Issuu on Google+

#krata KK

UU

LL

T

U

R

YY

11 / 2013

1


#KRATA kultury


3


#KRATA kultury

NIEOCZYWISTA LISTA ZACHCIANEK

Lista moich zachcianek to powieść, która idzie na przekór przyzwyczajeniom lub oczekiwaniom czytelników. Książki, poruszające temat niespodziewanego wygrania dużej sumy pieniędzy, często stają się satyrycznym spojrzeniem na ludzkie słabości albo popadają w nadmierny dydaktyzm – „CIESZMY SIĘ Z TEGO CO MAMY. PIENIĄDZE NIE DAJĄ SZCZĘŚCIA”. Grégoire Delacourt poszedł jednak w zupełnie innym kierunku, zgrabnie balansując pomiędzy przekonującym nakreśleniem dość monotonnej egzystencji bohaterki, a niemal bajkowym zwrotem tej sytuacji, gdy wygrywa ona na loterii. Jego powieść to także realistyczne zarysowanie tak naprawdę niełatwych losów Jocelyne, która dostaje niespodziewaną szansę na… No właśnie. Na co? Na poprawę życia? Ale czy pewne rzeczy można w ten sposób ulepszyć? Czy nowa lampa poprawi stosunki w rodzinie? A może wygrana stanie się przekleństwem bohaterki? To właśnie ona, niepozorna Jocelyne Guerbette, właścicielka pasmanterii, żona oraz matka przykuwa uwagę czytelnika. Postawiona wobec nowej sytuacji nie zamienia się w lekkomyślną kobietę, szastającą pieniędzmi. Owszem, tworzy swoją listę zachcianek – dość skromną i rozsądną, ale nadal pozostaje osobą trzeźwo myślącą i niepozbawioną sporej dozy

„Być bogatą znaczy dostrzegać wszystko, co jest brzydkie, ponieważ arogancja podpowiada człowiekowi, że może zmienić każdą rzecz. Że może zapłacić.” Jocelyne zaś niejako na przekór krytycyzmu. Doskonale wie, iż

wszystkiemu jest nadal przede wszystkim kobietą, która cierpliwie dźwiga bagaż wszystkich swoich doświadczeń – zarówno tych trudnych (śmierć


dopiero co narodzonej córki, obojętność męża) jak i dobrych (przyjaźń z bliźniaczkami, praca w pasmanterii). Być może to one, być może w połączeniu z charakterem bohaterki sprawiają, iż wygrana budzi w niej przede wszystkim refleksje na temat dotychczasowego życia, jej relacji z bliskimi. Zamiast euforii Jocelyne odczuwa, że wygrana może być dla niej niekoniecznie błogosławieństwem i szansą na zmienienie swojego życia. Bo pieniądze potrafią niepokojąco wpłynąć na obraz drugiej osoby w naszych oczach. Jednak Jocelyne dostrzega także mniej negatywny aspekt przypływu pieniędzy i związanej z nim listy własnych zachcianek. Przedmiotem jej rozważań staje się więc istota realizowania kolejnych potrzeb przez każdego człowieka – w pozytywnym znaczeniu. Tak ją tłumaczy: „BO

TE POTRZEBY SĄ NASZYMI MAŁYMI, POWSZECHNYMI MARZENIAMI. WŁAŚNIE TE DROBNE SPRAWUNKI PRZENOSZĄ NAS W STRONĘ JUTRA, POJUTRZE, W PRZYSZŁOŚĆ; TE BŁAHOSTKI, KTÓRE KUPIMY W PRZYSZŁYM TYGODNIU I KTÓRE POZWALAJĄ NAM SĄDZIĆ, ŻE ZA TYDZIEŃ CIĄGLE BĘDZIEMY ŻYĆ.” Ta

refleksja, zaskakująco trafna i aktualna, potwierdza spostrzegawczość kobiety, która nie ulega pokusom, tylko pozostaje sceptycznym obserwatorem otaczającej jej rzeczywistości oraz ludzi – wie, że żadna lista zachcianek nie może w jakikolwiek sposób zastąpić pewnych rzeczy, pewnych ludzi, uczuć i przeżyć. Niestety, niektóre osoby z jej otoczenia przekonają się o tej banalnej, a zarazem trudnej, prawdzie późno. Zbyt późno by cokolwiek zmienić lub naprawić. Kolejną zaletą skromnej objętościowo powieści jest jej kameralność i bezpretensjonalność. W centrum zainteresowania znajdują się myśli i przeżycia głównej bohaterki. Jej wspomnienia tłumaczą częściowo podejście Jocelyne do wygranej, ale też nie czynią z niej płaczliwej cierpiętnicy, która spędza życie na rozpamiętywaniu trudnych chwil. Ta kobieta potrafi spojrzeć na nie z dystansem i wyciągnąć adekwatne wnioski. Gorycz przeplata się z momentami szczęścia, co buduje wiarygodny portret psychologiczny Jocelyne – osoby cierpliwej, wyrozumiałej i silnej wewnętrznie. Grégoire Delacourt dokonał niełatwej sztuki – stworzył książkę, która nie nudzi i nie powiela schematów – obecnych w wielu współczesnych dziełach literackich. Nie ma tu pójścia na łatwiznę i zaprezentowania błahej oraz optymistycznej historyjki ze szczęśliwym, dla wszystkich bohaterów, zakończeniem. Nie jest to także męczący moralitet na temat chciwości i konsekwencji niespodziewanej wygranej. Czym jest więc Lista moich zachcianek? Opowieścią o codzienności, próbie zachowania równowagi i życia w zgodzie z samym sobą. Jest po prostu wciągającą historią, która nie pozostawia obojętnym i zmusza do zastanowienia, a przy tym uwodzi dodatkowo swoją prostotą i trafnymi uwagami. Tylko tyle? A może: aż tyle? Sylwia Kępa Lista moich zachcianek, Grégoire Delacourt

5


#KRATA kultury

Literatura Beat Generation jako zapowiedź amerykańskiej kontestacji w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX w. Przyglądając się historii literatury możemy napotykać na wiele momentów, w  których ludzkie poczucie potrzeby przewrotu, czy aktywnej niezgody na zastaną rzeczywistość, wydają się być niezwykle silne, co może determinować oczywiście charakter twórczości w takiej, burzliwej i tym samym, bogatej epoce. Niewątpliwie, we współczesnej literaturze, okresem najsilniej kojarzonym z atmosferą sprzeciwu i różnorodności, jest w Stanach Zjednoczonych okres lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy to panował rozkwit subkultury hippisowskiej. Istota rewolucji hipisów opierała się na proklamacji niezgody na wiele aspektów świata, a  przede wszystkim: ówczesnej Ameryki. Nieufność wszelkim instytucjom kojarzonym z władzą lub kontrolą spotykały się z bezlitosną krytyką młodych; Rząd, Kościół, zakłady pracy i  szefowie uwięzieni w szponach mamony – te właśnie rzeczy wywoływały wówczas wiele emocjiw młodych, poszukujących wtedy odmiany na normy zachowań społecznych opartych na niezdrowej konsumpcji, rywalizacji, czy materializmie. Te czasy łączone są w  kulturze z  okresem kontestacji, która odcisnęła swoje widoczne piętno nie tylko jako ruch społeczny, ale również w historii muzyki, sztuki, czy w końcu literatury. „Dzieci kwiaty” posiadały swoje własne ulubione dzieła, których znajomość wydawała się w ówczesnym czasie niezbędna by móc być częścią tego

buntowniczego ruchu i  czynnie uczestniczyć w  dążeniu do rewolucji, w którą hipisi szczerze wierzyli nie będąc nawet pewni jak dokładnie miałaby ona wyglądać. Pomimo tego, że łatwo było rozpoznać wroga, kryjącego się na przykład w twarzy prezydenta Nixona przemawiającego z telewizora, to hipisom nie udało się nigdy stworzyć programu na tyle klarownego i  konkretnego by rozpocząć ich wyśniony przewrót. Wielu uważa, że idee ruchu hipisowskiego, chociaż piękne i romantyczne, to w końcu nie wytrzymały próby czasu i pokolenie hipisów poniosło klęskę. Tak uważał na przykład Hunter S. Thompson, kultowy amerykański pisarz i  dziennikarz, wynalazca stylu gonzo, który stał się jego charakterystycznym, autorskim sposobem na uprawianie publicystyki. Thompson w swoich książkach analizował ruch hippisowski, a raczej


to co z niego zostało pod koniec lat siedemdziesiątych, starając się znaleźć odpowiedź na pytanie o przyczyny załamania się tej fali, która ogarnęła cały kraj. „Thompson był przekonany, że era „amerykańskiego snu”, wiary w indywidualizm jednostki i jej nieskończone możliwości nadeszła wraz z końcem lat sześćdziesiątych. Znamienny rok 1972 był czasem wielkich przemian i  burzliwych konfliktów społecznych w  USA. „Era Wodnika” odchodziła w  niepamięć, zakończona krwawymi i kontrowersyjnymi wydarzeniami, takimi jak morderstwa dokonane przez rodzinę Mansona oraz tragiczny koncert Rolling Stones w  Altamot, na którym młody człowiek zginął zabity przez ochraniających imprezę Hell’sAngels.” Pisze, w  przedmowie do najsławniejszej książki Thompsona Jakub Żulczyk, nadając słowom autora adekwatne tło objaśniające zaledwie niektóre wydarzenia schyłku epoki hipisów, które zmusiły dziennikarza do napisania: „(…) żadne wyjaśnienia, żadne połączenie muzyki, słów i wspomnień nie podważy pewności, że było się w tym zakątku czasu i przestrzeni. (…) To my napędzamy świat; unosimy się na grzbiecie rosnącej, cudownej fali. A teraz, niecałe pięć lat później, gdyby wspiąć się na strome wzgórze w Las Vegas i spojrzeć na zachód, to – jeśli ktoś wie, jak patrzeć – może niemal zauważyć ślad w miejscu, w którym ta fala załamała się i cofnęła.” Nic dziwnego, że zaangażowany w  „kulturę kwasu” pisarz, z  takim rozrzewnieniem pisze o schyłku epoki, która miała przynieść wszystkim młodym ludziom wyzwolenie i prawdę. Tymczasem muzyka Dylana przestała być już tak przewrotowa jak kiedyś; Timothy Leary został pozbawiony prawa głosu, czy nawet zamknięty w więzieniu; a krajem rządził nadal Richard Nixon, który nie przewidywał kończyć swojej bezsensownej wojny w  Wietnamie. Istnieją jednak pewne sfery, w  których hipisi odnieśli sukces, nawet jeśli nie udało się wprowadzić w życie ich koncepcji nowego ładu. Ślady kontestacji możemy dziś badać w  dziełach kinematograficznych, książkach czy muzyce, które okazały się być szalenie plastycznymi mediami, po jakie często sięgała młodzież by wyrazić swoje emocje. Poza muzyką, która w  tym przypadku wydaje się być najsilniej rozwiniętą gałęzią tamtej subkultury , nie można zapominać o  wspaniałych książkach Kena Keseya czy filmach Denisa Hoppera. Te dzieła zdecydowanie pozwoliły narodzić się kulturze ponowoczesnej. Są one obecnie częścią współczesnego świata mediów i  należą do źródłosłowu popkultury, z którego czerpie obecnie każdy. To przejście z niszy hipisowskich komun do akademickich bibliotek odbyło się za sprawą upływu czasu, który z dzieci kwiatów uczynił w efekcie twórców jednej z najbarwniejszych współczesnych epok w historii sztuki. Możemy mniej więcej określić gdzie „fala”, o  której pisze Thompson, załamuje się, co pozwala nam w  prosty sposób określić koniec, tej trwającej nieco ponad dekadę, ery. To jednak początek tego kulturowego renesansu jest tematem, na którym chciałbym skupić się w  niniejszej pracy. Hipisi skonsolidowani w występowaniu w imieniu pokoju, w okresie kiedy rozpoczęła się wojna w Wietnamie, nie ukuli swoich idei całkowicie samodzielnie. W  rzeczywistości inspirowała ich literatura znacznie starsza od nich. „Buszujący w zbożu” J.D. Salingera, „Wilk stepowy” Hermana Hessego czy „Drzwi percepcji” Aldousa Huxleya to tylko nieliczne tytuły, które można było znaleźć na półkach każdego oczytanego hipisa. Ta ostatnia książka posłużyła nawet jako pomysł na nazwę jednego z najbardziej rozpoznawalnych zespołów muzycznych tamtych czasów. Jednak to innemu ruchowi hipisi w dużej mierze za-

wdzięczają kształt swoich idei. Myślę tutaj o dorobku literackim Beat Generation, który silnie wpłynął na stworzenie podwalin pod rewolucje społeczną z  lat sześćdziesiątych, a  jak również niektórzy mogą uważać, zwyczajnie przeistoczył się w nią. Praca ta ma na celu przybliżenie ruchu beatników jako swoistych ojców amerykańskiej kontestacji. Analiza wybranych przeze mnie, ważniejszych dzieł, kilku twórców związanych z  tak zwanym Renesansem z  San Francisco, będzie próbą odnalezienia w nich archetypów, do których odwoływać będą się późniejsi twórcy z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Beatnicy byli awangardystami, którzy inspiracje dla swoich dzieł czerpali ze swojego własnego trybu życia, które wiedli na granicy anarchii nonkonformistycznie odrzucając społeczne konwencje i skostniałą obyczajowość. Ich literatura odznacza się silnym poczuciem indywidualności, swobodą formy i  niekonwencjonalnymi rozwiązaniami, które często miały okazję odmienić sposób patrzenia na poezję czy literaturę, otwierając przed nimi całkowicie nowe możliwości. Najwybitniejszymi lub raczej najbardziej znanymi przedstawicielami Beat Generation byli zdecydowanie Allen Ginsberg i Jack Kerouac. Redaktorzy Billy Morgan i David Stanford, w notce stanowiące przedmowę do zbioru listów tej dwójki autorów, tak charakteryzują ich w kontekście osiągnięć na polu literatury: „Z dzisiejszej perspektywy nie ulega wątpliwości, że Kerouac i  Ginsberg należą do grona najwybitniejszych pisarzy drugiej połowy XX wieku. „W drodze” Kerouaca i „Skowyt” Ginsberga to utwory przełomowe, które natchnęły niezliczone rzesze czytelników – w  tym wielu artystów działających w  domenach innych niż literatura. Lektura tych książek stałą się dla wielu z nich punktem zwrotnym i momentem wyzwolenia. Powieści Kerouaca w ogromnym stopniu wpłynęły na prozę amerykańską i  pomogły ukształtować poglądy kilku pokoleń. Z  kolei poezja

7


#KRATA kultury Ginsberga, jego fascynujące występy publiczne, a także jego rola działacza i  nauczyciela zapewniły mu status siły kulturotwórczej na kila dekad. Dziedzictwo, które obaj pozostawili po sobie za sprawą swych książek i życiorysów, nadal pozostaje żywe, w związku z czym wciąż jeszcze trudno kategorycznie przesądzać o  ich miejscu w historii.” Wykorzystując powyższy cytat, do potwierdzenia mojej teorii, pragnę zwrócić również szczególną uwagę, na to, że pomiędzy tymi pokoleniami, o których tutaj mowa, znajduje się między innymi pokolenie hipisów. Do pokolenia beatników należało również wielu innych pisarzy. Uważny czytelnik może łatwo rozpoznać rzeczywiste postacie należące do towarzystwa beatników – autorzy często umieszczali swoje port parole w swoich pracach.William S. Burroughs, Gregory Corso, Neal Casady czy Gary Snyder to tylko nieliczni, którzy znali się jeszcze przed tym jak w 1955 roku Allen Ginsberg przeczytał swój przełomy „Skowyt” – wiersz, który zwrócił oczy całego świata literatury amerykańskiej na beatników odkrywając ich potencjał. W  utworze tym Ginsberg opisuje psychotyczną wizję społeczeństwa walczącego z  niepohamowanym konsumpcjonizmem w okowy, którego zostali wciągnięci. Bohaterowie wiersza to postacie znane autorowi z  życia prywatnego, często to przyjaciele, inni przedstawiciele Beat Generation, innym razem to kochankowie lub dawne miłości. W  wierszu, Ginsberg, daje świadectwo tego w  co wierzyli bitnicy – nieśmiertelność sztuki, akt twórczy i  ludzką dobroć przejawiającą się niezanieczyszczoną miłością oraz szczerością. Opublikowanie „Skowytu” było niewątpliwie wielkim wydarzeniem w  historii amerykańskiej poezji, którego wagę porównywano do wydania „Źdźbeł trawy” Walta Whitmana. Poezję tego dziewiętnastowiecznego poety, okrzykniętego ojcem wiersza wolnego, de facto będącego również prekursorem literatury amerykańskiej, Ginsberg uważał za szczególnie bliskiego jego własnej twórczości. Stosunek do natury, harmonii panującej w społeczeństwie i kosmosie, a także pochwałę płodności i miłości cielesnej, autor „Skowytu” zaadoptował na potrzeby swojego największego dzieła. Podobnie jak Whitman, Ginsberg był homoseksualistą, a  świadectwo swojej orientacji dawał w sposób niezwykle śmiały łącząc w wierszu patos i  wulgaryzmy, które wpłynęły na to, iż wiersz wywołał w środowisku pisarskim wiele kontrowersji. Niewątpliwie popularności przysporzył poezji Ginsberga proces, jaki wytoczono wydawnictwu, które zdecydowało się opublikować „Skowyt”. Zarzucano utworowi obsceniczność, niecenzuralność i  zbyt szokującą metaforykę, jaką krytycy uważali za pozbawioną wartości literackich. W rzeczywistości dzieło okazało się wyznaczać nową stylistykę w  poezji, tworząc innowacyjne tendencje, do których chętnie odwoływać będą się inni twórcy amerykańskiej literatury.Skandal wokół „Skowytu” niezaprzeczalnie dowodzi faktu, że musiał stać się wielce inspirujący dla pokolenia dzieci kwiatów, które również walczyły o idee wolności, miłości i akceptacji – właśnie apoteozę tych wartości zobaczyć możemy

w  tekście Ginsberga. Teksty beatników, a  w  szczególności Ginsberga i Burroughsa zapowiadają również zdecydowane rozluźnienie obyczajowości, która w latach sześćdziesiątych będzie objawiać się poprzez rewolucję seksualną. Zdaje się, że prawnicy beatników mieli często ręce pełne roboty. Nie dość, że sposób życia jaki sobie obrali obfitował w liczne konflikty z prawem, to często również stawali na sali sądowej w charakterze autorów, odpowiedzialnych za dzieła, które uznawano za nieprzyzwoite. Innym twórcom, jakiemu jego własne dzieło przysporzyło wiele okazji do pojawiania się przed obliczem Sądu Najwyższego, był William S. Burroughs. Jego „Nagi Lunch”, będący książką cieszącą się niesłabnącą popularnością, podobnie jak „Skowyt”, przepełniony jest szokującymi wizjami, na które społeczeństwo lat pięćdziesiątych reagowało zapewne szokiem. Burroughs jako pisarz zapisał się w historii literatury dzięki wprowadzeniu do niej tematów takich jak dyskurs subwersywności czy temat narkotyków, które, jak wiadomo, pod wszelką postacią będą fascynować hipisów. J.G. Ballard pisał, że: „Na pierwszy rzut oka główne tematy „Nagiego lunchu”, ściśle ze sobą związane, to narkotyki i homoseksualizm, opisywany przez Burroughsa z  wyjątkową otwartością. Stacje metra o wschodzie słońca, tanie hotele, drętwe oczekiwanie na kolejną dawkę heroiny i melancholijne, skazane na niepowodzenie próby znalezienia szczęścia w sek-


plikacjom. Ginsberg jak iBurroughs otwarcie przyznawali się do zażywania wielu rodzajów narkotyków, widoczne jest to w stylistyce ich dzieł, ale postawa tego pierwszego wobec używek psychoaktywnych sprawiła, że latach siedemdziesiątych stał się prawdziwym ambasadorem środków odurzających.

sie stanowią elementy pejzażu, w  którym toczyło się życie Burroughsa w  latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku, gdy mieszkał w Nowym Jorku, Meksyku i Tangerze. Pisarz uważa narkotyki za najwyższą formę towaru i traktuje uzależnienie jako część spisku potężnych sił rządzących światem – koncernów medialnych i  handlowych, korporacji medycznych nastawionych na zysk.” Burroughs starał się przedstawiać rzeczy takimi jakie są, używając w tym celu niewybrednego mocnego języka, malującego przedziwny i  metaforyczny, niedostępny zwykłym ludziom świat, w  jakim umiejscawiał opisywane ze szczegółowością choroby krążące w kulturze. Fascynacja Burroughsa narkotykami nie była bliska wspaniałej wizji „kultury kwasu”, którą snuł Timothy Leary posługując się natchnionym językiem pseudonaukowych terminów. Dla Burroughsa narkotyki to niewątpliwe zło, ale są one również nęcące i niezbadane, co sprawia, że autor „Ćpuna” poświęca im tak wiele swojej twórczości. Hipisi przejmą te fascynacje wykorzystując twórczość Burroughsa jako źródło wiedzy na temat środków odurzających, ale pozostaną ślepi wobec przestrogi, jaką twórca zawarł w  swoich książkach. Bliższa będzie im zdecydowanie filozofia Learego, który w LSD widział optymistycznie rysującą się możliwość poszerzenia ludzkiej percepcji. Dla autora „Nagiego lunchu” służą one jedynie ucieczce i kom-

Kolejną rzeczą, którą subkultura hipisów przejęła bezpośrednio od beatników, była zdecydowanie fascynacja naukami filozoficznymi Orientu. Choć wszyscy beatnicy znali założenia filozofii buddyzmu zen, w  szczególny sposób interesowali się nimi Ginsberg, Kerouac i  Snyder. Autor „W  drodze” w  swojej książce przedstawia wizję nowego stylu życia, który z czasem stał się nie tylko jego własnym, ale również zainspirował sposób, w  którym powstawały jego tętniące życiem powieści, sprawiające wrażenie jakby pisane były „na gorąco”. Jego oddanie bezcelowemu włóczęgostwu sprawiło, że Jack Kerouac stał się bohaterem amerykańskiej młodzieży. Opisuje swoje szaleńcze podróże w towarzystwie przyjaciela, Neala Cassady – ikony i obiektu westchnień wszystkich beatników, którzy byli zauroczeni tą nieobliczalną postacią. Podróżowali wspólnie po autostradach Stanów Zjednoczonych autostopem bądź kradnąc cudze samochody dając tym samym spełnienie marzeń całej generacji o  bezgranicznej wolności. Jednak nie tylko styl życia i  wyzwanie rzucone zakłamanym konwencjom społecznym i  obyczajowym powojennej rzeczywistości USA sprawiło, że Jack Kerouac stał się prawdziwym prorokiem Beat Generation tworzącym raz za razem kolejne fabuły zawierające manifesty tego ruchu. Podobną ekstatyczną radość życia można odnaleźć również w  dziele pod tytułem „Włóczędzy Dharmy”. To właśnie ona odkrywa przed czytelnikiem zainteresowania autora religiami wschodu i kulturą Indii. Poza wieloma autentycznymi wydarzeniami ze swojego życia, Kerouac opisuje również swoje relacje z poetą i  eseistą, Garym Snyderem, którego postać w  powieści kryje się pod osobą Japhyego Rydera.Taką notatkę na temat wspomnienia pierwszego spotkania tej pary można odnaleźć w książce Hansa-Christiana Krischa „W drodze: Poeci pokolenia beatników”: „Alan W. Watts – praktykujący buddysta i jednocześnie krytyk mody na fascynację buddyzmem, która zaczęła wówczas opanować Zachodnie Wybrzeże – tak opisuje nowego przyjaciela Kerouaca: „Snyder to wagabunda, w  najlepszym znaczeniu tego słowa. Jego styl życia świadczy o przemyślanej rezygnacji z dóbr materialnych. Gary mieszka w  chacie bez wody i  prądu w  Mill Valley, na końcu stromej ścieżki. Uprawia wspinaczkę, pisze, studiuje i  praktykuje zen. Gdy potrzebuje pieniędzy, najmuje się do pracy jako strażnik albo drwal”. Czytając te słowa nie trudno domyślić się jak postać poety musiała zafascynować autora „Włóczęgów Dharmy”. Pod koniec lat pięćdziesiątych, kiedy powieść Kerouaca powstawała, ci dwaj często udawali się na piesze górskie wycieczki czy wspinaczki. Ich relacje widocznie się zacieśniły, co obfitowało w  pogłębienie ich zainteresowań buddyzmem. Sam Kerouac pisał pełen natchnienia: „Byłem starożytnym bhikku, który we współczesnym stroju wędruje po świecie, zazwyczaj na trasie z Nowego Jorku do Meksyku i stamtąd do San Francisco, by wprawić w  ruch krąg Prawdy, Dharmy, i w nagrodę zostać kiedyś buddą (oświeconym), czyli przy-

9


#KRATA kultury

szłym bohaterem w raju.”Kerouac w swojej prozie propaguję idee prostego życia, która bliska była komunom hipisowskim Ameryki. Opisuje praktyki, które popularne stały się w czasach kiedy swoje małe społeczności tworzyli KenKesey lub Timothy Leary. Z opisami dzikich libacji mieszają się tutaj tantryczne doświadczenia związane z  erotycznym obrządkiem jab-jum, a  także ceremonie wychwalające harmonię wszechświata. Przywołana osoba Garego Snydera daje mi okazję, aby i na jego twórczość zwrócić uwagę w sposób ścisły. Ten poeta, mountainman, miłośnik natury i mistrz zen, nie tylko swoją postawą inspirował gromadzących się wokół niego hippisów, ale również jest poważaną postacią akademicką. Dzięki konsekwentnej wierności wyznawanym przez niego zasadom współistnienia na tym świecie wraz z innymi mieszkańcami naszej planety, Snyder jest jednym z głównych przedstawicieli poetów, których prace łączy się z ideami pokrewnymi ekologicznemu anarchizmowi. Autor za wroga uważa wszelkie przejawy industrializacji czy technokratyzacji Ziemi. Żywo reaguje jeśli chodzi o los zagrożonych gatunków i stara się wspierać wszelakie akcje dotyczące ochrony środowiska, do którego już od najmłodszych lat był silnie przywiązany za sprawą ojca – ten wpoił mu naukę o tym, że należy szanować wszystkie żywe istoty. W czasach rewolucji hipisowskiej idee związane z ochroną przyrody były niezwykle popularne, gdyż kwestia naturalności i wolności zdawała się być nieosiągalna bez zapewnienia sobie bezpośredniego połączenia ze środowiskiem naturalnym. Adam Szostkiewicz, znawca literatury Snydera, a także tłumacz jego wierszy, zauważa, że ekologizm jest niezmiernie ważny dla poety i jest on również częścią jego własnej religii: „Wiara Snydera to mieszanina elementów orientalnych, głównie buddyjskich, i głębokiej ekologii, która sakralizuje holistyczną wizję relacji człowieka z jego naturalnym otoczeniem. Są chwile, kiedy ten kult obraca się jakby

przeciwko człowiekowi, przynajmniej jako twórcy nowożytnej cywilizacji przemysłowo-konsumpcyjnej, czyli przeciwko kapitalizmowi.” Szostkiewicz uważa również, że Snyder obwinia w  swoich tekstach nowożytny antropocentryzm, który zagłuszył we współczesnym człowieku poczucie odpowiedzialności za stan degradacji naturalnego środowiska. Snyder stał się dla kolejnych pokoleń miłośników przyrody prawdziwym i szczerym „heroldem współczesnego uwrażliwiania na jak najszerzej rozumianą ekologię”. Sam o  sobie mówi, że nie uważa się już za beatnika, bo jak twierdzi „beat” jest stanem umysłu, który w jego przypadku przestał go dotykać. Jego poetycki program i przekonania każą nam myśleć, że jeśli Snyder nie chce być już częścią Beat Generation, to idealnie wpisuje się w ruch hipisów walczących o ratowanie naturalnych dóbr naszej planety. Żyjący w małej komunie w Kitkitdizze u stóp góry Sierra Nevada pisarz, jest żywym dowodem ciągłości istniejącej pomiędzy ruchem beatników, a społeczeństwami hipisowskimi przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Kiedy na początku lat sześćdziesiątych Timothy Leary ogłaszał swoje nauki o  substancjach psychoaktywnych, pisarz KenKesey przemierzał Amerykę wraz z wesołą kompanią Merry Pranksters w swoim psychodelicznym autobusie. Do jej członków należała absolutna legenda Beat Generation – Neal Cassady. Wczesne eskapady tej grupy opisał w swojej książce Tom Wolf. Nosi ona tytuł „Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie” i jest jedną z bardziej kultowych pozycji w literaturze hippisowskiej. Jej bohaterem jest Kesey, który by uczcić wydanie swojej pierwszej powieści „Czasami wielka chętka”, postanawia założyć jedną z pierwszych komun hipisowskich. Fakt, że do podróżników przyłączył się Neal Cassady jest niemalże symboliczne. Kiedy era beatników powoli chyliła


się ku końcowi, opuścił po raz kolejny dom, zostawiając żonę i dziecko by udać się na jeszcze jedną, ostatnią szaleńczą podróż. Tym razem nie towarzyszył mu już ani Jack Kerouac czy Allen Ginsberg, którzy za sprawą sławy zdecydowali zwolnili tempo życia, które dawniej kazało im ciągle pędzić do przodu na spotkanie przygody. Starzy przyjaciele zdawali się nie potrafić znaleźć wspólnego języka. Kerouac usiłując dostosować się do wymagań branży odrzuca swoją spontaniczność, a  tym samym także oryginalność. Cassady wydawał się nie godzić się na taki obrót sprawy. Bardziej niż pisarstwo, interesowało go poznawanie swojej duszy, która wydawała się zawierać w  sobie pierwiastek permanentnego szaleństwa i  niepokoju. Wydawało się, że żywiołowy beatnik to idealny materiał na przewodnika duchowego rodzących się hippisów. W  rzeczywistości stał się ich patronem. Grupa używała ponadto narkotyków, do których Cassady zawsze miał słabość. Prowadząc pojazd często był pod wpływem amfetaminy, która wywoływała u niego charakterystyczny słowotok, wspominany często przez członków MerryPranksters. Kirch pisze w  swojej książce: „(…) Neal prezentuje osobliwy taniec połączony ze skandowanym monologiem, prekursorską formą rapu lat osiemdziesiątych. Tematy monologów Neala to samochody, muzyka i muzycy, Edgar Caye i jego nauki, fenomeny parapsychologii. Ten oratorsko-kabaretowy spektakl Cassady’ego jest efektem jego dociekliwości i  głodu wiedzy.”, zaś sam autor „Lotu nad kukułczym gniazdem” uważał, że: „Występ Neala robi większe wrażenie niż lektura powieści, ponieważ on tym żyje, a nie tylko o tym pisze”. Okazało się, że był to jeden z ostatnich aktów twórczych dawnego kompana beatników. Marry Pranksters widzieli w Cassadym człowieka, który ze swojego życia uczynił dzieło sztuki. Był dla nich niezwykle inspirującą postacią, tak jak lata temu fascynował Jacka Kerouaca. To, jak powiedziałem już, symboliczne dołą-

czenie beatnika do grupy Kena Keseya, wydaje mi się stanowić ważne połączenie pomiędzy członkami obu ruchów. Pokazuje jak podobne były pragnienia tych twórców. Choć Ginsberg i  Kerouac uważali zachowania Marry Pranksters za żenującą dziecinadę, rozpoznawali pewnie w nich swoje młodsze odbicia. Niezupełnie identyczne oczywiście, ale kierujące się tymi samymi namiętnościami. Chwalą niezgodę na konformizm współczesnego im społeczeństwa, występują przeciwko konsumpcjonizmowi i  wyznają wiele wartości, o których pisali już beatnicy. Ponadto wiodą podobny, niespokojny i szalony tryb życia, który to właśnie stał się powodem ich śmierci. Neal Cassady czy Jack Kerouac podzielili los takich artystów jak Janis Joplin i  Jimmy Hendrix. Ich duchowe pokrewieństwo do dziś emanuje z poświęconych im opracowań, a także z ich dzieł. Podobieństwo przekonań beatników i hippisów sprawia, że wielu ludzi traktuje tych drugich jako bezpośrednich następców i kontynuatorów ich myśli. Niewątpliwie buntownicy z  przełomu lat sześćdziesiątych i  siedemdziesiątych wiele zawdzięczają dorobkowi Beat Generation. To właśnie oni rozpoczęli drobne ruchy, które w  efekcie stały się początkiem najbarwniejszego okresu Amerykańskiej kultury. To uderzenia w  maszynę do pisania Kerouaca, Ginsberga, czy Burroughsa wywołały wzbierającą srebrzystą falę, której przyglądali się bohaterowie „Lęku i odrazy w Las Vegas” Huntera S. Thompsona, rozumiejąc wtedy, że wiele założeń kontestacyjnej euforii zrealizowanych zostało jedynie w sferze marzeń, lub oczywiście, w na kartach dzieł twórców ówczesnej literatury. Grzegorz Like

11


#KRATA kultury


13

www.slyszejakpachniesz.pl


#KRATA kultury

Z GETTA DO BIBLIOTEKI

Polski hip-hop ma się coraz lepiej. Nie mam na myśli rozwoju komercyjnego, gdyż temu nie sposób zaprzeczyć – dopóki pod dostatkiem mamy wyskakujących pod wpływem magicznych używek raperów, którzy z  czasem stają się bohaterami wielkiego ekranu, dopóty boom na rap nie przeminie. Chodzi o  rozwój samych twórców, którzy najwyraźniej postanowili zrzucić kajdany stereotypowego myślenia.

Od pewnego czasu pośród ludzi z  tego środowiska wyraźnie daje się zaobserwować rosnące zainteresowanie literaturą piękną. Nie mówię tu o Pezecie, który śladem Jerzego Pilcha pisze swój Spis cudzołożnic, czy dziesiątkach gimnazjalnych porównań do bohaterów szkolnych lektur; tego typu zagrania to nihil novi. Nie da się jednak ukryć, że na polskiej scenie pojawili się twórcy, których wizerunki czy muzyczne dokonania dyktowane są


przez literaturę różnorakiej maści, a  kluczami do koncepcji poniektórych albumów bywa konkretne dzieło czy też twórczość danego pisarza. Pierwszą postacią, która przychodzi na myśl, jest warszawski raper, producent i  tekściarz, Piotr „Ten Typ Mes” Schmidt, jeden z  najbardziej popularnych przedstawicieli polskiego mainstreamu. Począwszy od roku 2005, czyli daty wydania debiutanckiego solowego albumu Alkopoligamia: Zapiski Typa, raper kreuje wizerunek zbliżony do Charlesa Bukowskiego, a – co za tym idzie – jego twórczość zaczyna łudząco przypominać literackie dokonania amerykańskiego pisarza. Dowodem na to jest masa nawiązań, choćby zauważalna w  pierwszej kolejności tytułowa aluzja do Zapisków starego świntucha. Na grach słowny jednak się nie kończy. Zagłębiając się w  świecie warszawskiego rapera spotkamy się z  dziesiątkami obscenicznych wynurzeń, epatujących pornografią, niebezpiecznym seksem, przemocą i  wulgarnością. Posłuchamy historii o  toksycznych, opisywanych z nieco szowinistycznego punktu widzenia relacjach z kobietami, poznamy intrygującą opowieść o pewnej libacji, która o mały włos nie pozbawiła autora życia (utwór zatytułowany Witaj śmierci, będący swoją drogą kolejnym nawiązaniem do jednego z ulubionych powiedzeń Henry’ego Chinaskiego); czy najbardziej wstydliwe wspomnienia z  dzieciństwa (wnioski dotyczące dorastania zawarte w utworach takich jak Strach czy Cygara i pety do złudzenia przypominają te wysnute przez Bukowskiego w powieści Z szynką, raz!). Najbardziej jednak o  sile inspiracji świadczy fakt, że obaj artyści operują na tym samym poziomie intymności – nie wahają się mówić o  rzeczach, które większość z  nas wolałaby przemilczeć; kwestiach wątpliwych moralnie, zawstydzających czy odpychających, jak choćby o  słuszności decyzji o  aborcji, do której Mes przyznaje się na jednym z singli najnowszego albumu. „Cały syf tego miasta czeka na mnie, bym pozował z  nim do zdjęcia” mówi Piotrek w  utworze Widzę szaleństwo, dając do zrozumienia, że nie tylko artystyczna forma wyrazu, lecz również i  styl życia mimowolnie zestawiają go z amerykańskim pisarzem. Łatwo tu dopatrzeć się kolejnych analogii. Bukowski po zdobyciu odpowiedniego rozgłosu zjeździł całe

Stany Zjednoczone, odczytując swoje wiersze czy fragmenty powieści na wielu wieczorach literackich. Nie stronił przy tym – jak przez całe życie – od gargantuicznych ilości alkoholu, towarzystwa pięknych kobiet i masy szczeniackich wybryków. Dla Mesa odpowiednikiem tychże wojaży są suto zakrapiane koncerty, dzięki którym raper z roku na rok obrasta w różnorakie legendy. Bez względu na osobisty stosunek do twórczości Mesa nie sposób zaprzeczyć sukcesowi, jaki przyniósł raperowi wizerunek niesfornego alkoholika, dziwkarza, liberała i  szowinisty zakochanego w  starym kinie i  zachodnich brzmieniach. Analogia ta, warto dodać, nie gryzie się z  polskimi realiami – sprawia wrażenie autentycznej, niezwykle naturalnej. Piotr Schmidt obecnie pracuje nad siódmym albumem, koncertuje w kraju i poza nim, a w międzyczasie pisze bezkompromisowe felietony dla „T-Mobilemusic.pl”, udowadniając, że rap nie powinien być postrzegany przez pryzmat jednowymiarowej, nasiąkniętej stereotypami soczewki, co w pewien sposób robił także na polu literatury Bukowski poprzez unikanie tematyki społeczno-politycznej czy jakiegokolwiek zaangażowania w  sprawę wojny, które za jego życia było wśród literatów kwestią wręcz pożądaną. Młodzi raperzy również coraz częściej dochodzą do wniosku, że codzienne przeżycia – choćby najbardziej pasjonujące – trącają banałem. Na wartości – szczególnie symbolicznej – zyskują jednak w  momencie, gdy opatrzone zostają literackimi analogiami. Tendencję tę zaobserwować możemy u Bisza, pochodzącego z Bydgoszczy rapera, który z zeszłym roku debiutował na półkach sklepowych albumem Wilk chodnikowy. Krążek nie jest jednak debiutem sensu stricto, lecz pokłosiem stylu, który bydgoszczanin wyrobił sobie na poprzednich siedmiu albumach wydawanych własnym sumptem w małym nakładzie. Zagłębiając się w twórczość rapera z Bydgoszczy od pierwszych zdań czuć typowo literacką wrażliwość i  niezwykłe oczytanie. Bisz w  przeciwieństwie do Mesa nie buduje wizerunku czy sposobu

15


#KRATA kultury debiutem sensu stricto, lecz pokłosiem stylu, który bydgoszczanin wyrobił sobie na poprzednich siedmiu albumach wydawanych własnym sumptem w  małym nakładzie. Zagłębiając się w twórczość rapera z Bydgoszczy od pierwszych zdań czuć typowo literacką wrażliwość i niezwykłe oczytanie. Bisz w przeciwieństwie do Mesa nie buduje wizerunku czy sposobu przedstawiania świata w oparciu o konkretnego pisarza. Zdaje sobie najwyraźniej sprawę z  liczby literackich konwencji i zamiast pozwalać im, by wpływały one na charakter jego twórczości, postanawia się nimi bawić. Przybiera to rozmaite formy. Nie brak choćby licznych analogii i  gier słownych, podobnych do tych, jakie zaobserwować można u Mesa (z tym zastrzeżeniem, że Bisz operuje na nieograniczonym polu) – przykładem może być już sam tytuł najnowszej płyty, będący luźnym nawiązaniem do powieści Hermanna Hessego. Raper nie odnosi się bezpośrednio do utworów, które przywołuje w  tytułach, umiejętnie balansując na granicy między inspiracją a plagiatem. Zamiast tego stara się oddać charakter danego tekstu literackiego za pomocą dostępnych mu narzędzi. I tak pochodzący z poprzedniej płyty utwór Raj tuż za rogiem wydaje się luźną interpretacją, kalką pewnej atmosfery intymności, która nakreślona w oryginale przez Mario Vargas Llosa została nałożona na sytuację osobistą Bisza. Podobnie ma się sytuacja z Carrie, pochodzący ze wspomnianego Wilka chodnikowego numerem, który prawie wcale nie traktuje o wykreowanej przez

Stephena Kinga bohaterce, a mimo to jego odsłuch budzi natychmiastowe skojarzenie z  debiutem amerykańskiego pisarza, co jest wyraźną zasługą zbudowania podobnego napięcia za pomocą odpowiednio dobranych słów, muzyki i metrum. Bydgoszczanin sprawia wrażenie człowieka zakochanego w sztuce, unikającego jakichkolwiek ram; rapera, dla którego muzyka jest tylko jedną z  wielu form wyrazu, a  twórczość artystyczna ciągiem poszukiwań nowych dróg i  doświadczeń. Prócz rapowych dokonań Bisz pisze wiersze, które – choć sam traktuje jedynie jako dodatek, swoisty bonus do najnowszego krążka – zainteresowały czasopisma literackie takie jak „Lampa”, mająca okazję niedawno opublikować obszerną rozmowę z raperem oraz część jego poezji. To tylko wybrane przykłady, ale rapowych nawiązań do literatury (jak i  również do innych dziedzin kultury – filmu, sztuki, etc.) jest tak naprawdę dużo więcej. Można śmiało rzecz, że w  polskim rapie coś ruszyło do przodu – w ramówkach stacji muzycznych coraz częściej możemy dostrzec teledyski artystów, którzy znaleźli się tam nie ze względu na komercyjny charakter twórczości i  pieśni traktujące o  tym, jak zapomnieć te bolesne chwile (sic!), lecz za oryginalne spojrzenie na rap, próbę zabawy elementami (pop)kultury i nietuzinkowe podejście do własnego wizerunku, wznosząc tym samym często marginalizowany hiphop na dużo wyższy poziom. Sławomir Jurusik


17

/muzyka n

/nagrania a zamówie

muzyczne

nie /nagr ania

/obróbka

i renowac

ja dźwięk reklamow u e i lektors kie /p rodukcja

www.malestudionagran.pl fb.com/malestudionagran

dźwięku


#KRATA kultury

Dziś na budyniowo! i zyl

C

m

y cz

Kraków

ma

lo

wa n

y

Drogi czytelniku! Co byś zrobił, gdybym rzuciła Ci wyzwanie: „Przejdźmy się razem ulicami i  pokaż mi gdzie w  Krakowie jest sztuka.” Na początku spojrzałbyś na mnie z  sarkastycznym uśmiechem, a  potem zapewne zabrałbyś mnie na Wawel, do Kościoła Mariackiego, kazałabyś mi snuć się uliczkami spoglądając na każdy gzyms na zabytkowych kościołach, kontemplować nad płótnami Jana Matejki, płaskorzeźbami Wita Stwosza, witrażami, akantowymi zdobieniami, ostrołukowymi arkadami, barokowymi figurami, słuchając Twojej historii mającej swój początek u wrót grodu Kraka, trwającej nieprzerwanie przez najazdy Tatarów, spotkania Zielonego Balonika aż po harce Smoka Wawelskiego i trudne wybory Wandy, co nie chciała Niemcawszystko niechronoligicznie, szybko, bo przecież tyle jeszcze do przedstawienia. Potem pokazałbyś mi Teatr im. Juliusza Słowackiego i  Bagatelę, ale to wszystko przelotem, bo przecież zostało nam jeszcze Muzeum Czartoryskich, Panteon Narodowy i  wernisaż w  Bunkrze Sztuki. Po czym na końcu powiesz, że to już wszystko. Pozwolisz, że się z  tobą nie zgodzę. Zaufaj mi i chodź ze mną na tę stronę Krakowa, do której nigdy nie miałeś odwagi się zapuszczać. Jest to świat ulicznych grajków, karykaturzystów. Znajdzie się w  nim też ojciec z  córką śpiewających jedną największych pieśni operowych przed Kościołem św. Piotra i  Pawła, na każdym rogu skrzypaczka, kobieta śpiewająca arię na ul. Kanoniczej, mężczyzna bawiący się piłką z  ulicy Floriańskiej i wiele innych mimów, żonglerów, treserów psów. Gdy jednak zapada zmrok na ulicę wychodzą kolejni artyści. Otwiera się świat przesiąknięty zapachem emulsji i markerów, ciszy przerywanej co chwila odgłosem obijających się puszek Montana w poplamionych od farb plecaku. Otwiera się świat graffity – sztuki ulicznej. „Szereg odremontowanych kamienic, które cierpią


na graffiti, (…) knajpki, synagoga z  policjantem podejrzliwym jak „Gazeta Wyborcza”– tak pisał Kazimierz Brakoniweski w  Szkicach (wschodnio) berlińskich. Jak Kraków odbiera street art? Wydawać by się mogło, że odpowiedzi na to pytanie dostarczają coraz to nowsze metody poskramiania grafficiarzy, codzienne mozolne prace mająca na celu zamalowanie na kolor budyniowy (biorąc pod uwagę krotność wykorzystania tego koloru śmiem twierdzić, że Kraków skupuje go po cenie hurtowej) wszystkich budynków w  mieście, a  razem z  nimi tagów, murali. Lecz skoro o twórczości można debatować godzinami, przechowuje się ją i chroni to dlaczego większość ludzie negatywnie reaguje na graffiti? Zapewne dlatego, że jest ono utożsamiane z przypadkowymi tagami dewastującymi przystanki autobusowe czy też zabytki. Są one autorstwa niedoświadczonych grafficiarzy zwanych toyami. Sam jednak street art to twórczość kompletnie od tego odmienna.

19


#KRATA kultury Tysiące dzieł, które możemy spotkać niemal w każdym zakamarku miasta nie tylko przyprawiają o  zdumienie, ale także niosą ze sobą przesłanie, którego wydźwięku podejmowali się najwięksi twórcy. Powstaje zawsze pod przykrywką nocy. Artyści zmagają się z  czasem i  ciągłą adrenaliną towarzyszącą podczas tworzenia (bo akurat „teren jest czysty”) lub też ucieczki kiedy zostanie się „nakrytym”. Nie mniej jednak nie jest to tylko spray i kawałek ściany. Cały street art można zdefiniować jednym słowem: „krzyk”. Uliczny artyści poprzez setki barw, linii powodują, że szare kamienice żyją na nowo. Nie należy zapominać, że na barkach takiego twórcy ciąży nie lada wyzwanie. Ciągłe pojedynkowanie się wśród grafficiarzy (pod względem pomysłów), poszukiwanie i  przekazywanie emocji, niesamowita precyzja i  wyobraźnia – to wszystko powoduje, że niejednokrotnie przechodnie na widok dzieła uśmiechają się lub popadają w zadumę. Pojawia się jednak pytanie: „Co z wszystkimi tymi niechcianymi muralami, które jedynie oszpecają miasto?”. Otóż, każdy szanujący się grafficiarz (który faktycznie chce coś poprzez swoją sztukę przekazać innym) będzie się starał ozdobić, a  nie zdewastować „betonową dżunglę”. Tym samym nie umieszcza swoich prac na zabytkach czy też odnowionych kamieniach. Każdego, kto teraz pomyślał z przekorą: „Szlachetnie z  ich strony” zapraszam do obejrzenia muralu na jednej ze ścian Galerii Krakowskiej (od strony dworca PKP). Okazuje się, że tego typu artyzm spotka się z  aprobatą ze strony ludzi zajmujących się sztuką, ale także przedsiębiorców wykorzystujących graffiti jako unikatową reklamę. Co ciekawe, występująca jakiś czas temu opozycja w  postaci władz miasta wychodzi naprzeciw niekonwencjonalnej twórczości udostępniając legalnie mury dla znanych grafficiarzy podczas biennale lub festiwali sztuki ulicznej. Nie zawsze jednak tak było. Poznań, koniec lat 90. Dzięki szybkiej interwencji policji autorzy twórczej adaptacji wielkich betonowych przystanków tramwai PST zostali złapani. – tak donoszą gazety z  tamtego okresu. Owi wandale to obecnie cenieni architekci i  projektanci. „Skrzywdzone” przystanki powróciły do swojego pierwotnego wyglądu chełpiąc się znów barwą szarego betonu. Uliczni artyści wystąpili z  prośbą o  udostępnienie jednego z  przystanków. Władze miasta odrzuciły propozycję stworzenia galerii zwanej w slangu „hall of fame”. Kilka miesięcy później został rozpisany konkurs na adaptację przystanków i  skierowano go do… studentów ASP. Po dzień dzisiejszy twórczość absolwentów

Uniwersytety Artystycznego jest chroniona przez setki kamer i  specjalnie zatrudnionego dyżurnego funkcjonariusza. Wniosek nasuwa się sam – inicjatywa ulicy nic nie była warta dla władz kurczowo trzymających się swojej głównej funkcji – kontroli. Wróćmy jednak na krakowskie podwórko. Należy podkreślić, że sztuka ta od początku swego istnienia stała wbrew prawu. Dziś, choć w wielu miastach są dostępne legalne ściany do wykonywania prac, wielu writerów nadal tworzy hard-cory (nielegalne prace) na nieprzeznaczonych do tego budynkach. Ciekawym zjawiskiem jest postrzeganie grafficiarzy umieszczających swoje prace legalnie za skomercjalizowanych artystów. Zdania są podzielone, a Tobie drogi Czytelniku pozastawiam to do własnej oceny. Jedno jest pewne – ciągle zadziwiająca społeczeństwo hybryda z  pogranicza sztuki i wandalizmu nie przestaje zdumiewać. Od powyżej wspomnianego muralu na Galerii Krakowskiej przenieśmy się na pogranicze ulic Józefińskiej i Piwnej, gdzie dzwon – megafon przestrzega „Never follow”, z  kolei spójrzmy na al. Kijowską i  zniszczony tam mural Jana Pawła II, Triumfalna Brama Krakowa – wiadukt kolejowy nad al. 29 listopada z wizerunkiem Jana III Sobieskiego oraz ściana dawnej fabryki słodyczy Wawel na krakowskim Zabłociu z  muralem propagującym idee wolności autorstwa Mikołaja Rejsa, do którego tworzenia włączyli się wolontariusze. Przesłanie jest imponujące, a  samo dzieło sprawia, że niejeden przechodzień składa ukłon w  stronę twórcy. Kto by jednak pomyślał, że w jednym z najbardziej ruchliwych miejsc w Krakowie można poczuć prawdziwie młodopolski klimat – nie, to nie ul. Floriańska lecz… rondo Mogilskie. Wszystko za sprawą mozaiki przypominającej twarz autora „Wesela” oraz ułożony florystyczny motyw nawiązujący do malarskich pomysłów Stanisława Wyspiańskiego. Natomiast słota czy skwar, niezmiennie szarmancki, spaceruje ul. Szpitalną Mr. Trolololo, szukając wciąż Cichosza zza winkla – „Tajniaczka!” krzyczą na jej widok jedni, „Taka szorstka!”– drudzy. Na szczęście sprawczyni tego zamieszania pozostaje niewzruszona. Grafficiarze opracowali także sposób na „syndromu weekendu”. Niejeden przechodzień przeciera oczy ze zdumienia widząc na ulicy… królika! Z przyzwyczajenia krzyczy: „Ja nic nie piłem!”. Wzbudzający kontrowersje mural Siatanistów z ulicy Barskiej zniknął wraz z rozebraną kamienicą– zginął ku pochwale „sakralnemu” materializmowi. Jeżeli jednak myślisz, że wielcy tego świata już odeszli to grubo się mylisz! Tylko na al. Powstańców Śląskich można było spotkać Kazimierza


Wielkiego, Jana Matejkę, Jana Pawła II i  Czesława Miłosza w jednym czasie! 1000 lat historii na ok. 100 m prezentował „Silva Rerum” czyli „las rzeczy”. Wyżej wymienione dzieła są zaledwie garstką w  obliczu wszystkich rezultatów pracy artystów nie licząc tysięcy tagów z  równie inteligentnym przesłaniem i (mówiąc z przekorą) adaptacje pociągów niczym nie porównywalne do Pendolino, które jak donosi minister transportu, oblane jest jedynie w „ nowoczesne srebro i błękit nieba.” Pomimo coraz większego komercjonalizmu street art oraz zwiększania się liczby legalnych twórców nie należy zapominać jednak, że tego rodzaju sztuka to dalej dziki krzyk ulicy. Świat, w  którym powietrze przesiąknięte jest do cna zapachem farby, życie jest na granicy prawa, ciągła adrenalina towarzysząca tworzeniu tak, aby nie dać się złapać… w proponowane przez społeczeństwo ramy. Drogi czytelniku! Udało nam się poznać tę „mroczną stronę” Krakowa. Okazuje się, że także mrok kryje w sobie setki braw. My tymczasem malujmy… na budyniowo oczywiście. Kamila Chyży 21


#KRATA kultury

JAC

EK

„th

K

eN ev

#T h #R e Nev a #Z per z erlan a #T pytał Polsk d #K oa ra by i # st ina m W za # zn s S z sk en ys an ur t k # wy od azp T h sy rz la eW nó ys m o w #B nder nie # złośc ez K& i # la ty nd $# Leg tu # A e łu #P 1,2,3 mać! ndarn et ,.. #JK y zio er Pan . #O m ś ci

er

la

nd


To the Neverland! Powieść J.M. Barriego i motyw Nibylandii stanowią trwały element (pop)kultury i mimo upływu lat wciąż pojawiają się kolejne interpretacje słynnego Piotrusia Pana, czego przykładem może być choćby wydana w poprzednim roku powieść Jakuba Ćwieka zatytułowana Chłopcy. Jak się okazuje symbol wiecznego dzieciństwa nie funkcjonuje tylko w obrębie literatury, ale również muzyki. The Neverland autorstwa podziemnego rapera z Krakowa – Jacka K. uświadamia, jak potężnym narzędziem może być dobrze wykorzystana inspiracja. Drugi w dorobku krążek rapera z Nowej Huty to piętnaście utworów muzycznie zaaranżowanych, napisanych i nagranych w całości przez samego autora, których nadającą spójności klamrą jest wspomniana powieść szkockiego pisarza. The Neverland to tytuł zaskakująco mocny, pochłaniający, a jednocześnie tekstowo i muzycznie spójny. Pierwszym, co zwraca uwagę słuchacza, jest niezwykła lekkość, z jaką raper radzi sobie z rozmaitej maści bitami i każdym metrum. Pomijając przyjemną i dosyć charyzmatyczną barwę głosu, warto zauważyć, że Jacek K. nie boi się ryzykownych technicznie rozwiązań. Przyspieszenia, rymy wielokrotne, modulacje głosu zdają się być chlebem powszednim krakowianina. Pojawiają się w każdym numerze, a ich jakość nie pozostawia wiele do życzenia – przyspieszane sekwencje słów wypowiadane są wyraźnie i zdają się idealnie współgrać z każdym uderzeniem werbla. Co ciekawe, zazębianie rymów i techniczne gry przychodzą Jackowi z łatwością i za grosz nie przypominają marnych prób wszczepienia nieco trueschool’owego elementu na siłę, co często zdarza się rodzimym raperom. Co ważniejsze, Jackowi K. nie brakuje także ekspresji – w każdym wersie mocno i wyraźnie akcentuje emocje, unikając drętwego rzucania linijek i muzycznej apatii. Pod względem połączenia niebanalnej techniki oraz sposobu wyrażania uczuć nasuwa się skojarzenie z The Balancing Act, debiutanckim krążkiem pochodzącego z Seattle Sadistica, który swego czasu wtargnął na scenę z podobnym impetem. Nawet muzycznie albumy wydają się

mieć sporo wspólnego – mroczne, tętniące żywymi instrumentami bity Emancipatora nieco przypominają dzieło krakowianina, które – swoją drogą – również zasługuje na uwagę. Nie spotkamy tutaj wytartych, wielokrotnie użytych sampli ani – jak to określa na albumie sam Jacek – „łopatologicznych” schematów. Muzycznie „The Neverland” to pełne zanurzenie w świecie żywych, energicznych brzmień, nietypowych linii perkusyjnych i ciągłych eksperymentów. Wszystko wskazuje również na to, że Jacek K. ma całkiem sporo do powiedzenia. Na płycie porusza bardzo szerokie spektrum tematów – począwszy od kondycji polskiego rapu (Raper z Polski), poprzez krytykę irytujących tendencji społecznych (Kraina znana z przyszłości, K&$#@ MAĆ!, Toast za skurwysynów), skończywszy na oryginalnych, nieco żartobliwych, zakrapianych fantastyką wizjach (Legendarny ziom, Peter Pan). Tekstowo raper jest bezkompromisowy – nie boi się pokazać własnego zdania w danej kwestii, nawet jeśli ta miałaby być przyjęta jako kontrowersyjna czy odrzucająca, o czym zaświadczy choćby ten: Jestem z Nowej Huty, Nowa Huta we mnie / ale mam w dupie wczuty podstarzałych punków chorych na schizofrenię / nie wczuwam się w dzielnie, to wtórne i cienkie… czy też ten cytat: Polski klip, ogrodzenie i graffiti / i ziomek, który potrafi pomachać trochę łapami. Nie brakuje także sporej dawki ironii czy niewybrednego żartu, a każda refleksja traktowana

www.facebook.com/jacekaliop

23


#KRATA kultury jest z dużym dystansem, przez co nawet nie zgadzając się z poniektórymi tezami autora, słucha się ich z uśmiechem na twarzy i wyrazem podziwu dla umiejętności. Warstwę tekstową urozmaicają także interesujące gry słowne, których obecność na płycie jest na szczęście zdrowo wyważona, dzięki czemu album nie przypomina nagrania z bitwy freestyle’owej czy kompilacji dissów. Linijki takie jak choćby poniższa mogłyby jednak pojawiać się nieco częściej: Jebać wasze bity, są tak łopatologiczne / że inwencja kończy się na wyborze kick i snare / są tak łopatologiczne, że to skandal / mogłyby się ograniczać do Kixnare, bo reszta to plagiat. Braki? Co prawda, nie ma ich wiele, ale nie da się ukryć, że pojawiają się elementy warte dopracowania. Przede wszystkim słabo wypadają poniektóre wykonania śpiewanych refrenów. Niekiedy sprawę ratuje dobrze ustawiony filtr, jednakże pojawiają się momenty, w których nawet technika nie radzi sobie z wokalnymi niedociągnięciami. Tego typu nieudanych prób na szczęście jest niewiele, dzięki czemu nie wpływa to na ogólnie pozytywną ocenę. Nawet jeśli stąpamy twardo po Ziemi, a dziecięce fantazje dawno zostawiliśmy za sobą, warto wybrać się na małą wycieczkę do The Neverland. Życzliwy gospodarz zaoferuje nam kilkadziesiąt minut przygody z interesującymi spostrzeżeniami, techniczną lekkością i bogatą, różnorodną warstwą muzyczną. Być może kraina marzeń sprawi, że zbyt szybko z niej nie wrócimy. Sławomir Jurusik

/Wywiad z

Jackeim K. przeprowadziła

Kamila Chyży/

Jak rozpoczęła się Twoja przygody z rapem? Bardzo chciałbym opowiedzieć historię o  pamiętnym wieczorze sprzed dekady, kiedy to przypadkiem trafiłem na koncert jakiegoś, wówczas powszechnie czczonego, wykonawcy hiphopowego i  powróciwszy do domu, pod wrażeniem nowopoznanej formy napisałem pierwszy tekst. Albo chociaż, że mi wujek z Niemiec wysłał walkman i kasetę Jay-Z, a ja zachwycony po miesiącu znałem ją na pamięć. Niestety (dla mnie i dla czytelnika tego wywiadu), byłaby to nieprawda. Nie mam zielonego pojęcia, co dokładnie spowodowało, że zacząłem słuchać rapu. Pamiętam parę mglistych faktów; że pierwszy polski utwór „rapowy”, jakim się jarałem to „12 groszy” Kazika (chociaż nie miałem pojęcia, że to rap), że kiedy była wielka zajawka na Eminema, to i  ja jej uległem ,i  że słuchałem w  dużej mierze strasznego gówna. Generalnie na początku nie miałem pojęcia o  istnieniu polskiego rapu. Chyba po prostu nie miał mnie kto oświecić. Pamiętam gazetę „Bravo” mojej siostry, do której dołączona była płyta CD z polskim „hitowym” rapem. Delikatnie mówiąc – zachwycony nie byłem. Mezo i Jeden Osiem L nijak nie przystawali do Eminema i  D12, których wtedy sporo słuchałem. ALE znalazł się tam kawałek 52 Dębiec pod tytułem „Konfrontacje”, który wtedy przypadł mi do gustu. Wydaje mi się, że wtedy zacząłem być ciekaw polskiego rapu. Próbowałem rapować, jak mi się wydaję, od 2005 roku. Razem z kolegą z klasy. Mieliśmy wizję ekstremalnie amerykańskiego rapu wdrożonego w polskie realia, a przed oczami obraz siebie samych za parę lat jako młodocianych gwiazd polskiej sceny. Dzisiaj się z tego śmiejemy, ale wtedy wydawało nam się, że to świetny plan. I oryginalny. Czym jest dla Ciebie rap? Z całą stanowczością nalegam na pominięcie tego pytania. Kiedy przeszedłeś od zwykłego amatorskiego tworzenia do profesjonalizmu? Wydaje mi się, że nigdy. Jak to jest z Polskim rapem? Polski rap ma się tak świetnie jak nigdy dotąd. Oczywiście każdy medal ma dwie strony. Obraz ambitnej, profesjonalnej sceny muzycznej, w której partycypują tylko kreatywni i  świadomi twórcy, i  z  której wszyscy zasłużeni utrzymają się na godziwym poziomie, to utopia. Myślę, że polski rap ma problemy na miarę Polaków i polskich kompleksów. Cytując: „Tacy poeci, jaka jest publiczność”.

www.facebook.com/jacekaliop


WY Co skłoniło Cię do wydania pierwszej płyty? Dla mnie to była naturalna kolej rzeczy. Do 2010 roku nagrywałem wiele różnych kawałków. Lepsze i gorsze, w różnych stylistykach. Jednym słowem – niespójne. Chciałem w końcu zrobić coś konkretnego muzycznie. Coś, co ma początek, środek, koniec, treść, formę i JAKIEŚ jest. Z czasem w mojej głowie powstawała wizja albumu koncepcyjnego. Miała to być ambitna, bardzo eklektyczna płyta, która wyrażałaby cały ten emocjonalny kocioł, który bulgotał we mnie – siedemnastoletnim gościu, który nie zdążył wykoncypować, czego chce od życia, a  jest zmuszany do udzielania odpowiedzi. Nie wyszło, oczywiście. Wyszedł album tyleż mdły, co niedopracowany. Tak właśnie powstała moja pierwsza płyta, sygnowana jeszcze pod pseudonimem Kali OP, pod tytułem „Ostatni prawdziwy skok”. Zaznaczam jednak, że w gruncie rzeczy jestem dumny z mojego „debiutu”. Jesteśmy po premierze twojej drugiej płyty- czym ona różni się od poprzedniej? Nad czym skupiłeś się głównie podczas jej przygotowań? „The Neverland” od mojej pierwszej płyty różni się wszystkim. Te płyty dzieli 31 miesięcy mojego życia. Przez ten czas nauczyłem się wszystkiego, na czym obecnie muzycznie bazuję. Płytę „The Neverland” wymyślałem po kawałku. Miałem różne, raczej niespójne pomysły. Potem obejrzałem film „Hook” w reżyserii Stevena Spielberga – jeden z ulubionych filmów mojego dzieciństwa. Po oglądnięciu filmu wiedziałem już na pewno, jaka ta płyta będzie, i jak się będzie nazywać. Przez dość długi czas przygotowywałem się do zaczęcia tej płyty, tworząc bity i wybierając te, które odpowiadały mi klimatycznie i jakościowo. Czytałem książki i przeglądałem grafiki, w takiej baśniowej, dziecięcej, tajemniczej stylistyce. Nie były to jakieś mozolne i czasochłonne przygotowania. Wynikały raczej z zainteresowania tematem. Chciałem dobrze oddać ten klimat na płycie. Kiedy miałem dużo bitów oraz pomysłów, nagranie płyty poszło w sumie szybko. Skąd czerpiesz inspirację? Co chcesz przekazać przez swoją muzykę? Nie mam zielonego pojęcia. Zainspirować może chyba wszystko. Często inspiruje sztuka, a  czasami coś zupełnie do sztuki niepodobnego. Nie wiem co chcę przekazać przez muzykę. Chyba nic konkretnego. Mogę powiedzieć co chciałem przekazać przez jakiś konkretny fragment tekstu, ewentualnie kawałek. Ale przez moją muzykę, jako całość? Nie wiem. To jest w pewnym sensie forma terapii, tylko nie taka jak u psychologa na kozetce. Jak rozmowa, z ziomeczkiem albo ze sobą samym. Bardziej prosta rozrywka niż misja. Jak myślisz czym twoja twórczość różni się od muzyki innych raperów? Mam skłonności do megalomanii, więc skupie się na raczej technicznej stronie tego porównania. Choćby na tym, że niewielu raperów robi własną muzykę w stu procentach. Ja na początku też pisałem do cudzych bitów. Teraz jednak nie

WI

AD

wyobrażam sobie możliwość stworzenia płyty, którą ktoś inny by wyprodukował, ktoś inny zaaranżował, ktoś inny jeszcze nagrał i  zmiksował. Mam wielki szacunek to raperów, którzy robią swoją muzykę sami. Co do różnic w samym brzmieniu, czy tematyce – koń jaki jest każdy widzi. Staram się, by mój koń prezentował się inaczej niż przysłowiowej „większości raperów”. Czy oprócz rapu masz zajawkę na inny rodzaj muzyki? Jeśli chodzi o zajawkę twórczą, to obecnie pracuję nad wspólną płytą z moim kolegą Piotrkiem Warszawskim, który jest świetnym wokalistą i multiinstrumentalistą. Nie zamierzaliśmy tego, ale ta płyta zaczyna brzmieć trochę jak swoisty przegląd muzyki amerykańskiej przez pryzmat hip-hopu. Poza tym od zawsze słuchałem trochę metalu, chociaż niestety coraz rzadziej to robię, bo staram się jednocześnie być na bieżąco ze świeżym rapem, nadrabiając też jakoś zaległości z początków hip-hopu. Wciąż stylistycznie, zaraz po rapie, najbardziej ujmuje mnie metal. Z  kim podejmujesz współpracę? Kto jest dla Ciebie inspiracją, wzorem ? Jedyna większa współpraca muzyczna jaką podjąłem, to wspomniana w  poprzednim pytaniu płyta z  Piotrkiem. Poza tym czasami zapraszam różnych znajomych muzyków do wspólnych nagrań, jednak w  znakomitej większości są to moi koledzy, i to stąd bierze się ta współpraca. Nie zaprosiłem na „The Neverland” żadnego rapera, ponieważ uważałem to za zbędne. Jeśli miałbym zaprosić kogoś na moją kolejną płytę, musiałby to być albo mój kolega, albo jakiś mój rapowy autorytet. I tu przechodzimy do drugiej części pytania. Staram się nie inspirować bezpośrednio cudzą muzyką, a już na pewno nie na zasadzie powielenia rozwiązania wykorzystanego przez rapera X czy producenta Y. Raczej staram się przekuć emocje związane z odsłuchiwaniem danego utworu, jako przejawu sztuki, we własną muzykę. Nawiązywać, ale nie kopiować. Polscy raperzy i producenci, pionierzy tego gatunku w naszym kraju, którzy wymyślili jak można rapować po polsku i w polskich realiach są moim wzorem. Nie każdy z  osobna, ale całość, jako ruch, idea. Nie jest to cel, jaki chce osiągnąć, ponieważ ten cel został już osiągnięty - właśnie przez nich. Dzięki tym ludziom mogłem wychowywać się na tym gatunku. Celem jest rozwijać ich dzieło możliwie godnie i niemniej ambitnie. W tym sensie można powiedzieć, że wzorem jest dla mnie polski rap.

25


#KRATA kultury

M AA NN

A I

R NN AA

SEROCKA


MŁODZI ZDOLNI

MARIANNA SEROCKA \urodzona w 1988 roku \studia na wydziale malarstwa ASP w Krakowie w pracowni Leszka Misiaka \stypendium Aalto University w Helsinkach Marianna o swojej twórczości: Do tworzenia zdjęć w  properhartkorze wykorzystuję wysokiej klasy aparaty typu Zenit lub zwykłe kompaktowe aparaty. Moim ulubionym programem do przerabiania ich jest Paint lub Picassa. Pomysł zrodził się spontanicznie. Properhartkkor początkowo był Fashion Blogiem, ale z racji tego ze używam masek zaczęłam wcigąć w niego także znajomych, rodzine także teraz funkcjonuje juz jako fotoblog. Maski są szyte przeze mnie wlasnoręcznie. Dzięki maskom mogę ukryć twarz swoją, znajomych przed widzem, wcielać się w  różne role, postacie, zdystansować się. www.properhartkor.blogspot.com

27


#KRATA kultury


29


#KRATA kultury


31

WWW.PROPERHARTKOR.BLOGSPOT.COM


#KRATA kultury

THE DILLINGER

ESCAPE PLAN

|KLUB KWADRAT|KRAKÓW 12.10.2013|


33


#KRATA kultury


35


#KRATA kultury


Pink Freud

37


#KRATA kultury


FACEBOOK.COM/BOLESTAMEDIA WWW.BOLESTAMEDIA.NETNE.NET

Pink Freud

39


#KRATA kultury Wyciągnęliście już koszule w  kwiaty i  różowe okulary? Jeśli nie, to ostatni moment, żeby to zrobić! Za chwilę wsiądziemy do kolorowego trabanta, który zawiezie nas na krótką przejażdżkę po latach 60. Jest to okres przełomowy, zarówno w sferze muzyki, kultury, jak i w świadomości człowieka. Po ciężkich latach wojen, ludzie sami postanawiają przedstawić światu swoje przekonania i pokazać wszystkim, że czas bierności wobec rządu i despotyzmu minął bezpowrotnie. Powstaje ruch kontestacyjny, będący głosem sprzeciwu wobec wojny w  Wietnamie, a później też innych, lokalnych konfliktów. Nowa kultura, nazwana hippie, przekraczała wszystkie dotychczasowe kanony zachowania i estetyki, tym samym, bez skrupułów i bez litości, depcząc konserwatywne poglądy starszego pokolenia.

Falę gitarowego szału zapoczątkowali Czerwono-Czarni - zespół założony w 1960 r. przez Franciszka Walickiego (zwanego też „papą” polskiej rocka). Grupa była kontynuacją rozwiązanego w  1959 r. Rhythm & Blues (w składzie pozostali Michaj Burano, Marek Tarnowski, Andrzej Jordan i Zbigniew Garsen). Charakterystyczną cechą grupy była duża ilość wokalistów (nawet do 8!) - występowali tam tacy artyści jak: Karin Stanek, Katarzyna Sobczyk, Halina Frąckowiak i  inni. Początkowo, podobnie jak ich poprzednik, repertuar Czerwono-Czarnych opierał się głównie na utworach zagranicznych. W  1961 r. zespół zorganizował festiwal pod hasłem „Szukamy młodych talentów”, gdzie wyłoniono najlepszych śpiewaków, zasilających później szeregi Czerwono-Czarnych.

Początkowo to okres oddechu dla Polski. Po latach ucisku i  terroru wreszcie można było (względnie) normalnie żyć. Zwolniono skazańców i  więźniów politycznych, w  szkole znów odbywały się lekcje religii, a w radiu dało się usłyszeć większość stacji, które wcześniej były skrzętnie zakłócane. Nadeszły jednak czarne chmury: w  1964 r. nowym przywódcą ZSRR został Leonid Breżniew, który szybko dał się poznać jako następca godny Stalina – jego akcja zbrojna na Czechosłowację w 1968 r. określana jest za największą po II wojnie światowej. Rok 1966 r. to obchody milenium chrztu polski, ale i równolegle powstania państwa Polskiego. Z tej okazji, władze wprowadzają w życie pomysł „1000 szkół na 1000 lat państwa” (pewnie wielu z  Was pamięta te wielkie betonowe klocki, do których codziennie rano truchta-

Rok później, monopol Czerwono-Czarnych zostaje brutalnie przerwany. Pojawia się nowy zespół (również Franciszka Walickiego) - Niebiesko-Czarni. Grupa, jako pierwsza, podjęła próbę tworzenia polskich piosenek. Odnieśli duży sukces, występując za granicą (m.in. w  Paryżu, Szwecji, Jugosławii), ale ich bezapelacyjnie największym powodem do dumy było wyemitowanie ich utworów na falach Radia Luksemburg – był to pierwszy zespół polski, któremu udało się tego dokonać. Przez Niebiesko-Czarnych przewinęło się wielu artystów, lecz jednego mężczyznę, o kruczoczarnych włosach i głosie jak dzwon, zapamiętano na zawsze. Mam na myśli Czesława Niemena (Wydrzyckiego).

liśmy…). Cierpliwość ludzi, zwłaszcza młodych, wyczerpuje się z końcem lat 60., a konkretnie w roku 1968. Dochodzi do protestu studentów, który jest odpowiedzią na usunięcie z  desek Teatru Narodowego w  Warszawie „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka.1 Fala demonstracji wylewa się praktycznie na całe środowisko studenckie w  Polsce, i  osiąga apogeum w  marcu, wpisując się w  kalendarium PRL-u jako Marzec 68. Na szczęście, poza sferą szarej i smutnej polityki, rozwija się kultura. Przepływ muzyki zachodniej i raczkujący polski big beat, stają się emblematem młodzieży. Symbolem lat 60. stały się prywatki, które miały kluczowe znaczenie dla rozprzestrzeniania się muzyki rock’n’rollowej w  Polsce. Młodzież spotykała się na tzw. „fajfach”, gdzie poznać można było nie tylko najnowsze przeboje, ale i nowe sympatie J.

Więcej na: http://www.slideshare.net/DawidRosol/ oblicza-prl-lata-60, dostęp: 16.09.2013. 1

Niemena nazwać możemy artystą absolutnym. Nikomu w tamtych czasach nie udało się osiągnąć tego, co jemu: wyjazdy za granice, kontrakty w najlepszych światowych wytwórniach i kilkadziesiąt (może nawet kilkaset) koncertów przy pełnej widowni. Pomimo sławy, Czesław zawsze pozostał wierny swoim ideałom oraz muzyce i nigdy nie podlegał naciskom ze strony innych. Cichy i nieśmiały człowiek – wielki artysta. Czesław Wydrzycki urodził się 16 lutego 1939 roku koło Nowogródka (tereny Białorusi). Do Polski przeniósł się w 1958 r. i osiedlił się w Gdańsku. Tam, w studenckim klubie Żak, wykonywał piosenki w języku hiszpańskim. Przełomowym momentem w życiu artysty był sukces jaki odniósł na Festiwalu Młodych Talentów (o którym, wspominałam chwilę wcześniej) 20 czerwca 1962 r. i wspólna trasa z Czerwono-Czarnymi. Chwilę później, w tym samym roku, Czesław przeszedł na stronę niebieskich (Niebiesko-Czarnych, jakby się ktoś nie domyślił) i jak się okazało, stał się ich najcenniejszą „zdobyczą”. Jego pierwszym przebojem została piosenka Wiem, że nie wrócisz, o której artysta wypowiedział się: „Byłem z tej piosenki wyjątkowo dumny, chociaż to w  gruncie rzeczy «tyl-


ko» piosenka o  zawiedzionej miłości (taki temat był wtedy bardzo modny, ja sam zresztą czułem się tak, jak w  tekście piosenki). Taki «słowiański blues»”2. Pomimo licznych sukcesów zespołu, Czesław nie chciał już być „jednym z wielu” solistów występujących z  Niebiesko-Czarnymi, poczuł, że nadszedł czas, aby założyć nową formację i zostać kapitanem własnego statku. I  tak, w  1966 r. rozpoczęła się jego współpraca z zespołem Akwarele, z  którą nagrał przełomową płytę Dziwny jest ten świat. Dlaczego przełomową? Bo po wykonaniu tytułowej piosenki na festiwalu w  Opolu w  1967 r., Czesław Niemen na zawsze wpisał się w grono najwybitniejszych artystów polskiej sceny muzycznej. Dziwny jest ten świat szybko stał się hymnem protestującej młodzieży i najważniejszym protest-songiem lat 60. w Polsce. Jego twórczość na pewno nie możemy określić jako jednorodną – wraz z  nadejściem lat 70. Niemen zaczął interesować się rockiem progresywnym i  poezją Norwida, jak sam pisał: „Nie wstydzę się wpływu Norwida na swoją poezję. I  na mnie. On nauczył mnie rozumieć metrum wiersz. I choć pisał innym językiem – rozumiem go doskonale […]”3.

wą i teatralną. Tworzył, koncertował i czarował swoją muzyką do końca swoich dni – zmarł 17 stycznia 2004 r. na nowotwór. Pisząc ten artykuł, musiałam sięgać różnych źródeł, które przedstawiły mi sylwetkę wokalisty w  różnym świetle. Poznałam jego twórczość i  osobę z  szerszej perspektywy (zwykle znamy tylko same przeboje z wczesnych lat twórczości) i tym samym doceniłam go jako artystę – w  trudnych dla muzyków czasach PRL-u, Niemenowi udało się nie tylko osiągnąć sukces krajowy, ale także zagraniczny. Można go lubić albo nie lubić, ale na pewno trzeba go darzyć szacunkiem, bo sprawił, że nie byliśmy postrzegani tylko jako kraj usilnie próbujący naśladować, to co stworzyli nasi zachodni sąsiedzi, ale ziemia, która potrafi wydać piękne owoce w postaci zdolnych i oryginalnych artystów. Na koniec przytoczę tylko słowa Franciszka Walickiego wypowiedział się: „Nieraz przypominał mi samotnego samuraja: wolny, odważny, lojalny, bezgranicznie uczciwy, wierny zasadom, którymi kierował się w życiu”4. Anna Wyżga

L 0.

D. Michalski, Czesław Niemen. Czy go jeszcze pamiętasz?, Warszawa 2009, s. 27. 3 Ibid., s. 144. 2

EJ

A K NIEME E Z R K N A

6 ATA

Chwilę później powstał monumentalny utwór Bema pamięci żałobny rapsod, absolutnie nowatorski i przejmujący, który był odważnym krokiem w  nowy nurt muzyczny, mało znany w  Polsce. Czesław Niemen zaczął rozbudowywać swoje instrumentarium o  nowe syntezatory (Hammonda, Mooga) i założył nowy zespół, Grupę Niemen. Nagrali oni płytę Strange is this World w Monachium w  1972 r., zawierającym anglojęzyczną wersję przeboju Dziwny jest ten świat. Utwór jednak nie różnił się tylko językiem – opracowanie muzyczne jest awangardowe, częściowo za sprawą kontrabasisty Helmuta Nadolskiego, który potrafił wydobyć ze swojego instrumentu dźwięki, o których większości nawet się nie śniło. Do tego dochodzą improwizacje Niemena na klawiszach (ciągle poszukiwał nowych brzmień), co w  całości tworzy odmianę rocka progresywnego na poziomie takich zespołów jak Pink Floyd czy Vangelis. Wprowadzenie stanu wojennego zatrzymało rozwój kariery artysty, ale nie powstrzymało go to przed tworzeniem muzyki – Niemen zaczął pisać muzykę filmo-

RWĄ C

41

http://paplife.pap.pl/palio/html.run?_Instance=cms_paplife.pap.pl&_PageID=9&dep=34980&kat=10,12&depStart=16251&_CheckSum=1328620729, dostęp 18.09.2013. 4


#KRATA kultury

ZDECHLY GOLAB POKONAL moje marzenia Jestem przekonany, że to jeden z ostatnich ciepłych dni tego lata, tego lata które spędziliśmy wspólnie. – Tutaj patrzy z rozrzewnieniem, ale uśmiechnięty, z błyskiem w podkrążonym oku, czytając w twarzach swoich kompanów. Trudno mi nawet określić, czy teraz gdy moja klawiatura roni te słowa, mam już prawo opłakiwać koniec tej pory roku, tak jak robię to już od paru dobrych lat, ale wciąż nie „wielu”. Kalendarz mówi, że do jesieni jeszcze daleko. Jeśli chodzi o mnie, moje zmysły jej jeszcze nie wychwytują, ale to nie zmysły, a części ciała mówią mi najczęściej kiedy nadchodzi zima. Zbójecko czerwony nos to nie efekt nocnych pogawędek, ale tego, że praktykujemy je w nieprzyjaznych warunkach. Zaś komórki narządu słuchu wymierają z dzwoniącym gwizdem – ich własnym krzykiem, kiedy wracam do domu i kładę się spać. Robią to z charakterystycznym, niby-dźwiękiem słyszalnym jedynie przeze mnie. To ostatni raz kiedy słyszę coś na tej częstotliwości. Czy z to zimna, czy z ilości goryczy i radości jaka się przez nie przelała. To dziś mało ważne. Gdy dobrze się przypatrzeć widać wokół moich małżowin usznych zaczerwienienia od potoku ludzkich głupot i moich głupot. Słodkich, upajających, bezmyślnych bzdur produkowanych w tłoczniach i fabrykach młodych chorowitych serc. Każda zima sprawia, że obumiera mój własny wewnętrzny ekosystem. Taka gra. Powiem szczerze, że podobało mi się. Jazda jak nigdy. Batman i Robin z tematycznego parku Six Flags. Największa sieć parków rozrywki w całych Stanach Zjednoczonych. Ja mając dziewięć lat obrzygałem ten w Buffalo, w Stanie Nowy


Jork. Sprzedano go w 2007 roku. Sprawdźcie to. Holandia, Niemcy, Francja, Belgia – sprzedane. A wszystko to przez jednego zdechłego gołębia uderzonego przez kolejkę Batman i Robin. Nie wiem dokładnie jak to mogło się stać. Przecież nie mógł on po prostu wpaść na rozpędzony wagonik – uchroniłby go przed tym instynkt, który czyni z ptaka prawdziwego wirtuoza pilotowania swojej pierzastej egzystencji. To on po prostu nie mógłby mu pozwolić na popełnienie takiego karygodnego błędu. Po wielu latach, doszedłem do tego, że być może krążąca po kolistych torach kolejka, z wielką prędkością stworzyła pewien powietrzny wir, przez który lot nieszczęśnika stracił stabilność i skazał go na masakrę. Pasażerowie rozpędzali się w swoim szynowym pojeździe do wielkich prędkości, które liczyli w milach na godzinę, a potem zatrzymywali się i czekali, aż kolejka runie powrotem w tył, tak jak się zatrzymała, lecz tym razem pędząc wstecz – prosto w swego rodzaju ogromną spiralną studnię z żelaza. Niecodzienny widok. Właśnie w tej studni słychać było uderzenie jakby pięścią o blachę, a potem niektórzy zobaczyli czerwoną mgiełkę wyparowującego ptasiego móżdżku. Dzieci z rozdziawionymi mordami patrzą na spadające maleńkie truchło z aureolą flaków zaplątaną wokół szyi ptaszka. – Spójrz mamusiu, to Tweetie! – Szydził jakiś mężczyzna z zarostem czarnej szczeciny. Tym czasem podniebny horror trwa dalej. Ornitologiczny denat spada prosto na łeb wielkiego stiukowego Batmana, do którego to bracia Warner wykupili prawa od dwóch żydków, którzy wymyślili człowieka nietoperza. (A może to byli ci od Supermana? Tak, chyba tak.) A potem przyszło lato. Był skwar. Rozumiemy się? Jeśli kiedykolwiek byliście wtedy tam, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych na wschodnim wybrzeżu wiedzielibyście, że Amerykanie oddaliby wszystko za piwo, misterne machiny chłodzące, dezodoranty i specjalnie opiłowane klucze francuskie, dzięki, którymi otwierali zawory pobliskich hydrantów. To dopiero był raj dla dzieci. Uliczny park wodny. Kto wie czy nie lepszy niż wielkie Six Flags. Tęcza nad całą ulicą Clay i amerykański bród spływający z chodników. Brud o niepowtarzalnym zapachu. Brud o zapachu wolności i przyszłości. Pod upalnym słońcem rozgrywał się amerykański mit, którego istoty nigdy nie zgłębiano, ale celebrowano jego niezrozumiałą, poetycką miałkość. W tym oto piekącym słońcu zaglądającym przez dziurkę w ozonowym dachu naszej ukochanej planety. Największa jądrowa siła w naszym układzie planetarnym, wyłączając Ruskich, usmażyła zwłoki padniętego gołębia na chrupiącego upierdliwca, który zaczął śmierdzieć tak bardzo, że atrakcja kolejkowa Batman i Robin odstraszała wszystkich gości. Najlepiej zarabiająca z nich wszystkich. Największa z nich wszystkich. Atrakcja utrzymująca park niczym grawitacja. Wielka szczerbata przęsłami budowla wzbudzająca trwogę i litość tych, którzy przyglądali się, podziwiali i bali się jej – zgodnie z założeniami rozrywki. Zawsze z kolejki wycofywała się duża liczba gości. To było nieuniknione. Brano na to poprawki. Wyczekując na swoją kolej, ludzie wysłu-

chiwali wrzasków przerażenia i ekstazy uczestników zabawy. Widzieli rozwiane włosy i wyobrażali sobie jak wkręcają się one w żyroskopowe ramię, do którego przyczepiony był wózek, tym samym dokonując ekspresowego skalpowania ich głów i tych należących do ich najbliższych, z którymi przyszli spędzić czas w SixFlags w Buffolo, w Stanie Nowy Jork. Teraz wychodzili z kolejki głównie dlatego, że nie dało się w niej wystać nie puszczając pawia. Paw za pawiem, park za parkiem upadają do dzisiaj. Tego echa gardeł rozdartych w akcie rzygania nie jest w stanie nic zagłuszyć. Reakcja łańcuchowa porównywalna z Wielkim Wybuchem. Kolej rzeczy, ewolucja, wymieranie gatunku, upadek cywilizacji, zmierzch zachodu. Koniec lata, drogi czytelniku. Ameryka okazała skruchę i zwróciła się ku ulicy Clay, na której małe murzyńskie dzieciaki z Brooklynu tworzą z polskimi dziećmi szachownicę determinizmu. To właśnie w nich pokładała wszelkie nadzieje, kiedy upadł wielki łeb stiukowego Batmana. Musiała zmienić strategię, musiała objąć swoim ramieniem dzieciaki z ulicy Clay. Ameryka przeprasza – krople wody, wypełniające w pięćdziesięciu procentach każde dziesięć centymetrów (sic!) sześciennych gęstej atmosfery na ulicy Clay, wzlatują wysoko, ponad głowami dzieci i zmieniają się w parę, pod wpływem bezlitosnego jądrowego słońca. Właśnie dlatego, przy dobrych wiatrach, Statua Wolności płacze nad stiukowym Batmanem i upadkiem SixFlags, roniąc rdzawe łzy ze skroplonej pary znad ulicy Clay. Modli się wyciągając do jądrowego słońca swoje nagie, żelazne ramie – Niech tylko moi chłopcy z Nowej Huty, nie przebudzą się z amerykańskiego snu. – modli się i kaja przed atomowym słońcem – Niech tylko nie dojdzie do nich swąd zdechłej gołębicy. Nie możemy do tego dopuścić. Tak jest, klimat prawda? A teraz będą jaja dopiero: Klimat umiarkowany odpowie ktoś bystry i bezczelny, ale to nie dla nas. My polegliśmy w boju, przechodniu. Wierni, niewierni, nie ważne. Powiedz komu tam chcesz.Naprawdę – to był czas, rozumiecie?Oczywiście, zdarzały się momenty, kiedy serce podchodziło do gardła i można chyba powiedzieć, że po prostu bałem się, lub nawet byłem kompletnie przerażony, ale nigdy nie dałem tego po sobie poznać. Nie wstydzę się dziś do tego przyznać, kiedy już jest po wszystkim. W końcu ludzie biorą się za bary z większymi problemami niż demaskowanie ruskich szpiegów i niemieckich inwestorów – tak, drogi czytelniku. Życie Prawdziwego Twardego Publicysty nie jest usłane różami. – Poproszę nowego szampana, ten jest ciepły. – Ostatnio wstaję o tej nikczemnej porze dnia kiedy jeszcze trudno mówić o świcie, za to niejedna noc trwa w najlepsze w jakimś mieszkaniu na końcu bloku. Wsiadając do tramwaju oglądam przez rozpalające się światłem dnia szyby, żuli powracających z frontu swojego własnego chlania. Ga Ga O Bi o ba. Trzymajcie się chłopaki. Nie dajcie się zepchnąć za tę linię. A przecież, jeszcze niedawno nie było tak: Siedzieliśmy

43


#KRATA kultury

na ławkach i miejskich zagajnikach. Ga Ga o Bi o ba my. Siedzieliśmy tam z reinkarnacją Neala Cassady, czyli Darkiem Sromotą i człowiekiem, który równie pięknie pieścił gitarę zmuszając ją do miłosnych wyznań, co lał wódę w naszym, kiedyś, barze – w Rzymie. Miał na imię Jonasz i już nie pije. Przynajmniej nic o tym nie wiem. Prawdopodobnie by dzwonił. Jonasz miał brata Jeremiasza. Jeremiasz dalej pije. To wiem na pewno.Dzwoni.

sprawił, że nie urodziliśmy się gdzie indziej, z innymi płytkimi tęsknotami i gówniarskimi grafomańskimi marzeniami. O Bi O ba. Że jesteśmy pokoleniem X, wtedy kiedy pokolenie to już dorosło. Jak X do kwadratu – O Bi O ba. Nawet to bierzemy z zagranicy, nawet bezsens. Kompletny bezsens kurwa. Gołębie gnijące na głowach stiukowych Batmanów i Leninów. Import, eksport. Byłem. Wróciłem.

Wszyscy byliśmy dziećmi pokolenia ludzi, na oczach których wzrastał kapitalizm, powstawały firmy, zaczynała się prywatyzacja. To właśnie ci ludzie wzniecili rewoltę zakończoną przemianą ustrojową, ale zatracili ideały kiedy zrobiło się znów zbyt spokojnie – jak na nas Polaków, oczywiście. Bo tutaj musi coś się złego dziać, żebyśmy się przestali żreć między sobą itd. Znacie to? No to posłuchajcie dalej. Wąsaty Zbigniew Z. i jego pierwsza firma, prywatny zakład ślusarski, a w końcu intratna posada – konsumpcjonizm pełną gębą. A my? Boże pomiłuj – my mamy skazę genetyczną, rozmytego wroga i kompletny brak pojęcia co mamy robić, skoro wszystko możemy zrobić, podobno, jeśli tylko chcemy. Piękny jest ten kraj i XXI wiek. W efekcie pełnią życia, żyjemy tylko w naszym intymnym życiu wewnętrznym. Niby gardzimy tym całym zespołem wspaniałych wynalazków naszej szczytującej jebanej (wciąż) cywilizacji: konsumpcjonizmem, mediami, gadającymi głowami, telewizorami, ale w końcu to one nas wychowały – antyczny wręcz dramat. Pokornie buntujemy się więc i żywimy się tym, z czym chcemy walczyć. Fajnie, nie? Noc Reklamożerców, Dźieńreklamożerców, Noc żywych trupów – nie jesteśmy pokornymi zombie, a nasza zgoda i apatyczne podejście podszyte jest ironią, która pozwala nam przeżyć w Supermarkecie. Jest jak sztuczne skrzela, które sobie sami wyhodowaliśmy, tak jak zaczerwienienia za uszami. Jesteśmy na wrogim terenie – nie możemy dać zepchnąć się za tę linię. – Piliśmy piwo i ledwie trzymaliśmy się na nogach, co dopiero mówić o balansowaniu na tej cholernej linii, prawda? Wszyscy pokiwali głowami.

Ameryko! – łkałem jak Ginsberg tamtej nocy – Ameryko! Przyjmij mnie z powrotem! – dlaczego coś kazało mi wrócić, kiedy miałem dziewięć lat i nie miałem nic do powiedzenia. Mogłem zostać i sprzątać domy bogatych ludzi, żyjących tym snem co ja. Przyjmij mnie z powrotem! Mam już dziewięć lat i mogę sprzątać, a za rok będę już mógł być ojcem prawdopodobnie. To ja – zdatna socjologicznie jednostka! To już nie musi być American Dream, jeśli jestem zbyt świadomy i wierzę, że wasz prezydent jest jaszczurem z kosmosu. To może być American Hibernation 2.0, ale żebym dostał pełny social! Ameryko przepraszam za tego jaszczura, ale my jesteśmy dopiero na etapie masonerii i żydokomuny! Mogłem sprzątać, a robię drugie studia magisterskie i należę do nieistniejącej generacji, która dorosła w niepamięć. Do dupy Ameryko! To wcale nie jest cool.O Bi o ba kurwa twoja mać Ameryko i tych twoich uchlanych Indian, których spacyfikowałaś i uchlałaś na wszelki wypadek, gdyby mieli się upomnieć o swoją ziemię Ameryko! Ameryko O Ba!

Siedzieliśmy tak, wpatrując się w zamglone niebo i wypatrywaliśmy jakiegoś rodzaju wirów, tuneli powietrznych, które zabiorą nasze dusze nad New Jersey i tam zmieszają je z udręczonymi, mającymi Manhattan, Eden współczesnej cywilizacji, na wyciągnięcie ręki. A jednak ugrzęźli oni na przedmieściach.Wykluczeni z nurtu. Kompletna kicha. Ale miało to też swoje dobre strony: Betonowa dżungla to labirynt – taki z rodzaju tych laboratoryjnych, dla białych myszek, którym urządza się wyścig. Nie widzicie analogii? Ja gdzieś podskórnie ją wyczuwam.Korposzczórom zazdroszczę determinacji i chęci, ale nie szczęścia i talentu. Nie chciałbym ich po prostu zmarnować za 10 złotych za godzinę, czy ile tam. – Powiedział Sromota. Kiedyś chciał być malarzem. Ja jestem w jakiś sposób dumny z siebie. – odpowiedziałem mu po krótkim wahaniu. – Z tego miejsca, w którym jestem. Dziś posnujemy się po okolicy, później, wspólnie wzlecimy właśnie gdzieś tam, nie do końca wiedząc gdzie. Byle gdzie, byle tylko. – Włóczyliśmy się wzrokiem. Wypracowaliśmy cichą kulturę opartą na poufności, uświadomionym autoostracyzmie i zawierzeniu w to, że tylko determinizm

Ja tego tak nie zostawię – zakasał rękawy Jonasz – nie po to na ten świat przychodziłem, żeby odejmować sobie od ust. Co to w ogóle znaczy, że ktoś jest bogaty, a ja zejdę z tego świata i nigdy nie przejadę się cadillakiem do cholery? Gówno! – Wtedy poczuliśmy, że coś zaczyna poważnie śmierdzieć. Jakby swąd gdzieś zza oceanu, jakby wiatry zachodnie objawiły nam największy blamaż w historii. Jakby echo sprzed wielu lat. Reakcja łańcuchowa. – Wali zdechłym gołębiem. – Powiedział z powagą znaną sobie Sromota. A potem powoli opuścił głowę, przestał wpatrywać się już w nocne niebo i popatrzył na nas. „Musimy to zrobić” – powtórzyliśmy to zdanie chyba ze trzydzieści razy. Chyba każdy poczuł w sobie pewien rodzaj żalu, ale wiedzieliśmy, że musimy to zakończyć. Ona nie miałaby skrupułów jeśli chodziłoby o nas, choć tak wiele jej zawdzięczaliśmy i traktowaliśmy ją jak dobrą ciocię, jak matkę może nawet. – Ta kurwa nas okłamała. – W głosie Jonasza nie było gniewu, było za to coś co miało zabrzmieć jak nienawiść, którą próbował sobie wmówić by oczyścić umysł z wątpliwości. Do tego należy podejść pragmatycznie, pomyślałem, bez uczuć, nie angażować się – a później, udawać, że nic się nie stało, albo stało się to samo, samo i już. Musieliśmy zgwałcić i zabić Amerykę. Wytargaliśmy ją z tuneli powietrznych i zalanych hydrantami ulic. Biliśmy ją po twarzy, kiedy ona płakała cudzymi rdzawymi łzami. Potem związaliśmy ją i naigrywaliśmy się z niej. Jonasz kopnął ją mocno w


brzuch, tak, że przewróciła się i uderzyła mocno głową o chodnik. W tym momencie pobladł straszliwie, jakby nie był wstanie uwierzyć, że to robi, lub, że w ogóle to naprawdę on znajduje się teraz w jego ziemskiej cielesnej powłoce i kontroluje ją. Potem wbrew sobie, szybko, nim zdążył jeszcze się zawahać uderzył ją jeszcze raz wyprowadzając kopniak prosto w tyłek. But wszedł jej niemalże między pośladki i zawyła przeraźliwie. Im więcej krzyczała tym mocniej tłukliśmy, aż w końcu przestała i tłukliśmy ją dalej. Im bardziej angażowaliśmy się w ten akt, tym co raz mniej wątpliwości wyczytać można było z naszych bestialskich, agresywnych zachowań. Potem gwałciliśmy ją przez całą noc i zakopaliśmy w ogródku jordanowskim za naszą starą szkołą. To była jedyna rzecz, której nie przemyśleliśmy. Zaruchaliśmy ją na śmierć, a przecież mogliśmy jeszcze kazać jej wykopać grób tak jak to robią w hollywoodzkich filmach. No cóż. Nie można mieć wszystkiego. Poczuliśmy się w końcu wolni, jak ci dawaj od skuterów co obcięli łeb Gerardowi gdzieś na Śląsku. Tylko, że my nie chcieliśmy sprzedawać skuterów. Ten system tak nie działa, my idziemy o jeden krok dalej – tamci goście dali się nabić w butelkę. Nadal nie mieliśmy żadnych nowych pomysłów. Po prostu ustabilizowaliśmy sytuację, pomyślałem. Po prostu ustabilizowaliśmy sytuację. Koniec wyścigu. Nie zepchną nas.

45

Ostatnio często wstaje bardzo wcześnie rano. Wstaję, myję zęby – codzienna rutyna. Tyle, że przynosi mi ona jakąś niewyjaśnioną radość. Może tylko mi się wydaje, że to swego rodzaju przebłyski szczęścia, które próbuje sobie wmówić, lub staram się zamaskować nimi poczucie winy. Być może nadal jestem w szoku i nie wiem co czuję? Wychodzę z domu i idę aleją, z której potem zbaczam by przejść się małym terenem zielonym, gdzie rośnie kilka drzew. To jedyna leśna wycieczka, na jaką mnie stać, ale podobno zielony uspokaja. Właśnie tam, obok dużego drzewa, z którego wczoraj zaczęły spadać pierwsze żółknące liście, leży martwy gołąb. Leży tam już od paru dni, jestem tego pewien, bo raz niemalże na niego nadepnąłem. Nie śmierdzi, po prostu rozkłada się, wygląda jakby był suchy i mokry zarazem. Leży tam spokojnie, więc przyglądam mu się raz dziennie przez kilka sekund. Pierwszego dnia miał otwarte oko, jeśli dobrze pamiętam. Potem je zamknął, a jego głowa też jakby się zapadła, teraz przykrywają go liście i widać jeszcze tylko jego skrzydło. A co u Ciebie? – Wczoraj ukradli mi rower spod Rzymu. – Powiedział Prawdziwy Człowiek i zapalił papierosa. Był bardzo spokojny, słuchał i prześwietlał rzeczywistość odkodowując ją ze znaków, które mącą nam odbiór rzeczy takimi, jakie są naprawdę. – No tak. Ta knajpa schodzi na psy.

Greg Like

a:

ięcej…

w Czytaj

z Prawd

dej r a w T iwej

P

tyki n s y c i l ub

regptp g / m o ok.c om facebo ike.tumblr.c gregl


#KRATA kultury

FUCK CLOTHING

thefuckclothing.tumblr.com

FUCK THI


47

instagram.com/f_ck_clothing

IS - FUCK THAT - FUCK YOU FUCK ME -FUCK HARD


#KRATA kultury

Wilgotne powietrze unoszące się w oświetlonym tylko jedną lampą pomieszczeniu, nieznośnie wkradało się przez nozdrza do spragnionych bliskości płuc. Ze wszystkich rzeczy pewnych, miłość trwa najkrócej, a  podwójna wódka na lodzie, wypita jako wyraz tryiumfu stokroć lepiej smakuje. Ale, jak pisał Hłasko, można być pijanym również o dwudziestej w południe. Wydaje mi się, że miłość nie kończy się wcale wtedy, kiedy stajesz przed wyborem: wyspać się czy pojechać do niego, żeby przegadać ostatnie przyzwoite godziny(całą resztę pozostawiam pod osłoną alkowy). Miłości już dawno nie ma, gdy tylko pojawia się jakaś alternatywa dla wspólnie spędzonej nocy. Głośno wypuszczasz powietrze ustami, to dobrze. Dzisiaj nazywam się Jeanne Weber. Zastanawiam się, jak do tego doszło – przedkładasz cały świat ponad swoje własne dobro. Co gorsza, jesteś całkiem niezły w traceniu czasu, który przesypuje ci się przez palce. Zamiast w  pełni wykorzystać szansę, która się nadarza, zastanawiasz się, jak poinformować innych o  tym, co właśnie Cię spotkało. Jak gdyby pęto na twojej szyi cały czas nie pozwalało ci odwrócić się bokiem do kierunku jazdy albo – o  zgrozo – samemu obrać kierunek…Nazywam się Jeanne Weber albo wcale się tak nie nazywam. Topos wędrowca raptem z  XXI wieku bardziej mówi nam o  tym, nie GDZIE on zmierza, a  DO KOGO; bądź jeszcze dosadniej W  KOGO docelowo pragnie się przeistoczyć. I  nie jest to bynajmniej kwestia obrania właściwego systemu

wartości, czy też wypisania sobie w  rubryce wyznanie stosownej doktryny, którą planujesz (jak mniemam) tłumaczyć się ze wszystkich swoich błędów. Odnoszę wrażenie, że w  epoce, w  której przyszło nam żyć, jedynym kryzysem z  jakim powinniśmy się rzeczywiście zmierzyć jest ten egzystencjalny. Pochłonięci życiem innych tak bardzo zapominamy o  tym, by nie tyle godnie, co bardziej W PEŁNI przeżyć swoje własne. Po piątym oficjalnym rozstaniu, oznajmiamy całemu światu, że przecież MIŁOŚCI NIE MA. No może i  nie ma, ale nadal jest władza, wykształcenie, nadal są marzenia, niekoniecznie te związane z tym jednym cholernym imieniem i nazwiskiem. Cholera. Kiedy uzmysłowisz sobie, jak ciężko wyjść z tego hermetycznie zamkniętego pudełka zwanego „życiem, które do tej pory wiodłem”, zauważysz, że to w cale nie ja jestem tą pierdoloną Jeanne Weber. Kropka. W bezsenną noc, z bezdechem na ustach, miłość nie jest tym, o  czy marzysz dopalając papierosa z  OSTATNIEJ w  swoim życiu paczki. Poznanie refleksyjne nie polega na wepchnięciu ci knykci w  usta i  wsypywaniu racjonalizmu przez ucho. Od jutra już nie będę nazywać się Jeanne Weber, choć bardzo mi z tym do twarzy. Zmiana adresu, numeru telefonu, stanu cywilnego, pracy – to nic nie da. Nowe życie nie zaczyna się od zmiany otoczenia, tylko od zmiany perspektywy. *** Jeanne Weber (seryjna morderczyni, dusicielka) Barbara Wilk


49


#KRATA kultury

Student

2.13?

wersja

Są w  Polsce miasta, które są głównie znane z  posiadania...studentów. Ogrom uczelni, państwowych jak prywatnych, Uniwersytetów, Akademii, szkół podyplomowych. Setki kierunków, które brzmią mniej lub bardziej sensownie. Sprawiają wrażenie jakby dawały realna szanse na pracę po uzyskaniu tytułu zawodowego. Czy jednak na pewno? Nie jest tak, że odpowiedzialność spoczywa na uczelni a  na studencie? Moim celem nie jest rozwodzenie się na temat różnych kierunków studiów czy uczelni. Nie zamierzam ich porównywać, chwalić czy krytykować. Za cel obrałem studentów, a  raczej studenckie trendy, które na codzień obserwuje i przyznam, że wielu z nich kompletnie nie pojmuje.

Aby nie rozpisywać się nad sytuacją obecną posłuże się obsadą pracowników jednego z klubów w mieście królów Polski. Na selekcji i ochronie stoją 4 osoby, z których każda posiada lub jest w trakcie uzyskania tytułu magistra. Za barem pracują dwie osoby, z  których jedna posiada tytuł zawodowy licencjata, a druga, jak może być inaczej, magistra. Na zmywaku dorabia sobie doktorant. Czy więc chodzi o  zbyt dużą liczbe studentów? Zbyt łatwy dostęp na studia? A  może w  owym klubie pracują sami „humaniści”? Zdania są podzielone. Choć szanuję tych studentów, którzy z powodów sobie tylko znanych pracują zarobkowo, a  raczej dorabiają do życia w  mieście nie mogę zrozumieć jednej rzeczy...

Na początku było inaczej. I to było dobre Indywidualnie, ale z przytupem Inaczej czyli jak? Ciężko mi powiedzieć jak wyglądały studia 10 czy 15 lat temu. Byłem po prostu za mały, żeby się nad tym zastanawiać i obserwować. Choć wiem, że studia kojarzyły się bardziej z  elitarnym miejscem gdzie dostawała się garstka ludzi. Z  opowieści pokolenia „rodziców” czyli tych urodzonych w  latach 60 wynika, że moje skojarzenia były słuszne. Na zakład pracy zatrudniający 100 osób tytuł zawodowy magistra miało 2-3 osoby. Inżynier był traktowany z  założenia jako fachowiec w  swojej dziedzinie.

Jeżeli jakiś student musi lub chce pracować to oczywiście nie ma żadnej dyskusji na ten temat. Tylko dlaczego przy okazji musi robić przy tym zbolała minę i  wszystkim, przy każdej możliwej okazji opowiadać o  swoich trudach. A  że ciężko pogodzić pracę ze studiami (a  nie na odwrót), a że grafik w pracy ustawiony, że nie może chodzić biedny/biedna na zajęcia, a że musi się tłumaczyć, a  że wykładowca nie rozumie, a  że kiedyś było inaczej. Jakie jest rozwiązanie?


Studia zaoczne chyba zostały stworzone właśnie z myślą o takich sytuacjach. Oczywiście można mówić, że taki tryb studiowania jest płatny. No dobrze, ale skoro ktoś pracuje na pół gwizdka, bo jak tłumaczy musi chodzić na zajecia dzienne, to gdyby studiował zaocznie mógłby pracować na pełny etat. Ah, zapomniałem. Niestety często zdaża się, że w mydlarni, pizzerii czy sklepie nie ma na tyle godzin żeby wypełnić czas studenta na pełny etat. Argument, że w weekend trzeba odpoczywać? No cóż albo rybki albo akwarium. Jednak student jest człowiek sprytnym i  znajdzie sposób. Tym rozwiązaniem jest tak zwany Indywidualny Tok Studiów. Polega na zgodzie od prowadzących i  kierujących odpowiednimi jednostkami uczelnianianymi na zwolnienie z  obowiązku przychodzenia na zajęcia i  przyjścia tylko na egzamin, zaliczenie końcowe. Świetnie, ale z tego co obserwuje ¾ studentów zaczyna coraz głośniej ubolewać jak to ciężko jest załatwić ITS, bo przecież praca! Wykładowcy się nie zgadzają? Może to ja źle rozumiem ideę studiowania, która nie polega tylko na przyjściu na egzamin i zdaniu go ucząc się z notatek, kserówek wyłącznie innych osób lub po prostu sciągając. Inna sprawa to skąd te osoby, w  takiej sytuacji, mają czas żeby bez przerwy wrzucać zdjęcia na facebook-u  z  wyjazdów weekendowych i  stać godzinami w kolejkach po różne zaświadczenia, stypendia na uczelni? Przemykać zawsze do wykładowcy i prowadzić z nimi nie kończące się dyskusje? Praca nie hańbi, a co czyni lepszym? Ostatnio jestem atakowany przez zaproszenia nieznanych mi ludzi do udziału w organizacji XYZ zrzeszającej studentów. Świetne perspektywy, ciekawi ludzie, wspaniałe przygody i  jeszcze lepsze wyjazdy. Zacząłem się zastanwiać o  co w  tym wszystkim chodzi. Mój wniosek jest

następujący: towarzystwo wzajemnej adoracji studenckiej. Czy naprawdę przynależność do organizacji studenckiej to taki wielki wyczyn aby godzinami o  nim dyskutować, włączając w  to wszystkich niezależnie od ich woli? Czy nie wzięcie udziału w  programie wymiany studentów w  jakiś sposób dyskwalifikuje od uczestnictwa w  kulturze? Czy bycie wolontariuszem przy każdym, z  reguły żenującym, wydarzeniu artystycznym jest jakimś wyznacznikiem bycia lepszym? Oczywiście, że jeżeli ktoś pasjonuje się fotografią i  jest to jego hobby lub wiąże z  tym swoja przyszłość zawodową to uczestnictwo, przynależność do czegokolwiek z tym związanego jest słuszne. Ale to zaczyna być obligatoryjne. Ostatnio złapałem się na tym, że czuje się gorszy od reszty bo nie należe do żadnej organizacji studenckiej, i nie studiuje na dwóch kierunkach. Dlaczego? Po zastanowieniu przyszła mi ironiczna odpowiedź. „To nie prawda” oraz „nie mam na to czasu ani ochoty”. Mam swój własny tryb fukncjonowania i  nie staram się go nikomu narzucać. Na pewno w  powyższym tekście nie zostały zawarte wszystkie aspekty nowego podejścia studenta do życia. Jest on uproszczony, i  nie traktuje o  wszystkich. Przykleja łatki nie do końca sprawiedliwe. Ale spytajcie się sami siebie, Drodzy studenci, czy nie znacie choć kilku osób pasujących do takiego podejścia? Czy nie czuliście się nigdy zaszczuci nowymi trendami? Jan Szczepański

51


#KRATA kultury

MŁODZI ZDOLNI

Natalia Jura/ NaNa

Studentka wydziału grafikii. Uwielbia robić ilustracje przede wszystkim czarno-biale, nawiązujące stylem do XIX wieku. www.facebook.com/nanatujestizostaje


53


#KRATA kultury


55


#KRATA kultury


57

www.behance.net/nataliajura

www.facebook.com/nanatujestizostaje


#KRATA kultury

Bajka o antybohaterze część 2

Podniósł swoje ociężałe ciało i potoczył się w głąb tunelu. Mijał szarawe, popękane ściany kanału, przyozdobione nienagannie wymalowanymi obelgami, symbolami i nieprzyzwoitymi znakami. Kolejna odsłona ”malowideł naskalnych”, współczesna jaskinia Chauvea ukryta przed światem. Antybohater brodził przez brudne, bure kipiele ścieków – jedyną możliwą drogę do wolności. Jego małe, krwawoczerwone ślepia uporczywie wpatrywały się w niewidoczny punkt w ciemniejącej otchłani kanału. Wiedział dokąd idzie. Instynktownie i machinalnie, krok za krokiem podążał ku swojemu przeznaczeniu. Ludzie. Gdyby nie umiejętność zimnej kalkulacji i zobojętnienie na bodźce zewnętrzne, mając w pamięci swe początki i posiadając całą paletę emocji zapewne czułby żal, niechęć, smutek, żądze zemsty, przygnębienie, szacunek, respekt, strach, miłość, przywiązanie… W końcu te istoty były jego stwórcami. Bogami, którzy wlali w niego życie. Ojcami i matkami. Rodziną. Czyż nie takie odczucia powinny mu właśnie towarzyszyć? Powinien mieć wyrzuty sumienia. Powinien bić się z myślami. Balansować na krawędzi miedzy wielbieniem a nienawiścią do tych „wyższych” form życia. Z pewnością u początków jego ewolucji tak było. Jednak musiał być zły i idealny od początku. ponieważ udało mu się podjąć kroki w stronę przechytrzenia swojej , ułomnej, zwierzęcej natury. Nauczył się jak obejść system bodziec-reakcja. Potem zaczął zastanawiać się, knuć, analizować. Jak sprawny szachista, planujący rozgrywkę, w swoim misternie pszczórzonym planie, wybiegał , w przód o dziesiątki kroków.. Idea po, idei, posuniecie za posunięciem, budował konstrukcję, po której miał zamiar wspiąć się ku realizacji swoich niecnych zamierzeń. Kiedy wszystko zostało już skrzętnie opracowane, Pszczór zaczął powtarzać to punkt po punkcie, po kolei, tam , i z powrotem. Plan P krążył w jego głowie, niczym nieskończony ciąg znaków, słów i obrazów. Kropkę wieńczącą finał nieustanie gonił początek. Z czasem w głowie antybohatera nie było już miejsca na nic innego. Wspomnienia, emocje, uczucia… , Plan P. Powtarzany jak mantra stał się sensem życia. Nie było nic przed. Tylko plan P. Nie było nic teraz. Tylko plan P. Po planie P była tylko dalsza część planu P. Plan P osiągnął status absolutu. Objawiał się jako aksjomat. Antybohater stał się minimalistą i perfekcjonistą. Nie nosił już zbędnego bagażu, nie nienawidził, nie maił żalu, nie pragnął zemsty dla jakiejś dzikiej satysfakcji. Emocje były zbytecznym, źle ukierunkowanym pożytkowaniem energii. „Łzy są niepotrzebną utrata wody.” Szedł przez kanał pewnie nie spuszczając z oczu upatrzonego celu mijając kupkę śmieci. Zatrzymał się. Na ścianie po prawej stronie znajdowała się drabinka. Popatrzył w świetlisty punkt migoczący tam gdzie znikały szczeble. Cel. Koniec i początek. Pszczórze skrzydła zamachały szybko. Wprawione w ruch podźwignęły mokre ciało. Teraz antybohater piął się ku nieodwracalnemu. Ku zbrodni prawie doskonałej. To było jedyne rozwiązanie. Kompromis. Konsensus. Puenta. Plan P. cdn...


59


#KRATA kultury


Classic

Moto Show krak贸w 61


#KRATA kultury


63


#KRATA kultury


65

FACEBOOK.COM/BOLESTAMEDIA WWW.BOLESTAMEDIA.NETNE.NET


#KRATA kultury

(In) rainspotting Każdemu zdarza się czasami podróżować pociągiem. Choć może nie jest to najwygodniejszy środek transportu, to jednak często jedyne sensowne rozwiązanie, aby dostać się do miejsca docelowego. W Polsce ciężko mówić o nowoczesnych pociągach (co się tyczy „Pendolino” to poczekać będziemy musieli na powstanie odpowiedniej infrastruktury). Oczywiście można powiedzieć, że pociąg jak pociąg – ma swój urok, klimat, jest wygodniejszy bo można wstać, przespacerować się. Są również i tacy, którzy powiedzą, że to miejsce gdzie nieodłącznym elementem jest pijaństwo, smród potu, moczu i  papierosów oraz kradzieże. Zapewne prawda jest gdzieś pośrodku. Może powiązane jest to z  charakterem osoby podróżującej, a  czasami od szczęścia do znajdywania się w  złym miejscu o  złym czasie. Sam nie jestem zbyt wielkim podróżnikiem, jednak ostatnio spędziłem kilkanaście długich godzin w pociągu relacji Gdańsk – Kraków. O  spostrzeżeniach z  tej przejażdżki chciałbym opowiedzieć w kilku akapitach.

UPRZEJMIE PROSZĘ STANĄĆ W SZEREGU Od zawsze stresowałem się przed podróżą pociągiem. I  nie wynikał on z  tego, że wsiądę do złego pociągu, czy że on nie nadjedzie. Mój stres wynika ze świadomości spotkania z obsługą, lub jak niektórzy wolą, pracownikami kolei. Mamy kilka głównych podgrup. Pierwsza to pani sprzedająca bilety w  kasie. Druga to konduktorzy, którzy od zawsze kojarzyli mi się bardziej ze strażnikami w  więzieniu. Trzecia, na szczęście coraz rzadziej spotykana, to owiana zła sławą, Służba Ochrony Kolei. Jakiś czas temu dyskutowałem w  małym gronie znajomych o  reorganizacji PKP. I  faktycznie coś się zmieniło. Pracownicy kolei zostali na pewno przeszkoleni z  podejścia do klienta. Nie traktują ich już jak wroga numer jeden. Zostali, można by rzec, ugrzecznieni. Pani, u której kupowaliśmy bilety (podróżowałem nie sam) była szalenie miła i sympatyczna. Naprawdę pomocna w zrozumieniu niuansów znajdujących się na wydrukowanym bilecie oraz udzielenia wszelkich możliwych zniżek. Konduktor. Człowiek, który od zawsze zachowywał się tak jakby oczywiste było, że pokazując mu bilet z ulgą studencką, muszę


oszukiwać.. Oglądał legitymację z  miną wielce niepocieszoną, szukając ukrytych znaków wodnych (bo nie rozumiem w jakim innym celu obracać przez 5 minut karteczkę 9 na 5 cm). Od wrażenia, że minął się z  powołaniem, brakowało tylko psa obnażającego kły. To akurat się nie zmieniło, jednak miło jest po tylu latach smutnych doświadczeń w  końcu usłyszeć „Dzień Dobry, bilety do kontroli” zamiast „Bilet!”. Niewiele, a cieszy. O  grupie trzeciej czyli SOK-istach nie mam nic do powiedzenia. Może poza tym, że jest ich coraz mniej i  zastępowani są przez, często równie miłych, niepełnosprawnych lub oderwanych od łopaty ochroniarzy.

INSPIRACJĄ DLA ZŁODZIEJA JEST... Z rozmowy, którą słyszałem kilka dni temu. Jedna koleżanka mówi tak: „Wiecie, należy uważać w pociągach bo kradną. Jak się jeździ w nocy, to wrzucają gaz usypiający do przedziału, po czym jak już wszyscy śpią, to wchodzą w maskach i okradają ze wszystkiego.” Na taką historię reakcja towarzystwa była następująca: „W jakim to było filmie?”, „Trochę nieadekwatne to realiów”. Następnie padło stwierdzenie, że należy pieniądze rozlokować po różnych kieszeniach, część schować np. w książce, a część w kosmetyczce. 67

Głupio się przyznać, bo choć sam tak zrobiłem, to po wycieczce zreflektowałem się w następujący sposób: przecież złodziej kradnie cały plecak, walizkę, a  wszystkie skrytki są rozlokowane właśnie w tym bagażu! Jednak jestem zdecydowanym zwolennikiem teorii, że to okazja czyni złodzieja. Nie inaczej było podczas mojej ostatniej podróży. Około 8 z 12 godzin podróży pociąg zatrzymał się w  pewnej miejscowości. Jest 15.00, duży ruch na dworcu, za okna widać ludzi pośpiesznie wchodzących i  wychodzących (choć powinno być odwrotnie) z wagonów. Po krótkiej chwili pociąg rusza. Niespełna minutę później na korytarzu krzyk i lament. Pani w wieku około 35 lat, blisko płaczu woła konduktora. „Jezu proszę pana, okradli mnie! Nie mam środków do życia! Jezu gdzie się ten pociąg zatrzymuje!”. Wspaniała postawa konduktora, który uspokaja panią i pyta czy chce wysiąść wcześniej. Zabiera jej walizkę, pani biegnie za nim na początek składu do dyspozytora. Pociąg zatrzymuje się w szczerym polu na niecałe kilkanaście sekund, po czym rusza. Pani


#KRATA kultury z telefonem w ręku, walizką pod pachą oraz plecakiem na plecach przedziera się w stronę zabudowań. Może i  cała sytuacja nie byłaby nadzwyczajna, gdyby nie zdanie, które wypowiedziała idąc za konduktorem,a  przechodząc koło mojego przedziału: „Jezu, no cały portfel mi ukradli, wyciągnęli z plecaka, a przecież miałam zasunięty zamek na kieszeni!”

BYŁA OBSŁUGA, BYŁA KRADZIEŻ. A CZY TO MIEJSCE JEST WOLNE? Jedną z  największych atrakcji kolei są pasażerowie. Zagadnienie zostało wybitnie przestawione w  filmie Marka Koterskiego „Dzień Świra”. Oczywiste jest, że nie każdy ma ochotę rozmawiać, nie z  każdym lub nie o  wszystkim. W  moim przedziale tylko ja i  moja towarzyszka jechaliśmy od początku trasy do samego końca. Konsekwencją tego jest oczywiście duża rotacja osób w  przedziale. Tak więc podróż rozpoczęła się dość tradycyjnie. Wchodzimy do przedziału (miejsca w  całym pociągu tylko z  miejscówkami), a  tam na naszym miejscu przy oknie siedzi dość spory facet, który na delikatną sugestie, że zajmuje nie swoje zignorował ją. Trudno. Zaczytany był w  najbardziej poczytną gazetę w  Polsce, więc wybaczyliśmy mu. Zasiedliśmy więc naprzeciw niego. Chwilę później wsiada następny pan. Zniszczona twarz, lekko obdarte ubranie. Myślę sobie: „Co za wieśniak”. I  znów musiałem się skarcić w myślach za głupie osądy i moje chamstwo. Pan okazał się bardzo kulturalnym, acz prostym człowiekiem. Ukłonił się wchodząc, pożegnał wychodząc, odbierając telefon wyszedł z przedziału porozmawiać. Jedziemy dalej. Wsiada Pani, która ma ochotę pogaworzyć. I  zaczyna polityczny monolog. Akurat byłem w  trakcie drzemki więc wrażenie miałem jakbym słuchał katarynki. Po kilku minutach kiedy nikt jej nie odpowiedział przestała i...wyszła. Była młoda dziewczyna, która prawdopodobnie jechała do Krakowa na 1 rok studiów. Jej znajomi, którzy ja żegnali na przystanku zapadli mi w  pamięci dość dokładnie. Grupa emocjonalnych dzieciaków, wygrażających dla śmiechu pięścią (sugerując, żeby się nie bała podróży) w moim kierunku. Dziewczyna rozsiadła się wygodnie pod oknem na wprost nas (pan już opuścił nas wcześniej) a walizkę uwaliła na dwóch miejscach obok siebie. Miałem być może mylne wrażenie cwaniackiej satysfakcji na jej twarzy, kiedy ona siedziała wygodnie, a cztery osoby gniotły się naprzeciwko niej. Nie myliłem się na pewno co do mojej intencji wyrzucenia jej walizki za okno.


Nasz przedział był zresztą bardzo wesoły. Wciąż wchodził ktoś omyłkowo z innego. Wpierw młoda para studentów, którzy po rozlokowaniu bagaży uświadomiła sobie, że ma miejsca 66 i 65 a nie 56 i 55. kilka godzin później, przez korytarz słychać starszego mężczyznę, który głośno komentuje swoje wysiłki z  przedzierania się. Wpada do przedziału i już w drzwiach stwierdza, że: „oho, ale my mamy miejsca pod oknem” na którym oczywiście ja siedzę. Przedziera się z walizką rozmiarów przeciętnego człowieka i  pewnie tej samej wagi (sądząc po grymasie bólu jaki przeszył twarz jednego z pasażerów, kiedy walizka oparła się na jego stopie). I z niemała złośliwą satysfakcją, mówię do Pana, że my również mamy te miejsca i  może coś się mu pomyliło. On pokazuje bilet i  prosi abym sprawdził. Jasne jak słońce. Miejsca: 46 i 45 . Lekko speszony robi zwrot, na ile to możliwe w tak małej przestrzeni i ponawia rajd z  walizką do przedziału obok. 5 minut później słyszę głośny walnięcie w ściankę za moją głową. Pada hasło „walizka” i wszyscy wybuchają śmiechem. Słowo to rzucił najciekawszy człowiek z całej podróży, i który zainspirował mnie tak naprawdę do napisania tego tekstu. O  nim, a  raczej o  naszej specyficznej rozmowie nie sposób napisać krótko. Z  szacunku do historii, którą opowiedział powstanie zupełnie odrębny tekst.

Podróże pociągami są specyficzne i  dostarczają wiele ciekawych doznań. Rzadko zdarza mi się, abym zaobserwował i  zarejestrował w  sobie tak wiele skrajnych emocji, aby w  ogóle chciało mi się o  tym pisać. Być może jest to jeden wyjątek od reguły. Prawdopodobne również, że jest to wynikiem mojego lichego doświadczenia z  podróży pociągami, braku przyzwyczajenia. A Może po prostu jednak posiadam w sobie empatie potrzebną do in trainspottingu. Jan Szczepański

69


#KRATA kultury


www.slyszejakpachniesz.pl

71


#KRATA kultury

kratakultury@gmail.com


Kk2