Page 1

nr indeksu 23530X


Hard Rocker News Service HARD ROCKER TWÓJ MAGAZYN MUZYCZNY Cykl wydawniczy: dwumiesiêcznik Adres redakcji: HARD ROCKER ul. Drogowców 10 05-600 Grójec E-mail: redakcja@hardrocker.pl Internet: www.hardrocker.pl Redaguje zespół w składzie: Bart Gabriel (redaktor naczelny), Dariusz Konicki (zastêpca redaktora naczelnego), Michał Oracz (skład, łamanie i korekta), Współpraca: Adam Wójcik, Cyprian Łakomy, Justyna Szewczyk, Kamila Skoczek, Robert Wolf, Rafał Szyma (skład), Sławomir Kamiński, Vlad Nowajczyk, Wojtek Gabriel. Wydawca: Alphard Sound Technology ETP. NIP: 797-000-88-56 [ www.alphard.pl ] UWAGA! Redakcja nie ponosi odpowiedzialnoœci za treœæ reklam, wypowiedzi muzyków, oraz za prezentowane przez nich poglądy. Materiałów nie zamówionych nie zwracamy.

Witajcie!

Niesamowite, dopiero co witaliśmy nowy rok, a tu już za moment kolejny! Trzeba przyznać, że ten mijający obfitował w niezłe koncerty, jak i świetne nowe płyt. Można podejść do tematu pesymistycznie, że przed nami już niewiele, bo w 2012 ma być spora impreza o nazwie „koniec świata” i trzeba by się jakoś przygotować (zaopatrzyliście się w sprzęt do zabijania zombie?), ale prawda jest taka, że wszystko wskazuje na to, iż nowy, 2011 rok, nie będzie wcale gorszy pod względem muzycznym. Wystarczy spojrzeć na plany agencji koncertowych, czy powoli publikowane składy letnich festiwali. No i zapowiedzi wytwórni płytowych. Będzie dobrze. Będzie czego słuchać. Rock i metal mają się bardzo dobrze - i czyżby zaczynała się powoli zmieniać sytuacja koncertowa w Polsce? Pełna sala na koncercie Blind Guardian, świetnie przyjęta kolejna edycja Płock Cover Festival - czyżby polscy fani ciężkich brzmień zrozumieli, jak istotne jest odwiedzanie takich imprez? Do kompletu szczęścia brakuje chyba jedynie solidnej nowej fali polskich grup metalowych i rockowych... No właśnie, co jest grane!? Dlaczego co chwilę słyszy się, że kapela ma pecha, albo „jest nieźle jak na polskie warunki”? Co to są te polskie warunki? Dlaczego polskie zespoły w większości przypadków rozpadają się jeszcze szybciej, niż powstają? Brak wytrwałości w działaniu, niepoważne podejście do tematu, czy najzwyczajniej w świecie - brak wyraźnego określenia celów, priorytetów i... lenistwo? Jakie jest wasze zdanie, drodzy czytelnicy? Dlaczego tylko kilka polskich grup pojawia się na zagranicznych scenach? Przecież nie brakuje nam ani dobrych muzyków, ani sprzętu, ani miejsc do grania, a dodatkowo internet, czyli narzędzie, które umożliwia działania promocyjne, o których nie śniło się zespołom powstającym jeszcze 15 lat temu. Zespoły, czekamy na Was. My, fani dobrego grania!

BART GABRIEL, redaktor naczelny Na zdjęciu: Rednacz & VIRGIN STEELE

2

Wywiady i artykuły: DIMMU BORGIR

4

SEVENTH VOID

32

TURBO

8

ANACRUSIS

33

SODOM

12

SANCTA SANCTORUM

35

COVER STORY

hard ROCKER CLASSICS

COVER STORY

CRADLE OF FILTH 16 HARD CHAT

ENSLAVED hard chat

FORBIDDEN hard chat

18

trzy szóstki

FAST ATTACK

OZ

36

KATRA

53

Proletaryat

54

ROXXCALIBUR

55

FAST ATTACK

20

HARD CHAT

FAST ATTACK

hard chat

OLD SCHOOL SPECIAL

OLD SCHOOL SPECIAL

FLOTSAM & JETSAM 23 VIRGIN STEELE

HARD CHAT

OKO W OKO

24

CRYSTAL VIPER "Legends" 57 Instrukcja obsługi

26

Immaculate, Space Eater, Neaera

CHRIS POLAND 77 POD NAPIĘCIEM

HAIL OF BULLETS 28

BANG YOUR HEAD FESTIVAL 78

FAST ATTACK

HARD ROCKER SPECIAL

CETI - ROCKOPERA 30

WACKEN OPEN AIR

HARD ROCKER SPECIAL

HARD ROCKER SPECIAL

81

P£YTA CD: SILVER SAMURAI

43

NIE SAMĄ muzyką HARD ROCKER CLASSICS

58 59

RECENZJE

60

ŒWIE¯A KREW

PO DRUGIEJ STRONIE sceny: Heaven & Hell POD NAPIĘCIEM: Test sprzętu: Wzmacniacz gitarowy Trete Tube Amplifier 1002 Kolumna gitarowa Trete GTB 412 300 B

NA ŻYWCA

REBELLION TOUR II: DECAPITATED, HATE, CHRIST AGONY i inni, 18.10.2010, Blue Note, Poznań KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI, 15.10.2010, Dziedziniec Masztalarni CK Zamek, Poznań BLIND GUARDIAN, STEELWING, 19.10.2010, Stodoła, Warszawa PRIMAL FEAR, TIM „RIPPER” OWENS, TURBO, CRIMES OF PASSION, 18.09.2010, Progresja, Warszawa EDGUY, SIRENIA, IN EXTREMO, JELONEK, 11.09.2010, Płock Cover Festival

Strona publiczna

74

75 76

84 84 84 84 86 86 88

www.hardrocker.pl 1


PRZED WYBUCHEM Decyzja to dziwna, ale pozostaje ją uszanować... Zespół Manowar przesunął na bliżej nieokreślony czas premierę nowego albumu, ale za to kończy... ponowne nagrywanie albumu „Battle Hymns”, w obecnym składzie. Pomysł zdaje się wzbudzać tak ogromne kontrowersje, że fani zespołu podzielili się na dwa obozy: za i przeciw. Na krążku oprócz podstawowego programu znajdą się dwa utwory koncertowe: „Death Tone” i „Fast Taker”, zarejestrowane w 1982 roku. [ www.manowar.com ] Premiera albumu „Evinta”, który ma być specjalnym wydawnictwem celebrującym 20-lecie grupy My Dying Bride, przesunęła się na początek 2011 roku. Muzyka na płytę powstaje przy udziale orkiestry symfonicznej. [ www.mydyingbride.org ]

Legendarna amerykańska heavymetalowa grupa Vicious Rumors, podpisała nowy kontrakt płytowy z niemiecką firmą SPV / Steamhammer. Premierę płyty „Razorback Killer” przewidziano na marzec 2011 roku. [ www.viciousrumors.com ]

25 lutego 2011 to data premiery jednej z najbardziej wyczekiwanych heavymetalowych płyt ostatnich lat. Od tego dnia bowiem

P

ochodzą prawdopodobnie ze Szwecji, ale tak na dobrą sprawę nikt nie wie, kto się ukrywa za tym niesamowitym zespołem. Po wydaniu singla dla Iron Pegasus Records momentalnie wpadli do Rise Above Records, dla których to już nagrali debiutancki album. Ich muzyka, będąca wypadkową doom metalu, rocka progresywnego z lat 70-tych i tradycyjnego heavy metalu, w połączeniu z upiornym image robi naprawdę niesamowite wrażenie. Nie wierzysz? Wrzuć na YouTube hasło „Ghost Ritual live”. Na naszych oczach wyrasta przyszła legenda! [ www.myspace.com/thebandghost ]

„Unconditional Absolution” to tytuł nowego albumu niemieckich heavymetalowców z Metal Inquisitor! Płyta już dostępna nakładem Hellion Records! [ www.metal-inquisitor.de ]

będziemy mogli się cieszyć nowym krążkiem amerykańskiej power metalowej maszyny, znanej jako Jag Panzer. Album „Scourge Of The Light” ukaże się nakładem firmy SPV. [ www.jagpanzer.com ] Premiera DVD „The Final Jolly Roger”, dokumentującego między innymi pożegnalny występ Running Wild na festiwalu Wacken Open Air 2009, znów przesunięta na bliżej nieokreślony termin. Pozostaje się cieszyć z materiałów archiwalnych, które mają uzupełniać wydawnictwo jak już oficjalnie wiadomo, zaginęły nagrania dźwięku z występu na Wacken i obraz uzupełniony

GHOST

będzie jedynie dźwiękiem zgranym z konsoli i kamer, bez miksu. [ www.running-wild.net ]

Jedna z najciekawszych formacji nowej fali tradycyjnego heavy metalu, szwedzki Portrait, nagrywa nowy, drugi album, w Necromorbus Studio - tym samym, z którego wcześniej korzystały między innymi zespoły Watain i Destroyer 666. Premierę płyty przewidziano na początek 2011. Będzie nosiła tytuł „Crimen Laesae Majestatis Divinae” i ukaże się nakładem Metal Blade Records. [ www.portraitband.se ] Nakładem High Roller Records ukazała się nowa wersja kompilacyjnej płyty zatytułowanej „High Roller” (!) brytyjskiej rockowej formacji Urchin. Album dostępny jest na vinylu, w  limitowanym nakładzie 1500 sztuk. Zespół działał w latach 1972-1980, a jego gitarzystą i wokalistą był... Adrian Smith, który po rozpadzie zespołu zasilił szeregi Iron Maiden. Na składance „High Roller” znajdziecie rzadkie nagrania, które oryginalnie nie ukazały się na żadnym oficjalnym wydawnictwie w  czasach, kiedy zespół był jeszcze aktywny. [ www.high-roller-records.de ]

Bardzo zła wiadomość dla fanów legendarnej grupy Judas Priest: po prawie 40 latach (!) działalności Brytyjczycy ogłosili pożegnalną trasę koncertową o nazwie „Epitaph Tour”. Zespół sprzedał do tej pory ponad 30 milionów płyt na świecie i uważany jest za jedną z najważniejszych grup w historii muzyki rockowej - to m.in. właśnie im przypisuje się wprowadzenie i zdefiniowanie terminu „heavy metal” na określenie nowego nurtu muzyki. W 2011 roku będzie ich można zobaczyć m.in. na festiwalach: Sweden Rock – Szwecja (9 czerwca), Sauna Open Air - Finlandia (11 czerwca), Copenhell Festival - Dania (17 czerwca), Hellfest Open Air - Francja (19 czerwca), Gods Of Metal - Włochy (22 czerwca), Graspop Metal Meeting - Belgia (25 czerwca), High Voltage Festival - Anglia (23 lipca) i Wacken Open Air - Niemcy (5 sierpnia). [ www.judaspriest.com ]

Pamiętacie niemieckich thrashmetalowców z Assassin!? Pewnie, że pamiętacie. Zespół siedzi właśnie w studio i wykuwa kolejny album, zatytułowany „Breaking The Silence”. Producentem krążka jest sam Harris Johns, który swego czasu współpracował między innymi z Sodom, Voivod i Kreator! [ www.assassin-online.de ]

MIDNIGHT CHASER

P

oza tym, że mają fajną nazwę i fajną fotkę z psem, to jeszcze dodatkowo naprawdę nieźle grają. Old schoolowy hard rockowy metal w  ich wykonaniu, wyraźnie inspirowany jest wczesnymi nagraniami Saxon, czy Diamond Head, ale również Deep Purple. Pochodząca z San Francisco ekipa podpisała już papierki z Heavy Arillery Records (tą samą, która odkryła dla świata Enforcer) i  debiutanckiego krążka można się spodziewać w okolicach lutego 2011. [ www.myspace.com/midnightchasermetal ]

STONE CRUSHER

Crimson Glory atakuje Europę! Legendarna amerykańska powermetalowa grupa zapowiedziała serię koncertów, która będzie celebrowała 25 rocznicę powstania zespołu. Oryginalny skład zespołu z nowym (dodajmy: fenomenalnym) wokalistą, Toddem La Torre, pojawi się na przełomie kwietnia, maja i  lipca w  Niemczech, Holandii, Szwajcarii, Belgii, Norwegii i Włoszech! Zespół supportować będą grupy Triosphere i Cirrha Niva. [ www.myspace.com/crimsonglory ]

J

eżeli ta kapela zginie w mroku dziejów, to będzie czego żałować. Ekipa z Blackstone Valley (USA) gra niesamowitą odmianę tradycyjnego heavy metalu, a  w  ich muzyce można znaleźć odnośniki do twórczości Jag Panzer (!), Titan Force i Dio, z głównym naciskiem na dwie pierwsze nazwy. Bo to, co wyrabia wokalnie Chris Dow, naprawdę robi mega wrażenie. Zespół prezentował materiał ze swoich demówek między innymi na wspólnych koncertach z Heaven & Hell (!), a obecnie nagrywają jednocześnie ...aż dwa albumy. Trzymamy kciuki! [ www.myspace.com/stonecrushermusic ]

NA NASZEJ PŁYCIE Zespół Silver Samurai to prawdziwa rock and rollowa bomba atomowa, złożona z czwórki młodych ludzi, którzy wierzą, iż jedyną nadzieją na to, by świat nie zgnił z nudów, jest muzyka. “Naszą główną ideą jest optymizm i radość, którą możemy dawać sobie i słuchaczom”, jak mówią muzycy, ”Rock w pewnym momencie zaczął się kojarzyć ze spieprzonym dzieciństwem, podcinaniem żył, składaniem kotów w ofierze i samobójczym strzałem. My się od tego odcinamy. To nie jest rock and roll. Wedle tego założenia doszliśmy do wniosku, że najlepszym sposobem jest sięgnięcie do muzyki, do której dawno nikt nie sięgał, sprowadzenie na nowo mody na rocka i hard rocka lat 80-tych”. Główne priorytety muzyki Silver Samurai to: dobry riff gitarowy, zapamiętywalna melodia, chwytliwy refren i porządne sceniczne show. Z radością prezentujemy album “Back To The ‘80s”, który zawiera 10 autorskich kompozycji Srebrnego Samuraja. Jeśli w ostatnim czasie zrobiła na Tobie wrażenie grupa Steel Panther, bądź też cenisz klasyczny hard rock spod znaku Bon Jovi, Poison, Ira, czy też Cinderella, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że zakochasz się w muzyce tego młodego polskiego bandu. Tak jest: polskiego! Więcej o zespole: www.myspace.com/silversamuraiband

2

www.hardrocker.pl

www.hardrocker.pl

3


Oficjalna strona zespołu: www.dimmu-borgir.com

„Dimmu Borgir” przetłumaczyć można jako „mroczny zamek”, a według lokalnych podań - „Dimmuborgir” to wrota piekieł, które znajdują się w północnej części Islandii... No to chyba trzeba się bardziej pochylić nad

zmienić. Może kiedyś, gdy ktoś zostanie z nami na dłużej, teraz raczej nie.

HR:

Promujecie nową płytę na wspólnych koncertach z zespołem... Korn. To całkowicie inna muzyczna bajka - jak fani Korn reagują na wasze granie? Od dawna trwały rozmowy na ten temat, żeby ruszyć w trasę z zespołem z zupełnie innych rejonów

muzycznych. Sprawdza się to doskonale, mamy szansę na pokazanie się przed zupełnie inną widownią, przed nowymi ludźmi. To zupełnie coś innego, niż granie dla tradycyjnej, metalowej publiczności. Czujemy się trochę jak byśmy grali na festiwalu, wiesz, zawsze dużo ludzi, którzy jakby dopiero poznają zespół. W tym samym czasie, kiedy gramy jako support Korn, gramy także trasę jako headliner, po prostu daty koncertów są na zmianę.

W każdej muzyce najważniejsze jest to, żeby grać to,

co podpowiada serducho. Nie ma nic gorszego, niż zmuszanie się do czegoś. Gramy to, co czujemy,

jesteśmy pod wielkim wpływem lat 80-tych, nie ukrywamy tego. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Mamy jasno określony cel i Dimmu Borgir ma wypracowany własny styl. Być może kolejny album będzie minimalnie bardziej melodyjny, albo bardziej brutalny - tego na razie nie wiemy. Ale na pewno wszystko będzie w ramach naszego stylu.

HR:

Galder, wiadomo, że z ciebie stary metalowiec... Lubisz to, co gra Korn, czy raczej nie powinienem zadawać tego pytania? (śmiech)

B

(Śmiech) No nie, nie jesteśmy specjalnymi fanami Korn. Ale kupiłem jakąś ich płytę i jest tam nawet parę fajnych utworów. Szanujemy ich jako muzyków, ale nasze prywatne gusta są raczej ulokowane w black metalu, czy death metalu.

o jak inaczej wytłumaczyć fakt, że ich mroczna i pozornie odpychająca muzyka przyniosła tak ogromny sukces? Są najbardziej obecnie znanym norweskim zespołem, sprzedają miliony płyt, a ich nominacje do nagród Grammy nikogo specjalnie nie dziwią. Obecny album „Abrahadabra” pnie się na listy przebojów, a zespół promuje go jednocześnie na dwóch trasach koncertowych. Czy ta płyta jest inna, lepsza? Na dobrą sprawę - nie, Dimmu Borgir po prostu nagrali album w swoim stylu. Stylu, który sami stworzyli. O jego powstaniu opowiadał Galder, który od 2000 roku jest jednym z gitarzystów zespołu.

Po mocnej płycie, jaką była „In Sorte Diaboli”, rozmach, jaki słyszymy na „Abrahadabra” nie jest niczym zaskakującym. Spytam wprost: czy twoim zdaniem nowy krążek jest lepszy od poprzedniego? Hmm, płyta „In Sorte...” była bardzo dobra, to znaczy ja osobiście sądzę, że mogła być troszkę lepsza, szczególnie aranże klawiszy były trochę niekompletne. Nowa płyta jest dużo bardziej epicka, więcej się na niej dzieje, ma zupełnie inny klimat. Chyba prędzej postawiłbym ją obok „Death Cult Armageddon”, niż obok

(Śmiech) No tak, masz poniekąd rację. Nowa płyta może być ciężka w odbiorze, a już na pewno będzie ciężko stworzyć coś lepszego, przebić ją. No ale to chyba cel każdego muzyka, zrobić album tak dobry, jak to tylko możliwe. Czasem się to udaje, czasem nie - najważniejsze to dążyć do perfekcji, dawać z siebie wszystko. Może nasze

HR:

Porozmawiajmy o waszym nowym albumie. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to wasz nowy image: wszyscy ubrani jesteście na biało i szaro. Jakiś konkretny powód takiej zmiany? Generalnie mieliśmy zupełnie inne podejście do całego albumu, muzyki, nagrań, wyglądu. Przez wiele lat używaliśmy czarnych ciuchów, kolców i tego wszystkiego, teraz chcieliśmy po prostu czegoś innego. Jako muzykom przydaje nam się taka odmiana, dobrze jest raz na jakiś czas się oderwać. Poza tym, możliwe, że na kolejnym albumie będzie znów inny image... Teraz mamy śnieżny, nordycki image... Mogę ci powiedzieć, że te ubrania są dużo cieplejsze (śmiech).

HR:

Zdjęcia: Nuclear Blast

Zacznijmy od rzeczy, która chyba obecnie najbardziej interesuje fanów Dimmu Borgir. Jesteście już oficjalnie triem? Jaki jest obecny status składu zespołu?

4

Tak, obecnie Dimmu Borgir to trio. Tak jest po prostu dużo łatwiej, przez zespół przewinęło się naprawdę wiele osób, nowych członków - zresztą dla niektórych ja też jestem nowym członkiem - na scenie jest nas obecnie sześciu, ale to trio to oficjalny skład, trzon zespołu. Nie wydaje mi się, aby ten stan rzeczy miał się wkrótce www.hardrocker.pl

HR:

Zgadza się. Mam wręcz wrażenie, że płytę ciężko jest ogarnąć za jednym razem. Jest na niej po prostu za dużo muzyki, żeby usłyszeć wszystko na raz... Nie boisz się, że poszliście już za daleko z aranżami i za chwilę, przy którejś kolejnej płycie okaże się, że brakuje już pomysłów na rozwój?

HR: tym mitem, bo wygląda na to, że muzycy Dimmu Borgir faktycznie weszli w jakieś układy z rogatym.

ostatniej... Więc tak, chyba mogę powiedzieć, że jest lepsza od ostatniej. A już na pewno słychać, że włożono w nią dużo więcej pracy.

Abrahadabra

HR:

(Śmiech) Na kolejnym albumie inny image? Mam nadzieję, że nie jesteście pod wpływem Korn i nie zaczniecie grać i wyglądać tak jak oni?

DIMMU BORGIR „Abrahadabra” Nuclear Blast Brzmi jak: gotycka symfonia mroku Ostatnie zawirowania w składzie nie naruszyły wizerunku tej mega grupy, a ich nowy album pokazuje, że nadal są w doskonałej formie. Oficjalnie jako trio, nieoficjalnie - z co najmniej kilkunastoma osobami zaangażowanymi w produkcję (nie licząc ponad setki osób w chórze i orkiestrze, które można usłyszeć na „Abrahadabra”) - Dimmu Borgir stworzyli album, którego nie da się ogarnąć za jednym razem. Potęga brzmień, aranżacji, patosu i rozmachu śmiało mogłaby obdzielić kilka, jeśli nie kilkanaście płyt innych zespołów. Orkiestra symfoniczna, sekcja dęta, potężne chóry, do tego czarny jak smoła metal - chociaż NIE black metal. „Abrahadabra” dokonała niemożliwego: przerosła poprzednie, doskonałe dzieło zespołu, czyli „In Sorte Diaboli”. Pewnie ortodoksi i tak stwierdzą, że to już nie metal, że to bardziej muzyka filmowa, czy jeszcze inne Rhapsody Of Fire, ale prawda jest taka, że Dimmu Borgir są na poziomie, który dla wielu, wielu zespołów jest najzwyczajniej w świecie nieosiągalny. Można się upierać, że to zespół, w który wpompowano przeogromny budżet, ale z drugiej strony - czy to coś złego? Takich zespołów, jak Dimmu Borgir chyba nie ma. A takich płyt, jak „Abrahadabra” - już na pewno. Nie chcesz, nie słuchaj. Krytykujesz i wyśmiewasz? Pokaż, co ty potrafisz. Więcej na www. myspace.com/dimmuborgir Adam Wójcik [ 9 ]

podejście zmieni się za jakiś czas, wiesz, płyta dopiero wyszła - zobaczymy, jak będzie odbierana za rok, czy za dwa lata. Ale my, jako muzycy, jesteśmy z niej bardzo, bardzo zadowoleni.

HR:

Na płycie słychać dość zaskakujące elementy, jak choćby klasycznie metalowy, wręcz hard rockowy riff w „The Demiurge Molecule”... Czyżbyście sięgnęli tym razem po inne inspiracje? Od dawna wiadomo, że wychowaliśmy się na klasycznym metalu, więc takie inspiracje są naturalne. Wiesz, Dimmu Borgir stara się czerpać ze wszystkich odmian metalu. Myślę, że generalnie w metalu powinno o to chodzić, żeby czerpać z wielu podgatunków. Gdybyśmy czerpali tylko powiedzmy z death metalu, czy black metalu, to w pewnym momencie mogłoby to być nudne i monotonne. A my kochamy różne gatunki metalu i staramy się je wplatać w to, co robimy. W każdej muzyce najważniejsze jest to, żeby grać to, co podpowiada serducho. Nie ma nic gorszego, niż zmuszanie się do czegoś. Gramy to, co czujemy, jesteśmy pod wielkim wpływem lat 80-tych, nie ukrywamy tego.

HR:

Czyli również tutaj należy szukać przyczyny nagrania przez was coveru Deep Purple, który się ukazał na limitowanym wydaniu płyty?


No ale to chyba cel każdego muzyka,

zrobić album tak dobry, jak to tylko możliwe. Czasem się to udaje, czasem nie - najważniejsze to

dążyć do perfekcji, dawać z siebie wszystko.

Tak, częściowo. To znaczy nie jesteśmy jakimiś maniakami Deep Purple, ale „Perfect Strangers” to świetny utwór, no i chcieliśmy zrobić coś niespodziewanego, czego by od nas nikt nie oczekiwał. W przeszłości nagraliśmy sporo coverów: Venom, Bathory, to były jakby oczywiste zespoły. Chcieliśmy tym bardziej czegoś nietypowego, tak jak wtedy, gdy wybraliśmy cover Twisted Sister. Siedzieliśmy w studio i myśleliśmy, co dać na limitowaną wersję nowej płyty, no i ktoś wymyślił, żeby nagrać właśnie cover Deep Purple. Wszyscy się zgodzili, wiesz, chodziło o to, żeby zrobić coś nowego. A poza tym bardzo łatwo go zagrać.

ci się, że połączenie sił i wspólna trasa byłaby dobrym pomysłem?

HR:

Ok. To z drugiej strony: co sądzisz o ortodoksyjnych blackmetalowych grupach, takich jak powiedzmy dość ostatnio popularny Watain? Mówi się, że są jednymi z niewielu, którzy obecnie jeszcze grają prawdziwy black metal...

Uuu, to po tym polscy fani Deep Purple cię nie polubią... (śmiech).

Wiesz, najlepsze utwory w historii są dość proste. Proste utwory mają lepszy przekaz, łatwiej zapadają w pamięć i stają się przebojami. Poza tym generalnie granie coverów nie jest zbyt trudne, nie musisz się zastanawiać, jak co zaaranżować, jak napisać, wszystko jest gotowe.

HR:

Płytę „Abrahadabra” poskładał do kupy Andy Sneap, najbardziej chyba obecnie ceniony realizator i producent. Skąd wybór jego osoby? Z tego co wiem, pracowaliście razem po raz pierwszy? Album był nagrywany w czterech różnych studiach, w tym w naszym własnym studiu, potem gitary nagrywaliśmy w Oslo, Shargath nagrał wokale w Szwecji, sporo jeździliśmy. Potrzebowaliśmy kogoś naprawdę dobrego, żeby zmiksował ten album. Nie było zbyt dużego wyboru, a znaliśmy jego produkcje i wiedzieliśmy, czego się spodziewać. To na pewno nie była prosta praca, to było kilkaset śladów do zmiksowania, na tej płycie naprawdę sporo się dzieje. Ma wyrobione nazwisko w branży, jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak to wyszło.

HR:

Od wielu lat dwie największe nazwy w symfonicznym, mrocznym metalu to Dimmu Borgir i Cradle Of Filth. Nie wydaje

6

www.hardrocker.pl

Eeee... Nie. Bo jak powiedziałeś, to dwie podobne grupy, robiące coś podobnego. To byłoby po prostu nudne. Podobny styl, podobny image, muzyka z orkiestracjami i tak dalej.

HR:

A to nie łatwiej, gdybyś po prostu odpowiedział, że nie przepadasz za Cradle Of Filth? (śmiech). No może. Ale ty to powiedziałeś (śmiech).

HR:

Tak, bardzo ich lubię, mam ich dwie płyty. Ludzie mogą dyskutować, co jest jeszcze black metalem, a co nie, bo podgatunek jest bardzo, bardzo rozwinięty i zalicza się do niego naprawdę różne zespoły. Ale tak, muzyka Watain jest dość klasyczna, grają black metal tak, jak robiło się to na początku lat 90-tych, kiedy powstała nowa fala zespołów. Wydaje mi się, że są świetni w tym, co robią, ale może też dojść do tego, że nie wiem, powiedzmy za 20 lat będą chcieli pograć także coś innego.

HR:

A czego prywatnie ostatnio słuchasz? Jakieś młode zespoły, które mógłbyś polecić?

No właśnie Watain. Słucham naprawdę wielu rzeczy, ale oni zrobili na mnie naprawdę dobre wrażenie, z black metalu to bez wątpienia najlepszy zespół, jaki ostatnio słyszałem.

HR:

Rozmawiamy przed waszym koncertem w Polsce, który się ma odbyć za kilka dni. Jak już pewnie wszędzie wiadomo, mamy w Polsce nową falę inkwizycji - środowiska katolickich fanatyków są coraz głośniejsze. Mieliście już z nimi jakieś zatargi? Swego czasu wasz plakat pokazywano nawet w polskim sejmie - jako przykład muzyki satanistycznej (śmiech)... Nie, nie mieliśmy nigdy takich przebojów, a graliśmy już u was wiele razy. Bardziej obawialiśmy się polskich fanów, zanim przyjechaliśmy po raz pierwszy (śmiech). Są bardzo ortodoksyjni, przywiązani do tradycyjnych odmian metalu, a kiedy byliśmy u was po raz pierwszy, graliśmy coś nowego. Ale przyjęli nas doskonale, bardzo dobrze się u was grało. Polscy fani metalu są tradycjonalistami, mamy te same korzenie, więc dobrze się u was gra, bardzo to doceniamy i zawsze bardzo chętnie wracamy. Rozmawiał: Adam Wójcik

Dyskografia:

Inn I Evighetens (demo) 1994 Rehearsal January (demo) 1994 Rehearsal February (demo) 1994 Rehearsal August (demo) 1994 For All Tid 1994 Inn I Evighetens Mrrke EP 1994 Stormblast 1996 Devil's Path EP 1996 Enthrone Darkness Triumphant 1997 Live & Plugged vol.2 (video, split z Dissection) 1998 Godless Savage Garden 1998 Devil's Path / In the Shades of Life (split z Old Man's Child) 1999 Spiritual Black Dimensions 1999 True Kings of Norway (split) 2000 Puritanical Euphoric Misanthropia 2001 Alive in Torment EP 2002 World Misanthropy EP 2002 World Misanthropy DVD 2002 Death Cult Armageddon DVD 2003 Death Cult Armageddon EP 2003 Death Cult Armageddon 2003 Vredesbyrd (singiel) 2004 Dimmu Borgir / Kataklysm (split) 2005 Stormblast MMV 2005 In Sorte Diaboli Sampler (singiel promo) 2007 The Serpentine Offering (singiel) 2007 In Sorte Diaboli 2007 The Invaluable Darkness DVD 2008 Behind the Player: Dimmu Borgir DVD 2010 Gateways (singiel) 2010 Abrahadabra 2010


Hard Rocker Classics

Oficjalna strona zespołu: www.turbo.art.pl

G

rupy Turbo przedstawiać nie trzeba. Naprawdę. Bo jeśli jesteś fanem rocka lub metalu, to siłą rzeczy o tej pochodzącej z Poznania ekipie słyszeć po prostu musiałeś. Istniejący równo 30-lat zespół ma za sobą niesamowicie zagmatwaną historię, pełną wzlotów i upadków, lepszych i gorszych decyzji, ale co najbardziej pozytywne: od pewnego czasu sukcesywnie... idzie do przodu!

Mogłoby się zdawać, że to zespół klasyczny, że wielkich zmian nie będzie, że mają ustabilizowaną pozycję i koniec. Ale nic bardziej mylnego, z nowym wokalistą, z nowym materiałem i z nową energią, Turbo zaczyna kolejny etap w karierze. O tym właśnie nowym etapie, jak i o historii zespołu opowiadali Wojtek Hoffmann oraz Bogusz Rutkiewicz.

HR:

30 lat na scenie to potężny wyczyn. Jakie waszym zdaniem były trzy najważniejsze wydarzenia w historii zespołu Turbo, zarówno w sensie negatywnym, jak i pozytywnym? Wojtek Hoffmann: To rzeczywiście kawał czasu i historii polskiej muzyki, której niestety w mediach się zupełnie nie pamięta i którą się ignoruje, a przecież należymy do polskiej kultury. Najważniejsze trzy wydarzenia w historii zespołu to chyba nagranie płyty „Dorosłe Dzieci”, potem „Kawalerii Szatana” i ostatnio „Strażnika Światła” z nowym wokalistą. I ten ostatni krok aktualnie jest dla nas najważniejszym wydarzeniem. Nie każdemu zespołowi po takiej rewolucji udaje się dojść do tego samego poziomu zainteresowania, co przed tak poważnymi zmianami. Nie każdemu, ale nam się to udało. To chyba, gdybym miał stopniować po nagraniu pierwszej płyty, najważniejsze wydarzenie w historii zespołu. Mało tego, zainteresowanie zespołem jest o wiele większe niż poprzednio. To bardzo miłe dla nas, jak widzimy coraz więcej ludzi na koncertach - i to bardzo młodych. To nam dodaje siły na dalsze lata. Tych dobrych chwil było jednak więcej! Myślę, że ważne też było podpisanie kontraktu z Noise i wspólna trasa z Kreator. A negatywy - to zbyt duże różnice stylistyczne między płytami i zawieszenie działalności na początku lat 90-tych. No i powrót do MMP. Trzeba było wtedy

odpocząć, zebrać się do „kupy” i grać dalej. Czegoś nam jednak wtedy zabrakło. Bogusz Rutkiewicz: Najważniejsze, że zespół po moim wejściu w 1983 roku w skład, wrócił na właściwe tory. Po krótkim okresie grania jakichś pierdoł, które powstały dla ,,umedialnienia” kapeli. Gdyby nie to, że powiedzieliśmy sobie: ,Pieprzyć to. Olać media i grać swoje, najwyżej nie będzie nas w TV i radio, ale spojrzymy sobie w gebę przy goleniu”... No i od tego czasu nie było nas już tyle w mediach, ale gdyby nie ta decyzja, to pewnie nie przeszlibyśmy do historii jako jedna z najbardziej znaczących kapel rockowych, a rozpłynęlibyśmy się w niepamięci... Po drugie, to oczywiście ,,Kawaleria”, która zapewniła nam status supergrupy w latach osiemdziesiątych. Dzięki niej zaczęliśmy znów grać na największych festiwalach rockowych i grać trasy za granicą. Oczywiście były to kraje demokracji ludowej, bo takie były czasy, ale było to w tamtych czasach naprawdę coś - jechać na przykład na miesiąc w trasę z Citronem (wówczas numer 1 w Czechosłowacji) i grać tam dla wielu tysięcy ludzi. Wówczas w Polsce aż takie tłumy na nas nie przychodziły, a tam byliśmy traktowani jak, nie przymierzając, u nas Iron Maiden. Trzecia pozytywna rzecz to to, że

okazjach takich jak teraz, czyli jubileuszu, o negatywach nie wspomnę i oszczędzę tego i owego. Może kiedyś.

HR:

Czy macie sobie coś do zarzucenia, czy są decyzje, których podjęcia żałujecie? WH: W zasadzie już odpowiedziałem na to pytanie, ale może to rozszerzę. Po pierwsze, totalnym nieporozumieniem była zmiana stylu zespołu na kabaretowo-dancingowopopowy w 1983 roku. Po nagraniu „Dorosłych Dzieci” nasz ówczesny menadżer Janusz Maślak przyjeżdżał z Warszawy i mówił, że nikt nie chce puszczać naszej muzyki w radio. A pamiętajmy, że były to jeszcze bardzo prawdziwe, nieskorumpowane media i liczyły się tylko trzy programy radiowe, bo tyle było, plus dwa kanały TV. Puszczali wtedy nie za pieniądze, tylko to, co się podobało. Niestety, w naszym wykonaniu podobały się tylko „Dorosłe Dzieci”, chociaż graliśmy bardzo dobrze i najnowocześniej w Polsce. No i to nas skłoniło do zmiany stylistyki. Obcięliśmy włosy, ubraliśmy się jak inne znane popowo rockowe kapele. I co...? I tylko się ośmieszyliśmy. Graliśmy jak Lady Pank. To znakomita oczywiście kapela, ale my byliśmy przecież Turbo i powinniśmy grać to, co mamy w sercu. Nic nam ta zmiana nie

Po drugie, jak wielokrotnie już wspominałem, różnice stylistyczne

na płytach były spowodowane chęcią pójścia do przodu.

Zawsze chciałem mieć najlepszy zespół w Polsce.

Zdjęcia: Daniel Jokiel i archiwum zespołu

potrafiliśmy sobie pewne rzeczy zapomnieć i udało nam się po rozpadzie i dekadzie ciszy zacząć od nowa. Niewielu kapelom udał się powrót, nasz też nie przebiegał tak, jakbyśmy chcieli, ale mimo wszystko było warto. Przy

8

dała, a wprost przeciwnie - bardzo nam zaszkodziła. I dopiero „Kawaleria...” odbudowała nasz wizerunek wśród fanów. Po drugie, jak wielokrotnie już wspominałem, różnice stylistyczne na płytach były spowodowane chęcią pójścia do przodu. Zawsze chciałem mieć najlepszy zespół w Polsce. I nie chciałem nagrywać ciągle takich samych płyt, bo przecież byłoby to nudne. A ponieważ akurat w latach 80-tych rodziły się nowe nurty metalu, to mnie się to bardzo podobało. Bo to było świeże i bardzo energetyczne. A ja chciałem cały czas do przodu. Niestety, troszeczkę chyba za szybko i stąd te zawirowania stylistyczne, a potem składowe. Teraz troszkę żałuję pewnych ruchów, ale cóż, to jest przecież zapisane w naszej historii i nic tego już nie zmieni. Po trzecie, chyba jednak dużym, a nawet największym błędem był powrót do MMP w 2000 roku. Firma, oprócz wydania nam trzech legalnych płyt i dwóch w sumie nielegalnych, bo bez umów, nic nam

Trzydzieści lat w akcji www.hardrocker.pl

Pozytywne jednak jest to, że na nasze koncerty

Hard Rocker Classics

przychodzi coraz więcej ludzi i coraz więcej młodzieży. w zasadzie nie pomogła. Przez ostatnie siedem lat były tylko same problemy. Nędzna promocja, przez co sprzedaż płyt była kiepska, co doprowadziło do niezadowolenia zespołu i perturbacji personalnych. Jeden kiepski teledysk, brak trasy po wydaniu „Tożsamości”. Po nagraniu ostatniego materiału doszło do tego, że firma nie skontaktowała się z nami od przeszło roku, olewając nas totalnie. To była zapewne forma kary za okładkę... Bo my sami wybraliśmy taką okładkę pomimo protestu z MMP. Myślę, że zespół wie najlepiej, co jest spójne z zawartością płyty. Na szczęście kontrakt mamy wypełniony i teraz jesteśmy wolni. Możemy wydawać płyty gdzie nam się podoba i na pewno z tego skorzystamy! BR: W zasadzie tylko jednej rzeczy żałuję.Tego, że w pewnym momencie, w 1988 roku moje zaangażowanie w zespół drastycznie spadło. Byłem wtedy już przemęczony, w Polsce już nic nowego dla nas nie mogło się zdarzyć, a nasze szanse na karierę na zachodzie mimo kontraktu jakoś się nie spełniały. Działo się tak z przyczyn wówczas wiadomych: paszporty, logistyka i tak dalej. Wtedy też byłem krótko po ślubie, więc to też wpłynęło na mój brak motywacji. Dziś wiem, że gdybym miał więcej determinacji, to pewnie zostałbym w kapeli, może zespół by się nie rozpadł i być może udałoby się dotrwać do czasów, gdy granie i kariera na zachodzie nie była już tylko abstrakcją. A Polska z jej rynkiem zrobiła się wtedy już za mała. Z 20-30 koncertów w miesiącu zrobiło się kilka albo wcale, więc najnormalniej zeszło ze mnie powietrze. Wtedy Wojtek zaczął ruchy ,,naprawcze”, które doprowadziły do zmiany składu, stylistyki itp., ale się nie udało i w końcu kapela na prawie 9 lat zniknęła...

HR:

Kilkukrotnie zdarzyło wam się dość drastycznie zmienić styl zespołu: od hard rockowego brzmienia na „Dorosłych Dzieciach”, przez klasyczny heavy metal, aż do death metalu i bardzo nowoczesnych, alternatywnych wręcz brzmień w okolicy „Awatar”. Które waszym zdaniem płyty zespołu to „klasyczne Turbo”, a które delikatnie mówiąc, powinny się ukazać pod innym szyldem? WH: Śledząc muzyczną historię naszych krążków podzieliłbym je tak: „Dorosłe Dzieci”, „Smak Ciszy” i „Kawaleria” to bardzo klasyczny metal. Nagrywane w różnych studiach różnie brzmią, ale to ta sama melodyjna muzyka. Na „Kawalerii” może troszkę mocniejsza i z innymi tekstami. Wtedy zrezygnowaliśmy ze współpracy z Andrzejem Sobczakiem, który pisał bardzo dobre teksty i postanowiliśmy naskrobać coś sami. I teksty od tej pory niestety nie były naszą najmocniejszą stroną. Dalej w kolejności „Wojownik”, który mógłby spokojnie zmieścić się moim zdaniem w jednym worku z „Dead End” i „One Way”, gdyby te dwie ostatnie zaśpiewał Grzesiek. Natomiast „Epidemie” to nieporozumienie. To zupełnie nie Turbowa płyta i muzyka. Nie neguję jej jakości artystyczno-wykonawczo-muzycznej, ale za bardzo techniczna. To płyta dla Wilczego Pająka. No ale my ją stworzyliśmy, więc jest nasza. Ostatnie trzy to powrót stylistyczny do trzech pierwszych. I nie odrzucałbym „Awatar” gdzieś daleko. To bardzo dobra, mocna i dobrze zagrana płyta. Może troszkę niespójna, ale wprowadza bardzo ładnie do „Tożsamości” i „Strażnika”. BR: Klasyczne ,,turbowe” to „Dorosłe Dzieci”, „Smak Ciszy”, „Kawaleria Szatana”, „Tożsamość” i „Strażnik Światła”. Ale dla mnie w pierwszej trójce ulubionych i najlepszych jest też “Awatar”, który bardzo cenię, choć nie jest do końca klasyczny. Śmiem twierdzić, że „Strażnik Światła” i „Awatar” to nasze najlepsze artystycznie dzieła, choć nie odniosły największego sukcesu. Nie trawię „Epidemii”, „Dead End” i „One Way” - i cieszę się, że nie musiałem ich nagrywać. Do dziś ich całych nie przesłuchałem, to ponad moje siły. Nie są to płyty, które powinny się ukazać jako Turbo, bo to zupełnie inna bajka.

HR:

Turbo to kultowy zespół, ale głównie w Polsce. Czy uważasz, że kariera Turbo mogła potoczyć się inaczej, że mieliście szanse na międzynarodową karierę w latach 80-tych? WH: Mieliśmy wtedy bardzo duże szanse zrobić karierę na zachodzie. Pamiętaj, że były to czasy zapyziałej komuny w Polsce i byliśmy zespołem zza żelaznej kurtyny. Byliśmy dla

zachodu ciekawostką i czymś wręcz sensacyjnym. Niestety, brak paszportów i totalnej dyspozycyjności zaważył chyba na tym, że kontrakty padły. Na pewno tak było przy pierwszym z Noise. Kontrakt został zerwany przez Noise i ktoś według umowy wziął za to odszkodowanie. I my wiemy, kto. My nie dostaliśmy z tego odszkodowania złamanego centa. Ostatni kontrakt nie doszedł do skutku, ponieważ nie podobały mi się głodowe pieniądze, które mieliśmy dostać od MMP. Bo po Noise kontrakty były podpisywane z MMP i nie wiedzieliśmy, jakie pieniądze MMP dostało za kontrakt, a my mieliśmy dostać ochłapy... Zerwałem wtedy współpracę z MMP i rozwiązałem kapelę. Myślę, że naszym wydawcom zależało bardziej na nabiciu sobie kabzy, niż na interesie zespołu. Zresztą zobacz, ile kapel zostało z tamtej genialnej stajni? Nie ma nikogo w zasadzie. My, Kat i Acid Drinkers, a reszta? Klepie biedę gdzieś w garażu. BR: Patrząc obiektywnie, szans chyba wtedy nie było. Był zespół o poziomie porównywalnym z najlepszymi na zachodzie, tyle, że ten zespół mieszkał nie w tym miejscu, co trzeba. Pamiętam coś takiego, że mieliśmy przykładowo w sobotę grać w Hamburgu ze Slayerem, koncert transmitowany na żywo w radio. A we wtorek się okazało, że urząd bezpieczeństwa nie da nam paszportów na kraje kapitalistyczne. I co? Dupa blada. I mimo dość dużej promocji, jaką zrobił Noise - byliśmy pierwszym w ogóle polskim artystą, którego koncert z katowickiego Spodka pokazało RTL - nie miało prawa się to udać. Szkoda, bo parę lat później innym się już udało.

HR:

Bez wątpienia znacie sytuację grup Behemoth, czy Vader. Nie zazdrościcie trochę młodszym kolegom? WH: Pewnie, że im zazdroszczę. Nasz wydawca mógłby jednym palcem wykonać kilka telefonów i wysłać nas na ważniejsze festiwale w Europie. Zna przecież cały rockowy świat. Nigdy tego jednak nie zrobił, pomimo wielu rozmów nigdy nie wyjaśnił, dlaczego nas blokuje. A czas mija szybko i bezpowrotnie. I kto teraz zainteresuje się i jeszcze zainwestuje w starych dziadów? (śmiech) ...bo przecież mamy już swoje trzydzieści lat. Jesteśmy pozbawieni już jakichkolwiek złudzeń o karierze. Młodzi mają duże szanse, ale tylko wtedy, jak sami poprowadzą swoje interesy i będą wiedzieć, gdzie jest ich każda złotówka. Ale gdyby się pojawiła taka szansa, to jestem pierwszy, który będzie spał na materacach w garderobach, albo w autobusie. To byłaby przygoda, która cofnęłaby nam te trzydzieści lat i zaczęłoby się wszystko od początku... Ale frajda... BR: Ja nie zazdroszczę, bo wiem, ile ich to kosztowało pracy i wyrzeczeń. Raczej podziwiam za oczywisty sukces. Trochę tylko

żal, że być może urodziliśmy się za wcześnie. Ale tak jest też na przykład ze sportowcami. Kiedyś piłkarze grali za talon na malucha i uścisk ręki prezesa cały sezon, a teraz wiadomo. Takie jest po prostu życie i nie ma co narzekać. Dziś już na karierę na zachodzie chyba trochę za późno. Nie jestem pewien, czy nawet gdyby była taka możliwość, to czy podołałbym - dziś, gdy mam 45 lat - tylu wyrzeczeniom, na ile musiał się zdobyć na przykład Vader na początku... Wiesz, z wiekiem człowiek robi się wygodny. No ale chyba bym spróbował (śmiech).

HR:

Czasem można odnieść wrażenie, że większość społeczeństwa kojarzy Turbo za sprawą jednego utworu - „Dorosłe Dzieci”, szerzej znani jesteście w zdecydowanie metalowych i rockowych kręgach. Waszym zdaniem to pozytywna, czy negatywna sytuacja? WH: „Dorosłe Dzieci” to wspaniały utwór. Ale jak można Turbo kojarzyć z innymi utworami, kiedy nie ma nas w mediach? Turbo nie istnieje nawet w rozgłośniach, które podobno są rockowymi. Przynajmniej nic, oprócz właśnie „Dzieci...” nie puszczają. A mamy parę innych dobrych utworów, jak na przykład „Szalony Ikar”, „Jaki Był Ten Dzień”, „Kometa Halleya”, „Kawaleria Szatana - Część II”... Jestem ciekaw, czy jest w Polsce jakikolwiek słuchacz, który słyszał gdziekolwiek te i inne nasze utwory w jakiejkolwiek rozgłośni... No to jak mają kojarzyć inaczej? To wszystko jest chore... Przy wydaniu „Strażnika...” wiele tak zwanych rockowych rozgłośni nie było zainteresowanych nawet patronatem. Ale gdybyśmy zapłacili, to może...? Pozytywne jednak jest to, że na nasze koncerty przychodzi coraz więcej ludzi i coraz więcej młodzieży. Więc znają nas właśnie z takiego rockowego oblicza. Mam nadzieję, że to się będzie dalej rozwijać. BR: ,,Dorosłe Dzieci”, czy też jeszcze utwór, ,,Jaki Był Ten Dzień”, to nasze błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie. Dla wielu ludzi z ulicy, którzy znają tylko tę piosenkę, jesteśmy rockowo-balladowym zespołem. Oni mają zupełnie inne wyobrażenie o naszej twórczości. No ale z drugiej strony, gdyby nie ta piosenka, to ilu ludzi w ogóle by nie wiedziało, że jest taki zespół jak Turbo! Jest to dla nas coś takiego, jak Hans Kloss dla Mikulskiego, albo Janek z „Czterech Pancernych” dla Gajosa. Janusz Gajos mimo takiej roli, potrafił się jako aktor oderwać od tej łatki. Mam nadzieję, że nam też się to udaje.

HR:

Wasz ostatni album „Strażnik Światła” wyraźnie zaznacza nowy etap w karierze zespołu. Ciężko było definitywnie rozstać się z Grzegorzem Kupczykiem? www.hardrocker.pl

9


Hard Rocker Classics WH: „Strażnik Światła” to nasz wielki sukces. I jestem pewien, że gdyby płyta miała zawodową promocję, a miała najgorszą, jaką można sobie wyobrazić, to osiągnęlibyśmy spory sukces... Może łącznie ze złotą płytą? Bo jest to materiał bardzo szczery i bardzo dobry. Nagrany i zagrany znakomicie. Nie odbiega poziomem od światowych produkcji, a może czasem nawet je przewyższa. Powinniśmy znać swoją wartość i nie bać się stwierdzenia, że zrobiliśmy coś na światowym poziomie. Polacy mają zbyt dużo kompleksów i czas już z tym zerwać. A rozstanie z Grześkiem...? No cóż... Zawsze na początku każde rozstanie bardzo boli, ale rany szybko się goją i na szczęście potem jest już tylko dobrze. Odejście Grzegorza wprowadziło do zespołu troszkę zamieszania na początku, ale zaraz potem, jak dołączył do nas Tomek Struszczyk, spokój i równowagę. Tym bardziej, że naprawdę nie chcieliśmy tego, bo lubiliśmy tego gościa. W końcu jest częścią naszej historii, czy jemu się to podoba, czy nie. Piszę celowo jemu, bo na końcu mówił nam, że nienawidzi tego zespołu, że rzygać mu się chce na samą myśl o Turbo. Widać było, że jest bardzo zmęczony wszystkim, co się nazywa Turbo. Był nieobecny w sensie dosłownym i w przenośni. Więc wybacz, my też byliśmy już bardzo zmęczeni taką sytuacją. Odbiło się to również na płytach, które nagrywaliśmy, bo nie był zupełnie zaangażowany. Chcieliśmy dać mu czas do odpoczynku i niby się dogadaliśmy, a w poniedziałek cały Internet szalał, bo Grzegorz definitywnie opuścił zespół Turbo. Więc pomyślałem wtedy... No co mogłem pomyśleć? I nie piszę tego z żalu, tylko dlatego, że pytasz, no i to 30-sto lecie. Obiecaliśmy sobie z Grześkiem, że nie będziemy się opluwać i chcemy, żeby było tak dalej. Jesteśmy przecież dorośli i emocje z nas już dawno zeszły! Tylko czasami ludzie mają nam za złe, że go nie ma i o dziwo - na koncertach nie! I wydaje nam się, że mówienie prawdy to nasz obowiązek i tyle. Nie mamy do niego żadnych pretensji, bo nie można nikogo zmusić do miłości. Teraz możemy planować i myśleć o przyszłości. Rozstanie więc było jakimś odprężeniem. BR: Ok. Wyjątkowo zdradzę ciut więcej... Szczerze powiem, że wszyscy w zespole z ulgą odetchnęli, że wreszcie sytuacja się wyklarowała. Po tych jego odejściach i powrotach, wreszcie wiedzieliśmy, na czym stoimy. Przez ostatnie lata współpraca z Grześkiem była bardzo delikatnie mówiąc „trudna”. Doszło do tego, że nawet kiedyś powiedział ,,w tym roku już nie ma szans na koncerty Turbo, bo nie mam czasu”. Wielu fanów ma bardzo mylne pojęcie o tym wszystkim, a najwięcej się do tego przyczynił... Grzesiek w swoich wywiadach. My przyjęliśmy zasadę nie komentowania tego, bo byłoby śmieszne prostować własnego wokalistę na łamach czasopism. Może to był błąd, bo narosło wiele bzdurnych legend, ale Grzesiek kiedyś mnie zapewniał, że często jego wypowiedzi były nieautoryzowane i zmanipulowane po to, żeby nas skłócić. Do dziś prawdę mówiąc nie wiem, co o tym myśleć... Poszedłem po jego ostatnim odejściu do Wojtka, a on do mnie ,,no i co ty na to?”, a ja do niego: „No nie martwmy się, gorzej i tak już być nie mogło, więc teraz będzie już tylko lepiej”. I wykrakałem (śmiech). Jeśli chodzi o ostatnią płytę „Strażnik Światła”, to powiem tak: nowy album jest moją wielką dumą i spełnieniem. Jestem naprawdę po raz pierwszy w życiu naprawdę zadowolony z brzmienia, jakie w Turbo ukręciłem na bas, z brzmienia kapeli, jakie wyprodukowaliśmy, z miksów, no i przede wszystkim z tekstów, które napisał Struś. Łatwo nie było, i w studio przy miksach leciały czasem kurwy i inne takie (śmiech)... Ale dla odprężenia kiedyś np. zrobiliśmy w studio balangę i pamiętam, że łeb nam urwało... A na stole był wtedy dokończony, ale nie zapisany miks, więc to, że ktoś nie wpadł na stół i w gałki, i nie popieprzył tego, to cud (śmiech). Poza tym jak robiłem master płyty, to myślałem, że chłopaki mnie zajadą jak konia. Ale też jestem zadowolony, choć jest on, jak to bywa, wypadkową kilku spojrzeń na brzmienie. Tak, „Strażnik Światła” to zdecydowanie nowa jakość po latach, osobiście uważam, że lepsza od słynnej „Kawalerii Szatana”.

HR:

Płyta „Strażnik Światła” była nominowana do Fryderyka w kategorii „Heavy Metal”... Traktujecie taką nominację poważnie, czy raczej jak większość fanów metalu w tym kraju: jako żart? WH: Nie, to nie jest żart. Nie rozumiem takiego podejścia. Jeśli miałbym to właśnie tak odbierać, to musiałbym całe to nasze granie w tym pieprzonym kraju podciągnąć pod żart... W zasadzie to wszystko jest żartem. Może jestem teraz niekonsekwentny, ale mówię tak: jaki kraj taki terroryzm... Tutaj się nic nie zgadza, więc te Fryderyki też. Byliśmy pewni, że nie dostaniemy. Jednak Behemoth to znakomita kapela i nagrali też świetną płytę, no i są bardzo medialni. A od czasów połączenia czerni z blond nagle media dostrzegły to, na co przeważnie są ślepi. BR: Nawiasem mówiąc, „Awatar” też był nominowany. No cóż, jest to dziwna nagroda, bo przyznają ją muzycy muzykom. Ja też jestem członkiem Akademii i co roku dostaję płytę

Hard Rocker Classics

HR:

Na koniec czas na kilka lżejszych pytań, nawiązujących do historii zespołu... Bogusz - nie każdy o tym wie, ale miałeś okazję zagrać koncert jako basista niemieckiej grupy Kreator. Jak do tego doszło?

z nominowanymi artystami, słucham i oddaję głosy. Jak już jesteśmy przy „Awatarze” to ciekawostka: zamieniono wówczas nazwy i utwór Turbo był prezentowany jako zespół Guess Why, i na odwrót. A nagrodę dostał... Guess Why (śmiech). Dla mnie już jest ważne, że nas nominowano z ostatnią płytą, bo wiadomo, że jesteśmy trochę poza tą całą branżą. Przynajmniej ciut reklamy było w radiu... A w branży jak to w branży: kogoś się lubi, kogoś nie, więc ta nagroda też do końca nie jest miarodajna. Nie pogniewałbym się, jakby mi wręczyli Fredzia. Bo dziwne, ale do dziś nikt nie raczył nam nigdy wręczyć - mimo, że spełnialiśmy wymagania żadnych złotych płyt, czy czegoś takiego.

HR:

Czym różniła się praca z „nową krwią w zespole”, czyli z Tomkiem Struszczykiem? Jakby nie było, jest trochę młodszy od was, więc zapewne ma raczej inne inspiracje i wzorce? WH: Zasadniczo! Tomek bardzo się we wszystko zaangażował, był obecny na całej sesji. Słuchał godzinami całości podczas nagrywania i zgrywania. No i napisał bardzo dobre teksty. Mamy nareszcie teksty mówiące o czymś. Oczywiście, musieliśmy go sprowadzać czasami na nasze Turbowe tory, bo rzeczywiście jego inspiracje są troszkę obok naszych. Ale ponieważ jesteśmy zespołem, nie było żadnych problemów. W końcu gramy do jednej bramki. BR: Tomek jest z Łodzi, a nie było żadnego problemu z jego obecnością na próbach, mimo że to kawał drogi. To zaprocentowało tym, że wokale są przemyślane, linie wokalne jak trzeba, no i teksty powstawały równo z materiałem, był czas na korekty i tak dalej. Tomek jest bardzo ambitny i do przodu, czasem aż za bardzo (śmiech)... Nie mówię, że jest idylla, bo czasem się ścinamy, i to ostro. Ale wynika to właśnie z zaangażowania Tomka i jego chęci współudziału w tworzeniu. On cały czas myśli, jakby tu jeszcze coś ulepszyć, wymyślić, zrobić. Nie zawsze ma trafione pomysły akurat dla Turbo, ale jest gość kreatywny nie ma co mówić!

Powinniśmy znać swoją wartość i nie bać się stwierdzenia,

że zrobiliśmy coś na światowym poziomie.

Polacy mają zbyt dużo kompleksów i czas już z tym zerwać. 10

www.hardrocker.pl

HR:

Niedawno pracowaliście nad teledyskiem. Skąd generalnie pomysł na teledysk tak długo po wydaniu płyty? Czyżby promował kolejny, nadchodzący album? WH: Rzeczywiście, to troszkę szalona sytuacja, ale dlaczego nie. Poznaliśmy niedawno człowieka od teledysków Sabaton i zaproponował nam współpracę. Stąd ten pomysł. Myślę, że jeszcze niejednokrotnie razem coś zrealizujemy. Po tym, co już zrobiliśmy, widzimy, że będzie to nasz pierwszy, bardzo zawodowy klip. I mamy nadzieję, że wreszcie ktoś nam to puści - bo jak dotąd wiadomo, jak jest. BR: Pomysł na teledysk był już dawno, zaraz jak powstawała płyta, tyle, że nie miał kto za niego zapłacić. A nie chcieliśmy takiego marnego klipu za parę tysięcy złotych, jak zrobiliśmy do utworu „Armia” z „Awatar”. Nie mogę patrzeć na to dziadostwo. Teraz środki na teledysk się znalazły, więc nadrabiamy zaległości. Myślę, że klip będzie niezły, a na planie, jak zobaczyłem niektóre efekty - lasery itp., to aż mi momentami dech zapierało. Mam nadzieję, że efekt finalny będzie ok. i spodoba się ludożerce (śmiech)...

HR:

Planujecie jakieś nowe wydawnictwo z okazji 30-lecia Turbo? A może to już czas, żeby spytać o nowy, kolejny album Turbo? WH: Bardzo bym chciał mieć coś takiego w naszej dyskografii. W tym roku raczej nie, ale może na początku przyszłego nagramy któryś z kolejnych koncertów z naszymi gośćmi i wydamy to. A nowa płyta? Myślę, że na początku roku zabierzemy się za materiał. Mam już trochę pomysłów. A Tomek też już napisał parę tekstów. Nie zdradzę, jaka będzie tematyka, ale to bardzo ciekawy temat. Teraz trzeba zacząć próby i realizować materiał. Czuję, że będzie to piorunująca muzyka i bardzo do przodu. Teraz to poskładam i do roboty. Trzeba iść za ciosem. BR: Ja jestem za tym, żeby jak najszybciej ukazał się nowy album. Wiesz, trzeba kuć żelazo póki gorące. Tylko się trochę boję, bo „Strażnik Światła” założył nam poprzeczkę cholernie wysoko i ciężko będzie ją przeskoczyć. Co do okolicznościowego wydawnictwa, nie, nie bardzo mi się podoba kolejne wyciąganie kasy od ludzi. Tym bardziej, że w zeszłym roku ukazał się nasz box z całym katalogiem płyt, a nie był tani.

BR: I widzisz, tak powstają legendy (śmiech). Dobrze że zadałeś to pytanie, to mnie już może przestaną wciąż pytać. W 1988 roku nadarzyła się okazja pojechać w trasę po Węgrzech u boku Kreator. A wtedy to była kapela ze szczytu w Europie. Pierwsze dwa dni oswajaliśmy się z nimi i trzymaliśmy lekko na dystans - wiadomo, gwiazdy (śmiech). Ale chłopaki z Kreator byli bardzo mili i już na trzeci dzień w hotelu razem balowaliśmy. Dali nam sami z siebie swój backline, a wierz mi, to był wielki wyraz uznania. No i gdy zbliżał się ostatni koncert, Mille zaczął nas podpytywać, czy znamy jakieś covery. Jak się okazało, ja parę znałem, więc jak kończyli koncert, to basista mnie zawołał, założył mi na grzbiet swoje wiosło i zaczęliśmy razem zapierdzielać! To były 2 lub 3 kawałki, Judas Priest i chyba Maiden, już nie pamiętam. W międzyczasie reszta bandy z Turbo jak to zobaczyła, to się wtoczyli na scenę i robili odlot! Mam ten występ na zdjęciach, więc jak je ludziska obejrzeli, to poszła fama, że grałem w Kreator. A to był tylko gościnny epizod.

HR:

Wojtek: płyta „Dorosłe Dzieci” ukazała się na początku lat 90-tych w dość nietypowej formie - wersja CD, wydana przez Polton, miała dograne dodatkowe, dość wyraźne ścieżki gitary... Skąd pomysł i jak doszło do realizacji tego przedsięwzięcia? WH: Namówił mnie na to Andrzej Sobczak. Nie pamiętam, dlaczego, ale chyba chodziło o prawa do nagrań. Było podobno coś takiego, że jeśli się coś dogra do oryginału, to nie jest to wtedy materiał oryginalny i prawa również pozostają w moich rękach. Dobrze byłoby, żeby prawa do wszystkich materiałów wróciły do nas i żebyśmy to my czerpali główne zyski z naszej w końcu pracy, a nie ktoś, kto chce nas tylko orżnąć... Myślę, że to pozostanie tylko jako ciekawostka, a może biały kruk.

HR:

Dziękuję za wywiad - życzę kolejnych 30 lat, a po nich - kolejnych, i tak dalej... Najbliższe plany Turbo to...?

WH: Koncert z okazji 30-stolecia z udziałem zaproszonych gości i muzyków, którzy przewinęli się przez zespół, który odbędzie się 19 grudnia w klubie Blue Note w Poznaniu. Swoją obecność potwierdzili: Wojtek Sowula - pierwszy wokalista, Piotr Krystek - drugi wokal, Heniu Tomczak założyciel zespołu, Wojtek Anioła - pierwszy perkusista, Piotr Przybylski, Andrzej Łysów, Grzegorz Kupczyk, Tomek Goehs, Robert Friedrich... Myślę, że może jeszcze ktoś wpadnie...? Wszystkich serdecznie zapraszamy! BR: Mam nadzieję, że ten koncert da ludziom trochę wzruszeń i radości, tym bardziej, że prawie wszyscy z zaproszonych muzyków z chęcią od razu potwierdzili udział. Jedna tylko osoba ma dziwne wymagania, ale mamy nadzieję, że dołączy do nas na scenie. Myślę że fajnie będzie zobaczyć na tym koncercie coś, co się już nigdy na pewno nie wydarzy, na przykład pierwszy skład Turbo po 30 latach razem na jednej scenie! Poza tym w  grudniu zagramy jeszcze około 10 koncertów w całej Polsce, promujących naszą ostatnią płytę „Strażnik Światła”. Tak więc fanom (i nie tylko) powiem krótko: Przybywajcie! Rozmawiał: Bart Gabriel

Dyskografia:

W Środku Tej Ciszy (singiel) 1980 Dorosłe Dzieci 1983 Smak Ciszy 1985 Kawaleria Szatana 1986 Alive! 1987 Ostatni Wojownik 1987 Last Warrior (angielska wersja płyty „Ostatni Wojownik”) 1988 Epidemie 1989 Epidemic (angielska wersja płyty „Epidemie”) 1989 1980-1990 (kompilacja) 1990 Dead End 1990 Titanic (kompilacja) 1992 One Way 1992 Dorosłe Dzieci I Inne Ballady (kompilacja) 1994 Intro 1982-1986 (kompilacja) 1998 Remix '92 (kompilacja) 2000 Awatar (płyta w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej) 2001 Tożsamość 2004 Identity (angielska wer. płyty „Tożsamość”) 2004 The History 1980-2005 (DVD) 2006 Anthology 1980-2008 (box) 2008 Akustycznie 2009 Strażnik Światła 2009


Obdzwoniłem wszystkich wspólnych

znajomych i całą jego rodzinę,

N

ieudany wywiad z Tomem Angelripperem? Takie rzeczy się nie zdarzają. Lider Sodom należy do muzyków niezwykle przyjaznych dziennikarzom, a tym razem naprawdę ma się czym pochwalić. “In War And Pieces” zostało płytą niniejszego numeru Hard Rockera, ale to nie jedyne nowe wydawnictwo tria z Gelsenkirchen... HR: Witaj, Tom! Wasz poprzedni album, mam na myśli regularny krążek, wyszedł w 2006. Cztery lata to szmat czasu, ale nie wzięliście przecież urlopu? Nie, podstawowym powodem tak długiej przerwy były kłopoty naszej wytwórni płytowej, SPV. Czekaliśmy, aż ich sytuacja się ustabilizuje i będą w stanie zapewnić nam odpowiednią promocję. Album byłby gotowy już dwa lata temu. Nie marnowaliśmy jednak czasu, pracowaliśmy jednocześnie nad DVD. HR: DVD ukazało się tuż przed “In War And Pieces”. Czy wypuszczenie dwóch ważnych wydawnictw tak krótko po sobie nie jest niebezpieczne z komercyjnego punktu widzenia? Jest. Zamierzaliśmy wydać “Lords Of Depravity II” sporo wcześniej. Zielone światło od SPV pojawiło się na tyle późno, że nie było już sposobu, aby lepiej rozłożyć siły. Znając termin wydania DVD, miałem już wolną

sprawdziłem rejestry zgonów i policyjne,

nic! Przepadł jak kamień w wodę.

głowę, aby dopieścić płytę. I muszę przyznać, że jestem dumny z “In War And Pieces”. W sumie mamy na rynku aż trzy rzeczy, wszak reedycja “Agent Orange” także została mocno opóźniona. HR: Po obejrzeniu kompletnej historii Sodom, ciężko było mi wykoncypować jakieś sensowne pytanie biograficzne. Jednak coś się udało (śmiech): co się dzieje ze Strahlim? (gitarzysta Sodom w latach 1995-96 – HR). Nie mam pojęcia! Próbowałem się z nim skontaktować, aby wystąpił na naszym 25-leciu na Wacken. Ostatni znak życia dał jakieś osiem lat temu. Obdzwoniłem wszystkich wspólnych znajomych i całą jego rodzinę, sprawdziłem rejestry zgonów i policyjne, nic! Przepadł jak kamień w wodę. Nie mam żadnych informacji na jego temat, nie wiem, co porabia, nie wiem nawet, czy żyje... Nie znalazłem też Aggressora, naszego pierwszego gitarzysty. Wielka szkoda, chciałem, aby na scenie wystąpili wszyscy byli i obecni muzycy Sodom. Niestety, także Chris Witchhunter nie był w stanie zagrać. Był już w takim stadium alkoholizmu, że zagranie jednego kawałka przerastało jego możliwości.

oferowała większe zróżnicowanie w tym względzie... To fakt, ale działo się tak dlatego, że wcześniej opisywaliśmy okres częstych zmian składu! Powiem szczerze, bałem się, że druga część może się okazać zwyczajnie nudna! Ciągle te same trzy gęby (śmiech). Cóż na to poradzę, że mamy obecnie najsilniejszy skład w historii i od 15 lat znakomicie się rozumiemy? Zależało mi na pokazaniu, co dzieje się podczas tras koncertowych. Wiele kapel nie pokazuje na przykład prawdy o Ameryce Południowej, my zadbaliśmy o detale. Przez wiele lat woziłem ze sobą coraz mniejsze kamery i nagrywałem setki godzin codziennego życia w trasie. Jestem zadowolony z efektu, wiem, że obie części DVD trafiają nie tylko do fanów Sodom, ale i ludzi ogólnie ciekawych muzyki. Nie jesteśmy Iron Maiden, nie mogliśmy nikomu znanemu zapłacić, by nas chwalił na ekranie (śmiech). Zrobiliśmy ten potężny dokument za małą kasę i wielkim nakładem własnej pracy.

HR: Po genialnej pierwszej części DVD, obecna pozostawia pewien niedosyt. Wydaje mi się, że mogłeś użyć nieco więcej wypowiedzi ludzi spoza najbliższego kręgu zespołu. Jedynka

Zdjęcia: SPV

ized.info/ http://sodom

12

www.hardrocker.pl

HR: Miło było zobaczyć, z jakim entuzjazmem powrócił na metalową scenę Grave Violator. Co sądzisz o jego nowej kapeli, Wortmord? Bardzo mi się podoba. Oldschoolowy thrash z punkowymi wibracjami. Fajny zespół. Wiadomo, że Josef nie będzie się z tego utrzymywać, gra stanowi jego hobby. Postaram się zabrać ich nieraz z Sodom jako support. HR: Wydawałoby się, że masz wystarczająco dużo pracy z Sodom. A jednak nie – co to takiego Die Knappen? Projekt uboczny, założony z kumplami z Zagłębia Ruhry. Teksty utworów traktują o pracy w kopalniach węgla i życiu w rejonie, gdzie one dominują. Początkowo mieliśmy napisać kilka numerów na święto górnicze, ale nie udało się dotrzymać terminu. W efekcie powstała pełna płyta. Jak wiesz, zanim zacząłem żyć z gry w Sodom, pracowałem właśnie jako górnik. Nie wszyscy z moich ówczesnych kolegów wciąż żyją, w tym zawodzie ryzyko jest ogromne. Pozostali członkowie Die Knappen są muzykami-

i

a tyłku n ć e i z d . afię sie ie robić n o g e Nie potr n konkret o g e z c i n

amatorami, zabawne, że udało nam się zgrać (śmiech). Podejrzewam, że wielu słuchaczom będziemy się kojarzyć z wygłupami Onkel Tom, ale tutaj dużą rolę odgrywa koncept górniczy, ten projekt zaczął się właśnie od tekstów. Masz rację, Sodom zajmuje ogromną część mojego czasu. Jednakże gdy mam wolną chwilę, lubię pograć z innymi ludźmi, to bardzo relaksujące. Nie potrafię siedzieć na tyłku i niczego konkretnego nie robić. Jestem bardzo zaangażowany w tworzenie muzyki, nie jest ona tylko moim zawodem, po prostu kocham tworzyć i grać. Płyta ukaże się nakładem wytwórni Heavy Bastards, ciekaw jestem, jak zostanie przyjęta. Tras nie planujemy, jedynie małe koncerty w naszej okolicy. HR: Czas porozmawiać o nowym albumie. Fantastyczne brzmienie, przestrzenne i ciężkie - to chyba jedna z waszych najlepiej brzmiących płyt? O tak, uważam, że produkcja jest świetna. Wiem, że wielu fanów narzekało na brzmienie “The Final Sign Of Evil”, lecz nie był to przecież regularny krążek. Na “In War

And Pieces” nie chciałem wracać do lat 80-tych, dziś brzmimy ciężej. Pod jednym względem wzorowaliśmy się jednak na “Agent Orange”, chodzi o perfekcyjne wydzielenie miejsca dla każdego instrumentu. Nikt nikomu nie przeszkadza, słychać każdy dźwięk. Na miesiąc przed wejściem do studia zrobiliśmy przedprodukcję i już wtedy wiedziałem, że będzie zajebiście. Waldemar Sorychta to największy magik konsolety, z jakim kiedykolwiek pracowałem. Chcę, żeby produkował także nasz następny album. Fenomenalny muzyk i inżynier dźwięku, jego pomysły są niesamowite! HR: Waldemar był ostatnimi czasy raczej zapomniany jako producent, skąd pomysł na zatrudnienie właśnie jego? Zaproponowałem kilku znanym inżynierom dźwięku, by zajęli się nagrywaniem naszej płyty. Waldemar, jako jedyny, powiedział z miejsca: nie interesuje mnie to, chcę być jej producentem. Zaskoczył mnie, bo planował sam zająć się produkcją. Gdy zobaczyliśmy, jak niesamowicie

profesjonalnie do wszystkiego podchodzi, wiedziałem, że to jest nasz człowiek. Ależ on ma niesamowity sprzęt w studio! Każdy element to hi-end, najwyższa możliwa półka. Zwróciłeś uwagę na aranżacje wokali? Brzmię chwilami jak młody Tom Araya, a czasem jak ja sam z młodości. Zawdzięczam to zróżnicowanie niezwykle trafnym sugestiom Waldemara. Niektóre partie rejestrowaliśmy po dziesięć razy, by wybrać najlepszą aranżację. Cóż, dziś wiele płyt powstaje w zwykłych pokojach gościnnych, taki poziom profesjonalizmu należy do rzadkości. HR: W czasach, gdy był nadwornym producentem Century Media, zwykł wrzucać swoje trzy grosze na każdej płycie. Czy i tym razem mamy do czynienia np. z gościnnie nagraną solówką? Nie, nie chcieliśmy tego. Kwestia jest taka, że byłoby to sztuczne. Waldemar nigdy nie był fanem Sodom, nie interesował się naszą karierą, był nawet zdziwiony, że wciąż istniejemy (śmiech). Miał więc świeże spojrzenie jako człowiek z zewnątrz, lecz jego solo nie byłoby dobrą ideą.

Pod jednym względem wzorowaliśmy się

jednak na “Agent Orange”,

chodzi o perfekcyjne wydzielenie miejsca

dla każdego instrumentu. Nikt nikomu nie przeszkadza, słychać każdy dźwięk.

HR: W zapowiedziach płyty można było przeczytać, że postaracie się ożywić ducha “Agent Orange”... Nie mogliśmy tego uczynić, bo to tylko chwyt reklamowy. “Agent Orange” był wspaniałym albumem w 1989 roku, skończonym dziełem, obecnie nagranie czegoś podobnego byłoby po prostu słabe. Wytwórnia chciała takich haseł, aby podpromować także reedycję. Ba, liczyli na tytuł “Agent Orange Part 2”! Wyjaśniliśmy sobie jednak, że coś podobnego nie nastąpi. Nie chciałbym się powtarzać, bo bardzo byłem zadowolony z tego albumu. Nic bym na nim nie zmienił, nie dodałbym także części drugiej. Utrzymujemy przy życiu ducha Sodom. Nie pisaliśmy numerów w stylu “Agent Orange”, ani “Persecution Mania”. To po prostu kawałki Sodom. Jesteśmy jedyną kapelą z niemieckiej wielkiej trójki, która nigdy nie zboczyła z drogi thrashu. Wiele to dla mnie znaczy, nie jesteśmy jak chorągiewka na wietrze. “In War And Pieces” to


trójki, Jesteśmy jedyną kapelą z niemieckiej wielkiej

która nigdy nie zboczyła z drogi thrashu.

kwintesencja stylu naszego zespołu. Bardzo agresywne riffy i wokale, ale zarazem piekielnie melodyjne partie gitary solowej. Są one zasługą Bernemanna, którego korzenie tkwią w heavy/thrashu. HR: Wspomniałeś już o tym, o co chciałem zapytać. Przy tak agresywnych riffach macie teraz niesamowitą dawkę melodii. Brzmicie wręcz jak zespół amerykański, tak to pięknie powiązaliście. Ale co na to fani waszych starszych, prostych kawałków? Nie wyzywają was od Szwedów? Nie sądzę, byśmy brzmieli jak Szwedzi. Nie znam żadnej dobrej szwedzkiej kapeli. To oni zrzynali od nas, nie odwrotnie. Przy “Sodom” słyszałem dużo głosów, że przypominamy Szwedów, co było moim zdaniem kwestią produkcji. Dlatego zadbałem, aby tym razem gitary nie były miękkie. Nie chciałem też lekko brzmiących, wpisanych do komputera bębnów. Wiele zespołów używa dziś sztucznych brzmień perkusji, ale nam to nie grozi. Wiesz, nigdy nie sugeruję inżynierowi, czy producentowi, że “chcemy brzmieć jak zespół X”. Ostateczny efekt ma zawsze związek z atmosferą w studio i naszym stylem. Nigdy na przykład nie chciałbym brzmieć jak nowa Metallica (śmiech). HR: Dobrze, że wspomniałeś o “Sodom”, bo właśnie do tego piłem. “In War And Pieces” jest jeszcze bardziej melodyjna, ale ma większy ciężar i niewiele punkowych motywów. Można by rzec, że to logiczna kontynuacja poprzedniczki. Tak, dokładnie tak ją też odbieram. HR: Mam jedno zastrzeżenie. Początek “Through Toxic Veins” przypomina Rage z “XIII”. Nie pójdziecie chyba w kierunku progresywnych brzmień? (śmiech) Nie, nigdy (śmiech). Nie umiałbym śpiewać w stylu progresywnym. Zawsze starałem się, by moje wokale były wściekłe i tylko w tym kierunku potrafię podążać. HR: Cały album jest bardzo równy, bez jednego słabego kawałka. Po dziesięciu przesłuchaniach uważam, że brak łatwo wpadających w ucho hitów oznacza, że wszystkie numery są znakomite. Tyle, że nie potrafię wskazać faworyta. Ty zapewne masz takowych? “The Art Of Killing Poetry”, “Feigned Death Throes”, “In War And Pieces” to moje ulubione. Napisaliśmy więcej numerów, ale uznaliśmy, że są słabsze i nie weszły na płytę. W przeciwieństwie do wielu innych

14

www.hardrocker.pl

Wiele to dla mnie znaczy,

nie jesteśmy jak chorągiewka na wietrze. zespołów, nie odkładamy takich piosenek na półkę. Zapominamy o nich. Ponieważ pisanie tekstów jest dla mnie męczarnią, tworzę je tylko do kawałków, które ostatecznie znajdują się na albumie. Muszę przyznać, że tym razem skorzystałem z pomocy anglisty, aby nie zaśpiewać żadnych “kwiatków” z niemieckim akcentem. HR: Spokojnie można uznać “In War And Pieces” za płytę Bernemanna. Takich solówek nie nagrał nigdy wcześniej! Długo nad nimi pracował, wczesne wersje były zwyczajne. Kiedy przyniósł ostateczne propozycje, zarejestrowane w domu, szczęka mi opadła. Oczywiście, wiedziałem od lat, że to świetny muzyk, ale zdołał mnie zaskoczyć. Tyle melodii, a zarazem jaka agresja. Czad jak w Slayerze, ale bez kakofonii. HR: Planujecie teledysk? Nie, mamy świeże DVD, więc te materiały będą promować się wzajemnie. HR: Wróćmy do twojej pierwszej wypowiedzi. Jesteście jedną z niewielu grup, jakie pozostały w SPV podczas poważnych problemów finansowych, które były jej udziałem. Nie obawialiście się, że pójdziecie na dno wraz z firmą? Tak, bałem się tego, ale po rozmowie z Ollim uspokoiłem się. SPV ma teraz niewielki katalog i bardzo stara się dać każdej z pozostałych kapel jak najlepsze wsparcie. Byli naszą pierwszą wytwórnią, a później dali nam szansę, gdy Sodom nie sprzedawał się dobrze. Zasługiwali na to, by im zaufać. Obecnie jesteśmy najważniejszym zespołem SPV i patrzymy w przyszłość z dużą dozą optymizmu. Mieliśmy mnóstwo ofert od innych firm.

HR: Obecny skład Sodom trzyma się od wielu lat. Nie chciałeś kiedyś go zmienić? Ja nie, ale Bobby chciał odejść pod koniec lat 90-tych. Wtedy jednak odzyskaliśmy popularność i zmienił zdanie. Jesteśmy w zbliżonym wieku, dogadujemy się świetnie i razem tworzymy fajną muzykę, co tu zmieniać? Każda zmiana oznacza dla zespołu długi okres ponownego rozruchu. Dobrze to pamiętam. HR: Czy wspomniana już reedycja “Agent Orange” była twoim pomysłem? Nie, zaproponowała nam to wytwórnia. Nie byłem tym zainteresowany. Wciąż można kupić stare wydania, nie jestem fanem “specjalnych edycji”. Każdy fan Sodom od dawna ma “Agent Orange”. Olli przekonał nas, zapewniając dodatkowe fotki i grubą książeczkę, która podniosła atrakcyjność reedycji. HR: Chciałbym powrócić jeszcze do smutnej kwestii. Tylu ludzi wypowiadało się na DVD o Chrisie. Rodzina, przyjaciele... W każdym cywilizowanym kraju alkoholików się leczy, dlaczego nie wysłali go na przymusową kurację? Sam tego nie wiem. Zerwałem z nim wszelkie kontakty, bo jego chlanie rozwalało mi zespół i nie mogłem już tego znieść. Zapytałem jego rodzinę, gdzie byli przez te wszystkie lata. Odparli, że pił codziennie i bywał agresywny, więc zostawiali go w spokoju. Próbowali coś z tym zrobić, lecz on nie trzeźwiał. Nie byli w stanie do niego dotrzeć. Terroryzował ich wszystkich. Najgorsze, że dali się zastraszyć. W naszym kraju lekarze naprawdę potrafią radzić sobie z alkoholizmem, ale muszą pacjenta dostać w swoje ręce. Rodzinie Dudecków zabrakło siły woli, bo Chris siłę miał – by pić. Wywaliłem go tuż po odwołanym koncercie w Hiszpanii, gdy nie chciał wyjść na scenę, bo zdążył się zachlać. Z alkoholikami nie wolno się cackać. Cóż, nie mogłem

przekazać tego doświadczenia jego rodzinie. Każdy jest kowalem własnego losu. HR: Na koniec, nie planujecie może trasy z Destruction i Kreatorem? Niedługo minie 9 lat od tamtych wspaniałych występów... Wszystkie zespoły są na taką powtórkę chętne. Niestety, wydajemy dla innych firm, współpracujemy z innymi agencjami, a to komplikuje wszystko. Biznes. Plany wydawnicze rzadko się pokrywają, bo musielibyśmy w tym samym czasie wydać płyty. Trudno to wszystko zgrać, więc nadal będziemy jeździć w trasy z supportami, aby pomóc im się wypromować. Za każdym razem, gdy widzę Mille lub Schmiera, temat wraca. Mam więc nadzieję, że może na dziesięciolecie coś wreszcie z tego wyniknie. Rozmawiał: Vlad Nowajczyk

Dyskografia: Witching Metal (demo) 1982 Victims of Death (demo) 1984 In The Sign Of Evil (mini album) 1984 Obsessed by Cruelty 1986 Expurse Of Sodomy (mini album) 1987 Persecution Mania 1987 Mortal Way of Live (video) 1988 Mortal Way of Live (live) 1988 Agent Orange 1989 Ausgebombt (singiel) 1989 Agent Orange Box (boxset) 1990 Better Off Dead 1990 The Saw Is the Law (mini album) 1991 Sodomania (kompilacja) 1991 Tapping The Vein 1992 Aber Bitte Mit Sahne (mini album) 1993 Get What You Deserve (singiel) 1993 Live in der Zeche Carl (video) 1994 Get What You Deserve 1994 Marooned Live (live) 1994 Masquerade in Blood 1995 Ten Black Years - Best Of (kompilacja) 1996 ‚Til Death Do Us Unite 1997 Code Red 1999 M-16 2001 One Night in Bangkok (live) 2003 Lords of Depravity Pt.1 (DVD) 2005 Sodom 2006 The Final Sign of Evil 2007 Lords of Depravity II (DVD) 2010 In War And Pieces 2010


N

owe wydawnictwo angielskich tytanów symfonicznego metalu było jedną z najbardziej oczekiwanych płyt roku. Charyzmatyczny gitarzysta Cradle Of Filth, Paul Allender, zgodził się opowiedzieć o powstawaniu “Darkly, Darkly Venus Aversa”, swoim podejściu do tworzenia muzyki, jak również o tym, czego możemy się spodziewać po zbliżającej się trasie koncertowej zespołu. HR: Witaj, Paul! Jak samopoczucie w związku z nową płytą? antastycznie. Jestem z niej bardzo zadowolony. Została też dobrze odebrana przez osoby, które ją zdążyły usłyszeć, więc tym bardziej mnie to cieszy.

F

HR: A jakie opinie słyszałeś? ardzo różne i zarazem dziwne. Niektórzy twierdzą, że brzmi bardziej agresywnie od poprzednich, inni, że bardziej romantycznie. Spotkałem się również z opinią, że płyta jest niezwykle kobieca (śmiech).

B

HR: Tak różne opinie świadczą o różnorodności, nieprawdaż? Jak najbardziej, dlatego nawet jeśli mnie zaskakują, to i tak cieszą. HR: Mógłbyś coś więcej powiedzieć o płycie tym, którzy jej nie słyszeli? To koncept album, prawda? ak, motywem przewodnim płyty jest bogini Lilith. Poza tym jak zwykle jest wiele różnych wątków, jednak zrobię ci przysługę i oszczędzę szczegółów (śmiech). Niech

T

każdy je pozna i zinterpretuje na własną rękę.

napisał, ale nie jest to problemem.

HR: Masz wrażenie, że warstwa liryczna waszych utworów jest często nadinterpretowana? Tak, bardzo często się to zdarza.

HR: Macie bardzo rozbudowany wizerunek sceniczny. Uważasz, że stanowi on istotną część Cradle Of Filth, czy może czulibyście się równie dobrze rezygnując z niego? ważam, że nasz wizerunek jest bardzo istotny. Stanowi on całość z pozostałymi elementami Cradle Of Filth, jak warstwa liryczna i muzyka. Bez tego, jak wyglądamy na scenie, nasz przekaz nie byłby tak wyrazisty. Poza tym, teatralny efekt, jaki osiągamy poprzez nasz wizerunek, pozwala oderwać się od rzeczywistości, a przez to odbierać muzykę na zupełnie innym poziomie, niż gdybyśmy tego nie robili.

HR: I co o tym sądzisz? zczerze mówiąc nie zagłębiam się w to zbytnio. Dani jest odpowiedzialny za teksty i za to, o czym będzie album. Ja piszę muzykę w zupełnym oderwaniu od tematyki albumu. Kiedy utwory są skończone, pokazuję je Daniemu i dyskutujemy, jak dołączyć do nich teksty. Jeśli chodzi o tematykę, to powiem szczerze, że nie rozmawiamy o tym. W zespole jest jasny podział obowiązków, ja piszę muzykę, Dani teksty.

S

HR: Nie ma potem problemu ze zgraniem tego w jedną całość? ie sądzę. Udaje nam się wszystko tak zaaranżować, że łączy się bardzo dobrze. Czasem trzeba dopisać jakiś fragment muzyki, żeby utwór mógł zmieścić tekst, który Dani

N

U

HR: Wnioskuję, że możemy się spodziewać ciekawego show, promującego nową płytę? yśleliśmy o tym, żeby zagrać dwa koncerty dzień po dniu, z zupełnie innym setem. Z jednej strony to dość ryzykowne, jednak wiem z doświadczenia, że ludzie chętnie przychodzą na obydwa i odpowiada im ta formuła, dlatego poważnie to rozważamy. Jednak koncerty w ramach najbliższej trasy koncertowej będą złożone z trzech części, które analogicznie do teatru nazywamy trzema aktami. Każdy z nich będzie się

M

charakteryzować innym oświetleniem i rzecz jasna setlistą. Będą nam towarzyszyć wizualizacje, oddające nastrój przedstawienia. To będzie duże wyzwanie, ale bardzo chcemy to zrobić i wierzymy, że wyjdzie fantastycznie.

HR: Co, jeśli chodzi o udział utworów z nowej płyty na koncertach? amy 4 różne setlisty, które będziemy grać. Z nowej płyty zagramy 3-4 utwory, reszta to będą starsze kawałki.

M

Zdjęcia: James Sharrock

HR: Świetnie! W takim razie do zobaczenia wkrótce i dziękuję za rozmowę.

Bez tego, jak wyglądamy na scenie, nasz przekaz nie byłby tak wyrazisty.

HR: Masz już ulubione utwory na płycie? ak, bardzo lubię “Forgive Me Father (I Have Sinned)”, “Lilith Immaculate” i “The Cult Of Venus Aversa”.

T

HR: Myślisz, że wyszły lepiej niż pozostałe? ie, nie o to chodzi. Owszem, zwykle mam ulubione utwory, ale preferencje często zmieniają się na korzyść innych. Na pewno nie umieszczałbym na płycie kawałków, które moim zdaniem byłyby gorsze od innych. Pod tym względem na pewno nie wartościuję swojej muzyki. Chociaż, nie ukrywam, że wolę swoje nowsze utwory, bo jestem po prostu lepszym muzykiem, niż wcześniej. Cały czas uczę się nowych rzeczy i staram się przelewać je na płytę.

N

HR: Rozumiem (śmiech). Podobno podczas nagrywania płyty nie słuchasz niczego związanego z metalem, to prawda? ak najbardziej. Metalu słucham, kiedy nie pracuję. Podczas nagrywania słucham wszystkiego innego. Nie chcę się zbytnio sugerować tym, czego słucham w danym momencie. Chcę, by moja muzyka była jak najbardziej autorska i to mi pomaga.

J

HR: Niektórzy twierdzą, że w metalu już wszystko było. Zgodzisz się?  pewnym sensie na pewno. To jest gatunek kierujący się określonymi, jasnymi zasadami i trudno w tym momencie go

W

www.hardrocker.pl

Z

J

O

16

HR: Czyli możemy się spodziewać, że wkrótce nas odwiedzicie? decydowanie nie ominiemy Polski. Zawitamy u was najprawdopodobniej w kwietniu. Bardzo byśmy chcieli zagrać w więcej niż jednym mieście.

HR: Szykuje się ogromne i rozbudowane przedstawienie. Czy w takiej formule przewidujecie supporty? asne. Tu się nic nie zmienia. Na pewno znajdziemy zespoły, które podniosą jakość całego wydarzenia.

HR: Jesteś perfekcjonistą? , zdecydowanie. Dlatego nie mam dziewczyny (śmiech).

Oficjalna strona zespołu: www.cradleoffilth.com

skandując nazwę zespołu. To było naprawdę niesamowite, nigdy tego nie zapomnę.

jakkolwiek zrewolucjonizować. Zawsze jest tak, że ktoś już stworzył coś podobnego do tego, co grasz. Często zdarzało mi się, że pisałem riff, a potem ktoś mi pokazywał identycznie brzmiący fragment innego zespołu. To się zdarza. Nie znaczy to, że nie można przekazać czegoś własnego w metalu. W każdym razie myślę, że nam się udaje. HR: Swego czasu byliście porównywani do Dimmu Borgir... ak, nadal jesteśmy, a ja zupełnie nie wiem, dlaczego. Oni grają zupełnie inaczej, niż my. Nie wiem, gdzie ludzie widzą te oczywiste podobieństwa. Mieliśmy podobne blasty w pewnym momencie i to wszystko. Być może mamy podobny image, ale to akurat żaden powód jak dla mnie.

T

HR: Trwa na ten temat równie ożywiona dyskusja, jak ta, czy i dlaczego odeszliście od black metalu. Utożsamialiście się kiedykolwiek z tym gatunkiem? eśli pod tym pojęciem rozumiemy to, co grały takie zespoły, jak Immortal, albo Darkthrone, to w oczywisty sposób nie. Dla mnie black metal to właśnie te zespoły i nigdy nie uważałem, że gramy taki rodzaj muzyki. Nasza muzyka łączy w sobie tyle wpływów, że trudno ją w ogóle wkładać do ściśle sprecyzowanej szufladki. Jesteśmy po prostu zespołem metalowym. Nasze brzmienie można nazwać po prostu brzmieniem Cradle Of Filth.

J

HR: Macie też wielu fanów, którzy podzielają tę opinię i niezależnie od tego, jak zmienia się wasza muzyka, bardzo entuzjastycznie podchodzą do tego, co nagrywacie, nie sądzisz?

T

ak, jestem bardzo dumny z tego, jak wiernych i oddanych fanów mamy. Każdy album, który nagrywamy, jest większą lub mniejszą zmianą kierunku muzycznego i nasi fani to rozumieją. Co więcej, wiedzą, że tego się mogą po nas spodziewać. Wiedzą, że nie nagrywamy dwóch takich samych płyt. Ja to rozumiem, bo nie chciałbym słuchać zespołu, który cały czas gra to samo.

HR: Czy taki odbiór ułatwia wam sam proces nagrywania kolejnej płyty? ie sądzę. Mimo wszystko nagrywalibyśmy to, na co mamy ochotę, niezależnie od tego, jak ludzie na to zareagują. Wierzę po prostu, że to jest i będzie docenione.

N

HR: No i zdecydowanie jest. Nie da się chyba zaprzeczyć, że również pod względem komercyjnym radzicie sobie świetnie. Czy masz wrażenie, że aspekt komercyjny wpływa negatywnie na stronę muzyczną Cradle Of Filth? ie, nie uważam tak. Zresztą, ja zupełnie nie zwracam uwagi na stronę komercyjną. Czasami wręcz zapominam, jak bardzo popularnym zespołem jesteśmy. Skupiam się głównie na stronie muzycznej i tylko to mnie interesuje.

N

HR: Na koniec chciałabym zapytać cię o twoje doświadczenia jeśli chodzi o wizyty w Polsce? raliśmy w Polsce kilka razy. Nie pamiętam, gdzie konkretnie, ale pamiętam, że bardzo intensywnie padał śnieg i mimo to było bardzo dużo ludzi, którzy bez względu na warunki pogodowe przyszli nas zobaczyć. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, przywitali nas

G

J

a też dziękuję i do zobaczenia na koncertach.

Rozmawiała: Kamila Skoczek

Dyskografia:

A Pungent And Sexual Miasma (split) 1992 Orgiastic Pleasures Foul (demo) 1992 The Black Goddess Rises (demo) 1992 Invoking the Unclean (demo) 1992 Total Fucking Darkness (demo) 1993 The Principle of Evil Made Flesh 1994 Vampire or Dark Faerytales in Phallustein (EP) 1996 Dusk... and Her Embrace 1996 Cruelty and the Beast 1998 Twisted Nails of Faith (singiel) 1998 PanDaemonAeon (DVD) 1999 From the Cradle to Enslave (EP) 1999 Midian 2000 No Time to Cry (singiel) 2001 Bitter Suites to Succubi 2001 Heavy Left-Handed and Candid (DVD) 2001 Lovecraft & Witch Hearts (kompilacja) 2002 Live Bait for the Dead 2002 Babalon A.D. (singiel) 2003 Damnation and a Day 2003 Mannequin (singiel) 2003 Nymphetamine 2004 Devil Woman (singiel) 2005 Peace Through Superior Firepower (DVD) 2005 Thornographic (EP) 2006 Thornography 2006 Honey and Sulphur (singiel) 2008 Godspeed on the Devil's Thunder 2008 Darkly, Darkly, Venus Aversa 2010 www.hardrocker.pl

17


Oficjalna strona zespołu: www.myspace.com/enslaved

N

iełatwo jest przygotować sensowne pytania dla Ivara Bjornsona z norweskiego Enslaved. Oczywiście, można iść na łatwiznę i pytać o to, jak nagrywało się nowy album, albo o plany koncertowe, kiedy profil MySpace wymienia rozpiski wszystkich tras na najbliższe półrocze. Co to, to nie. “Axioma Ethica Odini”, jedenaste pełne dzieło Norwegów, zapewnia zbyt wiele niepowtarzalnych wrażeń, by rżnąć głupa...

Zdjęcia: Indie Recordings

HR: Wasz wydany pod koniec 2008 roku “Vertebrae” okrzyknięty został przez magazyn Terrorizer albumem roku, a słuchając go ciężko było oprzeć się wrażeniu, że pojęcie granic w muzyce dla was nie istnieje. “Axioma Ethica Odini” zaskakuje natomiast niekiedy wręcz bardzo prostymi konstrukcjami kompozycyjnymi. Mam także wrażenie, że jest to wasz najbardziej metalowy album od lat. Co powodowało wami podczas pisania tego materiału? Myślę, że po tak wymagającym wydawnictwie, jakim było “Vertebrae”, odczuliśmy potrzebę stworzenia czegoś równie wyzywającego, lecz nieco bardziej monolitycznego zarazem. Zgodzę się z twoim twierdzeniem, że to nasz najbardziej metalowy album na przestrzeni kilku ostatnich lat. Myślę, że nie bez powodu – pomimo że przez każdego członka Enslaved przemawia życiowe doświadczenie, było w tworzeniu nowych utworów coś nieuchwytnego, co kazało mi czuć się zupełnie tak, jak w czasach, gdy wspólnie z Grutle stawialiśmy swe pierwsze kroki w ekstremalnym metalu. Zauważ, że pierwszy numer na płycie ma w sobie ducha starych nagrań Master’s Hammer. To zdecydowanie jedna z najbardziej powtarzalnych rzeczy, jakie kiedykolwiek przyszło nam

skomponować, lecz w mojej opinii fakt ten niczego cennego temu albumowi nie ujmuje. Wręcz przeciwnie. HR: “Ethica Odini”, czyli pierwsza kompozycja, o której wspomniałeś, poniekąd nadaje ton reszcie albumu. Prosty, marszowy rytm czyni ten kawałek niezwykle majestatycznym. Nie sądzisz, że mógłby uchodzić za swoisty hymn Enslaved? Zdecydowanie. Nigdy wprawdzie nie praktykowaliśmy czegoś takiego, jak “hymn” zespołowy, jednak rozumiem, co masz na myśli, opisując swoje wrażenia w ten sposób. Cóż, wydaje się, że utwory takie jak “Ethica Odini” stworzone są do grania na żywo, a my bynajmniej nie zamierzamy takiego potencjału marnować. Wręcz przeciwnie – kawałek ten na pewno będzie otwierał nasze nadchodzące koncertowe sety. HR: Mimo iż “Vertebrae” i “Axioma Ethica Odini” to płyty bezpośrednio następujące po sobie w waszej dyskografii, ma się wrażenie, że powstawały w dwóch bardzo odległych od siebie momentach. Zastanawia mnie, jak z dzisiejszej perspektywy postrzegasz przedostatnie dzieło swojego zespołu? Wciąż oceniam je bardzo wysoko. Każdy album Enslaved dokumentuje ewolucję nas jako muzyków

Te dwie grupy kawałków można uznać za stronę A i B płyty analogowej.

i ludzi, jednak “Vertebrae” zasługuje w mojej opinii na pewne szczególne miejsce w naszym dorobku. Piosenki, jakie się na nim znalazły, bardziej niż kiedykolwiek dotąd żyją własnym życiem. Idzie to również w parze ze stosownym podejściem do brzmienia. Postrzegam je jako niezwykle przestrzenne, a przy tym dość rdzenne. Nie będę krył, że kapitalną rolę odegrało tu zaangażowanie w proces miksowania Joe Barresiego. Facet podszedł do materiału cholernie nowatorsko, co tchnęło w kompozycje zupełnie nowego ducha. Zbędnie jest chyba przy tym dodawać, że współpracując z Joe spełniliśmy jedno z naszych marzeń. HR: Nic dziwnego, w końcu nie każdego dnia przychodzi ci działać w asyście kogoś, kto ma na koncie stworzenie brzmienia Kyuss, Melvins, czy Isis. Jednak nowy krążek stanowi dość wyraźne odstępstwo od takiego sposobu myślenia o soundzie. Skąd decyzja, by miksowanie zlecić tym razem Jensowi Bogrenowi w Fascination Street? Taka kolej rzeczy to naturalna konsekwencja kierunku, w jakim poszliśmy podczas samego procesu twórczego. Materia tak dosadna w swym przekazie zasługuje na odpowiednio konkretne ramy brzmieniowe. Skoro postanowiliśmy tak wyraźnie wyeksponować metalowy aspekt Enslaved, to idąc tą drogą, powinniśmy zadbać o możliwie najlepszy miks, jakiego tak ukierunkowana muzyka

świadomości www.hardrocker.pl

potrzebuje. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że Jens jest obecnie jedną z najbardziej kompetentnych osób w tym temacie, a zlecenie tej roboty jemu będzie gwarancją mocnego i przejrzystego brzmienia. Zaangażowanie Jensa może być też interesujące w zestawieniu z tym, co powiedziałem w kontekście “Vertebrae” i Joe Barresiego. Obie produkcje stanowią dowód na to, jak różnie różni ludzie pojmują koncepcję przestrzenności w muzyce. HR: Przyjrzyjmy się przez chwilę z bliska temu, jak wygląda struktura albumu. Cztery pierwsze kawałki to kompozycje bardzo zwarte i bezpośrednie, natomiast w czterech ostatnich roi się od psychodelii i eksperymentowania z formą. Buforem pomiędzy jednymi a drugimi jest krótkie interludium pt. “Axioma”. Jaka myśl stoi za tak charakterystycznym porządkiem? Nie pozostaje mi nic innego, jak pochwalić cię za zauważenie tej zależności. Istotnie, poszeregowaliśmy utwory w takiej kolejności, by przechodziły od tych bardzo klarownych do

Zależało nam na tym, by kontakt z albumem stanowił doświadczenie porównywalne ze słuchaniem winyli.

Strumień 18

Dopóki to, co przekazujesz za pomocą muzyki,

fragmentów, w których wprowadzamy pewien artystyczny zamęt. Taka sekwencja może wydawać się z lekka sztuczna, lecz nie uważam, by negatywnie wpływała na odbiór “Axioma Ethica Odini”. Fakt takiego, a nie innego uporządkowania należy tłumaczyć w ten sposób, że zależało nam na tym, by kontakt z albumem stanowił doświadczenie porównywalne poniekąd ze słuchaniem winyli. Te dwie grupy kawałków można zatem uznać za pewnego rodzaju stronę A i B płyty analogowej, a łącznikiem między nimi jest “Axioma”. HR: Tytuł “Axioma Ethica Odini” stanowi łaciński przekład nordyckiego poematu “Haavamaal”, jednak stwierdzenie, że teksty utworów na płycie są cytatami zaczerpniętymi

wypływa z ciebie, to będzie ona pierwotna bez względu na stopień skomplikowania. wprost z tego dzieła byłoby dalekie od prawdy. To bardziej luźne interpretacje jego treści. Czego zatem dotyczy ich przekaz? Tematyka tekstów nie należy do spraw, o których mógłbym gawędzić godzinami w wywiadach, więc ograniczę się do stwierdzenia, że centralnym problemem, wokół którego zbudowaliśmy koncept liryczny jest konflikt pomiędzy tym, co tkwi wewnątrz człowieka, a światem zewnętrznym. Zarówno jedna, jak i druga płaszczyzna rządzi się określonymi zasadami. Każda z nich posiada także swój własny chaos. Konflikt obu sfer jest czymś z reguły nieuniknionym. Motyw ten poniekąd obecny jest także w skandynawskich tradycjach, tyle, że przyjęte przez nas jego rozumienie ma wymiar znacznie bardziej personalny i symboliczny. HR: Scena blackmetalowa w Norwegii, za której część wciąż uważa się Enslaved, ulegała rozmaitym metamorfozom. Odczuwam pewną satysfakcję z tego, że pomimo iż w ostatnim okresie wiele zespołów z tego środowiska poszło w kierunku przesadnego upraszczania struktur i wtórnego prymitywizmu, wy wciąż pozostajecie poszukiwaczami i w głębokim poważaniu macie to, co dzisiaj uchodzi za modne. Z drugiej strony, nie sposób odmówić waszej muzyce jak najbardziej pierwotnego charakteru. Jak zapatrujesz się na drogi, jakimi obecnie podążyło wiele zespołów, np. Darkthrone i Satyricon? Zgadzam się z twoją uwagą odnośnie tkwiącego w tym, co robimy, pierwiastka pierwotnego. Myślę, że sprawa jest tu raczej prosta – dopóki to, co przekazujesz za pomocą muzyki, wypływa z ciebie, to będzie ona pierwotna bez względu na stopień skomplikowania. Pragniemy odzwierciedlać cały szeroki wachlarz towarzyszących nam emocji, a nie ograniczać się tylko do jednego ich typu; to, co robimy, jest prawdziwą emanacją, strumieniem świadomości. Przechodząc do drugiej części twojego pytania, muszę powiedzieć, że rozumiem intencje powołanych zespołów. Jeżeli jednak podejmuje się tak drastyczne kroki, należy pamiętać, iż nie zawsze możliwe jest osiągnięcie

zamierzonego rezultatu za jednym zamachem. Zespoły takie, jak Turbonegro, są tak bardzo zajebiste, bo szlifują swój styl latami i nie znalazły się na poziomie, na którym obecnie się znajdują, bez powodu. To efekt ogromnej ilości pracy i stopniowej ewolucji, nie rewolucji. HR: Limitowana wesja “Axioma...” zawiera dodatkową EP-kę, nagrywaną w zupełnie innych warunkach niż część zasadnicza albumu. By zarejestrować dwie kompozycje, jakie na nią trafiły, udaliście się w okolice Valevag, miejsca urodzenia Grutle. Jako że rezydujecie w Bergen, rodzi się pytanie, czy egzystencja w mimo wszystko miejskiej rzeczywistości nie stanowi dla was czynnika tłamszącego kreatywność, uniemożliwiającego wsłuchanie się w siebie?

to równoznaczne z profanacją pewnych wartości? Jasne. Jestem generalnie przeciwny jakiemukolwiek upolitycznianiu systemów religijnych i filozoficznych, choć oczywiście stanowią one bardzo łatwy grunt dla działań propagandowych. Uważam, że nikt nie ma prawa narzucać innym jedynej słusznej interpretacji czegoś tak delikatnego, jak to, co wiąże się ze sferą duchową. Wykorzystywanie nordyckich wierzeń w celach promowania jakichś opcji politycznych uważam za analogiczne do tego, co niektórzy przywódcy religijni robią z islamem i innymi systemami monoteistycznymi. HR: To już kolejny raz, kiedy nad oprawą graficzną dzieła Enslaved czuwa Truls Espedal. Parę słów komentarza na temat tego, jak układa się wam dotychczasowa współpraca? Cóż, za każdym razem poznajemy się jeszcze lepiej i uważam, że zarówno jedna, jak i druga ze stron świadoma jest pewnych wartości i mechanizmów, które wzajemnie nami powodują. Nie oznacza to jednak bynajmniej, że Truls nie jest w stanie nas już niczym zaskoczyć. Ostatnio zrobił to choćby prezentując nam ostateczną wersję okładki do “Axioma Ethica Odini”.

Rozmawiał: Cyprian Łakomy

Tworzymy muzykę bardzo mocno zakorzenioną w naturze, jednak fakt zamieszkiwania w Bergen nie limituje nas w zakresie, w jakim można by się tego spodziewać. Kluczowe znaczenie ma fakt, że Norwegia nie należy do najgęściej zaludnionych państw, a w zabudowie miast uwzględnia się przyrodę. Dodatkowo, przez większą część roku mamy tu zachmurzenie i pada deszcz, co również nie pozostaje bez wpływu na klimat, jaki tu panuje. Kiedy odczuwam autentyczną potrzebę wyjechania poza miasto, to po prostu to robię, tym bardziej, że stosunkowo łatwo się z niego wydostać i już kilkaset metrów za jego granicami panuje niezmącony spokój. HR: W ideologii waszego zespołu od samego początku bardzo ważną rolę odgrywał element przedchrześcijańskich wierzeń i pogańskiego postrzegania rzeczywistości. Tendencja ta na przestrzeni lat uległa wielu wypaczeniom, czego przejawem jest np. odwoływanie się do rodzimowierstwa przez zespoły, głoszące w swych tekstach skrajnie prawicowe treści. Nie uważasz, że jest

Kiedy odczuwam autentyczną potrzebę

wyjechania poza miasto, to po prostu to robię, tym bardziej, że stosunkowo łatwo się z niego wydostać

i już kilkaset metrów za jego granicami

panuje niezmącony spokój.

Dyskografia: Yggdrasill (demo) 1992 Hordanes Land (split z Emperor) 1993 Vikingligr Veldi 1994 Promo 1994 Frost 1994 Yggdrasill (split z Satyricon)1996 Eld 1997 Blodhemn 1998 Mardraum 2000 Monumension 2001 Live Retaliation (DVD) 2002 Below The Lights 2003 Isa 2004 Return To Yggdrasil: Live In Bergen (DVD) 2005 Ruun 2006 Vertebrae 2008 Axioma Ethica Odini 2010 www.hardrocker.pl

19


Adres oficjalnej strony: www.forbiddenmetal.com

C

raig Locicero to zapracowany człowiek, bowiem promocja “Omega Wave” jest potężna i Forbidden nareszcie może się spodziewać uznania, na jakie pracował ciężko w pierwszych latach kariery. Choć jakość nowej płyty Kalifornijczyków jest mocno dyskusyjna, nie sposób nie zauważyć, iż wyprodukowana i zagrana jest doskonale.

doszło do kilku roszad w składzie. Paula Bostapha zmienił Gene Hoglan, jego z kolei – Mark Hernandez. Glen Alvelais opuścił Forbidden na rzecz Steve’a Smytha. Jaki wpływ na tworzenie nowych numerów miał ten bałaganik? Przede wszystkim, Gene Hoglan nie był stałym członkiem zespołu. Wróciliśmy w składzie: ja, Paul, Russ i Matt - i w tym gronie omawialiśmy plany. Bardzo zależało nam na dobrych układach interpersonalnych, dlatego poważnie zastanawialiśmy się nad zaproszeniem

i próbował ustawiać Forbidden pod siebie. Wkurwił nas wszystkich, więc go wyrzuciliśmy po dwóch latach. Gdy wróciliśmy do Europy na kolejną trasę, był już z nami świetnie przygotowany Tim. Zatem, reaktywując ekipę, powiedziałem Glenowi, dlaczego musieliśmy go usunąć niemal dwie dekady wcześniej. Miałem nadzieję, że zrozumie i nie popełni ponownie tych samych błędów. Liczyłem, że się zmienił. Powiedział, że jest już innym człowiekiem i doskonale rozumie pobudki, które nami kierowały. Nie trwało jednak długo, a zaczął ponownie się panoszyć i wszyscy po kolei mieliśmy go dość. Musiał

HR: Nareszcie doczekaliśmy się waszej nowej płyty. Reaktywacja miała być jednakże tylko tymczasowa? Zabawne, naprawdę nie mieliśmy zamiaru komponować. Chęć powrotu zakiełkowała we mnie podczas oglądania “Get Thrashed”, gdy poczułem się znów jak dzieciak. Te wszystkie kapele, które mnie kiedyś nakręciły na granie... Byłem na premierze w Bay Area i siedziałem obok Zetro i chłopaków z Megadeth. Co chwilę Byłem na premierze w Bay Area i siedziałem szturchali mnie, z ekscytacją komentując poszczególne fragmenty filmu. Tuż po zakończeniu seansu zadzwoniłem do Russa Andersona, Matta Camacho i Paula Bostapha, proponując reaktywację. Wiedziałem, że Tim komentując poszczególne fragmenty filmu. Calvert odpada, bo ma świetną robotę – pilota samolotów pasażerskich, i od lat nie grał na odejść. Wracając do Gene’a, występował Tima Calverta. Jak wspomniałem, pracuje gitarze. Pragnęliśmy pokazać ludziom, jak kiedyś świetnie graliśmy. I że na początku nie było gościnnie jako zastępca Paula. Choć jest w United Airlines, jego rodzina nie żadnej presji, po prostu bawiliśmy się muzyką. Zastanawiałem się nad Chrisem Broderickiem jednym z moich najlepszych kumpli, nigdy przepada za muzyką, więc zarzuciliśmy i Steve Smythem, ale ostatecznie zaprosiłem Glena Alvelais. nie poprosiłem go o przystąpienie do nas na ten pomysł. Od początku dość sceptycznie HR: Byliście zespołem karygodnie niedocenianym, więc presja na wasz powrót stałe. Ma zbyt dużo do roboty. Sam Dethklok podchodziliśmy do kandydatury Glena. musiała was zaskoczyć? to potężne przedsięwzięcie i główne obecnie W latach 80-tych nie pasował do nas. No tak, głosowania, strony internetowe... Bardzo nam to pochlebiało. Byłem w szoku, że po źródło jego dochodów, nie bylibyśmy w stanie Słuchał pudli i wirtuozów gitary. Tych tych wszystkich latach ktoś w ogóle się nami interesuje! To dla nas wielki zaszczyt, tego przebić. Nie mógłby z nami pisać pierwszych nie dlatego, że byli modni, spodziewaliśmy się raczej zupełnego zapomnienia. Nie byliśmy przecież pudlami sprzedającymi muzyki ani jeździć w trasy. Tymczasem Paul lecz ze względu na wirtuozów, którzy miliony płyt, zaskakujące, jak wielki wpływ mamy na bardzo młodych ludzi. To wszystko nie załapał się do swojej ulubionej kapeli i pora tam grali. Urodził się z gitarą i potrafi wpłynęło jednak na moją decyzję. Reaktywacja wynikła z faktu, że jej zapragnąłem. była rozejrzeć się za stałym perkusistą. zagrać wszystko, ale nigdy nie kumał Rozpoczynałem karierę jako 15-latek i od tego czasu zawsze stawiałem wszystko na jedną Glenowi zaoferowaliśmy rozstanie ciężkiego stuffu. W 1987 wzięliśmy go do kartę. Wtedy było łatwo, teraz trudniej, ale skoro już to uczyniłem, dobrze było wiedzieć, że na przyjacielskich warunkach, czyli kapeli jako wymiatacza, koncerty zgromadzą sporą publikę. Aspekt finansowy nie jest decydujący, ale musi być oficjalnie z powodu lecz szybko brany pod uwagę. wymknął się HR: W ciągu tych spod trzech lat kontroli

obok Zetro i chłopaków z Megadeth. Co chwilę szturchali mnie, z ekscytacją

100

riffów i 70,000 ton

kiełbasek Zdjęcia: Forbidden

Ponad

Gdy ktokolwiek pytał, jak będziemy brzmieć, odpowiadałem: jak to coś w mojej głowie. “różnic muzycznych”. Nie zgodził się, opublikował jakieś oświadczenia, więc mówimy prawdę: wyleciał, bo zachowywał się jak palant. Jest fantastycznym grajkiem, ale fatalnym kompozytorem i nie umie pracować zespołowo. HR: Czy po odejściu Paula nie chciałeś znów grać ze Steve Jacobsem? Niestety, wciąż ma kłopoty zdrowotne. Jego ramię wymaga kolejnej operacji, możliwe, że nigdy nie odzyska pełnej sprawności. Był bardzo zainteresowany powrotem do zespołu, ale pewnych spraw nie przeskoczymy. Poprosiliśmy o pomoc Marka, który jest świetnym bębniarzem i bardzo sympatycznym gościem. Nie było żadnej presji, nie mieliśmy początkowo zamiaru angażować go na stałe. Szybko okazało się jednak, iż atmosfera w grupie robi się prawdziwie zespołowa i mamy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Gdy zacząłem pisać nową muzykę, Mark zaskoczył natychmiast. Największym osiągnięciem związanym z “Omega Wave” jest odkrycie, jak bardzo otwartym i kumatym gościem jest Hernandez. Równie otwartym, jak Steve Smyth i szybciej czającym niż Paul. Oczywiście, Paul to nasz przyjaciel, ale zdarzało mu się mieć spóźniony zapłon (śmiech). HR: Właśnie, kiedy zaczęliście tworzyć i czy proces ten zakłócały zmiany w składzie? Wszystko nabrało tempa wraz z przybyciem Marka. Riffy pisałem od dawna, kilkakrotnie namawiałem Glena na wejście do studia i rejestrację demówek gitar. Bardzo się tym denerwował i ustawicznie przekładał terminy. Przyczyną był fakt, że ma niewielkie doświadczenie studyjne. Wygadywał głupoty, że powinniśmy brzmieć jak Opeth, czy Meshuggah. Powiedziałem mu zatem, że myślenie o naszym brzmieniu nie należy do jego obowiązków. Nikogo nie będziemy naśladować, po prostu nagraj sola do moich riffów! Wyleciał, a jego miejsce zajął Steve. I zażarło. Zgraliśmy się, powstały solówki, Russ opracował wokale, polecieliśmy do Europy, po powrocie komponowaliśmy dalej. Coraz więcej pomysłów, które wspólnie opracowywaliśmy. Każdy znał swoje zadania i wykonywał je. Współpracowało nam się świetnie. HR: Jak duży jest wkład Steve’a i czy słyszalne wpływy Nevermore to tylko jego sprawka? Wiem, że Nevermore to świetny zespół, ale nigdy nie słyszałem żadnej płyty w całości. Z tego, co wiem, Warrel i spółka bardzo inspirowali się naszymi “Twisted Into Form” i “Distortion”. Steve nie zajmował się aranżacjami. Przyniósł sporo riffów, jego styl gry jest charakterystyczny, ale i tak nie sądzę, byśmy brzmieli jak Nevermore. Większość muzy napisałem sam i jak mówię, nie wsłuchiwałem się w Nevermore. Staram się nie słuchać zbyt wiele metalu, aby nie kopiować innych zespołów. Nie wprowadziliśmy więc świadomie żadnych metalowych wpływów, najwyraźniej w ciężkim, ale i melodyjnym graniu każdy się o kogoś ociera (śmiech). HR: Płyta ma fantastyczne brzmienie, kto za nie odpowiada? Produkowałem ją ja z Timem Narducci. Od mniej więcej pięciu lat wszystkie moje projekty rejestrujemy jako team. Pracowało się łatwo i przyjemnie. Do mnie należała najczęściej ostateczna akceptacja wersji, ale Tim zna mnie na tyle, że nie było różnic zdań. Gdy ktokolwiek pytał, jak będziemy brzmieć, odpowiadałem: jak to coś w mojej głowie (śmiech). Wyjaśnienie tego moim współpracownikom było proste. Miksem zajął się Sean Beavan, jeden z najlepszych speców w tej branży. Okazało się zresztą, że jest naszym fanem, bardzo entuzjastycznie zareagował na propozycję pracy dla nas. Gdyby nie to, zapewne nie byłoby nas na niego stać. Mocno obniżył swoją stawkę, gdyż zależało mu na Forbidden! HR: Jako wieloletni fan Forbidden, obawiałem się o wokalną formę Russa... Czy partie na płycie opracował tak, by ogarnąć je bez fałszowania na żywo? Ojej, potęga youtube... Naprawdę nie mamy takiego problemu. Nagrania pokazujące Russa w kompromitującej formie pochodzą z Graspop, trzynastego koncertu naszej pierwszej trasy od dwunastu lat. Przez tydzień był świetny, a później gasł z występu na występ. To było trzynaście wieczorów pod rząd, bez dnia przerwy. Nie mogliśmy, niestety, zrobić sobie wolnego i wyszło właśnie tak. Każdy profesjonalny wokalista ma ułożony plan, wie, po ilu koncertach potrzebuje odpoczynku. Russ dopiero wracał na wysoki poziom i nie pamiętał o tym. Za jakieś półtora roku będzie w doskonałej dyspozycji, dwanaście lat przerwy zrobiło swoje. Wokal to także instrument, w dodatku bardzo wrażliwy, wszak pudłem rezonansowym jest ludzkie ciało! Russ nie dbał o nie najlepiej, jadł niewłaściwe rzeczy, pił, palił i teraz musi to odpracować. Głos ma wspaniały, dlatego na płycie brzmi jak brzmi. Już się pilnuje i będzie tylko lepiej. Każdy z nas zaniedbał się nieco, ale po Andersonie to akurat słychać. HR: Na internetowe single wybraliście “Dragging My Casket” i “Forsaken At The Gates”. Świetne numery, ale czy sądzisz, że reprezentatywne dla całości?

Pewnie, uważam że każdy inny kawałek także byłby reprezentatywny. Na płycie znalazło się ponad sto riffów. Każdy słuchacz ma inną opinię, więc widzieliby inne numery jako te promocyjne. “Forsaken At The Gates” jest potężnym metalowym ciosem, napisaliśmy ten utwór jako ostatni. Najmniej melodyjny, za to najbardziej thrashowy. Tak, wiem, że czasy się zmieniają i teraz kawałki udostępnione na myspace zostają uznane za single (śmiech). Jeszcze nie wybraliśmy, do której piosenki nakręcimy teledysk. Poczekamy trochę, z pewnością sytuacja się wyklaruje. Teraz myślimy o koncertach. HR: Czytałem wywiad, w którym żałowałeś, że “Distortion” i “Green” zbyt mocno podążały za ówczesnymi trendami. Jak zatem wytłumaczysz “Overthrow”, którego refren to idealnie koszmarny przykład gówno-core, nu-metalu, jakkolwiek tego nie nazwać? Przeczytałem twój wpis na facebooku i śmiałem się przez pięć minut. O co ci chodzi, że to jest nu-metal? Wiem, co to jest, ale nie słucham czegoś takiego! Ten refren śpiewają Chuck Billy i Zetro, oni chyba nie noszą spodni z krokiem w kolanach? (śmiech) HR: Zatkało mnie. Jak ich zmusiłeś, żeby zrobili coś tak koszmarnego? Jestem fanem Forbidden od prawie 20 lat, to jest najgorszy kawałek w waszej karierze! Od dawna marzyłem o zaproszeniu tej dwójki i wreszcie się udało. Zniszczyli po prostu w tym numerze! Odpowiadałem na jakieś sto wywiadów i wielu dziennikarzy uważa “Overthrow” za swój ulubiony utwór. Cholera, zrozum, że ja naprawdę nie słucham gównianej muzyki (śmiech). Staram się jednak zrozumieć, o co ci chodzi z tym nu-metalem. Bardzo melodyjny, czysty wokal i do tego rytmiczne pokrzykiwanie? To jest wyróżnik nu-metalu? HR: Dokładnie tak. W dodatku bardzo mi się kojarzy z... Evanescence. Może dlatego, że pokrzykiwanie jest wyjątkowo nieznośne. (Śmiech) Wrócę jeszcze do “Distortion” i “Green”. Nie uważam dziś, że podążaliśmy za trendem. Byliśmy zespołem, który został zepchnięty z górnej półki na margines. Próbowaliśmy przeżyć. Byliśmy wściekli - i dlatego te płyty są tak bardzo inne od dwóch wcześniejszych. Wracając zaś do “Overthrow”, kawałek opowiada o rewolucji, o czołgach jadących po ulicach, miałem go w głowie od dawna.

Wokal to także instrument, w dodatku bardzo wrażliwy,

wszak pudłem rezonansowym jest ludzkie ciało! Russ nie dbał o nie najlepiej, jadł niewłaściwe rzeczy,

pił, palił i teraz musi to odpracować. 20

www.hardrocker.pl

Cholera, twoje porównanie mnie zaskoczyło, ale to dobrze, że każdy odbiera muzykę inaczej. HR: Chciałbym nie mieć tylu odnośników do gównianych dźwięków, ale lata 90-te nas nie rozpieszczały (śmiech). Dla mnie, jako artysty, ten utwór jest wyrzuceniem z siebie gniewu. Może, gdy wsłuchasz się w połączenie przekazu z muzyką, polubisz go trochę bardziej. (Śmiech) Nu-metal, przekażę Chuckowi i Zetro, że ich przezywasz (śmiech). HR: (Śmiech) Na szczęście cała płyta nie jest nu-metalowa. Nie wróciliście także do korzeni, a wspomniane podobieństwa do Nevermore... Dobrze jest się czasem mylić, Vlad (śmiech). Nie inspirowaliśmy się ani Nevermore, ani nu-metalem. To wszystko nasza muzyka. Może gdzieś na poziomie podświadomości doszło do jakichś inspiracji? Tego nie wiem (śmiech). HR: Może w takim razie spędziliście zbyt dużo czasu na dopieszczaniu piosenek? Nie, byłem ostatnio bardzo zajęty. Nagrałem jeszcze płyty SpiralArms i Demoniki. Gotów jestem wręcz stwierdzić, że może miałem za mało czasu na te wszystkie projekty. Nie wróciliśmy do korzeni, bo to byłoby bez sensu. Slayer nie wróci do “Show No Mercy”, Metallica do “Kill’em All”, a my do “Forbidden Evil”. Byliśmy wtedy dzieciakami, a dziś ludźmi po czterdziestce. Nie interesowało nas nic poza pisaniem muzyki, dlatego była taka radosna. Obecnie gramy z pewnością mroczniej, ale nie jest to przeładowane granie. Żadnych sampli, każdy grał swoje partie. Starałem się być minimalistą, uwierz mi. HR: Zderzające się czaszki z okładki to nawiązanie do debiutu, nie dziw się więc, że także od muzyki oczekiwałem czegoś podobnego. Ano tak, stały się one jakby symbolem Forbidden. Widziałem mnóstwo tatuaży z tym wzorem. Poprosiłem zatem Kenta Mathieu, by znalazł dla nich miejsce na nowej okładce. Reprezentują dobrą i złą stronę ludzkiej osobowości. Symbol “omega” i kryształowa czaszka z Belize to z kolei tajemnice. Tyle ciekawych informacji wyczytałem o tej czaszce! Na przykład, nikt nie wie, w jaki sposób została wykonana. Podejrzewa się, że użyto technologii znanych obcej cywilizacji. Mój koncept był następujący: nasza przeszłość i przyszłość są ze sobą powiązane, a tajemnic, które mogłyby poprawić życie wielu ludzi, rządy nie chcą ujawniać. HR: Wspomniałeś o Demonice i SpiralArms. Jak poważnie traktujesz te projekty? Bardzo poważnie. Demonica to mnóstwo zabawy. Zajmuję się nią w wolnych www.hardrocker.pl

21


Oficjalna strona zespołu: www.flotsam-and-jetsam.com

zapowiada się bardzo fajnie, aczkolwiek chyba nie da się tam spać. Metal 24 godziny na dobę, to trochę jednak za dużo! Rozmawiał: Vlad Nowajczyk

Czy wiesz, że... - Robb Flynn (Machine Head, exVio-lence) to współzałożyciel Forbidden Evil - zmiana nazwy na Forbidden nastąpiła, ponieważ muzycy obawiali się szufladki “black metal” - Forbidden stracił kontrakt z Combat Records wskutek wrogiego przejęcia tej firmy przez Sony Music. Wszystkie thrashmetalowe zespoły Combat znalazły się wówczas na bruku, a nowi właściciele przygotowywali inwazję grunge.

Slayer nie wróci do “Show No Mercy”, Metallica do “Kill’em All”, a my do “Forbidden Evil”. Byliśmy wtedy dzieciakami, a dziś ludźmi po czterdziestce.

metal, nie kręciłoby mnie to aż tak bardzo. HR: Cofnijmy się nieco w przeszłość Forbidden. Sporo na ten temat opowiedział mi kiedyś Paul Bostaph, ale o to nie pytałem. Między 1991 a 1993 rokiem nagraliście trochę świetnej muzyki. Kawałki z tamtych demówek zostały skompilowane na bootlegu “Trapped”, ale nigdy nie wyszły oficjalnie. Nie chcielibyście ich wydać? Może... ale z pewnością nigdy ich nie nagramy ponownie. Powiem ci, że tamte numery są bardzo odległe od wszystkiego, co graliśmy wcześniej. Mam pewną obsesję na ich punkcie, nie ukrywam tego. Dziwię się, że wolisz je od “Omega Wave”, ale wielu naszych fanów odbiera je świetnie. Tak, to bardzo dobry power/thrash, ale nagrany przez ludzi cierpiących. To był najgorszy okres w moim życiu. Byliśmy potwornie zdołowani, w naszej muzie brakowało agresji. Wtedy właśnie straciliśmy nasze korzenie. Wzięliśmy różne niemetalowe wpływy i stworzyliśmy tamte demówki. Zgadzam się, że są warte oficjalnego wydania, ale nie grałbym ich na żywo. HR: Z “Distortion” i “Green” próbowaliście zdobyć już nową, nie do końca metalową publikę. Na ile wam się to udało? Nie udało się. Staraliśmy się zatrzymać dawnych fanów, ale ich już nie było... Jedynym “modnym” zespołem metalowym była Pantera. Jedynym z kolei, który choć w 70% trzymał się thrashu – Slayer. Ironią losu jest fakt, że mieli wówczas w składzie ex-muzyka Forbidden. HR: Który nigdy słowem się nie zająknął o wcześniejszej kapeli. Moi rówieśnicy nie mieli pojęcia o waszym istnieniu, choć Slayer oczywiście znali. Takie czasy, wszystkim udzieliło się rynkowe podejście. Nie mam do Paula pretensji, każdemu odbiło. Szybko mi przeszło, gdy zacząłem się stawać bardziej profesjonalny jako muzyk. Kiedy odszedł, byłem naprawdę wkurwiony. Oczywiście, Slayer, każdy przyjąłby taką ofertę, ale rozwalił nasz wspaniały zespół... Dzisiaj myślę sobie, że nad propozycją od Slayera nie zastanawiałbym się wtedy nawet minuty (śmiech). Tymczasem szansa, jaką mamy teraz, wynika z faktu, iż kontrakt z RCA nie doszedł do skutku. Gdyby wyszło gówno, które planowaliśmy nagrać, nikt dziś by nam nie zaufał. HR: Jakie były bezpośrednie przyczyny rozpadu kapeli w 1997 roku? (Śmiech) “Green” był tak wściekłą płytą, że zabrakło w nas złości i energii. Wsączyliśmy w nią cały jad. Po latach okazuje się, że takie grupy, jak Lamb Of God traktują “Green” jako swój początek, punkt wyjścia. Dla nas było to już zbyt brutalne. Dla fanów też, sprzedawała się fatalnie. Co ciekawe, dostawaliśmy mnóstwo wsparcia od innych muzyków, którym podobała się bardzo. I teraz powód bezpośredni. Dostaliśmy ofertę europejskiej trasy z Grip Inc. jako co-headliner. Wiadomo, Dave Lombardo i Waldemar Sorychta, świetni goście. Powiedzieliśmy, że spoko, zajebiście, jedziemy. A nasza wytwórnia, GUN/BMG na to: nie ma mowy, jedziecie z Motorhead. HR: Aż tak nie lubicie Motorhead? Spaliłem (śmiech). Zepsułem suspens! To był Manowar! Powiedziałem wówczas krótko: odchodzę. Zamiast trasy na równych prawach z kapelą grającą w zbliżonym klimacie, 22

www.hardrocker.pl

w skład tej ekipy. Z tego, co opowiadali, całe przedsięwzięcie okazało się być niezłym kwachem. Publika wspaniała, koncert cudowny, ale granie z Glenem... Wkurzył wszystkich. Kazał Paulowi siedzieć za kulisami przez dwa pierwsze numery. Wprowadził na scenę jakiegoś swojego kumpla za gary. Chłopaki zapowiedzieli, że już nigdy nie chcą mieć nic wspólnego z panem Alvelais (śmiech). Wyjście na deski poprzedziła wielka kłótnia. “Ty pojebie, co to znaczy, że Paul siedzi i czeka?” (śmiech). Mimo wszystko żałuję, że mnie tam nie było. HR: Najbliższe plany? Przyjeżdżacie do Europy? Na razie Stany, Europa może latem... HR: Byłoby super, gdybyście przybyli do Polski. Taaak? Czekaj no, specjalnie dla ciebie zagramy “Overthrow” dziesięć razy z rzędu (śmiech). HR: (Śmiech) Spoko, wyjdę sobie zajarać. No nie, tak nie rób, będę musiał pójść z tobą (śmiech). Zrujnowałeś mój szczwany plan zemsty na złośliwym krytyku (śmiech). HR: Na koniec, wybieracie się niedługo na rejs zwany 70,000 Tons Of Metal? Oczywiście, nazwaliśmy go 70,000 Ton Kiełbasek (śmiech). Jeden statek i sami faceci (śmiech). Istny koszmar. Na szczęście biorę ze sobą żonę, więc gdy będziemy mieć dość muzyki i obcych facetów, zjaramy się spokojnie w naszej kabinie (śmiech). A poważnie, ten rejs

L

. Od egendarny zespół z Arizony to wieczni pechowcy przemomentu odejścia Jasona Newsteda do Metalliki Ward śladowały ich problemy z basistami. Gdy Jason kłopoty z wyzasiedział się w kapeli, pojawiły się z kolei kontraktu twórniami i managementem. Niedawne podpisanie żej. poni z dużą firmą nie poprawiło sytuacji, ale o tym

dów, najnowsze zdjęcia pochodzą z 2008 roku, zaś Dość dodać, że zespół nie ma zorganizowanych wywia , planowana rozmowa z wokalistą Erikiem AK chaosu ek Wskut album jest wciąż niedostępny w Europie. wędkę z bębniarzem, Craigiem Nielsonem. Dobre i gitarzystą Markiem Simpsonem zmieniła się w poga i to.

wywiad to nic Witaj, Craig! Długie oczekiwanie na niniejszy płytami. Dlaczego w porównaniu z pięcioletnią przerwą między wydanie “The Cold” tak bardzo się opóźniło?

HR:

Kawałki były już wcześniej napisane i zaaranżowa Cześć! Zaczęliśmy nagrywanie ponad dwa lata temu. ać, aż poczek więc się my owaliś zdecyd y, ytywan ne, niestety, nasz inżynier dźwięku był akurat rozchw lat zatem decyzja była naturalna. W ciągu tych dwóch będzie wolny. Bardzo dobrze nam się pracowało, oczekiwanie na było yną przycz główną ale lniło, spowo nas też aż trzykrotnie odwiedziliśmy Europę. To możliwość kontynuacji nagrań. ą, ale

ą niespodziank Odejście gitarzysty Eda Carlsona było wielk Michael Gilbert Co ą! większ jeszcze – pcy nastę nazwisko jego porabiał przez te 11 lat od odejścia? nie mogli akurat wystąpić. Zna doskona-

HR:

Ed, czy Mark Mike już kilkakrotnie wspomagał nas na żywo, gdy niż kiedyś, więc po odejściu Eda był pierwszą mniej nie Jetsam And Flotsam Kocha gitar. obu le partie wał się swoją rodziną i pracował nad własnymi zajmo i, z nam grał nie Gdy iśmy. osobą, do której się zgłosil pomysłami muzycznymi.

ć na “The Cold”? Kto Oho, czy miał okazję jakieś z nich zaprezentowa ? był tym razem głównym kompozytorem utwory i nagrał ścieżki

HR:

Nie, dołączył do nas już po zakończeniu rejestracji gitar.

płyty. To Mark napisał wszystkie

“Dreams Of Death”, “The Cold” brzmi niczym bardziej dopracowane wciąż się nimi Mark Czy stąd oczywiste porównania z Nevermore... ) (śmiech ł? inspiruje, czy może już nieco przystopowa ore... Nie słyszę żadnych

HR:

porównaniami do Neverm Osobiście jestem bardzo sfrustrowany wszystkimi ałym zespołem o własnym, rozpoznawalnym stylu. doskon są że m, uważa iście, Oczyw ych. styczn w punktó podczas dwumiesięcznej trasy po Stanach. Ja zaś Mieliśmy kiedyś przyjemność koncertowania z nimi ista na samym początku działalności kapeli. Tym perkus jalny byłem brany pod uwagę jako ich potenc Nevermore, o ilu mówią dziennikarze. niemniej, naprawdę nie słyszę tylu odniesień do . Przy wielu

zjebem (Śmiech) Dobra, niech będzie, że jestem głuchym thrashowa płyta od... najbardziej wasza to , riffach agresywnych No właśnie, jak uważasz, od kiedy? ła aż tak klasycznie, thrashowo, jak

HR:

Dyskografia: Jako Forbidden Evil:

Demo 1985 Rehearsal 85 (demo) 1985 Endless Slaughter (demo) 1986 As Good As Dead (demo) 1987 March Into Fire (demo) 1987

Jako Forbidden:

Demo 1987 Forbidden Evil 1988 Ultimate Revenge 2 (VHS) 1989 Ultimate Revenge 2 (split) 1989 Raw Evil: Live At The Dynamo (mini album live) 1989 Step By Step (singiel) 1990 Twisted Into Form 1990 Trapped (demo) 1991 Point of No Return (kompilacja) 1992 Disillusions (demo) 1992 Distortion (demo) 1993 No Reason (singiel) 1994 Distortion 1994 Green 1997 Dragging My Casket (singiel) 2010 Omega Wave 2010

sądzę, by brzmia Porównuję zazwyczaj “The Cold” do “Cuatro”. Nie Disgrace”. Jako że “Cuatro” to mój ulubiony album For Place “No czy er”, Deceiv The For sday “Doom nać z nim nasze najnowsze dzieło. Nie muszę zatem w dyskografii Flotsam, cieszę się, że mogę porów . dodawać, jak bardzo jestem z niego dumny

. Nie zamierzacie chyba W utworze “Take” pojawiły się syntezatory ścigać Therion? (śmiech) ał

HR:

w domu mnóstwo różnego sprzętu. Wkomponow Skądże. Nawet tego nie planowaliśmy. Mark ma enł odrobinę przestrzeni w bardzo melodyjnym fragm brzmienie klawiszy w “Take”, po prostu dołoży cie. kto to taki?

ście, Wspominałeś o dźwiękowcu, na którego czekali wał się remiksami

HR:

innymi zajmo Ralph Patlan. Ma spore doświadczenie, między ufamy Potrafi wydobyć wiele ze swojego sprzętu, a my Megadeth pod kierunkiem Dave’a Mustaine’a. było odpowiada, warto jego umiejętnościom. Efekt końcowy bardzo nam nie od czasu “Drift”. czekać. Moim zdaniem uzyskaliśmy najlepsze brzmie

HR:

Jason ma uboczny projekt, coverband Alice In Chains zwany Angry Chair. Czy to daleko sposób na utrzymanie formy, skoro mieszka ? od Arizony, w Chicago

w Stanach najwiękraczej Flotsam robi za projekt (śmiech). Obecnie

To sze tłumy

Nie rozumiem

walą na koncerty coverbandów świetnych kapel. Angry Chair są świetni, więc grają dla sporej publiki. Sam chciałbym występować z nimi, ale nie planuję przeprowadzki do Wietrznego Miasta.

Czyżby to Angry Chair HR: przeszkodziło mu w odbyciu z wami wiosennej trasy po Europie?

Nie, po prostu niedawno dostał nową, bardzo dobrą pracę. Za krótko był w tej firmie, by prosić o urlop z uwagi na trasę. Nikt z nas nie miał wątpliwości, że podjął właściwą decyzję.

wytrzasnęliście jego HR:Skąd zastępcę? Shane Martinzez jest znajomym Mike’a, który zaproponował jego kandydaturę. Świetnie zagrał i robił fajny show.

Wasz kontrakt z firmą HR: ex-gitarzysty Korn okazał się niezbyt udany, nie obawiacie się, że

mało kto pozna “The Cold” za sprawą ich indolencji? Gdybyśmy jeszcze o tym myśleli, zespół by się rozpadł. Od dawna wiemy, że popełniliśmy błąd, ale to tylko jedna płyta... Zapewne podeślą empetrójki do uniwersyteckich stacji radiowych i tyle. W Stanach nie ma zbyt wielu magazynów, które piszą o metalu. Na szczęście możemy liczyć na naszych wiernych fanów w USA i Europie, ale zdajemy sobie sprawę z faktu, że nowych nie pozyskamy. Cóż, kolejne doświadczenie.

Rozmawiał: Vlad Nowajczyk

że

Dyskografia: Iron Tears (demo) 1985 5 Metal Shock (demo) 198 6 r 198 Doomsday for the Deceive ) 1988 Flotzilla (singiel For Fighting Saturday Night‘s Alright giel) 1988 (sin production demo No Place for Disgrace pre- (demo) 1988 8 No Place for Disgrace 198 0 ) 199 Suffer The Masses (singiel ) 1990 giel The Master Sleeps (sin o) 1990 Down (dem When The Storm Comes Comes Down 1990 When the Storm m) 1992 Never to Reveal (mini albugiel) 1992 Selections from Cuatro (sin giel) 1992 Swatting at Flies (sin ) 1992 kness (singiel Wading Through the Dar Cuatro 1992 1993 Cradle Me Now (singiel) 1995 Blindside (singiel) ) 1995 Destructive Signs (singiel ) 1995 Smoked Out (singiel Drift 1995 High 1997 9 Unnatural Selection 199 1 My God 200 4 200 D) (DV Live in Phoenix Dreams of Death 2005 5 Live In Phoenix (live) 200 6 Live In Japan (DVD) 200 r eive Dec the Doomsday for 20th Anniversary Special Edition (boxset) 2006 Once In A Deathtime (DVD) 2008 The Cold 2010

jczyk d Jetsam / Vlad Nowa Zdjęcia: Flotsam An

chwilach. SpiralArms jest dla mnie odskocznią od grania ciężkiej muzyki. Gdy zapragnę lżejszych, hardrockowych dźwięków, mam właśnie Spiral. Doładowuję wówczas mój thrashowy akumulator (śmiech). Gdybym cały czas grał

mieliśmy wychodzić na 20 minut dla ludzi, którzy kompletnie nie czają naszej muzy? Co za idiotyzm! Russ uznał, że mam rację i zakończyliśmy działalność. Starałem się odseparować od pozostałych, choć Steve Jacobs mi na to nie pozwolił, wspólnie graliśmy w Manmade Gods. Cieszę się, że wtedy doszło do rozpadu zespołu, gdyż znów poczułem głód thrashu. HR: Powrót w 2001 roku, tylko na jeden koncert jako Forbidden Evil, doszedł do skutku bez twojego udziału? Miałem być w Los Angeles w studio nagraniowym, więc nie mogłem grać na beneficie Chucka Billy’ego. Termin wypadł akurat w tamtym tygodniu i nic się nie dało zrobić. Mieli więc moje błogosławieństwo. Przez kilka dni grali próby, po czym okazało się, że moje wejście do studia zostało przełożone i mógłbym jeszcze zdążyć do San Francisco. Cóż, było już za późno, by wejść

Od dawna wiemy,

ąd, popełniliśmy bł

dna płyta... ale to tylko je

vermore porównań z Ne www.hardrocker.pl

23


Oficjalna strona zespołu: www.virgin-steele.com

V

irgin Steele, czyli pochodzący z Nowego Jorku królowie epickiego metalu, uderzyli z nowym albumem - „The Black Light Bacchanalia” - który najprawdopodobniej będzie najbardziej kontrowersyjnym w ich karierze. Powód? Prozaicznie prosty: album jest inny, niż oczekiwano. Na pytania związane z nowym obliczem zespołu, jak i wspomnianym nowym krążkiem, odpowiadał lider grupy - wokalista i kompozytor David DeFeis.

HR:

i momentami trochę przegięliście i jest tego za dużo? Do płyty ciężko podejść za jednym razem... Zawsze byłem producentem, nie tylko teraz. Wiem, że to może być trudne dla wielu osób, ale ja nie mam problemu z byciem obiektywnym. Jestem bardzo krytyczny i wszystko to, co robię i wszystko to, co robi zespół, musi być ukończone, nie ma możliwości, żeby na albumie wylądowało coś w połowie niedopieczonego. Jak wspomniałem, płyta jest bardzo surowa. Jeśli słuchałeś jej raz czy dwa, to może być trudno ci zrozumieć wszystko to, co się na niej znajduje, gdyż kompozycje są bardzo złożone. To kompozycje świadczą o dziele, nie produkcja. Poza tym, tutaj dzieje się mniej niż na

porównałbyś nową płytę do „Visions Of Eden”? Nie porównałbym. Nie lubię takich porównań. Powiedziałbym, że w warstwie tekstowej jest to kontynuacja i rozwinięcie idei, które zawierała płyta „Visions Of Eden” - i muzycznie też nawiązuje do niej bardziej, niż do innych. No i ma własny głos i własne brzmienie.

HR:

Nie miałem okazji wgłębić się w teksty, rozumiem, że jest to ponownie koncept-album? Tak, ale nie w formie narracyjnej, za którą trzeba podążać od początku do końca. Jeśli znasz koncept z „Visions...”, to ta opowieść będzie miała większy sens. Omawiam tutaj upadek pogaństwa,

Po przesłuchaniu waszej nowej płyty, muszę stwierdzić, że to chyba jeden z waszych najlżejszych, rockowych wręcz materiałów. Rzadko pojawiają się fragmenty typowo gitarowe, a struktura utworów bardziej przypomina mi progresywne rock opery, jak przykładowo Ayreon, czy Avantasia... Nie wiem za dużo o Ayreon, bo nie słyszałem ich płyt, a Avantasię znam tylko częściowo, więc ciężko mi się wypowiadać. Ale wiesz, komponuję i wystawiam metalowe opery od dłuższego czasu, więc jeśli masz na myśli to, czy moim zdaniem „The Black Light i rozwijam ten temat w stronę zorganizowanych religii, Bacchanalia” nawiązuje do metalowo-operowych dzieł, które mam za sobą, to powiedziałbym, że jest dużo bardziej klasyczna niż poprzednie, z bardziej barbarzyńskim i romantycznym brzmieniem, no i jest bardziej na czasie. poprzednich płytach, nie ma takich ilości zepchnięcie roli kobiecości w cień z powodu I powiedziałbym, że jest bardziej gitarowa, niż niektóre poprzednie płyty, z tego klawiszy, czy backing wokali, jak na wyniesienia wyżej boga i rozwijam ten względu, że tym razem mogłem zilustrować kompozycje, które powstały na fortepianie, „The House Of Atreus”, czy też ostatnim temat w stronę zorganizowanych religii, przy użyciu gitary 7 strunowej. To kontynuacja dzieł Virgin Steele, ale z pewnością albumie. Jestem zadowolony z pianina jak i nastania mrocznych czasów... Ale nie pojawia się zupełnie nowy wymiar jeśli chodzi o brzmienie. Nawet mogę stwierdzić, że i klawiszy na tej płycie, ale prawda jest daję lekcji historii, raczej omawiam obecne na tym albumie jest sporo rzeczy, które udało mi się skomponować po raz pierwszy, są taka, że nie nagrałem wszystkich mroczne czasy, fundamentalizm - i to nie zupełnie nowe i inne. Album jest bardzo surowy, może nawet najsurowszy. Jednocześnie wokali, jakie zamierzałem, co chyba tylko w sferze religijnej. Fundamentalizm jest świeży i surowy, ale także wypolerowany i wygładzony. wyszło na dobre. Więc tak, kompozycje w każdej dziedzinie, począwszy są może przegięte, ale sama Album jest niesamowicie nasycony wszelkiego rodzaju brzmieniami od polityki, przez muzykę, produkcja na pewno nie. klawiszowymi, efektami i tonami chórków... Byłeś jego producentem, czy wszystko inne... nie obawiasz się, że jako A punktem centralnym Skoro producent własnego albumu jest rebelia, wspomniałeś materiału możesz nie być do bunt przeciwko już ostatni album, końca obiektywny każdej dyktaturze jak i korupcji. Na płycie

Omawiam tutaj upadek pogaństwa, zepchnięcie roli kobiecości w cień z powodu wyniesienia wyżej boga

dużo się dzieje, dochodzi jakby do wojny, a na końcu albumu w utworze „Eternal Regret” bóg lamentuje nad tym, co uczynił...

HR:

Wracając do tematów bardziej przyziemnych: wybieracie się w trasę promującą album? Bierzemy pod uwagę daty koncertów, jakie obecnie wpłynęły.

Zdjęcia: SPV

HR:

Bunt i rebelia 24

www.hardrocker.pl

HR:

Niedługo ukazuje się także składanka „A Tribute To Virgin Steele”... Wiem, że specjalnie na nią nagrasz coś ze swoim drugim zespołem, Exorcist, jak również zespół twojej siostry - Original Sin pokusi się o coś nowego...? Tak, powstaje składanka w hołdzie Virgin Steele, słyszałem na razie pięć czy

HR:

Miałem przyjemność zobaczyć was niedawno na koncercie w Niemczech i wiem, że na koncercie było wielu waszych fanów z Polski... Chyba na początku coś solidnie poszło nie tak, prawda? Nie powiedziałbym, żeby było jakoś specjalnie nie tak. Kabel z mojego mikrofonu nie działał przez większość pierwszego utworu, co rzeczywiście mnie wkurzyło. Takie gówno zawsze wkurza, ale dałem radę używając mikrofonu Edwarda, który co prawda był

jak i nastania mrocznych czasów...

HR:

Jestem pewien, że ukaże się to w przeciągu mniej więcej kolejnego roku, jako że wreszcie mamy wytwórnię, która jest czymś takim zainteresowana.

Na tym albumie jest sporo rzeczy, które udało mi się skomponować po raz pierwszy,

są zupełnie nowe i inne.

przyklejony do statywu, więc nie mogłem się poruszać po scenie, ale potem, kiedy to naprawili, do końca setu było już w porządku. Nam się na koncercie bardzo podobało, myślę, że zespół zagrał całkiem nieźle, no i przyjęcie fanów było bardzo entuzjastyczne.

HR:

VIRGIN STEELE „The Black Light Bacchanalia” Steamhammer / SPV Brzmi jak: progresywna rock opera Tak jest, co do tego, że jest to nowe, charakterystyczne dla Davida DeFeisa dzieło muzyczne - żadnych wątpliwości nie ma. Tylko on pisze muzykę w tym stylu i  po pierwszych taktach wiadomo, z  kim mamy do czynienia. Wątpliwości nie ma także co do jeszcze jednej rzeczy: że ta płyta będzie wzbudzała bardzo mieszane uczucia, dyskusje i będzie chyba najbardziej kontrowersyjnym albumem tej formacji. Bo o ile Virgin Steele uznaje się prawie że za bogów epickiego metalu, tak na ich nowej płycie tego metalu jakby mniej. Płyta ta jest bardzo dobra, przemyślana i dobrze skomponowana, aczkolwiek ci, którzy nie zaakceptowali ostatniego wydawnictwa Virgin Steele, będą z nią mieli spory problem. “The Black Light Bacchanalia” to bowiem płyta zdecydowanie bardziej prog rockowa niż metalowa. Zagmatwana rytmika, bogactwo aranżacji, wielowarstwowe wokalizy, tony orkiestracji i wstawek akustycznych, przy czym pierwsze skrzypce przypadły tutaj klawiszom, a nie, jak pewnie się spodziewano, gitarom. Profesjonalizm na najwyższym poziomie, mimo iż w  innym niż oczekiwano stylu. Cały czas ma się wrażenie, że zespół się powstrzymuje i celowo, na siłę wygładza i prostuje brzmienie. Album bardziej do kolacji przy świecach niż do szybkiej jazdy samochodem...? Sprawdźcie sami. Więcej na www. virgin-steele.com Bart Gabriel [ 7.5 ]

Zgadza się. Ale skoro o koncertach, wejdę na drażliwy temat. Wielu osobom nie pasuje obecny koncertowy skład Virgin Steele: partie klawiszy odgrywane z komputera, czasem także linie gitary basowej... Nie wydaje ci się, że zatrudnienie klawiszowca, jak i basisty skoro Joshua tak bardzo polubił swoją 7 strunową gitarę - byłoby tutaj niezłym rozwiązaniem? Ludzie zawsze muszą na coś narzekać. Jesteśmy szczerzy w tym, co robimy, a to powoduje, że ludzie mogą być zagubieni. Więc powiem otwarcie: gitara basowa jest przereklamowana. Przecież nie raz udowodniliśmy, że nasze utwory brzmią dobrze nawet kiedy jest tylko mój głos i gitara akustyczna. Poza tym, jaka jest tak naprawdę różnica dla fanów, kiedy coś jest grane na basie, bądź też na gitarze 7 strunowej? Wiele narzekających osób tak naprawdę nawet nie słyszy, co jest grane przez którą osobę. Kiedy Josh uległ wypadkowi, zagraliśmy parę koncertów w jeszcze mniejszym składzie, tylko ja, Frank i Edward - i nikt nie wspomniał nic o basie. Takie rzeczy dzieją się tylko kiedy ktoś niepotrzebnie zacznie dyskusję, a ludzie oceniają muzykę oczami zamiast uszami. 7 strunowa gitara daje nam większe możliwości, a kiedy dodatkowo możemy puścić jeszcze linię basu, to jakby nie było, jest to jedna osoba mniej do nakarmienia na trasie i obniżenie kosztów przelotu - co powoduje, że mamy więcej ofert koncertowych... Więc co do twojego pytania - nie byłoby lepiej, tylko inaczej.

sześć utworów i muszę przyznać, że są doskonałe! Naprawdę dobrze zrobione! I wszystkie te utwory wspaniale wpasowały się w klimat płyty! Zgadza się - i Exorcist, i Original Sin też wezmą w tym udział.

HR: dodać?

David, dziękuję za wywiad. Chciałbyś coś

Dziękuję i tobie i czytelnikom za słuchanie tego, co robimy i za wiarę w rzecz, która nosi nazwę Virgin Steele! Mam nadzieję, że spodoba wam się „The Black Light Bacchanalia”... Cała energia, jaką mieliśmy tego zwariowanego lata poszła w jej zrobienie... Do zobaczenia wkrótce! Rozmawiał: Bart Gabriel

HR:

OK. Wracając do płyty: na limitowanej wersji CD jest dość nietypowy bonus w postaci... czytanej biografii. Nie byłoby lepiej wrzucić niepublikowany utwór, których przecież macie dość sporo? Wyszło tak, a nie inaczej, bo wytwórnia poprosiła mnie o notkę biograficzną. Myśleli, że wyślę im coś na jedną stronę, a tymczasem dostali 15 stron zapisanych drobnym drukiem...! Spodobało im się i spytali, czy mogą dodać to do nowej płyty. Oczywiście, zgodziłem się, a przy kolejnych rozmowach wyszedł pomysł, żebym to przeczytał i zamieścił na płycie. Zrobiłem to, a żeby nie brzmiało to jak czytanka ze szkoły, zilustrowałem to fragmentami muzyki. W niektórych fragmentach usłyszysz na przykład samo pianino i mnie, są fragmenty nagrań z innych płyt, więc całość jest dość rozrywkowa i zajmująca. Takie rzeczy powinny być lekkie i ciekawe... Lepiej było użyć jakiś utwór? Dlaczego? Album ma prawie 80 minut, do tego są już dwa bonus tracki po 6:02 i 4:24, więc stwierdziliśmy, że lepiej zrobić coś, czego prawdopodobnie nie zrobił nikt przed nami. Poza tym, na kolejnych albumach będzie dużo utworów.

HR:

A kiedy usłyszymy obiecany album koncertowy i zobaczymy jakieś sensowne DVD? www.hardrocker.pl

25


Pacjent: Karlo Testen Zawód: basista zespołu Space Eater Kontakt: www.myspace.com/spaceeaterthrash Objawy: powrót z nową płytą pomimo śmierci wokalisty i utraty 3/5 składu Rozpoznanie choroby: serbska, metalowa krew Lekarz prowadzący: Vlad Nowajczyk

1

HR: Gratuluję udanego drugiego albumu, “Aftershock”! Co najbardziej zaskakujące, staliście się doprawdy oryginalnym zespołem! Oczywiste zapożyczenia od Iron Maiden, Forbidden, czy Heathen gdzieś znikły. Jakim sposobem udało wam się stworzyć tak bardzo własny kawał thrashu?

Dziękuję bardzo! Po tym wszystkim, co dotknęło naszą kapelę, jesteśmy bardzo zadowoleni z nowego składu, jak również z pozytywnych recenzji i opinii fanów. Wydaje mi się, że przyczyna jest prosta. Lubimy różną muzykę. Przede wszystkim thrash, ale także całkiem odmienne dźwięki. Każdy słucha więc czegoś innego i ze swoimi wpływami przychodzi na próby. Na “Aftershock” w procesie twórczym uczestniczyło kilka osób, inaczej niż w przypadku debiutu.

przejął jego partie, ponieważ to on jest naszym obecnym śpiewakiem. Ma zupełnie inny styl, ale to nie jest złe. Po prostu inne. Nie szukaliśmy kopii Bosko. Na myspace znajdziecie stare piosenki w nowych wersjach, uważam, że spokojnie się bronią.

3

HR: Wspomniałeś już Towera, po śmierci wokalisty straciliście też gitarzystę Stanislava Sarsanskiego i bębniarza Vladimira Bogdanovića. Dlaczego

2

HR: Bosko Radisić zginął w pożarze swego mieszkania 3 czerwca 2009, a jednak śpiewa na “Aftershock”. Co więcej, nigdy wcześniej nie brzmiał tak świetnie. W jaki sposób włączyliście jego partie do materiału na płytę? Kto przejmie partie Bosko na żywo?

Na początku 2009 roku nagraliśmy profesjonalne demo nowych numerów, postanowiliśmy więc użyć partii wokalnych na płycie jako hołd dla Radisića. Luka “Tower”

Pacjent: Mika Eronen Zawód: wokalista zespołu Immaculate Kontakt: www.myspace.com/immaculatethrash Objawy: znakomite wokale i pokręcone riffy Rozpoznanie choroby: techniczny speed/thrash Lekarz prowadzący: Vlad Nowajczyk

1

HR: Mika, jakim sposobem nauczyłeś się tak fantastycznie śpiewać? Twoje wokale są na poziomie Toxik!

Mój styl jest rezultatem zasłuchiwania się w wielu wspaniałych śpiewakach z różnych rodzajów metalu. Ponieważ kocham mnóstwo przeróżnych technik, nie potrafiłem zdecydować się na jedną w miarę poznawania ich. Postanowiłem więc połączyć wszystkie style bliskie memu sercu. Kilka przykładów? John Cyriis (Agent Steel), Bobby “Blitz” (OverKill) i ci dwaj, o których wspomniałeś w pytaniu: Mike Sanders i Charles Sabin.

2

HR: Wasza muzyka to techniczny thrash najwyższej próby, fenomenalne riffy! Dlaczego uparliście się na granie tak skomplikowanej muzy?

Ponieważ zależy nam na głębi. Dzięki niej nasza muzyka warta jest wielo, wielo, wielokrotnego słuchania. To lepsze niż świetne wrażenie na dzień dobry i wywoływanie ziewnięć już po kilku przesłuchaniach.

Pacjent: Sebastian Heldt Zawód: Pałker zespołu Neaera Kontakt: www.myspace.com/neaera Objawy: Kwestionowanie świata i godzenie w jego fundamenty Rozpoznanie choroby: Premiera Płyty “Forging The Eclipse” Lekarz prowadzący: Cyprian Łakomy

1

HR: “Forging the Eclipse” ukazuje się niewiele ponad rok po wydaniu poprzedniej płyty, “Omnicide – Creation Unleashed”. Co spowodowało, że w tak szybkim czasie powstało 12 nowych, konkretnych numerów? Myślę, że podstawowe znaczenie dla tej sytuacji miał fakt, iż każdy z obecnych członków Neaera jest w zespole od początku i brał udział we wszystkich dotychczasowych sesjach. Mniej więcej od drugiego albumu pracujemy nad

26

www.hardrocker.pl

nowymi kompozycjami jako trio, w składzie: ja na perkusji i obu gitarzystów. Do tej pory system ten działa bardzo efektywnie, ponieważ nie sprzeczamy się prawie w ogóle i zawsze rozwiązujemy sprawy w sposób demokratyczny. Dodatkowym ułatwieniem jest to, że wszyscy mieszkamy w Münster i możemy spotkać się, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Natomiast tym, co zaskakuje mnie od dawna i czego nie umiem wytłumaczyć, jest to, że nasi gitarzyści ciągle przynoszą doskonałe riffy!

2

HR: Przez wszystkie lata działalności pozostawaliście bardzo konsekwentni w obranej stylistyce muzycznej. Co sprawia, że pomimo upływu czasu nie powtarzacie się? Mimo że jako zespół zmuszeni jesteśmy grać poszczególne numery częściej, niż ktokolwiek

byłby w stanie ich słuchać, pamiętamy o tym, iż nasze piosenki mają w pierwszej kolejności sprawiać nam frajdę. To kryterium ma zastosowanie do wszystkich aspektów naszej działalności. Oczywiście, chcemy też, by każdy utwór stanowił dla nas wyzwanie, jednak to radość, jaką czerpiemy z grania, jest najważniejsza.

3

HR: Nowy album to zarazem najnaturalniej brzmiące dzieło Neaera. Zasadniczą zmianę usłyszałem w partiach perkusji, które nagrywaliście u Andy’ego Classena. Wypadają mniej automatycznie, a bardziej “ludzko”...

Z Andym nagrywaliśmy cały nasz pierwszy album. Jest zarazem totalnie wyluzowany i w 100% profesjonalny w tym, czym się zajmuje. Myśl o tym, że chcę zrealizować bębny w jego

studiu narodziła się jeszcze zanim przystąpiliśmy do pisania materiału. Znajduje się ono niecałą godzinę od miejsca, w którym mieszkam i bardzo cenię sobie komfort pracy, jaki w nim panuje. To pewnie stąd wziął się ten organiczny flow, o którym mówisz.

4

HR: Na “Forging the Eclipse” trafiły także dwa spokojniejsze, instrumentalne fragmenty. Mieliście już je w planach, pisząc nowe piosenki, czy są raczej efektem pracy w studiu? Te dwie krótsze formy powstały już w trakcie nagrań. Chcieliśmy, by płyta posiadała jakiś wstęp. Szczęśliwie, Ali Dietz, który ją produkował, jest też świetnym kompozytorem i to z jego inwencji zrodziło się “The Forging”. Natomiast interludium “Certitude” bazuje na gitarowym motywie,

tak ostro przemeblowaliście skład? Nie chcieliście też, wraz z Nemanją, dać sobie spokój w obliczu tylu problemów?

Miesiąc po śmierci Bosko zagraliśmy pierwszą próbę z Luką. Zaraz po niej zadzwonił do mnie Stanislav, informując, że nie odpowiada mu już granie w tej kapeli, więc odchodzi. Długo wcześniej mieliśmy problemy z Vladimirem, zatem uznaliśmy to za idealny moment, by się go pozbyć. Zależało nam na najsilniejszym możliwym składzie, który wskrzesiłby Space Eater. Będę szczery, tuż po śmierci Bosko myślałem o odłożeniu gitary na półkę. Była to tylko chwila zawahania. Metal był dla niego najważniejszą sprawą w życiu. Porzucenie czegoś, co on zaczął, ale nie mógł dokończyć, byłoby złym ruchem. W życiu należy walczyć do końca, nie wolno się poddawać. Tak właśnie zrobiliśmy.

3

HR: Choć riffy są bardzo techniczne, dbacie o chwytliwe melodie. Z pewnością inspirowaliście się gatunkami innymi niż ten, który wykonujecie?

Oczywiście. Wszelkie odmiany speed i heavy metalu wywarły na nas wielki wpływ. Szczególną atencją darzymy stary amerykański power metal. Takie zespoły jak Helstar, Jag Panzer, Armored Saint. Na poziomie podświadomości, pod wpływem różnych substancji, jesteśmy z całą pewnością zainspirowani twórczością takich mistrzów jak N’Sync (śmiech).

4

HR: Dlaczego jesteście tak wojowniczo nastawieni względem religii? Czyżby w Szwecji miała ostatnio miejsce kontrreformacja?

Jesteśmy antyreligijni, ponieważ jest to naturalna postawa każdego racjonalnie myślącego człowieka. Nie wystarczy nie

4

HR: Dotąd, także na “Aftershock”, większość muzyki pisał Stanislav. Kto przejął funkcję lidera?

Hmm, był liderem jeśli chodzi o tworzenie, ale pozostałe aspekty działalności kapeli nie należały do niego. Każdego można zastąpić, ponieważ Space Eater to kolektyw. Jako wielki fan piłki nożnej uważam, że znaczek na piersi waży o wiele więcej niż nazwisko na plecach. Luka jest obecnie twórczym liderem. Wspomagają go Marko i Nemanja. Ja zaś kontynuuję czarną robotę, którą zajmowałem się od początku. Dbam, by każdy robił, co do niego należy, sklejam ten zespół (śmiech). Od roku pracuje nam się świetnie, wszystko idzie jak po maśle.

5

HR: Dwa najnowsze kawałki brzmią trochę za bardzo jak Death Angel na “The UltraViolence”. Czy oznacza to, że pozostałe osiem utworów nie ma zbyt

uczestniczyć w praktykach, trzeba zwalczać tą zarazę na wiele inteligentnych sposobów. Masz rację ze swym sarkazmem, Szwecja jest państwem świeckim. Nikt z nas nie miał nawiedzonych rodziców, więc chcielibyśmy podzielić się z innymi swym szczęściem (śmiech).

wiele wspólnego z przyszłością Space Eater?

Przede wszystkim szukamy firmy, która wypuści “Aftershock” na winylu. Bosko był maniakiem i kolekcjonerem, jego marzeniem było mieć swoją kapelę na

czarnym krążku. Postaramy się też o koncerty, może trasę, poza Serbią. Cóż, gdy skończymy promocję, przyjdzie czas na nagranie kolejnej płyty, którą chcemy ujrzeć już w 2011. Może zainteresuje się nami ktoś większy i zaoferuje uczciwe warunki? Jeśli nie, pozostaniemy na obecnym poziomie, ponieważ zarówno Ola z I Hate Records, jak i Iordan ze Stormspell byli wobec nas fair. O tak, Serbia wręcz kipi od świetnych kapel thrashowych. Problemem jest fakt, iż w całym Belgradzie nie ma ani jednej porządnej knajpy na przynajmniej 300 osób i kisimy się w małych klitkach. Nie ma pieniędzy, zatem nie ma żadnych wytwórni ani profesjonalnych promotorów. Wszystkiego szukamy poza naszym krajem i tak pewnie pozostanie.

musiałem dać sobie spokój. Tylko wielkie kapele mogą liczyć na opłacalne występy. Dziś w Szwecji popularne są retro-heavy metal i kalki rocka z lat 70-tych, jak Witchcraft. Thrash? Speed? Nawet tego tu nie zauważono.

Kilka zespołów wciąż działa, ale nie mają dla kogo grać. Szanse na renesans thrashu w Szwecji widzę tylko w tym, że któraś z młodych światowych kapel stanie się tu bardzo znana i zainspiruje naszą dzieciarnię.

Nie sądzę, by tak było. Mamy już 11 gotowych piosenek na trzeci krążek, który z pewnością będzie się różnić od “Aftershock” nie mniej niż ten od “Merciful Angel”. Jak powiedział George Orwell: “Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość. Kto kontroluje przeszłość, kontroluje też przyszłość”. Przyszłość Space Eater zawierać będzie naszą przeszłość i teraźniejszość oraz element zaskoczenia.

6

HR: Mając dwie płyty na koncie, nie jesteście już nuworyszami. Co planujecie w najbliższej przyszłości i jak oceniacie swoją pozycję na płodnej serbskiej scenie?

5

HR: Wasz debiut wyszedł w 2007 i nie przyniósł wam dużej popularności w podziemiu - czy liczycie tym razem na coś więcej?

Mamy taką nadzieję. Nie wiem, na ile zależy to od pracy wytwórni, raczej od jakości muzyki. “Atheist Crusade” jest pod każdym względem lepsze od “Thrash, Kill’n’Destroy”, więc sądzimy, że maniacy to zauważą.

6

HR: Byłeś promotorem Uppsala Thrash Fest. Jaka jest kondycja nowej fali thrashu w Szwecji? Jesteście jedyną kapelą, która wypłynęła poza granice kraju... Zgadza się, byłem. Niestety, na koncerty przychodzi tu bardzo mało ludzi, więc

zaczerpniętym z poprzedzającego je na płycie numeru “Sirens of Black”, tyle, że zagranym na czystym brzmieniu i w nieco inny sposób. To taka chwila odpoczynku między resztą kawałków.

5

HR: Tytuł “Forging the Elipse” brzmi bardzo złowieszczo. Z tego, co wiem, wasze teksty zawsze ogniskowały się wokół raczej negatywnych tematów. Co chcecie przekazać tym razem? Brak tu jakiegoś bezpośredniego przesłania. Tytuł został sformułowany bardzo metaforycznie i daje możliwość osobistego ustosunkowania się każdemu słuchaczowi. Zaćmienie symbolizuje dla mnie opozycję w stosunku do prawdy i oświecenia. Krytyka w naszych tekstach dotyczy zarówno polityki, społeczeństwa, jak i stosunków międzyludzkich.

6

HR: Jesteście jednym z niemieckich zespołów, które często zalicza się do gatunku metalcore. Mam wrażenie, że ten termin pada ostatnio znacznie częściej jako obelga. Jaki jest twój stosunek do tego?

Myślę, że nie wiem (śmiech). Staram się nie zawracać sobie głowy klasyfikowaniem. Osobiście powiedziałbym, że gramy death metal, a do środowiska hardcore zbliża nas to, że staramy się przekazywać w tekstach pewne ważne treści. Myślę, że ekstremalna muzyka stanowi doskonałe do tego narzędzie.

www.hardrocker.pl

27


Problemem, jaki powstaje po wydaniu takich płyt, jak

“...Of Frost And War” jest to, czy następne wydawnictwo zdoła im dorównać.

D

wa lata po wydaniu świetnego debiutu, holenderskie deathmetalowe komando nie odpuszcza. Najnowszy materiał, zatytułowany “On Divine Winds”, snuje kolejną wojenną opowieść, tym razem osadzoną w realiach działań na Pacyfiku oraz powstania i upadku Imperium Japonii. Więcej światła na to wydawnictwo Hail Of Bullets rzucił Martin Van Drunen.

HR:

Okres minionych dwóch lat spędziłeś pracując na najwyższych obrotach. Debiut “...Of Frost And War” spotkał się z doskonałym przyjęciem, później nagrałeś świetny “Death... The Brutal Way” z Asphyx, po drodze trafiła się jeszcze EP-ka “Warsaw Rising” i w końcu “On Divine Winds”, najnowsze pełnometrażowe dzieło Hail Of Bullets. Zastanawia mnie, czy fakt, że grasz w obu zespołach, wymaga od ciebie odmiennego zaangażowania w każdy z nich?

HR:

“On Divine Winds” po raz kolejny poraża swą intensywnością, jednak przejawia pewne symptomy ewolucji – po parokrotnym przesłuchaniu moją uwagę najbardziej zwróciły ciekawe rozwiązania melodyczne, które na “...Frost And War” były raczej rzadkością. Nie wiem, na ile ci to schlebia, ale nowe numery są zwyczajnie chwytliwe. Jak ty widzisz główne linie rozwoju na tej płycie?

Wiesz, po ukończeniu wszystkich nagrań myśleliśmy dokładnie tak, jak ty. Wiedzieliśmy, że zdołaliśmy zrobić coś jeszcze mocniejszego i że udało się nam przejść pewną ewolucję. Podstawowym problemem, jaki powstaje po wydaniu takich płyt, jak “...Of Frost And War” jest to, czy następne wydawnictwo zdoła im dorównać. Nie jest to bynajmniej proste i przez cały czas odczuwasz związane z tym napięcie. Tym razem postanowiliśmy więc posiedzieć nad materiałem trochę dłużej, choć i tak stosunkowo szybko uwinęliśmy się z robotą. Oczywiście, duże znaczenie miał fakt, że wszyscy wiedzieliśmy już, jak przebiega współpraca. Nagrywając debiut nie mieliśmy jeszcze tej wiedzy. Dziś zdaję sobie sprawę, jak o muzyce myśli Eddie, wiem, że dokładnie planuje poszczególne elementy. Zanim wszystko ruszyło, poświęciliśmy też nieco czasu na dyskusję o tekstach, by upewnić się, czy każdemu pasowało, w jaki sposób widzę je na tej płycie. W ogólnym rozrachunku uważam ten album za lepszy od “...Of Frost And War”, przede wszystkim z uwagi na doskonałe partie solowe, które w zasadzie bardziej przypominają melodie i doskonale komponują się z klimatem całości.

dzięki czemu reszcie znacznie łatwiej pracowało się nad szkieletami poszczególnych utworów.

HR:

Każde z dotychczasowych wydawnictw Hail Of Bullets przedstawia poszczególne zagadnienia wojenne w sposób bardzo dokładny. Jak przygotowujesz się do pracy nad tekstami? Czytasz książki, oglądasz filmy dokumentalne, czy może nawet odwiedzasz konkretne miejsca, by móc w pełni wyobrazić sobie dane wydarzenia?

W zasadzie korzystam ze wszystkich tych opcji, jednak bazuję przede wszystkim na tym, co przeczytam. Po pierwsze dlatego, że czytanie od zawsze jest moją pasją, a po drugie, z uwagi na fakt, że w ten sposób najłatwiej wypracować sobie obiektywne spojrzenie na pewne sprawy. Tym razem na przykład udało mi się dotrzeć zarówno do wspomnień żołnierzy japońskich, jak i amerykańskich. W dalszej kolejności, mając już gotowy zarys interesujących mnie wydarzeń, wybieram poszczególne związane z nimi zagadnienia. Potem wynotowuję najważniejsze uwagi z przeczytanych książek. Zdobywszy potrzebne słownictwo wojskowe, zabieram się do pisania. Tak to przeważnie wygląda.

HR:

Parę dni temu wpadła mi do głowy myśl, że muzyka Hail Of Bullets doskonale sprawdzałaby się lecąc gdzieś w tle, podczas scen bombardowań w filmach wojennych (śmiech). Masz swoje ulubione filmy z tej dziedziny? Preferujesz te starsze, czy nowe?

(Śmiech) Przeważnie wolę te starsze filmy, choć widziałem trochę tych z ostatnich lat i przyznać muszę, że bardzo lubię “Upadek”, tak jak inne Zauważyłem też znaczącą różnicę, cechującą niemieckie obrazy pokroju “Stalingradu”, czy “Das Boot”. Natomiast klimat “On Divine Winds”. Podczas gdy pierw- z tych starych bardzo lubię “Żelazny Krzyż” z Jamesem Coburnem w roli głównej, a także “Wzgórze”, raczej mało znany, czarno-biały film z Seanem Connery. Z nowszych rzeczy, widziałem “Wroga Po to w zasadzie przecież piszesz muzykę, u bram” i niezbyt ruszyła mnie ta historyjka o dwóch snajperach. by później móc wejść na scenę, walnąć dobry show Amerykanie posunęli się nawet do tego, by w filmie umieścić wątek miłosny, którego nie ma w książce... No ale takimi właśnie i pokazać ludziom, do czego jesteś zdolny... prawami rządzi się przemysł kinematograficzny w USA.

Zdecydowanie. Każdy z tych bandów ma zupełnie inny tryb pracy i dzięki temu działanie w obu jest interesującym wyzwaniem. Asphyx to zespół działający obecnie na luźniejszych zasadach, natomiast praca z Eddiem (Warby, perkusistą HOB – przyp. cyp) wygląda

HR:

Boski wiatr

Zdjęcia: Caroline Traitler

diametralnie inaczej. Jest urodzonym perfekcjonistą i bardzo mnie to motywuje, uwielbiam to. Poza tym, to bardzo sympatyczny gość i świetnie się dogadujemy. Hail Of Bullets i Asphyx to dwa kompletnie różne twory, jeśli chodzi o podejście do komponowania, jednak gdy przychodzi występować na żywo, zabawa jest tak samo przednia zarówno z jednym, jak i drugim zespołem. Po to w zasadzie przecież piszesz muzykę, by później móc wejść na scenę, walnąć dobry show i pokazać ludziom, do czego jesteś zdolny...

28

www.hardrocker.pl

sze wydawnictwo cechowało się ponurą, cholernie mroźną atmosferą, tu jest pod tym względem bardziej różnorodnie i ze sporą dawką punktów zwrotnych. Od początku zaskakiwaliście mnie tym, z jaką łatwością odzwierciedlacie w muzyce tematykę tekstów. Jak to działa?

HR:

Niewątpliwą zaletą “On Divine Winds” jest produkcja. Wiem, że nagrania leżały w gestii Eda, jednak czy mógłbym spytać ciebie o priorytety w kwestii brzmienia, które sobie postawiliście? Jaką rolę przypisujesz miksowi Dana Swanö?

Eddie kupił niedawno wyposażenie studia, co bardzo ułatwiło nam nagrania, zwłaszcza jeśli chodzi o gitary. Poza tym, że odpowiadał za realizację nagrań, wziął na swoje barki kwestię produkcji. Będąc urodzonym, zwariowanym perfekcjonistą, spędzał nad materiałem godziny, wychwytując rzeczy, których nie słyszał żaden z nas. Co zaś tyczy się roboty Dana, to traktujemy go jak szóstego członka zespołu. Bez niego na pewno nie zabrzmielibyśmy na tej płycie tak, jak brzmimy. Istotną sprawą jest to, że on naprawdę lubi naszą muzykę i praca nad nią sprawia, że traktuje nas nieco inaczej, niż resztę zespołów, z którymi pracuje.

Bardzo mi miło, że to zauważyłeś. Myślę, że nie bez znaczenia jest tu dobra komunikaNa koniec pozostaje mi zapytać o plany cja. Nie wiedziałem, o czym będę pisał koncertowe, jakie wiążecie z premierą nowej po wydaniu “...Of Frost and War”, ani płyty. Myślisz, że ten materiał będzie trudniej wykoteż po tym, gdy wyszła EP-ka. Cały zamysł był w pewnym stopniu nać na żywo? dziełem przypadku. Z początku Dopiero co mieliśmy próbę i faktycznie – jest tu więcej smaczków. chłopacy byli nieco sceptyczni Problem polega jednak na tym, że grywamy przeważnie na dużych w stosunku do moich zamiefestiwalach, gdzie zwykle ograniczeni jesteśmy do 45 minut na scenie, rzeń; dziwili się, że nie jest to co rzecz jasna jest totalnie małą ilością czasu. Jeśli chodzi o mnie, to kolejna historia o bitwach mógłbym śmiało grać cały nowy album! Wiem, że koncerty powoli są pancernych. Przekonało ich jednak, zaklepywane na kolejny rok. Mam nadzieję, że tym razem w końcu że sporo się naczytałem na temat zawitamy do Polski! wojny na Pacyfiku. Tu nie chodzi Rozmawiał Cyprian Łakomy o bitwy sześćdziesięcio - ani nawet stutysięcznych armii, Dyskografia: jednak sposób, w jaki to Hail Of Bullets wszystko się rozgrywało miał (Demo) 2007 w sobie coś posępnego. Po tych ...Of Frost And rozmowach, Eddie zapałał War 2008 entuzjazmem i zaczął Warsaw Rising komponowanie pierwszych EP 2009 numerów. Omawialiśmy On Divine Winds tematykę każdej piosenki, 2010

HR:

Oficjalna strona zespołu: www.myspace.com/hailoffuckenbullets


T

ym razem dzień 31 października upłynął nie tylko pod znakiem lubianego w kręgach fanów rocka i metalu święta Halloween, ale także pod znakiem dużego wydarzenia muzycznego, jakim był występ rodzimej grupy Ceti w towarzystwie chóru i Orkiestry Zespołu Szkół Muzycznych im. Fryderyka Chopina w Poznaniu.

HR: Koncert grupy metalowej pod dachem teatru czy opery to raczej rzadkość, tym bardziej w Polsce. Czy będzie kontynuacja? Tak, to prawda, znowu jesteśmy pionierami (śmiech) i to nie po raz pierwszy, bo także w filharmonii wystąpiliśmy jako pierwsi z metalowców, no i jak na razie jedyni. Nie

Kto wie, może i od Belzebuba, ale mówiąc poważnie, whisky bardzo lubię, dziękuje za miłe porównanie, z tym, że z nią trzeba uważać, bo dla wokalisty alkohol to wielki luksus. O dar głosu trzeba dbać przede

ROCKOPERA

AKORDY SŁÓW czyli

rock/metal

symfonicznie

wiem, czy kogoś jeszcze będzie stać na to, żeby coś takiego powtórzyć, ale wtedy to już i tak będzie tylko powtórka. A na świecie jest dosłownie kilka takich koncertów, gdyż to jest zawsze i wszędzie ogromne wyzwanie. Cóż, nam się udało i oczywiście jesteśmy bardzo dumni, a nieskromnie powiem, że mamy z czego, bo to gigantyczny kawał roboty, jaki znów mamy za sobą, ale było warto. Mamy nadzieję na kontynuacje, rozmowy na ten temat trwają ze sponsorami i pewną fundacją, kto wie, może znów gdzieś w czymś będziemy znowu pierwsi. Ja jestem dziś szczęśliwy szczególnie, że mogłem wystąpić w moim ukochanym mieście i na 100-lecie Opery, to niesamowite przeżycie dla mnie i całego Ceti również. HR: Skala brzmienia twojego głosu była zawsze imponująca. A teraz to dojrzałe, klarowne whisky dla wszystkich twoich fanów. Czy to efekt przemiany, czy może jakiś tajemniczy dar od jakiegoś Belzebuba?

30

www.hardrocker.pl

wszystkim zdrowym trybem życia i tym się zawsze kieruję i to polecam wszystkim, którzy zdecydują się w życiu śpiewać, inaczej się zwyczajnie nie da i żeby głos brzmiał zawsze dobrze i rozwijał się oraz dojrzewał, to jest baza i punkt wyjścia.

HR: Z takim głosem mogłeś zostać na stałe w operze. Dlaczego wybrałeś właśnie hard rock i metal? Operę bardzo podziwiam i szanuję śpiewających w niej artystów, ale to nie dla mnie, zbyt statyczne, ja uwielbiam ruch i moc rocka, moja muzyka nie stoi w miejscu, wciąż się rozwija i ewoluuje, to jest dla mnie, bo to jest moje życie. Jak widziałeś, na koncercie w klasycznej operze nie da się robić tego wszystkiego, co my robimy, opera to fantastyczne miejsce, ale ja urodziłem się dla rocka, choć dziś bardzo się cieszę, że udało się nam połączyć dwa artystyczne światy i potrafimy pracować i grać razem, my rockowcy i klasycy, piękna sprawa. HR: Rockowych, czy popowych polskich bandów na świecie nikt nie zna, może poza mieszkającymi za granicą rodakami - jedynie metal ma mocną, światową reprezentację. W Polsce metal natomiast dał się zepchnąć na boczny tor, nawet bardzo znane grupy... Czy dla takiego człowieka, jak ty, związanego z historią polskiego rocka jest na to jakieś wytłumaczenie? Ja nie mogę sobie tego wytłumaczyć, może to znak czasu, może kwestia poziomu dzisiejszego społeczeństwa i lansowanej w mediach muzyki, która staję się wykładnią dla wszystkich, także dla młodych, bo nie

HR: Pracujecie intensywnie nad nową płytą. Chodzą słuchy, że będzie ona powrotem do korzeni i klasycznego hard rocka i heavy metalu. Czy będą to utwory w klimacie “Anyhwere”, do którego teledysk od niedawna biega po Internecie?

Jak już mówiłem w kilku wywiadach, od dawna planujemy taką płytę, która będzie powrotem dla rasowego klasycznego heavy, zapowiadam to już od dość dawna i tak będzie. “Anywhere” to utwór zapowiadający, a teledysk zawdzięczamy Dominikowi Czechowi związanemu z telewizją TVN. Myślę, że może on zapowiadać najnowszą płytę i dać o niej pewne wyobrażenie, ale jak będzie, zobaczymy, będzie na pewno ciekawie i mam nadzieję zaskakująco. A cieszymy się przy okazji, że klip się fanom podoba, i utwór także. HR: Płyta ma nosić tytuł “Ghost Of The Universe” - odnosi się on do zawartości muzycznej? Tytuł zawsze mówi coś o utworze, w naszym przypadku też nie będzie inaczej, ale w sztuce najważniejsza jest tajemnica, więc jeszcze trochę cierpliwości i chętnie opowiem o płycie. Przygotowaliśmy już specjalną zapowiedź, której premiera medialna już wkrótce, a wtedy trochę więcej informacji. Ale ostatecznie wszystkie najciekawsze wiadomości to już bliżej samego wydania płyty, a myślę, że będzie ich trochę.

HR: Zbliżamy się do końca wywiadu, możesz powiedzieć, jakie są wasze najbliższe plany? Przede wszystkim płyta oraz kolejne plany koncertowe, a teraz chcemy się nacieszyć naszym koncertem w operze, który, jak widziałeś, był sporym sukcesem, a nawet dużym - bym powiedział, bo osobiście uważam to za kolejny przełomowy moment w historii Ceti. Cóż, trochę pozamiataliśmy. HR: Koncert nagłośniony był sprzętem Alphard Hannibal, który tym razem, choć nastawiony był bardziej na jakość, niż na moc - i tak wyraźnie nasycił pełną salę z balkonami. Natomiast na scenie, wśród monitorów, zauważyć można było kolumny Magnum... Jesteś zadowolony z oprawy akustyczno-technicznej w wykonaniu Alpharda? Osobiście jestem bardzo zadowolony, gdybym nie znał tego sprzętu i firmy i jej zwyczajnie nie cenił, to na pewno nie poprosiłbym o naszą współpracę przy tak ważnym dla nas wydarzeniu, jakim był koncert w Operze. Oczywiście, że jestem zadowolony i równocześnie bardzo dziękuję firmie raz jeszcze za wkład w nasz wspólny sukces. HR: Te nowe doznania metalu symfonicznego były dla mnie niesamowitym przeżyciem. Bardzo dziękuję za koncert i wywiad. Opracowanie: Adam Wójcik

Zdjęcia: Tomasz Modliński

O ile konglomerat muzyki poważnej z rockową czy metalową trafia się raz na jakiś czas na zagranicznych scenach, tak w przypadku Polski jest to nadal ciekawostka. Koncert ten, który odbył się pod patronatem magazynu Hard Rocker oraz firmy Alphard Sound Technology ETP, wyprzedany do ostatniego miejsca, celebrował setne urodziny Teatru Wielkiego w Poznaniu. Na pytania naszego wysłannika odpowiadał lider grupy Ceti, wokalista Grzegorz Kupczyk.

mają szansy posłuchać czegoś innego i wyrobić sobie zwyczajnie zdania czy gustu. Nie wiem, czy ja zwyczajnie mogę to wytłumaczyć. Bo my, rockowcy, staliśmy się poniekąd ofiarami tego wszystkiego. Nie wiem, czy daliśmy się zepchnąć, raczej nas zepchnięto, a dlaczego - trudno mi zrozumieć, ale może to też trochę wina nas samych, bo pozwoliliśmy sobie w nowych czasach na pewien rodzaj koleżeńskich przepychanek i przespaliśmy jakiś moment, a może wszystko po trochu. Najgorsze jest to, że obniżył się ogólnie poziom wykonawstwa i co za tym idzie, poziom odbioru sztuki i to, co wyższe już trochę nie jest przyjmowane do wiadomości, choć nie dziś, w Poznaniu, bo przecież dziś mieliśmy tu tysiąc widzów, a to napawa optymizmem, że jest taka publiczność, jak ta nasza dzisiejsza.

www.hardrocker.pl

31


Każdy utwór na płycie jest oparty na moich osobistych doświadczeniach,

związanych z uzależnieniem, z którym sam się zmagałem

Oficjalna strona zespołu: www.myspace.com/seventhvoid

Odpowiedzią są takie zespoły, jak Alice In Chains, Soundgarden, Led Zeppelin, czy AC/ DC. Moim celem było połączenie tego, co kocham w każdym z nich. HR: Jak opisałbyś płytę “Heaven Is Gone” komuś, kto jej nie słyszał? Powiedziałbym, że jest ciężka, mroczna i wyjątkowa. Jest na niej dużo brudu, ale też harmonii.

przyjaciół. Teksty są bardzo prawdziwe i szczere. Poświęciłem im bardzo dużo pracy.

Zrozumieliśmy, że zespół

HR: Rozumiem. Co obecnie znajduje się w twoim odtwarzaczu? Nic nowego. Black Sabbath, Led Zeppelin, Rage Against The Machine. Jednak słucham głównie pierwszego z wymienionych, bo jestem na etapie tworzenia nowej płyty

są nadal cenione

i nasza muzyka

Kenny Hickey, były gitarzysta tego kultowego zespołu, nie próżnował w ostatnim czasie. Nie dość, że odbył trasę koncertową z zespołem Danzig, to również udało mu się wespół z bębniarzem Type O Negative, Johnnym Kelly, Odpowiedzią są takie zespoły, jak Alice In Chains, Soundgarden, Led Zeppelin, czy AC/DC. jak również Mattem Brownem i Hankiem i bardzo chcę, by brzmiała w starym, Hellem nagrać świetną płytę pod szyldem Seventh Void. Przed Wami Kenny Hickey. HR: Jak wyglądało jej nagrywanie? dobrym stylu - bardzo hard rockowo. Stąd Nienawidzę nagrywania, chociaż ma swoje HR: “Heaven Is Gone” jest bardzo dobrym albumem. Jak do tego doszło, że też słucham dużo AC/DC. plusy. Jednym z nich jest na pewno to, że w ogóle powstał? podczas szlifowania utworów, wychodzi HR: Co jeszcze jest dla ciebie Pomysł narodził się w naszej głowie, gdy mieliśmy małą przerwę w Type O Negative. często coś nieprzewidzianego i często inspiracją przy tworzeniu nowej Podczas 16 lat grania razem, nie mieliśmy w gruncie rzeczy czasu, by zrobić coś innego. wyjątkowego. Zdecydowanie mogę płyty? Niekoniecznie muzycznie... Potem nastąpiła dwuletnia przerwa w funkcjonowaniu Type O Negative i wtedy zacząłem się powiedzieć, że nie cierpię procesu pisania Moją inspiracją są zawsze moje własne lęki zastanawiać, co bym grał, gdybym nie należał do zespołu. Seventh Void było swoistym utworów. To długa i męcząca dłubanina. i frustracje. Zawsze mi się wydawało, że eksperymentem. jestem skłonny do doświadczania tych uczuć HR: W Type O Negative to Peter pisał HR: Seventh Void gra mocniej niż przeciętny człowiek. Cierpię na utwory, prawda? zupełnie inną muzykę bezsenność i często mam napady lękowe, Tak. Trwało to godzinami. Spędzaliśmy niż Type O Negative. Co więc potrzebuję sposobu, by to odreagować. w studio po kilkanaście godzin skłoniło was do Dlatego, by zachować równowagę, udoskonalając poszczególne kawałki. To pójścia w kierunku przelewam to wszystko na muzykę. była katorga (śmiech). grunge’u? HR: Czy sam proces tworzenia muzyki Zanim zacząłem nagrywać HR: A jak ma się tworzenie muzyki działa na ciebie kojąco? “Heaven Is Gone”, do pisania tekstów? Czy to drugie Tylko kiedy stwierdzę, że to, co napisałem, zadałem sobie przychodzi ci łatwiej? jest naprawdę dobre. Wtedy zdecydowanie następujące pytania: “Co Teksty są dla mnie niesłychanie ważne. działa na mnie kojąco. mnie pociąga Każdy utwór na płycie jest oparty na moich w muzyce?”, “Co po tylu HR: Jesteś zwykle zadowolony osobistych doświadczeniach, związanych latach grania wciąż z efektu swojej pracy? z uzależnieniem, z którym sam się wywołuje we mnie zachwyt?”.

A

Zadałem sobie następujące pytania: “Co mnie pociąga w muzyce?”,

“Co po tylu latach grania wciąż wywołuje we mnie zachwyt?”.

Daleko od nieba zmagałem i przez które straciłem wielu bliskich

Zdjęcia: Napalm Records

Cierpię na bezsenność i często mam napady lękowe, więc potrzebuję sposobu, by to odreagować.

Czasem to, co właśnie napisałem, bardzo mi się podoba

i jestem bardzo zadowolony, natomiast po dwóch tygodniach stwierdzam, że jest to absolutnie niesłuchalne (śmiech). Działa to też w drugą stronę: jestem bardzo zadowolony z rzeczy, które zaraz po napisaniu wydawały mi się słabe. Nigdy nie jest tak, że z czegoś jestem do końca zadowolony, albo niezadowolony. HR: W Type O Negative zawsze mieliście dużo dystansu wobec tego, co robiliście. Byliście znani jako jeden z najbardziej przewrotnych zespołów metalowych. Czy nadal uważasz to podejście za istotne, czy może była to konwencja zarezerwowana dla tamtego zespołu? Uważam, że nie można brać siebie zbyt poważnie. Type O Negative budził wiele różnych emocji. Było tam dużo humoru, ale również tragizmu. Jeśli chodzi o Seventh Void, to nasze podejście jest na pewno dużo poważniejsze, bo taki jest charakter zespołu. Nie znaczy to jednak, że nie mamy dystansu wobec tego, co dzieje się wokół nas. HR: Chciałabym ci zadać pytanie, które na pewno zadaje sobie wielu fanów Type O Negative: czy to definitywnie zamknięta sprawa? Absolutnie. Po odejściu Petera nie ma możliwości, byśmy nadal nagrywali pod szyldem Type O Negative. On był nie tylko muzykiem, ale również, a może przede wszystkim, osobowością. Bez niego ten zespół nie ma racji bytu. Osobiście uważam, że takie przedsięwzięcia są z góry skazane na porażkę. Z resztą widać to na przykładzie innych, może z wyjątkiem AC/ DC. HR: Czy w takim razie przewidujesz udzielanie się w jakichkolwiek innych projektach, niż Seventh Void? Grałem na Ozzfeście z Kingdom Of Sorrow, na zaproszenie Jamey’ego Jasta i wcześniej wspomnianą trasę z Danzig. Obecnie skupiam się na Seventh Void i nie mam żadnych innych planów, ani projektów. HR: Poza przygotowywaniem nowej płyty jesteście w trasie, nieprawdaż?

32

www.hardrocker.pl

Owszem, koncertujemy z Monster Magnet i niedługo przyjeżdżamy do Europy. HR: Jaki występ nazwałbyś najlepszym w swojej karierze? To był występ na festiwalu Dynamite w 1996 roku. Type O Negative było wtedy u szczytu kariery. Na nasz koncert przyszło 300 000 osób. To było niesamowite przeżycie. Osobiście uwielbiam grać na wielkich festiwalach. Żywiołowa reakcja tak dużej publiczności jest czymś niezwykłym, czymś, co daje ogromnego kopa energii. HR: Czy możemy zatem spodziewać się dużej trasy promującej waszą nową płytę, tym razem z uwzględnieniem Polski? Mam taką nadzieję. Zdecydowaliśmy wydać płytę na wiosnę. Następnie planujemy zagrać na kilku europejskich, letnich festiwalach, tak więc być może uda się zawitać też do Polski. HR: W takim razie trzymamy kciuki i czekamy. Dziękuję ci za rozmowę. Ja również. Pozdrowienia dla wszystkich naszych fanów w Polsce! Rozmawiała Kamila Skoczek

Dyskografia: Heaven Is Gone (2009/2010)

nacrusis jest jedną z tych grup, które swój powrót na scenę zawdzięczają zaproszeniu na festiwal Keep It True. Wtedy zespół się reaktywował, nagrał ponownie dwa pierwsze albumy i muzycy zrozumieli, że jednak warto kontynuować to, co zaczęli w latach osiemdziesiątych.

Miałam okazję porozmawiać z wokalistą i gitarzystą, Kennem Nardi, który z nieukrywaną szczerością i radością zdradził mi wiele szczegółów związanych z zespołem.

HR:

“Hindsight: Suffering Hour & Reason Revisited” to dość nietypowe wydawnictwo, gdyż nagraliście ponownie dwa pierwsze

albumy. Skąd taki pomysł? Zespół nigdy tak naprawdę nie był zadowolony z obu albumów od samego początku. Zawsze czuliśmy, że dobry materiał utkwił pod słabą i złą produkcją i zawsze mieliśmy nadzieję, że kiedyś uda się to naprawić. Pod koniec 2008 roku nasz oryginalny perkusista wrócił do miasta i zaczęliśmy znów się spotykać. W tym samym czasie nawiązałem kontakt z promotorem Keep It True Festival i zostaliśmy zaproszeni, trzeba było tylko przywrócić

zespół do życia. Zgodziliśmy się wystąpić i wtedy właśnie skład z czterema oryginalnymi muzykami zaczął znów grać próby. Wpadliśmy od razu na pomysł, aby zrobić coś w związku z tymi dwoma albumami, to był dla nas idealny czas. A że oryginalne taśmy już nie istniały i niemożliwe było zmiksowanie materiału ponownie, prostszym rozwiązaniem było nagranie go ponownie.

HR:

Nie sprawiło wam trudności przearanżowanie i ponowne nagrywanie tych klasycznych utworów? Wynajęliście studio nagraniowe, czy ktoś z was ma może własne? Większość materiału nagraliśmy w sali prób, którą wynajęliśmy w celu przygotowania się do Keep It True. Możesz zobaczyć video z tego miejsca, jak gramy “Present Tense”, który wrzuciłem na youtube jako zapowiedź nadchodzącego koncertu. Materiał został zmiksowany i wyprodukowany w moim domu, na moim komputerze. Jeśli chodzi o ponowną

pracę nad utworami, starałem się jak najlepiej odtworzyć atmosferę i klimat oryginalnych kawałków, aczkolwiek odnieśliśmy wrażenie, że tak powinny były zabrzmieć od razu, przy

Zdjęcia: archiwum zespołu

M

uzyków tworzących formację Seventh Void nie trzeba nikomu przedstawiać - w końcu siła napędowa zespołu wywodzi się z Type O Negative. Wydany w zeszłym roku album “Heaven Is Gone” (niedawno wydany w Europie nakładem Napalm Records) udowadnia, że sukces Type O Negative nie był jedynie zasługą nieodżałowanego Petera Steele’a.

i przez które straciłem wielu bliskich przyjaciół.

pierwszym nagraniu. Starałem się, aby linie wokalne i melodyczne utworów zmieniły www.hardrocker.pl

33


Więcej informacji: www.myspace.com/anacrusisofficial

Owszem, było wyzwaniem nauczenie się 22 utworów, których nie graliśmy razem przez ostatnie 20 lat, ale daliśmy radę.

HR:

dla mnie ogromną inspirację, tak więc nigdy nie ukrywałem, że orkiestracje w kawałku “Screams And Whispers” były mocno zainspirowane przez “Into The Pandemonium”. Pozostali członkowie kapeli lubią podobne zespoły, ale na przykład Mike, nasz perkusista, lubi słuchać punka, Kevin, gitarzysta, preferuje bardziej rockowe klimaty, jak Queen albo Motorhead, a basista, John, jest fanem grania w stylu lat 70’tych, Genesis, Yes, Rush... Zbierz to wszystko do kupy i masz Anacrusis.

HR:

Anacursis nigdy nie stał się tak dużym zespołem, jakim mógłby być. Jak sądzisz, co było najważniejszym wydarzeniem dla Anacrusis? Wiesz co, jest wiele takich wydarzeń, które są dla nas ważne. Reakcja fanów na nowy album, nasz powrót na scenę, no i oczywiście wystąpienie na Keep It True. Widok tych wszystkich ludzi bawiących się przy naszej muzyce, po dwudziestu latach nieobecności był czymś wspaniałym. Nie potrafię nawet dokładnie opisać tego uczucia, kiedy pracowaliśmy ciężko jako zespół i w pewnym momencie wszystko się rozpadło, sądziłem, że wszystko stracone, aby powrócić po siedemnastu latach i zobaczyć, że ludzie nadal kochają nasza muzykę. Niesamowite... A najważniejsze wydarzenia z przeszłości to chyba granie przed takimi zespołami, jak Megadeth, Mercyful Fate i Trouble. Oczywiście, mamy na koncie wiele wspaniałych koncertów, ale sądzę, że wszyscy w zespole się zgodzą, że trasa po Europie z Death to były najlepsze koncerty Anacrusis.

Dlaczego sami wydaliście ten materiał? Nie zainteresowała się nim żadna wytwórnia? To nie jest coś, co chcemy robić non stop i w pełni się temu poświęcić, a zespoły w dzisiejszych czasach nie sprzedają zbyt wiele płyt. Chciałem, aby zespół miał całkowitą kontrolę nad produkcją, okładką, zawartością i wszystkim innym. Zrobiliśmy limitowane wydanie głównie z powodu dwóch Macie kilka niezłych wideoklipów - kto je sfinansował i jak wspominasz nadchodzących koncertów - i płyty zostały ich filmowanie? niemal całkowicie wyprzedane. Może Właściwie to zrobiliśmy dwa teledyski, do “I Love The World” i do “Sound The Alarm”. Oba dotłoczymy ich więcej, jeśli będzie taka zrobił bardzo tanim kosztem nasz przyjaciel, który studiował wtedy w filmówce. “Sound The konieczność, ale jeszcze nie wiemy tego do Alarm” graliśmy w Headbangers Ball w 1993 roku. Nigdy nie dostaliśmy żadnych pieniędzy na końca. Co do wytwórni, ja po prostu nie mam do tego cierpliwości, wszystko trwa zbyt Nie potrafię nawet dokładnie opisać długo i ciągnie się w nieskończoność. tego uczucia, kiedy pracowaliśmy Lubię, gdy coś jest załatwione i prędzej zrobię to sam, aniżeli miałbym wciągać ciężko jako zespół i w pewnym dodatkowe osoby, które tylko zaczną komplikować sprawy. Tak było po prostu momencie wszystko się rozpadło, dla nas łatwiej.

HR:

HR:

Nazwałabym was „Queensryche Thrash Metalu” – zgodzisz się ze mną? Tak, poza milionami albumów, które Queensryche sprzedali i kasą, jaką zrobili na graniu (śmiech). A poważnie, to dla mnie komplement. Queensryche to wspaniały zespół, który zawsze próbował zrobić coś nowego i świeżego, co my również staramy się robić. W tej kwestii można nas porównywać, bo nie sądzę, że gramy podobnie, aczkolwiek w ich muzyce jest pewna głębia, którą i my staramy się uzyskiwać pisząc kawałki.

HR:

I o tym kolejne pytanie. Wasza muzyka jest totalnie oryginalna, wiesz, brak jakichkolwiek schematów. Kto was inspiruje? Rush? Dream Theater? Megadeth? Dream Theater raczej nie, ale zespoły, które wymieniasz, z pewnością. Inspiruje nas wiele zespołów, jak każdego innego muzyka. Lubię w utworach melodie - i to jest chyba to, co odróżnia nas od innych ciężko grających zespołów. Byłem kiedyś pod ogromnym wpływem Metal Church, Savatage, Trouble, Metallica... Ale lubię też nie metalowe zespoły, jak New Model Army albo The Cure. Kiedy komponuję, staram się połączyć melodię z mroczną atmosferą, ciężkim brzmieniem, również Celtic Frost stanowiło

34

www.hardrocker.pl

sądziłem, że wszystko stracone. zrobienie teledysków, a oba kosztowały nas tylko taśmę. Montaż również był za darmo, robiony na uniwersytecie po godzinach. Wszystkie pozostałe rzeczy które są na youtube, zrobiłem sam wykorzystując materiały zespołu nagrane w tamtych czasach.

HR:

Nie tak dawno wydaliście składankę ze wszystkimi starymi demówkami. Nie było ciężko przygotować je do wydania? W naszym przypadku było bardzo ciężko. Zawsze byłem entuzjastycznie nastawiony do nagrywania i produkcji - i sam nagrałem wszystkie nasze dema, najpierw na czterośladowcu, później na ośmio, w mojej piwnicy. Gdy Iordan ze Stormspell skontaktował się ze mną z propozycją wydania „Annihilation Complete”, byłem trochę skołowany na początku, bo oryginalne kopie zostały skradzione z mojego samochodu lata temu, a ja byłem w posiadaniu tylko ich marnych kopii. Starałem się więc jak tylko mogłem wyczyścić je możliwie jak najlepiej i wybrałem kilka nagrań na żywo na DVD. Spędziłem nad tym masę czasu, ale chciałem, żeby brzmiały naprawdę dobrze.

HR:

Zespół powrócił właściwie z okazji zaproszenia na Keep It True Festival. Jak wspominasz podróż do Europy i generalnie, cały występ? Wulkan na Islandii o mało nie zrujnował naszej całej wyprawy. Kilka zespołów w ogóle nie dotarło na miejsce, ale my mieliśmy szczęście, bo złapaliśmy pierwszy lot do Frankfurtu po tych wszystkich wydarzeniach z wulkanem. Koncert wyszedł wspaniale, a wszyscy traktowali nas przez dwa dni jak gwiazdy rocka (śmiech)... Spotkaliśmy się z wieloma przyjaciółmi i fanami, a to wszystko razem zebrane stanowi najlepsze dni w moim życiu. Jesteśmy naprawdę bardzo szczęśliwi, że zostaliśmy zaproszeni, bo dzięki temu zrozumieliśmy, że zespół i nasza muzyka są nadal cenione, po tylu latach.

HR:

To może jest szansa na nagranie nowej płyty? A może czas na ponowne nagranie kolejnych dwóch albumów? Nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek nagrali kolejne dwie płyty, a zwłaszcza z oryginalnymi muzykami z tych wydawnictw, to nie do zrobienia na ten moment. Sądzę też, że większość fanów lubi “Manic Impressions” i “Screams And Whispers”, nowe wersje nie zostałyby prawdopodobnie zaakceptowane. Jeśli chodzi o nowy materiał, to ja, Mike i John pracujemy nad nowymi kawałkami. Niektóre utwory pochodzą z okresu, gdy zespół przestał istnieć, a ja dalej komponowałem. Nasz gitarzysta, Kevin, zdecydował, że nie będzie brał udziału w tym, co robimy, bo to dla niego inna muzyczna bajka. Planujemy nagrać 25-30 utworów i wydać je jako podwójny album, prawdopodobnie pod inną nazwą. Oczywiście, rozglądamy się też za możliwościami grania koncertów jako Anacrusis.

S

teve Sylvester to jedna z tych postaci na scenie metalowej, obok której nie da się przejść obojętnie. Znany jest głównie z zespołu o dość kontrowersyjnej w niektórych kręgach nazwie - Death SS (gdzie SS oznacza zwyczajnie inicjały wokalisty). Dzisiaj jednak uwagę na sobie skupia jego nowy projekt: Sancta Sanctorum, który właśnie wypuścił swój debiutancki album i w którym... odnaleźli się prawie wszyscy starzy muzycy Death SS. Na pytania odpowiadał sam Steve Sylvester.

HR:

Sancta Sanctorum jest niemalże spełnieniem marzeń fanów Death SS: stary skład znowu razem. Jak zrodził się pomysł na stworzenie tego zespołu, w dodatku pod inną nazwą?

Wszystko zaczęło się kilka lat temu, gdy Thomas zapytał mnie, czy nie wziąłbym udziału jako gość w projekcie Witchfield. Minęło sporo czasu, od kiedy ostatni raz się widzieliśmy, praktycznie od czasu albumu “Mad Messiah”, gdzie Thomas grał w kilku utworach. Zgodziłem się na jego propozycję i zaśpiewałem

Nie bardzo... Po pierwsze, Sancta Sanctorum nie prezentuje tego charakterystycznego stylu kojarzącego się z horrorami, jaki prezentował Death SS, tutaj poruszamy bardziej okultystyczne tematy, nie używamy teatralnych rekwizytów, ani nie mamy żadnej choreografii. Nasza muzyka to doom metal z elementami progresywnego rocka i psychodelii z lat 60-tych i 70-tych. To jest jedyny wspólny element tej kapeli z wczesnym Death SS.

HR:

Sancta Sanctorum jest grupą znanych muzyków z Włoch. Jak wygląda proces komponowania utworów, kiedy w zespole jest tylu utalentowanych ludzi?

Ten projekt powstał z inicjatywy mojej i Thomasa, i to my jesteśmy głównymi kompozytorami w zespole. Przeważnie Thomas zaczyna z jakimś

Sancta Sanctorum, czyli ”Saint of the Saints”, to najświętszy obszar świątyni, która skrywa

Arkę Przymierza, czyli widzialny znak obecności Boga na ziemi. kawałek Alice Coopera “The Black Widow”. Tego samego wieczora Thomas puścił mi kawałki, które zaczął komponować, a że bardzo mi się spodobał jego nowy materiał, wspólnie zadecydowaliśmy, aby założyć nowy zespół. Pod koniec pierwszej sesji nagraniowej postanowiliśmy zaprosić do współpracy basistę, Danny’ego Hughesa - i to była świetna decyzja, bo swoją grą wprowadził klimat, który nas ze sobą trzymał trzydzieści lat temu. Wszystko działo się bardzo spontanicznie, a do tego teraz jesteśmy bardziej dojrzałymi i doświadczonymi muzykami.

HR:

Czy nazwa zespołu ma jakieś ukryte znaczenie?

HR:

Planujecie jakieś koncerty?

HR:

Wielu ludzi uważa, że wasza muzyka jest jakby kontynuacją twórczości Death SS, zgodzisz się z tym?

Sancta Sanctorum, czyli “Saint of the Saints”, to najświętszy obszar świątyni, która skrywa Arkę Przymierza, czyli widzialny znak obecności Boga na ziemi. Wybrałem tę nazwę, bo lubię te wszystkie święte i tajemnicze sprawy... Jest w tym coś mrocznego, pasującego do muzyki tworzonej przez zespół. Nie, nie w tym momencie. W pierwszej połowie października będziemy kręcić wideo promocyjne i prawdopodobnie nagrywać nowy singiel. Jeśli chodzi o koncerty, wolimy poczekać do momentu, aż będziemy całkowicie gotowi przygotować naprawdę dobre show. Ten zespół powstał tylko jako projekt studyjny, aczkolwiek zaczęliśmy też myśleć o poszerzeniu działalności, ale na ten moment każdy z muzyków ma masę innych zobowiązań, do tego mieszkamy bardzo daleko od siebie. Ale obiecuję, że prędzej czy później na pewno coś się wydarzy!

ciekawym riffem, później ja komponuję refren, tekst i melodie. Pozostali muzycy wnoszą coś od siebie w ostatnim etapie pracy nad utworami, gdy już robimy przedprodukcję każdego kawałka, przed nagraniem płyty.

HR:

Macie w planach grać albo może nagrać coś z klasyki Death SS?

Nie! Death SS to zupełnie inny zespół, który wciąż istnieje. Teraz jest po prostu uśpiony i czeka na właściwy moment, aby powstać. Aczkolwiek jeśli chodzi o koncerty, to z Sancta Sanctorum mamy w planach grać utwory z moich dwóch solowych albumów: “Free Man” i “Mad Messiah”, być może z nowymi aranżacjami.

HR:

Zespół powstał w 2007 roku, dlaczego tak długo zajęło nagranie i wydanie debiutanckiego albumu?

Jak już wspominałem wcześniej, Sancta Sanctorum powstał jako projekt studyjny, w którym ja i Thomas zajmujemy się komponowaniem materiału w wolnych chwilach. Każda osoba w zespole mieszka w innym mieście we Włoszech i ciężko jest zaaranżować czas, w którym wszyscy moglibyśmy się spotkać i pracować nad utworami.

HR:

Wszystkie projekty, w których bierzesz udział, mają bardzo interesująca warstwę tekstową. Jak jest z tekstami w Sancta Sanctorum? Jak wiesz, jestem jedynym twórcą tekstów. W tym projekcie nie znajdziesz ezoteryki ani elementów horroru, jak w Death SS. Ten album to jedna całość, bardzo pesymistyczna, opowiada o bólu życia, o mrocznych aspektach ludzkiej egzystencji i w ogóle o sensie egzystencji. Nie jest to nic związanego z gotyckimi tekstami czy literaturą, ale z zagładą, refleksjami o przeznaczeniu ludzkiego życia. Tu i ówdzie możesz dostrzec prawdziwe fakty, czy opisy prawdziwych ludzi z aktualnej sceny politycznej, aczkolwiek to wszystko znajduje się tylko między wierszami, do tego przemyślenia związane z przepowiedniami końca świata w roku 2012. Ale pozostawiłem też wiele miejsca dla słuchaczy, aby mogli interpretować teksty na swój własny sposób.

HR:

Czy działalność w tym zespole nie ma wpływu na Death SS? Co się właściwie dzieje w twoim głównym zespole?

Jak już wspominałem, Death SS wciąż żyje, tylko czeka na odpowiedni dla siebie moment, może to będzie nowa płyta, albo trasa. Teraz, kiedy wszyscy jesteśmy wolni od zobowiązań, sami możemy zadecydować, kiedy, jak i czy w ogóle będzie powrót. Ja na ten moment mam dwa wspaniałe zespoły, którymi się zajmuję, Sancta Sanctorum oraz W.O.G.U.E. (Work Of God United Entertainments) i tyle mi wystarczy. Ale pamiętaj, zło nie umiera nigdy (śmiech)!

Rozmawiała: Justyna Szewczyk

HR:

Dzięki za rozmowę, Kenn, ostatnie słowo jest twoje! Dzięki za wywiad i dziękuję wszystkim, że nie zapomnieli o nas przez tyle lat. To zawsze sprawia radość, gdy ludzie bawią się przy muzyce, którą tworzymy. Mam też nadzieję, że ludzie będą otwarci na to, co uda nam się stworzyć w przyszłości. Rozmawiała: Justyna Szewczyk

Dyskografia

: Annihilation Complete (demo) 1986 Demo I (demo) 1986  Suffering Hour 1988   Quick to Doubt (demo) 1989  Manic Impressions (demo) 1990  Reason 1990 Manic Impressions 1991 Screams And Whispers (demo) 1992  Screams And Whispers 1993 Annihilation Complete (kompilacja) 2009  Hindsight: Suffering Hour & Reason Revisited 2010

Mroczne aspekty

: Dyskografia kness Dar The Shining

2010 Zdjęcia: Black Widow

się jak najmniej, ale żeby brzmiało świeżo, a Kevin nagrał ponownie kilka solówek. Owszem, było wyzwaniem nauczenie się 22 utworów, których nie graliśmy razem przez ostatnie 20 lat, ale daliśmy radę, trzymaliśmy się planu i wszyscy jesteśmy zadowoleni z efektu końcowego, no i jesteśmy dumni mogąc zaprezentować ludziom te wczesne kompozycje.

Oficjalna strona zespołu: www.myspace.com/sanctasanctorumband

ludzkiej egzystencji www.hardrocker.pl

35


Pamiętam, że siedzieliśmy

F

ińska grupa Oz od lat jest jednym z najbardziej kultowych nordyckich zespołów, a jednocześnie jednym z najbardziej tajemniczych. Powiązani swego czasu z Black Mark Productions, wytwórnią, która dała światu między innymi Bathory, wydali w sumie pięć albumów studyjnych - jednakże ich najbardziej rozpoznawalnym utworem jest pochodzący z singla o tym samym tytule “Turn The Cross Upside Down”.

Skąd wywiad z nimi? Otóż są dwa powody. Jeden tradycyjny: lubimy wygrzebywać dla was ciekawe starocie. I drugi, zdecydowanie ciekawszy: Oz kładą ostatnie szlify na nowym albumie studyjnym, którego premierę przewidziano na 2011 rok, a więc dokładnie 20 lat po ostatniej płycie! Na pytania odpowiadał Mark Ruffneck (Pekka Mark), perkusista zespołu.

Zdjęcia: archiwum zespołu

HR: Mark, jak to możliwe, że Oz wraca na scenę po 20 latach? Nokia i Carlsberg (prawdopodobnie najlepsze piwo na świecie) łączą ludzi (śmiech)... Zadzwoniłem do Jaya jakoś zeszłego lata i spytałem, czy by nie chciał czegoś znów porobić. Po

na spotkaniu z ludźmi z wytwórni

płytowej przeglądając papiery

i numery sprzedanych płyt, kiedy Jay zaczął się śmiać i pokazał

nam liczbę 666 na rachunku. Główna ekipa Oz jest znowu razem! To będzie klasyczny Oz z brzmieniem z 2010 roku. A jak zabrzmi? Może jak „Fire In The Brain vol. II”? Nowe utwory zakorzenione są w latach 80-tych i zmiksowane z nowymi pomysłami. To będzie zabójczy album z surowym metalem w stylu Oz! HR: Mark, startowaliście jako The Oz w 1977 roku, a wasze pierwsze wydawnictwa to raczej klasyczny hard rock. Jak doszło do przemiany w grupę heavymetalową? Kiedy mieliśmy nowy skład, a Jay pokazał swój talent w pisaniu metalowych numerów, Oz zmienił się w grupę heavymetalową, tak jak to od początku planowałem. Ale pierwsza płyta i tamten czas to była raczej nauka (śmiech).

Productions. Jak wspominasz współpracę z tymi wytwórniami? Więc tak, Oz podpisał papiery z Bossem (Borje Forsbergiem) i jego wytwórnią, Tyfon Records. Kiedy Boss współpracował z różnymi firmami na świecie, bywało różnie. W latach 80-tych, bez emaili, internetu, łatwych przelotów, dystans między Oz, a miejscem wytwórni zawsze stwarzał jakiś problem. Z niemiecką firmą RCA pracowało się najlepiej. HR: Mieliście jakieś oficjalne klipy lub nagrania video? Znam parę rzeczy z YouTube, ale chyba nie są do końca oficjalne...? Pierwszy skład był w fińskiej TV, mieliśmy tam nagrane dwa utwory, poza tym po internecie krążą jakieś bootlegowe nagrania. Ale nie, nie było oficjalnych nagrań video.

HR: Wasz najbardziej znany kawałek to singlowy “Turn The Cross Upside Down”... To prawda, że po tym, jak dostaliście rozliczenie od wytwórni, przyszedł za niego czek na 666 dolarów i że wystraszyliście się tego, zmieniając tematykę tekstów? Tak, to prawda. Pamiętam, że siedzieliśmy na spotkaniu z ludźmi z wytwórni płytowej przeglądając papiery i numery sprzedanych płyt, kiedy Jay zaczął się śmiać i pokazał nam liczbę 666 na rachunku. Ale nie wydaje mi się, żeby to miało jakiś wpływ na teksty, Jay zawsze pisał jak chciał, każdy członek zespołu interesował się czymś innym, więc i teksty były różne. I nadal mamy dowolność w pisaniu tekstów.

HR: Zastanawiałeś się kiedyś, co by było, gdyby Oz nie rozpadł się w 1991 roku? Wiesz, Oz nie rozpadł się w 1991 roku. Powiedziałem do Ape’a że musimy zrobić małą przerwę, bo mamy pewne problemy, no i jakoś zajęło nam to 19 lat (śmiech)... Ale wtedy nie można było inaczej zrobić.

HR: Przyjaźniliście się z Quorthonem z Bathory, który wystąpił nawet na okładce waszych dwóch wydawnictw... Był fajną i sympatyczną osobą. Prawdziwy przyjaciel i fan metalu (śmiech). Mamy dużo

HR: Ostatnie pytanie. Zobaczymy was na jakimś z europejskich heavymetalowych festiwali? Tak, mamy swoje plany na koniec 2010 i na 2011 rok. Pierwszy plan to nowy album, co

HR: Wasze albumy były niemiłosiernie bootlegowane miliony razy. Może skoro w końcu wróciliście, pomyślicie o jakiejś sensownej reedycji? Kto wie, kto wie! Co prawda, nie mamy kontaktu z Bossem i firmą Black Mark i nie wiemy, co zamierzają... Ale zjednoczony Oz raczej patrzy do przodu, nie wstecz, ale kto wie, co się zdarzy w przyszłości.

Oficjalna strona zespołu: www.ozofficial.com

Musi być perfekcyjnie

36

paru tygodniach dostałem odpowiedź, że tak. Wtedy padło drugie pytanie: masz nowe kawałki? Jay: tak. Tego samego dnia wieczorem wysłał mi demo z jednym nowym utworem, całkiem niezłym. Po tym zaczęliśmy już planować, co będziemy dalej robić. Wtedy skontaktowałem się z Apem, zadałem te same pytania, zaplanowaliśmy parę rzeczy, no i jesteśmy! Pierwszy powód: chcieliśmy zrobić taki album, jaki miał się ukazać po płycie “Decibel Storm”. I uda nam się, bo teraz nie ma “niewłaściwych palców i ludzi” między nami, tak jak było to w 1986 roku. Ale główny powód jest taki, że po prostu sprawia nam to przyjemność!

HR: Wiem, że wykuwacie nowy album, jak posuwają się prace? Roboczy tytuł to “Greatest Blitz”. W tej chwili mamy zrobione ścieżki perkusji do 5 utworów, nagrywamy je tu, w Finlandii, w technice 5.1 surround. Użyliśmy ponad 30 mikrofonów, żeby nagrać bębny, brzmi to niesamowicie! W sumie będzie 12 utworów: 6 starych i 6 nowych. Mamy ścieżki do „Dominator”, „Seasons In The Darkness”, „Signs From Dead” oraz „Fire In The Brain” i „Search Lights”. Jakoś niedługo nagrywamy wokale do “Dominator”, ten kawałek pójdzie w świat jako pierwszy. HR: Nowy album będzie brzmieniowo kontynuował to, co znamy z waszej ostatniej płyty z 1991 roku, wrócicie do brzmienia z lat 80-tych, czy też mamy się spodziewać jeszcze czegoś innego? www.hardrocker.pl

fajnych wspomnień. Pierwszy raz spotkałem Quorthona w Finlandii, kiedy wpadł z Bossem na koncert Oz. Miał chyba wtedy 14 czy 15 lat. Kiedy zespół Oz przeprowadził się do Szwecji, do Sztokholmu, często się u nas pojawiał. Czasem w studio, czasem na koncertach, imprezowaliśmy razem i mieliśmy kontakt tak do 1991 roku. HR: Czy to dzięki niemu wylądowaliście na legendarnej składance „Scandinavian Metal Attack”? Nie, nie wydaje mi się. Oz dostał miejscówkę dzięki swojej surowej heavymetalowej muzyce. HR: Wydaliście dwie płyty dla Combat, jedną dla RCA i ostatnią dla Black Mark

się wydarzy później - zobaczymy. Koncerty, kilku organizatorów festiwali już się z nami kontaktowało i wysłali nam emaile, proponując wyjście na scenę. Jeśli Oz ma wyjść na scenę, wszystko musi być perfekcyjnie. A to wymaga czasu.

Rozmawiał: Bart Gabriel

Dyskografia:

Second Hand Lady / Rather Knight (singiel) 1982 Heavy Metal Heroes 1982 Fire In The Brain 1983 Turn The Cross Upside Down (EP) 1984 III Warning 1984 Decibel Storm 1986 Roll The Dice 1991


www.hardrocker.pl

43


44

www.hardrocker.pl

www.hardrocker.pl

45


46

www.hardrocker.pl


Więcej na: www.myspace.com/katramusic

F

ińska formacja Katra szturmem zdobywa rzesze fanów symfonicznego gotyku w Europie. O tym, co zespół ma do zaproponowania na swojej drugiej płycie, opowiada basista - Johannes Tolonen. HR: “Out Of The Ashes” to wasz trzeci album. W jakim kierunku według ciebie rozwinęła się wasza muzyka na tej płycie? Na “Out Of The Ashes” jest więcej naszego brzmienia. Więcej gitar zamiast syntezatorów, więcej dynamiki, riffów i przede wszystkim wokal Katry brzmi dużo potężniej niż kiedykolwiek. HR: Katra nie jest pierwszym zespołem dla większości z was. Co sprawiło, że zdecydowaliście się powołać ten projekt? Tak jak większość dobrych rzeczy w życiu, Katra powstała przez przypadek. Na początku byliśmy po prostu muzykami. Pewnego razu ja i Kristian (Kangasniemi - gitarzysta zespołu, przyp. red.) stwierdziliśmy, że moglibyśmy stworzyć coś wyjątkowego wespół z Katrą, tak więc postanowiliśmy spróbować. Jani (Wilund - instrumenty klawiszowe, przyp. red.) był

mierze ignorowany. Teraz to już nie problem. Jeśli chodzi o zauważalność, to obecnie przemysł muzyczny przechodzi tak duże zmiany, że ciężko w ogóle zostać zauważonym, bez względu na gatunek. HR: A co twoim zdaniem odróżnia was od innych gotyckich zespołów, jak Nightwish, czy Epica? Nasza muzyka nie opiera się na potężnym, orkiestralnym brzmieniu symfonicznym. U nas można usłyszeć partie poszczególnych instrumentów. HR: Niekwestionowaną zaletą waszego zespołu jest niewątpliwie piękna wokalistka Katra Solopuro.

Dyskografia: 06 Sahara (singiel) 20 giel) 2007 Tietaja /Vaaratar (sin Katra 2007 Beast Within 2008 ngiel) 2010 One Wish Away (si s 2010 he As e Th Out Of

Faktycznie, obecnie jest dużo zespołów z kobiecym wokalem, ale uważam, że to bardzo dobrze. Jeszcze 15-20 lat temu

taki zespół byłby w dużej mierze ignorowany.

HR: Zaczęliście swoją karierę w rodzimej Finlandii, a następnie postanowiliście zdobyć inne kraje. Jak wam się to udaje? Jesteśmy naprawdę ciepło witani wszędzie, gdzie gramy. To dla nas naprawdę miła niespodzianka. W Finlandii jesteśmy mało rozpoznawalni, dlatego tym bardziej miło nam, gdy na naszych koncertach w Niemczech, czy w Meksyku pojawia się mnóstwo fanów. HR: Czy mógłbyś opowiedzieć o koncepcie, który stoi za waszą muzyką? Czym się inspirujecie? Cóż, mogę mówić tylko za siebie, lecz staram się robić muzykę, której sam lubię słuchać. To moja jedyna inspiracja. Zwykle idę na spacer i nucę sobie melodie w głowie. Kiedy coś mi się spodoba, pracuję nad tym przy pomocy gitary, basu i pianina, aż powstanie coś, co możemy potem użyć w naszych utworach. Zawsze tworzymy utwory razem. Większość utworów powstaje właśnie w taki sposób, że ktoś z nas ma pomysł, na którym dany utwór się opiera, a potem wspólnie rozwijamy to do ostatecznego kształtu. HR: Jesteście gotyckim zespołem z kobiecym wokalem. Na muzycznej scenie jest dużo takich zespołów, jak wasz. Nie obawialiście się, że pozostaniecie niezauważeni? Faktycznie, obecnie jest dużo zespołów z kobiecym wokalem, ale uważam, że to bardzo dobrze. Jeszcze 15-20 lat temu taki zespół byłby w dużej

Czy jest ona liderem, czy może wszyscy jesteście równoprawnymi członkami zespołu? Cóż, jej imię stanowi nazwę zespołu, więc zdecydowanie można powiedzieć, że jest liderem. Jednak, jak już wcześniej wspomniałem, tworzymy muzykę wspólnie i każdy ma swoje mocne strony. Można z całą pewnością powiedzieć, że żaden z utworów nie powstałby w takim kształcie, w jakim funkcjonuje, gdyby nie wkład całego zespołu. HR: Jaki jest długoterminowy plan zespołu Katra? Mam nadzieję, że pozyskamy więcej fanów i muzyka stanie się naszym pełnoetatowym zajęciem. Jednak

ciężko czynić jakiekolwiek plany z racji tego, że nikt nie może wiedzieć, jak będzie wyglądała sytuacja na rynku muzycznym chociażby za pięć lat. HR: Czy macie konkretne plany związane z trasą koncertową, promującą “Out Of The Ashes”? Niestety, nie od nas to zależy. Chętnie wybierzemy się w trasę w przyszłym roku, jednak najpierw zobaczymy, czy “Out Of The Ashes” będzie miała dobre przyjęcie. Jeśli w Polsce dużo osób ją polubi i kupi, to na pewno odwiedzimy wasz kraj. Rozmawiała: Kamila Skoczek

Zdjęcia: Napalm Records

naszym starym przyjacielem, graliśmy razem od 1998 roku, więc poproszenie go o współpracę było czymś zupełnie naturalnym. Jeśli chodzi o Mattiego (Auerkallio, przyp. red.) to wiedzieliśmy, że jest świetnym perkusistą, więc był naszym pierwszym wyborem. Na szczęście zgodził się, by zostać częścią zespołu. Mocną stroną zespołu jest jego różnorodność. Wszyscy uczestniczymy w pisaniu utworów, każdy ma swoje pomysły.

Wyjście z popiołów www.hardrocker.pl

53


J

akby na to nie patrzeć, Proletaryat to legenda. Są jednym z ważniejszych zespołów w historii polskiej muzyki rockowej. Nigdy nie zabiegali o popularność i rzadko goszczą w mediach, jednak ich muzyka, która towarzyszy nam już od ponad dwudziestu lat, słuchana jest przez kolejne pokolenie fanów.

prywatnego życia. Myślę, że zawsze mieliśmy dla kogo grać, a teraz to już na pewno. HR: W mojej opinii zespół nigdy nie pchał się na świecznik. Zawsze robiliście to, co dla was ważne. Jednak przez to Proletaryat rzadko gościł w radio, czy telewizji, czyli po prostu brakło dużej autopromocji. Czy nie żałujecie, że nie poszliście drogą np. Big Cyca, gdzie biznes traktowany jest na równi z muzyką? Wszystko to, o czym mówisz, to sztuka wyboru, każdy ma własny przepis i według niego układa menu swojego życia. Proletaryat to rodzaj zakonu, do którego nie każdy może sobie wejść ot tak. To grupa tylko sobie właściwych ludzi zorientowanych na wspólną sprawę i działanie, ludzi o podobnej temperaturze, wrażliwości, estetyce muzycznej i potencjale intelektualnym. Kwestie finansowe są tutaj rodzajem dodatku, bonusu, wiadomo, kasa jest ważna, ale są przecież ważniejsze rzeczy. HR: Ci fani, którzy z zespołem są od początku, to obecnie ludzie w średnim wieku, mający pracę, rodziny itp. Dla nich Proletaryat to legenda i jestem pewien, że oni na pewno sięgną po nową płytę. Jakie według ciebie atuty ma „Prawda”, które spowodują, że płyty

To proste. Prawda to coś, co wiemy, ale tylko dla samych siebie. To coś, co czujemy, ale boimy się do tego przyznać. To coś, co codziennie przeżywamy i nie mamy odwagi, żeby to zmienić. HR: Zawsze trafnie opisywaliście w tekstach otaczającą nas rzeczywistość. Czy liryki na nowej płycie mają jakiś wspólny mianownik? Tak, to kolejny etap postrzegania, to dojrzałość, kolejne doświadczenia - czasem traumatyczne, to kolejne zawody i kolejne uniesienia, kolejne odkrycia, niemoce i udane orgazmy też. HR: Okładka i cała szata graficzna to majstersztyk. Kto jest pomysłodawcą takiej oprawy krążka? Autorem i pomysłodawcą zdjęć jest Radek Polak, artworkiem zajął się Tomasz Kudlak, przyprawy i decyzje to już kolektywnie Proletaryat. HR: Ten bobas na okładce to „dzieło” któregoś z was (śmiech)? No, jakby to powiedzieć, ja wiem - Ale Stanowczo Nie Potwierdzam i Nie Zaprzeczam. HR: Płytę wydał Universal, czyli potężna wytwórnia. Czas promocji już się rozpoczął. Czy jak do tej pory jesteście zadowoleni z ich działań? Na takie oceny jest jeszcze za wcześnie, dopiero rozpoczynamy cały szereg działań promocyjnych, będą trwały do końca roku, dopiero wtedy można

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że do netu wchodzi coraz więcej ludzi, którzy dokładnie wiedzą, czego szukają i czego chcą. Musimy położyć większy nacisk na Internet i na naszą tam obecność. HR: Jest jeszcze nielegalne ściąganie płyt z Internetu... Pozbawia zespoły dochodów, ale jednocześnie większa ilość ludzi poznaje dany zespół. Wasza opinia na ten temat? Cóż, nie pochwalam i nie udzielam i nie akceptuję, ale z drugiej strony rozumiem, to kwestia punktu widzenia. HR: Jest coś, co połączyło ostatnio Proletaryat z muzyką Chopina i grą komputerową. Zdradzisz naszym czytelnikom jakieś szczegóły tego przedsięwzięcia? Jeszcze nie mogę, ale powiem tylko tyle, że numer wyszedł tak, że powinien znaleźć się na „Prawdzie”, kto wie, może to on byłby najlepszym na niej kawałkiem. HR: Teraz pewnie czas na koncerty? Będzie dłuższa trasa, czy tylko pojedyncze sztuki? Będziemy grać dużo, do końca roku mamy w planach ponad trzydzieści koncertów, nie wiem tylko, jak to przeżyjemy (śmiech), ale zawsze walczymy do końca, taka jest zasada. HR: Klika słów na koniec dla czytelników magazynu Hard Rocker? Odnaleźliśmy w końcu naszą własną prawdę i już zawsze będziemy mieli po 25 lat, ciekawe, jak wy sobie z tym kiedyś poradzicie, moi drodzy.

Rozmawiał: Dariusz Konicki

Odnaleźliśmy naszą prawdę

Zdjęcia: www.radekpolak.com / Universal

Mocne granie, szczere teksty, tego zawsze możemy spodziewać się po utworach Proletaryat. Po dość długim okresie milczenia, ekipa z Pabianic powraca z nowym, świetnym, studyjnym materiałem. Na pytanie, czym jest tytułowa “Prawda”, odpowiedział nam wokalista i lider zespołu, Oley. HR: Dość długo przyszło czekać fanom na nowy studyjny krążek zespołu. Z czego wynikła tak długa przerwa? Czas to pojęcie względne, szczególnie w odniesieniu do twórczości w każdej jej odmianie. Jeżeli jest pomysł i są ludzie, którzy są zdolni do nadania temu pomysłowi formy, to wszystko się zgadza, czasami jednak brak jednego, albo drugiego. Nam brakowało jednego z opisanych wyżej elementów, brakowało nam odpowiedniego gitarzysty. Gdy w końcu się pojawił wszystko potoczyło się jak lawina - coraz szybciej. HR: W jednym z wywiadów przed kilku laty powiedzieliście: „Chcemy nagrać kolejny materiał. Ale czy będzie nas stać, żeby grać, i dla kogo? To są nasze pytania.” Płyta powstała, czyli jednak jest dla kogo? Sytuacja czasem zmienia się jak w kalejdoskopie, teraz wiem, że jeżeli jest się przekonanym o słuszności swojej drogi, nigdy nie wolno wątpić w siebie, w swój punkt widzenia, we własny potencjał i możliwości, tylko konsekwentne działanie może przynieść upragniony cel, czasem nawet kosztem

słuchać będą również młodzi ludzie, którzy w zasadzie dopiero rodzili się, kiedy zespół powstawał? Trudno mi w tym miejscu mówić o atutach swojej własnej twórczości, mimo wszystko jestem człowiekiem pełnym pokory. Oceny obiektywne pozostawiam tym wszystkim, którzy będą mieli okazję wysłuchać „Prawdy” i tylko wtedy będą wiedzieli, czy „to” działa, czy nie. Nie mam prawa ani ochoty na siłę molestować kogokolwiek tym, co akurat dla mnie jest najważniejsze, ale jeżeli ktoś powie, że to jest to, co powoduje u niego wstrząs nawet o najmniejszej amplitudzie, to ja wiem, że moim obowiązkiem i przyjemnością zarazem jest grać właśnie dla niego. HR: Czego dotyczy tytułowa prawda?

będzie się pokusić o jakieś podsumowania. W tej chwili brak mi wiarygodnych danych. HR: Czy planujecie nakręcenie klipu do któregoś z nowych utworów? Pierwszy teledysk - swoją drogą, kto wymyślił tak idiotyczną nazwę dla tej krótkiej formy filmowej - zostanie nakręcony do utworu „Ból”, jako numeru wiodącego kampanię promocyjną. Później mamy zamiar nakręcić drugi clip już do cięższego utworu, ale jeszcze nie zapadła decyzja, co do którego. HR: W dzisiejszych czasach takie rzeczy, jak MySpace, Facebook, czy YouTube, to jedne z podstawowych narzędzi działania muzyków. Co myślicie o tej formie promocji? Czy dużą wagę przywiązujecie do obecności zespołu w Internecie? Niestety, czasem to jedyna forma promocji dla zespołów takich jak my, media nie chcą grać takiej muzy i nic na to nie poradzimy.

Dyskografia:

Proletaryat 1990 Proletaryat II 1991 Proletaryat in Concert 1993 Czarne Szeregi 1993 Tour 1993 1994 IV 1994 Zuum 1996 The Best of... 1997 Made in U.S.A. 1999 Revolt 1988 2003 Prawda 2010

Oficjalna strona zespołu: www.roxxcalibur.de

Imię i nazwisko, robota w zespole? HR: Mario: Mario Lang, basista. Roger: Roger Dequis, gitarzysta. Alexx: Alexx Stahl, wokalista. Neudi: Neudi, perkusista i posiadacz kolekcji NWOBHM. Kalli: Kalli, gitara.

www.hardrocker.pl

Mario: To ten w którym się urodziłem. I teraz! I teraz! Teraz! Roger: Urodziny mojego syna. Alexx: To właśnie dzisiaj. Neudi: “Keep It True 2009, NWOBHM Anniversary Show” i dzień, w którym w wieku 8 lat

Obecny i poprzednie HR: zespoły? Mario: Obecnie

Roxxcalibur, Thunder Rider, Griffin, a poprzednie to Savage Grace, Into the Abyss, Child in Time, Berserker, Leaving Paradise, Mass Grave, Hate Force One i kilka mniej znanych. Roger: W tym momencie Roxxcalibur, Tomatobrotomat, a wcześniej Viron, Savage Grace, Century, Economist, Sudden Darkness, Ripping Entrails, Hate Force One. Alexx: Roxxcalibur, Beyond The Rainbow, wcześniej Viron, Seduction, Child In Time i kilka nieznanych. Neudi: Obecne to Roxxcalibur, Griffin, Thunder Rider, wcześniejsze Savage Grace, Viron, Sudden Darkness, Century, Economist, Shotgun Marriage, Kokoon, Giant´s Causeway, Hasenfürz, Ripping Entrails, Excess, Reptile. Kalli: Teraz Roxxcalibur, Griffin, Thunder Rider, Abandoned, Revenent, a poprzednie zespoły to Savage Grace, Cloven Hoof, Kalogena. Najgłupsza rzecz, jaką HR: zrobiłem w życiu? Mario: Musiałem nagrać kuzynowi

kasety, wtedy nie było jeszcze plików MP3 i innych nowoczesnych gówien. Miałem przegrać mu dwa albumy, co w efekcie zniszczyło totalnie mój adapter. Obiecałem sobie: nigdy więcej! Alexx: Nie chciałem słuchać metalowych płyt moich przyjaciół jak miałem 12 lat. Neudi: Pozwoliłem mojej dziewczynie schudnąć! Kalli: Odpowiadanie na głupie pytania. Roger: Dotknąłem perkusji Neudiego... rzecz jaką HR:Najgłupsza zrobiłem po pijaku?

54

Roger: Dotknąłem jego perkusji drugi raz! Mario: Obudziłem się - po 60 godzinach imprezowania bez snu - w hostelu i wywrzeszczałem: co za idiota mnie obrzygał w łóżku? Miałem wtedy 14 lat i to było moje pierwsze i ostatnie doświadczenie z piciem.

Zdjęcia: archiwum zespołu

http://www.proletaryat.com/

Jeżeli jest się przekonanym o słuszności swojej drogi, nigdy nie wolno wątpić w siebie, w swój punkt widzenia, we własny potencjał i możliwości.

Alexx: Na szczęście zazwyczaj tego nie pamiętam. Neudi: Spadłem z góry w Szwajcarii, po koncercie. Kalli: Próbowałem grać na gitarze. Charakter HR: z kreskówki, którym chciałbyś być?

Mario: Pippi Langstrumpf, kot Fritz, Lolek albo Bolek, Kenji Endo. Albo może Daigoro Ogami lub Major Cliff Allister McLane, Thorgal, Buddy Longway, Astro Boy, Godzilla, Idefix, Lassie, Bruce Lee, Yojimbo lub Dumbo, Dipsy z Teletubisiów, Flipper, Moby Dick... Roger: Austin Powers. Alexx: Co...? Może Colt Sievers, podoba mi się jego ciężarówka. Neudi: Jednym z kuzynów Kaczora Donalda! Moglibyśmy wtedy założyć metalowe trio o nazwie MarDUCK. Kalli: Humpty Dumpty.

zorientowałem się, że potrafię grać na perkusji. Kalli: Dzisiaj. Dzień, o którym HR: wolałbyś zapomnieć? Kalli: Jutro.

Mario: Jest wiele gównianych zdarzeń, ale takie jest życie! Roger: Dzień, gdy dotknąłem perkusji Neudiego. Alexx: Zapomniałem już o zbyt wielu, więc raczej wolę wszystko pamiętać. Neudi: Koncert z Savage Grace we Włoszech, w 2010...

3 rzeczy na świecie, które HR: chciałbyś zmienić? Mario: Nienawiść, ignorancja

Najdziwniejsza przygoda HR: seksualna? Mario: Legendarna sex-impreza magazynu Hard Rocker! Roger: Chyba byś nie zrozumiała... Alexx: Oglądanie pornosa Ricardo Santiniego. Neudi: Seks ze szczupłą dziewczyną! Kalli: Gdzie moja maska?

i destrukcyjne aspekty ludzkiej chciwości. Roger: Zrobiłbym Lemmy’ego prezydentem, herbata Earl Grey za darmo dla wszystkich, mocniejsze wzmacniacze. Alexx: Zmusiłbym Neudiego do noszenia bielizny i kazałbym wybudować restaurację Kentucky Fried Chicken w moim mieście. Neudi: Żarcie z MC Donald i Burger Kinga za darmo dla wszystkich chudych lasek, każdy zespół musiałby do swojej każdej nowej płyty dodać nagranie na żywo, ale demo, żeby każdy słyszał, ile jest ściem, a ile prawdy na ich płycie, a trzecią rzecz zostawię na później, na coś ekstra, dla siebie. Kalli: Po pierwsze, po drugie, po trzecie.

dzień w życiu? HR:Najważniejszy

kiedyś aresztowany? HR:Byłeś Jeśli tak, to dlaczego? www.hardrocker.pl

55


Słuchasz czasami swojej HR: muzyki? Roger: A ty czytasz czasami swoje

Mario: Zamknęli mnie kiedyś w łazience, bo byłem niegrzeczny. Teraz moja mama już nie da rady tego zrobić, bo nie jest taka silna! Roger: Nie. Alexx: Nie. Neudi: Raz, jak robiłem syf na backstagu. Kalli: Tak, przez moją mamę za złe zachowanie. Inne pasje poza muzyką? HR: Mario: Obserwowanie tych wszystkich dziwnych żyjątek, które rozwijają się w bębnach Neudiego, interesują mnie też dinozaury, zwierzęta i generalnie natura, książki i komiksy, filmowanie innych zespołów, zbieram też pleśń i zieloną rdzę. Roger: Sport - podwodne pierdzenie synchroniczne, joga. Alexx: Amerykańskie samochody V8. Neudi: Puszyste, wielkie dziewczyny (BBWs), filmy, rozśmieszanie ludzi. Kalli: Złe zachowanie.

Gdybyś mógł porozmawiać HR: ze sobą sprzed 20 lat, co byś sobie powiedział? Mario: Młody człowieku, jeśli chcesz się dobrze bawić, poszukaj Alexxa, Neudiego, Kalliego i Rogera - i załóżcie kapelę Roxxcalibur! Roger: Obetnij te włosy, punku! Alexx: Nie marnuj kolejnego roku i zacznij słuchać heavy metalu! Teraz! Neudi: Kupuj wszystkie winyle, jakie znajdziesz, bo teraz są tanie, a za 20 lat będą warte fortunę! Kalli: Nie jedz Sushi, to gówno wszechczasów!

HR:

Jeśli mógłbyś zagrać w reklamie, co byś chciał promować? Alkohol, prezerwatywy, czy coś innego? Mario: Prezerwatywy. I promowałbym akcję zniesienia wojska i działalności polityków. Roger: “Hankas’ mit Musik” i “Ebbelwoi”, to takie słynne żarcie i picie. Alexx: Nie zagrałbym w żadnej reklamie. Nie lubię manipulować ludźmi. Neudi: Promowałbym ubrania dla dużych pań, zwłaszcza bieliznę i stroje kąpielowe. 56

www.hardrocker.pl

wywiady? Mario: Czasami, z odsłuchów na scenie. Alexx: Czasami tak, ostatnio słuchałem kilku kawałków Viron, których już dość długo nie słyszałem. Neudi: Bardzo często, ponieważ bardzo interesujący jest moment, gdy zmieniasz zdanie i opinię na temat swojej muzyki. No i zauważasz, jak zmieniają się utwory, które już grasz tyle czasu. Kalli: Tak, na każdej próbie!

HR:

Uderzyłeś kiedyś kumpla z kapeli? Mario: Nigdy! Jestem lojalny w stosunku do kapeli! Chcę się z nimi dobrze bawić, a jeśli tak kiedyś nie będzie, to po prostu odejdę. Roger: Nigdy. Jestem pacyfistą. Alexx: Nie... Neudi: Tylko psychicznie. Kalli: Nie, preferuję raczej picie piwa i oglądanie, jak inni się biją. Najdziwniejsza albo HR: najobrzydliwsza rzecz, na jakiej przyłapałeś kumpla

z zespołu? Neudi: Roger, jak kupował syntezator gitarowy, w latach 90-tych... Mario: Proszę cię i dobrze ci radzę, nigdy nie dotykaj perkusji Neudiego! One są pełne wydzieliny z głębokich partii jego... ehm... Roger: Raz widziałem Neudiego, jak grał na perkusji z triggerami, we wczesnych latach 90-tych. Alexx: O nie, (śmiech)... Teraz te obrazy wracają, nie! Perkusja Neudiego, nigdy więcej, proszę cię... Kalli: Nigdy, ale to nigdy nie przyglądaj się z bliska perkusji Neudiego...

HR:

Najdziwniejszy prezent od fana? Mario: Kilka takich było, ale wierz mi, nie chcesz tego wiedzieć! Roger: Proteza nogi. Alexx: Biustonosz XXXXXL wyglądający jak od starej babci, który ktoś wrzucił na scenę. Neudi: Kasety demo od gościa, który był chory psychicznie i bardzo niebezpieczny. Te kasety są przerażające. Kalli: Najdziwniejsze jest to, że jeszcze nic nie dostałem! Najbardziej niedoceniony HR: i najbardziej przereklamowany zespół, twoim

zdaniem? Mario: Niedocenione zespoły to te, które nigdy nie ujrzą światła dziennego, bo grają tylko w swojej sali prób muzykę, którą naprawdę czują, przez co nie mają szans na

zaistnienie. A przereklamowane są duże zespoły, które zamiast z serca i dla przyjemności, grają tylko dla kasy. Roger: Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Alexx: Cage. A przereklamowany? Nie mogę teraz nic wymyślić... Neudi: Przereklamowany to The Rolling Stones, niedoceniony to The Monks z 1967. Wyobraź sobie, że oni już wtedy grali heavy metal! Kalli: Najbardziej niedoceniony jest zespół Metallica, a przereklamowany Roxxcalibur. Kim byś dziś był, gdybyś HR: nie został muzykiem? Mario: Filmowałbym zespoły albo dzikie

zwierzęta, chociaż czasami nie widzę między nimi różnicy, wykopywałbym dinozaury, albo odkrywał miejsca, do których jeszcze nie dotarł żaden człowiek. Roger: To, co teraz, chodziłbym do pracy i zarabiał na nowe struny. Alexx: Nie zastanawiałem się nad tym. Neudi: Aktorem albo komikiem. Kalli: A czy poza byciem muzykiem istnieje inne życie?

tego nie robiłem i śpiewałem okropnie. Ale przyjęli mnie, a ja zacząłem śpiewać lepiej. Neudi: To życie zadecydowało za mnie! Kalli: Nie miałem pomysłu, na co innego wydawać pieniądze.

HR:

Interesujesz się tym, co się dzieje na obecnej scenie metalowej, czy skupiasz się tylko na swojej robocie? Mario: Zawsze interesowałem się nowymi zespołami i lubiłem oglądać inne kapele na żywo! Roger: Słucham muzyki cały dzień i interesuję się wszystkimi gatunkami rocka i metalu, jest jeszcze tyle do odkrycia... Alexx: Interesuję się, ale raczej zespołami, które już istnieją jakiś czas. Neudi: Wciąż poluję na dobre zespoły, znajduję je przeważnie w undergroundzie. Nowe rzeczy w 80% mi się nie podobają, preferuję bardziej dynamiczne i klasyczne brzmienie, 10 lat wstecz i dalej. Teraz już mało kiedy wychodzą dobre płyty. Kalli: Interesuję się, ale uważam, że większość nowych rzeczy to muzyka bez polotu, bez inspiracji, bez feelingu.

Motto życiowe albo Gdzie pracowałeś, zanim HR: filozofia? HR: zostałeś muzykiem? Mario: Traktuj innych tak, jak chcesz, by Mario: Wciąż pracuję, jako grafik. Roger: Ja mam normalną robotę, ale jak chcesz mi przysyłać pieniądze, to mogę ją rzucić. Alexx: Pracowałem przy silnikach samolotów. Neudi: W sklepie z płytami. Kalli: Tam, gdzie teraz.

ciebie traktowano. Roger: „Hit it”. Alexx: Filozofia pozwala poszukiwać odpowiedzi, więc to raczej nie tak. A motto? Żyj i pozwól żyć. Neudi: Nie podążaj za trendami i zawsze bądź sobą! Kalli: I tak tego nie dostaniesz.

Który artysta, albo album Co będziesz teraz robił? HR: miał na ciebie największy HR: Alexx: Pogrzebię trochę wpływ? przy samochodzie. Mario: Jest ich zbyt wiele, żeby je wymienić. Jest to każdy album, który sprawił, że grałem na rakiecie do tenisa, miotle albo dmuchanej wyobrażając sobie, że gram na prawdziwej gitarze! Roger: Malcolm Young, James Hetfield i Denis D’Amour. Alexx: Iron Maiden, Judas Priest, Manowar, Helloween, WASP i inne. Neudi: The Beatles i Creedance Clearwater Revival, Kiss, Status Quo, Rush, Priest, Maiden, Randy Foxxe z Manilla Road, Neil Peart z Rush i Cozy Powell. Gdy byłem mały, myślałem, że Peter Criss jest niezły, no cóż... Kalli: Z albumów “Master Of Puppets”, a z artystów Wolf Hoffmann i Cliff Burton. Dlaczego zostałeś HR: muzykiem? Mario: Ponieważ chciałem poznać

tajemnicę tej sekretnej mocy. Roger: To nie była decyzja, raczej intuicja. Alexx: Tak się zdarzyło, że kolega kolegi zapytał mnie, czy nie chciałbym spróbować pośpiewać w jego zespole. Nigdy wcześniej

Mario: Skończę to, co mam do zrobienia i pogram na basie! Roger: Jak to co, wypiję filiżankę Earl Grey! Neudi: Zastanawiam się, czy rozumiesz intro z drugiego LP Griffin „Protectors of the Liar”: „...here lies the body of the Plish king...”. Może pomożesz? Kalli: Wrócę do pracy. Opracowanie: Justyna Szewczyk

KTO: Crystal Viper POCHODZENIE: Polska SKŁAD: Marta Gabriel - wokal, gitara, fortepian i instrumenty klawiszowe, Andy Wave - gitary, Tomasz Woryna gitara basowa, Tomek „Golem” Dańczak - perkusja GATUNEK: Heavy Metal FAKTY: Trzeci album studyjny, pierwszy pod banderą AFM Records ZALECENIA: słuchać głośno!

THE TRUTH / THE

GHOST SHIP

Płytę “Legends” otwiera intro zatytułowane “The Truth”, czyli “Prawda”... Narracja w wykonaniu byłego perkusisy Manowar, Rhino, jest jakby podsumowaniem przesłania, które wynika ze wszystkich tekstów zamieszczonych na płycie. Zło zawsze wraca, a chciwość jest ślepa... Zaraz po nim usłyszeć możecie utwór zatytułowany “The Ghost Ship”. Charakterystyczny triolowy rytm od początku kojarzy się z  morską tematyką - stąd też wybór legendy, która została opowiedziana w tym utworze. Tekst mówi o Statku Widmo, który ukazuje się w  okolicach Słupska, a  który zatonął kilkaset lat temu przez ludzką chciwość. W refrenach usłyszeć możecie chórek w  wykonaniu członków niemieckiej grupy Wizard.

BLOOD OF THE HEROES

SYDONIA BORK Kompozycja zatytułowana “Sydonia Bork” to jedyna ballada na płycie “Legends”, opowiadająca autentyczną historię Sydonii Bork (znanej także jako Sydonia Von Borck), szlachcianki okrutnie potraktowanej przez los i złych ludzi, która była uznawana za jedną z  najpiękniejszych kobiet na Pomorzu. Po wielu latach więzienia, osądzono ją o czary i rzucenie klątwy po tym, jak synowie książęcej rodziny szybko i w krótkim czasie umie-

Śmiertnicy. Klimatem może przypominać wolniejsze utwory Crystal Viper, jak choćby “Sleeping Swords” z pierwszej płyty. W tym kawałku, podobnie jak w balladzie, również wykorzystany został nowy instrument - organy, dzięki którym udało się w bardziej dramatyczny sposób przedstawić charakter utworu.

NIGHT OF THE SIN Klasyczna opowieść o sabacie czarownic, który odbywał się na górze Słup, na którym

SECRET OF THE BLACK WATER Następny utwór, czyli “Secret Of The Black Water”, to bez wątpienia najcięższa i najmroczniejsza kompozycja na płycie. Muzycznie jest hołdem dla Ronniego Jamesa Dio i  twórczości Black Sabbath, tekstowo natomiast opowiada legendę o “Tajemnicy Czarnej Wody”, czyli o  jeziorze z  czarną wodą, w której mieszka diabeł...

A MAN OF STONE Po tym dość wolnym utworze następuje zmiana klimatu: “Man Of Stone”, czyli “Człowiek Z  Kamienia”, to oparty na średnim tempie i wyraźnej melodii utwór, który w prosty sposób ukazuje, że wszelkie konszachty z  Diabłem kończą się źle, a zwłaszcza, jeśli masz zamiar go oszukać. Stylistycznie jest to najbardziej powermetalowy utwór na płycie, który może kojarzyć się z  twórczością Gamma Ray, czy Helloween.

Płyta

BLACK LEVIATHAN

CRYSTAL VIPER

“LegReecnorddss) ”

Utwór kolejny to “Black Leviathan”, w którym usłyszycie historię Czarnego Lewiatana: pirata grasującego na Morzu Bałtyckim. Dzięki temu utworowi i tekście traktującym o  groźnym piracie, po raz kolejny udało nam się ukazać prawdziwe oblicze ludzkiej chciwości i zła, które zawsze wraca do jego sprawcy ze zdwojoną siłą. Z  nagrywaniem tego utworu wiąże się pewna, dość ciekawa historia. Utwór rozpoczyna pół-akustyczne gitarowe intro, nagrane na praworęcznej gitarze przez Andiego, który jest leworęcznym gitarzystą. Tak więc pierwszy raz w historii Crystal Viper mamy nagranie gitary... do góry nogami.

Drugi utwór to „Blood Of The (AFM i LP Heroes”, czyli „Krew Bohatedostępna na CD ka! ni zier źd pa rów”. Opowiada o  Obrońcach od 22 Góry Zamkowej, którzy stoczyli bitwę w  1536 roku. Szybki utwór o  klasycznej, heavymetalowej budowie, z  udziałem kolejnego gościa specjalnego w refrenach, jak i w bridgu w drugiej połowie utworu, usłyszeć możecie znanego z  grup Primal Fear i Sinner, Mata Sinnera.

GREED IS BLIND Charakterystyczna rytmika i budowa tego utworu, może kojarzyć się z gatunkiem New Wave Of British Heavy Metal. Tytuł “Chciwość jest ślepa” nawiązuje do legendy o ślepcu, który przybywa do wioski, w  którym żyją nieszczęśliwi, biedni ludzie. Daje im on możliwość życia w dostatku, w zamian za oddanie mu możliwości widzenia - gdyż jak mówi, do obiecanego przez niego skarbu mogą dotrzeć tylko ślepcy. Ludzie zgadzają się na taką wymianę, jednak okazuje się, że nie mogą cieszyć się bogactwem, będąc ślepymi. Do utworu powstał teledysk, do którego historia została zaadaptowana do obecnych czasów i  gdzie tytuł “chciwość jest ślepa” została potraktowany bardzo dosłownie: biznesmen daje żebrakowi swoje ostatnie pieniądze, ten jednak zabija go, myśląc, że w  ten sposób zdobędzie coś jeszcze. Okazuje się jednak, że portfel biznesmena jest pusty...

styczne zakończenie, które powstało tak naprawdę w ostatnim momencie, przed wejściem do studia.

Posłuchaj na www.myspace.com/crystalviperofficial

Kalli: Prezerwatywy wypełnione alkoholem.

T.V. War

rali. W efekcie skazano ją na ścięcie głowy i spalenie w wieku niemal osiemdziesięciu lat. A teraz, jak legenda głosi, w każdą księżycową noc, można zobaczyć jej ducha w szczecińskim zamku. Jest to pierwszy utwór Crystal Viper, w  którym ścieżka wokalna nagrana została w  trzech oktawach.

GODDESS OF DEATH Kolejny na płycie utwór to “Goddess Of Death”, opowiadający o zapomnianej obecnie boginii

to nie zabrakło widm, upiorów i duchów. Kolejna kompozycja z łatwo wpadającym w ucho refrenem i kolejna z udziałem muzyków zespołu Wizard. Dodatkowo, solo gitarowe w tym utworze nagrał Stefan Kaufmann, znany między innymi z  zespołów Accept i  U.D.O. “Night Of The Sin” ma dość nietypowe, aku-

Płytę zamyka cover, co raczej nie jest niespodzianką w przypadku Crystal Viper. Utwór “T.V. War” z  repertuaru grupy Accept, po pierwsze idealnie pasuje do stylu grupy, jak i pochodzi z repertuaru zespołu, który miał ogromny wpływ na twórczość Crystal Viper. “Z tego, co nam wiadomo, muzykom Accept wersja ta bardzo przypadła do gustu, co jest dla nas naprawdę wielkim zaszczytem”. Na podstawie zeznań Marty Gabriel opracował Adam Wójcik www.hardrocker.pl

57


NIE SAMĄ MUZYKĄ

P

oprzedni, pierwszy zresztą, odcinek tego cyklu spotkał się z nadzwyczaj dobrym przyjęciem (dzięki uprzejmości czytelników poznałem nawet kilka nowych sposobów na zabicie zombie). Pomysłów na artykuły w ramach tego cyklu było dość sporo, ale kilkukrotnie padło słowo „czarownice”.

C

óż, historia czarownic, czarów i inkwizycji, to temat na co najmniej kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset książek. Spójrzmy jednak, jak wygląda pozycja czarownic w filmie. Z definicji, czarownica to kobieta zajmującą się czarną magią. W wierzeniach, legendach i podaniach, najczęściej ma postać brzydkiej, bardzo starej kobiety (mówi się, że nie ma brzydkich kobiet...?) i taki ich obraz w filmie, jak i teatrze - zawdzięczać możemy chyba „Makbetowi”. Z drugiej strony jednak, w filmach zdecydowanie łatwiej znaleźć czarownice grane przez atrakcyjne i młode aktorki.

N

ajbardziej znany film o czarownicach to bez wątpienia przełomowy „The Blair Witch Project” (1999), opowiadający o grupie studentów, którzy kręcą dokument o wiedźmie z Blair. Film zrealizowany nietypowo i bardzo wymownie, w którym jednak czarownica tak naprawdę się... nie pojawia. Nuda? Sięgnijcie po ten film: „Mark Of The Devil” z 1970 roku. Ten niemiecki horror, który na dobrą sprawę z przymrużeniem oka można uznać za dokument (w końcu ileż to tysięcy niewinnych kobiet zginęło w czasie tortur lub zostało spalonych na stosie za rzekome „kontakty z diabłem”?) był swego czasu uznawany za najbardziej straszny i szokujący film wszechczasów, a podczas pierwszych seansów w kinach rozdawano widzom... torebki na wymioty. Oparty o scenariusz Michaela Armstronga film był tak naprawdę próbą podpięcia się pod sukces filmu „Witchfinder General” (w USA wyświetlany jako „The Conqueror Worm”), który ukazał się w roku 1968. Dzisiaj jednak można odpuścić domniemania, kto próbował kopiować kogo, gdyż zarówno ten wydany nieco wcześniej brytyjski film - ze świetną kreacją Vincenta Price’a, jak i wspomniany „Mark Of The Devil” uznawane są za klasykę gatunku.

N

a tle filmów o wiedźmach wyróżnia się pozytywnie włoski horror z 1970 roku „Witchcraft”. Kręcony z rzekomo „ukrytej kamery” obraz wywołał sporo kontrowersji ze względu na sceny orgii i rytuałów. Podobnie zresztą, jak brytyjski „Virgin Witch”

58

www.hardrocker.pl

z 1972 roku, gdzie jednak temat czarownic potraktowano zupełnie inaczej - początkująca modelka Christine udaje się na weekend do zamku, jednak okazuje się, że zamiast sesji zdjęciowej czeka ją rytuał, podczas którego ma być dziewicą złożoną w ofierze... Film ma dość nietypowe zakończenie i zaskakującą fabułę, tak więc nie będę zagłębiał się w szczegóły. Warto także sięgnąć po inną brytyjską produkcję (czyżby Brytyjczycy wiedli prym w filmach o czarownicach?), film „The Witches” z 1966 roku - świetnie zrealizowaną opowieść o nauczycielce Gwen, która po załamaniu nerwowym rozpoczyna pracę w małym miasteczku. A małe miasteczko opanowane jest przez... wiedźmy, a jakże by mogło być inaczej? Wbrew pozorom, za tym prostym pomysłem na scenariusz kryje się naprawdę dobry film. Zostawmy jednak na chwilę Wielką Brytanię (swoją drogą, wiedzieliście o tym, że jest to kraj, w którym stwierdzono największą ilość nawiedzonych miejsc?) i przeskoczmy za ocean. USA. Czy kogoś dziwi połączenie filmu erotycznego z horrorem? Pewnie nie. I właśnie tak można określić fabułę filmu „High Priestess of Sexual Witchcraft” z 1973 roku: młoda dziewczyna uciekająca przed facetem trafia do... wyznających diabła lesbijek. Film niskobudżetowy, który raczej trafi w gusta naprawdę maniakalnych wielbicieli takiej tematyki, ale mogło być gorzej. W opozycji do tej produkcji stoi - obecnie uznawany za klasyczny - film „Night Of The Eagle” (znany także jako „Burn Witch, Burn”) z 1962 roku. W tej z kolei brytyjskiej (co za niespodzianka...) produkcji znajdziemy historię profesora, który odkrywa, iż jego żona od wielu lat praktykuje czarną magię. Film bez wątpienia i ciekawy, i nieźle zrealizowany.

N

a dobrą sprawę, jeśli pominąć lekkie, nie mające nic wspólnego z horrorami filmy, takie jak „Czarownice Z Eastwick” (1987), czy też „Ze Śmiercią Jej Do Twarzy” (1992), to temat czarownic od wielu, wielu lat jest traktowany w branży filmowej po macoszemu. Dopiero film Sama Raimi’ego (tak jest, to facet od „Spidermana” i „Evil Dead”) - „Drag Me To Hell” z 2009 roku (w Polsce pod tytułem „Wrota Do Piekieł” cóż za dokładne tłumaczenie...), wnosi coś nowego, mimo iż postać czarownicy jest potraktowana symbolicznie, a cały film nasycony jest specyficznym poczuciem humoru. Na koniec sprawa niezwykle istotna: otóż czarownica czarownicy nierówna. Pod to określenie możemy podciągnąć naprawdę skrajnie różne role, zarówno pozytywne (w końcu w filmach „Mark Of The Devil”, czy „Witchfinder General”, czarownice są tymi „dobrymi”, które niestety przegrywają walkę z prawdziwym złem), jak i negatywne... Co dalej? Doczekamy się kolejnego filmu o czarownicach? Na pewno. Tymczasem możecie sięgnąć po muzykę grup Angel Witch, Stormwitch, Witchfinder General, Witchkiller, czy też... Witch. Jak widać, chociaż w heavy metalu czarownice cieszą się odpowiednim szacunkiem. Opracowanie: Bart Gabriel

AT THE GATES

„SLAUGHTER OF THE SOUL”

Earache Records

O ile w  Sztokholmie warunki dyktował Nicke Andersson wraz z Entombed, o tyle w położonym na przeciwległym brzegu Szwecji Göteborgu od początku lat 90-tych niepodzielnie rządzili At The Gates. Na swój sukces pracowali ewoluując od mocno chaotycznego i eksperymentalnego death metalu do stadium, którego ukoronowaniem jest wydany jesienią 1995 roku album “Slaughter Of The Soul”. Materiał ten to 35 minut melodyjnego death metalu w najbardziej syntetycznej postaci - to właśnie on usankcjonował ten termin, choć patrząc na sprawę całkiem obiektywnie, z tradycyjnie pojętym metalem śmierci nie ma to zbyt wiele wspólnego. Cholernie mocnym, szybkim beatom bliżej do rytmiki Slayer, natomiast będące znakiem firmowym tej płyty świetne gitarowe harmonie wyraźnie czerpią z dorobku Maiden i Priest. Sam Tompa jest na “Slaughter of the Soul” w życiowej formie – jego wysoki wrzask nigdy przedtem ani potem nie brzmiał tak intensywnie i przeszywająco. Próbowano szukać dziury w całym i wytknąć temu wydawnictwu jakieś poważne wady, lecz przyznać trzeba, że ich tu po prostu nie ma. Każdy numer ma swój unikalny wkład w kształtowanie jego niepowtarzalnego charakteru, obojętnie, czy weźmiemy gęste melodie “Cold”, lekko blackmetalowe motywy “Under A  Serpent Sun”, czy southernowo bujające wtręty “World of Lies” i kawałka tytułowego. Próbę czasu przetrwała również produkcja – ten podręcznikowy okaz brzmienia studia Fredman wciąż poraża świeżością. Cyprian Łakomy

GIRLSCHOOL

„Demolition” Bronze Records

Girlschool to chyba jedyna w pełni żeńska formacja heavymetalowa, która mimo wielu przeciwności losu istnieje nieprzerwanie od ponad trzydziestu lat. Ich debiutancki krążek swoją premierę miał w  roku 1980. “Demolition” to zbiór dziesięciu krótkich, mocnych numerów, będących stylistycznie połączeniem punk rockowej agresji, siły hard rocka, prostoty rock & rolla z niekiedy bluesowym zabarwieniem. To właśnie z tej płyty pochodzą tak bardzo wyczekiwane na koncertach sztandarowe kawałki jak: “Emergency”, “Demolition Boys”, “Race With The Devil” (cover The Gun), czy “Take It All Away”. Girlschool ze swoją muzyką w tamtym czasie często porównywano do ekipy Lemmy’ego, z tego też powodu przylgnęła do nich nazwa “Motorhead w spódnicach” (inna kwestia, że oba zespoły się przyjaźnią, często wspólnie grają, a nawet nagrywają razem). Płyta szybko zyskała przychylność publiczności, o czym świadczy dwudzieste ósme miejsce na liście najlepiej sprzedających się płyt w Wielkiej Brytanii w tamtym okresie. Ten krążek to mus dla każdego fana klasycznego, old schoolowego metalu i NWoBHM. Dariusz Konicki

UFO

„Lights Out”

Chrysalis Records

Rok 1977 nie był sprzyjający dla zespołów hard, art, czy prog rockowych. Ówczesna młodzież znużona rozbuchaną twórczością zespołów pokroju Genesis, Yes, czy Jethro Tull, szybko zaraziła się nowym wirusem, jaki momentalnie rozprzestrzenił się na cały świat, a nazywał się punk rock. Dlatego właśnie płyty kapel rockowych wydane w  tamtym okresie, na to, by być docenione, musiały poczekać kilka lat. Do takich

właśnie krążków należy niesamowity “Lights Out” formacji Ufo. Szósty w dyskografii album Brytyjczyków przez wielu uważany jest za ich szczytowe osiągnięcie. To właśnie z tej płyty pochodzą szalenie popularne do dziś kawałki, takie jak: “Too Hot To Handle”, “Lights Out”, czy “Love To Love”. W tym okresie zespół stanowił już jedną, nierozerwalną całość. Duet kompozytorski Moog/Way zyskał artystyczne wsparcie od piekielnie zdolnego Michaela Schenkera, będącego współautorem większości kawałków z tej płyty. Nie sposób nie wspomnieć również o nowym muzyku w grupie, którym był Paul Raymond. Jego sposób gry na instrumentach klawiszowych dodał muzyce Ufo niesamowitego, orkiestrowego klimatu. Jeżeli więc do tej pory wasza wiedza o tym zespole ograniczała się jedynie do ponadczasowego “Doctor, Doctor”, koniecznie zapoznajcie się z “Lights Out”. Klasyka hard rocka! Dariusz Konicki

DISSECTION „STORM OF THE LIGHT'S BANE”

Nuclear Blast

Jesień 1995 roku była okresem niezwykle obfitych żniw na szwedzkiej scenie. W trzy dni po wypuszczeniu “Slaughter of the Soul” przez At The Gates ukazał się drugi krążek pochodzącego ze Strömstad Dissection. Horda, dowodzona przez demonicznego Jona Nödtveidta, rozwinęła tu stylistykę, zapoczątkowaną na debiutanckim “The Somberlain”. Muzycy pewniej obsługują instrumenty, same kompozycje uległy zaś wydłużeniu i zyskały na intensywności. Pomimo iż ma się wrażenie, że “Storm of the Light’s Bane” zawiera materiał bardziej surowy od poprzedniczki, to zarazem trudno odmówić mu wyraźnie epickiego charakteru na miarę dokonań Bathory – dowodem tego niech będą doskonałe akustyczne pasaże w rozpędzonym “Night’s Blood” i dostojnym “Where Dead Angels Lie”. O ile w muzyce Dissection od samego początku ścierały się stylistyki death, black i heavy metalu, o tyle drugi opus hordy Nödtveidta w sposób mistrzowski zaciera granice pomiędzy tymi gatunkami. “Unhallowed” i “Soulreaper” szokują siekającymi blastami i zarazem urzekają genialnymi rozwiązaniami melodycznymi. Całość spowija specyficzny, złowrogi nordycki chłód, genialnie uchwycony przez Kristiana Wahlina w kolorystyce okładki. Choć przez lata, które przyszły po premierze, “Storm of the Light’s Bane” pozostawał lekko w cieniu, to jego prawdziwą wartość docenia się dziś, po tym, gdy Jon postanowił podążyć ścieżką ku nieznanemu i pewnym jest, że nigdy nie powróci... Cyprian Łakomy

ENTOMBED

„LEFT HAND PATH”

Earache Records

Będący w prostej linii spadkobiercą kultowego Nihilist, szwedzki Entombed na przełomie lat 80-tych i  90-tych zapowiadał się wprawdzie nieźle, lecz nikt nie przypuszczał, że wydany 1 maja 1990 roku debiut “Left Hand Path” odbije się tak szerokim echem, jak to się ostatecznie stało. Death metal mocno czerpiący z  punka, wyrosły na morderczo szybkich, prostacko wręcz brutalnych rytmach i  kakofonicznych riffach wstrząsnął wtedy podwalinami gatunku i raz na zawsze zmienił jego oblicze. Album bezbłędny, zapierający dech w piersiach już od pierwszej sekundy i nie pozwalający go odzyskać jeszcze długo po przesłuchaniu. Numery takie jak obrosła legendą kompozycja tytułowa, “Revel in Flesh”, czy “Bitter Loss” są emanacją niepohamowanej wściekłości i bestialstwa, które gotowały się w sercach nastoletnich chłopaków, dorastających w nudnej rzeczywistości szwedzkiego państwa opiekuńczego. Opętane solówki Uffe Cederlunda, barbarzyński growling i przerażające wrzaski LG Petrova stały się odtąd wizytówką stylu Entombed. Członkowie zespołu, pytani po latach o źródła tak skomasowanej i wyrafinowanej agresji, utrzymują, że punktem wyjścia dla gitarowych patentów były częstokroć ścieżki dźwiękowe horrorów, które za młodu namiętnie oglądali. Pisząc o “Left Hand Path”, nie sposób pominąć aspekt brzmienia, które uczyniło tę płytę ponadczasową. To pionierska produkcja sztokholmskiego Sunlight Studio, wraz z cyfrowymi bębnami, soundem gitar uzyskiwanym na efekcie Boss Heavy Metal ze wszystkimi gałkami rozkręconymi na maksa oraz firmową realizacją Tomasa Skogsberga. Istny nokaut w pierwszej rundzie! Cyprian Łakomy

www.hardrocker.pl

59


SKALA OCEN: 1 - Spal i zniszcz. 2 - Zakop w ogródku. 3 - To powinno byæ karalne! 4 - No da siê znieœæ. Tylko po co? 5 - Nie jest Ÿle, nie jest dobrze. Tak sobie. 6 - No, ca³kiem przyzwoicie. 7 - Ca³kiem dobrze. 8 - Bardzo dobra p³yta. Naprawdê! 9 - Dzie³o wybitne, kupuj! 10 - Klasyk ponadczasowy. Amen.

Bart Gabriel

1. GHOST „Opus Eponymous” 2. DEMON PACT „Released From Hell” 3. CIRITH UNGOL „King Of The Dead” 4. ADRAMELCH “Irae Melanox” 5. ACID „Maniac“

Dariusz Konicki

1. CRYSTAL VIPER „Legends“ 2. ACCEPT „Blood Of The Nations“ 3. WOLFCRY „Glorious“ 4. A LIFE DIVIDED „Heart On Fire“ 5. ICY STEEL „As The Gods Command“

Vlad Nowajczyk

1. JAG PANZER „Ample Destruction“ 2. HERETIC „Breaking Point“ 3. SODOM „In War And Pieces“ 4. RAZORWYRE „Coming Out“ 5. THE TARDS „Guillotine“

Adam Wójcik

1. DIMMU BORGIR „Abrahadabra“ 2. CRYSTAL VIPER „Legends“ 3. ROSS THE BOSS „Hailstorm“ 4. THERION „Sitra Ahra“ 5. GAMMA RAY „To The Metal!“

Michał Oracz

1. KAUAN “Lumikuuro” 2. IMPETIGO “Horror of the Zombies” 3. THE GATHERING “Souvenirs” 4. ROTTING CHRIST “Triarchy of The Lost Lovers” 5. DIMMU BORGIR “Abrahadabra”

Cyprian Łakomy

1. ENSLAVED “Axioma Ethica Odini” 2. SENTENCED “Crimson” 3. DISSECTION “Reinkaos” 4. THE OCEAN “Anthropocentric” 5. ABUSIVENESS “Trioditis”

Justyna Szewczyk

1. SANCTA SANCTORUM „The Shining Darkness“ 2. ELECTRIC WIZARD „Witchcult Today“ 3. CANDLEMASS „Tales Of Creation“ 4. STORMWITCH „Walpurgis Night“ 5. HELLION „The Black Book“

ABUSIVENESS / SALTUS „Nowa Era” Morbid Winter Records Brzmi jak: podwójne uderzenie pogańskich armii Stało się. Dwa najlepsze zespoły rodzimej sceny paganmetalowej postanowiły połączyć siły i właśnie ukazał się efekt tego paktu w formie wspólnego splitu. Pierwsze cztery ciosy zadaje lubelski Abusiveness. Bezlitośnie szybka machina wojenna egzekwuje kolejne ataki z diabelską wręcz precyzją (bezbłędne partie perkusji w wykonaniu niezawodnego Vizuna) i zarazem finezją (doskonałe, podniosłe melodie i gitarowe solówki). Zaadaptowany specjalnie na tę okazję cover „Under the Guillotine” z  repertuaru Kreator, kapitalnie sprawdza się w  arsenale własnego materiału grupy. Stołeczny Saltus, nie wytracając narzuconego przez poprzedników tempa, przystępuje do natarcia swym najbardziej jak dotąd melodyjnym materiałem. Świetne, harmonizujące gitarowe riffy na tle mknących bojowych rytmów, wraz z masywnymi zwolnieniami budzą respekt i  wprowadzają słuchacza w  interesujący, bardzo epicki klimat. Chwilami słusznie pojawiają się analogie do kapel o skandynawskim rodowodzie, jednak warszawiacy umiejętnie wykorzystują ich chwytliwość, nie popadając przy tym w  mdły epigonizm. Po wydanych nie tak dawno bardzo dobrych longplayach obu kapel, „Nowa Era” stanowi solidną dokładkę. Więcej na: www.myspace.com/abusiveness i  www. myspace.com/officialsaltus Cyprian Łakomy [ 7.5 / 8 ]

Robert Wolf

1. CANNIBAL CORPSE „The Bleeding“ 2. OBITUARY „World Demise“ 3. IMMORTAL „Battles In The North“ 4. DARKTHRONE „Goatlord“ 5. TRIPTYKON „Shatter“ Kamila Skoczek 1. SEVENTH VOID „Heaven Is Gone“ 2. MONSTER MAGNET „Mastermind“ 3. RYKARDA PARASOL „For Blood And Wine“ 4. KILLING JOKE „Pandemonium“ 5. MAGNUS „Acceptance Of Death“ Sławomir Kamiński 1. CIRITH UNGOL „Paradise Lost“ 2. CRYSTAL VIPER “Legends” 3. KRAKEN “Underground 1980-1983” 4. FLOTSAM AND JETSAM „Cold“ 5. SANCTUARY „Refuge Denied“ 60

www.hardrocker.pl

A LIFE DIVIDED „Heart On Fire” AFM Records Brzmi jak: heavy new romantic No proszę, kojarzona do tej pory głównie z  klasycznym metalem niemiecka AFM, w  ostatnim czasie otwiera szerzej swoje drzwi dla kapel z  nieco innych bajek. Po niedawnej premierze świetnego materiału Stahlmann, właśnie pojawiła się w  postaci singla zapowiedź kolejnej interesującej płyty. To są wprawdzie tylko trzy kompozycje, ale dzięki nim bez problemu podejmiemy decyzję, czy czekamy na duży krążek „A Life Divided”, czy odpuszczamy. „Heart On Fire” i „Hey You” to dwa numery, w których zgrabnie połączono ze sobą delikatność, melodyjność, przebojowość elektronicznej muzyki

lat osiemdziesiątych z mocą brzmienia współczesnych rockowych, ciężkich gitar. Taki kolaż w tym konkretnym przypadku wypadł zadziwiająco dobrze. Spora też w tym zasługa wokalisty kapeli, którego głos idealnie pasuje do takich klimatów. Jako trzeci na krążku znalazł się bardzo fajnie zaaranżowany cover utworu „Sounds Like A  Melody” nieco zapomnianej już formacji Alphaville. Należy mieć tylko nadzieję, że pełny materiał będzie równie udany. Strona zespołu: www.myspace. com/alifedivided Dariusz Konicki

ALLEN/LANDE „The Showdown” Frontiers Records Brzmi jak: dobry melodyjny metal Jak widać, współpraca panów Allena i Landego przebiega jak najbardziej prawidłowo i po myśli obu artystów, bowiem właśnie otrzymaliśmy kolejny, trzeci krążek firmowany nazwiskami obu wokalistów. Materiał „The Showdown” skomponował Magnus Karlsson (Primal Fear), którego notabene nazwisko dość często pojawia się przy okazji płyt różnych wykonawców. Być może to właśnie jego pomysłem było to by nowe utwory duetu Allen/Lande dotarły do szerszej publiczności. Gdyby porównać te dwanaście kompozycji umieszczonych na „The Showdown” z wcześniejszymi płytami, to bez trudu można zauważyć, iż wszystko poszło w kierunku łagodnego rock metalu. Ciężko jest tu znaleźć jakieś elementy progresywnego grania, czy nawet typowego hard rocka. Czeka Was za to duża dawka melodyjnego, wręcz przebojowego grania. Jeżeli chodzi o klimat, to tę płytę można by porównać do niedawnego wydawnictwa duetu Kiske/Somerville. Oczywiście od strony warsztatowej wszystko jest na najwyższym poziomie. Doskonałe wokale, sporo niesamowitych solówek, idealnie wkomponowane klawisze. Produkcja też pierwszorzędna, no ale za gałkami siedział przecież sam Achim Kohler. Może na kolana nie rzuca, ale sprawdzić warto. Strona zespołu: www.myspace.com/ allenlande2 Dariusz Konicki [ 7 ]

Zwerbowawszy bębniarza Roya Mayorgę (m.in. Soulfly), który odpowiada także za produkcję, postawili na znane już patenty. Wciąż brzmią jak uthrashowione Killing Joke. Proste konstrukcje kawałków, a w tle chaos i  zniszczenie. Sporo klawiszowych plam, za sprawą których słuchacza mają prawo przejść ciary. ciary, ciary, ciary. Nie, nie jest aż tak zajebiście, za to lodowato zimno! Płytka jest zapowiedzią trzeciego w  dwudziestodwuletniej historii grupy długograja. Powinno być spoko. Więcej na www.myspace.com/amebixuk Vlad Nowajczyk [ 6.5 ]

nijak nie przystosowuje się do obecnych trendów i ustalonych brzmieniowych standardów. Biorąc pod uwagę misję Arckanum, a jest nią sianie Chaosu, postawę tę uznać należy za jak najbardziej słuszną. „Sviga Lae” to 8 obrzędów odwołujących się do pierwszego okresu twórczości Quorthona czy Celtic Frost. Obskurna produkcja i  wściekła aura, bijąca z  tych inkantacji, czynią je przyswajalnymi i zrozumiałymi jedynie dla wybrańców. Jest w tej muzyce również konieczny pierwiastek transu – wyczuwalny chociażby w  ogarniającej słuchacza mrocznej melancholii zamykającego całość „Rok”. Hermetyczności dopełniają zaś liryki napisane w  języku staroszwedzkim - to się nazywa wysoki poziom wtajemniczenia! Więcej na www. myspace.com/officialarckanummyspace Cyprian Łakomy [ 6 ]

AMORPHIS “Magic & Mayhem” Nuclear Blast Brzmi jak: prawdziwy Amorphis No proszę, po latach odkrywania nowych horyzontów muzycznych ocierających się o rocka alternatywnego, Amorphis wraca do korzeni. Płyta „Magic & Mayhem - Tales From The Early Years” to nic innego jak zbiór 13 utworów z wczesnych wydawnictw Amorphis, nagranych na nowo. Pomysł niby do dupy, aczkolwiek... efekt jest piorunujący. Oto bowiem za mikrofonem stanął Tomi Joutsen, w  efekcie czego dostajemy płytę, która muzycznie zdaje się zaprzeczać temu, że Amorphis w okolicach płyty „Elegy” wybrał inną drogę. Gdyby nie fakt, że płyta brzmi współcześnie i potężnie (no i  oczywiście, że tak naprawdę nie mamy tutaj nowych numerów), można by się nabrać, że to kontynuacja genialnych „The Karelian Isthmus” i „Tales From The Thousand Lakes”. Hipnotyczne riffy oparte na tradycyjnych fińskich skalach, ciężar i  deathmetalowe brzmienie? Tak grał kiedyś Amorphis. I  okazuje się, że- jeśli chce - nadal to potrafi. Ładny prezent na dwudziestolecie zespołu, jedynie ten cover The Doors trochę tu szpeci, aczkolwiek nikt nie każe nam go słuchać. Więcej na www. amorphis.net Justyna Szewczyk [ 8 ]

ASIA „Spirit of the Night – Live in Cambridge 09” Frontiers Records Brzmi jak: Asia, inaczej się nie da Jeszcze nie tak dawno temu fani cieszyli się z powrotu Asia w oryginalnym składzie i dobrej płyty, jaką bez wątpienia był krążek „Phoenix”, a tu, idąc jakby za ciosem, zespół za pośrednictwem Frontiers Records wypuścił właśnie koncertowe wydawnictwo będące zapisem jednego z koncertów obejmujących ten reunion tour. Cóż, nic Was tu raczej nie zaskoczy, no może poza skromną reprezentacją w  set liście kawałków z ostatniego albumu. Tak więc, w zasadzie mamy tu kolejny koncertowy The Best of…zespołu. „Open Your Eyes”, „Only Time Will Tell”, „Sole Survivor”, „Don’t Cry”, no i oczywiście nieśmiertelny „Heat Of The Moment”, po raz kolejny mogą radować uszy fanów kapeli. Stare wygi są w doskonałej formie. Wszystkie numery zagrane z sercem, zaangażowaniem, no i radością, a taka atmosfera udzieliła się również i publiczności, gorąco reagującej na każdą piosenkę. Najważniejsze, że nikt nikogo nie pobił, nikt nie strzelił focha i  karawana jedzie dalej. Asia to klasa sama w sobie i nie potrzebuje dodatkowej reklamy. Zorientowani na pewno popędzą do sklepu po to wydawnictwo i będą niecierpliwie czekać na kolejny studyjny stuff. Strona zespołu: www.originalasia.com Dariusz Konicki [ 7 ]

BANGALORE CHOIR ARCKANUM

AMEBIX „Redux” Profane Existence Records Brzmi jak: Killing Joke z thrashowym silnikiem Amebix, pionierzy crusta, wracają z nowym materiałem w postaci trzyutworowej EPki.

„Sviga Lae” Regain Records Brzmi jak: rytuał w hołdzie prekursorom czarnego metalu Szósty dźwiękowy rytuał w  wykonaniu Arckanum, jednoosobowego projektu, za którym kryje się były perkusista kultowego Grotesque, ukazuje się w momencie gdy mija 18 lat działalności tego tworu. Mimo, iż lata lecą, to, co ma do zaproponowania,

„Cadence” AOR Heaven Brzmi jak: gorący amerykański hard rock Po osiemnastu latach powracają Amerykanie z Bangalore Choir, w trochę ostrzejszym wydaniu. Muzyka grupy oparta na zadziornych, ognistych riffach, pełna jest chwytliwości, luzu, lekkości i  radości. Kompozycje mają wyrównany poziom i  pełne są do-

skonałych melodii oraz przebojowych refrenów. Wokalista David Reece (który swego czasu zahaczył o Accept) dobitnie potwierdza, że nic nie stracił ze swojej klasy, a  jego głos nadal brzmi porywająco, mocno i  pewnie, no i ciągle ma ten charakterystyczny “chropowaty brud” w  brzmieniu. Jego linie wokalne pełne są pasji, zaangażowania i  energii. Do jego poziomu dostrajają się pozostali muzycy, a w szczególności gitarzysta Andy Susemihl, którego gra na tym wydawnictwie jest wręcz znakomita. Przemyślana, pełna pomysłowości, werwy i  ognistej biegłości, którą możemy podziwiać praktycznie przez cały czas trwania tej płyty. Brzmienie jest doskonałe, bardzo dopracowane, a  - co najważniejsze - mało w  nim nowomodnych patentów. Jest to zdecydowanie jedno z  najlepszych wydawnictw w  przedziale hard rock / AOR tego roku. Więcej na www. bangalore-choir.com Sławomir Kamiński [ 8 ]

BEHOLDER „The Awakening” Lime Records Brzmi jak: wczesne Iced Earth z progresywno-thrashową nutą Angielski Beholder to kolejna młoda kapela heavymetalowa... zaraz, zaraz. Nie do końca. Wokalista i  basista pogrywali wcześniej w The Handsome Beasts, zaliczanych do NWOBHM! Po dokooptowaniu do składu trzech młodzianów ruszyli z kopyta z własną wersją heavy okraszonego szczyptą thrashu. Znakomite, epickie melodie. Cięte riffy. Głęboki, czysty głos Simona Halla. Świetne teksty o  tematyce społecznej (antychrześcijański „The Heretic” rządzi!). Kawał zajebistej muzy, niestety zbyt często jakże niebezpiecznie zbliżony do wczesnych dokonań Iced Earth. Dają się także we znaki jednoznaczne wpływy Nevermore i Skyclad/Sabbat (melodeklamacje). Nie oznacza to, że „The Awakening” słucha się źle. Skądże, album szybko chwyta i  nie chce wypuścić ze swych szponów. Co z tego, że styl Beholdera musi się jeszcze wykrystalizować? Jak na debiut jest naprawdę dobrze! Więcej na www.myspace.com/beholderuk Vlad Nowajczyk [ 7 ]

CATARACT

BLASPHEME

„Killing The Eternal” Metal Blade Brzmi jak: Slayer, Hatebreed i Born From Pain naraz Za sprawą płyt takich jak ta, nie musicie obawiać się, że tegoroczny sezon jesienno-zimowy wpędzi was w  marazm i zamułę. Trwający równe co do sekundy 39 minut kopniak w ryj w postaci „Killing The Eternal”, nowego dzieła Szwajcarów z Cataract, stanowi przykład tego, że można jeszcze dziś zaserwować porywającą fuzję pierwiastków hardcore i  ekstremalnego metalu. Kiedy sześć lat temu grupa debiutowała w barwach Metal Blade krążkiem „With Triumph Comes Loss”, jej twórczość określano jako brakujące ogniwo między Slayer a Hatebreed. Jak pokazuje wydany pod koniec września najnowszy materiał, określenie to nic nie straciło na swym znaczeniu. Krótkie, treściwe i pełne pasji kawałki nie są przeładowane melodiami, ani śpiewnymi refrenami, a mimo to nie sposób odmówić im chwytliwości. Niejedna thrashowa załoga w  katanach i  białych adidasach pozazdrości Cataract killerów pokroju „Never” czy „Reap The Outcasts”, a  amatorzy moshu będą mieli co robić przy breakdownach w  „Urban Waste”. Przygniatająco solidna praca podwójnych stóp, szorstkie, motoryczne riffy i twardy, trzewiowy wrzask – tak rysują się kontury „Killing The Eternal”. Wszelkie ozdobniki dobrano niezwykle oszczędnie i  ostrożnie – solówek jest tu jak na lekarstwo, jeśli jednak już się pojawiają, np. w „The Faith You Have Misused”, to wzbogacają surowy rdzeń kompozycyjny. Brzmienie wygenerowane przez Tue Madsena pasuje tu jak ulał: jest bardzo klarowne, lecz nie odbiera płycie zadziornego charakteru. A to przecież on determinuje jej wysoką jakość. Sprawdź www.cataract.cc Cyprian Łakomy [ 8 ]

„Briser Le Silence” XIII Bis Records Brzmi jak: nowy album Blaspheme Po przetarciu oczu i upewnieniu się, że to TEN Blaspheme, należy... ponownie przetrzeć oczy i  zrobić to jeszcze raz. Niby powróciły chyba wszystkie grające w latach 80-tych zespoły, ale kto by się

CHAINFIST „Black Out Sunday” SAOL Brzmi jak: naśladowcy Volbeat Sukces Volbeat sprawił, że coraz więcej niespełnionych, skandynawskich death i blackmetalowców zwróciło się ku hardrockowi. Chainfist też są brzydcy, kiepsko owłosieni i niemłodzi. I podobnie jak ich „idole” łoją przyjemnie dla ucha, bo muzykami są niezłymi. Ot, telewizyjny rock... oczywiście z czasów, gdy MTV była

jeszcze stacją muzyczną. Lekko, przebojowo, z nutą melancholii, w sam raz dla „tylko trochę” zbuntowanych nastolatek. Kilka wyśmienitych riffów, jak ten w „Edge Of The World”, niezłe solo w „Show Me”. Brakuje nieco pazura, całość jest zbyt wygładzona, a melodie zbyt... ładne. Gdy robi się ciężej, następuje błyskawiczny powrót na z góry ustalone pozycje. Na przykład do słitaśnej ballady „Stay”. Chainfist jednym uchem wpada, drugim wylatuje. Więcej na www.myspace.com/chainfist Vlad Nowajczyk [ 4.5 ]

CHAINSAW „Metal Missionary” Meat Rackords Brzmi jak: thrash’n’rollowa wersja Spinal Tap Holenderska „Piła” od czternastu lat robi sobie jaja ze wszystkiego wokół, grając przy tym skocznego thrash’n’rolla, opartego na kilku riffach Motorhead. Muzycznie zatem bieda, ale za to jaka otoczka! Już same obrazki we wkładce nieodparcie bawią, a gdy wczytać się w, pisane szkolną angielszczyzną, teksty... Banan na ryju pewny. Skoro od początku celem był muzyczny kabaret, cel został osiągnięty. „Metal Missionary” nie bawi tylko ponuraków, w dodatku nieczających metalowego klimatu. Kupa śmiechu, ale po jednym przesłuchaniu ziewanie pewne. Wracać można najwyżej do „Tonight I’m Gonna Rock You Tonight”, coveru wiadomo kogo. Więcej na www.chainsaw.nl Vlad Nowajczyk [ 5 ]

CIGUE “Phobia” Mosaic Music Brzmi jak: punk z domieszką industrialu O  Cigue, zespole mocno osadzonym na francuskim rynku, być może wkrótce usłyszy szersze spektrum odbiorców. A to dlatego, że ich druga płyta to przyzwoita dawka industrialnego rocka z  lekkim posmakiem eksperymentalności. Wbrew

spodziewał powrotu Blaspheme? Zespół w latach 80-tych, wspólnie z Sortilege, Trust i Killers, tworzył pierwszą ligę heavy metalu, ale- jakby nie było-ostatnią płytę „Desir De Vampyr” wydał w 1985 roku. Tak jest, 25 lat temu. Nowy album został nagrany w  prawie oryginalnym składzie, więc nietrudno obliczyć, że większości muzyków na liczniku wskoczyła już piątką. Ale wiecie co? To nie ma znaczenia. Blaspheme korzystają z nowych brzmień, płyta brzmi świeżo i za cholerę nie czuć, że nie było ich na scenie ćwierć wieku. Takie cuda zdarzają się chyba tylko w heavy metalu: chcecie posłuchać dobrego klasycznego grania z  wokalizami w  języku francuskim, to sięgnijcie po „Briser Le Silence”. No bo skubańce grają tak jak kiedyś. Więcej na www.myspace.com/blaspheme_2007 Bart Gabriel [ 7.5 ]

tytułowi nie nabawimy się żadnej fobii, słuchając ostatniego dzieła Francuzów. Płyta jest beztroska, oparta na szybkich, rock’n’rollowych dźwiękach, które często płynnie łączą się z elementami elektroniki. Nie brakuje też hardcore’owych riffów, które nadają przedsięwzięciu dużą dozę przebojowości. Nie spodziewajcie się też wokalu zabarwionego silnym francuskim akcentem, to kolejny mocny punkt płyty. Efekt? Nawet nie zauważycie kiedy dobiegnie końca. Cigue udała się rzadka sztuka: stworzenie albumu, który nie nudzi. Więcej na: www.cigue-music.com Kamila Skoczek [ 8 ]

CONAN’S FIRST DATE „Effigies” Powerground Brzmi jak Entombed w wersji stoner „O nie, kolejny zespół z przekombinowaną nazwą” można pomyśleć przy pierwszym kontakcie z  Conan’s First Date. Warto jednak umieścić płytę Węgrów w  odtwarzaczu, bo okazuje się, że grają przyjemną kombinację stonera, thrashu i  rocka z widocznymi inspiracjami zespołem Pantera. „Effigies” składa się z dwóch części, pierwsza to zupełnie nowe utwory, druga zawiera utwory wydane już wcześniej jako „The Werewolf Rising”. Mimo, że obydwie części są stylistycznie jednorodne, pierwsza jest zdecydowanie lepsza. Po pierwsze wokalista wypada znacznie lepiej. Wystarczy posłuchać otwierającego album „Effigy” by zauważyć, że Marton Bencze inspiruje

się Philem Anselmo. Po drugie, w drugiej części panowie popełniają tragiczny cover „Million Miles From Home” zespołu Dune. Nie zmienia to faktu, że debiut Węgrów to zbiór dobrych nieskomplikowanych utworów, z konkretnym uderzeniem. Więcej na: www.conansfirstdate.hu Kamila Skoczek [ 7 ]

CRADLE OF FILTH “Darkly, Darkly, Venus Aversa” Peaceville Records Brzmi jak: Disney Black Metal Ocena nowej płyty Cradle Of Filth może być dwuznaczna. Po pierwsze, zdecydowanie nie można zarzucić “Darkly, Darkly, Venus Aversa” braku chwytliwości. Mamy tu mnóstwo sprytnie skonstruowanych riffów i melodyjnych fragmentów. Fanom, którym przypadły do gustu ostatnie dokonania zespołu płyta zapewne się spodoba. Jednak nie sposób przegapić faktu, iż zespół konsekwentnie brnie w stylistyczną popelinę (vide tytuł nowej płyty). Brytyjczycy od dawna są groteskowo przestylizowani, ale o ile to jeszcze możemy im wybaczyć i  zrzucić na karb konwencji, to coraz większa zawartość muzycznego kiczu na czele z wymuszoną próbą brzmienia epicko już jest ciężka do przełknięcia. Razi to tym bardziej, jeśli przypomnieć sobie pierwsze płyty zespołu i niewątpliwie wyższą jakość. Cradle Of Filth albo bardzo się pogubili, albo postawili na to, by grać przystępniej i pozyskać więcej słuchaczy. Niezależnie od przyczyn, tracą bardzo na wartości.Więcej na: www.cradleoffilth.com Kamila Skoczek [ 6 ]

DAGOBA „Poseidon” XII Bis Records Brzmi jak: mieszanka death metalu i Slipknot “Poseidon” to trzecia odsłona francuskiego zespołu Dagoba. Płyta jest wypadkową poprzednich dwóch, i można śmiało powiedzieć że łączy to, co w nich najlepsze. Z jednej strony mamy idealnie wykalkulowane brzmienie “The Colossuss”, a  z  drugiej siłę uderzeniową „What Hell Is About” Jedynym elementem, którego może brakować tym, którzy polubili poprzednie płyty zespołu jest melodyjność, chociaż i tej zmiany nie można nazwać wadą „Poseidon”. Od strony instrumentalnej płyta jest ciężka, jednak na tyle zróżnicowana, że nie nudzi. To samo można powiedzieć o wokalu. Jedynym dyskusyjnym aspektem zespołu (choć niekoniecznie negatywnym) jest jego wizerunek. Mianowicie mamy tu www.hardrocker.pl

61


do czynienia z pirat-metalem. Na szczęście na „Poseidon” nie uświadczymy szantowej stylistyki, więc można zignorować ten element. „Poseidon” to mięsisty kawał dobrego metalu. Więcej na: www.myspace. com/dagoba Kamila Skoczek [ 8 ]

CRYSTAL VIPER

DARK ORDER „Cold War of the Condor” Battlegod Productions Brzmi jak: thrashmetalowe rozliczenie z krwawym reżimem Dark Order to już weterani autralijskiego metalowego podziemia. Z  prawie dwudziestoletnim bagażem doświadczeń na karku, czterech muzyków latynoskiego pochodzenia wciąż daje do zrozumienia, że granie bynajmniej nie stanowi dla nich rutyny i potrafią jeszcze pobawić się swym brzmieniem, co w  efekcie daje ciekawe rezultaty na krążku zatytułowanym “Cold War of the Condor”. To koncept album, opowiadający dzieje autorytarnego reżimu Augusto Pinocheta w  Chile, a  w  sferze muzycznej będący dość ciekawą syntezą thrashu o  wyraźnie amerykańskiej proweniencji (“State of Siege”) z elementami deathmetalowej brutalności (“Operation Condor”). Stosownie do poruszanej tematyki, Australijczycy potrafią kreować niepokojącą atmosferę za pomocą psychodelicznych patentów, jak choćby tego pod koniec „Villa Grimaldi”, a nawet pokusić się o  przeszywające smutkiem elegie, czego żywym dowodem jest „A  Lament for Victor Jara” (tej postaci swe piosenki poświęcali już Niemcy z  Heaven Shall Burn). Jedyne zastrzeżenia, jakie można mieć przy okazji słuchania tej produkcji, dotyczą bardzo długiego (74 minuty) czasu trwania. No, ale jeśli to konceptalbum, to nie ma się co dziwić. W dobie, kiedy zespoły metalowe piszą teksty na swe płyty przeważnie na kolanie, albo uderzają w  odpustowo-patriotyczny ton, cieszy to, że są jeszcze wśród nich takie, które umieją zrobić album na ciekawy temat, bez taniego patosu. Więcej na www. myspace.com/darkorder Cyprian Łakomy [ 6.5 ]

“Legends” AFM Records Brzmi jak: ognisty heavy metal Crystal Viper w swojej konsekwentnej drodze ku metalowym szczytom, po raz trzeci zabiera nas w  podróż, po wykreowanym przez siebie dźwiękowym świecie. “Legends” jawi się jako wypadkowa dwóch wcześniejszych

robi w sposób bardzo naturalny i jakby oczywisty dla słuchacza. Kompozycje są rozbudowane, pełno w nich zmian tempa, technicznych zagrywek oraz gitarowych i  klawiszowych solówek, które spinają poszczególne motywy ze sobą. W  utworach tych naprawdę dużo się dzieje, a wszystko doskonale do siebie pasuje i stanowi przemyślaną całość. Gra muzyków, co jest bardzo zaskakujące biorąc pod uwagę ich wiek, jest bardzo dojrzała i wszechstronna. Znamionuje pełne już ukształtowanie stylistyczne, aż strach się bać co będzie w przyszłości! Więcej na www.myspace. com/disperseband Sławomir Kamiński [ 8 ]

DISPERSE „Journey Through The Hidden Gardens” ProgTeam Brzmi jak: dobra, rasowa progresywna muzyka Jak na debiut, to jest to bardzo ciekawe i dojrzałe wydawnictwo. Grupa serwuje nam mocno przemyślaną i doskonale zaaranżowaną muzykę, co bardzo cieszy zważywszy na młody wiek muzyków Disperse. Podstawę muzyki stanowią tu mocne metalowe riffy, które w  doskonały sposób poprzeplatane są z  bardzo nastrojowym i  klimatycznym graniem. Kapela z  dużą łatwością potrafi balansować nastrojami i  przechodzić z  jednego grania w drugie, przy czym wszystko to 62

www.hardrocker.pl

DEATH ANGEL „Relentless Retribution” Nuclear Blast Brzmi jak: najcięższy Death Angel od 23 lat! Każda z „powrotnych” płyt filipińskich thrashers zaskakiwała. „The Art Of Dying” punkowością, „Killing Season” nowoczesnym, rockowym drajwem. Najnowszy krążek przynosi znacznie większe niespodzianki. Przede wszystkim jest eklektyczny. Znakomite kompozycje odwołują się do wszystkich dotychczasowych dokonań Death Angel,

płyt. Grupie udało się połączyć najlepsze cechy wcześniejszych wydawnictw, a zarazem stworzyć coś bardzo świeżego i  ekscytującego. Z  muzyki zespołu bije niesamowita świadomość i  dojrzałość. Kompozycje wydają się bardzo proste i naturalne, ale tak naprawdę są bardzo starannie przemyślane, zaplanowane i  zaaranżowane. Zwróćcie uwagę jak inteligentnie przeplatają cię ze sobą poszczególne motywy, jak nietuzinkowo zaaranżowane są bębny, jak grupa świadomie rozbudowuje harmonie i jaki progres nastąpił w  solówkach. Ponadto łatwość w  wymyślaniu doskonałych, chwytliwych, ale zarazem niebanalnych melodii w przypadku tej kapeli jest wprost porażająca. Crystal Viper grają “swoje”, ale przy tym cały czas pozostają twórczy i nie zjadają swojego ogona. Jeżeli mówimy o dużym rozwoju kompozycyjnym i  instrumentalnym muzyków, to należy

DISTANT PAST „Alpha Draconis” Kayfabe Sound Brzmi jak: dobre progresywne granie Ten szwajcarski band, pomimo wydania właśnie trzeciego albumu, jest praktycznie nieznany szerszej publiczności. Grupa gra przyzwoity melodyjny heavy metal z licznymi progresywnymi elementami. Całość materiału jest oparta na raczej prostych, przejrzystych i  czytelnych dla odbiorcy strukturach. Grupa nie kombinuje, nie gmatwa zanadto, nie stara się w nieskończoność rozbudowywać swoich utworów, czy też popisów instrumentalnych. W tym aspekcie jest raczej oszczędnie, wszystko ujęte jest w karby i przystępnie podane,

za wyjątkiem nieudanej „Frolic Through The Park”. Pomimo nastrojowych, akustycznych fragmentów (np. piękne outro do „Claws In So Deep” w wykonaniu Rodriga y Gabrieli), materiał to piekielnie ciężki, wręcz wgniatający w  ziemię. Mark Osegueda najczęściej wściekle wrzeszczy, a  sekcja... no właśnie. Nie mamy już do czynienia z kwintetem pochodzenia filipińskiego. Basista Damien Sisson i  bębniarz Will Carroll są blondynami. Obaj grali wcześniej w Vicious Rumors, dokładają dołu jakiego, z  całym szacunkiem, oryginalni muzycy nie potrafili kapeli nadać. Fantastyczne, rozbudowane solówki z kolei nie zaskakują, wszak to norma w  wykonaniu Roba Cavestany. Brak słabych punktów, same hiciory! Przy zachowaniu odpowiedniej skali album ów może być dla Death Angel tym, czym dla Exodus było „Tempo Of The Damned”. Miodzio! Więcej na www. myspace.com/deathangel Vlad Nowajczyk [ 9 ]

także wspomnieć, że i wokalnie mamy postęp. Myślę, że chyba dopiero teraz Marta zaprezentowała pełnię swych możliwości . Wokale są jeszcze bardziej zróżnicowane, brzmią bardziej ostro i  zadziornie, a  także mrocznie i ciemno, ale cały czas pozostają przy tym niesłychanie swobodne. Stanowią doskonałe dopełnienie ciekawej, melodyjnej i  wciągającej muzyki. Jeśli kochacie kreatywne granie spod znaku Iron Maiden, Running Wild, czy Gamma Ray to płyta ta będzie dla was miodem! Kibicuję im od dawna i  jestem naprawdę dumny, że ludzie z  Polski potrafią stworzyć doskonały materiał, jeden z najlepszych w 2010 roku i dzięki temu “rozwalić” potężną konkurencję jaką stanowią tysiące kapel w klasycznym metalu na świecie. Więcej na www.crystalviper.com Sławomir Kamiński [ 9 ] a  i  tak sporo się w  tej muzyce dzieje. Brzmienie może nie powala ciężarem jak na dzisiejsze standardy, ale jest ono na pewno wystarczająco ostre, a  zarazem ciekawe i pasujące do muzyki. Wokalnie także jest nieźle. Mamy tu głównie czyste wokale, ale trafiają się też jakieś growle, czy ostrzej śpiewane frazy. Jest to naprawdę niezła płyta, z masą melodii, z elementami progresywnego rocka lat 70- tych, pomieszanymi z  klasycznym heavy lat 80- tych i z żywym, ciekawym brzmieniem. Możecie być na 100 % pewni, że nie będzie to kolejny klon Dream Theater. Więcej na www.distant-past.ch Sławomir Kamiński [ 7.5 ]

na pewno fakt, że niektóre utwory są dość chwytliwe i wpadają w ucho, jednak schematyczność niestety niweluje tę zaletę. Życząc zespołowi Dual-Coma jak najlepiej, trzeba stwierdzić, że „Wake Me Up” nie jest udaną płytą. Więcej na: www.dualcoma.pl Kamila Skoczek [ 4 ]

ENSLAVED DRUDKH „Handful of Stars” Seasons of Mist Brzmi jak: krzyk ukraińskich stepów Mijający właśnie rok był doskonałym okresem wydawniczym dla francuskiej stajni Season of Mist aż do samego końca. Wydany we wrześniu ósmy album ukraińskiego Drudkh stanowi ostateczny akt zerwania przez ten enigmatyczny zespół z wyrazistymi ramami epickiego black metalu na rzecz melancholijnego post-metalu. Elementy pierwotnej stylistyki formacji Romana Saenki dają o sobie znać bardzo śladowo – dziś bardziej skłania się on w stronę oszczędnych, prostych riffów oraz budowania atmosfery zadumy dzięki licznym repetycjom, rytmicznym zapętleniom i nośnym melodiom. Swym bardzo pierwotnym, odartym z  nadmiernych ornamentów charakterem, każdy z sześciu utworów kreuje rozległą przestrzeń tonów, które płynąc w nieskończoność, pozwalają na chwilę zapomnieć o całym dzisiejszym świecie i tempie, jakie narzuca. Wyjątkowo lirycznie robi się w „The Day Will Come” – można by go słuchać i słuchać… Pomimo iż zarówno cały materiał, jak i poszczególne kompozycje noszą angielskie tytuły, to teksty napisane i wykonane są w rodzimym języku muzyków. Odrębny plus należy się „Handful of Stars” za świetną, najlepszą jak dotąd w  całym dorobku okładkę. Urzekająco zjawiskowa rzecz. Więcej na www.myspace.com/drudkhofficial Cyprian Łakomy [ 9 ]

DUB WAR „The Dub, The War and The Ugly” Earache Records Brzmi jak: metal z dredami Minęło już sporo czasu, odkąd zespół Dub War zaczynał grać. Można zaryzykować stwierdzenie, że na początku lat 90tych stworzyli coś zupełnie unikalnego. Nawet dziś rzadko spotyka się tak udane połączenie reggae, metalu, punka i funk. Powyższe wydawnictwo zawiera w  sobie utwory z  płyt: „Pain” i  „Wrong Side Of Beautiful”, kilka niewydanych utworów, jak również 55-cio minutowe DVD zawierające wywiady z muzykami, opowiadającymi historię zespołu i ich ostatni koncert w londyńskiej Asturii. Nie trzeba mówić, że dla każdego, kto słyszał i lubi Dub War, to pozycja obowiązkowa. Co więcej, można mieć pewność, że doceni ją także fan oryginalnej muzyki, potrafiącej wychodzić poza utarty schemat i pokazywać, że to co czyni ją naprawdę dobrą, to różnorodność i  umiejętność zabawy konwencją. Więcej na: www.dubwar.co.uk Kamila Skoczek [ 9 ]

ENCOFFINATION DUAL-COMA „Wake Me Up” Parabellum Production Brzmi jak: melodyjny metalcore Dual-Coma to rodzimy projekt post metalcore’owy, który doczekał się wydania kolejnej płyty. Panowie istnieją na scenie metalowej już kilka dobrych lat (zespół został założony w 2004 roku) jednak raczej niewiele osób o nim słyszało. Dzieje się tak zapewne dlatego, że niestety nie mają dużo do zaproponowania. „Wake Me Up” to schematyczny metalcore, z zabarwieniem death i thrash metalowym. Poza więcej niż przyzwoitym wokalem płyta niesamowicie irytuje, bo ile można powtarzać ten sam patent muzyczny, polegający na graniu wolnych i szybkich fragmentów, przeplatając je tu i ówdzie mało skomplikowanym riffem, który słyszeliśmy już milion razy wcześniej? Okolicznością łagodzącą jest

na granicy między doczesnością a tym, co nieznane. Tylko dla koneserów. Więcej na www.myspace.com/encoffination Cyprian Łakomy [ 6 ]

Xaaya i dopracowane brzmienie. Należy tylko pamiętać przy tym, że to zaledwie powierzchnia, natomiast to, co pod nią, wcale nie przedstawia się tak ciekawie. Więcej na www.evocation.se Cyprian Łakomy [ 6.5 ]

EVOCATION

DIVISION BY ZERO „Independent Harmony” ProgTeam Brzmi jak: porywający progresywny metal Śląska kapela jako kolejna udowadnia, że w Polsce można stworzyć coś, co będzie śmiało mogło rywalizować z najlepszymi wydawnictwami danego gatunku muzycznego na świecie. Wystarczy tylko (a może aż) talent, wiara, masa ciężkiej pracy i  “nie chodzenie na skróty”. Division By Zero spłodziło jedno z  najlepszych dzieł ostatnich lat. Z  płyty bije niesamowita pasja i zaangażowanie. Nie znajdziecie tu ani jednego wypełniacza, muzyka cały czas trzyma słuchacza w napięciu i nie pozwała mu ani przez chwilę się rozkojarzyć, bądź pomyśleć o czymś innym. Mamy tu niesamowity klimat, budowany w bardzo przemyślany i inteligentny sposób, który jest pełen zmian nastrojów oraz emocji. Grupie udało się w  tej masie łamanych rytmów zawrzeć także doskonałe, momentami nawet piękne melodie. Polacy zmajstrowali coś tak dobrego i fajnego, coś co pozwala nam obcować ze sztuką przez wielkie “S”. Więcej na www.divisionbyzero.pl Sławomir Kamiński [ 9.5 ]

„Axioma Ethica Odini” Indie Recordings Brzmi jak: Enslaved u szczytu Po mocno eksperymentalnym nawet jak na standardy Enslaved albumie „Vertebrae”, przyszła pora na płytę znacznie bardziej bezpośrednią w swej wymowie. Na jedenastym krążku w  dyskografii Norwegowie grają z  siłą młokosa i rozeznaniem, godnym doświadczonych wojowników. Nic w  tym dziwnego, w końcu dwie dekady działalności pod tym szyldem to czas, w którym styl grupy przeszedł znaczną ewolucję. Pomimo wciąż silnych ciągot zespołu Ivara Bjaernsona do klimatów psychodelicznych, z  całą pewnością przyznać można, że „Axioma Ethica Odini” to najbardziej

metalowe wydawnictwo grupy w ciągu lat. Świadczą o tym kompozycje takie jak choćby otwierający, trwający osiem minut „Ethica Odini” czy „Raidho” , oparte na prostych, wręcz thrashowych rytmach. Struktury poszczególnych numerów nie są tu tak zawikłane jak – dajmy na to – te z dwóch poprzednich wydawnictw, choć im dalej w  głąb materiału, tym więcej kombinowania z  formą. Po ambientowym „Axioma” mamy mocno wdający się w stylistykę King Crimson „Night Sight”, natomiast wieńczący całość „Lightening”, dzięki płynącej melodii i przejmującej wokalizie Herbranda Larsena, kontrastującej z jadowitym skrzekiem Grutle Kjellsona, stanowi idealną codę. Wrażenie robi także pełna i solidna produkcja – dzięki wysiłkom Enslaved i świetnemu miksowi Jensa Bogrena, otrzymaliśmy najlepiej brzmiące dzieło zespołu. W dobie, kiedy spora część ich ojczystej sceny nagminnie i  nie zawsze udanie upraszcza własną muzykę, Enslaved nie porzuca własnej poszukiwawczej tożsamości, udowadniając, że można tworzyć sztukę pierwotną i fascynującą zarazem. Więcej na www.enslaved.no Cyprian Łakomy [ 10 ]

„Ritual Ascension Beyond Flesh” Selfmadegod Brzmi jak: opowieści z krypty Encoffination istnieje poza światem żywych, w otchłani potępienia, rozkładu i destrukcji – czytamy w informacji prasowej, którą wydawca zachęca do zapoznania się z  debiutanckim materiałem amerykańskiego duetu. Przyznać należy, że trudno o dokładniejsze zobrazowanie zawartości „Ritual Ascension Beyond Flesh”. 30 minut, spędzonych przy tej płycie to seans obskurny, chory i wpędzający w depresję. Jako, że dźwięki generowane przez duet urągają chyba wszelkim współczesnym standardom słuchalności, trudno to nawet nazwać muzyką. Wstawki zaczerpnięte z  filmów grozy, brzmienie lo-fi, narkotyczne inkantacje – to wszystko plasuje Encoffination gdzieś pomiędzy Disembowelment a Sunn O))). Ta płyta jest niczym zapis powolnej agonii, otępiając zmysły i wciągając słuchacza w ryzykowną podróż

„Apocalyptic” Cyclone Empire Brzmi jak: podupadająca szwedzka duma Historia szwedzkiego Evocation prezentuje się o tyle interesująco, że początki zespołu sięgają wczesnych lat 90-tych, lecz w tamtym czasie manifestował on swą aktywność jedynie w  formie demówek. Dopiero dobiegająca właśnie dekada pozwoliła mu zaistnieć na pełnometrażowych wydawnictwach, a wydany niedawno „Apocalyptic” jest trzecim dziełem w jego dorobku. 10 numerów, tworzących w sumie 40 minut materiału przynosi całkiem okazałą dawkę porządnie odegranego i nieźle zaaranżowanego melodic death metalu, lecz niestety nic ponadto. Stylistycznie kwintet plasuje się pośród licznych dziś epigonów tego, co przed laty z  powodzeniem uskuteczniali chłopacy z At The Gates, Dismember i The Crown. Jest zatem dosyć piosenkowo, jednak bez popadania w mdły metalowy lukier i z całkiem sporą dozą bujającego groove. To dobry punkt wyjścia, ale wciąż zbyt mało, by wyróżnić się na tle setek istniejących współcześnie kapel podobnej maści. Gitarowe harmonie i patenty melodyczne nie urzekają już tak, jak jeszcze kilka lat temu; sekcja, choć pracująca solidnie, nie nadaje tej muzyce należytego impetu. Do sięgnięcia po tę płytę może zachęcać stylowa okładka autorstwa

FACEBREAKER „Infected” Cyclone Empire Brzmi jak: kolejna próba reanimacji nieboszczyka Panujący w ostatnim czasie wysyp wszystkich Facebreakerów, Bone Gnawerów i  tym podobnych zespołów, które usiłują wskrzesić ścierwo oldschoolowego death metalu coraz częściej powoduje, że obrana przez nie muzyczna konwencja zaczyna nużyć i  niecierpliwić. Mało przekonujące wydaje się klepanie cały czas tych samych wymówek, że w tej muzyce nie chodzi o rozwój, czy choćby najdrobniejszą jego namiastkę. Niestety, poza nienagannym rzemiosłem wypada mieć do takiego trupiaszczego grania talent i najlepiej jeszcze jakiś pomysł. O  ile Facebreaker dwóch pierwszych cech nie brakuje, tak z ostatnią z nich jest już trochę gorzej. Będący trzecim w dyskografii Szwedów album „Infected” zastaje preferowaną przez nich stylistykę dokładnie w  tym samym miejscu, co wydany przed dwoma laty „Dead, Rotten and Hungry”. W nowych 12 numerach przeważają zatem średnie i wolne tempa, oraz przetaczające się wraz z  nimi toporne riffy. Całość

jest podobnie szorstka w obyciu, co stare płyty Bolt Thrower i Asphyx, lecz próżno szukać tu elementów, które w  jakikolwiek sposób odróżniałyby Facebreaker spośród całej rzeszy podobnych zespołów. Więcej na www. facebreaker.com Cyprian Łakomy [ 6 ]

FAUST

FATAL „Cast Into Filth” Slaney Records Brzmi jak: beznadziejny, nudny death metal Ktokolwiek słyszał dwie wcześniejsze EPki florydyjskiego Fatal, zawierające dobrze rokujący, ciekawy crossover/thrash, musi być niemile zaskoczony ich woltą w kierunku nudnego, wolnego death metalu (nie mylić np. z  Bolt Thrower). Najbardziej zaszokowany był szef ich wytwórni, który prosił o  umieszczenie w  niniejszej recenzji informacji, iż podpisany w 2008 kontrakt opiewał na dwa małe krążki i nie zawierał klauzuli o  zmianie stylistyki... W najczarniejszych snach Irlandczyk nie przewidywał, że Amerykanie podrzucą mu tak cuchnącego kloca. Wszystko na tej płytce kuleje. Nagrywana była chyba na Grundigu w  piwnicy. Riffy na jedno kopyto, podobnie aranżacje bębnów. Wokal? Niczym Tardy z Obituary na ciężkim kacu. Był ogień, pomysły, świetne tempa i duże jaja. Jest nuda, sztampowość i brak dystansu do własnej twórczości. Tak, to jedna z  tych kapel które na krytykę reagują wyzwiskami. Koniec zabawy, dobranoc. Więcej na www.myspace.com/ fatalrules (sic!) Vlad Nowajczyk [ 1 ]

FLOTSAM AND JETSAM „The Cold” Driven Music Group Brzmi jak: kontynuacja „Dreams Of Death” Nowy album legendy z Phoenix przynosi kilka niespodzianek. Po pierwsze wytwórnia. Driven Music jest własnością byłego gitarzysty Korn, który uznał Jezusa za swojego króla. Dziwne, że zachciało mu się wydać podziemny, kultowy zespół. Najwyraźniej uznał, iż należy mieć się z czego spowiadać. Po drugie, gitarzystę Eda Carlsona (staż: 27 lat) zastąpił Michael Gilbert,

„From Glory To Infinity” Stygian Crypt Productions Brzmi jak: nędzny death/black z kilkoma fajnymi solówkami Ciężki orzech do zgryzienia, ale od początku. Wielkie brawa za okładkę. Ta zakonnica powinna służyć jako rysunkowa antyreklama silikonowych biustów. Fuj! Muzycznie początkowo wszystko wydaje się całkiem spoko, na pierwszy plan wybijają się naprawdę udatne sola. Gościnny udział Steve’a DiGiorgio i Daraya to niewątpliwy atut promocyjny. Kolejne przesłuchania pozwalają jednak odkryć pozostałe warstwy, na których śmierdzi, niestety. Włosi popełnili błąd, jaki często zdarza się kapelom, które naprawdę bardzo chcą, a nie za bardzo umieją komponować. Przeładowali płytę. Co gorsza, poza solówkami przeładowali ją cienizną. Wokale są naprawdę złe. Tak złe, że do ich wykonania wystarczyłby początkujący rzygacz z Koziej Wólki. Akustyczne interludia porażają brakiem smaku, godnym potężnego Ancient, w  którym przez niemal dekadę pogrywał lider kapeli. Do tej „kultowej” formacji nawiązują też, równie plastikowe co kwadratowe, partie bębnów. DiGiorgio nie słychać, chociaż może to i dobrze... Owszem, może kilka krótkich fragmentów daje się słuchać bez grymasu, lecz całość to spaghetti drugiej świeżości. Więcej na www.myspace.com/faustband2 Vlad Nowajczyk [ 3 ]

który do 1999 roku współtworzył Flots. Po trzecie – aranżacje. Tak bogatego tła nie miał żaden ich wcześniejszy album. Muzycznie jest to kontynuacja poprzedniego krążka, czyli inspirowana Nevermore mroczna, neurotyczna ścieżka dźwiękowa do koszmaru. Podstawową różnicą jest obecność pierwiastka thrashowego, od dawna nieobecnego. Eric A.K. przechodzi sam siebie, śpiewa jak natchniony. Od delikatnych melodeklamacji, przez wysokie partie a’la Dickinson, do przeraźliwego krzyku. Wycie zaczyna się po czterdziestce! Nie należy jednak spodziewać się, by „The Cold” napędziło Flotsamom nowych fanów, chyba że thrashowa młodzież doceni dojrzałość artystyczną Arizończyków. Tak wiele kapel wzorowało się na Nevermore i poległo, wystarczy wspomnieć „Casting The Stones” Jag Panzer. Weterani z Phoenix po raz drugi wyszli z konfrontacji obronną ręką. Oby tylko na kolejny album nie trzeba było czekać następnych pięciu lat... Więcej na www.myspace.com/fandj Vlad Nowajczyk [ 8 ] www.hardrocker.pl

63


gdzieś swoje korzenie i poddali się silnej woli przybysza. Gdyby był to „Steve Smyth Project”, ocena, pomimo nu-metalowych wstawek, byłaby wyższa. Gdyby album był o  połowę krótszy i  pozbawiony niestrawności... Gdybać można, ale niczego to nie zmieni. Marka zobowiązuje. Duży zawód! Więcej na www.myspace.com/ forbiddenofficial Vlad Nowajczyk [ 5 ]

FEJD „Eifur” Napalm Records Brzmi jak: nordycki folk Folk metal to specyficzna, niezwykle hermetyczna odmiana metalu. Jest taką dlatego, że niesłychanie trudno stworzyć w tym gatunku coś, co byłoby w  jakikolwiek sposób oryginalne. Na niemal każdej płycie, zaliczanej do tego gatunku, powtarzany jest ten sam schemat, słyszymy podobne melodie, w tych samych kombinacjach. Fejd w tej kwestii również jest zespołem niezwykle „utematyzowanym”. Można polemizować, że nie ma to żadnego znaczenia, jeśli muzyka po prostu chwyta, ale z tym też jest u Szwedów słabo. „Eifur” to kulejące kompozycje bez żadnego pomysłu, powielanie tego samego schematu przez całą płytę i  irytujący, karykaturalny wręcz, wokal. Po prostu trudno znaleźć tu coś dla siebie, jeśli nie jest się zadeklarowanym miłośnikiem czasów średniowiecznych i  szwedzkiej mitologii. Więcej na: www.fejd.se Kamila Skoczek [ 3 ]

FORBIDDEN „Omega Wave” Nuclear Blast Brzmi jak: podróbka Nevermore z wycieczkami w stronę nu-metalu Steve Smyth doskonałym gitarzystą jest. Udowodnił to w  Vicious Rumors, Testament i Nevermore. Fanem tych ostatnich jest od dawna, co odcisnęło piętno na każdej nagranej przez niego płycie. Niestety, także na „Omega Wave”. Dlaczego niestety? Otóż na nowym Forbiddenie nie słychać, poza solówkami i  kilkoma autoplagiatami, Forbiddena. Wszystko jest tak bardzo „na czasie”, że aż dziwi brak emo-grzywek. Najlepsze motywy stanowią udaną, przyznać należy, kalkę Nevermore. Wielowarstwowe, przestrzenne, melodyjne i  uduchowione granie. Świetne wokale, znakomite riffy, dużo mieszania i to głównie udanego. Najlepiej wypada przejmująca półballada „Dragging My Casket”. Niestety, zbyt często niegdysiejszej nadziei Bay Area zdarzają się wycieczki w  bardzo cuchnące rejony. Od słuchania „Overthrow” aż bolą zęby, refren przerażająco przypomina... Evanescence (to gangsta-pohukiwanie w chórku!). Ech, kiedyś musiał przecież nastąpić nieudany powrót wielkiej formacji, i tak jest w tym przypadku. Craig Locicero i spółka zgubili 64

www.hardrocker.pl

i piekielnie spójna. Słychać radość z gry, zabawy konwencją i  brak ograniczeń pod wieloma względami. Także w kwestii wdychania dymu z aromatycznych roślin (nie mylić z  ohydnymi dopalaczami), które wychwalają w  większości swych numerów. Płyta długa (67 minut) i pełna niespodzianek, które warto odkryć samemu! Zacznijcie od teledysku do „Portal Potty”. Więcej na www.myspace.com/ lotsofdeadkids Vlad Nowajczyk [ 7 ]

GENERAL CHAOS „Calamity Circus” Cyclone Empire Brzmi jak: hardcore’owe podrygi Entombed „Motörhead posuwa Panterę, podczas gdy Entombed patrzą” – taki wdzięczny opis wybrała dla swego świeżego nabytku niemiecka Cyclone Empire Records. Może i przykuwa to uwagę, ale chyba nie do końca prawdziwie odzwierciedla charakter muzyki, jaka trafiła na debiut General Chaos. Nowy zespół członków Dew Scented i  Tephra prezentuje hałas, któremu wprawdzie blisko chwilami do dorobku ostatniego z trzech wymienionych na początku ansambli, lecz znacznie bliżej do dorobku dzisiejszej amerykańskiej sceny hardcore. Rozbujane, zakręcone jak huragan kawałki pokroju „Second to None” czy „Kingsize Overdose” mają prawo podobać się wszystkim, którzy zasłuchują się w dokonaniach Blacklisted, a  nawet Coliseum. Materiał z  „Calamity Circus” to rzecz w przekazie dość prosta, krótka (32 minuty) i  treściwa, przez co trudno zarzucić jej dłużyzny, za to cały czas emitująca kolosalne pokłady energii. Dynamiki dodają jej groteskowe interludia między niektórymi kompozycjami, budujące fajne, charakterystyczne napięcie. Osobny urok debiutu Niemców stanowi pełne, dudniące brzmienie z silną sekcją rytmiczną. Dzięki niemu nawet lekko melancholijne momenty porażają tu swym majestatem. Oby tak dalej! Więcej na www. generalchaos.de. Cyprian Łakomy [ 7 ]

GOKAN “Modes De Pensee” M & O Music Brzmi jak: metalcore z melodyjnymi przerywnikami Fani metalcore’u na pewno znajdą na płycie Gokan coś dla siebie. Zarówno ciężar jak i melodia bywają mocnymi stronami ich najnowszego wydawnictwa „Modes De Pensee”. Zahaczanie o terytorium przetworzonej na nowoczesną modłę Sepultury czy Slayera, połączone z kilkoma melodyjnymi fragmentami, przypominającymi nieco francuski post-black i przywodzącymi na myśl chociażby Les Discrets, sprawdza się niekiedy całkiem nieźle. Pomimo spokojniejszych momentów, cały album to głównie nisko strojone gitary i mięsista perkusja. Jak na metalcore naprawdę mogło być gorzej. Lepiej niestety też. Pierwsza kwestia to wokal. Rozumiem gatunkową konwencję, jednak zahaczającego o  fałsz czystego śpiewu już nie. Druga rzecz to długość płyty. 53 minuty czegoś, co (choć zgrabnie podane) słyszeliśmy już wcześniej, to jednak trochę dużo. Wstydu nie ma i dla fanów gatunku jest to płyta jak znalazł. Więcej na: www.m-o-music.com Kamila Skoczek [ 6 ]

HAIL OF BULLETS

GLOOMINOUS DOOM „The Feature” DPD Records Brzmi jak: thrash, death & ska Jeśli wydaje wam się, że thrash i death metalu nie można połączyć ze ska, jesteście w błędzie. Piątka utalentowanych i  nie mniej zwariowanych Amerykańców dokładnie to czyni. Co więcej, ich muza jest dopracowana w  każdym szczególe

„On Divine Winds” Metal Blade Records Brzmi jak: soniczny teatr wojny Dwa lata po fenomenalnym debiucie, deathmetalowe sonderkommando z Holandii odtwarza realia kolejnego konfliktu zbrojnego epoki II wojny światowej. Tym razem drastycznie zmieniają się szerokości geograficzne – po Froncie Wschodnim przyszła pora na Imperium Japońskie, co w pewnym stopniu zostało również odzwierciedlone w sferze charakteru muzyki, jaka trafiła na nową płytę. Diabelsko surowy sznyt poprzedniczki uzupełniono bogactwem gitarowych smaczków i  efektownych szczegółów.

również Wotan czy Doomsword, to i nowy materiał Icy Steel zdobędzie wasze serca. Warto sprawdzić. Strona zespołu: www. myspace.com/icysteelband Dariusz Konicki [ 7 ]

HATENATION „Blacklist” SAOL Brzmi jak: nędzny deathcore Gdy zespół deklarujący się jako deathmetalowy spełnia następujące warunki: a) na okładce nie ma trupów, tylko jakieś gazety, b) muzycy są grzecznie ostrzyżeni, c) nie ma ich na metal-archives, miejcie się na baczności. Może to bowiem być hiszpańskie Hatenation, idealny przykład na bezsensowność deathcore. Ich przepis na muzykę? Weź wpływy z całego death metalu. Od nieznośnie melodyjnych po nieznośnie hałaśliwe odmiany. Poprzeplataj nudnymi breakdownami. Postaw włoski na żel. Otaguj się „metal/metal/ metal”. Zanudź słuchaczy na śmierć. Wrzuć jedno fajne solo, żeby pokazać że umiesz grać. Szkoda słów, barcelońscy pozerzy opuszczają IX piętro lotem koszącym. O, nawet w drzewo nie trafili, tylko w dach śmietnika. Tam ich miejsce. Więcej na www. myspace.com/hatenationmetal Vlad Nowajczyk [ 1 ]

HATRED „Destruction Manual” SAOL Brzmi jak: nowoczesny power/thrash metal Jak na zapomniany i niedoceniony zespół, Pyracanda (znacie ich już?) podejrzanie często słyszalna jest w  twórczości młodszych kapel z  Niemiec. Wokalista Hatred, Bacchus, w swych czystych partiach udanie naśladuje manierę Hansi Nefena. Akompaniujący mu muzycy tworzą zaś przebojowy koktajl wpływów thrash, power i  melodyjnego death metalu. Chwytliwe Pomimo iż zarówno szkielet kompozycji, jak i  muzycy są ci sami, „On Divine Winds” jest albumem różnorodniejszym. Słychać to już w  rozpoczynającym „Operation Z” – motywy zmieniają się tu jak w kalejdoskopie na tle rozpędzonej sekcji. Przywodzące na myśl Bolt Thrower walce rzędu „The Mukden Incident” czy oldschoolowe pierwiastki „Strategy Of Attrition” uświetnione zostały melodyjnymi, choć w  żadnym wypadku nie banalnymi solówkami. Z  kolei Martin Van Drunen po raz kolejny udowadnia, że zdzieranie strun głosowych może być sztuką. Nieznacznie zmieniła się produkcja – potężny sound wciąż każe pamiętać o tym, że płytę miksował Dan Swanö, lecz tym razem wszystko gada nieco jaśniej, niż poprzednio. W połączeniu zarówno z  precyzyjnie uderzającymi killerami, jak i  epickim zacięciem fragmentów wolniejszych, oprawa brzmieniowa drugiej płyty Hail Of Bullets sugeruje tylko jeden werdykt – misja zakończona zwycięstwem. Odwiedź www.myspace. com/hailoffuckenbullets Cyprian Łakomy [ 8 ]

riffy, błyskotliwe sola, częste zmiany tempa i melodie, które trudno zapomnieć. Same hiciory! Test trzeciego albumu zdany na bdb. Dziwne, że tak zdolna ekipa nie wydaje płyt w  dużej firmie, ale biznes muzyczny nigdy nie przestanie zaskakiwać. Na uwagę, oprócz zajebistej muzy, zasługuje zabawna oprawa graficzna (instrukcja golenia brzytwą i schemat przyrządzania hamburgerów niszczą obiekty!) Więcej na www.myspace.com/hatredmoshcrew Vlad Nowajczyk [ 8 ]

agresją i pewnego rodzaju zaciekłością w grze na instrumentach. Śpiew wokalisty wpisuje się dokładnie w charakter muzyki tworzonej przez grupę. Jest on bardzo melodyjny, ale i zarazem agresywny oraz delikatnie wściekły. Ponadto znajdujemy tu sporo nowocześnie brzmiących wstawek, efektów i  przesterów, które wywierają bardzo duży wpływ na ogólne brzmienie tej muzyki. Całości materiału, pomimo dużej ilości nowoczesnych patentów słucha się, o dziwo, bardzo dobrze. Kompozycje są łatwo przyswajalne i nienużące, sporo się w nich dzieje, co powoduje, że potrafią przykuć uwagę słuchacza. Co jednak jest najważniejsze w tym wszystkim, to to, że słuchając najnowszego albumu Holophonics ma się cały czas świadomość, że grupa jest autentyczna i szczera w tym co robi. Więcej na www.holophonics.net Sławomir Kamiński [ 7 ]

HELSTAR „Glory Of Chaos” AFM Records Brzmi jak: wściekły wykop Po dwóch latach od ukazanie się potężnego i wspaniałego “King Of Hell” legenda US power metalu powraca kolejnym niezwykle ciężkim krążkiem. Muzyka na tym wydawnictwie ponownie oparta została na thrashowych riffach, ponadto znów jest bardzo mroczna, potężna w  brzmieniu i  pełna mocy. Co odróżnia ten album od wcześniejszego, to jeszcze większa prostota przekazu, wszystko jest do granic możliwości bezpośrednie, a wszelkie techniczne zawiłości zostały zredukowane do minimum. Materiał ten aż kipi od jadu i gniewu, co jest podkreślane przez mocne, surowe i  bardziej płaskie (niż wcześniej bywało) brzmienie. Kompozycje stały się prostszymi, nie są już, aż tak rozbudowane i wielowątkowe, ale przez to zespól osiągnął określony efekt i w niesamowity wręcz sposób generuje moc oraz agresję. Wokale Rivery także uległy zmianie - jeszcze bardziej zaostrzyły się, wkomponowując się w  złowieszczą, mroczną i  agresywną atmosferę muzyki Helstar. Ponadto są one jakieś takie bardziej szalone i  obłąkane w  wyrazie, co także wpływa na wszechobecną agresję. Ogólnie mówiąc, dostaliśmy koleje świetne wydawnictwo, ukazujące nowe oblicze i  możliwości tej metalowej legendy z  Teksasu. Więcej na www.helstar.com Sławomir Kamiński [ 8 ]

HOLOPHONICS „Travel Diary From Inner Landscape” Mosaic Music Brzmi jak: nowoczesny ciężki rock Muzyka jaką ta francuska grupa uprawia to nowocześnie brzmiący rock/metal. Utwory są energetyczne i dopracowane. Dużo w  nich melodii podrasowanych

HORN OF THE RHINO „Weight Of Coronation” Doomentia Records Brzmi jak: kroczący wielki mamut Po zmianie nazwy ze względów prawnych i przemianowaniu Rhino na Horn Of The Rhino hiszpański doomowy walec powraca z nową płytą. Muzyka zawarta na tym wydawnictwie jest masywna i mocarna. Swym brzmieniem powoduje, że ziemia drży, a wszystko co stanie na jej drodze zamienia się w  pył. Uff, to naprawdę potworna ciężarownia, przetacza się po słuchaczu niczym czołg. Numery są bardzo posępne i pełne monotonii przez co wprowadzają słuchacza w  określoną ponurą i  nihilistyczną atmosferę. W warstwie muzycznej oprócz powolnych, wgniatających w ziemię momentów, mamy też i szybsze, iście thrashowe fragmenty. Są one w zdecydowanej mniejszości, ale nie gryzą się z  całością. Zespół w tak inteligentny sposób połączył te elementy, iż stanowią one pewną oryginalną całość stylu muzycznego hiszpańskiej kapeli. Jeśli kochacie muzykę, która jest ciężka i niszczycielska w wyrazie, jak stado wściekłych nosorożców to ta płyta na pewno została stworzona dla was. Więcej na www. myspace.com/rhinomotherfuckers Sławomir Kamiński [ 7.5 ]

HOLY GRAIL „Crisis In Utopia” Prosthetic Records Brzmi jak: nowoczesny heavy metal. Chyba. Dziwna sprawa z tym Holy Grail. Po tym jak rozpadł się pierwszy skład heavymetalowego White Wizzard, część chłopaków z wokalistą Jamesem Paulem Luną na czele, stworzyła grupę Sorcerer, szybko przemianowaną na Holy Grail. Wydany niedawno mini album z  czterema utworami, sugerował, że zespół poszedł w  klimaty oldschoolowe: no bo covery Judas Priest i Accept, bo skóry z ćwiekami, adidasy i  grzywki... Tymczasem o  ile album “Crisis In Utopia” jest na pewno płytą heavymetalową, to z tym old schoolem ma niewiele wspólnego. Momentami jest aż do przesady nowocześnie (na cholerę komu te przesterowane wokale?), i można odnieść wrażenie, że albo chcieli zrobić coś totalnie nowego, albo po prostu zaciekawić swoją muzykę młodsze grono słuchaczy, które lubuje się w muzyce spod znaku Trivium czy Avenged Sevenfold. Tak więc jeśli te dwie nazwy pojawiają się w  waszej kolekcji płyt, a  do tego lubicie stary heavy metal, to na “Crisis In Utopia” znajdziecie trochę i tego i tego. Podane przyjemnie i sympatycznie, aczkolwiek nie tego się spodziewaliśmy. Więcej na www.myspace.com/holygrail Bart Gabriel [ 7 ]

ICY STEEL “As the Gods Command” Pure Steel Records Brzmi jak: hymny zagrzewające herosów do walki Tym razem coś dla fanów rasowego, klasycznego old schoolowego heavy. Włochów z Icy Steel raczej nie interesują obecnie popularne trendy w metalu, uzyskiwanie krystalicznych dźwięków, czy pisanie numerów, które szalałyby w  radiowym eterze. “As the Gods Command” to po prostu szczery, płynący z  serca, surowy, epicki heavy metal. Tytuły poszczególnych tracków mówią same za siebie: „Fallen Heroes”, „The Hymn of The Brave”, „Fly Without Wings”. Ponad siedemdziesięciominutowa wycieczka do miejsca i czasu, gdzie honor, poświęcenie, odwaga są cechami najważniejszymi. Toporne brzmienie gitar, większości kawałków zagrana w średnich tempach, dużo fragmentów delikatnych, nastrojowych, akustycznych. Brzmienie podobne do tego, jakie znamy choćby z “Into Glory Ride” Manowar. Zresztą odnośników do twórczości wyżej wymienionej kapeli występuje tu całkiem sporo. Jeżeli lubicie

ILLUMINANDI „In Via” Ars Mundi Brzmi jak: My Dying Bride i Anathema przed laty Dębicki Illuminandi obecny jest na krajowych scenach od kilku ładnych lat, a  wydany niedawno krążek „In Via” to trzecia duża płyta w  dyskografii zespołu. Muzycznie, mamy tu do czynienia z  kolejnym krokiem grupy w  kierunku mocno kojarzącym się z tym, co działo się kilkanaście lat temu na Wyspach Brytyjskich w temacie dark metalu. Różnorodne, wybiegające poza metalowy standard instrumentarium wciąż umożliwia septetowi kreowanie charakterystycznego klimatu, często ocierającego się o folk. Każdy z poszczególnych utworów sprawia wrażenie bardzo natchnionego i  przestrzennego. Z  najwyższym poziomem artystycznym korespondują profesjonalne umiejętności wszystkich muzyków, co ma też swoje bezpośrednie przełożenie na dokładnie przemyślane aranżacje numerów. Jedynym nie do końca wpasowującym się w resztę układanki elementem bywają czasami linie wokali, jak np. niemalże rapowana wstawka w  „Wejdź”. Na szczęście to tylko drobne uchybienia. O  wyróżnienie natomiast prosi się ciekawe, nieprzekombinowane brzmienie „In Via” – sekcja brzmi bardzo akustycznie, nie tracąc ani na chwilę ciosu, i  z  powodzeniem spaja rozlewające się gitarowe panoramy. Kawał solidnej roboty. Więcej na: www.myspace. com/illuminandi Cyprian Łakomy [ 6.5 ]

zazębiające się riffy. Jako żywo staje przed uszami nieodżałowany Dark Angel. Cała reszta ich nie jest już tak łatwa do sklasyfikowania. Wysokie, czyste wokale przypominają Toxik, ale Mika Eronen prowadzi melodie zupełnie inaczej, o wiele bardziej różnorodnie. Kolejne skojarzenia to Agent Steel i  Atrophy, lecz przy tak gęstej i dopracowanej muzie trudno o jednoznaczne wpływy. To dopiero drugi album młodych Szwedów, którzy prezentują się na nim niczym doświadczeni wyjadacze. Zaskakująco pasuje tu cover Fates Warning „The Apparition”, ze „słynnymi” zrzynkami z Ironów i Dio. Ano, Immaculate wyszedł album progresywny. A  że lepiej słucha się go w  katanie niż w  swetrze, to jego kolejny atut. Więcej na www.myspace. com/immaculatethrash Vlad Nowajczyk [ 8.5 ]

jeszcze na nim nie są? Za mało koncertów poza rodzinnym stanem, ot co. Na bok dywagacje, Andrew Kubiak i spółka nie zawodzą na tej płytce. Kolejny raz udowadniają, że możemy niedługo mieć do czynienia z nową, znaczącą siłą na scenie thrashowej. Żadnych dłużyzn, żadnych oczywistych oczywistości, ciężki i  mocny thrash prosto w  ryj! Więcej na www. myspace.com/invectionmetal Vlad Nowajczyk [ 7 ]

IRON MAN

INFINITE TRANSLATION „Impulsive Attack” Emanes Metal Records Brzmi jak: ciężki, oldschoolowy thrash W zalewie melodyjniejszych odmian thrashu, cieszyć musi pojawienie się tych zdolnych Francuzów. Łączą oni bowiem agresję wczesnego Slayera i  Destruction z  heavymetalowym polotem młodego OverKill. Ich debiutancki krążek brzmi znakomicie, zagrany jest na piekielnie wysokim poziomie, i  tylko dlatego nie pozwala zapomnieć o  fakcie, że powstał niedawno. Wystarczyłoby jednak kilka baboli i  brzęczenie z  głośników, a  momentalnie przenieśliby was w  1984 rok. Na „Impulsive Attack” ciężaru i  agresji znajdziecie dużo więcej niż melodii, ekipa z Lille dokłada do pieca z podziwu godną konsekwencją. Agresywny thrash nowej fali nie musi oznaczać amatorki! Więcej na www.myspace.com/infinitetranslation1 Vlad Nowajczyk [ 6.5 ]

„The Passage” Shadow Kingdom Records Brzmi jak: klasyczny doom z Maryland Nazwa mówi wszystko. Klasyczny, sabbathowski doom. Wyśmienite, bluesowe solówki. Przestrzenna gra sekcji rytmicznej, dużo miejsca dla każdego z  muzyków. Świetny wokal Dana Michalaka. Szczęśliwie obyło się bez oczywistych zrzynek. Jest to płyta „w  stylu Black Sabbath”, nie zaś „ukradziona Black Sabbath”. Sporo zapamiętywalnych melodii czyni tę płytę atrakcyjną nawet po szesnastu latach. Uwagi? Jakość dodatków, moi drodzy. Dokumentalna? Owszem. Techniczna? Kiepska. Oglądanie bonusowego DVD okazało się męczarnią, amatorskie kręcenie nie mogło się na kapeli nie zemścić. Fan to łyknie i tak, i będzie się cieszyć wznosząc kufel ku niebu, krytyk zaś czepiać się musi, bo z tego żyje. No to siup, żeby następny Iron Man był równie dobry jak ostatni. Więcej na www.myspace.com/ironmanband Vlad Nowajczyk

KAOS

IMMACULATE

INVECTION

„Atheist Crusade” Stormspell Records Brzmi jak: ultratechniczny thrash z melodyjnymi wokalami Wielu fanów heavy metalu narzeka, że w  thrashu jest za mało melodii. Sporo maniaków thrashu olewa heavy, twierdząc że jest „miękki”. Na oba schorzenia znalazło się lekarstwo w  postaci szwedzkich krążków „Immaculate”. Słuchać do usranej śmierci i  zdrowieć! Główną siłą kwintetu z  Uppsali są niesamowite, pokręcone,

„Derealization” Invection Brzmi jak: oryginalny, młody thrash! Druga z rzędu EPka czwórki z  Oakland przynosi dalszy rozwój własnego stylu tej młodziutkiej kapeli. Wszystkie numery skrzą się od znakomitych pomysłów, łączących starą (np. Slayer) i  nową (np. Exodus) szkołę thrashu. Opatrzone świetnym, mięsistym brzmieniem, powinny dla Kalifornijczyków stanowić przepustkę do wskoczenia na wyższy poziom. Dlaczego

„The Pits Of Existence” Bottomless Pit Productions Brzmi jak: oldschool hardcore z dużymi wpływami thrashu Kalifornijski Kaos działa od 1987 roku, a doczekał się dopiero trzeciego albumu. Zdecydowanie najlepszego w karierze, wypada dodać. Klasyczny „prosto w  ryj” nowojorski hardcore, mnóstwo hejtu w  wokalu, typowe dla gatunku chórki. Do tego thrashowe riffy, tupatupa, solówki i  konstrukcje kawałków. W przeciwieństwie do większości nowego h/c, „The Pits Of Existence” słucha się znakomicie. Nie przeszkadzają odwołania do Exodusa czy Testament, wszak w Bay Area wszyscy się znają. Na uwagę zasługuje świetne brzmienie, będące zasługą... samych muzyków! Zdolne www.hardrocker.pl

65


bestie. Można się pobujać i pomoshować, jak kto woli. Więcej na www.myspace. com/kaosamongus Vlad Nowajczyk [ 6.5 ]

LEGEN BELTZA

KATRA „Out Of The Ashes” Napalm Records Brzmi jak: ugrzeczniony gotyk z żeńskim wokalem Kolejny album tej gotyckiej formacji z Finlandii, stylistycznie niczym nie różni się od dwóch poprzednich. Utwory na płycie opierają się na melodyjnych riffach, okraszonych instrumentami klawiszowymi i  uzupełnionymi delikatnymi akcentami muzyki klasycznej. Wokalistka zespołu, której atrakcyjna osoba widnieje na okładce płyty, a  imię stanowi nazwę zespołu - Katra Solopuro - posługuje się sopranem, który brzmi czysto i przyjemnie, jednak nie wystarczająco potężnie, przez co często głos nie koresponduje z  ekspresyjnością muzyki. „Out Of The Ashes” nie można wiele zarzucić pod względem brzmienia i  produkcji, jednak niewątpliwie kuleje pod względem oryginalności. Na gotyckiej scenie jest wiele zespołów grających podobną muzykę, dość wymienić Nightwish, czy Within Temptation. Katra niestety jest na tyle dobrym zespołem by wyróżnić się na tle konkurencji. Więcej na: www.myspace. com/katramusic Kamila Skoczek [ 6 ]

KLABAUTAMANN „Merkur” Zeitgeister Brzmi jak: Enslaved pod wpływem Pink Floyd Niemiecki duet prezentuje odmienne oblicze black metalu od powszechnie znanego. Przede wszystkim, to świetni muzycy, którzy nie dbają o ponury image. „Merkur” zaskakuje wielowymiarowością, przez ten album trzeba się przebić, choć już pierwszy odsłuch pozwala dostrzec piękne, ulotne melodie, jakimi raczą nas Tim Steffens i Florian Toyka. Epickie, wikińskie zaśpiewy to niewątpliwy wpływ norweskich mistrzów z Enslaved. Pokręcona melodyka przyspieszeń nasuwa skojarzenia za starym Celtic Frost. Im dalej w  las... tym więcej psychodelii. Kłania się połowa lat 70-tych i Pink Floyd. Kłania się w pas, zbierając grzybki. Opeth? Nie, tu nie czuć swetrów. Co za odlot, Zeitgeister 66

www.hardrocker.pl

„Need To Suffer” Molusco Discos Brzmi jak: czołówka europejskiego thrashu! Już od dwunastu lat Baskowie z Legen Beltza raczą nas wysokiej jakości thrashowymi wytopami. Zaczynając od słyszalnych fascynacji Death i Annihilator, z biegiem czasu dopracowali

technologię i ich najnowsze dzieło to wytwór w pełni autorski. Fenomenalne, gęste i pomysłowe partie bębnów wsparte doskonale słyszalnym basem. Ostre, tnące bezlitośnie riffy. Wokale raz wściekłe, za chwilę melodyjne, po czym znów kipiące furią. Solówki, do których przyczepić się nie sposób. Legen Beltza to dziś jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, europejskich zespołów thrashmetalowych średniego pokolenia. Z wypracowanym własnym, niepodrabialnym stylem, dbający o mnóstwo smaczków, słyszalnych dopiero za entym razem. Muzyka inteligentna, nietuzinkowa, dla wyrobionego słuchacza. Coś jak Nevermore, lecz bez najmniejszych wpływów ekipy Dane’a! Oby wreszcie ruszyli się z  koncertami, tą bandę wypada znać! Więcej na www. myspace.com/legenbeltza Vlad Nowajczyk [ 9 ]

„Lethal Saint” Pitch Black Records Brzmi jak: heavy metal z 1984 roku Ten krążek długo dojrzewał, przy pierwszym kontakcie wydawał się bowiem... nudny. Wszystko za sprawą koszmarnej produkcji. Brzmienie jest płaskie, w  dodatku „stereo” tylko w  teorii. Garaż niczym na najbardziej podziemnych demach z połowy lat 80-tych. Ano właśnie, młodzi Cypryjczycy grają (i  śpiewają!), jakby czas zatrzymał się w  circa 1984. Wczesne Iron Maiden, Judas Priest, Manowar, Omen, Savage Grace, Jag Panzer, Manilla Road... Co ważne, wpływy Wielkich wymieszane są znakomicie, choć przeważają proste, zapadające łatwo w pamięć riffy a’la Omen. Gitarowy duet Kasapis/Papadopoulos prezentuje pyszne galopady i pojedynki na sola, a wokalista Andreas Pouyioukkas, choć niekiedy brak mu pomysłów aranżacyjnych, ma niezłą skalę i  ogromny potencjał. Będą z  nich ludzie, warto się przyjrzeć cypryjskiej scenie! Więcej na www.myspace.com/ lethalsaintmetal Vlad Nowajczyk [ 7 ]

MANILLA ROAD „After Midnight Live” Shadow Kingdom Records Brzmi jak: wczesna, hardrockowa Manilla Mało która kapela ma w zanadrzu rarytas, jakim uraczyła nas Manilla Road. Odnaleźli oni bowiem fragment radiowego występu na żywo z 1979 roku i postanowili podzielić się nim z fanami. Pomysł świetny, tym bardziej że cztery z pięciu numerów nigdy nie zostały wydane, a piąty trafił na zaginioną demówkę! Korzenny hardrock, wpływy Led Zeppelin mieszają się z Cream, od czasu do

większość konkurencji w kategorii rockowego grania, chwytliwych riffów i  po prostu muzycznej jakości. Jest też na „Mastermind” dużo obiecywanej psychodelii – wpływy Hawkwind w  twórczości zespołu zawsze były mniej lub bardziej zauważalne, a nowy album potwierdza tę zależność, dając nam klimatyczne, odjechane utwory jak „Time Machine”. Można mieć wątpliwości, czy album wytrzyma próbę czasu, i czy wskoczy na jedną półkę z takimi klasykami, jak: „Dopes Of Infinity” czy „Powertrip”. Mimo to, nowy album Monster Magnet to pozycja obowiązkowa i zapewne znajdzie się w podsumowaniu najlepszych płyt rockowych roku. Więcej na: www.zodiaclung.com Kamila Skoczek [ 9 ]

(pozostawiła tylko wstawki syntezatora) przez co całość materiału bardzo się zaostrzyła i powstał najcięższy jak dotąd album, tej płodnej kapeli. Ponadto utwory są krótsze, a przez to sprawiają wrażenie bardziej skomasowanych i  konkretnych, co bardzo pozytywnie wpływa na dźwięki tworzone przez grupę. Muzyka zespołu oprócz swego ciężaru i agresji posiada dużo nostalgii i melancholii. Wytwarza hipnotyczny i majestatyczny zarazem klimat, pełen złowrogich i chłodnych emocji. Oryginalność kompozycji Anglików jest naprawdę bardzo duża, a najdobitniej może zaświadczyć o tym ostatni numer na płycie, który jest pełen przestrzeni i brzmi niczym doomowa wersja psychodelicznego rocka lat 70-tych. Wydawnictwo to wyznacza nowe horyzonty w doom metalu i  jest najzwyczajniej doskonałe! Więcej na: www.mysilentwake.co.uk Sławomir Kamiński [ 8.5 ]

MIRROR OF DECEPTION

powinien sobie załatwić dystrybucję przez sieć dopalacze.com! Więcej na www.myspace.com/klabautamann Vlad Nowajczyk [ 8 ]

LETHAL SAINT

zmierzyć się z tą płytą. Próżno oczekiwać po niej jakiegokolwiek katharsis – wręcz przeciwnie, człowiek popada w  marazm i  paranoidalne zaburzenia osobowości. Nie raz już dokonania spod znaku Let The World Burn spotykały się z brakiem zrozumienia, jednocześnie stając się swoistym fenomenem. Taki już przywilej awangardy, a z tą się ponoć nie dyskutuje… Więcej na www.let-the-world-burn.org Cyprian Łakomy [ 7 ]

czasu przemyka nowocześniejszy patent a’la Thin Lizzy. Sporo „krzaczków, wszak zespół dopiero raczkował, szukał własnych form artystycznego wyrazu. Nic to jednak, te cienko brzmiące, spokojne i mało oryginalne nagrania położyły fundament pod potężną, epicką Manillę jaką dziś znamy. Dla maniaków. Więcej na www.myspace. com/manillaroadofficial Vlad Nowajczyk [ 6 ]

„A Smouldering Flame” Cyclone Empire Brzmi jak: funeralna procesja w konwencji doom Coraz różnorodniej robi się w stajni Cyclone Empire. Parająca się początkowo niemal wyłącznie ekstremalnymi odmianami metalu niemiecka wytwórnia zaczyna sięgać po przedstawicieli innych zakątków muzycznego uniwersum. Jednym z  nich jest obchodzący w tym roku dwudziestolecie Mirror of Deception, który wydał właśnie swój czwarty krążek. W  ramach „A  Smouldering Fire” Niemcy proponują blisko godzinę utrzymanego w powolnych tempach, mrocznego i  elegijnego doom metalu. Proste, a  przez to zapadające w  pamięć gitarowe riffy całkiem nieźle komponują się z  liniami wokalnymi. Z  tych ostatnich natomiast bije poczucie rezygnacji i  opętania. Fani Candlemass czy Cirith Ungol być może nie zaliczą tego albumu do kanonu, jednak pewnym jest, że nowe wydawnictwo Mirror Of Deception w sporym zakresie zaspokoi ich potrzeby, zwłaszcza o  obecnej porze roku, kiedy melancholia dopada każdego ze zwielokrotnioną siłą. Więcej na www.myspace. com/mirrorofdeception Cyprian Łakomy [ 6 ]

MASSEMORD „The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope” Pagan Records Brzmi jak: bełkot blackmetalowych wizjonerów O tym, że nowy album Massemord będzie dziwny mówiono w  kuluarach już od jakiegoś czasu. Nikt chyba tylko nie brał pod uwagę, że aż tak. Bliski apogeum karkołomności jest już sam tytuł, jeszcze bardziej skrzywiona pozostaje sama forma i muzyczna zawartość. Ponad półgodzinna mantra, podana w  jednym kawałku. Określenie mantry pasuje do “The Madness Tongue…” jak ulał – wątek, który stanowi rdzeń kompozycji, jest jeden i przewija się od samego początku, aż po kres. Zarazem, w miarę upływu minut ulega on rozmaitym mutacjom, a żeby tego było mało, na jego tle pojawiają się psychodeliczne gitarowe wybrzmiewania i groteskowe elektroniczne monstra. Trans, monotonia i wszechogarniający bezwład wprawiają w stan narkotycznej kontemplacji każdego, kto odważy

MORTIFICATION „Break The Curse 1990-2010” (20th Anniversary Gold Edition) Roxx Productions Brzmi jak: death/thrash ze śmiesznym akcentem i nawiedzonymi tekstami Australijskie Mortification od początku działalności oceniane było przez pryzmat kompletnego kościółkowego ześwirowania lidera grupy. Nie mogło to nie odbić się na ich karierze, choć są całkiem utalentowaną grupą. Słychać to już na niniejszym materiale, obejmującym nieoficjalny debiut z  mnóstwem bonusów, jak również DVD z pierwszego występu na żywo. Fajne riffy, nawiedzony (sic!) wokal Steve’a  Rowe, fajna melodyka. Jednak lektura tekstów z książeczki jeży włos na głowie. To czubki, z  rozmodlenia senni umysłowo. Mając jednak po młodzieżowemu wyjebane, czytając opowieść np. o  gitarzyście Cameronie Hallu, któremu... pastor zakazał grania w zespole, nie sposób powstrzymać śmiechu. Tym samym, oprócz walorów czysto muzycznych, Mortification oferuje niezamierzenie sporą dawkę komizmu. Ale głupi ci fanatycy... Więcej na www. myspace.com/mortification1 Vlad Nowajczyk

MONSTER MAGNET „Mastermind” Napalm Records Brzmi jak: The Stooges na sterydach 3 lata po niezbyt udanym „4-Way Diablo” Dave Wyndorf i spółka wracają w dobrym stylu. “Mastermind” pozwoli fanom zespołu odetchnąć z ulgą, że to jednak nie koniec Monster Magnet. Co prawda, widać jeszcze lekką zadyszkę: szybsze utwory stanowią słabszą część płyty. Widać, że po odwyku Wyndorf już nie szaleje jak na “Monolithic Baby”, jednak nie zmienia to faktu, że takie kawałki jak „Hallucination Bomb”, lub „Gods and Punks” nadal wymiatają

MY SILENT WAKE „IV It Lux Perpetua” Dark Balance Brzmi jak: doomowy eksperyment z ziarnem death metalu Najnowsze dzieło My Silent Wake przynosi nam muzykę bardzo ciężką i śmiertelnie nisko brzmiącą. Grupa zrezygnowała z powszechnie stosowanych na wcześniejszych wydawnictwach instrumentów akustycznych

byłby to materiał na kilka przyjemnych singli do którejś z komercyjnych rozgłośni radiowych. „Gdyby”, bo mamy płytę o której niespecjalnie wiadomo co myśleć. Za ładne to na odmianę rocka sugerowaną nazwą tego magazynu, a  za ostre by stanowiło przyjemne tło dla pracy armii urzędasów w całym kraju, którzy między ósmą, a  szesnastą słuchają grupowo swojego małego radia w  swoim małym biurze. Nie należy tego albumu mieszać z błotem: kompozycje są przyjemne, wokal całkiem miły i całość nie brzmi źle. Niestety, mimo, że nic na tym albumie nie męczy, to zdecydowanie nic też nie porywa. Ot kolejna pop rockowa płytka z  kobiecym śpiewem, która równie szybko wlatuje jednym uchem, jak wylatuje drugim. Więcej na: www.m-o-music.com Kamila Skoczek [ 5 ]

Dwóch słodkich, wymuskanych blondasków lawinowo łamało serca ówczesnych nastolatek. Obiektem ich westchnień byli bracia Gunnar i Matthew Nelson. Po wydaniu kilku płyt o duecie zrobiło się cicho tak gdzieś około roku dwutysięcznego. Teraz postanowili przypomnieć o  sobie wydając nowy studyjny krążek. „Lightning Strikers Twice”. To bez wątpienia materiał przemyślany, dojrzały i  dopracowany. Dobre, choć może nieporywające kompozycje z pogranicza rocka i AORa, powinny zainteresować zwolenników melodyjnego amerykańskiego grania. Muzyka lekka, łatwa i  przyjemna, ale nieprzesłodzona. Kawałki takie jak: „Ready Willing And Able”, „Come”, czy „Day By Day” to idealne wprost radiowe ogrywacze. Gościnnie na gitarze Steve Lukather, a na klawiszach Gary Corbett. Nie jest to może album, który sprzeda się w jakichś oszałamiających nakładach, ale fanom blond teamu przyniesie na pewno sporo radochy. Strona zespołu: thenelsonbrothers.com Dariusz Konicki [ 6 ]

co niestety słychać. Pomimo przyzwoitego warsztatu i niewątpliwych umiejętności muzyków, samym utworom brak nowatorstwa i świeżości, która odróżniałaby je od podobnej muzyki, którą grano przed jakąś dekadą. Trudno oczekiwać, że zapewnią je obecność niebylejakiego klawiszowca (U, znany onegdaj z  Lux Occulta) na płycie, czy gościnne występy Maćka Taffa z Rootwater i Vogga z Decapitated. Kompozycje są przeładowane gitarowymi patentami i ciężko pozbyć się wrażenia, że słucha się po prostu zestawu przeciętnych, niezbyt zapadających w pamięć utworów, w dodatku dość kiepsko wyprodukowanych i  płasko brzmiących. Wprawdzie raz jest nieco przestrzenniej („A  Prayer”), a innym razem bardziej rzeźnicko („Limes Inferior”), lecz to przecież zbyt mało, by przystanąć nad tym wydawnictwem w  głębszym zastanowieniu… Więcej na www.myspace.com/neolithband Cyprian Łakomy [ 5 ]

NEAERA „Forging The Eclipse” Metal Blade Brzmi jak: solidny pancerny death metal Pochodzący z Münster kwintet Neaera można określić mianem młodszych kuzynów Heaven Shall Burn. Jego muzyka wprawdzie nigdy nie grzeszyła oryginalnością, lecz trudno nie przyznać chłopakom pewnej stylistycznej konsekwencji, a  czasem wręcz zachowawczości. Nic za wszelką cenę – ta zasada obowiązuje również na najnowszym, piątym wydawnictwie Neaera, na którym grupa trzyma się raczej sprawdzonych rozwiązań. Wciąż kluczowym elementem jest rytmika, przeważnie prąca naprzód, raz po raz zwalniająca jednak obroty na rzecz bujającego groove. Wiosła ciągle brzmią tłusto, kładąc nacisk na proste, harmonijne riffy, i  jak ognia unikają jakichkolwiek solowych popisów. Raz po raz da się usłyszeć śladowe echa black metalu (jak np. w „Eight Thousand Sorrows Deep”), ale nadal pełnią tu one co najwyżej funkcję ciekawostki. Niewątpliwym urozmaiceniem są też rozładowujące gęstą atmosferę, spokojne instrumentale „The Forging” i „Certitude”. Wyróżnić należy wyważone brzmienie – nareszcie udało się pozbyć infantylnego soundu bębnów; obecny, znacznie bardziej naturalny, o  wiele lepiej komponuje się z  bezpośrednim usposobieniem „Forging The Eclipse”. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że przy okazji kolejnego longplaya, uda się jego twórcom choć trochę zboczyć z dotychczasowej ścieżki. Oficjalna strona: www.myspace.com/neaera Cyprian Łakomy [ 6.5 ]

NELLY OLSON „Tits” M & O Music Brzmi jak: radiowy rock Gdyby w trakcie nagrywania płyty „Tits” Nelly Olson nieco ugrzeczniła brzmienie gitar i wytłumaczyła perkusiście by łaskawie grał nieco delikatniej, to z powodzeniem

NIGHTFALL NEOLITH

NELSON „Lightning Strikers Twice” Frontiers Records Brzmi jak: dojrzały AOR Niektórzy z naszych czytelników pewnie pamiętają, kiedy to na początku lat dziewięćdziesiątych stacja MTV katowała swoich widzów clipem do piosenki “(Can’t Live Without Your) Love And Affection”.

NECRONAUT „Necronaut” Regain Records Brzmi jak: szwedzka żyleta w hołdzie klasykom W zasadzie wszystko o tej płycie mówią nazwiska zaproszonych gości – Tompa Lindberg, Nicke Andersson, Chris Reifert, Erik Danielsson, a także paru innych oraz on – stojący za całą ideą Fred Estby. Projekt, w który zamieszany jest niemal cały elementarz ekstremalnej młockarni ostatnich dwóch dekad, praktycznie z  miejsca skazany jest na sukces. Co w przypadku Necronaut jednak autentycznie cieszy, to to, że

„Individual Infernal Idimmu” Psycho Records Brzmi jak: nieco zleżały, techniczny death/black Następujące po krótkim elektronicznym wstępie pierwsze takty numeru „The Dark And Light In One” sporo mówią o reszcie tego blisko godzinnego materiału. Techniczny i, nie ma co tego kryć, mocno archaiczny death/black metal stał się na przestrzeni ostatnich lat domeną podkarpackich wilków z Neolith. „Individual Infernal Idimmu” rodził się w  bólach na przestrzeni ostatnich 3 lat, debiutancki album wydany pod niniejszym szyldem zawiera 10 pełnokrwistych, szczerych i ciekawych numerów. Wspomniane persony jedynie nadają każdemu z nich wyjątkowego rumieńca. Sporo tu oczywiście oldschoolowej deathmetalowej nuty, lecz za każdym razem fajnie nawiązującej do klasycznego hard rocka i heavy metalu. „Rise of the Sentinel” mógłby spokojnie trafić na pierwsze wydawnictwa Iron Maiden, gdyby nie skrzek Lindberga, natomiast „Soulside Serpents” zaśpiewany przez JB z  Grand Magus to już czyściutki, pierwotny heavy, jaki znamy z  płyt Judasów. Death’n’rollowa melodyka „Tower of Death” za sprawą ciekawej interpretacji Nicke staje się natomiast bliższa psychodelicznym odjazdom The Doors. Z  tych trzech kwadransów muzyki bije tak ogromny luz, na jaki mogą pozwolić sobie wyłącznie beneficjenci szwedzkiego systemu socjalnego, a  brzmienie w  stylu retro ostatecznie przypieczętowuje ich wyjątkowość. Oficjalna strona: www.myspace.com/ necronaut666 Cyprian Łakomy [ 8 ]

„Astron Black And The Thirty Tyrants” Metal Blade Brzmi jak: symfoniczny metal za czasów świetności Po premierze „Aealo” Rotting Christ w pierwszej połowie roku, zdawać by się mogło, że z  grecką sceną metalową nienajlepiej się dzieje, a dotkliwy ekonomiczny kryzys, toczący okolice Olimpu, spowodował rozmienianie się tamtejszych formacji na drobne. Upłynęło parę miesięcy i  ukazał się nowy, długo wyczekiwany longplay Hellenów z Nightfall, świadczący o  tym, że jednak wcale nie jest tak źle, a  wręcz nadzwyczaj dobrze. Dzieło zatytułowane „Astron Black And The Thirty Tyrants” zabiera słuchacza w  podróż po nieco staroświeckim, lecz wciąż fascynującym świecie symfonicznego metalu, lokującym się gdzieś pomiędzy blackową intensywnością a  gotyckim klimatem. Jak to często w  sytuacjach kryzysowych bywa, naczelny wódz Nightfall, Efthimis Karadimas poszukał wsparcia poza granicami ojczyzny, rekrutując w szeregi grupy perkusistę Jörga Ukena (który za jednym zamachem materiał zrealizował) oraz gitarzystę zza oceanu. Efekt? Naprawdę wciągająca całość. Rozmach i  dynamika otwierającego „Astron Black” jeszcze po kilku odsłuchach odejmuje mowę, a mroczne lecz chwytliwe tony „Astra Planeta/We Chose The Sun” i „The Criterion”, w których wyraźnie pobrzmiewają echa Paradise Lost, na długo wwiercają się w  pamięć. Sporo tu także momentów majestatycznych, mocno podszytych klawiszowymi plamami, co jedynie uszlachetnia materiał. Kto wie, jak potoczyłaby się historia, gdyby płytę tę nagrano przed 15 laty? Pomimo słyszalnej miejscami stylistycznej patyny, aktualną kondycję Nightfall uznać należy za życiową. Więcej na www.myspace. com/nightfallgr Cyprian Łakomy [ 8 ]

NON OPUS DEI „Eternal Circle” Witching Hour Brzmi jak: pieprzony ekstremalny zabójca „Eternal Circle” to kolejna mocna pozycja, którą swym logo sygnuje Witching Hour. Od wydania „Constant Flow” upłynęły już całe trzy lata, nic więc dziwnego w tym, że Klimorh postanowił zaatakować po raz kolejny. I to zaatakować nie byle jak – o ile Non Opus Dei od zawsze ciągnęło do eksperymentów, o tyle najnowszy album nie daje się określić inaczej, jak ekstremalne soniczne bluźnierstwo. Dziewięć kompozycji i  w  sumie 32 minuty black metalu w nieludzkich tempach – tak prezentuje się oręż zespołu z lotu ptaka. Bez nadmiernego kombinowania z melodyką, w oparciu o  tradycyjne metalowe instrumentarium. Gdyby jednak wsłuchać się uważniej, to jednak wciąż mnóstwo tu rytmicznych łamigłówek i charakterystycznych dysonansów. Bezlitośnie rozpędzone partie bębnów serwują blasty i  kanonady podwójnych stóp w proporcjach, jakich dotychczas na płytach Non Opus Dei nie było. Kwestią gustu jest tu jedynie ich brzmienie, trochę zbyt plastikowe. Cała reszta chodzi i gada, jak należy: riffy uderzają z deathmetalową intensywnością, równoważą je jednak wyraźnie blackowe partie wokalne. Niby po staremu, lecz z niespotykanym dotąd impetem. Więcej na www.myspace.com/ nonopusdeipoland Cyprian Łakomy [ 7 ]

NUCLEAR „Jehovirus” Sick Bangers / Australis Records Brzmi jak: Kreator zmieszany z Coroner i odrobiną Slayer Zaczyna się pięknie, mięskiem prosto z  „Mental Vortex”. Później jest równie pysznie, sęk w tym że kosztujemy wyrobów stworzonych już dawno przez inne zespoły. Chilijscy thrashers wzięli na tapetę cztery klasyczne albumy: wspomniane dzieło Coronera, „Renewal” i „Extreme Aggressions” Kreatora i  „Divine Intervention” Slayera. Zacne inspiracje zaiste, kłopotem uzdolnionych niewątpliwie Latynosów jest użyta metoda „kopiuj/wklej”. 90% „Jehovirusa” (genialna okładka i bardzo zdrowe podejście do chrześcijańskiej zarazy) napisali muzycy wspomnianych wyżej Wielkich, zasługą Nuclearnych było jedynie przemieszanie riffów. Niestety, na trzeciej płycie należało już zaprezentować www.hardrocker.pl

67


choć odrobinę własnego stylu. Słucha się świetnie, ale czerwona lampka z napisem „plagiat” gaśnie, w  ciągu 38 minut, zaledwie na kilka sekund. Więcej na www. myspace.com/nuclearthrash Vlad Nowajczyk [ 4.5 ]

czyć i jeszcze raz ćwiczyć. Albo przerzucić się na mniej wymagającą odmianę ciężkiej muzy. Najlepiej pseudogotyk dla panienek w  sukniach z  pajęczyn, końcówka płyty brzmi „obiecująco”. Punkty wyłącznie za „otoczkę”! Więcej na www.myspace.com/ patek13teho Vlad Nowajczyk [ 2 ]

tych, raz pochodząc stylistycznie bliżej wspomnianego Accept, a raz powiedzmy Scorpions. Ciekawego wymiaru muzyce Poison Sun dodaje głos wokalistki Martiny Frank (która swego czasu gościnnie występowała na płytach Jutty Weinhold i UFO): niski, matowy i chropowaty. Może nie ma tutaj niewiadomo czego, sensacji czy innego odkrywania nowych lądów, całość brzmi zdecydowanie oldschoolowo i mamy wrażenie, że to już wszystko było, ale uczciwie trzeba przyznać, że to najzwyczajniej w  świecie jest dobry kawałek muzyki. Więcej na www.poisonsun.de Bart Gabriel [ 8 ]

OPERA MAGNA „Poe” DFX Brzmi jak: mix Dark Moor i Mago De Oz Jak widać twórczość Edgara Alana Poe fascynuje wielu muzyków, także tych z  kręgu mocnego grania. Mieliśmy już interpretacje Poego w stylu gotyckim, czy klasycznego heavy. Teraz przyszedł czas na Edgara power metalowego. Z tematem zmierzyła się hiszpańska formacja Opera Magna. Wprawdzie z  zapoznaniem się z warstwą tekstową krążka „Poe” mogą być lekkie problemy, ponieważ liryki śpiewane są w ojczystym języku muzyków, nie mniej ci najbardziej dociekliwi pewnie poradzą sobie z tą lekką niedogodnością. Jeżeli chodzi o  samą muzykę, to mamy tu doczynienia z typowym współczesnym power metalem z południa Europy. Jeżeli lubicie np. muzykę Dark Moor, to i Opera Magna przypadnie wam do gustu. Dużo gitarowych galopadek, lawiny solówek, sporo śpiewania w  wysokich rejestrach, elementy symfoniczne, żeńskie wokale itp. Same kompozycje ciekawe, zróżnicowane, pełne emocji, melodyjne. Do tego dochodzi doskonały warsztat muzyków, no i świetna produkcja. Na poletku power metalu to wyróżniająca się płyta i na pewno zasługuje na uwagę. Strona zespołu: www. operamagna.net Dariusz Konicki [ 7 ]

PHARAO „Road To Nowhere” Saol Brzmi jak: klasyczny metal w nowej oprawie brzmieniowej Po dwóch dekadach powraca do żywych jedna z  najważniejszych metalowych formacji z dawnego NRD. Album zawiera dwanaście klasycznych metalowych kompozycji. Utwory mają zwrotkową budowę, fajne melodie i solówki oraz odpowiednią ilość ciężaru, podkreśloną przez bardzo dobre, tłuste i  dopracowane brzmienie. Utwory Pharao na tym wydawnictwie to mieszanka szybkich, metalowych killerów, hard rockowych chwytliwych kawałków i  marszowych, bardziej hymnicznych w  wyrazie numerów, okraszonych odrobiną nowoczesnych patentów. Płyta ma raczej wyrównany poziom, a różnorodność stylistyczna pomiędzy numerami nadaje jej tylko dodatkowego, pozytywnego wizerunku. Na wydawnictwie tym znajdziemy cała masę gości: prawie cały skład Saxon z Biffem Byfordem na czele, Toma Angelrippera, czy Mario Le Mole z  Mind Odyssey, którzy swym udziałem uświetniają comeback Faraona. Jest to niezła pozycja, której naprawdę fajnie się słucha. Nie można mówić o jakichś fajerwerkach muzycznych, ale drugie wydawnictwo Niemców należy uznać za udane. Więcej na www.pharao-rockband.de Sławomir Kamiński [ 7 ]

PATEK XIII „Videothrash” Let Them Come Production Brzmi jak: niby-thrash z fajną otoczką Zamysł był świetny. Dziesięć numerów, każdy oddający hołd klasycznemu horrorowi. Fajna, maksymalnie kiczowata oprawa graficzna, ciekawe intra i gościnne występy wyjącej panienki... no i skończyła się lista pozytywów. W wielu innych podgatunkach metalu kiepskie umiejętności grajków dałoby się zatuszować, ale oni uparli się by grać thrash! A w thrashu nędzne riffy, powolne i  nudne partie bębnów, identyczne, wajchowane sola i  wszechobecna przeciętność to grzechy śmiertelne! Ba, zespół brzmi jakby sporo krwi upuścił im legendarny Wampir z Feratu. Ćwiczyć, ćwi68

www.hardrocker.pl

POTENTIAL THREAT SF „A New Threat Level” OSM Records Brzmi jak: pustynny thrash z wpływami hardcore Po dwudziestu dwóch latach trio z Bay Area doczekało się wreszcie debiutanckiej płyty. I dobrze. Czas był najwyższy po temu, bowiem ich muza niszczy obiekty! Wyobraźcie sobie thrash. Klasyczny, z okolic SF. Okraście pustynnym, zjaranym do nieprzytomności klimatem Kyuss. Przyprawcie zwolnieniami i  chórkami typowymi dla nowojorskiego hardcore. Smakuje pysznie, nieprawdaż? Nowy basista w osobie Damiena Sissona (od niedawna także w Death Angel) pomógł braciom Noble uzyskać własne, niepowtarzalne brzmienie. Cholernie dobry, równy, przebojowy krążek ze słyszalnym doświadczeniem muzyków. Oby poszli za ciosem, ale będzie trudno – Damien jest obecnie bardzo zajętym człowiekiem. Więcej na www.myspace. com/potentialthreatsf Vlad Nowajczyk [ 7.5 ]

PROLETARYAT POISON SUN „Virtual Sin” Metal Heaven Brzmi jak: rockowy Accept z kobiecym wokalem Dziwna to płyta, gdyby nie zamulona momentami produkcja, można by ją uznać za bardzo dobrą. A co tam, właściwie, to jest bardzo dobra - co bynajmniej nie jest jakimś mega zaskoczeniem, skoro wiosło obsługuje tutaj znany z  Accept, Sinner i  Victory Herman Frank. 10 utworów (w tym cover... Pointer Sisters “Excited”!) oscyluje gdzieś pomiędzy niemieckim heavy rockiem a  metalem z  lat 80-

„Prawda” Universal Brzmi jak: prawda prosto w oczy Po dość długiej przerwie o swoim istnieniu przypomina pabianicka formacja Proletaryat. Ich najnowsze dzieło nosi tytuł „Prawda”. A  prawda jest taka, że Proletaryat nagrał jedną z najlepszych, by nie powiedzieć najważniejszą płytę w całej swojej karierze. Oley i  spółka stworzyli materiał, którego uniwersalne treści są aktualne zarówno dla trzydziesto-, czterdziestolatków, jak i młodego pokolenia. Teksty na płycie to bardzo ważny i mocny punkt. Muzycznie zespół również nie zawodzi. Ciężkie, gęste brzmienie gitar, marszowotransowa rytmika, charakterystyczny lekko

ROSS THE BOSS “Hailstorm” AFM Records Brzmi jak: Kings Of Metal Na Croma, toż to stary Manowar z innym wokalistą! Pierwszy album formacji Ross The Boss, prowadzonej przez byłego muzyka (i jednego z głównych kompozytorów, w latach 1990-1999!) grupy

Manowar, został przyjęty dwojako: część poszła za świetnymi kompozycjami które śmiało mogłyby wylądować na płytach takich jak “Kings Of Metal” czy “Fighting The World”, część nie mogła przełknąć jednak “innego” wokalisty. “Hailstorm” to już druga płyta, i chyba grono numer dwa trochę stopnieje: Patrick śpiewa tutaj bez kompleksów, odważnie i pewnie, co rewelacyjnie odbija się na całości. Można także odnieść wrażenie, że tym razem zespół chyba wspólnie pracował nad kompozycjami, które są dużo bardziej spójne niż te, które znalazły się na “New Metal Leader”. Kawał solidnego true metalu, Ross jest naprawdę Boss, a dla maniaków płyta w wersji vinylowej z inną okładką. Death To False Metal, hail to Ross The Boss! Więcej na www. ross-the-boss.com Bart Gabriel [ 8.5 ]

zachrypnięty wokal. Mnóstwo wściekłych, brutalnych riffów, krótkich, treściwych solówek. Świetne, szybko wchodzące w głowę refreny. Numery takie jak: „Do Dna”, „Prawda”, czy „Ruchomy Cel” na pewno świetnie sprawdzą się również na koncertach. Cóż, cytując Oleya: Jeszcze jeden wódki łyk, jeden papierosa sztach… przyciskamy play i jazda. Strona zespołu: www.proletaryat.com.pl Dariusz Konicki [ 8 ]

bo właściwie tylko kilka miesięcy po premierze świetnego albumu studyjnego dostajemy mini album “The Cold Embrace Of Fear”, który wypełniony jest zupełnie nowym, premierowym materiałem. Zgadza się, nie jest to jakby można się było spodziewać zbiór demówek, utworów koncertowych czy innych zapychaczy, ale trwająca ponad 35 minut muzyczna opowieść w siedmiu aktach. Brzmieniowo jak i kompozycyjnie, materiał kontynuuje dokładnie to co niedawno znaleźliśmy na “The Frozen Tears Of Angels”. Jest więc szybko, dynamicznie, melodyjnie, barokowo i filmowo. Zespół Rhapsody Of Fire nikomu nie musi udowadniać, że obecnie zasiada na powermetalowym tronie, i że właściwie stworzyli własny gatunek. Nie musi nic, ale zadowala swoich fanów kolejnym świetnym materiałem. I chwała im za to. Jeśli macie ochotę na kawałek naprawdę profesjonalnego muzycznego rzemiosła, i interesuje was to co, muzyk ma do powiedzenia jako artysta, twórca i  wykonawca, a  nie jako internetowy filozof, to sięgnijcie po to wydawnictwo. Za kilka czy kilkanaście lat, to właśnie ich muzyka będzie się sprzedawała i  nadal będzie ceniona, bo nie od dziś wiadomo, że przetrwają tylko najsilniejsi. A  siły Rhapsody Of Fire odmówić nie można. Więcej na www.rhapsodyoffire.com Bart Gabriel

QUO VADIS

QUELONIO „Vicio Y Virtud” Red Rivet Records Brzmi jak: melodyjny heavy metal Hiszpański zespół na swoim drugim krążku prezentuje nam miły dla ucha i dobrze wykonany melodyjny power/ heavy metal, który swoim klimatem i atmosferą przypomina dokonania grup z przełomu lat 80-tych i 90-tych. Mamy tu sporo fajnej muzyki, zorientowanej zdecydowanie na melodię i  opartej na chwytliwych, energetycznych riffach. Całość materiału jest stylistycznie spójna i  pełna interesujących rozwiązań muzycznych. Brzmienie jest szorstkie i dosyć ciężkie, co doskonale podkreśla żywiołowy charakter kompozycji. Wszystkie teksty śpiewane są po hiszpańsku, co jest dużą zaletą i  bardzo pasuje do dźwięków tworzonych przez muzyków. Jest to także coś, co zdecydowanie wyróżnia grupę z masy innych, podobnie grających zespołów. Funkcję wokalisty dzierży tu kobieta śpiewająca bardzo pewnie, mocnym i nisko brzmiącym głosem. Jest ona zdecydowanie wyróżniającą się postacią tego wydawnictwa. Pozycję tą warto posłuchać choćby dla samego jej śpiewu, ale muzyka zawarta na tym krążku, także nie powinna rozczarować kogoś lubiącego zarówno melodię, jak i chwytliwą i żywiołową grę instrumentów. Więcej na www.myspace. com/queloniometal Sławomir Kamiński [ 7 ]

„Infernal Chaos” Chaos Records Brzmi jak: kumanie bazy, ale nie do końca Quo Vadis dawno rozmieniło swój kultowy status na drobne, wydając masę nieprzemyślanych, za to „idących z duchem czasu” płyt. Niedawno zauważyli, że thrash wrócił, włączyli więc do swej muzy elementy stylistyki, od której zaczynali. Nie jest to jednak już ów siermiężny, wczesnosodomowy klimat. Patenty słyszalne na „Infernal Chaos” pochodzą od Slayera i Megadeth. Do tego sporo industrialnych, rammsteinowskich motywów, a  nawet dźwięki tuby i  rogu. Bogate aranżacje, ciekawe melodie, lecz brakuje spójności. Płyta sprawia wrażenie komponowanej niczym patchwork. Tu łatka, tam łatka. Daleko tym razem do twórczego zastoju Acid Drinkers, być może mamy tu do czynienia z początkiem lepszej ery w  działalności szczecińskiej formacji? Oby! Więcej na www.myspace. com/quovadispl Vlad Nowajczyk [ 6 ]

RHAPSODY OF FIRE „The Cold Embrace Of Fear” Nuclear Blast Brzmi jak: Hollywood Metal Wygląda na to, że włoscy królowie power metalu próbują nadrobić straty, spowodowane przestojem w ich karierze. Czy im się to uda, to już temat na inną dyskusję. Faktem jest, że krótko,

RUINED SOUL „My Dying Day” Suicide Records Brzmi jak: melodyjny, szwedzki death metal Szwedzki melodeath jest dziś chyba najnudniejszą i najbardziej przewidywalną odmianą metalu. Przyczynili się do tego nie tylko naśladowcy liderów nurtu, ale i największe grupy, które dawno skręciły w stronę komercji. Jednoosobowy projekt Johnny’ego Johanssona zasługuje jednak

SEVENTH VOID “Heaven Is Gone” Napalm Records Brzmi jak: Black Sabbath w wersji grunge Jak wiadomo aktywność zespołu Type O Negative zakończyła się bezpowrotnie na skutek tragicznej śmierci Petera Steele’a. Nie dziwi więc fakt, że fani tego zespołu chętnie sięgną po album zespołu

na uwagę. Przede wszystkim, kolo grał dotąd heavy metal, a wokalistką jego Disdain była... Anette Olzon! Mamy tu zatem ciekawy feeling gitarowy, odmienny od setek bezimiennych klonów. Tym bardziej, że do zagrania solówek zaprosił muzyków takich grup jak Wolf, Stratovarius, Scar Symmetry, Shining, Ride The Sky, Nightrage, Constancia, Treasure Land, The Law, Arise i Dreamland. Mniej lub bardziej imponujące to nazwy, ale mieszanka stylistyczna okazała się fajna. „My Dying Day” nie ożywi gatunku, nie spowoduje ponownej „mody na Szwecję”, ale pokazuje, że talent i świeże pomysły mogą pomóc nawet w  zapyziałym dziś Gothenburg. Aha, zajebiste brzmienie Ruined Soul zawdzięcza Andiemu LaRocque. Więcej na www.myspace.com/ ruinedsoulswe Vlad Nowajczyk [ 6.5 ]

SACRILEGE „Time To Face The Reaper (The Demos)” Absurd Records Brzmi jak: crossover thrash Angielskie Sacrilege zaczynało od szybkiej łu-punki, która w miarę przybywania umiejętności przerodziła się w crossover/ thrash. Proces ów obrazują cztery demówki, które złożyły się na zawartość niniejszej płyty. Poczynając od listopada 1984, przez luty 1985, styczeń i sierpień 1986, kwartet z  Birmingham gra coraz ciekawsze, lepiej zaaranżowane numery. Tylko głos Lyndy Simpson pozostaje jednakowo rozwrzeszczany. Brazylijska Absurd Records wykonała dobrą robotę przywracając te nagrania światu. Elegancki i  mocny (!) digipak z ciekawie rozkładaną książeczką, pełną unikalnych zdjęć. Poziom głośności został wyrównany, choć produkcji tu zdecydowanie brak. Dokument dla maniaków, pozostali wzruszą ramionami... Więcej na www.myspace.com/uksacrilege Vlad Nowajczyk [ 6 ] utworzonego przez byłych członków Type O  Negative: Kenny’ego Hickey i Johna Kelley. I nie zawiodą się, chociaż to już zupełnie inna muzyka. Nadal słychać zdecydowane inspiracje Black Sabbath, jednak na „Heaven Is Gone” dominuje atmosfera znana z wczesnego Alice In Chains i  Soundgarden - co słychać wyraźnie w riffie otwierającym utwór „Closing In”. Kolejnym hipnotyzującym elementem „Heaven Is Gone” jest jej ciężar. Zarówno utwór tytułowy, jak i „Killing You Slow” wręcz emanują wibrującym, głębokim dźwiękiem. Poza drobnymi niedoskonałościami jak zamykający „Drown Inside” nowy album panów z Seventh Void jest wydawnictwem które przypadnie do gustu nie tylko fanom Type O Negative. Więcej na: www.myspace.com/seventhvoid Kamila Skoczek [ 9 ]

SARATAN „Antireligion” My Kingdom Music Brzmi jak: przerost formy nad treścią Śledząc postępy krakowskiego Saratana od demówki, chciałoby się stwierdzić, że drugi album okazał się przełomowy. Niestety, tak nie jest. Nie pomogło znaczące (w porównaniu z debiutem) przyspieszenie, ani świetny sound. Wszystkie kawałki są niemalże identyczne. Ciężki meshuggowy riff, chrypliwy wokal, szybkie, mało urozmaicone partie bębnów. Trochę arabesek tu i  ówdzie, wszak nazwa zobowiązuje. Solo, które jednym uchem wlatuje, drugim wylatuje. To nie są zapamiętywalne melodie. Odrobina czystych wokali. I tak przez dziewięć numerów. Na koniec wejście a’la Ofra Haza i  znów to samo. Kurde, potencjał tej kapeli jest naprawdę spory, ale najwyższy czas skoncentrować się na pisaniu zajebistych utworów, nie zaś na ogólnym klimacie płyty. Jeśli nazywa się swoją muzę „thrash”, należy miażdżyć zamiast zamulać. Więcej na www.myspace. com/saratanband Vlad Nowajczyk [ 4.5 ]

SODOM „In War And Pieces”

Spv Brzmi jak: Germański thrash najlepszej jakości. Nowy Sodom nie zabija od razu. Najpierw cisza przed burzą („In War And Pieces”), po czym przychodzi czas na wsparcie artyleryjskie („Hellfire”, „Through Toxic Veins”). Jeszcze tylko napalm („Nothing Counts More Than Blood”, „Storm Raging Up”) i nadjeżdżają czołgi („Feigned Death Throes”, „Soul Contraband”). W momencie, gdy uświadamiasz sobie, że masz do czynienia z albumem nie gorszym niż „M-16”, nie ma już dokąd uciekać. „God Bless You”, „The Art Of Killing Poetry”, „Knarrenheinz” to bezlitosne strzelanie do niedobitków. Na koniec „Styptic Paradise”, czyli taniec na grobach. „In War And Pieces” zaskakuje pod wieloma względami. Brzmi ciężko, ale i przestrzennie. Tom prezentuje kilka technik wokalnych, których nikt by się po nim nie spodziewał. Bernemann zaś... to jego płyta jest i tyle. Mnogość zajebistych riffów powala, do tego dochodzą różnorodne, świetne technicznie solówki. Solówki, jakich nie było w Sodom od czasu „Agent Orange” i znakomitego Franka „Blackfire” Gosdzika. Fascynacja melodyjną Szwecją, która zdominowała poprzedni album, zeszła na dalszy plan. Melodie nie są nachalne, za to wkręcają się w banię z siłą górniczego wiertła. Pierwsza praca Angelrippera wszak zobowiązuje. Dlaczego nie czynią tego od razu? Początkowo szuka się na nowym krążku Sodom hitów. Kilkakrotne przesłuchanie nie pozwala na wyodrębnienie takowych, co powoduje pewną konfuzję. Wkrótce pojawia się jednak pewność: mamy tu jedenaście potencjalnych przebojów. Piekielnie równy, gęsty, ciężki, dopracowany, szczery, znakomity album! Więcej na www.sodomized.info Vlad Nowajczyk [ 10 ]

SLAUGHTERED PRIEST „World Wide War” Time Before Time Records Brzmi jak: black/thrash z jajem! Ależ ci Grecy łoją! Zamiast zrzynać od nowego Darkthrone, stworzyli na black/ thrashowej niwie coś swojego. Osiem kawałków, osiem zajebistych riffów. Tak, za-je-bis-tych! Świetna melodyka, jakże odległa od syntezatorowej wiochy syfobleku. Jadowity, wściekły wokal. Smoła tryska z  głośników! Całość przyzwoicie zagrana i zaaranżowana. Punkowe chórki śpiewane były zapewne z tanimi winami w  garści, ale nic to. Niektóre kawałki trochę przydługie, brak solówek (nie są tru?), pod koniec wkrada się monotonia. Jest to jednak, obok rodzimego Bloodwritten, najlepszy talerz czarnej polewki od dłuższego czasu. Więcej na http:// slaughteredpriest.webs.com Vlad Nowajczyk [ 6 ]

SONS OF SOUNDS „Bound In Sound” Infinite Metal Promotion Brzmi jak: heavy metal grany przez licealistów “Bound In Sound”, materiał trzech braci z Niemiec to tradycyjnie brzmiący metal,

urozmaicony technicznymi smaczkami i wykończony odrobiną punku. Okropny cover utworu „Paint It Black” The Rolling Stones, który otwiera album jest zdecydowanie najsłabszym punktem płyty. Pozostałe cztery utwory tworzą spójną całość, chociaż nie zachwycają. Czasami ma się wrażenie, że utwory zostały skonstruowane tak by podkreślić techniczne sztuczki muzyków, co zdecydowanie sprawia, że płyta jest mało płynna. Kilka naprawdę dobrych pomysłów kompozycyjnych jest niwelowanych przez irytujące wstawki, jak na przykład dziecinne zaśpiewy w  ciekawym bluesowym utworze „Troublemaker”. Niestety jest to płyta ze zmarnowanym potencjałem. Więcej na: www.sonsofsounds.com Kamila Skoczek [ 4 ]

SPACE EATER „Aftershock” Stormspell Records Brzmi jak: melodyjny thrash metal Ależ postęp w porównaniu do debiutu! Serbski Space Eater poprawił się w każdym elemencie metalowego rzemiosła. Lepiej grają, lepiej śpiewają, o  piekło lepiej komponują! Wychwycenie ich fascynacji nie jest już tak prostym zadaniem, jak przed trzema laty. Dziesięć świetnych, przebojowych hymnów melodyjnego thrashu. Osiem numerów opatrzonych zostało wokalami zmarłego w 2009 roku Bosko Radisića, dwa pozostałe zaśpiewał jego następca, Luka Matković. Pomimo wymiany 3/5 składu, Space Eater zachował www.hardrocker.pl

69


swoje korzenie, wynosząc się na wyższy poziom. Najwyższy czas na wycieczki poza Serbię, bo Unia nieprędko tam dotrze. Klasa światowa! Więcej na www.myspace. com/spaceeaterthrash Vlad Nowajczyk [ 8 ]

STRIKER

SPARTAN WARRIOR „Behind Closed Eyes” Iron Age Records Brzmi jak: NWOBHM Spartan Warrior pojawili się na brytyjskiej scenie zbyt późno, by ją poruszyć, zresztą przy takich gigantach jak Saxon, Iron Maiden czy Angel Witch nie mieli szans. Dwie płyty (w 1983 i 1984) przeszły bez echa, ale w 2006 roku postanowili spróbować ponownie. „Behind Closed Eyes” to właśnie efekt tego powrotu. Dość imponujący, przyznać trzeba. Spartanie łoją bardzo korzennie, słychać fascynacje Rainbow (z okresu z Bonnettem), Angel Witch (zwłaszcza wokalnie) i  Saxon. Neil Wilkinson wygrywa świetne, rockowe solówki, dzięki którym całość brzmi... jeszcze starzej! Pojawiają się nawet wpływy wczesnego Scorpions. Bardzo przyjemna niespodzianka. W  tej beczce miodu znalazła się, niestety, łyżka dziegciu (kto z was wie, co to za substancja, hę?). Perkusja brzmi potwornie, bezdusznie, plastikowo! Ewidentnie zespół chciał zaoszczędzić i  nagrał ją elektronicznie. Wielka szkoda, psuje to odbiór udanej płyty! Więcej na www.myspace.com/spartanwarrioruk Vlad Nowajczyk [ 7 ]

“Eyes In The Night” Iron Kodex Brzmi jak: speed metalowa płyta roku! Jeśli jesteś maniakiem klasycznego heavy lub speed metalu, to po prostu nie możesz przegapić tego wydawnictwa. 10 utworów z „Eyes In The Night”, zawiera tak potężną dawkę energii, że naprawdę ciężko słuchać ich w spokoju. Po tym jak Nowy materiał Szkotów jest bardzo nierówny. W  zasadzie, to trzy, może cztery kompozycje wybiją się tutaj ponad przeciętność. „Borderlines”, „Time” i  „Liberty” mają w  sobie tyle ciepła i delikatności, że w mistrzowski sposób wprowadzają słuchacza w stan błogiego spokoju. Reszta niestety nie budzi żadnych emocji, a nawet chwilami irytuje. Za taki stan rzeczy współodpowiedzialnością należy obarczyć również realizatorów tej płyty. Całość mówiąc delikatnie brzmi nienajlepiej. Najbardziej zagorzali fani grupy i tak na pewno sięgną po „Perfect World”. Reszta może sobie darować. Strona zespołu: www.frontiers.it Dariusz Konicki [ 5 ]

„Perfect World” Frontiers Records Brzmi jak: płyta do jednego przesłuchania Jakiś czas temu fanów melodyjnego hard rocka i AORa zelektryzowała wiadomość, iż do kapeli Strangeways po latach absencji powraca wokalista Terry Brock, który to uczestniczył w nagraniu najlepszego krążka zespołu: „Walk In The Fire”. Apetyty były duże, zwłaszcza, że wydawca nowej pły ty, czyli Frontiers zapowiadali szumnie, iż będzie to powrót do klimatów wyżej wymienionej płyty. Niestety, ale na słowach się skończyło. Wyszedł z  dużej chmury mały deszcz. 70

www.hardrocker.pl

stojące na zdecydowanie wyższym poziomie niż koszmarki słyszane w żeglarskich knajpach. Podsumowując: fani szant dawno już mają mokro, dla pozostałej większości – ciekawostka. Więcej na www.myspace.com/strefamocnychwiatrow Vlad Nowajczyk [ 5 ]

„Królowie mórz” Fundacja Gniazdo Piratów Brzmi jak: rockowo-metalowe szanty Dawny basista Dragon’s Eye, Dariusz „Grzywa” Wołosewicz, został przed paroma laty kapitanem warszawskiej łajby, która doczekała się już dwóch studyjnych krążków. O ile pierwszy był zwyczajnie nudny, „Królowie mórz” cieszą uszy nawiązaniami do Running Wild. Klasycznie metalowe riffy grane są jednak bez ognia. Najwyraźniej za dużo wody wokół. Na szczęście solówki brzmią lepiej, wprowadzając wiele ożywienia. Przydaje się ono, bowiem wokal „Grzywy” jest potwornie jednostajny. Cóż, krytykować szanty za nudę to jak pastwić się nad heavy metalem za wysokie zaśpiewy, albo thrashem za tupa-tupa. Na uwagę zasługują autorskie teksty kapeli,

numery były krótsze… A tak, sporo tu powpychanych na siłę, za długich solówek i  mało wyrazistych riffów. Urok, jakim emanowała muzyka The Absence z debiutanckiego „From Your Grave” ulotnił się gdzieś bez śladu. Panowie, to ostatni dzwonek, by ustalić nowe priorytety… Więcej na www.myspace.com/theabsence Cyprian Łakomy [ 5 ]

T.C.F. „Speed Or Bleed” Big Dick Records Brzmi jak: S.O.D. spotyka Carnivore Niewiele ponad dziesięć minut zróżnicowanego, oldschoolowego thrashcore zaserwowała na swym pierwszym oficjalnym wydawnictwie holenderska trójka. Chwytliwe riffy, ostra jazda do przodu, jajcarskie teksty. Bardzo fajne solówki. Ot, Świniopas z depresji. Bardzo buntownicze chłopaki, nie lubiące policji (dziwne, w  Holandii władza nie jest opresyjna). Ani chwili nudy, krążek kończy się zdecydowanie zbyt szybko! Kontrakt na pełnoczasowy debiut już mają, tylko go wypatrywać! Więcej na www.myspace.com/thrashcorefanatics Vlad Nowajczyk

THE ABSENCE SYMPHORCE

STREFA MOCNYCH WIATRÓW

STRANGEWAYS

połowa heavymetalowego świata przyjęła z radością Szwedów z  Enforcer (hail!), Striker chyba także nie będzie mógł narzekać na brak popularności. Ich debiutancki mini album sprzed roku za cholerę nie zwiastował, że za moment Kanadyjczycy staną się taką heavymetalową maszyną do zabijania. Skóry, ćwieki, wysokie wokalizy, deszcz riffów, szybkie tempa, chórki w refrenach - takie nagromadzenie speed metalowej mocy ostatnio objawiło się chyba przy okazji płyty „Long Live The Loud” grupy Exciter. Więcej, więcej, więcej. Trasa, DVD, koncertówka, cokolwiek. I szunurek, żeby przywiązać szczękę do głowy, po opada. Więcej Strikera! Słuchać głośno - wbijaj na www.myspace. com/listentostriker i  spróbuj nie machać łbem! Bart Gabriel [ 9 ]

„Unrestricted” AFM Records Brzmi jak: przeciętny power W składzie tego zespołu są muzycy z takich kapel jak Freedom Call, Brainstorm, Mystic Prophecy i Chinchilla. Jakby nie patrzył, są to ludzie z  jakimś tam dorobkiem na niwie heavy metalu, no i dużym doświadczeniem. Wspólnie jednak jako Symphorce większego uznania pośród metalowej braci raczej nie zdobyli. Teraz otrzymujemy siódmy w dyskografii krążek „Unrestricted”, który do przełomowych także nie należy. Płyta jest po prostu monotonna. Utwory przelatują jeden za drugim i w zasadzie po zakończeniu słuchania ciężko jest przypomnieć sobie jakiś ciekawszy – wyróżniający się numer. Sami instrumentaliści bez zarzutu – wycinają, aż miło, wokale Andy’ego Francka też godne, tylko co z tego, jeżeli same kompozycje są po prostu przeciętne, by nie powiedzieć mierne. Nie ma przełamania, Symphorce pozostanie w  miejscu, w którym znajdował się do tej pory. „Unrestricted” to płyta tylko dla zagorzałych fanów power metalowego grania. Strona kapeli: www.myspace. com/symphorcepower Dariusz Konicki [ 5 ]

„Enemy Unbound” Metal Blade Records Brzmi jak: Arch Enemy z zadyszką Inżynierowi Mamoniowi z  obrosłego kultem filmu „Rejs” podobały się piosenki, które już kiedyś słyszał. Jednak, czego dowodzi praktyka, wtórność i przewaga naśladownictwa nad własną inwencją bywają znacznie częściej kryterium stosowanym w  celu oddzielenia plew od ziarna (charakteryzując, rzecz jasna, te pierwsze). Cała masa tego typu rozważań nachodzi człowieka przy słuchaniu „Enemy Unbound”, trzeciego dużego albumu florydzkiego The Absence. Bo tajemnicą poliszynela jest, że Amerykanie od początku garściami czerpią z göteborskiej szkoły melodic death metalu, co czynią zawodowo, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, że jakiś czas temu zapędzili się w ślepy zaułek, z  którego trudno im wyjść. 11 piosenek, trwających średnio po 5 minut serwuje całkiem miły uchu miszung gitarowych harmonii, sympatycznych melodii i agresywnych staccat perkusji – dla jednych zestaw w pełni zadowalający, dla innych co najwyżej przyczynek do ziewnięcia. Pomimo niewątpliwego profesjonalizmu bijącego z tej produkcji, brak tu czegoś całkowicie własnego, niebudzącego skojarzeń z grupami minionej dekady. I  być może słabość ta nie zostałaby obnażona tak wyraźnie, gdyby same

THE OCEAN „Anthropocentric” Metal Blade Records Brzmi jak: metal inteligencki To już drugie w tym roku wydawnictwo tego niecodziennego kolektywu. „Anthropocentric” to koncept album, dotykający w  gruncie rzeczy tej samej tematyki, co poprzedzający go „Heliocentric”, a  mianowicie miejsca człowieka we wszechświecie oraz wpływu religii na nasze o tym wyobrażenie. Pomysł jak najbardziej ambitny, a w dodatku należycie odzwierciedlony w  równie szerokiej palecie muzyki, jaką oferuje tym razem ekipa dowodzona przez Robina Stapsa. Ten album to absolutna kreatywna kolizja wszystkich możliwych galaktyk, które zebrane do kupy tworzą współczesne oblicze metalu i  przylegających do niego stylów. Nad ogromem zadania udaje się jednak zespołowi w  pełni zapanować i  sprawnie ogarnąć ten kontrolowany chaos – postmetalowy ciężar numeru tytułowego w  jakiś niewytłumaczalny sposób zazębia się z rozbujanym, baunsującym „Sewers of the Soul” i skocznym wariactwem „Heaven TV”. Tak intensywne skoki napięcia rozładowywane są za pomocą kojących dźwięków czystej gitary, elektronicznych loopów oraz damskich wokaliz w obecnych na płycie przerywnikach. W  odróżnieniu od miejscami nużącego „Heliocentric”, druga część konceptualnego dyptyku ani przez chwilę nie pozwala przełączyć utworu na płycie na kolejny, wręcz przeciwnie – apetyt na nią rośnie proporcjonalnie w miarę konsumpcji. Więcej na www. myspace.com/theoceancollective Cyprian Łakomy [ 8.5 ]

THE POODLES „No Quarter” Frontiers Records Brzmi jak: dobrze rozkręcona imprezka Szwedzcy specjaliści od melodyjnego hard ’n‘ heavy, czyli The Poodels tym razem w wersji live. Po rozstaniu ze stajnią AFM swój nowy dom znaleźli we włoskiej Frontiers a więc wytwórni jak najbardziej odpowiedniej dla takiej kapeli. Początek tej współpracy to materiał koncertowy „No Quarter”. Nagrania zarejestrowane zostały

podczas ubiegłorocznej trasy “Clash Of The Elements”. The Poodels to typowo koncertowa sfora - słuchając tego albumu od samego początku daje się odczuć potężną energię, jaka rozsadza ten band. Świetna zabawa, radość grania, ale i doskonały warsztat muzyków, to elementy, które powodują, że takie pozytywne wibracje na scenie, szybko udzielają się również publiczności gorąco reagującej na każdy kawałek. W set liście nie zabrakło chyba żadnej z tych najbardziej znanych kompozycji. Brawurowe wykonania „Seven Seas”, „Metal Will Stand Tall”, ”Like No Tomorrow”, czy “I Rule The Night” z pewnością zadowolą każdego fana The Poodles. Równocześnie z krążkiem CD swoją premierę ma też DVD skandynawów zatytułowane „In The Flash”. Cóż, póki co cieszcie się płytą live, bo na nowe nagrania przyjdzie poczekać do wiosny przyszłego roku. Strona kapeli: www. myspace.com/thepoodles Dariusz Konicki [ 7 ]

THE RESURRECTION SORROW „Hour Of The Wolf” Midnight Dreams Brzmi jak: COC na prochach od Monster Magnet Debiut nowojorskiego kwartetu przynosi czterdzieści sześć minut zadymionego, bujającego stonera z pogranicza rocka i metalu. Wokalista, Alex Dementia, najwyraźniej połknął Dave’a  Wyndorfa, a  jego koledzy raz to pomykają skocznie i  rockendrollowo, by za moment dociążyć i  zamulić. Całkiem spoko, szkoda tylko, że kawałki są do siebie zbyt podobne i już w połowie płyty zaczyna się robić nudnawo. Dobrze, że co jakiś czas fajne solo w  tle, lub nietuzinkowy zaśpiew ratują sytuację. Jak na początek nie jest źle, aczkolwiek wypadałoby popracować nad urozmaiceniem. Ta sama recepta niekoniecznie musi sprawdzać się we wszystkich numerach. Więcej na www.myspace.com/ resurrectionsorrow Vlad Nowajczyk [ 6 ]

TOMMY VITALY „Just Me” Ice Warrior Records Brzmi jak: płyta kolejnego wirtuoza gitary Debiutancki krążek włoskiego wirtuoza gitary przynosi nam sporą porcję neoklasycznego power metalu, pełnego melodii i niezliczonych popisów gitarowych. Utwory są nieskomplikowane, wpadają w ucho, mają prostą i klasyczną budowę. Okraszone są symfoniczno- orkiestrowymi wstawkami, które stanowią przemyślane i sprawiające wrażenie bogactwa tło dla niesamowitej biegłości gry pana Vitaly, którą możemy podziwiać dosłownie w  każdym momencie trwanie tego krążka. Nie ma sensu opisywać co potrafi zrobić z gitarą Tommy Vitaly, tego trzeba posłuchać. Wspomnę tylko, że jego gra jest pełna wrażliwości i  serca, w  niesamowity sposób balansuje nastrojami, co rusz zmienia techniki, barwy, style, z  szybkością światła przeplata ze sobą różnorodne pochody i galopady. Jego styl najbardziej można przyrównać do tego co od lat prezentuje Yngwie Malmsteen. Na jedenaście kompozycji zamieszczonych na tej płycie, aż dziewięć jest całkowicie instrumentalnych, w  dwóch pozostałych wokalnie udziela się Thomas Vickstrom. Poza tym, pełno tu znanych muzyków, którzy swym udziałem uświetniają “Just Me”. Dla wielbicieli wirtuozerkiej gitarowej jazdy jest to zakup obowiązkowy. Więcej na www.myspace.com/tommyvitaly Sławomir Kamiński [ 7 ]

TRANS SIBERIAN ORCHESTRA „Beethoven’s Last Night” CMM Brzmi jak: koncepcyjna rock opera W związku z przyszłoroczną, pierwszą w historii grupy europejską trasą koncertową ukazuje się reedycja, bądź jak

TRIPTYKON “Shatter” Century Media Brzmi jak: Metal z piekła Mała rzecz a  cieszy. Wszyscy ci, którzy uzależnili się od piekielnych dźwięków jakimi od niedawna raczy nas nowy zespół Toma Gabriela Warriora, byłego frontmana

kto woli - europejska wersja “Bethoveen’s Last Night” z nową okładką i 40-sto stronicowym bookletem. Płyta ma się ukazać jako digipak CD i LP . Ci, którzy znają kapelę wiedzą, że płyta ta ukazała się pierwotnie w 2000 roku i  jest rock operą, koncept albumem opowiadającym o ostatniej nocy życia wielkiego kompozytora, jakim był Beethoven. Utwory są pompatyczne, pełne teatralnej atmosfery i narracji. Bardzo dużo się w  nich dzieje, są niezwykle urozmaicone i przepełnione emocjami. Muzyka ta w inteligentny sposób łączy elementy muzyki klasycznej i rockowej. Mamy tu także cały wachlarz doskonałych wokalnie śpiewaków z Jonem Olivą na czele, którzy swym kunsztem i  emocjonalnością rozświetlają to wydawnictwo. Płyta ta jest zdecydowanie jedną z najlepszych rock oper w  historii muzyki, warto więc się nią zainteresować! Więcej na www.trans-siberian.com Sławomir Kamiński

oczywiście w AORowych klimatach. Zgrabnie napisane numery, przy których nie musimy się zbytnio wysilać, a słuchając ich odstresujemy się na pewno. Zestaw kawałków standardowy na krążek z  taką muzyką. Trochę ognistego rocka, kilka pulsujących rytmicznych piosenek, no i  oczywiście obowiązkowo coś delikatnego, nostalgicznego. Jednak jakikolwiek uśmieszek dezaprobaty na twarzy jest jednak nie na miejscu, bowiem w  swoim gatunku to płyta bardzo dobra. Świetne wokale Kevina Chalfanta, czy piękne gitarowe popisy Michaela Gardnera są bez wątpienia ozdobą „Burning Bright”. Wystarczy posłuchać numerów: „Epic In The Night”, „Hold On To Your Dream, czy ”All For One” by poczuć pozytywną energię jak płynie z  tej muzyki. Całość oczywiście perfekcyjnie, po mistrzowsku wyprodukowana. Fani Boston, Journey, czy Bryana Adamsa sprawdźcie. Strona zespołu: www. myspace.com/twofires123 Dariusz Konicki [ 8 ]

rocka, czy AOR. Mamy tu jedenaście bardzo przebojowych kompozycji, silnie inspirowanych latami 80-tymi, z których każda ma doskonałą melodię i bardzo chwytliwy, wręcz przebojowy refren. Muzyka ta jest bardzo łatwo przyswajalna i ma tą zaletę, że już po chwili słuchania mimowolnie nucimy sobie ją pod nosem. Utwory grupy oparte są na gitarach, ale bardzo dużą rolę spełniają w nich instrumenty klawiszowe. Dopełnieniem całości bardzo dobrego wrażenia jakie sprawia muzyka White Widdow jest wokalista Jules Millis posiadający doskonały do tego rodzaju grania głos i  śpiewający w  charyzmatyczny, porywający sposób. White Widdow doskonale wkroczyli do światka melodyjnego grania i  jeśli będą nadal nagrywać takie płyty, to myślę, że już wkrótce będą wiodącą siłą tego przedziału muzyki. Więcej na www.myspace.com/ whitewiddowrocks Sławomir Kamiński [ 8 ]

VINDICATOR

TWO FIRES „Burning Bright” Frontiers Records Brzmi jak: AORowe niebo Po dość długim okresie milczenia przypomina o sobie formacja Two Fires. Przyszedł czas na kolejną dawkę melodyjnego, amerykańskiego, lajtowego grania. Przed wami jedenaście chwytliwych kompozycji Hellhammer i  Celtic Frost, mają kolejny powód do radości. Bo oto w  kilka miesięcy po premierze płyty, dostajemy mini album który trwa prawie 30 minut. Oprócz trzech nowych numerów (nagranych podczas sesji “Eparistera Daimones”), pośrod których znalazł się między innymi instrumentalny, ambientowy “Crucifixus”, dostajemy koncertowe wersje klasyków Celtic Frost: “Circle Of The Tyrants” i “Dethroned Emperor”. Oczywiście na pierwszy plan wysuwają się nowe utwory, czyli tytułowy “Shatter” i  dorównujący mu ciężarem “I Am The Twilight”. Co tu dużo gadać: piekło wylewa się z głośników. Ugh! Więcej na www. triptykon.net Bart Gabriel Warrior

”The Antique Witcheries” Heavy Artillery Brzmi jak: Anthrax zmieszany ze Slayer Jak widać thrash metal ma się całkiem dobrze. Co chwila pojawiają się na rynku jakieś młode, gniewne kapele, dla których Exodus, Destruction, czy Megadeth to świętość i wielka inspiracja. Amerykański Vindicator należy właśnie do takiej hordy wyznawców thrash metalu. ”The Antique Witcheries” jest ich drugim pełnym materiałem. W zasadzie nie ma tu nic nowatorskiego, odkrywczego, ale jest moc, energia i szczerość. Kapela wycina swoje wściekłe riffy, katuje nasze uszy rytmiczną kanonadą, opluwa wściekłymi wokalami. Klimatycznie jest to najbardziej zbliżone do tego co znamy z płyt Anthrax, Slayer czy Anihilator. Brzmienie skondensowane, suche, bez powietrza i  przestrzeni. Potężna dawka agresji i energii. Nie jest to na pewno nic, czego wcześniej już nie słyszeliście, ale na tyle dobre, że nie trzeba użyć przycisku stop w  odtwarzaczu po drugim, czy trzecim kawałku. Strona zespołu: www. myspace.com/savindicator Dariusz Konicki [ 7 ]

WHITE WIDDOW „White Widdow” AOR Heaven Brzmi jak: bardzo dobry, przebojowy AOR Debiutancki album młodej kapeli z Australii z  pewnością zadowoli każdego miłośnika melodyjnego

WOLFCRY „Glorious” Painkiller Records Brzmi jak: grecko niemiecki mix Jednej z ciekawszych greckich kapel wreszcie udało się przedstawić fanom nowy stuff. Jak się okazało nie była to wcale łatwa sprawa. Ich poprzednia płyta premierę miała pięć lat temu. Później wystąpiły przedłużające się kłopoty ze składem. Kiedy w  roku 2008 wszystko się uspokoiło i powstał nowy materiał, to z kolei okazało się, że nie ma chętnych na wydanie go. Minęły kolejne dwa lata i wreszcie płyta może trafić do waszych odtwarzaczy. „Glorious” to krążek gdzie znalazło się miejsce dla numerów, które można wrzucić do przegródki melodic power metal, jest tu też trochę kompozycji mocniejszych, bardziej heavy. Jakby tego było mało to zespół pokusił się też o  wrzucenie kilku patetycznych, wzniosłych, epickich hymnów. Taka różnorodność powoduje, że słucha się tych nagrań z przyjemnością i bez znudzenia. Dużo znakomitych solówek, selektywne brzmienie sekcji rytmicznej, interesująco brzmiący wokal, to mocne punkty tego wydawnictwa. Grecy nagrali solidną płytę i warto ich docenić. Strona zespołu: www. wolfcrymusic.com Dariusz Konicki [ 7 ] www.hardrocker.pl

71


smoły. Żeby jeszcze wydane toto było przyzwoicie... marzenie ściętej głowy. Siedmiocalowa EPka przyodziana została w gustowne wdzianko rodem z laserowej kserokopiarki, o grubości i wytrzymałości zwykłej kartki. Wiocha, mości panowie! Więcej na www.myspace.com/thrashcarniwhore Vlad Nowajczyk [ 2 ]

APOCALYPSE „Abandon Hope” High Roller Records

Zwycięzca konkursu na najoryginalniejszą nazwę: działali jako Apocalypse przez trzy lata (1980-1983), zanim do nich dotarło, że jest kilkanaście zespołów o takiej nazwie, więc nazwali się równie oryginalnie - Omega. “Abandon Hope” to jak nietrudno się domyślić, składanka różnych sta rych nagrań tej brytyjskiej grupy, więc jak przystało na NWoBHM, są utwory z  jedynego singla, z demówki, plus kilka utworów, które do teraz leżały zakopane gdzieś w  piwnicy. Oryginalnością nie grzeszyli, ale trafia się dobry riff i dobra melodia - pozycja zdecydowanie dla pochłaniaczy wszystkiego z  naklejką NWoBHM. Więcej na www.high-rollerrecords.de Bart Gabriel [ 7.5 ]

CARNIWHORE “Rising Up” Duplicate Records Brzmi jak: kiepska kopia “nowego” Darkthrone

Oto mamy norweską odpowiedź na woltę Darkthrone. Czyżby kolejny trend w tym kraju? Oby nie, bo skończy się przyjemność z obcowania z  wyżej wymienionymi. Carniwhore to, a  jakże, duet. Necroglenn i  Tevje są, oczywiście, czarno-biali i nie mają twarzy. Trudno cokolwiek stwierdzić na temat ich umiejętności, a  serwowana przez nich punkowa sieka jest jednostajna i  nużąca. Tę stylistykę wyczerpują jej “wynalazcy”, klony precz! Zero urozmaicenia, kawałki podobne do siebie jak cztery krople 72

www.hardrocker.pl

DEMON PACT „Released From Hell” High Roller Records

Redakcja Hard Rockera jest za tym, aby firma High Roller Records dostała medal za wybitne zasługi dla heavy metalu. No bo - przepraszam za mało wyszukany zwrot - przy płycie takiej jak “Released From Hell” można się zesrać. Z radości rzecz jasna. Mityczna wręcz grupa między fanami NWoBHM i starego grania, doczekała się wreszcie wspaniale wydanej składanki, na której znalazł się materiał zarówno dotychczas wydany, jak i dotąd niewydany: single, demówki i  nagrania live. Do tego dochodzi gruba wkładka, a całość podana jest w oldschoolowym, czerwonym gatefoldzie. Płytę trzeba koniecznie nabyć w dwóch egzemplarzach, bo istnieje spore prawdopodobieństwo, że będziecie chcieli jej słuchać bez przerwy. A  odpowiadając z  góry na nieśmiałe, padające tu i ówdzie pytania - tak, to jest ten zespół, w którym bębnił Iain Finlay, który zahaczył także o klasyczny skład niemieckich piratów z Running Wild. Więcej na www.highroller-records.de Bart Gabriel [ 9 ]

LENGTH OF TIME / SANTA KARLA (Split 7”) Thrity Days Of Night Brzmi jak: strumień agresji

O reaktywacji belgijskiego Length Of Time krążyły od dłuższego czasu mniej lub bardziej pewne pogłoski. Wydany kilkanaście miesięcy po wznowieniu koncertowej działalności zespołu split z  brytyjskim Santa Karla jest pierwszym wydawnictwem ekipy Kirby’ego od czasów średnio udanego albumu

“Antiworld” z 2003 roku - i  jest to zdecydowanie dewastujący powrót na deski. Dwa nowe numery Length Of Time wnoszą sporo świeżego do dotychczasowego wizerunku formacji – gitarowe tremola i niepohamowana rytmika, zdradzająca inspiracje Possessed, przechodzą w momenty, w których dominującą rolę odgrywa groove. Od strony wokalnej również nie ma popeliny – agresywny wrzask jedynie dopala całość, a  prawdziwą wisienkę na torcie stanowią oryginalne partie melodyjnego śpiewu. Nieco w  cieniu Belgów pozostają dzielący z  nimi to wydawnictwo Brytyjczycy, prezentujący mroczny miks hardcore/punka z odrobiną sludge, zagrany na pełnych obrotach i oprawiony w brudny sound. Nie ma jednak złudzeń co do tego, że przy zawodniku wagi LOT większość po prostu wymięka, bez względu na to, jak wybornie się prezentuje. Jeśli nie wiesz, co zrobić z  nadwyżką negatywnej energii, to ten split pomoże ci ją odpowiednio skanalizować. Więcej na www. myspace.com/lengthoftimeofficial i www.myspace.com/santakarla Cyprian Łakomy [ 8/6 ]

MERCILESS DEATH “Sick Sanctities” High Roller Records Brzmi jak: ogień i siarka

Kolejna rodzima kapela wydaje winyla pod szyldem High Roller Records - i to już trzeciego! Tym razem to reedycja “Sick Sanctities” z roku 1993 - chyba najbardziej dojrzały i  dopracowany materiał ekipy ze Szczecina. Wściekle brutalny, diaboliczny thrash metal. Cała masa ostrych jak brzytwa riffów, kanonada perkusji, jadowity wokal, a  wszystko to przeplecione partiami gitar akustycznych i  instrumentów klawiszowych. Mimo iż w  momencie, kiedy ukazywała się ta płyta, na fali był szwedzki death metal, to jednak Merciless Death pozostali wierni starym, thrashowym ideałom. Kreator, Possessed, Slayer, czy Sepultura - to właśnie te kapele odcisnęły wyraźne piętno na muzyce z  “Sick Sancti-

ties”. Dla ludzi przyzwyczajonych do dzisiejszych standardów produkcji, ten stuff może okazać się trudny do przełknięcia. Brzmienie brudne, garażowe, niechlujne. Ale przecież to w końcu stare brzmienia na czarnej płycie, więc nie ma się co czepiać. Wydawnictwo limitowane do pięciuset sztuk. Do wyboru czarny winyl bądź splatter. W środku znajdziecie również wkładkę z  tekstami. Dobry, polski olsdschoolowy materiał. Warto mieć w  kolekcji. Strona zespołu: www. myspace.com/mercilessdeath Dariusz Konicki [ 7 ]

limitowana do 500 sztuk, z okładką “z  okieniem”, plakatem i  osobną wkładką. Muzycznie bez zmian ani bonusów: klasyczny mroczny heavy metal dla maniaków starego Mercyful Fate (zupełnie przez przypadek grafika na froncie picture discu “Portrait”, wygląda identycznie, jak ta z  “Don’t Break The Oath”, zupełnie...). Picture diski przez jednych są lubiane, przez jednych nie, ale i ci, i ci twierdzą, że wyglądają zajebiście. A skoro już macie normalny vinyl Portrait, normalny CD, to czemu nie kupić i tego? Więcej na www.high-roller-records.de

i 100 na splatterze. Kolekcjonerzy na start, reszta może odpuścić - chyba, że woli zamiast wersji CD, co nie jest złym pomysłem. Więcej na www. high-roller-records.de Bart Gabriel

Bart Gabriel [ 8 ]

SKULLVIEW „Metalkill The World” High Roller Records / Pure Steel Records

NOCTUM „The Seance” High Roller Records

Nazwa zespołu niby znana, a jednak mamy do czynienia z debiutem Szwedów. Gdyby się tak zatrzymać przy tej Szwecji, czyż to nie dziwne, że większość metalowych grup z  tego kraju jest dobra albo bardzo dobra? No bo weźmy taki Noctum. Młoda ekipa, a od razu wie, jak zrobić dobre wrażenie. Osiem zawartych na płycie utworów to klasyczny doom metal, który - mimo że w  jakiś sposób inspirowany był klasykami pokroju Pentagram, czy Black Sabbath - to zdecydowanie bardziej nawiązuje do twórczości Nemesis (zespołu “przed” Candlemass) i innych starych szwedzkich formacji. Co ciekawe, pojawiają się tutaj silne wpływy starego hard rocka - słychać, iż muzycy lubią spędzić trochę czasu przy starych płytach Deep Purple, czy innego Zeppelin... Oby to nie była ciekawostka, tylko zapowiedź kariery na miarę Candlemass, bo mają ku temu panowie potencjał, oj mają. Więcej na www.high-roller-records.de

RELEASED ANGER “Virus” Athens Thrash Attack Brzmi jak: nowa fala thrashu

Greccy thrashers mieli dotąd na koncie udane demo i przeciętny album. Nowy singiel wskazuje na to, że przełamali twórczy marazm. Zaledwie dwa kawałki, lecz ciekawsze od całego debiutanckiego CD! Do swych wcześniejszych, germańskich fascynacji dorzucili wpływy heavy i amerykańskiego thrashu. Ciekawsze aranżacje, więcej melodii, zwłaszcza w solówkach. Czad i energia pozostały niezmienne. Jeśli to jest nowy kierunek kapeli (a wskazują na to istotne zmiany w składzie), wypada czekać na pełne wydawnictwo. Bardzo dobry, efektownie wydany materiał! Więcej na www.myspace.com/releasedangergreece

TANKARD „B-Day” / „Kings of Beer” High Roller Records Brzmi jak: Teutoński thrash utopiony w morzu piwa

SALEM „In The Beginning...” High Roller Records

„Portrait” High Roller Records

No i chyba wiemy, co jest najlepiej sprzedającym się winylem w katalogu HR Records. Bo oto po trzech edycjach debiutu Szwedów, dostajemy kolejną - tym razem jako picture disc. Płyta

Adam Wójcik [ 8 ]

Vlad Nowajczyk

Bart Gabriel [ 8 ]

PORTRAIT

Nowy album Skullview opisywaliśmy dopiero co, tymczasem jak w przypadku każdej solidnej heavymetalowej płyty, winyl musi być. I  jest. Limitowany do 500 sztuk, z  czego 150 na splatterze, a  reszta na czarnym krążku. Po co winyl, może ktoś spytać. No jasne - po co. Piwo też można pić albo ze zmrożonego kufla, albo z brudnego kubka z fusami z kawy na dnie. Skullview brzmi z  dużej płyty doskonale, okładka wygląda doskonale, więc prawdziwy maniak znowu musi wydać trochę grosza, nie ma rady. Więcej na www.high-rollerrecords.de

Niedawno opisywaliśmy składankowy cedek tej podziemnej grupy NWoBHM, w której szeregach pojawili się na moment muzycy bardziej znanego Ethel The Frog. Teraz z kronikarskiego obowiązku trzeba wspomnieć o wersji winylowej. 18 utworów, oryginalnie nagranych na single, czy demówki, wtłoczono tutaj na dwa dwunastocalowe krążki. Wydawnictwo limitowane do 600 sztuk, z czego 300 na czarnym jak asfalt plastiku, 200 na przezroczystym

High Roller Records nie zwalnia tempa. Ta specjalizująca się w wydawaniu płyt na czarnych krążkach wytwórnia,co chwila zaskakuje nowymi, ciekawymi propozycjami w swoim katalogu. Tym razem są to dwa winyle z dyskografii niemieckich thrashers, Tankard. Numer dziewięć i dziesięć w dyskografii tego zespołu pierwotnie ukazały się w  latach 2000 i  2002. W  zasadzie nie ma tu żadnej różnicy, jeżeli chodzi o muzykę, którą proponują Niemcy na obu tych albumach. To jest po prostu brudny, wściekły, mocny i  surowy thrash metal. Mnóstwo ciętych, miażdżących uszy riffów, wywrzeszczane teksty, krótkie, zadziorne solówki, no i  oczywiście nadająca opętańcze tempo perk usja. Nie znajdziecie tu jakichś wirtuozerskich popisów,

chwytających za serce balladek, czy epickich hymnów. Ta muzyka ma za zadanie zmiażdżyć wasz mózg i tak się właśnie dzieje. W warstwie tekstowej prosto i szczerze: “Need Money For Beer”, “Ugly, Fat And Still Alive”, “Talk Show Prostitute” nie wymagają chyba komentarza. Tankard zawsze był tuż za podium, jeżeli chodzi o  germański thrash. Nie oznacza to jednak wcale, że są gorsi i  nie zasługują na uznanie. Od lat kroczą tą samą ścieżką, wyznaczoną przez szalone koncerty i morze wypitego piwa. Oba wydawnictwa dostępne w różnych kolorach winyla, w środku wkładki z tekstami i  fotkami. Każdy szanujący się Tankard-maniak nie może nie mieć tych płyt w kolekcji! Strona kapeli: www.tankard.info Dariusz Konicki [ 8 ]

TROUBLE “Simple Mind Condition” High Roller Records Brzmi jak: powrót do lat siedemdziesiątych

“Simple Mind Condition” to już bodajże piąta pozycja z dyskografii Trouble, wznowiona na winylu przez High Roller. Tym razem fani kapeli mogą dołączyć do kolekcji krążek pierwotnie wydany w  roku 2007, czyli studyjny materiał nagrany po dwunastu latach milczenia. Po premierze płyta zbierała dość zróżnicowane recenzje. Całość to jedenaście kompozycji w klimatach z pogranicza doom i stoner rocka, z bardzo mocno odczuwalnym też klimatem hard rocka połowy lat siedemdziesiątych. Mimo typowego dla Trouble mrocznego, ciężkiego brzmienia gitar, muzyka ta jest jednak pełna przestrzeni, powietrza. Duży wpływ na to mają m.in. różnorodne wokale Erica Wagnera. Jego głos raz bywa szorstki, agresywny, a  w  innym znów miejscu łagodny i melancholijny. Warto też zwrócić uwagę na aranżacje partii instrumentów klawiszowych, które po mistrzowsku zostały wkomponowane w  muzykę. Do takich właśnie płyt od czasu do czasu wraca się z przyjemnością. Całość wydana jako gatefold z niesamowitą grafiką w  środku. Do tego wkładka z  tekstami i  jak zwykle w  przypadku HRR trzy kolory winyla do wyboru. Rzecz na pewno godna uwagi. Strona zespołu: www. newtrouble.com

Bywar/ Cruficier

"TWO SHOTS OF THRASH METAL"

Athens Thrash Attack / Floga Records Brzmi jak: oldschool thrash

Splity dobre są, bo zaraz się porównania nasuwają. Brazylijski Bywar i grecki Crucifier z  pozoru grają podobnie - oldschoolowy thrash. Ci pierwsi jednak skoncentrowali się na imitowaniu Kreatora z epoki “Terrible Certainty”, drudzy zaś mieszają w  kotle zdecydowanie więcej. Destruction, Razor, mnóstwo Overkillowych chórków i  dużo bardziej miodne sola. Nierówny krążek. Strona A mogłaby być krótsza, B zaś dłuższa choćby o jeden numer. Duży plus dla Greków (w składzie m.in. John z Released Anger), jest nadzieja na przyszłość! Więcej na www.myspace.com/bywar i  www. myspace.com/crucifiergreece Vlad Nowajczyk

HEADBANGERS OPEN AIR 2009 Hellion Records Chcesz prawdziwego metalu? Naprawdę prawdziwego, nie okrzesanego, nie miksowanego i nie poprawianego w  studio? Chcesz poczuć energię muzyków, wzmocnioną razy tysiąc poprzez zgromadzonych fanów, którzy tworzą niesamowitą atmosferę? Nie, nie zobaczysz tego wszystkiego na tym DVD. Ale zobaczysz namiastkę tego, jak wygląda dobry podziemny heavymetalowy koncert i  dowiesz się, jak poszczególne zespoły brzmią naprawdę. Wspaniale, że większość heavymetalowych festiwali - z  Keep It True i Headbangers Open Air na czele - wydaje swoje własne kompilacyjne albumy DVD, które dokumentują festiwal. Po pierwsze, dostajemy niezłą pamiątkę jeśli akurat gościliśmy na danej imprezie, a  po drugie, możemy postawić w kolekcji coś naprawdę wartościowego. A co na DVD dokumentującym festiwal Headbangers Open Air 2009? Fragmenty występów m.in. Tank, Manilla Road, Razor, Angel Witch i Tankard. W sumie ponad 20 zespołów, zarówno klasycznych, jak i dużo młodszych (m.in. Enforcer, Portrait i Lonewolf). Całość w dość ascetycznej i surowej oprawie, no ale w końcu to ma być prezent dla świrów, którzy raz w roku odwiedzają HOA, a nie bestseller! Więcej na www. headbangers-open-air.de Bart Gabriel

WITCHGRAVE „The Devils Night” High Roller Records

Byłoby miło, gdyby grupa Witchgrave poszła za ciosem i wydała jakiś regularny album. Czteroutworowy mini album “The Devils Night” to bowiem zacna, podziemna mieszanka różnych klasycznych wpływów, gdzie na wierzch zdają się wypływać nazwy takie jak Mercyful Fate, Angel Witch i Venom. Co prawda, zespołów, które otwarcie nawiązują do filmowych horrorów ostatnio namnożyło się sporo, ale chyba jest jeszcze za wcześnie żeby mówić o  trendzie. A  gdyby nawet okazało się, że to trend, to czy przy zalewie komputerowych, wygładzonych produkcji komuś by to przeszkadzało? Na pewno nie. Fajna płytka, ale chcemy więcej. Informacje na www.high-rollerrecords.de Bart Gabriel [ 7.5 ]

kompilacje: AUTHORIZATION: LEGAL OFFENSE Infernal Kaos Productions Brzmi jak: crossover/thrash

Urocza okładka, przedstawiająca moshujące demony i zombiaki, skrywa równie ciekawą zawartość płyty. Pierwszą jej część okupują Grecy z  Benefactor Decease. Szybki, chaotyczny crossover/thrash z  apokaliptycznymi wrzaskami, wydawanymi przez istną Gorgonę Meduzę. Serio, takiej raszpli nie było dawno w żadnej oficjalnie funkcjonującej kapeli. No cóż, wokal ma solidny. Druga połówka krążka to znane wam już demo serbskiego Nadimaca – “Metal Je Rat” (Metal jest wojną). Konkretny wygar z jajcarskimi tekstami w rodzimym języku. Jedyna okazja, by dostać ten materiał na CD, oryginalnie wyszło tylko na CDR z naklejką! Obie kapele znakomicie pasują do siebie, dzięki czemu tego splitu słucha się bardzo miło, nie przerywając machania banią! Więcej na www.infernalkaos.dothome.co.kr Vlad Nowajczyk

Dariusz Konicki [ 8 ]

www.hardrocker.pl

73


przerwie wznowili niedawno działalność jako power trio. Pla śpiewa i gra na gitarze, Cambinhos szarpie cztery struny, zaś Caki bębni. Mutanci szykują kolejną demówkę, oby jeszcze lepszą! Więcej na www.myspace.com/mutantsquadband

RAZORWYRE (Nowa Zelandia)

Z

ESPOŁY - TA STRONA JEST WASZA! PRZESYŁAJCIE MATERIAŁY DEMO & PROMO NA ADRES: HARD ROCKER (ŚWIEŻA KREW), DROGOWCÓW 10, 05-600 GRÓJEC.

BUZZKILL (USA)

Połączenie wczesnego punka, hard rocka, The Beatles, Nirvany i... thrash metalu. To się nie mogło udać. A jednak. Kwartet z Filadelfii zebrał swoje wpływy do kupy w połowie 2009 roku i tworzy spójne, przebojowe i ciężkie numery. W czerwcu wyszła ich pierwsza EPka “Damned By Faith”, natychmiast zdobywając przychylność niezależnych stacji radiowych. Buzzkill to Mike Grasty (gitara), Ryan Williams (wokal) oraz bracia Brian (bas) i Kevin (perkusja) Yorkusowie. Więcej na www.myspace.com/buzzkillpa

CHILDREN OF DOOM (Francja)

Wolny, apokaliptyczny doom z bluesowymi naleciałościami, w stylu najwcześniejszych dokonań Saint Vitus i The Obsessed, to znak firmowy tych trzech Francuzów. Na przekór krajanom, grającym zgodnie z najnowszymi trendami, Children Of Doom to wehikuł czasu, przenoszący nas w końcówkę lat 70-tych. BBF (wokal, gitara), Reinheitsgebot (bas) i Vincent McDoom (beczki) rzadko przyspieszają, a nawiedzony głos lidera i jego przesterowane sola mogą śnić się po nocach. Demo “Ride Over The Green Valley” przynosi ponad 30 minut zadymionej, wgniatającej w ziemię muzy. Oj, nie są to fihcyki fhancuskie! Więcej na www.myspace.com/childrenofdoom62

GAME OVER (Włochy)

W sierpniu 2008, czwórka młodych mieszkańców Ferrary postanowiła grać oldschoolowy, wesoły thrash. Jak pomyśleli, tak uczynili. Po kilku miesiącach nagrali pierwsze demo, “Thrash Is Back”. W połowie 2009 nadszedł czas na drugie, już profesjonalne, zatytułowane “Heavy Damage”. Niecałe dwadzieścia minut tupa-tupa inspirowanego NWOBHM i  wczesnym Artillery wchodzi gładko, tym bardziej, że dodatkiem do płyty jest... talerz spaghetti. Wprawdzie to tylko zdjęcie, ale witz zaiste godny wyznawców pastafarianizmu. Reno (wokal, bas), Ziro (gitara, chórki), Sanso (gitara) i Meddy (perkusja) sieją wciąż thrashowy terror na włoskich scenach i przygotowują się do rejestracji debiutu. Ponurakom wstęp wzbroniony! Więcej na www.myspace.com/gameoverthrash

INSECT BITE (Japonia)

Na początku 2009 roku w Tokio nie było ani jednej młodej grupy thrashowej. Śpiewający gitarzysta Asukix postanowił to zmienić. Po kilku miesiącach rotacji ukształtował się skład z basistą Kejirohem (maniak Suicidal Tendencies i pokrewnych) i bębniarzem Tarmanem. Koncerty tria wprowadziły spore ożywienie na skostniałej scenie stolicy Japonii. W połowie 2010 zespół wydał jednocześnie dwie EPki: “Scary Waltz” i “Thrash Anthem”. Ich crossover buja niemiłosiernie! Szybko znaleźli się chętni na posadę drugiego gitarzysty, którą ostatecznie objął Hirox. Insect Bite nazywają swoją muzę “splatter thrash” i obiecują odrodzenie podziemia w swoim mieście. Więcej na www.myspace.com/insectbite666

MUTANT SQUAD (Hiszpania)

Dwóch nastolatków z miejscowości A Estrada w Galicji postanowiło w 2007 roku założyć zespół heavymetalowy. Pla kupił gitarę, Caki – perkusję. Ucząc się grać na swych instrumentach, próbowali też komponować. Gdy dołączył do nich doświadczony gitarzysta Bernabe, szybko podnieśli swój poziom. Na tyle, że zarejestrowali pierwszy kawałek. O dziwo, miast planowanego heavy wyszedł im melodyjny thrash i w tym kierunku zaczęli podążać. Skład zmieniał się kilkakrotnie. W 2009 nagrali znakomite demo “Reset The World”. Ich muzę charakteryzuje świetny feeling, trudno uwierzyć, że zaczynali tak niedawno od zera! Po kilkumiesięcznej

74

www.hardrocker.pl

Z krainy kiwi, Maorysów i Petera Jacksona pochodzi ta heavymetalowa sensacja! Zespół powstał w  2008 roku jako Gaywyre, w składzie: Chris Calavrias i James Murray (gitary), Nick Oates (perkusja), Simon Smith (bas) oraz Z Child (wokal). Szybko wyrośli na największą nadzieję nowozelandzkiej sceny, ale nazwa okazała się przyciągać... tak, tak, gejów. Po którymś z kolei wywiadzie dla czasopisma “kochających inaczej”, kapela przemianowała się w kwietniu 2010 na Razorwyre. W międzyczasie wypuścili limitowaną EPkę “Coming Out”, zawierającą porcję świeżego, przebojowego i fantastycznie zagranego heavy/ thrashu lub, jak woli sam zespół, power/thrashu. “Operation Market Garden” (o bitwie pod Arnhem, w której polskich spadochroniarzy wysłano na pewną śmierć), “Battleshark”, czy “Fuck You Tonight” to murowane hity! Razorwyre szykuje się do podboju Starego Kontynentu, aktualnie przebierając w  ofertach wytwórni płytowych (pełny album wkrótce). Pod adresem www.razorwyreband.com znajdziecie więcej informacji oraz debiutancki materiał w mp3.

REDMIST DESTRUCTION (Anglia)

Dużo crossover tym razem, ale cóż poradzić, skoro tak pięknie grają! Czterech młodzieńców z Barnsley połączyła w 2008 roku miłość do thrash metalu. Wcześniej zdarzało im się pogrywać różne rodzaje metalu, rocka, hardcore, a nawet... popu. John Upson (wokal, bas), Kristan Dawson i Ryan Colwell (gitary) oraz Ryan Bright (bębny) mieszają wszystkie swe doświadczenia, z czego wychodzi znakomita, przebojowa muza. Czteroutworowa EPka “Redmist Destruction” zyskuje znakomite recenzje, a kapelę obwołano brytyjską odpowiedzią na Municipal Waste. Perspektywy, przy tak szerokich wpływach , mają doprawdy ciekawe! Więcej na www.myspace.com/redmistdestruction

ROADKILL CARNIVORE (USA)

Piękna nazwa, nieprawdaż? Jedliście kiedyś rozjechane zwierzę? Na przykład jeża? Kwartet z Portland zaczynał w 2007 od siermiężnego punka, ale jak to bywa, ewoluował w  kierunku thrashu. Na ich świeżutkiej, debiutanckiej płycie “Roadkill Carnivore”, zaopatrzonej w grafiki autorstwa lidera The Accused, wpływy DRI mieszają się z Wehrmacht, Slayer z Cryptic Slaughter, Suicidal Tendencies z Death. Ostra jazda bez trzymanki. Bryan Behrndt (wokal), Daniel Stout (gitara), Mat Skiles (bas) i Shane Hartman (bębny) podbijają publikę rodzinnego Oregonu i szukają szans na wypłynięcie na szersze wody. Więcej na www.myspace.com/roadkillcarnivore.

TIBERIUS (Polska)

Bydgoska scena metalowa, poza przebłyskiem w postaci Chainsaw, funkcjonuje od dawna na poziomie bliskim dna, tym bardziej cieszy niedawne delikatne ożywienie. Powstały w kwietniu 2008 Tiberius to jeden z objawów tegoż. Osiemnastoletni obecnie gitarzysta Paweł Gierszewski zwerbował o dwa lata młodszego bębniarza, Michała Kośmidra (syn perkusisty lokalnej legendy, Indulgence). W czerwcu dołączył drugi wioślarz, siedemnastolatek Przemek Kiełpiński. Po długich poszukiwaniach dokooptowali basistę: Marka Jerchewicza (ex-Chainsaw) oraz wokalistę Bartka Gołaszewskiego. Kilka lokalnych koncertów pozwoliło ograć materiał, który trafił na EP “Born Hope”. Muzyka Tiberius, choć silnie osadzona w klasycznych metalowych klimatach, zainfekowana jest metalcore. Breakdowny są najsłabszym elementem ich kawałków, ale nie przeszkadza to usłyszeć, że młodzi bydgoszczanie są znakomici technicznie i mogą sporo osiągnąć. Niedawno supportowali Andralls, Fueled By Fire i Violatora, w planach pełny krążek i... więcej koncertów! Info na www.myspace.com/tiberiusofficial

UNTIMELY DEMISE (Kanada)

Heavy/thrashowe trio z Saskatchewan funkcjonuje już od 2006 roku, obecnie w składzie: Matthew Cuthbertson (wokal, gitary), jego brat Murray (bas) oraz Scott Cross (perkusja). Mnóstwo solowych popisów na tle sprawnej sekcji rytmicznej to ich sposób na muzę. Na tyle spodobali się byłemu gitarzyście Kinga Diamonda i Megadeth, Glenowi Droverowi, że zaproponował im produkcję EPki. “Full Speed Metal”, o której oprawę graficzną zadbał sam Ed Repka, żadnego fana melodyjnego, ale i ciężkiego metalu nie powinna pozostawić obojętnym. Zespół sporo koncertuje, m.in. z 3 Inches Of Blood i Evil Survives, na początek 2011 szykują debiutancki album. Więcej na www.myspace.com/untimelydemisemusic

K

ontynuując wycieczkę po mało znanych zakamarkach sceny rockowej i metalowej, dotarliśmy do amerykańskiej wytwórni Heaven & Hell Records. Prężnie działająca po drugiej stronie oceanu wytwórnia ma już dość ustabilizowaną renomę pomiędzy fanami ostrego grania. Na krótki wywiad odpowiedział Jeremy Golden, który założył wytwórnię ze swoją... dziewczyną, Jamie.

HR: Nazwa twojej wytwórni nie jest zagadką. Czyżby do stworzenia własnej firmy zainspirowała cię twórczość Dio i Black Sabbath, a może coś innego? Zauważyłaś (śmiech)? Zawsze byłem wielkim fanem Dio, a „Heaven And Hell” to jeden z moich ulubionych albumów Black Sabbath i w ogóle ulubiony album wszechczasów. Mam nawet na ramieniu tatuaż przedstawiający anioły z „Heaven And Hell”. Dio zawsze mnie inspirował we wszystkim, co robiłem i robię. Do dzisiaj mam w pamięci to, co Dio mi powiedział, co bardzo mi pomogło w życiu. Gdy już wymyśliłem odpowiednią nazwę dla wytwórni, Black Sabbath jeszcze wtedy nie używali tej nazwy. Aczkolwiek nie tylko Dio i Black Sabbath byli powodem, dla którego wybrałem akurat tę nazwę, studiowałem w collegu różne religie, a dzięki tej właśnie nazwie miałem masę możliwości jeśli chodzi o grafiki, chwyty reklamowe, taktykę. Co również ważne, nazwa Heaven & Hell przedstawia jakby dwa różne oblicza, dzięki czemu zostawiłem sobie otwartą i szeroką furtkę jeśli chodzi o gatunki muzyczne, które chciałem wydawać. Aczkolwiek przez pierwszych kilka lat wytwórnia mylnie kojarzyła się ludziom z wytwórnią wydającą muzykę chrześcijańską, podejrzewam, że ci ludzie nie zauważyli wyrazu „hell” w nazwie (śmiech). W tym momencie chyba wszystko jest już w tej kwestii jasne, a jeśli nie, to okładka Demontuary rozwieje wszystkie wątpliwości.

Po Drugiej Stronie sceny HR: Nie zastanawiałeś się nad poszerzeniem swojej działalności, jak na przykład bookowanie koncertów albo organizowanie tras dla swoich zespołów? W dawnych latach, gdy wytwórnia dopiero rozpoczynała działalność, organizowałem małe koncerty. Zawsze jednak byłem zawiedziony, nie z powodu zespołów, które występowały, ale z tego względu, że metal nie był tu zbyt popularny. Próbowaliśmy też kilka razy zorganizować coś większego, ale zawsze był problem z odpowiednimi ludźmi, którzy by to lubili. Zdecydowałem skupić całą swoją uwagę na wytwórni i sklepie wysyłkowym Sounds Of Purgatory. Prowadzenie wytwórni jest już wystarczająco absorbujące i bez dodatkowej pracy jako tour manager, promotor, czy bookowania koncertów. Pozostawiam te sprawy do zrobienia ludziom, którzy naprawdę są w stanie się tym zająć. Ale nie zostawiam też swoich zespołów samych sobie po podpisaniu kontraktu, pomagam im jak tylko mogę. Na przykład ostatnio pomogłem w zorganizowaniu dwutygodniowej trasy dla Seventh Calling i Widow kilka miesięcy temu. Jednak moim głównym celem jest prowadzenie wytwórni, wydawanie płyt, dystrybucja i promocja w prasie. Ta wytwórnia bazuje na zasadach DIY (do it yourself) - a nie jest to proste zadanie.

HR: Twoja wytwórnia jest dość znana w Stanach, w Europie zaś jesteście jedną z podziemnych. Nie myślałeś o otwarciu oddziału w Europie? Wszak wszyscy wiedzą, że Europa jest domem muzyki metalowej... Dość często się zdarza, że ludziom z innych krajów ciężko jest poodbijane puszki po piwie (śmiech)... Wydaje się, że to było dostrzec, że metalowa scena w USA jest bardzo słaba, dawno temu, pomimo tego, że wcale nie upłynęło zbyt wiele a zwłaszcza klasyczne gatunki metalu. Większość stacji czasu od tamtego wieczoru, po prostu wiele się wydarzyło od radiowych w ogóle nie gra tej muzyki i jej nie wspiera, nawet stacje radiowe na uniwersytetach nie interesują się metalem. tamtego czasu. To były skromne początki działalności Nie ma zbyt wielu publikacji na temat tego typu muzyki, wytwórni, ale wspominam je bardzo miło. Praetorius był a zespołom jest naprawdę ciężko zorganizować tu trasę. pierwszym metalowym zespołem, jaki podpisaliśmy, Jedynie duże wytwórnie mają swoje płyty w wielkich sklepach, w dodatku brzmieli znakomicie, bo grali jeden z moich organizują duże trasy dla zespołów. Bardzo ciężko jest zwrócić ulubionych gatunków, NWoBHM. na siebie uwagę ludzi, bo większy procent uwagi skupiają na HR: Jak teraz wybierasz zespoły dla wytwórni? Widzę, sobie wielkie firmy i mało kto interesuje się podziemnym że nie ograniczasz się tylko do klasycznego metalu? metalem. Czasami mam wrażenie, że underground toczy walkę Nigdy nie ograniczałem się do jednego gatunku muzycznego, „pod górę” z mainstreamem - tutaj jest inaczej niż w Europie. a zwłaszcza do jednego gatunku, jakim jest heavy metal. Czasami widzę nadzieję dla tej sceny, dla rzeczy typu Glenn Harvester, który był nieobecny przez 11 lat, aczkolwiek jest to HR: Jak wspominasz podpisanie kontraktu z pierwszym Będę pracował z każdą muzyką, o ile będzie brzmiała dobrze. Każdy zespół w wytwórni ma coś, co przyciągnęło nadal coś niszowego. Oczywiście są ludzie, którzy organizują zespołem? moją uwagę i pomimo tego, że moim ulubionym gatunkiem koncerty, starają się robić metalowe festiwale, ale cierpią przy Z pierwszym zespołem, The Reticent, właściwie wszystko tym z powodu braku odpowiedniej promocji. Są i tacy, którzy poszło w miarę gładko. Chris był moim znajomym od kilku lat jest NWoBHM, to na przykład death metalowy zespół, jak i miał właśnie nagrany i wydany jeden album. Gdy zaczęliśmy Natu Sabvewrata, przypomina mi dawne czasy, gdy jeszcze zapracowują swoje tyłki i wciąż próbują wyjść poza byłem nastolatkiem. Mam nadzieję, że nigdy nie stworzę underground, jak na przykład Hoyt Parris albo Pathfinder rozmawiać o ewentualnej współpracy, pracował nad drugą żadnego schematu, według którego będę dobierał zespoły do Productions, aczkolwiek uważam, że cierpią z tych samych płytą. Uwielbiam jego muzykę, chociaż nie była to muzyka powodów, co inni. Nie ma tu popytu na ten gatunek muzyki. metalowa, była za to piękna. Chris chciał wydać też tę drugą wytwórni, bo wtedy zacząłbym się bardzo ograniczać, a nie chcę do tego dopuścić w żadnym wypadku. Oczywiście występuje tu pewna ironia, bo pomimo tego, że płytę swoimi siłami, ale jako że ja już miałem pewną znajdziesz muzykę metalową dystrybucję, postanowiliśmy pracować soundtrackach razem. Pamiętam też podpisanie Dość często się zdarza, że ludziom w reklamach, filmowych, grach video i tak dalej, pierwszego kontraktu z zespołem z innych krajów ciężko jest dostrzec, nie ma szerszego zainteresowania Praetorius, w samochodzie na że metalowa scena w USA jest bardzo słaba, tym gatunkiem. Trzeba przede parkingu klubu. Nawet wczoraj oglądałem ten kontrakt, widać na nim a zwłaszcza klasyczne gatunki metalu. wszystkim pojąć, że rynek

Oficjalna strona wytwórni: www.heavenandhellrecords.com Profil myspace: www.myspace.com/heavenhellrecords Mailorder: www.soundsofpurgatory.com

www.hardrocker.pl

75


Więcej na www.trete.pl

Oczywiście występuje tu pewna

ironia, bo pomimo tego,

że znajdziesz muzykę metalową

w reklamach, soundtrackach filmowych, grach video i tak

dalej, nie ma szerszego zainteresowania tym gatunkiem.

amerykański to tylko i wyłącznie rynek konsumencki, mentalność Amerykanów jest można powiedzieć - zainspirowana i zaślepiona komercją. Aczkolwiek całe szczęście, że internet sprawił, że świat stał się trochę mniejszy (śmiech)... Jeśli chodzi o Heaven & Hell Records, to najwięcej zamówień przychodzi z innych krajów. Na przykład wiele kopii Hellrazor i Seventh Calling zamówiono z Niemiec, Grecji, Brazylii, Norwegii... Nigdy nie zastanawiałem się nad oddziałem wytwórni w Europie, ponieważ nie ma takiej potrzeby. W dzisiejszych czasach ludzie mogą kupować wszystko i wszędzie, jeśli tylko mają dostęp do internetu. Nasze tytuły znajdziesz w całej Europie, Południowej Ameryce, Japonii, Kanadzie. W dzisiejszych czasach nie istnieje perfekcyjny plan, jak sprawić, aby metal stał się bardziej popularny. Wszystko polega na próbowaniu i uczeniu się na błędach, a wszystko po to, abyśmy mogli kontynuować to, co naprawdę lubimy i pomóc przetrwać muzyce, którą kochamy.

powstał w wytwórni ciekawy pomysł wypuszczenia serii nazwanej Lost Relics, będą to reedycje starych klasyków dla kolekcjonerów. Sam jestem kolekcjonerem i uwielbiam zbierać metalowe i hard rockowe rarytasy z dawnych lat. Wiem, że są ludzie, którzy również na nie czekają i podzielają ten pomysł. Zaczęliśmy z trzema wydawnictwami, pierwsze to rockowy zespół z New Jersey, Ritual, tradycyjny proto-doom metalowy zespół Overlord z Kanady oraz Demontuary, teksański black metal. Podoba mi się ten pomysł, ale czasami nie jest tak łatwo wydać te rzeczy, planuję jednak wydać więcej płyt z tej serii i mam już kilka pomysłów. Niektóre zespoły są totalnie nieznane, tak więc zaskoczę wielu wydając te niespotykane albumy. Również zespoły Preatorius, The Reticent i Hellrazor pracują nad nowymi płytami, a Seventh Calling wyda płytę na początku następnego roku. A do końca HR: Powiesz coś o najbliższych planach? tego roku nie planujemy żadnych Jakieś nowe wydawnictwa, może nowych wydawnictw, zamierzam za to odkryłeś jakieś dobre, nowe zespoły? w końcu porządnie wypocząć Zjem karton płatków, pooglądam kreskówki i zobaczymy, co się wydarzy w przyszłym i utnę sobie drzemkę (śmiech)... Aha, moment, roku. chodziło ci o plany wytwórni (śmiech)? Cały czas rozglądamy się za ciekawymi zespołami, Rozmawiała: Justyna Szewczyk oczywiście mamy już na kilka oko. Ostatnio

Dyskografia Heaven & Hell Records:

THE RETICENT “Amor Mortem Mei Erit” HHR001 PREATORIUS “Taste Death” HHR002 HELLRAZOR “In the Wild” HHR003 TWISTED TOWER DIRE “The Curse of Twisted Tower Dire” HHR004 TWISTED TOWER DIRE “The Isle of Hydra” HHR005 WITCHES MARK “A Grim Apparition” HHR006 SEVENTH CALLING “Prelude to Madness” EP HHR007 NATU SABVERATA “Existing to Ensure Your Destruction” HHR008 SEVENTH CALLING “Epidemic” HHR009

Seria Lost Relics:

RITUAL “The Ancient Tome” HHR010 OVERLORD “Back into the Dragon’s Lair” HHR011 DEMONTUARY “Of the Fallen Years” HHR012

76

www.hardrocker.pl

Test sprzętu:

Wzmacniacz gitarowy Trete Tube Amplifier 1002

Kolumna gitarowa Trete GTB 412 300 B

O

tym, że czasy lat 80tych, kiedy to na scenie rockowej i metalowej rządziły heady firmy Marshall, minęły bezpowrotnie - wiadomo nie od dzisiaj. Od parunastu lat możemy obserwować batalię na rynku wzmacniaczy - co oczywiście nas, gitarzystów, bardzo cieszy.

Każdy może znaleźć coś dla siebie i wybierać między dziesiątkami, jeśli nie setkami opcji. O ile w tej batalii od pewnego uczestniczy ze świetnymi produktami rodzima firma Laboga, na dobrą sprawę Polska nie wystawiła kolejnego mocnego zawodnika. Aż do dzisiaj... Pochodząca z Rybnika firma Trete (punkt za dobrą, łatwą do zapamiętania nazwę!) podrzuciła nam do testów głowę Trete Tube Amplifier 1002 (czy jak kto woli - Trete Dual Tube 100), wraz z paczką Trete GTB 412 300 B (do wyboru wersja GTB 412 300 A - ścięta). Efekt? Już po kilku minutach staliśmy przed tym sprzętem jak zając w świetle reflektorów samochodu. Tak, dobrze czytacie - kilku

minutach. Ascetyczna na pierwszy rzut oka płyta czołowa, gdzie nie ma miliona pokręteł, guziczków i innych dupereli (pozdrowienia dla głowy Engl Steve Morse Special Edition: piwo dla tego, kto odpalił to w czasie mniejszym niż 15 minut) jest tak na dobrą sprawę ukłonem w stronę użytkownika. Bo sprzęt ma się sprawdzać: dobrze zabrzmieć i być prosty w obsłudze. Zgadza się? Głowa posiada trzy, sterowane także footswitchem,

Zdjęcia: Trete

Trzeba przede wszystkim pojąć, że rynek amerykański to tylko i wyłącznie rynek konsumencki.

niezależne kanały: Drive, Clean oraz Crunch (dwa ostatnie sterowane wspólnie). Przy kanale Clean/Crunch regulacja Gain, Bass, Middle, Treble i Volume, przy kanale Drive - dodatkowo Presence. Prosto i na temat, czyli warunek „prosty w obsłudze” został spełniony. Jak z brzmieniem? Mówi się, że nie ma wzmacniaczy uniwersalnych. No to chyba trzeba to stwierdzenie przemyśleć, bo z Trete da się wyciągnąć prawie wszystko. Od lekkiego rocka i bluesa, przez bardzo klasyczne, marshallowskie heavymetalowe brzmienie, aż po ekstremalną rzeźnię, która przy gitarze zestrojonej do D urywa łeb przy samej dupie. Wiadomo, że każdy gitarzysta ma w łapie swoje brzmienie i każda gitara ma swoje: do testów używaliśmy gitary Schecter z aktywnymi przystawkami i dla odmiany Gibson Explorer, z pasywnymi. W obu przypadkach udało się wykręcić ciężkie brzmienie, które można wsadzić gdzieś pomiędzy brzmienia VHT Pitbull, Marshall JVM, czy też nawet Mesa Roadking - a więc głów z dużo wyższych przedziałów cenowych. Jednym słowem: jest moc. Siedem lamp ECC83 na preampie i cztery 6L6 na końcówce robi swoje. Ciekawie prezentuje się także czysty kanał: ciepły i naturalny, który nie zniekształca naturalnego brzmienia instrumentu. Tak więc każdy, kto będzie chciał sprofanować tego heada jakąś cyfrową zabawką pokroju Line 6 POD, będzie bardzo zadowolony. Co dodatkowo? Oczywiście pełne sterowanie Midi, wejście i wyjście dla zewnętrznego efektu, wyjście słuchawkowe i liniowe, a gdybyśmy chcieli skorzystać z innych paczek możliwość zmiany sygnału wyjściowego na 4, 8 lub 16 Ohm. Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy kolumnie GTB 412 300 A/B - ten 300 Wattowy potwór, zbudowany na głośnikach Eminence, radzi sobie doskonale zarówno z dedykowaną głową Trete, jak i w parze ze wzmacniaczami innych firm. I na koniec najlepsze: zarówno head, jak i paczka, są wykonane ręcznie, ze sporą dbałością o szczegóły. A skoro ręcznie: klient ma sporo opcji wyboru, co „jeszcze” chciałby dostać w pakiecie. Inny kolor obicia zamiast standardowego czarnego? Kółeczka do kolumny, zamiast gumowych nóżek? A proszę bardzo. Tak jak customowe motocykle, ten sprzęt ma duszę. Ocen punktowych w testach nie mamy: ale ze względu na nieprawdopodobną jakość, nieproporcjonalną do ceny, sprzęt Trete dostałby maksymalną ilość punktów! Opracowanie: Adam Wójcik & Bart Gabriel

Z

nakomity gitarzysta Chris Poland zasłużył się na scenie metalowej jako członek Megadeth, ale okazało się to tylko drobnym ułamkiem jego muzycznych fascynacji. Choć rzadko o nim słychać, wciąż gra i nagrywa. Co, na czym i  dlaczego – o  tym w poniższym wywiadzie. HR: Witaj, Chris! Dla fanów Megadeth nie jest tajemnicą, że twój oryginalny styl gry ma związek z wypadkiem, w wyniku którego jeden z twych palców nie działa do końca sprawnie. Jak do tego doszło? Byłem wówczas w szkole średniej. Wygłupialiśmy się z kolegami, ganiając po korytarzu. Ścigałem ich, gdy przebiegałem przez otwarte drzwi, zamknęły się one na mojej dłoni i rozerwały ją. Kości na zewnątrz, pełno krwi, istna makabra. Rodzice załatwili najlepszych lekarzy, ale żaden nie był w stanie doprowadzić dłoni do stuprocentowej sprawności. Nie mogę zginać palca wskazującego, nauczyłem się więc grać tak, aby moja ułomność stała się atutem. HR: Jak wpłynęło to na ciebie jako gitarzystę? Wypadek popchnął mnie do wykreowania własnego stylu. Podczas długotrwałej rehabilitacji obmyślałem kolejne patenty, chcąc być zdolnym do zagrania wszystkiego, na co miałbym ochotę. Zawsze byłem pracowity, a  od tego momentu ćwiczyłem ze zdwojonym zapałem. HR: Zaznaczyłeś swą obecność na wielu scenach muzycznych. W  jakim gatunku najbardziej musiałeś się wysilać? Co zaś grasz na luzie i z największą radochą? To, co wraz z Garem Samuelsonem wnieśliśmy do Megadeth, było piekielnie ciężkie. Wprawdzie muza, jaką wówczas tworzyliśmy była trudna do zagrania i wymagała koncentracji, ale dawała mi też wiele

CHRIS POLAND

Ułomność atutem Tak, od wielu lat używam wyłącznie wioseł tej japońskiej firmy. Nie znalazłem jeszcze innego instrumentu, który by tak idealnie pasował do mojego stylu gry. Gram na gitarach modelu SBG, ponieważ uwielbiam brzmienie, jakie mi zapewniają w zestawieniu z resztą sprzętu. HR: Z jakimi firmami byłeś związany wcześniej? Z Jacksonem (w epoce Megadeth), PRS, Tomem Andersonem, Johnem Carruthersem, ale najbardziej komfortowo gra mi się obecnie na Yamahach. HR: Wiadomo, przecież wypada wychwalać obecnego endorsera. Jakich wzmacniaczy używasz obecnie i jak zmieniało się to w przeszłości? Obecnie najważniejsze jest dla mnie użycie lamp 5881. Uwielbiam stare brzmienie, jakie pozwalają uzyskać. Mam je zamontowane we wzmacniaczach Marshalla i MosValve. Ciągle próbuję nowe wzmaki i nigdy nie ustanę w poszukiwaniach. Dwa elementy pozostają niezmienne: mój preamp Bogner Fish i głośniki Eminence, dające mi niezrównaną głębię dźwięku. HR: Masz jakieś ciekawe sposoby na rozgrzewkę przed koncertami? Kiedy grałem w Megadeth, rzeczywiście musiałem rozruszać lewą dłoń. Grałem po prostu trudne, długie patenty z naszych kawałków zrazu powoli, a później coraz szybciej i szybciej. HR: Jaki jest twój wybór strun i kostek? Od bardzo dawna gram na strunach Ernie Ball, nie znam lepszych. Kiedyś używałem kostek 1.00 Dunlopa i Claytona, ale zmieniłem je na cieńsze, 0.50. Im grubsza kostka, tym sztywniejsza gra, zauważyłem taką zależność.

Zdjęcia: archiwum muzyka, Euegene Adebari oraz Peter Cronin

Po Drugiej Stronie sceny

HR: Ilu ustawień używasz do grania solówek? Zdarza ci się grać solo na tym samym ustawieniu, co riffy? Trzech. Tak, zdarza mi się przełączać ustawienia solówkowe do grania rytmu, ale nigdy odwrotnie. HR: Twoją ostatnią zauważalną aktywnością na scenie metalowej była sesja “The System Has Failed” w 2004 roku. Planujesz może w najbliższym czasie jakieś metalowe nagrania?

To, co wraz z Garem Samuelsonem wnieśliśmy

do Megadeth, było piekielnie ciężkie. radości. Serce zostawiłem jednak w bluesie i fusion, zawsze najlepiej mi się takie rzeczy grało. HR: Jesteś mistrzem użycia tremola, jakże dalekiego od nudnego wajchowania. Twoja pierwsza gitara z tremolem to...? Najpierw był Gibson SG, nie mój, ogrywałem go jedynie. Spodobał mi się ten gadżet. Sprawiłem sobie Fendera Stratocastera, ale jego wajcha była wiecznie zepsuta, więc pozbyłem się go. John Carruthers założył mi oryginalnego Floyd Rose’a do gitary, którą od niego kupiłem w 1990 roku. I tak już pozostało, moje PRSy były w niego wyposażone, podobnie jak obecne Yamahy. HR: Na kim wzorowałeś się jako młody grajek? Wielu ludzi sądzi, że na Allanie Holdsworthcie, ale większość moich pomysłów na użycie tremola ściągnąłem z solówki Jimmy Page’a w “Good Times Bad Times”. Spory wpływ miał na mnie także klawiszowiec Jan Hammer, ten od “Miami Vice”. HR: Wspomniałeś, że jesteś muzykiem Yamahy. Jaki model sobie upodobałeś i dlaczego?

Kto wie (śmiech). Obecnie koncentruję się na moim zespole Ohm. Mamy już świetny materiał na nowy krążek. Buduję studio, w którym będziemy nagrywać. Doskonale bawię się też, pogrywając niezobowiązująco z innymi muzykami. Na przykład w projekcie Ohmphrey, który stworzyłem z  trzema członkami Umphrey’s McGee. W ubiegłym roku zjeździłem całe Stany z  warsztatami gitarowymi. Wkrótce następny album tego projektu, w 2011 ponownie warsztaty. Jeśli chodzi o metal, jestem często wynajmowany do gościnnego grania solówek. Niedawno zarejestrowałem swoje partie na albumie Gashead, kapeli z Kolorado, oraz na solowym krążku Glena Drovera. Kilka grup czeka w  kolejce, na pewno niedługo zaczną się reklamować. Gdyby trafiła się ciekawa propozycja? Hmm... Naprawdę dobrze gra mi się bluesa i fusion (śmiech).

Rozmawiał: Vlad Nowajczyk

Adres strony internetowej: www.chrispoland.com

www.hardrocker.pl

77


INTRO

Bang Your Head jest drugim co do wielkości niemieckim letnim festiwalem, w pełni profesjonalnie zorganizowanym, ale dzięki “rozmiarom” i tylko jednej scenie na otwartym powietrzu, dużo bardziej kameralnym niż na przykład Wacken. Co prawda, w tym roku organizatorzy postanowili rozłożyć wydarzenia na dwie sceny, wpuszczając kilka dodatkowych zespołów na halę, w której poprzednio

a kończąc występ zadedykowanym Ronniemu Dio „Neon Knights”. Właściwe niu-łejwowe party rozpoczęło się od wkroczenia na deski ekipy z Blitzkrieg, która postawiła głównie na materiał pochodzący z drugiej ery ich kariery, ale obchodząc w tym roku 30-te urodziny nie mogła oczywiście zapomnieć o takich klasykach, jak „Pull The Trigger”, czy „Blitzkrieg”. Z nowszego repertuaru świetnie wypadły „Escape From The Village” i „Unholy Trinity”, natomiast cover „The Mob Rules” został kompletnie spalony przez Briana Rossa, który nie potrafił sobie poradzić ze ścieżkami wokalnymi napisanymi dla RJD. Własny materiał zespołu brzmiał natomiast bez zarzutu, a chwytliwe brytyjskie melodie i solówki, którymi wymieniali się gitarzyści, wywoływały uśmiechy na twarzach fanów gatunku. Kolejna legenda – Demon, odchodziła i powracała już kilkukrotnie w ciągu ostatnich paru lat, a obecny, odświeżony skład zespołu jest w świetnej formie, co udowodnił prezentując gorąco przyjętego seta, złożonego ze swoich najlepszych kawałków. Ich ostatni występ został skrócony do 15 minut z powodu pamiętnego potopu, więc tym razem panowie dali z siebie wszystko. Numery z dwóch pierwszych wydawnictw zostały uzupełnione bardziej atmosferycznym i progresywnym

loudness

w piątki i soboty odbywała się jedynie giełda muzyczna, ale obyło się bez większych dylematów. Zestaw kapel był jak zwykle zorientowany na bardziej tradycyjne gatunki hard rocka i metalu, więc jeśli ktoś nie jest fanem ekstremalnych, czy nowoczesnych odmian metalowej muzy, BYH może się dla niego okazać wymarzoną imprezą. A o tym, co działo się w Balingen w tym roku, przeczytacie poniżej.

WARM-UP PARTY

Krótkie „przedimprezy” stały się już tradycją Bang Your Head, a tegoroczna okazała się dość wyjątkowa, jako że fani mieli okazję wysłuchać klasycznego materiału kilku kapel z nurtu NWoBHM, bo pod tym właśnie bannerem zostało zorganizowane Warm-Up Party 2010. Pierwszy zespół - niemiecki Roxxcalibur, nie pochodzi co prawda z wysp brytyjskich, ale jest wszem i wobec znany ze swych świetnych coverów, szczególnie tych mniej znanych wykonawców i całkiem nieźle wypadł jako rozgrzewacz, odgrywając m.in. kawałki Vardis, Grim Reaper, Cloven Hoof, czy Girlschool, 78

www.hardrocker.pl

występem wspomnienia najlepszych czasów klasycznego heavy metalu, grając tę muzykę dokładnie tak, jak powinna być grana - z pasją i zaangażowaniem. Z techniką nie jest jeszcze u chłopaków najlepiej i szczególnie głos Olofa Wikstranda jest na żywo daleki od ideału, ale jeśli numery takie jak „Midnight Vice”, „Evil Attacker”, czy „Take Me To Hell” nie porywają Was drodzy czytelnicy do dzikiego headbangingu, z całym szacunkiem, dupy z Was, nie metale. Forbidden powrócił na scenę jakieś trzy lata temu, ale jak dotąd nie spłodził nic nowego, więc ich saxon

późniejszym materiałem, a te pierwsze zostały przyjęte najbardziej hałaśliwie. „Night Of The Demon”, „Liar”, „Sign Of A Madman”, czy „Don’t Break The Circle” stworzyły podwaliny pod bardziej melodyjną stronę NWoBHM i definitywnie przetrwały próbę czasu - i to właśnie one są tym, czego fani oczekują od koncertów Demona. Jeśli chodzi o headlinera, każdy słyszał i czytał pewnie ze sto razy, że głos Biffa Byforda jest jak dobre wino, im starszy tym lepszy, ale to hasło można powtarzać bez końca. Saxon - gwiazda pierwszego, „halowego” wieczoru, okazał się nie tylko kapelą dnia, ale również jednym z gwoździ programu całej imprezy, bo jakość, moc i profesjonalizm to trzy słowa-klucze, które cechują ich koncerty. Odgrywając klasyki w stylu „Motorcycle Man”, „Wheels Of Steel”, czy „Denim And Leather” oraz nieliczne nowsze numery, takie jak „Live To Rock”, czy „Demon Sweeney Todd” Biff i spółka przetaczali się przez scenę z siłą huraganu, zmiatając wszystko na swej drodze. Jeśli szukasz heavy metalu najwyższej jakości i w najczystszej postaci, wybierz się na koncert Saxon.

DZIEŃ PIERWSZY

Niewielu fanów wstało na tyle wcześnie, by zobaczyć kapelę otwierającą pierwszy dzień właściwego festiwalu i równie niewielu dotarło na koncert drugiego z kolei szwedzkiego Enforcer. Błąd! Ubrany w jeans i spandex metalowy narybek przywołał swoim

set zawierał wyłącznie thrashowe klasyki stworzone przed rozpadem. Amerykańska ekipa była tego dnia w niezłej formie i szczególnie wokalista Russ Anderson zaskoczył fanów radząc sobie z łatwością z coverem „Children Of The Sea”, a podkład muzyczny był równie świetny, bo duet gitarowy Craig Locicero-Steve Smyth (Testament, Nevermore etc.) pruł bez litości niemieckie powietrze riffami „R.I.P.”, „Step By Step” i morderczego „Chalice Of Blood”, zamykającego występ. Klimat zmienił się nieco, kiedy sceną zawładnęli power metalowcy z Sabaton, a Joakim Broden z pewnością żartował ogłaszając swoje zaskoczenie faktem, że „w takim upale i na kacu tylu ludzi przyszło obejrzeć gej-metalową kapelę ze Szwecji”. Zespół gra muzykę pod niemieckie gusta, więc został świetnie przyjęty, ale zgadliście - nie zagrał „40:1”, hehe! Za to jako jedna z niewielu kapel naprawdę postarał się o porządną, płonąco-wybuchającą oprawę występu. Stawiając na promocję ostatnich wydawnictw, Sabaton wykonał m.in. „Coat Of Arms”, „The Art Of War” i „Ghost Division”, wplatając w seta parę klasyków, takich jak „Panzer Battalion” i „Primo Victoria”. Konkluzja - jeśli postawisz na

scenie sześciu Szwedów ubranych w spodnie moro i każesz im zagrać melodyjne powerowe kawałki z wojennymi tekstami, dodając do tego efekty wizualne, koncert nie może wypaść słabo. A co, jeśli postawisz na scenie czterech doświadczonych muzycznie Japończyków? Okazuje się, że może być równie ciekawie. Brak frekwencji był nieco zaskakujący, bo pochodzący z kraju kwitnącej wiśni Loudness jest rzadkim gościem na europejskich scenach, ale ci, którzy postanowili się przytoczyć, dostali prezent w postaci piekielnego heavy metalowego widowiska. Mając w składzie

Jeśli chodzi o JOP, jedynie ostatni krążek „Festival” pojawił się na setliście, m.in. w postaci kawałków „Lies” i „Death Rides A Black Horse”, a kapela wspomagająca Jona przekonała widzów, że jest jednym z najbardziej profesjonalnych składów obecnej metalowej sceny. Królowa niemieckiej ciężkiej muzy Doro Pesch również nie musiała narzekać na brak frekwencji, a rozpoczynając koncert od hymnu dedykowanego swoim fanom „You’re My Family” wprowadziła widzów w świetny nastrój. Potem było już raczej standartowo, czyli 5-6 kawałków Warlock i najlepsze numery Doro, a największymi hitami okazały się jak zwykle „Metal Racer”, „Burning The Witches” i zawsze świetnie przyjmowana na domowych koncertach niemieckojęzyczna ballada „Fur Immer”. Nowsze, iskrzące energią numery, takie jak „Burn It Up”, czy „Always Live To Win” spotkały się z równie gorącym przyjęciem, a przed „Celebrate” Doro pokusiła się o krótką przemowę na temat Nicka Douglasa basisty, który gra z nią od 20 lat i współtworzy jej show. Jak większość wykonawców, Doro złożyła hołd Dio - w postaci „Egypt (The Chains Are On)”, a zakończyła występ przewidywalnym jak codzienny wschód i zachód słońca klasykiem „All We Are”, tradycyjnie

doro

trzech z czterech oryginalnych członków, zespół pokazał, że również na Dalekim Wschodzie wiedzą, jak grać dobrą muzykę, a dobierając repertuar wyłącznie z lat 80-tych i wczesnych 90-tych, sprawił fanom miłą niespodziankę. Akira Takasaki i jego dwuręczne tappingi spowodowały bezwiedny opad szczęki u co najmniej kilku uczestników imprezy, a wokalista Minoru Niihara okazał się ponadprzeciętnym frontmanem również w warunkach koncertowych. „In The Mirror”, „Crazy Doctor” i hymn „Loudness” były prawdopodobnie najlepiej przyjętymi numerami odegranymi przez japońską ekipę. Więcej fanów pojawiło się pod sceną przed koncertem Jon Oliva’s Pain, a lider ponownie odpuścił sobie oryginalne kompozycje tej kapeli, stawiając na klasyczny materiał Savatage. Nikt nie narzekał, bo wersje koncertowe „Edge Of Thorns”, „Gutter Ballet”, czy „Hall Of The Mountain King”, odśpiewywane przez oryginalnego wokalistę, wywołują ciarki na plecach każdego fana tradycyjnego metalu. Ważnym elementem show były też wspomnienia na temat Dio i zadedykowanie mu ballady „Believe” (jego ulubionego numeru Savatage, jak stwierdził Jon) i dodatkowo covera „Rainbow In The Dark”.

sprzedaży, więc szczególnie młodzi maniacy, którzy nie widzieli kapeli 10 lat temu, cieszyli się wysłuchując koncertowych wersji „The Dragon Lies Bleeding”, „Riders Of The Storm”, „Let The Hammer Fall”, czy „Stronger Than All”. Jako bonus otrzymali zadedykowaną Dio true metalową wersję „Man On A Silver Mountain” odśpiewaną przez Joacima w ducie z Mikaelem Stanne (Dark Tranquillity), a kulminacją występu było ponownie „Hearts On Fire” oraz kostki gitarowe i pałki perkusyjne latające nad savage grace

odśpiewanym przez publiczność. Piątkowy zestaw był raczej metalowy, więc występ szwajcarskiej legendy Krokus był nie lada gratką dla miłośników hard rocka. Zespół wydając ostatnio album „Hoodoo” pokazał, że po 35 latach na scenie wcale nie ma zamiaru zwalniać, a swoim występem tylko to potwierdził. Publika szalała od samego początku, czyli od klasyka „Long Stick Goes Boom”, wykonując pozostałe starocie, takie jak „Tokyo Nights”, „Headstrokes”, czy „Fire”, jak również niewyobrażalnie chwytliwy tytułowy numer z nowego albumu, kapela z łatwością przekonała fanów, że chemia nadal działa. Mark Storace, pomimo siwych włosów ma więcej energii i lepszy wokal od większości młodych rockerów, a do tego świetnie rozumiał się z publiką, dzięki czemu występ Krokusa okazał się prawdziwą dźwiękową ozdobą tej edycji BYH. W tym roku koncerty po raz pierwszy odbywały się na dwóch scenach jednocześnie, ale wybory były raczej łatwe. By zobaczyć Artillery Wasz sprawozdawca bez żalu odpuścił sobie środkową część występu HammerFalla i został zasypany deszczem perfekcyjnych technicznie thrashowych riffów odgrywanych przez duńskich wirtuozów gatunku. Poza frontmanem Sorenem Adamsenem, który wyskoczył na scenę w wojskowym kasku, reszta zespołu nie przejmuje się zbytnio swoim imagem, ale to, co wyprawiają na scenie, zmusza do refleksji, dlaczego kapelechorągiewki, grające zawsze to, co jest aktualnie modne sprzedają miliony albumów, a prawdziwi mistrzowie są czczeni jedynie przez podziemie. Klasyki grupy - „By Inheritance”, czy „Khomaniac”, jak również materiał z ostatniego wydawnictwa - „Upon My Cross I Crawl”, „10,000 Demons” i tytułowy „When Death Comes” z łatwością porwały nieliczną grupę maniaków do headbangingu i szalonych młynów, a że chłopaki z Artillery są jednymi z najlepszych kompozytorów, jak również techników w swojej działce, ich występ stał na tak wysokim poziomie, że skwitować go można jedynie stwierdzeniem - other bands play, Artillery kills! HammerFall, którego show pokryło się częściowo z thrashową masakrą zorganizowaną przez Duńczyków, niespecjalnie zasłużył na miano headlinera, bo choć wydali kilka świetnie sprzedających się albumów i są dobrą kapelą koncertową, ostatni zespół wieczoru powinien mieć raczej status legendy. Poza tym obecna produkcja HF pozostaje w cieniu ich wielkich scenografii sprzed kilku lat i ogranicza się jedynie do paru schodków, banera w tle i pirotechniki. Na szczęście HammerFall postanowił ponownie dorzucić do seta większą ilość numerów, które wyniosły ich na szczyty metalowych list

głowami fanów. Koncert jako całość bardzo dobry, ale zespół bardziej wpasowałby się w zestaw grając jako druga lub trzecia kapela od końca.

DZIEŃ DRUGI

Czy reaktywacje mają sens, jeśli w składzie występuje tylko jeden oryginalny muzyk? To temat na dłuższą debatę, ale gdyby Chris Logue nie zaprosił do współpracy chłopaków z Roxxcalibur, większość obecnych fanów starego metalu nie miałaby szansy usłyszeć koncertowych wersji genialnych numerów stworzonych przez Savage Grace. Niestety, legendarny wokalista był tego dnia w dość słabej kondycji, co odebrało maniakom trochę radości z tego wyjątkowego show, ale samo usłyszenie takich numerów, jak „Bound To Be Free”, „After The Fall From Grace”, „Master Of Disguise” i „We Came, We Saw, We Conquered” było dla wielu niepowtarzalnych przeżyciem. Panowie z Roxxcalibur pewnie, bez tremy i z dużą dozą radości odgrywali klasyki prekursorów speed metalu, więc koncert okazał się książkowym przykładem old-schoolowej metalowej potęgi. Choć klimat nieco się zmienił, mix acceptowych melodii i riffów, których nie powstydziłoby się AC/DC, z surowymi dirkschneiderowymi www.hardrocker.pl

79


wokalami wydaje się również stworzony do wykonywania na żywo. Jeśli idziecie na koncert, by się dobrze bawić, szwedzki Bullet to zespół, który z pewnością Was nie zawiedzie. Mając za sobą wydanie dwóch krążków, z łatwością montują porządnego seta, ale muszą jeszcze trochę popracować, by dostawać na swoje występy więcej czasu. Tak więc tym razem udało im się zaprezentować jedynie 10 utworów ze swego repertuaru, w tym „Pay The Price”, „Dusk Til Dawn”, „Bite The Bullet” i „Turn It Up Loud”, wszystkie zmuszające słuchacza do nieświadomego przytupywania queensryche

na końcu wybiegu wywrzaskiwał teksty “Wargods Of Metal” prosto w twarze tych, którzy twardo trwali na pozycjach, zasługuje na najwyższy szacunek. Sacred Steel pokazał, czym jest prawdziwy duch heavy metalu, a kapel, które grają tylko dla samego grania, na tak wysokim poziomie jest naprawdę niewiele. Chwilę później wokalista Treat, Robert Ernlung, stwierdził: „Wstaliśmy o 3-ciej rano, żeby się tu dostać ze Szwecji”, po czym wraz z tworzącą podkład dla jego głosu kapelą odegrał 10-utworowego seta, który był jednym z najgoręcej przyjętych koncertów tegorocznego BYH. Atakując muzyczną scenę albumem „Coup The Grace”, prawdopodobnie najlepszym tegorocznym wydawnictwem z działki melodyjnego hard rocka, zespół złożył oświadczenie, że w roku 2010 jest jeszcze silniejszy niż w latach 80-tych, z łatwością potwierdzając to swoim występem. Cztery nowe numery, w tym radiowy „We Own The Night” i przebojowy „Skies Of Mongolia” wywołały burzę oklasków, a starsze ekipy z nostalgią wysłuchały klasycznych hitów, takich jak „Conspiracy” i „Sole Survivor”. Pod koniec występu gitarzysta Anders Wikstrom padł na koniec na scenę, a Nalle Pahlsson dobił go swoim basem. Jedynym minusem występu był brak numeru Dio, o wykonanie którego zostali poproszeni wszyscy wykonawcy, poza tym - perfekcyjnie. Wybór Queensryche na przed-headlinera był przemyślany, bo choć ostatnie wydawnictwa zespołu nie są tak interesujące jak wczesne krążki, kapela

tegoroczne BYH zakończył Destruction, siejący zniszczenie w upakowanej po brzegi hali. Amerykanie mają swoje Big 4, a Niemcy Big 3, nie ustępujące tamtym zespołom jakością i profesjonalizmem. Trio skopało dupy zgromadzonej publiki, a ci, którzy mieli jeszcze energię, pląsali w szalonych młynach. Schmier spacerował od jednego końca sceny do drugiego, śpiewając na zmianę do trzech rozstawionych mikrofonów, a Mike Sifringer rozgrzewał gryf do czerwoności wściekłymi solówkami. Set nie był specjalnie długi, ale nie zabrakło niczego, bo były tak klasyki („Tormentor”, „Bestial Invasion”, „Curse The Gods”, „Life Without Sense”), jak i numery z drugiej ery

twisted sister

INTRO

Fani, którzy mają możliwość uczestniczenia tylko w jednym dużym europejskim festiwalu, od lat stawiają na Wacken Open Air. Impreza ta charakteryzuje się najlepszą organizacją, jak również potężną selekcją wykonawców z wszystkich podgatunków metalowej i rockowej muzy. Wacken uzyskało status metalowej Mekki, do której w pierwszych dniach sierpnia ciągną pielgrzymki długowłosych miłośników ciężkich brzmień nie tylko z Niemiec i Europy, ale również z całego świata. Tegoroczna edycja WOA po raz kolejny potwierdziła, że festiwal na swój status w pełni zasługuje. alice cooper

i trzepania łbem. Zamykający show „Bang Your Head” nie mógł lepiej pasować do festiwalu, a całe show, podczas którego gitarzyści udawali, że są Wolfem Hoffmanem i Hermanem Frankiem, a Hell Hofer wykrzykiwał rytmicznie teksty wymachując okutymi w ćwieki rękami miało bardzo pozytywną metalowo/hardrockową atmosferę. Po Szwedach sceną zawładnął Sacred Steel, którego obecny skład jest z pewnością najsilniejszy w historii zespołu, a brzmienie ostatniego albumu najcięższe i najmroczniejsze. Sekcja rytmiczna, która miażdży na płycie, na żywo spowodowała trzęsienie ziemi, a gitarzyści z łatwością poradziliby sobie z najbardziej wymagającym technicznym death metalem. Oprócz kilku numerów z ostatniego wydawnictwa, Gerrit odśpiewał (lub jak kto woli, odszczekał) klasyki takie jak „Metal Is War”, czy “Heavy Metal To The End”, więc koncert był dość zróżnicowany stylistycznie, dzięki czemu zespół z łatwością przyciągał uwagę słuchaczy. Niestety, w połowie seta potężna ulewa przegoniła większość fanów, ale poświęcenie Gerrita, który klęcząc w wodzie 80

www.hardrocker.pl

nadal ma masę fanów i gdzie się nie pojawi, okazuje się jednym z gwoździ programu. Geoff Tate zaskoczył publiczność paradując z ogoloną głową, przykrytą jedynie kapeluszem, ale na szczęście stracił jedynie włosy, nie głos, którym jak zwykle zabił. Wokalista był w dobrym nastroju i zachęcał fanów do współudziału w koncercie, często gęsto żartując („Wiem, że leje i włosy wam przyklapły, ale przynajmniej je macie”), natomiast obserwując nowego wioślarza, po raz kolejny można było dojść do wniosku, że jego nu-metalowy styl szarpania drutów nijak pasuje do wizerunku kapeli. Reszta zespołu świetnie prezentowała się na scenie i jeśli ktoś spodziewał się jakichś pomyłek, albo niedociągnięć, przekonał się, że to nie było właściwe miejsce ani czas. Panowie poświęcili sporo czasu klasykom - „Silent Lucidity”, ”The Thin Line” itd., a końcówka seta była absolutnie mordercza, bo po wspomnieniu trasy z 1984 roku, gdzie Queensryche wystąpił u boku Dio, kapela odegrała rewelacyjną wersję „Neon Knights”, by dobić fanów bisem w postaci „I Don’t Believe In Love”, „Jet City Woman” i „Empire”. Chłopaki jak zwykle nie zawiedli, a na deskach pojawił się wkrótce headliner imprezy - Twisted Sister. Zespół nigdy nie grzeszył świetną techniką, czy ponadprzeciętnymi kompozycjami, ale trudno sobie wyobrazić lepszego showmana niż Dee Snider – “the leader of the pack”. Złorzecząc na pogodę, zadeptując ćmy i zmieniając słowa „I Wanna Rock” na „I Wanna Fuck” Snider po raz kolejny dowiódł, że jeśli chodzi o rozrywkową stronę rockowego koncertu, nie ma konkurencji. „Nie ma oszczędzania się na jutro, cioty! Dajcie nam wszystko!”, wywrzaskiwał, a choć setlista była bardziej niż przewidywalna („Come Out And Play”, „Stay Hungry”, „We’re Not Gonna Take It”, „Under The Blade” etc.) zabawa, którą zorganizował wraz z kolegami z zespołu, jak zwykle okazała się przednia. Punktem kulminacyjnym festiwalu była świetna wersja „Long Live Rock’n’Roll” zadedykowana „człowiekowi, który zdefiniował heavy metal i zainspirował wszystkie zespoły, których słuchacie” (słowa Snidera) oraz tradycyjne „S.M.F.” odegrane z efektami wizualnymi w postaci wybuchających nad festiwalowym niebem fajerwerków. Tak właściwie, to TS był headlinerem i ostatnią kapelą, która zagrała tego wieczoru na głównej scenie, ale

Destructiona („Devolution”, „Metal Discharge” i „Nailed To The Cross”), a definitywnego zamknięcia imprezy zespół dokonał odgrywając dwa numery z debiutanckiej EP-ki - „Total Desaster” i „Mad Butcher”, do końca wykazując pełne thrashowe zaangażowanie.

OUTRO

I to tyle. Niemiecka organizacja jak zwykle nie zawiodła, więc tegoroczna impreza była całkiem udana i gdyby tylko aura postanowiła poczekać z deszczem jeden dzień, mogło być wręcz perfekcyjnie. Większość zespołów wypadła świetnie, niezależnie od tego, czy byli to giganci sceny, czy kapele stojące u progu swojej kariery, a fani ciężkich brzmień oprócz dobrej muzyki otrzymali tradycyjny zestaw bonusów w postaci giełdy, spotkań z muzykami i niepowtarzalnego klimatu, jakim zawsze się odznaczała ta jedna z ciekawszych niemieckich letnich imprez. Jeśli narzekacie na brak muzycznych wrażeń, zbierajcie kasę, bo organizatorzy już zapraszają na przyszłoroczną edycję.

A NIGHT TO REMEMBER

Impreza rozpoczęła się od nowego hymnu Wacken odśpiewanego przez Doro ze wsparciem kapeli organizatora festiwalu – Skyline. Zespół wykonał jeszcze kilka coverów, m.in. “All We Are” Warlock, “Breaking The Law” Priest i “Balls To The Wall” Accept, z towarzyszeniem Udo Dirkschneidera, oraz kolejny hymn WOA,

WACKEN OPEN AIR 5-7 sierpnia 2010, Wacken, Niemcy

odśpiewany również przez tego ostatniego. Panowie z pewnością mieli ubaw na scenie, ale o profesjonalizmie mówić w tym przypadku nie można. Prawdziwym otwarciem tegorocznej edycji imprezy był koncert Alice’a Coopera, mistrza rockowego horroru. Śpiewać Alice nie potrafił nigdy, ale teatralna oprawa jego występów, połączona z muzyką pisaną przez najlepszych autorów w branży, tworzy jedyne i niepowtarzalne widowisko, które każdy szanujący się fan rocka/metalu powinien zobaczyć przynajmniej raz w życiu. Alice zaskoczył fanów, przywożąc praktycznie wszystkie “zabawki” z ostatniej trasy, dzięki czemu został uśmiercony na co najmniej kilka sposobów – na gilotynie, szubienicy, przez wstrzyknięcie trucizny i przebicie kolcami w metalowej skrzyni, a różnorodność jego ubiorów, liczba wspomagających go aktorów oraz wielki, jednooki potwór, który pojawił się na scenie pod koniec występu dodały jedynie uroku temu genialnemu teatrowi śmierci. Repertuar został oparty głównie o znane i lubiane klasyki – “I’m Eighteen”, “No More Mr. Nice Guy”, “Poison”, “Only Women Bleed”, “Feed My Frankenstein” i pojawiający się ostatnio tak na otwarcie, jak i zamknięcie występów “School’s Out” (razem 24 kawałki!). Alice z łatwością przekonał widownię, że pomimo wysiłku i starań ze strony innych zespołów, nikt mu nie dorówna. Pojawienie się w tegorocznym zestawie Motley Crue było dość zaskakujące, bo organizatorzy przez lata zarzekali się, że glam rock nie ma wstępu na ich imprezę. Cóż, gatunek powrócił z hukiem na wielkie sceny i przemówiły pieniążki. Nieważne, fani otrzymali porządną dawkę zmetalizowanego rocka, głównie w postaci wielkich hitów z lat 80-tych, takich jak “Wild Side”, “Shout At The Devil”, “Looks That Kill”, “Dr. Feelgood” i oczywiście “Live Wire” i “Girls, Girls, Girls”. Od strony muzycznej wszystko wypadło świetnie, pomimo tego, że gitarzysta Mick Mars walczy z chorobą i pozostawał nieruchomy przez większość koncertu, natomiast od strony wokalnej jak zwykle bieda, ale nikt nie oczekuje od Vince’a Neila, żeby w wieku prawie 50-ciu lat nauczył się śpiewać, hehe! Jest dobrym frontmanem, potrafiącym zachęcić fanów do zabawy (co zresztą ponownie udowodnił) i to musi im wystarczyć. Gwiazdą wieczoru była największa heavymetalowa kapela świata, która sama

zapełnia stadiony, więc dziwne jest, że w ogóle wyraża chęć grania na takich masowych imprezach. Iron Maiden, bo o nich mowa, po wielkiej trasie, na której odświeżali klasyczny repertuar, powrócili do grania aktualnych numerów - i cóż tu rzec, to już nie to samo. Oczywiście, wystrój sceny stylizowany na stację kosmiczną i cała oprawa koncertu ze zmieniającymi się tłami i łażącym po scenie Eddiem robiła piorunujące wrażenie, od strony technicznej każdy szczegół był dopracowany w 100%, a Bruce Dickinson swoją energią mógłby obdzielić chyba z pięciu innych frontmanów, ale niestety repertuar z trzech ostatnich albumów nie do końca działa w warunkach koncertowych. 7-8-minutowe numery, takie jak “Dance Of Death”, “The Reincarnation Of Benjamin Breeg ”, czy “These Colours Don’t Run” wlokły się niemiłosiernie i może ktoś powinien podrzucić chłopakom pomysł, żeby wersje koncertowe tych numerów po prostu skrócić? Kto twierdzi, że to brednie, musiałby zobaczyć reakcję publiki podczas bisów: “The Number Of The Beast” “Hallowed Be Thy Name” (tak, da się pisać dobre długie numery) i “Running Free”. Koncert perfekcyjny pod każdym względem, oprócz doboru kawałków.

Tekst i zdjęcia: Wojtek Gabriel overkill

www.hardrocker.pl

81


DZIEŃ PIERWSZY

Thrashersi z niemieckiego Dew Scented powitali pierwszych przebudzonych fanów miksem ciężkiego thrashu z death metalem, okraszonym brutalnymi, lekko hard-core’owymi wokalami Leifa Jensena. Krótki set oparty na szybkich, dwucentralowych numerach nie wywołał specjalnego entuzjazmu, a chociaż panowie pokazali, jak się prawidłowo robi wiatraki i wkładali serce w to, co robili na scenie, brak różnorodności kompozycyjnej spowodował, że po kilku kawałkach zapanowała monotonia. Astral Doors natomiast, który dostał pół godziny na zaprezentowanie swojej muzyki pod namiotem Wet Stage, już pierwszym utworem przekonał do siebie fanów - i to nie tylko dzięki wokalom Patrika Johanssona, przypominającym do złudzenia głos boga wszystkich wokalistów – Dio. Ciekawie zaaranżowane kompozycje, tradycyjne metalowe riffy i zaangażowanie całego zespołu w występ są największymi atutami Szwedów. Numery z ostatniego wydawnictwa, takie jak “Call Of The Wild”, czy “Power And The Glory”, zespół uzupełnił wcześniejszym materiałem i szkoda tylko, że ostatni kawałek, przebojowy “Cloudbreaker”, został brutalnie przerwany przez ekipę techniczną. Świetnie, ale definitywnie za krótko! Kilka kolejnych kapel występujących pod namiotem, w tym Mad Max, również miało w kontrakcie półgodzinne sety, a szkoda, bo jak coś jest dobre, nie powinno się kończyć tak wcześnie. Pierwsze wrażenie po wkroczeniu Niemców na scenę było takie, że kapela na żywo brzmi dużo ciężej niż na płytach. Otwierając swój występ numerem “Burning The Stage” nie udało im się co prawda spalić sceny, ale dostarczyli ciekawego, dynamicznego hardrockowo-metalowego widowiska. Michael Voss dysponuje całkiem nieźle pracującą parą płuc, a drugi gitarzysta Juergen Breforth wyginał się w dziwnych pozach ze swoim wiosłem, skupiając na sobie uwagę oglądających. Starocie – “Rollin’ Thunder”, “Stormchild” i “Never Say Never” zostały odśpiewane przez całkiem pokaźną grupę fanów, znającą teksty, a w zestawie zabrakło jedynie “Fly, Fly Away”. Jak dotąd pod namiotem było dość spokojnie, ale w momencie gdy Anglicy z Evile zaczęli biczować publikę swoimi riffami, z wysuszonej ziemi podniosły się tumany pyłu i trudno stwierdzić, jakim cudem wokalista Matt Drake był w stanie w takich warunkach śpiewać. Każdy wie, co się dzieje na dobrych thrashowych koncertach, a ten był z pewnością świetny, bo już w trakcie otwierającego występ młodej ekipy numeru “Infected Nations” pojawiły się pierwsze młyny, natomiast kiedy chłopaki przeszli do ultraszybkiego “Thrasher”, zapanował już absolutny szał. Matt życzył publice udanego festiwalu oraz dobrej zabawy i polecił zawsze używać zabezpieczenia, a ci, którzy pozostali przed tą samą sceną, już 20 minut później mieli okazję zobaczyć i usłyszeć drugiego po Cooperze amerykańskiego mistrza shock-rocka – Lizzy Bordena. Kurz zdążył już opaść, a sceną zawładnęły skąpo odziane tancerki go-go i owinięty w chustę Lizzy, który swoim wyjątkowym, wibrującym głosem odśpiewał jeden z najlepszych kawałków z ostatniego albumu – “Tomorrow Never Comes”. Wokalista zmieniał maski i mazał sztuczną krwią twarze fanów okupujących barierkę, odgrywając największe klasyki, w tym “There Will Be Blood Tonight”, “Rod Of Iron”, “Me Against The World” i oczywiście “American Metal”, podczas którego sam Lizzy, jak i wspomagające go tancerki paradowały po scenie w odzieniach w amerykańską flagę. Zadedykowany “człowiekowi na srebrnej górze” “Long Live Rock’n’Roll” zakończył to piekielne show, a większość fanów przewędrowała pod Party Stage, przygotowanej już na występ metalowej divy Tarji Turunen. Wokalistka znalazła swoje miejsce ma metalowej scenie po otrzymaniu wypowiedzenia z Nightwish i szkoda tylko, że jej oryginalne kompozycje wypadają tak blado przy numerach byłych kolegów. Jak Tarja przekonała widzów, jej wyjątkowy, bezbłędny głos pasuje świetnie do ciężkiej muzyki z jej

solowych albumów, a muzycy, którzy ją wspomogli tego wieczoru, to sama śmietanka metalowego towarzystwa, a mimo to najlepiej zostały przyjęte covery Nightwish – “Sleeping Sun” i “Wishmaster”. To chyba o czymś świadczy? “Falling Awake” i “I Walk Alone” były chyba najciekawszymi kompozycjami z jej własnego repertuaru, natomiast “Still Of The Night” Whitesnake’a był niczym więcej, jak beznadziejną profanacją (podobnie jak nagrany kiedyś “Poison” Coopera), bo głos wokalistki absolutnie nie pasował do kawałka, obracając go w jakąś dziwną muzyczną hybrydę. Tarja, nie urodziłaś się do śpiewania hard rocka, więc prosimy – nie rób tego więcej. Do śpiewania tego gatunku (może w nieco cięższej odmianie) urodził się natomiast Chris Boltendahl, który triumfalnie powiódł kolegów z Grave Digger do zwycięskiej bitwy – koncertu, który okazał się najlepszym występem tegorocznego WOA, zmiatając ze sceny wszelkie Maideny, Slayery i W.A.S.P.-y. Show zapowiadało się świetnie już od samego początku, kiedy na scenę wkroczyła kilkunastoosobowa ekipa dudziarzy, by odegrać intro do “Tunes Of War” albumu, który z okazji 30-lecia kapeli miał tego wieczoru zostać wykonany w całości. A potem było coraz lepiej i lepiej. Chris, odziany w kilt i z twarzą pomalowaną w barwy

Zamknięcie pierwszego dnia imprezy było bardzo pozytywne, ale chłopaki powinni się nauczyć kilku innych kawałków, bo naprawdę nie ma sensu przychodzić na ich koncerty, jeśli widziało się ich choć raz w okresie “po filmie”.

grave digger

w.a.s.p.

82

www.hardrocker.pl

wojenne, odśpiewywał kawałki z najlepiej sprzedającego się albumu Diggera swoim charakterystycznym gardłowym głosem, a kiedy na pomoc ruszyli mu najpierw Doro Pesch (duet w “The Ballad Of Mary (Queen of Scots )”), a potem Hansi Kursch (z Blind Guardian, również w kilcie) i ekipa z Van Canto, by wspólnie wykonać “Rebellion (The Clans Are Marching)”, emocje sięgnęły zenitu. Na koniec zespół odegrał trzy dodatkowe numery, nie pochodzące z “Tunes Of War” i zamknął show klasykiem “Heavy Metal Breakdown”. Kto nie widział, niech żałuje (i czeka na DVD), bo takiego koncertu nie da się powtórzyć – absolutny gwóźdź tegorocznego programu. Na scenie obok zainstalowali się w międzyczasie panowie ze Slayer, ale choć mają nieporównywalnie więcej fanów niż niemiecki skład, nie mieli najmniejszych szans w tym starciu. Poza tym, dźwięk był beznadziejny i gitary ledwo brzęczały, a głos Toma Arayi brzmiał jak przez ścianę, co niestety nie pozostawiło pozytywnych wrażeń. Thrashersi oczywiście pokazali się z dobrej strony jeśli chodzi o technikę, a sam klimat występu był świetny, z czerwonymi stonowanymi światłami ledwo oświetlającymi postaci na scenie, ale koncert był bardzo standardowy i brakowało mu tego, co powoduje opad szczęki podczas naprawdę wyjątkowych występów. Setlista na piątkę, z obowiązkowymi “Raining Blood”, “South Of Heaven” i “Angel Of Death” na zakończenie, ale całość występu dość przeciętna. Podobne odczucia można było mieć po koncercie Anvil, który od dwóch lat gra praktycznie identycznego seta. Na to ostanie show na największej scenie dotarły jedynie niedobitki, które lekko już przepitymi głosami wykrzykiwały teksty “Forged In Fire”, “Winged Assassins” i “Metal On Metal”.

u.d.o.

DZIEŃ DRUGI

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się nadzwyczaj ciekawie, bo po mało znanej poza granicami Francji kapeli Nightmare nikt nie spodziewał się takiego dymu. Panowie skręcili ostatnio trochę w kierunku thrashu, szczególnie jeśli chodzi o pracę i brzmienie gitar, natomiast muzyka, którą piszą nadal pozostaje melodyjna i chwytliwa. Mocne wokale Joe’go Amore, jak i harmonijne solówki gitarowe dodawały utworom kopa, a zespół okazał się nadzwyczaj profesjonalną ekipą, czując się bardzo swobodnie na małej scenie pod namiotem. Nowsze numery, takie jak “The Gospel Of Judas” i “Eternal Winter” wypadły znakomicie, a w ostatnim na setliście starym hicie „Trust A Crowd” porządnie już rozgrzana publika wykrzykiwała refreny wraz z wokalistą. Największe oklaski zespół zebrał jednak po brawurowym wykonaniu covera Dio „Holy Diver”. Na dużą scenę wskoczyli thrasherzy z Overkill, których występem byli usatysfakcjonowani tak fani gatunku, jak i przypadkowi widzowie. Kto słyszał tegoroczne wydawnictwo kapeli „Ironbound”, nie zaprzeczy, że chłopaki są w najwyższej formie. Co do Blitza, cóż, jest prawdopodobnie najlepszym frontmanem na thrashowym podwórku, bo nie tylko ma świetny wokal, ale również jego pokłady energii wydają się niewyczerpane. Poza tym ma „gadkę” i zawsze dobry humor, więc publika go uwielbia. Jak się można było spodziewać, w secie pojawił się nowy materiał - „The Green And Black” i „Ironbound”, a poza tym świetny zestaw klasyków - „Rotten To The Core”, „Hello From The Gutter”, „In Union We Stand” oraz ukradziony punkom z The Subhumans hymn „Fuck You!”, przed którym Blitz poprosił publikę, by w tym roku, podczas piątego występu Overkill na Wacken, było najgłośniej. Cover Motorhead, od którego zespół zaczerpnął nazwę, był idealnym zakończeniem perfekcyjnego thrashowego widowiska. Na show Blackiego i spółki również przyciągnęły niewyobrażalne tłumy, więc wygląda na to, że W.A.S.P., po prawie 25 latach od debiutu, nie musi się skarżyć na brak popularności. Ostatnie koncerty grupy mają tylko dwa mankamenty - po pierwsze, rozciągniętą do granic możliwości wersję „The Idol”, podczas której kapela mogłaby zagrać ze trzy inne, krótsze numery oraz denerwujące, playbackowe chórki. Poza tym tak frontman, jak i jego ekipa wydają się ostatnio dawać z siebie dużo więcej, niż parę lat temu i chociaż nie uświadczysz już na ich koncertach krwi, czy płonących krzyży, występy są bardziej niż udane. Z dźwiękiem nie było najlepiej, bo silny wiatr porywał słowa i riffy i jak ktoś stał z boku, to ledwo co słyszał, ale większość fanów, którzy przyszli zobaczyć zespół, znała na pamięć numery takie jak „On Your Knees”, „L.O.V.E. Machine”, „Wild Child”, czy obowiązkowy „I Wanna Be Somebody”, a nawet nowy numer „Babylon’s Burning”. Na mniejszej scenie 15 minut później wystąpił jeden z prekursorów melodyjnego power metalu - fiński Stratovarius. Kto narzeka, że bez Tolkkiego to nie to samo, nie wie, co mówi, bo kapela ma się świetnie, a młody wirtuoz gitary Matias Kupiainen odwala świetną robotę. Set był zresztą złożony z samych hitów, więc fani otrzymali niezłą dawkę muzyki Stratovarius w prawie niezmienionej formie. „Hunting High And Low”, „Against The Wind”, „Phoenix”, czy „Winter Skies” były odśpiewywane (powiedzmy) przez entuzjastów power metalu z Timo Kotipelto, Jorg Michael żonglował pałeczkami ze swoim technicznym, a Jens Johansson bawił się klawiszami, zbierając wielkie owacje po znanym nie tylko fanom kapeli wstępie do „Black Diamond”, zamykającego koncert. Pozostając w powerowych klimatach, fani mieli jedynie 15 minut na odpoczynek, a raczej próbę przepchnięcia się pod True Metal Stage, gdzie zaraz startował Edguy. Słońce właśnie zaszło, więc kolorowe światła wyglądały w końcu tak jak powinny, a Niemcy, mając okazję na występ na olbrzymiej scenie, wykorzystali ją w pełni. Było dynamicznie, melodyjnie i bardzo profesjonalnie. Z bardziej klasycznego materiału Edguy odegrał „Tears Of A Mandrake” i europowaty „Vain Glory Opera”, stawiając raczej na promocję nowszych wydawnictw i wrzucając w seta przebojowe „Superheroes” i „King Of Fools”. Niespodzianką było pojawienie się w dwóch utworach basisty Helloween Markusa Grosskopfa, który wygląda na muzyka bardzo zaprzyjaźnionego z zespołem. Występ świetny, a komu mało, niech wybierze się w przyszłym roku zobaczyć Avantasię. Wyjątkowo spora ekipa wybrała się do wioski Wackingów, położonej na zewnątrz głównego terenu festiwalu, by obejrzeć występ power metalowego składu Orden Ogan. Kapela jest znana głównie z przeboju

i teledysku „We Are Pirates”, ale kto odrobił zadanie domowe, wiedział, że ten numer odstaje stylistycznie od reszty materiału, który jest bardziej podniosły, epicki i lekko progresywny. Przed rozpoczęciem występu wokalista Seeb przeszkolił fanów, jak ma wyglądać prawidłowe powitanie kapeli na scenie, które oparte było na krótkiej wymianie uprzejmości: -”Hello Publikum!” -”Fuck you pussies!”, a potem zespół odegrał świetnego seta, wybierając najciekawsze numery z każdego z trzech krążków. Niejeden fan z pewnością oczekiwał gościnnego występu gitarowego Running Wild, Majka Moti’ego, który rzeczywiście pojawił się na scenie, a niespodziewanym bonusem było odśpiewanie “The Pirates” przez wokalistę X-Wild, Franka Knighta. Jako ostatni w tym roku wystąpił skład dziadka niemieckiego metalu, Udo Dirkschneidera - i choć podobnie jak dzień wcześniej na występie Anvila, pod scenę przytoczyło się jedynie kilku zombie, ekipa dała z siebie wszystko i grała tak, jakby była headlinerem całej imprezy. Zachrypnięty głos jednego z najbardziej charakterystycznych metalowych wokalistów oznajmił okolicznym wsiom, że w końcu będą mogły spać spokojnie, ale zanim to nastąpiło, w eter popłynęły jeszcze przebojowe, oparte na tradycyjnych riffach numery U.D.O. „The Boogeyman”, „Dominator”, „Thunderball”, „Man And Machine” oraz starego dobrego Accept - „Princess Of The Dawn”,

„Metal Heart” i ostatni kawałek festiwalu „Balls To The Wall”. Udo jak zwykle nie zawiódł, a dodatkowo z wież odsłuchowych, jak i z wielkiej blaszanej krowiej czachy umieszczonej między scenami wybuchały ognie, więc pomimo, że na sam koniec imprezy rozpadał się deszcz, finisz był niezapomniany.

OUTRO

Wacken Open Air nie jest zwykłym festiwalem. To impreza, na którą jeździ się co roku i na którą po kilku wizytach wraca się jak do domu. Radość z przeżywania świetnych występów ulubionych kapel dzieli się z dziesiątkami tysięcy braci i sióstr (oficjalnie 75.000, na oko dużo, dużo więcej), a sama organizacja, jak i oprawa festiwalu nie ma sobie równych. Jeśli można by coś zasugerować osobom, które stoją za Wacken Open Air, to przydałoby się powiększyć teren, bo jeśli masz jedynie 15 minut przerwy między koncertami, musisz z pierwszego wyjść wcześniej, żeby się przebić przez trudne do ogarnięcia wzrokiem morze ludzi. Poza tym Wacken jest największym letnim metalowym festiwalem w Europie - i to nie tylko pod względem liczby uczestników, obszaru i ilości zespołów. Wacken jest po prostu wielkie i takie pozostanie.

Tekst i zdjęcia: Wojtek Gabriel


Zdjęcia: Michał Pawołek

REBELLION TOUR II:

DECAPITATED, HATE, CHRIST AGONY i inni

S

kład drugiej edycji Rebellion Tour prezentował się nad wyraz znakomicie, lecz od samego początku nie było wątpliwości co do tego, kto będzie tu rozdawał karty. Przewidywalny scenariusz o triumfalnym powrocie Decapitated na deski sprawdził się w stu procentach i przypomniał, jak ważny jest to zespół dla polskiego i światowego metalu.

Wieczór otwierały formacje Nerve, Nammoth i Vedonist, podczas gdy sala poznańskiego Blue Note skrupulatnie zapełniała się metalową gawiedzią. Wieść gminna niosła, że wszystkie dotychczasowe koncerty organizowane pod tym samym szyldem w innych miastach cieszyły się sporym zainteresowaniem, lecz około 200-osobową publikę, która tego dnia przybyła do klubu, trudno nazwać tłumem. Było parę minut po 20:00, kiedy na niewielkiej scenie zainstalował się Christ Agony. Pomimo faktu, że Cezar niemal całkowicie wymienił skład swego zespołu na krótko przed trasą, nie mogło być mowy o żadnych niedociągnięciach w wykonawstwie. Legendarne trio zagwaran-

18.10.2010, Blue Note, Poznań

them - i to zarówno na płaszczyźnie muzycznej, jak i wizualnej. Podobać się mogło dobrze wykręcone, bardzo czytelne brzmienie – z roku na rok grupa dysponuje coraz bardziej zawodowym zapleczem i nie pozostaje życzyć jej nic innego, jak tylko umiejętnego jego wykorzystania. Po ukończeniu nienawistnego show, rozpoczęło się pieczołowite przygotowywanie sceny dla headlinera – niemalże z pedantyczną dokładnością sprawdzano poziomy we wszystkich odsłuchach, niemałą chwilę zajęły też same soundchecki. Znikła też cała wymyślna scenografia, zawisł jedynie powieszony lekko niechlujnie banner. Kiedy zabrzmiały cybernetyczne dźwięki “Gambit” Lux Occulta, stało się jasne, że kwestią sekund jest wejście odrodzonego Decapitated. Od samego początku wiadomym było, że będzie to najlepszy koncert wieczoru i zarazem jeden z najważniejszych, jakie miały miejsce w Polsce w całym 2010 r. W konfrontacji z wygłodniałymi fanami, tych czterech gości wypada całkowicie pewnie, a jednocześnie z permanentnym dystansem. Pomimo iż poziom skomplikowania kompozycji wymaga częstokroć akademickich umiejętności, to występ ekipy Vogga daleki był od statycznej i odhumanizowanej masturbacji z użyciem instrumentów. Widać i czuć było pełne zaangażowanie, spontaniczność oraz absolutną radochę z każdego wydobytego dźwięku. Vogg jak opętany przemykał z jednego kąta sceny w drugi, permanentnie rzucając kaskadą swych długich włosów. Świetnie sprawdzają się również nowe nabytki Decapitated – Kerim Lechner z nieokiełznaną pasją okłada bębny precyzyjnie co do milisekundy, a wokalista Rafał dysponuje przepotężnym głosem i umiejętnie z nim eksperymentuje. Tego wieczoru zgromadzeni na sali otrzymali na pożarcie wszystko, czego dusza zapragnie – “Day 69”, “Mother War”, czy “Winds Of Creation”. Prawdziwym zaskoczeniem było pojawienie się na scenie Popcorna i Jankiela z Acid Drinkers i wspólne odegranie “Anybody Home?” z repertuaru poznaniaków oraz dedykowany Nergalowi cover “Conquer All”. Na zakończenie zabrzmiał obowiązkowy walec “Spheres Of Madness” i muzycy zniknęli z widoku. Chwilę później zabłysły reflektory, a dźwięki “City Of Satan” Turbonegro oznaczały koniec koncertu. Wracając do domu, niejeden pewnie odetchnął z ulgą, stwierdzając, że na dobrą sprawę wszystko jeszcze przed Decapitated. Tekst: Cyprian Łakomy decapitated

christ agony

- Jak wasze gardła? – ten rozpoznawalny okrzyk, kierowany do publiczności przychodzącej na katowskie występy, podczas październikowego koncertu w Poznaniu zyskał szczególny wymiar. Pomimo pory roku i dającej o sobie znać, srogiej jesiennej temperatury, metalowa czarna msza odbyła się pod gołym, równie czarnym niebem. Na problemy z górnymi drogami oddechowymi jednak nie skarżył się nikt... Ale od początku. Jesienne koncerty Kata z Romanem zapowiadały najnowsze dzieło zespołu, album “Biało-Czarna”. Będący na ich rozpisce poznański show pierwotnie odbyć się miał w klubie Eskulap, w którym grupa gościła przed rokiem, prezentując świetną formę. W dniu, na który event przewidziano, Eskulap został zamknięty

www.hardrocker.pl

listę utworów. Dość napiętą sytuację starał się rekompensować Kostrzewski konferansjerką między utworami. Nie zawsze wychodziło to na dobre –

KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI 15.10.2010, Dziedziniec Masztalarni CK Zamek, Poznań wskutek zajęcia przez syndyka masy upadłościowej. Wieść o zmianie lokalizacji na niewielki dziedziniec w kompleksie Centrum Kultury Zamek rozeszła się na szczęście błyskawicznie pocztą pantoflową, na internetowych forach i portalach społecznościowych. Koniec końców, nie zagrało miejscowe thrashowe komando Bloodthirst, natomiast czas, jaki przewidziano dla samej gwiazdy, został ograniczony. Kilka minut po godzinie 20:00, ku uciesze lekko zmarzniętych fanów na scenę wkroczyli muzycy, a w chwilę później sam Roman, by wspólnie ze zgromadzonymi otworzyć “Bramy Żądz”. Ten numer, wieńczący kultowy “Oddech Wymarłych Światów”, okazał się całkiem fajnym początkiem. W dalszej kolejności poleciały jeszcze dwa fragmenty “Oddechu...” - “Diabelski Dom Cz. II” oraz “Śpisz Jak Kamień”. Fundamentem programu, jaki przyszło Katowi zaprezentować tego wieczoru, były jednak liczne utwory z płyty “666”, kontrastowane kompozycjami pochodzącymi z nie wydanego jeszcze nowego materiału. Z tej pierwszej poleciały żelazne klasyki rzędu “Czasu Zemsty”, obowiązkowej “Wyroczni”, czy numeru tytułowego, z “Biało-Czarnej” ujawniono obszernie

Z

apowiadało się średnio. No bo przecież wiadomo, jak wygląda ostatnimi czasy frekwencja na polskich rockowych i metalowych imprezach. Do tego, na krótko przed koncertem w świat poszła wiadomość, iż szwedzki Enforcer jednak nie będzie gościem Blind Guardian podczas ich obecnej trasy, tak więc siłą rzeczy warszawski koncert został dodatkowo odchudzony. Czyżby organizator imprezy - Agencja Ido miał więc jakieś konszachty na dole albo u góry? No bo jak wyjaśnić fakt, że klub Stodoła pękał w szwach i że wszystko było tak perfekcyjnie zorganizowane i dopracowane, że chyba można mówić o heavymetalowej imprezie roku? No dobra, inna sprawa, że zespół Blind

84

trzy kawałki, co jednak spotkało się z mieszanym przyjęciem ze strony fanów. Nie było do końca przemyślanym pomysłem umieszczenie ich w secie jeden po drugim, a ponadto trudno odbiera się na żywo nową twórczość, nie mając żadnego do niej studyjnego odnośnika. Oparcie koncertu o tak skonstruowany program, poskutkowało potraktowaniem

Zdjęcia: Michał Pawołek

hate

towało solidną dawkę mroku na najwyższym poziomie. Towarzystwo znanego m.in. z Abusiveness i Blaze Of Perdition Mścisława, który zastępował na basie Reyasha, oraz kojarzonego jakiś czas temu z Hate Hellrizera za zestawem perkusyjnym okazało się kapitalną obstawą dla lidera i poskutkowało bezbłędnym show. Klimat, którym od samego początku emanowała twórczość Christ Agony, w warunkach koncertowych uderza ze stokroć większą siłą, niż na płytach, zwłaszcza w momentach tak podniosłych, jak zagrany na zakończenie “Condemnation”. Szybka wolta na deskach, zmiana wystroju na jeszcze bardziej demoniczny (poza przeróżnymi proporcami, obowiązkowy zdobiony statyw mikrofonowy) i w blasku przygaszonych świateł ukazali się czterej członkowie Hate. W pełnym wojennym rynsztunku, przyodziani w czarne, opadające szaty, z instrumentami w rękach, ruszyli do ataku. Trzon programu, jaki przygotowali na potrzeby poznańskiego show, stanowiły kompozycje z najnowszej produkcji pt. “Erebos” oraz poprzedzającego ją albumu “Morphosis”. Statyczne pozy, chłodne wyrazy przykrytych corpse paintem twarzy oraz pełen profesjonalizm wykonawczy – tak na dzień dzisiejszy prezentują się warszawiacy - i jak można było się przekonać pod sceną, na maniakach robi to całkiem spore wrażenie. Po latach obecności w metalowym światku, Hate jest wciąż zespołem poszukującym i modyfikującym własną formułę, choć miejscami aż ciśnie się na usta, by wygarnąć formacji nadmierne wzorowanie się Behemo-

BLIND GUARDIAN, STEELWING 19.10.2010, Stodoła, Warszawa

nieco po macoszemu piosenek pochodzących ze środkowego okresu działalności Kata. Można było co prawda usłyszeć tłumnie odśpiewaną “Łzę Dla Cieniów Minionych”, “Purpurowe Gody”, czy “Odi Profanum Vulgus”, lecz ci, którzy najbardziej lubują się w tym, co Kostrzewski i Loth wyprawiali jeszcze z Luczykiem w latach 90-tych, mogli poczuć się zawiedzeni. Cóż, trudno dogodzić każdemu, tym bardziej zaś w warunkach, gdy na skutek nieprzewidzianych zmian w organizacji, nie zawsze udanie, skraca się

charyzmatycznemu liderowi lekko plątał się język, nie wiadomo, czy w związku ze stresem, zmęczeniem, a może czymś jeszcze innym. Mimo to wokalista nie szczędził energii na scenie, wywijając na niej charakterystyczne tańce. Wybicie godziny 22:00 oznaczało nieuchronny koniec koncertu – zmierzch rozlał atrament... Pozostaje głęboko liczyć na to, że ostatni tabor Kata zawita do Poznania raz jeszcze. Tym razem w nieco bardziej fortunnych okolicznościach.

niesamowite, co ich muzyka zrobiła z publicznością już podczas pierwszego utworu - o ile wizerunek muzyków wzbudzał raczej sympatyczne uśmiechy zamiast zachwytów (wymiętolone i brudne ciuchy, rozczochrane włosy), tak odgrywane kompozycje po prostu zaczarowały zgromadzonych fanów. Świetne rzemiosło muzyków to jedno, a energia i więź z ludźmi to drugie. I trzeba chyba uczciwie przyznać, że to publiczność była główną gwiazdą tej imprezy: zdumieni przyjęciem Guardiani zdecydowali się wydłużyć set, czy też wpleść w niego utwory, których zagrania oryginalnie nie planowali (jak pochodzący z debiutanckiego krążka “Majesty”). Hansi raz po raz wdawał się w dialogi z publicznością, zapowiadając między innymi takie utwory, jak “Quest For Tanelorn”, “Welcome To Dying”, “Nightfall”, czy

“Imaginations From The Other Side”, a każdy z nich przyjmowany był z entuzjazmem i radością. Set został perfekcyjnie wyważony, znalazło się tak miejsce dla ballad (“A Past And Future Secret”, “The Bard’s Song - In The Forest”), jak i speed metalowych potworów, takich jak “Born In A Mourning Hall”. Koncert, mimo iż długi, minął niespodziewanie szybko - ale cóż, co dobre, szybko się kończy. Pozostaje mieć nadzieję, że Blind Guardian szybko do nas wrócą i że tak wspaniała publiczność objawi się także na innych heavy i powermetalowych imprezach, które planowane są na najbliższe miesiące. Bo takich emocji, jakie fruwały w powietrzu tego październikowego wieczora, nie znajdziecie przed monitorem czy telewizorem. To jest właśnie moc dobrej, żywej muzyki!

Tekst: Cyprian Łakomy

Tekst i zdjęcia: Bart Gabriel

Guardian to chyba najbardziej obecnie szanowana i lubiana u nas grupa z niemieckiej powermetalowej ligi... Ale od początku. Zaczęło się od nowego koncertowego hitu odśpiewanego chóralnie przez zgromadzoną publiczność, czyli “Gdzie Jest Krzyż”. Skoncentrujmy się jednak na tym, co działo się na scenie: skoro wypadł Enforcer, wiadomo było, iż przed bardami zobaczymy tylko jeden support, szwedzki Steelwing. Prawie nieznana u nas młodziutka heavymetalowa formacja została przyjęta w Warszawie niczym prawdziwe gwiazdy, co wprawiło muzyków w naprawdę wyśmienity humor. Około półgodzinny koncert wypełniony był kompozycjami z debiutanckiego krążka “Lord Of The Wasteland” - poleciały między innymi przebojowe “Roadkill (...Or Be Killed)”, czy “The Illusion”, podczas których wokalista Riley (wyglądający jak wyjęty żywcem z klipów Iron Maiden z pierwszej połowy lat 80-tych) nawiązał świetny kontakt z publicznością. Bez wątpienia po tym występie Steelwing ma w Polsce wielu nowych sympatyków: publiczność przyjęła ich klasyczny, ubrany w brytyjsko brzmiące riffy heavy metal z naprawdę sporym uznaniem. Zespół, mimo dość skromnej oprawy wizualnej, poradził sobie naprawdę doskonale. Po przerwie technicznej, na tle ogromnego diodowego ekranu pojawiła się gwiazda wieczoru, Blind Guardian. To www.hardrocker.pl

85


primal fear

R

W

rześniowy koncert spięty klamrą o nazwie “Turbo Celebration” był imprezą o jakby dwóch obliczach - po pierwsze, jak nazwa wskazuje, był to jeden z koncertów jubileuszowych polskiej legendy metalu Turbo, która to obchodzi 30-lecie działalności, a po drugie, mieliśmy okazję zobaczyć wreszcie grupy, które dość rzadko bywają na naszych ziemiach.

frazy, pierwsze zdanie „faster than the bullet” i już wiadomo, że Ripper jest w genialnej formie wokalnej. O co chodzi z tym przygotowaniem? Otóż część fanów wyczekiwała materiału z ostatniej płyty Rippera lub co najwyżej paru coverów Judas Priest. Tymczasem pan wokalista zaserwował nam set bardziej zbliżony do tego, co robi ze swoim cover bandem o nazwie Hail! - były więc oczywiście covery Priest (m.in. „The Ripper”, czy „Hell Bent For Leather”, zaśpiewany wspólnie z Tomkiem z Turbo), ale także Black Sabbath (czy tylko ja miałem łzy w oczach przy „Children Of The Sea”?) i Rainbow. Cóż, nie od dziś wiadomo, że lubimy piosenki, które znamy - występ został więc przyjęty doskonale, a wklejenie utworów z repertuaru Beyond Fear, jak i z solowej płyty „Play My Game”, powinno usatysfakcjonować wszystkich zgromadzonych. Następne prawie dwie godziny tego wieczora, były

Zdjęcia: Dariusz Konicki

PRIMAL FEAR, TIM „RIPPER” OWENS, Otwieracz w postaci brytyjskiego Crimes Of Passion wrzucony do pakietu jako gość jednej z gwiazd, poradził sobie całkiem nieźle. Może było bez rewelacji, ale po dobrym przyjęciu należy wnioskować, że gdyby zespół miał u nas dobrą promocję i regularnie u nas koncertował, szybko zjednałby sobie liczniejsze grupy fanów. Bo energii chłopakom naprawdę nie brakuje, a i kompozycyjnie radzą sobie całkiem nieźle. Po nich na scenie zainstalował się ze swoim bandem były wokalista Judas Priest i Iced Earth - Tim „Ripper” Owens. I chyba można stwierdzić, że osoby nieprzygotowane zostały wprowadzone w stan szoku już pierwszym utworem: „Painkiller”! Pierwsze

tim "ripper" owens 86

www.hardrocker.pl

ojczyźnie, tak więc setlista ułożona została przekrojowo. No i przyszedł czas na danie główne tej edycji, czyli Edguy. Scenografia oparta na motywach z okładki “Tinnitus Sanctus”, niezłe światła i ruszyła niemiecka maszyna. Zespół zaczął od “Dead Or Rock”, a później poleciały m.in.: “Lavatory Love Machine”, “Save Me”, “Tears of A Mandreke”, “Superheroes”, “Vain Glory Opera”, “The Piper Never Dies”. Nie zabrakło solówki Felixa Bohnke na perkusji w iście hollywoodzkich klimatach. Znany ze swojej gadatliwości Tobias od początku nawiązał świetny kontakt z publicznością, żartując i przekomarzając się, by w pewnym momencie stwierdzić nawet, iż są idiotami, że nie grali tu nigdy wcześniej. Publiczność również nie zawiodła: był ogromny aplauz, wspólne śpiewanie, szalona zabawa. Chyba nikt z obecnych tego wieczoru na płockiej plaży nie czuł się zawiedziony. Dla mnie osobiście jest to najbardziej przyjazny fanom i najlepiej zorganizowany Open Air w naszym kraju. W tym roku dużym plusem były ułatwienia w dotarciu do Płocka.

oczek szybko zleciał i przyszedł czas, by ponownie zawitać do pięknego Płocka przy okazji kolejnej odsłony tamtejszego Cover Festival.

TURBO, CRIMES OF PASSION 18.09.2010, Progresja, Warszawa

- delikatnie mówiąc - dziwne i chyba winę należy zwalić troszeczkę na zespół Turbo. Ich koncert był bowiem - aż za bardzo - nietypowy i specjalny. Poznaniacy sięgnęli bowiem po utwory mało znane i mało grane: miało być fajnie, miał być prezent dla fanów Turbo, ale chyba nie wyszło, co? Po pierwsze, nie bez przyczyny pewne utwory mają miano hitów, a innych się nie gra. Jasne, można po nie sięgać raz na jakiś czas, ale czy w sytuacji, kiedy Tomek Struszczyk jest nadal „tym nowym” i musi jeszcze trochę powalczyć o swoje miejsce w sercach fanów Turbo, granie prawie tylko i wyłącznie „niedocenianych” kawałków Turbo jest aby dobrym pomysłem? Okazało się, że nie. Znudzona i zniecierpliwiona publiczność w pewnym momencie zaczęła skandować „nie ma Turbo bez Kupczyka” (pomijam już, jak żenujące są tego typu odzywki „fanów”, którzy myślą, że są zabawni), co - jak się nie trudno domyśleć - wyraźnie wyprowadziło z równowagi członków zespołu. A mogło być inaczej, bo przecież Tomek to świetny wokalista, co udowodnił na płycie „Strażnik Światła”. Wystarczyło podać fanom set złożony z klasycznych utworów, wymieszanych z nowymi, pochodzącymi ze „Strażnika”, a byłoby naprawdę dobrze. „Awatar”, „Armia”, „Scum”... Skąd wybór takich właśnie utworów...? Po co, dla kogo? Fani czekali na „Już Nie Z Tobą”, „Szalonego Ikara”, „Kometę Halleya”. Przecież po to idziemy na koncert AC/DC, żeby usłyszeć „Hells Bells”, czy też po to na Deep Purple, żeby drzeć się „Smoke On The Water”... Pewnych rzeczy się zmienić nie da i członkom Turbo się to również nie udało. Pomijając kwestię wyboru utworów i dość leniwe przyjęcie publiczności, która cały czas jakby czekała na te bardziej znane utwory, koncert miał naprawdę profesjonalną oprawę. Muzycy Turbo są zawodowcami: koncert był dobry, setlista jakby trochę mniej. Zdarza się, i nie ma co płakać nad rozlanym piwem: czekamy z niecierpliwością na „regularne” koncerty Turbo, a warszawski koncert możemy wstawić na półkę z napisem „ciekawostki”. Pierwsze sekundy koncertu Primal Fear, gwiazdy wieczoru - i już wiadomo, że to w takich spektaklach chcą uczestniczyć fani metalu! Co dość smutne, wiele osób opuściło klub w czasie występu Turbo i tak naprawdę nieliczna już grupa maniaków uczestniczyła w przedstawieniu Primal Fear. Energia i moc po prostu porażały, a wykonane mistrzowsko „Riding The Eagle” i „Angel In Black”, klasyczny już „Chainbreaker”, przebojowy „Metal Is Forever”, czy nawet nowszy „Six Times Dead”, utwór po utworze, udowadniały bez większego wysiłku, że Primal Fear to ścisła czołówka niemieckiego i światowego power heavy metalu i klasa sama w sobie. Na koniec, kiedy wydawało się, że nie może już być lepiej, zespół dobił ostatnich niedowiarków coverem „Metal Gods”, z gościnnym udziałem Tima Owensa. Eeee... Tim Owens & Ralf Scheepers na jednej scenie?! Wierzcie lub nie, ale nie było co zbierać! Tekst: Bart Gabriel

Poprzednia edycja, której gwiazdą był niemiecki Blind Guardian, przyciągnęła do tego miasta kilkunastotysięczną rzeszę fanów. Po tak udanym koncercie organizatorzy postanowili iść za ciosem i ponownie zaprosili głównie zespoły zza naszej zachodniej granicy. Jednak tegoroczną imprezę rozpoczął Jelonek. Jedyni reprezentanci naszego kraju pokazali się od jak najlepszej strony. Zagrali z werwą, impetem, ogniem. Nie zabrakło cytatów z Vivaldiego i Paganiniego, zespół brawurowo – na swój sposób - odegrał też sztandarowy numer Judas Priest “Breaking The Law”. Publiczność bawiła się świetnie, tak więc gig był jak najbardziej udany. Zapadł zmrok, a na scenie pojawiła się gotycko – metalowa formacja Sirenia. Na wstępie muszę zaznaczyć, że tego dnia kondycja zdrowotna Norwegów nie należała do najlepszych. Wysoka gorączka perkusisty, problemy z gardłem wokalistki na pewno spowodowały, iż kapela nie mogła dać z siebie wszystkiego. Mimo to cały show przyjęty został przez fanów bardzo ciepło. Wokalistka czarowała męską cześć widowni, herosi z gitarami żeńską, chyba więc wszyscy byli zadowoleni. Ze sceny poleciały m.in. kawałki: “The Path To Decay”, “Meridian”, “The Other Side” i “My Mind’s Eye”. Po występie Skandynawów sceną zawładnęli niemieccy folk metalowcy z In Extremo. Siedmiu chłopa na scenie odstawiło ognisty show. Mocne, rytmiczne kawałki śpiewane w języku niemieckim szybko rozkołysały publikę, która notabene była nieźle wyedukowana w twórczości kapeli, o czym świadczyły wspólne śpiewy. Bardzo widowiskowo prezentowały się również instrumenty, na jakich grali muzycy - takie oprzyrządowanie raczej trudno jest spotkać na metalowych koncertach. To był pierwszy występ In Extremo w naszej

EDGUY, SIRENIA, IN EXTREMO, JELONEK 11.09.2010, Płock Cover Festival

Zorganizowano niedrogie połączenia autobusowe z Warszawy i Kutna, specjalnie dla fanów jadących na festiwal. Tak więc

wielki ukłon w stronę organizatorów imprezy – Agencji IDO, oraz Urzędu Miasta Płocka, bez wsparcia, którego nie byłoby szans na tak dużą, nie biletowaną imprezę. Mam wielką nadzieję, że również za rok będzie okazja ku temu, by w któryś wrześniowy weekend ponownie poszaleć na pięknej nadwiślańskiej płockiej plaży. Tekst i zdjęcia: Dariusz Konicki


Z

abawne. My tu siedzimy z kartonem płyt i innych gadżetów na kolanach, chcemy rozdawać, a nie ma komu. Bo piszecie do nas, a potem wiele osób jakoś zapomina podesłać nam swój adres, pod jaki mamy przesłać nagrodę... To może zmieńmy zasady, co? Teraz, kiedy będziecie do nas pisać maila (bo jak zawsze, czekamy na żale, pomysły, jak i inne ciekawe historie) - postarajcie się od razu dodać swój adres korespondencyjny, który, rzecz jasna, będzie znany tylko redakcji. Reszta bez zmian: piszecie, co i jak na redakcja@hardrocker.pl - my odpowiadamy tutaj na te najciekawsze, a do ich autorów lecą nagrody. Tym razem ufundowała je niemiecka firma SPV RECORDS.

Cześć, witam redakcję naszego epickiego dwumiesięcznika. Jak metalu słucham od lat, tak przyznam szczerze, że nigdy dotąd nie interesowałem się tego typu czasopismami. Jakoś tak, nie wiem, dlaczego. Ale przyszedł czas, gdy w końcu zaryzykowałem i po powrocie z Empiku wziąłem się za czytanie, uprzednio wrzucając CDka do odtwarzacza. Wrażenia? Świetna rzecz, no i żałuję, że zacząłem kupować HR’a dopiero teraz :) Jak tam plany na przyszłość? Bo moim zdaniem przydałby się kiedyś na płytce srogi power/folk metalowy kopniak, który otworzyłby wrota Valhalli! Gratuluję swoją drogą już dwudziestego numeru. Przy okazji świetny wywiadzik z moim ulubionym zespołem - Blind Guardian.

No i plakat! Cholera... kończę, bo numerki archiwalne trza poprzeglądać. No i w ogóle herbata wystygnie.

Pozdrawiam, Marcel.

Nasze płyty są przeważnie srogie, więc zapoznaj się z tym, co już dokleiliśmy do Hard Rockera... Power Folk Metalowy kopniak? A naszą składankę Orden Ogan Ty słyszał? /REDAKCJA Bądź pozdrowiona droga redakcjo! Na początek wielki szacun za wywiady z Hoffmanem, Campbellem i Christof ferssonem. Dziękuję za nie w imieniu wszystkich czytelników. Pewnie sporo się napociliście, aby je zdobyć - i poćcie się dalej, pomimo smrodu przy pracy, dla takich artykułów warto. Muszę przyznać, że intryguje mnie Wasze pismo. Jak dotąd zaopatrzyłam się w 3 numery wstecz. Jeszcze się nie spotkałam, by jakakolwiek gazeta oferowała takie artykuły, plakaty, dawała płytę i była w niskiej cenie. Więc domyślam się, że dopłacacie do tego interesu, by ludzie tacy jak ja mieli jakiekolwiek informacje z otaczającego nas świata. Ale koniec słodzenia, czas przejść do moich propozycji zmian :) Moglibyście zrobić taką stałą rubrykę, w której będziecie opisywać życiorysy wielkich muzyków, historie zespołów etc. (w ostatnim numerze świetny artykuł o wielkiej czwórce). Można by też dołożyć opcję dla artystów - żeby przysyłali rysunki ulubionych zespołów czy artystów, nie tylko fotki ze sławami. I na koniec mała prośba. Hard Rockera czyta również płeć damska, więc dajcie plakat jakiegoś długowłosego metalowca do powieszenia nad łóżkiem :D Pozdrawiam, Kamila

Bądź pozdrowiona Droga Kamilo. Po pierwsze, z tym smrodem przy pracy to plotka, zapewne rozsiewana przez konkurencję. Każdy dziennikarz HR jest świeżutki

i pachnący... i stąd od razu można przejść do sugestii ostatniej. Bo gdybyś chciała powiesić, ba, nie plakat, ale prawdziwego długowłosego metalowca nad łóżkiem, to możemy zaproponować jednego z naszych redakcyjnych kolegów... A gdybyś się zdecydowała na starszych i łysych, to nawet kilku... /REDAKCJA Witam (po raz pierwszy i pewnie nie ostatni) Redakcję Hard Rockera! Chcę tylko napisać, że jesteście najlepszym rockowo-metalowym pismem! Żałuję, że swój pierwszy numer HR kupiłam dopiero w lipcu - przegapiłam aż 17 numerów. Szczerze mówiąc, gazeta nie podobała mi się na początku, już o płycie nie wspominając (nie zauważyłam, że są to „najgorętsze premiery BLACK & DEATH metalowego podziemia”). Nie przepadam za taką rzeźnią, a i w tamtym numerze nie było artykułu o żadnym z zespołów, które lubię. Jedyne, co mi się podobało, to plakat Sabatonu. Ale po wzięciu do ręki 19 numeru gazety zmieniłam zdanie od razu. Bardzo miło, że napisaliście chociaż małą wzmiankę o solowym projekcie Anette Olzon, w żadnym rockowym/metalowym piśmie o tym nie pisali. Poza tym chwali Wam się artykuł o Sabatonie. Wszystkie pozostałe też są ok, pomimo, że wielu zespołów nie znam. Przynajmniej wiem, co ewentualnie może mi się spodobać :) Płyta też mi się podoba tym razem. Czy jest możliwość, aby w którymś numerze pojawiła się płyta z jakimś symfonicznym/gotyckim metalem? I byłabym baaardzo wdzięczna za plakat z zespołem Nightwish lub Stratovarius :) Pozdrawiam, Ala

Alu Droga, nawet nie wiesz, jak my lubimy nawracać. Miło, że jednak zmieniłaś zdanie... Symfoniczny, gotycki Metal...? Na naszej płycie? No mieliśmy przecież coś takiego: sprawdź nasze płytki o tytułach „Monuments Of Steel” oraz „Keep It True”. /REDAKCJA

K O N K U R S F O T O M A N I A ! ! ! Masz zdjęcie ze znanym muzykiem? Zakręcone zdjęcie z imprezy lub koncertu? Chcesz się pochwalić czymś, co zainteresuje innych Hard Rocker Maniax? Ślij je na redakcja@hardrocker.pl z dopiskiem „Konkurs Foto Mania” - za każde opublikowane zdjęcie leci do Ciebie nagroda! Zdjęcia mogą być stare, nowe, kolorowe, czarno białe - wasz wybór (tylko pamiętajcie o jakości!)...

!

Ola & Tarja Turunen. Say cheeeeese

Jędrzej & Jeff Waters z Annihilator. ...metal!

Magda & Hansi z Blind Guardian. To nie Hansi przyci ągnął Twoją uwagę, prawda? 88

www.hardrocker.pl


Hardrocker 21  

metal magazine

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you