Page 1

20

#

PAUL NASCHY VERSUS CZĘŚĆ 1 HORROR PUNK KINO WŁOSKIE CZĘŚĆ 2 PODSUMOWANIE 2009 KSIĄŻKI Z WAMPIREM CZĘŚĆ 4 BLAIR WITCH POCZTAR CZĘŚĆ 8 WYWIADY: ULLI LOMMEL, RAFAŁ W. ORKAN DYSTRYBUTOR Z LUDZKĄ TWARZĄ CZĘŚĆ 1

FILMY: Black Devil Doll. Countess Dracula’s Orgy of Blood, Die Zärtlichkeit der Wölfe, Egzocyzmy Dorothy Mills, El carnaval de las bestias, El retorno de Walpurgis Rojo Sangre, Latidos de pánico, Skrzydlate cienie, Sierota, Ultimo deseo KSIĄŻKI: Bikini, City 1, Dziki Mesjasz, Głową w mur, Historia pana B, Interwencja, Sekret Genezis, Śmiertelne sny, Tajemnica domu Arandów, Wielka Księga Horroru tom 1, Zaksięgowani

RAFAŁ KULETA „W PEŁNI”, SEBASTIAN DRABIK, MACIEJ WALCZAK „ZEW KRWI” RAFAŁ KULETA „WILCZYMI OCZYMA” (SZORTY) WIERSZE NIEPOKOJĄCE - ROBERT CICHOWLAS


Drodzy Czytelnicy, Witamy w pierwszym numerze Grabarza Polskiego w 2010 roku. Zakończyliśmy ferie zimowe i poważnie zabieramy się do pracy. Oto oddajemy w Wasze ręce grubiutki 20-ty numer naszego pisma. Musieliście chwilę na niego poczekać, ale mamy nadzieję, że było warto. Zdecydowaliśmy się go poświęcić oraz zadedykować zmarłemu pod koniec 2009 roku hiszpańskiemu aktorowi, reżyserowi i scenarzyście – Jacinto Molinie, znanemu szerzej jako Paul Naschy. Niewiele brakowało, a oprócz życiorysu i omówień niektórych dzieł Naschy’ego zamieścilibyśmy również wywiad z tym niezwykłym twórcą – w momencie kiedy dowiedzieliśmy się o jego śmierci uzyskaliśmy już zgodę na rozmowę z nim i byliśmy w trakcie opracowywania pytań… Oczywiście prezentujemy tu jedynie minimalny procent jego dorobku, kilka wybranych filmów z jego olbrzymiej filmografii. Mamy jednak nadzieję, że 20-ty numer Grabarza choć po części przybliży Wam twórczość Naschy’ego i zachęci do jej zgłębienia. Liczymy, że dołączycie do naszego apelu do dystrybutorów z prośbą o wydanie w Polsce najlepszych filmów Naschy’ego. Poza omówieniem dorobku filmowego słynnego hiszpańskiego twórcy zamieszczamy też zadedykowane mu krótkie formy literackie: opowiadanie „W pełni” i zbiór szortów “Wilczymi oczyma” (oba autorstwa Rafała Kulety) oraz miniaturę „Zew krwi” (autorstwa Sebastiana Drabika i Macieja Walczaka). Mamy nadzieję, że przypadną Wam one do gustu, zwłaszcza jeśli już zaliczacie się do wielbicieli dokonań Naschy’ego. Co jeszcze? Porozmawialiśmy z Ullim Lommelem, reżyserem wydanego u nas niedawno na płycie DVD „Boogeymana”, który był tak zadowolony z wywiadu, że wkrótce po jego udzieleniu podjął decyzję o… nakręceniu filmu w Polsce. Jesteśmy bardzo ciekawi co z tego wyniknie… Kolejny wywiad numeru wiąże się z twórczością Rafała W. Orkana, autora „Głową w mur” oraz „Dzikiego mesjasza”. To autor mlody stażem, ale już zdążył dorobić się grupy wiernych fanów. Radzimy mieć na niego oko. Do tego stałe pozycje: recenzje książek i filmów, felietony, artykuły i konkursy. Podsumowujemy też zeszły rok wybierając największe przeboje m.in. w dziedzinie filmu, literatury i gier grozy według czytelników i redakcji Grabarza Polskiego. Mamy szczerą nadzieję, że przez najbliższych parę dni nie będziecie się nudzić. A kolejny Grabarz już za miesiąc! PS: Korzystając z okazji, że zostało nam jeszcze trochę miejsca na tej stronie, informujemy, że od 27 lutego będzie można nabyć kolejny, drugi tom Antologii Grabarza. Antologia będzie dostępna w tzw. przedsprzedaży (podobnie jak to miało miejsce z „Czarną Kokardą” i pierwszym tomem Antologii) przez okres jednego miesiąca. Będzie też możliwość nabycia wspomnianych wyżej „Czarnej Kokardy” oraz pierwszego tomu antologii. Szukajcie na Allegro pod hasłem „Grabarz Polski”. Więcej informacji można uzyskać pod adresem wydawnictwo@grabarz.net. Zapraszamy do lekury.

GRABARZ POLSKI

redaktorzy

Grabarz Polski #20 Korekta: Wojciech Lulek Grafika, skład, łamanie: Tizzastre Bizzalini Reklama, Patronaty i Współpraca: Bartek@grabarz.net | Wojtek@grabarz.net

Chcesz współtworzyć Grabarza? Napisz do nas! www.Grabarz.net | www.Grabarz.net/Forum


Z biegiem lat miłość chłopaka do kina ciągle rosła. Jego ulubionymi gatunkami były wówczas westerny i filmy przygodowe, a Jacinto, jak większość osób w jego wieku, był zafascynowany Marlonem Brando. Rodzina jednak wolała, Jacinto dorastał w pierwszych latach po aby porzucił marzenia o kinie i zdobył wojnie domowej, kiedy władzę sprawo- zawód odpowiedni dla jego pozycji spował faszystowski reżim Franco. W mło- łecznej. dości matka zwykła zabierać go do kina, gdzie zobaczył miedzy innymi „Doctor Jego studia początkowo skupiały się Satan” i „Drums of Fu Manchu”, filmy na rolnictwie, ale szybko zmienił je na które zapoczątkowały jego fascynację architekturę. Udało mu się dostać do kinem. W tamtych czasach pokazy hor- prestiżowej szkoły w Barcelonie, gdzie rorów w Hiszpanii były bardzo rzadkie, wysoko oceniano jego talent do rysuna kiedy można było się na taki załapać ku. Dzięki artystycznym zdolnościom były przeznaczone tylko dla dorosłych. zdobył pracę w wytwórniach Columbia Jednak już w wieku 11 lat Jacinto zdo- oraz Decca, gdzie projektował okładki łał dostać się do kina i obejrzeć słynny do płyt, w tym hiszpańskich wydań płyt obraz z wytwórni Universala: „Franken- Presleya. Rysował też komiksy, zainstein Meets the Wolfman”. Film, wywarł spirowany westernami stworzył postać na nim ogromne wrażenie, a swoją nim Snake-Blacka. Jego prace pojawiły się fascynację młody Jacinto przelewał na w owym czasie na dwóch wystawach. papier, rysując występujące w nim po- Pod pseudonimem Jack Mills napisał szereg nowel, których akcja również stacie. Jacinto Molina Alvarez (znany później jako Paul Naschy) urodził się 6 września, 1934 r., w Madrycie, w Hiszpanii. Był synem drobnego przedsiębiorcy Enrique’a Moliny i Pilar Alvarez.


Dzięki imponującej budowie fizycznej, wystąpił jako statysta w m.in. w historycznym „King Of The Vikings”(1960) i biblijnej produkcji „King Of Kings” (1961), które otworzyły mu drogę do aktorskiej kariery, choć do roku 1968 jego role były tylko epizodyczne. W końcu zdecydował się na pisanie scenariuszy i zaczął współpracę ze swoim przyjacielem, reżyserem Enriquem Lopezem Eguilizem. „Jedyny film, który mnie wówczas zainspirował to „Frankenstein Meets The Wolfman” – opowiadał – „Kiedy powiedziałem Eguilizowi o moim zamiarze napisania scenariusza na horror, od razu posądził mnie o niepoczytalność.” W hiszpańskiej kinematografii gatunek ten nie miał do tej pory chlubnej tradycji. Kiedy scenariuszem zainteresowało się niemieckie studio, aktor zmienił nazwisko na Naschy, po słynnym węgierskim ciężarowcu. Rola w końcu trafiła do Naschy’ego, mimo że wcześniej brano pod uwagę innych aktorów hiszpańskich, a nawet Lona Channeya Jr., który odrzucił propozycję ze względu na stan

zdrowia. „La marca del Hombre-lobo” był pierwszym filmem, w którym Naschy wcielił się w rolę wilkołaka Waldemara Daninskiego. „Daninsky to polskie nazwisko. Nadałem je mojemu wilkołakowi z myślą o uciskanych mieszkańcach Polski. Mój główny bohater jest zgorzkniały i niezrozumiany, obciążony klątwą, której nie może zrzucić, w rezultacie zmuszony do zabijania wbrew swej woli. Miał na klatce piersiowej pięciokątne znamię. Był to mój pomysł, jak też sugestia, że można go było pokonać srebrnym krzyżem, ale tak naprawdę tylko prawdziwa miłość eliminowała go całkowicie.” Podobno pierwotna wersja filmu trwała 133 minuty, niestety oryginał spłonął w pożarze studia Maxper w 1970 roku i obecnie dostępne są jedynie wersje eksportowe – amerykańska i niemiecka, do których dystrybutorzy dopasowali kuriozalne tytuły. Film w końcu wydano w USA mocno pocięty w 1971 jako „Frankenstein’s Bloody Terror”. Naschy kontynuował rolę wilkołaka Daninskiego w dalszych filmach, m.in. „Nights of the Werewolf” (1968), który jednak nigdy nie doczekał się żadnego wydania ze względu na śmierć w wypadku reżysera Rene Govara, a nawet kwestią sporną jest czy został w ogóle nakręcony, „Dracula vs. Frankenstein” (1970), „The Fury of the Wolfman” (1972) i „The Werewolf vs. the Vampire Woman” (1971).

Text: Sebastian Drabik, Radosław Jarosiński

rozgrywała się na Dzikim Zachodzie. Pomimo tylu zajęć, Jacinto był w stanie z powodzeniem uprawiać sport: piłkę nożną, rzut oszczepem i podnoszenie ciężarów. Uzyskał 3 miejsce w mistrzostwach Hiszpanii w rzucie oszczepem i pobił kilka rekordów w podnoszeniu ciężarów.


Niedoszły reżyser tego ostatniego, Alberto Platar, nie chciał go w ostatnio wymienionym filmie, lecz niemieccy producenci obronili swoją gwiazdę i w rezultacie to Platar został odsunięty od tego projektu. „To ja zaproponowałem na reżysera Leona Klimovskiego.” – wspomina Naschy – „Ten pomysł zyskał uznanie. Od tego czasu byliśmy dobrymi przyjaciółmi i dobrze nam się współpracowało. Pozwoliło nam to wyprodukować kolejne filmy, które odniosły sukces.” „The Werewolf vs. Vampire Woman” okazał się nieoczekiwanie sukcesem i zapewnił Naschy’emu status gwiazdy. „Byłem tym bardzo zaskoczony, a ludzie zaczęli mnie rozpoznawać.” Seria z Daninskim jest kontynuowana tytułem „Dr. Jekyll and the Werewolf” (1972), Naschy w międzyczasie pojawia się w jako: Kuba Rozpruwacz w „7 Murders for Scotland Yard (1971), w roli tytułowej w „Count in Dracula’s Great Love” (1972), grabarz nekrofil w „Hanging Woman” (1972), upiór rycerza w „Horror Rises from the Tomb” (1972) i opóźniony umysłowo pracownik kostnicy w „Hunchback of the Morgue” (1972). Po obejrzeniu jego ostatniej kreacji Terence Fisher zaoferował aktorowi rolę w nowej wersji opowieści o doktorze Jekyllu i panu Hyde. „Niestety, Fisher był już wtedy dość leciwy

i projekt nie doszedł do skutku z powodu jego śmierci,” żałował Naschy. Później aktor zagrał dwie role w filmie „The Mummy’s Revenge” (1973), a następnie powrócił do odegrania kolejnej roli Daninsky’ego w koprodukcji hiszpańsko-meksykańskiej, „The Curse of the Devil” (1973). Na planie został ranny podczas wykonywania niebezpiecznej sceny. „ W budżecie nie przewidziano kaskaderów więc wszystkie niebezpieczne sceny wykonywałem sam. Spadłem z konia i straciłem przytomność” – opowiada o swoim wypadku. Szybko doszedł do siebie, grając ponownie Daninskiego w „Night of the Howling Beast” (1975) znany też jako „Abominable Snowman”. Naschy określa go jako „komiks przeniesiony żywcem na ekran”. Natomiast „The Craving” uważał za jeden z najlepszych filmów jakie wyprodukowało hiszpańskie kino w tamtych latach. W „Buenas noches, señor monstruo” (1982) filmie dla dzieci, zagrał tyko dla pieniędzy. W powstałym w koprodukcji japońskiej „La Bestia y la espada mágica”(1983) znowu wcielił się w rolę Daninskiego. „Musiałem dopasować się do mentalności Japończyków, zmieniając rytm filmu tak, by mogli go zrozumieć” – wspomina. – „ Jest to jeden z najlepszych filmów o wilkołaku jakie zrobiłem”.


W „Howl of the Devil” (1988) wcielił się w kilka ról klasycznych potworów. „Ten film jest bardzo osobisty. Był zrobiony w hołdzie wszystkim filmom z Universal Studios z lat 30., które stanowiły dla mnie źródło inspiracji.”

Niekwestionowany król hiszpańskiego horroru, Naschy wyznał, że bardzo się identyfikuje ze swoim przeklętym bohaterem, Waldemarem Daninskym: „Szkoda, że w prawdziwym życiu nie mogę zmienić się w wilkołaka. Aż za często bym tego chciał. Tak jak Waldemar, takPo nakręceniu filmu, w którym bohater że byłem na uboczu i niezrozumiany. przebiera się za wilkołaka, aktor prze- Całe życie płynąłem pod prąd.” szedł atak serca. Było to podczas kręcenia niskobudżetowego „La noche del Z żalem dodaje: „Nikt wcześniej nie ejecutor” (1992). Doszedł do siebie po chciał tego typu kina w Hiszpanii. Byłem operacji wszczepienia bajpasów i został pionierem horroru w hiszpańskiej kineprezesem Związku Krytyków Hiszpań- matografii i prawdopodobnie po mnie skich. ten trend się zakończy, bo nie widzę prób jego rozwoju.” W 1996 ponownie wcielił się w Daninskiego, tym razem odnoszącego sukce- Niestety aktor nie doczekał premiery sy pisarza horrorów horrorów „Lycantro- najnowszego filmu ze swoim udziałem. pus”. „Nie nakręciłem nic o Daninskim „La herencia Valdemar” („Dziedzictwo od „La Bestia y la espada mágica” Waldemara”), opowieści skupiającej (1983) dlatego zrobiłem ten film” – przy- się wokół pewnego starego domostwa, znał. które jest miejscem niezwykłych wydarzeń, zaczerpniętych wprost z prozy Rok 2004 przyniósł jeden z najlepszych Lovecrafta. filmów z udziałem aktora, który także zajął się reżyserią i scenariuszem. Mowa 30 listopada, 2009 r., Paul Naschy odo „Rojo Sangre”, filmie który Naschy na- szedł. Wielki człowiek kina grozy przekręcił niejako o sobie samym. grał długą walkę z nowotworem. Śmierć zastała go pełnego entuzjazmu do plaW 2005 wystąpił w „La duodécima hora” nowanych projektów. reżyserowanym przez Rodrigo Plaza i Juanma Ruiz. Był to film dokumental- Źródła: www.naschy.com; ny o tworzeniu filmu „Nosferatu” (1922) www.experiencefestival.com; Fredricha Murnaua. Naschy mógł za- www.imdb.com; www.dimensionfantastica.blogspot.com; prezentować w nim swoją ogromną wie- www.en.wikipedia.org dzę na temat filmów grozy.


1968. Las noches del Hombre Lobo (Nights of the Werewolf, The Nights of the Wolf Man) – Tak, tak to wtedy narodził się jeden z najsłynniejszych wilkołaków hiszpańskiego kina, postać bezprecedensowa, jaka dotychczas nie występowała w tamtejszej kinematografii. 1968. La marca del Hombre Lobo (The Mark of the Wolfman). Z kontynuacji przygód Daninsky’ego, gdzie zostaje on zarażony lykantropią przez niejakiego Imre Wolfsteina, którego budzi ze snu banda Cyganów. Pod postacią wilkołaka, ma jednak większe szanse na zmierzenie się z wampirami. 1970. Los monstruos del terror (Assignment Terror, Man Who Came from Ummo). W zasadzie tu też Naschy ponownie wciela się w postać wilkołaka Daninsky’ego, tyle że nie jest to rola pierwszoplanowa. Fabuła opowiada o obcych, którzy w sobie znanych celach przywracają do życia Drakulę, Mumię i potwora Frankensteina. 1971. Jack el destripador de Londres (7 Murders for Scotland Yard). Hiszpańska odpowiedź na włoskie giallo. I to od razu nawiązująca do postaci Kuby Rozpruwacza.

1971. La noche de Walpurgis (Shadow of the Werewolf, Walpurgis Night, Werewolf Shadow). Pierwszy owoc współpracy Naschy’ego z Leonem Klimovskym, bardzo dobrze przyjęty podówczas w Hiszpanii. Daninsky tym razem będzie musiał się zmierzyć z wampirzycą Księżną Wandessą.


1972. La furia del Hombre Lobo (The Fury of the Wolfman). … ale jak widać nie na długo. Ba, tutaj będziemy mogli poznać także wilkołaczycę.

1972. Dr. Jekyll y el Hombre Lobo (Doctor Jekyll and the Werewolf). Naschy nie dość że zmienia się w wilkołaka, to jeszcze w odrażającego pana Hyde’a. Próbuje mu pomóc niejaki doktor Jekyll, który dla odmiany w tej wersji w nic się nie zmienia. Film częściowo kręcono w Londynie. 1973. Los ojos azules de la muñeca rota (Blue Eyes of the Broken Doll). Kolejna wyprawa na tereny giallo. Były więzień (wiadomo kto go gra) ma dziwne sny, w których dusi kobiety. Zgadnijcie kto jest podejrzanym, kiedy w okolicy ktoś zaczyna mordować kobiety i wyłupywać im oczy?

1973. El retorno de Walpurgis (Curse of the Devil). Najlepsza odsłona przygód Daninsky’ego.

1973. La venganza de la momia (The Vengeance of the Mummy). W filmowym dorobku Naschy’ego nie zabrakło także opowieści o mumii. Amenhotep to kawał łobuza, który za swe niegodziwości zostaje przeklęty przez kapłana Am-Sha i skazany na spowicie w bandaże. 1973. El espanto surge de la tumba (Horror Rises from the Tomb). Tym razem zapoznamy się z nową postacią nekromanty i czarnoksiężnika Hugo de Marnaca, który powraca zza grobu, by się zemścić na potomkach swojego brata, który przyczynił się do jego zejścia z ziemskiego padołu. 1973. La rebelión de las muertas (Vengeance of the Zombies). Za pomocą sztuczek voodoo, wraz z niejakim Kantaką wskrzesimy nieco umarlaków! Zombie grające w tym filmie mają postać nieco wyblakłych dziewoj w długich koszulach nocnych. Naschy (oprócz Kantaki) w roli indyjskiego Krishny, a także rogatego diabła. Palce lizać.

Opracowanie: Sebastian Drabik, Radosław Jarosiński

1972. El gran amor del conde Drácula (Count Dracula’s Great Love). Tym sposobem mamy chwilowy odpoczynek od wilkołaczych zapędów Daninsky’ego, żeby podziwiać krwiożercze nawyki księcia Draculi.


1973. El jorobado de la Morgue (Hunchback of the Morgue). Gotho to ograniczony garbus pracujący w dzwonnicy… wróć… w kostnicy. Zakochany jest w pewnej dziewczynie, która będąc chora trafia dość szybko do jego miejsca pracy. Sytuację wykorzystuje szalony naukowiec, który obiecuje wskrzeszenie jej w zamian za świeże trupki. Z ich części zlepia sobie… czy naprawdę jeszcze trzeba coś dodawać? Może to, że oburzenie obrońców praw zwierząt wzbudziło palenie na planie filmowym żywych szczurów. 1973. La orgía de los muertos (Hanging Woman). Rola drugoplanowa, ale jakże soczysta! Na wpół oszalały grabarz - nekrofil. Film natomiast traktuje o zombich, wałęsających się w scenerii szkockich, mglisto - błotnistych torfowisk.

1974. El Mariscal del infierno (Devil’s Possessed). Tu mamy okazję poznać kolejną postać – Barona Gilles de Lancré. Odwołuje się ona do rzeczywistej postaci satanisty i zwyrodnialca – Gillesa de Rais, straconego za wymordowanie kilkuset dzieci, sodomię i herezję. Na szczęście filmowy Gilles woli dziewice niż dzieci – ze względów czysto promocyjnych. 1974. Una libélula para cada muerto (A Dragonfly for Each Corpse). Film opowiada o mordercy grasującym po Milanie i wyrzynającym prostytutki, narkomanów i tym podobnych osobników, uważanych przez niektórych za zbędnych. Paul gra inspektora prowadzącego śledztwo, a ślady pozostawione w postaci ważek z wosku wiodą go do... 1975. La maldición de la bestia (The Curse of the Beast). Daninsky jedzie na polowanie na Yeti.

1975. Exorcismo (Exorcism). Po prostu rip-off Egzorcysty. Jedyny film, w którym można Naschy’eo obejrzeć w sutannie, wypędzającego diabła z pewnego uroczego dziewczątka.

1976. Inquisición (Inquisition). Historia Bernarda de Fosseya, bohatera tego filmu, została oparta na autentycznym wydarzeniu, które miało miejsce we Francji. Ekipa filmowa dołożyła starań by nakręcić realistyczny obraz, używała prawdziwych czaszek i wypożyczyła z muzeum egzemplarz „Młota na Czarownice”.


1976. Ultimo Deseo (The People Who Own the Dark). Wojna jądrowa wisi w powietrzu, natomiast w pewnym zameczku imprezuje sobie w najlepsze zgraja polityków i biznesmenów. Kiedy wyskakują do pobliskiego miasteczka okazuje się, że wszyscy tam są niewidomi.

1976. Las ratas no duermen de noche (Crimson, The Man With The Severed Head). Połączenie kilku gatunków – sensacji, sf i kryminału. Naschy gra szefa bandy rabującej banki. Niestety postrzał w głowę trochę mu utrudnia życie i banda porywa pewnego doktora, który ma dokonać przerzutu mózgu szajki (dosłownie i w przenośni) w jakieś mniej pokiereszowane ciało. 1979. El caminante. Film ściągający uwagę już ze względu na plakat, przedstawiający ponętne kobiece pośladki z wyciętym na nich krzyżem. Opowiada o diabelskim potomku, który wzorem Chrystusa przemierza Ziemię.

1980. El carnaval de las bestias (Human Beasts). Poznamy pewną rodzinkę, która roztoczy troskliwą opiekę nad rannym rzezimieszkiem. Bynajmniej nie bezinteresownie. 1981. El retorno del Hombre-Lobo (Night of the Werewolf). Daninsky ma stawić czoła nie byle komu, bo samej Elżbiecie Bathory, wskrzeszonej i to pod postacią wampirzycy, która znów będzie się taplać w dziewiczej krwi.

1983. Latidos de pánico (Panic Beats). Marnac po raz drugi. Mamy też okazję poznać jego potomka, który na pierwszy rzut oka nie podziela jego krwawych upodobań.

1983. La bestia y la espada mágica (The Beast and the Magic Sword). Przygody Daninsky’ego w feudalnej Japonii.

1996. Licántropo: El asesino de la luna llena (Lycantropus: The Moonlight Murders). Podobno Naschy naskrobał całkiem zgrabny scenariusz, z którego reżyser wyciął goliznę i gore, nie pozostawiając w zasadzie żadnego powodu, dla którego warto by go obejrzeć.


2001. School Killer (El Vigilante/The Watcher). Kąsek dla wielbicieli slasherów.

2002. Mucha sangre. Krew kobiet, to po części komedia w której dwóch zbiegłych z więzienia rzezimieszków zmierzy się z inwazją obcych, mających chrapkę na skruszałe kobiece mięsko. Naschy w roli mafiosa zarażonego obcym pasożytem wymiata niecodziennym sposobem zarażania nim innych.

2004. Rojo Sangre. Znowu krew w tytule i wspaniały film. Dla niektórych najlepsze dzieło Naschy’ego. Pakt z Lucyferem, filmy snuff i wartka akcja. Cudeńko.

2010. La herencia Valdemar. Ostatni pełnometrażowy film z udziałem aktora, oparty na prozie Lovecrafta. Czy będzie jedną z jaśniejszych kart jego karierze? Trailer budzi pożądanie i zwiastuje spory budżet.

OGŁOSZENIE

Jack Ketchum niedługo w Polsce! Jack Ketchum, amerykański pisarz i scenarzysta, przyleci do Polski w ramach tegorocznych Dni Fantastyki na zaproszenie organizatorów i serwisu Gildia.pl! Autor, którego sam Stephen King nazwał „najstraszniejszym facetem w Stanach Zjednoczonych”, będzie gościł we Wrocławiu od 25 do 27 czerwca. Jego wizyta połączona będzie z premierą powieści „The Lost”, która ukaże się nakładem wydawnictwa Papierowy Księżyc. Ponadto, uczestnicy imprezy mogą spodziewać się projekcji filmów opartych na prozie pisarza oraz spotkań z jego udziałem. Będzie to pierwsza wizyta pisarza w naszym kraju, a spotkania autorskie odbęda się we wrocławskim Centrum Kultury “ZAMEK”. Zainteresowanych twórczością pisarza odsyłamy do #16 Grabarza Polskiego, w którym zamieściliśmy pierwszy w naszym kraju wywiad z auto-rem niepublikowanej wówczas jeszcze po polsku „Dziewczyny z sąsiedztwa”.


EL RETORNO DE WALPURGIS CURSE OF THE DEVIL Hiszpania 1973 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Carlos Aured Obsada: Paul Naschy Fabiola Falcón Maritza Olivares Mariano Vidal Molina

X X X

Text: Sebastian Drabik

X X

Filmy o Daninskym można nazwać serią tylko umownie, gdyż w istocie oprócz tej postaci nie mają ze sobą żadnego powiązania. Co więcej, pochodzenie bohatera i geneza klątwy wilkołaka jest prawie za każdym razem inna, a wszystkich produkcji z przygodami Waldemara jest aż dwanaście. Akcję „Curse of the Devil” rozpoczyna scena starcia dwóch jeźdźców odzianych w średniowieczne zbroje. Jeden z nich to chrześcijański rycerz Irineus

Daninsky (gra go Paul Naschy), a drugi to Rolka Batory – przywódca czcicieli Szatana. Dochodzi między nimi do starcia, z którego zwycięsko wychodzi Daninsky. Świadkiem klęski Batorego jest jego żona, która poprzysięga zemstę. Podczas próby przywołania Szatana ludzie Daninsky’ego rozprawiają się z satanistami, którzy zostają powieszeni, a żona Batorego zostaje spalona na stosie. Jednak zanim zostaje stracona, udaje się jej rzucić klątwę na całą rodzinę Daninsky’ego. Waldemar Daninsky (również grany przez Paula Naschy’ego) to potomek szlachetnego rycerza, którego klątwa dosięga w XIX wieku, za pośrednictwem kuszącej piękności, będącej narzędziem w rękach sekty czcicieli Szatana. Po tragicznym w skutkach spotkaniu z dziewczyną, pobliską wioskę nawiedza seria tajemniczych morderstw. Siódmy z kolei film o przygodach Waldemara Daninskyego jest najmroczniejszą i według mnie najlepszą z odsłon przygód Waldemara. Cała historia jest solidnie opowiedziana, bogata w dobrze zarysowane postacie: rozwiązujący sprawę mordów szef policji kieruje się logiką i nie

Serię filmów z postacią Waldemara Daninsky’ego zapoczątkował obraz nakręcony w 1968 r. „La marca del Hombre-lobo” („The Mark of the Wolfman”).

14


jest przesądny, a córki mieszkającego w pobliżu inżyniera interesują się jedynym dostępnym mężczyzną w okolicy, co należy uznać za normalne. Akcja filmu często zwalnia, jednak nie jest to uciążliwe, bowiem roznegliżowane, atrakcyjne kobiety cieszą oko, a nie brakuje też krwawych scen (chociaż te mające miejsce w dzisiejszych czasach nie robią takiego wrażenia). Bardzo istotną, jeśli nie najważniejszą kwestią jest atmosfera, a ta jest bardzo podobna do później- kamerą. Szczególnie sceny nocne są szych filmów wytwórni Hammer. Reży- dobrze zrealizowane – dziś nie używa ser Carlos Aured przyzwoicie dyryguje się już zdjęć zmierzchu dla nocnych ujęć, jak to było we wcześniejszych filmach. Ograniczone budżetem otwierające sekwencje pojedynkujących się rycerzy, prawdopodobnie symbolizują o wiele większą średniowieczną bitwę, ale jasna sepia zabarwiająca te sceny wygląda bardzo efektownie. Mroczne sceny czarnej mszy również wypadają przekonywująco. Paul Naschy, odtwórca głównej roli, jest również autorem scenariusza. To cieszy, zważywszy, że „Curse…” jest filmem bardzo udanym i świadczy o rozwoju umiejętności artysty. Do obejrzenia filmu zachęcałbym nie tylko fanów Naschy’ego ale także wszystkich wielbicieli dużych, kosmatych stworów - wilkołaków. Zwolennicy starego dobrego kina, w którym treść była ważniejsza niż forma również będą się znakomicie bawić.

15


--------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Albatros 2009 Tłumaczenie: Elżbieta Piotrowska Ilość stron: 365

na chwilę. Patterson niemal od razu wypuszcza potwora z szafy i traci przy tym większość uwagi czytelnika, która skupiona była na rozwiązaniu tajemnicy. Może autorzy chcieli stworzyć w ten sposób mordercę na miarę Hannibala Lectera? Jeśli nawet, to nie wyszło. Henri Benoit nie jest ani równie inteligentny, ani przerażający, co Hannibal–kanibal. W głównej mierze zajmuje się gwałceniem kobiet i odcinaniem im głów, pozwalając sobie przy okazji popaść w totalny narcyzm. Po tym, jak tożsamość mordercy zostaje odkryta czytelnikowi pozostaje już tylko śledzić kolejne Kim Daniels to młoda – zachwycająco zbrodnie. Autorzy lubią opisywać je ze piękna według notki na okładce – model- szczegółami, ale bez większych szans ka, która przybywa na Hawaje, by wziąć na przestraszenie czytających. udział w sesji zdjęciowej wraz z innymi ślicznymi dziewczętami. Pech chciał, Książkę można właściwie rozdzielić na że morderca akurat ją upatrzył sobie dwie części i przez to odczuwa się duży na pierwszą ofiarę serii makabrycznych dysonans. Najpierw dostajemy opis komorderstw. Tragedia wstrząsa całymi lejnych zbrodni i w chwili, gdy akcja naHawajami, bo na jednym zabójstwie biera rozpędu wszystko się kończy, bo się nie skończy. Kolejne okaleczone zaczyna się część pod tytułem „gdzie ciała odsłaniają szczegóły zbrodni, po- jesteś, ty straszny morderco?” Za słabo pełnianych przez niejakiego Henriego się to wszystko zazębia. Benoit. Kim jest tajemnicza organizacja dla której pracuje? Dlaczego giną tylko ‘Bikini’ nie jest jednak wcale złą powieśmłode kobiety? I dlaczego w tak okrut- cią, broni się jako thriller. Czyta się ją ny sposób? Zagadkę stara się rozwikłać szybko ze względu na wartką akcję, ale Ben Hawkins, dziennikarz kryminalny i niezgłębione portrety psychologiczne, z policyjną przeszłością. które do jakichś poważniejszych rozważań nie zachęcają. „Bikini” dostarczy „Bikini” to thriller z mocnymi wątka- czytelnikowi przede wszystkim rozrywki, mi sensacyjnymi. Mamy więc pościgi, szkoda tylko, że pod odłożeniu na półkę strzelaniny i detektywistyczną zagadkę szybko się o niej zapomni. Nawet szczerozpisaną na niewielu bohaterów. Na góły odcinania głowy czy gwałtów pójdą chwilę pojawia się suspens, ale tylko w zapomnienie. James Patterson i Maxine Paetro to duet w pewnym sensie niezwykły, Sekrety pisania w tandemie zawsze były dla ogółu interesujące, no bo „jak oni to robią?” „Jeden śpi, drugi pisze”, jak mawiał Sapkowski. Odpowiedzi wprost w tym przypadku nie dostaniemy, ale wystarczy spojrzeć na okładkę. Czyje nazwisko jest napisane większą czcionką, czyje zdjęcie umieszczono na obwolucie… Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że wkład pani Paetro nie ograniczał się do przynoszenia Pattersonowi kawy. Ale do rzeczy…

Text: Aleksandra Zielińska

)

JAMES PATTERSON, MAXINE PAETRO - Bikini (Bikini

17


BLACK DEVIL DOLL BLACK DEVIL DOLL USA 2007 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Jonathan Lewis Obsada: Heather Murphy Natasha Talonz Christine Svendsen Erika Branich

Text: Filip Rutkowski

X X X X X

Na początku tej historii był sobie film „Black Devil Doll from Hell”, który ręczną kamerą, przy mikroskopijnym budżecie stworzył w 1984 roku (czyli jeszcze przed „Laleczką Chucky” i „Władcą lalek”) Chester Novell Turner wraz ze znajomymi z czarnej dzielnicy. Film opowiadał o tłustawej Murzynce, która w sklepie z antykami nabywa czarną lalkę. Ta, jak się później okazuje, jest opętana przez dosyć rozwiązłego demona, któremu w głowie tylko molestowanie swojej właścicielki.

Aż trudno uwierzyć, że film tak zły, że problem z jego strawieniem mają nawet fani produkcji klasy B, mógł kogoś zainspirować do stworzenia własnego dzieła. W tym miejscu wkraczają do akcji bracia Jonathan (reżyser) i Shawn (scenarzysta i producent) Lewis. Fabułę filmu Chestera Novella Turnera wyrzucają do kosza, skracają przydługi tytuł i kręcą swój film, wykorzystując sam pomysł na opętaną seksem, ożywioną czarną lalkę. Podobnie jak w „Laleczce Chucky”, nasz antagonista nosi w sobie duszę seryjnego mordercy. Tu jest to Mubia Abul-Jama, czarny supremacjonista, wielokrotny zabójca i gwałciciel białych kobiet, którego egzekucję oglądamy na początku filmu. Główna bohaterka, tłustawa i znudzona swoim życiem Heather, przypadkiem powołuje go do życia w formie lalki. Ku zaskoczeniu widza, dziewczyna zakochuje się w nowym przyjacielu. Ożywionemu Mubii jednak nie sam seks w głowie, więc skłania naszą głupiutką bohaterkę do zaproszenia do siebie swoich koleżanek na babski wieczór.

„Black Devil Doll” to prawdziwe wyzwanie dla tych wielbicieli horroru, którzy lubują się w filmach o morderczych laleczkach.

18


To jakby połączenie najgorszych filmów Tromy z softcore’owym pornolem. Co za tym idzie – scenariusz do najciekawszych nie należy, a aktorstwo jest strasznie amatorskie. Niezbyt urodziwe koleżanki głównej bohaterki prawie nic nie robią poza ukazywaniem swoich wdzięków, a nasza czarna podróbka

Chucky’ego tylko je, gwałci i zabija (nie zawsze w tej samej kolejności). Do tego jeszcze mamy nachalnie wplecioną w linie dialogowe reklamę firmy Rotten Cotton, głównego sponsora filmu. I po co? Subtelny product placement by nie wystarczył? Całość reprezentuje sobą biedę lepiej niż pewien znany raper z Poznania. Nawet na polu filmów o morderczych lalkach, które jest pełne kiepskich produkcji, dzieło Jonathana Lewisa wypada fatalnie, aczkolwiek jest zdecydowanie lepsze od oryginalnego “Black Devil Doll from Hell”, ale gorzej niż film Chestera Novella Turnera w końcu upaść nie można. Niezmordowany reżyser już zapowiada drugą część. Aż strach się bać...

19


--------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Prószyński i S-ka 2008 Tłumaczenie: Dariusz Wójtowicz Ilość stron: 240

Czytając „Historię pana B.”, poznajemy pewnego demona, znanego jako Jakabok Botch. Uwięziony w stronicach książki, którą trzymamy w dłoniach, opowiada nam swoją historię, co pewien czas przerywając ją rozkazem lub błaganiem o jej spalenie. Tym sposobem pragnie uwolnić się z więzienia, w jakim go zamknięto. Pomysł z przemawiającym do czytelnika demonem jest naprawdę udany i - mimo że początkowo wydaje się mocno naciągany oraz nieco nieudolnie zrealizowany - wraz z rozwojem fabuły nabiera coraz większego uroku. Jakabok mieszkał w miejscu zwanym Dziewiątym Kręgiem Piekła, gdzie egzystował tylko demoniczny rodzaj. Jego sadystyczny ojciec często go bił, podobnie jak i własną córkę wraz z żoną, przy okazji się awanturując. Dlatego mały demon spędzał dni głównie na wypisywaniu okropnych rzeczy, które chciałby mu (i innym pomniejszym osobom, jakie mu podpadły) wyrządzić. Pewnego razu los jednak sprawia, że Jakabok trafia do ludzkiego świata, tam z kolei spędza wiele lat w towarzystwie innego przedstawiciela swojego gatunku. Obydwu towarzyszy wiek średniowiecza, podczas którego ludzie pełni ignorancji wobec siebie i strachu przed piekłem nienawidzą jakichkolwiek przejawów demonicznego zła, natychmiast je piętnując. Dzieło autorstwa Clive’a Barkera miejscami straszy czytającego, choć dzieje się tak jedynie sporadycznie. Dla osiągnięcia takiego efektu nie wystarczyło, rzecz jasna, przedstawienie okropnego wyglądu Jakaboka. Pomogło w tym na pewno jego umiłowanie kąpieli w krwi niemowląt czy groźby, które kieruje w naszą stronę.

Wszystko to wspiera wciągająca, aczkolwiek niezbyt zawiła czy oryginalna, fabuła i fakt, że autor potrafił stworzyć specyficzną atmosferę. Dodajmy jeszcze lekki i barwny styl Barkera, który czyni kontakt z recenzowaną lekturą autentycznie przyjemnym doznaniem.

Text: Piotr Burakowski

CLIVE BARKER - Historia pana B. (Mister B. Gone)

Na oddzielny akapit zdecydowanie zasługuje wydanie recenzowanej pozycji. Przygotowano twardą oprawę opatrzoną okładką z odpychającą twarzą Jakaboka i brakiem jakiegokolwiek tytułu albo opisu na odwrocie, co doskonale wpasowuje się w charakter lektury. Pomysłowy aspekt stanowi również to, że wszystkie strony są sztucznie wyblakłe i poplamione, dzięki czemu książka sprawia wrażenie starej. Innymi słowy, „Historia pana B.” jest bardzo ciekawie wydaną pozycją, wyróżniająca się pod tym względem na tle wielu innych lektur. Pomimo mocno szablonowych postaci i umiarkowanej porcji strachu „Historia pana B.” przekona do siebie wszystkich tych, którzy są nastawieni na absorbujący klimat. Zabrakło tutaj skomplikowanej historii, jest jednak ona dostatecznie wciągająca i niezbyt długa. Irytują nieco jednowymiarowi i stereotypowi bohaterowie, do których na szczęście nie zalicza się sam Jakabok. W samym zakończeniu zabrakło elementu zaskoczenia, który zmusiłby odbiorcę do chwili zadumy. Jednakże „Historia pana B.” stanowi znacznie więcej ponad zwykłe czytadło. Choć może nie prezentuje szczytu możliwości angielskiego pisarza, jest lekturą z lekkim dreszczykiem, ciekawą koncepcją i napisaną w udanym stylu.

21


Witam wszystkich miłośników Grabarza w nowym, 2010 roku. Postanowiłem trzymać się konwencji popularnej we wszystkich mediach, podsumowując w styczniu rok miniony i powróżyć trochę, jeśli chodzi o kolejny. Zapraszam Was więc na BlairWitchPocztarowy przegląd roku 2010!

Rok poprzedni był moim zdaniem średnio udany. Jeśli chodzi o horrory, największe premiery niestety bardzo mnie zawiodły, a na rynku nie pojawiły się żadne tytuły, które miały na tyle duży potencjał, by zmienić bieg historii tego gatunku, albo chociaż trwale odcisnąć swoje piętno na twórcach i wyznaczyć w branży nowe trendy. Zastanawiałem się, czy jest to dobry moment na powroty do przeszłości i wspominanie roku 2009. Musiałbym na nowo rzucać epitetami w stronę remake’u „Piątku 13”, czy sequela „Rec”. Mógłbym w tym miejscu poznęcać się także nad „Paranormal Activity”, ale oglądanie go było taką męczarnią, że nie chcę nawet wracać myślami do tego momentu. Największe porażki i rozczarowania są już pieśnią przeszłości, więc zostawmy je pogrzebane w swoich nowiutkich, lśniących trumnach.

szczęsne filmy, które miały pecha nie trafić w mój gust, zgodnie z zasadą obiektywizmu powinienem oddać minionemu… rokowi? latu?… no, w każdym razie oddać cesarzowi to, co cesarskie i wspomnieć dwa słowa o tych filmach, które sprawiły mi pozytywną niespodziankę. Tragicznie nie było, trafiło się parę filmów dobrych i bardzo dobrych, takich jak „Pozwól mi wejść” czy „Martyrs”. Pozytywnie zaskoczył też „Haunting in Connecticut”, który w subtelny sposób poradził sobie z tym, w czym zawiódł „Demon : historia prawdziwa”.

Jedynym wybitnym filmem w gatunku horroru w roku 2009 okazał się „Antychryst”, za pomocą którego Lars von Trier pokazał jak tworzyć dzieła kultowe, tak mocne, że skazane na miażdżącą krytykę odbiorcy masowego, ale również zdolne do zasiania zamętu w szeregach największych miłośników i znawców gatunku. Już dawno żaden film nie był tak Skoro znów trąciłem patykiem te nie- kochany i tak nienawidzony jednocześ-


bujmy pobawić się w jasnowidzów jeśli Miłośnicy likantropii pod każdą postachodzi o ich jakość i odbiór. cią z wypiekami na twarzy czekają też na „Wolfmana”, wypełnionego po brze„Daybreakers”, które trafiło do nas gi gwiazdorską obsadą. Jak będzie? 8 stycznia sobie odpuszczę do czasu Na dwoje babka wróżyła. Joe Johnston obejrzenia go… na DVD. Plakat z ta- sprawdził się jako reżyser filmów dla glinem głoszącym, że to „idealne połą- młodzieży („Jumanji”) i kina przygodoczenie MATRIKSA ze ZMIERZCHEM” to wego („Hidalgo”). Z cięższymi tematami największa krzywda, jaką marketingow- i dużymi markami radzi sobie raczej cy dystrybutora mogli wyrządzić temu średnio („Jurrassic Park III”). Oby z „Wilobrazowi. Bardzo skutecznie zniechę- kołaka” nie wyszedł film dla dzieci w klicili mnie i całą rzeszę mi podobnych do macie „Zmierzchu”… sięgnięcia po ten film w kinie. Apeluję jednak, by głupota autorów plakatu nie Nowy Rok przyniesie nam też horror odwiodła Was od tego, by prędzej czy z … Cameron Diaz pod tytułem „The później dać szansę tej nowoczesnej hi- Box”. Nie spodziewam się tutaj hitu, rastorii o wampirach. czej poprawnie zrealizowanej historyjki w klimacie „Siły strachu”, albo „GodW 2010 czekamy także na „Froz- send”, aczkolwiek reżyser Richard Kelen” – nowy film twórcy przebojowego ly potrafi zaskoczyć, co pokazał swoim „Topora” Adama Greena. Reżyser ten „Donnie Darko” z 2001 roku. wie doskonale, jak oddać hołd gatunkowi. We wspomnianym „Toporze”, który Breck Eisner, twórca „Sahary” i jednemogliśmy oglądać podczas pierwszego go odcinka serialu „Fear Itself” szykuje HorrorFestiwalu w 2007 roku, zagrali w nowy horror z Radhą Mitchell i Timothym

Text: Piotr Pocztarek

nie. Między innymi to właśnie świadczy rolach epizodycznych Robert Englund o jego wielkości. i Tony Todd. Wystąpił w nim również Kane Hodder, który pojawi się ponownie Dobra, koniec wypominek. Czas skupić we „Frozen”. Legendy horroru są wieczsię na tym co przyniesie przyszłość, a ta nie żywe, czekamy więc na gościnne jawi się w całkiem kolorowych barwach. występy Brada Dourifa i Danny’ego Rzućmy szybko okiem na najbardziej Trejo w kolejnych filmach Adama Greena. oczekiwane premiery roku 2010 i spró-


Olyphantem - „The Crazies”. Historia zapewne nie będzie różnić się zbytnio od innych opowieści o mieszkańcach małego miasteczka, zarażonych dziwnym wirusem, ale dobre aktorstwo ma szansę wynieść ten film ponad przeciętną. Czas na jedną z najbardziej oczekiwanych premier. Spec od teledysków Samuel Bayer pokaże swój remake „Koszmaru z Ulicy Wiązów”. W roli głównej wystąpi Jackie Earle Haley, który ostatnio udźwignął ciężką rolę Rorschacha w „Watchmen”. Jesteśmy pewni, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu, ale Roberta Englunda przebić będzie bardzo ciężko. Niestety, filmowi wróżę artystyczną klapę. Wszystko wskazuje na to, że podzieli los „Piątku 13-go” Marcusa Nispela. Skąd ten pesymizm? Pewnych filmów po prostu nie powinno się kręcić od nowa. Październik standardowo przyniesie nam kolejną, siódmą już część „Piły”. Historia ta zatoczyła w tym momencie tak wiele kręgów, że zdarzyć może się w niej praktycznie wszystko. Dwa ostatnie odcinki, bo inaczej tego już nazwać nie można, nastroiły mnie wbrew pozorom bardzo pozytywnie. Seria wybitną już nigdy nie będzie, ale nadal jest to sprawnie zrealizowana historia z kilkoma niezłymi twistami fabularnymi i hipnotyzującym głosem Tobina Bella. Sieczka, rzeźnia i masarnia? Tak. Ale niezwykle przyjemna w odbiorze, o ile tona flaków ochlapujących krwią z ekranu może w ogóle robić takie wrażenie.

zawierają w sobie pokaźne elementy horroru i jeśli projekty wypalą, pamiętny Sylas stanie się dla reżysera tym, kim Leonardo DiCaprio stał się dla Martina Scorsese. A skoro już o tych dwóch panach mowa - już w marcu zobaczymy horror (!) w reżyserii Scorsese (!!) z Leo w roli głównej (!!!). Partnerować mu będą Mark Ruffalo, Ben Kingsley, Jackie Earle Haley i Max von Sydow (!!!!). Film jest jednym z moich faworytów i czarnym koniem na 2010 rok. Z niecierpliwością wyczekuję momentu, kiedy „Shutter Island” wkroczy do kin, a ja zapoznam się z historią biegającego po opuszczonym szpitalu psychiatrycznym Leo. Byle do marca. Oprócz tych dużych premier, szykują się dziesiątki mniej ważnych filmów i premier STV, które mogą sprawić niespodziankę. Oto kilka z nich: Do szerszej dystrybucji powinien trafić absolutny wygrzew komediohorrorowy pod tytułem „ZMD: Zombie of Mass Destruction”. Na DVD trafi nowy film Christophera Smitha, twórcy niezłego „Lęku” i „Severance”. W „Triangle” główną rolę zagrała piękna Melissa George. Autor scenariuszy do trylogii „Feast” i „Piły” (części 4-7), Marcus Dunstan, uderzy z debiutem reżyserskim „The Collector”.

Reżyser „Cloverfield” Matt Reeves szyScott Stewart, spec od efektów specjal- kuje remake „Let Me In” z Eliasem Konych, ujawni w 2010 dwa filmy z Pau- teasem w jednej z ról. Coś mi mówi, że lem Bettanym – „Legion” i „Priest”. Oba może być żenująco, zwłaszcza, że film


ten nie będzie już tak “wyhype’owany” Ok, ja rozumiem, że w „Prison Breaku” jak przeciętny „Projekt: Monster”. wypadł dobrze – akurat podpasował do roli, a serial odniósł sukces komercyjny. Aaa…no i będzie kolejna część „Zmierz- Ale na litość boską, Chris Redfield ma chu”. Cieszycie się? obwód klaty i bicepsu równy wzrostowi Millera! Na koniec napomknę jeszcze o jednym z filmów przewidzianych już na 2011 rok. Jeśli mamy się bawić w typowanie nieChodzi tu o „Resident Evil 4” o podtytule trafionych aktorów, proponuję więc, żeby „Afterlife”. Nie jest to specjalnie wyczeki- w rolę Claire Redfield wcieliła się Paris wana premiera – przez ostatnie lata prze- Hilton, w rolę Alice - Agata Buzek, w rolę konaliśmy się, że seria wybitna raczej nie Nemesisa - Rick Moranis, a Weskera będzie. Czemu więc o niej wspominam? niech zagra Paweł Deląg. To już był żart, Kieruje mną pragnienie podzielenia się ale po wiadomości o obsadzeniu Millera z Wami pewną ciekawostką, otóż w roli w roli Redfielda, już jakiś taki nieśmieszChrisa Redfielda wystąpi… (tu pauza ny… i fanfary) Wentworth Miller (to nie jest mój BlairWitchPocztarowy żart na koniec.). Do grozobaczenia!

ZAPRENUMERUJ TWÓJ ULUBIONY MAGAZYN, ODBIERZ GRATISY W POSTACI KSIĄŻEK FABRYKI SŁÓW I DODATKOWO WEŹ UDZIAŁ W LOSOWANIU GRY „DRAGON AGE. POCZĄTEK”. W losowaniu biorą udział wszystkie zamówienia prenumeraty zgłoszone od 1 stycznia do 31 marca 2010 r. Koniecznie zapoznaj się z regulaminem promocji znajdującym się na stronie www.science-fiction.com.pl


COUNTESS DRACULA S ORGY OF BLOOD COUNTESS DRACULA’S ORGY OF BLOOD USA 2004 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Donald F. Glut Obsada: Paul Naschy Glori-Anne Gilbert Arthur Roberts Danielle Petty

Text: Sebastian Drabik

X X X X X

Reżyser ten równolegle ze swoją edukacją wiele czasu spędzał na pisaniu scenariuszy do komiksów, a nawet do filmów animowanych, miedzy innymi do „He-Man and the Masters of the Universe”. Na początku lat dziewięćdziesiątych Glut stanął za kamerą i spod jego ręki zaczęły wychodzić w miarę przyzwoite dokumenty, jednak reżysera ciągnęło do nieco innego typu kina. A mianowicie do filmów klasy B, do przesady wypełnionych lesbijską erotyką.

naleźć wiarę na nowo. Obaj mężczyźni postanawiają rozprawić się z Dianą i jej bratem - wampirem Ruthvenem. W krypcie starego opactwa zabijają kobietę drewnianym kołkiem a Ruthvena srebrnym sztyletem, ratując tym samym Roxanne od wiecznego potępienia. Ojciec Jacinto w modlitwie ofiaruje swoją duszę jako strażnika na wypadek gdyby zło w postaci Ruthvena miało kiedykolwiek powrócić. Akcja przenosi się do czasów współczesnych. Hrabia Dracula dowiaduje się, że szczątki jego „brata krwi” - Ruthvena znajdują się w Południowej Kalifornii. Wysyła tam swoje słu-

Opowiadana historia rozpoczyna się w 1987 r. w Los Angeles. Wampirzyca Diana Ruthven po namiętnych chwilach spędzonych w towarzystwie niejakiej Roxanne Dumas, w szczytowym momencie wypija krew dziewczyny. O całym zajściu dowiaduje się brat ofiary i szuka pomocy u Ojca Jacinto - księdza wypatrującego jakiegoś znaku, który pozwoliłby mu od-

W roku 2004 Paul Naschy zagrał w czterech filmach: kiepskim „Rottweilerze” Briana Yuzny, przesyconym erotyką „Tomb of the Werewolf” Freda Olen Raya, znakomitym „Rojo Sangre” Christiana Moliny i omawianym poniżej „Countess Dracula’s Orgy of Blood” w reżyserii Donalda F. Gluta.

26


gi - Martine i Renfielda, z zadaniem przywrócenia Ruthvena do życia za pomocą Biblii Wampirów. Zmartwychwstały Lord Ruthven szuka Roxanne, kobiety którą chciał zamienić w wampira by cieszyć się w nieskończoność jej miłością. Tylko czy aby duch Ojca Jacinto nie stanie mu na przeszkodzie? „Countess Dracula Orgy of Blood” jest niejako sequelem filmu powstałego w 2001 r. pt. „The Erotic Rites of Countess Dracula”. Spoiwem między tymi filmami jest tylko charakterystyczna

postać Reinfielda, odtwarzanego przez Dela Howisona. Oczywiście w „The Erotic Rites…” mamy również te same składniki co w „Countess…”, czyli: goliznę nieomal non-stop, softcorowe igraszki bardzo atrakcyjnych dziewcząt i średnio interesujące dialogi, no ale przecież fabuła w takich filmach jest tylko dodatkiem, prawda? Ciekawostką jest, że kwestie Naschy’ego wygłaszane są w języku hiszpańskim i tłumaczone za pomocą napisów. Dzięki temu widzowie mogli usłyszeć prawdziwy głos aktora, podczas monologu Ojca Jacinto o wątpliwościach co do swojej wiary. Podsumowując - po tak znakomitym obrazie, jakim bez wątpienia jest „Rojo Sangre”, obrazem „Countess Dracula’s Orgy of Blood” jestem zwyczajnie zawiedziony. Polecam go tylko tym, którzy chcą jedynie zawiesić oko na baraszkujących paniach. Fani Paula Naschy’ego powinni się raczej trzymać od tego dziełka z daleka.

27


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Rebis 20l0 Tłumaczenie: Maciej Szymański Ilość stron: 408

Od jakiegoś czasu z mieszanymi uczuciami sięgam po każdą kolejną książkę Robina Cooka. O ile początek jego kariery pisarskiej obfitował w prozę bardzo dobrą i tylko czasami dobrą, tak w ostatnich latach często zdarzało mu się popełniać utwory zaledwie średnie. Być może facet się wypalił, a może po prostu zmienił się mój gust, któremu od jakiegoś czasu znacznie bliżej do thrillerów medycznych Petera Clementa. Nie zamierzam jednak wrzucać Cooka to grafomańskiego worka. Po lekturze jego najnowszej powieści odżyły moje nadzieje, że wciąż stać go na napisanie porządnej książki. Głównym bohaterem „Interwencji” jest anatomopatolog Jack Stapleton (znany z kilku wcześniejszych historii Cooka). To lekarz z kilkunastoletnim stażem, mieszkający i pracujący na stałe w Nowym Jorku. Robi wszystko, aby harować jak najciężej i jak najdłużej. Dlaczego? Cóż, w domu co prawda czeka na niego rodzina - urocza żona Laurie i czteromiesięczny synek JJ - lecz Jack boi się do nich wracać. Jego chłopiec jest bardzo ciężko chory. Stapleton nie radzi sobie z sytuacją, prześladują go czarne myśli, nie potrafi zaakceptować faktu, że chory na raka JJ lada chwila może przestać oddychać. Stapleton już kiedyś stracił dwoje dzieci, toteż łatwiej nam zrozumieć jego postawę względem rodziny. Pochłonięty pracą trafia na przypadek dziewczyny, którą, jak ujawniają wyniki badań, uśmiercił kręgarz. Od tej chwili medycyna alternatywna i wszelkie jej skutki uboczne stają się główną kanwą opowie-

ści. Jednak, jak mogłoby się wydawać, tylko do pewnego momentu. Na arenie wydarzeń pojawiają się znajomi naszego bohatera, słynny archeolog Shawn Daughtry oraz arcybiskub Nowego Jorku James O’Rourke. Ten pierwszy nabywa unikatowy kodeks, dzięki któremu trafia na ossuarium zawierające być może kości Matki Boskiej, drugi zaś w obawie o dalszy los Kościoła, podejmuje z nim polemikę. Daughtry wraz z żoną (również naukowcem), chcą ujawnić światu wyniki swoich badań, dybiąc na sporą sumkę. Jack Stapleton nieprzypadkowo zostaje wciągnięty w sprawę, która pochłonie go bez reszty i całkowicie odmieni.

Text: Robert Cichowlas

ROBIN COOK - Interwencja (Intervention)

Robinowi Cookowi udaje się zmylić czytelnika, kilkakrotnie wprowadzając do powieści elementy z pozoru nie mające znaczenia i nijak łączące się z fabułą. Te elementy jednak ostatecznie okazują się być częścią układanki, w dodatku przemyślanej, niełatwej do rozpracowania, podkreślającej klasę pisarską autora. Samo zakończenie nie jest wielce zaskakujące, ale świetnie pasuje do opowieści i ładnie ją puentuje. „Interwencja” to nietypowy thriller medyczny choć początek wcale nie sugeruje odskoczni tematycznej. Sporo w niej akcentów przygodowych, sporo sugestii i dywagacji na tematy religijne. Fani Cooka będą zaskoczeni, bo nie jest to pozycja w jego stylu, jednak będzie to zaskoczenie pozytywne. Rzecz jest bogata fabularnie, a jedynym jej minusem, za który jednak trudno winić autora, są liczne, niekiedy bardzo irytujące, literówki.

29


HISTORIA WŁOSKIEGO KINA GROZY cz.2

Text: Tymoteusz Raffinetti

Pod koniec lat 50. brytyjskie studio Hammer Films Productions wyprodukowało trzy niesamowicie ważne dla historii horroru dzieła: „The Curse of Frankenstein” (1957), „Dracula” (1958) oraz „The Mummy” (1959). Filmy te osiągnęły spektakularny sukces i przyczyniły się do wzrostu zainteresowania kinem grozy na całym świecie. Nic więc dziwnego, że wywarły również znaczący wpływ na włoskie produkcje.

Lata 1960 - 1962 - początek rozkwitu włoskiego kina grozy

Pierwszym włoskim horrorem nowej dekady była „La maschera del demonio” („Maska demona”) znana zagranicą również jako „Black Sunday”. Obraz okazał się przełomowy: świat w końcu poznał geniusz reżyserski i niepowtarzalny styl Mario Bavy, a także zachwycił się talentem i urodą młodej Barbary Steele. Film jest luźną adaptacją opowiadania Mikołaja Gogola pt. „Wij”. Opowiada o księżniczce Asie, skazanej na śmierć przez własnego brata za uprawianie czarnej magii. Dwieście lat później jej duch zostaje przypad- Jednak niesmak po „Seddoku” nie trwał kowo uwolniony, a Asa pod postacią wam- długo. Jeszcze w tym samym miesiącu pira stara się odrodzić w nowym ciele. ukazał się „Il mulino delle donne di pietra” („Młyn kobiet z kamienia”) Giorgio FerroWarto odnotować tu znakomitą podwójną niego. Fabuła w pewien sposób przyporolę początkującej aktorki Barbary Steele minała tą znaną z filmu Majano: szalony (to była jej pierwsza główna rola!), która rzeźbiarz porywa i zabija młode kobiety, otworzyła jej drogę do oszałamiającej aby dzięki ich organom ratować życie kariery – do dziś uważana jest za ikonę swej nieuleczalnie chorej córki. Aby pogotyckiego horroru. Obraz jak na tamte czasy był wyjątkowo brutalny. Amerykański wydawca American International Pictures zdecydował się na ocenzurowanie niektórych scen, a w Wielkiej Brytanii jego emisja zakazana była aż do 1968 r. Kilka dni po premierze horroru Bavy we włoskich kinach

30

zagościł „Seddok, l’erede di Satana” („Seddok, następca Szatana”) w reżyserii A.G. Majano. Historia przedstawiała losy kobiety, której twarz w wyniku wypadku została potwornie okaleczona. Pomoc oferuje jej genialny naukowiec prowadzący badania nad regenerowaniem zniszczonych tkanek. Operacja przebiega pomyślnie, lecz wkrótce okazuje się, że do utrzymania efektu potrzeba stałego dostarczania świeżych gruczołów obecnych jedynie w ciałach młodych kobiet. Zakochany w bohaterce uczony, pod postacią potwora, rusza na łowy. Film został raczej chłodno przyjęty. Głównym powodem była zbyt wolno ciągnąca się akcja, a w wersji amerykańskiej fatalny dubbing.


Do plusów można zaliczyć tu całkiem sprawną pracę kamer i w miarę ciekawą fabułę, ale całość przedstawia się ogólnie co najwyżej średnio.

zbyć się ciał zamienia je w kamienne posągi, które przetrzymuje w posiadanym przez siebie młynie. Pozycja ta szybko zdobyła uznanie widzów i pochlebne opinie krytyków. Na szczególną uwagę zasługiwała scenografia, budząca skojarzenia z wczesnymi filmami Terence’a Fishera, przekonujące dialogi oraz świetny, emocjonujący finał. Obraz obecnie jest mało znany, lecz warto się z nim zapoznać, gdyż zdecydowanie wybija się na tle wielu produkcji tamtego okresu. Październik i listopad 1960 r. to powrót kina z wampirem w tle. Przyczyniają się do tego przesiąknięte zarówno gotykiem jak i erotyzmem „L’amante del vampiro” („Kochanka wampira”) Renato Polselliego oraz „L’ultima preda del vampiro” („Ostatnia zdobycz wampira”) Piero Regnoliego. Fabuła i ogólny zamysł obu produkcji są podobne: grupa pięknych kobiet ląduje w upiornym zamczysku, aby stać się łatwym kąskiem dla krwiopijców. W przerwach pomiędzy wysysaniem krwi reżyserzy prezentują nam sceny mające uwypuklać „walory” bohaterek. Oba filmy są o tyle ważne, że stanowią początek mody na „wampiryczny erotyzm” we Włoszech. W tym samym roku powstał jeszcze jeden obraz, który horrorem samym w sobie nie był, lecz na pewno zawierał elementy gatunku. Mowa o thrillerze kryminalnym „Ti aspetterò all’inferno” („Będę na ciebie czekał w piekle”) Piero Regnoliego.

Rok 1961 okazał się mniej płodny w filmową grozę - powstał w zasadzie tylko jeden horror. „Lycanthropus” Paolo Heuscha to pierwsza próba ukazania wilkołaka w kinie włoskim. Główną rolę kobiecą zagrała tu Barbara Kwiatkowska (występująca pod pseudonimem Barbara Lass), pierwsza żona Romana Polańskiego. Akcja rozgrywa się w żeńskiej szkole, gdzie po przybyciu nowego nauczyciela dochodzi do tajemniczych morderstw. Postać tytułowego potwora odróżnia się od tej znanej z klasycznych produkcji wytwórni Universal. Reżyser kładzie spory nacisk na seksualność, inspirując się bardziej wizerunkiem wampira niż dzikiej bestii. Charakterystyczne są również kły, które w filmie Heuscha wbrew dotychczasowym wyobrażeniom wystają z górnej szczęki. Te dwie cechy wskazują na to, że „Lycanthropus” mógł być ważnym źródłem inspiracji dla wybitnego hiszpańskiego aktora wcielającego się w role wilkołaków Paula Naschy’ego. Rok później wraz z „L’orribile segreto del dr Hichcock” („Odrażający sekret doktora Hichcocka”) Riccardo Fredy na ekrany wraca Barbara Steele. Tytułowy dr Hichcock to nekrofil odurzający żonę narkotykami, aby móc realizować swoje chore fantazje seksualne. Któregoś dnia przy-

31


padkowo podając zbyt dużą dawkę, zabija ją. Kilka lat później postanawia ponownie wziąć ślub, aby przy pomocy krwi panny młodej przywrócić do życia Margaret. Film, poruszający jak na tamte czasy bardzo kontrowersyjne tematy, został ostro pocięty przez cenzurę, co w efekcie przełożyło się na utrudniony odbiór. Całe szczęście zostało to, co najcenniejsze w tej produkcji: doskonałe, pełne dbałości o szczegóły zdjęcia oraz olbrzymi nacisk położony na budowanie wizerunku bohaterów odpowiednią ścieżką dźwiękową i oświetleniem, a nie dialogami. Warto jeszcze wspomnieć o innym obrazie z roku 1962, pt. „La strage dei vampiri” („Rzeź wampirów”) Roberto Mauriego. Pomimo kiepskiego aktorstwa i nieciekawej scenografii film okazał się całkiem udaną próbą stworzenia włoskiego „Draculi”.

Rok 1963

- narodziny nowego gatunku, dalszy rozwój gotyckiego horroru 10 lutego 1963 miała miejsce premiera nowego filmu Mario Bavy „La ragazza che sapeva troppo” („Dziewczyna, która wiedziała za dużo”). Mimo że nie jest on filmem idealnym okazał się kamieniem milowym w historii włoskiego kina grozy, wyznaczył bowiem ramy nowego gatunku, zwanego wkrótce „giallo”. Nie ma tu wprawdzie jeszcze za wiele horroru (na dobrą sprawę pojawił się w filmach tego typu dopiero w latach 70.), lecz warto o tym tytule pamiętać. W USA obraz ukazał się pt. „The Evil Eye”. Amerykański dystrybutor dodał kilka scen humorystycznych oraz całkowicie zmienił ścieżkę dźwiękową.

czy reżyser Antonio Bocacci. Nie sposób odmówić produkcji klimatu, lecz fatalne aktorstwo i mało przekonujące „straszydła” sprawiły, że pozycja ta szybko poszła w niepamięć. Pod koniec miesiąca ukazał się oczekiwany sequel „Doktora Hichcocka”: „Lo Spettro” („Zjawa”) Riccardo Fredy. Nie miał on jednak za wiele wspólnego z poprzednikiem. Co prawda w głównej roli kobiecej wystąpiła ponownie Barbara Steele, a większość imion bohaterów pozostała ta sama, ale fabuła przedstawiała już zupełnie nową historię. Film, wyraźnie zainspirowany popularnym swego czasu we Włoszech „Les diaboliques”, który wyreżyserował Henri-Georges Clouzot, to klasyczna opowieść o zemście zza grobu. Kobieta wraz z kochankiem decyduje się zabić męża. Po wspólnym zamieszkaniu w gotyckiej rezydencji zaczynają dziać się niewyjaśnione rzeczy a para zaczyna podejrzewać, że nieboszczyk wrócił zza grobu, aby się na nich zemścić. Wielu krytyków uważa tą pozycję za najlepszą w horrorowym dorobku Fredy.

Czerwiec przyniósł ze sobą dwie kolejne premiery. Jako pierwszy ukazał się „Katarsis” Giuseppe Veggezziego, a tuż po nim „Horror” Alberto de Martino. Pierwszy tytuł, pomimo obsadzenia w roli głównej Christophera Lee nie odniósł sukcesu. Sam aktor w wywiadzie dla MJ Simpsona wypowiada się o nim tak: „To bardzo dziwny film. (…) Nie sądzę, aby ktokolwiek włączając mnie i być może reżysera tak naprawdę wiedział o czym był. Grałem bez odpowiedniej charakteryzacji starego człowieka, który w pewien sposób zamieniał się w Diabła. To było tak skomplikowane, że nie pamiętam dokładnie całej historii. Pamiętam, że słyszałem o tym, W marcu tego samego roku zadebiutował że reżyser krótko po ukończeniu filmu pośrednio udanym „Metempsyco” tajemni- pełnił samobójstwo. Naprawdę nie wiem,

32


brytyjski aktor Boris Karloff, który wystąpił również w drugim epizodzie. czy było to na wskutek obejrzenia efektu końcowego, czy ktoś rozpuścił tylko taką W tych trzech zupełnie odmiennych od siebie częściach spotkamy się zarówno plotkę.”* z motywami typowymi dla giallo, jak i kina Obraz de Martino wzbudził już trochę gotyckiego. Śmiało można powiedzieć, większe zainteresowanie. „Horror” znany że „I tre volti della paura” to najwybitniejteż jako „The Blancheville Monster” po- szy przedstawiciel włoskiego kina grozy wstał na podstawie opowiadań Edgara wczesnych lat 60., zawierający wszystkie Allan Poe (głównie „Upadku domu Ushe- charakterystyczne dla niego cechy, a takrów”). Film nie wniósł absolutnie nic świe- że, co najważniejsze, świetnie nakręcony. żego do gatunku, aczkolwiek był solidną Sięgając po tą pozycję warto pamiętać, że włoska wersja „Il telefono” znacznie różi poprawnie zagraną pozycją. ni się od amerykańskiej, w której w wielu W sierpniu ukazały się trzy ciekawe pro- scenach zmieniono dialogi, a także wstadukcje. Pierwszą z nich była „La vergine di wiono kompletnie nowy motyw, zamieniaNorimberga” na podstawie powieści Fran- jąc mroczny kryminał w ghost story. ka Bogarta. Reżyser Antonio Margheriti po latach przyznał, że „film powstał wyłącznie w celach komercyjnych i nakręcony został w nieco ponad dwa tygodnie”, ale pomimo tej szczerej deklaracji obraz zdecydowanie należy zaliczyć do udanych. Wyjątkowo brutalne sceny tortur, oraz obecność Christophera Lee zapewniły temu tytułowi całkiem sporą oglądalność.

Reżyser uraczył widzów w tym samym roku jeszcze jednym obrazem. „La frusta e il corpo” („Bat i ciało”) to opowieść o sadomasochistycznym kochanku, który wraca zza grobu aby zemścić się na oprawcach, a także dalej realizować swoje perwersyjne fantazje. Krytycy określili film jako prosty, lecz pomimo tego zaskakująco dobry.

17 sierpnia widzowie doczekali się premie- Zapraszam za miesiąc do lektury następry nowego horroru Mario Bavy. „I tre volti nej części, w której postaram się opisać della paura” („Trzy oblicza strachu”) znany pozostałe włoskie horrory z lat 60. w świecie jako „Black Sabbath” składał się *źródło: http://www.mjsimpson.co.uk/interviews/christopherleec.html z trzech epizodów: „Il telefono” („Telefon”), wikipedia włoska i angielska; www.cinemedioevo. „Il Wurdulak”, oraz „La Goccia d’Aqua” Źródła: net ; imdb; youtube; www.alexvisani.com, www.horror.it, („Kropla wody”). Narratorem został słynny inne włoskie strony poświęcone kinie.

33


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Rebis 20l0 Tłumaczenie: Aleksandra Górska Ilość stron: 363

Nowa propozycja Rebisu powinna przypaść do gustu wszystkim miłośnikom prozy Dana Browna, ale też czytelnikom Chistiana Jaco. To naprawdę solidny thriller, łączący w sobie elementy powieści archeologicznej i opowieści o psychopatach – z pozoru skrajnie dalekie od siebie wątki. Akcja dzieje się na przemian w rejonie Gebekli Tepe w Turcji, na stanowisku archeologicznym odkrywającym jedną z najstarszych budowli ludzkości, oraz w Londynie i jego rejonach ościennych, gdzie toczy się śledztwo w sprawie brutalnych morderstw mających cechy zabójstw rytualnych.

ka wychodzi trochę blado i mało zaskakująco. Jednak zdarzenia wcześniejsze potrafią zaskoczyć, wstrząsnąć i zaciekawić. Postacie w powieści są plastyczne, realne, wręcz namacalne. Mają rozpoznawalną osobowość, można identyfikować je po pewnych wzorcach zachowania, a więc autor dokonał czegoś w akcie pisania najważniejszego – tchnął w bohaterów życie. Sprawił, że wierzymy, iż mogą istnieć, że istnieją nie tylko na kartach książki, nie tylko w naszej wyobraźni. A to sprawia, że odczuwany przez nas strach jest jeszcze silniejszy.

Główny bohater to stosunkowo młody dziennikarz po przejściach (rozwiódł się z żoną, w zamachu w Iraku stracił dziecko), który trafia do Turcji w rejon wykopalisk archeologicznych, skąd ma napisać reportaż dla jednej z londyńskich gazet. Tam poznaje młodą panią archeolog, z którą nawiązuje płomienny romans. W całą sytuacje wkrada się morderstwo szefa grupy archeologicznej, niechęć do prac wykopaliskowych ze strony lokalnej społeczności i fakt, iż budowla została przed wiekami świadomie zasypana...

A strach rodzi się w nas w obliczu odkrywanych przed nami tajemnic, ale też w obliczu zderzenia z zupełnie nam obcą kulturą arabską. Ta obcość, ta odmienność budzi w nas lęk, często irracjonalny. Autor stawia śmiałe, prowokujące tezy, ocierające się momentami o herezję (przynajmniej w rozumieniu katolickim) i świadomie prowokuje, co działa na korzyść fabuły.

Tom Knox całkiem zgrabnie prowadzi fabułę, nie przesadzając z nadmiernie naukowymi opisami, co czyni treść dobrze przyswajalną. Mimo nierówności jego stylu - czasem epatuje brutalnymi opisami, czasem wpada w ton nastrojowy i poetycki - powieść czyta się dobrze, a meandry fabuły w końcu zbiegają się w całość i są ze sobą sensownie połączone, chociaż trzeba zaznaczyć, że finałowa potycz-

Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

TOM KNOX - Sekret Genezis (The Genesis Secret)

Archeologia, historia i kryminologia w jednej powieści, zgrabnie spleciona w całość wartką akcją i realistycznymi, choć nieco tendencyjnymi bohaterami czyni z „Sekretu Genezis” świetną lekturę dla rozrywki, przy której czasem będziemy się bać, czasem wstrząśnie nas dreszcz obrzydzenia (końcowe partie książki i opisy rytuałów ofiarnych), a którą będziemy chłonąć, strona po stronie do samego końca, z takim samym zapałem, jak pierwsze rozdziały. Polecam!

35


DOROTHY MILLS EGZORCYZMY DOROTHY MILLS Francja, Irlandia 2008 Dystrybucja: Kino Świat Reżyseria: Agnes Merlet Obsada: Carice van Houten Jenn Murray Gary Lewis David Wilmot

X X X

Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

X X

„Egzorcyzmy” opowiadają historię psycholog Jane Morton, która walcząc z traumą po stracie dziecka, podejmuje się trudnej sprawy młodej dziewczyny. Tytułowa Dorothy Mills – pracując jako opiekunka do dziecka – próbowała zabić swego podopiecznego. Lekarka jedzie na wyspę rządzoną twardą ręką przez despotycznego księdza, by stanąć przed czymś, co zdradza klasyczne objawy opętania...

ście”, i jeśli spodziewa się klasycznego opętania przez demona, to z pewnością się zawiedzie. Film jest opowieścią o zetknięciu z nieznanym, z nadprzyrodzonym, z tajemnicami ludzkiej psychiki, która może kryć w sobie o wiele więcej, niż sobie wyobrażamy. Zbyt bezpośrednie nawiązywania do „Egzorcysty” i motywu opętania są zabiegiem mającym oszukać widza i zaskoczyć go w późniejszej części filmu. Jednak zabieg ten nie do końca się udał, gdyż dalsza część filmu i tajemnica, jaką poznajemy, wydają się nie do końca logicznie powiązane z początkiem.

Pierwsze spotkania z tytułową Dorothy Mills to sceny aż nazbyt nachalnie skopiowane z „Egzorcysty”, a kreacja samej wyspy, jej atmosfera izolacji i odosobnienia, a także mieszkańcy i ich rytuały zaczerpnięte są z filmu „Kult” (wersji pierwotnej z 1973 roku). Jednak jeśli ktoś oczekuje dobrej, mocnej dawki horroru, jaką zaserwowano nam w „Egzorcy-

Pierwsza rzecz, jaką należy w przypadku „Egzorcyzmów Dorothy Mills” stanowczo podkreślić, jest fakt, że film ten z pewnością nie jest horrorem. Nie jest też do końca filmem grozy, ale bardziej thrillerem psychologicznym z delikatnym wątkiem nadnaturalnym. I szczerze mówiąc – działa to na korzyść filmu.

36


Zakończenie jest ciekawe i z pewnością zaskakujące. Choć pozbawia nas każdej odrobiny niedomówienia, to jednak dobrze zamyka całość i gdyby nie początkowe nielogiczności, „Egzorcyzmy” byłyby naprawdę świetnym filmem. W obliczu tych potknięć i błędów pozostają jednak filmem dobrym, ciekawym i trzymającym w napięciu. Największą zaletą filmu jest gra aktorska, zwłaszcza tytułowej Dorothy, która musiała zmierzyć się z kreacją kilku – i to w dodatku skrajnie różnych – osobowości. Ale pozostali aktorzy, nawet drugoplanowi, grający mieszkańców wyspy i nie odgrywający zbyt znaczącej roli w samej fabule, są naturalni, autentyczni, rzeczywiści i sprawiają, że historia staje się bardziej autentyczna.

ki, jeden dramat („Le Fils du Requin”) i biografię („Artemisia”), wychodzi z konfrontacji z gatunkiem może nie do końca zwycięsko, ale jednak nie jako przegrana. Reżyseria zasługuje na pochwałę, mimo pewnych błędów i zbyt bezpośrednich nawiązań do klasyki. Merlet potrafi zagłębić się w osobowości bohaterów i dobrze oddać ich portrety psychologiczne, wykorzystać prezentowane przez nich na ekranie emocje na korzyść filmu, Reżyserka filmu, nie mierząca się przekazać je widzom. A to duża zaleta. wcześniej z filmowym horrorem, a mająca na koncie dwie krótkometrażów-

37


Ostatnio pisałam o lordzie Ruthvenie, który zapoczątkował szybko postępującą seksualizację wampirów. Dziś nowela Johna Polidoriego nawet u największych purytanów może wywołać jedynie pobłażliwe wzruszenie ramion, szczególnie jeśli zestawić jej bohatera z wampirami straszącymi na kartach współczesnych powieści. Przykładem na to, jak bardzo seksualność stała się nieodłącznym elementem wizerunku wampira, jest powieść Petry Neomillner „Słodka jak krew”, w której dla bohaterów seks jest równie istotny, jak picie ludzkiej krwi. Dla „słodkiej” Kristiny Salo nie ma znaczenia, czy jej partnerem do miłosnych igraszek jest wampir, czy człowiek, swój uwodzicielski urok wykorzystuje zarówno dla zaspokojenia własnych przyjemności, jak i jako środek do celu. Nie bardzo różni się też od Tiny jej partner – Kay, egzekutor niepokornych wampirów, który przydomek „palowniczek” zawdzięcza nie tylko tym palom, które wbija w serca swych ofiar. Jednak zmysłowość to nie jedyna cecha wampirów Neomillner, choć momentami zdaje się być cechą dominującą. Widać, że czeska pisarka czerpie zarówno

Autor: Petra Neomillner

z dawnych powieści wampirycznych, jak i z tych całkiem współczesnych. Podobnie jak wampiry znane z dawnych powieści grozy, jej bohaterowie żywić się mogą wyłącznie krwią, choć nie musi to być krew ludzka, co więcej – nie musi być nawet bardzo świeża, wystarczy zdobyta w szpitalu lub na stacji krwiodawstwa i trzymana w lodówce w foliowych woreczkach. Zabić mogą je także tradycyjne środki egzekucyjne: dekapitacja, przebicie serca kołkiem, srebro i światło słoneczne. Podobnie jak w większości powieści wampirycznych, by zostać wampirem należy nie tylko być dawcą krwi, potrzeba także skosztować krwi wampira. Wyjątek wśród bohaterów „Słodkiej jak krew” stanowi Kristina. Sama o sobie zwykła mówić, że nie jest wampirem, gdyż proces jej przemiany nie został doprowadzony do końca. Dzięki temu światło dzienne nie może zrobić jej krzywdy; może też, choć w niewielkich ilościach, jeść to, co jedzą ludzie. Nie do końca jest także odporna na upływ czasu, jednak proces starzenia przebiega u niej zdecydowanie wolniej niż u ludzi – z każdym wiekiem zdaje się być starsza o rok. Wszystko to sprawia, że zarówno wśród ludzi, jak i wśród swojanów (bo tak wam-

Tytuł oryginału: Sladká jak krev

Text: Jagoda Skowrońska

„Słodka jak krew ”


piry mówią o sobie) czuje się obco, wśród lu latach spokoju, w wampirzej społeczjednych i drugich wzbudza obawy. ności stolicy Czech, a walki o przywództwo wśród swojanów są zdecydowanie Tym, co odróżnia wampiry Petry Neo- bardziej niedemokratyczne niż wśród millner od swych wczesnych literackich ludzi. poprzedników, jest struktura społeczna, w jakiej żyją, a właściwie już sam fakt, Wprawdzie lekturze „Słodkiej jak krew” że w ogóle tworzą społeczność. Ta przy- częściej towarzyszył uśmiech niż lęk czy wodzi na myśl społeczność znaną z cyklu niepokój, jednak wampiry mają autoro Anicie Blake Laurell Hamilton: żyjącą ce sporo do zawdzięczenia. Po latach w – na ogół dużym – mieście i skupioną dominacji romantycznych i wzruszająwokół silnego przywódcy. Dzieci nocy cych wampirów spod pióra Anne Rice, raczej trzymają się miejsc swojego za- Chelsea Quinn Yarbro czy ostatnio Stepmieszkania, tam bowiem mają trwające henie Meyer, udało jej się na powrót ożyod wieków znajomości, tam też mogą li- wić wampiry silne, groźne i niebezpieczczyć na ochronę. W dodatku te, mieszka- ne, które wprawdzie budzą sympatię, gdy jące w Pradze, trzyma przy tym mieście się o nich czyta, ale do których z całą fakt, że od wieków omijają je wojny, co pewnością nie będzie się wzdychać po sprawia, że i ich życie wieczne upływa nocach i których jednak nie chciało by się we względnym spokoju. Jednak każ- spotkać na swej drodze. Dodatkowo jeszda społeczność, która rządzi się innym cze Neomillner zadrwiła ze społeczności ustrojem niż demokratyczny, narażona mrocznej młodzieży, poddającej się tak jest na bardzo niedemokratyczne walki modnej ostatnio wampiromanii, czyniąc o przywództwo. Tak też się dzieje, po wie- ją jednym z bohaterów swojej powieści.

KONKURS WYDAWNICTWA NOIR SUR BLANC Pytanie: jak się nazywa główny bohater wydanej niedawno „Cierpliwości pająka” oraz wielu innych popularnych kryminałów autorstwa Andrei Camilleriego? Odpowiedzi prosimy przesyłać do 10 marca na adres bartek@grabarz.net z dopiskiem CAMILLERI. Nagrodami będą książki ufundowane przez wydawcę „Cierpliwości pająka” – Noir Sur Blanc.

KONKURS WYDAWNICTWA REBIS Pytanie: co znaczy w języku polskim nazwa tureckiego kompleksu świątynnego Göbekli Tepe, który zainspirował Toma Knoxa do napisania wydanego niedawno „Sekretu Genezis”? Odpowiedzi prosimy przesyłać do 10 marca na adres bartek@grabarz.net z dopiskiem KNOX. Nagrodami będą książki ufundowane przez wydawcę „Sekretu Genezis” – wydawnictwo Rebis.


--------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Wydawnictwo Forma 2009 Ilość stron: 30l

Nie mieszkam w Mieście. Dotychczas nie znałem jego tajemnic, jego lęków, jego potworów. Po lekturze kilku tekstów z antologii opowiadań grozy „City 1” poznałem jednak kilka z nich i nic już nigdy nie będzie takie samo. Teraz zawsze idąc ulicami Miasta będę ostrożnie rozglądał się na boki i trwożnie spoglądał się za siebie, mijając wąskie, kryjące się w mroku zaułki. Nie jest to antologia doskonała. Ale kilkanaście zawartych w niej tekstów – dłuższych i krótszych, opowiadających o różnych lękach odmiennym językiem – to kawał naprawdę przerażającej lektury. Zaczynamy od „Głowy do kochania” Kazka Kyrcza i Łukasza Śmigla – rewelacyjny, klimatyczny tekst o tęsknocie, poszukiwaniu sensu w życiu i, jak przystało na horror, o gwałtownej śmierci. Z pozostałych tekstów moją uwagę zwróciły przede wszystkim: „Płuca w płomieniach” Małeckiego (ciężki, duszny tekst o przerażeniu, izolacji i o tym, jak niektóre piękne sny na jawie mogą zamienić się w koszmar), „Simulacra” Kozłowskiego (historia w klimacie Dicka - wirtualna władza jest też władzą absolutnie rzeczywistą; przerażające, prawda?), „Spotkanie po latach” Cichowlasa (niby prosta historyjka o wampirach, ale w sumie świetnie napisana opowieść z pewna dozą erotyki), „Kino Wisła” Ryszowskiego (zawsze kochałem stare sale kinowe, jak np. Zorza w Rzeszowie; teraz zacznę się ich bać), „Nasza zima zła” Galczaka (wielki mróz na blokowisku i bezradność człowieka wobec izolacji, pomimo tkwienia w samym środku miejskiego molochu), „Stacja na zawsze” Szczęsnej (dotychczas w polskim horrorze tak mocno zaintrygowała mnie z kobiet-pisarek tylko

Ewa Snihur) oraz „Epilepsja jest tańcem” Kaina (mniej przerażające, bardziej groteskowe, ale świetnie ukazujące ludzką fascynację czymś, co nienaturalne, dziwne, odmienne; igrzyska dla gawiedzi).

Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

dań grozy

RÓŻNI AUTORZY - City 1. Antologia polskich opowia

I wcale nie oznacza to, że pozostałe teksty są złe, czy niewarte lektury. Po prostu te powyższe najmocniej wbiły mi się w pamięć. A najważniejszym tekstem w całym zbiorze jest opowiadanie Pawła Ziętka „Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”. To najmroczniejsza, najbardziej przerażająca historia w całym zbiorze i chyba jedna z najbardziej przerażających, jakie kiedykolwiek czytałem. Już dla samego tego tekstu warto sięgnąć po „City 1”. Wiem, że dużo się zachwycam, więc trzeba teraz trochę ponarzekać – dla równowagi, aby recenzja nie stała się bezczelną reklamą... Zawiodło mnie zwieńczenie tomu, tekst Kazka Kyrcza pt. „Casting dla kata”. Jest to kontynuacja „Głowy do kochania”, ale jak każda kontynuacja tchnie (niestety – i piszę to całkowicie szczerze) wtórnością, pozbawiona jest elementu zaskoczenia, brak jej klimatu pierwowzoru. Także „Człowiek z kowadłem” do mnie nie trafił. Niby spowiedź szaleńca, ale mnie osobiście ona nie przekonuje. Jest zanadto wydumana pod względem fabuły, choć technicznie spisana całkiem zgrabnie. Tak czy inaczej, więcej w antologii „City 1” zalet niż wad, więcej tekstów bardzo dobrych, niż dobrych. Kiepskich nie ma wcale, są może dwa, trzy przeciętne. A to bardzo dobry wynik, zwłaszcza w zestawieniu z innymi antologiami polskiej grozy.

41


ROJO SANGRE ROJO SANGRE Hiszpania 2004 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Christian Molina Obsada: Paul Naschy Bibiana Fernández Menh-Wai Trinh Miguel Del Arco

Text: Radosław Jarosiński

X X X X X

42

Skoro przyjmiemy ten pogląd, rodzi się pytanie, czy ten mechanizm nie działa w dwie strony. Zło, które mieszka w naszych duszach, powstrzymuje nas przed przyznaniem się do winy i poniesienia odpowiedzialności za nasze czyny. Pablo Thevenet nie jest złym człowiekiem. Jest za to człowiekiem starym, zmęczonym i sfrustrowanym. Żyje

wspomnieniem zamordowanej córki i dawnej sławy. Zdawać by się mogło, że nic dobrego w życiu już go nie czeka. Wszystko się jednak zmienia, gdy przyjmuje (nie bez oporów) pracę portiera w nocnym klubie. Jego zadaniem jest wcielanie się podczas pracy w postacie słynnych morderców. Swoje role odgrywa aż nadto dobrze, rozładowując nagromadzone zgorzknienie i gniew mordując bezlitośnie ludzi, którzy wg niego robią z IX muzy prostytutkę. Tak, dostanie się więc między innymi kiepskim aktorom i pozbawionym talentu reżyserom, którzy ośmielili się pomiatać starym Pablo. Jego pracodawcy rychło dowiadują się o nowym hobby Theveneta, ale o dziwo nie dość że nie mają nic przeciwko, to jeszcze rozkładają przed nim wachlarz nowych, ciekawych możliwości, do których, jak się okazuje zobowiązuje starego aktora podpisany kontrakt. Kontrakt, który zapoczątkuje ową słynną wewnętrzną walkę dwóch

Istnieje pogląd, że w każdym człowieku, nawet najbardziej skorumpowanym i nikczemnym tkwi iskierka dobra. Na przykład seryjny morderca, zmęczony swoim procederem będzie podświadomie lecz celowo popełniał błędy, by naprowadzić policję na swój ślad, żeby zakończyła jego krwawą krucjatę.


pierwiastków w ludzkiej duszy – dobra i zła. Muszę przyznać, że film był dla mnie zaskoczeniem. Paul Naschy, ikona kina klasy B, wraca w 2004 roku z najbardziej chyba szczerym i udanym filmem w swoim dorobku, którego jest zarazem scenarzystą i odtwórcą głównej roli. Owszem, w latach swej świetności nakręcił kilka naprawdę dobrych filmów cji, ale o ile u starych wyjadaczy obseri stworzył kilka niezapomnianych krea- wuje się raczej tendencje spadkowe, a przecież w momencie kręcenia „Rojo Sangre” Naschy miał już siedemdziesiątkę na karku, to tutaj nasz weteran pokazał prawdziwą klasę. Może rola nie była aż tak trudna, bo w pewnym sensie Naschy odzwierciedlił tą postacią samego siebie w trochę autoironiczny sposób. Starzejący się i zapomniany aktor, z obrzydzeniem podchodzący do współczesnego kina, kreowanego przez beztalencia i silikonowe piękności bez charyzmy. Do tego wielowątkowa horrorowa otoczka, zawierająca motywy diaboliczne, seryjnego mordercę, zagadkę do rozwiązania a nawet nawiązanie do filmów snuff, zapewnia wspaniałą zabawę podczas seansu - zarówno fanom Naschy’ego, jak i osobom, które zobaczą go w tym obrazie po raz pierwszy.

43


---------------------------------------- Ocena: 6/6 Wydawca: Albatros 20l0 Tłumaczenie: Aleksander Sudak Ilość stron: 368

by zbierać krwawe żniwo. Podczas brutalnego oddziaływania świata snów na rzeczywistość ginie Jennifer, nowa partnerka Johna, a on sam zostaje okaleczony i sparaliżowany. Bezsilny, bezbronny John zaczyna tracić wiarę w siebie. Wtedy właśnie dowiaduje się od Springera, że jest Wojownikiem Nocy i tylko on wraz ze swoimi przyjaciółmi może uniSequele książkowe rządzą się na szczęś- cestwić demona. cie innymi prawami niż filmowe – stąd większa szansa na to, że otrzymamy Wojowników Nocy jest w tej części więcej, produkt przynajmniej dorównujący orygi- co automatycznie utrudnia ich opisanie i nałowi. Podobnie jest w przypadku sagi „użycie” w powieści. Masterton zaniedbał o Wojownikach Nocy. Zło powraca, tym niektórych z nich, skupiając się raczej razem w postaci groźnego, uzbrojonego na głównym bohaterze. Na tej strategii w długie, ostre pazury „Cienia” który oka- ucierpieli również Kasyx i Tebulot, któzuje się być ucieleśnieniem odwiecznego rych znaczenie zostało sprowadzone do ludzkiego strachu. minimum, a także Samena, która w ogóle nie wystąpiła w sequelu. Ci bohaterowie Springer, posłaniec samego Boga Asha- pierwszej części byli niezwykle istotni poli, znów werbuje oddział potężnych i w moim odczuciu barwniejsi niż nowi żołnierzy, mających moc niszczenia zła Wojownicy, pozostaje nam więc żałować podczas podróży do ludzkiej podświado- takiej, a nie innej decyzji Grahama. mości obudzonej podczas snu. Bohaterowie znani z poprzedniej części wystę- Schemat powieści jest podobny do tego pują tutaj jako postacie trzecioplanowe, znanego z części pierwszej. Głównym pełniąc funkcję tła, a także nadając nikłe, antagonistą jest tutaj jednak stwór nie aczkolwiek przyjemne wrażenie ciągłości aspirujący do miana demona zagrażająfabularnej. cemu ludzkości. Jego działania są zmorą niedużej grupki ludzi, co czyni dramat Tym razem głównym bohaterem jest bohaterów bardziej osobistym, natomiast John Woods, mężczyzna samotnie wy- natężenie ludzkich tragedii zamieszczochowujący syna Lenny’ego. Mały chło- nych w „Śmiertelnych snach” jest rzadko piec po tragicznej śmierci matki widzi spotykane nawet u Mastertona. Przeciww swoich snach potworną zjawę, która ności losu jakim musi stawić czoło główny z dnia na dzień staje się coraz bardziej bohater jest tak wiele, że aż trudno nam rzeczywista. Lenny staje się bramą, de- się z nimi utożsamiać. Czyni to jednak mon z nocnych koszmarów może dzięki tę powieść unikalną, brutalną i mocno odniemu przedostać się do świata żywych działującą na czytelnika. „Śmiertelne sny” to bezpośrednia kontynuacja jednej z najwyrazistszych powieści Grahama Mastertona pt. „Wojownicy nocy”. Powołani przez Ashapolę – Boga Bogów stojący po stronie dobra Wojownicy będą musieli ponownie zawalczyć ze złem panoszącym się w ludzkich snach.

Text: Piotr Pocztarek

GRAHAM MASTERTON - Śmiertelne sny (Death Dream)

45


Poznaj grabarzy. Odkrywamy ich tajemni ce. W każdym numerze nowa sylwetka

TECZKA AKT PERSONALNYCH Bartek Czartoryski GP: Redaktor Grabarza Polskiego

publicysta, człowiek od brudnej

roboty

Co cię skłoniło aby zostać grabarzem? Zapach mokrej ziemi o poranku i ten dreszcz emocji, gdy łopata uderza o wieko z dębowej deski... Na moją decyzję wpłynęły także błagalne prośby Piotrka Pocztarka, bym ratował Grabę z opresji tekstem o „Aftermath” Cerdy. Co lubisz w życiu poza grzebaniem zwłok? Zbyt wiele tych rzeczy by się znalazło... Przede wszystki m uwielbiam spędzać mój czas z Ukochaną, której pokłady tolerancji i cierpliwości w stosunku do mnie zawsze pozostaną jedną z wielkich tajemnic wszechświata. Jaki film powalił cię ostatnio na cmentarną glebę? Oj, chyba już dawno takiego nie było. Pewnie wymieni ę coś z klasyki, która nigdy nie przestanie mnie zaskakiw ać, oglądana nawet po raz wtóry, jak „Wściekły byk” Scorsese, którego sobie odświeżyłem nie tak całkiem dawno temu, „Kwaidan” Kobayashiego czy „Andriej Rublow” Tarkowskiego. Poza tym oczywiście „Zaginiony w akcji” z Norrisem – piękne kino z gatunku „łup, łup, łup”. Nic się nie zmieniło od momentu , kiedy kilkanaście lat temu po raz pierwszy oglądałem wietnamskie wyczyny tego pana. Nadal czysta magia. Ulubiony film rozgrywający się w środowisku grabarz y? Evil Dead”. Wszak to Ash dał nam przykład, jak mamy grzebać trupy. Dostaliśmy też krótki instruktaż co zrobić, gdy ktoś nie chce pozostać kilka metrów pod ziemią. Największe horrorowe rozczarowanie w ostatnim czasie? Hmm... po krótkim zastanowieniu, będą to „Martyrs” oraz „Vinyan”. Szkoda w obu przypadkach, jakkolwi ek po Laugierze cudów się nie spodziewałem i tak, pomimo obiecując ych zapowiedzi i świetnych pierwszych kilkunastu minut. Za to Du Welz rozczarował mnie straszliwie, czego nie mogę mu wybaczyć. Gdyby tylko jego ostatni film był równie zajmujący, jak jest piękny... Freddy czy Jason? Aż chciałoby się powiedzieć na przekór „Michael Myers”. Jestem jak chorągiewka na wietrze, raz kibicuję przypalo nej mordzie, raz topielcowi. Nie mam faworyta, wydaje mi się, że zależy od nastroju w czyim narożniku zasiądę. Abstrahu jąc od czynnika „kultowości” postaci, z czystym sercem mogę powiedzieć, że seria z Englundem przewyższa „jasonow ą” o głowę. Z drugiej strony, pałam bezkresną miłością do części szóstej cyklu rodem z Crystal Lake – po prostu sama słodycz! Co czytujesz kiedy nie trzeba akurat nikogo grzebać? Tytuły najróżniejsze. Aktualnie kończę nowego Orbita i biorę się za tom pierwszy nowej „Historii Kina” z Universi tas. Poza tym nadal jestem pod wrażeniem „Dziewczyny z sąsiedztw a” Ketchuma i wyglądam z niecierpliwością kolejnyc h jego powieści na naszym rynku. Z dzieł poza uniwersum grozy, sięgam właśnie po „Śmierć komiwojażera” Arthura Millera, która odstała już na półce w oczekiwaniu na swoją kolej. Przy jakiej muzyce najweselej kopie się groby? Od dłuższego czasu jestem wyznawcą horror-punka, psychobi lly, deathrocka i hybryd powyższych gatunków. Niestety, mało mam czasu na muzykę ostatnimi czasy... Jak często jadasz surowe mięso? Zależy od tego, jak często odwiedzają mnie goście. Jakie masz najbliższe plany niezwiązane z pracą grabarz a? Kończę jedną książkę, drugą mam rozpapraną do połowy, więc pewnie tym się zajmę w najbliższym czasie. Poza tym pracuję dla dwóch magazynów ogólnopolskich, recenzuję też książki, jestem dyrektorem metodycznym w szkole języków obcych... no i mam życie prywatne, z którym wiąże się nie mniej obowiązków.


WINGED CREATURES SKRZYDLATE CIENIE USA 2008 Dystrybucja: Monolith Reżyseria: Rowan Woods Obsada: Kate Beckinsale Dakota Fanning Guy Pearce Forest Whitaker

X X X X

Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

X

Senne, leniwe przedpołudnie i bar, jakich w Stanach tysiące, serwujący jedzenie i kawę lokalnym mieszkańcom i przyjezdnym. W typowy, przeciętny dzień możesz spotkać tam najróżniejszych ludzi, lekarza w przerwie na lunch, ojca z dziećmi na wspólnym śniadaniu, starszego człowieka z wyrokiem śmierci – orzeczeniem raka – w szarej kopercie. Senne, leniwe przedpołudnie w barze, jakich tysiące. Ale tego dnia nie wszystko było takie, jak zawsze, takie jak być powinno. Tym razem w to senne, sielankowe miejsce wkrada się zło w osobie szaleńca z rewolwerem, który terroryzuje obecnych w lokalu, a kilku z nich rani lub zabija. Potem popełnia samobójstwo, ale czas, w którym obecni w lokalu ludzie muszą cierpieć psychiczne męczarnie, niewysłowiony lęk o życie, jaki paraliżuje ich zmysły – to wszystko rzutuje na ich późniejsze życie, określa i warunkuje każdy kolejny moment ich istnienia. I nic już nie

jest proste, nic nie jest normalne. „Skrzydlate cienie” to film niezwykły: bardzo emocjonalny, bardzo intuicyjny, doskonale pokazujący reakcje ludzi w obliczu zagrożenia życia. Ukazuje ich słabości, ale też niespodziewane przejawy heroizmu i odwagi w obliczu zagrożenia. Ale najważniejszym elementem tego filmu jest ukazanie tego, co dzieje się później, zarówno w życiu, jak i w psychice ludzi, których tylko drżenie palca psychopaty dzieliło od śmierci. Ich reakcje, późniejsze postawy, zachowania, próby poradzenia sobie z szokiem, ze stresem są zróżnicowane, uzależnione od nadziei, wiary, cech osobowości.

„Skrzydlate cienie” to film, który zaczyna się tam, gdzie większość filmów się kończy. I pokazuje, jak radzą sobie z dalszym życiem ci, którzy stanęli twarzą w twarz z psychopatą, odliczając minuty do śmierci.

48


Z pewnością największą zaletą filmu jest rewelacyjna obsada i wspaniałe aktorstwo, dzięki któremu seans zyskuje wielowymiarowość i psychologiczną głębię. Portrety psychologiczne postaci są zagrane bardzo emocjonalnie, bardzo intuicyjnie, co pozwala nam bardziej odczuć emocje bohaterów – ofiar zdarzenia, a retrospekcje czasowe, pokazujące nam sam punkt wyjściowy fabuły (czyli wtargnięcie psychopaty do baru) kilkakrotnie w różnym ujęciu, z różnych perspektyw, cjonalnego, z głębią psychologiczną, ale daje nam wrażenie, jakbyśmy sami znaj- też mocnego, ambitnego dramatu – i te konwencje widać także w „Skrzydlatych dowali się w centrum wydarzeń. cieniach”. „Skrzydlate cienie” zostały wyreżyserowane przez Rowana Woodsa, autora przyzwoitych dramatów „Płotka” i „Chłopcy”, a rewelacyjne zdjęcia w filmie to zasługa „starego wyjadacza” Erica Alana Edwardsa, mającego w swym dorobku filmy takie, jak: „I kowbojki mogą marzyć”, „Moje własne Idaho”, czy „Copland”. To człowiek znany z kina emo-

Nie jest to jednak film dla każdego. Ci, którzy oczekują po seansie dużo mocnej, żywiołowej rozrywki mogą spokojnie sobie ten film darować. Ale ci, którzy pragną otrzymać kawał dobrego, psychologicznego, pełnego emocji kina, z pewnością nie zawiodą się na seansie „Skrzydlatych cieni”.

49


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Fabryka Słów 2009 Ilość stron: 360

Witajcie w Wiecznym Mieście Vakkerby, molochu pełnym kontrastów. Mieście, które zaczyna się głęboko pod ziemią, a kończy wysoko w chmurach. Mieście, którego mieszkańcy podzieleni są na zamknięte kasty, a każda z tych kast zamieszkuje inną domenę. Mieście, rządzonym przez arystokrację i technomagów. Mieście pełnym mutantów, powstałych zarówno na skutek panującego skażenia, jak i wyhodowanych przez technomagów i zaklinaczy na potrzeby kast rządzących. Mieście, z którego nie ma ucieczki, w którym miłość ginie, nim zdąży rozkwitnąć, a każda próba wyrwania się z okowów systemu przypomina próby przebicia głową muru.

jednak nie tylko z uwagi na obrzydliwy i pełen plugastwa, a jednak fascynujący świat, jaki zdołał wykreować i nie tylko z powodu skomplikowanej formy, jaką jej nadał. Zwraca też uwagę umiejętność posługiwania się piórem przez autora (nawet, jeśli dziś piórem owym jest klawiatura komputera). Język każdej opowieści jest odmienny, dostosowany do dzielnicy, w której rozgrywa się fabuła, a każdy bohater mówi w sposób typowy jedynie dla niego, do kasty, do której przynależy, i do profesji, jaką się trudni. Jakby tego było mało, Orkan stosuje różną narrację – raz pierwszo-, raz trzecioosobową, czasem pisze używając czasu teraźniejszego, częściej – przeszłego. Jednak typy narracji nie są stosowane „Głową w mur” Rafała W. Orkana to książ- zupełnie dowolnie – do każdego bohatera ka o dość skomplikowanej strukturze. przypisany jest jeden konkretny. Składa się z pozornie nie powiązanych ze sobą opowiadań, a fabuła każdego z nich Jedynym, co w „Głową w mur” może burozgrywa się w innej części Wiecznego dzić większe zastrzeżenia, jest pewna Miasta. Podzielona jest na dwie części, statyczność fabuły. Jakkolwiek w każdej z których każda składa się z trzech dydak- niemal opowieści wiele się dzieje, to trudtycznych opowieści, tzw. apologów. Apo- no powiedzieć, by cała powieść miała dylogów z pierwszej części nic ze sobą nie namiczną akcję. Jednak, nim się postawi łączy, są to trzy zupełnie odrębne od siebie taki zarzut, należy wziąć pod uwagę, historie, których bohaterowie nie mają ze że debiutancka książka Orkana nie stasobą nic wspólnego. Opowieści z drugiej nowi zamkniętej całości. O ile każde części mają już tylko jednego bohatera- z zawartych w niej opowiadań potrafi świetnarratora – Byhtrę, ale nadal każda sta- nie funkcjonować w oderwaniu od reszty nowi odrębną całość, każda rozgrywa się – dwa z nich: „Miód z moich żył” i „Zemsta w innej Vakkerby. Dopiero pod koniec po- jednorożca” wcześniej już były publikowawieści wątki z poszczególnych apologów ne – to już złożonej z tej mozaiki powieści zaczynają się zbiegać. Opowiadania prze- jako samodzielnej traktować się nie da. dzielane są proroctwami wygłaszanymi na Jest to pierwsza odsłona trzyczęściowego Placu Szalonych Proroków, z których każ- cyklu, mająca nam ukazać tło i głównych de wieszczy zmierzch Wiecznego Miasta. aktorów nadchodzących wydarzeń. Krótko mówiąc: ma ona nas przygotować na naPowieść Orkana zasługuje na uznanie dejście „Dzikiego Mesjasza”.

Text: Jagoda Skowrońska

RAFAŁ W. ORKAN - Głową w mur

51


ULTIMO DESEO THE PEOPLE WHO OWN THE DARK Hiszpania 1976 Dystrybucja: Brak Reżyseria: León Klimovsky Obsada: Paul Naschy Maria Perschy Nadiuska Teresa Gimpera

X X X

Text: Filip Rutkowski

X X

był niewidomy jeszcze przed katastrofą, mieszkańcy miasteczka obracają się przeciwko tym, którzy jeszcze widzą. Bohaterowie barykadują się w willi i próbują odeprzeć atak oszalałych ślepców. Fabularnie nie jest to nic odkrywczego. Film zaczyna się trochę jak „Salò” Pasoliniego, ale potem szybko zdradza swoje główne inspiracje – „Day of the Triffids”, „Night of the Living Dead” i „The Crazies”.

Orgia w piwnicy ekskluzywnej willi zostaje przerwana przez wstrząsy, które były spowodowane przez wybuch bomby atomowej kilkadziesiąt kilometrów od miasteczka, w którym toczy się akcja filmu. Wszyscy poza naszymi bohaterami widzieli błysk wybuchu i przez to utracili wzrok. Pod wodzą żebraka, który

Pomimo swojego ogromnego wkładu w europejską kinematografię Hiszpanie, w odróżnieniu od Włochów czy Brytyjczyków, nie podejmowali tematyki postapokaliptycznej prawie w ogóle. „The People Who Own the Dark” Leóna Klimovsky’ego jest bardzo bliski tym klimatom, choć „apokalipsa” z tego filmu odbyła się na mniejszą skalę.

52


Głównymi bohaterami są tu członkowie towarzystwa im. markiza de Sade, czyli właściwie opętani perwersyjnym seksem faceci oraz wysokiej klasy prostytutki i nimfomanki. Poza dwójką, która ginie przy pierwszej okazji, niezbyt sympatyczna to zgraja i ciężko się widzowi z nią utożsamiać. Co więcej, to właśnie nasi bohaterowie prowokują atak ślepców – zabijają kilku z nich podczas wytu. Drań jak się patrzy. Jest to nietypowa prawy do miasta. rola dla tego aktora i aż dziw mnie biePaula Naschy’ego możemy tu zobaczyć rze, że zaledwie jednym zdaniem o niej w kompletnie antypatycznej roli. Grany wspomniał w swojej autobiografii (mowa przez niego Bourne to bogaty biznes- o książce „Memoirs of a Wolfman”). men, który dorobił się na przemycie narkotyków. Skłonny do przemocy, nie Pomimo pewnych niedociągnięć film stroniący od wyuzdania – to człowiek, Leóna Klimovsky’ego jest wart uwagi dla którego świetnym pomysłem na roz- – oczywiście pod warunkiem, że widz rywkę jest strzelanie do ptaków dla spor- trawi hiszpańskie kino lat 70., ze wszystkimi jego niedoskonałościami. Obraz ciągle czeka na odrestaurowanie i wydanie w formacie DVD – i miejmy nadzieję, że się go wkrótce doczeka. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że jedyna dostępna obecnie anglojęzyczna wersja jest krótsza od oryginału o aż 10 minut. Na szczęście skrócono w niej głównie sceny dialogowe, być może nawet po to, żeby zwiększyć tempo filmu.

53


PATRONI

NOWA KSIĄŻKA ŁUKASZA ORBITOWSKIEGO

OPOWIADANIA, ZE AZ STRACH!

Infolinia: 0800 421 040

Trailer książki Nadchodzi zobacz na www.youtube.com/WLchannel


Wydawca: Fabryka Słów 2009 Tłumaczenie: Marta Kisiel Ilość stron: 400

„Mammoth Book” to seria, która już od wielu lat rządzi na zagranicznych rynkach. Obejmowała ona już chyba wszystko co ludzka wyobraźnia jest w stanie wykombinować. Nas oczywiście najbardziej interesuje seria dotycząca horroru, za którą odpowiedzialny jest popularny brytyjski redaktor Stephen Jones. Redagował obszerne objętościowo książki dotyczące wilkołaków, wampirów, Frankensteina, zombie i innych potworów, lecz dziełem jego życia było opracowanie serii antologii zwanej „The Mammoth Book of Best New Horror”, która ukazuje się regularnie od 1990 roku. W 2007 roku pojawiła się jej 18 część, która za sprawą wydawnictwa Fabryka Słów wreszcie trafia do Polski. Jako fan horroru życzyłbym sobie, by zaczęto wydawać tę serię od tomu pierwszego, zwłaszcza że do „Mamuta” pisywały takie gwiazdy jak Masterton, Barker, czy Lumley. Ale jeśli się nie ma co się lubi to się lubi, co się ma... Fabryka zdecydowała, że najnowszą publikację Stephena Jonesa rozdzieli na dwa tomy, dlatego też książka zawierająca 24 teksty podzielona została na tom 1 zawierający 16 opowiadań i tom 2 zawierający ich 8. Skupmy się na razie na tej pierwszej. 16 tekstów to bardzo dużo, nie sposób jest zatem opisać ich wszystkich, nawet bardzo krótko. Skoncentrujmy się na tekstach najlepszych. Niestety, w zbiorze tym nie ma ich wiele, natomiast gdy już się trafiają, są niesamowite. Bardzo zaskakuje krótki tekst Ramseya Campbella „Głęboko”. Autor przedstawia w nim pozornie oklepaną sytuację w nowy sposób i ukazuje proste narzędzie jakim jest telefon komórkowy za

pomocą oryginalnego zabiegu. W efekcie dostajemy klimatyczny, zaskakujący i bardzo klaustrofobiczny tekst o uwięzionym człowieku. Ciekawym tekstem są „Pociągi specjalnego nadzoru” Marka Samuelsa, niestety bardzo wyraźnie widać w nim inspirację „Nocnym pociągiem z mięsem” Clive’a Barkera. Jak naśladować, to najlepszych, dlatego warto z tekstem Samuelsa zapoznać się w cichy, spokojny wieczór.

Text: Piotr Pocztarek

RÓŻNI AUTORZY - Wielka księga horroru - Tom 1 (The Mammoth Book of Best New Horror #l8) -------------------------------------- Ocena: 4/6

Moim absolutnym faworytem jest niepokojący, dziwny, ale bardzo mocny i zaskakujący tekst Marka Morrisa „Czego nienawidzi natura”. Poznamy w nim historię człowieka, który wysiada z pociągu w małym miasteczku, tylko po to by przeżyć koszmar swojego życia. Zaskakuje też przewrotny i ironiczny tekst Jay’a Lake’a „Amerykańscy zmarli”, który z cynizmem spogląda na ludzką naturę. Wyróżniłbym też tekst Petera Atkinsa „Między zimnym księżycem a ziemią”, w którym znajdziemy parę przerażających i makabrycznych scen, które na pierwszy rzut oka sprawdziły by się raczej w filmie, natomiast w książce, opisane sprawnym stylem Lake’a robią potężne wrażenie. Spodobał mi się również tekst Marka Chadbourna „Których zostawiamy”. Widać w nim mocną inspirację „Drabiną Jakubową” z Timem Robbinsem, ale jest to film, który budzi we mnie wyłącznie dobre skojarzenia. Reszta tekstów wyraźnie odstaje poziomem od tych wyżej wymienionych, nie są to jednak teksty złe, a jedynie przeciętne, nie wyróżniające się. Mimo to, dla tych perełek o których pisałem wyżej warto w pierwszy tom „Wielkiej Księgi Horroru” zainwestować.

Recenzja tomu drugiego w 21 numerze Grabarza Polskiego

55


– nie bez oporów stawiam jednak na słowo... różnorodność. W kinie i na DVD okupioną zalewem nieudacznych i komercjalnych do bólu filmideł, wśród których niekiedy (i, co ze smutkiem trzeba dodać, często zupełnie przypadkowo) trafiały się dzieła unikatowe i warte uwagi. Drobne przesunięcia, jakie odbyły się na granicy wysokie-niskie, gatunkoweautorskie po raz kolejny w historii gatunku zadziałały na jego korzyść. I koniec końców – to właśnie każe podsumować rok 2009 na plus i wyciągnąć z niego dobrą wróżbę na ostatnie 365 dni tej Szukając przymiotnika, który najlepiej dekady. Czy się spełni? Do tego tematu oddałby atmosferę Horroru AD. 2009 wrócimy za rok. Łycha dziegciu na początek, czyli dwa słowa o perłach i wieprzach. Horror bodaj od dekad nie miał bardziej sprzyjającej koniunktury. Mimo to, śledzenie poczynań dystrybutorów celuloidowej grozy w Polsce przypominało chwilami długi i przygnębiający maraton porażek. Wśród konkluzji typu - młodzi nie potrafią, a starym się nie chce – paradoksalnie pokrzepiani byliśmy raz po raz coraz co ciekawszymi przykładami wykorzystania motywu grozy w przestrzeniach... poza filmowych. Ale o tym trochę dalej.

FILM ROKU - KINO CZYTELNICY: 1. „Wrota do piekieł” 2. „Udręczeni” 3. „Martyrs – skazani na strach”

REDAKCJA 1. „Antychryst” 2. „Wrota do piekieł” 3. „Eden Lake”


odbicie w wynikach kasowych nie przełożył się jednak na opinie recenzentów, którzy jego twórcom zarzucili wtórność i koniunkturalizm. Nie sposób jednak odmówić „Udręczonym” tego, że są świetnym papierkiem lakmusowym ówczesnych tendencji popularnego kina grozy spod znaku gwieździstego sztandaru. Na koniec film, który pogodził w ocenach czytelników i redakcję „Grabarza”. „Wrota do Piekieł”, bo o nich tutaj mowa, to przepyszna historia o urokach turbokapitalizmu. Sam Raimi najwyraźniej skojarzył, że dzisiejsze „białe kołnierzyki” to w znakomitej większości ta sama grupa, która dwadzieścia lat temu, po obejrzeniu „Martwego zła” popierdywała ze strachu na myśl o samotnej wyprawie do lasu. Ten i wiele innych powodów skłania mnie do przyznania że „Wrota do Piekieł” to w moim mniemaniu pierwszy, rasowy horror od dawien dawna, który nie rozczarowuje i spełnia z nawiązką swoje założenia. Wielkie brawa. Na marginesie: problemy związane z nieustannie przesuwanym terminem polskiej premiery tego filmu doprowadziły do tego, ze opóźniony niemiłosiernie (ale wciąż triumfalny) start „Wrót” wypadałoby zaliczyć a konto sukcesów roku bieżącego.

FILM ROKU - DVD CZYTELNICY: 1. „Teksańska masakra piłą mechaniczną” (1974) 2. „Pozwól mi wejść” 3. „Trumna”

REDAKCJA 1. „Suspiria” 2. „Kwaidan” 3. „Manhunt - polowanie”

Komentarze: Filip Rauczyński (gry), Aleksandra Zielińska (literatura), Dawid Mlekicki (pozostałe kategorie)

Najlepszym potwierdzeniem rzuconego powyżej zdania na temat różnorodności są wyniki obu plebiscytów na najciekawszy horror kinowy roku. Plasują się one dokładnie od przysłowiowego Sasa do Lasa. Na początek wyróżniamy debiutanta, czyli Jamesa Watkinsa, który swoim przejmującym, chwytającym za gardło „Eden Lake” dał doskonały dowód na to, że kino grozy ze społecznym zacięciem nie jest tak martwe, jak się o nim mówi, a wręcz (chwilami) ma się świetnie. Na starym kontynencie – jak co roku daje o sobie znać horror francuski, z którego mocnej oferty nasi czytelnicy wyróżnili znakomicie przyjęty obraz Pascala Laugiera „Martyrs – skazani na strach”. W Europie powstało również prawdziwe „...widowisko, któremu trudno dać nazwisko...”, czyli „Antychryst” Larsa von Triera. Ten skrajnie przyjmowany, odsądzony od czci i wiary film z pewnością zasłużył sobie na poświęconą mu uwagę, choćby dlatego, że dawno nie mieliśmy do czynienia z tak skrajnymi reakcjami w odbiorze filmu i zarazem (całkiem serio) tak istotnymi dywagacjami na temat sensu obecności grozy w kulturze popularnej i tzw. wysokiej. W lekkim odwrocie pozostaje kinematografia amerykańska, która wyniki naszego plebiscytu podbiła tylko dwoma, za to bardzo różnymi filmami. Pierwszy z nich – „Udręczeni” – szturmem przebił się przez sale kinowe w wakacje. Pozytywny odbiór mający


Pierwsze miejsca obu powyższych notowań są smutnym potwierdzeniem tego, jak wybrakowany jest nasz rynek DVD. Z drugiej strony – entuzjazm towarzyszący wydaniu takiej „Suspirii” był tak silny, że nie osłabiło go nawet gołe i biedne jak mysz kościelna wydanie tego legendarnego skądinąd dzieła. Trójkę nestorów zamyka „Kwaidan”, w myśl zasady, że „lepiej późno, niż wcale”. Na osłodę – w Polsce ukazała się pełna, trzygodzinna wersja tego filmu.

nia, jaką zaserwowali nam w ubiegłych dwóch latach Skandynawowie.

Pośród wydawnictw współczesnych – uwagę zwraca wysoka pozycja horrorów, wypuszczonych na rynek przez naszych północnych sąsiadów. Kameralny, wyciszony, a przy tym zaskakujący oryginalnym ujęciem „Pozwól mi wejść” Alfredsona w połączeniu z surowym, efektownym i mocno jednak zakorzenionym w tradycji gatunku „Manhunt polowanie” dają namiastkę zróżnicowa-

Sporym zaskoczeniem jest brak w rankingu „Trick ‘r Treat” Michaela Dougherty’ego. Mogło się wydawać, że zgrabna realizacja, dopracowany scenariusz i znakomite role drugoplanowe, uczynią z tego tytułu czarnego konia wszystkich halloweenowych pokazów DVD. Może bardziej od filmu – widzów przestraszyło polskie tłumaczenie tytułu („Upiorna noc Halloween”).

Ranking zamyka azjatycko-amerykańska „Trumna”, co wydaje się zaskoczeniem, biorąc pod uwagę chłodne opinie recenzentów, zarzucających filmowi niewykorzystany potencjał. Jest w tym zapewne tęsknota za ofensywą azjatyckiego kina grozy, która zmasakrowana ilością amerykańskich przeróbek i podróbek nieco w ostatnim czasie osłabła.

KSIĄŻKA ROKU – AUTOR POLSKI CZYTELNICY: 1. R. Cichowlas, K. Kyrcz Jr. „Siedlisko” 2. Ł. Śmigiel „Decathexis” 3. J. Małecki „Zaksięgowani” Rok 2009 był dobrym rokiem dla literatury grozy w Polsce. Można zaobserwować coraz większe zainteresowanie horrorem zarówno ze strony wydawnictw, jak i pisarzy: tych debiutujących bądź doświadczonych. Na księgarskich półkach coraz liczniej pojawiają się tematyczne antologie opowiadań, oscylujące

REDAKCJA 1. R. Cichowlas, K. Kyrcz Jr. „Siedlisko” 2. R. Cichowlas, J. Rostocki „Sępy” 3. R. Cichowlas, K. Kyrcz Jr. „Twarze szatana” wokół gatunku, jakim jest horror. W tym roku czytelnicy byli zaskakująco zgodni z redakcją Grabarza Polskiego w kwestii najlepszej pozycji. Zwyciężyło „Siedlisko” duetu Kyrcz & Cichowlas. Laur to zasłużony, gdyż panowie zaserwowali krwisty horror, który zgrab-


nie łączy wszystko to, co w literaturze grozy najlepsze, przy czym powieść aspiruje do miana czegoś ambitniejszego niż tylko ghost story. Zresztą Kyrcz z Cichowlasem zdominowali tegoroczne zestawienie, bo nie można zapominać o „Twarzach Szatana”, wydanych przed „Siedliskiem”. Ten zbiór opowiadań zebrał bardzo dobre recenzje i został przyjęty przez krytyków równie entuzjastycznie, co przez czytelników.

W podsumowaniu pojawia się także nowy zbiór Jakuba Małeckiego, pisarza, który w znakomitym stylu powraca do krótkiej formy po powieści „Przemytnik cudu”. Warto zwrócić uwagę na to, co Autor zaproponuje w przyszłym roku.

„Decathexis” Łukasza Śmigla to pierwszy tom cyklu, którego akcja rozgrywa się w świecie przepełnionym śmiercią. Kostucha towarzyszy bohaterom na każdym kroku: od codziennych zajęć, przez To był rok krótkiej formy, o czym świadczy politykę, po religię. Autor zarysował ciewysoka pozycja „Sępów”, napisanych kawe uniwersum, pozostaje czekać na wspólnie przez Roberta Cichowlasa i Ja- kolejne części. cka Rostockiego. Panowie zapracowali sobie na drugie miejsce doskonałym Dziwi brak ksiązki „Święty Wrocław” piówyważeniem różnorodności opowiadań: ra Łukasza Orbitowskiego, przez wielu od czystego horroru, przez groteskę, po uważanej za najlepszą w jego dotychopowieści niesamowite. czasowym dorobku (zresztą jak najbardziej słusznie).

KSIĄŻKA ROKU – AUTOR ZAGRANICZNY CZYTELNICY: 1. J. Ketchum „Dziewczyna z sąsiedztwa” 2. J. Hill „Upiory XX wieku” 3. J. A. Lindqvist „Wpuść mnie” O „Dziewczynie z Sądziedztwa” napisano i powiedziano w tak zwanych branżowych mediach więcej, niż o jakiejkolwiek innej książce wydanej w 2009 roku. Doceniając fakt uzupełnienia naszego kanonu literatury grozy o tę ważną dla jej rozwoju pozycję, chciałbym zrobić lekką woltę i wyrazić życzenie, żeby następne książki Ketchuma zyskały bardziej profesjonalne wydania. Dotyczy to zwłaszcza

REDAKCJA 1. J. Ketchum „Dziewczyna z sąsiedztwa” 2. C. Q. Yarbro „Hotel Transylvania” 3. G. Nielsen „Auschwitz” warstwy translacyjnej i edytorskiej, które to były dwiema piętami achillesowymi tej znakomitej książki. „Auschwitz” Gustavo Nielsena to lektura obowiązkowa dla każdego konsumenta grozy w filmowej czy literackiej pigule. Wściekła, obrazoburcza, prowokacyjna narracja rozdrapująca elementarne kwestie obecności lęku, paranoi, przemocy


i seksualnej opresji na styku rzeczywistości i kulturowego przetworzenia. Znakomita i bardzo ważna książka, czerpiąca garściami z filmowych konwencji, a ostatecznie – pozostająca oryginalną i swobodną wypowiedzią artystyczną. Osobne wyróżnienie należy się samemu wydawnictwu, za podjęcie ryzyka i wydanie tej książki po polsku. Jak zostało przepowiedziane, nastąpiła też ostatnimi czasy kastracja wampirów. Krwiopijcy w popkulturze zaczynają staczać się po równi pochyłej, bo jakiż to

strach wzbudzać może wypielęgnowany Robert Pattison ze „Zmierzchu”? Cóż, w koneserach prawdziwego horroru na pewno może… Na szczęście honor wampirów ratuje John Ajvide Lindqvist powieścią „Wpuść mnie”. Niby te same ograne schematy w postaci wysysania krwi do cna, morderczego działania słońca czy tytułowej konieczności zaproszenia krwiopijcy do swojego domu – ale jakże ładnie wymieszane, odwrócone i ostatecznie podane. Ksiązka godna polecenia wraz z filmową adaptacją „Pozwól mi wejść”.

GRA ROKU CZYTELNICY: 1. „Silent Hill: Homecoming” 2. „Left 4 Dead 2” 3. „Resident Evil 5” Silent Hill 2 to moja święta krowa, żeby nie powiedzieć ulubiona gra wszech czasów, dlatego napisanie czegokolwiek pozytywnego o piątce „Silent Hill” (a właściwie szóstce, jeśli liczyć mizerne „Origins”) przychodzi mi z niemałym trudem. O głębokiej, poruszającej fabule, mnogości interpretacji i masie sprytnie uknutych niedopowiedzeń możemy tu niestety zapomnieć. Zamiast tego gra rzuca nas w wir walki i zasypuje przeplatającymi się oczywistościami. Zaskakująca symbolika? O tym też zapomnijcie. Nawet Piramidogłowy pojawia się tutaj z braku laku jako rozpoznawalny „oprawca-gwiazdor”, a nie - jak to miało miejsce w przypadku części drugiej - jako symbol winy głównego bohatera. To smutne, że średniak, którego ratuje jedynie poprawione względem serii sterowanie i klimat narzucony przez poprzednie

REDAKCJA 1. „Silent Hill: Homecoming” 2. „The Path” 3. „Resident Evil 5” części, zyskuje status gry roku z powodu braku sensownej konkurencji. A nie zapominajmy, że gra miała swoją światową premierę we wrześniu 2008 (w Europie był to początek 2009) - i gdyby oceniać ją w tych kategoriach, nie miałaby już tak lekko… Jeżeli chodzi o straszenie czy zaskakiwanie gracza, także „Resident Evil” najlepsze lata ma już zdecydowanie za sobą. Genialny klimat pierwszych części uleciał już dawno, a piąta odsłona serii bardziej przypomina dynamiczną grę akcji osadzoną w słonecznej Afryce, aniżeli ciekawie skonstruowany i trzymający w napięciu horror - ale co tam. Satysfakcja zdziesiątkowania oddziałów zombie dorównuje tej z czwartej części, grafice trudno cokolwiek zarzucić a fenomenalny tryb co-op sprawia, że od konsoli po


prostu nie można się oderwać. Nie ulega wątpliwości, że „Resident Evil 5” to (obok „Left 4 Dead 2”) najbardziej grywalny tytuł ubiegłego roku i wstydem byłoby go nie wyróżnić. „Left 4 Dead 2” to ciekawsza i bardziej rozbudowana kontynuacja hitu „Valve South” z 2008 roku. Otrzymaliśmy w niej nie tylko sprytniejszego AI Directora (który decyduje o układzie mapy, kierunku nadciągania wrogów czy o warunkach pogodowych), ale także bronie bezpośredniego kontaktu - jak piła łańcuchowa, siekiera czy kij baseballowy. Co tu dużo mówić - zombie nadciągają chmarami, krew leje się litrami, a fabuła to tylko pretekst, pchający całą tę rzeź do przodu. Sfrustrowani po ciężkim dniu harówy gracze wiedzą, że o tej grze się

nie mówi - w nią się po prostu gra. „The Path” to z kolei milowy krok ku rozwojowi interaktywnego wideo, a zarazem świetne rozpoznanie potencjału, jakie to medium niesie ze sobą dla horroru. Wprowadzona na rynek w charakterze ciekawostki opowieść studia Tale of Tales zdobyła szerokie uznanie komentatorów i odbiorców. Naszpikowana grozą, pięknie oprawiona i udźwiękowiona, pełna metatekstowych odniesień, skłaniająca uczestnika ku redefiniowaniu pojęcia uczestnictwa/obserwowania. Zachęcająca do poszukiwania własnych interpretacji. Na tę chwilę nie ma chyba innego tytułu, do którego da się odnieść wszystkie te superlatywy. Sukces tego tytułu pozwala wierzyć, że wkrótce to się zmieni.

WYDARZENIE ROKU 1. Pierwszy Dzień Grabarza 2. Jack Ketchum nareszcie w Polsce 3. Pojawienie się magazynu grozy „Lśnienie” Miło nam, że pierwszy Dzień Grabarza uznano w głosowaniu za wydarzenie roku. Tym bardziej, że w roku 2009 nie brakowało bardzo miłych niespodzianek na gruncie filmowego, literackiego i prasowego horroru. Nareszcie na półki naszych księgarń zawitała twórczość Jacka Ketchuma – na razie tylko w postaci powieści „Dziewczyna z sąsiedztwa”, ale trzeba przyznać, że wybór właśnie tego tytułu, bez wątpienia jednej z najlep-

szych książek w dziejach literatury grozy, był trafiony w dziesiątkę. Cieszy nas też bardzo pojawienie się na rynku prasowym dwumiesięcznika grozy Lśnienie, które jak dotąd z numeru na numer robi się coraz ciekawsze. Trzymamy kciuki bo, jak jeszcze niedawno pokazał casus Czachopisma, krajowy rynek nie jest szczególnie przyjazny periodykowi grozy. Ale kto wie – być może jesteśmy właśnie świadkami zmian w tej kwestii?

PORAŻKA ROKU 1. Opóźnienia polskich dystrybutorów 2. Remake „Piątku 13-go” 3. „Halloween II”


W tej dziedzinie wyniki są chyba najmniej zaskakujące, bo z grubsza niewiele się w niej zmienia na przestrzeni ostatnich lat. Zarzut względem dystrybutorów tak już spowszedniał, że zastanawiam się, czy dotyczy on jeszcze kłopotów związanych z realizacją założeń rynkowych, czy po prostu media, jakimi są taśma filmowa i płyta DVD wydają się naszym dystrybutorom wciąż dzikie i nieokiełznane. Może jest w tym trochę przesady, ale z punktu widzenia miłośnika kina trudno znaleźć racjonalne usprawiedliwienie dla prawie siedmiomiesięcznego opóźnienia polskiej premiery filmu, o którym od momentu jego zapowiedzi mówiło się jako o wydarzeniu na szeroką skalę. Analogicznie sprawa ma się z powielaniem/ulepszaniem/przetwarzaniem/ odświeżaniem filmów, które jako takie znalazły już sobie miejsce jako znaczące punkty w historii rozwoju gatunku. Zatrważająca liczba projektów z powyższym założeniem u steru zdaje się szyb-

ko i konsekwentnie torpedować najlepszą passę horroru od lat. Niestety także rok 2010 zapowiada się obiecująco pod względem porażek. Najświeższą z nich jest chyba niedawna projekcja „Zombie 2” Lucio Fulciego w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego Muranów. Organizatorzy, skupieni wokół zasłużonego w dziedzinie krzewienia kultury filmowej kina zorganizowali seans wspomnianego filmu, który został zaprezentowany publiczności jako reprezentant „NAJGORSZYCH FILMÓW ŚWIATA” (plasując się w cyklu razem z filmami takimi jak „Święty Mikołaj podbija Marsjan” czy „Bela Lugosi spotyka brooklyńskiego goryla”). Tak ustawiona perspektywa odbioru plus zaproszony na tę okazję prelegent mieli przekonać widzów, że jeden z najbardziej reprezentatywnych filmów dla złotego okresu włoskiego kina grozy jest niewiele znaczącym, przypadkowo i bezładnie skręconym gniotem.

W głosowaniu redakcyjnym wzięli udział: Bartosz Czartoryski, Dawid Mlekicki, Kamil Skolimowski, Tymoteusz Raffinetti, Bartłomiej Paszylk, Jagoda Skowrońska, Piotr Pocztarek, Sebastian Drabik, Łukasz Skura, Wojciech Jan Pawlik. Nagrody za udział w głosowaniu na przebój roku według czytelników Grabarza otrzymują: Ada Nikelska, Radosław Bloda, Piotr Wileński, Joanna Tracz i Radosław Śledziowski. Gratulujemy i zapraszamy do udziału w kolejnych konkursach i plebiscytach. (Zwycięzców, którzy wraz ze swoimi głosami nie przesłali adresów do wysyłki nagród, prosimy o maila z uzupełniającymi danymi na adres bartek@grabarz.net).


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

Rafał Kuleta W pełni

Pamięci Paula Naschy

1. Rycerze jednego serca Zakute w stalową zbroję nogi taplały się w czerwonej galarecie rozlewającej się ze ściętych, porozrzucanych na wszystkie strony czerepów. Deptał po nich jak po arbuzach. Posoka zmieszana z rozchlapanymi mózgami rycerzy wylewała się uszami, oczodołami i nozdrzami. Jego kompani po obu stronach alei natarcia też nie próżnowali. Byli jak potężny orzeł samym trzepotem skrzydeł obracający w perz zastępy wrogów. On, Henryk o samozwańczym przydomku Mściwy, był głową i dziobem wielkiego atakującego ptaszyska. Lecieli na gniazdo, w którym czarny wróg ukrywał wybrankę serca Henryka, Helenę. Rycerzy połączyła miłość do swojego przywódcy oraz jego miłości do Heleny, którą ubóstwiali ponad życie. Teraz byli rycerzami jednego serca, bijącego miarowo i mściwie, skoagulowanego przeciw zdradzieckim zastępom wroga, Stanisława - fałszywego, nikczemnego i tchórzliwego brata Henryka. Biały orzeł rycerstwa Henrykowego leciał przez zastępy wroga jak przez puch, krojąc je jak nóż kroi podgrzane masło. Nozdrza wypełnione krwią dyszały od chuci ćwiartowania, żądzy miażdżenia, pragnienia niszczenia. W ciągu ostatniej godziny zuchwałego ataku na zamek wroga biali rycerze całkowicie wyzbyli się człowieczeństwa. Wbrew pozorom, Henrykowi nie zależało na pokonaniu wroga. On tylko pragnął rozładować to wszechogarniające, wszechrozłażące się po kościach, mięśniach i żyłach napięcie złości, wściekłości, niewyobrażalnej wręcz kurwicy, które męczyło go od chwili, kiedy najemnicy tego psa Stanisława pobili go prawie śmiertelnie, a jego wybrankę - świętą, niepokalaną, złotowłosą, bladolicą, lazurowooką Helenę - uprowadzili, bezczeszcząc dziewiczy spokój sielankowej, kanikularnej dotąd aury dworu. Teraz tańczył ze swoimi wojakami na karuzeli wojennej machiny śmierci, najeżonej włóczniami, dzidami, pikami, dardami, partyzanami, naszpikowanej śmiercionośnymi ostrzami toporów, berdyszów, wypełnionej końcówkami obuszków, czekanów, nadziaków i młotów. Im głębiej wbijali się piorunującym, morderczym klinem w zastępy wroga, tym drastyczniejszych obrazów apokaliptycznej degrengolady ducha Henryk był świadkiem. Przechodził od sceny do sceny, od kadru do kadru, obserwując coraz większy obłęd jego żołnierzy.

63


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Dla przykładu zaświadkował scenie, w której dwóch obłąkanych rycerzy, na których zbrojach rysowały się rdzawe liszaje szaleństwa, znanych pod imionami Augustyn i Walerian, przytrzymywało jednego wrogiego nieszczęśnika, trzeci i czwarty zaś, ongiś chwaleni pod imionami Prozym i Mędryk, toporami odrąbywali zbroję, przy okazji odszczepiając wielkie płaty mięsa. Schwytany zdzierał gardło niczym zarzynane prosię, w które istotnie się przeistoczył. Obnażyli go z wszelkiej wiary, nadziei i godności. Wybuchli śmiechem, widząc jego małe, „niepełne” przyrodzenie. - Coś maleńkiego wystaje - ryknął śmiechem Augustyn. - I takie jakieś biedne, pokaleczone - przyglądał się uważnie Walerian. - To się nazywa obrzezanie - Mędryk jak zwykle się wymądrzał. - Oni tak mają. Po ostatniej bitwie sprawdziłem wszystkim poległym. - Ty się kutasami interesujesz? - zarechotał Prozym. - Muszę wiedzieć wszystko o wrogu. - To obrzezajmy go dokładniej - łypnął porozumiewawczo Augustyn i zanim ktokolwiek zdołał jakkolwiek zareagować, zaprotestować, czego prawdopodobnie nie mieli nawet w zamiarach, po prostu ciął przyrodzenie wroga. - A dla mnie sakiewka z klejnotami! - krzyknął Walerian i odciął worek mosznowy zemdlałego obrzezańca. - Zjesz je na śniadanie? - zawył szeroko roznoszącym się rechotem Prozym, pogrążony w hipnozie wojennej, delirycznej ekstazy. - Nie, potrzebne mi są do mojej korony łonowej, którą wiążę z trofeów. Henryk pokręcił głową zszokowany rozgrywającą się przed jego oczyma sceną. Wiedział, że jego rycerze zdolni są do wszystkiego, do wszelkich poświęceń, wyrzeczeń. On sam w chwilach irracjonalnego gniewu potrafił wykosić pół pułku, zanim się uspokoił i w miarę opamiętał. Ale oni tu wyprawiali rzeźnickie orgie! Nigdy by nie podejrzewał własnych rycerzy, że posuną się aż do tak kanibalistycznego wręcz barbarzyństwa! Piekło otworzyło bramy w ich umysłach. Jak i na całej przeklętej ziemi. W końcu, rozdeptawszy armię wroga, uderzyli w posępne, czarne mury zamku. Taranami sforsowali niedostępne wejście. W szale wojennym wykosili wszystkich obrońców. Dziewki i dzieci powiązali włosami i wywlekli pękami w triumfalny, gorzki i bolesny dla pokonanych jasyr. Tymczasem Henryk samotnie wspinał się po stromych schodach do najwyższej baszty. Z każdego kąta wyzierał mrok, zaniepokojony nagłym najściem intruza. Henryk nie zważał na dymne, efemeryczno-mgliste szpony pragnące pochwycić go i strącić ze schodów w odległą, magnetyczną przepaść. Na szczycie stały dwie dziwne postacie w długich, przezroczystych tunikach. Prześwitywała przez nie zmysłowa

64


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

kobiecość. Strażniczki wydawały się być utkane z mgły. Po raz pierwszy Henryk się zawahał. Wojowniczki nie miały żadnej broni, jednak stały pewne siebie, przekonane, że nie przejdzie obok nich żadna siła. Henryk zbliżył się powoli. Uważnie spoglądał w twarze osobliwych strażniczek. Zobaczył w nich światłe oblicza Heleny. Cofnął się. Kobiety uśmiechnęły się pogardliwie. Rycerz, wciąż jeszcze otumaniony bitewnym zgiełkiem, przełamał się w sobie i ruszył na nie z wyciem zranionego drapieżnika. Zamachnął się. Miecz przebił mleczno-mgliste powietrze, w które kobiety się rozpłynęły, na pożegnanie uśmiechając się zalotnie. Krople potu wyciśnięte z czoła wpadły do oczu Henryka i zaszczypały. Zjawy! Widma takowe! Widziadła przeklęte! Zmęczenie dawało znać o sobie. Oparł się o masywne drzwi, które z zadziwiającą łatwością ustąpiły, ukazując mu spowitą cieniami i księżycowymi promieniami komnatę. Jeden z cieni, wyraźniejszy i intensywniejszy, którego próbował dosięgnąć blask księżyca, tulił się do lewego rogu w głębi pomieszczenia. Henryk przystanął, niepewny, kogo tak naprawdę ujrzy. A jeśli to inna branka? Jeśli to nie Helena? Przemógł się i podszedł do postaci, a raczej żywego kościotrupa, który lękliwie nań spoglądał. Nie było już tej dawnej, dziewczęcej Heleny. Został po niej cień. Rycerz spojrzał w pełną, nalaną, niewzruszoną twarz księżyca. Czuł, że wstępuje w niego niezwykła siła, moc, którą może otoczyć żywego trupa przed nim i sprawić, że znów zmieni się w kobietę jego marzeń i snów. Rycerz promieniował cudownym srebrnym światłem. Objął Helenę i spojrzał w jej oczy. Źrenice wracały do świata żywych. Była znów jego wybranką, kobietą z krwi i kości, panią jego serca, które biło tylko dla niej.

2. Za kulisami Waldemar całował namiętnie Monikę, filmową Helenę, która dość biernie odpowiadała, gwiazdeczka śmiertelnie znudzona kolejną próbą. Ale to akurat nie miało żadnego znaczenia. Ważne, że całował ją tu i teraz. - Cięcie! - obosieczny topór polecenia reżysera spadł na szyję Moniki-Heleny, która oderwała się natychmiast od ust Waldemara-Henryka, pozbawiając go tym samym jedynej przyjemności i radości, której doświadczył na tym podłym, plastikowym planie filmowym. Waldemar, przy pomocy charakteryzatorów, zaczął się wreszcie uwalniać od szczelnie pokrywającego go plastiku. Obrócił się i spojrzał na pole bitwy, które było w zasadzie wielką niebieską płachtą. Tylko na ziemi walały się wszędzie kukły z arbuzami zamiast głów. I tak specjaliści od trików wszystko ładnie „wyczyszczą” i wstawią swoje własne „bajery”. Jedna wielka ściema, jak by powiedziały moje nastoletnie

65


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

dzieci, gdybym je miał, pomyślał gorzko. To nie to, co kiedyś. Prawdziwe, wielkie makiety z prawdziwymi aktorami i rekwizytami. Zanim Waldemar zdążył zaczerpnąć świeżego, leśnego, przesyconego zimową aurą powietrza, aktorka już zniknęła w swoim baraku. - Co się do diabła z tobą dzieje? - pucołowate policzki spasionego na krzywdzie aktorów i drastycznych cięciach budżetowych reżysera wydyszały kłęby słów. - To nie film pornograficzny, żebyś ją jęzorem oblizywał! - wściekał się kretyn, w którego oczach świeciły się złote monety euro, a w głowie zwoje mózgowe zwijały się i rozwijały czerwonymi dywanami największych europejskich festiwali filmowych. Przekonany o swoim geniuszu grubas gnoił po kolei aktorów-amatorów, którzy tylko przeszkadzali mu w objawieniu swojego artystycznego geniuszu. Nie mógł jednak zatrudnić profesjonalistów. Jedynym wyjątkiem był ten stary pryk Waldemar, ale on mógł harować za każdą gażę. Czyli z uśmiechem na ustach brał każdą rolę za najmarniejsze nawet pieniądze. Prostak. Artysta w dupę kopany. Reżyser uśmiechnął się w duchu. Zaraz mu jednak mina zrzedła. Reszta to cholerni amatorzy z wybujałymi pretensjami. Cholerny kryzys ekonomiczny cholernie napinający mi budżet. Jeśli go przekroczę, producenci jaja mi urwą i nici z festiwali i nagród. Dobrze, że ci miejscowi fani gier komputerowych, których zatrudnił do zrobienia efektów specjalnych, byli tani jak barszcz. - Tak, może i nie porno, ale bardzo temu bliskie. Debilny film pseudo-historyczny - Waldemar mruknął pod nosem, zatrząsł się jak galareta i zrzucił z siebie plastikowe naramienniki i inne pozostałości po kiczowatej zbroi. Rzygać mu się już chciało od tej roli smutasowatego rycerzyka, którego zadaniem było nieheroiczne przebicie się, przeoranie wraz z kompanami przez zastępy wrogiej armii i uwolnienie z zamku księżniczki. Waldemar miał wrażenie, że scenariusz był pisany na kolanie spaślaka, który - zamiast koncentrować się na fabule - posuwał kolejną aktoreczkę. Jedynie sceny z Moniką-Heleną mu się podobały, dzięki nim miał nadzieję zbliżyć się trochę do aktorki, w której się od lat podkochiwał. - Tylko mi tu proszę kostiumów nie niszczyć! Bo z gaży potrącę! - cedził przez krzywe zęby reżyser. Waldemar ściągnął ciężkie, druciano-skórzane rękawice, jedyny autentyczny rekwizyt na planie, i piznął grubasowi w okrągłe ryło. Tamten zawył z bólu i wściekłości. - Ty gnido! - zawył. - Już tu nie pracujesz! Zabieraj stąd swoje ścierwo i wypierdalaj! Waldemar splunął w bok i ruszył do przyczepy Moniki. Teraz albo nigdy, postanowił i uśmiechnął się gorzko. „Teraz albo nigdy” było tytułem komedii romantycznej, do której castingu brał udział, ale go nie przyjęli. Zbyt mroczną ma fizjonomię - mówili.

66


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

Twarz jego była charakterystyczna, znacząca i znaczona, miejscami krzykliwa, dzika, nakrapiana widocznym znamieniem szaleństwa, ale i dostojeństwa, równocześnie łagodna i surowa, miejscami ciepła, o ile pozwalały na to granice chłodnych przebłysków dzikości, oczy spoczywały osadzone nie za płytko i nie za głęboko, świdrujące rzeczywistość, analizujące i przekształcające wszystko na ruchome obrazy filmowe. Był to wzrok rodzaju wszystkowidzącego, przeżywającego intensywniej, silniej, skupiającego w sobie wielorakie wrażenia zmysłowe, łącznie ze słuchem i dotykiem. Postawę i posturę adoptował zgodnie z przeznaczeniem powoływanej przez siebie do życia postaci. W początkowym okresie kariery aktorskiej producenci i reżyserzy rozchwytywali go do projektów. Scenarzyści specjalnie dla niego pisali role, z których on wyczarowywał niezapomniane, charyzmatyczne ikony pokolenia. Każdy sukces roztacza jednak cień. Tak było i w przypadku Waldemara. Role zaczęły go zmieniać. Wpłynęły na niego, całkiem naturalnie zresztą, ukształtowały, uformowały, wypłukały wręcz z osobowości, obdarowując w zamian cechami wymyślonymi, zrodzonymi w umysłach pisarzy. Przyjęcie każdej nowej osobowości Waldemar odbierał z radością, utęsknieniem, jak w głodzie narkotykowym, wyczekując nowych cech, które pozwoliłyby mu żyć. On nie mógł istnieć bez filmu, a wiele filmów nie istniałoby bez niego. Rozszczepiał swoją świadomość i obdarzał nią nowe postacie, zamykane później w kawałki plastiku, papierku bądź tekturki. Choć doczekał się też blaszanej, a nawet drewnianej edycji specjalnej niektórych swoich filmów. Jeszcze dostanę rolę życia. Ja wam pokażę. Ugryzł się w język. Znowu to samo. Uśmiechnął się tak szczerze i smutno do siebie, że aż poczuł żal ściskający trzewia jak paciorki. Nie ma już prawdziwego kina, westchnął. Wszystko sprowadza się do budżetu, a liczy się tylko popcorn i zyski. I zaległe rachunki, które zaczną obciążać jego świadomość - bo tak się to właśnie skończy. Ta myśl go przeraziła. Jedynym azylem, wytchnieniem od wściekłości świata było jego własne mieszkanie: mała, ciasna i jeszcze, niestety, nie własna dwupokojowa klitka - większej budy, przynajmniej na razie, nie potrzebował - w której ledwo się pomieścił, gdyż wszystkie ściany, podłoga, nawet ta miniaturka, pozytywka, parodyjka kuchni, kurczącej się z roku na rok jak on sam, cała trójwymiarowa przestrzeń jego norki zawalona była kasetami wideo. W sumie gdyby wszystkie wymienił na DVD, miejsca zrobiłoby się o wiele więcej. Trzymał je przez sentyment. Poza tym, wiele filmów, które on posiadał, nikt nigdy nie będzie miał na żadnych DVD, Blue-Rayach czy innych nośnikach. Większość to były całkowicie undergroundowe produkcje, kręcone przez zapaleńców za kasę zarobioną na nocnych zmianach. Filmy, które nigdy nie trafią do ogólnego obiegu. No, chyba że zdarzyłby się cud. Ale taki nigdy się nie wydarzy. Bo nie istniały kopie, a tylko on miał oryginały. I wcale nie miał zamiaru się

67


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

nimi dzielić. Zaczynał przygodę z aktorstwem od tych produkcji, choć trudno mówić tu o jakichś produkcjach. Kumple nagrywali, śmiali się, a kasety wyrzucali. On jednak zbierał te jednorazówki, jak pogardliwie nazywali ich własne filmy, i skrupulatnie je przechowywał. To część naszego życia, naszej historii, powtarzał im, ale oni woleli oblewać swoją kolejną porażkę. Waldemar nigdy nie traktował ich amatorskiego kręcenia filmów w kategoriach porażki. Wiedział, że to miało jakiś sens. Ale jaki? Życie weryfikowało wszystko. Dzisiaj Waldemar miał 42 lata. O 42 lata za dużo. Gdyby się teraz urodził, może łatwiej byłoby mu zaakceptować komputerową papkę serwowaną w multipleksach. Czuł, że jego epoka bezpowrotnie minęła. Nie miał wyjścia, musiał zaakceptować stan obecny. Dlatego grał tam, gdzie tylko się nadarzyła okazja. A właśnie teraz taką okazję spieprzył i to centralnie dwukrotnie. Po pierwsze: rola zapewniała mu kasę, to nic, że grał w „komputerze”, czy jak oni tam nazywali ten cały „blue box”? Po drugie: na planie spotkał Monikę, w której się od lat podkochiwał, niestety, bez wzajemności - od pierwszego dnia zdjęciowego pierwszego filmu, w którym razem zagrali. A w zasadzie to jeszcze od castingu do tego filmu. Wiele lat minęło, kiedy znów spotkali się na planie. Zamurowało go, kiedy się dowiedział, że ona będzie grać jedną z głównych ról. Postanowił zrobić wszystko, żeby się dostać do filmu. Tak mistrzowsko zagrał podczas zdjęć próbnych, że reżyserowi i ekipie puściły zwieracze z wrażenia. Monice nic nie puściło i nie zwracała na niego uwagi. Miał nadzieję, że to się zmieni. Już nawet widział tę zmianę, ale tylko na planie. On za dużo sobie wyobrażał, a ona po prostu perfekcyjnie odgrywała swoją rolę. Po klapsie końcowym wszystko się rozchodziło po kościach. Czyli on do norki, ona do baraku. Próbował ją jakoś podejść, ale się nie udało. Ciepła była tylko według scenariusza. Poza planem zamykała się w swoich chłodnych komnatach duszy, którą pewnie też sprzedała. Ale do jasnej cholery! Waldemar nie zamierzał być kolejnym Don Kichotem czy Wokulskim goniącymi mary. Dulcynea-Izabela. Nie! Jak to? Ja nie mam szans? Przecież ona nie mieszka w pałacu, tylko w baraku! Do tego właśnie zamkniętego baraku zmierzał teraz Waldemar, który już nic nie miał do stracenia, po tym, jak ten obleśny knur wypierdolił go z obsady. Najwyżej straci resztki godności i jak skulony doczłapie się do norki, z której też niedługo go wywalą, bo będzie miał zaległe rachunki za czynsz. W baraku paliło się światło. Tak jakoś się spiął w sobie, wycyganił skądś resztki odwagi i zapukał do drzwi. Nic. Cisza jak makiem zasiał. Co gorsza, w środku zgasło światło. Zawahał się. Właśnie realizował się czarny scenariusz czarnej komedii pod tytułem: „Ja pełen nadziei przed barakiem, który mnie obsrał”. Może nie dosłyszała? Zapukał drugi raz, mocniej. Barak zaczął lekko drgać, jakby ktoś w środku przenosił ciężar ciała z jednej na drugą stronę. Wyraźnie usłyszał męski, donośny, prawie że

68


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

tubalny głos: - Kogo tam, do ciężkiej kurwy nędzy, niesie po ciemku? Spaślak posuwał Monikę. Wiedziałem, wiedziałem, że tak jest. Waldemar zamknął oczy i skulił się w sobie. Przez chwilę nie mógł złapać oddechu. Ktoś właśnie wylał na niego wiadro pomyj, nasmarkał, oszczał, a na koniec splunął. Usłyszał głośny śmiech kobiecy. Jej śmiech. Teraz, w tej chwili, w tej sytuacji rozbrzmiewający jak sonata żalu. Treny rozpaczy. Noc Walpurgi zapowiadała się długa, dłuższa niż wszystkie seanse filmowe na jego kasetach - połączone w całość graną od początku do końca i z powrotem. Spuściwszy smutno głowę, krokiem katatonika odszedł w mroczny krąg zapomnienia.

3. Gilotyna kontra Ludzie-Bestie-Znikąd Cisza. Absolutna cisza. Perfekcyjny spokój na idealnie białym niebie. Wysokie, szare, wyraźnie mangowe źdźbła trawy uparcie zasłaniały ledwo wyczuwalne drgania przenoszone z oddali. Absolutną ciszę przerwał lekki podmuch wiatru wywołany falowaniem bawełnianego materiału. Czarna jak głowa kosa hakama zagłuszała bezszelestne stąpnięcia sandałów na twardej, wydeptanej ścieżce biegnącej wśród traw. Obie dłonie luźno spoczywały na rękojeściach mieczy, przypasanych po obu stronach pasa. Twarz, skupiona na drodze w oddali, nie wyrażała żadnych uczuć, najmniejszych nawet śladów jakichkolwiek myśli. Na białym niebie pojawiła się szara chmura. Skoncentrowane kroki zatrzymały się. Przez wysokie trawy przeszedł dreszcz. Źdźbła ugięły się pod ciężarem czegoś, co nadchodziło nieubłaganie. Dantoudai, zwany Gilotyną, czuł, jak coś się zbliża z wszystkich stron, zataczając wokół niego coraz ciaśniejsze kręgi. Zacisnął pięści na rękojeściach i ruszył dalej, oczekując kolejnego spotkania z nieznużonym, ścigającym go od wieków przeznaczeniem. Kilkaset lat temu Dantoudai wspinał się na szczyt Żelaznej Góry. Nie prowadziła tam żadna ścieżka, mógł się wspinać tylko po ostrych, twardych jak żelazo kamiennych graniach. Ręce i nogi pokryły się ranami. Napięte jak postronki mięśnie z nadludzkim wysiłkiem pokonywały zabójczą odległość, jaka go jeszcze dzieliła od szczytu.

69


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Był pewien, że to ona. Wcześniej żadna inna góra nie pragnęła go zabić tak bardzo jak ta. Ukazała mu się kiedyś we śnie. Jego wewnętrzny głos powiedział wówczas: „Doznasz olśnienia równego wizjom bogów. To twój cel. Zmierzaj do niego na przekór wszystkim i wszystkiemu. Lecz najpierw musisz odnaleźć dwa miecze na szczycie Żelaznej Góry.” Dantoudai wyruszył w podróż, prowadzony głosem swojego wnętrza, uzbrojony jedynie w siłę woli. Mijał czwarty rok, jaki spędził na poszukiwaniach, przemierzając cały kraj z południa na północ. W końcu, w zapomnianym paśmie górskim nad odległymi, pokrytymi śniegiem i lodem północy brzegami morza, ukazała mu się nagle, prawie że wyskoczyła tuż przed nim, pionowa ściana Żelaznej Góry. Wydawała się niemożliwa do sforsowania, ale Dantoudai po dość długiej podróży dookoła jej ścian znalazł w końcu miejsce, od którego mógł zacząć żmudną wspinaczkę. Po całodniowej morderczej pracy ciała i duszy doszedł na sam szczyt. Znalazł się w dziwnym ogrodzie, w którym zamiast drzew i roślin rosły ich skalne wyobrażenia pokryte puchowymi czapami śniegu. Pośrodku skamielin stała mała, skromna świątynia, cała z lodu, przed którą stary płatnerz wykuwał dwa miecze. Pomagał mu mały chłopiec. Dantoudai zbliżył się do nich wolnym, lecz pewnym siebie krokiem. Zaczął prószyć lekki śnieg. Płatki opadały targane teatralnymi uniesieniami w jednoaktowym dramacie. Kiedy Dantoudai zbliżył się na wystarczającą odległość, mógł przyjrzeć się twarzy płatnerza, którego wzrok utkwiony był gdzieś daleko. Starzec w ogóle nie patrzył na kute przez siebie miecze. Dantoudai spojrzał na chłopca. W oczach zamiast źrenic rezydowała pustka. Płatnerz i chłopiec byli niewidomi. Nieoczekiwanie starzec podniósł oba miecze do góry i odezwał się wydrążonym w ciszy głosem: - Wiem, skąd pochodzisz i po co przyszedłeś. Oto dwa miecze, które czekają na ciebie. To jeszcze bezduszne ciała, ale ich czas nadejdzie. Wtedy miecze się narodzą. Ty jednak musisz cierpliwie czekać. Dantoudai bez słowa uklęknął i oddał się medytacji. Nie zastanawiał się, jak długo medytuje. Czas i miejsce przestały odgrywać jakąkolwiek rolę, były bez znaczenia.

70


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

Dni i noce mijały, szarpane śnieżycami, kaleczone mrozem. Dantoudai klęczał, medytując. Jego zamknięte oczy otwierały kolejne poziomy wtajemniczenia. W końcu płatnerz położył przed nim dwa wykute przez siebie miecze. - W tych dwóch katanach zaklęte są dusze: moja i mojego syna. Jesteśmy przezroczyści jak sople lodu świątyni za mną, więc ostrza mieczy są równie czyste. Są niewinne jak łzy rosy o wschodzie słońca. Dantoudai nie ruszał się. - Dla pierwszego miecza poświęciłem swoje życie i duszę – płatnerz wskazał katanę. - Dla drugiego miecza poświęciłem życie i duszę mojego pierworodnego syna – wskazał drugą katanę. – Narodziny dokonały się. Dantoudai nie drgnął. Nie podniósł powiek. Szeroko otwartym trzecim okiem zobaczył wnętrze świątyni. Na jednej z mat pokrytych szronem leżało nieruchome dziecko. W następnej chwili Dantoudai zobaczył płatnerza kładącego się i zastygającego w pozycji embrionalnej. Samuraj otworzył oczy. Przed nim leżały dwa miecze. Nikogo w pobliżu nie było. Dantoudai usłyszał głos w swoim umyśle: „Teraz moja dusza i dusza mojego syna należą do tych katan. A one należą do ciebie.” Dantoudai podniósł je. „Niech cię prowadzą. Pozwolą ci zrozumieć, dokąd zmierzasz.” Wstał. Spojrzał na świątynię. Ostatni raz. Po czym się oddalił. Nie zdziwił się, widząc przed sobą ścieżkę wijącą się w dół między niedostępnymi krawędziami pionowych, gładkich jak żelazo ścian. Czuł, że prowadzą go miecze, wykute z duchowego marmuru największego poświęcenia. Teraz sunął jak cień po wydeptanej, ubitej skrzepłą krwią ścieżce. Pięści zaciskał na rękojeściach. Wtem ściany traw po obu stronach ścieżki rozstąpiły się, wyrzucając z siebie krzyk. Dantoudai nie czekał. Dwie katany dobyte z niesamowicie skoncentrowaną energią zatoczyły dwa wertykalne koła i nie zatrzymując się wirowały dalej, tnąc zastygłą w przerażeniu przestrzeń.

71


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Na trawę trysnęła czarna posoka, a dookoła niego posypał się deszcz ni to ludzkiego, ni to zwierzęcego mięsa, szatkowanego dwiema niemożliwymi do zablokowania latającymi gilotynami. Ukryty w zaroślach na wzgórzu brudny, brodaty, koślawy ryj obserwował z bezpiecznej odległości całą scenę. - Pies! – warknął pod porowatym, skrzywionym nochalem. – Przeklęty pies! Myślisz, że jesteś nieśmiertelny! Że nikt ci nie da rady! Jeszcze się zobaczymy w piekle! Psie! Bestialsko powyginany, pokryty nie gojącymi się bliznami brodacz wycofał się ostrożnie i zniknął, zostawiając swoich towarzyszy na pastwę szalejącego wiru śmierci, w jaki wciągnęły ich znikające w ogromnym pędzie katany. Ostatni krzyk zamarł w ustach spadającej przed samurajem głowy. Szara chmura na białym niebie leniwie odpłynęła. Gdzieś w oddali śpiewał czarno-biały ptak. Dantoudai ruszył dalej.

4. Kolekcja i możliwość jej poszerzenia - dodatki Ten film to był ewenement, nie tylko pod względem fabularnym - Waldemarowi podobała się rola Gilotyny, nieśmiertelnego samuraja objętego klątwą starożytnej bestii, ale i realizacyjnym: przeznaczyli cały budżet na wyjazd do Japonii. Opłaciło się. Film odniósł spektakularny sukces na całym świecie, a wielu aktorom i osobom pracującym nad filmem utorował drogę do światowej kariery. Na planie filmowym pracowali nie tylko z Japończykami, ale ze świetnymi już wtedy Hiszpanami, którzy przeżywali prawdziwy renesans kina grozy. Waldemar szczególnie zapamiętał młodego, bardzo obiecującego hiszpańskiego aktora. Już wtedy każdy wróżył wiele Jacinto Molinie, który wyrósł na wielką postać - ikonę eurohorroru. Monika-san też tam była. Tak, i Tony Halik też - sam sobie dał zgryźliwy komentarz. Zaraz zaczął polemikę. No i co z tego, że była? Co z tego, że jest wielka na ekranie? W prawdziwym życiu to mała, podstępna, puszczalska żmija, wykorzystująca każdą sposobność, by piąć się po szczeblach kariery. Mimo to ją kochał. Na zabój. Najbardziej chorobliwą, wyniszczającą miłością, jaką można było sobie tylko wymyślić. I żaden scenariusz odwykowy nie pomagał. W tle sączyła się muzyka Ennio Morricone. Uderzenia paniki pojawiały się i znikały. Waldemar leżał, siedział i znów leżał. Siadał, wstawał, robił kilka kroków i znów kładł się na łóżko. W ubraniu. Bo czegóż trzeba więcej, aby żyć? Wpatrywał się w tytuły filmów na grzbietach VHS-ów. Jego niezapomniane role. „Noce Wilkołaka”, „Zna-

72


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

mię”, „Zemsta Mumii”, „Wycie Diabła”, „Szkarłat”, „Legiony Kleopatry” - filmy, które rozpalały do czerwoności nie tylko fanów. Kolekcjonerzy wyli z rozpaczy, nie będąc w stanie trafić na ślad nawet zniszczonej kopii. A oto proszę bardzo: na jego półkach wszystkie filmy stały dumnie, prawdopodobnie jedyne oryginały na ziemskim padole. Wśród nich był nawet western „Wściekłość Johnny’ego Kida” - jeszcze ze scenami, w których grał Waldemar, które później tak bezczelnie wycięto z kopii przeznaczonej do powszechnego obiegu. Do każdego filmu mógłby napisać osobną książkę ze wspomnieniami. Dodatki, które dołączają do eksluzywnych wydań są śmiechu warte. Nic nie odda specyficznej atmosfery z samego planu filmowego. Ten syf, piękno, smród, słodycz, zapach, splunięcie w twarz, bijatyka wszczynana tu i ówdzie dla podniesienia temperatury przed graniem danej ostrej sceny, zarzyganie się aktorki na widok odciętych sztucznych penisów i wyrywanych pochew pokrytych kisielem sztucznej krwi - tego wszystkiego nie odda żaden exlusive. To wszystko trzeba przeżyć. Westchnął. A dzisiaj? Nawet nie zapewnią aktorowi porządnego stroju, bo wystarczy prowizoryczny łach, i tak komputery wszystko za nas zrobią, obrobią, powiększą, zmniejszą, tam poprawią, tu ulepszą, a jak w ogóle nic nie wyjdzie, to w pizdu!, funkcja delete i montujemy od nowa, aż do skutku, trochę kawy dla nerda, tablet, odpowiedni program i śmigaj pan w Photoshopach czy innych. Z aktorstwa zostają tylko szeroko otwarte szczęki podziwiające komputerowe eldorado, orgię CGI w kinie na ekranie. Ale co mnie to wszystko obchodzi? Waldemar wpatrywał się w sufit trwający i pędzący w otchłań świetlną wsysaną przez czarną dziurę pustki, złudy i rat do opłacenia. Kosmos się zamknął, niebo też, czas na twarde lądowanie. Niedługo wyrzucą go na bruk z całym dobytkiem, jeśli tego wcześniej nie skonfiskują, i to będzie na tyle. A potem szukaj przeminionego wiatru w polu straconych szans i anulowanych przedstawień. Nie, bez kitu, usiadł gwałtownie na łóżku. Wraz z dzisiejszym dniem, a konkretnie: z dzisiejszym wypowiedzeniem, że tak eufemistycznie ujmę, zostałem bez środków do życia. Nic już nie pomoże, ani jęczenie, ani kwęczenie, stękanie, nic. Trzeba ruszyć dupę z domu i poszukać jakiejś pracy. Obojętnie jakiej. Objął nerwowym, szybkim wzrokiem kasety. Gdzie ja podzieję moje skarby? Przecież nie pozwolę ich ot tak wyrzucić na bruk! Muszę na nie pracować, zarabiać, troszczyć się i oglądać. Bo tylko to mi zostało. Postanowił działać. Wstał z łóżka, założył buty i podszedł do drzwi. Wtedy właśnie rozbrzmiał dzwonek. Kie licho? Kogo tu niesie? Zerknął przez judasza. Gościu może w jego wieku, choć pewnie trochę starszy, w gajerku, ogolony, odpicowany, w bryl-

73


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

kach nowej generacji, pewnie agent. Komornik. Waldemar wahał się przez chwilę. Zupełnie nie miał pojęcia, co robić. Otworzyć mu? A jak tamten go namierzył, wie wszystko o kłopotach, od razu go wybebeszy i wyrzuci na bruk? Kurde, tacy są najbardziej niebezpieczni, są jak wiecznie odbezpieczone granaty. Nawet nie wiesz, kiedy rozerwą cię na strzępy. Wparują, przetrzepią i w najlepszym wypadku rzucą na łóżko szpitalne na dożywocie. A moje kasety? Zabiorą moje kasety! Znowu przeszywający uszy dzwonek. Dawno nie czyścił małżowin, więc zalegający wosk trochę stłumił przeraźliwy dźwięk. W końcu, po kilku szybkobieżnych chwilach wątpliwości, rozterek i zawahań, jakimś desperackim skokiem natchnionego instynktu Waldemar otworzył drzwi. - Dzień dobry - odezwał się gajerek. - Przyszedłem sprawdzić, czy jest płacony abonament radiowo-telewizyjny. - Przepraszam? - Waldemar wybałuszył oczy jak przerysowana karykatura zwierzaka w klasycznej animacji. - Ma pan odbiornik radiowy? - na spokojnie agent, widać było i słychać, że profesjonalista w każdym centymetrze, poza tym na pewno nieziemskie doświadczenie wypieszczone na takich jak Waldemar. - Nie mam odbiornika radiowego - Waldemar też postanowił na spokojnie. Załatwi go najlepszymi sztuczkami aktorskimi. Tamten nawet się nie pozna. - W czym innym mogę pomóc? - Ale ma pan odbiornik telewizyjny, prawda? - picuś nie dawał za wygraną. - Mam. - No to powinien pan też płacić za abonament. Mogę zobaczyć uregulowane rachunki? - Ale ja nie oglądam telewizji. - No ale telewizor pan ma - to „no” zaczynało już drażnić Waldemara. - Mam, ale oglądam na nim tylko filmy. Na wideo. Odtwarzacz wideo jeszcze mam. Dobry. Oryginalny, japoński. Nie to, co dzisiejsza chińszczyzna podróbszczyzna. - Proszę pana, powiem krótko. Ma pan odbiornik telewizyjny, więc proszę o pokazanie uregulowanych rachunków za abonament radiowo-telewizyjny - gajerek był stanowczy, Waldemar wyczuł w jego głosie nutkę niebezpiecznie balansującą na ostrej, cienkiej, nadgranicznej krawędzi. Jeden mały kroczek i sruuuuuuuuuuuu - nawet się nie oglądniesz, jak zajmą się tobą służby porządkowe i zbiorą szufelką z ulicy. I tylko dlatego, że ktoś sobie wmówił, że zrobiłeś coś, o czym ty sam nawet nie masz pojęcia. - Ale ja nie oglądam telewizji - zaprotestował Waldemar. - Przecież już panu mó-

74


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

wiłem. - No skąd ja mam wiedzieć, czy czasami, właśnie przez przypadek, tak niby niechcąco, nie ogląda pan telewizji. - Nie mam anteny, może pan sam sprawdzić. - W ścianie, pod boazerią, pod półką, wszędzie da się wszystko ukryć. A może ma pan wbudowany w telewizor tuner zdalnie sterowany zbierający fale radiowo-telewizyjne? Ja wyjdę, a pan dalej będzie dziennik oglądał. Nie płacąc przy tym złotówki. - Przepraszam, ale męczy mnie pana bełkot - Waldemar się zdenerwował. Większych absurdów w życiu nie słyszał. - Proszę opuścić moje mieszkanie, bo wezwę policję. - Policja na nic się nie przyda, sam pan dobrze wie. A ja tak naprawdę to... - intruz bezczelnie wtargnął do mieszkania, zamknął za sobą drzwi i spojrzał prosto w oczy Waldemara, choć to wcale nie było proste, bo aktor miał wzrok mocno rozbiegany z emocji. - Proszę mi wybaczyć, ale testowałem pana. - Testował mnie pan? - zdziwił się Waldemar. - Testowałem pana, czy ma pan umysł tak zwany czysty. -? - Proszę się nie dziwić. Człowiek dzisiejszych czasów to najbardziej zamulona istota na ziemi. Większość podłączona jest do odbiorników telewizyjnych i zbiera fale, które ich motają, plączą, blokują myśli, zamulają i zniekształcają mózg. Nie wspominając o Internecie. Ma pan? - skrzywił się porozumiewawczo. Aktor pokręcił przecząco głową. - No właśnie. Szukam kogoś, kto jasno myśli. Gajerek rozejrzał się po imponującym zbiorze kaset wideo. Już wcześniej zerkał na nie ukradkiem, odczytując w myślach tytuły. - I widzę - kontynuował wypowiedź - że się nie pomyliłem w wyborze. Nie dość, że nie jest pan przymulony, to jeszcze bystry i inteligentny. Imponująca liczba tytułów - objął ramieniem mieszkanko aktora. - To mój cały świat. - Świetnie - uśmiechnął się tajemniczo intrygujący nieznajomy. - Bo mój też. - Lubi pan filmy? - Waldemar w tym momencie bardzo się ucieszył, że wreszcie znalazł pokrewny temat choć w ułomnym stopniu wskazujący na pokrewieństwo dusz z tym nieznajomym, który wniósł pewną aurę niepokoju do już i tak niepewnego okresu życia aktora. - Czy lubię filmy? - tajemniczy gość jeszcze szerzej się uśmiechnął. - Panie Waldemarze - aktor drgnął na dźwięk swojego imienia w ustach zupełnie nieznajomej osoby. - Ja nie tylko lubię filmy. Ja je r o b i ę.

75


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

- Jest pan reżyserem? - Waldemar wpadł w swój żywioł. Jakby tamten przekręcił kluczyk do drzwi sprężynowych, które odskoczyły i wrzasnęły z radosnej rozkoszy. - Można to tak nazwać - gościu przytaknął. - Tak - zdecydowanie przytaknął. - Jestem reżyserem. A raczej Reżyserem, przez duże „R”, i nie mówię tego przez skromność - przez chwilę konsternacja, a potem razem wybuchli śmiechem, choć Waldemarowi niezbyt było do manifestowania radości. Poza tym jakoś nie kojarzył tego reżysera każącego się tytułować przez duże „R”. Ale rynek pełen był świrów, więc aktor nie powinien się dziwić. Zresztą zawsze bardziej interesowały go role i fabuła, niż śmietanka środowiskowa typu producent, reżyser, scenarzysta, kierownik produkcji, asystent reżysera... Mniejsza z tym, zobaczymy, co ma do zaoferowania. - Sprawa jest prosta - kontynuował nieznajomy. - Ostatnimi czasy bardzo uważnie pana obserwowałem. Kłopoty osobiste, kłopoty na planie filmowym, sprzeczki z reżyserem, zawód miłosny, mógłbym tak jeszcze długo wymieniać... - Skąd... skąd pan to wszystko wie? - Interesuję się konkurencją, jak już wspomniałem, sam robię filmy. I żeby już nie przedłużać i tak długiego wstępu, chciałbym pana, panie Waldemarze Daniński, poprosić o współpracę. Waldemara zatkało. - Nie musi pan od razu odpowiadać. Aktor jak odrętwiały spoglądał na idealnie gładką przestrzeń, na której odgrywał główną rolę, ożywiając nicość. Tyle emocji targało nim na raz. Wszystko o mnie wie! Wszystko! Nawet moje imię i nazwisko nie są mu obce. - Może pan dołączyć do obsady, kiedy tylko zechce. - Już chcę! - odpowiedział mimowolnie Waldemar; instynktownie poszukał długopisu, jakby chciał podpisać jakąś niewidoczną umowę. Wiedział, że zachowuje się irracjonalnie, ale tego wymagała sytuacja. - Proszę, jeszcze jest czas, niech się pan dobrze namyśli - namawiał Reżyser, choć niechętnie, czego aktor nie wyczuł w jego głosie - czy chce pan grać w nietypowych filmach na podstawie niebanalnych scenariuszy. Brzmi cholernie intrygująco i dlatego chcę! Krzyczał w duchu Waldemar. Chcę się jeszcze móc rozwijać, spełniać aktorsko, realizować artystycznie! Obcy jakby czytał mu w myślach. - Jeśli się pan zdecyduje, to gwarantuję jedno: na pewno będzie mógł pan się spełniać aktorsko i artystycznie. A kto wie? - zamyślił się przez chwilę, oczy zaświeciły, jakby odbijał się w nich błysk spawarki łączącej elementy konstrukcji metalowej pod makietę na plan kolejnego filmu. - Może też uda się panu spełnić jako człowiek i wyzwolić siebie, wszystkie skrywane i tłumione dotąd żądze?

76


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

Tych ostatnich słów Waldemar nie zrozumiał, ale miał prawo nie zrozumieć, gdyż był w absolutnej euforii, która ćmiła wszelkie myśli i rozsądek. - Chcę podpisać umowę teraz. Już się zdecydowałem. - Wobec tego jutro przyjdzie pan pod ten adres - nieznajomy zamiast kopii umowy wręczył mu dziwną wizytówkę pełną liter, znaków i symboli. Waldemar nie ośmielił się jednak o nic więcej pytać. - Zaczynamy zdjęcia - dokończył Reżyser. - Miłego wieczoru życzę - i bez zbędnych ceregieli opuścił mieszkanie pięknie zaskoczonego, kompletnie zszokowanego, dodatkowo wytrąconego z równowagi Waldemara. Aktor długo nie mógł dojść do siebie. Spróbował sobie wyobrazić, w jakie to role może wcielić go ten reżyser. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy. Reżyser. Z pamięci wywołał nieznajomego, jego wygląd, ubranie, prezencję. Nie wyglądał na typowego reżysera filmowego. Ale czy w ogóle istnieje typowy reżyser filmowy? Jedno było pewne: miał nadzieję. Może w końcu się spełni? Może nawet zagra rolę życia? Miał przecież doświadczenie i wszelkie ku temu predyspozycje. Długo wpatrywał się w filmy ze swojej kolekcji, rozmyślając i analizując dotychczasowe dokonania. A później do późnej nocy oglądał wybrane kawałki i wspominał i marzył i świętował świetlaną przyszłość, która się przed nim dopiero nagrywała.

5. Zmumifikowany umysł - materiał bonusowy Następnego dnia powitało go echo wspaniałego, orzeźwiającego uczucia z zeszłego dnia. Wreszcie coś się wydarzy, coś ruszy, co pociągnie za sobą lawinę, która porwie go z rozpędu i pozwoli mu osiągnąć artystyczny ideał. Albo chociaż da mu się otrzeć o to piękno ukryte w marzeniach o czymś nieosiągalnym. Wstał i spojrzał na kasety. Przez moment myślał, że wciąż śni. Ale był wyspany, trzeźwy, miał świadomość, więc to nie mógł być - i z całą pewnością nie był - sen. Wpatrywał się coraz intensywniej w grzbiety kaset. Mimo że jeszcze nie wiedział co, coś w nich przykuwało jego wzrok. Nagle go olśniło, aż zadrżał. Iluzja, ułuda, omam - słowa jeździły po torach połączeń neuronowych, po aksonach jaźni i dendrytach zdziwienia, od stacji perykarionu do stacji gleju na trasie rozgorączkowanego umysłu. Nie mógł jednak zaprzeczyć ani odmówić wiary obrazowi, który się przed nim odtwarzał: grzbiety kaset - ich kolorowe obrazki i napisy - tworzyły coś na podobieństwo holograficznego obrazu gigantycznej twarzy wypełniającej najpierw ścianę zakrytą półkami, a potem cały pokój. Twarz wpatrywała się w niego intensywnie, może nawet uśmiechała się jowialnie, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. W końcu zbliżyła się, wsiąkła i przeszła przez twarz aktora. Waldemar poczuł się jak na audiencji u czarnoksiężnika z krainy Oz. Z tym wyjątkiem, że nie był przed, ale w głowie czar-

77


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

noksiężnika. Należałoby dodać, że we własnej głowie. Widział wszystkie swoje role. Przeżywał siebie w chwilach euforii i w momentach upadku i rozgoryczenia. Zobaczył siebie upadającego z konia kiedyś na planie filmowym. Dotkliwie się wtedy połamał, ale zdołał dotrwać do końca zdjęć. Zawdzięczał to przyjacielowi, który tak zmienił scenariusz, że wpleciono wypadek w fabułę. Zobaczył setki szczurów wyłaniających się z ciemnego zaułka jakiegoś wspomnienia. Szczury paliły się i piszczały przeraźliwie, biegnąc prosto na niego w perfekcyjnie wykonanym trójwymiarowym efekcie specjalnym. Wkrótce szczury biegały mu po głowie, jadły włosy, przegryzały się przez skórę i wświdrowały w czaszkę. Przebiły się przez oponę twardą, przedarły się przez oponę miękką, zanurzyły się w istocie szarej, skąd już rozpędem wpadły do istoty białej. Waldemar czuł, jak jego osobowość jest miętolona i rozchełstywana. Może jego pragnienia też były taką złudą, jak ta głowa, we wnętrzu której gmerał, rozpamiętując to, co byłe i minione. A jeśli niepotrzebnie się uganiał za zmrożonymi w mroku niepamięci mrzonkami? Po co miałyby odtajać? Mimo wątpliwości, które rozszarpywały go niczym rozplugawione wilcze plemię, postanowił spróbować. W najgorszym wypadku sam się przekona, że nie było warto i wróci do swojej pokrzywionej powłoki normalności i zwykłości, z którą już dawno zdążył się pogodzić. Gdy spojrzał na siebie i otaczający go świat, stwierdził, że obudził się w nowej rzeczywistości: kolorowej i tęczowej jak rozśpiewane i roztańczone kadry bollywoodzkiej epopei. Więc jednak sen jeszcze trwał. Nie, sen już się skończył i odjechał wraz ze wznoszącymi się w stronę dnia powiekami. Kasety na półkach - z głową czy bez przypominały mu o jego marzeniach. Doskonale wiedział, kim jest, kim może jeszcze zostać, co może - i potrafi - osiągnąć. Na śniadanie zrobił jajecznicę z trzech jajek. Nabiał zawsze obdarowywał go niezwykłymi, nadnaturalnymi wręcz siłami witalnymi. Kiedyś widział perwersyjny obraz rozbijanej nad patelnią skorupy, z której w gorące, roztopione masło ściekło nienarodzone pisklę - niemrawo poruszało zdziwionym dzióbkiem. Waldemar schrupał je z drapieżnym, wilczym smakiem. Nawet łatwo mu to przyszło, gdyż właśnie był w trakcie kręcenia filmu, w którym odgrywał główną rolę wilkołaka. Bardzo wczuł się w swoją rolę, która zdawała się wychodzić poza plan filmowy i wkradać do prawdziwego życia. Po skonsumowaniu usmażonego pisklęcia, aktor poczuł się panem życia i śmierci. Było to niezwykłe, orgiastyczne uczucie. Od tamtej pory codziennie robił jajecznicę na śniadanie, w nadziei, że ze skorupek znów wykluje się płód kurczaka, i przypomną się perwersyjne doznania z przeszłości. Skrycie też liczył, że kiedyś stanie się panem życia i śmierci swoich widzów, nieformalnie ślubujących mu bezwzględne uwielbienie. Już dawno zweryfikował te poglądy. Teraz liczyło się tylko

78


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

spełnienie: artystyczne, ludzkie, transcendentne.

6. Sceny wycięte Po śniadaniu ubrał się i wyszedł z mieszkania, kierując uskrzydlone kroki w kierunku magicznego planu filmowego. Mimo zimy ciepło ciekło po chodniku, po którym chodziło coraz mniej ludzi, przeważnie emerytów i osób na zwolnieniu lekarskim ryzykującym kontrolę ZUS. Gdzieniegdzie śnieg już stopniał, ujawniając tyle psich kup, że mogłyby baobaby na nich rosnąć. Waldemar spojrzał na wizytówkę. Droga kreśląca się między znaczkami i symbolami była prosta, prostsza niż kostki brukowe, które sam kiedyś wyrywał i rzucał, byle dalej przed siebie. Kiedy był młody i pełen głupich ideałów. Miał wyjść za miasto, przejść kawałek, przejść przez tory, przejść przez zmarzlinę, minąć dziurę, jakieś wspomnienie, czyhające gdzieś, wtulone w korzeń, gałąź lub zmarzniętą piędź trawy, czekające, by wyskoczyć nagle i niespodzianie i przypomnieć o dniu, chwili, radości czy smutku, wyemigrowanych bezpowrotnie. Przeszedł pod mostem, stojącym dla dekoracji, i zaszył się w podszewkę lasu. Miejsce zlokalizował bez trudu. Co roku chodził tu na grzyby. Znalazł się na polanie oświetlonej sepią. W powietrzu unosiły się zapachy i dźwięki muzyki przesyconej atmosferą tajemniczości, oderwania, rozszczepienia, czuł się, jakby trafił w inny wymiar. W uszach natomiast szumiało mu dziwnie, jakby przystawił sobie muszle i wsłuchiwał się w odległe fale dźwiękowe, tłumione przez coś z wewnątrz. Wyszedł na środek polany, która trzeszczała i uginała się pod jego spowolnionymi, dostojnymi, aktorskimi krokami. Rozejrzał się, puszczając w kosmos kłęby pary. Poczuł się jak w filmie. Usłyszał słowo: „Akcja!” i wyobraził sobie, że już o nic się nie musi martwić, czy troszczyć, będąc papierowym, celuloidowym czy cyfrowym bohaterem. Tak naprawdę to wolałby istnieć tylko po włączeniu projektora lub odtwarzacza. - Widzę, że wczuwa się pan w rolę - usłyszał za sobą znajomy głos. Waldemar obrócił się. Zobaczył wysoką postać Reżysera spowitą mgłą unoszącą się tylko wokół jego figury. Trąciło lekkim kiczem, ale wyglądało efektownie. Zza mgły wynurzyły się jakieś pokraczne postacie, na widok których mężczyzna się cofnął, jakby lekko przestraszony, a następnie pokiwał z uznaniem głową. Niesamowity kunszt charakteryzatorski, pomyślał zachwycony niezwykłym makijażem i przebraniami aktorów, którzy zdawali się rodzić z pleców Reżysera. Najpierw wyszedł karzeł. Niezły ten niziołek, uśmiechnął się Waldemar. Karzeł był drobniutki, chudziutki, suchutki, w wieku nie dającym się określić, raczej przygnębiony, nawet nieco przybity, umorusany na twarzy jakimiś dzikimi wspomnieniami,

79


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

z przenikliwymi, guziczkowatymi, zaskakująco złymi oczkami, świdrującymi go na wskroś, z nosem bulwiastym, prawdopodobnie dotkliwie dotkniętym gruźlicą skóry. Uśmiechał się krzywo, boleśnie wyginając usta w jakiejś wewnętrznej walce mięśnia okrężnego z dystrofią miotomiczną. Poszarpane, przyprószone siwizną włosy dodawały dzikości i pierwotnego prymitywizmu poskręcanej chorobami postaci. Waldemar mimowolnie rozdygotał się wewnętrznie. Szyja karła drgnęła jak poruszona wiatrem antena. Była radarem, który wyłapywał wszelkie niepożądane fluktuacje. Z ramion zwisało mu palto, gnieżdżące trylobity, ukwiały i chełbie. Sapał ciężko, zgarbiony, i dopiero po chwili Waldemar dostrzegł, co było tego przyczyną. Karzeł ciągnął za sobą wielkie truchło rottweilera. Pies leżał na boku i najwyraźniej był w pierwszej fazie rozkładu. Reżyser uśmiechnął się, widząc zszokowaną twarz aktora. - Triki, panie, wszystko to filmowe triki. Karzeł nieoczekiwanie odsunął się od reżysera, zwinął łańcuch z trupem psa, tak, by ten znalazł się tuż u jego nogi. Ziemia drgnęła, jakby się przeciągała, i jęknęła. Jej skóra pękła i zaraz z wnętrza wykluł się długi tułów, z którego płaty tkanki schodziły jak łuszcząca się cebula. Kiedy dwumetrowa, zwalista, barczysta, pokryta oblodzoną glebą postać wstała, Waldemar zwątpił. Jakiego geniuszu trzeba, by tak ucharakteryzować postać? Twarz „tego-czegoś” była mozaiką układającą się bodajże z pięćdziesięciu osób. Każda cecha charakterystyczna wyróżniała się od innej o lata świetlne. Co więcej, każdy z komponentów był w różnym stadium rozkładu. Matowe, popękane jak lustro, prawe oko wyraźnie wskazywało na całkowite zużycie pośmiertne. Natomiast lewe oko jeszcze żyło, wytrzeszczone, oszołomione, jakby na żywca wyrwane komuś cierpiącemu na chorobę Gravesa. Niezwykły to był widok: dwóch ekstremalnie kontrastujących ze sobą aktorów, jakby jeden cierpiał na karłowatość, a drugi na gigantyzm przysadkowy. Tyle że w przypadku giganta ucharakteryzowanie było więcej niż mistrzowskie. Kolejne postacie aktorów, pozostające trochę w tyle, na uboczu, trzymające się kurczowo swoich ról statystów, były mniej lub bardziej widowiskowo uformowane, pomalowane i ubrane, natomiast wszystkie łączył jakiś pokrętny, zrodzony przez obłąkane umysły scenariusz. - Będąc świadkiem tak niezwykłej charakteryzacji mniemam, że film, który państwo kręcą, jest z gatunku grozy? - Waldemar spytał delikatnie, z nutą jakiejś wyuczonej kiedyś na pamięć kwestii. W duchu już się cieszył, że wróci do młodzieńczych strachów i koszmarów. A jak to jeszcze wszystko będzie polane sosem takiej charakteryzacji - to w ogóle będę w dziewiątym kręgu piekła. - Innych filmów nie kręcimy - przytaknął Reżyser. - A to są moi aktorzy. Nie wszyscy,

80


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

jedynie część z nich. Moja trupa aktorska. Żywe trupy - roześmiał się, lecz zaraz zamilkł. - Przepraszam, wymsknęło mi się. Tak naprawdę, oni są bardzo zdolni. Oprócz grania w moich filmach, wszyscy też piszą scenariusze. Wszyscy. Bez wyjątku - podkreślił. - Właśnie realizujemy jeden z nich. W tym miejscu może od razu przejdę do rzeczy. Chciałbym, żeby uczestniczył pan w naszym projekcie. Nie muszę dodawać, że to niszowa produkcja. Bardzo, ale to bardzo głęboko undergroundowa - znowu podkreślił, tym razem nie tylko głosem, lecz także gestem ręki. - Proszę się jednak nie obawiać, dobrze płacę - przymknął oczy i skinął głową na znak, że to tak oczywiste, jak pełnia księżyca, która im naturalnie oświetlała plener. - Jaka będzie moja rola? - Aktorska oczywiście. Na planie wszystko panu wyjaśnię. - Nie dostanę scenariusza? Reżyser spojrzał szczerze zdziwionym wzrokiem na Waldemara. Zaraz jednak oblicze mu złagodniało. Roztarł dłonie i odchrząknął. - Powiem w ten sposób - zaczął. - Gra pan człowieka - zatrzymał się, jakby nagle uwidział sobie kontemplację słowa „człowiek”, a następnie spojrzał na swoich aktorów, którzy sprawiali wrażenie, że zastygli w jakiejś nieokreślonej pozie. Na polanie znajdowali się teraz tylko we dwójkę: aktor i Reżyser. Reszta to byli zaklęci w posągi statyści. Zaraz jednak wrócił do słowotoku. - Tak, gra pan człowieka rozdartego wewnętrznie, który miotany konfliktami, pogrąża się coraz bardziej w swojej, nazwijmy to: małej, lokalnej paranoi. - Brzmi intrygująco - Waldemar odpowiedział ostrożnie, z namysłem cedząc słowa przez durszlak autokontroli, jednak w głębi miotało nim podekscytowanie równe niezdrowej ekstazie. - Tak! Nawet bardzo! Sam we własnej osobie maczałem łapki w scenariuszu. A napisał go aktor występujący pod pseudonimem Człowilk, to jest ten sam typ, którego darcie mordy właśnie słyszymy. Dopiero teraz Waldemar uświadomił sobie, że szum, który słyszał tuż po wejściu na polanę, wcale nie był szumem, tylko wyciem, odległym wyciem wilka. - Ostatnia scena w jego scenariuszu jest moja - zamknął oczy i uśmiechnął się błogo, pogrążony w narcystycznym odlocie i samospełnieniu. - Ale wracając do meritum sprawy - ocknął się, jakby wyrwany z płytkiego, osadzonego na mieliźnie snu - fabuła na tyle nam się podoba, że chcielibyśmy zacząć z biegu, z marszu, z kopyta, od razu ze zdjęciami. Dlatego przepraszam, nie mamy zbyt dużo czasu na żmudne i jałowe wchodzenie w szczegóły, w niuanse scenariusza i tym podobne. Pan jako zawodowy aktor najlepiej o tym wie, że życie weryfikuje wszelkie scenariusze. Proponuję więc od razu przejść do akcji, do kręcenia zdjęć. Poszczególne sceny będę tłumaczył na

81


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

bieżąco, zgoda? Waldemara zdziwiło takie podejście, przez chwilę nawet się wahał, czy w ogóle nie obrócić się na pięcie i po prostu sobie pójść. Z krótkotrwałego letargu wyrwał go szelest... świeżutkich, pachnących banknotów dwustuzłotowych. - Pan pozwoli, mała zaliczka - Reżyser wręczył oniemiałemu aktorowi imponujący, szeroki wachlarz banknotów. - Ale... tak bez umowy? - wydukał Waldemar, wpatrując się w kasę, jakby był pod hipnozą. - Znowu te papierki, dokumenciki, po co to? - uśmiechnął się Reżyser. - Przecież wręczam panu gotówkę, od ręki. A może za mało? - Nie, jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Ale... - Obiecuję, że to tylko malutka zaliczka. Po nakręceniu każdej sceny będę panu wręczał kolejny taki ładny, szeleszczący wachlarzyk. - A jeśli to ja się nie sprawdzę? - spytał asekuracyjnie Waldemar. - Proszę, oto koperta - Reżyser w ogóle go nie słuchał, tylko jednym ruchem zręcznego magika złożył wachlarz banknotów, drugim, równie zręcznym ruchem ukrył pieniądze w kopercie i podał ją aktorowi. Waldemar bez zbędnych ceregieli schował pieniądze do kieszeni koszuli. Przynajmniej zapłaci za czynsz, a i starczy na to, żeby wrzucić coś na ząb. - Zatem zapraszam pana na plan zdjęciowy. Minęli posągi aktorów, które nagle się ożywiły za ich plecami i znikły gdzieś wśród drzew. Wracali do miasta, ale z drugiej strony. - To gdzieś niedaleko? - spytał Waldemar. - Cała ekipa już na nas czeka? - Na pana - skorygował Reżyser. - To już niedaleko. Dlatego nie jechaliśmy samochodem, ani czymś takim - wzruszył ramionami. Rzeczywiście, wkrótce znaleźli się na wzgórzu, na samej krawędzi lasu. Przed nimi rozpościerało się centrum miasta w postaci mrocznej plamy - rzuconej, rozchlapanej niedbale kałuży. - Jesteśmy na miejscu. Oto nasz plan filmowy - Reżyser objął rękami plener, ale tak jakoś ukośnie, jakby go chciał zgnieść. - To tu? - zdziwił się aktor. - Nie widzę nigdzie kamer, ani dźwigów... - Wszystko jest na swoim miejscu, niech się pan nie martwi. Pan ma tylko grać. - Wobec tego słucham wskazówek. - A więc: podchodzi pan do tamtego aktora - Reżyser wskazał mężczyznę siedzącego nieopodal na ławeczce w parku pod lampą, z dużym bukietem kwiatów obok - i dźga go pan nożem w oczy. Żeby nie widział własnej śmierci, kiedy będzie konał - w tym momencie uśmiech Reżysera przepołowił jego twarz jak zamek błyskawiczny

82


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

otwiera kurtkę. Uśmiech był obleśny, szpetny, wulgarnie ukazujący krwistoczerwone płaty mięsa. - Ale... to... jest... przecież... - aktor dukał słowa jak jakiś początkujący amator, po czym zatrzymał się przed słowem, którego treść, moc sprawcza, najwidoczniej go przytłaczała. Nie był zdolny go wymówić. - Tak, to jest morderstwo - wyręczył go Reżyser. - Całkowicie się z panem zgadzam. To jest zabójstwo pierwszego stopnia, dokonane z artystyczną premedytacją. Dalsza scena jest jeszcze lepsza. Pan zajmuje miejsce nieboszczyka, którego ukrywa w krzakach. Wie pan, przebiera się pan w jego ciuchy i takie tam. Przychodzi dziewczyna kochasia-denata i nie poznaje, że pan to pan. Przysiada się i... - Ją też mam zabić? - Z pana to raptus! Jeszcze lepszy niż się spodziewałem. Otóż pobawi się pan z nią, poflirtuje, tu zostawiam pełną swobodę, może pan improwizować. Ważne jest, by ją zagadać, przetrzymać w niepewności, może trochę postraszyć. A później to pan sam coś wymyśli. Byleby nie wyszła z parku o własnych siłach. - Czyli, że ją też mam zabić? I myśli pan, że nikt tego nie zauważy? - Ależ, proszę pana, kto to zauważy? Przecież jest noc! Co innego w dzień. Proszę spojrzeć. W tym samym momencie zrobiło się widno jak za dnia. Waldemar aż zmrużył oczy. Gdzie ja jestem? Co to za gościu? Była noc i nagle zrobiło się jasno? Co jest? Aktor przypomniał sobie polanę, z której weszli do lasu, a później, po zaledwie kilku krokach, znaleźli się tutaj. Czyżby... ale jak mógł nie zauważyć? To niemożliwe. Widziałby przecież, że wchodzi do studia filmowego. Chociaż, przy dzisiejszej technologii i możliwościach wszystko jest możliwe. To musi być gigantyczne studio, czemu bym się nawet nie zdziwił! Przecież świat to jedna wielka scena, na której toczy się scenariuszowy bełkot życia. Widzimisię Reżysera przez wielkie „R”. Ale w porządku, to jest jego film i jego mam słuchać. - Dobrze, załóżmy, że się zgadzam, czy coś jeszcze? - Oczywiście, że jeszcze! Proszę pana, za te pieniądze, które pan ode mnie wziął, można by cały dom kupić, więc jasne, że... - Pan żartuje... - A przeliczył pan dobrze pieniądze? Waldemar wyjął z kieszeni kopertę. Otworzył ją. Wyciągnął plik banknotów. Zaczął liczyć. W miarę jak przetasowywał papierki, między palcami znalazł się nagle czek, którego on był beneficjentem. Mężczyzna zdębiał. Na blankiecie wypisana była kwota, za którą rzeczywiście mógł kupić nie dom, lecz willę z pałacowymi wieżyczkami. - Tym bardziej nie wierzę - Waldemar wciąż był sceptycznie nastawiony. - I nie

83


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

spiszemy żadnej umowy? Na taką kwotę? Przecież ja mogę teraz uciec, zrealizować czek i wyjechać na jakąś wyspę. - Ale nie zrobi pan tego. - Zrobię. - Jestem wręcz pewien, że pan tego nie zrobi i nigdzie nie wyjedzie. - Pan mnie zatrzyma? - W pewnym sensie mogę. Ale tylko w pewnym sensie - Reżyser nagłym, ekspresjonistycznym gestem wskazał, iż chce, by za nim pójść. Zagłębili się w las. Przeszli kilkaset metrów, kiedy nagle Waldemar zobaczył znajomo wyglądający barak. Serce podskoczyło mu do gardła. Monika! - krzyknął w myślach. - Zapraszam do środka - uśmiechnął się Reżyser. - Już ktoś tam na nas czeka. Czyżby zaaranżowana randka? - Waldemar już uruchamiał wyobraźnię; zaraz jednak względy praktyczne wzięły górę. To ona.... będzie z nami grała? - rozmarzył się na dobre. Szczęśliwy wszedł do baraku. Reżyser włączył światło. - Poznaje ją pan? - spytał retorycznie. W jego głosie słychać było plusk mroźnych kropli kapiących z długich sopli sarkazmu. Waldemarowi zrobiło się niedobrze. Monika była wszędzie. Kąpała się na podłodze. Biesiadowała przy stole, przynajmniej jednym łokciem. Wyglądała przez okno nie zastygłym jeszcze wzrokiem. Była akrobatką, cyrkową mistrzynią, która zwisała z sufitu w nienaturalnej, abstrakcyjnej pozycji. Oczywiście pełno jej było na ścianach, jakby ktoś pomógł dziewczynie przylepić się tam na stałe. Jedna dłoń, ekwilibrystycznie oddalona od przedramienia, niczym żywcem skopiowana z repertuaru chińskiej artystki z gumy, zaciskała kurczowo palce na czymś niewidocznym, na jakiejś jeszcze innej sztuczce, którą zakończenia nerwowe bezskutecznie próbowały przećwiczyć. Druga dłoń magicznie zniknęła, opanowawszy zaawansowaną technikę rozszczepienia jaźni. Wszystkie te sztuczki, które Monika dokonała, były niczym w porównaniu z jej duszą, która próbowała wyskoczyć z każdej części osobno, połączyć się i opuścić zatęchłe już, podduszone lekko pomieszczenie. Wszystko tu jeszcze drgało. Nerwy nie pogodziły się ze sobą, drażniły, kłóciły, przekomarzały, starały się udowodnić swoją wyższość nad innymi, więc podrygiwały, skakały, pulsowały, jak najdłużej, jak najczęściej, jak najlepiej potrafiły. Ale i one szybko się męczyły i nagle przerywały wibrowanie, jakby wreszcie pogodziły się z końcem. Następował kres ich rozhasania i rozhulania. Pogodziły się z ostatecznym spoczynkiem. Waldemar drgał jak rozwleczone po pomieszczeniu części ciała. Mięśnie twarzy zaadoptowały tik, który stawał się coraz dokuczliwszy. Potrząsał głową i wręcz wy-

84


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

chodził z siebie. Nie wierzył. Nie wierzył w to, co widział. Nie wierzył w to, co się stało z jego ukochaną Moniką! - Co panem tak wstrząsnęło? - uśmiechał się życzliwie i spokojnie Reżyser. - Przecież to tylko sztuczki, triki, efekty specjalne. Najwyższej klasy ekwilibrystyka filmowa. - To... to... - próbował wykrztusić Waldemar, ale dławił się myślami i śliną, w której rozpuściły się wszystkie potrzebne do wyrażenia słowa. - To nie jest prawda? w końcu wydobył z siebie. - Ona żyje? - Jasne, że żyje. To tylko... charakteryzacja - dodał z ironicznym uśmieszkiem Reżyser. - Ale może stać się prawdą. Okrutną prawdą - ostatnie dwa słowa powiedział poważnie, z jak najszczerszym smutkiem, mimo że odgrywanym ckliwie, patetycznie, po hollywoodzkiemu. - Pan mnie szantażuje? - Oczywiście, że tak - roześmiał się Reżyser, obserwując reakcję Waldemara; usatysfakcjonowany, zaraz spoważniał. - Nie, pewnie, że nie. Ale wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: zgodził się pan, wziął pieniądze... - Mogę oddać - przerwał szybko aktor. - ... których w żadnym wypadku nie może pan oddać, więc odegra pan tę rolę. W przeciwnym razie... - Reżyser nie dokończył, za to się roześmiał, ale tylko na krótko. - Monikę da się jeszcze złożyć - dodał enigmatycznie. Coś na podobieństwo spoconego lodu wypełniło Waldemarowi trzewia i płuca, rozłożyło myśli na łopatki. - Widzę, że się pan zgadza - odpowiedział za niego Reżyser. - Świetnie, wiemy, o co chodzi. Wróćmy więc na plener i rozegrajmy nasze role jak najlepiej potrafimy. Waldemar trząsł się jak osika osikana ciepłym ale cuchnącym moczem skopanego kundla. Nie dał nawet kroku, kiedy nagle znalazł się na wzgórzu, z którego mógł obserwować miasto. Powoli ale wytrwale zmieniało się na jego oczach w miasto zmarłych. Bloki zaczęły znikać, asfalt pękać, ludzie i samochody rozszczepiać. Taśma filmowa, na której to wszystko było nagrywane, pokryła się sadzą i sczerniała, sczadziała, zgniła, ale nie pękła, trzymana w jednym kawałku jakąś nadnaturalną siłą. Aktor odczuł znużenie. Męczyły go te wszystkie zmiany i przejścia. Nowoczesny sposób montowania obrazów - przełknął gorzką pigułkę objawienia. Nie tylko wideoklipy, filmy, ale teraz życie drastycznie przyspieszyło. Już nic i nigdy nie będzie takie, jak wcześniej. Wszystko wiruje wokół mamony, geldu, keszu. Ja też się dałem ogłupić, omamić, skusiłem się na kasę tym oszustom. Ale kim oni w ogóle byli? Kim był Reżyser? A jego aktorzy? Wzdrygnął się. Koszmarnie efektowna charakteryzacja. Waldemar tak się cieszył, że spotkał prawdziwych filmomaniaków, którzy robią filmy

85


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

tradycyjnymi metodami, a nie za pomocą tego całego komputerowego Disneylandu. A jeśli to nie charakteryzacja? Pewnych rzeczy nie da się ucharakteryzować. Weźmy na przykład wzrost. Karzeł był karłem i tyle. Nie rozciągnie się i nie powiększy, by mieć posturę metr osiemdziesiąt. A ten Frankenstein wychodzący z ziemi? O, Szatanie! On naprawdę wychodził z ziemi! - Kiedy już pan załatwi tę parę w parku - kontynuował jak gdyby nigdy nic Reżyser, najwyraźniej natchniony swoją rolą dyrygenta ruchomych obrazków, chwilowo nie zdolny do jakichkolwiek reakcji na bodźce zewnętrzne - automatycznie noc zmieni się w dzień, a wtedy podbiegnie pan do tamtej kobiety z wózkiem - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na ulicy pojawiła się młoda matka z wózkiem, powołana do życia słowami Reżysera. - Najpierw podroczy się pan trochę z kobietą. Zostawiam pełną swobodę. Sztuka to sztuka i jej się nie oszuka. Najważniejsze, żeby szybko i w miarę bezszelestnie się tam przemknąć, zrobić swoje, wrócić i z przyjemnością oglądać owoce ciężkiej pracy. Tak, panie Waldemarze, świat filmowy wzywa! Realizacja zawodowa, spełnienie artystyczne, przecież tego pan pragnie, prawda? Zagrać rolę życia. Ja panu oferuję coś więcej: zagranie roli życia i śmierci. Waldemar pokłócił się ze swoim sumieniem. Jak to? A tak to! No, ale że co? Że gówno! Nie tego chciałeś? Chciałem! Ale pożałowałem...! Przekrzykiwał samego siebie. Przecież chcę się spełnić! Muszę to zrobić! Jeśli jest ktoś, kto stoi na przeszkodzie, kto gardzi mną i moją artystyczną ekspresją, moim wyrażeniem się, wyzwoleniem przez sztukę, to mam prawo walczyć o godność, poważanie, szacunek, a może nie? A jeśli ta rola ma właśnie sprawić, że osiągnę szczyt mojego jestestwa? Jeśli osiągnę apogeum? Spełnienie? I tak istnieję już tylko w danej fabule jako stworzona postać. Szablon, schemat, może i z jakąś głębią, ale twór nierzeczywisty, wymyślony. Tu wszystko jest możliwe. Kogo później obchodzą trupy na ekranie? Czy ktoś się z nimi identyfikuje? Tak, odpowiedział sam sobie. Mimo że to fikcja, ja się z nimi identyfikuję, ja przeżywam, gdy kolejne postacie, twory ludzkiej wyobraźni, giną. Za każdym razem boli mnie tak samo. Przeżywam to tak, jakbym ja sam umierał w świecie fikcyjnym. Miał odegrać swoją pierwszą wielką rolę w filmie „rzeczywistym”. Pójść tam, zrobić swoje, wrócić. Wszystko się nagra wszystkowidzącą kamerą. Zamknął oczy, zmęczony absurdalnymi rozważaniami na temat natury odgrywanej postaci. W ciemnej sali kinowej pod powiekami widział, jak jego kreacja opanowuje tłumy, wypełnia ich egzystencję, jak on sam staje się idolem milionowych rzesz rozdygotanych, roztrzęsionych, rozhisteryzowanych nastolatków wzdychających do swojego plakatu, tnących się dla ideału, umierających po kilka razy na dzień z efemerycznego żalu i jeszcze bardziej ulotnej tęsknoty.

86


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

Ocknął się. - Nie zrobię tego - stwierdził krótko. - To tylko taka scena - wzruszył ramionami Reżyser. - Jak jedna z wielu. - Ja tego nie zrobię - Waldemar sięgnął do kieszeni po kopertę. - Proszę, oddaję pieniądze. Reżyser roześmiał się wulgarnie. - Proszę nie być śmiesznym. Już jest za późno. Scenopis domaga się wypełnienia realnymi obrazami. Storyboardy czekają na pokolorowanie. Jeśli pan tego nie zrobi, zrobi to za pana dubel. Ale już przy kolejnej scenie nie będzie skrótów. Waldemar poczuł czyjąś obecność za plecami. Drgnął. Ciało mimowolnie naprężyło się, wprawiając w ruch maszynerię mięśni, by zacząć obracać się w zwolnionym, matriksowym tempie. - Radziłbym nie. Bardzo nie lubi, gdy ktoś zwraca na niego uwagę. Lepiej z daleka podziwiajmy mistrza. Uwaga. Zbliża się burza. Zaczynamy dłuuuuuuuuuugie ujęcie. Kamera! - Poszła! - krzyk tubalnego głosu rozniósł się jak echo odległego wystrzału. Waldemar rozejrzał się w poszukiwaniu operatora kamery, ale nikogo nie zauważył. - Łąąąąąąąąąączęęęęęęęęęę! - zaśpiewał kolejnym echem niewidzialny realizator dźwięku. - KLAPS! - rozległ się potworny, ogłuszający huk, mający mało wspólnego z głosem. Waldemar znów się rozejrzał, ale nie zobaczył żadnej osoby z ekipy, poza oczywiście Reżyserem, który był już w innej rzeczywistości. Jego oczy napawały się ujęciem, które miało zaraz nastąpić. - Wszyscy gotowi na powitanie niepojętego? - Reżyser wymamrotał, a potem kontynuował terminologiczne zaklęcia. Nastąpiło zawieszenie czasu i przestrzeni. Świat stał się nierealny... - Akcja! ... i wtedy pękł! Waldemar nie zdążył wydusić słowa, wyzwolić oddechu, zareagować, kiedy poczuł ssanie trąby powietrznej przelatującej obok. Nie był to jednak kreskówkowy diabeł tasmański, lecz wielki... owłosiony... człowiek? Zwierz? Był za szybki. Zbiegł, zleciał, zdematerializował wręcz wzgórze i znalazł się na ulicy w mieście. Przed ojcem i jego pięcioletnim synem wzbił się tuman śniegu. - Nie! - krzyknął Waldemar. - Tak - przytaknął bezdusznie Reżyser. Nie krył się już z niczym. Kamera śmierci

87


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

nagrywała. Tuman śniegu zmienił się w pokryty sierścią wir kłów i zębów. - Tatusiu, a co to jest? - spytał malec. - Zamieć śnieżna - odpowiedział ojciec, choć sam się dziwił, co to takiego nagle pojawiło się przed nimi na ulicy. Miał podjechać autobus. Spóźniał się trochę, ale mężczyzna miał nadzieję, że zdążą na seans. Cały miesiąc obiecywał synowi ten film po tym, jak zobaczyli oszałamiający wizualnie zwiastun. W końcu, kiedy go już wyświetlali, a oni stali gotowi na przystanku, autobus jak na złość nie przyjeżdżał. A teraz jeszcze to. Zaraz będą musieli wrócić do domu. Mały mu tego nie wybaczy. Zamieć pędziła prosto na nich. Naprawdę leci na nas! Ojciec porwał malca do góry i, minąwszy starszego mężczyznę, skrył się z dzieckiem za wiatę. Przycisnął twarzyczkę malca do piersi, chroniąc go przed uderzeniem chłodu. Obrócił głowę w kierunku przystanku. Starszego mężczyznę poderwało i rozerwało w nagłym, niespodziewanym wytrysku krwi, płynów ustrojowych i rozbebeszonego środka. W szybę wiaty uderzyła plazma budyniu i kisielu z dużą ilością keczupu. - Wracamy do domu! - ojciec ruszył szybkim krokiem przed siebie, obojętnie dokąd, zamroczony, byleby dalej stąd i tej dziwnej zamieci flaków na przystanku. Coś podkosiło mu nogi. Waldemar jęknął. Ojciec upadł, wypuszczając z ramion dziecko, które poturlało się i wpadło w wielką zaspę. Malec wygrzebał się ze śniegu, otrzepał i spojrzał na tatusia, którego już nie było. Ktoś za to pokolorował śnieg na czerwono. Błyszczał się i świecił, jak świeże farbki plakatówki, które dziecko tak lubiło używać. - Tatuś? - spytał zdezorientowany chłopiec. - Proszę przerwać! Natychmiast! - krzyczał Waldemar, patrząc nienawistnym wzrokiem na Reżysera, który tylko skrzyżował ręce i wzruszył ramionami. - Nie podoba się panu pański dubel? Odegrałby pan to lepiej? - spytał ironicznie. - Zaraz przejdziemy do kolejnego ujęcia. Chłopiec obok przystanku pomalowanego na ładny świecący czerwony patrzył zafascynowany na zbliżającą się chaotyczną kupę mięśni, sierści, kłów i pazurów, z zionącymi w całej tej pulpie czarnymi, ślepymi ślepiami bez dna i nadziei. Była coraz bliżej. Waldemar spuścił głowę. - Proszę patrzeć, teraz będzie ciekawe - mruknął radośnie Reżyser. - Nie chcę patrzeć na tę jatkę - Waldemar nie podnosił głowy. - A kto mówi o jatce? Proszę tylko spojrzeć.

88


[ Rafał Kuleta - W pełni ]

Aktor przemógł się i spojrzał na rozgrywającą się przed nim dramatyczną scenę. Człowiek-Zwierz zniknął. Chłopiec pozostał. Waldemar rozszerzył oczy zdziwiony. - Prawda, że dramatycznie? - triumfującym głosem ogłosił Reżyser. - No nic się nie dzieje. To jest prawdziwa sztuka. Nakręcić film akcji, w którym nic się nie dzieje. Czas na kolejne ujęcie. Chłopiec rozglądał się za tatusiem. Oczy wezbrały łzami. Już miał się rozpłakać, kiedy z zaspy śnieżnej obok wygrzebał się śmieszny karzeł z czerwoną czapką z białym pomponem. Czapka była czerwona od krwi, a pompon, pokryty śniegiem, był sercem wyrwanym przypadkowo napotkanej osobie. Poza tym, karła pokrywała zbyt długa peleryna utkana z wyskrobanych zębów, wydłubanych paznokci i wydrapanych włosów. Uśmiechał się perwersyjnie. Waldemar miał dość. Reżyser rozkoszował się zdenerwowaniem aktora, pławił się w jego bezsilności. - O co chodzi? - spytał obrzydliwie przymilnym, prawie piszczącym głosikiem. - Nie podoba się? Przecież nie ma żadnych sypek. Karzełek się trochę pobawi rekwizytem i będzie koniec ujęcia. Potem przejdziemy do następnego. Tam główną rolę odegra Składak. No, chyba że się w końcu pan zreflektuje, że to nie takie trudne i sam się weźmie do pracy. Waldemar wolał się nawet nie zastanawiać, kim był Składak. Prawdopodobnie tym olbrzymem złożonym z wielu nie pasujących do siebie części ciał. To było jednak mało istotne w porównaniu z tym, co Reżyser miał jeszcze w zanadrzu. Aktor wiele by dał za przeniknięcie do jego umysłu i odczytanie scenopisu kryjącego się w pokątnych zamiarach makabrycznego jegomościa. Karzeł nie przestawał się uśmiechać. Coraz szerzej i przeraźliwiej rozdziawiał gębę, w którą zresztą sam się zmienił. W środku, między szeregami niezdyscyplinowanych zębów gnieździła się piaskownica z ruchomymi piaskami. Każdego spragnionego w niej zabaw wciągał automatyczny wir, kierujący ofiarę prosto do klaustrofobicznie trawiących trzewi. Waldemar choć wzrokiem próbował powstrzymać chłopczyka. Maluch z rozanielonymi, maślanymi, rozpływającymi się w niewinności oczętami, z aureolą aniołka nad przyprószoną śniegiem czapeczką szedł prosto w wir szalonej zabawy. Cięcie. Kolejne ujęcie. Akcja nagle przyspiesza i gwałtownie zwalnia, a raczej uderza centralnie w połatany, pokancerowany, zszyty prowizorycznie kadłub Składaka, olbrzymiego dziwadła, pantagruelicznego monstrum, który, rozdzierając na chodniku ludzkie powłoki jak zużyte ścierki, wszedł do centrum handlowego, z którego w mgnieniu oka zrobił sad pełen hardcore’u, z ciałami rozkwitającymi jak pąki kwiato-

89


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

we na drzewach z powykręcanymi gałęziami szkieletów. Waldemar widział tylko szybko zmontowane migawki. Nie miał pojęcia, w jakiej technice kręcony był ten nadrealny film, ale jednego był pewien: wszystko działo się za szybko i zbyt makabrycznie, nawet jak na jego gust - a raczej jego brak. Reżyserowi jednak te sceny wcale się nie spodobały. Wyciągnął przed siebie ręce i nerwowo zmiął w nich świat, tworząc niepozorną kulkę papieru. Obrócił się do zszokowanego Waldemara, chwycił go prawą ręką za kark, podniósł do góry i spojrzał prosto w oczy. Aktor zobaczył własną przerażoną twarz. - Masz ten swój sztuczny świat! - Reżyser wepchnął mu na siłę zmiętą kulę papieru. - Udław się nim! Tego przecież chciałeś! Oto spełnienie twoich marzeń! Rozbuchane ego artystycznych ambicji! Reżyser pastwił się przez chwilę widokiem wystraszonego, przerażonego, wyzutego z wszelkich złudzeń i uczuć aktora. - A może chcesz inne kartki scenariusza? - Reżyser pokazał mu ryzę papieru, która pojawiła się znikąd. - Jeszcze się nie napisały, ale może coś razem stworzymy? Coś na miarę naszych czasów? - Jednym silnym uderzeniem Reżyser wyrwał aktorowi żuchwę, rozciągnął usta i zaczął upychać w nie ryzę papieru, 500 białych kartek ślinionych krwią i pokrywanych plwocinami. Waldemar jakimś cudem wyrwał się z uścisku Reżysera i krzyknął parodią krzyku: - Stop! Niewidzialna kamera przestała nagrywać. Kieszeń wysunęła się z odtwarzacza. Chłopiec schował płytkę do pudełka. Jeszcze tyle filmów miał do przejrzenia. By nasycić dziecięcą ciekawość, wystarczyła mu jedna scena z danego filmu. A potem następna. Kolejna. I jeszcze jedna. Spieszył się, żeby tylko tata nie zobaczył, że syn znowu grzebał w jego pokoju. Kiedy tata przyjdzie, wszystko musi być na swoim miejscu. Mały Waldek niewiele rozumiał z obrazów, które widział. Przyciągały go jednak i działały nań jak magia. Wiedział, że kiedyś też tak będzie chciał czarować. Pochował pudełka z filmami i wrócił do swojego pokoju. Zgasił światło, po czym wyjrzał przez okno. Wielka, złowieszcza twarz księżyca w pełni wpatrywała się w niego mętnym, hipnotyzującym wzrokiem. Gdzieś tam w lesie za ogrodem wyły wilki. Wyobraźnia chłopca już pracowała. Odsunął się od okna, zapalił lampkę, otworzył blok rysunkowy, wziął kredki i zaczął rysować. Wizje same się utrwalały w bajecznie kolorowych, komiksowych kadrach. Na wielkiej polanie Reżyser przygotowywał swoich aktorów do kolejnej sceny.

90


THE FINAL DESTINATION OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE 4 (USA 2009) Dystrybucja: Galapagos Reżyseria: David R. Ellis Obsada: Bobby Campo, Shantel VanSanten, Myketti Williamson, Nick Zano

3/6 POCZTAREK VS CZARTORYSKI 1/6 pomysłowością. Cykl “jak to nastolatek śmierć oszukał” nie ma nic z nastrojowej grozy, jest pustym spektaklem efektów, bazuje na numerach iście cyrkowych, kokietuje obrazami dynamicznymi, lecz płaskimi. Szczerze mówiąc, nie wiem ile “niezapomnianych sekwencji” byłbym w stanie wymienić ot tak, z pamięci. Chyba faktycznie tylko tę na autostradzie oraz dekapitację młodego mężczyzny płatem metalu wystrzelonym spod kół jadącego pociągu. Wybierając się do kina na trójwymiar spodziewałem się w gruncie rzeczy tego, co każdy - rozwinięcia tematu na poziomie pozostałych trzech filmów. I co się BC: Miejmy nadzieję, że ostatnią, co okazało? Seria nie tylko się nie rozwija ale zdaje się sugerować rodzajnik “the” użyty wręcz przejawia tendencję wsteczną! w oryginalnym tytule filmu. W przeciwieństwie do Ciebie Piotrku, mnie nigdy seria PP: Ależ drogi Bartoszu, jak zapewne “Oszukać przeznaczenie” nie ujmowa- wiesz, groza dzieli się na wiele podgatunła – ani ciekawą obsadą, ani rzekomą ków, z czego niektóre z nich są ślepymi uliczkami, a niektóre ciekawymi wariacjami na temat klasycznych motywów. Nikt nie sugeruje, że seria „Oszukać przeznaczenie” daje widzowi coś więcej niż czystą, hedonistyczną rozrywkę, ze wspomnianym przez Ciebie dynamicznym montażem i spektakularnymi efektami. Ale przecież nikt, kto świadomie wybiera taki seans nie liczy chyba na pokaz grozy rodem z Lyncha, czy Von Triera! Seria zatoczyła koło, część trzecia była już

Text: Bartosz Czartoryski, Piotr Pocztarek

PP: Seria „Oszukać Przeznaczenie” zawsze pozostawała jedną z moich ulubionych opowieści grozy z nastolatkami w tle. Pomimo całej infantylności, filmy te miały coś w sobie – jeśli nie ciekawą obsadę, to interesujące pomysły. Najbardziej podobała mi się druga część z niezapomnianą sekwencją na autostradzie. Kiedy usłyszałem, że David R. Ellis planuje przenieść czwartą i ponoć już ostatnią część w trzeci wymiar, przyznam szczerze, że się ucieszyłem. Pomyślałem sobie, że fajnie było by z bliska oglądać pogoń samej śmierci za bohaterami filmu.


wyraźnie słabsza, czwarta natomiast próbowała w swój skostniały schemat tchnąć oddech świeżości. Miał temu pomóc efekt trójwymiaru i poniekąd to zrobił. Co by nie mówić – „Oszukać przeznaczenie 4” spełnia swoją podstawową rolę – potrafi miejscami przestraszyć – nie klasyczną metodą, ale zmuszając widza do interakcji! Wprawdzie w prostacki sposób, ale w dobie bezpłciowych, nie wzbudzających totalnie żadnych emocji filmów, to zawsze coś. BC: Zgadzam się z Tobą, aczkolwiek nie oznacza to, że mi się musi podejście reprezentowane przez twórców serii “Oszukać przeznaczenie” podobać. Każdy film to swoiste “the best of” widowiskowych śmierci, fabuła schodzi na dalszy plan, jest wręcz pretekstowa, postaci papierowe, robota filmowa przeciętna. Innymi słowy krwawe teledyski, tyle że z masą krzyków do kamery zamiast muzyki. Dla mnie jest to rozrywka wątpliwa, co może wydać się dziwne, skoro jestem zawziętym miłośnikiem kina slasher i survival, które wydaje się mieć podobne niedociągnięcia. Tylko

92

pozornie, bo elastyczność konwencji pomaga tym podgatunkom w przekuwaniu wad na zalety. Wracając jednak do tematu: co mnie irytuje w “Oszukać przeznaczenie”, to fakt, że tytuł ten stworzył sobie w kinie grozy niejaką niszę, z której nie tyle nie może się wydostać, co nie chce! Przeniesienie serii w trzeci wymiar rewolucją nie jest, Ellis epatuje pustym efektem, żadna to wirtuozeria, a gadanie o rzekomym autotematyzmie można między bajki włożyć. A gdzie widzisz grozę na ekranie, to już zupełnie nie wiem. Jedyne, na co stać “Oszukać Przeznaczenie 4”, to liche jump scenes. Jedyne, co mnie przeraziło, to debilizm scenariusza. PP: Zgadzam się, że scenariusz póki co ostatniej (chyba nie wierzysz, że ta licencja nie wyląduje pod skrzydłami innej ekipy, tylko zakończy swój żywot?) części serii jest jedynie pretekstem do pokazania kilku efektownych scen 3D. Nie ma to, tak jak mówisz, nic wspólnego z rewolucją, czy chociażby z reżyserską wirtuozerią, tym niemniej całkiem sprawnie operuje mechanizmami, które człowieka muszą zaskoczyć w ten, czy inny sposób. Pokaż mi twardziela, który nawet nie mrugnął kiedy w jego kierunku leciała prosto z ekranu opona, śrubokręt, ogień, czy krew! Ja, miłośnik grozy, po obejrzeniu setek filmów należących do gatunku, nerwowo odchylałem się w kinie na boki, w duchu się przeklinając, że dałem się złapać na ten tani, ale skuteczny chwyt. Przecież 90% horrorów z Hollywood może zaoferować tylko kretyńskie jump scenes. Ellis


przynajmniej zadał sobie trud, by okrasić je efektem, który potrafi chociaż minimalnie widzem wstrząsnąć. Nie wiem czemu Cameron prawie nie wykorzystał efektu gwałtownego „wylatywania” elementów w stronę widza w swoim „Avatarze”. Bardzo zabrakło mi tego rodzaju shockerów. „Oszukać przeznaczenie” dało mi coś, czego nie dał mi od dawna żaden przeciętny, poprawny horror – sprawił że reagowałem. A że nie było to napięcie, a strach przed wyimaginowaną oponą to już nie ma znaczenia. Warto tutaj, na oczach naszych czytelników powiedzieć jednak wprost, że film odarty z tych efektów praktycznie nie istnieje i staje się w zasadzie zlepkiem kretyńskich scen i motywów. BC: Właśnie dlatego odrzeć z efektów “Oszukać przeznaczenie 4” nie sposób, gdyż zawartość filmu w filmie jest niewielka, to kino rozrzedzone przez SFX. Piszesz o tym wszystkim, co leci w stronę widza - toć to najtańszy efekt, jaki można w trójwymiarze zastosować! Nie dziwne, że Cameron nie posłużył się taką dziecinadą, wszak 3D w jego “Avatarze” jest integralną częścią całości. Żaden ze mnie Stallone, ale podczas projekcji obrazu Ellisa daleki byłem od ucieczki z kina przed lecącymi z ekranu przedmiotami, wręcz ziewałem z nudów. Żadną linią obrony nie jest też to, co mówisz o jump scenes. Nieistotne ile filmów używa takiej zagrywki, która notabene sama w sobie nie jest niczym złym. Nie prowadzimy tutaj jednak analizy porównawczej,

lecz rozmawiamy o konkretnym filmie. A twórcy zadaliby sobie trud wtedy, kiedy z efektu 3D korzystaliby w sposób mniej nachalny, a bardziej kreatywny. Inaczej też definiujemy strach. Podskok na kinowym fotelu można zaliczyć i w czasie oglądania komedii romantycznej, jak coś ryknie z głośników. Jedyny niepokój, jaki kiedykolwiek odczuwałem podczas seansu z którymkolwiek filmem z serii “Oszukać przeznaczenie” to świadomość tego, jak najmniejszy nawet drobiazg może zaważyć na naszym życiu, a raczej śmierci. Jednak ten potencjał emocjonalny (myśl, że nasz los leży daleko poza zasięgiem naszych rąk), wyczerpał już pierwszy film w serii. PP: Takie przesłanie to już i tak coś. No nic, kto chce, niech obejrzy i wyrobi sobie opinię. Ale jeśli zdecydujecie się na czwartą część, to tylko w wersji 3D. Bez tego nie ma sensu. BC: Ja radzę przeznaczyć środki na kolejny seans z „Avatarem”.

93


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Fabryka Słów 2009 Ilość stron: 304

Po proroctwach, wygłaszanych na Placu Szalonych Proroków Wiecznego Miasta, po – w sumie niedługim, bo trwającym niecały rok – oczekiwaniu tych, którym do gustu przypadła debiutancka powieść Rafała W. Orkana, pojawił się wreszcie „Dziki Mesjasz”. Drugi tom Paramythii Vakkerby zdecydowanie różni się od „Głową w mur”. W przypadku „Dzikiego Mesjasza” można już mówić o fabule i to fabule niezwykle dynamicznej, pełnej krwawych walk, zdrad i niespodziewanych zwrotów akcji. Zapowiadana w pierwszym tomie rewolta pod sztandarem Dzikiego Mesjasza, kapłana Sześciorękiej Bogini rozpoczęła się… i, jak to zwykle bywa, jej skala zaczęła przerastać przywódcę a wydarzenia wymykać się spod kontroli organizatorów. W „Głową w mur” poznaliśmy dwie z trzech domen składających się na Wieczne Miasto, fabuła drugiej części Paramythii przeniesie nas na chwilę do najwyżej położonej domeny: zamieszkanych przez arystokrację Stalowych Ogrodów. Poznamy tu także historię Vakkerby, dowiemy się, czym tak naprawdę ono jest i jak powstało. Poznamy też kilku nowych bohaterów oraz nowe (prawdziwe?) oblicza niektórych postaci znanych już z pierwszego tomu. I jednego możemy być pewni: nigdy nie możemy być pewni, jak duże znaczenie ma dany bohater. Podobnie jak w „Głową w mur”, niejednokrotnie okazać się może, że postać, do której czytelnik zdążył już się przywiązać, zostanie niespodziewanie uśmiercona, a postać, zdawałoby się epizodyczna, wysunie się na pierwszy plan.

jednolitej narracji, to z całą pewnością tego nie dostanie. Nie twierdzę, że może się rozczarować, bowiem to, co serwuje nam Orkan rozczarować może chyba jedynie zwolenników opowieści prowadzonej konsekwentnie, cały czas w ten sam sposób. W „Dzikim Mesjaszu” fabuła ukazywana jest z perspektywy poszczególnych uczestników wydarzeń i każdemu przypisany jest inny styl. Bohaterom znanym z pierwszego tomu konsekwentnie ten sam, co poprzednio. Mamy więc znów do czynienia zarówno z narracją pierwszo-, jak i trzecioosobową, prowadzoną w czasie przeszłym, bądź w czasie teraźniejszym. Zdawać by się mogło: zupełny chaos. A jednak w tym wypadku mamy do czynienia z zaskakująco spójną całością.

Text: Jagoda Skowrońska

RAFAŁ W. ORKAN - Dziki Mesjasz

O ile „Głową w mur” można oceniać jako zbiór opowiadań, lub też jako dobry (lub nie – w zależności od gustu oceniającego) wstęp do kolejnych tomów, o tyle „Dzikiego Mesjasza” trudno jest oceniać w jakikolwiek sposób. Z całą pewnością nie stanowi on samodzielnej opowieści, nie da się go zrozumieć bez uprzedniej lektury pierwszej części Paramythii, która przedstawia tło i głównych bohaterów opisywanych tu zdarzeń. Zakończenie pozostawia niedosyt, rodzi więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Pytań, na które odpowiedź najprawdopodobniej przyniesie ostatni, trzeci tom. Jednak o drugiej powieści Orkana z całą pewnością można powiedzieć jedno: po nadziejach, rozbudzonych znakomitym debiutem, nie rozczarowuje. Teraz pozostaje tylko czekać na „Oblężone miasto”, by móc ocenić Paramythię Vakkerby jako całość.

Jeśli jednak ktoś oczekuje w drugim tomie

95


DIE ZARTLICHKEIT DER WOLFE THE TENDERNESS OF WOLVES Niemcy 1973 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Ulli Lommel Obsada: Kurt Raab Ingrid Caven Jeff Roden Rainer W. Fassbinder

X X X X

Text: Bartłomiej Paszylk

X

Tym, co może zdziwić jest natomiast jakość tego filmu: „Die Zärtlichkeit der Wölfe” (a więc: „Delikatność wilków”) jest bardzo udanym dziełem o zacięciu artystycznym. Tematy, które porusza w tym wypadku Lommel są oczywiście kontrowersyjne – bo oprócz morderstw mamy tu i kanibalizm i wykorzystywanie seksualne nieletnich – ale reżyser przedstawia je z dużym wyczuciem, tak że głęboko nas poruszają, nie sprawiając

jednocześnie wrażenia wyciągniętych na ekran wyłącznie dla taniej sensacji. Taka sztuka nie udaje się często. Scenariusz filmu oparto na prawdziwej historii Fritza Haarmanna zwanego „Wilkołakiem z Hanoweru”. Haarmann był homoseksualistą interesującym się wampiryzmem, którego w połowie lat 20. XX w. postawiono przed sądem pod zarzutem dokonania ponad dwudziestu gwałtów i morderstw na młodocianych ofiarach. Po osądzeniu, psychopatę skazano na śmierć pod ostrzem gilotyny, a jego odciętą głowę postanowiono zachować w słoiku do badań naukowych. Już w parę lat po wykonaniu wyroku na Haarmannie powstał pierwszy film częściowo zainspirowany jego mrocznym życiorysem: rewelacyjny „M – Morderca” (1931) Fritza Langa z Peterem Lorre’em w roli głównej. Lommel w swoim dziele znacznie dokładniej niż Lang skupił się na prawdziwych wydarzeniach z życia Haarmanna choć akcję opowieści przeniósł z Niemiec lat 20. w czasy powojenne. Głównym celem

Ulli Lommel kręci dziś jeden film o seryjnym mordercy za drugim, nikogo nie zdziwi więc, że również jego pierwszy poważny projekt reżyserski – powstały ponad 35 lat temu! – traktował o żądnym krwi psychopacie.

96


takiego zabiegu było zaoszczędzenie na dekoracjach, ale przy okazji reżyserowi udało się wzbogacić film o dodatkowy podtekst – jego bohater stawał się bowiem reprezentantem całego narodu niemieckiego dręczonego wyrzutami sumienia za przyzwolenie na zbrodnicze działania Trzeciej Rzeszy, a przy tym zmuszonego radzić sobie w nowej, trudnej rzeczywistości. Cierpiącego i przynoszącego cierpienie - psychopa- że wrażliwy z niego facet, a zaraz potem tę świetnie gra tu Kurt Raab, w co dru- niszczący ten wizerunek jakimś gwałgiej scenie dający nam do zrozumienia, townym czynem: a to zaciąga do łóżka młodego włóczęgę, a to brutalnie zabija swoją ofiarę i zdobyte w ten sposób mięso sprzedaje do pobliskiej restauracji, a to znów, niczym najprawdziwszy Nosferatu, próbuje wgryźć się komuś w szyję. „Die Zärtlichkeit der Wölfe” to więc przede wszystkim koncert aktorski Raaba choć wypada dodać, że w mniejszej, ale także bardzo udanej roli występuje tu sławny niemiecki twórca Rainer Werner Fassbinder, a sam Lommel dba o to, aby opowiadana historia była spójna, zwięzła i niepokojąca. I tak właśnie jest: wczesne dzieło tego kontrowersyjnego reżysera okazuje się nie tyle szokujące co niezwykle przygnębiające, a po seansie trudno wytrząsnąć je z głowy. Kto jednak lubi trochę pocierpieć, aby zmusić się do myślenia, nie będzie narzekał.

97


--------------------------------------

Ocena: 4/6

Wydawca: Noir Sur Blanc 2009 Tłumaczenie: Dorota Walasek-Elbanowska Ilość stron: 403

„Czy dom może być nawiedzony? Czy duchy w ogóle istnieją? Czy jakakolwiek książka ma moc nakłaniania do zbrodni? Wierzył, że odpowiedź na każde z tych pytań brzmi ‘nie’, jednak w głębi jego świadomości błyskało maleńkie światełko , które tli się w każdym z nas, budząc atawistyczny lęk przed nieznanym.” Podobne wątpliwości, jak te, które zaprzątają umysł głównego bohatera „Tajemnicy domu Arandów”, podinspektora Victora Rosa, zrodzą się też pewnie w niespokojnych umysłach większości czytelników tej książki. I jest to jedno z największych osiągnięć jej autora, Jerónimo Tristante, z zawodu nauczyciela biologii od paru lat z powodzeniem zajmującego się również pisarstwem. Tristante obrał sobie ścieżkę literacką wiodącą wzdłuż traktu wydeptanego niegdyś przez Edgara Allana Poe oraz Sir Arthura Conan Doyle’a i porusza się po niej z podziwu godną wprawą. Víctor Ros to drobny złodziejaszek nawrócony na drogę prawa. Niegdyś buszował między straganami targowiska w Madrycie licząc na obrobienie jak najbardziej pękatych kieszeni nieostrożnych kupujących, potem jednak dzięki swemu talentowi obserwacji i dedukcji zaciągnął się w szeregi policji. Poznajemy go w roku 1877 kiedy pracuje akurat nad dwoma bardzo różnymi sprawami, a do tego przeżywa gwałtowne rozterki miłosne, które ostatecznie splotą się z jednym i drugim śledztwem. Pozornie bardziej interesująca z tych dwóch spraw doty-

czy powtarzających się prób dokonania morderstwa, do których dochodzi w murach tytułowego nawiedzonego domu. Jak się jednak po pewnym czasie okaże, także druga sprawa – związana z seryjnymi morderstwami prostytutek – będzie kryła w sobie znacznie więcej tajemnic niż można by się początkowo spodziewać.

Text: Bartłomiej Paszylk

JERÓNIMO TRISTANTE - Tajemnica domu Arandów (El misterio de la casa Aranda)

Tristante przekonująco kreśli głównego bohatera, a także barwne postaci drugoplanowe i ma niewątpliwy talent do wymyślania intrygujących zagadek kryminalnych. Czasami można mieć co prawda zastrzeżenia co do technik dedukcyjnych stosowanych przez Victora Rosa – bywa, że zbyt duży margines pozostawia się w nich łutowi szczęścia – a odmalowanemu w powieści XIXwiecznemu Madrytowi przydałoby się dodać nieco szczegółów, ale kiedy już docieramy do zaskakującego finału, żal się rozstawać ze światem przedstawionym przez Tristante. Całe szczęście, że „Tajemnica domu Arandów” to zaledwie pierwszy tom planowanej serii o śledztwach przenikliwego Victora Rosa. Wydawnictwo Noir Sur Blanc już zapowiedziało wydanie w najbliższym czasie drugiej książki z tego cyklu zatytułowanej „Sprawa Czarnej Wdowy”. Kto więc zafunduje sobie lekturę „Tajemnicy domu Arandów”, ten może mieć nadzieję na dogłębne poznanie fascynującego hiszpańskiego półświatka wraz z pojawianiem się kolejnych odsłon serii.

99


Wszystko zaczęło się na początku 1977 roku w Lodi, niewielkim mieście w stanie New Jersey. Wtedy to niejaki Glen Danzig, znany już z gry z kilkoma lokalnymi zespołami wokalista, postanowił założyć nową grupę. Za nazwę dla kapeli posłużył tytuł nakręconego na początku lat 60. filmu z Marilyn Monroe - „Skłóceni z życiem”. Po angielsku - „The Misfits”. Danzig szybko znalazł skład, który jednak ulegał częstym rotacjom, a jedynym, który towarzyszył mu przez niemal cały wczesny okres twórczości zespołu, był basista Gerald Caiafa, znany lepiej jako Jerry Only. Popularność Misfits szybko wykroczyła poza rodzinne strony głównie dzięki unikalnemu stylowi, jaki wypracował zespół. Presleyowsko-Morrisonowska maniera wokalna, jaką prezentował Danzig, uzupełniona została szybką, melodyjną muzyką, charakterystycznymi chórkami i tekstami nawiązującymi do klasycznych filmów i (nieco rzadziej) literatury grozy. Głównymi tematami utworów zaczęły być pożerające ludzi zombie, grasujące po lasach wilkołaki oraz inne krwiożercze monstra. Do wszystkiego doszedł oryginalny i wyjątkowy w tym czasie image, którego najbardziej znanym elementem stał się tzw. devilock – charakterystyczny, opadający na twarz kosmyk włosów. Logiem zespołu został Crimson Ghost – zainspirowana serialem z lat 40. trupia czaszka, obecnie jeden z powszechnie rozpoznawanych symboli rock’n’rolla. Tak – w dużym skrócie – narodził się nowy gatunek punk rocka.

Misfits w ciągu sześciu lat istnienia udowodnili, że są płodnym zespołem, nagrywając trzy pełnowymiarowe albumy (pierwszy z nich, „Static Age”, ukazał się jednak dopiero w roku 1997), jedną koncertówkę, trzy EP-ki i sześć singli. W tym czasie zaczęły się formować także inne zespoły, które jako drogę artystycznej ekspresji wybrały sobie balansowanie na granicy kiczu, grozy i makabry: w 1979 roku w Kaliforni powstaje TSOL Jacka Grishama oraz 45 Grave prowadzone przez wokalistkę Dinah Cancer. W 1980 ex-członek Misfits Bobby Steele zakłada The Undead; po rozpadzie Misfits w 1983 Danzig wraz z nowymi muzykami zakłada z kolei Samhain. Popularność horror punka zaczyna jednak przemijać i przez ponad dekadę był on gatunkiem nieco zapomnianym (mimo że wpływowym – warto w tym miejscu zaznaczyć, że Misfits – zwłaszcza końcowy okres ich ówczesnej twórczości – byli sporą inspiracją dla sceny metalowej na czele z takimi zespołami, jak Metallica czy Entombed). Misfits rozwiązali się w 1983, jednak dwanaście lat później – po długiej sądowej batalii z Danzigiem – Jerry Only zdołał przywrócić zespół do życia. Od tego czasu pozostaje on jedynym stałym członkiem zespołu, przez który przewinęli się tacy muzycy, jak Marky Ramone, Dez Cadena z Black Flag czy nieznany wcześniej Michael Graves, który zaśpiewał na dwóch wydanych pod koniec lat 90. płytach, po czym rozpoczął udaną karierę solową.


O sile horror punka z pewnością przesądza dynamiczna, przebojowa muzyka, która idealnie sprawia się zarówno na koncercie, jak i w domowym zaciszu, ale i jego wizualna atrakcyjność (kto nie fascynuje się żywymi trupami?) i zdystansowanie od polityki, która w punku była obecna od zawsze i z reguły czyniła więcej szkód niż pożytku. Pozostaje nam sobie tylko życzyć, aby taki stan rzeczy się utrzymał jak najdłużej.

Foto: www.angst-im-wald.com (The Other)

Wydawałoby się, że w horror punku nie można wymyślić za wiele i jest to gatunek, który z racji pewnego muzycznego ograniczenia zacznie w pewnym momencie zjadać własny ogon. Nie da się co prawda ukryć, że wiele zespołów nie robi nic poza kopiowaniem Misfits, lecz sporej części udało się pójść dalej i rozwinąć formułę gatunku, nie tracąc przy tym jego najbardziej charakterystycznych cech. Sporo kapel zaczęło łączyć horror punka z psychobilly, tradycyjnym rock’n’rollem, rockiem gotyckim bądź deathrockiem, który w ostatnich latach – po długim okresie zapomnienia – również przeżywa swój rozkwit i jest silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Popularność horror punka rośnie także w tak nietypowych dla niego miejsca, jak Polska, i nie mam tu na myśli jedynie umieszczanego na każdej części garderoby Crimson Ghosta. Do niedawna mogliśmy pochwalić się jednym z najlepszych cover bandów Misfits, czyli bydgoskim 666 Aniołów, oraz uznanym na całym świecie warszawskim Miguel & The Living Dead, których muzyka była wypadkową wczesnego gotyku, deathrocka, psychobilly i mrocznego punka. Coraz częściej odwiedzają nas również zespoły z Zachodu i tak na przykład gościliśmy już w swoim kraju takie orkiestry, jak The Deep Eynde, Shadow Reichenstein, The Crimson Ghosts czy The Spook.

Text: Michał Karpowicz

Reaktywacja Misfits bez Danziga to do tej pory przedmiot sporów wśród fanów zespołu, jednak nie będziemy roztrząsać jej słuszności w tym artykule. Ważny jest fakt, że po reaktywacji zespołu jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nowe horror-punkowe kapele. Druga połowa lat 90. to ich prawdziwy wysyp i można by podejrzewać, że to chwilowa moda, gdyby nie fakt, że wiele z tych zespołów gra do dzisiaj i ma się dobrze. Najważniejsze „nowe” kapele horror-punkowe to japoński Balzac (ci akurat powstali wcześniej – w 1992), kalifornijskie Penis Flytrap i The Deep Eynde (działająca od połowy lat 90. gotycka grupa, która na początku nowego tysiąclecia skierowała się w bardziej punkowe rejony), teksański Shadow Reichenstein, nowojorskie The Brickbats, Blitzkid z Wirginii, Calabrese z Arizony, Antiworld z Portland, Wednesday 13 z Północnej Karoliny, The Rosedales z Chicago, austriackie Bloodsucking Zombies From Outer Space, brytyjska Zombina & The Skeletones, niemieckie The Other i The Spook. W latach 1999-2001 horror punkowe oblicze prezentowali nawet obecni idole nastolatek z AFI, którzy wydali m.in. genialną EP-kę „All Hallow’s”. Warto również wspomnieć o dwóch horror punkowych supergrupach: Son of Sam (pierwszą płytę nagrywali członkowie m.in. AFI, Samhain i Danzig) oraz Murderdolls (w składzie m.in. wokalista Wednesday 13 oraz Joey Jordison ze Slipknota na gitarze). Zaczęły również powstawać nastawione na horror punka wytwórnie muzyczne, z których najważniejszą jest obecnie niemieckie Fiendforce Records. Horror punkowe płyty wydają także między innymi – również niemieckie – Wolverine Records oraz amerykańskie Blood and Guts Records.


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Sebastian Drabik i Maciej Walczak Zew krwi Ilustracja: Anna Jarmołowska Miniatura grozy dedykowana wspaniałemu artyście, niesamowitemu człowiekowi, Paulowi Naschy’emu.

Dziewczyna szybkim krokiem przemierzała skąpaną w bladym świetle księżyca ścieżkę prowadzącą do wioski. Nie mogła widzieć obserwujących ją czerwonych ślepi kryjących się w ciemności, ale mimo to czuła niepokój. Lekki dreszcz, który przebiegł jej po plecach wydawał się jej chłodem nocy, ale zamiast otulić się chustą zwisającą luźno z ramion zwiększyła tempo marszu. Kiedy weszła na szczyt wzgórza w oddali zobaczyła światła pierwszych domostw i odetchnęła z ulgą. Pamiętała, że zaraz koło drogowskazu na rozdrożach rosły piękne maki i pochyliła się, żeby zerwać kilka. To ocaliło jej życie. Wyczuła jak przeleciało nad nią coś dużego, a ostre szpony zamiast tętnicy szyjnej rozorały jej skórę na plechach. Skrywany głęboko w zakamarkach świadomości niepokój, uśpiony znajomym widokiem rodzinnej wioski, eksplodował strachem. Olbrzymia dawka adrenaliny nie zostawiła nawet sekundy na zastanowienie się, co właściwie ją zaatakowało. Dziewczyna poderwała się nie zważając na krew płynącą po plecach i puściła się szaleńczym biegiem w dół wzgórza. Usłyszała za sobą mrożące krew w żyłach wycie wilka. Pędziła na złamanie karku nie zdając sobie sprawy, że tułów zaczyna powoli nie nadążać do pędu biegu spowodowanego strachem i stromym zboczem. „Dotrzeć tylko do wioski! Do świateł domów! Będziesz uratowana!” – powtarzała w kółko w myślach, ale do bezpiecznego obszaru nadal było bardzo daleko. Dobiegała do małego zagajnika brzóz, kiedy do jej uszu dobiegł odgłos ciężkiego stąpania. Z każdą sekundą głośniejszy i wyraźniejszy, mieszający się z zapierającym dech w piersiach smrodem. Pisnęła przeraźliwie, kiedy poczuła gorący oddech na plecach. Gwałtownie skręciła z drogi i wbiegła pomiędzy brzozy. W tym samym momencie okrągła tarcza księżyca schowała się za chmury i zrobiło się zupełnie ciemno. Gdyby nie to, że biegała między tymi drzewami od urodzenia, szybko skończyłaby z rozbitą głową lub skręconym karkiem. Słyszała za plecami kilka głuchych odgłosów zderzenia z drzewami, ale nawet się nie obejrzała. Zanurkowała w krzaki malin i przylgnęła nieruchomo do ziemi. Zakryła usta dłońmi, żeby stłumić oddech i wsłuchiwała się w zapadłą ciszę. Kilka sekund jakie leżała zdawały się trwać w nieskończoność. Nagle z olbrzymią siłą kosmata łapa przygwoździła ją do ziemi, a potem brutalnie obróciła na plecy. Nie zdążyła krzyknąć, kiedy zębata paszcza ociekająca śliną rozwarła się i rozszarpała jej gardło. - Cięcie! Ostre światło oświetliło całą polanę. - Łaskoczesz mnie tym futrem – martwa jeszcze przed sekunda dziewczyna zachi-

102


[ Sebastian Drabik i Maciej Walczak - Zew krwi ]

Anna Jarmołowska

chotała i odepchnęła wielki łeb wilkołaka. Kosmaty stwór wyprostował się i wzruszył ramionami dając do zrozumienia, że to nie jego wina. - Świetnie to wyszło. Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Jutro zaczniemy rano od sceny w kościele, a wieczorem zrobimy jeszcze powtórkę pogoni. Tylko na wszelki wypadek – dorzucił reżyser widząc zrezygnowane miny ekipy. – Świetna robota. Wszyscy zaczęli zwijać sprzęt a wilkołak pokazał na przegub ręki. - Jasne Paul, pogadamy o tym z samego rana, a tymczasem idź się przebierz. – „Jak on wytrzymuje w tym kostiumie?” mruknął do siebie obserwując znikającego w przyczepie kosmatego stwora. W przyczepie Paul usiadł przed lustrem i złapał dłońmi głowę kostiumu, ale ta ani myślała zejść. Zdziwiony zaczął nerwowo szukać suwaka schowanego pod futrem na plecach, lecz ten jakby schował się i ani myślał wyjawiać miejsca, w którym się znajduje. Nagle poczuł, że kostium zaczyna przylegać ściślej do jego ciała. Dokuczliwe gorąco, z jakim musiał męczyć się długie godziny na planie znikło, a w płuca wciągnął rześkie powietrze nocy. Spojrzał na włochatą dłoń i na ostre szpony, które nagle wyskoczyły jak ostrza noży. Pozwolił dzikiej euforii kumulującej się u podstawy kręgosłupa rozejść się po całym ciele, zawył przeciągle i wyskoczył oknem wyrywając pół ściany przyczepy. Nie mógł pozostać obojętny na zew księżyca.

103


ORPHAN SIEROTA USA, Kanada 2009 Dystrybucja: Galapagos Reżyseria: Jaume Collet-Serra Obsada: Vera Farmiga Peter Sarsgaard Isabelle Fuhrman CCH Pounder

X X X

Text: Wojciech Jan Pawlik

X X

104

Fabuła filmu jest prosta jak drut. Colemanowie to typowa amerykańska rodzinka: rodzice, Kate i John, oraz dwójka dzieci, syn Daniel i głuchoniema córeczka Max. Sielankowy obraz burzy rodzinna tragedia – utrata nienarodzonej córki. Matka obwiniając się za tragedię popada w alkoholizm, traci posadę nauczycielki muzyki, a rodzina o mało się nie rozpada. Z czasem Colemanowie wychodzą na prostą i postanawiają dać sobie drugą

szansę. Tym razem chcą przelać miłość do nienarodzonej córki na inne dziecko. Podejmują zgubną, jak się później okaże, decyzję o adopcji. Już przy pierwszej wizycie w sierocińcu ich uwagę przykuwa 10-letnia Esther (znakomicie zagrana przez debiutującą Isabellę Fuhrman). Dziewczynka wydaje się być dojrzalsza, bardziej wykształcona i lepiej wychowana od swoich rówieśników. Colemanom nie przeszkadza to, że od samego początku dziewczynka wydaje się być jakaś, delikatnie mówiąc, dziwna. Twórcy wytłumaczyli to w najbanalniejszy możliwy sposób: pochodzi z Rosji. Aha, to wyjaśnia wszystko! Przybrani rodzice są tak zafascynowani tajemniczą dziewczynką, że nawet nie chcą poznawać pozostałych dzieci. Dosłownie chwilę później Esther dołącza do rodziny. Film zaczyna się dość standardowo, tak jak podobne produkcje z gatunku „demoniczne dzieci”. Esther błyskawicznie adaptuje się do nowego otoczenia i równie szybko zaznacza swój teren. Już po kilku dniach jej nowe rodzeństwo

Jaume Collet-Serra, twórca wyjątkowo złego „Domu woskowych ciał”, chyba postanowił zrehabilitować się i zapracować na uznanie w oczach fanów horroru. Tym razem zaserwował nam „Sierotę”. Jak mu to wyszło?


boleśnie przekonuje się „kto tu rządzi”. Akcja rozwija się dość szablonowo, jak na ten gatunek przystało. Esther, zastraszając i manipulując, konsekwentnie krocząc po trupach (dosłownie), podąża do celu, jakim jest uwiedzenie Johna. Na szczęście reżyser ma dla widzów kilka niespodzianek, których naturalnie w tym miejscu nie zdradzę, żeby nie zepsuć końcowego efektu. Dzięki nim tytułowa sierota jest nieco inna od pozostałych Jest to niezły film, a nawet ośmielę się zabójczych dzieciaków. powiedzieć - dobry. Ma sporo minusów, co znacznie obniża ocenę. Do pewnego momentu jest niemiłosiernie przewidywalny. Widz przez pierwsze pół filmu, czuje się tak jakby to on pisał scenariusz. Kłują w oczy absurdalne sytuacje oraz naiwność, a czasem czysty debilizm (nie bójmy się nazwać tego po imieniu) głównych bohaterów. Może spytam otwarcie: co zrobiłaby rozsądna matka (czytaj: Kate), gdyby od jakiegoś czasu podejrzewała, że jej świeżo adoptowana córka morduje ludzi? Najlepszym rozwiązaniem jest zostawienie jej sam na sam z pozostałymi dziećmi, żeby sprawdzić co się stanie. Zapewne każdy na miejscu Kate zrobiłby tak samo… Na koniec warto wspomnieć o bardzo miłym dodatku, jakim jest alternatywne zakończenie, które moim zdaniem powinno być tym właściwym.

105


Ulli Lommel to niemiecki reżyser najpierw tworzący mroczne kino w swojej ojczyźnie (nakręcił wówczas m.in. słynny film o kanibalu-homoseksualiście pt. „Die Zärtlichkeit der Wölfe” /„The Tenderness of Wolves”), a później – od sukcesu „Boogeymana” na początku lat 80. – w Stanach Zjednoczonych. Jego filmowy dorobek jest bardzo nierówny, ale z tym większą ciekawością postanowiliśmy go wypytać o wszystkie jego najgłośniejsze tytuły. Pretekst był nie byle jaki: dzięki firmie Dream Films doczekaliśmy się niedawno polskiej premiery DVD kilku ważnych dzieł Lommela, w tym wspomnianego „Boogeymana” oraz „Klątwy wiedźmy” (wydanych w serii Klasyka Horroru). Bardzo się cieszę, ze znalazł Pan czas na wywiad. Wśród polskich fanów znany jest pan głównie jako twórca filmu „Boogeyman”, więc może opowie pan coś o sobie? Zajmuję się teatrem, filmem, telewizją i radiem od czwartego roku życia, mam na koncie ponad 100 produkcji. Na www.hollywood-action-house.com można znaleźć sporo informacji na temat moich filmów, wraz z plakatami i trailerami. 21 grudnia skończyłem 65 lat, ale sam czuję się ponadczasowy, myślę że mam między 10, a 10.000 lat. Urodził się pan w Niemczech, w miejscowości Zeleznzig. Obecnie te ziemie należą do Polski, można więc chyba powiedzieć, że ma pan polskie korzenie...


Po francuskim sukcesie „The Tenderness of Wolves” w 1974 r., przeniosłem się do Paryża. Trzy lata później ten film odniósł sukces w Nowym Jorku, więc przeprowadziłem się do Nowego Jorku. Zawsze wędrowałem za swoimi filmami. Do Hollywood przeniosłem się w 1980, bo kręcono tam „Boogeyamana”. Lubię Los Angeles, a nie znoszę ani zim, ani zimnej pogody. To moje ulubione miejsce na ziemi, mieszkam w L.A od 1980 i nakręciłem tu ponad 40 filmów. A kiedy odkrył pan swój talent reżyserski? Czy od zawsze interesował się pan kinem? W wieku 12 lat obejrzałem „Zawrót głowy” Alfreda Hitchcocka i postanowiłem, że też chcę robić filmy. No i zakochałem się w Kim Novak. Potem odkryłem Ingmara Bergmana, Polańskiego, Kubricka oraz Peckinpaha i tak rozpoczął się mój romans z filmem.

Zadebiutował pan w 1971 filmem science fiction „Haytabo”. O czym opowiada ten obraz? Eddie Constantine wciela się w naukowca, który panicznie boi się śmierci. Pewnego dnia odkrywa XVIII-wieczną księgę, w której inny naukowiec opisuje odkrytą przez siebie substancję dającą życie wieczne. Niestety tekst urywa się w połowie strony i księga nie ma zakończenia. Przy pomocy kosmity z innego układu słonecznego Eddie cofa się w czasie, by spotkać się z tym naukowcem. Ten z kolei jest tak zszokowany spotkaniem, że przestaje pisać – i to dlatego księga nie ma zakończenia.

Oprócz reżyserowania filmu, zagrał Czy mógłby pan powiedzieć coś wię- pan w nim, a także miał swój wkład cej o współpracy z Rainerem Werne- w pisanie scenariusza – czyżby scerem Fassbinderem? narzyści nie dawali sobie rady? Rainer był dla mnie największa inspira- Ja bardzo lubię pisać, a zwłaszcza spi-

Tłumaczenie: Bartosz Rumieńczyk

A jak rozpoczęła się pańska przygoda z kinem?

cją, pracowaliśmy ze sobą niemal 10 lat, zrobiliśmy razem 20 produkcji, ponadto wspomogłem finansowanie jego pierwszego filmu – „Miłość jest zimniejsza niż śmierć” – w którym zagrałem główną rolę. W 1970 r. przedstawiłem Fassbinderowi kamerzystę Micheala Ballhausa, który w szybkim tempie wspiął się na sam szczyt. Ostatnio ukończyłem swoją pierwszą książkę „The Tenderness of Wolves” gdzie znajduje się cały rozdział poświęcony Fassbinderowi. To zwariowana i zabawna książka, bardzo zajmująca, opowiadam tam wiele historii związanych nie tylko z Fassbinderem, ale także z Warhollem, Orsonem Wellesem, Williamem Burroughsem, Trumanem Capote, Jackie Kennedy, Klausem Kinskim, Frankiem Sinatrą i innymi. Chętnie wydałbym tę pozycję także w Polsce...

Rozmawiał: Sebastian Drabik

Nigdy nie wróciłem do miejsca swoich narodzin, ale zawsze chciałem. Mój ojciec – słynny komik – urodził się w miejscowości Jauer, na Śląsku, nieopodal miasta niegdyś znanego jako Breslau. Osobiście uważam, że wszystkie granice powinny zostać zburzone, wszyscy ludzie na świecie to jedna, wielka rodzina, a dobrzy i źli, anioły i diabły są wszędzie. Żaden kraj nie jest lepszy od drugiego.


USA, gdzie namówił pan na współpracę Andy’ego Warhola. Co sprawiło, że zdecydował się pan na emigrację do USA i w jaki sposób nakłonił pan Andy’ego Warhola do produkcji taA jak na pański debiut zareagowała kich filmów jak „Kokainowi kowboje” rodzina i przyjaciele? i „Blank Generation”? sywać wymyślone przez siebie historie. Wtedy praca idzie znacznie szybciej i łatwiej, no i szybciej mogę zająć się kolejnym filmem.

Uznali, że film był niekomercyjny, zbyt Warholowi bardzo spodobało się „The artystowski i zbyt eksperymentalny. Tenderness of Wolves”. Jest nie tylko producentem tych filmów, ale także W dwa lata po „Haytabo” nakręcił w nich gra – mnie osobiście bardzo się pan swój pierwszy horror – „The one podobają. Andy bardzo mi pomógł Tenderness of Wolves”. Scenariusz w Stanach, bardzo go cenię nie tylko za oparty jest na prawdziwej historii pomoc, ale także za to, że jest geniuhomoseksualisty-mordercy, który za- szem i prawdziwym aniołem. bija młodych chłopców, a jakby tego było mało, zjada ich zwłoki. Wówczas W „Kokainowych kowbojach” podzimusiał to być bardzo kontrowersyjny wialiśmy Jacka Palance’a, Andy’ego temat. Proszę powiedzieć, co było Warhola i pańską byłą żonę Suzanne dla pana inspiracją do nakręcenia tak Love. Jak pan wspomina pracę z tymi brutalnego filmu? artystami? Ten film nie jest brutalny. Uważam, że jest bardzo delikatny i bardzo poprawny politycznie. Owszem, opowiada o prawdziwych wydarzeniach. Lubię zajmować się prawdziwymi historiami i ukazywać ich takimi jakimi są. Uwielbiam też postaci morderców. Okazało się, że wysiłek włożony w film został dostrzeżony – był pan nominowany do nagrody Złotego Niedźwiedzia. Jak pan przyjął to wyróżnienie? Nie znoszę ani nagród, ani ceremonii ich przyznawania. Nie wierzę w takie nagrody, są one potrzebne ludziom, którzy mają problemy z własną wartością. Myślę, że na drugi dzień nikt nie pamięta o takich bzdurach.

Współpraca układała się jak najlepiej z każdym z nich, każdy dzień zdjęciowy był prawdziwą przyjemnością, cieszyłem się każdą minutą. Nowy Jork w późnych latach 70. był najwspanialszym miejscem na ziemi. W latach 80. pojawił się Ronald Reagan i jeszcze głupszy komunizm, potem Wall Street, AIDS i wszystko się posypało. Cały czas żyjemy w okropnych czasach, na świecie jest mnóstwo zła i chciwych kapitalistów, a najgorsi są w Rosji i w Chinach. Są dziesięć razy brutalniejsi niż ci amerykańscy kiedykolwiek byli. Bywałem w Indiach i Brazylii i mam szczerą nadzieje, że te dwa kraje pokażą światu jak można żyć. Nasze ogłupiałe konsumpcyjne społeczeństwo musi umrzeć. Globalizacja zaś jest dobra jedynie dla ludzi władzy i dla korporacji.

Po nakręceniu kolejnych filmów opuścił pan swój kraj i udał się do W 1980 po przeprowadzce do L.A. na-


kręcił pan horror „The Boogeyman”, obraz obecnie cieszący się statusem filmu kultowego. Dlaczego zdecydował się pan akurat na taki film i co było dla pana inspiracją?

Nie znoszę sequeli i to właśnie chciałem pokazać. Dlatego zdecydowałem się wcielić w rolę reżysera, który nie chcę nakręcić kolejnego horroru. Podoba mi się podejście buddystów, którzy tworzą dzieła sztuki z piasku, a potem je niszUwielbiam baśnie braci Grimm, mrocz- czą. Rzeczy materialne nie przedstane i złowrogie. Dla mnie „Boogeyman” wiają żadnej wartości, wszystko umiera. to baśń o duchu. Kręcąc ten film nie Jedynie duch jest nieśmiertelny. spodziewałem się, że odniesie aż taki sukces, kręcąc filmy nigdy nie myślę o Sequel nie został przyjęty tak dobrze ich ewentualnym sukcesie. Kręcę filmy, jak oryginał. Jak dziś obroniłby pan ponieważ czuję taką potrzebę. ten film? Film ma bardzo intrygujący klimat, świetną fabułę, jest dobrze zagrany i ma idealnie dopasowaną muzykę. Czy mógłby pan zdradzić jakieś ciekawostki związane z powstawaniem „Boogeymana”?

Dziś przede wszystkim uszanowałbym widzów i w ogóle nie zrobiłbym drugiej części, albo zrobiłbym coś mniej buntowniczego. Rozumiem reakcje widzów, choć pojawiły się też głosy broniące mojego nietypowego podejścia.

Pamiętam z dzieciństwa bajki, które czytała mi niania i to one były dla mnie inspiracją. To one sprawiły, że zrobiłem „Boogeymana”, a także inne filmy. Poza tym doskonale wspominam pracę z Johnem Carradine’em, ojcem Davida.

Po dwudziestu lat dokręcił pan nowe sceny i wypuścił reżyserską wersję „Boogeymana 2” z 1983 roku. Co skłoniło pana do tego kroku: niezadowolenie wersją z 1983, czy presja wywołana negatywnym odbiorem obrazu?

A jak pan zareagował na wpisanie „Boogeymana” na niesławną listę Nadal byłem zbuntowany i chciałem wyVideo Nasties w Wielkiej Brytanii? wołać jeszcze więcej zamieszania i jeszcze więcej kontrowersji. Wydaje mi się, Podwójne standardy tworzą chory sy- że aby to zrozumieć, należy obejrzeć stem, który wypatruje za każdy drzewem wszystkie części „Boogeymana”, ale tu chowającego się komunisty, lub boogey- bardziej sprawdziłby się psychiatra niż mana, tak aby ludzie nie odkryli, że to fan horrorów. sam system jest zły. A poza tym w ogóle mnie to nie obeszło. Na rok 2010 planowane jest wydanie w Polsce wszystkich części „BooNiedługo po ukończeniu „Boogey- geymana” wraz z „Klątwą wiedźmy” mana” zdecydował się pan nakręcić i „BrainWaves”. Czy zechciałby pan kontynuację filmu wykorzystując opowiedzieć coś o dwóch ostatnich obszerne części oryginału. Skąd taki filmach? pomysł? „Klątwa...” z Donaldem Pleasence’em


i „Brain Waves” z Keirem Duleą, Tonym Curtisem i Verą Miles to dwa z moich ulubionych filmów. Mają rzesze fanów na całym świecie, są nazywane moimi klasykami z lat 80. Oba filmy zebrały doskonałe recenzje i odniosły sukces na całym świecie. Jak sam pan wspomina, w „Klątwie wiedźmy” zagrał Donald Pleasence – świetny aktor znany z doskonałej kreacji w „Halloween” Carpentera. Czy trudno było go namówić na tę rolę i czy trudno się z nim pracowało?

Wspomniani seryjni mordercy to pana kolejny znak firmowy – „Zodiac Killer”, „B.T.K. Killer”, „Green River Killer” – czemu to akurat tych morderców postanowił pan uwiecznić na kliszach swoich filmów? To nie był mój wybór, tylko decyzja Lionsgate.

W „Zodiacu” oglądaliśmy Davida Hessa. Jestem pewien, że wszyscy pamiętamy stworzoną przez niego postać psychopatycznego mordercy w „Ostatnim domu po lewej” Wesa Z Pleasence’em pracowało się bardzo Cravena. Czy to właśnie ta rola zdełatwo, był uroczym gentlemanem. I bar- cydowała, że obsadził pan Hessa dzo mu się podobał scenariusz. w „Zodiacu”? Myślę, że można uznać rok 2006 za przełomowy dla pana. Założył pan Hollywood House of Horrors – swoją własną wytwórnię specjalizującą się w niskobudżetowych filmach grozy. Co sprawiło, że zdecydował się pan wystąpić z taką inicjatywą? Lionsgate podpisało ze mną kontrakt na 20 filmów - czy jest ktoś komu by się to nie spodobało? Oto nareszcie znalazłem się w raju producentów. Dotychczas to ja zawsze musiałem ganiać za dystrybutorami, teraz role się odwróciły. Wszystkie filmy z House of Horrors znalazły się w pierwszych dziesiątkach najchętniej kupowanych płyt DVD w Stanach, co jest rekordem na skalę światową. Wiem, że przeciętnym fanom horrorów moje podejście może nie odpowiadać, ale ja wierzę w społeczno-polityczne przesłanie moich filmów. Czuję się jak Andy Warhol, ja tylko trzymam krzywe zwierciadło, a społeczeństwo się w nim przegląda. Patrzcie, oto wy i wasza fascynacja seryjnymi mordercami.

David od wielu lat był moim przyjacielem i od zawsze chcieliśmy zrobić coś razem. Poza „Zodiakiem” nakręciliśmy też „Zombie Nation”. A jak układała się pańska współpraca z Hessem? Czy jest pan w pełni zadowolony z końcowego efektu? Nigdy nie oglądam swoich filmów. Kręcę je, montuję i to wszystko. Nie lubię oglądać filmów, nie potrafię wysiedzieć tak długo wpatrując się w ekran. Poza tym uważam samo kręcenie filmów za bardziej interesujące. W swojej pracy opierał się pan także na twórczości Lovecrafta czy Poego. Skąd ten wybór? Czy chodzi o wpływ tych pisarzy na pana, czy może o chęć stworzenia produktu, z etykietką Poe, czy Lovecraft, po który ludzie na pewną sięgną? Chciałem zrobić więcej filmów w oparciu o twórczość Poego czy Lovecrafta, ale


postanowiłem, że trzeba iść do przodu. Nie interesują mnie już takie filmy. Jestem jak malarz, nie interesują mnie już błękitne barwy, teraz tworzę w czerwieni.

może po prostu chęć sprawdzenia się?

Gram od czwartego roku życia, tak to się wszystko zaczęło. Przed 25 urodzinami zagrałem mnóstwo ról, Romea, Hamleta... Jako aktor wziąłem A czy mógłby pan wskazać na inne udział w 400 produkcjach. lovecraftowskie motywy w filmie „The Tomb” poza finałową sceną, A o współpracy z kim pan marzy? w której obserwujemy dziewczynę zafascynowaną tytułowym opowia- Ze Zbyszkiem Cybulskim. daniem tego autora? Próżno szukać w filmie Przedwiecznych czy macko- Które lata według pana były najlepsze watych potworów... dla horrorów? Wolę żeby ludzie albo kochali filmy, tak- Nie przepadam za większością horrorów że moje, albo je nienawidzili niż mieliby poza „Lśnieniem” i Hitchcockiem. pozostać obojętnymi, wolę także nie wyjaśniać moich filmów... „Absolute Evil” z 2009 to jeden z ostatnich filmów ze wspaniałym Davidem Carradinem. Praca z tym aktorem musiała być chyba wielką przyjemnością... To prawda, to było wspaniałe doświadczenie, to geniusz, a jednocześnie fantastyczny facet. Planowaliśmy nakręcić A gdzie pańskim zdaniem powstają kolejne filmy, ale niestety musimy się najciekawsze horrory? wstrzymać i zobaczyć jak to jest po śmierci... W Japonii i w Korei. Czy uważa pan „Absolute Evil” za Które filmy wywarły na panu najwiękswoje szczytowe osiągnięcie? sze wrażenie w ostatnich czasach? Nie, nie..., ale tak jak mówiłem, nigdy nie „Dark Water (2001)”, „The Death Curoglądam skończonego filmu. Owszem se” (2003), „Discovery” (2005), „Dolls” podczas montażu jedne sceny podobały (2002), „Doppelganger” (2004). mi się bardziej, a inne mniej. A co sądzi pan o szlachtowaniu pewZajmuje się pan reżyserią, scenariusza- nych brutalnych filmów przez cenzomi i aktorstwem. Co sprawiło, że zajął rów? Czy nie sądzi pan, że tak pocięte się pan grą, brak aktorów potrafiących dzieło przestaje być dziełem swego sprostać pańskim oczekiwaniom, czy twórcy?


Jestem przeciwny jakiejkolwiek cenzu- Chętnie wracam do wszystkich filmów rze, koniec, kropka. Każdej, wszędzie wyżej wymienionych twórców. i zawsze... A co by pan powiedział, gdyby TwiW 2006 roku pojawiły się trzy filmy sted Pictures zaproponowało panu podejmujące ten sam temat: „Kanibal zrobienie „Piły VIII”? Podjąłby się pan z Rotterdamu” Martina Weisza, „Kani- wyzwania? bal” Mariana Dory’ego i pański „Diary of a Cannibal”. Pan zdecydował się Nigdy. Widziałem zapowiedzi tych filmów odejść od autentycznych wydarzeń, i w ogóle mi się nie podobały. czyżby wzruszyła pana relacja Armina Meiwesa? I co sprawiło, że zdecydo- Chodzą słuchy, że pracuje pan nad wał się pan zająć tym tematem? trójwymiarowym „Frankensteinem”. Na jakim etapie jest produkcja i czeLionsgate chciało zrobić ten film, więc mu zdecydował się pan na 3D? się tego podjąłem. W mojej wersji to kobieta zjada mężczyznę i jest to swego To produkcja kierowana do masowego rodzaju metafora. odbiorcy, wchodzę na ziemię dotychczas mi nieznaną, wielki budżet, gwiazdorska A widział pan filmy Dory’ego i Wei- obsada no i filmy dla dużej publicznosza? ści. Zdjęcia rozpoczną się w kwietniu, lub w maju w Niemczech. A że ludzie Obecnie rzadko oglądam filmy... kochają filmy 3D, pomyślałem – czemu nie? Wchodzę w nowa fazę i mam nowe A co pan sądzi o polskiej kinemato- podejście. grafii? A jakie ma pan plany na przyszłość? Poza Cybulskim niewiele wiem... Jaki będzie pana kolejny krok po wygaśnięciu kontraktu z Lionsgate? A gdzie szuka pan inspiracji? Czy inni reżyserzy mają na pana taki wpływ, Koniec filmów dla Lionsgate! „Frankenże decyduje się pan wykorzystywać stein” będzie dużą produkcją, chcę także elementy ich twórczości w pańskich zrobić „Draculę” w 3D i remake „Boogeyfilmach? W „Boogeymanie” da się mana” w 3D. To będą wysokobudżetowe wyczuć fascynację np. „Halloween” produkcje dla masowego odbiorcy, z wyCarpentera.... wrotowymi elementami. Uwielbiam twórczość reżyserów, których już wymieniałem - Kubricka, Peckinpaha, Hitchcocka, Bergmana. Darzę także ogromnym szacunkiem Pasoliniego, Godarda, Antonioniego i Wellesa.

Na koniec chciałbym podziękować za wywiad i życzyć panu wszystkiego dobrego oraz dużo wytrwałości w pracy.

Ja również dziękuję za zainteresowanie A czy ma pan jeden ulubiony film, do i za doskonałe pytania, to mój pierwszy którego stale pan wraca? wywiad dla Polaków, wow!


[ Wiersze niepokojące ]

Wiersze niepokojące Robert Cichowlas Płonąca żyrafa Na ulicy kreślonej przez szalonego kartografa czarna breja wlewa się w poły mojego płaszcza cień pociągłej twarzy o upiornych ślepiach strzygi prosi pokornie o cukierka i szklankę coca-coli zwietrzałe potoki mkną między murami na kurzych nóżkach kamienic Obracam głowę o trzysta sześćdziesiąt stopni by wymusić pierwszeństwo srogim spojrzeniem bezczelnym gestem przecinam park tu tysiące lat temu zbłąkany Maja w dowód miłości Boga zjadł na kolację swoją czwartą żonę Gdzieś na przedmieściach zastygam w bezruchu niezdolny by zaczerpnąć powietrza dym spowalnia adrenalinę stłumiony jęk rozpływa się gdzieś w oku cyklonu oto płonie żyrafa z szyją jak schody do Hadesowego raju Słucham serca bijącego w koronach drzew sięgają ust śpiącego w pracowni kartografa zaczadzonego wczorajszą tragedią zwęglony wąs niczym tajpan kąsa płótno płonąca żyrafa karmi nas jadem

113


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Błądzący wagabunda z Mictlampy Ja, wagabunda, nawrócony władca Mictlampy przechodzę na drugą stronę, do nieznanej krainy, chcę zobaczyć, jak tam jest - w tym dobrym świecie, o którym tyle się mówi. Rozebrane z piór ptaki spoglądają na mnie tępym wzrokiem, trzepocząc nagimi skrzydłami. Powiedz mi, Bracie, gdzie się schowałeś? Wychodzę na aleję pełną kwakrów, gdzie czarne smugi zagubionych dusz przenikają przez poranne słońce. Powiedz mi, Bracie, jak daleko jeszcze? Usiłuję zapalić światło, ale nie ma już prądu, ale nie mam już głodu na dalszą wędrówkę, najchętniej wróciłbym tam, skąd przyszedłem do białego pomieszczenia, na metalowe łóżko. Szukam kogoś, kto podałby mi rękę. Kto pomógłby wyrwać się z tej chłodnej sali Sądowej Ostatecznie Wciąż gram symfonię paraliżu, co rano wychodzę na werandę tego jestestwa i patrzę, patrzę, jak drzewa korony swe zdejmują jak codziennie abdykują. Powiedz mi, Bracie, kim jesteś?

114


[ Wiersze niepokojące ]

Przewodnik nie widziałem mahoniowego fortepianu na którym grał mój przewodnik nawet muzyki nie słyszałem ponoć ludzie mdleli skrzyżowane miał nogi jak Chrystus i gwoździe w dłoniach był królem bez królestwa z koroną opadającą na czoło zmęczony pocił się krwią i szepnął w obcym języku słowa pokusy przewodnik mój który po trzech dniach wstał od fortepianu rzucił w cholerę sromotę parszywego życia i pochwycił moją dłoń zasiedliśmy w małej knajpie gdzie dziękując za te dary biały chleb popiliśmy czerwonym winem.

115


LATIDOS DE PANICO PANIC BEATS Hiszpania 1983 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Paul Naschy Obsada: Paul Naschy Julia Saly Lola Gaos Silvia Miró

X X X

Text: Sebastian Drabik

X X

Rok później Paul napisał scenariusz do „El Mariscal del infierno” („Devil’s Possessed”), gdzie Gelles de Rais ponownie posłużył za inspirację do stworzenia postaci głównego bohatera. W „Panic Beats” po dziesięciu latach zapomnienia Naschy

postanowił wskrzesić złego Alarica, a co z tego wyszło, możecie zobaczyć sami. Film zaczyna się od sceny pościgu. Widzimy nagą kobietę biegnącą przez zamglony las. Ściga ją rycerz, Alaric de Marnac. W końcu dziewczyna zostaje zabita, jak się okazuje, za niewierność. Akcja filmu zostaje przeniesiona do czasów współczesnych. Potomek Marnaca, Paul, jest mężem bogatej kobiety, Genevieve. Okazuje się, że żona Paula ma poważne problemy z sercem. Mąż za namową doktora zabiera żonę do domu swoich przodków, gdzie będzie mogła się zrelaksować i podreperować zszargane zdrowie. Na miejscu czekają na nich gosposia (której której Paul jest wychowankiem, traktowanym niemal jak syn) oraz kusząca siostrzenica. Paul jednak z braku czasu zostawia żonę pod opieką kobiet, a sam wyjeżdża. Genevieve słyszy po raz pierwszy mrożące krew w żyłach opowieści o przodku męża… Jak się później oka-

W roku 1973 Paul Naschy razem z Carlosem Auredem stworzyli aż cztery ciekawe pozycje, w tym „Horror Rises from the Tomb” gdzie po raz pierwszy pojawiła się, stworzona przez Naschy’ego postać czarnoksiężnika, Alarica de Marnaca. Naschy twierdzi, że oparł tę postać na prawdziwym średniowiecznym francuskim rycerzu szlachcicu – Gellesie de Raisie, oskarżonym o porywanie, torturowanie i gwałcenie setek dzieci. Warto dodać, że był również bohaterem narodowym Francji i walczył u boku Joanny D’Arc.

116


zuje, pobyt w posiadłości Marnaca nie wychodzi Genevive na zdrowie. Za scenariusz i reżyserię „Panic Beats” odpowiada sam Paul Naschy. Historia nie jest odkrywcza, ale sam autor przyznaje, że wzorował się na „Gaslight” i „Rebece”. Zauważalne są również inspiracje „Les diaboliques” czy „Let’s Scare Jessica to Death”. Inspiracje tymi filmami powodują, że obraz, który powstał jest całkiem ciekawy i pozwala się nieźle bawić widzom. Mnóstwo tu krwawych, lecz klimatycznych scen, nie zabrakło również ujęć, w których bardzo ładne aktorki pokazują to i owo. Technicznie Naschy wypadł naprawdę dobrze. Świetnie dał sobie radę biorąc pod uwagę ograniczone lokalizacje i skromną obsadę. To prawda, że można mieć zastrzeżenia do gry aktorskiej, ale nie zapominajmy, że budżet filmu nie był zbyt wielki. Sam Naschy zagrał bardzo dobrze, wcielając się w prawdziwego drania i manipulatora. Praca kamery jest

dobra, wzbogacona ciekawymi rozwiązaniami, na przykład widokiem z perspektywy rycerza, który z czeluści swego hełmu spogląda na swą ofiarę przez przyłbicę. Film ogląda się naprawdę dobrze, może pomijając nieco zbyt wolny początek, ale dalej akcja się rozkręca i nie ma czasu na nudę. Fanów Naschy’ego zapewne nie muszę namawiać na ten seans, a pozostałych, którzy doceniają nieco starsze, klimatyczne filmy, jak najbardziej zachęcam do obejrzenia!

117


Jesienią 2009 roku, grupa bielawskiej młodzieży wracając nad ranem z imprezy, postanowiła zabawić się w rozbijanie szyb, w oknach starej rudery stojącej na skraju miasta. Spośród wielu rzuconych kamieni jeden uderzył w ścianę nieopodal okna i wielki kawał, grubego tynku odpadł z hukiem, wywołując głuche echo, które pomknęło pomiędzy uśpione domy. Spod tynku wyłoniła się niewielka dziura. Młodzi ludzie zaczęli powiększać otwór, rozłupując kawałkami drewna i kamieniami, resztę zaprawy. W dziurze, którą odsłonili ukazała się ołowiana skrzyneczka, a kiedy ją otworzyli ich oczom, w świetle zachodzącego księżyca, ujawiła się koścista dłoń ubrana w czarną rękawiczkę z wielkim sygnetem na palcu, na którym to sygnecie widniały tajemnicze znaki. Dłoń przykrywała leżące na dnie stare dokumenty i papiery zapisane nieznanym alfabetem i kilka zniszczonych fotografii. Wiedzeni złym przeczuciem zanieśli znalezisko na policję. Nie wiedzieli jednak, że ich niezbyt mądra zabawa wywoła nieoczekiwane skutki, których finał ma się rozegrać w Bielawie na początku kwietnia 2010 r. Na komendzie o znalezisku zrobiło się bardzo głośno. Przedstawiano różne hipotezy ale jeden z policjantów, aspirant Andrzej S. mieszkający niedaleko owej rudery, rzucił nowe spojrzenie na przyniesione przez młodzież przedmioty. Przypomniał opowieść swojej babci o mieszkającym tam dawniej mężczyźnie, Zygmuncie Naliwko. Osobnik ten przybył do Bielawy kilka lat po wojnie jako repatriant z terenów obecnej Białorusi. Jego ojciec był znachorem, kuglarzem i różdżkarzem. Zmarł w trakcie podróży do Polski i pozostawił całe swoje „dziedzictwo” synowi. Kiedy Zygmunt wraz z matką przybyli do Bielawy, ten chodził z różdżką od domu do domu i szukał najlepszych „prądów”. Przy jednym z budyn-

ków przyrząd zaczął się bardzo dziwnie zachowywać i właśnie ten wybrała rodzina Naliwko na miejsce zamieszkania. Zygmunt znalazł pracę w zakładach włókienniczych „Bieltex” na wydziale wykończalni. Pracował tam kilka lat. Nie można powiedzieć, że był lubiany. Uchodził za dziwaka. Nie pił, kobiety go za bardzo nie pociągały, choć uznawały go za przystojnego i interesującego mężczyznę. Jego koledzy ze zmiany zauważyli, że z miesiąca na miesiąc i z roku na rok dziwaczał coraz bardziej. Mówił, że mieszka w domu czarownika i spirytysty, który z duchami i jakimiś obcymi rozmawiał, a w piwnicach domu ma wejście do innego świata. Nikt tego nie brał poważnie do momentu kiedy zmarła jego matka. Zygmunt popadł w rozpacz i pewnego dnia wychodząc z pracy powiedział do kolegów, że to niesprawiedliwe, że tak nie może być i on to zmieni. Przejdzie do innego świata, znajdzie sprzymierzeńców, którzy pomogą mu zmienić porządek na ziemi. Krzyknął na odchodne - Pamiętajcie cyfry 4 ..... 2.0.1.0. I tyle go widzieli. Matkę pochowali dobrzy ludzie, a o Zygmuncie słuch zaginął. Policjanci, którzy zajęli się wyjaśnianiem sprawy znaleźli w swoich archiwalnych księgach zgłoszenie zaginięcia Zygmunta Naliwko, a w Miejskiej Bibliotece, krótką wzmiankę na ten temat w lokalnym dwutygodniku Krosno. Obie informacje pojawiły się w kwietniu 1960 r., czyli równo 50 lat temu. Funkcjonariusze dotarli również do rodziny ówczesnego redaktora naczelnego gazety, Kazimierza J. Córka przekazała stróżom prawa zdjęcia jakie z tamtego okresu przechowywał jej ojciec w swoim archiwum. Fotografie te znaleziono w domu Zygmunta. Miejski Komitet Partii uznał, że cała sprawa to zabobon. Zakazał ich publikacji i kazał zniszczyć. Uratował je właśnie Kazimierz J. i skrzętnie przechowywał z dala od oczu ludzkich.


nigdzie indziej nie znaleziono. Poza tym wielu Bielawian uciekało przed frontem, a i tak kilka tygodni potem władzę w mieście objęli Rosjanie, więc nikt się zaginięciem Di Filipusa nie interesował. Faktem jest, że w jego domu nikt nie chciał zamieszkać aż do pojawienia się Zygmunta Naliwki z matką. I znów w datach przewija się miesiąc kwiecień. Sprawa utknęła w martwym punkcie. Kilka tygodni po odkryciu znaleziska rudera została zrównana z ziemią i o wszystkim by zapomniano, ale od stycznia tego roku na tym terenie dochodzi do dziwnych zjawisk świetlnych i dźwiękowych, a w nocy z 31stycznia na 1 lutego w miejscu fundamentów naliwkowego domu stopniał śnieg, mimo 15-stopniowego mrozu. Ludzie w mieście coraz więcej rozprawiają o tej historii i o zygmuntowych cyfrach: 4......2.0.1.0. Co czeka to sowiogórskie miasto? Czy przepowiednia Di Filipusa i Zygmunta się sprawdzi? Czy Bielawę czekają dziwne zdarzenia rodem z horrorów czy filmów SF? Przekonamy się niebawem, wszak kwiecień 2010 już blisko…

Artykuł za „Insomnia - Badacze Historii”

Najstarsi mieszkańcy miasta i działacze Towarzystwa Przyjaciół Bielawy skierowali sprawę na jeszcze inne tory. Otóż w domu Naliwków, mieszkał przed wojną Niemiec, Filip Hanzoiner, również dziwak i pseudowizjoner. Kazał się nazywać Di Filipus. Był lokalnym wróżbitą i często odprawiał seanse spirytystyczne. Nosił na rękach czarne, skórzane rękawiczki, a na palcu lewej dłoni wielki sygnet z dziwnymi napisami. Mówił wszystkim, że jest parlamentariuszem istot z innego, duchowego świata i w piwnicy domu ma do tego świata specjalne wejście. W kwietniu 1910 roku na wiecu zorganizowanym przed swoim domem pokazywał zdjęcia z pobytu w mieście tajemniczych istot z innego świata i ogłosił, że przedstawiono mu najbliższą przyszłość: przyjdą dwie wielkie wojny, a Niemcy będą musieli opuścić swoje domy i uciekać na Zachód. Jednak nikt mu nie chciał wierzyć. Kiedy po II Wojnie Światowej rozpoczęto deportacje, wielu z mieszkańców wspomniało jego słowa, a najbardziej te rzucone na koniec: Równo za sto lat istoty z innego świata przyjdą by zaprowadzić na ziemi nowy ład. Sam Filipus zniknął w kwietniu 1945 r., tuż przed wejściem Rosjan do Bielawy. Policja podejrzewała, że został napadnięty, ale śladów żadnych ani w domu, ani


.OWAKSI–œKAAUTORAPOWIEyCI a$OMNAWYRÇBACHq 

„...Nowa powieść Stefana Dardy sprawia, şe nawet w biały dzień ciarki chodzą po plecach. Autor w pięknym stylu przebija sukces doskonałego Domu na wyrębach�

Andrzej Pilipiuk

WWWVIDEOGRAFPL

WWWSTEFANDARDAPL


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Powergraph 2009 Ilość stron: 320

Jakub Małecki w swojej najnowszej książce przedstawia świat jako szachownicę, na której toczy się partia mogąca zaważyć na ludzkim losie. Najdrobniejsze posunięcie nie pozostaje bez znaczenia i może spowodować nieodwracalne zmiany w naszym dotychczasowym życiu. Siedemnaście opowiadań składających się na zbiór “Zaksięgowani” to właśnie taka rozgrywka, gdzie czytelnik przypatruje się, jak kaprysy losu mogą wpływać na ludzkie żywoty. Opowiadania zdają się być zupełnie ze sobą niepowiązane. Na płaszczyźnie fabularnej tak właściwie jest – autor za pomocą zamiany miejsca akcji, konwencji czy zupełnie innego języka wyraźnie odcina od siebie poszczególne utwory. Jednak całość zbioru jest spięta klamrą dwóch opowiadań, cała książka staje się więc swoistą partią szachów rozgrywaną pomiędzy człowiekiem, a tajemniczą istotą. Grą, w której ludzie są tylko pionkami. W poszczególnych tekstach można odnaleźć pewien wątek dominujący, który w znaczny sposób wpłynął na moją ocenę zbioru. Jest nim powtarzający się motyw korporacyjny, a w szczególności pracy w bankach i firmach ubezpieczeniowych. Jesteśmy wręcz bombardowani informacjami o nienawiści, jaką żywi autor do tych zawodów. Małecki pokazuje, jak daleko potrafią posunąć się ludzie w pogoni za karierą i jak tanio są gotowi zaprzedać duszę. Takie przedstawienie finansistów może być ciekawe, pod warunkiem, że nagminnie się nie powtarza. Nie dominuje zbioru i nie przesłania innych jego elementów opowiadań. Nie po raz pierwszy twórczość tego autora naznaczają wątki antykorporacyjne, jednak do tej pory potrafił

wpleść je w fabułę tak, by nie nużyły swoją ostentacyjnością. W “Zaksięgowanych” tej umiejętności już nieco zabrakło i niechęć do zasad panujących w instytucjach finansowych wylewa się wielkimi falami. W pewnym momencie zaczyna to czytelnika męczyć.

Text: Maciej Pitala

JAKUB MAŁECKI - Zaksięgowani

Na szczęście nie wszystkie opowiadania rozgrywają się w scenerii biur. Dla zrównoważenia możemy przenieść się na wrak “Kurska”, gdzie kilku ostatnich marynarzy czekając na śmierć walczy z własnymi demonami , czy też przekonać się, jak autor radzi sobie w konwencji SF. W tekstach niezwiązanych z korporacjami Małecki zapanował nad osobistymi antypatiami i pisał z luzem i dystansem. Akcent stawiany jest tu na ludzkie problemy i tematykę grozy, spychając nienawiść i kłótnie biurowe na dalszy plan. Liczę na to, że Małecki będzie pisał jak najwięcej takich właśnie opowiadań. Co ważne, Jakub Małecki dawkuje element horroru w sposób bardzo umiarkowany tak, że jego opowiadania balansują na granicy realizmu. Długo nie można arbitralnie rozstrzygnąć, co jest rzeczywistością, a co fikcją. Dodatkowo większość tekstów posiada w pełni otwarte zakończenie, albo przynajmniej pozostawia czytelnikowi sporą możliwość spekulacji, jakby kurtyna opadała na kilka sekund przed zakończeniem akcji. Ostrożne łączenie realizmu i makabry oraz niejasne zakończenia powodowały nieraz, że ciarki przebiegały mi po plecach. Autorom horroru sporadycznie udaje się mnie naprawdę przestraszyć, a Jakub Małecki wstrząsnął mną kilkukrotnie.

121


EL CARNAVAL DE LAS BESTIAS HUMAN BEASTS Hiszpania 1980 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Paul Naschy Obsada: Paul Naschy Eiko Nagashima Lautaro Murúa Silvia Aguilar

X X

Text: Radosław Jarosiński

X X X

Film „Human Beasts” to jednak, wbrew temu co mógłby sugerować drapieżny tytuł, bynajmniej nie horror. Aż do połowy czasu ekranowego aspiruje on raczej do miana kina sensacyjnego , a ów wątek sensacyjny jest niestety tak niemrawy i upośledzony, że odechciewa się kontynuować seans „Human Beasts”.

kolesi, a następnie wybija ich bez problemu (co też nie dziwi, bo panowie sobie wyszli grzecznie z samochodu dając mu doskonałą ku temu okazję) i zgarnia łup nie mając zamiaru dzielić się ze wspólnikami. Organizacja jest tak potężna, że w pościg za złodziejem wyrusza osobiście jej szef wraz z siostrą i dwójką znajomych, nic więc dziwnego, że w starciu z wybitnym specjalistą nie mają szans i zostają (oprócz siostry, byłej kochanki Bruna) wysłani w zaświaty. Sam Rivera zostaje

Oto jakaś bliżej nieokreślona organizacja rodem z Azji, wynajmuje najemnika, Bruno Riverę (Naschy), by ten, będąc wybitnym zawodowcem zaplanował i zorganizował kradzież wielomilionowej wartości diamentów. Nasz zawodowiec realizuje zatem misterny plan zajeżdżając gdzieś w odludnym lesie drogę transportowi diamentów, który składa się z samochodu osobowego i trzech

Zawsze byłem zdania, że horror jako gatunek stwarza największe możliwości przed twórcami. Niewyszukaną fabułę często z powodzeniem ratuje klimat, efekty lub chociażby ciekawe lokalizacje, film nie musi mieć nic wspólnego z rzeczywistością, a w odróżnieniu od innych gatunków filmowych jego autorzy nie muszą trzymać się realiów.

122


jednak ciężko ranny i pewnie by zginął marnie w lesie, gdyby nie został uratowany przez mieszkającą na odludziu sympatyczną rodzinkę. Pan doktor filantrop i jego córki opiekują się rzezimieszkiem nader troskliwie, a miłość do jednej z sióstr zmienia całkowicie jego charakter i skłania do porzucenia drogi zbrodni. Sielankę burzy tylko fakt, że rodzina ma swoje mroczne tajemnice i niekonieczcałkowicie część sensacyjna. To, przenie przyjazne plany co do Bruna. ciętna gra aktorska, statyczna kamera Muszę przyznać, że wraz z zakończe- i takie sobie dialogi stawiają go najwyżej niem pościgów i strzelanin film zmienia na pozycji średniaka. Oczywiście wielbisię zupełnie i jesteśmy świadkami na- ciele Naschy’ego i tak będą musieli „Huprawdę interesujących wydarzeń. Sto- man Beasts” obejrzeć bo dzieło to obrosunki panujące w domu pana doktora, sło już swego rodzaju sławą. Kto jednak ploty lokalnej ludności i w końcu zbliża- właśnie od niego zacznie swoją przygojące się świniobicie, które zapowiada się dę z filmografią hiszpańskiego aktora, jako jakieś nadzwyczajne wydarzenie, ten powinien jak najszybciej zapoznać potęgują zaciekawienie widza. Naschy się także z jego kilkoma wcześniejszymi miał kilka ciekawych pomysłów i film na- dokonaniami – naprawdę bywają znaczprawdę byłby niezły, gdyby nie położona nie lepsze niż omawiany tu tytuł.

123


Rafał W. Orkan - wrocławianin urodzony w 1980 roku. Pisze, od kiedy posiadł sztukę kreślenia liter, warsztat szlifował na ZakuŻonych Warsztatach „Fahrenheita”. Debiutował w 2007 roku miniaturką „Maszyna” w 20. numerze Since Fiction, Fantasy i Horror. Publikował w obu wyżej wymienionych periodykach. Jego debiutem książkowym było opowiadanie „Miód z moich żył” zamieszczone w antologii „Kochali się, że strach”, która ukazała się nakładem Fabryki Słów w 2007 roku. W lutym 2009 także nakładem Fabryki Słów na rynku ukazała się jego debiutancka powieść „Głową w mur”, a już w listopadzie jej kontynuacja „Dziki Mesjasz”. Obie powieści są częściami trylogii Paramythia Vakkerby. Kiedy i jak zaczęła się z psiej gardzieli, pożółkłych Twoja przygoda z fanta- stronicach, gęsto zakreślonych styką? koślawymi kulfonami. Całości dzieła dopełniają straszliwe W 1988 roku w moje ręce ilustracje, wykonane własnotrafił 3 (4) numer Małej Fan- ręcznie, co sprawia, że swoiste tastyki. To był taki kwartalnik decorum zostało zachowane, dla dzieci, wydawany w 150 czego zaraz po części dowio000 egzemplarzy. W środku dę, pozwolę sobie bowiem było parę opowiadań, trochę niniejszym zacytować owo publicystyki, np. artykuł na dzieło w całości, czyli od słotemat elfów, z ilustracjami wa pierwszego do ostatniego, bardzo seksownych i obficie w formie niezmienionej. Uwauzbrojonych elfickich niewiast; ga!, oto premiera w dwadzieśdla ośmioletniego chłopaka cia cztery lata po powstaniu coś, w czym można się zako- tekstu (gwoli wyjaśnienia – rzechać. Wsiąkłem. Niebawem czony karolek, w rzeczywistopojawiły się różne Conany, ści noszący uświęcone już Tolkieny, filmowe Gwiezdne w naszym narodzie imię Karol, Wojny i komiksy o Thorgalu... to mój młodszy braciszek): Jako dwunastolatek byłem już „Był sobie karolek i rafałek no chyba nieuleczalnie chory na i pewnego razu rafałek poszet fantastykę. do lasu i muwi do wilka muwi wilku zabiesz mie do niedziKiedy zacząłeś pisać? wiedzia prosze cie wilku wilk a to dobże rafałku pujdziemy Nauczyłem się czytać, mając no i karolek pszyszedł i muwi cztery latka, nie zwlekając więc hoci rafałku bo mama czeka.” zanadto, pierwszy swój utwór Jak widać, fascynowała mnie prozatorski ukułem w wieku w tamtym okresie twórczym lat pięciu. Mam go do dziś potęga dzikiej, nieokiełzna– na dwóch, jakby wydartych nej przyrody, a także zawarta


dy zacząłeś podejmować kroki, żeby się wydać? W 2006 roku, buszując po sieci, trafiłem na ZakuŻone Warsztaty Fahrenheita i wtedy się to zaczęło. Można powiedzieć, że WredNaczelna tego zacnego periodyku, Ika Repeczko, wyłowiła mnie dla świata druku, wymyślając konkurs na opowiadanie, którego owoc można w dalszym ciągu znaleźć w księgarniach (mam na myśli antologię „Kochali się, że strach”), umożliwiając publikację na łamach Fahrenheita, a następnie proponując wydanie całej książki, jeśli podjąłbym się napisania takowej. Otóż podjąłem się. I jakoś to poszło. Debiut w SFFiH był zaś całkiem przypadkowy; nie przedsięwziąłem żadnych bezpośrednich kroków w celu opublikowania „Maszyny”, więc swoje początki wiążę właśnie z Fahrenheitem i tamtejszą szkołą pisania, dzięki której odważyłem się pokazać wykwity własnej twórczości szerszemu gronu. Twoja proza została zaklasyfikowana jako Orkan Fantasy. Jakbyś wyjaśnił komuś, kto jeszcze nie czytał „Głową w mur”, co to takiego jest Orkan Fantasy i czego tak mniej więcej może się po tym spodziewać?

Orkan Fantasy to taka fantasy pisana przez Orkana, a spodziewać się można po niej z całą pewnością tylko tego, że jej autorem jest niejaki Orkan. A bardziej serio, to nie jest żadna klasyfikacja, jeno taki marketingowy „chłyt”. Gdybym koniecznie miał klasyfikować A kiedy postanowiłeś podzielić „Paramythię Vakkerby”, to określiłbym się swoją twórczością z szerszą ją po prostu jako techno-fantasy, bo publicznością? Dokładniej – kie- to prosty i chyba jasny termin, dający

Rozmawiała: Jagoda Skowrońska

w niej Tajemnica. Wychodzą na jaw obsesyjne poszukiwania własnej drogi, własnego mentora lub życiowego przewodnika, oraz związany z tym konflikt pomiędzy potrzebą indywidualizmu, a silnym przywiązaniem do wartości rodzinnych, odnajdywaniem swojej tożsamości w grupie. Później, w drugiej klasie podstawówki, napisałem, a także samodzielnie zilustrowałem, pewną space-operową historię. Epicka ta opowieść zajęła mi cały zeszyt szesnastokartkowy. Od tamtej pory, z większym lub mniejszym zacięciem coś pisałem, często nowelizowałem komiksy itp. Około piętnastego roku życia pisanie stało się już dla mnie dość częstym sposobem spędzania wolnego czasu, zwłaszcza jeśli na szkolne wagary wybierałem się samotnie; zaszywałem się wtedy w jednym z wrocławskich parków z zeszytem na kolanach i, odganiając się od chmar leśnego, skrzydlatego robactwa, spisywałem kolejne historyjki. Miałem wówczas ciągoty ku historycznej fantasy, a jako że interesowała mnie kultura Wikingów, zwykle w głównych rolach obsadzałem właśnie nieustraszonych ludzi północy. W 2001 roku przeniosłem się na kilkanaście miesięcy do innego miasta i chyba po części z powodu rozłąki z rodzinną metropolią, a po części z winy wielkiego życiowego chaosu, jaki mi wtedy towarzyszył, osobliwy ten czas zaowocował pierwszymi skrawkami Vakkerby. Powstało wówczas opowiadanie, które po wielu mutacjach przeobraziło się, koniec końców, w „Miazmat”, czyli pierwszy apolog „Głową w mur”, a blond-herosi na zawsze już poszli w kąt.


z grubsza pogląd na temat użytej konwencji. Bardziej konkretnie, w „Głową w mur” oraz w „Dzikim Mesjaszu” (a w przyszłości zapewne także i w „Oblężonym mieście”) spodziewać się można mrocznego, udziwnionego i zindustrializowanego świata, w którym nie podobna oddzielić pseudo-magii od pseudonauki, ludźmi rządzą niskie żądze, wypaczona religia i mistyczna propaganda zatruwają umysły, uboczne efekty działalności technomagicznych fabryk powodują fizyczne zwyrodnienia, kastowe społeczeństwo funkcjonuje w chory sposób (lub zgoła wcale), bohaterowie nierzadko mówią denerwującym slangiem i w dodatku giną zanim na dobre zakotwiczą się w akcji, styl narracji miejscami nabrzmiewa od barokowych porównań, niczym poparzona skóra od bąbli i krwawych wrzodów, w powietrzu unosi się swąd biblijnych nawiązań, a całą fabułę czytelnik musi sobie na koniec poskładać z rozrzuconych przez autora klocków. Oto czym jest, jak mi się zdaje, Orkan Fantasy. Niektórzy mówią, że to New Weird, ale ja jeszcze nie znałem tego nurtu, kiedy brałem się za Vakkerby. „Głową w mur” składa się z opowiadań tworzących odrębne całości, w „Dzikim Mesjaszu” możemy już mówić o jednolitej fabule powieści jako

całości, choć przedstawiana jest ona z punku widzenia różnych bohaterów. Jakiej formy narracji możemy spodziewać się po „Oblężonym mieście”? Bardziej klasycznej, bardziej powieściowej. Mniej skakania między bohaterami, za to więcej skupienia na losach poszczególnych postaci. Ale ostateczna forma wykrystalizuje się pewnie w trakcie pierwszej autokorekty, gdy już cały surowy tekst będę miał napisany. W prologu „Głową w mur” ukazałeś fragment świata poza murami Vakkerby. Wyglądał interesująco. Zamierzasz jeszcze wrócić do tego świata? „Oblężone miasto” wyjdzie trochę poza mury metropolii, obnażając przy tym pewne skrawki świata „zewnętrznego”, ale tworząc Paramythię Vakkerby nie zamierzałem budować kolejnego settingu pod niekończącą się sagę. Nie interesuje mnie w tym przypadku rysowanie map, obliczanie rocznego dochodu sąsiednich państw, czy drobiazgowe kreślenie drzew genealogicznych. To nie ta bajka. Ale z drugiej strony, nie twierdzę też, że już nigdy nie wykorzystam tego uniwersum. Tyle że nie o geopolityczne zależności chodzi. Żadnego konstruowania wielkich imperiów


Jaka muzyka towarzyszy Ci w pisaniu? Jeśli wolisz pisać Czym się inspirowałeś tworząc w ciszy, to jaka towarzyszy Ci, uniwersum Vakkerby? kiedy nie piszesz i masz chwilę, by się relaksować przy muzyce? Tolkienowskim Mordorem, wolfe’owym Nessus, Diuną, również filmową – Przy pisaniu wystrzegam się muzyki Davida Lyncha, cyberpunkowymi me- z polskim tekstem i staram się dostosotropoliami, niesamowitym Metropolis wywać ją do nastroju opowieści, może i sugestywnym Sin City, podziemiami to być więc Bach lub Chopin, może być z opowiadań Agnieszki Hałas i filmu jakiś death metal, jeśli akurat potrzebuję „Krew bohaterów”, obrazami Bos- ściany dźwięku, może być muzyka filmocha, Bruegela, Bacona, Beksińskiego wa, albo jakieś mocne dark electro czy i Geigera, biblijną Sodomą i Gomorą, aggrotech, zdarza mi się pisać słuchając dantejskim piekłem i dusznym mrokiem ukraińskiego białego śpiewu, albo Dead „Procesu”, utworami Siekiery, niekoń- Can Dance, etc., etc... Z chęcią pisałczącym się labiryntem uliczek starego bym w ciszy, bo wtedy nie ma mowy Wrocławia nocą i klimatem swoistego o negatywnym wpływie muzyki na rytosaczenia, jaki towarzyszył mi przez mikę tekstu, ale nie mógłbym inaczej kilkanaście miesięcy życia w Jeleniej odciąć się od dalece bardziej rozpraGórze, gdzie Vakkerby się narodziło. szających hałasów, więc ogłuszam się To z tych, które pierwsze przychodzą dźwiękami płynącymi ze słuchawek. mi na myśl, bo inspiracji było oczywiście Dla relaksu słucham również wyżej wyo wiele więcej. mienionej muzy, ale częściej zdarza mi się odpływać przy nutach spod znaku Niejednokrotnie jeden z głów- apokaliptycznego neofolku, ulicznego nych bohaterów Paramythii punka i punkrocka w ogóle, psychobilly, Vakkerby – Byhtra, porównywany czasem ska, wczesnego reggae (tego, jest do Conana, sam nie wzbra- przy którym czterdzieści lat temu tańczyniasz się przeciw tym porówna- li skinheadzi, a nie tego spod znaku koniom. Mnie jednak kojarzy się nopnej walki z Babilonem) i masy innych z jeszcze jednym, tym razem nie rzeczy. Nade wszystko lubię jednak cold fantastycznym bohaterem lite- wave, na czele z moim ukochanym Joy rackim – Philipem Marlowem. Division. Chandler miał wpływ na Twoją twórczość, czy skojarzenie zu- Prowadzisz blog, można Cię pełnie przypadkowe? spotkać na kilku forach internetowych, bywasz też na konwen„Zemsta jednorożca” była wręcz pomy- tach. Preferujesz którąś z tych ślana, jako utwór podszyty czarnym kry- form spotkań z czytelnikami? minałem, a Byhtra miał być w takim samym stopniu Marlowem, co Conanem, Fora internetowe dają najwięcej możjeśli chodzi o najbardziej bezpośrednie liwości, blog gwarantuje suwerenność inspiracje. Ale to już chyba cały wpływ wypowiedzi, a na konwentach można Chandlera. spotkać żywych ludzi. Wszystkie formy tu nie będzie.


mają swoje plusy i minusy, ale mać wyłączenie z pisanajczęściej korzystam z forów. nia? A konkretniej: myślisz, że masz szanse, Jak się odnosisz do re- żeby pisanie stanowiło cenzji Twojej twórczo- jeśli nie jedyne to przypodstawowe ści? Czytasz wszystkie najmniej i wszystko bierzesz sobie źródło Twojego utrzymado serca czy dla higieny nia? psychicznej wolisz darować sobie takie lektury? Słyszałem, że utrzymywanie się z pisania jest w Polsce Czytam od przypadku do przy- możliwe, ale to jest jak z wiarą padku. Niepochlebna recenzja w Boga; człowiek nigdy Boga potrafi zdołować, zwłaszcza nie widział, nie dotknął i nie jeśli recenzent nie zrozumiał ma żadnego dowodu na jego tekstu, ale z tego samego istnienie, poza czyimiś słowapowodu zasmucić może też mi, wyczytanymi gdzieś tam. recenzja napisana w pozytyw- Póki co, więcej wydałem na nym tonie. Cieszą mnie zaś te, laptop kupiony w świątecznej w których recenzent naprawdę promocji (który umożliwia mi sumiennie przyłożył się do te- jako takie uniezależnienie od matu, niezależnie, czy bardziej rodzinki wykorzystującej domowego peceta), niż zarobichwali, czy gani. łem na wszystkich książkach Na razie jesteś w trak- i opowiadaniach razem wzięcie pisania „Oblężonego tych. Jak na razie jestem więc miasta”. A jakie są Two- na pisaniu finansowo stratny je dalsze plany wydawni- i trudno mi oceniać moje zawodowe szanse w tym kierunku. cze? Ale nie ukrywam, że marzy Poza jakimś opowiadaniem od mi się taka praca; bez szefa czasu do czasu, planuję kolej- nad głową, z czystymi rękaną powieść; „Rok Łagodnego mi, w ustalonych przez siebie Światła” ma być w zamierzeniu (powiedzmy) godzinach, bez pełnym tajemnic, osadzonym ciągłego przeziębiania się, bez współcześnie fantasy-horro- pokłutych i pociętych dłoni, bez rem. A jeszcze następna po- spędzania trzech czy czterech wieść to znowu wyprawa godzin w autobusach w drodze w pseudo-magiczny świat, tym do pracy i z powrotem, bez kurazem jednak bardziej ruralnie, riozalnych decyzji podejmowałagodniej i na pewno inaczej, nych za twoimi plecami... no, wiadomo, o co chodzi. Tylko niż w Vakkerby. czy to możliwe? W tej chwili Jak uważasz, czy w na- jeszcze nie wiem. szym kraju da się utrzy-


KTO DECYDUJE JAKIE FILMY MAMY MOŻLIWOŚĆ OGLĄDAĆ? CZYM SIĘ KIERUJE PRZY WYBORZE? CZEMU JEDNE FILMY ZNAJDUJĄ DYSTRYBUTORÓW, A INNE NIE? POZNAJCIE POLSKICH WYDAWCÓW!

ROZMOWA Z PRZEDSTAWICIELKĄ VIVARTO - JUSTYNĄ TROSZCZYŃSKĄ Justyna Troszczyńska pracuje w Vivarto – firmie, która sprowadza do Polski filmy do dystrybucji kinowej, a także na rynek DVD. Justyna zajmuje się zakupem licencji i dlatego postanowiliśmy spytać ją o to jak wygląda cała procedura sprowadzenia filmu na polski rynek, ale naturalnie nie tylko o to! Dzięki naszemu wywiadowi będziecie mieli okazję poznać ją troszkę bliżej. Jesteście ciekawi jak przemysł filmowy wygląda od kuchni? Zatem miłej lektury! Od kilku lat mogę powiedzieć, że pracuję w tzw. „branży”, jednak stricte dystrybucją filmową zaczęłam zajmować się w dopiero w Vivarto. Na samym początku zajmowałam się produkcją płyt DVD, a następnie zdobywałam doświadczenie na polu muzycznym, zarządzając jedną z większych Warszawskich wytwórni. A stąd już naturalną migracją był film, Czyli na początek jedno z najtrudniej- który od początku najbardziej mnie inteszych pytań . O sobie… zabiegana je- resował. stem (śmiech). Praca jest dodatkowo moją pasją, więc większość życia jest Co było głównym powodem, że akurat z nią bezpośrednio, bądź pośrednio zwią- zdecydowałaś się to robić? Podróże, zana. Moi przyjaciele czasem się śmieją, poznawanie ciekawych ludzi, pasja że jeśli chcą się ze mną spotkać w tygo- związana z kinem? dniu to najlepiej umówić się na spotkanie biznesowe. Prywatnie? Uwielbiam mo- Pasja przede wszystkim. Ale też chęć rze, jak chcę się zrelaksować to uciekam zdobycia nowych doświadczeń, poszewieczorem na parę godzin na plażę, bez rzenia horyzontu. Uwielbiam kino i cały telefonu, bez komputera… ten pozytywny zgiełk, który towarzyszy każdej nowej premierze, to dodaje mi Praca w firmie dystrybucyjnej to Twoje energii. pierwsze zajęcie, czy zajmowałaś się wcześniej czymś innym? Na pewno znasz się z osobami, któ-

Rozmawiała: Sebastian Drabik

Wielkie dzięki, że znalazłaś chwilę na wywiad, bo wiem, że jesteś bardzo zapracowana. Głównym powodem tej rozmowy jest choć w małym stopniu przybliżenie osoby zajmującej się nabywaniem licencji dla dystrybutora, w tym przypadku Vivarto. Zatem na początek powiedz coś o sobie.

129


re zajmują się tym samym w innych firmach dystrybucyjnych na rynku. W końcu spotykacie się na przeróżnych festiwalach, tudzież targach filmowych, czy z tego powodu nie dochodzi czasem do wzajemnej niechęci? Faktycznie, środowisko filmowe w Polsce jest bardzo wąskie i praktycznie wszyscy się znają – wspólne wyjazdy, imprezy. Jak wszędzie zdarzą się zwykłe ludzkie antypatie, aczkolwiek moim zdaniem w większości środowisko jest bardzo zgrane.

niż licytować zawyżone stawki tylko ambicjonalnie, żeby pokonać konkurencję. Pamiętam, że za czasów kaset vhs, jeśli chciało się kupić licencję na jakiś mega hit to trzeba było kupić (przykładowo) 20 filmów. Czy teraz też spotykasz się z takimi przypadkami? Deale wiązane są zawsze mile widziane, bo wiadomo że agentom zależy na sprzedaży. Jeśli jest ostra walka o tytuł to rzeczywiście paczka filmów może być cennym argumentem dla agenta w podjęciu decyzji o sprzedaży do danego dystrybutora.

Zatem jaki szereg działań trzeba podjąć, żeby Wasza firma posiadała prawa Sama możesz decydować o tym co kudo wypuszczenia filmu na rynek? Wy- pisz, czy wkład w to ma dużo większa szukaliście sobie tytuł i co dalej... ilość ludzi? Co do zasady, chaos był na początku a potem wszystko się powinno już układać. Ale to jest schemat sprzed paru tysięcy lat i już się lekko zdezaktualizował (śmiech). Jak już mamy film to dopiero zaczyna się szaleństwo. Musimy sprowadzić do Polski kopie 35 mm do wyświetlania w kinie, przygotować ich polską wersję językową, zaplanować promocję i rozdysponować kopie w kinach. Kończy się blask festiwalu i zaczyna szara rzeczywistość. Proces zakupu i wprowadzenia filmu do kina to zwykle kilka miesięcy wytężonej pracy. Zdarzyło się kiedyś tak, że podkupił Wam ktoś prawa do filmu? Pewnie! Nawet ostatnio podczas Berlinale. Ale nie nazwałabym tego „podkupieniem”, to są po prostu negocjacje. Jeśli film jest dobry, to wiadomo, że stara się o niego kilku dystrybutorów. I wtedy zaczynamy licytację… Czasem wolę odpuścić w takich sytuacjach i postawić na kilka mniejszych filmów, za to wartościowych

130

Ja podejmuję decyzję raczej sama, chociaż zdarzają się filmy przy których po prostu warto jest przedyskutować w większym gronie możliwości związane z jego promocją, bądź dystrybucją. Ma to szczególne znaczenie przy filmach wysokobudżetowych. Zapewne nie za każdym razem łatwo jest nabyć licencje na interesujący Cię tytuł. Zatem musisz pamiętać jakąś ciekawą przygodę z tym związaną. Myślę, że niektóre przygody można by śmiało zaliczyć właśnie do klasyki horroru – takie jak pełna sala na premierze, wszyscy zniecierpliwieni czekają, a ja dostaje telefon, że kopia filmowa utknęła w transporcie… na granicy Kanady (śmiech). Z mniej dramatycznych ostatnio bardzo zależało mi na pewnym czeskim dokumencie. Niestety z niewyjaśnionych przyczyn producent bardzo zwlekał z podpisaniem papierów. Któregoś dnia siedziałam w biurze i koło południa dostałam maila, że jeszcze chwilę, że już


niedługo, że poczta im nie działa, więc nie mogą wysłać kontraktu bla bla bla. Dookoła zima, mróz, śnieg i ogólnie drażniąca atmosfera, więc i ja się zirytowałam. Niewiele myśląc, wzięłam laptopa i torebkę i pojechałam na lotnisko. Szczęśliwe trafiłam na samolot do Pragi i niecałe 3 godziny później wparowałam do biura producenta oświadczając, że na pocztę miałam za daleko, więc wpadłam do nich po dokumenty. Możesz sobie wyobrazić ich miny (śmiech).

piemy się za „wszystko”. Staramy się selekcjonować nasz repertuar i nie wpadać na siłę w sidła wszechobecnej jednak komercji. Często są to bardzo ciekawe pomysły, które już gdzieś w nas kiełkowały, ale potrzebowały jakiegoś bodźca, a wiadomo, najlepszą zachętą do działania jest aprobata klienta (śmiech).

Wasza firma ma już całkiem sporo filmów w katalogu. Czy zaskoczyła Was spora popularność jakiegoś tytułu, bądź odwrotnie, wydawało się Wam, że to murowany hit, a okazało się odwrotnie.

Jak widać po repertuarze, Vivarto skupia się w większości na kinie art-house. Chcemy pokazywać rzeczywistość taką jaka ona jest, a nie jaka jest kreowana przez piękne scenografie Hollywood. Ale absolutnie nie chcemy dobijać widzów i tak przytłoczonych kryzysem – w ramach relaksu proponujemy absurdalne czeskie komedie, które niezmiennie bawią i śmieszą polskich odbiorców. Nie chcemy być zaszufladkowani i przypisani wyłącznie do kina trudnego i smutnego. Chcemy mówić o rzeczach ważnych i nie zawsze łatwych, ale w ten niepowtarzalny sposób właśnie jakim jest język magii kina.

Przy gatunkach jakimi zajmuje się Vivarto ciężko mówić o „zaskakującej popularności”. Przedstawiamy kino ambitne skierowane do konkretnego odbiorcy. Nasze filmy rzadko trafiają do multipleksów, dlatego wprowadzając tytuł do kina czy na DVD mamy swoistą gwarancję, że znawcy kina art-house, bądź sympatycy repertuaru studyjnego zaszczycą nasze pokazy swoją obecnością. Jako dość znaczący sukces możemy uznać kwietniową premierę filmu „Grafficiarze” („Wholetrain”). Na płycie DVD znajduje się też teledysk i zdjęcia zespołu Molesta. Film, który zupełnie nie odnalazł swojej publiki w kinie, ma świetne wyniki w sprzedaży sieciowej. Czy bierzecie pod uwagę maile od osób, które Wam przysyłają jakieś propozycje? Zawsze bierzemy takie maile pod uwagę, ponieważ właśnie te osoby są naszymi potencjalnymi odbiorcami. Nie wszystkie ich propozycje trafiają jednak w wizję i misję naszej firmy, dlatego też nie ła-

Jakie gatunki filmowe interesują Cię najbardziej?

A co sądzisz o horrorach? Przypomnę, że ten wywiad będą czytać ludzie, którzy ten gatunek sobie najbardziej cenią (śmiech). Domyślam się kolejnego pytania, więc nie będę precyzować czy chodzi o prywatną opinię czy biznesową (śmiech). Moim zdaniem horror jest bardzo specyficznym i ciężkim gatunkiem do dystrybucji kinowej. Trzeba być naprawdę fanem tego typu produkcji, żeby spośród setek filmów prezentowanych na festiwalach wybrać prawdziwy film grozy, a nie zwykłą groteskę. Rzesza fanów jest tak duża, że nie można sobie pozwolić na najmniejsze wtopy. Jeśli raz horrorem nazwiemy coś

131


co w oczach fanów-specjalistów będzie zwykłą krzyżówką braci Coen i Psychola to raczej czarno widzę duże ilości widzów na kolejnych seansach. Wielbicieli komedii czy dramatu (oczywiście nic im nie ujmując!!! ) łatwiej zadowolić i sprostać ich oczekiwaniom, dlatego przy filmach grozy skupiamy się kinowo na klasykach, a przy produkcjach DVD dodajemy filmy z ostatnich lat. Być może nie tak popularne jak „Piła”, ale zdecydowanie dobrze zrobione i warte obejrzenia.

prawdę to ja się horrorów i kina grozy trochę boję! (śmiech) Jeśli już oglądam, to przez palce zza poduszki fotela. Myślę, że nie powiem nic oryginalnego, ale jednak największe wrażenie i pod względem historii kinematografii i kina grozy wywarł na mnie „Nosferatu”. Bałam się jak jasna cholera oczywiście, ale film super i przede wszystkim ponadczasowy, czego uważam niestety brakuje wielu produkcjom z końca XX wieku.

Wielkie dzięki za wywiad! Życzę sobie i czytelnikom większej ilości horrorów Film grozy, który wywarł na Tobie naj- wydanych przez Was na naszym rynku większe wrażenie. w tym roku! I tu dochodzimy do sedna, bo tak na- Dzięki!

ROZWIĄZANIE KONKURSU Z FILMEM SAMA RAIMIEGO „WROTA DO PIEKIEŁ” Najlepsze filmy Sama Raimiego według czytelników Grabarza to: 1. „Martwe zło” 2. „Martwe zło 2” 3. „Armia ciemności” Koszulki reklamowe „Wrót do piekieł” ufundowane przez dystrybutora filmu, firmę Best Film, otrzymują:

Łukasz Kasprzak, Aneta Michalak, Jerzy Gradowski, Piotr Halicki i Asia Gniedziejko

ROZWIĄZANIE KONKURSU Z NAJNOWSZĄ KSIĄŻKĄ ROBINA COOKA „INTERWENCJA” Najlepsze książki tego autora według czytelników Grabarza to: 1. „Coma” 2. „Epidemia” 3. „Mózg” i „Rok interny” Egzemplarze „Interwencji” ufundowane przez wydawnictwo Rebis otrzymują:

Lucyna Cembala, Arkadiusz Górski, Mateusz Brzózka, Janusz Wala i Anna R. Gratulujemy wszystkim zwycięzcom i prosimy o dosłanie adresów, na który zostaną dostarczone nagrody (na adres bartek@grabarz.net). Zapraszamy też do wzięcia udziału w kolejnych konkursach Grabarza, również w tych, które ogłaszamy wyłącznie na naszym forum: http://grabarz.net/forum/

132


GRW\F]\W\ONRZHUVMLSF

W W W. E M P I K . C O M / AV P

NAPISY

Aliens vs Predator™&© 2010 Twentieth Century Fox Film Corporation. All rights reserved. Aliens vs Predator game software, excluding Twentieth Century Fox elements © 2010 SEGA. SEGA and the SEGA logo are registered trademarks or trademarks of SEGA Corporation. Technology ©2010 Rebellion®.“2”, “PlayStation”, “Ô and “À” are trademarks or registered trademarks of Sony Computer Entertainment Inc. Windows, the Windows Start button, Xbox, Xbox 360, Xbox LIVE, and the Xbox logos are trademarks of the Microsoft group of companies, and “Games for Windows” and the Windows Start button logo are used under license from Microsoft.


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Rafał Kuleta Wilczymi oczyma Ilustracje: Anna Jarmołowska, Olga Kołodziejczak Biel Przygarbione ciężarnym chłodem drzewa w milczeniu przyglądały się misternym, szronopodobnym kompozycjom kreślonym przez uciekający w panice oddech. Plątała się, gubiła w skomplikowanych aranżacjach gałęzi tworzących niekończące się krystaliczne siatki wzorów rozpięte między zamarzniętymi koronami. Każda z lodowych sieci utrudniała słabnącą z każdym krokiem ucieczkę. Surowy, regularny, mroźny warkot przemykał bezszelestnie między białymi postaciami, kojąc do śmierci wszystkie istoty żywe. Martwa, pusta cisza. Nieskazitelna biel wchłonęła dziewczynę, ukryła ją przed oczami kochanka, absurdalnie zmienionego w bestię. Koszmarnie zdeformowany samiec węszył, bezskutecznie próbując wyrwać ją zastygłej w mrozie przyrodzie. Z wściekłości rozpętał sztorm, wzbijając tumany śniegu. Kłami i pazurami rozorał pełnię księżyca.

Prężyła się przed nim jak tancerka. Wyginała się, wypinała, pomrukiwała. Ale gdy tylko próbował ją dotknąć, zaraz odskakiwała. Była nieosiągalna. Uwielbiał takie gierki. Rzuciła się na niego jak zwierzę. Udawała poszukiwaczkę skarbów. Drażniła i kąsała znalezione klejnoty. Zanim się zorientował, jednym szybkim kłapnięciem odgryzła nabrzmiały totem. Mężczyzna struchlał. Strach i szok otępiły ból. Nim się spostrzegł, obgryzła go do kości. Potem połamała szkielet, wyrwała kość długą i zaspokoiła się nasadą. Eksperymenty genetyczne, które na

134

Olga Kołodziejczak

Wilczyca


[ Rafał Kuleta - Wilczymi oczyma ]

niej przeprowadzili, zmieniły ją w śmiercionośną femme fatale, bezwzględnie i brutalnie odgrywającą się na ludzkiej rasie. Pamiętała otrutą matkę - wilczycę - wskrzeszoną i zapłodnioną nasieniem homo sapiens.

Wilk morski

Anna Jarmołowska

Piracki bryg o czarnych jak smoła żaglach siał postrach zarówno wzdłuż wybrzeży jak i na pełnym morzu. W końcu wlał grozę - niczym palący grog - w serca samych piratów. Z każdej wyprawy wracał z łupami - dyndającymi na dziobie pękami ciał oraz zamkniętymi pod pokładem duszami. Jego działania były coraz skuteczniejsze; jednocześnie coraz bardziej wymykał się spod kontroli korsarzy. Któregoś dnia podczas sztormu wszyscy stracili przytomność. Śniło im się, że statek wzlatuje do nieba. Obudzili się martwi - porozwieszani na rejach. W białych oczach przeglądał się horyzont, w którego otchłań płynęli. Nikt już nie sterował okrętem. Sam zmierzał w obranym przez siebie kierunku.

Pysk psa Z pogardą wpatrywał się w niewolniczy pysk psa. Szydził z jego wściekłości i bezsilności. Ogrodzenie było wysokie i mocne. Jednym szarpnięciem barczystych ramion rozerwał siatkę. Pies rzucił się na niego, z tyłu już biegły kolejne. Kiedy w błysku ślepi rozszarpał agresora, inne się zatrzymały. Ruszył na nich, chłepcąc krew trzymanego w wielkich łapskach truchła. Skamląc żałośnie uciekły w głąb posesji. Zebrał wszystkie w jednym miejscu. W miarę jak znikały w jego wnętrzu, on rósł, zmieniał się. Kończyny się wydłużyły, nabrały mocy i sprężystości. Kości czaszki przemieściły się i przebudowały. Stokroć surowsza i drapieżniejsza dzikość nawiedziła twarz. Spojrzał na domostwo. Zawył.

135


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Anna Jarmołowska

Krzaki Pazurami rozczesywał zmierzwione czupryny krzaków. Specjalnie jej nie związał. Polowanie nadawało sens jego egzystencji. Szukał najdrobniejszego śladu aktywności. Dziko się rozglądał. Pociągał nozdrzami wypełnionymi żądzą mordu. Tutaj rozkoszował się panicznym pulsowaniem tętnic. Tu zaciągał ofiary ptaki, gryzonie, większą zwierzynę. Tym razem wciągnął w krzaki dziewczynkę. Wykorzystał nieuwagę rodziców. Rozsadzało go podniecenie. Leżała naga, skulona, przerażona, otoczona szczątkami rozszarpanych trucheł. Sparaliżowana - nawet nie myślała o ucieczce. Kiedy zbliżył się do jej rozdygotanej, bladej szyi, złapała go za głowę i przyciągnęła do siebie. Gałęzie krzaków ugięły się w milczącej aprobacie. Potem rozrzuciła go po krzakach. Skórą zdartą z pyska zasłoniła swój strach.

Lękliwy wzrok omiatał szeroko otwarte dziuple wyjących drzew. Rozglądali się niepewnie. On patrzył na nią spode łba. Ona węszyła, próbując odgadnąć jego zamiary. Sprytnie je kamuflował. Brnęli coraz głębiej w atmosferę zagęszczających się podejrzeń. Las obnażył z liści kły, ukazując krwawą gardziel polany. Znaleźli się na skraju konfrontacji. Otaczały ich milczące posągi cieni. Warcząc groźnie, wtórowały wyjącym drzewom. Z wszystkich dziupli wypełzała czarna sierść. Tutaj zamierzał ją posiąść. Ku jego zdziwieniu, sama się położyła i otworzyła. Zanurzył się w niej głową aż po szyję. Wierzgała nożycami nóg z rozkoszy, choć nie cięła na oślep. Bezgłowe ciało ofiarowała pokrytemu włosiem księżycowi.

136

Anna Jarmołowska

Kult


[ Rafał Kuleta - Wilczymi oczyma ]

Duch Jedni mówili, że był wielkim wilkiem; inni - że duchem. Tropili go zawzięcie, lecz sprytnie im się wymykał. Zabijał wszystkich po kolei. Został ostatni łowczy. Strzelba zastąpiła wzrok. Myśliwego wabił szept, najcichszy szelest. Ogłuszało paniczne bicie serca. Przemykał między drzewami, krzakami, instynktownie lawirując wśród zapachów, którymi przesiąknięta była puszcza. Nie śledziły go psy. Wcześniej postarał się, żeby gryzły grząski grunt. Ludzie nie potrafili tropić nozdrzami. Honor nie pozwalał mu przerwać polowania, choć wiedział, że powinien uciekać. Pragnienie zemsty było silniejsze. W głowie wciąż huczało echo pękającego kręgosłupa syna. Wpadł we własne sidła. Zobaczył, że prześladowany nie był ani wilkiem, ani duchem.

Katakumby

Wataha

Olga Kołodziejczak

Pod wsią odkryto katakumby. Grupa archeologów zagłębiła się w podziemne korytarze, poplątane jak labirynt. Kiedy już pogodzili się z tym, że w środku niczego nie ma, przez przypadek natrafili na zamurowaną salę pełną zmumifikowanych wilków. Wydawało im się, że ze środka każdego okazu coś wycieka. Inne ściany również skrywały hordy wilczych mumii. Archeolodzy nie posiadali się ze szczęścia. Po sporządzeniu odpowiedniej dokumentacji, ruszyli czym prędzej do wyjścia. Chcieli jak najszybciej ogłosić światu radosną nowinę o sensacyjnym odkryciu. Ktoś zablokował drogę. Zamiast archeologów na powierzchni ziemi pojawiły się cienie. Kształtem przypominały wilki, ale były znacznie większe. Wyzwolone, węszyły za zapachem życia.

137


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Wataha Zawzięli się. Wszyscy w biurze, bez wyjątku. Nawet te wypicowane pindy, które tak szarmancko bawił: grzecznie, z polotem, inteligentnie. Za zdolny, za ambitny, za przystojny -więc trzeba gościa zgnoić. Długo go molestowali. Przysrywki, podśmiechujki, tekściki, pomówienia cięły dogłębnie, jak żyletki w odbycie. Kiedy zdali sobie sprawę, że nie złamią charakteru, zaatakowali jak rozeźlone stado wilków. Zdziwili się, gdy nie natrafili na żaden opór. Nic. Kły i pazury jebnęły w próżnię. Rzucili się całą watahą. Krwawy prysznic nie trwał długo. To ich jeszcze bardziej rozdrażniło. Za szybko się z nim obeszli! Prędko poszukali nowej ofiary. Spośród siebie. Aż nikt nie został.

Olga Kołodziejczak

Wilk żrący Najpierw pojawiły się liczne wykwity. Zakwitły tuż po tym, jak skradł kwiat pewnej dziewczynce bawiącej się pod blokiem. Żeby nic nie wypaplała, udusił ją własną pochwą. Torbiele i guzki otoczone perełkowatym wałem nie dość, że gryzły, to jeszcze wwiercały się w niego jak drążący wrzód. Przerzuty do węzłów chłonnych i narządów wewnętrznych pojawiły się zaraz po tym, jak przyszył sobie narządy płciowe chłopca, którego potem wytatuował lutownicą. W przebraniu Czerwonego Kapturka zwabiał do siebie coraz więcej dzieci. W zamian za przyjemności obdarowywał je życiem wiecznym. Wilk żrący, którego wyhodował, prześladował go i pożerał, zostawiając jedynie groteskowo wygięty uśmiech na pysku.

Wilczymi oczyma Najpierw czuję; dopiero potem słyszę paniczne bicie serca. Instynkt każe biec w przeciwnym kierunku. Przemykam bezszelestnie. Nigdy się nie mylę. Beztroskim machnięciem zniekształconej ręki urywam łeb łani. Wypijam strach z jej oczu. Później karmię się uciekającym szybko życiem zapisanym w rozgorączkowanym jeszcze mózgu. Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo tępe kły. Przynajmniej w spotkaniu

138


[ Rafał Kuleta - Wilczymi oczyma ]

Anna Jarmołowska

z moimi. Dla zabawy mierzę się z leśnymi osiłkami. Tylko wilki mnie unikają. Doskonale wiedzą. Pragnę kochać. Wpierw jednak muszę się nasycić. Wspomnienia moich miłości przechowuję głęboko w trzewiach. Część z nich wisi też na ścianie - wygarbowana, gładka jak blask księżyca w pełni.

Czerń 1. Prolog Dorwał ją w Sanktuarium. Zakrył włochatym cielskiem. Poczuła niewyobrażalny ból. Triumfował. To jednak nie wystarczyło. Pozwolił jej dalej uciekać. Uwielbiał dręczyć, molestować. Kiedy ruszył w pościg, śnieg w świętym miejscu, które właśnie sprofanował, nagle się pod nim roztopił, odkrywając Czeluść. 2. Upadek i Przemiana Leciał przez martwe wspomnienia wszystkich, których zabił. Doświadczał bólu i strachu - jak jego ofiary. Upadając w Otchłań, przeszedł przemianę. Cechy likantropiczne oderwały się płatami skóry, odpadły pękami kudłów. Powrócił do znienawidzonej ludzkiej formy. Duszę pochłonęła Wieczna Czerń.

Olga Kołodziejczak

3. Epilog Udało jej się uciec. Łono błyskawicznie nabrzmiało. Mimo że przedwcześnie, na świat wydała zdrowe i nadzwyczaj silne potomstwo.

139


W SPRZEDAŻY * OD 27.02 DO 31.03

432 stronY !!! ZAWIERA NUMERY 11-16 * W terminie 27.02-31.03 przyjmujemy zamówienia i przedpłaty (przez serwis Allegro). Szczegóły w opisie aukcji. Druk opłaconych egzemplarzy i wysyłki będą zrealizowane do 15.04.2010.

W TYM OKRESIE BĘDZIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ ZAMÓWIENIA 1 TOMU ANTOLOGII.

Grabarz Polski - Nr 20  

27 lutego 2010

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you