Issuu on Google+

11

#

HORROR NA 100 SŁÓW MONSTER MOVIES CZĘŚĆ 3 PRZEKLĘTE LATA 50. CZĘŚĆ 4 SYMFONIA GROZY: THE CURE „LULLABY” STEFAN GRABIŃSKI - OBŁĄKANY KOLEJARZ RECENZJE: FILMY: Tokyo Gore Police, The Machine Girl, Królestwo, Zemsta po latach KSIĄŻKI: Sfinks, Droga AUDIOBOOK: Leśny miód - Opowieści niesamowite

KAMIL SKOLIMOWSKI „PIEPRZONE CMENTARNE ŻUCZKI” (OPOWIADANIE) DANIEL PODOLAK & WOJCIECH KRÓLIK „PO PÓŁNOCY” (KOMIKS) WIERSZE NIEPOKOJĄCE - LEON KIEP


Sebastian Drabik: Fabuły obu filmów nie są może zbyt odkrywcze, ale w takich filmach stanowią one tylko tło w pokazaniu jak najwymyślniejszych scen uśmiercania ofiar. W „The Machine Girl” mamy dziewczynę, która postanawia się zemścić na członkach yakuzy. Natomiast „Tokyo Gore Police” opowiada o policjantce - Raku, która za pomocą miecza samurajskiego rozprawia się ze zmutowanymi ludźmi, dodatkowo próbuje rozwikłać zagadkę zabójstwa swego ojca. Jeśli lubisz filmy pokroju „The Story of Ricky” czy „Braindead” to z pewnością polubisz „The Machine Girl” i „Tokio Gore Police”. Reszta może sobie darować!

Kamil „Skolmon” Skolimowski: „The Machine Girl” to „Power Rangersi” bez kostiumów z dramatyzmem na poziomie „Jeziora Marzeń” - coś w sam raz dla dojrzewających gimnazjalistów, którzy „Kill Billa” docenią dopiero za kilka lat.

Wojciech Jan Pawlik: Od czasów „Story of Ricky” czekałem na cos takiego. Komiks i niezłe gore. Dynamiczne a zarazem dość obrzydliwe. Mimo, że oba filmy są wyjątkowo naiwne i przewidywalne, stanowią znakomitą familijną rozrywkę i nie pozwalają oderwać się od telewizora. Tandeta po japońsku rządzi. Polecam.


KATAUDE MASHIN GARU The Machine Girl Japonia 2008 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Noboru Iguchi Obsada: Minase Yashiro Asami Kentaro Shimazu Nobuhiro Nishihara

X X X X

Text: Krzysztof Gonerski

X

Gdy twórcy filmu stawiają na szokowanie widza hiperprzemocą oraz surrealistyczną makabreską (dziury w głowach bohaterów, stanik z wiertłami, latająca gilotyna itp.), fabuła może być tylko pretekstem. Historia krwawej zemsty Asami, bohaterki filmu (apetyczna Minase Yashiro) na Yakuzie, której dokonuje z pomocą gigantycznego karabinu maszynowego zamiast przedramienia, jest dodatkiem do popisów speców od efektów specjalnych. Liczą się jedynie efektowne fontanny krwi i rozpłatane ludzkie ciała, znaczące drogę zemsty głównej bohaterki.

miejsce w przypadku Asami, młodziutkie i śliczniutkie uczennice o sarnich oczach przemieniają się w krwiożercze bestie. Czy kryje się za tym głębsza myśl? Być może jest to wyraz lęku przed rozkwitającą kobiecością. W „The Machine Girl” jednak głębsze rozważania wydają się mało istotne. Najistotniejsza jest stylizacja na sfilmowany komiks, poetyka kiczu i karykatura przemocy. Karykatura nie jest realistyczna. Jej celem jest uwypuklenie charakterystycznych cech twarzy czy postaci. Iguchi również przyświecał podobny cel. Jego film jest karykaturą

Jest coś perwersyjnego, że w wielu japońskich horrorach, podobnie jak ma to

„The Machine Girl” Noboru Iguchiego należy do tej kategorii filmów, które albo się kupuje z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo odsądza od czci i wiary. Skąd tak skrajne reakcje? Bo film japońskiego reżysera to filmowe ekstremum. Szalona mieszanka kiczowatej poetyki, cyber-punku, filmów kung fu, chambary i wielu innych może przyprawić o zawrót głowy. Na dodatek cały ten stylistyczno-gatunkowy koktajl zatopiony jest w hektolitrach sztucznej krwi i groteskowych efektach gore.

4


krwawych splatterów, a jednocześnie drwiną z fascynacji tego rodzaju obrazami. „The Machine Girl” jest również kpiną z intelektualnego odbioru horroru. A jednocześnie horror Iguchiego wymaga bardzo wiele inteligencji i dystansu od widza. Ważna jest też inteligentna zabawa postmodernistycznymi cytatami z filmów (np. spora część twórczości Takashi Miike) czy nurtów kina japońskiego (m.in. yakuza eigu) oraz japońskiej kultury popularnej (anime, manga, kult lolity itp.). Wielu widzów, zwłaszcza spoza Kraju Kwitnącej Wiśni, może owych aluzji nie wychwycić, ale „The Machine Girl” ze swoją świadomą tandetą oraz poetyką campu przypomina nieco strategię twórczą filmowców z Tromy czy Petera Jacksona z jego wczesnych horrorów. Nic zatem dziwnego, że tak jak „The Toxic Avenger” czy „Brain Dead” jest dla wielu odbiorców popisem złego smaku

i tandety, tak też „The Machine Girl” trafić musi na swego widza. Horror to niezła zabawa - mówi reżyser. Czy to wystarczy, by jego dzieło stało się czymś więcej niż sensacją sezonu? Póki co obrodziło w japońskim kinie grozy filmami w podobnej stylistyce: „Tokyo Gore Police”, „Chanbara Beauty” czy „Attack Girl’s Swim Team vs. The Undead”. Pewnie to tylko przejściowa moda, ale również odtrutka na coraz mniej zaskakujące ghost stories.

5


TOKYO ZANKOKU KEISATSU Tokyo Gore Police Japonia 2008 Dystrybucja: Brak Reżyseria: Yoshihiro Nishimura Obsada: Eihi Shiina Itsuji Itao Yukihide Benny Jiji Bû

X X

Text: Krzysztof Gonerski

X X X

6

Szczerze powiedziawszy - nie za bardzo. Twórcy filmu starają się upchać do swego dziełka fabułę a la „Robocop”. Opowiada ona o Tokio w przyszłości, w którym sprywatyzowana policja, na czele z Ruką (Eihii Shiini) - piękną panią oficer, poluje na mutantów potrafiących przemienić każdą ranę w niebezpieczną broń. Do filmu próbuje wcisnąć się wątek

zemsty, bez której nie potrafi obyć się już żaden japoński horror, a nawet coś w rodzaju makabryczno-groteskowej satyry na brutalizację mediów (krwawe reklamy TV). Ba! Jest też coś w rodzaju psychologicznego portretu bohaterki: zimna i bezwzględna Ruka ukrywa w sobie wrażliwą istotę, potworny stres wyładowując w samookaleczaniu. Nie oszukujmy się jednak! Ostentacyjna pretekstowość wszystkich tych elementów filmu nie pozostawia złudzeń, co w filmie jest największa atrakcją i na co poszła twórcza inwencja reżysera oraz jego

Jeśli wierzyć serwisowi IMDB, „Martwica mózgu” była najkrwawszym horrorem w dziejach kina grozy (tylko na finał zużyto 300 litrów sztucznej posoki). Dlaczego jednak była”? Ponieważ niedawno zdetronizował obraz Jacksona japoński splatter „Tokyo Gore Police” Yoshihiro Nishimury. To prawdziwa hekatomba krwi i gore! Czy jednak w tym krwawym kuriozum znalazło się miejsce na coś więcej niż gejzery posoki i odcięte kończyny?


ekipy. To „teatr okropieństw”! Istny holocaust gore, przy którym „Ichi – zabójca” Takashiego Miike to dziecięca igraszka. Czy mamy z radości zacierać ręce? Cóż, znajdą się i tacy, mnie jednak ręce z każdą kolejną obrzydliwą ekstrawagancją atakującą mnie z ekranu coraz bardziej opadały. Potoki rozwodnionej czerwonej farby zalewające kamerę, metalowe ostrza wrzynające i ucinające gumowo-lateksowe protezy do pewnego momentu były zabawne, potem już tylko nużyły swą monotonią. Trochę ciekawiej dzieje się, gdy Nishimura i jego współpracownicy błysną surrealistyczno-groteskowym potworem w rodzaju kobiety z krokodylą paszczą czy kobietą (?) fotelem. Szkoda jednak, że te perwersyjne dziwadła aż zanadto kojarzą się z dokonaniami Cronenberga, Tsukamoty oraz... teledyskami Marilyn Mansona. Ale jeszcze bardziej szkoda, że pojawiają się w filmie na zasadzie efektownego,

lecz kompletnie pustego popisu. Kiedyś Tod Browning szokował „Dziwolągami”, żeby w przejmujący sposób opowiedzieć o tolerancji i inności, dziś Nishimura wyciąga z kapelusza swe kreatury, żeby widzem bezrefleksyjnie wstrząsnąć, omamić go makabrą, jak omamia się niemowlaki błyskotką, by odwrócić jego uwagę. Oczywiście, to splatter - nie wymagajmy zbyt wiele. Ale jak pokazuje „The Machine Girl”, nawet w tak mało ambitnym subgatunku można zafundować widzom pełną werwy inteligentną zabawę. Kino zaczynało jako jarmarczna rozrywka dla gawiedzi, a dziś - dzięki takim filmom jak „Tokyo Gore Police” - zatacza koło. Sto lat temu widzów szokował pociąg wjeżdżający wprost na kamerę i znikające postacie, dziś potoki krwi i rozrywane ciała. Cóż - postęp, postęp. No i ma się takie filmy, jakich ma się widzów.

7


-------------------------------------- Ocena: 4/6 Wydawca: Armoryka 2008 Tłumaczenie: Mirosław Kropidłowski Czas trwania: l:36:22

Gdy mowa o klasykach literackiego horroru, najczęściej padają nazwiska pisarzy północnoamerykańskich lub angielskich. O literaturze grozy z innych państw europejskich mówi i pisze się niewiele, a pisarze spoza Europy i USA są w Polsce praktycznie nieznani. Do tych ostatnich należy Horacio Quiroga (1878–1937), pisarz urugwajski, uznawany za najwybitniejszego przedstawiciela regionalizmu w literaturze iberoamerykańskiej. Od 1901 roku mieszkał w Argentynie, głównie w prowincji Misiones, znanej z dzikich, nieprzebytych puszcz. Tutaj też rozgrywa się akcja wielu jego opowiadań. Do najbardziej znanych dzieł Quirogi należą: „Opowiadania o miłości, szaleństwie i śmierci”, „Biała zapaść”, „Opowieści leśne”, „Bajki argentyńskie”.

z dziką przyrodą. Są tu także opowiadania o miłości – tej łączącej ojca z synem (Syn) i o niespełnionej miłości kobiety i mężczyzny. Miłości, która rozkwitnąć może dopiero po śmierci kochanków („Tam dalej”). Jednak miłość nie zawsze jest piękna - gdy jej owocem jest niedorozwinięte potomstwo, może przerodzić się w głęboką nienawiść, zarówno pomiędzy małżonkami, jak i małżonków do nieudanych dzieci („Zarżnięta kura”).

Jak wskazuje podtytuł antologii, opowiadania w niej zawarte to raczej opowieści niesamowite niż typowe horrory. Kto więc oczekuje brutalnych, krwawych opowieści albo makabry w stylu Lovecrafta, ten trafił pod zły adres. Kto jednak chce odpocząć od pełnokrwistego horroru i ma ochotę raczej odczuć dreszcz niepokoju, Na zbiór „Leśny miód” składa się osiem niż przerażenie albo po prostu zapoznać opowiadań z różnych zbiorów, dzięki się z mało u nas znaną klasyką grozy, poczemu możemy poznać różne oblicza winien sięgnąć po twórczość Quirogi. grozy twórczości tego autora. Groza w opowiadaniach urugwajskiego pisarza Polecałabym jednak zapoznanie się wkrada się delikatnie, nieomal niepo- nią w formie książkowej. Interpretacja strzeżenie do codziennego życia boha- tekstów przez Joannę Kruk pozostawia terów. Niebezpieczeństwo może czaić wiele do życzenia: lektorka czyta jakby się wszędzie: w dzikich lasach Missiones się spieszyła – owszem, wyraźnie, ale i w gospodarstwach bohaterów. Różne momentami zbyt szybko i jakby zupełnie też może przybierać oblicza – czasem nie koncentrując się na tym, co czyta. groźne, a czasem zwodniczo kuszące. Bohaterowie dialogów zdają się wypoW lesie może to być niezauważony wiadać wszystkie kwestie – bez względu w porę jadowity wąż („Dryfując”), mięso- na to, czego ona dotyczą – z pretensją żerne mrówki, ale też posiadający narko- w głosie. Nie lepsza jest też jakość natyczne właściwości miód („Leśny miód”), grania: słychać szumy, a momentami tuż w domu zagrożenie może kryć się po- przed kolejnym opowiadaniem fragmenty śród pierza wypełniającego poduszkę. rozmów ze studia nagraniowego. Skoro Jednak opowiadania z „Leśnego miodu’ jednak antologia ukazała się u nas jedyto nie tylko opowieści o zagrożeniach, nie w formie audiobooka, trzeba się i tym jakie może nieść za sobą obcowanie zadowolić. Naprawdę warto.

TEN AUDIOBOOK KUPISZ NA WWW.GRABARZ.ZIXO.PL

Text: Jagoda Skowrońska

wite

HORACIO QUIROGA - Leśny miód. Opowieści niesamo


3: Potwory najnowsze

Okres największej świetności dla monster movies przypada na lata 50. XX wieku, a dokładnie na ich pierwszą połowę, kiedy to powstały najważniejsze dla kształtu gatunku filmy. Później monster movies straciły na popularności i stały się nurtem określanym jako wtórny. Kolejne pojawiające się produkcje powielały i tak wyzyskane już do granic możliwości motywy i schematy, czyniąc oglądanie tych filmów niewypowiedzianą męczarnią. Lata 60. nie przynosły poprawy - spośród miernych dzieł tego okresu na wyróżnienie zasługuje „The Valley of Gwangi” z 1969 roku.

10


Text: Rafał Szakoła

Na poprawę kondycji monster movies przyszło nam czekać aż do lat 70., kiedy to filmy o zmaganiach ludzi z potworami znowu zaczęły straszyć, tylko tym razem już nie wykonaniem. Pierwszym filmem otwierającym nowy rozdział w gatunku monster movies były bez wątpienia „Szczęki” Stevena Spielberga z 1975 roku. Nakręcone z wielkim rozmachem dzieło stało się ogromnym sukcesem komercyjnym (film zarobił jako pierwszy w historii kina ponad 100 milionów dolarów, co jak na owe czasy było sumą niewyobrażalnie dużą) oraz artystycznym. Amerykański Instytut Filmowy umieścił „Szczęki” na drugim miejscu listy najlepszych dreszczowców wszechczasów, a motyw muzyczny pojawiający się w momencie ataku rekina urósł do rangi kultowego i obok tytułowych szczęk stał się wizytówką filmu. Spielberg przy realizacji filmu użył nowatorskich jak na tamte czasy metod. Na uwagę zasługują przede wszystkim wyśmienite zdjęcia i mistrzowska praca kamery, która umieszczona za plecami bohatera lub „w centrum zdarzeń” pozwalała widzowi stać się niemalże uczestnikiem akcji. Największym uznaniem cieszyły się jednak sceny z wykorzystaniem sztucznego rekina, który pojawiając się, przyprawiał o szybsze bicie serca nawet najodważniejszego widza. Oba te czynniki wpłynęły na jakość oglądanej produkcji, czyniąc ją dynamiczną i bardzo realną. Producenci, zachęceni wielkim sukcesem filmu, szybko, bo już w 1978 roku, zdecydowali się nakręcić drugą część opowieści o krwiożerczym rekinie. Nie odniosła ona może takiego sukcesu jak część pierwsza, ale dzielnie trzymała poziom poprzedniczki.

Kong” nakręcony w 1976 roku. Film od oryginału różnił się szybszym tempem i ciekawszymi zwrotami akcji, a do roli Konga skonstruowano specjalnego robota, który wiernie oddawał ruchy prawdziwego zwierzęcia. Ostatnim wielkim osiągnięciem lat 70. w gatunku monster movies był „Obcy ósmy pasażer Nostromo” z 1979 roku. Film wniósł do gatunku nowy motyw grozy z kosmosu, wcielonej w postać śliniącego się potwora z innej planety. Film jako jeden z pierwszych wyśmienicie połączył fantastykę naukową z grozą, czyniąc z filmu na długo pozostające w pamięci widowisko. Atmosfera filmu Scotta, znakomite efekty specjalne (nagrodzone Oscarem), a przede wszystkim postać Obcego, zaprojektowana przez szwajcarskiego rysownika H.R. Gigera, sprawiły, że film zyskał uznanie zarówno krytyków, jaki i publiczności.

Lata 80. dla kina monster movies były kontynuacją tego, co do tej pory wydarzyło się w historii gatunku. Największe sukcesy w tych latach odnosiły filmy będące mariażem klasycznego kina grozy oraz fantastyki naukowej. Niewątpliwy sukces „Obcego” stał się fundamentem dla powstania kolejnych części opoDrugim ważnym filmem lat 70. był rema- wiadających o walce dzielnej Ellen Rike klasyka gatunku, mianowicie „King pley z kosmitą. W podobnym klimacie

11


utrzymany został film w reżyserii Johna Carpentera pt. „Coś”. Jest to remake obrazu Howarda Hawksa „The Thing from Another World” z 1951 roku. Film nie odniósł takiego sukcesu jak „Obcy”, a sławy i sukcesu doczekał się dopiero na rynku VHS. Wspomnieć należy też, że prócz horrorów z kosmicznym akcentem pojawiały się filmy nawiązujące do klasyki gatunku. Mowa tu m.in. o obrazach „Wstrząsy”, „Gremliny rozrabiają” czy „Critters”, które umiejętnie łączą grozę ze specyficznym poczuciem humoru.

Kino azjatyckie, poza kolejnymi odsłonami historii o Godzilli, nie odniosło wielkich sukcesów. Wyjątek stanowi „The Host” (2006). Film przekracza wszelkie konwencje i gatunki, miesza je w sobie i tworzy coś na miarę czarnej komedii Czasy nam współczesne to przede z elementami horroru. wszystkim hollywoodzkie megaprodukcje, które olśniewają widza poziomem Monster movies nie rozpoczęło się efektów specjalnych, dekoracji oraz i nie zakończyło w latach 50. XX wieku. charakteryzacji. Pierwszą taką super- Przez lata gatunek rozwijał się, łącząc produkcją był „Park jurajski” z 1993 roku. w sobie elementy klasycznego kina Film otrzymał aż trzy Oscary (za efek- grozy z science fiction, czarną komedią ty specjalne, montaż i dźwięk), a jego czy dramatem. Stopniowy rozwój techsukces komercyjny uczynił go jednym niki filmowej pozwolił na zrezygnowanie z najbardziej dochodowych obrazów z kukiełek potworów pokracznie ruszająw historii kina. Podobny poziom utrzy- cych się przed obiektywem kamery i karmały „Godzilla” (1998) oraz „King Kong” tonowych makiet miast na rzecz kompu(2005), które były remake’ami klasyków terowo generowanych postaci i scenerii. gatunku monster movies. Oprócz filmów Ostatni akcent w postaci „Projekt - Monangażujących tłumy aktorów i statystów, ster” pozwala mieć nadzieję, że gatunek a także pochłaniających miliony dolarów monster movies ma się całkiem dobrze na produkcję powstawały też dzieła, któ- i powoli acz sukcesywnie podąża dalej re umiejętnie nawiązywały do monster naprzód. movies sensu stricto. Mowa tu o „Kleszczach” (1993) i „Frankenfish” (2004) czy „Dinocroc” (2004). Ostatnim dużym sukcesem monster movies był „Projekt - Monster” (2008). Film konwencją dokumentu kręconego „z ręki” przez jednego z uczestników wydarzeń wprowadza innowacyjność do gatunku, a pozbawiona zbędnego patetyzmu i moralizowania produkcja nie nudzi.

12


Pantoflarz Marcin Dobrowolski Dziś nasza rocznica. Kupiłem bukiet czerwonych róż, których zapach odurzał intensywnością. To już dwadzieścia lat… Nie zawsze było mi dobrze: dla niej zrezygnowałem z przyjaciół, alkoholu i palenia. „Albo ja, albo imprezy z kumplami”, mówiła. Co miałem zrobić? Wybrałem miłość. Kochałem ją choć była wymagająca. Teraz stoję przed nią w sypialni, ściskając w drżącej dłoni obfity bukiet. W zeszłym roku poczuła się źle, lekarz mówił, że umrze ale sukinsyn łgał jak pies. Nie przekona mnie nawet odór jaki wydziela teraz jej ciało. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do wijącego się w oczodołach robactwa. Miłość pokona wszelkie przeciwności…

Monstrum Marcin Dobrowolski Pod łóżkiem mieszkał potwór, chłopiec był tego pewien. Słyszał jego miarowy oddech zawsze kiedy gasił światło. Monstrum pojawiało się tylko wtedy gdy pokój spowijały ciemności. Malec całą noc spędzał obwinięty szczelnie kołdrą, drżąc pod nią jak wystraszony psiak. Charczenie bestii stawało się coraz głośniejsze, brzmiało jak złowroga nocna symfonia. Niekiedy można było wyczuć lekkie wypukłości na posłaniu, gdy maszkara próbowała wydostać się z łóżkowych czeluści. Tej nocy chłopczyk postanowił wypłoszyć straszydło raz na zawsze. Mimo paraliżującego strachu zrzucił kołdrę i usiadł na skraju tapczanu. Ostrożnie pochylił się i wyciągnął dłoń w kierunku mrocznej szczeliny. Nigdy nie zdążył jej cofnąć…

100 trupów w 100 słowach Robert Cichowlas Znacie mnie doskonale. Jestem popularnym pisarzem. Wiele czasu minęło, zanim napisałem to jedno opowiadanie, o którym mogę rzec, że jest naprawdę świetne. Pal licho historie, w których trup ściele się gęsto! Wszystkie to bujda. Syf. Wszędzie czytamy o superbohaterach, którzy zabijają kilkudziesięciu wrogów, a sami pozostają przy życiu - co najwyżej lekko spoceni. Absurd! Moje opowiadanie jest inne. Autobiograficzne! To szort na sto słów, w którym przeczytacie o stu trupach! Ech... Załatwiłem ich wszystkich. Wystarczyło wejść do pociągu z gnatem i sto razy pociągnąć za spust. Uwierzycie, kiedy Wam powiem, że się udało? A co najważniejsze – wena mnie nie opuszcza!


Udana próba reinkarnacji Robert Cichowlas Wrzód na prawym pośladku raz piekł Jacka niemiłosiernie, kiedy indziej swędział, a nocami szczypał tak okropnie, że facet nie mógł spać. Dermatolog przepisał mu maść, ale okazała się gówno warta. Mijały miesiące, ale wrzód nie znikał, bynajmniej, zrobił się większy, a wcześniejsze pieczenie i swędzenie zamieniły się w niemożliwy do opisania ból. Gdy pewnego ranka nagi stanął przed lustrem, doznał wstrząsu. Z jego pośladka wystawała głowa! Męska twarz o ciemnych, głęboko osadzonych oczach wyrażała wściekłość. - I co się tak patrzysz? – wychrypiała. - Kim ty... -Do diabła, nie poznajesz? Jestem twoim dermatologiem! Musisz coś zrobić. Posłuchaj... Umarłem. A potem...

Lekcja historii Jagoda Skowrońska - Nigdy się nie nauczę tych durnych epok! – denerwował się Kamil. - Ja cię ich nauczę, tumanie! – wrzasnął Marek. – Najpierw była epoka kamienia łupanego. Zapamiętasz? – zapytał uderzając chłopca pięścią w głowę. Ilona przytuliła syna, delikatnie gładząc jego zwichrzone włosy. - Następnie – kontynuował ojciec – była epoka kamienia gładzonego. A po niej – dodał rzucając brązową popielniczką w niesfornego ucznia – epoka brązu. Trafiony w skroń Kamil upadł. Przerażona Ilona wybiegła do kuchni. Marek chwilę stał nad nieprzytomnym synem i głośno się zastanawiał: - A co było później, po epoce brązu? - Epoka żelaza – odpowiedziała Ilona, wbijając ostry, kuchenny nóż w serce męża.

Długi weekend Dawid Kain Prawda bywa straszna więc maskujemy ją przypowieściami. Trzy samotne dni w grobie, z pulsującym bólem w dłoniach, stopach i boku. Jedni by umarli, inni zwariowali – Ty nie mogłeś, bo Bóg miał inne plany. W końcu się wydostałeś, by wrócić do tych, którzy czekali, wsparci wątłą wiarą jak spróchniałą laską. Najsłabszy z nich, Tomasz, nie ufając własnym oczom, zaczął macać Twoje rany. - Mistrzu… Ugryzłeś go w policzek, odrywając płat mięsa, którego smak od jakiegoś czasu chodził ci po głowie. Jeść - myślałeś. – Jeść, jeść, jeść. Potem zabrałeś się za pozostałych… A później oni ruszyli w świat, by szerzyć Twą plagę.


Ostatnia symfonia Tymoteusz Raffinetti Obserwowała odbijający się w lustrze błysk namiętności. Tańczył on z wszechogarniającą próżnością, której azylem było to ciało. Zmęczone upływem lat, a wciąż jędrne, tworzyło teraz wzruszającą symfonię bólu i rozkoszy. Pierwsze skrzypce grała łechtaczka adagio ma non troppo, smażąc się pod wpływem rozgrzanego oleju. Z prawej strony maleńkie sutki gniecione kombinerkami tworzyły majestatyczne basso continuo. W tle płonęły włosy vivace śliniące stroiki, a bębny allegro uderzały młotkiem o Jej czaszkę. W końcu nastała wielka fala żółci zalewająca to artystyczne widowisko. Rzygała jęczmieniem swej duszy, wgryzającym się w serce, zatruwającym oddech. Kurtyna zapadła, a czerwień otoczyła Ją ze wszystkich stron.

Głowa kolibra Rafał Kuleta Rysiek wspinał się po fasadzie budynku. Było to łatwe, gdyż był pająkiem. Tuż przed dachem olśniło go, że jest muchą uciekającą przed stawonogiem. Odbił się od ściany, rozprostowując ramiona. Jeremi jak urzeczony obserwował wielkiego, kolorowego, pikującego ekstatycznie ptaka. Ciało Ryśka, zanim chlasnęło o beton w feerycznej fontannie, zahaczyło o stalową linkę, która jak monstrualna brzytwa odcięła głowę. Jeremi z zachwytem patrzył na głowę kolibra gubiącego tęczowo-gąbczaste upierzenie na płytach chodnikowych. Wniebowzięty Jeremi sam zaczął wspinać się po ścianie. Euforia po nowych dopalaczach minęła w połowie drogi. Nie był ani owadem, ani egzotycznym ptakiem. Był samotną, nieruchomą wyspą na oceanie krwi.

Remake Jacek M. Rostocki Myślałem, że chodzi mu o komputery. One mogą wszystko – tworzyć galaktyki, planety, miasta, ba, mogą nawet ożywiać zmarłych. Lazarus jednak poprowadził mnie do opuszczonej hali zdjęciowej. Od wejścia poczułem słodkawy fetor. Mój przewodnik włączył światła i na środku pomieszczenia dostrzegłem ludzkie szczątki. Włosy stanęły mi dęba, kiedy zacząłem je rozpoznawać. Złote loki Marilyn, wielki brzuch Brando... - Ty popaprańcu, to ciebie szukają!? - Ciii... Popatrz! Lazarus stanął za bardzo starą kamerą i zakręcił korbką. Grzechot urządzenia niepokojąco rozbrzmiał w pustej hali. - Lazarus... Uśmiechnął się tylko, a ja usłyszałem nieprzyjemne trzaski i wilgotne stęknięcia. W gwiazdorskich truchłach coś się poruszyło.


Skóra Sebastian Drabik Leżałem w wypełnionej ciepłą wodą wannie, gdy nagle poczułem pod skórą lewej ręki narastające mrowienie. Wydawało się, że podrapanie załatwi sprawę ale okazało się nadaremne. Drapanie tylko spotęgowało to dziwne uczucie. Z każdą sekundą swędzenie było nie do wytrzymania, aż zdesperowany chwyciłem żyletkę leżącą na rogu wanny. Szybkimi ruchami zdzierałem płaty skóry, ale źródło swędzenia znajdowało się znacznie głębiej. Nawet nie spostrzegłem, że taplałem się we własnej krwi i kawałkach mięsa. Ulżyło mi dopiero po tym jak dotarłem do bielutkiej kości. Z ulgą zanurzyłem się w karmazynowej wodzie, lecz po chwili poczułem dziwne swędzenie w prawej nodze…

- - - - - - - - - - - - - - Zwycięskie szorty ... na deser - - - - - - - - - - - - - -

Powtórne przyjście Kazimierz Kyrcz Jr. Jak na ironię, za drugim razem urodził się bez rąk. Kto by uwierzył, że jest Jezusem, skoro nie można go było ukrzyżować?

Grypa Tymoteusz Raffinetti

Na łóżku leżał siny chłopiec. Nic nie mówił, nie poruszał się, tylko co chwilę kasłał. W powietrzu roznosił się nieprzyjemny odór. Dr Karski ostatni raz przyjrzał się pacjentowi. - Pani syn to czwarty przypadek w tym miesiącu – stwierdził po chwili. Ze stoickim spokojem przyklęknął przy swojej torbie i wydobył z niej długą maczetę. Na widok miny kobiety dodał: - Proszę mi zaufać… Zamachnął się i zdecydowanym uderzeniem oddzielił głowę dziecka od reszty ciała. Kobieta wrzasnęła z przerażeniem. Doktor podniósł odciętą głowę za włosy. Jasio spoglądał na matkę pokasłując. - Od dawna był martwy… – wytłumaczył lekarz drżącym głosem.

Łowca Marcin Dobrowolski Wpuściła go do mieszkania z nienaturalną wręcz ufnością. Widać nie czytywała gazet. Tabloidy krzyczały wszak z pierwszych stron o kolejnych atakach mordercy, którego ofiarami padały młode, piękne kobiety. Ona jednak zaufała przystojnemu nieznajomemu. Pasowała do profilu ofiary lecz o tym pewnie także nie miała pojęcia. Kruczoczarne włosy, brązowe oczy, opalona cera. Nie obawiała się niczego złego ze strony sympatycznego adoratora. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, przy akompaniamencie pisku zawiasów. Był to ostatni dźwięk, jaki usłyszał mężczyzna ochrzczony przez prasę bulwarową, „Łowcą”. On też nie czytywał gazet. Nie wiedział o zaginięciach młodych mężczyzn w okolicy. On także pasował do profilu…


Utwór powstał w głowie Roberta Smitha w sposób dla niego dość nietypowy. Nie był pisany fragmentami, które dopiero później, na etapie nagrań demo, zaczynają układać się w całość. Pisząc „Lullaby”, podobnie jak pochodzący z płyty „Disintegration” utwór „Lovesong” (będący prezentem ślubnym dla żony), od początku do końca wiedział, co chce nią wyrazić. W przypadku „Lovesong” były to szczere uczucia skierowane do ukochanej. Kołysanka okazała się czymś zupełnie innym - sennym koszmarem opowiadającym o pająku ludojadzie, nawiązującym klimatem do poematu Mary Howitt „Spiderman and the Fly”. Jeden z jego wersów, zmieniony nieco na potrzeby piosenki, Robert Smith wyszeptuje na końcu utworu („Come into my parlour... Said the Spider to the Fly”).

Nie m bard jak The trywialna. Otóż oprócz strachu przed lataniem i lęku wysokości wokalista The Cure cierpi na arachnofobię. W wywiadach wielokrotnie wspominał, że kiedy był małym chłopcem, często wydawało mu się, że pająki znajdują się w jego pościeli. Tuż przed pójściem spać podnosił prześcieradło i dokładnie sprawdzał materac. Pająków nigdzie nie było, ale strach pozostawał. Niechęć do pajęczaków wzmocnił w młodym Robercie jego wuj, który zwykł straszyć go nie Boogeymanem czy wilkiem, lecz właśnie Człowiekiem-Pająkiem.

Robert Smith wydoroślał, ale nie wyzbył się swoich obaw, które przybrały w końcu formę piosenki, sięgającej zresztą do Oparta na arabskim brzmieniu, charak- bogatej tradycji rockowego horroru (jak terystyczna melodia miała dodać pio- choćby „Boris The Spider” The Who). sence niesamowitości i - jak się okazało - doskonale komponuje się z przerażają- Ośmionogie stworzenia pojawiają się cą historią, w której kosmaty Człowiek- także w teledysku do koszmarnej KołyPająk oplata swoimi patykowatymi koń- sanki. Jego reżyser - Time Pope (twórca późniejszego „The Crow: City of czynami śpiącą w łóżku ofiarę. Angels”), od lat kręcący klipy dla The Niektórzy twierdzą, że „Lullaby” zostało Cure, Siouxie And The Banshees, Davinapisane na podstawie narkotycznych da Bowie’ego, Iggy’ego Popa czy Neila wizji lub że piosenka miała opowiadać Younga, chciał wykorzystać podczas o molestowaniu seksualnym... Geneza zdjęć swoje znajomości w londyńskim jej powstania jest jednak nieco bardziej ZOO. Nie konsultując tego z muzykami,

mu s


wielkości!). Jego wizja zakładała, że w jednej ze scen pająki wejdą na leżącego w łóżku Roberta Smitha... Kiedy przy barze uradowany Pope przedstawił swój pomysł wokaliście, ten pobladł i zdecydowanie odmówił. Leczył się wprawdzie z arachnofobii już wcześniej na zasadzie terapii szokowej (czyli biorąc pająki na rękę), ale nadal nie był w stanie znieść ich obecności w pobliżu twarzy. Zresztą podobno do dziś boi się egzemplarzy o szczególnie długich nogach.

Ostatecznie w klipie wystąpił zaledwie jeden prawdziwy pająk... Człowieka-Pająka zagrał natomiast sam Robert Smith. Teledysk zgarnął kilka nagród, między innymi BRITS Awards w kategorii „najlepszy wideoklip roku”, a sama piosenka dotarła do piątego miejsca listy przebojów w Wielkiej Brytanii. Muzycy zostali nawet zaproszeni, aby wykonać ją na żywo w słynnym programie telewizji BBC „Top of the Pops”, ale jego producent, widząc Roberta Smitha w koszmarnym makijażu, w ostatniej chwili zabronił im wyjść na scenę. Czy można się więc dziwić, że w niektórych stanach USA

Zresztą w Ameryce (w odróżnieniu od Anglii) płyta „Disintegration” nie była pilotowana przez „Lullaby”, tylko przez znacznie bardziej tradycyjne „Fascination Street”. Prawdopodobnie wynikało to z obawy, że czarny humor, którym przesiąknięty jest teledysk, może być zbyt trudny w odbiorze dla przeciętnego amerykańskiego oglądacza. Sam Tim Pope, rezygnując z tworzenia teledysków, skomentował to następująco: „Nie mógłbym kręcić tak, jak kręci się dzisiaj. To, co się obecnie ogląda, jest cholernie przylizane, idealnie zaprogramowane dla MTV.” W roku 2006 utworem „Lullaby” zainteresowali się muzycy brytyjskiej formacji Faithless. Umieścili fragmenty wokaliz Roberta Smitha w utworze „Spiders, Crocodiles and Kryptonite”. Przeróbka tego utworu często rozbrzmiewa także na koncertach Jimmy’ego Page’a i Roberta Planta. Obaj panowie są wielkimi fanami The Cure. Co ciekawe, obaj także cierpią na arachnofobię...

Text: Kazimierz Kyrcz Jr & Łukasz Śmigiel

rnej drugie populadrugiej zykipopularnej u m i ri Nie ma w historii muzyki to is h w a m kołys zie tak j gro ie k is bardzo sugestywnej ibl bliskiej grozie kołysanki i ej n w ty esktóra nagrana została w roku gta, dzo su u 1988 p jak rokprzez w 1988 ałamelodycznej, stlinii zo a n ra ag n The Cure. Pomimo lirycznej ra ta, któco zresztą jest typowe n ii melodycz lin ejtego dla gatunku cz ry li ,, o im m Po . nk e Curemuzycznego, ,,Lullaby wzdecydowanie różni g o ,, atu dla tegśpij e kochanie, po ty st je ą się od klasycznego ,,Śpij, . ,, zt es co zr ecydowanie ró zd y ab ll u ,,L o, teledysk jako zbyt drastyczny - można śpi eg n sprowadził na plan kilkanaście egzemcz uzyplarzy ogromnych ptaszników (samice było pi , anie ocpohgodzinie emitować dopiero dwuj, k ,,Ś o eg n cz sy la k dziestej drugiej? od mają czasem nawet osiem centymetrów ę si


Poznaj grabarzy. Odkrywamy ich tajemni ce. W każdym numerze nowa sylwetka

TECZKA AKT PERSONALNYCH Kamil ,,Skolmon,, Skolimowski GP: Redaktor Grabarza Polskiego Autor, publicysta Co cię skłoniło aby zostać grabarzem? Nie napiszę niczego nowego niż moi poprzednicy. Chęć pomocy w realizacji koncepcji podjętej w „Czachopiśmie”. Co lubisz w życiu poza grzebaniem zwłok? Męczę czwarty rok anglistyki, usilnie sobie wmawi ając, że na pewno nie zostanę nauczycielem. Prócz tego mam niepohamowane skłonności do szaleństw koncertowych, regularnie objeżdżam nasz piękny kraj w poszukiwaniu ognisk rock’n’rolla z najwyższej półki. Jaki film powalił cię ostatnio na cmentarną glebę? Podpisuję się wszystkim, czym jestem w stanie utrzyma

ć długopis, pod zachwytami nad „[rec]”. Ulubiony film rozgrywający się w środowisku grabarzy? Wnoszę, że chodzi o tematykę oscylującą luźno wokół cmentarzy? Jeśli tak, to uwielbiam „Noc żywych trupów” Saviniego. Największe horrorowe rozczarowanie w ostatnim czasie? Tych rozczarowań jest ostatnio więcej niż bym sobie życzył. Generalnie niesamowicie irytuje mnie uproszczone kino „grozy” dla skretyniałych gimnaz jalistów. Desperackie remake’owanie made in USA to też materiał na całkiem konkretne horroro we rozczarowanie. Freddy czy Jason? Na wieki wieków Jason. Amen. Co czytujesz kiedy nie trzeba akurat nikogo grzebać ? Standardem lecę. King. Bardzo cenię także Rolanda Topora,

niesamowicie kręci mnie surrealizm. Przy jakiej muzyce najweselej kopie się groby? Przy nutach spod znaku Nosowskiej. Czy to drącej paszczę w Heyu, czy działającej solo w hipnoty zującej elektronice. Bardzo atrakcyjna jest dla mnie również propozycja muzyczna takich artystów, jak Renata Przemyk, Raz, Dwa, Trzy, czy Pidżam a Porno. Polecam także fantastyczne rock’n’rollowe ska ze Śląska - Koniec Świata. Z rzeczy zagrani cznych - Rancid, Sigur Rós, Siddharta. Jak często jadasz surowe mięso? Jeśli mięso, to tylko smażone albo pieczone tudzież grillowane. Za surowe podziękuję. Słaby byłby ze mnie zombiak. Jakie masz najbliższe plany niezwiązane z pracą grabarza? Najbliższe plany? Pewnie jakiś koncert. A z rzeczy poważniejszych - dociągnięcie do końca tej anglisty ki i wzięcie się za inny kierunek studiów. Może coś z filmem? Latem planuję popełnić jakiś amators ki projekt spod znaku kina grozy.

23


RIGET Królestwo Dania / Francja / Niemcy / Szwecja/ Włochy / Norwegia 1994-1997 Dystrybucja: Gutek Film Reżyseria: Lars Von Trier Obsada: Udo Kier Ernst-Hugo Järegård Kirsten Rolffes Holger Juul Hansen

Text: Piotr Pocztarek

X X X X X

24

Królestwo to nazwa wielkiego szpitala w Kopenhadze. Szpitala, którego nie da się opisać, trzeba go po prostu zobaczyć. Po mrocznych korytarzach kręcą się chorzy pacjenci, jeszcze bardziej chorzy lekarze, a także umęczone... duchy. Lars von Trier, jeden z najbardziej utalentowanych reżyserów ostatnich 30 lat zabiera nas na szaloną przejażdżkę po Królestwie, z której nikt nie wyjdzie o zdrowych zmysłach. Horror? Dramat? Komedia? Moralizatorskie kino filozoficzne? Prawdopodobnie wszystko na-

raz składa się na fenomen „Riget”. I wiecie co? Jest klimatycznie, przerażająco i niepokojąco jak nigdzie indziej. „Królestwo” to jedna z najbardziej złożonych, ambitnych, a jednocześnie szalonych i nieprzewidywalnych historii o duchach we współczesnym kinie. Cytowane na początku słowa otwierają każdy odcinek, okraszone mrocznym materiałem filmowym, a także jednym z najlepszych motywów muzycznych ilustrujących filmy grozy, autorstwa Joachima Holbeka. Miłym dodatkiem jest również udział samego reżysera, który po każdym odcinku pojawia się wraz z napisami końcowymi, by podsumować wydarzenia, rozniecić ogień w naszej psychice, pogrozić nam palcem i przestrzec przed złem. Starsza Pani Drusse jest stałą pacjentką Królestwa. Kobieta posiada unikalne zdolności - jest medium z wyznaczoną misją uratowania ducha małej dziewczynki, której mroczna historia splata się z przeszłością Szpitala. Zjawa błąka się po korytarzach, nie mogąc zaznać

„Teren pod szpitalem Królestwo to dawne mokradła. Były tu stawy, przy których bielono płótna. Ludzie moczyli wielkie płachty tkanin w płytkiej wodzie i rozkładali do bielenia. Woda parująca z płócien otulała całą okolicę mgłą. Później zbudowano tu szpital państwowy. Bielarzy zastąpili lekarze i naukowcy - najlepsze mózgi w kraju i najdoskonalsza technologia. Dla ukoronowania dzieła nazwali szpital Królestwem. Mieli zgłębiać tajniki życia, a przesądy nie powinny już nigdy zachwiać bastionów nauki. Być może pycha ich była zbyt wielka i nazbyt odżegnywali się od spraw duchowych, gdyż z czasem chłód i wilgoć zaczęły powracać. Drobne oznaki zmęczenia z wolna objawiały się w tym dość solidnym i nowoczesnym budynku. Nikt z żywych jeszcze nie wie, ale Brama Królestwa na powrót się otwiera...”


spokoju. Pani Drusse próbuje rozwikłać zagadkę, a pomaga jej w tym jej niezbyt rozgarnięty syn Bulder pracujący jako pielęgniarz. Okazuje się, że dziewczynka została zamordowana w Szpitalu przez własnego ojca - wybitnego lekarza. Tymczasem do kopenhaskiego molocha przybywa nowy neurochirurg - kłótliwy, nienawidzący Duńczyków Szwed Stig Helmer. Natychmiast zostaje oskarżony o błąd w sztuce lekarskiej i spowodowanie trwałych uszkodzeń w mózgu małej dziewczynki. Szukając wsparcia ze strony kolegów, Helmer wstępuje do dziwacznego bractwa, do którego należy większość personelu Szpitala. Wzorowane na masonerii stowarzyszenie ma bardzo specyficzne tradycje i niecodzienne rytuały. Stig próbuje odnaleźć i zniszczyć obciążające go dokumenty zawierające przebieg nieudanej operacji. Przeszkodzić próbuje mu doktor Krogshøj, który od początku popada z nim w konflikt. Krogshøj w mię-

dzyczasie nawiązuje romans z ciężarną Judith - młodą lekarką pracującą w Królestwie. Dziecko Judith jest jednak katalizatorem zła wszelkiego. A może nie zła, a dobra? Granica pomiędzy jednym i drugim zaciera się u Larsa von Triera z każdą sekundą. Na wszystko z boku patrzy para pracowników odbywających służbę przy zmywaniu naczyń - chłopiec i dziewczyna z zespołem Downa są nie tylko swojego rodzaju narratorami, ale również wydają się wiedzieć o tajemnicy Królestwa więcej niż inni.

25


Tak z grubsza rysuje się fabuła pierwszej części „Królestwa” z 1994 roku. Oczywiście podczas ponad 278 minutowego seansu czeka nas dużo więcej wątków pobocznych, równie niesamowitych i zakręconych - odcięte głowy, seanse spirytystyczne, magia voodoo, przeszczep chorych narządów od nieboszczyka i krwawy, przerażający poród. Ciepłe przyjęcie miniserialu przez widzów i krytyków sprawiło, że trzy lata później - w 1997 roku Lars von Trier nakręcił drugą część, również składającą się z czterech epizodów. W trwającym 286 minut „Królestwie II” reżyser bezpośrednio kontynuuje przerwaną w części pierwszej historię. Konflkt między Helmerem a Krogshøjem kończy się tragicznie. Szwed uśmierca swojego przeciwnika przywiezioną z Haiti trucizną, zamieniającą ludzi w żywe trupy. Pani Drusse ulega wypadkowi, po którym jej dusza również zostaje uwolniona z ciała, by móc przechadzać się korytarzami szpitala. Podczas tej mistycznej, bezcielesnej wędrówki Drusse napotyka inne duchy, równie zaniepokojone, nieszczęśliwe i przerażające. Ostrzegają ją one, że nowym problemem Królestwa jest demon, wcielenie samego Szatana. Zniekształcone, monstrualne dziecko Judith okazuje się być jego synem.

26

W Królestwie na każdym kroku zaczyna panoszyć się czyste zło. Tylko garstka ludzi może je powstrzymać, zanim będzie za późno. Jednak nie wszyscy bohaterowie chcą przejrzeć na oczy. „Riget”, zaplanowany początkowo jako trylogia, ma tylko dwie części. Pomimo gotowego scenariusza ostatniej części trylogii plany twórców zostały pokrzyżowane przez śmierć jednego z głównych aktorów, odtwórcy roli Helmera - Ernsta-Hugo Järegårda. Otwarta, niedopowiedziana konstrukcja pomogła filmowi obrosnąć legendą i zyskać miano kultowego na całym świecie obrazu. Film von Triera jest mistyczny, bardzo symboliczny, a zarazem bliski odbiorcy. Nie jesteśmy w stanie go zrozumieć, nie jesteśmy w stanie objąć go swoim umysłem, więc jedyne, co pozostaje, to oddać mu się bez reszty. W krzywym, groteskowym zwierciadle odbija się wizja każdego


z nas, a w momencie, w którym zdajemy sobie z tego sprawę, zaczynamy czuć się, jakby reżyser włożył nam palec do oka. Realizowany na potrzeby telewizyjne misz-masz łączy w sobie najlepsze cechy horrorów klasy B, wizualnego kina artystycznego i „tego czegoś”, co możemy chyba tylko nazwać magią reżysera i potworną w każdym tego słowa zna- niewinność, bogobojność, które cechoczeniu siłą oddziaływania na widza. wały to miejsce, zanim wybudowany został na nim szpital, została oszpecona Na każdym kroku widać tutaj inspiracje przez rozwój współczesnej medycyny, serialem Davida Lyncha „Miasteczko arogancję bezwzględnych i nieczułych Twin Peaks”, od których zresztą Lars lekarzy, krwawą zbrodnię i nowoczesne nigdy się nie odżegnywał, co więcej maszyny. Nic więc dziwnego, że duchy - przyznawał się do nich z dumą. Jed- zaczynają się buntować, zwłaszcza kienakże klimat, który został wytworzony dy zło dochodzi do głosu. Ale kto jest dopodczas podróży z kamerą wideo po bry, a kto zły? Nawet oglądając końcowe Królestwie, ma znamiona unikatowości odcinki drugiej serii, będziemy zadawać i odrealnienia, których nikomu jeszcze do sobie to pytanie. Patrząc na groteskową tej pory nie udało się podrobić. Stylisty- relację pomiędzy matką a dzieckiem, ka utrzymana została w kolorze sepii, co wokół której kręci się oś fabuły „Królew połączeniu z raczej tandetnymi efek- stwa 2”, będziemy zastanawiać się, czy tami specjalnymi tworzy ponury, przera- wybory, których dokonujemy w życiu, żający obraz. „Normalność” to słowo, zawsze są słuszne. I Lars von Trier doktórego nie będziemy używać w stosun- skonale o tym wie. Cały czas stoi zaraz ku do świata wykreowanego przez Larsa poza kadrem, grozi palcem i uśmiecha von Triera w „Królestwie”. się bezczelnie i łobuzersko. Najważniejszą cechą tej produkcji jest Pomimo poruszania poważnej tematyjej ponadczasowość. Bliskość natury, ki i ambitnego wydźwięku, jakie niosą

27


ze sobą wyciągnięte z seansu wnioski, „Królestwo” przepełnione jest brawurowym humorem sytuacyjnym. Z jednej strony atakowani jesteśmy wszechobecną śmiercią, krwią, strachem, z drugiej zaś mamy nieustanne wrażenie, że Lars von Trier po prostu świetnie się za kamerą bawił. Głupio nam natomiast, że bawił się nami. Satyra na społeczeństwo, krytyka władzy, ludzkiej słabości i głupoty to wszystko znajdziemy w murach Królestwa. Murach, które pękają, pozwalając szpitalowi przesiąknąć zepsuciem i moralną zgnilizną, zapadać się w bagno, ożywić uśpione zło.

monicznego Aage Krügera – mordercy własnego dziecka, a także zdeformowanego syna lekarki Judith. Zwłaszcza ta druga kreacja zasługuje na owacje na stojąco, głównie za modulację głosu i perfekcyjną mimikę twarzy.

Miniserial ten jest z całą pewnością godny polecenia każdemu wielbicielowi nie tylko horroru, ale przede wszystkim świetnego, ambitnego kina. Po obejrzeniu „Królestwa” nikt już nie będzie miał wątpliwości co do umiejętności reżyserskich Larsa von Triera. Za stworzenie tego obrazu należy mu się pokłon. Jeśli jesteśmy gotowi na szaleńczą jazNiepowtarzalny klimat serialu wytwarza- dę, której nie sięga do pięt nawet narkoją takie elementy jak doskonała muzyka, tykowy klimat „Las Vegas Parano”, musiperfekcyjny montaż, z pozoru niechluj- my zastosować się do uwag reżysera: ny i nieprofesjonalny, a jednak głęboki i mistrzowski. Nie sposób również pomi- „Jeśli zechcecie poznać losy Królestwa, nąć doskonałej gry aktorskiej - chociaż pamiętajcie, że należy umieć akceptowiększość postaci odgrywana jest przez wać zarówno dobro, jak i zło.” skandynawskich aktorów, kompletnie nieznanych szerokiej publiczności w Europie Środkowej czy Stanach Zjednoczonych, są oni wyraziści, przekonywujący i naturalni (a może raczej - nienaturalni, co oczywiście w przypadku produkcji takiej jak ta jest zaletą). Na szczególną uwagę zasługuje tu rola filmowego weterana i ikony kina grozy - Udo Kiera. Występuje on w podwójnej roli: de-

28


Przeklete lata So! Text: Skura

Kosmiczny kisiel atakuje!

CODZIENNIE RANO MUSZĘ POŚWIĘCIĆ OKOŁO PIĘĆ DŁUGICH MINUT NA MĘCZĄCE WYSMARKIWANIE SIĘ. W NOCY, W MOICH ZATOKACH ZBIERA SIĘ ŚLUZ, KTÓRY WYPEŁNIA MNIE OD WEWNĄTRZ I POWOLI ZASTYGA... COŚ JAKBY KISIEL... JAKBY DZIWNA, KOSMICZNA MAŹ ZAATAKOWAŁA MÓJ UKŁAD ODDECHOWY I CO DZIEŃ PRÓBUJE UDUSIĆ... JAK BLOOOB. JEDNAKŻE ZE SMUTKIEM MUSZĘ PRZYZNAĆ, ŻE OGLĄDANIE DZIEŁA Z 1958 ROKU, JEST RÓWNIE MĘCZĄCE JAK ÓW PORANNY „RYTUAŁ” WYPRÓŻNIANIA NOSA.

Nie znam miłośnika filmowej fantastyki, który przeglądając zdjęcia czy plakaty do Bloba nie byłby zaintrygowany. Sama idea kosmicznego potwora w kształcie, a własciwie w bezkształcie czerwonego szlamu pobudza wyobraźnię widzów. Zastanawiamy się jak wypadną efekty żyjącego kisielku, jak bestia będzie mordować zaskoczonych Ziemian i rozprzestrzeniać się na całe miasto, jak... No właśnie, niestety kończy się na marzeniach o zapierających dech (i zatykających zatoki) scenach. Chyba z powodu niskiego budżetu sam Blob występuje tylko w kilku ujęciach filmu. Resztę taśmy filmowej wypełnia typowy, wyjątkowo nudny dramat o młodzieży, która próbuje przekonać starsze pokolenie, że BLOB JEST PRAWDZIWY!!! Motyw bardzo znany i bardzo wyeksploatowany. Być może nawet nie powinienem dziwić się i narzekać – w co drugim filmie

30

z tego okresu stosowany był podobny chwyt. Jednak tutaj reżyser przekroczył wszelkie dopuszczalne granice. Widzimy totalny brak wiary w amerykańskich stróżów prawa, których Irvin S. Yeaworth przedstawia jako upośledzonych kałmuków, ciągle powtarzających „musimy coś zrobić z tymi dzieciakami!” Brakuje tylko wstawki z Johnem Cleese’em krzyczącym: „Mózg mnie boli”! A te niesforne dzieciaki wciąż pukają do drzwi komisariatu i donoszą, że coś złego dzieje się w mieście, bo zamordowano Panią Jakąśtam... Wśród tych dzieciaków jest znany z późniejszego „Bullitta”, prawie trzydziestoletni Steve McQueen! A wygląda na jeszcze starszego. Możecie sobie wyobrazić jak groteskowe jest tłumaczenie się przyszłego Franka Bullitta przed prowincjonalnym policjantem, że to jakaś obca siła odebrała życie niczego niespodziewającej się babince...


(Musimy zrobić porządek z tymi dzieciakami!) Pomysł na płynnego, kosmicznego stwora jest też oczywiście dosyć zabawny. Przynajmniej w założeniach. Wypadało by więc zrobić film raczej prześmiewczy niż na serio. I twórcom to się udaje wyśmienicie... przez pierwsze pięć minut! Czyli podczas początkowej animacji i napisów tytułowych. Bowiem specjalnie na tę okazję piosenkę otwierającą skomponował Burt Bacharach. Człowiek, którego kompozycje śpiewały takie gwiazdy jak Aretha Franklin czy Tom Jones. Na początku słyszymy żwawe „Strzeż się Bloba! On pełza i skacze, ślizga się i sunie przez podłogę!” Na zakończenie wersu artysta wkłada kciuka do ust i robi charkateystyczne POP! Wszystko to w rytmie nieskrępowanej zabawy, co sprawia, że po seansie mimowolnie nucimy tę melodię i pop-ujemy jak szaleni. Niestety w sferze fabularnej czy choćby w dialogach, nie zdecydowano się na pastisz lub komedię. Spróbowano zrobić poważny film o inwazji obcego na urocze miasteczko rodem z „Buntownika bez powodu” z Jamesem Deanem. I nawet tego nie udało się dobrze pokazać - finałowej scenie brakuje rozmachu i sprawniejszego ukazania bitwy z przybyszem. Bohaterowie siedzą cicho

w piwnicy, ukryci przed Blobem, który niczym rozleniwiony kocur siedzi sobie na dachu knajpy. Ot, cały pojedynek i starcie cywilizacji. W moim przypadku nie pomógł nawet poziomkowy kisiel, który zajadałem podczas seansu. Oczywiście, doznania dzięki temu były odrobinę smaczniejsze. Jednak kiedy po godzinie seansu okazało się, że wielki kubeł kiślu jest równie mdły co film, pomyślałem, że może „Blob” jest inspirowany kisielem?! Twórca „Człowieka 4-D” chciał odzwierciedlić w kinie, wrażenia towarzyszące spożywaniu dużych ilości tego kleistego przysmaku. Moje domysły potwierdziły się kiedy resztki kisielu (ileż można) wylałem do zlewu... Chciałem go (może „to”?) spłukać ciepłą wodą... a on nadal trzymał się umywalki! Dopiero zimna woda porwała go wprost do rur kanalizacyjnych... Nie wierzę, że tyle napisałem o kisielu!

31


-------------------------------------- Ocena: 6/6 Wydawca: Wydawnictwo Literackie 2008 Tłumaczenie: Robert Sudół Ilość stron: 267

Zegary stanęły o 1.17. Długie nożyce światła, a potem seria wstrząsów. Co tak naprawdę się stało? Trzęsienie ziemi? Wybuch nuklearny? Uderzenie olbrzymiego meteorytu? Tego się nie dowiemy, ale i nie ma to znaczenia. Podobnie jak to, kiedy to się stało. Liczy się przede wszystkim to, co jest teraz. A teraz świat umiera. Wyniszczoną i prawie zupełnie pozbawioną życia ziemią od czasu do czasu wstrząsają dreszcze. Nieliczne ocalałe drzewa padają, wszystko pokrywa warstwa pyłu, który opada wraz z deszczem lub śniegiem. Po atramentowo czarnej nocy wstaje dzień bardziej szary od poprzedniego. W tym umierającym świecie żyje dwoje ludzi: mężczyzna i chłopiec. Ojciec i syn. Przemierzają puste drogi, opustoszałe miasta, wymarłe lasy… Zmierzają na południe w nadziei, że znajdą tam ciepło, dobro i... życie. Po drodze starają się uzupełniać zapasy żywności, przeszukując opustoszałe domy, schrony, supermarkety. Często przez wiele dni głodują.

przedzierając się wraz z bohaterami przez szary, ponury, prawie bezludny świat po apokalipsie. Musi wsłuchać się uważnie w rozmowy ojca z synem. Rozmowy te na pozór wciąż brzmią tak samo, ale jeśli wsłuchać się uważniej, pozwalają zauważyć zmiany, jakie zachodzą w synu. Samo słuchanie tego, co mówi ojciec, jednak nie wystarczy. Towarzysząc bohaterom warto także przyjrzeć się ich postępowaniu i spróbować patrzeć na ten świat oczyma nie ojca, a syna. Oczyma dziecka, które nie zna dawnego systemu wartości, dlatego też pojęcia dobra i zła są dla niego abstrakcją. Mimo tego próbuje ono pojąć co to znaczy być dobrym człowiekiem i, co więcej, stara się takim być. Jednak wciąż szuka potwierdzenia, że mu się to udaje, wciąż pyta ojca: ale my jesteśmy dobrymi ludźmi?

Syn urodził się tuż po katastrofie. Nie zna świata takiego, jakim znał go ojciec. Mężczyzna opowiada dziecku historie z przeszłości i uczy jak być dobrym człowiekiem. Dobrym według pojęć „starego świata”. Czy jednak w czasie, gdy ludzi zostało już niewielu, a zdobycie pożywienia jest tak trudne, że coraz powszechniejszy staje się kanibalizm, warto jest być dobrym człowiekiem? Czy w zaistniałych okolicznościach jest to w ogóle możliwe?

Świat, w który wprowadza nas McCarthy jest zimny i szary. Szare są dni, pozbawione blasku słońca, szary jest pył, wciąż jeszcze unoszący się i pokrywający wszystko wokół. Takim też językiem – zimnym i ascetycznym autor maluje ten świat. Nie ma tu zbędnych słów, ozdobników, kwiecistych metafor. Bohaterowie nie mają imion, dialogi nie są wyodrębnione w tekście. Ten styl urzeka i zdaje się podkreślać, że właściwie w powieści nie liczy się nic poza ojcem i synem. I ich walką – nie tylko o przeżycie, ale też, a może przede wszystkim, o zachowanie ludzkiej godności.

Właśnie na te pytania „Droga” stanowi odpowiedź. Cormac McCarthy jednak nie odpowiada na nie wprost. Do odpowiedzi czytelnik musi dojść samodzielnie,

„Droga” to mądra i piękna powieść. Piękne jest w niej wszystko: zarówno forma, jak i treść, a także – co nie mniej ważne – zakończenie.

Text: Jagoda Skowrońska

CORMAC McCARTHY - Droga (The Road )

33


„Wszyscy, którzy wytrwale próbowaliście odkryć tajemnice praw rządzących waszym istnieniem, którzy staraliście zmierzyć się z nieskończonym i których zmysły musiały poszukiwać ulgi w upojnym winie zepsucia i rozpusty, módlcie się za niego. Jego cielesna powłoka, dziś już oczyszczona, swobodnie unosi się pośród bytów, których istnienia był świadkiem. Niech modli się za niego każdy, kto widzi i wie.” Ten cytat to słowa Charlesa Baudelaire’a - autora sławetnych „Kwiatów zła” o najwybitniejszym amerykańskim twórcy grozy - Edgarze Allanie Poe. I słowa te nie znalazły się tutaj przypadkiem, bowiem równie dobrze, z jednakową dla siebie trafnością, mogły zostać wypowiedziane o naszym rodzimym twórcy grozy, który z niewiadomych przyczyn przez lata zepchnięty został wręcz w otchłań zapomnienia. Mowa o polskim Księciu Grozy - Stefanie Grabińskim.

Debiutował wcześnie, bo już w roku 1909, pod pseudonimem Stefan Zalny wydał skromny wybór nowel - „Z wyjątków. W pomrokach wiary”. Na kolejną książkę kazał czekać spory kawałek czasu, bo aż do roku 1918 - zatytułował ją „Na wzgórzu róż. Nowele”. Zbiór ten został przychylne przyjęty przez czołowych krytyków tamtego czasu - Wilama Horzycę i Karola Irzykowskiego, co z pewnością pomogło młodemu autorowi wydać kilka następnych książek w początkach latach dwudziestych („Demon ruchu” 1919, „Szalony pątnik” 1920, „Księga ognia” 1922, „Niesamowita opowieść” 1922). W późniejszym okresie powstały powieści: „Salamandra” (1924), „Cień Bafometa” (1926), „Klasztor i morze” (1928), a pod koniec życia autor wydał kolejny zbiór opowiadań - „Namiętność. Opowieść wenecka” (1930), oraz powieść „Wyspa Itongo” (1936).

Urodził się on 26 lutego 1887 roku w małej miejscowości - Kamionka Strumiłowa nad Bugiem. Edukację odbył gruntowną, studiował literaturę polską i filologię klasyczną na Uniwersytecie Lwowskim, a to w efekcie doprowadziło go do złożenia egzaminu nauczycielskiego w 1911 roku i rozpoczęcia pracy w publicznych i prywatnych gimnazjach lwowskich. We wczesnej młodości Grabińskiego dopadła gruźlica, z którą walczył przez W roku 1921 Grabiński napisał dramat całe życie i z którą przegrał walkę, nie sceniczny „Ciemne siły (Willa nad morzem)”, który wystawiono na deskach skończywszy nawet 40 lat.

34


Krzysztof Teodor Toeplitz niejako przypomniał o nim, pisząc scenariusz na bazie opowiadania „Demon ruchu” (film wyreżyserował w 1967 roku Ryszard Ber, ale to właśnie nazwisko Toeplitza jest z nim głównie i nierozłącznie kojarzone). Kolejne etapy „przypominania” o Grabińskim szerszemu gronu czytelników to doskonała seria „Stanisław Lem poleca” (prezentująca m.in. „Opowieści starego antykwariusza” M. R. Jamesa), która w 1975 roku wydała tom „Opowieści niesamowite” z przekrojowym wyborem nowel Grabińskiego, a także trzytomowa edycja „Dzieł wybranych” pod redakcją A. Hutnikiewicza prezentująca - oprócz nowel - także powieści „Salamandra”, „Cień Bafometa” i „Wyspa Itongo” (1980). W ostatnich latach ponownie ukazał się „Demon ruchu”, wydany przez Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża w 2006 roku.

dem, przy okazji. A autor ten zasługuje na uwagę przede wszystkim ze względu na nowelistykę, w której osiągnął wyżyny i którą - śmiem osobiście twierdzić - doścignął swego mistrza, Poe’ego, a może nawet go przerósł - może w nielicznych tylko opowiadaniach, ale jednak... Zawsze ubrany na czarno, blady ta bladość podkreślana była nieustannie przez trawiącą go chorobę - o błękitnych oczach i zamyślonym, nieobecnym spojrzeniu Grabiński przypominał swego bohatera, jakby nieobecnego, nierealnego, tylko momentami przenikającego „z tamtej strony” do naszego świata. Światy kreowane przez Grabińskiego są niezwykle realistyczne i dokładne w oddawaniu niuansów rzeczywistości, ale paradoksalnie - realizm ten powoduje uczucie grozy i lęku. Bo wszystko wokół nas kryje jakąś tajemnicę, a kiedy zbyt uważnie się temu przyglądamy, kto wie, co możemy dostrzec?

Text: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Teatru Małego w Warszawie, Krakowie i Lwowie, oraz misterium dramatyczne „Zaduszki”. Mimo tak obszernego w stosunku do czasu trwania okresu twórczego - dorobku i doskonałości dzieł, zwłaszcza w dziedzinie nowelistyki fantastyki grozy pozostał Grabiński twórcą raczej nieznanym.

Obecnie czasem się o Grabińskim wspomina, czasem nawet się o nim pamięta, ale z grzeczności raczej, a nie z fascynacji. Jest to przykre i niesprawiedliwe, zważywszy na fakt, jak niezłomną popularnością cieszy się w naszym kraju Edgar Allan Poe, podczas gdy nasz własny, rodzimy twórca jest zepchnięty w mroki niepamięci i ignorowany nie tylko przez wielu czytelników, ale i krytykę literacką oraz publicystykę, która wspominając o Grabińskim, czyni to tylko mimocho-

35


Wpływ na twórczość Księcia Fantastów miały najznamienitsze nazwiska ówczesnego literackiego świata. Pomijając kilkakrotnie już wspomnianego Poe’ego, wystarczy nadmienić, że na kartach popularnych ówczesnych czasopism, jak „Chimera” lub „Życie”, przewijały się nazwiska najlepszych autorów, najdoskonalszych twórców, którym irracjonalizm i fantastyczność były mu niezwykle bliskie. Maeterlinck, Baudelaire, Strindberg, Kierkegaard - to tylko niektórzy z wielkich, z jakich twórczością zetknął się Grabiński. Siłą rzeczy ich dzieła musiały wywrzeć na Polaku wpływ. I wywarły. Jednak zarzucanie Grabińskiemu braku oryginalności oznaczałoby zupełną nieznajomość jego warsztatu. Owszem, nie da się wykluczyć pewnych naleciałości od innych, ale to jest bardziej chlubą niż ujmą dla pisarza. A „polski Poe” wprowadził samodzielnie do swej twórczości wystarczająco wiele elementów, by móc z łatwością odżegnać się od jakichkolwiek posądzeń o wtórność. Dla potwierdzenia tych słów wystarczy przywołać tom niewątpliwie najlepszy w dorobku Grabińskiego - „Demon ruchu”, gdzie pojawia się pierwszy ze stworzonych przez autora demonów.

się z „Wampirem” Reymonta czy też satanistyczną twórczością Stanisława Przybyszewskiego lub demoniczną poezją Micińskiego. Autor „Demona ruchu” usilnie wierzył w istnienie drugiej strony, jakiejś alternatywy naszego świata, z pozoru podobnej do niego, ale różniącej się w szczegółach, a z którą zetknąć się może człowiek uduchowiony, z umysłem otwartym na to, co obce, nieznane, niezbadane. Bohaterowie Grabińskiego stykają się z owym nieznanym często w sposób przypadkowy, ale niejednokrotnie w wyniku głębokiego, wewnętrznego pragnienia, tkwiącego gdzieś w ich podświadomości, nie odczuwanej bezpośrednio na jawie, ale w postaci znaków i impulsów, które przenikają do naszego świata z tamtej strony i przyzywają ich niejako.

Według Grabińskiego rzeczy, które zdarzają się na co dzień, nie zawsze są przypadkiem - czasem jest to z góry przyjęte i konsekwentnie realizowane założenie jakiejś wyższej siły, nie do końca określonej, nie do końca sprecyzowanej, pochodzącej „z tamtej strony”, „z tamtego brzegu”. Dla człowieka zawsze i nieuchronnie kończą się fatalnie, O doskonałości twórczości Grabińskie- zwłaszcza w sytuacji, kiedy bohater walgo świadczy nie tylko sprawny i bogaty czy ze swym przeznaczeniem. język literacki, ale też głęboka i konkretna podbudowa teoretyczna obejmująca Autor był też twórcą tematyki specyficztakie dziedziny nauki jak psychologia, nej, opartej głównie na wspomnianych psychiatria i psychopatologia czy też już stworzonych przez siebie „demonach odłamy w tamtym okresie zaliczane do dziedzin”, obejmujących w szczególnopseudonaukowych, choć niezwykle po- ści środowisko kolejarskie i strażackie. pularnych, jak mediumizm, spirytyzm, W tomie „Demon ruchu” - pokazał różokultyzm i demonologia. O popularności norakie formy demonicznych wątków, od tej tematyki w czasach Grabińskiemu nie opętanych kolejarzy i dróżników („Matrzeba przekonywać nikogo, kto zetknął szynista Grot”), po nawiedzone bocz-

36


nice kolejowe („Głucha przestrzeń”), widmowe pociągi („Błędny pociąg”) i podróże poza granice naszego czasu i przestrzeni („Ślepy tor”, „Ultima Thule”). W opowieściach strażackich ogień kreowany jest na świadomą, uosobioną siłę, zdolną realnie, fizycznie przeciwstawić się tym, którzy z nim walczą („Czerwona Magda”), albo też działać pośrednio, poprzez demony - stwory kryjące się w kominach („Biały Wyrak”). Czasem też ogień zdolny jest tak zafascynować człowieka, że potrafi go opętać i rzucić w tym szaleństwie w swoje trzewia („Pożarowisko”). Kobiety u Grabińskiego to niejednokrotnie demoniczne postacie, typowe femme fatale, ciągnące mężczyzn do zguby i zatracenia. Ta specyficzna kreacja płci odmiennej to rzecz dla Grabińskiego charakterystyczna i wiele z jego utworów na tym skupia główną oś swojej fabuły. Czasem są to kobiety działające przeciwko mężczyźnie w sposób w pełni świadomy, a do tego jeszcze przesycony demonicznym, perwersyjnym zaangażowaniem seksualnym („Cień Bafometa”) lub wynikający z chęci odebrania mężczyźnie życiowej energii („W domu Sary”). Czasem też jawi się jako iluzja, fałszywy obraz omamiający bohatera i kryjący przed nim prawdziwy obraz śmierci i zepsucia („Kochanka Szamoty”). Jak już wspomnieliśmy, twórczość Grabińskiego w samym początku została przyjęta stosunkowo przychylnie przez krytykę, jednak w okresie późniejszym traktowano ją z dużą rezerwą, nie szczędząc też gorzkich słów. Pojawiały się niejednokrotnie zarzuty o dydaktycz-

ność, nadmierne przesycenie powieści akademickimi wykładami na tematy okultystyczne (np. w „Salamandrze” czy „Cieniu Bafometa”). Tę nieprzychylność krytyki okupił Grabiński zepchnięciem z literackiej sceny i zapomnieniem, przypieczętowanym dość młodą śmiercią. Swą niechęć do krytyki autor zawarł niejako w opowiadaniu „Dziedzina” - trudno tu nie doszukać się nawiązań do osobistych odczuć samego Grabińskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to autor w naszym kraju prawie nieznany i niedoceniany. Irzykowski - oceniając jego wczesną twórczość - stwierdził, iż Grabiński powinien być przekładany na inne języki europejskie i wydawany w innych krajach, gdyż tam nie musiałyby się sztucznie lansować. Zważywszy na dorobek choćby niemieckiego romansu grozy, nie sposób nie przyznać tym słowom racji. I to właśnie Niemcy docenili naszego mistrza grozy najbardziej, zaliczając go w poczet reprezentantów klasycznych romansu grozy w sławetnej Bibliotece Domu Usherów. Teraz więc może kolej na nas? Na to, by docenić najwybitniejszego twórcę grozy w naszym kraju i przypomnieć go młodym czytelnikom, wychowanym na Kingu i Mastertonie? Z pewnością Grabiński nie pisał dla wszystkich. Jednak ci, których fascynuje Poe, którzy zachwycili się mrocznymi wizjami Stokera lub tajemniczą, irracjonalną poetyką Bierce’a - na pewno przy lekturze autora Demona ruchu nie poczują się zawiedzeni.

37


-------------------------------------- Ocena: 2/6 Wydawca: Amber l992 Tłumaczenie: Cezary Ostrowski Ilość stron: 224

„Sfinks” to trzecia powieść Grahama Mastertona, która miała pokazać nam - jak głosi Amberowska okładka - nowy wymiar strachu i seksu. No i pokazuje, tylko że to pierwsze nie powala na kolana, a to drugie najzwyczajniej obrzydza.

znajomych dziewczyn, bo możesz skończyć jako danie dla drapieżnika”.

Text: Piotr Pocztarek

GRAHAM MASTERTON - Sfinks (The Sphinx)

Tym razem Graham Masterton nie poparł swojej opowieści solidnie zarysowanym tłem historycznym. Kilka wymyślonych na szybko podań i historii rodem z Afryki nie Gene Keiller, młody, przebojowy poli- stanowi dla czytelnika żadnej tajemnityk pracujący w Departamencie Stanu, cy, nie daje do myślenia ani nie podnosi podczas eleganckiego przyjęcia pozna- wiarygodności fabuły. je niesamowicie piękną dziewczynę, córkę tragicznie zmarłego francuskiego Jak na horror książka ma w miarę indyplomaty. Od pierwszego wejrzenia teresujący klimat, łatwo możemy wczuć się w niej zadurza i po prostu pragnie się w rolę bohatera, który odkrywa, że zaciągnąć ją do łóżka. Dziewczyna jego partnerka nie jest tym, za kogo się z początku się opiera, lecz w miarę roz- podaje. Kilka solidnie skonstruowanych woju fabuły otwiera się na Gene’a co- scen budzi lęk, ale nie przerażenie. raz bardziej, ujawniając swój mroczny, krwawy sekret. Lorie Semple jest bo- Początki kariery pisarskiej Mastertowiem potomkinią rodu Ubasti, pół ludzi- na były - jak widać - raz lepsze, raz pół lwów, którzy wedle starej egipskiej gorsze. „Sfinks” niestety należy do tej tradycji muszą kopulować na przemian drugiej grupy. Książkę mogę polecić z ludźmi i grzywiastymi królami dżun- zagorzałym fanom pisarza, którzy i tak gli... pochłoną wszystko, nawet jeśli Graham stworzyłby poradnik kiszenia ogórków Powieść „Sfinks” jest krótka, równie (sam do takich osób należę). Jednak dobrze mogła by być opowiadaniem. w dorobku pisarza są dziesiątki dużo Amber użył dużej czcionki, by sztucznie lepszych pozycji - i to od nich proponuję zwiększyć ilość stron, dlatego też książ- zacząć, by do autora się po prostu nie kę czyta się łatwo i szybko. Niestety, zrazić. „Sfinks” jest co prawda solidnie historia Gene’a i jego drapieżnej narze- napisany i momentami udaje się stwoczonej nie stanowi żadnego kąska - ani rzyć Mastertonowi intrygującą atmosfeintelektualnego, ani nawet rozrywkowe- rę, ale brak tu solidnego tła i pełnokrwigo. Jest solidnie napisaną bajką dla do- stych postaci, a do tego opisywana tu rosłych, której morał mógłby brzmieć: historia bywa nudna i nielogiczna. Sytu„nie zaciągaj do łóżka pięknych, nie- acji nie poprawia też nieciekawy finał.

39


THE CHANGELING Zemsta Po Latach Kanada 1980 Dystrybucja: Vision Reżyseria: Peter Medak Obsada: George C. Scott Trish Van Devere Melvyn Douglas Jean Marsh

Text: Marcin Dobrowolski

X X X X X

Współczesny odbiorca nie musi wysilać wyobraźni, gdyż wszystko jest od początku do końca bardzo szczegółowo przedstawione. A przecież, jak powiedział kiedyś Val Lewton: „Nie ma niczego straszniejszego od zamkniętych drzwi”. O zasadzie tej pamiętał Peter Medak, reżyser kanadyjskiego horroru „Zemsta po latach”. Kompozytor John Russel w wypadku samochodowym traci żonę i córkę. Po tak ogromnej tragedii ciężko jest mu powrócić do normalnego życia. Zapomnienia i świętego spokoju postanawia poszukać w zupełnie nowym dla siebie miejscu. Los rzuca go do opuszczonego od wielu lat ogromnego domu na kompletnym odludziu. Miejsce to wydaje się idealne, by ponownie komponować muzykę i wrócić do siebie po tak ogromnej stracie. Okazuje się jednak, iż zaznanie spokoju nie będzie bohaterowi przeznaczone. Szybko dają bowiem o sobie znać nadprzyrodzone siły, które niczym całun spowijają owe wiekowe domostwo. Stare ściany

okazują się skrywać przerażającą tajemnicę dawnych mieszkańców. Tylko John może rozwikłać niezwykłą zagadkę morderstwa sprzed lat i przynieść ukojenie niespokojnej duszy nawiedzającej starą rezydencję. „The Changeling” to klasyczny horror w gotyckiej konwencji. Mamy tu do czynienia z filmową ghost story w najlepszym wydaniu. Klimat grozy narasta stopniowo i niczym pętla coraz mocniej zaciska się na szyi widza. Zabytkowy dworek, w którym rozgrywa się większość akcji, robi bardzo ponure wrażenie. Obecność ducha sygnalizowana jest początkowo bardzo subtelnie. Słyszymy tajemnicze odgłosy, szepty, kroki, głuche trzaskanie w ściany... Nadprzyrodzona moc uderza w klawisze fortepianu i miota różnymi przedmiotami, by naprowadzić

Ostatnimi czasy coraz trudniej o filmy grozy, które wywołują w widzu poczucie strachu i nie popadają przy tym w tanie efekciarstwo.

40


na właściwy trop nowego właściciela. Nie zabraknie wszak wątku detektywistycznego, który jest kolejnym atutem tego obrazu. Intryga pozostaje dla nas enigmatyczna aż do samego końca i nie pozwala oderwać się od ekranu nawet na moment. Rewelacyjna muzyka i specyficzna praca kamery także zasługują na oklaski, warstwa dźwiękowa świetnie ilustruje bowiem akcję. Wszystkie te elementy w połączeniu z wielkim kunsztem aktorskim George’a C. Scotta dają iście piorunujący efekt! Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że jedna ze scen z omawianego tytułu została zapożyczona i wiernie skopiona w kultowym survival horrorze Silent Hill.

nia ważniejsza niż nagminnie serwowane we współczesnym kinie gotowce, będzie zadowolony. Geniusz tego horroru polega na tym, że mimo swego minimalizmu (a może właśnie dzięki niemu) jest przerażający. Jeśli mam być szczery, to groza w tej formie przemawia do mnie Polecam „Zemstę po latach” każde- bardziej. Dźwięk skrzypiących zawiasów mu miłośnikowi klasycznych opowieści czy widok skrytego w półmroku wózka inwalidzkiego straszy o wiele skuteczniej o duchach. niż komputerowe duchy. Trzeba tylko... Każdy, dla kogo niedopowiedzenie jest użyć wyobraźni. ciekawsze od oczywistości, a wyobraź-

41


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Wiersze niepokojące Leon Kiep O psie co już nie jeździ koleją Pies to najlepszy przyjaciel człowieka, mawiają. Czy mają rację? Miewają. Na stacji kolejowej w Dusznikach Zdroju czekałem na pociąg z Kudowy. Cudowna chłodna noc - pomyślałem - szczególnie po dniu pełnym znoju. Pachniało kwiatami, a owadzia cisza trwała. Piękna stacja (choć podupadła), brudna, lecz dumna, rdzą stała. Przysiadł się pies. Ja na ławce, on na peronie siedział. Patrzył mi w oczy, łeb przechylił - nic nie powiedział. Podróżnym na miejscu byłem jedynym. Czy pies dokądś jechał, nie wiem - więc myślę - jedynym - kto by w to wnikał. Do czasu! - jak powiedział zegarmistrz na urodzinach żony “Niech żyje nam!” (z charakteru wdowy). Wesołek wkroczył na stację, nucąc “Te dni już nie wrócą la la la”; no a nucił fatalnie. Gdybym miał pilot wyłączyłbym zdalnie. Lub strzelbę. Oj, tak. Pies najwyraźniej pomyślał o tym samym, bo zęby pokazał i warknął. Przysiągłbym, że zdążył jeszcze puścić mi oczko, lecz ktoś by mnie pewnie zamknął. W zakładzie. Co do psa - ruszył zawadiackim krokiem Diabła lub Burka - capo ulicy - w stronę nucącego. Krokiem, którego zlękliby się nawet najtwardsi zawodnicy karate lub boksu, czy inni fakirzy (połykacze koksu). Usiadł przed śpiewakiem - któremu dryndoli komórka - cisza kona. Facet nie widzi psa, co żółte zęby szczerzy w uśmiechu strasznym - jego waga - tona. Uśmiechu w sensie. Podróżny wgapiony w ekranik, ślepy i głuchy jak żołnierza trep, psa zignorował. A pies odgryzł mu łeb.

44


[ Wiersze niepokojące ]

Chrupnęło tylko. Raz a dobrze, jak spadające drzewo, po wkurwionym bobrze. Zapaliłem nerwowo - KREW tryska - papierosa rodzimej marki, popularnego tygryska, że niby nic sobie z tego nie robię - KREW sika - i równie dobrze mógłbym podziwiać różowego chochlika, co na drzewie, w habicie mnicha, układa domek z kart - pies na mnie patrzy - kredytowych. A serce ledwo mi pika. Usiadł przede mną, a łeb miał cały czerwony. Oczy też. Jak jarzące się światła stopu lub nocą w mieście sklepowe neony. Pies był dobrze wychowany nad wyraz; oblizał tylko sobie nos wycharczał - “Dobranoc” i poszedł w swoją stronę. Morał z historii dwojaki: pies najlepszym przyjacielem człowieka jest, a przyjaciół poznasz w biedzie; po drugie: nie hałasuj, baranie, w piękną i cichą noc w górach, bo zginiesz marnie (cierpiąc męczarnie) pod zębami psa, co przeklęty, strzeże ciszy i tylko szuka zachęty, by sprawnym ruchem szczęki pozbawić cię głowy lub ręki. O!

ZAPISZ SIE JUZ DZIS NA:

>> WWW.GRABARZ.NET Formularz rejestracyjny dostępny jest na stronie głównej Grabarza pod hasłem >NEWSLETTER< Subskrypcja jest darmowa. Można z niej zrezygnować w każdej chwili.


Nowy thriller mistrza gatunku


[ Kamil „Skolmon” Skolimowski - Pieprzone cmentarne żuczki ]

Kamil „Skolmon” Skolimowski Pieprzone cmentarne żuczki

Przemek otworzył swój mocno sfatygowany już zeszyt. Na drugiej stronie wymiętej okładki widniał nakreślony byle jak napis „Deadline - 30.08”. Chłopak spojrzał z kwaśną miną na nabazgraną informację i zwrócił twarz ku bramie wejściowej cmentarza. Uśmiechnął się do własnych myśli. „Całkiem mi już odwala z tymi cmentarzami. No ale skoro da się tu czytać książki, to i znajdzie się wenę do napisania jakiejś zgrabnej historyjki.” Usadowił się wygodniej na marmurowym podeście głównego pomnika cmentarza. Nieprzedstawiająca nic konkretnego statua wznosiła się dumnie ponad resztą anonimowych nagrobków. Cień pomnika wydłużał się i podpełzał coraz bliżej głównej bramy. Przemek po wkroczeniu na teren cmentarza zamknął za sobą żelazną, nieco przerdzewiałą już furtkę. Właściwie zrobił to odruchowo, bo wiedział, że i tak nikt tu za nim nie przyjdzie. Poza tym to dawało mu głupie poczucie posiadania tego starego radzieckiego cmentarza tylko dla siebie. A kiedy przychodził tu letnimi popołudniami z jakimś opasłym tomem Kinga pod pachą, potrzebował takiego właśnie dziwnego odosobnienia. Spękane i zaniedbane płyty nagrobne wbite w zarośniętą ziemię i ogólne zapuszczenie tego skądinąd urokliwego miejsca wyraźnie wskazywały na brak jakiegoś stałego opiekuna cmentarza. Był po prostu permanentnie opuszczony. Tak Przemek znalazł sobie oddaloną od centrum miasta miejscówkę, gdzie mógł śmiało uciekać przed ludźmi oraz pośpiechem i szaleństwem codzienności. Albo po prostu przeczytać jakiś horror czy - tak jak właśnie teraz - poszukać weny do napisania opowiadania na konkurs. Koniec sierpnia był tego roku wyjątkowo upalny, jednak - co zdziwiło Przemka - tego wieczora na cmentarzu zabrakło komarów lubujących się w panującej o tej porze ciepłocie. Nie był tu jeszcze tak późno. Z reguły przychodził koło południa. Jednak tym razem pora nie mogła być inna - wszak tu chodziło o spłodzenie opowiadania grozy z prawdziwego zdarzenia. Chłopak wziął ze sobą latarkę, w razie gdyby przybywanie weny opóźniło się i gdyby zapadł zmrok uniemożliwiający swobodne pisanie. „Całkiem mi już odwala z tym cmentarzem”, pomyślał raz jeszcze. Wyjął długopis z kieszeni swojej koszuli, z plecaka wyciągnął puszkę piwa, postawił ją na honorowym miejscu tuż

47


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

obok siebie i zaczął skrobać mniej więcej w połowie zeszytu. „Samochody ze świstem mijały stojącego na poboczu osobnika, zostawiając w tyle jedynie kłęby kurzu i dymu. Autostopowicz odkaszlnął gwałtownie, kiedy pył po raz kolejny dostał się do jego ust i osiadły na podniebieniu.” - Nie no, co za pierdoły! - warknął Przemek sam do siebie i przekreślił zamaszyście trzy linijki. Wiedział, że to dopiero trening w celu wyszukania odpowiedniego punktu zaczepienia, jednak nie lubił, jak potencjalne początki mu nie wychodziły. No dobra, z innej strony. „Człowieka W Białej Czapce spotkałem tego pamiętnego, październikowego wieczora, kiedy wracałem z jakiegoś koncertu. Bez żadnych ostrzeżeń, znaków, po prostu znienacka ON pojawił się...” - Noo, taa, i co jeszcze... - mruknął Przemek, coraz bardziej wściekły na siebie za tę miałkość pomysłów. Człowiek W Białej Czapce. Autostopowicz. Niewiadomo, co bardziej kretyńskie. „A może napisz jeszcze o przydrożnym leśnym ssaku i o Transwestycie W Różowym Staniku?” Przemek przejechał dłonią po twarzy i postukał niecierpliwie czubkiem długopisu w dwie linijki świeżo nabazgranego tekstu. Po chwili i ten początek potraktował spektakularnym przekreśleniem. „Szlag”, pomyślał. „W ten sposób pogniję tu do północy”. Sięgnął po błyszczącą puszkę, nie patrząc na nią. Nagle poczuł dziwne, nieprzyjemne łaskotanie na palcach. Spojrzał na dłoń trzymającą puszkę i z obrzydzeniem nią potrząsnął, zrzucając na marmurową płytę kilka czerwonych robaczków, stałych bywalców radzieckiego cmentarza. Wkurzały go te szkarłatne żuczki już samym swoim jestestwem. Teraz zirytował się dodatkowo z powodu wstrząśniętego przy zrzucaniu robaczków piwa. Ostrożnie otworzył puszkę. Piana, wściekle sycząc, wytrysnęła spod kluczyka. Parę kropel opadło na otwarty zeszyt. Chłopak, dostrzegłszy rosnące na jego nieudolnym tekście plamy od piany, odrzucił na bok swój brudnopis i zaklął siarczyście. Piwo wzięło przykład z właściciela i także się wzburzyło. Przemek nie docenił jednak tej solidarności, tym bardziej że część złocistego płynu zapoznawała się już z jego bojówkami. - ...rrrwa... - mruknął chłopak. Ochłonął nieco i łapczywie upił sporą część piwa. Pomogło. Złość przeszła. Widmo zbliżającego się deadline’u wysyłania prac na konkurs nadal jednak nad nim wisiało. Przemek westchnął ciężko i rozejrzał się za odrzuconym kajecikiem. Dostrzegł go jakieś pół metra od siebie. Zaopiekowała się już nim parka pieprzonych cmentarnych żuczków, z zainteresowaniem pomykających po niebieskiej okładce. Przemek pociągnął kolejny łyk piwa i uśmiechnął się krzywo. Nagle wpadł mu do głowy pomysł jeszcze bardziej kretyński od tego o autostopowiczu i białej czap-

48


[ Kamil „Skolmon” Skolimowski - Pieprzone cmentarne żuczki ]

ce. Napisze krwawe opowiadanie o inwazji pieprzonych cmentarnych żuczków! Do uszu rozbawionego Przemka dotarł nagle głuchy chrzęst kamieni i cichy pomruk dochodzący z szosy tuż za bramą cmentarza. Ktoś zajeżdżał przed furtkę. Chłopak zapomniał o czerwonych robaczkach, zeszycie i opowiadaniu i wytężył wzrok. Nie było jeszcze całkowicie ciemno, ale słońce już zniknęło i szarość coraz śmielej zwiastowała nadejście zmroku. Przemek zmarszczył brwi i delikatnie odstawił puszkę na bok. Był tak zdziwiony przyjazdem obcego auta, że nawet nie pomyślał o usunięciu się spod pomnika. Silnik zgasł, ciche mruczenie ustało. Jednak z samochodu nikt nie wysiadł. Przemek rozejrzał się niespokojnie. Nagle szarość gasnącego dnia wydała mu się przerażająca. Nie wiadomo, czy bardziej ciekawość, czy zdumienie przygważdżało go wciąż do marmurowego podestu i nie pozwalało stamtąd uciec. Zresztą najprawdopodobniej i tak nie był widoczny z wejścia na cmentarz, po prostu wtopił się w szarość. Najprawdopodobniej. Przez moment Przemek pomyślał nawet, że może tajemniczy przyjezdny wcale nie zamierzał wchodzić na cmentarz. Może zaraz wyjdzie z auta i po prostu odleje się pod którymś z drzew, po czym odjedzie. Tak się jednak nie stało. Nagłe kliknięcie i lekkie skrzypnięcie. Ktoś wychodził od strony kierowcy. Przemek zmrużył oczy i wytężył wzrok, jak tylko mógł. Nie podobał mu się dziwny ucisk w żołądku. Coś się stanie - wołał ów ucisk. Mężczyzna (postura wychodzącego nie pozostawiała wątpliwości co do płci) zatrzasnął za sobą drzwiczki auta i powoli, niemal flegmatycznie skierował się do tylnych drzwi. Przemkowi rozszerzyły się oczy. Tu coś było nie tak. Facet wyglądał jakoś dziwnie. Potężny, z olbrzymim garbem, zarośnięty na twarzy, ubrany w jakiś sweter czy coś bluzopodobnego. Sapał. Tak, cicho wprawdzie, ale dosłyszalnie sapał. Przemek w milczeniu obserwował dalej. Facet chwycił ciężkim łapskiem za klamkę tylnich drzwiczek i otworzył je. Zajrzał do środka i znieruchomiał tak na chwilę. Wyraźnie obserwował coś znajdującego się wewnątrz auta. Cmentarną ciszę przerywało jedynie to przerażające sapanie. Nagle mężczyzna sięgnął na tylne siedzenie i zaczął się z czymś szarpać. Sekundę później wyciągnął z wnętrza poloneza jakiś duży worek. Zawartość nie pozostawiała wątpliwości. W środku worka musiał być człowiek. A może już tylko ciało? Przemek drgnął niespokojnie i przesunął rękę. Niespodziewanie przewrócił puszkę. Ta z głośnym stukiem przeturlała się i pozbyła ze środka resztek piwa. Mężczyzna odwrócił się w stronę Przemka. Nawet z odległości tych 10 metrów od furtki

49


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

chłopak widział, że potworny garbus patrzy w jego stronę. Trzyma to pieprzone ciało zawinięte w jakiś zatęchły worek i patrzy właśnie na niego. Sapanie ustało. Przemek znieruchomiał. Słyszał tylko cichutkie syczenie pełznącej po marmurze piany z wylanego piwa. Garbus cały czas patrzył. Setki myśli przelatywało teraz przez umysł Przemka. Tusięjeszczechowaludzi? Możetojakiśżart? Widzimnieczynie? Zachiałocisiękurwacmentarza? Możetojakiśpsychopata? Amożelokalnycieć? Tusięjeszczechowaludzi? Chłopakowi wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim upiorny mężczyzna odwrócił wzrok. Rozejrzał się jeszcze powoli po frontowych partiach cmentarza, po czym przerzucił „zawiniątko” przez ramię i zatrzasnął drzwi. Przemek drgnął niespokojnie, kiedy poczuł, że znowu coś mu łazi po dłoni. „Pieprzone cmentarne żuczki. Zdradzą mnie.” Garbus ociężale podszedł do furtki i, prawą ręką przytrzymując i przyciskając do ciała przerażający pakunek, otworzył wejście na cmentarz. Zawiasy furtki zaskrzypiały przeraźliwie niczym w kiepskim horrorze. Przemek poczuł, że drży. „Niech nie idzie prosto... Niech skręci... Niech, kurwa, nie idzie prosto...” Mężczyzna wszedł na teren cmentarza i zatrzymał się. Jego flegmatyczność była nie mniej przerażająca od karykaturalnej postury. Spojrzał w lewo, spojrzał w prawo, spojrzał też na trzecią możliwość drogi - wprost. Przemek zamknął oczy. Za poprzednim razem najwyraźniej pozostał niezauważony, czy i teraz mu się upiecze? Po chwili do jego uszu dobiegły głuchy odgłos ciężkich kroków nocnego gościa. Chłopak odważył się otworzyć oczy. Garbus poszedł w prawo. Po chwili zniknął za rzędem drzew. Wciąż mając w uszach jego ociężałe stąpnięcia, Przemek ostrożnie podniósł się z podestu. Strzyknęły mu kości i aż gorąco mu się zrobiło na myśl, że garbus mógł to usłyszeć. Ale nie, ten szedł powoli dalej, miarowe kroki wciąż dudniły. Chłopak sięgnął po swój plecak. Metalowe klamry stuknęły o kamień podestu i zabrzęczały. Kroki garbusa zatrzymały się. Przemek poczuł, jak po plecach spływa mu strużkami zimny pot śmierdzącego strachu. „Usłyszał.” W tym samym momencie rozległo się głuche uderzenie o ziemię i jakby... jęk. „Upadł?” Przemek strącił z policzka czerwonego robaczka i zaczął nasłuchiwać dalej. „Nie, zrzucił na ziemię swój pakunek”, wywnioskował. Powoli zaczął posuwać się do przodu. Usłyszał swoisty szelest i uznał, że garbus zaczął wypakowywać ciało. Osiem metrów od furtki.

50


[ Kamil „Skolmon” Skolimowski - Pieprzone cmentarne żuczki ]

Pieprzyć zeszyt, pieprzyć garbusa, pieprzyć ten cmentarz. Stąd trzeba wiać i nigdy tu nie wracać. Sześć metrów od furtki. Przemek poruszał się szybko, ale bezszelestnie. Cztery metry od furtki. - Boże, proszę, niech mnie pan zostawi... Cztery metry od furtki. Dziewczęcy błagalny głos. Przemek zatrzymał się i znieruchomiał. Zacisnął dłoń na przewieszonym przez ramię pasku plecaka. - Czego pan chce? Błagam... Nie do końca świadomie Przemek przyczaił się za najbliższym drzewem. Nawet nie zarejestrował zapadnięcia zmroku i ciemności spowijającej cmentarz. Teraz to słuch, nie wzrok, pracował mu na najwyższych obrotach. Drżał. Nadal nasłuchiwał dziewczęcego głosu należącego bez wątpienia do zdobyczy garbusa. - Błagam, błagam... Co pan robi? CO PAN RO... Głos dziewczyny przeszedł w przerażający zdławiony krzyk, a potem w coś jakby kwik i bulgotanie. Kwik potęgował się z każdą chwilą. Towarzyszyły mu obrzydliwe plaśnięcia. W końcu spośród nawału przerażających dźwięków Przemek wychwycił metaliczne kliknięcie. Kwik przeszedł w spazmatyczny szloch przerywany dźwiękami krztuszenia się i bulgoczącego bełkotania. „Co on jej, kurwa, robi?” Kolejny dźwięk, który zmroził krew w żyłach chłopaka był krótki, ale wychwytywalny i przerażająco oczywisty. Garbus rozpinał sobie rozporek. Ściągał spodnie. Nie było wątpliwości, co chce zrobić. Przemek mimo najszczerszych chęci nie był w stanie powstrzymać krótkiego urywanego krzyku, jaki wydarł mu się z ust. Zatoczył się lekko na drzewo i chwiejnie wycofał o jakiś metr. Manewry mężczyzny nagle ucichły. „Usłyszał?” Teraz słychać było tylko słabnące bulgotanie i krztuszenie się. „Co on jej zrobił? Jezu, co on jej zrobił?” Przemek usłyszał zbliżające się kroki. Przerażające flegmatyczne tupnięcia były coraz bliżej, jednak chłopak nie był w stanie uciekać. Stał za drzewem, jakieś pół metra od dróżki, którą nadciągało zło. Czekał, aż te ogromne łapska pochwycą go i skręcą mu kark z łatwością, z jaką łamie się małą zapałeczkę. W końcu ujrzał oprawcę zza grubego pnia drzewa. Jednak garbus nie zauważył Przemka. Przeszedł dalej i skręcił w stronę pomnika. Wystarczyłoby wówczas, że spojrzałby w bok, a bez problemu dojrzałby odsłoniętego, przerażonego i sparaliżowanego przez strach chłopaka. Jednak tak się nie stało. Przemek zdążył się dyskretnie przyjrzeć prześladowcy.

51


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

Twarz garbusa przypominała pokraczny dziecięcy rysunek. Powykrzywiana niczym wyjątkowo nieudana karykatura, żałośnie niesymetryczna. Nad prawym okiem znajdowała się łysa narośl i była to chyba jedyna pozbawiona włosów część twarzy. Lewe oko pokrywała błona postępującej katarakty, co wyjaśniało problemy z dostrzeżeniem Przemka. Sapanie dobywało się z ogromnych wysuniętych ust otoczonych spękanymi wargami. Garbus nie miał szyi. Jego łapska z odległości pół metra wzbudzały jeszcze większe przerażenie. Przemek wiedział, że teraz, właśnie teraz powinien rzucić się do furtki i po prostu stąd uciekać. Zdążyłby, na pewno by zdążył. Był jednak tak przerażony, że jedyny ruch, jaki teraz mógł wykonać, to co chwilowe wzdrygnięcia. Garbaty mężczyzna doszedł pod pomnik. Dostrzegł przewróconą puszkę i przypadkiem nadepnął na zeszyt Przemka. Schylił się powoli i podniósł zabazgrany próbkami opowiadań kajecik. Przemek sam nie zauważył, jak znalazł się przy wysuniętym z worka ciele. Przykucnął przy dziewczynie i przyjrzał jej się uważnie wielkimi ze strachu oczami. Ta, związana, drżała konwulsyjnie i wciąż charczała, jakby się krztusząc. Dopiero po chwili zorientował się, dlaczego. Z ust dziewczyny wystawał krótki kawałek mięsistego kikuta, z którego płynęła obficie krew. „Ten skurwiel obciął jej język... Obciął jej język, żeby nie wzywała pomocy!” - Ciii... - wyszeptał Przemek niemal niedosłyszalnie. Przyłożył palec do ust i potrząsnął głową. Z wielkim trudem powstrzymał zbliżającą się niebezpiecznie falę wymiotów. Zauważył, jak po policzku dziewczyny przebiegają dwa czerwone robaczki. Teraz w tej ciemności w sumie ciężko było stwierdzić, czy faktycznie czerwone, ale to na pewno były te szkarłatne łajzy. Przemek rozejrzał się bezradnie, zagryzając nerwowo wargi. Jakieś dwa metry dzieliły ich od żelaznego, przyprószonego rdzą niewysokiego płotu okalającego cmentarz. Gdyby zgrabnie pochwycić tę biedną dziewczynę i przejść z nią szybko przez ogrodzenie... Naraz usłyszał ciężkie kroki. Odwrócił się z duszą na ramieniu i dostrzegł, jak jakieś siedem metrów od niego ciemna i pokraczna postać garbusa wychodzi furtką z cmentarza, podnosząc coś do ust. Puszka z resztkami piwa. „Czyżby odchodził?” W tym samym momencie rozległ się charczący i urywany, ale głośny krzyk okaleczonej. Tryskając krwią z ust, próbowała wywrzeszczeć swój ból. Garbus nie

52


[ Kamil „Skolmon” Skolimowski - Pieprzone cmentarne żuczki ]

zwrócił na to uwagi, nawet nie spojrzał w ich stronę. Zmiął puszkę w dłoni niczym kartkę papieru i wyrzucił za siebie, z powrotem na cmentarz. Przemek drżał już niemal tak konwulsyjnie jak dziewczyna z odciętym językiem. Płakał bezgłośnie. Garbus wsiadł do samochodu i zapalił silnik. Polonez kaszlnął cicho i rozpoczął swoje mruczando. Oprawca wycofał i wykręcił samochód w prawo. „Odjeżdża. Odjeżdża!” W tym samym momencie frontowe partie cmentarza, w tym także Przemka i dziewczynę zalało żółtawe światło z włączonych niespodziewanie reflektorów poloneza. Chłopak zasłonił twarz ramieniem, ratując oczy przed żrącym blaskiem. Czuł, jak przełyk wypełnia mu rosnący polip strachu. Teraz było już jasne, że psychopata przeczuwał, że ktoś tu jeszcze jest oprócz niego i ofiary, a teraz po prostu sprytnie przyłapał intruza. Dziewczyna znowu wydała z siebie przerażający, przeciągły i podobny do kwiku dźwięk. Zakrztusiła się mieszanką własnej krwi i śliny i wypluła zawartość ust na trawę. Z samochodu już wychodził do nich obłąkany garbus, dzierżąc tym razem ogromną siekierę. Nie szedł już wolno. Wyglądało na to, że wściekłość z powodu zakłócenia jego potwornych planów dodała mu sił i przyspieszyła go. Przemek podniósł się pokracznie. Sylwetka garbusa rosła mu w oczach - zbliżał się. Chłopak ponownie usłyszał to ohydne sapanie. Ostrze siekiery zalśniło w blasku reflektorów. Przemek przymknął oczy i zacisnął dłoń na rączce plecaka. Wtedy coś go tknęło. Kiedy garbus był już jakieś trzy metry od nich, chłopak z zadziwiającą zręcznością wydobył z plecaka latarkę. Nie do końca wiedział, co robi, kiedy niespodziewanie uderzył prześladowcę w twarz silnym strumieniem światła. Ten na ułamek sekundy oślepł i zamachnął się wściekle siekierą, nie widząc, gdzie celuje. Ostrze z przeraźliwym plaśnięciem wbiło się w twarz dziewczyny, uciszając jej krzyki i kaszlnięcia. Przemek zatoczył się na bok i upuścił latarkę. - JEZU! NIE! - wrzasnął sparaliżowany ze strachu chłopak, patrząc, jak garbus przeciera lewą dłonią oczy, a prawą próbuje wyrwać ostrze spomiędzy ochłapów rozpłatanej głowy dziewczyny. W końcu przycisnął butem bryzgającą krwią twarz i wyciągnął siekierę. Spojrzał dziko na Przemka i uśmiechnął się...

53


[ Biblioteka Grabarza Polskiego ]

*** Przemek poczuł, jak coś łaskocze go po twarzy i leniwie przejechał po lewym policzku otwartą dłonią. „Pieprzone cmentarne żuczki. Niech się w końcu odwalą.” Skrzywił się i nagle poczuł lekki chłód. Wzdrygnął się i wyprostował z pozycji embriona. Leżał. Po chwili otworzył oczy. Przetarł je dwoma palcami i spojrzał przed siebie. Obraz mu się powoli wyostrzył i Przemek dojrzał bramę cmentarza jakieś 10 metrów od siebie. Nagle zerwał się jak oparzony i zaczął dyszeć. Wybudził się momentalnie z resztek snu. - Jezu... Jezu... - Zaczął mamrotać do siebie, rozglądając się niespokojnie, niemal panicznie wokół. Leżał pod pomnikiem na środku cmentarza. Właśnie świtało. - O kurde, o ja pieprzę... - Przemek pokręcił głową i ukrył twarz w dłoniach, kiedy wywnioskował, że potworna przygoda z garbusem i jego „dziewczyną” musiała być tylko snem. Po prostu zasnął tu na cmentarzu poprzedniego wieczoru. Uświadomił sobie to wszystko i wybuchnął gromkim śmiechem. Radość i ulga zniknęła jednak równie szybko jak się pojawiła, kiedy tuż obok bramy zabłyszczała mu zgnieciona puszka po piwie, a mniej więcej w połowie drogi z pomnika do furtki dostrzegł otwarty zeszyt. To bez wątpienia był jego notatnik. Poranny wiatr lekko bawił się zabazgranymi stronicami. Przemek powoli się podniósł i sztywno podszedł do zeszytu. Podniósł kajecik, otrzepał go z pieprzonych cmentarnych żuczków i instynktownie otworzył mniej więcej w połowie. Odkrył cztery nowe zapisane stronice. To jednak nie było jego pismo. Pokraczne litery urozmaicone gdzieniegdzie zaschniętymi czerwonymi liniami papilarnymi nie pozostawiały wątpliwości, kto pisał w zeszycie chłopaka... Cztery tygodnie później Przemek Gruziński zajął pierwsze miejsce w internetowym konkursie na najlepsze opowiadanie grozy.

GRABARZ POLSKI Grabarz Polski #11 Korekta: Wojciech Lulek Grafika, skład, łamanie: Tizzastre Bizzalini Reklama, Patronaty i Współpraca: Bartek@grabarz.net | Wojtek@grabarz.net

Chcesz współtworzyć Grabarza? Napisz do nas! www.Grabarz.net | www.Grabarz.net/Forum


Grabarz Polski - Nr 11