  trzech  lat  tzw.  licence.    Moje  obserwacje  po  2  tygodniach  pobytu  tutaj  w  skrócie:   -­‐

-­‐

studenci  francuscy  robią  bardzo  staranne  notatki  na  wykładach  i  ćwiczeniach  (od  razu  podkreślają  na   kolorowo),   większość   z   nich   korzysta   z   kartek   A4   w   kratkę   przypominającą   dwie   skrzyżowane   pięciolinie,   a   ze   swoimi   bazgrołami   trochę   polskimi,   trochę   francuskimi     w   nieuporządkowanym   zeszyciku   czuję   się   inna  J    przypuszczam,   że   biją   ich   po   łapkach     w  podstawówce  :]   zajęcia   mają   różny   wymiar   godzin,   niektóre   trwają   po   1,5   h   (np.   angielski)   a   niektóre   po   3   h   (to   już   ciężkie  do  przeżycia);  


-­‐ -­‐ -­‐ -­‐ -­‐ -­‐ -­‐

prowadzący  zajęcia  ma  zawsze  skserowany  komplet  tekstów  dla  całej  grupy  do  czytania  podczas  zajęć   lub  w  domu;  nie  znalazłam  tu  jeszcze  ksera  i  nie  widziałam  kolejek  (których  pewnie  nie  ma);   mają  fajne  duże  amfiteatry  na  wykłady,  ale  zazwyczaj  jest  w  nich  okrutnie  zimno;   Francuzi  witają  się  tradycyjnie  2  buziakami  w  policzki  i  nikogo  to  nie  krępuje,  to  dla  nich  naturalne,  że   od  razu  nadstawiają  dzioba,  co  Adamowi  się  bardzo  podoba  (oczywiście);   zajęcia  są  czasem  do  20,  to  mnie  denerwuje,  bo  wstaje  rano,  a  potem  mam  przerwę  i  muszę  wracać   pod  wieczór  na  uczelnię,   na  zajęciach  z  angielskiego  więcej  mówi  się  po  francusku,   studenci   rzadko   wydają   kasę   na   papierosy   (podobno   są   tu   bardzo   drogie,   nie   sprawdzałam),   dlatego   też   w   praktyczny   zestaw   młodego   Francuza   wchodzi   paczka   tytoniu   i   papierki,     z  których  w  czasie  przerw  robią  sobie  skręty  (zaradni  są  jednym  słowem);   wg  Francuzów  moje  nazwisko  wymawia  się  „Zagzek”,  fajnie  co?  Ciekawiej  jednak  brzmi  nazwisko  mojej   współokatorki  Agaty  Suchy,  które  czytają  jako  „suszi”  :)  

 

Kalina  nie  chce  iść  do  szkoły  J    W  Poitiers  jest  bardzo  dużo  mieszkań  różnego  typu  do  wynajęcia  i  większość  nie  jest  wcale  droga.  Wszędzie     w  oknach  wiszą  ogłoszenia,  a  w  samym  centrum  jest  chyba  10  agencji  nieruchomości  i  zastanawiamy  się,  czy   im  się  to  w  ogóle  opłaca,  bo  sądząc  po  tym  jak  się  ogłaszają,  to  chyba  nie.          


Już  pierwszego  dnia  dowiedzieliśmy  się,  gdzie  mieszka  Amelie  Poulain  i  ku  miłemu  zaskoczeniu  na  tej  samej   ulicy,  co  my  :]  

  Wybraliśmy  się  pewnego  dnia  na  kawę  do  knajpki  La  Gazette,  ja  zdecydowałam  się  zamówić  Cafe  bon  bon,  bo   ładnie   brzmi.   Nie   powstrzymałam   się   od   śmiechu,   kiedy   podano   mi   kawę     w  kieliszku  (nieco  większym  niż  normalny),  z  odrobiną  gęstego  mleka  na  dnie.  

 


Ale  poza  takimi  rarytasami  to  przez  pierwszy  tydzień  żywiliśmy  się  chlebem  lubańskim  odgrzewanym     w  mini  piekarniku.  Kiedy  skończyły  nam  się  pieniądze  przeznaczone  na  jedzenie,  została  już  tylko  sucha  szynka,   mniam  ;)  

  Świętowaliśmy   23   urodziny   Adama   :)   Z   okazji,   że   jest   już   starym   obywatelem,   wybraliśmy   się   na   creme   brulee,   który   bardzo   chciałam   spróbować.   Mimo   tego,   że   wyglądał   uroczo,   smakował   o   wiele   gorzej   niż   się   spodziewałam.   I   faktycznie   tradycyjne   przebijanie   się   przez   skorupkę   było   najlepsze!   (jeśli   ktoś   nie   wie   o   czym   mówię  –  lektura  obowiązkowa  „Amelia”!).  

 


Komentarze:   kropla007   jej  aż  łezki  mi  się  zakręciły!  Całuje  Was  przeogromnie,  jesiennie  złoto  i  polsko  :)!     Pięknie  czytać  i  oglądać  Waszą  Przygodę  Życia!  Chyba  zaraz  się  spakuję  i  przyjdę  do  Was,  choćby  na  piechotę!   No  a  w  piątek  czekamy!  I  bez  wykrętów  :P!     Pozdrowienia  od  Biska     Acha  i  możecie  być  z  nas  dumni,  bo  w  tym  tygodniu  wybieramy  się  ze  znajomymi  na  wspinaczkę!   kropla007   No  i  jeszcze  jedno(ale  za  to  mega-­‐ważne):     Adamik  cudowności  w  życiu  życzę  i  napwawj  się  tą  Waszą  Przygodą  każdym  kawałkiem  siebie!   aszem   aaaaaaaa  mi  to  sie  Twoje  zdjęcie  nad  kawą  najbardziej  podoba:)   super_sestra   Kawa  bon  bon  jest  the  best!!!!    

13  października  2008/  Różności   Jedna  z  niewielu  rzeczy,  które  nam  się  tu  nie  podobają,  to  zwyczaj  wystawiania  worków  ze  śmieciami   przed  domy.  Późnym  wieczorem  zabierają  je  hałaśliwe  śmieciarki  (Adam  nazwał  ich:  „hałasiarze”),  ale  niestety   śmieci   stoją   na   tych   wąskich   chodnikach   przez   większą   część   dnia.   Bardzo   oszpecają   to   miasteczko,   ale   najwidoczniej   brakuje   im   miejsca   na   duże   kosze.   Poza   tym   trzeba   uważać   na   miny   na   ulicach,   bo   jest   ich   tu   sporo,  mimo  że  w  wielu  miejscach  znajdują  się  woreczki  specjalnie  przeznaczone  na  psie  kupki.  Ale  tak  poza   tym  to  i  tak  jest  tu  czyściej  niż  w  Polsce.  

  Bez   sensu   robić   zdjęcia   śmieci   na   bloga,   ale   akurat   nie   tylko   nam   nie   podoba   się   ten   zwyczaj   i   jeden     z   tutejszych   fotografików   zrobił   bardzo   ciekawą   wystawę,   ponieważ   porozwieszal   różne   swoje   prace   po   całym   miescie,   na   słupach   ogłoszeniowych,   murach,   drzwiach   wejściowych   do   mieszkań.   Dlatego,   żeby   zaprezentować   artyste   jak   i   zwyczaj   wystawiania   śmieci   przed   drzwi,   pozwoliłem   sobie   użyć   nie   swojego   zdjęcia.  Pozdrowienia  i  szacun  dla  Kollet  (w  sumie  to  nawet  nie  wiem,  czy  to  chłop,  czy  dziewczyna  ;)    


Ach   no   i   siesta!   Przecież!   Większość   sklepów,   urzędów   i   temu   podobnych   miejsc   jest   nieczynna     w   godzinach   ok.   12-­‐14.   To   jest   czas   na   obiadek   i   kawkę.   Trzeba   się   do   tego   przyzwyczaić,   bo   my   wiele   razy   akurat   wtedy   chcieliśmy   coś   załatwić   i   nie   ma   szans.   Przerwa   i   już.   Uczelnia   trochę   się   pod   to   łapie,   ale   zazwyczaj  nie  są  to  pełne  dwie  godziny.   No   i   bagietki.   Pieczywo   francuskie   bardzo   różni   się   od   naszego,   powiedzielibyśmy,   że   jest   nadmuchane.   Chrupiąca  skórka,  ale  w  środku  niewiele  do  jedzenia.  Ale  dzięki  temu  pieczywo  jest  lekkie,  a  bagietki  osiągają   duże  rozmiary.  Można  je  dostać  wszędzie  i  z  tego,  co  zauważyłam  są  bardzo  popularne.  Z  cenami  jest  różnie.   Niektóre  rzeczy  są  o  wiele  wiele  droższe,  jak  np.  bilety  komunikacji  miejskiej,  lody  na  gałki,  bułki  słodkie,  ale   znaleźliśmy  mały  supermarket  Marche  Plus,  gdzie  ceny  są  znośne,  często  porównywalne.  Zaletą  są  niskie  ceny   wina.   Pewnie   to,   które   kupujemy   jest   najniższej   jakości   tutaj,   ale   i   tak   jest   bardzo   dobre,   więc   ciekawe   jak   smakuje  droższe.  Sprawdzimy  jak  się  dorobimy  :P   Przed   wyjazdem   przygotowaliśmy   się   oczywiście   w   chwalebny   polski   atrybut,   który   zabraliśmy,   ażeby   pokazać   Francuzom   coś   z   polskiego   charakternego   alkoholu.   Tak   tak,   zero7   Żubróweczki,   no   i   co,   no     i   co,   okazało   się,   że   mają   tu   jakąś   dziwną   żubrówkę   z   exportu.   Na   szczęście   od   dwóch   poznanych   tu   chłopaków,  na  Erasmusie,  wykwintnych  smakoszy  żubrówki,  dowiedzieliśmy,  że  nie  równa  się  walorami.  

  To  pewnie  dlatego,  że  nie  ma  trawki  obsikanej  przez  żubra  ;)   Jedna   z   bardziej   brakujących   rzeczy   w   naszym   mieszkanku,   to   pralka.   A   ani   prać   ręcznie   się   nie   chce,   ani   wieźć   to   wyprać   do   domu   30h   w   jedną   stronę   to   się   nie   opyla,   więc   jak   się   skończyły   już   wszystkie   czyste   gacie     i   skarpetki,   to   zapakowaliśmy   się   w   70-­‐litrowy   plecak   plus   jeszcze   jeden   mniejszy   (tyle   mieliśmy   brudnych   gaci)  i  późnym  wieczorkiem  wybrała  się  cała  trójka  do  co  prawda  najbardziej  oddalonej  od  domu  pralni  ale...   Po  drodze  klimatowe  uliczki,  które  wyglądają  jeszcze  bardziej  magicznie  w  nocy.    To  właśnie  podczas  kiedy  nasze  brudne  gacie  obracały  się  to  w  jedną  to  w  drugą  stronę,  powstała  większość   zdjęć   z   serii   miasto   otulone   nocą.   A   wracając   do   prania,   to   jest   tu   parę   pralni   porozrzucanych   w   różnych   częściach  miasta  i  całkiem  jak  na  filmach  można  wyprać  swoje  brudne  gacie  w  ogromnej  przemysłowej  pralce.  


Wszystko   jest   zautomatyzowane,   jest   nawet   taka   śmieszna   wnęka   w   ścianie,   w   której   po   zapłacie   trzeba  podstawić  pojemniczek  i  sypie  się  proszek.  Ale  my  profilaktyczne  dzieci,  Kalina  córka  Mieczysława  i  ja   syn  Zygmunta  i  brat  Ewy,  mieliśmy  swój  proszek  bryza  czy  ariel  przywieziony  jeszcze  z  polski,  a  pewnie  jeszcze   wcześniej  przyjechał  z  niemniec,  więc  nie  mieliśmy  zabawy  skorzystania  z  owego  wynalazku  J  Później  jeden   francuz  za  wszelką  cenę  odwodził  nas  od  wyprania  naszych  gaci  w  temperaturze  90º  Celsjusza,  bo  twierdził,  że   tego  nie  wytrzymają,  a  skoro  go  spytaliśmy  o  poradę,  to  żeby  nie  było  mu  przykro,  to  ustawiliśmy  już  niższą   temperaturę  prania  naszych  gaci,  bo  cała  obsługę  pralek  wykonaliśmy  intuicyjnie.   Niestety   nie   zdążyliśmy   skorzystać   z   innego   cudownego   urządzenia   zachodu   –   wielkiej   przemysłowej   suszarki,   ponieważ   było   już   nawet   po   czasie   godzin   otwarcia   pralni,   więc   spakowaliśmy   nasze   70-­‐litrów   mokrych,   ale   już   czyściutkich   gaci   i   zabraliśmy   je   do   domu   i   rozwiesiliśmy   na   suszarce,   która   akurat   jest   na   stanie   domowego   inwentarzu.   Nie   była   to   jednak   wystarczająco   duża   suszarka,   więc   nasze   już   czyste,   ale   jeszcze   mokre   gacie   porozwieszane   były   na   czymkolwiek,   co   się   nadawało   na   partyzancką   suszarkę,   czyli   gacie   wisiały  na  oparciu  krzesła,  na  klamkach,  drzwiach,  zasłonce  od  prysznica,  kaloryferach,  rurkach  od  kaloryfera,   lampkach,  generalnie  radosna  twórczość  wieszania  gdzie  popadnieJ   Gratulacje  dla  tych,  którzy  przebrnęli  przez  Adamowy  wywód  na  temat  pralni  :P                    


14  października  2008/  Teraz  trochę  więcej  o  mieście   Jak  już  było  napisane  wcześniej,  miasto  jest  bardzo  stare,  stara  zabudowa,  wąskie  uliczki,  okiennice.  

 

 


A  na  ulicach  we  Francji  można  czuć  się  bezpiecznie  ;)  

   Na  jednej  uliczce  można  spotkać  czasem  Merry  Poppins,  której  uciekła  parasolka.  

 


Czasem  tez  jest  bardzo  głośno  jak  przejeżdżają  samochody:  

      Miasto  nie  jest  płaskie,  główna  część  starego  miasta  leży  na  zboczu  wzniesienia,   w  wąwozie  płynie  szafirowa  rzeka,  za  którą  znowu  jest  następne  wzniesienie.   Można  wejść  na  nie  schodami,  a  stamtąd  zaczyna  się  ciekawa  panoramka  (widoczna  poniżej).  


z  najstarszą  katedrą  w  mieście  na  wierzchołku:  Grand  Notre  Dame  

 


Na   ulicy,   na   którą   wchodzi   się   ze   schodów,   stoi   wieża   ze   statuą,   z   którą   będzie   się   wiązała   historia     w  jutrzejszym  wpisie.  

  Przepraszam  za  tak  kiepskie  zdjęcia,  ale  nie  jestem  dobry  w  temacie  fotografowania  miasta,  a  już  na  pewno   nie  w  dzień.   Noc  jest  o  wiele  ciekawsza  do  fotografowania  miasta.  Jutro  więc  ukaże  się  publikacja  miasta  w  osłonie  nocy,   zapraszamy  jutro  J   15  października  2008/  Miasto  nocą   Noc  dodaje  Poitiers  jeszcze  więcej  uroku  niż  ma  w  ciągu  dnia.  Mimo  że  przeważnie  jest  wtedy  mniej  ludzi  na   ulicach.   Praktycznie   samo   centrum   można   byłoby   obfotografować   tysiącem   zdjęć,   a   i   tak   byłoby   mało,   żeby   faktycznie  poczuć  klimat  nocnego  spaceru.   Jak  pisałem  wczoraj  na  wierzchołku  wzgórza,  jak  i  w  samym  centrum  miasta  znajduje  się  Grand  Notre  Dame     z   wieżą,   której   akurat   na   tym   zdjęciu   nie   ma,   ale   będzie   widać   ją   na   innych.   Bardzo   charakterystyczna   biała   wieża.  


W  jaką  by  nie  skręcić  uliczkę  tonie  się  w  klimacie  miejskiego  labiryntu.  

 


Niesamowitym   wątkiem,   towarzyszącym   niemalże   każdej   wieczornej   przechadzce,   jest   coś   czego   nie   da   się   sfotografować.   Czasem   głusz   nocy   rozbijana   jest   dźwiękami   instrumentów,   na   których   ludzie   grają   przy   otwartych  oknach  i  okiennicach,  jakby  grali  specjalnie  dla  nas.   Skrzypce,  pianino,  kontrabas,  gitara,  gdzieś  jakiś  gruby  dęciak,  a  raz  nawet  mandolinka  :)   Czasem  parę  instrumentów  razem,  w  różnych  częściach  miasta,  ale  zawsze  wieczorem.  


Duszek  Adam    

 

 


Ten  klimat  zainspirował  mnie  do  zrobienia  panoramy  miasta  nocą.   Samo  wzgórze  sąsiadujące  po  drugiej  stronie  rzeki,  nie  wystarczyło  mi  jednak  do  zrealizowania  wymarzonych   zdjęć  panoramy.   Pomysł   dojrzewał   przez   parę   dni.   Miejscem   doskonałej   perspektywy   była   statua,   którą   przedstawiłem   we   wczorajszym   wpisie.   Niestety   wieża   otoczona   jest   murem   i   zawsze   jest   zamknięta.   Nie   zniechęciło   mnie   to   jednak,  dlatego  parę  dni  wcześniej  wybraliśmy  się  z  Kaliną,  żeby  sprawdzić  jak  wygląda  droga,  przy,  której  stoi   wieża.  To  też  nie  było  zachęcające,  ulica  była  bardzo  dobrze  oświetlona,  po  drogiej  stronie  ulicy  parędziesiąt   metrów   dalej   butka   strażnicza   jakiegoś   budynku   departamentu,   a   sąsiadujące   tereny,   również   za   murem.   Wtedy   już   wiedziałem,   że   jedyna   droga,   to   wspięcie   się   na   trzy   metrowy   mur,   idealnie   w   świetle   latarni,   która   stała   po   drugiej   stronie   ulicy.   Drugim   problemem   była   lampa   na   platformie   wieży,   która   oświetlała   statuę.   Jak   położyłem  się  do  łóżka  tej  nocy,  to  jeszcze  długo  nie  mogłem  zasnąć  obmyślając  plan  J   Niedziela,  12  Października  roku  bieżącego  to  był  ten  dzień.   Przygotowałem  dobrze  sprzęt,  aparat  i  filtry  wyczyszczone,  stopka  od  statywu  mocno  dokręcona,  żeby  się  nie   poluzowała,   bateria   naładowana,   karta   opróżniona,   żeby   czasem   miejsca   nie   zabrakło,   pilot   od   spustu   coś   zawodził,  ale  potarłem  bateryjkę  i  też  było  ok.  Spakowałem  się  w  plecak,  ubrałem  ciemne  rzeczy  i  naturalnie   kapelinek,   zawiązałem   sznurówki   (bo   wiecie   Adam   zazwyczaj   tego   nie   robi;)     i  wyszedłem.  Był  już  zaawansowany  wieczór,  ale  ten  dzień  był  bardzo  ciepły.   Pierwszy  przystanek  to  szczyt  schodów,  obok  których  ustawiłem  się,  żeby  złapać  drogę  do  Grand  Notre  Dame.   Spędziłem   tak   jakieś   dwie   godziny   szukając   odpowiedniego   kadru   i   czekając   na   warunki,   chciałem   uchwycić   moment   jak   będą   przejeżdżać   akurat   tamtędy   samochody,   które   o   tej   porze   dość   rzadko   akurat   tamtędy   jeżdżą.  Ale  przede  wszystkim  chciałem  się  dokładnie  zorientować  jak  często  przejeżdżają  samochody  po  ulicy,   przy  której  stała  statua,  wyciszyć  się  i  załapać  klimat.  


Pomimo   mojego   zamiłowania   do   adrenaliny   musiałem   się   troszkę   uspokoić,   w   czym   długie   naświetlania   bardzo  pomogły.  

  Po  tym  jak  zrobiłem  zdjęcie,  które  mnie  zadowoliło,  spakowałem  się  tak,  żeby  czasem  statyw  mi  nie  wypadł   przy  przełażeniu  przez  mur.  Idąc  ulicą  tuż  pod  samą  wieżą  rozglądałem  się,  żeby  po  raz  ostatni  ocenić  sytuację,   a   jak   doszedłem   do   miejsca,   gdzie   mur   miał   największe   szpary   między   kamieniami,   skupionymi   ruchami   wdrapałem   się   na   górę,   co   nie   zajęło   mi   dużo   czasu.   Po   tym   jak   przekroczyłem   wierzchołek   muru   byłem   już     o   wiele   spokojniejszy,   teren   u   podstawy   wieży   nie   był   oświetlony,   co   mi   bardzo   pasowało   i   tworzyło   przytulny   klimat  względem  drugiej  strony.  Czekały  mnie  jeszcze  kręte  schody  do  góry  od  strony  ulicy,  które  ciągnęły  się   tak  długo,  że  aż  mi  się  w  głowie  zakręciło  ;)  Ale  na  górze  przestrzeń  szybko  mnie  ocuciła.   Przy  wyjściu  na  platformę  był  cień  od  statuy,  rozpakowałem  się  tam  i  podczołgałem  się  do  lampy,  przykryłem   ją   z   boku   plecakiem,   żeby   nie   rzucała   na   mnie   światła.   Nie   mogłem   nawet   wstać,   więc   na   leżąco   kładąc   aparat   na   platformie,   podpierając   go   czymkolwiek,   żeby   złapać   dobry   kadr   robiłem   zdjęcia.   Widok   wspaniały     i  pomimo  dziwnej  pozycji  czułem  się  bardzo  usatysfakcjonowany.  


i  czułem  sie  trochę  jak  Tomek  Sawyer  :)  

Komentarze:   super_sestra   Rozbójnik  na  francuskiej  ziemi  :D  Działaj,  działaj  -­‐  zrobimy  później  album  foto  "Płatie  oczami  stypendystów"  :)   bania455   Zdjęcia  cudne.  Teraz  tylko  je  sprzedać  jakiemuś  wydawcy  na  pocztówki.  I  będzie  kasa.   super_sestra   A  Bania  jak  zwykle  -­‐  praktyczna  rada  :D   ry_mamcia   miasto  ładne,  ale  zdjęcia  niesamowite,  super  

16  października  2008   Na   życzenie   mojej   kochanej   Mamy   i   kochanej   Sestry,   biorę   się   do   roboty   i   uzupełniam   trochę   wieści     z  życia.   Adam   ostatnio   przejął   inicjatywę   pisania   bloga   i   całe   szczęście,   bo   przynajmniej   możecie   zobaczyć,   jakie   świetne  robi  tu  zdjęcia.  Ja,  jeśli  chodzi  o  fotografię,  obijam  się  :)  


Pogoda   jest   tu   niesamowita,   ale   z   tego,   co   słyszałam   to   w   Polsce   też   jest   ciepło?   Przez   moment   zastanawiałam  się,  czy  tu  w  ogóle  będzie  zima,  ale  liście  już  sypią  się  na  całego  i  dzisiaj,  mimo  słońca,  jest  już   chłodniej.  Taką  pogodę  lubię  najbardziej,  jak  zapewne  wszyscy  już  wiedzą  :D  No  co...jak  jest  tak  dziwacznie,  to   człowiek  się  ubierze,  jak  to  na  jesień,  a  potem  pędzi  przez  miasto  (a  tu  góry,  doliny..)  i  się  zmacha  i  zadyszka  :)   Robi   się   już   jednak   bardzo   przyjemnie   i   dzisiaj,   mimo   że   pędziłam   do   domu,   żeby   Wam   coś   skrobnąć,   nie   zmachałam  się!   Zajęcia   z   socjologii   odbywają   się   niedaleko   centrum,   więc   spokojnie   śmigam   sobie   codziennie   na   piechotkę.   Budynek   do   najpiękniejszych   nie   należy   J,   wręcz   przeciwnie   jest   brzydki   i   nie   pasuje   do   całości   miasteczka.   Sale   są   bardzo   podobne   do   naszych   na   pedagogice,   naprawdę   niczym   się   nie   wyróżniają.   Jedyne,   czego   mi   będzie   brakować,   to   amfiteatry   wykładowe   (takie   jak   mają   na   prawie),   bo   dobrze   na   nich   widać,   słychać     i  wygodnie  się  notuje.  Na  uniwersytecie  od  października  (bo  zajęcia  zaczęły  się  już  w  połowie  września)  jest   dostęp  do  internetu,  ale  nie  korzystam,  bo  już  mamy  w  domu.   Podział   zajęć   jest   taki   sam   na   ćwiczenia   (TD)   i   wykłady   (CM).   Każdy   przedmiot   ma   inny   wymiar   godzin   na   semestr,  dlatego  też  na  jednych  siedzi  się  3  godziny  na  innych  1,5.  Na  każdych  zajęciach  studenci  dostają  od   prowadzącego  gotowy  plan  zajęć  i  teksty  do  czytania  na  kolejne  zajęcia.  Dlatego  do  tej  pory  nie  wiem,  gdzie   jest   ksero,   ale   dowiem   się   na   pewno,   jak   zacznę   hurtowe   kserowanie   wykładów   od   Francuzów   J   Jestem   jednak   coraz   bardziej   dumna   z   siebie,   bo   z   tygodnia   na   tydzień   (które   mijają   nie   wiadomo   kiedy)   rozumiem   coraz  więcej  i  mam  lepsze  notatki.  Niestety  są  prowadzący,  których  i  tak  ciężko  zrozumieć.   Nie  wiem,  czy  kogoś  to  interesuje  (poza  moja  Siostrzyczką),  ale  czy  tego  chcecie  czy  nie,  napiszę,  jakie  mam   zajęcia  J  Otóż  uczęszczam  ja  ino  na  antropologię  (a  właściwie  jej  fundamenty,  tego  mają  tu  sporo),  enquete   sociaux,  co  można  rozumieć  po  prostu  jako  ankiety  socjologiczne/socjalne(?)  Poza  tym  raporty  też  sociaux  J,   socjologię  instytucji  oraz  angielski  (który  prowadzi  sympatyczna  pani  Angielka,  która  mieszka  we  Francji).  Nie   ma  tego  dużo,  ale  jak  zebrać  wykłady  (niektóre  po  dwa  razy  w  tygodniu)  to  wystarcza  J  Prowadzący  są  bardzo   sympatyczni   i   generalnie   nie   robią   problemów,   bo   jak   stwierdził   mój   opiekun   na   socjologii,   Erasmusom   (stypendystom)  wolno  wszystko  :D  Jeden  z  panów  po  każdych  zajęciach  pyta  mnie,  czy  wszystko  w  porządku,   czy  zrozumiałam,czy  mam  pytania  i  tak  dalej.  A  poza  tym  często  używa  mnie  jako  przykład  obcokrajowca  lub   po   prostu   Polki   w   czasie   swoich   wykładów.   No   i   oczywiście   muszę   zrobić   krótką   prezentację   na   temat   demokratyzacji  w  Polsce.  Ale  nigdy  nie  stresuje  mnie  w  czasie  zajęć  :)   Moja   nauka   polega   głównie   na   tłumaczeniu   tekstów.   Jest   to   dość   monotonna   praca,   ale   jednocześnie   najlepsza  metoda  nauki  słówek.  Studenci  są  normalni,  forma  prowadzenia  zajęć  jest  bardzo  podobna,  tylko  nie   mają   tego   durnego   systemu   na   plusy,   który   jest   u   nas   taki   popularny.   I   całe   szczęście,   bo   nie   ma   wyścigu   szczurów  w  zgłaszaniu  się  i  ludziska  nie  mają  wypisanego  zdania  po  zdaniu,  co  mają  powiedzieć,  żeby  zdobyć   zaliczenie.   Poznałam   tu   jedną   Francuzkę-­‐   Jennifer,   która   sama   mnie   zaczepiła,   pokazując   mi   swoje   nazwisko,   które   brzmi   Szczerbowska  J  Ma  korzenie  polskie,  ale  ani  słowa  po  polsku  nie  umie.  Ale  najlepsze  było,  jak  poprosiła  mnie,   żebym  powiedziała  jej  nazwisko  i  była  bardzo  zdziwiona  (i  zachwycona)  kiedy  usłyszała,  jak  to  brzmi  po  polsku.   Dziwne,  że  nigdy  tego  nie  słyszała.  Ale  Francuzi  wszystko  wymawiają  po  swojemu.   Co  mnie  jeszcze  dziwi,  to  zazwyczaj  ludzie  w  naszym  wieku  witają  się  "dzień  dobry"  i  "dobry  wieczór",  zamiast   po  prostu  "cześć"  J  Ja  się  nie  mogę  przestawić  i  zastanawiam  się,  czy  jakoś  im  to  nie  pasuje,  że  mówię  "salut",   muszę   kiedyś   kogoś   zapytać.   Wykładowcy   są   tu   dla   studentów,   zdecydowanie   nie   na   odwrót,   traktują   ich   bardziej   ulgowo   niż   nas   w   Polsce.   A   oni   sami   niespecjalnie   się   przejmują,   spóźniają   się   po   przerwie     (a  wykładowca  powtarza  treść  albo  mówi,  że  zaczął  bez  nich  –  szok!)  i  palą  skręty.  Bez  konsekwencji  przyznają   się,  że  nie  mają  tekstu,  który  był  na  dane  zajęcia,  naciagają  terminy  itd.  Przed  1  listopada  mają  tu  na  uczelni   chyba  jakiś  tydzień  wolnego!  Sesja  zaczyna  się  przed  Bożym  Narodzeniem,  a  semestr  letni  kończy  w  połowie   maja.  Żyć  nie  umierać.   Poza   tym   większość   pokoi   w   akademikach   to   jedynki,   a   studenci,   którzy   tam   nie   mieszkają,   zazwyczaj   wynajmują   małe   samodzielne   mieszkanka   (takie   mini   kawalerki),   gdzie   mieszkają   sami,   a   na   każdy   weekend   jeżdżą  do  domu,  jeśli  nie  są  z  Poitiers.  Nieźle,  co?  I  też  praktykuje  się  tutaj  studenckie  czwartki  :)  


Obiadki   i   kolacje   można   szamać   w   restauracjach   uniwersyteckich,   w   których   jest   dość   tanio.   Mamy   jedną   niedaleko-­‐   Roche   D'Argent   i   czasem   chodzimy   tam   wieczorami,   kiedy   już   nie   ma   kolejek.   W   skład   posiłku   wchodzi  tzw.  entree  (np.mała  porcja  sałatki,  pasztet,  starta  marchewka),  danie  główne  -­‐  plate  principale    -­‐  tu   nic   wyjątkowego,   ale   smaczne   (makaron,   szapargówka,   naleśniki,   tosty,   warzywka   duszone,   jakieś   kotlety,   dziwne   formy   ciasta   francuskiego   z   czymś   J   z   serem,   szynką,   sosem...,   kuskus,   kisz,   rybka,   frytki   itd.)   oraz   deser  (tu  owoce,  jogurty,  musy,  ciasto)  lub  ser  -­‐fromage.  Do  tego  bez  limitów  woda  i  sosy.  Przyjemnie  się  tam   jada,  przychodzi  tam  dużo  studentów.   A  na  koniec  tej  notki,  kilka  podstawowych  słówek,  które  słyszymy  milion  razy  w  ciągu  dnia  (Francuzi  muszą  je   uwielbiać),  bo  wszyscy  używają  ich  czasem  w  nadmiarze:   -­‐ -­‐ -­‐ -­‐ -­‐ -­‐ -­‐

bon  jour  =  dzień  dobry   bon  soir  =  dobry  wieczór   ca  va?  =  jak  się  masz?  -­‐  zazwyczaj  nie  czeka  się  na  odpowiedź,  to  tak  jak  angielskie  "how  are  you",  taka   sama  jest  odpowiedź  "ca  va"  lub  "ca  va  bien",  czyli  że  dobrze  jest  :)   merci  -­‐  wiadomka  "dziękuję"   pardon  =  przepraszam  (zawsze  i  wszędzie)   au  voir,  bonne  journee,  bonne  soiree    =  do  widzenia,dobrego  dnia,  dobrego  wieczoru   d'accord    =  co  znaczy  "w  porządku",  "ach  tak",  generalnie  przytakiwanie  

Pod  tym  względem  Francuzi  nie  unikają  kontaktu  z  innymi  ludźmi,  witają  się  w  sposób  sympatyczny,  otwarty.   Nie  ma  obojętności  na  ulicy,  jak  kogoś  przepuścisz  to  na  pewno  będzie  "merci"  albo  "pardon"  J   Przesyłam  buziaki  z  Pragi...yyy  ..tzn.  z  Poitiers  J  

  Komentarze:   super_sestra   A  dziękuję,  dziękuję  za  relację  :)  Mnie  to  jak  najbardziej  interesuje!!!  więc  pisz,  pisz  o  uczelni  i  Twoich   spostrzeżeniach  :)    


ry_mamcia   Witajcie  kochani,  jestem  już  w  domu  i  mogę  napisać.  Z  przyjemnością  przeczytałam  Wasze  relacje  z  obczyzny.   Piszcie  jak  najwięcej.  Postaram  się  też  regularnie  do  Was  odzywać,  teraz  ściskam  Was  bardzo  mocno   bania455   No!  Nareszcie.  Fajowo  macie.   grazyna142   Super  ralacja:)Buziaczki       18  października  2008   Czwartego  dnia  w  kolejności  tego  miesiąca  wybraliśmy  się  na  wyprawę,  zwiedzić  La  Rochelle,  nadatlantyckie   miasteczko.   Niewczesnym   rankiem,   wyruszając   spod   domu   Jettką   bumbum,     w  czwórkowym  składzie  z  poznanym  wcześniej  i  zaznajomionym  już  amerykańcem  Perrym.   La   Rochelle   to   przyjemne   portowe   miasteczko,   również   bardzo   stare,   z   kolorowym   targiem   owoców,   warzyw   i   owoców  morza.  

       


Tam  też  natknęliśmy  się  na  starą  francuską  karuzele.  

  Nie  było  jednak  tylko  słodko,  ponieważ  nasz  kompan  podróży  wpadł  na  pomysł,  abyśmy  wszyscy  spróbowali   bezkręgowego  i  mackowatego  owocu  morza.  

 


Nie  jest  tragicznie  jak  się  dużo  zagryza  J  (nieprawda,  nawet  wtedy  była  obrzydliwa-­‐  Kalina)   Dalsza   część   wyprawy   to   Ile   de   Re.   Wyspa   połączona   z   lądem   czterokilometrowym,   imponującym   mostem.   Pierwsza   rzecz,   jaka   rzuciła   się   nam   w   oczy   po   przekroczeniu   mostu,   to   statki   rybackie   popodpierane   na   suchym  dnie  mielizny  wokół  wyspy.  Ciekawy  widok,  choć  smutny  zarazem.   Małe   i   spokojne   portowe   miasteczka   na   wyspach   ugościły   nas   nadmorskim   wiatrem   i   przyjemną   atmosferą.   Ocean   robi   niezłe   wrażenie.   Szczególnie   ze   względu   na   swoją   barwę,   ale   nie   wzruszył   mnie   tak   jak   Bałtyk   (niezastąpiony).   Spokój   i   wyciszenie   zastąpiły   nam   wielkie   emocje.   Powolutku   spacerowaliśmy   sobie   po   kolejnych  miasteczkach,  jadąc  w  kierunku  końca  wyspy.  Z  ciekawymi  wątkami  fotograficznymi.  

 

 


Jedną   z   większych   atrakcji   byli   kite-­‐surferzy,   którzy   pomimo   zimnej   wody   pokazali   klasę   na   dechach.   Zimna   woda   nie   odstraszyła   mnie   również   od   ochoty   wykąpania   się   w   ciemnym   turkusie   Atlantyku.   Po   czym   również   Perry  wskoczył  się  ochłodzić.  

   

 


Po  wyspie  Re  kursują  busy  o  zagadkowej  nazwie  :)  

  A  pod  parasolem  można  zjeść  i  się  wyspać:  

  Żegnając  się  z  wyspą,  te  same  rybackie  łodzie  bujały  się  już  wesoło  na  falach  wieczornego  przypływu.      


A  to  jeszcze  my  :)  w  La  Rochelle  i  na  wyspie:  

  mam  sporo  na  głowie  

     


Piasek  włazi  między  palce  :P  

  Skrzat  jak  zawsze  chowa  się  w  zakamarkach:)    


Poprawki  textu  Super_sestra,  Adam  dziękuje:)       Anegdotka:   Codziennie  nasz  znajomy  Amerykanin  Perry  uczy  się  kilku  polskich  słów.  Pewnego  dnia,  jak  wracaliśmy  z  kolacji   zapytał   jak   powiedzieć   „chodźmy   szybko”.   Później   z   uporem   starał   się   wymówić   to   jak   najwyraźniej,   aż   wyszło   mu   „choćmy   cipko”   :)   Żebyście   widzieli   minę   Kuby-­‐   innego   Polaka,   który   akurat   w   tym   samym   momencie   podszedł  do  niego  :)     17  października  2008  Patinoire,  czyli  że  lodowisko  J   Mieszkańcy  Poitiers  są  prawdziwymi  szczęściarzami,  bowiem  znajduje  się  tu  lodowisko  :)   Pewnego   więc   tudzież   dnia,   umówiliśmy   się   z   jednym   poznanym   przez   Agatę   Francuzem   na   tutejsze   patinoire.       Zabawa   zaczęła   się   już   od   momentu   zakładania   łyżew,   bo   oczywiście   były   za   duże,   za   małe   itd.   Pewnym   krokiem   (akurat)   weszliśmy   na   lód   i   pomknęliśmy   J   Osobiście   bardzo   lubię   jazdę   na   łyżwach   (mam   dobre   wspomnienia  z  podstawówki),  dlatego,  mimo  tego,  że  nie  czułam  się  pewnie,  bawiłam  się  super.  Szczególnie,   jak  zgasili  światła  :D   Adam   był   najlepszy   w   efektownych   wywrotkach,   bo   usilnie   starał   się   hojrakować   i   jeździł   za   szybko   J   Ja   hamowałam  silnikiem  :P  Agata  z  Josephem  pomykali  również  dzielnie,  prowadząc  konwersacje  na  poziomie  J   Niestety  nie  mamy  z  naszego  wyczynu  żadnych  zdjęć.     Na  następny  dzień  oczywiście  wszyscy  narzekaliśmy  na  bóle  mięśni,  ale  i  tak  wybraliśmy  się  w  środę  do  pewnej   knajpki-­‐  Bacchantes,  gdzie  co  tydzień  ludzie  tańcują  sobie  tańce  tradycyjne  J  Ponieważ  nie  było  możliwości   nauczenia   się   w   takim   tempie   kroków,   spróbowaliśmy   kilka   razy   i   wróciliśmy   do   domu.   Ja   miałam   okazję   zatańczyć   z   kilkoma   tamtejszymi   stałymi   bywalcami,   więc   stresu   trochę   było   :)   Zapewne   tam   wrócimy,żeby   jeszcze  opanować  jakieś  tańce!        20  października  2008/  Życie  miasta  i  studentów  

Teraz   miasto   tętni   życiem,   pewnie   dlatego,   że   wszyscy   studenci   się   już   zjechali.   A   na   atrakcje     w  Poitiers  nie  można  narzekać,  bo  dzieje  się  coraz  więcej  i  na  ogół  ciekawe  rzeczy.  Pierwsze  dni  października   usiane  teatrami,  artystami  i  muzyką  w  większości  ulicznymi.  W  centrum  na  placu  stanął  duży  namiot  cyrkowy     i   jeszcze   jeden   mniejszy   na   skwerze   niedaleko.   Z   ulicznych   dram   najbardziej   przypadła   mi   do   gustu   czwórka   spontanicznie   tworzących   mimów   „Ernestus”   uzbrojona   w   trąbkę,   zestaw   perkusyjny,   harmonie   i   duży   plastikowy  kosz  na  śmieci  z  kółkami,  którym  to  wyjechali  z  placu  w  centrum,  nie  przestając  grać  przemierzali   wąskie  uliczki  z  ciągnącym  się  za  nimi  szalikiem  rozbawionej  publiki.  


W  teatrach  i  dramach  mnóstwo  nagości,  aż  nam  się  szkoda  robiło  tych  aktorów,  bo  za  ciepło  to  już  nie  było.  

    Koncerty   bębniarskie   robiły   wrażenie   i   porywały   do   transowego   bujania,   aż   mi   się   przypomniał   stary   dobry   slot.   A   impreza   zakończyła   się   pod   dużym   namiotem   przy   energetycznej   muzyce   bałkańskiej     w   wykonaniu   francuskiej   trupy.   Tego   wieczora   ludzi   było   sporo,   a   pomimo   pijaństwa   bardzo   pozytywnie   wszystko  się  odbywało.  


Tydzień   temu   w   sobotę   odbyły   się   w   Poitiers   podchody   po   mieście,   zorganizowane   dla   studentów    z   zagranicy.   Przyszło   bardzo   dużo   osób.   Odnaleźliśmy   się   na   listach   ja   wpisana   jako   Kalima   Zagrek,    a  Adam  jako  Dabouski,  a  co  więcej  student  archeologii  (takie  małe  kłamstwo,  wyobrażacie  sobie  Adama  na   archeologii??!!  :).  Podzielono  nas  na  ponad  20  grup!  Naszym  szefem  był  wspominany  już  wiele  razy  Perry  J   Zadanie  polegało  na  wypełnieniu  formularza  z  przygotowanymi  pytaniami  na  temat  Poitiers.  Przed  wyjściem   dostaliśmy   zestaw   gadżetów   -­‐   w   tym   upragnione   lniane   torby,   długopisy,   koszulki,   mapy,   ulotki.   Ruszyliśmy   spacerkiem   po   wyznaczonej   trasie   stopniowo   odnajdując   odpowiedzi   na   poszczególne   pytania.   Pogoda   była   piękna,  wręcz  lipcowa.  Spociliśmy  się  :]     Całą   drużyną   kierowała   nawiedzona   Włoszka   -­‐   Alice,   która   była   chyba   bardzo   zdeterminowana    i   pędziła   do   przodu,   a   my   tylko   przepisywaliśmy   odpowiedzi   J   Jej   bardzo   zależało,   a   my   zrobiliśmy   sobie   spacer  po  mieście,  było  gorąco  i  nikomu  się  specjalnie  nie  spieszyło,  ale  cóż...musieliśmy  ją  gonić  :D  

   

   


Ostatecznie   okazało   się,   że   zdobyliśmy   dzięki   niej   trzecie   miejsce,   zostaliśmy   wyczytani   na   forum    i   nawet   dostaliśmy   nagrody   :D   Wśród   nich   były   wejściówki   na   mecz   piłki   siatkowej   reprezentacji   Poitiers   kontra  Tuluzanie  i  darmowe  wejście  do  sławnego  Parku  Futuroscop.     Fajnie  było!   Później  mieliśmy  okazję  obejrzeć  pokaz  capoeiry  

   

   

wymiataczy    na  bębnach,    

     


i  belly  dancingu,  który  prowadziła  Pani  w  kwiecie  wieku  i  po  twarzy  widać  było,  że  sprawia  jej  to  tak  ogromną   satysafkcję,   że   potęgowało   to   tylko   przyjemność   oglądania   (czarny   strój).   Młodsze   dziewczyny   też   dawały   radę!  J  

 

    Najlepsze  jednak  okazały  się  ciastka,  którymi  organizatorzy  poczęstowali  nas  na  zakończenie  mniam  mniam  J   Dzień  minął  szybko,  aktywnie  i  wesołej  atmosferze.  Takie  lubimy  J  


22  października  2008/  A  na  kolację  jemy  dziś  żaby  J   Tak   tak   wiem...wszyscy   zabraliście   się   za   czytanie   ze   względu   na   te   żaby,   ale   to   będzie   później   :]   Tylko   nie   próbujcie   przewijać,   trzeba   przeczytać   wszystko,   obowiązkowo!   Moją   małą   aktywność   na   blogu   tłumaczę   okrutnym   choróbskiem,   które   mnie   dorwało   i   jednym   ciosem   powaliło.   Ale   spokojnie,   nie   martwcie   się,   zaaplikowano   (tzn.   moje   Kochanie)   mi   magiczną   herbatkę   owocową     z  owocami,  miodem,  cytryną  i  sokiem...wypas  co?  :D  Jeszcze  cherlam,  ale  to  się  wytnie.   A  więc...  (pamiętajcie,  żeby  nigdy  nie  zaczynać  zdania  od  a  więc  J)   Jak   już   świetnie   Adam   pokazał   poprzez   swoje   zdjęcia   (które   pewnego   dnia   będzie   podziwiał   cały   świat   ;)   Poitiers   jest   szczególnie   ładne   w   nocy.   Dlatego   często   praktykujemy   wieczorne   spacerki   wśród   labiryntu   wąskich   uliczek.   To   najlepsza   okazja,   żeby   spotkać   rozmaite   mniejsze   stworzenia   tego   miasta,   nietypowych   ludzi  oraz  dostrzec  niezwykłe  zjawiska.   Podczas   jednej   z   takich   przechadzek   przyciągnął   nas   swoim   zaczarowanym   wzrokiem   niezwykle   urodziwy   francuski  kot  J  Był  tak  piękny,  że  nie  powstrzymaliśmy  się  od  zrobienia  mu  zdjęcia  J  

 

 Adam   wspominał   już,   że   w   pewnych   częściach   miasta   (   a   my   wiemy,   w   których   sasa:),   spacerki   umila   muzyka,   dochodząca   z   okien   kamieniczek.   Przeważnie   to   młodzi   ludzie   ćwiczą   grę   na   przeróżnych   instrumentach,   co   naprawdę  dodaje  uroku  takim  wieczorom.   Zmierzając   w   stronę   domu   natknęliśmy   się   na   dość   rzadki   dla   zwykłych   śmiertelników   obraz...bowiem...chwila   napięcia..  J  na  końcu  ciemnego  korytarza  zobaczyliśmy  wnętrze  kuchni  jednej  z  restauracji.  A  w  niej  dwóch   groźnie  wyglądających  żabo  przyrządzaczy  J  Co  gorsze!  Jeden  z  nich  nawet  czaił  się  na  nas  z  nożem!  Dlatego   czem  prędzej  pstryknąwszy  im  zdjęcie,  czmychnęliśmy  J  


Długo  próbowaliśmy  ich  zgubić,  a  kiedy  w  końcu  nam  się  to  udało  aż  musiałam  sobie  przycupnąć     i  odpocząć...  

 


Refleksja,   której   się   oddaliśmy   po   powrocie   do   domu   oraz   głód,   który   dopadł   nas   w   trakcie   ucieczki,   podjęliśmy  decyzję,  że  jest  to  idealny  wieczór,  aby  w  końcu  przyrządzić  na  kolację  tradycyjne  żabiska  :D  

   Bardzo  delikatne,  rozpływające  się  w  ustach.  W  sumie  to  dziwne  były...  

J   Komentarze:   super_sestra   WoW!!!!  Naprawdę  uwierzyłam,  że  jedliście  żaby!!!!  O  Wy!!!  Ale  przydałoby  się,  żebyście  spróbowali  żabich   udek  :D   ry_mamcia   nawet  w  najładniejszej  bajce  znajdą  się  groźni  żabo  przyrządzacze   24  października  2008  Festiwal  Czekolady  i  trochę  sportu   W   ostatnią   sobotę   wybraliśmy   się   naszym   wspaniałym   bombowcem   do   miejscowosci   Chattellerault   oddalonej   od  Poitiers  ok.  20  km  na  Festival  du  Chocolat  :)   Byliśmy   bardzo   ciekawi,   co   tam   zobaczymy,   ale   jednego   byliśmy   pewni...że   będzie   duuuuużo   czekolady   J   którą   oczywiście   mieliśmy   zamiar   spróbować.   Miasteczko   jest   bardzo   ładne.   Po   dotarciu   na   miejsce   okazało   się,   że   to   bardziej   (wg   naszego   języka)   targi   czekolady   niż   festiwal.   Cała   akcja   miała   miejsce   w   dużej   hali,   która   znajdowała   się   na   terenie   Parc   des   expositions.   Naszym   oczom   ukazały   się   dziesiątki   rozmaitych   stoisk   cukierników   z   różnych   miast,   którzy   prezentowali   swoje   słodkie   specjały.   Nie   tylko   czekoladę,   znalazły   się   tam   również   konfitury   (pomarańczowe   najlepsze),   likiery,   wina,   przyprawy,   suszone   owoce   (wyglądały   smakowicie).  


Dzięki  temu,  że  zapłaciliśmy  za  wstęp  mogliśmy  degustować,  ile  tylko  chcieliśmy,  niestety  nie  wszystko  J  Ale  i   tak  to  co  zjedliśmy  nas  szybko  zmuliło  J  Jeden  cwany  pan  zaproponował  nam,żebyśmy  spróbowali  dużej   kostki  czekolady  nabitej  na  patyczek,  którą  macza  się  w  gorącym  mleku.  Oczywiście  chętnie  spróbowaliśmy,   ale  musieliśmy  potem  zapłacić  po  dwa  euro  za  sztukę  :]  W  sumie  było  warto,  pychotka  J      

     


Zobaczyliśmy  również  największą,  z  dotychczas  widzianych,  chałkę  J  Adam  nawet  spróbował...okruszek  :]  

 

Niektórzy  cukiernicy  prezentowali  swoje  umiejętności,  tworząc  różnorodne  kształty  z  czekolady,  przelewając   czekoladę   mleczną,czarną...z   naczynia   do   naczynia.   Naszą   uwagę   przyciągnął   przede   wszystkim   pan,   który   (jesteśmy  pewni)  jest  wyrośniętym  krasnoludkiem  z  krainy  czekolady.  

 


Zanim  wróciliśmy  do  domu  nie  omieszkaliśmy  wydać  trochę  pieniędzy  na  czekoladę  z  Brazyli,  rodzynki,  ach  no   i  na  czekoladowo-­‐marcepanowo-­‐orzechowe  kasztanki....  :D  Chcieliśmy  przywieźć  je  do  Polski,  ale  zgodnie   stwierdziliśmy,  że  po  dwóch  miesiącach  w  lodówce  nie  będą  dobre,więc  musieliśmy  je  zjeść...cóż...pyszne   były......mniam.......mniam....  

 

Nie  był  to  jednak  koniec  atrakcji  tego  dnia.  Wieczorem  odbywał  się  mecz  siatkówki,  na  który  bilety  wygraliśmy   podczas   podchodów.   Nie   wiedzieliśmy   co   prawda   gdzie   jest   hala,   ale   jak   już   dotarliśmy   w   tamte   okolice   dokładnie  doprowadził  nas  łomot  bębnów  i  okrzyki  kibiców.  Mecz  rozgrywał  sie  między  drużyną  z  Poitiers  a   Toulouse'm.  Gra  na  wysokim  poziomie,  bardzo  dynamiczna  z  ciekawymi  zwrotami  akcji,  emocjonująca!  J  

 


Doping  był  przytłaczający  dla  gości,  ponieważ  Poitievanie  bardzo  energicznie  kibicowali,  wydzierając  się  ALE   ALE  ALE,  bębniarze  napażali  bardzo  głośno.  A  jak  udało  się  przebić  ten  zgiełk,  to  była  cała  kapela  denciaków,   którzy  nam  niezmiernie  wesoło  przygrywali.   Komentarze:   bania455   UUU!  te  z  marcepanem...  w  lodówce  by  się  nie  zepsuły,  nie  zepsuły  i  nie  straciły  nic  ze  swojego  smaczku,   zapewne  rozkosznego  smaczku.  Auuuu!!   super_sestra   Bania  ma  rację!!!  Na  pewno  by  się  nie  zepsuły  :(  ale  w  końcu  doczekałam  się  zdjęć  z  tego  przecudnego  miejsca   -­‐  myślę,  że  straciłabym  tam  fortunę,  na  czekoladki,  czekoladunie  :)     A  mecz  siatkówki  pewnie  Was  bardzo  ucieszył  -­‐  w  końcu  jesteś  fanką  tego  sportu.  I  jak  widać  u  nich  kibice  też   niczego  sobie  :D   ry_mamcia   uuu  mniam......  łasuchów  nie  powinno  się  wpuszczać  na  takie  imprezy  a  już  na  pewno  nie  mnie    

  26  października  2008  Interakcje  międzynarodowe   Tydzień   wolnego   od   uczelni   (do   tej   pory   nie   mogę   uwierzyć,   że   mają   tu   taki   system)   zaczęliśmy   bardzo   przyjemnie.   Bowiem   zaprosił   nas   do   siebie   nasz   znajomy   Francuz   Jose.   Zaproponował,   że   przygotuje   tradycyjne  francuskie  danie,  które  bardzo  chcieliśmy  wszyscy  spróbować  -­‐  fondue.   Najpierw   poczęstował   nas   chrupkami   (Francuzi   obowiązkowo   jedzą   aperitif)   i   napiliśmy   się   wina.   Atmosfera   była   bardzo   wesoła,   słuchaliśmy   muzyki   i   rozmawialiśmy   -­‐   na   zmianę   po   angielsku   i   po   francusku.   Jose   jest   bardzo  komunikatywny  i  na  szczęście  zna  angielski,  więc  może  rozmawiać  z  Adamem  i  przy  okazji  sobie  ćwiczy.   Ponieważ...  (tu  taka  mała  dygresja)  we  Francji  nauka  języków  jest  na  bardzo  niskim  poziomie.  Kiedyś  pisałam,   że   na   angielskim   mówi   się   więcej   po   francusku,   ale   co   więcej   oni   w   ogóle   nie   praktykują   żadnych   konwersacji!   Nauka   polega   na   gramatyce,   tłumaczeniu   tekstów   z   angielskiego   na   francuski   (to   jest   dla   nas   zabawa;)   oraz   przekładaniu  zdań  francuskich  na  angielskie.  Poza  tym  co  tydzień  mamy  robić  test  ze  słuchania  przez  internet   (zajęcia  są  co  dwa  tygodnie).  I  takim  sposobem  Francuzi  nie  mówią  dobrze  po  angielsku,  a  z  akcentem  mają   ogromne   problemy.   Dziwny   system   naprawdę.   Ale   sam   Jose   stwierdził,   że   Francuzi   uważają,   że   są   najlepsi,   najpiękniejsi   i   najmądrzejsi...więc   po   co   mają   się   uczyć   języków   obcych,   skoro   mogą   mówić   w   swoim   najładniejszym  J  (mają  trochę  racji  :P).  Stwierdził  też,  że  niemożliwe  jest  nauczenie  się  języka  we  Francji  na   tyle,   żeby   po   4   semestrach   (jak   my   to   zrobiłyśmy)   wyjechać   na   stypendium.   Ale   on   sam   pojechał   na   rok   do   Portugalii  nie  znając  zupełnie  języka  i  dał  sobie  radę...  J  Podróżował  tam  m.in.  do  Maroka,  z  grupą  Polaków  :]   Nas  często  chwali,  że  mówimy  dobrze  po  francusku,  więc  jest  nam  miło  J  A  on  przy  nas  szlifuje  angielski.     Kiedy  już  porządnie  zgłodnieliśmy  nadszedł  czas  na  jedzonko.  Fondue  to  danie,  które  składa  się  tylko  z  sera.   Trzy   rodzaje   są   zmielone   w   jedną   papkę,   trochę   doprawione,   następnie   włożone   do   specjalnego   naczynia,   które   się   podgrzewa,   żeby   ser   się   stopił.   Kiedy   już   serek   zamienia   się   w   pysznie   wyglądającą   i   tak   samo   pachnącą  masę,  macza  się  w  nim  bagietkę  nabitą  na  widelec...i  szama  J  Wyśmienite!  Do  tego  pije  się  białe   wino.   Byliśmy   zachwyceni,   a   ja   szczęśliwa,   bo   spróbowaliśmy   czegoś   tardycyjnego   i   to   jeszcze   w   domu   Francuza!  


Później  Jose  poczęstował  nas  jeszcze  deserem  (banany  i  jogurty),  na  który  już  raczej  nie  mieliśmy  miejsca,  ale   taką  mają  tradycję  jedzenia.    Kiedy  wypiliśmy  wystarczającą  ilość  wina,  Jose  wyciągnął  swój  akordeon  (studiuje   muzykologię)   i   zagrał   nam   kilka   utworów.   Mimo   że   twierdził,   że   dawno   nie   grał,   byliśmy   pod   dużym  


wrażeniem  jego  umiejętności  i  samego  instrumentu,  który  jest  naprawdę  skomplikowany.  Potem  oczywiście   wszyscy  po  kolei  spróbowaliśmy  coś  z  niego  wydobyć  J  

 

Bardzo  udany  wieczór!   Kolejny   również   spędziliśmy   wspólnie,ponieważ   zrobiliśmy   mu   małą   niespodziankę   urodzinową   -­‐   balony     z   ukrytymi   w   środku   życzeniami   (po   polsku   z   tłumaczeniem)   oraz   winko.   Posłuchaliśmy   chwilę   muzyki   afrykańskiej   (cały   łikend   mają   miejsce   dni   afrykańskie   w   centrum   miasta),   a   potem   obejrzeliśmy   u   nas   "Delicatessen"   (film   francuski),   zajadając   ser   pleśniowy,   oliwki,   orzeszki   i   polskie   mięsko   (kabanosy     i  konserwę),  które  bardzo  smakowało  Jose'mu  J   Komentarze:   aszem   hi:)  ale  mieliscie  kolacyjke:)  co  tu  duzo  mowic,  korzystacie  widze  na  maxa:)  juz  nie  moge  sie  doczekac  kiedy   wrocice:*   bania455   Myślałam  ze  to  kaloryfer.   super_sestra   Czy  możemy  się  spodziewać,  że  jak  już  wrócicie  to  przygotujecie  nam  takie  pychotki?   ry_mamcia   dobrze  jest  też  poznać  zwyczaje  kulinarne  innych,  a  jeszcze  w  tak  miłym  towarzystwie.  Chociaż  w  gronie   przyjaciół  to  i  chleb  ze  smalcem  smakuje.   maren_87   on  wam  fondue,  a  wy  mu  ...  konserwe.  oj  wy  niedobrzy!  :)    

27  października  2008  Jesień  w  parku  Blossac   W  okolicy  naszego  mieszkania  jest  park  Blossac.  Bardzo  ładny  i  chyba  jedyny  taki  park  w  Poitiers.  Drzewa  są  tu   od  zasadzenia  formowane  w  ściane  i  wylądają  jakby  były  zrobione  od  linijki.  Wejścia  strzeże  lew.  


Podczas   jednej   z   piewszych   imprez   organizowanych   w   mieście   (targi   rozmaitych   instytucji),   o   której   nie   wspomnieliśmy   wcześniej,   próbowałem   swoich   cyrkowych   sztuczek   ;)   na   slaku,   chociaż   z   Domelem   lepiej   przygotowaliśmy  taśmę  w  szczytnickim  i  znacznie  lepiej  mi  tam  szło.   Pozdro  dla  naszych  wiernych  czytelników,  Spiska  i  Domela!;)  

 


Monocykl  bez  większych  sukcesów  

 

no  i  przygotowania  do  wystąpienia  w  Cirque  du  Soleil  na  trapezie  ;)  

 


Park   jest   częstym   celem   naszych   spacerów.   Kalina   lubi   zbierać   tam   kasztany   i   chować   je   po   wszystkich   kieszeniach   J   Tam   też   wypiliśmy   nasze   pierwsze   plenerowe   wino,   zagryzane   oczywiście   pleśniakiem   J   Jak   jest  już  późno  i  nie  ma  innych  dzieci,  to  my  wchodzimy  na  plac  zabaw  :D   Blossac   emanuje   spokojem   i   w   nim   najlepiej   widać   oznaki   jesieni,   ponieważ   nie   da   się   jej   za   bardzo   poczuć     w  mieście,  bo  nie  ma  za  wiele  drzew.  Dlatego  jest  to  ulubione  miejsce  do  biegania,  niedzielnych  spacerków     i  innych  różnorodnych  spotkań  mieszkańców.  

 

 


Jest  również  wydzielona  część,  gdzie  są  zwierzęta.  Zaczynając  od  oczek  wodnych  ze  złotymi  rybkami  długości   łokcia   i   kaczkami   pływającymi   nad   nimi.   Wszystko   w   harmonii,   no   poza   ogromna   klatką   kanarków,   gdzie   panuje  zgiełk  ubrany  w  rażące  kolorki.  

 


Zagroda  z  czarnymi  łabędziami  i  jeszcze  innymi  kaczkami,  po  klatki  z  papugami.  Były  tam  mi.  podręcznikowe   Ary  i  papuszki  nierozłączki  ;)  

 

Liście  spadają  kiedy  słońce  wcale  nie  ma  zamiaru  chować  się  za  chmury.  

       


Tam  też  chodzimy  na  randki  :D  

       

 

 Pewnego   razu   ja,   czyli   Kalina,   spokojnym   kroczkiem   sobie   kroczywszy,   a   następnie   przysiadłszy   sobie   na   ławeczce...  dostrzegłam  za  drzewem  coś  dziwnego,a  co  więcej  włochatego.  Rozczochrana  istota  zbliżała  się  do   mnie  powoli  i  niepewnie,  aż  w  końcu  usiadła  obok  mnie.  Spojrzały  na  mnie  duuuże  orzechowe,  wyglądające  na   zdziwione  całym  światem  oczy.  Po  chwili  dowiedziałam  się  jednak,  że  owa  postać  nie  dziwi  się  całym  światem,   a   jedynie   jego   kruchą   częścią...Z   jego   ust   usłyszałam   wszystko   wyjaśniające   stwierdzenie:   "ale   duże   ciastko"     i  już  wiedziałam,  że  miałam  bliskie  spotkanie  trzeciego  stopnia  z  ...ciasteczkowym  potworem  :D  

     


Komentarze:   katarzynako2   Świetny  blog.     Też  kiedyś  poznawałam  Francję,  ale  nie  tak  dogłębnie  jak  Wy,  bardzo  mi  się  podoba  ten  kraj,  choć  nie  mówię   po  francusku.     Świetna  z  Was  para.   ry_mamcia   czuję  się  jakbym  była  w  tym  parku,  a  najbardziej  w  tym  zwierzyńcu  podobają  mi  się  papużki  nierozłączki   maren_87   ale  ciachoooo.  chodzi  mi  o  to  czekoladowe,  okrągłe  ;P  pozdro  od  miugola  :*      

30  października  2008  Bordeaux     Wczorajszego  pochmurnego  i  wyjątkowo  chłodnego  dnia  wybraliśmy  się  na,  od  dawna  planowaną,  wycieczkę   do  Bordeaux.  Zabraliśmy  ze  sobą  znanego  już  wszystkim  znajomego  Francuza  Jose.  Nie  spodziewaliśmy,  że  to   miasto  jest  aż  tak  daleko  od  Poitiers,  podróż  zajęła  nam  ponad  3  godziny.   Jak   tylko   wjechaliśmy   do   centrum   od   razu   zabudowa   i   ogólna   atmosfera   zrobiła   na   nas   wrażenie.   Bordeaux   jest   o   wiele   większe   od   Poitiers   i   nieco   różni   się   od   typowych   miasteczek   francuskich.   Są   tam   już   znacznie   szersze   ulice,   duży   ruch,   wyższe   zabudowania   no   i   co   bardzo   ważne   -­‐   tramwaje   J   Ale   nie   takie   zwykłe   gruchotki  nie  nie...  superowe,  nowe  gąsieniczki.  Bardzo  intesywnie  jeżdżą  one  tam  i  z  powrotem.   Kiedy   już   zaparkowaliśmy   samochodzik   na   bardzo   tanim   parkingu   (jedyne   4   euro   za   2   godziny...eh)   ruszyliśmy   w  miasto.  Na  poczatek  nogi  (a  może  nos?)  poprowadziły  nas  w  stronę  wesołego  miasteczka,  które  akurat  stało   w   centrum.   Zaraz   obok   znajdowała   się   przepiękna   fontanna   (Fontaine   des   Girondins),   bardzo   rozbudowana,     z  różnorodnymi  rzeźbami  koni  i  postaci.  

             

 


Nie  poświęciliśmy  jej  jednak  za  wiele  czasu,  ponieważ  trzeba  było  pędzić  w  stronę,  wyglądających  jak  z  filmu,   straganów   ze   słodkościami   :)   Pierwsze,   co   rzuciło   się   nam   w   oczy   to   jabłka   z   czekoladzie   i   lukrze   (znałam   je   tylko  z  filmów).  Oczywiście  kupiliśmy  sobie  po  jednym  :)  Tego  z  czekoladą  nie  zdążyliśmy  uwiecznić,  bo  szybko   zniknęło...ale  jabłko  miłości  (pomme  d'amour)  zostało  sfotografowane!  Mniam  :)  

           

 

       

 

 Następnym  punktem  był  dom  turysty  (maison  de  tourisme),  w  którym  udało  nam  się  zdobyć  mapkę  miasta,   według  której  ruszyliśmy  dalej.  Minęliśmy  piękny  teatr  (Grand  Theatre),  położony  przy  imponującym  placu,  na   którym   panowała   już   zaawansowana   jesień.   Zrobiliśmy   siusiu   w   małym   centrum   handlowym   i   wąskimi,   zadbanymi  uliczkami,  otoczonymi  ścianą  starych  kamienic  poszliśmy  na  poszukiwania  bazyliki  (Basilique  Saint   Suerin).   Był   to   kolejny   kościół,   w   którym   panowała   niezwykle   tajemnicza,spokojna   atmosfera.   W   powietrzu   unosił   się   intensywny   zapach   kadziła,   w   zakamarkach   paliły   się   świece,   które   można   tam   stawiać   w   konkretnych   intencjach.   Mimo   że   było   tam   ciemno,   Adamowi   udało   się   doskonale   uchwycić   klimat   tego   miejsca.  

 


Po  drodze  do  samochodu  (czas  naglił)  mieliśmy  okazję  zobaczyć  również  ruiny  dawnego  amfiteatru  -­‐  Ruines   Palais  Gallien.  Tam  też  ziemia  usłana  była  nadzwyczaj  ogromnymi  liśćmi  platanu.  

   W  autku  zjedliśmy  kanapki,  napiliśmy  się  gorącej  herbatki,  wykupiliśmy  kolejne  dwie  godziny  w  automacie  

zdziercy  i  szybkim  krokiem  (było  naprawdę  zimno  -­‐  ok.  9  stopni)  wyruszyliśmy  zobaczyć  resztę  miasta.  Jose   próbował  złapać  nam  troche  słońca,  niestety  bez  większych  skutków,  nadal  było  zimno.  

     


Kolejny  cel  -­‐  rzeka  Garona.  Przez  ogrom  tej  wody  płynący  w  korycie  wydaje  się  prawie,  że  jest  się  nad  morzem.   Bardzo  szerokim  i  przyjemnym  deptakiem  szliśmy  chwilkę  wzdłuż  brzegu,  choć  nie  było  tam  portu  jakiego  się   spodziewaliśmy.  Był  za  to  mostek,  kładeczka  skromniutka  :)  

                       


Wracając  między  budynki  można  było  się  przechadzać  ulicami,  które  ludzie  od  bardzo  dawna  depczą.  

       

 

 Dalej  

szybkim   krokiem,   przez   kolorowe   sklepiki,   obwieszonymi   zielenią   balkonami   i   pachnące   wypiekami     z  miodem  cukierniami.  W  których  oczywiście  nie  omieszkalismy  się  zatrzymać  i  kupić  sobie  po  cudnym  ciastku.   Co   prawda   z   bałkańskiego   przepisu,   ale   to   właśnie   takiego,   jakie   nam   tak   bardzo   przypadło   do   gustu   na   poczęstunku   po   podchodach   J   Niestety   temperatura   nie   dawała   nam   się   za   wiele   zatrzymywać,   dlatego   wszystkie  zdjęcia  robione  w  pośpiechu  nie  potrafią  oddać  piękna  tego  wspaniałego  miasta.  

 


Zahaczając  jeszcze  po  drodze  o  parę  Bazylik,  

     


od  skwerku  do  skwerku  z  wesołym  Jose  do  Jettki  bum  bum.  

 

Komentarze:   super_sestra   No  nareszcie  zobaczyłam  Twój  zielony  płaszczyk  :)  A  to  bordo  to  naprawdę  śliczne  miasto  :)   super_sestra   Zapomniałam  złożyć  hołd  Adamowym  zdjęciom  -­‐  są  to  zdjęcia  z  duszą  i  dzięki  nim  i  wpisom  wydaje  mi  się,  że   wcale  nie  wyjechaliście,  że  codziennie  z  Wami  rozmawiam  :)  Mam  nadzieję,  że  po  powrocie  złożycie  je  w  fajny   album  :)   bania455   Zielony  płaszczyk  super.  Opowiastki  i  zdjęcia  też  super.   aszem   zielony  płaszczyk  jest  powalający,  bardzo  podoba  mi  sie  fason,  a  zwłaszcza  kolor:)  zielony:)  takie  jabłka  jak  wy   to  ja  jadłam  w  Belgradzie:P  buziaki  a  i  fontanna  przepiękna,  to  chciałabym  zobaczyc.   ankulka   No  przeczytalam:)  podoba  mi  sie  bardzo  swietny  pomysl  az  sama  sie  zalogowalam  i  chyba  zaczne  pisac  w   koncu  tez  zyje  na  obczyznie:)  mam  o  czy  opowiadac.  A  i  nie  narzekajcie  na  drogi  parking  ja  ostatnio  placilam   15$  i  musialam  zaprakowac  na  8  pietrze!  zejsc  ok  ale  wejsc  gorzej  tym  bardziej  ze  winda  zepsuta:P     Wasz  blog  swietny  bede  sledzila  na  bierzaco:)  pozdrawiam  goraco  i  powodzenia:)))   kalina-­‐adam   Nawet  nie  wiecie,jaką  radochę  sprawiacie  nam  swoimi  komentarzami  :)  Dzięki!  :)   ry_mamcia   cieszę  się  bardzo,  że  macie  tyle  wspaniałych  wydarzeń.  Będzie  to  kolejną  przygodą  życia,  którą  będzie  się   kiedyś  wspominać  z  radością.  super    


4  listopada  2008  Wioseczka  Angeles  sur  l’Aglin   W   ponury   weekend,   chcieliśmy   zrealizować   jakąś   wycieczkę,   co   by   się   w   domu   nie   obijać.   Umówiliśmy   się     w   tym   celu   z  Perry'm   na  godzinę   9  rano   w   sobotę.   Jakież  było   nasze   ogromne  zdziwienie,   kiedy   obudził  nas   dzwonek   domofonu,   a   do   mieszkania   wkroczył   Perry.   A   cała   nasza   trójka   leżała   jeszcze   w   łóżkach   z   zaspanymi   oczkami  i  strapionymi  minkami...jak  to  się  stało,  że  nikt  nie  usłyszał  budzika??!!  J   Kiedy   już   każdy   trzy   razy   przeprosił   Perry'ego   za   tą   wpadkę,   zaczęliśmy   szykować   się   do   wyjścia,   jednak   nie   wiedzieliśmy   jeszcze   dokąd   jedziemy.   Pogoda   nieco   pokrzyżowała   nam   plany,   więc   wspólnie   kminiliśmy,   co   zrobić.   Ostatecznie   bez   bagietek   i   ciepłej   herbatki   (jak   to   zazwyczaj   bywało)   ruszyliśmy   do   nieodległego   miasteczka  o  trudnej  do  wypowiedzenia  nazwie  Angles  sur  l'Anglin.   Mimo   że   cel   nie   był   daleko   musieliśmy   oczywiście   sobie   pobłądzić,   nadrobić   trochę   kilometrów,   bo   droga   była   zamknięta   (ludzie   jednak   bardzo   lubią   kopać   w   ziemi).   Polna   droga,   którą   jechaliśmy   dłuższą   chwilkę   nie   napawała  optymizmen,  zwątpiliśmy  czy  doprowadzi  nas  do  celu,  co  jednak  w  końcu  zrobiła.  Już  po  drodze  było   bardzo   ładnie,   jechaliśmy   głównie   polami   i   lasami.   Pomimo   przygód   w   trasie,   bardzo   nas   to   wyciszyło     i  uspokoiło.  Zwiedzanie  wioseczki  zaczęliśmy  od  ruin  zamku.  

 

Klimacik  co  nie?  :D  


Później  tymi  właśnie  schodkami  (śliskimi  i  niebezpiecznymi)  zeszliśmy  nad  brzeg  rzeki.  

 

Spacerkiem  obeszliśmy  opustoszałą  i  cichą  wioseczkę...  

 


Znaleźliśmy  nawet  idealny  dom  dla  nas,  już  pertraktujemy  z  właścicielem  J  

     


W  ponurym  świetle,  ruiny  były  bardzo  mroczne...  

 

     


Wypogodziło  się  jednak  na  chwilkę  i  jak  to  na  Adama  przystało  musiał  odwiedzić  okoliczne  skały.  Na  wspinanie   nie   było   czasu,   ale   miejsce   było   piękne,   a   skały   wysokie,   więc   przez   nieodpartą   pokusę   przynajmniej   zjechał     z  góry,  na  co  chętny  był  też  Perry.  

     

             


W   drodze   powrotnej   zahaczyliśmy   o   Chauvigny,   ale   ponieważ   było   już   nam   bardzo   zimno,   szybko   obskoczyliśmy  część  średniowieczną  miasta,  wypiliśmy  mini-­‐mini  gorącą  czekoladę  i  wróciliśmy  do  domu.  

             

 

A  na  koniec  mały  wzruszający  akcencik...pozdrawiamy  Was  wszystkich  bardzo  bardzo  ciepło  (mimo  że  na  tym   zdjęciu  było  nam  bardzo  zimno:)  i  dziękujemy  za  obecność,  mimo  tak  dużej  odległości.  Czytajcie  i  komentujcie,   jak  najwięcej,  bo  może  tego  nie  widać,  ale  tęsknimy  za  Wami  i  uwielbiamy  Wasze  komentarze  :)  Buziaki!   Komentarze:   super_sestra   Ostatni  akapit  biorę  bardzo  do  siebie,  bo  mam  Was  ustawionych  w  Mozzilli  w  okienku,  które  się  samoistnie  aktualizuje  co   godzinę  :)  Z  niecierpliwością  czekam  na  kolejne  wpisy!!!  I  wcale  nie  czuję,  że  z  Wami  nie  rozmawiam  :)     Wioseczka  jest  naprawdę  urocza  -­‐  musi  być  tam  cudownie  latem  :)  Pasowałaby  do  Was  :)     Buziaki.   natalib   Eh  Mierzwa  a  pamiętasz  nasz  stary  plan  -­‐  domki  na  wsi  obok  siebie?!  To  miejsce  mogło  by  spełniać  kryteria:),  Buźka   bania455   Jak  Adam  zaprzepaści  te  cudowne  zdjęcia  toooo!!!!!.....lepiej  kupcie  ten  domek  moze  dam  się  udobruchać.   aszem   no  ładnie  tam,  tylko  pozazdrościć:)  a  ja  mam  coraz  jasniejsze  plany  na  wymianę  na  Bałkany:)  Francja  ładna,  ale  do   Francuzów  jakoś  mnie  to  nie  przekonuje:P   ry_mamcia   Widząc  Was  tak  usmiechniętych  i  szczęśliwych  czuje  się  spokojna  i  też  szczęśliwa,  tylko  tak  trzymać.  Ostatnie  miejsce   Waszych  wojaży  piękne.  Zabudowa  raczej  przypomina  miasteczko  a  nie  wioskę,  ale  "Wasz"  domek  rzeczywiście  z   klimacikiem.  Przez  chwile  czułam  sie  też  jak  na  filmie  horrorze,  zdjęcia  bardzo  sugestywne.  Pozdrawiam  bardzo   serdecznie   anowiwona   Pozdrawiamy  was  serdecznie  z  listopadowej  Zaręby:)  My  czyli  Iwona  i  Damian:)  Wasz  blog  zabiera  nas  co  jakiś  czas  na   francuską  bagietkę,  na  ile  tylko  czas  wolny  pozwala  ;)  Piękne  zdjęcia  i  ciepłe  opisy,  aż  chciałoby  się  tam  zawieruszyć,  gdy   u  nas  wieje  chłodem.  Zwiedzajcie  i  zbierajcie  jak  najwięcej  wspomnień  do  kieszeni  uroczego  kalinowego  płaszczyka,  w   którym  jeszcze  bardziej  podoba  jest  do  Dzwoneczka  ;)  Zasyłamy  cieplutkie  uściski  w  Dzień  Niepodległości  :)    


8  listopada  2008  Futuroscope,  czyli  dzień  wrażeń   Zaczęło  się  od  tego,  że  wybraliśmy  sobie  najbrzydszy  dzień  jaki  był  tu  do  tej  pory!  Od  rana  padało  i  było  zimno.   Oczywiście  to  wszystko  przez  Jose  (na  kogoś  przecież  trzeba  zwalić:),  który  stwierdził,  że  nie  nie  mamy  po  co   tam   jechać,   jeśli   nie   zjawimy   się   tam   zaraz   po   otwarciu,   ponieważ   nie   zdążymy   wszystkiego   zobaczyć.   Posłuchaliśmy   więc   doświadczonego   i   straciliśmy   słoneczny   dzień,   dlatego   wybraliśmy   się   tam   nastepnego,     a   w   sumie   wyszło   na   to   samo,   bo   park   był   otwarty   krócej.   Postanowiliśmy   nie   przejmować   się   pogodą,   ponieważ  mieliśmy  bilety  za  darmo  i  mnóstwo  atrakcji  przed  sobą!  J   Tym   razem   nie   będzie   za   wiele   zdjęć,   a   z   pewnością   takich,   które   mogłyby   "zobrazować"   co   się   tam   działo.   Będziemy  się  zatem  posługiwać  linkami.   Kiedy   zjawiliśmy   się   już   na   miejscu,   trzeba   było   się   zaopatrzyć   w   mapę,   bo   park   nie   jest   mały...   tu   jest   plan   ogólny:   http://www.futuroscope.com/eng/plan.php   Zaczęło   się   od   kina   i   filmu   "Voyageurs   du   ciel   et   de   la   mer"   (Podróżnicy   nieba   i   morza),   w   którym   ku   naszemu   ogromnemu   zdziwieniu   delfiny   wyskakiwały   z   morza   pod   naszymi   stopami!   Główny   ekran   miał   bowiem   przedłużenie   pod   podłogą.   Niesamowite   wrażenie,   piękna   przyroda,   superowe   wieloryby   :D   Dla   ciekawych   szczegółów:   http://www.futuroscope.com/eng/attraction-­‐vcm.php   Nie  wszystko  było  jednak  tak  spokojne  i  odprężające...,  trochę  się  też  nad  nami  poznęcali:]  W  następnym  kinie   były  bowiem  nietypowe  fotele,  które  imitowały  ruchem  to,  co  działo  się  na  ekranie.  M.in.  jazdę  samochodem,   łodzią   podwodną,   kolejką   górską...   Kalinie   najbardziej   się   to   chyba   podobało   (sądząc   po   odgłosach   jakie   wydawała:),   ale   nieźle   się   przestraszyła   kiedy   bohater   filmu   wychylił   się   z   pociągu,   a   my   razem   z   nim   :D   Fotelem  telepało  i  w  oczy  wiał  wiatr!  A  od  czasu  do  czasu  kichało  na  nas  gadające  drzewo  J   http://www.futuroscope.com/eng/attraction-­‐vienne.php   Wibrujących  foteli  było  jeszcze  parę  z  dodatkiem  efektu  3D.   http://www.futuroscope.com/eng/attraction-­‐dyn.php   Kolejny  fotel  był  już  bardzo  wygodny  i  nieruchomy,  ale  wgniatało  w  niego  nas  to  co  się  działo  przed  oczami,   czyli   witamy   planetarium,   gdzie   zmieścili   cały   wszechświat!   Muszę   się   tu   troszkę   rozpisać,   wybaczcie,   ponieważ   nie   da   się   koło   tego   doświadczenia   przejść   obojętnie!   Tak   jak   nasza   ostatnia   wizyta   w   miejskim   planetarium   pozostawiła   niedosyt,   to   w   futuroscopie   byliśmy   przepełnieni   doznaniami!   Ekran   był   tak   zbudowany,  że  nie  dało  się  go  ogarnąć  wzrokiem,  dlatego  lot  przez  gwiazdy  stawiał  wszystkie  włosy  na  ciele!   J  To  miejsce  nie  pozostawiało  niczego  więcej  do  życzenia!  Dostaliśmy  gwiazdkę,  a  właściwie  duuużo  gwiazd     z  nieba  J   http://www.futuroscope.com/eng/attraction-­‐cosmos.php   A   teraz   czas   na   mnie...czyli   Kalinę,   wyspałam   się   i   mam   więcej   mocy   na   pisanie   :D   Według   mnie   najlepsze   (poza   kichającym   drzewem   i   ekranem   pod   podłogą)   były   dwa   filmy.   Jeden   o   głębinach   morskich,   który   oglądaliśmy   w   specjalnych   (niewygodnych)   okularach,   więc   mieliśmy   wrażenie,   że   zaraz   dotknie   nas   macka   ośmiornicy   albo   rekin   złapie   za   nogę!   Niesamowite   wrażenia,   szczególnie,   kiedy   na   ekranie   pojawiały   się   ogromne   ławice   kolorowych   rybek   albo   meduz.   Do   tego   było   sporo   śmiechu,   bo   narratorzy   nabijali   się     z   pokazywanych   stworzeń   J   Piękne!   Dodam   tylko,   że   ekrany   zbudowane   są   na   półkuli,   więc   gdzie   się   nie   obejrzeć  ciągle  coś  sobie  pływało!  J   http://www.futuroscope.com/eng/attraction-­‐deep-­‐sea-­‐3d.php  


Drugi  z  kolei  film  był  najlepszą  projekcją  o  dinozaurach,  jaką  do  tej  pory  widziałam.  Ekran  był  równie  potężny   (wahały  się  od  600  do  900  m2),  efekty  super  zrobione,  a  te  wielkie  stwory  mogliśmy  widzieć  z  każdej  możliwej   perspektywy,  co  powodowało,  że  mogliśmy  w  niewielkim  stopniu  odczuć,  jakie  dinozaury  były  duuuże,  ciężkie,   żarłoczne  i  naprawdę  fascynujące...  Adam  co  chwilę  tylko  powtarzał,  jak  bardzo  chciałby  zabrać  tam  ze  sobą   Leona,  swojego  siostrzeńca  J  Mam  nadzieję,że  jeszcze  kiedyś  będzie  ku  temu  okazja!   http://www.futuroscope.com/eng/attraction-­‐dinosaurs.php   (jeśli  wejdziecie  po  prawej  stronie  w  "video"  zobaczycie  trailer,  niestety  na  małym  ekraniku)   Na  terenie  parku  znajduje  się  45  metrowa  wieża  widokowa,  na  którą  oczywiście  bardzo  spieszyło  się  Adamowi   (aby  tylko  wyżej  i  wyżej...  :).  Niestety  pogoda  była  paskudna,  jak  już  wiecie,  więc  widoki  też  nie  porywające,  ale   sam  pomysł  ciekawy.  Jest  to  chyba  jednyne  miejsce,  z  którego  można  ogarnąć  wzorkiem  cały  Futuroscope.   http://www.futuroscope.com/eng/attraction-­‐gyro.php   (widoczna  obręcz  to  miejsce,  w  którym  się  siedzi  i  które  obraca  się  wkoło)    A  to  my  właśnie  tam,  piękni  jesteśmy,nieprawdaż?  :D  

 

         


Przez  tą  wilgoć  przykleiłam  się  do  szyby...  

 

Nie  starczyłoby  dnia  na  opisanie  wszystkiego,  co  tam  się  działo,  ale  pozostały  jeszcze  dwie  atrakcje,  o  których   musimy  wspomnieć.  Pierwsza  z  nich  nazywa  się  "taniec  z  robotami".  Dla  mnie  początkowo  brzmiało  to  bardzo   niewinnie,więc   poszliśmy...Niewinne   to   nie   było   wcale,   a   co   więcej   było   straszne!!!   Adam   był   oczywiście   zachwycony   i   poszedł   drugi   raz   J   Posadzili   nas   w   specjalnych   fotelach,   które   dzierżył   w   swych   szponach   bardzo   zwinny   robot   :]   Uprzejma   pani   zapytała,   jaki   chcemy   poziom   tortur   (to   moje   określenie:)   i   na   szczęście   nie   dałam   się   Adamowi   namówić   na   "difficile",   czyli   trudny.   Wybraliśmy   średni,   po   czym   włączono   muzykę,     a   robot   zaczął   sobie   tańczyć,   wymahując   nami   na   wszystkie   strony!   Jeszcze   bezczelnie   zrobił   nam   w   trakcie   zdjęcie  J   http://www.futuroscope.com/eng/attraction-­‐simulator-­‐dance-­‐with-­‐robots.php   (filmik   po   prawej   stronie   pokazuje   stopień,   którego   doświadczyliśmy   we   dwoje,   Adam   sam   posmakował   najwyższego  stopnia)   Tu  Adam  w  dynamicznym  tańcu  z  robotem  (zdjęcie  kiepskie,bo  było  ciemno,  ale  minę  trochę  widać  J  

 


Mimo  siąpiącego  deszczu,  zmarzniętych  odnóży  i  ciemności,  jaka  zdążyła  ogarnąć  świat,  zdecydowaliśmy  się   poczekać   na   specjalny   spektakl,   który   obiecali   organizatorzy   przed   zamknięciem   parku.   Było   warto!   Gra   laserów,  fontann,  fajerwerków,  wizualizacji  komputerowych  na  specjalnej  wodnej  mgle,  muzyki,  świateł,  a  to   wszystko   unoszące   się   nad   wodą   urozmaicane   momentami   buchającym   ogniem.   Co   ta   technologia   teraz   potrafi...      

 

 

 


Komentarze:   bania455   Brak  słów  poprostu.  To  takie  parki  istnieją  na  świecie?!!  Dziękuję  za  tę  relację,  powalilo  mnie  to  z  nóg.  Niesamowite!  ja   też  tak  chcę!!  Jak  dobrze  że  tam  jesteście.   ry_mamcia   super.....cudowna  przygoda   anowiwona   Oj  pomyliło  się  nam,  komentarz  miał  być  tu,  a  nie  tam  ;)  


super_sestra   No  pięknie,  pięknie  -­‐  tylko  dlaczego  tam  mało  zdjęć????  Zazdraszczam  szczególnie  tego  kina  :)  Fajnie  jest  pływać  sobie  z   rekinami,  co?  Bawcie  się  tak  dalej!!!!  Buzie   super_sestra   Może  by  tak  nowy  wpis  się  pojawił,  co  leniuchy?????  :)    

19  listopada  2008  Jose,  czyli  człowiek  z  orkiestry   Przepraszamy   za   opoźnienia   w   uzupełnianiu   wpisów,   pretensje   i   zażalenia   tym   razem   kierować   proszę   do   serwera  blox.pl.     W   poniedziałek   10   XI   br.,   odbył   się   koncert   orkiestry,   która   zrzeszyła   wszystkich   młodych   i   nie   młodych   muzyków   z   całego   regionu.   Orkiestra   była   tak   duża,   że   nawet   w   połowie   nie   zmieściłaby   się   na   niewielkiej   scenie  salonu  de  Blossac.  Niezliczona  ilość  denciaków,  a  w  nich  oprócz  standardowych  trąb,  trąbek  i  piszczałek,   saksofony,   klarnety,   oboje   i   flety   wszystkich   rodzajów.   Oprócz   pianina   była   i   wielka   harfa,   nie   było   za   do   żadnych   smyczków.   Na   cymbałach   i   instrumentach   perkusyjnych   grał   nasz   znajomy   Jose.   Który   przed   koncertem,   powiedział   nam,   że   ćwiczyli   tylko   3   dni,   a   członkowie   orkiestry   nie   znali   się   wcześniej.   Przyznał   się   nam  również,  że  w  jednym  utworze  będzie  grał  przez  moment  sam  i  musi  zrobić  dużo  hałasu.   Repertuar  to  utwory,  które  zapożyczone  zostały  do  adaptacji  Władcy  pierścienia.    

 

Jak   na   tak   wielką   orkiestrę,   która   tylko   przez   3   dni   ćwiczyła   razem,   nie   znając   się   wcześniej,   zagrała   wyśmienicie:)  


Komentarze:   super_sestra   Musisz  mieć  strasznie  dużo  nauki,  że  tak  mało  napisałaś!!!  Ale  Adama  nic  nie  usprawiedliwia!   ry_mamcia   czekałam  na  ten  wpis,  rozumię,  że  byliście  na  tym  koncercie,  kyultura  z  wyższej  półki  ?,  popieram   bania455   Coraz  krótsze  te  wasze  relacje,  a  my  tacy  spragnieni  długich  i  kolorowych  opisów!  Nawet  nie  usłyszałam  tej  orkiestry.  Ale   najważniejsze  że  się  dzieje,  oj  dzieje.  

  9  listopada  2009  Lekcja  tańca   Musieliśmy  przyjechać  do  Francji,  żeby  w  końcu  udało  się  nam  pojść  na  lekcje  tańca.  Przez  tutejszą  organizację   studencką  Meli  Melo  został  zorganizowany  wieczór  z  prawdziwym  nauczycielem  tańca.  Plan  obejmował  Salsę,   Cha   Cha   Cha   (tutaj   podkreślam,   że   poprawnie   tak   się   to   mówi,   o   czym   nawet   w   trakcie   zajęć   była   dyskusja,   ponieważ  "ruchów  Cha"  łączących  każdy  układ  jest  3  J   Jak  się  okazało  na  miejscu,  oczywiście  stosunek  płci  pięknej  do  płci  brzydkiej  był  przytłaczający  dla  tej   drugiej,  ponieważ  okazało  się,  że  poza  mną,  nauczycielem,  organizatorem  i  jeszcze  jednym  spóźnionym   chłopakiem   było   12   dziewcząt.   Zaczęliśmy   od   Salsy,   najpierw   trochę   ćwiczeń,   żeby   oswoić   się     z  układami,  no  i  tańcowanie  J  Kalina  doświadczona  tancerka  odnajdywała  się  znakomicie  i  ciągle  tylko   śmiała  się  z  mojego  skupienia  J  Nauczyciel  wymyślił,  żeby  ustawić  się  parami  w  kółku  i  po  sekwencji   zmieniać   partnera.   Zabawny   był   fakt,   że   niewiele   rozumiałem   z   tego   co   tłumaczył   prowadzący,   ponieważ   Kalina   nie   zawsze   była   w   pobliżu,   żeby   szepnąć   mi   polskie   znaczenie   :D   Na   szczęście     z  wyczuciem  rytmu  nie  miałem  problemów,  więc  od  razu  mogłem  przejść  do  rozruszania  betonowych   bioderJ    

  Po  krótkiej  przerwie  zaczęliśmy  Cha  Cha  Cha.  Tu  spodobało  mi  się  odrazu,  to  że  tańczy  się  już  z  trzymaniem  rąk   w  trapezie,  co  zbliża  partnerów.  Znów  parę  układów  do  przećwiczenia  i  znów  w  kółeczku  ze  zmianą  partnerów   (wyszło  na  to,  że  za  wiele  się  z  Kaliną  nie  natańcowaliśmy  razem).    


Na  szczęście  tylko  parę  osob  umiało  już  coś  wiecej,  więc  nie  tylko  mi  myliły  się  kroki,  ale  zawsze  było  ciekawie  i  nie  zdeptałem  nikogo  :)  W  tym   czasie  wszyscy  zdążyli  się  już  trochę  zmęczyć.  Jednak  dobrze  się  rozruszaliśmy  i  nie  poddaliśmy  do  końca  :)  

 

 

Po  kolejnej  przerwie  nadszedł  czas  na  gwoździa  wieczoru,  Tango.   Mimo   iż   podobało   nam   się   bardzo   od   samego   początku,   to   tango   przysłoniło   swoją   namiętnością   cały   początek.   Teraz   już   na   szczęście   tańczyliśmy   z   Kaliną   razem.   Tańczyliśmy   to   może   za   dużo   powiedziane,   bo   tango  to  nie  łatwy  taniec.  Właściwie  to  cały  czas  ćwiczyliśmy  najprostszy  chód,  ale  nawet  to  wystarczyło,  aby   przekonać  się,  jak  namiętny  jest  ten  taniec.  Szczerze  polecam  parom  naukę  tanga!  


A  to  ja  i  Kalina  ;D  ,  a  tak  będziemy  tańczyć  już  niedługo:   http://pl.youtube.com/watch?v=rj6rCbUcnxc   Komentarze:   super_sestra   Sam  jesteś  gwoździa  wieczoru  :D  zazdroszczę  Wam  wspólnego  tańcowania,  bo  mi  Maxa  chyba  nigdy  nie  uda  się   namówić  na  lekcje  tańca  :)  Tango  brzmi  rzeczywiście  zachęcająco  :)   bania455   a  kto  by  nie  chciał  tak  sobie  potańcować?  Taniec  to  przecież  erotyka  a  erotyka  to  wiadomo...   ry_mamcia   Cieszę  się,  że  i  takie  atrakcji  mogliście  doświadczyć.  teraz  jak  wyjdziecie  na  parkiet  to  powalicie  wszystkich.   ry_mamcia   cóż  za  uśmiechy      

24  listopada  2008  Wypad  do  Limoges   Całkiem  niedawno  uświadomiliśmy  sobie,  że  zostały  nam  jedynie  4  łikendy  pobytu  we  Francji.  Niesamowite,   jak  czas  szybko  mija.  Przerażeni  postanowiliśmy,  że  trzeba  tą  resztę  czasu  wykorzystać,  jak  najlepiej.  Dlatego     w  ostatnią  niedzielę  wybraliśmy  się  do  oddalonego  o  ok.  120  km  od  Poitiers  miasta  Limoges.  Brzmi  całkiem   nieźle,  prawda?   Mimo   naszego   optymizmu,   zapału,   przygotowanych   kanapek   i   herbatki...deszcz   nas   nie   zawiódł   i   jak   tylko   wysiedliśmy   z   samochodu   zaczął   sobie   siąpić.   Nie   poddaliśmy   się   jednak   tak   łatwo   i   ruszyliśmy   na   podbój   miasta.   Niestety   z   kolejnymi   krokami   nie   odkrywaliśmy   (mimo   faktu,   że   miasteczko   jest   całkiem   ładne)   żadnych   miejsc   wartych   przyjrzenia   się,   a   deszcz,   nasz   wierny   towarzysz   wycieczek,   padał   coraz   bardziej.   Skuleni   pod   parasolkami   ruszyliśmy   w   stronę   okazałego   dworca   SNCF   (koleje   francuskie),   który   mieści   się    


w   zabytkowym,   ogromnym   budynku.   Wnętrze   jest   nowe,   wyremontowane,   estetyczne   i   trzeba   przyznać,   że   pociągi  odjeżdżają  tam  często  we  wszystkie  strony  Francji.  

   Poza  

dworcem   pokusiliśmy   się   jeszcze   o   odnalezienie   katedry   gotyckiej   (Cathédrale   Saint-­‐Étienne   de   Limoges),  rzymskokatolickiej,  która  jest  także  krajowym  pomnikiem  Francji.  

 

Poza   tym   zdążyliśmy   się   dowiedzieć,   że   w   Limoges   produkuje   się   piękną   ceramikę.   Sklepy   niestety   były   zamknięte  (niedziela),  więc  nawet  nie  mogło  nas  pokusić,  żeby  cosik  kupić  J    


26  listopada  2008  Kolacyjka  u  Jose   Nadszedł   kolejny   smakowity   wieczór,   ponieważ   nasz   szanowny   kolega   Francuz   Jose,   zaprosił   nas   do   siebie.   Tym  razem  mieliśmy  okazję  spróbować  raclette  J   Na  szczęście  tym  razem  nie  przedłużał  oczekiwania  żadnym  entree  (sam  był  bardzo  głodny,  bo  musiał  na  nas   trochę  poczekać)  i  od  razu  przystąpiliśmy  do  szamania.  Do  podgrzania  dania  znowu  posłużyło  urządzenie  do   fondue.   Tyle   że   w   tym   przypadku   w   garnku   znajdowały   się   ugotowane   ziemniaczki   wymieszane   z   mięskiem.   Natomiast   na   specjalnych   łopatkach,   które   kładzie   się   pod   rozgrzanym   garnkiem   topił   się   żółty   ser,   który   kupuje  się  gotowy,  specjalnie  pokrojony  w  grube  plasterki  do  raclette.   Kiedy   już   ziemniorki   się   ładnie   przysmażyły,   wylądowały   u   każdego   na   talerzu,   a   następnie   zostały   polane   wspaniale   stopionym   gorącym   serem.   Mniam   mniam   J   Do   tego   oczywiście   winko   i   rozmowy   angielsko-­‐ francuskie  na  lepsze  trawienie  J  

 


W  momencie,  gdy  nasze  brzuszki  wymownym  burknięciem  dały  znać,  że  są  zadowolone,  odłożyliśmy  talerze     i   przeszliśmy   do   gier   integracyjnych   :D   Najpierw   chłopaki   (Adam   i   Jose)   pojedynkowali   się   (to   tak   specjalnie   Sestra,  żeby  było  śmiesznie,  wiemy,  że  istnieją  bardziej  poprawne  słowa:)  w  grze  afrykańskiej,  znanej  nam  pod   nazwą  fasolki  (przynajmniej  w  telefonach  komórkowych..eh  ta  dzisiejsza  młodzież..).  

   


Jednak   szybko   skończyli,   bo   Adam   przypadkiem   wygrał   i   rozpoczęliśmy   grę   podobną   do   polskiego   "Kontaktu"(kalambury).  Podzieliliśmy  się  na  dwie  drużyny:  Adam  z  Agatą  oraz  ja  z  Jose.  Zabawa  była  przednia,   bo   odbywała   się   właściwie   w   trzech   językach.   Agata   tłumaczyła   sobie   francuskie   zadania,   żeby   naprowadzić   Adama.   Jemu   z   kolei   ja   tłumaczyłam   z   francuskiego   poszczególne   hasła,   z   czego   nic   nie   rozumiał   Jose,   ale   doskonale  wyłapywał  momenty,  w  których  zdobywali  punkty.  Jose  wybierał  z  kartek  najprostsze  słowa,  żebym   miała  szansę  je  odgadnąć,  ale  czasem  drużyna  przeciwna  była  na  tyle  miła,  że  uznawała  mi  słówka  angielskie   :D   Mój   móżdżek   też   nieźle   pracował,   jak   usiłowałam   wyłtumaczyć   Jose   francuskie   hasła.   Do   tego   doszło   rysowanie   (wyjątkowo   zabawne)   oraz   pokazywanie,   ale   utrudnione,   bo   za   pomocą   niewielkiej   maskotki,   przypominającej  ciasteczkowego  potwora  z  ulicy  sezamkowej.  

 

Dlatego   czasem   myliły   nam   się   różne   czynności,   np.   oświadczony   z   żebraniem   o   pieniądze   lub   rodzenie     z  przejadaniem  się  :)   W  międzyczasie  zagraliśmy  w  remika.  Adam  musiał  (no  bo  przecież  nie  chciał)  oszukiwać,  bo  nie  znał  dobrze   zasad.   Na   koniec   wieczoru,   nieco   już   śpiący   (a   konkretnie   ja:)   i   pod   wpływem…   zagraliśmy   w   kości.   Długo   trwało  ustalanie  wspólnych  zasad,  ale  ostatecznie  wygrał  Adam  (mimo  że  nie  oszukiwał:).  


Zrobiło   się   późno   i   byliśmy   zmuszeni   wyjść   na   panującą   na   dworze   zimnicę.   Jose   tym   razem   nie   pokusił   się,   żeby   nas   odprowadzić,   tylko   szybko   schował   się   do   domu,   żegnając   nas   tekstem   "dobrra   diupka",   którego   nauczyli   go   inni   Polacy.   Wyjątkowo   szybkim   krokiem   dotarliśmy   do   domu,   gdzie   usnęliśmy   w   ciepłych   łóżeczkach.  The  end  J   Komentarze:    super_sestra   2008/11/26  17:18:51   Ale  ten  kolo  koło  ciasteczkowego  potwora  jest  brodatyyyyy!!!!!  Zabrałaś  mu  maszynki  do  golenia?  Fajnie  macie  z  tą   swoją  francusko-­‐polska  przyjaźnią  :D  i  pamiętaj,  że  oczekujemy,  że  nam  będziesz  przyrządzać  smakołyki  z  kuchni  Jose  :D   (zastanawiam  się,  jak  się  czyta  jego  imię,  bo  ja  to  już  się  przyzwyczaiłam,  że  czytam  go  sobie  po  hiszpańsku  hose,  ale  on   chyba  po  żabojadzku  jakoś  inaczej  brzmi,  co?)  I  wcale  nie  mam  zamiaru  Was  poprawiać  :D   harry_krishna   2008/11/28  10:28:12   czołem  dream  team!  wreszcie  udało  mi  się  nadrobić  zaległości  w  śledzeniu  bloga  i  ponownie  zarejestrować  (tu  Przemo  z   klasztornej),  czytając  o  tangach,  wyprawach  i  smakołykach  oglądając  foty,  które  aż  wciągają  w  ekran  (matrycę  lsd)  myślę   sobię  tylko:  'ale  im  fajnie!'.  tak  więc  rozkoszujcie  się  powietrzem.fr,  bo  to  faktycznie  jeszcze  parę  chwil  i  jesteście  z   powrotem  w  diecezji  legnickiej  (na  co  zresztą  czekam);  dobrego  weekendu,  meine  freunden  :)  ps.  Adam,  faktycznie   obrodziłeś  ;)   natalib   a  ja  tu  takie  pierdoły  jem:(  też  chcę  taką  kolację-­‐wracajcie!!,  chociaż  nie  -­‐bo  to  przecież  ziemniaczki:/  ale  wracajcie  i  tak   :)  pozdrawiam   kropla007   No  to  już  wiem  co  będziemy  jeść  po  Waszym  powrocie  :).  Już  nie  mogę  się  doczekać  aż  zaprosicie  nas  na  takie  pyszności   :P     Acha  ostatnio  obgadywałam  Was  z  Łukaszem  Dz  :).   go_cha_b   obiecuje  ze  jak  wrócicie  to  tez  sie  wproszę  w  któryś  łikend  na  coś  pysznego  w  tym  ponurym  wro.:)  pozdrawiaki   aszem   pf  a  myslalam  po  przeczytaniu(wiem  wiem  ze  z  poslizgiem)  ze  bede  oryginalna  stwierdzajac  ze  Adam  zrosł:/  i  bardzo   podobny  jest  do  tej  maskotki  ze  zdjecia:)   kalina-­‐adam   Dziękuję  wszystkim  za  wpisy  :)  Informuję,że  Adam  się  ogolił  i  nie  wygląda  już  jak  rumcajs  :)  Poza  tym  za  dwa  tygodnie   wracamy  do  Polszczy!  :D  I  to  Wy  macie  na  nas  czekać  z  pysznym  świątecznym  jedzonkiem!  :)  Buziaki!!!  


9  grudnia  2008  Pari  Pari   Udało  nam  się  wyjechać  z  prowincji  do  wielkiego  miasta  owianego  sławą  zakochanych.   Przygoda  zaczęła  się  od  podróży  TeŻeVe  (TGV;)  i  to  prawda,  że  szyybkie  jest,  ale  nie  czuć  wcale  tej  prędkości!   Chociaż  momentami  na  zakrętach  przechyla  jak  w  samochodzie!  Poza  tym  siedzenia  są  wygodne,a  w  toaletach   jest  ciepła  woda  i  mydełko  :D  

 

Jak   wjeżdżaliśmy   do   miasta,   a   nad   śmigającymi   budynkami,   powoli   przesuwał   się   szczyt   wieży   Eiffla   powoli   zaczęły   pojawiać   się   emocje.   Kiedy   już   wysiedliśmy   z   błyskawicznej   gąsieniczki   z   mapą   w   ręku   zaczęliśmy   kierować   się   do   pierwszego   celu.   Była   nią   wymieniona   już   wieża,   ponieważ   w   tej   samej   okolicy   mieszkała   Mariola,   koleżanka   Kaliny   z   dzieciństwa,   która   zaprosiła   nas   do   siebie,więc   zatrzymalismy   się   u   niej   przez   weekend.  Po  drodze,  no  może  nie  do  końca  pod  drodze,  tylko  po  sporym  łuku...  triumfalnym  J  

 


Dotarliśmy   na   plac   widokowy   Trocadero   z   widokiem   na   wieżę   (to   słowo   będzie   się   tu   przewijało   tak   często   jak   często   widzieliśmy   i   podziwialiśmy   to   stalowe   brzydactwo,   a   widać   ją   prawie   z   każdego   punktu   miasta:),   która   swoją  drogą  została  z  założenia  wybudowana  wyłącznie  na  jednorazowy  światowy  pokaz,  po  czym  miała  być   rozebrana.  No  i  tak  ją  rozbierają  od  1889  roku  ;)  

 

Jedząc   kanapki   w   parku   z   widokiem   na   ikonę   Paryża   trochę   nie   dowierzaliśmy,   że   naprawdę   tam   jesteśmy.   Patrzyłam   na   tego   olbrzyma   (chociaż   myślałam,że   jest   większa)   i   nie   docierało   do   mnie,że   to   coś   tu   stoi   J   Kiedy  zapadł  zmierzch  tony  najbardziej  znanej  konstrukcji  z  żelastwa  na  świecie  rozświetliły  niebieskie  światła,   na   których   tle   znajdowały   się   żółte   gwiazdki.   Taki   wygląd   wieży   jest   tymczasowy   ze   względu   na   jakieś   przewodnictwo   w   UE,   normalnie   świeci   na   żółto.   Ze   wspomnianego   już   placu   widokowego   Trocadero   rozpościera   się   idealny   widok,   dlatego   jest   tam   mnóstwo   turystów   robiących   zdjęcia   oraz   facetów   sprzędających  małe  złote  wieżyczki  (tandeta:).   Stamtąd   też   zgarnęła   nas   Mariola   ze   swoim   chłopakiem   Zoranem.   Tutaj   drogą   wyjaśnienia,   Zoran   jest   Chorwatem,  a  jego  imię  ma  ciekawe  znaczenie,  ponieważ  wzięte  jest  od  Zorzy,  czyli  polskie  imię  brzmiałoby   Zorzan   J   Udaliśmy   się   już   do   klimatowego   mieszkanka   na   poddaszu,   gdzie   zostaliśmy   bardzo   ciepło   ugoszczeni.   Kiedy   Mariola   pichciła   dla   nas   ciepłe   i   pyszne   jedzonko,   z   Zoranem   rozprawialiśmy   głównie     o  Bałkanach.  Po  kolacji  kontynuując  wesołe  rozmowy  wszyscy  upiliśmy  się  winem  i  padliśmy  ze  zmęczenia  J   Dodam  tylko,  że  do  mieszkanka  naszych  oprawców  przez  okno  zagląda  wieża,  więc  nawet  i  tam  można  było  ją   oglądać   ;)   Dzięki   temu   mogliśmy   obserwować,   jak   regularnie   co   kilka   godzin   zaczyna   świecić   mrugającymi   srebrnymi  światełkami  (chociaż  mamy  wątpliwości,  czy  to  nie  czasem  turyści  robili  zdjęcia  z  fleszami;)  ,  ale  ten   image  nie  przypadł  nam  do  gustu  :P  Tak  dla  ciekawych  wieża  nie  świeci  całą  noc,  ma  wolne  od  1  J      


Rano   zebraliśmy   się   bardzo   wcześnie,   bo   też   jeszcze   zaspana,   ale   niecierpliwa   i   trochę   wścibska   wieża   zaglądała  nam  przez  okno  :D  

     


Przyjemnie   było   od   wczesnej   pory   zacząć   oglądać   jeszcze   nie   zatłoczone   ulice.   Zrobiliśmy   sobie   mały   piknik   na   ławce  pod  wieżą  zajadając  bagietki  z  pleśniakiem,  popijając  gorącą  herbatką  z  termosu.  Niezapomniany  klimat   i   obraz   wieży   zatopionej   we   mgle.   Idąc   dalej   wzdłuż   Sekwany,   którą   co   chwilę   przecinają   mosty,   którym   pomimo  ilości  nie  brakowało  ani  trochę  jakości,  zatrzymywaliśmy  się  często  na  moment  refleksji,  podziwiając   przy  okazji  rozmaite,  monumenatalne  budowle,  których  w  Paryżu  nie  brakuje  J  

 

   


Jeden  most,  a  dokładnie  kładka,  jak  nam  to  wyjaśniła  Mariola  został  okrzyknięty  mostem  artystów,  gdzie  kiedy   pogoda  jest  nieco  bardziej  zachęcająca  niż  późną  jesienią,  ludzie  rozkładają  się  z  całymi  grupami  na  piknik,  piją   wino,   grają   na   instrumentach.   Jedna   rzecz   odnośnie   tej   kładki   również   nam   się   spodobała,   ponieważ   do   balustrady  poprzypinane  są  kłódki,  które  pozornie  wyglądały  jak  pozostawione  zapięcia  do  rowerów,  lecz  po   dogłębniejszym  zbadaniu  okazało  się,  że  w  większości  są  to  wygrawerowane  pamiątki  zakochanych  J   Na   wysokości   Pól   Elizejskich   przez   plac   de   la   Concorde   już   bardzo   ruchliwymi   uliczkami   skierowaliśmy   się     w  stronę  Montmartre.  Po  drodze  zahaczyliśmy  o  bulwar  sex  shopów,  czyli  ulicę,  przy  której  kręci  się  wiatrak   Moulin  Rouge.  Niestety  jest  akurat  w  remoncie,  więc  nie  było  czego  fotografować.  Drepcząc  pod  górę  coraz  to   już  bardziej  bajecznymi  i  filmowymi  uliczkami,  

 

doszliśmy   do   zbocza   Montmartre'u   pod   bazyliką   Sacre   Coeur.   We   wnętrzu   nie   zrobiliśmy   żadnych   zdjęć,   ponieważ  jest  to  zabronione.  Postanowiliśmy  jednak  nie  podążać  za  tłumem  turystów,  tylko  usiąść  na  chwilę   na  ławce  i  poczuć  klimat  tego,  nie  ma  co  ukrywać,  pięknego  miejsca.  Nawet  udało  nam  się  załapać  na  śpiew   chóru  zakonnic,  które  zupełnie  nie  przejmowały  się  ludźmi  krążącymi  po  bazylice.  


Wzgórza  Montmartre,  eh  co  za  miejsce,  widok  na  panoramę  wszystkiego,  co  najważniejsze  w  Paryżu  i  miejsce,   które  przypadło  nam  najbardziej  do  gustu.  Tę  dzielnicę  z  przyjemnością  zwiedza  się  powoli.  

   


Kupiliśmy   sobie   grzane   winko   doprawione   m.in.   anyżem,   więc   nawet   grzaniec   był   tam   dość   wyjątkowy.     W  powietrzu  unosił  się  zapach  pieczonych  kasztanów,  których  paleniska  stały  na  każdym  rogu.  

 

Przy  każdej  kawiarence  siedzieli  przy  stoliku  szkicując  karykatury,portrety...  rysownicy,  a  na  skwerze  rozłożeni   ze   sztalugami,   usiani   jak   drzewa   w   lesie,   pomazani   farbami   na   rękawach   i   butach,   obowiązkowo   z   beretem   na   głowie  malarze,  tak  jakby  sami  siebie  przed  chwilą  namalowali,  wzorując  się  na  naszej  wyobraźni.  

 

Minki  robili  niezłe  :)  


Tutaj  przeważał  zapach  terpentyny  :)  

 

Wokół   restauracyjki,   kawiarenki...   i   tu   następny   zapach   przyciągający   sobą...   naleśniki   na   wynos,   robione     w  oknie  J  na  słodko  owocowo,  czekoladowo,  na  słono  z  serem,  eh,  nie  da  się  przejść  obojętnie  i  jak  naleśniki,   to  właśnie  tam  J  Pyszka!  


Chmury   się   troszkę   zlitowały   i   odsłoniły   przez   chwilę   odrobinę   słońca   i   zdjęcia   odrazu   zrobiły   się   bardziej  

wdzięczne.  

 


zrobiło  się  tam  naprawdę  romantycznie  jak  na  miano  miasta  zakochanych!  J  

 


I  nawet  jak  już  żegnaliśmy  sie  z  tą  dzielnicą  zakochanego  Paryża,  to  spotkała  nas  jeszcze  jedna  niespodzianka,   często  oglądana  na  zdjęciach  i  scenach  filmów,  schody  Montmartre'u  J    

 

  Chyba   dopiero   tam   uświadomiliśmy   sobie,   że   jesteśmy   w   Paryżu,   owianym   sławą   klimatu   zakochanych,   pachnącym  pieczonymi  kasztanami  miasta.            


Nie  zabrakło  również  kolejnego  brzęczącego  wątku  kojarzonego  z  Paryżem,  czyli  skuterów  Vespa,  które  można   było  co  chwilę  spotkać  na  ulicy,  grzecznie  czekające  na  swojego  kierowcę  w  orzechu  J  

 

Droga   powrotna   prowadziła   ponownie   wzdłuż   Sekwany,   gdzie   obok   siebie   spokojny   nurt   i   szalony   pęd     w   chłodnym   świetle   dobiegającego   końca   dnia,   zdawały   się   tworzyć   harmonijną   całość.   (Kalina:   to   moje   ulubione  zdjęcie  J  )  


Skręciliśmy   jeszcze   przywitać   się   z   największym   muzeum   świata,   przystrojonym   jakże   niepasującą,   ale   ładną   piramidą.   Wspólną   decyzją   zrezygnowaliśmy   ze   zwiedzania   Louvre'u,   nie   chcąc   tracić   czasu   na   to,   co   nie   do   końca  nas  interesowało.  Jednak  same  zabudowania,  otoczenie,  monumentalność  i  oświetlenie  tego  muzeum   robiły  wrażenie.  

 


Stamtąd  prosto,  odchodząc  nieco  od  rzeki,  przespacerowaliśmy  się  ogromnym  parkiem  Jardins  des  Tuileries,   który  doprowadził  nas  do  diablesko  świecącego  młynu  na  placu  de  la  Concorde.  

 


Następnie   czekała   nas   przeprawa   przez   Pola   Elizejskie,   gdzie   na   czas   przedświąteczny   (czyt.   do   początku   grudnia)  ustawione  zostały  dziesiątki  straganów  z  rozmaitościami  (nie  na  kieszeń  zdrowych  na  umyśle),  które   przyciągały  setki  ludzi.  Dużo  czasu  zajęło  nam  przedarcie  się  przez  tą  niezwykle  oświetloną  ulicę.  

 

Kiedy  udało  nam  się  wydostać  z  zakorkowancyh  Champs  Elysees  spokojnie  skierowaliśmy  się  w  stronę  wieży   Eiflla,  która  już  świeciła  porozumiewawczo,  mijając  ulicę  pełną  eksluzywnych  sklepów.  Strach  nawet  pomyśleć,   ile   tam   kosztują   skarpetki   J   Zmęczeni,   ale   szczęśliwi   dotarliśmy   do   domu   Marioli,   gdzie   oboje     z   Zoranem   czekali   na   nas   z   pyszną   kolacją.   Niewiarygodne,   jak   wygodne   wydawały   nam   się   karimaty   ze   śpiworami,  po  takim  dniu  pełnym  wrażeń  J   Komentarze:   bania455   W  tym  zielonym  bereciku  wyglądasz  jak  prawdziwa  paryżanka.  A  kasztany  pieczone  jedliście?   ry_mamcia   Synu  ja  nawet  nie  myślałam,  że  Ty  tak  romantycznie  potrafisz  opisywać  wydarzenia.  Prawie  czułam  jakbym  chodziła  tymi   uliczkami.  A  tak  szczerze,  super  miejsca  i  Wy  jesteście  super.  

10  grudnia  2008  Pari  dzień  drugi   Niedzielny   poranek   trwał   o   wiele   dłużej   niż   poprzedni.   Obudziłam   się   najwcześniej   ze   wszystkich,   ale   wiedząc,   że   wysypianie   się   w   niedzielę   to   święta   rzecz,   leżałam   grzecznie   i   czekałam   aż   reszta   się   zbudzi   J   Kiedy   przetarliśmy   oczka   (niestety   okna   były   pokryte   kroplami   deszczu,   co   nie   wróżyło   nic   dobrego...)   zjedliśmy   wypaśne  śniadanko,  najpierw  wypijając  kawę  po  francusku  w  małych  filiżaneczkach...potem  paróweczki  i  takie   tam,   generalnie   burżuazja   J   Z   Adamem   zebraliśmy   się   po   12.00   i   wyruszyliśmy   na   dalszy   podbój   Paryża,   zaopatrzeni  w  oręż  parasolkowy.   Skierowaliśmy   się   tradycyjnie   drogą   wzdłuż   rzeki,   bardzo   przyjemną   w   czasie   jesieni   mimo   bliskości   ulicy,   mając   za   cel   katedrę   Notre   Dame.   Po   drodze   zahaczyliśmy   o   niewielki   targ   z   kwiatami,   gadżetami   świątecznymi,  papugami...  J  


Szybkim  krokiem,  zmotywowani  przez  deszcz,  doszliśmy  do  Notre  Dame.  Było  warto...Kościoły  rzadko  robią  na   nas  wrażenie,  ale  monumentalność,  klimat  i  sama  konstrukcja  tego  miejsca  po  prostu  nas  przygniotły.  Dlatego   przycupnęliśmy   sobie   na   krzesełkach   i   podziwialiśmy   to   niezwykłe   miejsce,   w   którym   (mimo   naszej   bezbożności)  odczuwaliśmy,  że  ściany  są  "przemodlone".   Zresztą  zdjęcia  mówią  same  za  siebie...  

     


Zachwyceni  i  wyciszeni  Notre  Dame  szybkim  krokiem  między  kroplami  lejącymi  się  z  nieba  udaliśmy  się  na  coś   ciepłego  do  picia  w  pobliskiej  kawiarence.  Na  spokojnie  zaplanować,  gdzie  dalej  pójść.  


Uznaliśmy,   że   zdreptaliśmy   (bo   wyszło   na   to,   że   wszędzie   byliśmy   pieszo)   już   wszędzie   gdzie   chcieliśmy   być.   Uznaliśmy  więc,  że  pójdziemy,  gdzie  nas  nogi  poniosą,  a  doskonałość  francuskich  planistów  miast  będzie  nas   prowadzić   z   jednego   do   drugiego   ciekawszego   miejsca.   Dlatego   po   wstaniu   od   stolika   skierowaliśmy   się   przed   siebie.  Teraz  już  na  spokojnie  mogliśmy  się  delektować  życiem  miasta,  obserwować  ludzi  na  ulicach.   Powoli   zaczęło   się   ściemniać,   deszcz   nie   przestawał   padać,   a   ulice   błyszczały   od   latarni   odbijających   się     w   kałużach.   Adamowi   przemokły   buty,   ale   szkoda   nam   było   od   razu   wracać   do   domu,   dlatego   był   twardy     i   pobłądziliśmy   sobie   jeszcze   różnymi   uliczkami,   nie   do   końca   wiedząc   dokąd.   I   tu   ciekawostka   dotycząca   komunikacji   w   Paryżu.   Otóż   w   niektórych   miejscach   miasta   (a   jest   ich   sporo)   znajdują   się   samoobsługowe   stanowiska   z   rowerami,   które   można   wypożyczać   i   jeździć   po   mieście   J   Oczywiście   trzeba   za   to   płacić,   ale     z   tego,   co   wiemy,   pierwsze   pół   godziny   jest   za   darmo,więc   teoretycznie   spokojnie   można   wtedy   zatrzymać   się   przy  kolejnym  stanowisku  i  wyzerować  licznik  J  

     


Mimo   zmęczonych   nóżek,   przemokniętych   skarpetek   i   głodnych   brzuszków   nie   zrezygnowaliśmy   z   powrotu   na   piechotę.  Mogliśmy  dzięki  temu  zobaczyć  jeszcze  budynek  Opery,  która  w  wieczornych  ciemnościach,  wśród   świateł  i  deszczu,  prezentowała  się  całkiem  nieźle  J  

 

  Wtedy   skierowaliśmy   się   już   w   stronę   dzielnicy   wieży   Eiffla.   W   pewnym   momencie   zaczepił   nas   chłopak,   turysta,   z   plecakiem   i   pyta   czy   wiemy,   gdzie   tu   można   przenocować.   Znaliśmy   tylko   jedno   miejsce   dość   oddalone,  ale  wskazaliśmy  mu  je  na  mapie  i  poszedł...ale  czy  doszedł?  Do  tej  pory  zastanawiamy  się,  skąd  on   się   tam   wziął   o   tej   porze,   bez   mapy,   szukając   dachu   nad   głową?   Wracając   podziwialiśmy   znajome   już   budynki,   mosty,   wszystko   pięknie   oświetlone.   Kiedy   zbliżaliśmy   się   już   do   placu   widokowego   Trocadero,   Adam   zrobił   jeszcze  jedno  zdjęcie...całkiem  niezłe  jak  na  ostatnie  wspomnienie,hm?  :)  


Gdy  dotarliśmy  do  mieszkania  Marioli,  czekała  już  na  nas  wypaśna  kolacja...ale  tym  razem  to  już  naprawdę  J   Mariola   przygotowała   kurczaka   duszonego   w   cebuli   i   marchewce,   do   tego   ziemniaczki   i   buraczki...mniaaam!   Oczywiście   piliśmy   do   tego   wino.   Czas,   który   nam   został   do   pociągu   spędziliśmy   na   grze   w   'Blokusa',   zabawnej     i  ciekawej  grze  planszowej.  Jeszcze  raz  wielkie  dzięki  dla  Marioli  i  Zorana  za  świetny  weekend!  J  

 

Ostatni  już  rzut  na  wieżę,  obiecujemy,  jak  to  turyści  robia  zdjęcia  z  fleszem  J  

 


Nie  mogło  jednak  obyć  się  bez  przygód  nie  nie...Pociąg  planowo  mieliśmy  o  22.45.  Dlatego  spokojnie  ok.  22   wyruszyliśmy   na   stację   metra,   która   była   w   pobliżu.   I   wszystko   poszłoby   dobrze,   gdyby   w   kasie   ktoś   był     i  moglibyśmy  kupić  bilety..  :]  Czas  w  takich  momentach  jakoś  dziwnie  zaczyna  szybko  upływać,  więc  zaczęliśmy   się   zastanawiać   czy   zdążymy   na   pociąg.   Był   tam   jeszcze   jeden   równie   zniesmaczony   Marokańczyk,   który   usłyszawszy,   o   której   jest   odjazd   i   że   bilety   są   niewymienialne,   poradził   nam   wziąć   taksówkę.   Jednak   zdecydowaliśmy   wszyscy   podbiec   do   kolejnej   stacji   metra,   gdzie   uprzejma   pani   w   okienku   sprzedała   nam   bilety,  a  ten  sam,  równie  uprzejmy  pan,  wskazał  nam  odpowiedni  peron.  Na  dworcu  montparnasse  już  czekało   TGV  do  Poitiers...zdążyliśmy  J  Jak  już  sobie  usiedliśmy,  to  tak  się  rozgadaliśmy,  że  nawet  nie  zauważyliśmy,     w  którym  momencie  pociąg  ruszył  i  przejechał  już  kawałek  J  

 

Zdeptaliśmy  trochę  ten  słynny  Paryż  i  jeszcze  długo  zostaliśmy  pod  jego  wrażeniem.  Wiemy  już  na  pewno,  że   wrócimy  tam,  chociażby  po  to,  żeby  wjechać  na  wieżę  (czego  nie  zrobiliśmy  ze  względu  na  pogodę)  i  zobaczyć,   jak   wygląda   to   samo   miejsce   w   odsłonie   cieplejszej   pory   roku.   Poza   tym   był   to   cudny   czas,   który   chętnie   powtórzymy  J   Następnego   dnia   po   powrocie   obejrzeliśmy   "Zakochany   Paryż",   ciekawym   było   oglądać   miejsca,   w   których   jeszcze  niedawno  się  było:)   Komentarze:   super_sestra   No  i  doczekałam  się  relacji  z  najbardziej  oczekiwanej  przeze  mnie  wycieczki  (sama  nie  wiem,  dlaczego  tak  chciałam,   żebyście  tam  pojechali  -­‐  wiecie  jak  się  upierałam).  Ogromnie  się  cieszę,  że  zobaczyliście  Paryż  i  że  byliście  tam  razem!   Zakochana  para  w  mieście  miłości  -­‐  żyć,  nie  umierać  :)  W  Waszej  relacji  i  zdjęciach  widać  drugie  dno  tej  wycieczki  -­‐   duchowe  i  emocjonalne.  Widać,  że  to  dzięki  temu,  że  byliście  tam  razem,  Paryż  stał  się  magiczny  :)     Mam  nadzieję,  że  kiedyś  pojedziemy  tam  razem!     Wielkie  dzięki  dla  Marioli  i  Zorana  za  zaopiekowanie  się  moją  młodszą  Sestrą!!!     Ps.  Zdjęcia  są  przepiękne!  Sestra  masz  szczęście  -­‐  facet,  który  Cię  kocha  robi  super  zdjęcia,  na  których  super  wyglądasz  :D   no  i  widać,  że  są  robione  sercem  :D     Buzie  i  do  zobaczenia  za  dwa  tygodnie  :)   bania455   Cudnie,cudnie!  Cieszę  się  że  tam  byliście  i  że  razem.  Magia  Paryża  jest  przeogromna.  Zdjęcia  Adama  przesuper.  Dzięki   wielkie  dla  Mariolki  i  Zorana.  Ale  będziecie  mieli  o  czym  opowiadać.  Normalnie  się  wzruszyłam.Buziaki.  


ankulka   ale  Wam  zazdroszcze:)  fajnie  takie  zwiedzanie...  ale  bez  obaw  ja  tez  tu  sie  w  to  bawie  moze  kapke  rzadziej  bo  nie  mam   kompana  ale  tez  jest  ok:))  pozdrawiam  i  czekam  na  kolejne  wpisy:))   ry_mamcia   Ja  też  się  wzruszyłam,  a  jeszcze  bardziej  wpisem  Martysi,  za  taki  ciepły  komentarz.  Kocham  Was,  Martysię  też.  A   wszystkim  ludziom  życzliwym  naszym  dzieciakom  jestem  bardzo  wdzięczna.  Na  pewno  nigdy  nie  zapomnicie  tej   przygody.    

18  grudnia  2008  Wszystkie  zachody  słońca   Nadszedł   czas   pożegnania   z   miastem,   które   możemy   nazwać   po   części   naszym.   To   koniec   początku   naszych   przygód  z  Francją,  ponieważ  nie  jesteśmy  tu  ostatni  raz.  Jak  dobrze  określił  to  tato  Kaliny,  "pierwsze  żaby  za   płoty"   J   A   widzicie,   nie   sprawdziły   się   obawy   co   niektórych,   wcale   nie   zapomnieliśmy,   co   więcej   tęsknimy   ogromnie  i  mimo  że  bawiliśmy  się  tu  dobrze,  zostawiamy  za  sobą  Poitiers  i  cieszymy  się  bardzo  z  powrotu.  Już   w  sobotę  rozpocznie  się  zmniejszananie  odległości  między  nami  a  domem.  Oprócz  suwenirów  ;D,  wywieziemy   stąd   wiele   wspomnień.   Chcielibyśmy   tym   wpisem,   podsumować   i   zamknąć   ładnie   opowieść   z   tego   wyjazdu,   ale  pewnie  jeszcze  długo  po  powrocie  do  domu  będziemy  to  faktycznie  realizować.   Skończą   się   sytuacje   rodem   ze   Shreka,   kiedy   kupuje   moje   ulubione   wielkie   czekoladowe   ciastka,   palcami   pokazując   2,   a   przez   przypadek   mówiąc   3!   :D   W   naszej   głowie   pozostaną   ikony,   które   pewnie   już   zawsze   będą   nam  się  kojarzyły  z  Poitiers.  Nie  licząc  Jose,  który  stał  się  takim  trochę  przyjacielem,  to  będzie  Pani  z  piekarni   (miłość   Adama)   w   kwiecie   wieku,   która   sprzedaje   nasze   ulubione   bagietki,   kręcone   włosy   z   opaską,   blady   makijaż   z   podkreślonymi   pulchnymi   policzkami   i   uśmiech   umalowany   ciemno   czerwoną   soczystą   szminką.     W  tej  samej  piekarni  sprzedaje  też  Pan  Bagietek  z  włosami  na  żel,  który  jak  tylko  widział  Kalinę  zbliżającą  się   do   straganu,   od   razu   pakował   bagietkę   do   woreczka   J   (będę   tęsknić   za   Panem   Bagietkiem..!)(terefere).   Będzie   i   młoda   mulatka   z   dużymi   oczami,   sprzedawczyni   z   pobliskiego   sklepu,   z   nieskończonymi   chyba   pokładami   spokoju   i   uprzejmości.   W   innej   ramce   wspomnień   będzie   Pan   z   Tabac'a,   gdzie   kupujemy   znaczki,żeby  nie  było  J,  pod  ostrym  dużym  nosem  więcej  włosów  niż  na  głowie,  równie  pasujący  do  typowego   wyobrażenia   żabojada,   szybko   i   wyraźnie   mówiący   z   akcentem   zachwytu   Voila!   J   Jest   tam   zawsze   też   pies,   śliczny  i  bardzo  mądry  biały  labrador,  który  czasem  patrzy  na  nas  jakby  chciał  powiedzieć:  No  co  tam  u  Was?     i   nie   ma   siły,   trzeba   go   nie   wytarmosić   za   każdym   razem   J   Będzie   też   i   wysoki   dziadzia,   w   płaszczu   do   kostek,   który   małymi   kroczkami   spaceruje   sobie   z   zakupami   koło   naszego   domu,   podpierając   się   laseczką,   ze   starą   osmoloną   fajką   z   wieczkiem,   w   ustach   i   okularami   zawieszonymi   na   końcu   nosa.   Znajdą   się   tam   też   dwaj   właściciele  kawiarenek  internetowych,  pierwszej,  którą  znaleźliśmy  najpierw,  z  tak  zamulonymi  komputerami   jak  właściciel,  który  z  ciężkimi  powiekami  popijał  z  uśmiechem  jerbę.  Drugi  pomimo  szybkich  komputerów,  też   zamulony   z   równie   przymkniętymi   oczami   jak   jego   poprzednik   (to   już   chyba   taka   choroba   zawodowa;),     z   wąskimi   ustami   i   czterema   włoskami   na   głowie,   zawsze   ubrany   w   marynarkę   z   postawionym   kołnierzem,   która  ledwo  się  dopina  na  sporym  brzuchu.  U  którego  jak  z  ubiorem  było  i  z  miną,  niezmienna,  bez  wyrazu,   wymawiająca  tylko  tymi  wąskimi  ustami  cenę  do  zapłaty.  Hehe,  szkoda,  że  nie  mamy  ich  zdjęć,  bo  też  powinny   się   znaleźć   na   tym   blogu   J   A   no   i   jeszcze   młodego   kucharza   na   stołówce,   gdzie   zwykliśmy   jadać   z   Perrym   kolacje,   chudy   i   wysoki,   z   maksymalnym   skupieniem   wywijał   łopatką   przy   nakładaniu   jedzenia,   z   kucharską   czapką   na   głowie,   spod   której   wybuchały   miliony   sprężynkowatych   długich   kędziorów,   ale   najlepsza   była   szpara   między   zębami,   dzięki   której   sepleniące,   ale   zawsze   życzliwe,   "bonsssuła"   czy   "bonapetfi"   utkwi   nam   w   pamięci!  J   Czegoś   się   też   tu   nauczyliśmy,   Kalina   z   pewnością   będzie   robiła   dużo   notatek   z   radości   tego,   że   rozumie   wszystko,   co   mówią   wykładowcy.   Ja   nie   będę   miał   problemu   z   parkowaniem   na   gazetę.   Nauczyliśmy   się   gotować   ciekawe   potrawy,   takie   jak:   leczo   Ratatuj,   pierożki   Ravioli,   faszerowany   makaron   Canellonis,   soczewica   w   sosie   z   parówką,   wszystkie   bardzo   skomplikowane   i   czasochłonne   dania   z   puszek   :D   Poza   tymi   urozmaiceniami  cały  czas  jedliśmy  sos  pomidorowy,  na  szczęście  z  prawdziwych  pomidorów  również  z  puszki.   Wolimy  zatem  uprzedzić,  żeby  nie  było  zdziwienia,  zmieniliśmy  kolor  na  czerwony  J  Nauczyliśmy  się  też,  że  tu   czas  nie  liczy  się  od  weekendu  do  weekndu,  tylko  od  jednego  prania  do  drugiego  i  kiedy  nadchodzi  czas  prania,   następuje   swojego   rodzaju   oczyszczenie   J   A   slalom   gigant   to   nic   przy   naszej   nowej   umiejętności,   slalomie   między  kupami  na  strasznie  wąskich  chodnikach!  


Czego  będzie  nam  brakowało,  hmm,  pleśniaków,  bagietek,  dobrego  taniego  wina,  cydru  i  puszek!;D  W  jakimś   sensie   uprzejmości   ludzi   i   entuzjazmu   przy   powitaniach.   Poza   tym   spokoju   miasteczka,   wąskich   uliczek     i   zwierzątek   z   szopki   świątecznej   (najbardziej   przepięknej   krowy   i   piejącego   ciągle   koguta:).     No   i   oczywiście   wszystkich  zachodów  słońca  z  naszego  balkonu!  J   A   w   ramach   uzewnętrzniania   się   to   powiem   tylko,   że   Adam   to   najlepszy   facet   na   świecie   i   jestem   z   nim   szczęśliwa  niezależenie  od  tego,  czy  jesteśmy  na  polskiej,  czy  na  francuskiej  ziemi  J    

     

     


Życzcie  nam  szerokiej  drogi  i  do  zobaczenia  w  Polsce!     Komentarze:   super_sestra   No  cóż  mogę  powiedzieć...zazdroszczę  Wam  tej  przygody!  ale  cieszę  się,  że  już  wracacie!  do  zobaczenia  w  Lubaniu,  już   we  wtorek  :)     ps.  nie  żartowałam,  mówiąc,  że  powinniście  zgłosić  blog  do  konkursu  Onetu  na  Blog  Roku  w  kategorii  "Ja  i  moje  życie"  :)   katarzynako2   Świetny  blog.     Świetne  zdjęcia.     Wesołych  świąt!   bania455   Cóż  na  tym  niebie  się  wyprawia!!  Z  jednej  strony  szkoda  że  to  już  koniec  waszej  opowieści  a  z  drugiej....wracacie!!!  zatem   do  zobaczenia  i  szerokiej  drogi!!   aszem   no  ja  oczywiście  po  czasie:P  cały  czas  w  myślach  życzyłam  szerokiej  drogi,  z  reszta  i  tak  uważam,  że  nic  złego  stać  się  nie   mogło  i  wierzyłam  że  do  końca  wszystko  się  poukłada:)  to  do  zobaczenia  za  kilka  godzin:)  a  tak  w  ogóle  zaskoczyliście   nas  że  tak  szybko,  mieszkania  nie  zdążymy  posprzątać:P   ry_mamcia   zachody  bardzo  sugestywne  a  zarazem  bardzo  symboliczne,  ale  to  nie  koniec  Waszej  przygody.  Witajcie  w  domu.                  



BlogFrancja2008