Page 1

27

#

VHS HELL KRWIĄ PISANE CZĘŚĆ 2 SEKS, SZATAN I SUTANNA WYWIAD: KRYSTIAN KUJDA (VHS HELL) PO CO NAM KINO NUNSPLOITATION? FILMY: Babysitter Wanted, Cherry Tree Lane, Diabły, Dom z kości, Dread, Flavia: La Monaca Musulmana, L’altro Interno, Matka Joanna od Aniołów, Nie patrz w górę, Seijû Gakuen, Shudojo: Nure Nawa Zange KSIĄŻKI: Cierpliwość pająka, Czekaj na odpowiedź, Krwawe igrzyska, Statek, Wielka księga potworów Tom 1, Ymar KOMIKS: Piekielny zakon, Śnienie: Przez bramy z rogu i kości AUDIOBOOK: Dom na wyrębach MACIEJ LEWANDOWSKI „MIEJSKIE STRASZYDŁO” (OPOWIADANIE) ŁUKASZ PYTLIK „SPOJRZEĆ W BLASK” (OPOWIADANIE) RAFAŁ KULETA „WYEKSPLOATOWANE” (HORROR NA 100 SŁÓW) R. KULETA, O. KOŁODZIEJCZAK, A. JARMOŁOWSKA „MOKRA KAPLICZKA” (KOMIKS)


Każdy z nas spotkał się z filmowym wizerunkiem złej, perwersyjnej zakonnicy. Postacie takie przewijały się przez wiele mainstreamowych hitów jak „Zły porucznik” Abla Ferrary, czy chociażby „Maczeta” Rodrigueza. Aby jednak w pełni zrozumieć fenomen demonicznych sióstr zakonnych warto bliżej przyjrzeć się historii jednego z najdziwniejszych i kontrowersyjnych nurtów filmowych zwanego nunsploitation. Rozglądając się za narodzinami nunsploitation polski widz nie musi specjalnie daleko szukać. Wystarczy cofnąć się w czasie o pół wieku. Na początku lutego 1961 r. w rodzimych kinach miała miejsce bowiem premiera filmu mającego stać się jedną z głównych inspiracji dla przyszłych twórców tego gatunku. „Matka Joanna od Aniołów” to przepięknie nakręcona historia opowiadająca o egzorcyście, który przyjeżdża do małego klasztoru w celu zbadania sprawy grupy zakonnic rzekomo opętanych przez diabła. Młody ksiądz pomimo modlitw i usilnych starań wydaje się być bezsilny wobec wszechobecnej złowieszczej aury. Wkrótce sam staje się jej ofiarą, odkrywając narastające świeckie uczucie wobec tytułowej przeoryszy… Jerzy Kawalerowicz zaprezentował nam szokujący, a jednocześnie hipnotyzujący obraz przesiąknięty mrocznym, ciężkim klimatem. Dramatyczna historia opisana przez samego reżysera w jednym

z wywiadów jako „(…)konflikt uczuć ludzi w habitach o psychice ludzi bez habitów” wzrusza nas jednocześnie skłaniając do refleksji. Film sam w sobie nie należy do kina eksploatacji, lecz z pewnością otwiera pewną furtkę do wykorzystania tematu w nieco inny, zdecydowanie bardziej perwersyjny sposób.

Pierwszym krokiem w kierunku wyznaczenia pewnych ram gatunku był włoski obraz „La monaca di Monza” z 1969 r., nakręcony przez Eriprando Viscontiego, wnuczka słynnego twórcy „Zmierzchu Bogów”, czy „Śmierci w Wenecji”. Film, oparty na prawdziwej historii Virginii De Leyvy, podnosił poprzeczkę kontrowersyjności wprowadzając subtelne elementy erotyki, tortury, czy wątek narodzin


Text: Tymoteusz Raffinetti

dziecka przez bohaterkę. Prawdziwym przełomem okazał się natomiast obraz pt. „Diabły” w reżyserii Kena Russella. Po raz pierwszy ukazał on tak dobitnie seksualną frustrację zakonnic połączoną z ich bezwzględnym sadyzmem. Serwując nam orgię półnagich mniszek z wykorzystaniem ściągniętego znad ołtarza posągu Jezusa, Russell ostatecznie przełamał wszelkie tabu związane doUtrzymane w podobnej konwencji, lecz tychczas z tematem. zrealizowane zdecydowanie sprawniej okazały się dwa obrazy Włocha Domenico Paloellego. „Le Monache di Sant’Arcangelo” oraz „Storia di una monaca di clausura” osadzone są w XVI i XVII wieku. Obydwa tytuły ostatecznie utrwaliły cechy charakterystyczne dla gatunku: motywy lesbijskie, próbę gwałtu, narodziny dziecka w obrębie klasztoru, czy też morderstwa, tortury i samookaleczenia dokonywane przez zakonnice. Reżyser Forma ta została podchwycona przez wyraźnie przeciwstawił zło reprezentowaJesusa Franco, który w 1973 udostępnił ne przez skorumpowany Kościół z dobrem publiczności tytuł zawierający wszelkie po stronie sióstr zakonnych – ich lojalnoniezbędne dla nunsploitation składniki. ścią wobec siebie i więzami jakie łączą je „Die Liebesbriefe einer portugiesischen z ich kochankami. Najlepiej obrazują to Nonne” okazał się jednak w przeciwień- słowa skazanej na śmierć przez inkwizystwie do poprzednich filmów nieco roz- cję bohaterki pierwszego z filmów: czarowujący, pomijając całkowicie fabułę na rzecz ocierających się o pornografię scen erotycznych. Warto również dodać, że Franco stworzył tu jedną z najbardziej absurdalnych postaci diabła w historii kina. Otóż władca piekieł został przedstawiony jako żywiołowy człowieczek w czerwonym kapturku, obdarzony przez naturę wystającym ze środka czoła pojedynczym rogiem oraz owłosionymi rękami… Nieco kuriozalny może wydawać się fakt, że film znalazł mimo wszystko „Sądzicie mnie za korupcję i okrucieńrzeszę swoich fanów, spośród których stwo. Czy jestem bardziej skorumpowawiększość ochrzciła go nawet najlepszym na i okrutna od was? Grzeszny związek, doprawdy… Wykorzystałam jedyną szandziełem hiszpańskiego reżysera…


sę na uczucie jaką miałam. (…) Mówię prawdę, teraz kiedy mogę to zrobić po raz pierwszy w moim życiu. Prawo Kościoła jest nieludzkie i uczyniło mnie tak samo nieludzką istotą jak wy. Ale ja wiem, że posiadam duszę. I przynajmniej jest ona wolna”.

Kolejny polski akcent w historii nunsploitation to głośny film Waleriana Borowczyka pt. „Interno di un convento” z 1978 r. Reżyser niemal całkowicie postawił na erotykę implementując w obrazie jedynie śladowe ilości fabuły. Wśród najbardziej charakterystycznych momentów należy wymienić scenę, w której jedna z zakonnic masturbuje się przy lustrze wibratorem ozdobionym wyrzeźbioną twarzą Jezusa. Jednym z najbardziej znanych obrazów gatunku jest „Flavia, la monaca musulmana”. Dzieło Gianfranco Mingozziego opowiada o XV-wiecznej mniszce, która buntując się przeciwko Kościołowi, dołącza do islamskich najeźdźców. Tytuł wyróżnia się mocno na tle innych ze względu na swój skrajnie feministyczny wydźwięk. Tytułowa Flavia wielokrotnie sprzeciwia się dominacji mężczyzn w jej świecie. „Dlaczego tylko mężczyźni muszą o wszystkim decydować? (…) Czemu Bóg jest mężczyzną? Ojciec, syn i duch święty: wszyscy są mężczyznami. Nawet dwunastu apostołów, każdy z nich jest mężczyzną.” W koń-

cu, nadzorując egzekucję własnego ojca, bohaterka wypowiada słowa: „Zapłacisz mi teraz za sprowadzenie mnie do świata zdominowanego przez mężczyzn!”

Ostatnim filmem, który postaram się przybliżyć w tym artykule jest „Suor Omicidi” z 1979 r., znany również jako „The Killer Nun”. Obraz łączy w sobie cechy charakterystyczne dla nunsploitation z thrillerem kryminalnym. Fabuła opowiada o zakonnicy, która po operacji usunięcia guza mózgu, zaczyna zachowywać się w dziwny sposób, uzależnia się od morfiny i nawiązuje intymną znajomość z młodą siostrą. Wkrótce w szpitalu mają miejsce tajemnicze morderstwa, a główną podejrzaną staje się główna bohaterka filmu. Wraz z rozwojem akcji Gertrude wpada w coraz większy szaleńczy wir, a widz do samego końca nie jest pewien, czy jest ona winna zbrodni, czy też ktoś stara się ją w nie wrobić. Gatunek stał się również popularny w Japonii, jako pretekst do otwartego krytykowania instytucji religijnych. Wśród najbardziej znanych tytułów należy wymienić m.in. „School of The Holy Beast” Norifumi Suzukiego, „Cloistered Nun: Runa’s Confession” Masaru Konumy, „Sister Lucia’s Dishonor” i „Wet and Rope” Koyu Ohary, czy też „Electric Bible: Sister Hunting” Mamoru Watanebego.


„Satanico Pandemonium” (1975) Siostra Maria, poświęcająca swoje życie, aby służyć potrzebującym zostaje opętana przez szatana. Od tamtej chwili jej jedynym celem będzie poprowadzenie pozostałych zakonnic na drogę zła.

„To the Devil a Daughter” (1976) Natassja Kinski w roli młodej zakonnicy, której niewinność zostaje zagrożona przez demoniczną sektę okultystów. Klasyk wytwórni Hammer.

„Sister Emanuelle” (1977) Laura Gemser jako dziennikarka podróżująca po świecie w poszukiwaniu erotycznych przygód. Wbrew wszelkim regułom serii, tym razem zostaje… zakonnicą.

„Alucarda” (1978) dwie sieroty, zakonnice, orgie, egzorcyzmy i cygańska magia, a wszystko w towarzystwie niepokojącego, surrealistycznego klimatu. Na szczególną uwagę zasługuje kapitalna Tina Romero w roli tytułowej Alucardy.

„Demonia” (1990) Duchy satanistycznych zakonnic szykują swoją krwiożerczą zemstę na grupie archeologów, czyli nunsploitation w wersji mistrza gore Lucio Fulciego.

„Sacred Flesh” (1999) Praktycznie pozbawiony fabuły, obfitujący w odważną erotykę film mający być hołdem dla kina z gatunku nunsploitation.


MATKA JOANNA OD ANIOLOW MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW Polska 1961 Dystrybucja: Best Film

Reżyseria: Jerzy Kawalerowicz

się złego ducha. Jednak z czasem całe przedsięwzięcie osiąga skutek przeciwny. Niewinne kobiety nie pozbywają się złych mocy ze swoich pobożnych serc, natomiast ksiądz wydaje się coraz wyraźniej opowiadać po stronie zła.

„Matka Joanna od Aniołów” jest adaptacją powieści Jarosława Iwaszkiewicza. Przelanie tekstu na kliszę filmową zwykle wiąże się z problemem oryginalności, adekwatności czy wreszcie talentu. Dzieło literackie samo w sobie budowane jest po to, by w pełni wyczerpać temat oraz unaocznić widzowi wszystko, co autor miał na myśli. Film, wykoDzieło Jerzego Kawalerowicza zatytuło- rzystując inne środki wyrazu, takie jak wane „Matka Joanna od Aniołów” pocho- obraz i dźwięk, dąży do tego samego, dzi z roku 1961. W światowym kinie jest co lektura. Ponadto zarówno pisarz, jak to jeszcze początek zainteresowania twórców filmowych szczególnymi dziełami z tego zakresu, opowiadającymi w bardzo drażniący sposób o kolejnych przedstawicielkach kleru uwodzonych przez Zło. Ze względu na specyficzne podejście Polaków do wiary i religii dzieło Kawalerowicza jest niesamowite w swoim wyrazie. Obsada: Lucyna Winnicka Mieczysław Voit Anna Ciepielewska Maria Chwalibóg

Text: Joanna Konik

X X X X X

Jak przystało na rodzime dzieło filmowe, widz przeniesiony jest na tereny Smoleńszczyzny, gdzie oczom jego ukazuje się zakon, którego zwierzchniczką jest Matka Joanna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wszystkie kobiety zamieszkujące zakon opętane są przez szatana. Na pomoc niewiastom przybywa ksiądz Suryn, który poprzez modlitwę, kontemplację i ostatecznie odprawianie egzorcyzmów pragnie pozbyć

Przeglądając kolejne pozycje filmowe traktujące o zakonnicach, nie sposób nie wspomnieć o polskim wkładzie w rozwój nurtu nunsploitation.

6


i reżyser traktują materiał, na którym się opierają, jako punkt wyjściowy, który jest tylko bodźcem do stworzenia swojego własnego dzieła. Dlatego właśnie czasem ciężko znaleźć złoty środek pomiędzy wiernością adaptacji tekstu w dziele filmowym a własnym wkładem reżysera w swój film. Na twórcach filmowych spoczywa obowiązek wyciągnięcia najlepszych elementów prozy i zaadoptowanie ich w nowym dziele z odpowiednią dawnajdelikatniejszy sposób, ale mimo to ką wkładu własnego. z pewnością każdemu widzowi dał sporo do myślenia. Zarówno gra aktorska Trudno oprzeć się stwierdzeniu, że pol(zwłaszcza Lucyny Winnickiej oraz Mieski film rozgrywający się w polskich reczysława Voita w rolach pierwszoplaaliach tematy związane z wiarą i religią nowych), jak i scenografia oraz zdjęcia musi traktować w odpowiedni sposób. doprowadzone są przez niego do szczyDlatego właśnie Jerzy Kawalerowicz tu artyzmu. Odpowiednie odniesienie w gruncie rzeczy nie nakręcił dzieła opoi naddatek w stosunku do prozy Iwaszkiewiadającego o nawiedzonym zakonie, wicza sprawiają, że film „Matka Joanna tylko arcydzieło filmowe, które stanowi od Aniołów” jest jednym z najlepszych obcały wachlarz mistrzowskich obrazów. razów filmowych wszechczasów. Reżyser potraktował temat w możliwie

7


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Maciej Lewandowski Miejskie Straszydło

Krążący nad tonącym w wiosennym deszczu Toruniem liść buku opadał coraz niżej, rzucany podmuchami wiatru. Pod nim nieprzerwanie płynęła rzeka ludzi, tłoczących się wąskimi chodnikami. Głównymi arteriami miejskiego organizmu sunęły, migały i huczały blaszane cielska pojazdów. Wirujące drobiny ulicznego kurzu grzęzły w ołowianych oparach. Liść, trafiony kroplą, runął ku ziemi. Wbił się w bezkształtną wielogłową poczwarę, pomrukującą setką głosów, sunącą przed siebie bez celu. Zielony płatek buku rozpłaszczył się na mundurze policjanta. Gliniarz niedbale strząsnął napastnika, gubiąc przy tym lśniącą, dwuzłotową monetę. Pieniądz potoczył się niezauważony, grzęznąc w ulicznym brudzie kilka metrów dalej, u szczytu schodów wiodących do zapomnianej piwnicy. Chwilę później monetę znalazła dwójka smarkaczy, skracających zaułkiem drogę do centrum. Gdy się schylali, w szarej, tłustej od brudu piwnicznej szybie dostrzegli pokraczny kształt. Ciekawość zwyciężyła. W piwnicy panował mrok. Odór rozkładających się szczyn i przetrawionego alkoholu gryzł oczy, wyciskając ciężkie łzy. Postąpili kilka niepewnych kroków. Dookoła straszyły resztki ludzkiej obecności. Kopnięta puszka z metalicznym łoskotem potoczyła się ku hałdzie bezpańskich śmieci. Przed nimi majaczył kształt przypominający starą żelazną ramę łóżka. Potrzaskane meble piętrzyły się obok. Wszystko wyglądało niby znajomo, ale jednocześnie obco, inaczej. Kulawy stołek, tak dobrze znany z babcinej kuchni, jawił się tu jak twór obcej formy życia – przybysz z innego wymiaru. Rozklekotany szkielet dziecięcego wózka przywodził na myśl groteskowego pająka. Ciemność wypaczała, zmieniała. Zadrżeli mimowolnie.

8


[ Maciej Lewandowski - Miejskie Straszydło ]

Michał czekał niezdecydowany. Najchętniej rzuciłby się ku schodom, zostawiając to upiorne miejsce daleko za sobą. Niestety. Był większy i starszy od Piotrka. Wycofanie się w tym momencie oznaczać mogło utratę autorytetu lub nawet posądzenie o cykora. Matka nieraz opowiadała o takich miejscach i potworach czających się w Ciemności. Nie uwierzyłby, ale ojciec też to mówił. Powiedział nawet więcej niż mama, ale dopiero jak poszła robić obiad. W Ciemności żyją Oni, Koszmary. Mają macki. Łapią nimi dzieci, krzywdzą i pożerają, tak by rodzice ich nigdy nie odnaleźli. O tak. Oni, stwory, które ukrywają się w mroku miasta... Piotrek przez chwilę zastanawiał się nad konsekwencjami ucieczki. Piwnica przerażała, ale nie bardziej niż pokój nocą. Zwłaszcza jak tato nie domykał szafy. Jasne, gdyby ktoś zapytał, to by powiedział, że nie ma potworów, a Ciemność to tylko ciemność... Zagryzł wargi. Powiedziałby tak, bo tata i mama mówili, że nie ma potworów. Może nie ma, ale co jeśli się mylili? Babcia Irena często powtarzała, że tato jest niedouczonym idiotą i wie o świecie tyle co świnia o matematyce. Piotrek nie miał pojęcia, ile świnie wiedzą, ale zakładał, że niewiele. Co jeśli tato się mylił? Spojrzał na Michała – stał niewzruszony, rozglądając się po piwniczce. Westchnął. Postąpił krok przed siebie, schylając się po wyszczerbioną nogę stołową.

Coś się poruszyło pod przeciwległą ścianą. Coś dużego, ukrytego

przed wzrokiem chłopców. Dopiero teraz dostrzegli resztki drzwi, żałośnie wiszące na przerdzewiałych zawiasach. Za nimi ziała pustka. Skrzypienie skorodowanego metalu przecięło ciszę piwnicy, gdy potrzaskany trup drzwi poruszył się nieznacznie. Stara, pokryta rudym osadem puszka wytoczyła się ze sterty śmieci. Zgrzyt... zgrzyt... zgrzyt... Wolnym, ostentacyjnym ruchem dotarła do chłopców, zatrzymując się tuż przed tenisówkami Piotrka. Zaszeleściły stare gazety. Jakiś rupieć runął z wysokości.

9


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Zaśmierdziało tysiącem zgniłych jaj. Piotrek odskoczył niczym rażony, ciskając przed siebie ułamany fragment mebla. Z Ciemności dobył się przeciągły, pełen furii ryk. Chłopcy instynktownie przenieśli ciężar ciała na silniejszą, dominującą nogę, tak by zyskać lepsze wybicie do biegu. – W no... – Michał nie zdołał dokończyć, coś chwyciło go za kostkę. Poczuł dotyk szorstkiej, chropowatej wężowej skóry. Upadł na cuchnącą, pełną robactwa i szczurzych gówien ziemię. Z rozbitej brody pociekła krew. Nozdrza przeszył odór zgnilizny i zaschniętych wymiocin. Słyszał wrzask przerażonego Piotrka, nieporadnie bijącego zaciśniętą łapę. „Koszmar z Ciemności” krzyczał oszalały ze strachu rozum. – Uciekaj, gówniarzu! – ryknął resztką sił. Niespodziewane, brutalne uderzenie pozbawiło Michała przytomności. Ostatnią rzeczą zarejestrowaną przez przerażony umysł był widok Piotrka dopadającego zalanych słońcem schodów. Z kojącą, dziwnie uspokajającą myślą chłopiec osunął się w nicość. Nie widział, jak malec przewraca się na butelce od piwa, rozbijając nos o skruszony beton. Nie widział, jak z Ciemności wypryska ogromny, pokraczny kształt i pochyla się nad bezbronnym chłopcem. Michał nie widział pożółkłych zębów i krogulczej łapy tłumiącej krzyk przerażenia. Nie widział cieni pochłaniających Piotrka. Nikt nie usłyszał krzyków. Utonęły w kakofonii samochodowych klaksonów, ludzkiego gwaru i płaczu syreny ambulansu, odbijającego się od ścian szarych budynków. Policjant rozglądający się za zgubioną monetą nie dostrzegł wykrzywionej przerażeniem twarzy małego Piotrka. Jego partner najwidoczniej opowiedział żart, bo obaj, śmiejąc się, zniknęli uniesieni ludzką rzeką. Piotrek przepadł w mroku, porwany przez istotę żyjącą w Ciemności. Toruń 2010

10


Poznaj grabarzy. Odkrywamy ich tajemni ce. W każdym numerze nowa sylwetka

TECZKA AKT PERSONALNYCH Joanna Konik GP: Redaktorka, recenzentka,

specjalistka od mrocznych koncertów

Co cię skłoniło aby zostać grabarzem? Miłość do kina grozy, szczególnie tego pominiętego we

wszelkich rankingach.

Co lubisz w życiu poza grzebaniem zwłok? Lubię rozmyślać nad sensem istnienia. Jaki film powalił cię ostatnio na cmentarną glebę? „Dark Eyes of London”. Ulubiony film rozgrywający się w środowisku grabarz y? „Corpse Vanishes”. Największe horrorowe rozczarowanie w ostatnim czasie? Zasadniczo od końca lat 70. ciężko cokolwiek dobrego znaleźć w kinie (nie tylko kinie grozy). Freddy czy Jason? Cóż za pytanie! Oczywiście, że Jason! Co czytujesz kiedy nie trzeba akurat nikogo grzebać ? Foucault, Mukarovsky, Teige, Derrida... Przy jakiej muzyce najweselej kopie się groby? Najlepiej przy dobrej... W zależności od nastroju: Ulver, Frost, Monolake, Kraftwerk, Deathcamp Project, Burzum, a czasem Orbital lub też, z racji wieku, Depeche Mode. Jak często jadasz surowe mięso? Wolę padlinę poddaną obróbce termicznej. Jakie masz najbliższe plany niezwiązane z pracą grabarz a? Nie warto planować czegokolwiek.


-------------------------------------- Ocena: 3/6 Wydawca: Noir Sur Blanc 20l0 Tłumaczenie: Stanisław Kasprzysiak Ilość stron: 263

„Cierpliwość pająka” to najnowsza (spośród wydanych w Polsce), dziesiąta z kolei powieść o przygodach komisarza Montalbano, którego twórcą jest Andrea Camilleri. Andrea Camilleri to Włoch, a ściślej Sycylijczyk, który przez większość swojego życia zajmował się teatrem (był reżyserem i wykładowcą) oraz poezją. Jednak prawdziwą sławę przyniósł mu cykl kryminałów, których głównym bohaterem jest Salvo Montalbano, a ich akcja rozgrywa się w fikcyjnym sycylijskim miasteczku – Vigacie. Pierwsza książka z serii ukazała się w 1994 roku, a więc stosunkowo późno, jak dla urodzonego w 1925 roku Camilleri. „Cierpliwość pająka” to historia porwania, nad sprawą którego – chcąc, nie chcąc - musi pracować nasz komisarz. Porwana została młoda studentka, Susanna Mistretta, wracająca wieczorem od swojej koleżanki. Znaleziono tylko skuter, a dziewczyna zniknęła. Najdziwniejsze jest jednak w całej sprawie to, że rodzina porwanej wcale nie należy do majętnych, a przecież to wśród osób zamożnych powinni porywcze szukać swych ofiar. Na dodatek główny bohater – komisarz Montalbano został niedawno postrzelony i jest na zwolnieniu, powoli wracając do zdrowia. Oficjalnie porwaniem zajmuje sie jego kolega – komisarz Minutolo. Montalbano działa jak przysłowiowa „szara eminencja”. Niby to nie jego śledztwo, niby się tylko przygląda i pomaga, ale w rzeczywistości to właśnie on odkrywa wiele nieścisłości i ostatecznie poznaje tajemnicę porwania. Początkowo książka naprawdę intrygu-

je. Camilleri prowadzi fabułę zgrabnie, interesująco, choć momentami nieco żartobliwie. Poznajemy komisarza Montalbano także od strony prywatnej: jego związek z Livią, jego zamiłowanie do jedzenia i wyszukanych potraw, jego widoczną niechęć do władz, zwierzchników i polityki jako takiej. Komisarz przypomina mi nieco znanego z serialu telewizyjnego porucznika Columbo – trochę pocieszny, trochę safandułowaty, jednak z przenikliwym umysłem i wielką spostrzegawczością. Nieumiejętność radzenia sobie zarówno w związku, jak i w relacjach ze zwierzchnikami czynią z niego człowieka nieprzystosowanego do otaczającego go świata. Potwierdzają to własne myśli Montalbano o zbliżającej się nieuchronnie konieczności przejścia na emeryturę. Myśli, które komisarz próbuje od siebie odepchnąć i samemu sobie udowodnić, że jeszcze dobrze sobie radzi, że jeszcze nie czas na odpoczynek, na bezczynność zawodową.

Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

a del ragno)

ANDREA CAMILLERI - Cierpliwość pająka (La pazienz

Niestety książka ma jedną poważna wadę. Jeśli fabuła w początkowej fazie wciąga czytelnika i sprawia, że z pewnym zafascynowaniem obracamy strony, by zobaczyć, co stanie sie dalej, to mniej więcej w połowie książki ciąg dalszy staje się oczywisty i na tyle klarowny, że dalsza lektura ma służyć jedynie potwierdzeniu naszych przypuszczeń. Zostajemy pozbawieni przyjemności odkrywania tajemnicy na ostatnich stronach – jak to powinno być w dobrym kryminale – bowiem rozwiązania zagadki domyślamy sie dużo wcześniej. Zbyt wiele elementów autor ujawnia zbyt szybko i wtedy wystarczy skojarzyć fakty...

ABY KUPIĆ RECENZOWANĄ KSIĄŻKĘ,KLIKNIJ NA LOGO (opcja aktywna tylko w Grabarzu Polskim w formacie pdf)

13


CHERRY TREE LANE CHERRY TREE LANE Wielka Brytania 2010 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Paul Andrew Williams Obsada: Rachael Blake Tom Butcher Jumayn Hunter Tom Kane

X X X X

Text: Łukasz Pytlik

X

A dlaczego? Już tłumaczę. Między innymi dlatego, że nie zamyka się w jednym podgatunku. Szuka, eksperymentuje i – co najważniejsze – są to eksperymenty nadzwyczaj udane. Rewelacyjny „Children” był doskonale ponury i składał ukłon starym brytyjskim filmom grozy. Z kolei „Cottage” ocierał się o pastisz i umiejętnie balansował na granicy horroru i komedii. Teraz przyszedł czas na „Cherry Tree Lane” z bardzo lubianego przeze mnie nurtu home invasion.

Poznajemy zatem parę – oboje koło czterdziestki, chyba już trochę zmęczeni życiem i sobą nawzajem. Syn, najprawdopodobniej nastoletni, jest poza domem. Owo smutne małżeństwo skazane jest na spędzenie wieczoru we własnym towarzystwie. Czyżby? Ktoś puka do drzwi. „Gośćmi” okazują się znajomi syna; banda kolorowych wyrostków szukająca zemsty – chodzi o narkotyki, więzienie, zdradę. Rodzice nie wiedzą, gdzie podziewa się ich potomek, jego prześladowcom pozostaje więc czekać. Tylko jak poradzić sobie z nudą... Mocny to film. Mocny nie tyle brutalnymi scenami, co obrazem, dźwiękiem, a przede wszystkim – realizmem. Podobnie jak w rewelacyjnym „Eden Lake” przemoc nie jest tu przerysowana – wręcz przeciwnie, jest dokładnie taka, o jakiej czytamy w gazetach: prymitywna, bezsensowna, używana do zaspokojenia własnych zachcianek. Całość wspaniale kontrastuje ze scenografią – dom tonie w spokojnych, kojących błękitach, wszystko zdaje się być

Paul Andrew Williams świetnym reżyserem horrorów jest. I basta!

14


dzieży – dotkniętej znieczulicą, skorej do przemocy. Siła „Cherry Tree Lane” tkwi w szczegółach – zdjęć, scenografii – o których pisałem. Skupcie się na nich, a jestem przekonany, że tak jak ja docenicie nie tylko film, ale i kolejne świetne osiągnięcie Williamsa. I jeszcze jeden plus – ten reżyser wierzy w inteligencję oglądających. Widać to uporządkowane i na swoim miejscu. w każdym kadrze. Chwała mu za to. Chaos wkrada się wraz z bandytami, którzy wiążą męża, a prowodyr całej akcji gwałci jego żonę – nie widzimy tego, reżyser koncentruje się w tym momencie na rozpaczliwej bezsilności męża miotającego się na dywanie salonu. I tak jest do samego końca. Raczeni jesteśmy długimi ujęciami, a reżyser wciąga w opowiadanie historii widza – od naszej wyobraźni zależy, na ile pozwolimy oprawcom. Dotyczy to też świetnej końcówki, trochę – ale tylko trochę – kojarzącej się z zakończeniem „Ostatniego domu po lewej”. Film jest krótki i może dzięki temu bardzo intensywny. I – podkreślam to za każdym razem – naprawdę realistyczny. Po raz kolejny został wiernie oddany przerażający obraz brytyjskiej mło-

15


Stare, dobre, krwawe lata osiemdziesiąte

Kiedy biorę do ręki powieści grozy, wydawane w latach 80. i 90. przez pamiętne wydawnictwa, takie jak Phantom Press, czy Amber Horror, łza mi się w oku kręci. Pierwsze pytanie, jakie mi się zawsze nasuwa brzmi: gdzie te czasy, kiedy nakład jednego horroru wynosił sto tysięcy egzemplarzy, w dodatku wyczerpywał się w miesiąc czy dwa? Guy N. Smith – którego beznadziejnie tłumaczono i redagowano – sprzedawał w Polsce po sto, dwieście tysięcy kopii jednego tytułu. Sprzedaż „Manitou” Grahama Masterton osiągnęła milion sztuk! Niegorzej stali polscy twórcy, tak zwani bohaterowie jednej akcji, których nazwisk dzisiaj nikt nie pamięta. Debiutant sprzedawał trzydzieści, czterdzieści tysięcy egzemplarzy swojej książki, horroru, sensacji, czy kryminału. Ludzie masowo kupowali kieszonkowe wydania, zachłystywali się nowymi historiami, opowiadali o nich wieczorem przy kominkach, czekali na nowe. Pamiętam, jak sam, udając się do księgarni tylko czekałem na nowy tytuł Jamesa Herberta, Briana Stableforda (nie znosiłem jego książek!), F. Paula Wilsona czy Clive’a Barkera. Dookoła pełno było ta-

kich jak ja – żądnych mocnych opowieści czytelników. Wtedy jeszcze ludzie czytali dużo książek.

Przez pewien czas zastanawiałem się, co się stało, że nagle przestali je kupować. Dlaczego nakłady drastycznie spadły, zainteresowanie literaturą poszło w łeb? Internet, Panie!, słyszałem. Internet teraz modny! Jasne, że Internet modny, ale wystarczy także zestawić ceny książek wydawanych w latach 80. czy 90. do ówczesnych zarobków i porównać je do dzisiejszych, a włos stanie nam dęba. Dziś gonitwa za kasą, a w finale brak czasu na to, by się dokładnie ogolić (tudzież wydepilować), robią swoje. Nie mamy pieniędzy i czasu na czytanie. Przeciętny śmiertelnik, który pamięta jeszcze, jak zaczytywał się w kieszonkowych wydaniach krótkich powieści Johna Saula czy Harry’ego Adama Knighta, teraz wieczorami – po pracy - pada na gębę, odpala telewizor i sączy browar. Mam znajomego, który czyta tylko na kiblu. Bo chce, mimo wszystko, czytać, a nie ma na to czasu. Wielu zapomniało, jak to jest usadowić się wygodnie


w fotelu z herbatą, herbatnikami i książką, i odpłynąć w fikcyjny świat. Mniej wysiłku kosztuje ich włączenie telewizora i posłuchanie głosu dziennikarzyny podnieconego na skraj wytrzymałości mokrych już slipek, relacjonującego kolejne minuty po katastrofie samolotu czy wypadku autobusowego. Trupy! Im więcej, tym lepiej! „Jak pan myśli…” – słyszałem kiedyś popularnego dziennikarza jeszcze bardziej popularnej stacji informacyjnej w rozmowie z jakimś ekspertem do spraw krwawych jatek – „Ile osób mogło zginąć w tym wypadku? Może jednak zginęło więcej, niż pan sądzi?!” Bo im więcej, tym lepiej, co nie? Krew ma spływać z obiektywu kamery, a lud będzie się tym sycił, bo w końcu tego nam trzeba po ciężkim dniu pracy, gdy wyprani z sił wracamy do domu! Być może nieco upiększam realia, ale mniej więcej tak to wygląda. Książka zawsze dawała nam wewnętrzny spokój, poczucie, że w ciszy można zrelaksować się, odpłynąć na jakiś czas, wejść do innego świata, pobawić się w detektywa, egzorcystę, łowcę duchów, po prostu przeżyć przygodę, a potem spokojnie pozbierać myśli… Dziś pół godziny spędzone przed telewizorem powoduje rozstrój nerwowy. Chyba się starzeję. Nie mam nic do telewizji (choć jej nie oglądam, a jeśli już, to rzadko), ani tym bardziej do Internetu, którzy towarzyszy mi przez wiele godzin dziennie. Ale książka jako doskonała forma spędzania wolnego czasu to już przeszłość i nad tym

ubolewam. Wystarczy zerknąć na nakłady. Wspominałem już o milionie sprzedanych egzemplarzy powieści „Manitou” Mastertona, o stutysięcznych nakładach powieści grafomana Smitha. Dla porównania dodam, że dziś jeden tytuł powieści Mastertona sprzedaje się dziesięć razy gorzej niż kiedyś, Smitha już nikt nie wydaje, a zagraniczny horror w naszym kraju kojarzony jest praktycznie tylko z nazwiskiem Stephen King – któremu do horroru dalej, niż Jarosławowi Kaczyńskiemu do Krakowa. Pal licho, że sporo sławetnych amberowskich i phantomowskich pozycji to czyste ustrojstwo, niekiedy nadające się tylko na rozpałkę. Ale jakie mieli okładki! Sporo kiepskich książek kupowałem tylko ze względu na nie. Dziś już się takich nie robi. Bo do bólu kiczowate, tandetne, niesprzedajne. Produkcja szła w takim tempie, że niekiedy autorzy nic o niej nie wiedzieli! Taki Mort Castle zorientował się po latach, że „Zagubione dusze” pojawiły się w kraju nad Wisłą nakładem Amberu. Jego agent zgarnął kasę, po czym zapadł się pod ziemię. Smith też miał podobno problemy z poruszaniem się po polskim rynku. Wydawał tak dużo, że sam już nie kojarzył, które z jego książek ukazały się w Polsce, a które nie. Po czasie wyszło, że kilka tytułów zostało opublikowanych bez jego wiedzy. Dzisiaj nawet ci autorzy horroru, których niegdyś pięknie promowano (Wilson, Lumley, Campbell), są u nas nieobecni, a jeśli pojawią się od czasu do czasu, to dość szybko słuch po nich ginie. Tęsknie za latami 90., za horrorowym


bumem. Ludzie karmili się vhs-ami, książkami, taśmami magnetofonowymi. Dziś mamy Internet. Czyli wszystko w jednym. Czyli papka rzeczy dobrych i bardzo złych. Bywa to przydatne i pożyteczne, ale i wiele nam odebrano. Zależy jak na to spojrzeć. Czasy się zmieniają. Być może za kilkadziesiąt lat nie będzie mowy o jakichkolwiek nakładach, bo książki zostaną zastąpione przez kolejny technologiczny cud. Oby tak się nie stało. Zapach farby drukarskiej, szelest przekładanych stron, sycenie się ciszą i spokojem, no i historią oraz jej klimatem odczuwanym przez każdego inaczej – to dawało nam poczucie relaksu, dobrze wydanych pieniędzy, satysfakcji. Przeczytałem gdzieś niedawno (czyżby w Internecie?), że w latach 80. i jeszcze w połowie 90. przeciętny Polak czytywał półtorej książki miesięcznie!

i trudne jak ich pisanie. Taki lajf. Trzeba mieć łeb na karku i wiele szczęścia, aby się przebić, aby zwrócić na siebie uwagę. Sądzę, że horror jako gatunek literacki (czy filmowy) zalał Polskę w idealnym momencie. Był powiewem świeżości w czasach, gdy wszystko dookoła kojarzyło się z szarzyzną i beznadzieją. I trwał w swej charakterystycznej modzie, ciesząc się niemałą popularnością dopóki świat nagle nie wydał nam się barwniejszy. Znacznie bardziej lśniący niż krew, sącząca się z wydłubanych oczodołów, bardziej barwny niż połączenie flaków z ekskrementami, i wreszcie znacznie bardziej straszny i pochłaniający dużo więcej czasu niż lektura powieści grozy.

Dziś pozostaje wierzyć, że kto czytać lubi i komu czytanie wlazło w krew, będzie nadal potrafił znajdować czas na lekturę. Niegdyś również sami pisarze zupełnie Pytanie tylko, jak zachowa się kolejne inaczej podchodzili do pisania. Znane pokolenie? były ich poczytne opowieści, oni sami zaś pozostawali na uboczu, z dala od Za kilka dni urodzi mi się syn. Chciał„sławy”. Dziś dobry pisarz próbuje być bym go kiedyś zarazić swoją pasją czyshowmanem, pokazać się w mediach, tania, choć wiem, że może się to okazać promować swoje dzieła gdzie się tylko trudne. Od czego zacząć? Co mu czytać? da. To zrozumiałe. Bo czasy się zmieni- Rodzicom małych pociech doradza się, aby ły. Bo jeśli nie wykrzyczysz milionom: czytali im klasyków. Bo co powszechnie „Tutaj jestem!”, to cię nie dostrzegą, znane, lubiane i utarte, zawsze się sprawnie usłyszą. Nie przeczytają. Jako pisarz dza. Prawdopodobnie coś w tym jest. wiem, że promowanie siebie i własnych książek bywa tak samo czasochłonne Zatem Lovecraft.

O Autorze:

Robert Cichowlas urodził się w 1982 roku w Poznaniu, gdzie ukończył kulturoznawstwo na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Pisze, odkąd sięga pamięcią, koncentrując się głównie na opowiadaniach horroru. Publikacje: „W otchłani mroku” (2006, z Robertem Kucharczykiem), „Sępy” (2009, z Jackiem M. Rostockim), „Twarze szatana” (2009, z Kazimierzem Kyrczem Jr), „Siedlisko” (2010, z Kazimierzem Kyrczem Jr), „Koszmar na miarę” (2010, z Kazimierzem Kyrczem Jr), „Efemeryda” (planowana na początek 2011, z Kazimierzem Kyrczem Jr).


L ALTRO INTERNO THE OTHER HELL Włochy 1981 Dystrybucja: Brak

nym erotyki horrorem z elementami nadprzyrodzonymi.

Film opowiada o dziwnych morderstwach wewnątrz klasztoru. Wezwany na miejsce podstarzały ksiądz widzi w tym działanie diabelskich mocy i próObsada: buje je odpędzić, święcąc miejsce. Gdy Franca Stoppi to nie pomaga, na miejsce przybywa Carlo De Mejo sceptyczny młody ksiądz Valerio, który Francesca Carmeno z kolei jest przekonany, że wszystko da Susan Forget się wytłumaczyć racjonalnie. Jego podejście spotyka się z jawną wrogością ze strony przeoryszy, która robi, co może, żeby utrudnić mu śledztwo. Valerio powoli odkrywa tajemnicę, jaką skrywają klasztorFilm nakręcono równocześnie z „The ne mury, jednak w między czasie dochodzi True Story of the Nun of Monza”, wyko- do kolejnych dziwnych morderstw... rzystując tę samą lokalizację i po części tych samych aktorów w podobnych ro- Fabuła może sugerować, że mamy tu do lach. O ile jednak ten drugi był zwykłym czynienia z kolejną, standardową kopią dramatem erotycznym z nurtu nun- „Egzorcysty” i „Omenu” z dużą domieszsploitation, w stylu znanym chociażby ką filmów o nawiedzonych domach. Nic z „Behind Convent Walls” czy „Story of by w tym nie było dziwnego, w końcu we a Cloistered Nun”, o tyle „The Other Hell” Włoszech nakręcono wcześniej niejedjest już tradycyjnym i niestety pozbawio- ną taką produkcję. Jednakże scenariusz Reżyseria: Bruno Mattei

X

Text: Filip Rutkowski

X X X X

Bruno Mattei był reżyserem znanym z tego, że plagiatował, co popadnie – i że robił to niskim kosztem. „The Other Hell” jest jednym z pierwszych (spośród wielu) horrorów, które nakręcił. Niestety – również jednym z wielu niezbyt udanych.

20


duetu Bruno Mattei i Claudio Fragasso, jakkolwiek mocno inspirowany różnymi filmami, potrafi zaskoczyć. To nic, że robi to średnio logicznymi rozwiązaniami. W końcu mamy do czynienia z włoskim horrorem z początku lat 80. Przymykając oko na logikę, muszę przyznać, że elementy nadprzyrodzone jak najbardziej mi się tu podobały. Bardzo pozytywne wrażenie zrobił na mnie również strych klasztoru wypełniony rozebranymi lalkami powieszonymi za szyje oraz tajemnicza zakonnica z zasłoniętą twarzą, która kilkakrotnie przemykała korytarzami klasztoru. Niestety te nieliczne mocne strony filmu nie odwracają uwagi od jego znacznych niedociągnięć. Aktorstwo jest na tyle kiepskie, że czasem ciężko się powstrzymać od kręcenia głową z niedowierzania. Pomimo kilku zaskakujących

motywów, w końcu film nieuchronnie zaczyna nudzić. Nie można nie wspomnieć również o tym, że ścieżka dźwiękowa autorstwa zespołu Goblin została bezczelnie skradziona z filmu „Beyond the Darkness” Joe’ego D’Amato (nota bene kolejnego światowej sławy plagiatora, z którym Mattei wcześniej współpracował, chociażby przy niezłym „Emanuelle’s Revenge”). „The Other Hell” jest niestety typowym przykładem nieudolności reżyserskiej Brunona Mattei.

21


-------------------------------------- Ocena: 2/6 Wydawca: WAB 20l0 Tłumaczenie: Jacek Godek Ilość stron: 432

nikt nie rozumie.” Ta zagadka, którą w pewnym momencie zadaje nam narrator „Statku”, dobrze oddaje charakter całej powieści. Rzecz rzeczywiście zapowiada się intrygująco, ale gdzieś tak w okolicach 1/3 powieści wszystko robi się zbyt mętne i przegadane żeby dalej szczerze emocjonować się opowiadanymi nam tu historiami. I nawet jeśli później akcja znów nabiera lepszego tempa, to nie jest to już niestety w stanie na dobre ocucić podsypiającego czytelnika. A finału, jakikolwiek genialny by on nie był, nawet już się Po krótkim, dość chaotycznym wprowa- w takiej sytuacji nie chce próbować zrodzeniu pozwalającym nam zapoznać się zumieć. z takim czy innym bohaterem powieści, wypływa więc tytułowy statek w daleką Ale może jestem niesprawiedliwy. Zdaję podróż i wiadomo od początku, że nie sobie sprawę z tego, że proza Mániego będzie to rejs gładki, wesoły i relaksacyj- bywa wyróżniana prestiżowymi nagrony. Załoga składa się głównie z przemą- dami, a „Statek” zyskał w naszym kraju drzałych, lubiących polityczne dyskusje sporo pochlebnych recenzji. Nie należę wilków morskich. Sporo się tych dyskusji też do ludzi, którzy podejrzewają, że opinasłuchamy, ale na szczęście na statku nie niezgodne z ich własną oceną są od zaplątuje się też gangster z piekła rodem, razu „kupione” albo napisane bez wczeco trochę podnosi napięcie podczas wy- śniejszego przeczytania książki. Napiszę prawy. „Trochę” nie jest jednak słowem więc tak: być może znajdą się czytelnicy, użytym przypadkowo: bo nawet najbar- których Stefán Máni kupi ultra-mroczną dziej demoniczna persona nie uratuje sy- atmosferą swojej powieści albo kilkoma tuacji jeśli na pokładzie nie ma zupełnie z werwą przedstawionymi scenami krwanikogo kto by nas choć trochę obchodził. wej rozwałki. Problemy zaczynają się jeWszystko to wykrojone z jednego pniaka śli ktoś dodatkowo oczekuje od literatury gbury i nie znający litości nudziarze. Moż- sensownie przedstawionych bohaterów, na tylko żałować, że to właśnie oni trafili wciągającej fabuły, umiejętnie przeciąna „Statek” Mániego bo z ciekawszą za- ganego suspensu, ładnie brzmiących łogą cały ten lynchowsko-lovecraftowski zdań albo, nie daj Boże, jakiegoś inteligentnego przesłania objawiającego się klimat nawet mógłby chwycić, kto wie. w gwałtownej, przyprawiającej o ciarki na „Zaczyna się nieźle, potem jakoś się to- plecach epifanii. Akurat w taki ekwipunek czy, w połowie nabiera tempa, a końca „Statku” nie zaopatrzono. „Statek” islandzkiego pisarza Stefána Mániego jest trochę jak film Davida Lyncha: zaciąga nas w mroczne zakamarki ludzkiego umysłu, nie stroni od surowej, realistycznie przedstawianej brutalności i nie wszystkie zamysły autora pozwala nam zrozumieć. Jakby na potwierdzenie sensowności takiego porównania, odnośniki do twórczości Lyncha znajdziemy zresztą w samej narracji. To dobra wiadomość. A zła? Cóż: smutna prawda jest taka, że „Statek” przypomina bardzo słaby film David Lyncha.

ABY KUPIĆ RECENZOWANĄ KSIĄŻKĘ,KLIKNIJ NA LOGO (opcja aktywna tylko w Grabarzu Polskim w formacie pdf)

Text: Bartłomiej Paszylk

STEFAN MANI - Statek (Skipi )

23


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

Łukasz Pytlik Spojrzeć w blask

Ta historia zaczyna się tam, gdzie większość innych kończy. W miejscu, w którym powinny zatriumfować – i triumfują, a jakże – dobro i sprawiedliwość. Czarny charakter ląduje w więzieniu lub ginie, bohater zwycięża – bo przecież tak powinno być. Zanim jednak przejdziemy dalej, drogi czytelniku, cofnijmy się nieco w czasie. O parę miesięcy. Do lutego, kiedy w niewyróżniającym się niskim bloku zamieszkał niewyróżniający się mężczyzna. Miał na oko jakieś trzydzieści, trzydzieści pięć lat. Włosy zaczesywał na bok w rozpaczliwej próbie zamaskowania potężnych zakoli. Wydawało się, że miał lekką nadwagę – ciężko powiedzieć, nosił dość luźne ubrania. Umiłowanie do niezdrowego jedzenia zdradzały pulchne policzki, ale przecież mogło to być kwestią jakiejś choroby. Był dobrze wychowany, fakt. Zawsze mówił dzień dobry, przytrzymywał drzwi windy, przy okazji świąt składał życzenia tym, których spotkał. Najprawdopodobniej pracował w domu, rzadko opuszczał mieszkanie, a jeśli już, to wychodził późnym popołudniem i wracał w nocy. Mógł być złotą rączką. Z zapałem wziął się do remontowania piwnicy – przypadała jedna na każde mieszkanie – i wykończył ją w niecały tydzień. Sąsiadce pomógł z cieknącym kranem, zupełnie za darmo. Oczywiście, nie był idealny – ale kto jest? Bywały dni, gdy wydawało się, że zza jego drzwi dobiegają jakieś wołania, jakieś krzyki. To pewnie telewizja. Raz coś straszliwie zaczęło cuchnąć – bardzo wszystkich przepraszał, ale formalina już tak ma, a on konserwuje w niej różne okazy. Przecież nikt normalny nie będzie denerwował się na człowieka za – najczęściej zupełnie nieszkodliwe – zwykłe hobby. W ogólnym rozrachunku był miłym człowiekiem i niemal perfekcyjnym sąsiadem.

25


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Tak przynajmniej mówiono o Zbieraczu. Interesował się medycyną, choć nie był lekarzem – raczej samoukiem, niemal genialnym. Niemal, bo w końcu dał się złapać – chociaż to oczywiście nie ma nic wspólnego z jego umiejętnościami chirurgicznymi. Te były najwyższego sortu. Skalpel rzadko drżał mu w ręce, gdy wykonywał pewne, gładkie cięcia. Palce poruszały się szybko, z prawdziwą gracją. Wysiłek i skupienie perliły się pojedynczymi kroplami potu na czole. Emocjom dawał upust dopiero, gdy okaz znalazł się już w słoju. Ustawiał je od najmniejszego do największego, podobne widowni podziwiającej mistrza. Mistrza w amoku, patroszącego zwłoki, rozrywającego skórę i mięśnie, czasem – jeśli naprawdę dał się ponieść – kosztującego mięso zębami. Resztki wsadzał do czarnych worków – zazwyczaj wystarczyły mu trzy, w skrajnych przypadkach cztery. Następnie ruszał swoim niewyróżniającym się autem poza miasto, z upiornym ładunkiem przewracającym się w skrytce zamontowanej na dnie bagażnika. Był bardzo ostrożny, przesadnie dbał o zabezpieczenia. Tyle, że ta dbałość właśnie przyczyniła się do jego klęski. Pewien mężczyzna zaczął zastanawiać się cóż takiego może kryć się za jedynymi oknami niewyróżniającego się bloku, które blokowały antywłamaniowe rolety. Owa anomalia wzbudziła ciekawość, a ta – reakcję. Złodziej zaczął obserwować sąsiada niemal idealnego i – gdy ten po raz kolejny wyruszył na łowy – przystąpił do akcji. Na posterunek wpadł człowiek. Samo to nie było jeszcze niczym niezwykłym. Ale w połączeniu z szaleństwem w oczach i krzykiem, żeby tylko go zamknąć, że się przyznaje, że chce iść do więzienia – jak najbardziej. Uspokajać musiało go nie mniej niż pięciu policjantów, ale w końcu zdołano zapytać, o co, do ciężkiej cholery, mu chodzi. – Nie będę już kradł. Nie uczynię już nigdy nic złego. Błagam, dajcie mi wszystko naprawić. Na pytanie skąd u niego taki przypływ uczciwości, odparł: – Byłem tam. Byłem i wróciłem. To znak. Bóg daje mi szansę. Jeden z policjantów, wyraźnie poirytowany enigmatycznym wypowiedziami face-

26


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

ta, który ewidentnie wyglądał na ćpuna, szarpnął nim i uderzył o ścianę. – Gdzie byłeś? Zacznijże gadać normalnie. Mężczyzna wpatrywał się w niego przez chwilę bez słowa i w końcu wybuchł histerycznym śmiechem. – Gdzie? W piekle, człowieku. Byłem w piekle. *** W taki oto sposób wyszło na jaw, gdzie podziały się ciężarne kobiety, które znikały bez śladu. Policjanci znaleźli w mieszkaniu Zbieracza siedem doskonale zakonserwowanych płodów w różnym stadium rozwoju. Niektóre nie mogły być starsze niż trzy, cztery miesiące – dwa największe na pewno zostały wycięte z matek na parę tygodni, może nawet dni, przed porodem. Wydawały się lewitować w formalinie, niczym przybory obłąkanego alchemika. Wszystkie pozbawione kolorów, jakby nierzeczywiste. A jednak, maleńkie trupy były jak najbardziej prawdziwym świadectwem potwornej zbrodni, która miała miejsce w niewyróżniającym się bloku. Zwłok kobiet nie zdołano odnaleźć. Z czasem zaczęła krążyć legenda, że Zbieracz je pożarł – nie było to prawdą. Oczywiście, w przypływie adrenaliny zdarzało mu się wgryzać się w ciała ofiar, ale nigdy w celach czysto konsumpcyjnych. I w ten oto sposób wróciliśmy do końca, czyli naszego początku. Można by zapytać – ale co jeszcze może się stać? Zwierzę zostało zamknięte, triumf odtrąbiony, kobiety i ich partnerzy mogą spać spokojnie. Dzieci będą miały szansę się narodzić. Hurra. Telefon na biurku Tomasza rozdarł ciszę. – Tak? – Chłopie, lepiej tu przyjeżdżaj. Dawno nie widziałem takiej jatki. To właśnie na Tomasza spadł cały splendor za dorwanie Zbieracza. Prowadził jego sprawę od ponad półtora roku i klucząc w labiryncie fałszywych doniesień i niepewnych, śladów wciąż natrafiał na kolejne ślepe zaułki. Nie mógł uwierzyć we własne szczęście, gdy rozwiązanie dosłownie samo wpadło mu w ręce. Był człowiekiem skromnym i zawsze prostował informacje, jakoby dorwał morder-

27


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

cę dzięki swym ponadprzeciętnym umiejętnościom detektywistycznym. – Przypadek – powtarzał w mediach. – To był po prostu przypadek. Ale ludzie wiedzieli swoje. Poza tym raz na jakiś czas dobrze myśleć, że gdzieś niedaleko ciebie mieszka prawdziwy superbohater. I miło jest, kiedy koleżanki żony zerkają zazdrośnie, marząc o takim mężczyźnie – prawdziwym mężczyźnie. Mimo to, Tomasz niechętnie wracał do sprawy Zbieracza. Tylko on sam wiedział, ile kosztowała go koszmarów, nieprzespanych nocy. Czasem nawet łez – pod prysznicem, tak żeby nikt nie mógł ich usłyszeć ani zobaczyć. A teraz, spoglądając na zwłoki Jadwigi – tej samej, której zabójca pomagał z kranem – Tomasz nabierał przekonania, że może czekać go coś gorszego. Znacznie gorszego. *** Ślad z krwi i wnętrzności miał dobre parę metrów, niknął w zaułku i kojarzył się trochę ze śluzem, jaki mógłby zostawić ogromny ślimak. Sama Jadwiga leżała pośrodku chodnika, z rękami położonymi na brzuchu, jakby chciała powstrzymać wylewające się flaki. Była rozpruta – nie rozcięta, a właśnie rozpruta – parę centymetrów pod piersiami. Rana o poszarpanych brzegach ciągnęła się niemal do samego krocza. Usta miała szeroko rozwarte i wydawało się, że zaraz wydobędzie się z nich charkot lub jęk bólu. Na Tomaszu największe wrażenie zrobiły oczy – przekrwione tak mocno, że z trudem można było dostrzec białka. – Coś makabrycznego, co? – Młodszy policjant zagaił Tomasza, kiepsko próbując ukryć podekscytowanie. – Straszne. Kiedy to się stało? I jak to możliwe, że nikt nic nie widział?! – Tomasz spojrzał na zegarek. Dochodziła czternasta, zwłoki były jeszcze świeże. – Jak to, kurwa, możliwe, że nikt nie zobaczył kobiety, która czołgała się przez pół chodnika, usiłując przytrzymać wnętrzności na swoim miejscu?! Rozejrzał się dookoła. Od sporego tłumu gapiów – niektórych odwracających gło-

28


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

wy, lecz zerkających jednym okiem – odgradzała ich taśma. Jadwiga zginęła zaraz przy ruchliwym skrzyżowaniu. Biorąc pod uwagę długość śladu z krwi, można było przypuszczać, że minęło co najmniej parę minut, zanim umarła. Młody policjant odchrząknął. – Tak właściwie to... to mamy świadka, ale... – Macie?! Czemu nic o tym nie wiem?! – Bo... bo chyba nie jest zbyt wiarygodny. – Wiesz, co jest niewiarygodne?! Że ktoś rozpruł kobietę na środku ulicy i nikt nic nie widział! Nie mamy o co się zaczepić, a ty usiłujesz mi wmówić, że jedyna osoba, która jest nam w stanie coś powiedzieć, może nie być najlepszym świadkiem? – No... Tak... To znaczy chyba tak. To chłopczyk, ma jakieś dziesięć lat. No i jest ślepy. *** – Hej, nazywam się Tomek. Jak się masz? Chłopiec odwrócił głowę w kierunku, z którego dobiegł go głos, ale nie otworzył oczu – były schowane za niemal całkowicie przymkniętymi powiekami. Uśmiechnął się. – Dzień dobry, proszę pana. Jest pan policjantem? – Tak jakby. Detektywem – to znaczy, że szukam rzeczy, śladów, które pomogą mi złapać złych ludzi. Myślisz, że możesz mi pomóc... – ...Maćku – Znowu ten uśmiech. – Nie wiem, proszę pana. To było takie trochę... dziwne. – Spokojnie, nie spiesz się. Postaraj się przypomnieć sobie wszystko jak najdokładniej. – Wie pan, kiedyś widziałem. Tak naprawdę widziałem, wszystko. Jak byłem jeszcze mały. Bardzo krótko i czasem tylko przyśni mi się niebo, drzewa. Nic wielkiego. No i nigdy nie mogą przyśnić mi się rodzice. I teraz znowu się czułem trochę, jakbym spał. – Dlaczego? – A nie... nie będzie się pan śmiał?

29


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

– Nie, Maćku. Jesteśmy kumplami, OK? Kumple się z siebie nie śmieją. – W porządku – odparł chłopiec i wyciągnął przed siebie dłoń. Tomasz musiał pochylić się, żeby przybić mu piątkę. – Widziałem światło. Jasne, bardzo jasne. Na co dzień nie widzę nic. Tylko ciemność, żadnego ruchu, tak jakbym stał przed czarną ścianą, rozumie pan? Trochę strasznie, ale można się przyzwyczaić. – Tak... – No właśnie. A dzisiaj, kiedy szedłem z mamą, nagle w tej ciemności coś zamigotało. Pojawiło się parę takich światełek, małych, jak... jak... – Płatki śniegu? – Nie wiem – Uśmiech. – Nigdy ich nie widziałem. Nagle te świetliki rozbłysły bardzo mocno, aż zaczęły boleć mnie oczy. I... i w tym świetle coś było. Ktoś... – Ktoś? Skąd wiesz, że to był człowiek? – To była druga dziwna rzecz. Ten ktoś śpiewał – Tomasz dostrzegł, że powieki chłopca drżą lekko, jakby próbował rozejrzeć się wokół siebie. – Śpiewał? Jesteś pewien? Może to przejeżdżało auto, coś leciało z radia... – Nie, proszę pana. Słuch mam naprawdę dobry. Im dłużej nie widzę, tym jest lepszy... Śpiewał ktoś, kto był w środku tego światła. Kołysankę. Taką jak dla małych dzieci. *** Tomasz wrócił do domu przed północą. Odłożył kurtkę na stolik i ruszył w kierunku łazienki. Nagle za plecami usłyszał skrzypnięcie i poczuł, jak czyjeś ręce zaciskają mu się wokół pasa. Odwrócił się, trochę bardziej gwałtownie niż zamierzał, i spojrzał w oczy swojej żony. – Cześć, łobuzie – powiedziała i pocałowała go mocno w usta. – Jak było w pracy? – Hej. Nie uwierzysz. Kolejne morderstwo, na dodatek z bloku Zbieracza. Straszne, okropne. Ale mam świadka. – To chyba dobrze? Poszli do kuchni i usiedli przy stole.

30


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

– Nie wiem. To był chłopiec. – Chłopiec? Chryste, wszystko z nim w porządku? – Tak. To znaczy nie. Sam nie wiem. Jest ślepy, ale mówi, że widział jakieś światło. I... Tomasz zaśmiał się niewesoło i pokręcił głową. – I co? – I kołysankę. Słyszał śpiewającą kobietę. – Żartujesz? Wierzysz mu? – Sama słyszysz, jak to brzmi. Ale gdybyś z nim porozmawiała. Wydawała się w to naprawdę wierzyć. – Co to za kołysanka? Tomasz sięgnął do kieszeni spodni i rzucił na stół zmiętą kartkę. Anna sięgnęła po nią i rozprostowała. Papier pokryty był jego bazgrołami, które poznałaby wszędzie. W końcu ten sam okropny charakter pisma znaczył kilkanaście listów miłosnych, które trzymała na dnie szafy. Już gwiazdy lśnią, Już dzieci śpią, Sen zmorzył twą laleczkę (…) Był sobie król, Był sobie paź, I była też królewna. Żyli wśród róż, Nie znali burz, Rzecz najzupełniej pewna (…) Lecz straszny los, Okrutna śmierć W udziale im przypadła, Króla zjadł pies, Pazia zjadł kot, Królewnę myszka zjadła.

31


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

– To wszystko? Znam ją. – Tak, też ją chyba kojarzę. Chłopiec... Jak też on się nazywał... Maciek, o! Mówił, że kobieta, ta która śpiewała, zanosiła się czasem płaczem i nie potrafiła wyśpiewać wszystkiego. A na końcu... Na końcu... – Co? – Anna zbliżyła się do męża i przytuliła do niego. – Zaczęła krzyczeć, z całych sił. A dopiero potem zaczęli krzyczeć inni. Tak jakby dopiero wtedy zauważyli starszą babkę, która umiera na środku chodnika. *** Dokładnie w tym samym czasie, w bloku, w którym do niedawna mieszkał Zbieracz, starszy mężczyzna niespokojnie poruszył się na łóżku. Otworzył oczy i westchnął. Ciężko przychodziło mu zaśnięcie w sypialni innej niż własna. Dwa dni wcześniej przyjechał wraz żoną w odwiedziny do syna – trochę dlatego, że już dawno się nie widzieli, a trochę dlatego, że byli żądni sensacji. W końcu niewiele osób może powiedzieć, że mieszkało obok seryjnego mordercy, tym bardziej tak okrutnego! Mężczyzna leżał jeszcze chwilę bez ruchu, zastanawiając się, czy powinien pójść do toalety. Wiedział, że wcześniej czy później i tak dozna nieprzyjemnego uczucia w pęcherzu. Niechętnie usiadł na skraju łóżka, założył kapcie i ociężale ruszył w kierunku łazienki. Potknął się, gdy przechodził koło pokoju syna. Zaklął pod nosem i spojrzał pod nogi – nic nie zauważył, ale za to usłyszał coś, co brzmiało jak słaby szept. A może łkanie? Rozejrzał się niespokojnie i czujniej nastawił uszu. Nic. Fuknął zdenerwowany i powlókł się do kibla. Czuł się poirytowany. Nie dość, że nawala mu ta cholerna prostata, to jeszcze zaczyna mieć jakieś omamy. Usiadł na muszli – jego posiedzenia lubiły się przeciągać, trwać nieskończenie męczącymi minutami – i zaczął rozglądać się po łazience. Całkiem ładna. Widać, że syn sobie radzi. Może jednak to, że został architektem, nie jest takie złe. Dziewczyna tylko by się przydała. Chyba że jest pedałem, architekt to taki trochę artysta,

32


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

a ci to często lubią chłopców. Żarówki – wszystkie co do jednej – rozbłysły bardzo mocno i pękły, zasypując posadzkę drobnym szkłem! – Co do... - wymruczał mężczyzna i podniósł się gwałtownie, jedną ręką przytrzymując spodnie. Spojrzał w kierunku drzwi – były otwarte, mimo że pamiętał, jak je zamykał. Nagle poruszyły się, skrzypiąc cichutko, odsłaniając to, co było za nimi. Dwa, trzy metry od łazienki, na podłodze majaczył jakiś kształt. Ojciec architekta ruszył w tamtym kierunku, powoli, żeby się nie przewrócić. Było zupełnie cicho i bardzo mocno biło mu serce. Kilka razy próbował zapalić światło, ale wyglądało na to, że żarówki w korytarzu również dokonały żywota. Nagle zdjęło go przerażenie. Oparł się o ścianę i chwycił za pierś. Spróbował krzyknąć, ale z jego ust wypełzł szept. Kształt. Kształt, rozpoznał kształt. Serce przestało bić. *** – Żartujesz. – Tomasz oparł ręce na piersi i wpatrywał się z niedowierzaniem w swojego kolegę. – Chciałbym. Słuchaj, jestem ojcem trójki, swoją drogą bardzo rozbrykanej trójki, i byłem przy porodzie każdego z tych małych drani. Rozpoznam ją z zamkniętymi oczami. – Ale skąd? Cholera, przecież to niemożliwe. To jeszcze bardziej pojebane niż muzeum Zbieracza. – Mnie się pytasz? Wszystko pozamykane od środka. Ten, kto to zrobił, musiał się gdzieś tu schować wcześniej, nie ma innego wytłumaczenia. Zaczaił się i w końcu uderzył, dusząc tego nieszczęśnika. Dziwne tylko, że się nie bronił. Nie znaleźliśmy żadnych śladów. – A co z ojcem? – Stary koleś, organizm nie wytrzymał szoku. To cud, że żona żyje. Wyobrażasz to sobie? Przespała całą noc, obudziła się przed południem, a w przedpokoju leżeli koło siebie jej martwy mąż i syn. Kurwa, to jakiś horror.

33


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

– Słuchaj... To, co znaleźliście w gardle... Na pewno? To może być niezły trop, przecież nie sprzedają tego w pierwszym lepszym sklepie na rogu. – Powiem tak: chciałbym się mylić. Bardzo. Bo jeśli mam rację, to gdzieś gnije kolejny martwy dzieciak do spółki z martwą matką. Ale, tak jak mówiłem, trzy razy byłem przy porodzie i rzadko bywałem bardziej pewny niż teraz. Uwierz mi, facet miał wepchniętą do gardła oderwaną pępowinę. *** Nikt nie zgłosił zaginięcia, nie odnaleziono ciał, od których mogłoby pochodzić dramatyczne znalezisko. Śledztwo na ponad dwa tygodnie utknęło w miejscu. Z bloku, w którym mieszkał Zbieracz, ostały się zaledwie trzy osoby: zabójca i małżeństwo, które mieszkało piętro wyżej. Została im przydzielona całodobowa ochrona. W dalszym ciągu nie natrafiono na żaden ślad mordercy, który wydawał się być niewidzialny. Jedyną oczywistością było, że zbrodnie muszą być powiązane ze Zbieraczem. *** Tomasz siedział przy swoim biurku i bezmyślnie przekładał papiery z miejsca na miejsce. Zabrnął w ślepą uliczkę. Nie było świadków, motywem mogła być zemsta, ale sposób działania... To wszystko wymagało nie tylko nieprawdopodobnego gniewu, ale i ogromnej skrupulatności. Czegoś takiego nie da się wymyślić z dnia na dzień. Na razie miał tylko zeznania małego chłopca, które brzmiały jak upiorna fantazja z baśni braci Grimm. Pozostało mu już tylko jedno. Zerwał z krzesła kurtkę i wyszedł z posterunku. Dochodziła siedemnasta. ***

34


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

Więzień skrzywił się, gdy noga krzesła zazgrzytała nieprzyjemnie po posadce. Spojrzał na palce detektywa, które wystukiwały na blacie niecierpliwą melodię. Mężczyzn oświetlała pojedyncza żarówka ubrana w żółtawy klosz, nadając ich twarzom niezdrowy wygląd. W panującej dookoła ciemności znikały rogi pokoju, tworząc złudzenie, jakby siedzieli pośrodku kosmicznej pustki. – Nie wiem, co mogę ci powiedzieć – powiedział Zbieracz. – Nie wiem, kto to robi, cholera, nie mam pojęcia. – To są twoi sąsiedzi. Mieszkałeś z nimi parę miesięcy. Narazili się komuś? Ktoś was mógł obserwować? Myśl! – Nie znałem ich, w porządku? Byłem zajęty misją. Uważałem tylko, żeby mi nie przeszkodzili, rozumiesz? Nikt nas nie obserwował, ta gnida, która się do mnie włamała, była... To był przypadek! To był kurewski przypadek. Nie powinno tak być. Wcale, wcale, wcale... To przez niego to wszystko! Przez niego! Przez niego ich nie uratowałem! – Uratowałem? Ty ich mordowałeś! – Nie... Widzisz, one do mnie mówiły. Te dzieci. Chciały, żebym to zrobił. Chciały, żebym je uratował. Nie chciały dorosnąć i stać się złe, jak cały ten pojebany świat. Ja je ocaliłem. Na zawsze będą już czyste, niewinne. Gdyby żyły, to ich delikatne kości złamałyby się pod był mocniejszym naciskiem zła. Czystego, wcielonego zła. Tomasz wpatrywał się w jego twarz i... nie potrafił odczytać nic.. Zagadką było, czy mówi prawdę. Ale przecież dlaczego właściwie miałby kłamać? Dostanie dożywocie, nie ma żadnych szans na złagodzenie wyroku. Trzask – kolejna kula trafia płot. *** – Hej kochanie, nie czekaj na mnie z obiadem. Muszę jeszcze podjechać w jedno miejsce. Cisza w słuchawce. – Kochanie? – Tomek... Nie przejmuj się tak tą sprawą. Odpocznij, proszę. Znowu sobie to

35


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

robisz. Znowu. – Co robię? Aniu, to mój zawód, OK? Ludzie... Ludzie umierają! Jeśli nie ja im pomogę, to kto? Kto? – Proszę cię... Nie jesteś sam, rozumiesz? Przyjedź do mnie. Proszę, zostaw to. Choć na chwilę. Tym razem milczał Tomasz. W końcu wyrzucił z siebie: – Zadzwonię, jak będę dojeżdżał do domu. Pa. *** Do willi, w której zostało umieszczone małżeństwo z domu Zbieracza, Tomaszowi zostało jakieś kilkanaście kilometrów. Wtedy zadzwoniła jego komórka. – Halo? – De... detektywie? Tu Marcin, ten... Ten... – Głos młodego policjanta wyraźnie drżał. – Wiem, kim jesteś. Uspokój się i powiedz, co się dzieje. Jadę do was, będę za jakieś dwanaście minut. – Oni... Oni zniknęli! Nigdzie ich nie ma! – Jak to zniknęli?! Miałeś ich pilnować! Gdzie ich widziałeś po raz ostatni?! – Zsze... zszedłem na dół, ta babka chciała napić się kawy, powiedziałem, że mogę jej przy... przynieść. A kiedy wróciłem... O Boże... – Co? Co się dzieje? – Ktoś śpiewa... Cholera, tu ktoś śpiewa! Słyszę to... Słyszę to wszędzie... Tomasz zdjął nagły strach. – Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Bądź ostrożny, czekaj na mnie. Nie działaj pochopnie. Postaraj się zlokalizować wszystkich. Możesz to dla mnie zrobić? – Chyba... chyba tak. – Świetnie. Będę za pięć minut. *** Paliły się wszystkie światła.

36


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

Te przy ścieżce prowadzącej do domu i chyba każde wewnątrz. Willa przypominała halloweenową dynię wypełnioną po brzegi świeczkami. Tomasz wyskoczył z samochodu, zostawiając kluczyki w stacyjce. Popędził w kierunku drzwi, mając ogromną nadzieję, że nie są zamknięte. Nie były. Pośrodku dużego salonu zajmującego niemal cała piętro leżał nieprzytomny policjant. Tomasz podszedł do niego i położył mu rękę na szyi. Odetchnął z ulgą, gdy wyczuł puls. Wtedy usłyszał kołysankę. Poczuł, jak podnoszą mu się włoski na karku. Dobiegała – a raczej jej słabe echo, które wydawało się niemal telepatycznie przenikać do samego mózgu – z pierwszego piętra. *** Mocniej chwycił pistolet i wolno ruszył w górę. Już dzieci śpią, Sen zmorzył twą laleczkę Śpiew rozbrzmiewał raz z jednej, raz z drugiej strony. I rzeczywiście, większość słów, większość końcówek – dokładnie tak jak opisywał to niewidomy chłopiec – tonęła w przejmująco smutnym szlochaniu. Żyli wśród róż, Nie znali burz, Rzecz najzupełniej pewna Kolejne pokoje okazywały się puste – zarówno te w stanie zupełnie surowym, jak i te umeblowane. Tomaszowi pociły się dłonie i parę razy musiał wytrzeć je o kurtkę, żeby pewnie trzymać broń. Palec niespokojnie zaciskał się na spuście. Światła zaczęły migotać i bzyczeć. A potem, jedna lampa po drugiej, gasnąć

37


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

z cichym pstryknięciem, które skojarzyło się Tomaszowi z delikatnymi kośćmi niemowląt pękającymi pod wystarczająco mocnym naciskiem. W końcu został w ciemności zupełnie sam, a cichutkie słowa piosenki zdawały się pląsać wokół niego. Lecz straszny los, Okrutna śmierć W udziale im przypadła W pokoju po jego prawej ręce zajęczały sprężyny materaca. W pokoju, który przed chwilą sprawdzał – był zupełnie pusty. Ktoś lub coś podniosło się z łóżka i zaczęło stawiać drobne, szybkie kroki – każdemu towarzyszyło ciche plaśnięcie, jakby podłoga była zalana czymś mokrym i lepkim. Tomasz przywarł plecami do ściany, przeżegnał się i wyskoczył zza drzwi. Zobaczył coś przypominające zdeformowane zwierzę o zbyt wielu kończynach. Przerażony zatoczył się i kurczowo złapał szafki, broniąc się przed upadkiem. Nerwowo rozglądał się dookoła, usiłując dojrzeć przeciwnika, który przecież musiał iść w jego kierunku! Ale nigdzie go nie było – zostało tylko coś na łóżku. Okrutna śmierć W udziale im przypadła Zajęło mu chwilę nim zrozumiał, na co patrzy. Mężczyzna, najpewniej mąż, został wepchnięty do swojej żony. Dosłownie. Ktoś z ogromną siłą nakierował głowę na jej krocze i pchał tak długo, aż nie wytrzymały mięśnie i skóra. Aż wszystko nie wytrzymało. Złączeni małżonkowie leżeli w stygnącej kałuży krwi i odchodów, a Tomasz wyszedł z pokoju, byle tylko nie patrzeć na obrzydliwą profanację stosunku. Choć bronił się przed tą myślą – musiał przyznać, że nie ma do czynienia z człowiekiem. Trybiki wskoczyły na swoje miejsce. By maszyna ruszyła, potrzebowała nadnaturalnego pierwiastka – Tomasz właśnie go odnalazł i zdał sobie sprawę, że sprawa najprawdopodobniej jest zamknięta.

38


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

Zemsta się dokonała. Akta powędrują wkrótce na półkę, a on sam będzie musiał żyć z ciężarem, do którego nigdy nie będzie mógł się przyznać. Pogrążony w ponurych rozważaniach nie zorientował się, że znów jest na parterze. Policjant, wcześniej nieprzytomny, podnosił się teraz z podłogi, rozcierając głowę. Na potylicy zakrzepła krew. Na widok Tomasza przełknął ślinę i zapytał: – Co z nimi? Odpowiedziało mu tylko smutne potrząśnięcie głową. Policjant przysiadł załamany na kanapie i złożył ręce, jak do modlitwy. – Prze... przepraszam. – Niepotrzebnie, to nie twoja wina. – Ale... ale to ja miałem ich chronić, obronić... – Nie – odparł Tomasz. – To wszystko wina tego oprawcy, rozumiesz? To... to wszystko to tylko jego wina! Wszystko! Gdyby nie on, ci ludzie by żyli! A... Tomasz zamarł. Zbieracz. Już tylko on został przy życiu z tego wyklętego przez Boga domu. – Muszę lecieć. Zajmij się wszystkim! Zadzwoń po pogotowie, niech obejrzą ci głowę i... i przykryj tych na górze... *** Uśmiech halloweenowej dyni wydawał się teraz szczerbaty i dużo bardziej posępny. Cierpiał. Nikt chyba nie potrafił sobie wyobrazić jak bardzo. Nikt mu też nie współczuł – bydlak zasłużył na śmierć, a nie dożywotnie wakacje finansowane przez państwo. Najgorszym jednak było to, że żaden z obecnych policjantów – poza Tomaszem, ale on nigdy się do tego nie przyznał – nie domyślał się, w jaki sposób Zbieracz mógł zostać tak strasznie okaleczony we własnej celi. Płaty skóry walały się po podłodze. Niektóre zwisały z pryczy – krwawe prześcieradło wyszyte z mięsa. Kawałki czoła i tego, co zostało z nosa, pływały w kiblu. W celi roiło się teraz od wszelkiej maści techników i gliniarzy – wszyscy pracowali w maskach. Odór formaliny był nie do zniesienia i wydawał się roznosić po całym

39


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

bloku. W rogu spoczywały resztki zwłok Zbieracza – zupełnie odartego ze skóry, obficie polanego cieczą, podobną tej, której używał do konserwowania własnych ofiar. Roztwór był niebywale żrący i jeśli istniała najmniejsza szansa na to, że jeszcze żył, gdy ktoś go oblewał – najprawdopodobniej poznał wymiar bólu, jaki musi istnieć w samym środku piekła. --Jak można było się spodziewać – morderstwa ustały. Po paru miesiącach bez jakichkolwiek nowych śladów sprawę odłożono na półkę. Tomasz pomału odzyskiwał równowagę, choć bywały dni, że odwracał się przestraszony, gdy usłyszał – lub tylko tak mu się wydawało – ciche piosenki o smutnych słowach. Wciąż miał koszmary. Gonił go Zbieracz, któremu z każdym krokiem odpadał kawałek skóry, a mięso skwierczało niczym przypiekane. Do nozdrzy docierał zapach formaliny i wtedy Tomasz się budził. Wtedy się budził i zastanawiał, dlaczego wciąż czuje smród, którego nigdy nie udało się całkowicie pozbyć z celi mordercy. Na szczęście ludzka pamięć bywa zaskakująco łaskawa. Z czasem pozwala zapomnieć o różnych rzeczach. Nie wyrzuca ich – raczej przysypuje pokaźną stertą radosnych wspomnień. Jeśli trzeba, to nawet dodaje im barw, których nigdy nie miały. Ot taki gratisowy zabieg na jego koszt. W końcu i tak jest ciężko, a trzeba jakość iść dalej. *** Upłynęło dziewięć lat. Szczątki ofiar już dawno nie przypominały ludzi, życie ich rodzin wróciło do – mniejszej lub większej – normy.Tomasz wciąż pracował w policji – był silniejszy, niż mu się wydawało. Zakola sięgały mu coraz głębiej, włosy ozdobiło kilka – dodających elegancji i dostojeństwa, nie lat – pasemek siwizny. Rozpracował parę trudnych spraw – jedną co najmniej równie mroczną, jak ta Zbieracza. Ale najważniejszym było, że z wiekiem ogarniał go coraz większy spokój. W dal-

40


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

szym ciągu miał bardzo dobry procent rozwiązanych zagadek kryminalnych, tylko że pozostawiał je w pracy – już nigdy nie spóźnił się na obiad do domu, nigdy nie odłożył słuchawki, gdy Anna prosiła, żeby już wrócił. Częściej korzystał z dni wolnych. I chyba można powiedzieć, że jak na człowieka, który musi nurkować w szambie, żeby wyłowić z niego najgorszy syf, był bardzo szczęśliwy. *** Nie inaczej było w piątek, kiedy wyszedł z biura już o dwunastej i cicho pogwizdując, usiadł za kierownicą. Anna przygotowała dla nich niespodziankę – wprost nie mógł się doczekać, co to będzie. Słońce ogrzewało ulice przyjemnym ciepłem, takim w sam raz. Czekając na czerwonych światłach, Tomasz zamykał oczy i cieszył się jego promieniami wędrującymi po twarzy. Pod dom zajechał bez żadnych problemów – udało mu się ominąć korki. Przeskakując po kilka schodów naraz, w mig znalazł się przed mieszkaniem. – Hej! Już jestem – zawołał, zamykając drzwi. – Przyznaj się, co robimy... Nagle uderzyło go, jak jest cicho. Odłożył klucz na szafkę, a ręką powędrowała mu do paska, gdzie miał zatkniętą broń. W łazience ktoś odkręcił wodę. Cichy szum niepokojąco rozlał się po pokojach. – Aniu? – zawołał Tomasz, wciąż pełen złych przeczuć. I wtedy Ania wyszła z łazienki, ze słuchawkami w uszach. Na widok Tomasza krzyknęła. – Rany! Przestraszyłeś mnie na śmierć! – Zaśmiała się i wspinając się na palce, pocałowała go w środek nosa. – Kto tu kogo przestraszył – burknął, ale poczuł, jak ciężar spada mu z ramion. – To co w końcu dzisiaj robimy? Anna obróciła się do niego i puściła mu oko. - Zobaczysz! ***

41


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Dojechali na miejsce przed piętnastą. Domek, który wynajęła, był parterowy i wyglądał na świeżo malowany. Biel lśniła tak mocno, że nie dało się na niego patrzeć bez mrużenia oczu. Z drugiej strony rozciągało się molo, a do niego przywiązana była łódka, z wiosłami ułożonymi na dnie. Znad jeziora dochodził orzeźwiający chłód. Tomasz uśmiechnął się do Anny, wziął ją na ręce i przeniósł nad progiem. Gdyby ktoś wtedy tam przechodził, usłyszałby bzyczenie owadów, szelest trawy kołysanej lekkim wiatrem i głośne jęki dwojga kochających się osób. Tak minął im dzień, wieczór zaś stanął pod znakiem rozmów i dużych kieliszków wypełnionych winem, które kapało na drewnianą podłogę, kiedy się śmiali – a śmiali się często. *** Tomasz wstał przed czwartą. Księżyc wisiał jeszcze dość wysoko na niebie, chociaż czerń nocy wydawała się pomału, pomału blednąć. Łódka zakołysała się, kiedy do niej wszedł, położył wędkę i chwycił za wiosła. Nim minęły trzy minuty, był już na środku jeziora, po siedmiu siedział z wędką w ręce, starając się stłumić ziewnięcia. Miał ochotę jeszcze pospać, ale nie łowił ryb od tak dawna, że nie mógł odmówić sobie tej wczesnej przyjemności. Przymknął oczy i odprężył się. Mijały minuty. Nagle spławik zatańczył na wodzie. Ciche pluśnięcie zmąciło spokojną dotąd toń. Tomasz uśmiechnął się i mocniej złapał wędkę. Wtedy usłyszał – a może poczuł – coś jeszcze. Jakby ktoś wyszeptał mu parę niezrozumiałych słów wprost do ucha. I znowu, tym razem z drugiej strony. I jeszcze jedno – odgłos kroków, odgłos stąpania po czymś mokrym i lepkim. Ale w granacie jeziora odbijało się tylko niebo, zdawałoby się wypełnione gwiazdami tak licznie jak nigdy wcześniej. Las, który rozciągał się dookoła, też wyglądał na spokojny. Tomasz uśmiechnął się niepewnie – musiał przysnąć. Zawsze tak jest, człowiek

42


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

zamknie oczy na chwilę, a... Ktoś zaszlochał. Ktoś zaczął nucić. Już dzieci śpią, Sen zmorzył twą laleczkę Ktoś szedł w jego kierunku. Ktoś szedł po wodzie. Wędka wypadła Tomaszowi z rąk. Zmrużył oczy. Postać zbliżała się bez pośpiechu, jakby unosząc na powierzchni, lecz nie ruszając nogami – niczym zawieszona na niewidocznych sznurkach. Tomasz po raz pierwszy ujrzał upiora, który zamordował ludzi z niewyróżniającego się bloku. Kobieta zatrzymała się jakieś dwa metry przed łódką. Ręce rozłożyła na boki, niczym Jezus na obrazkach z pierwszej komunii. Kręcone włosy opadały jej luźno na ramiona, oczy wydawały się ciemne, ale światło księżyca nie pozwalało dostrzec dokładnie, jakiego były koloru. A pod średniej wielkości piersiami ziała krwawiąca rana. Z rozprutego brzucha sączyła się wolno gęsta ciecz, spływając po udach, aż do stóp i mieszając się z wodą. Ze środka wystawała poszarpana pępowina, okręcona niczym wąż wokół jednej z nóg. Kobieta śpiewała kołysankę, choć co chwila jej ciałem wstrząsał spazm wywołany płaczem, a z ust, oprócz słów, płynęła krew. Żyli wśród róż, Nie znali burz, Rzecz najzupełniej pewna Od tej chwili dla Tomasza synonimem strachu stał się chłód. Szczękał zębami i gotów był przysiąc, że gdy wydycha powietrze – pojawia się para. Na całym ciele miał gęsią skórkę. Mimo to starał się myśleć trzeźwo. Ważne, żeby chronić Anię. Ważne, żeby nic nie zrobiła Ani. – Wyy... wychodzi z domu – wyszeptała kobieta, wciąż szlochając. – Co? – Tomasz błyskawicznie zapomniał o zimnie i wyprostował się. Łódka nie-

43


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

bezpiecznie się zakołysała. – Co ty mówisz? Czego chcesz? – Twoja żona... Wychodzi z domu. Myśli, że ją wołasz... – Co!? Ale dlaczego?! – Tomasz sięgnął do wioseł, przerażony jak nigdy wcześniej. Upiór znalazł się nagle przy nim, wytrącając mu je z dłoni. Na dno polała się krew, w pępowinę wbiła drzazga. Byli teraz twarzą w twarz. Tomasz nie odwrócił wzroku. – Jesteś winny. Wszyscy byliście. To bydlę nas zabijało, nasze dzieci. A wy... Wy udawaliście, że tego nie dostrzegacie. Stara widziała kobietę w ciąży, która wchodziła do jego mieszkania. Słyszała, jak on każe jej się zamknąć. Słyszała, jak coś upada na podłogę... I ten młody... Widział, co bydlę pakuje do auta... I oni... oni słyszeli, jak wołam, jak krzyczę o pomoc! Jak wrzeszczę, gdy rozpruwa mi brzuch i wyciąga dziecko! Ale nikt, nikt nic nie zrobił! Żyli wśród róż, Nie znali burz, Rzecz najzupełniej pewna – Ale dlaczego ja, czym zawiniłem?! – Tomasz próbował grać na czas, myśląc tylko o tym, jak uratować Anię. – Ty... Miałeś go przesłuchiwać parę lat temu. Nie zrobiłeś, nie zrobiłeś, nie zrobiłeś tego. Puściłeś go wolno, spieszyłeś się, tak bardzo chciałeś już się jej oświadczyć. Rozmawiał z nim młody, zbyt młody. Nie dostrzegł, nie dostrzegł zła. Ty byś to zrobił. Dlatego zostaniesz ukarany. Zostaniesz ukarany, jak oni zostali. Umarli w blasku, wiesz? Otoczyłam ich blaskiem i dlatego nikt ich nie dostrzegł. Nie dostrzegł ich krzywdy, tak jak oni nie chcieli dostrzec mojej! Naszej! Tomasz wyskoczył z łódki i ruszył wpław, a za nim, wolno, lecz wystarczająco szybko, by go przegonić, ruszyła zjawa. Wyciągnęła dwa palce zakończone nienaturalnie długimi, twardymi paznokciami i wbiła mu je w kąciki oczu, szybkim ruchem przeciągnęła na drugą stroną, przepoławiając gałki. Tomasz ryknął z bólu i zachłysnął się wodą. Zdołał utrzymać się na powierzchni,

44


[ Łukasz Pytlik - Spojrzeć w blask ]

ale nic nie widział. Podświadomie tylko czuł, w którą stronę powinien płynąć. Ale nagle... coś dostrzegł. Coś zalśniło w czerni. Coś podobnego bańce wypełnionej światłem. Ruszył w jej kierunku. Króla zjadł pies, Pazia zjadł kot, Królewnę myszka zjadła. *** Przeżył. W przeciwieństwie do Anny. Nie zdołano ustalić dokładnego przebiegu wypadków, ale musiało wyglądać to mniej więcej tak: Z niewiadomych powodów wstaje z łóżka i rusza w kierunku drogi. Tam uderza w nią auto. Kierowca twierdzi, że wyszedł z samochodu, ale nigdzie nie dostrzegł ciała. Wydaje się to dziwnE, bo Anna leżała parę metrów przed nim. Żyli jeszcze co najmniej przez godzinę, może półtorej, zanim wykrwawili się na śmierć, a połamane kości poprzebijały organy wewnętrzne. Żyli? Owszem. Biły w niej dwa serca – była w ciąży. *** Tomasz milczał na temat domniemanego sprawcy. Milczał, chociaż przecież wiedział dokładnie, kim był – a raczej była – i dlaczego czekała tak długo. Milczał też, bo nie miał do kogo się odezwać. Ludzie, których nazywał swoimi przyjaciółmi, przestali odbierać od niego telefony. Rodzina Anny, a nawet jego własna, zerwała z nim wszelkie kontakty. Zupełnie, jakby blask, który upiór zsyłał na swoje ofiary, stał się nieodłącznym i jedynym towarzyszem życia Tomasza i miał nim być aż do samej śmierci. Śmierci, która nikogo nie będzie obchodzić.

45


THE DEVILS DIABŁY Wielka Brytania 1971 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Ken Russell Obsada: Vanessa Redgrave Oliver Reed Max Adrian Dudley Sutton

Text: Joanna Konik

X X X X X

Obraz ten opowiada historię mającą miejsce w XVII-wiecznej Francji, z którą nierozerwalnie łączy się sylwetka Kardynała Richelieu. Adaptacja powieści Aldousa Huxleya przenosi widza w świat, gdzie pod przykrywką wiary w jedyną i słuszną religię toczą się rozgrywki polityczne. Oto majętny i niezwykle podobający się kobietom Ojciec Grandier buduje silne miasto i z czasem rozszerza swoje wpływy na okoliczne wioski. Sam łączy w swej

osobie zarówno władcę, jak i namiestnika boskiego. Ojciec pomnaża swój majątek u boku coraz to innych kobiet. Sielanka nie trwa jednak wiecznie, gdyż jego fortunę pragnie zagarnąć Kardynał Richelieu. Jak przystało na XVII wiek, wszelkie rozgrywki polityczne toczą się w obliczu religii i zgodnie z wolą boską. Na skutek egzorcyzmów odprawionych nad obsesyjnie zakochaną w głównym bohaterze Matką Joanną Ojciec Grandier zostaje oskarżony o konszachty z diabłem. Film ukazuje nam swego rodzaju państwo zakonne, w którym ważni są tylko wysocy dostojnicy kościelni. To właśnie oni ustawiają prawo i religię pod kątem własnych zachcianek natury biologicznej. Z jednej strony jest to historia, która wydarzyła się wiele lat temu w XVII-wiecznej Francji, więc nie dotyka widza w jakiś bezpośredni sposób. Można na nią popatrzyć jak na legendę traktującą o barbarzyńcach źle interpretujących miłość bliźniego. Jednak istnieje w całej opowieści element bardzo drażniący, jakim jest postać Matki Joanny, osoby, która będąc matką przełożoną

Lata 70. są szczytowym momentem rozwoju filmów spod znaku exploitation, a co za tym idzie – również najbar-dziej sprzyjającycą dekadą dla jego podgatunku, kina nunsploitation. To właśnie w roku 1971 Ken Russel postanowił wydać na światło dzienne dzieło pod wiele mówiącym tytułem „The Devils”.

46


w zakonie, zakochana jest platonicznie w Ojcu Grandier. Zwierzchniczka zakonu obok upośledzenia fizycznego wykazuje oznaki niezrównoważenia psychicznego. Zostaje ona skazana na niesamowite tortury, dzięki którym ma zostać oczyszczona. Niezwykle efektywne wypędzanie szatana nie przynosi jednak skutków, gdyż jest robione tylko na pokaz i chyba nikt nie ma pojęcia, jak miałby wyglądać pozytywny rezultat tego przedsięwzięcia. „The Devils” reprezentuje dzieła z nurtu nunsploitation odnoszące się do historii, wykorzystujące kostiumy z epoki i traktujące o bardzo barwnych postaciach. Film ten jest bardzo dobrze dopracowany od strony technicznej, fabularnej. Widzimy niesamowitą grę aktorską doskonale zgrywającą się z mistrzowskimi zdjęciami my i francuska historia, na kanwie której i fantastyczną reżyserią. Barwne kostiu- rozgrywa się smutna opowieść życia Matki Joanny, daje dużo do myślenia. Jednak cierpienie niewinnej kobiety w jakiś dziwny sposób rozpływa się w dobrze nakręconym filmie. Dlaczego tak się dzieje? Z pewnością z wielu różnych powodów, ale na to i wiele innych pytań trzeba odpowiedzieć sobie samemu, gdyż podobnie jak większość filmów również i ten nakręcony jest po to, by sprowokować widza do refleksji.

47


Games)

-------------------------------------- Ocena: 3/6 Wydawca: Rebis 20l0 Tłumaczenie: Radosław Kot Ilość stron: 537

„Krwawe igrzyska” to już trzeci tom cyklu o wampirycznym hrabim Saint-Germain. Po wizycie w XVIII-wiecznej Francji i XVwiecznej Florencji Chelsea Quinn Yarbro zabiera nas w podróż do starożytnego Rzymu. Rakoczy Sanct’ Germain Franciskus jest bywalcem na dworach kolejnych cesarzy: Nerona, Galby, Otona, Witeliusza i Wespazjana. Dzięki swemu bogactwu, erudycji i szlachetności zdobywa sobie wielu wpływowych przyjaciół. Te same cechy sprawiają, że wielu go nienawidzi. A wrogowie gotowi są wykorzystać każdą okazję, by pozbyć się znienawidzonego cudzoziemca. Czytając „Hotel Transylvania”, zastanawiałam się, czy cykl Yarbro będzie, podobnie jak inne wielotomowe sagi, z tomu na tom coraz słabszy. Niestety, „Krwawe igrzyska” zdają się potwierdzać moje obawy: szlachetność głównego bohatera, mogąca urzekać w pierwszym tomie, w trzecim zaczyna nużyć, a schematyczność powieści sprawia, że bez problemu możemy przewidzieć zakończenie, zwłaszcza że pojawiają się tu postaci znane już z chronologicznie późniejszego „Pałacu”: Ruggiero i Olivia. Akcja toczy się jeszcze wolniej niż w poprzednich tomach, przyspieszać zaczyna dopiero w okolicach czterechsetnej strony. Jednak przewidywalność i statyczność fabuły to nie jedyne cechy „Krwawych igrzysk” łączące powieść z poprzednimi tomami. Również tutaj autorka zadbała o wierne przedstawienie realiów historycznych, co we współczesnej literaturze rozrywkowej zdarza się coraz rzadziej. Spotykamy tu postaci znane nam z histo-

rii, jesteśmy świadkami coraz bardziej brutalnych igrzysk, a także możemy obserwować codzienne życie patrycjuszy, ich relacje z niewolnikami i pozycję, jaką ci ostatni zajmowali w strukturze społecznej starożytnego Rzymu. Razić mogą jedynie niemal identyczne w każdym tomie personalia głównego bohatera. Raczej mało prawdopodobne wydaje się, by w I w. n.e. mógł nosić on miano po biskupie z VI w. n.e. albo XVII-wiecznym księciu siedmiogrodzkim.

Text: Jagoda Skowrońska-Mazur

CHELSEA QUINN YARBRO - Krwawe igrzyska (Blood

Czytelnicy wcześniejszych historii o hrabim Saint Germain wiedzą już, że raczej trudno zaliczyć je do literatury grozy, więc wbrew tytułowi amatorzy krwawych horrorów nie znajdą tu szczególnie wiele dla siebie. Yarbro nie epatuje szczególnie drobiazgowymi opisami tytułowych igrzysk. Owszem, więcej tu mamy krwi niż w poprzednich tomach, jednak wszystko to przedstawione jest raczej, by wzruszyć bardziej wrażliwych czytelników, ukazując, jak bardzo tego typu rozrywki ludu rzymskiego ranią delikatne uczucia głównych bohaterów. Cóż, wampiry brzydzące się przemocą to nic nadzwyczajnego w dzisiejszej literaturze i w filmach, ale trzydzieści lat temu, kiedy cykl zaczynał dopiero powstawać, to był oryginalny pomysł. I jak widać, zarówno po niesłabnącej popularności powieści Yarbro i Anne Rice na świecie oraz po wciąż ukazujących współczesnych „horrorach”, które z gatunkiem nie mają już prawie nic wspólnego, pomysł ten sprawdził się rewelacyjnie. Przynajmniej dla wydawców, księgarń i przemysłu filmowego. Dla fanów wampirów spod znaku Draculi już niekoniecznie.

ABY KUPIĆ RECENZOWANĄ KSIĄŻKĘ,KLIKNIJ NA LOGO (opcja aktywna tylko w Grabarzu Polskim w formacie pdf)

49


By zgłębić nurt filmowy, jakim jest nunsploitation, musimy odnieść się do gatunku exploitation, który swój szczytowy rozwój osiągnął w latach 60. i 70. Wtedy to właśnie na ekranach kin można było oglądać wielkie gwiazdy, niesamowite efekty specjalne, coraz śmielsze sceny erotyczne czy wreszcie przemoc w każdej możliwej formie. Tak więc cenzura z większym nasileniem wypuszczała na światło dzienne filmy, w których dominowały seks i krew. Zapotrzebowanie na tego typu produkcje skłaniało cały przemysł filmowy do rozwoju w tym właśnie kierunku. Zainteresowania twórców filmowych oscylowały pomiędzy soft-porno a scenami gwałtów, co z kolei przeplatało się ze śmiercią, kalectwem czy zemstą pokrzywdzonych. Bardzo barwne tematy koniec końców zaczęły potrzebować nowych kostiumów i w ten właśnie sposób powstały nurty takie jak sexploitation, nazisploitation, cannibal films czy wreszcie nunsploitation.

50

Jak sama nazwa głosi, rzecz traktuje o zakonnicach, ale na tym nie koniec. Historie opowiedziane w kolejnych obrazach dotyczą wybitnych historycznych postaci, całych misji zakonnych w Europie, ale też w Japonii albo w Chinach, wreszcie masowych opętań czy samych wypraw krzyżowych. Niewinne kobiety wysłane na koniec świata tylko po to, by głosić słowo Chrystusowe wikłają się w kolejne sytuacje, które noszą znamiona sadyzmu, masochizmu, urozmaiconego o elementy erotyczne czy nawet gwałty. Różnica między kolejnymi filmami traktującymi o zakonnicach jest znaczna. Przede wszystkim zwraca uwagę fakt, że tak jak w każdym innym filmie reżyser angażuje się lub nie w ukazanie tematu przy pełnym wykorzystaniu możliwości zarówno aktorskich, jak i technicznych. I tutaj w zależności od tego, czy widz przeniesiony jest w klimat średniowiecznej legendy


Jeśli pominąć otoczkę techniczną, artystyczną czy warsztatową, na plan pierwszy wysuwa się oczywiście temat przewodni - zakonnice. Istoty niewinne, oddane modlitwie i pracy, chcące swoim życiem uwielbiać Boga, zwracają uwagę przeciętnego człowieka swoja odmiennością. Kolejne filmy z różnych zakątków świata ukazują, w jaki sposób zaprzeczenie podstawowym potrzebom ludzkim może ewoluować w człowieku. Odsłaniają jądro stosunków międzyludzkich panujących w tak specyficznej społeczności, jaką jest zbiorowość klasztorna. Z drugiej strony, można popatrzeć na temat przewodni jako na prowokację, która ma przede wszystkim wzbudzić wśród widzów oburzenie. W końcu znaczna część zakonnic czy kleru naprawdę wierzy i przez swą wiarę czuje więź z istotą najwyższą. Tymczasem kino tego gatunku zdaje się prezentować tezę jakoby nikt nie był tak naprawdę wolny od wpływu szatana – i pokazuje nam pokłady zła drzemiące w każdym człowieku. Filmy z nurtu exploitation w sposób bardzo drastyczny dotykają najbardziej intymnej sfery rzeczywistości człowieka. Można patrzeć na nie pod wieloma kątami, analizować w różnoraki sposób. Najważniejsze jednak w tego typu obrazach jest to, by odnieść się do potrzeb nurtujących różne grupy społeczne. Wszystko, co jest, było, stało się, w równym stopniu dotyczy każdej jednostki w społeczeństwie i wymaga odniesienia się do tego tematu. Na ile filmy z nurtu nunsploitation ukazują prawdę, należy ocenić samemu, ale z pewnością wiele zawartych w nich tez zmusi widza do myślenia.

Text: Joanna Konik

opowiadającej smutną historię boskiego księdza, który przez swą urodę wpadł w środek rozgrywek politycznych („Diabły”, reż. Ken Russell), czy też wybiera się do Japonii, gdzie jest świadkiem smutnej historii Mayi, która pragnie rozwiązać tajemnicę śmierci swojej matki („School of the Holy Beast”, reż. N. Suzuki), czy wreszcie jest świadkiem historii opętania całego zakonu, któremu nawet ksiądz egzorcysta nie jest w stanie pomóc („Matka Joanna od Aniołów”, reż. Jerzy Kawalerowicz), ma on wrażenie, że twórcy zrobili wszystko, by film był arcydziełem lub przynajmniej zbliżał się do ideału.


BABYSITTER WANTED BABYSITTER WANTED USA 2008 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Jonas Barnes Michael Manasseri Obsada: Sarah Thompson Matt Dallas Kristen Dalton Bruce Thomas

X X X

Text: Łukasz Pytlik

X X

Nie wiem jak wy, ale ja od dawna miałem ochotę na jakiś dobry horror o opiekunce do dzieci, która żeby dorobić, jedzie do jakiegoś domu na odludziu. A najlepiej, żeby dorzucić do tego wątek satanistyczny – to by było palce lizać! Ale... Zaraz, zaraz... Z czymś Wam się to kojarzy? No właśnie – z „The House of the Devil”, o którym miałem przyjemność pisać w jednym z poprzednich „Grabarzy”. Tylko że „Babysitter Wanted” powstał wcześniej, co rodzi uzasadnione podejrzenia

o oryginalność pomysłu Ti Westa. Ale pal licho – to dwa filmy, gdzie podobne jest tylko zawiązanie akcji. Cała reszta to zupełnie inna bajka. Od porównań jednak nie uciekniemy – i tu, i tu klimat jest, akcja za to rozgrywa się o wiele szybciej w „Babysitter Wanted”. I jest dużo, dużo, dużo więcej krwi. Pojawia się ona po raz pierwszy w... lodówce, gdzie podopieczny głównej bohaterki (chłopiec około sześcioletni, ubóstwiający nosić kowbojski kapelusz) ma przygotowane specjalne dania – specjalne, bo jest to surowe mięso. Samemu domowi daleko do przerażająco dusznej rezydencji z „The House of the Devil”, ale niezła praca kamery sprawia, że czujemy niepokój, wpatrując się w długie, skrzypiące schody czy pomieszczenia wypełnione pustką. Spokój burzy zjawienie się dziwnego, odzianego w czerń mężczyzny – mężczyzny o niecnych zamiarach, polującego na dziecko. Jeśli jednak nauczyliśmy się jednego z „The House of the Devil”,

„Babysitter Wanted” – a więc: „Poszukujemy opiekunki do dziecka”. Prawda, że w tym wypadku już sam tytuł zachęca do sięgnięcia po film?

52


to tego, że z amerykańskimi opiekunkami do dzieci nie ma co zadzierać, o! Pozbawia więc przytomności pooranego bliznami draba, całkiem przytomnie dzwoni po swojegochłopaka i... I co? I film obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Chłopiec okazuje się być antychrystem, kryjącym iście diabelskie rogi pod wspomnianym wcześniej kapeluszem. Morderca lubujący się w czerni był księdzem, a rodzice to oczywiście sataniści, krojący młode dziewczyny na kawałki i karmiący nimi potomka. Mnie ten „minitwist” spodobał się średnio, bo z całkiem porządnego straszaka zrobiło nam się coś zahaczającego o komedio-horror. Pojawia się za to więcej gore, więc jego miłośnicy powinni być zadowoleni. „Babysitter Wanted” złym filmem nie jest. Wybitnym też nie. Dla zabicia czasu, dla chwili rozrywki, dla śmiechu pomieszanego z kilkoma ziarenkami strachu, dla zakończenia otwierającego – ale niekoniecznie – szansę na sequel można owo dziełko obejrzeć. Czasu raczej żałować nie będziecie, ale do Waszej pierwszej dziesiątki filmów grozy raczej nie wskoczy.

53


Czy kiedykolwiek chciałeś obejrzeć swój ulubiony film na dużym ekranie? Nie chodzi o 50-calowy telewizor, ale o prawdziwe kino. Jeśli twoja ulubiona produkcja to niskobudżetowy, cholernie brutalny, obskurny i znany tylko tobie (i reżyserowi) film klasy, daj Boże, „C” to może być z tym problem. Jeszcze gorzej, jeśli kopia, którą dysponujesz jest nagrana na archaicznym nośniku, który dawno wyszedł z obiegu, a jego dystrybutor albo siedzi, albo sprzedaje bieliznę na bazarze. Możesz zaprosić znajomych i urządzić pokaz u siebie w domu. My woleliśmy zrobić to w kinie. I nazwać VHS HELL. Pomysł comiesięcznych pokazów pojawił się po wystawie „Schizma. Sztuka polska lat dziewięćdziesiątych”, która odbyła się w dniach 9 października 2009 - 3 stycznia 2010 w Centrum Sztuki Współcze. IZMA VHS HELL @ SCH snej w Zamku Ujazdowskim w Warszawie. Maurycy Gomulicki, znany na całym świecie artysta , postanowił w swojej instalacji wykorzystać kolekcję kaset wideo Krystiana Kujdy, który przez lata zgromadził setki niskobudżetowych filmów (możecie obejrzeć ją tutaj (www.flickr.com/photos/krystian_kujda /sets/72157603827798724/).

Instalacja VHS HELL stylizowana na wypożyczalnię ociekającą strumieniami krwi była swoistym nostalgicznym hołdem dla minionej epoki raczkującego kapitalizmu, okresu kiedy dorastaliśmy oraz niecodziennej pasji Krystiana, który zjeździł Polskę wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu zapomnianych perełek. Blisko 1000 filmów, najlepsza nazwa na świecie, wsparcie zaprzyjaźnionego Stowarzyszenia Arteria i miłość do kuriozalnych produkcji z potworami, kartonowymi statkami kosmicznymi i nieuzasadnioną golizną w roli głównej – coś trzeba było z tym zrobić. Poza tym Gdynia zobowiązuje. To tutaj w latach 90. swoje siedziby mieli kultowi dystrybutorzy – Elgaz i Video Rondo. Tak narodziło się VHS HELL. Krystian przedstawił zarys cyklu w gdyńskim Klubie


produkcji klasy „B”. Wmawianie komuś, że czarnobiała produkcja sprzed 60 lat to najgorszy film, a Ed Wood to papież złego smaku jest jakimś grubym nieporozumieniem.

Formuła imprezy od pierwszego pokazu jest taka sama – double feature. Gościom, którzy pojawiają się na VHS HELL serwujemy dwa filmy prosto z porysowanych taśm video, poprzedzone oryginalnymi trailerami. Przy ustalaniu repertuaru nie kierujemy się jakimś stałym kluczem – raz jest to reżyser lub aktor, innym razem gatunek, bądź jego wariant.

Już niedługo wyruszamy na podbój miast, które pozazdrościły Trójmiastu pokazów VHS HELL i zaprosiły nas do siebie. W planach jest również wystawa plakatów, do których od początku przywiązujemy wielką wagę. Ich autorami są utalentowani artyści i fotograficy, m.in. Aleksandra Waliszewska, Lena Ptak czy Ryan M. Todd. Myślimy również nad limitowaną partią koszulek, nowymi projek-

Wspólnym mianownikiem pokazów, od którego okazjonalnie zrobiliśmy odstępstwo, jest warunek, aby filmy nie były widzowi wcześniej znane. Nie jest to trudne. Istnieje tyle wspaniałych, zupełnie zapomnianych

Ponadto na każdym spotkaniu widzowie są odpowiednio wprowadzani w kontekst pokazu. Na początku były to krótkie prelekcje. Późnej zastąpiły je filmowe prezentacje, zmontowane i wzbogacone efektami specjalnymi przez niezastąpionego Mateusza Gołębiowskiego, gościa, który z kawałka taśmy klejącej, wypchanego bażanta i pledu swojej mamy potrafi wyczarować prawdziwe cuda. Już w styczniu wracamy z nowymi pokazami – w Klubie Filmowym oraz w gdańskim Teatrze w Oknie, gdzie od października działa VHS HELL TwO - kameralna wersja naszego cyklu, która rozwija się w kierunku regularnych, całonocnych maratonów połączonych z konsumpcją pizzy.

Text: Grzegorz Kłos

Filmowym, gdzie od razu podchwycono pomysł. Wszystko miało wyglądać jak w kinie grindhouse – wątpliwej jakości filmy i specjalnie na tę okazję przygotowany obskurny plakat. PierwS KŁO GRZEGORZ szy pokaz odbył ZI. COZ I I LUIG się 5 maja 2010 r. Początkowo baliśmy się o małą frekwencję, ale czas pokazał, że obawy były zupełnie bezpodstawne. Ze spotkania na spotkanie pojawiało się coraz więcej ludzi, którzy ku naszemu zdumieniu podchwycili klimat. Okazało się, że wszyscy się śmieją, żywiołowo komentują, słowem - świetnie się bawią. Pojawiło się również mnóstwo młodych osób, dla których czasy osiedlowych wypożyczalni, filmów spod lady czy przegrywania vhs-ów kątem u sąsiada to czysta abstrakcja.


tami przypinek, własnym kanale na Youtube oraz stronie internetowej z prawdziwego zdarzenia. Jeśli chcecie być na bieżąco z pokazami w ramach VHS HELL to polubcie nas na Facebooku. Informacje o cyklu znajdziecie również w portalach Trójmiasto.pl oraz Film.wp.pl. Pamiętajcie – nieuzasadniona golizna istnieje!

Korzystając z okazji ekipa VHS HELL pragnie gorąco podziękować następującym osobom: Kuba Franzkowiak, Piotr Jutrowski, Kinga Kuczyńska, Magda Malinowska, Maciek Mokros, Magda Ossowska, Bartosz Pakulski, Marc Palm, Piotr Pędziszewski Specjalne podziękowania dla: Klubu Filmowego, Stowarzyszenia Arteria, Teatru w Oknie

PRAWDZIWE PIE KŁO

Na deser zapraszam do przeczytania krótkiej rozmowy z Krystianem Kujdą, pomysłodawcą imprez VHS Hell oraz właścicielem jednej z największych kolekcji kaset video w naszym kraju. Zacznijmy może od VHS HELL. Od pół roku organizujecie pokazy filmów. Skąd pomysł na tego typu imprezy? Czemu właśnie vhs?

zapomnienia takich fantastycznych produkcji, jak dzieła Priora, Dohlera, Bohusa, Sidarisa i wielu innych. W Polsce po prostu niemal niemożliwym jest zobaczenie tych filmów w inny sposób niż z kilkunastoletniej kasety VHS.

Zdecydowana większość filmów, które pokazujemy nigdy nie miała swojej premiery na DVD. VHS HELL to próba ocalenia od

Waszym pokazom towarzyszą różne atrakcje. Przybliż je czytelnikom. W miarę możliwości staramy się urozmaicać nasze projekcje. Za sobą mamy już specjalny pokaz halloweenowy na którym


tym w styczniu tradycyjnie zrobimy jeden pokaz w Gdyni i jeden w Gdańsku (całonocny maraton). Zachęcam do śledzenia nas na facebooku bądź na naszym blogu (http://vhshell.tumblr.com/) – tam na bieżąco można sprawdzić, kiedy i gdzie są najbliższe projekcje. Nikt by mi nie wybaczył gdybym nie spytał o Twoją kolekcję kaset. Od czego zaczęła się ta pasja?

Filmy kochałem od zawsze. Jako mały chłopiec płakałem w kinie kiedy umarł Yoda w „Powrocie Jedi”, kibicowałem Jackowi Burtonowi z „Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy”, zachwycałem się nawet „Klątwą doliny węży”, nie zważając na fakt, że była to jedynie kiepska podróbka Indiany Jonesa. Oglądałem dużo i namiętnie. Kiedy na początku lat 90. Muszę dodać, że mamy naprawdę dużo moi rodzice kupili pierwszy magnetowid nowych pomysłów, które będziemy reali- otworzyły się nowe, szersze perspektywy. Przegrywało się filmy od sąsiadów, wymiezować już w przyszłym roku. niało z kolegami, no i oczywiście chodziło Czy planujecie rozszerzyć działalność się do wypożyczalni. To ostatnie było dla mnie szczególnie ekscytujące. Już samo VHS Hell na inne miasta? szperanie pośród dziesiątek kolorowych Tak. Coraz częściej dostajemy zapytania o naszą imprezę spoza Trójmiasta. Zdarza się też, że padają konkretne propozycje. W najbliższej przyszłości mamy w planach Wrocław i Warszawę. Wydaje mi się, że na tym się nie skończy, czujemy, że jest spore zapotrzebowanie na makabrę i nieuzasadnioną goliznę. Najbliższy seans odbędzie się... We Wrocławiu 8 stycznia. Poza

Rozmawiał: Wojciech Jan Pawlik

Mariusz Kuczewski pokazał swój reżyserski debiut „Project: Zombie” oraz można było podpatrzeć, jak profesjonalne charakteryzatorki zmieniają ludzi w żywe trupy. Od jakiegoś czasu dzięki zdolnościom Mateusza Gołębiowskiego pokazy poprzedzają filmowe prezentacje. A na kameralnej wersji naszych pokazów, czyli VHS Hell TwO, stawiamy po prostu na dobrą zabawę, zamawiamy pizzę i oglądamy filmy do piątej rano.


Liczba egzemplarzy zbliża się do okrągłego tysiąca. A tak namacalnie, ile zajmuje Twoja kolekcja? Kasety video mają to do siebie, że zajmują sporo miejsca. Jako, że całą kolekcję trzymam w domu, to możesz sobie wyobrazić, w jakich warunkach przyszło mi mieszkać. Filmy stoją w podwójnych rzędach na regałach sięgających sufitu, część pochowana jest po szafach. Jak wyszukujesz swoje filmy? okładek i wybieranie konkretnych filmów Proces pozyskiwania filmów był dla mnie na wieczór dostarczało wiele frajdy. nieraz ważniejszy i bardziej interesujący W ogólniaku bardziej niż kino zajmowała niż powiększanie kolekcji samo w sobie. mnie literatura, muzyka i imprezy. Dopie- Piszę w czasie przeszłym, bo teraz nie ro na studiach wróciłem do swojej pasji. mam czasu na takie eskapady, a pewnie Duża w tym zasługa mojego przyjaciela byłyby one też i bezcelowe – większość Grześka Kłosa, który podrzucał mi coraz wypożyczalni padło już jakiś czas temu to bardziej dziwaczne produkcje. Obaj albo w całości przerzuciło się na DVD. byliśmy na specjalizacji z filmoznawstwa więc krwawe i tandetne horrory były nie- Jeszcze kilka lat temu wyglądało to tak: złą odskocznią od kolejnych Bergmanów najpierw robiłem listę wypożyczalni kaset i Eisensteinów. Kiedy zorientowaliśmy się, video z danego miasta, do którego akurat że dookoła padają wypożyczalnie video się wybierałem. Na wyprzedając przy tym swoje zasoby za mapie zaznaczałem flamastrem gdzie grosze, wsiąkliśmy na dobre. one się znajdują Kasety zacząłem kolekcjonować po czę- i starałem się roześci z nostalgii do samego nośnika, ale też znać w komunikacji dlatego, że w Polsce na początku lat 90. miejskiej, aby łatwiej wydano naprawdę fantastyczne rzeczy, było mi się między które do dziś nie ukazały się na DVD. Jeśli nimi poruszać. Na masz ochotę obejrzeć film Bretta Pipera tego typu wycieczki czy Amira Shervana to nie masz wyboru, zawsze jeździłem ze swoją ówczesną musisz sięgnąć po kasetę VHS. dziewczyną. Przez cały dzień włóczyliZdradź nam ile liczy egzemplarzy. śmy się od wypoży-


czalni do wypożyczalni, docieraliśmy na zaplecza, do piwnic, wyciągaliśmy filmy z zakurzonych czeluści składzików i magazynów. Do tego poznawaliśmy naprawdę dużo specyficznych i ciekawych ludzi. To był czas, kiedy właścicielom wypożyczalni nie wiodło się już najlepiej i lubili się zatem pożalić, wygadać, powspominać wczesne lata 90. i okres prosperity, napić się piwa na zapleczu. Dużo filmów, często unikatowych, kupiłem za symboliczną złotówkę, część nawet dostałem za darmo. Miło wspominam ten okres. Uczucie, kiedy wchodzi się do zapomnianej osiedlowej wypożyczalni na zaśnieżonym zadupiu w jakimś małym miasteczku, by znaleźć tam filmy, które pamięta się z dzieciństwa i praktycznie nigdzie nie da się kupić, było niepowtarzalne.

W chwili o b e c n e j praktycznie o wszystkich filmach na VHS można powiedzieć „trudno dostępne”. Na serwisach aukcyjnych najłatwiej znaleźć pozycje wydane przez dużych dystrybutorów w przedziale 1995-2005. Czasami jednak zdarzają się perełki z 80. i początku 90. Co jest twoim największym „białym krukiem” i jak wyglądała historia jego pozyskania? Ciężko powiedzieć, który z filmów jest największym „białym krukiem”. Być może będzie to „Night Feeder” z Delty Video albo któryś z filmów wydanych przez Video Rondo. Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym. Co do pozyskiwania filmów to naprawdę nie ma reguły. Wchodząc do danej wypożyczalni nigdy nie było wiadomo, co się tam trafi. Na allegro natomiast można jeszcze od czasu do czasu wypatrzyć jakąś ciekawą pozycję, którą innym użytkownikom tego serwisu zdarza się przegapić.

Jakie filmy zbierasz? Zakładam, ze nie są tylko horrory. Czy interesują Cię tylko konkretne, z góry określone pozycje, na które polujesz (jakaś prywatna lista „must have”) czy może zbierasz wszystko co obejmuje interesujące Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję Cię gatunki i przypadkiem wpadnie Wasza jakże szczytna inicjatywa zawita, choćby gościnnie, do kolejnych w ręce? polskich miast. Interesują mnie pobocza kina, filmy niskobudżetowe, zapomniane, często ta- Dziękuję. nie i tandetne, a jeszcze częściej piękne w swojej naiwnej amatorszczyźnie.


DREAD DREAD Wielka Brytania 2009 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Anthony DiBlasi Obsada: Jackson Rathbone Shaun Evans Hanne Steen Laura Donnelly

X X X X

Text: Ireneusz Gajek

X

Czujemy lęk przed ciemnością, pająkami, naszą grozę budzą też małe, zamknięte przestrzenie. O drzemiących w nas lękach oraz reakcji na nie opowiedział w swoim filmie „Dread” Anthony DiBlasi. Troje studentów jednego z amerykańskich uniwersytetów przygotowuje filmową dysertację na temat ludzkiego lęku. W tym celu do zaimprowizowanego studio zapraszają ochotników, aby ci przed kamerami opowiedzieli, czego boją się najbardziej. Kiedy pomysłodawca całego przedsięwzięcia, Quaid, stwierdza, iż wiele z wysłuchanych przez nich wywodów zakrawa na banał, studenci postanawiają zwrócić oko kamery na własne fobie. Dla Stephena i Cheryl taka forma zderzenia z mrocznymi pokładami własnej osobowości okazuje się mieć działanie terapeutyczne. Jednak w przypadku Quaida uzewnętrznienie wszystkich fobii uwalnia z niego lubującą się w ludzkim cierpieniu bestię.

Reżyserowi „Dread” udała się rzecz nadzwyczajna. Z jednej strony spod jego ręki wyszło dzieło atrakcyjne i przykuwające uwagę, z drugiej zaś inteligentne, a co najważniejsze - skłaniające do refleksji nad istotą natury ludzkiej. DiBlasi nie poszedł po linii najmniejszego oporu, czyniąc ze swojego dzieła galerię psychopatów i dewiantów. Umiejętnie kreując wizerunki wiarygodnych bohaterów, pokazał, iż w każdym z nas drzemie coś, czego się boimy lub wstydzimy. Potrafimy jednak zapanować nad naszymi lękami i nie staramy się ich zaszczepić w innych ludziach. Ale twórcy „Dread” wskazują również na to, iż częstokroć człowieczeństwo sprowadza się do cienkiej warstewki

Wszyscy, bez wyjątku, czegoś się boimy. Każdy z nas tłumi w sobie jakieś lęki. Jedni potrafią sobie z nimi radzić, inni potrzebują w tej materii pomocy specjalistów. Boimy się rzeczy dotyczących życia codziennego, lecz w wielu z nas strach ma podłoże irracjonalne.

60


pozorów, spod której wyziera łaknąca nieskrępowanej wolności dzika bestia. Ponadto twórcy w swym filmie odwołali się nie do świata nadprzyrodzonego reprezentowanego przez wszelakiej maści duchy, demony, wampiry czy zombie, lecz wykreowali ciekawe i pełnokrwiste postacie, a na ich przykładzie pokazali, iż najstraszniejszym potworem jest... człowiek.

świetlonych dziennym światłem scen plenerowych. Za to lwia część akcji rozgrywa się w zaniedbanych, budzących grozę, czy - jak choćby dom Quaida - przypominających labirynt pomieszczeniach. Nocne sceny nie tylko nadają filmowi nimbu niesamowitości, lecz w pewnym sensie oddają także stan ducha pojawiających się w nim bohaterów. W drugiej części „Dread” nawet ci, dla których film miał być tylko szkolnym eksperymentem, pod Z tej racji, iż film opowiada o najmrocz- wpływem tragicznych wydarzeń zaczyniejszych stronach ludzkiego jestestwa, nają tracić kontrolę nad swym zachowatwórcy praktycznie zrezygnowali z roz- niem i dopuszczają się czynów, o których wcześniej nawet by nie pomyśleli. Dla tych, którzy nie przepadają za ociekającymi krwią produkcjami, „Dread” może stanowić nie lada gratkę. Oparty na opowiadaniu Clive’a Barkera film jest bowiem mroczną i niezwykle sugestywną wycieczką w głąb podszytego szaleństwem ludzkiego umysłu.

61


Śnienie Przez bramy z rogu i kości (Beyond the Shore of Night)

............................................................................ Tłum. Paulina Braiter Egmont 2008 224 strony „Śnienie – Przez bramy z rogu i kości” to swoisty recykling mitycznych surowców wykorzystanych przez Neila Gaimana w pieczołowicie stworzonej przez niego od początku do końca serii grozy „Sandman”. Czy recenzowana powieść graficzna jest czymś więcej niż tylko podrzędnym zestawem obiadowym z taniego lokalu, złożonym z odgrzewanych kotletów, nieświeżych ziemniaków oraz surówki wątpliwego pochodzenia? Czy możemy mówić o godnym zastąpieniu postmodernistycznego mistrza i dodaniu nowych (egzotycznych) składników do jego tajemnej mieszanki? Album, skrupulatnie wypełniony na wpół magicznymi postaciami z panteonu oryginalnych mieszkańców Krainy Snów („Śnienia”), to przejmująca podróż po wszystkich poziomach ludzkiego cierpienia. Psychopatyczni mordercy, zagubione owieczki szukające swego pasterza, senne demony, gadające kruki, biblijne postaci oraz nad wyraz wredny i bezpośredni dyniogłowy despota to bohaterowie bezwzględnie odkrywający nasze głęboko zakorzenione lęki, niepewności i fobie. Razem ze zdesperowanym i znudzonym swą pracą właścicielem dobrze prosperującej firmy przeżywamy koszmar zatraconego biurokraty marzącego o pracy na budowie. Jego życzenie zostaje spełnione i w alternatywnej rzeczywistości (tajemniczej Krainie Snów) ów człowiek może w końcu odkryć swe prawdziwe ja. Dzieje się to w sugestywnej noweli z widocznym morałem („Dzienna praca, nocny spoczynek”). Groteskowe ilustracje Jeffa Nicholsona (odpowiedzialnego również za warstwę fabularną) dodają tej opowieści krzty humoru, umiejętnie splątanego z elementami dramatycznymi. Caitlin R. Kiernan (scenarzystka dwóch kolejnych opowieści: „Pamiątki” oraz „Nieżyczliwość innych”) raczy nas zepsutym obrazem współcze-


W „Pamiątkach” drugi Koryntczyk (pierwszy został zniszczony przez samego Sandmana w albumie „Dom lalki”) decyduje się wrócić na Ziemię i odnaleźć obłąkanego mordercę, który uważa się za jego następcę. Zaczyna się pasjonujący pojedynek, z którego tylko jeden łowca zdoła wyjść żywy. Ważne role w tej zabójczej rozgrywce odgrywają opętany miłością do zatraconego w ślepej furii psychopaty transwestyta Echo oraz strzegący Koryntczyka kruk Matthew. Czy senny koszmar powróci do swej zwierzęcej natury i stanie się pozbawioną moralności maszynką do zabijania, jak to miało miejsce w jego wcześniejszym wcieleniu? Jedno jest pewne – „Pamiątki” to najmroczniejszy akord w tej uwerturze bólu. Druga z pesymistycznych opowieści pani Kiernan („Nieżyczliwość innych”) to niejako kontynuacja wątku z wcześniejszej noweli. Tym razem zamiast Koryntczyka i jego ludzkiego dublera mamy niestety mniej intrygujących łowców, a konkretnie – plugawego demona Arcane’a (znanego u nas z albumu „Saga o Potworze z Bagien: Miłość i śmierć”), żądnego zemsty, pozbawionego swej seksualnej zabawki Echo oraz biblijną Ewę władającą ptakami. Lawina cierpienia spada na nieszczęsną ofiarę czarów Echo – powracającego do ludzkiej formy kruka Matthew oraz jego byłą żonę, która musi uporać się ze zmartwychwstaniem swego ukochanego. Strona graficzna także tutaj nie zachwyca – miejsce plugawych

i zepsutych ilustracji autorstwa Petera Doherty’egp zajęły niezbyt przekonujące i raczej ubogie w szczegóły rysunki Paula Lee. Sama historia jest tylko pozbawioną oryginalności kalką dobrze poprowadzonej, pełnej mrocznych kąsków historii. Ostatnia z nowel („Mój rok w ludzkiej skórze” Petera Hogana) przedstawia pełną mitycznych kreatur podróż pierwszego z kruków Władcy Snów Aristeasa, który ma okazję powrócić do swej ludzkiej formy. Czy tym razem uda mu się wyciągnąć lekcje z wcześniejszych czynów i nie popełnić następnych, kolosalnych w skutkach błędów? Mamy tutaj do czynienia ze szczególną formą cierpienia, czyli z bólem istnienia i świadomym wyborem życia pod postacią zwierzęcia, stawianego ponad egzystencją w człowieczej skórze z wszystkimi tego mankamentami. Podsumowując – „Przez bramy z rogu i kości”, podobnie jak cała seria „Śnienie”, próbuje załatać dziurę po symbolicznej przypowieści „Sandman” Neila Gaimana. Album momentami dobija do poziomu, jaki zdołał wypracować we wspomnianym dziele twórca „Amerykańskich bogów” (zwłaszcza w opowieści „Pamiątki”). Wygląda to jednak jak katorżnicze próby małego dziecka wspinającego się po meblach w celu odkrycia pilnie strzeżonych pamiątek rodzinnych (umieszczanych zwykle najwyżej jak to tylko się da). Próby, które w dziewięciu na dziesięć przypadków kończą się upadkiem i histerycznym płaczem. Krótko mówiąc – żadnych wykwintnych zestawów (zaskakujących dań, pikantnych dodatków czy mieszanki subtelnych przypraw) w tej restauracji nie uświadczymy. Samo mięso drugiej kategorii i wczorajsze przerobione na purée ziemniaki, jedynie podane w wysublimowany, acz rażący tanim efekciarstwem i tandetnością sposób. Takiemu lokalowi raczej dziękuję!

Text: Mirosław Skrzydło

sności, wzbogaconym o potężną dawkę czarnej magii i sennych koszmarów z demonicznym Koryntczykiem na czele. Autorka prezentuje grupę zdegenerowanych desperatów; outsiderów o skłonnościach sadomasochistycznych, transseksualnych i psychopatycznych, jakby żywcem wyciągniętych z niepokojących dzieł Chucka Palahniuka („Niewidzialne potwory”) czy Huberta Selby’ego Jr. („Piekielny Brooklyn”).


FLAVIA LA MONACA MUSULMANA FLAVIA THE HERETIC Włochy, Francja 1974 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Gianfranco Mingozzi Obsada: Florinda Bolkan Maria Casares Claudio Cassinelli Anthony Higgins

X X X X

Text: Jan Tomkowski

X

u Flavii tyle goryczy w związku z nierównością praw kobiet i mężczyzn. Nie dość, że do zakonu posłał ją jej nie znoszący sprzeciwu ojciec, to do tego sam zakon okazał się nie schronieniem dla trafiających doń kobiet, jakim przecież z definicji być powinien, a prawdziwym piekłem. Mężczyznom wolno niemalże wszystko i nie spotyka ich za wykroczenia żadna kara. Kobiety natomiast w brutalny sposób karze się nawet za najdrobniejsze wykroczenia. Nie mogąc dłużej znieść panujących w zakonie zwyczajów, Flavia postanawia z niego uciec. A potem wraca aby pomścić ciemiężone kobiety.

Jeśli jednak macie ochotę na dobre kino, opowiadające przejmującą historię za pomocą pięknych zdjęć i perfekcyjnie dopasowanej ścieżki dźwiękowej, film Gianfranco Mingozziego jest dokładnie tym, czego szukacie. Tak, są tu również pewne szokujące sceny z jakich słynie kino nunsploitation, ale jeśli dacie się temu dziełu na dobre wciągnąć, na pewno nie one okażą się główną atrakcją filmu. A z drugiej strony, nie powinny też chyba „Flavia, la monaca musulmana” to świetzmusić nikogo do gwałtownego przerwania seansu. W końcu jeśli ktoś lubi kino artystyczne, powinien być też gotów na poznanie jego mroczniejszych stron, prawda? Tytułowa bohaterka filmu to buntownicza feministka uwięziona w zgrzebnych szatach zakonnicy, mająca dość tego, że od zawsze zmuszona jest słuchać mężczyzn i im usługiwać. Łatwo się domyślić skąd

Jeśli życzycie sobie brutalnego, nie znającego żadnych moralnych granic kina nunsploitation, nie bierzcie się za omawiany tytuł. To bowiem raczej wypieszczone kino artystyczne, które korzysta z pewnych cech i wątków fabularnych nurtu nunsploitation.

64


ne kino – ale jednak kino dla cierpliwych i wyrozumiałych. Akcja, zwłaszcza w pierwszej połowie, toczy się naprzód w sennym tempie, a na bardziej krwawe fajerwerki trzeba jednak trochę poczekać. Ostatecznie jednak także widzowie spragnieni makabry dostaną to, czego chcieli: odważne sceny rozbierane, perwersyjną przemoc, a nawet kastrację konia.

alizmem, rozgrywającą się na tle historycznych wydarzeń. A że akcja rozgrywa się w XV wieku, nietrudno uwierzyć, że wszystkie prezentowane tu tortury i zbrodnie mogły mieć miejsce – świat był wówczas przecież znacznie mniej cywilizowanym miejscem niż dziś. I z pewnością dotyczyło to także zakonów, co „Flavia, la monaca musulmana” pokazuje w boleśnie przekonujący sposób.

Przede wszystkim liczy się jednak fakt, że w przeciwieństwie do wielu innych Jeśli jeszcze nie czujecie się przekonani tytułów z gatunku nunsploitation mamy czy warto sięgnąć po film Mingozziego, tu do czynienia z historią tchnącą re- pozwolę sobie rzucić dwoma nazwiskami. Pierwsze z nich to Bolkan. Florinda Bolkan. Ta sama, którą pamiętacie z filmów Fulciego „Don’t Torture A Duckling” i „A Lizard In a Woman’s Skin”, tu występująca w roli Flavii. Drugie nazwisko należy do kompozytora ścieżki dźwiękowej, Nicoli Piovaniego, który uświetnił swoimi kompozycjami chociażby słynny oscarowy film „Życie jest piękne”. Sprawiają oni, że „Flavia” to niezapomniane przeżycie.

65


---------------------------------------

Ocena: 6/6

Wydawca: Fox Publishing 20l0 Ilość stron: 245

Już pobieżny rzut oka na okładkę książkowego debiutu Magdy Marii Kałużyńskiej kazał mi pomyśleć z mieszaniną podziwu i zazdrości: „Oho, zapowiada się ostra jazda! Nie będzie zmiłuj!” I rzeczywiście nie było. Od pierwszych stron Kałużyńska serwuje nam wyrazistych bohaterów, których poczynania śledzimy z niemalejącym zainteresowaniem. Aż do końca. Ich albo powieści – tu nie zdradzę, co nastąpiło wcześniej. Na plus omawianej pozycji można zaliczyć również oryginalny pomysł, który nie tylko stał się osią spinającą poszczególne części „Ymar”, ale – najzupełniej słusznie – miał swe przełożenie na współgrającą z nim, nawarstwiającą się i niejako „mutującą” kolejnymi wariantami zdarzeń fabułę. Przekonująco wypadają dynamiczne i naturalnie brzmiące dialogi, ozdabiane przez cięte riposty, które pomagają nam „zobaczyć” postaci wykreowane na potrzeby „Ymar”. Czytamy o tym zresztą w notce wydawniczej, i tym razem – wyjątkowo – te zapewnienia nie okazują się czczą przechwałką. Ponoć każdy plus posiada minusy, co prawdopodobnie ma niejakie uzasadnienie w otaczającej nas rzeczywistości. Choć niekoniecznie, rzecz jasna. Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to pewnie wytknąłbym autorce pewne odstępstwa od policyjnych procedur czy nomenklatury, co jednak jest rekompensowane wiernym oddaniem dość specyficznego gliniarskiego humoru.

się skojarzenia z szeregiem filmów grozy. Niektóre z książkowych scen wydają się wręcz żywcem przeniesione z sali kinowej. Tego typu zabieg bywa karkołomny, bo ciężko przeciwstawić słowo pisane rozbuchanym wizjom świata X Muzy. Jednak Magdalena Maria Kałużyńska broni się i tym razem, dzięki sprawności z jaką wprowadza kolejne plastyczne i pobudzające wyobraźnię opisy. A czytelnik? Zyskuje szansę na szukanie pierwowzorów tego czy innego rozwiązania, na skonfrontowanie tego co miał kiedyś okazję zobaczyć z tym, co zostało przekształcone i rozbudowane przez Kałużyńską.

Text: Kazimierz Kyrcz Jr

MAGDALENA MARIA KAŁUŻYŃSKA - Ymar

Zadałem sobie pytanie: czy „Ymar” mógłby być lepszą powieścią? Oczywista odpowiedź, dotycząca zresztą 99,9% ogółu powieści, głosi, że tak. Jednak w przypadku debiutu Magdy to „tak” zabrzmiało w moich ustach wyjątkowo wątle. Z tym większą więc niecierpliwością czekam na jej następne dzieło, a jeśli brać na poważnie to co na jego temat opowiadała na spotkaniu autorskim w krakowskim Empiku, naprawdę jest się czego bać.

Co jeszcze? Cóż, nieraz nieźle zapowiadający się kawałek literatury staje się wywołującym niesmak i rozgoryczenie bublem z tego jedynie powodu, że ten Zły – kiedy już dochodzi do jego przedstawienia – przedstawiony zostaje w banalny bądź nie dość sugestywny sposób. W przypadku „Ymar” nie mamy tego problemu. Tu elementy układanki pasują do siebie jak należy. Jeśli więc lubicie wciąJak zawsze można spytać o inspiracje. gającą, a zarazem inteligentną lekturę, nie Poza fantasmagoriami, godnymi same- mogliście trafić lepiej. go Bułhakowa, automatycznie nasuwają ABY KUPIĆ RECENZOWANĄ KSIĄŻKĘ,KLIKNIJ NA LOGO (opcja aktywna tylko w Grabarzu Polskim w formacie pdf)

67


PODSUMOWANIE ROKU 2010 WEDŁUG CZYTELNIKÓW GRABARZA Do końca stycznia prześlij 1-3 typów w każdej z wymienionych kategorii na adres bartek@grabarz.net z hasłem „Podsumowanie 2010” w temacie wiadomości. Wśród biorących udział rozlosujemy pakiety nagród zawierające m.in. płyty DVD, książki, koszulki i audiobooki. Kategorie:

Najlepszy film grozy (kino) Najlepszy film grozy (DVD) Najlepsza książka grozy polskiego autora Najlepsza książka grozy zagranicznego autora Najlepsza gra grozy


DON T LOOK UP NIE PATRZ W GÓRĘ RPA, Japonia 2009 Dystrybucja: Monolith

Reżyseria: Fruit Chan Obsada: Rachael Murphy Henry Thomas Reshad Strik Eli Roth

X

Text: Łukasz Pytlik

X X X X

wszelkiego zła i totalnej zgnilizny spod znaku odwróconego krzyża. Zaczyna się jednak dziać coś złego – bardzo złego. Giną ludzie, reżyser pogrąża się w szaleństwie, a scenariusz „Don’t Look Up” pogrąża się… No właśnie, w czym? Bo szczerze mówiąc, zaczynam podejrzewać, że może… Może nigdy go nie było? Przyznam się, że w pewnym momencie absolutnie się pogubiłem. Po prostu przestałem rozumieć, o co chodzi. Ktoś krzyczy, ktoś biegnie, kogoś mordują – i to z subtelnością slapstickowych komedii z początku wieku; ogromna lampa

„Film twórców „The Ring” i „Dark Water”, zachęca nas do seansu napis z okładki płyty. Cóż, prawdą do końca to nie jest, bo „Nie patrz w górę” jest przeróbką filmu Hideo Nakaty z 1996 roku. Nie widziałem oryginału, ale ciężko mi sobie wyobrazić by mógł być chociaż w połowie tak zły jak „Don’t Look Up”. A miało być tak pięknie… Podążamy krokami młodego reżysera o lekko spirytystycznych zdolnościach (wizje z przeszłości, szybkie mruganie oczami, takie tam), do tego owładniętego pragnieniem zrealizowania od nowa filmu o demonie – filmu kręconego w latach dwudziestych i nigdy nieukończonego. Lokalizacja do kręcenia jest nad wyraz wdzięczna, bo od lat wiadomo, że Transylwania to siedlisko

Moda na horror w stylu azjatyckim najwyraźniej nie przemija. A co szczególnie ciekawe, można odnieść wrażenie, że w znakomitej większości „azjatyckich” horrorów mówi się ostatnio po angielsku. „Nie patrz w górę” jest znakomitym przykładem tego rodzaju kina. Tyle że nie jest niestety znakomitym filmem…

70


spadająca idealnie na głowę mężczyzny wywołała u mnie reakcję: „Czy to się naprawdę stało?” i natychmiastowe wciśnięcie klawisza „reverse”. To nic! Dalej jest jeszcze lepiej. Śmierć wywołuje ogromną panikę wśród ekipy filmowej i pewnie byłoby to przerażające, gdyby nie wrażenie, że oglądamy film Mela Brooksa albo kolejną część „Czy leci z nami pilot?” – wszyscy biegają, przewracają się, nagle jeden z mężczyzn wy- Mimo wszystko – można obejrzeć. skakuje z nożem i goni reżysera; brakuje Oczywiście dla śmiechu, a nie żeby się tylko melodii z Benny Hilla. przestraszyć. Można tu też dostrzec kilka elementów niemal żywcem wykrojoKońcowy twist jest wręcz przekomiczny nych z „Ringu”, vide mucha wychodząca a gra „gwiazdy” wcale nie pomaga. I gdy z ekranu czy owe legendarne oko łyjuż-już byłem przekonany, że pojawią się piące spod czarnej czupryny. Polecałnapisy końcowe… Film w najlepsze trwa bym też puszczać „Don’t Look Up” na sobie dalej. Niedługo, bo jakieś dziesięć kursach „Jak nie pisać scenariusza” lub minut, ale wtedy już mamy do czynienia w celu rozszyfrowania zagadki w jakim z filmem czeskim: „Nikt nic nie wie”. Na- celu pojawia się tu – tylko na chwilę, ale prawdę. jednak – Eli Roth?

71


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Rebis 20l0 Tłumaczenie: Katarzyna Karłowska Ilość stron: 360

„Czekaj na odpowiedź” to dopiero druga powieść amerykańskiego pisarza Dana Chaona, ale za to na tyle dobra, aby dać mu awans do literackiej pierwszej ligi. Tygodnik Publishers Weekly uznał ją za jedną z dziesięciu najbardziej wartościowych książek 2009 r., a wielu innych szanowanych krytyków bez najmniejszego wahania wypisywało w swoich recenzjach rzadko spotykane pochwały. I wystarczy rozpocząć lekturę „Czekaj na odpowiedź” żeby przekonać się, że nie są to opinie wyrażane grzecznościowo czy w wyniku jakiegoś niebywałego spisku recenzentów. Otrzymujemy tu trzy różne, przeplatane ze sobą historie. W pierwszej, mężczyzna imieniem Miles wybiera się na poszukiwanie swojego niezrównoważonego brata bliźniaka Haydena i dociera w miejsce, które dotąd istniało tylko w jego wyobraźni. W drugiej towarzyszymy Lucy, młodej dziewczynie, która przeżyła niedawno rodzinną tragedię i postanowiła uciec w nieznane ze swoim nauczycielem; w efekcie trafia do opuszczonego motelu na bezludziu, mogącego kojarzyć się z przybytkiem Normana Batesa z „Psychozy”. I wreszcie w trzeciej opowieści mamy do czynienia z bohaterem odkrywającym tajemnicę dotyczącą jego rodziny, co zainspiruje go do tego, aby uciec z domu i „stworzyć się na nowo”.

w nim obco i niepewnie. Mówiąc o swoich literackich inspiracjach, Chaon wymienia dwie grupy autorów: twórców opowieści niesamowitych, w których zaczytywał się za młodu (np. Shirley Jackson, Thomas Tryon czy H.P. Lovecraft) oraz twórców literatury głównego nurtu, których odkrywał nieco później (takich, jak Vladimir Nabokov, Henry James czy Julio Cortazar). Te wpływy wyraźnie widać w „Czekaj na odpowiedz” - bo przecież mamy tu atmosferę jak u Jackson, strukturę jak u Cortazara, tajemnicę jak u Lovecrafta, wątek sobowtóra jak u Tryona czy Nabokova i tak dalej. Nie razi to jednak ponieważ Chaon nie jest pozbawionym charakteru odtwórcą i potrafi nadać tak złożonej układance własny styl. Potrafi też bardzo skutecznie szokować: jeśli zastanawialiście się kiedykolwiek jak może wyglądać garotowanie dłoni, tu się tego dowiecie. I choćbyście nie wiem jak mocno próbowali, nigdy już tego nie zapomnicie.

Text: Bartłomiej Paszylk

DAN CHAON - Czekaj na odpowiedź (Await Your Reply)

A że nie wszystkim spodoba się pełen niedopowiedzeń sposób prowadzenia fabuły, jaki preferuje Chaon? Że nie każdy będzie miał ochotę rozszyfrowywać chronologię przedstawianych tu wydarzeń? Cóż, kwestia gustu i konkretnych wymagań, jakie stawiamy literaturze. W każdym razie, „Czekaj na odpowiedź” to książka na tyle oryginalna i intrygująca, że warto sprawdzić czy i Was przypadkiem nie uwiedzie. Ta powieść momentalnie porywa nas do A jeśli tak się stanie - nieraz zadrżycie podjakiegoś dziwacznego, alternatywnego czas tej lektury. I nie będzie się jej już dało świata, który na pozór niby przypomina ot tak przerwać. nasz, ale też sprawia, że czujemy się ABY KUPIĆ RECENZOWANĄ KSIĄŻKĘ,KLIKNIJ NA LOGO (opcja aktywna tylko w Grabarzu Polskim w formacie pdf)

73


SEIJU GAKUEN SCHOOL OF THE HOLY BEAST Japonia 1974 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Norifumi Suzuki Obsada: Yumi Takigawa Fumio Watanabe Emiko Yamauchi Yayoi Watanabe

X X X X

Text: Krzysztof Żmuda

X

Może właśnie dlatego widok masturbującej się zakonnicy czy dwóch innych poddających się obopólnemu zaspokojeniu gdzieś pośród kwitnących kwiatów w przyklasztornym ogródku tak naprawdę nikogo nie powinien szokować? Bądź co bądź – wedle nauk chrześcijańskich – Bóg nie stworzył człowieka istotą doskonałą, a i zakonnice są tylko ludźmi jak my wszyscy. Narastająca presja, niemożność rozładowania popędu

seksualnego w sposób akceptowany przez purytańskie otoczenie (czy takowy w ogóle istnieje?), nieuchronnie poprowadzi ku tragedii. Ortodoksyjni katolicy winni jednak choć przez chwilę zastanowić się na swoją, ludzką w końcu, naturą i wybaczyć filmowcom to powątpiewanie w możliwość egzystowania w absolutnej abstynencji seksualnej. Przy takim obrocie spraw zapewne nikogo nie wprawi już w osłupienie kapłan gwałcący wybrane zakonnice (element typowy dla podgatunku). Zastanawiać może natomiast fakt, że ów ksiądz nie wierzy już... w miłość. Czyż to nie intrygujące? Duchowny wyprany z powołania, doświadczony koszmarnymi wspomnieniami z wojny, a pomimo to sprawujący swe kleryckie obowiązki. Powtarzająca się historia, kolejna skrzywdzona dziewczyna, której ostatnie godziny życia zrównane zostają z męczeńską śmiercią Chrystusa na krzyżu. Osądzona przez histeryczki, poddana bezsensownej, z góry skazanej na niepowodzenie próbie wytrwałości, koniec końców zbawia swoim milczeniem winnego własnej katorgi niczym Jezus przebaczający swoim oprawcom. Religij-

Film zaskakuje złożoną, arcyciekawą linią fabularną. Twórcy drążą w szczególności problem abstynencji seksualnej za murami klasztorów, powątpiewają w to, czy człowiek rzeczywiście jest w stanie żyć, nieustannie tłumiąc popęd seksualny, bez jakiejkolwiek możliwości rozładowania go.

74


ny symbolizm stanowi w „Seijû gakuen” jeden z kluczy do odczytania fabuły. Wizualnie powala na kolana epatująca artystycznym sadyzmem, wspaniale sfilmowana scena przedstawiająca okręcanie wokół nagiego ciała różanych pnączy wraz z ich kolczastymi łodygami. Sakralna muzyka, strumyki jasnoczerwonej krwi ściekającej po naciągniętych cierniach, zasypujące twarz maltretowanej kobiety płatki róż. Są jeszcze dwie przyjaciółki zmuszone do wzajemnego biczowania się. Daleki jestem jednak natomiast od stwierdzenia, jakoby „Convent of the Sacred Beast” miał być obrazem obrazoburczym czy szyderczym. Zapytacie o powód? Otóż odsetek chrześcijan w Japonii to niecały procent ogółu społecznego. Chęć zszokowania mas widzów, katolickiej zbiorowości (jak w Eu- Law Classroom” Suzuki skrytykował obropie) traci więc tu rację bytu. Podobnie łudę ludzi odpowiedzialnych za wychojak w „Terrifying Girls’ High School: Lynch wywanie innych, tak tutaj krytykuje hipokryzję wierzących – duchownych i ich owieczek – zachodząc momentami na kontrowersyjny dla zachodniego widza problem fanatyzmu religijnego Zastanawia również, czy zemsta polegająca na złamaniu możliwie jak największej ilości zasad panujących w klasztorze jest moralna i zasadna... W końcu to człowiek zawinił; niemniej paradoksalnie to niedoskonały Bóg stworzył go na swoje niedoskonałe podobieństwo.

75


-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Fabryka Słów 20l0 Tłumaczenie: Ilona Romanowska Ilość stron: 382

„The Mammoth Book of Monsters” to jedno z wielu dzieł zredagowanych przez legendarnego Stephena Jonesa. Zbiór ukazał się w 2007 roku i zawierał 22 różnorodne opowiadania mniej lub bardziej znanych twórców na temat… potworów. Wydawnictwo Fabryka Słów tradycyjnie zrobiło z „Mamuta” dwa tomy, z czego pierwszy liczy 13 utworów napisanych w latach 1932(!)-2007.

Siódmym tekstem jest nudne i bełkotliwe „Kawiarnia Wieczność : wiosenny deszcz” Nancy Holder, twórczyni Buffy. Również to opowiadanie porusza wątki wampiryczne, tym razem, co ciekawe, w Japonii. „Meduza” Thomasa Ligottiego to przeciętna i dłużąca się próba podjęcia tematu horroru filozoficznego, którego bohaterem jest pewien opętany intelektualista, natomiast kolejnym tekstem jest Zbiór otwiera niezłe „Nawiedzenie” Davida słaba, napisana w formie monologu opoJ. Schowa, w którym łapiduch Angus Bond wiastka o wilkołakach „W Biednym Zaskostawia czoło potworom rodem z Love- czonym Dziewczęciu” Gemmy Files. crafta w pewnym tajemniczym hotelu. Drugim tekstem jest zaskakująco przeciętny Niesmak po trzech gorszych opowiadautwór „Tam w dole” mistrza grozy Ram- niach naprawia natomiast „Bazar dla uboseya Campbella, o gąbczastych potworach gich” Sydneya J. Boundsa – krótka, aczkolczyhających na wyrabiających nadgodziny wiek dynamiczna opowieść o konfrontacji pracowników. Pierwszą trójkę zamyka chłopca z gargulcem. Doskonałe wrażeświetny tekst Scotta Edelmana „Człowiek, nie robi też kolejny tekst – „Koszmar ze którym był” – zaskakująco głębokie opo- wzgórza” słynnego Roberta E. Howarda, wiadanie o zombie. Autor udowodnił, że autora tekstów o Conanie. Opowiadanawet z tak wyeksploatowanego tematu da nie to podejmuje temat wampira, jedsię jeszcze wykrzesać coś ciekawego. nak jest świetnie napisane, klimatyczne Napisane w formie monologu „Wzywam i krwawe. Aż trudno uwierzyć, że powstawszystkie potwory” Dennisa Etchisona ło w 1932 roku. Kolejny tekst to „Grubas” to krótki tekst o umieraniu, który potrafi Jaya Lake’a, traktujący o Wielkiej Stopie, w określony sposób dać Czytelnikowi do jednak w ciekawy i oryginalny sposób. myślenia, natomiast „Shadmock” to długa Pomimo słabego zakończenia, nie spoi zabawna opowieść o bardzo niecodzien- sób zdyskredytować całego tekstu, który nych potworach w ludzkiej skórze, które jed- jest świetnie napisany. „Mamuta” zamyka nocześnie są świetnymi służącymi. Ronald przeciętny tekst autora słynnego cyklu Chetwynd-Hayes kreuje w nim ciekawą „Nekroskop” - Briana Lumleya. „Chuhistorię istot zwanych Shaddami, Maddami, dzielcy” są nieco zbyt abstrakcyjni żeby Mockami i Shadmockami, które lubią lizać, przestraszyć żądnego horroru Czytelnika. ziewać, dmuchać i gwizdać. Kolejny tekst Zdarzają się tu więc teksty bardzo dobre, to „Pajęczy pocałunek” znanego w Polsce jednak co krok można się natknąć również Christophera Fowlera. Opowiada on o poli- na opowiadania słabe. Tych lepszych jest cjantach, którzy starają się odeprzeć przera- na szczęście trochę więcej.

Text: Piotr Pocztarek

RÓŻNI AUTORZY - Wielka księga potworów Tom 1 (The Mammoth Book of Monsters)

żającą inwazję owadów na ludzkie ciała.

ABY KUPIĆ RECENZOWANĄ KSIĄŻKĘ,KLIKNIJ NA LOGO (opcja aktywna tylko w Grabarzu Polskim w formacie pdf)

77


SHUDOJO NURE NAWA ZANGE WET AND ROPE Japonia 1979 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Koyu Ohara Obsada: Yuki Nohira Yutaka Hayashi Miyako Yamaguchi Yûko Akane

X X X X

Text: Krzysztof Żmuda

X

To miał być najszczęśliwszy dzień w życiu Miki, niestety wszystko potoczyło się na opak. Zgwałcona na oczach dopiero co zaślubionego męża, po wszystkim musiała raz na zawsze zniknąć z jego życia, inaczej straciłby honor. Wyproszona ze wspólnego domu, zbrukana, postanawia zeskoczyć z klifu, wprost w objęcia rozbijających się o skalną ścianę morskich fal. Od samobójczych zamiarów odwodzi ją pewien kapłan...

pamiętaniem chędoży się z matką przełożoną, nieposłuszne zakonnice przywiązywane są do krzyży i biczowane, ogół zgromadzonych zażywa zaś zakazanych przyjemności na organizowanych przez klechę orgiach. Swoiste ekstremum perwersji i spaczenia przypada oczywiście na sceny finałowe, w których to główna bohaterka, przebrana za owcę, zgwałcona zostaje na ołtarzu, a reszta sióstr parzy się w przeróżnych konfiguracjach z zamaskowanymi napaleńcami, wydając z siebie takie dźwięki, że niejednego świętego by przy tym zdołały wyprowadzić z równowagi. W obliczu samego brzmie-

Wkład Ohary w rozwój japońskiego poletka nun-exploitów pozostaje kwestią bezsporną, z tym skostniałym odłamem kina (s)eksploatacji mierzył się on bowiem niejednokrotnie („Sister Lucia’s Dishonor”). Absurdalny aż do bólu „Wet Rope Confession” jest bez dwóch zdań obrazem prześmiewczym, dla katolika wręcz bluźnierczym. Zboczony księżulek z za-

Na tle nieosiągalnego, a zarazem nadzwyczaj brutalnego „Zoom Up: Rape Site” i skrajnie mizoginistycznego „White Rose Campus: Then Everybody Gets Raped” opowieść o zbzikowanych na punkcie seksu zakonnicach prezentuje się raczej śmiesznie niźli szokująco, jednak „Wet and Rope” stanowi jedno z ważniejszych i bardziej rozpoznawalnych osiągnięć w karierze reżyserskiej Koyu Ohary…

82


nia tych słów bawić ma prawo iluzoryczna powaga przedstawionych sytuacji, no bo czy masturbujące się co i rusz przy użyciu maślanych bułeczek siostrzyczki można traktować zupełnie serio? Poważny jest tu tylko szkielet historii, a całość wyraźnie skręca ku typowości S&M roman porno. Nakano zręcznie zaadaptował na własne potrzeby motyw Takigawy ze „School of the Holy Beast”, z uporem maniaczki dociekającej prawdy o tragicznych losach swojej matki. W kręgi zamkniętej wspólnoty wpuścił kogoś obcego...

cjanci nie spodziewają się, że podczas wykonywania rutynowych czynności wpadną w samo centrum dzikiej orgii... ...i chociaż pozycja „School of the Holy Beast” jako najwybitniejszego japońskiego przedstawiciela nurtu nunsploitation, a zarazem jednego z najlepiej sfilmowanych filmów pinku wszechczasów pozostaje niezachwiana, to wyraz twarzy głównodowodzącego obławą, podczas gdy na własne oczy widzi celebrację dnia świętego, okazuje się być dla widza bezcennym przeżyciem.

Poszukujący siostry, ranny kryminalista znajduje sojuszniczkę w odtrąconej przez męża Miki. Z uwagi na obyczajowość gatunku nietrudno przewidzieć, że zakochają się w sobie. Tymczasem w klasztorze niespodziewanie zjawia się ścigający kryminalistę inspektor wraz ze swoją kilkunastoosobową świtą. Poli-

83


Text: Michał Misztal

W swoim genialnym komiksie „Lost Girls” szalony Alan Moore pokazał, że pornograficzna opowieść obrazkowa nie musi sprowadzać się tylko i wyłącznie do orgii oraz wiader spermy, a nawet używając i takich elementów da się stworzyć coś, co oczaruje czytelnika fabułą, nie zaś ilustracjami narządów rozrodczych. Inna sprawa, że w pornografii najczęściej nie chodzi o zaskoczenia fabularne, które mają zdecydowanie mniejsze znaczenie w porównaniu z łatwą do przewidzenia akcją wymyśloną przez naturę na długo przed narodzinami jakiegokolwiek scenarzysty komiksowego. A „Piekielny Zakon”, opowieść wydana przez Hella Komiks, wcale nie stanowi w tym nurcie chlubnego wyjątku. Miejscem akcji jest hiszpański klasztor, zaś fabuła nie należy do specjalnie skomplikowanych: zakonnice odkrywają tajemnicze drzwi, przez które przedostaje się piekielny demon. Jego celem jest tylko jedno, a mianowicie robienie ze wszystkimi paniami w habicie tego, dzięki czemu komiks zasłużył sobie na znaczek „Tylko dla dorosłych”. W klasztorze dzieje się więc bardzo źle, zwłaszcza, że niektóre zakonnice wcale nie są niezadowolone z zaistniałej sytuacji. Opowieść zawiera liczne sceny orgii podlane konwencją horroru (wspomniany demon, przerażające macki zakończone penisami, mroczne rytuały, nawiązania do twórczości Lovecrafta), a także takie atrakcje jak praktyczny sposób na pozbycie się natrętnego anioła. Jest też przybicie jednej z zakonnic do krzyża, a następnie zgwałcenie jej, więc dzieje się naprawdę sporo. Zaniepokojony Watykan wysyła swoich ludzi by sprawdzili, co dzieje się za murami zakonu, a kiedy ci

nie wracają, kolejnej próby opanowania sytuacji podejmuje się oddział Templariuszy. O większości opisanych przeze mnie wydarzeń można przeczytać na okładce, chociaż muszę zaznaczyć, że Templariusze wkraczają do akcji dopiero na ostatnich pięciu stronach komiksu. W związku z tym już na starcie czytelnik dostaje właściwie streszczenie całej historii, może bez kilku finałowych i jakże emocjonujących momentów. (Pozwolę sobie na mały spoiler - jeśli ktoś chce mieć w czasie lektury niespodziankę, może przejść do kolejnego akapitu. Templariusze wdzierają się na teren klasztoru dzięki spadochronom, a następnie pokonują zakonnice między innymi za pomocą, tutaj cytat, „poświęconych kutasów”! Pamiętajcie, gdybyście mieli do czynienia z zakonnicą opętaną przez demona, zawsze warto mieć poświęconego kutasa.) Jak wynika z przytoczonych przykładów, „Piekielny Zakon” jest komiksem strasznie głupim, przez co momentami aż zabawnym. Scenarzysta nawet nie udawał, że chodzi o coś innego niż o pokazanie „perwersyjnych praktyk seksualnych”, zaś ilustracje nie wyróżniają się niczym szczególnym. Po prostu są. Nie mam pojęcia, do kogo adresowana jest ta historia – osoby lubiące dobrą fabułę raczej nie będą niczym zachwycone, a kozioł z ogromnym penisem oraz wspomniane macki nie tworzą atmosfery grozy, która zadowoli wielbicieli horrorów. A z kolei ludzie szczycący się mianem koneserów pornografii znają chyba miejsca, gdzie podobne rzeczy da się obejrzeć bez wydawania kasy na zakup komiksu – może bez demonów i macek, ale za to z prawdziwymi ludźmi. Może nawet w habitach.


Piekielny Zakon (El Convento Infernal)

............................................................................ TĹ‚um. Panonia Longobard Hella Komiks 2008 64 strony


--------------------------------------

Ocena: 4/6

Wydawca: Storybox 20l0 Czas trwania: l2:02:00

Pierwsza powieść Stefana Dardy spotkała się z rozmaitym przyjęciem. Jedni pisali o rewelacyjnym debiucie pisarza z Lubelszczyzny, o pojawieniu się na polskim rynku autora na miarę Kinga, o lekkich i zabawnych dialogach, bohaterach, których nie sposób nie polubić czy umiejętnym budowaniu nastroju grozy. Przeczytać jednak można też było opinie, że King może spać spokojnie, bez obaw o zdetronizowanie nawet na polskim rynku, że Darda pisze nazbyt prostym stylem, powieść momentami nuży, fabuła zupełnie nie zaskakuje, a nominacja do nagrody Zajdla to gruba przesada. Po zapoznaniu się z tak rozbieżnymi opiniami recenzentów i burzliwymi dyskusjami na forach internetowych, naturalnym odruchem stała się chęć zapoznania z kontrowersyjnym dziełem, by wyrobić sobie własne zdanie. Co otrzymałam? Opowiedzianą prostym językiem prostą historię Marka Leśniewskiego, który po rozstaniu z żoną i pracą na wrocławskiej uczelni postanawia zacząć zupełnie nowe życie. Opuszcza więc stolicę Dolnego Śląska, przenosi się w swoje rodzinne strony i w podlubelskiej wsi kupuje starą chałupę. Szybko nowe miejsce zamieszkania staje się jego prawdziwym domem, a odkrywanie na nowo uroków przyrody bardziej wciąga niż praca na UMCSie. I tylko w to codzienne życie powoli zaczyna wkradać się groza: a to w domu pod jego nieobecność ktoś robi porządki, a to nocami widuje postać kobiecą odzianą w biel, a to znów jedyny sąsiad okazuje się być podejrzany o morderstwo byłej narzeczonej…Akcja powieści toczy się leniwie, dominują tu opisy codziennych

zajęć bohatera i zachwyty nad pięknem przyrody. Groza serwowana nam przez Dardę jest subtelna, początkowo brak nawet pewności czy wszystkie niesamowite zdarzenia naprawdę mają miejsce, czy to tylko przywidzenia i paranoje Leśniewskiego. Wrażenie to potęguje fakt, że wszystko widzimy oczami bohatera.

Text: Jagoda Skowrońska-Mazur

STEFAN DARDA - Dom na wyrębach

Właśnie dzięki pierwszoosobowej narracji powieść zdecydowanie zyskuje w wersji audio. Słuchając Wiktora Zborowskiego można odnieść wrażenie, że słuchamy znajomego, dzielącego się z nami swoją historią. To, co może drażnić w lekturze, czyli ów nazbyt prosty język, czy dialogi pełne łaciny, o jakiej się starożytnym Rzymianom nie śniło, łagodzi odpowiednia interpretacja. Dialogi, na papierze rażące nadmierną prostotą, czy wręcz prostactwem, brzmią autentycznie, a przeklinanie, w wykonaniu Zborowskiego nie tylko nie razi, ale nawet ma swój urok. Polskim Kingiem Darda z pewnością nie będzie. I chyba dobrze, bo zamiast próbować być polskim Kingiem, Lovecraftem czy Mastertonem lepiej chyba być po porostu polskim pisarzem grozy, osadzającym fabułę swoich powieści w znanych sobie realiach i straszącym znanymi z polskiej demonologii upiorami. Szkoda tylko, że wydawcy, chyba nie wierząc w to, że polski czytelnik zechce sięgnąć po prostu po polski horror, wpadli na pomysł promocji „Domu na wyrębach” jako książki w klimacie Kinga, bo miłośników króla grozy, zachęconych taką recenzją, debiut Dardy może rozczarować.

87


HOUSE OF BONES DOM Z KOŚCI USA 2010 Dystrybucja: Monolith Reżyseria: Jeffery Scott Lando Obsada: Charisma Carpenter Marcus Lyle Brown Gregory Campo Corin Nemec

Text: Łukasz Pytlik

X X X X X

„Złowróżbne miejsca”. Tak nazywa się program o niewyjaśnionych zjawiskach – amerykański odpowiednik naszego „Nie do wiary” i owianej legendą „Strefy 11”, który zaczyna tracić widzów. A że oglądalnością producenci telewizyjni żyją to postanawiają zmienić konwencję programu na coś w stylu reality show. Pech sprawia, że przy okazji zmiany konwencji trafiają do prawdziwie nawiedzonego domu – „domu z kości”.

Brzmi porywająco, prawda? Zwłaszcza nazwa „Złowróżbne miejsca” – kto, u licha, nazwałby tak program telewizyjny? Wiadomym przecież jest, że im nazwa prostsza tym lepsza, łatwiejsza do zapamiętania. Ale to akurat wina polskiego tłumacza – całą resztę zawalili natomiast do spółki: reżyser, scenarzysta, aktorzy, a nawet montażysta. Wiecie już mniej więcej o czym jest film, ale być może chcielibyście dowiedzieć się, czym jest tajemniczy, „złowróżbnie” brzmiący „DOM Z KOŚCI”? Pozwólcie, że posłużę się cytatem, który powinien oddać poziom dialogów: „Ten dom jest jak jaskinia... tylko inaczej”. Zabijcie mnie, nie mam pojęcia dlaczego, a – parskając przy tym to ze śmiechu, to z niedowierzania – obejrzałem całe osiemdziesiąt osiem minut tego koszmaru. Waham się, czy przyznać palmę pierwszeństwa – jeśli chodzi o nieudolność – aktorom, postaciom, w które się wcielili, czy może jednak montażyście.

Horror w telewizyjnym reality show? To przecież nie mogło się nie udać! A jednak, jak dowodzi przykład „Domu z kości” Jeffery’ego Scotta Lando (reżysera m.in. „Alien Incursion” czy „Decoys 2”) – mogło. I to bardzo.

88


Zacznę od tego ostatniego: jego praca wygląda, jakby przypomniał sobie, że ma deadline za trzy godziny. Przeprowadza nas ze sceny do sceny w iście lynchowski sposób – nikt nie wie o co chodzi. Niektóre zejścia do czerni – które przecież fantastycznie pasują do konwencji horroru, o czym można się przekonać choćby w „Sierocińcu” – nie mają absolutnie żadnego uzasadnienia i mordują – i tak ślimacze – tempo akcji.

Aktorzy chyba sami nie wiedzą czy grają w komedii, czy horrorze i raczą nas iście przedziwnymi minami, zaś bohaterowie filmu… Nie, dość, wybaczcie. Nie mogę, po prostu nie mogę. Kolejne punktowanie wad tego tworu byłoby równie sprawiedliwe, co pojedynkowanie się w klatce ze sparaliżowanym sześciolatkiem. Odradzam więc wszystkim zapoznawanie się z omawianym tytułem. „Dom z kości” nie przekracza nawet tego magicznego progu, w którym film jest tak zły, że aż dobry. Nie ma tu strachu, napięcia, tajemnicy. Jedynym plusem jest chyba tylko Charisma Carpenter, która trzyma się fantastycznie, jak na swoje czterdzieści lat i dotrwałem do końca wyłącznie dlatego, że cały czas liczyłem na jej śmierć z ręki wyjątkowo wyuzdanego ducha-rozbieracza.

89


Rafał Kuleta

Wilgotna kapliczka Wysokie kozaki oficerki zastukały na kamiennej posadzce. Kocie łby zamruczały pod naciskiem stanowczych kroków seksownej nazistki. Siostry ukrywały tu partyzantów. Dłoń w czarnej rękawiczce zacisnęła się na Waltherze. To zabójczy instynkt przywiódł tu Irmę. Franz już nadchodził z oddziałem. Ostrożnie uchyliła drzwi pierwszej komnaty. Usłyszała orgiastyczne jęki. Uśmiechnęła się na widok dwóch ciał lubieżnie oddających się cielesnemu przymierzu. Zamknęła drzwi. Podeszła do następnych. Podobna scena, lecz uczestników więcej. Za kolejnymi drzwiami to samo. Franz i jego szturmowcy wtargnęli brutalnie. Karabiny maszynowe zaintonowały seriami. Irma pomknęła chyłkiem do kapliczki. Podniecały ją jęki, strzały, huk upadających ciał. Lufa wilgotnego Walthera penetrowała wnętrze. [ Wewnątrz numeru znajdziecie komiks inspirowany miniaturą „Wilgotna kapliczka”. ]

Z dna Siostry stały w kręgu i zawzięcie się biczowały. Fragmenty odrywanej skóry i mięsa pokrywały komnatę. Żarliwie inkantowały, ale nie były to modlitwy. Klasztor dawno przestał być Domem Bożym. Kilka dni wcześniej jedna z sióstr zauważyła, że w jej Biblii znajduje się paręnaście dziwnych, obco wyglądających kartek, jakby je ktoś dokleił. Przeraziła się, kiedy odczytała pismo w języku, którego nie potrafiła zidentyfikować. Zaraziła pozostałe zakonnice nowomową, wulgarnym, bluźnierczym bełkotem, który rozprzestrzenił się jak zaraza, rozmnażając się grzechami. Wewnątrz okręgu, w kamiennej posadzce pojawiła się Otchłań: czarna dziura, ze środka której On powoli wypełzał, zwijając się i rozwijając, by odebrać należną ofiarę.


Ilustracja: Anna Jarmołowska

Krucjata Siostra X krzyżowała się za każdym razem, kiedy krzyżowcy zdobywali kolejną twierdzę. Odczuwała całym ciałem ich waleczną ofiarę. Każdą odciętą głowę niewiernych odznaczała naciętym na skórze krzyżem. Siostra przeorysza zamartwiała się. Przecież nie o takie stygmaty chodziło. Siostra X upierała się, że swoim cierpieniem pomaga walczącym ku chwale Pana. Modlitwy sięgnęły głębiej, aż do serca. Pogańskie nasienie trysnęło z przeciętej szyi, zapładniając przerażonych rycerzy, zaskoczonych nieoczekiwanym, wulgarnym obrotem wydarzeń. Siostra X nabrzmiewała niepokalanym poczęciem, przeciekającym przez rany, plugawiącym mury klasztoru. Szala zwycięstwa przechylała się na niekorzyść wiary. Siostra X walczyła do końca. Poświęciła się. Płonący krzyż wypalił drogę ku zbawieniu.


Czerwona gorączka Wściekli barbarzyńcy wkroczyli do Gdańska. Żęli sierpami, walili młotami. Z miasta nie miał pozostać ani kamień, ani tkanka. Kobiety stawiały najzacieklejszy opór. Broniły dzieci i godności. Gwałcone, patroszone, palone, wieszane - ginęły z pamiętliwym wzrokiem, pragnącym unicestwić oprawców. Potworna była cena wyzwolenia. Mijała kolejna noc spowita gwałtami i jękami konających. Tuż przed północą czerwonoarmiści zaczęli padać jak muchy. Skóra pękała, tryskając czarną, zaropiałą krwią. Ciała cieni wyciekły ze zrujnowanych kamienic - duchy żebrzące o pomstę uciemiężonego narodu. Wkrótce otrzymały należną jałmużnę. Wolne Trójmiasto oderwało się od lądu: zmęczona wojenną zawieruchą wyspa oddaliła się spokojnie w kierunku horyzontu, jak najdalej od Tysiącletniej Rzeszy.

Fale Pokryte łuską ciało błyszczało w świetle zorzy polarnej. Rybacy nie wierzyli własnym oczom. Uwierzyli, gdy ją zgwałcili. Rozochocili się. Zaczęli znęcać się nad „morską kobietą”, jak ją nazwali. Chcieli zobaczyć, jak długo wytrzyma bez wody. Zawiedli się - wytrzymała za długo, za dużo. Chcieli ją „oporządzić” - część zamrozić, część zjeść na miejscu, ale w końcu wyrzucili ciało za burtę, zostawili na dryfującej krze. Odpłynęli. Podtrzymująca ją przy życiu pieśń wyrwała się myślom. Telepatycznie naprowadziła ich na zdradliwe skały, gdzie się roztrzaskali. Walczącymi o życie rybakami zajęli się jej bracia. Mężczyźni długo wytrzymali w lodowatej wodzie, podtrzymywani przy życiu gorącymi falami gwałtów.

Pięść przyciśnięta do ucha Leżysz bezwładnie. Ona szepce tobie sekrety, które wywołują mimowolną erekcję. Druga pięść sięga do krocza. Nabrzmiałeś, rozerotyzowałeś się i tylko ja mogę cię oswobodzić, wyzwolić od koszmarów, rozładować lepki, opakowany w rozkosz towar. A starałam się. Dla ciebie zakładałam ubrania, których się wstydziłam. Ty tylko mnie poniżałeś. Nie przewidziałeś, że guma, którą mam na sobie, stanie się moją skórą. Pozwoliłam, by przejęła kontrolę. Nie żałuję. Odkryłam nowe doznania. Już nigdy jej nie zdejmę. Nie pięść w gumowej rękawiczce, którą za daleko poniosło, tylko ja szepcę tobie, kochanie. Jesteś jeszcze ciepły, a ja chcę mieć z tobą dziecko. Wykorzystam tę chwilę.


Przekleństwa - Kurwa, chuj, pizda, cipa, skurwysyn, dupozjeb... pierdolić, zajebać, wyruchać, wypieprzyć, przelecieć, skurwiel…! Przekleństwa wylatywały z niego, zabijając pechowych nieszczęśników, którzy znaleźli się w pobliżu. Zabójczo ostra wiązanka uwijała się kosokształtnymi, ścinającymi z nóg i głów spółgłoskami oraz samogłoskami samonawijającymi się na język, wyrywającymi go z korzeniami pociągającymi pozostałe wnętrzności. On sam zaczął pluć krwią zmiksowaną z martwym mięsem. Przekleństwa raniły usta, rozcinały język, kaleczyły przełyk. Bębenki uszne nie wytrzymały i pękły, słysząc eks-plo-im-plo-du-ją-ce słowa. Mózg, nieświadomy zagrożenia, produkujący taśmowo przekleństwa, rozprysł się jak rzucony z wysokości arbuz. Przewlekle ekstremalna koprolalia w syndromie Tourette’a, na którą cierpiał, była jego największym przekleństwem.

Marzenie Kochał w niej wszystko: od stylu ubierania się, poprzez wybieranie ofiar, aż do metod zabijania. Marzył o tym, żeby choć przez chwilę go potorturowała. Obsesyjnie ją śledził. Zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później go nakryje. Może już bawiła się z nim w kotka i myszkę. On nie był kotkiem. Nie mylił się. Po tym, jak na żywca zdarła skórę z innych zapatrzonych w nią ofiar, wielkodusznie pozwalając im się wykrwawić, dopadła go bezszelestnie. Nie stawiał oporu. Jego marzenie się spełniło. Wisiał głową w dół. Czuł zapach śmierci. Jej śmierci. Marzyła, by popełnić samobójstwo w obecności zakochanej w niej ofiary.

Sraniony Widzowie przed telewizorami z napięciem czekali na to, co się zaraz wydarzy. Nadzieje skupione na heroicznej walce o złoty medal. Kulturysta faszerował się widokiem sztangi. Wzbudzała w nim ślepą namiętność. Randka z własną koncentracją. Czuł, że może osiągnąć wszystko. Poprawił pas. Potarł dłonie. Zamknął oczy. Wyobraził sobie, że zespala się z krążkami, że staje się gryfem, który bez wysiłku podnosi się na własnych łapach. Poczuł przypływ nadolimpijskiej siły. Napiął wszystkie mięśnie. Chwycił sztangę i poderwał. Usłyszał rozdzierający dźwięk, a potem paraliżujący ból w kroczu, które pękło, uwalniając jego siłę, ambicje, wnętrzności i kał. W szpitalu długo składali go do kupy.


Ostatni raz Był tak rozochocony, że już w progu kawalerki zaczął sobie dogadzać. Wskoczył do łazienki. Rozładowane napięcie spuścił z wodą w muszli. W biurze było wiele atrakcyjnych kobiet. Nie nadążał z zaspokajaniem samopodsycającej się chuci. Robił to bardzo dyskretnie. Praktycznie wszędzie. Z reguły był szybki, więc ulżenie sobie czasami trwało kilka sekund. Tego dnia już kilka razy siebie zaliczył. Był wycieńczony, kiedy poczuł znajome mrowienie. Obiecał sobie, że tym razem będzie ostatni raz. Nie mógł się zadowolić. Jego rozognienie sięgnęło zenitu. Nie czuł bólu, rozrywając paznokciami męskość, rozdrapując skórę, porcjując mięso z krocza; przeciwnie, był coraz bardziej podniecony. Zgwałciła go Śmierć.

Pobudka Środkowy wagon tramwaju był wyjątkowo przeładowany. Mieścił szczupłych, korpulentnych, wysokich, niskich, młodych, starych. Szczęśliwcy, którym trafiło się wolne miejsce, spali. Ci, co wisieli na poręczach, również kimali, starając się utrzymać równowagę. Bolek wszedł wściekły. Nienawidził pracy w magazynie i nienawidził nabitych tramwajów. Zaczął się rozpychać. Ktoś się obudził, ktoś inny mruknął. Bolek przepchał się do siedzeń. Rzucił się na faceta, który się obudził na podłodze, skąd się zerwał na Bolka, który wyjął tasak i porąbał mu czaszkę. Magazynier wpadł w szał. Krwawym młynkiem wykosił wszystkich stojących. Szybkimi cięciami wprawionego siepacza wyrąbał z drzemki pozostałych, budząc ich do najgłębszego ze snów.

Błogosławieństwo Mury klasztoru objęły ją. Przytuliły. Ukoiły w modlitwie. Jednak coraz częściej najmłodsza siostra czuła, że jej miejsce nie jest w klasztorze. Tuż przed złożeniem ślubów wieczystych uciekła z zakonu. Okazało się, że jest w dziewiątym miesiącu ciąży, co było absurdem, gdyż przez okres pobytu w sekluzji nawet nie widziała żadnego mężczyzny, nie mówiąc o jakimkolwiek bliższym kontakcie. Płód się rozwijał. Nadszedł czas porodu. Zawieziono ją do szpitala. Dziecko nie chciało opuścić wnętrza matki. Zaskoczeni lekarze rozkładali bezradnie ręce. Nagle kobieta rozpostarła ramiona. Wzniosła się wysoko. Nowonarodzony nie spieszył się. Przedzierał się powoli przez konającą w męczarniach matkę. Ruszył po dusze.


Odnowa W radio ten sam ryj wciąż wył, żeby wymienić kogoś na nowy model. „Co za kretyńskie, szmatławe ścierwo” - myślał, łypiąc wściekle na żonę, której to gówno akurat się podobało. Co gorsza, sama zaczęła nucić piosenkę. Kiedy warknął parę wulgarnych słów, charknęła w niego szyderczym jazgotem, udającym śmiech. Tego już za wiele. - Chciałabyś mnie też wymienić na nowszy model, co? - A czemu nie? - zaśmiała mu się bezczelnie w twarz. - Z ciebie taki stary, gruby, obleśny plastuś - drażniła. Skasował ją pełnym politowania wzrokiem. „Ty też się starzejesz, mendo. Może przyda się odnowa biologiczno-chemiczna?” Piąchą w skroń pozbawił żonę przytomności. Wyprał i wyprasował.

Krwawa ofiara - Oto krwawa ofiara - olbrzymi kapłan wyciągnął łapy ponad ołtarz. Ludzkie dzieci szły środkiem świątyni. Każde trzymało przed sobą tackę, na której wierzgały odcięte kończyny, biło serce, oddychały płuca, trawiły wnętrzności. Jelita wiły się jak zranione węgorze. Dzieci podchodziły po kolei do olbrzyma, który chwytał je i pochłaniał wraz z ofiarami na tacach. Mlaskał obleśnie. Klemens stał na samym końcu świątyni. Minikarłowaty, suchotny, nijaki - nie widział kapłana. Słyszał tylko wyolbrzymione przez pogłos dźwięki przeżuwania i siorbania krwi. „Kiedy się skończy to barbarzyństwo?” - ledwo pomyślał, poczuł szarpnięcie.

Ilustracja: Olga Kołodziejczak

Ostatni plasterek zniknął. Gałki cudem zeskoczyły z tacki. Potoczyły się, uciekając prosto w łapska duchownego.


Sen Matce śniło się, że jej córka wpadła pod samochód na przejściu dla pieszych, na zielonym świetle. Widziała, z porażającą dokładnością, w zwolnionym tempie, wpadającą pod koła córeczkę. Miażdżona czaszka rozprysła się, tryskając mózgiem po ulicy. Kobieta obudziła się. Usłyszała przeraźliwy płacz dziecka. Mała leżała na łóżku i płakała. Matka zapaliła światło. Zobaczyła ilustrację: Dziewczynka spoczywała na łóżku obryzganym krwią. Była bez głowy, ciało dziwnie zakręcone. Kawałki czaszki, jak rozbite skorupki jajka, walały się wokół razem z kawałkami czegoś, co jeszcze przed chwilą było mózgiem. Oderwane usta wykrzywiały się płaczem. Ślady opon ciągnęły się wzdłuż łóżka po pościeli. Samochód właśnie zawracał.

Nienawistne twarze Ołowiane niebo przyglądało się w pogardliwym milczeniu. Na szubienicę odprowadzały ją syki, buczenie i klaskanie zadowolonej gawiedzi. W obozie koncentracyjnym gołymi rękami rozrywała niemowlęta, asystowała przy gazowaniu więźniarek, osobiście odcinała genitalia mężczyznom, kobietom i dzieciom; biła i mordowała. Kat pociągnął wajchę. Spadającemu w otchłań nagiemu ciału towarzyszył lubieżny rechot tłumu. W tej samej chwili, jakby za pociągnięciem innej, nieporównywalnie większej dźwigni, otworzyło się niebo i wylało z trzewi ołów, który pochłonął trzęsące się jeszcze w pośmiertnych konwulsjach ciało skazanej oraz cielska mściwego, żądnego zarówno kary jak i niezłego widowiska motłochu. Na niebie unosiły się oderwane twarze zastygłe w zdziwionym szyderstwie.

Garnek - Zaraz, mały, przylecę - ojciec półtorarocznego malca wyskoczył z samochodu, zamknął drzwi na klucz. Pogoda przedwiosenna, ale niezbyt ciepło, więc wolał nie rozpinać małemu kurtki. Zostawił też czapkę. Miał nadzieję, że dziecko w końcu zaśnie, dlatego nie wyjmował go z krzesełka. W banku się przedłużyło. Ale obsługiwała go tak zajebista laska, że zapomniał o mijającym czasie. Zrobiło się upalnie. Nawet do chłodnej sali bankowej wdarło się gorąco. Spojrzał na zegarek. „Mały już pewnie śpi. Nie muszę się spieszyć.” Rzeczywiście spał. Tylko jakoś tak dziwnie podrygiwał. Ojciec dotknął główki. Cofnął oparzoną rękę. Dziecko - zamknięte w zimowych ubraniach - gotowało się jak w garnku.


Magnetyzm

Ilustracja: Anna Jarmołowska

Nie był przystojny. Miał jednak w sobie tyle magnetyzmu, że przyciągał każdą napotkaną kobietę. Musiał je siłą od siebie odrywać. Z trudem odchodziły, pozostawiając na nim bolesne płaty wspomnień. Inne tak łatwo nie rezygnowały. Przyczepiały się do niego z jakąś maniakalną obsesją. Zapuszczały korzenie, wsysały się, nie odpuszczały, gdy próbował je wykarczować. Zjawiały się jak chwasty, osaczając coraz gęściej, ciaśniej. W końcu spotkał taką, która wyplewiwszy przeszkody i problemy, została jego żoną. Rywalki były coraz napastliwsze. Żona nie wytrzymała. Rozparcelowała go na tysiące drobnych poletek, które zostawiła na ich pastwę. Tylko serce należało wyłącznie do niej. Związawszy aorty, zamknęła klatkę.


Teoria w praktyce Tłuczkiem do mięsa szybko wybiła mężowi zdradę z głowy. Następnie skrupulatnie zebrała zawartość na szufelkę i wsypała do siatki. Zaniosła ją teściowej. Próbowała udowodnić mamuśce, że źle wychowała syna. Użyła tłuczka do ostatecznego, najbardziej przekonującego argumentu. Teść nie był lepszy. Wyzwał jej rodziców od idiotów. Nie mogła tego dłużej wysłuchiwać, więc go uciszyła. Była tak wściekła, że z jego twarzy zrobiła kotlet schabowy. Jej były mąż miał brata, szczęśliwego z kochającą rodziną. Dla nich zrobiła pyszne bitki. A później, żeby oszczędzić szwagierce ewentualnych cierpień, wyłożyła jej jak na tacy, albo raczej na desce do krojenia mięsa, teorię tłuczka w praktyce.

Onna-Sasori Pieszczoty, ale zdecydowane, pewne siebie. Szorstka skóra do szorstkiej skóry. Oddech na oddechu. Męski, giętki, włochaty jęzor oplótł męski, sztywny, mechaty członek. Szybka wymiana śliny i śluzu. Nagły klincz. Akcja. Poluzowanie. Zmiana pozycji. Ponowna akcja: jeszcze szybsza, gwałtowniejsza, energiczniejsza. W pustym Terrarium korytarz zajęczał. Echo rozniosło wrażenia głośnych, forsownych pchnięć. Gdzieś na posadzce kliknęły szpilki. Przebijali się bez żadnych skrupułów, bez kompromisów, bez zwalniania tempa. Penetrowali witalność, wytrzymałość, męskość. Mocno. Twardo. Gorąco. Ostro. Jeszcze rychlej. Bez chwili wytchnienia. Bliższy stukot obcasów. Uderzenie. Kobieta-Skorpion nadziała ciała na ruszt ogona. Jeszcze długo po śmierci wili się z bólu, patroszeni w sosie rozkoszy.

Egzekucja Spoglądałem na tego człowieka z rosnącą ciekawością. Ale tak naprawdę interesowały mnie moje własne reakcje, ciekawiły mnie moje własne odczucia, moja własna psychika. Poczułem coś niezwykłego. Podniecał mnie jego strach. Pierwszy raz coś takiego doświadczyłem. Patrzyłem mu prosto w oczy. Czułem potęgę, nieograniczoną władzę nad tym człowiekiem. Widziałem, że przerażała go moja bezwzględność, paraliżowała nieuniknioność tego, co go czekało. Nagle w oczach zobaczyłem troskę o rodzinę, którą zostawi po egzekucji. Odczytałem, że bał się bólu, który poczują. Odwlekałem. Jak najdłużej. Chciałem, żeby jego cierpienia trwały wiecznie. Popuścił mocz, z oczu popłynęły łzy. Wiedziałem, że to już. Z rozkoszą dokonałem egzekucji.


Małżeństwo Ślub: ona w pięknej białej sukni, on w czarnym garniturze; eleganccy goście; wesele; prezenty. No i egzotyczna podróż, która kosztowała ich rwącą rzekę wyrzeczeń: wszelkie dni wolne, wszystkie studenckie wakacje spędzone w pracy za granicą. Obydwoje myśleli o tym samym. Nic jednak nie mówili. Nawet nie patrzyli na siebie. Tubylcy na ich oczach zgwałcili kobietę. Wymachując dzidami dali do zrozumienia, że tego samego oczekują od nich. Pragnęli zrobić to w miesiąc miodowy. Właśnie tego dnia, tyle że w innych okolicznościach. Teraz zmuszeni byli pod groźbą ostrzy. Wypełnił ją sobą. Po raz pierwszy w życiu. Pierwszy i ostatni. Małżeństwo zostało skonsumowane.

Czarne skóry Czarni ludzie w czarnych płaszczach. Zamiast czarnych masek - czarne twarze. Onanizują się, przeklinają, ślinią się nad związanymi, nagimi, białymi kobietami. Nic innego nie mogą zrobić, mimo gorączkowo odprawianych rytuałów voodoo. Biała skóra nadal pali jak rozżarzone żelazo. Kobiety wiją się lubieżnie, bluźnią ciałem i słowem, szydzą wyzywającym wzrokiem. Ożywione laleczki wyraźnie się nudzą. Wkrótce pęta pękają i oswobadzają żądne czarnych serc samice. Czarni ludzie w ciasnych kajdanach wiszą na ostrych hakach. W potokach czarnej krwi ściekają sczerniałe wnętrza. Kiedy milkną rozdzierające, zniewalające ciszę krzyki, nagie, białe kobiety odziewają się w świeżo wygarbowane, czarne skóry i wychodzą na ulice pełne słońca.

Krótka sylwetka Arcykata Zawsze zakładał galowy strój: skórzany fartuch rzeźnika, by nie ubrudzić munduru, oraz grube rękawice, by pistolet nie parzył. Nie strzelał w potylicę, jak inni, lecz między pierwsze kręgi szyjne. Chlapało mniej krwi, rzadziej trzeba było dobijać. Kolejne osoby mordował co dwie minuty, przez dziesięć godzin dziennie, z przerwami na posiłek. Transporty ledwo nadążały. Tak przez trzydzieści lat, aż do zasłużonej emerytury. Wszystkich, którzy z nim współpracowali, zaraził swoją pasją: operatorów koparek zasypujących doły, w których leżały ciała pomordowanych, kierowców, nawet maszynistki przepisujące listy nazwisk. Każdy chciał choć raz pociągnąć za spust. Pochowano go w alei honorowej, blisko tysięcy swoich ofiar.


Spiritus Delirium Tremens

Ilustracja: Anna Jarmołowska

Wino mszalne smakowało jak nigdy. Owoc zakazany smakuje najlepiej, a jeszcze lepiej, gdy jest zakazany przez samego Boga. Siostra rozejrzała się nerwowo. Proboszcz skrywał tu skarby, o jakich się nie śniło. Posadzka wybrzuszyła się i opadła. Ławki zadrżały, wycofały się. Wielki krzyż nad ołtarzem opuścił ramiona i zszedł ze ściany. Sam Bóg schodził do niej z ołtarza, a ona nie potrafiła przestać pić. Krzyż rozwinął z ramion kolejne kończyny, które jak macki poderwały siostrę i ukrzyżowały. Proboszcz nigdy nie widział obrzydliwszego bluźnierstwa: siostra wisiała na krzyżu, z wyliniałą skórą leżącą u podnóża krzyża. Odkryte mięśnie twarzy zgęstniały w krwawym uśmiechu.

GRABARZ POLSKI Grabarz Polski #27 Korekta: Wojciech Lulek Grafika, skład, łamanie: Tizzastre Bizzalini Reklama, Patronaty i Współpraca: Bartek@grabarz.net | Wojtek@grabarz.net

Chcesz współtworzyć Grabarza? Napisz do nas! www.Grabarz.net | www.Grabarz.net/Forum

Grabarz Polski - Nr 27  

24 grudnia 2010

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you