Issuu on Google+

16

#

WYWIADY:

WILLIAM WINCKLER JACK KETCHUM KAZIMIERZ KYRCZ JR & ROBERT CICHOWLAS JAKUB ĆWIEK OPOWIEŚCI NIEHORROROWE CZĘŚĆ 2 BLAIR WITCH POCZTAR CZĘŚĆ 4 KRZYK FILMY: Frankenstein vs The Creature from Blood Cove, Fritt Vilt 2, Udręczeni KSIĄŻKI: Amazonia, Dylematy Dextera, Dziecię boże, Gotuj z papieżem, Kości w proch, Kraby, Manitou, Nawiedzenie, Pies i Klecha: Tancerz, Twarze Szatana, Za podszeptem diabła AUDIOBOOK: Opowieści niesamowite DANIEL PODOLAK, WOJCIECH KRÓLIK „SPEŁNIONE MARZENIA” (KOMIKS) KAMIL „SKOLMON” SKOLIMOWSKI „ULOTNIA” (OPOWIADANIE) DANIEL PODOLAK „PO SEANSIE” (OPOWIADANIE)


Drodzy Czytelnicy, Nadeszły wakacje. Oddajemy w Wasze ręce ostatni numer Grabarza przed dłuższą przerwą. Tematem numeru po raz pierwszy od czasu premierowego numeru Czachopisma jest „kino kiczu”. Przedstawiamy Wam rozmowę z Williamem Wincklerem oraz jego dzieło „Frankenstein Vs. The Creature From Blood Cove”. Ponadto przeczytacie wywiady z Jackiem Ketchumem, Jakubem Ćwiekiem oraz naszymi redakcyjnymi kolegami – autorami opublikowanej niedawno antologii „Twarze szatana”, Kazimierzem Kyrczem Jr i Robertem Cichowlasem. Filmy opisane w numerze to przegląd serii „Krzyk”, premierowi „Udręczeni” oraz „Fritt Vilt 2”, bezpośrednia kontynuacja „Hotelu zła” opisywanego w poprzednim numerze. Podobnie jak w przeszłości, dużą wagę przyłożyliśmy także do prezentacji premier literackich oraz klasyków wydawniczych. W tym numerze znajdziecie aż jedenaście recenzji książkowych, m.in. klasycznego „Manitou” Grahama Mastertona i cyklu „Kraby” Guya N. Smitha oraz wydanych w tym roku: „Za podszeptem diabła” Karin Fossum, „Nawiedzenia” Franka Perettiego, „Amazonii” Jamesa Rollinsa i „Kości w proch” Kathy Reichs. Znajdzie się też coś dla „czytających inaczej”: omawiamy zbiór świetnych opowieści niesamowitych Edgara Allana Poe w wersji audiobook. Fanów komiksów powinny z kolei zainteresować „Spełnione marzenia” autorstwa Daniela Podolaka i Wojciecha Królika, a także prezentacja komiksu „Square of the CroSSbones” kreski Jacka Zabawy. Czekają na Was także kolejne odsłony naszych felietonów „Opowieści nie horrorowe” oraz „Blair Witch Pocztar”. Opowiadania numeru to „Ulotnia” Kamila „Skolmona” Skolimowskiego oraz „Po seansie” Daniela Podolaka. Mamy nadzieję, że ten numer, tak jak poprzednie, przypadnie Wam do gustu. Na zakończenie chcielibyśmy podziękować Wam za to, że byliście z nami przez te ostatnie dziesięć miesięcy. Fakt, że każdy z numerów Grabarza Polskiego był czytany przez blisko 3 tysiące osób wiele dla nas znaczy. Dziękujemy naszym redaktorom, stałym współpracownikom oraz zaprzyjaźnionym portalom. Udając się na zasłużone urlopy mamy nadzieję, że spotkamy się w nowym Grabarzu. Miłej lektury i udanych wakacji! PS: Zapewne wielu z was zastanawiało się czym były spowodowane znaczne opóźnienia kilku ostatnich numerów. Postanowiliśmy uchylić rąbka tajemnicy: otóż jeden z Ojców Grabarzy, Bartłomiej Paszylk, przez ostatnie miesiące w pocie czoła kończył pracę nad swoją książką o literaturze zakazanej, która powinna ukazać się nakładem wydawnictwa PWN już jesienią tego roku.

redaktorzy


W twoim ostatnim filmie, zatytułowanym nadzwyczaj zwięźle „William Winckler’s Frankenstein Vs. The Creature From Blood Cove”, dwa tytułowe potwory mają się stać “idealną bronią w walce z terroryzmem”. Od początku uznałeś, że właśnie to będzie najlepszym pretekstem aby powołać te monstra do życia czy wpadłeś na ten pomysł w późniejszym stadium pracy nad scenariuszem. Bo tak naprawdę tej walki z terroryzmem nie ma w filmie zbyt dużo... Wpadłem na ten pomysł po tym, jak przyśnił mi się koszmar o potworze Frankensteina walczącym z człowiekiem-rybą. Starcie odbywało się na plaży, w nocy, z niebem zasnutym ciemnymi chmurami, falami uderzającymi o brzeg i odległymi uderzeniami pioruna w tle. Wykorzystanie potworów w walce z terroryzmem pojawiło się wkrótce po tym kiedy zacząłem kombinować skąd mogłyby się one w ogóle wziąć na tej plaży. Może

skądś uciekły? Może w pobliżu plaży było laboratorium jakiegoś zwariowanego naukowca? Może potwory stworzono w jakimś konkretnym celu? I w taki właśnie sposób fabuła filmu powoli ewoluowała. Nowy, długowłosy image potwora Frankensteina jest dość imponujący. Zdecydowałeś się nadać mu taki wygląd dlatego, że jest on bliższy wizerunkowi z powieści Mary Shelley czy zależało ci po prostu aby jak najbardziej różnił się od słynnego potwora, w którego wcielił się Boris Karloff? Chodziło przede wszystkim o wierność opisowi Mary Shelley. Zależało mi na tym, aby w jakiś sposób odnieść się do słynnej powieści, ale oczywiście nie mogłem też sobie pozwolić na podrabianie wizerunku, do którego ktoś inny posiada prawa autorskie. I udało się: fani Shelley odnajdą tu dodatkowy smaczek, a ja nie muszę bać się niepotrzebnych procesów sądowych.


Nie, prawdopodobnie nie znacie jeszcze Williama Wincklera – na krajowym rynku filmów grozy nie znalazło się jak dotąd miejsce dla żadnego z jego zwariowanych dzieł. A czy nie jest tak, że każdy polski fan klasycznych horrorów chciałby obejrzeć jak potwór Frankensteina bierze się za bary z tzw. „Monstrum znad Krwawej Zatoki” wzorowanym bezczelnie na Potworze z Czarnej Laguny? Chyba tak. Choć ostrzegamy od razu: w filmie Wincklera są nie tylko gumowe potwory, ale także kilka gołych pań!

wychodzić na ląd żeby zaczerpnąć powietrza. W końcu doszło też do tego, że długi kontakt z wodą tak zniszczył kostium monstrum, że nie dało się go już naprawić. Całe szczęście, że wszystkie sceny podwodne kręciliśmy ostatniego dnia! Ale chyba przyznasz, że nie wykorzystałeś w pełni postaci Wilkołaka? Jego pojawienie się jest sporym zaskoczeniem, zarówno dla bohaterów, jak i dla widzów, ale tak naprawdę akurat ten potwór nie miał tu czym zabłysnąć, nie ma też żadnego znaczenia dla rozwoju fabuły. Możesz zdradzić dlaczego w ogóle go tu dorzuciłeś?

Sceny walki pomiędzy potworem Frankensteina i morskim monstrum kojarzą się z filmami o Godzilli. Świadomie nawiązałeś do tego cyklu? Z wielu powodów te sceny były strasznie trudne do nakręcenia, ale zgadza się – chodziło nam o uzyskanie podobnego efektu „zapasów” między potworami, jaki miało miejsce w serii o Godzilli. Myślę, że wyszło to całkiem nieźle. Przeszkadzały nam kaprysy pogody, ruchowe ograniczenia kostiumu monstrum i fakt, że charakteryzacja potwora Frankensteina zabierała bardzo dużo czasu. Biorąc to wszystko pod uwagę, Jeff Scott odpowiedzialny za układy kaskaderskie wykonał kawał świetnej roboty.

Rozmawiał: BARTŁOMIEJ PASZYLK

Szkoda, że nakręciłeś tak niewiele Wydawało mi się, że wilkołak z Shellvascen podwodnych – te, które widzimy nii doda filmowi atrakcyjności. Jego pojawienie się ożywia scenę, która w inrobią świetne wrażenie. nym przypadku byłaby nudna. Poza tym Moim zdaniem jest ich w filmie całkiem wiem, że wielu fanom bardzo spodobał sporo. Najlepsze z nich pojawiają się na się kostium tej włochatej bestii, a scena, samym końcu kiedy potwór Frankenste- w której wilkołak zmienia się w Butcha ina siłuje się pod wodą z morskim mon- Patricka z serialu „The Munsters” stastrum. To pièce de résistance całego nowi dla nich szczególnie miłą niespofilmu! Oczywiście niełatwo było je nakrę- dziankę. Jeszcze inni uważają natomiast cić – nasz operator, Matthias Schubert, scenę z wilkołakiem za najstraszniejszą musiał zakładać maskę tlenową i chro- w całym filmie – chodzi o moment kiedy nić kamerę w specjalnej wodoodpornej bestia skrada się żeby zaatakować naosłonie, a kaskaderzy co chwilę musieli ukowców.


Larry Butler wyznał w jednym z wywiadów, że grając postać szalonego naukowca zastosował… metodę Stanisławskiego, a więc absolutnie oddał się odtwarzanej postaci na czas kręcenia filmu. Żartował czy dostrzegłeś jakąś różnicę w Larrym Butlerze podczas zdjęć w stosunku do tego, jaki był wcześniej?

Z kolei rola gejowskiego charakteryzatora, Percy’ego, jest strasznie przerysowana. Zaplanowałeś ją w ten sposób czy Gary Canavello po prostu wyrwał się spod twojej kontroli? Ta rola miała być od początku do końca komediowa i zadaniem Gary’ego było pójść na całość – sportretować jak najbardziej zwariowaną i najbardziej gejowską postać, jaką jest sobie w stanie wyobrazić. Zresztą oparłem ją na postaci prawdziwego geja-charakteryzatora, z którym pracowałem w studiu Universal – to właśnie on zajmował się moją charakteryzacją kiedy jeszcze zarabiałem na życie jako aktor. Widzowie uwielbiają sposób, w jaki zagrał go Gary choć na co dzień jest on przeciwieństwem tej postaci. Obejrzyj mój wcześniejszy film, “The Double-D Avenger,” a zobaczysz Gary’ego w roli Bubby, wiecznie napalonego chłopaka Kitten Natividad – to twardy, kowbojski typ bohatera, zupełnie inny niż Percy.

Larry Butler to jeden z najlepszych aktorów w Hollywood, a do tego mój serdeczny przyjaciel. Fakt, zawsze bardzo wczuwa się w odtwarzane role i pewnie ma doświadczenie w korzystaniu z metody Stanisławskiego. Najlepiej zostawić Larry’ego samemu sobie kiedy koncentruje się nad swoją postacią. Ja pracuję w zupełnie inny sposób jako aktor – po prostu wchodzę i wychodzę z roli kiedy trzeba. Ale wiadomo – każdy aktor ma swój ulubiony sposób grania. Cokolwiek robi Larry, przynosi to świetne rezultaty. W każdym razie choć grana przez niego postać doktora Lazaroffa nieraz traciła nad kontrolę nad sytuacją, aktor Larry W filmie nie brak też rozbieranych Butler nie tracił jej nigdy. scen w wykonaniu gwiazdy filmów Alison Lees-Taylor wypadła idealnie dla dorosłych Seleny Silver, dzieww roli asystentki szalonego naukowca czyny Playboya Carli Harvey i mogranego przez Butlera. Było to widać delki Tery Cooley. Te fragmenty filmu najskuteczniej przypominają nam, że już na pierwszym przesłuchaniu? tak naprawdę nie oglądamy wcale Od początku wiedziałem, że będzie starego horroru z wytwórni Universal. świetna jako doktor Foranti. Zawsze Nie bałeś się, że mogą one zburzyć uwielbiałem horrory z wytwórni Ham- magię filmu? mer i wiedziałem, że do tej roli idealnie pasowałaby brytyjska aktorka. Alison Nie – wiedziałem, że chcę mieć te scespełniała wszystkie warunki: miała od- ny w filmie! Selena, Carla, Tera i Mimma powiedni głos, była blondynką, do tego Mariucci, która występowała w roli Mimi, trochę chłodną, co również pasowało do były rewelacyjne i wiem na sto procent, tej postaci, no i nie brakowało jej talentu że zdecydowana większość męskiej publiczności się ze mną zgadza! Od aktorskiego. początku zaplanowałem ten film jako


hołd dla klasycznych filmów grozy, który łączyłby jednak tradycyjne elementy z pewnymi bardziej współczesnymi dodatkami. I za taki dodatek uznałem właśnie sceny erotyczne, mające stanowić miłą niespodziankę dla oglądających film mężczyzn. Nie chciałem ograniczać się do podrabiania horrorów z lat 30. bo szczerze mówiąc nie wydaje mi się żeby taki zabieg mógł dziś przynieść sukces. Slashery z lat 80. i skupianie się na krwawych efektach – do czego rękę przyłożyli też redaktorzy pism o horrorach – zmieniły to na zawsze. Można jednak próbować odtworzyć „magię” tych starych filmów. No i należy pamiętać o tym, że w tym konkretnym przypadku sceny rozbierane są jak najbardziej uzasadnione, stanowią część fabuły.

miejscu, które służyło nam za rezydencję doktora Lazaroffa. Postawiliśmy w jednym z pokojów krzesło i ekran, powiedzieliśmy Lloydowi gdzie ma patrzeć i jak ma reagować na taniec striptizerki, którą był... kawałek taśmy przyczepiony do zasłony. Biedny Lloyd nawet nie mógł sobie popatrzeć na Selenę. Najbardziej zdumiewające jest to, że kiedy połączyliśmy fragmenty z Ronem i Lloydem, wszystko wypadło idealnie i większość widzów nie ma pojęcia, że te sekwencję były kręcone oddzielnie i to w kilkutygodniowym odstępie!

Mel Lewis, który skomponował muzykę do twojego filmu, a wcześniej pracował m.in. dla Rogera Cormana, wykonał naprawdę świetną robotę – bardzo umiejętnie przywołał atmoOczywiście w przypadku transmisji tele- sferę dawnych horrorów. Pamiętasz wizyjnych te sceny zostaną odpowiednio co sprawiło, że postanowiłeś go zaokrojone. Nie znaczy to jednak, że film trudnić? zostanie jakoś drastycznie skrócony – tak naprawdę te kontrowersyjne frag- Mel jest genialny – to najlepszy kommenty to zaledwie 3 minuty z 90-minu- pozytor, z jakim pracowałem i od czasu towego filmu. Kto go nie widział wcześ- ukończenia filmu zdążyliśmy się bardzo niej, ten nawet się nie zorientuje, że były zaprzyjaźnić. Poza pracą u Rogera, Mel jakieś cięcia. A kto zapragnie obejrzeć komponuje też dla wytwórni The Asylum, pełną wersję, znajdzie ją w sklepie Ama- specjalizującej się w niskobudżetowych przeróbkach hollywoodzkich hitów, tazon.com. kich jak np. “Węże w pociągu”, które Zaprosiłeś też do gościnnych wystę- są oczywiście bezczelną kopią “Węży pów Rona Jeremy’ego i Lloyda Kauf- w samolocie”. W pracę nad ścieżką mana. Wygląda na to, że świetnie się dźwiękową do mojego filmu włożył naprawdę mnóstwo pracy. W zamieszczobawili na planie... nym na płycie DVD dokumencie widać Ron i Lloyd to niesamowici goście. Zdra- jak bardzo się starał żeby jak najdokładdzę ci jednak, że choć obaj występują niej odtworzyć brzmienie starych orgaw tej samej scenie w barze ze stripti- nów, które towarzyszyłoby potworowi zem, tak naprawdę nie spotkali się na Frankensteina, a później połączyć je planie. Był na nim tylko Ron, a fragmen- z brzmieniem thereminu kojarzącego się ty z Lloydem nakręciliśmy parę tygodni z „horrorami epoki atomowej” z lat 50. wcześniej w Los Angeles, w tym samym


Stephen Sommers też próbował niedawno przywrócić do życia potwory z wytwórni Universal realizując “Van Helsinga” – w przeciwieństwie do ciebie wykorzystał jednak w tym celu drogie efekty specjalne i znanych aktorów. Film zebrał w większości przypadków słabe recenzje, ale interesuje mnie twoja opinia na jego temat. Miałem nadzieję, że będzie dobry, ale niestety okazał się całkowitym niewypałem. Wiem, że to zabrzmi mało oryginalnie, ale uważam, że filmowi Sommersa zabrakło “serca i duszy”. Owszem, jest on pełen rozmachu, ale nie ma w nim emocji. Nie podobał mi się też facet, który grał Drakulę – kiedy tylko zaczynał mówić odnosiłem wrażenie, że oglądam komedię. Bardzo sztucznie wypadła ta rola. Ale to oczywiście problem z 90 procentami filmów kręconych w Hollywood – to po prostu filmy z McDonalda! W wielkim przemyśle filmowym potrafią się odnaleźć wyłącznie ludzie całkowicie oddani gatunkowi, tacy jak Peter Jackson czy Tim Burton.

się z takich dziwacznych dzieł jak “The Double-D Avenger” wymaga szczególnego podejścia do kina, natomiast horror rozumie znacznie większa liczba osób. Poza tym “Frankenstein Vs. The Creature From Blood Cove” miał dużo większy budżet i ogólnie rzecz biorąc jest lepszym filmem – to też ma pewnie jakiś wpływ na jego popularność w mediach. Nie przeszkadza też pewnie fakt, że zdobył nagrodę World Horror Convention! “The Double-D Avenger” nie był tak często wyróżniany, ale zarobił całkiem niezłą sumkę kiedy zaczęto go sprzedawać na płytach DVD w Stanach, Francji i Japonii. Japońskie plakaty do “The Double-D Avenger” to absolutny odlot! Jako aktor grywałeś kiedyś m.in. w serialach „Remington Steele” i „Knight Rider”. Który z nich wspominasz lepiej? Oba wspominam bardzo miło. Większy sentyment mam chyba jednak do odcinka “Remington Steele” bo grałem w nim złodzieja, który kradnie samochód Doris Roberts podczas gdy ona wspina się po gzymsie budynku żeby szpiegować jakichś drani. Potem spogląda na mnie kiedy akurat łączę przewody i zapalam silnik. Macham do niej ręką, a ona krzyczy „Wracaj tu, gnido! Oddawaj mój samochód!” Zabawna scena.

Twój pełnometrażowy debiut, “The Double-D Avenger” nakręcony w stylu filmów Eda Wooda, otrzymał parę niezłych recenzji, ale nie było o nim szczególnie głośno – „William Winckler’s Frankenstein Vs. The Creature From Blood Cove” wydaje się być częściej obecny w mediach... Spośród wszystkich seriali, w jakich zagrałem w latach 80. najlepiej bawiłem się Swego czasu pisało się o “The Double-D jednak na planie “The Fall Guy” z Lee Avenger” całkiem sporo, zwłaszcza, że Majorsem. Grałem tam gościa, który był to film, w którym powracały na ekran bierze udział w wypadku samochodogwiazdy wykreowane przez Russa Mey- wym, ale dzięki temu mogłem przez cały era. Myślę jednak, że horrory cieszą się dzień obserwować popisy kaskaderów: po prostu większą popularnością niż ki- spadanie z helikoptera do wody, pościgi czowate komedie. Umiejętność śmiania samochodowe, zderzenia samochodów,


wybuchy ciężarówek i tak dalej. Dostawałem kasę za swoją małą rólkę, ale potem przyglądałem się wszystkim tym fajerwerkom – bardzo miło wspominam ten okres! Jakiś czas temu mówiłeś, że twój następny film będzie pod wieloma względami przypominał “William Winckler’s Frankenstein Vs. The Creature From Blood Cove”. Możesz nam powiedzieć coś więcej na ten temat? Rzeczywiście mam plan nakręcenia kolejnego horroru w podobnym stylu i scenariusz jest już praktycznie ukończony. Pojawiło się jednak parę problemów z realizacją tego projektu i obecnie próbujemy sobie z nimi poradzić. Jak tylko pojawią się jakieś nowe informacje na ten temat, na pewno ogłosimy je na stronie www.williamwincklerproductions. com. Osoby, które czytały już nowy scenariusz zgodnie twierdzą, że jest lepszy niż ten do filmu “Frankenstein Vs. The Creature From Blood Cove.” Zobaczymy jak się to wszystko skończy! Powiedziałeś kiedyś – i wspomniałeś też już o tym częściowo dzisiaj – że według ciebie złota era horroru przypada na okres od lat 30. do 70. XX w. – potem pojawiły się slashery i zamiast filmów na zróżnicowane tematy zaczęto w kółko przerabiać tę samą fabułę, zmieniając tylko obsadę aktorską. Rozumiem, że William Winckler Productions raczej nie podejmie się produkcji slashera? Nie interesowałoby mnie to gdyby miał to być przeciętny slasher powielający starą formułę tego typu filmów. Ale gdyby miał być tak świeży i pomysłowy jak

„Psychoza” Alfreda Hitchcocka to czemu nie. Uważam, że krew i przemoc są w horrorze ważne, ale w momencie gdy zaczynają być dominującym elementem to przestaje mnie to bawić. Granica w dawkowaniu przemocy jest bardzo niewyraźna i wielu producentów i reżyserów filmów grozy nie zdaje sobie sprawy z tego, że w pewnym momencie zaczynają ją przekraczać. Rozrywka ma być rozrywką i kiedy z ekranu zaczyna wylewać się zbyt dużo krwi robi mi się po prostu niedobrze. No właśnie – mówiłeś już kiedyś, że twoim zdaniem współczesne filmy grozy nie próbują wywołać w widzach strachu tylko obrzydzenie. Ale najwyraźniej niektóre z nich bazując na tej technice osiągają spore sukcesy finansowe – wystarczy spojrzeć na wyniki kasowe serii “Hostel” i “Piła”. Widziałeś któryś z tych filmów? Wiedziałem czego się po nich spodziewać więc nigdy nie wybrałem się na żaden z nich do kina. Te filmy to zaprzeczenie tego, co staram się osiągnąć dzięki William Winckler Productions: w tych horrorach nie ma nic nadprzyrodzonego, żadnych duchów czy potworów, a fabuła nie jest podparta folklorem. Mnie zależy na tym, aby pokazać złożonych bohaterów, nie uciekam od opowiadania o uczuciach – gdzieś w tle zawsze przewija się temat miłości i to nie tylko fizycznej. Chcę prawdziwej opowieści, przygody i porządnego osadzenia w gatunku jakim jest horror. “Frankenstein Vs. The Creature From Blood Cove” zawiera wszystkie te składniki.


FRANKENSTEIN VS THE CREATURE FROM FRANKENSTEIN VS. THE CREATURE FROM BLOOD COVE USA 2005 Dystrybucja: Brak Reżyseria: William Winckler Obsada: Larry Butler Alison Lees-Taylor William Winckler Gary Canavello

X X X

Text: TEODOR CZANK

X X

Czy naprawdę musimy pisać coś jeszcze o czarno-białym, stylizowanym na horrory z lat 30.-50. filmie Wincklera? Kto czuje ten klimat (lekki, niepoważny i pastiszowy, ale przy okazji bijący szczerą miłości do dawnego kina grozy), ten już przecież wie, że nie może sobie tego tytułu odpuścić. Kto natomiast szuka wyłącznie hardkorowej jatki albo precyzyjnie budowanego napięcia, ten naprawdę może nie czytać reszty tej recenzji. Serio. Tu się zatrzymujecie.

żeby inaczej (jednym z bohaterów jest fotograf, który przecież MUSI od czasu do czasu zaryzykować gołą sesję zdjęciową na plaży terroryzowanej przez morskiego potwora!), ale myślę, że mało który facet będzie na nie narzekał. Tym bardziej, że rozrzucające bieliznę aktorki do brzydkich nie należą, a gdzieś nieopodal, za pierwszą z brzegu skałą, i tak czai się łuskowaty potwór, który za moment z uczuciem rozszarpie dziewuchy na strzępy, po raz kolejny uspokajając nasze życiowe partnerki, że jednak jesteśmy porządnymi chłopcami i nie oglądamy głupich pornosów tylko raso-

A, przepraszam – o jednym warto jednak wspomnieć. Jest całkiem sporo golizny. I to nie takiej, że tu mignie cycek, a tam grzbiet bobra – mowa o kilku długich, sfotografowanych ze świętą cierpliwością scenach pełnego striptizu. Są one wklejone w fabułę trochę na siłę, jak-

Filmowi naukowcy-maniacy nie próżnują. Tym razem w ich laboratorium rodzi się na nowo potwór Frankensteina, a jego zadaniem ma być między innymi unicestwienie wodolubnego monstrum, które powstało w wyniku poprzedniego, mniej udanego eksperymentu i od pewnego czasu rozrywa na strzępy każdego, kto zapuści się na leżącą nieopodal malowniczą kalifornijską plażę.

10


M BLOOD COVE

we horrory. „William Winckler’s Frankenstein Vs. The Creature from Blood Cove” to film “fanowski”, nakręcony za niewielką kasę, ale widać, że nie zrobili go ludzie bez talentu. Przede wszystkim, rzucają się w oczy stroje, w których przemierzają ekran potwory: wzorowane na klasycznych projektach z „Frankensteina”, „Narzeczonej Frankensteina” i „Potwora z Czarnej Laguny”, ale nie tyle żeby można oskarżyć twórców o plagiat (maska potwora Frankensteina różni się od oryginalnej szczególnie mocno). Pięknie wypadają też czarno-białe zdjęcia, nastrojowa, udanie podrabiająca styl retro ścieżka dźwiękowa oraz niektórzy aktorzy (np. grający niezrównoważonych naukowców Larry Butler i Alison LeesTaylor czy grający fotografa William Winckler). Scenariusz jest dość chaotyczny, to prawda, ale przepraszam bardzo: czy w tego typu produkcjach ktoś oczekuje

logiki, spójności albo psychologicznej złożoności postaci? Ja nie. Pewnie każdy będzie miał po obejrzeniu filmu Wincklera krótszą lub dłuższą listę niespełnionych życzeń – ja na przykład chciałbym żeby potwór Frankensteina tłukł się ze swoim morskim przeciwnikiem dwa razy dłużej i znacznie bardziej krwawo, niechby latały kończyny i łuski. Najważniejsze jednak, że ten film w ogóle powstał – w nastawionym na bezduszne trzepanie kasy współczesnym przemyśle filmowym jest to drobny cud.

11


Bartłomiej Paszylk: Żeby polubić ten film należy przede wszystkim: uwielbiać czarno-białe horrory ze studia Universal, umieć od czasu do czasu przymknąć oko na amatorskie aktorstwo, mieć poczucie humoru i nie lękać się nagich kobiet. Ja mógłbym oglądać takie dzieła co wieczór.

Wojciech Jan Pawlik: Ciekawie zapowiadający się film. Niestety nie dla fanów rozrywki w stylu Tromy. Duży potencjał został, według mnie, niewykorzystany. Zawiodło mnie to, że nie jest to tak śmieszne jak się na początku spodziewałem. Stanowczo wolę „Robot Monstera”.


Wydawca: Fabryka słów 2008 Ilość stron: 400

nie jest zły. Enka i Gil tropią Nikt nie pisze tak, jak Łukasz tym razem morderczy maOrbitowski. I przede wszystnuskrypt, którego autorem kim właśnie oryginalnością jest najprawdopodobniej sam stylu bronią się książki o Psie wieszcz Mickiewicz. Wszysti Klesze, czyli o policjancie ko zaczyna się kiedy parę Zbigniewie Ence i księdzu osób z kręgów akademickich Andrzeju Gilu, którym przyginie w bardzo krwawych szło się zmagać z Nieznanym i bardzo tajemniczych okoliczw Polsce jakby powycinanej nościach. Wśród szczątków z niedorzecznych kronik filmowych jednego z ciał znaleziony zostaje fragsprzed lat. ment kartki z niepokojącymi rysunkami i niezrozumiałym, ale dziwnie hipnotyzuWydany właśnie „Tancerz”, tom dru- jącym tekstem. Okazuje się, że to część gi opowieści o tych bohaterach, nie mickiewiczowskiego przepisu na to, jak ustępuje pod tym względem tomowi się „przeanielić”, a więc wykonać mapierwszemu pt. „Przeciwko wszystkim”. giczny taniec, a następnie porzucić ludzOrbitowski ponownie robi co się da, ką powłokę. Tylko, że nie jest to wcale aby nawet najbardziej banalne epizody takie proste – znalezione wcześniej ofiaożywić szalonym detalem, przyozdo- ry to pechowcy, którym przeanielenie nie bić wywleczonymi nie wiadomo skąd wyszło. przymiotnikami czy porównaniami. („Za ogromnym biurkiem siedziała kobieta Rozwiązanie największego sekretu polpodobna trochę do konia, trochę do po- skiej literatury, będzie wymagało od Enki bojowiska, w mechacącym się golfie i ze i Gila odbycia dwóch obfitujących w paszczęką tak piękną, że można by na niej ranormalne fajerwerki wycieczek – do kuć miecze i podkowy”, pisze w jednym Paryża i do Stambułu. A że w podróży miejscu, a wcześniej innego trzeciopla- towarzyszy im tym razem poczciwy, nowego bohatera opisuje tak: „Szczękę zwalisty, mówiący śląską gwarą górnik miał wysuniętą, wargi wąskie, bezzębny Rajmund Cnota (przypominający zapysk, skórę wytarmoszoną przez wódę, bawnego i niebezpiecznego Wielkiego może przez choroby, w niej, niczym na- Dzwona z wcześniejszej powieści Orbiszyte guziki, oczy mądrego błazna”.) towskiego, „Tracę ciepło”), nowe przygoTo robi wrażenie, rozbawia i czyni opi- dy Psa i Klechy są jeszcze zabawniejsze sywanych bohaterów, miejsca oraz niż poprzednie. wydarzenia bardziej namacalnymi, ale w pewnym momencie też nieco przytła- Nawet jeśli więc językowy przepych cza i przysłania fabułę powieści – można „Tancerza” odbiera pierwszoplanowe się złapać na tym, że bardziej nas intere- miejsce fabule, nie można stwierdzić, suje jakim opisem strzeli znów autor niż że nie udała się Orbitowskiemu i Urbaco się tak pięknie opisywanym bohate- niukowi druga część tego cyklu. Pozorom przydarzy. staje jednak pytanie gdzie można wysłać Enkę i Gila w kolejnym tomie, żeby znów A przecież pomysł na „Tancerza” też nas tak dobrze zabawili?

Text:BARTŁOMIEJ PASZYLK

Tancerz ŁUKASZ ORBITOWSKI, JAROSŁAW URBANIUK - Pies i klecha: Ocena: 4/6 ------------------------------------

13


Niechlubny to tytuł, bo wszystkim od razu skojarzy się z pewnym „popularnym” polskim zespołem, tym niemniej pasuje mi on do kwestii, którą chciałbym poruszyć. Nasz ukochany gatunek (horror, gdyby jeszcze ktoś nie wiedział) z założenia ma szokować i obrzydzać, ale czy istnieją granice, które przekroczyć jeszcze się boimy? Czy stylistyka może nas jeszcze zniesmaczyć tak bardzo, że wyjdziemy z kina? Czy jest coś, czego jeszcze nie widzieliśmy?

Graham Masterton postanowił kiedyś sprawdzić, jak daleko może się posunąć, by wywołać u czytelnika odruch wymiotny. Mało, że w jego powieściach znajdujemy wtykanie w odbyt metalowego prętu, czy torturowanie przy pomocy wsuwania w kobiece łono małego kotka owiniętego drutem kolczastym. Nie, mało. Z całym szacunkiem dla tego pisarza, a kto, jak kto, ale ja go mam w nadmiarze – w przekraczaniu granic to on jest dobry.

sugestywny, dobrze opisany mastertonowskim stylem i niewiarygodnie wręcz obrzydliwy. Jego opublikowanie doprowadziło do upadku magazyn, w którym tekst odważono się wydrukować. Ups.

Najpierw było opowiadanie „Danie dla świni” – zwykła sieczka, z dużą ilością dobrze opisanego gore. Ale to nie było coś, czego można się wstydzić. I nagle powstaje „Eryk Pasztet”. Jest to historia chłopca, który zaczyna wierzyć, że człowiek staje się tym, co je. Tak oto Eryk, by być silnym i nieśmiertelnym zaczyna pożerać zwierzątka. Najpierw są to gąsienice, potem ptaki i koty, a gdy dorasta, zaczyna zjadać cielaka (uprzednio go… gwałcąc). Kwestią czasu jest sięgnięcie po człowieka. Tekst jest oczywiście

A jak to wygląda w filmie? Mówi się, że literatura jest groźniejsza niż kino, ponieważ uruchamia wyobraźnię w sposób bardziej subtelny i nieporównywalnie skuteczniejszy. Opis podany przez autora ma jedynie służyć do naprowadzenia umysłu czytelnika na właściwy ślad, a nasza wyobraźnia automatycznie podsunie nam przerażający obraz tego, czego boimy się najbardziej. W kinie tej swobody nie mamy – widzimy dokładnie to, co pokazuje nam reżyser, przy pomocy scenarzysty, a najczęściej także szta-

Nie muszę dodawać, że Graham nie przestał i kilka lat później napisał opowiadanie „Posocznica”. Nie chcę wchodzić już w szczegóły, ale tekst ten czułby się świetnie, siedząc na półce obok „Eryka Paszteta”.


Problemy zaczęły się w latach 80. Międzypaństwowa migracja filmów zaczęła siać niepokój wśród konserwatywnych dewotów, trzęsących portkami o swoje

podatne na zdemoralizowanie pociechy. Wtedy to powstała lista „Video Nasties”, czyli taka nasza współczesna inkwizycja. W 1983 roku na liście filmów zakazanych do dystrybucji znalazły się już 52 filmy. Wprowadzano gigantyczne kary dla dystrybutorów – łącznie z ogromnymi grzywnami, a także karą pozbawienia wolności. Szkoda, że nie wprowadzono jeszcze kary śmierci, wykonanej w podobny sposób jak morderstwa w „zakazanym” horrorze, wprowadzonym przez danego dystrybutora na rynek. Wypuszczone w 1980 roku „Cannibal Holocaust”, w którym możemy znaleźć bardzo realistyczne sceny mordu ludzi i zwierząt, przyczyniło się mocno do zaostrzenia rygorów odnośnie filmów. Reżyser został oskarżony o zabijanie zwierząt na planie, a z aktorami musiał pokazywać się przy każdej możliwej okazji, żeby udowodnić, że nadal żyją. Nabijanie kobiety na pal i grzebanie we flakach wielkiego żółwia przyćmiło grzebanie w ludzkich zwłokach w „Evil Dead” z 1981 roku. Żywe trupy były widocznie

bardziej szokujące. Kiedy media po paru latach ochłonęły i doszły do wniosku, że nagonka na horrory jest śmieszna, ponieważ nie robią one z każdego widza zdemoralizowanego szaleńca, sprawa przycichła. Kiedy kasetowy boom osiągał szczyty, w roku 1992 powróciła chora gadka na temat granic przekraczanych w filmach. Z upływem czasu wrzawa się

wyciszyła, miłośnicy horrorów narzekali jednak na niemiłosiernie pocięte filmy wypływające na rynek. Mamy rok 2009 i obecnie przejdzie w kinie chyba praktycznie wszystko. Nie dalej jak 10 lat temu mieliśmy „Red Room”. Ostatnio oprócz „Piły” i „Hostelu” obejrzeliśmy także niesławny „Imprint” Takashiego Miike, jedyny wycofany z tradycyjnej emisji telewizyjnej odcinek całkiem niezłej serii „Masters of Horror”. Generalnie zewsząd jesteśmy atakowani filmami, które królowałyby na niechlubnej brytyjskiej liście. Do rozważań na temat granic zmobilizował mnie ostatnio obejrzany „Antychryst” mistrza Von Triera, a konkretnie komentarze i opinie ja jego temat po obejrzeniu seansu. Dla wielu widzów, sceny obcinania łechtaczki nożyczkami, czy miażdżenia jąder deską były nie do wytrzymania. Film ten jednak nie pokazywał niczego, czego byśmy nie widzieli wcześniej. Dlaczego reakcje były więc tak żywe, z opuszczeniem kina włącznie?

Text: Piotr Pocztarek

bu charakteryzatorów i szeregu speców od efektów specjalnych. To właśnie one sprawiają, że niejednokrotnie mamy ochotę wyjść z kina.


Moim zdaniem „Antychryst” pokazywał wszystko w obrzydliwie naturalistyczny sposób, bez komiksowej stylistyki „Piły”, czy taniej fabuły „Hostelu”. Oglądając wydarzenia przedstawione na ekranie jesteśmy sobie w stanie nie tylko wyobrazić, że możliwe jest to co widzimy, ale łatwo wierzymy, że to dzieje się naprawdę. Duża tu zasługa niezwykle realistycznych efektów specjalnych.

śmierć. Taką prawdziwą. Egzekucja poprzez odcięcie głowy, ukamienowanie, porażenie prądem, spalenie żywcem. Wszystko to będziemy mieli w zasięgu ręki po zaledwie kilku kliknięciach myszką. Czy wobec tej znieczulicy coś co jest wymyślone, nakręcone, lub napisane jest jeszcze w stanie nas przerazić? Granice zostały już dawno zatarte, widzieliśmy, czytaliśmy i słyszeliśmy już chyba wszystko. A jeśli w zakamarkach Waszych niepokojących umysłów znajdują się sceny, które wymyśliliście, a które są na tyle przerażające, że nikt nigdy o nich nie mówił – zapraszam do mrocznych wynurzeń na naszym forum. Może festiwal plugastwa, zniszczenia, śmierci i moralnego rozpadu zainspiruje kogoś do stworzenia dzieła naprawdę przerażającego. Obojętnie w jakim gatunku.

Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, przez ostatnie kilkanaście lat nazbierało nam się niezwykle dużo dzieł literatury, kinematografii, czy malarstwa wręcz ociekających lepką posoką. Ja dochodzę do wniosku, że nic już mnie nie potrafi zniesmaczyć, zaszokować, czy zaskoczyć. Każdy, kto potrafi posługiwać się chociaż w małym stopniu Internetem, w ciągu pięciu minut znajdzie w sieci filmiki przedstawiające ludzką Do grozobaczenia!

ZAPISZ SIE JUZ DZIS NA:

>> WWW.GRABARZ.NET Formularz rejestracyjny dostępny jest na stronie głównej Grabarza pod hasłem >NEWSLETTER< Subskrypcja jest darmowa. Można z niej zrezygnować w każdej chwili.


-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Wydawnictwo Literackie 2009 Tłumaczenie: Anna Kołyszko Ilość stron: 224

Lester Ballard to człowiek bez pracy, bez ambicji, bez planów na przyszłość. Żyje z dnia na dzień i właściwie nie wiemy skąd bierze środki na życie. Wszystko kupuje na kredyt, bez względu na to, czy ma akurat pieniądze, czy nie, a kredytów prawie nigdy nie spłaca. Odrzucony przez społeczeństwo z jednej strony pragnie akceptacji, z drugiej – nie robi nic, by być zaakceptowanym. Poznajemy go gdy jego ziemia zostaje zlicytowana. Od tego momentu Lester zmienia miejsca zamieszkania na coraz gorsze i coraz gorszych dopuszcza się czynów. Początkowo żyje między ludźmi, a jednak zawsze poza ich społecznością, z czasem oddala się nie tylko mentalnie, ale i fizycznie, zamieszkując w coraz bardziej odosobnionych miejscach.

gląda się przygotowaniom do licytacji swojej ziemi, gdy próbuje wyłudzić whiskey na kredyt, czy gdy bezpodstawnie zostaje oskarżony o gwałt. Każe obserwować szaleństwo stopniowo ogarniające Bellarda, pchające go do coraz bardziej odrażających czynów.

Text: Jagoda Skowrońska

CORMAC McCARTHY - Dziecię boże (Child of God )

Czy to z uwagi na tematykę, tak mocno odmienną od „Drogi”, czy też dlatego, że „Dziecię boże” powstało 36 lat wcześniej, gdy styl McCarthy’ego nie był w pełni ukształtowany, język tej powieści nieco różni się od „Drogi”. Owszem, bywa oszczędny i ascetyczny, cały czas wolny od ocen. Jednak obok oszczędnych, acz konkretnych opisów scen z życia Ballarda i jego odrażających czynów, jakby dla kontrastu pojawiają się piękne, poetyckie opisy przyrody. Opisy, które sprawiają, że W przypadku tej powieści trudno mówić zachwycamy się pięknem krajobrazów o jakiejkolwiek fabule. „Dziecię boże” albo drżymy w przenikliwym chłodzie to po prostu zbiór scen z życia Lestera i wilgoci jaskiń. Ballarda, nie łączących się szczególnie ze sobą. Dopiero wszystkie układają się Jednak wszystko to: zarówno wolne od w całość, ukazującą stopniowe staczanie ocen moralnych opisy plugawych czynów się bohatera na dno człowieczeństwa. Ballarda jak też urzekające opisy przyroMcCarthy nie ocenia Ballarda, nie wy- dy, która go otaczała nie przekonały mnie jaśnia motywów jego postępowania, nie do tej postaci. Byłam przy Balladzie, wprowadza nas w świat jego myśli i prze- kiedy wrzeszczał, że nikt nie ma prawa żyć. Nawet nie próbuje wyjaśnić, czy i na licytować jego ziemi, byłam przy małym ile jego dzieciństwo, którego fragmenty Lesterze, gdy ujrzał zwłoki swojego ojca, też nam ukazuje, miało wpływ na jego stałam przy nim, jak obserwował nowego późniejsze szaleństwo. Nie przekonuje właściciela swoich ziem, towarzyszyłam nas, że Bellard to „dziecię boże, stworzo- mu, gdy bezskutecznie usiłował podene, można by rzec, na wzór i podobień- rwać z zasady nikomu nie odmawiająstwo twoje”, raczej pragnie, byśmy się cą swych wdzięków córkę śmieciarza, sami o tym przekonali. Dlatego po prostu schodziłam z nim do jaskiń oglądając to, każe czytelnikowi towarzyszyć Lesterowi co w nich przechowywał… i bez żalu się w każdym etapie jego życia: gdy przy- z nim rozstałam wraz z końcem powieści.

19


Witajcie. Zacznijmy od Waszych początków - jak one wyglądały? Kiedy wysłaliście pierwsze teksty do czasopism lub redakcji wydawnictw? Szybko się na Was poznano? Kazek Kyrcz: W moim przypadku była to długa droga. Zabawę w pisanie zacząłem co prawda już w podstawówce, ale wtedy spod ręki wychodziły mi przede wszystkim wiersze, potem teksty piosenek i różne drobiazgi typu fraszki, miniatury... Dopiero kiedy dałem sobie spokój z muzykowaniem, zmobilizowałem się do tego, by na serio zabrać się za tworzenie opowiadań. Szło to dosyć opornie, co z jednej strony wynikało z tego, że brakowało mi wiary we własne siły, a z drugiej było spowodowane sporymi wymaganiami, jakie postawiłem przed samym sobą, zarówno w kwestiach formalnych, jak i emocjonalnych. Chciałem mianowicie, by to, co tworzę, niosło ze sobą jakieś - niekoniecznie oczywiste - treści. Zależało mi na tym, by nie pisać o przysłowiowej dupie Maryni, tylko o czymś ważnym, o czymś, co naprawdę czuję. To nie jest łatwe, z pewnością wie o tym każdy, kto stara się być szczery sam ze sobą... Poza tym przez dłuższy czas strzelałem samobójczego gola, pisząc z pozycji kolan, traktując twórczość jako swego rodzaju misję. Koniec końców, kiedy efekty mojej walki z literkami wydawały mi się zadowalające, oczywiście próbowałem słać je w różne miejsca. Najczęściej stykałem się

20

wyniosłym milczeniem, chlubnym wyjątkiem był liścik od Maćka Parowskiego, w którym stwierdził on coś w tym sensie, że moje opowiadanie „Teraz i na zawsze” jest zbyt ostre obyczajowo jak na publikację w „Fantastyce”. Nie muszę chyba mówić, że na jakiś czas wbiło mnie to w bezdenną dumę... Trochę moich tekstów trafiło na Carpe Noctem i do innych internetowych portali, aż w 2003 roku przyszła pora na prawdziwy „papierowy” debiut w ś.p. „Ubiku”. Potem już poszło... W 2008 roku dopchałem się i do „Fantastyki”. „Nowej” co prawda, ale i ja też w tak zwanym środowisku jestem nowy. Robert Cichowlas: Piszę, odkąd sięgam pamięcią. Już w podstawówce zapisywałem grubaśne zeszyty opowiadaniami. Oczywiście marzyłem o tym, aby je wydać. Miałem chyba ze dwanaście lat, kiedy zadzwoniłem do wydawnictwa Rebis i zapytałem, ile by kosztowało wydanie opowiadań na własną rękę. Gdy usłyszałem odpowiedź, bez słowa się rozłączyłem. Po prostu mnie zatkało (śmiech). Minęło sporo czasu, zanim zacząłem publikować w Internecie. Wiele zawdzięczam portalowi Fabrica Librorum. To tam nauczyłem się pokory i zdrowego odbierania krytyki. Przyszedł wreszcie czas, kiedy wysłałem kilka ze swoich opowiadań do rozmaitych pism. W większości przypadków nie otrzymałem żadnych odpowiedzi, a „Magazyn Fantastyczny” odrzucał jedno moje opo-


Kazek Kyrcz: Pamiętam, że kiedy przeczytałem ten tekst, wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Do dziś uważam je za jedno z najlepszych opowiadań, jakie opublikowało wydawnictwo RH. Czy próbowaliście swoich sił poza gatunkiem grozy? W jakimś twardym SF, fantasy, albo „głównym nurcie”? Czy w ogóle czujecie potrzebę tworzenia innego rodzaju historii? Kazek Kyrcz: Zawsze ciągnęło mnie do groteski. Zdarzało mi się pisać parodie tematów SF, a nawet pod pseudonimem popełnić kilkanaście tekścików o klonie Jakuba Wędrowycza. Staram się nie ograniczać konwencjami, nie pisać grozy na siłę... Jednak do tego gatunku zdecydowanie mi najbliżej. Nie sądzę, by to miało ulec zmianie. Robert Cichowlas: Jeśli o mnie chodzi, to do tej pory zajmowałem się głównie horrorem. Wszystko, w czym obecnie „siedzę”, nota bene razem z Kazkiem, to też groza. Po prostu tworzenie w tych klimatach sprawia mi najwięcej frajdy. Przez najbliższy czas na pewno nie będę eksperymentował z innymi konwencjami. Może kiedyś...

trudno się dziwić - sami się o to prosimy, konsekwentnie realizując taki właśnie model twórczości. Prawda jest taka, że powodów przemawiających „za” można wymienić mnóstwo, a z każdym kolejnym udanym tekstem jest ich coraz więcej. Współpraca z kimś tak otwartym jak Robert sprawia, że łatwiej mi zmobilizować się do większego wysiłku. W chwilach, kiedy po prostu mam doła, on potrafi przekonać mnie, że warto pchać ten wózek dalej. Robert Cichowlas: Mogę powiedzieć to samo. Za każdym razem, gdy dopada mnie niemoc, nie kryję się z tym przed Kazkiem, nie udaję, że pracuję. Po prostu dzwonię do niego, aby powiedzieć, że moja wena puszcza się z kimś innym. Zupełnie jak w przypadku wzorowego małżeństwa - nie ma kłótni ani docinków i pośpieszania siebie nawzajem, lecz pełne zrozumienie. Pisanie w duecie to praca niesłychanie motywująca i bez presji, jak to bywa przy pisaniu indywidualnym, kiedy to odczuwając brak weny, zostawiasz dany tekst na jaki czas, a potem, kiedy do niego wracasz, masz świadomość, że tyle się już wydarzyło, że sam już nie wiesz, czy kończyć utwór, czy zaczynać kolejny.

Rozmawiał: Krzysztof Maciejewski (www.papierowemysli.pl)

wiadanie po drugim. Zresztą do dzisiaj to robi! (śmiech) Pierwszą poważną i ważną dla mnie publikacją było opowiadanie „Cierpliwość”, które znalazło się w antologii „Trupojad”. Od tamtego momentu sporo się dzieje...

I kolejne pytanie z gatunku „lektury obowiązkowe”: skąd czerpiecie inspirację?

Robert Cichowlas: Wbrew pozorom to trudne pytanie. Rozmaite pomysły wpadają mi do głowy w różnych sytuacjach: To pytanie słyszeliście nieskończoną kiedy prowadzę samochód w drodze do liczbę razy - dlaczego tak lubicie pi- roboty, podczas wakacji czy spacerów sać w duetach? po parku. Czasami nawet na zakupach albo gdy siedzę w domu i surfuję po neKazek Kyrcz: Co racja, to racja, ale cie. A więc czerpię inspirację z otaczają-

21


cego mnie świata - po prostu. Kazek Kyrcz: Oglądam stosunkowo mało filmów, więc X muza nie jest dla mnie szczególnie ważnym źródłem pomysłów. Książek też ostatnio czytam niewiele... Nie da się ukryć, że najbardziej inspirują mnie ludzie, których znam, z którymi rozmawiam, no i to, co niekiedy udaje mi się wygrzebać w zakamarkach mojej jaźni. Oczywiście, kiedy tylko mam na to okazję, staram się obserwować różne przejawy rzeczywistości. Jako że jestem krótkowidzem, niekiedy bywa to dosyć kłopotliwe.

pod maską normalności skrywa drugie, totalnie złe oblicze. A Was co najbardziej straszy?

Robert Cichowlas: Straszą mnie czasami zmory z dzieciństwa. Wspomnienia. Będąc w szkole podstawowej, kilka razy cudem uniknąłem śmierci. Raz prawie spłonąłem, kiedy zapaliło się sąsiednie mieszkanie w kamienicy, którą zamieszkuję, innym razem wpadłem do bajora i omal się nie utopiłem. Nieco później przeżyłem dość poważny wypadek samochodowy. Dziś boję się ognia, nie pływam i jestem raczej ostrożnym Zdecydowana większość Waszych kierowcą. Ale wspomnienia z tamtych opowieści ma rodzimą, polską sceno- wydarzeń często wracają. grafię... Czy to arbitralny wybór, czy uważacie na przykład, że specyfika Kazek Kyrcz: Jedną z rzeczy, które danego kraju ma znaczenie, bo boimy mnie przerażają, są przypadki, fatalsię bardziej tego, co dobrze znamy? ne zbiegi okoliczności czy - używając języka potocznego - niefart. W jednej Kazek Kyrcz: Zazwyczaj staram się pi- chwili człowiek spaceruje sobie chodnisać o czymś, co znam, a przynajmniej kiem, zażywając szczęścia i słonecznej o tym, co rozumiem. Może jest to kwe- kąpieli, a w następnej sekundzie już go stia lenistwa, ale raczej wynika z chęci nie ma, bo na łeb spadł mu meteoryt. autentyzmu. Brnięcie w sfery, w których Ups. To musiało boleć, szczególnie jego jest się kompletnym laikiem, grozi nie- najbliższych. Czegoś takiego właśnie zamierzoną śmiesznością, a tego wolę się boję. Sam zresztą, pewnie jak każdy, unikać. miałem parę podobnych sytuacji, kiedy mogłem zginąć albo zostać poważnie Robert Cichowlas: Podobnie jak Kazek okaleczonym. Na przykład w czwartej staram się opisywać znane mi miejsca, czy piątej klasie siedziałem sobie prawie zwłaszcza Poznań, moje miasto rodzin- grzecznie w sali lekcyjnej, kiedy zerwane, czy jego okolice. A więc stawiam na ła się gwałtowna wichura i tak pierdykautentyzm, zdecydowanie. nęła oknem, że tuż przed moim nosem wylądował kawał szyby wielki jak znak Kazek Kyrcz: Nie sądzę, by faktycznie drogowy. Nie zdążyłem nawet drgnąć, podpierając się naszymi realiami, łatwiej o jakimkolwiek uchylaniu się przed niebyło straszyć. Myślę, że raczej boimy się bezpieczeństwem tym bardziej nie było nieznanego. No, chyba że ktoś w prze- mowy... Mało brakowało, a nie rozmakonujący sposób uświadomi nam, że to wialibyśmy tu dzisiaj. znane i lubiane, które krąży w pobliżu,

22


Czy te lęki jakoś przesiąkają do Wa- Kazek Kyrcz: Odnoszę wrażenie, że szej twórczości? Przykłady popro- u nas stosunkowo łatwo wybić się autoszę... rom powieści gejowskich, wszystko inne, łącznie z literaturą kobiecą, jest „pod Kazek Kyrcz: Zdecydowanie tak. Moje kreską”. Z jednej strony to frustrujące, „Koleiny” są właśnie opowieścią o pe- z drugiej jednak jest niezłą szkołą życia. chowcach i ich próbie wyzwolenia się ze Co do getta, o które pytasz, to uważam, szponów złośliwego losu. W tytułowym że jego mury zmurszały na tyle, że nie tekście naszego zbioru pobrzmiewają warto się tym przejmować. Trzeba robić natomiast echa tego, czego obawia się swoje i tyle. Nie sądzę też, by horror zarówno Robert, jak i ja - załamania psy- był czymś gorszym od fantastyki, moim chicznego wynikającego z przeciąże- zdaniem daje nawet większe możliwości nia. Obaj mamy mnóstwo obowiązków stworzenia pełnokrwistych, „ludzkich” i naprawdę niewiele czasu na odpoczy- postaci. Rosnąca popularność mojego nek... ulubionego gatunku w niedalekiej przyszłości doprowadzi do wyraźnego wyodRobert Cichowlas: Zdarza się, że pod- rębnienia grozy z obozu fantastyki. świadomie przelewam swoje lęki do tekstów, ale raczej rzadko. W „Twarzach Na ile pomysły wykorzystane w oposzatana” niewiele jest fragmentów, które wiadaniach są owocem pisania sponzrodził mój strach. W „Postrachu pewnej tanicznego, a na ile ścisłego planowaszosy” będą wypadki samochodowe, nia? Bo, jak wiadomo, są dwa podejw „Autografie” w pewnej chwili wybucha ścia - które sprawdza się w Waszym pożar, ale kiedy pisałem te teksty, raczej przypadku? nie myślałem o moich lękach z przeszłości. Czy w polskiej rzeczywistości łatwo się wybić, będąc autorem horrorów? Już pisarze klasycznej fantastyki określają zamykanie się w tym gatunku jako getto w stosunku do tzw. „głównego nurtu”. Czy pisanie horrorów nie jest gettem w getcie? Robert Cichowlas: Na pewno jest lepiej, niż było jeszcze pięć lat temu. Wydawnictwa jakby bardziej otworzyły się na horror, a co za tym idzie - na rynku pojawiają się nowi autorzy, zresztą całkiem nieźli. To dobrze, że wreszcie coś się zaczęło dziać na poletku polskiej literatury grozy. Najwyższa pora.


Kazek Kyrcz: To już zależy od konkretnego tekstu. Praktycznie każdy z nich powstaje nieco inaczej. Od improwizacji, tak jak w przypadku „Twarzy szatana”, do realizowania wcześniej rozpisanego planu, co przećwiczyliśmy w „Fermie strachu”. Robert Cichowlas: Tak jak powiedział Kazek, zależy od tekstu. Pamiętam, że rozpisaliśmy niezły plan przed rozpoczęciem pracy nad „Sex Machine”. Był tak zabawnie skonstruowany, że skopiowałem go sobie z maila na kompa, ale w końcu gdzieś posiałem, więc nie zacytuję dokładnie. Ale brzmiał mniej więcej tak: „Stary, kurwa, daj gostkowi przeżyć szok. Niech zobaczy te cycki. Kasjerka. Cycki kasjerki. Bohater wraca do domu z erekcją. Odpala symulator. Czekaj, a może damy, że zwalił konia po powrocie? Myślisz? No, nie wiem. A może damy, że kasjerka była jego matką???”. A więc pełen spontan podczas sporządzania konspektu (śmiech).

Robert Cichowlas: Zależy, o czym dane opowiadanie traktuje, ale tak, wydaje mi się, że dobrze opisana scena seksu jak najbardziej nadaje dodatkowego blasku tekstowi. Jeśli o mnie chodzi, wychowałem się na Mastertonie, a więc seks w literaturze grozy to dla mnie normalka. Kazek Kyrcz: Dobra książka, niezależnie od gatunku, powinna wzbudzać emocje. A seks jest jak najbardziej emocjonujący. Słyszałem, że Wasze opowiadania były już filmowane? Powiedzcie coś więcej na ten temat...

Robert Cichowlas: Opowiadanie „Jestem głodny”, które zresztą można znaleźć na mojej stronie internetowej, zostało zekranizowane przez Patryka Jurka i zdobyło jakieś wyróżnienia na gliwickim Festiwalu Filmowym „Drzwi”. Nic więcej na ten temat nie mogę powiedzieć, gdyż widziałem tylko klip ze zdjęciami do tego No właśnie, seks wydaje się ważnym filmu. Podobno obraz wciąż jest dopraelementem Waszych tekstów. Z czego cowywany. to wynika? Kazek Kyrcz: Ja miałem więcej szczęśKazek Kyrcz: Z zamiłowania. cia, bo widziałem już cały film, choć niestety nie na dużym ekranie. Robert Cichowlas: Nie inaczej (śmiech). Kazku, czy konfrontacja wyobraźni Sądzicie, że dzięki scenom seksu filmowców z twoją percepcją własneopowiadanie zyskuje na swej warto- go opowiadania była bardzo zaskakuści? jąca? Kazek Kyrcz: Na pewno nie traci. Jest to na tyle ważna sfera życia każdego, no może prawie każdego z nas, że pomijanie jej milczeniem wydaje mi się błędem. Albo hipokryzją.

24

Kazek Kyrcz: Jeśli był to szok, to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Van Kassabian - reżyser, a zarazem scenarzysta „Head to Love” omawiał ze mną na bieżąco swoje pomysły, miałem więc okazję poznawać kolejne wersje scena-


riusza, niekiedy co nieco dorzucałem od siebie, choć nie starałem się za bardzo wtrącać. Widziałem po prostu, że Van ma wizję, której nie chciałem mu zepsuć. W końcu w kwestiach filmowych to on jest fachowcem. Co zresztą potwierdziło się w ostatecznym kształcie, jaki uzyskał film, jak również tym, że już na pierwszym festiwalu filmów krótkometrażowych w Hollywood, na którym „Head to Love” był prezentowany z początkiem tego miesiąca, został świetne przyjęty zarówno przez publiczność, jak i środowisko filmowe.

bek” udaje mi się jedynie sporadycznie, choć - co napawa optymizmem - coraz częściej. Pewnie dlatego, że Robert krzyczy na mnie i bije po głowie, kiedy za bardzo opóźniam prace nad naszą nową powieścią (śmiech). No właśnie, piszecie już podobno drugą powieść. Możecie uchylić choć rąbka tajemnicy, o czym ona będzie? Kazek Kyrcz: O samolotach (śmiech). Zaczynam podejrzewać, że wszystkie nasze powieści będą poświęcone tematyce lotniczej.

Czy będzie można go gdzieś w Polsce zobaczyć? Robert Cichowlas: Pierwsza na pewno. Jej tytuł roboczy to „Efemeryda”, Kazek Kyrcz: Z tego, co wiem, na ten a głównym bohaterem jest pilot liniotemat są prowadzone rozmowy, ale póki wy Boeinga 737. Specyficzny to facet, co nie chcę za dużo mówić, żeby nie o specyficznych zdolnościach, które zapeszać. Całkiem możliwe, że jeszcze niezbyt szczęśliwie uwidocznią się dwaw tym roku film pojawi się na dużych dzieścia tysięcy stóp nad ziemią. Pasaekranach w kilkunastu miastach Polski. żerowie przeżyją prawdziwy koszmar! Czy macie jakieś własne „dzienne Kazek Kyrcz: Nie wierz Robertowi - fanormy” stron lub znaków do napisa- buła powieści nie jest aż tak prosta, jak nia? może się wydawać z tego, co tu opowiada... Tak naprawdę „Efemeryda” traktuje Robert Cichowlas: Ja nie mam. Bywają o wielu rzeczach, także o odkrywaniu dni, gdy zapisuję dziesięć stron worda w swej prawdziwej tożsamości. przeciągu kilku godzin, bywają też takie, w których nie powstaje ani jedno zdanie. Robert Cichowlas: No i jeszcze o... Wszystko zależy od tego, jak wiele mam czasu na to, by zasiąść przed kompem Kazek Kyrcz: Ciii, zostawmy coś dla i w spokoju potworzyć. Często bywa czytelników, bo potem będzie, że spojtak, że wychodzę do pracy o dziewiątej lerujemy! (śmiech) rano, a wracam o dziesiątej wieczorem. Nie mam wtedy zbyt wiele siły, by pisać. Skoro tak, to nie naciskam. Mam naNadrabiam w dni wolne od roboty. dzieję, że wrócimy do tej rozmowy już wkrótce. Kazek Kyrcz: Łukasz Orbitowski radził mi ostatnio, żebym nie oglądając się na Kazek Kyrcz, Robert Cichowlas (chónic, pisał dwie strony dziennie. Taki „uro- rem): Bardzo chętnie!

25


Horyzonty Wyobraźni Pierwsza edycja prawie za nami.

Gdy piszę te słowa, zakończyło się przyjmowanie prac, a konkurs wszedł w etap wyłaniania finalistów. Do 15 lipca na stronach konkursu, organizatorów i partnerów, podamy listę prac i ich autorów, które zakwalifikowały się do ścisłego finału. Po tym terminie najlepsze prace, zostaną przesłane do szanownych jurorów, którzy do końca sierpnia wyłonią laureatów i wyróżnionych. Uroczysta ceremonia rozdania nagród odbędzie się we wrześniu w Warszawie. Chciałbym w tym miejscu podziękować wszystkim osobom, które nadesłały prace na konkurs. Było ich w sumie czterysta czternaście. To bardzo cieszy, że tak wiele osób nam zaufało. Mamy nadzieję, że z podobnym odzewem, spotkamy się w marcu, gdy ruszy druga edycja Horyzontów Wyobraźni. Martwi natomiast, iż tak wielu autorów nie pofatygowało się by przeczytać regulamin konkursu. Sami sobie zaszkodzili, zmarnowali swój wysiłek, a ich prace zostały zdyskwalifikowane. Nie mogliśmy postąpić inaczej. Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za udział, tak autorom, jak recenzentom oraz oczywiście redakcji Grabarza za patronat. Piotr Michalik

red. nacz. kwartalnika QFANT.PL


------

Wydawca: Grasshopper 2009 Ilość stron: 458

Czytelnicy Grabarza Polskiego o niezdrowej zabawie komdobrze znają już styl obu auputerowym symulatorem jaztorów „Twarzy Szatana” – zady... lokomotywą. Autorzy nie równo Robert Cichowlas jak bali się ożywić fabuły kilkoma i Kazek Kyrcz pobłyskiwali już wizytami głównego bohatera na naszych łamach nie tylko w miejscowym spożywczaku talentem literackim, ale i publi(a do tego pozwolili chłopacystycznym. A jak wypada ich kowi pofantazjować na temat pierwsza wspólna książka? dzikiego seksu z kasjerką), Może wystarczyłoby napisać: dzięki czemu wyszła im histo„Świetnie! Kupujcie w ciemno!”, ale po- ria oryginalna i urozmaicona, ale w finale zwolę sobie dorzucić do tej jak najbar- przypominająca nam, że przede wszystdziej szczerej opinii jeszcze parę słów. kim jest to jednak nie znający miłosierdzia horror. Niewątpliwą zaletą tego zbioru jest ilość zawartych w nim opowiadań. Po przedar- „Nowa wanna” – najgłębiej zapadająca ciu się przez dwadzieścia dwa mroczne, w pamięć miniatura Kyrcza, dowodząca, niepokojące, brutalne, ale i doprawione że naprawdę nie możemy ufać pozornie humorem historie, czytelnik odnosi wra- dobrodusznym istotom. Jest to historia żenie, że faktycznie doświadczył tego, młodej mieszkanki wieżowca, którą pewco obiecywał tytuł: napatrzył się na róż- nego dnia, pod pretekstem pożyczenia norodne twarze Szatana i czuje teraz, szklanki cukru, odwiedza nadzwyczaj że – czy sobie tego życzył czy nie – zna miły i wrażliwy emeryt, pan Julian. To się teraz przyjemniaczka lepiej niż przed po prostu nie może skończyć wesoło... rozpoczęciem lektury. Krótkie, groteskowe teksty Kyrcza dobrze przegryzają „Autograf” – to z kolei moje ulubione się z dłuższymi i bardziej nastrojowymi opowiadanie Roberta Cichowlasa, trakfabułami Cichowlasa, a całość została tujące o fanatycznym zbieraczu autobardzo sensownie ułożona, zapewniając grafów, pragnącym za wszelką cenę różnorodną tematykę, odpowiedni rytm zdobyć choćby najskromniejszy podpisik opowieści i kilka momentów wytchnienia Wszechmogącego... Bardzo ciekawie przed co ostrzejszymi kawałkami. poprowadzona narracja, parę sprytnych niespodzianek i satysfakcjonujący finał. Choć jednak „Twarze Szatana” stanowią bardzo dobrze przemyślaną całość, Jakieś słabsze momenty? Owszem, są. trudno oprzeć się pokusie wytypowania Nie przekonał mnie otwierający zbiór najlepszych opowiadań zbioru. Jasne, szort pt. „Świata” (autorstwa Kyrcza), ani wiem – różni czytelnicy będą tu wskazy- monotonna, mało wciągająca „Maria” wali różne tytuły, ale oto te, które ja oso- (autorstwa Cichowlasa). Są one jednak biście wspominam szczególnie miło: ściśnięte pomiędzy tyloma eleganckimi horrorami, że po dotarciu do ostatniej „Sex Machine” – jeden z kilku wspólnych strony książki o żadnych rozczarowatekstów Cichowlasa i Kyrcza, opowieść niach już się praktycznie nie pamięta.

Text:BARTŁOMIEJ PASZYLK

ROBERT CICHOWLAS, KAZIMIERZ KYRCZ JR - Twarze Szatana ---------------------------------- Ocena: 5/6

27


FRITT VILT 2 FRITT VILT 2 Norwegia 2008 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Mats Stenberg Obsada: Ingrid Bolsø Berdal Marthe Rovik Kim Wifladt Johanna Mørck

X X X

Text: KAMIL „SKOLMON” SKOLIMOWSKI

X X

28

Do górskiego szpitala zostaje przewieziona wycieńczona dziewczyna - niedoszła ofiara psychopaty. Jannicke jako jedyna przeżyła rzeź, jaką urządził w opuszczonym i zasypanym śniegiem hotelu uzbrojony w kilof obłąkaniec w skafandrze. Wezwani na miejsce policjanci początkowo z rezerwą podcho-

dzą do zeznań otępiałej dziewczyny. Kiedy jednak przychodzi im spenetrować górską rozpadlinę, która stanowi biały grobowiec dla kilkudziesięciu ciał, sprawy przybierają zgoła inny obrót. Wkrótce do szpitala zostaje przewiezione ciało mordercy i jego ofiar. Kiedy psychopata zaczyna okazywać oznaki życia, lekarze bez wahania przystępują do reanimacji. Wkrótce masakra otwiera nowy rozdział. Matsowi Stenbergowi raczej obce jest pojęcie innowacyjności w horrorze. Właściwie to dobrze, przynajmniej nie grozi nam ze strony reżysera desperackie wplatanie w fabułę dziwacznych skoków akcji i natłoku niepotrzebnych wątków. Ale, ale - nie znaczy to, że sequel „Cold Prey” wolny jest od nielogiczności i niedorzeczności. Jednak na takie „smaczki” jak okoliczności zmartwychwstania mordercy czy sens poczynań

„Fritt Vilt” (czy jak kto woli - brawa dla tłumaczy „Hotel zła”) stanowi sprawnie nakręconą odpowiedź na wysyp teen-slasherów zza oceanu. Ten niezwykle malowniczy, a jednocześnie posępny i chłodny norweski horror zebrał u nas ciepłe recenzje i sporo zasłużonych pochwał.


Jannicke wystarczy przymknąć oko, a seans staje się naprawdę przyjemną rozrywką. W klasykach gatunku roi się od podobnych potknięć logicznych i rozwiązań fabularnych („Halloween 2”, „Piątek trzynastego 4”) i nikt nie zgłaszał dyskomfortu oglądania. Jest nieco krwawiej niż w jedynce, aczkolwiek daleko „Fritt Vilt 2” do gore’owej poprzeczki ustanowionej przez inny norweski horror - dziki i nieokiełznany „Rovdyr”. Mimo to ekran kilka razy bardzo konkretnie się zarumieni. Postać psychopaty w porównaniu z jego wizerunkiem z pierwszej części prezentuje się jakby okazalej, groźniej. Mamy tu coś z dzikości Voorheesa i milczącej grozy Myersa (w ogóle nad „FV2” nieprzerwanie unosi się mocna woń zarówno „Piątku”, jak i „Halloween”). Druga część „Hotelu zła” to przede wszystkim bardzo sprawnie i plastycznie nakręcony horror. Seans po prostu mile łechce oczy wspaniałymi krajobrazami i ciekawym montażem. Naprawdę nie mam serca wystawiać temu filmowi oceny niższej niż czwóreczka. Na wyższą jednak na pewno nie zasługuje.

29


„Fritt vilt 2” jest sequelem, który kontynuuje historię opowiedzianą w pierwszej części bezpośrednio z miejsca, w którym ta się zakończyła. Jedyna ocalała z masakry w opuszczonym górskim hotelu Jannicke zostaje odnaleziona przez lokalnych policjantów i odwieziona do szpitala. Ciała jej przyjaciół, jak również mordercy zostają wydobyte i ulokowane w szpitalnej kostnicy. Podczas oględzin „zwłok” okazuje się, że prześladowca nie jest tak bardzo martwy, jak by życzyła sobie bohaterka. Koszmar zaczyna się na nowo... Rzadko kiedy zdarza się, by sequel nie odstawał bardzo od oryginału (o przebiciu go nie ma co marzyć), zwłaszcza kiedy film reżyseruje ktoś inny. W przypadku „Fritt vilt 2” zmiana reżysera nie okazała się strzałem w stopę - Mats Stenberg, chociaż niedoświadczony (to jego pierwsze dzieło), wie, jak budować napięcie i wybrać dynamiczny, oryginalny montaż. Również straszenia jest tu więcej. W filmie Stenberga znajdziemy więcej motywów „straszakowych” niż w oryginale Uthauga. Jest brutalniej, bardziej krwawo i dosadnie, czyli zgodnie z ogólno przyjętymi trendami. Uthaug używał sztucznej posoki oszczędniej, przez co wykreował bardziej klaustrofobiczny klimat, pełen niedopowiedzeń i wrażenia, że zło dzieje się gdzieś obok, tuż za

30


granicą kadru. Tym razem jest inaczej, przez to niestety trochę bardziej idiotycznie. Na szczególną uwagę ponownie zasługuje aktorstwo. Seksowna Ingrid Bolsø Berdal otrzymała norweską nagrodę filmową dla najlepszej aktorki za rolę w pierwszej części. W sequelu pozostawia jeszcze lepsze wrażenie, musi bowiem udźwignąć ciężki bagaż doczęści trzeciej. Zgodnie z panującymi świadczeń i ponownie stanąć oko w oko trendami powinien być to prequel, bęz przerażającym mordercą. dzie więc szansa dowiedzieć się czegoś o przeszłości okutanego w zimowe ubrania mordercy. Twórcy staną przed nie lada dylematem, ponieważ powrót do przeszłości będzie oznaczał brak Berdal w obsadzie. Jak będzie - pokaże przyszłość. Text: PIOTR POCZTAREK

Ponownie największym mankamentem filmu jest szczątkowa fabuła, bezpłciowy morderca i brak solidnego nakreślenia psychologii i motywów. Z rozmów osób trzecich dowiadujemy się kilku informacji na temat jego przeszłości, ale jest ich śmiesznie mało. Mimo wszystko seria wyrasta na flagową norweską produkcję grozy i zapewne prędzej czy później będziemy mogli spodziewać się

„Fritt vilt 2” to solidny horror, akceptowalny następca dobrej części pierwszej, ze świetnym montażem i bardzo dobrymi efektami dźwiękowymi. Nie ustrzegł się on wprawdzie kilku rażących głupotą scen, ale takimi prawami rządzą się niestety slashery i prawdopodobnie jeszcze długo nic na to nie poradzimy. Mimo wszystko warto dać mu szansę, zwłaszcza jeśli pierwsza część przypadła Wam do gustu. Nie jest to może czołówka kina grozy, ale slasherów w starym stylu, takich jak „Koszmar minionego lata” czy „Ulice strachu”, nigdy za wiele.

X X X X X


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Albatros 2009 Tłumaczenie: Paweł Wieczorek Ilość stron: 464

James Rollins to popularny pisarz, znany również w naszym kraju (m.in. „Burza piaskowa”, „Mapa trzech mędrców”, „Czarny zakon” czy „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki”). Czytając książki Rollinsa, często bestsellery, można zauważyć, że pisarz czerpie inspirację z twórczości innych wybitnych pisarzy, takich jak Juliusz Verne czy H. G. Wells. Znaczący wpływ na jego prozę ma również Clive Cussler, z którym autor jest najczęściej porównywany, zarówno stylem jak popularnością. Ekspedycja naukowa do serca Amazonii, prowadzona przez doktora Carla Randa przepada bez wieści. Po czterech latach jeden z jej członków dociera totalnie wycieńczony, właściwie umierający, do misyjnej wioski. Zaskakujący jest fakt, że chociaż do dżungli wszedł z amputowaną ręką, to wyszedł z dwiema zdrowymi! Naukowcy podejrzewają, że cudowne ozdrowienie mogła spowodować nieznana roślina, umożliwiająca rozwój tkanek. Tropem pierwszej wyprawy wyrusza następna. Wśród jej członków jest syn Carla – Nathan. Wkrótce cała ekspedycja będzie świadkiem trudno wytłumaczalnych i niebezpiecznych wydarzeń a jej członkowie zaczną znikać jeden po drugim. Na domiar złego ich tropem będzie podążał jeszcze ktoś... Czy za tym wszystkim stoi bliżej nieznane wszystkim tajemnicze plemię Krwawych Jaguarów, o których tubylcy boją się nawet wspominać? Czy z tej niebezpiecznej wyprawy ktoś ujdzie z życiem, gdy na drodze coraz częściej zaczną pojawiać się zmutowane zwierzęta? Od książek Rollinsa trudno się oderwać

nawet na chwilę. Nie inaczej jest z „Amazonią”. Już od pierwszych stron trzyma w napięciu i nakazuje czytać z zapartym tchem. Mamy tutaj doskonale zarysowane postacie, również te drugoplanowe. Niektórych bohaterów polubimy od samego początku i będziemy im kibicować do samego końca. Innych znienawidzimy, bo czarne charaktery skonstruowane są nie mniej przekonywująco. Złe do szpiku kości, pałające żądzą mordu i marzące o pławieniu się w bogactwie. Fabuła jest również mocną stroną. Doskonałe, bardzo dokładne opisy otoczenia i przyrody postawią czytelnikowi przed oczami krajobrazy surowej, ale jednocześnie pięknej i egzotycznej krainy. Autor doskonale wykorzystał również życie i zwyczaje tubylców.

Text: SEBASTIAN DRABIK

JAMES ROLLINS - Amazonia (Amazonia)

Wśród wielu plusów znaleźć można jednak i kilka minusów. Niepotrzebne wydaje się wydłużanie na siłę niektórych wątków. Zdarzyły się także drobne nieścisłości, które powodowały poczucie braku logiki w opisie niektórych wydarzeń, nie mają one jednak większego znaczenia i raczej nie przeszkadzają w lekturze. Fani grozy mogą być nieco zawiedzeni, bo w tej powieści nie znajdą jej wiele. Książkę uważam za bardzo udaną. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć, szczególnie teraz, w upalne dni. Jeśli szukasz ciekawej książki przygodowej z mnóstwem akcji, bogato zarysowaną fabułą i pełnej niebanalnych rozwiązań, to ”Amazonia” jest idealnym wyborem. Przy tej książce zapomnisz o bożym świecie a co najważniejsze - o nudzie, która potrafi dopaść nawet w czasie wakacji.

33


„Oddział nieudaczników, którzy przez swoją głupotę spowodowali plagę żywych trupów?” Ktoś może powiedzeć: “O nie! Kolejny Bla, bla, bla... Wybaczcie moją szczedurny komiks o nazistach!” Ale zacznij- rość, ale tak jest. Tej papki jest na pęczki. (Oczywiście jest też kilka filmów tego my od początku... typu, które są na poziomie.) Broń Boże Dlaczego naziści? Odkąd pamiętam, nie chciałem stworzyć czegoś w tym rointeresowałem się II wojną świato- dzaju. A w szczególności nie chciałem wą, zwłaszcza jej “ciemną stroną”, porywać się na poważną opowieść, bo a więc Trzecią Rzeszą. Ich mistycyzm, wyszedłby z tego kolejny kicz. okultyzm, którym byli zafascynowani, a nawet same mundury budują świetną W „Square of the CroSSbones” bohaatmosferę pod horror. No właśnie - HOR- terami są niemieccy żołnierze, którzy ROR! Od dziecka fascynowałem się tym zaszyli się w cuchnącej chacie pośrodgatunkiem. Z połączenia tych dwóch fa- ku lasu podczas historycznej ofensywy scynacji powstał właśnie “Square of the na Przełęczy Dukielskiej. Jest to zlepek CroSSbones”, który pierwotnie miał być postaci pełnych sprzeczności, popełfilmem. W dzisiejszych czasach scena- niających masę gaf. Nie są nieomylni riusz horrorów o nazistach sprowadza i wszechmocni, są wręcz idiotami posię do utartego schematu - grupka ludzi zbawionymi jakiegokolwiek morale. Dlaznajduje stary bunkier lub laboratorium czego? Ponieważ nie cierpię idealnych na odludziu, gdzie podczas II wojny postaci, które za pstryknięciem palca światowej Trzecia Rzesza prowadzi- i z zamkniętymi oczami rozwalają 10 ła tajemnicze testy na więźniach, lub kreatur naraz! chciała stworzyć SUPERŻOŁNIERZY! Potem bohaterów gonią oprawcy, któ- Jedna z postaci to Cyril, który jest lekko rzy nie wiadomo z jakiego powodu chcą upośledzony i ledwo potrafi sklecić zdapozabijać wszystkich na swojej drodze. nie... Snajper noszący damskie ciuchy,


sprzedawca “małp patriotek” i jego wygolony pies... A główny bohater to medyk uzależniony od morfiny i mający przerażające wizje. Przywiązałem dużą wagę do satyrycznego ukazania bohaterów komiksu. Cała magia opowieści opiera się na detalach, które wprowadzają czytelnika w specyficzny klimat komiksu i budują całość. Ale dość już opisów! Mam nadzieję że sami będziecie mogli się wkrótce przekonać co do wartości mojego komiksu. Pierwsza część „CroSSbones” już ukazała się z Australii, w magazynie komiksowym o nazwie “YUCK!” (publikowanym przez Jamesa Andre, którego serdecznie pozdrawiam!) Co do polskiego wydania... trzymajcie kciuki, bo możliwe, że jeszcze wyjdzie w naszym kraju. Jeżeli załapaliście klimat i podoba wam się ten krótki opis komiksu, możecie śledzić nowości pod adresem www.readyfortragedy-studio.com lub www.jacekzabawaart.blogspot.com. Dzięki za uwagę!

Jacek Zabawa

Kilka słów od auto

ra


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Wydawnictwo M 2009 Tłumaczenie: Małgorzata Bortnowska Ilość stron: 500

Sięgając po „Nawiedzenie” nerwowo zadawałem sobie pytanie: „Czy chrześcijański thriller będzie miał w sobie tyle dzikości żeby przyspieszyć mi tętno i oddech?” A inaczej rzecz ujmując: „Czy książka z definicji hołdująca wyłącznie pozytywnym wartościom nie będzie zanadto ugrzeczniona? Czy będzie przez nią w stanie przebrnąć ktoś, komu zdarza się przykimać w kościelnej ławce?” Otóż, moi drodzy, odpowiedź brzmi: Tak, przyspiesza co trzeba; i: Nie, nie jest przesadnie grzeczna, a momentami bywa przepięknie wręcz zwariowana. Objętość „Nawiedzenia” – 500 stron – może się wydawać obietnicą ciągnącej się wiele dni lektury, ale w rzeczywistości powieść Perettiego wchłania się nadzwyczaj szybko. Pierwsze kilkadziesiąt stron to co prawda niespieszny wstęp do właściwych wydarzeń, ale i on daje radę: autor sensownie i przekonująco opisuje rozterki głównego bohatera, Travisa Jordana, który jakiś czas temu odstąpił od służby duchownej, a teraz musi się zmierzyć z serią cudów (czy może raczej „cudów”?) nawiedzających małe amerykańskie miasteczko. Najpierw, jak to i w życiu w takich przypadkach bywa, ludzie zaczynają zauważać wszędzie twarz Jezusa (na szybach, w układzie chmur itd.), potem prawdziwymi łzami zaczyna płakać kościelna figura, a wreszcie – i na to wszyscy czekaliśmy! – pojawia się sam wyluzowany Jezus we własnej osobie i przybija piątkę wybranym mieszkańcom Antiochii. Od razu pada oczywiście podejrzenie, że to

oszust, albo nieznający granic dobrego smaku żartowniś, ale niech ktoś spróbuje wytłumaczyć to gościowi, który dzięki spotkaniu z tymże Jezusem odzyskał wzrok! Albo drugiemu, który w podobnych okolicznościach odzyskał władzę w nogach!

Text: TEODOR CZANK

FRANK PERETTI - Nawiedzenie (Visitation)

Brnąc głębiej i głębiej w historię opowiadaną przez Perettiego z każdą przekładaną stroną będziecie się zastanawiali czy czymś jeszcze będzie Was w stanie zaskoczyć, ale autor tak umiejętnie porozkładał tu zwroty akcji i przeróżne punkty kulminacyjne, że na nudę i przeciąganie oczywistych scen po prostu nie ma tu czasu. Pięknie swoją rolę odgrywa też główny bohater powieści – z początku jeszcze bardziej niż my we wszystko wątpiący, a z czasem przekonujący się, że... No, tego zdradzić nie mogę, ale zapewniam, że także z trudnym zadaniem odmalowania skomplikowanej psychologii eks-pastora Peretti poradził sobie bardzo ładnie. „Nawiedzenie” wciąga, trzyma w napięciu, zmusza do zadawania sobie trudnych pytań i nie rozczarowuje również w finale (co przecież niełatwo osiągnąć, zwłaszcza kiedy kończy się 500-stronicową powieść, gdzie czytelnicy oczekują szczególnych fajerwerków). Łapcie się za nią czym prędzej, a kto wie czy nie uznacie, że Peretti to godny przeciwnik Koontza, Cobena czy Pattersona. Moim zdaniem „Nawiedzenie” zdecydowanie przebija wiele powieści autorstwa każdego z tych trzech miłych pisarzy.

37


Text: PIOTR POCZTAREK

Prawie 25 lat po rozpoczęciu swojej reżyserskiej kariery Wes Craven doszedł do wniosku, że gatunek, jakim jest horror, zaczyna być przeładowany bliźniaczymi motywami, scenariuszami z kalki i łudząco do siebie podobnymi bohaterami. Jako uznany mistrz tego segmentu kinematografii Wes mógł pozwolić sobie na stworzenie dzieła autoironicznego, wybuchowego, bawiącego się konwencją.

38

Tak oto w 1996 roku powstał „Krzyk” oryginalny slasher stanowiący hołd dla całego gatunku, a jednocześnie genialny film, który trzyma na krawędzi fotela od początku aż do samego końca.

Dwoje nastolatków zostaje bardzo brutalnie zamordowanych przez psychopatę w czarnym kostiumie i masce ducha. Wydarzenie to wstrząsa małym miasteczkiem, w którym mieszka Sidney Prescott (Neve Campbell). Dziewczyna zaledwie przed rokiem straciła matkę, która również została zamordowana. Okazuje się, że zabójca poluje na Sid, a podejrzani są właściwie wszyscy.

Zaczyna się ostro - dom na odludziu, czekająca na chłopaka dziewczyna, telefon i tajemniczy głos w słuchawce. „Jaki jest twój ulubiony horror?”. Zaczyna się gra, w której stawką jest życie. Niestety, większość nie wyjdzie z tej gry To, co wyróżnia dzieło duetu Wes Craven (reżyseria) i Kevin Williamson (scezwycięsko.


gentnym, wymykającym się wytartym schematom, a jednocześnie celowo je stosującym, by uwypuklić swoje przesłanie. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest to film o regułach, w którym nie ma żadnych reguł. Bohaterowie popełniają błędy, z których naigrywać się można przy każdym horrorze dla nastolatków, jednocześnie między sobą zabawnie komentując skłonności do popełniania tych błędów. Przykładem może być scena, w której jedna z bohaterek staje oko w oko z mordercą i będąc przekonana, że to któryś z jej przebranych kolegów, wdaje się z nim w dialog: „Mam się zacząć bać? Krzyczeć, uciekać i prosić o litość?”. Zabawna scena trwa, dopóki prawdziwy zabójca brutalnie nie pozbawia swojej ofiary życia, a jak to zazwyczaj bywa u Wesa Cravena - na żadną umowność nie ma tu „Krzyk” jest horrorem niezwykle inteli- miejsca. Film pomimo kilku zabawnych nariusz), to zabawa wszelkimi regułami rządzącymi gatunkiem. „Krzyk” jest swego rodzaju manifestem przeciw kiczowatości i braku oryginalności większości współczesnych horrorów. Twórcy zdają sobie sprawę z pewnej umowności reguł rządzących kinem grozy, jednocześnie czerpią z tej ułomności całymi garściami, na każdym kroku puszczając oko do widza. Świetną zabawą jest wyłapywanie ukłonów w kierunku wielu klasyków horroru (np. Wes Craven w pierwszej części „Krzyku” zagrał woźnego szkoły ubranego w sweter Freddy’ego Kruegera). Aluzji i odniesień do filmów jest sporo, a efekt ten udało się osiągnąć między innymi przez wprowadzenie do grona bohaterów Randy’ego (Jamie Kennedy), pracownika wypożyczalni kaset wideo i odwiecznego fana horrorów.

39


dialogów jest bardzo krwawy i dosłowny, Film doczekał się dwóch sequeli, co dobitnie pokazuje zatopiony w poso- o których ciężko pisać, nie wchodząc ce finał. w szczegóły fabularne. Jestem zmuszony założyć, że gdzieś tam ktoś jeszcze „Krzyk” okazał się gigantycznym suk- „Krzyku” nie widział, w co jednak trudno cesem, nie tylko za sprawą bardzo mi uwierzyć. By jednak uniknąć niepodobrego, pełnego twistów fabularnych trzebnych spoilerów, postaram się skuscenariusza, świetnej muzyki, realizacji pić na najważniejszych cechach drugiej i ciętego dowcipu, ale również dzięki i trzeciej części. genialnym aktorom. Craven dobrał ich perfekcyjnie, nie pomylił się ani razu, W „Krzyku 2” poznajemy Sidney studiuchociaż byli to przedstawiciele mło- jącą na wydziale sztuki dramatycznej. dego pokolenia. Stająca się z każdą Bohaterka próbuje ułożyć sobie życie minutą twardsza i odważniejsza Neve i zapomnieć o dramatycznych wydarzeCampbell, pierdołowaty policjant grany niach sprzed dwóch lat. Nie pomagają przez Davida Arquette’a, żądna sensacji jej w tym książka o zabójstwach w miadziennikarka w wykonaniu Courteney steczku Woodsboro, a także jej ekraCox czy wreszcie charakterystyczni nizacja - film „Cios” oparty na tym, co koledzy głównej bohaterki, w których działo się w „Krzyku”. Na premierze tego wcielili się Skeet Ulrich, Jamie Kennedy i „filmu w filmie” zamordowane zostają absolutnie fenomenalny Matthew Lillard. dwie osoby. Ktoś chce, by legenda morDla kreacji tych aktorów warto obejrzeć dercy w masce ducha odżyła na nowo, film nawet kilka razy. a Sidney jest pewna , że i tym razem ona

40


stanie się ofiarą.

aktorów, zostawiając przy ich ciałach zdjęcie zamordowanej matki bohaterki. Ci, którzy przeżyli masakrę z pierwszych dwóch części, zostają wplątani w śledztwo i znów zaczyna im grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Morderca powrócił, a zgodnie z zasadami ostatniej części trylogii - zdarzyć się może wszystko, a zginąć może każdy. Na wierzch wypływają mroczne sekrety z przeszłości, ofiar jest dużo, chociaż masakrowanie bohaterów drugoplanowych nie robi już wrażenia. Film się dłuży, fabuła jest naciągana, a założenia nie są konsekwentnie realizowane.

Kontynuacja „Krzyku” to ponowne, równie ironiczne spojrzenie na zasady rządzące horrorem, a zwłaszcza kontynuacjami. Zgodnie z regułami posoki jest tu więcej, podobnie jak akcji, ofiar czy humoru. W filmie znów możemy znaleźć wiele nawiązań do współczesnego kina grozy, zręcznie poprowadzona akcja zaskakuje, muzyka drażni nerwy, a aktorzy zgromadzeni przed kamerą znów ustawiają poprzeczkę wysoko. Dodatkowym atutem jest tutaj morderca, który ma zaskakujący motyw, stanowiący zresztą hołd dla pewnej bardzo znanej serii horrorów. Mimo wszystko cała trylogia dostarcza kilku godzin doskonałej rozrywki, „Krzyk 3” niestety trochę odstaje pozio- zwłaszcza jeśli spróbujemy zabawić się mem od swoich genialnych poprzed- w wytypowanie mordercy. W 2010 roku ników. W Hollywood powstaje „Cios 3” powstanie „Krzyk 4”, a Wes Craven bęoparty na wydarzeniach z życia Sidney dzie musiał się napocić, by coś wykrzePrescott. Ktoś jednak zaczyna zabijać sać z serii, która zatoczyła już koło.

41


SCREAM

SCREAM 2

KRZYK USA 1996 Dystrybucja: Imperial CinePix

KRZYK 2 USA 1997 Dystrybucja: Imperial CinePix

Reżyseria: Wes Craven

Reżyseria: Wes Craven

Obsada: Neve Campbell David Arquette Courteney Cox Jamie Kennedy

Obsada: Neve Campbell David Arquette Courteney Cox Jamie Kennedy

X X X X X

X X X X X

X X X X X

SCREAM 3 KRZYK 3 USA 2000 Dystrybucja: SPI Reżyseria: Wes Craven Obsada: Neve Campbell David Arquette Courteney Cox Patrick Dempsey


W naszym konkursie związanym z serią „Piątek 13-go” nagrody wylosowali:

1. Kuba Dramski 2. Joanna Lis 3. Artur Bławicki 4. trollxyz 5. MrTens Najlepsze części serii według czytelników Grabarza to:

1. „Piątek 13-go” (1980)

Za najlepszy film z tej serii uważam pierwszą część: jak na tamte czasy była ona nowatorska i wprowadziła wiele nowych elementów, bez których świat horroru byłby dzisiaj o wiele uboższy. - Kuba Dramski

2. „Piątek 13-go IV: Ostatni rozdział” (1984)

Najwścieklejsza ze wszystkich części, nie traktująca może tematu z całkowitą powagą, ale nie popadająca też jeszcze w totalną komedię. - Artur Bławicki

3. „Piątek 13-go VI: Jason żyje” (1986)

Jason nareszcie znalazł ciało, w którym czuje się najwygodniej! - trollxyz

Do wszystkich wymienionych osób wyślemy dwupłytowe wydanie oryginalnego „Piątku 13-go” Seana Cunninghama ufundowane przez firmę Galapagos. Zwycięzców, którzy nie podali nam adresu do wysyłki nagród prosimy o kontakt mailowy na adres bartek@grabarz.net. Trzy nagrody przypadły w udziale autorom najlepszych komentarzy zwycięskich części, a dwie pozostałe przyznaliśmy w wyniku losowania. Wszystkim uczestnikom dziękujemy za wyjątkowo liczny udział w konkursie!


Pierwszy tom cyklu o Hrabim – wampirze Sainte-Germain – stawianym na równi z „Kronikami wampirów” Anne Rice. Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. skr. poczt. 107, 60-959 Poznań 2, tel. 061 882 38 31 rebis@rebis.com.pl, www.rebis.com.pl


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Amber 2009 Tłumaczenie: Tomasz Wilusz Ilość stron: 280

Niestety pewnego dnia opuszcza go jego Mroczny Przyjaciel, alter ego, które kierowało go na właściwy tor i pozwalało czerpać radość ze swoich poczynań. Dodatkowo, na każdym kroku Dexter odczuwa wzrok tajemniczego Obserwatora. Czyżby ktoś wiedział, co po pracy robi sympatyczny i dowcipny pracownik laboratorium kryminalistycznego? Czy Dexter porzuci swój proceder po odejściu Mrocznego Pasażera? Kto stoi za morderstwami wyglądającymi na rytualne składanie ofiar? To tylko kilka Dexter pracuje w policyjnym laboratorium, pytań, na które znajdziecie odpowiedź gdzie bada krew pozostawioną na miej- w książce. scach zbrodni. Zwyczajny na pierwszy rzut oka funkcjonariusz, różni się jednak Główny bohater jest bez wątpienia najod swoich policyjnych kolegów tym, że mocniejszym atutem opowieści. Bardzo po godzinach, na własną rękę wymierza barwna postać, która z pewnością zasprawiedliwość. Karze śmiercią zwyrod- intryguje czytelnika i zaciekawi na tyle, nialców. Może się wydać, że niewiele że nie będzie w stanie odłożyć książki odróżnia go od karanych bandytów, tym przed przeczytaniem ostatniej strony. zaczną usprawiedlibardziej, że sam nazywa się „potworem Niektórzy wręcz w ludzkiej skórze”, ale na pewno nie jest wiać jego zbrodnie! W końcu robi światu to zwykły seryjny morderca. Dexter, dzięki ogromną przysługę, prawda? przybranemu ojcu, żyje zgodnie z kodeksem, który nie pozwala mu skrzywdzić Inną zaletą prozy Lindsaya jest przesyniewinnych, jednocześnie chroni przed cony swoistym humorem cynizm. Książki złapaniem przez policję. Dlatego właśnie tego autora stały się bestsellerami na camożna polubić człowieka, który ma na łym świecie i w niemal trzydziestu krajach sumieniu olbrzymią liczbę ofiar. W jego czytelnicy mogą poznawać przygody nieręce wpadają złoczyńcy, którzy naprawdę typowego technika laboratoryjnego. Serialowe przygody „Dextera” przewyższyły zasługują na najgorsze. popularnością „Rodzinę Soprano”. Zimny psychopata zmienia się - staje się coraz bardziej ludzki, a nawet potrafi To już trzecia z kolei powieść o przygosię zakochać. W „Dylematach Dextera” dach sympatycznego mordercy, zatem obserwujemy przygotowania związane nie sięgaj po „Dylematy Dextera” zanim ze ślubem Dextera i Rity. Mimo, istotnej nie zapoznasz się z wcześniejszymi tozmiany w życiu, bohater nie przestaje od- mami. I lepiej pośpiesz się, bo Amber dawać ulubionemu zajęciu – pozbawianiu przygotowuje już kolejną część przygód życia kanalii gorszych od niego samego. tego bohatera. Jeff Lindsay stał się rozpoznawalny w Polsce za sprawą wydawnictwa Amber, które zaczęło sprowadzać do Polski kolejne opowieści o sławnym, wzbudzającym sympatię mordercy – Dexterze. Jak dotąd pojawiły się 3 pozycje z tego cyklu a czwarta już jest w przygotowaniu. Pierwsza książka okazała się na tyle ciekawa, że nakręcono serial na podstawie pomysłu Linsdaya, który zyskał dużą popularność. Do tej pory powstały już 3 sezony, a czwarty jest w trakcie produkcji.

Text: SEBASTIAN DRABIK

JEFF LINDSAY - Dylematy Dextera (Dexter In The Dark)

45


Kto w młodości nie czytał książek Juliusza Verne’a, ten zmarnował swoje dzieciństwo. Zaczynam ostro, napastliwie, ale myślę, że niejeden czytelnik (zwłaszcza ten, który ma za sobą powieści wspomnianego wyżej autora) zgodzi się z moją ryzykowną tezą. Nie chcę nikomu dezawuować wspomnień czy przeżyć z dzieciństwa, lecz udowodnić, że jeśli rozminął się z twórczością Verne’a, to stracił obfitą pożywkę dla wyobraźni. Verne, francuski pisarz, tworzący w XIX wieku, określany mianem proroka science-fiction, był prawdziwym prekursorem gatunku. Spójrzmy chociażby na „20.000 mil podmorskiej żeglugi”. W czasach, kiedy książka ukazała się na rynku, łódź podwodna, którą dowodził kapitan Nemo, była czystą abstrakcją. Czy nie możemy przypisać Verne’owi wizji samolotu, widocznej w postaci statku powietrzno-wodnego, na którym podróżowali bohaterowie książki „Robur Zdobywca”? Jednak to nie licytacja na wynalazki, jakie przewidział pisarz, jest przedmiotem tego felietonu, lecz poszukiwanie elementów grozy w twórczości pisarza zaliczanego współcześnie do nurtu literatury młodzieżowej. Skupię się na jednej z najbardziej niesamowitych powieści Verne’a, która wręcz emanuje horrorem, a tajemnica goni tajemnicę, mimo iż jest to powieść przygodowa, skierowana do młodszego czytelnika - z czym jednak można polemizować. „Tajemnicza wyspa” należy do słynnej trylogii i wyjaśnia wszystkie zagadki z „20.000 mil podmorskiej żeglugi” i „Dzieci Kapitana Granta”. Dla fanów horrorów dodam, że godna uwagi jest

CZĘŚĆ 2


Text: JACEK PIEKIEŁKO

również gotycka powieść „Tajemnica książkę jako czysto przygodową histozamku Karpaty”. rię, pojawia pierwsze zaintrygowanie. Ale to tylko jedno z wielu niesamowitych W czasach podstawówki, kiedy sie- wydarzeń skłaniających do intensywnedziałem przed monitorem, grając w grę go myślenia, stawiania hipotez, kalkulokomputerową, podszedł do mnie tata wania. i powiedział: „Może przeczytałbyś jakąś książkę, zamiast siedzieć ciągle przed Bohaterowie próbują okiełznać naturę, komputerem?”. Zrażony nudnymi lek- ucywilizować wyspę, nadając jej różnym turami nie zachwyciłem się propozycją, punktom geograficznym nazwy, polując dopóki ojciec nie zaczął skrótowo opo- czy też wykonując proste narzędzia wiadać o fabule „Tajemniczej wyspy”. niezbędne do przetrwania. Świetnym Zaintrygował mnie, zapisałem sobie na zabiegiem Verne’a jest roztaczanie karteczce autora oraz tytuł i na drugi klaustrofobicznego klimatu. Przynajdzień pośpieszyłem do biblioteki. O dzi- mniej takie uczucie towarzyszyło mi wo, gdy w moje ręce wpadły dwa stare, z każdą kolejną przeczytaną stroną. grube tomiszcza, nie załamałem się ob- Autor co jakiś czas dorzuca frapujący jętością, lecz poczułem zaciekawienie. wątek, dzięki czemu odnosi się stale Kiedy przeczytałem kilka stron, znala- wrażenie, że coś zagraża rozbitkom. złem się w innym świecie. „Tajemnicza W miarę rozwoju wydarzeń miałem wyspa” popchnęła mnie do czytania przekonanie, iż jakaś niewidzialna pętla innych książek i myślę, że była równie zaciska się na szyi każdego z bohateprzełomowa dla niejednego czytelnika. rów. Otoczeni morzem, w całkowicie Kto przygodę z książką zaczynał od nieznanym środowisku, zdani tylko na Verne’a, zapewne do dzisiaj jest miłoś- siebie, bez nadziei na ratunek mogli nikiem fantastyki czy horroru. podupaść na duchu. A do tego te ciągłe tajemnicze wydarzenia... Juliusz Verne opowiada historię pięciu rozbitków, którzy balonem opuścili po- Autor poprzez spiętrzenie niepokojących grążoną w wojnie secesyjnej Amery- sytuacji buduje u czytelnika piramidę kę. Huragan sprawia, że grupa rozbija domysłów, które prowadzą do jeszcze się na nieznanej wyspie. Początkowa większego zaciekawienia, a równocześdawka akcji zostaje wzbogacona pierw- nie psychozy. Verne doskonale posłuszym tajemniczym wydarzeniem. Jeden guje się dawkowaną powoli tajemnicą. z członków grupy, Cyrus Smith, ginie Często, oglądając horror bądź czytawśród morskich fal. Poszukiwania oka- jąc powieść, jesteśmy zaciekawieni do zują się bezowocne, jednak nazajutrz momentu odkrycia prawdy. Czasem inżynier zostaje odnaleziony w skalnej w naszej wyobraźni rozgrywa się więkgrocie prawie sześć mil od miejsca szy horror niż na kartach powieści wypadku. Pamięta tylko, jak wpadł do czy na ekranie kinowym. Znakomicie, wody, nie ma pojęcia, jakim cudem że Juliusz Verne tak leniwie odkrywa znalazł się w bezpiecznym miejscu. przed czytelnikami swoje karty... U młodego czytelnika, który odbiera tę

47


--------------------------------------

Ocena: 5/6

Wydawca: Promatek 2008 Czas trwania: 7:24:00

Nie bez powodu „Opowieści niesamowite” Edgara Allana Poe w interpretacji Antoniego Rota nominowano do tytułu Najlepszej Książki Audio Roku 2008 w kategorii „Kryminał i sensacja”. Wiadomo – historie Poe’ego, zwłaszcza w tłumaczeniu Bolesława Leśmiana, zawsze do pewnego stopnia będą się broniły same, ale w przypadku audiobooka ważny jest też lektor, który czuje ten specyficzny klimat i potrafi go dobrze oddać. Rot sprawdza się w roli czytającego bardzo dobrze, choć zdecydowanie najlepiej wychodzi mu snucie tych najbardziej ponurych historii, takich jak „Maska śmierci”, „Metzengerstein” czy „Zagłada domu Usherów”, natomiast w historiach przesyconych komizmem, takich jak np. „Hop Frog”, zdarza mu się trochę przeszarżować i odebrać dowcipom Poe’ego naturalność. To jednak pojedyncze przypadki w tej ponad 7-godzinnej uczcie z nastrojowymi opowieściami słynnego autora, a co najważniejsze lektor nie gubi się też w szczególnie trudnych momentach, jak chociażby w „Diable na wieży”, gdzie zmuszony jest pobawić się trochę dziwaczną wymową. W utrzymaniu odpowiedniej atmosfery pomaga także pojawiającą się od czasu do czasu muzyka – skromna i nieodwracająca naszej uwagi od fabuły, ale dobrze wypełniająca niezbędne pauzy i podkreślająca pewne punkty kulminacyjne. A że ilustrowanie audiobooków muzyką wciąż nie jest w przypadku krajowych wydawnictw zasadą, także za to należą się wydawnictwu Promatek brawa.

nie trzeba tłumaczyć, że niektóre z nich to kawał historii literatury grozy i po prostu nie wypada ich nie znać. I naprawdę nie wystarczy obejrzeć kilka cormanowskich adaptacji dzieł Poego żeby wiedzieć na czym polega magia tego autora. „Studnię i wahadło”, „Zagładę domu Usherów” czy „Maskę śmierci” naprawdę trzeba poznać w pełnej wersji – albo czytając je samemu, albo słuchając jak czyta je Rot. Bo u Poe’ego nie chodzi przecież wyłącznie o fabułę, którą jako tako jest w stanie oddać film – chodzi też o niezwykły, magnetyczny rytm tych opowieści, a więc coś, czego nawet najznakomitszy reżyser nie pokaże nam na ekranie. Chyba najlepszymi na to przykładami są „William Wilson” i „Serce oskarżycielem”, które tak naprawdę rozgrywają się w głowach głównych bohaterów, a precyzja każdego składającego się na te historie zdania perfekcyjnie ilustruje lęgnące się w ich głowach i powoli narastające szaleństwo.

Text: BARTŁOMIEJ PASZYLK

EDGAR ALLAN POE - Opowieści niesamowite

Poza najbardziej znanymi tekstami Poe’ego (a oprócz wymienionych powyżej są tu jeszcze m.in. „Berenice”, „Czarny kot” czy „Beczka Amontillada”) znajdziemy też w „Opowieściach niesamowitych” historie mniej popularne, jak np. „Portret owalny” albo „Prawdziwy opis wypadku”. Dowodzą one, że w przypadku tego pisarza także opowiadania spoza kanonu wypadają wyśmienicie. W porządku: puentę „Portretu owalnego” przeczuwamy od samego początku, ale i ten utwór przytłacza nas grobową atmosferą i z wprawą wciąga nas w mroczną otchłań jakiegoś innego, bardziej niż A same opowieści? Cóż, chyba nikomu nasz diabelskiego świata.

49


THE HAUNTING IN CONNECTICUT podane tyle razy, że naprawdę ciężko teraz zaprezentować coś unikalnego i nowego. Fabuła prosta do bólu – małżeństwo z chorym na raka nastoletnim synem przeprowadza się do dużego Reżyseria: domu w Connecticut. Powodem zmiaPeter Cornwell ny miejsca jest bliskość szpitala, w którym młody Matt (świetny Kyle Gallner) Obsada: przechodzi terapię. Szybko okazuje się, Virginia Madsen Kyle Gallner że dom, zanim został przygotowany do Elias Koteas sprzedaży, był... domem pogrzebowym. Martin Donovan Z początku mroczne wizje przypisywane są chorobie Matta i jego ciężkiej terapii, szybko jednak okazuje się, że w czeluściach domu czają się złe siły. Zrozpaczona rodzina prosi o pomoc pastora Nie jest to jednak dokument, a sfabula- Popescu (jak zawsze doskonały Elias ryzowana historia, w którą i tak nikt nie Koteas). Czy tajemnicę uda się rozwiąwierzy. Efekt? Solidna, konwencjonalna zać? ghost story, subtelna i zbyt dosłowna jednocześnie. „Udręczeni” z jednej strony nie oferują niczego, czego już byśmy nie widzieli, Po kilku zawiedzionych głosach widzów a z drugiej prezentują wiele „cytatów (oszukali mnie! to nie działo się napraw- z klasyki” – dając widzowi sceny, które dę!) nie spodziewałem się po „Udrę- skojarzą się z „Lśnieniem”, „Duchem”, czonych” kina wybitnego, oryginalnego, „Silent Hillem”, czy nawet „Księgą krwi” ani nawet dobrze zagranego. Historie Barkera. A są to skojarzenia jak najbaro nawiedzonych domach mieliśmy już dziej pozytywne – jak się uczyć, to od UDRĘCZENI USA 2009 Dystrybucja: Best Film

X X X

Text: PIOTR POCZTAREK

X X

50

Horror, który w każdym możliwym przekazie (plakat, ulotka, spot) ma wpis „oparty na faktach” zawsze będzie elektryzował odbiorców. Rzeczywiście, film snuje historię opartą na prawdziwych wydarzeniach z 1986 roku, podczas których Carmen i Al Snedekerowie byli napastowani przez ducha.


najlepszych. Efekty specjalne są zrealizowane starannie i nie przesadzone. Nie uświadczymy wiele „jump scenes”, Cornwell, chociaż jest reżyserem kompletnie nieznanym, straszy z klasą, potęgując i stopniując napięcie. W filmie nie uświadczymy wielu trupów, ani litrów krwi, a mimo to nadal będziemy się bać. Tego oczekujecie od horroru? Bo ja tak. Klimat – to słowo klucz, przy odbiorze dźwięki, kilka potwornych scen i świetne, tego solidnego filmu. Niepokojąca mu- przekonujące aktorstwo – to wszystko zyka, często zamieniająca się w same sprawia, że do filmu Cornwella chce się wracać. „Udręczeni” cierpią jednak na „syndrom amerykańskiego nastolatka”, czyli wykładają kawę na ławę w irytująco łopatologiczny sposób, nie pozostawiając wiele miejsca do autointerpretacji. Szczególnie widać to w zakończeniu filmu. Założenie, że widz jest głupi, jest ostatnio w modzie. Odbiór filmu zostaje poważnie zaburzony przez ostatnie kilka minut, kiedy życzymy sobie, by akcja potoczyła się nieco inaczej, tak się jednak nie dzieje. Mimo tych niedociągnięć film nadal mogę polecić widzom pragnącym poczuć dreszcze – a muszę przyznać, że rzadko trafia się horror potrafiący je jeszcze wywołać. Produkcja ta wraca do starej szkoły straszenia, omijając szerokim łukiem mainstreamowe mięsne porno. Poproszę więcej takich filmów, a jeśli będą pozbawione błędów, skierują gatunek na właściwe tory.

51


Wydawca: Znak 2009 Tłumaczenie: Anna Topczewska Ilość stron: 272

Szukacie standardowego kryminału albo thrillera, gdzie jak po nitce do kłębka zmierza się do rozwiązania jakiegoś powikłanego morderstwa? To przez przypadek nie bierzcie się za najnowszą na polskim rynku powieść Karin Fossum. Chcecie czegoś mrocznego i brutalnego, ale jednocześnie zrywającego się z łańcucha konwencji, nie dbającego o tradycyjną puentę i skupiającego się przede wszystkim na drążeniu dziur w psychice bohaterów? O tak – „Za podszeptem diabła” jest właśnie dla Was! Tak naprawdę bardzo długo nie wiadomo o co w ogóle w tej książce chodzi. Szwendamy się po mieście w towarzystwie dwóch mało przyjemnych nastolatków, Andreasa i Zippa, i czekamy aż stanie się coś złego. Może dojdzie do jakiegoś dramatu kiedy bohaterowie zdecydują się postraszyć małego chłopca z sąsiedztwa? Albo kiedy rzucą się na matkę z małym dzieckiem żeby zabrać jej portfel? Albo – i tu chyba szanse zwiększają się najbardziej – gdy zapukają do drzwi miejscowej dziwaczki, Irmy Funder, aby i ją pozbawić oszczędności? W każdym razie, następnego dnia Andreas nie pojawia się w pracy, a Zipp wyraźnie kłamie na temat ostatniej wycieczki po mieście ze swoim najlepszym kumplem. Za rozwiązanie sprawy zniknięcia chłopca zabiera się doświadczony inspektor Sejer, ale od początku widać, że nie będzie to typowa zabawa w zbieranie tropów i ściganie zbrodniarzy po ulicach miasta.

diabła” może się wydawać książką chaotyczną i mało spójną, ale po dotarciu do finału przekonujemy się, że Fossum przetasowała liczne wątki z wyraźnym zamysłem, strona po stronie budując coraz bardziej diaboliczną atmosferę i dając czytelnikom do zrozumienia, że niczego nie powinni się bać bardziej niż głupiego przypadku – takiego, który w mgnieniu oka pozbawi ich najbliższej osoby, doprowadzi do jakichś okropnych okaleczeń czy utraty zmysłów; albo – kto wie? – zamieni ich w bezwzględnych morderców... Bo przecież nigdy nie wiadomo co komu podszepnie diabeł...

Text: TEODOR CZANK

lyset ) KARIN FOSSUM - Za podszeptem diabła (Djevelen holder -------------------------------------- Ocena: 5/6

Powieść Fossum nie trzyma w napięciu – chociażby dlatego, że niemal wszystkie osoby wplątane w główną intrygę to dranie, którym nie bardzo chce się współczuć – ale za to naprawdę mocno przeraża. Bo raczej niefajnie jest się dowiedzieć, że jesteśmy otoczeni przez świrów o morderczych skłonnościach, którzy tylko dzięki ogromnemu wysiłkowi woli udają na co dzień porządnych obywateli. A jeszcze niefajniej słucha się o tym, że i my takimi świrami moglibyśmy się stać. Wystarczy tylko drobny zbieg okoliczności. Wystarczy szept diabła.

„Za podszeptem diabła” to trzecie dzieło świetnej norweskiej pisarki, jakie przetłumaczono na język polski. Niekoniecznie trzeba jednak czytać te książki po kolei, a więc jeśli oryginalne podejście Fossum do tematu Was nie zniechęca – łapcie za „Podszept”, a potem pewnie od razu uzupełnicie lekturę poprzednich tytułów autorki: „Nie oglądaj się” i „Kto się boi Na pierwszy rzut oka „Za podszeptem dzikiej bestii”. Czekamy na więcej.

53


Jego pierwsza książka, „Kłamca”, ukazała się w grudniu 2005 nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Rok później czytelnicy, którzy zdołali już pokochać Lokiego, mieli możliwość zapoznania się z drugim tomem jego przygód, gdyż na półkach księgarskich zagościł „Kłamca 2. Bóg marnotrawny”. W 2007 roku fani Lokiego mogli poczuć się rozczarowani, gdyż na rynku ukazała się pierwsza powieść grozy autora „Kłamcy”, nie mająca nic wspólnego z ich ulubieńcem, czyli „Liżąc ostrze”. W lipcu 2008 roku ukazała się jego kolejna powieść grozy: „Ciemność płonie”. Jeszcze w tym samym roku światło dzienne ujrzał kolejny tom przygód Lokiego „Kłamca 3. Ochłap sztandaru”. W pierwszych dniach czerwca ukazał się kolejny zbiór opowiadań, który wywołał więcej kontrowersji niż którakolwiek z jego poprzednich książek.

Jakub Ćwiek (ur. W 1982 r.) – pisarz, student kulturoznawstwa

na Uniwersytecie Śląskim, wiceprezes Śląskiego Klubu Fantastyki opowiada czytelnikom Grabarza Polskiego o reakcjach na swoją najnowszą książkę, o korzeniach swojej fascynacji aniołami, o grupie teatralnej Słudzy Metatrona, a także o tym, dlaczego nie czyta swoim dzieciom bajek Andersena. O Lokim nie opowiada.

55


Witam serdecznie. Ostatnio ukazał się zbiór Twoich opowiadań “Gotuj z papieżem”. Przy każdym opowiadaniu z najnowszego zbioru zamieszczasz kilka słów wyjaśnienia – jak powstało i dlaczego. Miało to na celu uniknięcie błędnej interpretacji niektórych opowiadań przez czytelników, czy też uznałeś że w wywiadach masz tyle innych ciekawych rzeczy do przekazania czytelnikom, że możesz sobie darować tłumaczenie się z najnowszej książki?

że strasznie nie lubię ludzi wypowiadających się na temat literatury, którą poznali tylko “z drugiej ręki” - to oni w większości usiłują teraz kopać mnie po nerkach, że dotknąłem papieża. Swoją drogą, zdecydowanie bardziej drażnią mnie komentarze ludzi gratulujących mi, że “dokopałem katolom”. Nie przypominam sobie czegoś takiego, ale może ja błędnie interpretuję ten tekst. Albo też takie jest umysłowe zatwardzenie niektórych czytelników, takie nastawienie przed lekturą, że choćby moje opowiadanie było skryptem scenariusza “Karol Generalnie staram się nie wnikać w to - człowiek, który został papieżem” to w jaki sposób czytelnicy interpretują i tak uznali by je za antykatolickie? Trudsobie moje opowiadania, zwłaszcza, no powiedzieć. że stawiam na jasność przekazu, klarowne historie - pole do interpretacji Z pewnością nieumiejętnie interprepojawia się w zasadzie tylko tam, gdzie tujesz swój tekst, bo czytelnicy przesą niedomówienia. Celem i rolą tych cież mylić sie nie mogą... Masz jakieś wstępów jest opowiedzenie anegdoty, ulubione opowiadanie z najnowszeczasem podzielenie się przemyśleniem. go zbioru? To taka odpowiedź na pytanie “Skąd pan czerpie pomysły?”. Wiem, że wielu Chyba “Newegwasu’u”. To taka opoczytelników to nurtuje, a coraz bardziej wieść o dojrzewaniu, o tym jak czasem obciachowo zapytać o to na autorskim. trudno się odnaleźć w roli, której świat No to ułatwiam im zadanie. nas osadza. Wiem, że zabrzmi to straszPoza tym sam lubię takie wstępy czytać, nie banalnie i patetycznie, ale mam na przykład u Kinga, więc pomyślałem wrażenie jakbym tym tekstem trochę sobie, że spróbuję coś podobnego na- rozliczał się z dzieciństwem. Na swój pisać. sposób oczywiście. A co do interpretacji czytelników, to well, opinie są tak różne, Z tego, że tytułowe opowiadanie wy- że któryś musi się mylić. Co wcale nie woła kontrowersje, zdawałeś sobie wyklucza tego, że mylę się i ja. chyba sprawę od początku. Czy jed- Kiedyś, gdy wyjaśniałem czytelniczce nak reakcje czytelników, a także tych, pewne kwestie związane z naturą Ciemktórzy z góry wiedzą, że książki nie ności w “Ciemność płonie”, dziewczyna przeczytają, bo obraża ich uczucia odpowiedziała: “Też tak właśnie myślareligijne, w jakiś sposób Cię zasko- łam, ale moja polonistka powiedziała, czyły? że to bzdura”. No to gdzież mi się tam kłócić z polonistami... Nie zaskoczyły, ale z całą pewnością zniesmaczyły. Ale ja już tak mam, Ja o naturę Ciemności pytać nie

56


w zasadzie niczym, nawet Ciemności oddający się sam z siebie. I to dwukrotnie. Pod tym względem literat to taka Mary Sue z fanfików. Fizycznie natomiast to dla mnie Janusz Gajos. Od początku widziałem jego twarz, co trochę starałem się zamazać.

Niestety nie mogę, bo nie mam pojęcia. Tak jak nie mam pojęcia jak poradził sobie Kacper Drelich i jak toczą się losy bohaterów moich opowiadań. To Stephen King powiedział kiedyś, że opowieść powinna skończyć się tam, gdzie autor nie wie co jest dalej. Szczęśliwie dla mnie, zanim ten moment następuje, wychodzi dość stron, by powstała książka. Ale co jest potem... nie mam pojęcia. Mam jednak nadzieję, że mu się udało, bo bardzo go lubię. A co do Ciemności, zgadza się. Takie było jej założenie, by niczego w niej nie tłumaczyć, by była absolutnie nieobliczalna, nie ograniczona żadnymi zasadami. Zło, które przeraża najbardziej to zło niedookreślone.

Skoro żyjesz zarówno Ty, jak i Janusz Gajos to zakładam, że jednak Literat wygrał z Ciemnością... przynajmniej do czasu. Właściwie w każdej Twojej książce, z wyjątkiem „Ciemność płonie” dużą rolę odgrywają anioły. Skąd to zainteresowanie nimi?

Też polubiłam Literata. Odnoszę dobre wrażenie, że to w pewien sposób alter ego autora? W posłowiu piszesz, że spędziłeś sporo czasu na katowickim dworcu słuchając opowieści bezdomnych i to natchnęło Cię do napisania tej powieści.

Co Cię skłoniło, by po dwóch tomach Kłamcy, jakby nie patrzeć opowiadań fantastycznych, zboczyć w stronę grozy?

Coś ze mnie na pewno w nim jest. Na przykład historie, które słyszał (nie wszystkie, ale te wymieniane w pewnej chwili jednym tchem) to te, które usłyszałem ja - na tym poziomie to cały ja. W pewnym sensie to także po trosze ja jakim chciałem być, ale trochę się boję, a po części już zwyczajnie nie mogę człowiek w pełni wolny, nie ograniczony

Rozmawiała: JAGODA SKOWROŃSKA

będę, bo uważam, że jej urok polega m.in. na tym, ze każdy ją może interpretować na swój sposób. Jest tajemnicza i nie odzierajmy jej z tego. Ale skoro juz o “Ciemności” mowa... możesz zdradzić czy Literat wysłał tego SMSa z pociągu?

Z zamiłowania do mitologii i wychowania katolickiego. Poza tym anioły zawsze wydawały mi się takie cool. Potężne, świetliste, z wielkimi płonącymi mieczami - pierwszym aniołem jakiego pamiętam był archanioł Michał w postaci figury z kościółka młodzieżowego w Głuchołazach. Miał miecz i stał na szyi diabła. To robiło wrażenie. Zresztą ta figurka do dzisiaj tam stoi.

To właściwie „Kłamca” był odbiciem w stronę humorystycznego fantasy, choć wcześniejszych swoich tekstów, w większości opowiadanek grozy właśnie, nie zamierzam publikować, bo straszna jest w nich jedynie forma. Dla mnie, czytelnika Kinga, Mastertona, Barkera, groza była czymś absolutnie naturalnym jako temat. Swego rodzaju podstawą - z nią w ogóle wiązał się pomysł na pisanie. Choć nie ukrywam, że kiedy napisałem „Kłamcę” i połowę tomu drugie-

57


go, to wystraszyłem się, że inaczej niż “z jajem” pisać nie umiem i sporo stresu kosztowało mnie napisanie tekstu podszytego grozą. Ale mam wrażenie, że z czasem idzie mi coraz lepiej. To znaczy straszniej. Porównując “Ciemność płonie” z wcześniejszym “Liżąc ostrze” przyznaję, że postęp widać. Miło, że zacząłeś rezygnować z brutalności na rzecz klimatu. Następne powieści grozy też raczej pójdą w tym kierunku? Nie mogę tego obiecać, choć nie ukrywam, że teraz, jak już się nauczyłem “jak się to robi”, jestem bardziej skłonny używać klimatu. To tak, jak kiedyś Pratchett powiedział o Świecie Dysku: “Gdzieś przy trzeciej, czwartej książce dowiedziałem się o istnieniu czegoś takiego jak fabuła. I spodobało mi się.” Podobnie jest ze mną i klimatem właśnie. Ale dosłownych, brutalnych scen też unikać nie zamierzam. Są one - podobnie jak wulgaryzm - przyprawą do opowieści. Jeśli tylko nie przesadzić, poprawia jakość. Tyle, że łatwo przesolić, tak z jednym jak i z drugim.

ga od mojej książkowej koncepcji tych scen (bo to właściwie tylko kilka pierwszych scen z “Liżąc ostrze”, ledwie zawiązanie akcji), ale i wersja ostateczna daleka jest od tego co napisałem w scenariuszu. Nie można jednak mówić również o rozczarowaniu, ponieważ byłem urzeczony atmosferą wokół powstawania filmu, tym co się działo na planie i podczas premiery. Jakoś nie umiem tego oddzielić od obrazu, bo dla mnie to w całości jest pewna przygoda. A już zwłaszcza poznanie profesora Gajosa (choć nie tylko ono) sprawiło, że byłem przeszczęśliwy mogąc wziąć udział w tym projekcie. A wiadomo Ci z jakimi reakcjami Twoich czytelników spotkał się ten film?

Dość chłodnymi, ale tu, mam wrażenie, działa poniekąd ten sam mechanizm o którym pisałem wcześniej. Oni się spodziewali ekranizacji i jej nie dostali. Lepiej reagowali ludzie, którzy książkowego pierwowzoru nie znali. Inna sprawa, że nawet ci, którym się filmik podobał, mieli mu za złe niejasną, jakby urwaną końcówkę i jeszcze parę innych drobiazgów. Jestem jednak zwolennikiem wyrozumiałości dla debiutu, Na podstawie, czy raczej wykorzystu- a przy tym filmie niemal wszyscy debiując wątki z „Liżąc ostrze”, nakręcony towali. został krótkometrażowy film, “Hi 2, 3-6” w którego powstaniu miał nawet Swojej aktywności twórczej nie ograudział sam Janusz Gajos. Ostatnio niczasz wyłącznie do pisania. Jesteś film można oglądać na różnego ro- m.in. związany z grupą teatralną Słudzaju konwentach, jak choćby na dzy Metatrona. Możesz czytelnikom wrocławskich Dniach Fantastyki. Grabarza coś o niej opowiedzieć? Jakie są Twoje odczucia po filmie? O jej historii i najbliższych planach… Oczarowany czy rozczarowany? Słudzy Metatrona to amatorska grupa Nie było mowy o tym, żeby film mnie teatralna - sekcja Śląskiego Klubu Fanoczarował, bo nie tylko mocno odbie- tastyki - której zadaniem jest promowa-

58


nie literatury fantastycznej poprzez jej sceniczne adaptacje. Początkowo to miał być jednorazowy występ, chcieliśmy wystawić “Arlekina i walentynki” Gaimana, ale potem doszliśmy do wniosku, że to fajna zabawa i tak to ciągniemy już piąty rok. Wystawialiśmy do tej pory Gaimana (dwa tytuły), Pratchetta, Mathesona, Lewisa Carrola, Millera, Zajdla i Ellisona (a także niejakich Ćwieka i wariację na temat Kańtoch przy okazji promocji ich książek), w planach, tych najbliższych, mamy Vonneguta, a potem... się zobaczy. Ogólnie trudno coś dokładnie powiedzieć o przyszłości grupy, bo pomysłów jest dużo, a czasu jakby jakoś mniej. Ale póki co zamierzamy trwać i wystawiać coraz lepsze rzeczy. Także grozy. No to trzymam kciuki za dalsze udane inscenizacje. Od kilku lat prowadzisz blog. Jak oceniasz taką formę kontaktu z czytelnikami? Wolisz ją czy osobiste spotkania z fanami podczas konwentów i promocji kolejnych książek? Nic nie zastąpi spotkania na żywo. Wtedy jest klimat, jest atmosfera i już po twarzach widzę czy temat który właśnie poruszam interesuje ludzi czy ich nudzi. Blog z kolei to taka możliwość powiedzenia kilku słów od siebie, wypowiedzenia się natychmiast po wydarzeniu, uwolnienia z siebie myśli, nadmiaru słów i opinii. Fajnie, gdy można się tak wygadać, a jeszcze lepiej gdy ktoś to wszystko czyta i jeszcze się wypowiada. Na pewno więc blog jest lepszy niż sucha strona z informacjami od autora. I trzymając się tej właśnie myśli, zamierzam pisanie na nim kontynuować aż mi się nie znudzi.

Na różnych portalach internetowych przeczytać można recenzje autorstwa znanych pisarzy, m.in. Łukasza Orbitowskiego, Jakuba Małeckiego czy Dawida Kaina. Co sądzisz o recenzowaniu książek przez pisarzy? Podjął byś się tego? Na pewno nie chciałbym recenzować książek polskich autorów. Przede wszystkim dlatego, że znam wielu z nich, część lubię, część wręcz przeciwnie i obawiałbym się, że nie uniknąłbym nierzetelności w temacie. Wystarczy, że pogadam z którymś z autorów o jego książce, ten coś mi tam powie i już widzę świat powieści poszerzony o to wyjaśnienie. Albo odwrotnie, nie lubię autora, więc kiedy postać zachowuje się jak palant, widzę w niej alter ego autora i od tej pory mam już spaczone podejście. Inaczej ma się sprawa z książkami autorów zagranicznych, ich bowiem nie znam, a poza tym nie stanowię dla nich w zasadzie żadnej konkurencji. Takie książki zdarza mi się opiniować, a czasem nawet recenzować. Choć na portalach raczej sie nie udzielam. Oprócz tego, że pisarzem, fantastą i animatorem kultury jesteś również, a może przede wszystkim, szczęśliwym ojcem dwójki dzieci: Zuzi i Samuela. Czytasz im bajki czy raczej opowiadasz historie ułożone przez siebie? Zdecydowanie czytam bajki, uważam bowiem, że jest tyle wspaniałych opowieści, które muszą poznać, że nie ma sensu im jeszcze wymyślać dodatkowych. Przynajmniej na razie. Choć oczywiście zdarza mi się ulegać poku-

59


sie zmodyfikowania klasycznych Grimmów czy innych opowiastek, a bywa, że i opowiem coś swojego. Ale to raczej w drodze wyjątku. Póki co zajmujemy się klasyką (wyłączając Andersena, którego nie cierpię, bo ten facet był chory psychicznie i przelewał ową chorobę w swoje bajki - takie jest moje zdanie i tego się będę mocno trzymał).

- przynajmniej w założeniu. Następnie będący na finiszu pierwszy tom cyklu “Drzewo Crossa” - westerno-steampunk z elementami grozy umiejscowiony w Ameryce podczas wojny secesyjnej. Trzeci w kolejce jest czwarty tom Kłamcy, który, przy dobrych wiatrach pojawi się z początkiem przyszłego roku. A dalej... dalej to już nie ma co planować, bo wszystko się przecież może zmienić Na koniec jeszcze pytanie o Twoje w każdej chwili. najbliższe plany wydawnicze, bo zdaje się, są tacy, którzy po lekturze “Go- Cóż, pozostaje mi tylko życzyć - zatuj z papieżem” już czują się głodni. równo Tobie jak i Czytelnikom, żeby przynajmniej tym zupełnie najbliżTak naprawdę najbliższe? To chyba już szym planom nic nie stanęło na przeukończona “Ofensywa szulerów” - trzy szkodzie. Dziękuję za wywiad. zespolone ze sobą nowelki z II wojną światową w tle. Trochę zabawne, trochę Ja również dziękuję bardzo i pozdranostalgiczne, bywa, że tętniące akcją wiam czytelników Grabarza.

Konkurs Wydawnictwa Rebis i Grabarza Polskiego „Wasza ulubiona powieść o wampirach” Wydawnictwo Rebis ufundowało egzemplarze „Hotelu Transylwania” – pierwszego tomu nowego wampirycznego cyklu – dla trzech czytelników, którzy pomogą nam wybrać najlepszą powieść o wampirach. Wasze typy – od jednego do trzech tytułów – wraz z krótkim uzasadnieniem prosimy przesyłać do 10 sierpnia 2009 r. na adres bartek@grabarz.net. Wyniki podamy na naszym forum jeszcze sierpniu, a ze zwycięzcami skontaktujemy się mailowo.

60


-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Fabryka Słów 2009 Ilość stron: 5l2

„I napisz tu kurwa bestseller. Jeśli nie nazwiesz go ‘Gotuj z papieżem’, to jesteś w dupie.” Czas pokaże czy słowa Robala z tytułowego opowiadania zbioru okażą się prorocze, i czy rzeczywiście Jakubowi Ćwiekowi udało się napisać bestseller. Na pewno udało mu się stworzyć kontrowersyjne opowiadanie, o którym ci, co go nie czytali, z całą pewnością mogą stwierdzić, że obraża katolików i papieża. Jednak po przeczytaniu tekstu ta „cała pewność” zdaje się ulatywać. Bo tak naprawdę „Gotuj z papieżem” opowiada o skutkach, jakie może nieść za sobą posługiwanie się słowami, których znaczenia się nie zna i o łatwości z jaką zbiorowość daje sobą manipulować. A wszystko to podane w lekkiej formie i przyprawione sporą dozą humoru. Jeśli ktokolwiek może poczuć się urażony, to chyba tylko ktoś, dla kogo Jan Paweł II jest jedynie ikoną, pustym symbolem, „papieżem-Polakiem”. Ktoś dla kogo zjedzenie kremówki podczas wizyty w Wadowicach jest tak samo pobożnym czynem, jak bezbożnym jest tekst Ćwieka. „Gotuj z papieżem” to nie tylko tytułowe opowiadanie. Zbiór zawiera jeszcze dziewięć tekstów, z których każdy oferuje coś innego, przenosi w inne miejsce i czas. I tak autor przenosi nas do Stanów Zjednoczonych z początku ubiegłego stulecia, gdzie razem z Harrym Houdinim odwiedzamy „Miejsce, które jest”, z którego przemieszczać się można między różnymi wymiarami rzeczywistości. Później cofa nas do czasów, gdy Indianie byli jedynymi panami na amerykańskiej ziemi, a oprócz duchów zdarzało im się

spotykać także anioły. Te same, które znamy z Pisma Świętego i które spotkać możemy także w raju. Raju, który u Ćwieka jest tak idealny i niemalże nudny, że dla jedynego mieszkającego w nim człowieka – Adama, opuszczenie go staje się „Grzechu warte”. W przeszłość, tą mniej odległą, z przełomu lat 60. i 70., przenosi nas wehikuł czasu. I tylko szkoda, że w tej przeszłości nic zmienić już nie można. Można co najwyżej raz jeszcze przeżywać popełnione błędy. Oprócz wycieczek w czasy minione Jakub Ćwiek proponuje czytelnikom również podróż w nieodległą przyszłość, oraz wycieczki w rozmaite miejsca w czasach zupełnie współczesnych.

Text: JAGODA SKOWROŃSKA

JAKUB ĆWIEK - Gotuj z papieżem

Nie tylko czasem i miejscem, w którym rozgrywa się fabuła, poszczególne opowiadania różnią się od siebie. Różnią się też emocjami, jakie wywołują. Czytając „Gotuj z papieżem” można się uśmiechnąć, a czasem i zdrowo pośmiać z ludzkiej (własnej?) głupoty, można się zaniepokoić wizją niedalekiej przyszłości („Związek idealny”), zatrzymać się na chwilę przy łożu umierającego, przy okazji wspominając Piotrusia Pana („Pokój pełen cienia”), zastanowić nad sensem powrotu do zdarzeń dawno minionych („Smutni”), czy wzruszyć losem pięknych, tragicznych miłości („Szarość”, „Album”). Wszystkie teksty łączy jedno: lekkość pióra autora. Wszystkie, bez względu na to czy straszą, bawią, skłaniają do refleksji, czy wzruszają, czyta się z jednakową przyjemnością. Na swoim blogu Jakub pisze, że nie tworzy sztuki, a jedynie sprzedaje rozrywkę, zabawę. „Gotuj z papieżem” to rozrywka w dobrym wydaniu.

61


Cykl o morderczych krabach należy do największych osiągnięć Guya N. Smitha, pozostaje też jednym z jego największych popisów grafomańskich. Początki serii datujemy na 1976 rok, kiedy to ukazała się „Noc Krabów”. Nawiązując do klasycznych rozwiązań monster movie i animal atack Smith zaserwował nam inwazję olbrzymich, zmutowanych krabów, które siały zniszczenie w Walii. Jeśli dorzucić do tego liczne sceny niezobowiązującego seksu pomiędzy głównymi i epizodycznymi bohaterami, to otrzymamy wszystko co w powieści najważniejsze. Fabuła jest bowiem tak prosta, że czasem można w ogóle zapomnieć o jej istnieniu. Zresztą autor nie bawi się w żadne zawiązywanie akcji, czy też budowanie napięcia. Kraby pojawiają się i już, a sieją grozę, bo tak. I jedyne co może zrobić główny bohater, profesor Cliff Davenport to znaleźć sposób na ich skuteczną likwidację, stworom nie straszne bowiem ani wojsko, ani czołgi, ani bomby. To że całość skończy się dobrze, jest pewne od samego początku, tego przecież wymaga konwencja. „Noc krabów” gdyby została przeniesiona żywcem na ekran byłaby klasykiem klasy C i wzorem dla kiczowatych filmów. W postaci powieści nie radzi sobie zupełnie. Drętwe i naprawdę źle napisane dialogi, nieprzemyślane

62

zdania czy wreszcie idiotyczne sformułowania, sprawiają wrażenie, że całość została napisana w jeden dzień na kolanie i nikt przed wydaniem tego nie przeczytał. Nie wierzę, żeby korekta puściła takiego potworka. Choć całość czyta się wprost błyskawicznie, to jednak nic nie zmieni tego, że jest to jedna z najgorzej napisanych książek jakie kiedykolwiek czytałem. Kolejną z tego typu książek jest (zaskakująco) druga część sagi o morderczych krabach napisana w 1984 roku. „Zew krabów” powiela wszystkie błędy poprzednika, zarówno fabularne jak i warsztatowe. Co ciekawsze, autor chyba nie do końca pamięta co napisał wcześniej, ponieważ akcja rozgrywa się w tym samym miejscu, a jednak nikt nie pamięta, żeby mordercze kraby kiedykolwiek istniały. A te kroczą dumnie, rozbijając w pył armię, zrównując z ziemią miasteczka i rozrywając na strzępy półnagich, zajętych uprawianiem seksu wczasowiczów. Dlaczego? Bo tak. Tym razem jednak pojawia się geneza stworów. Oczywiście to wyciek z radzieckiego statku spowodował mutacje, to chyba nikogo nie dziwi. Powieść jest straszna i to w dosłownym sensie tego słowa. Wydaje się być napisana nie na kolanie jak poprzednik, lecz na... hmm... „tronie”. I tam też powinna była pozostać.


4. The Origin Of The Crabs 5. Crabs On The Rampage 6.

Crabs: The Human Sacrifice)

Oc ----------------------------------------------ena: 2/6 Wydawca: Phantom Press l99l Kazimierczak, Tłumaczenie: Grzegorz Duda, Bolesław Pielecki, Monika ka Siodłows a Agnieszk iak, Podgórn Anna Mackiewicz, Monika Ilość stron: l76, 246, l46, l68, 220, l80

„Kleszcze śmierci” są faktycznym sequelem (powstał w 1978 roku) i do dziś nie wiem czemu Phantom Press wydał je jako część trzecią. Zasadniczo powieść nie różni się niczym od poprzedników, choć trzeba przyznać, że tym razem zdania są jakby mniej koślawe, a i logika zaczyna pojawiać się w ilościach niewielkich, niemniej zauważalnych. Poza tym wszystko po staremu. Kraby, przemoc, seks, krew.

Text: ŁUKASZ RADECKI

GUY N. SMITH - Kraby Krabów l. Noc Krabów 2. Zew Krabów 3. Kleszcze śmierci 4. Powrót 3. Killer Crabs 5. Odwet 6. Poświęcenie (l. Night Of The Crabs 2. Crab Moon

(stosownym do ich rozmiarów) akwenie wodnym, sieją zniszczenie, śmierć i pożogę. Naprzeciw nim po raz kolejny wyrusza Cliff Davenport. Z przerażeniem odkrywa, że kraby toczy śmiertelna choroba, która doprowadza je do szału, jednocześnie zmuszając je do bardziej agresywnych działań. Kraby jeszcze nigdy nie były tak wściekłe i groźne. To samo można zresztą powiedzieć o tej powieści. Całość wreszcie jest przemyślana, konkretne sceny mają konkretne uzasadnienie, ba, są całkiem nieźle opisane. Nie jest to pisarstwo wysokich lotów, niemniej wreszcie można czytać kraby bez zgrzytania zębami czy uśmiechu politowania, co więcej, tym razem można przejąć się losami bohaterów, tym razem autor postarał się by nadać im nieco głębi. Niewiele, wystarczyło jednak by „Odwet” stał się najlepszą odsłoną cyklu. Jeśli chcecie się poznać z krabami mordercami, a nie cechuje Was zwyrodniały masochizm, sięgnijcie po tę część. Wielkie ataki, epickie starcia, morze krwi, stosy trupów i oczywiście seks. Wszystko co w serii najlepsze, do tego w najbardziej strawnym sosie.

Schematu nie zmienia odsłona czwarta, niemniej „Powrót krabów” (1979) reprezentuje poziom o wiele wyższy od poprzedników. Akcja przenosi się w głąb kraju, do posiadłości lorda Clanaricha nad jeziorem Loch Merse. To tu słodkowodne (!) gigantyczne kraby po raz kolejny atakują ludzi. Tym razem jednak ważniejsza okazuje się fabuła. Tak! Oczywiście nie ma co oczekiwać skomplikowanych zwrotów akcji i rozdzieranych dylematami postaci, warto jednak docenić, że autor postarał się nieco odświeżyć konwencję. Zaskakująco, zepchnięcie krabów na dalszy plan okazało się zabiegiem wielce korzystnym, rzadsze i mniej widowiskowe ataki przyczyniły się do stworzenia suspensu, Prawa rynku są nieubłagane, nic więc tak niezbędnego w horrorach. dziwnego, że kraby pojawiły się po raz kolejny. „Poświęcenie” (1988) szczęśNauki na błędach ciąg dalszy prezentuje liwie jest ostatnią odsłoną, a tytuł moż„Odwet” (1981). Kraby szturmują Wielką na odczytać również jako czyn jakiego Brytanię, zdolne przetrwać w każdym dokona czytelnik. Akcja rozgrywa się

63


niemal w tym samym czasie co „Odwet”, jednak główny wątek dotyczy tym razem szalonego Merricka, fanatycznego i psychopatycznego obrońcy zwierząt, który uznaje kraby za karę bożą i postanawia pomóc im zniszczyć ludzkość. Do klasycznego schematu (krew, seks, gore) Smith dorzucił jeszcze bluźnierstwo. Formalnie zabieg z artystycznego punktu widzenia nie najgorszy (bo po pierwsze - każda próba odejścia od wtórności zasługuje na pochwałę, po drugie - bluźnierstwo wobec katolików nie niesie żadnych konsekwencji, a jest dość widowiskowe by książka się sprzedała), jednak zupełnie niepotrzebny. Z prostej przyczyny. To wszystko już było. I to nie tylko w tym cyklu. Można wręcz odnieść wrażenie, że Smith powybierał najlepsze fragmenty ze swych rozmaitych książek, a potem postanowił połączyć je sensownie w całość. Walczył dzielnie, bo

pacjent przeżył i nawet szwów za bardzo nie widać, niemniej poszczególne elementy są na tyle charakterystyczne, że można je bez trudu odnieść do „Pana Ciemności”, „Trzęsawiska” czy „Dzwonu śmierci”. Oczywiście pojawia się też Cliff Davenport, ale skoro akcja pokrywa się z tą z „Odwetu”, to dzielny profesor musi często odbyć te same rozmowy i dokonać podobnych czynów. Sprytne, prawda? Cykl kraby to fenomen. Popis grafomanii i wtórności, który dzięki wydawnictwu Phantom Press na początku lat dziewięćdziesiątych stał się klasykiem i trwale uszkodził wielu czytelników. Obecnie warto po niego sięgnąć jedynie z ciekawości lub sentymentu. Poza „Odwetem” trudno znaleźć inne walory, szczególnie w koszmarnych trzech pierwszych odsłonach.


-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Red Horse 2009 Tłumaczenie: Agnieszka Jarosz Ilość stron: 493

noczonych czy leprozorium Kathy Reichs jest autorką wielu w Tracadie. Może fakty te książek z dziedziny antropoloopisane w bardziej interesugii i medycyny sądowej, jednak jący sposób wciągnęłyby czyzasłynęła cyklem powieści telnika, tu jednak sprawiają sensacyjnych o Temperance wrażenie wstawionych na siłę Brennan. Temperance, powykładów. Podobna sytuacja dobnie jak autorka cyklu, jest jest z kilkustronicową analizą antropologiem klinicznym, lingwistyczną wiersza - dla fiwspółpracującym z policją zalologów może być rarytasem, równo w Północnej Karolinie, jak i w kanadyjskiej prowincji Quebec ale dla przeciętnego czytelnika spoza przy rozwiązywaniu spraw dotyczących USA, który nie najlepiej orientuje się w subtelnościach języka francuskiego morderstw. i angielskiego, pozostaje jedynie nie„Kości w proch” to dziesiąta powieść potrzebną dłużyzną. Gdyby skrócić to z cyklu. Tym razem jedna ze spraw, przy z kilku stron do kilku wersów, powieść których rozwiązaniu ma pomóc Tempe, nic by na tym straciła. Do mocnych stron zdaje się dotyczyć jej dawno zaginionej powieści nie należy także zakończenie. przyjaciółki z dzieciństwa. Sprawia to, Owszem, trudne do przewidzenia, jedże pani antropolog zbyt mocno angażuje nak nie pierwszy już raz w tej serii przesię w śledztwo - do tego stopnia, że za- słodzone i pełne patetycznych banałów wygłaszanych przez bohaterkę. czyna to zagrażać jej życiu. Czytając „Kości w proch”, nie da się nie zauważyć, że Kathy Reichs jest przede wszystkim antropologiem sądowym, dopiero potem zaś pisarką. Owszem, stworzyła wyrazistą bohaterkę wzorowaną na sobie samej i udało jej się napisać kolejną książkę o interesującej, wielowątkowej fabule z zaskakującym zakończeniem. Jednak „Kości w proch” zawierają nieco zbyt dużo szczegółów dotyczących badań antropologicznych, dokładnych opisów tego, co się dzieje z ciałem człowieka po śmierci, jakim procesom podlega i czym się one charakteryzują. To sprawia, że można się pogubić w nadmiarze detali, a akcja niepotrzebnie się przeciąga. Do tego dochodzą obszerne wstawki historyczne dotyczące prohibicji w Stanach Zjed-

Text: JAGODA SKOWROŃSKA

KATHY REICHS - Kości w proch (Bones to Ashes)

Wszystko to nie oznacza bynajmniej, że powieść Kathy Reichs należy od razu odłożyć na półkę, bo jest długa, nudna i pełna niepotrzebnych detali. „Kości w proch”, jak i inne powieści z tego cyklu, opisuje w sposób realistyczny pracę policji. Uświadamia, jak wiele pracy i zaangażowania ludzi reprezentujących różne specjalności wymaga rozwiązanie niektórych zagadek kryminalnych. To już nie są proste opowieści o detektywie, który na podstawie rozmów ze świadkami zdarzenia, śladu szminki na szklance lub woni dymu papierosowego w pomieszczeniu dochodzi do prawdy. Tutaj na sukces musi pracować cały sztab specjalistów, a wynik zależy niejednokrotnie właśnie od dobrej współpracy i od wiążącego się z tym przepływu informacji.

65


Cześć Jack. Czy możesz mi powiedzieć, jak zacząłeś swoją karierę pisarską? Wiem, że parałeś się wieloma zajęciami zanim zacząłeś pisać, byłeś nawet aktorem, prawda? Aktorem, piosenkarzem, handlarzem drewna, śmieciarzem – robiłem mnóstwo różnych rzeczy. Jeśli chodzi o pisanie, to najważniejsze były dla mnie trzy, cztery lata przepracowane jako agent literacki. Poznałem pisarstwo od strony biznesowej i nawiązałem dużo kontaktów z wydawcami i redaktorami. Napisałeś wiele wspaniałych książek. Jedną z nich jest niewątpliwie „Off Season” – wyraźnie inspirowana filmem Wesa Cravena „Wzgórza mają oczy”. Czy mógłbyś opowiedzieć co nieco czytelnikom Grabarza Polskiego o swoim debiucie? Niestety ta ksiązką nie jest szeroko znana w Polsce…

wana „Wzgórzami…”. Jeśli dobrze pamiętam, to „Wzgórza” weszły na ekrany w 1977. Ja zobaczyłem film w kinie typu grindhouse w 1978 roku, a wtedy byłem już mocno zaangażowany w pisanie mojej powieści. Powstawała bardzo powoli, bo musiałem pogodzić pisanie z pracą dla magazynu. Wydaje mi się, że ta uwspółcześniona opowieść o Sawneyu Beane’em – historia o plemieniu kanibali ukrywającym się gdzieś w świecie, w naszych czasach, po prostu była wtedy dość popularna. Jak długo pracowałeś nad pierwszą powieścią? Skończyłem pisać „Off Season” we wczesnych latach 80. Trwało to dwa lata, ze względu na pracę dla magazynu – pisząc normalnym trybem, pewnie uporałbym się z powieścią w 9 miesięcy.

Dziewięć lat później opublikowałeś „Off Season” w ogóle nie była inspiro- szokującą, opartą na faktach „The

Rozmawiał: SEBASTIAN DRABIK Tłumaczenie: BARTOSZ RUMIEŃCZYK Foto: CLAUDIO SFORZA

Należy do grona najlepszych pisarzy grozy. Wielokrotnie wychwalany m.in. przez Stephena Kinga i ceniony przez fanów gatunku. Człowiek znakomicie piszący o bestialskich czynach, które jest w stanie wyrządzić człowiek. Dlatego nurtuje nas pytanie dlaczego jeszcze nikt w Polsce nie postanowił przełożyć chociaż jednej jego powieści. Ale mamy dla Was dobrą wiadomość: już na jesień zapowiadane jest polskie tłumaczenie najbardziej znanego dzieła Ketchuma pt. „The Girl Next Door”. Szczegóły w wywiadzie, którego pisarz udzielił niedawno wysłannikowi Grabarza Polskiego.


Girl Next Door”, jak ją przyjęła twoja rodzina oraz fani? Podejrzewam, że wówczas jej treść musiała budzić kontrowersje? „The Girl Next Door”, która swoją drogą niedługo ukaże się w Polsce nakładem wydawnictwa Papierowy Księżyc, została dobrze przyjęta zarówno przez moją rodzinę, jak i przez moich fanów. Niestety Warner Books rzuciło książkę na rynek z żenująca okładką i dopiero rok później, gdy pojawiło się wydanie w twardej oprawie, ze wstępem Stephena Kinga, ksiązka wzbudziła jakiekolwiek zainteresowanie.

przechodniem we wszystkich adaptacjach moich książek, jeśli w nieodpowiednim momencie mrugniesz, możesz przegapić moje złorzeczenie w „The Girl Next Door”. W „Offspring” mam zagrać koronera, który grzebie w każdym trupie. Już nie mogę się doczekać! Wystąpiłem także razem z moim kumplem Edwardem Lee w adaptacji jego noweli – „Header”. Graliśmy gliniarzy, którzy znajdują przy drodze śliczne, nagie zwłoki. Jesteś miłośnikiem zwierząt, jednak w utworze „Red” postanowiłeś uśmiercić psa. Czy podobny niemiły incydent zdarzył ci się kiedyś w życiu?

Którą książkę uważasz za swoje naj- Bogu dzięki nie. Musze dodać, że zabicie większe osiągnięcie? tego psa otwierało całą historię. Oparłem to luźno na prawdziwych wydarzeniach. To tak jakbyś mnie spytał, które dziecko Pomyślałem sobie, co by było gdyby ktoś kocham bardziej! zabił psa Clinta Eastwooda? Potrzebowałem motywu zemsty. A którą książkę byś polecił czytelnikowi nie znającemu twojej twórczości? Który twoje dzieło zostało najlepiej przeniesione na kliszę filmową? Czytelnikowi nie lubiącemu nadmiaru przemocy polecam „Red” – to jedna Lubię wszystkie adaptacje, każdą z inz moich najłagodniejszych powieści. nych powodów. Każda ma jakiś wady, W innym wypadku polecam to, co sam ale to względnie małe wady. Jak na rarobie z pisarzem, którego nie znam – za- zie mam szczęście do filmów – odpukać cząć od debiutu i obserwować jak jego w niemalowane drzewo. Wszystkie trzystyl zmienia się w kolejnych książkach. mają się wiernie tekstu książek. W moim przypadku oznacza to sięgnięcie po „Off Season”. W zasadzie w żadnej z twoich powieści nie ma elementów nadnaturalnych. Niektóre z twoich powieści przeniesio- Czy przez to chcesz nam – czytelnikom no na ekran – „The Lost, „The Girl Next - pokazać, że prawdziwe życie jest na Door”, „Red”, a w 2010 powinna wejść tyle straszne, że nie trzeba wplatać na ekrany adaptacja „Offspring”. dodatkowo elementów nadprzyrodzoW „The Lost” i w „The Girl Next Door” nych czy fantastycznych? zagrałaś epizodyczne role, jak to wspominasz? Mnie bardziej przeraża to, co człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi, niż Granie przechodniów jest super. Nie ma duchy czy demony. Raczej „Władca dużo tekstu do zapamiętania, zaledwie much” niż „Drakula”. Obie ksiązki są doparę linijek, a można pobyć trochę z fil- bre i obie czytałem jak byłem młody, ale mowcami i podpatrzeć ich pracę. Byłem to „Władca…” napędził mi porządnego


stracha. Stephen King nazwał cię najstraszniejszym gościem w Ameryce. Zgadzasz się z tymi słowami, czy może znasz gościa, któremu znacznie lepiej idzie straszenie czytelników?

lat 70. do połowy lat 80. Wtedy pojawili się tacy faceci jak Cronenberg, Romero czy Carpenter. To okres od, powiedzmy, „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” do „Muchy” Cronenberga. Inteligentne, oryginalne kino. Potem przyszli Freddie z Jasonem. Dziś, moim zdaniem, to kino azjatyckie jest cholernie żywe, jest tam mnóstwo nowych, świeżych pomysłów.

Zwykłem żartować, że najstraszniejszy gość w Ameryce mieszka w Białym Domu. Teraz jest tam Obama, więc już Co sądzisz o horrorach, które obecsię nie nabijam. nie cieszą się ogromną popularnością wśród widzów, chodzi mi o te, skądSkąd czerpiesz inspiracje? inąd bardzo brutalne, a mianowicie o „Hostel”, „Piłę” itp. Czy według cieWow! Nie dam rady wszystkich tu wymie- bie takie filmy potrafią znacznie odnić. Czytam mnóstwo rzeczy, różnych działywać na psychikę widza? autorów. Najbardziej lubię pisarzy ceniących sobie artyzm i warsztat pisarski. Nie bardziej niż „Piątek trzynastego”. Tych akurat łatwo poznać… Ludzie, pamiętajcie – to tylko filmy. Owszem są brutalne, ale to fikcja, koniec, Jak wygląda twój przeciętny dzień? kropka. To tylko opowieści. Chcecie czeKiedy ci się najlepiej pisze? goś szkodliwego dla widzów? Idźcie na wojnę – jest w czym wybierać. Od przedpołudnia do wczesnego popołudnia. Powiedzmy, do dziesiątej do drugiej Czy jest jakieś pytanie, które nie zopopołudniu. Po czterech godzinach pisa- stało przeze mnie zadane, a bardzo nia nowego materiału mój mózg się wyłą- chciałbyś na nie udzielić odpowiedzi? cza. Gdy mam wcześniej napisany tekst, potrafię nad nim pracować po sześć, sie- Jak się mają twoje koty? Dziękuję, w podem godzin. rządku. Nie wiem czy wiesz, ale twoje powie- Jakie masz plany na przyszłość? ści bardzo sobie ceni Killjoy z zespołu „Necrophagia”. Kojarzysz ich muzy- Obecnie pracuję nad własnym scenariukę? szem, potem pewnie powrót do prozy. Bardzo dziękuję za poświęcony czas i życzę wszystkiego najlepszego, Skoro z takim zapałem pisujesz książ- a także równie udanych publikacji jak ki grozy, to zapewne nie gardzisz dotychczas. także grozą filmową. Wymień swoje ulubione horrory i powiedz kilka zdań Cała przyjemność po mojej stronie. Czeo swoich ulubionych reżyserach. kajcie na tłumaczenie „The Girl Next Door”. Kupcie książkę dla siebie i swoKolejne pytanie z serii „wow”. Ogólnie ich znajomych. Niech to będą pierwsze, uważam, że najbardziej twórczym okre- z wielu sprzedanych książek. sem dla filmów grozy był czas od połowy Niestety nie. Sprawdzę w google.


-------------------------------------- Ocena: 5/6 Wydawca: Amber l989 Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa Ilość stron: l87

„Manitou” Grahama Mastertona to klasyka sama w sobie. Od tej książki zaczęła się przygoda autora z horrorem. Prawdopodobnie dzięki niej większość z nas pokochała literaturę grozy. Podobnie było ze mną - to właśnie „Manitou” (razem z „Twierdzą” F. Paula Wilsona) sprawił, że moje zainteresowanie horrorem pisanym trwa do dziś i pewnie nigdy nie zgaśnie. Dzięki tej powieści pokochałem Mastertona. Czas wrócić do niej po latach ze skalpelem i pensetą - i z pewnych rzeczy się rozliczyć. Zastanawiacie się, dlaczego w rubryce „rok” podane są dwie daty? Oryginalna data powstania „Manitou” to rok 1975. Wydawcy nie spodobało się jednak zakończenie powieści, które Graham ostatecznie zmienił w roku 1976. Pierwotne zakończenie książki było dużo lepsze niż to wydane w Polsce. Zainteresowanych zachęcam do przeczytania wersji anglojęzycznej. Harry Erskine to najlepsza, najzabawniejsza i najbardziej ludzka postać, jaką udało się Mastertonowi kiedykolwiek stworzyć. Cwaniak, dowcipniś, odważny tchórz, a do tego fałszywy jasnowidz - to właśnie niezapomniany Harry. Bohater zostaje wplątany w niecodzienną aferę - zgłasza się do niego młoda kobieta, której na karku wyrasta nieznanego pochodzenia guz. Po konsultacjach medycznych okazuje się, że guz nie jest zwykłą naroślą, a... ludzkim płodem rozwijającym się w zastraszającym tempie. Dookoła głównych bohaterów zaczynają dziać się dziwne i przerażające rzeczy, prowadzące do niecodziennego odkrycia - płód jest rein-

karnacją siedemnastowiecznego indiańskiego szamana Misquamacusa, który odradza się po trzystu latach, by dokonać zemsty na białych, którzy wybili jego lud. Misquamacus to potężny czarownik, zdolny do przywołania najpotężniejszych indiańskich demonów, zagrażających światu. Harry i jego przyjaciele będą musieli stawić mu czoła. Konfrontacja między pradawną indiańską magią a nowoczesną techniką białego człowieka zbliża się nieuchronnie.

Text: PIOTR POCZTAREK

GRAHAM MASTERTON - Manitou (The Manitou)

„Manitou” czyta się fenomenalnie. Książka nie jest długa, ale kiedy zaczniemy, nie możemy skończyć i jesteśmy w stanie pochłonąć całą historię w 4-5 godzin. Powieść napisana jest poprawnie, widać, że kształtuje się talent pisarza, który zostanie w naszej świadomości przez następne 30 lat, a pewnie i na dłużej. Wykreowany przez Mastertona bohater wystąpi w przyszłości jeszcze w pięciu pełnoprawnych powieściach i w jednym opowiadaniu i będzie ciepło wspominany przez fanów na całym świecie. Dwa lata po książce powstanie jej ekranizacja powieści. „Manitou” będzie wydawany i wznawiany na całym świecie, stając się znakiem rozpoznawczym pisarza. Wady? Wadą powieści jest jej objętość - książka mogłaby być dłuższa i bardziej rozwinięta. Po raz pierwszy Masterton zastosował też swój popularny schemat, tak często powtarzany w późniejszych książkach, jednak biorąc pod uwagę to, że tu pojawił się pierwszy raz, nie możemy się czepiać - zresztą to właśnie ten schemat oczarował i powalił na kolana miliony czytelników na całym świecie.

71


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

KAMIL „SKOLMON” SKOLIMOWSKI Ulotnia “Wszyscy rodzimy się szaleńcami. Niektórzy nimi pozostają.” Samuel Beckett Ubi, krzywiąc się lekko, odkleił kciuk od ulotki z wierzchu trzymanego pliku. Na opuszku palca zabłyszczała niebieska farba drukarska. Odruchowo pomyślał, czy ktoś miałby coś przeciwko przyjęciu broszurki z odciśniętym przez lepki pot śladem jego kciuka. Przełożył pliczek do lewej ręki i z ulgą odkleił od niego także palec wskazujący. Również na nim świeża farba drukarska odcisnęła swoje granatowe stemple. Czerwcowe słońce, jak to słońce, bezlitośnie całe to pocenie prowokowało. Ale nic to. Zostało tylko jedno osiedle. Obskoczy się je raz-dwa i koniec kursowania na dzisiaj. Ubi skręcił w lewo. Osiedle Rasp. Całe mrowie dziwnie ponazywanych ulic z jednorodzinnymi domkami. “Leszego”, przeczytał Ubi na nadgryzionej zębem czasu tabliczce, mijając pierwsze z drzew rosnących na pasie zieleni między chodnikiem a brukowaną uliczką. Drzewo kończyło właśnie pętanie swoimi elastycznymi gałęziami jakiegoś małego chłopca. Ten darł się wniebogłosy. Z dziupli wierzgającej brzozy wystrzeliła nagle rdzawa smuga jakichś ośmiu wiewiórek. Stworzonka zwinnie ruszyły po konarach na spętanego malca i ogołociły jego ciało z mięsa, zanim Ubi zdążył wsunąć ulotkę w otwór pierwszej skrzynki pocztowej na osiedlu Rasp. “>>Leszego<< - ale dziwna nazwa”, pomyślał Ubi po chwili. - Co pan tu robisz? - dobiegło uszu Ubiego. Obejrzał się przez ramię na podwórko, które właśnie minął. W jego stronę, lekko kuśtykając, szedł szybko jakiś brzuchaty facet bez koszulki. Zerknął w stronę furtki i w okolice umiejscowionej tuż obok niej skrzynki pocztowej z ulotką. - A ulotki rozdaję, może pana dzieciom się przyda... - Co pan rozdajesz? - Przerwał pękaty gospodarz Domowika 8, zmarszczył brwi i nastawił ucha. Ubi otarł czoło przedramieniem. - Ulotki - powtórzył spokojnie. Grubas zmienił tor i skierował się w stronę swojej skrzynki pocztowej. Ubi z zaciekawieniem obserwował jego manewry. Wtem poczuł, że coś mu się ociera o nogi. Spojrzał w dół. Mały niebieski tygrys zamruczał cicho, prężąc się koło jego łydek. Zwierzę próbowało pochwycić

72


[ Kamil „Skolmon” Skolimowski - Ulotnia ]

drobnymi ząbkami odstający rąbek nogawki krótkich bojówek Ubiego. - Ling-ga Uni-wersum... - wybełkotał brzuchaty, który zdążył już sięgnąć ponad siatką do skrzynki i wyciągnąć z jej szpary kolorowy biuletyn. - Lingua Universum, proszę pana. Brzuchaty spojrzał na Ubiego z mieszaniną przestrachu i podenerwowania. - My tu żadnych sektów nie chcemy! Po chwili Ubiego trafiła zmięta ulotka Lingua Universum. Kręcąc głową opuścił ulicę Domowika. Kobietę z wózkiem spotkał gdzieś w okolicach Swarożnej 6. Stała w cieniu drzewa i w milczącym bezruchu patrzyła przed siebie. Ubi potraktował ją przelotnym spojrzeniem, wcisnął zwinnie ulotkę w otwór ciemnozielonej skrzynki i po namyśle zaczął iść w jej stronę. Kiedy zauważył, że przeniosła wzrok na niego, uśmiechnął się. Kobieta z wózkiem nie odwzajemniła gestu. To jednak nie zniechęciło Ubiego, chłopak wyszczerzył zęby i wyciągnął przed siebie dłoń ściskającą kolorową ulotkę. - Może jest pani zainteresowana kształceniem się w naszej szkole? - Zagaił wesoło. - Zdobytą wiedzę w przyszłości mogłaby pani przekazać dz... Ubi urwał, kiedy dostrzegł zawartość wózka kurczowo trzymanego przez kobietę. Ukryty pod daszkiem koszyk, w którym z reguły powinno znajdować się kwilące pacholę, wypełniała ciemna krew. Część jej nieruchomej powierzchni niczym upiorne zwierciadło odbijała zastygłą twarz kobiety. - A gdzie dziecko? - zapytał Ubi po chwili milczenia. Kobieta wciąż świdrowała go wzrokiem. - Nurkuje. Umie. - wychrypiała ledwie słyszalnie. Ubi, który na moment przestał się szczerzyć, na nowo rozjaśnił twarz uśmiechem. - A mogę sprawdzić? Teraz i kobieta uśmiechnęła się słabo. Po chwili ramię Ubiego śmiało błądziło już w wózku, zanurzone w gęstej krwi. Ulica Roda zdecydowanie należała do dziewczynki z czajnikiem. Jasnowłose, na oko może 11-letnie dziecko siedziało na środku trawnika posesji rodziców i stanowiło intrygującą wariację na temat kuchenki gazowej. Ubi wypatrzył ją przez siatkę, zaintrygowany źródłem przenikliwego hałasu. Siedząca po turecku dziewczynka trzymała w prawej ręce klasyczny metalowy czajnik. Naczynie piszczało przeraźliwie, wypuszczając parę przez otwory w gwizdku. Płonący kikut lewej ręki dziewczynki umiejscowiony pod czajnikiem wyraźnie spełniał

73


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

rolę włączonej płytki gazowej. - Ciiiii! Ciiiii! - Dziecko z wyraźnym zniecierpliwieniem nachylało się nad czajnikiem i próbowało go uciszyć. - Rękę...! Zabierz rękę spod czajnika! - zawołał Ubi, nakładając zwiniętą w rulonik ulotkę na wystający pręt fikuśnej furtki. - Ciiiicho, czajniczku, ciiicho! - Dziewczynka potrząsała głową, a jej ciasno splecione blond warkoczyki podskakiwały przy tym śmiesznie. - Hej, mała, rękę spod czajnika zabierz! - wykrzyknął Ubi raz jeszcze. “Co za dziwne dziecko”, pomyślał, “czy ono nie widzi, że zaraz przypali wodę?”. Tuż za Ubim, nucąc jakąś dziwną melodię, przejechał pusty zielony bicykl. Ubi zerknął nań kątem oka. Bicykl był wyraźnie pochłonięty swoim mruczandem i nawet nie zauważył całej sytuacji. A ta stawała się coraz groźniejsza. Chodziło o przypalenie wody. Ubi chwycił za klamkę furtki. Wpadł na soczystozielony trawnik posiadłości na Roda 1 i podbiegł w stronę potrząsającej piszczącym czajnikiem dziewczynki. Mała zauważyła intruza, kiedy przy niej przykucnął. Wytrzeszczyła na niego oczy i z półotwartą buzią obserwowała, jak Ubi wyjmuje z jej prawej dłoni piszczący czajnik. Kiedy naczynie oderwało się od liżących je płomieni, gwizdanie ustało. - O, widzisz? Ucichł. - Uśmiechnął się Ubi do dziecka i odstawił parujący czajnik na trawę. Dziewczynka, wciąż lekko zdezorientowana, patrzyła na ulotkarza. Po chwili przeniosła wzrok na trzymany przez Ubiego pęk ulotek. Atrakcyjne kolorowe karteczki na dobre przykuły jej uwagę. Uśmiechnęła się i wyciągnęła w ich stronę płonący kikut. Idąc Alberycką, Ubi skończył liczenie ocalałych ulotek. Stwierdził, że tych niezżartych przez płomienie dziewczynki jest jakieś dwadzieścia sztuk. Niektóre były lekko osmalone. Ubi pomyślał, że to przecież nie jego wina, że spotkał dziecko-kuchenkę gazową. Szef na pewno to zrozumie. Zza rogu, gdzie kończyła się Alberycka i prostopadle do niej biegła Perepłucka, wybiegło nagle stado wrzeszczących karłów. Wyraźnie pędzili na Ubiego. Chłopak stanął tuż przy siatce i przylgnął do niej, chcąc zrobić miejsce karlemu maratonowi. Ci niespodziewanie zatrzymali się tuż przy chłopaku - ich przywódca stanął nagle, a reszta powpadała na siebie, robiąc jeszcze większe zamieszanie. Lider karłów wrzasnął coś do reszty w dziwnym języku i zapadło milczenie. Wszyscy spojrzeli na Ubiego. Ten uśmiechnął się i, nie zastanawiając się długo, podszedł do gromadki, po czym zaczął rozdawać ulotki. Przewodni-

74


[ Kamil „Skolmon” Skolimowski - Ulotnia ]

czący kawalkadzie łysy karzeł powąchał swoją niebieską broszurkę i spojrzał spod ukosa na Ubiego. - Kann man nicht nach Pereplucka Straße gehen! - ostrzegł piskliwie. Reszta niziołków zadrżała. Ubi spojrzał w stronę ulicy, z której wybiegły karły i zmrużył oczy. “A niby czemu nie?”, pomyślał. Grupka karłów po chwili ponownie podniosła wrzawę i pobiegła przed siebie. Z nagła zafascynowany ulicą Perepłucką Ubi nawet nie zauważył, że zostały mu tylko dwie ulotki. I że zaszło słońce. Odziana w poszarpane kolorowe sukna hippiska wyraźnie była martwa. Mimo że się poruszała, wskazywał na to nie tylko jej wygląd (znaczącej części jej twarzy nie pokrywała skóra, a jeśli już, to były to żałosne szare strzępy), ale przede wszystkim zapach. Mdły, nieco słodkawy i duszący odór gnicia bijący od hippiski sprawił, że Ubiego zamurowało i przez chwilę nie był w stanie iść dalej. Kiedy wkroczył na Perepłucką, zdecydował się iść samym środkiem ulicy. I właśnie teraz natknął się na wolno posuwające się do przodu zwłoki hippiski. Do omszałego nadgarstka jej prawej ręki przywiązany był uchwyt smyczy. Hippiska ciągnęła za sobą coś oślizgłego i brudnoszarego. Ubi przymrużył oczy i nieforemna masa doczepiona na końcu smyczy ułożyła się w kształty małej ryby. Zwłoki hippiski minęły chłopaka i poczłapały pokracznie Perepłucką. Ubi przez chwilę podążał wzrokiem za osobliwą spacerowiczką, po czym wyminął ją i poszedł szybkim krokiem w tym samym kierunku. Niedługo potem zostawił ją daleko w tyle. Perepłucka była najciemniejszą z wszystkich ulic osiedla Rasp, tak się przynajmniej Ubiemu wydawało. Chyba wciąż nie zdawał sobie sprawy, że zapadał zmrok. Tak na osiedlu Rasp, jak i wszędzie. Ubi długo szedł Perepłucką. Od spotkania martwej hippiski minęło jakieś czterdzieści minut i od tamtej pory nie widział na ulicy już nikogo. Zasnute szarością jednorodzinne domki zlewały się w jedno. Chłopak nie zatrzymał się przy ani jednej furtce, po prostu szedł w milczeniu przed siebie. Co jakiś czas mijał porozrzucane na poboczu martwe ryby. Klasyczne małe płotki. Powietrze wypełniała od nich charakterystyczna błotnista woń. “Dziwne”, pomyślał w pewnym momencie Ubi, “czemu na Parapłuckiej jest taka słaba różnorodność ryb?”. Kiedy słońce zniknęło całkowicie, rozsmarowując na niebie krwistą smugę, z nieba zaczęły spadać pierwsze ciała. Ubi nie od razu zdał sobie sprawę, co się dzieje. Huki i brzęki, jakimi zaczęło nagle wybrzmiewać osiedle Rasp, docierały do niego z początku jak przez

75


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

mgłę. Dopiero kiedy tuż przed chłopakiem upadło nagie i oślizłe ciało otyłej kobiety, ulotkarz otrząsnął się ze swoistego amoku. Rozejrzał się niespokojnie. Deszcz bladych ciał makabrycznie rozświetlił skąpane w ciemnościach zmierzchu osiedle. Mur otępienia zniknął i teraz potworny huk uderzających o ziemię, budynki i płoty ciał dotarł do Ubiego z bezlitosną wyrazistością. Lecz dopiero kiedy zaczepiły o niego nagie zwłoki jakiegoś młodego chłopaka, Ubi zaczął biec przed siebie, ratując się przed zmiażdżeniem. Wszystkiemu wciąż towarzyszyła schizofreniczna wręcz kakofonia rozbijanych okien, roztrzaskiwanych dachów i rozkwaszanych na ziemi zwłok. Ubi biegł przed siebie, z zadziwiającą zwinnością omijając punkty, w które uderzały coraz gęściej spadające ciała. Ulica Perepłucka dobiegła końca i w miejscu, gdzie się urywała, Ubi dostrzegł frontową ścianę z wejściem do małej kapliczki. Ubi wpadł do kościółka i zatrzasnął za sobą drewniane drzwi. Wnętrze kapliczki nie było jakoś specjalnie urządzone. Ot, kilka ławeczek, mały ołtarz i niepozorny krzyż wznoszący się na przeciwległej ścianie. Dysząc ciężko, Ubi rozejrzał się wokół. Oprócz niego w kapliczce znajdowały się cztery żywe osoby i mały szkielet. Kiedy ulotkarz podszedł do ławki tuż pod ołtarzykiem, siedzący na niej kościotrup małego chłopca, półnagi grubas z małym niebieskim tygrysem na kolanach, trzymająca wypełniony krwią wózek kobieta o pustym wzroku, dziewczynka z płonącym kikutem i lider niziołków przesunęli się nieco, żeby zrobić mu miejsce. Ubi uśmiechnął się i usiadł obok nich. Z ulgą zdał sobie sprawę, że do wnętrza kościółka huk deszczu ciał nie docierał. Długo siedzieli w milczeniu. Ciszę mącił tylko rozrabiający na kolanach swojego pana mały niebieski tygrys. Ubi drgnął lekko, kiedy po jakimś czasie drzwi od kapliczki otworzyły się (z zewnątrz nie dobiegał już żaden hałas) i ktoś wszedł do środka. Chłopak nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć kto. Wsłuchał się w powłóczący chód. Po chwili tuż obok niego usiadła martwa hippiska. Ubi spojrzał po reszcie. Mały niebieski tygrys bawił się zgniecioną w kolorową kulkę ulotką. Na powierzchni krwi wypełniającej wózek też pływała broszurka Lingua Universum. Blondwłosa dziewczynka trzymała w zdrowej ręce swój nadpalony pliczek. Przywódca karłów w milczeniu obracał własną prostokątną agitkę. Tylko hippiska i szkielet chłopca nie mieli jeszcze ulotki. A Ubiemu zostały przecież jeszcze dwie.

76


[ Daniel Podolak - Po seansie ]

DANIEL PODOLAK Po seansie Ludzie się zmieniają. Ja się zmieniłem, gdy zęby zaczęły mi wypadać. Tak po prostu. W wieku dwudziestu dziewięciu lat straciłem całe dolne uzębienie wraz z paroma trzonowymi u góry. Przed wyjściem z domu zawsze myłem zęby. Nie było dnia abym wyszedł z mieszkania bez wyszorowania zębów i dziąseł. Po odpowiednio wymierzonej ilości pasty na szczoteczce o wyjątkowo delikatnym włosiu przystępowałem do szczotkowania metodą Chartersa pod kątem nachylenia czterdziestu pięciu stopni. Po południu powtarzałem czynność metodą Stillmana, zaś pod wieczór - Basa. Odkąd pamiętam, sprawdzam pocztę pięć może sześć razy na dobę. Nikt do mnie nie pisze od lat. Myślicie, że w niebie urzęduje poczta? Przed wyjściem z domu zawsze krytycznym okiem przyglądałem się w lustrze, tak na wszelki wypadek, gdyby mnie nie daj Boże było widać. Było rzeczą niemożliwą abym wyszedł z domu nie lustrując uprzednio różowego tułowia Lacoste’a, granatowych nóg Diora i mieniących się w świetle dnia stóp Dolce and Gabbana. Dziś byłem zakochany po uszy, lecz moje zakochanie uległo nieodwracalnemu emocjonalnemu fermentowi. Moja piękność zbrzydła mi już za drugim spojrzeniem. Nazajutrz wyżerał mnie rak wstrętu i bezdennej nienawiści. Jej anorektyczna nijakość, ciuchy z wyprzedaży i aureola szarości wprawiała mnie w prawdziwy szał. Miałem nieodpartą ochotę potraktować jej płaską twarz jak worek treningowy. Łamiąc kość po kości, wybijając staw po stawie. Patrząc jak zachłystuje się własną krwią i potem. Wyobrażałem sobie, że zatapiam swoje marne trzynaście centymetrów w jej szklistym ciele, pragnąc by miała po mnie solidną skrobankę. Stałem się idealnie wyciętym zbitym klocem zimnego mięsa z papierowej ram-

77


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

ki swego ciała. Papieru swego świata. Strach wydrążył we mnie niekończący się świetlny tunel, którego nawet garście Litu lub Doxepinu nie mogły wypełnić. Miałem biegunkę i częste wymioty z braku porządnego snu. Przyszedł czas, że wypróżniałem się już tylko samą krwią i ropą. Nie spałem od trzech miesięcy, nie czując swojego ciała, jelita cienkiego, wątroby a nawet plastrów skóry na palcach. Jakby mnie, co noc ubywało. Wtedy się za nic czułem i wrzeszczałem bezgłośnie o pomoc. Nieartykułowane okrzyki przeradzały się w spazmatyczną czkawkę a ta z kolei ostatecznie w mdłości. Wnętrzności gotowały się we mnie jak atomowa potrawka pod przykryciem. Są tylko dwie prawdziwe rzeczy w życiu: strach i nienawiść tylko o tym pamiętam Matka i Ojciec prawdy Wszystkie inne to iluzja. Kulturowa zbiorowa imaginacja. Pusta bańka mydlana otoczona kruchą warstwą bzdurnej moralności. Byłem zły za nieobecność Matki, którą zbyt często widywałem i Ojca, którego już wcale nie miałem. Na szkołę, anonimowych sąsiadów i zbyt drogi Internet. Zły na nabytą nieudolność i Dom Dziecka, którego budynek przysłania widok na burdel. No i na kiepską wiosenną kolekcję Armaniego. Pod ciepły czerwcowy wieczór brudny i rozbity wkładam chłodną lufę pistoletu do ust, jego stal na języku smakuje trochę jak mój pierwszy zakupiony za dziecka cukierek. Twardy i gorzki. W przypadku zmiany zdania i wyboru rewolweru modlisz się o zwykły niewypał jednak w pistolecie z kurkowym mechanizmem uderzeniowym o prawdziwy cud. Ja miałem prymitywną bronią palną samodziałową. To miało być moje pierwsze prawdziwe samobójstwo. Parę lat temu, gdy zdawałem maturę padło pytanie: „Na czym polega sens życia?” Oblałem egzamin. Nie potrafiłem napisać nawet słowa, postawiłem ołówkiem zwyczajny X. Wiedziałem, że nie stać mnie nawet na prawdziwy pistolet a tym bardziej na zakup lewizny wśród warszawskich giełdziarzy. Zmiana skóry w renomowa-

78


[ Daniel Podolak - Po seansie ]

nych sklepach kosztuje. Postanowiłem samemu wykonać broń. Z małą pomocą fachowej literatury i życzliwością sąsiada. Jak się okazało, nie było to wcale takie trudne. Kupiłem zwyczajną rurkę ze stali walcowanej, potrzebny był też szew zgrzewany, złącza, zaślepka hydrauliczna oraz opaska zaciskowa, tak na wszelki wypadek. Potem nabyłem od znajomego z dołu trzy naboje i gotowe. Podobno wykonuje je domowym sposobem. Nigdy nie byłem u niego, nie wpuszcza do środka nawet listonosza. Nie ma rzeczy, której by nie zrobił własnymi rękoma. Naboje do działek, wielkokalibrowe, śrutowe a nawet pośrednie. Dum-dum, magnum czy hotload. Nie wiem czy to prawda. Pewnie nie. Ale co z tego? Te trzy, które kupiłem, były prawdziwe na wskroś. Teraz już mogłem dopełnić dalszą część samobójczego rytuału w zaciszu własnego mieszkania z trzema stalowymi czarnymi kulkami w dłoni o średnicy 8mm. Wprawdzie były to kulki łożyskowe, bo lepszych nie potrzebowałem jak to oznajmił kolaboracyjnym tonem sąsiad. - To ci powinno wystarczyć. Aha i niezapomnij o zapałkach - Zapałkach? - Dokładnie, kup ze dwa pudełka i zeskrob masę z łebków zapałek, bez tego nie będzie bum. Posłuchałem rad sąsiada, wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Klęcząc w kręgu bladego światła, z opuszczonymi spodniami u kolan i końskim wzwodzie w prawej dłoni, marzyłem o powolnej śmierci. Wepchnąłem lufę do gęby i liczyłem do trzech. Postanowiłem, że pożegnam się z tym światem marszcząc albatrosa przy ulubionym ślizgaczu. Wszystko miałem zaplanowane, doznając po raz ostatni rozkoszy i roniąc pierwsze krople spermy traciłem czucie w stopach. W tej jednej chwili ze śliską rurką w dłoni a drugą w ustach czułem, że naprawdę żyję. Zwolniłem lepkie od nasienia palce i rozpaliłem zapałkę. Przyłożyłem ją do wcześniej wywierconego z boku otworu, zapłon zareagował. W całym pionie rozległ się potężny mokry huk. Obudziłem się na skutek lekkiego swędzenia w okolicy ust. Na podłodze leżało konfetti z moich własnych palców, ścięgien i pokruszonych kości. Gdzieniegdzie widziałem nawet białe jak płatki śniegu zęby. Leżały jak porzucone i rozdeptane cukierki w gęstym mroku, wciąż migrujące

79


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

po lepkich od krwi kafelkach. Prawą rękę miałem całkiem rozerwaną a przedramię kończyło się kikutem. Powierzchnię klatki piersiowej i jak sądziłem szyję miałem rozlegle osmolone. Lecz co dziwniejsze obudziłem się w łazience na muszli ze starannie zawiązaną pętlą wokół szyi. Pętla rozciągała się aż do sufitu. Do łazienki wszedł facet o kulach i długich kruczoczarnych włosach. Na jego głowie spoczywała korona cierniowa. Miał na sobie białą, choć lekko przybrudzoną plamami krwi koszulkę z napisem REŻYSER. Powiedział, że nabrudziłem i trzeba to teraz posprzątać. Odłożył kulę i zaczął zbierać kawałki moich palców, po czym wytarł szybko szmatą linoleum pod moimi nogami. Nie mogłem się ruszyć, jak przed komisją egzaminów ustnych. Po chwili do środka weszła kupa obcych ludzi ze słuchawkami na uszach i mikrofonami przypiętymi do starannie wyprasowanych białych koszul. Zaczęli rozmontowywać łazienkę nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Tekturowe ściany, plastikową wannę, gumowe krany i masę styropianowych kosmetyków. Nic nie zostało prócz muszli, liny i promienistego pęknięcia wokół moich osmolonych ust. Cisza I jeszcze raz Cisza Można by się w niej zakochać

GRABARZ POLSKI Grabarz Polski #16 Korekta: Wojciech Lulek Grafika, skład, łamanie: Tizzastre Bizzalini Reklama, Patronaty i Współpraca: Bartek@grabarz.net | Wojtek@grabarz.net

Chcesz współtworzyć Grabarza? Napisz do nas!

80

www.Grabarz.net | www.Grabarz.net/Forum


Grabarz Polski - Nr 16